Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Za oknem zimno i ciemno, a u nas w Radiu Paranormalium i w Book Radiu gorąco. Dużo nowych książek ciekawych, dużo interesujących gości, no i przede wszystkim nowy numer Nieznanego Świata. To wszystko w dzisiejszym wydaniu Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz, AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:50] - Dzień dobry wieczór państwu. Witam bardzo serdecznie w kolejnej audycji Bibliotekarium 2.0. Dwie piątki mamy na liczniku, a zatem już całkiem solidny wynik. Dzisiejsza audycja nawiązuje tytułem do pewnego bardzo, bardzo znanego filmu, a właściwie nie do tytułu tego filmu, tylko do pewnej frazy, która jest tam powtarzana zawsze na początku. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce. Tak jak zapowiadałem dzisiaj spotkanie z Krzysztofem Kietzmanem, właściwie ekspertem od świata Star Warsów, ale to za jakąś chwilkę. Na początku te stałe elementy programu. A zatem polecanki. Polecanki na początek, ale dzisiaj będzie tak naprawdę jedna książkowa polecanka, bowiem na rynku ukazała się nowa antologia. Gruba antologia, poważna antologia i nosi ona tytuł „Epidemie”.
Wydał ją Stalker Books i jest to jubileuszowa, pięćdziesiąta antologia fantastyki zredagowana przez Wojtka Sedeńkę. To jest antologia polskiej fantastyki, fantastyki naukowej i fantasy, która składa się z niepublikowanych dotąd, pisanych specjalnie do tej antologii opowiadań. Wśród autorów znaleźli się ludzie z różnych pokoleń, nagradzani, tacy z dorobkiem i tacy, co dopiero startują albo wręcz są w blokach startowych. Ale są też ludzie bardzo, bardzo uznani. Może też dlatego ta antologia ma taki międzypokoleniowy, przekrojowy charakter. I ponoć według doświadczeń Wojtka Sedeńki właśnie takie antologie czytelnikom się podobają najbardziej. Tak jak powiedziałem, jak można wywnioskować z tytułu, tematem przewodnim antologii są epidemie, zarazy, choroby. No i oczywiście ich wpływ na oblicze znanego nam świata. I tak jak podkreśla Wojtek: „Nie, nie, nie, nie będzie nic o COVID”. Słusznie.
A temat epidemii jest tak szeroki, że te powstałe do antologii opowiadania poruszają, skłaniają do myślenia, ale niektóre z nich są lekkie, wręcz humorystycznie traktujące temat. Czy można temat epidemii potraktować humorystycznie? Coś państwu powiem. Wydaje mi się, że można. Dlaczego mi się tak wydaje? To się za chwilę wyjaśni. W tej antologii bierze udział, wzięło udział piętnastu autorów. Poznajemy szesnaście utworów. Zajrzyjmy do spisu treści. Jakie nazwiska się pojawiają?
Paweł Majka, Agnieszka Hałas, Wojciech Szida, Wojciech Gunia, Jacek Sobota, Tadeusz Olszowski, Krzysztof Rewiuk, Mikołaj Maria Manicki, Paweł Dybała, Agnieszka Fulińska, Magdalena Anna Sakowska, Andrzej Miszczak, Jan Maszczyszyn, Marta Sobiecka. No i jest jeszcze jeden gość tutaj. Nazywa się Żelkowski, Marek Żelkowski. I dlaczego powiedziałem, że coś wiem na temat lekkiego potraktowania i czy też takiego nawet zabawowego potraktowania tematu? Bo ja go tak potraktowałem. Moje opowiadanie „Wszystkie zombie, pokażcie swe oblicza” ma taki charakter pewnej kpiny. Ale z czego kpię i dlaczego kpię, to ewentualni czytelnicy bardzo szybko się zorientują. To jest antologia, po którą naprawdę warto sięgnąć. I nie słodząc Wojtkowi Sedeńce, tylko mówiąc taką realną prawdę, on ma rękę do robienia tych antologii. Przypomnę, że antologia „Mars” naprawdę była jakimś tam wydarzeniem wydawniczym na rynku fantastyki.
Chyba nie tylko fantastyki. W każdym bądź razie ta antologia. Przyjrzałem sobie konkurencję. Co piszą koledzy po piórze i koleżanki oczywiście. No cóż, proszę państwa, rzeczywiście antologia jest przekrojowa. Nie wszystkie opowiadania już zdążyłem przeczytać, ale to, co przeczytałem- Jak to państwu powiedzieć? Zawsze jak czytam innych, to popadam w kompleksy i zastanawiam się, dlaczego właściwie zostałem wybrany do tej antologii, bo się zawsze wydaje sam sobie jakiś taki głupkowaty i to moje opowiadanie trafiło, znalazło się pośród takich wybitnych dokonań. I to, wiecie państwo, trochę w tym fałszywej skromności jest, bo ja jednak wierzę w swoje teksty, przynajmniej w niektóre. Trochę tej fałszywej skromności jest, ale tak nie do końca. Żeby to państwu unaocznić.
To jest troszeczkę tak, że człowiek pisze to opowiadanie, jakiś tam ma punkt widzenia, a potem styka się z innymi punktami widzenia i to jest najbardziej dojmujące i pozostawia ślad w człowieku. Bo mówi sobie, taki ja mówię sobie: „Dlaczego ja o tym nie pomyślałem? Dlaczego nie wpadłem na taki pomysł? Przecież to takie oczywiste”. Oczywiste jest od momentu, kiedy się to przeczyta. Bo umówmy się, w tego rodzaju antologiach nie trafiają się opowiadania bardzo słabe. To już są jednak ludzie, w większości to są wyjadacze, którzy ileś tam tych tekstów napisali. Owszem, zawsze mogą coś gorszego popełnić. To się każdemu zdarza, niemniej jednak raczej nie trafia się tam takich opowiadań, które są kompletnymi nieporozumieniami. A jednak w człowieku jakaś tam zazdrość się pojawia.
Dlaczego? Dlaczego na to nie wpadłem? To właściwie mam przy każdej antologii. Traktujcie państwo to oczywiście z przymrużeniem oka, czy właściwie ucha w tej chwili, bo to nie jest tak, że jakieś ziarno zawiści we mnie tam naprawdę kiełkuje. Raczej to jest takie ziarno: następnym razem wpadnę na lepszy pomysł niż oni. To bardziej tak. I wiecie państwo, ja wychodzę z założenia, że to jest w gruncie rzeczy zdrowa postawa. Tego rodzaju „zazdrość” polegająca nie na tym, że obsmaruję to opowiadanie i powiem, że jest słabe, co zresztą część środowiska science fiction zwykła była robić, ale postawa polegająca na tym, że następnym razem zrobię to najlepiej, a w każdym razie lepiej od nich. Moim zdaniem lepiej rokuje i lepiej chyba się sprawdza w życiu. Znowu chyba zagadałem temat antologię.
W związku z tym tylko powtórzę. Antologia wydana przez Stalker Books. Tytuł „Epidemie”. Bardzo serdecznie państwu polecam. 16 autorów, w tym również ja. I to tyle jeśli chodzi o polecanki książkowe. Ale nie koniec polecanek, bo teraz, już za chwilę łączymy się z Piotrem Cielebiasiem. Czas na omówienie najnowszego numeru „Nieznanego Świata”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[09:18] - Dzień dobry wieczór Marku. Witam, witam. Chciałoby się powiedzieć. Cóż, powiem tak. Listopadowy numer „Nieznanego Świata” to oznacza, że idzie jesień i spada temperatura. Ale numer nowy, gorący, bo świeży.
[09:33] - Tak. Nie tylko dlatego, że świeży, tylko dużo fajnych artykułów. Ja mam zawsze problem z „Nieznanym Światem” i z jego omawianiem, ponieważ jak go wezmę w ręce, to o tym chcę, o tym i jeszcze o tym. I tak gdzieś zatrzymuję się na końcu i dochodzę do wniosku, że żadna normalna audycja o charakterze zapowiedzi tego po prostu nie pomieści, co ja sobie wybrałem. W związku z tym poprosiłem Piotra, żeby jakoś tak mi zasugerował i ja później skonsultowałem sam ze sobą, jeśli chodzi o te sugestie. I w rezultacie wybrałem pięć tekstów, o które chciałbym Piotra dzisiaj zapytać. Pierwszy z tych tekstów to jest tekst, który mnie przyciągnął, a właściwie nie tyle tekst, co wywiad. Wywiad, który przeprowadziła naczelna Anna Ostrzycka-Rymuszko z reporterką śledczą Ewą Ornacką. I temat tego wywiadu, to ja już Piotrze zostawię tobie, ale jest fascynujący.
[10:47] - Tak, ja tylko dodam może, że tradycyjnie zawsze w wydaniu listopadowym sporo miejsca poświęcamy zagadce życia po życiu. I tak jest też tym razem, chociaż oczywiście, jak powiedziałeś, zakres tematyczny numeru jest szeroki. Cóż, Ewa Ornacka, dziennikarka śledcza, pisarka w swojej nowej książce „Po tamtej stronie. Dlaczego zmarli powracają?” przygląda się kwestii kontaktów z zaświatami, ale też rozpatruje coś takiego jak miejsce tej tematyki i tego zagadnienia we współczesnym świecie. Bo się okazuje, że chociaż oficjalnie mówienie o kontakcie ze zmarłymi to taki temat troszeczkę tabu, a przynajmniej nie temat dla ludzi poważnych w cudzysłowie, to istnieje bardzo szeroka grupa ludzi, którzy mieli jakieś doświadczenia, powiedzmy, z tamtym światem. Ale jest też szeroka grupa ekstrasensów, którzy rozwiązują problemy tych dusz, które gdzieś tam utknęły na granicy między światami, ale też ludzi, którzy mają po prostu problem, kolokwialnie mówiąc, z duchami. Także Ewa Ornacka w rozmowie z redaktor naczelną podejmuje bardzo wiele zagadnień związanych z tym, jakie na przykład problemy z duchami, z tamtym światem ludzie zgłaszają najczęściej. Ja mówię duchami, inni to określają na przykład jako bezcielesne świadomości. Także sprawa nie jest taka łatwa. Ale też dowiemy się, jak się zazwyczaj takie wizyty z zaświatów objawiają i jak te byty bezcielesne mogą wpływać na ludzi.
Fascynująca sprawa.
[12:19] - Przeczytam państwu lead kolejnego artykułu. „Księgi religijne, dawne podania, mity i baśnie pełne są opowieści o wewnętrznym głosie. Głosie, który pojawiając się w snach, naprowadzał bohatera na właściwą ścieżkę, powiadamiał o przyszłości lub przestrzegał. Ów głos szczególnie często przemawiał w snach, które od zarania dziejów były uważane za pogranicze życia i śmierci. Stan świadomości, w którym można oczekiwać niemożliwego”. To jest wstęp do artykułu „Sny z udziałem wewnętrznego głosu”.
[13:00] - To jest już kolejna publikacja Kingi Kościak, interpretatorki snów, której postać i dorobek bardzo wam polecam. W zaskakująco sprawny, fachowy sposób objaśnia notatniki snów. No i w tym przypadku bierze pod lupę sny z udziałem wspomnianego wewnętrznego głosu. One się cechują tym, że po prostu osoba śniąca, śpiąca słyszy we śnie głos, który na przykład każe jej zrobić to czy tamto, udziela jakiejś porady, albo też wypowiada jakąś znamienną, często dwuznaczną lub wieloznaczną sentencję. No i rodzi się oczywiście pytanie, na które pani Kinga szuka odpowiedzi: skąd ten głos pochodzi? Czy to mówi do nas podświadomość, czy na przykład duchowi opiekunowie? Okazuje się, że odpowiedź nie jest taka łatwa, natomiast warto tego głosu słuchać.
[13:51] - Kolejny tekst wyszedł spod pióra Wojciecha Chudzińskiego. To marka znana państwu i marka sprawdzona. Ten tekst zainteresował mnie dlatego, że w jakimś stopniu zahacza on o moje główne zainteresowanie, czyli o symulację. Nie tak dosłownie, nie w pełni, ale jednak dowiadujemy się między innymi, iż istnieje tylko kosmiczna świadomość, a my, podobnie jak wszystkie inne żywe organizmy, jesteśmy oddzielonymi alter osobowościami boskiego umysłu. Przy czym ten nieożywiony świat, który widzimy wokół nas, stanowi objawienie myśli Stwórcy. Proszę państwa, skojarzenie z filozofią Berkeleya było u mnie natychmiastowe. No i nie dziwcie się państwo, że ten tekst łyknąłem tak na podwieczorek.
[14:53] - Ten tekst nam pokazuje, jak bardzo zmienia się podejście do tematu świadomości. Bo tutaj w zasadzie nie ma już mowy o tym, że istnieją jakieś jednostkowe dusze czy świadomości. Mowa jest o tym, że istnieje raczej jakaś uniwersalna świadomość, podobna powiedzmy jakiemuś polu albo oddziaływaniu fizycznemu. I każda świadomość osobnicza, w tym ja, ty, każdy nasz czytelnik jest odszczepem tejże świadomości, tak zwanym alterem. Czyli za życia jesteśmy oczami i uszami, które eksplorują rzeczywistość z ramienia tejże uniwersalnej świadomości, zaś po śmierci do niej wracamy. To jest po prostu nowy model życia po życiu również. I ten cykl publikacji Wojtka ma ogromną wartość. Muszę powiedzieć, że to jest jedna z najlepszych rzeczy, jaką można na temat nowych koncepcji świadomości przeczytać w polskiej prasie od wielu lat. Pokazuje nam to również, jak mówiłem, jak bardzo się zmienia myślenie o naturze świadomości i duszy.
[16:00] - Wojtek podkreśla jedną jeszcze bardzo ważną sprawę, relacjonując ideę, którą tak bardzo pobieżnie omówiliśmy. Mówi o tym, że to jest idea pana o nazwisku Castrap czy Castrup. W każdym bądź razie mówi o niej, że ta idea to jest idea, która w ostatnich latach jest najbardziej spójną alternatywą dla takiego bardzo rozpowszechnionego oglądu świata, który charakteryzuje obecnie materializm przede wszystkim. Jest to, co tu teraz i właśnie można dotknąć albo coś z tym zrobić, przenieść. Mało zastanawiamy się nad tym, że ten świat, o którym często myślimy, może być zupełnie inny, niż nam się wydaje, że jego istota może być zupełnie inna. To tak, jak my bardzo często zastanawiamy się i fascynujemy ideą reinkarnacji, która gdzieś tam przyszła do nas z dalekiego bardzo kraju i my się strasznie nią ekscytujemy, bo przecież powracamy. Nie zwracamy uwagi, że w tej dalekiej filozofii pochodzącej z Indii przecież, tam raczej zrobi się wszystko, żeby już tu nie powrócić na przykład. I tak dalej. To taka luźna dywagacja, nie do końca związana z tekstem, ale nie mogłem jej sobie odmówić. Kolejny tekst to jest tekst sprawdzonej firmy Ada Edelman.
Nosi tytuł „Loty nad strefą X. Dziwne zdarzenia nad Trójkątem Bermudzkim”. Ja myślę, że już sam tytuł przyciągnie naszych słuchaczy.
[17:51] - Tak, na pewno będą tym szczególnie zainteresowani wszyscy entuzjaści ufologii. Otóż Ada Edelman, która prowadzi bloga „Biuro duchów”, relacjonuje niezwykłą historię pewnej kobiety. W zasadzie są to trzy historie. Zgłosiła się do niej po prostu pewna bardzo doświadczona stewardessa. Ada się nie zajmuje zjawiskiem UFO, raczej tarotem, duchami, wszystkimi zjawiskami psi. Ta pani miała do powiedzenia też historię ze swojej pracy, bo była to stewardesa i jej relacje dotyczyły bliskich spotkań z UFO. W dwóch z nich, których była świadkiem osobiście, mieliśmy do czynienia z bardzo dziwnymi wydarzeniami obserwowanymi z pokładu polskich samolotów przelatujących przez obszar Trójkąta Bermudzkiego. Tutaj świadkami tych zdarzeń była nie tylko załoga, ale i pasażerowie, którzy nawet lekko panikowali na widok tego dziwnego czegoś. Pilot musiał ich uspokajać. Nie były to też bardzo konwencjonalne zdarzenia, że były to jakieś światełka w chmurach.
Nie. A o reszcie sobie przeczytacie w tym bardzo ciekawym tekście.
[19:07] - Wreszcie tekst piąty z wyznaczonej przez samego siebie listy limitowanej. To jest tekst, który został napisany przez Piotra Cielebiasia: „Kościół kontra kosmici”. Piotrze, jesteś znawcą tematu, więc tłumacz się teraz z tego tekstu. Ja myślę zresztą, że się nie masz z czego tłumaczyć. Raczej trzeba zachęcić. Czytajcie państwo koniecznie.
[19:37] - To jest temat rzeka ogólnie. Tak naprawdę, kiedy na początku swojego pontyfikatu papież Franciszek wygłosił taką dziwną deklarację, że chętnie ochrzciłby kosmitę, to wiele osób się zaczęło zastanawiać, czy on wie w tej sprawie coś więcej. Mówiono przecież o tajemnicach, które skrywają archiwa watykańskie i tak dalej. Nic się przez lata nie zmieniało, aż w sumie do tego roku, bo David Grusch, słynny oficer wywiadu, który zeznawał przed Kongresem w sprawie zjawiska UFO, wywołał Watykan do tablicy, twierdząc, że pod koniec II wojny światowej papież przekazał albo przynajmniej pośredniczył w przekazaniu wraku rozbitego UFO Amerykanom. Stolica Apostolska nie odniosła się do tych rewelacji, ale odezwało się kilku teologów, publicystów, mówiąc, co by się stało, gdyby jednak wyszło nagle na jaw, że nasza planeta nie tylko jest odwiedzana przez tego typu istoty, ale też są one w bliskim kontakcie z rządami. Pojawia się pytanie, czy w świetle takiej sytuacji Kościół rzeczywiście będzie miał jakiś problem, głównie doktrynalny, czy też może będzie inaczej i nasza konfrontacja z inteligencją z kosmosu tylko bardziej przywiąże ludzi do tradycji i do religii. O tym właśnie piszę w numerze listopadowym.
[21:08] - Ja tylko dodam, że nad tym problemem, jak to jest z kosmitami, czy należałoby ich chrzcić, czy zostali zbawieni i tak dalej. Tu zaskoczę państwa, ale ludzkość, teologowie zastanawiają się tak naprawdę od XIII wieku. Wiem, co mówię, bo całkiem niedawno zrobiłem sobie mały research na ten temat, przygotowując się do napisania tekstu o obcych w kulturze masowej. Proszę państwa, od XIII wieku ciągnie się ta myśl teologiczna, co należałoby z obcymi zrobić, czy oni byli zbawieni i jak oni byli zbawieni, czy zbawieni byli dlatego, że tutaj na Ziemi odbyły się pewne wydarzenia, które państwo świetnie znacie, czy też może Bóg za każdym razem przenosił się na kolejną planetę. Z tym państwa zostawię. Kto ciekawy, może tego rodzaju dywagacje prześledzić w innych miejscach.
[22:14] - Dodam jeszcze tylko, że we wspomnianym numerze „Nieznanego Świata” oczywiście znacznie więcej treści, a o czym piszemy, dowiecie się, odwiedzając naszą witrynę internetową www.nieznanyswiat.pl. Przypominam też o możliwości zakupu prenumeraty na 2024 rok i o numerach archiwalnych dostępnych na stronie naszej księgarni www.nieznany.pl.
[22:41] - Proszę państwa, ja nie zapomniałem, że mamy rok akademicki. Nastał czas wykładów, nastał czas korepetycji filozoficznych. Dzisiaj przedstawię państwu tekst, który ukazał się oczywiście w dwumiesięczniku „Filozofuj!” w 2016 roku, a więc już jakiś czas temu, w numerze czwartym, dziesiątym z kolei. Ten tekst nosi tytuł: „Nowy wspaniały świat i transhumanizm”. Wyszedł spod pióra Nataszy Szuty. Ten artykuł, jak zawsze dostępny jest na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Autorka Natasza Szuta jest filozofem, pracownikiem Uniwersytetu Gdańskiego. Specjalizuje się w etyce i psychologii moralności. Jej pasje to literatura, muzyka, góry i nade wszystko swoje dzieci. Proszę państwa, zatem sięgnijmy po ten filozoficzny tekst.
Natasza Szuta: „Nowy wspaniały świat i transhumanizm”. „Nowy wspaniały świat” autorstwa Aldousa Huxleya, jedna z najlepiej znanych antyutopii, wydana w 1932 roku, jest wciąż aktualna. Huxley bardzo ciekawie przedstawia społeczeństwo przyszłości pochłonięte konsumpcją, gonitwą za najprostszymi przyjemnościami, którym towarzyszy porzucenie głębszej refleksji. „Nowy wspaniały świat” można potraktować jako hiperbolę projektów transhumanistów. A teraz czas na śródtytuł: Organizacja i funkcjonowanie nowego, wspaniałego świata. Najwyższą wartością w „Nowym wspaniałym świecie” Huxleya jest stabilność. Stabilność, która warunkuje spokojne i dostatnie życie. Społeczeństwo jest zorganizowane w taki sposób, by nic nie wyprowadziło go ze stanu równowagi. Wszelkie instytucje oparte na głębokich więziach emocjonalnych, jak małżeństwo i rodzina, zostały wyeliminowane jako powody niepożądanych poruszeń. Dzieci rodzą się in vitro z anonimowego materiału genetycznego.
Już na etapie zapłodnienia dokonuje się podziału na osobniki, które będą przedstawicielami określonych kast. Te kasty to alfa, beta, gamma, delta, epsilon. Zapłodnione jaja osobników niższych klas, które pełnią służebne funkcje w społeczeństwie, zostają dodatkowo poddane procesowi Bokanowskiego, który pozwala mnożyć je i dzielić na kolejne osobniki do 96 embrionów identycznych bliźniaków. Embriony ze względu na ich przeznaczenie, przydział do kasty zawodu, a nawet miejsca zamieszkania, są poddawane stosownym warunkowaniom. Manipuluje się ich rozwojem biologicznym na przykład przez limitowanie dostaw tlenu, co prowadzi do upośledzenia niektórych funkcji mózgu u osobników najniższych kast. Przyszłym chemikom podnosi się tolerancję na substancje toksyczne, inżynierom statków kosmicznych doskonali się zmysł równowagi. Mieszkańców tropików uodparnia się na choroby tropikalne. W okresie dzieciństwa miejsce biologicznego warunkowania zajmuje warunkowanie społeczne, oczywiście także stosowne do kasty. Jedną z najważniejszych metod jest hipnopedia – nauka przez sen. W taki sposób dzieciom są przekazywane podstawowe zasady współżycia społecznego, moralne i higieniczne oraz świadomość klasowa.
Każde dziecko po tysiąckroć w tygodniu usłyszy, jak należy się zachowywać w społeczeństwie w pożądany sposób. Dbać o czystość i zdrowie, unikać przemocy oraz rozładowywać stres, a także i to, że miejsce, które zajmuje w społeczeństwie, jest dla niego najlepsze. Że nie warto aspirować do wyższej klasy, bo jej przedstawiciele ciężej pracują, a ich intelektualny potencjał jest znacznie wyższy i nie sposób im dorównać. Celem i sensem warunkowania jest, by każdy członek społeczeństwa polubił to, co musi robić. Zadowolenie ze swego przeznaczenia jest podstawowym warunkiem szczęścia. Życie w nowym, wspaniałym świecie ma być przede wszystkim przyjemne. Jego mieszkańcy poza satysfakcjonującą pracą mają wystarczająco dużo czasu na różne rozrywki. Sport, podróże, czuciofilmy oraz seks. Koniecznie pozbawiony głębszych uczuć, bo one wprowadzają tylko niepotrzebny chaos. Jest jeszcze soma.
Zawsze dostępna substancja narkotyczna, która wywołuje stany euforyczne i wizjonerskie. Gdyby jakimś trafem ktoś poczuł się niezaspokojony, zawsze może na jakiś czas uwolnić się od rzeczywistości i później do niej bezpiecznie powrócić. W sprawnie zorganizowanym i zarządzanym społeczeństwem, które żyje w dobrobycie, miejsce moralności przejmuje odpowiednie biologiczne i społeczne warunkowanie. Spora jego część jest zamknięta we fiolce z somą, która podnosząc poczucie szczęścia, czyni ludzi bardziej cierpliwymi, koi rozczarowanie i gniew. Nie ma nawet potrzeby doskonalenia szlachetności czy heroizmu ze względu na brak okazji, by się nimi wykazać. „Nowy wspaniały świat” Huxleya jest przerysowanym wcieleniem dziś dosyć obszernie dyskutowanej na gruncie etyki idei transhumanizmu. Kolejny akapit. Śródtytuł: Idea transhumanizmu. Termin transhumanizm wprowadził do literatury biolog Julian Huxley, starszy brat autora „Nowego wspaniałego świata”. Obecnie kryje się pod nim ruch zwolenników wykorzystywania dostępnych neurobio nanotechnologii do udoskonalania ludzkiego gatunku.
Ich zdaniem rozwój ludzkości po takiej radykalnej transformacji technologicznej Przejdzie w fazę posthumanizmu, w której zostaną przekroczone ograniczenia naszej obecnej kondycji. Zostaną przekroczone w różnym zakresie: zdrowia, podniesienie odporności na choroby, przedłużenie ludzkiego życia, zdolności poznawczych, podniesienie ilorazu inteligencji oraz uczuć i emocji, na przykład wzrost empatii. W obrębie zainteresowań transhumanistów leży także udoskonalenie człowieka pod względem moralnym poprzez podniesienie jego zdolności poznawczych i afektywnych w taki sposób, by miał większą skłonność do moralnie słusznego działania. Kolejny śródtytuł: Transhumanizm a autonomia człowieka. Nowy wspaniały świat prowokuje do stawiania wielu szczegółowych pytań i zastrzeżeń natury moralnej, jak kastowość, przeznaczenie, płytkość pojmowania szczęścia i celu ludzkiego życia. Projekty transhumanistów nie muszą ich powielać. Warto jednak zatrzymać się na bardziej ogólnym problemie. Problemie, który dotyczy wszystkich projektów biologicznego udoskonalania ludzkiej natury. Chodzi o zmianę dotychczasowego sposobu definiowania siebie jako ludzi. Istot, które są zdolne do dokonywania wolnych wyborów i decydowania o sobie niezależnie od wszelkich biologicznych i społecznych determinant mających szansę zarówno na doskonalenie siebie, jak i autodestrukcję.
Natomiast transhumanistyczne projekty w wymiarze moralnym proponują rodzaj warunkowania do moralnie słusznego zachowania. Dlaczego to budzi wątpliwości biokonserwatystów, przeciwników transhumanizmu? Ponieważ niezależnie od tego, czy taki projekt ma szansę na realizację, moralność to przecież nie tylko sfera behawioralna, ale także motywacyjna, silnie powiązana z bardzo złożoną sferą wartości, których nie sposób zredukować wyłącznie do kategorii biologicznych. Można już dziś poruszyć ważną moralnie kwestię. Nawet jeśli społeczeństwo zyska na podniesieniu poczucia bezpieczeństwa, to odbędzie się to kosztem autonomii jego obywateli. A ci, nawet jeśli będą działali moralnie słusznie, to nie dlatego, że sami tego chcą, lecz dlatego, że nie umieją inaczej. Tak jak w „Nowym wspaniałym świecie” Huxleya. Transhumaniści w odpowiedzi argumentują, że między biologicznym warunkowaniem a tradycyjnym procesem wychowawczym nie ma wielkiej różnicy. W jego toku rodzice także pokazują dziecku określone wzorce zachowania i egzekwują ich przestrzeganie, a zatem warunkują swoje dzieci. Należy jednak zauważyć, że proces wychowawczy ma odmienny charakter, ponieważ warunkowanie biologiczne, w przeciwieństwie do wychowania, odbywa się bez świadomego udziału osoby warunkowanej.
Tymczasem dziecko od najwcześniejszych lat bierze aktywny udział w procesie wychowawczym i jeśli ktokolwiek kiedykolwiek miał do czynienia z dziećmi, ma świadomość, jak trudno im cokolwiek narzucić. Trzeba odpowiedzieć na wiele pytań, by je do czegokolwiek przekonać i poświęcić sporo czasu, by nauczyć empatii oraz zachowań prospołecznych. Proces wychowawczy to zachowanie komunikacyjne. Rodzice wiele uczą się od swoich dzieci i często muszą dostosowywać swoje plany do ich możliwości i pragnień. Oczywiście nie mam na myśli sytuacji patologicznych, gdy wychowanie zamienia się w tresurę. Ponadto dzieci mogą w dorosłym życiu odnieść się do wzorców zachowania i wartości promowanych przez swoich rodziców albo całkowicie je porzucić. Nierzadko to właśnie czynią. Natomiast biologiczne uwarunkowanie jest nieodwracalne. Tak, proszę państwa, to był artykuł Nataszy Szuty „Nowy wspaniały świat i transhumanizm”. Może warto powiedzieć jedną rzecz.
Z tekstami filozoficznymi to jest tak, że one nie zawsze wchodzą za pierwszym razem. Czasami warto ich posłuchać drugi, a nawet trzeci raz. Wówczas nagle, nie wiadomo skąd pojawiają się w naszej głowie skojarzenia, dodatkowe przemyślenia, jakieś takie błyski, flesze. Nagle zaczynamy rozumieć więcej. Tak to już jest z tekstami filozoficznymi. Taka jest ich specyfika. W związku z tym namawiam państwa, żebyście przy okazji, może nie teraz, może za jakiś czas, sięgnęli jeszcze raz do tego mojego czytania, bo być może znajdziecie państwo w tym tekście coś, co za pierwszym razem wam po prostu umknęło. Cóż, czas na dalszą część naszej audycji. Obiecałem państwu spotkanie z Krzysztofem Kietzmanem. To właśnie jest ten czas.
Krzysztof Kietzman to jest tłumacz, miłośnik science fiction, fantastyki w ogóle. Jednak ważnym obszarem, co ja mówię obszarem, krainą całą na mapie zainteresowań naszego gościa są „Star Warsy” – „Gwiezdne wojny”. Zapraszam, będzie sporo o uniwersum „Star Warsów”, ale i o sprawach wydawniczo-debiutanckich. Nie, to brzmi niejasno. Wyjaśniam zatem: Krzysztof jest wydawcą Krzysztof Zina, w którym można spróbować umieścić swoje opowiadania, a nawet swoje debiutanckie opowiadania. Szczegóły poznacie państwo w rozmowie. Myślę, że dobrą rekomendacją będzie to, że o jednym z opowiadań z magazynu Krzysztofa było głośno na tegorocznym wręczeniu Nagrody Zajdla. Zapraszam zatem na spotkanie z Krzysztofem Kietzmanem. Dzień dobry Krzysztofie.
[37:53] - Dzień dobry. Cześć.
[37:55] - Spotykamy się z człowiekiem, który jest ekspertem, a w każdym razie człowiekiem, który z „Gwiezdnymi wojnami” jest na co dzień, bo tłumaczysz „Gwiezdne wojny”, ale też interesujesz się „Gwiezdnymi wojnami”. To jest dla ciebie pewien świat, w którym poruszasz się bardzo sprawnie. Wiesz o nim bardzo dużo. Musiałem cię zaprosić, żeby porozmawiać o „Gwiezdnych wojnach”.
[38:18] - Oczywiście. Mało tego, w wolnym czasie relaksuję się, grając w grę z „Gwiezdnych wojen”. Do tego także te „Gwiezdne wojny” towarzyszą mi przez całą dobę w zasadzie.
[38:27] - Porozmawiajmy o pewnych tajemnicach „Gwiezdnych wojen”. W rozmowie przed nagraniem wspomniałeś, że kiedy mówiłem o tym, że jest tak dużo książek w tym uniwersum, to powiedziałeś ciekawą rzecz, że pewne książki zostały unieważnione. Ja przepraszam, to jest skrót myślowy, ale Krzysztof państwu to wszystko wytłumaczy.
[38:49] - To w zasadzie oddaje sedno sprawy, bo jest tak, że książki i komiksy z „Gwiezdnych wojen” i nawet gry komputerowe, które ukazywały się do 2012 roku, obecnie nie stanowią części tak zwanego kanonu. To znaczy, jeśli chodzi o wszystko to, co się ukazywało przed wykupieniem „Gwiezdnych wojen” przez Disneya, to możemy tak naprawdę poznawać nowe książki i nowe komiksy, nowe gry bez znajomości tych wszystkich poprzednich, które się nagromadziły, a było ich pewnie z 200, tych powieści. To jest tak, że te stare książki zostały obecnie nazwane legendami. Czyli jeżeli kupujemy książkę i widzimy, że ma ona taką szarfę złotą z napisem „Legends” po angielsku, to wiemy, że kupujemy historię nieaktualną. Ona oczywiście może nam dać wiele frajdy, natomiast ona nie stanowi części tej nowej historii tego nowego świata. Natomiast to, co obecnie się ukazuje, ukazuje się pod mianem kanonu. Czyli mamy legendy z jednej strony do 2012 bodaj i kanon, który trwa obecnie. I to jest tak, że nowi autorzy, nowi twórcy mogą się inspirować elementami tych starych książek i komiksów. I faktycznie to robią, ponieważ chociażby w filmie o Hanie Solo pojawiła się planeta Corellia, która znana jest właśnie z tych starych książek. Ale to jest tak, że te elementy nie pojawiają się z całym dobrodziejstwem inwentarza.
To znaczy, że jeśli w nowych treściach pojawia się taka planeta Corellia, to wcale nie jest tak, że te wszystkie historie, które na niej się działy, też wchodzą w skład tych nowych opowieści. Także jeśli jesteśmy nowymi fanami „Gwiezdnych wojen” i się trochę boimy tego, że tych książek było tyle, to myślę, że nie jest tak źle, dlatego że tych książek w ramach nowego kanonu może było kilkadziesiąt, może 30, a nie 250. Także jest trochę łatwiej teraz.
[40:46] - A ile książek uniwersum „Gwiezdnych Wojen” przetłumaczyłeś?
[40:50] - Mam wrażenie, że przetłumaczyłem ich 11 do tej pory. Czas szybko leci, bo zaczynałem tak ze trzy lata temu w trakcie pandemii. Jest to 11 powieści, przy czym niektóre to są powieści krótsze, młodzieżowe. Przełożyłem między innymi dwie nowelizacje serialu „The Mandalorian” z pierwszego i drugiego sezonu. Przełożyłem taką trylogię „Eskadra Alfabet” o bitwach między myśliwcami. Starsi fani, którzy znają książki z tych legend nieaktualnych, pamiętają cykle o eskadrze „What If” i eskadrze „Widm” autorów Michaela Stackpola i Alana Alastora. I tutaj mamy podobną opowieść Alexandra Freedna o walkach między Imperium a Republiką w kosmosie. Także jeśli ktoś lubi bitwy kosmiczne stricte, może sięgnąć po „Eskadrę Alfabet”. Obecnie przekładam cykl o królowej Padmé Amidali i jej dwórkach. Pamiętacie pewnie z filmu „Mroczne widmo”, że królowa zawsze pojawiała się w asyście dwórek.
One w tych filmach są dosyć anonimowe, natomiast książki nam pokazują, że każda z nich jest kształcona, ma różne funkcje. Jedna jest hakerką, inna tworzy zmyślne suknie, które są odporne na strzały z blasterów choćby, jeszcze inna jest szpiegiem. Także tutaj one pełnią bardzo różne role i czego w filmach nie widać, książki mogą uzupełnić wiedzę o tym, co one robiły zakulisowo w niektórych ważnych scenach.
[42:11] - Ja na chwilę cofnę się do tych starych książek, które dzisiaj są legendami, bo tam pojawiały się zacne nazwiska ludzi, którzy w fantastyce sporo znaczyli. Okazywało się, że oni również sięgali po to uniwersum. Skusiło ich swoim bogactwem. Jakie to były nazwiska?
[42:31] - Mam wrażenie, że myślisz tutaj być może o Walterze Johnie Williamsie, takim autorze space oper, który jest znany właśnie z własnej twórczości. Myślę, że może to być też R.A. Salvatore, który jest znany jako twórca postaci Drizzta z serii „Forgotten Realms” przede wszystkim. I mam mętne wrażenie, że może to być też Terry Brooks, o ile się nie mylę, który chyba robił nowelizację „Mrocznego widma”, który jest znany jako autor fantasy. Rzeczywiście ci twórcy byli zapraszani, natomiast oni są zapraszani i teraz, dlatego że pracuję obecnie nad zbiorem 40 opowiadań na 40-lecie filmu „Nowa nadzieja” i jest to w zasadzie cały film opowiadany z perspektyw postaci drugo- i trzeciorzędnych. To znaczy mamy jedną scenę oczyma Jawy na przykład, oczyma robota. Mamy nawet jedno opowiadanie oczyma tego potwora w zgniatarce śmieci na Gwieździe Śmierci. I do tego zbioru zostali zaproszeni tacy autorzy jak Nnedi Okorafor i Ken Liu, czyli też bardzo znani autorzy science fiction. Wydaje mi się, że świat wydawniczy „Gwiezdnych wojen” ma taką politykę, by zapraszać szerokie spektrum autorów, ponieważ pojawiają się też debiutanci. Pojawiają się osoby znane ze świata książek młodzieżowych, tak żeby dla każdego było coś dobrego.
To też jest tak, że my jako fani dorastamy i niejako wyrastamy z tych książek. I ja też się musiałem pogodzić z tym, że spora część tej oferty już nie jest dla mnie, tylko raczej dla młodszych. Ale to jest może właśnie cudowne w świecie „Gwiezdnych wojen”, że rzeczywiście one łączą pokolenia i można przedstawiać je dzieciakom. I tak naprawdę teraz dla młodszych chyba jest większa oferta niż dla osób starszych. Natomiast rzeczywiście jest tak, że to spektrum autorów jest spore.
[44:13] - Na chwilę proponuję, żebyśmy odeszli od książek i przenieśli się w świat filmu, a właściwie trzech trylogii, które powstały. Bardzo często słyszę takie głosy, że ludzie mówią: „Tak, ta pierwsza pierwotna seria trzech filmów to było coś. A później powstał prequel, później powstał sequel i to już nie było to”. Jak ty się do tego ustosunkowujesz? Do tych narzekań, do tego, co się gdzieś tam i w sieci, i w realu pojawia? Jak ty na to patrzysz?
[44:42] - Takie zdanie często słyszę, że mało kto krytykuje „Gwiezdne wojny” tak jak fani „Gwiezdnych wojen”. I to się czasami pojawia w takim wariancie, że mało kto krytykuje filmy Marvela jak fani filmów Marvela. To też jest częste zdanie w sieci. A ja sobie tak myślę, że kto ma krytykować te filmy, jak nie fani „Gwiezdnych wojen”? To znaczy, że jeśli ktoś jest uprawniony do konstruktywnej krytyki, to właśnie fani. I to chyba trochę wynika z tego, że zarówno w przypadku „Gwiezdnych wojen”, jak i „Star Treka” minęło sporo czasu między kolejnymi seriami, dlatego że na przykład pierwsze filmy „Star Treka” ukazały się w latach 60. Dopiero później, w latach 90. ukazały się kolejne seriale. W przypadku „Gwiezdnych wojen” było tak, że ta pierwsza trylogia ukazała się w latach 70-80., a pierwsze powieści, które zaczęły jakoś spajać ten świat, to był tak rok 1991, 1992. A w międzyczasie fani i „Star Treka”, i „Gwiezdnych wojen” tworzyli czasopisma fanowskie, tworzyli przedstawienia fanowskie, fanowskie filmy, tak zwane fan filmy, a w przypadku „Star Treka” to był nawet fan serial, bo fani cały serial stworzyli własny.
I mam wrażenie, że fani poczuli się do pewnego współautorstwa tego świata. Wydaje mi się, że ono oczywiście nie jest prawnie uprawnione w takim sensie, że nie są właścicielami. Natomiast ponieważ fani współtworzyli ten świat i niejako doprowadzili do tego, że on powrócił później na łamy kin, to czują się uprawnieni do krytyki czegoś, co uważają za swoje. Uważam, że taka krytyka jest dobra, o ile nie przekracza dopuszczalnych granic. To znaczy wydaje mi się, że taką granicą absolutnie niedopuszczalną jest krytykowanie czy atakowanie aktorów rzecz jasna, co się zdarzało. Natomiast też jest tak, że wydaje mi się, że fani, ponieważ są pasjonatami, to większość tych dyskusji jednak gdzieś tam obraca się wokół kwestii technicznych, statków kosmicznych, zbroi. Także myślę, że jeśli fani krytykują, to ta krytyka fanowska jest merytoryczna. I trochę jest tak, że w przypadku tej nowej trylogii my nie dostaliśmy od razu Książek i komiksów. I tak na dobrą sprawę, to w Polsce dopiero w grudniu bodaj pojawi się pierwsza książka, która ma nawiązywać do filmu „Przebudzenie mocy", pierwszego z nowej trylogii. Także minęło sporo czasu, zanim zaczęły się pojawiać takie dzieła, a w przypadku trylogii prequelowej dostawaliśmy takie książki szybciej i te książki trochę tłumaczyły pewne błędy czy niedociągnięcia filmów.
Więc ja jako fan, nawet jeśli coś mi się nie podobało w kinie, to mogłem później zapoznać się z treścią w książce, która mi troszkę dodaje kontekstu, wyjaśnia. Także my jako fani teraz czekamy trochę na takie dzieła, ponieważ te książki i komiksy, które się ukazywały do tej pory, nie działy się blisko filmów, dotyczyły innych postaci, też ciekawych, ale chyba faktycznie jesteśmy spragnieni treści, które by rozwijały nam teraz same filmy.
[47:23] - Powiem ci o tym, kiedy mi się zrobiło smutno przy okazji „Gwiezdnych wojen", bo kiedy śledziliśmy tę pierwotną trylogię, w której była wielka walka ze złym Imperium, kiedy miała odrodzić się Republika i w rezultacie Republika zwycięża, to było takie podniosłe, to człowieka porywało ze sobą. Natomiast gdzieś teraz, w którymś z seriali nagle natykam się na wątek, że Nowa Republika, ta zdobyta w walce, zdobyta z poświęceniem, nagle zamienia się w państwo. Nie, nawet nie nagle. Po prostu ewolucyjnie zamienia się w państwo urzędników. W państwo, w którym właściwie wszystko jest po staremu, a może nie wszystko, a w każdym razie ma pewne podobieństwa nawet, to już może daleko idące, z Imperium. Też urzędnicy, którzy rządzą, którzy są nieczuli, którzy właściwie mają tego szarego obywatela w nosie. To było coś, co mnie zasmuciło. Jak ty na to patrzysz?
[48:21] - Niestety będę musiał tutaj nawiązać do trwającej obecnie wojny, ponieważ to, co powiem, stało się nieaktualne przez wojnę, ponieważ mam wrażenie, że teraz na nowo żyjemy w świecie czerni i bieli, dobra i zła. To znaczy potrafimy jawnie nazwać zło, wiemy, co jest złe, wiemy, kto jest dobry. Natomiast mam wrażenie, że przez ostatnie 15-20 lat żyliśmy w świecie, gdzie to zło było mniej oczywiste i było bardziej rozmyte, efemeryczne, dlatego że jak powstawała pierwsza trylogia „Gwiezdnych wojen", to tym złem był totalitaryzm rozumiany jako konkretne państwa totalitarne, to znaczy państwo niemieckie i rosyjskie czy Związek Sowiecki. I nawet bodaj przecież Ronald Reagan nawiązał do Rosji jako do Imperium zła w nawiązaniu do „Gwiezdnych wojen". Tylko że przez długie lata takich imperiów nie mieliśmy. I co wzbudzało nasz strach? Dwie rzeczy, to znaczy organizacje terrorystyczne typu Al-Kaida, które nagle w sposób niewysłowiony robią coś złego albo w sposób, który wydaje nam się niezrozumiały, absurdalny. Albo właśnie tak zwane samotne wilki, czyli ludzie, którzy są terrorystami, atakują nagle. I mam wrażenie, że „Gwiezdne wojny" dały temu wyraz w postaci Kylo Rena z nowej trylogii. W takim sensie, że o ile Darth Vader był symbolem złego Imperium, które dało się wskazać palcem, tak Kylo Ren jest pewnym uosobieniem pewnej złości na świat, takiej pojedynczej złości na świat jednostki, co na świecie jest realizowane przez terrorystów, przez terroryzm taki pojedynczy, jednostkowy, przez osoby, które atakują ludzi na ulicy, w szkołach.
I być może te „Gwiezdne wojny" są bardziej chaotyczne, dlatego że zło pojmowane obecnie jest bardziej chaotyczne. Mówię trochę, obecna wojna zadała temu kres, ponieważ znowu mamy złe imperium i znowu możemy je wskazać palcem. Ale „Gwiezdne wojny" właśnie odzwierciedlały tą naszą niepewność świata. To znaczy, że nasz świat nie składa się z istot dobrych i złych, że nawet ta dobra strona jest biurokratyzowana czy troszkę skorumpowana, że ta zła strona nie do końca jest zła. I pytanie jest takie, czy popkultura jako taka nie wróci może do tego modelu takiego jawnego dobra i zła teraz, gdy żyjemy ponownie w czasach, kiedy chcemy i pragniemy tej jasności, ponieważ my się dobrze czuliśmy właśnie w takim rozmazaniu, ale chyba jednak te czasy się skończyły już teraz. Także wydaje mi się, że „Gwiezdne wojny" idą za naszym poczuciem zła i w momencie, kiedy to zło jest konkretne, to „Gwiezdne wojny" są konkretne, a jak jest rozmazane, to pozwalają sobie na większe rozmazanie. I rzeczywiście jest tak, że w serialach też one pokazują ciemne strony Republiki czy może nawet jasne strony Imperium, ale to też serial „Andor" jest skierowany dla nieco starszego widza niż inne seriale. Zobaczymy, jak to będzie w serialu „Ahsoka", który raczej będzie skierowany dla osób młodszych.
[51:14] - Teraz pytanie takie bardzo osobiste. Kiedy ty się zacząłeś interesować „Gwiezdnymi wojnami"? Jak w ogóle wciągnął cię ten świat?
[51:22] - Muszę powiedzieć, że nie wiem. To znaczy nie pamiętam, kiedy pierwszy raz oglądałem „Gwiezdne wojny". Akurat mieszkałem w Stanach Zjednoczonych w '97 roku, kiedy wychodziła reedycja „Gwiezdnych wojen" na kasety wideo. To był taki pierwszy film tak zwany zremasterowany, czyli trochę doczyszczony i polepszony przez George'a Lucasa. Więc te „Gwiezdne wojny" wtedy były wszędzie, na reklamach, w postaci zabawek, ale wtedy „Gwiezdne wojny" były dla mnie po prostu kolejnym światem obok „Power Rangers" czy „Żółwi Ninja". I ironia może jest taka, że ja tak naprawdę zainteresowałem się „Gwiezdnymi wojnami" dopiero jak wróciłem do Polski przed premierą „Mrocznego widma", dlatego, że okazało się, że one właśnie są bardzo w Polsce popularne. To znaczy dzisiaj może trudno to sobie wyobrazić, ale w okolicach '98, '99 roku „Gwiezdne wojny" potrafiły zajmować jedną trzecią półek z fantastyką w Empiku, obok książek może z Forgotten Realms, może książek Andrzeja Sapkowskiego czy Feliksa Kresa. I przyciągnęły mnie do tych książek piękne okładki, dlatego że w tamtych czasach okładki książek z „Gwiezdnych wojen" były rysowane tak jak plakaty filmowe, to znaczy zawierały dużo postaci, dużo statków kosmicznych. Ja sobie wyobrażałem jako dzieciak, że każda taka powieść to jest kolejny film i to mnie przyciągnęło. Dziś te okładki są bardziej minimalistyczne, bardziej współczesne, ale właśnie ta kinowość mnie przyciągnęła i to było tuż przed premierą „Mrocznego widma" mam wrażenie.
Także od tamtej pory faktycznie śledzę, czytam, staram się być na bieżąco i mam wrażenie, że te „Gwiezdne wojny" już mi będą zawsze towarzyszyć.
[52:54] - Jakbyśmy mieli wymienić media, może też tytuły To Imperium Gwiezdnych Wojen jakie media obejmuje? Mówiliśmy już o grach, mówiliśmy o filmach, mówiliśmy o serialach, mówiliśmy o książkach. Czy coś jeszcze pominąłem? Nie wiem.
[53:12] - Myślę, że tylko gry RPG i planszówki jeszcze tutaj mogą wejść w skład.
[53:16] - A jakbyś miał rzucić takimi tytułami, które są naprawdę istotne, których nie można nie znać.
[53:23] - Jest taka trylogia, która wprawdzie już teraz jest niekanoniczna, powiedzielibyśmy, czyli nie wchodzi w skład obecnej opowieści, ale co ciekawe, ona w innym wariancie ukaże się w serialu „Ahsoka”. Mówię o trylogii „Dziedzica Imperium” autorstwa Timothy'ego Zahna, która ukazała się w 1991 roku bodaj i która tak naprawdę tchnęła nowe życie w Gwiezdne wojny. Jest to trylogia, która się dzieje po oryginalnej trylogii filmowej, po „Powrocie Jedi”, parę lat później i dotyczy niejakiego admirała Thrawna, czyli geniusza wojskowego, który próbuje na nowo zjednoczyć rozpadające się Imperium, no i powstrzymać powstanie Nowej Republiki. Tam bohaterami są Han, Leia i Luke. Także „Dziedzic Imperium” to na pewno jest trylogia, którą warto przeczytać, chociaż ona jest obecnie trudno dostępna w księgarniach. Natomiast tenże admirał Thrawn pojawi się w serialu „Ahsoce” wkrótce, bo chyba w przyszłym roku. Także jak widać, ten nowy kanon próbuje jednak czerpać z tych powieści. Jeśli chodzi o nowy kanon, to rzeczywiście jest tak, że trudno wskazać konkretne książki, które byłyby bardzo istotne, ponieważ chwilowo Gwiezdne wojny skupiają się na pokazywaniu raczej różnorodności tej galaktyki. Także obecnie jesteśmy na takim etapie, że różni autorzy piszą różne powieści w różnych stylach. I takim cyklem, który obecnie trwa, jest cykl „Wielka Republika”.
To są książki i komiksy, i również słuchowisko po angielsku, które dotyczą Jedi w trakcie ich świetności, to znaczy 200 lat przed filmem „Mroczne widmo”, kiedy Zakon działał najszerzej i kiedy Jedi działali nawet na rubieżach Galaktyki i kiedy teoretycznie trwały czasy pokoju. Ale okazuje się, że nawet w czasach świetności Jedi pojawiają się różne zagrożenia, między innymi w postaci piratów, którzy atakują znienacka z nadprzestrzeni. Także jeśli ktoś chciałby poczytać o czasach, kiedy Jedi byli najsilniejsi, to polecam cykl trwający „Wielka Republika”. I właśnie znamienne jest to, że on równolegle trwa w książkach i komiksach i ci bohaterowie wzajemnie się odwiedzają w tychże cyklach. Także ktoś, kto chce ogarnąć całość, musi poznawać wszystko, ale też można wybrane książki czytać. Co ciekawe, one ukazują się dla trzech grup wiekowych, bo dla dorosłych, dla starszej młodzieży i dla młodszej młodzieży.
[55:47] - Jeszcze chwila o tobie. Ty jesteś człowiekiem, który fantastyką naukową, fantastyką interesuje się w sposób, ja to nazwę totalny, czyli dużo czytasz różnych autorów z różnych podgatunków. Orientujesz się świetnie, jeśli chodzi o nowości wydawnicze. Jesteś też autorem, w każdym razie operatorem czy człowiekiem, który to stworzył. Krzysztof Zina to jest też inicjatywa, która tak naprawdę służy ludziom piszącym. Opowiedz trochę o sobie i o tej swojej pasji dotyczącej fantastyki naukowej, bo jeszcze raz podkreślę, to jest taka, jak obserwuję to z boku, taka pasja totalna, która mi imponuje.
[56:29] - Rzeczywiście jest tak, że ja jako anglista choćby pisałem pracę magisterską z amerykańskiego cyberpunku, czyli z takiego podgatunku science fiction, który dotyczy komputerów, wszczepów, korporacji, teraz znanego z gry „Cyberpunk” CD Projektu. Także science fiction towarzyszyła mi nawet na uczelni. Przy czym to jest tak, że w moim życiu tłumaczenia i hobby, czyli fantastyka, przez długi czas były odrębne, dlatego, że ja tak naprawdę przez długie lata przekładałem książki popularnonaukowe dla dzieci, przekładałem publikacje akademickie i przed Gwiezdnymi wojnami tak naprawdę jeden cykl przekładałem z elementami science fiction, cykl młodzieżowy „Akademia Odkrywców” dla dzieciaków. Natomiast to moje życie fantastyczne skąd się wzięło? No chyba tak jak u każdego. Mój ojciec miał pojedyncze książki Stanisława Lema czy Janusza Zajdla, czy Marka Oramusa. Korzystałem też sporo z biblioteki szkolnej. Także wydaje mi się, że ta moja historia nie różni się za bardzo od historii innych czytelników pasjonatów. Tyle że rzeczywiście wsiąkłem i faktycznie interesuję się fantastyką i od strony literackiej, i akademickiej, i teraz od strony tłumaczeniowej. Nie wiem, co jeszcze mogę-
[57:44] - Gdybyś miał wymienić takie książki, które były kamieniami milowymi dla ciebie albo takie książki, które obecnie poza uniwersum Gwiezdnych wojen wprawiają cię w stan fascynacji.
[57:55] - Jestem zdecydowanie fanem Tolkiena, także tu nie będę oryginalny, ponieważ wychowywałem się na Tolkienie. Natomiast rzeczywiście jest tak, że jako czytelnik ogólnie jestem bardziej fanem literatury science fiction. Na pewno taką ważną lekturą dla mnie były książki cyklu „Fundacja” Isaaca Asimova. Mam wrażenie, że zapoznałem się z „Diuną” Franka Herberta, zanim jeszcze przeczytałem Tolkiena. Jeśli chodzi o polskich autorów, to bardzo cenię sobie Jacka Dukaja, którego można prawdopodobnie nazwać następcą Lema, jeśli chodzi o wątki właśnie takie twarde, fantastycznonaukowe. Lubię bardzo to, co nazywamy polską fantastyką socjologiczną, czyli książki Janusza Zajdla. Książki o takich społeczeństwach i ich wadach. Troszkę o dystopiach, które dawniej były krytyką PRL-u, a które dzisiaj można odczytywać uniwersalnie jako w ogóle krytyka systemów totalitarnych. Jestem też oczywiście fanem Ursuli Le Guin. Także myślę, że te nazwiska są tutaj dość znane.
I tak jak mówię, jeśli chodzi o fascynacje akademickie, to zajmowałem się Williamem Gibsonem, który znany jest z „Neuromancera” i Nealem Stephensonem, czyli autorem między innymi cyklu barkowego czy książki „Pana Tima”.
[59:06] - Padło nazwisko Ursuli Le Guin, bo tu w swoim czasie w Bibliotekarium 2.0 całe batalie toczyły się o to, jak należy to wymawiać. Więc macie państwo niejako u źródła, jak należy.
[59:18] - A ja wcale nie jestem pewien, czy wymawiam dobrze teraz.
[59:21] - No dobrze, czyli rozumiem, że cały czas dyskusje trwają. Jeszcze zapytam o ten Krzysztof ZIN.
[59:27] - Krzysztof ZIN jest to inicjatywa fanowska, która wzięła się z pandemii, ponieważ to był taki czas, gdy wszyscy siedzieliśmy w domach i mieliśmy sporo czasu wolnego, chcąc nie chcąc. Ja nigdy nie miałem w sobie żyłki autora. To znaczy ja jestem tłumaczem i tak naprawdę działam w światach osób trzecich. Ale to nie jest tak, jak niektórzy mówią, że tłumacz jest niespełnionym autorem, że jak się nie udaje komuś jako autorowi, to zostaje tłumaczem. Nie, ja nigdy nie miałem w sobie potrzeby pisania i ta moja fascynacja tłumaczeniem jest zupełnie odrębna od pisania. Natomiast miałem taką ochotę, taki kaprys, żeby moi znajomi zaczęli pisać na tematy, które mnie interesują. I nie ukrywam, że to był projekt narcystyczny w takim sensie, że ponieważ była pandemia i chciałem sobie i innym poprawić nastrój, to znajomi zaczęli pisać na zadane tematy. Między innymi w dzieciństwie lubiłem taką animację, która się nazywała „Było sobie życie”, którą myślę, że sporo osób kojarzy — o istotach zamieszkujących ciało człowieka, takich spersonifikowanych krwinkach, nie krwinkach. I dałem takie zadanie autorom, żeby właśnie umieścili swoje opowiadania w ciele człowieka. Przy czym temat był szeroki, bo sporo osób faktycznie napisało o różnych istotach humorystycznie, ale sporo osób napisało też o uczuciach, na przykład o tym, co u nas siedzi w głowie.
Mam wrażenie, że była taka animacja Pixara parę lat temu właśnie o istotach, które personifikują uczucia. Nie pamiętam teraz tytułu. Także myślę, że sporo osób się zainspirowało. To, co mnie zdziwiło, to że było sporo opowiadań poważnych na przykład, które traktują ciało człowieka jako arenę walk czy starć między armiami. To znaczy byli autorzy, którzy w ten sposób odnosili się na przykład do walki z rakiem. Także nawet jeśli chodzi o temat pozornie humorystyczny, to można nawet takie naprawdę poważne rzeczy ująć w nim. A teraz moi autorzy pracują nad opowiadaniami o polskich superbohaterach. Ponieważ ja się zacząłem zastanawiać, czy superbohaterowie nie są z przymusu wyłącznie amerykańscy, czy to nie jest takie coś, co jest wyłącznie amerykańskie i czy można powiedzieć szczerze o tym, że istnieje polski superbohater i czy w ogóle w obecnych czasach, w dobie mnogości superbohaterów i pewnego już zmęczenia kinem superbohaterskim, czy w ogóle można stworzyć autentycznego, nowego superbohatera. Już nawet nieważne, czy polskiego, czy niepolskiego. Czy to jest w ogóle możliwe?
Czy sięgnęliśmy już granic naszej wyobraźni? Także poprosiłem autorów o to, żeby wymyślili sobie polskich superbohaterów. I w trzecim numerze Krzysztof ZIN-ie, gdy już się ukaże, będzie można zobaczyć, jak się skonfrontowali z tym tematem i czy rzeczywiście jest to możliwe. Taki element ciekawy tego zbioru jest, że ci superbohaterowie odwiedzają się w różnych opowiadaniach, ponieważ okazało się, że autorzy chcą się ze sobą konsultować, a że w większości pisali teksty lokalne, dziejące się w miastach własnych, a nie tylko w Warszawie, dajmy na to, to okazało się, że ci superbohaterowie mogą się odwiedzać w różnych tekstach, w różnych dekadach. Także zobaczymy, co z tego wyjdzie.
[01:02:32] - Ja wiem, że to są skomplikowane kwestie prawne, ale pewno jak każde kwestie prawne da się to ominąć. Nie kusiło cię, żeby wpuścić autorów, którzy piszą w Krzysztof ZIN-ie również w uniwersum przypominające „Gwiezdne wojny”?
[01:02:47] - Jeśli mam być szczery, to tak. Planuję jeden numer, który będzie się dział na stacji kosmicznej. Tylko że znów chcę to ugryźć inaczej niż w serialach „Babylon 5” i „Deep Space Nine”, ponieważ chcę, żeby ten numer nazywał się „Normalni ludzie w kosmosie”. To znaczy większość seriali dotyczy albo kapitana statku kosmicznego, albo żołnierzy. A ja bym chciał, żeby autorzy ukazali życie zwyczajnych ludzi. Takich ludzi, którzy na co dzień nie są bohaterami. Albo żeby ukazali ich w sytuacjach bohaterskich, że oni muszą stanąć na wysokości zadania i nagle się wykazać odwagą, albo w sytuacjach zgoła niebohaterskich, takich codziennych. Trochę mnie ubiegł serial animowany „Star Trek: Lower Decks”, ponieważ w międzyczasie ukazał się serial, który pokazuje życie w kosmosie takich zwykłych kadetów. Ale mam nadzieję, że moi autorzy ugryzą to w jakiś ciekawy sposób. Tak jak mówię, ja się staram, żeby te tematy były ciekawe, ponieważ nie chcę ograniczać autorów tylko do tematów science fiction i fantasy.
Chciałbym właśnie poszukać takich obszarów, gdzie można zrobić coś fantastycznego, ale innego niż to, co jest na rynku. Ponieważ mam wrażenie, że działalność fanowska powinna taka być. To znaczy, że my mamy w księgarniach powieści autorów fantasy i science fiction. Jako fani powinniśmy pozwalać sobie na takie skoki w różne ciekawe miejsca.
[01:04:05] - Czy do twojego ZIN-a mogą aspirować ludzie z zewnątrz?
[01:04:09] - Mogą. To znaczy mój ZIN do tej pory to byli znajomi, a później znajomi znajomych, ale myślę, że mogą. To nie jest też tak, że te tematy ZIN-ów są udostępniane publicznie, ale jeżeli dostanę kontakt od osoby, która chciałaby spróbować swoich sił, to myślę, że mogę takiej osobie przesłać rozpiskę kolejnego numeru. Przy czym teraz jesteśmy na etapie trzeciego numeru. Czwarty numer dopiero jest w odległych planach.
[01:04:34] - No to podajmy jakiś mail kontaktowy.
[01:04:36] - Krzysztof kropka Kietzman, k-i-e-t-z-m-a-n, małpa gmail kropka com. Albo można mnie łapać przez Facebooka, przez fanstronę ZIN-u Krzysztof ZIN.
[01:04:48] - Pięknie dziękuję za rozmowę.
[01:04:49] - Dziękuję.
[01:04:49] - I mam nadzieję na kolejną.
[01:04:51] - Dziękuję bardzo. Pozdrawiam.
[01:04:57] - Proszę państwa, to teraz ponownie spotkamy się z Piotrem Cielebiasiem. Czeka na nas „Zakonnica 2”. Jak słyszę, że coś ma numerek dwa, trzy, im dalej, tym gorzej, to jakoś jestem źle nastawiony. Zresztą posłuchajcie państwo. Dzień dobry, wieczór Piotrze po raz drugi.
[01:05:30] - Dzień dobry, wieczór, jak powiedziałeś, po raz drugi.
[01:05:34] - Tak sobie, Piotrze, wyobraziłem, że siedzisz sobie w swoim mieszkanku blisko zamku w Olsztynie, tym podczęstochowskim Olsztynie i knujesz. Knujesz, jakby mi spierdzielić popołudnie i znajdujesz jakiś film. Mówisz: „O, ten będzie dobry, to Żelkowski po prostu jak obejrzy, to padnie przy tym filmie”. Udało ci się, muszę to przyznać. Zaczynam z grubej rury, ale film, o którym dzisiaj będziemy mówić, chyba tej grubej rury wymaga. Wspomnę tylko, że to jest „Zakonnica 2”. Więc już wiadomo, że była pierwsza, a w dodatku ten film należy do jeszcze większego uniwersum filmowego, w którym się różne dziwne rzeczy dzieją. W każdym razie naprawdę dobrze wykombinowałeś. Absolutnie. Właściwie niejedno popołudnie zostało spierdzielone, tylko cztery.
Ja tego filmu nie mogłem obejrzeć w jednym rzucie, więc oglądałem go przez cztery popołudnia. Nie żeby przez całe, ale wierzcie mi państwo, film, który trwa prawie dwie godziny, teoretycznie jest horrorem i jest podzielony na cztery części. Może zryć banię. To już takie banalne, co powiedziałem, ale oddaje sens.
[01:07:06] - Czy on ryje banię, to nie wiem.
[01:07:09] - Ryje banię tak negatywnie, Piotrze, w sensie zrył mi banię i już mi się nic nie chciało później oglądać.
[01:07:15] - W dzisiejszym Filmotekarium kolejna nowość, czyli „Zakonnica 2”. Jak powiedziałeś, to oznacza w sumie dwie rzeczy: że istniała „Zakonnica 1” i że znowu powracamy na pole horrorów okołokościelnych po ciężkiej przeprawie z „Egzorcystą papieża”. Mówimy o tej „Zakonnicy 2” dlatego, że to jest film, który przy dobrych wiatrach jeszcze można w kinach zobaczyć. Ale nim przejdziemy do oceny, to kilka rzeczy. Film jest, jak już powiedziałeś, kolejnym horrorem powiązanym z filmem „Obecność”. To był film bazowy. Natomiast „Zakonnica” jest takim offshotem. Opowiada nam historię, jak sama nazwa wskazuje, pewnej młodej zakonnicy zmagającej się z bezlitosnym demonem, który jest upadłym aniołem i tak dalej. Film miał premierę w tym roku. Jak mówię, możecie go jeszcze pewnie zobaczyć w niektórych kinach.
Albo inaczej, powiem tak: skoro była „Zakonnica 1”, to tam pewnie coś powiedziano o tej historii, jak się to wszystko zaczęło. Natomiast nawet jeżeli tej jedynki nie oglądaliście, to nie musicie tak naprawdę, bo mniej więcej połapiecie się, o co chodzi. W tej pierwszej części rzecz się rozgrywa w Rumunii, w katolickim jakimś zakonie, pomimo tego, że Rumunia jest w większości krajem prawosławnym. Ale dobra, na pewno gdzieś tam są jakieś katolickie zgromadzenia. Akurat w jednym z nich źle się dzieje i zalęga się demon, który nęka zakonnice. Rozprawia się z nim nowo przybyły ksiądz i pewna młoda siostra. Ta młoda siostra jest wiodącą postacią też w „Zakonnicy 2”. To już się rozgrywa w zupełnie innym otoczeniu, w innych czasach. Księdza już nie ma, który walczył z demonem. Natomiast jest jeszcze jeden bohater, łącznik, ale to nie jest ksiądz, tylko osoba świecka, która będzie miała z tym demonem, walakiem jakieś związki.
Cóż, Marku, możesz jeszcze dodać o „Zakonnicy 2”, bo tutaj możemy powiedzieć wprost: tu się nie da spoilerować, dlatego że ten film w zasadzie to nie ma sensu.
[01:09:22] - Nie ma treści. Znaczy treść ma, przepraszam, nie ma fabuły. Nie ma fabuły tak naprawdę. Cóż mogę powiedzieć? Że dobrze się państwo wsłuchajcie w to, co mówimy z Piotrem, bo ten film, „Zakonnica 2” jest lepszy niż „Zakonnica 1”. To sobie państwo wyobraźcie, cóż to za dzieło. Chyba w 2018 roku powstało. Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Że jest mniej kościelnie, bo tutaj już nie jesteśmy w żadnych kościelnych okolicznościach przyrody, tylko w szkole. Ta zakonnica się gdzieś kręci.
Demon, jakiś złośliwy jestem, ale on mi takiego zdegenerowanego pingwina przypomina. On się miał podszywać, taka mimikra miała nastąpić i on miał udawać kogoś innego niż jest. W każdym razie nie wiem, czy demon może coś udawać. W każdym razie widzicie państwo, jak się motam i zacinam w tym filmie, bo ten film ma dwie wybitne cechy. Po pierwsze nie przywiązujemy się praktycznie do żadnej postaci w tym filmie. Jest nam obojętne zupełnie, czy on zginie, czy nie zginie, czy padnie na pysk, czy się podniesie. To zupełnie nie ma żadnego znaczenia. To jest pierwsza sprawa. Bohaterowie są nam obojętni. To jest moim zdaniem z punktu widzenia reżyserskiego, z punktu widzenia tworzenia kina, tworzenia historii, to jest porażka.
Jeżeli się nie wiążemy z żadnym z bohaterów. Fajna rzecz jest z tymi, którzy giną w tym filmie, bo jak już to wielu recenzentów zauważyło, sam się śmiałem, kiedy słuchałem innych recenzji, bo dokładnie na to samo zwróciłem uwagę. Większość osób, która ginie w tym filmie, poznajemy jakąś minutę wcześniej, czyli dokładnie wisi nam to kalafiorem, czy one zginą, czy nie. W związku z tym napięcie jest słabe w tym filmie. To jest pierwsza rzecz, o której chciałem powiedzieć. Czyli nie przywiązujemy się do żadnej postaci. Ale jest jeszcze druga rzecz, która w tym filmie dobija, o której już wspominaliśmy wspólnie z Piotrem. Ten film praktycznie nie ma fabuły. Dlatego oglądałem go przez cztery popołudnia, ponieważ wyłączenie nic nie zmienia. To znaczy, tam nie ma żadnej historii, którą się śledzi z mniejszym bądź większym napięciem.
To jest seria scen przechodzących z większym lub mniejszym sensem jedna w drugą i już. To wszystko. Co więcej, zgrane zupełnie są tam wszystkie zabiegi stosowane, te jump scary. Wiecie państwo, to widać od razu, za chwilę będzie. Czyli za chwilę będzie . To się państwo spodziewacie, więc się nie boicie tego. To jest pierwsza sprawa. Czyli w sumie porażka. Dobrze, przepraszam, jest jedna fajna scena, tylko za długa oczywiście, bo jak już coś się fajnego udało wymyślić, to trzeba to przeciągnąć do kosmicznych rozmiarów. Mówię o tej scenie, Piotrze, w której magazyny układają się w obraz demona.
To jest nawet oryginalne, tylko długość trwania tej sceny. Jak kartkują, kartkują, kartkują te magazyny, układają, układają. Można w tym czasie herbatkę sobie zrobić, kawkę zaparzyć i dalej się będą układały te magazyny.
[01:13:06] - To o gazety chodzi?
[01:13:09] - Magazyny.
[01:13:11] - Niektórzy mogą takie magazyny jak w „Wojnach magazynowych” się ułożą.
[01:13:17] - Nie. Magazyny w sensie czasopism.
[01:13:22] - Powiem ci jeszcze jedną rzecz. Ten film ma jedną zaskakującą cechę, że widzowi absolutnie wisi, co się w nim dzieje. Wisi mu nie tylko los bohaterów, ale też miejsca.
[01:13:34] - To ja. To ja. To ja byłem.
[01:13:36] - Tak.
[01:13:37] - To ja byłem. Mówię tylko, że to ja byłem. Też mi wisiało to. Kontynuuj.
[01:13:42] - I tam jest tak, że mamy przedstawione w sumie więcej niż jedną lokalizację. Natomiast ja miałem cały czas takie wrażenie, że to się dzieje w jednym miejscu. W tej szkole. I w tej szkole się też rozgrywa taki dramat miłosny, bo nauczycielka kocha się w ogrodniku. Na przeszkodzie tej miłości stoi apodyktyczna pani dyrektor.
[01:14:04] - Napięcie miłosne jest straszliwe. Straszliwe, tak.
[01:14:11] - Ten horror jest tak mdły, że naprawdę i ta część, która dotyczy zakonnicy, która niby walczy z tym demonem, i ta część druga, gdzie oni w tej szkole są. To jedno, że się ze sobą nie łączy, to naprawdę jest wam absolutnie obojętne, co się wydarzy. To jest zaskakujące, że stworzono film, który sobie płynie absolutnie niezależnie od widza. Widz może sobie wyjść, może iść do sklepu, a ten film sobie będzie płynął i ty wrócisz i naprawdę nie będzie ci zależało, co się stało, bo w sumie nic ciekawego się nie wydarzy. Chociaż w sieci czytamy, że to jest horror gotycki, to bardzo mu do niego daleko. Nie dość, że to wszystko jest takie nudne, mętne, to my wiemy od samego początku, na czym to się będzie opierało. Że kogoś opęta i że będzie walka z demonem. Natomiast żeby przerazić i przyciągnąć amerykańskiego widza, takiego typowego, ale też współczesnego widza młodego, europejskiego, trzeba na samym początku zaserwować wstrząs. „Zakonnica 2” już na samym początku próbuje szokować i przestraszyć. W ogóle te wszystkie filmy okołokościelne, egzorcystyczne coraz bardziej, zauważyłeś Marku, sięgają po nowatorskie zabiegi, bo one są w sumie wszystkie o tym samym i tam jest naprawdę trudno coś wymyślić.
Ten schemat się powoli wypala. Myślę, że będziemy świadkami takiego powolnego dogaszania, przynajmniej tymczasowego, horrorów traktujących o demonach, egzorcyzmach, bo naprawdę już wszystko było. Oczywiście cały czas można stworzyć fajne scenariusze, natomiast wydaje mi się, że to wszystko już troszeczkę zaszło za daleko. Ale wróćmy do tej pierwszej sceny, takiej, która ma zszokować. Widzimy tam, jak pewien ksiądz płonie pośrodku kościoła. I zadajemy sobie pytanie: jeżeli to się stało na początku, to co będzie potem? To musi być super film. I że powinno być jeszcze straszniej potem. Jest strasznie, tylko że w sensie jakości. Mam wrażenie, Marku, takie, że ten Walak, demon, główny bohater, jakby nie było, nie straszy.
Nie przeraża. On nie wywołuje żadnych większych emocji po pierwsze.
[01:16:37] - Udaje zakonnice.
[01:16:40] - Tak. Przypomina trochę Agnieszkę Chylińską, nie wiem czemu.
[01:16:44] - Pingwina!
[01:16:48] - Tak. Nie ma tutaj żadnych większych emocji. Tych większych emocji nie ma, szczególnie jeśli się widziało tą pierwszą „Zakonicę”, bo ty wiesz, co będzie w drugiej części. Po krótkim czasie zauważamy, że wszystko w tym filmie sprowadza się do jednego: demon wyskoczy, powyrcy trochę, poprzewraca coś, zabije kogoś i ucieknie. Na koniec będzie pewnie tak, jak w większości tego typu filmów: będziemy mieli do czynienia z grande finale, wielką konfrontacją, z której przecież główni bohaterowie nie mogą wyjść w pozycji na tarczy.
[01:17:22] - Powiem o kilku rzeczach. Jednej nie jestem pewien, bo nie chciało mi się już cofać filmu i w ogóle mi się nie chciało. Ale zwróćcie państwo uwagę, bo odniosłem wrażenie, że w tej pierwszej scenie, gdzie oglądamy mszę w latach 50., miałem wrażenie, że nie wszystkie sprawy związane ze sprawowaniem kultu były oddane. W tak zwanym międzyczasie był Sobór Watykański II. Zmieniono pewne zachowania podczas mszy. Miałem wrażenie, że w tym kościele stoi stół. Kamera była tak nisko, że nie jestem tego pewien do dzisiaj. Ale ponieważ państwo będziecie pewnie ten film oglądać, to zwróćcie państwo uwagę, czy ja się myliłem, bo już chciałem jakąś łatkę przypiąć temu filmowi, czy tam rzeczywiście przed ołtarzem jest stół. Kwestia jeszcze w czasie podniesienia, jak się zachowuje ksiądz. Mam spore wątpliwości, czy ustalono to z doktryną.
Właściwie nie z doktryną, tylko z tym, jak to powinno wyglądać według zaleceń watykańskich. Ale to, powiedzmy, jest drobiazg. Może po prostu mój wzrok nadinterpretowywał, mój mózg również. W związku z tym nie czepiam się. To są tak naprawdę drobiazgi, ale są też inne sprawy. Otóż ten film jest zbiorem różnego rodzaju kalek. Kalek nie w sensie kaleki, tylko w sensie kalkowania. Otóż pierwsza sprawa: mamy zakonnicę. Ona jest oczywiście jakaś taka czarniawa, która ma kryzys wiary. Nie wierzy w cuda na przykład.
Bo to jest normalne. Rzadko która zakonnica wierzy w cuda. Przecież to normalne. Wiecie państwo, to jest takie tworzenie problemu na siłę. To znaczy, jak ma mieć kryzys wiary, to niech ma taki właśnie. I to jest, wiecie państwo, słaby zabieg moim zdaniem. Poza tym... Dobra, już nie będę się pastwił. Zostawmy to. Ale jest jeszcze jedna sprawa, która zwróciła moją uwagę i nie potrafię sobie jej wytłumaczyć.
Otóż mamy do czynienia z zakonnicą, z demonem. To jak się zachowują osoby wierzące, na które tam gdzieś demon wyskoczy? Moim zdaniem nie stoją i nie patrzą: „O, demon idzie”. Tylko raczej jakiś krzyż chwytają, zaczynają odmawiać zdrowaśki tudzież jakieś inne modlitwy. Tu nic takiego nie ma. Tu zakonnica widzi demona i się patrzy: „O, demon idzie”. Jakieś takie dziwne to wszystko. Takie miałem odczucia, że jakiś kryzys wiary nastąpił w tej drugiej części zakonnicy.
[01:20:35] - Tego filmu się nie da oglądać ani na trzeźwo, ani na poważnie, ale w innych stanach świadomości też, muszę powiedzieć. Dodam taką sprawę, bo my tutaj mówiliśmy o kryzysie wielkich serii filmowych. Dzisiaj jest ten pierwszy raz w drugiej edycji „Filmotekarium” tego pełnoprawnego, kiedy o tym możemy powiedzieć. Bo ten film, jak mówiłem, jest takim offshotem serii albo „Conjuringu”. I w tej swojej pierwotnej odsłonie „Obecność” była rzeczywiście czymś niezłym. To jest ten film o perypetiach Warrenów, demonologów. Potem pojawiły się te odnogi w postaci filmów o demonicznej lalce Annabelle i „Zakonnicy” właśnie. Powiem tak: o ile „Conjuring” było strawne i oglądalne, chociaż daleko mu do miana horroru kultowego, to kolejne produkcje to już jest odcinanie kuponów od sukcesu pierwszej części, realizowane w takim typowo amerykańskim stylu. I nie tyle, że mi to jakoś bardzo nie odpowiada, tylko że to nie jest film, to jest produkt. Produkt przypominający najbardziej kiczowate filmy przygodowe lat 90.
na przykład. On dla europejskiego widza, który trochę jest bardziej zaznajomiony z katolicyzmem, jest po prostu niewiarygodny. Nie tylko ze względu na zachowania tych duchownych, ale powiem ci, też ze względu na przykład, tak jak sam wspomniałeś o tym, na pewne elementy scenografii. I to jest rzecz, na którą żeśmy zwrócili uwagę także przy „Egzorcyście papieża”, że te kościelne horrory dzieją się w takim otoczeniu dziwnym. Bo to z jednej strony jest Kościół katolicki, ale tak jakby nie, taki potraktowany inaczej. I tak się zastanawiam nawet, czy to nie jest jakaś alternatywna wizja, bo moim zdaniem to wygląda wszystko inaczej niż powinno, inaczej niż moglibyśmy się domyślać. Ja tylko dodam, że „Egzorcysta papieża” to ten film z Russellem Crowe’em, w którym pokazano Jana Pawła II z brodą i który to film został wyprodukowany przez jezuitów. Tak że tak to było. Jeszcze się przyczepię do samej tej zakonnicy, tego demona zakonnicy, bo tam i zakonnica-zakonnica, i demon zakonnica. Wiesz, napakowanie filmu efektami i jumpscare'ami Męczy.
I ten film „Zakonnica 2” ma bardzo słabo rozbudowaną linię obyczajową. Co prawda jest ta linia romansowa, jest ta linia przyjaźni dwóch zakonnic, które są tak mdłe, że nawet możemy ich nie zauważyć. Przy czym jedna to jest ta, która ma kryzys wiary. Ta linia obyczajowa, bardzo wyraźna we współczesnych horrorach, tutaj jest pokazana bardzo kiepsko i po prostu ta historia z demonem nie ma się na czym oprzeć. Bo de facto „Zakonnica 2” ogranicza się do jakichś wybryków na ekranie wykonywanych przez ucharakteryzowaną aktorkę. To wszystko jest dopstrzone grafiką komputerową. I to po prostu po 15 minutach czegoś takiego męczy, bo przecież najstraszniejszy potwór, nawet oglądany co kilka minut, robiący cały czas to samo, przestanie w końcu interesować i zaskakiwać. Nie mówiąc o tym, że on będzie budził obrzydzenie i lęk. Po prostu czekamy na koniec tego filmu.
[01:24:01] - Tak, to prawda, ale muszę to jeszcze raz podkreślić: tu mało się dzieje. Niby film trwa dwie godziny, ale jakby tak to wycisnąć, to naprawdę mało się dzieje. Mamy, tak jak już powiedziałem, w nosie losy bohaterów. W ogóle nas one nie interesują. W każdym razie, może ja jestem taki nieczuły, to dlatego. Ale zobaczycie państwo, ci z państwa, którzy nie widzieli, że te losy państwa zainteresują w stopniu średnim albo nawet słabym. To jest jedna sprawa, o której chciałem powiedzieć. Jest jeszcze coś, co myślę, że warto podkreślić. Otóż mamy tę zakonnicę, która ma teoretycznie walczyć z demonem. Ale właściwie, jak się państwo dobrze skupicie, to jak ona z tym demonem walczy?
To wszystko jest jakoś tak, Piotr to powiedział: mało w tym filmie, który obraca się w kręgach ludzi wierzących, mało jest wiary. A z demonem, tak się już przyjęło, walczy się wiarą, walczy się pewnymi artefaktami, to tak, ale jednak w jakimś stopniu świętymi, uświęconymi. Tutaj natomiast to jest takie: „Ło, demon idzie, demon”. A już rozbawiła mnie naprawdę do łez prawie. Nie przesadzajmy. W każdym razie zwróciłem na tę scenę uwagę. Znowu jest zameldowanie się, to już któryś film z kolei, zameldowanie się bohaterki u dostojnika kościelnego. Mamy znowu jakiegoś, nie wiem, czy to był biskup, czy kardynał, czy jeszcze ktoś inny bardzo ważny, ale jest rozmowa i ta rozmowa równie dobrze mogła być przeklejona do filmu „Egzorcysta papieża” i ona by się tam też dobrze sprawdziła. Co prawda postacie by się nieco zmieniły. To nie ma żadnego znaczenia.
Znowu mamy taką rozmowę, która ma stwarzać, wiecie państwo, to taka rozmowa jak na przykład James Bond wyrusza z jakąś misją, to wcześniej musi odbyć rozmowę, po co jedzie, dlaczego jedzie i w ogóle. Czy w jakichś innych filmach, gdzie wiadomo, że bohater główny będzie jakąś misję wykonywał, to trzeba mu tę misję przybliżyć.
[01:26:30] - Tak jak w „Czterech pancernych” było, że zawsze z pułkownikiem rozmawiali.
[01:26:34] - Tak jest, dokładnie. Więc tutaj też pułkownik w sutannie przybliża i przybliża. I wiecie państwo co? Już na tym etapie w ogóle to mnie nie interesowało. W ogóle. Znaczy ja wiedziałem, po co ona jedzie, dlaczego będzie jechała, co ona w ogóle ma do wykonania. Te tłumaczenia mętne, które się tam w tym filmie odbywają, mało porywające, naprawdę mało porywające to było.
[01:27:05] - Tak, chociaż muszę powiedzieć, że „Zakonnica” nie pobiła głupotą „Egzorcysty papieża”, bo on był naprawdę idiotycznym filmem. To był ten film, w którym Russell Crowe miał do dyspozycji młodego księdza jako swojego pomocnika i Russell Crowe się go zapytał: „Jakie znasz modlitwy?”. No jakie modlitwy może znać kleryk? Znaczy to nie kleryk był, to był już ksiądz. Jakie modlitwy może znać ksiądz po seminarium? On powiedział: „Wszystkie”. I on tam szukał czegoś i dukał. Nie, to było po prostu głupie. Wiesz, ja mam takie wrażenie, że to są wszystko filmy amerykańskie i dla nich, przynajmniej dla dużej części Amerykanów, bo duża część z nich kiedyś przynajmniej była katolikami. Wiemy, że jest straszny odpływ do wspólnot ewangelickich i dla nich Kościół katolicki jest taką instytucją, przynajmniej dla niektórych, która kryje strasznie dużo tajemnic i sama jest taką wartością dodaną w tym filmie.
Z naszej perspektywy, kiedy my to znamy z autopsji w Europie, to widzimy to inaczej. Dlatego mamy takie wrażenie nienaturalności tego Kościoła. Bo wiesz, to jest kolejny film. Ja pamiętam, że myśmy omawiali jeszcze jeden, gdzie była jakaś kobieta, która chciała zostać egzorcystą. I to wszystkie są filmy tak jak-
[01:28:24] - Tak, wiesz, w akademii, uczyła się w akademii takiej, w której uczyli egzorcyzmować. Przecież wybitny film to był.
[01:28:32] - Ale one są wszystkie tak podobne do siebie, że nawet trudno mi jest powiedzieć, jak one się nazywały i czym się różniły. Ogólnie rzecz biorąc, „Zakonnica 2” to jest strasznie kiepski film. To jest taki film, który nie daje nawet rozrywki, takiego funu z oglądania, tak? Że zabijasz czas, odmóżdżasz się przy tej „Zakonnicy”. Bo się nie da, bo jest nudne. I wiesz, to jest świadectwo tego, że niektóre serie idą w kierunku produkowania przewidywanych gniotów już do zbyt dużego stopnia. Zatem zbliżamy się do momentu, w którym podtyp horrorów religijnych nieco się wyczerpie, wypali. Moim zdaniem może być na tym polu mały kryzys. Zobaczymy. One na razie się próbują od siebie różnić poziomem brutalności.
W „Zakonnicy 2” w pierwszej scenie spalił się ksiądz. W innym filmie, który niedawno oglądałem, który jest z tego samego gatunku, ale nie zdradzę tytułu, bo będziemy pewnie o nim jeszcze mówić, zakonnica wyłupała sobie oczy. Pytanie: co oni tam jeszcze spróbują zrobić, żeby tego widza przyciągnąć? Także tego typu historie budzą we mnie bardzo mało entuzjazmu i mam nadzieję, że „Zakonnica 3” nigdy nie powstanie, ale pewnie powstanie i to jeszcze „Zakonnica 7”.
[01:29:56] - Pewnie tak. Ja jeszcze tylko powiem o jednej rzeczy związanej z zakonnicą. Ta zakonnica, o której wspomniałeś, ta, która się uczyła na egzorcystę w tym filmie bez tytułu, to ona była chociaż fajna. Weźcie państwo to w cudzysłów to „fajna”. Bo ona była taka nowoczesna, bo się przebierała w cywilne ciuchy, paliła papierosy, a nawet drinki piła. Apage Satanas. W związku z tym ona była taka cool. Ta w tym filmie nie jest taka cool. Ona jest niby tradycyjna, ale jakaś taka, tak jak powiedziałem, tradycyjna w inny sposób. Bo mówię, jak ma ten krzyż na piersi zakonnica albo jakąś książeczkę, albo coś, to jest tak głęboko wpojone w duszę, w świadomość każdego wyznawcy, szczególnie gorliwego wyznawcy bez kryzysu wiary, katolika, że jak tam coś złego idzie, to się trzeba do tego krzyża odwołać, do tej modlitwy.
Ona jakoś, kurczę, nie chodziła na te lekcje i to się nie odbywa tutaj. W związku z tym to kolejny, już wspomniany wielokrotnie przeze mnie, ale kamyczek do tego, że myślę, że Amerykanie powinni, zanim napiszą kolejny scenariusz horrorowy, może iść na jakieś małe szkolenie, jak to w ogóle ten katolicyzm wygląda. Można mieć do katolicyzmu stosunek entuzjastyczny albo entuzjastyczny inaczej. Ja nie rozstrzygam. Natomiast jeśli się już kręci film, który dzieje się w takim środowisku, to trzeba coś o tym środowisku wiedzieć. Chociażby takie podstawowe rzeczy. Ja mam wrażenie, że tu lekcja nie została odrobiona i to również męczy w tym filmie. Jakbym miał opowiedzieć państwu, czy iść na ten film do kina, to absolutnie nie warto. Stracone pieniądze.
[01:32:08] - Dokładnie.
[01:32:09] - Jak chcecie państwo ten film koniecznie obejrzeć po tym wszystkim, co państwu powiedzieliśmy, to można. Myślę, że gdzieś na streamingu się pojawi. Proszę sobie to zobaczyć. Ja jestem ciekaw, jak statystycznie to wypadnie. Ilu z państwa dotrwa do końca tego filmu? Bardzo mnie to ciekawi. Jakbyście państwo spróbowali, to napiszcie o swoich wrażeniach. Napiszcie, bo to jest dla mnie swoisty eksperyment. Trudno go nazwać socjologicznym, ale na pewno taki filmoznawczy eksperyment.
[01:32:44] - Właśnie. A za tydzień z racji tego, że będzie Święto Zmarłych niedługo, to poruszymy film, który może nie wiąże się tyle z duchami, co z tym przebywaniem na granicy życia i śmierci. Ale tytuł podamy wam za tydzień.
[01:33:03] - Pięknie ci, Piotrze, dziękuję za to, że mnie w ten film wkręciłeś, bo wbrew temu, co powiedziałem na początku, czasami dobrze jest obejrzeć coś takiego jak „Zakonnica 2”, bo człowiek później, jak trafi nawet na średni film, to docenia, że są jednak ludzie, którzy filmy potrafią kręcić. W związku z tym ja wiem, to taki trudny komplement, ale mimo wszystko dziękuję.
[01:33:33] - Dzięki.
[01:33:39] - Proszę państwa, czas na drobny wtręt literacki. Opowiadanie „Odwieczna wojna” w interpretacji Marka Sęka „Ivelliosa”, a autorem tego opowiadania jest niejaki Moonkay. A zatem „Odwieczna wojna”.
[01:34:05] - Moonkay. „Odwieczna wojna”. Cała wiedza świata jest w sieci. I co z tego? Większość populacji nie wie, czego nie wie i o co zapytać wujka Google'a. Alek miał 10 lat, ale był już doświadczonym fighterem. Uwielbiał grać w „World of Cthulhu: Armageddon” i kosmiczną strzelankę „Unreal Revival”. Niestety rodzice ograniczali mu popołudniowy dostęp do holoboxu. Mógł walczyć w wirtualnych światach nie więcej niż pięć godzin. Oczywiście przed południem, kiedy w konsoli włączały się blokady, zamieniając ją w schoolbox, nie tylko mógł, ale nawet musiał spędzać długie godziny podłączony do pajęczej sieci okablowania.
Rodzice bardzo tego pilnowali, szczególnie matka. Uważnie zlustrował korytarz przed sobą. Skaner podczerwieni nie wykazywał nic, co mogłoby budzić niepokój. Powoli schował ogłuszacz do kabury przy pasku i odwrócił głowę w stronę Lindy. „Bezpiecznie?” — zapytała podekscytowanym szeptem. „Tak, zupełnie czysto.”
[01:35:22] - „Idziemy” – stwierdził pogłosem Alek, a potem ruszył ostrożnie do przodu. Linda szła dwa kroki za nim. Chłopak miał charakter samotnego wilka, ale czuła się w jego towarzystwie wyjątkowo bezpiecznie. Alek w pełni zasługiwał na swoją ksywkę – Duch. Potrafił przemykać bezszelestnie przez labirynty szkoły. Był prawdziwym mistrzem. Dziewczyna nie miała co do tego wątpliwości. Ostatnim razem książki dorwały go przez zupełny przypadek. Chciał pomóc Radkowi i ściągnął na siebie cały ogień oddziału historia. Mimo to wyszedłby z starcia bez szwanku.
Niestety miał pecha. Kiedy wycofywali się do bezpiecznego korytarza, wdepnął w sklejacz rzucony przez książki. Zdołał wprawdzie przejść jeszcze kilka kroków, ale pułapka zadziałała jak zwykle perfekcyjnie. Przewrócił się i skręcił stopę. To było jak wyrok. Nie miał szans. Książki otoczyły go w mgnieniu oka. A potem pełzające galaretowate cielska dosłownie zdusiły chłopaka rozedrganą żółtawą, brunatną falą. Linda nie mogła wyrzucić z pamięci głośnych cmoknięć, z jakimi przyssawki na ruchliwych mackach książek przywarły do głowy Alka. Duch oberwał wówczas bardzo poważnie.
Do jego mózgu wtłoczona została wiedza o całym średniowieczu oraz początkach odrodzenia. Ponadto książki zrobiły mu szczegółowy skan wiedzy o starożytności, a następnie uzupełniły braki. Byłoby jeszcze bardziej beznadziejnie, ale Linda zawiadomiła Kadmira. Jego oddział przyszedł z odsieczą Duchowi. W przeciwnym razie chłopak bez wątpienia zaliczyłby cały materiał historii na poziomie szkoły podstawowej. Alek podniósł przedramię i lekko zamachał palcami. Linda stanęła w pół kroku i wstrzymała oddech. Do przerwy zostało jeszcze kilkanaście minut. Jeśli chcieli przetrwać, musieli zachować wzmożoną ostrożność. „Wydawało mi się.
Fałszywy alarm” – szepnął po chwili Duch. „Już myślałam. Książki z oddziału chemia mogą się tutaj kręcić” – powiedziała cichutko. „W zeszłym tygodniu Magda i Sandra wpadły. To było właśnie w okolicach piątej zony. Mówię ci – rzeźnia. Chemię organiczną znają na wyrywki. I po jaką cholerę? Powiedz, po jaką cholerę? Metan, etan, propan.” Duch zaśmiał się bezgłośnie.
„Też miałaś wątpliwą przyjemność?” „Ja? No co ty.” „Nie wstydź się. Mnie te ścierwa z chemii też kiedyś dorwały. Przebiegłe są wyjątkowo. Butan, pentan, heksan, heptan.” „Ile do przerwy?” – zapytała. „15. Nie, 17 minut. Damy radę. Myślę, że najbezpieczniej będzie tu trochę poczekać. Przebijemy się do zony w ostatnich minutach.
Powinno się udać.” „Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.” „Ja też mam taką nadzieję” – zaśmiał się Alek. Książki nie znały pojęcia litość. Linda wiedziała o tym doskonale. Pięć miesięcy wcześniej, kiedy nie trzymała się jeszcze z Alkiem, wpadła w pułapkę w labiryntach zachodnich. Oddział literatura wtłoczył jej w głowę wszystkie lektury z klas od pierwszej do ósmej. Wszystkie. I to nie tylko treść, ale również omówienia, analizy oraz interpretacje. Od tamtego czasu mogła recytować „Opowieść o dzieciach z Bullerbyn” od pierwszego do ostatniego rozdziału, całymi godzinami deklamować wiersze Mickiewicza, a nawet odgrywać z podziałem na role sztuki Szekspira. Podobno najgorsi książkowi siepacze działali właśnie w oddziale literatura. Siedzieli w kucki pod ścianą korytarza.
Alek bawił się magazynkiem ogłuszacza. Broń miała charakter typowo defensywny. Sprawdzała się doskonale przy osłanianiu odwrotu lub panicznej ucieczki. Nie było jednak szans, aby z jej pomocą przebić się przez pozycje książek. Broń tych potworów była zdecydowanie bardziej zaawansowana. Jeśli chciało się dotrzeć bezpiecznie do zony, należało wykorzystać spryt i podstęp. W bezpośrednim starciu szkolni dominatorzy zawsze wygrywali. „Wiesz, sądzę, że jesteśmy głupsi, niż przypuszczamy” – powiedział bez żadnych wstępów Duch. „Co masz na myśli?” – zdziwiła się Linda. „Codziennie rano zakładamy obręcze emiterów, podłączamy przewody neurowspomagania holoboksów i meldujemy się w wirtualu na szkolnym dziedzińcu.” „Co zrobić?
Moi starzy bardzo pilnują, żebym nie oszukiwała przy podłączaniu” – mruknęła dziewczyna. „Moi też. Ale wiesz, to jest ściema, Linda. To jest jedna wielka pieprzona ściema.” „Co ty?” „Tak. Oni grają, a my tańczymy dokładnie tak, jak oni chcą.” „Grają? Kto?” – zapytała. „No oni. Oni wszyscy. Rodzice, nauczyciele.” „Nie, no co ty. Nauczyciele są w porządku.
Przecież często podpowiadają, jak przemknąć się, żeby nie wpaść w pułapki zastawione przez książki. Pani Brzóz... Ją lubię najbardziej. Kiedyś, kiedy nie chodziłam jeszcze z tobą, wiele razy podpowiedziała mi, jak przemknąć się przez labirynt do wyjścia.” „Linda Ty jesteś nawet fajna, miła laska, ale ta twoja naiwność... Czasami mnie to przeraża – powiedział półgłosem Alek. – To, co robi ta cała Brzusz, jedna wielka ściema. Raz, dwa, trzy, dziesięć razy podpowie ci dobrze, a potem wprowadzi cię na taką blokadę, na taki sklejac, że nie masz najmniejszych szans. Ile razy tak było? Ile? No, przyznaj się.
Dziewczyna milczała przez dłuższą chwilę. Ona, pani Brzusz, też mogła się mylić. Książki są wyjątkowo przebiegłe – stwierdziła w końcu. Gówno – mruknął duch. – To wszystko ściema. Ona chce tylko pozyskać twoje zaufanie. Zresztą wszyscy nauczyciele tak robią. Niby są przyjacielscy, niby chcą nam pomóc w przetrwaniu. Niby jedyne, czego pragną, to przeprowadzić nas bezpiecznie przez mroczne korytarze szkoły. Bez nich nie dalibyśmy rady – powiedziała Linda.
– Labirynt zmienia się, przekształca. Nie mielibyśmy żadnych szans. Jak wyobrażasz sobie codzienną drogę od wejścia do wyjścia? Jak odnajdowalibyśmy bezpieczne zony? I uważasz, że nauczyciele nam pomagają? – zapytał. Oczywiście. Gówno. Gówno. Gówno.
Oni wpychają nas w pułapki. Delikatnie, niepostrzeżenie. To oni wydają nas na pastwę książek. Bzdury – sapnęła Linda. Tak? A wiesz, dlaczego udaje mi się przechodzić przez szkolny labirynt bez szwanku? No, przeważnie się udaje. Wiesz dlaczego? Bo nie słucham nauczycieli. Nie słucham tych sprzedawczyków, tych pieprzonych oszustów.
Bzdury – wysapała Linda. – Pani Brzusz jest... Jest taką samą wredną suką jak inni nauczyciele. Tak? Taki jesteś mądry? To powiedz mi, po co w ogóle chodzimy do szkoły. To jest dobre pytanie – stwierdził duch. – Nie znam odpowiedzi, ale jak zastanawiam się nad tym wszystkim, sama pomyśl. To jest bez sensu. Rodzice zmuszają nas, abyśmy chodzili do tej głupiej budy.
Podobno ma nas to nauczyć sprytu oraz umiejętności potrzebnych w dorosłym życiu. Jakich umiejętności? Jakich? Czy twoja stara albo stary pomykają dzień w dzień przez jakiś labirynt? Gówno. Chodzą do pracy i trzepią kasiorę. No. Linda czuła, że Alek mówi coś bardzo ważnego. Cała wiedza świata jest w sieci. W niej znajdziesz wszystko, co może być potrzebne.
Każde pytanie ma w necie odpowiedź. Każde. Po co zatem szkoła? Po co cała ta zbędna wiedza? Książki wyłuskują nas z labiryntu. Tylko najsprytniejsi nie dostają promocji. W praktyce zdarza się to bardzo, bardzo rzadko. Masz rację – mruknęła Linda. – Masz rację, ale co to właściwie oznacza? Pomyśl.
Mamy sieć, możemy wiedzieć wszystko, a oni przepuszczają nas przez maszynkę do mięsa, którą nazywają szkołą. Książki robią nam sieczkę z mózgów. Dlaczego nasi starzy godzą się na taki bezsens? Wiesz, jak brzmi odpowiedź? Nie – szepnęła dziewczyna, zaciskając zęby. To ja ci powiem. Bo nasi starzy również są w tym spisku. Spisku? Tak, spisku – stwierdził twardo Alek i spojrzał na wskazówki minutnika. Dobra, dokończymy później.
Trzeba zacząć przebijać się do zony. Przerwa za niecałe trzy minuty. Linda westchnęła i poderwała się na równe nogi. Powiedz, że znowu się uda – poprosiła. Nie wiem. Mam nadzieję, że dotrzemy do zony. Ale powiedz, że się uda. Powiedz! No dobra, uda się – mruknął Alek na odczepne. – Nie damy się tym pieprzonym książkom.
[01:46:29] - Teraz przed nami Labirynt Książek. Labirynt Książek Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj na tapet wzięta jest powieść Jørna Liera Horsta „Jaskiniowiec”. Dzień dobry lub dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy państwo w te coraz mroczniejsze dni odsłuchują mojego Labiryntu. Dzisiaj, po raz kolejny zresztą w naszych spotkaniach, zapraszam państwa do Szwecji. Właściwie do Skandynawii, bo tym razem nie będzie to Szwecja, lecz Norwegia. Bohaterem mojej opowieści będzie powieść Joerna Liera Horsta „Jaskiniowiec”. Jej głównym bohaterem jest zmęczony życiem wdowiec i oczywiście policjant William Wisting. Bardzo często w jego powieściach towarzyszy mu jego córka Lina, która jest dziennikarką.
Chcę państwu opowiedzieć o tej książce, żeby też pokazać państwu pewne różnice między Skandynawami, bo przywykliśmy myśleć o skandynawskich kryminałach jako pewnej całości. Nieważne, czy to będzie Szwed, Norweg, Duńczyk czy Dunka, czy Szwedka, czy Norweżka. Bo oczywiście, jak państwo pamiętacie, w którymś momencie mówiłem również o Lackberg, akurat Szwedce, a oczywiście również duńskie kryminały w którymś momencie się objawią, ale my widzimy je jako całość. Tymczasem one się różnią. Oczywiście różnią się między sobą poszczególni pisarze, ale różnią się również pewne wizje społeczeństwa, wizje świata, które w tych powieściach zostają nam przedstawione. „Jaskiniowiec” to ciekawa powieść, ponieważ śledztwo, które przedstawia, zaczyna się dziwnie. Oto zaledwie trzy domy od domu Wistinga zostają znalezione po czterech miesiącach zwłoki 61-latka. Po czterech miesiącach, ponieważ jesteśmy w grudniu. Dlatego zostawiłem państwa i dlatego opowiadam o tej powieści właśnie późną jesienią, żeby podkreślić ten nastrój, który w tej powieści się objawia. Chwilę później, zaledwie dobę później zostają znalezione kolejne zwłoki, tym razem na polu choinek.
Choinek dlatego, że ktoś chciał te choinki wyciąć i kupić. Co łączy więc śmierć, według śledczych, przynajmniej pierwotnych ustaleń, samotnego człowieka we własnym domu. Zasuszył się, właściwie zmumifikował dzięki temu, że miał tam cały czas dostęp do elektryczności i ciepła. Co więcej, jakiś związek z jego śmiercią może mieć telewizyjny program, w którym zakreśla, iluż z państwa to przecież lata temu robiło, zakreśla programy, które chciało obejrzeć z zamordowanym człowiekiem na polu. Co ich łączy poza tym? Na co śledczy nie zwracają na początku uwagi, że obaj zginęli w tym samym okresie, cztery miesiące przed znalezieniem zwłok. O ile Wisting senior zajmuje się zabójstwem, o tyle jego córka, pracująca w dobrej gazecie w Oslo, przyjeżdża, by zrobić artykuł o samotności, o samotnej śmierci. I jeżeli Szwedzi mają już pewien problem z odczuciem zmieniającego się świata, to Norwegowie przynajmniej w tej powieści Horsta, ale czytałem również inne jego teksty i ten motyw takiej samotności, z której bardzo trudno wyjść, powtarza się dość regularnie. To dla Norwegów już rodzaj choroby. Oczywiście akcja zrobi się bardzo sensacyjna i bardzo niebezpieczna.
W przeciwieństwie do powieści przede wszystkim Mankella, ale też i do pewnego stopnia Lackberg. Dla szwedzkich autorów akcja jest bardzo ważna. Rzekłbym, że te elementy zewnętrzne wobec narracji sensacyjnej czy śledczej są dyskretniejsze. I to dotyczy, tak jak mówię, różnych powieści, ponieważ nauczyłem się już odróżniać Norwegów od innych Skandynawów, ale jednocześnie to nie znaczy, że ich w ogóle nie ma. Takim elementem, który na stałe jest w powieściach Horsta o Wistingu, jest jego córka. Córka, która jest dziennikarką, automatycznie wprowadza te elementy społeczne. Przypominacie państwo sobie, że to jest taki stały chwyt. Jeżeli pamiętacie państwo moją opowieść o kryminałach Kuźmińskich, to tam również ta sytuacja miała miejsce. Właściwie tam również pojawia się dziennikarz, który prowadzi śledztwo. To jest oczywiście bardzo wygodna pozycja, co nie przeszkadza na przykład Horstowi pokazywać nieustanną grę między policjantami, którzy z jednej strony nie chcą straszyć, z drugiej strony nie chcą wypłoszyć zbyt szybko podejrzanego i dziennikarzami, którzy stale zmierzają do odkrycia sensacji.
Ta gra jest pokazana bardzo mocno, więc znów mamy stały problem, który jest również w opowieściach o Wallanderze, czyli tej wszechmocy mediów i jednak pewnej bezradności wobec nich policji, nawet jeżeli dziennikarka jest córką policjanta. Co ciekawe, mamy też w tej opowieści swobodę obyczajową, o której chyba nam się w Polsce nie śniło. W pewnej chwili Lina umawia się na randkę, o czym ona nie wie, my wiemy, z agentem FBI i na pierwszej randce idzie z nim do łóżka. Jej ojciec jest tylko lekko zdziwiony. No ale co ma powiedzieć trzydziestoletniej kobiecie? Ale generalnie dla nikogo to nie jest problemem. Myślę, że to jest też coś, nawet w Szwecji, Wallander o wiele bardziej przejmuje się prowadzeniem się, że tak powiem po staropolsku Lindy niż Wisting, który kompletnie nie przejmuje się tym. Nie to, że zupełnie nie, ale nie uważa za stosowne zadać jakiegokolwiek pytania w tej kwestii. Nie wypada. Nie wypada zwracać uwagę dorosłej kobiecie czy dorosłej osobie w ogóle, jak się prowadzi.
Czy w ogóle myśleć o tym, że ona się prowadzi. Jest wolna. Jakiś czas temu rozstała się ze swoim poprzednim partnerem, więc ma prawo do życia. Przyznaję, że ten wątek jest oczywiście marginalny dla tej powieści, ale mnie wydał się interesujący jako zupełnie inny źródeł znanym i norweska, swoista swoboda obyczajowa. Mamy więc, proszę państwa, zupełnie inny obraz świata. Ani lepszy, ani gorszy, po prostu inny jako niekoniecznie model do naśladowania. Samotność, która jest oczywiście dominującym elementem pozafabularnym w powieści Horsta, jest przytłaczająca. Linda próbuje czegoś się dowiedzieć o życiu zmarłego sąsiada. Sama jest sąsiadką tego, który zmarł i nagle uświadamia sobie, że chociaż spędziła w tym domu 20 lat, tak naprawdę nic o nim nie wie. Próbuje dowiedzieć się czegoś od jego kolegów z klasy.
Nic. Właściwie nikt go prawie nie widział. Znajduje jakieś stare zdjęcia, na których pojawia się on i jego koledzy z klasy. Odszukuje ich po kolei. Minęło już 40 czy 50 lat. Dlatego tak jak powiedziałem, zmarł, miał lat 61. Na pogrzeb przychodzą dwie osoby poza nią. Gdy Rozmawia z tą jedyną osobą, która przybyła, inną kobietą, o której wie, że przynajmniej pisała do niego listy. Okazuje się, że zmarły jakiś czas spędził w zakładzie psychiatrycznym. Ma to ścisły związek z fabułą powieści, więc nie bardzo chcę wnikać, by nie psuć państwu zabawy.
Ale jeżeli mógłbym jeszcze na chwileczkę wrócić do samej fabuły. Wyśmienita konstrukcja. Dawno nie czytałem książki tak dobrze skonstruowanej jako kryminała. Przyznaję, że w ostatnim czasie przeczytałem ich pewnie przynajmniej ze trzydzieści. Dlaczego jest tak świetnie skonstruowana? Ponieważ z jednej strony cały czas wiemy więcej niż i policja i Lina razem, ponieważ dostajemy relacje z dwóch źródeł, a te źródła kompletnie nie chcą się przeniknąć, ale z drugiej strony dostajemy nieprawdopodobnie wiele, mówiąc naszym językiem, ślepych korytarzy w tym labiryncie śledztwa. Oczywiście w te ślepe korytarze wpadają również policjanci, do pewnego stopnia również Lina. I rozwiązanie naprawdę pozostaje z jednej strony oczywiste w sensie dobro i zło. Wiemy, kto jest przestępcą, wszystko się rozwiązuje. Klasyka i jest to ważne.
Ważne również dla bohaterów samej opowieści. I to jest też taki ciekawy element, który rzadko spotykam w powieściach szwedzkich zwłaszcza, gdzie naprawdę nie tylko, ale zwłaszcza w opowieściach o Wallanderze przestępca czy przestępczyni są jakoś tak zawsze nieco z boku, jak to państwu pokazywałem w jednej z moich letnich opowieści. Ale również jest to interesujące. Mamy bardzo ciekawe wątki międzynarodowej współpracy sił policyjnych. Do Norwegii przybywają najpierw agenci FBI. Co ciekawe, jeden z nich właśnie spotyka się z Liną, absolutnie nie wiedząc, że spędził noc z córką człowieka, z którym współpracuje. Potem dołączają również Szwedzi, dlatego że popełniane przestępstwa dokonywane były przez wiele lat na terenie trzech państw, bo tak naprawdę śmierć tych dwóch starszych mężczyzn uruchamia śledztwo, w wyniku którego wyjdą rzeczy o wiele straszniejsze na jaw i złapanie owego jaskiniowca. Nie zdradzę państwu nawet, co to pojęcie oznacza, a jest przejęte z amerykańskiego slangu FBI w tej powieści. Przynajmniej tak to jest pokazane w utworze. Mają bardzo ciekawe, bardzo różne spojrzenia.
Horst umie w napięcie. Rzadko mi się zdarza, bym połknął końcową jedną trzecią powieści za jednym zamachem. Zwykle ostatni raz czytam jedną piątą, czasami jedną dziesiątą. Tym razem fabuła naprawdę nie jest prosta. Wciągnęła mnie tak bardzo, że aż czułem potrzebę przeczytania tej powieści znacznie szybciej. I tak jak mówię, podsumowując, Norwegowie są samotni i tak naprawdę ta seksualna wolność Liny, ale generalnie Norwegów jest z tym ściśle związana, bo w tej powieści jest to bardzo pięknie pokazane. Samotność tam rodzi się z kulturowego nakazu nieingerowania, z kulturowego nakazu nie wtrącania się komuś w życie. Co nie znaczy, że ludzie się nawzajem nie podglądają. Nie, tak dobrze nie ma. Co ciekawe, z jednej strony się nie wtrącamy, ale z drugiej strony świat jest bardzo przezroczysty.
Gdy Lina chce sprawdzić, odnaleźć jakieś nazwisko, chce czegoś się dowiedzieć o kolejnych osobach, do których próbuje dotrzeć w związku ze swoim dziennikarskim śledztwem, nie ma z tym problemu. Po prostu wrzuca nazwisko i wygooglowuje sobie na przykład ich zeznania podatkowe. Tak, proszę państwa, w Norwegii, potwierdzone info, każdy składa zeznanie podatkowe, które jest powszechnie dostępne. O tyle utrudniono tą dostępność, że trzeba się zarejestrować w specjalnym rejestrze. Tego jeszcze w powieści Horsta nie ma, ponieważ wydarzyło się to kilka lat później. Akcja toczy się mniej więcej dziesięć lat temu, bo przedtem, z tego korzysta jeszcze Lina. Przedtem zeznania podatkowe po prostu wisiały w sieci. Były dostępne dla każdego bez ograniczeń. Zobaczcie państwo, z jednej strony świat samotny, a z drugiej strony absolutnie przejrzysty. Jak państwo widzicie, wydawałoby się w zwyczajnej, sprawnie napisanej powieści kryminalnej, Wisting zresztą jest bohaterem całej serii Horsta i nie ukrywam, że pewnie mam już kilka przeczytanych, ale podobnie pewnie jak z Wallanderem stanie się Wisting moim kolejnym ulubieńcem, narrację o nim wykorzystuję na przykład na zajęciach z literatury popularnej z moimi studentami, to ta samotność jest czymś, co jest pewnym elementem składowym.
I Horst świetnie to pokazuje. Właściwie jak tak przeglądam w myślach powieści norweskich autorów powieści kryminalnych, to w nich zawsze są bohaterowie, którzy są samotni. W tej powieści samotny jest główny bohater. Żona zmarła jakiś czas temu, syn pracuje w armii, jest pilotem i któryś kolejny świąt nie ma czasu, by odwiedzić ojca. A więc właściwie jedyny kontakt ma z córką, przy czym ten kontakt jest bardzo ograniczony i zwykle po prostu razem spędzają święta. A on jest samotnym 48-latkiem po kolejnym nieudanym związku z kolejną kobietą, z którą po prostu po śmierci żony nie potrafi się związać. Samotna jest Lina, która rozstała się z partnerem, bo uznała, że nie chce z nim spędzić życia. Stał się dla niej po prostu nudny. To jest ciekawe, bo ona ładnie to pokazuje, że on stał się nudny przez swoją nadgorliwość, a zwłaszcza nadczynność. Gdy Lina rozmawia z kolejnymi znajomymi zmarłego we własnym mieszkaniu, zmarłego w cudzysłowie, to oni też w większości są samotni.
I to nie jest przypadek. Owszem, dwudziestoparo-, trzydziestolatkowie czasami są w związkach, czasami nie, ale mieszkańcy niewielkiego miasteczka, w którym toczy się akcja powieści, żyją każdy dla siebie. To jest bardzo smutna refleksja. Tak bardzo smutna, że pewnie zaraz wyjmę komórkę i zadzwonię do mojej mamy, która też już jest od paru lat wdową i może również Skłonię państwa, byście sięgnęli po telefony i zadzwonili do swoich bliskich, a może trochę dalszych, ale takich, którzy na takie telefony tak naprawdę bardzo czekają, a niezbyt często je dostają. Myślę, że już państwo rozumiecie, dlaczego, że tę opowieść odnalazłem w moim labiryncie tylko trochę przed świętami. Dziękuję bardzo i do usłyszenia.
[02:01:14] - Tak jak zawsze powtarzam, jak już się wprawimy w literacki nastrój, to jest zawsze dobry moment, żeby sięgnąć po „Alchemię tworzenia” Katarzyny Prychacz. Dzisiaj odcinek zatytułowany „Chuck Malkers. Miejsce zbrodni”. Cóż mogę powiedzieć? Zapowiada się, proszę państwa, długi cykl. Nie wiem, czy ilość głosek „u” była odpowiednia, żeby oddać to, jak będzie długi. W każdym razie się starałem. Zapraszam na spotkanie z Katarzyną Prychacz.
[02:01:59] - Dobry wieczór, bukradio waludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na „Alchemię tworzenia”. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 34. odcinku drugiego sezonu „Alchemii tworzenia”. Konsekwentnie w tym sezonie kontynuujemy tutaj wymyślanko, a w poprzednim odcinku mieliśmy, jak to nazwać, nie legendę, tylko bardziej może ciekawostkę na temat roślinki, która morduje. To była cerbera złocista. Wpadłam wtedy na pomysł, żeby może ta roślinka właściwie nie była bezpośrednio metodą mordowania, tylko żeby była takim trochę symbolem pewnej femme fatale. I jeszcze po tym pojawił nam się bohater do naszego nadchodzącego śledztwa. Pojawił nam się detektyw o nazwisku Chuck Malkers.
Tam jeszcze rozważałam może jakiś przydomek, że „Zamiatacz”, ale nie wiem, chyba jednak nie mam argumentów za tym. W sensie nie pasuje mi. I wiecie co? Pomyślałam, że dzisiaj zrobimy przygotowania do tego śledztwa. Nie będzie to jeszcze to śledztwo, bardziej jeszcze takie zbieranie informacji. Natomiast dowiemy się już, w jakiej sprawie będzie to śledztwo i kto będzie poszkodowanym w tym śledztwie. Pomyślałam, że żeby było ciekawiej, wylosuję jedną, tą pierwszą lokację, gdzie doszło do tego całego wydarzenia. Czyli można powiedzieć, że dzisiaj nasz detektyw dostanie dopiero takie wezwanie do tej sytuacji. Natomiast już szukanie poszlak i takich cudów wianków zrobimy w następnym odcinku. Myślałam sobie jeszcze o tej naszej cerberze złocistej.
Zobaczymy, co nam będzie pasowało. Za chwilę się dowiemy, jaki rodzaj ma być tej sytuacji. Ale tak sobie pomyślałam, że może żeby nie robić z niej takiego typowego czarnego charakteru tutaj w tej naszej opowieści, tylko może kogoś w rodzaju informatorki. Może ona i detektyw będą mieli jakąś wspólną przeszłość. Może właśnie on ją ścigał albo jej nie mógł złapać. Może doszło do sytuacji właśnie takiej, że ona będzie właściwie w jakiś sposób pomagała w tej sprawie. No dobra, ale to za chwilę zobaczymy. Tak w ramach przypomnienia, jeżeli chodzi o Chucka, to tutaj losowałam mu oczywiście archetypy osobowości, więc mamy tutaj buntownika, Matkę Ziemię i niewinnego. I ten niewinny to jest główny archetyp. Także ciekawe combo, bardzo ciekawe.
I tak pomyślałam, że ten nasz bohater, bo tutaj też właśnie padło z tego archetypu buntownika, to on będzie nosił kurtki. Mam tutaj w notatkach „kurtka zombie” . Bardziej chodzi o to, że ta kurtka byłaby symbolem takim, który łączy właśnie archetyp buntownika i archetyp tej Matki Ziemi. Ponieważ ten buntownik kojarzy mi się, jak rzucam słowo „buntownik”, to widzę takiego człowieka w skórze, może właśnie z irokezem jakimś Nie wiem, tatuaże i ta kurtka nabijana ćwiekami. Pomyślałam, że żeby połączyć te dwa archetypy, to oczywiście to nie będzie kurtka nabijana ćwiekami, ale pomyślałam o kurtce z ekoskóry i właściwie to będzie jedna kurtka zszyta z części różnych kurtek. Wspominałam o tym, że nasz bohater chodziłby po sklepach z używaną odzieżą czy po wysypiskach śmieci, czy cokolwiek, ale on by tam zbierał te różne kurtki i odcinał z nich te części, które da się jeszcze użyć i zszywał z tego nowe kurtki. Taki bajkowy element. Oczywiście te kurtki tak są zszywane, żeby było te szwy widać, więc są takie trochę jak zombie, ale może bardziej jak potwór Frankensteina. Taki poskładany z różnych części ciała. Myślę, że to bardzo ciekawa główna cecha wizualna, taka kotwica wizerunkowa.
Z racji archetypu niewinnego pomyślałam, że to dążenie do sprawiedliwości, widzenie dobra we wszystkich. Pomyślałam też o czymś takim, że nasz bohater będzie więcej myślał niż mówił, że raczej będzie dosyć cichy. Z kolei dla kontrastu to by mogło być fajne, jeżeli byśmy zdecydowali się pójść w kierunku współpracy z Cerberą, że ona z kolei byłaby dosyć rozgadana. Jeżeli chodzi o Cerberę, to przypomnienie - to była roślinka, która rosła sobie w Indiach. Laguny, różne klimaty. Miała piękne, nie wiem czy tylko białe kwiaty, ale ogólnie białe kwiatki. Przede wszystkim chodziło o jej orzechy, gdzie z białej części miąższu można było pozyskać takie mleczko. Nie wiem, jak to się profesjonalnie nazywa, z którego można było zrobić truciznę i efekty tej trucizny przypominały zawał serca. Ta substancja miała jakąś mądrą nazwę. Zapraszam do poprzedniego odcinka, tam wszystko macie.
W kontekście naszej femme fatale pytanie jest takie: czy ona faktycznie truła ludzi, czy może to jest taka legenda, która do niej przylgnęła i może ona wcale tak naprawdę ich nie truła, ale zbudowała na tym swój wizerunek groźnej kobiety, z którą nikt nie zadziera. Do przemyślenia. Te Indie, laguny. Myślę, że może ona by sobie mieszkała w takich klimacikach, w ciepłych krajach i może Chuck by ją ściągnął do tej sprawy, co też by było fajne. Jeżeli byśmy mieli spisywać później tą historię, mogłoby to generować pole do dialogów czy do takiej cechy po jej stronie, takiego narzekania. W sumie nie wiem, gdzie Chuck mógłby ją ściągnąć, ale pomyślałam o miejscu, które nie będzie ciepłym krajem. Więc oczywiście narzekanie na zimno, na bóle stawów, jakieś cuda czy pochmurne niebo i smutne widoki. Mogłoby to być fajne, zwłaszcza w tym zestawieniu, że Chuck jest osobą, która jednak widzi to piękno, to dobro, takie czyste, niewinne. Mogłoby dochodzić do ciekawych kłótni. Takie zmanierowane, zgorzkniałe narzekanie kontra piękne patrzenie na świat czy szukanie pozytywów, czy zachwycanie się roślinnością nawet w pochmurne dni, tak jak tutaj archetyp Matki Ziemi.
Jak już jestem przy Cerberze, to w poprzednim odcinku pozwoliłam swojemu wewnętrznemu człowiekowi researchowi po nagraniu ostatniego odcinka poszturmować internety. W jakiej kwestii? Oczywiście przypuszczam, że była niejedna kwestia, ale bardziej chodziło o kwiatek, którego nazwy nie mogłam sobie przypomnieć. Faktycznie w trakcie czytania opowieści o Cerberze ona została porównana do innej roślinki, do swojego kuzyna. Był tam wymieniony kwiatek o nazwie plumeria. Ja mówiłam, zdaje się, że to była nazwa na F i zaraz wam powiem, bo nie myliłam się. Natomiast dokładnie chodzi o tą plumerię, o ten kwiatek. Tam wspominałam o historii, że w Tajlandii i w Kambodży były drzewa z tymi kwiatkami i nie mogłam sobie przypomnieć legendy. Wyobraźcie sobie, że zaczęłam szukać w internecie. Przeczytam wam jedną legendę dzisiaj.
Co prawda będę ją wam na bieżąco tłumaczyć z angielskiego, bo nie ukrywam, że te przetłumaczone legendy to wszystko jest takie jakieś spłaszczone. Też nie mogłam się dokopać do tej legendy. Po prostu pamiętam, że była legenda jakaś związana z wampirami i z miłością. I ja nie pamiętam dokładnie jej przebiegu i jak tak zaczęłam szukać... Nie wiem, musiałabym się może gdzieś dokopać jeszcze głębiej, bo nie znalazłam tej legendy. Ja ją słyszałam po prostu tam, na miejscu. Może teraz z perspektywy czasu tak myślę, że pewnie mogłam ją zanotować i wyszłoby wszystkim na dobre. Jedyna wzmianka, którą tutaj pobieżnie, z tego, co przeglądałam, to w paru miejscach znalazłam te wampiry całe. To chodziło o to, że ten kwiatek bardzo intensywnie pachnie, zwłaszcza w nocy. I chodzi o to, że ten kwiatek był też rodzajem drogowskazu dla wędrowców, którzy wiedzieli, że jak pójdą za tym zapachem, to trafią do ludzi, do cywilizacji, gdzieś do miejsca, bo to ludzie świadomie sadzili te drzewa.
To nie były dzikie drzewa, więc wiedzieli, że nawet jak zabłądzili, to znajdą gdzieś schronienie i pomoc. I jednocześnie wieczór to też była ta pora, gdzie najczęściej kochankowie się spotykali. Bardzo często też pod tymi drzewami i też w niektórych rejonach właśnie ten sam kwiatek z tego drzewa, z tej plumerii, jest symbolem miłości. I chodziło też o to, że są różne wierzenia, gdzie po zmroku wychodzą złe duchy i wampiry. I te kwiaty właśnie zwabiały ludzi i wampiry w tej legendzie korzystały z tego, że po prostu miały swoje ofiary. Więc koczowały w okolicy tych drzew, bo wiedziały, że w kierunku tych drzew będą zmierzali czy to kochankowie, którzy będą pod tym drzewem mieli miejsce spotkania, czy właśnie ci wędrowcy. Natomiast wiem, że tą legendę, którą słyszałam, to był jakiś konkretny wampir. On miał jakieś backstory. To była po prostu fajna historia. Jak znajdę jeszcze gdzieś kiedyś, to wam przytoczę.
Natomiast to, co dzisiaj chcę wam przeczytać o tym kwiatku... Przeczytam, bo to jest bardzo ładny kwiatek. Sprawdźcie sobie. Patrzę czy ja tutaj mam... W tym, co wam będę czytać, to tu będzie właśnie o samej tej... To ta nazwa plumeria. Skąd ona się trochę tak wzięła? Tak patrzę. Natomiast ten kwiatek, co ja pamiętam, że był na F, to dobrze pamiętałam. Tylko wiecie co?
Ja się zastanawiałam, że ja nie wiem, jak to się czyta, bo to się pisze frangipani. Nie wiem, po angielsku może by to jakieś było frangipane, coś tam, ale myślę, że to nie jest źródło tej nazwy. Ona właściwie jest od nazwiska Włocha, który opracował perfumy do rękawiczek. I później też jest jakaś legenda, że jacyś ludzie szukali, bo nikt nie wiedział, skąd ten zapach, ten człowiek, jak on wygenerował te perfumy. I gdzieś właśnie w okolicy Indii jacyś podróżnicy znaleźli to drzewo i porównali zapach. I wtedy wyszło na jaw, że ten człowiek, ten Włoch używał kwiatów tego drzewa, które mają silne olejki aromatyczne i używał właśnie tych kwiatów. I na jego cześć nazwali to drzewo z jego nazwiska. Tam są jeszcze jakieś inne wersje, skąd się to słowo wzięło. Także ono ma tyle źródeł, że nie wiem, jak to się czyta. A włoskiego w sumie nie znam.
Frangipani. Nie wiem. Nie będę tutaj... Możecie też sobie poguglować. Także nie jest ze mną źle. Dobrze pamiętałam, że to był kwiatek na F. Okej, słuchajcie, dlaczego o tym kwiatku wam chcę przeczytać? Oprócz tego, że jest naprawdę śliczny i ma dużo ciekawych legend, to pomyślałam, że ten kwiatek mógł być tutaj jakimś punktem wyjścia. I mówię albo przy tej kobiecie, może ona zawsze takie kwiaty ze sobą nosiła, na sobie nosiła, a może właśnie ten kwiatek... Może była jakaś sprawa związana z tym kwiatkiem, nie z orzechem, który zabijają, która może to był trop, dzięki któremu Chuck namierzył tą cerberę.
Jakaś taka bardzo ważna poszlaka. Myślę, że ten kwiatek zasługuje na honory, mimo że już ich i tak dużo dostał od świata. Dobra, słuchajcie, mam artykuł po angielsku. On jest z bloga o nazwie mataklas.blogspot.pl. To jest adres tego bloga. Mata to jest właśnie chyba osoba, która stworzyła ten blog. Właśnie nie wiem, czy dalej go tworzy, bo artykuł, który tutaj znalazłam, który wam będę czytać, to jest z 2005 roku i został napisany przez niejaką Wendy. Więc tak. Trochę było tych stron, ale tutaj jest po prostu w bardzo fajny sposób napisane tak konkretnie i mam wrażenie, że tu jest w miarę dobre tłumaczenie, bo niektóre wcześniejsze legendy nie miały trochę sensu. Mimo że niby to sama historia, ale była jakoś tak napisana, że mówię: „Kurde, bez sensu w ogóle”.
Albo były takie detale trochę jakieś pomieszane. No dobra, tutaj po prostu taka ładna, może trochę filozoficzna historyjka. Także lecimy z tematem. Okej. Kilkaset lat temu Francuz o nazwisku Charles Plumier został botanikiem. Pod spodem znajduje się legenda o tym, jak do tego doszło. Tutaj mamy dalej tę legendę. Plumier postanowił, że będzie podróżował wokół świata, po całym świecie, aby zostać najbogatszym człowiekiem, być turbobogatym. I teraz dalej. Wróżka powiedziała mu taką przepowiednię: „Szukaj drzewa, które rośnie niedaleko kościołów i cmentarzy.
Szukaj drzewa, które kwitnie kolorem pełni księżyca. Jego zapach zawładnie twoją duszą. Jeżeli wyciągniesz to drzewo, wyrwiesz z korzeniami, liście i kwiaty dalej będą rosły. Kiedy je znajdziesz, będziesz bogaty”. Taka przepowiednia. Plumier się nie zastanawiał i wyruszył daleko i szeroko. Podróżował wszędzie, dopóki nie dotarł do zachodnich Indii. Poszedł do starej kobiety znanej z tego, że była bardzo mądra i wiedziała wszystko. Postanowił opisać jej to drzewo, o którym mówiła wróżka, i zapytał tę kobietę, czy ona wie, gdzie tego typu drzewa można znaleźć. Staruszka powiedziała mu, że faktycznie zna takie drzewo.
Powiedziała: „Musisz iść do kościoła tam niedaleko o północy, w trakcie pełni księżyca. Tam zobaczysz drzewo, którego gałęzie rozpościerają się wzdłuż muru. Zacznij potrząsać gałęziami i bardzo szybko zobaczysz bogactwa wykraczające wszelkie wyobrażenia”. Plumier zrobił dokładnie tak, jak staruszka sugerowała. Znalazł małe, piękne drzewo i zaczął nim potrząsać. Kwiaty zaczęły spadać wokół niego, Plumiera, nie drzewa, świecąc jak złote monety. Zapach dosłownie pochłonął jego duszę i jego myśli. I nagle do Plumiera dotarło, co jest prawdziwym bogactwem tutaj, w tej sytuacji, w tym, co zaczął robić. Spokojne piękno nocy, słodki zapach kwiatów, cisza i spokój w kościelnym ogrodzie. I właśnie wtedy on przestał szukać materialnego bogactwa.
W zamian postanowił kontynuować swoją podróż i szukać dalej bogactwa, ale tym razem tego w naturze. I tak właśnie zaczął odkrywać wiele różnych roślin i tak został botanikiem. Cała rodzina drzew, które odkrył, została nazwana Plumeria na cześć jego nazwiska. Także mamy taką legendę. Widzicie, jak to z poszukiwania monet i klejnotów człowiek zaczął szukać roślin. Zakochał się w świecie, w naturze. Fajna sprawa. Mówię wam ja, która lubi się naćpać światem. Czasami warto się rozglądać. Ostatnio na spacerze na przykład nawet nie wiedziałam, że w mieście przy zbiornikach retencyjnych można dzięcioła zobaczyć.
Także się trochę pogapiłam, jak drzewa ostukiwał. Tego samego dnia też miałam prawie kolizję z jaskółką. To szłam wieczorem. Nie wiem, ja nie widziałam nigdy jaskółki z bliska, a ona mi dosłownie przeleciała przed twarzą i jeszcze nad tym zbiornikiem tuż nad wodą leciała. Widziałam, że dwie jaskółki latały. Wyglądały, jakby się bawiły nad tą wodą. Zresztą akurat na tych zbiornikach bardzo dużo różnych ptaszków jest, także zawsze można coś ciekawego zobaczyć. Czy gdzieś tam poprzednio się śmiałam, że byłam świadkiem spotkania dwóch puchatości. Dosłownie jakby dwie chmurki do siebie podbiegły. To były pieski.
To są chyba szpice miniaturowe? Tak mi się wydaje. Jeden był biały, drugi brązowy. I tak właśnie śmiesznie, bo biegały sobie luzem i biegły naprzeciwko, jeden na drugiego. Jak czasami w filmach taka scena, że się przyjaciele po latach zobaczyli i biegną do siebie i później za ramiona się chwytają. Wtedy te pieski tak fajnie się zderzyły tymi puchatymi futrami, że jakby przez moment stały się jedną kulą, taką dwukolorową. Także jestem skłonna uwierzyć, że może w tej legendzie jest jakieś ziarenko prawdy. Może właśnie ten Charles Plumier faktycznie zakochał się w roślinach, szukając bogactw. Dobra, słuchajcie, nie będę was już tutaj dalej katować. Jeżeli chodzi jeszcze o te kwiatki, to oczywiście tutaj chodziło o białe kwiatki, ale ta odmiana ma wiele różnych kwiatków.
Jeszcze oprócz Tajlandii to też Malezja czy... Nie, czekajcie, na Hawajach były hibiskusy, ale gdzieś też wieńce z kwiatów się robi i też są różne rytuały z tym związane. Tajlandia, Kambodża, Malezja i jeszcze Indie i te okolice. Jeszcze jakieś jedno miejsce było, ale dobra, nieistotne. Mamy tego kwiatka i tak właśnie Te kwiatki też tak śmiesznie odpadają, bo faktycznie jak się to drzewo potrząśnie, to one bardzo łatwo odpadają. Dlatego gdzieś też czasami wywieszone były kartki, żeby nie dotykać tych drzew czy w ogóle nawet się nie zbliżać do nich. Albo były ogrodzone płotami. Wiecie, jak to z turystami. Jak jakiś kwiatek się znalazł na chodniku spoko, ale wystarczył naprawdę mały podmuch wiatru czasami i dosłownie te drzewa łysiały z tych kwiatków. A właśnie gdzieś też trafiłam, że one bardzo długo kwitną, że one kwitną przez trzy pory roku i dopiero na zimę przestają.
I też to, że jak się je wyrwie z korzeniami, to jeszcze przez jakiś czas one kwitną i normalnie liście puszczają i wszystko. I dlatego też w jakichś rejonach to drzewo jest uważane za symbol nieśmiertelności, że niby uśmiercone, bo wiecie, jak drzewo się wyrwie z ziemi z korzeniami, to jest tak, jakby śmierć dla tego drzewa. A tutaj to drzewo, mimo takiego zabiegu dalej żyje. Także fascynujące to jest, ale dlaczego mówię o tych kwiatkach? Tak pomyślałam, że one skoro tak łatwo spadały, to byłaby fajna poszlaka, kurczę, w tym backstory, w tej historii, gdzie Chuck poznał Cerberę. Dobra, bo już się naględziłam. Historia przeczytana. Mam nadzieję, że nie było to może turbopłynne, bo wiecie, ja nie lubię tych gotowych tłumaczeń z aplikacji, dlatego wolę tak sobie podukać, nawet po prostu patrząc i na bieżąco to tłumacząc niż się zastanawiając, jak bardzo Google czy tam jakieś inne aplikacje zdeformowały to tłumaczenie. Jednak wiecie, automatyzacja super, ale ludzkie oko i ludzka wiedza bez porównania. Także wolę liczyć na siebie w takich sytuacjach.
Dobra, ja myślę, że wylosujemy sobie, teraz myślę najpierw poszkodowanego. A może wiecie co, tak: wylosujemy lokację, potem poszkodowanego, a potem rodzaj zdarzenia i sobie o tym porozmawiamy. Taka będzie kolejność. Dobra, to teraz tak: lokacja to są karty. W poprzednich odcinkach używałam kart z gry Tajemnicze Domostwo i to są karty właśnie z lokacjami. Także sobie tutaj jakąś jedną wylosuję. Oczywiście w następnym odcinku wylosujemy inne lokacje, bo też wam wcześniej już obiecywałam, że weźmiemy trochę więcej tych lokacji, żeby to śledztwo jakoś szło. W sumie mieliśmy już też takie odcinki, ale tutaj będziemy tym razem zbierali jeszcze poszlaki dodatkowo. Także zobaczymy. Okej, lokacja na dziś.
Co my tu mamy? Weźmy to na przykład. Mam kartę i co my tu mamy? Okej, mamy tutaj wnętrze. To jest pomieszczenie w domu. Nie jest to na zewnątrz, nie wiem, salon? Jest tutaj taki kominek zielony, ceramiczny. Wiecie, kiedyś takie piece kaflowe były, ale tu jest ewidentnie kominek z takim tym śmiesznym płotkiem w środku. Starego typu. To ewidentnie jest jakiś taki retro dom, jakaś willa.
W tle mamy fortepian i nad tym kominkiem wisi trofeum. Ryba. Chciałam powiedzieć, że miecznik, tylko że ta ryba, trochę jej się kształt nie zgadza, ale to z tej rodziny, z takim dziobem długim. Z tym że to nie jest taka ryba cała spreparowana, tylko właściwie ta ryba ma głowę i ogon zachowany, a reszta, środek ryby zeżarty, same tutaj szkielety widać. Na kominku stoi złoty puchar. Postaram się też jakieś detale wam powiedzieć, bo może nam się to przyda. Oczywiście tutaj obok pogrzebacze. I co? Dwa są, tak jakby nie ma jednego pośrodku. I jeszcze przed tym kominkiem, kominek jest wygaszony i ma ten płotek otwarty, jedne wrota, jedno skrzydło.
Może nie tyle jedne wrota, a przed kominkiem leży skóra z niedźwiedzia polarnego. Także może to faktycznie jakieś mieszkanie myśliwego albo kogoś, kto lubi takie różne trofea. I wiecie co? W tym wszystkim w ogóle bardzo mi się nie podoba wystrój tego pokoju. Podłoga jest w kratownicę biało-czerwoną, ale ta podłoga od razu mi się kojarzy z jakąś rzeźnią, jakąś chłodnią czy tam jakąś wielką kuchnią, ale taką bardziej przemysłową. Także wprowadza taki niepokojący klimat. Kominek jest w kolorze miętowym, pistacjowym, coś takiego. Ni to szpital, ni to nie wiem. Zielony taki kolor, jasny zielony można powiedzieć. I co?
Mamy boazerię, więc do połowy mamy tutaj drewienko i od połowy jest tapeta, która jest też zielono-żółta. Fortepian jest czarny, bo o tym nie mówiłam. Zimne pomieszczenie. Wiecie, nawet jakby ten kominek był rozpalony, to dalej bym się tam czuła bardzo źle, jak właśnie w jakiejś rzeźni. Okej, willa retro, ale nie było tutaj projektanta. Trochę mało gustowna, nie? Okej, mamy tą lokację. To teraz dowiedzmy się, jak się nazywa nasz poszkodowany i kim jest z zawodu. To są z kolei komponenty do jednej z gier, którą projektowałam. Także mam po prostu takie karteczki z nazwiskami, więc zaraz się dowiemy.
Losujemy. Dobra, mamy nazwisko i uwaga! Tak się zwinęło. Okej. Przemek Bober, pracownik zakładu stolarskiego. No dobra, mamy tutaj pracownika zakładu stolarskiego i teraz co? Zostało nam rzucić kością i dowiemy się, w jakim stanie zastaniemy Przemka. A może go nie zastaniemy? Dobra, rzucamy kość. Nie no, słuchajcie, obiecywałam wam morderstwo i wypadło morderstwo.
No dobra, słuchajcie, ładnie się to nam złożyło. Czyli mamy ten taki trochę przerażający pokój i mamy tą skórę niedźwiedzia. I może ta podłoga taka właśnie przez to, że jest biało-czerwona, ta czerwień wygląda jak plamy krwi to wszystko. Ewidentnie akurat tu na rysunku jest podłoga, ale od razu tak pomyślałam. Tak jakby ktoś tak porozlewał tą krew w dziwnych miejscach. I teraz pytanie, czy brudzimy misia? Ale jest ten kominek uchylony. No dobra, słuchajcie, a jak morderstwo, no to może się nie ograniczajmy. I skoro kominek jest wygaszony, ale są drzwiczki uchylone, to teraz pytanie, czy ciało ofiary, tak pomyślałam, że mogłoby tam być w kominku. Mam teraz parę pytań sama do siebie.
Mogłaby to być próba spalenia tego ciała. Tylko że ono i tak w takim kominku by się nie spaliło, tylko tyle, co by się nadpaliło, więc to by utrudniało identyfikację. Ale może jednak nasz sprawca nie zdążył tego zrobić? I teraz druga sprawa. Bo w pierwszej chwili pomyślałam o tym, że to ciało po prostu będzie w tą komorę kominka upchnięte. Z tym że jak tak sobie pomyślę, że to jest pracownik zakładu stolarskiego, to sobie od razu wyobraziłam takiego jednak dużego ziomeczka, który gdzieś tam jakąś krzepę musi mieć, żeby te deski heblować na przykład. On by się tam nie zmieścił. To nie jest aż tak duży kominek. To może go poćwiartujemy? Co wy na to?
I wtedy tak sobie pomyślałam, że po prostu mógł być tak chamsko pocięty i wrzucony i może coś spłoszyło tego sprawcę, że nie zdążył tego kominka rozpalić. Bo myślę o tym, jak tak patrzę na tą podłogę, że może po prostu ta krew by wyciekała z tego kominka. Ta sprawa musi być też dziwna i jeszcze by tu się przydało jakieś rośliny w to wmieszać, żeby nasz detektyw miał powód do wezwania tej Cerbery, nie? Ale ta skóra niedźwiedzia, bo tak pomyślałam, że mogłaby ona być w tej krwi, ale jeżeli ta krew by wyciekała z kominka, to ona by wciekała trochę pod tą skórę. Ale nawet sama taka scena, myślę, że ten kontrast kolorów, to mógł być po prostu barwny opis sceny, nie? Więc tutaj na pewno człowiek research już tu krzyczy z mojego środka, bo nie znam się na oprawianiu skór, zwłaszcza tych robiących za dywaniki, więc nie wiem, czy one są impregnowane czymś od spodu i prawdę mówiąc, to nie wiem, na ile ta krew by wsiąknęła w tą skórę, a na ile nie. Tak na logikę biorę, że jeżeli jest zabezpieczona jakimś impregnatem przed wilgocią, to niekoniecznie ta krew by wsiąkła. Ona by ewentualnie mogła zakrzepnąć gdzieś tam. Ale z drugiej strony, jeżeli ktoś sam oprawiał te skóry, to może ta skóra świeżo wygarbowana, czy świeżo zrobiona taka skóra, może też w jakąś reakcję by mogła z tą krwią wejść, co by mogło nam dać też jakieś ciekawe poszlaki czy inne jakieś sceny, czy fajne jakieś rzeczy do przemycenia, jakaś ciekawostka. Zresztą samo futro niedźwiedzie, każde zwierzątko ma coś.
Czy nawet jak owca jest jakąś wełną pokryta, owieczki, czy się robi takie czapy z owczej wełny i one są jeszcze z tym łojem takim naturalnym, które owce wytwarzają na tą wełnę, dzięki czemu też ciepło lepiej trzymają te czapki. Dużo jest pytań w związku ze skórą taką oprawianą, zwłaszcza jeszcze z niedźwiedzia polarnego. No dobra, mamy poćwiartowane ciało w kominku, krew się wylewa. Znaczy wylała. No i już musiała zakrzepnąć, tak? Chociaż nie wiem. Zobaczymy jutro. Znaczy jutro. Wiecie co, nie wiem. Może zobaczymy za tydzień.
Może jakieś pojawią się poszlaki czy jakaś inna lokacja, która sprawi, że tutaj coś dorzucimy. Może to by musiała być jakaś ekspertyza potrzebna Tak myślę o tej Cerberze. Jej przypisywano te różne morderstwa poprzez prowokowanie zawałów serca. I może po badaniu tych zwłok się okaże, że ta osoba została poćwiartowana po śmierci, że przyczyną zgonu był tutaj zawał serca, a nie poćwiartowanie. I może Chuck zadzwoni do Cerbery jako do ekspertki od zawałów serca. Albo może będzie coś innego. Nie wiem. A może to byłaby bardziej sprawa seryjna? Może coś, co już kiedyś przecięło drogi, połączyło właściwie drogi Chucka i Cerbery. Myślę, że to wyjdzie za tydzień, bo nie wiem wtedy, czy sięgamy po kwiatek, czy sięgamy po ten orzech.
Mamy tutaj trochę tych punktów zaczepienia. Pracownik zakładu stolarskiego to też jest ciekawe. Patrzę, czy tu jakieś... Bo o tym nie powiedziałam, bo tu taki fragment był, to myślałam, że to jest nieistotne. Ale może, skoro mamy tutaj pracownika zakładu stolarskiego, tutaj w rogu, w kadrze jest coś i prawdę mówiąc nie wiem, z początku myślałam, że to jest krzesło takie postawione, że jedno sobie stoi, a drugie jest do góry nogami na nim. A teraz nie wiem, czy to nie jest jakiś globus, ale jest taki drewniany, ozdobny mebel, jakiś taki fragment, więc może właściciel tej willi faktycznie zamawiał jakieś meble z tego zakładu i to po prostu był pracownik, który albo przyniósł nowe meble, albo dopiero tam mierzył, czy coś organizował, zlecenie. Bo pracownik zakładu stolarskiego to niekoniecznie właściciel takiej wielkiej willi, nie? Więc może to będzie jakiś ekscentryczny klient. I teraz pytanie, czy on będzie podejrzanym, bo go nie ma. Czyli są podejrzenia, że po prostu uciekł, czy może on też będzie tutaj drugą ofiarą, nie?
I teraz albo morderstwa, albo może był świadkiem i został porwany na przykład. Albo on się właśnie ukrywa, bo był świadkiem. No kurczę, dużo fajnych opcji. I dzisiaj chyba już nie będę dokładać. Jaki mamy czas? No nie będę dokładać i sobie, i wam. Myślę, że będziemy dalej kontynuować za tydzień to śledztwo. Dorzucę parę lokacji, pozbieram jakieś poszlaki. Na tej karcie ten kielich złoty stoi taki porzucony na tym kominku, koło tej ryby. Na pewno to będzie coś ważnego.
Myślę, że to będzie jakaś poszlaka, bo on aż się prosi, on tu nie pasuje po prostu. I ten brakujący pogrzebacz to też jest coś, co mogłoby nam tutaj dać do myślenia. Może go gdzieś znajdziemy. I z drugiej strony tak myślę o tej rybie, która jest rozgrzebana, bo raczej trofea są, jak już albo mamy sam szkielet, same kości, albo mamy jednak to zwierzątko odrestaurowane. Więc może w tej rybie było coś ukryte. Może to też jest poszlaka. Już się uruchomiłam. Super, okej. No tak, bo to mógłby być też motyw, że może ten pracownik odkrył coś w tej rybie, czego nie powinien i może dlatego zginął na przykład, nie? Ale z drugiej strony takie bezwzględne morderstwo, jeszcze został poćwiartowany.
Gdzieś musiał zostać poćwiartowany, bo tutaj też tyle tej krwi nie ma. Tak sobie myślę, że tak jakby gdzieś go pocięli, do wora i z wora wysypali do kominka. O czymś takim pomyślałam. Przez co, nie wiem, czy wiecie, bo tak zaczęłam mówić, wiadomo, nie każdy ma człowieka researcha w środku, ale w człowieku jest całkiem sporo tej krwi i w momencie, kiedy go się zacznie ćwiartować, to ta krew się wylewa. Chyba że się go wcześniej zamrozi. I teraz to zależy, co nam będzie bardziej tu pasowało do historii. Można oprócz mrożenia też podać substancje chemiczne, które sprawiają, że krew krzepnie. Czy tak jak się preparuje, konserwuje, balsamuje ciała, to się zlewa z człowieka krew i zamiast krwi wlewa się tam jakieś specyfiki. Nie pamiętam co już, ale takie rzeczy też się robi. Natomiast tutaj właśnie myślę, że albo był zamrożony, albo po prostu był pocięty gdzieś i ta krew, która wypływała, to już te resztki, które były.
Aczkolwiek w sumie to z mrożeniem też jest ciekawym motywem, bo wtedy faktycznie ta krew nie od razu by wypłynęła. Może i to ma więcej sensu. Czyli tutaj ewidentnie plany zostały pokrzyżowane, bo to ciało miało zostać spalone, a tutaj ktoś nie zdążył i to ciało zdążyło rozmarznąć i dlatego ta woda i krew zaczęły po prostu się wylewać na tą skórę niedźwiadka. Dobra, fajnie. Kurczę, to zaczyna pachnieć naprawdę dobrym kryminałem. A kryminału jeszcze nie robiłam takiego rozbudowanego. Podoba mi się. Jakkolwiek źle to zabrzmi, ale cieszę się, że wypadło morderstwo. Dobra, fajnie. Coś tu się podzieje.
Chuck będzie miał okazję, żeby się tu wykazać. Super. Dobra, słuchajcie, ja nie przedłużam. Mam nadzieję, że zainteresowało was nasze śledztwo. Może macie już jakieś pomysły. Wiecie, ja cały czas to podkreślam: nie krępujcie się. Możecie mnie namierzyć w internetach, wpisać moje imię i nazwisko, i znajdą się różne namiary na mnie. Możecie też napisać na Facebooku. Założyłam też fanpage dla naszego podcastu. To jest Alchemia Tworzenia Podcast.
Możliwe, że jak zaczniecie wpisywać, znajdziecie jeszcze grupę związaną. Miała być grupa warsztatowa, ale jakoś to nam nie zagrało, więc myślę, że fanpage może bardziej. Może tam możemy coś porozkminiać. Zrobię post z dzisiejszym odcinkiem i jeżeli mielibyście jakieś pomysły, to zachęcam w komentarzu. Może faktycznie coś fajnego z tego poskładamy w następnym odcinku. Może gdzieś nas to pchnie dalej. Oczywiście w razie czego sama sobie też poradzę, ale to zawsze ciekawiej mieć inną parę oczu. Zwłaszcza przy jakichś kryminałach. Dobra, trzymajcie się cieplutko, moi drodzy. Niby już się robi coraz cieplej, ale ta pogoda różna.
I przede wszystkim niech wam się tutaj piękne rzeczy pojawiają, piękne bogactwa świata i natury wokół. Żebyście chodzili tacy zainspirowani, a może uspokojeni, jeżeli akurat tego potrzebujecie. Żebyście może gdzieś na chwilę mieli okazję przystanąć i tę chwilę poświęcić dla siebie i spędzić ją na oglądaniu. Może też zobaczycie zderzenie dwóch puchatości albo zostaniecie znokautowani prawie przez jaskółkę. Ale wiecie co? Nie padało tego dnia, a się mówi niby, że jak jaskółki nisko latają, to na deszcz. Może dlatego nad wodą latały. Dobra, trzymajcie się. Do usłyszenia za tydzień. Pa.
[02:45:16] - Szybciutko pędzimy w kierunku recenzarium Ewiwy. Dzisiaj Luiza Dobrzyńska przedstawi państwu coś z literatury japońskiej, a konkretnie taką opowieść, która wyszła dawno temu w Wydawnictwie Literackim i nosiła tytuł „Dziwna historia o upiorach z latarnią w kształcie piwonii”. Zapraszam.
[02:46:10] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Jak pewnie zauważyli słuchacze audycji, zamieszczam w nich krótkie recenzje fantastyki z różnych stron świata. Dzisiaj przyszła kolej na Japonię. Postrzegamy ten kraj jako trochę groźny, trochę egzotyczny. Na pewno nie do końca zrozumiały. Ma on bardzo ciekawe legendy, a z tych legend czerpią do dzisiaj pisarze wywodzący się z tego kraju. Książka, o której w tej chwili mówię, jest zapisem pewnej bardzo starej legendy sięgającej wczesnej epoki samurajów. Jest to powieść „Dziwna historia o upiorach z latarnią w kształcie piwonii”. Tytuł długi i dość zawiły. Historię spisał Sanyuutei Encho.
Nie jest jej autorem, bowiem ta powieść była podawana z ust do ust przez wiele wieków, prawdopodobnie począwszy od XI wieku naszej ery. Pisarz zamknął ją, a raczej jedną z jej wersji w kształcie, który może być zrozumiały dla czytelnika zachodniego. Bowiem taki właśnie był jego zamiar: przedstawić starą legendę czytelnikom niemającym często zielonego pojęcia o zawiłościach kultury japońskiej. O czymże mówi ta opowieść? Oto w domu możnego samuraja Ijima Heitaro pojawia się nowy służący, młody chłopak o imieniu Kosuke. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, albowiem samurajowie zazwyczaj posiadali wiele służby. Jednak młodzieniec przyciągnął uwagę swego gospodarza. Rozmawiając z nim, Ijima z przerażeniem odkrywa straszną prawdę. Otóż Kosuke jest synem samuraja, którego gospodarz domu zabił 17 lat wcześniej w kłótni wywołanej pijackim podnieceniem jednego uczestnika oraz młodzieńczą popędliwością drugiego. Kosuke najął się na służbę do samuraja po to, żeby nauczyć się sztuki władania mieczem.
Pragnie bowiem pomścić śmierć swego rodzica. Ijima podejmuje szlachetny zamiar. Postanawia nauczyć chłopaka jak najlepszego władania mieczem, następnie wyznać mu prawdę i dać się zabić w pojedynku. Uważa, że w ten sposób zmaże swoją winę. Zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że tamta tragiczna w skutkach walka mogła w ogóle nie mieć miejsca, gdyby był trochę bardziej rozważny. Jednak nie wszystko idzie tak Jak sobie zaplanował. W jego domu rządzi bowiem nałożnica Okuni, której młody chłopak bardzo się spodobał. Postanawia więc go uwieść. Można powiedzieć: tak się opowieść rozpoczyna. Skąd więc upiory?
No cóż. Ijima posiada córkę, która mieszka w innym domu, albowiem nie zgodziła się z nałożnicą, która weszła w łoże jej ojca po śmierci matki. Dziewczyna zakochuje się w pewnym roninie. Nie śmiejąc wyznać ojcu swoich uczuć, wpada w przygnębienie coraz większe, aż w końcu umiera. I tu zaczyna się robić ciekawie. Jak ciekawie? To oczywiście każdy powinien sam odkryć, biorąc tę książkę do ręki i uważnie czytając. Dlaczego uważnie? Jak wszystkie tego typu opowieści japońskie przekazywane z ust do ust, jest ona wielowątkowa. Przy czym wszystkie te wątki splatają się ze sobą choćby w luźny sposób.
Dlatego warto przyłożyć się do tej lektury, co nie jest żadnym wyrzeczeniem. Książka jest bardzo ciekawa, szczególnie jeżeli człowiek nie zwraca uwagę na typową dla Japończyków narrację, troszkę odmienną od zachodniej. Dobrze jest również przy okazji korzystać z przypisów, które wyjaśniają realia japońskie oraz niuanse japońskich wierzeń. Nie wspominając już o kulturze, o której mamy tylko powierzchowne pojęcie. W każdym razie zapewniam: tytułowe upiory tam będą. Nie jest to może coś, co może przerazić zachodniego czytelnika, natomiast nastrój, który tam daje się wyczuć, ma swoje zalety. Może się zrobić chwilami nieco nijako, kiedy człowiek to czyta. A poza wszystkim książka jest bardzo ciekawa. O ile wiem, miała tylko jedno polskie wydanie i to w dawnych, zamierzchłych czasach. Rok 1981, Krakowskie Wydawnictwo Literackie.
Aż szkoda. Chętnie bym przeczytała nowe wydanie, może w lepszym tłumaczeniu, może rozszerzone. Albowiem tak jak powiedziałam, jest to powieść wielowątkowa, wyrosła z ustnej tradycji i podejrzewam, że w oryginalnej wersji jest dużo szersza. Niestety literatura japońska i chińska w Polsce jest mało popularna. Wielka szkoda, ponieważ znajdują się tam naprawdę niezwykłe pozycje. Wszystkim czytelnikom radzę zapamiętać tytuł oraz autora: Sanyutei Encho, „Dziwna historia o upiorach z latarnią w kształcie piwonii”. Gorąco zachęcam do lektury. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:51:48] - Jest taki kanał na YouTubie, który nosi tytuł „Bez Tajemnic”. Jego gospodarzem jest Piotr Struczyk. Puściłem państwu jakiś czas temu jeden z kawałków. Tam był konkretnie artykuł Wojtka Chudzińskiego i okazuje się, że to był dobry strzał, bo dostałem kilka informacji, że to się państwu spodobało. To idźmy za ciosem. Dzisiaj kolejny odcinek z tego cyklu „Bez Tajemnic”, zatytułowany: „Czy spirytyzm jest sektą?” W imieniu Piotra Struczyka zapraszam.
[02:52:46] - Spirytyzm w Polsce nie jest jeszcze zbyt dobrze znany. Często kojarzy się głównie z okultyzmem, z którym de facto filozofia spirytystyczna w ogóle się nie identyfikuje, z praktykami spirytystycznymi, o których mowa jest w Starym Testamencie i które Kościół przekreśla i od których także wielu spirytystów odchodzi. Ale najczęściej jednak w naszym kraju spirytyzm wrzuca się do wspólnego worka z różnego rodzaju sektami. Tutaj chciałbym nawiązać do pewnej książki dosyć znanego w naszym kraju autora katolickiego, księdza Andrzeja Zwolińskiego i jego książki pod tytułem „Kontakty ze zmarłymi”. Nie sposób nie zainteresować się taką książką, szczególnie gdy autorem jest ksiądz i szczególnie gdy książka znajduje się w polskiej księgarni. Tutaj na początek parę dobrych słów na temat tej książki. Ksiądz Andrzej Zwoliński pisze bardzo przystępnym językiem, pisze w sposób bardzo interesujący. I tutaj rzeczywiście muszę przyznać, że pod tym kątem jego książkę czytało mi się bardzo przyjemnie, jednak poza tymi elementami, które są bardzo fajne w jego twórczości, niestety można się doszukać zręcznej manipulacji. Książkę bardzo chętnie bym polecił wszystkim miłośnikom teorii eschatologicznych, ponieważ ksiądz Zwoliński w swojej książce przytacza różne teorie, różne światopoglądy na temat życia po życiu, życia po śmierci. I to jest bardzo fajne.
To jest naprawdę taka wiedza w pigułce i to jest bardzo fajne. Jednak wspominałem wcześniej o pewnego rodzaju manipulacji. Gdy czytałem tę książkę, cały czas powracało do mnie pytanie Skoro w rozdziale poniekąd poświęconym spirytyzmowi ksiądz Andrzej Zwoliński dopuścił się różnego rodzaju manipulacji, o których zaraz wspomnę. Zadawałem sobie pytanie, jakiego rodzaju manipulacji mógł się dopuścić w innych rozdziałach dotyczących innych filozofii, których ja osobiście nie czuję się na siłach, aby zweryfikować, na czym polegała manipulacja. Ksiądz Zwoliński robi wrażenie człowieka, który zna spirytyzm. Jednak odnosi się wrażenie, że w żadnym momencie nie odnosi się do literatury spirytystycznej, która powinna stanowić podstawę jego wiedzy, jeśli chodzi o tę konkretną dziedzinę i naukę. To jest troszeczkę przykre, ponieważ ksiądz Andrzej Zwoliński bardzo umiejętnie manipuluje różnego rodzaju stereotypami. Odnosi się do niektórych elementów związanych z filozofią spirytystyczną, jednak odnosi się wrażenie, że jego wiedza bazuje głównie na wiedzy pochodzącej z literatury katolickiej. Bardzo rzadko, w zasadzie w ogóle nie odnosi się do podstawowego dzieła spirytystycznego „Księgi duchów” Allana Kardeca bądź „Księgi mediów” Allana Kardeca. Allan Kardec napisał bardzo dużo różnego rodzaju literatury na temat życia po śmierci, na temat zaświatów.
I wydaje mi się, że poruszając tematykę spirytyzmu, nie okultyzmu bądź ezoteryki ogólnie, ale spirytyzmu, ksiądz Andrzej Zwoliński jednak powinien był sięgnąć po literaturę spirytystyczną, nawiązując także do literatury katolickiej, do tradycji katolickiej. Chcę wierzyć, że ksiądz Zwoliński zapoznał się z literaturą spirytystyczną, ale niestety z jego publikacji to w ogóle nie wynika. Natomiast mamy bardzo ogólne porównanie do sekty i tutaj chciałbym skupić się troszeczkę na tym sekciarstwie, że tak powiem. Czy spirytyzm jest sektą? Co to jest sekta? Każdemu można zadać to pytanie. Każdy powie, że wie, czym jest sekta. Sekta to jest coś złego. Sekta to jest jakaś grupa religijna, która krzywdzi swoich członków. Ja natomiast pozwolę sobie odwołać się do konkretnych definicji.
Leksykon religioznawczy podaje, iż według definicji socjologicznej i religioznawczej sekta jest grupą wyznaniową o stosunkowo małej liczbie członków, powstałej poprzez wyodrębnienie z macierzystego Kościoła jako element protestu religijnego wobec istniejącej już doktryny i kultu, ewentualnie organizacji. Czyli już według tej definicji można powiedzieć, że spirytyzm nie spełnia podstawowego kryterium, ponieważ spirytyzm nie wyłonił się z żadnej konkretnej, istniejącej doktryny, chociaż jest bardzo zbliżony do chrześcijaństwa. Ale mówię o tym pierwotnym chrześcijaństwie, o którym czytamy w Nowym Testamencie. I tutaj mamy prawie 20 punktów, które charakteryzują sektę. Postaram się za bardzo nie zanudzać i tylko o kilku wspomnę. Według definicji socjologicznej i religioznawczej cechy sekt to, punkt pierwszy, silna izolacja od środowiska zewnętrznego, czyli brak zainteresowania zmianami zewnętrznej rzeczywistości. I tutaj trzeba krótko podkreślić, że filozofia spirytystyczna przestrzega przed izolacją. Spirytyści przekreślają możliwość życia w odosobnieniu. Według filozofii spirytystycznej człowiek jest istotą społeczną i musi żyć w społeczeństwie. Musi pracować na rzecz społeczeństwa, aby rozwijać się z tym społeczeństwem oraz wpływać poprzez swoją osobę i swoją działalność na innych.
Tak więc według spirytyzmu człowiek nie powinien się w żaden sposób izolować, a izolowanie się jest marnowaniem danego nam na tym świecie czasu. Następnie, odrębność światopoglądowa i normatywna. Spirytyzm wyznaje te same wartości, o których możemy poczytać w Nowym Testamencie, więc jest to światopogląd bardzo charakterystyczny dla naszego rejonu geograficznego. Kolejny punkt trzeci. Sekta charakteryzuje się między innymi autorytatywnym przywództwem. Cóż, każda organizacja ma jakiegoś swojego przywódcę, prezesa, szefa. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z organizacją religijną czy laicką. Więc w każdej organizacji, gdzie jest przynajmniej kilku członków, zawsze jest ta osoba, która musi to wszystko zespolić, która musi to wszystko trzymać. Stowarzyszenia spirytystyczne także nie są od tego wolne. Niemniej nie można tutaj mówić o jakimś autorytarnym przywództwie.
Przywódcami w organizacjach spirytystycznych nie są media. Bardzo często osoby, które posiadają zdolności medialne, są bardzo popularne wśród spirytystów, ale tylko z tego względu, iż często działają na rzecz innych osób w organizacjach charytatywnych bądź propagują spirytyzm poprzez różnego rodzaju wykłady, spotkania. Ale bardzo często nie pełnią one funkcji administracyjnych, więc spirytyści nie mają swojego guru, któremu oddają cześć. Jedynym takim guru jest Bóg Jehowa, który jest znany także w różnego rodzaju religiach. Kolejny punkt: fanatyzm członków oraz silny konformizm członków. Fanatyzm członków oraz silny konformizm członków. Fanatyzm wiąże się z zaślepieniem, fanatyzm wiąże się z brakiem otwartości na drugiego człowieka. Fanatyzm wiąże się z przekonaniem, że wyznaje się jedyny słuszny pogląd. To jest błąd, ponieważ człowiek według filozofii spirytystycznej powinien być otwarty na innych ludzi. Otwartość nie może wiązać się z fanatyzmem.
Fanatyzm zaślepia. Otwartość na innych ludzi, otwartość na poglądy innych ludzi, otwartość na odmienności, na odmienność generalnie. Brak tej otwartości już może wiązać się z krzywdzeniem innych ludzi, co spirytyzm kategorycznie odrzuca. Niezależność. To jest kolejny punkt, który charakteryzuje sekty. Niezależność. Filozofia spirytystyczna jako taka jest niezależna, ponieważ nie wyłoniła się z żadnej innej ideologii. Jednak nie dotyczy to spirytystów jako takich. Wśród spirytystów mamy bardzo dużo praktykujących katolików chociażby. Może niekoniecznie w Polsce, ponieważ w Polsce spirytystów jest jeszcze stosunkowo niewielu, lecz mam tu na przykład na myśli spirytystów francuskich bądź spirytystów brazylijskich.
W Brazylii elementy doktryny chrześcijańskiej ludzie często wiążą ze spirytyzmem. Niektórzy mówią też o kościele spirytystycznym, jednak nie jest to żadnego rodzaju organizacja. To jest po prostu takie pojęcie, które charakteryzuje stan ducha części brazylijskich spirytystów. Oczywiście, jak w każdym światopoglądzie tworzą się różnego rodzaju odłamy, więc spirytyzm także nie jest od tego wolny. Taką bazą spirytyzmu są dzieła Allana Kardeca. Jednak w różnych częściach świata ten spirytyzm nieco się zniekształca i stąd wynikają różne interpretacje tekstów spirytystycznych. Jednak tak jak mówię, podstawą, punktem wyjściowym jest twórczość Allana Kardeca, francuskiego pedagoga. Kolejny punkt, punkt szósty . Silne wewnątrzorganizacyjne zespolenie. No cóż, spirytyści wspierają się.
To jest fakt, ale wynika to bardziej z jakichś wspólnych celów, które obierają. Działania charytatywne, organizowanie konferencji, wydawanie książek. Więc mamy tutaj taką zwykłą więź międzyludzką, która jednak jest charakterystyczna dla wielu organizacji, nie tylko organizacji religijnych. Wszędzie tam, gdzie są ludzie, tworzą się różne sympatie, więc można powiedzieć, że to tego rodzaju sympatie bardziej niż cokolwiek innego łączy spirytystów. Wspólna ideologia. I tak to wygląda. Tak jak w każdej innej organizacji. Nie doszukujmy się tutaj jakichś strasznych działań, jakichś strasznych mocy. Sformalizowane zasady członkostwa oraz struktura w hierarchii. Tutaj już troszeczkę wspomniałem wcześniej na ten temat.
Wszędzie tam, gdzie jest organizacja, jest jakaś hierarchia, jest jakaś struktura, jest prezes, jest skarbnik, jest zastępca skarbnika, zastępca prezesa. Każdy pełni jakąś funkcję, więc nie wiem, czy tutaj jest sens rozwijać ten temat. Poza tym, jeśli chodzi o samych członków, samych spirytystów, to tutaj pozwolę sobie pomóc troszeczkę. Allan Kardec wyodrębnił w „Księdze duchów” trzy kategorie spirytystów. W skrócie: świadomi, nieświadomi i niepraktykujący. Spirytysta świadomy to jest taki, który zna filozofię spirytystyczną i praktykuje ją. Spirytysta niepraktykujący to jest taki, który zna filozofię, ale specjalnie nią się nie przejmuje. Żyje według własnego widzimisię. Oraz spirytyści nieświadomi, czyli to są wszyscy ci ludzie, którzy żyją według zasad spirytystycznych, nie znając spirytyzmu. Więc tutaj widzimy, że spirytystą nie trzeba się nazywać.
Spirytyzm to jest sposób życia, to jest filozofia, według której postępuje się z innymi ludźmi. Więc fakt, że nie przyklejam sobie na czole tabliczki „spirytysta” nie oznacza, że spirytystą nie jestem. Tak to wygląda. Kolejny punkt. Tutaj odwołam się do kolejnej definicji. Raport o niektórych zjawiskach związanych z działalnością sekt w Polsce przygotowany przez Międzyresortowy Zespół do Spraw Nowych Ruchów Religijnych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, opublikowano w sierpniu 2000 roku. Również podaje, że do grupy działań charakterystycznych dla sekt należy zaliczyć, i tutaj jest kolejnych kilka punktów. Punkt ósmy: znęcanie się fizyczne i psychiczne nad uczestnikami grupy. Punkt dziewiąty: wykorzystywanie seksualne uczestników. Punkt dziesiąty: bezprawne zatrzymywanie, niewolnictwo.
To są trzy punkty, które omówię równocześnie. Wszystkie te trzy punkty nawiązują do krzywdzenia ludzi, czyli zniewalanie psychiczne, znęcanie się fizyczne i psychiczne, wykorzystywanie seksualne, bezprawne zatrzymywanie, czyli ograniczenie swobody. Wszystko to wiąże się z krzywdzeniem ludzi, czemu spirytyzm się kategorycznie przeciwstawia. Jako podparcie tych słów przypomnę, że filozofia spirytystyczna przypomina filozofię zawartą w Nowym Testamencie. Tak samo zachęcanie do działań agresywnych. To siłą rzeczy także nie jest charakterystyczne dla spirytyzmu. Propagowanie ideologii rasistowskiej. Mówiłem przed chwilą o otwarciu na innych ludzi. Rasizm jest fanatyzmem. Pewnego rodzaju fanatyzmem.
Odnośnie ideologii rasistowskiej warto wspomnieć, że według filozofii spirytystycznej wszystkich ludzi inkarnują duchy stworzone przez tego samego Boga, więc według spirytystów wszyscy ludzie są duchowymi braćmi, duchowymi siostrami. Wszyscy jesteśmy tacy sami, wszyscy podlegamy tym samym prawom i wszyscy mamy te same prawa. Nikt nie jest w jakiś szczególny sposób faworyzowany. Punkt trzynasty charakteryzujący sekty: oszustwa podatkowe, nielegalny obrót pieniędzmi, przemyt broni i narkotyków. W Nowym Testamencie padają takie słowa: co boskie Bogu, co cesarskie cesarzowi. To samo dotyczy spirytyzmu. Spirytyzm bardzo wyraźnie rozdziela to, co jest świeckie i to, co jest duchowe. Tak samo oszustwa podatkowe. To nie jest to, o czym mówił Jezus w Nowym Testamencie. Nielegalny obrót pieniędzmi.
Przemyt broni i narkotyków wiąże się siłą rzeczy z unieszczęśliwianiem innych ludzi. Więc ten punkt trzynasty spirytyzm w pełni odrzuca. Punkt czternasty: pogwałcenie prawa pracy, unieszczęśliwianie ludzi. Przy czym, jeśli chodzi o pracę, to tutaj trzeba powiedzieć krótko i wyraźnie to samo, co mówiłem w przypadku życia w społeczeństwie. Człowiek powinien pracować, człowiek musi realizować się poprzez pracę, musi rozwijać się poprzez pracę. Musi poprzez pracę i swoje umiejętności wrodzone i nabyte być w stanie służyć innym ludziom. Musi działać na rzecz rozwoju innych ludzi. Tak naprawdę to jest nasz cel: rozwijać się i pomagać innym w rozwoju. Nie można swoich umiejętności wykorzystywać przeciwko ludziom. Także swoich wrodzonych umiejętności przede wszystkim, które przecież nie zostały nam dane znikąd.
Więc pogwałcenie prawa pracy zdecydowanie jest niezgodne z filozofią spirytystyczną. Kolejny punkt, piętnasty: nielegalne praktyki medyczne. Tutaj czuję się poniekąd zmuszony przyznać jeden punkt przeciwnikom spirytyzmu, ponieważ w różnych częściach świata, także w Brazylii wielu Spirytystów. Są to spirytyści, chociaż oni tak o sobie nie mówią. Oni nie czują się jako spirytyści, ale są to osoby, które w jakimś stopniu wyznają filozofię spirytystyczną i są to osoby, które bez medycznego wykształcenia są w stanie zoperować pod wpływem transu. W transie są w stanie zoperować chorych. Nawet ksiądz Andrzej Zwoliński w swojej książce napisał: „Uzdrowiciele ci bez medycznego wykształcenia i bez odpowiednich narzędzi, często posługując się zardzewiałym nożem i znajdując się w stanie transu, dokonują skomplikowanych zabiegów chirurgicznych, a niepowodzeń jest zaskakująco mało”. I to napisał ksiądz, który spirytyzm pragnie zwalczać. Napisał prawdę. Kolejny punkt, szesnasty.
Nakłanianie osób nieletnich do składania ślubów religijnych wpływających w zasadniczy sposób na ich przyszłość. Spirytyzm nie uznaje obrzędów, więc nie ma też mowy o składaniu ślubów. Tym bardziej, że nawet Allan Kardec w swojej książce przestrzega przed zbyt wczesnym informowaniem młodych ludzi o spirytyzmie. Chodzi o to, aby filozofia spirytystyczna nie wpłynęła w negatywny sposób na ich sposób pojmowania świata, pojmowania życia, a przede wszystkim ich bujną wyobraźnię. Spirytyzm powinno się jednak przyjmować dopiero, gdy człowiek już zaczyna dojrzewać. Punkt siedemnasty. Już niewiele tych punktów zostało. Punkt siedemnasty. Żądanie natychmiastowego zaangażowania o charakterze finansowym czy osobistym, bez możliwości spokojnego i rzeczowego namysłu oraz oczekiwanie od potencjalnych członków stałych zobowiązań finansowych. Nie, czegoś takiego nie ma w spirytyzmie, ponieważ już nawet pierwsi spirytyści przestrzegali czytelników literatury spirytystycznej przed ślepym akceptowaniem doktryny spirytystów.
Nie wolno według spirytyzmu akceptować niczego wbrew sobie. Człowiek powinien dobrze przemyśleć wszystko to, co przyjmuje, wszystko to czyta. Jeżeli z czymś się nie zgadza, powinien porozmawiać z innymi. Powinien zadawać pytania, dopóki sam nie będzie przekonany, że rzeczywiście to jest to, o co mu chodzi. Jeśli chodzi o zaangażowanie finansowe, ludzie posiadają różne zasoby finansowe. Niektórych po prostu nie stać nawet na to, aby kupić sobie książkę, więc spirytyści w najmniejszym stopniu nie wymagają, aby wspierać finansowo na przykład stowarzyszenie. Polskie Towarzystwo Studiów Spirytystycznych oczywiście na początku swojej działalności przyjmowało składki od członków stowarzyszenia, jednak szybko przekonaliśmy się, że nie ma to tak naprawdę sensu, ponieważ wielu członków tych składek po prostu nie uiszczało. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal się spotykamy i nadal wspólnie działamy. Łączą nas wspólne cele, jak na przykład wydawanie literatury spirytystycznej, organizowanie kongresów. Więc tutaj biedny, bogaty — nie ma to żadnego znaczenia.
Najważniejsza jest idea. Idea i chęć propagowania spirytyzmu, chęć dzielenia się tą wiedzą z innymi, którym może ta wiedza przynieść ulgę na przykład po utracie bliskich. Niszczenie dokumentów tożsamości oraz innych dokumentów osobistych. To jest kolejny przedostatni punkt. Dokumentów osobistych. Uniemożliwianie meldunku, zatajanie przed władzami administracyjnymi informacji co do miejsca zamieszkania czy pobytu członka. Powracamy do ograniczania swobód członków i unieszczęśliwianie. To jest po prostu unieszczęśliwianie ludzi, więc spirytyzm także przekreśla ten punkt. Nikt nikogo nie ogranicza, nikt nikomu nie może niczego nakazać. Czegoś takiego w ogóle tutaj nie ma.
Dla mnie jest to pewnego rodzaju abstrakcja w tym przypadku. Punkt ostatni, dziewiętnasty. Zmuszanie dzieci członków do rezygnacji z konwencjonalnych form wykształcenia. Chodzi oczywiście o obowiązek szkolny. Jest wiele grup, nawet w Polsce, które uważają, że tradycyjne wychowanie szkolne, tradycyjne nauczanie jest ślepym zaułkiem. Ja jako osoba pracująca z młodzieżą w jakimś stopniu niestety muszę się z tym zgodzić, że jednak ta edukacja powszechna nie jest tak idealna, jak byśmy sobie tego życzyli. Ale myślę, że wielu pedagogów, jeśli nie wszyscy, wielu nauczycieli, jeśli nie wszyscy zgodzą się z tym. Jeśli chodzi natomiast o ograniczenia Dostępu do konwencjonalnych form wykształcenia. Tutaj powrócę króciuteńko do kwestii życia w społeczeństwie. Skoro według spirytyzmu człowiek jest istotą społeczną i powinien żyć w społeczeństwie, mowa jest także w domyśle o tradycyjnym wykształceniu.
Człowiek musi przebywać wśród innych i musi także być w stanie funkcjonować wśród innych, więc powinien przynajmniej w jakiejś mierze przyjąć to konwencjonalne wykształcenie. Nie ma więc mowy tutaj o ograniczaniu dostępu do tradycyjnej szkoły, jak to próbują czynić niektóre grupy. Nie chcę powiedzieć sekty, ale niektóre grupy społecznościowe w Polsce chociażby, ale i nie tylko. W zasadzie zmieniłem 19 punktów, według których charakteryzuje się sekty i jak widać spirytyzm wśród tych 19 punktów załapał się tylko na jeden, w dodatku całkiem pożyteczny. Co za tym idzie? Powracając do księdza Zwolińskiego. Ksiądz Zwoliński, jak już powiedziałem, pisze bardzo fajnie, ciekawie, ale jest tutaj troszeczkę manipulacji. Chciałbym czytelników książek księdza Zwolińskiego tylko troszeczkę uprzedzić, żeby jednak nie łykali wszystkiego jak młody pelikan. Jak widać na tym jednym małym, drobnym przykładzie wykazałem, że spirytyzm nie jest sektą. Można się ze mną zgodzić bądź nie.
Jednak skoro o czymś mówimy, mówmy konkretnie. Dziękuję.
[03:21:43] - Proszę państwa, dawno nie było w naszej audycji żadnych audycji stricte warsztatowych, bo to, co robi Katarzyna Prychacz, to już jest jazda figurowa na lodzie. Tak porównując. W każdym razie to jest taka zabawa formą, zabawa literaturą, ale już tak na poważnie, kiedy uczymy się praktycznie, jak można opowieści układać. To tak w skrócie. Myślę, że chociaż się starałem, to do końca sensu nie oddałem. W każdym razie ja te odcinki słucham z fascynacją. Natomiast zatęskniłem za jakąś odnogą warsztatową. Jest taka autorka, którą państwo zresztą świetnie znacie, bo niedawno była gościem tej audycji, ale słuchaliśmy też opowiadań jej autorstwa. Tym gościem była Kamila Ciołko-Borkowska. Dzisiaj wspólnie z nią zaczynamy kolejny cykl.
Cykl, który już sobie chodził, hasał nawet po antenie Book Radia. A teraz specjalnie dla państwa w „Bibliotekarium 2.0” „Pisząca z fiordami” odcinek pierwszy. To jest audycja, w której osoba pisząca, pisarka dzieli się z państwem informacjami, ja bym powiedział, praktycznymi. Jak to się robi? Zapraszam.
[03:23:30] - Dzień dobry, wieczór. „Pisząca z fiordami” zaprasza do siebie. Dobry wieczór, z tej strony Kamila Ciołko-Borkowska i zapraszam na audycję „Pisząca z fiordami”, w której będziemy zastanawiać się, w sumie to ja się będę zastanawiać, a wy będziecie słuchać. Czasem może mówiąc na głos albo pod nosem, że nie mam racji i że gadam głupoty. Można? Można. Nie przeczę. Nawet pozwalam jak najbardziej, ponieważ racji mieć nie muszę. Ja sobie tylko tu siedzę po drugiej stronie kabelka internetowego i snuję różnego rodzaju okołopisarskie rozważania. Tak więc to są moje prywatne rozważania.
Mogą się nie zgadzać z waszymi. Będą to rozważania, będą to pewne treści okołopisarskie. Będą to rzeczy związane z pisaniem, które już zostało zakończone, które ma jakieś opinie wydane przez pokolenia czy nawet tylko przez kilka osób. Jednak będzie to pisanie, które już zostało wydane, ewentualnie pisanie, które jest w trakcie albo dopiero będzie miało miejsce. Będą to rzeczy dotyczące na przykład warsztatu. Czyli jeśli ktoś pisze albo będzie pisał w przyszłości, to takie rozważania dotyczące warsztatu pisarskiego bardzo mogą mu się przydać jako przykład pozytywny lub czasem negatywny. Jak najbardziej to jest też w porządku. Dzisiaj, jako że to jest pierwsza audycja, chciałabym zastanowić się nad tym, dlaczego w sumie piszemy. Dlaczego piszemy? Co jest początkiem tego pisania?
Jak to na tym początku wygląda? Ponieważ każdy jakoś zaczynał. Mickiewicz nie od razu pisał cudownych utworów, tak samo Słowacki czy nawet którykolwiek z autorów. Jakoś musiał zaczynać. I właśnie tego początku, tego zaczątku, tego zalążka pisania będzie dotyczyć dzisiejsza audycja. Zacznę od tego, że współprowadzę, bo nie sama oczywiście, ale współprowadzę pewną grupę na Facebooku, która zrzesza adeptów pisania. Takich fascynatów tworzenia historii jak ja sama. I my tam się razem szkolimy w tym pisaniu. Trenujemy warsztat, dyskutujemy, przedstawiamy swoje problemy, próbujemy znaleźć rozwiązania. I ja czasem razem z pozostałymi osobami, które są administracją, dajemy różnego rodzaju tematy do dyskusji, ćwiczenia warsztatowe.
I któregoś razu, właśnie wiedziona ciekawością, zapytałam młodych ludzi, w sumie młodych w kategorii stażu pisarskiego, niekoniecznie wieku, ponieważ wiek jest tam naprawdę zróżnicowany, a staż pisarski zazwyczaj jednak duży nie jest. Są bardzo różne staże pisarskie, jednak zazwyczaj trenujemy to pisanie jako osoby, które jeszcze jako takiego doświadczenia pisarskiego za dużego nie mamy. Bo co to jest wydanie jednej czy dwóch książek? W sumie ciągle się jeszcze uczymy. I słuchajcie, odpowiedzi na to pytanie pozytywnie mnie zaskoczyły, ponieważ były tak zróżnicowane. Były tak indywidualne. To nie było tak, że wszyscy: „A, bo ja piszę, bo coś tam, coś tam” i powielamy tą samą odpowiedź. Nie. Ja na przykład śmieję się, że ja piszę dlatego, że każdy trup w mojej historii uchodzi mi płazem. Nie piszę kryminałów, aczkolwiek tych trupów trochę w tych moich historiach było.
I powiem wam, że gdybym miała teraz za takiego trupa odsiedzieć swoje w więzieniu, to trochę by mi to zajęło. No a tu widzę, proszę bardzo, jeden trup, drugi trup, a ja dalej chodzę na wolności i dalej tych trupów planuję w swoich historiach umieszczać więcej. Tak więc to tak śmiechem, żartem. Moja własna prywatna motywacja. Chociaż z drugiej strony pisać uwielbiam i to jest naprawdę rewelacyjna rzecz. I powiem wam właśnie, że odpowiedzi były przeróżne. Były odpowiedzi związane z tym, że to daje radość, że to uspokaja, że to pozwala stworzyć książki takie, jakie się chciałoby czytać. Były też odpowiedzi związane z terapeutycznym działaniem literatury. I te wszystkie motywacje, póki nie ranią kogoś z zewnątrz, kogoś, kto jest obok nas, są jak najbardziej w porządku. Bo jeśli ja piszę po to, żeby komuś zrobić krzywdę czy żeby komuś zrobić przykrość, to jako motywacja jest dość słaba.
Widząc to, jakie są różne motywacje, mogę wam też powiedzieć, że nie ma jednego wieku, kiedy ludzie zaczynają pisać. Są tacy, którzy już w podstawówce tworzą jakieś krótkie opowiadanka na, powiedzmy, jedną stronę formatu A5 i te opowiadanka są chowane gdzieś tam do szuflady. I oni naprawdę z takim zafascynowaniem piszą te historie, jeszcze czasem ozdabiają i robią własne ilustracje. I to jest jak najbardziej w porządku, bo to jest szlifowanie tego warsztatu od lat najmłodszych i jeśli nic się nie zmieni, to ten ktoś dalej będzie pisał. Czasami jest tak, że się gdzieś tam gubi to pisanie po drodze. To jest tak, że w wieku szkoły podstawowej można już jak najbardziej znaleźć osoby, które są zainteresowane pisaniem. To jest jak najbardziej w porządku. To jest po prostu fascynujące. Ale zdarzają się też takie osoby, które przeszły sobie podstawówkę, czytały tych lektur sporo. Czytały, czytały, czytały, bo wiadomo, trzeba czytać lektury szkolne.
Idą do szkoły średniej i nagle w szkole średniej trafiają na jakieś inne lektury, trochę bardziej ambitne, dla trochę starszych osób. I one stwierdzają, że albo to jest coś fascynującego, one też chcą to robić, albo: „Boże drogi, jaki kicz!” Takie też mogą być opinie. To, że to napisał, powiedzmy Adam Mickiewicz, to nie znaczy, że dla kogoś nie będzie to po prostu jedną wielką katastrofą. Dlaczego by nie? I ten ktoś sobie myśli: „Nie, nie, nie, nie. Ja to zrobię lepiej. Ja to zrobię tak, że po prostu pokolenia usiądą z wrażenia”. I jak najbardziej pokolenia mogą siadać z wrażenia. Tylko ten ktoś musi wziąć się za warsztat. Z tym różnie bywa, ale ten wiek też jest bardzo dobry na rozpoczęcie pisania.
Jak każdy zresztą. Zdarza się, ten wiek dojrzewania właśnie bardzo jest popularny. Bardzo często w wieku dojrzewania młodzież sięga po długopis, dziś też po klawiaturę i zaczyna pisać, tworzyć poezję. To jest też jak najbardziej w porządku. Bardzo byłabym daleka od tego, żeby odmawiać komukolwiek możliwości tworzenia poezji tylko dlatego, że tego potrzebuje. Wiek dojrzewania jest taki specyficzny i wtedy potrzeba bardzo mocno uzewnętrzniać swoje emocje. Dlatego pisanie wierszy wtedy jest jak najbardziej wskazane, ponieważ poezja bardzo pięknie pokazuje emocje. No i część osób faktycznie później dalej pisze te wiersze, a część, kiedy dorasta, porzuca to na rzecz zupełnie innych czynności. I to też jest jak najbardziej w porządku. Nie mówię, że nie.
Można pisać, można przestać. Nie trzeba tego robić cały czas. Są też osoby, które dopiero kończąc szkołę, kończąc studia odczuwają potrzebę pisania. Są już dorosłe i na przykład skończyły politechnikę albo jakieś inne techniczne uczelnie i wtedy dopiero ujawnia się u nich miłość do pisania, bo na przykład przeczytały masę książek i są zafascynowane. Chciałabym teraz przy okazji powiedzieć, że czytanie wielu książek nigdy nie jest równoznaczne z tym, że ktoś zacznie pisać. Nie, moi drodzy, tak to nie ma. Ponieważ fakt, że ktoś czyta, nie zrobi z niego z automatu osoby piszącej. Do tego potrzebne jest kilka innych czynników, czyli chęć, czyli próby pisania. I naprawdę czasem ktoś czyta tylko dlatego, że czerpie z tego radość i nic więcej nie jest mu do szczęścia potrzebne. Są za to osoby, które czytając mają wielką ochotę tworzenia swoich własnych światów, swoich własnych historii i sięgają po klawiaturę, po komputer i klikają godzinami, żeby stworzyć własną historię, ponieważ czują taki niepohamowany apetyt do tego, żeby to robić.
To też jest jak najbardziej w porządku. To jest bardzo w porządku, powiedziałabym nawet. Jednak z drugiej strony powiem wam, że nie da rady pisać, nie czytając. Ponieważ kiedy czytamy książki, poznajemy różnego rodzaju style i czerpiąc z nich możemy stworzyć swój własny styl. Nie żeby tam zaraz kalkować masę innych styli i tworzyć swój własny styl. Jednak czerpiąc z historii napisanych różnymi stylami, można stworzyć swoją własną drogę pisarską. Taką unikalną, zupełnie unikalną, co jest jak najbardziej w porządku. Czytanie to jest taka furtka do tego, żeby zacząć pisać po swojemu, ponieważ poznajemy sposoby na pisanie opisów, na tworzenie dialogów. Widzimy, jak możemy opisać jakieś działania, jakieś postawy. Sięgamy z tego, czerpiemy, potem tworzymy to po swojemu, coś dodajemy, coś odejmujemy, coś przekształcamy.
Tworzymy zupełnie odmienny opis, zupełnie odmienną rzecz w oparciu o to, co przeczytaliśmy. Czyli na przykład troszeczkę z tej książki, kapeczkę z tej książki, odrobinkę z tej książki i tworzymy z tego zupełnie swoją własną historię, swoje własne opisy, swoje własne rzeczy, które umieszczamy później w książce. I to jest jeden z etapów edukacji pisarskiej, ponieważ kiedy zaczynamy pisać, musimy pamiętać o tym, że musimy trenować. Pierwsze prace, które stworzymy, na pewno nie będą jakimiś super ekstra wypiekami twórczymi. To będą takie raczej zakalce, które w sumie da się jakoś przełknąć, ale do ideału jeszcze sporo brakuje. Dopiero później, w trakcie tej pracy nad tekstem zaczynamy dodawać wszystkie elementy tak, że ten wypiek zaczyna wyglądać naprawdę imponująco. A kiedy się go spróbuje po prostu słuchajcie: eksplozja. Eksplozja smaku, eksplozja po prostu wszystkiego po kolei. To jest tak wtedy piękne, że aż słów brakuje, tylko się mlaszcze z zadowolenia. Dlatego bardzo ważne jest, żeby czytać, żeby pisać, żeby trenować, żeby pytać innych o to, jak poprawić swój warsztat pisarski.
Może nie rodzinę, nie bliskich, nie przyjaciół, ponieważ dla nich to zawsze będzie dobre. Znaleźć kogoś, kto będzie obiektywny i obiektywnie będzie oceniał tekst. I on wtedy pokaże, gdzie są braki, nad czym trzeba popracować, żeby ten tekst poza tym, że dobrze się czytało na przykład wizualnie, ale żeby on też porywał, żeby człowiek się w nim zanurzył, żeby czytelnik się w nim zanurzył i żeby nie mógł się od niego oderwać. Chciałoby się takie rzeczy czytać, prawda? Chciałoby się. Jednak to wymaga naprawdę wielkich pokładów pracy, ponieważ samo pisanie, moi drodzy, to jest 10% tego radosnego pomykania razem z Weną po łąkach. Po łąkach Weny, zrywania kwiatków i takiego szału pisarskiego. To jest tylko 10%, ponieważ 90 pozostałych procent tej historii to są żmudne poprawki. To jest tak, jak rzeźbiarz, który najpierw narysował sobie Co będzie chciał rzeźbić, a później godzinami z dłutkiem i młotkiem siedzi i próbuje nadać temu, co sobie wyobraził kształt w kamieniu. To jest podobna praca, chociaż mniej męcząca fizycznie, bardziej męcząca psychicznie.
Ale to jest ten sam etap. Ta praca, te poprawki, to rzeźbienie w tej bezkształtnej na początku masie. Ponieważ jeżeli zaczynamy pisać, to po prostu, ja tak przynajmniej mam, że ja płynę z tym tekstem, popełniam masę błędów, tam jest masa powtórek, masa jakichś zaimków niepotrzebnych, masa wyrazów, które gdzieś tam się powtarzają. Naprawdę jakieś jedno słowo mam, które powtarza się w co drugim zdaniu i to trzeba wszystko wywalić. To trzeba wszystko niejednokrotnie, zdania trzeba niejednokrotnie przebudować, żeby to miało jakiś wygląd. I to jest 100% całości. Kiedy to podamy już czytelnikowi po odpowiednim czasie, bo tekst jeszcze powinien swoje odleżakować, a o tym powiem kiedyś indziej, dlaczego powinien odleżakować. Ale w tym momencie, po tych 100% naszej pracy, czyli najpierw radosne pomykanie po klawiaturze, a później 90% ciężkiej pracy z dłutem pisarskim. Kiedy damy ten tekst do przeczytania, to wtedy faktycznie mogą być te fajerwerki. Ja nie mówię, że nie.
Wtedy faktycznie mogą być te fajerwerki. I dla tych fajerwerków u czytelnika warto pisać. Dlatego najczęściej też pisarze piszą. Dla tych fajerwerków, dla tego zachwytu w oczach czytelnika. To jak najbardziej. Ja należę właśnie do takich osób, do grona tych osób, które po prostu piszą głównie po to, też dlatego, żeby poczuć, że czytelnikowi to się podoba, że on naprawdę się cieszy, że czyta, że on po prostu nie czuje marnowania czasu na moją pracę. To jest po prostu niesamowite, kiedy ktoś mówi mi, że moja książka coś wniosła do jego życia. Po prostu skrzydła mi rosną, takie coraz większe. Fakt, że później, kiedy siadam do pisania czegoś innego, to one tak trochę opadają. Ale to da się nad tym popracować.
Ale trochę uciekłam od pierwotnego tematu ad rem, jak to się mawia. Tak więc powiem wam, że w sumie jak tak zerknąć na te wszystkie odpowiedzi osób piszących dotyczące tego, dlaczego piszą, to w większości, a nawet w 100% tych odpowiedzi będzie przebijała się jedna rzecz, czyli coś, co powoduje ten zew literackiej przygody, że po prostu gnamy wołani przez tą muzę pisarską. Czujemy potrzebę. My po prostu czujemy potrzebę i mam wrażenie, że przyznacie mi rację, że czujemy potrzebę do tego, żeby składać wyrazy w zdania, a zdania w konkretne historie. Ponieważ nie oszukujmy się, tworzenie historii to prawie jak oddychanie u osób piszących. Nie potrafimy tego nie robić. Nawet jak jedziemy autobusem, to gdzieś tam w głowie myślimy historią. Myślimy naszym narratorem w głowie. Przynajmniej ja tak mam, że jak coś robię, to czasami zdarza mi się, że nie myślę tak normalnie, tylko widzę coś jako historię i to próbuję złapać, żeby później to zostało użyte do historii. Chociaż kawałeczek z tego, co widzę i jeśli tego użyję w historii, to czasami jest naprawdę niesamowita rzecz, ponieważ pisarz potrafi umieścić w swojej historii coś, co faktycznie istnieje i on to umieści w tej historii jak naprawdę niesamowicie zręczny jubiler umieszcza kryształy czy diamenty w biżuterii.
Tak samo jak jubiler, tak samo i pisarz muszą szkolić się, trenować. Czasem miną lata, zanim osoba pisząca będzie w stanie swój tekst w takiej właściwej formie przekazać czytelnikom. I to też jest dobre, bo nie trzeba od razu każdego tekstu pokazywać szerszej publiczności. Ja wiem, mamy internet, mamy ułatwiony dostęp do tego, mamy szybszy dostęp do czytelników niż kiedyś i to nęci takie udostępnianie swoich prac. Czasami one są naprawdę bardzo marnej jakości. Ja wiem po sobie, że moje pierwsze opowiadania najlepsze nie były i chociaż mam do nich sentyment, mam do nich wielki sentyment, naprawdę, to wiem, że są to opowiadania warsztatowo słabe i wracając do nich dziś łapię się za głowę, bo jest mi naprawdę siebie żal. Po prostu tak szczerze mówiąc żal tego, jak ja kiedyś pisałam. Znaczy nie żebym dzisiaj pisała wszystko cudownie i pięknie i idealnie, bo ja i dzisiaj potrafię napisać taki pasztet literacki, że to się po prostu w głowie nie mieści. Bo to nie jest tak, że ma się tylko szczyt formy. Czasem ma się spadek formy, nawet pisarskiej i potrafi się zrobić naprawdę coś bardzo słabego.
To, że ktoś trenuje warsztat, nie znaczy, że będzie od pewnego czasu robił tylko wspaniałe rzeczy. Zaczynając więc przygodę z pisaniem, proponowałabym wykonać najpierw kilka prób pisarskich. To nie muszą być jakieś długie opowieści, to mogą być krótkie historie, mogą być nawet drabble. Drabble też są w porządku. Lubię drabble. Chociaż z drugiej strony drabble to już jest wyzwanie pisarskie, a wyzwania pisarskie to już dla kogoś, kto wie, że pisanie go kręci. Później, kiedy już się zacznie pisać, proponowałabym przedstawić tę historię komuś Jak już wspominałam wcześniej, obiektywnemu, żeby powiedział, czy to ma ręce i nogi, czy to da się czytać, czy to w ogóle ma sens. Jeśli nadal jesteśmy zainteresowani pisaniem, wszystkie uwagi należy wysłuchać, a wykonać należy tylko te, z którymi się zgadzamy. Ale nie tak, że jestem autorem tej wspaniałej historii, a ty się nie znasz, bo jesteś zwykłym czytelnikiem i ja chciałem przekazać coś zupełnie innego. Tylko najpierw zastanowić się, czy ten ktoś faktycznie nie ma racji, ponieważ patrzył na tą historię zupełnie obiektywnie, jako zwykły czytelnik.
Jeśli nie potrafimy zaakceptować tego, że ktoś nam krytykuje tą książkę, tą opowieść, to nie wiem, czy to jest dobry pomysł, żeby dalej pisać. Ponieważ jeśli ten piszący człowiek wyda tą książkę, to z negatywnymi opiniami spotka się na pewno. Ja tutaj teraz o wydawaniu, a dziś mieliśmy rozmawiać o początkach pisania. Dlatego jeszcze raz powiem, że najpierw trzeba próbować, próbować i próbować, ponieważ trening czyni mistrza, a mistrzostwo chyba każdy z nas chce osiągnąć. Jak najbardziej to jest bardzo dobra motywacja, żeby być mistrzem w pisaniu. Niektórzy nie chcą być mistrzem, chcą być czytani, chcą zarabiać miliony. Jeśli zaczniemy od motywacji takiej, że ktoś chce zarabiać miliony na swoim pisaniu, to myślę, że daleko nie zajedzie, ponieważ najpierw pisanie powinno być zwykłym hobby. Zawsze pisanie jest zwykłym hobby. Na początku oczywiście, bo wszyscy, których znam, pisali najpierw do tak zwanej szuflady, czyli pisali jakieś utwory, a później one leżakowały przez lata albo przez miesiące. Zależy kto ma usposobienie, ale one były ukryte gdzieś w zakamarkach.
Kiedyś były faktycznie w szufladach, w zeszytach, dziś są w zakamarkach dysku w komputerze i nikomu nie są pokazywane, ponieważ ktoś się wstydzi, wątpi w swoje możliwości albo nie chce nikomu mówić, że pisze. Dopiero później, kiedy dorastamy do tego pisania, kiedy nabieramy pewności, wychodzimy z tej szuflady, z tego dysku, który jest zamknięty gdzieś i nikomu niepokazywany. Tak więc na początku to jest zwykłe hobby, któremu poświęcamy każdą wolną chwilę. I to jest naprawdę w porządku. Jak najbardziej, ponieważ wszystko, wszyscy artyści, tak samo malarze, rzeźbiarze, najpierw zaczyna się od zwykłego hobby, które później w pocie i znoju. Przykro mi bardzo, ale nie znam jeszcze nikogo, kto bez ciężkiej pracy zrealizował swoje postanowienia dotyczące pisania, malowania czy nawet rzeźbienia. Bo nie ma takiej osoby, która ot tak usiądzie z biegu i postanowi, że będzie pisać i będzie to robić świetnie. Ponieważ nawet jeśli ma opracowany warsztat, ponieważ wie, jak się pisze, bo zna zasady ortografii, to niekoniecznie może stworzyć porywającą fabułę. Z drugiej strony wiem sama, jak ciężko jest przelać fabułę, która jest eksplozją w głowie, która jest cudownym pomysłem, a spisana na papier traci na jakości, robi się miałka i mało czytelna. Dlatego trzeba wkładać dużo pracy.
Jak już wspominałam wcześniej, te 90% pracy nad tekstem to są poprawki. To są ćwiczenia warsztatowe. To jest ciężka praca, na którą nie każdy z piszących jest gotowy. To tak samo jak z zajęciami z malarstwa. Zaczyna naprawdę wielu zainteresowanych, ale kończy już tylko garstka ludzi, która naprawdę jest w stanie poświęcić czas, żeby narysować, namalować, wyrzeźbić, artystycznie się wyrazić w ten sposób malarski. To już tylko garstka. Tak samo jest z pisaniem. Nie chcę was straszyć, bo nie na tym polega ta audycja. Nie będę was tutaj straszyć, że tak strasznie jest pisać, ponieważ powiem wam, że wszyscy piszący, pomimo tej ciężkiej pracy, którą muszą włożyć, tych 90% ciężkiej harówy, my wszyscy uwielbiamy pisać i żaden z nas nie zamieniłby tego na nic innego. I tym oto bardzo optymistycznym akcentem chciałabym skończyć dzisiejszą audycję i zaprosić was wszystkich za dwa tygodnie.
Mam nadzieję, że nie wystraszyłam was za bardzo. Dobranoc. Życzę udanego wieczoru.
[03:48:11] - I proszę państwa, nie da się ukryć, że zbliżamy się do końca audycji. Tych, którzy się poczuli nieco zaniepokojeni, że jest wczesna pora, a my już kończymy, to ja śpieszę donieść uprzejmie, że ta najbliższa część audycji będzie miała około półtorej godzinki. To jest część literacka, w której znajdziecie państwo opowiadania o kamieniach. Już wyjaśniam. W swoim czasie w ABW wspólnie z Wiktorem Żwikiewiczem zorganizowaliśmy taki sobie konkurs. Było hasło: przydrożny kamień czy kamień? Już nie pamiętam. I różni autorzy Pisali na ten właśnie temat. W ten sposób pojawiło się kilka, a nawet więcej ciekawych tekstów. Wybraliśmy niektóre z nich i teraz państwo ich posłuchacie.
Już państwu mówię. Będzie Marek Myszograj i jego historia „Jak kamień rzucona”, będzie Kamila Ciołko-Borkowska z prostym tytułem „Kamień”, będzie Piotr Prokopowicz „Drugi raz odczyniam”, Przemysław Cichoń „Pamięć”, Maciej Soiński „Śmieszna przygoda”, Piotr Prokopowicz „Lubię wieśniaków”, Jakub Karbownik „Zachcianka” i jeszcze raz Piotr Prokopowicz „Odżałowana strata”, Bruno Wioska „Kamień” i znowu Jakub Karbownik „Kamień, który trzymał człowieka” i jeszcze raz Jakub Karbownik „Odzyskać za wszelką cenę” i jeszcze raz Piotr Prokopowicz „Ludzie mówią”. Na koniec, proszę państwa, zostawiłem opowiadanie Wiktora Żylkiewicza zatytułowane „Przyjaciel”. Zapraszam państwa na półtorej godziny literackiej uczty.
[03:50:13] - Przecież kamień to najważniejsza rzecz na świecie, praktycznie biorąc. Od kamienia węgielnego, przez kamień milowy, aż po górę, bo góra to tylko większy kamień, nie?
[03:50:24] - O tym zresztą jeden z autorów dosyć dobitnie wspomina w wyżej wymienionych opowiadaniach.
[03:50:30] - Prawdopodobnie ta miłość do gór i do kamieni, że tak powiem, nie tylko tych wielkich w skali górskiej, ale tych, co nasi autorzy też oczywiście zauważają, tych w pierścionku albo w medalionie. Ta miłość do kamieni to prawdopodobnie kwestia symbiozy przeciwieństw. Życie miękkie, ciepłe, chlupoczące, że tak powiem, lubi się wtulać w coś, co jest trwałe po prostu, prawda?
[03:51:21] - Marek Myszograj, „Historia jak kamień rzucona”: Upadłam na ziemię. Było gorąco i duszno. Ledwo łapałem oddech. Ci, co mnie tu przewlekli, domagali się śmierci. Jedni chcieli, bym zginęła od razu, jednak inni upierali się, aby ukarać mnie zgodnie z obyczajem. Kolana zdarte na chropowatej powierzchni. Bolało wcześniej, gdy bili po brzuchu, policzkowali i kopniakami powęcali. Teraz bolało dotkliwej. Uczucie wstydu gdzieś wyparowało. Przeczuwałam, co nastąpi.
Kilka tygodni temu na własne oczy widziałam, jak kamieniują kobietę. Czy była winna? Nie mnie ją oceniać. Oddając swoje ciało innemu żona temu chciała zarobić na siebie i dziecko. Nie myślała o winie. Umierała długo, a rzucali wszyscy. Nawet nie krzyczała. Mnóstwo krwi i ona. Gdy większość się rozeszła, leżąc samotnie, nie przypominała już człowieka. Teraz moja kolej.
Ręką poprawiłam włosy sklejone od ludzkiej śliny i mojej krwi. On siedział na ziemi. Palcem coś po piachu skrobał. Choć zauważyłam brud między paznokciami u niego dłoni, a stopy miał mocno zniszczone, to był wyjątkowo przystojnym mężczyzną. Przed nim jednym głupio się poczułam. Patrzył mi prosto w oczy. Nie widziałam w nich litości ni gniewu. Nie oceniał mnie. Patrzył. Tłum głośno skandował, domagał się śmierci.
W tumanach kurzu skakali, pluli i krzyczeli, a ja wciąż patrzyłam na niego i ogarniał mnie spokój. Coś powiedział. Nawet nie wiem co. Ludzie jednak jeden po drugim milkli. Wstał, zbliżył się powoli i wyciągnął do mnie dłoń. Kątem oka spostrzegłam, że kamienie lądują na ziemi. Nie na mnie. Tłum się rozchodził. Gwar milkł. Dotknęłam jego dłoni, a potem wstałam.
Patrzył wciąż na mnie. Jego dłoń, mimo że wydała mi się wcześniej zaniedbana, była przyjemna w dotyku. Ręka ojca. Byłam mu wdzięczna. Żyję, a co dalej zobaczymy. Kamila Ciołko-Borkowska, „Kamień”: Świt identyczny jak miliony przed nim. Spoczywając przy szutrowej ścieżce, byłem świadkiem wielu mijających dni. Przechodzili obok mnie różni wędrowcy. Widywałem myślicieli i kochanków. Tych drugich nie rozumiałem, pomimo tylu lat obserwacji.
Nie mam serca, więc nie wiem, o co chodzi z całą tą miłością. Nigdy nie brakowało mi towarzystwa, choć całe swoje życie spędzam samotnie wszędzie tam, gdzie zaniesie mnie los. Kiedyś pewien filozof rozłożył obóz tuż obok na łące i patrząc w gwiazdy, mówił do mnie godzinami. Wiele wówczas zrozumiałem. Nawet to, jak wiele nie rozumiem. Jedyne czego mi żal, to tego, że nie mogę widzieć, o czym mówią mijający mnie ludzie. Nie mam pojęcia, czym są piękne miasta, góry drapiące obłoki czy jeziora tak błękitne, że można je pomylić z niebem. Słuchałem więc i słucham szumu wiatru, który opowiadał o tym, co działo się wszędzie tam, gdzie mnie nie było. A deszcz przynosił w swych kroplach obrazy miejsc, do których potem tęskniłem. Pewnego dnia wygrzewałem się na słońcu.
Miałem świadomość, że już niedługo jego promienie nie będą miały w sobie tyle ciepła. Niedaleko rozsiadła się para. Zacząłem nasłuchiwać. Może dowiem się czegoś o ciekawym miejscu. Zamiast jednak porcji nowych informacji poczułem, że czyjaś dłoń unosi mnie z idealnie umoszczonej pozycji. Przestraszyłem się. Przecież miną lata, nim znów ułożę się w nowym miejscu. „Spójrz kochanie, jaki piękny kamień.” „Oj tam, kamień jak kamień. Trochę świeci. Co w nim wyjątkowego?” „Popatrz.” Delikatna kobieca dłoń wytarła kurz, który na mnie osiadł.
Sprawia wrażenie, jakby mrugał do mnie tysiącem złotych iskier. „Piękny. Jak zwykle marudzisz. Chodź. Chmurzy się.” Dziewczyna niezadowolona powiedziała coś jeszcze, jednak już nie słuchałem. Odłożyła mnie, ale nie na to samo miejsce, w którym tkwiłem od lat. Nadciągał deszcz, a ja nie byłem tam, gdzie powinienem. Ulewa mnie zmyje. Tego byłem pewien. Zaczęła mnie ogarniać panika.
Jednak w pewnej chwili młody mężczyzna podszedł blisko, odszukał mnie, a następnie schował do kieszeni. Było tam ciepło oraz ciemno. Dużo, dużo później wyjął mnie. Położył na czymś twardym i zaczął coś rysować. Leżałem tak przez kilka dni. Słońce w tym miejscu było zupełnie inne niż to na mojej łące. Dalekie, obce i zimne. Dopiero po czasie zorientowałem się, że to nie słońce. Dlaczego oni uciekają przed naturą? Nie mogłem tego pojąć.
W końcu człowiek zabrał mnie do innego pomieszczenia. Tam skrzywdził mnie. Zadał mi ból tak ogromny, że myślałem o tym, czy to nie jest koniec mojego życia. Mówił do mnie, że oszlifowany będę jeszcze piękniejszy. Jak można być pięknym po tak wielkim cierpieniu? Jednak na koniec usłyszałem: „Teraz jesteś piękny.” Tyle wystarczyło, bym potrafił wybaczyć. Przez następne dni, niestety nie wiem ile, bo w miejscu, w którym leżałem nie było widać prawdziwego słońca, mężczyzna pracował w pocie czoła. Ciągle coś robił, coś skręcał, poprawiał i ciągle mówił do mnie. Zastanawiał się, czy spodobam się Magdzie. Czym jest Magdzie?
Nie powiedział. Gdy owinął mnie czymś delikatnym i z zadowoleniem wytarł miękką szmatką, zobaczyłem na jego twarzy uśmiech. Pogłaskał mnie delikatnie. Nie rozumiałem tego gestu. Zazwyczaj mocno łapano mnie i odkładano nie tam, gdzie trzeba. Czasem rzucano bez celu, więc lądowałem w zupełnie nowym otoczeniu. Pierwszy raz czyjeś ręce były dla mnie tak delikatne. Pierwszy raz od początku mojego życia coś czułem. Przez kolejne dni leżałem w pudełku wyłożonym miękkim materiałem. Człowiek nosił mnie w kieszeni.
Często dotykał paczuszki. Jego dłonie wielokrotnie wykonywały ten sam taniec. Jednak najwyraźniej w ostatniej chwili rozmyślał się. Brakowało mu odwagi. Pewnego dnia nie cofnął dłoni. Wyjął mnie i poczułem, że stawię na czymś twardym. Słońce wtargnęło do środka, gdy wieko pudełka uchyliło się. „Jaki piękny” — usłyszałem. To było o mnie. „Dziękuję, kochanie.” „Poczekaj, założę.” Zawisłem na szyi kobiety.
Co chwilę słyszałem, że jestem cudowny. Poczułem się ważny. Okazało się, że spełniło się moje marzenie. Co dzień widziałem nowe miejsca i rzeczy. Byłem świadkiem cudów, o jakich nie śniłem na łące. Kobieta często głaskała mnie delikatnie. Czasem patrzyła na mnie z uśmiechem, dotykając opuszkami palców. Czułem się szczęśliwy. Byłem świadkiem tego, jak wymieniali się prezentami. Pewnego dnia on dał kobiecie pierścionek.
Płakała, kiwała głową i co chwilę wycierała zapłakane oczy. Nie mam serca, więc nie wiem, o co chodzi z tą całą miłością. Piotr Prokopowicz „Drugi raz odczyniam”. Jestem tu od... Nie pamiętam. Od dawna. Mam to szczęście, że jestem kamieniem przy drożdży, więc mogę patrzeć na ludzi. Wokół mam trawę i drogę. Lubię ludzi. Są różni.
Radośni, ponurzy, mądrzy, głupi. Nie nudzę się dzięki nim. Ptaki też lubię. Lubiłem. Jednak za często paskudzą. W okolicy są też inne kamienie. Nie bardzo mnie lubią, chyba dlatego, że mi zazdroszczą. Mam ciekawy kształt i jestem większy. Przynajmniej ludzie tak mówią. Ludzie mnie lubią.
Często nazywają mnie Głazem. Zresztą kamienie są nudne. Gdy nie śpią, to rozprawiają głównie o tym, że wiatr jest silny lub słaby albo czy jest ciepło, czy zimno. Wolę słuchać ludzi. Czasami mam szczęście i przechodzą tędy wieśniacy z okolicznych wiosek. Jedna jest całkiem blisko. Jest też miasto. Czasami wieśniacy chodzą do miasta. Bywa, że zatrzymują się przy mnie nawet na nocleg. Palą ogień i opowiadają ciekawe rzeczy.
Nie wiem, jak oni liczą czas. Na pewno inaczej niż kamienie. My odczuwamy czas wydarzeniami, które dzieją się w zasięgu naszej percepcji. Ludzie chyba uzależniają czas od zmian. Zmian Słońca, zmian w przyrodzie. O, jedzie rycerz. Chyba rycerz. Ma konia, jakiś pancerz i miecz. Takich wieśniacy nazywają rycerzami. Lubię rycerzy.
Chciałbym być rycerzem. Twardy, a jednak umie się poruszać. Niestety rycerze tu nie nocują. No nie, jarzębino! Lubię drzewa, ale nie kiedy rosną tuż obok mnie. Nie drap mnie w to miejsce gałęziami. To moja osobista przestrzeń. A kysz ptaku! Nie rób przy mnie gniazda. Zrób je na jarzębinie z drugiej strony.
Uparty wróbel. O, nadchodzi troje wieśniaków. Dzień się dopiero zaczął, więc nie zostaną długo. Może chociaż zatrzymają się na trochę. „Dostanę dobrą cenę” — dokończył dłuższą przemowę wysoki w kapeluszu. „Tutaj możemy zatrzymać się na krótki odpoczynek” — zaproponował drugi, wysoki, bez kapelusza i zdjął z pleców wielki kosz. Lubię to miejsce. Wyjął węzełek, z którego pachniało świeżym serem. Po chwili zwrócił się do kilkunastoletniego chłopca idącego wyraźnie z tyłu. „Chodź Tim, zjemy co nieco.” „Dobrze tatku.
Ja też lubię to miejsce. Zwłaszcza ten kamień. Ma taki ciekawy kształt. Zawsze kiedy przechodzimy tędy, myślę o dawnych czasach.” „Hej, hej, dzieciaku. Lubisz legendy?” — odezwał się z uśmiechem wysoki w kapeluszu. „Tak, stryju. Najbardziej o rycerzach i czarodziejach.” Ojciec chłopca rozwinął węzełek, ukazując solidną porcję sera i położył na trawie. Stryj wyciągnął trzy grubaśne pajdy chleba ze swoich pakunków i położył obok. Zaczęli posiłek. „Będziesz miał dzieciaku nie lada gratkę” — oznajmił stryj.
„Bo dzisiaj w mieście ma swe sztuki pokazywać czarodziej Laurent z Teronu.” Chłopak aż się zakrztusił. Kaszląc zwrócił się do ojca: „Tatku, będziemy mogli tam pójść? Proszę.” Ojciec uśmiechnął się do syna. „Możemy spróbować. Najpierw musimy sprzedać nasze towary.” Energicznie wstał i zaczął zbierać manatki. Spojrzał na syna. „No rusz się Tim. Nie stać nas na nocleg w mieście, więc jeśli mamy obejrzeć jakichś kuglarzy przed powrotem, to musimy zwiększyć tempo. Zbieramy się, zjemy po drodze.” Cała trójka sprawnie zebrała się i ruszyła. Stryj zagadnął chłopca: „Słyszałeś legendę związaną z naszymi stronami?
Tą o czarnoksiężniku Skaronie, bestii oraz o dzielnym rycerzu Roderiku z gór Faor?” „Nie” — skłamał chłopiec. Chciał kolejny raz usłyszeć opowieść od stryja. „Wiem, że słyszałeś” — uśmiechnął się stryj. „Ale tylko wersję dla małych dzieci. Nie ma tu maluchów, więc możesz teraz poznać całą historię. Dawno temu, zanim powstało miasto, miał w tych okolicach siedzibę zły czarodziej Skaron. Miał on na usługach bestię... ” Są już za daleko. Nie słychać. Szkoda.
A nie mówiłem, że mnie lubią? Hm. Znam tą legendę. Rycerz Roderik. Lubię rycerzy. Pokonał on czarnoksiężnika i ranił śmiertelnie bestię. Jednak ta zanim sczezła zatruła go magicznie i rycerz skonał w cierpieniach. Nieraz słyszałem, jak to opowiadali, ale ciekawe co ten wysoki w kapeluszu miał na myśli mówiąc całą historię. Przejechały wozy, ale nikt się nie zatrzymał. Szkoda.
O, idzie trójka wieśniaków. To ci sami co poprzednio. Chyba wracają. Zaczęło zmierzchać. Może zanocują przy mnie. „Tatku, możemy się tu zatrzymać na odpoczynek?” „Nie, nie synu. Jak się pospieszymy, to zdążymy do domu na nocleg.” „Szkoda. Stryju, co miał na myśli czarodziej Laurent mówiąc: pierwszy raz zaklinam, drugi raz odczyniam?” „Nie wiem Tim. On twierdził, że to prastare prawo magii. Ale to pewnie tylko taki wierszyk dla efektu.” Zamiast stać z rozdziawioną gębą, trzeba było go zapy...
Ech, no i już nie słychać. Szkoda, że się nie zatrzymali. Przejechał człowiek na koniu, ale to nie rycerz. Nie miał miecza ani pancerza. Ptaka zjadł dziki kot. Dobrze mu tak. A ty jarzębino zabierz badyle. Jak możesz drapać mnie w to miejsce? Przejechało dwóch rycerzy. Lubię rycerzy.
Co ten chłopiec robi? Był tu niedawno. Poznaję go. To Tim. Hehe. Przywiązał sznurek do tej bezwstydnej jarzębiny. Dobrze jej tak. Jakoś dziwnie kładł sznurek na trawie, a potem poszedł sobie. Nadchodzą dzieci. Pięcioro?
Chyba więcej. Umiem liczyć tylko do pięciu. Tim idzie z przodu i coś mówi. Po śmierci Rodericka bestia wcale nie umarła stwierdził tajemniczo Tim. Tu się zatrzymajmy dodał i usiadł na trawie w wybranym przez siebie miejscu. Dzieci poszły za jego przykładem. Nie umarła? Zapytała z przejęciem dziewczynka z warkoczem w wieku Tima. Reszta oczekiwała w napięciu, co powie dalej. No nie.
Chłopak wyraźnie cieszył się z bycia w centrum uwagi. Zapadła w sen. Teraz budzi się co sto lat i napada na wioski. Ojej! Odezwały się głosy dzieci. Tylko jeden chłopiec, krępy blondynek, niewiele młodszy od Tima, wydawał się nieprzejęty opowieścią. Lekceważąco oznajmił: Phi, wielkie mi co. Bajdurzenie. Stryj mi mówił Tim przywołał niepodważalny argument, po czym kontynuował powoli zwiększając napięcie, że pożera ludzi. Dopiero gdy zje setkę, zasypia na kolejne sto lat.
Dzieci się wzdrygnęły. Nawet blondynek. Tim wyraźnie miał coś jeszcze w zanadrzu. Odezwał się przyciszonym głosem: Jak myślicie, kiedy bestia obudziła się ostatnio? Poczekał chwilę, po czym dokończył dobitnie: Sto lat temu. Ale, ale. Dziewczynka z warkoczem była przerażona. To oznacza, że potwór obudzi się niebawem. No właśnie. Może już się obudził i właśnie szuka ofiar dopowiedział złowieszczo Tim.
Wszystkie dzieci zbladły. Najmłodszy chłopiec, około sześcioletni, zapłakał. Tim podniósł coś dyskretnie z trawy. Nie bój się, Rafcio powiedział niby do malca, ale patrzył na dziewczynę z warkoczem. Gdy byłem z tatkiem i stryjem na targu, widziałem sztuki magiczne wielkiego czarodzieja Laurenta. Wszyscy wiedzą krępy blondynek wtrącił z niechęcią. Trąbisz o tym codziennie od dwóch tygodni. Ale nie mówiłem wam, że poznałem od niego pewne zaklęcie. Ono ochroni nas przed bestią. Naprawdę?
Dziewczynka z warkoczem wpatrywała się w Tima jak w obrazek. Chłopiec triumfował. Wyraźnie było widać, że chodziło mu o zrobienie wrażenia właśnie na tej dziewczynce. Reszta dzieci była tłem całego występu. Tak jest. Poznałem zaklęcie, które pozwala ożywić nieożywione i ruszyć nieruchome. Taa? Mruknął blondynek lekceważąco. To pokaż nam te czary. Dobra odparł szybko Tim.
Wstał. Widać było zmieszanie blondynka. Tamten był pewien, że do demonstracji nie dojdzie. Dzięki mojemu zaklęciu wezwę drzewa, by nas chroniły. Zaczynam. Zrobił dwa kroki, niby przypadkowe. Ustawił się jednak specjalnie tak, żeby sznurek w ręku był jak najmniej widoczny od strony reszty dzieci. Wyciągnął rękę przed siebie i wykrzyczał: Pierwszy raz zaklinam rusz się na wezwanie, drugi raz odczyniam rusz się, niech się stanie. Drugą rękę przesunął w tył, pociągając ukryty sznurek. Jedna z gałęzi jarzębiny odgięła się mocno.
Aaa wyrwało się z ust dzieci. Nawet blondynek rozdziawił paszczę. Po chwili jednak zaczął swoje. Drzewo i tak się może ruszać na wietrze. Lepiej jakbyś ten kamień-- zaraz, a co tam trzymasz? Chłopiec podskoczył do Tima. Hej! To oszukaniec! On tu sznurek ma! Ha, ale dałeś się nabrać.
Tim zaśmiał się i cofnął nieco. Żebyś widział swoją minę. Po chwili rzucił się w bieg i krzyknął: Kto ostatni przy strumieniu ten siusiu majtek. Na niego, na oszukańca. Wykąpiemy go w strumyku! Odkrzyknął krępy blondynek. Reszta dzieci z krzykiem i śmiechem pobiegła za chłopcami. Ciekawe czy go wykąpią. Ha, ale jarzębina ma krzywą minę. Przynajmniej tym sznurkiem odgiął jej badyle ode mnie.
Świat zaczął nieprzyjemnie wibrować. Przyszła grupa nierycerzy. Mieli broń, włócznie, nie miecze. Nie mieli twardych osłon ani koni. Wieśniacy nazywają ich żołnierzami. Wciąż czuję wibracje. Nasilają się. Nie lubię wibracji. One nam, kamieniom mogą zaszkodzić. Zapytałem jarzębinę, czy też je czuje.
Nie czuje. Jarzębiny są głupie. Przejechały trzy wozy wieśniaków. Jeszcze nie widziałem, żeby tak szybko się poruszały. Idą wieśniacy. Dużo. Niosą mnóstwo tobąków. Nigdy tylu naraz nie było przy mnie. Coś mówią. Zupełnie niepotrzebnie.
Czemu nie zostaliśmy w domu? Bylibyśmy bezpieczni. Zapytał gruby łysol. Przecież Kara i Ned też byli w domu. Zginęli wraz z dziećmi odparła z irytacją kobieta w średnim wieku z kwiecistą chustą na głowie. Nie ma co. Idziemy do miasta. Tam są mury i dużo straży. Oni muszą nam pomóc zarządził dobitnie wysoki i barczysty wieśniak. Tak, tak, idziemy do miasta.
Poparły go inne głosy. Pospieszmy się, niezłe. Poszli. Szkoda, że się nie zatrzymali. Biegnie grupa ludzi. Mają włócznie. Nie rycerze, ale żołnierze. Zadrżała ziemia. To już nawet jarzębina poczuła. Idą żołnierze.
Dwóch. Zgubili gdzieś włócznie. Ledwo idą. Z jednego wycieka coś czerwonego. Coś mówią. Rand, musisz mnie zostawić. Wystękał ranny. Musisz uprzedzić kapitana, że to faktycznie bestia. Nie, Dirk. Wrócimy razem.
Rand, proszę. Tu przy głazie poczekam, aż wrócisz. Dla mojej Lilki. Proszę, oni muszą być ostrzeżeni. Rand rozejrzał się niepewnie. W końcu skinął głową. Dobra, ale wrócę po ciebie. Słyszysz? Po czym pobiegł. Człowiek leży, oddycha głośno.
Człowiek leży. Nie, to już nie człowiek. Już nie oddycha. Słyszę dudnienie. Wibracje się wzmagają. Biegnie coś wielkiego i coś małego. O, to ten malec, co płakał. Rafcio. Ależ jest przerażony. Biedak potknął się.
Co to za stwór go goni? Jaszczur? Ptak? Te ślepia. Kiedyś już. Żółte, paskudne ślepia. Rafcio, schowaj się za mnie. Szybko! Bystry malec. Te żółte ślepia patrzą na mnie.
Ten świdrujący wzrok. Pamiętam, co się dzieje. Przydrożny głaz nabrał rysów barczystego, klęczącego rycerza opartego o wbity przed sobą miecz. Pamiętam! Ha! Wykrzyczał, a głos poniósł się echem daleko wśród okolicy. Rozumiem. Haha! Zaśmiał się. Drugi raz odczyniam.
Zaklinając zaklęty kamień odczyniłeś swą klątwę Bazyliszku. Rycerz powoli wstawał z klęczek. Strzepnął kilkusetletni pył i oznajmił wzniośle: Jam jest Roderik z gór Faur. I teraz dokończę to, co zacząłem dawno temu. Po czym ruszył w stronę bestii. Przemysław Cichoń, „Pamięć”. Teraz trakt jest gładki jak stół i asfaltowy, a koła wozów są gumowe i pompowane, a same wozy przejeżdżają tak szybko, że nie sposób się im nawet przyjrzeć. Pamiętam jeszcze czasy, gdy wozy na drewnianych kołach okutych stalowymi obręczami przetaczały się po brukowanym otoczakami kamiennym trakcie ciągnione przez zaprzężone do nich woły. Uwielbiałem się im przyglądać, jak co tydzień ciągnęły do grodu na targ wyładowane po brzegi towarami. Czasami również przejeżdżały tędy kolorowe cygańskie tabory.
Stawali obozem, a wtedy palili ogniska, śpiewali, biesiadowali prawie do rana, a piękne Cyganki tańczyły z tamburynami w blasku ogniska i księżyca. Ciągnęli też tędy pątnicy, by oddać pokłon Najświętszej Panience. Niektórzy nawet na kolanach, inni się biczowali, jeszcze inni modlili na głos. Raz traktem przejeżdżała cała chorągiew husarii. Rota była liczna. Ze stu pięćdziesięciu okutych w stal skrzydlatych konnych, a za nimi jeszcze trzystu ciurów z wozami i tobołami. A pewnego roku to nawet sam Kościuszko tędy zmierzał ze swym oddziałem kawalerii. Jakże on się pięknie prezentował! I te pióra przy rogatywce, a za nim cały szwadron kawalerii. Każdy ułan, niczym heros z szabelką u boku w siodle wyprostowany na bój za wolność ojczyzny zmierzał, a za nimi kozynierzy pod wodzą Sławskiego.
Co tu gadać, trochę się tu działo przez te parę lat. Nawet sam Bonaparte tędy z Księstwa Warszawskiego zmierzał na wojnę z Ruskimi. Pozmieniało się to trochę. Wszystko jakoś tak szybko przemija. Coraz mniej jest do podziwiania, coraz mniej ludzi. Czasami tylko przysiądzie na mnie jakaś zdrożona autostopowiczka. Tyle mi z tego życia jeszcze zostało na marną pociechę. Właściwie jakiego życia? Przecież jestem tylko przydrożnym kamieniem. Maciej Soiński, „Śmieszna przygoda” Człowiek o obłych kształtach położył się tuż obok mnie.
Leży i patrzy w niebo. Chociaż chyba jednak nie patrzy, bo schował kamyki. Tak, zdecydowanie nie patrzy. Jestem tylko kamieniem, ale wiem, kiedy człowiek patrzy, a kiedy nie patrzy. Kiedy patrzy, to błyszczą mu się jego dwa małe kamyki, a kiedy one znikają, to nic nie widzi. Wiem też, że ludzie nie potrafią przyglądać się słońcu. Gdy to robią, to zawsze chowają kamyki. Ciekawe dlaczego tu leży. Dziś jest bardzo gorące słońce, więc pewnie przyszedł się wygrzewać. Teraz widzę jeszcze jednego człowieka.
Stoi tam obok krzaka, pochylony, przykurczony, schowany. Patrzy i patrzy. Wszędzie patrzy. Patrzy na daleki las. Patrzy na krzak. Patrzy za siebie. On chyba bardzo lubi patrzeć. A teraz patrzy na człowieka obok mnie i wolno podchodzi. Ostrożnie podchodzi. Widać ten człowiek lubi być skryty.
Jest już bardzo blisko nas. Co za przygoda! Podnosi mnie. Podnosi mnie ten skradacz. Tego się nie spodziewałem. Jestem w górze. Naprawdę uniósł mnie do góry. Widzę całą polanę. Widzę drogę. Widzę ten wielki głaz za krzakami.
I siup! Upadam na leżącego człowieka i znów do góry mnie unosi. I znów siup, na leżącego. I znów w górę i hop, na leżącego. Jestem cały mokry jak w czasie deszczu, a leżący tak śmiesznie drga, jakby mu było zimno. Koniec zabawy. Rzucił mnie na ziemię i ciężko usiadł. Wygląda na to, że noszenie mnie jest dla człowieka bardzo męczące. Niesamowite. Ten, na którego skakałem, potrafi teraz patrzeć prosto w słońce.
To musi być wyjątkowy człowiek. Ciekawe. Ja jestem mokry i leżący jest mokry. Ja się nie ruszam i on się nie rusza. Czy on stał się kamieniem? A może ja stałem się człowiekiem? Mój nosiciel chyba potrzebuje jeszcze więcej odpoczynku, bo teraz położył się na tym leżącym. Leży na nim i tak dziwnie podskakuje, jakby chciał wstać, ale nie umiał. Góra, dół, góra, dół. Cały czas śmiesznie się rusza.
Góra, dół. Widać, że bardzo się stara. Góra, dół, góra, dół. Napina się cały i nie przestaje próbować. Góra, dół, góra, dół, góra, dół. Ludzie są tacy śmieszni. Lubię patrzeć na ludzi. Chyba już umiem wstawać, bo teraz zrobił to bardzo szybko i znów patrzy tak jak na początku. Wszędzie patrzy. Szybko patrzy.
Coś zobaczył. Co zobaczył? Już wiem. Zobaczył małego człowieka. Mały człowiek stoi na drodze i patrzy na nas. I znów mnie unosi. Piotr Prokopowicz „Lubię wieśniaków”. Jestem tu od... Nie pamiętam. Od dawna.
Mam to szczęście, że jestem kamieniem przydrożnym, więc mogę patrzeć na ludzi. Wokół mam trawę i drogę. Lubię ludzi. Ptaków nie lubię. Za często paskudzą. W okolicy są też inne kamienie. Rzadko rozmawiamy. Chyba dlatego, że jestem lepszy i większy. Przynajmniej ludzie tak mówią. Często nazywają mnie głazem.
Zresztą kamienie są nudne. Ileż to można rozprawiać o sile wiatru albo czy jest ciepło, czy zimno. Wolę ludzi. Czasami mam szczęście i przechodzą tędy wieśniacy z okolicznych wiosek. Jedna jest całkiem blisko. Jest też miasto. Czasami wieśniacy chodzą do miasta. Bywa, że zatrzymują się przy mnie nawet na nocleg. Lubię wieśniaków. Nie wiem, jak oni liczą czas, ale na pewno inaczej.
My, kamienie odczuwamy czas wydarzeniami, które zdarzają się w zasięgu naszej percepcji. Ludzie chyba uzależniają czas od zmian. Zmian słońca, zmian w przyrodzie. Jedzie rycerz. Chyba rycerz. Ma konia, jakiś pancerz i miecz. Tak ich wieśniacy nazywają rycerzami. Rycerze tu nie nocują. No nie jarzębino, czy musisz rosnąć tuż obok mnie? Nie pchaj się na mnie, to moja przestrzeń.
A kysz, ptaku, nie rób na mnie gniazda. Zrób je na jarzębinie z drugiej strony. Uparty wróbel. Nadchodzi troje wieśniaków. Dzień się dopiero zaczął, więc nie zostaną długo. Może chociaż zatrzymają się na trochę. „...dobrą cenę” — dokończył dłuższą rozmowę wysoki w kapeluszu. „Tutaj możemy zatrzymać się na krótki odpoczynek” — zaproponował drugi wysoki bez kapelusza i zdjął z pleców wielki kosz. Lubię to miejsce. Wyjął węzełek, z którego pachniało świeżym serem.
Po chwili zwrócił się do kilkunastoletniego chłopca idącego wyraźnie z tyłu. Chodź Tim, zjemy co nieco. Dobrze, tatku. Ja też lubię to miejsce, zwłaszcza ten kamień. Ma taki ciekawy kształt. Zawsze kiedy przechodzimy tędy, myślę o dawnych czasach. Hej, hej, dzieciaku. Lubisz legendy? — odezwał się z uśmiechem wysoki w kapeluszu. Tak, stryju.
Najbardziej o rycerzach i czarodziejach. Ojciec chłopca rozwinął węzełek, ukazując solidną porcję sera i położył na trawie. Stryj wyciągnął trzy grubaśne pajdy chleba ze swoich pakunków i położył obok. Zaczęli posiłek. Będziesz miał dzieciaku nie lada gratkę — oznajmił stryj. Bo dzisiaj w mieście ma swe sztuki pokazywać czarodziej Laurent z Theronu. Chłopak aż się zakrztusił. Kaszląc, zwrócił się do ojca: Tatku, będziemy mogli tam pójść? Proszę. Ojciec uśmiechnął się do syna.
Możemy spróbować, ale nie stać nas na nocleg w mieście. Najpierw musimy sprzedać nasze towary. Energicznie wstał i zaczął zbierać manatki. Spojrzał na syna. No rusz się, Tim. Jeśli mamy obejrzeć jakichś kuglarzy, to musimy zwiększyć tempo. Zbieramy się, zjemy po drodze. Cała trójka sprawnie zebrała się i ruszyła. Stryj zagadnął chłopca: Słyszałeś legendę związaną z naszymi stronami? Tę o czarnoksiężniku Skaronie, bestii oraz dzielnym rycerzu Roderiku z gór Faur.
Nie — skłamał chłopiec. Chciał kolejny raz usłyszeć opowieść od stryja. Wiem, że słyszałeś — uśmiechnął się stryj. Ale tylko wersję dla małych dzieci. Nie ma tu maluchów, więc możesz teraz poznać całą historię. Dawno temu, zanim powstało miasto, miał w tych okolicach siedzibę zły czarodziej Skaron. Miał on na usługach bestię. Są już za daleko. Nie słychać. Szkoda.
Znam tę legendę. Rycerz Roderik pokonał potężnego czarnoksiężnika i ranił śmiertelnie groźną bestię. Jednak ta, zanim zmarła, zatruła go magicznie i dumny rycerz skonał w cierpieniach. Nieraz słyszałem, jak to opowiadali, ale ciekawe, co ten wysoki w kapeluszu miał na myśli, mówiąc całą historię. Przejechały wozy, ale nikt się nie zatrzymał. Szkoda. O, idzie trójka wieśniaków. Lubię wieśniaków. To ci sami co poprzednio. Chyba wracają.
Tatku, możemy się tu zatrzymać na odpoczynek? Nie, synu. Jak się pospieszymy, to zdążymy do domu na nocleg. Szkoda. Stryju, pamiętasz tą sztukę, jak czarodziej Laurent zaczarował drewnianą kukłę tak, żeby się poruszała? No pewnie! Całkiem niezłe oszustwo. Jak to? — zdziwił się chłopiec. Nie zauważyłeś?
On miał takie cienkie sznureczki przy-- no i już nie słychać. Szkoda, że się nie zatrzymali. Przejechali wieśniacy na wozie. Lubię wieśniaków. Ptaka zjadł dziki kot. Brawo kocie! A ty jarzębino zabierz badyle. Nie drap mnie. Przejechało dwóch rycerzy. Co ten chłopiec robi?
Był tu niedawno. Poznaję go. To Tim. Hehe. Przywiązał sznurek do jarzębiny. Dobrze jej tak. Jakoś dziwnie kładł sznurek na trawie, a potem poszedł sobie. Nadchodzi grupka dzieci. Więcej niż czworo. Tim idzie z przodu i coś mówi.
Po śmierci Roderika bestia wcale nie umarła — stwierdził tajemniczo Tim. Tu się zatrzymajmy — dodał i usiadł na trawie. Dzieci poszły za jego przykładem. Nie umarła? — zapytała z przejęciem dziewczynka z warkoczem w wieku Tima. Reszta oczekiwała w napięciu, co powie dalej. No nie. Chłopak wyraźnie cieszył się z atencji pozostałych dzieci. Zapadła w sen. Teraz budzi się co sto lat i napada na wioski.
Ojej! — odezwały się głosy dzieci. Tylko jeden chłopiec, krępy blondynek, niewiele młodszy od Tima, wydawał się nieprzejęty opowieścią. Lekceważąco oznajmił: Wielkie mi co. Bajdurzenie. Nie znasz się, Olafek. Stryj mi mówił. Tim przywołał niepodważalny argument, po czym kontynuował powoli, zwiększając tym napięcie: Że pożera ludzi. Dopiero gdy zje stu, zasypia na kolejne sto lat. Dzieci się wzdrygnęły.
Nawet Olafek. Tim wyraźnie miał coś jeszcze w zanadrzu. Odezwał się przyciszonym głosem: Jak myślicie, kiedy bestia obudziła się ostatnio? Poczekał chwilę, po czym dokończył dobitnie: Sto lat temu. Ale, ale... — dziewczynka z warkoczem była przerażona. To oznacza, że potwór obudzi się niebawem. No właśnie. Może już się obudził i właśnie szuka ofiar — dopowiedział złowieszczo Tim. Wszystkie dzieci zbladły.
Najmłodszy chłopiec, około sześcioletni, zapłakał. Tim podniósł coś dyskretnie z trawy. Nie bój się powiedział niby do malca, ale patrzył na dziewczynę z warkoczem. Gdy byłem z tatkiem i stryjem na targu, widziałem sztuki magiczne wielkiego czarodzieja Laurenta. Wszyscy wiedzą Olafek wtrącił z niechęcią. Trąbisz o tym codziennie od dwóch tygodni. Ale nie mówiłem wam, że poznałem od niego pewne zaklęcie. Ono ochroni nas przed bestią. Naprawdę? Dziewczynka z warkoczem wpatrywała się w Tima jak w obrazek.
Chłopiec triumfował. Wyraźnie było widać, że chodziło mu o zrobienie wrażenia właśnie na tej dziewczynce. Reszta dzieci była tłem całego występu. Tak jest. Poznałem zaklęcie, które pozwala ożywić nieożywione i ruszyć nieruchome. Taa... Mruknął Olafek lekceważąco. To pokaż nam te czary. Dobra — odparł szybko Tim. Widać było zmieszanie blondynka.
Tamten był pewien, że do demonstracji nie dojdzie. Dzięki mojemu zaklęciu wezwę drzewa, by nas chroniły. Zaczynam. Zrobił dwa kroki, niby przypadkowe. Ustawił się jednak specjalnie tak, żeby sznurek w ręku był jak najmniej widoczny od strony reszty dzieci. Wyciągnął rękę przed siebie i wykrzyczał: pierwszy raz zaklinam rusz się na wezwanie, drugi raz zaklinam rusz się, niech się stanie. Drugą rękę przesunął w tył, pociągając ukryty sznurek. Aaa! Wyrwało się z ust dzieci. Nawet Olafek rozdziabił gębę.
Po chwili jednak zaczął swoje. Drzewo i tak się może ruszać na wietrze. Lepiej jakbyś ten kamień poruszył. Tim upuścił dyskretnie sznurek na trawę, żeby uniknąć wykrycia fortelu. Trochę zrzedła mu mina. Usilnie myślał. Postanowił grać swą rolę do końca. Zdecydował, że zamieni wszystko w żart, ale najpierw zadrwi z Olafka. No dobra, ale z głazem to trzeba większej mocy. Potrzebuję jeszcze tylko kropli krwi.
Ktoś chętny? Spojrzał wyzywająco na blondyna. Ten cofnął się. Widać było, że nie ma zamiaru dać się zranić, ale nie chciał wyjść na tchórza. W końcu odparł: To są twoje czary. Sam sobie puszczaj krwi. No dobra, skoro się boisz. Tim machnął na niego lekceważąco, po czym ostentacyjnie wyjął z kieszeni kosik. Powoli go otworzył i niedbale ciachnął się w palec. Przyłożył go do głazu i oznajmił: Cofnijcie się.
Zaczynam. Pierwszy raz zaklinam rusz się na wezwanie, drugi raz zaklinam rusz się, niech się stanie. Ciekawe. Hmm. Bardzo ciekawe. Wreszcie! Już pamiętam. Dzieciaki stały jak wryte, patrząc jak kamienny głaz zaczął rosnąć, przybierając kształt wielkiego jaszczura. Sss lubię sss wieśśśniaków — wysyczała bestia. Oblizała się z mlaśnięciem i ruszyła na ucztę.
Jakub Karbownik "Zachcianka." Jasna tarcza księżyca pobłyskiwała na gładkiej tafli jeziora. Wzdłuż linii brzegowej ciągnęła się droga. Siedział na niej kamyczek, rozmyślając i marząc o wielkich przygodach. Spoglądał na potężne góry i śnił na jawie. Tam jest na pewno lepiej — wzdychał. Piękne widoki, lepszy klimat, większe i ciekawsze kamienie. Ech, po prostu inne życie. Jego monologu słuchał orzeł siedzący na gałęzi drzewa. Po dłuższej chwili przerwał rozmyślania małego ułomka bazaltowej skały. Mogę cię tam zabrać.
Zaskoczony kamień podskoczył. Kto to mówi? Spójrz do góry. Tutaj jestem. Kamień przetoczył się i zerknął w stronę dumnego ptaszyska. Naprawdę możesz mnie tam zabrać? Jeżeli tego naprawdę chcesz, to nie ma problemu. Ale pamiętaj, że to podróż tylko w jedną stronę — ostrzegł orzeł. Po chwili namysłu kamień stwierdził: No to lecimy. Nie tak szybko.
Jutro o poranku przylecę po ciebie. Czemu nie teraz? — zapytał oburzony kamyk. Ponieważ nie przepadam za lataniem w nocy, szczególnie w okolicach gór. Na samą myśl o czekaniu kamień niemal pogrążył się w procesie galopującej erozji. Orzeł nie baczył jednak na jego pomruki. Wzbił się w powietrze i powiedział: Dobrze to wszystko przemyśl. O brzasku podekscytowany kamyczek wypatrywał ptaszyska. Orzeł nadleciał od strony wschodzącego słońca. Gotowy?
— zapytał. Oczywiście. No to w drogę. Szpony orła pewnie chwyciły kamień i ptak wzbił się wysoko w powietrze. Ekscytacja zmieszana z przerażeniem walczyły w Kamyku przez cały czas. Chwilami zaczynał żałować podjętej decyzji. Kiedy jednak ujrzał cudowny krajobraz w dole, jego strach czmychnął i zastąpił go podziw. Zauważył jelenie gaszące pragnienie w rzece, wilki skradające się pośród gęstego lasu. Wszystko było takie piękne i niezwykłe. Niecałą godzinę później otoczyły ich pierwsze górskie szczyty.
„Gdzie cię posadzić?” — zapytał orzeł. „Jak najwyżej. Jak najwyżej.” „Może tam?” „Nie, za nisko” — protestował Kamyczek. „Zanieś mnie wyżej, prawie na sam szczyt.” „Dobrze, ale wydaje mi się, że to nie jest najlepszy pomysł.” „Ja wiem, czego chcę. Wiem.” W końcu orzeł wzbił się tak wysoko, że większość górskich wierzchołków pozostawała w dole. Wybrał najwyższą górę i mógł już położyć zniecierpliwionego pasażera na skalistym podłożu. „Na pewno zostawić cię tutaj?” — zapytał. „To miejsce jest doskonałe” — prawie wykrzyczał Kamyczek. „Do szczytu jest wprawdzie jeszcze spory kawałek, ale jest wspaniale. Dziękuję, przyjacielu.” „No skoro tak twierdzisz.
Mam nadzieję, że naprawdę ci pomogłem. Żegnaj” — powiedział i odleciał. Ach, co za widok! Trochę zimno, ale co tam, kwestia przyzwyczajenia. Nie to co tam na dole, nudno i nijako. Rozejrzał się uważnie, chcąc poznać sąsiadów, ale oni byli jacyś tacy ponurzy. Patrzyli na niego ze zdziwieniem. „No cóż, nie od razu muszę się z nimi dogadać” — pomyślał. Delektował się widokami. Wieczorny krajobraz miał w sobie szczyptę magii.
O dziwo, ta prysła, kiedy dostrzegł jezioro, a przy nim drogę. Z tej odległości tamto miejsce wyglądało naprawdę wspaniale. Przez ułamek sekundy zapragnął tam wrócić. Nagle usłyszał narastające dudnienie. Dudnienie, które zmieniło się w narastający huk. Obrócił się. Zobaczył pędzący biały wał śniegu. Potem nastały kompletne ciemności. „Byle do wiosny” — mruknął Kamyczek. Piotr Prokopowicz „Odżałowana strata”.
Słowo wstępne. Niniejsze opowiadanie zostało zainspirowane cyklem zatytułowanym „Pewnego razu w Świnoryjach”, którego autorem jest Przemysław Cichoń. Jest to seria zabawnych opowiadań opisujących niezwykły i pełen specyficznego nastroju świat. Opowiedziana tu historia jest pewną wariacją wydarzeń fabuły cyklu świnoryjskiego i wpisuje się w nią w okres tuż po części „Opowieść kontestatora”. W założeniach opowiadanie konstruowałem w taki sposób, by odbiór treści był zrozumiały również dla czytelników nieznających oryginalnego cyklu, a jednocześnie z nadzieją, że zachęci takie osoby do zapoznania się z twórczością Przemysława Cichonia. Piotr Prokopowicz. Było już po dwudziestej. Mundek Waśka i Waldemar Paciaja siedzieli w domu tego drugiego i kończyli rozpijać flaszkę. Stojący na stole obok butelek i szklanek słoik ogórków, dopiero co napoczęty, oferował jeszcze istotny potencjał zakąskowy. W tym kontekście lodówka Waldka była jego przeciwieństwem i nie zawierała już żadnego potencjału procentowego.
Zastanawiali się nad przenosinami do Mundkowej drewutni, która w ostatnich czasach przeszła duże przeobrażenie i była pełna wszelkiego potencjału. Ktoś zapukał w drzwi. Spojrzeli zdziwieni na siebie i Waldek krzyknął: „Proszę!” „Dzień dobry. Wieczór” — poprawił się wchodzący. Był to pan Hieronim, świeżo wybrany sołtys, a przy okazji emerytowany nauczyciel lokalnej szkoły podstawowej. „Powitać, powitać zacnego gościa” — uśmiechnął się Waldek. Obaj wstali, chcąc uszanować wiek i status przybysza. Jednak najważniejszy powód szczególnej atencji i szacunku do Hieronimusa wiązał się z faktem, iż był znany w całej gminie z produkcji wyśmienitego bimbru. Waldek zapraszającym gestem wskazał wolne krzesło i zaczynał głowić się nad tym, czym by tu gościć przybysza. Tamten usiadł i widząc zatroskanie gospodarza, powiedział uspokajająco: „Przyszedłem tylko podziękować za twoje wsparcie w wyborach na sołtysa.” „Ale ja nic nie zrobiłem.” Waldek uciekł spojrzeniem.
„Nie chcesz się przyznać, ale starego belfra nie oszukasz. Ja wiem, że miałeś coś wspólnego z wycofaniem się Piaseckiej.” Gość wyjął butelkę z kieszeni i postawił przed Waldkiem. Miała jakiś taki niestaranny kształt z lekko wygiętą szyjką. Zamiast typowej nakrętki miała korek. Płyn w środku był nieco mętny. „To ostatnia z produkcji mojego świętej pamięci tatki. Mam już swoje lata i nie wiem, ile jeszcze pociągnę, więc nie ma co czekać na lepszą okazję.” Waldek z Mundkiem patrzyli jak urzeczeni. To była legendarna okowita Gerwazego. Nie mieli okazji jej skosztować i nie mieli już nawet na to nadziei. Za młodych lat rodzice opowiadali im niewiarygodne historie.
Podobno gdy Ruscy przeganiali Szkopów z tych stron, to tylko dzięki tej okowicie okoliczne wioski uniknęły rozszabrowania przez wojska sowieckie. Jeden z generałów tak zachwycał się tym trunkiem, że gdy otrzymał cały 20-litrowy kanister, to zakazał swoim zaczepiać miejscowych pod karą kuli w łeb. Hieronim wstał i ruszył do wyjścia. Ależ panie Hieronimie, proszę nie odchodzić, musi pan z nami. Mundek, szklanka! Wezwany zorientował się, o co chodzi i dostawił trzecią szklankę. Proszę usiąść i wypić z nami, skoro to ostatnia. Hieronim ustąpił. Wrócił na krzesło. Waldek odkorkował butelkę i powąchał, a potem dał powąchać Mundkowi, który zamruczał z uznaniem.
Co najmniej 70 stopni. 80 – poprawił Hieronim. Waldek jako gospodarz polał pierwszą kolejkę. Wypili. Nie śmieli zagryzać, by nie stracić smaku. W oczach mieli niemy zachwyt, a nawet łzy. Przy drugiej kolejce Hieronimus zachęcił jednak, żeby zakąsili ogórkami, bo to odkryje przed nimi nowe walory smakowe. Po trzeciej rozgadał się nieco. Zawsze chciałem dorównać kunsztowi tatki. Niestety zabrał większość swych tajemnic do grobu.
Mundek z Waldkiem westchnęli zasmuceni. Hieronimus kontynuował. Tuż po wojnie miał on gdzieś w okolicy ziemiankę, w której tworzył te swoje arcydzieła. To był jakiś poniemiecki bunkier. Niestety setki razy przeszukiwałem okolicę i nic nie znalazłem. Jak nie Ruscy, to naród rozszabrował i poniszczył – skwitował Mundek. Ależ panie Hieronimie, z całym szacunkiem dla kunsztu pańskiego rodziciela, to pana okowita też jest zacna i niejeden woli niż te sklepowe – zauważył Waldek. Gdzie tam ja. Ja jestem tylko rzemieślnikiem. Jest pan skromny, ale ludzkość wiele by straciła, gdyby takie zdolności przepadły.
Czy znalazł pan już następcę godnego poznać tajniki kunsztu? – zapytał Mundek. Próbowałem – westchnął smutno. Ale wiecie, jaka jest dzisiejsza młodzież. Wolą pójść do sklepu i kupić gotowe, zamiast trochę popracować. No tak, nie ma już poszanowania dla tradycji – ponuro zgodził się z przedmówcą Waldek. Dokąd ten świat zmierza? – dorzucił Mundek. Nic, tylko się napić. Następnego dnia cały czas lało.
W pewnym momencie tak gwałtownie, że aż strumienie płynęły drogami. Strach było wysunąć nos z chaty. Jednak nazajutrz słońce przyjemnie zaświeciło. Po całym dniu spędzonym w czterech ścianach Waldek postanowił wybrać się na ryby. Założył gumofilce, nakopał robaków do starej puszki po mielonce, wziął wiadro i wędkę. Najpierw należało jednak dobrze się zaopatrzyć. W sklepie u Maźniakowej nabył trzy flaszki, piwo, pęto kiełbasy i chleb. Chleb był przede wszystkim na zanętę, ale też trochę do przegryzania. Wszystko ładnie mieściło się w wiadrze i wciąż było sporo miejsca. Piwo opróżnił od razu z tyłu sklepu na dobry początek dnia.
Nad jeziorem miał swoje ulubione miejsce, o którym wiedział, że ryby dobrze biorą. Lokalizację zdradził jedynie Mundkowi i niejedną flaszkę już tam wspólnie opróżnili. Maszerował raźnie ścieżką przez las. Gdzieniegdzie widać było powypłukiwane korzenie, co świadczyło o intensywności wczorajszych opadów. Kształty korzeni były intrygujące. A! Potknął się o coś wystającego z ziemi. Poleciał na twarz. Wiadro wyleciało z ręki. Wstając, rozcierał obolałe miejsca.
Kurwa! – krzyknął, gdy zobaczył, że dwie butelki rozbiły się o kamień. Ten sam, o który się potknął. To był jakiś większy głaz. Musiały go odsłonić wczorajsze deszcze. Psiocząc zebrał rozbite szkło i kuśtykając ruszył dalej. Gdy dotarł na miejsce, wypił kilka łyków z jedynej ocalałej flaszki i zajął się łowieniem. Jak się spodziewał, ryby brały nieźle. Najpierw złapał dwa ładne leszcze, potem jeszcze kilka okoni. Opróżnił butelkę do końca.
Chętnie by jeszcze coś wypił. Mimo to był w wyśmienitym humorze. Około południa złowił jeszcze dorodnego karpia i stwierdził, że dosyć, bo i tak więcej nie przerobi, a marnotrawstwa nie lubił. W radosnym uniesieniu po udanych łowach planował, co sobie przyrządzi na obiad. A! Potknął się ponownie w tym samym miejscu o wystający kamień. Ryby wyleciały z przewróconego wiadra i oblepiły się piachem i igliwiem. Tym razem poza siniakami innych strat nie było. Postanowił jednak, że zrobi porządek z tym kamieniem. Ja tu jeszcze wrócę – boleśnie wystękał w stronę głazu.
W domu oczyścił ryby. Część usmażył na obiad, resztę wstawił do lodówki. Późnym popołudniem stwierdził, że czas rozprawić się z wrogiem. Wziął łom i szpadel. Chciał jeszcze zdążyć do Maźniakowej przed zamknięciem, żeby zaopatrzyć się we flaszkę. Bez tego ciężko zebrać siły, a nastawiał się na dłuższą walkę z głazem. Gdy z zaciętą miną i flaszką w kieszeni, ściskając w jednym ręku łom, a w drugim szpadel, mijał ostatnie domy wioski, dogonił go krzyk Mundka. „Wala, czekaj!” Zatrzymał się i rozejrzał. Tamten zbliżał się szybkim krokiem. „A co ty, kurna, na wojnę idziesz?” — zapytał go Mundek, wskazując narzędzia.
„Można tak powiedzieć.” „Wiesz co? Jakby co, to tylko powiedz. Skoczę po gnata.” Waldek chwilę popatrzył na kumpla i powiedział: „Aż tak to nie, ale pomóc możesz.” Wręczył mu łom i ruszył. „Dokąd idziemy? Komu ten tego mamy wpierniczyć i za co?” „Takiemu jednemu twardzielowi z lasu. Pozbawił mnie dwóch flaszek i poturbował boleśnie.” Wskazał odrapaną twarz. Tamten ze zrozumieniem pokiwał głową. Szli jakiś czas w milczeniu. Potem Mundek zaczął opowiadać, co zrobi takiemu skurkowańcowi, który ruszył jego kumpla. „To tutaj.” Waldek zatrzymał się.
Mundek rozglądał się, szukając przeciwnika. Nikogo nie widział. „To on.” Waldek wymownie stuknął szpadlem w głaz. „Wala, no co ty? Jaja se ze mnie robisz? Z kamieniem?” „Nie piekl się, Waśka. Ja przez niego naprawdę dwa razy się obiłem boleśnie i straciłem flaszki. Ostatnie ulewy musiałem go wypłukać. Trzeba zasypać gnoja albo przesunąć. Lepiej przesunąć, bo jak znowu popada, to przysypanie nic nie da.” „Ale to kupa roboty.
Jeszcze tak na sucho.” „A kto mówi, że na sucho?” Waldek podał flaszkę koledze. „Możesz rozpocząć. Wygląda na dużego skurczybyka i sam pewnie bym się z nim ostro namordował, a we dwójkę pójdzie łatwiej.” Pół butelki opróżnili od razu na rozruch. Zabrali się do pracy. Kamień był mocno chropowaty i choć dawało się go zarysować, to trudno było skruszyć. Podkopywali i podważali z boku. Niestety flaszka skończyła się już po pół godzinie, a oni ustalili jedynie, że głaz rozszerza się w dół. „Chyba jednak łatwiej będzie zasypać” — mruknął zrezygnowany Waldek. „Zaraz” — stękał Mundek, wciskając się w łom. „Chyba znalazłem spód.” Po chwili głaz się ruszył.
Coś głośno syknęło. Waldek rzucił się, żeby pomóc szpadlem. Wyglądało, jakby kamień był płytą. Szeroki, ale płaski. Wydawało się też, że pod nim jest kolejny, jeszcze większy. W trakcie odsuwania widzieli, jak odsłania się ciemna jama. „Co to, kurna, jest?” — zapytał Mundek. „Ciekawy zapach” — dodał. Dziura w ziemi miała niecały metr średnicy. Zapalił świeczkę i nachylił się.
Wyczerpany ostatnim wysiłkiem nie zdołał jednak zachować równowagi. Poleciał do środka. „Waśka, Waśka!” — wołał Waldek, ostrożnie pochylając się nad dziurą. „Aa.” Z dołu słychać było stękanie i sapanie. „Waśka, co ci jest?” Jednak na górę docierały tylko jęki kumpla. Nagle i to ucichło. Po chwili dało się słyszeć głośny szept: „O mój Boże!” Waldek widział w dole, nieco z boku, rysy Mundka i rękę trzymającą świecącą zapalniczkę. „Skoro da radę utrzymać światło, to nie jest tak źle.” — przekonywał siebie w myślach. Zauważył też wewnątrz, pół metra poniżej otworu, przymocowaną do ściany metalową drabinkę. Trzymając się brzegu, wymacał ją nogami i gdy upewnił się, że jest w miarę solidna, zaczął schodzić.
Znalazł się w pomieszczeniu. Panował w nim zaduch. Gdy odwrócił się, zobaczył Mundka klęczącego z nabożną czcią i patrzącego na ścianę. Zapalił swoją zapalniczkę i również padł na kolana. Przy ścianie stał solidny regał, a na nim znajdowały się rządki zakorkowanych flaszek o dość charakterystycznym kształcie. To była legendarna okowita Gerwazego. Brunowiowska. Kamień. W trawie leżały dwa kamienie. „O czym milczysz?” — zapytał bezgłośnie drugi.
„Wiesz, przez miliony lat przyzwyczaiłem się do milczenia. Milczę o wiedzy, którą zgromadziłem w ciągu tych lat. Wiem bardzo wiele. O wiele więcej niż najmądrzejsi ludzie. Ale oni są zbyt mało inteligentni, by nas zrozumieć. Utracili intuicję do tego stopnia, że nawet zwierząt już nie rozumieją.” „Byłeś tutaj zawsze?” — zapytał drugi. „Bo ja byłem zakopany w ziemi i dopiero niedawno wykopano mnie. Opowiedz mi, co wiesz” — poprosił. Słuchaj. Wtem przeleciał mały chłopiec.
Wrzucił kamień do wody. Kamień w wodę – rzekł drugi i zapłakał. A może były to krople wody? Jakub Karbownik. Kamień, który trzymał człowieka. Stary mężczyzna leżał na polnej drodze. Ślina przemieszana z krwią kapała z jego ust. W pewnej chwili zdołał zebrać resztki sił i zaczął czołgać się w stronę miasta. Jego ruchy były powolne, a dystans do pokonania ogromny. Pomimo to w oczach tliły się resztki nadziei.
Jednak po kolejnej fali bólu przestał walczyć. Obrócił się na bok i leżał od czasu do czasu pokasłując. Błagam, niech ktoś zabierze to cierpienie – lamentował. I wtedy usłyszał cichy szept. Mogę zabrać twój ból. Przerażony obrócił się gwałtownie, ale nikogo nie zobaczył. Rozejrzał się dookoła. Nic. Głucha cisza. Nie słyszał nawet śpiewu ptaków.
Jednak czuł się bacznie obserwowany, a przez ciało raz za razem przechodziły mroźne dreszcze. Niepokój narastał. Tutaj jestem. Mignęła mu przed oczami czarna sylwetka. Ten widok sprawił, że mężczyzna jęknął. Ciało zareagowało niezależnie. Dawka adrenaliny sprawiła, że ruchy serca stały się bardziej pewne. Spróbował więc wstać, jednak kończyny odmówiły mu posłuszeństwa. Padł na twarz, rozcinając policzek. Wziął do ręki kamień, który leżał nieopodal.
Wymachiwał nim na oślep w nadziei odpędzenia tego czegoś. Jego ręka przecinała jednak powietrze. Nie trwało to długo. Zdyszany oparł się na łokciach i rozglądał się nerwowo po okolicy. Nie dostrzegał niczego niepokojącego. Mimo to wiedział, że nie jest sam. Zaciskał kamień tak mocno, że aż poranił wnętrze dłoni. Intensywność bólu była znikoma w porównaniu do tego, co przechodziła reszta ciała. Skupienie uwagi na innej dolegliwości dało mu lekką ulgę. Kolejny atak kaszlu.
Na ziemię spadły czerwone kropelki. Przetarł usta przedramieniem. Nie zauważył, że obce dłonie oplatają jego szyję. Nie! – krzyknął, gdy zorientował się, co mu grozi. Myśl o tym, że zaraz będzie uduszony, dała mu kolejny zastrzyk energii. Miał już zaatakować trzymanym kamieniem, ale powstrzymał cios. Dłonie, które oplatały jego szyję, powędrowały w okolice policzków. Rana, która była konsekwencją upadku, zniknęła. Ustały wszelkie dolegliwości, które były powodem cierpień.
W ich miejsce pojawił się wigor z młodzieńczych lat. Teraz do głosu doszły wcześniej tłumione bodźce. Dotyk obcych, małych dłoni był bardzo przyjemny. Tak delikatne dłonie mogą należeć tylko do kobiety – pomyślał. Tylko to zimno. To zimno jest takie... Niespodziewanie wszystkie rany i dolegliwości zaczęły powracać. Nie odchodź! – zawołał spanikowany starzec. Wróć!
Dłonie pojawiły się na powrót i zaczęły lekko pieścić jego policzki. Ból znowu czmychnął. Po chwili mężczyzna usłyszał jedwabiście miękki głos. Mogę zabrać to cierpienie na zawsze. Chcesz? Tak – przeciągnął, upojony dotykiem. Dobrze. Proszę, podaj mi ten kamyczek. Mężczyzna podniósł zakrwawiony kamień. Widział, jak sięga po niego mała kobieca dłoń.
Gdy szczupłe palce dotknęły twardej powierzchni, nastąpiła metamorfoza. Dłoń niespodziewanie przemieniła się w czarną łapę o nieregularnym kształcie. Zanim zdążył wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, jego ciało opadło bezwładnie. Kilkadziesiąt sekund później zachłannie wdychał powietrze. Wdech, wydech, wdech i wydech. Rozglądał się po okolicy niczym małe, zagubione dziecko, które dopiero co wszystko poznaje. Wyciągał ręce przed siebie, obracał je to w jedną, to w drugą stronę. Kręcił głową na boki tak, aby obejrzeć je pod każdym kątem. Potem spoglądał na nogi i resztę ciała. Dotykał twarzy, szczypał tu i ówdzie, a nawet gryzł.
Otworzył usta i próbował coś powiedzieć. Od niezrozumiałego bełkotu przeszedł do jąkania. A więc to jest życie? Chciał wstać, ale upadał za każdym razem. Jedynie poruszanie się na czworakach jakoś mu wychodziło. Doczłapał się do roślin. Głaskał je, wąchał, smakował. Z błyskiem w oku obserwował małe polne zwierzęta biegające wśród traw. W pewnym momencie dostrzegł na drodze zakrwawiony kamień. Tak szybko, jak to tylko możliwe, wziął go w swe dłonie.
Oglądał z każdej strony. Był nim zafascynowany. Tak bardzo, że wszystko wokół przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Przez szczękające zęby wycedził: „Ja?” Wtem pojawiła się przed nim czarna sylwetka, ni to mężczyzny, ni to kobiety. Popatrzył na nią z ciekawością, bez żadnej oznaki strachu. Skinął nieznacznie głową, jednocześnie mówiąc: „Dziękuję”. Tymczasem postać zniknęła w równie tajemniczy sposób, jak wcześniej się pojawiła. Uśmiechnął się, a potem dostał ostatniego napadu kaszlu. Czerwone drobinki spadały wokół bardzo obficie. Mężczyzna usiadł i zaczął wpatrywać się uważnie w kamień.
Ból. Wspaniałe uczucie. I po raz ostatni zamknął oczy. Jego ciało znaleziono dopiero następnego dnia. Droga, na której siedział, nie była zbyt ruchliwa. Przesądni ludzie z okolicznych miejscowości nazywali ją od tamtego czasu drogą człowieka, który trzymał kamień. Jakub Karbownik „Odzyskać za wszelką cenę”. Stuku-puku, puku-stuku. Dyliżanse pędziły przez nierówne drogi, podskakując na wybojach. Trasa znajdowała się w trakcie przebudowy, ale pomimo niedogodności była bardzo ruchliwa.
Wiodła przez prastary, gęsty las, lecz sukcesywnie, dzień za dniem, stawała się coraz szersza. Zmieniał się również krajobraz wokół. W trakcie prac wykopywano wiele kamieni, które walały się na obrzeżach drogi. „To koniec. Apokalipsa nadciąga” – rzekł długowieczny otoczak z wyżłobionym znakiem księżyca. „Mówię wam, bracia, musimy stawić temu czoła.” „Ale jak ich pokonamy?” – zapytał młodszy kamień. „Sami sobie nie poradzimy. Przeciwnik jest zbyt przebiegły.” Starzec popadł w zadumę. „Co kamień może zrobić człowiekowi? Nie mamy wyjścia.
Zaśpiewamy pieśń naszego ludu. Miejmy nadzieję, że nasi sprzymierzeńcy nie pozostaną głusi.” „Pieśń?” – dopytywał młodzik. „Nie martw się, wszystko zrozumiesz, kiedy ją usłyszysz.” „Tak, tak. Nadchodzi czas pieśni” – zawtórowała reszta kamieni. „Poczekamy na przyjście przewodnika. Wtedy to wygłosimy nasze prośby.” Noc była piękna. Czyste, gwiaździste niebo wraz z jaśniejącym księżycem stanowiły malowniczy, fascynujący obraz. Na ziemi miało jednak miejsce coś niezwykle rzadkiego. Niektóre z kamieni błyszczały srebrzystym światłem na podobieństwo księżyca. „Legenda mówi, że nasz ród pochodzi z góry” – mówił stary otoczak.
„Tam też nieśmy nasze błagania. Zabrzmijcie, bracia.” Dookoła zapadła głucha cisza, po której wzbiła się fala przepięknej, przenikliwej melodii. Na powierzchni poniektórych błyszczących kamieni pojawiły się drobne pęknięcia. Odzew natury następował powoli. Pierwsze zareagowały drzewa. Ruszyły ze swych miejsc i przybyły, aby zatarasować drogę swoimi pniami i splątanymi korzeniami. Niedługo potem dołączyły zwierzęta. To one pomagały przy transporcie większych i mniejszych głazów. Ptaki wypatrywały wszelakich luk i niedoskonałości. Ostatecznie cała noc spędzła na gruntownym zablokowaniu ludzkiej drogi.
Stary otoczak z pomocą jelenia spoglądał z satysfakcją na ogrom wykonanych prac. „Przygotowania do bitwy zakończone” – szepnął. „Przygotowania?” – zapytał młodzik leżący nieopodal. „Przecież już odzyskaliśmy teren.” „Chciałbym, żeby tak było, lecz jesteś w błędzie, mój drogi. Ludzie to uparte zwierzęta. Tak łatwo się nie poddadzą.” Zmierzając na skraj lasu, przemawiał do wszystkich: „Odpoczywajcie, przyjaciele. Jutro czeka nas prawdziwa walka.” Pieśń ustała, a wraz z jej końcem życie wróciło do normy. Słowik dał ostrzeżenie przed nadjeżdżającym dyliżansem. Rżenie koni i grzechot drewnianej konstrukcji były świadectwem gwałtownego hamowania. Ludzie wyszli z wozu, rozglądając się z niedowierzaniem.
Jeden z nich energicznie wymachiwał rękoma, raz po raz wykrzykując coś głośno. Reszta słuchała krzykacza. Później poszli na tył dyliżansu i zaczęli szukać czegoś w bagażu. Najwidoczniej jednak nie znaleźli potrzebnych narzędzi, gdyż wkrótce dyliżans zawrócił. Większość kamieni wydała z siebie okrzyk zwycięstwa. Tylko jeden spośród nich pozostał spokojny. Jeszcze tego samego dnia przy konstrukcji wzniesionej na drodze pojawiło się znacznie więcej ludzi. Tym razem byli uzbrojeni w przeróżne narzędzia. Kopali, wycinali, czyścili Ptak wyćwierkał raport. Tak jak myślałem — skwitował sytuację stary otoczak, a następnie podziękował latającemu bratu i zwrócił się do kamieni.
Nie mamy wyjścia, ale to będzie nas dużo kosztować. Inni spojrzeli na niego z troską. Bracia, czas na śpiew. Kamienie zamarły. Nikt jeszcze nie śpiewał w blasku dnia i na dodatek w obecności ludzi. Wiem, co czujecie. Nie prosiłbym was o to, gdybyśmy mieli inne wyjście. Starzec widział, że jego towarzysze nadal nie mogą się przełamać, więc sam rozpoczął pieśń. Pierwsze pęknięcia pojawiły się na jego powierzchni. Inni, widząc jego poświęcenie, zaczęli dołączać do śpiewu.
Wyglądało na to, że natura tylko czekała na ten znak. Jednocześnie rośliny i zwierzęta ruszyły do ataku. Przerażeni i zaskoczeni ludzie porzucali swoje narzędzia i zaczęli uciekać w popłochu. Pęknięcia na starym otoczaku były coraz głębsze. Zdołał jednak zobaczyć, jak natura wypiera najeźdźców. Cichy trzask był ostatnim dźwiękiem pradawnego pieśniarza. Po dziś dzień las omijany jest przez ludzi szerokim łukiem. Uchodzi za przeklęty, a na jego skraju można znaleźć osobliwe otoczaki. Piotr Prokopowicz „Ludzie mówią”. Ludzie mówią, że podróże kształcą.
No cóż, byłem świadkiem niejednej podróży. Nie powiem, żeby wykształciły mnie jakoś szczególnie. Może dlatego, że to nie ja podróżuję. Jestem kamieniem, a właściwie skałą. Dawniej obserwowałem ludzi z daleka. Ostatnio jednak często podróżują obok mnie. Dzięki temu poznałem ich lepiej. Wiem już, jacy są i dokąd zmierzają. Ludzie mówią, że przede wszystkim liczy się wnętrze, chociaż wielu z nich zwraca uwagę tylko na pozory. W moim przypadku jest to jednak prawda.
Niby jestem skałą, ale moje wnętrze jest specjalne. Pozwala ono słuchać i obserwować ludzi na odległość. To nie wszystko. Kryję w sobie więcej niespodzianek. Zbliża się czas, gdy wszyscy się o nich dowiedzą. Ludzie mówią, że dzieci są najważniejsze. Coś o tym wiem. Moje dzieci nie są z mego ciała, więc nie całkiem są moje, ale opiekuję się nimi. Dbam o ich bezpieczeństwo tak jak ludzie dbają o swoje dzieci. Wielu jednak nie dba.
Wielu z nich krzywdzi swoje dzieci. Moje dzieci śpią, a ja zsyłam im sny. Uczę je w ten sposób najważniejszych spraw. Jaki jest świat, jacy są ludzie, co jest ważne w życiu, jak rozwijać i wykorzystywać swoje zdolności. Ludzie mówią, że trzeba znać swoje korzenie. Dziwne jednak, jak często ignorują wiedzę i doświadczenia przodków. Wciąż i wciąż powtarzają te same błędy. Mnie stworzono dawno temu w... Ludzie używają nazwy Atlantyda. Potężna rasa, która mnie stworzyła, ceniła wiedzę, prawdę, honor, uczciwość.
Ich umiejętności i zdolności były... Wystarczy powiedzieć, że ludzie przy moich stwórcach są jak niemowlaki przy dorosłych. Ludzie mówią, że trzeba mieć cel w życiu, jednak bardzo często spędzają czas na działaniach, które oddalają ich od realizacji zamierzeń. Ja mam cel. Atlantydzi, opuszczając Ziemię, powierzyli mi swoje dzieci z krwi, ciała i umysłu. Mam opiekować się nimi, przekazać wiedzę i wartości przodków. Chroniłem, uczyłem, obserwowałem ludzi i czekałem. Moi stwórcy umieścili mnie na orbicie w grupie skał okrążających Ziemię. Statki ludzi mijają mnie codziennie, odkąd założyli oni miasto na Księżycu. Można więc powiedzieć, że jestem skałą przy kosmicznym szlaku.
Nie sonda, nie placówka badawcza, ale dopiero miasto jest oznaką ekspansji. Kwestią czasu było, kiedy ruszą dalej na inne planety. Teraz właśnie wyrusza misja założycielska na Marsa. Ma przekształcić tamtejszy ośrodek badawczy w regularną siedzibę ludzką. To jest moment, na który mnie zaprogramowano. Cel mojego istnienia. Ludzkość jednoznacznie dokonuje ekspansji poza swoją planetę. Nie można dopuścić, by kłamstwo, zdrada, okrucieństwo i chciwość rozprzestrzeniały się po galaktyce. Budzę moich podopiecznych. Będą strażnikami, będą sędziami, będą oczyszczać ludzkość z wadliwych jednostek.
Ciekawe ilu. Ciekawe, co ludzie powiedzą teraz. Wiktor Żwikiewicz „Przyjaciel”. Raz w życiu Jang Tsu spotkał przyjaciela. Sześciu osiołkom ze wsi żyły nabrzmiały na karkach, kiedy nieśli go przed dom Jang Tsu i posadzili pośrodku trawnika. Od tego dnia Jang Tsu skoro świt biegł do przyjaciela, żeby podzielić się tym, co przeżył we śnie, a wieczorem co przemyślał w dzień. Przyjaciel uśmiechał się ciepło, z wyrozumiałością. Wiele razy księżyc zmienił wyraz twarzy, a oni gawędzili w pełnej zażyłości i jeden od drugiego uczył się coraz więcej. Ale pewnego dnia Jang Tsu pomyślał, że są rzeczy na świecie, o których obaj nie mają pojęcia, więc ktoś musi poprosić nogi o pomoc. Nie zwlekając, ruszył w drogę.
Przemierzył świat od końca do końca, od dachu świata aż po Żółte Morze. Zobaczył rzeczy niesłychane i poznał niezwykłych ludzi. Wreszcie uzbierał tyle wiedzy, że trudno było dźwignąć samemu. Droga do domu była daleka, ale pokonał ją, jakby mu ubyło lat. Stary dom jego ojca wydał mu się mniejszy, niż twierdziła pamięć. Cóż znaczył wobec cudowności świata? A może zwyczajnie osunął się w ziemię? Jang Tsu niecierpliwie rzucił bagaż na progu i przebiegł na drugą stronę domu, ale ogród był pusty, a głaz pośrodku trawnika był zimny jak głaz.
[05:16:31] - Proszę państwa, ale teraz to już jest naprawdę koniec. Koniec audycji. Pięknie państwu dziękuję za czas, który spędziliśmy wspólnie. Mam nadzieję, że w dzisiejszej audycji znaleźli państwo coś ciekawego dla siebie. To jest ten moment, w którym ja zawsze mówię, co będzie w przyszłym tygodniu. Żeby nie tworzyła się tradycja nie do końca potrzebna, to dzisiaj nie powiem. Jedno, co mogę powiedzieć, to że za tydzień audycja oczywiście będzie. Dlaczego nie mówię dzisiaj? Powody są prozaiczne. Często o nich mówię.
Nie do końca jestem pewien, czy różne plany, które sobie snuję na razie w głowie i na razie jestem na etapie umawiania pewnych rozmów, pewnych spotkań, czy to mi wszystko wypali. Bo jak wypali, to dobrze, to będzie, a jak nie wypali, to będzie coś innego. Coś znajdę. Ale żeby nie wprowadzać państwa w błąd, to dzisiaj pozostanę jak ta terra incognita, czyli nie powiem nic. Jedno jest pewne: kolejne Bibliotekarium 2.0 już za tydzień. Serdecznie państwa zapraszam i jeszcze raz dziękuję za dzisiaj. Pozdrawiam.
[05:17:52] - A mówi te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.