Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie w kolejny piątek. Coraz zimniej, ale na antenie Radia Paranormalium niezmiennie gorąco, jak w każdy piątek. Zresztą szczególnie ten spędzany w towarzystwie ciekawych książek, fajnych i czasem trochę mniej, ale jednak filmów. I oczywiście niezmiennie zawsze interesujących i inspirujących gości. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF – Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:57] - Halo, dzień dobry wieczór wszystkim. Tak, wieczory coraz dłuższe. Niektórzy takich długich wieczorów potrzebują, aby się rozsmakować w czytaniu, w literaturze wszelkiego sortu. Od tej bardzo ambitnej po nieco lżejszą, która daje po prostu rozrywkę. I to też w literaturze należy cenić. Tradycyjnie rozpoczynamy od polecanek książkowych. Dzisiaj na tapet bierzemy wydawnictwo Czwarta Strona. Czasami dodaje się Czwarta Strona Kryminału. Dzisiaj książki rzeczywiście trochę ocierające się o kryminał, ale też trochę o thriller, o jakieś nawet horrorowe wątki się pojawiają. Przejdźmy do rzeczy.
Pierwszy tytuł to „Pomoc domowa”. Autorką tej powieści jest Freida McFadden, a książka została przełożona przez Elżbietę Pawlik. I jak zwykle sięgamy po notkę zgłoszoną przez wydawcę. „Millie każdego dnia sprząta piękny dom. Dom Winchesterów. Odbiera ich córkę ze szkoły, gotuje pyszny posiłek dla całej rodziny, zanim uda się na górę, aby zjeść samotnie w swoim małym pokoiku na poddaszu. Stara się ignorować to, że Nina robi bałagan tylko po to, by patrzeć, jak pomoc domowa musi go sprzątać. Że opowiada dziwne kłamstwa o własnej córce. I to, że jej mąż Andrew z każdym dniem wydaje się coraz bardziej załamany. Życie Niny jest idealne.
Tylko raz Millie robi coś, aby przekonać się, jak to jest żyć tak jak jej pracodawczyni. Ale ta wkrótce się o tym dowiaduje, a drzwi pokoju na poddaszu zamykają się tylko od zewnątrz. Uwięziona Millie uspokaja samą siebie. Winchesterowie nie wiedzą, kim naprawdę jest. Nie wiedzą, do czego jest zdolna.” Olga Kowalska ze strony wielkibook.com napisała o tej książce następujące słowa: „Thriller wywołuje prawdziwy dreszcz emocji. Popaprane sekrety, brudne tajemnice i szalona rozgrywka, która prowadzi do równie szalonych konkluzji. McFadden w «Pomocy domowej» przechodzi samą siebie. Uwielbiam.” Z kolei Natalia Miśkowiec, między innymi instagramerka, napisała coś takiego: „Mistrzowsko skonstruowana, niepokojąca fabuła, której nie sposób odłożyć, aż nie pozna się jej zakończenia. Freida McFadden wodzi czytelnika za nos, pozbawia oddechu, a finalnie zostawia z przerażeniem na twarzy. Musicie to przeczytać.” To pierwsza propozycja.
Drugą propozycją jest propozycja polskiej autorki Natalii Miśkowiec. Nosi tytuł „Prostymi słowami”. Wydawcą oczywiście Czwarta Strona. I znowu oddajmy słowo wydawcy. „Gdy nie patrzysz dość uważnie, dostrzegasz tylko to, co chcesz zobaczyć. W centrum Warszawy, na trzydziestym piętrze ekskluzywnego apartamentowca, w jednym z mieszkań policja znajduje zwłoki kobiety i mężczyzny. Początkowo śledczy przyjmują, że mają do czynienia z typową zbrodnią. Zbrodnią małżeńską. Jednak kolejne makabryczne, trudne do wytłumaczenia odkrycia wywracają ich wszystkie hipotezy do góry nogami. Sprawą zajmuje się prokurator Gabriela Seredyńska, znana ze swojej nieustępliwości i bystrego umysłu.
Kiedy niespodziewanie pojawia się świadek, który może rzucić nowe światło na szokującą zbrodnię, jest niemal pewna, że śledztwo zmierza ku końcowi. Niestety, zarówno jego zeznania, jak i sekcja zwłok ofiar zamiast odpowiedzi przynoszą tylko nowe, coraz bardziej niepokojące pytania. Gdy jedni bohaterowie biorą swój osąd za pewnik, inni kwestionują wszystko, co widzą. W tym kameralnym thrillerze o mroku trawiącym ludzką duszę nic nie jest takie, jakim się wydaje. To była druga propozycja. Dorzućmy jeszcze trzecią. Czwarta Strona wydała powieść „Śmierć pani Westaway”. Autorką jest Ruth Ware. To chyba tak się czyta. „Ware” się pisze.
„Wele”? Chyba tak. Przełożyła tę książkę Anna Tomczyk. Co czytamy w notce wydawniczej? Każda rodzina ma swoje mroczne tajemnice. Hal, młoda tarocistka, rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy. Nadal nie może pogodzić się ze śmiercią matki. Ponadto człowiek, od którego pożyczyła sporą sumę, chce odzyskać swoje należności. Gdy Hal otrzymuje tajemniczy list, wydaje się jej, że sytuacja może się poprawić. Dowiaduje się z niego, że jej babcia, Hester Westaway, mieszkająca w ogromnej posiadłości w Kornwalii, zmarła.
Ta wiadomość budzi wątpliwości Hal. Jest przekonana, że jej dziadkowie nie żyją już od ponad 20 lat. Mimo że nie może w to uwierzyć, czuje, że powinna pojawić się na pogrzebie i odczytaniu testamentu. To może być dla niej szansa na duży zastrzyk pieniędzy. Czy to wszystko jest tylko żartem? Co kryje się w mrocznej przeszłości domu Hester Westaway? Wojciech Chmielarz, znany państwu doskonale autor, napisał o tej książce następujące słowa: „Jeden z najlepszych kryminałów, jakie czytałem w tym roku. Przemyślana i mroczna łamigłówka. Doskonała rozrywka”. To były trzy propozycje, w dodatku trzy propozycje jeszcze cieplutkie.
To znaczy, to są książki, które pojawiły się na rynku stosunkowo niedawno. W związku z tym, proszę państwa, proszę się nie wahać, proszę nie grymasić, tylko sięgać na odpowiednie strony, w tym wypadku stronę Czwartej Strony, gdzie te książki można nabyć drogą kupna. Myślę, że to będzie naprawdę frapująca i oczyszczająca lektura. Oczyszczająca w tym sensie katharsis, bo jak człowiek obcuje ze zbrodnią, obcuje z taką misterną zagadką, to później satysfakcja po lekturze jest niesłychana. Cóż, proszę państwa, to jeśli chodzi o propozycje dzisiejsze, to wszystko. Tradycyjnie to jest ten moment, kiedy rozpoczynamy korepetycje filozoficzne. Dzisiaj artykuł Jacka Wojtysiaka zatytułowany „Pierwsza przyczyna”. To jest tekst, który ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2019 roku w numerze trzecim. Tak jak zawsze tekst jest dostępny na licencji uznania autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. Autor, Jacek Wojtysiak, jest profesorem filozofii i kierownikiem Katedry Teorii Poznania Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II.
Autor podręczników do filozofii „Pochwała ciekawości” oraz „Filozofia i życie”. W pracy naukowej tropi dwa słowa: „być” i „dlaczego”. Poza tym lubi leniuchować na łonie rodziny, czytać Biblię, słuchać muzyki barokowej i kontemplować przyrodę. Jest uzależniony od słowa drukowanego i od dyskutowania ze wszystkimi o wszystkim. Hobby: zbieranie czapek z różnych możliwych światów. Przejdźmy zatem do lektury. Przypomnę, Jacek Wojtysiak, „Pierwsza przyczyna”. Zdarzenia lub rzeczy, z którymi mamy do czynienia, rozpatrujemy często w aspekcie związków przyczynowych. Zasadniczo jest tak, że dowolny element jakiegoś łańcucha przyczynowego jest zarazem przyczyną jednych przedmiotów, jak i skutkiem innych. Czy jednak istnieje byt, który jest przyczyną, nie będąc skutkiem?
Taki byt filozofowie nazywają pierwszą przyczyną, spierając się o jego istnienie oraz naturę. Z różnych argumentów na rzecz istnienia pierwszej przyczyny przedstawiam dwa. Sformułuję je w postaci reductio ad absurdum, czyli pokażę, do jakich kłopotliwych, paradoksalnych czy wręcz absurdalnych konsekwencji prowadzi negacja tezy dowodzonej. Jeśli więc chcemy tych konsekwencji uniknąć, powinniśmy uznać, że pierwsza przyczyna istnieje. Po uznaniu istnienia zastanowię się nad jej cechami. Postaram się przy tym nie zanudzić was abstrakcją. Cały wywód okraszę swojskimi przykładami. Zastrzegam jednak, że rozpatrywana kwestia jest bardzo skomplikowana, a jej rozwiązanie zależy od przyjętych przez nas rozmaitych założeń. Argument pierwszy jest w szczególności zależny od założeń na temat natury czasu. Natomiast argument drugi jest zależny przede wszystkim od założeń co do natury samej przyczynowości.
Rozpoznanie oraz ocenę tych założeń pozostawiam czytelnikom. Paradoks Sylwestra. Od 30 lat nie uczestniczę w obrzędach sylwestrowych. Pamiętam jednak, że w Sylwestra jakieś kilkanaście sekund przed północą uczestnicy obrzędu ustawiają się w krąg, po czym odliczają: dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć. Wtedy następuje wielki pisk i strzelają szampany. Wreszcie mamy nowy rok. Pomyślcie, co by było, gdyby odliczanie zacząć wcześniej. Cała zabawa trwałaby dłużej. Tyle że pierwszą liczbą nie byłaby dziesiątka, lecz na przykład setka. Co by jednak było, gdyby odliczanie nie miało początku?
Mielibyśmy wieczny sylwester. Z jednej strony fajnie, z drugiej strony nowy rok nigdy by nie nadszedł. Nie sposób wszak odliczyć lub przejść wieczności. Jak pisał ponad 200 lat temu Immanuel Kant: „Nieskończoność szeregu polega właśnie na tym, że nie może być nigdy do końca doprowadzona”. Co gorsza, dwie dowolnie wybrane chwile trudno byłoby wtedy od siebie odróżnić, skoro i jedną, i drugą poprzedzałyby taka sama otchłań nieskończoności. Zbiór liczb całkowitych ujemnych mniejszych od minus jeden jest przecież równoliczony ze zbiorem całkowitych ujemnych mniejszych na przykład od minus sześć. Rozumiemy to, choć nie doświadczamy, gdyż nikt z nas nigdy nie policzył do końca elementów tych zbiorów. Zwolennicy argumentu w stylu paradoksu Sylwestra uważają, że każda przyczyna musi w swym trwaniu lub działaniu zajmować pewien okres oraz że wśród okresów znajdują się okresy najkrótsze, dalej już niepodzielne. Jeśli każdej przyczynie przyporządkowujemy po jednym okresie, to w przypadku braku pierwszej przyczyny nie istniałby okres pierwszy, a tym samym nie doliczylibyśmy się do okresu obecnego i występującego w nim zdarzenia. Lub odwrotnie, gdybyśmy numerowali przyczyny zdarzenia, którego jesteśmy teraz świadkami, zaczynając od jego bezpośredniej przyczyny, potem przechodząc do przyczyny tej przyczyny i tak dalej, nigdy nie dotarlibyśmy do jego ostatecznej przyczyny.
Znaczy to, że nigdy nie dowiedzielibyśmy się i nie moglibyśmy się dowiedzieć, skąd się to zdarzenie wzięło. Jakkolwiek bowiem cofalibyśmy się w czasie, jego praprzyczyny zawsze tkwiłyby w mrokach nieskończoności. Nie wchodząc w głębszą dyskusję nad powyższym argumentem, jedną rzecz należy podkreślić. Jego zwolennicy nie negują lub nie muszą negować istnienia matematycznej lub teologicznej nieskończoności. Nie twierdzą, że nie istnieje żaden idealny lub intencjonalny obiekt nieskończony, taki jak na przykład zbiór liczb naturalnych lub zbiór liczb całkowitych. Nie twierdzą też, że Bóg nie może być nieskończony, choćby w takim sensie, że jego trwanie wolno modelować za pomocą tego ostatniego zbioru. Uważają tylko, że działające w czasie przyczyny nie mogą tworzyć nieskończonych, bezpoczątkowych łańcuchów. Trudno bowiem pomyśleć, że świat jest wiecznym sylwestrem. Paradoks pożyczki. Od razu zaświadczam: nigdy nie żyłem na kredyt.
Są jednak ludzie, którzy muszą pożyczać pieniądze. Wyobraźcie sobie Jana, który musi kupić samochód, ale nie ma gotówki. Prosi więc o pomoc Jolę. Jola też nie ma pieniędzy, lecz ma przyjaciółkę Jadwigę. Ona także nie ma pieniędzy, choć ma znajomości w parabanku. Parabank jest na granicy bankructwa, ale nikt o tym nie wie, więc pożycza pieniądze z jakiegoś banku. Bank ten z kolei pożycza z innego banku i tak dalej. Zwykle taki ciąg pożyczek zatrzymuje się na banku, który naprawdę ma pieniądze. Wyobraźcie sobie jednak proces pożyczania, w którym brakowałoby takiego banku. Wtedy Jan może kupiłby samochód za pożyczone pieniądze.
Jednak w całej tej procedurze wszystkie pieniądze byłyby pożyczone i nie byłoby osoby, czy też instytucji, która by je realnie posiadała. Pieniądze trzeba zwrócić. Czy taka sytuacja jest możliwa? Pomijam pytanie, czy jest efektywna. Wydaje się oczywiste, że system finansowy, w którym brakuje rzeczywistych posiadaczy pieniędzy lub ich pokrycia, nie może być efektywny. Wielu przyjaciół pierwszej przyczyny postuluje jej istnienie właśnie po to, by zagwarantować bazę dla działania zwykłych przyczyn. W tym ujęciu każda przyczyna, która jest zarazem skutkiem, ma moc sprawiania czegokolwiek, ale tylko tak jak ktoś kupujący za pożyczone pieniądze. Nieskończony łańcuch dłużników nie da nam rzeczywistego pożyczkodawcy. Jeśli pieniądze nie biorą się znikąd, musi istnieć ich posiadacz. Tak samo z przyczynami.
Gdyby wszystkie przyczyny miały charakter względny, czyli byłyby zarówno przyczynami, jak i skutkami, działałyby jakby na kredyt. Nie byłoby jednak nikogo, kto udzieliłby kredytu. Moc sprawcza przyczyn brałaby się z niczego. Ponownie nie będę wchodził w dyskusję nad argumentem. Zwrócę tylko uwagę na jedną rzecz. Jego zwolennik nie musi się angażować w spory o to, ile zwykłych przyczyn istnieje, jak działają lub jakie łańcuchy tworzą. Być może przyczyn takich jest nieskończona ilość. Być może nawet układają się w łańcuchy koliste. Ważne jest tylko to, że każda z tych przyczyn nie może istnieć lub działać, jeśli tak lub inaczej nie otrzyma swej mocy sprawczej od czegoś, co posiada ją z siebie. W skali globalnej nie da się przecież istnieć bez gwaranta lub zabezpieczenia.
Za istnienie i działanie ktoś w końcu musi zapłacić i to zapłacić tym, co rzeczywiście ma. Najwyższy dawca. Jakimi cechami odznacza się pierwsza przyczyna? Z pewnością ma ona przewagę nad pozostałymi przyczynami. One są zależne od niej, ona zaś nie jest zależna od niczego. Z tej cechy oraz na podstawie pewnych dodatkowych założeń, założeń metafizycznych, zwolennicy mocnego rozumienia pierwszej przyczyny, a do niego się tu ograniczę, wprowadzają jej kolejne właściwości. Najważniejsza z nich polega na tym, że pierwsza przyczyna istnieje sama z siebie i jest nieograniczona w swym istnieniu. Jeśli by tak nie było, pierwsza przyczyna musiałaby po prostu wyłonić się z nicości lub mogłaby ulec wyczerpaniu. Gdyby dopuścić pierwsze, jej postulowanie nie spełniałoby swego celu. Istnienie i moc kauzalna przyczyny brałyby się ostatecznie znikąd.
Gdyby dopuścić drugie, pierwsza przyczyna, wbrew jej naturze, nie byłaby niezależnym i pełnym dysponentem swego istnienia i funkcjonowania. Po drugie, pierwsza przyczyna musi działać inaczej niż zwykłe przyczyny. Każda ze zwykłych przyczyn działa dzięki czemuś od siebie różnemu, a pierwsza przyczyna działa z siebie samej bez żadnego materiału lub zewnętrznego warunku. Po trzecie, pierwsza przyczyna jest dokładnie jedna. Dwie pierwsze przyczyny mogłyby na siebie wpływać lub siebie ograniczać. W ten sposób ich niezależność i nieograniczoność uległaby zachwianiu. Po czwarte, pierwsza przyczyna posiada wszystko, co wartościowe. Posiada jednak nie dosłownie, lecz by wrócić do metafory finansowej, tak jak właściciel pieniędzy, który może za nie kupić to, co jest na rynku. W przypadku pierwszej przyczyny jej konto jest nieograniczone, a tym, co może ona sprawiać, jest niemal wszystko. Patrząc na powyższe cechy, trudno się dziwić, że pierwszą przyczynę nieraz identyfikowano z Bogiem.
Zresztą pamiętając choćby o tym, że jednym doświadczalnym przez nas śladem niezależności kauzalnej jest wolność, trudno pierwszą przyczynę pojąć bez porównania do osoby. Ludzie religijni ten ostatni aspekt pierwszej przyczyny uważają za najważniejszy. Przy czym głębsza religijność wyraża się nie w metaforyce bankiera, lecz w metaforyce najwyższego dawcy. To, proszę państwa, był tekst z dwumiesięcznika „Filozofuj”. Może chwilami trudny, może go warto przesłuchać ze dwa razy, ale myślę, że jak się człowiek wgryzie, nie ukrywam, że już to zrobiłem, to wychodzą z tego tekstu całkiem fajne wnioski. Polecam go państwu. Polecam jego ponowne przesłuchanie. On jest niby taki prosty. Niby to wszystko wiemy. Niby ta pierwsza przyczyna, obojętnie czy ma charakter boski, czy też zupełnie inny, wydaje nam się oczywista, ale chociażby to zwrócenie uwagi, że- W takim razie ciąg nieskończony chyba nie wchodzi tu w grę.
Moim zdaniem jest cenne, a nie jest to jedyna cenna rzecz w tym tekście. Jeszcze raz szczerze państwu polecam. Cóż, proszę państwa, proponuję, abyśmy zostali w klimatach filozoficznych, a właściwie filozoficzno-katastroficznych. Bo ja zapraszam państwa teraz na spotkanie z Jackiem Inglotem. To jest spotkanie zarejestrowane na Sedinconie w czerwcu tego roku. Jacek Inglot zastanawia się nad tym, czy zanim do szczętu wyginiemy jako rasa, jako cywilizacja. Pamiętacie państwo jego wykład o tym, że zabiją nas warunki zewnętrzne, klimat, że to wszystko wpłynie na to, że zginiemy. Wymyślony przez Jacka Inglota termin ekokalipsa, czyli na skutek tych wszystkich zmian wyginiemy. A teraz Jacek Inglot zastanawia się, czy przypadkowo nie będzie tak, że zanim wyginiemy na skutek ekokalipsy, to wcześniej kompletnie nie zgłupiejemy. Zapraszam państwa.
Będzie chyba zabawnie.
[25:45] - Osłabłem. To jest czwarty dzień konwentu, jeśli o mnie chodzi, więc trochę mój słynny belferski błysk, który jeszcze wczoraj straszył przy ognisku, tak że niektórzy skakali, wzdragali się i skakali pod chmury. Osłabł mi widocznie. Zużycie materiału, sześćdziesiątka przekroczona. Działka na cmentarzu niewykupiona i nie będzie wykupiona, bo przestali sprzedawać. Tylu mają klientów, dziadersów do zakopania, proszę państwa. Ad rem jednak. Apokalipsa intelektu, czyli nim zginiemy, zgłupiejemy. Właściwie na tym moglibyśmy tę prelekcję zakończyć, ponieważ w tytule tego wystąpienia jest zawarte wszystko. Ale skoro już przyszliście i siedzicie, niektórzy nawet kawę piją, to rozwinę tę myśl prostą, oczywistą a szlachetną.
Zacznijmy od cytatu, czyli z grubej rury i to od klasyka. Mianowicie od cytatu ze słynnego opowiadania „Czarna walizeczka” Cyril M. Kornbluta, które było drukowane w Polsce. Niektórzy z tych naprawdę omszałych fanów pewnie pamiętają, bo kolekcjonowali to. Taka antologia „Rakietowe szlaki”, która wyszła chyba w 1957 czy 1958 roku. Jakoś tak zaraz po Stalinizmie. I tam to opowiadanie jako wybitne opowiadanie amerykańskie zostało zamieszczone i rzeczywiście jest wybitne, co też będzie poniekąd wychodziło z mojego wystąpienia. Cóż pisze w tym opowiadaniu Kornbluth: „Rodzaj ludzki wszedł w ślepy zaułek”. Miód na moje serce. Ale to nie ja, Kornbluth.
„Rodzaj ludzki wszedł w ślepy zaułek. Biometrycy wykazywali z uporem i nieodpartą logiką, że odsetek ludzi o umysłowości niżej przeciętnej wzrasta, a o umysłowości przeciętnej zaś i ponadprzeciętnej maleje, przy czym procent ten odbywa się w postępie geometrycznym”. Takie stwierdzenie pada w tym opowiadaniu „Czarna walizeczka” z roku, uwaga, 1950. Akcja odnosi się do sytuacji w XXV wieku. Wiele na to wskazuje, że przepowiednia starego mistrza science fiction właśnie zaczęła się wypełniać. Pojawia się w naszej rzeczywistości dużo sygnałów postrzegających, że z gatunkiem Homo sapiens sapiens, bo to jest taka nazwa pełna, Homo sapiens sapiens nie jest najlepiej, zwłaszcza jeśli chodzi o to podwójne sapiens. Nie muszę tłumaczyć z tej łaciny, tak? No właśnie. Kornbluth pisząc to pesymistyczne bardzo opowiadanie opierał się na modnych właśnie w połowie ubiegłego wieku teoriach eugenicznych opartych na bardzo prostym założeniu, że ludzie mniej inteligentni rozmnażają się intensywniej niż ludzie mądrzejsi, co w rezultacie doprowadzi w przyszłości do liczbowej dominacji tych podprzeciętnych, tych głupawych i drastycznej redukcji populacji mózgowców. Czyli ludzkość generalnie zmierza ku powszechnemu zgłupieniu i w konsekwencji oczywiście zagładzie, która jest w tym opowiadaniu też zasygnalizowana.
To były teorie oczywiście eugeniczne. Eugenika została, jak wiemy, potępiona, odrzucona i przydeptana przez wiele środowisk, nawet prawicowych. Ale sama uwaga, pomijając oczywiście, skąd ona się wzięła, wydaje się ciągle dorzeczna. Co udowadnię. W tym kontekście właśnie muszą zastanawiać pojawiające się od kilku lat doniesienia. Taki wysyp nastąpił takich wiadomości na temat testów IQ. Pomińmy dyskusyjną wartość tych testów, ale moim zdaniem i nie tylko moim, coś one tam jednak mierzą. I te wyniki testów IQ mówią o odwróceniu tak zwanego efektu Flynna, to znaczy obserwowanego od początku XX wieku w krajach Zachodu wzrostu ilorazu inteligencji banalnej populacji o około trzy punkty na dekadę. Zaznaczam, że to jest miernik testu IQ. I te trzy punkty co dekadę od początku XX wieku przyrastały.
Czyli mądrzeliśmy o trzy punkty na dekadę. Powiem szczerze, fajnie jest mądrzeć o trzy punkty na dekadę, ale proszę państwa, to korzystne zjawisko osiągnęło swoje apogeum w połowie lat 70., po czym zaczęło zaigrać. I to jest też badane przy pomocy tychże testów IQ. Obecnie naukowcy analizujący wyniki wykonanych w ostatnich dziesięcioleciach testów stwierdzają, że spadek IQ wynosi nawet siedem punktów na pokolenie. Czyli można by powiedzieć, że to odwrócenie wręcz jest symetryczne, bo pokolenie to jest mniej więcej dwadzieścia parę do trzydziestu lat, czyli tak wynosi dwa i pół do trzech. Czyli efekt Flynn'a cofa się proporcjonalnie. Mniej więcej oczywiście w przybliżeniu proporcjonalnie. W materiałach, które analizowałem były różne zdania, dlaczego tak się dzieje. Nie ma zgody co do przyczyn tego zjawiska. Jedni o te kiepskie rezultaty, o to cofanie się obwiniają przestarzałe testy, drudzy mówią, że winna jest zapaść w edukacji.
Tak czy owak, zjawisko trwa i jest powtarzalne, mierzalne, że w kolejnych seriach testów to wychodzi. Temat wisi w powietrzu, czyli tego zaniku inteligencji i niektórzy już go eksplorują nawet od dłuższego czasu. Świat, w którym iloraz inteligencji szoruje po dnie, a nawet poniżej dna, to przedstawia świetny film pod tytułem „Idiokracja”. Już, uwaga, z 2006 roku w reżyserii Mike'a Judge. Nie jest może on bardzo powszechny, a powinien. Ja go na YouTubie obejrzałem nawet z polskim tłumaczeniem. To jest taka komedia SF z pewnym jednak przesłaniem. Mianowicie żołnierz i specjalistka od płatnej miłości po 500 latach hibernacji budzą się w rzeczywistości takiej właśnie, jakby tego opowiadania Konbruta, wyjętej wprost z czarnej walizeczki. Powszechne zgłupienie i upadek myśli, nauki, kultury, sztuki, wszystkiego osiąga takie rozmiary, że nasi bohaterowie zupełnie przeciętni w swoich czasach okazują się geniuszami, a ludzkość w ogóle trwa dzięki systemom komputerowym, które ulegają stopniowemu rozstrojeniu. I oczywiście nikt nie potrafi z tych głupków ich naprawić, co o mało nie kończy się w tym filmie globalną katastrofą.
Nie będę spoilerował. Obejrzyjcie i zrozumiecie. Jako ciekawostkę świadczącą o profetyzmie twórców — ja zawsze uwielbiam, jak fantastyka coś przepowie prawdziwego, dlatego mówię: czytajcie dumnie fantastykę, czegoś się dowiecie. Ze szczególnym uwzględnieniem science fiction, które jest, jak wiadomo, najbardziej intelektualną formą fantastyki, wyjąwszy space operę, która jest równie głupia jak fantasy. Jako ciekawostkę świadczącą o profetyzmie twórców może świadczyć postać prezydenta USA, którym zostaje gwiazdor porno przemawiający i zachowujący się w sposób zdumiewająco przypominający rzeczywistego byłego prezydenta z zawodu hotelarza. Polecam ten film. Ale to nie wszystko, proszę państwa, odwracanie się efektu Flynn'a to jest tylko część opisywanego zjawiska. Obniżaniu się poziomu ilorazu inteligencji towarzyszy lawinowe narastanie tak zwanego efektu Dunninga-Krugera. Też nie wiecie, że on się obniża? Narasta, przepraszam, ten narasta, tamten się obniża.
Efekt Dunninga-Krugera to jest zjawisko psychologiczne polegające na ocenie własnych kompetencji. I tak: osoby niewykwalifikowane w określonej dziedzinie mają skłonność do przeceniania swej wiedzy na jej temat, podczas gdy prawdziwi profesjonaliści zwykle zaniżają swoje kompetencje. Czyli innymi słowy ludzie uczeni wątpią we własną wiedzę. Z kolei ignoranci uważają się za wszechwiedzących. I to, uwaga, narasta. I ci wszechwiedzący ignoranci często traktują opinie jako fakty. Z prawdziwym oczywiście wysypem tej takiej już powszechnie objawionej ignorancji mieliśmy do czynienia całkiem niedawno, podczas epidemii COVID-19, gdzie mieliśmy możliwość obserwowania, zwłaszcza w mediach społecznościowych, kwestionowania wypowiedzi profesorów wirusologii czy innych medyków specjalizujących się w epidemiach. Te wypowiedzi profesjonalistów właśnie były kwestionowane w mediach społecznościowych przez różnego typu, w cudzysłowie, specjalistów w rodzaju popowej piosenkarki chyba bez matury oraz mechanika samochodowego, którzy oczywiście nie otarli się nawet o studia medyczne, co im nie przeszkadzało wydawać namaszczonych, tak zwanych, w cudzysłowie, eksperckich sądów o zupełnie nieznanej dziedzinie wiedzy. I to jest właśnie efekt Dunninga-Krugera. Narasta, przypominam, narasta.
Tego typu kolesie i koleżanki też. Przepraszam, jestem niepoprawną, seksistowską świnią. Zawsze zapominam o tych koleżankach. Kiedyś chyba mnie za to zastrzelą. Więc tak: kolegów, koleżanek, kolegów, kolegów, koleżanek. Tak jest, narasta. Ich jest coraz więcej. Od dłuższego czasu zresztą narasta kryzys autorytetu nauki. Tu mamy kilku naukowców, mogą potwierdzić. Nieufność do niej, powszechne podważanie wiedzy profesjonalistów, zwłaszcza nasilone w dobie mediów społecznościowych przez właśnie tych ignorantów.
W okresie epidemii, jak wiemy, kosztowało to życie wielu ludzi nie dających wiary w zapewnienia medyków o szkodliwości wirusa. Ale już o tym nie pamiętamy. Kto miał umrzeć, to umarł. Zakopany, zaklepany, nagrobki postawione, a my walujemy dalej. Pomysły niektórych wcale licznych ludzi wydają się zdradzać objawy rozpadu podstawowych procedur logicznych Osoby te mają ewidentny problem z kojarzeniem faktów i oceną ich wiarygodności. Świadczy o tym popularność niekiedy zupełnie fantastycznych teorii spiskowych. Na przykład przeprowadzona w 2013 ankieta wykazała, że nawet 4% Amerykanów wierzy w istnienie gadopodobnych reptilian, którzy udając ludzi w skryty sposób wpływają na bieg naszej cywilizacji. I uwaga! Przypomina to łudząco założenie, pomysł na fabułę popularnego w latach 60. serialu „The Invaders”, czyli „Najeźdźcy”, który to serial nawet w latach 70.
był w paru odcinkach emitowany w telewizyjnej Dwójce, bo pamiętam, jak ci reptilianie jedli myszy. Tak sobie wkładali myszy do gardła i to tak fajnie wyglądało w telewizji i żałowałem, że więcej nie kupili tego serialu. Bardzo dobrze był zrobiony, jeśli chodzi o jedzenie myszy. Pozornie na nieco bardziej przytomnych wydają się wyznawcy słynnej grupy o nazwie QAnony, gdyż obejmują się bez kosmitów na dziwo, za to zajmują się światowym spiskiem przestępców, pedofilów dybiących na dobro ludzkości, z którymi dzielnie walczy Donald Trump, uporządkowane na nowego Mesjasza. Dlaczego akurat Donald Trump? Jełop jak Donald Trump. Jełop dla jełopów. Wspomagany przez tajemniczego, wszechwiedzącego Q, którego oczywiście nikt na oczy nie widział. Tym oczywistym fantazmatom ufają rzesze. Sondaże wskazują, że nawet jeden na pięciu Amerykanów, co zdaje się pośrednio potwierdzać zauważany w testach spadek ilorazu inteligencji.
Prawdziwe zaś rekordy w odrzucaniu naukowych ustaleń, wręcz świadectwa własnych oczu, biją liczni zwolennicy teorii o płaskości Ziemi, dla których nasz glob jest spłaszczoną geoidą z Arktyką w środku, a Antarktydą na obrzeżu. Brakuje jeszcze dźwigających tą geoidę czterech słoni stojących na grzbiecie żółwia Tu'ina i mamy świat humorysty Terry'ego Pratchetta. Tyle że dla płaskoziemców to niestety nie zabawna fikcja literacka, a głębokie przekonanie. I to już śmieszne nie jest. Coraz więcej wskazuje na to, że ludzkość nieuchronnie stacza się w stan nazwany przez francuskiego filozofa Alain Finkielkrautta już w latach 80. XX wieku porażką myślenia. On nawet książkę na ten temat napisał, bo jak to filozof wcześniej zauważył, że ludzie głupieją? W umysłach wielu osób doszło do sparaliżowania procesów myślowych w kategoriach związków przyczynowo-skutkowych, czyli nie łączą już przyczyn ze skutkami. Świetnie ukazuje to głośny film „Nie patrz w górę” z 2021 roku w reżyserii Adama McKaya. Pamiętamy tam słynnego Leonardo DiCaprio grał astronoma, który razem ze swoją studentką, właśnie to studentka odkrywa kometę zmierzającą w kierunku Ziemi.
On to potwierdza, rozgłasza. No właśnie, rozgłasza i co? Zjawisko powszechnego zgłupienia objawia się tutaj w postaci tak zwanego efektu Kasandry. Ja to tak nazywam. Nie chciało mi się googlać, czy ktoś inny już na to wpadł. To jest takie moje osobiste nazwanie zjawiska. Czy ktoś to przede mną użył, to nie wiem, bo często bywa tak, że ludzie zbieżnie wymyślają pewien termin, bo myślą o tym samym. To znaczy efekt Kasandry. Co to jest? W postaci efektu Kasandry to jest powszechnej niewierze w najbardziej nawet wiarygodne zagrożenie.
Pamiętamy, o co chodzi. Kasandra, historia z drewnianym koniem i w co nie wierzyli Trojanie i jak się to dla nich skończyło. To jest dokładnie ten sam schemat postępowania. Tutaj w filmie tym zagrożeniem jest uderzenie zmierzającej ku Ziemi komety, którą można zobaczyć od pewnego momentu gołym okiem. I co dalej? Znaczna część ludzkości ulega właśnie temu efektowi Kasandry, ponieważ wpływowe i wszechobecne media przekonują, że jest inaczej. Żadnego zagrożenia nie ma. Nawet nie przekonuje ich, tych opętanych, owładniętych efektem Kasandry zapewnienia profesora astronomii, że kometa na 100% walnie w Ziemię i będzie koniec. Medialny cykl oraz potok dezinformacji do tego stopnia zamula ludziom głowy w tym filmie, a i nie tylko w tym filmie, że stracili umiejętność trzeźwej oceny rzeczywistości, odróżnienia prawdy od fałszu. O czym jeszcze będzie mowa?
[41:46] - Jacek, drobny ten. Proszę rękę do góry, kto kibicował komecie podczas oglądania tego filmu?
[41:55] - Panie Nagajew, jak będzie czas, to będzie oczywiście czas na dyskusję. Ja oczywiście tak zwykle wyczerpuję temat, że dyskusja jest niepotrzebna, zbędna, a nawet szkodliwa. Proszę państwa. „Nie patrz w górę” z kliniczną dokładnością pokazuje, jak w pompowanej przez media rzece informacji oweż o śmiecia giną informacje prawdziwe. Co więcej, krytycznie ważne, jeśli chodzi o los naszych gatunków, co w efekcie prowadzi do zaniku fundamentalnego dla naszej egzystencji instynktu samozachowawczego. Powtórzę, co w efekcie prowadzi do zaniku fundamentalnego dla naszej egzystencji instynktu samozachowawczego. Zapamiętajcie, bo będziecie też... Bo ci młodsi może to obejrzą. Co młodsi czy też bardziej żwawi, to być może jeszcze zobaczą coś podobnego na własne oczy czy przeżyją, a potem ich nie będzie. Co dalej?
Wydawało się, że jeśli chodzi o rozpowszechnianie wiedzy i powszechnej mądrości, to powinien pomóc internet. I tak się zaczynało. Internet zaczął się w latach 60. ubiegłego wieku od ARPANET. Już mało kto pamięta, co to było na samym początku. Była po prostu sieć akademicka, ale sponsorowana przez wojsko, bo wojsko było zainteresowane tego typu łącznością, w której komputery, te ówczesne następcy Eniaca, jeszcze te komputery mieszczące się w szafach i pokojach, w której komputery przede wszystkim wymieniały się informacją naukową. Bo czym się miały wymieniać? Była sama nauka w tych komputerach. Po przeszło pół roku rozwoju sieć stała się własnym zaprzeczeniem. Nie ma nic wspólnego z pierwotną ideą ARPANET-u.
I Stanisław Lem nie powiedział, że dopóki nie skorzystałem z internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów. A powinien powiedzieć. Wiecie, o co mi chodzi. Coś, co w intencjach twórców miało być systemem komunikacyjnym łączącym najświatlejsze umysły ludzkości. I uwaga, tak długo było postrzegane przez klasyczną science fiction. Tutaj przywołam naszego drogiego, niestety zmarłego przedwcześnie Janusza Zajdla, który w opowiadaniu „Dyżur” z tomu „Przejście przez lustro” opisał taką naukową sieć z wielką jednostką centralną o nazwie Stientax. Jest to sieć dla studentów i naukowców, aczkolwiek powoli do tej sieci dostaje się swołocz. Czyli my wszyscy, nie naukowcy. Ja się za naukowca nie uważam, więc chyba jestem swołocz. Jest tam taki przykład.
To świadczy o geniuszu Zajdla. Mówię, science fiction, jedyna intelektualna odmiana fantastyki. Dostaje się tam jakiś młody chłopak, ktoś mu udostępnia jakiś terminal i on zadaje najgłupsze pytanie w dziejach ludzkości. Czy ktoś pamięta, jakie zadał pytanie ten chłopak i co się stało? Czytajcie klasyczną science fiction i czytajcie Janusza Zajdla. Nawet te jego wcześniejsze opowiadania przed wejściem w fantastykę socjologiczną. Proszę państwa, chłopak zadał pytanie, co to jest miłość komputerowi i komputer od tego zgłupiał tak, że o mało nie wysadziło mu wszystkich sekcji. No właśnie. I to był to, przeczuwał. Zajdel, geniusz, przeczuwał, co to będzie z tego.
Tam jeszcze ten główny bohater, który jest dyżurującym technikiem, jakimś cudem odcina najbardziej zgłupiałe sekcje i po wielkich walkach przywraca równowagę systemu. Ale opowiadanie było po prostu profetyczne pod tym względem, co to może się stać z siecią komputerową, jeśli puścimy tam idiotów. No właśnie. I jeszcze w tej klasycznej fantastyce właśnie te komputery, wielkie wtedy, w tych wizjach wielkie jednostki centralne. U Zajdla ten komputer zajmuje 15 pięter nad ziemią, 30 pod ziemią. I one miały służyć do rozwiązywania najważniejszych problemów ludzkości. To taka była wizja optymistyczna, ale po oddaniu do użytkowania w postaci sieci znanej nam współcześnie, po oddaniu do użytkowania tak zwanym zwykłym ludziom zmieniło się to nie w światową agorę pełną mądrych dysput, jak jeszcze do niedawna wierzyli niektórzy, a planetarny magiel i trzepak, przez który przewala się istny potop fejków i różnych bzdur. Wydaje się, że to jest 90% ruchu w sieci w rodzaju jakichś debilnych sweet foto z wakacji i obrazków ilustrujących postępy celebrytek zwycięsko zmagających się z cellulitem oraz memorandów typu objaśniania wyższości świąt Wielkiejnocy nad świętami Bożego Narodzenia. I to jest prawdziwy diabelski fik od historii. To jest fik od ducha dziejów, że internet, początkowo instrument służący naukowcom, stał się własną antytezą, informacyjnym śmietnikiem, którego rozrost po prostu wymknął się spod kontroli.
Jest on niczym kamień puszczony po stoku, który w miarę staczania się zmienił się w prawdziwą lawinę. Niestety nie krystalicznie czystego śniegu prawdziwej wiedzy, tylko bełkotliwego błota, bzdury i bełkotu. W efekcie rozwój sieci komputerowej nie pociągnął za sobą podniesienia poziomu użytkowników. Przeciwnie, owa sieć została dostosowana przez maksymalne uproszczenie funkcji interfejsów do możliwości osób o umysłowości niżej przeciętnej, jak to ładnie napisał Gondlut. Czyli komputery zgłupiały, ludzie nie zmądrzeli. Ten potop informacji, dezinformacji, wiadomości i fejków, prawd, półprawd i konfabulacji płynący z netu 24/7, powiązany z brakiem selekcji. W dawnych mediach, przypominam, redakcje odsiewały jawne bzdury. Tu się wrzuca wszystko. Wpływa porażająco na umysł odbiorcy, doprowadzając do destrukcyjnego tak zwanego przebodźcowania. To też taki modny termin, przebodźcowania.
Mózg nieustannie atakowany tysiącami krótkich newsów zostaje wypchany infotrocinami, których nie jest w stanie zaabsorbować i przetworzyć. W efekcie wpada w dysonans poznawczy i zaczyna być dysfunkcyjny. Pracuje jak przeciążony silnik z coraz mniejszą wydajnością, wpada w dygot i momentami w ogóle się zacina. A oszołomiony członek, człowiek zaczyna mieć wrażenie... Człowiek, członek, tak! To już zaczyna być tożsame. Freudowska pomyłka, proszę państwa. Oszołomiony człowiek, członek, także człowiek członek Wichman, zaczyna mieć wrażenie, że w jego głosie rozgłośniła się, uwaga Wichman, dziko skacząca małpa. Przekarmienie szkodzi każdemu, także przekarmienie informacji. A obecnie na scenę wkroczyła sztuczna inteligencja.
Był to jakiś panel, kiepski, bo w nim nie uczestniczyłem. Dlatego czegoś istotnego dowiecie się teraz. Pierwsze ostrzeżenia przed szkodliwym wpływem sztucznej inteligencji sformułowano w epoce, gdy mogła być ona jedynie w sferze czystej fantazji. Skądinąd wystosował je fantasta, niejaki Samuel Butler, angielski pisarz epoki wiktoriańskiej, autor utopijnej powieści pod tytułem „Erewhon”, interesujący się też teorią Darwina. On się bardzo mocno tym Darwinem przejął i patrząc być może na jedną z wczesnych maszyn parowych, pomyślał, żeby zastosować do maszyn zasady ewolucjonizmu, które już były mu znane, odnieść to do maszyn. I uwaga, w 1863 roku w nowozelandzkim dzienniku „The Press” ukazał się jego artykuł w formie listu do redakcji, to była częsta wtedy forma, zresztą i dziś stosowana, zatytułowany „Darwin pośród maszyn”. I cóż on w nim pisał? „Jakież to stworzenie okaże się następcą człowieka w jego panowaniu na Ziemi? Często debatowano nad tą kwestią, lecz wydaje się, że to my sami budujemy owych następców. Z dnia na dzień przydajemy piękna i subtelności ich fizycznej konstytucji.
Z dnia na dzień coraz większą siłą ich obdarzamy i wyposażamy w najróżniejszego rodzaju przemyślne ustrojstwa, dzięki którym zdobędą tę moc samoregulacji i samowładzy, jaką dla ludzkiej rasy jest moc intelektu. Z upływem wieków staniemy się rasą niższą. Niższą pod względem siły, niższą pod względem samokontroli moralnej. Tak że to w nich upatrywać będziemy wzorca tego, do czego najmędrszy i najlepszy z ludzi mógłby dążyć. Żadne żądze niskie, żadne zazdrości i chciwości, ni nieczyste pragnienia nie splamią anielskiej potęgi wspaniałych tych stworzeń. Grzech, wstyd, smutek nie będą miały do nich przystępu”. Gdy Butler kreślił te słowa, przypominam, do zbudowania pierwszego komputera zostało prawie 100 lat. Ale ten człowiek, wiedziony jakąś genialną intuicją, niewątpliwie zmieszaną z porywem fantazji, ostrzegał przed zgubnym wpływem na człowieka czegoś, co jeszcze nie istniało, ale jego zdaniem miało zaistnieć właśnie w wyniku ewolucji maszyn. Nie pomylił się. Oczywiście nikt już o nim nie pamięta, że on się nie mylił.
Nie mylił się, jak wszyscy wiemy, od kilku miesięcy możemy korzystać z naprawdę efektywnego SI w rodzaju ChatGPT numer 4. Rozwój tego typu algorytmów postępuje dynamicznie i wielu się zastanawia, jakie przyniesie skutki dla naszego życia. Z tekstu Butlera wynika, że im maszyny będą mądrzejsze, tym ludzie będą niżsi, czyli przede wszystkim głupsi. Czy miał rację? Pierwsze wnioski płynące z analizy działań realizowanych przy pomocy zaawansowanych chatbotów prowadzą do niewesołych wniosków. Ja sobie wynotowałem takie trzy czy też przemyślałem. Wniosek numer jeden: inflacja wytworów kultury. Sztuczne inteligencje umożliwią wielkoskalową, właściwie nieograniczoną produkcję treści tekstowych i graficznych. Myśmy poniekąd też o tym już mówili. Niedługo każdy, kto chce, będzie mógł zadać swojemu chatbotowi napisanie dowolnej liczby powieści.
Tak jak u Rurela, pamiętamy, pisały już automaty. Czy namalowanie setek grafik, to już się dzieje. Jeden z moich kolegów sobie machnął jakąś tam powieść, porobił jakieś tam opisy i ten chatbot numer 4, bo on tam konto sobie wykupił, wypluł mu chyba 600 obrazków w ciągu, no nie pół godziny, bo najwięcej czasu to to promptowanie, czyli to wpisywanie mu zajęło. 600 obrazków wyprodukował chyba w ciągu pięciu godzin jako ilustrację swojej powieści. I to już widać. Internet i wtórnie komercyjny rynek zaleją miliony maszynowych wytworów, standardowych kompilacji o niskiej jakości artystycznej. Żaden twórca człowiek nie sprosta takiej konkurencji, bo to jest po prostu niemożliwe. W rezultacie tej monstrualnej nadprodukcji kultury kultura ulegnie inflacji oraz degradacji, wywłaszczeniu. Padnie ofiarą prawa Kopernika, czyli gorszy pieniądz wypiera lepszy. Tak w skrócie brzmi prawo Kopernika.
Prawa rynku okażą się bezlitosne, bo po co płacić artystom godziwe honoraria, skoro prawie to samo zrobi za grosze maszyna, a ciemny lud, trafnie zdiagnozowany przez pana Kurskiego, to po prostu kupi. Niedługo może się okazać, że stworzona przez ludzi sztuka zostanie zepchnięta do izolowanych enklaw hobbystów, podczas gdy masy będą konsumowały tanie i też jakością schematyczne, wtórne produkty wykreowane przez sztuczną inteligencję, co z pewnością nie rozwinie ich intelektualnie, gdyż rozwija, proszę państwa, kontakt z arcydziełem. Pomijmy tu kwestię, jak przeciętny odbiorca kultury ma się zorientować w takim podstawowym wyborze: co czytać, co oglądać, a co nie, w tym oceanie cyfrowych treści, które już zalewają internet. I to jest jedno zjawisko. Dwa: miliardy nowych fejków. Do tej pory nad tworzeniem fałszywej informacji pracowały tysiące ludzkich trolli, ale przecież efektywna sztuczna inteligencja umożliwi zautomatyzowanie i zwielokrotnienie tego procederu. Można sobie wyobrazić sytuację, ja nie wiem, czy to już nie dzieje, nie mam pełnej świadomości, że przestępcze grupy hakerskie nie będą miały z tym najmniejszego problemu. I powstaje pytanie, jak na przestrzeń informacyjną wpłyną te miliardy fejków, deep fejków produkowanych przez algorytmy. Bez specjalnego wysiłku można sobie wyobrazić wielkoskalowe, bo mniejsze już się przecież zdarzają, wojny informacyjne toczone w sieci przez grupy czy też armie chatbotów stworzonych przez wrogie państwa, korporacje czy organizacje terrorystyczne masowo włamujących się na konta i portale i zalewających je dezinformacją tak dokładnie podrobioną, że nieodróżnialną od informacji. Jak wpłynie na psychikę odbiorcy świadomość, że nie da się odróżnić prawdy od nieprawdy?
Niemożność rozstrzygnięcia dylematu prawda-fałsz prowadzi do dyskomfortu psychicznego, frustracji, wreszcie zaburzeń już teraz dotykających miliony. Nie wiem, czy wiecie, że psychiatrzy, psychoterapeuci, psychologowie już otwartym tekstem mówią, że od 20 do 25%, ja to jeszcze przed pandemią słyszałem, Polaków cierpi na różnego typu zaburzenia osobowości. To nie chodzi tu o twarde choroby psychiatryczne, tylko różnego typu, całą gamę różnych zaburzeń, borderline'ów, nie borderline'ów. Już cały alfabet się zebrał. Dalej może być tylko gorzej. To w zasadniczy sposób wpłynie na losy całych społeczeństw. Już wpływa. Przypomnijmy sobie Brexit i towarzyszącą temu referendum fejkową kampanię. Czy można podejmować dobre, racjonalne decyzje na podstawie sfałszowanych danych? Ludzkość podstawową komunikację przeniosła do sieci komputerowej, by maksymalnie usprawnić dostęp do informacji.
Tylko że uwaga, kompletna brednia też jest jako cyfrowy zapis informacji. To już zauważył Stanisław Lem w opowiadaniu „Profesor Adońta” z lat 70., przywołując przykład zaklęć szamanów. Tam tytułowy profesor przeprowadzał eksperyment udowadniający, że informacja może być masą i karmił komputer IBM informacji. Ale ponieważ nikt nie chciał sfinansować tego eksperymentu poza, uwaga, jednym państwem afrykańskim, któremu on wcisnął, że przy pomocy komputera stworzy superszamana, który będzie im odczyniał uroki i on karmił go zaklęciami szamańskimi, czyli kompletną brednią. Ale jakiś jego kolega asystent mówi: „Ale panie profesorze, przecież nie jest informacją, są brednie”. „Mylisz się” — mówi. W sensie cyfrowym kompletna brednia, to zaklęcie też jest informacją. Dla komputera to jest wszystko jedno. Liczą się tylko bity, bajty i tak dalej. Polecam to opowiadanie.
I właśnie ta teoretyczna informacja w sensie cyfrowym zalewa sieć i umysły użytkowników z niwelującym skutkiem dla ich zdolności poznawczych i decyzyjnych. My tak naprawdę dopiero się z tym zetkniemy. Wspomnicie moje słowa. Tylko niech się te chatboty rozwiną i zostaną wprzęgnięte w wojny informacyjne, niektórzy z was już nie będą chcieli w ogóle wchodzić do internetu. Co teraz jest oczywiście ciężkie do wyobrażenia, ale tak może być. Trzecia uwaga: zanik kreatywności. Nie wiem, czy tutaj moi szlachetni przedmówcy coś o tym mówili na tym słynnym panelu, który był marny, bo mnie tam nie było. Zanik kreatywności. Organ nieużywany zanika. To wiemy z lekcji biologii o teorii ewolucji.
To samo dotyczy umiejętności, które jeśli nie są ćwiczone i rozwijane, ulegają degradacji. To też wiemy. Sztuczna inteligencja wyręcza ludzi przede wszystkim na polu kreatywności. To też wiemy. Czyli podstawowej właściwości ludzkiego umysłu odróżniającej nas od świata zwierząt. Zwierzęta są zasadniczo niekreatywne albo kreatywne na fizjologicznym poziomie. To dzięki umiejętności tworzenia rzeczy i pojęć zbudowaliśmy naszą cywilizację. Teraz tę wyjątkową właściwość cedujemy na maszyny, które będą nas, jeśli nie całkowicie, to w dużym stopniu wyręczać w pisaniu książek, malowaniu obrazów i kręceniu filmów, robieniu wynalazków, leczeniu, uczeniu itd. Czynnik ludzki finalnie zostanie zdegradowany do roli biernego konsumenta maszynowych wytworów. Tworzący coraz mniej lub zgoła nic przedstawiciele gatunku niegdyś sapiens będą ulegali mentalnej degradacji, a ich wpływ na rzeczywistość będzie malał, ponieważ kształtowali świat dzięki swojej kreatywności.
Nieustannie ćwiczyli myśl i rozwijali umysł. Jeśli zostaną tego pozbawieni, ulegną uwstecznieniu, wpadną w różnego rodzaju stany wegetatywne i jako gatunek staniemy w miejscu lub zaczniemy się cofać Jak to opisał w swojej powieści „Planeta małp” Pierre Boulle, gdzie ludzie w cywilizacyjnej hierarchii zamieniają się miejscami z tytułowymi naczelnymi. Znamy tę historię. To logiczne, proszę państwa. Jeśli oddamy myślenie i kreatywność maszynom, ulegniemy dewolucji, uwstecznieniu, czyli odbędziemy wędrówkę ewolucyjną do tyłu. I wrócimy tam, skąd przyszliśmy. Tego właśnie obawiał się Samuel Butler i to w epoce, gdy najbardziej zaawansowaną maszyną był parowóz, co mu nie przeszkadzało pisać w tonie dramatycznym o tych urządzeniach. „Jesteśmy zdania, iż bezzwłocznie winna zostać im wydana wojna na śmierć i życie. Kto dobrze życzy swojej rasie, winien zniszczyć każdą maszynę każdego bądź sortu. Niechaj się nie czyni żadnych wyjątków, nie okazuje litości.
Niechże człowiek zawróci wraz do pierwotnego bytowania swego”. To jest apel Samuela Butlera, przypominam, rok 1866. Niestety, jak na razie wszystko wskazuje na to, że opisany przez Franka Herberta w „Diunie” tak zwany dżihad bulteriański, właśnie od tego Butlera, czyli totalna eliminacyjna wojna przeciw inteligentnym maszynom nam nie grozi. Google, Meta i Microsoft nie pozwolą. Co dalej? Zawsze jest jakieś dalej, proszę państwa. Dalej? Dalej to jest fajnie być głupim. Taki mam tu podtytuł: „Fajnie być głupim”. W widowisku telewizyjnym Stanisława Lema zatytułowanym „Wyprawa profesora Tarentogi” – polecam – jedna z postaci tak zachwala bohaterowi urządzenie, uwaga, zmniejszające inteligencję.
Profesor Tarentog wylądował na planecie, gdzie ludzie chcą być teoretycznie bardzo inteligentni i opracowali sobie takie hełmy zwiększające inteligencję i tam sobie różne wkładki. Trzeba było oczywiście kupić odpowiednią wkładkę i jak ktoś był bardzo bogaty, to mógł sobie tych wkładek nawkładać do tego hełmu i ten hełm mu tak rasował mózg, że był jak Stuhmstein. Ale uwaga! Pojawiły się na rynku i zaczynały zdobywać coraz większą popularność wkładki o działaniu wręcz przeciwnym, zmniejszające inteligencję. Czyli ktoś kupował sobie wkładkę, wsuwał i był głupi.
[01:03:41] - One mają zwiększać, ale wszyscy używają zmniejszających.
[01:03:44] - Ja wiem, Staniewski, że ty czytałeś ten tekst. I jak to tłumaczy profesorowi Tarentog jeden z tubylców, skądinąd całkiem mądry człowiek: „Idiota jest według pana ubogi duchem? Proszę pana, jego dusza to rajski ogród. Tyle że wstęp do tego ogrodu nie kosztuje ani złamanego szeląga. Wiele się musi namęczyć człowiek inteligentny, nim znajdzie książkę, która go zaspokoi, sztukę, która wypełni jego olbrzymie wymagania, kobietę, której duch i ciało staną na pożądanej przezeń wysokości”. Zgadzam się. „Idiota natomiast nie jest wybredny. Idiocie wystarczy byle co, żeby się rozfalował ocean jego wzruszeń. Dlatego, proszę pana, idiota ma wszystkiego w bród. Człowiek inteligentny tylko by grymasił, ulepszał, poprawiał.
A to nie tak, a tamto niedobre, a idiota jest zadowolony, łaskawy pani”. Tak to mówi. Proszę państwa, święta prawda. Naprawdę ten len był geniuszem. Tak to właśnie, szczerze aż do bólu, science fiction przewrotnie podkreślając zalety umysłowego prostactwa, zarazem tłumaczy tę osobliwą harmonię, jaka najpewniej zapanuje między coraz bardziej zaawansowaną sztuczną inteligencją a głupiejącym rodzajem ludzkim. Te dwie tendencje po prostu kompensująco nakładają się na siebie. Z jednej strony systematycznie ulegająca deintelektualizacji ludzkość, z drugiej maszyny produkujące dla tych, w cudzysłowie, idiotów wytwory niskiego lotu, łatwe w konsumpcji, z których są zadowoleni. Myślenie to, proszę państwa, czynność bolesna, trudna, wprowadzająca w psychiczny dyskomfort. To potworny mozg i dręczenie zwojów mózgowych. Dlatego nie bez powodu mówi się o tak zwanych twórczych mękach.
Jak słusznie zauważyłem, człowiek myślący jest krytycznie nastawiony do rzeczywistości, co mu życia nie uprzyjemnia, a jakby wręcz przeciwnie. Ja o tym przecież wiem doskonale. Osobnik nie tak rozwinięty umysłowo ma mniejsze oczekiwania, zadowoli się byle czym, na przykład romantyczną komedią zamiast dramatem Szekspira. Zatem łatwiej będzie szczęśliwy. Jego radosna bezmyślność to idealne pole do popisu dla sztucznej inteligencji i jej standardowych wytworów. W ten sposób domyka się rynkowy schemat popytu i podaży. Obie strony korzystają, a życie staje się coraz fajniejsze. To już oczywiste, że myślenie nie ma przyszłości. Właściwie ani ludzkie, ani maszynowe. Myślenie nie ma przyszłości, proszę państwa.
No i co będzie dalej? No tak, będzie koniec referatu. I koniec ludzkości. Żeby nikt nie myślał, że ja spuściłem stąd. Taka piękna niedziela, a tak wam schwaszczyliśmy. Jestem szczęśliwy. Właśnie. Teoria tak zwanego okna kontaktu mówi o tym, że w dziejach wszechświata zdarzają się takie okresy, gdy dwie odległe i wystarczająco zaawansowane cywilizacje są w stanie powiadomić się o swoim istnieniu. To sformułował swego czasu Stanisław Lem, zarazem zaznaczając, że tego rodzaju przedsięwzięcie ma małe szanse na sukces, ponieważ każda cywilizacja rozwija się w określonym cyklu od narodzin przez apogeum ku schyłkowi i zanikowi. A aby otwierać sygnał, musi być na odpowiednim poziomie technologicznym.
Ten odcinek czasowy nie trwa zwykle długo, na pewno nie w nieskończoność, ponieważ ostatecznie każda kultura popada w regres, traci swój dorobek naukowy i nie jest zdolna do odebrania sygnału. Cywilizacja się kończy, a okno zamyka się poniekąd jak wieko trumny. Lem porównywał to do dwóch ludzi mieszkających naprzeciwko w blokach. I żeby ci ludzie się mogli ujrzeć i porozmawiać, to każdy musi otworzyć okno i przez ulicę wymienić informacje. A jeżeli te okna będą zamknięte, przynajmniej jedno, to do wymiany informacji nie dojdzie. W dziejach każdej cywilizacji jest takie okno, które się otwiera i wtedy można wysłać informację, a potem zamyka i możliwości informacyjnej nie ma. I cały widz polega na tym, żeby dwie cywilizacje stanęły naprzeciwko siebie w tych otwartych oknach, co jest bardzo trudne, ponieważ, jak wiadomo, wszechświat liczy miliardy lat i nie ma żadnej gwarancji, że dwie cywilizacje będą się rozwijać. One muszą powstać mniej więcej w tym samym okresie i rozwijać się w tym samym tempie, żeby ten kontakt nastąpił. W związku z powyższym zdaniem Lema prawdopodobnie nigdy z nikim się nie dogadamy, bo nawet jeśli ktoś tam gdzieś był, to miliard lat temu i okno się już dawno zamknęło i oni dawno się zamienili w gaz kosmiczny. Ja użyłem tej teorii do uświadomienia szanownym zgromadzonym, że wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje, że obecnie stoimy właśnie w takim zamykającym się oknie, że my właśnie jesteśmy tą cywilizacją, której okno się zamyka.
Co chyba nie wszyscy przyjmują do wiadomości. I nie tylko nie doczekamy się kontaktu z obcymi, ale i sami przestaniemy istnieć, bo tak to u Lema wygląda. Okno się zamyka, bo cywilizacja przestaje istnieć. Uwaga, tym razem koniec cywilizacji nie będzie miał wymiaru lokalnego, jak na przykład to było w przypadku starożytnego Sumeru, Egiptu czy Babilonu, ale globalny. Jesteśmy cywilizacją globalną i tym razem dobiegniemy kresu jako struktura planetarna, globalna, powszechna. Będziemy zniszczeni przez dwie potężne, wzajemne, synchronizowane, kroczące, czyli stopniowe apokalipsy. Ekokalipsę, to jest też mój termin, czyli katastrofę, apokalipsę ekologiczną oraz katastrofę tytułową apokalipsę intelektu. I ja wymyśliłem termin intekalipsa. A może nie wymyśliłem. Nie sprawdzałem w Googlach, czy ktoś to wymyślił, ale jakby co, to pamiętajcie to ja.
Ekokalipsa na pewno ja. Szukałem w Googlach, nie ma takiego terminu jeszcze. I proszę państwa, z tej ekokalipsy i intekalipsy to my się nie wyrwiemy. One są jak mocarne kleszcze, które nas będą miażdżyły z dwóch stron w synchronizacji pełnej i jak one się zebrą, to nasze okno się zamknie, a my pójdziemy w gaz planetarny. I wreszcie będzie nam chłodno, bo jak wiadomo, w przestrzeni kosmicznej jest -273 stopni Celsjusza, czyli zero Kelwina. Jest tu jakiś fizyk? Dobrze pamiętam? Staniewski, dobrze pamiętam? Dobrze.
[01:11:42] - Ale twoje przemówienie jest wstrętnie ateistyczne i nie rozumiesz, że nasze życie-
[01:11:47] - Staniewski, za chwilę pytania. Za chwilę będzie twoje zbędne pytanie. Kornbluth, już zmierzamy, Andre. Czyli myśl ostatnia, ponura, podsumowująca. Kornbluth, pisząc o topniejącej grupce geniuszy próbujących ratować głupiejącą ludzkość, stwierdza: „Ponadnormalni, czyli właśnie ci superinteligentni, musieli w końcu przekroczyć kiedyś most prowadzący w niewyd. Byli już na wiadukcie i kres bezlitośnie nadchodził.” Zupełnie jak my, proszę państwa. Koniec i bomba, kto słuchał ten trąba. Mamy pięć minut. Możesz zadać swoje niepotrzebne pytanie, Staniewski.
[01:12:42] - Ja mam jedno pytanie.
[01:12:43] - Proszę.
[01:12:44] - Jedno zdanie optymistyczne na koniec.
[01:12:46] - W życiu!
[01:12:49] - Uwaga! Twoje rozumowanie jest wstrętnie ateistyczne, ponieważ nie traktujesz naszego doczesnego życia jako znaczącego fragmentu szerszej egzystencji.
[01:13:02] - Jakiej egzystencji szerszej?
[01:13:04] - Nie będę wskazywał. Znajdziesz to łatwo w literaturze. Wszystkie religie o tym mówią.
[01:13:15] - Przepraszam, posłużę się literaturą piękną i przypomnę moje ulubione zdanie z „Hamleta” Wiliama Szekspira, którego już nikt nie będzie oglądał, bo wystarczą mu polskie komedie romantyczne. „Powiadasz zatem, że będzie życie po śmierci. Będziemy tam istnieć. Okno się zamknie, ale my tam będziemy bujać razem z aniołami, a niektórzy pójdą do piekła jak na przykład ja. Może nawet wolę”. Ale Hamlet zauważył w którymś momencie, że śmierć to jest taka kraina, z której nie wrócił żaden podróżny. I te wszystkie twoje religie to jest przecież konfabulacja i stek bredni. Nie ma żadnego dowodu, że to, co oni mówią, ma cokolwiek wspólnego z prawdą, co oczywiście nie ma też żadnego znaczenia, ponieważ religia nie jest po to, żeby udowadniać prawdę. Religia jest po to, żeby ludzie w nią wierzyli, żeby im się lepiej żyło.
[01:14:23] - Hamlet w momencie, gdy się zabija, polega na tym, że dokładnie wynika, że on nie wiedział, co będzie po śmierci i dlatego właśnie się waha. „Whether 'tis nobler in the mind to suffer”
[01:14:40] - W tym zdaniu, które przytoczyłem, Hamlet podał jeden zasadniczy powód, dlaczego gadanie o życiu pośmiertnym jest to jeden wielki pic na wodę. Po prostu.
[01:14:54] - No dobra, to jest cywilizacja. Czy jest tego na obwał staga to jest cywilizacja.
[01:15:01] - Chyba się z tobą zgodzi. On jak patrza na koniec życia uważał, że to wszystko jest bez sensu i że ludzie to banda idiotów, którzy jeśli będą mogli zrobić coś głupiego, idiotycznego, to prędzej czy później to zrobią. I na to wygląda. Robimy rzeczy najgłupsze i najbardziej możliwe. Teraz przywódcy naszego wielkiego narodu z wicepremierem. Myślałem, że on będzie tylko od spraw bezpieczeństwa. Okazuje się, że on jest od spraw wszystkich. Jest od całego kosmosu. Siedział i płakał, że Bełchatów będzie do końca życia będzie bronił, mam nadzieję.
[01:15:31] - Nie Bełchatów, Turowa.
[01:15:33] - Turowa, przepraszam. To ta sama kategoria przemysłu co Bełchatów. Przecież i tu dym, i tu dym, i tam spalanie, i tam spalanie. I oczywiście będziemy pompować tony czy setki tysięcy ton dwutlenku węgla i pyłu do atmosfery, powiększając ekokalipsę, która nas wykańcza. Ale ja rozumiem, jak ktoś stoi już nad grobem i ma te czy za pięć lat, kiedy będzie wąchał być może kwiatki od spodu, to będzie tutaj plus 40 czy minus 40 w styczniu i ma to już gdzieś. Ale proszę państwa, niektórzy z was mają dzieci, a niektórzy nawet wnuki. Jaki świat im przygotowaliśmy? W co my ich pchamy? Powiem szczerze, lepiej już chyba się stoczyć do poziomu tego idioty, ponieważ ta myśl jest naprawdę przerażająca. Mrozi po prostu krzyże, a nawet cojones zmrozi, jak człowiek się tak dobrze nad tym zastanowi.
[01:16:37] - Ale czy nie szkoda tak wybitnych jednostek jak ty, jak upadnie cywilizacja?
[01:16:43] - Gdzie?
[01:16:44] - Na Grenlandii.
[01:16:45] - Proszę pana, Grenlandii nie będzie. Grenlandia się rozpadnie. Najnowsze prognozy pokazują, że zostanie jakiś kawałeczek najniżej pingwina. Nie będziesz miał żadnej Grenlandii. Będziesz miał, proszę pana, zielone bona. Banany tam będą rosły.
[01:16:59] - Tragedia będzie w Polsce jedna.
[01:17:02] - W swojej najnowszej powieści, którą mam nadzieję, Sonecko wyda już jesienią. Chcemy taki szybki program zastosować. Opisuje Warszawę, w której już nie ma plastikowej palmy na rondzie de Gaulle'a, tylko jest prawdziwa palma na rondzie de Gaulle'a, specjalnie podlewana z ukazu Rady Miasta. Rosną na niej prawdziwe banany jakieś tam. I te banany teoretycznie są dla warszawskiego zoo, a tak naprawdę to skrycie się nimi zażera Rada miasta z prezydentem na czele.
[01:17:32] - A ja mogę jedno przemyślenie odnośnie do tematu? Uważam, że ta cała idea zdebilnienia jest nomen omen głupia.
[01:17:40] - Cisza. Proszę głośniej.
[01:17:43] - Okej.
[01:17:44] - Zaraz musimy zniknąć.
[01:17:53] - No więc tak. Chciałem powiedzieć tylko, że ta cała idea zdebilnienia wydaje mi się nomen omen głupia, ponieważ jeśli cały czas debilnijemy, to musimy wyjść z założenia, że kiedy robiliśmy przeskok od małp, to wszystkie były inteligentne. Także jest mało wiarygodny przeskok nagle z małpy wiszącej na drzewie do intelektualisty, który potem-
[01:18:13] - Jak małpie dać internet, to nigdy by nie została inteligentna, proszę pana.
[01:18:16] - Który potem musi się degradować albo przynajmniej połowa z nich była inteligentna. Poza tym nawet te badania, które przytaczałeś, że zdobywaliśmy intelekt, a potem go trochę tracimy, pokazuje chyba najlepiej, że intelekt jest w pewnym sensie falą albo umiejętnością, a nie czymś przerośniętym. I to technologia sprzyja bądź nie sprzyja jego rozwojowi. Kolejna sprawa jest taka, że mówię do ciebie przez mikrofon.
[01:18:40] - Słyszałeś o tak zwanej powracającej fali? To żart. Zjawiska falowe mają to do siebie, że się powtarzają. Fala się odbija, tylko że w którymś momencie wygasa. To nie jest tak, że się odbija w nieskończoność. Jest zjawisko wygaśnięcia fali i potem co masz pan? Płaskie jezioro. Pan sobie rzuci kamyczek do środka jeziora i obserwuje efekt falowy i w tym momencie sprawdzi efekt wygaśnięcia.
[01:19:04] - Ale jest to pewna natura rzeczy. Nie ma nic, co trwa wiecznie, prawda?
[01:19:08] - A czy ja mówię, że ludzkość ma trwać wiecznie? To pan tak mówi.
[01:19:11] - Nie, ja nie mówię, że ma trwać wiecznie.
[01:19:12] - Nie jest mądra. Nie musi, głupia.
[01:19:14] - Ale najlepszym dla mnie przykładem, już wzmacniającym to albo podsumowującym jest to, że mówię do ciebie przez mikrofon. Mamy komputer, masz to wydrukowane. Jeździsz samochodem z tysiącem podzespołów. To zdebilnienie jest jakieś takie mało mierzalne, nie?
[01:19:29] - Proszę pana. Człowiek, który stoi na skraju przepaści, to on jest teoretycznie jeszcze jak najbardziej żywy.
[01:19:38] - Jacek, mikrofon. Mikrofon masz ruchomy.
[01:19:40] - Głos mi chyba wrócił. Teoretycznie i praktycznie jest jak najbardziej żywy. Tylko że jeżeli uczyni ten krok i zacznie spadać, to on ciągle jest teoretycznie i praktycznie jak najbardziej żywy. Ale my wiemy, że za 15 sekund będzie z niego krwawy farsz i już będzie teoretycznie i praktycznie jak najbardziej martwy. My, proszę pana, jesteśmy w tej sytuacji, czego pan jako człowiek młody, niedoświadczony-
[01:20:03] - Przecież nadal jestem
[01:20:04] - ... z głębi perspektywy minionych lat, doświadczonych, przeczytanych książek, przemyślanych teorii i idei tego może nie widzi, że my jesteśmy jak ten człowiek, który już zrobił krok. Tam trzyma się jeszcze jedną stopą. Myśli, że jest wszystko fajnie, ptaszki śpiewają, wiaterek wieje, a tak naprawdę on za sekundę już będzie leciał. Z tym że przed tą sekundą on jest ciągle jeszcze full and happy wszystkiego. Kwestia widzenia świata w perspektywie rozwojowej, procesy się kończą i wygaszają. To nie jest continuum nieskończone. To jest spirala, która nam się będzie rozwijała. Kończą się zasoby naszej planety. Wichłan, ty wiesz wszystko o migdałkach, a na pewno nie wiesz, że gdybyś ty i osiem miliardów ludzi chciało żyć na poziomie takim jak przeciętny mieszkaniec Szwajcarii, to trzeba by do uzyskania tego poziomu życia zużyć - tu są różne, naukowcy też nie wywyższają, ale liczą tak, że od ośmiu i pół do jedenastu planet typu Ziemia, czyli Ziemi.
[01:21:15] - I co z tego wynika?
[01:21:17] - A co z tego wynika? Że nasze zasoby się kończą i czeka nas tylko i wyłącznie regres.
[01:21:24] - Chciałbym skrytykować pewną rzecz, którą powiedziałeś mi mimochodem. Nie pamiętam dokładnie, jak wyraziłeś się o zwierzętach. Odsyłam cię do książki Johna Graya, która się nazywa, wybaczcie mi złą wymowę angielską, „Feline filozof”. Z tej niewątpliwie wynika, że najwyższą taką filozofię, najbardziej logiczną i najbardziej, powiedzmy, celową wytworzyły koty. Całkowicie się z tym zgadzam i widzę koty jako następców ludzkości na tym padole.
[01:22:04] - Tak jest, masz rację. Ty i Sapkowski jesteście bardzo do kotów podobni. Proszę państwa, muszę zamknąć salę. Już jest za dwie minuty, przyjdzie kolejny geniusz i was będzie tu oświecał. Dziękuję za udział i nie przepraszam, że spasiłem wam tę piękną niedzielę. Nie przepraszam.
[01:22:32] - Proszę państwa, nie wiem, czy Jacek Inglot poprawił państwu humor. Nie poprawi mimo wszystko. Weźcie państwo pod uwagę, że Jacek Inglot, ja go nazywam perfekcyjnym prowokatorem. To jest człowiek, który - tak, właśnie, to chyba najlepsze określenie - perfekcyjnie sprowokuje państwa do polemiki i to będzie rzecz, która najbardziej go ubawi, która najbardziej go usatysfakcjonuje. Mam czasami wrażenie, że Jacek Inglot głównym celem, poza twórczością oczywiście literacką, to głównym celem Jacka jest sprowokowanie jak największych mas ludzi do tego, żeby się poczuły zagotowane, żeby stanowczo zaprotestowały przeciwko temu, co Jacek mówi. Myślę, że mu się to bardzo często udaje. Proszę państwa, teraz czas na „Filmotekarium”. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o filmie „Duchy w Wenecji”. Państwo zauważą, że kiedy rozmawiamy, dochodzimy do wniosku, że istnieje jeszcze jeden film, właściwie serial, ale odcinek serialu o Herkulesie Poirot, na podstawie którego nakręcono. Jak zwykle pomieszałem.
Chodzi o to, że istnieje książka Agathy Christie, która nosi tytuł „Wigilia wszystkich świętych”. Trzon scenariusza „Duchów w Wenecji” stanowi właśnie ta powieść. Z tym że autorzy filmu mocno, właściwie gigantycznie, ten scenariusz odbiega od pierwowzoru literackiego. Ja się odgrażałem w czasie rozmowy z Piotrem, która była nagrywana nieco wcześniej, że obejrzę serial z Herkulesem Poirot, ten odcinek, który nawiązuje bezpośrednio do dzieła literackiego, bo ten serial angielski, chyba angielsko-amerykański miał tę zasadniczą zaletę, że bardzo wiernie odtwarzał powieści autorki Agathy Christie. Więc obejrzałem, już zdążyłem obejrzeć i powiem państwu: to, o czym będziemy dzisiaj rozmawiali, czyli film „Duchy w Wenecji” i oryginał to są dwie absolutnie inne opowieści. Cóż, zatem wszystko, co złe, to wynik pracy Pracy ludzi od filmu. Wszystko, co dobre, to wynik pracy autorki, przypomnę Agathy Christie. A zatem posłuchajcie państwo naszej rozmowy. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:25:52] - Dzień dobry wieczór Marku. Jak ci się podobał film?
[01:25:56] - Podobał, bo ja lubię klasykę kryminału. To było takie nawiązanie do klasyki, do powieści Agathy Christie, a więc trudno o bardziej klasyczną klasykę. Z tym, że oczywiście twórczo ten film przez reżysera został przerobiony. Jednak nawiązanie do klasyki gatunku. Co więcej, pojawia się tam postać wzorowana wręcz, tak mi się przynajmniej wydaje, na samej Agacie Christie.
[01:26:33] - Tak. W dzisiejszym Filmotekarium obchodzimy urodziny, bo powiem ci nie liczyłem, ale na pewno nam stuknął rok, a to oznacza, że mamy za sobą około 50 audycji, bo chyba robiliśmy sobie małe przerwy. W ciągu tego roku poznaliście pewnie nasze filmowe gusta. To po pierwsze. Po drugie wiecie, co nam się nie podoba i może też zachęciliśmy was do sięgnięcia po niektóre filmy. A w dzisiejszym odcinku kontynuujemy przegląd nowości filmowych, biorąc na tapet „Duchy w Wenecji". W oryginale się to nazywa „Haunting in Venice", czyli to jest film, jak powiedziałeś Marku, z serii legendarnej o legendarnym Herkulesie. I nie jest to Herkules Kevin Sorbo, tylko Herkules Poirot. Rzecz się dzieje w roku 1947 w Wenecji, gdzie wspomniany detektyw kryje się przed światem na emeryturze. I nagle go odnajduje dawna znajoma, która jak się okazuje, ma do rozwiązania nie lada zagadkę.
Marku, nie wiem, od czego my zaczniemy. Czy od opisu tego, co się tam działo, czy od takiego małego wtrętu: czy to jest w ogóle Poirot, czy to jest jakaś hybryda? Bo dotarłeś do ciekawych informacji związanych z wcześniejszą ekranizacją w sumie tego samego dzieła. To jest chyba źle powiedziane, bo „Duchy w Wenecji" nie są w 100% oparte na oryginale Agathy Christie. Natomiast kiedy sięgniemy do bardzo popularnego serialu, który był ekranizacją przygód Poirot, znajdziemy ten sam wątek, te same postaci, tylko w zupełnie innej scenerii. Na pewno nie w Wenecji.
[01:28:19] - To prawda. Opowiadanie czy właściwie nowela. Powiem tak: Agatha Christie nie pisała sążnistych tomów. To były na ogół nowele. Zresztą Anglosasi mają troszeczkę inny podział, jeśli chodzi o utwory, o ich jakość, długość i tak dalej. W każdym razie książka nosiła tytuł „Wigilia wszystkich świętych". To po polsku. Po angielsku, Piotrze, poratuj, „Halloween Party" chyba, o ile dobrze pamiętam.
[01:28:57] - Tak się nazywał odcinek serialu, natomiast nie wiem, jak się nazywał literacki pierwowzór.
[01:29:07] - Właśnie tak się nazywał. „Wigilia wszystkich świętych". Po polsku.
[01:29:13] - Tak. To jest to samo w sumie, tylko chyba bardziej zbliżone do oryginału. Rzecz się nie dzieje w Wenecji, tylko się dzieje w Wielkiej Brytanii. Także tutaj już mamy pewną różnicę. Różnicę znaczącą, która powiem ci, trochę mnie uderzyła w oczy. Z jakiego powodu? Mamy rok 1947, mamy Wenecję i zamiast karnawału, wiadomo, że to nie karnawał, bo to nie ta pora, ale mamy w Wenecji Halloween. Powiem ci, że okej, próbowali to jakoś wytłumaczyć, że to Amerykanie im przywieźli to Halloween, nagle się wszyscy bawią i ten Poirot w Wenecji siedzi i idzie na przyjęcie halloweenowe i tam się wszystko zaczyna. Powiem ci, że tak trochę mnie to, nie wiem, na samym początku już.
[01:30:04] - Ja powiem w ogóle, że ja nie do końca wiem, po co się kręci tego rodzaju filmy. Wolnoć Tomku w swoim domku, wszystko można, ale zastanawiam się nad sensem. To znaczy kręcimy klasykę, w dodatku w klasycznych okolicznościach przyrody, czyli mniej więcej jak sobie Agatha Christie to wyobrażała, to sobie kręcimy, tylko że zupełnie w innym miejscu. Bo Herkules Poirot miał taką cechę, że większość, aczkolwiek nie wszystkie, bo pamiętacie państwo różne sprawy dziejące się na przykład w Egipcie, w Orient Expressie, ale generalnie Herkules Poirot, jak już sobie osiadł w tej Wielkiej Brytanii, notabene nie był przecież Brytyjczykiem, tylko o ile dobrze pamiętam Belgiem, ale tu proszę mnie sprawdzić, bo może mi coś w pamięci szwankować. W każdym razie Herkules Poirot raczej siedział w Wielkiej Brytanii głównie i tam tych przestępców rozmaitych znajdował. Więc mamy ten odcinek z tej chyba najgłośniejszej serii, której bodajże 70 odcinków się pojawiło. Serii, którą możecie państwo do dzisiaj oglądać. Któraś z telewizji namiętnie puszcza te kolejne odcinki. To jest zresztą dobrze zrobiony serial Dobrze tu wyjaśnię to słowo, co rozumiem, bardzo wiernie nawiązujący do książek. Do tego stopnia, że kiedy obejrzałem sobie ten film, o którym dzisiaj rozmawiamy, ten z Wenecji, to zapragnąłem obejrzeć, nazwijmy to oryginał, a w każdym razie odcinek nawiązujący do oryginału, bo rzeczywiście one są bardzo wierne, a akurat go nie widziałem i teraz będę pracowicie poszukiwał tego odcinka, żeby skonfrontować, jak zrobili to tamci ludzie od filmu.
A tutaj mamy właśnie film, który się dzieje w Wenecji. Ja nawet się zastanawiałem, bo tam jest taki moment, kiedy oni schodzą do piwnicy. Niby pada słowo, że w tym domu nie ma piwnicy, ale zaraz potem oni gdzieś tam jednak schodzą. Nie wiem, nigdy nie byłem w Wenecji, aż może się wstyd przyznać, ale nie byłem. I ja nie wiem, czy te domy, które sobie tam stoją, właściwie trudno powiedzieć, że pływają, ale pośród wody sobie stoją, to czy one mogą mieć piwnicę, czy nie mogą? Wiem, zajmuję się pierdołami i ktoś mi to zaraz wytknie i będzie miał rację. Natomiast ja się zastanawiam, po co to się dzieje w Wenecji, w jakim celu dzieje się to w Wenecji? Czy to miało dać jakiś nastrój specjalny, czy co w ogóle tak naprawdę? I tego nie mogę rozszyfrować. Natomiast film później, w pewnym momencie zaczyna się toczyć dosyć klasycznie.
Oczywiście mamy jakieś nawiązania do duchów, ale to myślę, Agatha Christie robiła po to, żeby podgrzać atmosferę. Natomiast do jakichś takich spirytystycznych spraw nawiązanie, ale oczywiście wyjaśnienie mamy bardzo takie mocno stąpające po ziemi, nieodwołujące się do paranormalności. No i cóż, nie wiem. Mam takie wrażenie, że te przenosiny do Wenecji nie służyły niczemu innemu, tylko udziwnieniu tego filmu. Zresztą jeśli wierzyć, a muszę to na razie zrobić, różnego rodzaju recenzjom, to ten film poza głównymi wątkami mocno odchodzi, już pomijam samą Wenecję, ale w drobiazgach mocno odchodzi od oryginału. Także nie wiem. Sam film owszem, łyknąłem go gładko, nie będę narzekał dzisiaj, jeśli o samą fabułę chodzi. Specjalnie mocno nie będę narzekał, ale generalnie jestem zadowolony. A i tak obejrzę odcinek serialu.
[01:34:34] - No właśnie, z tą Wenecją to tam było tak, że powiem ci, tak trochę jak kwiatek do kożucha. Kwiatek do kożucha Poirota. Chociaż on nie chodził w kożuchu. Nie wiem, może ja jestem taki już, że na mnie w ogóle nie robi to wrażenia. Uważam, że tam jest brzydko i nie ma to żadnego klimatu. Nie buduje to klimatu, nie buduje to w ogóle klimatu tajemnicy. Chyba że ktoś jest miłośnikiem Wenecji, jest obtrzaskany z legendami. Jest taka legenda o Pałacu Sadario, najbardziej nawiedzonym w tym mieście i ja się spodziewam, że to zostało troszeczkę osnute, o ten wątek. No ale dobrze. Co tam się dzieje?
Mamy Poirota, który siedzi na emeryturze. W sumie nic nie robi. Ludzie czekają pod jego oknami, żeby zajął się ich sprawami. On nie chce. Ma swojego bodyguarda. I nagle go odwiedza dawna znajoma. No i tutaj wam nie za dużo możemy powiedzieć, bo popsulibyśmy, ale okazuje się, że jest zorganizowany seans spirytystyczny w domu, gdzie doszło do nieciekawego wydarzenia. I potem się trup ściele gęsto. Ale skąd duchy? Okazuje się, że ten dom jest przeklęty, że tam się działy bardzo nieciekawe rzeczy.
I sam Poirot zaczyna doświadczać wizji, zjawi, fantomów, co do których jest początkowo bardzo sceptyczny. Tam mamy też zaproszone medium spirytystyczne, ale to jak mówię, musimy być bardzo oszczędni w mówieniu, co się tam dzieje. Powiem ci tak: ponieważ jest to film wiadomo z kim i wiadomo, jak on się będzie toczył, to po pewnym momencie nas zaczyna nie zaskakiwać, że oni tam się zamykają w tym domu i próbuje się wytypować mordercę tak naprawdę.
[01:36:33] - No tak, jest klasycznie pod tym względem, jeśli chodzi o Agathę Christie.
[01:36:38] - Tak. I muszę powiedzieć, że pod koniec ta zagadka, ta intryga w tym filmie zaczyna tak trochę zawodzić. Wiesz, zaczynamy sobie zadawać pytanie, co tam się w ogóle odpierniczyło? I już nie chodzi o samą Wenecję, ale o co im w ogóle chodziło? Po co to wszystko było? Ta koronkowa akcja, która jest nam tam przedstawiana, ona się koniec końców okazuje nieco rozczarowująca. Może nie tak bardzo emocjonuje, jak w innych filmach, nie tylko z udziałem Poirot, ale mnie to ani nie ziąbiło, ani nie parzyło. I podobnie jest z postaciami, bo jak sobie przeglądałem recenzje, to tam zarzucono w kilku przypadkach bardzo takie płaskie przedstawienie postaci, które są jednocześnie bardzo wyraziste, bo każda z nich jest mocno nacechowana. Każdą możemy bardzo starannie opisać, czym się charakteryzuje i tak dalej. Jednakże powiem ci, że jakoś nie przywiązuję się do tych postaci uwagi.
Nawet ten Poirot jest dla mnie jakiś taki obojętny, nie wiem, bo to Kenneth Branagh go gra, ale taki smutny Frodo. Siedzi, nic go nie cieszy, trochę se połazi. Powiem ci, że to było apatyczne to wszystko bardzo. Zresztą tam mamy inne postaci, które są w tym filmie, ale tak w sumie nic by się nie stało, jakby ich nie było. I tam mamy pewnego lekarza. Absolutna mimoza, człowiek, który nie wiadomo po co w tym filmie jest. Mamy postaci cygańskich dzieci, z których jedno jest białe. Można się domyślić czemu i to wyjaśnienie będzie, jak to się mówi, niepoprawne politycznie. Nie będziemy o tym wspominać. Mamy postać wspomnianego medium spirytystycznego.
Także wiesz, koniec końców, jeżeli idzie o wykonanie, to ten film jest dobrze zrobiony, fajnie się to ogląda. Czy jest radość z tego oglądania? Średnio. Ja bym do tego filmu już nie wrócił. Myślę, jakie ci pytanie zadać. Zadam takie-
[01:38:48] - Ja sobie sam najpierw zadam pierwsze pytanie. Powiem ci tak: nie dziwcie się państwo i ty się też, Piotrze, nie dziw, że ja, nie znając literackiego oryginału, bo akurat wierzcie mi państwo, Agatha Christie tych powieści napisała łącznie coś koło setki albo chyba przekroczyła. Nie pamiętam dokładnie. Tego na hektary można mierzyć. Napisała tego sporo. Nie wszystkie znam. Akurat tego oryginału w sensie literackim nie znam i nie dziwcie się państwo, bo w sumie mogę się podpisać pod wszystkim, co powiedział przed chwilą Piotr. Nie dziwcie się państwo, że taką głęboką potrzebę mam obejrzenia tego filmu serialowego, tego odcinka serialu, ponieważ tak jak powiedziałem, tam te epizody robione są bardzo wiernie i mnie zastanawia, czy to Agatha Christie popełniła jakiś błąd i gdzieś wlazła na minę, czy też wpadła na rafę i w związku z tym fabuła kryminalna jej wyszła tak sobie. Ona nie jest zła, ale mogłaby być lepsza. Czy też ludzie, którzy przy tym filmie grzebali w związku z tymi wszystkimi swoimi wygibasami, przenosinami do Wenecji i w ogóle całym tym fiku-miku, które zrobili, oni zmuszeni byli w jakiś sposób ingerować w dzieło Agathy Christie do tego stopnia, że sama intryga kryminalna na tym tak naprawdę ucierpiała.
To jest zagadka na miarę właśnie zagadki kryminalnej à la Agatha Christie. Ja będę musiał do tego dojść i na pewno ten odcinek serialu obejrzę. Już teraz to się czuję wręcz zobowiązany. Ale tak jest. Ja po prostu ufam w talent Agathy Christie. Ona może nie była pisarką, która zachwycała stylem, ale zachwycała tkaniem intryg. I oczywiście, tak jak się niektórzy nabijają z jej twórczości, że ona to pisała takie kryminały, gdzie złocistymi szczypczykami ktoś wrzucał podwójnie albo potrójnie przefiltrowaną strychninę czy cyjanek do srebrzystego kubka. Wiecie państwo, to tak mniej więcej wyglądało. Te kryminały, te powieści działy się na ogół w wyższych sferach. Zawsze jakoś tak, wiecie państwo, w sposób dystyngowany się to wszystko odbywało.
Szczególnie w tych kryminałach z Herkulesem Poirot. U panny Marple czasami było troszkę ludu, troszkę ludu pojawiało się na horyzoncie, chociaż i dwory jak najbardziej. W związku z tym ja jako chyba miłośnik starego kryminału również czuję się w obowiązku. A teraz, Piotrze, czekam na twoje pytanie.
[01:42:05] - Ja ci powiem tyle, że ja tam zajrzałem do streszczenia tego odcinka i jest rzeczywiście mocno inaczej. To znaczy, jeżeli przyjmiemy, że jest ten serial odwzorowaniem, a chodzi o ten serial z Davidem Suchetem, który jak mówił Marek, jest emitowany w Telewizji Polskiej regularnie, bo były też inne Poiroty. Ja pamiętam na przykład Petera Ustinova bardzo dobrze zapamiętałem, bo taki grubiutki był, dość sympatyczny. Kazimierza Pawlaka mi przypominał w tych rolach, ale dobra. I powiem ci, że się różni. Różni się mocno. I może te wszystkie niedociągnięcia, o których mówimy, wynikają z tego, że oni poprzestawiali kluczowe elementy w taki sposób, że wyszło trochę koślawie. No ale dobra, zapytam cię o to, bo pewnie też przeglądnąłeś tych Poirotów sporo. Jak ci się podobał Kenneth Branagh w roli detektywa? Bo jak mówię, ja najbardziej zapamiętam Sucheta, Ustinova, a Branagh, chociaż świetny aktor, to wypada blado.
Nie wiem, co mi tam nie zagrało. Powiem ci, że nie ma takiej emocji, nie ma takiej iskry, która w tamtych Poirotach była. Nie masz takiego wrażenia?
[01:43:29] - Mam.
[01:43:30] - Postaciom tego kalibru powinny towarzyszyć takie cierpki, jakieś iskry. A on tutaj wyraźnie cierpi. Jest zmęczony i to zmęczenie się udziela widzom.
[01:43:41] - Poza tym, jakby to powiedzieć delikatnie, Herkules Poirot znany jest z tego, że jest postacią niezwykle dystyngowaną. Jeśli przypomnicie sobie państwo serial, to on ten wąsik miał starannie pielęgnowany. Ach, co on tam nie wyprawiał! Bardzo dbał o swoją fizjonomię. Zawsze niezwykle wykwintnie się odżywiał. Dużo miejsca Agatha Christie poświęcała opisom jego posiłków. Co jadł, jak jadł, dlaczego jadł i tak dalej. Do dzisiaj pamiętam cynaderki, które uwielbiał. I naprawdę, wierzcie mi państwo, Herkules Poirot był postacią taką jak z żurnala. Ubierał się dostojnie, jadł dostojnie.
Wszystko inne, co sobie państwo wyobrazicie, zapewne też robił dostojnie. Ja nawet pamiętam ostatnią powieść z Herkulesem Poirot, która nosiła tytuł „Kurtyna”. Znowu nie mogę za dużo powiedzieć, ale w tej powieści Herkules Poirot żegna się z życiem. To jest ostatnia powieść o Herkulesie Poirot. Wyszła w Polsce na pewno w latach 70. Od tego czasu nie wiem, zapewne też, ale pamiętam. On nawet umierał w sposób dystyngowany i nawet na wózku, na pewno w tej ostatniej części, w tej ostatniej powieści poruszał się już na wózku, to nawet na tym wózku poruszał się w sposób dystyngowany. Ja wiem, podkreślam to w sposób uparty, ale chcę unaocznić, że z kolei postać z filmu, o którym dzisiaj mówimy, jest jakaś taka zaniedbana. Już ja nie mówię o zaroście, który ma i który, w przeciwieństwie do tego z serialu, gdzie to był wymuskany, wypielęgnowany do ostatniego włoska, to tutaj mamy taką postać wąsato-lekko brodatą, która ten zarost ma w lekkim nieładzie, co nie jest mi wstrętne. Sam o swoją brodę dbam w sposób umiarkowany, w sensie, że czasami może nawet przypominam tego detektywa.
Czyli ogólnie lekko jest ten zarost w takim nieładzie twórczym, bo twórczym wszystko da się oczywiście uzasadnić, ale tak naprawdę ten Herkules Poirot z Wenecji wydał mi się taki niepodpadający pod pierwowzór znowu mężczyzny dystyngowanego, bywałego, o wysublimowanym guście, smaku i wszystkim innym, co można mieć wysublimowane. Nie pasowała mi ta postać. Po prostu nie pasowała. Ale ja się potrafię przestawić na odpowiednie tory. Doszedłem do wniosku, że tu oglądam historię. Zniosę tego Herkulesa Poirot w tym wydaniu. Czegóż nie robi się, żeby poznać jakąś ciekawą intrygę?
[01:46:57] - To przejdźmy może jeszcze do tego wątku paranormalnego, bo to w końcu Bibliotekarium. Jakim cudem tutaj wpadł taki film? Ten wątek paranormalny obecny jest w postaci zjaw, w postaci klątwy przede wszystkim. Te zjawy się tam pałętają po domu, w którym doszło do strasznej zbrodni, ale też mamy postać medium, która sobie chce nieco pomóc w tym swoim fachu i ucieka do różnego rodzaju sztuczek. Koniec końców to się okazuje, że z tymi zjawami jest dwuznacznie. Niektóre są widywane pod wpływem jakichś substancji psychoaktywnych, a inne... To sobie zobaczycie.
[01:47:37] - Dostajemy racjonalne wytłumaczenie. Ten film jest właśnie tak zrobiony, że z jednej strony te zjawy gdzieś tam się kręcą w trakcie oglądania filmu, ale później, gdzieś pod koniec, dostajemy wyjaśnienie, dlaczego one się mogły kręcić, jaki był tego powód. Co więcej, sam Herkules Poirot w pewnym momencie widzi taką zjawę i też dostajemy zupełnie nie paranormalne, bardzo racjonalne wytłumaczenie. I to jest, powiedzmy, to napięcie w tym filmie, które jeszcze bawi. To znaczy stajemy troszeczkę w takim rozkroku. Z jednej strony dostajemy bardzo racjonalne wyjaśnienie, tak jak to powiedziałem, ale z drugiej strony jest jednak pewne niedopowiedzenie z mocnym naciskiem na „pewne”, bo ten film można oglądać jako klasyczny kryminał, w którym paranormalności zero, ale można przejść na drugą stronę. I to, powiedzmy, może stanowić o pewnej wątłej, bo wątłej, ale jednak sile tego obrazu.
[01:48:49] - Tak, tam jest wytłumaczenie tych zjawisk paranormalnych. Natomiast sam Poirot przekonuje się o tym, że nawet jeżeli to są indukowane w jakiś sposób widzenia, to one mają jakiś charakter, taki wysoce nieprzypadkowy, że one jednak próbują coś przekazać. Ale to sobie sami ocenicie. Tutaj żeśmy akurat za dużo nie zdradzili. Wiesz, czego mi brakuje w tym filmie? Błyskotliwości, jakiejś dawki humoru, przewrotności, która czyniła z seriali z Souquetem coś, co się naprawdę fajnie oglądało i nie nudziło mimo tej ogromnej ilości odcinków. A tutaj nie wiem. Powiem ci, że ja po raz drugi to bym do tego filmu nie wrócił tak naprawdę. Pytanie też jest takie: czy dzisiaj taki film nazywany przez niektórych staromodnym miał szansę na sukces kasowy? Bo zobacz, tutaj ponarzekaliśmy sobie, chociaż zakończenie pewnie was zaskoczy.
Natomiast ja chcę go porównać trochę do czegoś, co się opierało o bardzo podobny schemat. Pamiętasz, rozmawialiśmy, to już było kupę czasu temu, o takim filmie "Pukając do drzwi", gdzie grupa sekciarzy osacza parę w domu i tam mamy nieco podobny schemat, może trochę odwrócony, ale jednak jest małe pomieszczenie, dwie grupy ludzi, każdy ma jakąś tajemnicę, wszystko to są wyraźne postaci i to się dobrze oglądało. To było super. A tutaj mamy naprawdę wyraziste postaci, ale tej iskry, tej temperatury po prostu w tej Wenecji nie generują. I nawet powiem ci, że te krajobrazy, według mnie brzydkie tak naprawdę, nie dodają temu jakiegokolwiek uroku.
[01:50:49] - Zrobię pewną klamrę. Pytałeś, po co jest pan doktor w tym filmie, lekarz, to powiem tak: ty już, Piotrze, wiesz, po co on jest. On się miał kochać w określonej osobie i to właściwie taką rolę tylko spełnia. Chociaż muszę powiedzieć, że rozwiązanie zagadki, to takie ostateczne, bo tu jest kilka pięter, to też jest charakterystyczne dla prozy Agathy Christie, w związku z tym jakoś to do filmu musiało przeniknąć. Rozwiązanie wielopiętrowe tej zagadki, to ostateczne, najostateczniejsze zaskoczyło mnie. Wszystko było tak, jak to u Agathy Christie podane na talerzu. Mieliśmy to właściwie od początku. Musieliśmy zwrócić na pewną postać uwagę i zwróciliśmy, i ty, Piotrze, i ja zwróciliśmy na tę pewną postać uwagę, a jednak ją w jakiś sposób wykluczyliśmy z dalszych rozmyślań. Uznaliśmy, że nie, absolutnie nie. Tymczasem dostajemy pewną odwrotkę na końcu i muszę powiedzieć, że ten finał jeszcze mnie dodatkowo dokupił do tego filmu.
Nie aż tak bardzo, żebym się zachwycał nim albo rozczulał nad nim. Nie, aż tak nie. Natomiast nawet darowałem temu dziełu to, że ono się toczy jednak powoli. Państwo doskonale wiecie, ja lubię filmy szybsze, z odpowiednim montażem. Tu to się toczyło powolutku, ale też przyjąłem, że jesteśmy w 1947 roku, inna epoka, a w dodatku to jest film na podstawie klasyki kryminału Agathy Christie. Zniosę. Zniosłem. Nawet mi nie zaszkodziło. Ale podobnie jak ty, Piotrze, ja na pewno do tego filmu, prawie na pewno, nie sięgnę po raz drugi. Natomiast zdecydowanie czuję się, i to podkreślę po raz kolejny, zachęcony do obejrzenia, trudno powiedzieć oryginału, ale filmu na podstawie oryginału, czyli odcinka serialu.
[01:53:10] - Dokładnie. To wszystko chyba na ten temat. A za tydzień, to chyba, Marku, będzie dla ciebie coś bardzo atrakcyjnego, bo tam i się gonią, i strzelają i to praktycznie przez cały film. Ale to dopiero zdradzimy wam w przyszły piątek, o co chodzi.
[01:53:29] - Super. Dziękuję Piotrze bardzo. Do usłyszenia. To teraz, proszę państwa, dawka literatury. Krótka, ale treściwa. Zaczynamy dzisiaj w Bibliotekarium czytanie powieści Władysława Satke "Goście z Marsa". To jest powieść, która wyszła bodajże dwa lata przed powieścią Herberta George'a Wellsa "Wojna światów". Powieść, która traktuje o bardzo podobnym wydarzeniu, czyli o przylocie z Marsa, tu cudzysłów, gości. Ale kim w ogóle był Władysław Satke? Otóż to był autor, który urodził się w maju 1853 roku na Podolu.
Zajmował się pracą pedagogiczną i naukową. Był meteorologiem. Opublikował kilkanaście artykułów oraz prac związanych z tą tematyką. Mówiąc szczerze, to mało pasjonujący, ale taką drogę zawodową wybrał. Pisywał również wiersze. I był, i to jest chyba najważniejsze, autorem powieści "Goście z Marsa", którą wydał pod pseudonimem. Nie wiem, wstydził się, czy może nie wypadało. Ten pseudonim brzmiał Abul. Książka ukazała się w 1897 roku. Rok, a właściwie troszeczkę więcej niż rok, więc prawie dwa lata przed pierwszą publikacją "Wojny światów" Herberta George'a Wellsa.
Władysław Satke zmarł w 1904 roku w Tarnopolu i tam został pochowany. W antologii "Polska nowela fantastyczna" o "Gościach z Marsa" napisano: "Narracja obraca się wokół tezy, w myśl której cywilizacja marsyjska", tak, nie pomyliłem się, tak ona wówczas była nazywana, "więc ta cywilizacja marsyjska dożywa już swoich dni, podczas gdy ziemska, znacznie młodsza, powtarza niejako jej rozwój. Najciekawsze partie powieści dotyczą opisu jednego z pierwszych w naszej literaturze- Mieszkańców innej planety i wytworów ich cywilizacji. Warto dodać, że życie społeczne na Marsie jest przedstawiane przez Władysława Sadkę w sposób ponury i przywodzący na myśl o wiele późniejszą powieść Aldousa Huxleya „Nowy wspaniały świat”. Jeden z bohaterów książki wyznaje: „16 lat temu otrzymałem numer człowieka pożytecznego. U nas jest taki zwyczaj, że po ukończeniu 14. roku życia dostaje się liczbę porządkową wraz z czarną czapką. Nazwisk nie mamy, bo prowadzą do nierówności społecznej. Mężczyźni w naszym świecie mają numery nieparzyste. Rodziców nie znają.
Miłość wpływa bowiem szkodliwie na rozwój dziecka. Chłopiec jest przy matce tylko do pierwszego roku życia. Po ukończeniu szkoły otrzymuje przydział do pracy. Od szóstego do dwunastego roku życia trwa nauka chemii, fizyki, astronomii, geometrii. Potem trzeba pracować dla społeczeństwa”. Zapraszam państwa na pierwszy odcinek powieści „Goście z Marsa”. Czyta Reda Haddad.
[01:57:13] - Władysław Sadkę. „Goście z Marsa”. Czyta Reda Paweł Haddad.
[01:57:35] - Londyn, dnia 18 sierpnia 1892. Kochany redaktorze! Stosownie do zlecenia mi danego wyjechałem natychmiast i stanąłem wczoraj w Londynie. Wybrałem tę drogę raz dlatego, że stąd pewniej, łatwiej i szybciej można się dostać do Australii niż z Triestu, a następnie, że przejeżdżając przez Niemcy i Anglię mogłem się prędzej wywiedzieć, czy też pogłoska obiegająca od dni kilku wszystkie dzienniki jest prawdziwą. Gdyby się bowiem okazała fałszywą, byłbym zupełnie zaniechał dalszej podróży, aby nie narazić redakcji na tak wielkie, a zbyteczne koszta. Pogłoska ta sprawiła istotnie wszędzie ogromne wrażenie, jak też inaczej spodziewać się nie było można. Wszak to w dziejach ludzkości niebywały wypadek. Wszędzie też w wagonach, w restauracjach, w kawiarniach, na ulicach o niczym innym nie słychać, tylko o gościach z Marsa. Rozumie się, jak we wszystkich nadzwyczajnych wypadkach, tak i tu dzielą się ludzie na rozmaite obozy. Jedni twierdzą, że to humbug australijski, inni sądzą, że uczeni australijscy dali się oszukać przez szczwanych lisów.
A są i tacy, którzy wierzą we wszystko, co im dzienniki podają. Więcej sceptyków spotkałem w Niemczech. W Anglii natomiast znajduję więcej wierzących tej pogłosce, a jednak chwytających się co chwila za głowę celem wyrażenia, iż nie mogą pojąć, nie mogą zgowić się naprawdę. Dziś rano złożyłem wizytę w redakcjach najpotyczniejszych tutejszych dzienników i zapytywałem wprost, co sądzą o pogłosce. Trudno było doczekać się odpowiedzi, bo wszystko tu jest odurzonem, oszołomionem, przytłoczonem wiadomościami nadchodzącymi co chwila telegraficznie. Ludzie tutejsi, a zwłaszcza uczeni, dziennikarze, politycy i kupcy zaprzestali jeść, pić i sypiać. O zatargach politycznych zapomniano prawie zupełnie. W City kantory pozamykane, handel ustał, fabryki świątkują, a tysiące ludzi oblegają redakcje pism i biura telegraficzne, oczekując nowych wiadomości. Po kilkakrotnym powtórzeniu mej prośby jednemu z sekretarzy redakcyjnych Timesa, który słuchał wprawdzie słów moich, ale jakby nieprzytomny ich nie rozumiał, doczekałem się wreszcie ruchu jego osoby. Powstał bowiem nagle chwycił mą rękę, zaprowadził do pobliskiego stołu i nie rzekłszy ani słowa, wskazał na plik papierów.
Były to same telegraficzne doniesienia z Sydney. Usiadłem i począłem je czytać, co tym łatwiej mi przyszło, gdyż były numerowane odpowiednio do chwili wysłania. Zaledwie odczytałem ich może dwadzieścia, byłem przekonany, że pogłoska jest prawdziwą, a zatem, że nic mi innego nie pozostaje, jak tylko postąpić według zlecenia twego i jak najrychlej wyjechać do Australii i tam osobiście przekonać się, a następnie zebrać materiały, o ile możności prawdziwe i obszerne, tyczące się tego wypadku nadzwyczajnego. Opuszczając biuro sekretarza, podziękowałem mu za informację, a chcąc nabrać jeszcze większej pewności, spytałem go, czy przecież nie zachodzi tu może jeszcze możliwość humbugu. Na to ujrzałem najpierw wytrzeszczone na mnie oczy, twarz zdziwioną i usłyszałem tylko jedno słowo: sir, wyrzeczone takim tonem, iż przetłumaczywszy je sobie na język polski: głupcze, wyszedłem zupełnie uspokojony. Przepraszam. Byłem uspokojony tylko pod tym względem, że nabrałem pewności o istnieniu gości z Marsa w Australii, ale wiadomości zasłyszane i odczytane poczęły powoli i na mnie tak przygnębiające wywierać wrażenie, że poruszałem się tylko automatycznie pod wpływem zlecenia twego i koniecznej, a tak dalekiej podróży.
[02:01:59] - Za godzinę odchodzi pociąg do Liverpoolu, gdzie mam wsiąść na okręt odpływający jutro rano do Australii. Każą mi się spieszyć, bo mogę przybyć za późno i nie otrzymać już kajuty. Pozostaję z całym szacunkiem. W. Władysław Sadker. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar.
[02:02:40] - Teraz, proszę państwa, Alchemia tworzenia. Katarzyna Prychacz znowu przerywa pewien ciąg, ale jesteśmy w cyklu, w którym Chuck Malkers ostro pomyka przez dźwiękowe krajobrazy, które roztacza Katarzyna Prychacz. Dzisiaj Chuck Malkers spotyka się z Cerberą, a więc Chuck Malkers „Spotkanie z Cerberą”. Zapraszam.
[02:03:14] - Dzień dobry wieczór, bukradioradności! Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 38. odcinku drugiego sezonu Alchemii tworzenia. Czas leci tak szybko, że powiem wam szczerze, że zaraz mamy koniec tego naszego kochanego drugiego sezonu. Oprócz tego odcinka zostały jeszcze tylko dwa. Jeżeli ktoś przybył po raz pierwszy, to od razu go wtajemniczę, że dzisiaj będziemy kontynuować serię odcinków. Zaczęliśmy to, zdaje się, na odcinku numer 33 pod tytułem „Cerbera złocista”. Tam to wszystko się zaczęło. W dużym skrócie robię tutaj od kilku odcinków coś takiego jak śledztwo improwizowane, czyli wykładam sobie tutaj komponenty z różnych gier planszowych w określonej kolejności i sobie wymyślam śledztwo.
Właśnie w tym odcinku 33 powstały dwie główne postaci. Nasz detektyw Chuck Malkers. On tutaj prowadzi. Ja opowiadam śledztwo w jego imieniu. Także dzieje się bardzo dużo i myślę, że faktycznie warto nadrobić te odcinki, ponieważ nie sposób, żebym teraz wszystko streściła dzisiaj w tym wstępie. Po prostu będzie nam to zżerało czasu. W trakcie pewnie będę niektóre rzeczy wyjaśniała, o niektórych rzeczach wspominała. Muszę tutaj wspomnieć o tym, na czym zakończyliśmy. Otóż śledztwo doprowadziło nas do lokacji, tylko stwierdziłam, że dzisiaj dopiero dotrzemy do niej tak oficjalnie. Natomiast faktycznie zakończyło się tak, że trafimy do podziemnego tunelu, do czegoś takiego mistycznego, z jakąś księgą, z jakimś posągiem zmartwionego anioła.
Okej, w dużym skrócie najważniejsze informacje, czyli śledztwo prowadzone przez Chucka Malkersa. Śledztwo dotyczy morderstwa pracownika zakładu stolarskiego. W trakcie odcinków okazało się, że ofiara prowadziła swoje własne śledztwo. Podążała tropem tajemniczych białych pakunków ukrytych w rybach, a właściwie w trofeach. Te pakunki miały tajemniczy emblemat. Dzisiaj trochę może te emblematy powymyślamy. Okazuje się, że nasza ofiara padła ofiarą najprawdopodobniej tego złodzieja, bo okazuje się, że zdarzyła się seria włamań do różnych podobnych willi i zawsze gdzieś ta ryba była rozgrzebana. Jeszcze chyba nie podjęłam do końca decyzji, aczkolwiek zanotowałam, że może zrobimy tak, że w każdej tej willi zdarzyło się morderstwo. To mógłby być ciekawy trop, ponieważ w toku śledztwa wyszło, że właściciel tej willi prawie stał się kolejną ofiarą tego zdarzenia. Kolejną ofiarą w śledztwie, jako że znalazł się w szpitalu ranny, dźgnięty dziwnym sekatorem, takim retro sekatorem, ale okazuje się, że miał też atak serca.
Tak jak nasza ofiara też zginęła w wyniku ataku serca, a później została poćwiartowana. Natomiast właściciel żyje, tylko jest w śpiączce, więc na razie mamy go, że tak powiem, zablokowanego na potrzeby śledztwa. Ale tak sobie myślę, że to może być ten punkt wspólny, jeżeli chodzi o te wszelkie tajemnicze zawały. Tutaj też wspomnę, w odcinku 33 właśnie ta cerbera złocista, tytułowa to jest roślinka, natomiast ta roślinka była inspiracją do powstania drugiej bohaterki, która będzie w taki dosyć luźny sposób współpracowała z naszym detektywem. A właściwie to jest niedoszła podejrzana, ale ona właściwie była podejrzaną w jednym ze śledztw Jednak nie znalazły się żadne dowody i nikt jej o nic nie oskarżył. A jest to taka femme fatale, w której otoczeniu bardzo wiele osób dostaje tajemniczych zawałów serca. Ogólnie uchodzi za ekspertkę od trujących roślin czy wszelkich innych naturalnych toksyn. Potocznie nazywają ją ekspertką od zawałów serc. Coś w ten deseń. W poprzednim odcinku dotarliśmy do lokacji, która naszego detektywa skłoniła do refleksji.
Dużo kropek się łączy i postanowił skontaktować się z Cerberą, sprawdzić w ogóle gdzie ona jest, bo niby współpracują, ale on jej nie ufa. Pomyślałam, że dzisiaj możemy zacząć od tego, że nasz bohater skontaktował się z Cerberą i miał stawić się pod wskazany adres. W jakiej sprawie? Pomyślałam, że może Cerbera pomoże nam rozwiązać sprawę emblematów, ponieważ mamy dwa istotne. Sporo symboli się pojawiło w trakcie śledztwa. Jeden z emblematów znajduje się na chusteczkach czy ściereczkach, na białej tkaninie, w którą opakowywane były te tajemnicze pakunki z białym makiem. Druga sprawa, myślę, że dzisiaj też zgłębimy trochę danych na temat tego, czym może być ten biały mak. Przypomnę, że losowałam wcześniej, pewnie w 34. odcinku, teraz już nie pamiętam, tytuł tego naszego całego przedsięwzięcia i to właśnie miała być tajemnica białego maku. I do tej pory jeszcze nie postanowiłam, co to dokładnie będzie.
Czy to faktycznie coś, co jest zapakowane w te ściereczki, będzie tym białym makiem, czy może po prostu chodzi o ten emblemat na chusteczkach? W ostatnim odcinku wpadł mi do głowy pomysł, żeby emblemat był powiązaniem kwiatu maku ze znakiem, symbolem nieskończoności. Co tu jeszcze? Przewijał się też emblemat, właściwie symbol gwiazdy pięcioramiennej. To był symbol związany z tajnym klubem strzeleckim, właściwie nie tajnym, a elitarnym. Pojawił się też motyw hantelka, który okazał się grzechotką, właściwie dwiema grzechotkami ze sobą połączonymi. Na nim był znak nieskończoności i gwiazda. Znaleźliśmy też w garażu naszej ofiary pudełko z retro strzykawką i na tym pudełku był jakiś emblemat i dobrze byłoby go wymyślić. Wpadłam na pomysł, żeby to był symbol jakiegoś tajnego bractwa. Taki miałam plan, jeżeli chodzi o fabułę, bo my tu widzimy to od kuluarów, od poziomu wymyślania, natomiast fabularnie nasz detektyw przecież widział te emblematy, natomiast niekoniecznie je znał.
I w tym celu skontaktował się, przy okazji oficjalnie, żeby niby ją podpytać o te symbole, ale tak naprawdę miał ukryty cel, żeby wybadać, czy jest jakakolwiek szansa, że ona ma związek z tymi dziwnymi zgonami na zawał serca. Dobra, chyba wszystko. Myślę, czy coś tu jeszcze muszę nadgonić. Jest bardzo dużo wątków. Bardzo dużo. Właśnie, obiecałam tydzień temu notatki, ale przerosło mnie czasowo robienie grafik. Niemniej już mam zaczęte te grafiki, także dzisiejszy odcinek nagram do końca dla was i lecę działać z grafikami i z opisami tak, żebyście mieli poprzez facebookowego fanpage'a podcastu „Alchemii”, żebyście mogli sobie zajrzeć i zobaczyć syntezę informacji, a przy okazji też zdjęcia tych komponentów, które tu wykładam. Staram się omówić wam, co tam widzę, ale wiadomo, że to zupełnie inaczej, jak sobie sami w to zerkniemy. Co ja dzisiaj będę używać? Oczywiście sięgniemy dzisiaj ponownie po karty z gry „Memy”.
Co prawda mam odseparowane karty, pozwoliłam sobie na selekcję. Pozwoliłam sobie odseparować z całej talii, właściwie z dwóch talii, bo mam dwie części, męskie sylwetki. Zaraz wam powiem dlaczego. Wcześniej te karty używaliśmy przy przesłuchaniu świadków, gdzie losowaliśmy twarze naszych przesłuchiwanych. Dalej. Z gry „Tajemnicze Domostwo” mam karty artefaktów. To są karty z przedmiotami. One będą różne funkcje pełniły. Do tej pory były to znalezione przedmioty, poszlaki. To cały czas będą poszlaki, jakby nie patrzeć.
Wyjęłam karty lokacji, ale wiecie co? Zobaczymy, czy damy radę sięgnąć po kolejną lokację, bo może być tak, że dzisiaj... Nie chcę przedłużać za bardzo, a mam sporo ciekawych rzeczy, jeżeli chodzi o te emblematy. Zresztą to śledztwo ciągle nas popycha w różne ciekawe miejsca. Dalej. Mam jeszcze karty z gry „Klub Detektywów”. To są karty w stylu grafik z gry „Dixit”. Czyli mamy bardziej wymyślne, abstrakcyjne grafiki. I co dalej? Aha, i jeszcze mam swoje własne komponenty autorskie.
To są właściwie karty ekspertyz. Czyli jak do tej pory mieliśmy na przykład analizę grudek ziemi z miejsca zdarzenia, raport z bazy stomatologicznej. Nie wiem, co tu jeszcze mieliśmy. Dane z komputera poszkodowanego. Tego typu różne analizy mamy, które pomagają nam troszeczkę popchnąć to śledztwo dalej. To wtedy tak mądrzej brzmi, nie? Mamy jakieś raporty i tak dalej. Dobra. Aha! No i najważniejsze, bo komponenty omówiłam.
Natomiast takie narzędzie, które dzisiaj użyjemy, to uwaga, słuchajcie, sięgniemy do książki. Wzięłam książkę w celu troszeczkę może zainspirowania się, jeżeli chodzi o te nasze emblematy. Sięgnęłam po książkę od National Geographic. Tytuł tej książki to „Znaki i symbole. Ilustrowany przewodnik”. Powiem wam szczerze, że sto lat temu tę książkę upolowałam, ale to naprawdę jest złoto. Bardzo dużo różnych rzeczy tutaj jest zebranych. Także jeżeli zajmujecie się pisaniem czy wymyślaniem, może jakichś scenariuszy, czy może na przykład prowadzicie jakieś sesje RPG czy coś takiego, to myślę, że jest to po prostu jedna wielka księga pełna inspiracji. Spokojnie możecie tu stworzyć nawet nowe kulty, czy nawet zerknąć, czy sięgnąć do gotowych. Można też poznać, o co kaman, jeżeli chodzi o różne symbole, które niby znamy i niby są dla nas oczywiste, a się okazuje, skąd one w ogóle pochodzą i tak dalej.
Dużo tu jest rzeczy. Zresztą zobaczycie, sięgniemy dzisiaj do paru. Pozwoliłam sobie troszeczkę wcześniej zajrzeć, zbadać indeks tej książki, żebyśmy nie błądzili teraz, nie tracili na to czasu, tylko po prostu przeczytam wam te klucze, które faktycznie sobie wypisałam z poprzedniego najbardziej odcinka, jeżeli chodzi o symbole, które tutaj będą istotne. I co? I tu chyba technicznie już wiecie, o co chodzi. Fabularnie postanowiłam, że po wyjściu z garażu ofiary nasz bohater główny, nasz detektyw skontaktował się z Cerberą. I co? I okazuje się, że oczywiście, jak to ona zawsze gdzieś tam w jakiejś głuszy, w jakichś dziczach zasięg był słaby, także poprosiła tylko o informację tekstową, czego on potrzebuje. No i w odpowiedzi otrzymał adres, pod który ma się stawić i jest przekonany, że spotka się z Cerberą. Natomiast pomyślałam, że będzie ciekawiej, jeżeli drzwi otworzy mu jakiś mężczyzna.
I myślę, że w zależności od tego, jaką tę kartę wylosujemy, to nie wiem, zastanawiam się, kim ten mężczyzna może tam być. I żeby było coś więcej czy ciekawiej o tym mężczyźnie, to oczywiście wylosuję tutaj zdjęcie z memów i pomyślałam, że może z dwie karty z „Klubu Detektywów”, żeby tutaj trochę jakiegoś chaosu uczynić. I poszlakę. Myślę, że to będzie fajne. Ale zanim to... znaczy myślę tę poszlakę, dobra. Okej, no to co? Fabularnie oczywiście to będzie tak, że ten mężczyzna przekazał naszemu bohaterowi informację od Cerbery na temat tych wszystkich symboli. Z tym że ta poszlaka, ten artefakt powie nam, w jakiej formie. Tak sobie pomyślałam, żeby to nie było takie proste, że on to opowie albo da mu list, to zobaczymy.
Może to będzie w jakiś niecodzienny sposób przekazane. Dobra, lecimy, bo jest dużo materiału. To co? To ja sobie teraz tutaj zrobię miejsce pracy. Cyk, cyk, cyk. Biorę memiki, potasujemy. Dobra, rozłożymy w wachlarzyk i weźmiemy może ze środka coś, co wy na to? Chociaż wy i tak nie widzicie, co ja robię. He, he, he. Okej, losujemy.
No to dobra, mam kartę. Odkładam pozostałe. No dobra, to uroczyste otwarcie karty. I o proszę. Dobra. Karta tutaj przedstawia nam takiego bardzo dobrze zbudowanego mężczyznę, który właściwie stoi bez koszulki. Może w ogóle stoi zupełnie nagi, bo go nie widzimy do końca. Widzimy jego odbicie w lustrze odcięte zaraz pod pępkiem. Mężczyzna ma przewieszony na ramieniu ręcznik. Puszcza oko tak sam sobie do lustra i tak wskazuje na siebie palcem.
Tak jak takim: „Ty to jesteś”. Więc może właśnie taki mężczyzna, nie może, tylko tak już postanowione, że on otworzy drzwi. I teraz prawdę mówiąc, to nie wiem, czy to się musi wyjaśniać, bo tak pomyślałam, że detektyw mógłby pomyśleć, że to jest jej kochanek. Aczkolwiek wiecie, historie bywają różne. Znaczy ja lubię robić takie jakieś twisty, przewroty, więc zapewne jakbym to spisywała, to pewnie później by wyszło, że to w ogóle jest ktoś jeszcze inny. Okej, ale wiecie, taki pewny siebie gościu z czarującym uśmiechem. Taki trochę nie w temacie, nie przejmujący się truciznami czy takimi rzeczami. Teraz wylosuję dwie karty z klubu detektywów i zobaczymy, czy może one nas pokierują dalej w związku z jego osobą, czy może z tym, co powiedział naszemu detektywowi. Okej, tasujemy, żeby nie było. Dobra, też ze środka.
Dzisiaj jedziemy wszystko ze środka, mamy wachlarzyk. Dwie od razu losuję. To może jedną ze środka. Cyk. Na razie nie odwracam, nie widzę. Dobra, druga mi się też wysunęła obok ze środka. Mam dwie karty. Okej, odwracam obie naraz. Powiem wam szczerze, że niby wymieszane były, niby wylosowałam, a nawet są ze sobą powiązane w jakiś sposób. Może po prostu mój mózg je powiązał od razu.
Dobra, słuchajcie, pierwsza karta to jest maska, taka wiecie, jak symbol teatru. Czy mamy komedię, czy tragedię. Ta maska jest uśmiechnięta, radosna. To jest chyba symbol komedii. Ona leży na czerwonej tkaninie i wokół niej są powbijane sztylety. I co jeszcze? Jeden ze sztyletów ją uszkodził. Jest kawałek czoła czy tej góry maski odkruszony. Ta maska niby ma taki uśmiech, chociaż trochę złowieszczy, może psychodeliczny. Wiecie co?
Od razu mi się to skojarzyło z klaunem, ale takim trochę mrocznym. Ale nie jest to groźne. Dalej to jest uśmiech i nie można powiedzieć, że to jest jakiś bardzo niecny uśmiech. Taki radosny psychopata, świr. Tylko tutaj zraniony świr. Patrzę, mógłby być taki ten człowiek pewny siebie, na pograniczu takiego wariata oderwanego od rzeczywistości. A druga karta z kolei w samym centrum ma namiot cyrkowy. Stąd właśnie mi się to tak skojarzyło. Na pierwszym planie mamy dwa kręgle i kule do kręgli. I nad tym wszystkim jeszcze z nieba spada gwiazdka w kierunku tego namiotu.
Taka ciągnie się za nią smuga, jak chmury, ale zmierzała w kierunku tego namiotu. Nie wiem. Może właśnie ten człowiek będzie takim śmieszkiem, że detektyw nie będzie mógł się z nim dogadać. W sensie będzie myślał, że może to jest jakaś pomyłka, że ten gościu nie wie, o co chodzi, a on tak będzie specjalnie gadał, jakby nie wiedział, o co chodzi, ale tak naprawdę od początku wie, o co chodzi. Nie wiem, czy macie w swoim otoczeniu takie osoby. Jest taki rodzaj humoru czasami, że jak już docieracie do momentu, że jesteście wściekli, że ktoś nie łapie, to się nagle okazuje, że on od początku łapał, tylko on tak trollował, że nawet nie zauważyliście, że trollował. Wiecie co? Tak myślę, czy te karty mi ułatwiły, czy one mnie popchnęły do przodu. Z racji, że tego tu nie spisujemy teraz, to by się bardziej przydało do fabuły. Dobra, to ja jeszcze wylosuję poszlakę i się dowiemy, w jaki sposób ten człowiek w końcu, jak już przestał trollować, przekazał detektywowi informację od Cerbery.
Dobra, artefakt mamy potasowane i też ze środka. Cyk. Mam artefakt. Dobra. I co mamy? Młotek mamy. Mamy młotek. Jest fajnie, jest ciekawie. Wiecie co? Motyw tego klauna, w sumie takiego Jokera trochę, jak w Batmanie.
Tego Jokera. Pomyślałam, że mógłby dać naszemu detektywowi tak po prostu nagle taka gadka szmatka nie wiadomo o czym, że niby nie wie, o co chodzi, po czym nagle wyciągnie młotek. Detektyw oczywiście sięgnie po broń, bo będzie myślał, że zaraz będzie zaatakowany, a tamten mówi: „Weź tam przestań, co ty się napinasz? Miałem ci to przekazać”. I pomyślałam o napisie „Stłucz mnie”, ale to będzie bez sensu. Chyba że dał mu ten młotek, zawinął się w ręcznik, wziął torbę i wyszedł z mieszkania. Ten ziomeczek po prostu zostawił mieszkanie niech to będzie, bo myślałam o pokoju hotelowym, ale może mieszkanie, jak gdyby nigdy nic. Wyszedł sobie na klatkę w samym ręczniku, zagarnął swoje rzeczy i zostawił detektywa w progu. Stał zdezorientowany, trzymając w rękach młotek tak po prostu. Detektyw wszedł do mieszkania, zaczął to mieszkanie oglądać i dotarł do łazienki i na lustrze w łazience pomadką był napis: „Stłucz mnie”.
O! Może jakiś kolor tej pomadki, bo jak myślałam o tej Cerberze, że ona będzie taka wyrazista kobieta, pewna siebie. Zwykle symbolem takich kobiet są bardzo czerwone usta. Ale z drugiej strony ona się lubiła wyróżniać. Wiecie co? To nie będzie czerwona pomadka. To będzie taka ciemnofioletowa, śliwkowa pomadka. Tak sobie pomyślałam, że Cerbera Złocista, tam się dowiecie w jednym z odcinków, że to taki bliski kuzyn kwiatów o nazwie plumeria. Skojarzyło mi się, że „plum” po angielsku to śliwka. To może ona zawsze będzie miała taki kolor pomadki.
Ciemny, taki śliwkowy. Dobra, nieistotne. Chodzi o to, że taką pomadką jest ten napis na lustrze i nasz detektyw rozpoznał w tym właśnie ten konkretny odcień pomadki. I pismo. Niech będzie pismo, niech ma jakiś tam szcząteczek dowodu, że ona jednak jest tutaj, a nie gdzieś tam za granicą, w Indiach, czy gdzie tam ją zwykle wywiewało. Niewiele myśląc, popatrzył, najpierw nie zrozumiał, potem spojrzał na swoją rękę z tym młotkiem, wzruszył ramionami i stłukł lustro. Tam będzie koperta. Zresztą Cerbera lubiła takie zawsze. Tak myślę sobie, że może być, że ona taka widowiskowa, takie spektakularne rzeczy lubiła. Tak że on po prostu stłukł to lustro.
Tam była schowana koperta zapieczętowana. I co? I tam w tej kopercie były właśnie te wszystkie jakieś mądre rzeczy o symbolach. Różne dane. Dobra, teraz sięgamy po te dane, po książkę. Ja sobie tu wypisałam właśnie, że musimy monogram ściereczek i ten emblemat na wieczku tego pudełka od strzykawek. Dobra, tak czy siak dzisiaj musimy dostać się do tego tunelu, więc musimy coś wymyślić. Zobaczę, co ja mam tutaj w zaznaczeniach jako pierwsze. Maki. No tak, bo mamy w końcu tajemnicę białego maku, więc przeczytam wam teraz z tej książki, co my tutaj mamy pod hasłem „mak polny”.
„W Europie Zachodniej krwistoczerwony mak upamiętnia ofiary wojny, gdyż kwiaty te rosły na polach bitew pierwszej wojny światowej. Chińczycy kojarzą go ze złem związanym z opium pozyskiwanym z nasion, a w starożytnej Grecji mak był łączony z bóstwami snu i marzeń sennych, Hypnosem i Morfeuszem. Mak symbolizuje także boginię matkę oraz zimowy okres zamierania i następującą potem obfitość”. Okej. Możliwe, że będę miała w zaznaczeniach gdzieś jeszcze tego maka rozwinięcie. Tam chyba właśnie odnośnie tej wojennej tematyki. Natomiast tutaj już mamy ciekawe tropy. Wiem, że my mamy białego maka tutaj, ale ten czerwony, taki krwawy. Natomiast czekajcie, co mi się tu spodobało. To zło, że tutaj sny i marzenia to właśnie było pierwsze skojarzenie, które miałam z makiem wcześniej.
Ale właśnie mak symbolizuje także boginię matkę. Tutaj to jest z wielkich. Ja nie wiem, czy ona gdzieś w tej książce może jest wyjaśniona, skąd to jest, czy po prostu chodzi o Matkę Ziemię, czy naturę. Bo teraz tak. Czyli mak symbolizuje zimowy okres zamierania i następującą potem obfitość. Więc może tutaj jest właśnie ten motyw takiego umierania i odrodzenia. Że coś musi właśnie tak się nie wiem, czy umrzeć, czy właśnie uśpić, tak jak tutaj z makami, żeby później móc wrócić z pełną siłą. Dobra i teraz na pewno mam zaznaczony gdzieś też kolor biały, więc będziemy to składać. Żeby nie mieszać kolejności, to tutaj mam znowu jeszcze tą jedną wzmiankę o makach, tak jak mówiłam, co prawda też o czerwonych. „Od dawna polny mak był symbolem snu, śmierci i krwi Chrystusa.
W krajach anglosaskich w czasie obchodów Dnia Pamięci 11 listopada, traktowanego jako zakończenie pierwszej wojny światowej, każdy mak symbolizuje duszę poległego żołnierza. W Polsce czerwone maki kojarzą się przede wszystkim z bitwą o Monte Cassino rozegraną pod koniec drugiej wojny światowej”. Dobra, czyli tutaj mamy właśnie ten sen, śmierć, krew Chrystusa. Dobra, tu dalej mamy śmierć. Śmierć, ale w sumie zapowiedź czegoś też większego, nie? Tak, bo jest w religii chrześcijańskiej, że Chrystus zginął za nasze grzechy. Czyli dzięki temu, że on zginął, to my mamy lepiej, że tak powiem. My możemy się tak jakby odrodzić w pewnym sensie. Zresztą sam Chrystus też się później odrodził, w sensie zmartwychwstał. Dobra, czyli dalej mamy, tak jakoś widzę, że albo ja po prostu to wyłapuję, albo może to jest właśnie nasz trop, że mamy nie że śmierć oddzielnie i nie że odrodzenie, tylko ten proces śmierci i właśnie odrodzenia.
To teraz poszukam jeszcze właśnie tej barwy białej i zobaczymy, czy nam się to jakoś dopełni. Bo tu cały czas mamy o tych czerwonych makach. To nam się też przyda, ale to nie teraz. Dalej. Wiecie, to taka gruba książeczka. Dobra i tutaj mam barwę białą. No dobra, to czytam wam, co my tu mamy na temat tego, co symbolizuje biel. „W wielu kulturach kolor biały symbolizuje czystość, niewinność i świętość, ale w tradycji chińskiej, japońskiej i indyjskiej kojarzy się ze śmiercią i żałobą, jak dawniej w Europie. Buddyści kojarzą biel z kwiatem lotosu, symbolem światła i czystości oraz mądrością lub oświeceniem. U Indian biel jest symbolem ducha.
Sufici uznają ją za symbol mądrości”. Tu mamy jeszcze inne, bardziej rozpisane rzeczy, które były wymienione. „Poddanie się. Biała flaga jako symbol poddania się wywodzi się z I wieku z Chin. Takie zastosowanie zostało usankcjonowane w Konwencji Genewskiej, a nadużycia w tym względzie są uznawane za zbrodnię wojenną”. Czyli mamy też białą flagę. Też ciekawy motyw by był w sumie tych ściereczek, tak się zastanawiam. Ale nie, dobra, biała flaga to biała flaga. Dalej. „Tchórzostwo i pokój.
W Wielkiej Brytanii i na terenie dawnego imperium białe piórko jest symbolem tchórzostwa. Koguty z białymi ogonami biorące udział w walkach uważano za mało wojownicze. Niektóre ruchy pacyfistyczne nadały mu znaczenie symbolu pokoju”. No dobra, ale tutaj piórka nie przydadzą się. Nie mieliśmy nawet chyba... Bardziej jakieś konie i jednorożce mieliśmy. To to nam się nie przyda. Dalej. „Czystość i niewinność. W świecie zachodnim panna młoda występuje w białej sukni symbolizującej niewinność i czystość, podobnie jak szata do chrztu i sukienka do pierwszej komunii świętej.
Idąc dalej tym tropem, biała lilia symbolizuje czystość oraz Marię Pannę”. Czystość i niewinność. Czy tu coś takiego? Jak wejdziemy w to tajne bractwo... Ale wiecie co? Też jakoś tu chyba go nie widzę. Faktycznie mamy motyw z pokojem dziecięcym i grzechotką. Zresztą do grzechotki jeszcze przejdziemy. Może gdzieś tę biel, czystość i niewinność dziecięcą w jakiś sposób powiążemy. Dobra i tutaj jeszcze ostatnie wtrącenie, jeżeli chodzi o symbolikę bieli: „Świętość.
W wielu kulturach biel wyraża świętość. Druidzi noszą białe szaty, białe są często zwierzęta ofiarne, a w Kościele rzymskokatolickim białe szaty i draperie stanowią oprawę świąt ku czci Chrystusa”. Czyli ta świętość, ta nieskazitelność. Czystość ducha, ta biel. Dobra, czyli mamy mak. Biały mak. Aha, bo ja zaczęłam też szukać, to już jak jestem przy researchu, dzisiaj człowiek research z wami porozmawia, bo zwykle staram się go odkładać na półkę w trakcie nagrywania, bo mam jeszcze znalezione... Poszukałam po prostu znaczenia kwiatów jako takich i tutaj mam znaczenie białego maku, ale to dużo się chyba nie będzie różniło. „Biały mak używany do pogrzebów i pomników na Wschodzie, a także jest symbolem snu i spokojnego wypoczynku na Zachodzie”. Czyli właściwie to się kręcimy wokół tego snu.
Tu są też pogrzeby. No dobra, ale to są rzeczy, na kanwie których możemy jakieś bractwo postawić, bo uwaga, tu nie wiem, czy wspominałam to dzisiaj, bo chciałam, żeby to bractwo było w pewien sposób powiązane z tym klubem strzeleckim. W większości przypadków ta broń czy strzelanie z broni wielu ludziom kojarzy się ze śmiercią. Wiadomo, jest to narzędzie. Zresztą prawda jest taka, że jakby się chciało, to praktycznie wszystkim da się kogoś zabić. Okej, nie o tym. Mamy tę broń. I teraz myślę sobie właśnie, czy by nie zrobić... Bo jak idziemy w jakieś rytuały... Aha, jeszcze też wspominałam, że chciałabym, żeby to bractwo nie było bardziej oparte o, chciałam powiedzieć duchowość, ale i tu, i tu mamy duchowość.
Chodzi o to, żeby w centrum tego bractwa, bo nie chcę tego nazywać kultem, ponieważ chciałabym, żeby tam w centrum był człowiek, a nie istota metafizyczna czy jakiegoś rodzaju bóstwo, czy jakiś potwór. Żeby to nie była taka religijna rzecz, religia, okultyzm i tak dalej, tylko żeby to bardziej była taka organizacja mająca na celu sprawienie czy uczynienie człowieka, czy grupy ludzi właściwie taką elitą. Trochę wspominałam o tym wcześniej, jeżeli chodzi o masonów czy tych legendarnych iluminatów i tak dalej. Była zorganizowana grupa ludzi mająca na celu swój bardzo szybki i szeroki rozwój. Dobra, pomyślałam o jakiegoś typu rytuałach, więc może jednak to będzie miało jakiś związek z tym strzelaniem. W odcinku z przesłuchaniem świadków mieliśmy kartę przy właścicielu posesji, który był w śpiączce. Wypadła karta, że ręka, tak jakby palec wystrzelił i są dziury przestrzelone na wylot i one mi się skojarzyły z gwiazdami, że mają kształt takich gwiazd. Zresztą gwiazda pięcioramienna jest symbolem tego klubu, więc może ta gwiazda pięcioramienna byłaby tutaj tropem, że może pięć wystrzałów. Może samo to spotkanie, że to, że oni strzelają, jest otwarciem ich spotkania i później schodzą gdzieś do podziemia. Myślałam o tym, żeby te informacje w jakiś sposób mogły doprowadzić naszego detektywa do tych podziemi, do tego tunelu.
Patrzę, co ja tu jeszcze mam. Aha, mam tą leniwą ósemkę jeszcze, bo ona nam się przewinęła w sumie dwa czy trzy razy. Dobra, bo chciałam iść do ósemki, a tu jeszcze zaznaczyłam sobie dodatkowo gwiazdę. To co my tu mamy? Gwiazda pięcioramienna, zwana pentagramem. Pięcioramienna gwiazda skierowana pojedynczym wierzchołkiem do góry symbolizuje dążenie, świat duchowy i kształcenie. Chrześcijanie traktują ją jako symbol Chrystusa, alfę i omegę. Początek i koniec. Odwrócony pentagram przedstawia diabła. Kurczę, fajnie, bo ja od razu nie ukrywam, że ja widziałam tą gwiazdę w wersji wierzchołkiem do góry i tu mamy w sumie początek i koniec.
I to dążenie, rozwój duchowy i kształcenie. Bardzo nam to pasuje do tego bractwa, tak myślę, które miało być oparte o człowieka. Ciekawe. Ten początek i koniec w naszym wypadku mógłby być może koniec i początek bardziej. Dobra, wiecie co? Ale to jest niejedyna rzecz w tej książce. To jest też niesamowite, że nie wiem, czy ktoś was kiedyś poinformował o czymś takim, że jest taka magiczna rzecz jak indeks w książkach. Nie wiem, z których roczników jesteście, ale czasami o tym zapominamy. Ja uwielbiam książki z indeksem, bo można sobie czasami bardzo ciekawe rzeczy na skróty szybciej znaleźć. Tutaj też skorzystałam z tego, szukając fraz zarówno gwiazda czy gwiazda pięcioramienna, jak i pentagram.
Dzięki temu mamy tutaj kilka tropów i zobaczymy, co fajnego z tego złożymy. Dobra, lecimy dalej. Muszę się tu odgruzować. Dobra, tutaj mam gwiazdę. Kojarzycie? Na pewno kojarzycie wizualnie dzieło czy szkic Leonarda da Vinci „Człowiek witruwiański”. I co? Tutaj chodzi właśnie o to, że sylwetka człowieka jest zamknięta w symbolu pięcioramiennej gwiazdy. Czyli ten wierzchołek gwiazdy to jest głowa, a pozostałe to są ręce i nogi. Tu chyba nie będę się bardziej wczytywać, bo jest tu trochę teorii, jeżeli chodzi o zagadnienia magii, astrologii, ezoteryki.
Nie wiem, czy teraz jest potrzeba się w to wczytywać, bo już trochę dużo gadam dziś, ale jeżeli przyjdzie mi do głowy pomysł, żeby faktycznie to spisywać, to z pewnością będę musiała jakoś ten kult rozpisać. Może jak coś mi przyjdzie do głowy, to gdzieś tam w tych notateczkach wrzucę. Ale dlaczego tutaj w ogóle to przytaczam? Bo mówiliśmy właśnie o tym, że kult ma być wokół człowieka i tak pomyślałam, bo tutaj człowiek witruwiański pokazuje harmonię z naturą, ideał, w pewnym sensie człowieka, idealna kompozycja. I może na tym mogą się opierać założenia całego tego bractwa. To myślę, byłoby całkiem fajne. Dobra, co mamy dalej jeszcze? Tak, tutaj też jest gwiazda pięcioramienna. Pięcioramienna gwiazda symbolizuje gwiazdę betlejemską oferującą zmarłemu Boże przewodnictwo i opiekę. Może też sygnalizować pięć ran Chrystusa.
Aż się zatrzymałam, bo tu naprawdę jest napisane „sygnalizować”, a nie „symbolizować”. Wiadomo, o co chodzi. Abstrahując, nie chcę mieszać tutaj za bardzo się z innymi religiami, więc Chrystusa zostawmy, ale gwiazda betlejemska, która oferuje zmarłemu Boże przewodnictwo i opiekę. Czyli też mamy tutaj ten początek i koniec cały czas. To w tym wypadku koniec, ale to Boże przewodnictwo. Może właśnie w tym kulcie byłoby ludzkie przewodnictwo? Nie kulcie, tylko tym bractwie. A i wiecie co? Skoro już tu jesteśmy, bo bardzo nie chcę mieszać pojęć, ale właśnie zauważyłam. Właśnie dotarłam tutaj do miejsca.
Dobra, wrócę tu. Wrócę. Dobra, lecimy na razie gwiazdę dalej, bo nie chcę wam robić tu zamętu. Czy my jeszcze mamy gwiazdę? Dobra, tu jeszcze jedno zaznaczenie jest. Cyk. O matko, z córką. Wiecie, to takie wydanie albumowe, te strony też takie niełatwe w obsłudze. To jest do tego. I jeszcze znalazłam, jeżeli chodzi o gwiazdę, to tutaj w tematyce heraldycznej chodzi o herby.
Nie będę się zagłębiać tutaj w te tarcze herbowe, czy te piękne mobilia herbowe. Czyli właśnie tutaj chodzi o te najczęściej symbole główne, czy zwierzaki, czy właśnie jakieś przedmioty, które były w tych herbach. Bardziej chodzi o coś takiego, że w sumie nie pamiętałam tak do końca ze studiów. Dopiero tutaj dzisiaj znalazłam, że były też dodatkowe oznaczenia herbów, które mówiły właśnie o pokoleniach. To są te następstwa dziedziczenia. Nie wchodzę w to głębiej. Chodzi tylko o to, że tutaj też mamy gwiazdę i gwiazda oznacza trzeciego syna. Nie wiem, czy będziemy to powiązywać z herbami. W sumie ma być emblemat. Może warto by było, ale ten trzeci syn.
Tak się zaczęłam zastanawiać, że może właśnie takie to bractwo synów, że może jednak tylko trzeci syn z rodziny może tam dołączyć albo trzecie pokolenie. Tak myślę, że to mógłby być fajny trop, jeżeli by chodziło o rozpisanie całej tej struktury bractwa. Dobra, jeżeli chodzi o gwiazdę, to jest to wszystko. Wcześniej właśnie zaczęłam już wspominać o tej leniwej ósemce, która też nam się przewijała tutaj, ponieważ gdzie ona się nam przewijała? Ona się nam przewijała przy jednym ze świadków. Tam miałam kartę właśnie z tego klubu detektywów wyjętą i były dwa konie. Był prawdziwy koń i konik, pionek szachowy i one były połączone uzdą, która się układała właśnie w ten symbol nieskończoności, w ósemkę. Więc też właśnie tutaj to były dla mnie tropy, żeby to jakoś powiązać z archiwum tajnym, w którym poćwiartowano naszą ofiarę. Zresztą tam też była plansza szachowa i właśnie jeden ze świadków tam przychodził raz na jakiś, grał tak trochę zdalnie, znaczy nie zdalnie, oddzielnie z właścicielem rezydencji. Oni rzadko kiedy mieli czas, żeby siedzieć obok siebie, naprzeciwko siebie właściwie.
Więc po prostu ten jego znajomy miał wejście do tego archiwum. Mógł sobie przyjść, przestawić tam na planszy i później wrócić za jakiś czas. Więc tutaj była ta ósemka. No i wtedy tutaj też wyszło, że ta ósemka, ten symbol nieskończoności ma być na ciężarku. A to jest ciekawy symbol. I też zastanawiałam się przy emblematach, czy właśnie ta ósemka, jeżeli miałaby być wkomponowana z tym makiem białym na tym hafcie, na chusteczkach na przykład, to żeby to może symbolizowało w jakiś sposób klepsydrę. I to mi właśnie rzuciło pomysł. Dlatego tutaj wracam do tego, co chciałam wam wcześniej zaspoilerować, bo znalazłam właśnie tutaj też symbol klepsydry. Co prawda tutaj to jest wszystko w kontekście nagrobkowym, czy właściwie klepsydra się pojawia na nagrobku, ale nas to nie interesuje. Klepsydra, tradycyjny atrybut Ojca Czasu jest symbolem upływu czasu.
Klepsydra unosząca się w powietrzu sygnalizuje, że czas leci, a położona na boku mówi, że czas zatrzymał się dla umarłych. I właśnie tą leżącą klepsydrę, tak się zastanawiam. Ciekawy motyw. Ten kult nabiera kształtów. Może tutaj wszystkiego nałożyć jedno na drugie. Czy właśnie jakoś tą gwiazdę z klepsydrą zmieszać? Może ta doskonałość człowieka, klepsydra. I to byłyby może symbole związane z tym bractwem, czyli ten ciężarek, który właśnie się okazał później połączonymi ze sobą dwiema grzechotkami. Na jednej była właśnie gwiazda, na drugiej ta ósemeczka leniwa, symbol nieskończoności. Tak myślę teraz, może to są jakieś dwa rody?
Tak jak o tych trzecich synach myślę. Dobra i jeszcze jest jedno, co chciałam wam tutaj przybliżyć. Szukając właśnie tego symbolu nieskończoności trafiłam na fajny znaczek, symbol, który mógłby być pod to podciągnięty. Znaczy mógłby być fajnym twistem tutaj. Jesteśmy? Jesteśmy tu. I teraz ten symbol nie jest do końca symbolem nieskończoności, który znalazłam. To są bardziej dwie takie spirale. Znaczy właściwie wiecie, jakbyśmy mieli sznurek i po jednej i po drugiej stronie jednocześnie zwijali spiralę. Od różnych stron.
Chodzi mi o to, że to, co na przykład nasz śledczy widział jako symbol nieskończoności, może się okazać, że to wcale nie jest symbol nieskończoności, tylko właśnie tutaj to się nazywa jako podwójna spirala. To jest po prostu w kształtach. No dobra, czytam wam i zaraz będę coś dalej do tego jeszcze gadać. Podobny do koła Tai Chi symbol wyraża współzależność takich przeciwstawnych elementów jak narodziny i śmierć oraz narodziny i odrodzenie po inicjacji, a także pierwiastek męski i kobiecy. Koło Tai Chi, nie wiem czy każdy wie, ale pewnie każdy kojarzy takie koło yin i yang. Takie coś czarno-białe, symbol tych dwóch energii. To tutaj właśnie o to koło chodziło. No i właśnie tutaj to przeciwstawienie tych elementów narodziny, śmierć. Czy właśnie to odrodzenie po inicjacji. Od razu mi się to z tym kultem skojarzyło.
I teraz pytanie, w którą stronę idziemy? Bo to właściwie wszystko, jak tak patrzę, się sprowadza do jednego. To by po prostu wyglądało ładnie graficznie. Tak sobie to wyobrażam. Pomyślę, czy zrobię jakieś wizualizacje, czy zrobię jakieś szkice. Niemniej na fanpage'u utworzę, tak jak mówiłam wcześniej, folder. Na fanpage'u można folder ze zdjęciami utworzyć i po prostu tam będę wrzucać grafiki z zebranymi informacjami. Więc postaram się jakieś szkice po dzisiejszym odcinku zrobić, żeby przed następnym odcinkiem już to trafiło do tego folderu. Jakbyście mieli ochotę na jakieś dyskusje czy pomysły to byłoby super, bo nie ukrywam, że fajne symbole i można tu dużo z tego poskładać, a też nie chciałabym się zagubić w tym wszystkim. I miałam tutaj jeszcze zaznaczoną grzechotkę samą w sobie.
Ale grzechotka, taka ta pierwotna... Jak zawsze w książce mamy dużo stron. Dobra, tutaj mamy ją w kontekście szamanizmu, ale jakby nie patrzeć, to od strony przesądów, zabobonów czy na przykład na naszych terenach wierzeń słowiańskich, to jest to w pewnym sensie spójne. Że to dziecko oprócz tego, że miało się zająć tą grzechotką, tym dźwiękiem i tak dalej, czy uspokoić, bo ten grzechot też w jakiś sposób wycisza, to właśnie chodziło też z perspektywy duchowej o to, co wam już tutaj czytam. Grzechotka. „Święta grzechotka lub kołatka służy do odpędzania zła. Jej hałaśliwy dźwięk ma odstraszać wszystkie złe duchy. Może też imitować spadające krople w czasie rytuałów zaklinania deszczu. Grzechotki bywają często ozdobione symbolicznymi przedstawieniami zwierząt lub ptaków”. No i dobra, bo tutaj już jest odnośnie tej na zdjęciu, ale to nie jest istotne.
Tak czy siak, najważniejsze co tutaj jest: służy do odpędzania zła. Ma odstraszać wszystkie złe duchy. I tutaj właśnie może... Tylko tak, kurczę, nie chciałam bardzo wchodzić w metafizykę, aczkolwiek dziecko jest samo w sobie symbolem takiego nowego początku, tej niewinności, świeżości. Może właśnie tak jak ten biały mak. Więc może właśnie chodzi o dwa rody, które zapoczątkowały to. Może każdy taką grzechotkę miał z tego rodu, z dziada, pra dziada. A może grzechotka trzeciego syna? Wiecie, coś takiego. A te dwie różne symbolizują połączenie dwóch rodów na przykład, tych założycielskich.
Już mówię tutaj oczywiście w kontekście naszej fabuły. Powiem wam tak: dużo mi teraz w głowie kwitnie. Także okej, zamykam książkę, bo już mam parę innych pomysłów, żeby jeszcze jakieś frazy poszukać. Ale to nie o to chodzi. Książeczka, dziękujemy za wsparcie merytoryczne. I wrócę tu jeszcze do tego, co my tu mamy. Bo dobrze byłoby już jednak trochę kończyć nasz odcinek dzisiejszy, ale żeby jednak to się nam fabularnie fajnie spięło. To tak fabularnie, to wiadomo, że tutaj te skrawki informacji zapewne byłyby bardziej rozpisaniem już konkretnych tych emblematów. Także to znajdowało się w kopercie. I teraz myślę jeszcze, jak trafimy do lokacji tych lochów czy tamtych tunelów.
Myślę sobie, że nie było oczywiście Cerbery tutaj, tak jak rozmawialiśmy, ale po przeczytaniu tego raportu, tych informacji, detektyw stwierdził, że nie ma sensu być w tym mieszkaniu, więc postanowił z niego wyjść. I tak sobie myślę, że ten ziomeczek wcześniej w ręczniku mógł jeszcze coś zostawić. Myślałam najpierw, że może coś nakleić na drzwiach, ale dobrze byłoby, żeby zamknął mieszkanie. Ja i moja paranoja. Nie, słuchajcie, na co wpadłam. Pomyślałam sobie, że kiedy detektyw będzie wychodził z tego mieszkania, to prawie zdepcze... Na wycieraczce będzie leżała koperta z czymś większym. I tam w środku będą klucze do mieszkania, z którego wyszedł. I krótki list od Cerbery, że ma zamknąć mieszkanie i że się spotkają na strzelnicy o piątej rano. O, tak wiecie, coś takiego.
Pomyślałam, żeby poszedł na tą strzelnicę. No właśnie, tak, bo tu w tym odcinku wam jeszcze o tym nie mówiłam. Jeżeli chodzi o odcinek z przesłuchaniami świadków, też wyszło, że była impreza w tym klubie strzeleckim elitarnym i jedna para świadków troszeczkę się rozminęła z prawdą i nie wspomniała od razu, że mają tam powiązania, że oni też byli na tej imprezie. I w sumie to jest też fajny pomysł, żeby pójść na tą lokację i nie losować kart, bo przydałoby się tam też zebrać jakieś poszlaki. Więc pomyślałam, że o 5:00 rano umówią się tam z Cerberą, że Cerbera na coś wpadła. A to wiadomo, nie jest to sprawa jakaś taka, żeby od razu to wszystko pisać. I przy okazji byłoby to też pretekst, żeby dopisać, że przy okazji PS odda jej klucze do mieszkania. Więc tam się spotkają i tam ona odnalazła właz, więc oni tam wtedy wejdą do tego tunelu. Tak trafiliśmy do lokalizacji, na której skończyliśmy poprzedni odcinek. Tak jak poprzednio wylosuję tutaj poszlakę i ekspertyzę.
Bo myślę, jak zakończymy dzisiaj, to tak jak zawsze zrobimy: poszlaka, ekspertyza, omówię jeszcze tą lokację i wylosuję kolejną i już wtedy ta kolejna nam rozpocznie następny odcinek, żeby jeszcze ta ciągłość była. No dobra, to lecimy. Jakiś artefakcik. Może to. Jeszcze nie widzę co, ale już mam coś. Dobra, to na razie go sobie położę tu i jakąś ekspertyzę ze środeczka dalej na szybko, bo już późno. Dobra, to teraz odwracamy, co oni tu znaleźli. Słuchajcie, słuchajcie, moi drodzy. Prawdę mówiąc, to ja nawet nie do końca wiedziałam, że tu są karty zdublowane w tej grze. Ale to idealnie.
Mamy brzytwę. Brzytwa była już w jednym z odcinków. Brzytwa została znaleziona właśnie w tajnym archiwum w tej willi, gdzie doszło do morderstwa, a konkretnie właśnie zakrwawiona brzytwa została znaleziona niedaleko, w miejscu, gdzie były poćwiartowane zwłoki ofiary. Znaczy, gdzie poćwiartowano zwłoki ofiary, bo akurat same zwłoki były gdzie indziej. I tam znaleziono brzytwę i też nie było wiadomo do końca, o co z nią chodzi. Ja tutaj rozważałam seryjnego zabójcę, który zostawiał takie brzytwy. I teraz mamy taką samą brzytwę tutaj w tunelu. Okej, wiecie co? I to by mogło być fajnym tropem, że jeżeli faktycznie przyjmiemy, że był jakiś tam seryjny morderca, który zostawiał te brzytwy, to może tutaj chodzi o to, że te brzytwy są w jakiś sposób powiązane z kultem. Musiałabym sobie przypomnieć ten odcinek, bo ja się zastanawiałam, czy ja też na rękojeści tej brzytwy nie dopatrywałam się właśnie tych ósemek leniwych, bo tutaj jest dużo wzorów.
Ale mogłyby być jakieś wzory tutaj z tym. Może właśnie w tym bractwie był jakiś taki, nie wiem, oddział brzytwiarzy? Czy może właśnie jakaś funkcja, też przekazywana z pokolenia na pokolenie. Okej, zabezpieczyli tą brzytwę. To teraz jeszcze zobaczmy jaka ekspertyza, może coś tam nam fajnego wyjdzie. Okej. Raport grafologa. Jak ktoś nie wie, to tutaj dopowiem, że grafolog to jest człowiek, który zajmuje się badaniami pisma odręcznego. Porównuje, sprawdza. Czy na podstawie tego pisma mówi...
Można na podstawie pisma czy kroju, czy czyjejś czcionki powiedzieć coś więcej o tej osobie od strony takiej psychologicznej. I teraz ta brzytwa. Bo wiecie, tutaj była ta księga jeszcze, ten anioł i ta otwarta księga. A może ktoś w tej księdze coś dopisał? Może tu też doszło do jakiejś sytuacji, że... Dobra, bo ja za dużo w głowie, za mało wam mówię. Pomyślałam o takiej sytuacji, że okazuje się, że w tej księdze ktoś dopisał coś ręcznie, jakąś taką informację, nie wiem, czy może właśnie jakiś komunikat. Pomyślałam coś na zasadzie, że „pomocy”, że coś tam. Pomyślałam o osobie, która może by się z jakiegoś powodu z tego bractwa chciała wyłamać. Czy dowiedziała się o tych morderstwach na przykład.
Więc coś w ten deseń bym poszła. I ten raport grafologa i brzytwa. I właśnie ta brzytwa może leżałaby tutaj taka zgubiona w szamotaninie albo właśnie może ukryta? Bo w sumie to mamy czasy współczesne. A może ta brzytwa właśnie była wrzucona za księgę i... Dobra. Raport grafologa. Na brzytwie, na ostrzu brzytwy był jakiś komunikat napisany markerem i to samo pismo znajdowało się w księdze. Też na innym komunikacie. Czyli osoba, która zostawiała tropy i tak dalej, może chciała być właśnie znaleziona?
Ale wiedziała, że może już nie przeżyć tego. Bo sama nie wiem, jakie tu informacje. Czy może jakieś zrobiła współrzędne, bo tam po drodze był jeszcze jakiś sekator taki. I se trucizna. Dużo niewiadomych. Muszę na następny odcinek już zacząć to spinać. Właściwie najlepiej byłoby zrobić zakończenie tego, ale się robi gorąco w tunelach. Powiem tak: nie będę na siłę wymyślać tych komunikatów teraz, bo to nie tędy droga. Mamy ten raport, mamy brzytwę. Dobra, bo ja już zapadam w fabułę, w proces tworzenia.
Wylosuję nową lokację i zobaczymy, czy damy radę to powiązać. I na tym zakończymy dzisiaj. Dobra, lokacja jeszcze teraz. Cyk. Dobra, mamy tym razem poddasze. Drewniany domek, okno witrażowe, ale patrzę, co tutaj jest. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem. Kurczę, ośmioramienna gwiazda, z trójkątów się składa ten witraż. Oczywiście, że na potrzeby naszej fabuły może się składać z pięciu, ale to chyba nie jest tu istotne. Dalej mamy złotą klatkę dla ptaków, bardzo ozdobną.
Ta klatka wisi na stelażu. Klasyczny strych. Mamy tu porozrzucane kartony, lampę naftową, koło ratunkowe. Co tu jeszcze? Słuchajcie, jest kapelusz z białym piórkiem. A w sumie o białym piórku też dzisiaj czytałam coś. Co jeszcze mamy? Mamy manekin. Taki krawiecki typowo, czyli bez rąk, bez nóg, sam korpus, nawet bez głowy. I warkocz czosnku też wisi tutaj u góry.
Mamy poddasze. A może trafimy do domu któregoś z członków tego bractwa albo któregoś ze świadków? Powiem szczerze, że ten kapelusz to by mi pasował do tego przyjaciela od szachów, który niby nie miał powiązań z tym klubem. A to było aż dziwne, że na trzech świadków jeden nie miał powiązań, a się przyjaźnił z właścicielem rezydencji, który też był w tym klubie. Pomyślałam, że może nawet byłby kimś ważnym, jako że ta rezydencja miała być rezydencją matką dla tych pakunków. No właśnie, jeszcze kwestia pakunków. Białe maki. Nie, to aż od początku się prosi o jakieś narkotyki. Albo jakąś inną substancję. Coś, co wcale może nie do końca jest narkotykiem.
Wszystko pójdzie o sodę. Sobie przesyłali. Dobra, mamy strych i te tunele, więc może ten raport grafologa. Muszę też sobie przypomnieć, czy mieliśmy-- słuchajcie, tak! Mieliśmy kartkę z napisem. W tym archiwum tajnym znaleziona została kartka z napisem „szach-mat” i na podstawie firmowego notesu, bo to było w notesie firmowym, więc po tym logu znaleziono świadka numer dwa. On był antykwariuszem z tego, co pamiętam. Ten od szachów, co niby nie wiedział, o co chodzi, że ten ciężarek dostał parę dni wcześniej. A teraz myślę, czy przypadkiem nie zrobić tak, że to pismo będzie się pokrywało z pismem z księgi i z tej brzytwy. I w sumie zakrwawiona brzytwa została znaleziona też w tym archiwum.
Więc teraz pytanie, czy robimy z tego seryjnego, czy może on te brzytwy podrzucał, żeby trop wskazać? Kurde, dobre. Ciekawe to. Okej, ja zostawiam poddasze. W następnym odcinku za tydzień dowiemy się, o co kaman z tym poddaszem i postaram się, nie wiem jeszcze jak, ale jakoś zrobić, żebyśmy mieli już chyba finał śledztwa. Boję się przedłużać tego wszystkiego, a nie chciałabym zostawić was na wakacje w takim zawieszeniu, jak to wszystko się skończyło. Więc na pewno ten ostatni odcinek fajnie jakby był podsumowaniem nawet poniekąd całego sezonu. Dobrze byłoby to zrobić. Także następny, przedostatni odcinek będzie bardzo intensywny. Ja dzisiaj kończę, bo dzisiaj mamy chyba wyjątkowo długi odcinek z tej serii.
Trzymajcie się serdecznie. Dużo inspiracji i koniecznie jak będziecie mieli jakieś fajne myśli, pomysły, może coś wpadło wam dzisiaj. Dużo informacji, więc może macie pomysł, jak by to fajnie połączyć. A może macie też swoją wiedzę z innych dziedzin, branż, zakresów, którą warto byłoby wzbogacić nasze bractwo. To też zapraszam, dajcie mi znak gdzieś w komentarzu na fanpage'u. Jak nie chcecie przez Facebooka, wpiszcie moje imię i nazwisko w Google i na pewno znajdziecie jakieś tropy łączące czy pozwalające połączyć się ze mną w jakiś sposób. No dobra, kończymy. Trzymajcie się. Pa.
[03:09:03] - Proszę państwa, mieliśmy dzisiaj gości z Marsa. To czas na coś bardzo podobnego w klimacie. W recenzarium Evivy omówiona zostanie książka, znowu klasyczna. „Książka na srebrnym globie” Żuławskiego. Zapraszam.
[03:09:53] - Witam, z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Dzisiaj chciałabym wrócić do dość odległej przeszłości. Książka, która obecnie jest dla młodego pokolenia w zasadzie nieznana, a od niej, jeżeli chodzi o fantastykę polską, właściwie wszystko się zaczęło. Myślę o słynnej powieści „Na srebrnym globie” Jerzego Żuławskiego. Wspomina o niej nawet Konstanty Ildefons Gałczyński w jednym ze swoich wierszy. Zacytuję: „Jerzy Żuławski napisał powieść »Na srebrnym globie«. Któż o księżycu nie pisał? Nawet astronomowie. Ja także czasem piszę wiersze, ale to jest mój srebrny sekret. Chociaż po pierwsze, po co te wiersze?
Ja tylko jedno wiem.” Książka w swoim czasie wywołała ogromne zainteresowanie i właściwie nie ma się co dziwić. Polacy nie byli przyzwyczajeni do fantastyki. Właściwie można powiedzieć, że nie mieli potrzeby pasjonować się czymś takim. Czy jednak nasz wielki rodak dobrze sobie poradził z dziedziną, która tylko pozornie wydaje się łatwa? Autor przy okazji wcale nie ukrywa inspiracji książką Juliusza Verne’a, notabene pomawianego o polskie korzeni. Chodzi o „Podróż na Księżyc”. Właściwie to się ukazało w Polsce pod tytułem „Wokół Księżyca”. Nawet wspomina o niej we wstępie, ponieważ inspiracją dla inżynierów planujących wielką podróż była właśnie ta książka. Trzeba przyznać, że Żuławski też nie bardzo sobie potrafił wyobrazić, jak taka podróż miałaby wyglądać. Zatem do uruchomienia pocisku między Ziemią a Księżycem też użył działa.
Niech będzie. Ostatecznie można, technicznie rzecz biorąc, uznać wyrzutnię, z której startowały pierwsze rakiety za rodzaj działa. Chociaż nie było ono nabijane prochem, a odrzut powodowało paliwo znajdujące się w zbiorniku w rakiecie. Ale niech będzie, nie będziemy się kłócić o szczegóły. O czymże więc jest ta książka? Ludzkość planuje zdobyć Księżyc. Jedną z wypraw ma pokierować Irlandczyk, Ottomura. Razem z nim do pocisku wsiadają Portugalczyk, Piotr Varadol, Polak Jan Korecki oraz lekarz Anglik, Tomasz Woodbell. Tomasz zabiera ze sobą kolejnego członka wyprawy. Można powiedzieć, że najmniej oczywistego: kobietę, Martę.
Jest to młoda Hinduska, zakochana bez pamięci w angielskim lekarzu, gotowa z nim pójść wszędzie, nawet i do piekła. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że w istocie tam właśnie zmierza. Podczas lądowania wskutek odniesionych obrażeń umiera kapitan wyprawy. Natomiast Piotr, Jan, Tom i Marta przeżywają to okropne doświadczenie. Nic złego też się nie stało zabranym z Ziemi psom. Jednak i Tom wkrótce umiera, co jest ogromnym ciosem dla młodej Hinduski. Jej jedyną pociechą staje się narodzony wkrótce syn, dla którego gotowa jest oddać wszystko. Dwaj pozostali mężczyźni starają się jakoś urządzić im wszystkim życie na Księżycu. Nie jest to jednak proste. Przede wszystkim jest ich bardzo mało, a środowisko, w którym się znaleźli, jest bardzo nieprzyjazne.
Wkrótce pojawia się następny problem. Jest w nim właśnie Marta. Jak łatwo się domyślić, gdzie jest dwóch mężczyzn i jedna kobieta, tam musi powstać konflikt. Trudno jest winić Jerzego Żuławskiego za to, że przedstawił Księżyc bardzo nierealistycznie. Według niego jest tam tlen, są rośliny i nawet drobne zwierzęta. Jednym słowem da się żyć. Oczywiście wiemy, że nie jest to prawda i że gdyby taka podróż, jaką opisał, rzeczywiście miała miejsce, zakończyłaby się natychmiastową śmiercią wszystkich zaangażowanych. Tymczasem u Żuławskiego żyją, mimo targających nimi konfliktów. Starają się ułożyć sobie życie, a nawet stają się zalążkiem populacji księżycowej. Ponieważ mimo swojej ogromnej niechęci i wierności zmarłemu ukochanemu, Marta godzi się na zostanie żoną jednego z pozostałych po to, ażeby urodzić kolejne dzieci, żeby jej synek kiedyś nie został sam na tym Księżycu.
Ta decyzja, prawdę mówiąc, przynosi więcej szkody niż pożytku. Pod względem psychologicznym książka jest o wiele lepsza niż pod względem merytorycznym. Tak jak powiedziałam, Księżyc opisany przez Żuławskiego jest w rzeczywistości małą planetką, na której panują warunki surowe, ale możliwe do przeżycia. Natomiast przepięknie jest opisany konflikt między ludźmi. To, jak ogromną siłą jest miłość, jak bardzo też może okazać się destrukcyjna. Pokazuje też wartość czegoś takiego jak poświęcenie oraz opisuje straszliwą, potworną samotność. Ponieważ autor zapisków, czyli Jan Korecki, opisuje przede wszystkim to, w jakim strasznym charakterze przyszło mu bytować. Znajduje się bowiem z boku Niejako pary, która powstała przy ogromnej niechęci kobiety, a przy ogromnym zaangażowaniu Piotra, który można tak powiedzieć, został jej mężem. Cierpienie mężczyzny, który doskonale wie, że ukochana go nienawidzi i ma do niego głęboki wstręt, oraz cierpienie mężczyzny, który obserwuje, jak tych dwoje się męczy i usiłuje znaleźć cel życia w pomocy przy wychowywaniu ich dzieci. I to wszystko jest opisane bardzo pięknym, poetyckim językiem.
Można tutaj oczywiście przyczepić się do tego, że księżyc tutaj nie jest księżycem, ale mniejsza o to, ponieważ w książce wcale o to nie chodzi. Wszystkim miłośnikom fantastyki radziłabym po nią sięgnąć, zapoznać się, z czego wyrosła polska SF. Chociaż wierzę, że wielu z nich będzie miało trudności z przeczytaniem tej powieści, ponieważ napisana jest nie tak, jak do tego przywykli i może ją oskarżyć miejscami o dłużyznę. Ale mimo to warto, ponieważ jest piękna, naprawdę piękna, chociaż przy okazji bardzo smutna. Życzę miłej lektury. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:16:54] - Teraz proponuję państwu drugie spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Tak, to znaczy, że na antenie pojawi się małpa. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o książce „Historia katastrof UFO” Kevina Randle'a, a Piotr państwu to powie lepiej. Czołem, czołem Piotrze.
[03:17:22] - Witaj, witaj Marku.
[03:17:24] - I cóż, czas na kolejną książkę. Klasyk właściwie. Książkę, od razu tobie oddam wymówienie nazwiska, bo ludzie źle znoszą, jak ja wymawiam angielskie nazwiska.
[03:17:39] - Nie wiem, chyba Randle. Tak mi się wydaje. Kevin Randle.
[03:17:43] - A mówimy o książce „Historia katastrof UFO”. I powiem tak: ja oczywiście jestem po lekturze i to wtórnej lekturze, ponieważ tę książkę czytałem dawno, a teraz do tej audycji przejrzałem sobie dogłębnie i na nowo. I bardzo jestem ciekaw, jak osoba, która w temacie siedzi i to naprawdę bardzo głęboko, mówię to z najszczerszym podziwem, jak ty oceniasz tę książkę. To oczywiście jest pytanie podstępne. Mam przygotowaną pewną ripostę. Tylko pytanie, co powiesz?
[03:18:22] - Ja powiem ci tak: po pierwsze to jest jeden z moich ulubionych autorów. Człowiek wszechstronnie wykształcony, bo on skończył dziennikarstwo, psychologię, ale też kierunek związany z obronnością. Od lat działa na polu UFO, przy czym szczególnie się interesuje katastrofami. Może tak na początek powiem, dlaczego go cenię. Bo na jego blogu Different Perspective możecie sobie przeczytać różnego rodzaju komentarze. Zazwyczaj to nie są takie proste teksty, czyli tam: UFO wylądowało, chłop przyszedł, UFO porwało i tak dalej. Nie, to są raczej teksty takie insiderskie, nie dla każdego. Nie jest to autor naiwny, co jest dość rzadkie wśród badaczy amerykańskich. Po drugie analizują to zjawisko z zachowaniem takiego złotego środka. Czyli nie jest ultra sceptykiem, ale też nie wierzy w każdą bzdurę.
Takie podejście jego jest dość historyczne. No i kolejna sprawa. On zna realia związane z wojskiem i ze służbami specjalnymi, więc ocenia wiele spraw z punktu widzenia tak zwanego insidera. I podchodził on dość krytycznie do rewelacji Davida Gruscha i tego, co on mówił. Kim jest Grusch, to już wam nie będziemy mówić, bo na pewno wiecie. Przez co znalazł się trochę nacenzurowanym ze strony mediów mainstreamowych. Zresztą on nigdy nie aspirował do tego, żeby być bardzo medialną osobą. Jest to bardzo płodny autor. Mnie osobiście się go w oryginale dość dobrze czyta ze względu na dużą ilość konkretów i takie bardzo historyczne podejście. Natomiast książka, o której dzisiaj mówimy, jest dość leciwa, bo ona w oryginale ma prawie 30 lat, ale tak bardzo się nie zestarzała z kilku powodów.
Po pierwsze katastrofy UFO, poza może bardzo niewieloma przypadkami, to są takie sprawy i tematy, odnośnie których jest bardzo mało nowości. Owszem, raz na jakiś czas się trafi nowy wątek dotyczący chociażby Roswell, ale to są zwykle takie rzeczy, które nie zmieniają nam całego obrazu sprawy. No dobrze, dlaczego ta jego książka jest godna uwagi? Znaczy nie wiem, Marku, czy z twojej perspektywy jest godna uwagi, ale jest jeszcze coś, co chciałem powiedzieć. Bo my teraz, dyskutując o tych wszystkich zjawiskach związanych z UFO, z Davidem Gruschem, to się dowiadujemy, jeżeli oczywiście mu uwierzymy, że Amerykanie posiadają jakieś rozbite obiekty UFO, jakieś wraki UFO. Zatem ta dyskusja o tych katastrofach wszelkich weszła na zupełnie inny poziom, bo przecież nawet w tym swoim pierwszym wystąpieniu Grusch powiedział, że Amerykanie mają jakieś UFO. Pierwsze z kolei zdobyli rozbite od Włochów z Magenty. To już było wałkowane niemiłosiernie. Zatem te katastrofy weszły do mainstreamu. No i tutaj nam się pojawia książka wydana w Polsce, w którym roku nie pamiętam już.
Natomiast to też jest takie, Marku, dziwne, bo ta książka chyba po pierwsze miała takiego efemerycznego wydawcę, a po drugie chyba się już nigdy nie ukazała w kolejnych wydaniach.
[03:21:39] - Książka jest z 1997 roku, wydawnictwo Alphane. Ja się kilka razy zetknąłem z tym wydawnictwem, ale rzeczywiście nie jest to gigant na rynku. Nie wiem nawet, czy jeszcze istnieje. Pytałeś, czy ta książka mi się podobała. Powiem tak, że tak się jakoś psychologicznie składa, że ludzie bardzo często zazdroszczą tego, czego sami nie mają. Już wyjaśniam, o co mi chodzi. Ja jestem bałaganiarzem, człowiekiem, który sporządza miliony notatek, później je gubi, później je odnajduje. Jakbyście państwo zobaczyli miejsce, z którego do państwa w tej chwili mówię, to tu jest twórczy bałagan. Ja się w nim dosyć spokojnie poruszam. Natomiast to nie jest takie otoczenie, które by się kojarzyło z kimś szacownym, uporządkowanym i godnym zaufania.
Tymczasem książka „Historia katastrof UFO” zrobiła na mnie wrażenie właśnie tym, czego nie mam, czyli uporządkowaniem, pewnym ułożeniem tematów, chłodnym śledzeniem, ale jednocześnie, powiedziałeś o tym, nie poddaje się autor ani emocjom w jedną, ani w drugą stronę, raczej stara się chłodno analizować. Dostajemy w tym tomie ileś przypadków konkretnych katastrof z datami, ze szczegółami, z opisami, z pewnym podsumowaniem. Dostajemy też swoisty zbiór. Na końcu książki dostajemy wykaz katastrof UFO i co jest ciekawe, przy niektórych z nich wręcz autor pisze, że to należy między bajki włożyć albo raczej nie należy ufać, że to prawda. I tak dalej. Podziwiam autora za to, że na przykład potrafił napisać w przypadku Roswell, że to jednak nie było to, o czym twierdziły czynniki rządowe, że to jakiś balon, że w ogóle nic nie było. On twierdzi, jest to jasno napisane, że to było jednak coś więcej, że tam się jednak coś wydarzyło. I cenię, że on nie działa na zasadzie „wydaje mi się”, tylko działa na zasadzie analizy dostępnego materiału, który nie zawsze jest specjalnie bogaty, ale tego dostępnego materiału. Tak jak powiedziałeś, jego wykształcenie, jego doświadczenie sprawia, że on ten materiał nie tylko deklaruje, że analizował, ale go naprawdę analizował. I połączenie tych wszystkich cech, tego uporządkowania, świadomej analizy daje efekt, który dla mnie jest zachęcający.
To znaczy ja lubię takie książki, które porządkują wiedzę, które jednocześnie nie są sterylne, bo to nie jest książka sterylna, która mówi: „Nic nie wiem, ja tylko odnotowuję”. Nie, on jednak pewne stanowisko zajmuje, ale zajmuje je w sposób nienatarczywy i nie w sposób, który sugerowałby: „Mnie słuchajcie, wierzcie mi, ja wam głoszę prawdę”. Wręcz przeciwnie. On odwołuje się do analizy, która ma sporo cech wspólnych z analizą naukową. Lepszej rekomendacji trudno użyć.
[03:25:35] - Tak. I tutaj jest pewna pułapka, jeżeli chodzi o katastrofy UFO, bo w wielu przypadkach jest tak, jak na przykład w sprawie Aurory czy Orory, jak mówią Amerykanie, że opieramy się na wątłych przesłankach. Wiemy tylko, że się coś zdarzyło, bo jest jakaś historia. Natomiast wszelkich dowodów jest brak. Podobnie jest zresztą z Roswell. Mamy jakieś materiały, mamy ślady po materiałach, mamy relacje ludzi. I on tutaj robi taką mocną historyczną robotę. Wiesz co, powiem ci tak: wszystko zależy od dojrzałości odbiorcy albo od nastawienia odbiorcy. Bo jeżeli ktoś jest takim pożeraczem spisków, mocnym believerem, kimś, kto chce dowodów typu: „A, tak, są kosmici i oni porywają, a ludzie kopiują te statki, latają sobie” i tak dalej, to tam nie znajdzie takich rzeczy.
[03:26:35] - Nie będzie zadowolony.
[03:26:36] - Nie będzie zadowolony. Natomiast jeżeli ktoś chce dostać nie powiem dowody, ale jakieś poszlaki i przesłanki na tak kontrowersyjną sprawę jak katastrofy UFO, to jest książka dla niego. To jest w ogóle idealny autor. Randle się cechuje tym, że kiedy on ma jakiś temat, to ujmuje go z różnych punktów widzenia, z różnych źródeł i czasami coś, co wydawało się czymś wręcz niepodważalnym, po jego analizie okazuje się na przykład nieporozumieniem albo złą interpretacją. To jest wszystko bardzo interesujące i może to był klucz też do niepopularności tej książki, bo ona jest za poważna. Bo mamy innych autorów, którzy powiedzą: „Tak, rozbiło się. Prawda jest ukrywana. Monumentalna sprawa, taka, że wam łby popękają”. I to koniec. A on tutaj stara się drążyć.
I chyba o to chodzi, tak? O to chodzi według nas. Ale są tacy, którzy- Którym to nie odpowiada. Randle przede wszystkim szuka tych historycznych punktów zaczepienia. Natomiast z katastrofami UFO to też jest tak, że one weszły do tego mainstreamu jedną nogą. Dlaczego jedną nogą? Bo pojawił się David Grusch i on de facto o Roswell nie mówi. On mówi: coś się stało i tak dalej, że są te materiały biologiczne, że są te nieziemskie, nieludzkie technologie, przejęte obiekty. I my się cały czas zastanawiamy, czy Amerykanom się to udało przebadać. Nie tylko Amerykanom, bo przecież inne narody też mają mieć te obiekty.
Czy skopiowali jakieś rozwiązania techniczne i tak dalej. Ale pomimo tego, że minęło kupę lat tak naprawdę od premiery książki Randle'a, to jest taki paradoks. Chociaż katastrofami UFO interesują się media głównego nurtu tak naprawdę i mówi się o nich w Kongresie, to na dobrą sprawę nic się nie zmieniło. Status quo został zachowany. Niby coś jest, a niby nie ma. I to już trwa, nie chcę powiedzieć, że od premiery książki Randle'a, ale od grubych dekad.
[03:28:45] - Piotrze, żeby unaocznić naszym słuchaczom, jaki styl prezentuje autor, ja sobie wybrałem zakończenie rozdziału o katastrofie w Kecksburgu. Jak to brzmi? Posłuchajcie państwo. „Podobnie jak w przypadku wielu doniesień na temat katastrof UFO i w tym wypadku trudno powiedzieć coś konkretnego. Rozsądne wydaje się zaakceptowanie wojskowej oficjalnej wersji, że za wszystko winę ponosi bolid. Ale wtedy musielibyśmy odrzucić liczne zeznania naocznych świadków. Gdyby nie liczba ludzi, którzy twierdzą, że widzieli coś w lesie lub świadkowie operacji przewożenia obiektu, gdyby nie postawienie na nogi ekipy projektu Moon Dust, można by uznać, że mamy do czynienia z pomyłką. Jednakże nie sposób odrzucić części materiału w tej sprawie tylko dlatego, że nie można go wyjaśnić. Do chwili poznania wszystkich szczegółów sprawa zdarzenia w Kecksburgu musi zostać otwarta”. Niezwykle mi odpowiada ten styl.
Naprawdę. To jest kwintesencja tej książki, bo pozostając otwartym na różnego rodzaju argumenty, na różnego rodzaju doniesienia, jednocześnie autor nie wpada w dygot, nie wpada w jakąś egzaltację i mówienie: „Tak, tak, na pewno są, już wiemy, wszystko wiemy”. Nie. To jest spokojna analiza i wyciszanie emocji, które nieuchronnie się pojawiają przy tego rodzaju wydarzeniach. Ale jednak dobrze, że się znajdują ludzie, którzy podchodzą do tego na chłodno. To tylko dobrze robi sprawie.
[03:30:41] - Nie wiem, czy na chłodno. Podchodzą tak, jak się powinno podchodzić tak naprawdę.
[03:30:45] - Czyli na chłodno.
[03:30:49] - Jeżeli są wielkie twierdzenia, jeżeli są wielkie przypuszczenia, bo tak naprawdę trzeba powiedzieć jedną rzecz: katastrofy UFO mają to do siebie, że to jest materia bardzo medialna i często jest tak, że jak się produkuje serial albo jak się pisze coś na ten temat, to trzeba wepchnąć trochę jakichś domysłów, żeby nam się historia kleiła, bo się często nie klei. I dodaje się różne wątki, które się potem stają prawdą. I tak było na przykład w przypadku katastrofy UFO w Gdyni. Dzisiaj, kiedy się o niej czyta w internecie taką podstawową wersję, to spada UFO, potem ufoludek się czołga po plaży, a guzik prawda, bo wystarczy zajrzeć do gazet z tamtego okresu, wystarczy zajrzeć do kroniki UFO Piechoty, czyli wycinków prasowych i się okaże, że owszem, tam coś spadło i byli świadkowie i nawet to było dość głośno, natomiast wzmianki o ufoludku nie było. Czyli tak już zmierzając do podsumowania, to wydaje mi się, że Randle po prostu stara się odpowiedzieć na pytania, które zdrowy rozum sobie stawia. Bo niełatwo jest wymyślić sensację. Niełatwo jest powiedzieć: „Tak zdarzyło się” i tak dalej. Niełatwo jest powiedzieć, że za wszystkim stoi spisek. Zawsze można powiedzieć, że jakaś prawda jest ukrywana, bo jest niewygodna. Ale tutaj mamy taką ciekawą sytuację, że znalazł się facet, który to wszystko nam analizuje w dostępny sposób, bo on też nie wyciągnie tego królika z kapelusza i nie wyczaruje nam dowodów.
I ta książka nie miała wielkiego szczęścia. Zresztą książki Randle'a są takie suche dość. Nie są może tak bardzo atrakcyjne dla masowego czytelnika, szczególnie tego zza oceanu. Ale to też jest bardzo płodny pisarz, o czym wspominałem. Autor książek popularnonaukowych również, ale też fantastycznonaukowych, jakichś form literackich. Także Marku, można powiedzieć kolega po fachu. Warto dodać, że nowe publikacje Randle'a znaleźć możecie w wydawnictwie Flying Disc Press u Filipa Mantla. Także poszukajcie sobie i na pewno znajdziecie kilka nowości. Zresztą coś mi się przypomina Marku, że myśmy dawno, dawno temu jedną z tych nowości omawiali i chyba ona dotyczyła tej sprawy z nalotem UFO na Waszyngton w latach 50.
[03:33:24] - A ja jeszcze powiem, że imponujące jest na przykład to, że mamy aneks w książce, którego tytuł brzmi „Świadkowie” i tu dostajemy bardzo słabe medialnie Czy jakkolwiek inaczej, żeby sprzedać książkę. Listę osób, z którymi autor rozmawiał i to mamy na kilka stron. Kiedy była rozmowa, czego dotyczyła, czy była osobista, czy była przez telefon. Wcześniej mamy aneks A, gdzie mamy wymienione różne inne katastrofy poza tymi, które szczegółowo omawia w książce. Z książki dowiadujemy się, że żeby ona powstała, to przeprowadzonych było kilkaset, w granicach pięciuset rozmów z ludźmi. Czyli musiał ten kontakt nastąpić. Musiano obserwować rozmówcę. Czasami się wręcz wyczuwa, na ile to jest wiarygodne albo w ogóle nie jest wiarygodne. Za tą niepozorną książeczką, bo umówmy się, ona ani formatem nie jest za duża, ani objętością, bo to jest około 260 stron, stoi ogrom pracy, ogrom analizy i takiej chłodnej analizy. I powiem ci szczerze, Piotrze, ja się rzadko ekscytuję przy książkach opowiadających tego rodzaju historie, ale w tym wypadku ekscytuje mnie profesjonalizm tego autora i takie podejście, gdzie analizuje się temat z różnych stron, niejako badając przypadek.
Chylę czoła po prostu.
[03:35:17] - Ale z drugiej strony zobacz, on nie może konkurować z obecnym przekazem medialnym. Mówiliśmy w naszych audycjach i na „UFO Historie”, i na Radiu Paranormalium, że są sygnaliści. Sygnaliści są pośrednimi świadkami. To znaczy oni rzekomo badają, mają dostęp do tych rozbitych obiektów UFO. I oni opowiadają takie rzeczy, że się włos jeży na głowie, że wchodzi się do małego obiektu, a się okazuje, że on większy jest od środka, że tam zakrzywiają czasoprzestrzenie i tak dalej. To jest strasznie chwytliwe. Niestety takie są fakty, taka jest rzeczywistość, że ludzie pragną sensacji i pragną prosto wyłożonej sensacji. I niestety Randall i każdy inny przegra ze swoją dociekliwością, bo po prostu są masy i są mass media i chyba nie muszę nic więcej dodawać. Ale jeżeli chcecie coś więcej, jeżeli myślicie głową, a nie inną częścią ciała, jak mówi Tiger Bonzo, to polecam Randalla na każdą okazję, mimo że trudny, mimo że to takie suche. Kto był takim suchym autorem, Marku?
Znicz Sawicki. A to jest zupełnie inna kategoria, muszę powiedzieć. Także polecam, jeżeli w ogóle będziecie w stanie dotrzeć do książki, o której mowa, bo ona nie dość, że dość rzeciwa, to chyba już taka raczej średnio dostępna.
[03:36:45] - Sprawdzałem, ona się zdarza na Allegro, więc próbować można. Powiem jeszcze jedną rzecz na zakończenie. Nie spodziewajcie się państwo, że autor napisze wam, że wie, że jest pewien, że dostąpił objawienia i wie, jak jest. Nie, on państwu powie, że nie wie, jak jest, ale też przytoczy masę faktów do uruchomienia waszej wyobraźni. Tak, jesteśmy na Wehikule Wyobraźni i jesteśmy w Book Radiu. To właśnie uruchomcie państwo wyobraźnię.
[03:37:22] - Dokładnie. Do usłyszenia.
[03:37:24] - Pięknie dziękuję. Do usłyszenia. Proszę państwa, jakby to powiedzieć. Jak człowiek coś obieca, a później się z tej obietnicy nie wywiązuje, to się musi liczyć z konsekwencjami. W ostatniej audycji, mówiąc szczerze, biję się w pierś, zapomniałem o kolejnym odcinku „Bez Tajemnic”. I proszę sobie wyobrazić, to w ogóle było zaskoczenie, ale przyszedł do mnie mail, który w krótkich, żołnierskich, ale bardzo grzecznych słowach, co przyznaję, trudno jest łączyć, ale się udało, upomniał mnie, że jak już obiecałem, że będzie „Bez Tajemnic”, to dlaczego go nie ma. Bijąc się w pierś zapraszam na odcinek trzeci zatytułowany „Spirytyzm i spirytyści”.
[03:38:28] - W naszym niezawodnym internecie o spirytyzmie, o początkach spirytyzmu jest już kilka ciekawych nagrań, ale nic nie szkodzi czasami przypomnieć, troszeczkę odświeżyć. Spirytyzm to jest bardzo ciekawe zjawisko, bym powiedział, ponieważ w naszym kraju, chociaż jest sporo osób, które uważają, że są otwarte na inne światopoglądy, tak naprawdę, gdy słyszą słowo spirytyzm, dostają drgawek. Spirytyzm nadal źle się kojarzy. Kojarzy się z okultyzmem, z satanizmem, chociaż tak naprawdę nie ma z tym nic wspólnego. W okultyzmie mamy różnego rodzaju praktyki magiczne. W spirytyzmie nie ma żadnych tego rodzaju obrzędów. Ale skąd to się bierze? Bierze się to z nauk Kościoła katolickiego, który w naszym kraju nadal ma bardzo duży wpływ. Stary Testament, gdzie praktyki spirytystyczne zostały zakazane, nawiasem mówiąc, całkiem słusznie zostały zakazane.
[03:39:45] - Ale tamta wiedza przechodzi na współczesnych obywateli, ponieważ nawet w Katechizmie Kościoła Katolickiego zatwierdzonego przez Jana Pawła II także podaje się błędną informację na temat spirytyzmu, który wiązany jest z praktykami magicznymi czy wróżbiarstwem, co jest zupełnym nonsensem i o czym wiedzą wszystkie osoby, które postanowiły chociażby w mniejszym bądź większym stopniu zapoznać się z literaturą spirytystyczną. Generalnie każda osoba, która postąpi w ten sposób, czyli sięgnie po podstawowe dzieła spirytystów, zwykle zmienia o tej nauce opinię. W ten sposób można sobie mówić. Ale skąd się wziął ten spirytyzm? Spirytyzm, jak wspomniałem, jest znany. Praktyki spirytystyczne są znane od bardzo dawna, skoro już w Starym Testamencie o nich mówiono. Jednak cała historia współczesnego spirytyzmu zaczęła się w Ameryce, w małym domu, gdzie mieszkała rodzina Fox. Nie będę tutaj zbyt szczegółowo o nich rozmawiał, ponieważ informacji na ten temat można znaleźć w innych nagraniach udostępnionych na YouTubie. Więc tylko kilka słów dla tych, którzy jeszcze z tą tematyką się nie zetknęli. Siostry Fox, które zorientowały się, że w ich nowym domu, w którym dopiero co z rodzicami zamieszkały, mają miejsce różne dziwne dźwięki, stuknięcia.
I chociaż początkowo myślano, że są to może zwierzęta w ścianach, które gdzieś tam sobie norki wydrążyły, bądź sąsiedzi, którzy robią jakieś żarty, jednak nigdy nikogo nie złapano na gorącym uczynku. Doszły do wniosku, że niewidzialne istoty. Jedna z sióstr zadała kiedyś pytanie: „Jeśli jesteś duchem, odpowiedz trzy razy”. Raczej było to polecenie i duch odstukał trzy razy. Z czasem, gdy rodzina Foxów oraz trzy siostry zadawały różne pytania duchowi, dowiedziały się, że jest to duch mężczyzny, który został zamordowany wiele lat wcześniej, a jego ciało zostało pochowane w tym właśnie domu. Przez wiele kolejnych lat niczego w domu nie znaleziono ani w piwnicy, ani w ścianach. Dopiero długo po tym, gdy rodzina Foxów domowy opuściła, zawaliła się jedna ze ścian w piwnicy i rzeczywiście odkryto szkielet mężczyzny, który był zamurowany w tejże ścianie. Siostry Fox, zanim jeszcze odkryto zwłoki mężczyzny, stały się bardzo popularne. Były zapraszane na różnego rodzaju spotkania, seanse, ale po wielu latach jedna z sióstr stwierdziła, że wszystko to było mistyfikacją. Zapewne dziewczyna potrzebowała pieniędzy, więc mówiła wszystko to, co jej zasugerowano.
Mniejsza o to, nie będziemy tego w tym momencie oceniać. W każdym razie istotne jest to, że kolejne doświadczenia spirytystyczne, które na przestrzeni kolejnych lat odbywały się w Stanach Zjednoczonych, ale przede wszystkim w Europie, potwierdziły, że seanse spirytystyczne odbywające się za pomocą typtologii, czyli metody zadawania pytań i stuknięć, poprzez które duchy odpowiadały na pytania, odbywały się właśnie w podobny sposób, jak w domu Foxów. Więc nawet jeżeli założymy, że historia sióstr Fox jest fałszerstwem, trzeba wiedzieć, że wszystkie kolejne seanse tego typu odbywały się właśnie w taki sposób. Zadawano pytania, duchy odpowiadały poprzez stuknięcia. Za ocean do Europy. I tu zaczął się prawdziwy, naukowy początek spirytyzmu. Mówię naukowy początek spirytyzmu, ponieważ to tutaj spirytyzm z takich praktyk magicznych, dziwnych, niewyjaśnionych zaczął przekształcać się w naukę, która podawała wszystkie informacje w sposób łatwo dostępny dla wszystkich, logiczny. Jak to było? W połowie XIX wieku mówiło się, że na Champs-Élysées nie było kawiarni, w której nie tańcowałby jakiś stolik. To prawda.
Wiele osób organizowało seanse spirytystyczne, ale podchodzili do tego w sposób rozrywkowy. Dla nich to była zabawa. Bardzo niewiele osób zastanawiało się, skąd w martwych przedmiotach, takich jak stoliki, brała się siła, brała się jakaś moc będąca w stanie odpowiadać na pytania osób biorących udział w seansach spirytystycznych. Było to dosyć niesamowite, w jaki sposób kawałek drewna mógł odpowiedzieć tak lub nie na jakieś konkretne pytania, a w dodatku odpowiedzi te nierzadko były logiczne. Nie były przypadkowymi odpowiedziami. Kilka osób jednak zadawało sobie pytanie, skąd to wszystko się bierze. Jedną z takich osób był Hippolyte Léon Denizard Rivail, znany bardziej jako Allan Kardec, który to w wyniku pracy z wieloma mediami z Francji, ale także z Europy spisał tak zwaną „Księgę duchów”, która pojawiła się w 1857 W 1857 roku był to cały zbiór filozofii duchów, opisujący w sposób prosty i przystępny dla wszystkich ludzi. Jest to książka, która składa się z serii pytań i odpowiedzi. Kilka lat później pojawiła się „Księga Mediów”. To było w 1861 roku i w zasadzie te dwie pozycje to są takie biblie spirytystów, które stanowią podstawę wszystkich kolejnych badań filozoficznych i naukowych późniejszych pokoleń spirytystów.
Tutaj warto wspomnieć o pewnej najważniejszej zasadzie, którą Allan Kardec i jego współpracownicy sobie wyznaczyli. Spirytyzm musiał być naukowy, musiał być logiczny. Jeżeli komunikaty ze światów, komunikaty otrzymywane od duchów były nielogiczne, niespójne bądź przeczyły same sobie, były odrzucane, w ogóle nie brano ich pod uwagę. Allan Kardec zmarł mając 65 lat. Przez wiele lat prowadził „Przegląd Spirytystyczny”. Oprócz dwóch wcześniejszych pozycji, o których już wspomniałem, był autorem także wielu innych książek, broszur, które miały popularyzować filozofię spirytystyczną. Po nim nastąpili kolejni badacze. I tutaj zbliżamy się do czasów troszeczkę bardziej nam współczesnych, ale zanim do tego doszło, był Victor Hugo, znany francuski pisarz, o którym podejrzewam wiele osób słyszało. Camille Flammarion, francuski pisarz, wybitny wówczas popularyzator astronomii. Charles Richet, francuski fizjolog, immunolog, laureat Nagrody Nobla.
Maria Skłodowska-Curie, której nie trzeba specjalnie przedstawiać. William Crookes, angielski fizyk i chemik. Napoleon III Bonaparte, prezydent Francji. Arthur Conan Doyle to jest autor Sherlocka Holmesa, a także można dorzucić do tego grona osób znanych Józefa Piłsudskiego oraz Abrahama Lincolna. Józef Piłsudski eksperymentował w tamtym czasie z jasnowidzem Stefanem Osowieckim, ale innym znanym badaczem zjawisk spirytystycznych tego okresu był też Julian Ochorowicz mieszkający w Wiśle. O eksperymentach Juliana Ochorowicza można dowiedzieć się więcej z książki „Duchy czy nieznana siła” Marcina Stachelskiego. Jest to książka, którą polecam. Książka typowo naukowa. Nie jest to żadna powieść, więc styl pisarski może niektórym nie odpowiadać, ale na pewno z książki tej można dowiedzieć się bardzo wielu interesujących rzeczy na temat spirytyzmu i różnych zjawisk, fenomenów spirytystycznych. Ostatnim nazwiskiem, które wspomniałem jest Abraham Lincoln.
Tutaj mogę tylko w kilku słowach powiedzieć, iż w książce „Duchy Białego Domu” Joela Martina i Williama Byrnsa można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy na temat prezydentów Stanów Zjednoczonych, którzy brali udział w seansach spirytystycznych, którzy interesowali się spirytyzmem. Ale nie tylko oni, także ich żony. Do tego grona znakomitości możemy dodać także Bolesława Prusa, który znalazł w „Lalce” odrobinkę miejsca dla spirytyzmu. Poza tym, żeby nie wydawało się, że spirytyzm to jest archaiczna dziedzina, tutaj możemy powiedzieć parę słów o bardziej współczesnych spirytystach. W 1959 roku, czyli to już jest połowa XX wieku, koło Sztokholmu pewien dziennikarz Jürgenson zaczął nagrywać głosy duchów. W ten sposób zapoczątkował tak zwaną transkomunikację, czyli dziedzinę, która zajmuje się komunikacją ze światami poprzez różnego rodzaju sprzęty elektroniczne. Także na YouTubie można znaleźć kilka ciekawych nagrań opisujących tego rodzaju seanse. Niestety wiele jest po angielsku, ale myślę, że przynajmniej część osób jest w stanie bez problemu obejrzeć taki materiał. O transkomunikacji bardzo fajnie pisze ksiądz François Brune w książce pod tytułem „Umarli mówią”. To jest ksiądz katolicki, który interesuje się kontaktami ze światami.
Aż dziw bierze, że do tej pory nie został ekskomunikowany. Ale widocznie to, co robi, nie jest aż tak złe, skoro papież jeszcze go w otchłań piekielną nie strącił. Kolejnymi, bardziej lub mniej współczesnymi osobami, które zajmowały się kontaktami ze światami było brazylijskie medium Chico Xavier, który zmarł w 2002 roku w wieku 92 lat i zajmował się kontaktami od wczesnej młodości. Przez całe swoje życie ten prosty człowiek napisał 450 książek pismem automatycznym, które nazywa się także channeling. Więc w zależności od tego, które pojęcie nam się bardziej podoba, możemy z tego pojęcia korzystać, ale tak naprawdę to jest jeden sort. Pisma automatyczne. Jeżeli ktoś kiedykolwiek próbował napisać książkę, to wie doskonale, że to jest nie lada wyzwanie. Nawet napisanie krótkiego artykułu do gazety, do kwartalnika. Trzeba się troszeczkę nagłowić, żeby nie napisać głupot. Ten człowiek napisał w swoim życiu 450 książek.
Jego następcą, chociaż nie wiem, czy to jest dobre określenie, jest Divaldo Pereira Franco, osoba, która odwiedziła Polskę już kilka razy. Człowiek, który też już ma swoje lata, który także całkiem sporo napisał. Materiały na temat tego człowieka także można znaleźć na YouTubie, więc zapraszam do przeszukiwania. Bardziej współczesne media, które działają gdzieś bliżej nas, a niekoniecznie w Brazylii, jak w przypadku dwóch ostatnich osób, o których tutaj wspominałem. W Polsce są takie media, ale z tego względu, że nasz kraj nie jest jeszcze przygotowany na przyjęcie z otwartymi ramionami osób ze zdolnościami medialnymi, takie osoby ukrywają się. Można się o nich dowiedzieć metodą pantoflową bądź komunikując się z nami na forum spirytystycznym. Tutaj można też czasami uzyskać różnego rodzaju informacje, ale też nie obiecywałbym zbyt wiele. We Francji natomiast jest niejaka Patrycja Dahan, która jest dziennikarzem i współcześnie pracuje w Paryżu. Jest to osoba, która napisała póki co tylko dwie książki, ale są to książki, które przekazują bardzo wiarygodne informacje. Przynajmniej tak wyglądają.
Patrycja Dahan w jakimś niewielkim stopniu identyfikuje się z twórczością Alana Kardeca, więc już przez samo to jestem skłonny tę osobę polecić wszystkim tym, którzy chcieliby nawiązać kontakt z jakimś medium według mnie wiarygodnym. Inną taką osobą i to w zasadzie od książki tego autora zaczęła się moja przygoda ze spirytyzmem. Reynald Roussel, który również pracuje w Paryżu, jest medium pełną gębą, że się tak wyrażę i który także identyfikuje się z twórczością Alana Kardeca. Jego książka, którą przeczytałem, brzmi bardzo sensownie i jest to osoba, której nie podejrzewałbym o żadnego rodzaju brzydkie, nieodpowiednie praktyki tudzież oszustwa, szarlatanerię. Więc to są dwie takie osoby Patrycja Dahan i Reynald Roussel, które mógłbym polecić. Niestety książki Patrycji Dahan nie są jeszcze przetłumaczone na język polski. One w Polsce jeszcze się nie ukazały, ale jeżeli ktoś potrafi porozumieć się po francusku, zapraszam, zachęcam do sięgnięcia po jej książki. A póki co możecie państwo korzystać z literatury przetłumaczonej już na język polski znajdującej się na stronie wydawnictwa Rivail.pl.
[03:55:44] - Była Eviva. Była, znaczy się Luiza Dobrzyńska. To ewidentnie trzeba nadrobić zaległości kolejne i zaprosić państwa na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. A dzisiaj opowieść będzie dotyczyła książki „Czerwone drzewo”.
[03:56:17] - Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy państwo macie czas zajrzeć do mojego „Labiryntu książek”. Dzisiaj sięgnę po nową serię wydawniczą, którą zaproponował nam MAG. Już państwo wiecie, że będzie związana z fantastyką, ale to jest szczególna fantastyka i szczególna powieść. Być może jedna z najlepszych w swoim rodzaju, jakie czytałem w ostatnich latach. Bez względu na to, jak niewiele ich przeczytałem. To powieść Caitlin Kiernan „Czerwone drzewo”. Caitlin Kiernan znana jest w Polsce również jako autorka powieści wydanej również w MAG-u, ale w innej serii „Moje ukochane uczucie wyobraźni”, o której tyle państwu opowiadałem w zeszłym tygodniu ze względu na „Walentę”. Tym razem jednak te powieści jakoś się łączą. Łączy je postać głównej bohaterki, niekoniecznie zdrowej psychicznie, również lesbijki, ale jednocześnie „Czerwone drzewo” jest o wiele dojrzalsze, o wiele głębsze, jeżeli można tak powiedzieć.
Choć oczywiście sięga po zupełnie inną poetykę. Oficjalnie „Czerwone drzewo” to powieść grozy, ale to tak, jakby nic o tej powieści nie powiedzieć, ponieważ ona rozgrywa się tak naprawdę, cała jej treść rozgrywa się w wyobraźni nawet bardziej autorki Choć nie Kiernan, a autorki, którą wykreowała na potrzeby powieści, bo o wiele bardziej niż w głowie czytelnika. Ale po kolei. Na początku dostajemy notę odredaktorską, czyli mamy powieść w powieści, z której to noty redaktorskiej dowiadujemy się, że Sarah Shore, która jest autorką zawartości tej powieści, popełniła samobójstwo. Oto przez kilka miesięcy mieszkała w niewielkim domu niedaleko Providence. I to nie jest przypadek. Oczywiście, nawet jeżeli nie jest to to Providence od Lovecrafta, to oczywiście związek nasuwa się sam. Autorka Sarah Shore wyjechała tam, aby dojść do siebie, napisać nową powieść, dlatego, że była już znaną powieściopiskarką. Cała reszta powieści to jej zapiski. To jest bardzo ważne, ponieważ od tego momentu wszystko, co się wydarzy, obserwujemy wyłącznie z jej perspektywy.
Co więcej, mamy tutaj do czynienia z tak zwanym bohaterem, narracją, której nie możemy ufać. Musimy ją sobie rekonstruować, co oznacza zapewne, że pojedyncza lektura tej powieści niekoniecznie odkryje przed nami wszystkie jej zagadki. Czegoż więc dowiadujemy się z tej powieści? Dwa miesiące wcześniej — zaczyna swoje notatki — Sarah straciła przyjaciółkę i kochankę Amandę. Po dwuletnim związku, z przyczyn właściwie nigdy do końca niewyjaśnionych, Amanda popełniła samobójstwo. Sarah próbuje się zebrać, dlatego przyjeżdża na prowincję do małego domku, który wynajmuje i około sto metrów od niego znajduje się dziwny czerwony dąb. Szybko okazuje się, że przed nią wynajmował ten dom szalony naukowiec, etnograf, który pisał w tym domu pracę o tym czerwonym drzewie. To jest w ogóle czerwony dąb. I popełnia samobójstwo. Gdy Sarze udaje się zejść do podziemi — nie jest to bardzo skomplikowane, ale nie jest też to zupełnie proste — znajduje w nim maszynopis opracowania samobójczego etnografa oraz jego maszynę do pisania i wszystkie notatki.
Wszystko to, co czytamy dalej, powstało na tej maszynie. Kilka tygodni później przybywa jeszcze jedna mieszkanka tego domu, również wynajmująca górę tego domku, poddasze, która nazywa się Constance. No właśnie. Dziwne jest to, powinno nas zastanowić to, że Constance, podobnie jak Amanda, jest malarką. Nie dokładnie taką samą, dlatego, że Amanda zajmowała się przede wszystkim pracą na Photoshopie i była raczej kreacjonistką, która układała przedziwne zdjęcia. Natomiast Constance — to znaczy równowaga, tak dla przypomnienia — maluje. I od tego momentu zaczynają się w tym domu dziać, zdaniem Sary, dziwne rzeczy. Mamy tam bardzo wiele elementów, które myślę, że każdy czytelnik czy oglądacz horrorów i filmów grozy bez trudu rozpozna. Zaczyna się wszystko od tego, że gdy Sarah jedzie, opis podróży do tego domostwa jest niemalże żywcem wyjęty z też niedawno opublikowanej w Polsce, po latach, powieści Shirley Jackson „Nawiedzony dom na wzgórzu”. W obu tych powieściach bardzo ważnym elementem jest ten początek.
Główna bohaterka „Nawiedzonego domu”, Eleonora, by dostać się do tego domu, ucieka swojej siostrze i szwagrowi, porywa ich samochód, a potem jedzie. Jedzie i ma dość niezwykłe przygody na trasie. Sarah co prawda nie kradnie samochodu, ale Sarah również ucieka od poprzedniego życia i też podróżuje samochodem i też przeżywa pewne przygody, które mogą nasuwać skojarzenia z powieścią Shirley Jackson. Shirley nie jest wymieniona w tej powieści. W tej powieści przewijają się jednak, poza Providence Lovecrafta, właściwie wszystkie nazwiska bardziej znanych twórców prozy niesamowitej. Pojawi się nam Poe, pojawi się Conan Doyle. Wreszcie obficie cytowana jest „Alicja w Krainie Czarów”. Pojawiają się też dwie kobiety. Pojawia się Virginia Woolf, która jest jedną z najważniejszych pisarek XX wieku. Co prawda brytyjskiej, nie amerykańskiej, ale dla angielskiego kręgu językowego absolutnie nie do przecenienia.
Co ciekawe, Virginia Woolf była również lesbijką i również popełniła samobójstwo. W tej powieści bowiem, co usiłuję państwu właśnie pokazać, nie ma rzeczy przypadkowych. Kiernan opowiada nam historię szaleństwa, które ogarnia bohaterkę, ale w tym szaleństwie, mówiąc Szekspirem, jest metoda. Fragmenty, również cytowane dość obficie, tego maszynopisu związanego z działalnością poprzedniego mieszkańca i również samobójcy, są nawiązaniem do słynnego studium wielotomowego i takiego bardzo klasycznego studium Jamesa Frazera, które również mówi o ofierze. Czerwony dąb w wizji tego współczesnego antropologa jest miejscem składania ofiar. W pewnej chwili pojawia się też motyw niemalże pornograficznego opowiadania, które napisała Sarah. Tyle że nie może sobie przypomnieć, że je napisała. Ono również jest częścią powieści, jest wplecione. Absolutnie odnosi się ono do Amandy. Zresztą Sarah nawet tego nie ukrywa.
To szaleństwo, któremu poddana jest Sarah, jest wielopiętrowe. Tutaj oczywiście Sarah nie unika też aluzji freudowskich, takich bardziej dosłownych, ale również trzypoziomowy dom. Piwnica, w której nie tylko Sarah znajduje rękopis i maszynę do pisania. Symboliczne, że wydobywa je z własnej podświadomości, tak? Ponieważ jak wiadomo podziemia to id, parter w tym wypadku będzie ego, a dach czy poddasze, na którym zamieszkała Jakoby Constances to oczywiście super ego, czyli superego. To, które jest nad tym, nad czym i tak nie panujemy. Co więcej, dwie wyprawy. Najpierw wyprawa Sary przed przybyciem Constances, potem wyprawa Constances i tak naprawdę wyprawa ratunkowa Sary w obronie Constances. To oczywiście wędrówka po nieświadomości. To świat, który się nie kończy.
Okazuje się, że znajduje się tam wiele symboli, które ewidentnie są wyjęte z tego maszynopisu, ale można to czytać na jeszcze innym poziomie. Myślę, że już państwo po mojej lekturze Maladji przyzwyczaili się do tego, że sugeruję państwu liczne tropy, a w tym wypadku one same się narzucają, bo nie jest moim zdaniem przypadkiem, że Sarę w szaleństwo popycha mężczyzna, bo przecież to do niego należy rękopis, który ona czyta i poprzez który oczerniają szaleństwo. Ba! W tym rękopisie znajduje się bardzo ważny motyw. Opis seryjnego mordercy, który ciała kobiet chował wokół czerwonego drzewa. Nie jest istotne, czy to jest prawda. W ogóle w tej powieści mamy cały czas grę między iluzją, wyobrażeniem, a tym, co być może się odbyło. Co więcej, nawiązując jeszcze do Freuda, Sara chodziła do psychoanalityka, jak prawie każdy Amerykanin w XX wieku, czy na początku XXI, bo jesteśmy zaledwie kilka lat wstecz czasowo, ale ona sama mówi coś takiego, że psychoanalityczka kazała jej zapisywać i opowiadać swoje sny na kolejnych terapiach. Sara mówi, że nie była w stanie tych snów zapamiętać. W związku z tym do każdego z tych snów dodawała własne elementy.
Uruchamiała własną pisarską wyobraźnię, ale potem sama nie była w stanie rozpoznać, co było snem naprawdę, a co ona dopisała. Jeżeli cokolwiek wiecie państwo o Freudzie, to wiecie zapewne, że wyjściowa dla teorii Freuda teoria interpretacji snów polegała na tym, że zdaniem Freuda i chyba z tym się nikt nie kłóci dzisiaj. Ze wszystkim się kłócimy, ale tu mamy jakiś konsensus albo constances. Freud uważał, że sen jest oczywiście emanacją nieświadomości czy podświadomości, ale by go przyjąć na przejściu między podświadomością a nieświadomością następuje proces cenzury. To znaczy, że w tym momencie sen jest tak naprawdę zapisem naszych traum, najczęściej z ostatnich godzin czy dni, ale już poddanych pewnej obróbce. On tutaj cały szereg tych obróbek wyjaśnia, przytacza i rozjaśnia. Jeżeli to wiemy, to znaczy, że w przypadku Sary mamy w ogóle do czynienia z podwójną cenzurą, ponieważ ona cenzuruje własne sny, dopisując do nich własne kawałki. Z jednej strony oczywiście grała z psychoanalityczką, ale z drugiej strony jest to również coś, co dopowiada nam charakterystykę bohaterki. W takiej powieści jak „Czerwone drzewo”, gdy cała narracja to narracja bohatera. On jest narratorem całej opowieści, i to jeszcze piszącym narratorem.
Liczy się każdy element, który może nam pomóc zrozumieć tę kreację. A przecież od początku wiemy: Sara nie żyje. Cała historia. Czytamy zapis kogoś, kto odszedł. Kogoś, kto pogrążył się czy to w szaleństwie, czy to w niesamowitej depresji i nie żyje. To jego przesłanie. To zmienia oczywiście cały sposób czytania. Dlatego mówię o tym tekście państwu dzisiaj zupełnie inaczej niż zwykle to robię, ponieważ mamy do czynienia z zupełnie innym sposobem czytania. Oczywiście tam pojawiają się na przykład ptaki przed rzeźniaczę. Pojawiają się przedziwne rzeczy.
Na przykład Sara umiera z gorąca, a w tym samym czasie Constances, która przebywa jeszcze wyżej, więc powinno być jeszcze cieplej, tam podobno jest chłodno. Co jest więc prawdą i czy w ogóle w tej historii chodzi o prawdę? Tak jak państwu pokazuję, bohaterka Kiernan można czytać jako opowieść grozy, ale mam nadzieję, że za jakiś czas znajdę trochę więcej czasu, by opowiedzieć państwu, jak można czytać horrory. Tylko że zrobię to na przykładzie męskim, czyli na przykładzie Edwarda Lee. Otóż powieści grozy czytam jako przesłanie do świata, jako próbę wydobycia problemów, które zwykle zostają w ukryciu. Proza Kiernan właściwie wprost nam to pokazuje. Sara, która mówi o Freudzie, o Virginii Woolf, którą w szaleństwo popycha mężczyzna. Przesłanie mężczyzny, która uciekła od świata, który ją gnębi. Właściwie późno zdałem sobie sprawę, że w tym świecie jest jeden mężczyzna, właściciel domu, który w ogóle się nie pojawia w opowieści i jest ten nieżyjący antropolog. Wszystkie pozostałe role obsadzone są przez kobiety.
Mamy Amandę i Constances, ale również kobietą jest psychoanalityczka. Sara mówi o tym, że wydzwania do niej jej agentka. Właśnie agentka, nie agent. To również jest kobieta. Czyli mamy świat kobiecy, a jednocześnie jasne, że to czerwone drzewo jest męskie, jest tym, co Sarę przyciąga i przeraża. To bardzo dobrze widać, jeżeli będziecie państwo czytali powieść. Nie wszystkie tajemnice chcę tutaj zdradzać. Chcę coś zostawić państwu, ale myślę, że im więcej powiem, tym powiem mniej, bo i tak będziecie państwo sami szukali rozwiązania. Tak jak powiedziałem, można się poddać narracji tej świetnie napisanej powieści. Można rozpoznawać interteksty tak, jak to państwu tutaj pokazałem.
Można zobaczyć to z perspektywy feministycznej, freudowskiej. Nie ukrywam, że ja tą lekturę już wykorzystuję na zajęciach, bo ona ułatwia mi takie bardzo łatwe, wyraźne pokazanie, jak można inaczej przeczytać utwór. Ale wreszcie cały czas kręcimy się wokół Sary, wokół Jej całkiem sporego pożądania, które spełnia się, które jest gdzieś tam jej ciągle w tyle głowy, ale i też na papierze się przewija. Jesteśmy w świecie sztuki za pośrednictwem jej dziewczyny, ale ona sama nieźle zna się na sztuce. Przywołuje między innymi Francisa Bacona, jednego z najbardziej znanych. O właśnie, jeszcze jeden mężczyzna w tym towarzystwie, na którego prace się powołuje. No ale on już nie żyje. Też samobójca i gej. Kiernan bardzo starannie dobiera każdy element, który wkłada do tej układanki, jaką jest „Czerwone drzewo”. Czy trzeba się tego bać?
Nie. Ale gdy zaglądamy sami w siebie, we własne wnętrze i niczym Alicja przechodzimy na drugą stronę lustra, sytuacja robi się o wiele bardziej skomplikowana. Z czym zostawiam państwa do następnego tygodnia. Do widzenia.
[04:12:28] - Tak, proszę państwa, tak. No to cóż, była dzisiaj mała dawka literatury, ale sami państwo przyznacie, że ona była krótka. Obiecuję, że w przyszłym tygodniu będzie druga i później trzecia i tak dalej. Powieść jest naprawdę fascynująca. Mówię o „Gościach z Marsa”, ale żeby było więcej literatury w „Bibliotekarium”, to zapraszam państwa na kolejny odcinek „Archiwaliów ABW”. Dzisiaj troszeczkę ponad godzinkę różnych opowiadań z dużą przewagą „Świnioryj” Przemysława Cichonia. „Świnioryj” albo „Świnioryjów”. Ja mam z tym jednak problem. Będę to musiał dogłębnie zbadać, jak by to należało odmieniać. W każdym razie ta książka Przemysława Cichonia to jest w dalszym ciągu dla mnie perełka i trochę żałuję, że autor zarzucił ambitny projekt dopisania drugiego tomu.
Pojawiły się pewne opowiadania, pojawiły się próby, ale jakoś autor chyba zniechęcił się do projektu. Zatem cieszmy się opowiadaniami, które później, dużo później złożyły się na tom pierwszy. Zapraszam zatem na dużo literatury.
[04:14:14] - Przemysław Cichoń. „Pewnego razu w Świnioryjach. Jeziorowe przesłanie.” Tego ranka, jak zwykle od kilku już tygodni od strony jeziora dochodziły odgłosy wystrzałów. Już od szóstej, pomimo szarówki myśliwi nie odpuszczali gęsim gękawom. Od pierwszego września walili, ile w lesie, a była już połowa października. Nad trzcinowiskami co chwila słychać było specyficzne gęganie, kiedy to całe stada tych pięknych ptaków podrywały się do lotu, spłoszone wystrzałami myśliwych. I właśnie dziś Mundek postanowił wybrać się na ryby. Nie żeby był wędkarzem albo rybakiem w tym właśnie znaczeniu. Mundek po prostu umiał łowić ryby i to na wszelkie sposoby. Opłacanie składek i posiadanie jakichkolwiek zezwoleń na połów ryb uważał za całkowicie zbędne.
„Bo żeby łowić, to trzeba umieć, a nie płacić” — powtarzał. Większość miejscowych miała podobne poglądy w tej kwestii. Zresztą tu i tak wszyscy się znali. Edek Piskorz, przewodniczący świnioryjskiego koła PZW i zarazem komendant Okręgowej Społecznej Straży Rybackiej, jest jego chrześniakiem i na komunię dostał od Mundka składaka Wigry 2. Tak więc Mundek mógł oddawać się swojej pasji bezstresowo i spokojnie doskonalić swe metody oraz opracowywać wciąż nowe. Ostatnio pasjonował się on metodą na tak zwanego pierdolca. Metoda ta była, jak jej nazwa, bardzo prosta. Wypływało się łodzią na jezioro, kotwiczyło, wyrzucało do wody ładunek i czekało. Niedługo, jakieś 15, 20 sekund i jak pierdolło, to woda unosiła się na jakieś 30, 40 centymetrów, a wielki dymny bąbel mącił powierzchnię wody niczym gejzer w Yellowstone. No a rybki można było zbierać podbierakiem wprost do koszy w łódce.
Tak naprawdę nie była to metoda tak całkiem nowatorska. Zaraz po wojnie, kiedy na podorędziu było jeszcze trochę granatów, stosowano tę metodę, ale z czasem granaty się skończyły, a metoda z powodów oczywistych odeszła w niepamięć. Otóż owa metoda była genialna w swej prostocie. Jedyny problem stanowił odpowiedni materiał wybuchowy, a właściwie jego zdobycie. Póki co nie sprzedawano w GS-ie trotylu, nitrogliceryny, amonitu, tetrylu czy dynamitu. Oczywiście ani Mundek, ani Waldek nie byli w stanie wyprodukować samemu takiego materiału, ale był we wsi ktoś, kto to potrafił. Dlatego pewnego razu, kiedy to pan Hieronim z podleczonymi oparzeniami wyszedł właśnie ze szpitala, Waldek złożył mu propozycję nie do odrzucenia. Mianowicie pan Hieronim miał wyprodukować bezpieczny materiał wybuchowy, który sprawdzałby się w najnowszej metodzie Mundka. I emerytowany nauczyciel chemii, dysponując odpowiednią wiedzą, może niekoniecznie doświadczeniem w tej dziedzinie, z powodu nudy i braku konkretnego zajęcia podczas rekonwalescencji zgodził się taki materiał wykonać, a nawet przeszkolił przyszłych użytkowników co do zasad jego bezpiecznego stosowania. Była może 6:15.
Jezioro było gładkie jak dupa niemowlaka. Nawet najmniejsza falka nie skaziła lustrzanej powierzchni zbiornika. To było dziwne. Przynajmniej tak w myślach twierdził Mundek. „Kurna, jeszcze nigdy nie widziałem tak spokojnego jeziora. Normalnie lustro. Nie ma żadnego wiatru. To dlatego nie ma fali. Ale przecież wiosłuję i te cholerne kaczki”. Faktycznie, rodzinka kaczek przepływała nieopodal łódki.
Wyglądało to tak, jakby ślizgały się po wodzie. Żadnej fali, choćby najmniejszego drgnienia idealnej tafli. Dziwne. Mimo wszystko Mundek wypłynął na środek jeziora i wyrzucił za burtę kotwicę. Z niedowierzaniem patrzył, jak woda ją pochłonęła i nadal pozostawała gładka jak lustro. W dwie sekundy kotwica dotarła na dno. Nie było tu szczególnie głęboko. Jakieś sześć metrów, sądząc po znacznikach na sznurku. Mundek pociągnął spory łyk samogonu, którego flaszkę zabrał ze sobą jak zwykle na ryby, po czym z niedowierzaniem zanurzył rękę w wodzie za burtą. Była chłodna i mokra jak woda.
Mimo że wykazywała wszystkie cechy fizyczne cieczy, nie falowała. Jej powierzchnia była jak tafla lodu, nieruchoma, mimo że nadal była płynna i w dotyku nie wykazywała jakichkolwiek nadnaturalnych właściwości. „Co, do cholery?” – przeklął Mundek. Tak naprawdę przeklął dosadniej, ale nie byłoby elegancko tak dosłownie go tutaj cytować. Kiedy przygotował pierwszy ładunek, nie był pewny, czy powinien dzisiaj łowić na jesiotra. Ręce mu drżały, a oddech miał nieregularny i przyspieszony. Tak że jeszcze chwilę, a pojawią się pierwsze oznaki hiperwentylacji. Jednak instynkt łowcy wziął górę. Odpalił lont i wyrzucił obciążony kamieniem ładunek za burtę. Nie minęło 15 sekund, gdy nastąpiła eksplozja.
Słychać było dokładnie stłumiony odgłos detonacji. Woda była jak kisiel. Jak galareta. Jak lód. Nic, dosłownie nic się nie wydarzyło. Powierzchnia była jak poprzednio gładka jak tafla szkła. Mundek z dezaprobatą popatrzył na resztę ładunków ułożonych na dnie łódki. Tak naprawdę nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Myślenie nigdy nie przychodziło mu szczególnie łatwo. „Kurna, co jest, do cholery?
To gówno nie ma mocy. Nic. Ani jednej rybki” – pomyślał. Postanowił podzielić się tym wszystkim z Waldkiem. Zrezygnował z dalszych połowów. Wyciągnął kotwicę i trzęsącymi się rękoma chwycił za wiosła. Chmury nad jeziorem zaczęły gęstnieć. Gdy dopłynął do pomostu, widzialność była poniżej 50 metrów. Przycumował łódź. Mgła się nasilała w zaskakującym tempie.
Wypił jeszcze łyk samogonu, a butelkę wetknął za pasek spodni. Spakował resztę ładunków do torby i ruszył w stronę domu, nie mając najmniejszego pojęcia, co go jeszcze dzisiaj spotka. Waldek, jak co rano, z obolałą duszą i suchym gardłem wyszedł na drogę i postanowił poszukać swego najlepszego kompana. Oczywiście kac nie był jakimś nadnaturalnym zjawiskiem, jeśli chodzi o Waldkowe przedpołudnie. Uporanie się ze snem, snem proroczym było dużo większym wyzwaniem. To zdarzało mu się ostatnio raczej regularnie, więc i dziś rano Waldek obudził się z głową nabitą myślami jak strzelbę Apacza prochem. Myślał, myślał i myślał coraz intensywniej. Myślenie sprawiało mu ból. Gdyby to był tylko kac. Marzył, by to był tylko kac.
Ale nie, to było coś gorszego. Co rano miał wrażenie, że już dłużej tego nie zniesie. Jedynym lekarstwem był C2H5OH. Nie miał pojęcia, skąd wziął się w jego głowie ten ciąg znaków, ale wiedział dokładnie, co on oznacza. Od niedawna wiedział wiele rzeczy, choć nie miał bladego pojęcia skąd. Teraz miał zamiar wypić ze swym najlepszym kumplem tyle alkoholu etylowego, by jego mózg, a dokładniej neurony, konkretnie synapsy, uległy porażeniu i przestały przesyłać impulsy elektryczne od jednej komórki do drugiej, w wyniku czego wreszcie przestanie myśleć. No, czy to normalne rozmować w ten sposób, jak się ma sześć klas podstawówki? Myślenie to bardzo bolesny proces. Zwłaszcza że u Waldka owo myślenie pojawiło się nagle i nienawykły Waldkowy mózg znosił to bardzo ciężko. Waldek w desperacji myślał nawet o lobotomii i w dodatku dokładnie wiedział, co to znaczy i jak się ów zabieg przeprowadza.
To było nie do zniesienia. Postanowił jak najszybciej odszukać Waśkę. Na samym początku poszukiwań Waśkowa Gertruda oświadczyła bezpretensjonalnie, że Mundek właśnie dziś wybrał się na ryby. Jednak nie była w stanie konkretnie sprecyzować, gdzie dokładnie miał on poławiać owe ryby. Serce załomotało mu mocniej i poczuł niepokój. Jako najlepszy kumpel Waśki dobrze wiedział, gdzie trzyma on łódź. Postanowił jak najszybciej dotrzeć nad jezioro. Robiło się mglisto. Im bliżej jeziora, tym widoczność była coraz mniejsza. Mgła była już jak przysłowiowe mleko, kiedy przed nim na ścieżce zamajaczyła jakaś postać.
„Waśka?” – z nutką niepewności w głosie zawołał Waldek. „Co ty, do jasnej cholery, tutaj robisz, Wala?” Przywitał go serdecznie kolega. „No wiesz, miałem po prostu ochotę się z tobą spotkać. A tak szczerze, to miałem ochotę się z tobą napić i pomyślałem, że może poszedłeś nad jezioro. Właściwie to Gertruda mi powiedziała, że poszedłeś nad jezioro. Rozumiesz, znowu miałem sen. Taki sen… No i trochę się zacząłem o ciebie martwić.” „Co ty, kurna, znowu miałeś?” „No mówię przecież, że miałem sen. Taki z tych proroczych.” „Kurna, Wala, ty mnie nie rozwalaj. Ja przez ciebie zawału dostanę.
Ja i tak mam dzisiaj za dużo wrażeń, jak na tak wczesną porę, a ty mi jeszcze z jakimś proroczym snem wyjeżdżasz.” „Byłeś na jeziorze?” – spytał niby to od niechcenia Waldek. „No, byłem.” „A gdzie masz ryby?” Waldek zmierzył Waśkę wzrokiem od stóp do głów. „Nigdzie. Nie brały. A co?” „No nie wiem, ale śniło mi się, że wypłynąłeś na jezioro, a ono po jakimś czasie cię pochłonęło.” „Co ty pieprzysz, Wala? Jak pochłonęło?” „No wiesz, tak jakby wciągnęło do środka. A nie było nawet fali.” „Ty chyba sobie jaja robisz” – tylko tyle mógł wykrztusić Mundek, bo w gardle stanęła mu jakaś klucha i nie potrafił wypowiedzieć już ani jednego słowa. Usiedli na powalonym pniu i wypili po jednym z Mundkowej butelki. Klucha nieco zmalała i Mundek wreszcie przemówił. „Chodź, musisz to zobaczyć, Wala.” Pociągnął kumpla za kufajkę i ruszyli w stronę jeziora.
Po kilkudziesięciu krokach Mundek, nie przerywając marszu, zwrócił się do idącego za nim Waldka. „Wala, z tym jeziorem jest coś nie tak. Albo ze mną. Bo tak jak powiedziałeś, nie ma na nim najmniejszej fali.” „Wiem. Widziałem to we śnie” – odparł bez specjalnych emocji Waldek. „Tak po prostu wiedziałeś? I mnie też w tym śnie widziałeś, jak mnie woda, jak ty to powiedziałeś…” „Pochłonęła?” – rzeczowo stwierdził Waldek. „No właśnie. Pochłonęła. I co się dalej stało?” „Nie wiem.
Obudziłem się.” „Tak po prostu? Nie mogłeś jeszcze trochę pośnić, żebym, do cholery, wiedział, czego mam się spodziewać?” Gdy doszli, ledwie odnajdując drogę w gęstej mgle nad brzeg jeziora, spostrzegli na jego powierzchni poprzez mgłę światła. Przycupnęli w szuwarach i stamtąd obserwowali całą sytuację. Światła już na pierwszy rzut oka nie wyglądały na światła innych łodzi. Nikt dziś na pewno nie pływał po jeziorze. Nie w takiej mgle. To były światła inne, dziwne, obce. Powoli mgła opadała, a światła na jeziorze stawały się coraz wyraźniejsze. Pulsowały i poruszały się jedno za drugim, jakby według jakiegoś schematu. Dokładnie po eliptycznym torze.
„Waśka?” – spytał szeptem Waldek. „Co ty robiłeś na tym jeziorze?” „No wiesz, wypłynąłem na środek po tej dziwnej wodzie, zakotwiczyłem i walnąłem jednego pierdolca. Opadł na samo dno, zanim eksplodował. Tylko że potem nic się nie stało.” „Jak to nic?” – dopytywał się Waldek. „No nic. Zupełnie. Słychać było eksplozję pod wodą, ale nic się nie stało. Woda nie drgnęła” – tłumaczył Mundek ściszonym głosem. W tym momencie zamilkł, bo niewzruszona do tej pory tafla jeziora zaczęła się unosić. Mgła na tyle już się rozwiała, że mogli obserwować to dziwne zjawisko bez żadnych problemów.
Wielki, monolityczny obiekt wynurzał się z toni jeziora. Jego powierzchnia była gładka i lśniąca niczym wypolerowany chrom. Wszystko się w nim odbijało jak w lustrze, przez co określenie jego prawdziwych rozmiarów i kształtów było prawie niemożliwe. Obiekt najpierw powoli wynurzał się z wody, uciekając nią ze wszystkich stron, a potem majestatycznie zawisł tuż nad taflą jeziora, która znów pozostawała nieporuszona. Z jego górnej powierzchni wydobywała się jakby cienka strużka dymu lub pary. Mundek i Waldek przycupnęli niżej, jeszcze bardziej wbijając się w sitowie. Przyglądali się temu przedziwnemu spektaklowi z otwartymi ustami. „Waśka, czy ty kiedyś widziałeś coś podobnego?” „Nigdy” – odparł bez namysłu. „Co to może być?” „Nie wiem. Nie wiem na pewno, ale przypuszczam, iż jest to jakiś pojazd.” W tej chwili w jednej ze ścian, w zasadzie ten, powiedzmy, pojazd nie miał określonego kształtu, więc trudno powiedzieć, że miał ścianę.
W każdym razie pojawił się w nim otwór. Z tego otworu zaczęły wylatywać jakieś mniejsze obiekty. Po dokładniejszej obserwacji, zwłaszcza że mgła już całkiem się rozproszyła, Waldek stwierdził, że są to jakieś istoty humanoidalne. Po czym musiał wytłumaczyć Waśce znaczenie słowa humanoidalny. Istoty te, lewitując, prowadziły wyraźnie jakieś prace na górnej powierzchni pojazdu. Kilku pozostawało na górze, a inni dostarczali z wnętrza pojazdu jakieś materiały czy narzędzia. Po kilku, może kilkunastu minutach widocznie zakończyli pracę i wszyscy z powrotem zniknęli w otworze, który po chwili zniknął. Pojazd nadal wisiał nieruchomo nad taflą jeziora. „Widzisz, Waśka” — zaczął Waldek. „Myślę, że to twoja sprawka.” „Że niby co?” „Myślę, że to ty narobiłeś tego wszystkiego tym swoim pierdolcem.” „Że niby zbombardowałem pojazd obcych?” „Obawiam się, że tak.
I obawiam się też, że oni o tym dobrze wiedzą.” „No to co, mam popłynąć i ich przeprosić?” „Waśka, ty musisz... Będziesz... Niekoniecznie. Słuchaj.” Waldek zaczynał bełkotać. Tak zwykle się zachowywał, kiedy był w transie. Mówił bardzo niewyraźnie i bez ładu i składu. Z czasem jego monolog stawał się bardziej klarowny i zrozumiały. Teraz słowa Waldka zaczęły się składać w jakiś sensowny, zrozumiały przekaz. „Nie chcemy was potępiać, waszych zwyczajów podważać. Nasz głos tylko ma wam dać do myślenia.
Woda to życie. Woda jest wszystkim, co potrzebne do życia. Natomiast wasz pęd do samozniszczenia nas niepokoi. Obserwujemy was od jakiegoś czasu i jeszcze tu wrócimy za jakiś czas. A jeśli tu jeszcze będziecie, to będzie znaczyło, że nasze przesłanie do was dotarło. Macie tyle wody. Nie zmarnujcie tego.” Po tych wypowiedzianych nieswoim głosem słowach Waldek osunął się na kolana i podparł rękoma o ziemię. „Jezus Maria, jak mnie głowa napiernicza! Waśka, weź coś zrób. Dalej tak nie wytrzymam.” Mundek, niewiele myśląc, podał mu butelczynę.
W tym momencie pojazd zaczął wibrować i wydawać dźwięki o bardzo niskiej częstotliwości. Po chwili rozpłynął się w powietrzu. Znów do ich uszu zaczęły docierać odgłosy przyrody, a na jeziorze frywolnie tańczyła niewielka fala. Przemysław Cichoń „Pewnego razu w Świnioryjach. Stolica i złudny czar technologii.” Zima tego roku nie była tak uciążliwa jak poprzednia. Śniegu nie było wiele, a mróz jedynie łaskotał nosy. „Dwie tony węgla i cała nabita po dach drewutnia porąbanych drzew z pewnością wystarczą do marca” — stwierdził z nieukrywanym zadowoleniem Mundek Waśka. Zacierał już dłonie z zadowolenia, myśląc, na co wyda zaoszczędzone pieniądze. Gertruda wcale nie musiała wiedzieć, że ta góra węgla to nie pięć ton jak co roku. I pomyśleć, że te prorocze sny Wali wreszcie się do czegoś przydały.
A w radyju to mówili, że będzie mroźna zima. I co teraz im pewnie głupio. Nie ma to jak mieć własnego jasnowidza. Tymczasem Waldek nerwowo spacerował po izbie od okna do okna. W jego chałupie były tylko dwa. Od czasu do czasu wyglądał nawet przez drzwi, ale tego kurdupla z trąbką na czapce ani widu, ani słychu. „Co do jasnej Anielki, przecież dziś dziesiąty” — zastanawiał się Waldek. Z rezygnacją opadł na krzesło i już miał się osunąć w głęboką katatoniczną rozpacz, kiedy usłyszał dzwonek od roweru. Zerwał się, prawie przewracając krzesło, na którym siedział. Przy furtce Malinowski właśnie ustawiał rower, który co chwila zsuwał się do rowu.
Mostek Waldka oczywiście był nieodśnieżony. W końcu udało mu się postawić rower, opierając go o słupek furtki. Już miał oddrutować furtkę, kiedy zauważył biegnącego w jego stronę Waldka Paciaję. „No już myślałem, że pan nie przyjdziesz. Co się stało?” „A panie Paciaja, same nieszczęścia dzisiaj mi się przytrafiają.” „Że niby co? Okradli pana?” — z trwogą w głosie zapytał Waldek. „Nie, aż tak źle to jeszcze nie jest, ale złapałem gumę i muszę tego grata prowadzić. A jeszcze ta ciężka torba i mam dziurawego buta. Całą prawą stopę mam przemoczoną.” „No to całe szczęście” — podsumował Waldek i zaraz potem dodał: „Trzeba było tego złoma w krzaki wypierniczyć.” „To nie takie proste. Mam go na stanie” — wyjaśnił listonosz.
„No dobra, więc przejdźmy do meritum” — zaproponował Waldek. Listonosz nic nie powiedział, tylko otworzył torbę i przewertował białe koperty w jej wnętrzu. „No jest polecony. Masz pan dowód?” „Jaki dowód? Na co?” — oburzył się Waldek. „Osobisty. Muszę wpisać numer.” „Jasne, że mam. Ale w chałupie.” „No to dawaj pan, bo inni też na pocztę czekają.” „A renta?” — nieśmiało spytał Waldek. „Jest i renta. Najpierw dowód, potem renta.” „Panie Malinowski, przecież mnie pan znasz.” „Jasne, że znam, jak wszystkich w Świnioryjach, ale wszystkich numerów dowodów nie jestem w stanie zapamiętać.” Waldek jak fryga popędził do chałupy i po chwili wrócił, radośnie wymachując ręką z dowodem osobistym.
„No i jest dowód.” Podał go listonoszowi z nieukrywaną satysfakcją. Listonosz obrócił kilkukrotnie w palcach kawałek plastiku i wpisał numer na listę doręczeń. Przez chwilę jeszcze go lustrował wzrokiem, po czym oddał Waldkowi, mówiąc: Tak właściwie to nie powinienem panu wydać tego listu. Ani renty oczywiście też. Pański dowód jest nieważny. Zapadła cisza. Waldek stał z otwartymi ustami i jakby zobaczył ducha. Ale jak to nieważny? Po prostu wyszedł termin. Musi pan wymienić.
Ale jeszcze dzisiaj zrobię wyjątek i wypłacę panu tę rencinę. Waldek odetchnął z ulgą. Listonosz wyjął inną, pomiętą listę. Waldemar Paciaja. 735 złotych i 53 grosze. Beznamiętnie wyrecytował formułkę. Tu podpisze czytelnie. Wskazał palcem miejsce na formularzu i podał Waldkowi długopis. Waldek podpisał i wyciągnął rękę w kierunku chlebodawcy. Będziesz pan miał te cztery złote i 47 groszy?
Spytał retorycznie listonosz. Waldek, nie cofając wyciągniętej ręki, odparł rzeczowo: Nie będę miał. Listonosz tylko wzruszył ramionami, westchnął ciężko, wyjął z kieszeni drobniaki, obliczył dokładną kwotę i podał Waldkowi, mówiąc: Miłego dnia. Mam jeszcze kupę roboty przez ten cholerny rower. Tylko niech pan uważa na piaskarki – poradził mu Waldek. Odkąd zrobili tu asfalt, to poczynają sobie w najlepsze. Odwrócił się i podreptał do chałupy, przeliczając gotówkę. Nim jeszcze zamknął drzwi, usłyszał klakson, a potem znajomy dźwięk dzwonka od roweru i jakieś jeszcze inne hałasy, ale się nimi specjalnie nie przejął. Jeszcze zanim wybiło południe, Waldek wraz z Waśką biesiadowali w najlepsze, snując plany wyprawy do stolicy. Do stolicy gminy oczywiście, pobliskiego Gnijewa.
Nie byłem w Gnijewie od jakichś 10 lat – stwierdził z żalem Waldek. No pewnie, że 10. Tyle jest ważny dowód. Dokładnie 10 lat. Patrz, jak ten czas leci. 10 lat, a tak jakby to było wczoraj – rozmarzył się Waldek. Coś ty! Nie poznasz Gnijewa. To już zupełnie inna wieś. Właściwie to już prawie całe miasto.
Nawet marketa tam mają. A w ogóle to nie możesz jechać do stolicy w takich łachach. Musimy cię jakoś ogarnąć. Co masz na myśli mówiąc ogarnąć? – spytał Waldek zaniepokojony. No musimy cię jakoś odstawić. Przecież nie pojedziesz do stolicy w tej starej kufajce i gumiakach. No jasne, że nie. Mam jeszcze jedną, prawie nieużywaną. Wisi w szafie.
Nie o to chodzi, że ta jest stara. W ogóle w kufajce nie pojedziesz. Wiesz, jak ludziska się teraz noszą w Gnijewie? Prawie jak w Warszawie. Spojrzał krytycznym okiem na Waldka i ciężko westchnął. No tak, skąd właściwie masz wiedzieć, jak nawet nie masz telewizora? A na co mnie telewizor? Żeby prąd żarł? Jak radya od czasu do czasu posłucham, to już mi się niedobrze robi, a co dopiero oglądać to wszystko. No już dobrze, dobrze.
Musimy skołować ci jakieś modne ciuchy. Szwagier Gertrudy, wiesz, ten taki kurdupel pryszczaty, co to na weselu u Tomiczków się z balkonu spierniczył i dwa miesiące w kibsie leżał. To on, rozumiesz, niedawno odwinął kitę. To znaczy wątroba mu nie wytrzymała i przeniósł się do świętego Piotra. Był podobnej postury co ty, a ubierał się najgorzej. Zapytam Gertrudy. Musiały po nim zostać jakieś ciuchy. Miejmy tylko nadzieję, że ich nie wywalili. Mam chodzić w ciuchach po umarlaku? Zaraz tam chodzić.
Przecież to tylko na jeden raz. Chcesz wydać całą rentę na ciuchy, żeby się w nich przejechać do Gnijewa i z powrotem? Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Potem możesz je nawet wywalić. Ale w kufajce nie pojedziesz. Dlaczego? Przecież ta druga jest prawie nowa. A no dlatego, że ja nie mam zamiaru się za ciebie wstydzić. Jak to ty? Przecież to ja jadę do Gnijewa.
Skonsternowany Waldek nalał do musztardówek i podał jedną koledze. Tam mnie przecież nikt nie zna. Ale może pozna. A poza tym chyba nie myślałeś, że puszczę cię tam samego. Wypili, zakąsili jak zwykle i dalej snuli plany aż do końca butelki. A była litrowa. Następnego dnia Gertruda za namową Mundka, który tak bardzo ją prosił, że całe podwórko odśnieżył i nawet posypał piaskiem ścieżkę do furtki, wybrała się w odwiedziny do siostry. Obiecała też zapytać, co ta zrobiła z ciuchami po mężu. Żałoba jeszcze nie minęła, więc chyba nie powinna wyrzucić jego rzeczy – rozmyślał Mundek, czekając na powrót małżonki. Ta jednak nie wracała.
Ugotował więc obiad. Nic wyszukanego, po prostu kotlety z karkówki, ziemniaki ze śmietanką, a do tego kiszona kapusta z beczki w piwnicy. Normalny obiad. Wyglądał i wyglądał, a Gertrudy jak nie było, tak nie było. Zjadł w końcu swoją porcję, nie czekając na żonę. Na trawienie wysączył ćwiarteczkę bimberku, a potem zmorzył go sen. Obudził go rumor w sieni. Zerwał się i popędził zobaczyć, co się dzieje Niemal nóg nie połamał przez te nowe dywaniki, które Gertruda porozkładała w korytarzu. Otwiera drzwi do sieni i patrzy, a tu na podłodze leży wielki niebieski foliowy worek wypełniony jakimiś szmatami, a spod tego wora wystają dwie nogi w butach Gertrudy. „Kochanie, nic ci się nie stało?” – zadał nieśmiało standardowe pytanie.
Nie usłyszał żadnej odpowiedzi, tylko spod wielkiego worka słychać było stłumione chrapanie. Delikatnie podniósł worek i odstawił w kąt. Gertruda, wtulona twarzą w swoje góralskie bambosze, spała w najlepsze. Zdjął jej buty i płaszcz, a potem zaniósł do sypialni i ułożył na łóżku. Przykrył kocem, zgasił światło i poszedł sprawdzić zawartość owego wielkiego foliowego wora. Nazajutrz Gertruda nie była skora do rozmowy. Wstała później niż zwykle i zrobiła sobie większą niż zwykle kawę. Siedziała przy stole w kuchni i mrużąc oczy, siorbała gorący płyn z wielkiego porcelanowego kubka. Z dużym opóźnieniem zareagowała na obecność męża. „Magda jest całkiem załamana.
Musiałam ją pocieszać” – zaczęła Gertruda. „Okazuje się, że Sylwek nie zostawił jej nawet numeru PIN do swojej karty, nie mówiąc już o haśle do konta. Biedaczka. Będziemy musieli jej jakoś pomóc. Sprawa o przejęcie spadku może potrwać nawet pół roku.” „A te ubrania?” – spytał. „Możesz je sobie wziąć i zanieść temu pijusowi. Może chociaż raz będzie wyglądał jak człowiek” – stwierdziła z wyraźnym sarkazmem w głosie i siorbnęła następnego łyka gorącej kawy. „Okej, to mu je zaniosę. A ty, kochanie, sobie odpocznij, bo nie tryskasz dziś entuzjazmem.” „Też byś nie tryskał, jakbyś wypił pół butelki metaxy. Właściwie co to na ciebie?
No idź już i nie marudź mi tu za uszami.” Nie chcąc dłużej irytować żony, pognał do sieni, chwycił worek i tyle go widziała. „Zobacz Wala, jaki elegancki gajerek. I to całkiem nowy. A ta koszula! Patrz Wranglery oryginalne, jeszcze chyba z Pewexu. Co z tego, że stare? Wranglery są zawsze modne.” Waldek przyglądał się tylko Waśce, jak ten wyjmował kolejne rzeczy z worka i układał je na podłodze. Po jakiejś godzinie przymiarek Waldek wyglądał jak gwiazdor filmowy. Przynajmniej tak twierdził Mundek. „No teraz to ja mogę z tobą do samej Warszawy jechać” – stwierdził, wyraźnie z siebie zadowolony.
„Wypastujesz jeszcze tylko pantofle.” „Ale one mnie cisną” – skarżył się Waldek. „Rozbiją się. Chłopina miał je może raz na nogach, to jeszcze sztywne. Dobrze, że go w nich nie pochowali. Szkoda by było takich pantofli. Zalej na noc denaturatem i rano będą jak ulał.” „Nie mam denaturatu” – zmartwił się Waldek. „Wala, nie rób problemów. Może być bimber. W szopie masz całą bańkę tego zajzajeru. Butom nie zaszkodzi.
Ogol się i jutro o 9:00 masz być na przystanku. PKS odchodzi o 9:15, ale może być trochę wcześniej, więc lepiej dmuchać na zimne. Pójdę już, bo Gertruda ma dziś strasznego kaca. Pocieszała siostrę koniakiem. Nie chciałbym jej denerwować. Rozumiesz, że jak się ma kaca raz lub dwa razy do roku, to człowiek nieprzywykły i bardzo to źle znosi. A, i nie zapomnij dowodu” – rzucił, stojąc już w drzwiach. „Cześć.” Dokładnie za dziesięć dziewiąta Waldek ogolony i wystrojony w garnitur i płaszcz po Waśkowym szwagrze wyszedł z domu i skierował się w stronę przystanku PKS. Szedł szybkim krokiem ze wzrokiem wbitym w asfalt pod stopami. Modlił się w duchu, by nikogo nie spotkać.
Źle czuł się w tym galowym stroju. Na przystanku czekał już na niego Waśka. „No Wala, teraz to z ciebie półtora gościa.” Z aprobatą pokiwał głową. „Waśka, walniesz jednego?” – spytał nieśmiało kumpla. „Przecież wiesz, że ja kumplom nie odmawiam.” „Bo widzisz, jakiś jestem taki zestresowany. Odczuwam pewien dyskomfort w tym ubraniu.” „Co? Mówże cholera po naszemu. Co jest nie tak z tym ubraniem?” „Nie, nic takiego. Tylko źle się w nim czuję” – tłumaczył Waldek. Ledwie zdążyli wypić po łyku, a podjechał PKS.
Było dziesięć po. „A nie mówiłem, że ta cholera może być wcześniej?” Waśka z satysfakcją spojrzał na zegarek. W PKS-ie było tylko kilka osób. Nikogo znajomego. Podróż nie trwała długo. Wysiedli na skwerku tuż obok urzędu gminy. Dworek, w którym się mieścił, był pięknie odrestaurowany. Do głównego wejścia prowadziły granitowe schody. Po obu stronach olbrzymich drzwi majestatycznie wznosiły się dwie wysokie kolumny zwieńczone pięknie rzeźbioną arkadą. Po jednej stronie portalu powiewała biało-czerwona, a po drugiej flaga Unii Europejskiej.
Waldek nie mógł uwierzyć własnym oczom. Przecież zaledwie 10 lat temu stał w tym samym miejscu i dokładnie pamiętał obstrupaciały budynek z sypiącym się tynkiem i odpadającym gzymsem. A skwerek owszem był, ale jeśli dobrze pamiętał, nosił imię Bolesława Bieruta, a nie Jana Pawła II. Wszystko tu się pozmieniało. Jeszcze w tej chwili nie wiedział, że na gorsze. Weszli przez wielkie odrzwia i ujrzeli widok równie piękny i wspaniały co ten na zewnątrz. W wielkim holu na samym jego środku stała butelka szamponu Tak, to była gigantycznych rozmiarów butelka szamponu Head and Shoulders. Taki zapas wystarczyłby do końca życia – przebiegło Waldkowi przez głowę. Zwłaszcza że myje głowę raz w miesiącu. Po prawej stronie stały ustawione trzy biurka, przy których siedziały piękne niczym rusałki dziewczyny.
Jedna piękniejsza od drugiej. Ubrane były jak księżniczki z bajki o księżniczkach. Waldek skierował się od razu do blondynki o wydajnym biuście, sporym dekolcie i wielkich niebieskich oczach utkwionych w ekranie monitora. „Dzień dobry, nazywam się Waldemar Pacia…” „Weźmie numerek i czeka” – przerwała mu rusałka, nie odrywając wzroku od komputera. Waldek wstał z otwartymi ustami i nie wiedział, co ma powiedzieć. Gdyby nie Waśka, to pewnie stałby tak dalej, ale kumpel pociągnął go za rękę i odprowadził na bok, gdzie stało takie dziwne urządzenie. Mundek postukał w ekran urządzenia kilkukrotnie, w zamian za co urządzenie wypluło niewielką karteczkę z numerem i jeszcze jakąś informacją. „Cichy roba” – podsumował Waldek. To o to jej chodziło. Numerek.
Teraz rozumiem. Wziął od Waśki karteczkę i przyjrzał jej się dokładnie. Wydział Spraw Administracyjnych, ewidencja ludności, dział dowodów osobistych 008. Czas oczekiwania poniżej 10 minut. „Teraz musimy czekać, aż wyświetli się twój numerek” – instruował Waśka. „Wtedy podejdziesz i pokażesz pani ten kwitek” – wyjaśniał, wskazując na trzymaną przez Waldka karteczkę. Hol był całkiem pusty, jeśli nie liczyć pań urzędniczek czy księżniczek. Nieistotne. I oczywiście Mundka i Waldka. Po jakichś pięciu minutach rozległ się przypominający dzwonek od roweru listonosza dźwięk.
Przy środkowym biurku pojawił się na wyświetlaczu czerwony numer 008. Księżniczka przy tym biurku była szatynką. Miała włosy spięte w kok i nieco mniejszy biust, za to dekolt miała większy. Zajęta była właśnie usuwaniem skutków wypadku, który musiał jej się przytrafić przed chwilą, kiedy to stukała palcami w klawiaturę. Nie wiadomo, czy uda się go opiłować pilniczkiem. Być może trzeba będzie wymienić całego tipsa. Tragedia. „Wypełni wniosek, dołączy zdjęcie i weźmie kolejny numerek” – położyła przed Waldkiem na biurku kartkę formatu A4 i prawie ze łzami w oczach kontynuowała piłowanie złamanego tipsa. Waldek wziął kartkę i w milczeniu odszedł od biurka. Odszukał wzrokiem kolegę stojącego w kącie obok maszyny od numerków.
„Waśka, pomożesz? To trzeba wypełnić.” Waśka spojrzał na formularz i pociągnął Waldka w stronę wyjścia. „Gdzie idziemy?” – spytał zaskoczony Waldek. „Na trzeźwo tego nie rozgryziesz. Chodź. Tu niedaleko jest fajna knajpa.” Wyszli na zewnątrz i od razu skierowali się w kierunku znanego Mundkowi lokalu o wdzięcznej nazwie Bar Pokrzep się, który znajdował się nieopodal. W barze było tłoczno i gwarno. Wiadomo, stolica. Zamówili po secie i usiedli przy jedynym wolnym stoliku. Waśkę postawił na blacie dwie lufy i spojrzał na leżący już na nim formularz wniosku.
„W sumie to nic trudnego. Masz długopis?” „Nie, skąd.” „No to idź, poproś barmana, niech ci pożyczy.” Waldek wstał i podszedł do baru. Po chwili wrócił z długopisem. „Nazwisko i imię. Waldemar Pa…” „Cicho. Przecież wiem. Wyjmij dowód. Potrzebny będzie PESEL.” Waldek sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął portfel, z którego wyłuskał swój stary dowód osobisty i podał go Waśce. „No dobra. Data urodzenia.” Zapisał datę w formularzu.
„Miejsce, numer PESEL, adres zamieszkania.” Po kilku minutach i trzech wypitych lufach formularz był wypełniony. „Podpisz tutaj.” Waśka postukał paluchem w kartkę w miejscu, gdzie Waldek chwilę później złożył swój koślawy podpis. „Teraz tylko zdjęcie.” „Nie mam” – uprzytomnił sobie z przerażeniem Waldek. „Przecież wiem, że nie masz. Musisz sobie zrobić.” „Ale gdzie? Jest tu jakiś fotograf?” „Teraz zdjęcia robią automaty, a nie fotografy” – nonszalanckim tonem zauważył jak zwykle wszystkowiedzący Waśka. „Chodź, na poczcie jest automat.” Budynek poczty też prezentował się efektownie. Waldek co prawda nie pamiętał, jak wyglądał on 10 lat temu, ale mógł przypuszczać, iż teraz na pewno wygląda o niebo lepiej niż wtedy. Wewnątrz było kilka osób, ale stali w kolejce do okienka. W rogu znajdował się automat fotograficzny.
Tam właśnie się pospiesznie udali. „Właź, patrz w tę dziurę i nie rób żadnych min” – poinstruował rzeczowo i zwięźle Waśka. Waldek wszedł i usiadł na ławeczce naprzeciw dziury. Uśmiechał się i czekał. „Wciśnij guzik” – dobiegło z zewnątrz. Wcisnął. Rozległo się pikanie i coś błysnęło. Waldek siedział dalej. „Wyłaź już. Gotowe” – przywołał go kumpel z zewnątrz maszyny.
Waldek wyszedł, a po kilku sekundach z szufladki wysunął się pasek czterech zdjęć, na których widniała jego gęba. „O w mordę! To już gotowe?” – nie krył zaskoczenia. „Jasne. Teraz tylko musimy złożyć wniosek w urzędzie i po robocie.” Czym prędzej udali się do urzędu gminy, a ponieważ bar „Pokrzep się” znajdował się na ich trasie, postanowili odsapnąć chwilkę i pokrzepić się małym co nieco. Chwilka trwała jakieś dwie godziny, a małe co nieco trzy czwarte litra. W urzędzie stawili się dokładnie 15 minut przed zamknięciem. Przy biurku siedziała już tylko jedna księżniczka. Ta blond piękność z niebieskim biustem i dużymi oczami, czy jakoś tak. Postukali kilkukrotnie w automat do numerków, a potem jeszcze raz i jeszcze, tak, że mieli jakieś sześć numerków do wyboru.
Obok blondyny zapalił się numerek 010. W pośpiechu przewertowali plik numerków i z radością zakrzyknęli chórem: „Jest!” Z numerkiem 010 w jednej i wnioskiem w drugiej ręce Waldek chwiejnym krokiem podszedł do biurka. Przysunął sobie krzesło i usiadł, wpatrując się w oczy blond księżniczce. A może to nie były oczy? Księżniczka sprawdziła wniosek i zaczęła wprowadzać dane do komputera. I wtedy to się stało. „Cholera, znowu błąd systemu. Kurde, musiałam znowu coś źle nacisnąć” – z drżeniem w głosie powiedziała niby do siebie i zaczęła nerwowo stukać w klawisze. „Jasna cholera, znowu to samo. Popieprzony komputer.
Znowu pójdę bez premii” – mówiła dalej, chyba do siebie blondyna. „Niech się pani nie denerwuje, pani Ewelino” – zaczął bełkotliwie Waldek. „Niech pani wciśnie i przytrzyma klawisz Ctrl, a potem niech pani trzy razy stuknie w R. Następnie jak pojawi się monit, proszę potwierdzić i w pole tekstowe wpisać cztery jedynki. Potem znowu potwierdzić i przytrzymać Ctrl Alt Delete i teraz niech się pani zaloguje.” Blondyna wykonywała dokładnie wszystkie polecenia Waldka i skończyła właśnie logowanie. System ruszył ponownie, a na ekranie pojawiły się dane, które przed chwilą wprowadzała z Waldkowego wniosku. Podniosła wzrok i spojrzała z otwartymi ustami na Waldka. Ich spojrzenia się spotkały, a jej olbrzymie zielone oczy wydawały się teraz jeszcze większe i bardziej zielone. Przez chwilę stali tak w milczeniu, po czym blond księżniczka zamknęła usta, by po chwili znowu je otworzyć. „Jak pan to zrobił?” – wydukała mechanicznym głosem.
„Nie wiem” – zgodnie z prawdą odpowiedział Waldek. „Super, ja to mam szczęście. Akurat w takiej chwili trafiłam na informatyka” – powiedziała sama do siebie, a później zwróciła się do Waldka. „Dziękuję panu. Uratował mi pan premię, a może i pracę. Bardzo panu dziękuję. Jakby pan tylko czegoś potrzebował, to niech się pan nie krępuje. Pomogę panu wszystko załatwić. Jestem panu tak wdzięczna.” Waldek poczerwieniał na twarzy trochę z konfuzji, a trochę z gorąca i wypitego alkoholu. „Niech pan przyjdzie za dwa tygodnie po nowy dowód i niech pan nie bierze nawet numerka, tylko od razu podejdzie.
Załatwimy wszystko od ręki.” Waldek ślicznie się ukłonił, obślinił dłoń, którą mu podała i odszedł bez słowa w kierunku stojącego przy numerkowej maszynie Waśki. Kiedy wyszli już na ulicę, Waśka w końcu zapytał: „Skąd wiedziałeś, że ma na imię Ewelina?” „Nie wiedziałem” – odparł Waldek i ruszył w stronę przystanku PKS. Przemysław Cichoń. Pewnego razu w Świnioryjach. Kwestia wiary. Tuż przed świtem Waldek przechadzał się ścieżką nad jeziorem, by jak co dzień podziwiać wschód słońca. Powietrze było rześkie i przejrzyste jak dom przeschodzona oko witka pana Hieronima. Gdy mijał zagajnik rachitycznych brzózek, do jego uszu dobiegły stłumione odgłosy samochodowych silników. Nie było to nic nadzwyczajnego. Tuż za zagajnikiem przebiegała bowiem droga powiatowa.
Po chwili jednak do Waldka zaczęły docierać jakieś nawoływania i coraz wyraźniejsze szczekanie psów. Postanowił to sprawdzić. Droga położona była kilkanaście metrów nad poziomem jeziora. Waldek, powoli wspinając się w kierunku szosy poprzez rzadki brzozowy zagajnik, coraz wyraźniej słyszał głosy i szczekanie psów. Gdy wyszedł wreszcie na szosę, ujrzał w pulsującej niebieskiej poświacie źródło hałasów, które zaniepokoiły go jeszcze na dole. Nieopodal miejsca, w którym stanął na szosie było zaparkowanych kilka radiowozów z włączonymi kogutami. Jeden z pojazdów był większy od innych i kilku policjantów w mundurach wyprowadzało z niego psy. Cztery czy pięć owczarków niemieckich. Psy poszczekiwały, a policjanci usiłowali je uspokoić. Waldek spojrzał w przeciwnym kierunku.
Szosą zbliżał się jakiś pojazd. Jechał z dużą prędkością. Kierowca, prawdopodobnie zauważywszy Waldka, zaczął gwałtownie hamować. Pisk opon wypełnił przestrzeń i sporych rozmiarów sedan zatrzymał się w końcu kilkanaście metrów za Waldkiem. W powietrzu dało się wyczuć zapach palonych opon z wyraźną nutką samochodowych spalin. Z sedana, gdy tylko się zatrzymał, wysypało się trzech mężczyzn i zaczęli momentalnie biec w jego kierunku. Waldek już miał zamiar uciekać z powrotem w stronę jeziora, gdy głos jednego z mężczyzn stanowczo go odwiódł od tego zamiaru. Stój! Nie ruszaj się i podnieś ręce do góry. Waldek nie miał już co prawda zamiaru gdziekolwiek iść, ale z tymi rękami to już trochę przesadzili.
W końcu jednak, gdy zobaczył pistolet trzymany przez jednego z mężczyzn i wycelowany wprost w niego, postanowił grzecznie podnieść ręce. Jeden z gości zaszedł go od tyłu i sięgnął ręką za pazuchę jego kufajki. Najpierw z jednej, a potem z drugiej strony, po czym obmacał kieszenie spodni i wyjął z lewej butelkę do połowy wypełnioną okowitą Hieronimusa. Waldek w tym czasie grzecznie stał z podniesionymi wysoko rękami i wpatrywał się w lufę rewolweru wycelowanego w jego głowę. „Może pan opuścić ręce” – powiedział ten z rewolwerem, jednocześnie go opuszczając. „Ma pan jakieś dokumenty?” „Nie” – odpowiedział Waldek. „A właściwie to mam. Mam nowiutki dowód, ale w domu, bo boję się zgubić.” „Jak się nazywasz i co tu robisz?” – odezwał się ten drugi, trzymając nadal w ręce Waldkową buteleczkę. „Nazywam się Waldemar Paciaja i spaceruję. A co, nie wolno?” Z zarośli po drugiej stronie szosy wyszedł ten trzeci.
„Czysto. Ani żywej duszy. Co to za jeden?” – zwrócił się do kolegów. „Spokojnie, to tylko miejscowy pijaczek” – odpowiedział, podnosząc do góry rękę z butelką ten stojący za Waldkiem. „Panowie, co tu się dzieje?” – odezwał się wreszcie Waldek. „Pozwoli pan, że to ja zadam panu kilka pytań” – zwrócił się do Waldka ten z pistoletem. Schował broń do kabury pod pachą i pokazał Waldkowi odznakę dyndającą mu na szyi pod kurtką. „Inspektor Smutkowski, komenda powiatowa w Kiczewie” – przedstawił się. „Prowadzimy czynności dochodzeniowe w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa w tej okolicy. A teraz muszę pana jeszcze raz zapytać, co pan tak naprawdę tu robi o tak wczesnej porze?” „Naprawdę spaceruję.
To znaczy spacerowałem tam na dole.” – wskazał ręką w stronę jeziora. – „Jak co dzień. W pewnym momencie usłyszałem samochody i szczekanie psów, to postanowiłem sprawdzić, co się dzieje.” „Gdzie pan mieszka?” „W Świnioryjach. Jakieś pięć kilometrów na zachód stąd.” „Wiem, gdzie to. Więc mówi pan, że spaceruje pan tu codziennie?” „Nie tu, tylko nad jeziorem.” – ponownie wskazał ręką w stronę jeziora. „No dobrze, a jak tak pan sobie spaceruje rankiem, to rozgląda się pan pewnie po okolicy.” „No pewnie, że się rozglądam. Podziwiam wschód słońca i obserwuję ptaki. Poza tym i tak nie mogę spać, więc codziennie poświęcam dwie, czasem trzy godzinki na percypowanie oraz kontemplowanie piękna naszej mazurskiej przyrody.” Inspektor obrzucił Waldka nieco zdziwionym spojrzeniem, poprawił kołnierz czarnej skórzanej kurtki i wrócił do rozmowy. „Więc wczoraj też pan kontemplował to piękno. A czy w czasie, gdy obserwował pan zwierzęta, nie widział pan przypadkiem jakichś ludzi?
Choćby jednego obcego człowieka? Albo nie usłyszał pan czegoś dziwnego?” „Niestety, panie inspektorze, nie przypominam sobie nic niezwykłego. Odkąd tak sobie spaceruję, podziwiając wschód słońca, a będzie to już kilka miesięcy, nie spotkałem tu żadnego człowieka. Ludzie ze wsi o tej porze to się dopiero na drugi bok przewracają, a obcy się tu nie zapuszczają. Nawet wędkarze. To dzikie jezioro, zarośnięte trzcinami i mało dostępne.” „Więc w zasadzie niewiele pan może nam pomóc, ale gdyby się panu coś przypomniało, to proszę do mnie zadzwonić.” – wręczył Waldkowi wizytówkę. – „A teraz może pan już iść.” „To twoje?” – powiedział ten drugi, podając Waldkowi niepełną butelkę. Mrugnął do niego jednym okiem i dodał: „Idź już. Jak coś, to dzwoń.” Wszyscy trzej odeszli w stronę sedana. Po chwili samochód odjechał w stronę zaparkowanych dalej radiowozów.
Waldek wolnym krokiem ruszył asfaltem w stronę wsi. Dotarłszy do wsi, Waldek spojrzał w niebo i po pozycji słońca ocenił, że musi być już około siódmej, a na pewno po szóstej. Ponieważ ćwiarteczka Hieronimusowej okowitki skończyła się już z kilometr przed Świnioryjami, Waldkowi zdążyło zaschnąć w gardle na tyle, że postanowił odwiedzić sklep gminnej spółdzielni. Na szczęście Maźniakowej dziś nie pokręciło żadne lumbago i otworzyła o czasie. Z zakupioną buteleczką udał się na tyły sklepu i usiadł na rampie. Zapalił papierosa i zaczął się zastanawiać nad tym, co mu się dzisiaj przydarzyło. Po jakichś 10 minutach za sklep zajechał na swojej rozklekotanej Ukrainie Edek Piskorz. „Cześć Waldek” – przywitał się, ściskając Waldkową prawicę. – „Wujka Mundka nie widziałeś?” „Nie, ale myślę, że zaraz tu będzie po świeże bułeczki dla Gertrudy i mleczko do kawy.” „Ta… Ciocia Gertruda to sobie potrafi chłopa okręcić wokół palca, co?
A słyszałeś, co się porobiło?” – zagaił Edek. – „Rano mnie psiarnia z łóżka ściągała. Myślałem, że chodzi o jakichś kłusowników albo znowu się kto utopił, a tu kryminalna z powiatu. Dochodzenie jakieś prowadzą. Szukają jakiejś zaginionej dziewczyny z Gniewiewa. Podobno widziano ją po raz ostatni w tej okolicy.” A że jestem komendantem Straży Rybackiej, to przyszli mnie wypytać, czy nic nie wiem w tej sprawie. Chciałem się z wujkiem rozmówić, żeby nie kłusował teraz na jeziorze, bo na pewno będą tam jeszcze jakiś czas węszczyć. Waldek wyciągnął zza pazuchy butelkę i gestem zaproponował Edkowi jednego, ale on stanowczo odmówił. Teraz nie mogę. Muszę jeszcze jechać do Gniewiewa, a na drodze masa psiarnie się kręci.
Jakbyś wujka zobaczył, to mu powiedz, żeby uważał. Na razie niech lepiej da sobie spokój z rybami. To nara. Cześć. Wsiadł na rower i z rytmicznym zgrzytem oraz popiskiwaniem łańcucha odjechał w stronę domu. Waldek został sam. Za sklepem było cicho jak makiem zasiał. Tylko co jakiś czas słychać było trzaskanie sklepowych drzwi. Klientów nie było widocznie zbyt wielu. Od kiedy w Gniewie otwarto supermarket, obroty Maśniakowej wyraźnie spadły.
Do Gniewiewa było zaledwie dwanaście kilometrów, a w czasach, gdy prawie każdy posiadał jakiś środek lokomocji, to nie była duża odległość. Market kusił promocjami w kolorowych gazetkach, które Waldek prawie codziennie znajdował między sztachetami swojej furtki. Na szczęście drukowali je na tanim papierze, więc dość dobrze się palił. Na podpałkę jak znalazł. Mały gęsowski sklep nie miał szans konkurować z marketem ani różnorodnością oferty, ani cenami tym bardziej. Ale póki co interes jakoś się kręcił. Po piwo czy flaszeczkę nikt przecież nie będzie zasuwał do Gniewiewa. Siedząc tak i rozmyślając, Waldek przypominał sobie o zagubionej butelczynie. W markecie pewnie dałby za nią jakieś trzy złote mniej. Co tam trzy złote.
Przynajmniej wspieram lokalny biznes pomyślał. Zza winkla wyłonił się właśnie Mundek z foliową torbą pełną zakupów uwieszoną na ręce, w której trzymał już otwartą butelkę regionalnego piwa Złoty Bakus. Cześć Wala, chcesz piwko? Zapytał Mundek. Nie, Waśka, dzięki. Mam coś mocniejszego. Napijesz się? Mundek jakby przez chwilę się wahał, ale w końcu przystał na kuszącą propozycję. A jednego nie zaszkodzi. Daj.
I wyciągnął rękę w Walka stronę. Ten podał mu butelkę. Jeszcze nieruszana. A ty co? Nie pijesz? Zdziwił się Mundek. Jakoś tak przeszła mi ochota. Chyba wezmę sobie oranżadę. Mundek zrobił wielkie oczy i spytał: Czyś ty Wala czasem nie chory? Nie, wszystko w porządku, Waśka.
A widzisz, bym zapomniał. Był tu ten twój chrześniak Edek i prosił, bym ci przekazał, że nad jeziorkiem kręcą się gliny i żebyś lepiej się teraz na ryby nie wybierał. A co, utopił się kto? Nie. Podobno powiatowa poszukuje jakiejś dziewczyny z Gniewiewa, która zaginęła wczoraj czy przedwczoraj, a tu ją ostatnio widziano. Mnie też dzisiaj rano policja wypytywała, czy nic dziwnego nie widziałem. No i co im powiedziałeś? Przecież ty bez przerwy widzisz i słyszysz coś dziwnego. Mundek z szerokim uśmiechem na ustach oddał butelkę Waldkowi. Wiesz co?
Ty to się tylko ze mnie nabijasz. Z żalem w głosie zauważył Waldek. Nie nabijam się Wala, co ty. Ja tylko mówię, że jeśli oni nie mogą znaleźć tej dziewczyny, to... Wiedziałem, że się ze mnie nabijasz. Coś ty Wala. Mówię poważnie. Przecież portfel listonosza znalazłeś od razu. Przestań. Portfel Malinowskiego to inna sprawa.
Upierał się przy swoim Waldek. Jak inna? Przecież nikt nie wiedział, gdzie może być nawet Malinowski. A jednak go znalazłeś. I to w takim miejscu, w którym się go nikt nie spodziewał. Mówię ci, Waśka, że to nie to samo. Co innego znaleźć portfel między skrzynkami piwa u Maśniakowej, a znaleźć zaginioną osobę to zupełnie coś innego. Zresztą tą sprawą zajmuje się policja i na pewno ją znajdą. Widzisz Wala, mnie się jednak wydaje, że mógłbyś im pomóc. Ja w ciebie wierzę, ale to twoja sprawa co zrobisz.
Kurczę, już ta godzina? Mundek zerknął na zegarek. Muszę spadać. Gertruda zaraz wstanie, a tu ani Mundzia, ani bułeczek. Na razie. Potem wpadnę do ciebie. Waldek usiadł z powrotem na rampie i zapalił następnego papierosa. Wyjął z kieszeni kufajki, która wisiała na klamce drzwi od sklepowego zaplecza buteleczkę czystej, tylko lekko naruszonej przez Waśkę i pociągnął z niej niewielki łyk. Łee, pali suka powiedział do siebie i z obrzydzeniem splunął pod nogi. Chyba naprawdę kupię sobie oranżadę.
Jakoś gorzałka mi dzisiaj nie wchodzi. I jak pomyślał, tak zrobił. Wypił duszkiem całą butelkę czerwonej oranżady i oddał pustą flaszkę Maśniakowej. Potem udał się do domu z zamiarem ucięcia sobie drzemki, bo poczuł się jakoś dziwnie zmęczony. Zbudził się zlany potem i zdyszany jak zagoniony kundel. Nie miał pojęcia, która była godzina ani jak długo spał. Dyszał. Odruchowo sięgnął po butelkę, którą przed zaśnięciem postawił na podłodze obok łóżka. Podniósł ją na wysokość wzroku, popatrzył i odstawił z powrotem w to samo miejsce. Usiadł na łóżku i trzymając głowę w dłoniach zaczął się bujać to w przód, to w tył z coraz większą amplitudą.
Nagle zerwał się na równe nogi, wzuł gumofilce i wyszedł pośpiesznie z domu. Po kilku minutach stał już na progu Mundka Waśki i zapamiętale wduszał paluchem przycisk dzwonka. Puścił dopiero, gdy zza drzwi usłyszał głos Waśki. Co jest kurna? Pali się czy ki czort? Drzwi się otworzyły. Stał w nich Waśka i też już otwierał usta, gdy Waldek krzyknął: Dawaj telefon! Dyszał. Był czerwony na twarzy i zlany potem. Włosy miał mokre, jakby właśnie wylazł spod prysznica, którego notabene nie miał.
Mundek, widząc kumpla w takim stanie, nie pytał o nic, tylko sięgnął do kieszeni po telefon. „Dobra, masz” i wyciągnął rękę z telefonem w jego kierunku. „Nie. Lepiej ty zadzwoń.” „Gdzie?” „Pod ten numer.” To mówiąc, wręczył Mundkowi wizytówkę. „Inspektor Maciej Smutkowski. Komenda Powiatowa Policji w Kiczewie. Wydział Zabójstw” – głosił napis na wizytówce, a pod spodem numer telefonu. „Wiem, gdzie ona jest” – kontynuował Waldek. – „On ją zgwałci i zabije. Musimy się spieszyć.” Mundek stał na progu z wizytówką w jednej i telefonem w drugiej ręce.
Przyglądał się z otwartymi ustami koledze i nie za bardzo wiedział, co zrobić. „No dzwoń, do cholery, pod ten numer i powiedz temu gościowi, że wiem, gdzie jest dziewczyna. Niech natychmiast przyjeżdża w to samo miejsce, w którym rano rozmawialiśmy. Tam się spotkamy.” Mundek wykręcił numer i po chwili usłyszał po drugiej stronie głos inspektora. „Smutkowski, słucham.” „Dzień dobry, tu Edmund Waśka ze Świnioryj. Dzwonię, bo mój kolega Waldemar Paciaja, też ze Świnioryj, z którym pan rano rozmawiał, prosił, bym panu przekazał...” „Dawaj.” Waldek wyrwał telefon koledze. „Jak najszybciej przyjeżdżajcie w to samo miejsce co rano. Wiem, gdzie ona jest. Musimy się spieszyć, bo grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Spotkamy się na drodze.” Rozłączył się i oddał telefon kumplowi.
„A teraz Waśka bierz żelastwo i lecimy. Nie ma ani chwili do stracenia.” Mundek wszedł z powrotem do sieni, schylił się i podważył jedną z desek w sieni. Wyjął spod niej jakieś niewielkie zawiniątko, odpakował i włożył pistolet do kieszeni, po czym wyszedł przed dom i powiedział do Waldka: „Dobra Wala, dajemy. Biegiem.” Ruszyli na skróty przez pole i strumyk. Po jakichś 30 minutach byli już na zakręcie powiatówki i jak tylko go pokonali, zobaczyli dwa radiowozy z migającymi niebieskimi światłami. Zziajani podbiegli do pierwszego z nich. Waldek, ledwo łapiąc powietrze, wydukał do siedzącego wewnątrz inspektora: „Zostawcie tu samochody, tam się nie dojedzie. Musimy biec przez łąkę.” Z trudem mówił, łapczywie chwytając powietrze. Od trzydziestu kilku lat nie przebiegł takiego odcinka i to w takim tempie. W sumie to się dziwił, że jeszcze w ogóle oddycha.
„Ona jest w tym starym bunkrze pod linią wysokiego napięcia, zaraz za rzeczką. To jakiś kilometr w linii prostej. Jak wejdziemy na górkę, to będzie go już widać.” „Skąd pan to wie?” – odezwał się trochę zaskoczony inspektor. „Później panu wszystko wyjaśnię. Teraz biegnijmy, bo on tu wróci i ją zabije.” Wszyscy ruszyli biegiem za Waldkiem. Inspektor, czterech policjantów w mundurach i na końcu Waśka, zaciskając dłoń na rękojeści gnata w kieszeni kurtki. Do środka weszli najpierw dwaj mundurowi. Jeden z tych w środku coś krzyknął i wtedy trzeci ruszył im na pomoc. Inspektor stał przed wejściem, a Waldek i Mundek wraz z czwartym gliniarzem obserwowali wszystko z odległości jakichś 20 metrów. Po chwili w betonowych odrzwiach pojawili się funkcjonariusze, prowadząc slaniającą się na nogach, dygocącą ze strachu i zimna młodą, może 17-letnią dziewczynę.
„Zawieźcie ją szybko do Gniewa, do ośrodka zdrowia. Niech lekarz ją obejrzy i zawiadomcie od razu jej rodziców.” Inspektor wydał polecenia mundurowym i w czasie, kiedy dwóch policjantów prowadziło skurczoną dziewczynę w stronę szosy, podszedł do pozostałych mężczyzn. „Panowie, nie wiem, jak wam mam dziękować. Wykazaliście się wzorową obywatelską postawą. Być może uratowaliście tej dziewczynie życie, ale przypuszczam, że nie ja wam będę najbardziej dziękował. A teraz chodźmy. Kazałem wezwać tu kilku policjantów w cywilu. Będą obserwować to miejsce. Jak tylko sprawca się pojawi, na pewno go zatrzymają. Teraz musimy pogadać w jakimś spokojnym miejscu.
Zapraszam do siebie.” Ruszyli wszyscy w stronę drogi i po dłuższej chwili stali już na szosie przy radiowozie. Zgasili petły i wsiedli do radiowozu. Wnętrze pachniało jeszcze nowością. Kierowca nawrócił i ruszyli w kierunku Kiczewa. W Kiczewie udali się od razu na komendę. Budynek był okazały, z metalu i szkła jak w jakimś Nowym Jorku, może tylko w mniejszej skali. W każdym razie inspektor przyjął ich w swoim gabinecie. Sekretarka spytała, czego się napiją. Mundek już miał odpowiedzieć, że czystej, ale ugryzł się w język i jak zaproponowała kawę, to ochoczo się zgodził. Tylko Waldek poprosił o oranżadę.
Inspektor rozsiadł się wygodnie za biurkiem i wskazał im kanapę stojącą pod ścianą przy kawowym stoliczku. Wnętrze gabinetu było urządzone w stylu minimalistycznym, ale było schludne i widne dzięki dużemu oknu, w którym nie było żadnych zasłon czy firanek, jedynie żaluzje z oksydowanej blachy. Oprócz biurka, kanapy i stolika znajdowała się tu jeszcze tylko szafa na dokumenty i dwa krzesła. Na obszernym parapecie okna stała paprotka, a obok sterta jakichś papierów, prawdopodobnie bardzo tajnych. Po chwili sekretarka przyniosła na tacy dwie kawy i butelkę oranżady czerwonej oraz szklaneczkę. Inspektor zgarnął ręką papiery na brzeg biurka i podziękował pani Joasi. W końcu zwrócił się do gości: „A teraz musicie panowie zaspokoić moją ciekawość. Skąd wiedzieliście, że dziewczyna jest w tym bunkrze?” Ja to nic nie wiedziałem — odezwał się Mundek. — To Wala kazał mi zadzwonić pod ten numer z wizytówki. To zadzwoniłem i tyle.
No dobrze, to w takim razie, panie Waldku, skąd pan to wiedział? Waldek odstawił na stolik pustą butelkę po orężacie. Tak naprawdę, jak panu powiem, to i tak mi pan nie uwierzy. Ale niech tam, i tak już wszyscy we wsi o mnie gadają, to niech i w powiecie się pośmieją. Widzi pan, panie inspektorze — zaczął Waldek, nabierając do płuc więcej powietrza, niż było mu potrzeba — już od jakiegoś czasu miewam sny. Popatrzył badawczym wzrokiem na inspektora, ale ten siedział niewzruszony i słuchał w skupieniu. Takie sny, które się spełniają. Różnie to bywało. Nieraz dosłowniej, nieraz mniej dosłownie, ale to już kwestia interpretacji. Otóż wróciwszy do domu jeszcze przed południem, poczułem się zmęczony.
Nieraz mi się to zdarza i postanowiłem się trochę zdrzemnąć. Głowę miałem nabitą tym, co powiedział mi Edek Piskorz, no i naszą rozmową na drodze z samego rana, kiedy to chciał mnie pan zastrzelić. A więc położyłem się i od razu zasnąłem. Wkrótce spłynął na mnie sen. W tym śnie znajdowałem się w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Było wilgotno i w powietrzu unosił się zapach uryny. W pewnym momencie poczułem czyjąś obecność. Co prawda nic nie widziałem, ale byłem pewien, że ktoś oprócz mnie jeszcze tu jest. Przypomniałem sobie, że mam w kieszeni zapalniczkę. Zapaliłem więc ją i w świetle płomyka zobaczyłem jej twarz.
Była zakneblowana, miała rozcięty łuk brwiowy. Już nie krwawił. Połowę twarzy miała w zaschniętej krwi, ale przede wszystkim była przerażona. Jej oczy były tak olbrzymie i wołały do mnie: „Ratuj!” Wtedy i ja się przeraziłem. Wybiegłem z bunkra, bo okazało się, że to ciemne pomieszczenie było wnętrzem starego poniemieckiego bunkra, który od czasów wojny stoi na łące Panewki. Sam Panewka próbował go kiedyś rozwalić, ale mu się nie udało. Nawet energetycy jak budowali tę linię wysokiego napięcia, to tak słupy ustawili, żeby go ominąć, bo się cholery za nic ruszyć nie dało. Taki beton. Poniemiecki. Wyszedłem więc na zewnątrz i widziałem, jak od strony drogi ktoś biegnie.
Uciekłem ze strachu w pobliskie krzaki, ale tam się zatrzymałem i zacząłem go obserwować. Mężczyzna rozejrzał się dookoła i wszedł do środka. Widocznie mnie nie zauważył. Usłyszałem stłumione krzyki dziewczyny i nie wytrzymałem. Ruszyłem z powrotem. Niebo już pociemniało i musiał się zbliżać wieczór. Zakradłem się więc po cichu pod wejście do bunkra. Dziewczyna jęczała rytmicznie, a potem całkowicie umilkła. Gdy wszedłem do bunkra, on zapinał spodnie, stojąc z latarką w zębach nad pokrwawionym, nieruchomym, półnagim ciałem dziewczyny. Odwrócił się gwałtownie, oślepiając mnie latarką.
Poczułem palący ból w piersi i zobaczyłem w jego ręce zakrwawiony nóż. I wtedy się obudziłem. Waldek skończył opowiadanie i spojrzał kolejno na inspektora i na swojego najlepszego kumpla. Obaj siedzieli z otwartymi ustami i gapili się na niego nieobecnym spojrzeniem szklanych oczu. Pierwszy odezwał się inspektor, a Mundek tylko zamknął usta. Pan naprawdę nie żartuje? Powoli, wyraźnie wypowiadał słowa. Czy może robi pan sobie ze mnie jaja? Waldek przełknął ślinę i nieśmiało odpowiedział: Wiedziałem, że mi pan nie uwierzy. Sam nie wiem, co o tym myśleć.
Nie ma wątpliwości, że swoją postawą i szybką reakcją uratował pan prawdopodobnie dziewczynie życie. Ale z drugiej strony pańska historia jest niewiarygodna. Nie mogę napisać w raporcie, że zawiadomił nas człowiek, któremu się to wszystko przyśniło. Wtedy mnie wezmą za wariata. A jak do tej pory to wariatem jestem ja, tak? — zdenerwował się Waldek. — Jeśli chce pan dowodów, to mogę opisać panu tego faceta. Może niedokładnie, bo widziałem go tylko przez chwilę, ale mogę powiedzieć, że miał okrągłą twarz, perkaty nos i odstające uszy oraz krótkie, ciemne włosy. I jeszcze jeden szczegół, który zobaczyłem w ostatniej chwili. On nie miał środkowego palca u prawej dłoni.
Jestem tego pewny. Widziałem go jak na jawie i chyba nigdy nie zapomnę. Trzymał zakrwawiony nóż w dłoni pozbawionej środkowego palca. Jak go złapiecie, będzie pan mógł to sprawdzić. W tym momencie zadzwonił telefon. Smutkowski, słucham? Inspektor odebrał połączenie. Kiedy? Gdzie teraz jest? Zaraz tam będę.
A jeszcze jedno. Powiedzcie mi, czy ma wszystkie palce u prawej dłoni? Przez chwilę jeszcze milczał. Potem się rozłączył. Waldek wyprostował się na kanapie i z dumą popatrzył mu w oczy. Inspektor pożegnał się z nimi służbowo i polecił pani Joasi załatwić jakiś transport. To znaczy, by jakiś wolny radiowóz podrzucił świadków z powrotem do Świnioryjów. Pani Joasia wykazała się profesjonalizmem, bo już po pięciu minutach siedzieli wygodnie w radiowozie i wyjeżdżali z miasta w kierunku Świnioryjów. Wala — odezwał się wreszcie Mundek. — Czy ty myślisz, że on ci uwierzył?
Ręczę ci, Waśka, że nie miał innego wyjścia.
[05:23:00] - Tak, proszę państwa, to już niestety koniec. Koniec dzisiejszego Bibliotekarium. Za tydzień spotkanie z numerem 60. Tak, 60. Bibliotekarium 2.0 210. w ogóle. Nie wiem, czy państwa jakoś to bierze, czy jakoś to na państwa oddziałuje, ale mówiąc szczerze, jak się pojawiają takie wielkie liczby, 210. to już jest sporo. To już jest naprawdę sporo. 210.
Naprawdę. Dobre. Przyznam się, że podziwiam, Ivelliosie, twoją zdolność do szybkich skojarzeń. 90 210. No tak, a aktorzy z tego serialu już umierają na potęgę. Dobrze, zostawmy, proszę państwa, te niewesołe myśli o przemijaniu. Ja zapowiem, co będzie w przyszłym tygodniu. Przynajmniej część. W przyszłym tygodniu zapraszam na spotkanie z Krystyną Śmigielską. Niedawno ukazała się jej powieść „Niedaleko od jabłoni”.
Przyznam się, że dobra zabawa przy tej książce. Nie będę zdradzał oczywiście intrygi. Zresztą zabawa polega przy niej również na tym, że ona jest inna. Inna zupełnie jest na początku, inna jest na końcu. Jak ja państwu zacznę dzisiaj opowiadać, to nie będzie zabawy. Myślę, że najlepsza zabawa będzie, kiedy autorka pojawi się na antenie. I się pojawi. Za tydzień jesteśmy umówieni. A zatem ja państwa zapraszam na to spotkanie. Będziemy o książce mówić, o jej niuansach, o jej śmiesznostkach i jej wątkach bardzo poważnych.
A zatem za tydzień „Niedaleko od jabłoni” i Krystyna Śmigielska. A ja teraz państwu pięknie dziękuję. Obiecuję, że za tydzień nie zapomnę, taką mam przynajmniej nadzieję, o żadnym stałym elemencie. Będzie „Bez tajemnic”, będzie Władysław Sadkę i powieść „Goście z Marsa”, będzie „Labirynt książek”, będzie „Recenzarium Evivy” i wszystko, co powinno być, będzie. A teraz już jeszcze raz pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy, dobrego weekendu. Dobrej nocy jeszcze raz.
[05:25:48] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.