Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Witamy bardzo gorąco i serdecznie wszystkich państwa zgromadzonych przed komputerami, smartfonami i innymi mniejszymi bądź większymi urządzonkami służącymi do słuchania radia internetowego. Mamy nadzieję, że dzisiaj fochy wielkiego boga Internetu, YouTubeusza nie zakłócą nam premiery na YouTube. I z taką nadzieją rozpoczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:57] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Też miałem wygłosić na początku orędzie do YouTubeusza, bo ostatnio, proszę państwa, było hardcorowo. YouTube postanowił wyciąć numer i udało mu się. Absolutnie mu się udało. Mam nadzieję, podobnie jak Ivellios, że w tym tygodniu amerykańska korporacja nie przygotowała jakiegoś pakietu z niespodziankami i audycja dociera do państwa bez przeszkód. Zaczynamy tradycyjnie, to znaczy od zapowiedzi wydawniczych, a właściwie to dzisiaj powinienem tę część nazwać „Łapcie okazje!” Otóż odnalazłem na stronie wydawnictwa Zysk i Spółka takie właśnie okazje. Przecenione książki. Oba tytuły, o których dzisiaj powiem, są lekko uszkodzone. Jest ich tam niewielka ilość, ale obniżki sięgają 60, 70%.
To jest naprawdę okazja i wszystko można załatwić za pomocą Internetu. Pierwsza książka to książka naprawdę atrakcyjna. To jest zbiór opowiadań Teda Chianga „Historia twojego życia”. Państwo znacie przynajmniej jeden utwór z tego zbioru, ale to za chwileczkę się okaże. Wydawca w ten sposób pisze o tej książce: „A co, gdybyśmy odkryli, że fundamenty matematyki są arbitralne i niespójne? Co gdyby umiejętność nadawania rzeczom właściwych nazw budziła do życia nieożywione obiekty? Co gdyby zetknięcie z językiem kosmitów nieodwołalnie zmieniło naszą percepcję czasu? Co gdyby wierzenia chrześcijańskich fundamentalistów były dosłownie prawdziwe i na ulicach miast oglądało się grzeszników pochłanianych przez ogniste czeluście? Gdy obce formy życia przybywają na Ziemię, to aby pomóc przy komunikacji i rozszyfrować ich intencje, wojsko sprowadza uniwersytecką lingwistkę. Nowo nabyta przez nią wiedza na temat języka obcych i jego nielinearnej struktury paradoksalnie pomaga jej poradzić sobie ze smutkiem związanym z rodzinną tragedią.
W każdej z opowiedzianych historii autor przygląda się życiu w świecie pełnym niepewności i kruchości, wykorzystując do tego swoją niesamowitą inteligencję i humor. Na podstawie „Historii twojego życia” powstała superprodukcja filmowa »Nowy początek«”. I to jest właśnie to miejsce, w którym muszę powiedzieć: a nie mówiłem? Znacie państwo skądś tego autora. Ted Chiang, zdobywca wielu prestiżowych nagród, nagród literackich, między innymi Nebuli, Hugo i Locusa, jest uważany za jednego z najważniejszych współczesnych pisarzy. Pisarzy science fiction oczywiście. „Historia twojego życia” w 2003 roku otrzymała polską nagrodę literacką Sfinks, a jej hollywoodzka ekranizacja pod tytułem „Nowy początek” została uznana za jeden z najlepszych filmów dekady. Przypomnę, że film datowany jest na rok 2016. Ta książka, jak już powiedziałem, w wydawnictwie Zysk i Spółka jest przeceniona ze względu na rysy na okładce i pożółkłe krawędzie kartek, a cena katalogowa książki wynosiła 39,90. Teraz po przecenie zaledwie 11,97.
Sądzę, że to naprawdę bardzo duża okazja, żeby się w tę książkę zaopatrzyć w niskiej cenie. Przypuszczam, że warto wejść na stronę wydawnictwa Zysk i Spółka jak najszybciej, ponieważ ilość tych książek, nazwijmy je lekko dziabniętych, jest ograniczona. Kto pierwszy, ten lepszy. Druga z książek, które pragnę dzisiaj państwu polecić, też przeceniona w jakiejś tam ograniczonej ilości, to książka Marie Brennan „Zwrotnik Węży”. I znowu słowo od wydawcy: „Lady Trent, największy światowy autorytet w dziedzinie smoków, tym razem wyrusza na targany wojnami kontynent Erigi, by badać najbardziej egzotyczne gatunki tych stworzeń. Trzy lata po fatalnej wyprawie w niegościnne góry nieustraszona badaczka przeciwstawia się rodzinie i...” I konwenansom, by wyruszyć z ekspedycją na rozdarty wojną kontynent. Siedlisko takich egzotycznych gatunków smoków jak żyjące w trawie węże sawannowe, leśne węże nadrzewne i najbardziej nieuchwytne z nich wszystkich legendarne bagienne żmije z tropików. Wyprawa obfituje w wiele trudności, a Izabela, której towarzyszy dawny współpracownik i przyjaciółka, uciekinierka z domu, musi stawić czoła uciążliwym upałom, wyniszczającej gorączce, pałacowym intrygom, plotkom i innym niebezpieczeństwom w trakcie wędrówki po nieprzebytej dżungli zwanej Zielonym Piekłem. Odwaga, pomysłowość i naukowa ciekawość bohaterki zostaną wystawione na najcięższe próby. Posłuchajcie państwo głosu krytyków na temat tej książki.
„Drugi tom pamiętników Izabeli jest równie bezkompromisowo uczciwy i szczery jak pierwszy. Opowiedziany typowym dla Brennan jędrnym, żywym stylem z bohaterką jednocześnie zachwycającą, zadziwiającą i godną szacunku.” To głos z periodyku zatytułowanego „Circus”. „Książka przesycona radością i zapałem odkrywcy oraz naukową ciekawością” to opinia z „Publishers Weekly”. Dalej: „Jaśnie pani jest zdecydowaną i bystrą kobietą szukającą smoków. Popieram całym sercem” Melanie Rawn, autorka cyklu „Wygnańcy”. Ja tylko przypomnę, że ta książka jest dostępna na stronie Zysk i Spółka zarówno w cenie oficjalnej, bez żadnych uszkodzeń za 36,90, a egzemplarze lekuchno uszkodzone, lekko zażółcone mają rabat 65-procentowy i można książkę zatem wygarnąć za 12,92. Ja sądzę, że te dwa przykłady są znakomitą ilustracją tego, że jeśli człowiek dobrze się rozgląda w internecie, to może złapać nie lada okazję. Sądzę, że to są okazje. Czujcie się państwo poinformowani. No cóż, zaczął się rok akademicki, to zaczynamy wykłady.
I dzisiaj pierwszy artykuł z naszego, a przynajmniej mojego ulubionego dwumiesięcznika zatytułowanego „Filozofuj”. Artykuł Artura Szuty zatytułowany: „A jeśli żyjemy w symulacji?” No, zbieżność z kanałem, który niedawno otworzyłem, kanałem zatytułowanym „Wehikuł Wyobraźni”. Jedna z playlist nosi tam właśnie tytuł „Symulacja i okolice”, więc zainteresowanie tematem nie jest przypadkowe. Artur Szuta to jest filozof, pracownik Uniwersytetu Gdańskiego, który specjalizuje się w filozofii społecznej, a także etyce i metaetyce. Jego pasje to przyrządzanie smacznych potraw, nauka języków obcych oczywiście oraz chodzenie po górach, gra w piłkę nożną. Artykuł, który dzisiaj państwu przedstawię, ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” z 2020 roku w numerze czwartym. Tekst jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. A zatem zaczynamy lekturę artykułu „A jeśli żyjemy w symulacji?” Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia stwierdzamy ponad wszelką wątpliwość, że nasz świat jest komputerową symulacją. Na błękitnym niebie, na całym globie pokazał się napis. Nad każdym krajem był on w innym języku, który głosił: „Żyjecie w symulacji”.
I co teraz? Czy to odkrycie miałoby poważne konsekwencje filozoficzne lub religijne? Obecnie dominuje naturalistyczna wizja świata. Zgodnie z nią istnieje jedynie materia i prawa określające jej zachowanie. Materia przejawia swoje istnienie w postaci cząstek elementarnych, które konstytuują bardziej złożone byty, te zaś z kolei jeszcze bardziej złożone i tak dalej. W wyniku tych złożeń pojawiają się atomy, związki chemiczne, ale i gwiazdy, planety, układy słoneczne, galaktyki, a także żywe organizmy, bakterie, rośliny, wyższe zwierzęta, w końcu umysły. W pewnym słabszym sensie istnieją też miasta, populacje, pieniądze czy wybory prezydenckie. Całość tego świata zawiera się w ekspandującej przestrzeni. Ziemia, nasz dom to malutki punkcik w tej przepastności. Ja, wy i miliardy innych ludzi, którzy nic jeszcze o „Filozofuj” nie wiedzą, co dzień przemierzamy maleńkie fragmenciki tego punkcika w drodze do szkoły, do pracy, w drodze z sypialni do łazienki, do kuchni albo na spacerze po parku, w górach, jadąc samochodem, pociągiem, płynąc wpław, ale też statkiem czy lecąc samolotem.
Wydaje się, że te maleńkie fragmenciki naszego świata znamy dobrze. Za oknem jest ulica, która prowadzi do centrum miasta. Trochę dalej, za horyzontem znajduje się morze, którego fale szumią przyjemnie. Nieopodal, za miastem jest las, też szumiący, gdzie żyją sarny, lisy i inne stworzenia. Znamy też pochodzenie i nieuchronny koniec każdego z nas. Próbujemy się jakoś w tym świecie sensownie urządzić. Budujemy społeczeństwa, zakochujemy się, troszczymy o siebie nawzajem, realizujemy swoje marzenia albo jedynie walczymy o przetrwanie. Wiele jeszcze nie wiemy, ale jesteśmy, jak się zdaje, na drodze do skutecznego odkrywania coraz dalszych i coraz mniejszych części tego świata, a tworzony jego obraz układa się w prawie spójną całość. Nagle przychodzi dzień, w którym odkrywamy, że cały ten świat to komputerowa symulacja, a może wirtualny wytwór, który wcale nie ma na celu symulowania niczego, a jest tylko efektem pracy programistów. Programistów z innej rzeczywistości.
Czy coś się zmienia? Czyż nadal nie powiemy, że za oknem jest ulica? Że trzeba będzie coś zjeść na śniadanie? Może przygotować się do egzaminu? Czy woda, którą popijamy do śniadania, przestanie mieć skład H2O? Czy stół, przy którym teraz siedzę, przestanie być stołem? Czy odwołane zostaną wybory prezydenckie? Albo gorzej, czy unieważnione zostaną wszystkie odkrycia naukowe i teorie? Wydaje się, że w wielu obszarach, na pewnym przynajmniej poziomie, nasz opis świata nie ulegnie zmianie. Będziemy używali tych samych słów na jego opisanie.
Na pytanie o drogę otrzymamy takie same odpowiedzi. Nie zwątpimy też raczej w realność tego świata. Nieważne, czy jest wirtualnym wytworem, czy zbiorem niewirtualnych cząstek. Zimny powiew powietrza na policzku będzie taki sam. Smak wytrawnego wina tak samo będzie wypełniał nasze usta, a dźwięki muzyki tak samo będą rozbrzmiewały w naszych uszach. A jednak zmienia się też bardzo dużo, szczególnie dla naturalisty. Brak tu miejsca, aby wyliczać wszystkie zmiany. Skupmy się na tych najważniejszych. Przede wszystkim zmieni się nasze spojrzenie na prawdy głoszone przez religię. Śmierć nie będzie już ostatecznym zaprzestaniem istnienia.
Wystarczy, że nasi twórcy, może powinienem napisać „Twórcy” z wielkiej litery? Wystarczy zatem, że nasi twórcy wpiszą kilka wierszy w programie i stanie się cud. Cud zmartwychwstania. Wiele innych cudów także nabierze nowego znaczenia. Zanim odkryto, że żyjemy w wirtualnym świecie, absurdalne wydawały się doniesienia typu zatrzymanie ruchu słońca po niebie, aby mogła w świetle dnia dokończyć się zwycięska bitwa, przywołanie do życia rozkładającego się od trzech dni ciała czy cudowne rozmnożenie chleba. W świetle tego nowego odkrycia takie zdarzenia stają się przynajmniej czymś do pomyślenia. W końcu czy i my w pewnym sensie nie jesteśmy wszechmocni w tworzonych przez nas wirtualnych światach? Zmieni się także nasze myślenie o sensie i celu życia. Pojawią się pytania, czy jesteśmy przedmiotem jakiegoś eksperymentu, eksperymentu naszych twórców? Czy mają wobec nas jakieś poważne zamiary, czy też stworzyli nas jedynie dla rozrywki?
Nowego wymiaru nabiorą nasze moralne lub niemoralne czyny. Inaczej się przecież postępuje, gdy jak pisze Nick Bostrom, wiemy, że ktoś patrzy albo co gorsza nieuchronnie wymierzy nam sprawiedliwość. Nowy sens uzyska także modlitwa. Jeśli jest ktoś, kto nas słyszy, jest w mocy pomóc nam w naszej niedoli, wyleczyć nieuleczalną chorobę, poprowadzić w ciemnościach, to czy nie byłoby czymś rozsądnym zwrócić się o pomoc do takiej osoby? Nie twierdzę, iż odkrycie, że żyjemy w symulacji oznaczałoby potwierdzenie prawdziwości którejś z obecnie istniejących religii. W końcu, jeśli pewnego dnia to my będziemy twórcami jakichś wirtualnych światów, jakichś wirtualnych rzeczywistości i zamieszkujących je inteligentnych istot, będziemy dla nich niczym bogowie. Dla nich. Jednak z naszej perspektywy nadal jesteśmy istotami skończonymi i niedoskonałymi. Być może i nasi twórcy mają swoje ograniczenia. Być może także mają swoich twórców.
Nuczas warto będzie zapytać, czy istnieją, a może istnieje taki twórca, który sam nie jest stworzeniem. Ciekawym pytaniem, jakie też można zadać, jest to, czy nasze umysły są rzeczywiście wygenerowane przez program, w którym zdajemy się żyć i doświadczać świata? Czy być może są one jedynie w tym wirtualnym świecie zanurzone z pomocą jakiegoś tajemniczego interfejsu? Można również pytać o samą naturę symulacji. Czy jest to coś samego w sobie, co generuje świat materii z jego barwami, zapachami, kształtami i tak dalej? Czy też symulacja potrzebuje widza, w którym ostatecznie się ona realizuje? Jak na razie wszystkie znane nam symulacje są nimi tylko dzięki temu, że my, ich twórcy, jesteśmy w stanie je jako symulacje interpretować, widzieć na obrazach monitorów wirtualne zachody słońca, wirtualne wojny, wojny cywilizacji czy też wirtualne przygody Wiedźmina. Jeśli przestaniemy na nie patrzeć, one przestaną istnieć. Tak oto zatoczyliśmy koło. Wszystkie zadane powyżej pytania są tylko przebraną wersją pytań już kiedyś postawionych przez Platona, Tomasza, Berkeleya czy Spinozę.
Ciekawe, czy umielibyście je wskazać. Tak, proszę państwa, to był pierwszy wykład cytowany z dwumiesięcznika „Filozofuj”. Tekst Artura Szuty z Uniwersytetu Gdańskiego. Przypomnę miesięcznik „Filozofuj”, numer z 2020 roku. Cóż, proszę państwa, czas na dzisiejszy clou programu. Zapraszam na spotkanie z Lesem Hoduniem. Dzisiaj porozmawiamy o książce „Nadal jestem” z bardzo ważnym podtytułem: „Koniec drogi to jeszcze nie koniec”. Proszę państwa, mogę już właściwie pozwolić sobie na takie powitanie. Jak co miesiąc naszym gościem jest Less Hoduń, człowiek, o którego książkach rozmawiamy od dłuższego czasu i bardzo dobrze, bo to są książki różne. Tak jak powiedziałem w ostatniej audycji, nasz gość jest pisarzem totalnym, sięgającym po różne formy przekazu, od wierszy, poprzez prozę, po książki popularnonaukowe.
W każdym razie tak je sobie określmy. Dzisiaj kolejna z nich i jak zwykle na początku zagadałem gościa dosyć konkretnie. Jeszcze raz przepraszam i dzień dobry wieczór.
[21:36] - Dzień dobry wieczór bardzo.
[21:39] - To już jest moja specyfika, że jak goście przybywają do „Bibliotekarium 2.0”, to ja ich zagaduję niemalże na śmierć. Taka już moja przywara. Książka, która stała się jednocześnie tytułem naszej dzisiejszej audycji, to książka, która narodziła się tak naprawdę w radiu. Jakbym mógł poprosić o przytoczenie tej historii, bo myślę, że historia ważna i warto po nią sięgnąć.
[22:14] - Tak, to był czas, o ile dobrze pamiętam, dlatego że z datami, z reministencyjnością dat mam czasami problemy, ale jak próbuję sobie przypomnieć, to jest około 2004, 2005 do 2007. Wtedy działa mi się pewna rzecz pod tytułem „Ukryta rzeczywistość”. Była to taka moja idea społeczna, za pomocą której chciałem przybliżać ludziom tematy, których nie bardzo lubi nauka akademicka, a które są bardzo opisywane przez ludzi, którzy nienaukowo zajmują się tym, próbują drążyć tematy, próbują je odkrywać, próbują porównywać, próbują po prostu robić coś z tym, żeby tych tematów dotknąć. Jednym akurat z tematów jest właśnie kwestia umierania, śmierci, odchodzenia. W różny sposób to nazywamy. Jest to rzecz związana konkretnie z moją książką, z momentem przekraczania granic, z momentem odejścia. Czy mówimy o dokładnie momencie odejścia w chwili, gdy ktoś przekracza granice życia fizycznego i przenosi się tam do domu, jak to niektórzy fajnie określają, czyli do tej drugiej przestrzeni? Czy chodzi o czas już po przekroczeniu granicy i nawiązaniu kontaktu, ewentualnie czasami nawet jeszcze jakiś czas przed odejściem, kiedy to, jak się okazuje, niektórzy ludzie mają umiejętność wyczucia tego momentu przejścia. Oni wiedzą, że coś się zadzieje i w jakiś sposób dają komunikaty swoim bliskim, swoim znajomym. I ta książka, którą nazwałem po prostu „Nadal jestem”, ma za zadanie przybliżać ten temat i pokazać ludziom, że to nie jest tak, że jak niektórzy sądzą, jest amba do piachu, koniec, plus już nie ma człowieka.
Tylko że coś jeszcze jest. Tak mi się wydaje.
[24:38] - Bardzo ciekawym momentem, na który natrafiłem zaraz na samym początku książki, był ten, w którym cytuje pan wypowiedź jednego z lekarzy, który stwierdza, że człowiek to jest właściwie taki worek na mięso i kości. A pan w książce kwituje, zresztą to nie jest jedyne tego rodzaju skwitowanie: „Taa, jasne”. To znaczy, że, tak to przynajmniej odczytałem, po obcowaniu z tyloma historiami, bo powiem jeszcze naszym słuchaczom, że książka składa się z bardzo wielu ciekawych historii, nazwijmy je historiami z pogranicza, historii przejścia albo właśnie takich historii, które zbliżają nas do drugiej strony. W kilku miejscach pan tego „taa, jasne” używa. I to moim zdaniem świadczy, że obcowanie z tymi historiami dało panu pewną pewność, przekonanie głębokie, takie przeświadczenie, że non omnis moriar.
[25:59] - Tak, co tu dużo mówić. Jeżeli, tak jak poruszaliśmy w poprzedniej bodajże rozmowie kwestie otwierania się na wiedzę i tę właśnie totalność pisarską, którą pan redaktor tak ładnie ujął, jest to związane z umiejętnością odbierania informacji, umiejętnością składania wszystkiego w jedną całość, porównywania, weryfikacji na podstawie tego, czego człowiek dotknął, co usłyszał, w jaki sposób to coś mu się pokazało. W sensie ta wiedza, ta informacja. Wiadomo, że umiejętność konotowania informacji i przekazów związana jest z tym, że żyjemy sobie wśród ludzi, a ludzie są znani z tego, że mają standardowe swoje zachowania. Więc wiadomo, że jeżeli jesteśmy głodni, skutkuje to tym, że będziemy szukali czegoś do zjedzenia. Jeżeli chce nam się spać, to po prostu położymy się spać. I to są tylko dwa przykłady, które możemy tutaj nadmienić, ale tego jest o wiele więcej. Niektóre łączenia tych informacji związane są z wyrywkami danych, które gdzieś w pewnych wypowiedziach, w pewnych przekazach się zawierają. Uważam, że jestem na tyle otwarty, a jednocześnie na tyle mam umysł bardzo niepokorny w tym swoim „taa, jasne”, że dla mnie jest to ewidentnym znakiem, że jeżeli coś odczytuję w taki a w taki sposób, to znaczy, że coś jest na tyle na rzeczy, że uważam, że powinienem o tym powiedzieć w taki a w taki sposób. Stąd pojawiła się właśnie książka.
[27:46] - A ja chciałbym zapytać o masę krytyczną. Ja rozumiem, że skoro zainteresował pana temat, o którym dzisiaj rozmawiamy, to znaczy, że gdzieś tam jest druga strona i nie umieramy tak do końca, że nadal jesteśmy, to musiał być temat dla pana frapujący. A po jakiej ilości historii, ja wiem, że to głupie pytanie, nie da się tego określić, ale czy dużo tych historii musiał pan usłyszeć, żeby nabrać tej pewności, tego przekonania? Co prawda filozoficznie nie możemy stwierdzić, czy coś tam jest, bo to zupełnie świat wymykający się naszym zmysłom, naszej filozofii, naszej nauce. I bardzo dobrze, że się wymyka. Jednak trzeba takiego głębokiego przekonania, żeby mówić: „tak, jasne”. Kiedy to się pojawiło? Ile tych historii musiał pan wysłuchać?
[28:50] - Tak naprawdę ja mam taką tendencję do wręcz zaczepiania ludzi, zagadywania i podpytywania ich w bezpośredni sposób o to, jakie mają nastawienie do tego typu komunikatów, do tego typu informacji. Czy gdzieś w ich przestrzeni może osobiście doświadczali czegoś takiego? A być może wiadomo, że każdy z nas ma, miał lub będzie miał babcię, która będzie w wieku już bardzo dojrzałym i o której będzie można powiedzieć, że z niejednego pieca chleb jadła, że posiada bardzo szeroką wiedzę. Więc takie babcie czasami potrafią w jakichś momentach, gdy sobie siadamy i rozmawiamy, opowiedzieć o tym. Szczególnie kiedy mamy spotkania rodzinne i wiadomo, że tego typu rzeczy jak doświadczenia na granicy to są bardzo istotne tematy z punktu widzenia rodzinnego, szczególnie dla osób, które są bardzo prorodzinne. Tak naprawdę ja już od szkoły podstawowej zauważyłem, że ciągnie mnie do nieznanego. Czytałem książki o astronomii i oglądałem filmy popularnonaukowe i te właśnie inne troszeczkę spoza akademii. Od tamtej pory bardzo mnie to wszystko intryguje, więc przez mnóstwo lat byłem otwarty i cały czas jestem otwarty na tego typu opowieści, które czasami w bardzo nietypowych sytuacjach skutkują naprawdę ciekawymi historiami, jak na przykład ta, którą zamieściłem w książce, a która dotyczyła pewnego pana, jakiego spotkałem kiedyś w kolejce w jakiejś klinice. Siedziało kilka osób, pamiętam, i stworzył się taki mikroklimat towarzyski. Wtedy mówię: „Chciałbym państwa o coś zapytać, bo akurat piszę książkę o tym i o tym”.
Opowiedziałem pokrótce, kim jestem, czym się zajmuję. „Czy państwo miewacie tego typu rzeczy?” Jeden pan się wysypał na samym początku i opowiedział mi historię, którą zresztą przytoczyłem tutaj i którą też od czasu do czasu opowiadam, bo jest to jedna z najciekawszych opowieści: miał kiedyś wujka, którego bardzo lubił. Ten wujek nauczył go wielu rzeczy. Bardzo lubił z nim przebywać. Wujek lubił żartować, miał fajny dystans do siebie i do świata. Któregoś razu przyszedł do niego, usiedli przy stole i on powiedział: „Śniła mi się moja mama i powiedziała, że niedługo po mnie przyjdzie”. Pan mówi, że stworzyła się bardzo dziwna atmosfera, troszeczkę niezręczna, ale wujek jako pierwszy zaczął ściemniać, żartować i rozładował sytuację. Okazało się, że, o ile pamiętam, tydzień lub dwa tygodnie później wujek przekroczył granicę. Interesują mnie bardzo takie konkretne informacje. Nie z gatunku: „Wydawało mi się, że widziałem ducha, wydawało mi się, że coś mi się przyśniło”, bo wiele jest tego typu przywidzeń, wiele jest tego typu sytuacji, kiedy naprawdę nam się coś wydaje, a może to się okazywać zupełnie czymś innym.
Natomiast ja skupiłem się tutaj na konkretach. Uwielbiam konkrety i książka jest bardzo konkretna.
[32:24] - Tak, to prawda. Historia, którą pan przytoczył, pochodzi z rozdziału, który pan nazywa spotkaniami, ze spotkania drugiego. Tamta historia, w ogóle to spotkanie poświęcone jest snom. Ja natomiast chciałbym wrócić na chwilę do spotkania pierwszego. Tam jest również historia, która na mnie jako na czytelnika bardzo mocno działała. To jest historia szafy, w której coś pukało, stołu w kuchni właściwie i o tym, kiedy przestało pukać. To jest też historia o zwierzaku, o psie. Niesamowite są te historie. Na pewno będę miał jeszcze sporo konkretnych pytań, ale ta historia z psem, kuchnią i szafą to też zasłyszane, podpytane?
[33:21] - Absolutnie każda historia pochodzi od moich znajomych, z którymi osobiście rozmawiałem i których osobiście wypytałem. Wyprosiłem czasami o tego typu przekazy i czasem dziwiło mnie, że niektóre z osób, które wydawały mi się, że być może bardziej miałem nadzieję, że w ich intensywnym życiu również przytrafiały się tego typu okoliczności i być może nimi się ze mną podzielą, to tak naprawdę nie miałem przekonania, co stamtąd przypłynie. A jednak ja sobie pozwolę tutaj zacytować, bo akurat też wybrałem opowieść, która również bardzo na mnie wpłynęła. Chodzi o telefon taty mojej znajomej. Jak ona sama opisuje: „Po śmierci mojego taty zabrałam jego rzeczy ze szpitala: odzież, telefon i parę innych. Po pogrzebie jesteśmy w domu ja, mąż, moja siostra, moje dwie córki oraz taty i moi przyjaciele. W pewnej chwili wszyscy zamarliśmy w przerażeniu, bo na mój telefon zadzwonił tata. Wszyscy to widzieli. Mój mąż poszedł szybko do szafy, wyjął taty telefon i mówi: «Patrzcie, on jest wyłączony», a mój właśnie dzwonił. Odebrałam oczywiście, ale była cisza”.
Na bazie tego typu opowieści nie sposób odejść sobie zupełnie na bok i powiedzieć: „Nie, to absolutnie”. Bo jeżeli ktoś mówi, że tak, bo to się zdarzyło przypadkiem, bo są przypadki. Sorry, ale ja w zbieraniu moich historii do tej książki myślę, że mogę powiedzieć, że osiemdziesiąt kilka procent opowieści, które do mnie dotarły, to były właśnie opowieści tej kategorii, czyli z bardzo konkretnym przekazem, z taką sytuacją, że co o tym powiedzieć? Ktoś mógłby powiedzieć: „Wszyscy mieli tak zwaną zbiorową histerię” czy jak to się tam nazywa. À propos zbiorowej histerii, czy to się jakoś inaczej nazywa? Zaraz to przytoczę, ponieważ również sobie to wypisałem. Zbiorowa histeria w socjologii i psychologii: pojęcie odnoszące się do zbiorowych urojeń dotyczących nieistniejącego niebezpieczeństwa zagrażającego społeczeństwu, o którym informacje rozchodzą się szybko poprzez plotki i powszechny strach. Ja tutaj w tym pojęciu widzę tylko i wyłącznie podszepty, komunikację plotkową. Natomiast nie ma nic na temat konkretnego wydarzenia, które było materialne, które uruchomiło przedmiot tego, który zmarł przed chwilką, a telefon, który miał dzwonić, był wyłączony i już nie należał do tej osoby. To nie jest kabaret, który opowiada o tym, że w jednym grobie leży sobie jeden z drugim, i się nabijają: „Widziałeś, kogo tam dzisiaj przywieźli?” i tak dalej.
To już nie jest to. Tutaj mówimy o namacalnej, dotykalnej rzeczywistości. Prawdę powiedziawszy, ciary przepłynęły przez moje plecy, kiedy ta osoba mi to opowiedziała.
[36:49] - Ja nawiążę do kolejnego rozdziału, a właściwie spotkania. Tam pan zadaje bardzo ważne moim zdaniem pytanie. Ja pozwolę sobie zacytować: „Jak bardzo trzeba być upartym i nastawionym na nie, żeby w tego rodzaju wyraźnych i dokładnych przecież przekazach widzieć wyłącznie przypadek i zwidy? Trudno rozmawia się z tego rodzaju opornikami, którzy w takie siłowe teoretyzowanie święcie wierzą, a jeszcze do tego głośno i obcesowo to wyrażają. Automatycznie podnoszą wtedy głos i głowę i mówią szybciej oraz z większym naciskiem”. Dla mnie to jest wyraźny ślad tego, że natrafiał pan również na jednostki, które po prostu się z panem nie zgadzały, to w najlepszym przypadku, a sądzę, że również pogardzały pana zainteresowaniami. O te doświadczenia chciałbym zapytać.
[37:56] - Tak, ja przede wszystkim uważam takich ludzi za osoby, które mają problem pewien. Nie mówię tutaj jakichś negatywnych rzeczy na ich temat, natomiast uważam, że ludzie tacy są troszeczkę niedoinformowani, jeżeli chodzi o ilość wiedzy, ilość danych. Czy mówimy o tym, o czym rozmawiamy dzisiaj, czy o jakiejkolwiek innej kategorii wiedzy, informacji, która funkcjonuje w naszej rzeczywistości. Pan redaktor pozwoli, ja spróbuję znaleźć teraz to coś, co przytaczałem podczas naszej rozmowy, bodajże gdy rozmawialiśmy na temat lekcji paranormalności. To jest związane między innymi z tym, jak ludzie widzą tak zwaną prawdę. Dla niektórych prawda jest tylko wtedy, kiedy nauka o tym powie. Jeżeli nauka temu zaprzeczy, to znaczy, że to jest bzdurą. Ja uważam, że nauka to jest jeden ze sposobów widzenia świata. Tak jak mamy banki różnego rodzaju, tak jak mamy różne firmy meblowe, tak jak mamy różnego rodzaju firmy usługowe sprzedające różne rzeczy i tak dalej. Więc nauka po prostu zajmuje się jednym ze sposobów widzenia danej rzeczywistości.
To, że nauka wypracowała w sobie coś takiego, co się nazywa metodologią, czyli konsekwencją podążania przez doświadczenia, to jest dla mnie skarb, czyli świadomość, że ja chcę dokonać eksperymentu, chcę to potwierdzić i ja będę do tego dążył w bardzo precyzyjny sposób. Natomiast w tej sytuacji, kiedy dotykamy tematów pod tytułem kwestie mentalne, ponieważ poruszane tematy w książce związane są z duchowością, z mentalem, nawet z wiarą, z osobowością, z przekonaniami, myślami, odczuciami i tak dalej, więc to nie są rzeczy, które można katalogować. I co z tą prawdą? Kiedyś pojawił się jakiś komunikat na fejsie i ja sobie go zapisałem, ponieważ w bardzo ciekawy sposób człowiek napisał o prawdzie. Każdy człowiek za prawdziwą uważa każdą informację, w którą wierzy, zaś to, co kwestionuje, jest dla niego fałszem. I to jest dokładnie to, co pan redaktor przed chwilką powiedział, czyli że ktoś się ze mną nie zgadza, więc on uważa, że ja mówię nieprawdę. I teraz co dalej? Niby jest to proste, ale jest jeden haczyk. Żaden człowiek nie wie, czy informacja, w którą wierzy, jest prawdziwa, a jego wiara faktycznie jest nadzieją, że to, w co wierzy, jest prawdą. Jest to takie troszeczkę zakręcone, ale bardzo przejrzyście i konkretnie pokazane.
Więc jeżeli nie przyglądamy się czemuś z otwartym umysłem, jeżeli coś negujemy tylko dlatego, że nasze widzenie świata opiera się na sceptycyzmie, to będziemy z zasady negować wszystko, ponieważ nauka tego nie potwierdza. A według mnie to nie jest prawdą i to jest ewidentne ograniczenie. To jest niestety bardzo biedne spojrzenie. Sorry, że tak muszę powiedzieć. Być może ktoś odczuje się pokrzywdzony, ale niestety tak jest. Ktoś mówi: „Bądź obiektywny w tym, co robisz”. Nie ma obiektywizmu ze względu na pojmowanie tej prawdy. Wszystko, cokolwiek robimy, każdą informację, jakąkolwiek przekazujemy, jest związana z naszym subiektywnym pojmowaniem świata. Obiektywizm możemy mówić, że istnieje wtedy, kiedy informacja, którą przekazujemy, jest intencjonalnie przez nas przekazana w czysty sposób. Czyli nie ma czegoś takiego, że my chcemy podrobić jakieś dane po to, żeby zgadzało się z naszym ego, bo my powiemy i my będziemy czuli się lepiej.
I też o tym piszę w książce. Tylko żebyśmy byli uczciwi w przekazaniu właśnie tej prawdy. Ja na przykład podążam w tę stronę, jeżeli chodzi o wertowanie, jeżeli chodzi o odkrywanie takich tematów, podążam w takim kierunku, że gdyby okazało się, że jakaś informacja jest zmyślona, ja ją odsunę od siebie. Ja nawet kiedyś, gdy mówiłem, że jest coś, na co zwrócić trzeba uwagę i traktowałem to możliwie pozytywnie, to jestem w stanie powiedzieć: ta informacja jest fejkiem. Taka jest uczciwość twórcza. Rozmawiając o tym pamiętajmy jedno, żeby nasi słuchacze wiedzieli, że nie jest to książka napisana po to, żeby coś sobie poopowiadać, tylko jest to esej. W bardzo szczery sposób staram się traktować materię, której dotykam i przekazywać dokładnie to, co czuję względem tego. Bardzo mi zależy na tym, żeby po pierwsze samemu poznawać rzeczywistość, a po drugie dzielić się tym, co zauważyłem istotnego i co chciałbym, żeby ludzie wiedzieli. Bo wtedy, tak jak niektórzy mówią o mnie, że jestem eye-opener, czyli otwieraczem oczu, że wiele ludzi powinno po moich słowach otworzyć oczka.
[43:42] - Tak sobie myślę, że à propos tego, o czym pan mówił. Mówiliśmy o problemach z nauką, a właściwie z pewnym podejściem do nauki. Przypominam sobie naszą rozmowę o paranormalności, kiedy mówiliśmy o tym, że to, co dzisiaj jest paranormalne, być może za kilkaset lat będzie uważane za jak najbardziej normalne, za element wiedzy stricte naukowej. Dzisiaj jeszcze nie dotarliśmy do rejonów, które mogą obejmować te rzeczy, które dzisiaj nazywamy paranormalnymi. Jest jeszcze jedna próba interpretacji, a mianowicie taka, że dlatego mówimy o transcendencji bardzo często od transcendere, czyli coś, co na zewnątrz. Świat, do którego być może udajemy się po śmierci, nie ma nic wspólnego, nie ma punktów stycznych z naszym, a w każdym razie może ich nie mieć. Bardziej tak to ujmijmy. A zatem nasze prawa fizyczne, nasze prawa matematyczne, nasze prawa naukowe nie dotyczą tamtej rzeczywistości i próby opisywania owej rzeczywistości gdzieś za barierą, próby opisywania jej w sposób naukowy mogą być skazane na niepowodzenie, bo to tak jakbyśmy próbowali ważyć odległość albo podobne dziwne manewry wykonywać. Nie są czasami miary przystosowane do tamtej rzeczywistości. Proszę wybaczyć, taka odrobina refleksji.
[45:33] - Bardzo zgadzam się z tym. Popatrzmy chociażby przez pryzmat tego, co dzieje się normalnie w naszej rzeczywistości na świecie. Kiedy oglądamy film i ten film jest komedią, ale pochodzi na przykład ze Stanów, z Francji, z Włoch i okazuje się, że nie jesteśmy w stanie się śmiać z tego, dlatego że nie wyrośliśmy w tamtej kulturze. Ta kultura jest dla nas obca. Ona jest być może nadzieją na to, bo Stany, bo Ameryka i wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma jest przecież powiedzenie, to bardziej mamy nadzieję, że faktycznie gdzieś tam jest lepiej. Natomiast tego kontekstu śmieszności w danym filmie nie odbieramy i nie potrafimy się śmiać z tego filmu, być może tak, jak on na to zasługuje. Podejrzewam, że tak samo nasze komedie pod tytułem słynna seria z Pawlakami, która jest bardzo osadzona w naszej rzeczywistości i nie to, że w naszej rzeczywistości, to jeszcze dodatkowo w pewnych okresach czasu, a także w pewnych rejonach społecznych. I to wszystko, te wszystkie elementy składają się na taki efekt finalny, który mówi, że my wyrastając w czymś, znamy to i potrafimy się śmiać. Mogę również powiedzieć dowcip pana Wojciecha Manna, który również nie trafia do każdego. Potrafię ten dowcip zrozumieć, chociaż czasami też mi się wymykają niektóre rzeczy, ponieważ nie czytam o wszystkich, nie siedzę bez przerwy i nie rejestruję wszystkich informacji, jakie się dzieją na świecie, ale to, co takiego bardziej ogólnego jest przekazywane w jego anegdotach potrafię odebrać.
Myślę, że wiele osób, które tutaj mieszkają w Polsce, tutaj żyją, mają swoich znajomych, bywają w różnych miejscach, czytają, oglądają, są w stanie wychwycić pewne informacje i się z tych informacji pośmiać. Po to są, dlatego funkcjonują w ten sposób kabarety, które dotykają naszej rzeczywistości i widać, jak ludzie potrafią reagować. Do ludzi jednak dociera pewna informacja, która jest później podsumowana w odpowiedni sposób w kabarecie i ona wywołuje taki efekt. To samo dzieje się w tej relacji, że tak to określę. Natomiast jest to o wiele trudniejsze, dlatego że mamy relację z przestrzenią zupełnie niepoznaną. O ile osoby, które przekraczały te granice, na przykład podczas stanu śmierci klinicznej, które twierdziły, że poznały absolut, kiedy wracają i mówią: „Ja czułem, że ja wiem wszystko”, ale on, wracając tutaj już tego nie wie, nie pamięta. Ale pozostaje ta świadomość, czyli tamten obszar jest... To tak, jakby wychodzić poza nasze ograniczenia. Poza ograniczenia DNA, które mamy w naszym organizmie, poza ograniczenia, które są związane z naszymi społeczeństwami. Już choćby samo to, że w wielu książkach i w mojej, i na pewno znanej wielu słuchaczom książce doktora Raymonda Moody'ego „Życie po życiu”, czy redaktora Rymuszki z Nieznanego Świata „Polskie życie po życiu” pojawiają się informacje, że osoba, która przekracza te linie, chociażby tylko i wyłącznie na bazie doświadczeń z pogranicza śmierci klinicznej informuje, że widząc swoje ciało, ta osoba czy ta dusza, ta świadomość, która odłączyła się od tego ciała, ona się nie identyfikowała, nie robiła ta osoba na tej duszy żadnego wrażenia.
Czyli jest coś takiego, co sprawia, że faktycznie nasze ciało należy traktować jako środek komunikacji. I trudno jest powiedzieć wtedy i trudno jest o tym faktycznie rozmawiać, bo tylko i wyłącznie uważam, osobiste doświadczenia mogą sprawić, że ktoś, kto będzie chciał wypowiedzieć się dokładnie na ten temat, on może się wypowiedzieć dlatego, że ma te doświadczenia za sobą. I to jest istotne. W tym momencie ja cały czas bazuję tylko i wyłącznie na doznaniach osób, które albo przekroczyły te granice życia, albo doświadczały sytuacji z osobami, które te granice już miały definitywnie przekroczone.
[50:36] - Powiem szczerze, że kiedy mówiłem przed chwilą o transcendencji i o tym braku kontaktu, a w każdym razie tych punktów stycznych pomiędzy naszym światem a światem gdzieś tam za barierą, to się ugryzłem w język troszeczkę, bo pamiętałem między innymi spotkania numer cztery i tam następującą myśl znalazłem: skoro osoby niefunkcjonujące już w postaci materialnej potrafią wygenerować nawet coś tak prostego jak pukanie, czy nie oznacza to, że kontakt z tamtym światem jest o wiele bliższy i bardziej możliwy, niż nam się wydaje? To jakby dopełnienie tego, co powiedziałem, a może nawet częściowe zaprzeczenie.
[51:31] - Wie pan, panie redaktorze, mnóstwo ludzi próbuje sięgać do strefy kontaktów z tamtą stroną. Przecież dzisiaj bardzo popularne są programy, kiedy oglądamy sobie ludzi buszujących po różnego rodzaju miejscach, wnętrzach, domach i tak dalej i próbują nawiązywać kontakt. To znaczy, że przede wszystkim, i to już nawiązuję do jednego z poprzednich pana pytań, że narzędzia mamy coraz lepsze i mam nadzieję, że to będzie postępować, bo jeżeli w tym wypadku to jest tak jak z tym palcem, dać palec, to złapie całą rękę. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Więc jeśli udaje się skomunikować z istotami, które w jakimś miejscu funkcjonują i one są związane z tym miejscem, a osoby nie wiedzą jak i co wygląda, jeżeli chodzi o tych, którzy tam żyli i dowiadują się, uzyskując fizyczne, normalne odpowiedzi i później te odpowiedzi są weryfikowane przez właścicieli mieszkań, hoteli, teatrów i tak dalej. To znaczy, że istnieje pewna precyzja. Może to jest nieładne słowo precyzja, ale istnieje jednak coś takiego, ja może to opiszę bardziej niż znajdę słowo. W każdym razie chodzi mi o to, że jednak coś jest na rzeczy, bo osoba, która przyjeżdża sobie nie wiadomo skąd, widzi to miejsce po raz pierwszy, ale słyszała o tym miejscu i ona wchodzi w to miejsce i dowiaduje się rzeczy, których tak naprawdę nie wiedziała. Zawsze można powiedzieć: „A, bo oni się dowiedzieli, a bo oni wyszukali informacje i tak dalej”. Bądźmy szczerzy, to nie są historie tego typu, bo gdyby chodziło o fejki, to fejki wiadomo, zawsze szybko kończy się tego typu temat i jeżeli ktoś jest nieszczery, to zaraz pojawiają się informacje, że niestety to jest nie w porządku, tamto jest nie w porządku.
Ja kiedyś pamiętam, obejrzałem sobie film o syrenach. Taki film, niby paradokument, że tu jednak syreny, że coś tam. I zastanawiało mnie, na ile te informacje i te obrazy, które są pokazywane w tym programie, w tym dokumencie, to był bardzo obszerny dokument, na ile one są prawdziwe. I później wszedłem sobie w internet i okazało się, że był to po prostu film zrobiony tak chyba dla jaj tylko, bo jednak ta osoba, która się wypowiadała jako ktoś tam, to jest aktor i tak dalej. I wtedy zadaję sobie pytanie, po jaką cholerę oni to robią? To jest wprowadzanie szumu informacyjnego, który ma zaburzyć całą strefę poznawczą. Więc jeżeli komuś zależy na tym, żeby zaburzyć poznawanie naszego świata, to znaczy, że jest to bycie nie w porządku względem innych ludzi. To jest tak jak z tą brzytwą Ockhama, o której wcześniej chciałem powiedzieć. Eliminowanie informacji, skupianie się tylko i wyłącznie na najprostszych rozwiązaniach. I ja mam wrażenie, że Podstawową zasadą takich ludzi jest przede wszystkim kładzenie nacisku na eliminowanie po to, żeby skupić się tylko i wyłącznie na najprostszym rozwiązaniu, które te osoby uważają za miarodajne dla tego wyjaśnienia.
Oni mogą nic nie wiedzieć na temat danego tematu, natomiast wypowiadają się na jego temat, ponieważ są, jak uważają, sceptyczni, naukowi, ble, ble, ble i ble, ble, ble, że powiem bardzo delikatnie. To nie tędy droga. Naturalność, szczerość i podążanie, udoskonalanie przede wszystkim komunikacji. To tak samo można by było powiedzieć: „Już książki pisali o duchach. Po co napisałeś jeszcze raz tę książkę?” Ale ja właśnie w tej książce napisałem o tym, że być może napisałem w pewnym miejscu coś, co jednak pomoże w pójściu dalej, co zmieni strefę postrzegania. Być może ktoś się tym zainspiruje i również napisze książkę na ten temat, ale będzie ona świeższa, bazująca na o wiele większej ilości doświadczeń, rozmów, być może i badań. Być może wtedy rozwiną się te instrumenty, którymi posiłkują się dzisiaj wszyscy ci, którzy przygotowują te programy i łowią tak zwane duchy. I być może ta komunikacja będzie o wiele szybsza i bardziej naturalna. To jest tak samo jak, proszę zobaczyć, nigdy nie przyszłoby panu do głowy kiedyś, gdy byliśmy mali, że za naszego życia będziemy mieć urządzenie, za pomocą którego wejdziemy sobie na szczyt Mount Everestu, z niego zadzwonimy i wyślemy z niego film wysokiej jakości. A co robią tłumacze dzisiaj?
Są urządzenia, które na żywo, na bieżąco tłumaczą z drugiego języka. Więc tak samo, mam nadzieję, będą rozwijać się urządzenia do komunikacji między światami i będziemy coraz bardziej poznawać, bo jednak ludzie potrzebują upewnienia się w tym, że z naszymi bliskimi po tamtej stronie wszystko jest okej. Nieraz bywa tak, że ktoś mówi: „Nie pojechałem tam do kogoś, a była jakaś rocznica i mi się śnił, i miał pretensje” i tak dalej. Ktoś może powiedzieć: „Bujdy, bzdury” i tak dalej. Sorry, zapraszam do przeczytania książki z bardzo otwartym umysłem i wtedy być może ktoś będzie w stanie zorientować się, że oni nadal są po prostu.
[57:34] - W kolejnym rozdziale spotkania numer pięć pisze pan o jeszcze jednym takim zjawisku, które ja miałem okazję również obserwować. Pozwolę sobie zacytować: „O takim niedopasowaniu niewiary i niesamowitych wydarzeń usłyszałem też od innej mojej życzliwej znajomej. Była to opowieść o znanej jej osobiście dziewczynie, która jest sensytywną, wrażliwą na odbiór sygnałów spoza naszej materialnej rzeczywistości osobą. Mimo to owa dziewczyna na siłę próbuje odsunąć od siebie takie doświadczenia, ponieważ jak twierdzi, nie chce, aby uznawano ją za psychiczną”. To jest zjawisko niemal powszechne w naszym świecie, w naszej cywilizacji, w naszej rzeczywistości. Jak ktoś słyszy głosy, to oczywiście przenośnia, to wiadomo, że wariat musi być.
[58:36] - Tutaj też jest wielorakość, jeżeli chodzi o tego typu doniesienia, o tego typu umiejętności, bo niestety zdarzyło mi się spotykać osoby, które nie potrafię stwierdzić, czy posiadały umiejętności. Natomiast sposób ich zachowania względem mnie i sposób przekazywania informacji, którymi się dzieliły, wyglądał mówiąc kolokwialnie, psychicznie. Było to bardzo niezrównoważone. Czułem się nieswojo w towarzystwie takich osób, więc w tym przypadku trudno jest zweryfikować, czy dana osoba poza tym, że zachowuje się jak mówiąc kolokwialnie psychol, posiada takie umiejętności. Nie jestem w stanie weryfikować. Informuję tylko o tym, że żeby odebrać wiarygodność jakiejś informacji, to przede wszystkim musimy znać daną osobę. Jeżeli spotykamy się z jakąś osobą, to fluidy pozafizyczne potrafią zadziałać o wiele więcej niż jakiekolwiek słowo. Czasem bywa tak, że ludzie mówią, że kogoś poznał, z kimś się spotkał i on się automatycznie czuje dobrze w otoczeniu tej osoby. I aż się chce, bo i życzliwie się rozmawia, i ktoś wysłucha, i jednocześnie coś mądrego powie i tak dalej. Więc takie osoby, które posiadają dar, a unikają jego okazywania, to najprawdopodobniej są osoby bardzo wrażliwe.
I w tej sytuacji ujmowanie na taką osobę pod tytułem, że ty wygadujesz jakieś farmazony i tak dalej, różnie się może skończyć dla takiej osoby, bo wiadomo, jak osoba jest nadwrażliwa, to może popaść w chorobę, może być samobójstwo, mogą być inne dziwne rzeczy. Więc to jest tak naprawdę krytykowanie człowieka jako człowieka, opiniowanie, ocenianie. Jak to mówi indiańskie powiedzenie: „Jeżeli przejdziesz milę w moich butach, dopiero możesz cokolwiek na mój temat powiedzieć”. Ja to tak w skrócie przytoczyłem. Więc niestety jest to tylko i wyłącznie ludzka rzecz pod tytułem „Ty mi się nie podobasz, ja się z tobą nie zgadzam. To są bzdury. Nie gadaj mi głupot”. Czyli ja, który mówię takie rzeczy, chcę przekazać tobie, że ja jestem zamknięty. Ja mam klapki na oczach. Nie przekonasz mnie.
Niestety, ale taka jest prawda. Osoby, które mają klapki na oczach właśnie w taki sposób ucinają rozmowy i w taki sposób toczą się później znajomości. A przecież wystarczy się otworzyć, bo to jest tak samo jak ludzie, którzy chociażby piszą książki czy takie, o jakiej dzisiaj rozmawiamy, czy zupełnie inne. Czy to są ludzie, którzy tworzą muzykę, którzy malują obrazy, rzeźbią, którzy szyją, którzy uprawiają role, robią cokolwiek z pasji. I ci ludzie na przykład lubią posiłkować się zdaniem innych osób. To też jest bardzo ludzkie, proszę zauważyć. „Co ty na ten temat myślisz? Jak fajnie” i tak dalej. I gdybyśmy powiedzieli: „Weź, to do dupy jest po prostu niepodobne. Co ty to?
Nie”. Więc co robimy w tej sytuacji? Dajemy negatywnego strzała tej osobie i być może, jeżeli ktokolwiek później będzie mówił wiele pozytywnych informacji, to być może ta negatywna tak bardzo się zagnieździ w tym umyśle, że później może jątrzyć. Może jątrzyć i za każdym razem będzie to komunikat: „A może jednak znowu zrobiłem coś źle?” Nie, to nie jest fajne. Przede wszystkim otwierajmy się na ludzi i tak naprawdę tylko i wyłącznie od otwarcia wszystko zależy.
[01:02:41] - W spotkaniach numer sześć znalazłem temat, który mnie fascynował już dawno. Bardzo się nim interesowałem, rozważałem, ale to oczywiście były rozważania takie bardzo teoretyczne. Już mówię, o co chodzi, a właściwie posłużę się cytatem. Nieraz zastanawiałem się, czy po przeprowadzce do tego lepszego świata zachowujemy cechy swojego ziemskiego charakteru. Odchodząc z tego padołu, zostawiamy co prawda materialne ciało, ale przecież cały czas żyje nasz duch. A co za jego sprawą i za sprawą świadomości myślimy, odczuwamy, mamy przekonania, planujemy, kochamy, nienawidzimy, smakujemy, smucimy się, cieszymy. A pytanie jest o tyle zasadne, że przez kilkadziesiąt lat używamy bądź co bądź tego naszego ducha i umysłu. To wystarczający czas, aby wytworzyły się silne nawyki przyzwyczajenia. O ten problem chciałbym pana zapytać.
[01:03:55] - Uważam, że relacje międzyludzkie, które wytworzyły się za życia, na pewno zostaną przeniesione na drugą stronę. Mam takie wrażenie, że im bardziej spokojny duch osoby, która przekracza tę linię, tym większa szansa, że interakcja jakakolwiek później wystąpi, że będzie bardzo pozytywna przede wszystkim, że będzie spokojna, że będzie życzliwa. Dokładnie tak, jak to było za życia. A proszę zauważyć w miejscach, w których działy się różnego rodzaju negatywne zachowania, to tam mówi się, że tam straszy. Co to znaczy, że tam straszy? Tam cały czas kipi energia. Najprawdopodobniej te osoby zostały z tymi swoimi doświadczeniami. Na przykład ktoś został zamordowany, spalił się dom, był jakiś wypadek i tak dalej, i tak dalej. Czy ktoś popełnił samobójstwo, ponieważ jak się popełnia samobójstwo, to przecież wiadomo, że człowiek nie jest happy totalnie i jest w szczycie pozytywności swojego życia, tylko bardzo negatywne rzeczy w umyśle nim miotają, bardzo negatywne myśli, samopoczucie. To wszystko jest totalnie dołujące i najprawdopodobniej ta energia, która tam zostaje, ona zostaje w tej formie, w tym momencie i ten moment jest cały czas powtarzany i odtwarzany i są miejsca, do których ludzie boją się wchodzić.
A przecież w niejednym domu ktoś zmarł, leżała trumna z kimś. Bo przecież jest też taki zwyczaj, że zmarły leży. Szczególnie na wsiach bywało tak, że trzy dni bodajże taka osoba mogła być. I tak naprawdę wydaje mi się, że to jest jak gdyby przeniesienie, bo być może większy spokój ducha jest związany z akceptacją większej ilości rzeczy. Być może jest inna relacja tego umysłu i duszy względem ludzi, względem wiekuistości, względem tego, co się wydarzy i tak dalej. Więc tam nie ma mowy o emanacjach bardzo negatywnych. Więc tak samo mówię, jeżeli ktoś był dla ciebie dobrą osobą, to dlaczego ty się boisz go po śmierci? Bo ktoś mówi: „Czy on będzie mnie straszył?” i tak dalej. No ale co? Straszył cię?
Chciał cię zamordować za życia? Bił i tak dalej? „Nie no, było wszystko fajnie. To była super osoba”. No to mówię, cały czas wyrażaj względem tej osoby dokładnie takie same myśli. Myśl o niej tak, jakby była koło ciebie. Nie wiem. Budzisz się rano, przyjdzie ci do głowy. Pozdrów tę osobę po prostu. „Cześć, co tam u ciebie?
Wszystkiego dobrego”. Jakiekolwiek słowa. Tak jak kiedyś byłem zapytany w jednym z wywiadów telewizyjnych tutaj w Policach, jak się do tego nastawić? Mówię, wyobraźmy sobie, że ktoś wyjeżdża w bardzo długą podróż. Więc mówię: nie płaczmy, nie biadolmy, nie narzekajmy, nie klnijmy. Jak ja sobie poradzę bez ciebie? To są straszne presje mentalne, które potrafią nabruździć. A my nie wpływamy na ciało. My wpływamy na czyjegoś ducha, na czyjś umysł. Więc jeżeli oni nadal są, to nadal nas odbierają.
O wiele lepiej nas odbierają niż dotychczas, bo oni nie muszą mówić, nie muszą słyszeć. Oni po prostu cały czas wiedzą. Wiedzą więcej. Wiedzą o sytuacjach, które mają się wydarzyć, więc też czasami nas mogą uprzedzić. Pozwolę sobie tutaj też na jeden z cytatów. To było związane z panią, z którą rozmawiałem i nagrałem jej rozmowę do mojej audycji, którą prowadziłem w Radiu Szczecin. To była audycja „Ukryta rzeczywistość”, a moja idea też nazywała się „Ukryta rzeczywistość”. Jedną audycję dokładnie poświęciłem tak zwanym pożegnaniom. Można tej audycji posłuchać na moim YouTubie. Natomiast to, o czym chcę opowiedzieć, związane było z historią pani, której, o ile dobrze pamiętam, przyśnił się jej mąż.
I to przyśnił się tak wyrazisty. Ona mówi, że miała wrażenie, że się zbudziła. I nadal dzisiaj nie wie, czy ona się zbudziła, bo mówi, że tak jakby siedziała na łóżku. I co opowiada? „Przyszedł do mnie i rozmawiał ze mną tak, jakbym widziała ducha. Duch ma całą swoją postać, całą swoją sylwetkę oprócz stóp. I on tak jak został pochowany, tak wyglądał. Przyszedł i mówił, że będę miała włamanie do mieszkania, ale nikt nie wejdzie. To mu tłumaczę, jak może nikt nie wejść, skoro jeżeli otworzy, to wejdzie. Otworzy, ale nie wejdzie, bo będę ja i będę tego pilnował, że nikt ci do domu nie wejdzie, nic ci nie zginie i nic się nikomu nie stanie”.
I faktycznie tak było. Wyłamali część drzwi. Były tak rozwalone, cały dół, że można było swobodnie wejść. Zamek był powyłamywany i drzwi balkonowe też były otwarte, ale do mieszkania nikt nie wszedł. Żeby mnie to osobiście nie spotkało, to myślałabym, że to jest nieprawda. Pani żyje, ale nie widziałem pani już od bardzo dawna. Pani, rozmawiając ze mną, była nastawiona tak, że nie bardzo w takie rzeczy wierzyła. Do momentu, aż właśnie ta i inne sytuacje jej się przydarzyły. I mówi, że to było tak wyraźne doświadczenie, że jak ona ma myśleć inaczej? Tym bardziej że związane było to z sytuacją, która dopiero się miała wydarzyć.
Więc widzimy tutaj, jakie jest nastawienie względem tak zwanych swoich. Jeżeli mamy dobre relacje, a zachowujmy takie relacje, to cały czas będzie dobrze i po tej stronie, i po tamtej stronie. Bo przecież zobaczmy, nawet jest coś takiego, że gdy osoby odchodzą, to nieraz patrzą gdzieś w jakieś miejsce i mówią albo czyjeś imię, albo mówią: tato, mamo, babciu. Kiedy tak naprawdę zebrane osoby tam nikogo nie widzą. Czyli okazuje się, że gdyby nie było tej relacji pozytywnej, to też nikt nie przyszedłby, żeby pomóc przekroczyć tę linię.
[01:10:40] - Zasłuchałem się. Naprawdę mówi pan fascynujące rzeczy. Przywołał pan w pewnym momencie naszej rozmowy książkę Moody'ego. I myśmy tu z kulisy tego, co się działo przed audycją, rozmawiali przed audycją o tym, że jeśli chodzi o pewien sposób konstruowania opowieści, pewien sposób konstruowania książki, bardzo mi pana książka przypomina to, co stworzył Raymond Moody. Bowiem u pana można znaleźć bogactwo właśnie historii. Mówimy o tym od początku audycji. Masa różnego rodzaju historii, które oczywiście każdy z nas, jeśli jest nastawiony wrogo, nieufnie, może kwestionować. To są jakieś bajki, jakieś opowieści. Niemniej jednak ja jestem przekonany, że ta ilość robi swoje. To jest swoista masa krytyczna, która powoduje, że człowiek, ja mam taką nadzieję przynajmniej, że każdy myślący człowiek, sięgając po tę książkę, zada sobie pytanie przynajmniej takie: a może jednak w tym coś jest?
I myślę, że to będzie duże zwycięstwo, bo właśnie o to chodzi. Cenne jest w pana książce to, że zachowując swoje poglądy, nie stara się pan ideologizować, nawracać. Nie, tego nie ma w tej książce. Są podane opowieści w randze pewnego rodzaju takich słupów milowych, które można sobie śledzić. I to jest w tej książce bardzo ważne. Mówię to w kontekście spotkań numer siedem, bo tam porusza pan niezwykle ważną sprawę, sprawę wiary. Ale nie tej wiary przez duże „W”, tylko w coś wierzymy albo nie wierzymy. I jak to w gruncie rzeczy jest ulotne, bo myśmy się przyzwyczaili. Ludzie na przykład wierzą, to mój ulubiony dowcip. Ludzie wierzą w naukę.
Wiele różnych rzeczy. To jest potoczne słowo, chętnie używane, ale kiedy zaczniemy się zastanawiać nad jego sensem, nad jego istotą, to słowo wierzyć albo sięga bardzo głęboko i wtedy powinniśmy konsekwentnie podążać za tym słowem „wierzę, nie wierzę”, albo też traktujemy je rzeczywiście potocznie, naskórkowo i to ma zastąpić jakieś inne słowo, bo akurat nie przychodzi nam do głowy. Myślę, że to także jest ważne w pana książce, że ona nie jest ortodoksyjna. To znaczy, że pan nie nawraca tą książką, a raczej pokazuje, jak cudowny, jak dziwny może być świat.
[01:13:43] - Ja przede wszystkim jestem bardzo niepokorny i staram się ze swobodą pisać o wszystkim, co chcę ludziom przekazać. Chociażby po to, żeby przełamać taki mit śmiertelności. Już nawet Piotr Cielebiaś, wiceszef Nieznanego Świata, napisał w recenzji, że książka ta ma bardzo duży plus. Nie gnębia czytelnika, czyli nie epatuje tą tak zwaną śmiercią klasycznie przyjętą. Ja bardziej staram się pokazywać swobodę postrzegania. Staram się sięgać do różnych rejonów obecności człowieka i to, w jaki sposób człowiek myśli, co może być dobre w takim myśleniu, a co warto by było poprawić. Oczywiście to, ile czytelnik przyjmie do siebie i co z tym zrobi, jak najbardziej zależy tylko i wyłącznie od niego. Ja pamiętam, jak jeden z moich znajomych muzyków z bardzo znanego zespołu, który kupił moją książkę „Lekcja paranormalności”, powiedział po przeczytaniu: „Wiesz co? Przekonałeś mnie. Chyba się musimy na wódkę umówić”.
Ja mówię: „Dzięki”. Przede wszystkim nie chciałem się przekonać, tylko chciałem przekazać wiedzę i chciałem przekazać sposób myślenia. To jest podstawa, bo tak samo w tej książce, czyli „Nadal jestem” i tak samo w „Lekcji paranormalności” – myślę, że to nie będą ostatnie moje książki związane z tak zwanym nieznanym – przede wszystkim istotna jest tak zwana wiedza, czyli żeby wiedzieć, żeby zbierać informacje, żeby próbować się do nich odnosić, żeby próbować się w nie wpatrzeć i odczuwać. To jest istotne. Nie bez kozery „Lekcję paranormalności”, drugie wydanie nazwałem przede wszystkim „wiedzieć”. Wiem i też o tym rozmawialiśmy podczas tamtej audycji, gdy lekcja była omawiana, że tak naprawdę nauka uzurpuje sobie dzisiaj pierwszeństwo w posiadaniu terminu „wiedza”. Wiedza jest zbiorem informacji. To jest wiedza, a nie wiedza naukowa. I jak najlepsze przekazanie tej wiedzy jest moim punktem szczególnym. Bardzo mi zależy na tym, żeby w miarę jak najbardziej dokładnie odnieść się do tego, co mam do przekazania.
Bo chodzi o to, żeby dać światło, a nie żeby zasiać jakąś informację, która ma za zadanie: „Teraz sobie sami pomyślcie, co wy na ten temat myślicie”. Nie chodzi mi o to. Ludzie i tak pomyślą sobie o czymś. A ukłonienie się w stronę na przykład mojej książki czy na przykład w stronę innych książek, które są pisane właśnie po to, żeby to światło wiedzy nieść, żeby poszerzać spektrum postrzegania świata, jest na przykład związany temat doktora Ebena Alexandra, medyka ze Stanów Zjednoczonych, który zapadł w śpiączkę tygodniową i on odwiedził niebo. On przeżył rzeczy, których on nie wiedział. Po powrocie, nie dość, że wrócił do pełnego życia, do pełnej funkcjonalności, to jeszcze zaczął sczytywać te rzeczy, te książki, o których on nie wiedział. On mówi, że kiedyś nauka była dla niego jak religia. On nie potrzebował nic poza nauką, bo uważał, że nauka posiada odpowiedzi absolutnie na wszystkie pytania i daje mu totalne oparcie we wszystkim, czego on oczekuje. A okazuje się, że on wiele nie wie. I jak bardzo nie wiedział, że tak dużo powstaje książek o tych rzeczach, których on doświadczył podczas tej śpiączki.
Więc myślę, że z otwartą głową należy przystępować do lektury i mojej książki, i do innych książek. Także polecam oczywiście „Lekcję paranormalności” drugą jak najbardziej, bo wtedy dotykamy materii w takiej postaci, że jesteśmy na jej podstawie podjąć jakieś wnioski. Czujemy się dobrze właśnie ze względu na to, że ja nie epatuję koniecznością przyznania mi racji, bo to jest niestety wśród ludzi też bardzo istotne. Ego, czyli ja muszę mieć rację i ja muszę mieć ostatnie słowo. To musi być po mojemu. Ty jesteś w błędzie. Przecież mamy 37 milionów medyków, specjalistów od piłki nożnej, od budowlanki, od motoryzacji, prawda? Trzeba otworzyć tę swoją głowę. Jeżeli otworzymy głowę, jeżeli otworzymy się na inną wiedzę Po to, żeby zdobyć informacje i się w nie wczytać, żeby sobie zweryfikować, na ile to moje postrzeganie było dobre, a na ile nie. Być może do kogoś trafi ta wiedza na tyle, że ktoś powie: „Kurczę”, tak jak pan redaktor powiedział, „faktycznie coś w tym jest”.
Ja na przykład jakiś czas temu, mówiąc już tutaj, dotykając zupełnie innej sfery naszego życia, utylizując odpady, kartony po mleku i po napojach wrzucałem do ogólnych śmieci. Okazuje się jednak, że powinienem wrzucać tam, gdzie wrzuca się plastiki i metale. Zastanawia mnie dlaczego, bo przecież jest tam bardzo dużo papieru w tym. Ale jeżeli takie są ustalenia i czytam artykuły, i czytam takie informacje i takie są wytyczne, to ja po prostu się ukłoniłem i powiedziałem wszystkim, od których wymagałem, żeby te kartony były wyrzucane do ogólnych śmieci: „Sorry, pomyliłem się, nie wiedziałem. Po prostu przeczytałem i teraz wiem”. Więc trzeba też mieć odwagę, żeby powiedzieć sobie: „No kurde, jednak moje zaślepienie z jakiegoś powodu prowadziło mnie na manowce”. A fajnie by było mieć dobre samopoczucie, bo wiedza to też jest dobre samopoczucie. To jest tak samo, jakby w ciemnym pokoju zaświecić światło i wtedy wszystko widzimy. Nie domyślamy się, nie zastanawiamy się, nie denerwujemy i nie boimy się, tylko zaświeciliśmy światło i już wiemy, gdzie jesteśmy i co tu jest. Jest dokładnie tak samo z wiedzą, o której mówimy dzisiaj.
[01:20:42] - Przyznam się, że podążamy przez pana książkę rozdział po rozdziale i mniej więcej w tym momencie ja już byłem usatysfakcjonowany. Tak, fajna książka, a tu nagle spłynęła na mnie część, która nazywa się „Rozmowa”, która po prostu była dla mnie takim strzałem otrzeźwiającym, takim sprawiającym, że ta książka jeszcze bardziej wypikowała w górę. Ta rozmowa to jest rozmowa z filozofem, z księdzem profesorem Wiesławem Dykiem, filozof przyrody, bioetyk, człowiek, który daje tej książce jeszcze takie, nie wiem, czy ja to fachowo nazywam, podbicie. To wszystko jakby nabiera sensu, mocy. Trudno mi to właściwie określić. To jest jakby osobna część tej książki, ale bardzo ważna. Czytamy oczywiście, że ta rozmowa odbyła się w czasie takiej imprezy o charakterze konferencji „Granice życia”. Ksiądz profesor mówił tam o roli śmierci w życiu człowieka. No właśnie, my bardzo często patrzymy na świat w taki sposób, że jest życie, życie, życie, życie się kończy i już później nic nie ma. Okej, to kwestia światopoglądowa, ale tu mamy pogląd, że życie nie tylko się nie kończy, że śmierć to również jest element, jakkolwiek by to paradoksalnie zabrzmiało, życia człowieka.
Przyznam, że ta rozmowa i tu już posłużę się słowami, których nie powinienem używać, ale to absolutna petarda ta rozmowa.
[01:22:48] - Bardzo dziękuję. Przede wszystkim sprostowanie, bo w 2007 roku podczas sympozjum, to było chyba drugie sympozjum, o ile dobrze pamiętam, „Ukryta rzeczywistość” w Miejskim Ośrodku Kultury w Policach. Wszystkie sympozja się odbywały właśnie w Miejskim Ośrodku Kultury. To było sympozjum, które nazwałem „Granice życia” i tam były właśnie dotykane tematy związane z aktywnością mentalną, duchową ludzi. I między innymi zaprosiłem księdza profesora, aby wygłosił odczyt o roli śmierci w życiu człowieka. I ze względu na to, że nawiązała się bardzo fajna znajomość, ksiądz profesor jest niesamowicie sympatyczną osobą. Jeżeli będzie to kiedykolwiek słyszał, to bardzo pozdrawiam. Pomyślałem sobie, że zapytam właśnie o to, bo jednak kto jak kto, ale ksiądz profesor, który dotyka tak naprawdę dwóch kontekstów naszej rzeczywistości, czyli jest księdzem, czyli osobą zajmującą się religią i w pewnym sensie duchowością, jakkolwiek by to nazwać. Natomiast też dotyka materii akademickiej, czyli mamy tutaj tak zwane dwie prawdy. I ja sobie pozwoliłem wynotować fragmencik na zasadzie fragment mojego pytania i fragment odpowiedzi księdza profesora.
„Mamy więc dwie prawdy funkcjonujące w społeczeństwie z jednej strony akademicką, pełną obaw i nieufną w niesprawdzone empirycznie dane, a z drugiej strony prawdziwe i silne doznania z życia osób, które nierzadko doświadczały tych sytuacji. No i co z tym paradoksem uczynić?” I ksiądz odpowiada: „Prawda jest jedna. Nie ma dwóch prawd. Po prostu może być jedna albo druga koncepcja. Żeby to było ujęcie prawdy naukowej, to naukowa musi być zawsze potwierdzalna. Jeśli się nie potwierdzi, to już nie jest naukowe. Czyli widzimy, że spojrzenie naukowe jest tylko jedną z opcji oglądu naszego świata. I zawsze będę powtarzał, że metodologia naukowa jest skarbem i uważam, że ktoś, kto umie prowadzić doświadczenia akademickie- To ja zawsze trzymam kciuki, bo dzięki nauce przecież używamy laptopów, jeździmy po drogach, lecimy w kosmos. Gdyby nie nauka, gdyby nie inżynieria, która również z naukowym myśleniem jest związana, to tego wszystkiego byśmy nie mieli. Chodzi tutaj bardziej o to, żeby butność tak zwaną sceptyczną ukrócać czy temperować, może będzie bezpieczniej powiedzieć, żeby temperować butność sceptyczną i tak zwaną w cudzysłowie naukową, a jednak skupiać się na tym, żeby zauważać przede wszystkim człowieka, bo wszystko, o czym rozmawiamy, jest związane bezpośrednio z materią ludzką.
Jeżeli nie ma człowieka, to nie będzie żadnego doświadczenia, nie będzie historii, nie będzie opowieści i nie będzie o czym mówić. Nie spotykalibyśmy się tutaj dzisiaj, gdyby nie powstała książka, a książka powstała dlatego, że kłania się tym ludziom i ich historiom. Więc tak naprawdę mamy te dwie prawdy. I tu ksiądz potwierdza także to wszystko. Wydaje mi się, że tak można to odczytać, że mamy różne spojrzenia i chyba bazując na tym, czego doświadczamy pan, ja, pan redaktor Ivellios i wszyscy, którzy piszemy, którzy tworzymy takie materiały, że to wszystko bazuje na szczerości, na intencji i na konsekwencji realizacji przekazu, jaki sobie zakładamy. I wtedy, jeżeli trafiamy do odbiorcy, wtedy są tego typu opinie, o jakich na przykład można poczytać na stronie informacyjnej, którą przygotowałem dla książki. Można przeczytać o tym w opinii, w recenzji Piotrka Cielebiasia z Nieznanego Świata o ludziach, którzy mówią, że taka książka im pomaga, że wyzwalała w nich płacz, ale taki oczyszczający. Nie mogli przejść tej książki na raz, a niektórzy czytali po dwa, trzy razy dziennie. To jest tylko i wyłącznie kontekst ludzki. Więc jeżeli będziemy szanować ludzi, to każdą prawdę, czy tą naukową, czy tą bardzo prywatną, będziemy doceniać i będziemy wyciągać z niej wnioski.
[01:27:29] - Jeszcze raz pięknie panu dziękuję. To była prawdziwa duchowa uczta, taka mająca charakter również oczyszczający, bo dobrze jest porozmawiać o sprawach, o których większość ludzi na co dzień nie rozmawia. Więc czasami taka godzinka poświęcona takim tematom jest jak najbardziej à propos. A przypomnę, że rozmawialiśmy dzisiaj o książce „Nadal jestem”. Jej autorem jest nasz gość Less Hoduń.
[01:28:05] - Pozwolę sobie jeszcze powiedzieć, że jeżeli ktoś będzie zainteresowany e-bookiem, który właśnie się ukazuje w największych sieciach sprzedażowych w kraju, może szukać mnie w internecie. Natomiast jeżeli ktoś zainteresowany jest wersją papierową, bo również cały czas osoby zwracają się do mnie z zapytaniem o wersję papierową, zapraszam do wydawnictwa Kos.
[01:28:28] - Jeszcze raz pięknie panu dziękuję za rozmowę i do usłyszenia.
[01:28:33] - Wszystkiego dobrego i do usłyszenia.
[01:28:38] - A teraz z rozpędem zapraszam Państwa na „Filmotekarium”. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o filmie „Mów do mnie”. Premiera tego obrazu miała miejsce w październiku zeszłego roku. To była światowa premiera, a 18 sierpnia bieżącego roku ten film pojawił się w polskich kinach. Cóż, niektórzy okrzyknęli ten film przełomem, nowym horrorem, nowym objawieniem. Podobno wielu autorów, w tym sam Stephen King, namaścili autorów filmu jako nowych wizjonerów kina grozy. Cóż, zapraszam państwa w takim razie pogadamy z Piotrem, zobaczymy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:29:44] - Dzień dobry wieczór Marku w drugim, jeżeli dobrze liczę, pełnoprawnym, pełnowymiarowym „Filmotekarium”.
[01:29:52] - Tak. I tak się szczęśliwie złożyło, że o ile wystartowaliśmy od totalnego nieporozumienia, tak to delikatnie określmy, przy którym trudno było o jakieś dobre słowo, czasami się człowiek zagalopował nawet, to dzisiaj mamy film, który chyba nie będzie powodował jakichś bardzo znaczących wykręceń czy też grymasów na twarzy. Wręcz przeciwnie. To jest film, który jak to się mówi, się ogląda. Oczywiście pewno jakieś łatki tam przypniemy, ale w gruncie rzeczy to nie jest zmarnowany czas. Półtorej godziny takiej rozrywki trzymającej w napięciu i nie takiej rozrywki, przy której wybuchamy śmiechem, tarzamy się albo nie możemy po prostu opanować różnych emocji. Nie, to jest taka rozrywka, przy której, jak to powiedzieć? To po prostu dobry film jest. Co będę wymyślał?
[01:31:07] - Tak. O ile tydzień temu omawialiśmy film, który był okrutny, to ten film, o którym będziemy mówili dzisiaj, jest okuratny. Obiecaliśmy wam też takie coś, że najpierw dokonamy przeglądu nowości filmowych. I właśnie coś takiego dzisiaj robimy. Ta nowość to „Mów do mnie”. Horror produkcji australijskiej, który miał premierę jesienią ubiegłego roku, natomiast do kin trafił dopiero latem roku obecnego. Grano go oczywiście również w Polsce. W przeciwieństwie do wielu filmów, które omawiamy, on był grany w normalnych kinach, we wszystkich, nie tylko w obiegu studyjnym. Marku, najpierw może dość zaskakujące słowo o reżyserach, bo to jest ciekawe. Otóż są to bracia Philipu albo Philippou.
I, co najlepsze, wyobraź sobie, że oni są youtuberami.
[01:32:02] - Youtuberzy! Oczywiście. Prześledziłem ich karierę. W dodatku, powiem ci szczerze, te filmy, które widziałem z nimi, nie nastrajały mnie optymistycznie. Na szczęście to są dwa światy. Te ich filmiki youtubowe i ten film, o którym dzisiaj mówimy, naprawdę mają ze sobą bardzo niewiele wspólnego, poza pewną sprawnością, ale to już zupełnie inna sprawa.
[01:32:31] - Mhm. Oni prowadzą sobie kanał na YouTubie, który nie pamiętam, jak się nazywa.
[01:32:36] - Dziwnie się nazywa. Nie pamiętam.
[01:32:39] - Nagrywają takie scenki horrorowe. Do mnie to nie przemawia. Mnie się nie podobało, co oni na tym YouTubie robią. Natomiast panowie tak jakby przeszli z tej kariery youtuberskiej na profesjonalną kinematografię. I powiem ci tak: na 100% ktoś im pomagał, bo patrząc na te dzieła w sieci, nie wierzę, że sami to zrobili.
[01:33:02] - Ale oni ambitni, ja ci przerwę, bo oni ambitni są, bo oni z tej swojej Australii, takiego zadupia światowego, przenośnie oczywiście, w każdym razie oni się przenieśli do Stanów, do Hollywood, bo postanowili zrobić karierę. Jak sobie powiedzieli, że zrobią karierę, to wszystko na to wskazuje, zaczynają ją robić.
[01:33:26] - Tak jak śpiewał De Synte tic: „W Hollywoodzie szampany leją się strumieniami i triumf filmu jest wielki jak kosmos”. Teraz mi to przyszło do głowy. Ale powiem ci tak: to mogło też w ten sposób wyglądać, że ktoś zauważył potencjał w tych ich drobnych produkcjach, bo „Mów do mnie” to też jest film bardzo zwięzły i tam tą zwięzłość widać. Bo wiesz, oni do tych 90 minut chyba nawet nie wiem, czy dociągnęli, ale jest to dzieło bardzo kameralne. Widać, że ono tkwi korzeniami gdzieś tam właśnie, może nawet na tym YouTubie. Ale jakkolwiek to było, to powiem ci, że się udało. Udało się. I teraz kilka słów, o czym jest ten film. Moim zdaniem nie powinniśmy za mocno spoilerować, bo pewnie wielu z was jeszcze tego nie widziało.
[01:34:20] - Ale sytuację wyjściową chyba możemy zarysować.
[01:34:23] - Wyjściową tak. Otóż jest to dość prosta historia opowiadająca o skutkach zabawy z, powiedzmy, spirytystyczną religią. Mamy tam coś w rodzaju takiej ręki, która skądś pochodzi. I, że tak powiem, środowisko młodzieżowe wykorzystuje tą rękę do wywoływania duchów na imprezach. Chociaż nie wiem, czy to jest, Marku, wywoływanie duchów, czy raczej taka forma osiągania zmienionych stanów świadomości bez pomocy narkotyków.
[01:34:54] - O, właśnie. Coś takiego chciałem powiedzieć, że ten swoisty haj bohaterowie uzyskują dzięki tej łapce. Niektórzy mówią, że to jest jakaś taka zabalsamowana łapka. Ona mi bardziej na kamienną wyglądała. Nie ustalajmy szczegółów, bo ich nie ustalimy. W każdym razie ta sytuacja wyjściowa jest ciekawa, bo ja sobie nie przypominam tak dziwnej sytuacji wyjściowej. Otóż tych pierwszych scen nie opowiadajmy. Powiedzmy o tej, kiedy główna bohaterka natrafia, ona jest taka trochę wyalienowana i niespecjalnie za jej towarzystwem na imprezach młodzi ludzie tęsknią, ale ona w pewnym momencie trafia na taką podimprezę, na której ta łapka, o której wspomniałem wcześniej, jest. I jest świadkiem czegoś dziwnego. Ktoś tam nagle tej rączce podaje swoją rączkę, zapalane są świece i coś dziwnego się dzieje.
Ona też ma okazję sprawdzić, jak to jest. Chwyta za tą rączkę, mówi te słowa tytułowe i nagle widzi coś, co ją przeraża, co budzi powszechną wesołość, bo nikt inny oczywiście tego nie widzi. To jest obraz zarezerwowany tylko dla osoby, która łapki dotyka. Ale widać wyraźnie, że każdy z tych młodych ludzi, którzy ją otaczają, już czegoś podobnego doświadczył. Oni świetnie wiedzą, jakie są reguły, czyli że tam, jeżeli dobrze pamiętam, to chyba 90 sekund, coś koło tego, można być w tym innym stanie świadomości, za który odpowiadają duchy. Duchy, które na chwilę jakby wcielają się w człowieka związanego, notabene, w tym czasie. I właśnie nie wolno tych 90 sekund przekraczać, bo inaczej stanie się coś strasznego. Tu macie państwo zapowiedź pewnej intrygi. Mnie zawsze zainteresowało to, skąd ci młodzi ludzie znają ten czas, te wszystkie rytuały. Ale pewno się tego dowiemy, bo gdzieś tam w internetach wyczytałem, że podobno prequel tego filmu jest już gotowy.
[01:37:20] - Wiesz, to jest tak trochę jak z jedzeniem grzybów. Skąd oni się tego dowiadują? Pewnie ktoś kiedyś potrzymał dłużej i też go- Wiesz, że tak powiem-
[01:37:29] - No właśnie, stało się to, co jest główną osią tego filmu, czego nie będziemy Państwu zdradzać.
[01:37:35] - I tak metodą prób i błędów to osiągnęli. Tak jak Marek powiedział, ta ręka służy do kontaktu z duchami, jest ściśle określona instrukcja jej używania. I po naruszeniu tychże wytycznych robi się nieszczęście. Jest kilka rzeczy, na które chciałbym zwrócić uwagę. Po pierwsze, to jest ten sam rodzaj horroru. Jest to horror typu supernatural, paranormal. I tutaj w przypadku „Mów do mnie” mamy dużo podobieństw takich stylistycznych z filmem „Dziedzictwo” „Hereditary” albo „Nocne istoty”. O „Nocnych istotach” żeśmy chyba jeszcze nie mówili. To jest taki typ horroru, taki sposób prowadzenia tej historii, że to są opowieści bardzo realistyczne. Bardzo realistyczne, z minimalną ilością efektów specjalnych, z dużą dawką psychologii i suspensu, i też z takimi okazjonalnymi, makabrycznymi elementami.
Ale nie ma tego tak dużo, że potwory wam latają. I te niektóre sceny z „Hereditary” i z „Mów do mnie” zapadają w pamięć na długo. I to na przykład na wielu widzów, w tym na mnie, działa lepiej niż w przypadku filmu, o którym będziemy mówić za tydzień, gdzie ten potwór się po prostu wala po tym ekranie i cały czas tam siedzi i nudzi. Zatem tak, nie jest to film typu „Conjuring” czy „Annabelle”, gdzie się stawia na te jump scare'y i takie stałe utrzymywanie napięcia. Mnie osobiście takie filmy jak „Mów do mnie” się bardziej podobają, bo powiem ci Marku, ja zawsze wiem, że tam będzie bardziej rozbudowana historia. Mało przewidywalna, może trochę bardziej przewidywalna, ale jednak nie tak prosta, nie tak prostolinijna, jak w przypadku wielu horrorów, że się małżeństwo wprowadza do domu i zaczyna straszyć na przykład. To tak. Druga sprawa: „Mów do mnie” to taki kolejny horror, który się skupia na bardzo oklepanej kanwie, na bardzo znanej dobrze historii. Na opowieści o jakimś tam przeklętym przedmiocie i graniu z tamtym światem i tak dalej. I filmy o ludziach, którzy ściągają na siebie jakieś tam przekleństwo, klątwę i są potem prześladowani przez złe moce, również w ostatnim czasie święcą triumfy.
Nie chcę powiedzieć, że one są nagradzane na ceremoniach oscarowych, bo nie. Natomiast są interesujące, mają dużą liczbę pozytywnych komentarzy i o kilku z nich powiemy. Natomiast ja wymienię chyba tutaj tylko „Coś za mną chodzi”, bo to jest jeden z tych starszych filmów, też bardzo podobnych konstrukcyjnie. I tak reasumując, powiem ci, że z tych elementów, które na pozór nie są zaskakujące, bo ta historia jest bardzo prosta, powstaje opowieść, która nie tylko przeraża, ale i wciąga. Mamy bardzo dobrą, chociaż nie jakąś gwiazdorską obsadę. Są to artyści mniej znani, ale moim zdaniem niezmanierowani. Nie wiem, jak ty to odebrałeś.
[01:40:57] - Bardzo przyzwoici aktorzy, co warto podkreślić, bo młodzież bardzo często stanowi tą podstawową warstwę w horrorach. I to niestety odbija się czasami, bo młodzież jest albo bardzo zdolna, albo bardzo niezdolna i w wielu amerykańskich filmach horrorowych aktorstwo bywa drewniane. Tu uniknięto tego. Tu aktorzy są naprawdę nieźli. Co więcej, to jest film, który oczywiście opowiada taką historię w sumie dosyć prostą, tak jak powiedziałeś: pewnego opętania, pewnego takiego przymusu, pewnego nawet zniewolenia, ale jednocześnie otrzymujemy sporo filmu takiego obyczajowego, bo to tak jak Piotr powiedział, tam nie cały czas straszy na tym ekranie. Otrzymujemy film o pewnych relacjach pomiędzy ludźmi. Niełatwych, ale też nie kręconych na siłę. To znaczy, to nie jest wydumane, jakieś tam kosmicznie wykręcone we wszystkie strony. Nie. To jest w gruncie rzeczy dosyć prosta opowieść i mocna.
Powiedziałeś o jump scare'ach. Tu też one bywają, ale na szczęście nie są nachalne i nie stanowią podstawy tego filmu. One się tam w kilku miejscach pojawiają, ale tak naprawdę mogłoby ich nie być i też by ten film sobie poradził zupełnie spokojnie. Co ważne, da się w tym filmie dostrzec drugie dno, a to w przypadku horrorów nie jest rzecz częsta. Ja pomijam, to sobie Państwo ewentualnie znajdźcie w czeluściach internetu. Znalazłem już nawet taką recenzję, w której mówi się, że to tak naprawdę nie o opętanie i duchy chodzi, tylko o narkotyki. To sobie Państwo odszukajcie. Ja nie do końca podzielam tę myśl, ale każdy recenzujący ma do niej prawo. Natomiast ja znalazłem inną, bardzo ciekawą rzecz w tym filmie, która straszy równie mocno, przynajmniej mnie, co te opowieści o duchach, o drugiej stronie, o opętaniu. To jest też film o tym, że nie igra się z przywoływaniem duchów.
Taka dosyć uniwersalna zasada. Ale wracając do tego, co tam wyczytałem. Otóż jest to film również o tym- że my nieustannie jako ludzie tej cywilizacji początku XXI wieku poddawani jesteśmy presji społecznej. O co chodzi? Ileż razy spotkaliście się państwo z taką oto sytuacją: "No jak? No nie zrobisz tego? No jak nie zrobisz? To takie proste. Musisz to zrobić. Wszyscy tak robią" i tak dalej.
I ta presja tu w tym filmie jest bardzo widoczna. W kilku momentach ona wręcz kłuje w oczy. Pokazuje, że my jesteśmy niewolnikami owej presji właśnie, że bardzo często nie potrafimy odejść od tego. Nie potrafimy powiedzieć: "Nie, nie interesuje mnie to. Nie chcę się temu poddawać". Jest wręcz przeciwnie. Spora ilość ludzi mówi: "No tak, przecież będę niepełnym człowiekiem, jeśli tego nie spróbuję. Muszę tego spróbować, bo na tym polega życie, żeby spróbować wszystkiego". To jest filozofia, o której można by podyskutować. Natomiast tu bardzo dobrze widać, że żyjemy w społeczeństwie i to normalne.
Człowiek jest istotą społeczną, ale we współczesnych czasach presja, którą wywiera na nas społeczność, ta lokalna, nasza, ta najbliższa, jest ogromna i czasami wręcz destrukcyjna.
[01:45:18] - Tak, to bardzo ważny wątek w tym filmie. Nie będę wam opowiadał już więcej, bo tak jak powiedzieliśmy, jest to dość prosta historia. I fajne jest to, Marku, że gdybyśmy chcieli przełożyć ten scenariusz na opowiadanie, to powiem ci, że nie za bardzo by wyszło. Nie za bardzo by było fajne. Byłoby nudne, przewidywalne. A tutaj zadziałała magia kina i zrobiono naprawdę przyzwoity, mocny film. Ja wiem, że wy się nie zawsze zgadzacie z naszymi opiniami.
[01:45:51] - To bardzo dobrze.
[01:45:52] - O to chodzi. Trzeba się pięknie różnić. Ale jest naprawdę fajnie. Ja wystawiam temu filmowi bardzo wysoką ocenę. Zachęcam wszystkich do obejrzenia „Mów do mnie”. To nie jest nic, co was zaskoczy swoją konstrukcją czy problemem, który tam został przedstawiony. Natomiast to wszystko jest zrobione w taki sposób jednocześnie prosty, a z drugiej strony realistyczny, że warto poświęcić te 90 minut na to. To by było chyba na tyle, bo my teraz-
[01:46:31] - Jeszcze ja, Piotrze, bo jednej ważnej rzeczy państwu nie powiedziałem. Bym się udusił później z powodu niepowiedzenia tego w audycji. Otóż wiecie państwo, przy wszystkich pozytywach, które wymieniałem, jeśli muszę się przyczepić, to się przyczepię. Jedna rzecz mi nie pasowała. Ten film jak dla mnie był za wolny. On się toczy w takim normalnym tempie. Tak kiedyś filmy zresztą kręcono. Natomiast ja już jestem, chyba niestety, zmanierowany współczesnym kinem, szybkim montażem, szybką akcją. Tego państwo w tym filmie nie znajdziecie. Trochę mi żal.
Ja rozumiem specyfikę. Nie każdy film musi być zrobiony na szybko. Ja natomiast lubię te filmy, w których się dzieje i to tak trochę nadmiarowo. W związku z tym, jeśli miałbym się wykrzywiać nad czymś, to właśnie nad tym. To nie jest film akcji. To nie jest film, przy którym człowiek musi przez cały czas uważać, bo jeśli opuści jedną scenę, to może nie wiedzieć, o co w ogóle w filmie chodzi. Nie, tu jest spokojnie ten montaż. Chociaż znowu paradoks pewien, bo YouTube i te filmiki YouTube'owe, one też rządzą się właśnie dosyć szybkim montażem, ale inaczej jest to robione. Ten film, niestety chcę czy nie chcę, muszę przejść do pozytywów. Ten film jest bardzo atrakcyjny od strony wizualnej.
Abstrahując od tego, że jak to w horrorze, nie wszystkie sceny muszą być ładne, ale ja nie o ładności mówię, tylko o atrakcyjności wizualnej. To dwie zupełnie inne sprawy i ten film ma to w sobie. On jest rzeczywiście pod względem wizualnym bardzo dopracowany. I proszę państwa, jaki paradoks. Zacząłem od wykrzywiania się, a skończyłem i tak na chwaleniu.
[01:48:35] - Tak. Przynajmniej przez kilka tygodni, dopóki nie wyczerpiemy pól tych najnowszych filmów, o których warto powiedzieć, to będziemy wam o nich truli. I następny punkt to będzie „Zakonnica 2”. Tutaj już się boję, Marku, bo przypomina mi się ten odcinek, kiedy żeśmy opowiadali o „Egzorcyście papieża”, filmie z Russellem Crowe. Tutaj w przypadku „Zakonnicy 2” się okazuje, że znowu mamy powtórkę, w której Amerykanie zabierają się za kręcenie filmu o Kościele katolickim, absolutnie nie wiedząc, z czym się to je.
[01:49:17] - Ale pamiętasz ten film o zakonnicy, która się uczyła w szkole egzorcyzmów? Był i taki film, też go mieliśmy.
[01:49:24] - Tak, był drugi podobny. Tak że Hollywood tworzy sobie nowy Watykan i nowe zasady w nim panujące. I przykładem tego jest film „Zakonnica 2”, który jeszcze przy dobrych wiatrach, a może nawet przy tych gorszych, znajdziecie w filmach. Tak że o tym powiemy za tydzień. No i cóż, jeszcze dodam tylko tyle, że mówiłeś o tych negatywach. Co mnie w „Mów do mnie” troszeczkę, nie dość, że zaniepokoiło czy zniechęciło, to był fakt, że rzeczywiście ten film był krótki i kiedy się go obejrzało, to się miało wrażenie, że bach! Nie minął ten czas pełnoprawny, te 90 minut, tylko to wszystko było takie szybkie bardzo, dlatego, że ta fabuła wciągała. Ale jak powiedziałeś, pojawi się tutaj jakaś kontynuacja, może nawet będzie tego więcej. I powiem ci, że się trochę boję, dlatego, że to przekleństwo prequelów, sequelów i innych wisi nad horrorami, o czym będziemy jeszcze w Bibliotekarium mówić. Nie wiem, czy to dotknęło „Zakonnice”, bo pierwsza część „Zakonnicy” była równie głupia jak druga, ale na pewno ten wątek się za tydzień pojawi.
[01:50:40] - A prequel „Mów do mnie” ma podobno dotyczyć tego, co obserwujemy w pierwszych scenach.
[01:50:47] - Tak.
[01:50:48] - Tam jest taka dosyć dramatyczna sytuacja. Znowu nie będę opowiadał, bo sobie państwo obejrzycie i podobno tego ma dotyczyć prequel. To jeszcze napawa pewnym optymizmem mimo wszystko, ale zobaczymy. To dopiero przed nami. Pięknie ci, Piotrze, dziękuję za dzisiejszą audycję.
[01:51:08] - Dziękuję. Zapraszamy za tydzień.
[01:51:12] - Tak jest. Do usłyszenia. To teraz zapraszam na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj mowa będzie o książce Moniki Śliwińskiej „Panny z «Wesela». Siostry Mikołajczykówny i ich świat”.
[01:51:51] - Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy macie państwo czas odsłuchać kolejnego spotkania z moim „Labiryntem książek”. Dzisiaj po raz ostatni zajrzę do korytarza zatytułowanego: Nominacje do Nike 2020. Będę mówił o książce Moniki Śliwińskiej „Panny z «Wesela»”, czyli siostry Mikołajczykówny i ich czasy. To bardzo ważna książka, kolejna w tym zestawie, dlatego, że autorka wykonała nieprawdopodobną pracę przygotowawczą, przekopała się przez nieprawdopodobne archiwa, dotarła do niewiarygodnej wręcz liczby osób, które w jakiś sposób były powiązane z trzema siostrami Mikołajczykównami. Tymi, które występują pod postacią panny młodej, gospodyni i Marysi w „Weselu” Wyspiańskiego. Książka jest chronologiczna, to znaczy opowiada historię najpierw sióstr, potem ich dzieci, mniej więcej między rokiem 1860-1870, kiedy się rodziły, aż po rok 1954, kiedy umiera ostatnia z tej trójki Anna, czyli gospodyni z „Wesela”, żona Włodzimierza Tetmajera. Te 70 lat blisko historii Polski to historia bardzo trudna, zmienna. To historia zmian czasów, zmian tożsamości Polaków, oczywiście zmian cywilizacyjnych, politycznych. I na tym tle mieszkające zaledwie kilka kilometrów od ówczesnego centrum Krakowa, do Kościoła Mariackiego, który był nominalną parafią Bronowic Małych, było zaledwie sześć kilometrów, może trochę więcej.
Sześć kilometrów było do granic Krakowa, więc niezbyt daleko. Na tym tle życie tych kobiet, które potoczyło się bardzo różnie, wyznacza również w pewnym sensie nową historię Polski. Anna, która wyszła za mąż za Włodzimierza Tetmajera, urodziła mu dziewięcioro dzieci, w tym aż siedem córek. To była cudowna żona, wspaniała partnerka, ciepła, naprawdę kochająca, a jednocześnie nigdy nie przestała być dziewczyną z Bronowic, kobietą z Bronowic. Całe życie chodziła w tych cudownych bronowickich, które dziś nazywamy niekoniecznie słusznie krakowskimi szatach, w tych licznych sukniach, w gorsetach, opatulona koralami, a jednocześnie musiała zmagać się z życiem. Jej mąż Włodzimierz nie zawsze zarabiał dobrze. Był malarzem, ale gdy ożenił się jako pierwszy przecież z chłopką, został spalony społecznie. W Krakowie nie dawano mu zleceń, nie brano jego obrazów, dawano mu do zrozumienia, że jest gorszy. Dopiero wizyta pewnego księcia, który przybył do Bronowic, zabrał Włodzimierza na zakupy do Krakowa i pokazał się w mieście z nim, przekonały konserwatywny, w gruncie rzeczy mocno drobnomieszczański Kraków, że jednak z Włodzimierzem to trzeba się liczyć. Sypnęły się nowe zlecenia, zaczęto brać jego obrazy.
Ba! Jego obrazami zachwycił się nawet sam cesarz niemiecki, bo jego obrazy brały udział w wystawie w Berlinie. Wreszcie został politykiem i przy narodzinach niepodległej Polski przez chwilę, znaczy już wcześniej był posłem do wiedeńskiego parlamentu, a później był też zaangażowany politycznie w nową Polskę. Umiera nagle w 1924 roku, zostawiając żonę i liczne dzieci. Już nie wszystkie dlatego, że jego ukochany najstarszy syn Kazek, który był nazwany na cześć jego przyrodniego brata, zginął. W czasie wojny z bolszewikami. Takie rzeczy również nie zostały oszczędzone. Przecież nie tylko jemu, ale również przede wszystkim matce. Z kolei Jadwiga urodziła tylko dwójkę dzieci, bo była chorowita. Lucjan, który się z nią ożenił, Lucjan Rydel oczywiście, który stał się bohaterem „Wesela” Wyspiańskiego, ubóstwiał ją całe życie.
Spędzili razem zaledwie 18 lat. Różnie to bywało, bo Rydel przedstawiony w plotce o weselu Boya jako gaduła, taki mało bystry, tak naprawdę był intelektualistą. Tłumaczył „Iliadę” Homera, wykładał w kilku szkołach w Krakowie, a gdy mieszkał już na wsi, jego dom, jego biblioteka podręczna była otwarta dla miejscowych. On cały czas prowadził też edukację u podstaw. Co więcej, z tym jest związany ciekawy fragment odnoszący się do naszych czasów. Gdy przebywał w Grecji w związku z tłumaczeniem „Iliady”, żona i dzieci zostały w Bronowicach. Wtedy mieszkali obok Granicy, ale mniejsza o to. Oto przysyła list, a zapanowała szkarlatyna w okolicach Krakowa. Przysyła wtedy list, w którym upomina ukochaną Jadwisię, żeby nie pożyczać książek, nie odbierać ich od tych, którzy pożyczyli. Niech na razie u nich leżą i w ogóle nikogo nie wpuszczać do domu, bo on już ich chronił przed pandemią, która wtedy zdziesiątkowała ludność z okolic Krakowa.
Jak widać, niektórzy myśleli bardziej wtedy niż dziś, mieli większe poczucie odpowiedzialności. Co więcej, Jadwiga pisała do niego listy obficie cytowane i nawet widzimy ich zdjęcia w książce. I to są listy cudowne, niegramatyczne, ale pełne miłości. A Lucjan całe życie będzie się nimi zachwycał. W ogóle cała historia ich wesela, ich ślubu jest niezwykła. Zresztą państwo będziecie mogli sobie oczywiście sami przeczytać. Tu tylko powiem, że Lucjan zakochał się w wówczas 18-letniej Jadwidze, ale matka, dobra mieszczka krakowska, bardzo dobrze skorygowana, wymogła na nim roczny czas narzeczeństwa. Tylko że na wsi to było nie do przyjęcia. Na wsi zwykle między zaręczynami a ślubem mijały max miesiąc, dwa. Tyle, ile było trzeba czasu na przygotowanie weseliska.
I Lucjan szybko się zorientował, że choć Jadwiga nic nie mówi, to cierpi, bo wioska zaczyna się z niej śmiać. Wesele zrobił właściwie pod nieobecność rodziny. Wszyscy znajomi, znaczy się Kraków, dostał zaproszenie na ślub i wesele w dniu ślubu. A mimo to znany już wówczas dziennikarz i recenzent teatralny „Czasu”, takiego krakowskiego, bardzo konserwatywnego czasopisma. Całe miasto zwaliło się na ten ślub. Trudno było się dostać. Łącznie z tym, że jego własna matka, która jednak ostatecznie zdążyła przyjechać na to wesele, nie mogła się dostać do środka, więc Lucjan wyszedł jeszcze już od ołtarza, żeby ją przyprowadzić. I wtedy stanęła przed nim pewna krakowska matrona, mówiąc: „A cóż to się tak pcha?” „Ja chcę przyprowadzić matkę pana młodego”. Przedstawił się. Widać pańcia go nie znała.
Na to ona stwierdziła: „No to ja jestem jego ciotką”. Bardzo impulsywny Lucjan Rydel złapał panią za chachły, wypchnął z kościoła, za nią poleciał jej kapelusz. Wypchnął ją ze słowami: „A ja takiej ciotki nigdy nie znałem”. Oczywiście Wyspiański był zaproszony na to wesele, dlatego, że Wyspiański był przyjacielem Rydla. Razem wiele zdziałali. Co więcej, choć dziś o tym prawie nie mówimy, Rydel w swoich czasach był uważany za dramaturga niewiele mniej wybitnego niż sam Wyspiański. Jego sztuki grane na różnych scenach największe sukcesy odniosły „Betlejem polskie”, które ostatecznie zagrano w samym Krakowie ponad 500 razy. To jak na tamte czasy wręcz niewiarygodna liczba przedstawień. Zwykle przedstawienia miały 20, 30 wystawień. Jego grano kilkanaście lat.
Wokół „Wesela” oczywiście powstało wielkie zamieszanie. Mówię oczywiście o „Weselu” Wyspiańskiego. I tutaj trzeba też oddać Rydlowi, że choć oczywiście nie podobało mu się przedstawienie jego, jego żony i w ogóle jego nowej rodziny, to docenił wielkość tej sztuki. On ją zobaczył mimo bardzo osobistego zaangażowania w nią. Ci z państwa, którzy pamiętają jeszcze historię ze szkoły, że zwykle do tekstu dramatu dołączona jest plotka Wyspiańskiego Boya z 1922 roku, widzą, jak bardzo inna jest to wizja tego człowieka. Boy, można powiedzieć, chyba pozazdrościł. A może był zły, że nie został umieszczony w dramacie, chociaż na samym weselu był, bo wtedy był kimś nieważnym na parnasie krakowskim. Był za młody po prostu. Dopiero aspirował do bycia znajomym Wyspiańskiego czy Rydla. Jego tekst jest pełen złośliwości, ironii, która jest niezasłużona.
Dzisiaj pewnie podano by go do sądu za opowiadanie głupot. Wtedy mógł sobie na to pozwolić. Ale szczęście Jadwigi i Lucjana trwało zaledwie 18 lat. Lucjan umiera w roku 1918, jeszcze przed końcem wojny światowej z głodu, wychłodzenia. Starał się zarobić na rodzinę. I na wsi było przyjęte, że po śmierci męża żona znajduje kolejnego męża, bo samej kobiecie bardzo trudno sobie poradzić. Tylko że taki los naturalny dla wsi byłby źle przyjęty w mieście. Taki był los na przykład wdowy po Wyspiańskim. Ale Jadwiga tak bardzo kochała Lucjana, że nigdy więcej już za mąż nie wyszła. W książce, w której jest wiele ilustracji, dlatego warto też mieć książkę, niekoniecznie e-booka, jest takie przejmujące zdjęcie.
Pogrzeb Rydla był na koszt miasta, ponieważ był aż tak ważną personą, między innymi dyrektorem teatru, w którym przedtem wystawiono sztukę o nim. I widać na tym zdjęciu tłum ludzi, księży Przez całą śmietankę krakowską widać postroje, a przy samym grobie, przy samej trumnie z rękami, które są położone na twarzy, pochylona w stroju bronowickim sierpi Jadwiga. Naprawdę to jest absolutnie przejmujące zdjęcie. Może już trochę minęło od przeczytania tej książki. Ciągle widzę przede wszystkim to zdjęcie. Niewiele kod. I co równie ważne, ona nie wyszła za mąż. Umrze kilkanaście lat później jako pięćdziesięcioparolatka. Umrze wtedy już w Rydlówce, bo Rydel zdążył kupić dom, w którym odbyło się wesele od Tetmajerów. Zupełnie inaczej na tym tle wyglądają losy Marysi.
Ci z państwa, którzy kojarzą sztukę, wszyscy ją kojarzymy ze szkoły. Pamiętamy, że do Marysi przychodziło widmo jej narzeczonego Lwow, ale ona tak naprawdę wyszła za mąż. Wychodziła za mąż dwukrotnie. Jej pierwszy mąż umarł na gruźlicę, więc wówczas wydano ją za mąż za zwykłego urzędnika miejskiego. I ta kobieta miała zupełnie inne życie, dużo trudniejsze, bo jej mąż nie był nikim wielkim. Był zwykłym człowiekiem, urzędnikiem niższego szczebla, podobno niezbyt bystrym. A więc jej los osoby, która całe życie była tylko prostą chłopką przy mężu, wyglądał zupełnie inaczej. Przy prostym mężu był zupełnie inaczej. To książka, w której poznajemy nie tylko losy, ale też nieprawdopodobnie zmysłowy obraz tamtego świata. Jest w nim wiele o ekonomii, o tym, jak radzono sobie z biedą, o nieprawdopodobnych doświadczeniach najpierw pierwszej wojny światowej, a potem drugiej.
Taka ciekawa scena. Jedna z córek Włodzimierza Tetmajera była zdolną malarką. Również skończyła Akademię Sztuk Pięknych. W czasie drugiej wojny światowej, gdy Niemcy opanowali te tereny, kilku oficerów przyszło do jej domu i zobaczyło obrazy, między innymi jej. Ona była akurat w domu. Ojciec już dawno nie żył i zapytali ją, kto je namalował. Ona płynną niemczyzną. Ona urodziła się jeszcze w czasach, kiedy studiowało się również w Wiedniu. Powiedziała, że ona. Niemcy popukali się po głowie.
Kobieta? Takie obrazy? Niemożliwe. Takich obrazków jest w tej książce znacznie więcej. Losy Anny, które przerwałem w pewnym momencie, zawiadują najpierw na wygnanie prawie pod granicę mongolską. Znaczy wygnanie, zsyłkę po prostu, bo akurat uciekając przed Niemcami, pojechała do jednej z córek razem z nią. Była tam razem z córką oraz z jeszcze jedną osobą wywieziona na Daleki Wschód, gdzie umiera zięć w kopalni bardzo szybko. Umiera również córka, umierają jej wnuczki. Ona walczy razem z drugą córką, która została przy życiu. Wreszcie udaje się je wyciągnąć.
Ostatecznie do 1948 roku będzie mieszkała w Indiach, ale nim to się stanie, gdy już ją uwolniono, gdy wywieziono ją z Rosji do Persji, po przygodach godnych Jamesa Bonda, ona się załamała. Popadła w stupor, depresję. Córka musiała ją karmić, bo wówczas już mała siedemdziesięcioletnia kobieta nagle nie miała siły żyć. Przetrwała. Wróciła do Polski w 1948, by patrzeć, jak jedna z jej córek przez 20 lat nie będzie mogła zobaczyć męża, bo mąż z synem zostali w Anglii. Ona została w Krakowie. Jak sypie się świat jej dzieciństwa i umrze w tym własnym domu, bo ona jest stąd. I to też jest przesłanie tej opowieści. Jak państwo widzicie, ta książka powinna być obowiązkową lekturą szkolną, bo moja wizja szkoły to nie jest czytanie lektury wyrwanej z kontekstu. Po co nam to?
Co z tego, że rozpoznamy duchy? W tej sztuce są żywi ludzie i Monika Śliwińska właśnie o tych żywych ludziach napisała. Napisała niezwykłą, mądrą i naprawdę wiele wnoszącą do naszej wiedzy o tamtym świecie książkę. I jeszcze jedna uwaga. Jesteśmy właśnie w okolicach 30 listopada. Dokładnie tego dnia 122 lata temu Lucjan Rydel wziął ślub z Jadwigą Mikołajczykówną. Już rozumiecie państwo, że nie mogłem sobie odmówić przyjemności zaproszenia państwa do mojego labiryntu również w związku z tą datą. Datą, która dała początek jednemu z najważniejszych polskich dramatów w dziejach, w historii polskiej literatury. A teraz, jak widać, dała również początek jednej z najciekawszych, najbarwniejszych, w wielu rzeczach to oczywiście z braku czasu nie mogłem powiedzieć, książek w literaturze polskiej i o bohaterach literatury polskiej. Dobranoc albo do widzenia.
[02:07:56] - Proszę państwa, tydzień temu gościła w Bibliotekarium Kamila Ciołko-Borkowska. Rozmawialiśmy o jej powieściach. I tak mnie naszło, żeby przypomnieć opowiadania tejże autorki z audycji ABW. ABW, przypomnę Antologia Bibliotekarium Warsztaty to była audycja, w której można było Posłuchać swoich opowiadań. Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej się je przesłało. Kamila Ciołko-Borkowska często korzystała z tej możliwości i dzięki temu mamy w archiwach sporo jej utworów z tak zwanego wczesnego okresu twórczości. Ja państwu dzisiaj przybliżę dwie opowieści. Na początek ta krótsza. To są opowieści z 2018 roku i pierwsza z tych opowieści nosi tytuł „Za winklem”
[02:08:58] - Kamila Ciołko-Borkowska „Za winklem” Dwóch nastolatków stało za rogiem starego budynku z cegły. Ich nerwowe zachowanie nie pozostawiało złudzeń, że robią coś niedozwolonego. Rozglądali się co chwilę, sprawdzając, czy nikt się do nich nie zbliża. Gdy któryś z nich zauważał przechodnia, papieros, którego palili na zmianę, chowany był za plecy. Gęsta mgła otulająca świat skutecznie ukrywała niecny uczynek młodych ludzi, jednak nie zdawali sobie z tego sprawy. Niespodziewanie za ich plecami wyłonił się starszy człowiek. Stał tak dłuższą chwilę, nie ukrywając zaciekawienia. Młodzi ludzie, pomimo całej swej czujności, zdawali się nie zauważać starca. Skupili się na swoim codziennym, poszkolnym ceremoniale. Dwa buchy i zmiana.
Dwa buchy i zmiana. Gdy rytuał miał się ku końcowi, starzec ruszył w ich stronę. Nadal niezauważony stanął obok obserwowanych. Palenie zabija – powiedział cicho. Młodzieńcy podskoczyli wystraszeni, a dymiący niedopałek upadł pod nogi. Jeden z chłopców przydeptał dymiący filtr i z przerażeniem spojrzał na intruza. Tak często obiecywał sobie, że to ostatni raz. Przejechał spoconą dłonią po włosach, które opadły mu na czoło. Tak, tak. Co nas nie zabije, to nas wzmocni, nie?
– odezwał się z uśmiechem drugi z młodzieńców, poklepując kolegę po ramieniu. Staruszek nie odzywał się, patrząc prosto w oczy pierwszego z nich. Palenie zabija – powtórzył spokojnie. Wzrok starca wwiercał się w świadomość młodego człowieka, który czuł się nieswojo. Nie mógł oderwać oczu od hipnotyzującego go nieznajomego. Nie wiedział, co odrzec, a przecież zawsze miał odpowiedź na zaczepki innych. Zabrakło mu słów. Zastygł w bezruchu. Ostatkiem sił spojrzał na kolegę. Ten, nie mając świadomości, jakie wewnętrzne katusze przeżywa przyjaciel, ponownie poklepał go po ramieniu.
Tak, tak dziadku, gadaj zdrów. Przede mną jeszcze kawał życia. – Śmiejąc się, zaczął się oddalać. Do jutra stary! – krzyknął tylko na odchodne. Mgła zdawała się coraz gęstsza. Widoczność zmniejszała się z sekundy na sekundę. Zniknął nawet małomówny senior, jakby rozpłynął się w powietrzu. Nastolatek podchodzący do skrzyżowania nadal śmiał się z całej sytuacji. Splunął na chodnik i sprawdził, czy na pewno ma paczkę ukradzionych ojcu papierosów.
Ręce włożył głęboko w kieszenie, przeklinając w duchu aurę. Zimno. Taa, zabija – wymruczał pod nosem, czekając na zielone światło. Niestety pogoda tego dnia nie rozpieszczała. Cały świat zginął w oparach gęstej chmury unoszącej się nad chodnikiem. Zdawało się, że słychać krótkie sygnały wydawane przez sygnalizator razem z zielonym światłem. Młodzieniec poprawił kołnierz i odważnie wszedł na pasy. W tej samej chwili usłyszał pisk hamowania. Spojrzał w lewo. Pisk opon.
Światła. Ogromny ból. Ciemność. Nic. Proszę państwa, niniejszym zapraszam na drugie już dzisiaj spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. A kiedy padają te słowa, to rzecz jest niemal oczywista. To znaczy, że na antenie Bibliotekarium 2.0 pojawi się MAUP-a. Dzisiaj w MAUP-ie będziemy rozmawiać o książce niezwykłej, fascynującej. Ale to wiecie państwo, ja często tych słów używam. Dla mnie niemal wszystko bywa fascynujące i niezwykłe.
Więc podam wreszcie tytuł: „Zagadka epoki”. Autor: Jerzy Domański. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[02:13:28] - Dzień dobry wieczór Marku. Kolejny przegląd.
[02:13:32] - Tak. A muszę powiedzieć, że dzisiejsza książka mnie zafrapowała. Zafrapowała mnie podwójnie, ponieważ dała mi takiego kopa, żeby sięgnąć do lektury sprzed lat, ponieważ książka, o której dzisiaj będziemy mówić, zatytułowana „Zagadka epoki”, której autorem jest Jerzy Domański, ona pierwszy raz na czytelniczym rynku pojawiła się jeszcze w latach 70. W ’79 roku konkretnie. Miała później jeszcze drugie wydanie w latach 80. Ja się załapałem na to pierwsze. Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej starało się jakoś przyciągnąć do siebie czytelników PRL-owskich i wydawało takie książeczki. Oprócz książki „Zagadka epoki” Domańskiego pojawiła się też taka miniksiążeczka dotycząca Trójkąta Bermudzkiego To były wtedy sensacje XX wieku. Co prawda Wołoszański nie miał z nimi nic wspólnego, ale tytuł się niósł. I ja tę książkę oczywiście pamiętałem.
Pamiętałem ją dobrze, ale jednak wydawało mi się, że to były tak zamierzchłe czasy, że wtedy dobre książki wychodzić nie mogły. W związku z tym, przygotowując się do dzisiejszej rozmowy, ja tę książkę po prostu przeczytałem. To nie jest gruba książka, to jest właściwie miniksiążka. Książeczka, powiedziałbym. Przeczytałem i jestem zaskoczony. Ale o tym zaskoczeniu to za chwilę. Oddaję ci, Piotrze, głos.
[02:15:10] - Tak, to jest chyba najmniejsza w historii Polski książka o UFO, ale zadziwiająco pełna treści i książka, która się dobrze zestarzała. To w zasadzie jest antyk już pod kilkoma względami. Ja się załapałem na tą drugą edycję, ale o tym za chwilę. Po pierwsze książka liczy sobie już kilka lat. To wydanie pierwsze, jak mówiłeś, 1979 rok, było też drugie z 1984. Ten antyk ukazuje nam też przeszłe realia wydawnicze. Otóż tylko to drugie wydanie wyszło w nakładzie blisko 100 000 egzemplarzy. Tylko drugie. To jest ogromna ilość, na dzisiaj wręcz niewyobrażalna. W PRL-u się tak książki wydawało.
[02:15:58] - To ja się wetnę. Od razu powiem, że pierwsze wydanie miało 50 000 nakładu.
[02:16:05] - Czyli musiało być zapotrzebowanie i się nie dziwię. Kolejna cecha taka antyczna tej książki, antyczna oczywiście w cudzysłowie, dlatego, że po prostu widać po tym, jak się zmieniły realia. Takich książek się dzisiaj już nie pisze. Jest to książka popularnonaukowa, a to, co trafia dzisiaj do księgarń odnośnie UFO, to jest najczęściej ściek, jakieś tłumaczenia strasznie złych dzieł ze Stanów Zjednoczonych, ogólnie z tego świata anglosaskiego. Ja pamiętam dla przykładu, jak kilka lat temu jedno z czołowych polskich wydawnictw sprzedawało książkę autorów, których reklamowało jako bardzo znanych badaczy, i próbowali mnie wciągnąć do jakiejś promocji. Ja zacząłem usilnie szukać, bo nie kojarzyłem tych ludzi z niczego, a okazało się, że ci ludzie nie istnieją. I to było po prostu kłamstwo. Książka była masakrycznie zła, natomiast była podobnych rozmiarów co dzieło Domańskiego. I tutaj widzimy ogromną różnicę. Ci autorzy tamtej książki, pamiętam, nazywali się Nayla.
Nayla to od tyłu Alien, czyli super zabieg, śmieszne, ha ha. Ale przejdźmy do tej zagadki epoki. Otóż jest to książka bardzo dobrze zaprojektowana, Marku. Prezentuje nam różne strony zjawiska UFO nie tylko w Polsce i ma pewną niebagatelną zaletę na tle innych publikacji. Otóż prezentuje nam wydarzenia dość wczesne, z lat 50. Oczywiście skrótowo, nie ma tam jakichś bardzo rozległych opisów. Natomiast gdybym tak z ręką na sercu chciał polecić komuś książkę jako taką startową książkę, jeżeli się ktoś nie interesuje UFO, a chce zacząć się interesować UFO i czytać, to Domański byłby właśnie świetnym startem. Co jeszcze bym powiedział? Bo to była taka jedna z wielu książek w PRL-u na temat UFO. Myśmy już kilka poddali ocenie, między innymi książki Lucjana Znicza Sawickiego.
O nim była osobna audycja. I przy całym szacunku dla autora, tam też o tym mówiliśmy, książki jego były ciężkie, dla mnie osobiście mało atrakcyjne, przeładowane informacjami, z których de facto wynikało niewiele, oprócz tego, że były to takie małe encyklopedie i w każdym akapicie było tych informacji mnóstwo, to brakowało takiego zacięcia reportersko-narracyjnego i koniec końców Znicz strasznie przynudzał. Natomiast u Domańskiego jest zupełnie inaczej, choć Domański nie był ani ufologiem, ani też chyba większym znawcą tematu, tylko po prostu był sprytnym i kompetentnym autorem. Tak mogę to określić.
[02:18:57] - Tak, absolutny profesjonalista, bo ja ze zdziwieniem, przypisujcie państwo to zdziwienie bardziej sklerozie mojej niż czemukolwiek innemu, ale odkryłem w tej książce nie tylko całą masę faktów, tak jak Piotr powiedział, podanych dosyć syntetycznie, ale bardzo konkretnie. Najpierw poznajemy historię UFO, tą najnowszą od 1947 roku. Fakty, nazwiska, daty i tak dalej. Oczywiście autor dociągnął to do lat 70., ale później otrzymujemy dawkę takich informacji, że UFO to nie jest zjawisko tylko XX-wieczne. Cofamy się i poznajemy, jak UFO wyglądało w różnych epokach. To już duży plus. Ale potem dla mnie to było w ogóle odkrycie, znowu wynikające ze sklerozy, ale jednak odkrycie. Zawsze człowiek się ucieszy, jak coś znajdzie. Otóż ja się spodziewałem, nie pamiętałem, w związku z tym mogłem się spodziewać, że Domański skupi się na takim kosmicznym pochodzeniu UFO. Tymczasem w jego książce znajdujemy sugestię, że wcale UFO nie musi być zjawiskiem pochodzenia galaktycznego czy jakiegokolwiek innego.
Oczywiście nie rozwija Domański wszelkich teorii, ale otrzymujemy na przykład sugestię, że być może UFO to jest emanacja czy też przejaw istnienia innej, równoległej cywilizacji na Ziemi, że być może ta cywilizacja to są jakieś emanacje Atlantydów, może Lemurii. Oczywiście Domański zaznacza, że to są teorie zbliżone do fantastyki i takie bardzo „hej do przodu”, jak się kiedyś mówiło. Ale wielki szacun dla autora za to, że zauważył, że UFO to nie muszą być mali zieloni albo mali szarzy i że nie wtłoczył tego zjawiska w jeden określony krąg wzajemnej adoracji, gdzie wszyscy sobie mówią: „Tak, oczywiście, to przybysze z kosmosu”. I co zadziwiające jeszcze dla mnie, dlatego zadziwiające, że PRL nie tylko walczył z przejawami jakiegokolwiek życia duchowego, ale też z takimi tematami z pogranicza fantastyki, ezoteryki, rzeczy niesamowitych, niezwykłych. Jednak po części gardził i zawsze uważał, że trzeba to materializmem wytłumaczyć marksistowską nowomową, materializm dialektyczny, historyczny, wszystkie ich uwarunkowania. I tu tego nie ma, proszę państwa. Tu autor po prostu skupia się na faktach, a w każdym razie, tak jak powiedziałem na początku, na datach, nazwiskach, na tym wszystkim, co ewentualnie nawet dzisiaj możemy zweryfikować. Wielka chwała autorowi.
[02:22:31] - Tak. Druga sprawa. Otóż książka się ukazała w końcowych latach tak zwanego PRL-u, tak zwanej komuny, kiedy cenzura sobie dobrze poczynała. A tutaj MON, Ministerstwo Obrony Narodowej firmuje i stempluje książkę, w której mowa o tym, że nie wiadomo, czym UFO jest, że piloci polscy te obiekty widywali i nie wiedzieli, czym są i że trzeba na to patrzeć w otwarty sposób, że wdawali się w pościgi jakieś skuteczne i tak dalej. I takie coś przeszło, jak mówię, przez ministerstwo, było firmowane. Co jeszcze możemy o tym autorze powiedzieć? Bo jak mówię, to nie jest osoba znana. O nim wielu informacji w internecie nie znajdziecie, poza tym, że napisał jeszcze kilka książek dla tego samego wydawnictwa, głównie w tematyce wojennej, choć napisał też coś w ramach tych sensacji XX wieku. Ja powiem tak, Marku, bo my tutaj wystawiamy pozytywną opinię, natomiast też nie myślcie sobie, że to jest jakaś encyklopedia i coś bardzo przełomowego. Nie.
To jest po prostu bardzo dobra książka. Bardzo dobra książka podsumowująca temat. Ona nawet dla kogoś, kto jest już zorientowany w zagadnieniu UFO, jest w porządku. Ona nie rozczarowuje. Także jak mówiłem, dzisiaj książek takich się już nie pisze, tylko się mielí jedno i to samo. Natomiast tutaj jest rzeczywiście bardzo ciekawie, chociaż pamiętajcie o tym, że ta pierwotna wersja niedługo będzie miała ile lat? Który to był rok, Marku? 1979, tak?
[02:24:05] - Tak, 1979.
[02:24:07] - Tak. Także ona będzie już dość zleciwa całkiem niedługo. A mimo to zawarte w niej treści się za bardzo nie zestarzały. Zagadka pozostaje zagadką. Sam tytuł też jest dobry. Oczywiście to nie jest tak wszystko rozbudowane, jak niektórzy by chcieli, ale naprawdę jest bardzo rzetelne i gdybym, szczerze mówiąc, tą malutką książeczkę gdzieś umieścił, to byłaby w topie tych publikacji ufologicznych polskich, dlatego że one były bardzo różne. Mówię o PRL, bo tak jak mówię, Znicz publikował, ale przynudzał. Inni też prezentowali to w taki sposób, czasami mało atrakcyjny. Sam temat był atrakcyjny, ale pamiętajmy, że trzeba też temu nadać atrakcyjną formę. Nie zawsze się to udawało.
A tutaj coś takiego. Szkoda, że Domański więcej tych książek na temat UFO nie popełnił.
[02:25:07] - Tak, to prawda. I jeszcze zwrócę uwagę na jedną ważną rzecz, też dzisiaj nie zawsze spotykaną. Otóż powiedziałem, że pierwsze wydanie to był rok 1979, a przytaczane w książce przypadki kończą się na roku 1978. Zatem wtedy, kiedy się ukazywała ta książka, to była książka niezwykle świeża. Pamiętam, jednym z takich ostatnich przypadków było lądowanie UFO na Bliskim Wschodzie, bodajże w Kuwejcie, właśnie w 1978 roku. Uwierzcie państwo, jeśli się wtedy czytało książkę, w 1979 roku, która zachowywała świeżość, która przekazywała informację o tym, że rok wcześniej coś gdzieś się działo, to był absolutny hit. Dzisiaj, tak jak Piotr powiedział, to jest książka ponadczterdziestoletnia i czas się jej imał również oczywiście, ale mnie w dalszym ciągu zadziwia jej syntetyczność. Facet musiał być po prostu niezłym dziennikarzem, niezłym człowiekiem od redagowania tekstów, bo on po prostu podając fakty, łączniki pomiędzy faktami tak stosował Że tę książkę się czyta, może nie jednym tchem, ale szybko i bez bólu. A jednocześnie to zniuansowanie, o którym wspomniałem wcześniej, czyli pokazanie zjawiska z różnych stron. Może nie ze wszystkich, ale nie wymagajmy zbyt wiele.
Natomiast sam fakt, że pokazuje się zjawisko nie jako głupotkę zachodniej cywilizacji, tylko jako coś, co jest autentyczną zagadką epoki, to duży szacun. W czasach, kiedy ta książka się ukazała, trzeba było mieć naprawdę niezły warsztat i niezłą kindersztubę, żeby taką książkę napisać.
[02:27:27] - Tak. Jeszcze bym powiedział tyle, że on musiał mieć duże rozeznanie w temacie. Nie wiem, czy pisał do prasy coś na ten temat, ale powiem ci jeszcze tyle, że przygotowując audycję do „UFO Historii” często buszuję po wycinkach prasowych, między innymi z okresu PRL-u. Takie historie znajdziecie na moim kanale. Widzę, jak bardzo różnie dziennikarze podchodzili do tematu UFO. W czasach PRL-u wcale otwartość nie dominowała u nich. Zazwyczaj było to przedstawiane jako, jak mówisz, wybryk, taki michałek, ciekawa historyjka. To było momentami żenujące nawet, bo pojawiali się świadkowie, którzy widzieli coś dziwnego, dzwonili do dziennikarza, on przyjeżdżał, a potem oni czytali w gazecie, że oni jakieś głupki są albo że się tam nachlali czegoś. Tak było. Natomiast Domański prezentuje to wszystko takie, jakim jest, z blaskami i cieniami.
Także naprawdę brawo i szkoda, że tak mało.
[02:28:37] - Cóż, pięknie ci, Piotrze dziękuję i do usłyszenia w kolejnej audycji.
[02:28:42] - Pozdrawiam.
[02:28:43] - Pozdrawiam. Proszę państwa, teraz czeka na spotkanie z państwem Katarzyna Prychacz i jej „Alchemia tworzenia”. Tak, proszę państwa, tak. Dzisiaj kolejna próba skonstruowania opowieści. Jak zwykle będzie udana, o tym mogę państwa zapewnić. Dzisiejszy tytuł to „Cerbera złocista”.
[02:29:18] - Halo, halo, Bóg radiowa ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na: „Alchemia tworzenia”. Witam was serdecznie w 33. odcinku drugiego sezonu mojego podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Obiecałam wam na dziś, że zrobimy jakieś śledztwo, że pójdziemy w tym kierunku. I wiecie co? Co prawda mam dzisiaj bardziej nastrój na gadanie, nie tyle na wymyślanie. Poza tym testuję nowy mikrofon. Mam nadzieję, że nie zabijam was jakością dźwięku w jedną albo w drugą stronę dzisiaj. Ale zobaczymy.
Będę oceniać straty już po wszystkim, kiedy to nagram. Z tego, co widzę, to chyba słychać nawet całkiem dobrze. Aż muszę się odsunąć od mikrofonu troszeczkę. Może wreszcie dobry mikrofon się trafił. Okej, słuchajcie, wracam do naszych planów na dziś. Do tej pory robiliśmy sobie z „Tajemniczego domostwa”. Z tej gry losowaliśmy sobie lokacje. Rzucałam kością, wiedzieliśmy, jakie różne się sytuacje zadziały i na podstawie tych kart wymyślałam śledztwo. Mam fajne komponenty, które sama tworzyłam do jednego ze swoich projektów. To są komponenty z różnymi ekspertyzami, czyli na przykład mamy wyciąg z konta czy analizy odcisków na glebie.
Taka klasyka kryminalistyczna. Ale do tego narzędzia sięgniemy za tydzień. A dzisiaj pomyślałam, że może pomyślimy nad postacią detektywa, że może zrobimy coś bardziej fabularnego za tydzień, bo tutaj troszeczkę na sucho wymyślałam te lokacje. Więc oczywiście, że dzisiaj sięgniemy wreszcie po archetypy osobowości. Dawno was nimi nie katowałam. Także jeej, to jest ten odcinek! Tak! Ale zanim do archetypów, to wiecie co? Ja tak mam, że jak pomyślę o śledztwie czy rzeczach kryminalnych, to od razu gdzieś zbrodnie, morderstwa. To już mój umysł przesiąknięty miliardem różnych seriali kryminalistycznych i jeszcze większym miliardem książek.
W sumie dawno nie czytałam i nie oglądałam tego typu klimatów, także może głód i tęsknota ze środka wołają. I sięgnęłam sobie dzisiaj po książkę pod tytułem „Zbrodnie roślin”. Autorką tej książki jest Amy Stewart. Też z tej serii są „Zbrodnie robali”. Nie wiem, czy coś nowego się pojawiło. Może powinnam sprawdzić rynek. Uważam, że jeżeli zajmuję się pisaniem, to powinnam mieć dużo fajnych punktów odniesienia, jeżeli chodzi o materiał pisarski. Więc to były pozycje, które jak kiedyś zobaczyłam „Zbrodnie roślin", to ja już wiedziałam, że to musi być moja książka. I później wyszło tak, że pracowałam w księgarni i rozpakowywałam dostawę i normalnie moje oczy zostały zaatakowane taką samą książką, tylko że nie zieloną, a czerwoną. I to były „Zbrodnie robali".
I mówię: „No nie, no to jest znak". I oczywiście, że jeszcze tego samego dnia obie książeczki były ze mną w domu. Oczywiście nabyte drogą kupna, żeby nie było tutaj, żeby nikt sobie nie myślał, że ja tutaj coś tam ten, wiecie . Tak czy siak, ja lubię mieć te książki, to już też nieraz podkreślałam w tym podcaście. Mam różnego typu leksykony i opracowania. I tak sobie pomyślałam, że jak mamy rozmawiać o jakichś nie wiem, czy morderstwach, to wylosujemy za tydzień tą naszą kością magiczną, więc zobaczymy, czy to będzie morderstwo. Może to będzie porwanie. Niemniej pomyślałam sobie, że może weźmiemy jakąś roślinę z tej książki, może ona będzie jakimś punktem odniesienia, punktem inspiracyjnym. I nie ukrywam, że zaczęłam sobie przeglądać dzisiaj tą książkę i trafiła pod moje oczy fajna roślinka jedna. Zaraz wam po prostu przeczytam o niej z tej książki.
Myślę, że to będzie najlepsze rozwiązanie. A później pomyślimy, w jaki sposób to będzie inspirujące do naszej historii. A właściwie nie później, tylko za tydzień. A jak omówimy roślinkę, to jeszcze się tutaj weźmiemy za jakieś podwaliny do naszego głównego bohatera detektywa. I oczywiście klasyka rodzaju pewnie nie przygotowałam się z nazwiskami, więc będziemy improwizować. Dużo mam niepotrzebnych gratów na stole, także dzisiaj mam dużo inspiracji na nazwiska. Okej, słuchajcie, co to za roślinka? Przede wszystkim to kupiła mnie swoją nazwą, bo nazywa się cerbera złocista. Ja jestem fanem mitologii starożytnej Grecji, także no cerber, no przecież och, słodziak. Władca, właściwie nie władca.
Władca bram chciałam powiedzieć. Strażnik drzwi do Hadesu. Zresztą zaraz jeszcze o tym też tutaj będzie wspomniane właśnie. Co mogę wam powiedzieć? No bo przecież to podcast, więc wam nie pokażę. Mamy tutaj oczywiście książkę. Jeżeli nie widzieliście, to sobie zerknijcie. Ja nie wiem, czy one są jeszcze w sprzedaży. Nie wiem. Wiecie, nawet dawno nie sprawdzałam, więc nie będę strzelać.
Pewnie gdzieś na Allegro można upolować, jeżeli już nakłady są wyczerpane. Patrzę, czy ja mam tu wydawnictwo. WAB wydawnictwo. Chyba że później jakieś były zmiany i co? A gdzie tu redakcyjne? A jest redakcyjne, o proszę. Tu w ogóle po angielsku to nikczemne rośliny - wicked plants, a nie zbrodnie roślin. No ale o to samo chodzi. Dobra, tak, tak, wydawnictwo WAB. Także może jeszcze jest.
Sobie sprawdźcie. I co ja tutaj, bo się rozproszyłam. Z tym cerberkiem naszym. No i jeszcze złocista. No wiecie, taka prestiżowa, złota. Ogólnie to też ma inną nazwę cerbera odollam. Tak, wiecie, hiper wyraźnie te dwa „l" zrobiłam, bo to taka chyba nazwa ichniejsza. No dobra. Aha, już wiem, rozproszyłam się. Chciałam wam powiedzieć, jak to jest wydane, bo to jest właśnie w bardzo ładnej, takiej zdobnej, twardej oprawie.
Chyba że były jakieś wznowienia, to może już teraz te książki inaczej wyglądają. I oczywiście do każdej rośliny mamy szkic danej tej części trującej. Czyli tutaj w tym wypadku to w naszej tej roślince będzie trujący orzech. On w sumie wygląda jak taka, w pierwszej chwili to pomyślałam o jakiejś gałce ocznej. Takie oko wężowe. Znaczy to jest przekrój tego orzecha, nie? Ale oczywiście, że zanim przysiadłam do podcastu, musiałam sobie to wygooglować. Także te orzechy w ogóle bardzo ładne są. To jest takie wow, ta skorupka taka. Zastanawiam się, z czegoś robią.
A bo czekajcie, bo ja to kupowałam sobie w Kambodży, ale i to było w Tajlandii i w Polsce też teraz można to znaleźć. Były takie balsamy do ust w takich małych orzechach jakby. To nie były kokosy. Cholera, nie pamiętam, co to było, ale takie ładne. To na pewno skorupka po czymś. Pewnie mi mówiono nawet, bo znając siebie pytałam. No ale wiecie, to było dawno i bardzo możliwe, że zostało mi to powiedziane w tubylczym języku, także nie wiem. W sumie nie pamiętam z czego to było. Ale będzie mnie teraz męczyło. Niemniej jak tak patrzyłam na zdjęciach, to te orzechy wyglądają gabarytowo na coś podobnego i mają taką no śliczne te łupinki.
No nie wiem. Dobra. Ach, nie będę się rozwodzić. Zerknijcie koniecznie. No ja po prostu się zachwycam takimi rzeczami, bo wiecie jak sobie pomyślę, że to sobie na jakimś krzaku wyrosło, że to natura sprawiła, że to wyrosło. No natura to w ogóle zacna istota. Jak zwał, tak zwał. Ale naprawdę. No zresztą słuchajcie, nie trzeba daleko szukać. Jeżeli kiedykolwiek spleśniało wam coś w lodówce, to zanim poczujecie obrzydzenie do tej pleśni, to sobie na nią popatrzcie.
Tylko nie wdychajcie, okej? Bo większość pleśni jest toksyczna, więc nie wdychamy. Ale można oglądać. Naprawdę takie czasami piękne wykwity rosną. Pamiętam jedna z takich pleśni, która zapadła mi w pamięć to miałam kiedyś w lodówce obrane pomelo. To wiecie, taki cytrus, nie? Taki ni to grejpfrut, ni to Pomarańcza. Dobra, to jest ogromne. Tylko że dla mnie to nie jest gorzkie. Co prawda niektórzy twierdzą, że to jest gorzkawe, ale ja po prostu lubię gorzkie rzeczy, więc może dlatego już nie czuję.
Dla mnie pomelo jest bardzo słodkim, soczystym owocem. Miałam te cząstki z tych białych osłonek i ze wszystkiego obrane i to było w miseczce. Oczywiście leżało sobie za długo. To jeszcze pamiętam pierwszy rok studiów, że człowiek już się wyprowadził z domu i dużo jeszcze innych rzeczy nowych odkrywał w takim codziennym życiu. To były takie... Jak wam to wytłumaczyć? Może to był w ogóle jakiś grzyb? Nie wiem. Nie, pewnie pleśń. Nie znam się aż tak na tym, ale z tych cząstek pomelo po prostu rosły takie antenki.
Takie coś do góry. To nie była taka typowa pleśń, że taki meszek był, tylko tak jakby wyrosła taka antenka i na końcu miała taki czarny pumpelek. Było dużo tego obok siebie. Taki las wyrósł na tym. Nie mogłam się napatrzeć. Oczywiście, że jedzonko trzeba było wyrzucić, ale tak mi było szkoda. To było takie piękne. Także naprawdę czasami nie trzeba szukać inspiracji gdzieś w wymyślnych jakichś orzechów, o których zaraz wam będę czytać. Po inspirację musiałam w jakieś Indie jechać. Nie no, żartuję.
W Indiach nie byłam tak fizycznie. Ale się śmieję, że pewnie mamy też takie piękne swoje orzechy gdzieś w Polsce. No właśnie, mamy takie typowo polskie orzechy? Bo orzechy włoskie pewnie z jakiegoś powodu się nazywają włoskie. Laskowe. Może to takie nasze. Leszczyna, taka leśna, nasza słowiańska. Nieistotne. Myślę, że są jeszcze niejedne orzechy, o których nawet nie wiemy, że mamy. Dobra, to co?
Lecimy chyba z opisem. W ogóle bardzo mi się ten opis podoba. Jak zaczęłam to czytać. Myślę, że dlatego dzisiaj zostałam przy tej cerberze. Odsunęłam mikrofon, więc wybaczcie. Zobaczę, czy w postprodukcji to poprawię. W sensie czy będę musiała aż tak poprawiać. Najwyżej odetchnęliście właśnie z ulgą, bo przestałam się drzeć, mimo że się nie darłam. Dobra. Słuchajcie, opis jest przyjemny.
Tam później wjedziemy w jakieś troszeczkę bardziej pewnie medyczne rzeczy specjalistyczne, ale to jest króciutkie, więc lecimy z tematem. I co? Później sobie możemy pomyśleć, jak tę roślinkę sobie wykorzystamy. Mimo że też pewnie padnie... Chociaż nie jesteśmy na YouTubie, bo tu byłoby pewnie lekko jedno drażliwe słowo. Ale zobaczymy. Może mnie tutaj Marek nie zbanuje. Może jednak na tej antenie mogę szaleć. Dobra, lecimy. Postaram się jakoś może też wczuć, ładnie wam to przeczytać, żeby nie było, że tylko odklepałam.
No dobra. Cerbera złocista. „Parne, słonawe laguny ciągnące się wzdłuż wybrzeży stanu Kerala w południowo-zachodnich Indiach są siedliskiem Makaka Vanderu, gigantycznej wiewiórki malabarskiej i niewielkiej, acz krzepkiej kozy zwanej tarem nilgirskim. Tutaj, w nisko położonych arteriach wodnych zamieszkiwanych przez żmije, pytony i sumy indyjskie o jadowitych kolcach rośnie cerbera złocista. Drzewo samobójców. Jej ciemne, wąskie liście przypominają liście spokrewnionego z nią oleandra pospolitego. Grona białych gwiaździstych kwiatów wydzielają słodką woń podobną do zapachu jaśminu. Mięsiste, zielone owoce wyglądają jak małe, niedojrzałe mango, z tą jednak różnicą, że kryją przykrą niespodziankę. Biały rdzeń orzecha zawiera dość glikozydów nasercowych, substancji oddziałujących bezpośrednio na serce, by w ciągu od trzech do sześciu godzin zatrzymać pracę tego organu u człowieka”. Tu zrobię stopklatkę, żeby nie było.
Pokomentuję coś tu. Jak zaczęłam ten początek czytać, to aż się poczułam w tych klimatach. Wiecie co? Te kwiatki w ogóle mi się kojarzą, ale za cholerę teraz sobie nie przypomnę. To na F chyba się jakoś nazywało. Bo te kwiatki były w Tajlandii i były też w Kambodży. I w Kambodży one chyba w ogóle miały jakąś legendę. No i widzicie, człowiek research. Chodzi o to, że to są pospolite kwiatki tam i one bardzo ślicznie pachną. Dużo jest też kosmetyków o takim zapachu.
I to był właśnie jakiś kwiatek, chyba uważany za kwiatek wampirzy. Coś tam właśnie jakaś taka gruba akcja z wampirami tam była. Zresztą w ogóle w Kambodży to tam pełno takich rzeczy. A niesamowite było to, że właśnie pierwsza rzecz, na którą zwróciliśmy uwagę, jak przyszliśmy się zameldować do hotelu i tam było takie lobby, taka poczekalnia, wysoka fajna lada i za tą ladą oczywiście tam wszyscy, bo to nas była większa grupa, więc sobie tutaj kolejkowaliśmy, żeby się odmeldować, zameldować. Jeszcze były jakieś perturbacje, bo to ktoś miał z bookingu, ktoś miał z czegoś tam. Był czas, żeby się tam porozglądać. Więc oczywiście były te kwiatki. Ja cały czas nie wiem, jaka tam jest religia. Bo to jest jakieś połączenie chyba trochę tych indyjskich bóstw różnych. Z czymś jeszcze, z czymś bardziej inkluzywnym.
Gdybym miała więcej czasu, zresztą taki mam plan, może kiedyś bym chciała na dłużej w to jedno konkretne miejsce pojechać i powypytywać tubylców, bo myślę, że tam jest bardzo ciekawy system wierzeń. Do czego zmierzam. Mamy tutaj kapliczki, różne bóstwa rodem z Indii, a jednocześnie stoi wielka misa wypełniona główkami czosnku. My w końcu zapytaliśmy, o co chodzi z tym czosnkiem, bo nie ukrywam, przyjechali Polaki, to sobie trochę zęby ostrzyli na ten czosnek. A przynajmniej ja. Nie, dobra, żartuję. Nie tylko ja. Ja jestem mega fanem czosnku, ale wyobraźcie sobie, że to był czosnek nie do jedzenia i to nie była ozdoba, tylko to były dary dla dobrych duchów, żeby one mogły przepędzać wiedźmy. Że tym czosnkiem się czarownice, takiego słowa użyli... Wiecie, o co chodzi.
Złe baby miał odstraszać. Nie odstraszyło mnie, nie. Wręcz mnie przyciągnęło. Na mnie nie podziałało tak, jak chcieli. Niemniej zmierzam do tego, że z jednej strony mamy, z tego, co zrozumiałam, oni bardziej wierzą w duchy niż w bogów czy w jakieś bóstwa. Zresztą w sumie aż tak nie zgłębiałam indyjskiej mitologii. Nie, tam są bóstwa. Nieistotne. Tak czy siak, ja od razu jak wiedźmy, to pomyślałam o takich naszych klasycznych. Europejskich.
Więc jednocześnie mamy jakieś bóstwo z głową słonia, a z drugiej strony mamy czosnek na wiedźmy. Także to było niesamowite. Ale te kwiatki były składane jako dary dla tych duchów domowych czy nawet w samym obiekcie. Wyobraźcie sobie, że co któreś drzwi stała taka mini kapliczka, czyli właściwie był położony jakiś owoc, jakieś kadzidełko. Także jakbyście gdzieś tam zabłądzili kiedyś w te rejony, to żebyście nie robili wiochy i nie jedli, nie zabierali tych owoców. Bo wtedy można piekło tam rozpętać. Także jak coś leży, to leży i to w jakimś celu zwykle leży. Dobra, słuchajcie, bo to taka dygresja. Będą mnie te kwiatki, cholera, męczyły. Pozwolę sobie chyba się rozpasać researchowo, żeby w następnym odcinku użyć ten kwiatek, żebym przy okazji mogła wam powiedzieć, jak on się nazywał.
Ale pachniał ślicznie, naprawdę. I to tak na drzewach rosło. Trochę w sumie jak zaczęłam patrzeć w internetach na tą naszą cerberę, to te kwiatki coś mają w sobie takiego podobnego. A w sumie ciekawe, może tamta roślina też jest trująca. Dobra, człowieku researchu, oficjalnie pozwalam ci się rozpasać po nagrywaniu podcastu. Dobra, wracamy do naszego tekstu. Co tutaj dalej jest? Miejscowa ludność nauczyła się doceniać korzyści, jakie może przynieść to naturalne dobro o potężnej sile działania. Odsetek samobójstw w Kerali jest trzykrotnie wyższy niż wynosi indyjska średnia. Każdego dnia około 100 Keralijczyków podejmuje próby samobójcze, z czego od 25 do 30 osiąga cel.
40% desperatów, by rozstać się z tym światem, wybiera truciznę. Kobiety na swój ostatni posiłek najchętniej przyrządzają deser ze zgniecionego orzecha cerbery zmieszanego z nierafinowanym cukrem z soku palmowego. Gorzki smak orzecha zwanego odollam można równie skutecznie ukryć w jednym z lokalnych curry serwowanych zwykle z kokosem i ryżem. Kurczę, cholera, tu o truciznach, a ja chyba głodna jestem. Jakie to wszystko smaczne brzmi. No dobrze, lecimy dalej. Ponieważ objawy zatrucia orzechem odollam przypominają zawał serca, nasiona rośliny stały się popularnym narzędziem zbrodni. W 2004 roku zespół francuskich i indyjskich uczonych przeprowadził szereg analiz metodami chromatografii cieczowej oraz spektrometrii mas, by wykazać, że niejedna spośród osób zmarłych w niewyjaśnionych okolicznościach została w rzeczywistości nakarmiona odollam przez jakiegoś zbrodniczego znajomka. O kurczę. No ale to magia trucizn.
Rodzaj cerbera nazwano tak od imienia psa strzegącego wejścia do Hadesu w mitologii greckiej. Podstępnego trójgłowego cerbera z wężem zamiast ogona. Pełnił on wartę przy Wrotach Piekielnych, bacząc, by zmarli na zawsze pozostali uwięzieni, a żywi nie przychodzili z wizytą. Ale potoczną nazwę roślina zawdzięcza tym wszystkim, którym pomogła dobrowolnie opuścić ziemski padół. „Z tego, co nam wiadomo”, pisali uczeni analizujący dane kryminologiczne, „żadna roślina na świecie nie jest odpowiedzialna za równie wysoką liczbę samobójczych śmierci, co cerbera odollam”. Kurczę, a by się wydawało, jakiś tam gdzieś daleko hen kwiatek czy właściwie orzeszek. Kurczę. Dobra, co my tu jeszcze mamy? Tu jeszcze jest taka ciekawostka: poznaj krewnych. Rodzaj cerbera to kuzyni trującego oleandra.
Kwiaty cerbery mangas przypominają kwiaty plumerii. No właśnie. Myślę, czy ta plumeria to nie był ten kwiatek, o którym pomyślałam. No dobra, sorry, wybaczcie za mułkę, już wracam. Okaże się później, czy to ten kwiatek, czy to jest jeszcze coś innego. Kontynuując, wszystkie drzewa i krzewy z tego rodzaju są piękne i pachnące, co nie przeszkadza im zabijać. Nawet dym z płonącego drewna uważany jest za niebezpieczny. No dobra, i z tego, co widzę, to tutaj już wchodzimy sobie w roślinki mięsożerne i później mamy już inną roślinkę. Czyli to jest koniec o cerberze. Także widzicie, mamy tutaj wszystko.
Wiecie co? Ja tak sobie myślę, już pod kątem inspiracji, bo informacje, które przeczytałam, to już sobie sami przyswoicie. Ale podoba mi się to zdanie w tym podsumowanku, że wszystkie drzewa i krzewy z tego rodzaju są piękne i pachnące, co nie przeszkadza im zabijać. Jak pomyślę o literaturze, o różnych historiach, które znamy, mniej lub bardziej fikcyjnych historiach, to faktycznie trucizny to często była domena kobiet. Ale właśnie myślę, takie piękne, pachnące i nie przeszkadza im to w zabijaniu. Więc może ta cerbera złocista w naszym śledztwie za tydzień to będzie kobieta? Bo jeszcze nie wiemy, czy to będzie morderstwo, czy nie. Owszem, moglibyśmy użyć tego specyfiku do pozbycia się ofiary, jeżeli faktycznie wypadnie nam to morderstwo, ale może to byłaby jakaś seryjna zbrodniarka? Jakie brzydkie słowo. Takie twarde.
Taka femme fatale. Cerbera złocista, może mieć taki przydomek. Dużo tu mamy ciekawych rzeczy, bo możemy nawiązać i do Indii, czy do tych właśnie parnych, słonawych lagun. Pojawiła się ta wiewiórka malabarska jakaś. W sumie to ja nie wiem, która to jest. Makak wanderu. Pewnie to się jakoś inaczej czyta w ogóle. Makak to mi się z taką małpą jakąś kojarzył, ale może po prostu jestem ignorantem, nie? Możemy to potraktować jako lokację, więc możemy w sumie osadzić całe nasze wydarzenia w następnym tygodniu w Indiach. Ale może to będzie backstory tej femme fatale?
Można byłoby na przykład zrobić jakiś jej modus operandi i nawiązywałaby do różnych rzeczy gdzieś z rejonów Indii. A może do tych kwiatów właśnie albo do orzechów? W sumie mamy też cerbera, więc może jednak jakieś rzeczy związane z mitologią. Bo będziemy potrzebowali jakichś poszlak czy czegoś, nie? Tak sobie już tutaj próbuję się zasiedlić w historii. Ciekawe. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Zobaczymy też, jakie karty wylosujemy, co tam się będzie działo. Więc o cerberze to na tyle. Ja sobie to odłożę oczywiście i do cerbery będziemy pewnie sobie wracać za tydzień.
A teraz co? Jeszcze pomyślimy nad naszym detektywem. Zanim wylosuję archetypy, to tak patrzę, co mnie tu otacza. Mam szufelkę na stole, zmiotkę taką małą. Może jakiś zmiatacz, wymiatacz? Ale myślę, czy zrobimy mu takie po prostu nazwisko, czy może jakiś przydomek? Nie wiem czemu pomyślało mi się imię Bogdan. Czy my mieliśmy takiego już Bogdana w historii tego podcastu? A może zrobimy tak: Bohdan przez „ch”, żeby było trudniej. Bohdan.
To mi będzie trudniej tak mówić, żeby wszyscy zrozumieli. Nie, fajne imię, ale nie czuję do naszego detektywa tego. Ale wiecie co? Mam jeszcze mazaki kredowe i one się, jak to po angielsku, chalk markers. To w ogóle brzmi jak nazwisko, ale może Chuck? Tak po prostu, bo nigdy nie jestem pewna, jak się czyta słowo „kreda”. Chuck. Chuck Malkers. Znaczy tam jest markers, ale jak już „l” zabrałam z imienia, to może tam damy. Chuck Malkers.
Brzmi godnie, nie? Jak z jakiegoś kryminału. Chuck Malkers. Dobra, dawajcie. Lecimy trzy archetypy i zobaczymy jakiego typu będzie to człowiek. Gdzie te moje archetypy? Chodźcie tutaj do paniusi. No chodźcie, jak ja was dawno nie widziałam! Ojoj. Dobra, ja tu mam jakieś pogrupowane rzeczy, ale to chyba już stare dzieje.
Dobra, pomieszamy. I co? Klasyka rodzaju. Losujemy trzy. Najpierw losuję, potem odkrywam. Ten pierwszy losuję dominujący, czyli to będzie taki najważniejszy archetyp i jego przeczytamy na koniec. Więc uwaga, zostaje on właśnie wylosowany. Cyk, leży na stole. Ja jeszcze nie widzę co to. I jeszcze pozostałe dwa wspierające, od których zaczniemy.
Raz i może weźmy sobie ten. Cyk. Dobra, dalej jeszcze ich nie widzę, więc wszystko zaraz się wyjaśni. Zaraz się dowiemy. Chuck Malkers. Muszę zapamiętać, bo jak nie zapiszę, a czasami nie chce mi się robić notatek z własnych podcastów, aczkolwiek to bardzo budujące jest, powiem szczerze. Jak kiedykolwiek coś nagrywaliście albo w ogóle polecam wam, nagrywajcie sobie. Ja też czasami jak coś piszę i później robię sobie edycję, to jak sobie czytam oczami, wszystko jest fajnie, nie? Po czym jak zaczynam czytać to na głos, to zauważam, że są momenty, że coś mi się czyta źle albo mam za mało przecinków, albo za dużo przecinków, że te zdania trzeba skrócić. Ale już petarda jest, jak czasami nagram coś i odsłucham.
Wtedy słychać wszystkie niepotrzebne kwiaty. Także spróbujcie. Jak nigdy nie robiliście polecam, bo ciekawa sprawa. Ja wiem, że nie każdy od razu będzie akceptował swój głos nagrany. To było sto lat temu na warsztatach dziennikarskich. Mieliśmy też praktyki w radio i to było takie dziwne. Dali nam newsa do przeczytania i ja się chyba wtedy pierwszy raz słyszałam tak-- wiadomo, kiedyś bawiłam się jakimś rejestratorem dźwięku w komputerze. Jeszcze w starych Windowsach było takie coś, ale to nie było to samo, jak w jakości w radio ten głos nagrany był jeszcze inny. O matko, jaka to była wiocha. Nie mogłam po prostu słuchać swojego głosu.
Ale z czasem zaczęłam później w warunkach domowych sobie: a, napisałam jakąś piosenkę, to sobie ją zaśpiewałam, tutaj coś tam. I tak powoli zaczęłam się oswajać, że dzisiaj już totalnie nie mam z tym problemu, bo po prostu znam ten swój głos z mikrofonu. Ten z głośnika, bo od środka to zupełnie inaczej słyszymy, nie? Także zachęcam. Fajne doświadczenie i do wszystkiego można się przyzwyczaić. Dobra, lecimy w takim razie. Pierwszy archetyp, ten wspierający to uwaga: Buntownik. O, jak fajnie! O, jak to ładnie pasuje. Chuck Malkers, Buntownik.
Dobra, przypomnę, bo przecież dawno nie było. Buntownik podważa ustalony porządek rzeczy, nie zgadza się i jawnie to manifestuje. Bywa niepoprawny, nieugrzeczniony i zadziorny. Kwestionuje zastane status quo. Zadaje niewygodne pytania, zmusza do myślenia i rewizji poglądów. Prowokuje, krytykuje, a czasem wręcz ośmiesza zasady krępujące świat. Dąży do wyzwolenia i wolności. Jego drugie imię: Rewolucjonista. Gotów jest iść na barykady za swoje przekonania i ideały. Dobra jest ogień.
Jest barwnie. Okej, zobaczymy drugi wspierający archetyp. Uwaga! Matka Ziemia. Ależ skład! Buntownik i Matka Ziemia. Okej, przypominam. Tu jeszcze przypomnę, bo to są oczywiście archetypy osobowości w opracowaniu Gabrieli Borowczyk. I tutaj karta Matka Ziemia to jest archetyp, który nie jest oficjalnym archetypem w tych zestawieniach. Ten archetyp Gabriela dodała.
Uznała, że jest bardzo potrzebny i to jest jej taki dodany autorski archetyp. Okej, i o co w nim chodzi? Matka Ziemia, ekolog zatroskany o losy planety, ekosystemy i najbliższe środowisko. Edukuje i uświadamia. Daje dobry przykład swoją postawą. Angażuje się w działania służące ochronie środowiska. Zapewnia równowagę i dostatek. Potrafi też postraszyć tragiczną wizją przyszłości, jeśli dziś nie staniemy w obronie Ziemi. Obfitość, płodność, życie. Okej, dobra.
Mamy tutaj wywrotowca ekologa. Dobra, słuchajcie, już w sumie czas, dobrze, że zaraz kończymy, żeby też nie było za długo i dla mnie, i dla was. No i drodzy państwo, głównym archetypem naszego bohatera, na którym będziemy bazować— aż normalnie czuję ekscytację. I Niewinny. Ależ mamy skład! Takiego składu nie mieliśmy jeszcze ani razu tutaj. Dobra. Archetyp Niewinny, czyli idealista, czasem nadmiernie ufny romantyk. Czysty i transparentny. Szczery.
Nie ma nic do ukrycia. Czasem dziecięco naiwny, bezinteresowny, nieskażony i prostoduszny. Wierzy, że może zmienić świat na lepszy i tą wiarą emanuje dookoła. Jednak jeśli trzeba, będzie bronił swoich ideałów i uniwersalnych wartości. Dobra, widzę, że ta cecha też jest podobna u buntownika, że będzie szedł na barykady za swoje ideały. W ogóle niewinny buntownik, Matka Ziemia. Co to za combo jest? Wow! Powiem wam, że ciekawa postać nam powstaje tego naszego detektywa. Jak on mógłby wyglądać?
Zastanawiam się, bo jeżeli ten niewinny dominuje, to widzę takiego właśnie, tu mi się spodobało „prostoduszny”. Bezinteresowny, prostoduszny, nadmiernie ufny romantyk. Jak pomyślałam o detektyw, to taki prochowiec i fedora. Moje skażone wizje w mózgu. Nie wiem, może on raczej będzie spokojnym, niepozornym człowiekiem. Tak myślę o archetypach wspierających, że ten buntownik mógłby być ukryty, że to będzie coś, co jak ktoś mu nadepnie na odcisk, to się będzie aktywował ten ogień. A tak będzie raczej taki, będzie, bardziej będzie słuchał, niż mówił. I będzie starał się widzieć jednak dobro w tym świecie, bo tu też widzę, wierzy, że może zmienić świat na lepszy. Będzie miał wiarę w ludzi. Ale detektyw.
A może to będą sprawy związane z ekologią? Nie wiem. W amerykańskich filmach na pewno jest. Myślę, czy jest taki oddział, jakieś służby ekologiczne czy coś takiego. Może on by w czymś takim brał udział. Albo zobaczymy, gdzie nas historia zawieje za tydzień. Ale mógłby w sumie się specjalizować w takich, jeżeli ktoś faktycznie jest takim, jest coś jak ekoterroryzm. I może taki też archetyp Matka Ziemia, ale że poszło to za bardzo, że już ta obrona środowiska stała się ważniejsza niż życie ludzkie. Myślę o takich sprawach, że to będzie gościu do takich rzeczy wzywany. Ta nasza Cerbera może mogłaby być taką ekolożką.
Zobaczymy, co ona nam wykręci. Dobra, ale fajnie, podoba mi się. Podoba mi się to, co dzisiaj stworzyłam. Zagroziłam wam, że dzisiaj chce mi się bardziej tylko pogadać, a jednak wymyślanko weszło na grubo, jak zawsze. Więc mamy naszą czarną charakterkę, femme fatale. I co? I mamy głównego bohatera, czyli to, co najważniejsze. Już możemy jakiś ogień tutaj tworzyć jakąś historię. Dobra, słuchajcie, nie przedłużam. Za tydzień dowiemy się, co tutaj z tego wyrzeźbimy.
Jest fajnie, jest inaczej. A może też jakieś fajne rzeczy nam przyjdą, jeżeli chodzi o wygląd naszego bohatera. Może jakaś kurtka kolorowa? Tak patrzę jeszcze, jak już te markery kredowe były inspiracją. Chuck Malkers i będzie się charakteryzował tym, że będzie miał turbokolorową kurtkę. Chociaż nie wiem. A może w kwiaty tą kurtkę? Albo kurtkę złożoną z innych kurtek, taką zombie kurtkę. W sensie zombie, że będzie widać szwy tak chamsko szyte jakimś kordonem czy jakimś sznurkiem w ogóle nieodpowiednim do tego. Myślę o takim zero waste, że może on będzie zbierał różne kurtki po szmateksach czy po wysypiskach i będzie je zszywał.
Więc będzie miał taką całą armię kurtek zombie. Dobra, okej, pojechało. Ja się z wami żegnam. Dziękuję serdecznie, że byliście dzisiaj ze mną, za waszą uwagę jak zawsze. Zobaczymy jak mikrofon się sprawdzi w boju. Mam nadzieję, że wszyscy będziemy z tego zadowoleni. Dużo inspiracji wam życzę, żeby w tym tygodniu wam się coś fajnego wydarzyło. Już jest tak ładnie, tak słoneczko. Praktycznie teraz codziennie wychodzę i się naćpiewam światem, bo to wszystko jest takie piękne i w ogóle ach! To życzę wam, żebyście wy też tak sobie przyćpali otoczenie, czyli właściwie taką chemię waszą wewnętrzną, żeby coś wzbudziło, żebyście nie musieli się wspomagać niczym i żeby was energia nie opuszczała.
I dobra, kończę. Do usłyszenia za tydzień. Pa!
[03:09:09] - To jak jesteśmy, proszę państwa, pogrążeni w takim bardzo literackim nastroju, to czas na drugie opowiadanie Kamili Ciołko-Borkowskiej. Cóż, to jest opowiadanie zatytułowane „Piorunujące wrażenie”. Tak jak powiedziałem, opowiadanie pochodzi z antologii „Bibliotekarium. Warsztaty” z tej audycji z listopada 2018 roku A czyta dla państwa Marek Sęk "Ivellios"
[03:09:43] - Kamila Ciołko-Borkowska „Piorunujące wyrażenie”. Własna firma to nie jest jakieś tam leniwe pierdzenie w stołek i zbijanie bąków. To ciężka praca i często zarwane noce. Litry wypitej kawy, kłótnie z kontrahentami i wieczne planowanie to elementy dnia codziennego. Mateusz i jego wspólnik nieraz zastanawiali się, czy ciepła posadka na etacie nie byłaby lepsza. Bezduszny ZUS, migający się od zapłaty wspólnicy i pijani robotnicy bez ustanku zajmowali myśli przedsiębiorców. Bardzo często miał ochotę rzucić wszystko w cholerę. „Kochanie, weź głęboki oddech” – mówiła mu wtedy Renata, głaszcząc go po utrudzonej myślami głowie. „Jesteś panem własnego życia. Idzie ci rewelacyjnie i nie rezygnuj z tego.” „Może i masz rację.
Jestem po prostu w gorącej wodzie kąpany. Babcia mi tak zawsze powtarzała.” „Wiem. Słyszałam to już tysiące razy.” „Co ja bym bez ciebie zrobił, kochanie?” Objął kobietę wpół i pocałował w nos. Wtulił twarz w gęste włosy i wciągnął w nozdrza upajający zapach. Nie wyobrażał sobie bez niej życia. To dzięki niej miał siłę walczyć ze wszystkimi przeciwnościami losu. Nie ukrywał, że Tobiasz, najlepszy przyjaciel, z którym prowadził firmę, również wspierał go w gorszych chwilach. „Kocham cię, wiesz?” „Wiem, ale nie na tyle, by się ze mną ożenić.” Zrobiła smutną minę. „Przecież sama nie chciałaś brać ślubu. Nie rozumiem cię.” „No bo nie chcę.
To będzie wyglądało, jakby to był tylko mój pomysł.” „No to chcesz czy nie?” Czasami nie mógł za nią nadążyć. Nie rozumiał jej. „Nie chcę.” Obruszyła się i wyszła z pokoju. Uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że teraz jego ukochana przez kilka godzin będzie marudzić. Jednak nie umiała długo się gniewać, a on uwielbiał się z nią drażnić. Zwłaszcza że bardzo podobał mu się sposób zażegnania konfliktów. Renata była tak zmysłowa, że myślał o niej jak o chodzącym ideale. Spojrzał na zegarek. Za godzinę ma przetarg.
Musi zebrać myśli i skompletować dokumenty. Powoli spakował potrzebne rzeczy. Pocałował naburmuszoną narzeczoną w czubek głowy i wyszedł z mieszkania. Ładna pogoda zachęcała do spacerów. Uznał więc, że miejsce spotkania jest na tyle blisko, iż przędzie się pieszo. Dobrze mu zrobi ruch na świeżym powietrzu. Dobry nastrój utrzymywał się, nawet gdy pogoda po zebraniu zadrwiła z jego planów spacerowych. Na ołowianym niebie wśród grubych chmur zaczynała szaleć burza. Wiatr szarpał parasolami w ogródku przed restauracją. Ciężkie krople deszczu uderzały coraz częściej.
Rozejrzał się i uznając, że nie rozpogodzi się przez dłuższy czas, wyjął telefon i wybrał potrzebny kontakt. „Hej skarbie, słuchaj, może podjechałabyś po mnie? Nie zdążę przed deszczem.” „Nie wziąłeś samochodu?” W słuchawce usłyszał głos pełen nagany. „No nie. Przyjedziesz?” „Jest piątek. Jestem u Kaśki.” „No tak.” Urwał. „Paznokcie. Weź taksówkę. Wrócę pieszo.” „Jak chcesz.” Spojrzał na telefon i wzruszył ramionami. Kobiety są dziwne.
Trudno. Przebiegnie przez rynek szybciutko i będzie w domu. Pięć minut drogi. Nie opłaca się nawet czekać na taksówkę. Rozejrzał się, wziął głęboki wdech i wyskoczył na zewnątrz. W dzieciństwie uwielbiał biegać boso po podwórku, gdy lało jak z cebra. Dziś cieszyłby się jak smarkacz, gdyby nie te nieszczęsne wyładowania. Niby nie bał się burzy, jednak każde uderzenie pioruna powodowało przyspieszone bicie serca. Nie zatrzymując się na przejściu dla pieszych, przebiegł na drugą stronę ulicy. Zdenerwowany kierowca samochodu, który zmuszony był zahamować, zatrąbił kilka razy.
Miasto. Wbiegł na plac rynkowy. Teoretycznie powinien obiec go dookoła, jednak spieszył się do domu. Nagle gdzieś naprawdę niedaleko uderzył piorun. Mateusz podskoczył wystraszony i przyspieszył. Gdzieś blisko. Dźwięk własnego głosu uspokoił go przynajmniej odrobinę. Dobrze, że drzwi na klatkę schodową były otwarte. Nie musiał szukać kluczy w tę pogodę. „Brrr.” Wzdrygnął się.
I po co taksówka? Przebiegł przed deszczem. Nawet nie miał zadyszki. Dobry jest. Może zacząłby biegać w maratonach. To ostatnio jest trendy. W tym momencie do budynku weszła Renata. Powoli złożyła parasol, otrząsnęła go z nadmiaru wody i nie patrząc na narzeczonego, skierowała się do mieszkania. Zdziwiony mężczyzna stwierdził, że tym razem pogniewała się nie na żarty. Nawet na niego nie patrzy.
Przebłaga ją. Na pewno przebłaga pierścionkiem, który kupił już jakiś czas temu. Nie miał tylko okazji, a może odwagi, by wyznać jej na kolanach, że jest jego jedyną miłością i chce spędzić z nią resztę życia. Nadrobi i to. Zamknęła za nimi drzwi, zrzuciła mokre buty, parasol rozstawiła w łazience. Mateusz spojrzał na swoje ubranie. Był suchy. Wzruszył ramionami. Przyglądał się swojej ukochanej, gdy ta krzątała się po kuchni. O jej ciągłym zdenerwowaniu świadczył fakt, że zaparzyła tylko jedną herbatę.
Gdy napar nabierał mocy, wyjęła telefon. Wyglądała, jakby czekała na jakąś wiadomość. Przygryzła wargę. Typowy sygnał stresu. Wyjrzała przez okno. Lało. Burza miała się w najlepsze. Usiadł w fotelu. Poczeka. Wiedział, że Renata nie włączy żadnej elektroniki, póki pogoda się nie uspokoi.
Póki co siedziała w kuchni na parapecie. Jak opętana gapiła się w okno, jakby na coś czekała. Znów sięgnęła po telefon, odblokowała go i odłożyła. W ciągu pięciu minut sytuacja powtórzyła się z 10 razy. Naprawdę nie wiedział, co o tym myśleć. Kiedy zaczęła myć filiżankę, uznał, że nie wytrzyma dłużej. „Kochanie…” Nawet na niego nie spojrzała. Przecież nie narozrabiał za bardzo. Nie zasłużył na takie traktowanie. Podszedł bliżej.
Chciał ją przytulić. Kiedy miał objąć szczupłą talię, poczuł, jak jego ramiona prześlizgują się przez ciało kobiety. Odskoczył przerażony. Gdy ponownie zajmowała swoje miejsce obok doniczki z kwiatkiem, on stał jak zamurowany, patrząc na swoje dłonie. „Co, do cholery?” – zapytał na głos. Jednak zanim zdążył się zastanowić nad sytuacją, usłyszał dzwonek telefonu. Renata zerwała się z parapetu. „Tak, słucham” – krzyknęła w słuchawkę. Przy telefonie jej oczy stawały się coraz większe, przerażone. Widział ją w takim stanie tylko raz, po śmierci ojca.
Wtedy, tak samo jak dziś, zacisnęła pięści, a podbródek wysunęła do przodu. „Zaraz przyjadę.” Zacisnęła powieki. „Proszę powiedzieć tylko, czy przeżyje.” Słuchała głosu w słuchawce. Chwyciła sweter, torebkę i zaczęła rozglądać się za kluczami, które zawsze odkładała w dziwne miejsca. Widział, że tym razem leżą na parapecie w kuchni, jednak nie miał jak jej tego powiedzieć. Miał pewność, że rozmowa dotyczyła jego. Musi wyjaśnić sytuację, sprawdzić, co się właściwie stało. Przecież nie może tak do końca świata odstawiać szopki na miarę „Uwierz w ducha”. „Są!” – okrzyk pełen radości przywołał go do porządku. Musi się pilnować, bo inaczej pojedzie bez niego, gdziekolwiek miała jechać.
Nie lubił szpitali. Zawsze powodowały ból brzucha. Na pewno nie był jedyny. Szedł za prawie biegnącą korytarzem Renatą. Dopadła dyżurki pielęgniarek, jakby od tego zależało jej życie. Zadyszana potrzebowała chwili, aby złapać oddech. Pielęgniarka siedząca przy biurku spojrzała na nią ze zrozumieniem. „Dzień dobry” – wysapała w końcu. „Dzwoniliście do mnie. Podobno leży u was Mateusz Żebiałowski.” „Dzień dobry.
No cóż…” – urwała, wstając powoli. – „Piątek 13 nie był łaskawy dla pani męża.” „Narzeczonego.” „Tak. W każdym razie wydaje się uderzenie pioruna nie wyrządziło większej szkody. Poparzenia wyleczymy. Jednak problemem jest fakt, że pacjent nie odzyskał przytomności.” „Jaki piorun?” – starał się zwrócić na siebie uwagę. Niestety żadna z kobiet nie zareagowała. – „Przecież ja tu jestem.” „Proszę, to ta sala. Pan doktor przyjdzie na obchód.” „Dziękuję” – wyszeptała Renata. Tkwiła w miejscu, jakby bała się ruszyć naprzód. Wykorzystując jej stan, Mateusz stanął przed nią.
„Kochanie, przecież ja tu jestem. Musisz mi jakoś pomóc. Proszę.” Kobieta, nie słysząc go, zrobiła kilka kroków. Przeszła przez niego, kierując się do łóżka stojącego przy oknie. Aparatura podłączona do leżącego wydawała z siebie ciche popiskiwania. Duch mężczyzny stał, czując się całkowicie bezsilny. Spojrzał na siebie. W sumie nie wyglądał tak źle. Poparzona klatka piersiowa owinięta była opatrunkami. Masa rurek i rureczek doprowadzała i odprowadzała jakieś płyny.
Był przerażony. Jaki piorun? Przecież udało mu się przybiec do domu przed klatką. „Zaraz. Wróciłaś z paznokci. Spotkaliśmy się na dole. Nie mogłem biec ze spotkania półtorej godziny. Boże, piorun na rynku. Uderzył mnie piorun na rynku.” Chwycił się za głowę. Patrzył, jak ukochana głaszcze go po twarzy.
Popiskiwania maszyny nie zmieniły częstotliwości, jakby w ogóle nie czuł, że coś się dzieje. Nie zniesie tego. Nie da rady. Patrzył na siebie samego z rosnącym przerażeniem. Wybiegł ze szpitala. Nie mógł zrozumieć sytuacji. Przerastała go. Nie miał nawet kogo spytać, co tak naprawdę się dzieje. Pierwszy raz w życiu był sam, całkiem sam. Ponad tydzień chodził za Renatą jak cień.
Nocami patrzył na nią, zastanawiając się, jak wrócić do swojego ciała, do życia. Nic nie przychodziło mu do głowy. Żadnych sensownych pomysłów. Krążyli razem pomiędzy mieszkaniem a szpitalem. Renata wzięła dwa tygodnie zaległego urlopu. Zresztą i tak nie nadawałaby się do pracy z ludźmi. W nocy męczyły ją koszmary. Jęczała przez sen, wiercąc się w wielkim łóżku. Cienie pod oczami podkreślały jej słabą kondycję psychiczną. Pierwszy raz nie mógł zareagować, gdy zamiast zjeść porządny posiłek, przegryzała coś na szybko.
Czuł się okropnie. Patrzył na nią z rosnącą troską. Poniedziałek nie przyniósł ani pomysłu na rozwiązanie problemu, ani poprawy stanu jej fizycznego zdrowia. Powoli zaczął tracić nadzieję. Zostanie w tym stanie już na zawsze. Pukanie do drzwi mieszkania zabrzmiało groźnie. W progu stał Tobiasz. „Cześć. Jak się trzymasz?” Wyglądał na naprawdę zmartwionego. „Jakoś, choć nie będę kłamać, jest mi ciężko.” „W interesach też nie lepiej.
Mati ma łeb do tego, co robimy. Bez niego za moment zacznie się robić nieciekawie.” Spojrzał na kobietę. „Co mówią lekarze?” „Jego szanse maleją z dnia na dzień. Jeśli nie obudzi się w tym tygodniu, to możliwe, że nie obudzi się nigdy.” Pierwszy raz, odkąd znalazł się w tej sytuacji, Renata płakała. Jej szloch rozrywał mu serce. Tobiasz w pierwszej chwili stał jak zamurowany. Wyglądał, jakby nie wiedział, jak się zachować. Jednak po dłuższej chwili podszedł do płaczącej i przytulił ją delikatnie. Pogłaskał ją po plecach i pocałował w czubek głowy. Wtuliła się w jego ramiona, jak gdyby to były właściwe ramiona.
„Będzie dobrze. Obudzi się.” Przyglądający się temu Mateusz nie wytrzymał. Wściekłość zasłoniła mu cały świat. Wiedział, że przyjacielowi podoba się jego ukochana. Nie spodziewał się jednak, że będzie na tyle bezczelny, aby wykorzystać zaistniałą sytuację. Był tak wściekły, że pobiegł do szpitala. Stał więc nad swoim własnym ciałem i krzyczał. Było to jedyne, co mógł zrobić. Może usłyszy choć jedno zdanie, może się obudzi. W końcu jednak zrezygnował.
Nie może tak drzeć się do siebie bez końca. Przeszedł się po szpitalnych salach i zniechęcony wrócił do domu. Na szczęście po gościu nie było już śladu. Przyjrzał się zmizerniałej kobiecie, którą miał przed sobą. „Nie daj się tylko omamić temu przystojniakowi, błagam cię.” Nie obudził się w ciągu następnego tygodnia. W poniedziałek Renata miała wracać do pracy. Nadzieja umierała powoli. Z każdą godziną było jej coraz mniej. W sobotę w salonie zasiadła rozgadana przyjaciółka Renaty, która przywiozła kartony. Mateusz przyglądał się z zaciekawieniem.
Interesowało go, cóż ciekawego wymyśliła jego druga połowa. Patrzył najpierw z zainteresowaniem, a później z przerażeniem, jak pakuje jego rzeczy w tekturowe pudła, by w końcu zrozumieć. „W sumie to nie rozumiem, po co to robisz.” Agata łyknęła wina i spojrzała wyczekująco na Renatę. „Nie ma szans na jego wybudzenie, a te buble zbierają tylko kurz. Wyrzucisz to wszystko?” „Po co mi to? Miały wartość dla niego.” „Przecież może się jednak obudzi” – wyszeptała cicho Agata. W odpowiedzi otrzymała tylko lekkie wzruszenie ramionami. Pakowanie trwało nadal. „Zresztą jego stan jest stabilny. Nie będą go trzymać w mieszkaniu, nawet jeśli się obudzi” – urwała.
„Lekarze mówią, że nie ma szans na normalne funkcjonowanie. Nie będzie z nim kontaktu. Co planujesz?” „Myślałam o tym, siedząc przy nim. Oddam go do jakiegoś ZOL-u. Jestem młoda i nie dam się przywiązać do warzywa. Zresztą nie mogę być sama. Tobiasz zaprosił mnie na kolację. Może coś z tego wyjdzie.” „Skarbie?” – mężczyzna zapytał z wyrzutem, podchodząc bliżej ukochanej. Po tym, co usłyszał, miał ochotę płakać. Nie poznawał jej.
To nie miłość jego życia. To ktoś zupełnie inny, obcy. „Przecież to twój narzeczony” – przyjaciółka cicho zaopiniowała. „Nigdy mi się nie oświadczył.” Wzięła do ręki ciężką ramkę ze zdjęciem. „Nie, błagam cię, nie wyrzucaj tego. To jedyna pamiątka po dziadkach. Wiesz o tym.” Miał łzy w oczach, jednak nikt tego nie widział. „Do jasnej cholery, nie wyrzucaj tego!” „Co to?” Wino z kieliszka zniknęło. „Stare zdjęcie dziadków Mateusza. Ponoć jedyne, bo reszta spłonęła razem z domem jego rodziców.
Wyrzucasz?” „Po co mi to? Śmieć jak wszystko inne.” Mężczyzna zacisnął pięści. Jak bardzo nie znał kobiety, która żyła u jego boku. Chciał z nią spędzić resztę życia, a okazało się, że był dla niej tylko śmieciem. Stał tak, płacząc. Jednak gdy zdjęcie wylądowało w kartonie z trzaskiem pękającego szkła, coś złamało się też w nim. „Kurwa mać!” – krzyknął. Zerwał się, chcąc potrząsnąć Renatą. Jego dłonie jednak prześlizgnęły się przez jej ciało. Upadł na twarz.
Przez chwilę leżał bez ruchu. Opanowało go dziwne uczucie niemożności. Otworzył oczy. Światło raziło jednak tak bardzo, że musiał zamknąć powieki. Z oddali dochodziło ciche, regularne pobiskiwanie. Próbował podnieść rękę, jednak była tak ciężka, że musiał odpuścić zrezygnowany. Nie wiadomo skąd pojawili się ludzie. Świecili mu czymś po oczach, zadawali jakieś pytania, kazali ściskać dłonie i kiwać palcami. Był zmęczony, gdy usiadł obok niego lekarz. „Robi pan piorunujące wrażenie” – zaśmiał się wesoło.
Żart mu się udał. „Jeśli będzie pan współpracował, to postawimy pana na nogi raz dwa. Za pół godziny będzie tu pańska żona. Póki co proszę odpoczywać.” Ma czas. Pokaże tej wiedźmie, gdzie jej miejsce. Jednak teraz musi iść spać. Ciężkie powieki opadły. Zapadł w sen. Jednak teraz wiedział, że nie musi się obawiać. Obudzi się.
Leżąc tak w szpitalnym łóżku doszedł do wniosku, że nie mógł opuścić swojego ciała. Cała ta farsa musiała mu się przyśnić. To był bardzo nieprzyjemny i mocno realistyczny sen. Renata przecież wspierała go cały czas podczas pobytu w szpitalu, a Tobiasz zaofiarował się pomóc w powrocie do domu. Kiedy więc lekarze zorientowali się, że pacjent jest w stanie samodzielnie dojść do łazienki, wręczono szczęśliwcowi wypis z masą skierowań. Cała trójka postanowiła uczcić małe święto sernikiem, który przywiózł Tobiasz. „Mama upiekła, gdy tylko dowiedziała się, że wychodzisz. No dobra, pakujemy się. Na miejscu zaparzę nam kawę i pocieszymy się z dala od tego okropnego miejsca.” Kiedy tylko znaleźli się u celu, nie mógł oprzeć się ochocie zerknięcia na półkę, na której stał obiekt jego zmartwień. Zdjęcie stało tam, gdzie zawsze.
Jednak kiedy zdał sobie sprawę z jednego drobiazgu, który się nie zgadzał, stanął jak słup soli. Ramka, w której stało zdjęcie, była zupełnie nowa. Wściekłość przesłoniła mu cały świat, a dłonie zacisnęły się w pięści. Jedna z nich bezwiednie z impetem uderzyła przyjaciela w szczękę. Przejmujący ból orzeźwił Mateusza na tyle, by stwierdził, że możliwe, iż zareagował zbyt pochopnie. Jednak było już za późno. Renata klęczała przy leżącym, pomagając mu wstać. „Oszalałeś?” Tobiasz rozmasowywał miejsce uderzenia. „Wynoś się z mojego domu.” Emocje nadal przesłaniały jasność rozumowania Mateusza. Kobieta stała nadal, nie poznając człowieka, którego miała przed sobą.
Jej oczy robiły się coraz większe. Mateusz uspokoił się. Spojrzał na przerażoną kobietę i zdał sobie sprawę z tego, że zareagował niewłaściwie. Choć z drugiej strony powinien jakoś sprawdzić, czy mu się to wszystko przyśniło. Nie może całe życie lawirować pomiędzy domysłami. Raz kozie śmierć. Najwyżej się ośmieszy. Spojrzał na zdjęcie. „Poważnie? Chciałaś mnie oddać do jakiegoś ZOL-u?” Widział, jak nagle pobladła.
Szczęka zaczęła jej drżeć, jakby zaraz miała się rozpłakać. Nic nie musiała mówić. Już wiedział. Opadł na kanapę. Nie miał już na nic siły. „Agata ci powiedziała?” – zapytała, klękając przy nim. „Zjadłbym sernika.” Nie miał ochoty na jakiekolwiek dyskusje. Atmosfera w przeciągu następnego tygodnia nie napawała optymizmem. Nikt nie poruszał tematu, jakby Mateusz faktycznie zbzikował i wszyscy muszą chodzić na palcach, żeby wrócił do zdrowia. Było mu wszystko jedno.
Nawet Renata chodziła bardziej milcząca i zamyślona niż zwykle. Zdawał sobie sprawę, że to kwestia czasu. W końcu coś wybuchnie. Póki co skupił się na pracy. Inaczej chyba by zwariował. Nie zdziwił się nawet, gdy któregoś piątku do drzwi zapukało dwoje policjantów. Postanowił tego dnia skończyć wcześniej, jakby wyczuwał, że będzie miał gości. Rzadko odwiedzali go policjanci na służbie, więc czuł się zestresowany. Zazwyczaj policjanci wręczali mu mandaty, więc może nie ma się co dziwić. „Czy zna pan może Agatę Tucką?” „Znam.
To przyjaciółka mojej narzeczonej. Czy coś się jej stało?” Posterunkowi spojrzeli na siebie wymownie. „Czy pańską narzeczoną jest Renata Onacka?” „Tak. Czy coś się stało?” „Niestety, pańska narzeczona jadąc pod prąd ulicą Dworcową potrąciła panią Tucką, a następnie wpadła w poślizg i zderzyła się z samochodem dostawczym.” „O Boże!” Zasłonił usta rękami. W sumie niezbyt przejął się sytuacją. Fakt, szkoda mu było Agaty, jednak Renata zasłużyła sobie. Nie mógł jednak pokazać obojętności siedzącym przed nim policjantom. Co z nimi? „Pani Tucka jest aktualnie operowana. Jej stan jest stabilny, natomiast…” Młodszy z gości urwał.
Spojrzał na starszego kolegę i chrząknął głośno. „Natomiast pańska narzeczona nie żyje. Przykro mi.” Siedział tak zdziwiony do reszty. Może nie tym, że coś się stało kobiecie, która kiedyś była dla niego tak ważna. Zaskoczyło go to, że nie czuł nic. Żadnego poczucia straty, żalu czy nawet radości, że ma za swoje. Żmija jedna. Milczał dłuższą chwilę, nie wiedząc, co powinien powiedzieć, czy też co zrobić. Skubał róg poduszki. W końcu jeden z policjantów podał mu kartkę.
„Tu proszę zgłosić się po ciało. Tam podadzą panu więcej szczegółów, a tu" podał następną karteczkę. „Ma pan adres psychologa, gdyby chciał pan skorzystać. W zaistniałej sytuacji polecałbym". Gdy pożegnał mundurowych, westchnął głęboko. Oparł się o drzwi i rozejrzał po przedpokoju. „Jeżeli jesteś tu, to wiedz, że zasłużyłaś sobie".
[03:35:03] - Proszę państwa, czas na solidny wykład. Ten wykład zapewni dzisiaj Kamil Muzyka. Jeśli sięgniecie państwo pamięcią do odległych czasów zeszłego roku, to pojawił się taki wywiad z Kamilem Muzyką dotyczący prawa kosmicznego. Stamtąd możecie państwo człowieka kojarzyć, ale Kamil Muzyka to jest człowiek niezwykle pełen wigoru. O, tak to określmy. Jego jest wszędzie pełno i bardzo dobrze, bo ma sporo ciekawych rzeczy do powiedzenia. Ja w każdym razie słucham zawsze z ogromną uwagą. Tak jak mówiłem, specjalista od prawa kosmicznego, od górnictwa kosmicznego, od wielu innych ciekawych rzeczy. A dzisiaj Kamil Muzyka opowie o światostatkach i statkach pokoleniowych. Powiem tylko jeszcze, że ta prelekcja, którą państwo za chwilę usłyszycie, miała miejsce na Sedyńconie w czerwcu tego roku.
Zapraszam.
[03:36:16] - Po pierwsze musimy sobie założyć, o czym my mówimy. Worldship, czyli światostatek, czasami pisane worldship razem, jest to też pewne określenie, ostatnio używane w języku angielskim, ale trzymamy się tylko określenia z fantastyki naukowej. Jest to zamknięty ekosystem. Jest to statek posiadający zamknięty habitat, wewnątrz którego jest własny ekosystem. Jedną z funkcji takiego statku, raczej głównie takiego habitatu, jest zapewnienie warunków bytowych organizmom znajdującym się w jego wnętrzu. I te organizmy, szczególnie te odpowiedzialne za jego budowę, sterowanie, mogą używać go jako jednostki kolonizacyjnej, podróżnej, bądź też takiego muzeum, czy tak jak u Kima Stanley'a Robinsona terrarium. Dobrze, to czym w takim razie jest pokoleniowiec? Pokoleniowiec, czyli generation ship, to jest taka forma statku najczęściej kolonizacyjnego, czasami statku uchodźczego. Jak patrzył ten pisarz, pisarka, osoba pisząca, zastanawiają się, co ma być w tym statku, więc oni zakładają, czym ten statek w ogóle jest. Jest to najczęściej statek wyposażony w odpowiedni system pozwalający na funkcjonowanie wielopokoleniowej załogi oczywiście lub obsługi statku.
Ja zakładam jeszcze, że jednym z celów takiego statku jest kolonizacja, tak jak powiedziałem, ale też transport żywca. To znaczy, że wszystkie organizmy, jakie są na pokładzie, tak naprawdę są w stanie żywym i to określenie „żywiec" będzie się tutaj pojawiać niejednokrotnie. W takim razie o czym dokładnie my mówimy? To jest pytanie, czy istnieje jakakolwiek różnica między taką kolonią orbitalną, taką kolonią O'Neilla, torusem stanfordskim, sferą Bernala i to czy to z pierwszych prac Bernala, czy to z prac już Gerarda O'Neilla, a jakimkolwiek statkiem? Bo tak naprawdę różnica jest taka, że w zasadzie jedno stoi w miejscu lub przynajmniej orbituje lub zmienia swoją pozycję, a drugie się porusza, przemieszcza. Nawet jeżeli to by było po prostu dryfowanie w przestrzeni międzygwiezdnej z ewentualnym wykorzystaniem silnika do hamowania, to tak naprawdę mamy tutaj albo napęd zdolny do podróży kosmicznych, nie tylko do korekty lotów, i też mamy właśnie ten problem taki, czy się różni statek od stacji. I powiem państwu tak, jako osoba, która zajmuje się prawem kosmicznym, powiem wam krótko: w prawie kosmicznym nie ma takiego rozróżnienia. Statek i stacja obydwa są obiektami kosmicznymi i nikogo nie obchodzi tak naprawdę, jakie są funkcje. Są jedynie jeszcze jednostki w wynoszeniu i komponenty obiektu kosmicznego, ale nie będziemy o tym rozmawiać, oraz zaznaczam, nie będzie tutaj o prawie kosmicznym, ponieważ zakładam jedną rzecz: jeżeli coś ma lecieć w locie międzygwiezdnym, to już dawno musi posiadać własną autonomię i nie jest zależne od jakichkolwiek rządów ziemskich. No chyba, że by to był po prostu statek pokoleniowy, który służy za jakieś więzienie, tak jak kiedyś robiono halki ze starych statków.
Dobrze, to może być to jakaś mobilna megastruktura w tym momencie. W mojej starszej prezentacji o megastrukturach poruszałem rzecz, że statków pokoleniowych czy właśnie światów z zamkniętymi światami wewnątrz siebie mogłaby być traktowana jako megastruktura. Ale tak jest, że po pierwsze mobilna megastruktura w przestrzeni kosmicznej, ciężko mówić o niemobilności, ponieważ ciała znajdują się najczęściej w ruchu wobec siebie, a jeżeli nie wobec siebie, to wobec jakiegoś innego ośrodka. I że światostatki czy też statki pokoleniowe wymagają olbrzymich powierzchni. Jednak statki kosmiczne mogą stawać się megastrukturami. Trzeba pamiętać na przykład, że taki rój Dysona to jest tak naprawdę zbiór tych różnych obiektów kosmicznych, które mogą być nawet mniejsze A nawet czasami w prawie kosmicznym dyskutujemy, czy de facto megakonstelacje w stylu Starlink, OneWeb i tak dalej to już nie są zaczynki takich właśnie rozproszonych megastruktur. No właśnie, tylko czym jest ta megastruktura? Bo też mówimy megastruktury. Po pierwsze, to jest najczęściej właśnie jakiś megaprojekt. Czasami megastrukturami nazywa się miasta, ale główne wymaganie to jest właśnie, żeby taka struktura miała przynajmniej jeden megametr w jakimkolwiek wymiarze.
W fantastyce, jak to powiedzie się często, to jest nawet nie megametr, po prostu to jest jedna wielka struktura. Może być to nawet ziemska megastruktura, może być to orbitalna megastruktura, może być to jakaś ponadwymiarowa megastruktura. W każdym razie jest to trochę takie pytanie, czy te statki będziemy traktowali jako megastruktury lub nie. To zależy od ich wielkości. To zależy od tego, czy sami autorzy, twórcy fantastyki stwierdzą, że tak, mój statek jest megastrukturą i na tym wzgórzu umrę. Dobra, w każdym razie jaka jest główna różnica między światowcem, między światem-statkiem a między statkiem pokoleniowym? Po pierwsze, w obydwu przypadkach musi istnieć jakakolwiek namiastka ekosystemu, która jest niezbędna do przetrwania załogi lub ładunkowego żywca. Statek-świat zakłada wymianę pokoleniową organizmów zamieszkujących jego pokłady. To jest, jak by to powiedzieć, rozwiązuje się samo przez się, mimo że nie jest traktowany jako statek pokoleniowy. To są najczęściej zupełnie inne opowieści o generation ship.
Najczęściej to jest po prostu: kolejne pokolenia ludzi się wymieniają i ci, którzy dolecą na daną planetę, na dane miejsce, to już mają być koloniści. W przypadku światu-statku, tam nikogo nie obchodzi, ile się będzie ciebie wymieniać. Tam mogą być miliardy ludzi, populacji, która się ciągle wymienia, zmienia, przychodzi rewolucje i tak dalej, ale statek ma sobie lecieć. Tam nie obchodzi, kto doleci do końca. Ma po prostu to żyć. To jest trochę jak u Iana M. Banksa w „Kulturze”, jak na przykład w „Excession” pojawiają się statki zawierające całe światy wewnątrz siebie i też zawierające skocznie wewnątrz siebie. Ale to akurat o GSV nie będzie aż tyle. I tutaj właśnie też kwestia co do takiej kolonizacji. No właśnie, gdzie n pisarzy, tam n+1 zdań, więc weźmy sobie pod uwagę, że po pierwsze mamy różne rodzaje tych statków.
Są statki powolne, są statki superszybkie, są statki sypialnie, statki, jak by to powiedzieć, seed ship, czyli te statki zasiewające życie na miejscu, tam, gdzie ma dolecieć. Ewentualnie mają być replikatory. Do replikatorów sobie dojdziemy, ale chciałem taką właśnie z jednej publikacji z Journal of British Interplanetary Society. Oni mieli taką właśnie pracę o tym, czy światy-statki w ogóle byłyby bezsensowne w wykorzystaniu do kolonizacji międzygwiezdnej. Problem jest taki, że w zasadzie musisz najpierw zbudować ten świat wewnątrz, a potem myśleć o statku. Dobrze. Jednym z takich popularnych tematów w fantastyce to były właśnie zamknięte światy w koloniach asteroidalnych. To już był i Daniel Scholl, to były spomy Asimova, to jeszcze był Grega Beara taki jeden, ten „Eon”, gdzie to były zamknięte światy. I oczywiście nawet Kim Stanley Robinson w „2312” wrócił do tego pomysłu. Oczywiście to jest ciekawy pomysł, żeby zamknąć ludzką społeczność w takim asteroidalnym habitacie.
Problem, jakby wam to powiedzieć, z takim habitatem jest to, że albo by musiał być rotujący wewnątrz walec, żebyśmy mieli symulowaną grawitację, albo by w ogóle nie symulował grawitacji. A jeżelibyśmy spróbowali z niego zrobić, żeby się obracał tak, jak my chcemy, a nie tak, jak jemu nakazują prawa fizyki, między innymi efekt YORPa i nagrzewanie się, wpływ kolizji, wpływ promieniowania słonecznego, już nie wiatru słonecznego, to byśmy tak naprawdę mieli takiego fajnego rollercoastera. Tylko że ci ludzie z tego rollercoastera nie mogą wyjść i tylko tam żyją. Inną koncepcją był Macrolife, czyli też zbudowanie na kometach czy wewnątrz asteroid. To znaczy, de facto ten obrazek to jest zjadana kometa przez drzewo Dysona. Natomiast normalnie Macrolife to było rozwinięcie pomysłu spomu Asimova, czyli żeby kolonie ludzkie mogły żyć wewnątrz asteroid. Tylko że, jak by to powiedzieć, Macrolife nie było skupione na ludziach. Ludzie byli tylko elementem układanki. Tam cała ta asteroida miała być traktowana jako organizm, włącznie ze wszystkimi mikroorganizmami, makroorganizmami i maszynami, i sztucznymi inteligencjami, które miały być na pokładzie. Tak, w latach 60.
już takie rzeczy były w fantastyce i futurologii. Oczywiście można też spojrzeć, wracając już do tych wszystkich pojazdów z „Kultury”, czyli to są właśnie statki, które są większe od niejednego księżyca, w których mamy miliardy mieszkańców, czy to są statki wręcz muzealne, statki, które cokolwiek innego robią poza tym, że wożą ludzi. Bo pytanie Takie typowe pytanie Strossa: czy to w ogóle jest statek? Ponieważ statek ma wozić z miejsca na miejsce, a jeżeli na miejscu nie ma gdzie przybić, to czy to w ogóle jest statek? Do tego wrócimy później. Jednym z przykładów świata wewnątrz jakiejś struktury mamy w „Cieniu długiego słońca„— to był Gene Wolfe, Jarek też wspominał o Gene Wolfie. To jest jeden z ciekawych przypadków, gdzie mamy świat dosyć futurystyczny, ale trochę zastały, cofnięty, trochę idylliczny. Będę o tym mówił pod koniec, jakie funkcje pełnią takie konstrukcje. Ogólnie mamy zamknięty habitat cylindryczny z wewnętrznym promieniem plazmowym, który udaje słońce. Oczywiście mieliśmy różnego rodzaju historie związane z tym, że świat-statek czy statek pokoleniowy tak naprawdę były organiczne albo biologiczne.
Może nie jak w „Hyperionie“, nie do końca jak u Roberta Sheckleya, ale to były całe koncepcje związane z tym, że statek jest nie dość, że żywy, nie dość, że świadomy, to jeszcze jest zrobiony z niesamowitej organicznej lub biologicznej technologii. Specjalnie wziąłem, może jest to lepiej widać. To jest komiks, który zapożyczyłem ze strony Atomic Rockets, gdzie między innymi są pokazane przypadki, czego się nie mówi w fantastyce, że może na przykład nasz organiczny komputer statku kosmicznego dostać Alzheimera albo że będą te końcówki niekompatybilne, że części ożywione będą umierać. Nie mówiąc o replikacji, mutacji, o tym, jak różne rzeczy będą dotykać same jednostki ożywione. Ale tutaj to jest zrobione trochę na jaja w kontekście statków organicznych i biologicznych. Ale ja powiem państwu tak: teraz pomyślmy sobie, co to jest wewnątrz takiego habitatu, wewnątrz tych statków, czy to pokoleniowych, czy to statków światowców. Nie chcę przypominać, że była taka dosyć fajna książka, „Stacja aniołów„ Waltera Jonaha Williamsa, gdzie między innymi był biologiczny statek, który wszedł w kontakt z Ziemianami. To byli już ludzie kosmosu tak naprawdę, ale powiedzmy, że to byli Ziemianie. Tamci stwierdzili, że jeżeli będziesz umiał syntezować nam różnego rodzaju narkotyki, które my będziemy sprzedawać na stacjach, to my ci będziemy sprzedawać komputery. I w pewnym momencie umysł tego statku stwierdził: „Komputery?
Po co mi komputery?“. Potem zobaczył, że te komputery tak naprawdę coraz lepiej liczą niż te jego naturalne, ewolucyjnie wytworzone organy. Stwierdził: „Będę chyba wymieniał wszystko powoli„ i wszystkie te organy, jako że część z nich miała własną świadomość, w panice się zastanawia, że: „O kurczę, on nas wymieni na maszyny!". Ale dobra, to tak słowem, żartem. Trzeba wziąć pod uwagę inną rzecz. Coś, co mi się bardzo podobało w jednej z interpretacji „Ślepowidzenia„ Petera Wattsa, to znaczy czy ten Rorschach, czy to, co oni znaleźli, po polsku to były chyba wężydła, po angielsku oni byli scramblers. Czy to była załoga tej stacji, czy statku, czy to tak naprawdę była tylko jego ożywiona biologiczna obsługa? I w tym momencie można sobie założyć taką jedną ważną rzecz. Statek pokoleniowy. Super, fajna sprawa.
Tylko co jeżeli ta załoga jest wymienna? Ile razy ja prowadzę wykłady na temat produkcji kosmicznej, to mówię: każdy element musi być wymienny, każdy element musi być naprawialny, najlepiej z lokalnych zasobów, a jeżeli nie, to trzeba pozyskiwać je z przestrzeni kosmicznej. No właśnie. I mamy coś takiego jak von Neumannizacja załogi. To znaczy co jeżeli załoga w takim statku pokoleniowym— dlatego używam określenia żywiec, dlatego że to jest ta żywa siła, żywy element. Ona nie jest do końca załogą, przynajmniej część jest załogą, a reszta pełni funkcje jednostek naprawczych, jednostek konserwacyjnych tego statku, niekoniecznie byśmy ich nazwali załogą. Oni są humanoidalni, ale ich funkcją jest tylko konserwacja danego statku kosmicznego. Coś jak w „Mayflower 2„ Baxtera, ale nie będę opowiadać państwu całej fabuły. Jak gdzieś znajdziecie „Mayflower 2„, nie wiem, czy w Polsce w ogóle to wychodziło, ale to jest chyba z serii Xeelee. W każdym razie kwestia jest właśnie taka, czy wtedy to jest w ogóle załoga w takim statku pokoleniowym, czy to nie jest po prostu element wyposażenia statku?
I tutaj też w drugim punkcie sobie założyłem, że czy nie byłoby ciekawie Może napisać, może znaleźć, bo może ktoś już napisał taką fantasmie, że tak naprawdę ten statek pokoleniowy jest niby pokoleniowy, ale tak naprawdę wszyscy obsługują ten statek tylko dlatego, żeby na koniec na planetę przyszli ci, którzy mają już wszystkie zdolności kolonizacyjne i przetrwania w siebie wpisane, czyli właśnie ci, którzy są zamrożeni. A ci, co tam są na statku, oni i tak zostaną na statku, bo po co nam oni? Oni nie umieją przeżyć poza statkiem i tak. Tutaj też tak jak powiedziałem, że to byłyby zupełnie inne aspekty przystosowawcze i przy zakładaniu kolonii. Też kwestia inna przy humanizacji załogi. Co jeżeli to jest załoga cyfrowa, tak jak na przykład w „Diasporze” Grega Egana i to są symulowani ludzie? To też podobnie było w „House of Suns” Alastaira Reynoldsa. Patrzę, uśmiecha się. Okej, przetłumaczcie to kiedyś wreszcie.
[03:53:58] - Dlatego my jesteśmy zależni od wydawnictwa.
[03:54:04] - Pogadajcie z nimi. Dobra. W każdym razie mamy całe cyfrowe cywilizacje, społeczności, które mogą dowolnie symulować bieg czasu. Mogą być nieśmiertelne, mogą być śmiertelne, mogą powstawać w wyniku jakiegoś kontaktu między tymi jednostkami symulowanymi nowe osobniki albo mogą w wyniku mechanizmu losowego powstawać jako nowe jednostki, coś tak jak były tak zwane sieroty u Grega Egana. I w tym momencie to też jest w pewnym sensie statek pokoleniowy, jakby na to nie patrzeć, mimo że z naszej perspektywy to nie są ludzie. Z perspektywy tych emulantów może im nawet nie zależy na tym, co zbudowani z mięsa ludzie twierdzą o ich człowieczeństwie lub jego braku. Ale to trzeba niestety mieć też na uwadze, że w momencie takiej transhumanizacji będziemy też gadali o tym, że coś też jest statkiem przewożącym ludzi w jakimkolwiek stanie. Zawsze zalegam z takim jednym artykułem, a go od chyba 10 lat chcę napisać o przewożeniu ludzi z Ziemi na Marsa, którzy byliby w hibernatorach i brać pod to analizę różnych praw. Między innymi tego, jak w Stanach trzymanie człowieka w hibernatorze, jakim ma Alcor, czyli tej krioprezzerwacji, to jest forma pochówku. A dlaczego w Kanadzie w ogóle to nie byłby nawet pochówek, ponieważ jest to nielegalne.
A jak to jest w Wielkiej Brytanii? I się mam w końcu przysiąść i napisać, czy to będzie w ogóle człowiek, czy nie i jakie ta jednostka będzie miała prawa. Pomijając w ogóle całe kwestie mikrograwitacji i ciekłego azotu. Wracając. Oczywiście, że statkiem pokoleniowym czy statkiem-światem może być właśnie ta misa niebieska, czyli ten cały silnik Szkatowa, który opisują Gregory Benford i Larry Niven. Jeśli nie czytaliście, to jest nawet ciekawa seria. To jest trochę od nowa robienie świata pierścieniowego, czyli tego Ringworld. Natomiast jest kwestia taka, że ta misa lata od układu do układu i zabierają różnego rodzaju organizmy, które potem się albo adaptują do tej biosfery, albo się nie adaptują. Ta biosfera jest specyficzna. W każdym razie to jest olbrzymia biosfera wewnątrz tej właśnie misy, która jest traktowana jako świat-statek.
Ewentualnie całe światy mogą stać się statkami, czyli coś, co mamy właśnie to się nazywało Keplerowska rozeta. Bo normalnie była Kemplerowska rozeta, ale Niven zrobił literówkę i się jej trzymał uparcie do końca całej serii. W każdym razie są to związane z odpowiednimi systemami planety, które stanowią właśnie wędrujące światy. Z czego trzeba pamiętać, że nie wszystkie te światy są tak naprawdę te same, ponieważ niektóre są bardziej rekreacyjne, a większość pełni funkcję rolniczą wobec głównego świata, który jest mocno zindustrializowany. Więc w fantasy ogranicza cię tylko wyobraźnia. Jeżeli chcesz polecieć całym światem i zamienić cały świat w statek, to nie musisz nawet robić takiej rzeczy jak w „Wędrującej Ziemi” Sixina Liu, ale możesz po prostu wziąć ze sobą wszystkie planety dookoła siebie i ruszyć w drogę. Szczególnie te, które ci się podobają. I główne problemy, jakie mam z takimi habitatami. Dobrze. Mamy po pierwsze ograniczone zasoby i zapasy.
Nie da się pewnych rzeczy przeskoczyć. Jest pewne ograniczenie w regenerowalności ekosystemu zamkniętego. Zresztą musimy pamiętać, że nasz ziemski ekosystem nie jest zamknięty. Jakby nam zgasło słoneczko, to nagle byśmy zobaczyli, jak to jest niefajnie być sobie samą planetką nawet z małym księżycem. Już nie mówiąc o wszystkich innych efektach, jakie wynikają z tego, że nie jesteśmy pod kopułą ani jakimś bąblem. W każdym razie też mamy ograniczone zasoby i zapasy. Czyli oni mają wszystko, co tak naprawdę wzięli ze sobą, ewentualnie co są w stanie Scavengować, jak to się mówi forage scavenge, co są w stanie zebrać po drodze, o ile w ogóle mają takie zdolności. Mamy też zużywanie się struktur i układów. Oni potrzebują regularnie konserwować ten statek, bo jeżeli nie, to zginą. Można nawet tutaj zacytować cały fragment początku „Marcjanina” Andy'ego Weira: „Jeżeli czegoś nie zrobisz, zginiesz”.
Mamy też problemy psychologiczne i socjologiczne, czyli to, co fantastyka uwielbiała najbardziej i to nierzadko na czym się kłóciła. Ale to dlatego, że dla wielu ludzi wszystko było nowe. Problem z utrzymaniem sprawności sztucznego ekosystemu, czyli problem tego, że może się albo przegrzać, albo się rozsypać termodynamicznie. Oczywiście to jest powiązane też z poprzednimi. Mamy ograniczone zasoby, będzie akumulacja pewnych zasobów, będzie na przykład brakować fosforu. Trzeba pamiętać też o ochronie przed warunkami przestrzeni kosmicznej. Przypomina mi się dwie fajne książki w tym temacie. Po pierwsze „Aurora” Kima Stanley Robinsona. Kim Stanley Robinson od początku był przeciwnikiem statków międzygwiezdnych i pisał o tym jeszcze w czasach, jak wydawał „Icehenge”, czyli taki pierwowzór „Czerwonego Marsa”. Można nazwać pierwowzorem „Czerwonego Marsa”, mimo że na koniec chyba „Niebieskiego Marsa” jest jakaś montowana wyprawa międzygwiezdna.
Jeszcze „Niebieskiego” nie skończyłem. Natomiast napisał „Aurorę” i w „Aurorze” pokazał, jak takie misje zawsze są skazane na niepowodzenie. A potem przychodzi pan Gregory Benford z książką „Starship Century” i są tam między innymi opowiadania. Nancy Kress ma bardzo fajne opowiadanie, gdzie jest między innymi statek międzygwiezdny, gdzie wszystko jest bardzo dobrze poustawiane, ale zapomnieli o jednej rzeczy. Mają ochronę przed promieniowaniem, mają wszystkie regenerowane ekosystemy, ale ludzie zaczynają chorować, mają depresję, dwóch im się zabiło. I tak idąc po nitce do kłębka dochodzą, że to, czego im brakuje, to pole magnetyczne. Ponieważ nawet w Poznaniu w zeszłym roku został obroniony doktorat z tematu „Zachowanie niesporczaków w warunkach pomagnetycznych”, czyli oddzielenia od ziemskiego pola magnetycznego i tego, jak wzrasta śmiertelność nawet tych, jakby to powiedzieć popularnie, nazywanych niedozdarca organizmu. W każdym razie ludzie i wszystko, co wyewoluowało na Ziemi, jest zależne od pola magnetycznego. Nie tylko ze względu na komórki, białka i tak dalej, ale po prostu to, że pole magnetyczne zapewnia nam pewną tarczę. Jeszcze kwestia, że dodatkowo te statki muszą lecieć w nieznane.
To znaczy, jeżeli statek jest światłopokoleniowy, gdy wyczerpie zapasy otoczenia, jest zgubiony. Tak jak powiedziałem, w przypadku, gdybyśmy na przykład mówili o tym, że to nie są statki, które lecą w podróży międzygwiezdnej, tylko to są jakieś habitaty wokół Jowisza, zaraz byśmy mieli całe rozpisanie się, że: „Amoniak to bierzemy stąd, a z asteroid bierzemy i wodę, i minerały. A skąd bierzecie takie i takie substancje? A bierzemy je dostawami stąd, ot i to”. Jeszcze jest całe rozpisanie się, jak żyjemy, jak zarabiamy i tak dalej. Statek międzygwiezdny nie ma takiego luksusu. Tutaj podrzucam taki temat, że zawsze możliwe jest puszczenie wcześniej statków zwiadowców lub statków przemysłowych, czyli statków, które by wcześniej już odpowiednio zaprogramowane, jedne by przeczesały, czy w ogóle jest czego szukać, a drugie, jeżeli już by było czego szukać, to byłyby w stanie stanąć na takie przystanki lub stacje benzynowe z zapasami i hot dogiem oraz kawą dla tych, którzy lecą w przestrzeń międzygwiezdną. Oczywiście nie jest to łatwe do wykonania, ale pomysł gdzieś zawsze jest. Możliwe jest, że będą to też podróżujące rezerwaty i kolonie korzystające z obsługi. To znaczy w przypadku na przykład takim, jak opisuje Robert Zubrin w swoim...
Nie wiem, czy w „The Case for Mars” do tego wraca, ale w „Entering Space” u nas to były narodziny cywilizacji międzygwiezdnej. On fajnie porusza coś, co potem rozwinęło całe uniwersum Ramienia Oriona, czyli że są różnego rodzaju trasy szybkiego ruchu w kosmosie. Tylko że to nie są warpowe, tylko to są tak zwane beam ridery, czyli to są albo na smart pel, na jakieś specjalne pellety i odbijanie się od tarczy magnetycznej pojazdu, albo jest to po prostu rozpędzanie żagla laserowego czy inna jakakolwiek metoda. W każdym razie gdzieś po drodze są stacje przystankowe i przesyłowe i to po prostu są wędrujące już obiekty w jakichś albo pętlach, takie jak cykle Schroedera, bo to jest przeróbka cykli Andrina, ale Schroeder z tego robił chyba recenzowane prace z tego systemu międzygwiezdnego Schroedera, który był podstawą książki „Permanence”. W każdym razie niekoniecznie najlepszym rozwiązaniem byłoby, żeby to leciało, że tak za przeproszeniem powiem, na pałę te statki, czyli leciały w nieznane, ale tylko żeby to były już jakiekolwiek pojazdy i statki, które by latały na trasie, która już była przeczesana. Bardzo ważna rzecz w części technicznej, żeby pamiętać o tym, że najpierw powinien być habitat, a potem się doda napęd i zewnętrzny system zasilania. Trzeba pamiętać, że tworząc habitat, jeżeli będziemy zakładali, że będzie on na orbicie Jowisza albo na orbicie Marsa, albo w punktach libracyjnych Ziemi i Księżyca, możemy często zapomnieć po pierwsze, jak w ogóle funkcjonuje punkt Ziemi i Księżyca, a po drugie za bardzo się uprzeć na panele słoneczne, które wraz z kwadratem odległości tracą swoją moc. Chyba że będziemy mieli ze sobą jeszcze sztuczne słońce, ale to już aż takiej fantastyki tutaj nie uprawiam. Możemy iść w temacie, dlaczego one w ogóle funkcjonują i jakie miały znaczenie. Po pierwsze bardzo łatwo jest zaznaczyć, że świat-statek lub świat pokoleniowy może pełnić rolę takiego świata w butelce.
Czyli mamy małą społeczność, która ma swoje problemy, musi się z nimi zmagać. Cała fabuła się ogranicza tylko do tego statku, ponieważ często bohaterowie nie mogą wyjść z tego statku. Nie mówiąc o tym, że nierzadko nie wiedzą, że są na statku. Nie będę spoilerował najsłynniejszej powieści Briana Aldissa, która się nazywała „The Stars My Destination" w jednym wydaniu. Kwestia jest taka, że nieraz mogłoby to bardziej być mobilną wersją zamkniętej utopii kolonii. Nieraz można się spotkać, że to są takie statki, jak na przykład w „The Expanse" czy w pracach Timothy'ego Leairgo, że pewne grupy religijne mogłyby zakładać, że wykupują sobie taki świat-statek czy taką kolonię, która może od biedy wędrować tylko po to, żeby żyć w zamkniętej społeczności według swoich zasad. Jedna z takich, Mike Resnicka, tylko że to nie był świat-statek, tylko to była taka zamknięta kolonia asteroidalna. Może pamiętacie „Ceryniarkę". Wyobraźcie sobie taką „Ceryniarkę", która może albo wędrować po Układzie Słonecznym, albo lecieć między układami słonecznymi. Oczywiście statki pokoleniowe służyły nierzadko za krytykę ładu społecznego, czyli tego, jak ludzie by żyli w kryzysie, jak kruche są nasze struktury społeczne, nasze konstrukty społeczne, poruszenia kwestii tego, jak się tworzą mity w kulturze.
Między innymi mit, że nie istnieje świat zewnętrzny albo że świat zewnętrzny jest tabu. To jest coś, co bardzo fajnie jest pokazane w czymś, co nie jest o statku pokoleniowym, tylko o mieście, które w zasadzie pełni tą samą funkcję, bo jest zamknięte i samowystarczalne. To było „Miasto i gwiazdy" Arthura C. Clarka. Nierzadko wykorzystywano je do krytyki kolonializmu czy kultur diasporycznych. To jest głównie kwestia ze statkami pokoleniowymi, gdzie te statki, jak już dotarły na miejsce, to były zupełnie inne kultury albo to było wręcz tak, że kiedy wchodzili w kontakt z Ziemianami, którzy dotarli tam wcześniej lub później, to zależy. U Reynoldsa, na ile pamiętam, statki pokoleniowe, znaczy te statki slow ships spotkały się z ludźmi z późniejszej przyszłości. Natomiast u Jamesa Hogana to było trochę tak jak u Clarka w „Pieśni z odległej ziemi". Te statki nie były de facto pokoleniowe. To były bardziej takie embrionalno-kolonialne, ale społeczność, która się wytworzyła wewnątrz takich statków na tych koloniach, była zupełnie odmienna od społeczności ziemskiej.
I w przypadku statków pokoleniowych nierzadko jest tak, że to jest pokazanie, że zupełnie inaczej byśmy się zachowywali, inaczej byśmy traktowali innych ludzi, jeżeli od ich życia i ich funkcjonowania zależałoby nasze życie, ponieważ jesteśmy w jednej wielkiej puszce, która leci w przestrzeni kosmicznej. I też kultury diasporyczne, czyli tego, jak kultura diasporiczna potrafi bardziej podkręcić swój tradycjonalizm czy mity ze względu na to, że już nie ma kontaktu z tymi, którzy pozostali na macierzystej planecie lub na macierzystym świecie. Kwestia inna, tak jak już powiedziałem, „Miasto i gwiazdy", czyli klaustrofobia. Nierzadko te statki są klaustrofobiczne. Może nie jest spotkanie z Ramą. Spotkanie z Ramą nie jest aż takie klaustrofobiczne, ale klaustrofobia pokoleniowa zdarza się w niektórych utworach. Między innymi chyba u Heinleina się pojawiało w „Orphans of the Sky". W niektórych utworach ci mieszkańcy wiedzą, że świat, w którym się porusza w kosmosie, niczego sobie nie robią. Właśnie „Świat Dysku" jest ruchomym światem, statkiem. Wiem, że w jednej powieści też coś takiego robi w „Ciemnej stronie słońca", ale jeszcze jej nie czytałem Pratchetta.
Natomiast czytałem jego „Warstwy ziemi", czyli jego powieść, gdzie pierwszy raz pojawia się Dysk. I jest nawet zażartowane, że mógłby być na grzbiecie słoni, które stoją na żółwiu. Ale to akurat nie była część „Świata Dysku”. W każdym razie jest też kwestia taka, że czasami w fantasy zdarzało się, że to była desperacka ucieczka pokoleniowcem, że to jest forma emigracji z danego miejsca po to, żeby ratować swoje życie, nawet jeżeli to ma być życie wewnątrz sztucznych habitatów. Na przykład to była Arka Stephena Baxtera. Też kilka tych historii, gdzie lecimy w kosmos statkiem pokoleniowym. Jak to się nazywał ten film z Colinem Farrellem? Był na Netflixie jakiś czas temu, taki bardzo dziadowski. „Voyagers” się nazywał. Nie oglądajcie.
Naprawdę. To jest strata czasu. Od razu wam powiem: to jest bardzo słaba adaptacja „Władcy much” udająca statek pokoleniowy. To już lepiej obejrzeć „Pasażerów”, którzy są na statku sypialni. Przynajmniej tamto jest ciekawsze. W każdym razie desperacka ucieczka pokoleniowcem jako element post-apo też między innymi u Grega Beara się pojawiała jako temat tego cyklu „Eon”. Oczywiście post-apo może mieć miejsce na pokoleniowcu. Trzeba pamiętać, że post-apo, my często mówimy, że to jest jakaś wielka wojna, zaraza. Pomijając, że samo post-apo, powinniśmy się najpierw spytać: „Dobrze, a co było tym objawieniem? Co było tą apokalipsą, że tak to powiedzieć biblijnie?”.
W każdym razie chodzi o jakiś upadek. Więc mamy tutaj czy to u Gene’a Wolfa właśnie „Długie słońce”, czy mamy u Aldissa „Starship”. Czy też właśnie u Heinleina to było w „Orphans of the Sky”. I jeszcze to się pojawiało w innym, chyba „Time Enough for Love”, bo chyba nie w „Dzieciach Matuzalema”, bo tam było, że oni kradną ten statek, ale tam nie ma tej degeneracji takiej, jaka już była w „Orphans of the Sky”. W każdym razie dochodzi na przykład do jakichś degeneracji społecznych, rozruchów. Społeczność zatraca te cywilizacyjne i kulturowe wartości i zatraca w ogóle wiedzę o tym statku. To też jest i u Baxtera. Jeszcze fajnie, jakby mi się przypomniało, ale mi się nie chce przypomnieć, gdzie jeszcze było kilka takich rzeczy. Bo oczywiście też był bardzo fajny motyw tego typu w „Permanence” Karla Schradera, gdzie Karl Schrader podnosił temat, że na takich statkach na przykład pewne wyspecjalizowane formy, które by się zajmowały tylko konserwacją, mogłyby być niesamowicie zaawansowanymi robotami czy na przykład organizmami, ale one umieją robić tylko to, co potrafią, czyli konserwować statek, a nie posiadają żadnej kultury, żadnej wymiany, żadnej charakterystyki społeczności. I że statek może stanowić de facto wielką tajemnicę skolonizowanego świata.
To jest akurat z Jamesa White'a. To była jego opowieść, gdzie Ziemianie byli zamknięci w statku pokoleniowym, który znajdował się na głębinach oceanu innej planety i nawiązali kontakt z innym statkiem pokoleniowym, tylko że obcych. I to akurat obcych takich typowo aquantycznych. Jeszcze taka jedna uwaga, bo tutaj prawdopodobnie tego nie zapisałem, ale to jest motyw, którego po prostu nienawidzę i to tak z pianą na ustach w fantastyce. Ile razy się to pokazuje, to po prostu żałuję, że to oglądałem albo czytałem. To jest motyw, że jest sobie statek pokoleniowy, ludzie sobie w nim żyją i tak dalej, a potem się okazuje, że ten statek jest po prostu na Ziemi. Że on nigdzie nie poleciał, że to był eksperyment. To było u Bruce'a Sterlinga, tam chyba „Islandia”, to jest na tych pustkowiach, gdzie teoretycznie był taki eksperyment i się właśnie te wszystkie społeczeństwa rozpadały. I jeszcze były chyba ze dwa seriale, które tak się kończyły. Dla mnie to się kończy trochę jak w tym dowcipie o „Interstellar”, że „Interstellar” to jest film o człowieku, który niby poleciał w kosmos, a tak naprawdę był za ścianą.
No, czy tam za szafą.
[04:15:59] - I u K. E. Aldissa było jedno opowiadanie też z takim motywem.
[04:16:05] - Ale mówisz o statku?
[04:16:08] - Statek był tak naprawdę na Ziemi. Była tam załoga wielopokoleniowa. No i okazało się, że jakiś chłopak z tego statku odkrył tę tajemnicę.
[04:16:21] - Tam, gdzie byli ludzie olbrzymi i tak dalej.
[04:16:23] - Nie.
[04:16:24] - A, nie w „Starshipie”, żeby nie mówić .
[04:16:28] - Nie w „Starshipie”. Nie będzie nagrody. Ale mogę powiedzieć, że jego motyw był taki, że wys ty chłopak z tego statku znalazł wyjście i-
[04:16:40] - Tak.
[04:16:41] - Uwarę, tak.
[04:16:43] - Tak. To jeszcze to i już w sumie ostatni slajd. To jeszcze pewne warianty tego, czyli to, że statek ze zdolnościami może być to kolonizacja, taki właśnie pokoleniowiec ze zdolnościami terraformacyjnymi lub kolonizacyjnymi. To się pojawiało, tylko nie pamiętam już dokładnie, u kogo spotykałem, ale to była cała seria i to była taka wydana z takim oczowalącym okładką w Polsce, że to był statek, który zasiewał i jeszcze on miał załogę, która tam przez ilość pokoleń żyła i jeszcze mieli mrożonych, ale niestety nie przeczytałem, ponieważ zbyt dużo było fabuły, za mało było tego, co uwielbiam w fantastyce, czyli pomysłów i technologii. Dobrze, może być coś takiego też jak niezamierzony statek pokoleniowy, czyli w „Tau Zero” Paula Andersona, którego w Polsce oczywiście nie wydano, bo oczywiście po co wydawać klasykę science fiction? W każdym razie tak nie spoilerując, to jest statek, który był napędzany silnikiem strumieniowym Buzzarda ... który w pewnym momencie nie potrafił przestać przyspieszać i załoga zamiast dolecieć tam, gdzie miała dolecieć, leciała w nieskończoność. I w pewnym momencie pojawiają się kolejne pokolenia. Niektórzy stwierdzili: „Dobra, wyskakujemy z tego statku, bierzemy lądowniki, co mieliśmy z pierwszej kolonii i zakładamy inną kolonię, inną społeczność. Ta nam się już nie podoba".
Oczywiście może być coś takiego jak pokoleniowiec na szybko w „Icehenge", pierwszej powieści Kima Stanleya Robinsona. Swoją drogą o niej mówię, bo właśnie ją czytam. To jest dosyć ciekawa książka. W każdym razie tam jest coś takiego. Jeżeli pamiętacie „Czerwonego Marsa" i rewolucję marsjańską, to tutaj jest historia, że było coś takiego jak Mars Starship Association, którzy stwierdzili: „Dobra, wykorzystamy tę rewolucję, która ma mieć miejsce na Marsie. Porwiemy kilka statków, zrobimy z nich jeden wielki megstatek i polecimy sobie do gwiazdy Barnarda". Oczywiście główna bohaterka powiedziała, że oni nie mają szansy przeżyć więcej niż dziewięćdziesiąt parę lat z tymi zapasami, ponieważ będą musieli dokonywać między innymi napraw poszycia, a każde wyjście przez śluzę to jest strata wilgoci i strata gazów. Tam jest wszystko wyłuszczone. Zresztą to jest jedna z tych książek science fiction, które kiedyś, jak się nazywał ten Jarek, nasz ilustrator fantastyki i feniksa? Musiał.
Musiał się kiedyś ze mną kłócił o taką fantastykę, świętej pamięci Jarek, bo jak mu przynosiłem Roberta Forwarda i mówię: „Patrz, on ma ilustracje", to Jarek Musiał mi powiedział: „Jak lubisz książki z ilustracjami, opisami technicznymi, to ja ci przyniosę instrukcję od mojego odkurzacza". Może być to na przykład coś takiego jak skolonizowany lub terraformowany statek obcy. Ten cały świat to statek lub statek pokoleniowy. To jest między innymi „The Great Ship" Roberta Reeda. „The Great Ship" była chyba tylko w ekstremalnej księdze science fiction, w ogóle poruszone było jedno opowiadanie, ale większość opowiadań dzieje się wewnątrz tych światów, które są w statku wielkości Jowisza tak naprawdę, który został skolonizowany przez ludzi, mimo że według prawa galaktycznego ludzie nie mieli prawa do tego statku. Pierwsze prawo miała cywilizacja, która już dawno nie istnieje, ale jej sonda jako pierwsza przyleciała na ten statek i zaczęła go badać. Nie będę wam wymieniał, bo to jest opowiadanie „Alone" i jeszcze R.A. Moraz. Powiedzmy tak: jak ktoś lubi transhumanizm i tematy statków pokoleniowych, to „The Great Ship" jest genialny od tej perspektywy. Dobrze.
Miasta zamienione w statki oczywiście, czyli James Blish. Tutaj nie pamiętam, bo u Wojtka nie kupowałem, ale kiedyś dostałem cały pakiet „Cities in Flight" Blisha. Oczywiście też mamy kwestie pokoleniowe, takie jak właśnie długowieczni mieszkańcy, czyli u Heinleina cała seria Lazarusa Longa i jego rodziny. I oczywiście też Sheffield „Between the Strokes of Night". Tylko że tam to polega bardziej na tym, żeby sobie poradzić z tym, jak oni mają funkcjonować na tym statku i zmniejszać zapasy. Część ludzi żyło w trochę innym trybie czasowym, ale musiałbym poświęcić trochę czasu, żeby wyjaśnić, jakim cudem to było tak, że część ludzi w ogóle u nich po prostu latała jak głupi, a inni byli totalnie spowolnieni czasowo i ich funkcje zupełnie inaczej przebiegały. Oczywiście też mogą tam być cyfrowi mieszkańcy, tak jak powiedziałem u Reynoldsa, u Wigana w całym właśnie „Orion's Arm", ten obrazek, co pokazałem. Zresztą tylko wrócę do tego starego jednego obrazka. Ten obrazek, który jest: statek z cyfrową cywilizacją, Kongres Fotologiczny z uniwersum Ramię Oriona. Ramię Oriona to jest zespół opowiadań.
Nie mają jeszcze gier, ale tak naprawdę to jest wspólny, kolektywny projekt. Co, koniec? Nie, bo ten, słuchacz. Aha, okej, dobra. Nie. I to będzie tyle. Dziękuję państwu za uwagę. Czy będą jakieś pytania?
[04:22:40] - Taka uwaga, że w polskiej fantastyce jednym z pierwszych-
[04:22:46] - „Proxima”.
[04:22:48] - Znaczy „Proxima”, znaczy „Zagubiona przyszłość”. „Proxima” nie, bo w „Proximie” to już lecieli jak Pan Bóg przykazał z prędkością na tyle szybką, że żadnej zmiany pokoleń nie było, ale „Zagubiona przyszłość”.
[04:23:01] - Mam ją, bo u Wojtka kupiłem, ale niestety nie przeczytałem.
[04:23:05] - W każdym razie mieli lecieć 18 tysięcy lat do Alfa Centauri, a już po 300 latach się to regulowało w dużej swojej mierze z powodu problemów z jodem o kary, albo też nie.
[04:23:20] - Aha.
[04:23:20] - Ktoś tam mówił, że za pomocą molek zawierających jod możemy sobie kupić pokarm, który jest teraz mniej jodowy.
[04:23:32] - Aha.
[04:23:33] - Ale dlatego głównie to był ciepłowa.
[04:23:36] - Wiem, że chyba u Wojtka są nowe wydania tego, bo to Borunia i Grzybki było.
[04:23:40] - To jest fotografia starych wydań. To jest z talentem napisana książka, zagląda w przyszłość. Tylko szkoda, że pojawiło się nowe wydanie, uwspółcześnione, które używało pewnych-
[04:23:53] - W moim wypadku jest stare wydanie.
[04:23:55] - Stare wydanie jest w należące. Ale tak czy inaczej był to statek ucieczkowy, czyli 60 kapitalistów uciekało przed komunistycznym rządem Stanów Zjednoczonych i porwali z cudzego satelity-
[04:24:12] - Czekaj, to przecież nie jest podobne opowiadanie Paula Andersona.
[04:24:18] - Nie, to jest z talentem napisana książka zaglądająca w przyszłość.
[04:24:22] - Tak, ale właśnie „Orbita ucieczki" czy coś takiego było, że kapitaliści uciekali przed totalitarnym rządem USA.
[04:24:32] - Dylemat jest też ten pomysł, to znaczy trafić na ten księżyc z pomocą grawitacji. Dobre pomysły, które użąłkły. Natomiast była pewna modyfikacja statku wielopokoleniowego. To znaczy ludzie w pewnym wieku nie umierali, tylko byli wkładani do hibernatora z obietnicą, że jak już dotrą do tego celu podróży, to wszystkich się odhibernuje i wszyscy dotrą. Zarówno ci, którzy wyruszyli z Ziemi, jak i wszystkie pokolenia pośrednie. Dalej nie będę spoilerował, ale w każdym razie taki był zamysł.
[04:25:07] - Jak duży statek musiał być? Żeby tylko potem nie było, że mają dylemat moralny, czy wpuścić do naszego społeczeństwa iluś tysięcy zahibernowanych boomerów.
[04:25:20] - Dylemat jest i już nie będę spoilerował. Ale idea jest ciekawa.
[04:25:24] - Jeszcze jakieś pytania? A ten „Starship" to jest tłumaczone na polski jako „Non stop"? Tak, bo to był największy spoiler, że wydawca amerykański wydał całą tajemnicę w tytule jednego wydania. Właśnie, bo tam trochę zmienia się koncepcja statku pokoleniowego w światłostatek. Tak. Oni pierwotnie mieli być statkiem pokoleniowym, ale się też rozeszli.
[04:25:54] - Polecieli i wrócili.
[04:25:57] - Tak.
[04:26:00] - Proszę państwa, tak zwany obowiązkowy punkt programu, czyli recenzarium Vivy. Dzisiaj Luiza Dobrzyńska zaprasza państwa na planetę Kalgar.
[04:26:42] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Maurice Gauthier. Ciekawe, czy ktokolwiek w ogóle pamięta to nazwisko, bo niektórzy, ci starsi, a może nawet niektórzy nieco młodsi pewnie o nim słyszeli. W Polsce znany jest tylko z jednej książki, właściwie książeczki, ponieważ jest to powieść, która mogłaby być dużo szersza, a została upchnięta w granice noweli. Mowa tutaj o planecie Kalgar. O czymże mówi ta książka? W 2084 roku na Ziemi zaczęto eksperymentować z promieniowaniem omikron. Tak nawiasem mówiąc, bardzo ciekawie to brzmi w kontekście obecnie zachodzących wydarzeń, ale mniejsza o to. Jeden z naukowców biorących udział w badaniach nad promieniowaniem odkrywa, że eksperymenty, które mają się rozpocząć, mogą doprowadzić do niekontrolowanej reakcji łańcuchowej. Ponieważ nikt nie chce słuchać jego przestróg, organizuje wyprawę na planetę, na którą już kiedyś została wysłana grupa kolonistów.
Udaje mu się znaleźć ludzi, którzy mu uwierzyli. Było ich zbyt mało, żeby przekonać większość, ale chyba dosyć, żeby wyruszyć. Planeta Kalgar, położona bardzo daleko, była możliwa do osiągnięcia jedynie dzięki hibernacji podróżników. Kiedy na niej wylądowali, nie wiedzieli, czy Ziemia została zniszczona, czy nie, czy życie na niej jeszcze istnieje, czy też nie istnieje, a przed nimi rozpościerały się krajobrazy planety niemalże pierwotnej, na której ku swemu zdumieniu zastali potomków kolonistów już dawno uważanych za straconych. Na pozór sielskie, radosne życie grupy ludzi okazuje się jednak fasadą, ponieważ planecie zagraża coś nie mniej strasznego niż Ziemi. Z tym, że o ile Ziemia zostaje skrzywdzona przez swoich mieszkańców, o tyle w przypadku planety Kalgar winowajcą jest kometa nawiedzająca co jakiś czas ten obszar. Nie wiadomo, czy jej kolejny przylot zniszczy Kalgar, czy też jedynie zmieni jej atmosferę tak, żeby znowu mogli na niej żyć pierwotni mieszkańcy. Jednak byłoby to zgubą dla kolonistów. Nowo przybyli odkrywają, że być może wpadli z deszczu pod rynnę i pozostaje im mieć nadzieję, że jednak coś na Ziemi ocalało. Książka jest w zasadzie, przynajmniej z dzisiejszej perspektywy wydaje się zalążkiem powieści, niezwykle pięknym, opowiadającym przede wszystkim o sile uczuć, o sile dobra.
Jasne, można uznać, że jest nieco naiwna, jednak Przyznam się do tego, ja kocham taką naiwność. Po prostu ją uwielbiam. Mam wyżej uszu czytania o tym, jacy to ludzie są źli i jak doprowadzają wszystko do zniszczenia. Naprawdę chciałabym wierzyć w to, że jest w człowieku pierwiastek dobra, pierwiastek szlachetności, który jest w stanie pokonać pierwotne zło, które w nas drzemie. Bo to, że ono jest, to wszyscy wiemy. Nawet najlepszy człowiek ma w sobie ten pierwiastek zła. Musi tak być, ponieważ jest to zło wyłącznie z naszego etycznego punktu widzenia. Dziedzictwo po zwierzęcych przodkach. Egoizm, agresja to wszystko musiało istnieć po to, żeby dany gatunek przetrwał, żeby przetrwały osobniki danego gatunku. Szlachetność, zdolność do poświęceń, ideały wtedy nie były w ogóle potrzebne, a nawet przeszkadzałyby.
Dopiero rozwój ludzkości spowodował, że zaczęto je cenić. Ale właśnie o to chodzi, że może kiedyś byliśmy zwierzętami, ale już nimi nie jesteśmy i warto to akcentować, a nie wpierać czytelnikom bez przerwy, że ciągle jesteśmy małpami, które zamieniły maczugi i kamienie na coś bardziej wydajnego. Chciałabym wierzyć w to, że jednak tak nie jest, że mimo wszystko jako społeczeństwo stajemy się lepsi. To oczywiście bardzo powolny proces, ale gdybyśmy nie wierzyli w to, że on trwa i idzie w dobrym kierunku, to rzeczywiście pozostałaby nam tylko czarna rozpacz. Takie książki jak „Planeta Kalgar” ukazują właśnie w nas tę lepszą stronę. Można powiedzieć, że zadają pytanie: dlaczego tacy nie jesteśmy? Co nam w tym tak naprawdę przeszkadza? To trochę jak w „Gwiezdnych wojnach”. Ciemna strona jest łatwiejsza. Można powiedzieć, że daje większe profity, ale jednocześnie niszczy.
Lepiej byłoby, gdybyśmy wszyscy wybierali jasną stronę mocy. Właśnie tą jasną stroną przesiąknięta jest książka sympatycznego Francuza. Chociaż w tej chwili, tak jak powiedziałam, jest już w zasadzie prawie że zapomniana. Warto ponownie po nią sięgnąć, do czego szczerze zachęcam. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:32:18] - Tak, proszę państwa, nie da się ukryć, że to już koniec „Bibliotekarium 2.0”. No cóż, a za tydzień zapraszam oczywiście na kolejne „Bibliotekarium 2.0”, a w nim mamy spotkanie z Krzysztofem Kietzmanem, tłumaczem między innymi książek ze świata „Star Wars”, ale też znakomitym znawcą tego uniwersum. Co ważne, Krzysztof jest też wydawcą. Jego Krzysztofzin jest pozycją cenioną i rozpoznawalną wśród fanów fantastyki. Może zainteresuje również kogoś z państwa, bo Krzysztofzin to kolejne miejsce, do którego można słać swoje opowiadania. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Do usłyszenia za tydzień w kolejnym „Bibliotekarium”.
[04:33:14] - A mówił do słuchu do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. A jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękując za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.