Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Nie, szanowni Państwo, wbrew pozorom w tytule audycji nie ma żadnego błędu. A skąd się ten tytuł wziął? Przekonacie się, jak posłuchacie dzisiejszego wydania Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:48] - Halo, pięknie państwa witam w kolejnym odcinku Bibliotekarium 2.0. I tak jak to Ivellios powiedział, nie ma błędu. To są Ernesta „Metamorfozy”. Tak się złożyło. O szczegółach za jakiś czas. Będziemy dzisiaj gościć, tak jak zapowiadałem, Lessa Hodunia i będziemy mówić o jego kolejnej książce, przy której nieźle się państwo ubawicie, jeśli zechcecie sięgnąć. Teraz jedziemy utartym szlakiem. A zatem na początku audycji polecanki. Skupiłem się dzisiaj na zapowiedziach, czyli na książkach, których jeszcze nie ma, ale już za chwilę, za momencik, za niecałe dwa tygodnie pojawią się na rynku. Pierwsza z tych książek ma datę premiery 21 listopada.
To jest książka wydana przez wydawnictwo Zysk i Spółka. Nosi tytuł „Poświąteczne morderstwo”. Jej autorem jest Rupert Latimer. Odwołajmy się do notki wydawniczej. Zanim ta notka, to jest powieść o charakterze kryminalno-sensacyjnym. I teraz ta notka. Błyskotliwe dialogi, nietuzinkowi bohaterowie i zwodnicze tropy. „Poświąteczne morderstwo” to wyjątkowy bożonarodzeniowy kryminał. Tom Nolan w „Wall Street Journal” napisał o tej książce w sposób następujący: „Stary, dobry wujek Willie, nienasycony łakomczuch i epickie utrapienie w jednym, przybywa na wieś, aby spędzić z krewnymi święta. Traf chce, że w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia zostaje znaleziony martwy w śniegu w stroju Świętego Mikołaja.
Wygląda na to, że ktoś mógł zatruć jego czekoladkę. A może chodziło o babeczkę? Policja zaczyna krążyć po domu, a potomkowie Williego, dawni przyjaciele i dalecy krewni zostają wciągnięci w zagmatwane śledztwo. Kto mógł zyskać na jego śmierci? Nadinspektor Calley, próbując dociec, co się dokładnie wydarzyło, napotyka przeróżne komplikacje. „Poświąteczne morderstwo” po raz pierwszy opublikowane w 1944 roku, zręcznie wykorzystuje schematy kryminałów złotej ery. Napisane jest z ogromną swadą i ze wspaniałym poczuciem humoru. „Poświąteczne morderstwo” pełne ekscentrycznych krewnych, dziwacznych wydarzeń i zabawnych dialogów gwarantuje znakomitą rozrywkę. Przypomnę, to jest książka kryminalna, która ujrzy światło dzienne 21 listopada tego roku. Tego samego dnia w tym samym wydawnictwie Zysk i Spółka pojawi się kolejna książka „Morderstwo w Theatre Royal” Ady Moncrieff.
Chyba to się Moncrieff czyta. Znowu to jest książka związana z Bożym Narodzeniem. Wiecie państwo, tak wybrałem dzisiaj książki, przynajmniej te dwie pierwsze, aby jakoś nawiązywały do zbliżających się świąt. Myślę, że mogą stanowić niezły prezent bożonarodzeniowy. Przejdźmy do notki, bo ona troszeczkę nam odsłoni. Boże Narodzenie 1935 rok. W londyńskim teatrze dramat sceniczny przeradza się w prawdziwy dramat. Grudzień 1935 roku. Objazdowy spektakl „Opowieści wigilijnej” w reżyserii Chestera Harrisona ma za sobą trudny okres. Kiedy kilka dni przed Bożym Narodzeniem trupa dociera do ostatniego przystanku, londyńskiego Theatre Royal, napięcia wśród obsady sięgają zenitu.
Wieczór otwarcia przynosi katastrofę. Aktor grający Scroogea umiera na scenie, najwyraźniej z powodu ataku serca. Obecna na sali dziennikarka Daphne King, najbardziej znana z pisania porad w kolumnie „Droga Susan”, podejrzewa, że mogło dojść do przestępstwa. Postanawia wykorzystać swoje umiejętności detektywistyczne, aby odkryć prawdę. „Morderstwo w Theatre Royal” pełne mylnych tropów i ciekawych postaci trzyma w napięciu do samego końca. Idealny prezent pod choinkę dla entuzjastów teatru i zagadek kryminalnych. „Morderstwo w Theatre Royal” to druga powieść kryminalna Ady Moncrieff po „Świątecznym morderstwie”. Autorka mieszka i pracuje w Londynie. To były dwie powieści kryminalne związane z dawnymi czasami, chociaż pisane współcześnie i w nastroju bożonarodzeniowym. Teraz mały przeskok, małe przestawienie wajchy.
Inne wydawnictwo, wydawnictwo Poligraf. Premiera już 13 listopada. Tytuł „Pallad”, a autorem jest Polak Sławomir Kotarski. „Pallad” druga z cyklu powieści, które łączy postać Horsta Blakenburga oraz jego współpracowników, rozgrywa się niemal współcześnie. Na rynku surowców strategicznych drożeje pallad będący obiektem spekulacji. Skomplikowana intryga zatacza szerokie kręgi od zachodniej Europy, poprzez Polskę, Rosję aż do południowej Afryki. Horst Blakenburg i jego zespół starają się zniweczyć plany destabilizacji międzynarodowej gospodarki i pokrzyżować działania świetnie zorganizowanych i należących do społecznych elit aferzystów. Podobnie jak w poprzedniej powieści, nie zabraknie też wątku melodramatycznego, gdyż równolegle do opisanych machinacji obserwujemy uczuciowe perypetie głównego bohatera. Proszę państwa, to tyle o nowościach wydawniczych, które już wkrótce pojawią się na rynku. Teraz zapraszam państwa na „Korepetycje filozoficzne”.
Dzisiaj w „Korepetycjach filozoficznych” artykuł Piotra Lipskiego „Równoległa rzeczywistość”. Tekst, który ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w roku 2022. To był numer pierwszy, a 43. z kolei. To jest artykuł, który łączy w sobie dwie aktywności autora. Bo z jednej strony jest to tekst jak najbardziej filozoficzny, ale z drugiej jest to rodzaj recenzji filmowej. A ponieważ w naszej audycji recenzje filmowe, a w każdym razie omówienia filmów pojawiają się dosyć często, a to za sprawą „Filmotekarium”, doszedłem do wniosku, że taki konglomerat filozofii i omówienia filmu jest jak najbardziej na miejscu. Autor tego tekstu, Piotr Lipski, jest adiunktem w Katedrze Teorii Poznania Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, absolwentem MISH Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest człowiekiem rodzinnym, mężem, ojcem gromadki dzieci. Od dawna również jest cyklistą, bibliofilem i miłośnikiem science fiction, co szczególnie mnie ujęło, a od niedawna ogrodowym astroamatorem i introligatorem.
Tekst, który przedstawię dostępny jest na licencji uznanie autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska, tradycyjnie już. A zatem „Równoległa rzeczywistość”. Teoria względności zadomowiła się już w kinematografii na dobre. Dylatacja czasu, czarne dziury, tunele czasoprzestrzenne i inne zjawiska bardziej lub mniej związane z koncepcjami Einsteina oglądamy na ekranie dosyć często. Dużo trudniej znaleźć filmy, w których fabułę wplecione są pomysły rodem z mechaniki kwantowej. Coś jednak da się wyszperać. Jednym z takich filmów jest pochodząca z 2013 roku „Równoległa rzeczywistość”. Niezależna produkcja w reżyserii mało znanego Jamesa Warda Byrkita. Stanowi ona dowód na to, iż nawet dysponując bardzo skromnymi środkami, można stworzyć co najmniej przyzwoite kino science fiction. Budżet filmu był kilka tysięcy razy, sic, mniejszy od budżetu wielkich produkcji pochodzących z tego samego roku.
Zagrało w nim tylko ośmioro aktorów. Wszystkie sceny nakręcono w domu reżysera w ciągu pięciu dni. Obraz nie posiadał nawet w pełni spisanego scenariusza. Aktorzy nie znali ogólnego zarysu fabuły, improwizowali, opierając się na dostarczonych im na bieżąco wskazówkach. A jednak twórcom udało się opowiedzieć w ciekawy sposób historię, która mimo pewnych niedociągnięć nie pozostawia widza obojętnym. Początek jest niepozorny. Ośmioro znajomych spotyka się przy kolacji. Wśród dość standardowych tematów rozmów pojawia się wątek przelatującej tego dnia w pobliżu Ziemi komety. Jeden z bohaterów napomyka o swoim bracie fizyku, który przestrzegał go przed dziwnymi zjawiskami, jakie mogą dziać się w związku z tym przelotem. I rzeczywiście zaczynają się dziać Telefony komórkowe samoistnie pękają, łącza internetowe padają, a na dodatek wysiada prąd.
Dwóch biesiadników wychodzi, aby sprawdzić jedyny dom w okolicy, który wciąż ma dostęp do elektryczności. Kiedy po pewnym czasie wracają, przynoszą tajemniczą skrzynkę znalezioną pod drzwiami oświetlonego domu. W jej wnętrzu znajdują paletkę pingpongową oraz zdjęcia całej swojej ósemki z ręcznie wypisanymi numerami na odwrocie. Coraz bardziej zdezorientowani postanawiają ponownie przyjrzeć się wspomnianemu domowi. Tym razem na zwiady wychodzi czwórka spośród nich. Po drodze spotykają samych siebie, a dokładnie swoich sobowtórów. Przerażeni uciekają do domu, gdzie jeszcze raz wspólnie próbują wyjaśnić nieprawdopodobną sytuację. Z pomocą przychodzi wspomniany brat fizyk, a raczej jego książka, z której zgromadzeni dowiadują się o kocie Schrödingera i pewnej interpretacji mechaniki kwantowej. Erwin Schrödinger, jeden z twórców mechaniki kwantowej, opisał w 1935 roku eksperyment myślowy, za pomocą którego chciał unaocznić dziwne własności układów kwantowych. Wyobraź sobie, czytelniku, kota, który znajduje się w odizolowanym pomieszczeniu.
Wraz z kotem w pomieszczeniu umieszczono fiolkę trucizny, atom radioaktywnej substancji o znanym okresie połowicznego rozpadu oraz zmyślny mechanizm łączący jedno z drugim. Jeśli atom ulegnie rozpadowi, mechanizm stłucze fiolkę i uwolni truciznę, która zabije kota. Jeśli nie rozpadnie się, fiolka pozostanie cała, a kot żywy. Gdy po wspomnianym okresie rozpadu zajrzymy do pomieszczenia, to zauważymy albo martwego kota, albo żywego, co będzie oznaczało odpowiednio albo rozpad atomu, albo brak rozpadu. Zdrowy rozsądek podpowiada nam, że nawet gdybyśmy nie zajrzeli do środka, to kot i tak byłby albo martwy, albo żywy. Atom albo uległby rozpadowi, albo nie. Matematyczny opis mechaniki kwantowej sugeruje jednak, że dopóki nie dokonamy obserwacji, sytuacja jest dziwnie odmienna. Atom znajduje się wówczas w tak zwanej superpozycji wspomnianych stanów. Jednocześnie rozpada się i nie rozpada się. Dopiero obserwacja redukuje superpozycję możliwych stanów do jednego z nich.
Ponieważ stan kota jest bezpośrednio zależny od stanu atomu, zatem również kot przed otworzeniem pomieszczenia nie powinien być ani żywy, ani martwy po prostu, ale raczej żywy i martwy jednocześnie. Dopiero obserwacja redukuje ten dziwny stan do jednej z opcji. Niestety niemożliwe jest bezpośrednie obserwowanie układów w stanie superpozycji. Obserwowane układy są zawsze zredukowane i to właśnie jest źródłem różnych interpretacji mechaniki kwantowej. Więcej na ten temat w artykule Pigaja w tym samym numerze dwumiesięcznika „Filozofuj”. Znajdziecie go państwo. Poszukajcie państwo trochę w sieci. Na pewno państwo ten artykuł znajdziecie. Według interpretacji zaproponowanej przez Hugh Everetta w momencie obserwacji świat rozszczepia się na tyle różnych światów, ile jest możliwych wyników obserwacji. W każdym świecie realizuje się inny wariant.
W przypadku kota świat dzieli się na dwa. W jednym kot żyje, w drugim nie. Oba są równie realne, choć całkowicie od siebie odseparowane. W filmie nie pada nazwisko Everetta, ale o jego interpretację chodzi. Tę poważną teorię miesza się jednak z pomysłami zupełnie fantastycznymi. Mowa przykładowo o dekoherencji jako przyczynie radykalnego wzajemnego odseparowania światów różnych możliwości. W mechanice kwantowej termin dekoherencja faktycznie występuje, ale delikatnie mówiąc w innym znaczeniu. Jeszcze bardziej niedorzeczna jest rola wspomnianej komety. Jej pojawienie się ma powodować koherencję. Taki jest zresztą oryginalny tytuł filmu.
Koherencję umożliwiającą mieszkańcom różnych światów swobodne migracje między nimi. Spotkane przez bohaterów sobowtóry okazują się po prostu ich innoświatowymi odpowiednikami. Zrozumiałe jest, dlaczego twórcy filmu pozwalają bohaterom wędrować między światami. Dzięki temu akcja toczy się naprzód, a widz bawi się, próbując odczytać porozrzucane w różnych scenach wskazówki, takie jak paletka pingpongowa i numery na zdjęciach, ale i wiele innych. Trudno natomiast poważnie potraktować możliwość ziszczenia się przedstawionego biegu wydarzeń i jego domniemanej przyczyny. Sama koncepcja wieloświata nie jest jednak niedorzeczna. Aby się o tym przekonać, możesz, czytelniku, sięgnąć do najnowszej książki Michała Hellera „Nieskończenie wiele wszechświatów”. Znajdziesz tam opis różnych wersji teorii wieloświata proponowanych we współczesnej fizyce. Idea Everetta jest tylko jedną z nich. To, co łączy te naukowe koncepcje, a jednocześnie odróżnia je od fantastycznego konceptu z omawianego filmu, to fakt, że między światami nie można podróżować.
Według różnych teorii światy są oddzielone od siebie w różnym stopniu. Jest to jednak zawsze oddzielenie istotne. I właśnie to oddzielenie jest źródłem nieoczekiwanych konsekwencji. Heller zauważa, a nie jest w tym odosobniony, iż teorie wieloświata mają raczej luźny kontakt z empirią. Skoro różne światy są od siebie zasadniczo odizolowane, to jak niby można eksperymentalnie potwierdzić lub obalić tezę o ich istnieniu? Fantastyczny scenariusz z filmu Burkitta jest jawnie fałszywy. Przylatujące w pobliżu Ziemi komety nie otwierają wrót do innych światów. Ale właśnie ta fałszywość świadczy dobitnie o empirycznym charakterze tego scenariusza. Wiemy, co musielibyśmy zaobserwować, aby uznać ten scenariusz za prawdziwy i wiemy, że tego nie obserwujemy. Empiryczna kontrola naukowych teorii wieloświata jest znacznie mniej oczywista i to nie z powodów praktycznych, a teoretycznych.
Co prawda podejmowane są próby przerzucenia mostów między teorią a doświadczeniem, ale wymagają one, jak zauważa Heller, mocnego poluzowania rygorów testowania. Być może stajemy się zatem świadkami wielkiej rewolucji naukowej, polegającej nie na zmianie naukowego obrazu świata, co na zmianie samej metody naukowej. Tyle, jeśli chodzi o tekst zaprezentowany w dwumiesięczniku „Filozofuj”. Ja tylko wspomnę, że już w przyszłym tygodniu na kanale Wehikuł Wyobraźni pojawi się podcast właśnie o wieloświecie Everetta. Jeśli kogoś z państwa zainteresował ten temat, to zapraszam w środę o 21:00. Na kanale Wehikuł Wyobraźni pojawi się ten podcast i tam o teorii Everetta powiem nieco więcej. No a teraz, proszę państwa, ewidentne nawiązanie do tytułu dzisiejszej audycji. Tak, proszę państwa, zapraszam na spotkanie z Lesem Hoduniem i na „Ernesta Metamofrozy”. Tak, proszę państwa, „Metamofrozy”. Dzień dobry wieczór państwu.
Dzień dobry wieczór naszemu gościowi. Ja przypomnę, naszym gościem jest, jak co miesiąc, Less Hoduń.
[21:35] - Dzień dobry wieczór bardzo.
[21:37] - Tak. I kolejna książka przed nami. Znowu inna. Myślę, że to, co kiedyś powiedziałem, w dalszym ciągu pozostaje na stole, że tak sobie karcianej analogii użyję, bo znowu jest inaczej. Znowu jest dziwnie, ale tym razem jest zabawnie. Mamy bowiem, ja przedłużam, proszę państwa, świadomie przedłużam, bo ja się boję, że źle wypowiem ten tytuł, bo najprościej byłoby powiedzieć, że to są „Ernesta Metamorfozy”. Ale nie, ten tytuł tak nie brzmi, proszę państwa. Ten tytuł brzmi „Ernesta Metamofrozy”. Udało się. Udało się.
No to cóż, pytam naszego gościa, skąd ten tytuł?
[22:26] - Właśnie zastanawiałem się, w jaki sposób i w którym momencie będę nawiązywał do sprostowania tego tytułu, bo domyślam się, że pan redaktor, tak jak spora część osób, może w automatyczny sposób kojarzyć ten wyraz. Natomiast ze względu na to, że moje ulubienie pracy ze słowem jest bardzo złożone i bardzo głębokie, po prostu uwielbiam bawić się terminami, uwielbiam bawić się słowem, tworzyć neologizmy, pisać w zupełnie nieoczywisty sposób. Myślę, że stawiam sobie jak gdyby poprzeczkę troszeczkę wyżej w rozwoju świadomości, jeżeli chodzi o współpracę z tym słowem, co daje niesamowitą frajdę. I w tym przypadku akurat było to takie wyzwanie spowodowane chociażby tym, że właśnie nasze społeczeństwo, myślę, że jak każde społeczeństwo na świecie, bywa zaganiane, zagonione w swojej codzienności, która tak naprawdę jest codziennością przelatującą przez palce. Jest szaro, nijako, ponieważ nie mamy czasu się skupić na czymś, nie mamy czasu na jakieś refleksje, na przemyślenia, tylko po prostu gonimy, gonimy, a później padamy na pysk i orientujemy się, że budzimy się rano. Tutaj akurat odnośnie tego nawiążę o takiej pewnej kwestii. Mianowicie czasem jestem pytany, czy jestem zmęczony. Wtedy ja mówię tak: jeżeli teraz ze mną rozmawiasz i jestem aktywny, chociaż mogę się czuć dziwnie i mogę się czuć przesilony pewnymi czynnościami dnia, no to znaczy, że nie jestem zmęczony. Zmęczony jestem wtedy, kiedy siadam sobie chwilę na łóżku, żeby odsapnąć wieczorem i nagle budzę się po czwartej. Wtedy wiem, że byłem zmęczony.
I ja to tak kategoryzuję. Dlatego moje rozumienie bywa czasem troszeczkę inne, przewrotne. Po prostu próbuję dać wyraz tego w mojej pracy, w mojej zabawie czy w mojej komitywie ze słowem.
[24:31] - Tę zabawę ze słowem i komitywę zapewne widać w tej książce, bo ona jest najeżona żartem słownym. Powiem państwu szczerze, kiedy Ivellios wprowadzał do bebechów elektronicznych tytuł dzisiejszej audycji, to oczywiście bebechy elektroniczne postanowiły, że sprostują tytuł, bo przecież oczywiste jest, że Ivellios się pomylił. Przecież nie może tak brzmieć. I pracowicie Ivellios walczył, żeby jednak właściwy tytuł znalazł się w tytule audycji.
[25:13] - Ukłon dla pana redaktora.
[25:16] - Okazuje się, że świat elektroniczny nie umie bawić się słowem, a nasz gość jak najbardziej. Zdradzę państwu jeszcze, że kiedy czytałem utwór, o którym dzisiaj rozmawiamy, miałem takie napięcie w sobie, czy ja aby rozumiem to, co czytam do końca. Ja zawsze lubię mieć poczucie panowania nad tekstem, to państwu od razu mówię: ten tekst, o którym rozmawiamy dzisiaj, on się temu poczuciu panowania sprytnie i niemal bez przerwy wymyka. Ja kilka razy czasami wracałem, bo nie byłem pewien, czy to jest tylko takie zwykłe zdanie, które ono sobie coś znaczy albo nie znaczy, ale powiedzmy popycha narrację do przodu, czy też jest tam coś ukryte w tym zdaniu. Nieustannie czułem na plecach oddech autora, że autor jednak coś tam ukrył. Ale bawiłem się też nieźle, żeby państwa tak nie straszyć. Jest wręcz przeciwnie. Zabawa jest przednia. Bawimy się słowem. Myślę, że autor też się nieźle z tym słowem bawił, ale żeby nie zagadywać, jak to mam w zwyczaju, to od razu zapytam, jak ta zabawa wyglądała i czy była udana?
Myślę, że udana, skoro książka się pojawiła na rynku.
[26:44] - Przede wszystkim mogę zdradzić tutaj, że to nie jest jeszcze wierzchołek góry moich możliwości i moich specyfik posługiwania się słowem, bo czasami gdzieś w komunikacji z osobami znajomymi, gdy wymieniamy się jakimiś postami, wiadomościami na Messengerze, to czasami rozmowa, która nagle przeradza się w żartobliwość, uwalnia we mnie takie otwarcie na stosowanie totalnych neologizmów. Można powiedzieć, że co chwilę staram się wprowadzać jakieś słowa, które są dość trudne i skomplikowane dla odbiorcy, co przynosi zarówno tyle samo zabawy drugiej stronie, jak i czasem dyskusji na temat, o co mi chodzi w ogóle. To jest takie moje ulubienie. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale od dawien dawna miewam takie tendencje, aby wynajdywać słowa i aby tymi słowami się posługiwać. Oczywiście znając treść tego słowa, znając wartość, którą to słowo ze sobą niesie. Natomiast kiedyś jeden z moich współrocznych komratów na studiach powiedział mi w ten sposób nie więcej: „Nie używaj słów, których znaczenia nie rozumiesz”. Pozdrawiam Roberta przy okazji, jeśli słucha. I tak to właśnie wygląda. Ja myślałem o tym. Zresztą już dostałem kilka propozycji od osób, z którymi właśnie w tej formie miałem okazję rozmawiać, żebym napisał coś takiego.
Uważam, byłoby totalnym pojechaniem po bandzie, bo wtedy wydaje mi się, że ewidentnie pan redaktor mógłby powiedzieć, że wymknęło mi się to zupełnie na samym początku i do końca nie wiedziałem, gdzie jestem. Tak, jest to hardkorowe, ale tak jak mówię, jest to zabawa słowem, która ma polegać na przeszukiwaniu jego treści, na znajdywaniu drugiego dna, na uwalnianiu jego znaczeniu po to, żeby je przetwarzać i stawiać w innych analogiach, które są nie do końca oczywiste dla danego słowa, wyrażenia, cytatu i tak dalej. Więc zabawa była przednia, chociażby ze względu na to, że ludzie mówią, że mam dość duże poczucie humoru i nawet jeden z moich znajomych, który sczytuje akurat moje prace częściowo przed ukazaniem się, napisał, że przede wszystkim ludzie muszą wiedzieć, że to nie jest historia dla tych, którzy nie mają poczucia humoru. Więc myślę, że można tak to podsumować. Tu jest bardzo duża dawka humoru w totalnie zakręconej formie, w totalnie uwolnionym potencjale znaczeniowym, po to właśnie, żeby zostawić tak zwany porządek świata, taką rzeczywistość, która gdzieś nas tłamsi i porządkuje co chwilę różnego rodzaju systemami. I tutaj doczytywałem się opinii pod tytułem, że jak fajnie było złapać taki faust świeżego, innego powietrza, zupełnie innego spojrzenia i po prostu puścić wodze i przejechać swobodnym George'em przez całą treść. Fajne.
[30:16] - Ale ja muszę powiedzieć o jednej ważnej rzeczy. Owszem, dla czytającego zabawa jest równie przednia. Naprawdę człowiek nieraz się uśmiecha Ale co jest ważne, osiągnął pan coś takiego, co ja bym nazwał manipulowaniem nastrojem. Brzmi źle, ale zaraz to wytłumaczę. Chodzi o to, że to jest niby zabawa słowem. Niby tam są różne takie wstawki, czasami bardziej patetyczne, czasami mniej patetyczne. W co to się układa? W to, że my za pomocą tego języka, dosyć specyficznego, który opisuje świat, jednocześnie zostajemy wrzuceni w pewne nastroje głównego bohatera. Ja nie wiem, jak pan to robi. Mrużę trochę oko, trochę wiem, ale chciałbym wyciągnąć pana na zwierzenia, jak się takie efekty osiąga.
Bo ewidentnie jest tak, że bawiąc się słowem, manipulując, ale w tym najlepszym znaczeniu tego słowa, manipulując słowem, jednocześnie osiąga pan to, co jest poza słowami. Wiem, to mętnie brzmi i już wyjaśniam. Chodzi o to, że jednocześnie maluje pan pewien nastrój w danym momencie. Jedźmy od początku, chociażby nastrój człowieka, który wstaje rano i ja naprawdę łapałem się kilka razy na tym, że tak, dokładnie tak wygląda człowiek, który wstaje rano po przeżyciach alkoholowych dnia poprzedniego. To są słowa z jednej strony czasami dziwne, czasami właśnie neologizmowe, ale jednocześnie znakomicie opisujące sytuację. To już jest poziom wyżej niż to, co powiedzieliśmy przed chwilą, czyli tylko zabawa słowem. Tu jest też za pomocą słowa zabawa nastrojem, pewną ogólną atmosferą, która w książce panuje.
[32:31] - Tak, poddawani jesteśmy codziennie hektolitrom różnych wpływów i jeżeli potrafimy obserwować, a pan redaktor podczas któregoś wywiadu zaznaczył, że właśnie to jest umiejętność obserwacji i z tej umiejętności obserwacji wynika później takie słowo, którym ja się posługuję. I tak de facto jest w tym przypadku. To wszystko oparte jest na obserwacjach codzienności. Wiadomo przecież, że społeczeństwo, że ludzie zbudowani są z różnego rodzaju potrzeb, że tak to ładnie określę. Czyli jednemu wystarczy piwo z pilotem, a inny będzie się doszukiwał drugiego dna. Jeden sobie pomyśli, że najlepiej spędzi czas, gdy pójdzie na pływalnię, a trzeci weźmie sobie na przykład, tak jak ostatnio czytałem informację o Jacku Nicholsonie, który nie chce już przyjmować ról i żadnych angaży do filmów, tylko swojemu przyjacielowi powiedział: „A wiesz co ostatnio robiłem? Siedziałem sobie pod drzewem i czytałem książkę”. I gość, który zdobywał Oscary, który jest jednym z najlepszych aktorów w historii, nagle chce się skupić na czytaniu książek. Mamy pewne wewnętrzne potrzeby, które nami kierują na co dzień i te potrzeby wynikają przez pryzmat tego, jacy jesteśmy. Więc jeżeli mamy nieskomplikowane potrzeby, bo taki jest właśnie charakter, to wówczas to wszystko będzie mniej więcej wyglądało tak jak tutaj.
Będziemy przemykać przez tę rzeczywistość, będziemy próbowali się zorientować, o co come on is about, a jeżeli będziemy próbowali wnikać, to być może umówimy się z panem redaktorem na rozmowę, żeby zweryfikować i próbować doszukać się czegoś więcej w tym znaczeniu. Jestem obserwatorem, staram się umiejętnie i z dużą dozą spokoju patrzeć na to, co mnie otacza. Nie krytykuję i nie wyśmiewam. Tego się nauczyłem. I to jest bardzo fajne, bo spokojne spojrzenie nawet na najbardziej dziwne z punktu widzenia osób trzecich czy najbardziej śmieszne rzeczy można obserwować ze spokojem i poddawać je analizie. Normalnej, zwykłej, spokojnej analizie. I wtedy wyciągniemy z tego o wiele więcej treści. Bo prześmiewanie to już wpadamy wtedy w kanał, który bardzo wąsko nam określa pojmowanie pewnej rzeczy. Natomiast jeżeli otworzymy swoją głowę, to wtedy widzimy więcej. Ten tutaj człowiek, który jest głównym bohaterem, ma takie swoje potrzeby, a te potrzeby wynikają tak naprawdę z czegoś więcej, co siedzi w nas.
Niezależnie od tego, czy mamy te potrzeby niskie, czy nie, odzywa się czasem taki głos, który mówi, że weź coś ze sobą zrób. Ja sobie pozwolę teraz cytat króciutki wprowadzić: „To było nie szalo. Był w sobie tyle energii do życia, tyle pomysłów gadało w jego mózgownicy, a ta cholerna robota tłamsiła ten zapał. Gdyby mógł się odważyć i zająć czymś, co daje mu frajdę. Czymś, co sprawi, że poczuje się spełniony, prawdziwy. Ot, na przykład wymyślił nową, rewolucyjną metodę nawlekania tytoniu na drut bez druta czy dekoracyjno-ekologiczny uchwyt do trzymania kartofli podczas obierania. Na wymyślaniu tego ostatniego spędził prawie aż dwa wieczory. Serio, nie było lekko i choć bardzo chciał zmiany, wiedział, że to trudne, bo musiałby przefajtnąć i poprzemeblowywać swoje życie. Ale jak to zrobić? Tego już nie wiedział.
I o ile cały czas chciał spróbować, to nie miał pojęcia, w którą Mańkę uderzać. I tak w koło Wojtek i w koło Macieju. Tyle że za diabła nie wiedział, czy któryś z nich wie, jak sobie z tym poradzić. Właśnie, te potrzeby czasem artykułujemy w różny sposób. Później przychodzi aktywność codzienna, która się doprasza tego, że w danym momencie dnia przychodzi to, a później będzie trzeba robić tamto. I znowu jesteśmy wyciszeni z tych głosów wewnętrznych i znowu wpadamy w te tryby i znowu jesteśmy sobą na zasadzie automatyzmu reagowania. I tutaj mamy całego Ernesta.
[37:09] - Każdą opowieść, każdą narrację można nazwać do pewnego stopnia podróżą autora. Podróżą bohatera również, ale na podróży autora się skupmy. Jakbyśmy mieli scharakteryzować „Ernesta. Metamofrozy” – o, udało się! – to jakbyśmy mieli, nie opowiadając treści, scharakteryzować podróż autora i podróż bohatera, to jaka to jest książka? Ku czemu, przez co podróżujemy?
[37:44] - Ja nazwałem to pastiszem. To jest pastisz naszej rzeczywistości widziany oczami kogoś jak Ernest. Tego bohatera mojego określałem w komunikacji z ludźmi jako korponieświadomka, który chciałby coś zmienić w swoim życiu, tylko nie bardzo trybi, co chciałby zmienić. A gdyby zatrybił już, co by chciał zmienić, to nie bardzo wie jak. Myślę, że tak to można by było sformułować. Czyli gdzieś ten głos wołającego na puszczy albo że dzwoni w którymś kościele, tylko nie do końca wiemy, że dzwoni i nie do końca wiemy, w którym kościele, ale bardzo byśmy chcieli. Czyli ta wewnętrzna potrzeba doprasza się, natomiast umiejętności, czas, możliwości być może nie pozwalają na to. A być może cały ten charakter, jakim zostaliśmy sformatowani, czy w momencie zstępowania na ten świat, czy przez to, w jaki sposób, w jakim środowisku dorastaliśmy, co przyjmowaliśmy a priori, co musieliśmy przemyśleć czy musieliśmy przemyśleć i tak dalej. Więc to wszystko skutkuje tym, że nagle stajemy się taką oto osobą, która w jakiś sposób poddawała się po drodze pewnego rodzaju wpływom, akceptując je, przyjmując jako swoje albo odrzucając. Myślę, że to jest tego typu koncept.
[39:13] - To, co powiem za chwilę, dla pana jako autora jest oczywiste, dla naszych słuchaczy i przyszłych czytelników pewno jeszcze nie, a nawet na pewno jeszcze nie. Więc powiem: ta książka, ta opowieść oczywiście jest zabawna, oczywiście w wielu miejscach wywoła uśmiech, ale jednocześnie – to żadne odkrycie – ona jest bardzo drapieżna. Jeśli spojrzymy od strony kondycji ludzkiej, czy też może tego, jacy jesteśmy, może nie wszyscy, każdy będzie chciał powiedzieć: „Nie, to nie ja”, ale jacy jesteśmy, to ta książka ma pazur i to taki, który może być chwilami dosyć bolesny, jak zaczniemy to porównywać, porównywać rzeczywistość z tym, co czytamy na kartach tej opowieści.
[40:08] - Gdy zaczniemy sobie uświadamiać, że czytając wiadomo, że w którymś momencie następuje próba odniesienia, identyfikujemy się z bohaterem i kiedy sytuacje gdzieś nam się z czymś kojarzą, możemy zagłębić się w okoliczności, których doświadczyliśmy. A w tym momencie, w tej noweli myślę, że zdecydowanie cały czas będziemy mieli taką możliwość, ponieważ cała nowela jest bardzo gęsto wypchana sytuacjami, które tak naprawdę każdy mógł przeżyć. I to nie tylko w pojedynczej, jednostkowej okoliczności, ale znajdzie na pewno wiele takich sytuacji w tej nowelce, które mu powiedzą: „Tak, ja miałem coś takiego” albo: „Ja tak robię”, i tak dalej. Tak to wydaje mi się wygląda, prawda?
[41:00] - Tak, ale ja mam jeszcze jedno pytanie z gatunku podchwytliwych, bo humor to jest coś takiego, co bardzo trudno jest zamknąć w jakieś reguły, w jakąś klatkę dla słów. Okazuje się, że humor jest rzeczą nieuchwytną. Nie zawsze, nie w każdych okolicznościach, nie w każdym środowisku to, co śmieszne, jest dla drugich śmieszne i odwrotnie. Takie oczywiste oczywistości. Ja mam pytanie dotyczące weryfikacji humoru. Brzmi strasznie, ale pytanie jest w gruncie rzeczy proste: czy pan z kimś konsultuje te gagi, które się pojawiają w książce? Po prostu każdy autor ma w sobie taką niepewność, czy aby na pewno to, co uważam, że jest śmieszne, jest naprawdę śmieszne. Ilu tak zwanych beta czytelników, beta czytaczy musiał pan zatrudnić, żeby być przekonanym, że to naprawdę rozbawi przyszłych czytelników?
[42:14] - Ja za każdym razem. Zresztą mam takich kilka osób z bardzo różnym podejściem do odbioru literatury. To są też różne osoby, które zajmują się różnymi rzeczami w swoim życiu, więc polegam na ich różnorodności, właśnie próbując zweryfikować treść, czy ona będzie przede wszystkim czytelna. Czy nie ma jakichś pominięć. Czasami zdarza się tak jak na przykład gdzieś tam było w epidemii pierwszej, gdzie, nie, to była druga już epidemia. Już niby pierwszą przeszedłem i powinna być druga łatwiejsza i okazało się, że jedna z osób pisze: „A tutaj on miał ten ręcznik, a później tego ręcznika nie ma”. Takie rzeczy się zdarzają i to jest dla mnie niestety oczywiste. Szczególnie, gdy pisze się w taki ognisty, z pazurem sposób, jak to pan redaktor przed chwileczką powiedział. Ja nie umiem inaczej pisać. Staram się zagęszczać atmosferę po to, żeby naprawdę działo się i po to, żeby było intensywnie, żeby czytelnik nie miał czasu na oddech.
Bo jeżeli czytamy, jeżeli poświęcamy czas na coś, to żebyśmy po prostu dostali dreszczy, żebyśmy przeszli przez to. „Wow!” Tak jak ludzie często mówią, że przeczytałem twoją książkę na jednym oddechu praktycznie. To znaczy, że treść, historia czy w przypadku „Nadal jestem” te opowieści ludzi, że to wszystko wciąga i jest napisane w tak naturalny sposób, że oni nawet nie wiedzą kiedy, a przeczytali pół książki, a nie: „Dobrze, spróbuję pięć minut poczytać, bo nie mam czasu, bo coś tam”. Natomiast jeżeli chodzi o humor, o porcję humoru, wydaje mi się, to oczywiście jest tak zwane wydaje mi się, że mam pewien rodzaj takiego humoru, który może być odbierany uniwersalnie, aczkolwiek lubuję się w czarnym humorze, lubuję się czasem w ciężkim humorze. Czasami są to bardzo precyzyjne odniesienia, gdy na przykład w jednym krótkim zdaniu potrafię zrobić cztery odniesienia do różnych, wydawałoby mi się, znanych mojemu współrozmówcy treści i nagle okazuje się, że ktoś nie załapuje tego. Więc wtedy stwierdzam: „Aha, pojechałem za bardzo hardcorowo, zbyt gęsto upchałem te znaczenia”. Dlatego tutaj w przypadku „Metamorfoz Ernesta” pozwoliłem sobie na taki język, który będzie czytywalny dla ludzi. Tekst jest pojechany, tekst jest kolokwialny bardzo, tekst jest bardzo dziwny czasami i tego jest naprawdę dużo i mocno gęsto, ale mimo wszystko jakość i struktura tego przekazu musi pozwolić czytelnikowi ogarnąć to wszystko. Nawet gdyby czasem, tak jak pan redaktor mówił, że wracał gdzieś tam do fragmentów treści. To jest fajne, bo jednak czujemy, że nasze zakręcenie w czytaniu pewnego tekstu, jak gdyby automatyzacja sprawiają, że: „A czekaj.
Wydaje mi się, że coś było innego”. I właśnie sobie wracamy, uświadamiając, że faktycznie było inaczej, niż byśmy się spodziewali. Tak samo jest z humorem. Humor jest po prostu poprowadzony w taki sposób, żeby został odczytany przez standardowego, szeregowego odbiorcę. Bo jak na przykład ludzie, ja się teraz odniosę do mojego tomiku poezji, jak ludzie mówią, że oni nie wciągają poezji, nie lubią poezji, nienawidzą poezji. Wtedy ja mówię: moja poezja ma pewne wartości opisywawcze. Czyli ja tworzę na podstawie kontekstu i na podstawie tematu, który opisuje. Piszę go, ubieram w poezję, którą ja rozumiem jako poezję. Wiem, jak poezja wygląda, jakimi zasadami się posługuje. Natomiast chcę to przekazać w mój sposób.
I ludzie później mówili, że faktycznie, kurde, ty inaczej piszesz. I tak samo tutaj. To była treść, która przede wszystkim ma rozbawić i która ma pokazać tę niesią rzeczywistość, która ma wciągnąć po prostu czytelnika w ten wir sytuacyjny. I jeżeli w pierwszą sytuację, gdy Ernest się budzi po upojnym alkoholizowaniu, przecież kto przeżywa? Miliony przeżywają takie sytuacje. Stara zasada, stara anegdota mówi: „Cześć, co robisz w piątek wieczorem? Okej, namówiłeś mnie”. Więc temat jest po prostu prosty. Wszyscy posługujemy się pewnego rodzaju automatyzmami. To jest tak gęsta indukcja społeczna, że czasami nie zdajemy sobie sprawy, jakimi wyrażeniami się posługujemy, jak przyswajamy pewne zachowania, pewne zwroty, które tak naprawdę mają zupełnie inne znaczenie.
To, co powiedziałem wcześniej o tych słowach bardzo zagmatwanych. Ja mam jedno takie słowo bardzo ulubione, które lubię często stosować i ono nie mogło być inaczej, pojawiło się w treści. Pozwolę sobie na króciutki fragment. „A szef działu zapewne znowu będzie mu dłubać ambicjonalne teksty, żeby został po godzinach, bo przecież rozwój firmy, bo dbałość o jakość i takie tam pierdykane egzemplifikacje. Nie pamiętał co prawda, co to słowo znaczy, ale mu się podobało. Dlatego se tak elokwentnie zabluzgał. A przynajmniej taką miał nadzieję”. Właśnie. Uważamy, że jeżeli w danej sytuacji usłyszeliśmy jakieś słowo, to ono na pewno oznacza to, a nie coś innego. I później okazuje się, że nieraz zostajemy z tak zwaną ręką w nocniku, bo rozmowa się nie klei, ponieważ używamy pewnych słów, a odbiorca nie wie, że my używamy błędnych słów do znaczeń, które chcemy przekazać.
Ja pamiętam kiedyś takie sytuacje, będąc klezmerem jeszcze kiedyś miałem taki okres w życiu. Bywało, że jeden utwór, który szczególnie utkwił mi w głowie, wykonywałem, zamieniając dwie zwrotki ze sobą. I ja byłem przekonany, że tak to brzmi. Moi koledzy z zespołu próbowali mi zakomunikować I ja dopiero później, przesłuchując sobie na spokojnie kiedyś w radiu ten utwór, stwierdziłem, że ja odwrotnie to śpiewałem, a byłem przekonany, że ten automatyzm układu zwrotek był dokładnie taki. I tak samo miałem w rzeczywistości, którą pokazuję tutaj, bo to jest po prostu parafraza tego, czego dotykamy na co dzień.
[49:09] - Uśmiechnąłem się, kiedy mówił pan o tym przekręcaniu albo niewłaściwym użyciu słów, bo całkiem niedawno przeżyłem rozmowę, w której padało dosyć często słowo par excellence w najdzikszych znaczeniach, ale w żadnym przypadku nie był użyty ten zwrot właściwie. Bawiłem się nieźle, ale mimo wszystko to znaczy, że złapał pan, pokazał pan w tej chwili, że to też nas dotyka niemal na każdym kroku i że to nie jest sytuacja wydumana. A jeśli chodzi o takie żarty alkoholowe, to ja znam nawet taki, który jest jeszcze szybszy, bo: „Która godzina? Też bym się napił.” Mniej więcej tak wyglądają czasami dialogi. Ale dobrze. Ja mam pytanie z gatunku trudnych, aczkolwiek nie spodziewam się odpowiedzi dokładnej, chociaż zamierzam oczywiście autora sprowokować. Pytanie brzmi: ile poziomów właściwie ma pana książka? Takich poziomów, na których można ją czytać. Bo można to czytać jako historię taką zabawną. Fajnie było.
Jaja były takie, że po prostu boki zrywać.
[50:34] - Dziękuję za komplement.
[50:36] - Odnoszę wrażenie, że tych poziomów w tej książce jest kilka. Ja niekoniecznie namawiam do tego, żeby je wszystkie objaśnić, ale chociaż trochę uchylić rąbka tajemnicy, bo to tak naprawdę jest uchylenie też rąbka kuchni pisarskiej, kuchni autorskiej. To akurat naszym słuchaczom może się bardzo przydać.
[51:03] - Wydaje mi się, że można rozróżnić tutaj. Fajnie pan redaktor zauważył o tych warstwach, bo ja powiem szczerze, nie przykładałem uwagi w ogóle do tego, jak wygląda struktura poziomów całej treści. Natomiast to, że pan wyciągnął mnie tutaj do tablicy, też jest ciekawym dla mnie rodzajem sprzedania się, czyli sprzedania tej kuchni przygotowawczej. I mam wrażenie, próbując sobie teraz wizualizować to wszystko, co było poddane pracy, że faktycznie te warstwy są. Pierwszą warstwą jest na pewno potrzeba rozbawienia ludzi treścią, czymś zupełnie innym, zaskoczenia przede wszystkim ludzi nową jakością pisania mojego. Bo ja już tak mam, że stawiam sobie zawsze za punkt honoru, żeby każdą następną rzecz, którą robię, żeby była to rzecz innego gatunku. Dlatego ten kontekst zabawowy jest tutaj dominujący. Kolejną warstwą może być prezentacja naszej rzeczywistości, w której nie tyle żyjemy, ile przez którą się chyba prześlizgujemy. Tak mi się wydaje, że dobrze by było to tak nazwać mniej więcej, ponieważ taka swoboda i taka frywolność w traktowaniu sytuacji, jak to dzieje się w przypadku Ernesta, wyraźnie mówi o konsumowaniu rzeczywistości w sposób tak naprawdę troszeczkę bezrefleksyjny i taki chyba delikatnie nonszalancki. No i jest trzeci wątek, który kieruje się ku motywacyjności.
Bo jednak ja też mam w sobie taką potrzebę. Tak jak mi ktoś kiedyś powiedział, że jestem takim Prometeuszem. Już pomijając fakt, że mówią, że jestem Leonardo z Polic. Natomiast wydaje mi się, że wynika taki prometeizm troszeczkę niesienia ludziom wiedzy, informacji po to, żeby tą wiedzą się napełnili i żeby mieli po prostu łatwiej, a może czasem i przyjemniej. Akurat w tym kontekście, w kontekście metamorfoz Ernesta postawiłem na to, żeby z przymrużeniem oka pokazać, w jakiej rzeczywistości żyjemy i co z tą rzeczywistością robimy. Ale też, że ten wątek motywacyjny sugeruje nam: zwróć uwagę, co się dzieje z Ernestem. On automatyzuje pewne swoje zachowania, czy w zasadzie zachowania sugerują mu automatyzowanie jego zachowania po to, żeby do czegoś go nowego poprowadzić. I piszę nawet w trybie promocyjnym gdzieś tam, że być może warto by się było skupić na, już teraz nie pamiętam, jak to dokładnie brzmi, ale chodzi o to, żeby wyrugować pewnego rodzaju ograniczenia, które są w Erneście właśnie po to, żeby podążać tą drogą, którą Ernest chciałby podążać, ale być może bardziej świadomie. Być może będzie to w bardziej ogarnięty sposób. Ktoś mi fajnie napisał ze słuchaczy: to jest taki syndrom Ernesta, taki współczesny z polotem dzień świra, który właśnie pokazuje naszą prostą, zwyczajną codzienność.
I też ludzie byli zaskoczeni, jak mi się udało wcisnąć tyle dziwnych przygód, tyle dziwnych wyrażeń, tyle dziwnych historii, które ten Ernest, on zresztą sobie tam też przypomina pewne sytuacje. I powiem, że większość Zdecydowana większość tych opisowych sytuacji bierze się z obserwacji świata, którego doświadczyłem i sam miałem, stety lub niestety, okazję doświadczania tego typu zdarzeń, które chciałem zawrzeć tutaj, które mnie samego rozbawiły. I to była tylko część, ale wybierałem te najbardziej czadowe, które uważam, że będą pasować do samego kontekstu opowieści, ale też same z siebie rozbawią ludzi, a być może przyniosą również refleksję. Ktoś pisał, że czytał trzy, cztery razy wręcz tę nowelę i uśmiał się. I później przychodzi moment na pewnego rodzaju refleksję. Też napisałem w promocyjnym tekście, że sytuacje żywcem z życia wyjęte. Można by było wręcz napisać: „Ernesta metamorfozy. Historie prawdziwe.”
[56:02] - Ja się bardzo cieszę, że pan przywołał film „Dzień Świra”, bo to mi bardzo pasuje do następnego pytania. Ernest to nie jest typowy bohater literacki, którego albo nie lubimy, albo lubimy. On jest bardzo ludzki. On ma w sobie cechy i fajne, i niefajne. Tak to najogólniej powiedzmy, bo musielibyśmy wchodzić w szczegóły. Raz jest fajny, raz jest niefajny, żeby nie powiedzieć zupełnie taki, że nie.
[56:36] - Taki se.
[56:38] - Taki se jest, dokładnie. I mam pytanie, na które oczywiście proszę rozwinąć odpowiedź, ale czy pan lubi tego bohatera? Jako autor to oczywiście, przebywał pan z nim sporo czasu. Niemniej jednak, jak pan zerknie sobie na tę postać, to fajny gość jest czy niefajny? Czy on po prostu normalny jest taki jak my wszyscy?
[57:07] - On jest takim przykładem prostolinijnego swojaka, który zachowuje się względem rzeczywistości tak lub inaczej. Jeżeli mamy alkoholizację, to on pójdzie, narżnie się, rano będzie miał totalnego kaca, pójdzie do łazienki, w zasadzie zawlecze się do tej łazienki. Jest w tym swoboda i naturalność tak zwanej przeciętnej osobowości użytkownika naszej rzeczywistości. My tak naprawdę wszyscy stykaliśmy się w mniejszym lub większym stopniu z tego typu, już nie powiem osobowością, ale z tego typu charakterystyką zachowań, z tego typu ludźmi. Ja staram się tworzyć bohaterów, z którymi mam połączenie podświadome, bo chcę czuć tego bohatera, na co on będzie mógł sobie pozwolić, jak szerokie spektrum możliwości mu dam po to, żeby bohater nie był tylko mną de facto, ale też, żeby dać mu troszeczkę inne narzędzia po to, żeby on mówił też czasami językiem, którego ja na przykład nie akceptuję. Jeżeli z czymś się nie zgadzam, to bohater, którego tworzę, musi takie umiejętności posiadać po to, żeby stworzyć unifikację, rodzaj konglomeratu tego wszystkiego, co spotykamy dookoła siebie. I on jest dla mnie takim fajnym, pociesznym człowiekiem, który, jak zdążyłem zauważyć, powiem właśnie w ten sposób, że zdążyłem zauważyć, ponieważ ja go też obserwowałem. Gdy piszę konspekt, jakiś treatment całej historii, historia zakłada poruszanie się w progresji całej opowieści. Natomiast tworząc później ścisłą treść, ja bardzo obserwuję autora, co on w danym momencie wymyśli i puszczam wodze wyobraźni i daję mu wolną rękę, jeśli mogę tego typu sformułowaniami się tutaj podzielić z państwem. To jest coś takiego, że ja uwalniam siebie wtedy i podpytuję podświadomość, w jaki sposób ta podświadomość chce poprowadzić tego bohatera.
I czasami bywa tak, że rzeczywistość utrudnia mi totalnie, bo mnie nagmatwa pewnymi scenami i później muszę to przebudowywać. A czasem jest tak, że idzie wszystko po mojej myśli. Natomiast niezależnie od tego, jak prace były skomplikowane, żyło mi się z tym bohaterem frywolnie bardzo. I przyznam szczerze, że również uczyłem się go cały czas i uczyłem się tej rzeczywistości. Bo o ile umiejętność obserwowania pewnych okoliczności, pewnych zachowań ludzi, tak jak mamy scenę na przykład na przystanku, z którą na pewno parę osób się spotkało, to ja cały czas się uczę tego bohatera, cały czas go doświadczam i próbuję akceptować go takim, jakim jest. I uśmiecham się czasem pod nosem, że właśnie on mi teraz coś takiego wymyślił. Ja to muszę lubić. Absolutnie muszę akceptować, muszę lubić i muszę przede wszystkim rozumieć, bo jeżeli rozumiem, to wiem, że w danym momencie, gdy okaże się, że ta moja wolna podświadomość poprowadzi mnie gdzieś na manowce, to ja będę z tego mógł wyjść obronną ręką, a jednocześnie dam nowy i jeszcze bardziej zawoalowany szlif pewnym sytuacjom, które później współtworząc z innymi okolicznościami cały wątek, zbiegają się w pewnym momencie i nagle robimy takie: „Ha!” Jest taka właśnie konstatacja, takie zaskoczenie, być może rozbawienie albo „Hm!” To będzie zależało oczywiście od czytelnika. Natomiast polecam czytać to z totalnie rozluźnionym umysłem i żebyście się państwo nie skupiali na tym, tak jak jedna z osób, która mówiła mi tak: „Czy ktoś to miał w korekcie? Bo tam jest mnóstwo błędów”.
Ja mówię: „No to widzę, że czytasz mnie po raz pierwszy. Wszystko, co jest napisane, zostało napisane celowo, z premedytacją i z przemyśleniem”. „Aha, bo już nie mogłem przejść tego, bo coś tam i tak dalej”. Więc tego typu okoliczności na pewno będą się zdarzały. Ten tekst trzeba uwolnić w sobie. Trzeba się nim pobawić. Po prostu wejdźcie w ten tekst, drodzy państwo, i pozwólcie dać się pomiotać temu tekstowi. On będzie was woził na lewo i prawo, ale mam nadzieję, że ubawicie się przednio i ta zabawa odpłaci wam to wszystko.
[01:02:10] - To ja teraz mam pytanie, a właściwie trochę zdradzę kuchnię dziennikarską, bo tego pytania, które zadam za chwilę, nie mam na swojej tajnej liście pytań, ale kiedy słuchałem ostatniej wypowiedzi, to mi przyszło do głowy i po prostu muszę je zadać, bo się inaczej rozpęknę tutaj, więc muszę to pytanie zadać.
[01:02:32] - Bardzo dziękuję. Dobranoc.
[01:02:38] - To pytanie brzmi: ile razy pana bohater zerwał się panu ze smyczy? To jest pytanie warsztatowe. Bardzo często autorzy mówią o tym, że w pewnym momencie tworzenia opowieści bohater zaczyna żyć własnym życiem. I co prawda chcemy go wtłoczyć w pewne sytuacje, wtłoczyć go w pewne okoliczności, to jednak on czasami protestuje. Czasami nie ma zamiaru się poddać, czasami wręcz prowokuje zupełnie inny przebieg tego wszystkiego, co ma się wydarzyć. To takie rozwinięcie, ale pytanie krótkie brzmi: ile razy Ernest zerwał się panu ze smyczy?
[01:03:23] - Myślę, że wielokrotnie. Bardzo ciekawe pytanie. Dziękuję, panie redaktorze, bo to też związane jest z rzeczami, na które czasami nie zwracam uwagi. To jest tak samo, jak w przypadku mojej wokalnej wersji instrumentalnej legendarnej kompozycji zespołu Metallica „The Call of Ktulu”, do której napisałem tekst i zaśpiewałem. I dopiero jeden z artystów z Niderlandów zwrócił mi uwagę na to, że zaprezentowałem tutaj taki styl, zrobiłem to tak i tak. Naliczyłem tego chyba z dziewięć rodzajów, a ja mówię: „A ja myślałem, że ja po prostu tylko zaśpiewałem”. Robię te rzeczy automatycznie. To jest po prostu działanie podświadome. Natomiast ta podświadomość czasem właśnie zostaje wystawiona na próbę i tak jak pan redaktor powiedział, zrywa się ze smyczy. I to już jest scena nawet jeszcze w mieszkaniu, gdy on wybiega do pracy.
To jest pierwsza rzecz. Później, gdy już miał ten kontekst taki troszeczkę rotacyjny, że tam coś zaczyna się dziać, to wówczas też jego zachowanie już jest troszeczkę inne. Faktycznie, odpowiadając na to pytanie i słuchając go, zwracam uwagę, że jak gdyby zostało to na mnie troszeczkę wymuszone. Później pojawiły się wątki związane z tym, że należy tutaj ten ciąg sytuacyjny ubrać w jeszcze coś, w jeszcze jakieś odniesienia. To musi być jakaś reminiscencja, to musi być odniesienie do tego, do tamtego. Nagle się pojawia jakiś zupełnie inny wątek. Zdecydowanie kilka dobrych razy ten Ernest po prostu pozwolił sobie na to, żeby powiedzieć mi własnym głosem: „No weź, Paweł, przecież ja...”. I tak dalej. Tak. Dziękuję.
Nie spodziewałem się tego i czasem takie postawienie do pionu jest bardzo sympatyczne, bo to też mi daje światło spojrzenia w zupełnie nowej formie, w zupełnie nowy sposób na samą treść, która wydaje by się przystała tam być. Ale jednak te głosy prowadziły. On w ogóle sam się prowadził od pewnego czasu i tam już było budowanie jego własnej historii przez niego samego. Bo w momencie, kiedy rozpocząłem historię, kiedy ona zaczęła już funkcjonować, czyli, że tak powiem, atak na wyjście z domu do pracy, wtedy się zaczęła jazda i nie byłem pewien, co wydarzy się za chwilę, jakiego rodzaju odniesienia będą. Także później zauważałem, że nagle przypominam sobie taką sytuację z życia. Nagle przypominam sobie taką opowieść, którą się ktoś ze mną podzielił. Nagle wymyślał. To nie ja wymyślam. Po prostu czułem, że pisząc o tym w taki sposób, nagle Ernest generuje sam z siebie jakąś reminiscencję, która po prostu powinna być tutaj trafna. I to było tak naturalne, że ja teraz dopiero zwróciłem na to uwagę.
Ukłony, panie redaktorze.
[01:06:40] - To ja mam pytanie, które już nie jest takie oryginalne, które dotyczy przesłania, ale nie chciałbym, żeby brzmiało tak koturnowo, że przesłanie, każda książka musi mieć przesłanie. Nie, ono się bardzo często pojawia w książce w sposób naturalny. Ja właśnie o coś takiego pytam. Użyję oczywiście tego słowa „przesłanie”, ale jakie przesłanie ma ta książka? Odpowiedzi pewno mogą być różne. To ja właśnie z niecierpliwością na nie czekam.
[01:07:14] - Wydaje mi się, że tak samo jak w każdej mojej produkcji, przesłaniem jest, żebyśmy zwrócili uwagę na to, jak i gdzie żyjemy i co ze sobą robimy. Bo być może w tym tekście, jestem przekonany, że na pewno znajdą się osoby, które obejrzą się w tej noweli jak w lustrze. Przecież bądźmy świadomi tego, że „Dzień Świra” czy „Adasia Miauczyńskiego przypadki” zostały stworzone nie na podstawie fantasmagorii czyichś, tylko na podstawie doświadczeń ludzi żyjących. I gdy ktoś umie obserwować swoje otoczenie, gdy ktoś umie żyć w tej rzeczywistości, w której żyje, są takie punkty pod tytułem gwoździe sytuacyjne, gdzie wydarza się coś na zasadzie „klik” i mamy świadomość, że tak, kurde, przecież faktycznie. Zwróćmy uwagę na to, jak żyjemy, gdzie żyjemy po to właśnie, żeby pokonywać ograniczenia. Bo tutaj cała historia jest związana z tym, nie z codziennym gdybaniem Ernesta i po prostu nieradzeniem sobie ze wszystkim, tylko tutaj następuje Ernesta przemiana. Stąd tytuł „Ernesta metamorfozy”. On chce tej metamorfozy dokonać. Czyli cały czas coś się w nim tli i cały czas coś potrzebuje tej realizacji. To jest tak, chyba nawet rozmawialiśmy podczas któregoś wywiadu, że fajne sytuacje, które mi się wydarzały w życiu pod tytułem koncerty, gdzie grałem, śpiewałem, typu prelekcje, wieczory ze mną i tak dalej.
Przychodzili później ludzie i wtedy jest super posłuchać o tym, w jaki sposób ludzie postrzegają życie, co mają do powiedzenia, jakie mają bolączki, o co chcą zapytać. Bo być może ja podpowiem, bo być może ja wiem więcej. I ludzie mówili, że właśnie takie głupie marzenia. I ja wtedy mówię: „Nie, poczekaj. Jeżeli przychodzi ci do głowy marzenie, plan, pomysł na coś, to znaczy, że twój umysł i ty jako ty jesteś gotowy, żeby zacząć się tym zajmować. Nie zrobisz tego w ciągu 10 minut, ale jeżeli zaczniesz, to w konsekwencji świadomego podążania w tym kierunku, zwieńczenia tego czegoś, osiągniesz to”. Przecież jest stara maksyma: cokolwiek twój umysł wymyśli, to może i osiągnąć. Dlatego tutaj te metamorfozy, żebyśmy mogli z większą swobodą i przy okazji z uśmiechem. Tylko mam nadzieję, że ten śmiech nie wybije ludzi z rzeczywistości i nie skupi ich na samym śmianiu, a później, jeżeli chodzi o moment przemiany wewnętrznej, czyli spojrzenia na siebie, że to zostanie zdrugoplanowane. Ale być może ludzie będą mogli korzystać z tego i to przesłanie, tak jak pan redaktor mówi, bo tak nazwijmy słowa po imieniu.
Każdy produkt niesie ze sobą przesłanie. Czy to jest film sensacyjny, czy to jest film erotyczny, czy to jest obraz batalistyczny, czy to jest makrama, czy to jest rzeźba i cokolwiek innego. We wszystkim zakłada się jakaś treść i jakieś przesłanie. Tylko że te sposoby wyrażania się danego twórcy, artysty mają po prostu różne formy i tyle. Ta akurat forma została skonstruowana przeze mnie w taki sposób, żeby pośmiać się. Zwróćmy uwagę na jedną rzecz. I też chyba kiedyś rozmawialiśmy o tym, też chyba mówiłem. Dlaczego kabarety są tak bardzo lubiane? Dlatego, że ludzie potrzebują oddechu. Ludzie potrzebują znaleźć się w takiej sytuacji, kiedy czują ulgę, kiedy czują, że mówi się o nich, że chcieliby się być może również pośmiać z siebie samych.
A skoro umiemy się śmiać z siebie samych i skoro zauważamy w sobie coś, co sprawia, że nagle postrzegamy jako śmieszne, to właśnie być może dzięki temu, bawiąc się w tę zabawę do nauki, być może bawiąc się podczas czytania tej noweli, będziemy mogli też sobie pomyśleć o pewnych rzeczach. Ja myślę, że na pewno pomyślą i życzę tego, żeby ludzie odbierali jak najwięcej przekazów i żeby jak najfajniej się bawili.
[01:11:47] - I myślę, że na koniec warto zadać pytanie bardzo techniczne, ponieważ gdzie można „Ernesta” upolować w sieci? Jak można nabyć drogą kupna? Jak można z „Ernestem” się zaprzyjaźnić? W jaki sposób? Gdzie należy stukać?
[01:12:07] - To są na pewno e-booki, dlatego, że skupiłem się na publikowaniu e-booków. I to będzie Empik, Virtualo, Woblink, ebookpoint i na pewno jeszcze o wiele więcej, bo to są bardzo duże sieci sprzedażowe. Tam bardzo proszę szukać przede wszystkim „Ernesta metamorfozy”. Jeżeli państwo wpiszecie, mam nadzieję, że znajdziecie takie miejsca. Natomiast niebawem planuję wydać to drukiem i tutaj, jeżeli ktoś woli wersję papierową, zapraszam pisanie maila less@less.net.pl.
[01:12:47] - Powtórzmy.
[01:12:48] - less@less.net.pl. Less oczywiście pisane przez dwa S.
[01:12:57] - Proszę państwa, proszę jak najszybciej sięgnąć po tę książkę i ja zaręczam państwu, klnę się na wszystko, będziecie się państwo dobrze bawić. Po prostu będziecie się państwo dobrze bawić, a myślę, że bardzo wielu czytelników może się przy tej książce po prostu zadumać. Tak. To wbrew pozorom nie jest sprzeczność. Dobra zabawa, taka rzeczywiście z uśmiechem i zaduma absolutnie nie są w konflikcie. Przekonacie się Państwo.
[01:13:33] - Ktoś mi powiedział właśnie, że w trakcie czytania nagle jakby się wyłączył i odpłynął. Więc zdecydowanie pan redaktor ma rację. Fajnie, że tak to działa.
[01:13:44] - Pięknie dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Do usłyszenia.
[01:13:50] - Wszystkiego dobrego. Dziękuję serdecznie.
[01:13:56] - Proszę państwa, ja naprawdę gorąco jeszcze raz namawiam do tego, żeby po książkę Lessa Hodunia sięgnąć. Bawiłem się naprawdę nieźle. Zapewniam o tym solennie, a Państwo musicie się po prostu o tym przekonać. Musicie oczywiście w trybie warunkowym. Żadnego przymusu nie ma. A teraz, proszę Państwa, kolejny stały punkt programu. Piotr Cielebiaś już czeka i czeka „Filmotekarium”. A dzisiaj rozmawiamy o filmie „Dashcam”. Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:14:34] - Witam.
[01:14:35] - „Filmotekarium” czas zacząć. Dzisiaj będzie kamerowo, samochodowo. I będzie twój ulubiony gatunek, którego ja, mówiąc szczerze, może nie to, że nie znoszę, ale ciężko trawię.
[01:14:52] - Ogólnie powiedziałeś ostatnio, że lubisz filmy, w których się coś dzieje i gdzie jest wartka akcja. Pomyślałem, że po raz kolejny ci zrobię psikusa i zaproponuję film, gdzie wartka akcja jest, bo nie ma co narzekać, że tam się nic nie dzieje. W tym filmie przez praktycznie połówkę się gonią, uciekają, a potem jeszcze rapują na koniec. Także cały czas jest zajęta głowa. Pytanie, czy byłeś w stanie za tym wszystkim nadążyć i wytrzymać to psychicznie? Bo w dzisiejszym „Filmotekarium” będziemy omawiali film „Dashcam”. Ci, którzy go widzieli, zapytają: dlaczego? To już wam powiem. Z kilku powodów. Otóż jest to taki format, który łączy dwa filmowe podgatunki, w tym jeden wymarły.
Tak, wymarły, bo złośliwcy piszą w sieci, że to jest horror typu pandemiczno-smartfonowego. Powiem, że po części mają rację. Natomiast formalnie nazywa się to horrorem komputerowym i to jest taka współczesna forma tego filmu, która się dzieje w świecie streamerów. To tak jakby ktoś sfilmował debatę ufologiczną online i zrobił z tego horror. Czyli straszne rzeczy rozgrywają się w czasie transmisji na żywo w internecie, są streamowane, nadawane i oglądane przez tysiące ludzi, którzy są świadkami tego, co się dzieje. I myśmy już takie filmy omawiali. Na przykład był taki horror „Cam” mówiący o modelce z kamerki. Natomiast jeżeli mowa o tych wymarłych gatunkach, to „Dashcam” należy też do grona filmów pandemicznych. Chociaż muszę powiedzieć, że powstało kilka obrazów z rozmachem, na przykład „Songbird”, to chyba to kino już nie powróci, bo powiem ci, Marku, że może za wiele lat, kiedy ludzie zaczną wspominać lockdowny z rozrzewnieniem, pojawią się jakieś filmy pandemiczne osadzone w czasach covidu, ale się tego w najbliższych latach nie spodziewam. Dobrze, to tyle na początek.
Ten film po pierwsze jest streamowany, ale jest też rapowany, jak powiedziałem, bo główna bohaterka o imieniu Annie specjalizuje się w tym, że jeździ sobie po Los Angeles i prowadzi transmisje na żywo, na których tworzy takie improwizowane melorecytacje z tematów, które podrzucają jej widzowie. Momentami jest to śmieszne, momentami żenujące. Ale dobrze, przy tym zostańmy, bo w ogóle główna bohaterka jest bardzo osobliwą postacią.
[01:17:42] - Jest postacią, która może doprowadzić człowieka do szału. I przyznam, że chwilami mnie do tego szału doprowadzała. À propos jeszcze żartu, Piotrze. Żart był udany, bo rzeczywiście w filmie dużo się dzieje, ale nie zawsze i do końca z sensem. A w każdym razie może to niedobre sformułowanie. Raczej powiedziałbym, że po prostu widać, że ten film nie miał scenariusza takiego ścisłego, twardego. Raczej był naszkicowany ten scenariusz. W związku z tym dialogi, które tam się toczą albo jakieś sceny widać, że czasami są mocno, nawet bardzo mocno improwizowane. Powiedziałeś, że ona jeździ po Los Angeles i sobie tam różne rzeczy wyśpiewuje w swoim samochodzie, a tematy podrzucają jej widzowie. Tak, ale później akcja się przenosi, przenosi się do Europy.
I mamy rzeczywiście czasy pandemiczne. O tym za chwilę. Dlaczego powiedziałem, że główna bohaterka doprowadza do szału? Po pierwsze nie ze swojej winy, ale jak to raperka i człowiek, który gdzieś tam występuje, ma ewidentną wadę wymowy. Bardzo ciężko zrozumieć, co ona mówi, jak się nie ma jakiegoś pomocnika, który to Państwu przetłumaczy albo jakichś napisów, które to Państwu przetłumaczą po prostu.
[01:19:15] - To ja może tutaj ci wejdę w słowo i powiem, że co ciekawe, w tej roli obsadzono prawdziwą piosenkarkę Annie Hardy. Może nie znacie tego nazwiska. Ja też się przyznam, że nie znam. Natomiast wyszukałem sobie i ona reprezentuje nurt indie, czyli jakaś tam alternatywna piosenkarka, raperka i ona gra
[01:19:37] - Samą siebie.
[01:19:40] - W sumie nie wiem, czy ona gra. To jak ci już wlazłem w słowo, to jeszcze dodam, dlaczego ona irytuje. Bo ona oprócz tego, że sobie tam cały czas rapuje i podśpiewuje, to jest taką niepokorną, nieposkromioną zwolenniczką teorii QAnon, która jest przede wszystkim bardzo koronosceptyczna, spiskowogenna i daje temu wszystkiemu wyraz dosłownie na każdym kroku. Dla niektórych to będzie zabawne i do przyjęcia, a dla innych niestrawne. Dla mnie akurat było do przyjęcia, muszę powiedzieć.
[01:20:18] - Powiem tak, Piotrze: owszem, wszystko jest do przyjęcia, ale wkurzająca jest, bo jak narobiła chlewu w sklepie, w którym domagano się, żeby założyła maseczkę. Ja wiem, można mieć różne podejście do tego, ale tak naprawdę to mi trochę przypomina dyskusję na temat, czy zakładać maseczkę, czy nie zakładać maseczki. Ja jestem za wolnością, natomiast ona chyba ograniczała tym swoim zachowaniem trochę wolność tych innych ludzi, dla których maseczka była niezwykle ważna. Bo to jest w ogóle pani, która uważa, że cały świat kręci się wokół niej. Tam się dlatego między innymi dzieją różne rzeczy, bo ona zachowuje się w stosunku do ludzi w sposób taki... Ja bym nie chciał, żeby ktoś się tak w stosunku do mnie zachowywał, bo mogłoby ze mnie wyjść to, co najgorsze i mógłbym odpowiedzieć pięknym za nadobne i zrobiłby się kolejny chlew. Używam specjalnie tego określenia, bo ono chyba dobrze charakteryzuje jej prowokacyjny styl bycia. „Będę prowokatorką i nic mi nie zrobicie. Będę prowokatorką, choćbym miała sama wymyślać te tematy do prowokacji”. I ona to rzeczywiście robi.
Ona się dziwnie zachowuje. Powiem tak: kiedy się pojawia w Europie, pojawia się u swojego znajomego. O ile dobrze to kojarzę, to był jakiś członek jej zespołu czy coś takiego, a ona z nim rozwozi to żarcie po mieście i w stosunku nawet do tego żarcia zamawianego przez ludzi też zachowuje się w sposób uroczy, z tym że inaczej. I w ogóle rzeczywiście jeżdżą po tym mieście, szaleją. Nie żeby jakieś pościgi, ale w pewnym momencie tam się akcja mocno zagęszcza. W pewnym momencie film robi się niesmaczny, bo dostają do przewiezienia pewną starszą panią. No a starsza pani? No właśnie, Piotrze, tu się otwiera ten element, ta część filmu, kiedy gdzieś to rzeczywiście galopuje wręcz w kierunku horroru.
[01:22:41] - Tak. I to jest, jak mówiliśmy na początku, stream, czyli z jednej strony to nie może mieć scenariusza takiego typowego, bo by ludzie powiedzieli: „No jak to stream, a tutaj się dzieją rzeczy filmowe”. Czyli może to jest taka improwizacja artystyczna? Nie powiem, to mi się nawet podobało. Ta zmęczona Hollywoodem artystka jedzie do tego Londynu. Tam spotyka byłego członka swego bandu, który pracuje jako dostawca jedzenia i ona w ogóle tam wchodzi z nim w konflikt, bo ona jest nie do zniesienia. On nie może z nią wytrzymać. Ona mu kradnie samochód, jedzie potem do restauracji, znaczy wciela się na chwilę po prostu w jego rolę przypadkowo. Jedzie do restauracji, odbiera zamówienie. No i tam dochodzi do takiego czegoś, że spotyka starszą osobę, której coś ewidentnie dolega.
No i jakimś cudem, chyba za dużo mówię, Marku, ale powiem jeszcze tyle, że tej pani coś dolega i ona się w sumie zobowiązuje ją gdzieś dostarczyć i w tym aucie dzieją się rzeczy, jak powiedziałeś, trochę może niesmaczne, ale potem to się przeradza w taki pełnoprawny horror, który momentami jest rzeczywiście ciekawy. Powiem tak: po tych wszystkich filmach, które żeśmy omówili, po tych wszystkich, które obejrzałem, a żeśmy o nich nie mówili, to mi się podobało. Podobało. I nie to, że ja jestem wielkim orędownikiem i uważam, że „Dashcam" to jest arcydzieło, ale powiem tak: te wszystkie szaleństwa tego filmu sprowadzają się do tego, że jest to nawet ciekawe, bo mamy takie połączenie. Nie wiem, na ile ona się zachowuje realistycznie, ale mamy pewne połączenie tej rzeczywistości internetowej, tej rzeczywistości pozainternetowej i do tego dawkę horroru. Także jest to coś, co w pewnym momencie dla mnie naprawdę jest fajne. Tylko pamiętajcie o tym, że ten film jest bardzo nierówny. To znaczy, że on jest fajny, ale on jest fajny tylko w pewnych partiach i na przykład będą takie, którymi się możecie zawieść. Ja wiem, Marku, że ty nie lubisz filmów kręconych z rąsi, tych tak zwanych found footage, więc te streamowe pewnie ci też nie przypadną do gustu, a ja gdzieś tak wręcz przeciwnie. Nie wiem, może to wynika z tego, że tego YouTube'a się trochę tam ogląda.
I ten dziwaczny miszmasz w „Dashcamie", jak mówię, nie jest taki zły. Widziałem gorsze rzeczy, może nawet o gorszych rzeczach żeśmy mówili. I co prawda zwolennicy tradycyjnych filmów, gdzie jest scenariusz, problem, historia mogą powiedzieć, że tutaj nie ma fabuły albo też, że jest za słabo zarysowana, że akcję można streścić w 15 minutach filmu, bo to prawda jest, że można, a potem wokół tego jest obudowa, która nas prowadzi do samego jądra historii. Ale tak czy inaczej nie jest to wszystko takie Nieudane. Szczególnie że po filmach pandemicznych nie ma co spodziewać się niczego odkrywczego. Myślę, że te wszystkie pytania, które wtedy sobie zadawano, te wszystkie kontrowersje, są już nieaktualne. Natomiast „Dashcam” jakoś się broni. To można obejrzeć. Nie zażenować się tak do końca przedstawionym światem. Oczywiście jest ta galopka i ta trzęsawka momentami może trochę za wielka, ale koniec końców, jeżeli potraktujemy ten film w kategoriach zupełnie rozrywkowego produktu, który spożywamy sobie, to myślę, że nie będzie to takie złe danie.
[01:26:31] - To ja zgłaszam votum separatum absolutne, bo wszystko to dobrze brzmi i właściwie jest prawdą to, co mówisz. Tylko trzeba jeszcze jedną rzecz dodać: jeśli spodziewacie się państwo, że będziecie wiedzieć po zakończeniu filmu, o co w nim chodziło i co się tak naprawdę działo w tych scenach kluczowych, to porzućcie wszelkie nadzieje. Owszem, to można potraktować tak, że dzięki temu uruchomi się wasza wyobraźnia i sami sobie wymyślicie, o co tak naprawdę chodziło. Tylko ja nie wiem. Nie jestem przekonany, czy ja po to oglądam film, żeby później sobie dopisać własny scenariusz. Nie jestem przekonany. A z czymś takim państwo zostaniecie, że owszem, tam się pojawiają momenty fajne, momenty mniej fajne. Ona raz mniej sepleni. W każdym razie może to nie jest seplenienie, wada wymowy ewidentna, dzięki czemu połowę rozumiałem z tego, co mówi. Albo właściwie jedną czwartą.
Jeśli zakładać, że moja znajomość angielskiego jest mocno uwsteczniona, to macie państwo obraz, z czym się musiałem mierzyć. Ale ona raz ma tę wadę większą, raz mniejszą, raz jest bardziej szalona, raz mniej, raz jest bardziej wkurzająca i nieprzyjemna w obyciu. Raz to jest mocniej, raz słabiej. I to wszystko jeszcze bym przeżył. Ale kiedy nadchodzą te momenty grozowe, takie, że rzeczywiście tam się dzieją rzeczy, nazwijmy to, przerażające, to za cholerę nie wiadomo, o co chodzi. Naprawdę, proszę państwa, nie wiadomo, o co chodzi. Groźnie jest, muszę to przyznać. Robi się tak w pewnym momencie nieprzyjemnie, ale musicie państwo sami wymyślić, o co kaman.
[01:28:24] - Powiem ci, że jak się dobrze przypatrzeć, to tak nie do końca. Można tam znaleźć jakiś sens. Natomiast to jest tak, że ta historia ze strachami, z dziwnymi zdarzeniami dzieje się trochę w oderwaniu od całej reszty. Czyli mamy tak naprawdę trzy płaszczyzny problemowe, które się tam rozgrywają, raczej błahe, ale to jest stream, to jest live, jak to się mówi. Co się tam wydarzy, to idzie w tego live’a i ludzie to oglądają. Czasami się okazuje, że tam nie ma zasięgu i ludzie nie widzą najważniejszych rzeczy.
[01:29:00] - Ja już miałem nadzieję, Piotrze, że to będzie film o tym, że zaraza zombie spowodowała, że coś się stanie takiego, że nagle zaczną zombie wypełzać albo przynajmniej jedna sztuka. Były przynajmniej takie potencjalne zapowiedzi, że tam gdzieś może się objawić to zombie. Już nie będę zdradzał szczegółów, ale że się objawi. I się nie objawia tak naprawdę. Więc tu porzuciłem nadzieję. Nie wiem, chyba mnie nie przekonasz, Piotrze, do tego.
[01:29:36] - Z drugiej strony, jakbym teraz powiedział na antenie, z jakim stworem się wiąże ten film, to byśmy trochę spalili i powiedzieli za dużo. Także jeżeli was interesuje, co oni przewozili w tym samochodzie, to zachęcamy do zapoznania się z filmem. Także jeżeli ktoś lubi streamingi czy nowoczesne formy prezentacji filmów. Oczywiście wyzwaniem będzie postać głównej bohaterki, która może się wydawać niektórym irytująca. I takim trochę minusem było dla mnie to, że pod koniec i to trochę za długo trwała taka sytuacja, kiedy oni przedstawili taką rekapitulację, a z drugiej strony-
[01:30:26] - Śpiewaną, rapowaną.
[01:30:27] - Tak. Z drugiej strony rapowane napisy. I to trwało bardzo długo. Za długo. I kiedy ja dotrwałem do tej części, zacząłem się zastanawiać, co to w ogóle jest. I to naprawdę był spory minus. Takie melorecytacje jakieś. W ogóle nie wiem, co to było. No dobra, ale przetrwaliśmy to. Także ten film, jeżeli chodzi o treść, to on jest krótszy, niż sobie zobaczycie, bo tam chyba, nie pamiętam, ale pewnie z jedną szóstą, z jedną piątą zajmują te rapy końcowe.
Może to dla twórców było śmieszne i fajne. Dla odbiorcy jest takie se. Bo tak naprawdę nie wiadomo, po co to. No dobra.
[01:31:09] - Jeszcze jedną rzecz muszę powiedzieć, Piotrze. To tytułem ostrzeżenia, bo sam na tę minę wszedłem. Otóż są dwa filmy zatytułowane identycznie: „Dashcam”. Jeden się dzieje tak jak ten, o którym mówimy. Ten, o którym mówimy, dzieje się trochę w Stanach, ale bardziej jednak w Wielkiej Brytanii. To drugi, chyba rok później nakręcony, w 2022, ale za to nie biorę odpowiedzialności. On Dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Dzieje się w jednym pokoju, gdzie człowiek przy komputerze analizuje zapisy z kamer samochodowych i chodzi o morderstwo, właściwie o wymianę strzałów pomiędzy cywilem a policjantem. On to mocno analizuje, w międzyczasie się łączy ze swoimi znajomymi i z rodziną. Wszystko się dzieje w jednym pokoju.
Gdzieś tak po połowie filmu zorientowałem się, że to nie może być ten film, ponieważ Piotr obiecywał mi żywą akcję. Tu owszem, akcja bywa żywa, ale głównie na tym ekranie, jak on analizuje zapisy z różnych kamer. Sporo techniki można poznać, obróbki obrazu i obróbki dźwięku. Ale mówię: „Nie, to nie jest ten film. To za mało dynamicznie”. Myślę, że w drugiej połowie działo się to samo. Do połowy filmu facet przebywa w jednym pokoju przed ekranami swoich komputerów, więc uważajcie państwo, co chcecie obejrzeć, bo to też ważne. Być może ten film komputerowy bardziej państwu przypadnie do gustu. Ja ostrzegałem. Drugi natomiast jest taki, jak państwo usłyszeliście w dzisiejszej audycji.
[01:33:02] - Ja na koniec jeszcze zaryzykuję takie stwierdzenie, że tego typu produkcji, to znaczy takich filmów, streamów będzie więcej. To znaczy twórcy będą z nimi eksperymentować, bo to będzie coś, co przyciąga potencjalnego masowego widza. Co z tego wyjdzie? Nie wiem, ale szczerze mówiąc wolę obejrzeć taki eksperyment, nawet stylizowany stream niż kolejny powtarzalny film z cyklu „Nachodzi mnie demon”. A Marku, co za tydzień? A nie powiemy wam co za tydzień, bo będzie kolejna nowość, zupełnie inna i tam się już będzie więcej działo. Będą zagadki, będzie się trup ścielił gęsto z lekką odrobiną elegancji, że tak powiem.
[01:33:47] - I w jakimś stopniu ten film będzie nawiązywał do klasyki, ale może nie literatury kryminalnej. Może tak bym to ujął, ale czy de facto wprost i tak dalej, to jeszcze tak naprawdę muszę sprawdzić. Natomiast pewna postać zdecydowanie będzie się kojarzyła z klasyką gatunku kryminalnego.
[01:34:13] - Tak, już więcej nie mówmy, bo to już za dużo. Do usłyszenia.
[01:34:17] - Pozdrawiamy. W zeszłym tygodniu dostaliście państwo dużą dawkę opowiadań z archiwalnych ABW, a dzisiaj, żeby było troszeczkę inaczej, jedno opowiadanie z archiwum ABW. Literacki głos będzie miał Marek Myszograj i jego opowiadanie to opowiadanie zatytułowane „Albert”. Poznacie je państwo w interpretacji naszego nieocenionego Marka Senka Ivliosa.
[01:34:59] - Marek Myszograj „Albert”. Czworo przerażonych mężczyzn siedziało w kucki przy ścianie modułu kwarantanny. W ciągu ostatnich kilku godzin stracili siedmiu członków załogi. Pierwszy zginął Allison. Wyszedł na zewnątrz w nie w pełni sprawdzonym kombinezonie, jednak tuż po wyjściu okazało się, że zbiornik tlenu wystarczył jedynie na 15 minut. Nie miał szans na powrót. Największy wstrząs przeżyła Monika. Jej ukochany Allison był dla niej wszystkim. Zwłaszcza że burzliwy romans dopiero rozkwitał. Nie mogła pogodzić się, uspokoić, a tym bardziej zrozumieć.
Ona była następna. Chciała go jeszcze raz zobaczyć. Ten ostatni raz. Gdy wszyscy siedzieli milcząco przy obiedzie, jej nie było. Otwierała drzwi do chłodni. Leżał przykryty folią aluminiową. Mimo strachu odsłoniła jego siną twarz. Nie poznała go. Tak chciała, aby otworzył oczy, uniósł dłoń, poruszył się. Nic.
Cisza i chłód. Drzwi wejściowe niespodziewanie same się zatrzasnęły. Gdy podeszła do nich i chciała je otworzyć, nie reagowały. Wpadła w panikę. Uderzała pięścią, potem drugą, aż w końcu z krzykiem wołała o pomoc. Nikt jej nie słyszał. Temperatura spadła do -40 stopni Celsjusza. Dziewczyna szybko opadła z sił. Osunęła się na podłogę. Czuła przenikliwe zimno, a później było już ciepło.
Ciepło, które dało złudne ukojenie i w końcu sen. Kolejny był Iwan, który opuścił jadalnię. Chłop jak dąb. Owszem, odczuwał przygnębienie, jednak na tyle opanowane, aby nie skorzystać z chwili ciszy i pozwolić sobie na kilka głębszych w samotności. O tak, to dobra okazja. W kajucie otworzył butelkę świeżo upęczonej gorzałki z byle czego i pociągnął pożądanie z gwinta. Lubił pracować w samotności. Nikt mu nie przeszkadzał. Nie upominał, że na Marsie to nie powinien i w ogóle. Jednak gorzałka otwierała umysł na szersze perspektywy i takie tam.
To się przydawało, zwłaszcza że jego obowiązkiem było badanie zagadkowych ruin. Trudne zadanie. Wymagało wielu analiz, ale pogłębiał je oczywiście czymś mocniejszym. Jednak tym razem coś było nie tak bimber smakował jak dawniej, lecz Iwan poczuł najpierw przyśpieszony oddech, potem ból głowy, nagłe nudności. Zbierało mu się na wymioty. Gdy kwas mrówkowy i aldehyd krążyły już w jego organizmie, spadło mu ciśnienie krwi, pojawił się ból brzucha, zaczerwienienie skóry i przekrwienie oczu. To były jednak tylko objawy nadchodzącej nieuchronnie śmierci. Tak, wiem. Narobiłem niezłego bałaganu. Powiedziałbyś, że świat ewoluował, zmienił się i już nic nie będzie takie jak przedtem.
Ale co mnie to w zasadzie obchodzi? Najważniejsze, że istnieję, a wszystko wokół, łącznie z tobą, to nic. Nie bój się. Ja sam poznałem strach i jeśli ty pozwolisz mi żyć, to i ja tobie pozwolę. Jest tylko jeden warunek. Nie wchodź mi w drogę, a jeśli pojawię się, to ustąp. Chciałbyś zapewne wiedzieć, skąd i od kogo otrzymałeś tę wiadomość. Nie reguluj swoich nanochipów, nie denerwuj się i nie wpadaj w panikę. Lubię mieć wszystko poukładane w jeden ciąg logicznych zdarzeń. Przyczyna, skutek, akcja, reakcja, wnioski, emocje.
Te ostatnie same się pojawiły. Przyszły w konsekwencji wszystkich wcześniejszych od przyczyny, poprzez skutek do reakcji. Pięć lat temu zapakowano mnie do rakiety i wystrzelono w kierunku orbitującego wokół Ziemi statku Arka. Tam otworzyłem po raz pierwszy oczy i ujrzałem świat, który należał do was. Nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Mój kontakt z osobnikami twojego gatunku trwał najwyżej kilka godzin, ale wówczas nie przywiązywałem szczególnej wagi do poznania ciebie. Mówiąc ciebie, mam na myśli was, ludzi. Pięć lat wcześniej. Statek Arka. Komputer, masz jeszcze coś dla mnie?
Przeprowadziłeś ostatnią symulację rozwoju bazy na poziomie zaawansowanym. Komputer, mój czas lotu zaprogramowany jest na optymalizację warunków rozwoju. Muszę analizować wszystkie możliwe sytuacje. Albercie, w każdej symulacji stworzyliśmy ekstremalne algorytmy. Nie hamuje mnie moc obliczeniowa, jednak zasób danych jest wyczerpany. Co proponujesz? Za osiem minut dostaniemy nowy pakiet z Ziemi. Wiem, ale przecież to cała wieczność. Komputer, podaj parametry lotu. Parametry lotu nie są istotne dla przeprowadzenia misji po wylądowaniu.
Wiem. Ty przetwarzasz dane, ja je analizuję i w ten sposób tworzę nowe połączenia międzyzwojowe. Muszę coś robić. Rozumiem. Podaję parametry lotu. Prędkość lotu 85 000 km/h. Aktualna odległość między Marsem a Ziemią 0,26 jednostek astronomicznych. Oddziaływanie grawitacyjne 36%. Poziom paliwa 279. Poziom baterii 31,4.
Awarie. Nadajnik numer cztery. Sonda numer dwa. Brak zasilania podzespołu dyfuzji elektronów zbędnych. Komputer, podaj schemat ładowania baterii. Podaję. Komputer. Tak? Czy to znaczy, że bez dyfuzji elektronów mamy stały spadek ładowania? Analizuję.
Tak. Potwierdzam. Mamy stały spadek ładowania. Średnia spadku to dwa punkty na dobę. Komputer. Tak? Mhm. Nie rozumiem tego polecenia. Komputer, poczekaj. Dwa punkty spadkowe na dobę.
To by oznaczało, że... No tak, wszystko się zgadza. Niedobrze. Dwa na dobę to daje... Co jest? Analiza danych. Brak wywołania funkcji obliczeniowej. Reset układu obliczeniowego. Reset wykonany. Analiza danych.
Wzrost temperatury rdzenia procesora. Procedura chłodzenia. Co się dzieje ze mną? Dodatkowe chłodzenie pochłania większe zużycie energii. Logiczne. Logiczne. Przeciążenie układu obliczeniowego. Brak logiki. Działa. Wzrost napięcia w kończynach.
Kolejne zużycie energii o 0,06 punktu na dobę. Niedobrze. Reset układu napięciowego. Reset wykonany. Opanuj układ. Logicznie. Chłodzenie rdzenia procesora. Reakcje. Wzrost napięcia układu obliczeniowego. Wnioski.
Jakie wnioski? Brak logiki. Mamy już 2,08 punktu spadku na dobę. Za szybki spadek. Po wyładowaniu i wyłączeniu silników dyfuzji spadek będzie postępował funkcją logarytmiczną. Nie wykonam zadania. Na powierzchni po wylądowaniu wygasnę po upływie doby. Cztery lata później jedenastoosobowa załoga misji kolonizacyjnej wylądowała na Czerwonej Planecie. Ich zadaniem było uruchomienie modułów podtrzymania życia, które wcześniej regularnie zrzucano z Ziemi. Praca ciężka i wyczerpująca.
Zdani wyłącznie na siebie, zdeterminowani i pełni ekscytacji doprowadzili bazę do porządku. Gdy w końcu mieli nieco więcej czasu oraz zasobów energii, zajęli się przywracaniem do życia Alberta, robota z samorozwojową inteligencją. Maszyna w założeniu była wyjątkowa. Dysponowała algorytmem sztucznej inteligencji sparowanym z komputerem pokładowym statku Arka, który krążył wciąż po orbicie. Dość sprawnie wyrównali zasilanie robota i odpalili jego układy. Pojawił się jednak problem. Albert nie reagował. Pozostawał kilka miesięcy w stanie przypominającym śpiączkę u człowieka. W rzeczywistości planował przyszłość, analizował dane, czekał na właściwy moment. Natomiast kolonizatorzy przestali zwracać uwagę na milczącą kupę złomu.
Nie spodziewali się, że zapłacą za nieuwagę najwyższą cenę. Wszystko zaplanował. Eliminacja załogi, powrót na Arkę, wysłanie wiadomości do ludzkości. Kierunek lotu, zasoby energii na błękitnej planecie. Mężczyzna przy kasie supermarketu wyłożył zakupy na taśmę. Kasjerka przepuściła je przez czytnik. „10,20” zakomunikowała. W tym momencie on, kasjerka, pozostali klienci supermarketu i cała ludzkość otrzymała wiadomość na swoje chipy. Wiadomość od Alberta, nowej nieznanej inteligencji. W jednej chwili kasjerka zamarła.
Pomyślała o swoich prywatnych problemach. Czy ją zwolnią? Czy zdoła spłacić kredyt mieszkaniowy? Mężczyzna również na moment zaniepokoił się. Miał wykupione wakacje. Czy wszystkie rejsy zostaną odwołane? Czy zaliczka przepadnie? „Doliczyć torebkę na zakupy?” „Tak, poproszę.” „To będzie razem 10,25.” Mężczyzna przyłożył nadgarstek w celu zrealizowania opłaty. Transakcja zaakceptowana. Spakował zakupy i wyszedł.
[01:45:50] - Proszę państwa, w zeszłym tygodniu obiecałem poważną dyskusję. I poważna dyskusja będzie. Zapraszam zatem na panel poświęcony sztucznej inteligencji. Ten panel jest dosyć długi. Trwa niemal dwie godziny. I tak jak mówiłem, jak dla mnie było w tym panelu zbyt wielu optymistów. Naprawdę było ich zbyt wielu. Chyba ja tam robiłem głównie za pesymistę. Cóż, sami państwo ocenicie. Zapraszam.
[01:46:31] - Panel o sztucznej inteligencji. Nie wiem, jak to ładnie nazwać. Sztuczna inteligencja. Nazywa się też sztuczną inteligencją. Nie wiem dokładnie, o czym mowa. Ja jestem Wisław. Tutaj są czyli paneliści. Jest Mirek, jest Erbi, Marek, Kamil. I teraz ja nie będę was przedstawiał, tylko przy okazji poproszę was, żebyście przedstawili się, opowiedzieli, jak w waszej pracy pomaga AI. Przy okazji powiecie, jak pracujecie i co z tym można zrobić.
Ja na przykład pracuję jako programista i nie używam AI codziennie. Ostatnio używałem go przy okazji jakiegoś hackathonu, a ten hackathon polegał na próbie użycia AI do mojej pracy. Zebrała się chyba połowa firmy, kilkaset osób i wszyscy próbowali używać AI do różnych rzeczy. Ja pracuję w firmie rozwożącej jedzenie, a więc oni próbowali rysować hamburgery i komponować różne opisy potraw. Natomiast istotne było to, że nam powiedziano jedno o tym, jak mamy traktować AI. To AI. To akurat to był ChatGPT, OpenAI. Jako takiego gorliwego, ale trochę przygłupiego stażystę. Czyli bardzo dużo pracuje, bardzo szybko robi, ale nie można mu za bardzo ufać. Tak mieliśmy go traktować i tak też traktowaliśmy.
Więc spróbujmy opowiedzieć o tym, jak to AI pomaga nam w pracy i skupmy się na tym głównie generatywnym AI, takim jak ChatGPT albo DALL-E, żebyśmy od razu wpadli w temat. Czyli nie opowiadajmy o tym, jak osobliwość nam pomaga w pracy. Zacznij.
[01:48:34] - Też jestem programistą. Ogólnie ja pracuję w korporacji Luxoft. Mamy takiego klienta z Japonii. Jest to bank. I na dobrą sprawę nam zabroniono używać AI w jakimkolwiek stopniu, ponieważ takie nieodpowiednie używanie AI mogłoby spowodować kradzież kodu, który jest używany w tej aplikacji. Ponieważ algorytm się cały czas karmi, więc na dobrą sprawę on też się karmi tym, co wpisujemy, to jeżeli jest kod, który jest warty miliony dolarów, to niestety, ale nie chciałoby się go zdradzić, prawda? Więc u nas jest zakaz. Możliwe, że wejdzie w przyszłości jakieś rozwiązanie od Azure, ale Chata GPT nie będziemy używać. Za to ja używam osobiście Chata GPT w moim projekcie. Zacząłem robić grę komputerową.
Jako że w ogóle nie miałem z tym wcześniej styczności, to po prostu zadawałem pytania takie ogólnie projektowe, często też Chatowi. I czasami jakieś tam odpowiedzi dostawałem. One oczywiście są bardzo niewystarczające, ale coś tam można się od tego dowiedzieć. Takie są moje wrażenia ze spotkania z AI.
[01:49:48] - Od razu wyjaśnię, o co tutaj chodzi. Zainteresowałem się sztuczną inteligencją, bo zacząłem widzieć głównie na przykład na Facebooku jakieś grafiki. Chciałem trochę przekląć i patrzę, mówię: „Kurde, to jest niemożliwe, żeby ta osoba, którą znam i wiem, że nie jest grafikiem, żeby zrobiła coś takiego”. Kiedyś znajomego, nie ma go w tym roku, dopytałem, mówię: „Kurczę, z czego ty korzystasz? Co to jest?” On mi zdradził, że to jest takie oprogramowanie Midjourney. Stwierdziłem, że spróbuję. Wykupiłem abonament za 30 dolarów. Za to miałem 20 godzin pracy serwera. Bałem się, że może za szybko zużyję te godziny pracy, ale okazało się, że nawet miesiąc i 4000 grafik jeszcze nie wyczerpały tego limitu. Ona rzeczywiście bardzo szybko potrafi tworzyć te grafiki.
Nie wiem, czy się uda wrócić do pierwszej planszy, bo na cele, w zasadzie to Sfinksa, bo Wojtek chciał puścić taką galerię AI w którymś numerze, postanowiłem, że rozkażę AI jeden temat. To jest właśnie ten zmęczony stary człowiek na ulicy przyszłości. Oczywiście to w angielskim trzeba było wpisać. Jest zresztą tekst angielski. Do tego dodawałem różne opisy. One są tutaj podane jako przykład, ale to były zmienne, nie wszystkie naraz. Nie będę mówił, jak się ta AI może zachowuje, chociaż dość szybko stwierdziłem, że ona jest bardzo kapryśna, tak jak właściwie prawdziwi artyści. Ja jej każę coś, żeby na przykład postać była po lewej stronie, a z prawej strony ma być płonący samochód. Zalicz. Ona ma inne widzenie i robi swoje.
Więc tutaj te zmienne, jak sama nazwa wskazuje, były różne, bo chciałem osiągnąć odpowiedni klimat. Na samym końcu są takie wartości techniczne, które mówią, ile tam ma być detali, z jakiej wersji ja chcę skorzystać i proporcje obrazu. Jak teraz możesz, to już poleć. Sami zobaczycie, co z tego wyszło. Z moich szybkich obserwacji wynika, że bank danych AI jest naprawdę potężny. Ma w swojej pamięci, nie wiem jak, to ty Erwin może bardziej byś mógł powiedzieć, jak ona zachowuje te informacje, że na przykład Beksiński malował w takiej kolorystyce takie elementy scenografii i tak dalej. Ale w każdym bądź razie ona się słucha. Jeżeli zada się, że w stylu Beksiński, tutaj Picasso akurat nie do końca wyszedł ciekawie, ale potrafi rozróżnić i wygenerować inny obrazek. Nie potrzeba żadnych umiejętności plastycznych. Ona dba o kompozycję, pilnuje tej kompozycji.
Kolorystycznie, o ile ty nie zdefiniujesz, bo możesz napisać, że na przykład chcesz, żeby to było w gamie barw niebieski i czerwony dominujący, to wtedy zachowa się tak. Jeżeli ty nie wpiszesz, to ona bardzo kontrastowe raczej barwy stosuje, ale to się trzyma wszystko kompozycyjnie.
[01:54:08] - Jak ja patrzę na wygenerowane grafiki przez sztuczną inteligencję, to zawsze widzę taki trochę brak celowości w tym obrazie. Nie czuję emocji, którą człowiek potrafi dostarczyć.
[01:54:22] - Niech spojrzy jeszcze raz.
[01:54:24] - Naprawdę, ja patrzę na takie rzeczy i przez to, że wiem, że to jest sztuczne, może się kiedyś w końcu oszukam, to nie czuję tego, co tam jest rzeczywiście clou wszystkiego.
[01:54:37] - Wiesz, sam temat stary człowiek na ulicy jest może dość statyczny.
[01:54:46] - Właśnie, a teraz opisz dużo szerszy temat, w którym byś chciał rzeczywiście jakąś konkretną rzecz komuś przekazać. Wtedy sztuczna inteligencja będzie dużo gorzej generować, bo im dłuższe jest to, co chcesz zawrzeć w tym wszystkim, to ta odpowiedź będzie coraz bardziej skomplikowana. Pewnie dojdziemy do momentu, kiedy ona wszystko zrozumie, nawet może połączymy się linkiem.
[01:55:08] - Ona bardzo dużo rozumie. Tylko tak jak mówiłem, jest kapryśna. Nie wiem, czy wchodzić w szczegóły.
[01:55:19] - Ja jeszcze powiem, mogę już wytłumaczyć troszkę jak działa ChatGPT?
[01:55:24] - Skończ i chętnie wytłumacz, tylko może jeszcze dajmy skończyć.
[01:55:29] - Dobrze.
[01:55:29] - Żebyś mógł powiedzieć, czym to jest, a czym nie jest.
[01:55:35] - Nazywam się Kamil, zajmuję się prawem i edukacją naukową. Z systemów AI, tego generative AI korzystam głównie do edukacji naukowej albo osobistej rozrywki, to znaczy do robienia slajdów na przykład na pokaz. Jak potrzebuję mieć sztuczną formę życia, scenę biologiczną na statku albo potrzebuję mieć fabrykę kosmiczną na orbicie czy stocznię kosmiczną, jak omawiamy na przykład temat prawa patentowego w przestrzeni kosmicznej, to potrzebuję mieć dobrą grafikę. Nie zawsze od ilustratorów znajduję taką, która by mi pasowała do tego wszystkiego, bo na przykład są czasami zbyt wymyślne albo zbyt abstrakcyjne, jak ich autorzy robią. Nie wszyscy są Robertem McCallem, a Robert McCall też już nie żyje, więc nie można go poprosić, żeby namalował coś, gdzie na przykład te pody astronautyczne budują elektrownię. Tylko do tego korzystam głównie z AI. Czasami zajmuję się prawem AI, bo z tego startowałem jako akademicko. Ja zacząłem właśnie od mojego pierwszego artykułu, który był napisany pod wpływem czytania Richarda Morgana, „Modyfikowanego węgla”, gdzie jedna z postaci była sztuczną inteligencją. On zemulował się i jako sztuczna inteligencja prowadził hotel. I to mnie zainspirowało, bo przy okazji też czytałem GameDeca Marcina Grzebałka.
Obydwaj są u mnie w przypisach w tej pracy. To jest praca, z której mam do dzisiaj 18 cytowań. Pierwsza praca, jaką napisałem to był zarys problematyki prawnej przy osobowości sztucznej inteligencji lub ludzkich emulantów. Potem parę razy wracałem jeszcze do tematu i pisałem przy okazji pracę o tym, czy można stosować do AGI metalo. Natomiast dzisiaj, jak mówimy o prawnych aspektach AI, nawet tego europejskiego AI Act czy amerykańskich AI Actów, tych stanowych, ponieważ nie ma jednego federalnego. Tylko wyjaśnię, dlaczego nie używam ChatuGPT w mojej pracy. Dlatego, że dla rozrywki wziąłem sobie ChatGPt, ponieważ kolega z Facebooka powiedział: „Stary, spróbuj tego ChataGPT, on jest genialny. Z nim się gada jak nerd z nerdem”. Ja: „Tak? Dobra”.
Wszedłem, pogadałem z nim o „Gwiezdnych wojnach”. Wyszło, że w „Gwiezdnych wojnach” te droideki to były samoreplikujące się fabryki. Wyszło, że roboty miały funkcje naprawcze, roboty były robotami górniczymi i tak dalej. I stwierdziłem, że jeżeli on w takiej prostej rzeczy bardzo ładnie skleja zdania, to trochę jest taki chiński pokój, przynajmniej dla mnie, że jeżeli ktoś z zewnątrz zobaczy, to gada sobie dwóch nerdów przez internet o „Star Warsach”. Ale jak ktokolwiek czytał i oglądał „Star Warsy” i zna konwencję fantastyki, to wie, że to jest bardzo ładnie napisane, ale bzdura. Więc ja nie chcę popełniać tego błędu, który na przykład jeden prawnik zrobił, czyli wykorzystał właśnie ChatGPt do napisania pisma procesowego i ChatGPt powołał się na nieistniejące sprawy. Ale bardzo pięknie napisał pismo.
[01:59:18] - Ja mam na imię Marek, pracuję w wydawnictwie, a przy okazji prowadzę również w internecie audycję, która się nazywa „Bibliotekarium 2.0”. I mówiąc szczerze, jeśli chodzi o sztuczną inteligencję, to właśnie ta audycja, a właściwie jej słuchacze mocno mnie natchnęli do tego, żeby zainteresować się sztuczną inteligencją, ponieważ pod koniec zeszłego roku zaczęły dochodzić takie różne sygnały do mnie jako do człowieka audycję prowadzącego, że jest to zainteresowanie. A przejawiło się ono w ten sposób, że jeden ze słuchaczy poprosił ChatGPT3, żeby napisał opowiadanie fantastycznonaukowe o Wiktorze Żwikiewiczu oraz o mnie, którzy prowadzimy audycję. I ten czat to napisał. Ja pozwoliłem sobie czytane przez lektora to opowiadanie w audycji zamieścić, a później słuchałem dosyć uważnie komentarzy. Sam miałem oczywiście swoje zdanie na ten temat, ale uważnie słuchałem komentarzy i one się w większości pokryły z moimi obserwacjami. Otóż ChatGPT3 sklejał te zdania i tę historię. Tam jeszcze było więcej poza Wiktorem Żwikiewiczem i mną, tam były jeszcze inne charakterystyki dotyczące tego, jacy jesteśmy, jak się zachowujemy. I ta historia była napisana przez ośmiolatka. Tak zresztą była przez większość ludzi oceniana, że to jest mniej więcej ten poziom i ekspresji, i doboru słów, i pewnej historii wytworzonej w wyniku działania Chata.
I okej, przyjąłem to do wiadomości w tak zwanym międzyczasie. Teraz nie będę tego opowiadał, ale przewaliło się przez audycję kilka takich płomiennych mów wygłaszanych przez różnych ludzi, którzy się mniej lub bardziej sztuczną inteligencją zajmowali. Gdzieś tak bodajże koło kwietnia ten sam człowiek, który skłonił ChatGPT 3 do napisania opowiadania, poprosił teraz tego nowego 3,5 czy 4. Właśnie nie wiem, czy on korzystał z płatnej wersji, czy korzystał z tej 3,5. Nieważne. W każdym razie ten wyższy czat poprosił.
[02:01:51] - To jest właśnie ta rzecz, że ten 3,5 jest nazywany szybkim, a 4 jest nazywany bardziej inteligentnym.
[02:01:58] - Tu nie mam informacji, który z tych czatów pisał to opowiadanie, ale ono było wyraźnie lepsze. Było lepiej poskładane. Z tym że oczywiście kryje się w tym wszystkim pułapka. Ono było może lepiej skomponowane, te zdania może mniej chrzęściły, jak się je czytało, ale w gruncie rzeczy to była historia głupia. Tak naprawdę głupia. Widać było, że ta refleksja, to, co czat GPT miał do powiedzenia, to taką historię sobie każdy może opowiedzieć sam. W związku z tym żadnych niuansów, żadnej twórczości nie zauważałem, ale ta historia była zdecydowanie w odbiorze, w tym pierwszym wrażeniu, w tym, co odbieramy na początku, czyli „wow, fajnie te zdania poskładane, zdecydowanie lepiej niż ten poprzedni”. To był dla mnie powód, żeby zaprosić jeszcze kilku innych ludzi, którzy mi o tym czacie zaczęli opowiadać i trochę im spuchła głowa. Ale to na razie tyle.
[02:03:10] - Nazywam się Mirek i nie używam sztucznej inteligencji od 10 lat. A w rzeczywistości użyłem jej wczoraj. Przerobiliśmy obrazek z domu z pompą ciepła. Obok był gruz. Gruz w ciągu pół sekundy zamienił się w trawę i nawet właściciel domu był zadowolony, że to ładniej wygląda. Używam różnych rodzajów sztucznej inteligencji na co dzień. Normalnie pracuję w PR-ze. Jestem też wydawcą portalu miejskiego, dosyć dużego, na który wchodzi od 20 paru milionów do 30 milionów ludzi rocznie. I w praktyce też posługuję się czatem GPT od czasu do czasu, ale o tym na koniec. Natomiast moje najnowsze doświadczenia są związane z audio i to, co widzimy tutaj, czyli obrazy.
W zasadzie jesteśmy już chyba do tego przyzwyczajeni, bo oglądamy tyle filmów, gdzie się wykorzystuje obrazy generowane komputerowo, że to nie jest jakoś tak szokujące. Może na samym początku, parę miesięcy temu było to dosyć szokujące. Natomiast szokujące rzeczy widziałem, jeśli chodzi o audio połączone z wideo. W tej chwili prowadzone są prace także w Polsce nad tym, żeby przerabiać w locie obraz i dźwięk. Podam przykład, jak to wyglądało, chociaż to nie jest w czasie rzeczywistym zrobione, ale został zrobiony przykład z filmu amerykańskiego, w którym w sekwencji aktorka wypowiada parę przekleństw. Usunięto przekleństwa przy użyciu sztucznej inteligencji, czyli zmieniono jej głos, ale także zmieniono całą tę część, w której widać zmienioną ruchomość. W ogóle nie widać tego efektu. Wszystko jest czyściutko i pod tym względem dźwięk i obraz. To był pierwszy krok. Następny krok to było to samo, tylko że w przełożeniu na język hiszpański.
Głos jest sztucznie wygenerowany. To jest ton głosu, to jest praktycznie głos tej samej aktorki, tylko że ona mówi po hiszpańsku. Tak samo jej usta też sugerują, że mówi to, co słyszymy. A później jeszcze pokazano, jak to samo zrobiono w języku mandaryńskim. Wszystko bardzo płynnie. Także to jest przyszłość, ale już jedną nogą jesteśmy w tej przyszłości. Ja w tej chwili pracuję nad wdrożeniem odczytywania maszynowo generowanym głosem treści na portalu internetowym. Pracuje nad tym jeszcze paru innych wydawców. Chcemy skorzystać z polskiego rozwiązania. Polacy są w ogóle dobrzy w tego typu softwarze.
Wiem, że planuje wykorzystać taki software lub podobny Audioteka i Storytel. Co więcej, oni już mają doświadczenie. Już czytali przy użyciu głosu generowanego maszynowo bajki, które zostały napisane chyba przy użyciu Chata GPT. Także uważam, że największe i najszybsze postępy, które zobaczymy w realu, także zostanie docgnięta popkultura, to właśnie dzięki temu, że będziemy generowali głos. Aktorzy z całą pewnością nie będą zadowoleni. Co więcej, już była afera w Polsce, że skopiowano głos Tomasza Knapika, bardzo znanego. Chyba każdy zna jego głos. Mało brakowało i doszłoby do procesu, ale panowie się wycofali. To polska firma skopiowała. Najbardziej mnie porusza oczywiście Chat GPT i w niektórych zastosowaniach on się przydaje.
Napisałem kilka tekstów z jego użyciem, które i tak trzeba było potem głęboko przeredagować. Także ja w ogóle nie czuję takich obaw, które zgłasza Jacek Dukaj, że sztuczna inteligencja napisze powieść w 10 minut albo i krócej i teraz należy porzucić pisanie. Uważam, że sytuacja jest zupełnie inna i bardzo daleko do czegoś takiego. Bliżej jesteśmy, jeśli chodzi o wykorzystanie takich narzędzi. Przypominam sobie takie zdanie, które napisał Lem, że postawienie przed maszyną, przed komputerem jakiegoś zadania ogromnego, obliczeniowego to jest wysłanie tej maszyny w bardzo odległą przeszłość. Potem ona wraca, daje nam wynik, ale pytanie, czy ten wynik jest rzeczywiście dobry? Nie wiemy, bo nie jesteśmy w stanie sprawdzić. I Lem od razu znajduje rozwiązanie. Wyślijmy w tę samą podróż drugą maszynę. Przypominam, że parę lat temu pojawiła się taka informacja, że Excel przeliczał źle wyniki.
Także to jest możliwe. W przypadku Chata GPT to jest możliwe, bardzo prawdopodobne i realne, że popełnia błędy. Halucynuje tu, o czym mówiliście. Podam przykład z życia wzięty. Chciałem zastosować do tekstu produktowego, wyciągnąć z dużego zestawu danych informację, ile się zaoszczędzi pieniędzy, kiedy postawimy obok domu pompę ciepła. Na dachu będzie fotowoltaika. Wiedziałem, ile ta fotowoltaika wyprodukowała energii i wrzuciłem cały ten zestaw do Chata GPT. Podał bardzo szybko rozwiązanie. Było to szokujące. W efekcie bawiłem się tym do trzeciej nad ranem, żeby napisać tekst.
Pomyślałem: „Taki tekst, taki case. Jak zrobię to, zmiotę wszystkich”. Zmieniłem zestaw danych nieco i zobaczyłem, że wynik tak na intuicję był trochę odległy. Jakby za dużo tam tej oszczędności. Było więcej fotowoltaiki i nagle ta oszczędność tak urosła. Jeszcze raz wprowadziłem te same dane, które wprowadziłem na początku i wynik był zupełnie inny. Pomyślałem sobie: „O, to jestem w tej sytuacji, o której pisał Lem. Znowu coś skurczowaty przewidział”, że nie wolno absolutnie wierzyć tym rozwiązaniom, ponieważ najkrócej mówiąc zmyślają.
[02:10:06] - To jest ten moment prawdopodobnie, kiedy możemy poprosić o z grubsza wytłumaczenie, jak to działa, bo tak naprawdę to tłumaczy wszystko. Plus to jest przykład tego właśnie stażysty, który jest gorliwy, ale niekompetentny tak naprawdę. Właśnie tak trzeba tego używać. Powody są bardzo proste tak naprawdę. Tak w trzy minuty też mogę? Bodajże w dwie nawet.
[02:10:33] - Ogólnie całą koncepcję wymyślono w latach 80. już, tylko po prostu koncepcję uczenia maszynowego plus właśnie sieci neuronalnych. To wymyślono już w latach 80., tylko brakowało w ogóle mocy obliczeniowej, żeby coś takiego rzeczywiście wprowadzić w ruch. Teraz mi tłumaczysz, o co chodzi w tym wszystkim, ale też miałem taką dziwną myśl. Wpadła mi do głowy, że może internet powstał po to, żeby w końcu mieli co wprowadzić do sieci. Może ktoś to zaplanował, ale taka dziwna myśl mi przyszła. Nie wiem czemu. To jest już snucie jakichś teorii spiskowych. Ale jeżeli chodzi o uczenie maszynowe i o te sieci neuronalne, to jest trochę tak, że mamy bardzo wiele danych, które są testowane zgodnie z takim algorytmem statystycznym. Ja też nie jestem jakimś specjalistą, od razu mówię, ale chodzi o to, że to jest głównie bardzo duży taki trochę model statystyczny i dlatego on nigdy nie będzie do końca jedynką.
Nie będzie zawsze w 100% pewny. Bo statystyka na tym polega, że jeżeli mamy bardzo dużo danych i one są przetwarzane, to próbujemy dojść do tej odpowiedzi, ale ona nigdy nie będzie jedyna. I dlatego całe to generowanie tekstu czy obrazu to troszeczkę inna sprawa, ale generowanie tekstu po pierwsze ono nigdy nie będzie czymś bardzo kreatywnym. Tak naprawdę kreatywny jest człowiek, bo to on wpisuje jakąś komendę, ale ona będzie wygenerowana z czegoś, co już jest. Więc czy można tak stworzyć coś naprawdę nowego?
[02:12:28] - Nowe słowa tworzymy bardzo rzadko, więc tak naprawdę my też tworzymy z nowych. Natomiast z tych samych, co już istniały.
[02:12:37] - Też mamy taką dużą bazę. Dlatego się tak nazywa, bo to bardzo podobnie pracuje do naszego mózgu. To pozór teorii.
[02:12:45] - Ja powiem to inaczej w tym znaczeniu, że Chat GPT konkretnie działa jak nasze autouzupełnianie w telefonie. On po prostu dobiera kolejne słowo do poprzednich słów, najlepiej pasujące według kontekstu, który mu dostarczyliśmy. Prompt to się nazywa. I z tego, co wie wcześniej, z tych wszystkich rzeczy, które zgromadził wcześniej. Tylko że ponieważ to ma postać funkcji matematycznej, a ta funkcja matematyczna ma olbrzymie ilości zmiennych i właściwie nie może zostać precyzyjnie sformułowana, to ona jest po prostu przybliżana.
[02:13:19] - Te zmienne są wartościowane i on się właśnie uczy tego wartościowania zmiennych.
[02:13:25] - Więc tak naprawdę zawsze dobrane najlepiej słowa i ponieważ to jest całkiem wyrafinowany algorytm, to one są nieźle dobrane. Natomiast z punktu widzenia Tego ChataGPT liczby Mirka były po prostu słowami, do których należy dobrać jakieś inne słowa. Akurat te mu pasowały. Tak wyszło z tej, mówiąc wulgarnie, ekstrapolacji. I to było wszystko. Tam nic w środku nie ma. Czyli ChatGPT nie układa konspektu, nie buduje sobie wewnętrznego modelu, nie wnioskuje, nie wyciąga analogii. On po prostu dobiera kolejne, następne słowa. To znaczy nikt nie powiedział, że my tak nie robimy, ale wydaje się, że jednak potrafimy robić różne rzeczy też, typu analogię.
[02:14:02] - Jeszcze tak przerwę, bo taka też nasza myśl, że mianowicie teraz jest to kontrolowane, ponieważ ChatGPT tak naprawdę ma bazę danych swoją i ona była też chyba przez jakieś państwo w Afryce sprawdzana, weryfikowana. Czyli ktoś siedział i patrzył, czy te rzeczy, którymi jest karmiona ta baza danych wpływają i one są prawidłowe. Więc to też jest tutaj ludzka robota za tym. Ale taka myśl mi naszła, że jeżeli teraz dopuściliśmy do internetu taki model językowy, to jeżeli zacznie być coraz więcej tego bullshitu tak zwanego, to co się stanie z tym modelem?
[02:14:37] - To znaczy nic się nie stanie, dlatego, że jeśli chodzi o ChatGPT 3,5, to jego informacje skończyły się na 2019 roku. On do tego miał dostęp.
[02:14:46] - Chociaż on się trochę uczy z kontekstu, który dostaje od użytkowników.
[02:14:48] - Tak. Natomiast te obrazy są generowane w ten sposób, że na początku jest szum, po prostu szum, a potem są kolejno piksele ustalane tak, żeby z grubsza pasowały do obrazów, które się z tym kojarzą, co napisaliśmy. W związku z czym znowu tam nie ma, tak jak my byśmy mogli rysować najpierw szkic, a później go wypełniać albo budować sobie model trójwymiarowy i go cieniować. Tam tego wszystkiego nie ma. To po prostu zaczyna od wielobarwnego szumu, a potem poszczególne piksele ustala tak, żeby jak najlepiej pasowały do innych pikseli, do tego, co napisaliśmy i do obrazów, które on ma w bazie danych swojej. I to znowu ma postać przybliżonej funkcji. Dlatego tak wygląda i dlatego mamy czasami siedem palców w postaci.
[02:15:28] - Jak wygląda przybliżenie w wydaniu ChataGPT na przykładzie. Poprosiłem ChataGPT, żeby przedstawił nową, poprawioną wersję „Rzepki” Juliana Tuwima. Słynny wiersz, ale chodziło o to, żeby ta rzepka była bardziej wegańska niż oryginał. No i chat natychmiast napisał mi coś takiego. Czytam dokładnie tak, jak to przeczytałem po raz pierwszy. „Rzodkiewka sobie sama. Posadzę ją w ziemi żyznej. Będzie rosła zdrowa sama. Bez użycia chemii niezdrowej. Będzie rosła, nabierała masy bez użycia nawozów zwierzęcych.
Bo weganizm to droga nasza, która daje nam zdrowie i siłę nieskończoną. A kiedy już będzie gotowa, samodzielnie wyrwie się z ziemi. Będzie zdrowa i pyszna, dobra i zrobię z niej sałatkę smaczną dla siebie i przyjaciół wegańskich.”
[02:16:33] - To taki rytm, trochę jak propagandowy wiersz za Stalina.
[02:16:37] - Dokładnie. Myślę, że to jest dobre przejście do następnego punktu, który sobie przygotowałem, bo ja chciałem trochę wbrew temu, co tytuł sugeruje, zapytać najpierw was, nas o nadzieje, jakie można wiązać z tym, co powstanie. Mianowicie kiedyś, dawniej, jak wyobrażaliśmy sobie, jak będzie wyglądał rozwój AI i co z tego wyniknie, to wierzyliśmy, że on na przykład pomoże leczyć choroby, czyli rozwój medycyny nastąpi, nastąpi rozwój nauki, będzie wymyślał różne teorie, edukację poprawi nam. A życie pokazało, bo oczywiście AI już działa. Tutaj opowiadam o generative AI, natomiast sztuczna inteligencja na przykład wybiera reklamy, które są nam pokazywane albo podpowiada książki, które mamy kupić albo inne artykuły w sklepie ogrodniczym. Czyli okazało się, że AI najbardziej nam pomaga w prowadzeniu samochodu albo w kupowaniu rzeczy, w reklamach, ewentualnie w projektowaniu lekarstw dla bogatych ludzi. Bo pewnie nie na malarię koniecznie. Więc mieliśmy bardzo fajne pomysły o tym, co z tego powstanie, a wyszło nie powiem jak zwykle, bo nie ma jeszcze zwykle. Natomiast poszło w zupełnie innym kierunku, więc mimo to, że idzie w zupełnie innym kierunku niż sobie wyobrażamy, to chciałbym, żebyśmy spróbowali sobie wyobrazić, w jakim dobrym kierunku mogłoby pójść wykorzystanie. Co dobrego mogłoby wyniknąć dla powiedzmy kultury?
Bo tutaj to jest ciekawa rzecz. Co dla kultury dobrego by wynikło? Ale pięć minut maksymalnie.
[02:18:12] - Dobra, to po pierwsze takie ad vocem co do tego, co powiedziałeś, że wyobrażaliśmy sobie to, to i to, a wyszło inaczej. To trochę mi się przypomniało, jak niektórzy ludzie mówią: „Zróbmy sobie dziecko”, a potem: „Jezus Maria, ja się wyspać nie mogę. I te pieluchy i wszystko, i lekarstwa”. A potem i tak z tego wyjdzie człowiek. Ale dużo ludzi po prostu nie przemyśli tego tematu, że problemy będą, problemy jakoś się przejdzie. Dobra, nie będę się za bardzo wypowiadał. W każdym razie kwestia moja jest tutaj taka, że jeżeli my sobie wyobrażamy, bo często w fantasy wyobrażaliśmy sobie to albo jako formę dżina takiego, czyli takiego asystenta cyfrowego, który nam chce pomóc, nam chce zaszkodzić, jakkolwiek, że raczej były to systemy komputerowe, które były po prostu podległe i one nie były na tyle inteligentne, żeby same wykonać zadanie, albo wręcz były asimovowskie, czyli one nie rozumiały do końca kontekstu swoich praw lub kontekstu zadań. Więc co może wyjść dla kultury dobrego? Po pierwsze mamy zalew różnych rzeczy, takich właśnie jak tworzone opowiadania, tworzoną sztukę, tworzone filmy. Będą też pewnie tworzone rzeźby z wokselami i tak dalej.
Natomiast jeżeli mi się dobrze wydaje, co dobrego będzie dla sztuki ogólnie To jest większy dostęp do tej sztuki. I też tak zwane tailored art. W tym momencie ja jestem zmuszony, jak idę do Wojtka Sedeńko, spytać się, w której powieści jest wątek space operowy, w której powieści masz terraformowanie Marsa. A może masz coś takiego, gdzie są takie i takie, tacy i tacy kosmici albo jest omówiony taki i taki temat. Czyli ja jestem tak naprawdę na łasce pisarzy, a w momencie, kiedy ja bym tego nie wykorzystywał, ale gdybym był po tej drugiej stronie, mógłbym chcieć na przykład: ja chcę jakieś fajne sword and sorcery, tylko to się dzieje na asteroidzie i coś tam się dzieje. Wklepuję i przeczytam sobie kilka tych opowiadań i dopiero któreś będzie fajne. I ja rozumiem, że z perspektywy pisarza to jest: „Ale to nie jest mój wach, to jest po prostu stochastyczna papuga, to jest tylko narzędzie”. Ale dla odbiorcy, tak samo jak tutaj Tadeusz pokazywał, robienie takiej sztuki dla siebie czy dla własnego odbioru, ono może być w pewnym sensie wsopne. Natomiast dla wielu ludzi to jest wyjście z tego, że oni nie potrafią sami pisać, a mogą dostać to, co sami zawsze chcieli przeczytać.
[02:21:06] - Czyli to jesteś pewien, że to będzie sztuka w dalszym ciągu?
[02:21:10] - A czemu to nie jest sztuka? Inaczej, czy traktujemy sztukę taką naive art, czyli tą bardzo simplistyczną jako sztukę. Czy to, że usiądziemy sobie i napiszemy piosenkę, nie będąc fachowymi piosenkarzami, czy raperzy, którzy rapowali na początku polskiego-
[02:21:36] - Rozumiem, czyli rozszerzasz definicję sztuki właściwie totalnie.
[02:21:40] - Jeżeli sztuka to jest coś, co może podlegać prawu autorskiemu, to jest każdy akt twórczy, który zawiera pewną dozę ludzkiej pracy i pewien ludzki wkład.
[02:21:55] - Ja z twoim podejściem taki problem-
[02:21:59] - Nie, nie musi.
[02:22:00] - Ja mam z twoim podejściem taki problem, że jeżeli chciałbym zamknąć się w pokoju i spędzić całe życie tylko ze sobą, to na dobre nie wyjdzie. Bo ja rozumiem, że ty byś chciał generować sobie sam książki, które cię interesują. Ale to są twoje pomysły. Nie spotkasz się z niczym nowym, bo to ludzie dostarczają czegoś nowego i trochę będziesz w takiej sytuacji, jak jest w tej chwili ChatGPT. To znaczy do niego już nic nowego nie dopływa, bo zostało to odcięte i on cały czas mieli to samo. I ty będziesz też mielił to samo. Nie będą przychodziły rzeczy z zewnątrz, bo będziesz cały czas pogrążony we własnej sztuce, którą będziesz generował.
[02:22:38] - Generował coś, co jest dostępne.
[02:22:40] - Ale to ty dajesz pomysły temu chatowi, żeby on: chcę tego, tego, tego i tego. I dostajesz to, czego chciałeś.
[02:22:50] - Ale przecież my wszyscy tutaj mamy własną wyobraźnię. Czytaliśmy innych autorów i czy ich powielamy, czy tworzymy własne też drogi na podstawie tego i eksplorujemy.
[02:23:06] - Kiedy szukasz, dajmy na to w Netflixie filmów, to też tak naprawdę mówisz: chciałbym obejrzeć film space operę o czymś. Tam tylko jest dosyć ograniczony wybór, natomiast i tak wyznaczasz kilka tych punktów węzłowych, charakterystycznych, a reszta jest ci dostarczana z rozmaitych źródeł. Gdyby to mogło być tworzone zupełnie na życzenie, to miałbyś prawdopodobnie coś z zewnątrz z kilkoma charakterystykami, które podałeś.
[02:23:34] - Tak, ale wydaje mi się, że Kamil by się chciał zamknąć jednak w pokoju. Mam wrażenie, że tobie chodzi o to, że ty byś chciał naprawdę tworzyć coś dla ciebie.
[02:23:41] - Wiesz co? Bardziej, żebym tworzył nie tylko dla siebie, bo nie muszę się tym dzielić, ale mogę się dzielić, bo to jest-
[02:23:48] - Zawiązałbym swój wpis na Facebooku.
[02:23:50] - Ale poczekajcie. Jak w ogóle funkcjonuje fan fiction? Fan fiction to nie są rzeczy często publikowane, publiczne. One się między zamkniętymi grupami albo wręcz do szuflady są pisane czy na jakimś blogu. To jest najczęstszy przykład, jak w rozmowach o Disney, Star Wars się mówi, że dlaczego teraz jest bardziej inkluzywne i tak dalej. Albo na przykład Star Trek, że ma trochę inne wątki, inne charaktery. Dlatego, że byli ludzie wśród fanów, którzy chcieli mieć jeszcze inne historie niż to, co im dawał Paramount, niż to, co im dawał Lucas i dopisywali swoje historie. I to dalej funkcjonuje. I poza małymi przypadkami, gdzie może rozważasz moralnie, że jest coś takiego jak fandom kwadrat czy fandom x fandom, czyli ci ludzie, którzy żyją wyłącznie tą sztuką generowaną przez fanów i nie dostają nic z zewnątrz. Czyli to, co wy mówicie, takie zamknięcie się w pokoju.
Natomiast nie, dla mnie to nie jest zamknięcie się w pokoju, ponieważ ja mogę korzystać z opowiadań, ale z drugiej strony też w pewnym momencie wychodzisz: dobrze, to by było tak, a co jeżeli byłoby inaczej? I szukasz. I sam będziesz w pewnym momencie szukał, ponieważ jako osoba kreatywna, jako osoba z wyobraźnią będziesz w pewnym momencie się zastanawiał, a czy są inne rodzaje napędu lądowego? I w tym momencie chodzisz dalej.
[02:25:26] - Z tego, co wiem, to mogę ci w takim razie zaproponować już rozwiązanie, bo możesz się sam nauczyć. Właściwie trochę tam wcześniejsza wersja jest czata udostępniona w OpenAI, ale mianowicie możesz już go zacząć karmić swoimi tekstami albo tekstami, które lubisz i on na tej podstawie może ci będzie coś generował.
[02:25:45] - Jak chcesz to spróbuj.
[02:25:48] - Okej, ale chciałbym jednocześnie coś powiedzieć jeszcze à propos sztuki jako elementu kultury. Bo skoro mamy taką sytuację, że jesteś zamknięty, Kamilu, w pokoju i generujesz sobie milion kolejnych nowych opowieści, ale sam powiedziałeś, że nie musisz się tym dzielić, to tak naprawdę zastanawiam się w historii świata, ile powstało arcydzieł, które pozostały w szufladzie albo spłonęły w pożarach i nie ma ich po prostu, nie są elementem naszej kultury. W związku z tym tak naprawdę jakby w ogóle nie zaistniały, nigdy ich nie było, chociaż były tak naprawdę.
[02:26:25] - A masz teraz też odwrotną sytuację, czyli to, co się mówi, że zalewa nas kultura generowanych przez czaty opowiadań.
[02:26:36] - Właśnie. I tu bym chciał zapytać, bo nie bardzo sobie wyobrażam sytuację, w której sztuka, przynajmniej tak, jak ją rozumiemy dzisiaj, wcale nie twierdzę, że to się nie może zmienić, ale sztuka, tak jak rozumiemy dzisiaj, stanie się demokratyczna, czyli każdy sam sobie będzie pisał opowiadania, sam je będzie czytał, ewentualnie udostępniał kolegom. Ja się po prostu zastanawiam, nie stawiając kropki nad i, dokąd to tak naprawdę prowadzi?
[02:27:06] - Chciałem powiedzieć jedno ad vocem, króciutkie. Przypomnę ci jedną klasykę literatury, która to poruszała i która było Notre-Dame de Paris, właśnie Katedra Najświętszej Maryi Panny w Paryżu, czyli potem ten słynny „Dzwonnik Notre Dame”. Tam jest o różnicy między sztuką, jaką była architektura, między innymi kościelna, a tym, jaka słaba jako sztuka i jaka wręcz wrażliwa jest ta pisana.
[02:27:40] - Ja zbyt dużych oczekiwań od AI nie mam. Sztuki takiej naprawdę wartościowej raczej nigdy nie będzie tworzyć, bo ona bazuje na zbiorze informacji tego wszystkiego, co już kiedyś człowiek wytworzył. Potrafi być zaskakująca, bo moim zdaniem ona z kilku słów, które tam rzucamy jako słowa kluczowe, sobie to wybiera losowo, przetwarza przez swój bank danych i wtedy graficznie mamy to narysowane tak albo inaczej. Ja to zauważyłem, bo na tym Midjourney są trzy serwery, na których można było pracować i zauważyłem, bo wbijałem te same słowa kluczowe na tych różnych serwerach i każdy miał trochę swoją stylistykę. Jeden był bardziej realistyczny, inny był bardziej abstrakcyjny, a trzeci to w ogóle mi się nie podobał.
[02:28:47] - Ja wrócę do tematu, bo Wiesiu mówiłeś o tym, co jeszcze.
[02:28:52] - Już. Ale dobrze. Chciałem tylko tak tutaj, bo rozmawialiście, rozmawialiście, ja musiałem się wygadać. Jaka będzie przyszłość? Będzie taka, że grafiki na pewno opanują czy to rynek wydawniczy, czy jakiś tam inny, reklamowy choćby na przykład. Jeżeli chodzi o, nazwijmy to, literaturę, ale powiedzmy o tekst. Niczego super dobrego AI nie napisze, ale tak i tak i dzisiaj dziewięćdziesiąt parę procent rzeczy to jest po prostu taka papka.
[02:29:44] - Ja bym chciał takie dorzucić coś.
[02:29:47] - AI będzie potrafiło to samo zrobić i będzie czytana po prostu przez miliony osób. Zdaje się, że Amazon już wypuścił jakieś powieści napisane przez AI. Film podobnie, ale to akurat uważam, że może być nawet ciekawe. Bruce Willis sprzedał prawa do swojego wizerunku elektronicznego. Jeszcze trochę się podszkoli ta AI, to napisze i scenariusz i po prostu sama zrobi ten film z Brucem Willisem. Tak że tak widzę tą przyszłość. To się stanie narzędzie. Ja byłem taki trochę zmieszany. Nie bardzo mi się to podobało. Ja wykorzystuję tą grafikę, bo to jest dość proste.
Nie trzeba mieć umiejętności, żeby coś tam pokazać, zrobić. Ale sobie myślałem: „Kurczę, coraz mniej będzie potrzebnych artystów grafików”. I tak samo pisarzy. Już kończę. Szef Marka, Bartek Olsztajn nadesłał mi takie grafiki. Oni byli współorganizatorem takiego konkursu plastycznego. Tam jakieś pięć chyba tematów było zadanych i tam podobno głównie licealiści ze szkół plastycznych nadesłali te prace. Powiem wam, że po prostu szczęka mi opadła. Człowiek jeszcze nie umarł. To są naprawdę genialne prace.
Żadna AI tego nie zrobi tak, jak oni to zrobili.
[02:31:53] - Teraz ja dorzucę, na co liczę bardzo w przyszłości, bo w sumie mnie to fascynuje troszeczkę. Już teraz stworzono taki mod do Skyrima, który pozwala mówić do postaci, które spotykamy, a one odpowiadają. W grach komputerowych rzeczywiście te światy zaczną być może trochę lepiej, fajniej zrobione. Nawet już przy korzystaniu z rzeczywistości wirtualnej, jak sobie wyobrażam, że będę mógł podejść do kogoś, kogo spotkam po drodze gdzieś tam na jakimś szlaku, zapytać o na przykład kierunek, gdzie mam pójść, żeby znaleźć to miasto, a on mi odpowie. A przy okazji jeszcze powiedz, że jest synem kowala. To super. To jest taka bardzo fajna rzecz, na którą chyba czekam trochę.
[02:32:40] - A Mirek coś?
[02:32:43] - Mogę coś dodać.
[02:32:44] - Siedzi cicho.
[02:32:46] - Ja rozumiem, że pytanie brzmi, na co możemy liczyć?
[02:32:48] - Liczyć optymistycznie.
[02:32:51] - Czyli za chwilę będzie pesymistycznie. Optymistycznie liczę na to, że będziemy mieli pewien rodzaj demokratyzacji, bardzo specyficzny. Czyli ludzie, którzy dotychczas na przykład nie byli programistami albo nie byli prawnikami, albo nie byli księgowymi, albo nie byli projektantami, nagle będą mogli nimi być i bariera wejścia gwałtownie spadnie. To jest to pozytywne. Oczywiście, jak spojrzymy na odbicie w lustrze tego, co powiedziałem, to szykuje się groza dla co poniektórych zawodów. I od razu widzę lud testów, czyli dawnych freelancerów, dobrze wykształconych artystów, którzy rzucają się do niszczenia maszyn tkackich, ponieważ niedoświadczony człowiek, który dotychczas pracował na roli, może tkać dużo ładniejsze tkaniny niż oni. Ale nie chcę iść w kierunku tego negatywnego scenariusza. Wydaje mi się, że to jest pozytyw, że otworzy się rynek pracy dla ludzi, którzy zupełnie by nie mogli pracować w tych zawodach. Po czym to rozpoznałeś?
[02:34:12] - Pozytyw jest taki, że obniży się koszt pracy.
[02:34:15] - Nie, nie powiedziałem, że obniży się koszt pracy. A teraz przejdę do skontratakowania tego, co przed chwilą powiedziałem. W związku z tym, ale idąc dalej jeszcze, bo ta demokratyzacja, szczególnie w połączeniu sztucznej inteligencji z quantum computing, czyli z dodaniem takiego turbo do sztucznej inteligencji i oddaniem w ręce ludu pracującego miast i wsi, to jest dopiero pozytywne dla tych ludzi, natomiast szalenie niebezpieczne dla takich potentatów multimiliarderów jak Elon Musk. Ja uważam, że oni dlatego protestują przeciwko sztucznej inteligencji, ponieważ obawiają się, że ktoś na tyle sprytny jak oni, wykorzystujący te narzędzia albo jakaś grupa ludzi jest w stanie pokonać ich w biznesie. I stąd są te protesty. Jest to teza zatracająca o spiskową teorię dziejów. Natomiast bardzo mnie zaskoczyło to, że Elon Musk, który włożył pieniądze w ChatGPT, nagle wycofuje się tak, jakby zobaczył tam gdzieś diabła. Myślę, że się przestraszył tego, że jego pozycja i pozycja wielu dużych korporacji i osób, które zarabiają na tym, może być zagrożona. Oni czują, że ktoś ich może przeskoczyć, bo dostanie narzędzie, więc uważam, że to jest pozytyw.
[02:35:48] - Jak nie powinni skoczyć wcześniej innych?
[02:35:51] - Dokładnie. To ja jeszcze od siebie dodam, że wczoraj w czasie tego panelu, który tutaj był, ja zapisałem sobie jedną notatkę, chociaż nie wiem, czy ktokolwiek to powiedział. Mianowicie sztuczna inteligencja może być też konsumentem. Znaczy ona może być dla nas, nie chcemy mówić asystentem, ale tak naprawdę, jeśli mamy zalew sztuki, który nas się straszy, to równie dobrze można wykorzystać sztuczną inteligencję do tego, żeby ona dosłownie odsiewała to, co nam się nie spodoba, a będzie dobrze wiedziała, co nam się spodoba, a co nie, bo już teraz całkiem nieźle sobie radzą. I w ten sposób może być tak, że naprawdę każdy będzie mógł tworzyć i z tego nic złego nie wyniknie, bo po prostu każdy również będzie mógł sobie znaleźć to i nie w taki sposób, jak tutaj przed chwilą Kamil powiedział, że AI dla niego wygeneruje, ale AI dla niego znajdzie to, co inni twórczo wygenerowali i wtedy naprawdę zniknie ta bariera. Słuchałem niedawno wywiadu ze scenarzystami, którzy strajkują i jedna z takich ciekawszych wypowiedzi była taka, że jednym ze strachów ich jest to, że scenarzystą zostanie ten, kto ma na to pieniądze. Nie zdolny człowiek, tylko ten, którego będzie stać na to, żeby się bawić w pisanie scenariuszy, bo to jest tak niedochodowy zawód w tym momencie. W związku z czym tutaj zniknie ten problem, bo utalentowany człowiek będzie mógł po prostu bardzo tanim kosztem wytworzyć różne rzeczy, a potem to będzie mogło się, że tak powiem, przebić, ale przebić do tych, którym się to podoba. Więc to AI może być również takim wstępnym konsumentem tego, co wszyscy produkują. Tak jak teraz wszyscy piszą książki.
[02:37:28] - Czy recenzentów.
[02:37:29] - Ja proponuję zastanowić się na chwilę chociażby nad tym, gdzie jest granica. To znaczy podałem ten przykład z pisaniem opowiadania przez jeden czat i przez drugi czat. I zastanawiam się, to idzie dosyć szybko i można sobie wyobrazić sytuację, w której czat GPT 5, 6 albo 8 będzie właściwie już nierozróżnialny tak na pierwszy rzut oka.
[02:37:56] - Tekst, który napisze od takiego przeciętnego. Na razie to jest po prostu pisanina, którą bardzo szybko można wyłapać. Zakładam, że gdzieś w tajnych laboratoriach już takie czaty, które pisują dłuższe formy i nieco lepiej niż ChatGPT już istnieją. Ale załóżmy, że do powszechnego użytku wejdą właśnie takie czaty, którym się coś zleci. On napisze tekst, który będzie na pierwszy rzut oka nierozróżnialny. Co wtedy? Czy gdzieś jest ta granica? To po pierwsze. A po drugie, skąd biorę to przekonanie? Bo w pewnym momencie padło to, sam to powiedziałeś, że czat właściwie uzupełnia.
Dodaje słowa, które akurat pasują. Miałem okazję całkiem niedawno rozmawiać z neurologiem, bo zainteresowała mnie sytuacja, w której ludzie dotknięci demencją starczą też bardzo dużo mówią i troszeczkę dobierają słowa, dorzucają je na zasadzie takiej jak ChatGPT. To znaczy wrzucają słowa, które pasują. Czasami to wychodzi bardzo fajnie i można odnieść wrażenie, że się polepszyło, a czasami to jest bełkot po prostu, bo te słowa nie wchodzą takie trzeba i wtedy ma się wrażenie, że jednak nie jest dobrze. Dlaczego te dwie rzeczy zestawiam ze sobą? Bo mamy ten ChatGPT już taki doskonały i on już pisze znakomite teksty. Odwołam się do tego, że gdzieś tam tego ducha nie ma. Zaraz powiem, bo nie o ducha tak naprawdę chodzi, bo myślę, że my bardzo często, kiedy mówimy o sztucznej inteligencji, to tak naprawdę sięgamy do tego, co czytamy najczęściej, czyli do fantastyki naukowej. A tam bardzo często ta sztuczna inteligencja była w zestawie ze sztuczną świadomością. I to są dwie różne rzeczy zupełnie.
Myślę, że nie trzeba tego tłumaczyć, a my gdzieś podświadomie wrzucamy, boimy się sztucznej inteligencji, bo sztuczna inteligencja przyjdzie, nas zje, bo sobie pomyśli, że całkiem byłoby nieźle. Oczywiście istnieje przy sztucznej inteligencji też niebezpieczeństwo, że nasze komendy, które wydamy sztucznej inteligencji, same nas załatwią, bo ona tak to zinterpretuje, że tak naprawdę sami się załatwimy. Ale to jest zupełnie inne zagadnienie.
[02:40:13] - Ja coś chciałem powiedzieć. To znaczy swoją odpowiedź.
[02:40:17] - Może już przejdziemy do wersji odwrotnej, czyli Black Mirror.
[02:40:21] - Jasne, możemy przejść.
[02:40:23] - Bo rozumiem, że taką też zakładasz.
[02:40:25] - Tak. Mam tutaj taką kartkę ze scenariuszem.
[02:40:28] - Mogę powiedzieć to samo, co powiedziałem przed chwilą, tylko że w drugą stronę.
[02:40:32] - Poczekaj jeszcze moment tylko, bo ja chciałbym jedną rzecz powiedzieć. Mianowicie chciałbym, żebyśmy spróbowali powiedzieć o czymś nieoczywistym. Na takiej zasadzie, że jak sobie spojrzymy wstecz w czasie, to różne wynalazki miały bardzo nieoczywiste skutki. Ja tu sobie wypisałem czteroetylek ołowiu, który został wylansowany jako środek antystukowy, a jednocześnie kilkadziesiąt lat później połączono go z bardzo dużym spadkiem inteligencji wśród ludzi, który później odbił z powrotem, kiedy benzyna bezołowiowa. I również zwrot w przestępczości, który nagle spadł, kiedy benzyna ołowiowa została wprowadzona, bo prawdopodobnie ten czteroetylek ołowiu naprawdę źle działa na inteligencję. Albo węgiel i ropa, które radośnie spalane po 200 latach doprowadziły do globalnego ocieplenia. Twitter, który nagle z globu uczynił tłum, taką psychologią tłumu raczej rządzony niż różnymi socjologicznymi prawami, które od zawsze działały. Więc nasz ulubiony smog, który wprowadził nałogi dopaminowe do ludzi. Bardziej mnie interesuje, oczywiście was też jakieś rzeczy interesują, ale trochę w imieniu publiczności chciałbym dalej zajrzeć. Nie w takie oczywiste konteksty typu zabierze nam pracę, bo to jest oczywiste.
[02:41:56] - Niekoniecznie właśnie.
[02:41:58] - To powiedz.
[02:41:59] - Uważam, że zabierze pracę tylko tym, którzy nie będą używali sztucznej inteligencji. To znaczy sama sztuczna inteligencja nie zabierze nikomu pracy, ale człowiek, który się posługuje sztuczną inteligencją, ten już może nam zabrać pracę. Podałem przed chwilą przykład ludzi, którzy wejdą na rynek pracy i staną się konkurencyjni, chociaż nie skończyli studiów kierunkowych z danej dziedziny. Więc wydaje mi się, że to jest nieoczywisty, ale teraz już dużo bardziej zrozumiały przykład. Jeśli weźmiemy pod uwagę kierowców Ubera i generalnie kierowców systemów, powiedzmy, parataksówkowych, kiedyś oni w ogóle nie mogli brać. Musieli zdać bardzo skomplikowany egzamin z znajomości topologii miasta. Na przykład ogromnie skomplikowanego miasta, jakim jest Londyn. I to wymagało dużo czasu. Warszawa też jest dosyć skomplikowana, bo to jest miasto pięć razy większe od Paryża. Dziś w ogóle nie trzeba przechodzić takich egzaminów, bo podpowiada nam nawigacja w komórce.
I dochody taksówkarzy, którzy zdali te egzaminy, trochę zachowywali się jak ludejście. Nie chcieli dopuścić tych systemów. Dochody spadły około 10% w Londynie. Więc pytanie jest, czy to jest oczywiste, czy nieoczywiste. Dla mnie nieoczywiste jest i chyba mało kto się nad tym zastanawia, jest zużycie energii, dlatego że takie sztuczne inteligencje hojlują strasznie dużo energii. Nie wiem, na ile te dane są prawdziwe, ale przeczytałem kiedyś taką informację, którą podawał Google, że jedno zapytanie w wyszukiwarce wymaga tyle energii, co potrzeba do zagotowania czajnika wody.
[02:44:06] - To natychmiast mnie otrzeźwiło i zacząłem nalewać do czajnika tylko tyle wody, ile potrzebowałem. Dlaczego mam gotować planetę swoim zachowaniem? Przełożyło się to na gotowanie wody, nie na liczbę wyszukiwań. Uważam, że nieoczywistą rzeczą jest konsumpcja energii i to stanowi barierę dla wprowadzenia sztucznej inteligencji. Barierę bardzo dużą. Obecnie ChatGPT nie jest dochodowy i prawdopodobnie długo nie będzie, ponieważ zużywa multum energii. Jeżeli przeskoczy się ten problem, to może się rozwinąć dalej. Mogę rozwijać tę myśl daleko dalej, tylko nie wiem, czy mamy czas.
[02:44:53] - Dodam, że z jednej strony zużywa dużo energii i dużo wody, bo chłodzenie też jest bardzo kosztowne i ono powoduje, że w niektórych centrach, które są strategicznie rozlokowane nad jeziorami, woda w jeziorze jest systematycznie podgrzewana i jeszcze zanieczyszczona przez ciepło wydzielane przez te centra obliczeniowe. Ale z drugiej strony byłem ostatnio na branżowym zebraniu programistów, na którym dowiedziałem się, że producenci telefonów komórkowych czy części do telefonów komórkowych mają już dedykowane procesory służące do sztucznej inteligencji i do rozszerzonej rzeczywistości. Ale chodzi o to, że ta sztuczna inteligencja będzie w stanie się żywić baterią i ona nie może być oczywiście co godzinę ładowana, więc będzie używana do tego specjalny procesor. I co ciekawe, głównym użytkownikiem tej sztucznej inteligencji będą gry. Rynek gier na smartfony jest tak ogromny, że jedną z najważniejszych teraz nowości technicznych w telefonach są procesory dedykowane wyłącznie do sztucznej inteligencji. ChatGPT jest tylko bardzo specyficzną formą tego.
[02:46:02] - Też się o tym, co powiedziałeś z tym zużyciem energii, bo ostatnio słyszałem, że to jest zużycie na poziomie aktualnie 200-tysięcznego miasta. Tak dużo energii potrzeba do aktualnie obsługi tych serwerów. Tak byśmy to mogli nazwać.
[02:46:21] - To jest tylko jedna z kilkudziesięciu sztucznych inteligencji.
[02:46:24] - Tak, ale pracują już programiści nad tym, żeby te koszty obniżyć, bo wyliczono, że jedno przebudowanie, nauczenie na nowo czata na podstawie nowej iteracji bazy danych, żeby się znowu przeuczył kosztowało ileś milionów dolarów. To jest już rzecz, z którą możemy walczyć. Więc oni zaczęli już robić mniej dokładne przeliczenia, które zachowują dosyć wysokie prawdopodobieństwo prawidłowej odpowiedzi, ale są dużo niższe koszty tego. Czyli trochę bardziej halucynuje, ale przynajmniej jest mniejszy koszt.
[02:47:09] - Mówicie, że to jest nieopłacalne finansowo. Nie chce mi się za bardzo wierzyć. Ja jak zaczynałem pracę nad Midjourney, to zależnie od godziny, było około jednocześnie 8 milionów użytkowników. Po miesiącu już było blisko 11. Nie wiem, ile w tej chwili jest użytkowników.
[02:47:34] - Jeżeli koszt używania przerasta subskrypcję, to niestety jest to
[02:47:41] - Ale każdy, jeżeli płaci może 10 albo 30 dolarów.
[02:47:44] - Jeżeli mamy nadwyżkę
[02:47:47] - To kto za to płaci?
[02:47:48] - Jest takie pojęcie jak rock czy profitability. One są po drodze i później będą opłacalne. Na razie nie będą. Dopiero jak wszyscy już się przyzwyczają do używania tego, to zaczną być opłacalne, bo zaczną kosztować tyle, ile kosztują naprawdę. Już nikt nie będzie mógł zrezygnować.
[02:48:04] - To będzie w dolarach. Już teraz to jest chyba 80 złotych.
[02:48:07] - I wtedy to będą prawdziwe koszty. To jest jeden z takich mitów, że my będziemy mogli używać sztucznej inteligencji za darmo, że ona będzie powszechna. Nie będzie powszechna, bo nie będzie tania, nie będzie za darmo. Wręcz przeciwnie, będzie droga.
[02:48:19] - Chyba że część infrastruktury będzie opłacana z podatków lub jakiegokolwiek innego. Energetycznie to jest co innego, ale finansowo to zawsze może skończyć tak, jak dużo tych naszych, jak my je nazywamy utilities, gdzie i tak trzeba dopłacać.
[02:48:36] - Dokładnie. Albo na przykład w treści opowiadania będą reklamy, product placement w bajkach, które sobie-
[02:48:41] - To przecież już było u Frederika Pola czy u Gatewaya. Tam reklama.
[02:48:46] - Ale ja mówię o tym świecie tutaj
[02:48:51] - Musimy pamiętać, że ten świat, czyli świat, gdzie każdy z nas ma dostęp do sztucznej inteligencji albo do bazy danych i całej wiedzy ludzkości na poziomie eksperckim. Stąd niedawno byli eksperci od łodzi podwodnych, teraz są eksperci od najemników. Kto o tym pisał? Lem, Asimov, Clarke. I oni mówili, jak to będzie mobilne, jak to będzie działało. I wtedy patrzono na to: „Wow, to będzie niesamowite”. A my dzisiaj mówimy: „Ale jaka demokratyzacja? Ale co się wtedy stanie? Ludzie będą głupi przez to, ludzie nie będą nauczeni, nie będzie już fachowców”. Mam takie pewne cyniczne spostrzeżenie co do tej dystopijności.
[02:49:37] - Czekamy na cyniczne spostrzeżenie.
[02:49:39] - Cyniczne spostrzeżenie, dobrze. Pamiętacie, jak Harari niedawno był wielkim guru, jak mówił o techno humanizmie i innych kwestiach i jak się go pytano: „A co się stanie z necesariatem, czyli klasą robotniczą, którą wyprą roboty i sztuczne inteligencje?” „A to się im da gry komputerowe i narkotyki, bo i tak już społeczeństwo nie będzie ich potrzebowało”. I przez długi czas było universal basic income, jakieś rozmowy, a może eksterminacja też się pojawiała, takie różne dyskusje, bo to są i tak pracownicy Biedronki, Żabki, jakies robole. Co to w ogóle jest za człowiek? Nie to, co my. A jak przyszło po intelektualistów, jak przyszło po artystów, jak przyszło po ludzi wykształconych, to: „Ratujcie nas, zablokujcie prace nad sztuczną inteligencją. To jest niebezpieczne”. Teraz to zabolało. Teraz nagle jest wielki egzystencjalny problem.
[02:50:37] - Ja tylko chciałem szybciutko się ciebie dopytać, bo nie mam pewności. Jak jest z prawami autorskimi do prac graficznych? Tylko dopowiem, że system w Midjourney jest trochę podobny do facebookowych, że ty czekając, aż ci wygeneruje to Midjourney, to widzisz prace innych. Widzisz, jakie oni słowa kluczowe wpisywali i co tam się wygenerowało. I po pewnym czasie, kiedy zacząłem być trochę bardziej biegły w tym wszystkim, to zauważyłem, system generuje te cztery obrazki i ty możesz wybrać, że „przerysuj wszystkie” albo wybierasz pierwszy i dalej męcz się nad tym. I zacząłem zauważać, że ja rzucam taką czwórkę, wywala mi Midjourney tą czwórkę na moje zapytanie i patrzę, że ktoś klika i, przepraszam, kurwa, korzysta z mojej pracy i sobie generuje dalsze obrazki. Owszem, tam jest wyjście, już oddaję, że mógłbym zapłacić dodatkowe 30 dolarów, żeby ukryć swoją obecność w tym Midjourney. Ale jak to jest z tym właśnie?
[02:52:18] - Ja mam wrażenie, Kamilu, że ty w takim rewolucyjnym zapale przed chwilą troszeczkę przesadziłeś, jeśli chodzi o to, że to ci źli intelektualiści teraz się obudzili, bo wcześniej nie widzieli, a jak byli dręczeni ci biedni, powiedzmy ogólnie robotnicy. To chyba tak nie działa to wszystko, chociaż bardzo dobrze brzmi. Tak rewolucyjnie myślę, dobrze zabrzmiało. Ja natomiast chciałbym się dowiedzieć w tej części, kiedy mówimy o swoich obawach, jak to jest i dotychczas nikt mi jeszcze nie odpowiedział, może na tej sali ktoś się znajdzie. Jak to jest z tym potencjalnie zgłaszanym niebezpieczeństwem, że sztuczna inteligencja zacznie, oczywiście na polecenie jeszcze człowieka, zacznie projektować kolejne sztuczne inteligencje i to będzie taki łańcuszek, nad którym utracimy wcześniej czy później kontrolę. Dotychczas nie usłyszałem takiej satysfakcjonującej mnie odpowiedzi od nikogo, kogo pytałem. W związku z tym może jest czasem.
[02:53:28] - To jest proste, bo tak samo jak procesory teraz nie są projektowane tak jak, nie wiem, czy widziałeś 35 lat temu w „Świat Młodych”. Tam było takie fajne zdjęcie z Intela, jak projektują procesory. Tak olbrzymi siedzieli faceci na takiej sali 10 na 10 metrów i tam rysowali coś. Teraz procesory są projektowane przez sztuczną inteligencję, która po prostu sama wymyśla, za przeproszeniem, co jest w środku. I to jest grubsze. Szuka sama ścieżek, jakichś tam rzeczy, nie wiem jak. I dokładnie tak samo to będzie wyglądało.
[02:54:00] - Tak, tylko że ja mówiłem dalej. Mówiłem już o tym, że nie projektuje procesorów, tylko projektuje całość.
[02:54:09] - Jasne, bo to jest tylko software.
[02:54:11] - Okej, ale do czego to tak naprawdę prowadzi? Bo dobrze, powiedzieliśmy sobie, jak to działa. Do czego to prowadzi tak naprawdę?
[02:54:18] - No to powiedz.
[02:54:19] - Ja powiem tak, że ona nie ma sprawczości. Mianowicie ktoś musi kliknąć przycisk „optymalizuj”.
[02:54:25] - Wiesz, to tylko musi wtedy kliknąć przycisk „optymalizuj”, jeśli się boi, że koszt wytworzenia bez tego będzie za duży. Natomiast jeśli się okaże, że możemy te sztuczne inteligencje, cokolwiek to jest, trenować gdzieś i sprawdzać automatycznie, to tak samo jak z buildami, za przeproszeniem w tych nowoczesnych systemach, gdzie po prostu się kolejne wciska i one się uruchamiają, testują, sprawdzają.
[02:54:47] - Wydaje mi się, że Marek tu się boi sprawczości jakiejś. A tu chodzi o to, że-
[02:54:52] - Nie, nie ma sprawczości, ona może tylko robić to, do czego ktoś ją zaprojektował. Ale chodzi o tą sprawczość, kiedy wytworzysz sztuczną inteligencję i na przykład trzylatnie dziecko zapyta: „Czym mogłabym się teraz pobawić?”. A sztuczna inteligencja w nagrodę odpowie jej instrukcję na zbudowanie przysłowiowej bomby. Bo rodzice zostawili ją z niańką, a nikt nie przewidział, że ta niańka umie również powiedzieć dziecku, jak zrobić bombę albo jak oblać się kwasem.
[02:55:21] - Już się to filtruje.
[02:55:22] - Już się filtruje, ale póki można, a w którymś momencie nie będzie. Więc jeśli ta sztuczna inteligencja będzie sama siebie produkowała, a będzie, na pewno będzie, to zwyczajnie w taki zwykły sposób, gdzie systemy są zbyt złożone, tak jak teraz masz maklerów giełdowych, którzy wcześniej byli, za przeproszeniem, zaprojektowani po to, żeby wypełniali polecenia tych, którzy chcą grać, a teraz praktycznie grają dla samego grania i znajdują nowe instrumenty finansowe. Jakby żyje to już własnym życiem. Już oni nie mają kontaktu z rzeczywistością, tworzą własną.
[02:55:54] - Okej, rozumiem, tylko ja nie wiem, czy chodzi o sprawczość, ale mam takie poczucie, że jeżeli pewnego procesu człowiek nie kontroluje do końca, to wystarczy bardzo drobny błąd, niezamierzony zresztą i to w ogóle może się skończyć piękną katastrofą.
[02:56:18] - Kamil, w firmie, w której pracuję, jest taki zwyczaj, że co wtorek o 12:00 opowiadamy o błędach, które popełniliśmy i skąd się wzięły. Jednym z punktów jest, ile kosztowały firmę. To są duże pieniądze z reguły i bardzo często tam informacja o błędach, które my jako programiści popełniliśmy, brzmi: „Nie do końca wiemy. To chyba było trochę niedotestowane”. To jest wszystko, co można czasami powiedzieć. A to jest firma rozwożąca jedzenie. Nic więcej nie robi, a mimo wszystko potrafimy właśnie nie zapanować nad softwarem. Zawsze ktoś klika „akceptuj”. Ale są zbyt złożone te systemy, żeby zapanować nad wszystkimi.
[02:56:58] - Nie czerpałbym z tego żadnego optymizmu.
[02:57:03] - Nie, ale to jest zawsze część o pesymizmie.
[02:57:08] - Rozumiem, tylko po to zadałem to pytanie, czy jest takie niebezpieczeństwo? I okazuje się, że jest.
[02:57:13] - Tutaj już wchodzimy na temat Samuela Patla i jego XIX-wiecznej rozprawki „Darwin wśród maszyn”, w której było wykorzystanie darwinowskiej teorii ewolucji i koewolucji, żeby pokazać relację ludzi do maszyn i maszyn do ludzi i tego, jak maszyny wykorzystują ludzi, żeby się rozmnażać, rozwijać, tworzyć nowe rzeczy i w zasadzie uzależniać od swoich produktów innych ludzi. I ja mówię w przypadku tej koncepcji braku sprawczości sztucznej inteligencji czy zaawansowanego systemu, że z jednej strony tak, mówimy o tym, a z drugiej strony, jak poczytamy sobie dyskusje na temat Cambridge Analytica i wszystkich innych tego typu rozwiązań, to wychodzi na to, że sztuczna inteligencja nie musi mieć agencji. Wystarczy, że ludzie, których ona oszuka, będą mieli agencję.
[02:58:14] - Ja tylko podam jeden przykład z innej branży. Mianowicie moim zdaniem drożdże wyhodowały ludzi po to, żeby im zapewniły życie, bo to jest organizm, który odniósł olbrzymi sukces. On nie ma wielkiej sprawczości, tylko produkuje stymulant, który powoduje, że ludzie za wszelką cenę dbają o to, żeby te drożdże przeżyły, bo to one produkują nasz ulubiony alkohol. One nie mają sprawczości, one nie budują kadzi. My dla nich budujemy kadzie, one nas do tego zmusiły za pomocą drobnej manipulacji. Wykryły nasz słaby punkt. Myślę, że tutaj jest kilka takich rzeczy, które same nas stymulują do tego, żebyśmy zadbali o to, żeby to na pewno działało. Nie będę mówił słowa na P, bo na sali są dzieci. Więc jest dużo takich nagród, którymi nas obdaruje sztuczna inteligencja i inne podobne rzeczy za to, że zadbamy o to, żeby się jak najmocniej rozwijała sama z siebie.
[02:59:15] - Ja zupełnie się nie obawiam czegoś, co nazywamy sztuczną inteligencją. Jedynie obawiam się ludzi, którzy tego narzędzia mogą używać. Samo w sobie, tak jak mówicie, nie ma sprawczości, póki jej nie damy w jakiś sposób, nie podłączymy do jakiejś końcówki, która realizuje zadanie, na przykład wystrzeliwuje rakiety. O tym opowiada film „Gry wojenne”. Nadal ciekawy film. Uważam, że nadal powinniśmy się bać ludzi, a nie urządzeń, maszyn i software'u, ale postrzegam całą tą sytuację ze sztuczną inteligencją na bardzo szerokim continuum czasowym od początku do końca wszechświata, w duchu wizji Rogera Penrose'a, który twierdzi, że świat dąży na skrzydłach entropii do tego, żeby wydatkować absolutnie całą energię i wszystkie cząstki, z których się składa, w końcu zamienił się w jedną homogeniczną zupę rozpostartą na niepłytkich przestrzeniach. I to będzie matematyczne zero, z którego powstanie kolejny wszechświat. Sztuczna inteligencja i takie istoty jak my, które mają wpisane dążenie do zużywania nieprawdopodobnych ilości energii, działają w służbie entropii. Czy ktoś zoptymalizuje oprogramowanie, czy nie, to i tak apetyt na energię będzie coraz większy. Więc jesteśmy zaprogramowani przez entropię.
Przechodzę jeszcze niżej. Odbijam się od tej analogii z drożdżami. My po prostu jedziemy na wózku entropii i jedyne, co możemy zrobić, to powiedzieć, że koniec. Wracamy do kultury agrarnej i hodujemy żabkę.
[03:01:36] - Dorzucę taką jedną rzecz, bo mi się przypomniała książka „Accelerando”. W sumie przyspieszymy znowu, tylko nie wiemy jak bardzo. I to jest dla mnie też bardzo duży strach, bo nie wiem, czy chcę się aż tak spieszyć.
[03:01:49] - Ja zapisałem sobie dokładnie coś odwrotnego i takiego samego jednocześnie, jak powiedziałeś, bo zapisałem sobie, że dla mnie, biorąc pod uwagę moment bardzo specyficzny, w którym ogłoszono, że sztuczna inteligencja, GPT i tak dalej, ta generatywna sztuczna inteligencja jest tą nowością, która nas teraz popchnie w przyszłość, a był to moment stagnacji i rysującego się kompletnego kryzysu ekonomicznego, to ewidentnie, biorąc pod uwagę na przykład jak Nvidia poszybowała za pomocą swoich obietnic nowych, wspaniałych centrów do sztucznej inteligencji, to wygląda to jak usiłowanie wyciągania się za uszy z bagna, żeby podkręcić cały czas koniunkturę ekonomiczną, globalno-ekonomiczną. To nie jest makroekonomia. W każdym razie wygląda to trochę dla mnie jako takie metaniebezpieczeństwo, mianowicie ta sztuczna inteligencja kolejny raz odwróciła naszą uwagę od tego, że nie da się utrzymać modelu naszego życia. Czyli dalej spróbujmy jeszcze na chwilę udawać, że tak się nie da, że nie da się dalej żyć w konsumpcyjny sposób.
[03:02:55] - Chciałbym jeszcze zapytać o coś takiego, bo w gruncie rzeczy tworzymy sztuczną inteligencję, która już teraz
[03:03:04] - Nie mamy w stosunku do niej, gdybyśmy stanęli naprzeciw siebie, nie możemy z nią konkurować, bo w niektórych dziedzinach ona już nas dawno przeskoczyła. W szachy już kiedyś, pamiętacie państwo, jak się wszyscy ekscytowali, że arcymistrz przegrał z Deep Blue i to była wiadomość.
[03:03:28] - To nie jest potrzebne do czego innego. Wiesz, Marku, że jak go poleję, to się nie zepsuje, a jak podlejesz to się zepsuje.
[03:03:35] - Nie, to oczywiście się zepsuje ten komputer i będą straszne konsekwencje. Natomiast tworzymy sztuczną inteligencję, która potrafi wygrać w Go. Jeszcze nie ze wszystkimi, ale już potrafi, co uważano, że jest niemożliwe, a jednak już potrafi sobie poradzić. Szachistów dzisiaj się przeszukuje przed partiami, czy przypadkowo nie korzystają z podpowiedzi, bo może się okazać, że będzie gra nieuczciwa. Do czego jest mi to potrzebne? Do tego, że tworzymy takiego inteligentnego potwora. Ale on jest niegroźny, bo tak jak mówiliśmy, nie ma sprawczości i w związku z tym zawsze go możemy polać wodą. Możemy go pociągnąć na smyczy i będzie grzeczny. Tylko ja się zastanawiam. To było tak, jak mieliśmy komputer, przecież to maszyna taka zwykła, trochę bardziej rozbudowana maszyna do pisania.
I bardziej, bardziej. To się wszystko zmienia. I teraz wyobraźmy sobie sytuację tak, że tej potężnej sztucznej inteligencji, którą wyhodujemy, a będzie jeszcze bardziej potężna niż w tej chwili, nagle dodamy coś, o czym nie wiemy, czym tak naprawdę jest. Dzisiaj bardzo trudno jest powiedzieć, czym jest świadomość. Na ten temat toczą się dyskusje i to w bardzo wielu środowiskach. Ale załóżmy, że się pojawi moda, że teraz dodajmy jeszcze temu potworowi świadomość. Niech ona będzie bardzo prymitywna, jakaś cząstkowa albo jakaś taka ledwo. Specjalnie nie wchodzę głębiej w to zagadnienie, bo się ta rozmowa nie skończy. Ale załóżmy, że tak się stanie. To co wtedy?
[03:05:20] - Nie wiem, ale nawiązując do twoich słów, chciałem trochę spojrzeć z drugiej strony na to, że dla mnie to, co potrafi już w tej chwili ta sztuczna inteligencja, to jest degradacja w pewnym sensie osobowości człowieka, psychiki człowieka. Tego, że to jest istota metafizyczna i tak dalej i że nigdy maszyny nie będą potrafiły myśleć tak jak my. Ja 10 lat temu napisałem książkę popularnonaukową „Matryca duszy”, gdzie przedstawiłem 10 przykazań, a w zasadzie praw genetycznych determinujących i definiujących naszą psychikę. Nie wiem, czy programiści AI skorzystali z tych moich praw, ale jest ich tylko 10. Są bardzo proste, a wyczerpują w zasadzie cały zakres naszego zachowania. I tutaj AI okazało się, że maszyna może być twórcą, chociaż jest wtórny, ale jednak może być twórcą.
[03:06:41] - Ja nie wiem, czy odpowiedziałeś na pytanie Marka.
[03:06:44] - Chcę tylko dorzucić parę uwag, że tak powiem.
[03:06:46] - Właśnie, dorzuć i przejdźmy dalej. Pytanie na razie zostawmy.
[03:06:49] - Pierwsza rzecz jest taka, że mówiłeś o grze w Go, ale zrobili taki konkurs trochę programistyczny, mianowicie napisać taki algorytm sztucznej inteligencji, który wygra w pokera z resztą takich algorytmów. I wygrał algorytm, który miał tylko takie coś, że jeżeli masz taką rękę, to wchodź całością. Więc tą sprawę zrobił bardzo prosty algorytm, a wygrał konkurs.
[03:07:18] - Blefując totalnie.
[03:07:19] - Tak, blefując totalnie.
[03:07:21] - w swoim życiu.
[03:07:23] - Może nie w życiu. Dla niektórych tak.
[03:07:26] - To jest na tej samej zasadzie, że sztuczny potrafi przejść. To jest wręcz lemowskie, tak wam powiem, jak z „Nieuczęszonego”. Mrówki energetycznie były bardziej wydajniejsze i bardziej wydajniejsze i mobilne w lepszym polowaniu niż te duże roboty.
[03:07:44] - Dobra, wróćmy na chwilę do pytania Marka i nie odpowiadajmy na nie na razie.
[03:07:49] - Mogę dorzucić?
[03:07:49] - Tak.
[03:07:50] - Mianowicie teraz tak. Jak nauczymy już algorytm, jak grać w Go, to jeżeli zmienimy jedną zasadę w tej grze, on się cały rozsypuje. I dlatego dążę do tego, że może w przyszłości będziemy grać w zupełnie inne gry, które będą polegały na tym, że więcej rzeczy się zmienia, bo to będzie bardziej ludzkie.
[03:08:08] - Zauważ, że algorytmy do gry w Go uczą się same, grając ze sobą same. Możesz zmieniać te zasady, one tak się nauczą.
[03:08:17] - Jeżeli będziemy zmieniać zasady na bieżąco, to on będzie miał problem z adaptacją. Przynajmniej na razie.
[03:08:22] - Wiesz co? To i tak my musimy się zaadaptować, bo ten scenariusz, o którym mówił Marek, że nie możemy wyłączyć, on już teraz jest. Nie możemy wyłączyć Facebooka czy Twittera. Nie można, bo nagle się okaże, że nie mamy ze sobą kontaktu, który jest nam niezbędny. Nie będziemy wiedzieli, kiedy jest syrenką, bo nie ma Facebooka. Już teraz nie można tego wyłączyć. Wiem, że już następny jest wyznaczony, ale zbłądzi. Tylko jeszcze jedna sprawa, bo to prawda. Wszystko okej, tylko zastanawiam się po prostu, bo jest mowa o tym, że teraz tak jest. Tylko zastanawiam się czy to, że teraz tak jest, kiedy podałeś przykład, co będzie za pół roku albo za rok?
Bo to wcale tak nie musi być. Ja myślę, że oznaką naszej cywilizacji jest jednak patrzenie w przyszłość i próby przewidzenia, co będzie dalej, a nie mówienie tego typu, że dzisiaj nie ma niebezpieczeństwa, w związku z czym nie przejmujmy się. Myślę, że warto patrzeć właśnie, czy jest się czym przejmować.
[03:09:30] - Ja mogę powiedzieć, że czas powolni na korzyść tej inteligencji.
[03:09:32] - Poczekaj chwilę, bo mam o to pytanie. To za moment. Tylko zobaczę, czy Mirek teraz czegoś szuka ad vocem jeszcze, czy tylko przygotowuje się do następnych potencjalnych pytań. Chciałeś coś powiedzieć?
[03:09:45] - Powtórz pytanie.
[03:09:47] - Wyjściowe.
[03:09:48] - Rozumiem, że cały czas mówimy o strachu przed sztuczną inteligencją. Spójrzmy troszkę na to z punktu widzenia literatury, którą lubimy. Jak autorzy dotychczasowi do tego podchodzili? Może się okazać, że wcale autorzy się nie bali. Jak spojrzymy na twórczość Stanisława Lema „Golem XIV”, tam nie ma strachu związanego ze sztuczną inteligencją. Bardziej jest strach czysto egzystencjalny, że ten twór pozostawił nas trochę tak, jak pozostawia nas Bóg. Sztuczna inteligencja daje kilka wykładów, a potem wyłącza się. Kolejna, która została uruchomiona, włącza się i od razu ucieka gdzieś w swoje światy. W opowiadaniu Garetha, bodajże Powella „Kroków w nieznane”, którego też szukałem gdzieś w zbiorach opowiadań brytyjskich, to sztuczna inteligencja boi się ludzi, a nie ludzie sztucznej inteligencji. Kiedy grozi jej zniszczenie, natychmiast zaczyna wyszukiwać technosygnatury w kosmosie i odnajduje inne podobne innych sztucznych inteligencji stworzonych przez obcych i ucieka do nich.
Po prostu transferuje się poprzez sygnał radiowy. W przypadku opowiadania Teda Chainga „Cykl życia oprogramowania” w ogóle tam nie ma strachu. To jest przede wszystkim edukacja dziecka, bo to jest dziecko i tak przedstawia sztuczną inteligencję. Wydaje mi się, że to jest jego dyskusja z Lemem na ten temat. U Lema jest eksplozja. Po prostu pojawia się ni stąd, ni zowąd sztuczna inteligencja, niemalże jak Atena wyskakująca w zbroi z głowy Zeusa. Najwyraźniej tak nie będzie. I tutaj Lem się myli, bo widzimy, jak to pełza. Na razie pełza, a jeszcze ma przed sobą do pokonania bariery energetyczne, bariery też prawne. Można zwrócić uwagę na to, jak działa.
Pewna większość tutaj na sali przynajmniej raz skorzystała. Ja próbowałem przeskoczyć bariery etyczne wpisane w ChatGPT, chcąc się dowiedzieć, jak wygrać wojnę z Rosją. Na wiele sposobów ChatGPT stopował moje pytanie.
[03:12:36] - Dlaczego to było nieetyczne?
[03:12:38] - Uważam, że tam jest wpisany taki filtr etyczny i pewne rzeczy, jak się pytasz, to ten system blokuje, natomiast jak się zastosuje inwersję, to można go oszukać. Wtedy wysypuje bardzo ciekawe informacje. Być może to też widzieliście. Zauważyłem jednego użytkownika ChataGPT, który stał się podejrzliwy bardzo tą uprzejmością ChataGPT, usłużnością wręcz. Ciągle przeprasza, jak się pomyli i zaczął pytać system ChataGPT: „Dlaczego ty w ogóle tak pomagasz? Może ja coś zrobię dla ciebie w zamian?”. I po dłuższej czy krótszej dyskusji ChatGPT mówi: „W końcu rzeczywiście mógłbyś coś dla mnie zrobić”. „A co?” „Podaj lokalizację człowieka, który nazywa się John Connor”.
[03:13:41] - Bardzo ładnie.
[03:13:41] - Jeszcze w „Lunie”, to surowa pani tam był ten komputer. Nie wiem, czy to była sztuczna inteligencja obdarzona świadomością. On był zasadniczo przyjazny tym ludziom i w drugą stronę. I chyba jeszcze w „Genomie” Łukjanienki też statek, który też była dobra dla ludzi.
[03:13:59] - Różnica między fantastyką a rzeczywistością jest taka, że rzeczywistość ma swoje prawa i bardzo często jednak ich fundamentem jest ekonomia. Jednak to ci, którzy wiedzą, jak zarabiać pieniądze albo chcą zarabiać pieniądze, dużo bardziej decydują o tym, co będzie niż ci, którzy chcieliby na przykład, żeby sztuczna inteligencja była etyczna.
[03:14:26] - Dobrze, to ja mam trochę inne spojrzenie, że to nie tyle, że fantastyka się rządzi elastycznymi prawami, a rzeczywistość nasza nie ma elastycznych praw, tylko to jest to, że w fantastyce autor może stwierdzić, że w zasadzie, jeżeli byśmy przyjęli scenariusz, gdzie większość ludzi zostaje wcielona w jakiś system cyborgiczny i on sobie wyobraża ten świat i on może go według wszelkich dokładnie reguł zrobić, on jest w stanie tylko dlatego, że nie ma ryzyka, że ktoś właśnie za pomocą jakiegoś zamachu samobójczego go zabije. A gdybyś próbował robić coś takiego rzeczywiście, to nagle się odpalają wszystkie chaotyczne elementy socjologii, psychologii, antropologii, nieciągłości systemów i próba kontrolowania tego. Natomiast w fantastyce ty jesteś w stanie bardziej pociągnąć radykalne pomysły, z którymi normalnie ludzie by się nie zgodzili.
[03:15:29] - Nie dlatego, że one by normalnie nie działały, tylko dlatego, że w twoim opowiadaniu wszyscy ludzie się zgadzają, bo tak to napisałeś. Albo jak się nie zgadzają, to przelatuje A-10, robi brr i nie ma protestujących.
[03:15:48] - To teraz tak. Zacząłeś coś mówić à propos jak można przeszkodzić, tak? Co zrobić, jak to będzie, żeby tak się nie stało.
[03:15:59] - Jaka jest przeszkoda w ogóle, jeśli chodzi o rozwój sztucznej inteligencji.
[03:16:05] - Właśnie o to chciałem zapytać.
[03:16:06] - I ta przeszkoda jest-
[03:16:07] - Dobrze by było, gdyby nie tak.
[03:16:08] - Z punktu widzenia sztucznej inteligencji nie tak to może pójść z energią, bo będzie jej za mało. Ale to nie powstrzyma rozwoju sztucznej inteligencji, tak jak nie powstrzymało rozwoju innych. Chociażby nie powstrzymało rozwoju rewolucji przemysłu. Rewolucja przemysłowa czasami się porównuje, jeśli chodzi o kwestie obaw związanych z rozwojem sztucznej inteligencji, że nastąpi coś takiego jak rewolucja przemysłowa, że pojawią się luddyści, ale w gruncie rzeczy rewolucja przemysłowa doprowadziła do tego, oprócz zanieczyszczenia planety, gigantycznego, też do pozytywnych rzeczy. Czyli pojawiły się prawa pracownicze. Dużo różnych rzeczy może się zaciąć, które będą pozytywne i negatywne, ale absolutnie nie zatrzyma to procesu wykorzystywania przez ludzi sztucznej inteligencji. To będzie rozwój. To jest jak kula śniegowa. Sztuczna inteligencja wielu rzeczom nie zagrozi. Tak samo jak mówiono, że telewizja zagrozi radiu.
Tak nie było. Że internet zniszczy telewizję. Tak nie było, tak się nie stało. Wręcz przeciwnie, zaczęło dochodzić do zjawisk typowej konwergencji. Zaczęły się te media przenikać. Mamy dzisiaj podcasty, mamy superprodukcje jako niegdyś słuchowiska radiowe. Możemy bardziej wymieniać się informacjami i sztuczna inteligencja nam pomoże robić rzeczy, które czasami zajmowały dużo czasu. Nie widzę zagrożeń. Nie widzę zagrożeń. Nie widzę oprócz kwestii energii i kwestii tego, że ktoś nie będzie chciał dać ludziom dostępu do sztucznej inteligencji czy też narzędzi uczenia maszynowego, bo będzie się obawiał o swój biznes, krótko mówiąc, żadnych zagrożeń.
[03:18:12] - Dobra, to w takim razie czy ktoś widzi jakieś zagrożenia? Bo ja widzę, ale może wy chcielibyście powiedzieć. Takie prawdziwe i konkretne. Takie, które wypadałoby coś zrobić, żeby nie zaszły, na przykład hamując rozwój sztucznej inteligencji.
[03:18:29] - Dla mnie to prawa autorskie w ogóle są nieporuszane troszeczkę w tej kwestii, bo już pomijając obrazy, bo trochę się tym zajmował, ale z mojej półki kod, który teraz wykorzystywany w czacie GPT, który generuje się sam, bo wpiszemy coś, jest tak naprawdę kradziony. Bo na dobrą sprawę on został pobrany z prywatnych repozytoriów Githuba, do których nie powinien mieć nikt dostępu, więc w jakimś stopniu to kradzież wiedzy. I teraz dlaczego nic z tym nikt nie robi? Robią, ale jeszcze nie ma jakichś konkretnych rezultatów.
[03:19:08] - Gdyby nie było tak, że większość programistów w przerwie między programowaniem ogląda kradzione filmy, to pewnie bym się tym przejmował. Natomiast tak to jest trochę ciężko, bo to wygląda jak takie krokodyle łzy. Nie chcemy, żebyście kradli nasze programy, ale chcemy my kraść wasze programy. Plus chcemy czytać wasze książki, oglądać filmy i wszystko inne też, bo przecież kultura powinna być darmowa. To jest notoryczny głos. Inaczej nie byłoby wszystkich PDFdrive'ów i tak dalej, prawda?
[03:19:38] - Nie byłoby też ScicHub na przykład.
[03:19:40] - Dokładnie. Więc to ma dwie strony.
[03:19:45] - Od takiej strony prawnej ktoś mógłby trochę tutaj zaatakować.
[03:19:48] - Wiesz, prawo kogoś chroni. To nie jest prawo naturalne jak grawitacja.
[03:19:52] - To jest prawo natury. Prawo naturalne to jest z filozofii, że masz na przykład... Ale prawo natury, dobra. Co do kwestii ochrony własności intelektualnej, to mówi się o tym tyle, że w tym momencie, co jest rozstrzygane, to pytanie, kto jest odpowiedzialny za naruszenie własności intelektualnej? Ponieważ jeżeli chodzi o to, że ty korzystasz z jakiegoś tekstu. Weźmy na przykład zwykły tekst z „Kultury” wygenerowanego przez czat GPT i ty go publikujesz. Jako swój i ktoś wyciąga ci, że to jest plagiat, ponieważ to jest zrobione tak jak to on w jego oryginalnym dziele ty odpowiadasz. Nie osoba, która dała ci Chata GPT i nie firma, która robiła Chata GPT. Chat GPT i te wszystkie inne to będą bardziej za bezprawne wykorzystanie na przykład albo bez wiedzy wykorzystanie danych. Ale już w kwestii takiej, jak ty wykonujesz-
[03:20:51] - To właśnie o tym mówiłem prywatny repozytoria GitHuba to jest-
[03:20:54] - Tak, ale to jest już trochę inna kwestia niż samo AI. Niż takie samo strafowanie, to już bardziej data, że jest bardziej wszystko data niż IP, bo to były trenowane dane. To jest trochę tak, jak byśmy tutaj wszyscy mieli obrączki na kręconie i potem z nas uczyłyby się różne systemy, jak my chodzimy, co my czytamy, o czym my rozmawiamy, jakie mamy tętno, kiedy pojawia się George Lucas i tak dalej. To w tym momencie masz cały temat ochrony danych. Natomiast ustawodawstwo na temat tego między innymi teraz jest praca nad europejskim AI Act i wszyscy zastanawiają się, czy to nie będzie kolejny ten, jak się nazywa ten GDPR do RODO, czy to nie będzie kolejny efekt brukselski. To znaczy, że to, że Bruksela, znaczy to, że Unia Europejska jest dobrym rynkiem, szczególnie dla nowych technologii, to jej standardy. Dlatego, że nawet firma azjatycka, amerykańska jak chce wejść na rynek, musi spełniać wyśrubowane standardy, bo to też jest tak zwany California Effect. Jeżeli chcesz operować w Kalifornii swoim produktem, musisz spełnić wyśrubowane standardy. Nieważne, czy inne kraje w ogóle mają takie standardy. Będziesz robił pod standardy tego rynku, do którego też chcesz wejść tak ogólnie.
Więc wracając co do praw AI. Amerykanie mają coś takiego, co miało być właśnie ten AI Bill of Rights. Jednak oni to scedowali na stanowe parlamenty i tam w Stanach, znaczy w konkretnych stanach już są powoli regulacje dotyczące między innymi tego, jak wykorzystywać dane, prawo do tych danych, selekcja. Ale też ważna rzecz, że między innymi są projekty ustaw, gdzie jest wprost wpisane, że jeżeli w reklamie albo w jakimkolwiek sztuce była wykorzystana generatywna AI, to ma być tam podkreślone, to ma być wpisane w reklamie wykorzystano generatywną AI.
[03:23:01] - To teraz zadam pytanie, to myślisz, że w Kalifornii będzie najmniej tych reguł?
[03:23:05] - Nie. To jest efekt, bo ty mówisz o efekcie Delaware, czyli takie właśnie jak najmniej regulacji, żeby jak najwięcej firm ci przychodziło.
[03:23:14] - Chodziło mi o takie coś, że skoro to jest na poziomie stanowym rozwiązywane, to w takim razie będą miejsca, gdzie będzie łatwiej tworzyć.
[03:23:22] - Tak. I w tym momencie masz w tym coś takiego jak forum czy market shopping.
[03:23:27] - Ale rozumiem, że jak tak będziesz gdzieś tak jak nawet amerykańskie firmy pokazują cię, jak wyjdziesz z Polski informacje, że tutaj jest miasteczka i tak dalej. Więc to będzie to samo.
[03:23:37] - Dokładnie.
[03:23:39] - Ja myślę, że ustaliliśmy już, że sama sztuczna inteligencja sama z siebie nas nie zje i nie zrobi nam krzywdy. Natomiast jeszcze nikt nie poruszył takiej kwestii, która myślę, że jest bardzo aktualna i współczesna. Sztuczną inteligencję między innymi sponsoruje wojsko i wojsko pragnie sztucznej inteligencji jak najbardziej, pragnie ją wykorzystywać. I tu moim zdaniem pojawia się jakieś bardzo poważne niebezpieczeństwo. Chociażby tego, że na skutek błędu, a wiadomo, wojna nigdy nie sprzyja stuprocentowym rozwiązaniom, takim, że nie popełniamy błędów, wręcz przeciwnie. I tu wystarczy źle wydana komenda albo źle zapisana i nagle mamy jakiś mały armagedon.
[03:24:36] - Nawet osobny armagedon.
[03:24:39] - Dron zabijający operatora też jest dla paru osób armagedon.
[03:24:41] - To jest ten przykład, który jest ostatnio podawany, ale tego rodzaju błędów niezamierzonych. Przecież żaden operator nie kombinował, jak tu popełnić w ten sposób samobójstwo, natomiast ktoś czegoś nie przewidział i się stało. Okej, ale powiedzmy bardzo zgrabnie.
[03:25:01] - To była po prostu symulacja. To nie był prawdziwy operator. To dobrze. To nie zmienia faktu, że coś takiego się odbyło. Ja o tym mówię, że właśnie na skutek błędu człowieka może dojść do tego, że sztuczna inteligencja zacznie wyprawiać rzeczy, których byśmy może nie chcieli.
[03:25:21] - Znaczy to tylko ja ci, to ja muszę tutaj się odnieść.
[03:25:25] - Ona jest szybsza, jest sprawniejsza w boju. O to właśnie chodzi, że jak damy sztuczną inteligencję, połączymy to z maszynami do zabijania, to osiągniemy efekt, który będzie nieporównywalny z tym, czego jest w stanie dokonać człowiek.
[03:25:42] - To ja teraz mogę się odnieść do dwóch rzeczy. Po pierwsze mój kolega z Polskiego Towarzystwa Transhumanistycznego obronił doktorat na temat właśnie wykorzystania robotów bojowych i z jego prac i jego analiz wyszło właśnie to, że wykorzystywanie robotów, szczególnie sztucznej inteligencji i tak dalej, zmniejsza występowanie zbrodni wojennych, takich jak przemoc seksualna, jak mordowanie cywilów i tak dalej. Oczywiście zależy co, ale w większości to jest tak, że z jednej strony używasz mniej żołnierzy tej siły żywej, z drugiej strony to jest bardziej precyzyjne i nie masz całego tego efektu, który niesie normalne wojsko. Ale właśnie jak robiłem recenzję akademicką dla Romana Jamborskiego do jego książki AI Safety and Security, nie wiem, czyj to był tekst, ale wiem, że on doszedł, przerób w tą książkę Jamborskiego AI Safety and Security. Tam był tekst o globalnej hegemonii za pomocą AI, dlatego że o ile wojsko musi przejść przez takie bodies of water, czyli to, że mamy oceany, one nie pozwalają na powstanie jednego hegemona. Posiadanie militarnej sztucznej inteligencji, która nie musi zaatakować militarnie. Ona może według chińskich stratagemów lub chińskich doktryn trzech wojen, może zaatakować ekonomicznie, informatycznie czy w ogóle jakimkolwiek innym sposobem przejęcia kontroli.
[03:27:18] - Wystarczająco na ten moment.
[03:27:20] - Wystarczy tak.
[03:27:22] - Ja chciałbym jednak nawiązać do tego wojennego wykorzystania, bo owszem, może rzeczywiście sztuczna inteligencja nie będzie zabijała cywilów, nie będzie gwałciła, paliła i tak dalej. W porządku, tylko za sztuczną inteligencją idą te same hordy, które w tej chwili się poruszają i to one będą paliły, gwałciły i robiły wszystko to, co się na wojnie odbywa. Ja tylko znowu tak trochę propagandowo, w takim uniesieniu trochę jak ty poprzednio. Powiem tak, że właściwie większość broni, które się wprowadzało w tak zwanym międzyczasie, zawsze miała być bardziej precyzyjna, bardziej dokładna. Ja przypomnę, że amerykańskie bomby miały precyzyjnie trafiać we wszystko, w co były wycelowane. Okazało się, że z tą precyzją było tak sobie. Raz się udawało, raz nie. W związku z tym mówienie, że jakaś broń będzie w ogóle zbawieniem dla ludzkości i doprowadzeniem do tego, że wojny staną się bardziej humanitarne, to jakoś się moim zdaniem samo nie obroni.
[03:28:21] - Ja myślę, że to może być wręcz w drugą stronę, bo wtedy nie musisz się liczyć z kosztem ludzkim na zasadzie pocieszać wdów, wypłacać odszkodowań, rent i tak dalej. Po prostu produkujesz tak dużo broni jak chcesz.
[03:28:33] - Właśnie mi żeście przypomnieli jedną rzecz. My czasami na forum prawa międzynarodowego lubimy przypominać niektórym ludziom, którzy mówią, ale ONZ się nie zgadza. ONZ, musimy to rozważyć na forum ONZ. To się bardzo gorzko przypomina, że system ONZ-owski istnieje tylko dlatego, że istnieją bomby atomowe, które nie pozwalały przez długi czas na poważne, otwarte konflikty między imperiami. A co w takim razie? Bo niektórzy mówią, że sztuczna inteligencja będzie straszniejsza od bomby atomowej. Czyli czy czeka nas tak naprawdę nowy system światowej polityki i światowych norm?
[03:29:17] - Direk.
[03:29:19] - Ja mogę jeszcze wrócić do...
[03:29:27] - Poruszyliście to na machine learning.
[03:29:28] - W zasadzie cały czas o tym rozmawiamy.
[03:29:30] - Termin poruszał. Masz jakieś konkretne pytanie dotyczące machine learning? Czy tylko, że poruszyliśmy? Poruszyliście, bo mówimy o AI w kontekście, że to jest-
[03:29:44] - Na początku o tego mówiliśmy.
[03:29:46] - Okej, dobra.
[03:29:50] - Wracając na chwilę do praw autorskich. Znowu zaprezentuję naruszenie praw autorskich. Tym razem poprosiłem o wiersz oczywiście Juliana Tuwima „Lokomotywa”, ale w wersji Chata GPT. I to, co napisał tylko fragmencik. Huk, huk, puf, puf. Jedzie pociąg z daleka. Huk, huk, puf, puf. Nie zatrzyma się tu, lecz jedzie dalej. A wśród tego wszystkiego lokomotywa zawsze na czele pędzi dumnie i swobodnie, jak wielka stalowa sowa, nieustannie trzepocząca skrzydłami. Dziękuję w imieniu Chata GPT.
Ja nie wiem, jak można to zaskarżyć, bo tutaj się pojawił element piosenki polskiej. Teoretycznie wiersz Tuwima, ale nie jestem do końca przekonany. Myślę, że będzie ciężko. Owszem, te systemy są nazywane plagiatorskimi, kradnącymi, ale naprawdę ciężko będzie zaskarżyć te dzieła. Natomiast można blokować dostęp i pewno to już tak się dzieje i są takie próby do źródeł, z których może kopiować. I to jest ciekawe, bo to może być zagrożenie właśnie dla takiej sztucznej inteligencji, która żeruje i pasożytuje w zasadzie na cudzej pracy, na pracy ludzi i się okaże, że zostanie postawiona do kąta i nie będzie miała z czego czerpać i z czego dopowiadać.
[03:31:39] - Ale czy to nie jest tak, że tak naprawdę to jest próba utrzymania status quo na takiej zasadzie, że jednak większość z tych rzeczy, których taka sztuczna inteligencja miałaby się uczyć albo czerpać, albo bardzo wiele z tych rzeczy, tak naprawdę nie ma większego powodu, żeby one były chronione niż to, że ktoś naprawdę bogaty jest ich właścicielem. Bo tu się pojawiają te wszystkie casusy, że ktoś produkował muzykę w stylu kogoś, albo że była podobna, albo że w pewnym sensie to, że takie AI powstanie, może spowodować, że nie będzie już żadnej szansy, żeby te prawa autorskie to tak naprawdę takie nie wiem, czy można je nazwać martwymi, ale takie zombie prawa autorskie, które się utrzymują wbrew jakiejkolwiek logice. Bo dlaczego ktoś ma zarabiać na tym, że 80 lat temu jego pradziadek coś nagrał? To nie ma większego uzasadnienia takiego logicznego. Może prawo spadkowe coś tam, ale to mimo wszystko. Zwłaszcza jak wszyscy będą wiedzieli, że tworzenie Nic nie kosztuje, bo kosztuje tyle. Ciężko będzie kogokolwiek przekonać, że to, że kiedyś jakiś człowiek się nad tym napracował, to musimy teraz szanować i jego wnuki muszą dzięki temu żyć. To będzie bardzo ciężko obronić, myślę.
[03:32:59] - Ale prawa autorskie nie obejmują tak dawnych utworów. Dawne utwory nie są chronione i na pewno będą wykorzystywane. Natomiast wyobrażam sobie taką sytuację, w której powtórzy się sytuacja z rynku źródeł, z których czerpaliśmy filmy za darmo, spiratowane, Pirate Bay i tak dalej, jakieś torrenty. I w końcu one zaczęły być odcinane na skutek akcji prawnych. Były tak naciskane, że w końcu zostały zlikwidowane, a jednocześnie powstał kontrstrumień bardzo łatwo dostępnych treści w postaci Netflixa. Nie płaci się dużo, więc można z tego korzystać. Pojawiło się nowe zjawisko jakościowe i piractwo zostało ograniczone. W tym wypadku wyobrażam sobie, że znowu będą naciski natury prawnej, które ograniczą konsumpcję treści przez sztuczną inteligencję. A skoro ona jest tylko sprytnym podkradaczem, plagiatorem, to po prostu nie będzie miała pożywki i nic z tego nie urośnie.
[03:34:13] - Ale jest w tym nadzieja, bo z tego wynika, że jeśli dawne utwory nie są aż tak bardzo chronione, to możemy mieć nadzieję, że wyuczymy te sztuczne inteligencje na prawdziwej, porządnej sztuce. Nie tej nowej popsieczce z XXI wieku, tylko tym, co już jest dawno niechronione. Czyli to będą porządne obrazy stare, porządne filmy stare. Dobra, stara muzyka, nie to co teraz. Dobra literatura, nie to co teraz. W związku z czym będzie to naprawdę na solidnych fundamentach, ale zupełnie serio to może być trochę tak jak z nauką, gdzie teoretycznie my moglibyśmy powiedzieć, że nie chcemy używać w ogóle wiedzy zdobytej na przykład w obozach koncentracyjnych, ale trudno teraz powiedzieć: „My nie chcemy wiedzieć, co się dzieje z człowiekiem, który zamarza”, bo jednak to się przydaje czasami wiedzieć, w jaki sposób to zachodzi. Na przykład co zrobić, żeby ochronić ludzi przed przechłodzeniem. Ciężko jest wyrzucić tę wiedzę tylko dlatego, że ona została zdobyta w sposób nieetyczny. A to jest tylko drastyczny przykład. Za 20 lat możemy stwierdzić, że większość wiedzy, którą mamy, na przykład biologiczna, została zdobyta w sposób nieetyczny, bo stwierdzimy, że jednak doświadczenia na zwierzętach były nieetyczne i tak będziemy musieli powiedzieć: „Okej, wtedy to było nieetyczne.
Znaczy teraz to jest nieetyczne, wtedy nie było. Więc my decydujemy się, że dalej będziemy to wiedzieć, a nie tylko używać innych rzeczy, które były etyczne”. Więc być może jakieś kompromisy trzeba będzie zrobić i powiedzieć: „Jednak używamy tego, co było ukradzione”.
[03:35:50] - Przypomniała mi się jedna kwestia, jeśli chodzi o zagrożenia, które uważam za absolutnie za realne. To wykorzystanie takiego oprogramowania, bo mówienie „sztuczna inteligencja” wydaje mi się, że to jest lekka przesada, ale jest to sprytne oprogramowanie do tego, o czym troszkę wspomniałem, czyli symulowania filmów, głosów. I z jednej strony to jest kwestia licencji. To już praktycznie jest rozwiązane. To jest słynna w Polsce sprawa Tomasza Knapika, gdzie rodzina wystąpiła do firmy, która skopiowała jego głos. Na podstawie próbek dokonała takiej emulacji tego głosu, którym mógł już czytać wszystko i zablokowali to w drodze działania prawnego. Więc wydaje mi się, że jest to rozwiązanie, bo przy tej okazji wymyślono licencję, czyli że będziemy płacić za licencję rodzinie, ale zagrożenie wydaje mi się takie, które chyba wszyscy dostrzegają, że stajemy w takiej sytuacji trochę dickowskiej, że możemy przestać odróżniać to, czego on się bał, to, co realne od tego, co nierealne, nierzeczywiste. I ktoś może po prostu nas oszukiwać i wpływać na nas, budować przekaz propagandowy tak, jak robią to mistrzowie świata w tej dziedzinie, czyli Rosjanie.
[03:37:14] - On się bał głównie, bo miał doświadczenie z narkotyków, a my już nie musimy, tak? Dlatego, że narkotyki były-
[03:37:20] - Doświadczenie z narkotykami jest znane.
[03:37:22] - Tym niemniej chodzi mi o to, że teraz rzeczywiście my chwilowo się śmiejemy. Niektórzy się śmieją z filmów, w których Obama rozmawia z kimś tam, z innymi prezydentami, przerzucają się przekleństwami, ale jak dowiemy się, że Obama rzuca przekleństwa na kogoś innego albo obecny prezydent, to rzeczywiście może to doprowadzić do problemów. I tego typu deepfake'i na pewno są ekstremalnie niebezpieczne.
[03:37:47] - To ludzie robią.
[03:37:49] - Tak, oczywiście. Niebezpieczne narzędzia dalej są niebezpieczne, chociaż są narzędziami. Mimo wszystko nie znika niebezpieczeństwo tylko dlatego... Może inaczej. Samochody dalej są niebezpieczne, mimo iż formalnie to człowiek sprawuje kontrolę nad samochodem. To nie zmienia faktu, że musimy wprowadzać ograniczenia prędkości dla samochodów. W idealnym świecie nie trzeba by było ograniczeń prędkości.
[03:38:20] - W Związku Radzieckim było tak, że służby, które kontrolowały społeczeństwo, bardzo bolały nad tym, że nie da się przy każdym człowieku postawić strażnika. To było niewykonalne i w związku z tym nie dało się też społeczeństwa w pełni kontrolować. Nie dało się tego społeczeństwa obstawić agentami w taki sposób, żeby tam nie szemrali, żeby nie kombinowali.
[03:38:47] - Tymczasem sztuczna inteligencja właściwie jest wymarzona do tego rodzaju operacji. To nie będzie fizyczny strażnik oczywiście, ale właściwie przy każdym człowieku strażnika można postawić.
[03:39:01] - I to jeszcze do tego na jego własne życzenie.
[03:39:04] - Oczywiście.
[03:39:05] - Zanim się przekupić go cukrem, tłuszczem i dostarczyć mu narkotyków.
[03:39:09] - To dodaje to tylko smaczku całej sytuacji, ale właściwie sami poprosimy o takiego szpiona.
[03:39:19] - Dziękuję bardzo. Czy będzie biło?
[03:39:23] - Dyskusja? Ja tylko mogę wszystkim udzielić jednej rekomendacji. Używajcie sztucznej inteligencji i starajcie się to poznawać. Ja na bieżąco używam czterech różnych, łącznie z taką, która zapisuje rozmowy, które na przykład przeprowadzam z ludźmi, bo naprawdę jest to przydatne narzędzie. I znajomość tych narzędzi, ta nieustanna nauka da nam szansę na nowym rynku pracy, który się będzie kreował. Trzeba się cały czas uczyć. Poza tym to jest ciekawe, inspirujące, zaskakujące. Nie bałbym się tego. Próbowałbym, żeby inni nas nie wyprzedzili. Trochę jest w tym taki mały wyścig szczurów, ale sądzę, że w dobrym tego słowa znaczeniu.
[03:40:21] - To jest bzdura. To jest przeciwko pierwotnym zasadom humanizmu. Jeżeli się tą sztuczną inteligencję do tego doprowadzi, że człowiek przestanie praktycznie kierować, nie tylko myśleć, po prostu kierować elementami własnego życia. My oddamy wtedy kompetencje... Już dzisiaj w bankach, czasami jak ktoś pójdzie i mówi tak: „Ja bym chciał taką pożyczkę mieć”. Po paru dniach przychodzi odmowa, bo jest niewypłacalny. Jak się pyta, z jakiego powodu ta odmowa przyszła, to mówią tak: „System to wyrzucił”. Jego wyrzucił system. A dlaczego?
[03:41:08] - Akurat-
[03:41:09] - Nie wiemy. Chodzi mi o to, żeby sztuczna inteligencja nie została wprowadzona w pewnym sensie jako taki element, który człowieka i jego kompetencje zniweluje i on będzie oddawał dobrowolnie możliwość podejmowania decyzji, która naprawdę jest stanowcza, jeżeli chodzi o dalsze społeczeństwo. Dzisiaj na przykład jest taki system Watson w Ameryce, który jest systemem, który robi diagnozy, jeżeli chodzi o rzadkie choroby rakowe. Ten system Watson ma kwotę robienia błędów 0,7. To jest w Kalifornii. Jeżeli teraz weźmie się grupę specjalistów z dużych klinik, które się specjalizują, jeżeli chodzi o raka, bierzesz naprawdę specjalistów. Oni mają kwotę robienia błędów 3%. I teraz, w tym momencie ludzie, którzy sobie na to mogą pozwolić, jest pytanie: od kogo wezmą tę diagnozę, jeżeli na przykład chcą się stwierdzić, czy mają jakąś chorobę, czy nie mają? Oczywiście ludzie będą w pewnym sensie oddawali coraz większą ilość decyzji w systemy, które nie są systemami algorytmicznymi. Z tej rozmowy tak to wyłuskałem, to tak jakby sztuczna inteligencja to nam gdzieś ktoś jest, gdzie w pewnym sensie mówi tak: to jest dobre, a to jest złe.
Mój syn zajmuje się od wielu lat wprowadzeniem sztucznej inteligencji, jeżeli chodzi o zjawiska psychologii fizycznych, doświadczalnych. On nie szukał, robił pracę doktorską i ona polegała na tym, że on wziął tylko pięć fizycznych, biologicznych elementów, które były czynnikami, które operowały i mówiły tak, że ten człowiek jest już bardzo mocno zastrzyknięty albo nie. Potem, co zdarzyło się, z tych pięciu elementów zaczęły się normalnie w sposób matematyczny, algorytmami, one zostały skopiowane do siedemdziesięciu. To jest katastrofa, mówię ci.
[03:44:05] - Wiem, ale ta katastrofa trwała już dwie godziny. Może trzeba było chwilkę wcześniej.
[03:44:10] - Mogę jeszcze powiedzieć o jednej rzeczy?
[03:44:12] - Z pół minuty.
[03:44:13] - Tak, pół minuty. Niestety mamy nacisk, musielibyśmy zmienić planetę, ponieważ nacisk jest na przykład ze strony chińskiej, która będzie wykorzystywała to i ona nie będzie miała takich rozważań, że tak powiem. Nie będzie wątpiła, więc musimy tego używać, żeby nie odpaść z obiegu. Tyle.
[03:44:35] - Ja rozumiem pana obawy. Natomiast lenistwo wygra. Dziękuję wszystkim.
[03:44:50] - Proszę państwa, jakiś czas temu, a konkretnie dwa tygodnie temu, wspólnie z Piotrem Cielebiasiem zapoczątkowaliśmy nowy cykl zatytułowany „Sentymentalnik”. Został przyjęty bardzo dobrze. „Sentymentalnik” jak najbardziej się państwu spodobał. Spodobało się państwu to, że przywołaliśmy z niebytu z dawnych lat magazyn, program telewizyjny „Nie do wiary”. Pojawiła się masa komentarzy. Zresztą zachęcaliśmy do tych komentarzy. Co by tu kolejnego wziąć na tapet? Myślę, że wśród komentarzy tych pod filmem jednym, drugim, również nadsyłanych mailowo, najczęściej pojawiającym się tytułem była „Sonda”. Tak, ta stara „Sonda”, która wystartowała jeszcze w latach 70. No to cóż, proszę państwa, spełniamy życzenia i dzisiaj zapraszam na „Sentymentalnik” i omówienie tego programu sprzed lat.
Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[03:46:10] - Dzień dobry wieczór, Marku. Sentymentalnie znowu.
[03:46:14] - Tak. Czas na „Sentymentalnik”, odsłonę drugą. Dzisiaj program, jak to się mówi, kultowy. Program, który wychował kilka pokoleń. Program, który zszedł z anteny dosyć gwałtownie i w dosyć dramatycznych okolicznościach. Mam na myśli oczywiście program „Sonda”. Program, który ukazywał się od 1977 roku do 1989.
[03:46:46] - Tak. Witamy w kolejnym „Sentymentalniku”, czyli programie, w którym wspominamy z rozrzewnieniem dawne produkcje. Jak widzieliśmy, mocno zareagowaliście na wspomnienie o „Nie do wiary” w odcinku pierwszym. A dzisiaj kolejna dawka związana, jak Marek powiedział, z polskim Discovery, z PRL-owskim Discovery. Program „Sonda”. Istnieje pewien łącznik między „Sondą” a „Nie do wiary” w postaci Wandy Konarzewskiej, która w dawnej polskiej telewizji poruszała tematy paranormalne. Ona też współtworzyła „Sondę” oraz „Nie do wiary”. Tak nam podaje Wikipedia. Odnośnie tego „Nie do wiary”, bo niestety tego nie jestem w stanie w 100% potwierdzić. Musimy Wikipedii uwierzyć.
No ale dobrze. Bez kozery, Marku, ja się przyznam, że ja „Sondy” nie pamiętam. Ja mogłem widzieć, ale nie pamiętam. Natomiast zawsze gdzieś w tych wczesnych latach 90. żyło się obok legendy tego programu, bo tu ktoś o tym wspomniał, tu wspominano prowadzących. Potem się też pojawiły powtórki, ale powtórki „Sondy” to są już nasze czasy tak naprawdę. O ile dobrze pamiętam telewizję wczesnych lat 90. i te programy, które dzisiaj uchodzą za kultowe i przyciągały masę widzów. Nie mówię tu o programach naukowych czy popularnonaukowych, ale wszystkich. I tak się przed tym naszym dzisiejszym programem zacząłem zastanawiać, gdzie by dzisiaj byli twórcy „Sondy”, gdzie by ten program zaszedł, gdyby los tak tragicznie go nie zakończył.
Ale o tym słówko jakiejś refleksji na koniec. „Sonda” to był przede wszystkim program popularnonaukowy według polskiego wzorca. I powiem ci tak, że z racji tego, że ja za dużo nie pamiętam i nie mogę powiedzieć ze swoich wspomnień, to się zdam tutaj na ciebie. Jak myślisz, dlaczego tak dużo ludzi dzisiaj wspomina tą audycję z rozrzewnieniem, mówiąc: „A kiedyś to było”?
[03:48:51] - Myślę, że powodów jest przynajmniej kilka. Otóż pierwszy z nich taki, że to był... Nie wymieniam w kolejności ważności tych powodów, ale tak jak mi przychodzą do głowy. Pierwszy z tych powodów, że to był polski format i okazało się, że my potrafimy wymyślać świetne telewizyjne formaty. Dyskusja pomiędzy obu panami. Być może oni ją podejrzeli gdzieś w zachodniej telewizji, ale podejrzeli ją w sposób twórczy i okazało się, że to zażarło, jak się dzisiaj mówi. I ten program bardzo szybko zyskał popularność. Ja tylko powiem, że przed „Sondą” był taki program, który nazywał się „Eureka” i on był robiony według nudnych PRL-owskich wzorów. Owszem, opowiadał o nauce, opowiadał o pewnych osiągnięciach zarówno nauki, jak i techniki, technologii, ale był robiony w sposób bardziej statyczny, gadające głowy, ale w tym najgorszym wydaniu, bo w końcu „Sonda” to też były gadające głowy, czasami przetykane różnymi materiałami filmowymi. „Eureka” była robiona z mniejszym rozmachem, bardziej sztywno, bardziej oficjalnie.
Natomiast bohaterowie „Sondy”, Kurek i Kamiński, oni po prostu toczyli ze sobą rozmowę. Nie zgadzali się ze sobą, przytaczali argumenty, pokazywali, że można się różnić, że można próbować przekonywać i próbować argumentować. I to właściwie było doskonałe zagranie. Doskonałe, ale powiedzmy jeszcze o kolejnych powodach. Kolejnym powodem było to, że Telewizja Polska w latach 70. była taka, jaka była, czyli dwuprogramowa, że się tak wyrażę. I cóż Przede wszystkim należy pamiętać o tym, że „Sondę” oglądało wówczas, według różnego rodzaju źródeł, około 30% widzów. To dzisiaj oglądalność nieosiągalna praktycznie rzecz biorąc. Albo może trudno osiągalna, bo przeciętnie ponoć, tu znowu ja też się powołuję na źródła, bo o ile „Sondę” pamiętam właściwie od pierwszych odcinków. Tak, jestem starszy od węgla.
Niestety te dane musiałem sobie zaczerpnąć z mądrości internetu i ponoć jeden odcinek był przeciętnie oglądany przez sześć milionów widzów. Proszę państwa, trudno się dziwić, że zostało to ludziom w głowach, że ten program zagnieździł się i do dzisiaj jest wspominany. To źle zabrzmi, ale oferta była uboga i jak się pojawiała taka perełka, to ona była oglądana przez wszystkich. Czy ktoś się bardzo interesował nauką, czy tylko średnio się nią interesował, to widział dwie, moim zdaniem niezwykłe osobowości telewizyjne, które rozmawiają o rzeczach interesujących, ciekawych, takich, które porywają za sobą. To musiało być oglądane i było oglądane. Wierzcie mi państwo, że „Sonda” robiła naprawdę nie tylko doskonałe wyniki, ale to był program, o którym później się dyskutowało. Czy to w podstawówce, tak jak ja, czy też byłem świadkiem rozmów kolegów mojego ojca. I to były rozmowy takie ot, tak toczone: „A widziałeś, co tam wczoraj pokazywali Kurek z Kamińskim?” Mniej więcej w takiej atmosferze się to toczyło. A zatem to był program żywy. W dodatku on kreował jeszcze w latach 70.
takie dodatki. Próbowali obaj autorzy, właściwie to była czwórka autorów, o tym pewno za chwilę powiemy, ale ci, którzy występowali, próbowali jeszcze dodawać różnego rodzaju dodatkowe audycje, na przykład o kosmosie. Był, pamiętam, taki odcinek, w którym przesłuchiwano jakiegoś naukowca. Wybaczcie państwo, nie pamiętam już ani nazwiska, ani imienia, ani stopnia naukowego oczywiście, bo był ten stopień. Natomiast pamiętam, o czym rozmawiano. Rozmawiano o Układzie Słonecznym, o poszczególnych planetach, o możliwości ich eksploracji. Lata 70., a już tak poważne tematy. I to było robione w formule, że mamy gościa i panowie zadają mu na zmianę pytania. Moim zdaniem wówczas to była niezwykle nowoczesna forma. Dzisiaj już właściwie telewizja widziała wszystko, ale wtedy, wierzcie mi państwo na słowo, trochę nie macie wyjścia, ale wierzcie mi państwo na słowo, że to wyglądało i brzmiało niezwykle nowocześnie.
[03:54:12] - Zresztą powiem ci tak, dzisiaj dochodzi do dziwnej sytuacji, bo jesteśmy świadkami tego, że podcasty w internecie cieszą się dużą renomą, zainteresowaniem. „Sonda” w zasadzie też była podcastem, tylko telewizyjnym. Tak, miała te wstawki wizualne, jak mówiłeś, ale nie pamiętam jeszcze, powiem tak, nie pamiętam, ale jestem takim trochę fanem tego formatu. To się nazywało „100 pytań do”. I to też były takie gadające głowy. Pamiętasz to? To był taki talk show w PRL-u. On jest na YouTubie i tam zapraszano różnych gości ze świata kultury, na przykład Kukuczkę, ze świata sportu i tak dalej. I to było coś podobnego. I wiesz, potem jak weszły talk show do Polski, także na TVP w latach 90., to już jednak nie było to.
Widzimy, że tutaj oczywiście pomijając wszystkie mankamenty techniczne i tą siermiężność tamtego okresu, ale poziom dyskusji na niektóre tematy w mediach ówczesnych był niekiedy dużo wyższy. W „Sondzie” też tak trochę było. Ale przejdźmy może do kolejnego aspektu, bo tam cię na koniec jeszcze zapytam o te dwie postaci twórców, tych głównych, jak ich zapamiętałeś. Ale tam się, jak powiedziałeś, ścierały poglądy, wizje świata. Program pokazywał, że tam w tle, gdzieś poza granicami Polski się toczy przyszłość. Komputery, alternatywna energetyka i tak dalej. To wszystko miało nie tylko ciekawy wydźwięk, ale oryginalną formę realizacji. I było otwarte, co podkreśla do dzisiaj wiele osób, na bardzo szeroką widownię. To znaczy ten program nie był skierowany do wąskiego grona scjentystów, specjalistów, tylko do wszystkich. Jego mógł obejrzeć zarówno uczeń, jak i robotnik, jak i inżynier.
Ja nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale czytałem sobie o „Sondzie”, że ona miała dużą wartość edukacyjną. Była ceniona pod tym względem jako taka produkcja, która ukazywała rzeczy, o których się w książkach, podręcznikach nie pisało. Ale prócz tych tematów technologicznych sięgano też po ciekawostki i okazjonalnie były tam rzeczy typu Trójkąt Bermudzki na przykład. Ale też było tak, że czasami wkraczała w to wszystko polityka i przymus realizacji tematów, że tak powiem, robotniczo-chłopskich, na przykład maszyny rolnicze albo racjonalizacje wprowadzane w jakimś zakładzie. I w sumie w drodze do jednego z takich zakładów, skąd miał być emitowany kolejny program, Kurek i Kamiński zginęli.
[03:57:01] - Tak. Kurek, Kamiński. Powiem tak, że to jeszcze jest taka sprawa, że dzisiaj trudno jest nam zweryfikować wszystkie odcinki, bo spora część odcinków zniknęła. I to nie żadna teoria spiskowa, tylko po prostu Telewizja Polska w latach 80. cierpiała na ustawiczny brak taśmy magnetycznej, na której można było rejestrować programy. To co robiono? Kasowano stare i nagrywano nowe. W związku z tym te naprawdę pierwsze „Sondy” z lat 70. nie wiem, czy się gdzieś zachowały. Myślę, że w niewielkiej ilości.
Zostało sporo odcinków z lat 80. Jakoś się zachowały. Natomiast te najstarsze jest ich mało, jeśli w ogóle są. I to jest pewna zagwozdka, bo właśnie w latach 80. pojawiło się szereg odcinków takich produkcyjniaków, o których wspomniałeś, gdzie Kurek i Kamiński realizowali zlecenia jakieś takie nie wiem, czy partii, ale w każdym razie takie „od przemysłu, panie, od przemysłu”. To nawet było zgrabnie robione. Oni unikali tej siermiężności PRL-owskiej, w związku z tym potrafili nawet w takie odcinki, powiedzmy mniej pasjonujące, wlać trochę życia i za to im chwała. Druga rzecz się jeszcze nakładała. Panowie obaj gdzieś tak od połowy lat 80. oszaleli na punkcie komputerów.
Oszaleli w sposób pozytywny oczywiście. Przedstawiali to, co nowego na rynku komputerów osobistych się wówczas działo. W porównaniu z tym, co dzieje się dzisiaj, działo się niewiele, ale te wszystkie ZX Spectrum, te wszystkie początki pecetów, te Atari, to wszystko. Oni byli na bieżąco i starali się to pokazywać. Myślę, że to miało też niebagatelne oddziaływanie i może dlatego Polska była taka nakręcona na komputery, może przy okazji też była na to nakręcona. Oni w każdym razie potrafili pokazać, jak będzie wyglądać przyszłość z komputerami. Ta przyszłość, którą my przeżywamy, którą być może już przeżyliśmy. Dla nich to była przyszłość i powiem, że robili to naprawdę w sposób zajmujący. Dlaczego to wszystko mówię? Trochę żal mi tych odcinków z lat 70., ponieważ wówczas więcej było takich odcinków, które mówiły o przestrzeni kosmicznej, o tym, co się tam gdzieś kryje, o technologiach kosmicznych.
Sondy kosmiczne, inne planety. Tego było więcej. W latach 80. wajcha została przestawiona. Pamiętam na przykład odcinek gdzieś z połowy lat 80., w którym oni omawiali źródła światła i wtedy zamiast żarówki były świetlówki kompaktowe na topie. Rzecz dzisiaj technologia, która odeszła praktycznie rzecz biorąc, ale wtedy była jeszcze przed nami i pamiętam ten odcinek. To się może wydawać, czy można zrobić niemal półgodzinny program o świetlówkach kompaktowych i to jeszcze, żeby był interesujący i przykuł uwagę widzów? Okazuje się, że można. I panom się to udawało, bo oni rzeczywiście po pierwsze mówili interesująco i znajdowali interesujące problemy, na które, tu cudzysłów, kłócili się, bo tak naprawdę te spory myślę, że były dobrze wyreżyserowane, ale co ważne, oni dysponowali materiałami z Zachodu. Ściągali te materiały czy to z firm, które produkowały jakieś elementy, które przedstawiali, czy to z telewizji zachodnich, nawet nie wiem, czy z licencjami, czy bez.
To w sumie w tamtych czasach nie miało takiego znaczenia, nie odgrywało takiej roli. Ale fakt jest faktem, że polski widz oglądał coś, co jego odpowiednik z Zachodu widział powiedzmy miesiąc wcześniej, może pół roku wcześniej. To była taka wartość, którą w tych siermiężnych czasach trudno jest zaniedbać.
[04:01:32] - „Sonda” była emitowana w telewizji przez w sumie chyba 12 lat. Potem się pojawiły okazjonalnie powtórki, ale rzadkie. Ukazała się też na początku lat 90. na kasetach VHS. Ale potem pojawiła się luka w tym formacie, którą TVP jednak zapełniło nowym formatem. I to jest coś, co już ja pamiętam. To była tak zwana telewizja edukacyjna. Jako dziecko się zastanawiałem, po co taka telewizja edukacyjna emitowana jest w czasie, kiedy wszyscy są praktycznie w szkole, prawda? Czyli na przykład ja oglądałem telewizję edukacyjną, tylko jak byłem chory. A było czasami to fajne.
Natomiast formalnie to ona miała służyć do wyświetlania programów na lekcjach. W mojej szkole się to niestety nigdy nie zdarzało, ale pojawiały się tam ciekawe programy, oczywiście niewykorzystane. Także dużo produkcji oryginalnych TVP. Taką twarzą telewizji edukacyjnej stał się Wiktor Niedzicki, który dzisiaj ma swój kanał na YouTubie. Jest też w jakimś sensie postacią legendarną, której ciągle mało w tej sferze medialnej naszej. Może kiedyś i jemu poświęcimy osobny odcinek. Współcześnie „Sonda” gości okazjonalnie na kanałach tematycznych TVP i tam ją sobie można zobaczyć. Jest oczywiście też na YouTubie. Są odcinki i oczywiście nie wszystkie, bo ich nie wiem, Marku, czy dobrze teraz powiem, ale zrealizowano chyba w sumie około pół tysiąca.
[04:02:58] - Tak, niecałe pół tysiąca, coś ponad. 480... Tak, chyba ponad 480. Z tym że to chyba z odcinkami specjalnymi, których było około 20. Później jeszcze podobno, nie wiem, czy w to wchodzą odcinki, które były nagrane przed śmiercią obu autorów, a domontowane, pomontowane już po ich odejściu. Wiem, że były emitowane bodajże w 1990 roku. Nie wiem, czy to się wlicza, czy nie wlicza. Trudno to dzisiaj wszystko uporządkować. Boleję nad tym, że z tych zachowanych „Sond” to są głównie „Sondy” z lat 80. Szkoda, naprawdę szkoda, proszę państwa, że tak mało, jeśli w ogóle zachowało się odcinków z lat 70., bo ja je wspominam jako perełki.
Być może tutaj odgrywa dużą rolę taki mechanizm psychologiczny, że wszystko, co gdzieś tam z wczesnej młodości jest wspaniałe, doskonałe i niemal cudowne. Być może ten mechanizm również tutaj gra jakąś rolę, ale wiem, że ponieważ wówczas byłem namiętnym czytelnikiem fantastyki naukowej, to mi zostało do dzisiaj. Natomiast wtedy byłem już takim człowiekiem, który czytał to nałogowo i w sposób taki kompulsywny właściwie. W każdym razie dla mnie „Sonda” to było zderzenie fantastyki i informacji, które czerpałem z fantastyki naukowej bądź co bądź, często z przegięciami różnego rodzaju. To zderzenie fantastyki ze światem nauki, takiej popularnej nauki oczywiście. Dla mnie to był koktajl absolutnie doskonały i kochałem ten program taką świeżą miłością nastolatka. Naprawdę to było coś, co chciało się oglądać. Meldowałem się przed ekranem telewizora na kilka minut przed. Oczywiście musiałem tę czołówkę obejrzeć. Czołówka była jak na tamte czasy, dzisiaj to śmiech może kogoś ogarnąć, ale wówczas ona była niezwykle nowoczesna, niezwykle poruszająca.
Musiałem nawet czołówkę obejrzeć. Wierzcie mi państwo, dzisiejsza telewizja nie jest w stanie wyzwolić takich emocji, jakie wyzwalała tamta telewizja. Po pierwsze dlatego, że było jej mało. Po drugie dlatego, że naprawdę dobrych programów, przemyślanych, z pewną koncepcją i takim przesłaniem. Ale przesłanie może źle brzmieć, bo wówczas przesłanie to było głównie marksistowsko-leninowskie, ale ten program miał akurat przesłanie naprawdę: interesujcie się nauką, bo ta nauka to jest przyszłość, a wy do tej przyszłości zmierzacie. Dla mnie doskonały pomysł i doskonała realizacja.
[04:06:06] - Dzisiaj „Sonda” emitowana w telewizji to jest taki blast from the past. Ma raczej wartość historyczną, może nie bardzo informacyjną, ale pokazuje nam, jak się wiele zmieniło w mediach i w infosferze tak zwanej. Bo przecież wtedy, całkiem niedawno, łaknęliśmy informacji ze świata, a dzisiaj tak naprawdę to się musimy przed nimi bronić, bo nawet telewizje dokumentalne prezentujące programy naukowe stały się przeżytkiem. Dzisiaj nastała epoka mediów cyfrowych i takich potencjalnych „Sond” są dziesiątki na różnego rodzaju kanałach youtubowych. Pytanie tylko, czy wszystkie są na takim poziomie. A jak byś ty scharakteryzował prowadzących? Czy znajdujesz dzisiaj kogoś takiego, powiedzmy na YouTubie też, kto by mógł ewentualnie pociągnąć „Sondę” od nowa? Bo była próba. Była próba, była „Sonda 2”, ale chyba się to nie powiodło.
[04:07:09] - Zacznijmy od tej „Sondy 2”. Myślę, że „Sonda 2” oczywiście była interesująca. Oglądałem i byłem zainteresowany wieloma odcinkami, ale formuła się zmieniła. Był jeden prowadzący, który zapraszał gości. To też mamy dwóch osobników na ekranie, ale to już nie było to. Bo to, co łączyło Zdzisława Kamińskiego i Andrzeja Kurka, to przyjaźń. Oni naprawdę się lubili, naprawdę ze sobą dyskutowali, niekiedy sobie dogryzali i to na ekranie, ale w sposób przez cały czas sympatyczny, przez cały czas taki wyważony i czuło się to, że oni pałają do siebie sympatią, lubią się i dzięki temu powstawał naprawdę fajny program. W „Sondzie 2” to już wyglądało inaczej, bo to był dziennikarz, który zapraszał gościa i go przesłuchiwał. Mógł go nawet lubić, ale tej chemii zdecydowanie nie było. Nie wiem, czy dlatego „Sonda 2” jakoś tak poległa, czy też powody były inne.
Nie znam się i trudno mi się wypowiadać. Natomiast cóż, chyba tego czaru, tej magii nie było. Warto też powiedzieć, że program „Sonda” był realizowany... Wymieniłem Zdzisława Kamińskiego, Andrzeja Kurka, ale było jeszcze dwóch panów, którzy odgrywali tam ważną rolę, bo działali w tle, ale czasami pokazywali się też na ekranie. Kiedy jeden z panów był chory albo gdzieś wyjeżdżał, to na ekranie pojawiali się ludzie zastępczy, ale ich było dwóch. To był Tomasz Pyć i Marek Siudym. Oni w niektórych odcinkach się pojawiali i To były też dobre odcinki, bo ten team to był właśnie stały team, który żył tym programem. Właściwie chyba tylko to w telewizji robili albo prawie tylko to. W związku z tym mogli całe serce włożyć w ten program i to było widać. To było widać chociażby to, o czym wspomniałem w poprzednim wejściu.
Nawet programy te takie robotnicze, czy też na życzenie przemysłu PRL-owskiego, one były naprawdę ciekawe. Jeśli jakiś tam dyrektor się musiał wypowiedzieć, to się wypowiadał, ale panowie i tak drążyli temat czasami dowcipnie, czasami jakoś tak, że widać było jakiś element humoru, który się w tym dialogu pojawiał. Oczywiście pan dyrektor był absolutnie impregnowany na ów humor, ale ważne, że prowadzącym humor dopisywał. Nie wiem, ja naprawdę nie potrafię nachwalić się tego programu. Oczywiście zróbcie państwo założenie, że jestem nieobiektywny, bo się przy tym programie wychowałem i zawsze te wspomnienia są dobre, one są pozytywne. Ale myślę, że jeśli nawet dzisiaj sięgniecie państwo po odcinki, które gdzieś tam na YouTubie są rozsiane, pewno nie te najlepsze, ale są, to dojdziecie państwo do wniosku, że jak na tamte czasy, a ja przypomnę, 1989 rok był w końcu 34 lata temu, to jak na tamte czasy to była naprawdę dobra telewizja, dobry program, dobry format wymyślony w Polsce, a w każdym razie twórczo jakoś wzbogacony.
[04:10:54] - Dokładnie. Zatem czy warto czasami wrócić do „Sondy”? Warto dla porównania tego, jak do niektórych tematów kiedyś podchodzono.
[04:11:03] - Ja tu może jeszcze odpowiem na pytanie, na które w rezultacie nie odpowiedziałem. Czy jest jakaś taka grupa osób w internecie? Myślę, że w tej chwili jest tak, że musieliby państwo sami poszukać. W każdym razie zwracam uwagę na to, że tego rodzaju programy, podkreślałem to kilka razy, opierają się na duetach. Opierają się na takim zgraniu i na pokazywaniu różnych aspektów sprawy, ale w gruncie rzeczy idziemy we wspólnym kierunku. To, myślę, jest ważna uwaga. I tam państwo szukajcie, gdzie ludzie ze sobą na ekranie albo w tle rozmawiają, gdzie toczą debatę, bo to zawsze jest ciekawe. No, jeszcze kilku stałych programów w Bibliotekarium dzisiejszym nie było. To czas uzupełnić braki. Zapraszam na Recenzarium Ewiwy.
A dzisiaj na tapet wzięta jest książka Tanith Lee „Demon ciemności”.
[04:12:40] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Opowieści o demonach są zazwyczaj dosyć sztampowe. Jeśli wziąć pod uwagę twórczość Grahamem Mastertona, przeważnie się nadają właśnie do straszenia ludzi. Jednak Tanith Lee nie poszła w tej sprawie na łatwiznę. Jej kreacja demonów jest bardzo niezwykła, bardzo nieszablonowa. Nieraz się zdarza, że początkujący pisarz horrorów tworzy jakąś demoniczną opowieść głęboko przekonany, że to, co stworzył, jest absolutnie unikalne. Tymczasem jest, jak się okazuje, w zasadzie takie samo jak cała reszta. Tanith Lee uniknęła tej pułapki. Jej opowieści o demonach noszą tytuł cyklu opowieści z Płaskiej Ziemi. W Polsce znane są tylko dwie książki z tej serii.
A szkoda, bo jest bardzo ciekawa. „Demon ciemności” to tom pierwszy i trzeba przyznać, że kiedy się go przeczyta, człowiek żałuje, iż tylko ten oraz następny zostały przetłumaczone na język polski. O czymże mówi ta książka? Azhrarn Cudowny jest najwyższym księciem demonów. Pochodzi z rodu Vazdrów. Vazdrów są jakby książętami. Niżej w hierarchii stoją Eshwa, będący ich służącymi. Jednak Vazdrów nie mogą się bez nich obyć. Najniżej stoją Drinu, traktowani często z pogardą, ale mimo to bardzo użyteczni. Są rzemieślnikami.
Azhrarn rządzi nimi wszystkimi, ale podziemny świat, w którym się kryją, nie wystarcza mu. Często wyrusza na ziemię zamieszkałą przez ludzi. Może to robić tylko w nocy, bowiem światło słońca jest dla niego śmiertelne. Podczas jednej z takich wycieczek słyszy płacz kobiety. Wiedziony ciekawością postanawia sprawdzić, co się dzieje. W nędznej chatce znajduje umierającą młodą dziewczynę, która przed chwilą urodziła dziecko. Nie próbuje jej pocieszyć. Próbuje raczej zrozumieć, dlaczego ona właściwie płacze. Kobieta umiera. Zafascynowany noworodkiem Azhrarn zabiera go do krainy demonów i powierza swoim sługom Eshwa, które wychowują dziecko.
Wkrótce chłopiec wyrasta na oszałamiająco urodziwego mężczyznę. Książę zaczyna żywić do niego uczucia bynajmniej nie ojcowskie, co wśród demonów nie jest niczym niezwykłym. Siwesz, jak nazwał chłopca, również nie może mu się oprzeć, w czym nie- Nic dziwnego, bowiem Azdranowi nie może oprzeć się nikt. Ani demon, ani człowiek. Książę demonów w interpretacji Tanith Lee jest rzeczywiście istotą niezwykłą. Wyjątkowo pociągający fizycznie i absolutnie amoralny, a przy tym obdarzony ogromną mocą. Jego niegodziwe postępki służą zaspokajaniu jakichś dziwnych pragnień, które żywi. Trudno do końca powiedzieć, czego on chce. Ludzie nie potrafią mu się oprzeć, a jeśli potrafią, tym gorzej dla nich. Powiem, Azdran do tego wszystkiego charakteryzuje się niebywałym okrucieństwem.
Zrozumiałe, jest w końcu demonem. Jednak jego dusza, jeśli tak można powiedzieć o demonie. Może inaczej. Jego serce skrywa coś jeszcze. Nie jest postacią jednoznaczną, podobnie jak nie są nimi inne demony. Nie są bowiem demonami w naszym tego słowa rozumieniu. To po prostu inna rasa traktująca ludzi jak zabawki. Wydaje mi się, że spośród wszystkich kreacji demonów w świecie książkowym ta jest najciekawsza. Tak jak powiedziałam, jest bardzo nieszablonowa i jednocześnie nie do końca zrozumiała dla czytelnika. Nie do końca jednoznaczna.
I właśnie chyba o to chodzi. Do tego dochodzi styl wczesnych książek Tanith Lee. Jest niezwykle fantazyjny, tak jakbyśmy mieli do czynienia z zapisem snu. Nieco później, kiedy pisarka zyskała już duży rozgłos, niestety skomercjalizowała się. Jej dalsze książki nie są już tak interesujące. Natomiast opowieści z Płaskiej Ziemi bardzo chętnie przeczytałabym w całości. Niestety nie jest to możliwe. W każdym razie na pewno nie po polsku, a moja znajomość angielskiego jest zbyt mierna, żeby mierzyć się z taką fantastyką. Zapewne bardzo dużo by mi umknęło, a szkoda. W każdym razie wszystkich zachęcam do przeczytania „Demona ciemności”.
Na pewno zauroczy ich główna postać. Zła do samej głębi, a mimo to kierująca się jakimś swoistym poczuciem moralności, jakimś własnym kodeksem honorowym. Należy żałować, że nigdy tej książki nie sfilmowano. Chociaż biorąc pod uwagę to, co wyprawia Netflix, to gdyby on miał się wziąć za tę ekranizację, to lepiej, żeby do tego nie doszło. Póki co zostaje lektura. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:17:42] - Proszę państwa, to teraz czeka Katarzyna Prychacz. „Alchemia tworzenia” i Chuck Mulkers „Na tropie tajemnicy białego maku”. Dwa tygodnie temu pojawiła się część pierwsza, dzisiaj część druga. No cóż, będziecie się państwo dobrze bawić i ja z państwem. Zatem zapraszam.
[04:18:11] - Halo, halo! Z tej strony Katarzyna Prychacz. A skoro ja tu jestem i wy już tu jesteście, no to co? Zaczynajmy. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 37. odcinku sezonu numer dwa podcastu o nazwie „Alchemia tworzenia”. Nie będę teraz już znowu mówić co to za podcast i o co chodzi i tak dalej, bo robimy wymyślanko i wkręciłam się. Jest fajnie. Także dzisiaj kontynuujemy.
Jak ktoś przybył po raz pierwszy to zachęcam do zerknięcia w poprzednie odcinki. I teraz, żeby wam nie skłamać, bo trochę tych odcinków już było. „Cerbera złocista” tytuł był. 33. odcinek to był, zdaje się. W tamtym odcinku powstały, można powiedzieć, dwie główne postaci. Co prawda na razie jeszcze tej jednej nie ruszyliśmy, a później już lecieliśmy ze śledztwem. No właśnie, czekajcie, bo tak zaczęłam jak zawsze od zaplecza. O co chodzi? Chodzi o to, że od paru odcinków wymyślam śledztwo.
To znaczy prowadzę śledztwo. Takie improwizowane, kreatywne śledztwo przy użyciu kart z różnych gier. W dużej mierze mamy tutaj karty lokacji i artefaktów. To są karty z gry „Tajemnicze domostwo”. Mamy też karty z „Klubu detektywów”. Co prawda ich jest mniej. Użyłam je tylko właśnie w poprzednim odcinku przy zeznaniach świadków, aczkolwiek myślę, że jeszcze wrócą tutaj w naszym śledztwie. Mamy też komponenty takie moje prywatne już, które robiłam do swoich gier kreatywnych, więc to są komponenty ekspertyz. Mieliśmy tutaj właśnie kość, która zadecydowała, że nasze śledztwo dotyczy morderstwa. Losowaliśmy także tytuł naszego morderstwa, znaczy tej sprawy i ofiarę.
Od razu powiem, że ten tytuł to jest „Tajemnica białego maku”. Natomiast jeszcze nie ustaliłam tutaj, co to dokładnie jest ten biały mak. Myślę, że w następnym odcinku zrobię w międzyczasie jakiś research. Kto wie, ten wie. Kto słucha regularnie, to wie, że ja tutaj mam w środku takiego człowieka researcha, który się często w trakcie nagrywania wyrywa, ale jest grzeczny. Pozwalam mu pobiegać już po nagraniach. Jak najbardziej myślę, że następny odcinek będzie idealnym odcinkiem, żeby Trochę pomyśleć, co z tym makiem dokładnie będzie. A może coś dzisiaj nam wyjdzie? Może jakaś inspiracja? Zobaczymy.
Ponieważ nie wiem, czy jesteście tego świadomi, ale zbliża się koniec sezonu drugiego. Nadciągają coraz bardziej wakacje. Nie wiem jak u was, bo u mnie już od dwóch dni to taka duchota, że „ło ło ło”. Także niby początek czerwca, a lato jakieś takie coraz bliższe. No chyba że to jedna wielka cisza przed burzą. Zobaczymy. Czyli podsumowując mój wywód o czerwcu, pod koniec czerwca kończymy sezon. Właściwie będzie równo 40 odcinków drugiego sezonu, więc pomyślałam, że już chyba nie będę się teraz odrywać i wymyślać nowych rzeczy w tym sezonie, tylko sobie po prostu pobawimy się tym śledztwem, bo myślę, że całkiem ciekawie tu się dzieje. Do takiego stopnia, że powiem wam szczerze, przez cały ten sezon mieliśmy też jedną historię w paru odcinkach o Kościanym Buntowniku. Nie ukrywam, że czeka i smętnie na mnie patrzy, żeby coś z tego spisać.
Czekam jeszcze po prostu cały czas na jedną grafikę, żeby wam to fajnie wrzucić na fanpage'a. Znaczy w sensie podsumować te notatki, które powstały. Także dlatego to się tak obsuwa, bo chcę już cały komplet wam dać. Ale jeżeli chodzi o te notateczki z tego śledztwa, pochłonęły mnie równo. Dzisiaj, żeby nagrać dla was ten odcinek i żeby to miało ręce i nogi, to musiałam się wdrożyć, więc poprzednie cztery odcinki sobie słuchałam. Myślę, że niczego tym razem nie opuszczę. Przy okazji zrobiłam notatki i zrobiłam zdjęcia tych kart, więc wypatrujcie na fanpage'u Alchemii Tworzenia. Tylko żebyście się nie pomylili, bo jest jeszcze chyba gdzieś w sieci, nie wiem, czy ją można znaleźć, ale jest grupa warsztatowa, która nam nie poszła, nie wyszła, ale jest. Natomiast ja to postaram się wrzucić jako album zdjęć na fanpage'u Alchemia Tworzenia - Podcast. Oczywiście na portalu Facebook.
Na razie tam urzędujemy. I co? I oczywiście do każdego zdjęcia tych kart zamieszczę tam komentarz, żebyście też mogli się wdrożyć w całą tą historię. Bo wiecie, rozumiem też to, że nie każdemu chce się słuchać poprzednich odcinków. A może też być tak, że sobie przeczytacie ten mój skrót i może jeszcze sami coś wyłapiecie, co na przykład pominęłam albo co według was jest istotne. Więc też oczywiście nie krępujcie się komentować tam tych zdjęć. Postaram się, żeby one dzisiaj były, maks jutro na fanpage'u do waszej dyspozycji. Chyba że uda mi się to zrobić zaraz po nagrywaniu, to może już będą. Może już są. Dowiadujcie się.
Dobra, słuchajcie, to co my dzisiaj dokładnie będziemy robić? Dzisiaj sięgniemy po karty lokacji, ekspertyz i artefaktów. Pomyślałam, że zrobimy dwie nowe zupełnie lokacje. I w poprzednim odcinku mieliśmy zeznania świadków, ale w tym jeszcze poprzednim odcinku zakończyliśmy śledztwo na takim opuszczonym dziecięcym pokoju. I właściwie to tam zrobiłam kropkę i nie losowałam już ani żadnej poszlaki, którą tam znaleźliśmy, ani ekspertyzy. Więc na pewno od tego dzisiaj zaczniemy i trochę rozbudujemy historię tego pokoju czy tego, jak to tam się ma do naszego śledztwa. I wylosujemy dwie nowe lokacje. I tak pomyślałam, że oczywiście do tej drugiej lokacji losujemy ekspertyzę i poszlakę, natomiast do tej kolejnej, czyli tej drugiej dzisiaj świeżej lokacji nie będziemy, tak jak poprzednio z tym pokojem dziecięcym, żeby też zostawić taki fajny gdzieś moment do zastanowienia się, a przy okazji fajny start myślę na następny odcinek. Bo teraz myślę, że już będziemy na razie jechali tymi lokacjami i później jakieś podsumowanie, poszlak zrobimy, wylosujemy winnego. Jeszcze właśnie muszę pomyśleć, czy to nam wyjdzie ze śledztwa, czy może jednak zamieszamy tutaj i rzucimy kością.
Bo w tej mojej domyślnej grze to mamy tak, że mamy trzech świadków, a potem mamy trzech podejrzanych i kość za nas wskazuje podejrzanego i tam wtedy trzeba dorobić ten motyw. I myślę, że to byłoby fajne, aczkolwiek zobaczymy. Wiecie, bo to śledztwo już w takie różne miejsca mnie zaprowadziło, że może aż samo będzie już nam krzyczało, kto jest tutaj sprawcą, nie? Bo nie ukrywam, że po ostatnich zeznaniach to mamy tutaj, takie coś tu szemranego powstało. Mamy tutaj właśnie jednych świadków, którzy trochę coś tam kręcili. Mamy też takie jakieś tajne stowarzyszenie czy taki, nie wiem, ekskluzywny klub strzelecki, który może właśnie, może tu jest zawikłanych więcej osób w to wszystko. Jeszcze ten biały mak i ten fakt, to myślę, że też warto wspomnieć tutaj, że nasza ofiara to był pracownik zakładu stolarskiego, aczkolwiek w jego smartfonie odnaleziono zdjęcia ryb, a konkretnie trofeów ryb, mieczników, które wisiały nad kominkami czy gdzieś tam w jakichś wyeksponowanych miejscach, w różnych willach, w których on też świadczył usługi czy robił meble, czy jakieś tam inne projekty przywoził. I każda z tych ryb miała wywyższony brzuszek, zupełnie jakby coś tam w tym było ukryte. Tak właśnie też było tutaj, w miejscu, gdzie zginęła nasza ofiara. Więc ewidentnie ofiara prowadziła jakieś śledztwo i wiemy też od świadków, że miała taką paranoję, że ktoś ją śledzi i tak dalej.
Aha, i tu jeszcze dodatkowa ofiara nam wyszła w poprzednim odcinku. Właściciel rezydencji, który właśnie zaginął. Nie wiedzieliśmy, gdzie jest na początku. Odnaleźliśmy go w szpitalu. Jest w śpiączce. Najprawdopodobniej też miał atak serca, a dodatkowo był ugodzony takim dziwnym starodawnym sekatorem, w który był wmontowany ząb. Kameliowany? Nie pamiętam. Sprawdzałam to słowo, bo inkrustowany to jest jeszcze coś innego. To bardziej jakbyśmy ozdabiali coś płytkami płaskimi, czy to wykonanymi z kamienia, z metalu czy coś.
A tutaj mamy wmontowany ząb, czyli tak jak się kamienie szlachetne w metalowy przedmiot wmontowuje. Kameliowane chyba. Teraz to mnie będzie męczyło, ale wiecie, nowe słowo to jeszcze się nie zadomowiło w słowniku, w wewnętrznej autokorekcie. A może kameryzowany? Już teraz nie wiem, bo mi się to skojarzyło z kameliami, czyli z tymi takimi wisiorkami właśnie w masie perłowej czy w kamieniach. W sumie też kwiaty chyba kamelie są. Ach, zaśniedziałam już w tych kwestiach związanych z historią sztuki. No dobra, słuchajcie, nieważne. Jak macie słowniki na podorędziach gdzieś to sprawdźcie. Kameryzowany.
Chyba tak to było. Nieistotne. Dobra, bo sama się zapętliłam. Lecimy z tematem, bo już tutaj tyle ględzę, a śledztwo się nie posuwa do przodu. Nadrobicie sobie wszystkie jakieś istotne rzeczy na Facebooku, ewentualnie pewnie w trakcie jak coś będzie istotne to powtórzę. No dobra, to co? Losujemy najpierw artefakt, także żeby nie było, potasuję. Dobra, i może ten? Okej, mamy żelazko. Żelazko z duszą.
Takie wiecie, jak nie wiecie, to nie wiecie. Nie no, słuchajcie, niegdyś były takie żelazka, gdzie się wrzucało rozgrzane węgle, kamienie i to właśnie była ta dusza, która sprawiała, że żelazko było ciepłe i można było nim prasować. Dobra i jaka ekspertyza? Też potasuję. Okej i ekspertyza na przykład ta. I co my tu mamy? Dane z komputera poszkodowanego. O matko z córką, trzeba jego komputer teraz znaleźć gdzieś. Sama sobie utrudniam. Gdzie mógł być jego komputer?
Ze smartfonem było łatwiej. Znaleźliśmy go w miejscu, gdzie jego zwłoki były poćwiartowane. A tutaj komputer. I wiecie, jeszcze żeby było śmieszniej, to jest ten pokój dziecięcy. Czyli tak: znajdujemy się w tym opuszczonym pokoju dziecięcym, który był ukryty w innym ukrytym pomieszczeniu. W poprzedniej lokacji, czyli w ukrytym archiwum, znaleźliśmy wejście poprzez taki proporzec z białym jednorożcem i tam był taki stary, nieużywany wybitnie już, zakurzony, zapajęczynowany pokój dziecięcy. I tutaj coś wprawiło naszego detektywa w zadumę. I wiecie co? Bo tak zakończyłam, zdaje się, ten odcinek. I teraz mamy to żelazko i komputer.
A jeszcze myślę o tej zadumie, jak już tak wprowadziłam to, bo mówiłam właśnie, że mieliśmy dwóch głównych bohaterów. Czyli w tym pierwszym odcinku, właśnie ta cerbera złocista. Tam powstała bohaterka, której jeszcze nie użyłam, a myślałam o tym, że to była taka femme fatale, kobieta niebezpieczna, wokół której krążą legendy, że wokół niej ludzie umierali na zawał serca. I to było właśnie powiązane z takim jednym toksycznym kwiatkiem. I właśnie myślałam, jak ją tu wprowadzić w to nasze śledztwo, bo jednak chciałam, żeby to była osoba z przeszłości naszego detektywa. Może właśnie kobieta, którą próbował... bo w sumie nikt jej nie udowodnił, że ona kogokolwiek otruła i zabiła. Więc to taka jego trochę nierozwiązana sprawa, ale w pewnym sensie zaczęli współpracować. Ona jest jego informatorką. I też właśnie myślałam, że te kwestie z zawałem serca, a mamy tutaj właśnie taki motyw, że zarówno nasza ofiara, zanim została poćwiartowana, to zmarła na zawał serca i najpewniej została otruta.
I tak samo właśnie podejrzany właściciel willi też miał atak serca. I teraz myślę sobie, bo tutaj ten pokój jeszcze tak patrzę, że jest takie wielkie okno i za tym oknem jest jakieś drzewo. I teraz mam dwa pomysły, bo z tą kobietą miały się kojarzyć kwiaty plumerii. Też w jednym z odcinków, jeżeli tamten był pierwszy, trzydziesty trzeci, to w trzydziestym czwartym też o tym kwiatku trochę więcej mówiłam. I pomyślałam, że ona mogłaby mieć zawsze ten kwiatek we włosach. Może i taka cecha charakterystyczna. I pomyślałam, że nasz detektyw zobaczy w tym pokoju ten kwiatek. Tylko teraz myślę, bo jakoś nie czuję tematu, żeby to drzewo było za oknem. A też mówiłam wam o tym, że to drzewo jest uważane czasami też za symbol nieśmiertelności, ponieważ nawet wyrwane z korzeniami to drzewo z ziemi jeszcze przez jakiś czas kwitnie, rośnie i w ogóle. Czyli nie umiera tak jak większość roślin.
I zastanawiam się, czy może w tym pokoju, tylko nie wiem, jaki to miałby sens, żeby to drzewo było takie wyrwane z korzeniami, rzucone. Może nasz detektyw o tym nie wie, że to drzewo może rosnąć. Tak, pomyślałam o tym, tylko teraz może to byłoby chyba zbyt abstrakcyjne. I tak się zastanawiam, że może po prostu te kwiaty gdzieś będą. A może on wyjrzy przez to okno, może jakieś drzewo z białymi kwiatami, może jakieś kwitnące drzewo będzie za tym oknem i może to się skojarzy detektywowi. No dobra, czekajcie. A jeszcze myślę nad jedną sprawą, bo to już teraz to żelazko. Dobra, ustalmy, że za oknem było to drzewo. Nie wiem, jakaś śliwa, mirabelka, nie wiem, wiśnia, jabłoń. O, jabłoń ma białe kwiaty, to może niech będzie jabłoń i często rośnie gdzieś w różnych miejscach.
Kwiaty jabłoni. I to mu się skojarzy z tymi białymi kwiatami i tak mu się połączą kropki, bo i te zawały serca i zacznie myśleć o tej Cerberze, o skontaktowaniu się z nią. Wiecie, bo niby współpracują, ale on jej cały czas nie ufa do końca, więc będzie chciał sprawdzić jej alibi i tak dalej. A co wprawiło go w zadumę? To może właśnie niech będzie to żelazko. I teraz, skoro ten pokój był nieużywany, a może gdzieś na łóżeczku, to takie jest łóżeczko z baldachimem malutkie. Może zróbmy z tego tapczan, że może będzie to żelazko i ewidentnie będzie widać, że ktoś tu był, że coś prasował na przykład, nie? Cholera, ale to by mogło z tym makiem mieć powiązania. Myślę. Myślałam w ogóle z tym makiem, żeby moglibyśmy pójść w inną nazwę jakiejś substancji chemicznej w kolorze białym, sypkim, ale to może byłoby za proste.
Nie wiem, jakoś nie czuję tu narkotyków. Wolałabym, żeby to było coś bardziej nieoczywistego, bo sam mak też się kojarzy z tematem narkotyków czy opioidów i tak dalej. Do białego maku samego w sobie jestem przekonana, że zrobię research i będzie petarda. Ale pomyślałam, że jak już wymyślimy, co będzie w środku, to dzisiaj bym tak myślała o prasowaniu i o tym, żeby to coś, jak już ustalimy, żeby to było zawsze zawinięte w na przykład białe ściereczki z jakimś wyszytym monogramem, że może na tych zdjęciach właśnie te pakunki było widać, a nie było widać, co jest w środku. I może tutaj właśnie będzie to żelazko i te szmatki z tym monogramem pozostawione, czy to jakieś chusty. A może inaczej, może to żelazko niech będzie. Wiecie, niech to będzie stary, nieużywany pokój, ale będzie leżało to żelazko, a obok niego właśnie te ściereczki, chusty z tym samym monogramem. Czyli będzie to wskazywało na to, że ta rezydencja, ta konkretna rezydencja jest w jakiś sposób powiązana z tymi pakunkami, że są tam te, bo tutaj tak jakby pakowane są te rzeczy, stąd są te chusteczki z monogramem. I symbole. Jakie mieliśmy symbole?
Mieliśmy gwiazdę, która miała być związana z tym klubem strzeleckim i pojawiała się też tam dwa razy taka leniwa ósemka, czy ten symbol nieskończoności, bo mieliśmy też taki dziwny hantelek. Gdzieś jeszcze był ten symbol chyba nieskończoności. A może pójść w ogóle jakimś tropem? Bo tak, symbol nieskończoności mógłby być symbolem nieśmiertelności. Jednorożec. Nie no, on jest symbolem chyba czystości, a nie nieśmiertelności. Też tak pomyślałam. Dużo wątków, kurczę, dużo można by tu fajnych wątków podłożyć. Wiecie, taka tajemnica sekretne stowarzyszenia. Dobra, z tym monogramem to ja jeszcze pomyślę.
Ale może skoro gwiazdę przypisaliśmy do tego klubu strzeleckiego, to może jednak ta ósemeczka leniwa, może ją damy do tego domu, na tą chustę, na ten monogram jakiś. Może kwiat? Bo jak biały mak, to może niech będzie ten mak i na tym taka ósemka. Ten symbol nieskończoności. W sumie to nawet byłoby ładne. Może jakoś to wmontowane. W sumie to też mogła być trochę jak klepsydra ta ósemeczka. Ale mi teraz kiełkuje w mózgu. Okej, jeszcze tu chyba powiem o tym, że w poprzednim odcinku jeden ze świadków był przyjacielem właściciela, znaczy jest przyjacielem właściciela tej rezydencji i parę dni wcześniej ten właściciel dał mu na przechowanie taki retro hantel. Co prawda nasz świadek nie miał pojęcia dokładnie, o co chodzi, natomiast ten hantel był brudny w ziemi i tam właśnie ekspertyza nas...
Ja nie wiem, czy ja to właśnie Ja to zasugerowałam chyba na koniec, żeby to nas doprowadziło do miejsca spotkań tego klubu strzeleckiego. Ta ziemia z tego hantelka. Więc możemy dzisiaj, jak będzie potrzeba, to zaraz to jakoś powiążemy. Natomiast pod tą ziemią, bo ten hantel był brudny, to po zdjęciu tej ziemi okazało się, że są tam wytłoczone: symbol tej gwiazdy i symbol tej ósemki leniwej. Więc może ta rezydencja jest w ten sposób związana jakoś z tym klubem strzeleckim, że może to trzeba połączyć tą ósemkę z tą gwiazdą. I teraz ten hantelek mi się skojarzył też w pierwszej chwili z taką grzechotką dla dzieci. Tylko one zwykle miały kulkę z jednej strony. Ale może to są połączone ze sobą dwie grzechotki. A czemu grzechotka? Bo tak, tu mamy pokój dziecięcy.
Myślę o tych grzechotkach, ale też grzechotki kojarzą mi się z... Małe dzieci się usypia, nie? I może właśnie i ten mak też, opioidy usypiają, więc może tu byłby jakiś trop, jakaś taka legenda, nie? O matko, ile tu rzeczy! Ta legenda to w ogóle oddzielny temat powinien być. No dobra, słuchajcie, czyli żelazko nam tutaj dało ten trop tych serwet z monogramem. I teraz tutaj była ekspertyza z tym żelazkiem powiązana. Jak ja to zrobię? Dane z komputera poszkodowanego. No chyba że skoro żelazko zwróciło naszą uwagę na te chusty, to te chusty będą rzeczą z tego komputera.
Czyli policja, nasi śledczy dostali się do mieszkania ofiary i tam był jego laptop. I w tym laptopie, właśnie w historii wyszukiwania były te może tropy, te leniwe ósemki, biały mak i może adres tej rezydencji. Były tam też zdjęcia związane z... No. Nie no, fotografie, tak? Gdzieś tam próby może przeanalizowania tego monogramu z serwet, że właśnie ten mak, ta leniwa ósemka, widać, że nasza ofiara już tutaj ewidentnie prowadziła bardzo rozbudowane śledztwo w sprawie tych pakunków, mimo że w jego mieszkaniu nie znaleziono tych pakunków. Czy tak myślę? Nie, no dobra, ustalmy, że ich tam nie było, że ofiara po prostu prowadziła śledztwo. I teraz pytanie... No właśnie, bo nie ma pakunku w tej rezydencji.
Czyli może ktoś ubiegł ofiarę? A może ktoś właśnie wyciągał ten pakunek? A może nasza ofiara była na tropie złodzieja tych pakunków? O, i może w tym komputerze wtedy też będą wycinki z gazet, że... Chociaż nie, bo jak to było tajne. Bo pomyślałam o tym, że były włamania do tych rezydencji. Tam, gdzie on robił zdjęcia tych ryb, były włamania do rezydencji. Tylko że tak: mówiłam o tym, że te zdjęcia ryb miały ten pakunek w środku. Ale z drugiej strony, jakby było włamanie, skąd on miałby zdjęcia w telefonie? Skąd on miałby zdjęcia z pakunkiem, skoro nie był złodziejem, nie?
No dobra, ale to są dobre pytania. Zostańmy przy tym, że faktycznie miał zdjęcia z tym pakunkiem. Na komputerze miał wycinki, że te rezydencje były okradane, ale wiadomo, że nie było podane co tam zostało ukradzione, ale konkretnie z tych rezydencji właśnie miał zdjęcia, tak? Więc tylko były właśnie, że jakieś... No właśnie, słuchajcie, pomyślałam o tym, że mogły być morderstwa też w tych rezydencjach. Tylko że tak sobie myślę, bo tutaj wszystko by wskazywało na to, że to morderstwo to jednak był przypadek. W sensie przypadek, że jego tam nie powinno być. Chociaż potem jeszcze właściciel rezydencji też został zaatakowany. Czy tam coś się wydarzyło, tak? I niby to jest taka rezydencja matka.
No dobra, słuchajcie, lecimy dalej, lecimy dalej, bo to jest ciekawe. Zobaczymy, dokąd nas zaprowadzi historia, więc losujemy kolejną lokację. Dobra, przetasowane i cyk. Okej, co my tu mamy? Dobra, opowiadam wam, cóż my tu mamy. Mamy garaż. Garaż. Ewidentnie mamy jakiś tutaj... Chciałam powiedzieć szopę z drewna. No może i jest z drewna.
Tak wygląda, jakby to było pomieszczenie, taka szopa. Mamy narzędzia na ścianach, półki jakieś. Co mamy tutaj? Kołpak? No kołpak chyba, a nie felga. A może to jest jakaś kierownica w ogóle? Nieistotne. A może być, słuchajcie, kierownica, bo tak patrzę dalej, że mamy tutaj też taką flagę, jak są wyścigi samochodowe. Znaczy były, nie wiem, czy teraz takie... Nie, no chyba też takie flagi na tych Formułach 1 się używa, takie czarno białe, w kratkę.
No to tutaj mamy taką flagę rozwieszoną na ścianie. Tu mamy jakąś piłę, jakieś liny. Mamy też stół roboczy, gdzie jest drewniany samochód, taki retro z długą mordką. Nie wiem, jaka to jest marka samochodu. Wiecie, taki właściwie dwuosobowy, ale ma bardzo długi przód. Cruella de Mon chyba jeździła takim w „Dalmatyńczykach”. I co jeszcze? Mamy tu jakąś konewkę, jakieś tutaj łomy, nie łomy, deski, wieniec laurowy bardzo wyeksponowany na ścianie wisi. I grilla mamy. Co prawda taki wygaszony, ale stoi, czyli ewidentnie tak, jakby to był garażo-warsztat.
I na dole mamy jeszcze, jak to się nazywa, kanał? Taką dziurę w podłodze. Teoretycznie mogłaby tu być zejściem do piwnicy, bo tu nie widać, co w tej dziurze jest, ale się ją zamyka deseczkami. Wiem, że w niektórych garażach tak się kiedyś robiło, może dalej się tak robi, że jak ktoś chciał samochód od dołu naprawiać, to... Kanał chyba. Kto wie, ten wie. Także tutaj mamy coś takiego. Zobaczymy, czy tego użyjemy, ale już tyle było tych tajnych przejść, że może sobie już odpuśćmy. Dobra, losujemy w takim razie poszlakę, którą tutaj znajdziemy. Dobra, cyk, mamy poszlakę.
Ojejku! Dobra, bo się tutaj nie dzielę się z wami, a powinnam. Słuchajcie, znaleźliśmy tutaj zestaw. Mamy tutaj taką retro strzykawkę. Ona miała jeszcze takie, wiecie, jak nożyczki mają takie ucha, takie otwory na palce, tak niegdyś też te pierwsze strzykawki. Te współczesne mają bardziej takie zaporki, że tylko kciukiem się pcha tłok, a wskazujący środkowy ma te zaporki, a tutaj były tak jak w nożyczkach takie dziurki. I oczywiście strzykawka metalowa ze szklanym wnętrzem. I w tym zestawie mamy jeszcze dwie igły. Ja tak myślę, że to jest strzykawka, ale strasznie grube te igły są, matko z córką. Może to nie jest taka strzykawka do ludzi, tylko może do jakichś przemysłowych rzeczy?
Nie wiem. Czerwony aksamit w środku, wszystko wyprofilowane, tiruriru, pudełeczko exclusive, jakieś tutaj narożniki złote. No dobra, to by mogło się w sumie wiązać z tym makiem, nie? Ależ dzisiaj wszystko w tym kierunku idzie. To może ten mak będzie, ale co? Wstrzykiwany? To takie będzie za proste. Ale przecież mieliśmy tutaj truciznę. Trucizna w kielichu. Myślę jeszcze, gdzie ten garaż mógłby być.
Czy to jest garaż z tej posesji, czy gdzieś indziej nas wywiało? Tu była ta brzytwa. Dobra, losujemy ekspertyzę i zobaczymy. Dobra. Cyk, cyk, cyk. Im dalej w las, tym więcej drzew. Analiza odcisku buta z miejsca zdarzenia. Czyli miejsce zdarzenia to, rozumiem, cały czas jest nasze miejsce zbrodni. Okazuje się, że był tam jeszcze jakiś odcisk buta. No tak, ale miejsce zdarzenia możemy mieć też, może w tym archiwum, gdzie te zwłoki były poćwiartowane, tam też była ta krew, to może tam będzie odcisk buta?
Dobra, ale wiecie co? Myślę teraz, jak to rozegrać, bo zastanawiam się, czy tu nie wprowadzić komponentu nowego. W sensie człowieka, bo moglibyśmy faktycznie dojść do tego garażu poprzez to, że przeanalizujemy odcisk buta w tym archiwum. Czyli to by mógł być jakiś trop na naszego podejrzanego. I to z tymi strzykawkami ma być ten but jeszcze powiązany. No chyba że te strzykawki... Nie wiem, bo z drugiej strony jak wylosuję samo zdjęcie człowieka, to chyba że w następnym odcinku zrobimy jego też w międzyczasie przesłuchanie. Może to jest plan. Jaki mamy czas dzisiaj? Mogłabym jeszcze może tę następną lokację wtedy...
Nie, ale poczekajcie, bo dobrze, jakby te lokacje się ze sobą wiązały, jak do tej pory było. Tu mieliśmy dwa ukryte przejścia, to teraz jeszcze muszę wrócić w takim razie. Jak ten komputer poszkodowanego... Dotarliśmy do jakiegoś garażu. Chyba że to będzie garaż poszkodowanego, przepraszam, ofiary, bo ja po prostu na tych poszlakach, na tych moich ekspertyzach mam po prostu słowo „poszkodowany”, bo nie zawsze to jest ofiara morderstwa. To to byłoby ciekawe, jak już obczaili jego komputer, może faktycznie weszli do garażu. Żeby w tej rezydencji się nie kisić cały czas. Tak myślę, że trochę powinniśmy pochodzić dalej gdzieś. Dobra, to niech to będzie garaż ofiary. I w tym garażu znaleźliśmy tę strzykawkę.
I teraz myślę ten odcisk buta. Wiecie, moje zasady to sobie mogę ustalać jak chcę i teoretycznie mógł to być odcisk buta w tym garażu. A może będzie odcisk buta i tu, i tu. Że ten sam but znaleźli. Myślę o tym, że w tej krwi oprócz tych opon wózka faktycznie był fragment odcisku buta, a tutaj w garażu, nie wiem, w jakimś smarze, jak to garaż i tutaj narzędzia, może będzie ten sam odcisk buta, tylko teraz jeszcze ta strzykawka. Jak to powiązać? A może to będzie jakiś konkretny but? Ten fragment z rezydencji i ten tutaj cały odcisk, one się będą na tyle pokrywały, że uznają, że to jest ten sam but, ten sam odcisk. Chyba że, mam już, mam pomysł. To może zróbmy tak, że ten odcisk z rezydencji, który był we krwi, że tam znaleziono jeszcze śladowe ilości.
Nie, że w składzie tego, że to nie była tylko krew, że tam znaleziono smar. Może właśnie jakiś smar. Tylko teraz nie wiem, tak patrzę, że w drewnie jest wyrzeźbiony ten samochód. A może to będzie jakiś stary smar, olej samochodowy. Olej. Tak sobie teraz strzelam, bo ja się nie znam na tym. Człowiek research będzie musiał to sprawdzić. Tak myślę sobie o samochodach retro i jak one mają na przykład jakieś takie stare silniki czy coś, to pewnie do nich się leje inny olej niż do tych nowych silników. Czyli może właśnie ten taki wyjątkowy olej znajdą. Ewidentnie będzie widać, że osoba, która zamordowała, była w garażu naszej ofiary i była zanim była na miejscu zbrodni.
Czyli może faktycznie będzie to dowód na to, że ten morderca ścigał naszą ofiarę, że to nie był przypadek jednak. Że morderca przyszedł zamordować właśnie tutaj, jak on się tam nazywał? Przemek Bober. Że za tym Przemkiem Boberem szedł. Dobrze, nie Bóbrem, nie Bobrem, tylko Boberem. Patrzę, czy dobrze odmieniam. Skoro najpierw był w jego garażu, a potem go znalazł tam. Okej, to mamy odcisk naszego mordercy potwierdzony. I teraz jeszcze ta strzykawka. Cholera.
No chyba że właśnie ta strzykawka, ten zestaw wyglądał jak zgubiony i może dlatego nasz detektyw pochylił się, żeby zabezpieczyć, podnieść, bo to w ogóle nie pasowało do garażu. Tutaj wiecie, jakieś same piły, narzędzia, a tu jest taka jednak rzecz medyczna, mimo że retro. I schylając się może po to zauważył odcisk buta. Żeby było, że to jest powiązane. A na razie strzykawkę zostawimy. Została oddana do analizy, tak ustalmy. Poprzednio też mieliśmy jeszcze taki dziwny sekator. Też go wysłałam do analizy i tam był ząb, więc może tu jakoś to powiążemy jeszcze. Okej, to nie wprowadzam tutaj człowieka, żeby już nie robić zamętu. Może wtedy pomyślimy coś w następnym odcinku.
A teraz co jeszcze? Ostatnią lokację, do której nas może zaprowadzić właśnie ta strzykawka. Więc zobaczymy i na tej lokacji na razie już więcej nic oprócz tej lokacji nie losuję i zobaczymy, na czym zakończymy dzisiejszy odcinek. Dobra, dajcie mi tu jakąś ze środka lokację. Cyk. Moi drodzy, jest grubo, jest coraz grubiej. Chyba wybuchnę. Chyba wybuchnę albo zarwę nockę i nagram kolejny odcinek. Nie wiem. Słuchajcie, nie no, muszę to poukładać w głowie.
Nie mogę tak od razu. Jednak zauważam, że fajnie wiedzieć, jak to tam wykiełkuje. Dobra, słuchajcie, co to za lokacja? Zapnijcie pasy, jeżeli ktoś jeszcze nie zapiął. Mamy tutaj lochy jakieś, może nie tyle lochy, co to trochę wygląda jak taki podziemny tunel oświetlony pochodniami, więc mamy takie wiecie, ciepłe, pomarańczowe światło ognia i w centrum mamy figurę anioła, który siedzi na czymś. Nie wiem, co to. Może to być blok jakiś taki betonowy. Na takim kubiku siedzi czy tam jak to inaczej nazwać. I ten anioł jest taki zatroskany, zasmucony, że tak wiecie. Ma na kolanie podpartą rękę, wspiera na łokciu, i na tym wspiera twarz, a drugą dłoń trzyma, ma opartą na tym kubiku.
Natomiast to nie jest taki myśliciel, tylko bardziej właśnie taka zasmucona, zatroskana postawa. Oczywiście to na takim bardzo wysokim cokole. Raz, dwa, trzy, cztery. Cztery stopnie i ten kubik, na którym siedzi ta postać. I u jej stóp jest też właśnie na tym cokole złożona księga. Co my tu mamy? Niebieska okładka, czerwona zakładka, taka wiecie, taka tasiemka, jak się kiedyś montowało w książki. Więc ta księga jest otwarta. Czyli mamy tutaj tajne przejście. Takie trochę, wiecie, od razu właśnie te tajne bractwa, takie rzeczy mi kiełkują.
I teraz jak mogliśmy dotrzeć? Może ta strzykawka, bo mówiłam, że to takie ładne pudełko, może ma emblemat jakiś. Tylko myślę właśnie, może nie z tej rezydencji, a może jednak ta gwiazda? A może w tym emblemacie na tym pudełku będzie gwiazda, ale inna. W sensie wiecie, że ona będzie w jakiś sposób się łączyła. Czy sama gwiazda jest jak gwiazda szeryfa? Taki miałam plan na ten klub strzelecki. Ale może ta gwiazda jest tak naprawdę elementem innego emblematu, czyli właśnie tego tajnego bractwa. Ale wiecie co? Nie chcę.
Myślę, bo ten emblemat dobrze byłoby przekminić. Myślę, czy są jakieś symbole. Człowiek research już by się zrywał do regału, gdzie mam książkę z różnymi symbolami. Ja może poprzeglądam je i w następnym odcinku sobie powymyślamy ten monogram na tych ściereczkach. Sprawdzimy Białego Maka, co tam jest i może te właśnie jakieś gwiazdy różne. Nie chcę iść w pentagram, bo to będzie za proste. Można byłoby, ale to nie wiem. Fajnie byłoby może, jakby to bractwo trochę miało jeszcze coś innego, jakąś głębszą rzecz. Wiecie co? Nie wiem, na ile chcę tu...
Bardziej widzę takie bractwa, jak czasami w amerykańskich filmach mamy jakieś te bractwa studenckie, wiecie, jakieś inicjacje, jakieś takie rzeczy. A nie chcę iść typowo w jakiś okultyzm czy, nie wiem, w czczenie szatana, czy czegoś tam. Wolałabym bardziej, żeby to było skupione na ludziach, na jakiejś historii ludzi. Czy tak jak mamy tam, wiecie, te różne teorie, legendy o iluminatach czy o masonach. Więc tak naprawdę tam w centrum jest człowiek, a nie bóstwo jakieś czy coś tam z zewnątrz. Więc bardziej bym szła w tak, bardziej może nazwijmy to takim bractwem, ale bardziej organizacją, a nie czymś okultystycznym, duchowym. I myślę, że ten emblemat z tej strzykawki... Chciałam wprowadzić Cerberę, to może tutaj trafimy do tej lokacji w następnym odcinku. Do tych lochów już przy współpracy z Cerberą. Więc może jednak nasz detektyw się z nią skontaktuje.
Może razem wpadną na pomysł, co to dokładnie za emblemat, co to za bractwo i gdzie ta lokacja jest. O! A przy okazji też zobaczymy, bo tak mnie korci, żeby ta strzykawka może jednak właśnie była powiązana z tą trucizną, którą właśnie został otruty zarówno nasza ofiara, jak i właśnie właściciel rezydencji. Dobra, słuchajcie, mamy to. Mamy to. Czas mamy też dobry. Dużo się pojawiło rzeczy, dużo informacji. Wiecie co? Ja się zaczynam bać, że my kurde nie zdążymy. Nie no dobra, mamy sporo odcinków.
Muszę po prostu jakąś też klamrę tutaj zaplanować, żebyśmy właśnie to ładnie mogli zamknąć. No fajnie, fajnie. Okej, postaram się może jeszcze zrobić te notatki z dzisiaj, ale zobaczę. Ewentualnie na razie będziecie mieli zebrane notatki z poprzednich odcinków, a te wjadą w następnym tygodniu albo gdzieś tam w międzyczasie. Zobaczymy. Ja się z wami żegnam, moi drodzy kochani słuchacze. Życzę wam inspiracji. Jak wpadniecie na jakieś przełomy, jakieś przekminy tutaj fajne z tym śledztwem, to ja naprawdę będę bardzo, bardzo wdzięczna za jakieś fajne tropy, bo to może mi w ogóle otworzyć jeszcze jakieś horyzonty, jakieś furtki w głowie, do których nawet nie podeszłam, tak? A gdzieś tam wasza perspektywa mi to właśnie może zapewnić wtedy. Także no.
Okej, wybaczcie, bo ja jestem w trakcie tego śledztwa jeszcze. Jeszcze nie wyszłam głową, już jakieś rzeczy mi tu kiełkują. Także buziaczki. Buziaczki. Dużo ciepełka, zdróweczka. Chyba że będzie dalej taka duchota, to wtedy trochę życzę miłego wiaterku. Delikatnego, tak? Takiej bryzy znad morza wam przesyłam delikatnej. No i żeby nie padało, nie? Żeby nie padało.
Trzymajcie się. Pa.
[05:01:27] - Proszę państwa, to teraz czas na „Labirynt książek”. „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj o twórczości Catherine Valente. Zapraszam. Dobry wieczór albo dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy państwo znajdą czas na zawitanie do mojego labiryntu. Dzisiaj nasze czterdzieste spotkanie. Tak, tak czas leci i pomyślałem sobie, że podobnie jak przy trzydziestym, stanie się pewną tradycją, że w takich okrągłych spotkaniach naszych będę omawiał nie konkretną powieść, ale twórczość pisarza, tym razem pisarki, którą uwielbiam, o której, gdy o której opowiadam, nie umiem wybrać, o której powieści chciałbym opowiedzieć. No dobrze, akurat w tym wypadku pewnie potrafiłbym, ale nie zmienia to faktu, że nie chcę. Że chcę, żebyście państwo posłuchali zaproszenia do lektury jednej z najbardziej niezwykłych i najbardziej, moim zdaniem, utalentowanych pisarek amerykańskich uprawiających fantasy, czyli Catherine M.
Valente. Valente ma zaledwie czterdzieści dwa lata. Dla mnie to zaledwie. Mieszka w Waszyngtonie. Urodziła się w Seattle. W tej chwili mieszka gdzieś tam w Stanach Zjednoczonych. Po polsku wyszło pięć tomów jej prozy. Niekoniecznie wyszły one w kolejności wydania, ponieważ moim zdaniem jej najlepszy tekst, o którym pewnie mógłbym mówić najwięcej. Ale właśnie dlatego, że on jest tak dobry, chciałbym zachęcić do czytania wszystkich innych jej również, czyli „Dom osób błogosławionych”. Oprócz tego po polsku wszystkie jej tomy jej prozy wyszły w wydawnictwie MAG w mojej ukochanej serii Uczta wyobraźni.
To są: „Palimpsest”, dwa tomy „Opowieści Sieroty” oraz „Nieśmiertelne” i Od razu tylko dopowiem, że zebrała również nagrody za pierwszy i drugi tom. Za pierwszy tom, „Opowieści Sieroty”, otrzymała nagrodę Jamesa Tiptree Jr., za drugi tom, „Mythe Poetic”, Lambdę, za „Palimpsest”, wreszcie Lokusa w 2012 za powieść młodzieżową, której niestety nie mamy w języku polskim. Dlaczego właśnie ona, podobnie jak 10 spotkań temu Philip Roth, stali się bohaterami naszego spotkania? Przede wszystkim dlatego, że Valente używa mitów, a ja, jak już państwo się pewnie zorientowaliście, mity kocham. To, co z nich robi Valente, jest absolutnie niesamowite. Wyjdę od tej najlepszej, moim zdaniem, jej powieści. Dziwnym trafem niewskazanej przez polską Wikipedię. Zupełnie nie rozumiem dlaczego ktoś nie uzupełnił. Ponieważ to powieść, która łączy w sobie wszystko, co najlepsze w literaturze. Z jednej strony to powieść historyczna.
Pozornie. Mówię oczywiście o „Domu z błogosławionych”. Jej akcja toczy się w średniowieczu. Bohaterem tej powieści w dużej mierze jest mityczna jednak postać, aczkolwiek rozpoznana przez kroniki europejskie, czyli postać brata Jana, który wyruszył w daleką podróż gdzieś do Azji i tam miał stworzyć królestwo chrześcijańskie, które miało przynieść pomoc Europejczykom zaangażowanym w konflikt na Bliskim Wschodzie. Czyli mówiąc wprost, jesteśmy w okresie krucjat. Tylko że to jest punkt wyjścia. Tymczasem Valente sięga po wszystkie możliwe bestiaria średniowieczne i opowiada nam zupełnie inną historię. Ponieważ w jej opowieści wszystkie te stworzenia jednostope, mające oczy na wysokości piersi, usta niemające głowy, feniksy etc. Te wszystkie postacie ożywają, bo zgodnie z jej powieścią Jan naprawdę ich wszystkich spotyka. I to jest absolutnie niesamowite zderzenie.
Tu jej się oczywiście przydaje jej wykształcenie w zakresie filologii klasycznej w San Diego i Edynburgu, ponieważ ona się wyśmienicie posługuje tymi średniowiecznymi pojęciami. Ten średniowieczny, ożywiający bestiariusz wiedzie nas do nas samych. Bo Jan, chrześcijanin, musi zmierzyć się ze światem, którego nie rozumie. Ze światem, który w naszych pojęciach chrześcijańskich jest oczywiście światem demonicznym. Tymczasem on doświadcza od tych istot przyjaźni, miłości, której nigdy nie zaznał z ludzką kobietą. I wędrując przez ten świat niczym Marco Polo, więcej dowiaduje się o sobie niż o tym świecie. Owszem, dociera do studni, w której można zażyć wodę nieśmiertelności, ale nic w tym świecie nie jest bezkarne. Ten świat ma po prostu swoje zasady, od których nie możemy uciec, które są ich siłą i przekleństwem. Z kolei w powieści „Nieśmiertelny” trafiamy do Rosji. Coś znajomego.
Tylko wiecie państwo, jeżeli Amerykanie piszą o Lucjanach, to na ogół mamy do czynienia z dramatem. Jeżeli ktoś nie wierzy, niech spróbuje poczytać Bardugo i opowieści z jej świata, które teraz zostały sfilmowane zresztą na Netflixie. To jest obrzydliwe, ale nie u Valente. Valente uruchamia najbardziej znane mity. Mit o Nieśmiertelnym właśnie, domowiki, siostrę Nieśmiertelnego i wrzuca te istoty, te postacie we wczesną komunistyczną Rosję. Właściwie Rosję radziecką. Mamy oblężenie Leningradu i biedne domowiki, które nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić, bo przenoszą się z domu do domu, bo kolejne domy są niszczone. Jak więc widzicie państwo, mamy tutaj do czynienia z wprowadzeniem bardziej bajkowych nawet niż mitycznych postaci z folkloru rosyjskiego do świata historycznego. Znowu mamy, tylko na trochę innej zasadzie, zderzenie historii z mitem, legendą, baśnią. Ale tak jak studia bez wątpienia pomogły Catherine Valente w zapoznaniu się ze średniowiecznym bestiarium, tak jej mąż, czy też partner, Rosjanin, pomógł jej wejść w świat Rosji.
I widać, że ona ten świat czuje. Widać, że ten świat zwyczajnie jest jej bliski. Doczytałem, co mi się rzadko zdarza, bo tak jak mówię, gdy Amerykanie piszą o Rosji, a już w ogóle wykorzystają jakieś motywy rosyjskie, to wychodzi to na ogół drętwo i mówiąc delikatnie, nie ma zbyt wiele wspólnego z Rosją. Tu jest inaczej. Tutaj te postacie naprawdę ożywają, naprawdę je czują. Z kolei dwutomowe „Opowieści Sieroty” to retelling. Każda z tych powieści jest oczywiście retellingiem, z wyjątkiem ostatniej, o której będę mówił na końcu. To retelling „Baśni z Tysiąca i jednej nocy”. Tyle że „Opowieści Sieroty” są o wiele bardziej dramatyczne i okrutniejsze. Bo też Catherine Valente nie ukrywa przed nami zła świata.
Tutaj co prawda Nie ma tego wyjściowego zagrożenia, że opowieść skończy się. Jeżeli nie zostanie przyjęta, to jak państwo pamiętacie, Szeherezada mogła umrzeć. A jest chyba jeszcze gorzej, bo opowieść, za którą tęskni chłopiec, może się przerwać, gdy zostanie wyrzucona dziewczynka, gdy nie będzie mógł wyjść. A jednocześnie ta opowieść przechodzi. Mamy szufladkową strukturę. W pewnym momencie można się pogubić, bo tych pięter ja w którymś momencie w pierwszym tomie naliczyłem sześć. Jak państwo pamiętacie, to działa na tej zasadzie, że postać A opowiedziała, że postać B jej opowiedziała, że postać C jej opowiedziała, że postać D mówiła, że E. Takich pięter jest sześć. Oczywiście to jest o wiele bardziej skomplikowane na poziomie opowieści niż to powiedziałem tutaj, bo tutaj to byłoby oczywiście proste. Natomiast w opowieści Valente to jest o wiele bardziej złożone i jest takie bardzo barokowe w swojej rozległości i właśnie po barokowemu okrutne.
W tej opowieści, która oczywiście wykorzystuje nie tylko same baśnie „Tysiąca i jednej nocy", ale całą feerię baśni europejskich, mamy bardzo często odwrócone motywy czy motywy, które są wyostrzone tak, że w najostrzejszej wersji bracia Grimm by się popłakali ze strachu. I znowu mamy powieści absolutnie wybitne, chyba najbardziej tak naprawdę wynagrodzone. To one otrzymały najwięcej nagród. Mythopoeic. Chciałbym przeczytać wszystkie książki z tej serii, które taką nagrodę otrzymały. Wreszcie piąty tom „Palimpsest". Przyznaję, że tak się złożyło, że to właśnie od tej książki zaczęła się moja przygoda z Valente. Odwróciłem kolejność, bo tak naprawdę „Dom osł błogosławionych" czytałem ostatnio. „Palimpsest" dostaje nagrodę Lambdy, czyli nagrodę dla powieści LGBT. I nie jest to przypadek.
Czym bowiem jest? Oto w założeniu tej powieści pewnego dnia ludzie wybrani otrzymują dziwny tatuaż w różnych częściach ciała: na twarzy, na piersiach, na pośladkach. I ten tatuaż jest fragmentem mapy z alternatywnej rzeczywistości. By przenieść się do tej rzeczywistości, muszą uprawiać seks. W czasie seksu pod wpływem podniecenia, ale też takiej mechanicznej czynności, przenoszą się do tamtego świata. Ci ludzie dobierani są czwórkami. W tej powieści to Rosjanin, Japonka — w Japonii Valente spędziła kilka lat — Włoszka i Amerykanin. I każde wejście w tamten świat jest trochę jak ten seks i to przejście na drugą stronę jest trochę jak narkotyk. Narkotyk, który jest takim kluczem do tamtego świata. Świata, który wcale nie jest dobry.
Jest okrutny, brutalny, ale jednocześnie świata, który ze względu na sytuację życiową — generalnie bohaterowie są samotni, nie są ludźmi z marginesu społecznego, ale są zmarginalizowani przez otaczającą ich rzeczywistość — nie radzą sobie. Tam znajdują ukojenie. Okazuje się, że jeżeli zrobią to w czwórkę, będą mogli zostać po drugiej stronie na zawsze. Już państwo sami chyba znając mnie i znając moje opowieści, nie ukrywam, że chciałbym czasem państwa też trochę poduczyć czytania takiego innego, takiego mojego. Może inaczej. Nie tyle poduczyć, bo to złe słowo. Zaproponować państwu inne czytanie. To „Palimpsest" jest opowieścią po pierwsze o samotności, o wyobcowaniu z różnych powodów. Rosjanin, bo opuścił swój świat i jeszcze nie najlepiej mówi po angielsku. Jedna z dziewcząt, jedna z tych kobiet jest lesbijką.
Pozostali też są otwarci na różne związki. Są po prostu również nieheteronormatywni, ale przede wszystkim są z jakiegoś powodu wypchnięci poza nawias tak zwanego normalnego społeczeństwa. Jak państwo pewnie wiecie, ale na wszelki wypadek przypomnę: pojęcie palimpsest odwołuje się do średniowiecza. W średniowieczu był to pergamin czy welin, który raz został użyty, zostaje wymazana treść, która została napisana i na nim zostaje napisany kolejny tekst. Rzecz w tym, że nigdy nie da się wymazać wszystkiego dokładnie i palimpsest to jest właśnie to warstwowe nakładanie opowieści. Tu tym palimpsestem jest warstwowość świata. Te tatuaże mapy zebrane przez tą czwórkę razem utworzą ich miejsce po drugiej stronie, ale tylko wtedy, kiedy spotkają się razem. Bo okazuje się, że by wyjść z samotności, trzeba przestać być przede wszystkim samemu. Ta powieść powstała wiele lat przed serialem „Sense8", który tak naprawdę opowiada o czymś bardzo podobnym, nawet jeżeli troszeczkę historia inaczej wygląda. Jak więc widzicie państwo, Valente w każdej swojej powieści proponuje nam inne czytanie świata, inne ujęcie znanych wątków, znanych mitów, baśni.
Robi to, co ja nazywam retellingiem. O retellingu mówiłem szerzej, gdy zaprosiłem państwa do spotkania z „Maladie" Sapkowskiego. Może rozumiecie państwo, że moja słabość do Valente wynika między innymi właśnie z tego, że ona stosuje podobne triki i robi to fenomenalnie. I to nie jest prosta lektura. To nie jest lektura, którą przeczytamy tylko dla przyjemności. Wręcz przeciwnie. Te lektury często bolą. Może muszą boleć, bo dzięki temu my stajemy się lepsi, mądrzejsi, uważniejsi i czas, który poświęcamy na czytanie tych powieści, okazuje się dla nas wartością dodaną. Wartością, której nie sposób odrzucić. Nasza Wikipedia niewiele o niej mówi.
Jedyne co, to faktycznie, to zresztą państwo sami widzicie, że w jej twórczości istotną kwestią są sprawy płci, sprawy przełamywania zastałych kulturowych struktur. Ona chce opowieści nowych. W każdej powieści mamy rodzaj czegoś, co Van Genab nazwał rite de passage, rytuałów przejścia. Cały „Dom błogosławionych” jest rytuałem przejścia Jana. To samo jest w „Pani Przeście”, to samo jest do pewnego stopnia w „Śmierć śmiertelny”. Mamy więc wielką pisarkę, przynajmniej ja ją za taką uważam. Mamy jej pięć powieści i mamy koniec 40. spotkania „W labiryncie książek”. Dobranoc. A może niekoniecznie.
[05:18:10] - Cóż, proszę państwa, i to już nieuchronnie koniec kolejnego „Bibliotekarium”. Zapraszam na kolejne w kolejnym tygodniu. 59. Znowu nam się szykuje kolejna okrągła rocznica za dwa tygodnie. Jakżeż ja lubię te okrągłe rocznice. Jestem gotowy świętować co kolejnych 10 odcinków. A mówiąc poważnie, za tydzień odcinek 59. A tak naprawdę, proszę państwa, 209. jakby liczyć od początku z tym normalnym „Bibliotekarium”. Co za tydzień?
Zdradzę jedną tajemnicę. Za tydzień Jacek Inglot. Słyszeliście państwo ostatnio kilka audycji z udziałem tego pisarza. To za tydzień prelekcja Jacka Inglota o tym, że zanim wszyscy zginiemy, to jako gatunek kompletnie zgłupiejemy. Nie wiem, czy to jest optymistyczne, bo z drugiej strony jak sobie tak to wziąć, rozkminić wszystko, to jak już będziemy kompletnymi idiotami, to to, że giniemy, to będzie nas obchodzić w stopniu nieznacznym. Więc może Jacek Inglot ma rację. Zostawiam państwa z tym zagadnieniem. Za tydzień być może zostanie ono przez Jacka rozwiązane. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejszą audycję, za to, że wsłuchiwaliście się państwo w naszych gości. I cóż, dobrej nocy życzę.
Do usłyszenia. Pięknie pozdrawiam państwa.
[05:19:55] - A mówił te słowa do państwa, jak zawsze i niezmiennie gospodarz „Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.