Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. W momencie, gdy nagrywamy ten odcinek, tak mocno wieje za oknem, że ja się obawiam, czy czasem nas dzisiaj nie wywieje albo naszego łącza. Spróbujmy. Zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:45] - Dodam tylko, że uśmiechnięty Marek Żelkowski. Witam państwa bardzo serdecznie. Uśmiechnięty dlatego, że znowu mamy kolejną okrągłą, może nie rocznicę, a w każdym razie kolejne okrągłe wydanie, bo to jest 60. wydanie Bibliotekarium 2.0, 210. wydanie Bibliotekarium w ogóle, a jakbyśmy jeszcze ABW dodali, to proszę państwa, w setki idziemy i to takie grube setki. To się już pochwaliłem. Rutyna, proszę państwa, absolutna rutyna. Zaczynamy od polecanek. Dzisiaj polecanki z wydawnictwa, które jakiś czas temu wydawało mi się, że to będzie takie epizodyczne wydawnictwo, które gdzieś tam się pojawi i zniknie. A to nieprawda, proszę państwa, to zaczyna być wydawnictwo, które jawi się coraz częściej jako potężny gracz na rynku.
Już powiem. Chodzi o wydawnictwo Skarpa Warszawska. Nagle z tego wydawnictwa pojawiają się rasowe, świetne kryminały. Autorzy, którzy byli znani z innych wydawnictw, nagle przechodzą do tego wydawnictwa. Proszę państwa, dzieje się. Dzisiaj zapoznam państwa z trzema propozycjami tego wydawnictwa. To głównie sensacja. To nie są zapowiedzi. Tym razem są to nowości. Pierwsza z książek ukazała się w tym miesiącu, konkretnie 8 listopada.
Nosi tytuł „Osada”, a jej autorem jest Michał Śmielak. Zerknijmy, co na temat tej książki pisze wydawca. „Zimą 1978 roku świat był bliski końca. Śnieg przykrył ziemię grubą warstwą, a niektórzy twierdzili, że nawet piekło zamarzło. Tymczasem ono właśnie wtedy się obudziło. W maleńkiej wsi położonej u stóp Karkonoszy podporucznik Jan Ryś spędza pierwsze od dawna Boże Narodzenie w gronie najbliższych. Świąteczną sielankę przerywa atak zimy, odcinając malutką osadę od świata. Skazana na porażkę walka z bezwzględnymi siłami natury schodzi jednak na drugi plan, gdy na środku wsi zostaje znalezione ciało młodej dziewczyny. W obliczu zbrodni budzą się dawne animozje, głęboko skrywane lęki i tajemnice, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Czy niedoświadczony milicjant będzie w stanie udźwignąć ciężar wytropienia mordercy?
Ile prawdy jest w powtarzanej przez starszych mieszkańców legendzie, że wieś nawiedziła Mara, demon mrozu i śmierci, który już niegdyś zebrał krwawe żniwo? 40 lat po tamtych wydarzeniach policjanci z Archiwum X wzywają emerytowanego Jana Rysia na przesłuchanie dotyczące zbrodni z 1978 roku, tym samym budząc uśpione demony. Michał Śmielak kolejny raz buduje duszną atmosferę małej społeczności, pokazując, że zło nigdy nie śpi”. Tak, proszę państwa, to była pierwsza z nowości Skarpy Warszawskiej. Czas na kolejną książkę. To powieść Małgorzaty Rogali, która ukazała się 20 października tego roku. Książka ta nosi tytuł „Niebezpieczna obsesja”. Znowu luknijmy, co na temat tej książki piszą wydawcy. „Stawscy spełniają swoje marzenie. Kupują dom na warszawskiej Ochocie, by nie tylko w nim zamieszkać, ale również urządzić tam galerię sztuki „Skarabeusz”.
W połowie grudnia małżonkowie organizują pierwszą wystawę. Ozdobą wydarzenia ma być „Kobieta z orchideą” Gustava Courbeta. Po wernisażu Florentyna Stawska zauważa, że dzieło zostało uszkodzone, więc przenosi je do pracowni konserwacji malarstwa. Kilka dni później, kiedy cały świat świętuje nadejście nowego roku, ktoś włamuje się tam i kradnie bezcenne płótno. Śledztwo prowadzą nadkomisarz Michalina Czaplińska i sierżant Zofia Maciejka. W toku postępowania policjantki dochodzą do wniosku, że w świecie sztuki są ludzie gotowi na wszystko, by zdobyć upragnioną rzecz. Fascynacja może graniczyć z obsesją, a miłość do piękna bywa śmiertelnie niebezpieczna”. Małgorzata Rogala, snując kryminalną intrygę, zabiera nas do świata sztuki i wielkich pieniędzy. Kolejny raz udowadniając, że w powieściach kryminalnych nie ma sobie równych. I to była druga polecana powieść.
W tym samym dniu, 25 października ukazała się książka Lisy Jackson „Blisko domu”. To elektryzująca powieść ujawniająca ciemną stronę ludzkiej psychiki. Sarah McAdams wraca do domu, by wyremontować starą wiktoriańską rezydencję, w której dorastała. Jej córki, Jade i Gracie nie są pod wrażeniem zniszczonej posiadłości nad brzegiem rzeki Columbia w Oregonie. Wkrótce Sarę zaczynają dręczyć niespokojne wspomnienia o zimnej i wyniosłej matce i przyrodniej siostrze, która zniknęła bez śladu. I o tej nocy, gdy Sara została znaleziona z gorączką w stanie szoku. Gdy w mieście zaczynają znikać nastolatki, bojąca się o bezpieczeństwo swoich córek Sara znów czuje się przytłoczona otaczającymi ją ścianami domu. Gdzieś głęboko w jej pamięci jest klucz do bardzo realnego i przerażającego wspomnienia. Stawiając czoła swoim najgorszym lękom, może powstrzymać powracający do niej koszmar życia. Gdzie kryje się prawda?
Lisa Jackson, autorka doskonale przyjętych powieści „Paranoia”, „Ta, która przeżyła” oraz „Kłamca, kłamca” kolejny raz udowadnia, że nie bez powodu jej książki zawsze trafiają na listy bestsellerów. To, proszę państwa, były polecanki książkowe. Ale to nie koniec polecanek na dzisiaj. Cóż, zbliża się grudzień, a i czas byłoby porozmawiać o nieznanym świecie. A zatem zapraszam państwa na rozmowę z Piotrem Cielebiasiem. Porozmawiamy o dwunastym numerze Nieznanego Świata w roku 2023. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[08:30] - Witam, Marku. Cóż, kolejny miesiąc za nami, jakby nie patrzeć.
[08:35] - Co więcej, mamy do czynienia z numerem dwunastym, więc nieuchronnie rok 2023 zmierza ku końcowi. Nie da się ukryć, proszę państwa. Co więcej, w numerze, który będziemy dzisiaj omawiali, będzie mowa o Nagrodzie Honorowej Nieznanego Świata. I uświadomiłem sobie, że jakbyśmy nie kombinowali, to już ponad rok te zapowiadajki robimy dla państwa, bo przypominam sobie Nagrodę Honorową z zeszłego roku. Więc nieuchronnie, proszę państwa, rozmawiamy z Piotrem o Nieznanym Świecie już od grubo ponad roku.
[09:25] - Dokładnie tak. W dzisiejszym odcinku chcielibyśmy wam przybliżyć zawartość rzeczonego numeru grudniowego, zachęcić też do nabycia go, do wsparcia nas w tych trudnych czasach i do prenumeraty naszego magazynu na 2024 rok. Pamiętajcie, że Nieznany Świat to najstarszy w Polsce tytuł prasowy poświęcony zagadce zjawisk z pogranicza i ezoteryce. Cóż, Marku, tak jest, że każdy numer Nieznanego Świata ma jakąś swoją specyfikę i w przypadku numeru grudniowego to jest właśnie Nagroda Honorowa Nieznanego Świata imienia Marka Rymuszko, którą w tym roku została uhonorowana Zofia Weaver, mieszkająca w Wielkiej Brytanii Polka, członkini tamtejszego Towarzystwa Badań Parapsychicznych, w skrócie SPR. Nagroda została jej przyznana nie tylko w związku z jej działalnością translatorską i publicystyczną, bo trzeba powiedzieć, że pani Zofia redagowała pismo SPR przez jakiś czas. Ale przede wszystkim doceniliśmy jej działalność popularyzatorską, bo jeżeli chodzi o polską parapsychologię za granicą, to dokonała tego, czego nie dokonał nikt. Przybliżyła ona poprzez swoje książki, publikacje i inną działalność czytelnikom angielskojęzycznym, a wiemy, że to jest ogromna część świata, takie postaci jak Franek Kluski, jak Ossowiecki, wreszcie jak Krzysztof Jackowski. Z takich ciekawostek, zanim Marku powiesz o pewnej książce, warto dodać, że pani Zofia była dobrą znajomą doktora Iana Stevensona, o którym bardzo często mówimy w kontekście badań nad wspomnieniami reinkarnacyjnymi u dzieci.
[11:16] - A jeśli chodzi o książkę, o której wspomniałeś, to powiem tylko, że tym razem wydawnictwo Bibliotekarium jest zaawansowane w pracach nad wydaniem polskiej wersji książki Zofii Weaver, którą napisała wspólnie z drugim autorem. Te prace są już bardzo zaawansowane. To jest książka o naszym skarbie narodowym, jasnowidzu Jackowskim. Ta książka powinna się pojawić na rynku w pierwszym kwartale przyszłego roku i sądzę, że to będzie spore wydarzenie, ponieważ ta książka pokaże państwu Jackowskiego od jeszcze innej strony niż dotychczasowe publikacje. Na coś innego jest położony nacisk. Nie bez przyczyny współautor tej książki miał do czynienia, ojej, jak ja czasami motam słowa, proszę państwa, nie miał do czynienia, był po prostu policjantem. To tak to określmy.
[12:30] - Kolejny artykuł, o którym chcielibyśmy powiedzieć, nosi taki tytuł, który może niektórym osobom wywołać uśmiech na twarzy: „Nieznany Święty Mikołaj”. Tekst dr Joanny Bohaczek-Trąbskiej związany jest z jedną z najpopularniejszych postaci w chrześcijaństwie, a także w popkulturze, nie ukrywajmy. No bo kto Świętego Mikołaja nie zna? Cały problem w tym, że nie wiadomo, czy on w ogóle istniał i sam Kościół za bardzo się przy tym jego istnieniu nie upiera. Dodatkowo-
[13:02] - Ja przerwę. Wiesz, my w popkulturze to znamy przerośniętego krasnala, bo to nam dostarczyła popkultura made in USA. Natomiast z tym prawdziwym Świętym Mikołajem to było troszeczkę inaczej i on zupełnie tego przerośniętego krasnala w czerwonym kubraczku nie przypominał.
[13:23] - Tak, właśnie. Nie chcę powiedzieć „my”, Marku, bo u mnie na przykład było tak, że jak byłem mały, to mnie Mikołaj odwiedzał szóstego, jak każe tradycja. Natomiast pod choinką to już było pod choinką. Natomiast potem się stało coś. Przyszły te Amerykany i się okazuje, że teraz, zgodnie z wytycznymi najnowszymi, pod choinkę prezenty przynosi właśnie Święty Mikołaj, tylko ten drugi. Ten z reklam popularnego napoju. I on nie ma nic wspólnego z tym świętym. Do tego stopnia, że na przykład są tacy eksperci od języka polskiego, którzy mówią, że tego Mikołaja z reklamy, tego amerykańskiego krasnala, grubiutkiego, pisać z małej litery, łącznie z jego imieniem.
[14:12] - Tak sobie powiem. Ja myślę, że raczej skupmy się na artykule, który znalazł się w „Nieznanym Świecie”, bo on jest, proszę państwa, znacznie bardziej ciekawy niż opowieści o takiej mcdonaldyzacji świata i o przerośniętym krasnalu zwanym Świętym Mikołajem, obojętnie czy z dużej, czy z małej litery.
[14:38] - Dokładnie. Kolejny artykuł z grudniowego numeru to historia matematyczna. To jest pierwszy z serii tekstów poświęconych tej dziedzinie. Powiem wam tak: historia matematyczna, w bardzo dużym uproszczeniu, opiera się na takiej hipotezie, że w dziejach ludzkości, ale też w dziejach poszczególnych grup, na przykład narodów, pewne zjawiska się dzieją cyklicznie albo się kumulują w w miarę regularnych odstępach czasu. Innymi słowy, pewne rzeczy, takie jak kryzysy ekonomiczne, wojny, potencjalnie można wyliczyć, a przynajmniej wskazać, kiedy może dojść do eskalacji jakichś napięć. I niestety, Marku, wszystko wskazuje, że, jak pisze autor artykułu, Maciej Wojewódka, dobre czasy to już są za nami.
[15:25] - Tak. Zawsze popadam w rodzaj, depresji to może za dużo powiedziane, ale jakiegoś takiego obniżonego nastroju, kiedy słyszę tego rodzaju deklaracje. Ostatnio jedna z pań polityk, polityczek, nieważne, zawiłości języka polskiego obecnie przerastają mnie stanowczo. W każdym razie oświadczyła, że taniej to już było. I w ogóle dostajemy, proszę państwa, ostatnio komunikaty takie nie najweselsze. W związku z tym, powiem tak, stosuję chyba jedyną możliwą metodę, czyli po prostu przyjmuję do wiadomości, ale niespecjalnie wgłębiam się w temat tego, że będzie gorzej.
[16:16] - Tak, też bym nie chciał, że tak powiem, ale jak nam pokazują prawidła historii matematycznej, można pewne rzeczy wyliczyć z różnych perspektyw. Musicie sami sobie po lekturze, najlepiej wszystkich trzech części, odpowiedzieć na pytanie, czy przemawia do was taka liczbowa interpretacja? Czy to nie jest za proste? Bo dzisiaj, w czasach sztucznej inteligencji, możemy poprosić komputer o scenariusz na przyszłość i on nam go wyliczy. Co ciekawe, były takie historie, że już w latach 70. przy pomocy ówczesnych komputerów kreowano takie scenariusze, które są, o dziwo, bardzo trafne. Czyli rzeczywiście historia kołem się toczy, jakby nie było. Raczej liczbą się toczy. Ale jeżeli mówimy o liczbach, to one też występują w astronomii.
[17:08] - Tak. Artykuł Marcina Gibasa to było coś, co mnie przyciągnęło bardzo mocno, bo jeszcze jak przeczytałem, że mowa jest o Pasie Kuipera, w którym być może znajduje się odpowiedniczka Ziemi, w każdym razie co do wielkości i co do pewnych cech, to migiem przeczytałem ten tekst. I wierzcie mi państwo, oczywiście pojawiają się japońscy naukowcy, ja nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Na pewno nie są to naukowcy amerykańscy, którzy jakoś ostatnimi czasy stali się synonimem obciachu. Więc japońscy naukowcy mówią na temat planety X czy też może Y, gdzieś tam umieszczonej bardzo, bardzo daleko od nas, a jednak z dobrymi rokowaniami.
[18:05] - Tak. Latem bieżącego roku dwójka uczonych z Japonii, przy czym jeden z nich ma takie polsko brzmiące nazwisko, opublikowała wyniki analiz wskazujące, że w Pasie Kuipera może się znajdować planeta o masie zbliżonej do masy Ziemi. Może być nieco większa. Na to wskazują modele komputerowe. Tylko że to nie jest ta hipotetyczna planeta X albo dziewiąta planeta, której szukają od lat astronomowie. To jest inne ciało niebieskie. Reasumując, podsumowując całą zagadkę, okazuje się, że w naszym Układzie Słonecznym, gdzieś na dalszych jego miejscach mogą znajdować się planety. Duże, więcej nawet niż jedna. Mogą być takie, o których się nam nawet nie śniło. To, że one są daleko i są nie do zlokalizowania to jedna rzecz, ale raz na jakiś czas, raz na bardzo długi czas, one mogą przechodzić przez tą część Układu Słonecznego, gdzie leży Ziemia.
Niekoniecznie, że są na kursie kolizyjnym, ale mogą gdzieś blisko być. Wtedy je znajdziemy. Czym to będzie groziło? To już inna sprawa. W numerze również prognoza feng shui. Marku, ja dobrze mówię „feng szuj”, czy to powinno się inaczej?
[19:22] - Powiem ci, że zajmowałem się tym zagadnieniem i jak to bywa z wnikliwym zajmowaniem się, niewiele się dowiedziałem. Wnioski były nieostre. Jeden z moich rozmówców wypowiedział to tak, to „feng szuj” wypowiedział w taki sposób, że ja tego nie jestem w stanie państwu powtórzyć, bo w końcu ten zapis pochodzi z języka tonalnego i on to wypowiedział tonalnie i to w ogóle nie przypominało sposobu, w jaki my wypowiadamy tę nazwę. W związku z tym troszeczkę się zniechęciłem do tak zwanego poprawnego wypowiadania tej nazwy. Słyszałem też wersję z dziwnym akcentowaniem, czasami takim naprawdę bardzo dziwnym. Nie będę go nawet powtarzał. Słyszałem też wersję „feng szuej”. Tych nazw usłyszałem chyba z 10. Wszystkie odnosiły się do tej samej sztuki, czyli feng shui. Zostańmy chyba przy tej, bo i tak wszyscy zrozumieli, o co chodzi, więc zostańmy przy tej formie.
[20:40] - Tak, ja sobie zrobiłem też mały research. Okazało się, że tak znienawidzona w Polsce forma „feng szuj” jest dopuszczalna na przykład w języku angielskim, ale wszyscy, którzy chcą być bardziej poprawni, wypowiadają to jako „feng szuej”. Także prognoza „feng szuej” na rok 2024. Również rozmowa z jednym z najbardziej znanych polskich bioenergoterapeutów Pawłem Połoneckim. Znajdziecie w numerze również tekst Igora Witkowskiego zatytułowany „Punkt zwrotny zbliża się wielkimi krokami”, a także wiele więcej interesujących artykułów. Zapraszamy do sięgnięcia po numer grudniowy i do odwiedzenia naszego sklepu pod adresem www.nieznany.pl, gdzie znajdziecie informacje na temat prenumeraty „Nieznanego Świata” na rok 2024.
[21:29] - Pięknie ci Piotrze dziękuję i do usłyszenia za miesiąc.
[21:33] - Do usłyszenia.
[21:37] - Czas, proszę państwa, na korespondencję. To może być i korespondencja, ale tak naprawdę na korepetycje filozoficzne. Cóż, zacznę od motta artykułu, o którym dzisiaj będziemy rozmyślać. „Długie szaty krępują ciało, a bogactwa duszę” — to jest myśl Sokratesa. Ja tylko przypomnę, że Sokratesowi przypisuje się różne myśli, bo cóż, łatwo przypisywać, bo Sokrates nie pozostawił po sobie żadnych pism. Wszystko, co o Sokratesie wiemy, wiemy od Platona. Do dzisiaj trwają dyskusje, czy Platon odwzorowywał naprawdę to, co mówił Sokrates, czy też może w usta Sokratesa wkładał mądrości, które chciał przekazać ludziom. Tego się nie dowiemy, ale motto brzmi całkiem. Dzisiaj artykuł Bogdana Mroza „Konsumpcjonizm — ateistyczna religia XXI wieku?”. I jeśli się poczuli państwo tacy zniechęceni, znowu będziemy gadać, że konsumpcjonizm jest zły i w ogóle całe zło stamtąd pochodzi i cywilizacja nasza upadnie, bo konsumpcjonizm i tak dalej.
Nie. Proponuję, żebyśmy jednak zajęli się tym artykułem, ponieważ chyba to wszystko nie jest takie proste. Tradycyjnie powiem, że tekst ukazał się tradycyjnie w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2022 roku w numerze szóstym. I cóż, kilka słów o autorze. Bogdan Mróz jest profesorem doktorem habilitowanym, który pracuje w Instytucie Zarządzania Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Jego zainteresowania naukowe to konsumpcja i zachowania konsumentów, nowe trendy konsumenckie, wpływ mediów społecznościowych i nowych technologii na zachowania konsumentów, szara strefa, etyczne aspekty współczesnego biznesu, strategie e-biznesu, a w wolnych chwilach chętnie słucha jazzu, dobrego rocka i muzyki klasycznej. Jest italofilem i miłośnikiem kuchni włoskiej. To jeszcze obowiązek dotyczący licencji. Tekst jest dostępny na licencji uznanie autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Być może niektóre tezy z tekstu, który zaprezentuję, wydadzą się państwu wątpliwe Albo dyskusyjne.
Już to częściowo sygnalizowałem. Mnie na przykład też się wydają wątpliwe i dyskusyjne, ale zwrócę uwagę tak nieśmiało, na tym właśnie polega filozofia, aby zadawać pytania, aby mieć wątpliwości i próbować je zwerbalizować, a może z czasem zdobyć się na jakąś racjonalną polemikę? Wrócę do tego cytatu. Wrócę do tego motta artykułu. „Długie szaty krępują ciało, a bogactwa duszę” — tak podobno powiedział Sokrates. Przypomnę też, że tekst, o którym dzisiaj będziemy rozmyślać, który państwu za chwilę przeczytam, to jest tekst Bogdana Mroza „Konsumpcjonizm — ateistyczna religia XXI wieku”. We współczesnych społeczeństwach konsumpcja stała się głównym czynnikiem wyznaczającym tożsamość człowieka, nową formą religii. Media propagują swoistą Ewangelię konsumpcji, która znajduje coraz liczniejsze rzesze wyznawców, ochoczo podążających do konsumpcyjnego raju oferowanego przez domy towarowe i wielkie centra handlowe — współczesne świątynie konsumpcji. Pokłony bożkowi Mamony biją kolejne pokolenia wkraczające na rynek pracy i do świata radosnej, niczym nieskrępowanej konsumpcji. Niektórzy badacze formułują tezę, że mamy do czynienia z rządami triumwiratu: pieniądze, wizerunek, sława.
Znamienne jest, że dumna kartęziańska maksyma „Cogito, ergo sum” — myślę więc jestem — po dosyć topornym przeformułowaniu pojawiła się w zmodyfikowanej wersji: „Kupuję, więc jestem”. To pojawiło się w reklamach domów towarowych w USA. Rytualizacja konsumpcji i sacrum obok profanum. Koncepcja od wieków obrastała w określone rytuały i ceremoniały. Również dzisiaj mamy do czynienia z procesami rytualizacji konsumpcji. Święta Bożego Narodzenia, towarzysząca im komercyjna otoczka i przedświąteczny amok zakupowy, Oktoberfest w Monachium, święto Beaujolais Nouveau, dzień Świętego Patryka, Walentynki, Black Friday, Cyber Monday, karnawał w Rio — to tylko niektóre przykłady współczesnych rytuałów konsumpcyjnych. Wszechobecna komercja przejmuje również sferę duchowości, czego najlepszym przykładem są zwyczaje i praktyki konsumpcyjne związane z pierwszą komunią świętą w Polsce. Wyszukane stroje i stylizacje dziewczynek, drogie prezenty, przyjęcia w modnych restauracjach i tym podobne. Niektórzy widzą w tym zjawisku pozytywne aspekty, upatrując w filozofii konsumpcjonizmu, pojmowanej jako specyficzna forma ateistycznej religii, przeciwwagę dla ekstremistycznych ruchów politycznych i skrajnych ortodoksyjnych ugrupowań religijnych. Przedmiotem transakcji wymienionych w społeczeństwie konsumpcyjnym może być wszystko, włącznie z wystawianiem na sprzedaż swojej intymności, prywatności, co często praktykują celebryci oraz influencerzy oraz oferowaniem specyficznych usług typu urodzenie dziecka na zamówienie, tak zwane macierzyństwo zastępcze.
We współczesnych społeczeństwach masowej konsumpcji można zaobserwować mieszanie się sfery trywialnej doczesności ze sferą duchowości, transcendencji, rytuałami religijnymi lub quasi religijnymi. Sacrum i profanum zgodnie koegzystują w przestrzeni publicznej. Przykładem mogą być z jednej strony kaplice i wyodrębnione miejsca do modlitwy i uprawiania praktyk religijnych na dużych lotniskach, w hipermarketach i tym podobne, co bywa określane jako proces supermarketyzacji religii. Z drugiej strony mamy do czynienia z często wstydliwie ukrywaną działalnością komercyjną Kościołów i związków wyznaniowych. Szczególnie spektakularnym przykładem jest działalność tak zwanych kompleksów składających się z ogromnych świątyń, towarzyszącej im infrastruktury typu restauracje, szkoły i tym podobne, co jest bardzo często spotykane w Stanach Zjednoczonych. Dla wielu współczesnych konsumentów świat radosnej, hedonistycznej konsumpcji jest swego rodzaju nagrodą, rekompensatą za szybkie tempo życia, ciężką pracę oraz trudy i stresy życia codziennego. Zgodnie z maksymą carpe diem szukają więc przyjemności w konsumpcji, która ma im umożliwić osiągnięcie dobrostanu i wewnętrznej harmonii przez świadome nabywanie dóbr i usług uwzględniające własne pasje i zainteresowania, oparte na dalece spersonalizowanych oczekiwaniach, a także dążeniu do wyróżnienia się i zaakcentowania własnej tożsamości. Konsumenci w krajach wysokorozwiniętych ulegają, używając słów Benjamina Barbera- Aksamitnej tyranii konsumpcyjnego totalitaryzmu. Obsesyjna pogoń za nowymi dobrami materialnymi wzmacniana jest przez potężne i coraz bardziej wyrafinowane instrumenty perswazji, perswazji społecznej, wśród których prym wiedzie reklama wykorzystująca z powodzeniem nowe możliwości oferowane przez internet. Uwodzicielską moc reklamy dostrzeżono już dawno.
Dzisiaj jej możliwości wywierania wpływu na zachowania konsumentów niepomiernie wzrosły dzięki rozwojowi nowoczesnych technologii oraz mediów społecznościowych. Internauci przytłoczeni nadmiarem informacji stosują uproszczone reguły wnioskowania, tak zwane heurystyki poznawcze. Chętnie przyswajają niewymagające większego wysiłku, wysiłku intelektualnego, proste narracje i stają się łatwym łupem dla influencerów, wirtualnych przewodników stada oraz zakamuflowanych emisariuszy korporacji. Znani blogerzy, youtuberzy oraz instagramerzy zręcznie monetyzują swoją popularność i pełnią rolę wirtualnych naganiaczy, wdając się w komercyjny flirt z markami, zwykle starannie kamuflowany. Oferenci różnych dóbr, usług i treści starają się, chociaż na chwilę przykuć uwagę internautów szokującymi tytułami, chwytliwymi nagłówkami i kontrowersyjnymi treściami, treściami stanowiącymi swoistą przynętę dla internautów, tak zwane clickbait. Młodzi internauci, zwłaszcza nastolatki, bezkrytycznie i z cielęcym zachwytem podążają za swoimi internetowymi idolami, przyjmując za dobrą monetę ich rekomendacje zakupowe. Ulegają nieświadomie aksamitnej manipulacji, naiwnie sądząc, że przecież ich ziomale są bardziej wiarygodni niż reklamy telewizyjne dużych korporacji. Niewinnie wyglądający nastolatek, wchodząc do sklepu sprzedającego pełny asortyment ubrań, gadżetów i akcesoriów związanych na przykład z takimi gatunkami muzycznymi jak heavy metal czy hip-hop, może kupić sobie pakiet buntownika i po wyjściu przedzierzgnąć się w wojowniczo nastawionego nonkonformistę. Producenci i handlowcy bardzo zręcznie komercyjnie wykorzystują nonkonformistyczne nastawienie nastolatków, wiedząc, że nic, nic się tak dobrze nie sprzedaje, jak ładnie opakowany bunt i kontestacja. Znakomitym przykładem są błyskotliwe kariery i sukces finansowy raperów amerykańskich.
Skomercjalizowana psyche współczesnego konsumenta sprawia, że rozszerza się sfera wymiany rynkowej. Już wiele lat temu Erich Fromm pisał: „Staliśmy się konsumentami wszystkiego. Konsumujemy wiedzę, sztukę, wykłady, miłość, a nasze nastawienie jest wciąż takie samo. Płacę i dostaję coś. Mam do tego prawo”. I Fromm zauważa nieco dalej, że dwie cechy naszej współczesnej religii to otaczanie czcią produkcji i konsumpcji, przy czym żadna z tych cech nie jest powiązana z rzeczywistością, która ma sens z punktu widzenia ludzkiej egzystencji. Koniec cytatu. Ostatnie dekady w rozwiniętych krajach kapitalistycznych upływały pod znakiem wybujałego konsumpcjonizmu, a rosnąca konsumpcja była kołem zamachowym współczesnych gospodarek. W USA pojawiały się publikacje poświęcone tak zwanej grypie dobrobytu i gorączce luksusu. Ten konsumpcyjny karnawał został przerwany kilkanaście lat temu przez kryzys gospodarczy lat 2007-2008, a ostatnio przez wybuch epidemii, pandemii COVID-19, który stanowił zimny prysznic studzący nastroje konsumenckiej euforii.
Pandemia w radykalny sposób zmieniła dotychczasowe konsumenckie zwyczaje i nawyki zakupowe oraz uruchomiła lub nasiliła zjawiska i procesy, których skutki w tej chwili trudno jest jednoznacznie określić. Należą do nich między innymi troska o środowisko naturalne, wyrażająca się między innymi w takich trendach jak rezygnacja z nadmiernej konsumpcji, programowa wstrzemięźliwość konsumpcyjna oraz przenoszenie aktywności życiowej do cyfrowego świata. Czy jest wyjście ze ślepej uliczki konsumpcjonizmu? Można sądzić, że pojawiły się pewne symptomy otrzeźwienia i refleksji nad sensem wszechogarniającego pędu do konsumpcji i wyścigu po coraz to nowsze dobra konsumpcyjne. Pojawiły się również budzące nadzieję pokryzysowe trendy i zjawiska w zachowaniach konsumentów. Na przykład ekonomia współpracy, zielona konsumpcja, simple living, dobrowolna prostota, świat bez plastiku i tym podobne, które są zwiastunami zmian w mentalności zachowania konsumentów zmęczonych Szybkim tempem życia i gonitwą za dobrami materialnymi. I to koniec artykułu. Ja jeszcze tylko powiem Państwu, że jeśli kogoś zainteresował ten temat, to proponuję, żeby sięgnął po książkę Ericha Fromma, który pojawił się w artykule. Jest taka książka „Patologia normalności. Przyczynek do nauki o człowieku”.
To jest książka z 2011 roku, więc nie taka stara. Myślę, że warto po tę książkę sięgnąć. Cóż, proszę państwa, to teraz z tych nastrojów bardzo filozoficznych, czy też takich troszeczkę oceniających naszą cywilizację, przejdźmy do nastrojów literackich. Zapraszam państwa na spotkanie z Krystyną Śmigielską, autorką powieści „Niedaleko od jabłoni”. Świetną pisarką, proszę państwa. Ja jestem pod dużym wrażeniem zarówno tej ostatniej powieści, jak i wcześniej wydanej powieści „Pokrucz”. Miałem tę przyjemność, że byłem redaktorem prowadzącym tej powieści. I wierzcie mi państwo, to jest autorka, której książki to jest absolutna petarda. Żeby już nie przedłużać, zapraszam na spotkanie z Krystyną Śmigielską. Dzień dobry wieczór.
Tak jak zapowiedziałem, naszym gościem jest Krystyna Śmigielska. Dzień dobry Krystyno.
[38:02] - Dzień dobry. Bardzo się cieszę, że mogę z tobą i z państwem porozmawiać.
[38:07] - Tak, powód mamy zacny, ponieważ w pierwszej połowie roku pojawiła się twoja książka „Niedaleko od jabłoni”. Najnowsza nowość, jak mawia się w internetach, w związku z czym powtórzę, że to jest najnowsza nowość. A mówiąc już zupełnie poważnie, to książka, o której ja słyszałem, miałem to szczęście słyszeć na długo przed tym, zanim ona rzeczywiście się pokazała na rynku, zanim w ogóle dotarła do czytelników. Usiłuję ją w tej chwili scharakteryzować i będzie trudno. Ja myślę, że zostawię to autorce, ale powiem tyle, że z jednej strony może się niektórym naszym słuchaczom wydać nieciekawe, bo o życiu akademickim, co nie jest prawdą w sensie, że nie jest to ciekawe, ale to nie jest przecież książka wyłącznie o życiu akademickim, bo jest to też książka o uczuciach, a właściwie chyba powracających uczuciach. I jak to z tymi powracającymi uczuciami bywa. Nie wiem, czy ja coś jeszcze więcej, jeśli chodzi o fabułę, mogę zdradzić. To może ja to zrzucę na naszą autorkę.
[39:27] - To jest taka książka, która bardzo długo we mnie dojrzewała. To jest książka o ojcostwie. Oczywiście ja nigdy nie piszę wprost, nigdy nie wykładam swoich racji, po prostu staram się je gdzieś tam przemycić, pokazać czytelnikowi, żeby sam mógł zastanowić się nad pewnym problemem. Tak się dzieje, że matka zawsze jest ważniejsza i tutaj tej racji, tej matki w życiu nie trzeba udowadniać. Natomiast jeżeli chodzi o ojcostwo, ono ma wiele twarzy, wiele oblicz, różnie się układa, różnie jest odbierane zarówno przez ojców, jak i przez potomstwo. Ponieważ widziałam różne ojcostwo, pomyślałam sobie opowiem je. Sprawa akademika i tych akademików, czyli doktorów, profesorów, którzy kształcą młodych uczniów, to jest jakby taka dodatkowa historia. Historia, którą kiedyś usłyszałam, będąc na pierwszym roku filologii polskiej. Nie wiem, na ile jest prawdziwa, ale doktor nam to na zajęciach opowiadał jako prawdziwą sytuację i ja uważałam, że jest na tyle ciekawa, że po wielu latach postanowiłam ją przenieść żywcem do swojej powieści. Jest to też książka troszeczkę satyryczna, bo ona ma jeszcze taki wydawniczy aspekt bym powiedziała.
Taki opis troszeczkę satyryczny współczesnego rynku wydawniczego. Także niejednoznaczna. Wszystko w jednym, ale jeżeli ktoś chce, to dokopie się tego, co dla niego jest najważniejsze. Książka ma dla mnie też taki sentymentalny wydźwięk, ponieważ główny bohater nosi nazwisko Karol Obrębski. Tak się składa, że jest to moje panieńskie nazwisko, które bardzo lubiłam i postanowiłam, że bohater będzie tak się nazywał, bo jeżeli mam znaleźć dla niego jakieś inne obce, to niech będzie to. I muszę powiedzieć, że z tego względu bardzo miło mi się tą książkę pisało, bo czułam taką bliskość z bohaterem. A poza tym jest to jakieś rozliczenie, może nawet z moim ojcem. Książka jest dedykowana mojemu bratu, bo oboje też mieliśmy pewne doświadczenia, jeżeli chodzi o ojcostwo i to chciałam w ten sposób nam jako rodzeństwu oferować tą książkę. Niestety tak się fatalnie złożyło, że mój brat, który chociaż bardzo czekał na tą książkę, nie doczekał jej, bo niestety w czasie już prac nad wydaniem powieści Brat zachorował i odszedł. Także książki do ręki nie dostał, ale wiedział, że powstaje i bardzo się z niej cieszył.
Dla mnie pozycja ważna, jeżeli ktoś znajdzie w niej coś, co go zainteresuje, jeżeli się uśmiechnie, wzruszy bądź chociaż przez chwilę zastanowi, uważam, że osiągnęłam sukces.
[42:59] - Tak, Krystyno, ty powiedziałaś od razu o tych rzeczach bardzo ważnych w książce, a ja chciałem zacząć od-- to jest też książka o pewnym, szukam słowa i same mało adekwatne mi przychodzą. O pewnym przekręcie, może tak. O pewnym przekręcie właśnie akademickim. I to jest ta historia, którą zasłyszałaś, o ile dobrze pamiętam.
[43:25] - Tak.
[43:26] - I to jest historia. Ja się zacząłem zastanawiać, jak często podobne historie są naszą rzeczywistością. Tylko po prostu o tym nie wiemy.
[43:41] - Tak, to bardzo często się mówi o różnych rzeczach, że tak właściwie naukowcy troszeczkę nas oszukują i nie zawsze ich rewelacje są zgodne z prawdą. Ale to tak, przekręt. Przekręt to jest to, co musiało w tej książce napędzać tę ciekawość czytelnika, prawda? Bo musi być coś takiego, co tego czytelnika przeprowadzi przez tę powieść, że trzyma go w napięciu. To jest jedna sprawa. A druga sprawa to jest to, że ja zawsze w swoich książkach staram się jednak gdzieś włączyć taką sytuację, gdzie mój bohater, powiedzmy sobie szczerze, działa na pograniczu prawa, bądź wręcz nawet przekracza normy tego prawa. On oczywiście u mnie zawsze wychodzi obronną ręką, bo to nie jest tak, że wszyscy przestępcy są skazani, prawda? Mój bohater zawsze gdzieś tam się jednak wywinie temu prawu, natomiast jest to przekręt normalny. U mnie chodzi o pracę semestralną. Natomiast opowieść, jaką usłyszałam, to była opowieść o pracy magisterskiej.
I rzeczywiście złożył student pracę magisterską opisującą jakiegoś średniowiecznego barda, o którym nikt nie słyszał. To jest dla środowiska, powiedzmy sobie, niezwykły blamaż, właściwie sytuacja bez wyjścia. Bo jeżeli się zarzuci mu kłam, a okaże się, że miał rację, to całe grono pedagogiczne danej uczelni powinno być do wymiany. Jeżeli natomiast przyzna mu się rację, uda się, że się nie zauważyło, że pozwoli mu się taką pracę obronić i żeby sobie poszedł i było cichutko i spokojnie. Nigdy się nie ma pewności, że to się czkawką nie odbije, że student, kiedy otrzyma już dyplom, biegiem pobiegnie do najbliższej redakcji i nie przedstawi rewelacji, że naukowcy danej uczelni niestety nie mają zielonego pojęcia o dziedzinie, którą się zajmują. Także ten przekręt jest tutaj bardzo ciekawy, interesujący. Z tego, co opowiadał nam doktor, właśnie mówił, że była naprawdę burza mózgów. Jak postąpić, jak wybrnąć z tej sytuacji? Dzięki Bogu jednak nie dopuszczono studenta do obrony i praca została po prostu potraktowana, jak nie była. Okazało się, że dobrze zrobiono, bo barda danego rzeczywiście nie było.
Studenci robią różne rzeczy i potrafią naprawdę zapędzić wykładowców w kozi róg. I myślę, że to jest ciekawy motyw. Dlatego też go, nie wiem lepiej czy gorzej, starałam się w swojej pracy, w swojej książce przedstawić. Czasem ludzie piszą, że to plagiat. To nie był plagiat. Plagiat jest zupełnie inną sytuacją i zupełnie inaczej wygląda prawnie, prawda? To było po prostu zwykłe, normalne oszustwo. Przedstawienie sytuacji, która nigdy nie miała miejsca. Mam nadzieję, że przyciągnie to uwagę czytelników.
[47:18] - Tak. Myślę, że z całą pewnością. Tym bardziej, że to jest ten wątek, który w twojej książce jest, nazwałbym go tym lekkim takim wątkiem, bo śledzimy pewną intrygę, ale to jest taka intryga, która rzeczywiście, jak zauważyłaś, przyciąga. Ona wręcz przykuwa, bo jesteśmy ciekawi po prostu, jak to będzie dalej. Ale właśnie w twojej książce dotykasz takich nut. Nut to się chyba nie dotyka. To się strun dotyka. No więc strun dotykasz takich, powiedzmy, wzruszających. Gdzieś nagle twoi bohaterowie, zresztą chyba to nie jest jedyna książka, w której tak się dzieje. Każda dobra książka chyba coś takiego stosuje.
Oni wracają do przeszłości i to w sposób intensywny. To były te momenty w książce, które wydały mi się fascynujące.
[48:23] - Mnie również jak najbardziej, bo to właściwie był główny temat tej powieści. Ta podróż sentymentalna i to, co my zapamiętaliśmy z tej przeszłości. Jak się potem okazuje, każdy tę przeszłość inaczej pamięta. Każdy widział co innego w danej sytuacji. A ponieważ młodzi ludzie nie potrafili ze sobą nawiązać kontaktu i porozmawiać, porównać tych swoich stanowisk, skończyło się, jak się skończyło. Ale tak jest, że życie często nakazuje nam jednak powrót do przeszłości, do pewnych przeżyć, które gdzieś głęboko w nas tkwią. I wtedy musimy przeżyć to jeszcze raz, zmierzyć się z tym. Czasem zmierzamy się lata całe. Tak to wygląda.
[49:18] - Tak, ale powiem w ten sposób: w tych momentach książki, o których powiedziałaś, one są po prostu, szukam znowu słowa tak na gorąco, wzruszające. Absolutnie wzruszające. Ja, mówiąc szczerze, nie wiem dlaczego. Może to ty mi wytłumaczysz, dlaczego tak się działo. Jest taka książka nieżyjącej już pisarki, która nosi tytuł „Może może”. To była Iris Murdoch. Tam była historia mężczyzny, który po wielu latach spotyka chyba miłość swojego życia, ale ta miłość jego życia ułożyła sobie już własne życie z innym mężczyzną. Minęło bardzo dużo czasu i nagle ten mężczyzna odkrywa, że może by wszystko zmienić, może by cofnąć licznik, może by zmienić życie. To się okazuje oczywiście niemożliwe. On snuje pełno fantazji na ten temat, jak by to teraz wyglądało.
Kobieta zachowuje się zupełnie inaczej. Kobieta po prostu pewnego dnia znika. Znika, bo wie, że do tej przeszłości już nie ma powrotu po prostu. Nie wiem, jakieś miałem takie skojarzenia właśnie z książką Iris Murdoch „Może może”.
[50:48] - Powiem ci, Marku, tak różnie to bywa. Naprawdę różnie. Z moich obserwacji, bo ja obserwuję sobie to życie już 60 kilka lat, wynika, że mężczyźni dłużej może kochają, bo dla nich ten aspekt codzienności, tego bycia w codziennym trybie jest mniej atrakcyjny. Oni lubią sobie marzyć, układać swoje życie. Mogło być inaczej. A jak już mają swoją dawną miłość, to ją sobie pielęgnują, że jaka to była wspaniała, jaka cudowna i tak dalej. A kobieta nie. Kobieta wie, że ona ma swoje obowiązki. Ona musi wydać potomstwo na świat. Ona musi ogarnąć całą rodzinę.
Ona musi spełniać wiele innych, bardzo ważnych ról. I kiedy czasem ma chwilę, to sobie przypomni tego byłego ukochanego. Jest to piękna chwila, może romantyczna i wspaniała, ale dla niej to już nie ma takiego znaczenia, bo ona musi za chwilę znowu wejść w rytm codziennego życia. A zdarza się jednak też tak, że ta miłość przetrwa. W swoim życiu widziałam co najmniej dwa takie przypadki, gdzie ludzie byli emocjonalnie ze sobą związani jako bardzo młodzi ludzie. Potem ich życie potoczyło się zupełnie inaczej każdego z nich. Rozeszli się i mieli swoje rodziny, swoje sprawy i tak dalej. A po latach, kiedy niestety zostawali sami na świecie, bo małżonek, współmałżonek odszedł z różnych powodów, znajdowali tą dawną miłość i następowało ponowne zafascynowanie. Takie co najmniej dwa przypadki widziałam. Także to nie jest wcale tak, że to już jest nieodwracalne to pierwsze rozstanie, ale przeważnie kończy się tak, jak mówimy.
Jest taka piosenka „Nie było ciebie tyle lat”, gdzie przyjeżdża dawny partner do dziewczyny pełen nadziei na nową fazę ich miłości, a ona otwiera mu drzwi i niestety w pokojach obok śpią dzieci, mąż woła z kuchni, więc ona śpiewa mu tylko: „Nie było ciebie tyle lat. Poukładałam sobie świat”. I ten świat kobiety rzeczywiście szybciej układają. Mój bohater, jeżeli mówimy o książce, on kompletnie był zagubiony, ponieważ jest to człowiek trochę wrażliwy i bardzo taki, ja bym to nazwała, strachliwy. On się tego życia bardzo boi. Więc kiedy doznaje pierwszą porażkę w miłości, bo już był pewny, że to już jest ta miłość, wspólne mieszkanie studenckie, to już mu dawało pewne podstawy na trwałość tego związku. I raptem z dnia na dzień to się rozsypało, rozleciało, nie wiadomo dlaczego. On już nie potrafi nawiązać kontaktu z nową partnerką. Dlaczego? Bo czuje się winny, bo nie wie, w którym momencie zawinił, co takiego zrobił.
Boi się, że popełni znowu jakiś błąd, znowu zostanie odrzucony. Dopiero kiedy spotyka dawną miłość, kiedy sytuacja się właściwie wyjaśnia, kiedy już wie, czemu losy ich się tak potoczyły, katharsis w nim następuje i siła szukania nowego uczucia w nim pęcznieje. On czuje się na nowo urodzony i dopiero dostaje skrzydeł. Już może spokojnie obserwować sąsiadkę, która bardzo mu się podoba i mieć nadzieję na to, że może coś nowego jednak w życiu mu się przytrafi.
[55:22] - Ty, Krystyno, bardzo starannie budujesz swoje postacie. To, co powiem za chwilę, części naszych słuchaczy może wydać się banalne, ale ja to mimo wszystko powiem. Jak się buduje tak krwiste, pełne postacie? Bo przecież to nie chodzi o to, żeby zrobić półstronicowy opis, jak on wygląda i później drugi półstronicowy opis, jak on się zachowuje, jak ona się zachowuje, jaki jest. Nie, to wygląda w twoim wykonaniu zupełnie inaczej. My tę postać poznajemy, ale to znowu nie jest tak, że brniemy przez książkę i tu trochę się dowiemy, tam się czegoś dowiemy, jakiś przymiotnik padnie, jakieś określenie. Nie, my te postacie naprawdę poznajemy. Można mieć takie wrażenie, że się z nimi w toku książki zaprzyjaźniamy. Ale ktoś powie, tak jak wspominałem, że to banalne wszystko, co mówię, bo każdy dobry pisarz tak właśnie robi. To dobrze, przyklepnijmy, że tak właśnie jest, że rozmawiam w tej chwili z bardzo dobrą pisarką, bo to w końcu prawda.
To niech ta dobra pisarka powie nam, jak się konstruuje tak świetne postacie.
[56:46] - Przede wszystkim bardzo dziękuję za komplement. Jest bardzo miły. Miło mi słyszeć takie pochwały. Ja tych postaci w ogóle nie konstruuję. Ja je po prostu widzę. One przychodzą do mnie już całe, ze swoimi wadami, ze swoimi zaletami. Żeby postać była żywa, muszę ją od razu zobaczyć i poobserwować trochę, jak się zachowuje w pierwszej, drugiej scenie. Miałam kiedyś taką sytuację, pisząc „Kochanka pani Graverskiej”, kończyłam już powieść, czterysta stron, troszkę pracy przy tym było. I piszę na końcu, że mój bohater pije whisky, a drugi pali papierosa. I nagle przyszło mi do głowy: „Zaraz, chwileczkę, ale czy on naprawdę palił papierosy?
Czy ja gdzieś już wspomniałam o tym? A czy tamten whisky pił, czy może wódkę pił? Może pił piwo wcześniej?” Bo raczej jest tak, że jeżeli coś pijemy, to zawsze pijemy to samo, bo po prostu taki trunek lubimy. Przewertowałam całą książkę, żeby to sprawdzić i muszę powiedzieć, że byłam sama zdziwiona, że nie zamierzając, nie konstruując tego, nie wymyślając, ja dokładnie w każdym miejscu, gdzie trzeba było, pisałam: „zapalił papierosa, napił się whisky”. Ja ich widzę, oni są żywymi ludźmi dla mnie i od razu mają te swoje cechy. Bardzo często w ogóle wyglądu nie opisuję swoich postaci, bo każdy, kto czyta, od razu sobie widzi tego bohatera, prawda? Czasem napiszę, że miał jakieś włosy, był wysoki, niski, ale nie opisuję wyglądu, tak jak mówisz, na pół strony, że wyglądał tak czy owak. On po prostu się składa ze swojego charakteru. Jaki ma charakter, tak ja go widzę i tak go widzą moi czytelnicy. Najważniejsze jest, żeby tę prawdziwość zachować.
I najpiękniejsze jest, kiedy czytelnik mówi: „Wie pani, to tak, jakby pani moich sąsiadów opisała, bo oni się tak samo zachowują”. Każda postać ma swoje słownictwo, co jest niezwykle ważne. Nie można tego bagatelizować, jeżeli się chce stworzyć postać. Ona może nawet się pięknie wyrażać. Tak jak tutaj moi panowie doktorowie, oni się pięknie wyrażali, nie przeklinali za bardzo. Oni tutaj byli bardzo subtelni w swojej mowie, pilnowali poprawnej polszczyzny i tak dalej, ale już ich studenci tego nie robili. A w domu, kiedy się zdenerwowali, też się różnie zachowywali. To trzeba jakoś przywrócić do życia, do rzeczywistości, tak jak my się zachowujemy. I pamiętać o tym, że każdy ma te swoje powiedzenia, każdy ma swoje nawyki, każdy zachowuje się w pewien sposób w określonych sytuacjach. Jak to ogarniemy, to ta postać się sama jakoś buduje.
Nie myślę nigdy nad jej budową, po prostu ją widzę. Lubię bądź nie, ale staram się przedstawić czytelnikowi jak najbardziej obiektywnie, bo niektórych postaci nie lubię, a czytelnicy piszą, że bardzo im się podobała ta czy owa postać. Ja jej nie lubiłam, ale przedstawiłam obiektywnie. To jest najważniejsze. To chyba wszystko, co mogę o tym powiedzieć. Piszę i oni są.
[01:00:27] - Krystyno, jednym z najczęściej nadsyłanych pytań, które trafiają do „Bibliotekarium”, to jest pytanie Który da się zestrzelić w takie pytanie zbiorcze: jak zaplanować stosunkowo skomplikowaną fabułę, żeby ona toczyła się lekko, żeby wciągała czytelnika i jednocześnie, żeby w odpowiednich miejscach napięcie rosło, w odpowiednich miejscach trochę było hamulca i później znowu powrót do żywej akcji? Czy to się jakoś planuje z ołówkiem, czy też z tabletem w ręku rozpisuje się: „tu będzie to, czy tu będzie to”? Czy idzie się na żywioł? Ja wiem, że różne są szkoły pisarskie, różne są metody podchodzenia do tworzenia fabuły, do planowania tej fabuły. To teraz pytanie bardzo osobiste: jak to robi Krystyna Śmigielska?
[01:01:36] - Żeby nie skłamać, robię notatki. Akurat niedaleko do Jabłoni miałam notatki mniej więcej takie, to powiem z pamięci: Wiola, kochanka , Traba, żona Klaudia, czy odwrotnie, już teraz nie powiem, żebym tych dwóch imion nie pomyliła, bo te dwie panie mi się myliły. I to właściwie było wszystko, co ja zaplanowałam. Aha, i jeszcze była jedna na początku, że Malicki to dziekan. To były te właśnie moje całe zapiski, bo na początku bałam się, że nazwisko pomylę. Zamiast Malicki Małecki i tak dalej. Więc to miałam zapisane. Wszystkie fabularne zawirowania, ja nie zapisuję, natomiast po 10, 100, czasem nawet i więcej razy rozpatruję. Układam sobie najmniejsze szczegóły. Czasem opowiadam mężowi jakąś scenę i on mówi: „Tak, bardzo fajna, tak napisz”, ale ja za chwilę mu mówię tą samą scenę, z jednym małym momentem zmiany.
On tego nawet nie zauważa. Dopiero jak mu powiem: „Popatrz tutaj było inaczej”. „Aha, rzeczywiście lepiej”. Ja to po prostu w ten sposób sobie rozpatruję. Nie rozpisuję, natomiast wielokrotnie myślę o tym, co mam napisać. Ale jeżeli mówiłeś, że w powieści musi być taka fala, napięcie rośnie. Należy pamiętać, że jak ono prawie dochodzi do szczytu, to trzeba je wyciszyć. I bardzo lubię te momenty, gdzie doszłam bardzo wysoko, a potem raptem musi być taki rozdział, taki kawałeczek, który całkowicie zmienia nastawienie mojego czytelnika, bo go właśnie tak wycisza. Nagle jakby się wszystko przestało dziać, jakby się wszystko uspokoiło. I dopiero potem znowu powolutku, szybciutko idziemy na górę, znowu napięcie wznosimy.
Ja lubię tą falę, ona mnie niesie. Jeżeli mam jakąś akcję kryminalną, bo często takie, tak jak mówię, to są takie na pograniczu prawa przestępstwa, ja to nazywam, to wtedy bardzo dokładnie rozpatruję, jak to należy zrobić, jak należy przeprowadzić daną akcję. Staram się, żeby moi bohaterowie mądrze to robili, żeby w żadnym wypadku nie okazali się jakimiś nieudacznikami. Dlatego staram się to robić dosyć fachowo. I muszę powiedzieć, że kilka razy zdarzyło mi się, że opisałam jakąś akcję, a potem oglądałam w telewizji relację z podobnych sytuacji. I byłam z siebie dumna, że potrafiłam to opisać prawidłowo, tak jak rzeczywiście dzieje się w rzeczywistości. Chociaż jak piszę w tej książce, mój bohater kryminałów nie chce pisać, bo uważa, że nic o tym świecie nie wie. Ja o świecie kryminalistyki też wiem bardzo mało. Dlatego staram się, żeby te moje akcje były przeprowadzane jednak przez nieprofesjonalistów.
[01:05:32] - To ja zapytam jeszcze tak, żeby postawić kropkę nad i. Czy ty, przystępując do pracy nad książką, masz całą książkę w głowie od początku do końca z poszczególnymi scenami, czy też jest to budowanie kolejnych scen z ogólnym zarysem końca, ale to, co jest w przyszłości, jeszcze po tej scenie, którą akurat piszesz, jest jeszcze w takiej szarej mgle i wszystko się tam może wydarzyć?
[01:06:05] - Ja mam takie punkty, taką jakby drogę wyznaczoną i wedle tych punktów idę. Czasem się zdarzy, że coś jeszcze więcej dopiszę, bo w międzyczasie wpadnę jeszcze na jakiś pomysł i mówię: „Aha, to też jest fajne, to trzeba tutaj wpleść jakoś”. Ale te główne sceny mam już zarysowane i tymi scenami dążę do określonego końca, bo przeważnie wiem, jak chcę książkę zakończyć, w jaki sposób. Także to tak mniej więcej wygląda. Robię to bardzo świadomie w tej chwili. Dawniej szłam na żywioł. Książki pisały się same te pierwsze. Po prostu pozwalałam Fantazji biec i co mi w czasie pisania wpadło do głowy, wrzucałam wszystko do tego woreczka. Teraz bardzo segreguję swoje pomysły i są bardzo przemyślane. Te punkty wkładam i tylko muszę znaleźć drogę, żeby do tych punktów dojść.
I to jest ten łącznik. Ale większość już wiem. Na przykład to, nad czym teraz pracuję, bardzo dokładnie mam wyznaczone miejsca, które chcę opisać i teraz tylko łączę te już wymyślone dobrze sceny z tym, co musi być w międzyczasie. Ten międzyczas sobie uzupełniam. Tutaj też wiedziałam, co chcę napisać w tej książce i bardzo dokładnie brnęłam, żeby dojść do określonej sytuacji.
[01:07:46] - Zapytam o kolejny element twojej prozy, który dla mnie przynajmniej jest bardzo charakterystyczny. Ty bardzo starannie piszesz swoje książki. To niby powinna być oczywista oczywistość, cytując klasyka, bo po to się książkę pisze, żeby ona się dobrze czytała. Czyta się wtedy dobrze, jeśli jest właśnie w jakimś porządku, w jakiejś staranności utrzymana. Natomiast ja nie to mam na myśli. Mówiąc o tym porządku, o tej staranności, odwołam się do komentarzy, którymi twoje książki są oznaczane w różnych miejscach internetu. I właściwie gremialnie panuje zgoda co do tego, że ty piszesz w sposób angażujący czytelnika. O tajemnicę tego pisania oczywiście chciałbym zapytać przy okazji, ale jeszcze coś dodam. Piszesz w sposób angażujący czytelnika. Mam na myśli głównie to, że ludzie się przy twoich książkach wzruszają.
Niektórzy oczywiście jak zwykle tego nie okazują, bo przecież nie jest honorem pokazywać, że człowiek ma uczucia. Przynajmniej tak sądzą niektórzy. Inni natomiast zupełnie otwarcie piszą, że to było przeżycie bardzo mocne, sięgające gdzieś dna duszy. I to jest dosyć charakterystyczne. Mówię o tym dlatego, że spotykałem to w tak wielu miejscach, tego rodzaju opisy, odwołania, podsumowania twoich książek, nie tylko tej ostatniej, ale również wcześniejszych, że to musi być jakaś kolejna tajemnica Krystyny Śmigielskiej i jej pisarstwa.
[01:09:38] - Przede wszystkim język. Wszystko się robi językiem. Muszę powiedzieć, że sama musiałam do tego dojść, bo wiadomo, ja nie mam żadnej szkoły pisania książek, żadnych kursów. W żadnych kursach nie uczestniczyłam. Sama ten warsztat sobie w jakiś sposób wypracowywałam i do wielu rzeczy doszłam sama. Mówisz o staranności, więc tak jak mówię, przede wszystkim staranna polszczyzna to jest dla mnie bardzo ważna sytuacja. Zwracam na to niezmiernie uwagę i wcale nie mówię, że jestem alfą i omegą. Broń cię Panie Boże, ciągle się uczę. Natomiast rzeczywiście to jest duży nakład mojego wysiłku na to, żeby każde słowo było użyte odpowiednio, w odpowiednim emocjonalnym jego znaczeniu. Tak się zdarza, że mamy dużo słów takich, które są pokrewne, ale jednak znaczą troszeczkę co innego.
I tutaj to jest bardzo ważne, żeby to słownictwo szeroko jednak znać i rozumieć. To jest pierwsza sprawa. Druga sprawa to jest właśnie budowanie postaci. To język, jakim dana postać się posługuje. Jeżeli chcę czytelnika w jakiś sposób do tej postaci zbliżyć, to ja muszę go tym językiem przyciągnąć. Bardzo mi się podobało, jak była odbierana postać Marka Grawerskiego z „Kochanka pani Grawerskiej”, ponieważ on zebrał wszystkie najgorsze recenzje, jakie tylko można było. Prawie go wyzywano. To był dla mnie miód na moje serce, ponieważ potrafiłam tym językiem pokazać, jaki ten człowiek jest. Ale pomyślałam sobie: fajnie, że ludzie dobrze odczytali Grawerskiego i go nie lubią, bo tak chciałam, żeby było. Natomiast chciałabym, żeby ludzie kogoś polubili, żeby się wzruszyli, ale żeby to nie było łzawe, żeby to nie było ckliwe.
Niech to wzruszenie będzie autentyczne. I muszę tu się przyznać, że tego się nauczyłam przy „Pokurczu”. Tutaj już słowa były dobierane niezwykle starannie i taka była recenzja, w której było powiedziane, że ta książka kłuje, bo rzeczywiście ona była naszpikowana takimi kolcami. To wszystko się odbywało w fazie języka i ten język jest niezmiernie ważny. Dużo czytam teraz tych współczesnych książek, które się ukazują. Im właśnie brakuje szlifu języka, prawda? Żeby język każdej postaci był jednak troszeczkę inny, żeby ktoś mówił inaczej „ę”, żeby ktoś przeciągał jakąś nosową końcówkę, cokolwiek robił, prawda? Żeby było to jednak zindywidualizowane, ale poprawne wtedy, kiedy ma być poprawne, a niepoprawne wtedy, kiedy postać wypowiada się i niestety nie mówi piękną polszczyzną. To wtedy ja temu bohaterowi muszę tę niepoprawną polszczyznę również w usta włożyć. To jest taka praca, powiedzmy sobie, takie jakby dłubanie.
Trzeba pamiętać, że on tutaj ma tę wadę, ale to słowo musi pasować do niego. Nie może być inne. Nawet jeżeli chodzi o różnego rodzaju warstwy społeczne. One się posługują jakimiś slangami, to też musi być uwzględnione. I to wszystko się też rozgrywa w fazie języka. Narrator mówi polszczyzną tak, jak ja potrafię, moim zdaniem dobrą. Natomiast postaci muszą mieć swoje światy językowe i te światy językowe trzeba tu jakoś pokazać. A jak już chcę naprawdę wzruszyć albo naprawdę coś pokazać, to dobieram jak najbardziej odpowiednie słowa. Ono musi być w punkt to słowo dobrane. Ono nie może być ani w prawo, ani w lewo, tylko akurat takie jak trzeba.
Bo tak jak mówię, podobnych jest dużo, ale to jedno muszę wybrać, które moim zdaniem jest najmocniejsze, najbardziej przyciągnie czytelnika.
[01:14:30] - Skupiłaś się, Krystyno, na języku. Super, bo to jest rzeczywiście taka twoja wizytówka. Książki są zawsze napisane w sposób taki, że to naprawdę się chce czytać, ale ja jednak będę dokręcał śrubę i dociskał i zapytam o to wzruszenie. Mówisz o języku — zgoda, ale ty budujesz po prostu wzruszające sytuacje. Takie, które człowieka głęboko poruszają. A żeby taką sytuację zbudować, to nie wystarczy wyłącznie sam język. Tu już trzeba jakiegoś konceptu, trzeba świadomie wprowadzić czytelnika, tu cudzysłów, w jakiś tam rodzaj dygotu, żeby rzeczywiście on te emocje, to wzruszenie poczuł. I tu oczywiście pytanie znowu natury warsztatowej: jak to się robi? Ja dlatego je zadaję, to pytanie, ponieważ w tej najnowszej książce również te elementy są zastosowane. W związku z tym pytanie jest jak najbardziej à propos.
[01:15:44] - A powiem ci, Marku, bo ci moi bohaterowie to zawsze tacy biedni chłopcy ja bym to powiedziała. Oni zawsze mają jakieś kompleksy, zawsze coś im tam w tym życiu nie wyszło. Zawsze chcieli dobrze, a tu znowu jest tak, jak zawsze. I tak to by to wyglądało. I oni są troszeczkę nieporadni. Nieporadni życiowo, chociaż normalnie dobrze funkcjonują. Nie można ich nazwać autystycznymi, to żadne spektrum nawet autyzmu. Natomiast wycofanie z całą pewnością. Oni mają wielkie przeżycia za sobą i boją się. Boją się wejść w nowe relacje, boją się nowych sytuacji, że znowu coś nieprzyjemnego będzie ich udziałem.
Ale są to mężczyźni bardzo wrażliwi, bo moimi bohaterami są właściwie mężczyźni. To jest trochę dziwne może, ale to też wynika z tego, że mężczyźni bardzo chętnie piszą o kobietach. Ja kiedyś pomyślałam: „Jeżeli oni tak nie piszą o kobietach i chcą te kobiety poznać, to ja kobiety znam bardzo dobrze, więc może ja się zajmę lepiej mężczyznami. Poznam lepiej mężczyzn”.
[01:17:00] - Słyszałem taką teorię. Nie wiem, na ile prawdziwą, nie zajmuję stanowiska, ponieważ chyba niewiele wiem na ten temat, ale słyszałem teorię, według której kobiety o mężczyznach piszą bez najmniejszego problemu. Mają nas na widelcu, jesteśmy rozgryzieni i to właściwie większości kobiet pisarek nie sprawia żadnego problemu narysować słowem w miarę wiarygodną postać mężczyzny. Natomiast wspomniałaś o tym, że pisarze lubią pisać o kobietach. Słyszałem taką oto diagnozę, że może i lubią, ale rzadko kiedy potrafią, bo dla mężczyzny kobieta pozostaje jednak tajemnicą i udaje się tak naprawdę niewielu autorom. Sam znam przynajmniej dwóch, którym to się udało, ale oni się przyznawali, że kiedy uczynili postacią główną kobietę w swojej książce, to na ogół mocno konsultowali ze wszystkimi swoimi koleżankami, z kobietami ze swojej rodziny i w ogóle takimi branymi z łapanki, ponieważ przez cały czas nie byli pewni, czy w dobrą stronę idą. Co więcej, dowiadywali się od tych beta czytelniczek, że chwilami błądzą i to w sposób taki zasadniczy, powiedziałbym. Owszem, wszystko w literaturze można przyjąć, ale jeśli chce się być wiarygodnym, to jednak się trzeba troszeczkę wysilić. To tak tytułem komentarza, chyba że chcesz skomentować mój komentarz.
[01:18:48] - Tak, oczywiście chcę go skomentować. Jest bardzo trafny. Też tak uważam, że zdarza się, że mężczyźni dobrze Napiszą o kobietach, w sensie odnajdą to, co jest ważne w tych kobietach, przekażą ich wewnętrzne rozterki. Natomiast mężczyznę łatwiej jest opisać z całą pewnością, bo uważa się, że mężczyzna nie jest skomplikowany, a moim zdaniem to nieprawda. Mężczyzna jest równie skomplikowany, prowadzi swoje wewnętrzne i głębokie życie. Czasem tak jak tu powiedziałeś na początku, że mężczyzna potrafi właśnie długo myśleć, kochać o tej swojej wybrance, snuć jakieś fantazje. Mężczyźni są bardzo stali w swoich uczuciach, wbrew temu, co się mówi. Jest wielu mężczyzn, którzy są właśnie takimi, powiedzmy sobie, nie samcami alfa. Tak bym powiedziała. Samiec alfa dla mnie jest nieinteresujący.
Ja lubię mężczyznę wrażliwego, mężczyznę, który poszukuje, który trochę się życia boi, ale jednak to życie konsumuje tak, jak należy. Czułego, dobrego, nie zawsze jednak mającego prostą drogę życiową. Takich mężczyzn jest zdecydowana większość. W dzisiejszej literaturze kobiecej właściwie chyba — tak mówię chyba, bo to nie jest pewność moja całkowita — ale choćby z okładek widać, że jednak króluje macho. Kiedy wejdę do księgarni, to te torsy męskie z każdej okładki do mnie zaglądają i te nieogolone męskie, takie 30-letnie twarze panów, którzy mają wypisane jakby na czole: „Jestem królem życia”. To nie jest moja bajka. Ja szukam człowieka wrażliwego. Oczywiście on jest mężczyzną, ale tak troszeczkę przekąśnie. Powiedziałam, że tylko mężczyźni mnie interesują? Kobiety również.
Kobiety również są bardzo złożone i różne. To właściwie nie ma znaczenia, czy to mężczyzna, czy kobieta. Osobowość jest ważna. Ważne jest to ciepło, które potrafimy w sobie wytworzyć. Mówiliśmy tu o tym takim właśnie rozdygotaniu. Ten mój biedny Pokurcz, on był rozdygotany, bo on miał być czym rozdygotany? I muszę powiedzieć, że konstruując jego postać, to miałam na uwadze kilka bardzo młodych ludzi, których poznałam w życiu i ich historie. To były bardzo trudne historie i nawet dzisiaj jeszcze z mężem rozmawialiśmy o tych młodych ludziach, bo chociaż znaliśmy ich lata temu, ciągle myślimy, jak ich życie dalej się potoczyło. Ja sobie to opisałam, jakbym sobie wyobrażała to życie takiego Pokurcza, jak on sobie dał radę. Ale to wcale nie każdy z nich wyszedł, że tak powiem, na tą dobrą drogę.
Ja szukam w ludziach tego, co jest w nich jednak dobre, co można w nich pokazać, co można w nich przedstawić jako pewnego rodzaju przykład. Bo książki, uważam, są też po to, żebyśmy czytając je, starali się postawić w sytuacji bohatera, żebyśmy mogli się przygotować do trudnych naszych sytuacji życiowych i pomyśleć, jakbyśmy się zachowali, gdyby nas to spotkało. I potem, gdy czasem się to nam zdarza, jest nam łatwiej, bo już mamy, że tak powiem, przerobione zachowanie, jakbyśmy się wyćwiczyli w pewnych zachowaniach, wiemy, jak postępować. Dlatego tak konstruuję swoje książki. To jest chyba staroświeckie. Nie wiem, czy dzisiaj ktoś tego potrzebuje, ale ja tego potrzebuję. Ja tak lubię i tak piszę, jak uważam. Jeżeli kogoś to zainteresuje, jest mi bardzo miło i naprawdę jestem bardzo wzruszona, kiedy— nawet wczoraj miałam taką sytuację, że będąc w bibliotece, pani bibliotekarka powiedziała, że bardzo chętnie czytane są moje powieści. Było mi niezwykle miło, bo uważam, że niewiele ludzi może obchodzi to, co mnie obchodzi. Ale te moje postacie są tak może trochę nawet mną.
Tak czasem myślę, że wyglądają różnie, różnie się zachowują, ale gdzieś tam ciągle ten mój pierwiastek jednak posiadają. To może ja się boję po prostu tego życia i sobie tak próbuję w tych książkach, jakby to było, gdyby było inaczej. Oczywiście mówię to trochę żartobliwie, ale coś w tym pewnie jest. Bo nie możemy się całkowicie od siebie uwolnić. Tak się po prostu nie da.
[01:23:56] - Śledząc rozmaite wpisy w internecie, to ja jestem przekonany, że ludzi, którzy twoje książki połykają, którzy na twoje książki czekają, jest całkiem sporo. I to nie jest tak zwany tani komplement, bo naszym słuchaczom polecam, żeby zajrzeli na różnego rodzaju fora, na różnego rodzaju miejsca, w których można komentować, na blogi różnego rodzaju. Poczytajcie sobie Państwo, co osoby i te, które zajmują się książkami z takiej pozycji recenzenta oraz te osoby, które po prostu piszą o swoich emocjach, które książki Krystyny wzbudziły, co piszą. To jest dosyć taki jednorodny przekaz, że te książki one po prostu gdzieś tam mocno duszy człowieka dotykają w różny sposób. To nie jest tak, że to są książki pełne różowych postaci i w ogóle księżniczek i tak dalej. Chciałem to ująć, żeby to było maksymalnie banalne. Nie, to nie są właśnie takie książki, ale to są książki, których emocje są tak jak prawdziwe, jak w życiu. I tego chyba w książkach szukamy.
[01:25:16] - Tak jak mówię, to jest właśnie takie ćwiczenie tych emocji. Jakie te emocje w nas występują i jak my jako osoba potem na te emocje umiemy zareagować.
[01:25:32] - Krystyno, a teraz pewno nasi stali słuchacze zacierają ręce i szykują paczki z popcornem, bo teraz pada tak zwane sakramentalne pytanie, za które niektórzy autorzy mnie lubią, a niektórzy bardzo mnie nie lubią. Ale ja mimo wszystko to pytanie zadam. Jakbyś miała napisać blurb do swojej najnowszej powieści sama dla siebie albo może nie blurb, bo to bardzo krótka forma, może taką notkę polecającą, to żeby nie zdradzić treści, a jednocześnie maksymalnie dużo o tej książce powiedzieć, to co byś napisała?
[01:26:13] - Ja mam takie nawet już zrobione na mojej stronie facebookowej. Teraz tak modne jest, że się książkę, okładkę książki i co do tej książki. Zaraz ja to znajdę. To dosłownie minutkę potrwa. O, już mam to. I to jest takie krótkie jedno słowo komentarza zawsze o czym jest ta książka. Taka moda teraz jest. Więc ja też mam taką reklamówkę zrobioną. I jest tak, że jest to książka o strachu, bo mój bohater się ciągle boi. O samotności, bo po pierwszej miłości nie umiał znaleźć następnej i dwadzieścia lat tą samotność jakoś znosił.
O uczciwości, bo chciał być uczciwy i bardzo cierpiał, że nie wie, gdzie popełnił błąd. Jest o żonach, jak najbardziej. O żonach może nie głównego bohatera, ale bohaterów pobocznych. Jest o kochankach, bo jeden z moich bohaterów ma nie tylko żonę, ale ma też kochankę. I tu mamy jeszcze taki wątek poboczny, który dla mnie też jest bardzo ciekawy. Kto wygra? Czy żona, czy kochanka? Jest o braku porozumienia. I z całą pewnością ta książka jest o tym, że ludzie nie rozmawiają ze sobą, nie potrafią się porozumieć, a to niestety skutkuje bardzo czasem przykrymi sytuacjami. Jest o pozorach.
Te pozory to do tego braku porozumienia, że my widzimy coś, co wcale nie wygląda tak, jak my to widzimy i te pozory nas bardzo mylą. Ale jest też o miłości. Jest też o pisarstwie, bo ja tam piszę. Mój bohater stara się zostać pisarzem. On tam sobie robi takie swoje próbki, jakbym ja to nazwała pisarskie i próbuje pokazać czytelnikom, jak to jest, że ta powieść powstaje, że na kanwie jednego zdania, tego pierwszego zdania właściwie w nieskończoność można budować fabuły. Wystarczy mieć tylko i wyłącznie pierwsze zdanie. I jest trochę o rynku wydawniczym. I oczywiście o rodzicielstwie ogólnie. Także jak sam widzisz, mam powiedziane, o czym jest ta książka. To wszystko zebrałam do jednego worka i pomyślałam sobie o tym napiszę.
Trzeba to jakoś tak w tej książce ułożyć, żeby się to wszystko jakoś w tej książce zmieściło i żeby czytelnik po kolei wyłuskiwał, o czym ta książka właściwie jest. Może nie wszystko zrozumie z tych moich przekazów, może niektóre gdzieś tam bokiem puści, ale chociaż jeden przekaz, jeżeli do niego dotrze, znowu jest to mój sukces.
[01:29:28] - Powiem tak, że jeśli chodzi o wspomniany przez ciebie rynek wydawniczy, to dla mnie to też była niezwykle ciekawa część tej książki, ponieważ chcąc nie chcąc, z mniejszym lub większym zaangażowaniem jestem jakimś tam uczestnikiem tego rynku wydawniczego i to, co o nim piszesz, to chwilami jakieś takie odczucia grozy wzbudza, a chwilami takiego uśmiechu pod tytułem: „No tak, tak to niestety jest. Dobrze to Krystyna podpatrzyła.” Bo ten rynek, nie wdajmy się w tej chwili w jego opisywanie, on do końca normalny nie jest.
[01:30:17] - Z całą pewnością. Ja się dziwię w ogóle, że on do dzisiejszego czasu nie został jakoś uporządkowany, bo to by się dużo lepiej pracowało. Wszystkim by się lepiej pracowało. Od, powiedzmy sobie, pisarza do wydawcy. Każdy miałby jakoś bardziej tą pracę ułożoną. Tu jest wolna amerykanka. Tu po prostu wydać książkę normalnie, jak się ją napisze, nie chce się współuczestniczyć finansowo w wydaniu, to wydać książkę jest niezwykle trudno. To prawie graniczy z cudem w dzisiejszych czasach. Najgorszą rzeczą, jaką jest na rynku wydawniczym, to jest sprawa zmuszenia kogokolwiek do przeczytania tekstu, który przesłałeś. To jest bardzo trudne.
Ja akurat mam tak, że jeżeli już się mi uda jakoś, że ktoś ten tekst przeczyta To się potem dosyć szybko do mnie zwraca i szybko dochodzi do wydania książki. Natomiast nie mam już siły o to proszenie. A zajrzyj, a zobacz, a może. Bo tu liczy się tylko pieniądz. Czasem jest tak, że fajnie, dobrze by było, ale lepiej się sprzeda, jeżeli będzie ckliwie. Lepiej się sprzeda, jeżeli on na białym koniu, a lepiej się sprzeda, jeżeli ona w tej wieży będzie siedziała i tą chusteczką machała. A niech płaczą czytelnicy, będzie fajnie albo niech się krew leje. A ja uważam, że dobrze by było, żeby się jednak wydawało te rzeczy, które są wartościowe. Jeżeliby było mniej tych rzeczy, powiedzmy sobie, ckliwych na rynku, to i te wartościowe byłyby chyba szybciej dostrzeżone przez czytelników. Łatwiej by było je w jakiś sposób wyłuskać z tej masy, jaka teraz jest wydawana.
Bo sama ilość tych książek, Marku, które ukazują się na rynku, jest po prostu niewiarygodna. Życie powieści to jest dzisiaj dwa tygodnie niecałe. To jest coś niebywałego. Skoro ja piszę książkę cztery lata, a ona mi przez dwa tygodnie ma żyć na rynku, to to chyba dziwne. Coś tu chyba jest odwróconego, prawda? Coś stoi na głowie. Inne państwa jakoś sobie z tym radzą, a u nas ciągle jest taki pęd do pieniędzy i żeby na tym zarobić. Ja rozumiem, że należy na tym zarabiać. Sama bym chciała. Czasem mi się marzy, że uda mi się jednak coś zarobić, ale raczej to jest moje hobby, to pisanie i cieszę się, jeżeli ktoś powie chociaż, że mu się podobało.
To już jest wtedy dobrze. Widziałam ten rynek z kilku stron, obserwowałam go. I tak sobie pomyślałam, że napiszę tak. To jest bardzo delikatna satyra. To jest takie tylko muśnięcie tematu, prawda? Ledwie pokazanie tym, którzy chcą się jednak imać dalej pisarstwem, a nie wiedzą, czy warto, żeby się zastanowili, czy może by zrobić jakieś inne kursy, może paznokcie malować, to by człowiek przynajmniej coś z tego miał, prawda?
[01:33:57] - Oj, zabrzmiało to gorzko. Ja tylko nie chcąc serwować jakichś takich łatwych recept, powiem tak, że moja prywatna teoria na temat rynku wydawniczego brzmi w ten sposób, że wydawnictwa stały się pazerne i stały się takie liczące pieniądze nie dlatego, że są złe i mają złych właścicieli. Ja myślę, że polski rynek wydawniczy zabijany, duszony, mordowany jest przez dystrybucję. Dystrybucja po prostu obdziera wydawców, a tym samym autorów z tego, co w sumie powinno się wiązać z pisaniem i wydawaniem książek, czyli z zarobku. Tak naprawdę na polskim rynku jedynym wygranym, który w dodatku zmusza wydawnictwa do takiego działania „publikuj albo giń”. Stąd ta ilość tytułów ukazujących się. Po prostu trzeba wydawać, bo inaczej się nie zepnie budżet, więc się wydaje w nieskończoność. A dystrybucja jest taka, jaka jest. Powiedzmy, to jeszcze dałoby się przeżyć, ale te haracze pobierane przez dystrybutorów są po prostu mordujące i dla wydawców, i dla autorów. I stąd się później wśród wydawców lęgną różnego rodzaju, tu się nie waham, patologie.
To jest moim zdaniem węzeł gordyjski i czekam na kogoś, kto ten węzeł po prostu przetnie, a jakoś nie widzę i nie zapowiada się.
[01:35:37] - A wiesz co? Ja widzę światełko w tunelu. Ja tak sobie myślę, że może takim idealnym rynkiem byłby rynek złożony z takich małych, kameralnych wydawnictw, które by miały jakieś określone priorytety, przyjmowały określone książki tylko do wydania i to by był ich taki jakby dalsze takie, powiedzmy sobie, zabrakło mi słowa, widzisz. Żeby miały po prostu taką renomę, że akurat tą dziedzinę pięknie tutaj nam wydają i obsługują. To, co mówisz, zgadzam się jak najbardziej, ale jeszcze jest taka sytuacja, że brakuje też u nas na rynku po prostu agentów wydawniczych. Ludzi, którzy by wyłapywali, wiedzieli, który autor jest rzeczywiście interesujący i tego autora umieli dobrze promować wśród wydawnictw. Żeby tego autora prowadzili, żeby po prostu autor zajmował się pisaniem, a nie tym, jak i gdzie wydać swoją książkę, bo to właściwie autora nie powinno zbytnio obchodzić. On powinien swoją książkę oddawać właśnie do agenta i ten agent powinien resztę załatwiać. To nawet nie chodzi o jakieś wielkie pieniądze, wiesz Marku. Tutaj o pieniądzach mówimy, zwłaszcza my, ty i ja, podejrzewam, mówimy tylko tak, że jednak gdzieś te pieniądze tutaj w tym interesie muszą być, skoro jest tylu wydawców, prawda?
Natomiast Chodzi o to, żeby każdy miał swoją ścieżkę, swój zakres obowiązków, swój zakres pracy i ten zakres wypełniał, a nie musiał być tym, tamtym, siamtym, owamtym i tak dalej. Ale to takie marzenia. Chociaż widzę, że książek jest za dużo, one już zapełniają półki tak, że niedługo nie będzie ich gdzie gromadzić. I niestety rynek będzie musiał powoli zwalniać, będzie musiał wyhamować. Biblioteki nie są w stanie już odbierać całości, nie są w stanie tego księgozbioru jakoś pochłonąć. Ludzie też coraz mniej miejsca mają. Teraz większość już na platformach się ukazuje. Jest to jakiś dobry omen, ale myślę, że powoli będzie trochę łatwiej. Ale zobaczymy. Może jeszcze dożyjemy czasów, że rzeczywiście autor będzie coś znaczył.
[01:38:25] - Krystyno, trochę powiało na koniec naszej rozmowy pesymizmem. Żeby troszeczkę podnieść nastrój i uczynić go nieco bardziej optymistycznym, moje pytanie jest oczywiste na koniec. Co piszesz? Co to jest? Kiedy się ukaże? Kiedy skończysz? I tak dalej. Pytań, których nie zadałem, domyślasz się, więc oddaję ci głos.
[01:38:53] - Jak wiesz, ostatnio miałam bardzo trudny okres w życiu i niestety musiałam właściwie ze wszystkich aktywności zrezygnować. Powoli zaczynam wracać do siebie na razie. A co będzie dalej, zobaczymy. Chociaż już udało mi się nawet spotkanie autorskie odbyć, z czego jestem dumna fizycznie, że dałam radę. Ale piszę, mam już ładny początek. Mam oczywiście całą fabułę, tak jak już powiedziałam, skonstruowaną, bo też miałam czas na przemyślenia. Na myślenie trochę czasu miałam ostatnio. Zamierzałabym tą książkę skończyć gdzieś tak do końca roku, napisać ją naprawdę szybko, ponieważ tak jak mówię, ona jest przemyślana już wiele lat, nie miesięcy. Ze dwa lata najmniej już nad tą fabułą myślę, ten proces mam zakończony. I teraz bym najchętniej usiadła, wiesz Marku, nic innego nie robiła, tylko pisała.
Problem jest tylko taki, że fizycznie znowu nie mogę tak długo siedzieć przy klawiaturze, ale myślę, że powinnam ją skończyć. Jeżeli nie do końca roku, to może na początku następnego. Kiedy będzie wydana? Nie wiem, kto ją w ogóle weźmie, czy ktokolwiek będzie zainteresowany. Bo jest to bardzo skomplikowana, trudna pozycja. Całej fabuły nie chcę zdradzać. Bohaterką jest dziewczyna, która sprząta na lotnisku. Może nie na Okęciu, ale na jednym z regionalnych lotnisk i tam obserwuje życie. Nie jest to dziewczyna, która ma jakieś braki. Ona po prostu robi to, co robi, bo ją tak życie pokierowało i nie za bardzo dobrze czuje się w tej pracy.
Na lotnisku, obserwując ludzi, widzi parę. Nie jakąś młodą. Dziewczyna jest co prawda młoda, ale mężczyzna to już jest taki około czterdziestki. Parę, która się tam spotyka, wita, mężczyzna czeka na przylatującą z Londynu dziewczynę. Moja bohaterka jest zafascynowana tą parą, tą miłością, tym oczekiwaniem jednego na drugie, wzajemnie okazywanym sobie uczuciem przy powitaniu i rozstaniu, bo obserwuje również, jak mężczyzna odprowadza swoją kochankę, nazwijmy to po imieniu, na lotnisko wtedy, kiedy ona z powrotem odlatuje do Londynu. Potem się okazuje, że dziewczyna się do nich zbliża, ale oni jej nie zauważają. Nie będę mówiła, na czym to polega. I ona obserwuje ich już całkiem z bliska. Zaczyna powoli sama psychicznie wchodzić w ich życie. Zaczyna się zmieniać pod wpływem tych obserwacji.
Stara się stać się taka jak ta dziewczyna, którą podziwia. Co z tego wszystkiego wyjdzie? Nie będę mówiła, ale wydaje mi się, że to dosyć interesujące. Sama się przy tym nie powiem, dobrze bawię, natomiast dobrze się z tym czuję, kiedy to piszę. Zobaczymy, co będzie dalej, czy ktoś w ogóle będzie chciał to wydać. Ale tak jak mówię, dla mnie jest to bardzo interesujące i dobrze, że mogę to pisać, to wszystko.
[01:42:49] - Pięknie ci Krystyno dziękuję za dzisiejsze spotkanie.
[01:42:52] - To ja dziękuję.
[01:42:54] - Naszym słuchaczom powiem, że sięgnijcie państwo po książkę, tę najnowszą, która jest już na rynku. Przypomnę tytuł „Niedaleko od jabłoni”. I cóż, proszę państwa, sięgnijcie także państwo po starszą książkę zatytułowaną „Pokurcz”. Ja zdradzę w tej chwili na koniec naszej rozmowy taką prywatną historię. Gdzieś tam dawno, dawno temu, jeszcze przed covidem, dostałem tę książkę na swoją skrzynkę mailową I zacząłem ją czytać. Inaczej, jeszcze coś innego muszę powiedzieć. Na tę skrzynkę mailową przychodzi bardzo dużo różnych książek. I wiecie państwo, to taka znowu kuchnia redakcyjna. To tak jest, że po pewnym czasie, jak przychodzi książka, to człowiek się cieszy mniej, bo wie, że większość z tych książek to są rzeczy, które trzeba będzie przeczytać i trzeba będzie później porozmawiać z autorem, że dziękujemy, nie skorzystamy z różnych zresztą powodów. I tak sięgnąłem po książkę zatytułowaną „Pokurcz” i ja już po kilku stronach, nie odtworzę teraz po ilu, wiedziałem, że zrobię wszystko, żeby mój szef tę książkę klepnął, jak to się mówi, czyli żeby ta książka wyszła.
Tak, proszę państwa, po kilku stronach. To było tak napisane, że w tę książkę wsiąkłem i już wiedziałem, że tę książkę powinniśmy wydać.
[01:44:32] - A ja za to jestem bardzo wdzięczna.
[01:44:37] - A teraz, proszę państwa, jest kolejna książka. Przypomnę znowu „Niedaleko od Jabłoni”. I wierzcie mi państwo, ta nowa książka w niczym, absolutnie w niczym nie ustępuje „Pokurczowi”. Cóż ja mogę więcej powiedzieć? Czytajcie państwo, czytajcie. A tobie, Krystyno, jeszcze raz pięknie dziękuję za dzisiejszą rozmowę.
[01:45:01] - Ja tobie również dziękuję. Zawsze lubię z tobą rozmawiać, bo zawsze wtedy też otwieram się, gdzieś te moje czakry lepiej działają i mam taką nową werwę do pracy. Dziękuję ci za to.
[01:45:18] - Cieszę się, że w jakimś tam drobnym, maluteńkim stopniu przyczyniłem się do tego, że ta nowa książka być może powstanie trochę szybciej.
[01:45:28] - Jak będzie gotowa, na pewno ci ją przyślę, żebyś zobaczył, czy nie ustępuje tym poprzednim. Miło mi bardzo, że podoba ci się „Niedaleko od Jabłoni”, bo tak jak mówię, to dla mnie bardzo ważna książka i mam nadzieję, że jeżeli państwo sięgniecie, znajdziecie w niej trochę humoru, trochę refleksji, trochę po prostu zwykłego, normalnego życia. I też trochę wiadomości na temat, jak trudno być jednak pisarzem.
[01:46:00] - Proszę państwa, mam nadzieję, że sięgniecie państwo po najnowszą książkę Krystyny Śmigielskiej. Wiem, że ja dla państwa może nie jestem specjalnie wiarygodny, bo siedzę tutaj i gadam do państwa i gadam, i gadam, i mówię, że wszystko jest fantastyczne i doskonałe. Ale tak robiony jest, proszę państwa, ten program. To jest program autorski, w którym naprawdę dobieram rzeczy, które mnie fascynują, które sprawiają, że gdzieś mówię sobie: „wow”. I to jest jedna z tych rzeczy. Ta książka „Niedaleko od Jabłoni”, wierzcie mi, powtórzę się, absolutna petarda. Jeśli możecie, jeśli chcecie, jeśli lubicie dobrą literaturę, to sięgnijcie po tę książkę. Absolutna petarda. Jedźmy dalej. Czas na „Filmotekarium”.
Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór, Piotrze. Dzisiaj będzie film. Ja zawsze się muszę, Piotrze, wciąć i zawsze przygłuszam swoich rozmówców. To może zacznijmy rzeczywiście od dzień dobry wieczór.
[01:47:14] - Tak, dzień dobry wieczór. Dzisiaj będzie film. No właśnie nowy. Nowy, dlatego że witamy w kolejnym „Filmotekarium” i przelatujemy wam z kolejną nowością. Będzie to film dwuznaczny, dwuznacznie oceniany. Nie powiem wam teraz za dużo, ale Marku, ty zrób wstęp i powoli lecimy, bo aż tutaj język świerzbi, żeby coś o filmie tym powiedzieć.
[01:47:42] - O tym filmie można dużo powiedzieć. To jest z całą pewnością widowisko science fiction zrobione z rozmachem. Co bym jeszcze krótko powiedział? Krótko powiem jeszcze tyle: ja nie jestem do końca pewien, czy podoba mi się narracja w tym filmie, czy podoba mi się intryga i to, co wiąże się z akcją. Natomiast, proszę państwa, wizualnie i jakoś tak koncepcyjnie, to ten film naprawdę troszeczkę wgniata w fotel. Mówię o tej właśnie warstwie obrazu, bo rzeczywiście dostajemy film, w którym takie rasowe science fiction. W dodatku jakoś tak mi się w kilku miejscach kojarzyło z „Blade Runnerem”. Nie z powodu klimatu, bo to się nie dzieje w jakimś ciasnym mieście, takim trochę klaustrofobicznym. Nie, nie. To się dzieje na przestrzeniach ogromnych, ale jakaś ta technicyzacja tego świata, bo mamy świat, w którym technologia, sztuczna inteligencja to są rzeczy codzienne, normalne.
W dodatku o te rzeczy toczy się wojna. Wojna, która, jakby to państwu powiedzieć, ona jest podwójnie realna, bo można odnieść wrażenie, że ona się toczy pomiędzy USA a Chinami. To jest uproszczenie i to duże, ale mnie to prześladowało bez przerwy w tym filmie, że ja niby oglądam historię przyszłości, niby walczą ze sztuczną inteligencją, a w każdym razie udają, że z nią walczą. Nie, to złe określenie. Nie tyle udają. To jest dobry pretekst, żeby walczyć. Natomiast chodzi chyba o coś innego. To nie jest powiedziane. Sama akcja, sama ta narracja kieruje nas troszeczkę w innym kierunku. Dostajemy opowieść, którą jakbyście państwo troszeczkę znali, bo mamy faceta, który opiekuje się de facto dziewczynką.
Specyficzną dziewczynką, ale jednak dziewczynką. Nie wiem, czy chcę na razie mówić więcej o tym filmie, ale widowisko, proszę państwa, jest moim zdaniem świetne. Wizualność tego filmu, obrazy, które widzicie. Naprawdę warte jest obejrzenia. Natomiast trochę będę marudził. Nie wiem, czy się Piotr ze mną zgodzi, ale będę marudził trochę na fabułę, bo ona mi nie do końca podeszła, a nawet chwilami uważam ją za wtórną.
[01:50:30] - Najpierw Piotr będzie marudził. Mówimy o filmie "Creator" w reżyserii Garetha Edwardsa, człowieka odpowiedzialnego między innymi za "Godzillę". On rozbudził ogromne oczekiwania, także ja sobie na niego podreptałem do kina. A jakie były przeżycia? O tym wam za chwilę opowiem. Przypomnę wam tylko o naszych kanałach: "UFO Historie" oraz "Wehikuł Wyobraźni". Cały czas czekamy na wasze sugestie dotyczące omawianych filmów, a także propozycji do Sentymentalnika. Pamiętajcie, że Filmotekarium w tej drugiej odsłonie, w tym drugim sezonie skupia się właściwie w 99% na filmach z gatunku horror i science fiction. I skupia się też na premierach, na filmach względnie nowych. W przeciwieństwie do naszego pierwszego sezonu.
Pierwszy sezon za nami. Omówiliśmy pewnie jakieś 100 filmów, bo braliśmy pod rozwagę nawet dwa, trzy filmy na odcinek. Natomiast w tej drugiej edycji jest trochę inaczej, ponieważ na tapet bierzemy najpierw nowości i każdy odcinek poświęcamy jednemu filmowi. I dzisiaj jest to "Stwórca". Myślałem sobie, Marku, jak podzielić dyskusję o tym filmie. Najpierw może małe słówko o historii, jaka się tam rozgrywa i o scenariuszu. Ogólnie jest tak: mamy świat w roku 2055, gdzie sobie króluje sztuczna inteligencja, która doprowadza do eksplozji jądrowej w Los Angeles. Giną tam miliony ludzi. Strefa zero zionie pustką przez następne lata. I władze USA się decydują na odważny krok: zakazują na swoim terytorium i chyba na tych państwach sprzymierzonych rozwoju sztucznej inteligencji.
Czyli po prostu sobie dezaktywują androidy, wyłapują, bach! Na złą nawet jest tam pokazane na samym początku. Zresztą ten początek jest bardzo ważny, bo dostajecie historyjkę w skrócie. Jeżeli nie będziecie uważać, to potem będą problemy ze zrozumieniem tego filmu. Zresztą szczerze ci, Marku, powiem, że i tak będą problemy, nawet jak będziemy wiedzieć, o co chodzi. Ale dobra. Problem jest tej natury, że w Ameryce zakazali sztucznej inteligencji i androidów, a w innych częściach świata władze nie za bardzo mają na to ochotę. Ba, nawet jest część Azji znana jako Nowa Azja, czyli Chiny, Azja Południowo-Wschodnia między innymi nowe państwo, które przoduje w rozwoju tych rozwiązań. I takim duchowo-technokratycznym guru jest tajemniczy Nirmata, którego cały czas Amerykanie próbują dopaść. I tutaj jest kolejne odniesienie do tego, co Marku powiedziałeś.
Ten film jest bardzo aktualny politycznie. To jest zresztą jeden z tych obrazów, gdzie Amerykanie dokopują samym sobie. Ale dobra, czyli mamy z jednej strony Amerykanów, z drugiej strony mamy Chińczyków, którzy rozwijają tą sztuczną inteligencję. Ale najważniejsze jest chyba to, że Amerykanie posiadają taki super samolot, może raczej stację do niszczenia tych syntetyków, tych robotów oraz baz sztucznej inteligencji. Ta stacja się nazywa Nomad. Ale oni tego Nirmaty złapać nie umieją. I tu nagle nam się pojawia po kilkunastu latach od tego wybuchu główny bohater. Nie wiem, Marku, co byś tu jeszcze dodał, tak żeby nie za dużo powiedzieć tym, którzy jeszcze "Creatora" nie widzieli.
[01:53:54] - Dodałbym jeszcze kilka słów o tym Nomadzie. To jest coś takiego, co się porusza chyba na różnych wysokościach. Tak przynajmniej wywnioskowałem, bo raz to jest niżej, a raz gdzieś prawie na granicy kosmosu. To jest taki gigantyczny, tak jak powiedziałeś, samolot, a może już bardziej stacja. Tylko czy kosmiczna? Taka atmosferyczna, ale z tendencją do wylatywania w kosmos. Potężne to jest. Skanuje powierzchnię ziemi, wyposażone jest w bomby, takie potężne bomby, które co jakiś czas ciska w kierunku ziemi, bo podejrzewa, że coś należy wysadzić. To na ogół wysadza w Azji, bo tak jak powiedziałeś, w Azji rozwija się sztuczna inteligencja. Wcześniej mówiłem o Chinach, bo to jednoznacznie kojarzy się z Chinami i ten konflikt w ogóle na tej osi się rozgrywa w tym filmie.
Z tym że tak jak powiedziałeś, to jest film, w którym Amerykanie sami sobie kopią w określoną część ciała, bo tak naprawdę oni się okazują tymi, może nie złymi, ale tymi, którzy nie rozumieją współczesnego, właśnie im współczesnego świata. Bo okazuje się, że w tej Azji ta sztuczna inteligencja może w sposób pokojowy, w sposób taki, jak by to określić? Nie przeciwstawiają sobie sztucznej inteligencji i człowieka. Koegzystują. Tam wszystko toczy się w taki sposób, jakby sobie to wyobrażali wszelkiej maści postępowcy. Czyli szanujemy się, tolerujemy. Skoro jest sztuczna inteligencja, znaczy się powinna być. Ona wzbogaca nasze życie. Ona sprawia, że jesteśmy pełniejsi, jesteśmy doskonalsi i tak dalej. Trochę mnie to w tym filmie raziło.
Ale dobra, niech będzie. Tak jak powiedziałem, w pewnym momencie główny bohater staje przed dylematem, bo on tak naprawdę jest człowiekiem, który brał udział w wojnie ze sztuczną inteligencją, a nagle okazuje się, że znajduje się na terytorium wroga. W dodatku jakoś tak się robi, że po części musi tę sztuczną inteligencję pod postacią dziewczynki chronić, a w każdym razie nie dopuszczać do tego, żeby jej się krzywda stała. Robi to. Dlaczego to robi? Bo w nim odżywa, ożywa, a w każdym razie wybija się na niepodległość człowieczeństwo. I dostajemy taki komunikat, że bycie człowiekiem to jest również poszanowanie i tolerancja dla sztucznej inteligencji, bo przecież ta sztuczna inteligencja nas wzbogaci i będzie fajna. My to zresztą widzimy w przypadku Azji, bo tam ta pokojowa koegzystencja ludzi i sztucznej inteligencji pod postacią różnego rodzaju maszyn. Niektóre wyglądają bardziej wiarygodnie, niektóre wyglądają wręcz, nie boję się słowa śmiesznie, ale wyglądają, że ta pokojowa koegzystencja może istnieć, a nawet istnieć powinna. Amerykanie tego nie rozumieją i to prowadzi do smutnych dla Amerykanów konsekwencji.
[01:57:47] - Tak, ale tam jest jeszcze taka rzecz, bo widzisz, w nim się budzi człowieczeństwo, ale on też po części maszyną jest. To już sobie zobaczycie. To jest bardziej skomplikowany scenariusz. My wam za dużo nie powiemy, bo nie chcemy wam psuć zabawy. On jest dość skomplikowany, ale przejdźmy do tego, co powiedziałeś, bo taka płaszczyzna ideologiczno-wizjonerska rzuca się strasznie w oczy. Powiem ci tak: premiera „Stwórcy” była zapowiedziana w momencie, kiedy rozgrzewała emocje sprawa sztucznej inteligencji, Chata GPT, przyszłości niektórych zawodów, które miały być wymazane przez sztuczną inteligencję i tak dalej. To się działo miesiące temu. Teraz to już trochę złagodziło się, temperatura dyskusji znacznie spadła. Ale pojawił się „Creator” gdzieś na początku jesieni. I powiem ci tak: tam w tej nowej Azji, gdzie rozwijają sztuczną inteligencję, dzieje się rzecz dziwna.
Bo o ile w drugiej połowie bieżącego wieku roboty rzeczywiście mogą wejść do codziennego użytku, chociaż wydaje mi się, że jednak będą dostępne dla ludzi zamożnych. Nie możemy sobie wyobrazić, że będą ludzie w stanie robotów używać i sztucznej inteligencji również. Może nawet jakichś prostych urządzeń, ale wyposażonych w sztuczną inteligencję. Tak w „Creatorze” to idzie strasznie daleko. Roboty oraz sztuczna inteligencja zaczynają koegzystować z ludźmi. Momentami się zlewają w jeden twór, ale to nie w takim stosunku, że wiecie, jak my na przykład i smartfony albo na przykład kierowca i ultranowoczesny samochód. Nie, tam to idzie znacznie dalej. Jest znacznie śmieszniej. Niestety według mnie śmieszniej i bardziej absurdalnie. Bo tam jest tak, że roboty są członkami rodzin, że na przykład wychowują dzieci, że na przykład uzupełniają rodzinę albo że jeżdżą sobie na rowerach.
Zasadniczo to jest trochę głupie, bo o ile ja sobie jestem w stanie wyobrazić, że za 50 lat roboty będą używane na przykład do tego, żeby towarzyszyć bogatym, samotnym ludziom, to ta wizja patchworkowych rodzin z udziałem robotów jest po prostu głupia. To znaczy stawianie ich na równi z ludźmi. Tam tak jest w tym filmie. Niestety tak jest. Ja jestem sobie w stanie wyobrazić roboty współpracujące albo pracujące z człowiekiem. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić w tej formie, którą oni prezentują, robotów żyjących jak człowiek na tym poziomie, na jakim oni żyją. Problem jest prosty jak but. Marnotrawstwo energii, marnotrawstwo potencjału. I tam w „Creatorze”, w „Stwórcy” mamy taką paradoksalną sytuację i to wielokrotnie pokazaną też w inny sposób, że roboty jeżdżą sobie, jak mówiłem, na rowerach, spacerują, żyją z ludźmi. Co robią?
Marnotrawią tylko energię, którą powinny wykorzystywać do tego, do czego zostały stworzone, czyli do pracy i roboty. Nie do tego, żeby być ludźmi. To strasznie uderza w oczy. Ja bym się tam za bardzo nie czepiał, gdybyśmy mieli taką sytuację, że to są jakieś syntetyki zupełnie nieodróżnialne od ludzi. Ale tam mamy taką sytuację, że część tych robotów na przykład ma ludzkie twarze, bo tam jest taka moda, że można sobie udzielić twarz robotowi. Ale są takie, które wyglądają jak roboty, które widzieliśmy w latach 70. w filmach. Także to jest jedna rzecz. Jeszcze zwrócę uwagę na drugą tak od razu. To też jest straszne w tym filmie.
Jest widowisko. Natomiast jest tak: mamy pokazane dobitnie, że jedna i druga strona konfliktu dysponuje najnowszymi zdobyczami techniki, sensorami, systemami naprowadzania, bronią nieśmiertelnością i tak dalej, a oni sobie walczą jak za partyzantki. Człowiek jest w stanie w tym filmie przechytrzyć robota, który jest wyposażony w sztuczną inteligencję, w sensory, które nie tylko są w stanie wycelować ci kulkę w głowę z wielką dokładnością, ale są w stanie przewidzieć każdy twój ruch na 10 sposobów. Są maszynami do zabijania, a my tam widzimy sceny, kiedy grupy szturmowe tych robotów gonią głównego bohatera, a on ich tak jak Kloss, jak Stirlitz, jak Czterej Pancerni jest ich zawsze w stanie wyprowadzić w pole. Po pewnym czasie ten film się robi absurdalny.
[02:03:03] - Tak, z tym że westchnę sobie w tym momencie, bo po pierwsze wydaje mi się, że chyba nie doceniasz, Piotrze, czegoś, co nazwałbym głupotą naszej cywilizacji. Otóż na czym to polega? Myślę, że nie ma takiej bzdury, której nasza cywilizacja nie wprowadziłaby wcześniej czy później w życie. I jak obserwuję to, co się dzieje wokół nas, te wszystkie ruchy dotyczące na przykład tolerowania wszystkich i wszystkiego, to jestem w stanie sobie wyobrazić, że w imię tolerancji nie będzie się gonić robotów do pracy, a tym bardziej sztucznej inteligencji, bo skoro to inteligencja, to ona już nie będzie pracować, tylko będzie służyła między innymi do marnotrawienia energii, bo ona ma do tego prawo. Wyobrażam sobie zupełnie spokojnie, że za jakiś czas, kiedy się pojawi taki problem, to-
[02:04:10] - Przerwę ci teraz. Ja sobie wyobrażam nawet, że kiedy się pojawi taki problem, to się w Polsce pojawi partia postępowców, którzy będą mówić: „Robot prawem”.
[02:04:20] - Też człowiek.
[02:04:23] - Nie, inaczej. Robot nie prawem, tylko robot ma swoje prawa.
[02:04:28] - Tak.
[02:04:29] - To jest strasznie możliwe. Dobra, kontynuuj. Przepraszam, że ci przerwałem. Proszę państwa, to strasznie bije w oczy, co my widzimy w tej nowej Azji.
[02:04:40] - Bije, ale z drugiej strony, tak jak mówiłem, ja naprawdę zupełnie spokojnie widzę ruch, który będzie ruchem wyzwolenia robotów, a już sztucznej inteligencji to jak najbardziej. Co więcej, jestem w stanie wyobrazić sobie nawet taką durnotę, wybaczcie państwo, bo to, co za chwilę powiem, to już jest moim zdaniem szczyt obciachu, ale to z mojego punktu widzenia i z punktu widzenia nas żyjących już w trzeciej dekadzie XXI wieku. Ale wyobraźcie sobie państwo sytuację, że ktoś powie, że prawem robota i prawem sztucznej inteligencji jest bycie niedoskonałym, bo człowieczeństwo między innymi polega na tym, że się jest niedoskonałym, a sztuczna inteligencja może być doskonała albo ma na to szansę, ale dajmy jej prawo, żeby była niedoskonała. I tu ci się wyjaśnia, Piotrze, problem dosyć niemrawych, sztucznych, robotycznych policjantów oraz grup pościgowych, które gdzieś się gubią w czasie poszukiwań głównego bohatera.
[02:05:58] - Jeszcze raz ci się wetnę, przepraszam, ale my to wszystko mamy przedstawione w nowej Azji. To jest państwo, które obejmuje Chiny, dzisiejszy obszar Indochin. Czy sobie wyobrażasz taką sytuację, że w państwie, gdzie się dzisiaj w sumie nigdy się nie patyczkowano z człowiekiem, za powiedzmy 50 lat wprowadzi się prawo, które będzie nadawało robotom jakieś przywileje? Wydaje mi się, że absolutnie nie. Z pierwszego powodu. I to jest też jeden z powodów, dla którego uważam film „Creator” za durny. To jest obszar, na którym mamy multum ludzi. Multum ludzi, którzy nie mają zajęcia czasami, żyją na skraju ubóstwa i nagle dokoptowują do tego część społeczeństwa i taką lwią część społeczeństwa, która ma charakter robotyczny. I nagle oni sobie tam żyją w takiej idylli, wszyscy pracują, wszystkich na wszystko stać, a jednak w tej biedzie nadal żyją. To jest jeden z tych punktów filmu „Creator”, który jest dla mnie idiotyczny, ponieważ ich widzenie świata, nawet to polityczne, bo „Creator” się kreuje na film, który nam pokazuje wizję najbliższej przyszłości, jakby nie było.
A jednak robi to w tak kulawy sposób, że nie bierze pod uwagę podstawowych czynników, podstawowej charakterystyki cywilizacji. Gdyby ta nowa Azja ograniczała się do wybrzeża jakiegoś państwa w Indochinach, które sobie żyje z tego, że poławia ryby w długich łodziach przy pomocy robotów, to okej. Natomiast nie, to już nie jest to. Chiny i tamten region świata naprawdę ma spory potencjał i to zostało pokazane. Tam mamy też miasta. Natomiast straszny niedosyt mam wobec tego, co tam zobaczyłem. To jest ogólnie film amerykański, oni się skupiają na sobie, natomiast pojęcie o świecie zewnętrznym to oni mają takie se.
[02:08:11] - Piotrze, ale ja myślę, że ty pewnych rzeczy nie doceniasz, bo moim zdaniem Scenarzyści hollywoodzcy zrobili tutaj myk bardzo konkretny. Powiem ci szczerze, jakbym miał takich sabotażystów scenarzystów, to nie wiem, co bym z nimi zrobił, bo moim zdaniem w tym filmie scenarzyści zaproponowali widzowi mało wiarygodną, ale taką przewrotkę. Zobacz: Stany Zjednoczone czy to coś, co jest Stanami Zjednoczonymi w tym filmie, to jest państwo, najogólniej rzecz biorąc, takie dosyć słabe, to znaczy słabe w sensie warunków życia, dosyć zamordystyczne. Wszystko w imię tego, że prowadzimy wojnę, jest konflikt i w ogóle nas zaatakowali i było strasznie i bomba wybuchła i musimy to załatwić. I to państwo jest zmilitaryzowane przynajmniej mocno. Natomiast ta Azja to jest taka sielanka. Wszyscy ze sobą żyją w pokoju, w biedzie, ale w pokoju, w tolerancji. I to jest taka odwrotka, pokazanie: patrzcie, można żyć fajnie, może być cudownie i patrzcie, to oni zrobią, a u nas się pojawi, nie wiem, faszyzm albo w każdym razie jakiś militarystyczny bełkot. I to jest taka odwrotka, moim zdaniem zrobiona specjalnie, żeby widz amerykański, a może nie tylko amerykański, westchnął sobie: no tak, do czego te czasy prowadzą? W naszym wolnym kraju, w Ameryce pojawi się dyktatura, a tam, w Azji, wszystko się przepoczwarzy w taką sielankę.
To jest wizja oczywiście naiwna, żeby nie powiedzieć, tak jak ty to powiedziałeś, głupia po prostu. Niemniej jednak ja, wybacz Piotrze, nie wierzę w naiwność scenarzystów sabotażystów. Moim zdaniem jest to świadome rozegranie tego scenariusza i nas to chyba w Europie mocno razi. Zastanawiam się, jak odbierają ten film Amerykanie. Może oni sobie dadzą wmówić, że my to samo zło, my w sensie Amerykanie, a tam, w Azji, jest dobra kultura, która jest tolerancyjna, jest nastawiona na człowieka, a w tym wypadku już nawet na robota i sztuczną inteligencję. A my jesteśmy opresyjni. Zobacz, Piotrze, co się działo w momencie, kiedy wybuchły w Stanach Zjednoczonych różnego rodzaju protesty. Już nie odwołujmy się do szczegółów, bo wszyscy i tak wiedzą, o co chodzi. Nagle Amerykanie mieli tendencję do samobiczowania się, do mówienia sobie: tak, jesteśmy paskudnymi białymi supremacystami i tak dalej. Moim zdaniem to jest dalsza część tego zjawiska i ten film poza tym, że jest science fiction, poza tym, że jest widowiskowy, to właśnie jakoś cierpi mocno ideologicznie.
On jest mocno zideologizowany. Ja nawet zastanawiam się, czy wszystkie tropy tej ideologizacji wspólnie odkryliśmy w naszym dzisiejszym spotkaniu.
[02:11:30] - To chyba nie. Zostawimy wam otwarte furtki. Zwróćcie uwagę na wiele innych tropów, także tych, że tak powiem, mówiących o konieczności większej ufności w stosunku do technologii. Ale dobra, przejdźmy dalej, bo jak mówię, nie chcemy mówić wam za dużo, pomimo tego wszystkiego, co tutaj padło. W „Stwórcy” mamy wiele, moim zdaniem, kuriozalnych scen udowadniających to, co mówisz, że to jest film z gruntu durny, niedorównujący wizjonerstwem dawnemu science fiction, bo czasami było tak, jeżeli sobie oglądacie to dawne science fiction, że świat przedstawiony dominuje nad losami bohatera i czasami ten świat przedstawiony nas przytłacza. Nie wiem, gdzie tak było, Marku, ostatnio.
[02:12:22] - Blade Runner chociażby.
[02:12:25] - Tak, ale ostatnio omawialiśmy te filmy Cronenberga i tam były zbrodnie przyszłości. I to był właśnie taki film, gdzie mieliśmy przedstawiony świat, w którym coś się działo. Mieliśmy przedstawionych bohaterów i ich perypetie, które były dość w sumie blade na tle tego, jak ten świat wyglądał. A tutaj mamy trochę odwrotnie. Ten świat przedstawiony jest, jak to powiedzieć, niekonsekwentny. Tam nam nie pokazuje się wszystkiego. Nie wiem, może ja to przegapiłem, Marku, ale wydaje mi się, że Nowa Azja to jest jakaś komuna. To znaczy komuna to wiadomo, że to jest, ale to jest jakiś taki, nie wiem, tam jakby rządu nie było. Chyba że ten Nirmata jest pierwszym sekretarzem sztucznointeligenckiej partii Nowej Azji, to nie wiem, może ja za głupi jestem po prostu. Natomiast powróćmy do tych kuriozalnych scen.
Ja podam ci jedną, która była bardzo widowiskowa, bardzo się to dobrze oglądało. Natomiast koniec końców ona była głupia. Otóż tak, tam dochodzi do takiej sytuacji, że Amerykanie puszczają tym buntownikom z Nowej Azji, którzy mocno się wspierają, mocno się zżyli z tymi robotami, taką biegającą bombę. I ten biegający robot to jest po prostu taka kulka, dość duża, ze stali, która biegnie, biegnie, biegnie i po czasie wybucha. Mamy taką scenę, kiedy ona biegnie po pomoście. Po drugiej stronie mamy oczywiście partyzantów ludzko-robotycznych. Oni tam walczą, walą do tego robota, ile wlezie, do tej bomby na nogach. Powiem ci, że to jest widowiskowe, to się fajnie ogląda. Natomiast na dobrą sprawę to jest tak głupie, że wystarczyło, żeby oni po prostu... No dobra, jeżeli oni walczą, to przychodzi na myśl, jeżeli jesteś widzem, to co byś ty zrobił wtedy, kiedy biegnie ci bomba na nogach po molo z deseczek?
I oni walą z tych karabinów. Przecież najłatwiej by było, gdyby mu strzelali pod nogi, rozwaliliby tym gradem pocisków deski, on by sobie wpadł do wody i by tam wybuchł. Nie. Oni strzelają do niego i to jest chyba dobrych kilka minut pokazane. Może nawet to jest więcej niż jedna bomba biegnąca.
[02:14:47] - Dwie konkretnie.
[02:14:49] - Zupełny absurd. Powiem ci, że ja pomyślałem sobie w pewnym momencie już tak rozbawiony, że tam brakowało tylko Franka Dollasa, który by pod tym mostem siedział i w pewnym momencie krzyknął: „Palce!” i robot by zrozumiał „panzer” i by było śmiechu co niemiara. Ale to było naprawdę głupie. I drugą taką głupią sceną jest moment, w którym się pojawiają takie ogromne maszyny. W „Creatorze” widzimy wielkie czołgi i ich wjazd jest naprawdę monumentalny, przyprawia o ciarki. Coś się pojawia. Pojawiają się maszyny, których nie umiemy sobie wyobrazić. Wielkie i pewnie drogie. Kupy stali. I potem widzimy dosłownie po chwili, jak je jest łatwo, wręcz bajecznie łatwo unieruchomić.
Wystarczy po prostu mała bomba, bach! I po czołgu, i koniec balu. Reasumując, w filmie „Creator” sztuczna inteligencja, w ogóle przedstawiony świat od strony technologicznej, technicznej jest do bólu głupi i marnotrawiący środki. Jeżeli to ma być wizja przyszłości, to nią nie jest, bo nie jest realistyczna. Nawet komiksowa nie jest. To po pewnym czasie się strasznie rzuca w oczy i zaczynamy sobie zadawać pytania. I tak mniej więcej, kiedy się zbliżamy do 80% filmu, to nas zaczyna męczyć. Nie wiem, jak z tobą było.
[02:16:25] - Piotrze, ja nie wiem, czy mnie ten film męczył. Chciałem dotrzeć do końca, to jest jedna sprawa, ale zwracałem uwagę... Może tak zacznę. Nie bez przyczyny na początku naszego spotkania porównałem ten film do „Blade Runnera” pod względem wizualnym, znaczy śmiałości wizji. Tylko przypomnijcie sobie państwo, „Blade Runner” był kręcony analogowo, jeśli chodzi o efekty i tak osiągnął mistrzostwo. To, co się dzieje na ekranie, mówię o tym pierwszym „Blade Runnerze”, to jest absolutna magia. Ale jaka jest różnica pomiędzy tymi filmami, tak zwana zasadnicza? Bo w warstwie wizualnej zrobiliśmy krok naprzód. Technologia związana z efektami specjalnymi poszła tak daleko, że dzisiaj możemy wyczarować wszystko. I dlatego te filmy można porównywać.
Nie właśnie, tak do końca to ich porównywać nie można, bo kiedy sobie państwo przypomnicie „Blade Runnera”, to tam chodziło o to, żeby opisać kondycję człowieka. Też mamy do czynienia przecież z rodzajem maszyn, z wykrywaniem tych maszyn, które są niebezpieczne, bo powracają na Ziemię i tak dalej. Znacie państwo treść, więc nie będę jej opowiadał. Ale w tym filmie, jeśli mamy do czynienia z jakąś ideologią w „Blade Runnerze”, to raczej polegającą na tym, żeby pokazać: oto człowiek. Taki jesteś, człowieku, może niedoskonały, może pełen wad, może pełen różnych wątpliwości, a może pełen również rzeczy, z których niekoniecznie jesteśmy dumni. Ale jednak taki jesteś i taki chyba będziesz. I może to jest twoją siłą. Spłycam, ale to troszeczkę w „Blade Runnerze” wybrzmiewa. Znacie państwo ten słynny monolog, który jest wygłoszony o Pasie Oriona, kiedy umiera jeden z tych przybyszy, z tych sztucznych ludzi, i ten gołąb odlatuje. Piękna scena.
Wszyscy to wspominali, kiedy Rutger Hauer zmarł, ale to jest scena bardzo symboliczna, która właśnie pokazuje, czym jest człowieczeństwo. I chyba w tej chwili, którą opisałem, ten robot, ten twór, który był stworzony sztucznie, był bardziej człowiekiem niż sami ludzie. Ale zostawmy te dywagacje, bo w filmie, który dzisiaj omawiamy, mamy sytuację zupełnie inną. Też już nie mamy właśnie opowieści o tym, jaki jesteś, człowieku, tylko mamy opowieść o tym, jaki masz być człowieku. To jest opowieść ideologiczna. Ja sobie nie dam się przekonać, jeśli ktoś będzie próbował, że tak nie jest. I to moim zdaniem ideologia, różnie rozumiana, to może być ideologia z lewej, z prawej czy ze środkowej strony, ona zawsze źle robi sztuce, źle robi opowieści. Bo skoro wpinamy coś w naszą ideologiczną bazę, to wtedy dostajemy opowieść, która jest podporządkowana tejże właśnie ideologii, a nie opowieść o tym, kim jest człowiek. Bo człowiek nie zmienia się na przestrzeni wieków aż tak bardzo. Jednak pewne zmiany następują, one bardzo często odnoszą się do rzeczywistości i warto by to pokazać, a nie wizje.
Ty to, Piotrze, akcentowałeś, ja to zaakcentuję w tej chwili, jakieś porąbane wizje tego, jak będzie wyglądać przyszłość. Bo słusznie zauważyłeś, że to nie jest opis naszej przyszłości. To jest ideologiczna bajka. O tym, jak sobie scenarzyści-sabotażyści wyobrażają. I ktoś powie: ale przecież „Blade Runner”, tak wychwalany, też nie opisał nam przyszłości, bo czas, który zaistniał w „Blade Runnerze” jedynce już dawno minął, a tak rzeczywistość nie wygląda. Tak, to prawda, ale jednocześnie „Blade Runner” tyle lat przed naszymi czasami przewidział problemy, o których my dopiero zaczynamy dyskutować. Położył je na szali i zostawił nas z tymi problemami. My do dzisiaj o tym dyskutujemy i tak naprawdę nie rozstrzygnęliśmy tych problemów, ale cały czas nas gryzą. Czy po filmie „Creator” zostały takie problemy? Nie.
Ja nie mam żadnych problemów, z którymi mnie ten film zostawił. Problemy polegają na tym, dlaczego ta bomba nie wybuchła w pewnym momencie, albo na tym, że to jest, tak jak powiedziałeś, chwilami naprawdę idiotyczne, bo robot jeżdżący na rowerze w sumie super, ma swoje prawa, to mu wolno. Ale to naprawdę nie wydaje się państwu idiotyczne? Czy możliwe? Oczywiście, wszystko jest możliwe. Wszystko jest do ogarnięcia i do wyobrażenia sobie. Tylko warto czasami zadać pytanie najprostsze z możliwych: dlaczego? Albo po co? Po co to w ogóle miałoby zaistnieć?
[02:22:11] - Dokładnie. Na przykład po co robot jeździ na rowerze, skoro można zbudować rower, który sam jeździ? Na przykład coś takiego.
[02:22:18] - I w dodatku jeszcze myśli.
[02:22:21] - Tak. Tam mamy wiele takich durnych scen. Ja bym się nie czepiał absolutnie, gdyby to była baśń filmowa, baśń science fiction i mamy świat przedstawiony, który nie aspiruje do tego, żeby jakoś się zakotwiczać w naszej rzeczywistości, a „Creator” się zakotwicza i politycznie, i światopoglądowo. Koniec końców to wychodzi głupio, biorąc pod uwagę to wszystko, co żeśmy powiedzieli. Nie chcemy oczywiście wam zwracać uwagi na inne aspekty, bo akurat jest tak, że tych aspektów w tym filmie jest bardzo dużo. I są też odniesienia — tutaj się gryzę w język — ale są odniesienia do innych wydarzeń w historii Ameryki, są odniesienia do innych tematów, o których się dyskutuje. Tylko, jak mówię, to takie wpajanie nam, że coś, co jest nowe, co jest nieakceptowane przez wszystkich, może być dobre. Dobra, może tak być, natomiast daliście absolutnie zły przykład i to jest przykład absolutnie absurdalny. Końcówka tego filmu, Marku, czerpie mocno z „Gwiezdnych wojen”. To po pierwsze, bo nie będę już za dużo mówił.
My mówimy o końcówce, a nie powiedzieliśmy o samym początku. I ten sam początek, jeżeli weźmiemy pod uwagę budowę scenariusza, jest równie absurdalny, bo rozpoczyna historię, która jest wręcz idiotyczna. Nie bójmy się tego słowa. Co mnie najbardziej w ogóle w „Creatorze” ugryzło? Tam mamy głównego bohatera, który nas prowadzi przez cały film. Tylko problem jest taki, że ten bohater to jest taki trochę kmiecis, ale z drugiej strony pozbawiony absolutnie jakiegokolwiek pazura. To jest taka miągwa. Miągwa porusza się jak bohater, jak heros przez ten świat, natomiast nie zostawia po sobie żadnego śladu. Czy my go chcemy naśladować? Nie.
W dodatku odsumujemy takie wrażenie z tego filmu, jak go obejrzymy, że jest facet, który jest superinteligentny, ma superzdolności pomimo ograniczeń swojego ciała. Koniec końców daje się wplątać w jakąś kabałę, która de facto nie ma sensu. Naprawdę byłem mocno rozczarowany „Creatorem”. Już nawet, szczerze mówiąc, nie to, że chciałem wychodzić z kina. Z kina chciałem wychodzić na kilku innych filmach, ale to był film bolesny. Końcówka już była tak naciągnięta jak pancakes w kosmosie. Naprawdę brakowało tylko niewiele. Dobra, ale nim ci oddam głos i się popastwisz jeszcze trochę, to może trochę o plusach, bo pomimo braku sensu to jest rzeczywiście widowisko. Film jest bardzo dobrze zrealizowany i ładnie przede wszystkim. Czerpie trochę z tych filmów, o których mówiliśmy, ale to sobie już darujemy, bo na pewno będziecie chcieli, jeżeli go jeszcze nie widzieliście, zobaczyć.
Wiele z tych scen zapada w pamięć. One robią na widzu wrażenie. Są widowiskowe i naprawdę jest ładnie, szczególnie kiedy się ogląda to na dużym ekranie. Dobra, film jest ładny, ale nie najmądrzejszy. I tu jest problem. Straszny rozdźwięk, jeżeli chodzi o „Creatora”. Ten mało charyzmatyczny bohater, z drugiej strony mały androidzik, który nas rozczula. To jest trochę tak jak w „Mandalorianinie”, tylko że dużo gorzej na wszystkich płaszczyznach. Czyli ta para bohaterów — z jednej strony powinniśmy podziwiać bohaterstwo głównego tutaj herosa. Mówię herosa, bo to naprawdę jest heros, Herkules przyszłości.
Ta jego podopieczna to rozczula. Koniec końców jednak mamy taki problem, że nie wiemy, co o tym myśleć. Jeżeli dobrze śledziliśmy tą historię, nie wiemy, co myśleć. I Marku, jedyne co jeszcze powiem, to jest tak: to jest strasznie słaba historia, natomiast fajnie zrealizowana
[02:26:42] - O tym właściwie od początku, Piotrze, mówimy obaj, że to jest film, w który włożono sporo pieniędzy. Efekty specjalne tam naprawdę chylę czoła. Tylko szkoda, że one podpierają opowieść, tak jak powiedziałeś, bardzo słabą, z bardzo słabym bohaterem. Ja rozumiem, że filmy akcji nie muszą mieć bohatera pogłębionego psychologicznie, ale niech ten bohater jest jakiś, a on jest właśnie mdły. Wiemy o nim, że się kochał. Kochał się w dziewczynie i niestety to nie była miłość zakończona szczęśliwie. Dowiadujemy się tego. I on ma pretensje. I słusznie, bo na skutek pewnych działań swoją narzeczoną, żonę, dziewczynę stracił. Stracił coś jeszcze i teraz szuka tego, czego już wiadomo, że znaleźć nie może, ale on cały czas ma nadzieję, że może jednak znajdzie.
Proszę państwa, to jest historia, którą czytaliście, widzieliście dziesiątki razy. Ona nie ma w sobie absolutnie nic oryginalnego jako opowieść, jako historia. Jedyne, co w tym filmie jest oryginalne, jeśli się podobał państwu film „Ja, Robot”, gdzie te roboty też żyją wśród ludzi, żyją obok ludzi, pełnią funkcje służebne, ale z drugiej strony, jak znacie państwo film „Ja, Robot”, to w pewnym momencie ktoś usiłuje z nich zrobić pewną siłę, taką, która może przejąć kontrolę. Tak ogólnie to powiedzmy. Więc tutaj nawet tego nie ma. Te robociki sztucznointeligentne, one się gdzieś tam kręcą po tym ekranie, ale jeśli ktoś zrobił ten film ideologicznie, to nawet tutaj poniósł porażkę. Bo ja nie wiem, czy ktoś oglądając ten film powiedział sobie: „Tak, rzeczywiście. Może ta sztuczna inteligencja, przecież ona będzie sztuczną inteligencją, ale inteligencją, to może dajmy jej pełnię praw”. I Piotrze, tu jest pewna przewrotka, którą zrobię. Chyba że to jest film, który za 50 lat zostanie okrzyknięty wizjonerskim, bo będziemy — my nie, ja już chyba jednak na pewno nie — w świecie, w którym będzie pełna tolerancja, sztuczna inteligencja będzie jeździć na rowerkach i robociki, i w ogóle będzie pełne zrozumienie do tego, że to jest co prawda mechaniczne i sztuczne, ale jednak myśli i jest równe nam.
Bredzę, ale świadomie. I może wtedy ten film zostanie okrzyknięty wizjonerskim dziełem. Nigdy nie wiadomo, co nas czeka. W każdym razie, ponieważ nie jesteśmy w 50 plus, jeśli chodzi o lata, to na dzisiaj ten film jest warty obejrzenia, jeśli państwo lubicie ładne obrazy, jeśli lubicie zwartą, gęstą akcję i przede wszystkim logiczną, i lubicie, jeśli film prowadzi was taką drogą bohatera, takim łukiem ośmiopunktowym, czy też biorąc różne schematy mityczne, czyli odbywamy drogę jak we „Władcy Pierścieni” po to, żeby wrócić do punktu wyjścia, ale już odmienieni. Nie w tym filmie. To jest w ogóle opowieść, która wymyka się tym kanonom opowieści właśnie. Cóż, proszę państwa, możemy wybrzydzać, że wszystko już było, ale dobra opowieść, jeśli ma być naprawdę dobra, to ona te kanony, o których wspomniałem, czyli tej podróży bohatera i powrotu, musi spełniać. I zobaczcie państwo, te naprawdę wielkie dzieła filmowe czy literackie spełniają ten warunek. A słabe opowieści, o których często wspominamy w naszej audycji, one niestety nie spełniają i może dlatego ponoszą porażkę. Ja wiem, ta moja analiza może się komuś wydać zbyt prosta albo prostacka, powiedzmy sobie to szczerze.
I być może tak rzeczywiście jest. Natomiast warto czasami, pisząc scenariusz — i to jest mój apel, którego oczywiście nikt nie wysłucha, bo jakoś nie sądzę, żeby hollywoodzcy scenarzyści sabotażyści nas słuchali — ale może warto byłoby, żeby nawet ci scenarzyści zamiast serwowania kolejnej porcji ideologii jakiejś tam, wrócili do źródeł, do tego, jak się pisze scenariusze, jak się pisze opowieści. Bo jest w Stanach Zjednoczonych wielu mistrzów pióra, którzy potrafią to robić, a mam wrażenie, że później nawet te ich opowieści, tych zdolnych literatów, pisarzy, później wpadają w ręce scenarzystów i oni z tego robią... I tu bym powinien zakląć, powiedzieć, co z tego robią, więc ja już państwu daruję. Nie będę epatował różnymi lepkimi substancjami. W związku z tym to tyle mam do powiedzenia na temat tego filmu. Obejrzyjcie państwo, jeśli lubicie widowisko wizyjne, ale jeśli lubicie opowieść z prawdziwego zdarzenia, to nie polecam.
[02:32:46] - Tak. Ja jeszcze powiem tyle, że miałem zamilknąć na temat „Creatora", ale dodam, co mi tam strasznie nie pasuje. Po pierwsze to są jeszcze producenci, którzy modyfikują scenariusze nie wiadomo po co. Druga sprawa, połączenie między głównym bohaterem i osią filmu w przypadku „Creatora" jest tak proste i tak momentami absurdalne, że ten film traci absolutnie na wartości. W pewnym momencie, gdzieś tak w środku widzimy, że ten bohater idzie jak ten biedny Frodo z tym pierścieniem. Idzie, w sumie nie wiemy po co. Nie wiemy jaki jest jego cel. Zmarnowany potencjał strasznie. Obejrzeć można. Oczywiście, że można.
Tym bardziej, że jest to ładne. Jest fajnie zrobione. Zresztą to chyba nie jest jedyny film, który w ten sposób będzie zrealizowany. Przypomina to trochę „Dystrykt dziewiąty". Przypomina to trochę, nie wiem czy „Godzillę". „Godzillę” może nie, bo Gareth Edwards stworzył „Godzillę", ale macie nawiązania do wielu innych dzieł science fiction. Problem tylko w tym, że brakuje duszy w tym filmie. Brakuje mocnego przekazu i ja myślę, że mało kto o „Creatorze" będzie pamiętał. Ale Marku, co za tydzień? Oczywiście wam nie powiemy co za tydzień, bo byście obejrzeli i byście nie słuchali o czym opowiemy.
Ale będzie film, który jest w Polsce dość mało znany. Odbijamy w stronę horroru i będzie to pozycja mocna. Muszę wam powiedzieć mocna, rzucająca nowe światło na historie dobrze znane, ale prezentująca je w taki sposób, że można mieć ciarki, a nawet mdłości. Jeżeli ktoś bardziej jest taki obrzydliwy, jak to się mówi.
[02:34:42] - No cóż, Piotrze, to za tydzień. A teraz pięknie ci dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Może trochę nawybrzydzaliśmy, ale jednak to była analiza dosyć pełna, jeśli chodzi o „Creatora". Pięknie ci dziękuję.
[02:34:58] - Pozdrawiam. Do usłyszenia.
[02:35:01] - Ja też pozdrawiam i zapraszam na kolejne części „Bibliotekarium". Cóż, proszę państwa, jakiś czas temu wprowadziłem na antenę „Bibliotekarium 2.0" cykl „Bez Tajemnic" o spirytyzmie. Jakież gromy posypały się, kiedy jakiś czas temu zapomniałem w playliście umieścić program. To były kulturalne uwagi, niemniej takie uszczypliwe. Więc ja już się pilnuję i zapraszam w takim razie na odcinek cyklu „Bez Tajemnic": Czym jest opętanie? Duchy, demony. Zapraszam.
[02:36:05] - Jeden z moich znajomych zadał mi kiedyś pytanie: dlaczego spirytyści odradzają wywoływanie duchów, organizowanie seansów spirytystycznych? Przecież w końcu spirytyści czerpią swoją wiedzę z seansów, z komunikatów, które uzyskują od duchów zaświatów. Dlaczego to jest zakazane? Dlaczego? Prawo Mojżeszowe już dawno, dawno zakazało organizowania seansów spirytystycznych pod groźbą kary śmierci. I nie zostało to uczynione bez powodu. Kościół katolicki także zakazuje wywoływania duchów. Wiele innych religii również przestrzega przed tego rodzaju praktykami. Spirytyści także ostrzegają, aby nie bawić się w tego rodzaju rzeczy, szczególnie jeśli chodzi o zabawę. Ponieważ popularne tabliczki Ouija są bardzo rozpowszechnione wśród młodzieży, nawet jeżeli nie są to tabliczki, są to różnego rodzaju rekwizyty, które służą właśnie do organizowania seansów, ale seansów takich dla zabawy, dla rozrywki.
Co jest szczególną głupotą, jest szczególnie niebezpieczne. Dlaczego Mojżesz zakazał? Tak samo jak teraz, tak i dawniej. I wydaje mi się, że dawniej jeszcze bardziej ludzie po prostu nie potrafili się uchronić przed opętaniem. Wiedza spirytystyczna, którą posiadamy dzisiaj, nie była tak rozpowszechniona jak dawniej. Nawet jeśli chodzi o samą wiedzę spirytystyczną, ponieważ spirytyzm nie jest jeszcze aż tak bardzo znany, chociaż 100, 150 lat temu bardzo dużo osób interesowało się tą tematyką. Ale jeśli chodzi ogólnie o wiedzę taką ezoteryczną, wiedza ezoteryczna dawniej była jakimś takim tabu. Wiedza ezoteryczna, wiedza spirytystyczna należały do jakichś takich dziwnych, ciemnych praktyk, o których nie wolno było mówić. W średniowieczu za tego rodzaju rzeczy palono na stosie, więc po prostu nikt nie wychylał się. Tak, praktyki spirytystyczne są niebezpieczne i mówią także o tym spirytyści nie tylko w Polsce, ale spirytyści w ogóle na całym świecie.
W literaturze spirytystycznej wielokrotnie pojawiają się różnego rodzaju teksty, które mają przestrzec amatorów spirytyzmu, praktyk spirytystycznych przed organizowaniem seansów. Dlaczego? One mogą prowadzić do opętania. Spiryciści wychodzą z założenia, że sam kontakt z zaświatami nie jest niczym złym, ale kontakt ten powinien być zainicjowany przez drugą stronę. Jak to się mówi, telefon dzwoni stamtąd, a nie stąd. Jeżeli ktoś posiada zdolności medialne rozwinięte w większym lub mniejszym stopniu, powinien czekać aż to duchy skontaktują się z nim, a nie na odwrót. Duch, jeżeli kontaktuje się z jakąś osobą, to wie po co i jest w tym jakiś cel. Natomiast jeżeli człowiek zaczyna szukać kontaktu z zaświatami, wygląda to troszkę tak, jakby mieszkaniec wielkiego, zatłoczonego miasta, jakiejś metropolii otworzył drzwi na oścież i powiedział: „Kto chce, niech wchodzi. Zapraszam”. Teraz wyobraźmy sobie, zaczynają schodzić się do nas różnego rodzaju osobniki, różne typy, które niekoniecznie chcielibyśmy spotkać, ale w końcu zaprosiliśmy ich.
Wchodzą do naszego mieszkania i siedzą, ponieważ im się podoba, ponieważ jest ciepło. Mieszkanie jest ładnie umeblowane, można się czegoś napić, można sobie coś zjeść i jest bardzo sympatyczna atmosfera. Przynajmniej z jednej strony. Allan Kardec w „Księdze mediów” wyodrębnił trzy rodzaje opętania. „Księga mediów” jest zasadniczo skierowana, jak sama nazwa wskazuje do mediów, ale te opętania można także odnieść do osób, które mediumizmem się nie zajmują. Zaraz krucieńko wyjaśnię, na czym to polega. Pierwszy rodzaj opętania: opętania zwyczajne. Następnie jest fascynacja i zawładnięcie. Opętania zwyczajne, czyli tutaj generalnie duch przychodzi i tak jak ten człowiek z ulicy, zasiada w fotelu i nie chce odejść. Notorycznie daje o sobie znać w taki czy inny sposób.
Nie wiadomo, jak się go pozbyć. Generalnie nie jest to jakieś opętanie szkodliwe, które mogłoby poza nerwicą doprowadzić do jakiejś innej choroby. Ale jest to opętanie. Jest to uciążliwe. Do tego opętania ja dodam takie podszepty, nękanie, czyli to są rzeczy, które w zasadzie dotykają nas, ludzi przeciętnych, którzy nie są mediami w największym stopniu. Na czym to polega? Nękanie. Ja tu pomijam przypadki schizofrenii. Mówię tutaj o ludziach zdrowych, którzy po prostu mają różnego rodzaju, nie chcę powiedzieć, że słyszą w głowie, ale przychodzą im do głowy różnego rodzaju myśli tak jakby z zewnątrz. To znaczy człowiek nie identyfikuje się z nimi, ale równocześnie jakieś myśli niepasujące do niego gdzieś tam w tej głowie siedzą.
To jest nękanie. To znaczy duchy próbują nam coś podszeptywać, próbują nam coś podpowiadać, narzucać jakieś swoje myśli, które my wiemy, że do nas nie należą. Nękanie to już jest takie uciążliwe, ponieważ są też podszepty. Podszeptom ulegamy non stop, każdego dnia, wielokrotnie i nie tylko duchy mające jakieś złe intencje nam podszeptują różne rzeczy. Czasami na przykład prowadzimy samochód i nagle naciskamy pedał hamulca, po czym okazuje się, że przed samym nosem wyjeżdża nam inny samochód. Można to zrzucić na intuicję. Można powiedzieć, że po prostu mieliśmy jakiś taki odruch, ale spirytyści powiedzieliby, że prawdopodobnie był to podszept jakiegoś dobrego ducha, ducha opiekuna, anioła stróża, jak to się też mówi, który podpowiedział nam, że musimy w tym momencie zahamować, bo jeżeli nie, to coś się złego stanie. Ja myślę, że ten przykład akurat z samochodem jest taki może najbardziej trywialny, ale jestem przekonany, że jeżeli zajrzymy w głąb siebie, każdy z nas doszuka się przynajmniej jednej takiej sytuacji, która w jakiś niewytłumaczalny sposób uratowała go przed czymś dobrym bądź wręcz przeciwnie. Czasami człowiek wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew własnym interesom popełnia jakiś czyn, który przyszedł mu do głowy, ale tak w zasadzie nie wie skąd. To też są podszepty, które z kolei przychodzą od tych duchów, które pragną się zabawić naszym kosztem lub z takiego czy innego powodu próbują nam zaszkodzić.
Ja bym powiedział, że to jest właśnie takie opętanie zwyczajne. Jest także coś takiego jak fascynacja. To jest drugi rodzaj opętania według „Księgi mediów” Allana Kardeca. Fascynacja dotyczy bardziej mediów, które uzyskują różnego rodzaju komunikaty z zaświatów. I tutaj fascynacja, słowo takie niewinne, ale tak naprawdę dla mediów jest to jedno z gorszych rodzajów opętań, ponieważ duch próbuje zafascynować swoją osobę medium, czyli na przykład prawi mu komplementy. Tutaj mówimy o mediach, czyli mediach, które są w stanie w taki sposób jasny i konkretny odbierać komunikaty. I taki duch takiemu medium słodzi. Jeżeli medium nie ma w sobie jakiegoś mocnego charakteru, jeżeli nie jest zapatrzone samo w siebie, jest w stanie tym pochlebstwom się oprzeć. Jeżeli nie, to ulega tej fascynacji i zaczyna uważać siebie za nie wiadomo kogo i zaczyna traktować owego ducha jako jedynego przedstawiciela zaświatów. Zaczyna odbierać komunikaty tylko od niego i zaczyna wypełniać jego wolę.
Zdarza się, że te komunikaty czasami przekazują jakieś absurdalne treści, ale medium zafascynowane i wpatrzone w tego konkretnego ducha po prostu łyka wszystko jak młody pelikan, nie zastanawiając się. Uważa, że to jest bardzo dobry przekaz, że ma do czynienia z duchem wyższym, z duchem, który jest duchem dobrym, a tak naprawdę ten duch po prostu ciągnie za sznureczki i manipuluje medium jak mu się tylko zachce. I tutaj są różnego rodzaju lekarstwa, różne sposoby, aby medium mogło się z takiego opętania wyzwolić. Między innymi takie medium powinno kontaktować się z innymi mediami, z innymi osobami znającymi temat, z innymi spirytystami, którzy są w stanie ocenić jego komunikaty i w logiczny sposób mogą starać się dotrzeć do niego, wyjaśnić mu, że to, co napisał, to jest bzdura. Jeżeli takie medium nie obrazi się na swoich kolegów, jeżeli nie uniesie się dumą, będzie w stanie zauważyć swój błąd i odeprzeć, zignorować ducha, który próbuje nim manipulować. Nie jest to łatwe, ale to jest tak naprawdę jedyny sposób dla medium, aby uwolnić się od wpływu ducha, który próbuje nad nim zawładnąć w taki sposób. Trzeci rodzaj opętań to zawładnięcie. Ten rodzaj opętania najbardziej utkwił w świadomości społecznej jako negatywny wpływ zaświatów. Mianowicie chodzi o to, że człowiek przy całkowitym zawładnięciu działa wbrew sobie. I tutaj nie mam na myśli takiego działania, o jakim wspomniałem wcześniej, że z głupoty ktoś coś zrobi złego dla siebie, ale tutaj mam na myśli rzeczywiście całkowite zawładnięcie, kiedy człowiek chciałby postąpić inaczej, a po prostu nie jest w stanie.
Najbardziej obrazowym przypadkiem są egzorcyzmy Anneliese Michel, które miały miejsce w Niemczech po 1968 roku. Bardzo znana historia, o której tutaj w szczegółach opowiadał nie będę, ponieważ w internecie można znaleźć bardzo dużo informacji na ten temat. Powstał nawet film „Egzorcyzmy Emily Rose”. To jest ta właśnie znana historia, gdzie dziewczyna została opętana. Ksiądz odprawiał nad nią egzorcyzmy, dziewczyna zmarła i ksiądz trafił przed sąd. W efekcie końcowym nie można powiedzieć, że tak zupełnie dobrze się skończyło, ponieważ dziewczyna zmarła, ale historia została zatwierdzona przez Kościół i służy jako pewnego rodzaju lekcja dla innych. Jeśli chodzi o ten trzeci rodzaj zawładnięcia, mówi się też o chorobach psychicznych. To znaczy lekarze psychiatrzy nie zawsze potrafią rozróżnić chorobę umysłową od opętania. Lekarze, którzy nie wierzą w duchy, którzy nie wierzą w zaświaty, którzy tkwią w tym materializmie, jeżeli w swoje ręce dostaną pacjenta, który de facto jest opętany, uznają go za chorego psychicznie. Spirytyści przeprowadzali tego rodzaju eksperymenty polegające na odprawianiu egzorcyzmów w szpitalach psychiatrycznych i gro pacjentów odzyskiwało później dobrą formę.
Zarzuca się spirytyzmowi i spirytystom, że zainteresowanie spirytyzmem powoduje opętanie. Oczywiście, tak jak powiedziałem na początku, praktyki spirytystyczne są niebezpieczne i mogą prowadzić do opętania. To jest fakt. Jednak nie tylko ludzie, którzy interesują się spirytyzmem, którzy zajmują się spirytyzmem, mogą zostać opętani. Podałem przed chwilką przykład chorych umysłowo, którzy po prostu niekoniecznie spirytyzmem musieli się interesować, niekoniecznie w ogóle musieli wiedzieć, czym jest spirytyzm. Tutaj chciałbym przytoczyć pewną historię z połowy XIX wieku. Historia, która została opisana przez Alana Kardeca w książce „Opętanie”, która jeszcze w Polsce się nie ukazała, ale mam nadzieję, że niebawem. Historia kobiety, która miała adoratora. Ten adorator na początku był dobrym przyjacielem, często miał zamiar się z nią spotykać. Jednak w momencie, gdy kobieta zrozumiała, że mężczyźnie chodzi o coś więcej niż tylko spotkania towarzyskie, a jego obecność zaczynała być natarczywa, nie chciał jej w ogóle opuszczać i było to dosyć dla niej uciążliwe, postanowiła mężczyznę po prostu zupełnie odepchnąć.
Kobieta pochodziła z wyższych sfer, spotykała się z wieloma osobami, prowadziła bardzo towarzyskie życie. Mężczyzna został odsunięty na margines tego towarzystwa salonowego. I ten nieszczęśnik tak bardzo tym się przejął, że rozchorował się i któregoś dnia w samotności umarł. Umarł w samotności, otoczony jedynie sługą i pokojówką. I tego samego dnia, punktualnie o godzinie 3:00, jeśli dobrze pamiętam, codziennie o godzinie 3:00 przez dwa i pół roku miały miejsce różnego rodzaju dziwne sytuacje. Na początku był to krzyk. Później, zdaje się, ten krzyk przeobraził się w jakiś dźwięk, granie na trąbce czy coś takiego. Następnie pojawił się aplauz czy jakieś śpiewy niebiańskie i za każdym razem miało to miejsce o godzinie 15:00. Aha, jeszcze w międzyczasie było słychać strzały, które wyglądały tak, jak gdyby ktoś próbował do tej kobiety strzelać na ulicy. I nie tylko ona to słyszała.
Te dźwięki były słyszane przez wiele innych osób. Rozbijało się okno za każdym razem, gdy ktoś rzekomo strzelał z ogrodu w jej stronę. Była o tym poinformowana policja, było prowadzone śledztwo. Wiele osób poważanych w społeczeństwie także było świadkami tej sytuacji. I trwało to dokładnie dwa i pół roku, po czym okazało się, że mężczyzna nałożył sobie śmierci. Zagroził, że po śmierci, w momencie, gdy już opuści ten świat, będzie nękał ową kobietę tak samo długo, jak czynił to za życia. A za życia spotykał się z nią także dokładnie dwa i pół roku. Więc kobieta, która de facto nie miała nic wspólnego ze spirytyzmem, także została przez ducha opętana. I trwało to dwa i pół roku. To jest tylko jedna z wielu historii, które można by przytoczyć, ale jeżeli kogoś to interesuje, to radziłbym raczej sięgnąć po literaturę, która przytacza bardzo wiele tego rodzaju przykładów.
I jeszcze tutaj na koniec chciałbym wspomnieć o ostatniej bardzo ważnej rzeczy. Mianowicie mówiłem o podszeptach i o nękaniu. Tutaj bardzo ważną rolę gra nasz charakter. To, jakimi my jesteśmy i to, jakich przyciągamy ludzi, a także jakie przyciągamy duchy. Podobnie jak w życiu codziennym mamy różnego rodzaju znajomych na prawo, na lewo. W pracy potrafimy lepiej dogadać się z pewnymi osobami, z innymi gorzej. I wydaje mi się, że wszyscy doskonale wiemy, na czym to polega. Mamy jakieś swoje poglądy, mamy jakiś swój sposób bycia i z reguły staramy się otaczać ludźmi, którzy są do nas w jakiś sposób podobni. Zbir przyciągnie zbira, uczony przyciągnie uczonego, plotkara przyciągnie plotkarę i tak dalej. Człowiek cichy będzie się otaczał osobami spokojnymi.
W kontaktach ludzi z duchami jest dokładnie tak samo. Przyciągamy takie duchy, jakimi my jesteśmy. Więc jeżeli przypałęta się do nas jakiś duch, który stara się przekonać nas do czegoś nieodpowiedniego, do czegoś złego, tak naprawdę jedynym skutecznym rozwiązaniem tej sytuacji jest ignorowanie tego ducha. To znaczy pracowanie nad samym sobą. Im bardziej będziemy pracować nad własnym charakterem, im bardziej będziemy starali się być lepszymi ludźmi, tym mniej sposobności będą miały jakieś niewidzialne kreatury, aby sprowadzić nas na złą drogę. Takie duchy, które są nisko rozwinięte, które próbują bawić się kosztem innych ludzi, po prostu nie będą do nas przychodziły, ponieważ nie będą w stanie wywęszyć żadnego interesu. Nie będą w stanie uzyskać tego, co pragną. I ja tu widzę trzy możliwości, aby uchronić się przed opętaniem. Pierwsza rzecz to pracowanie nad własnym charakterem, pracowanie nad tym, aby być coraz lepszym człowiekiem, aby nie dawać powodu duchom niższym, istotom nisko rozwiniętym do zaczepki. Druga sprawa: nie organizować groteskowych seansów spirytystycznych, które otwierają drzwi wszystkim istotom, które tylko mają akurat odrobinę wolnego czasu i chciałyby się zabawić naszym kosztem.
A także trzecia taka rada: oddać się po prostu pod opiekę istocie, która tak naprawdę ma władzę nad wszystkim. Jeżeli ktoś postanowił całkowicie oddać się pod opiekę Bogu, w zasadzie nie musi się obawiać, że coś mu się przytrafi. Mówię w zasadzie, ponieważ jednak każdy z nas ma gdzieś tam jakieś obciążenia karmiczne, które w większym lub mniejszym stopniu kierują naszym życiem. Niemniej zawsze dobrze jest mieć do kogo się zwrócić i według mnie taką najbardziej odpowiednią osobą, której można zawierzyć własne zdrowie, własne bezpieczeństwo, jest właśnie Bóg.
[02:57:28] - Jeśli państwo myśleli, że spotkanie numer dwa z Piotrem Cielebiasiem to było ostatnie spotkanie w dzisiejszym „Bibliotekarium 2.0”, to się państwo mylili. Przed nami kolejne wydanie sentymentalnika. Dzisiaj z Piotrem będziemy rozmawiać o dwóch kreskówkach. Pomyślą państwo: zwariowali. Po prostu zwariowali. Ale ja państwu zaraz wymienię tytuły tych kreskówek i ci starsi słuchacze, do których się zaliczam, więc żadna obraza, ale i młodsi pewno też, jak usłyszą te tytuły, to coś im w duszy zagra. Otóż pierwsza z tych kreskówek to „Załoga G”. Tak się to nazywało później, bo wcześniej, kiedy to się pokazywało w Telewizji Polskiej, nosiło tytuł „Wojna planet”. Później to zgrabnie zmieniono. O tym będziemy mówić dlaczego.
Ale to nie jedyny film, o którym będziemy mówić. Film, a właściwie serial animowany „Załoga G” „Wojna planet”. Bo zaraz potem będziemy też mówić o drugiej kreskówce zatytułowanej „He-Man”. Czołem, Piotrze. Sentymentalnik czas zacząć.
[02:58:51] - Tak. A w dzisiejszym sentymentalniku — powiem ci, że podoba mi się ta forma, muszę powiedzieć. Zawsze mam ciarki, dreszcze, kiedy przygotowujemy sentymentalnik — w dzisiejszym sentymentalniku powrót do korzeni. W tym sensie, że do najmłodszych lat, aniżeli do czegoś innego. A chodzi o seriale animowane dla małych twardzieli. Przy czym będzie to nasz bardzo subiektywny wybór, ale i też wybór konkretny. Bo o co, Marku, chodzi? Chodzi o „Załogę G”. Chodzi o „He-Mana”, czyli filmy animowane, które reprezentują i sci-fi, i fantasy, które zyskały nad Wisłą status kultowych. Zapisały się w pamięci wielu pokoleń jako produkcje innego kalibru niż nasze polskie.
„Bolek i Lolek w kosmosie” podejrzewam, że coś takiego było. Na tle tego, co się działo w „He-Manie” i w „Załodze G” to było nic.
[02:59:52] - Powiem ci szczerze, że „Bolka i Lolka w kosmosie” to nie pamiętam, ale „Misia Kolargola w kosmosie” pamiętam jak najbardziej. Jeśli chodzi o takie kosmiczne klimaty powiedziałeś, że to takie produkcje kultowe w Polsce. Troszeczkę tak, ale dlatego, że właściwie jedyne takie na poważnie. „Załoga G” to sci-fi. Tak jak powiedziałeś, „He-Man” to rodzaj fantasy i nic porównywalnego w tamtych czasach, czyli końcówka lat 70., lata 80., właściwie nie pojawiało się w polskiej telewizji. Dwa kanały, ale było tego na lekarstwo. I co ciekawe, zaczniemy może od „Załogi G”, która wcześniej nazywała się „Wojna planet”. Jeżeli ktoś to pamięta. Powiem tak: „Załoga G” to o tyle kultowa produkcja, że została w polskim języku, bo mieliśmy zespół Załoga G. Co więcej, Załoga G występowała również w jednym z kabaretów tej u Smolenia i Laskowika.
Gdzieś się pojawiała ta Załoga G w takim zwykłym dialogu bez nawiązań. W związku z tym gdzieś tam się zapisała ta produkcja bardzo mocno. I powiem ci szczerze, Piotrze, ja do czasu, kiedy podjęliśmy decyzję, że będziemy o tych dwóch serialach mówić, byłem przekonany, że „Załoga G” czy też „Wojna planet”... To w ogóle ciekawe, bo zmiana tytułu nastąpiła z przyczyn ideologicznych. Bo ta produkcja do nas przyszła ze Stanów Zjednoczonych. Właśnie o tym za chwilę powiem. Przyszła ze Stanów Zjednoczonych i tak się źle kojarzyło. „Wojna planet”. Więc później zmieniono temu w locie, w trakcie emisji odcinków zmieniono tytuł na „Wojna planet”. Ale muszę się jeszcze cofnąć do produkcji.
Właśnie do niedawna byłem przekonany, że to jest produkcja amerykańska. I jakżeż się zdziwiłem, kiedy robiąc taki mały research, sięgnąłem do materiałów i dowiedziałem się, że nic z tych rzeczy. Nic takiego nie miało miejsca. To jest produkcja jak najbardziej japońska. Owszem, warto powiedzieć, typowe anime. Nie wiem zresztą, czy typowe. Za mało się znam na tych produkcjach w każdym bądź razie. Ale po części prawda w tym jest, bo powstała wersja amerykańska. Bo anime było krwawe. Było takie trochę jakby dla widza amerykańskiego, a pewno za pośrednictwem USA, również dla polskiego, byłoby to za bardzo krwawe, bo tam się sporo krwi pojawiało ponoć.
Poza tym byłoby może ze względów kulturowych nie do końca zrozumiałe, ale tak się dobrze złożyło, że ten serial został ściągnięty do Stanów Zjednoczonych i tam go dosyć gruntownie przerobiono. Wyczyszczono tę krew i jakieś brutalne sceny. Dodano przerywnik. Ja się zawsze dziwiłem, co ten robot Seven Zark 7 zawsze tak powtarzał i on jakby tłumaczył, co się stanie w odcinku, a później robił takie resume, podsumowanie i ewentualnie jakieś mądre sentencje przekazywał. Trochę to odstawało, było odklejone, ale nie znałem kulisów. Okazuje się, że to Amerykanie. Postać tego robota, który opiekował się całą załogą G. Amerykanie wymogli to, oni to dokleili, a my w Polsce ściągnęliśmy właśnie wersję amerykańską. W ogóle ta załoga G, to G, które jest w logo serialu. To jest jakaś japońska nazwa.
Wybaczcie państwo, ale ja niestety, jeśli chodzi o nazwy japońskie, to niekoniecznie czuję się mocny. W każdym razie to była jakaś taka opowieść, jak to się nazywało technologiczni ninja i to G to było jakieś gatchaman czy coś takiego. Sprawdźcie sobie państwo, bo jestem ogólnie znany ze zdolności językowych, więc na pewno wszystko pokręciłem, jeśli chodzi o tę nazwę na G. W każdym razie to G, stąd się wzięła ta załoga G. No i cóż Piotrze, sławetne słowo transformacja w każdym odcinku się czekało, aż oni splotą te swoje energie wszystkie i z tej załogi nastąpi ta transformacja i oni wtedy będą herosami i to takimi z prawdziwego zdarzenia. Jak państwo widzicie, pewne motywy w anime czy w ogóle w tego rodzaju filmach powtarzają się, ale wtedy to była nowość, wtedy to było świeże. W dodatku te wszystkie intrygi, które się pojawiały w poszczególnych odcinkach. Wierzcie mi państwo, ja sporo wtedy już fantastyki czytałem, nawet takiej, która wyprzedzała mnie trochę, jeśli chodzi o wiek. To znaczy połowę rozumiałem to dobrze, a czasami nawet jeszcze mniej niż połowę, a mimo wszystko czytałem, bo byłem fascynatem, żeby nie powiedzieć tak bardziej dosadnie wariatem, jeśli chodzi o science fiction. A mimo to te fabułki w poszczególnych odcinkach jakoś mnie chwytały wtedy.
Nie wiem, być może dlatego, że to było coś innego, coś z Zachodu, coś, co wiało stamtąd innym światem. Może dlatego mnie to tak zachwycało. Na szczęście nie popełniłem tego błędu. Nie sięgnąłem do tego, żeby oglądać te filmy dzisiaj, bo pewno bym doznał jakiegoś srogiego zawodu. Tak mi się wydaje. Natomiast ponieważ nazwa naszego programu to „Sentymentalnik”, więc czuję się uspokojony. Pamiętam, co pamiętam. No właśnie, Piotrze, a co ty pamiętasz?
[03:06:26] - Powiem ci, że po pierwsze to się odniosę do tego, co powiedziałeś, bo ze mną jest tak samo. Ja ogólnie jestem takim słabym widzem seriali animowanych. Ja wolałem tego sobie nie przypominać. Wolę pozostać w tych swoich iluzjach odnośnie He-Man. Akurat załogi G nie, dlatego, że ja tego nie pamiętam wtedy, kiedy leciało, bo też nie mam prawa. Ale jestem pewien, że leciały powtórki. Nie wiem gdzie, czy na jedynce, dwójce, czy też w moim przypadku Katowicach, czyli regionalnym, ale widziałem to, tylko że nie pamiętam. Nie pamiętam z tego powodu, że już w moich czasach to słowo transformacja i przekształcanie się w superbohaterów odnosiło się do Power Rangers, Kapitana Planety i pewnie 10 różnych innych superbohaterów. Nie wiem, czy Miś Colargol też tak robił. Rzeczywiście był film „Miś Colargol w kosmosie”.
Nie byłem tego świadomy albo sobie to wyparłem z pamięci. Chyba to drugie. Ale co jeszcze ci powiem? Powiem trochę o tym moim stosunku do filmów animowanych. Cóż, oglądałem, jak każde dziecko. Mało pamiętam z nich. Niektóre mi się wyryły w pamięci. Jakiś sentyment do nich mam. Nie wiem czemu pamiętam Pyzę na polskich drogach. Pamiętam Reksia na przykład.
A ponieważ odbieraliśmy też telewizję czechosłowacką, to tamtejsze bajki też. Może mniej, ale też. Pamiętam, że to się nazywało „Večerník”. Teraz powiedziałem bardziej po rusku niż po czesku. I jakoś tak leciało inaczej niż polska „Dobranocka”, czyli pół godziny różnicy chyba było. Człowiek liznął trochę czeskiego i kultury bratniej, ale tam też głównie leciały ich produkcje, ichniejsze takie typowe bajki z krajów demoludów. Czyli raczej takie mało krwawe. Mało się tam działo. Natomiast wiesz, w moich czasach już były te produkcje zachodnie, było tego multum. Wspomniany Kapitan Planeta, Batman, Żółwie Ninja i ta załoga G musiała gdzieś tam być.
Może pod innym tytułem był jeszcze Yataman na przykład pamiętam, jak byłem mały. Załoga G się nazywała Gatchaman w oryginale to był Yataman, potem Pokemon. To już mi się wszystko porypało po pewnym czasie. Natomiast tam gdzieś jeszcze był on najważniejszy. I to nie był Kapitan Klos, tylko He-Man. Bo powiem ci, że tak. Nie pamiętam tej załogi G. Jeszcze mi się kołaczą takie rzeczy, że jakieś takie zabawki związane z tymi postaciami z tego serialu. Po prostu on tam musiał mi zaginąć na tle innych. Także tak to było.
Ale He-Man był.
[03:09:24] - Ale poczekaj. Ty już chcesz przejść do He-Mana Natomiast ja jeszcze chciałbym kilka smaczków odnośnie załogi G. Otóż nie pamiętałem, to jest rzecz nabyta i teraz sobie taki proces anamnezy przechodzę niczym u Platona. Anamnezy, czyli przypominania sobie tego, co było. Zapomniałem zupełnie, że ci poszczególni bohaterowie w filmie „Załoga G” czy też „Wojna planet” byli jakby takimi postaciami, które nawiązywały do ptaków. Tam był łabędź, jaskółka, była sowa i jeszcze jakieś inne ptaki. Już wybaczcie państwo, nie pamiętam. Chyba kondor, ale tu już nie biorę gwarancji.
[03:10:16] - Albo moczarnik brzytwodzioby na przykład. Nie, ale fakt, to mi się przypomniało. Przepraszam, że ci przerwałem, ale przypomniało mi się to też, że były chyba i poprawcie mnie, jeżeli to jest błąd, że były jakieś zabawki właśnie związane z tą serią. Właśnie takie ptasie.
[03:10:36] - Być może. Natomiast ja jeszcze powiem jedną rzecz, to też nie jest wiedza z tamtych czasów, kiedy z rozdziawioną japą oglądałem poszczególne odcinki, tylko też wiedza nabyta, wyszperana w internecie, że w Polsce nie pokazano wszystkich odcinków. Tych odcinków było kilkadziesiąt i bodajże 10 odcinków przed końcem wstrzymano emisję z bardzo konkretnych socjalistycznych powodów. Ja nie wiem, czy później, kiedy emitowano już to w innych telewizjach niż socjalistyczna, to było uzupełnione, ale za komuny tak zwanej nie dopuszczono tego serialu do końca z bardzo konkretnych powodów, które pamiętam właściwie do dziś, do przedwczoraj. Nie pamiętałem, ale mi się klocuszki ułożyły. Otóż pod koniec jednego z odcinków okazało się, że główny antagonista naszej wspaniałej piątki, niejaki Zoltar, z którym oni walczyli w bardzo wielu lokacjach, o tak to ujmijmy. To ten Zoltar, jak próbują go złapać i zdzierają mu maskę i spod tej maski, on oczywiście jest zwrócony do nich tyłem, pojawia się burza takich złocistych włosów. Dziewczyna. I to tak wszystkich podekscytowało. Rany, ten Zoltar, który się wydawał jakimś takim złem kompletnym, jakimś takim straszliwym oponentem tejże załogi, ale jak najbardziej mężczyzną.
A tu nagle takie złociste włosy powiewające na wietrze. Nie wiem skąd nawet wiatr był, ale było. I to takie było intrygujące. I po wielu latach dowiedziałem się, że to słusznie mnie zadziwiło. A wstrzymanie emisji odbyło się dlatego, ponieważ gdzieś tam pod koniec okazuje się, że Zoltar był obojnakiem. Był obojnakiem i to już niestety przez polską cenzurę, taką obyczajową nie miało się prawa przecisnąć w latach 80. I się nie przecisnęło. Czasami to miłe jest odkryć po wielu latach, że coś, co się pamięta, tak jak powiedziałem, te klocuszki się układają w jedno i nagle okazuje się, że widziało się coś, czego się nie rozumiało, a zrozumiało się to po latach. Muszę powiedzieć, że dosyć przyjemne uczucie, że po pierwsze pamięć dopisuje. Ale to żart był.
A po drugie to, że gdzieś te historie są w człowieku. Ja nie opowiedziałbym żadnego odcinka dzisiaj, żadnej fabuły, ale pamiętam sceny, poszczególne takie stopklatki albo takie lekko ruszające się klatki. Pamiętam właśnie zawsze te sceny transformacji. Pamiętam też ten ich statek, którym oni się poruszali. On się nazywał bodajże Feniks, ale on się zamieniał pod wpływem transformacji w tak zwanego Ognistego Feniksa. I to też było zwizualizowane, bo rzeczywiście dostawaliśmy obraz takiego ptaka płonącego i tak dalej. Wiecie państwo, to wszystko było tak nowe, tak inne od tej produkcji, którą mieliśmy w tamtym czasie, tą właśnie socjalistyczną, o której Piotr powiedział, że jestem niemal pewien, że musiało młodych ludzi, a wtedy byłem młodym człowiekiem, musiało szokować tak pozytywnie, sprawiać wrażenie, że to jest coś niesamowitego. I takie wrażenie właśnie sprawiało.
[03:14:44] - Tak. Ciekawe, czy to by dzisiaj przeszło. Wtedy to mogli zawsze wytłumaczyć, że ta burza włosów wynika z tego, że to Wilaska była na przykład. Dobra, ale była załoga G. Jeżeli macie oczywiście jakieś wspomnienia, to bardzo chętnie je poznamy. Ale jak mówię, były takie seriale animowane, które i ty pamiętasz, i ja pamiętam już. I ten He-Man miał coś w sobie magicznego. I to jest właśnie tak, jak powiedziałeś. Ja nie jestem w stanie powiedzieć nawet, o czym dokładnie to było. Ja sobie musiałem to oczywiście odświeżyć, bo nie pamiętałem.
Wiem, że był He-Man, wiem, że był Szkieletor. Wiem, że mieli fajny zamek tam w tym serialu. Nie byłem w stanie podać- ... odcinków, nawet fabuły, ale okazuje się, że tak, utknęły pewne sceny mi w głowie.
[03:15:37] - Orko pamiętasz? Niejakiego Orko?
[03:15:40] - Tak, oczywiście. Ale w ogóle powiem ci, że trzeba zauważyć pewną rzecz. Może to powinniśmy na końcu powiedzieć, że te seriale ogólnie animowane, one w pewnych elementach konstrukcyjnych były do siebie bardzo podobne. I to zobaczymy może jeszcze, kiedy będę na końcu wspominał o jeszcze dwóch takich odpryskach. Ale to za chwilę. Ten He-Man miał w sobie coś innego na tle pozostałych seriali. Może ja po prostu od małego byłem skrzywiony, bo się interesowałem dziwnymi rzecziami, ale ten element grozy w He-Manie to nie było byle co, bo to był element stały. Może nie tak, że on nas przerażał jak horrory, ale to, co się widziało na tym ekranie, to było dziwne i to na tego młodszego widza szczególnie jakoś oddziaływało. I powiem ci tak: nawet jak dzisiaj patrzę na te postaci, które tam były, one wyglądają oryginalnie z tego powodu, że He-Man łączył w sobie fantasy, ale też łączył trochę fantastyki naukowej, jakiejś takiej futurologii. To z jednej strony była opowieść magii i miecza, a z drugiej pojawiały się tam elementy iście kosmiczne.
Powiem ci tak: kiedy wtedy, jako kilkulatek oglądałem tego He-Mana, te dziwne stwory, które potem spotykałem gdzieś tam w grach komputerowych podobnego gatunku, to ten sam duch ożywał we mnie. O tych grach zresztą sobie musimy kiedyś powiedzieć. Ale co możemy powiedzieć o He-Manie? Otóż tak. Co najważniejsze według mnie, to He-Man miał już wtedy coś w rodzaju, nawet nie wiem, jak to nazwać. On był skapitalizowany, czyli był film animowany i mieliśmy figurki. Mieliśmy w PRL-u i na początku lat 90. namiastkę tego, co w Stanach oni mieli zawsze. W ogóle He-Man wystartował od zabawek i u nas te zabawki też były, tylko w nieco innej formie. O tym sobie za chwilę powiemy.
Ale powracając do tego elementu grozy, to tam właśnie było tak: z jednej strony mamy herosa, który jest jak współczesny Herkules. Nie wiem, czy współczesny. Nie wiem, w jakich czasach się to dzieje. Mamy Szkieletora, który został zapamiętany w polskiej popkulturze chyba nawet na długo jako takiego nieumarłego typowego. Mamy tam istotę, która, jak wygrzebałem, nazywa się Mantina, czyli jest to coś w rodzaju kosmity. Mamy takiego chłopka z kolcami przypominającego postać z filmu „Hellraiser”. Czyli to wszystko jest takie dość makabryczne jak na widownię, do której to było skierowane. He-Man, z tego, co wyczytałem, powstał w Stanach w roku 1981. Natomiast on powstał wtedy jako koncepcja równolegle z pomysłem na serię zabawek. I co ciekawe, powiem ci, Marku, okazuje się, że He-Man powstał w oparciu o Conana.
Były różne pomysły, jak ugryźć sprawę, jak pociągnąć trochę Conana w inną stronę. I się okazało, że rozwinięto opowieść o dwóch potężnych herosach, czyli He-Manie i Szkieletorze. Przy okazji oczywiście, ponieważ to wszystko musiało być dobrze sprzedane, pojawiło się mnóstwo postaci pobocznych. Tworzono te lalki z plastiku i tak dalej. I były to bardzo wymyślnie wykreowane postacie. Jak mówię, one łączyły cechy i sci-fi, i fantasy. Kiedy ja to mogłem oglądać? He-Man leciał dość długo ogólnie. Ja go oglądałem na pewno na początku lat 90. I pamiętam zabawki, bo to już był ten czas, kiedy kapitalizm do nas wchodził.
I te zabawki, które otrzymywaliśmy z He-Mana, one co prawda nosiły pewne podobieństwo do tych postaci z serialu, ale się oczywiście różniły między sobą na przykład wielkością, detalami, malowaniem. Od tych zachodnich się różniły tym, że nie miały ruchomych kończyn. Ale kto tam o tym myślał? I kiedy sobie dopiero zgłębicie historię tych gumowych zabawek, to się okaże, że część z nich w ogóle robiona była w NRD. Niektóre zostały przywiezione do Polski z Zachodu rzeczywiście i były bardziej oryginalne. Natomiast były też produkty początkowo od prywaciarzy, Marku, tak mi się wydaje, że można było kupić sobie figurkę gumową z He-Mana. Kiedy dzisiaj sobie zrobicie research i patrzycie na to wszystko, to fajnie to wygląda, bo one są z jednej formy. Albo inaczej: z jednej formy to one nie są. One są wzorowane na jednej formie, ale każda z nich jest w sumie inna. I potem się pojawiają jeszcze chińskie, które są troszeczkę doskonalsze.
Natomiast te polskie to były takie, że jakbyś tym rzucił w kogoś, to mógłbyś dziurę w głowie zrobić. Ja tutaj poczytałem sobie na tych sentymentalnych blogach, że na przykład w Kiosku Ruchu mogłeś sobie taką figurkę He-Mana kupić. Zdjęć możecie poszukać na dowód tego, co mówię. Natomiast Marku, czy można było taką figurkę rzeczywiście w Kiosku Ruchu kupić, czy to jakiś farmazon?
[03:20:58] - Powiem tak: ty mówisz o latach 90. Być może wtedy tak, ale He-Man pojawił się w polskiej telewizji w pierwszej połowie lat 80. I wtedy w kioskach to absolutnie nie. Ale ponieważ za robienie figurek He-Mana oraz jego otoczenia na Zachodzie wzięła się ta sama firma, która zajmuje się Barbie — nie będę wymieniał nazwy, ale już sobie państwo łatwo odszukacie — to się zajęli tym niezwykle profesjonalnie i te zabawki, które pochodziły z Zachodu rzeczywiście były ho! Cool. Ale wiecie państwo, lata 80. i 70., i 60. w Polsce królowała prywatna inicjatywa. Tu w Bydgoszczy, gdzie mieszkam, też był na jednej z ulic, konkretnie na Dworcowej, był taki przedsiębiorca, który produkował wszystko. Jak się pojawiła moda na grające rury, to produkował grające rury.
Jak była moda na takie dwie kuleczki tik taki, które się odbijały o siebie, to produkował te kuleczki. Produkował też żołnierzyki z masy plastycznej, które wyglądały trochę dziwnie, bo miały dziwne barwy, ale też się cieszyły powodzeniem. W ogóle co było potrzebne, to produkował. Produkował w związku z tym również He-Mana na wzór tych oryginalnych. Ale tu słowo „na wzór” jest kluczem, bo one zewnętrznie trochę przypominały oryginał i na tym właściwie możemy skończyć. Nijak się to miało do oryginałów, natomiast na tym wygłodniałym, wiecznie wygłodniałym wszystkiego rynku to się cieszyło powodzeniem, bo tu się wszystko cieszyło powodzeniem, co pochodziło z drugiego obszaru płatniczego, jak się to wtedy mówiło, a w każdym razie udawało, że stamtąd pochodzi. I już w latach 80. figurki pojawiały się He-Mana, natomiast nie w kioskach. Zdecydowanie nie w kioskach. Być może w twoich czasach, jak to brzmi trochę głupio, ale w każdym razie w latach 90.
być może one już w kioskach się też pojawiały, bo wtedy kioski też przeszły transformację gospodarczą i wtedy w kioskach się różne rzeczy pojawiały. Lata 80. to jeszcze był centralny rozdzielnik i tam się pojawiało to, co się miało pojawić. Natomiast prywatna inicjatywa żyła sobie z tego He-Mana, przypuszczam całkiem dobrze. Ale wracając na chwilę jeszcze do filmu, to mówiłeś o podobieństwach. Zauważmy, że są nawet podobieństwa pomiędzy „Wojną planet. Załogą G” a He-Manem. Tam mieliście państwo transformacja, padało słowo i się wszystko zmieniało. Tu macie państwo na potęgę posępnego czerepu, mocy przybywaj i też się zmieniał książę Adam w He-Mana. Kot bojowy się pojawiał w miejsce Kiciusia i tak dalej.
Też był rodzaj transformacji. Też piorun tam uderzał. Ten miecz był wyciągnięty nad głowę. Wszyscy ci państwo, którzy pamiętają ten serial, którzy sentymentem go darzą, to pamiętają te sceny po prostu. Znowu ja nie do końca pamiętam poszczególne fabułki. Natomiast to, co powiedziałeś, Piotrze, jest rzeczywiście cenną uwagą. To był rzeczywiście serial dosyć straszny. Nie przesadzajmy. Tu postawiłem cudzysłów. Państwo tego nie słyszeli, ale postawiłem.
To tak naprawdę straszny pod tym względem, że tam się różne dosyć wredne stwory pojawiały, takie i roślinne, i zwierzęce, i potworne, i takie najrozmaitsze. Oczywiście dzielny He-Man z tym wszystkim walczył. Muszę powiedzieć, że w tym czasie, znowu to takie wspomnienie, w Polsce fantasy było mało znane. Pierwszym opowiadaniem zaserwowanym w takim stricte fantasy, nie wspominam o Tolkienie specjalnie, bo Tolkien był znany i pierwsza książka z tej tolkienowskiej serii jeszcze nie „Władca Pierścieni”, ale „Hobbit”. On wyszedł bodajże w latach 60. Wtedy jeszcze w tym pierwszym wydaniu nie było krasnoludów, tylko krasnoludki. Później to szybko naprawiono, ten błąd skorygowano. Nawet mam tę książkę, tylko nie sprawdziłem przed audycją, czy aby na pewno 60. Tak na 80% 60. lata.
Później wychodziły kolejne, ale tak naprawdę fantasy było bardzo mało. I fantastyka zaczęła trochę promować. Zaczęła się pojawiać właśnie fantasy. Chociażby Andre Norton „Świat czarownic” się pojawił w fantastyce. Zaczęło to trochę przebijać się do mainstreamu. W związku z tym, jak się pojawił He-Man, taka hybryda trochę fantasy i science fiction, to sam pamiętam dorosłych oglądających He-Mana z pewnym jednak takim zaciekawieniem, bo to było tak nowe, tak inne, że znowu po prostu mus było to oglądać. I cóż, pewno się wielu osobom dzisiaj na wspomnienie He-Mana łza w oku kręci.
[03:26:48] - To wszystko jest bardzo interesujące, ale zobacz, że jest w tym pewien paradoks, bo mało osób dzisiaj pamięta i ja też nie pamiętałem w sumie, że się pojawił He-Man w wersji aktorskiej i tam grał nie byle kto, bo Dolph Lundgren. Tutaj bym powiedział parę słów, ale nie powiem, bo to już w Unii Europejskiej nie wypada. I kurde, nie zagrało. A powinno, co nie? To się chyba okazało troszeczkę klapą. Ten film, kiedy sobie patrzę na postery teraz, kiedy sobie patrzę na fotosy, to jest taka typowa produkcja z lat 80., ale jest absolutnie zapomniana. Dzisiaj nikt o tym He-Manie filmowym nie pamięta. Jest to dziwne, powiem ci, że ten serial animowany odniósł pewien sukces z tego powodu, trzeba też to zaznaczyć, że on się pojawiał we wznowieniach. Pojawiał się we wznowieniach, pojawiał się w tak zwanych, nie wiem, jak to się tam mówiło na to, ale wiecie, w offshotach, czyli w jakichś tam produkcjach powiązanych. Ale film nie zagrał, pomimo wszystko, że on Może i był trochę głupi, ale wygląda całkiem przyzwoicie.
Czy He-Man, Marku, twoim zdaniem był taką postacią - kiedyś mieliśmy o tym program - której się nie da zekranizować?
[03:28:08] - Mam właśnie takie obawy. Powiem uczciwie, ja tego aktorskiego filmu nie widziałem i po tym, co powiedziałeś, to zastanawiam się, czy chcę zobaczyć. Na pewno, jak znam siebie, to wcześniej czy później gdzieś tam wyszperam. Natomiast ja mam niemal pewność, że He-Man chyba się nie nadawał na zrobienie z niego filmu aktorskiego. O ile „Conan” jak najbardziej. Wiecie państwo, kiedy znaleziono Schwarzeneggera, to dwie części zostały zrealizowane. Pierwsza, „Conan Barbarzyńca”, jest moim zdaniem doskonała. To jest film wybitny. Natomiast „Conan Niszczyciel” to już jest taka bzdurka, chociaż widowiskowa, trzeba przyznać, ale bzdurka w porównaniu z pierwszą częścią, która była maksymalnie wysoko podniesioną poprzeczką. Ten drugi to już było takie sobie.
Tam była odpowiednia postać, taki mieszkaniec zbiorowej wyobraźni, czyli Arnold Schwarzenegger, młody, umięśniony, pasował do Conana jak ulał. Kiedy całkiem niedawno próbowano odnowić tę serię, zbudować nowego Conana, to było słabe po prostu. Próbowano zrobić to nowocześnie. Znowu był mięśniak, machał tym mieczem, ale to już nie było to. Nie wiem zresztą, jak państwo uważacie. Być może przeze mnie przemawiają sentymenty. Na pewno byli ludzie, którym się ten nowszy Conan podobał. Już zamilknę na ten temat i wrócę do He-Mana. Wydaje mi się, że siłą He-Mana i to, że on się nie nadawał do filmu aktorskiego, było to, że on zasiedlał naszą wyobraźnię. To, co działo się w tym filmie, w tej kreskówce, tam się dużo działo, ale tam się mogło dziać znacznie więcej i na znacznie większą skalę niż w filmie aktorskim, jeszcze powstałym bodajże w drugiej połowie lat 80.
To się nie mogło udać. Efekty specjalne wtedy nie były tak doskonałe. Były słabe, najogólniej rzecz biorąc i nie dało się konkurować z bogactwem, tajemniczością i grozą świata wykreowanego w kreskówce. W związku z tym, moim zdaniem ten film, który tak naprawdę kreował postać herosa, niby u Conana było to samo, ale tam jednak szła za tym jakaś myśl, jakaś fabuła. Moim zdaniem to są rzeczy nieporównywalne. Owszem, i w tym, i w tym filmie występował mięśniak. Z tym że Conan to była postać pełnokrwista. Zresztą jeśli państwo sięgniecie po bibliografię, ile stworzył Conanów jego twórca, a ile później przez lata naprodukowano Conanów, to to idzie w dziesiątki tomów. I brali się za pisanie kontynuacji Conana ludzie wybitni, jeśli chodzi o pisarstwo SF i fantasy. W związku z tym to był temat, który ciągnął i który przyciągał naprawdę znane pióra.
Natomiast He-Man to była postać zupełnie inna. Ona nie miała takiej głębi. Próbowano tę głębię zbudować, jakąś tajemnicę. Ten książę, który się przekształca, walczy ze złem. Ale to nie była głębia na serię aktorską, rozbudowaną, na film fabularny, który się toczy, w którym jednak musi nastąpić przemiana bohatera. To był idealny, moim zdaniem, materiał właśnie na krótkie odcinki, gdzie się walczy ze złem i zawsze wygrywa. I coś takiego w He-Manie było. I to chyba jest kolejny powód, dla którego jednak przełamię tę swoją obietnicę złożoną kilka minut temu. Ja jednak obejrzę ten film aktorski, chociaż się deklarowałem, że chyba nie. Ale obejrzę go, żeby zobaczyć, jakie błędy popełniono w tym filmie.
Bo musiano te błędy popełnić. Powtarzam: dla mnie He-Man to nie jest materiał na zrobienie pełnometrażowego filmu.
[03:32:46] - Zacznę od tego, że w tamtych czasach krążył taki żart, który sobie przypomniałem. Przychodzi baba do lekarza i mówi: „Jestem z Conana”. A doktor: „A ja z Gwiezdnych Wojen, ha, ha, ha.” Także suchar był. Ale powiem ci, Marku, że z tymi filmami, z tymi obrazami, animacjami, grami czasami nawet, których się nie da przekształcić na filmy pełnometrażowe, jest czasami tak, że mamy gniot. Po latach mamy kontynuację, a potem mamy odrodzenie. Przykładem tego jest „Mortal Kombat”. Pierwszy „Mortal Kombat” ma status niemalże kultowy. Potem pokazywały się kolejne części do zapomnienia totalnie i parę lat temu pokazała się nowa odsłona filmu i to już nawet się jakoś kleiło. Może, jestem tego więcej niż pewien, ktoś kiedyś, niekoniecznie w ciągu pięciu, ale może 10, 15 lat powróci i do Conana, chociaż Conan był względnie niedawno, i do He-Mana, dlatego że to sentyment jeszcze jest. Ktoś to będzie pamiętał.
Także tak to wygląda. Dzielcie się z nami swoimi wspomnieniami, komentarzami. Tutaj pod spodem, pod audycją, jeżeli możecie. Natomiast ja bym jeszcze chciał powiedzieć słowo o innych akordach animowanego sci-fi i fantasy z przełomu lat 80. i 90. Chociaż tu też jest tak, że te produkcje, o których powiem, u nas się ukazały z opóźnieniem, natomiast są one blisko związane i z He-Manem i z załogą Dżi w jakiś sposób. Pierwszy to jest oczywiście „Conan. Łowca przygód”. Taka produkcja animowana, kanadyjsko-amerykańska z roku 1992. To już są bardziej moje czasy.
W Polsce była emitowana nieco później, ale tutaj nie trzeba chyba nikomu mówić, wokół czego się to kręciło. I dodajmy, że przypomnimy może, że w „Conanie”, który dał początek serii o He-Manie, nie było już takiego elementu grozy. Tak samo było w tej serii animowanej, chociaż się pojawiały podobne postaci, na przykład tamtejszy odpowiednik Szkieletora, to już powiem ci, nie wyczuwałem tej magii, która towarzyszyła He-Manowi. Kolejna sprawa i tu może już było znacznie lepiej i ciekawiej, chociaż jest to wątek absolutnie zapomniany. Był taki serial animowany „Ulisses 31” opowiadający o perypetiach kapitana statku kosmicznego, któremu mnisi z wędrującej planety podobnej do Nibiru porywają syna. I pamiętam, że ja ten serial oglądałem jako dziecko na początku lat 90. Ja absolutnie z niego nic nie rozumiałem. Strasznie mi się podobał. Nie mogłem zrozumieć, co się tam dzieje, nawet jako dziecko w wieku szkolnym, bo on był strasznie skomplikowany. To była animacja raczej dla bardziej świadomych nastolatków oraz dorosłych.
Ten serial wyprodukowano w roku 1981, ale wiesz, nie wiem, czy go pamiętasz. On miał w sobie to coś i to coś się potem odnajdywało w „Star Treku”, w „Gwiezdnych Wrotach”, w „Sequescie” i w innych podobnych. Tę taką tajemnicę kosmosu. W „Ulissesie” też było tak, że on łączył sci-fi, taki typowy, z elementami greckiej mitologii, greckich eposów. Zresztą ja wam polecam, żebyście sobie poszukali „Ulissesa 31” na Filmwebie i zobaczyli, jak on został dobrze zapamiętany. On ma strasznie wysoką ocenę, także pewnie jest ten sentyment jeszcze z nim związany. Pamiętasz, Marku, „Ulissesa”?
[03:36:37] - Nie bardzo. To już chyba nie był mój czas, kiedy oglądałem kreskówki. Ja się wtedy skupiałem chyba na innych produkcjach i „Ulissesa” nie pamiętam, ale bardzo ci dziękuję za jakieś wskazanie. Zawsze warto looknąć na coś, co nam wypadło, czego nie zdążyliśmy przyswoić i pewnie to zrobię.
[03:36:59] - Trzeba też pamiętać, że „Ulisses 31” był serialem, który miał 26 odcinków i się kończył.
[03:37:08] - O! To świetna wiadomość. To na tle tego, co się dzieje dzisiaj, to rzeczywiście bardzo zachęcająco brzmi.
[03:37:18] - Tak. I to była koprodukcja chyba amerykańsko-francuska. Także jeżeli macie jakieś wspomnienia i z tym serialem animowanym, także dajcie znać. Czekamy na wasze propozycje do Sentymentalnika. Mogą być różne, byleby zawierały w sobie jakiś wątek fantastyczno-horrorowy.
[03:37:37] - I proszę państwa, na potęgę posępnego czerepu mocy przybywaj, a w dodatku transformacja.
[03:37:46] - Dokładnie.
[03:37:50] - Proszę państwa, postanowiłem odkupić swoje winy. Wspomniałem, że sięgnęło mi się za zapomnienie o programie „Bez Tajemnic”. To dzisiaj postanowiłem nadrobić i dlatego zapraszam państwa na drugi w tym odcinku „Bibliotekarium”, drugie wydanie cyklu „Bez Tajemnic”. Tym razem odcinek nosi tytuł: „Spirytyzm. Mediumizm sensytywny.” Podejrzewam, że jeżeli nie wszystkie, to zdecydowana większość osób, które interesują się przynajmniej teoretycznie kontaktami z zaświatami, chociaż raz zadały sobie pytanie, czy one same są mediami, czy posiadają zdolności medialne. I tutaj osoby, które zgłębiają temat, osoby, które już zgłębiły temat, wiedzą, że rodzajów mediumizmu jest wiele i w zasadzie mamy tak dużo różnych rodzajów mediów, ile istnieje sposobów komunikowania się z zaświatami. Dlatego mówi się o mediach do efektów fizycznych, o mediach piszących, o mediach mówiących, słyszących, mediach widzących. Są także media, które potrafią pisać na komputerze, więc otrzymują komunikaty i od razu są w stanie przelać je na język cyfrowy. Są także media sensytywne. I tutaj, właśnie w tym momencie chciałbym się troszeczkę skupić na tego rodzaju osobach, na mediach sensytywnych, ponieważ jest to mediumizm, który jest dosyć powszechny.
I tutaj w zasadzie powinienem był zacząć od innej informacji. Mediumizm jest bardzo powszechny wśród
[03:39:59] - Wśród wszystkich ludzi żyjących, ponieważ mediumizm stanowi część człowieczeństwa. Każdy z nas rodzi się medium, jednak te zdolności medialne są w większym lub mniejszym stopniu rozwinięte. Allan Kardec w „Księdze Mediów” jedynie wspomniał o tego rodzaju mediumizmie, gdyż chciał zaznaczyć, że takie umiejętności istnieją i nie są niczym nadzwyczajnym. Jednak zastrzegł, że osób, które są mediami sensytywnymi, nie chce nazywać mediami po to, aby uniknąć pomyłek. To znaczy dla Allana Kardeca medium to jest osoba, która potrafi odebrać konkretny komunikat i przekazać go dalej dla pozostałych osób, które byłyby tym komunikatem zainteresowane, do których ten komunikat byłby adresowany. Więc Allan Kardec mediumizm sensytywny w pewnym sensie wyłączył spośród sposobów odbierania komunikatów, ale nie znaczy, że go zanegował lub zupełnie go przekreślił. Czym jest ten mediumizm sensytywny? Mediumizm sensytywny polega na odbieraniu, na identyfikowaniu ducha, który nas nawiedza. Osoba, która posiada tego rodzaju zdolność, jest w stanie wyczuć obecność jakiejś duszy, jakiegoś ducha osoby zmarłej na przykład w pomieszczeniu. Taka osoba potrafi się przebudzić w nocy z przekonaniem, że obok łóżka stoi zmarły dziadek, zmarły rodzic, brat, siostra, a może nawet sąsiad.
Nie wiadomo, skąd to wiemy. Dana osoba, dany duch nie przekazuje jakiejś konkretnej informacji, poza tym, że w jakiś wyczuwalny sposób potrafi się przedstawić, potrafi coś o sobie powiedzieć. Taki duch może przekazać emocje, może niekoniecznie jakąś myśl, ale jakiś ładunek energetyczny przekazujący napięcie. Wspominałem wcześniej o emocjach, ale to właśnie emocje, stan emocjonalny, na przykład zdenerwowanie, zadowolenie, szczęście, niepokój. Osoby uzdolnione sensytywnie są w stanie tego rodzaju komunikaty odbierać. W cudzysłowie komunikaty, ponieważ nie są to żadne informacje pisemne lub nie są to media malujące, które potrafią naszkicować coś, co duchowi chodzi po głowie. Jest to bardziej ogólnikowy odbiór. Wiele osób, które nie znają spirytyzmu, które nie interesują się bliżej ezoteryką, zrzuca tego rodzaju przeczucia dochodzące z zewnątrz na wyobraźnię, na zmęczenie, na działanie mózgu, neuronów w czasie snu. Ale jeżeli człowiek otworzy się troszkę bardziej na ten drugi świat, zorientuje się na własnej skórze, że tak naprawdę człowiek cały czas pozostaje w łączności z tym światem niewidzialnym. Można to porównać do fal magnetycznych, do fal radiowych.
Niektóre osoby są na przykład bardzo czujne na różnego rodzaju fale. Ktoś przejeżdża koło jakiejś anteny, ktoś przejeżdża koło linii wysokiego napięcia i od razu zaczyna odczuwać jakiś dyskomfort, więc nie jest to rzecz, która nam wszystkim jest obca. Mówię tutaj o zwykłych, normalnych falach radiowych, które urządzenia, z których korzystamy codziennie emitują. Tak samo jest z zaświatami. Ezoterycy mówią, że cały świat, wszystko, co nas otacza, to jest skondensowana energia, która oddziałuje, która funkcjonuje, jest emitowana na różnych częstotliwościach i my także składamy się z energii. Człowiek cały czas gdzieś tę energię z zaświatów odbiera i osoby uduchowione, które są bardziej otwarte na zaświaty, na kontakt z osobami znajdującymi się już w tym świecie niewidzialnym, osoby, które zmieniły, jak to się ładnie mówi, stan świadomości, takie osoby mogą odbierać informacje, komunikaty, coś, co gdzieś wokół nas krąży, na co materialiści są zamknięci. W zasadzie chciałem tylko tyle powiedzieć, że mediumizm sensytywny jest rzeczą jak najbardziej normalną i każda osoba, która jest troszkę bardziej rozwinięta pod tym kątem, może te informacje z zaświatów odbierać, nawet jeżeli nie są to informacje bardzo konkretne, które można by spisać i przekazać dalej. Na koniec jeszcze chciałbym tylko dodać, że najbardziej rozpowszechnioną formą mediumizmu i w pewnym sensie można to podczepić pod mediumizm sensytywny, ale tylko w pewnym sensie, są Nie tyle marzenia senne, co komunikaty, informacje odbierane w trakcie snu. Wtedy, gdy dusza człowieka jest troszkę bardziej swobodna, kiedy duch nie musi zajmować się ciałem materialnym, ciałem biologicznym, ponieważ ciało biologiczne jest w stanie snu, standby. Człowiek jest na standby'u w nocy, kiedy śpi.
Oczywiście w korze mózgowej różne procesy zachodzą, ale generalnie człowiek śpi, ciało jest wyłączone. Dusza ma wtedy możliwość, żeby się troszeczkę uwolnić, żeby komunikować się, „spotykać się” z innymi istotami duchowymi. I po przebudzeniu albo nic nie pamiętamy, albo pozostają nam bardzo często tylko szczątkowe informacje, które próbujemy w logiczny sposób połączyć. Jednak najczęściej, jak doskonale wiemy, jest to po prostu niemożliwe. I jak to spirytyści powiadają, są to resztki spotkań z zaświatami, które duch człowieka odbył w trakcie snu. Więc tutaj, tak jak już wspomniałem, można to podczepić poniekąd pod mediumizm sensytywny, chociaż jest to zupełnie normalny środek komunikacji między istotami myślącymi. Tymi, które są jeszcze na tym świecie i tymi, które już zmieniły swój stan świadomości. Natomiast mediumizm sensytywny jest to już jakiś rodzaj mediumizmu bardziej rozwiniętego w stronę komunikacji, lecz tak jak podkreślam, jest to bardziej szeroki, ogólny sposób komunikowania się. I tutaj w zasadzie na ten temat już chyba nie ma sensu, abym się bardziej rozwodził. Myślę, że w kolejnych odcinkach powiem coś więcej na temat mediów jako takich.
[03:48:29] - Katarzyna Prychacz przyzwyczaiła nas, ostatnimi czasy przynajmniej, do długich cykli. Takim długim cyklem jest cykl o Chucku Malkersie, który jest na tropie białego maku, ale różne przygody go spotykały. Tydzień temu mieliśmy przerywnik, ale dzisiaj Katarzyna Prychacz zaprasza na rozwijającą się i wciągającą historię. Ten odcinek nosi tytuł: „Chuck Malkers na tropie tajemnicy białego maku. Część trzecia”.
[03:49:10] - Halo, halo, Bóg Radiowa Ludności! Z tej strony Katarzyna Prychacz i jak w każdą środę o godzinie 20 prezentuję wam „Alchemia tworzenia”. Witam was serdecznie w 39. odcinku drugiego sezonu podcastu pod tytułem: „Alchemia tworzenia”. Moi drodzy, to jest przedostatni odcinek przed końcem sezonu, przed naszą wakacyjną przerwą. Napięcie rośnie. Jest tutaj dużo emocji, ponieważ od odcinka numer 33 kontynuujemy cały czas serię, właściwie takie jedno wielkie improwizowane śledztwo. Owe śledztwo prowadzone jest przez detektywa Chucka Malkersa. Także dzieje się, powiem wam szczerze, bardzo dużo tutaj. Ogólnie sprawa dotyczy morderstwa Przemka Bobera, który był pracownikiem zakładu stolarskiego.
Dowiedzieliśmy się już w trakcie całego postępowania, że zmarł on na zawał serca, a po jego śmierci jego ciało zostało przeniesione z miejsca zdarzenia do- bo się teraz sobie uświadomiłam, że w sumie to nie wiemy, gdzie on zmarł na ten zawał serca. Niemniej nasz śledczy znajduje go poćwiartowanego w kominku, ale kominek nie był rozpalony, więc wygląda na to, że sprawca miał zamiar spalić te części ciała, ale nie zdążył. Okej, chyba nie będę wam tym razem już tutaj streszczać wszystkiego, co było, bo nie ukrywam, że z każdym odcinkiem dochodzi tutaj coraz więcej lokacji, coraz więcej detali. Także jeżeli ktoś nie jest na bieżąco, to będziecie skazani tutaj na trochę niedomówień. Oczywiście zachęcam, na stronie Bóg Radio w zakładce „Podcasty” znajdziecie moją dwukolorową facjatę. Znajdziecie Katarzynę Prychacz, „Alchemię tworzenia” i tam możecie sobie znaleźć listę wszystkich odcinków tego podcastu. Jeżeli chodzi o historię Chucka Malkersa, to tak jak wspomniałam wcześniej, od 33. odcinka nosi on tytuł: „Cerbera złocista”. W tamtym odcinku mamy stworzenie dwóch postaci, a w 34. odcinku rozpoczynamy oficjalnie śledztwo, całe dochodzenie, rozwiązywanie tajemnicy białego maku.
Okej, co my dzisiaj będziemy robić? Ostatnim razem dotarliśmy do lokacji, do poddasza. Wszystko wskazuje na to, z różnych podpowiedzi i połączeń pomyślałam, że będzie to poddasze w domu antykwariusza, czyli jednego ze świadków Dzisiaj pomyślałam sobie, że oprócz tej lokacji wylosujemy jeszcze jedną. Oczywiście do każdej z nich dołączą poszlaka i ekspertyza. Więcej lokacji już nie będę losować, bo mamy przedostatni odcinek i chciałabym, żeby ten dzisiejszy zamknął śledztwo. W następnym odcinku wylosujemy, który z trzech podejrzanych jest sprawcą i opowiemy sobie, jaki mógł mieć motyw. Z racji, że cała rzecz polega na improwizowaniu, motyw będę improwizować w następnym odcinku. W trakcie śledztwa wyszło nam dużo ciekawych wątków pobocznych. Przykładowo całe tajne bractwo. Myślę, że dzisiaj nie będę się cisnęła, żeby to rozwijać, bo śledztwo dotyczy morderstwa, czyli musimy się dowiedzieć, kto zabił.
Aczkolwiek trop bractwa, a właściwie całe śledztwo, które prowadziła ofiara naszego śledztwa, jest bardzo ciekawym tematem, który może byłoby warto trochę pokontynuować. Zobaczymy, czy wrócimy do tego w trzecim sezonie, czy stworzę coś pobocznego. Dam wam znać, żebyście mogli zerkać. Jeżeli chodzi o cały biały mak z tytułu, a właściwie pakunki opatulone w białe chusty z monogramem, które były ukryte w trofeach ryb. Mieczników. Chyba miecznik to jest. Albo ten Marvin? To był Marvin? To tak się nazywało? Wiecie, takie dziobate ryby.
Tak do was mówię i dotarło do mnie, że prawdę mówiąc to nawet nie zgłębiłam symboliki tej ryby, bo to pewnie byłoby ciekawe do powymyślania, ale to już nie teraz. To po nagraniu odcinka zerknę. Do czego zmierzam? Myślę, że w następnym odcinku możemy luźno jeszcze porozmawiać, pomyśleć, jak to bractwo mogłoby bardziej funkcjonować. Mam już kilka tropów, kilka pomysłów, ale nie chcę się z niczym związywać, bo jeżeli faktycznie miałabym z tego stworzyć spójną historię, to będzie trzeba to zresearchować i poukładać logicznie. Ale jest naprawdę mega ciekawie i jestem pod wrażeniem. Nie spodziewałam się, że dotrę do takich ciekawych miejsc. Co jeszcze przygotowałam? Oprócz tych dwóch lokacji, na razie na brudno, natomiast postaram się to opracować ładnie graficznie, żebyście mieli wgląd w coś takiego, stworzyłam mapę śledztwa. Mam tu wypisane różne cuda wianki, zrobione czerwoną kredeczką ładne połączenia, co z czym się łączy, co z czym jest powiązane.
Oczywiście to wszystko jeszcze będę uzupełniać, bo dzisiaj coś nowego na pewno nam wskoczy. Jeżeli chodzi o podsumowanie informacji, które mamy do tej pory, to jeżeli ktoś nie ma cierpliwości, nie chce odsłuchiwać poprzednich odcinków, to zapraszam na fanpage „Alchemii tworzenia podcastu”. W tamtym tygodniu dodałam folder, w którym umieściłam grafiki i do każdej grafiki jest poszerzony opis, taki podsumowujący. Przy okazji możecie zobaczyć te karty, które losuję, o których mówię. Zrobiłam zdjęcia komponentów i opisy, co na podstawie tego zostało wymyślone. Poprzedni odcinek najprawdopodobniej powinien już być. Jeżeli go nie ma w folderze, to na dniach dostaniecie poprzedni odcinek i to, co dzisiaj ustalimy. A mapkę zrobię tak, żeby była jeszcze szansa, że się pojawi przed następnym odcinkiem. Mam nadzieję, że się wyrobię w czasie. Dobra, słuchajcie, teraz myślę, czy lecimy.
Aha, co będę losować? Niezmiennie dzisiaj mamy dwa typy komponentów z gry „Tajemnicze domostwo”. Mamy lokacje i artefakty i moje autorskie komponenty związane z ekspertyzami, czyli ekspertyzy typu analiza śladów opon czy analiza grudek ziemi, raport z bazy stomatologicznej i tak dalej. Czy coś jeszcze tu muszę wam powiedzieć? Chyba że podsumujemy. To może dla niektórych będzie przypomnienie. Podsumuję to, co na tej mapie mam rozrysowane, a później zabierzemy się za lokacje i na tym dzisiaj skończymy. Jeżeli chodzi o losowanie podejrzanego. Dzisiaj jeszcze ustalimy, czy zmienimy coś w podejrzanych, czy domyślnie zostawimy, jak wcześniej losowałam trzech świadków. Żeby nie komplikować, może faktycznie zrobimy, że któryś z nich jest sprawcą.
Natomiast jak ich chcę losować? Pomyślałam, że użyję jednego ze swoich autorskich komponentów, a konkretniej po prostu kość, która pokaże nam, czy będzie to numer jeden, dwa, czy trzy. Czyli najzwyczajniej w świecie w następnym odcinku na dzień dobry rzucimy kością, dowiemy się, kto jest sprawcą i do tego będę motyw wymyślać. Okej, co my tu mamy? Na naszej mapie zanotowałam, że tajemnica białego maku. Wypisałam sobie, że naszą ofiarą jest, tak jak już wcześniej mówiłam, Przemek Bober. Mam wypisanych trzech świadków. Przypomnę tutaj: pierwszy świadek to była właściwie para fotografów. Oni się troszeczkę rozminęli z prawdą. Może od razu będę wam mówić, jakie są połączenia.
Więc oni znali się z naszą ofiarą. Trafiliśmy do nich poprzez dane ze smartfonu naszej ofiary i właściwie poprzez syntezę z social mediów tej naszej ofiary. I okazuje się, że w telefonie ostatnie połączenie, które wykonała ofiara, to było właśnie połączenie do tej pary fotografów. Oni się przyjaźnili. I wtedy Przemek Bober poinformował ich, że najprawdopodobniej został otruty. Oni mieli słaby zasięg, trochę nie usłyszeli, trochę nie zrozumieli, no i z przymrużeniem oka potraktowali temat, ponieważ byli przekonani, że ich przyjaciel ma jakąś paranoję, bo już nie raz wspominał, że był śledzony, że coś jest nie tak. Uznali, że ten typ tak ma. Niestety, jak się później okazało w czasie biegu śledztwa, mylili się albo kłamali. Jeżeli chodzi o to rozminięcie z prawdą, to też oni mieli powiązania z ekskluzywnym klubem strzeleckim, a konkretniej wspomnieli, że byli w terenie poza miastem i że mieli problemy z zasięgiem. Natomiast po analizie social mediów okazało się, że wcale nie byli poza miastem.
Byli w mieście, byli na terenie strzelnicy właśnie tego ekskluzywnego klubu strzeleckiego, który tutaj się nam przewija. Zaraz zobaczycie jeszcze, gdzie dalej on będzie. Z powiązań jeszcze, to właśnie ta strzelnica, ofiara i sam klub sam w sobie. Jeżeli chodzi o tych świadków, to większych połączeń nie mam, bo tak nawet patrzę na te poszlaki, które tutaj wyskoczyły, to tutaj wyskoczyła trucizna, czyli właśnie ten telefon. Trucizna naprowadziła mnie na ten pomysł z telefonem do nich. Okej, świadek numer dwa to był antykwariusz i tu się dzieje bardzo dużo, więc do niego może przejdę za chwilę, żeby też nie wybijać. Natomiast jeżeli chodzi o świadka numer trzy, to ja sobie to zanotowałam i chyba też mam tak to określone w tych notatkach, które są na fanpage'u, czyli personel medyczny. No bo właściwie to my z tym personelem rozmawialiśmy, znaczy nasz śledczy rozmawiał, ale ogólnie chodzi tutaj o postać właściciela posesji, który jest pogrążony w śpiączce. Najprawdopodobniej jest niedoszłą ofiarą naszego mordercy, ale zobaczymy. I tutaj właśnie jeszcze, co istotne, tak jak nasza ofiara, również miał zawał serca, z tym że nasza ofiara niestety nie uzyskała pomocy i zmarła wskutek tego, a z kolei nasz właściciel został w ostatniej chwili znaleziony, odratowany, ponieważ oprócz tego zawału miał jeszcze dodatkowo wbity jakiś taki retro sekator, w którym był— i tam było mądre słowo, kameryzowany chyba?
Chodzi o to, że osadzony był w nim ząb mleczny. Więc to jest ktoś taki, nieznany sprawca. Jeżeli chodzi też o inne powiązania, to tutaj sobie pozwoliłam, jeżeli chodzi o poszlaki, połączyć go ze złotym kielichem z trucizną. To był kielich właśnie z pierwszej lokacji, z którego też najprawdopodobniej napiła się nasza ofiara, bo ta toksyna, która spowodowała zatrzymanie akcji serca, była identyczna zarówno u ofiary, jak i u właściciela posesji. I tak samo też wszystko się łączyło z tym kielichem, więc wychodzi na to, że obaj z tego kielicha się napili. Znaczy albo napili się tej samej trucizny. Tak czy siak znaleziono jeden kielich. Co jeszcze mamy z właścicielem z posesji? Do tego zaraz przejdę. O sekatorze wam powiedziałam.
No i tutaj jeszcze właśnie przy analizie kart, które wyłożyłam w sprawie tego świadka trzeciego, czyli właśnie tego właściciela, okazało się, że należy do tego ekskluzywnego klubu strzeleckiego. Tutaj chodziło o spinki mankietowe, które wskazywały na przynależność do tego klubu, symbol gwiazdy pięcioramiennej. I w toku śledztwa pojawiły się takie podejrzenia, że ten ekskluzywny klub strzelecki ma powiązania z tajnym bractwem. Także zobaczymy. Dużo też wyszło, jeżeli chodzi właśnie o tą posesję samą w sobie, że wygląda na to, że ona też jest powiązana z tym całym procederem przekazywania pakunków z białym makiem. I znaleziono też tam w ukrytym pokoju chustki z monogramem. Czyli wszystko wskazuje na to, że to właśnie tutaj pakowany jest ten biały mak. Oczywiście jeszcze nie znaleźliśmy żadnego pakunku, nasz śledczy nie znalazł, więc niestety ciężko stwierdzić dalej, co to za substancja. Mogę się z wami tutaj już podzielić tym, że tak sobie myślę, bo wiadomo, oczywistym by było, żeby to były jakieś narkotyki. Jeszcze jak tutaj wjeżdża jakieś bractwo, może jakieś rytuały.
Ale pomyślałam sobie o tym, że— bo tutaj jeszcze pojawił się ten ząb. I tak myślę, czy nie zrobić, żeby tam była, owszem, biała substancja w tych pakunkach, ten biały mak, ale może żeby to były mielone zęby albo mielone kości. W sumie mączka kostna jest używana do paszy dla zwierząt chyba. Oczywiście oficjalnie nie z ludzkich kości. Ale tak jak patrzyłam sobie wcześniej, do czego takiego coś można by użyć, to pasza dla zwierząt i ewentualnie nawożenie gleby, chyba odkwaszanie. Jeszcze poczytam bardziej o tym pierwiastku głównym. Skład zęba. Nie pamiętam teraz ta mądra nazwa była. Muszę pomyśleć, może po prostu wymyślić jakiś rytuał oparty na czymś takim. Aha, w ogóle czemu pomyślałam o zębach mlecznych?
Sekator. Owszem, to był jakiś dziki pomysł. Nie wiem czemu, ale wpadł mi do głowy ten ząb mleczny. Może właśnie wpadł mi do głowy wtedy przez to, że nie chciałam tutaj umieścić takiego bestialstwa, wiecie, wyrywania komuś zęba, tylko właśnie taki ząb, który wypadł i może na cześć jakiegoś ważnego czyjegoś dziecka ten ząb został wmontowany w sekator. Natomiast myślałam jeszcze później o tym, że mamy faktycznie jedną z lokacji i to była ukryta bardzo lokacja, czyli właściwie w tej posesji, gdzie było miejsce zbrodni, znaleźliśmy ukrytą lokację, ukryte przejście do tajnego archiwum, a z kolei w samym archiwum o świcie dopiero odkryliśmy wejście do ukrytego, opuszczonego pokoju dziecięcego. No i teraz kto normalny ukrywa tak pokój dziecięcy? Więc pomyślałam, że może... Co prawda ten pokój był nieużywany, ale ta willa była stara, więc może gdzieś to bractwo właśnie w jakiś sposób więziło czy porywało dzieci. Chyba że to chodziło o dzieci z tych rodzin założycielskich. Nie wiem.
Wiecie, każdy pomysł ma tutaj plusy i minusy, bo jak do tej pory nigdzie więcej nam się dzieci nie przewijały czy jakieś zaginięcia. Bardziej chodziło o to, że te pakunki sobie wyrywano, czy ktoś próbował ukraść te pakunki, czy nawet wręcz kradł je. I na trop tego złodzieja wpadła właśnie nasza ofiara. Więc tak się zastanawiam, że może to nie jest nowa substancja, tylko to jest jakaś pula może jakiejś przedwiecznej mączki kostnej czy czegoś takiego, co jest tak cenne, że było poukrywane w tych willach. Jeszcze nie znalazłam takiego tropu, do czego można by to użyć, więc obiecuję, że najbliższe dni do następnego odcinka poświęcę też na to, żeby znaleźć coś fajnego, pomyśleć. Teoretycznie możemy też tego używać do stworzenia czegoś. Wystarczy tą mączkę pomieszać z jakimś utwardzaczem. Można z tego zrobić jakąś masę. Myślałam też o jakiejś biżuterii czy jubilerstwie, natomiast rytuał brzmi ciekawiej. Mieliśmy jeszcze jakąś księgę otwartą, więc może coś związane z tą księgą.
W sumie ciekawe, czy ta substancja jest łatwopalna. Chyba niekoniecznie. Jak zmielone kości, to co tam ma być? Kości same musiały być łatwopalne. Do przemyślenia. Z tym pokojem myślę, że to byłby ciekawy motyw, nawet jeżeli chodzi o takie backstory tego bractwa, bo akurat do tego śledztwa, to nam tutaj bezpośrednio nic nie wnosi. Ewentualnie może nam to dużo wnieść do motywu sprawcy. Dobra, bo się tutaj rozproszyłam. To chyba wszystko wam powiedziałam, co trzeba. No i ten klub strzelecki tu mamy.
Dobra, teraz świadek numer dwa. Antykwariusz, przyjaciel, czy przynajmniej tak twierdzi, właściciela posesji. Znaleźliśmy jego kartkę z notesu, na której on napisał „szach-mat” i na tej kartce było logo jego firmy. I po tym dotarliśmy do tego świadka. Kartka została znaleziona właśnie w tajnym archiwum, gdzie poćwiartowano zwłoki naszej ofiary. Natomiast oczywiście świadek nie miał o niczym pojęcia, tak twierdzi. On tam po prostu przyszedł, bo grał w taki trochę zdalny sposób z właścicielem posesji w szachy, ponieważ oni się mijali, często nie mogli się spotkać, więc po prostu on miał wstęp do tego archiwum i w tym archiwum stała szachownica, gdzie oni sobie przestawiali figury i zostawiali sobie tam jakieś wiadomości. No i akurat wtedy on zrobił szach-mat. Dobra, i teraz co więcej. Antykwariusz, więc mam tutaj zaznaczone, że w relacji z właścicielem posesji.
Dodatkowo, jeżeli chodzi o lokacje, z którymi miał coś wspólnego, to właśnie ta retro posesja sama w sobie, archiwum. I tutaj mam zaznaczony tunel pod strzelnicą. Tylko że tutaj mam znak zapytania. Dlaczego? Oprócz tej kartki z napisem w tym miejscu, w tym archiwum znaleziono brzytwę, ozdobną brzytwę. Ona była w tej kałuży krwi tam jeszcze. Musiała trafić na świeżo do tej kałuży. Ale nie ma dowodów, że jest to brzytwa należąca do tego świadka. Jednak w toku śledztwa Właściwie w ostatnim odcinku, kiedy dotarliśmy do tunelów tajnych pod strzelnicą, tam również znaleziono brzytwę. Taką samą brzytwę, na której było napisane coś markerem.
W sumie jeszcze nie postanowiłam, co tam było napisane, ale chodzi o to, że raport grafologa orzekł, że pismo z tej brzytwy było tożsame z pismem z tej kartki szachmat. Czyli wskazuje wszystko na to, że te brzytwy są w jakiś sposób powiązane z antykwariuszem, co bardzo wskazuje na to, że on musiał jednak tą brzytwę pierwszą upuścić w momencie, kiedy ta krew z ćwiartowania ofiary była świeża. Skoro ta brzytwa zdołała się tą krwią ochlapać, pobrudzić, gdzie w pierwszej chwili było podejrzenie, że to właśnie tą brzytwą ćwiartowane były zwłoki, ale nie zgadzało się to. Dalej, co my tu jeszcze mamy? Więc tak, ten tunel jest pod znakiem zapytania, ale wszystko wskazuje na to, że ten świadek tam był. I właśnie ten świadek, oficjalnie nie wiemy o tym, nie ma dowodów na to, że on jest powiązany z tym klubem strzeleckim. Nie ma żadnych tutaj podstaw. Na razie coś takiego nie wyszło. Natomiast w pewnym sensie, jeżeli faktycznie jego czcionka, że tak powiem, jego pismo znalezione było na brzytwie, która była w tunelach powiązanych z tajnym bractwem, to jednak coś tu jest grubo na rzeczy. Patrzę dalej, co tu jeszcze mamy, gdzie mamy te powiązania na mapce naszej ze świadkiem numer dwa.
Czekajcie, czy ja mam te brzytwy tu zaznaczone? O kartce wam powiedziałam. O tej brzytwie tak. I druga brzytwa też jest. I właśnie jest tutaj jeszcze ta jedna poszlaka, którą pominęłam wcześniej przy właścicielu posesji. To jest hantelek. Okazało się, że to są dwie grzechotki połączone w taki kształt, który przypomina hantelek, taki retro hantelek, wiecie, dwie kule i przęsło. I to w trakcie przesłuchania świadka. Świadek nam dał ten przedmiot. Powiedział, że trzy dni wcześniej on nie do końca zrozumiał i nie wiedział, o co chodzi, ale ten właściciel posesji poprosił go o przechowanie tego przedmiotu.
A że on był antykwariuszem, to też nie widział w tym jakiejś może dużej wartości. Nie znał się na tym, a hantelek był brudny, utarzany w ziemi. Więc dlatego on też uznał, że to jakiś taki dziwny, lekki hantelek. Po głębszej analizie okazuje się, że właśnie ta ziemia, w której był brudny, ta zaschnięta ziemia, to właśnie była ziemia o podobnym składzie jak ziemia na terenie strzelnicy ekskluzywnego klubu, czyli ewidentnie hantelek tam gdzieś był, musiał mieć jakieś powiązania. A kiedy zdrapano ziemię, okazało się, że na hantelku mamy dwa symbole. Mamy symbol pięcioramiennej gwiazdy i mamy symbol nieskończoności czy takiej leniwej ósemki. A po rozkręceniu okazało się, że są to właśnie takie dwie małe, też takie retro grzechotki, czyli właśnie taka rączka i kulka z czymś grzechoczącym. Myślę jeszcze, czy to faktycznie grzechotało, czy może to były puste grzechotki. Teraz to sobie pomyślałam, że jak te zęby mleczne, że może i te zęby mleczne tam grzechotały w tych grzechotkach. Ciekawy temat, ciekawy.
Chyba bardzo mocno w te zęby jakoś widzę weszłam. W poprzednim odcinku jeszcze czytałam różne rzeczy. Tak, padum-tss. Patrzyłam, sprawdzałam w księdze z symbolami różne jakieś frazy, więc tam się dzieliłam z wami tym i między innymi przy symbolu pięcioramiennej gwiazdy znalazłam jeszcze jedną z takich notatek odnośnie heraldyki. Chyba nie ucięłam żadnej literki. Chodzi o naukę o herbach i o oznaczenia, czy właściwie o symbole składowe herbów. I między innymi było tam właśnie napisane, bo tam chodziło o stopień pokrewieństwa czy dziedziczenie, że z pokolenia na pokolenie minimalnie się te herby zmieniały i pięcioramienna gwiazda skierowana właśnie też wierzchołkiem do góry oznaczała trzeciego syna. I tak sobie pomyślałam, że w sumie to byłoby coś ciekawego do tego bractwa, że może, teraz myślę o tych zębach, że może to chodziło właśnie o dwie rodziny założycieli, jedna właśnie związana z symbolem gwiazdy, druga z tym symbolem nieskończoności. Myślę też właściwie nie nad symbolem nieskończoności, a to był chyba symbol zagiętej spirali, przerwanej spirali. To też w poprzednim odcinku czytałam.
Co byłoby ciekawe, bo mogłoby naszego detektywa zmylić. Może właśnie nie znał tego symbolu wcześniej i cały czas uważał to za symbol nieskończoności, a się okaże, że to ma nieco inne znaczenie. Tam chyba chodziło o energię, właściwie synergię dwóch zderzających się energii ze sobą. Tu chyba chodziło o życie i przemijanie, ale to było porównywane też do tego symbolu yin i yang, więc to chyba było coś w ten deseń. Myślę, że to byłoby bardzo ciekawe. Więc może to byłaby jakaś właśnie rodzina, albo w każdej z rodzin chodziło o tego trzeciego syna. Albo właśnie w jednym rodzie o tych synów, a w drugim rodzie o coś jeszcze innego. Więc może te zęby też należałyby do tych synów, tak jak ten ząb w sekatorze. Ciekawe. Nie chcę też bardzo teraz odpływać i samego bractwa rozpisywać, ale myślę, że robi się nam kurczę, tutaj naprawdę magicznie.
Zresztą sam ten monogram na chustach od tych białych pakunków, to też myślałam nad tym, żeby to był właśnie mak, biały mak i przecinał go symbol nieskończoności. Postaram się też zrobić wam tam jakieś małe szkice, żeby to też takie podsumowanko ładne było. Patrzę, czy coś jeszcze tutaj musimy wiedzieć, jeżeli chodzi o antykwariusza. Ten hantelek to właśnie było najważniejsze. Sam hantelek jest powiązany z tym właścicielem. I tutaj chyba mamy, jeżeli chodzi o świadków, to na tyle. Rozpisałam sobie jeszcze osoby postronne, czyli Śmieszek w ręczniku, czyli mężczyzna, którego spotkaliśmy przychodząc do pierwszego miejsca spotkania, które wyznaczyła Cerbera Złocista, czyli postać stworzona w 33. odcinku. Kobieta z przeszłości była podejrzana w jednym ze śledztw naszego śledczego, naszego detektywa Chucka Malkersa. Więc z jednej strony tak trochę współpracują.
On ją traktuje jako eksperta, ale cały czas z dozą dystansu patrzy, że może jednak ona tu ma jakieś powiązania. Zwłaszcza, że specjalizowała się w zawałach serca, a tutaj mamy dwa takie podejrzane przypadki w jednej sprawie. No i też dzięki niej właśnie nasz detektyw dociera do tego tunelu pod strzelnicą i tam znajdą kolejne poszlaki. Dobra, tu mamy te osoby. Lokacje wam powiedziałam, o tunelu powiedziałam. O strzelnicy klubu też. Więc tutaj chyba nie mamy nic więcej. Jest pokój dziecięcy. Po drodze też trafiliśmy do garażu ofiary. I w garażu ofiary znaleźliśmy retro strzykawkę w takim ładnym rzeźbionym pudełku.
I właśnie na pudełku był symbol, jak się później okazało, tego bractwa. Czyli ta strzykawka jest w jakiś sposób powiązana, co mogłoby sugerować, że jednak ten biały mak czy ta substancja może brała udział w jakimś dziwnym rytuale. Może oni sobie to jakoś wstrzykiwali, a może właśnie pozornie będzie się wydawało, że oni to wstrzykują w żyłę czy tam w ciało gdzieś, a może to właśnie będzie bardziej miało cele przemysłowe? Nie wiem. Muszę sobie sama ze sobą jednak ostatecznie ustalić, co z tym makiem robimy. Dobra i co? I chyba wam tu poskakałam po wszystkim, ale chyba mamy to. Tu jest śpiączka. O brzytwach mówiłam, wszystko mówiłam, więc mam oczywiście na mojej mapie w kółeczko zakreślone, zaznaczone, żeby ustalić, czym jest biały mak. Okej, to co?
To teraz myślę, że możemy przejść do lokacji. Czyli dowiemy się, co i jak, o co chodzi tutaj z tym poddaszem, na które trafiliśmy. Poddasze w domu antykwariusza i zobaczymy, jaka będzie kolejna poszlaka i dokąd nas zaprowadzi. No to losujemy. No dobra, dobra. Aha, chciałam od razu na lokację tu losować, a tu przecież teraz musimy losować poszlakę. Czyli dobra, cyk, tą nie odkrywam na razie i ekspertyzę. I ekspertyzę też nie odkrywam. Cyk. To wiecie co?
W sumie to ja wylosuję wszystko i będę po kolei odkrywać. To już sobie wtedy miejsce zrobię na stoliczku. Dobra i jakąś lokację drugą jeszcze, którą mieliśmy zrobić. Cyk. Tą na przykład taką sobie prawie ze środka. Kolejny jakiś artefakcik. Cyk. I ekspertyza. Ostatnia ekspertyza. Cyk.
Dobra, wszystko mamy. Jeszcze nie wiem, co mamy. Wiem, że mamy wszystko. Mamy te lokacje. No i co? I patrzymy. Zaraz się dowiemy, co na tym poddaszu nas czeka. Ja sobie tu poprzesuwam tylko. Już tyle się tego dobrobytu na stole zrobiło, że z odcinka na odcinek ja już tutaj się nie mieszczę. Dobrze, że mam duży stół, ale jakbyśmy pociągnęli jeszcze z trzy odcinki, to już musiałabym przemeblowanie na stole zrobić całkowite.
Okej, no to co? To już patrzymy, cóż my tutaj za artefakt znaleźliśmy. Jeszcze tak intryguje mnie ten kapelutek, taki jest tutaj na tym rysunku poddasza. Kapelutek z piórkiem. I wiecie, tak pomyślałam, może to byłoby takie nakrycie głowy w tym bractwie? To by tak ciekawie mogło wyglądać. No dobra, patrzymy. Uwaga, odkrywam artefakt. O proszę, mamy tutaj taki antyczny złoty zegar. Znaczy taki zegarek budzik, właściwie taki stojący zegarek.
Na nim jest syrena. Co on tu jeszcze ma? U szczytu tarczy ma trójząb wysadzany jakimiś pięknymi kamieniami. I on ma jeszcze pudełeczko, w którym jest pierścionek z czerwonym kamieniem. W ogóle bardzo ładne to, kurczę. Na trzech nóżkach. Taki motyw oczywiście podwodny, nie? Tu wszystko w takich To bardziej jako takie płetwy, bo chciałam powiedzieć, że takie muszelki, ale nie. To jak nic są płetwy i wodorosty. I ta syrena, która tego wszystkiego pilnuje.
Dobra, zobaczymy jaka ekspertyza. Może to mi podpowie, czemu ten zegarek jest istotny dla naszego śledztwa. I tutaj ekspertyza, aż mi wyskoczyła. Wyciąg z konta bankowego! O matko z córką. Dobra, ten zegarek wygląda na coś drogiego. Tylko teraz tak: czyje to by mogło być konto bankowe? Bo jesteśmy, przypominam, u antykwariusza. On dużo antyków ma u siebie, nie? Nie, w sumie nie musi mieć w domu ich.
Chyba że to będzie jego wyciąg z konta. Tylko co ten zegarek? Co to może być, cholera? To wszystko jest takie totalnie... Nie mam punktów zaczepienia. Motyw wody, syreny, trójząb, zegarek. Bo tu raczej wszystko mieliśmy. Tak myślę o tych lochach. Tam była ta figura anioła. Chyba że sam fakt, że ten zegarek wygląda na bardzo coś takiego kosztownego i wygląda jakby był ukryty na tym poddaszu.
Chyba że pójdziemy w coś takiego, że podobnego typu dekoracje były w tym tunelu i że może być podejrzenie, że on został skradziony. A może ten antykwariusz tak na tym polegał? Tak dołączył do bractwa i podkradał antyki ze skarbca. Dobra, ale tego nic nie zwiastowało wcześniej. To by mogło być w sumie ciekawe, takie backstory tej postaci. Wyciąg z konta bankowego. I tutaj że on wcześniej dostał ten hantelek, że nie wiedział co to, po co to. Dokąd by mogły nas te wyciągi doprowadzić w sumie? Chyba że dostał jakąś kwotę. Chyba że na podstawie tego wyciągu ustalimy, że ten zegarek, że na przykład tam była pozycja: bardzo wysoka kwota i podpisana jako złoty zegar trójnożny.
Tylko pytanie, czy on go kupił? Nie, sprzedał. Tylko dlaczego ten zegarek by był na strychu wtedy? Bo w sumie to mógłby być jakiś poszukiwany antyk, jakiś legendarny zegar dla jakiegoś kolekcjonera. Przelew z banku na Kajmanach. Kurczę, nie wiem. Uparłam się na ten kapelusz. Może oni znaleźli jakiś karton, gdzie był ten kapelusz z piórkiem i ten zegar. Tylko dlaczego by to w ogóle zwróciło uwagę? W sumie nie każda poszlaka musi tutaj coś nam dawać.
Do tej pory też się zdarzały takie, które gdzieś nas doprowadziły. Mieliśmy tę butlę, która doprowadziła nas do przejścia, żelazko do chusteczek. Strzykawka poniekąd doprowadziła nas do tego śladu buta. Właśnie, a ślad buta? Ślad buta z miejsca zdarzenia. Czyli mieliśmy ślad buta i w garażu, i ten fragment tego śladu był na miejscu zbrodni i on był tożsamy. Dobra, jak teraz tutaj włożę kolejny raz tego samego buta. Albo właśnie może tu będzie but. Nie wiem. Nie będę chyba wymuszać tego buta tutaj.
Wyciąg z konta. Dobra, to po prostu zróbmy tak, że był jakiś antyczny zegar za naprawdę grube miliony monet. I to było w kartonie z tym kapelutkiem. Może to było przygotowane do wysyłki, ale tak aż nie pasowało, bo tu raczej takie były u góry rupiecie, a tutaj takie coś wyglądające na bardzo kosztowne, jak się później okazało. Kurczę, to taka mała fortuna i była tak porzucona między śmieciami na strychu. Dobra, na siłę nie będę kminić. Zobaczymy następną lokację, bo w sumie to musi nas doprowadzić do jakiejś lokacji, więc zobaczymy, czy coś tutaj mi nie przyjdzie do głowy innego. Dobra, uwaga. I ta lokacja. Kurde, nie uwierzycie.
O jasna cholera! Aż przestanę wierzyć w losowość tych kart, wiecie? Dobra, już się z wami dzielę. Wyobraźcie sobie, że ta karta, tak jak wcześniej wspomniałam, jakoś nie ogarnęłam, że karty z tej gry są zdublowane. I ja faktycznie teraz zobaczyłam, że chwyciłam trochę z puli, nie wzięłam całej talii. Ale to dobrze, w sumie dla nas dobrze, bo wyobraźcie sobie, że lokacja, do której doprowadził nas zegarek, to jest ukryty pokój dziecięcy w tej rezydencji starej. Dokładnie ten sam, ta sama karta z tym samym pokojem. I właściwie dobrze, że ona teraz wypadła, bo teraz dopiero patrzę, że tam przecież na regale stał złoty zegar. Co prawda to nie ten sam zegar, bo ten na trzech nóżkach jest ten znaleziony, a tamten jest jak taki budynek. To w ogóle jest chyba taka imitacja budynku.
Zaraz się przyjrzę. Mamy tutaj dwie takie kolumny antyczne, na których są posągi. Nad tym jest taka kopuła, jakby w środku budynku była wmontowana tarcza. Niemniej to jest złoty zegar, więc może faktycznie ten zegar skojarzy się naszemu śledczemu, ten nowy. Przypomni mu się o tym zegarze z pokoju dziecięcego. że wyglądał na dzieło podobnego autora. Teraz pytanie, szukałam podobieństw, że może ta sama godzina, ale nie. Wracamy do pokoju, żeby się upewnić, czy to jest ten sam zegar. Bo właściwie skoro się właściciel posesji podobno, rzekomo, bo dalej jest w śpiączce, ale podobno się przyjaźnił z antykwariuszem, to właściwie mógł mieć ten zegar albo mógł ten zegar oddać czy sprzedać. A może antykwariusz ukradł ten zegar z posesji?
Zaraz w takim razie odkrywamy ostatnią poszlakę tego śledztwa. Coś, co znajdziemy w tym pokoju po powrocie do niego. Ale nam się piękna klamra robi, aż jestem zachwycona, bo wcześniej ten pokój był taki gdzieś tam mało związany ze śledztwem, a teraz wracamy do niego. Odkrywamy kolejny i ostatni artefakt tego śledztwa. I tym artefaktem jest widelec. Taki widelec, czekajcie, nie pamiętam, do czego one były. Dwa zęby ten widelec ma i on jest taki bardzo długi. Nie do steku. A może i do steku były takie dziobate, ale nie aż takie. To jest w ogóle bardziej może do nabijania jakichś przekąsek.
Jak mamy na drugim końcu stołu prawie oliweczkę, to cyk, takim zębom żadna oliweczka nie odmówi. Ale okej, taki ekskluzywny, złoty, bardzo ładnie rzeźbiony antyczny widelec o dwóch zębach. Totalny odpał. Jaki to może mieć związek tutaj? Czemu ten widelec? Chyba że go zakrwawimy albo coś. Odwracamy, bo już jest wylosowane, ekspertyzę i może to nas gdzieś naprowadzi. Billing rozmów telefonicznych. Okej, billing. Wcześniej poniekąd sięgnęłam do tego smartfonu, że ostatnie wybierane połączenie, smartfon ofiary, więc ostatnie połączenie do tych fotografów.
Teraz jaki związek billing miałby mieć z tym widelcem? Albo w jaki sposób widelec naprowadzi nas na billing? Ale z drugiej strony może tutaj sięgnijmy po billing telefoniczny właściciela posesji. Tylko teraz widelec. Czemu widelec? Wcześniej mieliśmy kuchnię. Znaczy właściwie tą butlę z tym azotem. Ciekły azot to był? Przypomnę, na miejscu zbrodni były też ślady wózka, znaczy ślady opon i okazało się, że to był wózek przemysłowy, na którym ktoś przewoził. Śledczy poszli za tymi śladami i właśnie w kuchni czy przy drzwiach do kuchni znaleźli odstawiony ten wózek, na którym stała butla z ciekłym azotem.
Tutaj oczywiście wszystko wskazuje na to, że dokładnie ta butla, ten azot zostały użyte do zamrożenia ciała ofiary, dzięki czemu mogło zostać tam w tym archiwum poćwiartowane i wiadomo, tej krwi było mniej i potem to przenieśli do kominka. Zresztą same ślady tej butli naprowadziły właśnie na tajne przejście do tego archiwum, ponieważ ślady wózka tak jakoś nagle bez sensu kończyły się przy ścianie samej. Więc może tutaj jakiś trop z tą kuchnią. Tylko teraz właśnie czy ten widelec by nie był zakrwawiony? Myślę o tym zakrwawionym widelcu, ale nie wiem, czy to ma sens. Chyba że w tym zegarze będzie ukryty widelec, ale bez sensu. No nie wiem, czegoś mi tu brakuje. Patrzę jeszcze po tych różnych lokacjach, bo dalej ta strzykawka nie jest wyjaśniona. Tu by się przydało tak naprawdę wrócić tą strzykawkę z laboratorium. A tak naprawdę to po prostu technicznie musiałabym podjąć decyzję, co było w tej strzykawce.
Chyba że faktycznie pójdziemy... Biały mak, strzykawka. Chyba że to by służyło w jakimś procesie. Nie no, wiecie, jakieś oksydowanie sztućców czy tam jakichś metali. Nie no, nie, to nie tak. Dobra, nie, tak sobie gadam. Bardziej pomyślałam o jakimś procesie związanym z obróbką metalu czy jubilerstwa, ale nie wiem, gdzie tam byśmy mogli włożyć jakieś kości czy tam zmiksowane zęby. Myślę, że jakiś rytuał, ale ten widelec mi tu, kurde, po prostu pasuje jak świnie siodło. Pokój dziecięcy. Tutaj były te chusteczki.
No chyba że zrobimy coś takiego, że ta biała substancja będzie się przewijała jednak na jakichś przedmiotach. Dobra, bo znowu uciekam myślami dalej do tego śledztwa, jak to wszystko łączyć. Żeby się dowiedzieć, czym jest biały mak, musimy gdzieś ten mak, cudzysłów, tą zawartość pakunku gdzieś wysypać albo gdzieś musi się znaleźć pakunek. Może. Bo w tym zegarze pomyślałam, żeby coś ukryć w zegarze, ale one były ukrywane w rybach. A czy to nie jest widelec do jedzenia ryby, moi drodzy? Może pójść w tym kierunku? Może na tym widelcu będą fragmenty ryby, którą ktoś rozdłubał, żeby wyjąć z niej ten pakunek? Bo tak o tych rybach zapomniałam. Czyli ktoś mógł ten widelec tutaj zostawić.
Więc nasz detektyw przyszedł obejrzeć ten zegar albo zobaczył, że kurz jest, bo ten pokój był nieużywany. Mówiłam wam o tym. Więc może zobaczył, że za tym zegarem na regale gdzieś tam jest kurz tak dziwnie strzepnięty, jakby ktoś coś przetarł ręką i odsunął regał, i za regałem był widelec z fragmentami spreparowanej ryby z łuskami. Więc to oddali do badań. I wtedy by się przydały, jak już widelec, to odciski palców, nie? Tak samo był sekator do badań, więc może na tym sekatorze będą te same odciski palców. Na przykład na sekatorze był szczątkowy. Może ofiara sama go wyjęła. Lekarze. Kto tam myślał, że to jest jakieś narzędzie nie wiadomo jakie.
Dobra, przecież było wbite w człowieka, to musieli to zabezpieczyć. Ale na przykład mieli tam tylko fragment odcisku, a tu mieli pełny odcisk. I teraz gdzieś jeszcze musielibyśmy może ten odcisk dać, żeby powiązać to wszystko. Chociaż to i tak już wskazuje na to, że to wszystko jest ten morderca. Tylko jak nam to pomoże go ująć? Jeszcze te billingi rozmów i ten widelec. Dokąd mógł właściciel w takim razie dzwonić? Moglibyśmy obudzić właściciela, ale ja już chciałam kończyć śledztwo, żeby nie dokładać żadnych już lokacji czy kolejnych przesłuchań. Dlaczego mielibyśmy teraz do nich dostęp? Ale to by nam też dużo powiedziało, żeby sprawdzić billingi właściciela w dzień śmierci naszej ofiary i w dzień, kiedy usiłowane było morderstwo też na nim.
I teraz ostatnia rozmowa telefoniczna. Widelec. Czyli ostatnie połączenie by było wykonane do mordercy. Wiecie co? Może na tym zatrzymajmy, bo prawdę mówiąc, dopiero w następnym odcinku rzucę tą kością i dowiemy się, kto był mordercą, więc dowiemy się, do kogo dzwonił. Tylko że teraz sama sobie trochę strzeliłam w kolano. I tak, i nie. Bo chodzi o to, że teraz pomyślałam, żeby ustalić świadków, których mieliśmy, żeby oni byli podejrzanymi tutaj. Bo właściwie nikt inny nie brał jakoś takiego czynnego udziału. Ale jednym ze świadków jest ten nasz właściciel w śpiączce.
Równie dobrze ktoś inny mógł z jego telefonu zadzwonić. Dobra, nic na siłę. Jak dowiemy się, kto jest sprawcą i będę i tak musiała wymyślić, wylosuję karty. Myślę, że sięgnę wtedy faktycznie może po karty z „Klubu Detektywów”, żeby tak było kreatywniej, ciekawiej, kolorowej. Pomyślę jeszcze nad strukturą motywu, bo może go sobie podzielę na jakieś działy. W zależności od tego, kto nam wyjdzie w grze, dobiorę wtedy, do kogo zostało zadzwnione i przez kogo. Bo jeżeli się okaże, że telefon został wykonany sam do siebie, to też jest podejrzane. Dobra, bo już i tak mamy czas taki standardowy. Ja nie wymyślam dłużej. Na tym zakończymy dzisiaj.
Mamy już wszystkie poszlaki. Teraz będę musiała z tego wszystkiego coś poskładać, jakieś logiczne podsumowanie za tydzień. Nie mogę się już doczekać. Powiem szczerze, najchętniej to bym już rzuciła tą kością, ale solidarnie poczekam razem z wami ten tydzień, jak będę nagrywać kolejny odcinek. Jejku, ale fajna historia. Postaram się też może troszeczkę już zrobić pracy poza anteną, że tak powiem. Spróbuję podjąć jakieś decyzje w kwestii symboli czy w ogóle tego, jak funkcjonuje to bractwo, żeby się trochę też tymi pakunkami zająć. Postaram się może naszkicować jakieś te wzory i wrzucić w grafikach tam na fanpage'u. Dlatego was serdecznie zapraszam, żebyście sobie zajrzeli. I co?
Ja się z wami żegnam na dziś. Niezmiennie życzę mocy, inspiracji. Po prostu mam taką cichutką nadzieję, że wkręciliście się razem ze mną w tą historię. Powiem szczerze, że mam ogromną ochotę to spisać, ale faktycznie, żeby to spisać tak porządnie, to będę potrzebowała podjąć trochę decyzji fabularnych. Ale jest super. Dobra, bo już odpływam. Trzymajcie się zdrowo i żeby wam się wiodło. Pa, pa, pa!
[04:41:21] - Odrobina literatury. W tym odcinku zaczniemy, proszę państwa, od "Gości z Marsa". Tydzień temu zaprezentowałem odcinek pierwszy, czytany przez Redę Haddada. No i cóż, proszę państwa, jak był odcinek pierwszy, to naturalną koleją rzeczy musi się pojawić odcinek drugi. Trochę państwo narzekali, że tak krótko było. Cóż, tak się wtedy pisało. Te rozdziały były dosyć krótkie. Dzisiejsze wydanie "Gości z Marsa" też nie będzie specjalnie długie, ale myślę, że zacznie państwa wciągać w tę historię. Od razu powiem, że tych odcinków będzie jeszcze sporo. Być może jak państwo napiszą, że to się państwu podoba, bo to w końcu Ramotka.
To już nie ukrywajmy, to ma ponad 100 lat. Ale jeśli się to państwu podoba, to zastanowię się, skonsultuję się, przemyślę i być może zintensyfikujemy nadawanie "Gości z Marsa". A tymczasem zapraszam na odcinek drugi.
[04:42:40] - Władysław Stare. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Haddad.
[04:43:03] - Parowiec Atlantis, 28 sierpnia 1892. Za kilka godzin staniemy w Port Said, skąd będę mógł wysłać list niniejszy. Zdawało się, iż z oceanu nie ma o czym pisać, zwłaszcza kiedy człowiek nie ma wcale zamiaru opisywać wrażeń odniesionych w czasie podróży morskiej. A jednak i stąd mogę donieść o niektórych ważnych okolicznościach tyczących się właśnie spraw, dla których podróż odbywam. W Liverpoolu istotnie zaledwie otrzymałem 205 kajutę na moim parowcu, chociaż tego dnia odjechało pięć okrętów do Australii. Odkąd odbywają się na naszych oceanach podróże, jeszcze chyba nie widziano takiego natłoku ludzi udających się do Australii. Jeszcze nigdy nie wypływało tyle okrętów codziennie do najnowszej części świata. Z 250 pasażerów jest przynajmniej 150 udających się do Australii celem zapoznania się z mieszkańcami Marsa. Nie dziw więc, że rozmowa w ciągu całego dnia toczy się tylko około tych pozaziemskich gości. Moi towarzysze tworzą kwiat inteligencji, a składają się nań wszystkie cywilizowane narody środkowej i zachodniej Europy.
Całymi więc dniami rozbieramy krytycznie ten wypadek, jedyny w swym rodzaju, który poruszył wszystkich, o którym nie śniło się nikomu dotąd z ludzi, o którym nie zamarzył nawet Flammarion ani Verne. I ja mam widzieć ich. Mam ich słyszeć. Tych gości z obcej planety. Co chwila muszę uszczypnąć się w ramię, aby być pewnym, że to nie sen, ale rzeczywistość. Pomimo że fakt sam nie ulega już wątpliwości, choć tak nieprawdopodobny. Zauważyłem jednak już z telegramów odczytywanych w Londynie, a przekonuję się o tym bardziej jeszcze, że nauka, wiedza nasza nie odniesie prawdopodobnie z tego wypadku tych korzyści, jakich by się spodziewać należało. Mówią, iż wątpliwym jest bardzo, aby udało się Marsjan utrzymać dłuższy czas przy życiu, bo mają być zbyt delikatnego zdrowia. Wprawdzie uczeni australscy wysilają swój umysł, by im byt jak najdłużej zabezpieczyć. Wprawdzie zdołano już porozumieć się z nimi, jednak odpowiedzi mają być jakieś niezrozumiałe, niejasne.
Marsjanie używają bowiem zwrotów, słów, znaków, których nikt nie umie ani pojąć, ani wytłumaczyć. Ogólnym jest dotąd przypuszczenie, że cywilizacja na Marsie musi stać jeszcze na bardzo niskim stopniu. Mieszkańcy tej planety muszą być jeszcze ludźmi bardzo zacofanymi i o naszych stosunkach żadnego nie mieć pojęcia, kiedy wzajemne porozumienie się jest tak trudnem. Na dowód tego twierdzenia przytaczają, że przecież Europejczyk porozumiewa się, i to w bardzo krótkim czasie, z Peszerą i Buszmanem, plemionami najniższymi na Ziemi pod względem rozwoju umysłowego. Zdoła nawet zwierzęta wyuczyć, aby rozumiały jego wolę. Gdyby więc Marsjanie stali wyżej od zwierząt, to z pewnością porozumienie się wzajemne powinno być bardzo łatwem. Wprawdzie pozornie sprzeciwia im się temu okoliczność, iż goście nasi mają być wyjątkowo pięknymi ludźmi kształtów ciała bardzo wdzięcznych. Jednak tłumaczą to sobie znowu tem, iż na Marsie rozwój fizyczny przewyższa zapewne znacznie rozwój umysłowy. Rozumie się, iż słyszałem i czytałem wiele innych szczegółów dotyczących tego wypadku, ale muszę je zachować na przyszłe listy, głównie z tego powodu, że szczegóły te tak są pogmatwane, niejasne, tak sprzeczne z sobą, iż uważam za najlepsze odłożyć je do czasu, dokąd będę mógł je sprawdzić na miejscu.
[04:47:14] - Władysław Satger. Goście z Marsa.
[04:47:25] - Czyta Reda Paweł Hadar. Nie było, proszę państwa, żadnych recenzji w tym odcinku. To czas to po prostu nadrobić. A zatem zapraszam na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj powieść „Apeirogon”. Czy państwo wiecie, czym jest apeirogon? Odpowiedzcie sobie państwo. Wiecie? Nie wiecie? Wiecie?
Nie wiecie? Zapraszam państwa na „Labirynt książek”. Colum McCann i Mirosław Gołuński. Może z tej audycji dowiecie się państwo, czym jest apeirogon. To taka figura. Dobra, sami państwo się przekonacie.
[04:48:47] - Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy państwo macie czas i ochotę wysłuchać mojego zaproszenia do „Labiryntu książek”. Właściwie chciałem zacząć inaczej. Zwykle jest tak, że zapraszam państwa do terenów znanych mniej lub bardziej rozpoznanych przeze mnie, do korytarzy, które łatwo w jakikolwiek sposób, ale jednak opisać czy nadać im nazwę. Dzisiaj chcę mówić o książce, która mną po prostu wstrząsnęła. Trudno mi ją nazwać, bo autor Colum McCann pisze o niej w posłowiu powieść. Ale to nie jest powieść. To coś znacznie więcej. I nie dlatego, że „Apeirogon”, bo o tym tekście chcę dzisiaj mówić w bardzo dobrym tłumaczeniu Agi Zano. Nie dlatego, że ta powieść jest przepiękna literacko, że płyną z niej aksamitne słowa.
Zupełnie nie dlatego. Przede wszystkim „Apeirogon” to powieść bardzo prawdziwa czy opowieść bardzo prawdziwa. To historia rodem z koszmarów. Koszmarów każdego rodzica. A sam jestem rodzicem. Ale też opowieść o przezwyciężaniu traumy, przezwyciężaniu uprzedzeń, o poszukiwaniu pokoju. Apeirogon to figura o nieskończonej policzalnej liczbie ścian. Takie matematyczne dziwadło. Tytuł jest jak najbardziej sensowny i sprawdza się idealnie w tej książce. Ale po kolei.
Bassam to Palestyńczyk urodzony w jaskini koło Hebronu, wychowany przez pobożną muzułmańską rodzinę. Jako siedemnastolatek rzucał kamieniami i nie tylko w Izraelczyków, za co trafia na siedem lat do więzienia. Jego szczególną cechą wyróżniającą jest to, że ma ślady po polio. Kuleje. Po wyjściu z więzienia, to są lata 90., żeni się i ma sześcioro dzieci, wśród nich Abir. Remi to Żyd, jak sam o sobie określa absolwent Holokaustu. Grafik. Brał udział jako powołany do wojska w trzech kolejnych wojnach z Palestyńczykami. Po którejś kolejnej żeni się, ma czworo dzieci, wśród nich córkę Smadar. Właściwie powinienem zacząć od niego, bo jego córka zginęła wcześniej.
Jego córka zginęła w 1997 w samobójczym zamachu palestyńskich terrorystów. W tym samym roku, w tym samym szpitalu urodziła się Abir. 10 lat później 10-letnią Palestynkę dosięgła gumowa kula wystrzelona przez 18-letniego żołnierza z przejeżdżającego jeepa. Dziadek Smadar, bo to ważne, czyli dziadek Żydówki ze strony mamy był generałem, jednym z architektów państwa Izrael, a potem pacyfistą, który rozmawiał z Arafatem. Na szczęście umarł dwa lata przed śmiercią ukochanej wnuczki. Spoczęli w tym samym grobie. To historia o tych dwóch mężczyznach przede wszystkim, ale nie tylko o nich. Bassam i Remi spotkali się w organizacji przeciwstawiającej się wojnie w Izraelu, wojnie domowej. Razem zjeździli pół świata, by opowiadać o tym, co ich spotkało i wspólnie, będąc braćmi nieszczęściem, walczyć o pokój. To opowieść, która mnie, nałogowemu czytelnikowi, który nie cierpi czytać efektywnie, bo takie czytanie zwyczajnie mnie irytuje, chciało się ryczeć, gdy czytałem dwa centralne fragmenty książki będące zapisem tysiące razy opowiadanej przez dwóch jej bohaterów historii o nich i o ich córkach.
Gól stawiał mi w gardle. Moja córka ma 17 lat. Za kilka miesięcy skończy 18 i na szczęście żyje w kraju, w którym przynajmniej nie strzela się do ludzi. Mam nadzieję, że to się nie zmieni. To uświadamia, że w różnych miejscach na świecie może być gorzej. Tak po prostu. To oczywiście książka, która jest szeroka, gruba. Składa się dokładnie z 2001 fragmentów. Od 1 do 1001 i potem w dół do 1. Splata się tam bardzo wiele rzeczy.
Splata się tam cudowna przyroda Izraela, terenów Izraela i Palestyny. Mało kto wie, że to jeden z głównych traktów migracyjnych ptaków afrykańskich, które potem przylatują do Polski, na przykład bociany. To również opowieść o życiu w Izraelu po obu stronach muru. To opowieść o tym, jak Izraelczycy gnębią Palestyńczyków, a Palestyńczycy się bronią. Gnębią, bo przygody Bassama w więzieniu to nic przyjemnego. Kończyło się pobiciami, omdleniami. Ale Bassam wytrwał. Bassam siedząc w więzieniu zaczął czytać o Gandhim. To wtedy zrozumiał, że walka nie ma sensu. Wtedy zrozumiał, zanim córka mu się urodziła i zginęła, że przemoc może rodzić tylko przemoc.
I gdy zginęło jego dziecko, potrafił nie tyle wybaczyć. Paradoksem jest to, że jako pierwszy zdecydował się na cywilny proces przeciwko państwu Izrael i wygrał. Pasjonujący jest opis tego procesu wewnątrz tej książki, ale tak naprawdę tę opowieść powinno czytać się w szkołach. Nie dlatego, że jest świetna literacko, bo tak naprawdę nie o literackość w niej chodzi, chociaż oczywiście jest bardzo dobra. Ale gdy po kolejnym wystąpieniu poznajemy powrotną drogę niemal 70-letniego Bassama, który musi przejechać posterunki izraelskie, dopalimy z nim papierosa, a potem on wstępuje na ganek swojego domu i w rozmowie z żoną wymieniają się uwagami z dnia. To zwyczajnie boli, bo ma boleć. Po śmierci córki Bassam wyjechał do Bradford, by skończyć studia z Holokaustu. Nie by poznać wroga, ale by zrozumieć, dlaczego jego córka zginęła, a on nie może żyć normalnie. I takich momentów w tej książce jest bardzo wiele. I nagle te ptaki stają się absolutnie zrozumiałe.
A gdy synowie Bassama i Remiego stoją ramię w ramię, są niemal rówieśnikami, by opowiedzieć o śmierci swych sióstr, to znowu o czymś się pocą. Trudno o lepszy tytuł niż „Epeiregeon”, bo Izrael, Palestyna czy Palestyna, Izrael to nieskończenie wiele odbić i obrazów, zarówno z geograficznego obszaru tego świata, jak i w Bradford i w Waszyngtonie, w którym Bassam mówi w twarz senatorowi Kerry'emu: „Przykro mi, proszę pana, ale zabił pan moją córkę”. Kerry przyjmuje to, a zdjęcie Abir podobno cały czas stoi w jego gabinecie. To miłość, nienawiść, kolejne etapy żałoby. To zemsta i muzyka, gniew i przebaczenie i wszechobecna okupacja. Okupacja, której nigdy tak bardzo nie poczułem w jej codzienności, oczekiwaniu, strachu, bezradnym gniewie, biciu, molestowaniu. Nie tylko w więzieniu, ale także przy każdym przekraczaniu punktu granicznego. Jeżeli ktokolwiek chciałby wiedzieć, jak wyglądało życie w okupowanej przez hitlerowców Polsce, tak! Przy wszystkich różnicach to dobry przykład, bo strach jest oczywiście z obu stron. Bo to nie jest tak, że Izraelczycy się nie boją.
I te dwie strony w tej książce opowieści, historii dostajemy. Bo też ta książka to opowieść o próbie normalnego życia w piekle. Nie, to nie jest ani oskarżenie Izraela, ani usprawiedliwienie Palestyny. To jest głośne, wyraźne oskarżenie przemocy, oskarżenie polityków zarządzających strachem, bo ciągle się mówi o tym, że politycy kłamią. Jest tam taka niezwykła scena. Gdy zginęła Smadar, do żony Remiego zadzwonił Netanjahu, bo była jego koleżanką ze szkoły. Zadzwonił, bo chciał przyjść. Znacie to. Chciał ugrać kilka punktów lansu na trupie dziecka. Dobrze to znamy, prawda?
Ona kazała mu się wynosić. Choć w żydowskiej żałobie każdy może odwiedzić dom zmarłej. Przewinęło się tysiące ludzi, ale Remi i jego żona i ich dzieci wiedzieli już wtedy, że to jest ich, a nie polityków ból. Pewnie, że Bassam marzył, by śmierć spotkała chłopca, który zabił jego córeczkę. Któż z nas o tym by nie marzył? Któż z nas odmówiłby sobie przyjemności zobaczenia martwego zabójcy własnego dziecka? Ale on potrafił wznieść się ponad własny gniew. Nie wiem. Nie wiem, czy potrafiłbym wybaczyć. On nie wybacza, ale nie wiem, czy potrafiłbym, gdybym miał okazję, gdyby cokolwiek złego spotkało moje dzieci.
Nie wiem. Jak państwo widzicie, to książka, która wymusza bardzo trudne decyzje, która jest opowieścią o cierpieniu, która jest żałobą, a jednocześnie próbą wyjścia z tej żałoby. Remi i Abir są dziś już bardzo wiekowymi ludźmi. Ich synowie podjęli trud i teraz oni opowiadają o swoich siostrach. Jest w tej historii autentyczna opowieść o chodzącym po linie Francuzie, który rozciągnął linę kilkanaście metrów nad ziemią, nad murem między Żydami a Palestyńczykami i wziął ze sobą ptaka, bo chciał go wypuścić. Wiecie, w takim podrasowanym geście, który na pewno dobrze by się sprzedał w mediach. Ten ptak o mało go nie zabił, bo gdy w pewnej chwili przechodząc, będąc w połowie drogi, wyjął go z kieszeni i próbował go puścić, ptak nie zamierzał odlecieć. Co gorsza, najpierw usiadł na linie i ją rozhuśtał, a jak już mu się znudziło, to wylądował na tej równoważni, którą wędrujący po linie się asekuruje. A to była jego jedyna asekuracja, bo on szedł bez zabezpieczeń i przelatywał z jednego na drugie. Nawet te parę gram mogło zaważyć na jego życiu.
Ale ta trudna równowaga, bo historia „To przejście” dobrze się kończy, jest opowieścią, która jest centralnym punktem tej książki. Powieścią o transcendentnym przekroczeniu własnego bólu po to, by móc o tym bólu opowiadać. Po to, by móc patrzeć na świat z podniesionym czołem i myśląc o własnych dzieciach, również tych nieżyjących, być otwartym na drugiego człowieka. To bardzo trudne, ale też bardzo ważne. Dziękuję bardzo.
[05:00:28] - Proszę państwa, znowu czas na literaturę, bo w końcu „Bibliotekarium”, w końcu książki. Do czegoś to zobowiązuje. Zapraszam państwa zatem na opowiadanie, literaturę, która została zaczerpnięta z archiwum ABW. Zapraszam zatem na opowiadania, które mieliśmy przyjemność, żeby nie powiedzieć zaszczyt, gościć na antenie antologii „Bibliotekarium”. Jak to odmienić? Warsztatów? W każdym razie na antenie ABW. Zapraszam. Trochę fajnej literatury.
[05:01:17] - Tomasz Andrzejewski, „Koniec”. Dzień jak co dzień. Pobudka o 5:00, jajecznica ze szczypiorkiem na śniadanie, mocna kawa, potem szybki prysznic i chwila na dobór odpowiedniego stroju. Sandra, 27-letnia pracownica kancelarii adwokackiej, wiodła bardzo uporządkowane życie, póki co niezakłócone przez męża, dzieci, czy choćby złotą rybkę. Pomimo że 25. urodziny świętowała już dawno, założenie rodziny wciąż postrzegała jako błahostkę, z którą nie musi się jeszcze spieszyć. Wypełniwszy wszystkie swoje poranne rytuały w ciągu niecałych 30 minut, mogła wreszcie wyjść z wymarzonego parterowego domu położonego na przedmieściach i wsiąść do kompaktowego forda. Przekręciła kluczyk w stacyjce, wrzuciła wsteczny i wyjechała na wąską osiedlową ulicę. Droga do pracy zajmowała jej przeważnie około godziny. Postanowiła, że tego dnia umili ją sobie słuchaniem radia.
Spiker powitał wszystkich słuchaczy w ten przepiękny czerwcowy ranek, po czym przeszedł do wiadomości ze świata. Sandra, dowiadując się o klęsce suszy w jakimś odległym kraju, którego nie potrafiłaby nawet wskazać na mapie, skręciła w drogę główną prowadzącą do centrum miasta. Mijane domki wkrótce zostały zastąpione okazałymi blokami i wieżowcami górującymi nad trzypasmową jezdnią zapełnioną setkami małych aut oraz tramwajów wożących ludzi do miejsca ich pracy. Będąc mniej więcej na półmetku trasy, a zatem niemal w samym środku śródmieścia, kobieta musiała zatrzymać samochód przed jednym z niezliczonej liczby skrzyżowań. Cierpliwie czekała, aż sygnalizator świetlny, elektroniczny pan komunikacyjnego krwiobiegu metropolii, łaskawie zmieni kolor na zielony. Jednakże tym razem trzybarwny król, zamiast wydać kolejny werdykt, po prostu zgasł, oddając władzę nad ruchem ulicznym w ręce chaosu. Dokładnie w tej samej sekundzie spiker w radiu zamilkł, a jego aksamitny głos zastąpiony został przez głośne trzaski. Coś się stało. Kierowcy kolejno wychodzili z pojazdów, nieświadomi tego, że pozbawiona prądu została nie tylko ta jedna dzielnica, w której mieli nieszczęście się znaleźć. Energii zabrakło w całym mieście.
„Co u licha?” mruknęła pod nosem Sandra. Jej dłoń miała już powędrować w kierunku klemki, gdy pierwszy wstrząs, niczym dreszcz lęku, przebiegł ulicami, krusząc asfalt i kołysząc ścianami budynków. Trwało to krótko. Zbyt krótko, aby krzyknąć ze strachu czy z zaskoczenia. Zamiast panicznych wrzasków wszędzie wokół zawyły alarmy zaparkowanych na poboczu aut. Zanim kobieta zdążyła podjąć jakąkolwiek decyzję, potężna, niewidzialna siła przetoczyła się przez miasto, wyrzucając w górę na wysokość kilku metrów wszystkie nieprzytwierdzone do podłoża obiekty. To znowu trwało tylko chwilę. Mały ford prowadzony przez Sandrę obrócił się w powietrzu do góry kołami, a następnie spadając, uderzył dachem o jezdnię. Wszystko przy wtórze odgłosów giętej blachy oraz pękających szyb. Pasy bezpieczeństwa gwałtownie zacisnęły się na klatce piersiowej kobiety i wycisnęły jej całe powietrze z płuc.
Przed zielonymi oczami Sandry zatańczyły wielkie ciemnobrązowe plamy, które bardzo szybko zajęły całe pole widzenia. Potem była już tylko ciemność. Kiedy odzyskała świadomość, wciąż wisiała głową w dół, przytwierdzona pasami do samochodowego fotela. Czuła ciepłą wilgoć ściekającą po czole, a kiedy przetarła to miejsce dłonią, zobaczyła na palcach krew. „Pomocy!” zaczęła krzyczeć z całych sił. „Jest tu ktoś?” odpowiedziało jej milczenie. To było naprawdę dziwne. Przecież była w centrum wielkiego miasta. Oszołomiona wypadkiem dopiero teraz spostrzegła, że na zewnątrz auta jest już prawie ciemno, jakby zapadał wieczór. Czyżby była nieprzytomna aż kilkanaście godzin?
Jedno wiedziała na pewno: musi poradzić sobie samodzielnie. Z dużym trudem wyswobodziła się z pasów, po czym solidnym kopniakiem wypchnęła popękaną przednią szybę i wypłazła z wraku pojazdu. Całą ulicę pokrywały porozbijane samochody oraz fragmenty potłuczonych szyb, które powypadały z okolicznych biurowców. Asfalt w wielu miejscach czerwienił się plamami zaschniętej krwi. Choć Sandra nigdzie w okolicy nie spostrzegła ani zwłok, ani też żywych ludzi. Zarówno przydrożne lampy, jak i okna budynków nie dawały jakiegokolwiek światła. Nie było jednak zupełnie ciemno. Na całe miasto biła z góry delikatna, ciemnopomarańczowa łuna. Kobieta uniosła głowę, chcąc dojrzeć źródło blasku. Widok tak ją zaszokował, że prawie upadła z wrażenia na kolana.
Setki metrów ponad dachami budynków unosiła się, niczym lustrzane odbicie, wierna kopia metropolii. Sandra mogła w niej dokładnie rozpoznać, jak z lotu ptaka, rozkład wszystkich znanych jej ulic, placów czy skwerów. Istniała jednak jedna różnica. Tamto miasto płonęło. Ogień otaczał każdy pojedynczy obiekt, począwszy od zniszczonych aut, przez okazałe bloki mieszkalne, aż po najwyższe wieżowce. Płomienie buchały intensywnie ze wszystkich wybitych okien, wyciągając łapczywie swe długie jęzory w kierunku przerażonej kobiety stojącej daleko w dole. Wpatrywała się w ten kasandryczny obraz przez dobrych kilka minut, nim zauważyła, iż gorejące ruiny powoli, acz metodycznie obniżają się i już niedługo szczyty najwyższych wież wpadną na siebie, zgniatając górne piętra. To tylko kwestia czasu, aż ulice jej rodzinnego miasta zderzą się ze swoim upiornym odbiciem, miażdżąc wszystko, co jest pomiędzy nimi. Niespodziewanie usłyszała rozlegający się całkiem blisko przeciągły męski krzyk. Nie brzmiał jak wołanie o pomoc.
Bardziej jak wrzask potwornie cierpiącego człowieka. Sandra szybko odwróciła się i pobiegła w stronę, z której dobiegł głos. Dotarła na skrzyżowanie i skręciła w lewo, w stronę leżącego w poprzek drogi rozbitego autobusu. Przykucnęła tuż przy jednym z kół pojazdu. Wcale nie miała pewności, czy chce ruszyć nieznajomemu na ratunek. Nigdy nie uważała się za tchórza, ale teraz, gdy cały świat stanął na głowie, rozsądek nakazywał jej dokładne rozważenie każdego kroku. Nieszczęśnik krzyknął po raz kolejny, lecz tym razem brzmiało to bulgotliwie, jakby miał w ustach pełno wody. Kobieta zagryzła wargę z emocji i wyjrzała ze swej kryjówki. Dostrzegła mężczyznę wiszącego ponad ziemią. Ubranie na nim przesiąknięte było krwią.
Sylwetka człowieka, pomimo ciemności, była doskonale widoczna, w przeciwieństwie do smolistej jak bezksiężycowa noc kreatury, która go dręczyła. Istota mierzyła co najmniej cztery metry. Proporcje jej ciała sugerowały, że jest chuda jak patyk. To było jednak złudzenie. Całą sylwetkę potwora zakrywał rodzaj długiego płaszcza z kapturem, który całkowicie przysłaniał twarz. Ten niezwykły ubiór wykonany został z dymiącego, poszarpanego materiału, który wyglądał, jakby przed chwilą został wyciągnięty z ogniska. Jedyną obnażoną część ciała bestii stanowiły ręce. Nieproporcjonalnie długie, kościste i wysuszone, zakończone wielkimi dłońmi o dwunastu palcach, z których każdy przypominał szablę wykutą z czarnego metalu. Potwór trzymał swą ofiarę dwa metry nad jezdnią, ściskając ją mocno w szponach, tak że ze wszystkich głębokich ran obficie buchała krew, która spływała następnie po koszuli i po dżinsowych spodniach do butów, a następnie ciurkiem na ziemię. Mężczyzna bez wątpienia był już martwy, a jego ręce bezwładnie wisiały wzdłuż tułowia.
Monstrum uniosło powoli trupa w kierunku swojej niewidocznej twarzy. Na krótką chwilę w panującej pod kapturem ciemności zalśniły długie zęby, które jednym kopnięciem szczęk rozerwały ciało nieżyjącego człowieka na pół. Sandra zerwała się na równe nogi i zaczęła uciekać. Uczyniła to jednak chaotycznie i bezmyślnie. Stukot butów uderzających o popękany asfalt oraz świst oddechu przerażonej kobiety zwróciły uwagę bestii. Natychmiast odrzuciła rozszarpane zwłoki mężczyzny, po czym ruszyła w pogoń. Gdy potwór dotarł do zagradzającego mu drogę autobusu, wyrzucił szablaste szpony przed siebie i bez trudu odepchnął na bok wielotonowy wrak. W chwili gdy Sandra dotarła do trzypasmowej ulicy, przez miasto przetoczył się drugi wstrząs. Był znacznie dłuższy i silniejszy niż pierwszy. Asfalt tuż pod nogami kobiety rozwarł się jak krokodyla paszcza, co zmusiło ją do rozpaczliwego skoku.
Tylko cudem schwytała palcami oddalającą się krawędź przepaści i zawisła całym ciężarem na jednej ręce. Kobieta zdawała sobie sprawę, że bestia może być tuż za nią. Z wysiłkiem odwróciła więc głowę. Potężne trzęsienie ziemi dosłownie rozdzierało miasto na pół, tworząc wyrwę zbyt głęboką, aby można było dostrzec jej dno. Stojące nad otchłanią wieżowce upadały w mroczną czeluść, rozsypując się na setki poszarpanych fragmentów stali i szkła. Tuż za nimi podążały dziesiątki samochodowych wraków. Jednak jakimś cudem ten malutki skrawek nawierzchni, którego uczepiły się palce Sandry, pozostawał stabilny. Nie tracąc ani chwili, złapała go oburącz i z wysiłkiem podciągnęła ciało. Wstrząsy ustały dokładnie w tej samej chwili, gdy kobieta stanęła znowu na twardym gruncie. Sandra zamiast uciekać, jak nakazywał rozsądek, obróciła się.
Dostrzegła, jak na upiornym brzegu szerokiej na niemal sto metrów rozpadliny upiorna kreatura szykuje się do skoku. Kobieta stała niczym zahipnotyzowana, podczas gdy potwór odbił się niewidocznymi nogami od krawędzi wyrwy i poszybował ponad pustką ze szponami wyciągniętymi do przodu. Dopiero gdy dystans pomiędzy łowcą a zwierzyną dramatycznie zmalał, ścigana odzyskała zdolność trzeźwego myślenia. Zaczęła biec, ile tylko miała sił w nogach. Nie oglądała się już za siebie. Nie mogła więc widzieć, że bestia, która dotarła już do przeciwległej krawędzi wyrwy, chwyta pazurami za wiszący nad przepaścią fragment asfaltu. Ciężar okazał się zbyt duży. Spadające w bezdenną ciemność monstrum wydało z siebie przeciągłe, niemal rozrywające bębenki wycie. Sandra biegła jak oszalała. Zatrzymała się dopiero kilka kilometrów dalej, gdy nie miała już siły nie tylko aby uciekać, ale nawet żeby stać.
Upadła na jęznie pośród kałuż z krwi i bencele. Patrzyła na pędzącą ku niej z nieba ognistą metropolię. „Czy mam jakieś szanse stąd uciec?” — zastanawiała się. Może to nie jest zjawisko miejscowe. Może cały świat? Z odrętwienia wyrwał ją dopiero huk. Dachy podniebnych wież uderzyły w dachy stojących na ziemi odpowiedników. Mgnienie oka później śmierdzące dymem powietrze rozdarł jazgot zgniatanych metalowych konstrukcji. Dziwne, ale ten widok nawet nie wzbudził w niej strachu. Powstała oddychając głęboko.
Wtedy w samym środku jej głowy zabrzmiał upiorny szept. Tak wyraźny pomimo huku umierającej cywilizacji. „Tu jesteś, mała dziewczynko. Czemu uciekasz? To i tak skończy się tak samo dla was wszystkich.” Obejrzała się za siebie. Zakapturzony stwór stał za nią w zupełnym bezruchu. Dzieliła ich odległość nie większa niż rzut kamieniem. „Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz?” — wrzasnęła na całe gardło. „Jam jest Żniwiarz” — odpowiedział.
— „A oto nadeszła chwila zbioru moich plonów. Świat zostanie oczyszczony z wszelkiego żywego stworzenia i ponownie zasiany. Nikt z was nie przetrwa. Nikt nawet na to nie zasługuje. Musicie umrzeć, by życie mogło się narodzić na nowo.” Nim Sandra zdołała się choćby poruszyć, bestia była już przy niej. Wbiła dwadzieścia cztery ostrza w jej ciało i uniosła je wysoko. Grube jęzory ognia spłynęły z góry po miażdżonych elewacjach, rozświetlając czerwonym światłem skrytą pod kapturem głowę Żniwiarza. W ostatniej sekundzie przed śmiercią przerażona kobieta zobaczyła pokrytą szarymi łuskami, zdeformowaną twarz, zupełnie pozbawioną oczu. „Nie płacz dziewczynko.” Szept odbił się w jej konającym mózgu długim echem. „To i tak już jest koniec.”
[05:15:45] - Nie było jeszcze jednej recenzji. Nie było jeszcze jednej recenzji. No tak, no nie było. Nie było jeszcze Recenzarium. To już śpieszę, żeby nadrobić. Dzisiaj Luiza Eviva Dobrzyńska opowie państwu o książce „Pan Tau i tysiąc dziwów”.
[05:16:31] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Dzisiaj ponownie wracamy do literatury dziecięcej. No powiedzmy, że dziecięcej. Nie da się ukryć. Jest to książka napisana, a raczej wydana dla dzieci, ale tak naprawdę w pełni ją zrozumieć mogą tylko dorośli. „Pan Tau i tysiąc dziwów”, autor Ota Hoffman. Starsi słuchacze mogą pamiętać czechosłowacki serial „Pan Tau” i ta książka ma z nim coś wspólnego, chociaż mniej niż by się wydawało. Jest zupełnie niezwykła. Opowiada o czarach, cudach, dziwach, ale przede wszystkim o tym, co tracimy, kiedy dorastamy. Że istnieje kraina, do której nie możemy trafić, gdy tylko przekroczymy pewien próg.
Ota Hoffman próbuje zabrać nas właśnie do tej krainy raz jeszcze. Jak sam napisał, jest to trudne. Pozwolicie, że przeczytam fragment wstępu. „Potem zapomniałem o panu Tau, Meloniku, bajce, dziwach, czarach, który przychodzi, kiedy jest ci smutno. Nie dlatego, że nigdy nie było mi smutno. Jakoś tak. To się często zdarza.” Po prostu urosłem. Nauczyłem się czytać i pisać, i kłamać, i nosić długie spodnie, a także palić papierosy i liczyć pieniądze, za które mógłbym sobie kupić wszystkie zabawki, o jakich marzyłem, kiedy byłem chłopcem. Ale już ani jednej nie kupiłem. To szczególne, że dorośli-- a te kulki też gdzieś zgubiłem.
Gdzieś. Kiedyś. W kieszeni mam list gończy za panem Tau, a ta książka opowiada o tym, jak go szukałem. Jak szukając go, objechałem świat dookoła, a znalazłem w chwili, gdy był całkiem blisko. A wszystko przez to, że nauczyłem się czytać i pisać i że zgubiłem trzy szklane kulki, które w słońcu jarzyły się barwami tęczy. To jasno pokazuje rozdźwięk między światem dzieci a światem dorosłych. Dzieci mają inne potrzeby, dużo prostsze, inaczej widzą świat. Dorastając, zapominamy, jak go widzieliśmy. Książka „Pan Tau i tysiąc dziwów” może nam pomóc przypomnieć sobie o tym. Nie jest jasno powiedziane, gdzie zaczyna się akcja.
Prawdopodobnie jest to Ameryka, któreś z miast amerykańskich, sądząc po nazwiskach bohaterów. Anderson jest detektywem. Jego przełożony to Thomas Quincy, człowiek o wybujałej fantazji i wybujałym ego, ale w gruncie rzeczy poczciwy. Pewnego dnia w jego biurze zjawia się potentat branży, jakby to powiedzieć, elektronicznej. Wtedy tego tak nie nazywano. Jest wynalazcą miniaturowego telewizora. Warto podkreślić, że Ota Hofmann opisał to urządzenie, kiedy jeszcze telefon komórkowy, tablet i tym podobne rzeczy pozostawały absolutnie w sferze fantazji. Otóż pan Viola Electro przyprowadził ze sobą do inspektora swoją wnuczkę, siedmioletnią Klaudię i zażądał ni mniej, ni więcej, tylko żeby inspektor nakazał swemu najlepszemu detektywowi odnalezienie czarodziejskiego ludzika, który robi się raz duży, a raz mały, a który gdzieś Klaudii zginął. Być może gdyby z tym przyszedł kto inny, Quincy zlekceważyłby jego prośbę, a może nawet wyrzuciłby go z gabinetu. Ale zwracał się do niego jeden z najbogatszych ludzi w kraju.
Jakże mógłby mu odmówić? W związku z tym wręcza Andersonowi obrazek narysowany przez Klaudię i nakazuje mu odnaleźć ludzika. Anderson, choć nie wierzy początkowo w jakąkolwiek możliwość odnalezienia tej osoby, rusza w podróż. Dlaczego nie odmawia? Dlatego, że gdzieś w zakamarkach jego pamięci kołacze się wspomnienie o panu w meloniku, który przychodzi, kiedy jest smutno. Może jako dorosły człowiek w ogóle w niego nie wierzy, ale jednak coś pamięta i dlatego jedzie w podróż dookoła świata. Po to, żeby go znaleźć. Nawet może niekoniecznie dla Violi, ale dla siebie. W pewnym momencie dołącza do niego reporterka Vivian, która znacznie bardziej niż on wierzy w istnienie pana Tau. Co wyniknie z ich podróży, każdy powinien sam odkryć sięgając po książkę, o której mówię.
Napisana jest prostym językiem, ale cała treść jest tak przedstawiona, że chociaż dzieci naprawdę mogą ją czytać z radością, to w pełni, jak wcześniej powiedziałam, zrozumieją ją tylko dorośli. To wszystko, o czym ona opowiada, nie tylko o czarach pana Tau. Bo trzeba przyznać, ten ktoś, kimkolwiek jest — Vivian uważa, że ufoludkiem, tak samo uważa astronauta z pokładu Apollo, który go widział — w każdym razie jest kimś z pogranicza jawy i snu, z pogranicza realności i baśni. On potrafi naprawdę robić różne rzeczy, chociaż niekoniecznie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, ponieważ rozumie skierowane do niego życzenia wprost, co dobrze widać, kiedy trafia do niejakiego Emila. Chłopiec nie zawsze potrafi wyrazić to, czego naprawdę pragnie, w związku z czym dochodzi do wielu zabawnych perypetii. Ale tak naprawdę, czy pan Tau istnieje, to mogą powiedzieć tylko dzieci. I rzeczywiście najlepiej te, co nie umieją jeszcze czytać ani pisać, ponieważ są one bardziej związane ze światem baśni, mniej też przywiązane do realności tego świata. Kiedy czyta się książkę „Pan Tau i tysiąc dziwów”, człowiek w pewnym momencie rozumie, że stając się dorosłym, zatracił zdolność cieszenia się drobiazgami. Właśnie takimi drobiazgami jak szklana kulka, jak przygarnięty pies, jak to, że wyszło słońce. Nasze pragnienia stają się dużo bardziej skomplikowane.
Już nie chcemy dostać królika albo kilku kotków. Nie chcemy mieć latawca, tylko samochód, willę, pieniądze w banku. Z tego wszystkiego ucieka coś, co jest niezwykle istotne. Nie twierdzę, że to, o co się troszczymy jako dorośli, jest całkowicie nieważne. W końcu żyjemy w takim świecie, w jakim żyjemy. Ale naprawdę czasem powinniśmy przystanąć, spojrzeć w niebo, rozejrzeć się i pomyśleć, że to, co najpiękniejsze, to co najważniejsze, to wcale nie jest to, co jest najkosztowniejsze i często wcale nie jest to, co możemy kupić za pieniądze. Jeżeli tego nie zrozumiemy, skończymy bardzo źle. Będziemy smutni i samotni. Być może jedynym naszym towarzyszem będzie konto bankowe. A to tak naprawdę to jest bardzo mało.
I tego właśnie można się dowiedzieć z książki. Bardzo istotnym wątkiem w niej jest podróż starego Violi i jego wnuczki. Podróż, która miała być rodzajem safari, a przekształciła się w prawdziwą włóczęgę. W świecie, do którego trafił stary miliarder, nagle okazało się, że to, co myślał, że jest istotne, nie znaczy nic. Że nic nie jest warte, że liczy się zupełnie co innego. To brzmi trywialnie, ale jak się dobrze wsłuchamy w te słowa, możemy coś zrozumieć. I oby stało się to dostatecznie wcześnie, bo czasami rozumiemy to za późno, kiedy już stracimy wszystko, na czym naprawdę nam zależało, tylko nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Miłej lektury! Żegna się z Wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:23:48] - Nie wiem, jak to państwu powiedzieć. Niektórzy przyjmą to z ulgą, niektórzy nie będą zadowoleni, ale to już jest koniec dzisiejszego Bibliotekarium. Tak, czasami trzeba wiedzieć, kiedy skończyć daną audycję. To właśnie teraz kończymy. Ja tylko mogę powiedzieć, że za tydzień zapraszam tak jak zawsze na sześćdziesiąty pierwszy odcinek. Jest nadzieja, że pojawi się w tym odcinku autor, który zaprosi państwa na wycieczkę na Pragę. No a skoro nie do Pragi, a na Pragę, no to i tak powiedziałem już za dużo. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Polecam się na przyszłość. Polecam się z przyszłotygodniową audycją.
Dziękuję jeszcze raz pozdrawiam i do usłyszenia.
[05:24:44] - A mówił te słowa do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękując za uwagę dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.