[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Dzisiaj sobie, drodzy Państwo, pofilozujemy, cytując klasyka. Zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". Po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:39] - Halo. Dzień dobry wieczór państwu. Pięknie witam. Tak jak Ivellios to powiedział, dzisiaj będziemy się zastanawiać nad problemem, nad sposobem. W każdym razie będziemy się zastanawiać, jak rozumieć filozofię. O tym jednak za chwilę. Tradycyjnie rozpocznijmy od polecanek książkowych. Dzisiaj przygotowałem dla państwa jedną polecankę, dosyć obszerną, bo i książka jest obszerna. Leży tutaj ze mną ta książka na blacie biurka. Takie tomiszcze, wiecie państwo, ponad 500 stron.
To jest książka Marka Oramusa pod pięknym tytułem „Matka Paranoja”. Wydawcą jest Stalker Books. Od razu krypto. Nie, to oficjalna reklama, nie krypto. Do nabycia ta książka na stronie esef.com.pl. Esef pisany, literuję e-s-e-f.com.pl. O czym jest ta książka „Matka Paranoja”? To jest książka publicystyczna. Książka, która omawia różne zjawiska w fantastyce, przywołuje różne postacie z fantastyki naukowej. Ale może zanim będę opowiadał państwu o tej książce, to kilka słów o Marku Oramusie.
Nie wszyscy pewnie znają tę postać, dlatego, że to jest pisarz, który największe sukcesy święcił w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. To nie znaczy, że w XXI wieku zamilkł. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Niemniej jednak te najbardziej znane książki, chociażby „Senni zwycięzcy” to jest jednak ubiegły wiek. Marek Oramus ukończył studia w ’75 roku na Wydziale Mechaniczno-Energetycznym Politechniki Śląskiej, a następnie pomagisterskie studium dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Skończył w ’77 roku, ale już wcześniej, od 1972 współpracował z gliwickim oddziałem tygodnika studenckiego „Politechnik”. Był też zastępcą redaktora naczelnego periodyku, który związany był z życiem studenckim, mianowicie „Itd”. Później, w latach ’83-’86 prowadził dział recenzji w „Przeglądzie Technicznym”, za co otrzymał Nagrodę Fantastyki.
Autor rozbudowanego cyklu felietonów „Piąte piwo”. Mówię rozbudowanego, bo on był drukowany od 1990 roku najpierw na łamach „Feniksa”, później w „Nowej Fantastyce”, później w „Feniksie. Antologii”. Także miejsca się zmieniały. Felieton, zbiorczy jego tytuł absolutnie nie. Później te felietony, przynajmniej wybrana ich część, ukazała się w książce „Rozmyślania nad tlenem”. Jeśli chodzi o debiut literacki, taki stricte literacki, nie dziennikarski, to rok 1972. Na łamach „Itd” pojawiła się humoreska zatytułowana „Paczka”. A takim debiutem, jeśli chodzi o twórczość science fiction, było opowiadanie „Eutanazja”, które zostało zamieszczone w 1975 roku na łamach „Politechnika”. Z kolei na debiut książkowy przyszło Markowi Oramusowi troszeczkę poczekać, bo to się stało dopiero w roku 1983.
Wtedy ukazała się powieść wspominana już przeze mnie, powieść „Senni zwycięzcy”. Ona, i słusznie, zaliczana jest do nurtu fantastyki socjologicznej. Została ukończona w roku 1978, ale wydana pod koniec ’82, czy właściwie w ’83, tak jak powiedziałem. Tam dostajemy wizję zamkniętego społeczeństwa, które jest permanentnie manipulowane i związki z tym, co się działo w latach 80. w Polsce są ewidentne. Nie ma co udawać, że ich nie ma. Wręcz przeciwnie. To był jednak silny nurt socjologiczny. Ta książka do nurtu socjologicznego w fantastyce naukowej polskiej Lat 80. ewidentnie jest zaliczana.
Dzisiaj mam jakąś, proszę państwa, fazę na słówko „ewidentnie”. Proszę to śledzić. Będę starał się je wycinać z tego, co mówię. Ciekawe, czy mi się uda. Co jeszcze o Marku Oramusie? Warto wspomnieć, że w 2007 roku z okazji 25-lecia miesięcznika „Fantastyka” został odznaczony przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego Kazimierza Michała Ujazdowskiego brązowym medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Mówiłem trochę o twórczości, to jeszcze przypomnę powieści „Senni zwycięzcy” – Czytelnik 82, „Arsenał” – Iskry 1985, „Dzień drogi do Mehorii” – Iskry 1990, „Święto śmiechu” – Supernowa 1995, „Kankan na wulkanie” – Pruszyński i Spółka 2009 i „Trzeci najazd Marsjan” – Media Rodzina 2010. Pojawiły się też zbiory opowiadań „Hieny cmentarne” w 1989 roku oraz „Rewolucja z dostawą na miejsce”. To z kolei wydawnictwo Solaris, 2002 rok. Wróćmy jednak do „Matki paranoi”, bo o tym tomie mamy mówić.
Jak to napisał wydawca książki, wiele ważnych dla fantastyki postaci zniknęło w ostatnich latach. Zarówno w kraju, jak i za granicą. Tom „Matka paranoja” reaguje na tę ich bardzo głośną nieobecność. Prezentuje sylwetki. Zwłaszcza ciekawe i poruszające są rozmowy z Lechem Jęczmykiem, który niedawno odszedł. Warto tu podkreślić, że te rozmowy to jest plon rozmów Marka Oramusa przeprowadzonych w ostatnich miesiącach życia Lecha Jęczmyka. Wydawca napisał jeszcze coś takiego: „Na naszych oczach kończy się pewna epoka. A co będzie dalej?” Atrakcją tomu Marka Oramusa „Matka paranoja” są teksty o wariantach końca świata, o piewcy paranoi Kurcie Vonnegucie, autorze „Drogi” Cormacu McCarthym, wynalazkach Stanisława Lema. To tylko niektóre wybrane przeze mnie. Mamy też analizę podobieństw pomiędzy filmem „Matrix” a twórczością Adama Wiśniewskiego „Snerga”.
W podtekście zaczajony jest domniemany plagiat ze strony amerykańskich reżyserów. Państwo jako potencjalni czytelnicy możecie również w tomie „Matka paranoja” znaleźć „Ostatnie piąte piwa”, czyli dopełnienie cyklu felietonowego Marka Oramusa, a także wywiady o cywilizacji i o fantastyce udzielone przez samego Marka Oramusa w ciągu ostatnich 30 lat. „Do opisu zjawisk teraźniejszych i przyszłych paranoja nadaje się wyśmienicie, choć w paranoi ciężko się żyje. Odwdzięcza się ona wytwarzaniem zdarzeń i sytuacji niekonwencjonalnych, które dla smakoszy warte są wszystkich pieniędzy”. Zacytowałem przed chwilą fragment przedmowy. Jeszcze kilka blurbów. „Nikt tak nie pisze o fantastyce jak Marek Oramus. To pewien fan w przypływie entuzjazmu”. Warto to było zacytować. Rzut oka na spis treści.
Co którąś linijkę państwu przytoczę. „Życie na różnych planetach”, „Królowa Ekumeny”, „W krainie strąconych aniołów”, „Wędrujący ciemną doliną”, „Świat według Snerga”, „Nekrologi”, „Postnuklearna idylla”, „Matka paranoja” oczywiście, „Arka od Cecena”, „O podobieństwach i zbieżnościach”, „Nowe szaty wojny. Gry wojenne”, „Do pracy by się szło”, „Ostatnie piąte piwa”, „Stygmaty potworności”, „Plac zabaw szatana”, „Pierścień Warszawa”, „Sequele i prequele”, „Wariat wśród obłąkanych”, „Nad jaką katastrofą pracujemy?”, „Tani arystokratyzm”, „Ten sylwester miał być na Księżycu”, „Cóż po świecie bez tygrysa?”, „Wróciłbym do młodych lat”, „Mięso i buty dla wszystkich”. I tak bym mógł, proszę państwa, czytać jeszcze bardzo długo, bo tych części w tym grubaśnym tomie jest naprawdę dużo, a kolejny są bardziej smakowity. Wierzcie mi państwo, tę książkę nabyłem drogą kupna całkiem niedawno, bo dwa tygodnie temu. Jakby to państwu powiedzieć delikatnie. Już jestem po lekturze, już mam tę książkę zaliczoną i z ręką na sercu szczerze państwu polecam. Jeśli interesujecie się państwo fantastyką naukową, jeśli interesujecie się państwo nauką, zjawiskami z gatunku popkultury, to jest tom, który absolutnie jest dla was. To tyle polecanek literackich.
[12:22] - I teraz w normalnej audycji, nie to, żeby ta była jakaś specjalnie nienormalna, ale w takiej standardowej audycji, to ja bym teraz sięgnął po jakiś artykuł, prawdopodobnie z dwumiesięcznika „Filozofuj” i skatowałbym państwa uszy, umysły i co tam jeszcze bym mógł skatować kolejną porcją filozofii. Dzisiaj znalazłem jednak zastępstwo. Dzisiaj zamiast mojego czytania filozofii zaproponuję państwu rozmowę, którą przeprowadzi Tomasz Fąs z doktorem filozofii Grzegorzem Grzmot-Bilskim. Tomka Fąsa znacie państwo, w każdym razie możecie znać z audycji „ABW”, gdzie dał swój twórczy wkład w jej powstawanie, ale także możecie znać Tomasza Fąsa z felietonów, jakie wygłaszał. Był w tym starym „Bibliotekarium”. Natomiast Grzegorz Grzmot-Bilski, doktor Grzmot-Bilski to jest człowiek z rocznika najlepszego, jaki jest. Żartuję, ale z dobrego rocznika 1964. To dlatego, że ja też jestem z tego rocznika, a w dodatku z Grzegorzem Grzmotem-Bilskim chodziłem do podstawówki do jednej klasy przez pierwszy i drugi rok. Ale to taka prywata. Natomiast Grzegorz Grzmot-Bilski doktorat z filozofii obronił w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie w 1994 roku.
Przez wiele lat pracował jako adiunkt w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Jest autorem książek poświęconych filozofii, takich jak „Idea racjonalności w filozofii Alfreda Northa Whiteheada” to 1996 rok, „W poszukiwaniu syntezy między wiarą a rozumem” 2004 rok, „Bierdiajew i problem wolności” 2010. Ale poza tym, że Grzegorz Grzmot-Bilski jest filozofem, jest też twórcą. Jest poetą i opublikował sporo książek poetyckich, między innymi „Z powrotem do życia” 2003 rok, „Nim spłonę w świetle” 2011, „Przebyłstwienie” 2015, „Sprzedawca kawy” 2019 i „Niebieski Argonauta” 2021. Grzegorz Grzmot-Bilski działał aktywnie w Fundacji na rzecz powołania w Bydgoszczy Uniwersytetu. Jest współtwórcą ogólnopolskiego czasopisma filozoficznego „Filosofija”, członkiem Polskiego Towarzystwa Filozoficznego oraz przewodniczącym Komisji Filozofii Bydgoskiego Towarzystwa Naukowego. Został wyróżniony w 2021 roku za twórczy wkład w kulturę chrześcijańską w kategorii twórca. No cóż, proszę państwa, przedstawienie naszych prelegentów skończone. A zatem zapraszam państwa na rozmowę z doktorem Grzegorzem Grzmot-Bilskim o tym, jak jego zdaniem należy rozumieć filozofię. Zapraszam.
Temat naszego spotkania, tak jak żeśmy sobie ustalili, brzmi: jak rozumieć filozofię?
[16:10] - Tak, to jest taki nasz punkt wyjścia. Przede wszystkim chciałem tu podziękować Tomkowi, że zdecydował porozmawiać ze mną na taki zasadniczy temat, jakim jest filozofia. Jak rozumieć filozofię? Przypomnę, że filozofia ma już około 2700 lat i jest o czym mówić. Postaram się-
[16:29] - Tak obszerny, że aż nie wiadomo, od czego zacząć właściwie.
[16:32] - Od początku albo od źródła jeszcze lepiej.
[16:35] - Ogrom przytłacza, rozumiem.
[16:37] - Ale damy radę. Ogarniamy całość, damy radę. I tę moją wypowiedź podzieliłem na takie punkty, żeby jakoś łatwiej nam było zrozumieć tę ową filozofię, jak ją rozumieć. I będę mówił o takich punktach, takim rozumieniu filozofii jak filozofia i cywilizacja zachodnia, początek a źródło filozofii, cel uprawiania filozofii, filozofia jako pytania fundamentalne, filozofia jako drugie narodziny, filozofia a pseudofilozofia, filozofia jako przygotowanie do śmierci oraz filozofia jako twórczość. Nie wiem, czy dzisiaj wszystko omówimy. Najwyżej będzie to pierwsza część, a-
[17:17] - Zobaczymy. Jak się spodoba radiu, słuchaczom. Bo u nas będzie siły jeszcze, jak u nas jeszcze sił wystarczy.
[17:25] - No właśnie, to spróbujmy. Zacznijmy zatem od filozofii cywilizacji zachodniej. Otóż nie można zrozumieć cywilizacji zachodniej, szerzej kultury cywilizacji zachodniej bez filozofii. Jakiś czas temu, jak żeśmy przystępowali do Unii Europejskiej, było pytanie w zasadzie czym jest Unia? Czym jest Europa? Czym jest cywilizacja zachodnia? Te pytania są wciąż ważne i nośne. Trzeba je przypominać. Otóż cywilizację zachodnią tworzyła filozofia grecka i Biblia, czyli Stary i Nowy Testament. Inni mówią jeszcze, że takim trzecim filarem ważnym jest rzymskie prawo.
Nie zmienia to jednak faktu, że bez filozofii greckiej nie byłoby nas, nie byłoby Europy, nie byłoby cywilizacji zachodniej. I w szczególności trzeba powiedzieć, że za sprawą Talesa z Miletu. Tales to jest pierwszy filozof, ojciec założyciel. Jak już mówiłem, to jest VI, VII mniej więcej wiek przed Chrystusem. On dokonał rewolucji w dziejach rozwoju ludzkości. To był przełom. Pojawienie się filozofii było przełomem i on jako pierwszy na gruncie myślenia racjonalnego pyta o arche. Co było na początku? Z czego wywodzi się znana mu rzeczywistość? Głównie mu chodziło o kosmos.
Przypomnę, że termin kosmos też jest grecki, ukuty przez pitagorejczyków. Arche. Co było na początku? To ich fascynowało. Albo z czego się wywodziła, czy wywodzi się nasza rzeczywistość fizyczna? I oni, presokratycy, Tales, potem był Anaksymander, Anaksymenes, Heraklit, różnie odpowiadali o arche. Tales powie, że z wody. Heraklit zwrócił uwagę, że to powstaje z wiecznego ognia, natomiast ten wieczny ogień i nasza rzeczywistość jest przeniknięta logosem. Były różne odpowiedzi. Ja nie chcę teraz omawiać presokratyków bliżej, tylko chcę zwrócić uwagę, że dzięki nim pojawiło się coś nowego w rozwoju ludzkości, znakomity proces się rozpoczął.
[19:27] - Znakomite przełożenie na-
[19:28] - Na to, żebyśmy coraz lepiej rozumieli też siebie i rzeczywistość, bo filozofia jest zarazem matką wszystkich nauk, tych prawdziwych, czyli fizyki, kosmologii, matematyki. Wspomniany Pitagoras, przecież jemu się przypisuje to słynne twierdzenie z geometrii.
[19:43] - Chociaż mówią, że znane było już wcześniej, że w różnych-
[19:46] - Różnie. Tak. Mówią nawet, że to nie on, tylko ktoś z jego szkoły. Ale Pitagoras miał tak wielki autorytet, że jemu to przypisywano, żeby nie zginęło na wszelki wypadek. Ale mówię o konsekwencjach. Pojawi się Parmenides. Pytanie o byt. Co to jest byt? Myślenie abstrakcyjne. Parmenides powie: „Byt jest, niebytu nie ma”.
Presokrates. Wydawałoby się to śmieszne, ale to jest doskonałe twierdzenie. W tym zdaniu czy twierdzeniu jest zawarty cały geniusz i ważna część współczesnej nauki. Bowiem, co jest dziwne, ale gdyby nie Parmenides, jego metoda zero-jedynkowa, bo byt to jedynka, a niebyt to zero, nie byłoby informatyki, nie byłoby komputerów, nie byłoby satelitów i byśmy się teraz nie nagrywali na dyktafon cyfrowy.
[20:27] - Może byłaby inna, bo teraz właśnie się trochę odchodzi od tego zero-jeden, żeby te fazy pośrednie, była logika fazowa.
[20:32] - Niemniej przydało się to nam. Trudno sobie wyobrazić świat bez cywilizacji cyfrowej. Czyli jesteśmy w tym pierwszym punkcie. Pojawienie się cywilizacji, rewolucja w rozumieniu rzeczywistości zarówno fizycznej, jak i duchowej oraz w rozumieniu człowieka. I tutaj chciałem przejść do już mówić o pewnym kolejnym przełomie, jaki się już dokonuje w samej filozofii za sprawą pojawienia się Sokratesa. Właśnie Sokrates zadaje to pytanie: „gnothi seauton”, czyli poznaj siebie. Kim ja jestem? Nie mówimy, że inne cywilizacje nie zadawały takich pytań, ale ta nasza grecka cywilizacja, wywodząca się z filozofii greckiej, sięgała bardzo głęboko. I te odpowiedzi Sokratesa i innych filozofów wyróżniają naszą koncepcję człowieka od innych koncepcji człowieka zaproponowanych przez inne cywilizacje, na przykład, Koneczny tam kilkanaście tych cywilizacji wymieniał, ale powiedzmy Dalekiego Wschodu, Indie, Chiny etc. Już nieco uprzedzając, można powiedzieć, że Sokrates, Platon i niektórzy inni, też Arystoteles, filozofowie, oni przygotowywali też grunt pod chrześcijaństwo, pod filozofię chrześcijańską, ale o tym jeszcze pomów-
[21:49] - A może to jest dobry moment, żeby powiedzieć sobie, czym się ta nasza wizja człowieka charakteryzuje? Czym się wyróżnia europejskie podejście do idei człowieka? Rozumienia człowieka?
[21:58] - Tutaj trzeba zwrócić na co najmniej dwa, trzy punkty. Pierwszy punkt to, że człowiek nie jest tylko istotą materialną. To Sokrates powie, nie negując istnienia materialnego, nie negując istnienia naszego ciała, soma. Grecy mieli takie, gdy mówili o antycznej strukturze człowieka, wyróżniali trzy poziomy: soma, czyli ciało, psyche, czyli dusza i pneuma lub nous tak to po grecku, ale trzymamy się pneuma, czyli duch. I teraz cechą charakterystyczną człowieka według Sokratesa, Platona, a także Arystotelesa jest to, że posiadamy nieśmiertelną duszę. Nieśmiertelna dusza jest to boski pierwiastek w człowieku. Czyli nie jesteśmy tylko zwierzętami, bo skrajny darwinizm. Sam Darwin nie negował istnienia Boga. O duszy bardzo mało mówił, ale nie jest tak jak ten nowy ateizm w XX, XXI wieku, że jesteśmy tylko zwierzętami i można różnie nami manipulować.
[22:55] - Materializm może walczyć.
[22:55] - Materializm, tak. Ateizm i materializm w połączeniu. Możemy jeszcze pójść dalej. Materializm dialektyczny, marksizm, leninizm.
[23:02] - Można sobie wyobrazić ateizm, ale nie materializm. Wiarę w jakiś rodzaj energii bezosobowej.
[23:07] - Można. Też można. Bezosobowy, tak. To nawet się tak przypisuje trochę Bergsonowi, jego élan vital, że on nie mówi o Bogu, tylko że życie ludzkie jest przeniknięte tym pędem życiowym, élan vital. To było takie jego rozumienie absolutu. Ale wracając, czyli od Sokratesa i Platona to, co charakterystyczne dla człowieka w rozumieniu starożytnych filozofów greckich, twórców. Oczywiście zgodne jest to z nauką Biblii. Stary, Nowy Testament. Jesteśmy istotami duchowo-cielesnymi, jesteśmy jednością duchowo-cielesną. My, ludzie współcześni, popadliśmy w taki, jak wspomniałeś, materializm.
Mówimy tutaj o neo-materializmie, neo-ateizmie.
[23:48] - A poszukując tej duchowości często obracamy się w stronę bardziej wschodnich nawet jakichś-
[23:52] - Tak, tak.
[23:52] - Bardziej uproszczonych, często zniekształconych.
[23:54] - To lata 60.
[23:56] - A to z kolei dowodzi, że tam też ta sfera duchowa była tylko inaczej rozumiana.
[24:00] - Inaczej rozumiana. Przede wszystkim chodzi tutaj o samego Boga i ten pierwiastek w nas duchowy. Różnica jest taka, że Hindusi, Wedy to ich księgi filozoficzne. Oni rozumieli Boga bezosobowo, tak jak później w buddyzmie zen czy w ogóle w buddyzmie.
[24:18] - W buddyzmie właściwie Boga nie ma, nie?
[24:20] - Nie ma. Jest nicość.
[24:21] - U Hindusów jest wiele różnych form.
[24:23] - Tak. Jest w zasadzie nicość. W hinduizmie jest Bóg, ale bezosobowy. W buddyzmie jest nicość. No i w hinduizmie Atman, czyli ten duch Roztapia się w brahmanie, czyli w bogu hinduskim, nieosobowym. A w buddyzmie, chcąc się wyzwolić z tego cierpienia, bo oni cierpienie rozumieli jako zło. W chrześcijaństwie to jest bardziej w filozofii złożone. Mówili, że roztapiamy się, osiągamy nirwanę. W zasadzie trudno mówić o duchowości. Roztapiamy się i koniec.
Przestajemy istnieć, tracimy świadomość. Jest tylko nicość. Także to osobowe rozumienie Boga i tej duszy, czy też ducha w nas. Pojawia się filozofia chrześcijańska i tak pogłębi, że jesteśmy tą strukturą trinitarną. I co ważne, cechą charakterystyczną człowieka wychowanego na greckiej filozofii i Biblii jest to, że człowiek jest istotą metafizyczną. To znaczy, nasza egzystencja nie ogranicza się tylko do czasu, że jest w nas ten pierwiastek nieśmiertelny. Trzymają się na razie duszy, psyche, duszy, anima po łacinie. Czyli nasze życie nie kończy się wraz z odejściem z tej ziemi, ale dokonuje się przejście. Na gruncie biblijnym mówiliśmy tutaj zarówno w Starym, jak i Nowym Testamencie na temat Paschy, czyli przejścia z tego świata do innego świata. Mamy nadzieję na ten rzeczywiście lepszy świat, który jest nazywany rajem, Edenem, ogrodem, czy po prostu zbawieniem.
Człowiek jako istota nieśmiertelna to jest taki zapoznany współcześnie wyraz, bardzo ważny. Nie jesteśmy tylko zwierzętami dla Greków, to tak jak pytałeś mniej więcej o tę relację między Wschodem a Zachodem.
[26:01] - Podmiotowość chyba jest ważna, tak to rozumiem, że człowiek jako osoba, jednostka oddzielona jakoś też od tłumu, bardziej wystrzegająca. Dobrze myślę?
[26:10] - Niekoniecznie. Na Wschodzie też był indywidualizm. Tao Te King, Laotsy to był mędrzec. To też jest analogia do greckich mędrców tutaj u stoików. Podkreślano indywidualność mędrca. Niemniej na Wschodzie mają tę tendencję, żeby człowieka umasowić, ale u nas na Zachodzie też, że zarządzanie tu było w marksizmie klasą robotniczą i nie tylko nie przeciwstawiać się partii, ale to uboczny termin. To tyle mniej więcej o początkach cywilizacji, o relacjach między filozofią Wschodu.
[26:48] - Szukam tego stricte kryterium. Co jest takiego wyjątkowego w tej filozofii Zachodu? Bo niematerialna dusza, Bóg osobowy na pewno.
[26:55] - Nieśmiertelna dusza i Bóg osobowy.
[26:58] - W reinkarnacji też jest nieśmiertelna, chociaż chciałaby przestać istnieć właściwie.
[27:02] - Tak, ale jeszcze u naszej cywilizacji zachodniej dochodzi chrześcijaństwo, także na Wschodzie, mówimy o religiach Dalekiego Wschodu, nie ma Chrystusa. Sprawa jest złożona. Nie ma Jezusa Chrystusa, może tak powiem, bo on tutaj przyszedł na ziemie Palestyny, a dla naszej cywilizacji właśnie ta osoba Boga człowieka, Jezusa Chrystusa też naszą cywilizację i nas, ludzi, jeżeli jesteśmy chrześcijanami, wyróżnia pośród innych cywilizacji i kultur Dalekiego Wschodu.
[27:30] - Jak byśmy rozumieli wpływ tego szerzej na kulturę, powiedzmy na życie codzienne? Na rozumienie?
[27:37] - Tak. Wraz z pojawieniem się Jezusa dokonuje się kolejna rewolucja. Jest to już taka prawda absolutna o człowieku i o rzeczywistości. Nowy Testament. Jezus przypomina nam, że nasze korzenie mają wymiar duchowy, sięgają Królestwa Niebieskiego w rozumieniu człowieka. Bardzo ważnym problemem jest wolność. Kolejny wyróżnik dla człowieka Zachodu, że oto z tej rzeczywistości metafizycznej, gdzie byliśmy blisko Boga, nagle postanowiliśmy żyć bez Niego. I to się określa mianem grzechu pierworodnego lub upadku. Czyli jest to takie bycie samodzielne, bez Boga, taki skrajny indywidualizm, ale bez sacrum, bez transcendencji. Także Jezus tu bardzo pogłębił i nadał ostateczny sens, choć nie do końca, bo wciąż mamy twórczość.
Ale te najważniejsze rzeczy. Może od tego trzeba byłoby zacząć. Jezus odpowiada w sposób ostateczny na takie pytania trzy wywodzące się z tradycji gnostyckiej, czyli kim jestem, skąd pochodzę i dokąd zmierzam. I w filozofii chrześcijańskiej znajdujemy na to odpowiedź. Może dojdziemy do tego dzisiaj. Tak, na wstępie mówiłeś też o początku, za początek tej rozmowy. A na gruncie filozofii, właściwie za sprawą Karla Jaspersa rozróżniamy coś takiego jak początek i źródło filozofii. O początku mówiliśmy też i o źródle. Początek ma charakter czasowy, historyczny, że oto około 2600 lat temu był Tales, byli presokratycy. Historycznie są Diogenes Laertes i inne źródła mówią nam właśnie o tych filozofach.
I to jest historia filozofii, która trwa w zasadniczej jedności do dnia dzisiejszego. Czyli była starożytność, potem średniowiecze, głównie filozofia chrześcijańska, święty Tomasz, wcześniej święty Augustyn, święty Tomasz z Akwinu. Potem czasy nowożytne się rozpoczynają w filozofii od Kartezjusza, czyli René Descartesa, który zapoczątkował współczesną wizję filozofii, która bardzo często oddziela naukę od filozofii. Zajmował się racjonalnością i okazało się według niego, ale nie tylko, że racjonalność nie wyraża się tylko w filozofii, ale przede wszystkim w nauce. I dzisiaj nawet niektórzy chcą zapomnieć o filozofii, że myślenie racjonalne jest zarezerwowane tylko dla nauk, science, dla nauk matematyczno-empirycznych, ale i innych nauk szczegółowych.
[30:08] - Tak się mówi, science to matematyka, ale w sumie mówi też social science, też funkcjonują nauki społeczne.
[30:13] - Bo to ma dowartościować te nauki społeczne. I czasy współczesne właściwie zaczynają się od Fryderyka Nietzschego. Nietzsche urodził się w 1844, umiera w roku 1900 i dokonuje jednej z ostatnich wielkich rewolucji filozofii swoim stwierdzeniem: „Bóg umarł" albo „Bóg jest martwy". God is dead, i tak można tłumaczyć, ale do tego dojdziemy. Czyli mamy początek jako historyczny Jako historyczne wydarzenie filozofii to są presokratycy, Grecja starożytna i źródło. A źródło odchodzi od historii i ma wymiar metafizyczny, duchowy. Czyli, że filozofia nie jest tylko nauką historyczną, nie jest to przejaw historyzmu, ale że korzenie filozofii sięgają głębiej, poza wymiar rzeczywistości fizycznej, materialnej. Do tego wymiaru duchowego. On przez te wieki był precyzowany, ale wiemy, że chodzi tutaj o duchowość, o sacrum, o Boga. Filozofowie zwłaszcza lubią termin „absolut”, że źródła człowieka i filozofii sięgają absolutu, transcendencji.
To ważne rozróżnienie.
[31:26] - Chociaż nie tylko, bo jest też próbą rozumienia świata nas otaczającego. Filozofia też się odnosi do materii.
[31:32] - Jak najbardziej, tak. Filozofia przyrody. Platon też pisał o kosmosie. Presokratycy tym bardziej, jeszcze wcześniej się tym zajmowali. A dzisiaj mówimy o filozofii przyrody.
[31:43] - Do której nota bene zaliczał się Newton, prawda? Principia mathematica.
[31:46] - Tak. Na pewno to oddziaływanie filozofii jest potężne. Jest potężne na różne nauki, też szczegółowe. Ale kolejne: czy filozofia ma jakiś cel?
[31:58] - To bardzo dobre.
[32:00] - Cel uprawiania filozofii. Może to w tym pierwotnym, metafizycznym zamyśle u niektórych presokratyków Parmenides, Heraklit, też myślę Eudoksjes i Pitagoras. Mówiąc jeszcze inaczej, w większości filozofia była stworzona przez umysły religijne. Oni przeczuwali, że coś jest jeszcze innego poza rzeczywistością fizyczną. Dlatego u Sokratesa, Platona i Arystotelesa celem uprawiania filozofii było poznanie Boga, jeśli można tak powiedzieć. Albo jeszcze lepiej to można przełożyć jako ten ostateczny cel. To jest kontemplacja Boga. Oczywiście były cele szczegółowe. Czym jest stół? Platon powie, że najpierw jest idea stołu, a potem jest stół idealny, świat idei.
A świat idei odsyłał do demiurga, który był boskim rzemieślnikiem, który z wiecznej materii ulepił, stworzył, znany nam świat materialny. Czyli w wymiarze metafizycznym, starożytnym i nie tylko, do dnia dzisiejszego to u niektórych metafizyków zostało, na przykład u Whiteheada, u filozofii dialogu Franca Rosenzweiga, Bubera czy naszego księdza Tischnera ten ostateczny cel filozofii został utrzymany jako kontemplacja Boga. Tego się trzymają. Co nie znaczy, że nie było innych stanowisk. Chociażby wspomniany Nietzsche powie: „Bóg umarł”. Czyli co mamy kontemplować? Nicość? Na Wschód, Buddę?
[33:35] - Wspomniałeś księdza Tischnera. Też ważne może wspomnieć, że ksiądz Tischner ma dorobek filozoficzny, bo kojarzy się go raczej z anegdotami bardziej.
[33:44] - Nie, to jest rasowy filozof, bardzo duży ma dorobek. On poszedł w filozofię dialogu, ale przetworzył to po swojemu.
[33:52] - Bo powszechnie się go kojarzy bardziej z takim wesołym, miłym księdzem, a mało wiemy o jego dorobku.
[33:58] - Hans Urs von Balthasar.
[34:00] - Podobnie jak z Wojtyłą też się raczej anegdoty pamięta, prawda? Niekoniecznie znamy dorobek.
[34:04] - To są filozofowie. Tak, jak najbardziej. Tylko że on czerpał z tych dialogików, z filozofii dialogu i z teodramatyki Hansa Ursa von Balthasara i przetworzył to na swój sposób oryginalny. Bardzo ciekawy myśliciel. Po Nietzschem, po tych wszystkich rewolucjach ateistycznych potrafił uzasadnić sensowność wiary w Boga przez człowieka współczesnego, żyjącego w XX i XXI wieku. Czyli ten cel ostateczny żeśmy naświetlili, a cele cząstkowe też są ciekawe. Przejdźmy teraz do kolejnego punktu czy sposobu rozumienia filozofii. Czyli filozofia jako pytania fundamentalne. To żeśmy już o to zahaczyli.
[34:48] - O tym sensie filozofii.
[34:49] - O tym sensie, po co, tak.
[34:51] - Cały czas mam wrażenie, że jeszcze błądzimy trochę. Różne podajemy sposoby.
[34:54] - Różne sposoby. To może jeszcze inny temat, że możemy też odróżnić myślenie filozoficzne od niefilozoficznego. Filozofia od pseudofilozofii. I to też wspomniany Karl Jaspers wspominał, żeby jednak rozróżniać, że nie wszystko jest filozofią. Nie każda wypowiedź jest wypowiedzią filozoficzną. I tu znów sięgamy źródeł starożytnych, które dotyczą także człowieka współczesnego. Otóż za czasów Sokratesa, w całej starożytności, oprócz filozofów, to Platon bardzo mocno podkreśla, istnieli sofiści. Oni byli bardzo podobni do filozofów. Przemawiali, byli elokwentni, wyrażali się racjonalnie. Ale tradycyjnie podkreśla się tę zasadniczą różnicę między filozofią a właśnie Protagorasem, czyli sofistami.
[35:46] - Można powiedzieć demagogią?
[35:47] - Można powiedzieć demagogią i ideologią. I tak, sofiści będą twierdzili, że miarą wszechrzeczy jest człowiek. On wszystko ustala, co jest dobre, a co złe, wysokie a niskie, święte, nieświęte. Chociaż świętości oni nie uznawali. Natomiast według Platona i według tej tradycji platońskiej miarą wszechrzeczy jest Bóg. I tu jest ta zasadnicza różnica, że wraz z sofistami wkradł się skrajny relatywizm. W zasadzie na dobrą stronę nie potrafimy uzasadnić różnicy między prawdą a fałszem, między dobrem a złem, bo wszystko jest umowne. Dla ciebie na przykład skrzywdzenie dziecka będzie czymś dobrym, a wiemy, że to jest czymś złym. Ale ktoś powie: „Ale ja tak to widzę”.
[36:36] - Teraz jest sporo afer pedofilskich bez takich sugestii.
[36:38] - Bez takich sugestii. Dobrze .
[36:42] - W YouTubie ostatnio już sporo takich się dzieje.
[36:45] - To podajmy zupełnie inny. Ktoś powie, że dla mnie kwadrat jest kołem Bo ja tak widzę rzeczywistość.
[36:52] - Zwłaszcza jak ktoś ma problemy ze wzrokiem, to przykładowo na przykład są te daltonizmy różne.
[36:57] - Czyli jednak na gruncie filozofii jest to pragnienie prawdy. U sofistów to jest drugorzędne. Też tradycyjnie się podaje i to też zostało, że filozof, Sokrates, głównie taki archetyp filozofa, że filozof to jest ten, który naucza za darmo. Sokrates, jak wiemy, klepał biedę, miał trzech synów, żonę Ksantypę słynną. Od tego jest to przysłowie, że jak będziesz miał złą żonę, to zostaniesz filozofem .
[37:27] - A nawet się to jakimś Grekom trochę przybiło. Wiesz, tam były takie tak.
[37:31] - Do realiów współczesności.
[37:33] - Grecja, Grecję się robiło, wiesz, takie miasteczka się budowało i tam gadali takie teksty właśnie.
[37:38] - Tak i to rozróżnienie na sofistykę i filozofię przetrwało. Sofistyka jako pseudofilozofia, a dzisiaj to są różne nurty relatywistyczne właśnie, nihilistyczne, widzące w człowieku tą ostateczną miarę rzeczywistości. A wróćmy, że w tej filozofii klasycznej to Bóg jest tą ostateczną prawdą, a nie człowiek. Co jeszcze możemy powiedzieć?
[38:02] - Ja bym dodał takie podejście, też pragmatyczne, że czasami spotykam na przykład w Scientific American. Oczywiście jest to bardziej publicystyka niż poważne podejście, ale też mówi się o tym, że filozofia jest dzisiaj bardzo potrzebna, żeby pomóc zrozumieć fizykę, zrozumieć te wszystkie nowe odkrycia.
[38:16] - Tak, bo do tego dojdziemy, bo właśnie, bo to też do tego pytania jeszcze filozofia, pseudofilozofia, że filozofia to jednak cały czas myślenie racjonalne, to rozum. Może czas właśnie to uwypuklić. Natomiast są różne irracjonalizmy, takie najbardziej powszechne. To niektórzy się może zdziwią, no ale oprócz tego myślenia racjonalnego istnieje na przykład magia, mit, karty tarota. Co tam jeszcze jest? Horoskopy. To wszystko to jest to myślenie, powiedzmy nieracjonalne, irracjonalne. Tam są jakieś ziarna rzeczywiście myślenia racjonalnego, ale to nie jest, to nie jest to takie myślenie żelazne, filozoficzne.
[39:00] - David Icke ostatnio bardzo popularny teorią o ludziach jaszczurach, którzy mieliby reptilianach, którzy mieliby zapoczątkować ludzkość. I też tak dowodów historycznych, kulturowych się tam poszukuje, także.
[39:11] - Także dla filozofii to myślenie racjonalne, rozum, rozumność to jest wartość. I w ogóle można było też na samym wstępie powiedzieć, że myślenie racjonalne, właśnie odkryte przez Greków, odróżnia naszą cywilizację zachodnią od innych cywilizacji. Bo gdzie powstała nauka? No, były tam w Chinach, może wcześniej troszeczkę wymyślili niż my, Europejczycy, ale ta prawdziwa nauka to jest Zachód, to jest Zachód, to jest Kopernik, to jest Newton, później Einstein i tak dalej. To wszystko teraz, współcześnie Wschód, Chiny. One przejęli od nas to i się wyspecjalizowali.
[39:50] - Ostatnio Oppenheimer modny, bo film był w kinie.
[39:52] - A tak, tak, twórca bomby atomowej.
[39:56] - No tak się przypisuje. Oczywiście była to praca zbiorowa.
[39:59] - No to jest te myślenie racjonalne w takim wojennym wydaniu. I jaka potęga może być myślenia racjonalnego, to rozszczepienie atomu. Może do tego wrócimy. Czyli myślenie racjonalne jako też ten fundament. Niektórzy będą powiedzieć, że w ogóle filozofia to myślenie racjonalne i nic więcej. Tylko że właśnie, czym jest racjonalność? To jest już problem filozoficzny. Współcześnie, jak już mówiłem, to jest metoda naukowa, to jest metoda i technologia, to jest myślenie racjonalne. Coś fajnego wynaleźć, nowy komputer, sprzedać technologię i to jest przejaw racjonalności.
[40:35] - No nie wiem, czy wynalazca zawsze podchodził pod metodę naukową, bo jednak metoda naukowa twardo stawia hipotezę, weryfikuje.
[40:41] - Na początku nie, ale potem to się przekształca. W nauce się metoda się przekształca, bo to samo olśnienie to tam komuś się coś przyśni. Bardzo różne są źródła odkrycia.
[40:52] - Żmudna praca, po prostu. Tam notowanie, składanie niekoniecznie w jakimś reżimie naukowym weryfikowania hipotez, po prostu próbowania różnych rzeczy.
[40:59] - No i kolejny ważny punkt, jak sądzę, trzeba tutaj podkreślić, jak rozumieć filozofię. Trudno rozumieć filozofię w tym głębokim wydaniu, bez problemu śmierci. Już u starożytnych i to, bo tak się mówi, że w filozofii starożytnej było już wszystko, co my dzisiaj odkrywamy, to oni już wszystko wiedzieli.
[41:17] - No, niektórzy twierdzą, że w Indiach też były różne nurty znane na Zachodzie filozoficzne, mniej lub bardziej podobne. Takie słyszałem teorie.
[41:24] - Tak, tam były też szkoły takiego myślenia protoracjonalnego, powiedzmy, ale my trzymamy się tutaj cywilizacji zachodniej. Póki co ta cywilizacja ma, przybiera charakter globalny. Ja wiem, że teraz się mówi, że się odchodzi od globalizmu, ale to jest moim zdaniem tylko krótkotrwałe. Świat się globalizuje, trzeba to przyjąć do wiadomości.
[41:43] - Tak, no Rosjanie też oglądają amerykańskie filmy sobie teraz nie zawsze legalnie tłumaczą je sobie na swoje, ale nadal wolą oglądać kulturę amerykańską, zwłaszcza młodzież, niż swoją własną.
[41:52] - No to dobrze, to dobrze. No i jeszcze żeby się potrafili, żeby te bloki nasze wschodnie i zachodnie potrafiły się porozumieć, to by było bardzo dobrze i rozmawiać ze sobą, a nie prowadzić gorących wojen.
[42:05] - Ten urok właśnie propagandy zachodniej, że oni tam tak podają tę propagandę, że no siłą póki co raczej na Rosji nie działają, a mimo to młodzież nawet nielegalnie chce tę kulturę oglądać, a rosyjską się wciska i wszyscy-
[42:16] - Socjotechnika to jeszcze też jest ciekawe zagadnienie, ale trzymajmy się tego.
[42:20] - Tak, pokłonałem trochę w aluzji.
[42:22] - Tak, wróćmy tutaj do rzeczywistości, która każdego z nas spotka. Podobno jest to jedyna pewna rzecz oprócz podatków. Śmierć. Także filozofia jako przygotowanie do śmierci.
[42:36] - Znaczy naukowcy mówią, że dowodów ponad wszelką wątpliwość nie ma, ale statystyka jest mocna, jeśli chodzi o śmierć.
[42:42] - Ciekawe. No, niemniej przyjmijmy, że coś takiego istnieje. Mimo partykularnych jakichś stwierdzeń. Czym jest śmierć? Na fizyce przyjmujemy, Platon napisał taki dialog pod tytułem „Fédon”, gdzie rozważa tajemnicę śmierci i mówi tak, że śmierć to jest klasyczna definicja śmierci. To jest odłączenie duszy od ciała. Ta śmierć, dzisiaj są inne definicje, bardziej scjentystyczne, które pomagają wydać świadectwo zgonu. To jest śmierć mózgowa przede wszystkim i to też rodzi problemy. Czy jeżeli komuś mózg umarł, czy należy go wyłączyć, bo można respiratorem go przez lata czekać na obudzenie, ale raczej się od tego odchodzi. I potem kilka innych: serce, ciśnienie.
To trzeba byłoby już tanatologa jakiegoś zapytać dokładnie, dowolnego lekarza. Mają procedury, jak to stwierdzać. A zatem filozofia jako przygotowanie do śmierci, czyli ten problem, który współcześnie jest zaniedbywany przez te ruchy ateistyczne, nowoateistyczne, postmodernistyczne, bo to idzie wbrew modzie, że my jesteśmy jednak istotami metafizycznymi, że mamy ten boski pierwiastek w sobie, ową wspomnianą duszę, psyche. A zatem żyjmy tutaj, żyjmy pięknie. Chrześcijanie, filozofowie chrześcijańscy powiedzą: „Dążmy do zbawienia”. Nasz papież Franciszek powie: „Jesteśmy powołani do świętości i to jest ten najwyższy ideał”. Ale to jest pod prąd, pod prąd myśli oświeceniowej, bo oświecenie było różne: niemieckie, francuskie, angielskie przede wszystkim, ale na gruncie filozofii mówimy tutaj o filozofii transcendentalnej Kanta. Kant powie, i to jest charakterystyczne dla całego nurtu oświecenia, który chyba przejął władzę nad cywilizacją zachodnią, współczesną: „Miej odwagę posługiwać się swoim własnym rozumem”, czyli sapere aude. Miej odwagę myśleć racjonalnie. I to jest piękne, jasne, myślmy racjonalnie, ale to myślenie racjonalne niektórych współczesnych intelektualistów, postmodernistów, takich jak Lyotard, Deleuze, Polak Bauman, Klossowski i wielu innych.
Oni tylko widzą człowieka jako istotę czasową. W tej postmodernistycznej, ateistycznej wizji świata nie ma miejsca na metafizykę, nie ma miejsca na Boga, nie ma miejsca na duszę. A to jest niezgodne z pierwotnym starożytnym projektem filozofii i niezgodne jest też nie tylko z chrześcijaństwem, bo to jest oczywiste, ale niezgodne z fundamentem naszej cywilizacji zachodniej. Można nawet mocno powiedzieć, że nie ma cywilizacji zachodniej bez Boga, bez absolutu. Filozofowie będą mówili zazwyczaj o absolucie. Nie ma.
[45:30] - Roger Penrose powie: „I am not the materialist, because I don't know what the material is”. Nie jestem materialistą, bo nie wiem, czym jest materia. Dla słuchaczy objaśniam, jakby ktoś nie załapał.
[45:41] - Tak. No właśnie, a skoro życie trwa dalej, tylko się przekształca, to co po śmierci? „Życie po życiu” książka kiedyś była Moody'ego. W filozofii chrześcijańskiej mamy te trzy stany eschatologiczne, bo to jest problem śmierci, czyli problem eschatologii. Eschata po grecku, rzeczy ostateczne, które czekają nas także na gruncie filozofii chrześcijańskiej, to są te trzy stany istnienia człowieka, czyli Sąd Ostateczny, piekło, czyściec lub raj, zbawienie, niebo. I takimi ludźmi byliśmy, na co żeśmy sobie zasłużyli, tak będzie. Jednakże liczymy, zwłaszcza tu, w tradycji polskiej, na miłosierdzie Boże. Mam na myśli naszego papieża Jana Pawła II, który o tym mówił, ale przede wszystkim świętą siostrę Faustynę. Ona podkreślała, że wierzmy w to miłosierdzie, bo jeżeli Bóg nie ma miłosierdzia, to czarno. Ja to czarno wtedy widzę, to chyba nikt nie dostąpi nieba.
[46:43] - Ale czy jeszcze tu jesteśmy w obszarze filozofii, czy już bardziej w stronę teologii idziemy?
[46:46] - U Arystotelesa teologia i filozofia w zasadzie to było to samo. Filozofia pierwsza. Później się to rozdzielono, bo filozofia może być też traktowana jako teologia naturalna. Niektórzy tak to widzą, ale bardzo te dwie dziedziny, które dzisiaj się może sztucznie odgranicza, teologia i filozofia, one się problemowo pokrywają. Tyle że filozof bardziej będzie dociekał na sposób racjonalny, a teolog ma utrudnioną sytuację, bo ma katechizm, ma nauczanie Kościoła i on to musi wszystko uwzględnić i żyć w tych ramach. Filozof jest wolny, jest wolnym duchem i czasami błądzi. Czasami błądzi, jak to przypada na człowieka. Czyli tak: przygotowanie do śmierci, filozofia jako przygotowanie do śmierci. Patrząc holistycznie na te ponad dwa i pół tysiąca lat i nie tylko, to powinniśmy mieć nadzieję. Jednak miejmy nadzieję na to niebo, żeśmy trochę pogorszyli, to może na krótki czyściec.
[47:45] - Najpierw może miejmy nadzieję, że coś jest jeszcze poza materią.
[47:47] - Miejmy nadzieję, że coś jest poza materią. Nie zamykajmy się.
[47:50] - A potem, że jest to w miarę dla nas przyjazne.
[47:53] - Tak, nie zamykajmy się na wymiar metafizyczny, na wymiar duchowości, bo to tak można rozumieć. Coś jest. Jest tajemnica. Coś jest na rzeczy.
[48:04] - Dobra półpuenta, że tak powiem.
[48:06] - A do puenty to ostatni punkt niech będzie i na tym chyba dzisiaj zakończymy. To będzie filozofia jako twórczość. Żeby tak nie kończyć.
[48:13] - Właśnie, bo nawet o to dokładnie chciałem zapytać. Czy możliwe w ogóle dzisiaj jest uprawianie filozofii? Tyle już zostało powiedziane, czy tylko interpretacja tego, co zostało, czy stworzenie czegoś faktycznie nowego? Jakbyś gdzieś tam rzucił ponurą woalkę.
[48:24] - Tak. Okazuje się, że geniusz ludzki nie został jeszcze wyczerpany. To nie ma tak, że jak byli wielcy przed nami, na przykład Kartezjusz, Pascal. Pascal, znakomity filozof chrześcijański, porównywał życie ludzkie i egzystencję ludzką do trzciny, która jest przez ten los raz w lewo, raz w prawo, raz ugina się. Ale to może innym razem. Geniusz ludzki nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nikt nie powiedział, że nie narodzą się nowi, wybitnie inteligentni ludzie, którzy to poprowadzą. I o tym wspomina współczesny filozof rosyjskiego pochodzenia Mikołaj Bierdiajew. Jako młody człowiek miał epizod z marksizmem, ale po roku zorientował się, że to jest ideologia, a nie filozofia, ateizm. Pochodził z arystokratycznej rodziny.
Car go skazał bodaj na półtora roku zesłania. Potem wraca do Rosji, potem wybucha rewolucja październikowa, a on jest przeciwko marksizmowi. On zna system od podstaw i wie, jak go rozłożyć, dlatego jest bardzo groźny. Wyrzucają go komuniści, bolszewicy z Rosji pod groźbą kary śmierci, że jeśliby wrócił do Rosji, to karę śmierci dostaje. I przez Niemcy, Berlin, osiada we Francji, mniej więcej pod Paryżem. Był filozofem twórczości. Nawet książkę kiedyś o nim napisałem „Bierdiajew i problem wolności”. Polecam, chociaż obawiam się, że-
[49:41] - Dostępna jeszcze?
[49:42] - Obawiam się, że jest niedostępna, ale w bibliotece naszej, Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego i innych jest, bo to było rozsyłane. Ale wracając, Bierdiajew to jest filozof twórczości. On przypomina nam, że twórczość nie skończyła się, że człowiek nie powiedział ostatniego słowa, że to jest wyzwanie ciągłe. Nawet krótki fragment sobie przygotowałem na minutę z tej filozofii twórczości. Może ja po prostu to przeczytam.
[50:09] - Proszę.
[50:11] - Filozofia jako twórczość. Wielkim orędownikiem rozumienia filozofii, i będziemy powoli kończyć z tą twórczością, optymistycznie.
[50:21] - Spokojnie.
[50:21] - Czyli wielkim orędownikiem rozumienia filozofii jako twórczości był w czasach współczesnych Mikołaj Bierdiajew. Filozof ten będzie twierdził, że człowiek został stworzony przez Boga jako istota genialna. Dlatego też człowiek powinien ujawniać w sobie genialność poprzez twórczą aktywność. Ofiarna twórczość jest wyjściem poza egoizm, strach, ból i słabość, a tym samym staje się wyzwoleniem z wszelkiego zniewolenia. Czyli twórczość jako wyzwolenie. Według Bierdiajewa twórcza droga filozofa i poety rozpoczyna się wówczas, gdy tragedia osobista, duchowy kryzys i zmaganie się z losem są doświadczane jednocześnie jako światowa tragedia, światowy kryzys i światowy los. Czyli połączenie mojej egzystencji prywatnej z losami cywilizacji.
[51:22] - Weltgeistem, tak?
[51:23] - Nie, to Hegel, nie mieszajmy. To inna bajka. Przy innej okazji.
[51:29] - Skojarzyło mi się.
[51:30] - Dobrze. Jesteśmy przy Bierdiajewie i twórczości. Dla Bierdiajewa twórcza droga filozofa i poety, choć ofiarna, pełna cierpień, powinna prowadzić do wyzwolenia z wszelkiego zniewolenia przez zło, grzech i fałsz. Twórca powinien również wyzbyć się fałszywej pokory pragnącej takiego życia, w którym nigdy nie następuje wyzwolenie i tym samym nigdy nie osiąga się duchowego oświecenia. Prawdziwa twórczość jest dla Bierdiajewa drogą do duchowej doskonałości. Twórczość jako doskonalenie duchowe. Natomiast, i tutaj cytuję Bierdiajewa. Początek cytatu: „Fałszywa pokora stwarza styl życia, w którym życie obywatelskie, mieszczańsko-bytowe czczone jest jako bardziej pokorne, bardziej chrześcijańskie, bardziej moralne niż osiąganie wyższego poziomu życia duchowego, miłości, kontemplacji, poznania, twórczości zawsze podejrzanych o brak pokory i o pychę. Handlować w sklepie — mówi dalej Bierdiajew — prowadzić najbardziej egoistyczne życie rodzinne, być funkcjonariuszem policji lub pracownikiem akcyzy. Oto pokorna posługa.
Ale dążyć do chrześcijańskiego braterstwa ludzi, do zrealizowania sprawiedliwości Chrystusowej w życiu albo być filozofem i poetą, chrześcijańskim filozofem i poetą. Oto brak pokory i pychy”. Koniec cytatu. I króciutki komentarz ode mnie. Nie należy zatem twierdzić, że twórczość jako dążenie do duchowej doskonałości jest pychą i brakiem pokory, ponieważ każdy krok w stronę Królestwa Bożego jest zwycięstwem nad złem. Filozofia jako twórczość jest zatem dla Bierdiajewa doświadczeniem religijnym, drogą duchowego rozwoju, tak samo cenną jak modlitwa i asceza. Autor „Sensu twórczości” przypomina jednak i przestrzega, że, cytuję: „Kto wstąpił na drogę twórczości, drogę genialności, powinien złożyć ofiarę z cichej przystani życiowej. Powinien zrezygnować ze swojego szczęścia, z bezpiecznego urządzania swojego życia”. Koniec cytatu. A zatem powiem: twórcza droga geniusza naznaczona jest ofiarą, i to nie mniejszą niż ofiara świętości.
To tyle.
[54:09] - Jeszcze cię tak nie puszczę. A co to jest twórczość? I jak odróżnić twórczość od działalności nietwórczej? Wielu ludzi uważa się za twórców, a tak naprawdę tworzy rzeczy bardzo wtórne. Nie zawsze.
[54:19] - Rozumiem. Skoro jesteśmy przy Bierdiajewie, to możemy dalej ten wątek pociągnąć. Otóż dla Bierdiajewa, i chyba nie tylko, synonimem twórczości jest wolność. Wolność człowieka wyraża się w twórczości. Przeróżnej, nie tylko w filozofii, nie tylko w nauce czy w naukach plastycznych. To jest jeden z najważniejszych przejawów, być może nawet w filozofii Bierdiajewa najważniejszy. Być wolnym, to znaczy być twórczym. Ale wchodzimy tutaj w bardzo ciekawy obszar.
[54:50] - Możemy tworzyć rzeczy marne, rzeczy wtórne.
[54:52] - Właśnie. I to nie byłaby ta właściwa twórczość. Jemu chodziło o twórczość, która jest jakoś powiązana z tworzeniem wyższych wartości czy opowiedzeniem się za wyższe wartości, takie jak piękno, prawda i dobro. Ale współcześni artyści powiedzą, że nie ma czegoś takiego. Duchamp dał na wystawę pisuar. Powiedział, że to jest jego twórczość, jego twór. No i co? I dorobił się milionów, bo sprzedawał jeden pisuar za milion dolarów.
[55:19] - To akurat głupota.
[55:20] - To by ci się plastycy oburzyli.
[55:24] - Wymyślił. Dobra, był kreatywny. Pierwszy wymyślił. A ktoś tam zwłoki ludzkie prezentował zakonserwowane, to bardziej kontrowersyjny temat.
[55:33] - I jeszcze twórczość jako wolność — bardzo ważne. I opowiedzenie się pomimo wszystko po stronie piękna, po stronie wyższych wartości, a w ostateczności po stronie samego absolutu, Boga. Pojawia się też, bo to wielu ludzi nurtuje i nie jest to do końca rozpoznane, wymagałoby odrębnych studiów, czy zło jest kreatywne? Według tej myśli Bierdiajewa i nie tylko zło może być twórcze, ale w ostatecznym rozrachunku nie jest twórcze. Szatan jest taką małpą Boga. On naśladuje Boga. Te korzenie twórczości, nietwórczości są poplątane bardzo często trudno je rozróżnić.
[56:12] - Tak jak dobro i zło. Wspomniany Oppenheimer, energia jądrowa.
[56:14] - Tak, dobro i zło, właśnie. Czy atom jest dobry? Energia dobra czy zła? Jest taka i taka.
[56:20] - Broń masowej zagłady. Z drugiej strony ta broń masowej zagłady też pewien pokój sprawia, że Rosja się boi czy Ameryka się boi zacząć wojnę na wielką skalę z Rosją. Boją się nawzajem. Jest to złe, ale z drugiej strony dzięki temu nie ma tego unicestwienia.
[56:32] - Z tego, co wiemy, to na pewno twórczością i tym przejawem wolności jest uznanie, że jesteśmy stwórcami, że jest na gruncie teologii takie stwierdzenie creatio continua.
[56:44] - Powiedziałeś jesteśmy stwórcami czy twórcami?
[56:47] - Twórcami.
[56:47] - Bo pamiętam, że stwórcą był Bóg zawsze.
[56:49] - Bóg, tak. Trzymamy się tego. Stwórcą to jest Najwyższy, a my jesteśmy twórcami, ale naśladujemy Go. Jest to takie dziwne naśladownictwo, bo jest twórcze. Bóg dał nam wolność. To widać w filozofii, tych różnych nurtach, widać to w malarstwie. Ale my teraz przeżywamy kryzys. Nie można mówić o wszystkim jednocześnie. I sądzę, że po tym Nietzscheańskim nihilizmie, po tych czasach postmodernizmu, nowego ateizmu, chyba już pora, żebyśmy zaczęli nową rewolucję. Żebyśmy się przeprosili z Najwyższym i żebyśmy w swojej szeroko rozumianej twórczości, łącznie z informatyką, programami komputerowymi.
[57:28] - Ja mechanikiem jestem, dla mnie nie.
[57:31] - I dla mechaników też, żebyśmy nie zapominali o tym sakralnym wymiarze rzeczywistości. Może wprowadźmy w życie nasze, to zabiegane, cywilizacyjne trochę kontemplacji, trochę namysłu nad zachodzącym i wschodzącym słońcem. To dziękuję.
[57:50] - Czego sobie i Państwu życzą
[57:52] - Grzegorz Jerzy Grzmot-Bilski
[57:55] - Oraz Tomasz Fąs. Dziękujemy serdecznie za uwagę.
[57:58] - Dziękujemy.
[58:00] - Proszę państwa, to teraz troszeczkę dla oddechu, żeby ta abstrakcja, jaką jest filozofia, troszeczkę państwu osiadła w zwojach mózgowych, w szarych komórkach, żeby tam się zagnieździła, to proponuję odrobinę rozrywki. Tu się trochę zawahałem mówiąc rozrywki. No dobrze, niech będzie. Proponuję państwu w każdym razie „Filmotekarium”. Tym razem będziemy z Piotrem Cielebiasiem mówili o horrorze. Ale to nie był taki horror, o jakim ja marzę, żeby zobaczyć taki horror. Cóż, to są moje bardzo osobiste odczucia. Przejdźmy zatem do dyskusji o filmie. Zapraszam. Piotr Cielebiaś już czeka.
Dzień dobry, wieczór Piotrze.
[59:04] - Dzień dobry, wieczór Marku. Co słychać? Co dobrego? Jak się czujesz po obejrzanym filmie?
[59:10] - Dziwnie, bo ja się przyzwyczaiłem, że jak oglądam coś, co ludzie powszechnie nazywają horrorami, to się boję. Albo przynajmniej udaję, że się boję, albo jakieś napięcie odczuwam. A w dzisiejszym filmie, cóż ja odczuwałem? Takie miałem odniesienia szpitalne, jak bardzo à propos, ale takie właśnie przedoperacyjne albo może śródoperacyjne. Trochę takie miałem klimaty. Bardziej to w sumie obrzydliwe było niż horrorowe. Owszem, padają tam nieme, ale bardzo ważne pytania z ekranu, chociażby o istotę człowieczeństwa. Ale ja się już przyzwyczaiłem, że pytania o istotę człowieczeństwa z co drugiego filmu padają. I w związku z tym prosta odpowiedź na twoje pytanie okazuje się nieco skomplikowana.
[01:00:14] - A może to był body horror, czyli horror taki jak Cronenbergowie kręcą? Zaraz sobie postaramy się odpowiedzieć na to pytanie, bo w dzisiejszym odcinku „Filmotekarium” kolejna nowość, może mniej promowana i mniej znana, acz moim zdaniem godna polecenia. Jest to film „Birth/Re-Birth”. Nie wiem, czy on ma polską nazwę. Chyba nie. Horror psychologiczny, tak jest on opisywany. Moim zdaniem jest to body horror. Debiut reżyserski Lory Moss. Film miał premierę w tym roku. I cóż, Marku, z sieci się dowiadujemy, że na przykład on jest inspirowany Frankensteinem.
Czy tam widzisz te inspiracje?
[01:00:53] - Powiem zupełnie szczerze, moje pierwsze skojarzenie po kilku minutach oglądania, że to jest gdzieś bardzo blisko Frankensteina. To jest nawet potraktowanie człowieka jako swoiście pojętej maszyny, przy której można odrobinę podłubać, poprzykręcać albo podregulować i ona się zachowuje tak, jak oczekujemy, że powinna się zachowywać. Możemy wydłużać jej życie, możemy wręcz restartować człowieka do życia i wszystko jest okej. Wszystko jest do rozwiązania. Owszem, pojawiają się pewne problemy, trudno je nazwać technicznymi, bardziej problemy natury biologiczno-medycznej, ale to są oczywiście problemy, które jedna z głównych bohaterek rozwiązuje właściwie bez trudu. Chwilami przyglądając się tej pani, ma się wrażenie, że to rzeczywiście jest już nie nowy Prometeusz. Nie wiem, jak by brzmiała żeńska forma. W każdym razie coś z Prometeuszem na pewno ma wspólnego, bo ta pani tak naprawdę szuka magicznej — nie, magiczna ona nie jest — medycznej formuły uczynienia człowieka nieśmiertelnym.
[01:02:35] - Film nam ukazuje historię dwóch kobiet: szalonej naukowczyni, jak to się dzisiaj ładnie mówi, czyli doktor Rose Casper, która na co dzień sobie po cichu pracuje w kostnicy miejskiego amerykańskiego szpitala oraz Celii Morales, pielęgniarki położniczej z tejże lecznicy. Los je łączy, kiedy w dość niespodziewanych okolicznościach umiera córka Celii. Dziewczynka zapada na serce, a lekarzom się nie udaje jej uratować. Problem się pojawia wtedy, kiedy matka nie może zlokalizować i odebrać ciała małej. A ponieważ zna procedury, to udaje się do kostnicy, gdzie rezyduje ta mroczna, zimna i konkretna do bólu doktor Rose. Ciekawa to postać, Marku. Ciekawa aktorka też, bo w tej roli Marin Ireland. To jest aktorka charakterystyczna, która jakiś czas temu grała w bardzo mocnym horrorze, o którym sobie za jakiś czas powiemy. Ona się też pojawia w nowej produkcji na platformie Disneya pod tytułem „Boogeyman”, ale akurat „Boogeymana” sobie chyba darujemy. W każdym razie jest to aktorka o dość dużym dorobku, ale też specyficznej urodzie.
I w tej roli doktor Frankenstein nowego się chyba trochę sprawdza. Może nie będziemy zdradzać, co się tam dzieje na ekranie. Powiedzmy tylko tyle, że doktor Rose zabiera zwłoki córki Celii do swojego mieszkania, gdzie próbuje uskuteczniać autorską kurację, dość specyficzną i dość wymagającą także od niej. Natomiast potem okazuje się, że ona potrzebuje współpracownika. I ta pielęgniarka pomaga jej. Rezultaty eksperymentu są dość szokujące i może nawet miejscami obrzydliwe, ale moim zdaniem „Build Rebuild” da się sklasyfikować jako body horror. A jeżeli nie wiecie, co to jest body horror, to wróćcie do naszych odcinków w poprzednim sezonie, które były poświęcone twórczości Cronenbergów. Myśmy się tam, Marku, mocno wymęczyli na tych filmach. Chociaż nie mówię, że one były bardzo złe, ale były specyficzne. Body horrory sobie trzeba dawkować raz na jakiś czas.
No i padło tak, że „Build Rebuild” nam się pojawił. Ale powiem ci tak, że koniec końców mamy po raz kolejny film, który się opiera na dość prostej historii, niezbyt zaskakującej, brzydko można powiedzieć wyświechtanej, ale ujęcie jej w taki bardzo niespecyficzny, oryginalny sposób sprawia, że moim zdaniem otrzymujemy film bardzo dobry, umiejętnie łączący te elementy dramatyczne, obyczajowe z tymi, powiedzmy, thrillerowo-horrorowymi. Body horror to jest taki horror, który często według niektórych balansuje gdzieś na granicy między horrorem klasycznym a thrillerem bądź filmem fantastycznym czasami nawet. To jest taka osobna dziedzina, osobny gatunek. Oczywiście nie jest tak, że tam wam potwór od razu wyskoczy w drugiej scenie, jak było w przypadku „Zakonnicy 2”, którą żeśmy omawiali w tamtym tygodniu. Ale buduje się pewnego rodzaju napięcie. Nie jest to zły film moim zdaniem. Nie wiem, czy on przynależy do kina alternatywnego, natomiast na pewno ja bym go polecał.
[01:06:11] - A ja sobie westchnę, bo powiem ci, Piotrze, tak: ja jednak traktuję oglądanie horrorów, oglądanie kina grozy jako rozrywkę. Nie ukrywam tego, od początku naszych spotkań to mówię, że ja od tego rodzaju kinie oczekuję jednak rozrywki. Nie specjalnych zadumań o naturze człowieka, o tym, jacyż marni jesteśmy, jaka kondycja ludzka jest chwilami niedoskonałą i tak dalej. Ja innych mediów używam Żeby w takie zadumy popadać. Natomiast po kinie romansującym z horrorem ja bym jednak oczekiwał rozrywki. I tu powiem rzecz dla wielu osób obrazoburczą, przyjmuję to na klatę, proszę państwa, ale w gruncie rzeczy o bardzo podobnym problemie przywrócenia do życia problematycznego opowiada przecież horror, powieść grozy, a później filmy grozy napisane przez Kinga. Mam tu na myśli „Cmentarz dla zwierzaków". Znacie państwo zapewne książkę, ale kino wypuściło przynajmniej dwa obrazy na podstawie tej książki. I ja przyznam się państwu, że wolę jednak tamto ujęcie. Dlaczego?
W gruncie rzeczy mówią o bardzo podobnej sprawie. Czy warto zawracać osobę, która odchodzi? Osobę, która już przekroczyła próg, zajrzała za zasłonę, czy jakkolwiek to określimy, czy warto ją zawracać z tej drogi? I zarówno w tym filmie, o którym dzisiaj mówimy, jak i w filmach na podstawie powieści Kinga to pytanie również jest zadawane, ale ja mimo wszystko wolę powieść od tych dwóch filmów, chociaż drugi zdecydowanie bardziej się udał. W każdym razie w tych dziełach czy produkcjach Kinga to pytanie również pada, ale jest obudowane jednak żywszą akcją. Mniej jest tych obrzydliwości, więcej jednak pewnego mięsa, takiego, nazwijmy go, takiej codzienności. Nie widzimy tam takich udziwnień jak w filmie, o którym mówimy. Natomiast jest ta codzienność. Codzienność pisarza alkoholika, poety. Codzienność tego, że nagle zdarzyła się tragedia w tej rodzinie.
Codzienność tego, że jest jakiś cmentarz, jakaś pozostałość po ludzie rdzennym amerykańskim i tak dalej. Kto ciekawy, niech sobie po „Cmentarz dla zwierzaków" sięgnie. Tematyka w każdym razie bliska. A jednak ja wolę produkcje Kinga. Być może jestem prymitywny i ktoś powie, że King to taki pisarz dla - już to słyszałem, więc zacytuję - półgłówków. Tak mnie określono kiedyś, tak mnie podsumowano, więc dobrze, ja to spokojnie przyjmuję. Wolę jednak te produkcje. Jakoś to kino, o którym mówimy dzisiaj, nie do końca mi odpowiada, bo tak jak powiedziałem na początku, ani się nie bałem. Kilka razy się zbrzydziłem. To pytanie główne właśnie, czy warto w imię ratowania za wszelką cenę kogoś, kogo kochamy, kogoś, kto jest dla nas ważny, czy warto go zawracać z drogi, na którą już wszedł?
Czy to nie rodzi konsekwencji takich, z którymi nie poradzimy sobie po prostu? Te wszystkie pytania padają i w tym, i w tym obrazie. Ja wolę ten kingowski. Powtarzam, może ja miałem za duże oczekiwania, że mnie chociaż przestraszył. Natomiast tutaj padają mocne pytania, a zabawy mało. Ja już taki ludyczny jestem.
[01:10:43] - Tak, to można zawsze powiedzieć, że one się poruszają po bardzo cienkiej linii i nie mogą za bardzo się wychylać z tym, co robią. To wszystko jest zrobione po partyzancku i incognito, bo gdyby to wyszło, to by poszły obie do pierdelka. Natomiast mnie się film podobał. Mnie się ogólnie podobają takie nowoczesne, współczesne horrory, może mało pretensjonalne, bardziej realistyczne. Powiem tak jeszcze, że ogromną wartością tego filmu są aktorki, w tym ta pani Ireland i druga grająca Silię. Są to postaci ogólnie bardzo wyraziste. Chociaż oczywiście ja się spotkałem z czymś takim, że w części recenzji pobrzmiewały takie nowoczesne akcenty ideologiczne i to mnie trochę zaczyna już męczyć i denerwować, bo często jest tak, że nawet kiedy się czyta polskich recenzentów, to zawsze na siłę musi być jakiś tam wątek poprawnopolitycznościowy. Już film nie może być po prostu dobry i ciekawy, tylko go trzeba rozłożyć na takie czynniki pierwsze, żeby dopatrzeć się tamtego hasła, którego tak wszyscy oczekują, żeby padło słowo, na przykład feminizm, matriarchat i tak dalej. Męczy mnie to z tego powodu, że ja sobie lubię obejrzeć film czasami dla rozrywki i dla historii. To, czy ja go rozkminiam potem, że on jest taki i taki czy niesie taki aspekt filozoficzny, to jest rzecz drugorzędna.
Czasami nie chce się katować filozoficznie, bo nie chce mi się myśleć, tylko chcę sobie zobaczyć fajną historię, która może nie tyle do domyślenia, co mnie wessie. Po prostu. Też tak chyba miewasz. I tutaj historia jest w jakiś sposób wciągająca. Myślę, że ona jest taka prosta i to mi się podoba w tych nowych horrorach, że one często bywają proste, takie nawet balansujące na granicy realizmu. Bo ja często powtarzam, że to, co najbardziej realistyczne, jest często najbardziej przerażające. Dlatego nie lubię Kinga, ale już o Kingu mówiliśmy w poprzedniej serii „Filmotekarium". Natomiast co do inspiracji Frankensteinem, to powiem ci, są tam może jakieś symboliczne Ale powiem ci, że teraz wypuścił Netflix „Frankensteina" w wersji tureckiej, chyba, z tego, co pamiętam. Zastanawia mnie taka tendencja do bardzo mocnej reanimacji klasyków, już takich naprawdę hardkorowych klasyków horrorowych, bo przecież mamy reanimację „Upadku domu Usherów", chociaż w zupełnie innym, nowoczesnym wydaniu, zupełnie niepodobnym do tego pierwotnego. Dlaczego się tak dzieje?
Brakło nagle wszystkim pomysłów na nowe scenariusze? To mnie interesuje. Chociaż, jak mówię, mnie się wydaje, że tutaj „Build Rebuild" nawiązuje do „Frankensteina" jedynie hasłowo chyba tylko.
[01:13:48] - Ja myślę, że nie tylko hasłowo, ale nie podejmuję się tego udowadniać. To już muszą nasi słuchacze obejrzeć i ocenić. Natomiast zadałeś pewne pytanie, na które będę próbował odpowiedzieć. Pytasz o tych klasyków. Ja jakiś czas temu wśród znajomych zrobiłem tajny eksperyment. Oni o tym nie wiedzieli. Właściwie dzisiaj owoce tego eksperymentu ujawniam po raz pierwszy. Wcześniej były znane tylko mi. Otóż wśród ludzi, którzy czytują fantastykę, zrobiłem eksperyment na temat lektury „Frankensteina", tego oryginalnego Mary Shelley. I muszę powiedzieć, że większość moich znajomych, którzy mają ambicje, że czytają fantastykę, znają ją dogłębnie, żeby już podsumować, nie czytała „Frankensteina", o czym się przekonałem, po prostu wpuszczając ich w maliny i zadając kilka kontrolnych pytań.
Wiedziałem już po tych kontrolnych pytaniach, że nie czytali. Ja się zresztą, proszę państwa, nie dziwię. „Frankenstein" z punktu widzenia dzisiejszego czytelnika jest długi, nudny i właściwie już nieczytywalny. To trzeba dużego samozaparcia, żeby tę cegłę przeczytać. Wcale nie jest strasznie. Może jest chwilami filozoficznie, ale weźmy pod uwagę, że to dzieło ma już prawie 200 lat i to widać. To widać, to słychać, czuć, czy cokolwiek, w jakiejkolwiek formie państwo „Frankensteina" odbieracie. Więc to à propos dlaczego się reanimuje stare dzieła. Bo one już po prostu nie są używane. Nie ma chęci do ich używania, bo to się tak bardzo zestarzało.
W związku z tym ja jednak pewnych podobieństw w filmie dopatruję się do „Frankensteina", do pewnych rozwiązań, do pewnego sposobu myślenia. Bo to właśnie tak naprawdę o to chodzi, że ten film pokazuje, wspominałem już o tym, takie myślenie o człowieku sięgające jeszcze przed Mary Shelley, kiedy powstawały dzieła filozoficzne typu człowiek-maszyna, gdzie to wszystko jest do skonstruowania. To wszystko jest do tego, że to się da, że to tylko trzeba dwa do dwóch dodać i powstanie cztery, czyli człowiek. Że człowieka można skonstruować tak czysto fizycznie, tak czysto mechanicznie. I ten film w gruncie rzeczy opowiada bardzo podobną historię. Da się to zrobić. Ktoś umarł? To go przywróćmy do życia. To nie ma żadnego problemu. Po prostu trzeba dodać dwa do dwóch i już wszystko gra.
Ale powiedziałeś, Piotrze, jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Ja pamiętam, jak kilka audycji temu jeden ze słuchaczy dostał prawie zapaści z oburzenia, kiedy ja powiedziałem o gwałcie. Widać od razu, że nie oglądał tamtego filmu, o którym rozmawialiśmy, bo tam bez przerwy, jak ci obcy się pojawiali, to ja miałem wrażenie, że tam do takiego międzygatunkowego gwałtu dojdzie, bo ci obcy tak się trochę zachowywali. Ja się zastanawiałem, czy do niego dojdzie, czy nie. Ale słuchacz się poczuł dotknięty i w ogóle nie mam prawa robić w kulturze, jak to się określa, ponieważ o gwałcie w ogóle wspomniałem, o czymś takim okrutnym. To dzisiaj jeszcze dorzucę do pieca, bo przyszło mi do głowy, że ten film jest ekstra seksistowski. Ekstra seksistowski, ale w drugą stronę. Myśmy przyzwyczaili się, że w naszej kulturze to mężczyzna zawsze jest agresorem. To mężczyzna jest tą złą postacią, która prześladuje kobiety i w ogóle. Predator, praktycznie rzecz biorąc.
Tymczasem w tym filmie takim predatorem albo predatorką jest pani lekarka. Zauważ, Piotrze, ta scena, która rozgrywa się w barze, gdzie ona podrywa. Ale weźcie państwo słowo „podrywa" w ogromny cudzysłów. Ona tak naprawdę wykonuje akty mechaniczne. Zaprasza gościa do kibla, żeby go onanizować. I ja wcale nie przesadzam, ale tak naprawdę po to go zaprasza, ponieważ ona musi ściągnąć jego płyny fizjologiczne. To jest tak obrzydliwe i to jest tak dziwne, i to jest tak agresywne w stosunku płeć do płci. Ja wiem, że niektórzy uważają, że tylko mężczyzna może być tym złym, to już powiedziałem. W tym wypadku pani doktor jest po prostu agresorką seksualną. To ewidentnie.
Inna sprawa, że facet do tego kibla idzie i bardzo chętnie poddaje się pewnym czynnościom seksualnym, innym czynnościom seksualnym. Niemniej jednak To oddaje dobrze atmosferę tego filmu. On jest chwilami obrzydliwy, na różnych planach obrzydliwy. Ja to oczywiście przemknąłem, w końcu film, obraz, jakaś bajka, baśń bardziej. Niemniej jednak to zostaje w człowieku. Ja po tym filmie byłem zniesmaczony, bo jak to się ma? Potępiamy? Czy to miało być to doprecyzowanie, dopisanie, że ta lekarka jest tak zła, tak paskudna, że ona w każdej sferze życia jest paskudna, nawet w tej sferze dotyczącej relacji damsko-męskich. Bo ona siedzi przy barze, pije jakiś alkohol i jakiś facet się do niej uśmiecha, zagaduje, a ona mu od razu proponuje, czy chce, żeby go onanizowała w tym kiblu. Słowo kibel, używam go w sposób świadomy, bo to są mniej więcej te klimaty, ta estetyka.
Mówiąc szczerze, nie to, że ja oczekuję, że film powinien być ładny, wręcz przeciwnie, ale tu mamy klimaty, które sprawiają, że ten film jednak bywa chwilami paskudny i nie do końca mi przypasował.
[01:20:48] - To jest w medycynie, w szpitalu, oni tam obcują z takimi rzeczami. A ona taka do końca zła nie była, bo nawet miała jakieś ludzkie odruchy. Poza tym to wszystko było robione dla dobra nauki. Ja powiedziałem przed chwilą, że nie lubię się zagłębiać czasami, nie mówię, że zawsze, ale czasami w jakieś inne warstwy tych filmów. Ale tutaj ewidentnie się przebija nie tylko jakiś wątek feministyczny, ale też taka prosta prawda o człowieku, że jak ktoś jest zdesperowany i bardzo zacięty i ambitny, to jest gotowy na wszystko. I czasami ludzie są gotowi na wszystko, robią dziwne rzeczy, ukrywają różne rzeczy, aby inni nie wiedzieli, aby tylko osiągnąć swoje cele. Takie zupełnie przyziemne. Nie chodzi o żadne spiski. Marku, cóż tam za tydzień? Czy my zdradzamy, co mamy za tydzień, czy się jeszcze zastanawiamy?
Bo to już kolejny odcinek, kiedy jedziemy z nowością. I tak myślę, czy pojedziemy z kolejną nowością, czy może-
[01:21:56] - Jedziemy z nowością.
[01:22:00] - To może wrócimy do klasyki w nowej odsłonie znowu. Tylko, że nie będzie to Frankenstein. Będzie to coś ciekawszego.
[01:22:12] - Coś, co strasznie w latach 70. Ten oryginał, powiedzmy, on niesamowicie ekscytował ludzi. Zresztą od razu powiem, że ten oryginał, filmowy oryginał powstał na podstawie książki. Jest też książka o tym tytule, którego nie zdradzamy państwu, ale książka również istnieje. W związku z tym będzie taki odcinek literacko-filmowy. Zobaczymy zresztą, jak ta nowa odsłona klasycznego dzieła będzie się sprawowała. Ja jestem jeszcze przed seansem filmowym, w związku z tym tyle wzruszeń przede mną, aż sam sobie zazdroszczę.
[01:23:04] - Tak. I nie będzie to Frankenstein. Do usłyszenia.
[01:23:07] - Pozdrawiamy. Proszę państwa, czas na kolejny punkt programu. Na ostatnim Festiwalu Książki w Bydgoszczy miało miejsce spotkanie autorskie Bogusława Raca. Bogusława Raca poznaliście państwo w „Bibliotekarium 2.0”. To autor dwóch książek. Pierwsza z nich to „Przypadki Grendziego Bardocka”, druga powieść to „Horologium”. To spotkanie z naszym autorem, Bogusławem Racem, poprowadził Tadeusz Krajewski, a więc postać również państwu doskonale znana. Coś jeszcze muszę państwu powiedzieć. Na tym Festiwalu Książki w Bydgoszczy warunki nagrywania na sali, na której zorganizowano owo spotkanie, były fatalne. I wierzcie mi państwo, i tak wyrażam się dosyć oględnie.
Nie mówiąc też o sprzęcie nagłaśniającym, który dobry nie był. Znowu, żeby jakoś delikatnie to potraktować. Cóż, tutaj cudu dokonał nieoceniony Marek Sęk „Ivellios”. Moim zdaniem dokonał rzeczy, tak prywatnie państwu powiem, chociaż i tak Marek słyszy, rzeczy niemożliwej. Ja jak przekazywałem owo nagranie, byłem niemal pewien, że w końcu Marek podniesie ręce, powie, że się poddaje, że pewnych rzeczy zrobić się nie da. Okazało się, że się da. Słychać po prostu to, co Bogusław i Tadeusz mówią.
[01:25:01] - Da się zrozumieć. Na pewno da się zrozumieć, chociaż nie jest to jakaś audiofilska jakość studyjna, ale dało się to nagranie doprowadzić do stanu słuchalności i zrozumiałości.
[01:25:16] - Tak. To nie było na początku takie oczywiste wcale. Zatem ja państwa zapraszam na to uratowane nagranie. I tak jak powiedział Ivellios, dla audiofilów ono nie będzie idealne. I lojalnie uprzedzam, ale przecież przy tego rodzaju spotkaniach liczy się przede wszystkim jakość tego, co mówią pisarze, a nie absolutnie doskonały zapis dźwięku. Ten zapis dźwięku jest rzeczą wtórną. Tu jakoś udało się to uratować i z tego jestem niesłychanie dumny i wdzięczny Ivelliosowi. A teraz już zapraszam państwa do wysłuchania.
[01:26:05] - Dzień dobry. Przedstawiam państwu gościa Kujawsko-Pomorskiego Festiwalu, Bogusława Racę, człowieka wielu talentów, który daje się rozpoznać w różnych dziedzinach, w różnych branżach naszej rzeczywistości, w tym kulturalnej. Zacznę może od branży motoryzacyjnej, w której Bogusław był nominowany do międzynarodowej nagrody Faith Art Press. Ale najważniejszą chyba dziedziną jak dotąd dlań jest muzyka. Bogusław Raca jest bardzo dobrym, znanym w wielu kręgach muzycznych wirtuozem, kompozytorem. Człowiekiem, który stworzył kilka zespołów, w tym już wśród miłośników muzyki progresywnej kultowy Question Mark, a także innych kapel jak Rał, czy ostatnia propozycja Bogusława to Witkacy Tribute Ensemble, zespół, który zdobył sobie uznanie nie tylko publiczności, ale i krytyków. I to nie tylko krytyków muzycznych, ale też krytyków literackich, szczególnie tych, którzy zajmują się twórczością Witkacego. W 2021 roku Bogusław ukończył swoją pierwszą powieść. Mój nieżyjący już niestety kolega, świetny poeta, prozaik Krzysztof Pendowski powiedział mi kiedyś, że jeżeli gdzieś tak około do trzydziestki czegoś się nie napisze, to potem już nikt nie zostanie pisarzem. Ty Bogusławie chyba zadałeś kłam temu twierdzeniu.
Stąd pytanie, dlaczego dopiero wtedy uwolniłeś swój talent literacki?
[01:28:12] - Dzień dobry państwu. Czy talent? Tego nie wiem, ale ja pisałem już wcześniej, tylko robiłem to trochę bez przekonania i raczej te zapiski lądowały w śmietniku. Robiłem to skokami. Przyszedł moment, kiedy postanowiłem napisać scenariusz do filmu. Kolega mnie o to prosił i z tego scenariusza, kiedy zacząłem go rozwijać, powstała powieść. Tak to się wydarzyło.
[01:28:53] - „Przypadki Grydziejego Bartoka” — bo tak ma się tytuł pierwsza powieść Bogusława — to moim zdaniem opowieść o poszukiwaniu tożsamości. Według niektórych kultur, szczególnie Wschodu, ale także według niektórych nurtów New Age i jeszcze współczesnej psychologii z kręgu naszego zachodniego, cywilizacyjnego, poszukiwanie tożsamości to najważniejsza sprawa, najważniejszy cel w życiu każdego człowieka. Ja osobiście się z tym nie zgadzam, bo myślę, że tożsamość powinna się pojawić jakoś mimochodem, mimo wszystko, gdzieś przy okazji powinna wyjść z nas. Niemniej jednak trudno się nie zgodzić z takim spostrzeżeniem, że właściwie w ostatnim czasie ludzie wepchnięci w kierat codzienności, wepchnięci w schemat pewnych działań, ludzie, którzy mają narzucone sobie role od samego dzieciństwa, nie potrafią właściwie myśleć o tym, co tak gdzieś naprawdę głęboko w duszy się dzieje. A jeżeli nawet to odkrywają, to po prostu wstydzą się do tego przyznać. Czy słusznie odbieram, że powieść „Przypadki Grydziejego Bartoka” to powieść o odkrywaniu tożsamości?
[01:30:22] - Jeżeli tak twierdzisz. Nie zastanawiałem się nad tym i nadal się nad tym nie zastanawiam. Jest to dla mnie ciekawostka. Ciekawe spostrzeżenie. Interesują mnie interpretacje ludzi, którzy przeczytali moją książkę. Jest to dla mnie czasami nawet zaskakująca interpretacja, ponieważ geneza była bardzo prosta. To miał być zwykły science fiction, a w pewnym momencie zobaczyłem tam cząstkę siebie i dalej już, to chyba ty użyłeś określenia strumień świadomości. Stało się w ten sposób, że ten strumień świadomości spowodował, że wplotłem pewne osobiste spostrzeżenia w treść tej książki. Nie umiem ocenić tego, co robię. Ten sam problem mam z muzyką.
Nie umiem wyjść z siebie i stanąć obok i analizować tego, co zrobiłem. Zdaję się tylko na czytelników, na słuchaczy, a w tym przypadku jeszcze na wybitnego eksperta, jakim jesteś dla mnie. Słuchaj, cios za cios. Ty mnie tak przedstawiłeś, ja muszę teraz ciebie przedstawić. Dla mnie jesteś ekspertem w dziedzinie literatury. Jeżeli ty tak mówisz, to może tak jest.
[01:31:48] - Ja jestem przede wszystkim czytelnikiem i jako czytelnik się wypowiadam. Jak to odczułem, odebrałem, to moim zdaniem była główna idea tej książki. Ale chcę zwrócić uwagę na jeszcze jedną sprawę, bardzo istotną. Wśród miłośników science fiction, bo książka rzeczywiście może być tak sprecyzowana, pojawił się pewien problem, który uważają za nadrzędny. Szukają bowiem jakiegoś nowego, oryginalnego pomysłu, którego jeszcze nikt nigdy nie zrealizował. Moim zdaniem te poszukiwania są zupełnie niepotrzebne, a nawet bezsensowne, bo właściwie wszystkie pomysły już zostały wyeksploatowane, szczególnie w złotej erze literatury SF. Jednak twój pomysł, przyznaję, że ja się z nim nie spotkałem jeszcze nigdzie, jest moim zdaniem odpowiedzią na to zapotrzebowanie na oryginalność. Przedstawiłeś bowiem dwie postaci mające dokładnie tę samą tożsamość. Efekt został uzyskany oczywiście w sposób jak najbardziej, nazwijmy to, mocno quasi-naukowy. Jedna z postaci ma mózg cyfrowy i do tego mózgu przeniesiona została osobowość człowieka, który nadal żyje.
Żyją dwie osoby, które mają tę samą osobowość. Właśnie w związku z tym nie sposób nie spytać, czy myślałeś długo nad tym pomysłem, czy rzeczywiście miał być on czymś oryginalnym, czego do tej pory w literaturze nie było? Czy nie miało to właściwie takiego znaczenia, tylko konsekwencje tego wydarzenia, o którym mówiłem, czyli tego przeszczepu osobowości do mózgu elektronicznego.
[01:33:47] - Tak jak wspomniałem wcześniej, to na początku nie miała być książka, tylko scenariusz do filmu, czyli film. Kluczem dlaczego w ogóle się tym zająłem, dlaczego zacząłem to rozwijać, było właśnie to, że pomysł wydawał mi się oryginalny. Ale nie samo podwojenie osobowości, bo to w literaturze SF jest już wielokrotnie wykorzystywany ten pomysł. Tutaj bardziej chodziło mi o to, że chciałem zbadać, stworzyć historię tych samych osobowości, których los skierował w zupełnie dwie różne strony. Pokazać to, z kim się spotykamy, jakie przypadki mogą zajść w naszym życiu, jak może różnie potoczyć się los poszczególnych osób o tym samym punkcie wyjściowym na starcie. Bardziej o to mi chodziło. Miał być to zwarty scenariusz na około 30-minutowy film, nowelę SF. Natomiast jak usiadłem, padał śnieg, była pandemia, był wieczór, taka trochę nostalgia. Jak zacząłem pisać, to na drugi dzień, w sobotę, pamiętam, już miałem ponad 100 stron. Oczywiście spisane dość chaotycznie, ale zgodnie z zasadą, którą kiedyś słyszałem, należy pisać najpierw, a potem redagować, więc pisałem.
Tutaj jest taka ciekawostka, której jeszcze nikomu nie mówiłem. Może akurat w tym momencie będzie to interesujące. Miałem awarię komputera i podczas automatycznego zapisu pliku tekstowego plik się uszkodził. Około dwóch tygodni spędziłem, oczywiście nie 24 na 24, ale próbując znaleźć jakiś program do odzyskiwania tego pliku. Nie udało mi się i byłem tak wściekły, jakbym stracił jakąś najbliższą osobę. Tak mi było szkoda tego, co napisałem, ale widocznie tak musiało być, bo nie poddałem się i napisałem to jeszcze raz i myślę, że lepiej. Więc może tak musiało być.
[01:36:20] - Proszę państwa, odczytanie książki Bogusława Racą, w przypadku „Głębsiego Bardocka", jako opowieści science fiction jest oczywiście uproszczeniem. Tam jest pomysł rodem z SF. Powiedziałem o jednym bardzo oryginalnym pomyśle, ale jest też drugi, który jest już jakby wykorzystywany na sto tysięcy różnych sposobów w całej literaturze fantastycznej, od „Frankensteina” zaczynając. A więc mamy do czynienia z szalonym naukowcem wynalazcą, który jednak pokazany jest przy tym zupełnie inaczej niż w starej literaturze fantastycznej. Pokazany jest w sposób groteskowy. Do tego stopnia groteskowy, że momentami przeraża i bardziej mi się wydaje, że przypomina doktora Mengele niż doktora Frankensteina. Doktora Mengele, który po tym, jak udało mu się uciec przed odpowiedzialnością, na granicach rzeczywistości dokonuje dalej swoich nieludzkich eksperymentów. Czy nie obawiałeś się, Bogusławie, że właśnie pomysł z tym szalonym naukowcem może zaszkodzić książce?
[01:37:33] - Niczego się nie obawiam.
[01:37:38] - W takim razie, skoro przerywam ci, w związku z tym muszę zapytać, bo nie spodziewałem się takiej błyskotliwej odpowiedzi. Czy rok, który przeszedłem z doktorem Angelą jest dobry?
[01:37:53] - Nie wiem. Na chwilę mogę tylko, żeby już nie odpowiadać tak zdawkowo, żebyś mógł chwilę odpocząć, to powiem tak. Nawiązując do mojej wcześniejszej wypowiedzi na temat tego, że nie jestem w stanie wyjść z siebie i ocenić tego, co robię, w żadnej dziedzinie zresztą, to dużo bym dał za to, żeby móc przeczytać tę książkę, czy tę drugą, czy trzecią. Przeczytać jako czytelnik, a nie jako autor tekstu. Niestety na razie jeszcze nikt takiej metody chyba nie znalazł, a jakby się pojawiła, to proszę o informację. Na pewno chętnie odkupię taką receptę.
[01:38:40] - Od razu mogę sprzedać. Z tego, co wiem, trzeba poczekać jakieś 15 lat. Może w twoim przypadku więcej. Nie wiem, bo wtedy dopiero rzeczywiście zrywasz, odcinasz pępowinę swoją od dzieła. Natomiast wcześniej rzeczywiście jest to bardzo trudne. Warunek jest taki, że przez te 15 lat robisz coś innego. Myślisz cały czas o literaturze. Tutaj bardzo ważna sprawa. Powiedziałeś ostatnio, mam nadzieję, że mogę twoje wyznanie prywatne tutaj przytoczyć, że muzyka dla ciebie już teraz nie jest tak ważna jak pisanie. Właśnie temu się postanowiłeś w bardzo dużym stopniu całkowicie oczywiście oddać.
Czy potwierdzasz to?
[01:39:36] - Tak. To jest silniejsze ode mnie. Jeszcze pierwsza książka nie była zredagowana, ja już skończyłem drugą. Jeszcze druga nie była zredagowana, kończyłem trzecią. Jeszcze trzecia nie jest zredagowana, jestem w połowie z czwartej. Powiem tak. To wychodzi samo i to nie znaczy, że mam jakąś superdużą łatwość tworzenia. Nie chciałbym, żeby to było odebrane jako jakieś przechwałki, natomiast sprawia mi to ogromną frajdę. To, co nazwałem tworzeniem światów, a Marek Żelkowski powiedział: „No właśnie, bo to się tak nazywa”. Czyli użyłem nazwy, której nie znałem wcześniej, a okazuje się, że jak najbardziej właściwej.
Od razu powiem, może nie od razu, ale może wyjaśnię, że nie jestem miłośnikiem science fiction. To jest pierwsza rzecz. Jeżeli chodzi o literaturę, jestem miłośnikiem literatury ogólnie i czytam bardzo różne rzeczy. Od japońszczyzny, przez hiszpańskie teksty, książki hiszpańskich autorów, polskich. Bardzo różne rzeczy. Wiadomo, że Lem odgrywa bardzo ważną rolę w mojej historii czytelnictwa i gdzieś ten ślad głęboko czuję w sobie. Ale nie jestem miłośnikiem SF i też nie mam zamiaru pisać SF. Jak piszę, to piszę, użyję tutaj twojego określenia, które ty stosujesz, strumieniem myśli. Czyli albo mam pomysł, albo ten strumień idzie, albo nie. Nie silę się na jakiś plan.
U mnie nie ma planu w książce. Ja mam plan na najbliższe kilka godzin pisania. Dalej nie mam planu i skoro nie mogę się cieszyć czytaniem swoich książek, to się cieszę ich pisaniem. Czyli tworząc, bawię się tym, co robię.
[01:41:32] - To trochę przypomina metodę twórczą wspomnianego przez ciebie Stanisława Lema, który właśnie tej metody nie miał, bo mówił, że gdy pisał „Solaris”, to nie wiedział, co za chwilę Kris Kelvin odkryje, otwierając kolejne drzwi do jakiegoś pomieszczenia na stacji solarowskiej. Podobnie był tym zaskoczony, co zobaczył jego bohater, Kris Kelvin. Więc wydaje mi się, że takie podejście, taki impuls po prostu, który kieruje twórcą w tym momencie, to jest cecha tych, którzy naprawdę tworzą i mają naprawdę coś do powiedzenia. Dlatego muszę też zadać takie pytanie dość prowokacyjne. Bolesławie, czy ty chcesz nam opowiadać historie, czy też masz nam coś do powiedzenia?
[01:42:26] - Znowu odpowiem, że ja nie wiem, czy ja mam coś do powiedzenia. Pewnie mam, ale czy koniecznie chcę? Nie, niekoniecznie chcę, ale wiem, bo już takie echa do mnie doszły, że są ludzie, którzy odebrali pewne fragmenty mojej książki, przynajmniej tej czerwonej, jako moje osobiste wyznania. A to jest błąd. Ja nie mówię, że tam nie ma mojego zdania, bo to jest chyba naturalne, że ono gdzieś się może przebić. Natomiast to są zdania moich bohaterów i opinie moich bohaterów. Jeżeli ktoś chciałby z państwa poznać moją opinię na dany temat po przeczytaniu książki, to można zadzwonić, zapytać, napisać maila. Chętnie odpowiem. Natomiast proszę nie utożsamiać wypowiedzi moich bohaterów z moimi poglądami. Nie ma tam nic obrazoburczego, od razu powiem, bo to nie o to chodzi, ale chodzi o narzucenie pewnej narracji, która uważam, jest fałszywa.
I tyle mam do powiedzenia. A czy mam coś do powiedzenia? Naprawdę nie wiem. To wyjdzie z moich wierszy, jak to było w rafie. Skoro powiecie z twoich wierszy, to co wywodzisz z twoich wierszy?
[01:43:51] - Wywodzę różne odniesienia do innej literatury. Gdy czytałem przypadki, gdzie był styl Bartoka, to czułem się jak w świecie snu, czasami koszmarnego snu. Rzeczywistość była taka oniryczna. Nie wiemy do końca na dobrą sprawę, czy rzeczywiście pewne historie się tam wydarzyły. Nie wiemy, czy bohater miał paranoiczne złudzenia, urojenia wręcz, czy postaci, które szły za nim, rzeczywiście go prześladowały, czy tylko on sobie to wmówił. Te rzeczy są niedopowiedziane, ale w związku z tym kojarzą się z takim koszmarem, który czasami każdego z nas dopada, od którego się trudno uwolnić i który powtarza się w wielu różnych snach. Ta oniryczna część, ta oniryczna atmosfera, która właściwie z każdej strony na czytelnika dopada, była typowa dla wielu twórców międzywojnia. Może interesujesz się Witkacym, więc niestety wielka epoka literacka, ale tam bez problemu też można było odnaleźć Bruna Schulza czy Stefana Grabińskiego. Mówisz, że nie czytałeś wcześniej Bruna Schulza, ale jednak on tam jest zakodowany. Czy mógłbyś nam powiedzieć coś więcej w związku z tym o swoich literackich pasjach?
O tym, co tak naprawdę lubisz czytać? Kto jest twoim mistrzem? Ja wiem, że Witkacy, ale jakbyś mógł jeszcze dodać parę nazwisk. Dlaczego akurat taka literatura? Na ile ona może wpływać na powstawanie takich tekstów?
[01:45:39] - Nie mam jednego mistrza, nawet dwóch, trzech mistrzów. Albo mi się coś podoba, albo nie. Często mi się zdarza, że czytam kolejną książkę danego autora i już mi się mniej podoba na przykład. Więc tutaj o mistrzach trudno powiedzieć. Tutaj bardziej chyba uproszczę tą odpowiedź i może zabrzmi banalnie, ale to jest suma doświadczeń. Mam już swoje 62 lata i przeczytałem trochę książek, przeżyłem co nieco, więc doszedłem chyba do momentu, kiedy nie muszę się zbytnio wysilać, żeby coś tam z pamięci i z moich doświadczeń wygrzebać i rozwinąć w formie wątku w książce. Nie mam z tym żadnego problemu. Mam jeszcze wiele do opisania i tak jak gdzieś ostatnio przeczytałem w jakiejś japońskiej książce, chyba u Murakamiego, że starsza pani mówi do młodej pisarki, że zostaw to pisanie na razie, jest dla ciebie za wcześnie. Wróć do pisania tak za 20, 30 lat, bo ona miała brak weny. Wydawało się, że stworzy coś wielkiego.
Miała wielką pasję do pisania. Siadała do maszyny i po kilku zdaniach przerywała i uważała, że to, co napisała, co zaczęła w ogóle pisać, jest absolutnie banalne i nikomu niepotrzebne. I jak to zdanie przeczytałem, z tym że je przeczytałem dopiero niedawno, sobie pomyślałem no coś w tym jest, że na pewno łatwiej się pisze, łatwiej się tworzy mając większą sumę doświadczeń. Po prostu większy plecak czy większy garb na sobie i bardziej dotkliwe odciski na piętach i gdzieś tam jeszcze w innych miejscach. Więc suma doświadczeń, ja bym to tak nazwał. Natomiast wspomniałem Lema, wspomniałem jeszcze Murakamiego. W ogóle Murakami uważam, że wszystkie jego książki, które do tej pory przeczytałem, przeczytałem ich większość z tych, co napisał. To jest świat, który mi odpowiada. I to był jeden z głównych impulsów do pisania. To jest właśnie to, że tam nie ma jedności czasu, miejsca i akcji.
Postaci pojawiają się, znikają. Jest też oniryczność, którą jak gdyby też nie zaplanowałem w swojej książce, ale teraz widzę związki pewne. To są te najważniejsze chyba postaci. Marquez. No niestety ta najbardziej popularna powieść, czyli „Sto lat samotności”. Niestety mówię w cudzysłowie, bo już mam dość tego słuchania, że coś jest zbyt popularne i nie należy tego czytać, bo to jest niehonorowe wręcz dla człowieka intelektualisty, że coś jest hitem, jest bestsellerem, więc jest niegodne czytania, bo ja będę ciągle wyszukiwał jakieś niszowe książki, niszowe dzieła. Moim zdaniem bzdura.
[01:49:00] - Taki antysnobizm.
[01:49:01] - To jest bzdura, bo to jest snobizm polegający na antysnobizmie, ale jest jeszcze większym snobizmem. I przyznaję tutaj publicznie, uległem temu też kiedyś. I chodziło o Murakamiego. I kiedy wziąłem pierwszą książkę Murakamiego do ręki i przeczytałem kilka stron, powiedziałem: „Boże, gdzie ja byłem? Dlaczego ja tego wcześniej nie miałem w ręku?” I to jest moja odpowiedź odnośnie inspiracji. No, nie chcę wymieniać. Mam słabą pamięć. Powiem szczerze do nazwisk, do nazw coraz trudniej mi pewne rzeczy wymieniać, a miałbym sporo do wymienienia. No jeszcze Umberto Eco. Oczywiście chodzi wiadomo o jaką książkę.
[01:49:46] - Której tytułu nie wypada wymienić.
[01:49:48] - Nie wypada mówić znowu tak, bo to jest zbyt popularny tytuł. Ale nie tyle sama książka jest dla mnie ważna, muszę państwu powiedzieć, co jej zakończenie, ale nie zakończenie akcji czy powieści, tylko dodatek, który Umberto Eco umieścił na końcu książki, w którym pisze troszeczkę o swoim warsztacie i o historii powstawania tej książki. Wspaniała rzecz dla miłośników literatury, dla pisarzy. Według mnie jako źródło inspiracji, ale też oczywiście można polemizować z jego zdaniem, bo to nie jest wyrocznia. Ale powiedział, że kiedy redakcja chciała mu wyciąć pierwsze sto stron, właściwie skrócić o połowę pierwsze sto stron książki, powiedział, że jeżeli czytelnik nie jest w stanie przebrnąć tych pierwszych stu stron, które są wprowadzeniem do świata, który jest w dalszej części książki, to znaczy, że nie powinien tej książki czytać. To nie jest dla niego książka. I nie pozwolił sobie tego wyciąć. Powiem tak: to jest to, o czym ja myślę. To jest moje podejście również. Piszę dla siebie, a jeżeli komuś się to spodoba, to jest dla mnie największy zaszczyt i największy honor i największa przyjemność.
Nie ulegam komercji w tym sensie podejściu komercyjnym, czyli cięcia pisania pod publiczkę, że musi być na każdej stronie trup i tak dalej. Nie. U mnie jest oniryczność. Różne rzeczy są. Są dywagacje, jak to ktoś powiedział, co mi w duszy gra, ale akurat ta wypowiedź była w sensie negatywnym, a dla mnie jest ona bardzo pozytywna, bo skoro ktoś ocenił, że tam jest to, co mi w duszy gra, to o to mi chodziło.
[01:51:44] - Po prostu powieści dygresyjne. Tak można również określić. Widać zarówno w przypadkach Umberto Eco, jak i „Horologium”, jak i w książce, która się jeszcze nie ukazała, „Implikacje”, fascynację pociągami. Nie mogłem do tej pory rozgryźć, skąd ta fascynacja się wzięła. Oprócz tego, że po prostu sam kiedyś jako dziecko się fascynowałem i marzyłem o posiadaniu własnego parowozu, takiego zbudowanego na wzór tego z „Powrotu do przyszłości”, którym jest salonka, w którym mogę cały czas sobie przebywać i podróżować. Nie zastanawiać się nad tym, dokąd tym parowozem dojadę. Ale te marzenia powróciły właśnie wtedy, gdy czytałem Grabowskiego i czytałem jego „Demona ruchu”. Stąd też moje odczucia, że gdzieś ten Grabowski u ciebie jest. Nie sposób nie spytać, czy to jest też to marzenie dziecka, które u ciebie się realnie-- bo nawet jak zaczyna się czytać „Implikacje”, to pierwsza scena jest właśnie w pociągu, co absolutnie nie zaskakuje, jeżeli ktoś zna twoje wcześniejsze dwie powieści.
[01:53:13] - Na okładkach obydwu książek są sceny związane z koleją. Jeżeli chodzi o trzecią, „Implikacje”, pierwotny tytuł był „Przedział”, a jeszcze sam pomysł był „Podróż”. To były robocze tytuły, bo taki mam, że tytuł się zmienia w trakcie pisania książki, ale robocze tytuły są dla mnie najważniejsze. Tutaj roboczy tytuł był „Drzewa, parki, pociągi”. Ale moja pani redaktor Marta, która tutaj jest na miejscu, namówiła mnie na zmianę tytułu i powiem tak, jestem z tego bardzo zadowolony. Zresztą drugi tytuł „Horologium” to też jest dzieło Marty. Mój był wybitnie banalny, czyli „Zegar” po prostu. A słowo horologium pojawia się na początku książki jako synonim słowa zegar, więc uznaliśmy wspólnie, że będzie ciekawsze i bardziej oryginalne. Ale jeżeli chodzi o te pociągi, sprawa jest dość prosta. Tutaj nie ma specjalnie o czym opowiadać, bo tak jak i ty wspomniałeś, byłeś pasjonatem pociągów.
Coś tam w duszy grało. Dla mnie pociągi wiążą się z przyjemnością. Dziwnie może to brzmi, ale u mnie w rodzinie nigdy nie było samochodu. Jedynym środkiem komunikacji, który mógł nas dowieźć w przyjemne miejsca, czyli nad morze, na jakieś wycieczki do Torunia, Warszawy i innych miast, to były związane z koleją. Nie jeździliśmy PKS-ami, żadnymi autobusami, tylko pociągami. Do dzisiaj zapach czy niektórzy mówią, że to jest smród tych odchodów pomieszanych ze smarami i z jakąś tam smołą, którą nasączone są podkłady kolejowe, stare, drewniane. A dla mnie jest to zapach. Jest to zapach magiczny, który powoduje, że nawet okazuje się w książkę. To był dla mnie taki trochę narkotyk, taka siła napędowa. I te moje powroty do wspomnień związanych z koleją nastrajają mnie bardziej twórczo i pozytywnie.
Nie wiem, jak to powiedzieć. Najtrudniej rozmawiać o takich rzeczach. Powiem szczerze specjalnie nie przepadam za mówieniem o tym, co robię.
[01:56:02] - Myślę na chwilę, a może już w ogóle przez tej rozmowy pociągię o starym nawod. W drugiej powieści Paralogium bardzo ważną rolę odgrywa zegar. Przypomina mi ona trochę film, zupełnie zapoznany już film Guillermo del Toro „Chronos”, gdzie ten zegar całkowicie zmienia rzeczywistość tym, co się w niej pojawia. Chociaż rozwiązanie fabuły del Toro jest dość konwencjonalne, czyli jest zupełnie inaczej. Początek jest absolutnie, może nie taki sam, ale bardzo-- dobrze, wycofał słowo absolutnie. Początek jest podobny. Wiem, że powodem tej powieści właśnie jest prawdziwa historia. Czy mogę się wam przytoczyć?
[01:56:58] - Historia jest banalna. Nie wiem, czy przytoczyć. Może po prostu kupiłem zegar stary. Lubię stare przedmioty. Kupiłem stary zegar. Zegar, którego nie ma w katalogach. Antykwariusz, z którym znam się od lat, szukał zegara o tej nazwie w różnych katalogach i nie ma go. Ma jeszcze taki bardzo fajny numer, bo numer mechanizmu jest 111. Wyprodukowany w Paryżu w XIX wieku. Jestem jakiś taki dziwny, że gdzieś tam w głowie zaczęła się jakaś historia układać z tym zegarem, z jego historią.
Mnie to ciekawi jak może być, że nikt z fachowców nie może zlokalizować tego zegara, skąd on jest, kiedy był dokładnie wyprodukowany i tak dalej. Ale nie chcę tutaj spoilerować, bo po kilkunastu stronach następuje całkowity przewrót i już nie ma nic o XIX wieku, już nie ma nic o zegarach właściwie lub prawie nic. Jest raczej o sieci, sieciowości, która nas otacza, jest przeniesieniem w zupełnie inny świat. Więc to nie jest opowieść o zegarze.
[01:58:30] - Tak, zegar jest tylko pretekstem do opowiedzenia zupełnie innej historii. A właściwie jest to historia o naszych czasach. Moim zdaniem mówisz o naszej rzeczywistości, tylko przesunąłeś się trochę w przyszłość. Tylko teraz można nazwać Paralogium dystopią. W Paralogium pojawia się rzeczywistość nowej jaźni, która tak naprawdę opanowała całą rzeczywistość ludzkie umysły, osobowości, które nie mają zamiaru w ogóle nawet próbować wypowiedzieć się przeciwko niej, nie mają zamiaru się od niej uwolnić. Uważają, że to niewolnictwo, którym żyją, jest jak najbardziej fajne, bo daje im swobodę, daje im opiekę, daje im właściwie wszystko to, co jest do życia potrzebne, z wyjątkiem wolności. I okazuje się, że ta wolność chyba tak naprawdę w ogóle nie jest potrzebna. Czy rzeczywiście dostrzegasz symptomy tego wszystkiego? Czy piszesz o nowej jaźni w Paralogium, gdy piszesz o nowej jaźni w naszej rzeczywistości, gdzie można je dostrzec?
[01:59:41] - Wszędzie. Wszędzie ją mamy. Ale ja nie jestem krytykiem technologii. Od razu mówię nie, nie jestem takim negatywnym prorokiem i powiem w ten sposób nawet dość ostro, że denerwuje mnie, jeżeli ludzie, szczególnie mojego pokolenia, a jeszcze bardziej denerwuje mnie, jak młodsi ode mnie, czterdziesto-, trzydziestolatkowie utyskują na komórki, na komputery, na Facebooka, na to, że dzieci grają w gry wideo i tak dalej. Dla mnie jest to żenujący brak wyobraźni. Po prostu to jest jedyny kierunek, który świat chcąc nie chcąc obrał i nie mamy na to wpływu. Musimy się w nim ułożyć. I co prawda Stefan Kisielewski kiedyś powiedział, to jest cytat: „Nie jest to najgorsze, że jesteśmy w dupie, tylko najgorsze jest to, że się w niej urządzamy”. Ale tutaj po prostu tam chodziło o sprawy polityczne. Tutaj musimy się w tym urządzić i nie mamy wyjścia.
Przedmiotem tego tekstu jest bardziej efekt, jaki może być z tego, co może być efektem tej sytuacji, jeżeli bezkrytycznie będziemy temu się poddawać, a najprawdopodobniej będzie tak, co już powoli widać, że większość się dość bezkrytycznie poddaje właśnie wpływowi tej technologii i sieciowości. Powiem tylko, że w mojej książce posiadanie telefonu jest obowiązkowe, to znaczy rejestrowane i telefony są za darmo i internet jest za darmo. Dlaczego telefony? Bo nie udały się inne technologie kontroli nad społeczeństwem, więc z niechęcią pozostaną przy telefonach. Oczywiście one już inaczej wyglądają, są lepsze, bardziej nowoczesne i tak dalej, ale to są ciągle telefony i można powiedzieć, że mam zbyt małą wyobraźnię, że sobie nie wymyśliłem czegoś bardziej abstrakcyjnego. Ale mi nie chodzi o technologię. Tu chodzi o sens, o ideę, którą chciałem przekazać, ale jest to bardziej w formie zabawy. Mam nadzieję, że nie odebrałeś tego zbyt poważnie i nie boisz się używać telefonu.
[02:02:12] - Nie powiem ci, że rozczarowałem. Całkowicie się z tobą zgadzam. Jak najbardziej ten kierunek rozwoju technologicznego, w którym uczestniczymy, może być jak najbardziej pozytywny, użyteczny i nie wolno go moim zdaniem odrzucać tylko dlatego, że może nieść ze sobą jakieś zagrożenia. Jednak Nowa Jaźń to jest zagrożenie nie tylko logiczne. Nowa Jaźń mówi nam, jak mamy myśleć, jak mamy żyć, co mamy mówić, jakiego języka mamy używać, czego nie wolno. Bo jeżeli zrobimy coś, co jest sprzeczne z ideologią, można nazwać Nowej Jaźni, to na dobrą sprawę będziemy poddani co najmniej ostracyzmowi. Chociaż kiedyś stosowano wobec takich wolnomyślicieli bardziej drastyczne kary. I dlatego „Horologium” przypomina mi książkę, za którą można było iść do więzienia, czyli powieść Janusza Zajdla „Wyjście z Cienia”. Jedyna jego powieść, która wymknęła się cenzurze, bo wcześniejsze książki były tworzone na zasadzie upuszczenia pary. Czyli niech sobie zajdzie trochę na komunę, ponarzeka.
Dzięki temu ludzie poczują, że jest jakaś namiastka wolności. „Wyjście z Cienia” takie nie było. To była książka, którą cenzura moim zdaniem przepuściła, ponieważ była ona, czego nie wolno było wtedy zrobić w najmniejszym stopniu nawet, bardzo antysowiecka. Przede wszystkim „Horologium” to jest książka, za którą nie pójdziesz do więzienia, nikt nie będzie cię ścigał, ale możesz być poddany właśnie innym technikom, technikom niesprzyjemnym dla wolnomyślicieli w naszej rzeczywistości. Czyli na przykład możesz zostać zmarginalizowany. Można uznać, że mówimy o wszystkim, ale nie o racji. Dlaczego nie o racji? Nie dlatego, że źle piszę, tylko dlatego, że krytykuję. Ośmielam się krytykować. Użyję słów już takich, jak trzeba.
Czyli krytykujesz po prostu poprawność polityczną. Co więcej, moim zdaniem „Horologium” jest buntem wobec poprawności i namawiasz czytelników po prostu do tego, żeby się zbuntowali. W związku z tym stajesz się autorem, moim zdaniem trochę, a może nawet bardziej niż trochę niebezpiecznym.
[02:04:49] - Jestem dumny. Żart. Marek Żelkowski powiedział mi: „Wiesz, jak będziesz ocenzurowany, to dostąpisz zaszczytu stania w jednym szeregu z największymi w historii”. To też żart, ale tak powiedział. Nie wiem. Ja jestem zaskoczony tym naprawdę. Już się trochę znamy, ale ja to pierwszy raz słyszę w ogóle takie zdanie. Tam naprawdę coś takiego jest?
[02:05:21] - Tak, proszę mi wierzyć. Tak.
[02:05:24] - Nie jakoś dobrze. Okej, nie protestuję do końca, ale możliwe. Natomiast kto mnie zna, to wie, że nigdy się nie poddaję ogółowi. Zawsze idę swoją drogą i wiele razy w życiu mi mówiono: „Co ty tam, co ty tam robisz? Poczęł mnie. Co?” Nie robi mi to po prostu ani ziębi, ani parzy. Tyle. Robię swoje i tak samo jak piszę, to też piszę swoje i czy komuś się to podoba, czy nie. Mam nadzieję, że komuś się to podoba chociaż, bo teraz mnie może nie nastraszyłeś. Oczywiście też powiem lekko żartem, że to się nie może podobać rozumiem, tak?
[02:06:07] - To się nie powinno podobać, bo inaczej po prostu, jeżeli komuś się spodoba „Horologium”, to oznacza, że ktoś jest passé, jest niemodny, nie jest trendy i tak dalej.
[02:06:19] - No nie wiem, co mam odpowiedzieć. Nie będę dalej już tego komentował.
[02:06:24] - To wspaniała sprawa, że możemy spotkać pisarza, który po prostu nie zważa na obowiązujące tendencje, na obowiązujące normy, które też są dla nas, zarówno dla pisarza, jak i dla czytelnika, wyróżniane. „Horologium” jest właśnie taką, moim zdaniem, zdecydowaną, ostrą odpowiedzią przeciwko temu, co nas otacza i przeciwko temu, co wmawiane jest nam, że jest słuszne, niepodważalne i że jest to jedyny kierunek, w jakim powinniśmy iść. Oczywiście robi się to w sposób podstępny, zdradziecki i po prostu za pomocą indoktrynacji bardzo delikatnie nam przekazywanej, tak że niezauważalnie godzimy się na to. A tym tym nie, nie można się na to godzić. Trzeba mieć swoje wolne, niezależne zdanie, nawet jeżeli będzie ono mało fajne. Bo przecież wolność nie polega na tym, że mówimy same dobre rzeczy. Możemy mówić też złe rzeczy i dopiero wtedy mamy do czynienia po jakimś czasie z osądem. Ale powinniśmy mieć prawo do wypowiedzenia również tego, co jest, a nie tylko tego, co powszechnie uznawane jest za dobre. Proszę państwa, teraz czas na was. Możecie zadawać pytania pisarzowi.
Nie mogę podchodzić do was z mikrofonem, bo mnie podłączyli jak zdarzenie.
[02:08:01] - Chciałem jeszcze na zakończenie od siebie zarekomendować pracę, jaką włożył w oprawę tych książek mój kolega Tomasz Czyściecki. Artysta z Gdańska, który zaprojektował zarówno okładki, jak i, co dzisiaj nie jest dość częste, oczywiście, że się zdarza, natomiast niezbyt często, autorskie ilustracje w środku do obu książek. Zdaniem kilku ludzi, którzy dali mi jakąś informację zwrotną na temat tych książek, ich podstawową zaletą jest to, że je się w miarę dobrze czyta. Podobno się czyta je dość lekko i nawet z przyjemnością. A to jest zasługa Marty, która tutaj siedzi, która włożyła ogrom pracy, żeby takiego początkującego autora troszeczkę wyprostować i skierować na odpowiednie tory. Także polecam również od strony technicznej. Dobrze się to czyta. To tyle ode mnie.
[02:09:25] - Proszę państwa, naprawdę dobrze to się czyta i pomimo tych wszystkich ważnych spraw, o których mówiliśmy, czyta się to szybko. Nie można się od tego oderwać. To jest prawda. Proszę państwa, państwa i moim gościem był pan Piotr Sawcaz. Dziękuję za przybycie na Festiwal Książki.
[02:09:52] - Proszę państwa! Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem, a właściwie źle mówię, z inicjatywy Piotra Cielebiasia postanowiliśmy powołać w „Bibliotekarium 2.0” nowy twór medialny. Ten twór zatytułowany jest „Sentymentalnik”. Inspiracją była niewesoła okoliczność, a mianowicie śmierć Macieja Trojanowskiego. 13 października miało to miejsce. Macieja Trojanowskiego, który był prowadzącym kultowego formatu, kultowego programu „Nie do wiary”. W „Sentymentalniku” będziemy wspominać programy, audycje, gry sprzed wielu lat. Może jeszcze czegoś nie wymieniłem. Może coś jeszcze? Jeszcze nic mi nie przyszło do głowy.
W każdym razie będziemy wspominać. Zapraszam państwa. Jeżeli macie jakieś propozycje do „Sentymentalnika”, to jest to miejsce. Piszcie państwo w komentarzach, piszcie państwo do Ivelliosa. Przejmiemy podstępnie te wiadomości i postaramy się z tych podpowiedzi skorzystać. Teraz już zapraszam na pierwszy odcinek „Sentymentalnika”. Tak jak powiedziałem dzisiaj o Macieju Trojanowskim i programie „Nie do wiary”. Piotrze, zaczynamy coś nowego. Coś nowego nazywa się wstępnie, ale pewno już ostatecznie, „Sentymentalnik”.
[02:11:46] - „Sentymentalnik”, bo jakby się nazywał „Sentymentarium”, to już by się w ogóle wszystkim chyba pomyliło. Będzie to program, w którym będziemy wspominali filmy, produkcje, gry z przeszłości z wątkiem paranormalno-fantastycznym. Będzie to taki nieregularnik i mam nadzieję, że pomożecie nam go tworzyć. Już na początku z tego powodu kierujemy do was pytanie, czy znacie jakieś produkcje sprzed lat, które są zapomniane, a co do których czujecie jakiś szczególny sentyment? Jeżeli one zarosły mchem historii, nie jesteście sobie w stanie o nich przypomnieć, to kierujcie do nas pytanie, kierujcie do nas propozycje. Adres znajdziecie na YouTubie i tam Marek go na koniec poda. A skąd pomysł na „Sentymentalnik”? Zauważyliśmy wzrost komentarzy, relacji, reakcji pod filmami, które się odnosiły na przykład do „Zapomnianych lektur” albo do serialu „Z archiwum X”. Po drugie, istnieje taka tendencja do zainteresowania w internecie dawnymi rzeczami, których dzisiaj nie ma. Bo Marku, tak mi się zdaje, że sentymenty popkulturowe są blisko związane z takim przekonaniem popularnym: „A kiedyś to było”.
Że to, co było kiedyś, było lepsze i będziemy się też w „Sentymentalniku” na tym skupiać. Czy na pewno te wszystkie dawne produkcje, które tak wspominamy z rozrzewnieniem, były aż tak dobre? Natomiast w pierwszym odcinku „Sentymentalnika” będziemy wspominali „Nie do wiary”. Kultowy program na temat zjawisk paranormalnych emitowany przed laty przez TVN. A przyczyna jest dość smutna, ponieważ 13 października tego roku w Warszawie zmarł Maciej Trojanowski, ikona tego programu, prowadzący, z wykształcenia inżynier chemik. Miał bogaty życiorys, był prezenterem telewizyjnym, okazjonalnie aktorem. Oczywiście czytając jego biogram zauważymy, że to była taka poboczna działalność raczej. Natomiast on był trzonem tego programu do tego stopnia, że pamiętam, że on potem bywał zapraszany na różnego rodzaju imprezy związane z paranormaliami, ale jakoś nigdy do tego światka alternatywnego nie przeniknął. Ale co mogę o nim powiedzieć, to że był jednym z fundamentów tego programu, bardzo mocnym, na którym zbudowała się legenda „Nie do wiary”.
[02:14:13] - Tak, on rzeczywiście był postacią hipnotyczną albo hipnotyzującą widzów. Pamiętam sposób, w jaki mówił To, co mówił, było z definicji naznaczone tajemniczością. Oczywiście dużą rolę odgrywał tekst, który podawał z ekranu, jednak też pewien tembr głosu, sposób akcentowania. To wszystko było ważne i to chyba dla mnie było najważniejsze. Widziałem świetną robotę zarówno samego występującego, jak i całej ekipy, która ów program tworzyła. Robotę dotyczącą dekoracji, dotyczącą tego, w jaki sposób coś przedstawiamy. Bo umówmy się, program, o którym dzisiaj wspominamy, to był program, który kiedy go oglądałem, nie niósł ze sobą treści, które byłyby szczególnie zaskakujące. Nie wiem, albo ja wtedy byłem bardzo trendy i na ścieżce, i na kursie i w związku z tym niewiele mnie tam zaskakiwało. Sporo z tego, co było mówione, wiedziałem. Niemniej jednak trzeba się do tego przyznać, przy każdej kolejnej emisji meldowałem się przed ekranem.
Po prostu ten hipnotyczny głos, sposób, w jaki to było robione, pewna ceremonia się odbywała na ekranie, pewne misterium. To było ważne. I ja się wcale nie dziwię, że tak wiele osób ma sentyment do programu, ponieważ rzeczywiście na naszych oczach odbywały się rozmowy nie tylko o tym, co dziwne, wkraczanie do świata alternatywnego, dotykanie tajemnic, ale jednocześnie było to też misterium, o którym powiedziałem i z całą odpowiedzialnością o tym mówię. I to bardzo dobrze, bo przyciągało to ludzi i to dla mnie jest dobre wspomnienie, mimo wszystko.
[02:16:45] - Tak, to była przede wszystkim telewizja, coś, co docierało do wszystkich i oczywiście te informacje można sobie było znaleźć w literaturze czy w prasie. Natomiast „Nie do wiary” dla wielu osób było takim wstępem do poznawania zjawisk niezwykłych. Ten program emitowany był najpierw na antenie Telewizji Wisła. Ja pamiętam, że to był taki poprzednik TVN-u. Oni potem wykupili koncesję i ta Wisła się stała TVN-em. Tam gościł na antenie, natomiast potem przeszedł na ekran z nowym właścicielem i do 2007 roku mogliśmy „Nie do wiary” oglądać. Pięć lat później w TTV nastąpiła reaktywacja programu, ale bez większych rezultatów. Podobnie jak próba przeszczepienia tego formatu na antenę Polsatu jako chyba „Strefa tajemnic”. Ale to inna sprawa. Marku, ty powiedziałeś, jak zapamiętałeś „Nie do wiary”, to ja może też coś powiem.
Muszę się przyznać, że w młodym wieku byłem nim zafascynowany, ponieważ był prosty i przekazywał pewne sprawy bardzo topornie. Dobrze powiedziałeś o tym misterium, że to było tak, że tam się odgrywał pewien proces, zazwyczaj taki sam, ale to wciągało. Pamiętam, że czekało się co niedziela wieczór, kiedy program był emitowany. Była ta atmosfera tajemnicy, czasami nawet grozy, szczególnie kiedy się pojawiały odcinki na temat zjawisk paranormalnych. Ale muszę też ci powiedzieć, że były takie odcinki, które były dla mnie mocno rozczarowujące, bo czekało się, a koniec końców prezentowali jakąś zagadkę, która wcale nie była taka wciągająca i frapująca jak na przykład Chupacabra, jakiś potwór. Osobiście po latach najlepiej wspominam te odcinki „Nie do wiary”, które dotyczyły spraw i zagadek z Polski. Czy to UFO, czy to duchów. Muszę powiedzieć, że to miało wspaniały klimat. I tak powiem ci, że co prawda w polskiej telewizji czasami dawniej, raz na jakiś czas były jakieś drobne reportaże na temat UFO, na przykład w „Ekspresie reporterów”, ale „Nie do wiary” to był całkiem nowy format, nowoczesny. Prezentowane to było w sposób bardzo dynamiczny, ale z dzisiejszej perspektywy oceniam, że to było bardzo lakoniczne wszystko.
I pomimo to wydaje mi się, że jest bardzo duża grupa osób, która chętnie by coś takiego jeszcze raz obejrzała. I kiedy pamiętam, przygotowywaliśmy odcinek „Debat Ufologicznych” o UFO nad Ukrainą, to ja sobie przeglądałem zawartość YouTube'a ukraińskiego i rosyjskiego i odkryłem wtedy, że tam takie produkcje typu „Nie do wiary” cały czas są produkowane i jeżeli sobie poszukacie w sieci, to możecie znaleźć ichniejsze odpowiedniki właśnie NDW, jak to mówiono w skrócie. I czasami jest to nawet bardzo ciekawe. I tutaj się pojawia pytanie, dlaczego tam ciągle się to w sumie kręci, a u nas zaprzestano?
[02:19:51] - Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Może dlatego, że... Nie, nie podejmę się. Teoria, która mi się w głowie ulęgła, jednak chyba by się nie sprawdziła. Myślę, że w pewnym momencie spora część widzów tego formatu zaczęła szukać głębiej. Zaczęła znajdować rzeczy, które nie pojawiały się na ekranie telewizyjnym, ponieważ wymagałyby jednak Chociażby dłuższego czasu. Tego czasu nigdy w telewizji nie jest za dużo, zawsze go jest za mało. A ponieważ to jeszcze wszystko było obudowane tym misterium, czyli sposobem mówienia, sposobem przedstawiania.
[02:20:45] - Tak, jeszcze były reklamy w połowie.
[02:20:48] - Tak. To jednak sprawiało, że ludzie przeskakiwali do internetu, przeskakiwali do książek, to może rzadziej. Jednak szukano rozwinięcia tematu, bo tak jak powiedziałeś, program był lakoniczny, on tylko sygnalizował pewne sprawy i chyba dobrze. Wydaje mi się, że to, że on jest dzisiaj tak wspominany, to właśnie między innymi dlatego, że bardzo wielu ludzi pobudził do własnych poszukiwań, do własnych badań. Może „badania” to za dużo, ale w każdym razie do zgłębiania tematu. I to jest chyba cenne w tego rodzaju programach, bo tam treści, tak jak powiedziałeś, były różne. Pamiętam jeden odcinek z tych rozczarowujących. To był taki, gdzie ktoś przesłał film, który teoretycznie przedstawiał UFO, ale później w toku badania taśmy, bo to wszystko było przedstawiane w takim, przypomnijcie sobie państwo, poza prowadzącym byli jeszcze jacyś ludzie, którzy grzebali przy jakichś konsolach, coś tam robili. To sprawiało wrażenie, że tam w ogóle jakiś instytut działa na antenie. Analizowano film, który się okazał fejkiem.
Ktoś uciekał z latarką przed tą osobą, która filmowała i to miało naśladować UFO. To takie moje chyba najgorsze wspomnienie. Natomiast większość z tych audycji wspominam bardzo dobrze, właśnie jako takie flesze troszkę, które sygnalizowały: „O! Tym się zainteresuj”. Albo sprawiały satysfakcję: „O, to już wiem”. I to myślę cenne. Tak jak powiedziałem, myślę, że ten program pobudził bardzo wiele osób do tego, żeby zainteresować się różnymi tematami z pogranicza, po prostu zgłębiać temat. To chyba najważniejsze.
[02:23:02] - Tak, dobrze to określiłeś, że udało się TVN-owi w przypadku „Nie do wiary” wykreować taki wizerunek, że w tej przysłowiowej strefie 11 badano zjawiska paranormalne, co raczej chyba nie było do końca prawdą, bo tak naprawdę pan Trojanowski był głównie prezenterem, chociaż wiele osób uważało inaczej. Tam była jego asystentka, pani Katarzyna Ornatkiewicz, pamiętam, z taką burzą kręconych włosów. W programie się pojawiała, ale ona była aktorką, ją mogliśmy zobaczyć tu i ówdzie. Nad resztą pracowali dziennikarze i ekipy telewizyjne. Eksperci się pojawiali raz na jakiś czas. Tutaj się pojawia taki niedosyt, bo tam było za dużo bicia piany, a za mało konkretów. Też jest kwestia wiarygodności, bo byli tacy, którzy mówili albo zarzucali „Nie do wiary”, że nic nie wyjaśnia, że żeruje na tych tajemnicach, że obiecane wyjaśnienia nigdy się nie pojawiają. Ale kogo to obchodziło, kiedy raz na tydzień się dostawało takie ciastko?
[02:24:07] - Tak. Ja się nawet zastanawiam, Piotrze, wspomniałeś o tym ukraińskim formacie. Ja się zastanawiam, czy to, że reaktywacja nie powiodła się ani w TVN-ie, ani w Polsacie, to po prostu czasy się już zmieniły i już chyba na takie programy nie ma miejsca. Może robione nieco inaczej, może odwołujące się do innych emocji. Być może. Ale ten format chyba trafił w swój czas. Wtedy był jak najbardziej okej. Przypomnę czasy, kiedy internet, przynajmniej na początku tej audycji, to jednak było coś ekskluzywnego, coś rzadko spotykanego. Im dalej podążymy z rozwojem audycji, to internet był coraz bardziej popularny. Aczkolwiek przypomnę 2007 rok, kiedy pierwszy wysyp skończył się, to 2007 rok, ten internet owszem działał, wszyscy korzystali, ale co poniektórzy jeszcze korzystali przez modemy.
Chciałbym to mocno podkreślić. Może już coraz rzadziej może się pojawiały, mówię o modemach telefonicznych, te, które tak charakterystycznie pikały. Pojawiały się już stałe łącza, pojawiało się to, co oferowała pierwsza Telekomunikacja Polska S.A. Kto dzisiaj pamięta te nazwy w ogóle? Więc się coś takiego pojawiało. Im bardziej rozwijał się internet, tym formuła programu, to, co przekazywał, to wszystko stawało się coraz bardziej anachroniczne. Mówię, czas tej audycji, tego formatu już po prostu przeminął. Takie mam wrażenie.
[02:26:02] - Patrząc po ilości słuchaczy, którzy śledzą debaty ufologiczne, mój kanał, twój kanał, to wydaje mi się, że zainteresowanie jest ogromne. Natomiast telewizja nie może sobie pozwolić na to, żeby puścić audycję gadaną, chyba że jest się TVP Historia i się zaprasza ekspertów. Natomiast to był TVN, telewizja czysto komercyjna, która musiała grać na emocjach. Ja tutaj sobie poszukałem, dlaczego oni skasowali „Nie do wiary” i Wtedy Andrzej Szołtysik albo Sołtysik, nie pamiętam, jak się to wymawia, ale to jest ten dziennikarz od wszystkiego, który był wtedy rzecznikiem stacji. On powiedział, że program „Nie do wiary” trwał długo, zdecydowanie za długo i po prostu się tematyka wyczerpała. Osobiście nie wierzę w wersję Sołtysika, dlatego że zawsze w telewizji się rozchodzi o pieniądze i w „Nie do wiary” było to widać. Realizacja tego była zbyt kosztowna i nie wytrzymała konkurencji ze stacjami zachodnimi, które wchodziły na rynek w wszelkich pakietach i tam mogłeś sobie programy o tajemnicach, w tym o UFO, zobaczyć na co dzień. Cóż wielkiego oferował TVN z „Nie do wiary”? Niewiele. Dlaczego?
Dlatego, że jeżeli sobie wrócicie dzisiaj do „Nie do wiary”, to zobaczycie, że tam raz na jakiś czas rzeczywiście były fajne przypadki, fajne historie z Polski, natomiast reszta była montowana prawdopodobnie z zakupionych materiałów z innych krajów, w tym z Ameryki Południowej. I to już były materiały jakościowo gorsze. To była autorska składanka na podstawie materiału, który był zakupiony gdzieś za granicą. I z tego powodu „Nie do wiary” nie wytrzymało. Myślę, że zwyczajnie konkurencji nie wytrzymało z innymi tego typu programami, bo ono zniknęło, zanim się pojawili „Starożytni kosmici”. Już się wtedy chyba nie opłacało, bo by musieli dziennikarze poświęcać czas, jeździć, szukać takich historii, a to jest trudne. I z tego powodu to wszystko chyba wygasło. Z drugiej strony muszę wam powiedzieć, że ci researcherzy, którzy próbowali reanimować „Nie do wiary” i podobne programy, ja miałem z wieloma kontakt, to byli ludzie bezczelni. Bezczelni, nieukrywający tego, o co im chodzi, czyli o oglądalność. Oni potrafili zadzwonić, powiedzieć: „potrzebujemy tego, tego, tego, a reszta nas nie interesuje”.
Z drugiej strony, Marku, dlaczego ja na przykład miałbym stawiać wszystko na głowie, łącznie ze swoim czasem wolnym i robić wszystko, żeby wystąpić w programie, który zostanie pokazany w telewizji? Takie czasy się skończyły, kiedy kogokolwiek rajcowało pokazywanie się w telewizji. Dzisiaj każdy ma YouTube'a, prawda? Ja miałem do czynienia z wieloma osobami, które starały się reanimować tego typu formaty. Zawsze kończyło się na tym, że mówiłem „dziękuję”. Także tak się skończyło prawdopodobnie „Nie do wiary”. Dziwi mnie tylko jedno, że nigdy nie wykorzystał Maciej Trojanowski tej stworzonej wokół siebie legendy. Bo gdyby on sobie założył podcast z tym swoim głosem, z tą swoją charyzmą, przyciągnąłby naprawdę wiele fanów tych starych, ale też i tych nowszych. A tutaj jakoś to się wszystko rozpłynęło i mnie się tak wydaje, znaczy wydaje nie wydaje, powiem ci, że zastanawiam się, czy on po prostu nie był człowiekiem wynajętym do roboty, że on zrobił swoje. Natomiast ta kwestia zjawisk tajemniczych chyba go za bardzo nie interesowała, skoro do niej po prostu po wielu latach nie wracał.
A mógł. Mógł to zwyczajnie skapitalizować.
[02:30:02] - Tego nie wiem oczywiście, ale to nic albo niewiele zmienia, bo jednak został chyba na trwale jego głos, jego charyzmatyczna sylwetka, specyficzna bardzo, sposób wysławiania się. Sama postać jest tak ściśle powiązana z tym, co się na ekranie odbywało, co można było zobaczyć, że nie da się tego odspawać i gdzieś tam już na zawsze to zostanie. Taka mnie refleksja naszła, kiedy mówiłeś o TVN-ie, że to jest troszkę tak, że chytry dwa razy traci. Bo szkoda było pieniędzy, żeby zainwestować w format z punktu widzenia tych rasowych, wspaniałych i głównonurtowych dziennikarzy, robić jakiś program o pierdołach. Nie, to szkoda pieniędzy. Więc ktoś gdzieś na świecie zainwestował pieniądze i odniósł sukces. Ja wiem, że dzisiaj różne rzeczy się o serialu, chociażby o tych starożytnych kosmitach mówi. Słusznie zresztą. Natomiast fakt jest faktem, że ten format odniósł ogólnoświatowy sukces i dzisiaj się możemy podśmiewać, szczególnie z tych ostatnich serii. Możemy się podśmiewać.
Niemniej jednak odnieśli sukces, bo zainwestowali. Natomiast ktoś bardzo mądry, bo nie miejcie państwo złudzeń, w telewizjach różnego rodzaju, szczególnie tych głównonurtowych, są sami mądrzy ludzie, wybitni i wiedzący wszystko najlepiej. I oni zdecydowali, że to nie rokuje i to się nie da spieniężyć i to w ogóle głupie jest. Mam nadzieję, że wyczuwacie państwo, że drwię sobie i to tak niespecjalnie subtelnie, bo to tak właśnie wygląda. Bardzo mądrzy ludzie orzekli, że trzeba to wyrzucić do kosza, bo to się nie przełoży na pieniądze. A może trzeba było po prostu te pieniądze zainwestować, żeby wyciągnąć jeszcze więcej? To banalne, co mówię, ale w gruncie rzeczy chyba jeszcze nie do wszystkich w tych gremiach zarządzających dotarło.
[02:32:21] - Ja ci powiem z autopsji, jak to wyglądało. To było tak, że gdyby oni swego czasu się zwrócili do takich instytucji jak Nieznany Świat czy różnego rodzaju grupy zajmujące się badaniem UFO UFO, gromadzeniem tych relacji, pewnie by to pociągnęli. Natomiast przy realizacji tego typu programów, nawet kiedy się spotykało z reżyserem, z researcherem, z kimkolwiek, to tam padało takie hasło. Tam nie było pytań, tam było żądanie. Pan nam daje i koniec. I tam nie było kontynuacji. A my pana pokażemy, jeszcze pan powie, jak pana podpisać. I to była taka filozofia tworzenia tych programów, która była bardzo krwiożercza, kapitalistyczna i ich nie interesowało nic, tylko złapać lescza jelenia, który się pokaże i który opowie jakąś historię.
[02:33:09] - To wypływa, Piotrze, przepraszam, ja tu muszę ci się wciąć. Muszę, zgodnie ze zwyczajem. To wypływa z tej filozofii, o której mówiłem. My wiemy lepiej. Ty sobie możesz gadać co chcesz, ale my wiemy lepiej, co ty masz powiedzieć. Już się zamykam.
[02:33:26] - Ale ja często tak mam, bo dzwonią do mnie na przykład z telewizji czy ze śniadaniówek i to mnie strasznie denerwuje. Muszę to powiedzieć. Tam mają mnie za frajerzynę, że oni mnie pokażą na przykład w TVP i ja tam pojadę. Ja tam zmarnuję swój czas, oni mi za powrót zwrócą na przykład. To nie są te czasy, kiedy ktoś byłby zainteresowany, zafascynowany, podniecony występem w telewizji. Telewizja jest przeżytkiem i oni muszą teraz te wszystkie „Pytania na śniadanie” stawiać na głowie, żeby tych frajerów gonić. I niestety to wszystko zjadło swój własny ogon. Oni olali ludzi, oni traktowali ludzi i specjalistów przedmiotowo i to się zemściło. Nie wiem, jak było w przypadku „Nie do wiary”, ale podejrzewam, że bardzo podobnie. To tyle w sentymentalniku naszym, bo poszliśmy w nuty bardzo gorzkie, ale w sentymentalniku będzie też coś takiego jak powrót po latach.
Powiem ci, Marku, że ja wróciłem do „Nie do wiary” po latach. Znalazłem sobie odcinki na YouTubie jakiś rok temu. Byłem chory, pamiętam, w niedzielę leżałem w barłogu i sobie oglądałem. A powiedziałem: „Obejrzę, co mam do stracenia?”. I powiem ci tak: już nie było takiego czaru. Wyrosłem. Pojawiły się te ciarki, ta magia pojawiła się przy odcinkach z Polski. Było naprawdę fajnie. Pamiętam, że nie mogłem znaleźć wszystkich, które pamiętałem. Natomiast te materiały, które były sklecone z klipów telewizji na przykład południowoamerykańskich, to już było coś jakościowo gorszego.
To przypominało mi tak naprawdę bardzo współczesne filmy, które znajdujesz na YouTubie, które są posklecane z różnego rodzaju klipów i są po prostu opatrzone komentarzem. To naprawdę było kiepskie, a czasami i złe po prostu. Ale ten sentyment do „Nie do wiary” pozostaje. Natomiast jak miałbym być takim złośliwcem, to bym ci powiedział, że w „Nie do wiary” 90% contentu i czaru to jest kreacja. Natomiast treść to jest już dużo gorzej, bo nie jestem w stanie powiedzieć, czy 5%, czy to pozostałe 10. I proszę, nie traktujcie tego jak zamach na jakąś świętość.
[02:35:59] - Na świętość, tak. Proszę państwa, to tyle w pierwszym wydaniu sentymentalnika. Ja mam nadzieję, że pomożecie państwo tworzyć te treści, ponieważ każdy z państwa ma jakieś takie audycje, które z dzieciństwa, z młodości zapamiętał. Nie wszyscy pamiętamy to samo. Różnymi rzeczami się różne osoby fascynowały. Namawiamy wspólnie z Piotrem, żebyście państwo podzielili się tymi swoimi sentymentami, a my postaramy się jakoś te sentymenty odświeżyć, a w każdym razie przybliżyć, przypomnieć to, co działo się kiedyś.
[02:36:46] - Dokładnie tak. Do usłyszenia w kolejnym wydaniu sentymentalnika za jakiś czas.
[02:36:54] - To teraz zapraszam państwa na „Labirynt książek”. „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj na tapet wzięta została książka „Slumberland”. Jej autor jest laureatem Nagrody Bookera w 2016 roku. No cóż, o tej książce tak bym powiedział. Oczywiście rzecz przeczytana u konkurencji. Nie u konkurencji, u wydawcy. Ostra jak brzytwa i przezabawna powieść o zniechęconym DJ-u z Los Angeles, który wyrusza w podróż do zjednoczonego Berlina w poszukiwaniu swojego transatlantyckiego sobowtóra. Ja nic więcej na ten temat już nie powiem. Oddaję głos naszemu ekspertowi.
Mirosław Gołuński i jego „Labirynt książek”.
[02:38:18] - Dzień dobry państwu albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy znajdziecie czas, by odsłuchać kolejne spotkanie w moim „Labiryncie książek”. Dzisiaj przenosimy się bardziej w czasie niż przestrzeni, choć autorem książki jest Afroamerykanin Paul Beatty. Paul Beatty to znany amerykański pisarz. Ukazały się w Polsce już jego trzy powieści. Dziś mnie interesuje powieść „Slumberland”. To z założenia nazwa knajpy w Berlinie Zachodnim. Tak, nie pomyliłem się. Chodzi właśnie o Berlin Zachodni, w którym główny bohater powieści będzie miał przyjemność bądź nieprzyjemność, zależy, z której strony na to spojrzeć, pracować jeszcze przed 1989 rokiem. Teraz już państwo zrozumiecie, dlaczego przesuwamy się dużo bardziej w czasie przed wzniesieniem muru berlińskiego, o którym też jest mowa w powieści, a nie w przestrzeni, bo w końcu do Berlina z Polski nie jest daleko.
Powieść została wydana w 2008 roku i przyniosła autorowi zasłużoną sławę. Data wydania jest ważna, ponieważ jak państwo widzicie, akcja utworu toczy się dokładnie 20 lat wcześniej. DJ Darky to narrator i główny bohater powieści. Pierwotnie robi karierę w Stanach Zjednoczonych, niewielką, ale pewnego dnia otrzymuje kasetę z muzyką czarnoskórego jazzmana. To nie jest takie proste, bo to jest muzyka, która tak naprawdę służy jako tło. Przepraszam, mam nadzieję, że słuchacie państwo tego wieczorem, porno taśmy towarzyszącej stosunkowi z kurą. Ostatnio zoofilia stała się w Polsce dosyć popularna. Oczywiście to jest ironiczne. On przyjeżdża do Europy, ponieważ z Europy do niego została wysłana paczka, w której była kaseta wideo. Znajduje pracę w barze Slumberland, gdzie będzie ustawiaczem szafy grającej, ponieważ na co dzień pracował jako DJ, więc zna się na robocie.
Sama ta przestrzeń Slumberland to miejsce, w którym spotykają się światy czarnych i białych mieszkańców Berlina. Przy czym czarni to raczej mężczyźni, a białe to kobiety. Nie jest to oczywiście reguła bezwyjątkowa, ale jak państwo się domyślacie, to przestrzeń, w której jest dużo seksu, dużo niezrozumienia, ponieważ w tym barze bywają zarówno Amerykanie, którzy żyją w Niemczech, jak i żołnierze amerykańscy i tak dalej. Można powiedzieć: jeszcze jedna parodia. Nieco satyryczna wizja Europy oczami Amerykanina. To prawda, ale ta wizja również przeraża. Kluczowym wydarzeniem dla powieści jest obalenie muru berlińskiego w 1989 roku, o czym już wspomniałem, który nasz bohater przegapił, ponieważ idea istnienia tego muru była mu kompletnie obca. Nie znał zbyt dobrze niemieckiego, więc po prostu nie zauważył, że coś się zmieniło. Ale dzięki temu historia poszukiwania Stona Schwee, czyli tego jazzmana od muzyki, przeradza się w przedziwną opowieść o historii Europy. Pojawia się w niej agent Stasi, czarnoskóre Niemki i muzyka jako kluczowy punkt na mapie opowieści.
Muzyka i muzyczność to oczywiście istota tej historii. Mam poczucie, że tłumaczowi udało się właśnie atmosferę czarnej muzyki lat 80. oddać. Bohater ma słuch absolutny i uwielbia rejestrować wszelkie dźwięki. Nawet pisanie po zamarzniętej szybie obraźliwego dla niego napisu przez białego Niemca. On ma hopla na punkcie dźwięków. Nagrywa wszystko. Garnki spadające, oczywiście metro niemieckie, bo dla niego różni się od metra w Stanach i tak dalej. W życiu stworzył jeden jedyny genialny bit. Ten bit, który mógł mu przynieść miliony, ale go nie sprzedał.
Cały czas jest jakby potencjałem. Gdy go puszcza kilkakrotnie w czasie tej historii, go odtwarza innym postaciom, to wszyscy oczywiście dostają jakiegoś amoku na sam dźwięk, ale jego obsesją nie jest jego bit, ale muzyka Schwee. I bez wczucia się właśnie w muzyczność tej opowieści. Muzyczność, która jednocześnie jest i nie jest celem samym w sobie, nie da się uchwycić sensu tej historii. Wiele w tym ironii, ale też wiele stawania pod prąd historii. W innej ze swojej powieści Beatty opowiada o, w „Czarno-białym”, opowiada o Amerykaninie, który tęskni za segregacją rasową. Afroamerykaninie oczywiście. A w tej powieści, w „Slumberland” wielu Niemców marzy o powrocie muru berlińskiego, bo właśnie mur jako symbol, tyle że już nie ceglany, a muzyczny, a wreszcie bardzo metaforycznie rozumiany, organizują życie bohaterów i tak opowieści. Również dzięki temu murowi, najpierw ceglanemu, a potem muzycznemu, pozna bohatera swojej obsesji, czyli Schwee. Mamy tam w tej opowieści wiele przemycanych przy pomocy ironii, bardzo smutnych refleksji o świecie.
Tak jak to, że ściga nastolatka, który wypisywał na jego temat obrzydliwe napisy. Coś o bananach na szybie klubu, w którym pracował. DJ Darky przyjeżdża do Berlina jako obcy. Obcy podwójnie, bo nie tylko jest Amerykaninem, ale jest czarnym Amerykaninem. Jest Afroamerykaninem i nie ma tutaj przestrzeni, w której mógł się schronić w swoim rodzinnym mieście, w której wszyscy byliby tacy jak on. Innymi słowy, DJ Darky wychodzi ze strefy komfortu i mierzy się z światem, którego zwyczajnie nie lubi, który go animalizuje, który go pewnym stopniu oczywiście momentami prześladuje. Cudowne są w swej ironii i gorzkości opisy, jak to DJ Darky poznaje szefa miejscowej neonazistowskiej organizacji z Berlina Wschodniego. Zakumplowali się na tyle, że zaczyna grać jako DJ na neofaszystowskich imprezach. Cud, nie pobili go, choć był pod ręką. Ale właśnie stał się swoim Murzynem.
Przepraszam za określenie, którego w tym momencie używam, ale to jest akurat cytat z powieści. Czytając tę powieść mam poczucie, że Beatty wyprowadza ze strefy komfortu również nas, bo to nie jest Tylko historia o Afroamerykaninie w Berlinie Zachodnim w momencie historycznej zmiany politycznych granic. Nie, to jest coś znacznie więcej. Pisze ją w 2008 roku, kilka lat po zamachach na World Trade Center, gdy zaczyna się już pierwsza fala uchodźców czy imigrantów z Afryki do Europy. I w tę powieść w pewnym sensie jest również wmontowany komentarz do tego, co się dzieje 20 lat później. Nie można od tych skojarzeń, od tych oczywistych przypomnień uciec. Na zakończenie taka prywatna refleksja. Książkę skończyłem czytać całkiem niedawno, bo półtora miesiąca temu. I zabawne, bo okładka tej powieści pojawia się, ilekroć wchodzę na stronę jednej z moich ulubionych księgarni, gdzie kupuję ebooki, bo była pierwszym zakupem, jakiego dokonałem z nowego komputera. Ale ją samą czytam dopiero teraz.
Chociaż nie wierzę w żadne koincydencje i nie znałem jej treści z żadnych opisów, a jednak gdy czytałem ją, równolegle czytałem polską powieść o silnym podkładzie muzycznym. Może też państwu o niej opowiem i przypomnę te ostatnie zdania mojego dzisiejszego labiryntu. Ich zestawienie pozwala zobaczyć, co dzisiaj dzieli naszą literaturę najnowszą od amerykańskiej. Tak naprawdę na każdym poziomie: od języka, po kreowanie postaci, po rozumienie modernizmu, postmodernizmu, no i oczywiście po to, co robimy z muzyką i jaką muzykę do tej powieści wprowadzamy. Dziękuję państwu i do usłyszenia.
[02:46:16] - Tak sobie przeglądam różne nagrania i czas jesienny to czas sedeńkonowych remanentów. Wynalazłem kolejne nagranie, niezwykle ciekawe. To było spotkanie z Wojciechem Gunią, który mówił o horrorze, o chorobach psychicznych i kilku innych ciekawych problemach. Cóż, nie będę państwu psuł przyjemności swoim ględzeniem na temat tego, jaka to fajna prelekcja. Po prostu państwo posłuchajcie. Naprawdę warto.
[02:46:57] - Myślę, że już chyba jest taka godzina, że mogę zacząć. Paweł mówił o alkoholu w fantastyce. Alkohol, jak wiemy, jest przyczyną odmiennych stanów świadomości. No i tak się składa, że zrobimy tutaj taką małą klamrę, bo ja też będę mówił o odmiennych stanach świadomości w fantastyce, tylko może niekoniecznie spowodowanych alkoholem. Skąd w ogóle ten temat? No cóż, ja się zajmuję literackim horrorem. Tak się złożyło. Natomiast jednocześnie tak się złożyło, że horror jest cholernie konserwatywnym gatunkiem literackim. Myślę, że chyba najbardziej ze wszystkich gatunków jest konserwatywny. Ten konserwatyzm stoi u samych podstaw w ogóle literackiego horroru.
Bo żebyśmy mieli do czynienia z czymś strasznym, z czymś, co jest funkcyjnie celem literatury grozy, musimy mieć jakiś zestaw tabu, które można złamać i później złamanie tego tabu powoduje, że dzieje się coś strasznego. Ponieważ zaistnienie grozy w horrorze jest na ogół efektem właśnie zaburzenia jakiegoś ładu, złamania tabu, powiedzmy jakiegoś tabu kulturowego. No i efektem złamania tego tabu kulturowego w horrorze jest zazwyczaj to, że objawia nam się potwór, czyli coś nieludzkiego. No i tutaj horror ma bogatą tradycję, znaczy bogatą w tym sensie, że możemy dość łatwo sobie prześledzić sposób obrazowania w literaturze grozy pewnych deformacji zarówno cielesnych, jak i przede wszystkim duchowych, psychicznych. Ponieważ żyjemy w takim bardzo jeszcze twardym paradygmacie racjonalnego rozumu i naszym zdaniem istnieją pewne ramy tak zwanych norm psychicznych, które później warunkują normy społeczne, których musimy przestrzegać. I wszystko to, co wykracza poza pewną normę, może być traktowane jako obiekt obrzydzenia. I horror to bardzo sobie skutecznie wykorzystywał. W zasadzie od samego momentu, kiedy zaczęło tworzyć się coś takiego jak świadoma literatura grozy, mieliśmy do czynienia z figurą szaleństwa, z figurą obłędu. No i ten obłęd był, powiedziałbym, takie mam przynajmniej ja wrażenie, wykorzystywany dość instrumentalnie. Instrumentalnie w tym sensie, że on miał w nas wzbudzić lęk, ale miał nas wzbudzić lęk właśnie dlatego, że był figurą pewnej odmienności, tego, co wykracza poza ludzki porządek.
Zatem można powiedzieć, że ta literatura grozy, która ukazywała szaleństwo jako coś z gruntu nieludzkiego, była przedłużeniem pewnego napiętnowania, które dotykało onegdaj osoby o zaburzonej percepcji, zaburzonym postrzeganiu rzeczywistości. Nie jest to podejście, jak wiemy już dzisiaj, do końca uzasadnione albo uprawnione. Oczywiście to zależy od światopoglądu, jaki wyznajemy. Natomiast dość szybko fantastyka zaczęła na szczęście przedstawiać ten model od drugiej strony. Kiedy szaleństwo, obłęd czy jakkolwiek sobie określimy jakiś odmienny stan świadomości, była przedstawiana nie jako coś Jakby z zewnętrznego, jako efekt jakiejś intruzji, która dokonywała się na nasz świat ustalonego dobrego ładu, ale jako stan, który może być dla człowieka zupełnie naturalny. I w tym momencie zmiany perspektywy, kiedy mogliśmy obserwować świat z perspektywy osoby cierpiącej, osoby chorej, wtedy zmieniał się punkt ciężkości, na którym był oparty efekt grozy w tego typu literaturze. Więc już w tych utworach, o których będę mówił, przeraża nas nie tyle sama figura szaleństwa, ale przeraża nas sytuacja, w której identyfikujemy się z bohaterem, który cierpi. I to jest sposób, w jaki literatura niesamowita poniekąd pomaga nam oswajać różnego rodzaju problemy psychiczne, poznawcze. Wybrałem sobie trzy teksty, które chciałbym omówić. Dwie powieści i jedno opowiadanie, które wydają mi się szczególnie dobrze obrazować to, w jaki sposób działa zaburzona psychika.
I każdy z tych tekstów różnych autorów ma inne źródła, bo dwa z nich wynikają wprost z doświadczeń autorów. Znaczy ich autorami są pisarze, którzy w taki czy inny sposób cierpieli różne zaburzenia i te zaburzenia stały się później podstawą dla tekstów. Natomiast jeden z tych autorów, z tego, co przynajmniej ja wiem, jest zupełnie zdrowy. Napisał tekst, który moim zdaniem stanowi najbardziej wyczerpujący klinicznie obraz tego, w jaki sposób doświadcza świata osoba cierpiąca na psychozę. Pierwszym z tych autorów jest Alfred Kubin. Alfred Kubin to jest dość szczególny przypadek, bo on jest bardziej znany zdecydowanie jako malarz, jako grafik, jako prekursor w zasadzie surrealizmu. Przynajmniej w warstwie sztuk wizualnych wpływ Kubina jest o wiele większy niż jego sława literacka. Co nie dziwi poniekąd o tyle, że obrazów i grafik stworzył dość sporo przez swoją długą karierę. Natomiast tekst literacki w postaci powieści napisał tylko jeden. Właśnie jest to „Po tamtej stronie”.
Geneza „Po tamtej stronie” jest dość ciekawym zjawiskiem. Zanim do tego dojdziemy, nakreślę pewien kontekst biograficzny. Oczywiście to nie jest informacja, którą można stuprocentowo zweryfikować, bo Kubin ją zawarł w swojej autobiografii. Natomiast on w swojej autobiografii „Demony i nocne zjawy” wspomina o pierwszym swoim doświadczeniu próby samobójczej, której podjął się wskutek depresji. On wpadł w depresję po śmierci matki i to miało miejsce w 1896 roku, kiedy próbował się zastrzelić nad grobem matki. Ale tak się szczęśliwie dla nas złożyło. Nie wiem, czy szczęśliwie dla samego Kubina. Chyba tak, biorąc pod uwagę to, że później żył jeszcze długo i tworzył i chyba był z życia trochę zadowolony. W każdym razie przystawił sobie pistolet do skroni, ale pistolet się zaciął. Nie wystrzelił.
Na drugą próbę przyszło jakieś orzeźwienie i Kubinowi już zabrakło odwagi, żeby próbę powtórzyć. On miał wtedy chyba 19 lat, kiedy to się zdarzyło i od tamtego czasu cały czas żył z chorobliwą fascynacją śmiercią. To doskonale widać w jego grafikach. Jeżeli sobie zobaczymy obrazy Kubina, one są dość przerażające. One w zasadzie cały czas przedstawiają różne wariacje na temat motywu śmierci. Czy jest to jakaś ogromna śmierć pożerająca masy ludzi, czy są to różnego rodzaju zdeformowane, okaleczone ciała, czy ciała w formach przenikających się z jakimiś tego typu szkieletowo eschatologicznymi motywami, jak na grafice wykorzystanej na okładce „Po tamtej stronie”. Tego w przypadku Kubina jest bardzo dużo. Natomiast w 1907 roku spotkało go drugie nieszczęście. Mianowicie zmarł wtedy jego ojciec. Relacja Kubina z ojcem była dość skomplikowana.
Ona trochę przypominała relację z ojcem, jaką miał Franz Kafka. Znaczy ojciec Kubina to była jednostka bardzo dominująca, bardzo silna, która jednocześnie miała bardzo duży problem z tym, że syn wybrał drogę artysty. Nie był to chyba w pojęciu Kubina seniora szczególnie prestiżowy zawód. Zapewne Kubin senior wolałby, żeby jego syn został wziętym prawnikiem albo kimś w tym rodzaju. A tymczasem Alfred uparcie rozwijał swoją karierę plastyczną. Tak czy owak, śmierć ojca cisnęła na Kubinie bardzo silne piętno. Jednocześnie w tym samym momencie dość poważnie zachorowała jego żona i to się przełożyło na bardzo silny kryzys twórczy. Kubin wspomina w swojej autobiografii, że w momencie tego szczytowego punktu załamania nie był w stanie tworzyć. Miał w głowie bardzo dużo pomysłów na obrazy, ale te obrazy w żaden sposób nie wychodziły mu spod palców, spod ołówka, a te kreski nie składały się na żadne wzory, nie budowały później żadnej całości. On to wspomina w następujący sposób: „Nie byłem w stanie narysować powiązanych, rozsądnych kresek.
Przestraszony stałem przed tym nowym fenomenem. Więc aby coś zrobić i jakoś się wyładować, zacząłem sam wymyślać i notować dziwną opowieść. I oto napłynęły pomysły w nadmiarze dniem i nocą, napędzając mnie do pracy. Także już po 12 tygodniach moja powieść fantastyczna, „Po tamtej stronie”, była ukończona”. Swoją drogą bardzo miło, że wtedy autor, w zasadzie nie kojarzony wcześniej z literaturą, nie bał się użyć sam wobec siebie określenia, że napisał powieść fantastyczną. To bardzo miło, bo jak wiemy, są pisarze, którzy piszą fantastykę, ale uprawiają różne intelektualne fikołki, żeby tylko nie powiedzieć, że piszą fantastykę. Pozdrawiam ich wszystkich bardzo serdecznie. Już kończę tę dygresję. W każdym razie Kubin, nie mogąc nakreślić, stworzyć żadnego spójnego obrazu, zaczął pisać te swoje obrazy. Wizje, które znalazły się w powieści „Po tamtej stronie”, to są w zasadzie opisy wizji, które w normalnych okolicznościach przełożyłyby się na prace plastyczne.
Natomiast później zaczął je spinać. Nadał temu wszystkiemu pewną ramę fabularną. O czym opowiada „Po tamtej stronie”? To jest w zasadzie antyutopia, która w roku ukazania się, w 1907 ją napisał i ona się chyba w tym samym roku ukazała. Kubin ją dodatkowo jeszcze, odblokowawszy się z makietą pisarską, zilustrował. Stworzył 52 ilustracje do powieści. Niestety w żadnym polskim wydaniu te ilustracje nie zostały zawarte. Były dotychczas dwa polskie wydania „Po tamtej stronie" i niestety one są pozbawione grafik, które w oryginale wzbogacały tę formę. „Po tamtej stronie” jest antyutopią, która później okazała się przerażająco prorocza wobec tego, co się działo później w XX wieku. Jest to historia pewnego monachijskiego rysownika, który w zasadzie stanowi alter ego pisarza, który od pewnego już prawie zapomnianego przyjaciela z dzieciństwa, Klausa Patery, otrzymuje zaproszenie, aby zamieszkał wraz z żoną w stworzonym przez Paterę państwie.
Patera wykupił jakiś ogromny obszar ziemi gdzieś w Azji i tam zbudował, stworzył nowe państwo, tak zwane Państwo Snu, przeznaczone dla wszystkich ludzi zmęczonych nowoczesnością. To pewne obrzydzenie, zniechęcenie nowoczesnością i postępem było jedną z fundacyjnych zasad powstania tego państwa. Objawiało się to różnymi dość ciekawymi pomysłami, na przykład takimi, że wszyscy mieszkańcy tego miasta mieli zakaz używania nowoczesnych technologii. W kontekście powieści napisanej w 1907 roku, w porównaniu do czasów, w których żyjemy dzisiaj, kiedy jesteśmy tą technologią przeładowani, brzmi to dość osobliwie, ale faktycznie ta antynowoczesność była takim bardzo silnym... Jeżeli teraz mamy różne technofobiczne albo technosceptyczne nurty w filozofii czy w kulturze, to nie jest to wynalazek naszych czasów. Ponad 100 lat temu również tego typu prądy działały i one znalazły w powieści Kubina odzwierciedlenie. Więc mieszkańcy tego miasta muszą się ubierać w staromodne stroje. Nie ma tam dostępu do żadnych ówczesnych nowoczesnych technologii. Wszystko nosi pewne ślady zużycia, więc jest to miejsce, które zostało zasklepione w swojej przeszłości. Jednocześnie jest to miejsce przepełnione dość absurdalną machiną biurokratyczną, która nasuwa bardzo silne skojarzenia z twórczością Franza Kafki.
Pomijając pewien element biograficzny związku Kubina z jego ojcem i związku Kafki z jego ojcem Hermannem Kafką, tutaj też pod tym względem Kubin jest poniekąd prekursorski względem Kafki, względem sposobu, w jaki Kafka opisywał zderzenie jednostki z jakimś aparatem systemowym, niekoniecznie państwowym, bo twórczość Kafki nie jest tyle polityczna, co metafizyczna, ale która wskazuje na konflikt jednostki z całym światem i z zestawem reguł, według których świat funkcjonuje. To samo w bardzo groteskowej formie funkcjonuje w kubinowym Państwie Snu. Więc oprócz tego, że istnieją pewne zakazy, na przykład stosowania różnych nowoczesnych technologii albo technik, jak i też wyrażanie pewnego współczesnego stanu mentalnego, chociażby poprzez ubiór. Mieszkańcy są zobowiązani też do odprawiania wielu absurdalnych, bezsensownych rytuałów, które w zasadzie niczemu nie służą. Ta sieć kontroli biurokratycznej, tej bardzo niedostępnej, odległej władzy, która z jednej strony jest w życiu obywateli Państwa Snu wszechobecna, z drugiej strony jest zupełnie nieosiągalna, osiąga już takie bardzo groteskowe natężenie. I to groteskowe natężenie prowadzi do coraz Dalej posuniętych degradacji rzeczywistości państwa snu. To państwo wraz z tokiem rozwoju fabuły powieściowej zaczyna podlegać coraz silniejszej degradacji, deformacji. Tam się dzieją coraz bardziej surrealistyczne i koszmarne rzeczy, aż w końcu dochodzi już do pewnego rodzaju apokalipsy. Apokalipsa ta jest związana z przybyciem pewnego gościa, który kwestionuje porządek zastany w państwie snu, ale to jest zupełnie drugorzędne. Rzecz w tym, że ostatni, finałowy akt powieści to jest w zasadzie spiętrzenie totalnie wizyjno-metafizycznej makabry o bardzo apokaliptycznym wymiarze.
Jeżeli zwizualizuję sobie obrazy, które Kubin w tej powieści zawarł w głowie, to one, można śmiało powiedzieć, przyprawiają o gęsią skórkę. To znaczy, chociaż „Po tamtej stronie” nie klasyfikuje się jako horroru, dla mnie to jest jedna z ważniejszych europejskich powieści przynależących do szeroko pojętej literatury grozy. W czym rzecz? Otóż jakość tych wszystkich wizji niesamowitych, zdeformowanych sylwetek ludzkich, zwierząt albo ludzi mających jakieś cechy zwierzęce albo zwierząt mających formy ludzkie, jakichś monstrualnych konstrukcji albo jakichś innych gigantycznych struktur, które gdzieś tam w tym państwie snu wyrastają jak pleśń na psującym się mięsie. Jakieś tego typu historie. To wszystko stało się bez mała kilkadziesiąt lat później przyczynkiem dla być może nie do końca uczciwej, ale z pewnością ciekawej diagnozy, jaką jeden guru nastor polskiej psychiatrii, Antoni Kępiński, postawił. Oczywiście są badacze, którzy dość słusznie wskazują na to, że diagnozowanie schizofrenii u pacjenta, z którym nie miało się osobiście kontaktu wyłącznie na podstawie jego prac plastycznych i prozatorskich jeszcze jakiś czas po jego śmierci, kiedy pacjent diagnozowany nie może się wypowiedzieć, jest trochę mało uczciwe. Tym niemniej Kępiński to doznanie Kubina włączył do swojej pracy o schizofrenii. I Kępiński pisał tak: „Olśnienie schizofreniczne ukazało Alfredowi Kubinowi świat doznań psychotycznych i wyznaczyło kierunek jego dalszej twórczości plastycznej i literackiej. Odnosi się wrażenie, że bez własnych przeżyć psychotycznych nie mógłby on stworzyć tak dziwnej, groźnej i groteskowej wizji, jaką dał nam w swoim dziele "Po tamtej stronie".
Jak do tego w ogóle doszło, że na Kubina tego rodzaju wizje zaczęły spływać? Pomijając już cały ten etap kryzysu twórczości plastycznej, który pchnął go w stronę pisania. Kubin znowu o tym wspominał w swojej autobiografii. To nie jest książka, to w zasadzie kilkudziesięciostronicowy tekst, który jest dodawany jako appendix do wydania „Po tamtej stronie”. Czasami jeszcze można go gdzieś wydobyć w internecie. Jeżeli gdzieś się natraficie, to bardzo polecam. Kubin pisze tak: „Uczyłem się po mieście i szedłem wieczorem do Varietés w poszukiwaniu obojętnego a hałaśliwego otoczenia, by rozładować wewnętrzny ucisk, który stawał się coraz silniejszy. I tam zdarzyło mi się coś bardzo dziwnego psychicznie, a dla mnie decydującego, co do dziś niezupełnie pojmuję. Kiedy mianowicie zaczęła grać orkiestra, ujrzałem z nagła całe otoczenie jaśniej a ostrzej, jakby w innym świetle. Na twarzach obecnych dookoła dostrzegłem znienacka zaskakującą zwierzoczłowieczość.
Wszystkie dźwięki stały się osobliwie obce, wyzwolone ze swej przyczyny. Brzmiało mi to niczym jakaś szydercza, stękająca, dudniąca ogólna mowa, której nie rozumiałem, lecz która zdawała się mieć najwyraźniej jakiś całkiem widmowy wewnętrzny sens. Jąłem znów myśleć o rysunkach Deringera. I wtedy lawiną runęły na mnie wizje czarno-białych rysunków. Niepodobna opisać, jakie tysięczne bogactwo podsuwała mi wyobraźnia.” Cezar Lombroso o doświadczeniu Kubina, ale też troszkę szerzej, pisząc o wszystkich artystach, którym doznanie odmiennego stanu świadomości ukierunkowało ich twórczość, sformułował takie zdanie: „Choroba często rozwija, jak widzieliśmy na przykładzie geniuszów i genialnych szaleńców, oryginalność pomysłów. Widoczne jest to nawet w utworach ludzi na wpół obłąkanych, ponieważ chorobą pozbawiona hamulców wyobraźnia tworzy takie obrazy, jakich przeląkłby się umysł zbyt wyrachowany z obawy o posądzenia o absurd i brak logiki.” I faktycznie, o ile w pracy plastycznej być może troszkę da się to jak najbardziej zauważyć, ale dopiero w tekście literackim, który w naszym rozumieniu powinien stanowić pewną zwartą, uporządkowaną strukturę, bardzo dobrze widać to, jak wyobraźnia Kubina odpuściła sobie coś takiego jak, nie wiem, pozbyła się tego wewnętrznego cenzora, który skłania pisarzy do tego, żeby w jak najbardziej precyzyjny sposób konstruować swoje dzieło. Pomijając już tą ogólną ramę fabularną osadzenia historii tego nieszczęsnego, bezimiennego rysownika, który zostaje uwięziony w państwie snu, powieść ma charakter bardzo epizodyczny. To w zasadzie ciąg coraz bardziej dojmujących, dopuczliwych i makabrycznych wizji. Które są spięte bardzo pobieżną ramą. Nie ma między częściami tej historii szczególnego powiązania.
One bardzo często sobie przeczą. Wchodzą ze sobą różne dziwne interakcje. Nie zawsze jedno wynika z drugiego. Natomiast wewnętrzna logika tego tekstu jest oparta na czymś zupełnie innym niż nasz twardy paradygmat przyczynowo-skutkowy. Jedną z cech psychozy jest to, że w psychozie zostaje całkowicie zdezorganizowany tok myślenia i ten zdezorganizowany tok myślenia widać po tamtej stronie. To jest książka, która powstawała bardzo szybko. Kubin popełnił ją chyba w zaledwie sześć tygodni. To było w zasadzie sześć tygodni transu, ciągłego pisania, kiedy zrzucał swoje różne wizje na papier i próbował je osadzić w ramach jednego tekstu. Natomiast Kubin jako artysta był całkiem świadomy tego, że doznaje stanu percepcji, który nie jest typowy i postanowił to doznanie zupełnie świadomie wykorzystać jako tworzywo własnej twórczości. Marta Drelich w świetnej pracy, nie pamiętam tytułu, ona jest poświęcona Kubinowi, wskazuje, że linią graniczną odróżniającą szaleństwo świadome od choroby psychicznej jest świadomość własnych stanów bycia, w sensie zdolności doświadczania, przywoływania i przetwarzania na nową jakość.
Świadomy szaleniec podważa te stany, gdyż uznaje świat za magiczny, w którym wszystko wydarza się za pomocą słowa. I faktycznie to jest coś, co się Kubinowi przytrafiło i całe „Po tamtej stronie” jest w pewnym sensie zapisem tego doświadczenia. Więc mamy możliwość wejścia bezpośrednio w ogląd świata, który żywi osoba cierpiąca na zaburzenie psychiczne. Jednocześnie, ponieważ obserwujemy świat z perspektywy osoby chorej, nie doznajemy tego, o czym wspomniałem na początku, co jest typowe dla literatury grozy. Nie doznajemy obrzydzenia albo strachu spowodowanego samą figurą szaleńca. To nie człowiek dotknięty obłędem wzbudza w nas trwogę. Trwogę wzbudzają w nas jego przeżycia. Jak sobie sam Kubin definiował swoje zmaganie z tą materią własnego obłędu. I nie ma co ukrywać jednak cierpienia, ponieważ osoby chore cierpią. Kubin w autobiografii pisze tak: „Chyba jest to właśnie ostateczny, właściwy sens artysty, że bezsensowi bytu narzuca woal twórczości, cienki zakrywający woal nad otchłanią chaotycznych mocy, które dla nas są literalnie niczym w porównaniu z owym pozornym światem przedstawiającym naszą prawdę.
Choćby nią miało być jedynie złudzenie ulotne jak ulatujący czas.” Bardzo ładne, trochę górnolotne, ale dość precyzyjnie oddające sens tej wewnętrznej walki, żeby jakoś troszkę poskładać sobie w głowie chaos świata, którego się doznaje, kiedy ma się zupełnie zaburzone postrzeganie. Co jest dość istotne, jeżeli pooglądamy sobie twórczość Kubina plastyczną i przeczytamy „Po tamtej stronie”, zauważymy kilka znaczących cech, które są właściwe dla różnych zaburzonych stanów psychicznych. Przede wszystkim to, co w „Po tamtej stronie” rzuca się najbardziej w oczy, to że człowiek, który pisał ten tekst, czyli Kubin, zupełnie utracił kontrolę nad symboliką. Symbol to jest komunikat dany nam niebezpośrednio. To jest znaczenie niebezpośrednie, które my musimy sobie odczytać. I w przypadku tego doznania Kubina, jak twierdził Kempiński doznania schizofrenicznego, ta symbolika zupełnie wyrwała się Kubinowi spod kontroli. Więc wszystkie elementy rzeczywistości, które w tym świecie Kubina się zdarzają, są w jakimś sensie symboliczne. On we wszystkim próbuje dostrzec znaczenie, a później z tych znaczeń próbuje składać różne sensy. Ale ponieważ nie da się ich złożyć, ten świat jest wewnętrznie zupełnie popękany i obserwujemy cały czas zmaganie, żeby ten nadmiar sensów przeczących sobie, wykluczających się wzajemnie próbować poskładać w jakąś spójną całość. To się nie udaje.
I to jest też jeden z ciekawszych elementów tej książki. Widzieć to ciągłe zmaganie między rozpadem a próbą uformowania z niego czegoś strukturalnie zwartego. Drugą taką charakterystyczną cechą jest to, że w stanach chorobowych bardzo często osoby chore dokonują utożsamienia samego siebie z całym światem wokół. Świat staje się często przedłużeniem osoby chorej. Następuje identyfikacja z elementami otoczenia, z przestrzenią. I to jest bardzo charakterystyczne i to się pojawia u Kubina wprost, kiedy on pisze już pod koniec książki: „Dwie nogi, rury kostne dźwigają cały mój świat bólu i obłędu. Tysiące organów, jakich wyrafinowanych tortur mogą stać się narzędziem?” To się dzieje już w chwili, kiedy państwo snu się rozpada. I bohater, który przeżywa ten coraz bardziej dotkliwy wewnętrzny konflikt, odczuwa całą przestrzeń wokół jako przedłużenie własnego ciała. Także pewne żywioły, które się w tym mieście ścierają, odczuwa jako wynikające z jego własnej psychiki, z jego własnego ja, wewnętrzne siły, które toczą ze sobą walkę. I w doznaniu osoby chorej świat nie jest od człowieka oddzielony.
Świat jest mną, więc zadaje mi ból od wewnątrz, tak jak ból wewnętrzny odczuwa osoba chora. To powiedział Hugi? To ostatnie zdanie. Tak, to są zdania z jego autobiografii. On w tej autobiografii przeanalizował sobie, to nie jest długi tekst, jak wspomniałem. On tam dokonał takiej autoanalizy i swojej powieści i swoich doświadczeń życiowych i swojej twórczości plastycznej. Drugim pisarzem, o którym koniecznie należy wspomnieć w kontekście portretowania zaburzonych stanów mentalnych z perspektywy osoby zaburzonej, jest oczywiście Thomas Ligotti, czyli guru współczesnego horroru. To jest też pisarz, który w zasadzie większość swojej twórczości oparł na swoim własnym doświadczeniu życiowym. Ligotti od końca lat 60. zmagał się ze stanami depresyjnymi.
A ponieważ z jakiegoś dziwnego powodu uznał, że dobrym pomysłem na stany depresyjne i dość melancholijne usposobienie będzie spożywanie dużych ilości alkoholu i zażywanie wszelkich możliwych narkotyków, doprowadził się do psychozy. I ta indukowana poprzez środki psychoaktywne psychoza dość poważnie wpłynęła na jego życie i w zasadzie wepchnęła go w tego typu stan, że cała jego twórczość w pewnym momencie stała się ekspresją tych wewnętrznych napięć i bólu, których on doświadczał jako osoba chora. Mimo tego, że on się starał. Teraz to już starszy człowiek, dość niestety schorowany. Starał się prowadzić w miarę normalne życie, a jednak poziom tych napięć wewnętrznych raz, że pchnął go w stronę takiego skrajnie nihilistycznego światopoglądu. Dwa, że wypływały z tego stanu emocje i stany mentalne tak silne, że musiały znaleźć ujście w jego twórczości. To jest czysta sublimacja ludzkiego cierpienia, które jednocześnie próbuje w tym swoim cierpieniu odnaleźć jakąś bardziej uniwersalną prawdę o świecie, chociażby w formie światopoglądowej. Ligotti bardzo często nadaje bohaterom swoich opowiadań własne cechy albo obdarza ich pewnymi elementami swojej biografii. Jak wspomniałem, jednocześnie to nie jest cały czas pisanie o sobie, odmienianie własnej historii przez wszystkie przypadki. Ligotti postanowił pod pretekstem pisania o tych różnych dziwnych stanach, których doświadczają jego bohaterowie, spróbować wyjść ku wnioskom bardziej uniwersalnym.
Zdefiniować świat, w którym tego rodzaju cierpienie jest w ogóle możliwe i dlaczego jest możliwe. I tłumacząc sobie te wszystkie dziwne stany, najbardziej widać to w chyba najlepszym opowiadaniu „Cień i ciemność”. To jest jeszcze o tyle ciekawe, że tutaj wiwisekcji bardzo nihilistycznego światopoglądu dokonuje osoba ewidentnie zaburzona w narracji pierwszoosobowej. Więc możemy prześledzić, w jaki sposób stan mentalny człowieka wpływa na sposób, w jaki on kształtuje swoją wizję świata, swój światopogląd świadomy. Ligotti artykułuje to, że źródłem wszelkiego cierpienia jest w człowieku to, co pozasomatyczne, czyli jaźń, świadomość, dusza, jak byśmy sobie tamtego nie nazywali. I jedynym sposobem na umknienie się cierpienia według Ligottiego, na uleczenie swojego ciała z bólu, jest uśmiercenie własnej osobowości. Śmierć ego. Unicestwienie ja. Jest to coś, czego doznaje właśnie bohater tego opowiadania „Cień, ciemność”. Z jednej strony mamy figurę narratora, który jest częściowo wzorowany na Ligottim.
Drugą postacią, częściowo też wzorowaną na Ligottim, jest prawdziwy bohater tego opowiadania, aspirujący artysta Rayner Grossvogel, który jest takim dość nieudolnym plastykiem. To znaczy jest plastykiem, który ma wielkie ambicje, ale bardzo małe możliwości. Ten konflikt ambicji z możliwościami jest dla niego dość poważnym źródłem udręki, ponieważ w żaden sposób nie może on zrealizować swoich ambicji. Rzeczy, które tworzy, po prostu nie zadowalają go, ponieważ są nieudolne i słabe. I stres, którego doświadcza z tego powodu, to napięcie niezrealizowanych wewnętrznych sublimacji. Niemożność sublimacji tych własnych stanów wewnętrznych do satysfakcjonującej formy powoduje, że rozwija się u niego bardzo poważna choroba układu pokarmowego. I tym akurat bohater tego tekstu dzieli z Ligottim, bo Ligotti nie ukrywał nigdy swoich różnych przejść zdrowotnych. Ligotti chyba cierpi na dość zaawansowaną formę zespołu jelita drażliwego. U niego przybierało to formę do tego stopnia poważną, że kilkukrotnie był hospitalizowany z tego powodu oraz nawet w którymś wywiadzie z nim się pojawia wspomnienie tego, że te ataki bólu, których doświadczał, były tak silne, że w pewnym momencie zaczął domagać się od lekarzy tego, żeby go po prostu uśmiercili, żeby mu dali jakiś zastrzyk i żeby ta jego męka się skończyła. Bo to już był któryś tego typu epizod, po którym on na wiele tygodni później był wyłączony z życia, z funkcjonowania, zmagając się z przewlekłymi stanami bólowymi.
I to doświadczenie wzięli właśnie Grossvogel, który podczas wernisażu swoich prac, który okazuje się totalną klapą, doznaje załamania tak silnego, że ciało reaguje na cierpienia duszy i daje ten psychosomatyczny objaw w postaci bardzo silnego ataku bólu, który wysyła artystę prosto do szpitala. Natomiast po jakimś czasie bohater tego opowiadania wraca ze szpitala zupełnie odmieniony. Wraca pewny siebie, z takim błyskiem w oku, wiedzący, czego chce i przedstawia swoim kolegom z koła równie nieudolnych, aspirujących artystów swoje nowe prace, a jednocześnie daje im wykład na temat tego, co doprowadziło go do przyjęcia nowego kierunku w twórczości. Co doprowadziło też do jego uleczenia. I ostatecznym dla Grossvogela okazuje się unicestwienie własnego ja, unicestwienie własnej osobowości. Grossvogel twierdzi, i tu już wchodzimy w te rejestry dość poważnego zaburzenia, że jest wyłącznie swoim własnym ciałem. Jest wyłącznie własnym ciałem pozbawionym osobowości. Utrzymuje, że jeżeli ktoś mówi do publiki, to jest to wyłącznie ciało Grossvogela, ale nie Grossvogel, bo nikogo takiego już nie ma. Ta osoba, jaką on był, jak twierdzi, umarła wtedy w szpitalu, ale w momencie, kiedy osoba umarła, jego ciało zostało uleczone. Jednocześnie to doświadczenie śmierci ego staje się dla niego przyczyną odkrycia siły, która wszystko napędza i animuje.
Która odpowiada za to, że ciała w naszym świecie działają w sposób precyzyjny, spójny, celowy. I to jest ta właśnie tytułowa cień i ciemność. To jest jakaś taka bardzo mroczna, ciemna wersja Schopenhauerowskiej woli albo jakaś taka bardzo spotworniała wersja elanu vital Bergsonowskiego. Natomiast moment, w którym... Ile ja mam czasu? Mam jeszcze. Jeszcze się pomęczycie ze mną. Moment, w którym on opowiada o tym swoim doświadczeniu, jest bardzo charakterystyczny i postaram się go przytoczyć. I już. To jest dość dobry fragment o tym, w jaki sposób rozumie świat osoba cierpiąca na chorobę psychiczną.
Już to sobie znajdę. Mogłem sobie zaznaczyć, ale nie zdążę. Okej. „To jest naprawdę bardzo proste. — ciągnął artysta. — Nasze ciała to zaledwie manifestacja tej energii, tej aktywującej siły, która wprawia w ruch wszelkie obiekty, wszelkie ciała tego świata, umożliwiając im istnienie w obecnej formie. Ta aktywująca siła jest czymś jak cień, który znajduje się nie na zewnątrz wszelkich ciał tego świata, ale wewnątrz wszystkiego, wszystko ogarniając. Jest czymś jak poruszająca wszystko ciemność, która sama w sobie nie składa się z materii, ale porusza wszystkie obiekty tego świata, również te, które nazywamy naszymi ciałami. Kiedy w szpitalu, w którym poddano mnie leczeniu, cierpiałem męczarnie wywołane zaburzeniami trawienia, zstąpiłem, że tak to określę, w tak głęboki otchłań bytów, że mogłem poczuć, jak ten cień, ta ciemność ożywia moje ciało. Słyszałem jej poruszenia nie tylko wewnątrz mnie, ale wszędzie wokół, ponieważ wydawany przez nią odgłos nie był odgłosem mojego ciała.
Był to odgłos tego cienia, tej ciemności, który nie jest jak żaden inny. W ten sam sposób wyczuwałem działania tej wszechogarniającej i poruszającej wszystkim siły poprzez zmysł powonienia, poprzez zmysł smaku, jak również poprzez zmysł dotyku będące na wyposażeniu mojego ciała. W końcu otworzyłem oczy, które przez wzgląd na paraliż líjący podczas ataku bólu miałem zamknięte od dłuższego czasu i kiedy je otworzyłem, zorientowałem się, że widzę, jak wszystko wokół, wliczając w to także moje ciało, jest aktywowane od wewnątrz przez ten wszechogarniający cień i poruszającą wszystkim ciemność.” Zwróćcie uwagę, jaka jest organizacja tego tekstu. Jak cały czas w taki bardzo kompulsywny, obsesyjny sposób bohater powtarza pewne frazy. To jest taki bardzo obsesyjny sposób, jak wyprowadzana jest ta narracja. „Nic nie wyglądało jak przedtem. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem świata wyłącznie poprzez organy zmysłowego odczuwania, będące jedynymi narzędziami umożliwiającymi wgląd w tę głęboką otchłań bytu, którą nazywam cieniem i ciemnością. Moje fałszywe i nierzeczywiste dokonania jako artysty okazały się jedynie wytworem spreparowanym przez mój umysł lub przez moją wyobraźnię, które są niczym innym niż bezsensownymi i urojonymi wytworami zakłócającymi pracę naszych zmysłów. Wierzyłem, że te prace w jakiś sposób odzwierciedlają naturę mojej osobowości lub duszy, podczas gdy jedynym, co tak naprawdę odzwierciedlały, było moje obłąkańcze, bezużyteczne pragnienie, aby coś robić, aby czymś być, co zawsze oznacza bycie czymś fałszywym i nierzeczywistym oraz robienie czegoś fałszywego i nierzeczywistego. Jak wszystko inne pragnienia, te wzbudził we mnie ten wszechogarniający cień, ta poruszająca wszystkim ciemność, których dzięki samounicestwiającemu się cierpieniu wywołanemu zaburzeniami trawienia, mogłem teraz doświadczać poprzez organy zmysłów i bez zakłóceń spowodowanych przez urojony umysł lub moją urojoną osobowość.
Powinienem wam wyznać, że zanim doznałem upadku fizycznego tu w galerii, przeżyłem upadek psychiczny. Upadek czegoś fałszywego i nierzeczywistego, czegoś bezsensownego i urojonego. Co zresztą jest teraz zupełnie jasne, chociaż podówczas było to dla mnie coś bardzo przedziwnego. Ów kryzys umysłu i osobowości wyniknął z kiepskiego przyjęcia stworzonych przeze mnie prac, z prac stworzonych przez moją osobę i przyjęcia przez osoby, które przyszły na otwarcie tej pierwszej wystawy. Z uświadomienia sobie, jak dogłębnie te prace były nieudane jako efekt kreacji artystycznej, jak nędznie prezentowały się nawet w sferze czegoś tak fałszywego i nierzeczywistego jak sztuka. Ta nieudana wystawa pokazała mi, jak żałosne były moje wysiłki, by zostać artystą. Wszyscy mogli się przekonać, jak mierne okazały się moje prace. W sensie widziałem, jak widzowie stają się właśnie świadkami mojej absolutnej klęski. Ów kryzys psychiczny jedynie przyspieszył załamanie fizyczne i ostatecznie popadnięcie ciała w spazmy udręki. Kiedy już przestały istnieć mój umysł oraz poczucie osobowości, wszystko przeszło w ręce organów postrzegania zmysłowego, przez które po raz pierwszy doświadczyłem najgłębszej otchłani bytu, tego cienia, tej ciemności, która wzbudzała we mnie pragnienie efektywności w robieniu czegoś i byciu czymś, przez co aktywowały moje ciało poruszające się w tym świecie, podobnie jak aktywują wszystkie inne ciała.
I tak dalej. Ten monolog się ciągnie przez kilka stron. Oczywiście to jest dalej opowiadanie grozy, więc ostatecznie okazuje się, że ta wewnętrzna rzeczywistość Grostha, ten cień i ciemność jest jak najbardziej rzeczywisty i pozostali uczestnicy tej jego drugiej wystawy również go w pewnym momencie doświadczają w takim zupełnie przerażającym finale. To jest chyba najstraszniejszy tekst, jaki Ligotti popełnił i w zasadzie jego szczyt artystyczny. Później, już jako autor beletrystyki zamilkł. Później chyba tylko jeszcze dwa opowiadania napisał, które w cienkim wydaniu się pojawiły. Napisał jeszcze tylko esej „Spisek przeciwko ludzkiej rasie”. I to był jego twórczy koniec. Później już zamilkł jako twórca, wyartykułował się w sposób ostateczny. Z czego żyje wtedy?
Pomaga mu rodzina. W zasadzie jakiś czas temu czytałem, że on jest zupełnie zależny od swojego brata. Natomiast z pewnością sytuację finansową poprawiło to, że w serialu „Detektyw” w pierwszym sezonie została dość obficie wykorzystana postać Ligottiego. Główny bohater tego serialu, Rust Cohle, jego charakter został dość konkretnie oparty na postaci Ligottiego i pojawiają się tam wprost cytaty z eseju „Spisek przeciwko ludzkiej rasie”. A ponieważ serial odniósł duży sukces, to wzrosło zainteresowanie książkami. Ligotti zresztą jako jeden z dziesięciu chyba żyjących pisarzy doczekał się później edycji zbiorczego swoich dwóch pierwszych zbiorów opowiadań w serii Penguin Classics. Więc ten serial, który pojawił się w momencie, jak on już w zasadzie kończył swoją czynną karierę jako pisarz, wywindował troszkę zainteresowanie jego twórczością. Miałem przyjemność z nim korespondować kilkukrotnie i jest to człowiek nieprawdopodobnie inteligentny, ale jednocześnie w takim stanie zdrowia, że w zasadzie jest zupełnie zależny od swojej rodziny i utrzymuje go rodzina. To znaczy pomaga mu w utrzymaniu. Natomiast to, że u progu 70.
roku życia stał się troszkę bardziej rozpoznawalny niż przez pierwsze 30 lat swojej kariery pisarskiej, to też z pewnością troszkę pomaga. Natomiast on wcześniej, jeszcze zupełnie po upadku na zdrowiu, był jednym z redaktorów. Nie pamiętam nazwy tego wydawnictwa. To jest bardzo duże amerykańskie wydawnictwo. Ligotti się tym zajmował jako pracownik wydawnictwa. On był redaktorem serii literatury europejskiej, co zresztą przyczyniło się też do tego, że jest to człowiek, który ma absolutnie obłędną wiedzę o literaturze europejskiej. Kiedyś zapytany w wywiadzie, skąd się wziął jego bardzo dziwny styl, powiedział, że chciał pisać w taki sposób, w jaki sposób na język angielski byłaby tłumaczona jakaś bardzo dziwna proza języka środkowowschodnioeuropejskiego. Przyjął sobie takie założenie i faktycznie bardzo to czuć, bo nawet jego składnia jest bardzo dziwna jak na język angielski. Natomiast dość trudno, ale wdzięcznie się ją przekłada na język polski. Właśnie dlatego, że strukturalnie ten język jest trochę inny niż typowa angielszczyzna.
Więc ten stan bardzo dziwnego Zvogela, który doznaje tego stanu załamania, w którym ma wrażenie, że umiera jego osobowość, to jest jedna z figur, które się w tej twórczości pojawiają. Ponieważ cały czas oscylujemy w zakresie tematyki poczucia braku sprawczości, bo w stanach chorobowych osoby cierpiące też doświadczają poczucia braku sprawczości. Figurą, która przenika wszystkie opowiadania, czy może nie wszystkie opowiadania, ale bardzo dużo opowiadań Ligottiego i ona się pojawia konsekwentnie we wszystkich tomach, także właśnie w tym opus magnum „Teatro Grotesco”, jest figura manekina albo marionetki, albo lalki. Ona później została dość chorobliwie zaadaptowana przez ten cały new weird fiction, który się z twórczości Ligottiego rozwinął. Więc ten motyw manekina, lalki czy marionetki w zasadzie był później przetwarzany na sto różnych sposobów. Natomiast źródłowo dla Ligottiego te wszystkie humanoidalne formy, które są pozbawione własnej woli, wyzute z cienia sprawczości, które mają zupełnie rozbite poczucie jedności woli i sprawstwa, które są bierne i nie mają poczucia sprawczości, a jednocześnie są świadome tego, że za ich działania w świecie, za ich wszelkie akcje odpowiadają siły czy impulsy, które są im źródłowo niedostępne. Więc raz, że przenika tą twórczość poczucie braku sprawczości, ale też poczucie braku możliwości zrozumienia, co tak naprawdę odpowiada za to, w jaki sposób to życie się toczy i dlaczego działamy tak, jak działamy.
[03:36:01] - Inaczej niż u Snerga, gdzie te manekiny nie były w ogóle świadome. Myślały, że one są same w sobie i żyją wolne.
[03:36:07] - Tak. To można byłoby ciekawie poprowadzić właśnie to, jak Snerg to ujmował, jak to ujmuje Ligotti, bo faktycznie u Ligottiego dochodzi do takiego aktu samoświadomego, w którym ten manekin sobie uświadamia, że wisi na sznurkach. Marionetka uświadamia sobie, że wisi na sznureczkach, ale kiedy patrzy wysoko w górę, widzi tylko ciemność i nie jest w stanie tej ciemności przeniknąć. Nie jest w stanie się wyrwać spod tej ciemności. Nie jest w stanie się zerwać z tych sznurków, ale nie jest w stanie dostrzec tego, kto nią porusza. I to jest dość przerażający opis tego doświadczenia.
[03:36:46] - Pogłębienie tego tematu. Można naprawdę znaleźć autorów. To jest angielski autor, Rupert Sheldrake, który opracował teorię tak zwanego pola morfogenetycznego. To jest pole częściowo z zakresu mistyki, w rezultacie też kwantowej filozofii. Są to pojęcia, które w pewnym sensie od 20 do 30 lat powstały w wyniku odkryć fizyki kwantowej, ale też naraz okres i obręb praktykując dla religii. I ten właśnie ten gość do dzisiejszego dnia jest naprawdę człowiekiem, który w pewnym sensie stanowi źródło odpowiedzi, który właśnie ten cały kompleks świadomości ego we własnych ustawieniach, gdzie właściwie ja tak naprawdę schodzę w pewnym sensie, odchodzę z tej rzeczywistości cielesnej, ale ona cały czas, ta rzeczywistość cielesna ma dostęp do tego, co od dawnych, od pięciu tysięcy lat zawsze mistyka, zawsze gdzieś implementowała to inne źródło naszej świadomości. Polecam. Rupert Sheldrake.
[03:38:19] - Dzięki. Kojarzę o jego polu morfogenetycznym. Wydaje mi się, że chyba wydawnictwo Okultura coś z tego tematu wydawało, które zresztą też Ligottiego wydaje. Więc sprawdzę, sięgnę. Dzięki. To jest faktycznie mega ciekawy temat i na pewno go sobie zgłębię. Słuchajcie, bo tak, mamy jeszcze dziesięć minut. Jeszcze chciałem powiedzieć o jednym pisarzu, a nie wiem, czy zdążę. Powiedzieć o „Elektromancie” Slackiego. To jest nowela, która zamyka zbiór jego opowiadań i w zasadzie to jest tekst, któremu osobną prelekcję można byłoby poświęcić.
Przygotowując się tutaj do tego spotkania, przeczytałem sobie jeszcze raz tę nowelę. Sięgnąłem po nią po raz pierwszy od momentu, kiedy ją przetłumaczyłem i kiedy ona została zredagowana. Już zdążyłem troszkę... Trochę mi z tego tekstu odparowało tego wrażenia emocjonalnego. I kiedy sobie ją czytałem po raz pierwszy od pół roku Uświadomiłem sobie, że tam jest jeszcze więcej wewnętrznych związków i odniesień, które w jeszcze bardziej kompleksowy sposób budują świat psychotyka. Bo główny bohater tego opowiadania, robotnik rolny, który żyje sobie gdzieś tam na początku drugiej połowy XX wieku w Kalifornii i pracuje w dość nieludzkich warunkach na plantacji. To jest właśnie historia robotnika, którego percepcja rzeczywistości pod wpływem bardzo traumatycznego zdarzenia z przeszłości, pożaru, w którym zginęła jego rodzina, zaczyna się załamywać. Natomiast obawiam się, że po prostu się chyba nie wyrobimy, a nie chciałbym gadać przez cały czas, więc może jeszcze chcielibyście o coś zapytać.
[03:40:20] - Tylko jak się nazywa ten facet?
[03:40:23] - Christopher Slatsky.
[03:40:24] - Jak się pisze?
[03:40:27] - Na razie wyszedł jeden jego zbiór opowiadań. „Elektromanta i inne opowieści niesamowite”. Jeszcze chyba jest do kupienia, mimo tego, że wydawca nie zrobił dużego nakładu. Było to dość osobliwe wyzwanie translatorskie, ale cały ten zbiór obraca się-- bohaterami wszystkich tych opowiadań są osoby zaburzone. Slatsky zrobił taką rzecz bardzo oryginalną, bo zawsze kiedy czytamy tekst literacki, to zawsze od poczucia pewnej niesamowitości, która się wiąże z tym, że obcujemy z pewnym zaburzeniem, oddziela nas to, że my wiemy, że to jest tekst literacki i my wiemy, że to jest narracja, która jest w jakiś sposób uporządkowana. I to nas oddziela od przedmiotu tekstu. Bo czytamy różne opisy dziwnych stanów mentalnych i dziwnych wizji, ale jednocześnie cały czas wiemy, że to jest opis wizji i my wiemy, w którym momencie dokładnie następuje pewne zaburzenie albo załamanie. Jeżeli czytamy narrację pierwszoosobową, to również jesteśmy w stanie sobie powiedzieć: „Oho, dzieją się jakieś dziwne rzeczy, ale to jest narracja pierwszoosobowa, więc ewidentnie bohater jest zaburzony” i to buduje w nas pewien dystans. A Slatsky zrobił coś takiego, że cała struktura narracyjna tekstów w tym zbiorze jest podporządkowana od początku do końca w bardzo konsekwentny sposób właśnie takiej logice, jaką kierują się osoby chore. Dlatego te teksty, pamiętam, że kiedy je tłumaczyłem, one wprowadzały mnie raz za razem w jakieś totalne zmieszanie i konfuzję, bo myślałem sobie: „Ja pierdzielę, to jest bez sensu.
Dlaczego ten akapit się tu znajduje? Dlaczego ta wizja się tutaj znajduje? Skąd ten motyw się wziął? To się w ogóle jedno z drugim do kupy nie składa. Dlaczego ci ludzie robią tak, jak robią? To nie ma sensu.” Ale w pewnym momencie właśnie zaczęło do mnie dochodzić, że w tym szaleństwie jest metoda. I właśnie ta metoda polega na tym, żeby nie informować czytelnika o tym, w którym momencie rzeczywistość bohaterów zaczyna się rozpadać. I my podążamy, śledzimy ich znad ramienia, patrząc na to, na co oni patrzą. I wskutek tego, że Slatsky nie stwarza narracyjnie żadnego dystansu do obłędu swoich bohaterów, my doświadczamy tej samej konfuzji i zmieszania, których doświadczają oni, bo oni doświadczają właśnie tych samych wątpliwości. Oni próbują postępować racjonalnie wobec zdarzeń, których nie są w stanie sobie w żaden sposób wytłumaczyć.
I to właśnie w tej ostatniej noweli, która przy okazji stanowi taką bardzo poruszającą panoramę życia kalifornijskich robotników rolnych na początku drugiej połowy XX wieku. Właśnie w tym tekście najlepiej to widać. Tam się spina przebogato symbolika, gdzie w zasadzie świat nielegalnych walk kogutów, bo bohater mimo tego, że jest psychotykiem, jednocześnie hoduje koguta, którego wystawia w walkach. Ten świat walk kogutów staje się dla niego takim metafizycznym kluczem do całej struktury świata, który ostatecznie również doświadcza jakiegoś apokaliptycznego zwrotu, który oczywiście się rozgrywa prawdopodobnie wyłącznie w jego percepcji. Bardzo wam polecam tę książkę, bo ona wprowadza w głowę straszliwy zamęt.
[03:44:17] - Jednym słowem ryje banię.
[03:44:18] - Ryje banię straszliwie. Dla mnie to rycie bani było o tyle bardziej dotkliwe, że musiałem ją przetłumaczyć. Więc kiedy ją tłumaczyłem, to-
[03:44:30] - Dajmy jeszcze tylko tyle ze swojego podwórka troszkę wrzucił, bo teraz będzie wychodził najnowszy zbiorek opowiadań Dawida Kaina, oparty na motywach cyrkowych. I właśnie ostatnie opowiadanie też jest połączeniem trochę tego, co tutaj mówił Igortkin. Trochę jak w „Elektromancie”, że dochodzi do pewnej apokalipsy, w której świat właśnie się rozpada. Bohater dostrzega różne zależności, w które był uwikłany. No i jednocześnie to też jest czymś takim, że co się rozpada? Czy świat, czy on? Taka moja konkluzja.
[03:45:05] - Na Kaina to ja czekam jak zły zawsze. Bardzo się cieszę, że wreszcie wychodzi. Jak jeszcze tylko wyjdzie to, co pewne wydawnictwo zakisiło od pewnego czasu, to już będę bardzo szczęśliwy. Więc fajnie.
[03:45:19] - To jest akurat zbrodnia przeciw autorowi.
[03:45:22] - Tak jest. Zgadzam się zupełnie.
[03:45:26] - Ja zresztą nie mam swój czas mniej z E-czata.
[03:45:30] - Kogo? Chyba nie
[03:45:34] - Chyba niedawno wyszło wydanie, on był też w II wojnie, przenosił na węgierską część Austrii. I tam jego relacje są absolutnie przerażające. To nie jest fantastyka w żaden sposób chyba. Ale u mnie było czytając nawet tam wszystkich słów, po prostu miałem takie przebłyski właśnie jego odczuć. On też był na swój sposób chory, bo uzależnił go depresja i wszystko. Zresztą dlatego, że to był jeszcze trzeci rodzaj tej grozy, o którym mówiłeś, że oprócz tego, że czy ja mogę z tym człowiekiem szalony. To jest trochę taki bardzo, że to może się zdarzyć zawsze i wszędzie. Nie wiem, czy to jest, tylko że zwykle tam gdzieś w lesie za jakimś porostem coś absolutnie takiego opisuje. I jeszcze najlepsze, że też jest opisywane z tego takiego punktu widzenia tej ciągliwości, jakby tak sobie stoi w pokoju i kiedy coś się dzieje, to nie wiem. Nie pamiętam, czy się ukazał polski zbiorek.
[03:46:41] - A kto go wydał?
[03:46:43] - W.A.B. chyba.
[03:46:43] - Okej, to sobie poszukam. Dobra, dzięki. Bardzo lubię tego typu dziwactwa zbierać. Chciałem jeszcze właśnie wspomnieć o takiej krótkiej powieści „Lód” Anny Kawon. To Świat Książki wydał w takiej serii z Lemem. I Kawon to też była taka charakterystyczna postać, bo ona całe życie zmagała się z uzależnieniem od heroiny i jej powieści to jest w zasadzie czysty zapis takiego bardzo zdezorganizowanego toku myślenia osoby, która ma w zasadzie już dość mocno zdewastowaną wrażliwość i umysłowość poprzez substancje psychoaktywne i która bardzo cierpi z tego powodu. Natomiast to jest trochę mniej literatura grozy, bardziej taka bardzo wizyjna, dziwna fantastyka. Może jeszcze kiedyś będę miał okazję o tym powiedzieć. Jak znajdziecie gdzieś „Lód” Anny Kawon, swego czasu było za 2 zł na Allegro, wyprzedawali, to polecam bardzo.
[03:47:51] - Jeśli chodzi na przykład o kwestię schizofrenii, to taką bardziej naukową książkę polecam „Ja we wczesnej schizofrenii”. Tam się wypowiadają pacjenci o swoich epizodach stricte, które przeżywali. Również autor, który też sam właśnie tą schizofrenię doświadczył. I to jest niesamowite, jak oni właśnie mówią, jak się zaczynały te epizody, jak ten świat zaczynał wyglądać, co się w nim zmieniało. Dla mnie było to najbardziej takie, że był tam dwudziestodwulatek, który dosłownie zesrał, zestał łóżko, bo taki miał epizod, że gdzieś go zamknęli, nie mógł się wydostać i różne takie rzeczy. Więc to jest takie też ryjące dno właśnie bardzo. Tylko że to już jest naukowa książka.
[03:48:39] - Ale to fajnie, bo to są ważne publikacje właśnie z tego powodu, że jeżeli horror wykorzystywał zawsze figurę szaleństwa jako pewnego aspektu, to wzbudzał nasz też pewien lęk przed osobami chorymi. A wydaje mi się, że literatura grozy ma fantastyczne możliwości też właśnie do tego. Jak i właśnie tego typu książka, o której wspominałeś, żeby pokazać, że ta inna perspektywa jest okej, że to jest coś, czego możemy się obawiać względem własnego życia, ale że absolutnie nie należy wyciągać z tego takiego wniosku, że jednocześnie musimy żywić obrzydzenie wobec osoby dotkniętej tego rodzaju cierpieniem. I uważam, że horror ma tutaj fantastyczne możliwości, żeby tego typu, nazwijmy to społeczną rolę spełniać. To chyba tyle. Dzięki.
[03:49:50] - To teraz zapraszam na recenzarium Ewiwy. Tym razem Luiza Eviva Dobrzyńska zaprasza na recenzję powieści „Krwawa uczta” mało znanej autorki. Tak jak się państwo dowiecie, w Polsce wyszła zaledwie jej jedna książka, chociaż miało wyjść więcej, bo to pierwsza część cyklu. Sam nie wiem, może dobrze, że nie wyszły kolejne, bo podobno pierwsza część cyklu jest naprawdę niezła. Luiza Eviva Dobrzyńska opowie państwu o tym lepiej. A tą autorką tajemniczą, której jeszcze nie wymieniłem, jest Patricia Wrede. Zapraszam.
[03:51:04] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Moja fascynacja wampirami sięga czasów, zanim jeszcze Anne Rice napisała swoje wiekopomne dzieło „Wywiad z wampirem”. I od razu podkreślę, że zawsze interesowały mnie wampiry w ich pierwotnej formie. To znaczy żadne grzeczne chłoptasie ze „Zmierzchu”, po prostu normalne wampiry, jeżeli tak można to określić. Oglądałam wszystkie filmy, które mogłam dopaść i przeczytałam całą literaturę na ten temat. Zanim moja fascynacja zmieniła się w chłodne zainteresowanie, udało mi się kupić niewielką książeczkę wydaną jeszcze w dawnych czasach. Dawnych, to znaczy w epoce, kiedy wszystko wydawało się łatwiejsze. Był to tom pierwszy cyklu Kartoteka Wampirów zatytułowany Krwawa uczta. Autorką jest Patricia Earlrod, znana w Polsce jedynie z tej jednej maleńkiej książeczki, która miała rozpocząć cykl wydany po polsku. Niestety tak się nie stało, a wielka szkoda.
Książeczka ta bowiem daleka jest od wszystkiego, co wypisuje się o wampirach. To spojrzenie odrobinę inne i jednocześnie, jakby to powiedzieć, bardzo przyjazne. W inny sposób niż u Anne Rice i w inny sposób niż w Zmierzchu i tym podobnych bredniach. O czymże mówi ta książka? Akcja rozgrywa się w Chicago w czasach, kiedy rządzili tym miastem gangsterzy. Początkujący dziennikarz Jack Fleming trafia na trop bardzo poważnej afery i przypadkiem wchodzi w posiadanie listy tajnych współpracowników mafii. Nie wychodzi mu to na dobre. Zostaje porwany, torturowany, a następnie zamordowany. Problem w tym, że nie umiera. Kiedy udaje mu się odzyskać pamięć po tych potwornych zdarzeniach, przypomina sobie, poza tym wszystkim, co do tego doprowadziło, postać kobiety, z którą się spotykał.
Piękności o imieniu Maureen. Wiedział, że jest ona wampirem i pewnej nocy doszło między nimi do wymiany krwi. Jednak został przez nią ostrzeżony, że to może nic nie dać, ponieważ wampiryzm jest jak choroba, którą bardzo trudno się zarazić. W przypadku Fleminga jednak podziałało. Wie dobrze, że wchodząc w świat, którego do tej pory nie znał, powinien mieć przewodnika. Rzecz w tym, że Maureen zniknęła z jego życia już kilka lat temu i nie udało mu się jej odnaleźć. Musi więc sam, zupełnie sam nauczyć się, jak to jest być wampirem. Nie jest mu łatwo. Przede wszystkim jest w zasadzie goły. Nie ma pieniędzy.
Poza tym jest wampirem w starym, dobrym stylu. To znaczy, że nie znosi światła słonecznego i musi się przed nim kryć. Szczęśliwie może się odżywiać krwią zwierząt, więc nie musi też napadać na ludzi. Jednak teraz kieruje nim przede wszystkim przemożne poczucie krzywdy i chęć zemsty. Pragnie dopaść tych, którzy odebrali mu życie. To ludzkie życie, za którym jak dobrze wie, będzie tęsknił. Przypadek stawia na jego drodze George'a Scotta, jego rówieśnika, który bardzo szybko odkrywa, kim Fleming jest i zamiast się przestraszyć, jest tym wyraźnie zafascynowany. Razem starają się tropić mafiozów. Jest to jednak bardzo niebezpieczne, nawet biorąc pod uwagę to, że Jack teraz dysponuje możliwościami, o których mu się wcześniej nawet nie śniło. Styl pani Earlrod, muszę to przyznać, odpowiada mi dużo bardziej nawet niż styl Anne Rice, bo nie ubliżając w niczym tej autorce, tylko pierwsza część, to znaczy Wywiad z wampirem, była rzeczywiście dobra.
Pozostałe części cyklu nosiły już cechy ciągnięcia tematu na siłę. A o Zmierzchu i tym podobnych bzdurach nawet nie warto wspominać, bo mówiąc szczerze niedobrze mi się robi, kiedy spojrzę na którąś z tych książek. Tak jak powiedziałam, lubię wampiry, ale właśnie takie, jakimi są. Poza Patricią Earlrod jeszcze bardzo dobrze się spisała w roli, jak by to powiedzieć, wampirzej kronikarki, Chelsea Quinn Yarbro, o której też w swoim czasie opowiem. Co do Anne Rice, tak jak powiedziałam, w zasadzie najlepszy był Wywiad z wampirem. Potem już zaczęło się przekombinowywanie z tematu i w końcu doszło do absurdu w samym uniwersum, które stworzyła. Ale mniejsza o to. W końcu teraz mówię o Krwawej uczcie. Tę książkę można jeszcze znaleźć czasem na Allegro. Myślę, że czasem w bibliotece.
Bardzo żałuję, że nie dane mi było przeczytać dalszych części cyklu, bowiem już ten pierwszy sprawił, że stałam się fanką tej autorki. Niestety z jakiegoś powodu nikt nie podjął tematu. Bardzo tego żałuję, zważywszy na to, ile chłamu zalega nasze księgarnie, naprawdę nie zaszkodziłoby, gdyby ktoś sobie przypomniał o tej autorce. Pisze znakomicie, świetnie oddaje klimat Chicago lat wielkiego kryzysu i w to wszystko wplątuje historię Jacka Fleminga, wampira mimo woli. Człowieka honorowego i dobrego, który w zasadzie różni się od ludzi głównie dietą i uczuleniem na światło, ale poza tym został, jaki był. Właśnie takie ludzkie spojrzenie, ale nie nadmiernie ludzkie, bo jednak coś się w młodym dziennikarzu zmieniło. Pytanie tylko, czy dlatego, że stał się wampirem, czy dlatego, że zamordowano go w podobnie brutalny sposób. Naturalnie nie jest to Nosferatu, nie jest to Drakula Stokera, ale tak czy inaczej jest dużo bliższy samej idei niż świecący w słońcu chłoptasie, czy też to, co się pokazuje na filmach obecnie, że wspomnę Buffy pogromca wampirów czy tym podobne produkcje. Wszystkim miłośnikom przystojniaków z długimi kłami szczerze polecam Krwawą ucztę. Na pewno się nie zawiedziecie.
Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:57:28] - Proszę państwa, proszę państwa, no cóż, czegoś jeszcze w dzisiejszej audycji nie było, co powinno być, a nie ma. Tym czymś jest Alchemia tworzenia Katarzyny Prychacz. W Alchemii tworzenia, jak państwo to zaobserwowali, od dwóch tygodni pojawił się mały mini cykl. A właściwie jak jest mini, to nie może być duży. Wiecie państwo, jak się długo siedzi przed mikrofonem, to zaczyna się bredzić. To właśnie coś takiego państwu zafundowałem, tego rodzaju brednie. W każdym razie Katarzyna rozpoczęła cykl o Chucku Malkersie. Dzisiaj mamy „Chucka Malkersa na tropie tajemnicy białego maku” i to jest część pierwsza dłuższej całości. Cóż, powiem jedną rzecz: że część druga wcale nie będzie za tydzień, a dopiero za dwa tygodnie, ponieważ zaszła ewidentna konieczność i trzeba było pomiędzy pierwszą część a drugą wstawić coś, co jest istotne. I o tym państwo przekonacie się za tydzień.
Cóż jeszcze muszę powiedzieć? Muszę powiedzieć, że na początku Katarzyna Prychacz wspomina, że minęła dwudziesta. No tak, bo audycja była pierwotnie emitowana w Book Radiu o godzinie dwudziestej właśnie. Ale tak sobie pomyślałem teraz, że ostatecznie u nas również już jest po dwudziestej, z tym że dużo, dużo po dwudziestej. To nic nie szkodzi. W każdym razie ja zapraszam do „Alchemii tworzenia”.
[03:59:27] - Dobry wieczór, Book Radiowa ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. No i co? Nastała, czy właściwie wybiła dwudziesta. No to nie pozostaje mi tutaj nic innego, jak serdecznie zaprosić was na... I tutaj poleci właśnie zaraz dżingiel. Zapraszam. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w trzydziestym piątym odcinku drugiego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Jest to podcast przede wszystkim kierowany do pisarskiej braci, aczkolwiek drugi sezon troszeczkę przełamał tę zasadę i myślę, że z mojego tutaj wymyślanka czerpać mogą zarówno pisarze, jeżeli chodzi właśnie o inspirację czy mechanikę działania, jak i słuchacze, którzy po prostu lubią świetne historie.
Ja nie wiem, na ile te historie, które wymyślam, są świetne. Tak sama się tutaj trochę powściągnę, aczkolwiek myślę, że co któryś odcinek trafiają się naprawdę niektóre niezwykle ciekawe i przełomowe. I co? Słuchajcie, zobaczymy, dokąd zaprowadzi nas dzisiejsza historia. A dzisiejszy odcinek to jest właściwie kontynuacja odcinka poprzedniego i jeszcze poprzedniego. Nie, no dobra. Tydzień temu zaczęliśmy tak naprawdę fabułę, bo ten poprzedni odcinek był takim przygotowaniem. Jaką fabułę zaczęliśmy? Otóż dwa odcinki wcześniej wymyśliliśmy sobie tutaj ja i mój zespół, bo przecież ja i mój zespół wewnętrzny wymyśliliśmy sobie postać detektywa o nazwisku Chuck Malkers. I ten detektyw będzie tutaj rozwiązywał zagadkę.
No i się właśnie w poprzednim odcinku okazało, że mamy tutaj morderstwo. Morderstwo nam tu się zadziało i czekajcie, żeby wam tu nie skłamać. Ofiarą tutaj w naszym śledztwie jest Przemek Bober, pracownik zakładu stolarskiego. Pozwolę sobie też przypomnieć, że rzecz wydarzyła się w takiej retro willi, trochę niezbyt gustownie udekorowanej i ciało tego pracownika zakładu stolarskiego znaleziono w wygaszonym kominku. Niestety ciało było poćwiartowane i najwidoczniej sprawca nie zdążył go spalić, bo chyba to próbował zrobić. Tego jeszcze nie wiemy. I właściwie to na takim tym wstępie się zadziało. Jeżeli chodzi o takie poszlaki czy rzeczy tutaj, które nie pasowały do otoczenia, no to był to złoty kielich odstawiony na kominku. I mieliśmy jeszcze nad kominkiem trofeum ryby takiej tej, wiecie, ryby miecznika takiego. I dziwnym było to, że ta ryba miała wybebeszony, potargany brzuszek.
Miała po prostu wyrwaną tę skórę, że po prostu było, wiecie, głowa i ogon ładnie spreparowane, a środek rozgrzebany, że widać szkielet tej ryby tak, jakby ktoś tam grzebał, czegoś szukał. To mamy. I teraz tak: co my dzisiaj porobimy? Myślę, że dzisiaj nie zakończymy jeszcze tego odcinka, bo też nie chcę, żeby to było za długie, ale myślę, że dzisiaj wylosujemy sobie dwie lokacje, do których się przeniesiemy. Oczywiście będą ekspertyzy po drodze jakieś i tutaj myślę, że to już nam da sporo materiału. Natomiast karty, na których działam. Karty, bo tak zawsze pędzę. Jeżeli chodzi o karty z lokacjami, które sobie używam dzisiaj, to są karty z gry „Tajemnicze domostwo” i to są karty miejsc. I postanowiłam wziąć jeszcze, bo tam są takie malutkie karty z przedmiotami. I tak sobie pomyślałam, że może to będą nasze jakieś poszlaki czy jakieś przedmioty, które faktycznie będą musiały nas gdzieś popchnąć.
Więc skoro wylosuję dwie lokacje, to myślę, że może wylosujemy dwa przedmioty. Tak pomyślałam, że te przedmioty będą takimi łącznikami między lokacjami, że tutaj skoro już ciało było znalezione, to teraz Oprócz tych poszlak z karty, które sobie wybrałam, pomyślałam, że teraz weźmiemy przedmiot, który faktycznie będę musiała powiązać z kolejną wylosowaną lokalizacją. Natomiast jeżeli chodzi o ekspertyzy, czy właściwie rodzaj ekspertyz, to są akurat komponenty, które przygotowałam do swojej gry, więc postanowiłam ich tutaj dzisiaj użyć. I czy to wszystko? Jeszcze jedna istotna rzecz, bo też wymyślając detektywa, w tym samym odcinku została wymyślona inna postać. Teraz pytanie jest tylko takie... Dobra, jaka postać? Postać Cerbera Złocista, ale to jest taki bardziej przydomek. Właściwie to nie znamy imienia i nazwiska tej osoby. To jest kobieta, z którą gdzieś w trakcie, gdzieś w przeszłości nasz detektyw się spotkał.
I ta kobieta, nikt jej nigdy tego nie udowodnił, ale jest taka legenda miejska. Ona jest znana z tego, że bardzo często ludzie, tak myślałam o mężczyznach tylko, ale może nie. Ludzie w jej otoczeniu umierają na tajemniczy zawał serca. Cerbera Złocista. Oczywiście zerknijcie sobie w ten odcinek. Tam czytałam wam ciekawostkę o takiej roślinie, dokładnie o tej nazwie. I stąd wpadł pomysł na taką femme fatale, taką groźną kobietę. Nie wiem jeszcze. Sama się zastanawiam nad rodzajem relacji, bo w poprzednim odcinku bardziej mówiłam jako o takiej informatorce może. Sama się zastanawiam, co by tu lepiej robiło dla fabuły.
Czy to, jeżeli detektyw by jednak cały czas chciał ją schwytać, podejść, albo byłby właściwie sfrustrowany tym, że nie mógł znaleźć dowodów, żeby ją oskarżyć. Myślę o takim rodzaju nemezis, ale takiej, która motywuje do działania. Takiej, po której się tęskni. Także może coś takiego. Nie chcę chyba tutaj jakichś romansideł wprowadzać między nimi, bardziej taką relację profesjonalną, ale może z jej strony jakimś takim flirtem, ale też nie takim, że ma się zakończyć sukcesem, tylko myślę sobie, że to byłaby po prostu taka kobieta bardzo rozgadana, przebojowa, otwarta i w ogóle. Bo tutaj kontrastowo nasz detektyw właśnie więcej myśli niż mówi. Co jeszcze istotne, detektyw ma tutaj zamiłowanie do natury i raczej wszędzie, we wszystkim stara się widzieć dobro, aczkolwiek niby jest naiwny, ale gdzieś tam zawsze jego mózg dobrze pracuje i przemyśli wszystko. Charakterystyczną cechą naszego detektywa są kurtki skórzane zszyte z iluś kurtek. Dobra, dosyć, bo już po raz kolejny to opowiadam. Pewnie jak ktoś słucha na bieżąco, to się nudzi.
Zobaczymy. Prawdę mówiąc nie wymyśliłam ostatnio, dlaczego on tutaj tą Cerberę, bo pomyślałam, że on do niej zadzwoni, że on ją poprosi o pomoc w tym śledztwie. I teraz zobaczymy, dokąd nas doprowadzi następna lokacja. Czy pójdziemy w kierunku takim, że może wyjdzie, że ta ofiara, bo też rozważałam, że on został pokrojony po śmierci i był pomysł na to, że ta ofiara zmarła z powodu zawału serca. Także może tutaj byłby ten łącznik, żeby może jednak zadzwonić do tej Cerbery. Albo może tutaj, jak teraz mówiłam, że w jej otoczeniu na zawał umierają, to może pierwsze podejrzenia w głowie naszego detektywa to właśnie były odnośnie Cerbery. Natomiast był przekonany, że Cerbera jest poza krajem, gdzieś tam w Indiach, nad jakimiś lagunami czy w jakimś innym pięknym miejscu. Śmiałam się, że taka byłaby z niej ekspertka od zawałów serca. Ale właściwie czemu nie? Czemu nie?
Zobaczymy. Myślę, że ta druga lokacja albo nawet ten przedmiot, który zaraz wylosujemy, myślę, że to da mi jakieś tropy, żeby to jakoś fajnie połączyć. Dobra, no to co? Lecimy z tematem. Myślę teraz tak: ja sobie wyjmę te lokacje, ale ich na razie nie odwrócę, więc wybiorę sobie dwie nowe lokacje na dziś. Potasujemy, żeby nie było. Dobra i teraz jedna i druga. Dobra i one są wylosowane, jeszcze ich nie widzę. I tak samo co te artefakty, jako te łączniki zrobimy. No dobra, czyli jeden artefakt.
Jakiś ze środka wezmę, też ich jeszcze nie widzę. I drugi artefakt. I wiecie co? Jeszcze teraz jedna rzecz. Gdzie będą ekspertyzy? Może też ekspertyzy damy razem z artefaktem? O, już wiem. Wiecie co? Powiążemy ekspertyzę z artefaktem. Super, to jeszcze wyciągam ekspertyzę.
Mamy wszystkie karty i mogę sobie po prostu robić wtedy czyste wymyślanko i zobaczymy, na czym to się nam zakończy. Myślę, że to tak dwa artefakty, dwie ekspertyzy i chyba na razie więcej nie będę robić. Jeszcze mnie korci, słuchajcie, żeby przesłuchać świadków, więc może w następnym odcinku to zrobimy. Ja sobie pomyślę, jak to zrobić, żeby też coś ciekawego się zadziało, bo nie ukrywam, że z trzech lokacji będzie można się pobawić i jakichś świadków pozbierać. Dobra, okej. No to co? To lecimy. Zobaczymy ten pierwszy artefakt z tej naszej lokacji. Dobra, idziemy. Zobaczymy, co my tu mamy.
O matko, co to jest? To jest jakaś butla. Czemu takie trudne od razu? Dobra, czekajcie, do czego to porównać? To jest butla z jakimś gazem najpewniej i ma kranik z rurką przyczepiony. Natomiast u góry tak jakby trzeba było odkręcić pokrętło, taki zawór, żeby ten gaz wypuścić. No dobra, ale to ekspertyza miała mi ułatwić, więc zobaczymy, z jakim rodzajem ekspertyzy to powiążemy. Matko z córką, już się boję. Okej, lecimy. Jaką mamy tu ekspertyzę?
Analiza śladów opon z miejsca zdarzenia. Okej, nie jest źle. Czyli mamy taką butlę. Nie wiem, bo nic nie jest na niej napisane, więc pierwsze, co pomyślałam, to o takiej butli z tlenem, chyba że to jest jakaś kuchenka gazowa. Ja pomyślałam o takim obrotowym kurku, ale równie dobrze, wiecie, jak czasami włazy się zamyka, czy jakieś sejfy na filmach stare, że taką kierownicę się łapie i się nią zamyka lub otwiera. I to jest na górze tej butli, ale może to jest palnik, słuchajcie. Ale też bez sensu, bo do tego by coś było doprowadzane. Bo mamy teraz tak: mamy ślady opon, czyli pod tą willą musiały zostać zebrane. Chyba że pójdziemy w jakąś schizę, bo ja też wam mówiłam w poprzednim odcinku, że to poćwiartowane ciało było wcześniej zamrożone i po prostu myślę o takim efekcie wizualnym, jeżeli mielibyśmy to spisywać w formie powieści czy jakiegoś opowiadania, to miałam taką wizję na taką scenę, że z tego kominka wypływa krew, a pod kominkiem leży skóra z niedźwiedzia polarnego i ta podłoga tutaj też była w taką, ja w ogóle mówiłam kratownicę, ale wiadomo, chodziło mi o szachownicę czerwono-białą. I tak się zastanawiałam, czy może nie zrobić ślady opon, ale wiecie, opony jakieś rowerowe albo od jakiegoś wózka, żeby to były małe opony na tej lokacji, nie pod willą, tylko właśnie w tym miejscu.
Tylko teraz jak to powiązać jeszcze z tą butlą? Bo pomyślałam sobie, że może tutaj mogłaby być sprzątaczka albo pokojówka, służąca w takim domu wielkim. I teraz pytanie: skoro były krwawe ślady, to musiała tu przyjechać, jak ta krew już była wylana, tak? Chyba że to ona zawiadomiła pomoc, tą policję czy coś tam. No dobra, słuchajcie, niech to będzie. To będzie ciekawe, bo też nie chcę iść w jakieś typowe rzeczy. Wiecie co? Jedno i drugie może nas zaprowadzić w fajne miejsce, ale dobra, wymyśliłam coś takiego dziwnego. Już mamy poćwiartowane ciało, to niech już będą też ślady opon w pomieszczeniu. I okej, wiecie co?
Pomyślałam o takich oponach rowerowych, więc może niech to będą opony od wózka towarowego, wiecie, takiego jak się jakieś meble przewozi, taki ręczny wózek, nie? Lepsze wózki mają trochę szersze opony. O, już wiem, mam tą butlę, słuchajcie. Tylko po co one by tu były? Pomyślałam o tym, że te ślady doprowadziły naszego detektywa do faktycznie przemysłowego wózka. Znaleźli też krew. I teraz myślę, czy idziemy do kuchni, czy... Dobra, niech będzie kuchnia. Będę się kierować pierwszymi tropami, które mi do głowy przychodzą w kwestiach fabularnych naszych. Więc w kuchni znaleziono ten wózek i na tym wózku była butla z...
To jest ciekły azot? Ja nie wiem, czy zimny azot, ciekły azot, jak to jest? Wiecie, chodzi o to, że to, co można też na jakichś zawodach, jak się kontuzjujemy, czy coś nam się dzieje, można sobie trochę zreperować na chwilę tą nogę. Do czego tego się używa? Tym można coś zamrozić, nie? No tak, zamraża się ciało, więc może w ten sposób zostało to ciało zamrożone, bo to by musiało strasznie długo trwać, żeby je zamrozić w lodówce. A jednak to wszystko było dosyć świeże. Więc może na czas ćwiartowania po prostu tutaj nasz, jak się mówi, morderca. „Morderca” chciałam powiedzieć, jakiś napastnik czy coś. Dobra, nazywajmy go mordercą.
Jakiś pseudonim musielibyśmy wymyślić, a nie przygotowałam żadnych kartek. Wiecie, jak na filmach, że na seryjnych morderców się wymyśla jakieś śmieszne, mniej lub bardziej, nazwy. Okej, wiecie co? Wymyślimy to w następnym odcinku. A dzisiaj jeszcze może wylosujemy tajemnicę. Tak jeszcze myślę teraz. Cholera, bo komponent. Dobra, dajmy to. Czekajcie, idę po jeszcze jeden komponent. Też już go tutaj używaliśmy.
To jest po prostu zbiór różnych napisów, w sensie różnych tajemnic, więc zobaczymy ogólnie, jaka tajemnica będzie przyświecała temu konkretnemu śledztwu. Okej, losujemy. Mam. I nasze śledztwo będzie się nazywało, czy będzie miało jakąś tajemnicę. Ciekawe. Tajemnica białego maku. Kurczę, ale to się fajne robi. Okej, podoba mi się to. Może ten mak, widzicie, będzie trzeba go przekminić, bo on może był ukryty w tej rybie. Może coś tu się takiego zadziać.
No dobra, tylko że ja już się wyrwałam przed szereg z tą kuchnią, a nie odkryłam drugiej lokacji. Dobra, odkrywam drugą lokację i zobaczymy, czy to jakoś powiążę z tym wózkiem w kuchni, czy może jeszcze będę tu musiała coś zaimprowizować. Sama własne zasady łamię. Okej, zobaczymy co mamy. Najpierw wam opowiem, jaka jest lokacja, a potem wam powiem, jak to fajnie połączymy, bo już coś mi się w głowie lęgnie. Tym razem jesteśmy w starej bibliotece. Takiej bibliotece, która ma świetlik na dachu. Nie świetlik, nie kopułę, takie okno w suficie. Widzę, że to nie jest kopuła, tylko właśnie takie płaskie, wielkie koło, ale nie ma innych okien, więc ewidentnie na tym zdjęciu to okno w suficie jest jedynym źródłem światła dziennego. Mamy oczywiście tutaj też lampkę na biurku.
Tak patrzę, bo to wygląda trochę jak archiwum. Mamy metalowe schody, bo te półki są do sufitu, oczywiście wypełnione książkami. Mamy zbroję rycerza z tarczą, z halabardą, chyba to się nazywa? Nieistotne. Taki śmieszny, długi topór trzyma. I co my tu jeszcze mamy? Mamy stolik, na którym mamy plik gazet albo dokumentów. Jest to przewiązane jakąś sznurkiem. I klepsydra jeszcze stoi. I co jeszcze mamy?
Jeszcze mamy ścianę z grzejnikiem i na tej ścianie jest makatka? Ogólnie wisi coś materiałowego, czerwone i na tym jest wyszyty biały jednorożec. Więc może ten biały mak, może ten jednorożec będzie tu ciekawym tropem. Patrzę, czy byłyby tu jakieś nieprawidłowości, które by nam się mogły przydać, ale nie wiem. Klepsydra, tak wygląda, jakby ktoś... Właśnie, tu nie ma żadnej elektroniki. Co prawda ta lampka jest na prąd, mogłaby być jakaś naftowa albo coś. Myślę o tej klepsydrze, bo kiedyś nie było zegarków, to się klepsydrami ten czas odmierzało. Więc może jednak w tym archiwum pracuje ktoś starej daty albo ktoś nauczony przez kogoś starej daty, żeby tutaj elektroniki nie wnosić. Może to jakieś tajne archiwum jest.
Może tajne przejście. Tak jak tu mieliśmy analizę śladów opon, które nas doprowadziły do kuchni, do tego tlenu, więc już wiemy, jak to ciało zostało zamrożone. To teraz jeszcze pytanie, jak to nas doprowadziło do... Dobra, jest jeszcze jedna rzecz. Coś nie dawało spokoju naszemu detektywowi, więc wrócił na miejsce zdarzenia i jeszcze raz przeanalizował te krwawe ślady wózka i wpadł na pomysł, żeby też zajrzeć pod tę skórę niedźwiedzia. I wtedy zobaczył, że te ślady nie do końca przebiegają tak, jak im się wydawało. Oni poszli do kuchni, więc byli wszyscy przekonani, że ten wózek przyjechał z kuchni tutaj i potem po prostu wrócił z powrotem. A okazuje się, że ślady właściwie wychodziły tak jakby ze ściany. I teraz tylko myślę, bo mieliśmy ten kielich i tu był jeszcze brakujący pogrzebacz. Myślę o tajnym przejściu.
Gdzie on mógł znaleźć ten pogrzebacz? Pomyślałam, że ta dziura na pogrzebacz mogłaby otwierać przejście w ścianie na jakieś miejsce i myślę, że zejdziemy schodami w dół, bo to archiwum ewidentnie wygląda, jakby było w jakimś podziemiu. Może to być taki mechanizm, że trzeba będzie wyjąć ten jeden pogrzebacz i włożyć w tą środkową, pustą przestrzeń na ten brakujący. To są już jakieś detale, ale myślę, że to byłoby ciekawe i nasz detektyw może tam włoży długopis? Zobaczy, że coś z tą dziurą jest nie tak, że pozostałe nie mają dziury pod sobą, mają podstawkę, a tutaj jakaś taka podejrzana dziura na ten trzeci, brakujący. Wziął po prostu jeden z tych, które tam są i go wetknął w tą dziurę i w tym momencie ściana zadrżała i się otworzyła. I oczywiście, że nasz detektyw tam poszedł. Jeszcze tylko myślę nad jedną rzeczą Dobra, słuchajcie, mamy to. Oni myśleli w pierwszej chwili, że te ślady, jak z tego kominka zaczęło wpływać, ktoś po fakcie tam był. A te ślady po prostu były z tego archiwum, gdzie nasza ofiara została poćwiartowana.
Na tym stoliczku, gdzie te dokumenty są, na tego typu stoliczku. Te schodki, po których właśnie nasz detektyw schodził do archiwum, okazało się, że tam też są ślady opon. Więc jesteśmy sobie w tym archiwum. Miejsce poćwiartowania znaleźliśmy. Jest ten proporzec, na zbroi niczego nie brakuje. No dobra, to zobaczmy w takim razie kolejny artefakt, który tutaj znajdziemy, ten taki najważniejszy. I kolejną też ekspertyzę, która jest powiązana z tym artefaktem. Okej, mamy brzytwę, taką ładną, ozdobną. Tu ma jakieś, wiecie co? Ona ma takie jakieś ozdoby złote wygrawerowane i takie esy-floresy.
Podobna rzecz była na tej butli, ale nie wiem, czy to aż tak będziemy powiązywać. Na razie to zostawmy i zobaczymy. Ta brzytwa i... Nie, no nie wierzę, słuchajcie, że brzytwą ktoś ćwiartował. Zobaczymy, jaka ekspertyza tutaj jeszcze się w tym momencie pojawiła. Dane ze smartfona poszkodowanego. Okej, no dobra, to się pięknie składa. Słuchajcie, to się naprawdę pięknie składa. A co, jeśli naprawdę tego człowieka poćwiartować brzytwą? A może coś brakuje?
Wiecie co? Może to jakoś będzie coś takiego, co... Bo wcześniej też mówiłam, że ten Przemek Bober, pracownik zakładu stolarskiego, to raczej nie był drobny koleś, tylko raczej taki trochę przypakowany. To tą brzytwą może nie, ale może ta brzytwa posłużyła do czegoś. Może po prostu faktycznie z tego ciała czegoś brakowało. Tak myślę, że coś może zostało odcięte w tym archiwum. No dobra, na razie to może zostawmy. No bo co, właściwie ucho? Myślę, bo wiecie, jeżeli byśmy mieli pójść w kierunku seryjnego mordercy, to też oni często jakieś trofeum sobie biorą, nie? Więc jakie tutaj mogłoby być trofeum zabrane?
Nie wiem. Co? Palce, uszy, coś, co tak, nos, włosy. Chyba że kawałek skóry odcięty skądś, z jakiegoś miejsca. Ble! Jak sobie o tym myślę, to aż mnie... Jako że ćwiartowanie mnie cholera nie poruszyło, ale odcinanie, o matko z córką. Na całe szczęście nasz poszkodowany był martwy, kiedy był ćwiart-- no. Dobra, grube to śledztwo nam idzie. Dobra.
Dane ze smartfonu poszkodowanego. Czyli tak, tutaj przede wszystkim znaleziony został smartfon, czyli ewidentnie był on tutaj. Był tutaj, kropka. Wiecie co? Tę rybę mamy rozgrzebaną, więc może w tym smartfonie właśnie były zdjęcia tej ryby? Bo też się zastanawiałam, po co ten pracownik by tu przyjechał, bo niby są tu jakieś meble stylowe na tej pierwszej lokacji, ale może jednak on nie przyjechał tutaj robić pomiarów na zlecenie, tylko jednak jakieś interesy z właścicielem willi, którego nie ma. Tutaj chyba też ustaliłam, że nie ma go. Zniknął, więc jest aktualnie podejrzany. I co? I mamy zdjęcia ryby.
A może będą różne ryby? Może to jest seria różnych ryb, takich mieczników z różnych domów. No tak, może ten pracownik zakładu stolarskiego z racji, że w różnych domach przebywał, może on robił jakieś śledztwo na własną rękę. Albo nawet chyba że nie tyle śledztwo, co może on się dowiedział, że w tych rybach jest coś schowane i on po prostu okradał te ryby, a tutaj został przyłapany na gorącym uczynku i dlatego zginął. Śledztwo w śledztwie w śledztwie. Wiecie, o czym pomyślałam? Że faktycznie ten pracownik zakładu stolarskiego dowiedział się, zauważył pewną zależność w tych rybach i zaczął po prostu się wkradać do tych domów, w których brali zlecenia, gdzie te ryby były i je rozgrzebywać. I może właśnie ten tajemniczy biały mak był w tej rybie schowany. Jeszcze nie postanowiłam, słuchajcie, czy to będzie jakaś inna nazwa, może dla jakiejś substancji chemicznej, a może tam naprawdę był biały mak? Nie wiem.
Wiecie, człowiek, research mi mówi w moim wnętrzu, że musimy poszukać tej frazy, dowiedzieć się czegoś, żeby coś fajnego tu włożyć. Tak że na razie nie dowiemy się, czym jest biały mak. Ale nasza ofiara robiła sobie własne takie śledztwo i może właśnie okradała. Czy na razie sprawdzała, badała temat tego maku? A tutaj, bo jest ten kielich i on dostał tego zawału. I wiecie, pomyślałam, że może jednak on tutaj przyszedł niby okraść ten dom, ale ta osoba, ten właściciel, on się tego spodziewał. On wiedział, że ten gościu okrada i po prostu chciał go otruć. I w tym kielichu była trucizna. Bo prawdę mówiąc, jeszcze tu nie robiłam oficjalnej ekspertyzy tego kielicha, ale możemy pójść w tym kierunku. Albo dopiero ten kielich.
Dobra, okej. Jeszcze coś dodajmy do telefonu. Ktoś śledził tego złodzieja. Czyli możemy pójść w takim kierunku, że... Dobra, to będzie super. Podzielę się z wami tym pomysłem. Nie będę go kisić dla siebie. Czyli mamy złodzieja, który chce ten biały mak okraść i mamy też zabójcę, który na niego polował. I go upolował. To wszystko w tym domu wydarzyło się pod nieobecność właściciela, którego nie ma, który z początku był podejrzanym.
A może się okazać, że, bo tu jest jakieś tajne archiwum, może on był na jakiejś ekspedycji, wyprawie, gdzieś tam. O właścicielu jeszcze też myślę, że może coś będzie trzeba pomyśleć. Jakąś charakterystykę. Właśnie, damy go w następnym odcinku jako świadek, to coś sobie o nim więcej wymyślę. Czyli tak, tutaj mamy te ryby i w tych rybach może jakiś pakunek będzie, więc to da do myślenia naszemu detektywowi, że coś tu było na rzeczy z tymi rybami. No dobra, czyli mamy to. Aha, ta brzytwa. Brzytwa. Myślałam, że ta brzytwa została zgubiona, ale może ta brzytwa będzie tropem do tego, że to jest seryjny morderca. Wiecie co?
A w ogóle byłaby beka, gdyby to był przypadek wszystko. W sensie przypadek, żeby ten morderca jednak nie polował na tego pracownika, tylko był przekonany, że to jest właściciel domu. Albo zawał serca. Bo o tym myślałam, żeby w tym momencie myśli naszego detektywa skierowały się też ku Cerberze. I ta brzytwa jeszcze. Poćwiartowane ciało, brzytwa. Chyba że to sprawi, że ten zawał serca przypomni mu o tej Cerberze, a z kolei ta znaleziona brzytwa już sprawi, że koniecznie będzie musiał się z nią skontaktować. Ponieważ może oni już mieli styczność z tym zabójcą. Może to jest jakaś stara sprawa, której nie udało się rozwiązać. I że zawsze nie dość, że ofiara była poćwiartowana, to zwykle na miejscu zdarzenia była zostawiona brzytwa.
I wtedy to by mogło nam dać jakiś przydomek. To musi być dobry przydomek. Nie będę teraz strzelać, bo tak... jakiś Golibroda, Barber, Fryzjer i wtedy jakieś fajne określenie do niego, może związane z tym ćwiartowaniem, ale niech to nam jeszcze kwitnie. No dobra, to mamy coś takiego i lecimy ostatnią lokację na dziś. W sumie dobry czas mamy. Ostatnia lokacja i zobaczymy, co tutaj dalej będzie. Wow! Dobra, to jest chyba jakiś, oczywiście też w tym stylu wszystko w tym domostwie, może być w tej naszej rezydencji. Tu mamy z jednej strony pokój dziecięcy, bo jest tutaj jakaś huśtawka taka z baldachimem czy coś takiego dziwnego, różowa, ale jednak ściany są dosyć smutne.
Kredens jest pusty. To właściwie regał jest. Na jego szczycie stoi zegar złoty z jakimiś wieżyczkami, antyczne kolumny. Na tym stoją jakieś posągi i pośrodku mamy tarczę zegara. Jakieś klocki takie zabawkowe do zabawy kolorowe z literkami porozrzucane. Lalka. Na tych klockach są pajęczyny, więc to jest taki opuszczony pokój. Konik na biegunach. No i krzesło i sekretarzyk. Sekretarzyk to się chyba nazywał.
Takie biurko zamykane na zamek, że możemy zakryć blat. Tam mamy też różne miejsca na kałamarz, na jakieś te rzeczy. Niby pokój dziecięcy, ale strasznie to wszystko puste, takie zakurzone, w pajęczynach. Okej, i teraz ja jeszcze muszę wymyślić, jak te dane ze smartfona, jak ta brzytwa nas przeniosły do tej lokacji. Co mamy tutaj? Za oknem jest drzewo. A może, bo skoro byliśmy w tym archiwum, jeszcze mówiłam wam o tym, że tam był taki proporczyk z jednorożcem, to może tam jest kolejne przejście. Ukryty pokój, taki właśnie dziecięcy. Ukryty dziecięcy pokój. No dobra, tutaj znaleźli tą brzytwę.
Zaczęli zbierać dowody, tą krew do analizy, żeby też się upewnić, czy to jest na 100% tylko krew ofiary. Więc technicy oczywiście zajmowali się tym wszystkim, a detektyw, jak to detektyw, sobie chodził i jeszcze wydziwiał. Jeszcze szukał różnych miejsc. I wiecie co? Podoba mi się ten witraż. Właśnie myślę o tym oknie w suficie, że to okno mogłoby być witrażem. I teraz ono by mogło wskazać światło wpadające, mogłoby wskazać drogę czy sposób otwierania tego pokoju. Co prawda tutaj ewidentnie na grafice mamy światło, które spada na ten stół, na to biureczko z dokumentami, ale jakby to był witraż Wiecie co? To możemy zrobić tak-- bo zależy, o której oni byli, cholera, tam, nie? Bo jakby byli wieczorem, to już lipa, to już nie zadziała.
Albo zróbmy tak, i to wtedy będzie nam fajnie zamykało dzisiejszy odcinek, że tutaj wszystko to, co się wydarzyło, to jest pozbierane. Natomiast nasz detektyw wrócił rano do tej lokacji. Albo nie, zróbmy go takiego myśliciela. To wszystko działo się wieczorem, więc oni wszystko pozbierali. Technicy już po prostu się wynieśli. Pojechali do domów, do laboratorium najpierw zdać próbki i do domów. A on został. Może właśnie niech on ma też taką swoją rzecz, takie dziwactwo, że często zostawał na miejscach zdarzenia, że to mu pozwalało-- tak myślę o takim trochę, jak gdzieś różnego typu może seriale czy filmy o Sherlocku Holmesie oglądaliście, to często też w fajny sposób były pokazane te jego procesy myślowe. I on też miał jakieś swoje różne rytuały. Jakieś techniki.
W ogóle fajny serial był, ciekawe ujęcie też pokazane, chyba „Elementary” po angielsku. Nie wiem, jak on był na polskie przetłumaczony. No tam Watson-- a nie będę wam spoilerować. A nie będę. Świetny serial i uważam, że bardzo fajne były też te właśnie-- sama postać Holmesa ciekawie pokazana, mimo że taka trochę dystopijna, mam wrażenie. Ale to w sumie mogła być poniekąd dystopijna postać, mimo że geniusz. I teraz myślę sobie o tym, że on sobie po prostu będzie tutaj siedział w tym archiwum, przesiedzi noc całą. Będzie też myślał właśnie o tej Cerberze. Czy będzie może próbował się z nią skontaktować? I do czego zmierzam?
Że było ciemno, jak oni tu zaczęli grzebać i dopiero rano tak naprawdę zobaczył to okno. Więc myślę sobie, że on po prostu tutaj przesiedział całą noc i w momencie, kiedy słońce zaczęło wschodzić, to on zauważył, że ten witraż robi może strzałkę? Że w miarę jak się słońce przesuwa, to ta strzałka się przesuwa. I pokazuje może właśnie na ten proporzec z jednorożcem. O, no i to jest ładne. Może w ogóle wskazuje ten proporzec z jednorożcem. Więc oczywiście kierowany ciekawością, napędzany ciekawością nasz Chuck Malkers ruszył w kierunku tego proporca z jednorożcem, pod którym oczywiście znalazł dźwignię, która sprawiła, że ta ściana cała z tym proporcem zaczęła się odsuwać. Okazało się, że to są drzwi i widok, który ujrzał, zamurował go. Okej, mamy ten opuszczony pokój dziecięcy i na tym dzisiaj robimy koniec. W następnym odcinku dowiemy się, co dalej było, co tutaj było nie tak z tym pokojem.
I co? I myślę, że w następnym odcinku Cerbera nam wjedzie na salony. Będziemy przesłuchiwać świadków. No właśnie, znajdziemy w tym pokoju coś, co sprawi, że też te przesłuchania zrobimy. Albo może jakieś tropy jeszcze na nowego świadka i wtedy hurtem przesłuchamy wszystkich. No dobra, słuchajcie, mamy to, mamy to. Podoba mi się. Wkręcam się, wkręcam. Fajna historia. Cholera, ale będę musiała robić koniecznie notatki, bo tutaj bardzo dużo kurde rzeczy wychodzi w trakcie i to tak wszystko się fajnie składa.
Nie wiem, wasze mózgi też tak składają? No na pewno. W ogóle jestem ciekawa, jak wasze mózgi to składają. Co wy byście tutaj nacudowali. Dobra, dobra, kończymy. Kończymy. Czyli mamy tajemnicę Białego Maku. To ja się z wami żegnam. Słyszymy się za tydzień. I co?
Inspiracji wam życzę, żeby wam się tutaj fajnie działo, żeby wasze mózgi super łączyły kropeczki. I trzymajcie się cieplutko, dużo zdróweczka i pa.
[04:38:58] - No i proponuję, żebyśmy dzisiejszą audycję zakończyli literacko. Wybrałem dla państwa opowiadanie Bruno Kadyny „Social media”. To opowiadanie w interpretacji Marka Sęka „Ivelliosa” pierwotnie emitowane było w ramach audycji ABW Antologia Bibliotekarium Warsztaty w roku 2018. To jest opowiadanie jak to u Bruno Kadyny – mocne. Ale sami państwo posłuchajcie.
[04:39:39] - Bruno Kadyna „Social media”. Kryzys twórczy wracał zawsze, kiedy zapominał o ostatniej stopyrze. Bez muzy, chociażby pamięci o niej, nie mógł tworzyć. Dostawał szału, który mógł popchnąć do zrobienia czegoś głupiego, czego potem by żałował. Na szczęście pojawiła się szansa, że tego uniknie. Wypalając jednego papierosa za drugim, przeglądał na Facebooku profile proponowanych znajomych. Bał się, że nie znajdzie odpowiedniej kobiety i posunie się do czegoś nierozważnego. Ale udało się. Justyna była ładna, młodziutka, z niesamowitą figurą, choć nie zależało mu specjalnie na wyglądzie zewnętrznym. Najbardziej liczyło się wnętrze.
Na poprzednią dziewczynę jego wspólnicy nie dali zielonego światła. Zdenerwował się i chciał ich zignorować, ale ostatecznie posłuchał i dobrze wyszło. Justyna była o wiele lepsza.
[04:40:41] - Niestety dostał na nią niewiele czasu. Musiał się śpieszyć. Prawie nie spał. Kończył właśnie jej drugi olej. Każda zdobycz to seria obrazów. Pierwszy to twór zawsze bardzo nieokreślony, zbudowany z wyobrażeń i nadziei. Początek. Wymaga najwięcej przygotowań, szkiców i prób. Każdy kolejny już mniej. Drugi ma konkretniejszą formę, bo artysta wiedział o muzie więcej.
Jaka była w środku, jak myślała. Zniekształcał wyobraźnią to, czego się dowiadywał i widział na zdjęciach. Drugi obraz zaczynał malować zazwyczaj, kiedy przechodził z kobietą na tył. Tym razem też tak było i był zadowolony z efektu. Myślał już o trzecim ciele, ale to, jakie będzie, zależy od tego, jak potoczą się sprawy, jak rozwinie się znajomość. Tylko ten czas. Nienawidził się śpieszyć. Sztuka na tym traciła. „Czas to suka” – zawołał i zrobił przerwę na fajkę. Wciąż myślał o Justynie.
Była teraz centrum wszystkiego. Wyobrażał sobie, jak pachnie, jak smakuje. Wyglądała na niewiele ponad 20 lat. Na zdjęciach wydawała się wysoka, nawet bardzo. Miała ładne, krągłe biodra i idealnej objętości uda. Piersi średnie, ale kształtu musiał się domyślać. Niestety fotki ze spotkań ze znajomymi i rodziną nie zdradzały wiele. Na żadnym nie prezentowała całej postaci, a ubiór też nie ułatwiał oceny. Musiał się posiłkować wyobraźnią póki co. Nie wiedział, ile ma czasu, ale jeśli wystarczająco, to w końcu dojdzie między nimi do wymiany ciekawszych selfie.
„Jak zawsze” – pomyślał. Miał już w głowie zarys całej serii. Ostatnie obrazy będą zwieńczeniem, dopełnieniem, niczym przeżyte życie. Ekstazą, która wybuchnie w chwili kulminacji, by potem utrzymać się jakiś czas i powoli opadać. Przybiegł z łazienki, kiedy usłyszał dźwięk powiadomienia. „Halo, jest pan tam, panie tajemniczy?” Był. Patrzył w okno konwersacji. „Czekasz na mnie? Szybciej bije ci serce? Co sobie wyobrażasz, piękna ślicznotko?” Musiał być ostrożny, tworzyć w jej głowie pożądany obraz.
Na razie nakreślił zarys przystojnego, intrygującego malarza z poczuciem humoru. Malarstwo było idealne do uwodzenia. W ogóle sztuka przyciągała kobiety jak magnes, a w jego przypadku szczególnie, bo nigdzie nie można było znaleźć zdjęć jego obrazów, nawet w relacjach z wystaw. Bardzo o to dbał. Miał swoje powody, których nie mógł zdradzić. Za to potrafił zręcznie uzasadnić. Komentarze, pochwały na fanpage'u były jedynymi dowodami na to, że istnieją. Ta tajemnica sprawiała, że był bardziej pociągający. Justyna wiedziała, że ktoś, kto tworzył sztukę wizualną, musiał być niesamowicie wrażliwy. Co z tego, że czasami było to niezrozumiałe i dziwne, jak o jego obrazach pisali niektórzy.
Przecież nie wszyscy rozumieją sztukę jednakowo. Odczekał dłuższą chwilę i napisał: „Jestem, proszę pani”. Czasami trzymali pozorny dystans. To było takie sympatyczne. „Milczy pan tak jakoś.” „Bardzo dobrze. Myśl o mnie jak najwięcej.” Jeszcze nie mógł pokazać, że on też myślał i to dużo więcej niż ona. Był pod wpływem opium i musiał uważać, żeby nie dać się ponieść. „Ech, utknąłem nad kolejnym obrazem. Potrzebuję motywacji, czegoś, co mnie popchnie do przodu. Już prawie to mam.
Uchwyciłem, ale wciąż ulatuje. Czegoś brakuje. Jakiejś tęsknoty, pasji, namiętności. Nie wiem. Przepraszam, że przynudzam.” „Na pewno nie przynudzasz. Chciałabym poczuć to, co ty, kiedy tworzysz. To musi być takie ekscytujące.” Założył nogę na nogę. Podbudowała go tymi słowami. „Możesz to poczuć. Po prostu o tym nie wiesz” – napisał.
„Jak to?” „To jest w środku, w tobie. Każdy ma tę iskrę, może tylko innego kalibru. Niektórzy ją wydobywają i karmią, a inni nie chcą i zakopują głęboko w swym wnętrzu.” Teraz się będzie zastanawiać. Rozsiadł się w fotelu i zapalił papierosa. Przesunął palcami po włosach długich prawie do ramion, a umysł śledził każdy palec na skórze głowy. Narkotyk działał. Chciał wrócić do sztalugi. Czuł bajeczne natchnienie, ale rozmowa z nią była równie ważna, jeśli nie ważniejsza. Długo nie odpisuje. Ciekaw był, co odpowie.
Nauczony podbojami dostrzegał schematy i sposób myślenia kobiet. Przynajmniej na tym polu. Nie miał najmniejszego zamiaru zagłębiać się bardziej w kobiecy umysł. Wiedział, że przepadłby w gąszczu pędzących myśli i emocji, targany nimi i poniewierany, jakby stał na drodze pędzącego stada koni. Odpisała. „Myślę, że to, jakiego iskra jest kalibru, zależy od genów i wychowania. Moi rodzice nie zaszczepiali w nas kulturalnego głodu. Oprócz książek oczywiście.” Uwielbiałam, gdy tata mi czytał. Wszyscy dużo czytamy. Kupujemy sobie książki w prezencie na święta i urodziny.
Ale być może gdzieś we mnie drzemie ta iskra. Tylko jak ją wydobyć? Odbiorcą sztuki jestem świetnym. To pewne. I już wiedział, co chciała usłyszeć. Poczucie piękna to podstawa, a wydobyć iskrę może odpowiednia emocja, wydarzenie, uczucie. Jakie na przykład? — zapytała. Ech, miłość, rzecz jasna. Istnieje coś takiego?
Ech, dziewczynko, dziewczynko. Nie czujesz miłości swojej rodziny? Usłyszał w głowie słowa matki: „Na co mi takie zero? Takie gówno urodziłam.” A potem uderzenie pięścią w twarz. Miał kilka lat, kiedy pierwszy raz dostał. Wciąż czuł tę pieszczotę i słyszał jej głos. Czuję. Mama i tata bardzo mnie kochają. Martwią się ciągle. Szczególnie ojciec.
Dla niego wciąż nie dorosłam. Ale chyba nie taką miłość miałeś na myśli. Taką również. To na niej opiera się sztuka, jak wszystko zresztą. Głupcem jest ten, kto jej nie pielęgnuje, nie podsyca. Wiedział, że pragnęła wzniosłej miłości i bezpieczeństwa. Być może już snuła wizję cudownej przyszłości u boku przystojnego, wrażliwego mężczyzny, który wyniesie ją na wyżyny doznań emocjonalnych, jednocześnie równoważąc piękno drugą stroną swej męskiej natury, która kazała twardo stąpać po ziemi, dbać o cielesność i byt przyszłej rodziny. Więc sami głupcy wkoło? — odpisała. Westchnął ciężko.
Głupców jest więcej, to pewne. Ale tych, którzy marzą o prawdziwej miłości, też nie brakuje. Jestem pewien. Przecież nie trzeba mieć wiele oleju w głowie, żeby wiedzieć, co robić, żeby miłość kwitła choćby cyklicznie jak róża. Z pewnością wielu to rozumie, czuje. To przecież takie oczywiste. Uśmiechnął się. Zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlacz i przewrócił oczami. Jeszcze nie — powiedział po odebraniu.
Uwijaj się, Romeo. Nie mamy czasu. Na kawę się umawia w jeden dzień, a ty się srasz z tym zawsze, jakbyś był jakimś pieprzonym artystą, malarzem światowej klasy. Co ty możesz wiedzieć o malarstwie? — warknął. Nienawidził popędzania, a szczególnie wyśmiewania jego talentu. Wystarczyło, że kiedyś matka uważała go za miernotę. Robię po swojemu, dlatego jestem skuteczny. Nie będziesz mnie pouczał i popędzał. Rozłączył.
Justyna wciąż myślała. To dobrze, bo rozstroił go ten telefon. Po chwili zobaczył w oknie konwersacji dymek i trzy podskakujące kropeczki. W takim razie jest jakieś fatum wokół mnie przyciągające głupców albo odpychające tych, którzy wiedzą, czym jest miłość. I co ty teraz robisz, co? Poczułem się dotknięty. Wybacz. Nie wiem przecież, kogo przyciągnąłem tym razem, mimo że chwilami się rumienię. Taka duża dziewczynka i się rumieni? A jednak.
Zostawiam cię więc w rozterce, czy pomimo mojej świadomości jestem kolejnym głupcem, czy marzycielem. Uciekam. Płótno wciąż milczy, ale może w końcu u mnie wywoła rumieńce. W takim razie weny życzę, a ja w swej rozterce postaram się sama nie oszukać. No to czas podkręcić rumieńce. Więc do napisania zatem. Całuję w usta. Czekał z nosem w ekranie. Wiedział, że to nie koniec. Dum dum.
Dźwięk wiadomości. Zatkało mnie. Nie wiem, co na to odpisać. Coś pan tu psocić zaczyna, panie Sebastianie. Ależ skąd! Buziak nieskonkretyzowany przechodzi bez echa, a ten namiesza trochę w twojej rozterce. Uciekam, ale kolejnego buziaka nie dam. Trzeba być oszczędnym. No ten nie przeszedł bez echa, więc i ja wyślę konkretnego, ale nie powiem jakiego. Za to ja poczułem smak jego.
I dobra. Miał już dość. Wylogował się z Facebooka, rozebrał się i poszedł malować nago. Pięknie. Posuwamy się naprzód. Pomyślał o niej. Już cię prawie mam. Stanął przed prawie gotowym obrazem. W ręce trzymał długą drewnianą fajkę w kształcie chińskiego smoka. Dotknął językiem ustnika i podgrzał główkę gada, w której zamknięta była odrobina opium.
Wciągnął opar głęboko w płuca. Palił tylko przed sztalugą. Zawsze taką samą ilość, żeby móc stać i pracować. Organizm przyzwyczaił się do tej ilości narkotyku już dawno i chciał więcej, ale Sebastian nie ulegał pokusie. Wiedział, że to droga w dół. I tak wciąż słyszał słowa matki: Mówiłam, że jesteś nic niewart. Kompletne dno. Żałuję, że urodziłam takie zero. Lepszy byłby martwy bachor. Malowę do czwartej rano, aż skończył.
Wolał światło dzienne, rzecz jasna. Wtedy opium inaczej zniekształca wyobraźnię. Perspektywa jest szersza, możliwości więcej. Noc zwęża emocje, sprowadza wszystko do punktu o podobnym zabarwieniu. Poza tym farby olejne są wymagające, potrzebują dużo światła. Jednak tworzył przede wszystkim wnętrzem, a drugi obraz miał w sobie mnóstwo uroku, więc wystarczyła dobra żarówka. Był bardzo zadowolony z efektu. Śnił o Justynie. Już ją uwielbiał. Stawała się obsesją, coraz wyraźniejszym tworzywem, chyba najpiękniejszym jak dotąd.
Dlatego to będzie najdłuższa seria, mimo że czasu miał mało. Kiedy skończy, zorganizuje wystawę, ujawni kilka kobiet, pokaże światu, jak je widział. Justyna będzie zwieńczeniem, najdoskonalszym dziełem. Wstał jeszcze przed południem. Nie miał czasu na sen. Musiał pracować. Zalogował się na Facebooku, żeby widziała, że jest dostępny. Nie było jej. Starał się odzywać rzadko. Musiał panować nad sobą, żeby nie poczuła cienia nagalności.
To ona musiała łaknąć kontaktu z nim. Pisała jeszcze wieczorem po jego wylogowaniu. „Zadziwiasz mnie, wiesz? Już cię nie ma. Do jutra zatem. Całuśniku.” No proszę. Pocałunek zadziałał. „Zadziwiam cię? W jaki sposób?” Odpisał. Zadzwonił telefon.
„Powiedziałem nie popędzać mnie.” „Klientowi się spieszy. Jeśli tego nie rozumiesz, znajdziemy kogoś innego.” „Powodzenia.” Wiedział, że to nie takie proste. „Pojutrze ma być u ciebie. Jutro przygotujemy pokój.” To dało się zrobić, chociaż nie bez ryzyka. „Dobrze. Pojutrze.” Rozłączył. Nieczułe gnoje. Gdzieś mieli jego prace. Bez nich byłyby o wiele przyjemniejsze, a obrazy lepsze. Ale dzięki nim miał pieniądze i mógł poświęcić się tworzeniu.
Dodatkowo załatwiali opium, o które bardzo ciężko w Polsce. Był zmęczony. Musiał zjeść i zabrać się za gruntowanie trzeciego płótna. Nie dostrzegał żadnej pracy twórczej w montażu krosien i obijaniu materiału. Dlatego kupował gotowe podobrazia z najwyższej jakości lnianym płótnem, koniecznie surowym. Co innego gruntowanie. Uważał, że od tego wiele zależy i powinno być częścią pracy artysty. Zjadł byle co i zabrał się za pracę. Nie ćpał przy tym. Do tego lepszy był jasny umysł.
Tum tum. Jest. Był ciekaw, co odpisała, w jaki sposób ją zadziwiał, ale nie oderwał się od sztalugi. Musiał skończyć pierwszy etap gruntowania, inaczej klej kostny podeschnie. Całe płótno musiało schnąć równo. W końcu usiadł przed komputerem i odczytał wiadomość. „Myślę, że już wiesz, w jaki sposób.” Zastanawiał się, jak to wykorzystać, co napisać. Z tyłu głowy dźwięczało słowo „pojutrze”. Tylko nie naciskaj. „Domyślam się jedynie, choć przecież mogę się mylić i wyobrażać sobie nie wiadomo co.” „Co takiego pan tam sobie wyobraża, co?” „Nie powiem, proszę pani.
Wolę swoje domysły trzymać na wodzy. Na pewno w pierwszej kolejności chciałbym zadziwić cię moją sztuką, póki znasz mnie tylko trochę. Potem osąd będzie zniekształcony znajomością osobowości artysty.” „Jestem bardzo ciekawa twoich obrazów. Nie dasz się namówić na zdjęcie choć jednego?” Przewrócił oczami. „Przecież rozmawialiśmy o tym. Absolutnie. To tak, jakby stwierdzić po zdjęciach potraw, że kucharz smacznie gotuje. Chciałbym, żebyś wydobyła z mojej pracy jak najwięcej. Najlepsza soczewka nie dorówna ludzkiemu oku, a lampa pełnemu dziennemu światłu.” Czeka, aż się domyśli, o co mu chodzi, a najlepiej, jeśli sama wpadnie na pomysł, żeby zobaczyć na własne oczy. „No mała, jesteś niegłupia” powiedział do ekranu.
„Może kiedyś uda mi się zobaczyć” odpisała. „Z chęcią zrobię dla ciebie prywatną wystawę, ale wcześniej chciałbym zaprosić cię na kawę. Muszę sprawdzić, czy nie jesteś jakąś psychopatką.” Patrzył tępo w okno i czekał, aż pokażą się podskakujące kropeczki. „Pisz!” Wrzasnął w ekran. Nienawidził pośpiechu, a był do niego zmuszony. Ta kawa przyszłaby naturalnie w swoim czasie i łatwiej byłoby zdobyć jej zaufanie. Pieprzony Walery. Pomyślał o wspólniku. Justyna zniknęła. Wylogowała się.
O nie! „Co jest?” Poczuł lodowate ciarki na plecach. „Co ty robisz?” Niepokój zamienił się w strach. Czytał po raz kolejny, co napisał. To przecież nie było podejrzane. Zbierało mu się na płacz. W głowie odezwała się matka. Nic niewarta łajza. „Wracaj!” Uderzył pięścią w stół. Zaczął krążyć po pokoju.
Targały nim sprzeczne emocje. Kazały się uspokoić i jednocześnie zniszczyć to, co już stworzył o Justynie. „Jak możesz mnie tak traktować?” Oczy wypełniły się łzami. Położył się na podłodze i ciężko oddychał. Zobaczył matkę. Pochyliła się nad nim. Zamknął oczy i zasłonił uszy rękami, ale i tak słyszał jej głos: „Jesteś nic niewartym łajnem. Nic nie potrafisz zrobić dobrze. Chciałam cię oddać, ale nikt nie chciał takiego gówna.” Wstał, gotów zakończyć to wszystko jednym cięciem sztyletu, który trzymał na stole, ale usłyszał dum-dum i dopadł do komputera. „No, nigdy nic nie wiadomo.” „Okej, to kiedy ta kawa?” W jednej chwili zapomniał o wszystkim, co targało nim przed sekundą.
Otarł łzy i uśmiechnął się szeroko. „A kiedy ci pasuje? Dziś nie dam rady, ale jutro albo pojutrze bardzo chętnie.” „Dziś też nie dałabym rady. Czekam właśnie na mamę. Mam jej zrobić paznokcie. To taka trochę moja forma sztuki.” „Okej, więc pojutrze.” „Będę miała wolne.” „Super. Może być przed południem? Po południu pracuję. To znaczy, ostatnio próbuję.” „Świetnie. To gdzie?” „W Lawendzie na Starowiejskiej.
Wiesz gdzie?” Wiedziała. Umówili się na 11:00. Zawsze umawiał się tam z kobietami. Miał blisko. Wziął do ręki telefon i zawahał się przed wybraniem numeru. Walery był chamski, nieokrzesany, zero kulturalnej wrażliwości, dlatego nie lubił z nim rozmawiać. Załatwione. Pojutrze. Wysłał wiadomość. Rzucił telefon na biurko.
Ten pośpiech jest niebezpieczny. Wszystko na nic, jeśli Justyna nie zgodzi się tutaj przyjść. To ostatni raz. Nigdy więcej takiego tempa. Tak bardzo chciał dowiedzieć się o niej więcej. Obrazy ogromnie by na tym zyskały. Korciło go, żeby pisać z nią przez ten czas jak najwięcej, skłonić do otwarcia, oddania wszystkiego, co kryła we wnętrzu, a co uleci bezpowrotnie. To głupi pomysł. Skoro byli umówieni, musiał ograniczyć kontakt do minimum, żeby zbudować napięcie i czegoś nie zepsuć. Podszedł do dwóch gotowych dzieł i poczuł wściekłość na wspólników, na świat i to, jak jest urządzony.
Na siebie. Na siebie, że potrzebował pieniędzy i na to, że sam nie wiedział, co straci, czego nigdy się nie dowie. Jak inne mogłyby być jego dzieła. Chciał doskonałości, a musiał się zadowolić wyobrażeniami i samą cielesnością. Będą doskonałe dla ciebie, kochana. Poszedł się położyć. Klej schnie dwie, trzy godziny. Miał czas przed końcowym gruntowaniem. Zanim zasnął, myślał o martwej matce. Kolejny raz udowodni jej, że nie jest zerem.
Jestem artystą, jakiego nie było i nie będzie. „Wysprzątałeś chociaż z grubsza?” — zapytał Walery. „Tak.” Pozostali trzej mężczyźni weszli do drugiego pokoju. Nawet nie znał ich imion. I dobrze. „Jutro w południe?” „Mniej więcej. Jesteśmy umówieni na 11:00. Postaram się ją przekonać w godzinę. Jeśli się nie zgodzi, spróbuję innym razem.” „Koniecznie musimy załatwić to jutro.” „Zrobię, co mogę. Jeśli się uda, muszę mieć czas dla niej.
Co najmniej godzinę. Pamiętaj, poczekacie, aż dam znać” — powiedział Sebastian. „Ty jesteś naprawdę chory. Zdajesz sobie z tego sprawę?” „A wy jesteście normalni? Koniec rozmowy.” Pół dnia przygotowywali pokój. Wychodząc zakleili jeszcze taśmą dziurkę od klucza, szczelinę wokół drzwi i zabronili tam wchodzić. Jakby tego nie wiedział. Większość rzeczy trzymał tutaj. Musiał być blisko swoich dzieł, swoich zdobyczy, czuć ich obecność. Nie lubił się z nimi rozstawać.
Sprzedawał obrazy jedynie podczas wystaw i wernisaży i tylko całe serie. Całe kobiety. Wymienił kilka zdań z Justyną i cisza. Zapisał całą konwersację w osobnym pliku. Potem będzie wracał do jej słów, zniekształcał, dopasowywał do wymyślonych sytuacji. Wszystko wykorzysta do pracy. Malował trzeci obraz pełen smutku związanego z rozstaniem. Te uczucia powinny być na czwartym obrazie, nawet piątym. Dum-dum. Usłyszał z komputera.
„Jestem ciekawa, co mi pan napisał.” A tu cisza. To ją zaintryguje. Był naćpany. Musiał uważać, żeby nie przesadzić. „Wyobraź sobie dziewczynko, że pracuję. Już samo oczekiwanie na kawę z tobą natchnęło mnie do namalowania ciebie.” „Poważnie? To cudowne wieści. Ależ jestem ciekawa, co tam tworzysz.” „Nie licz pani, że ci ciebie pokażę.” „Jak to? Nie zobaczę?” „Kiedy skończę.” Znowu długo czekał, aż odpisze, ale tym razem spokojnie. Zapalił papierosa i zapatrzył się na brązową butelkę na stole.
„Intrygujący pan jest, panie Sebastianie” Uśmiechnął się. „A pani stała się muzą.” Justyna próbowała zapanować nad sobą. Wciąż myślała, co przyniesie ta kawa. Jakie Sebastian wywoła wrażenie na żywo. Była młoda i spragniona pięknego uczucia, a ich relacja właśnie na takie się składała. „Pan też działa na mnie inspirująco. Myślę o pana pracy, kiedy maluję paznokcie klientkom. Nie przeszkadzam zatem i do zobaczenia za chwilę przy obrazie.” „Dobrze powiedziane.” Porozstawiał obrazy wokoło tak, żeby przykuły uwagę i przytłoczyły, zawróciły jej w głowie. „Musi tylko przyjść.” Stał na środku pokoju, wykąpany, wyperfumowany i ubrany jak na gorącą porę roku i artystę z epoki przystało w świeżo wyprane lniane spodnie i białą koszulę. Nie mógł śmierdzieć papierosami.
Nie palił od godziny. Ona nie paliła, więc on też nie mógł. Chyba wszystko gotowe. Rozglądał się jeszcze. Dokładnie posprzątane, kadzidełka zapalone. Walery z kolegami czekali gdzieś w pobliżu, pewnie kisili się w samochodzie. W głowie usłyszał matkę. „Nic niewarta gnida.” Zignorował ją. Wyszedł w jasny poranek i na moment wystawił twarz do słońca. Uwielbiał lato w mieście.
Tyle w nim wtedy światła i barw. W powietrzu unosiły się zapachy natchnienia. Miał takie nieosiągalne marzenie, żeby namalować wszystkie kobiety świata. Lawenda była tuż za rogiem. Chciał być wcześniej, stopić się z zapachem kawiarni, żeby świetny kobiecy węch nie wyczuł jego przesiąkniętego dymem ciała. Zupełnie rozluźniony i zamyślony słuchał lekkiej muzyki i pił kawę. Bawił się łyżeczką. Drzwi kawiarni były otwarte na oścież. Nie zauważył, kiedy weszła. Patrzył gdzieś w bok.
Był jeszcze przystojniejszy niż na zdjęciach, podobny do Kurta Cobaina. Pewnie przez włosy. Poczuła ucisk w żołądku, bo nagle w głowie pojawiło się i wymieszało wszystko, co o nim wiedziała i czego nie wiedziała, z tym, co sobie wyobrażała. Zauważył ją kątem oka, ale udał zamyślenie. „Dzień dobry panu.” „Ach!” Poderwał się z miejsca. „Dzień dobry pani.” Ale ze mnie kurdupel. Stała przed nim piękna blondynka z włosami ułożonymi na bok, wyższa od niego jakieś 10 centymetrów, w sukience świetnie podkreślającej kobiece kształty. „Gdybym był Renoir, na pewno stworzyłbym twoją rzeźbę.” Ucałował jej dłoń i usiedli. „Czego się napijesz?” „Latte.” Wzrost malarza ostudził odrobinę jej entuzjazm. Przez chwilę nie mówili nic.
Patrzyli na siebie. On udawał zawstydzenie. Nie wytrzymywał spojrzenia. Uśmiechał się i patrzył na stół, a włosy, za którymi mógł się schować, wzmacniały efekt. Justyna była już pewna, że nic jej nie grozi. „Dlaczego to miejsce?” Zapytała. „Ładnie tu i mam blisko.” „Cwaniaczek. Więc zacząłeś malować. I to mnie na dodatek. Dlaczego?” „Ciężko to wyjaśnić.
Zacząłem myśleć o spotkaniu i poczułem, że muszę przenieść to na płótno.” „Namalowałeś nas przy stoliku, jak tutaj siedzimy?” „Nie. Samą ciebie. I nie jak siedzisz przy stoliku. To raczej wyobrażenie posiłkowane tym, co zobaczyłem na zdjęciach. Choć widzę, że dzisiejsze spotkanie bardzo pomoże.” Znów się zawstydził. Kręciło ją to niesamowicie. Sprawiał wrażenie bardzo wrażliwego, ale trochę bezradnego emocjonalnie. Bardzo chciałaby temu zaradzić. „Lustrowałeś mnie?” „Dokładnie tak samo jak ty mnie.” Uśmiechnęła się. Ukradkiem starał się dostrzec jak najwięcej szczegółów, rysy twarzy, kilka piegów pod oczami, linię jej ust, jak się układają, kiedy mówi i się uśmiecha.
I włosy jak opadają, jak są poskręcane. „Ciekawa jestem tego wyobrażenia. Bardzo.” „Efekt zobaczysz pierwsza. Już wiem, że dołączy do skończonej kolekcji i trafi na wystawę.” Zaskoczył ją. „Teraz już w ogóle nie zasnę z ciekawości. Dużo masz obrazów?” „Tych, których nikt jeszcze nie widział?” „Mhm.” Kelnerka podała latte i kolejną czarną kawę dla niego. Udał, że zapomniał odpowiedzieć. „To ile pan ma tych obrazów, panie malarzu?” „Na dwie wystawy.” „To kiedy prywatna wystawa dla mnie? Pięknie.” „Kiedy sobie życzysz. Zaprosiłbym cię choćby dziś, ale mam straszny bałagan.” „Nie chodzi o bałagan, ale o światło przecież.” Puściła oczko.
„Bardzo dziś jasno. Uwielbiam takie słońce.” Dziś jest doskonałe, więc szkoda byłoby nie skorzystać. Jeśli się zgodzisz, oczywiście. Uśmiechnęła się pięknie. Sam zaproponowałem, to już się nie wycofam. Odwzajemnił uśmiech. A jakie są twoje obrazy? Zastanawiał się chwilę. Zależy mi, żeby emanowały z nich pozytywne uczucia. Ale nie mnie to oceniać.
A często robisz prywatne pokazy? Zawstydził się. Może mi nie uwierzysz, ale jesteś pierwsza. Uważam, że pracownia nie jest do tego odpowiednia. Jest tam bardzo jasno. Idealne warunki do pracy, ale to zbyt intymne miejsce. Schował się na moment za włosami. Dla ciebie zrobię wyjątek, jeśli na wszystko oprócz obrazów przymkniesz oko. Haha, spróbuję. No to dopijemy i możemy iść, ale zaraz wrócimy, okej?
Często jem tu śniadania, a dziś jeszcze nie jadłem. Tylko trochę mi głupio przez ten bałagan, choć artystyczny. Uśmiech nie znikał z jej buzi. Była ciekawa, zauroczona i widząc jego nieśmiałość nie czuła żadnego zagrożenia. Co prawda pojawiła się ostrzegająca myśl, żeby nie iść, ale wydała się śmieszna. Podoba mi się tutaj – powiedziała. Bardzo lubię tu przesiadywać, resetować głowę. Rozglądał się, jakby to były jego ulubione kąty, a w rzeczywistości przychodził tu tylko wtedy, kiedy był czas spotkać się z muzą. Cieszyła się, że tu przyszła. Kawa była pyszna, czas płynął przyjemnie i razem z tym jasnym światłem pomagał rosnąć nadziei.
W końcu dopili kawę i artysta zapytał: to co, idziemy? Pewnie. W windzie rozkoszował się jej zapachem, który potwierdzał wszystko to, co o niej wiedział. Niemal czuł, z czego składał się oprócz typowych elementów perfum. Byli w nim kochający rodzice, którzy stworzyli bezpieczny dom, radość życia. Nie było wielu życiowych błędów, a traumatycznych przeżyć, które jak toksyna zmieniają odczyn zapachu człowieka, nie było wcale. Dlatego Justyna była taka cenna. Hahaha, wiedziałam – powiedziała, kiedy wysiedli z windy i poszli jeszcze wyżej, na poddasze zaadaptowane na mieszkanie. Lokum jak na prawdziwego malarza przystało. Proszę.
Wpuścił ją do środka. Już w progu widział, że była oczarowana zalaną słońcem przestrzenią pracowni. Wkroczyła do niej z przyjemnością i chyba nawet zapach kadzidełek zmieszany z wonią drewna i farb przypadł jej do gustu. Stanęła na środku. Jesteś taka czysta – powiedział i zamknął drzwi. Zmarszczyła brwi. Dziwnie to zabrzmiało. Obserwowała go. Nie przekręcił zamka, więc spokój wrócił. Nie patrz jeszcze na obrazy – powiedział.
Zbliżył się. Przyglądała mu się uważnie. Coś się w nim zmieniło, ale nie wiedziała co. Nie czuła zagrożenia, raczej ciekawość. Pomyślała, że jego zachowanie musi być ekscentryczne. W końcu jest artystą. Kiedy zaczniesz oglądać, myśl o swoich najskrytszych tajemnicach, pragnieniach, fantazjach – powiedział. Uśmiechnęła się i przytaknęła. Ciekaw jestem, co zobaczysz. Wycofał się i stanął przy stole, żeby zrobić jej miejsce na przechadzanie i obserwować jej reakcję.
Tyle obrazów! I ty narzekasz na brak natchnienia? Już nie. Najpierw patrz, potem będziemy mieli dużo czasu na rozmowę. Zaczęła od lewej strony. Posłuchała. Myślała o swojej fantazji erotycznej, której nigdy nikomu nie ośmieliła się zdradzić, a już na pewno spełnić. Jednak to, co docierało do niej z obrazów, sprawiło, że fantazja szybko schowała się głęboko w głowie. Z tych dzieł na pewno nie emanowały pozytywne uczucia. Wyzierało z nich jakieś mroczne wynaturzenie.
Pomimo że to abstrakcja, Justyna miała wrażenie, jakby oglądała zamordowane bestialsko zwierzęta, jakie widuje się na udostępnionych zdjęciach na Facebooku albo otwarte zwłoki ludzkie. Poczuła chłód do artysty, a jego nieśmiałość nie wydawała jej się już słodka, raczej zastanawiająca. Musiał działać szybko, póki była skupiona, a jej niepokój nie był jeszcze nerwowy. Na zastawionym malarskimi przyborami stole wśród palet i pojemników z pędzlami stała brązowa butelka z eterem. Obok leżała gaza. Odkręcił dyskretnie flaszkę i chlusnął na materiał. Okrucieństwo, które biło z obrazów, coraz bardziej rozstrajało skupiony umysł dziewczyny. Nikomu nie lubiła sprawiać przykrości, ale miała już dość oglądania. Chciała się odwrócić, żeby spojrzeć na to dziwadło, za jakie już uważała Sebastiana i powiedzieć, że chce wrócić do kawiarni, ale w tym momencie poczuła szarpnięcie do tyłu i coś miękkiego, co bardzo mocno przylgnęło jej do twarzy. Zdziwiła się zwyczajnie, ale tylko na ułamek sekundy, bo w głowie wybuchło przerażenie.
Była wyższa od niego, ale nie cięższa, więc wyginał ją do tyłu, ciągnąc za głowę. Przez to trudniej było się wyswobodzić. Próbowała ze wszystkich sił, a w jej umyśle jak stroboskop błyszczała świadomość tego, co się działo. Oświetlała zignorowaną wcześniej rozpaczliwie oddalającą się myśl, żeby tu nie przychodzić. Sebastian trzymał mocno. Nie puszczał, dopóki na jej umysł nie spadła zasłona, której nie mogła powstrzymać. Siedział obok niej i łapał oddech. Leżała na boku. Gdyby nie Valery i reszta bandziorów, nie spiąszzyłby się. Miał mnóstwo eteru.
Wstał, przekręcił zamek w drzwiach i rozebrał się do naga. Stał nad nią ze sztyletem w dłoni. Jej rozrzucone na deskach włosy wyglądały jak kwiaty wysypane z przewróconego wazonu. Piękna. Odciął kępkę włosów tuż przy głowie i palec wskazujący. Każdy ostatni obraz z serii miał ukryty włos muzy zatopiony w farbie i odcisk palca. To dodawało zwieńczeniu życia autentyczności. Ranę zakleił taśmą, a krew z podłogi starł. Rozebrał dziewczynę i znowu obserwował. Podniecała go chwila przed dotykiem.
Świadomość, że może z nią zrobić, co zechce, że zobaczył i za moment posiądzie na własność ciało, które pielęgnowała każdego dnia. A najbardziej ekscytowała myśl, że miała rodziców. Matkę, która kochała i zrobiłaby wszystko, żeby ocalić córeczkę za wszelką cenę, nawet własnego życia. Usłyszał swoją matkę: „Po co mi takie gówno? Twoja mama byłaby dumna? Jak myślisz? Staniesz się niesamowitym dziełem, nieśmiertelnym. Pewnie chciałaby o tym wiedzieć”. Nie śpieszył się. Najpierw dotknął palcem jej ust, wsunął do środka i przesunął po zębach.
Potem wodził po szyi, piersiach i brzuchu, jakby badał linie, które przeniesie na płótno. Nie była już kobietą, którą uwodził, ale tworzywem, materiałem do pracy. To był czas, by podziwiać formę, w której zamknięte było jej wnętrze, myśli i osobowość. Poczuć, jaka jest w smaku, zapamiętać jak najwięcej i zrobić dokumentację do pozostałych obrazów. Filmował każdy centymetr jej ciała, robił zdjęcia z kamerką. Wąchał i zapisywał na kartce różnicę intensywności zapachu. Potem przyszedł czas na smak. Musiał mieć jak najwięcej danych. Zaglądał wszędzie, w każdą najgłębszą intymność. Ściskał i rozciągał.
Był przy tym niedelikatny, jakby była indykiem, którego trzeba przygotować do pieczenia. Gdyby się obudziła, byłaby mocno obolała. „Widzę cię teraz dobrze, moja piękna”. Nie czuł przy tym seksualnego pociągu. Wręcz nie wyobrażał sobie tego. Obiekt seksualny nie mógł być tworzywem i odwrotnie. Podniósł z podłogi sztylet i stał z nim chwilę. Chciałby ją otworzyć, poczuć, jak życie uchodzi z ciała. Nieuchwytna iskra, której nie sposób zobaczyć. Na pewno poczułby ekstazę tak silną, że wryłaby się w psychikę na bardzo długo, jak z kilkoma kobietami wcześniej.
Ale tym razem nie mógł. Zabronili mu. Odłożył sztylet na stół. Kiedy już zadowalająco wymęczył nieświadomą Justynę, napisał do Valery'ego: „Zapraszam”. Po kilku minutach zadzwonił domofon. „Fajna dupa” – powiedział jeden z nich. „Założyłeś gumę, mam nadzieję?” – zapytał Valery. „Nie jestem gwałcicielem. Za kogo ty mnie masz?” „Za największego świra, jakiego znam. Nie jesteś gwałcicielem, ale każdy otwór spenetrowałeś dokładnie, co?
I standardowo paluch urżnięty.” Nie odpowiedział. Ktoś tak nieczuły nie zrozumie artysty. Mężczyźni wyciągnęli z toreb fartuchy zapakowane w plastikowe worki i zaczęli się przebierać. „Zabierzemy całe oczy. Nie będziemy się bawić w wycinanie” – powiedział Valery do jednego z mężczyzn. „Oczy też się przeszczepia?” – zapytał Sebastian. „Rogówkę. Mamy klienta na nerki, wątrobę, trzustkę, nawet serce. Sporo zarobisz, świrze.” „Nie jestem żadnym świrem, tylko artystą. Jak nie rozumiesz sztuki, to się nie wypowiadaj” – powiedział przez zęby.
„Trzeba usunąć jej konto. Już wysłałem wiadomość do znajomka z CBŚ. Śladu nie będzie, jak zawsze. Zanim ktoś zacznie jej szukać i będzie chciał zajrzeć na Facebooka, gdzie gościł amant artysta, po koncie Justyny i całej zawartości, łącznie z kopiami, nie będzie śladu.” „Chcę jeszcze ją obejrzeć, kiedy skończycie” – powiedział Sebastian. „I następnym razem chcę widzieć, jak kroicie. Zabierają serce.” „Może i nie rozumiem sztuki, szczególnie twojej, ale ty naprawdę jesteś chory” – powiedział Valery. „Wezmę język.” Sebastian zignorował obelgę. Patrzył, jak podnieśli bezwładną dziewczynę i wnieśli do zdezynfekowanego pokoju, w którym od wczoraj paliły się ultrafioletowe lampy. Czekał pod drzwiami, aż wykroili z niej wszystko jak z prosiaka wrześni. Nawet nie zwrócili uwagi na moment jej śmierci.
Tego żałował najbardziej. Nie zobaczył pięknego, czystego aktu destrukcji. Potem nasycił oczy tym, co zostało i dokończył dokumentację. Do wystawy zostały niecałe dwa tygodnie. Pokaże na niej cztery ostatnie serie, cztery kobiety, a Justyna będzie zwieńczeniem. Zresztą od jej imienia nazwał tę wystawę „Żesty”. Zaczął już szukać nowego tworzywa na Facebooku. Przeglądał profile, komentarze młodych kobiet. Na kilka odpowiedział zaczepnie. Wypatrywał w ich słowach tego czegoś.
Nie śpieszył się. Natchnienie po Justynie wciąż było żywe, ale nie chciał znów za długo czekać. Paskudnie było nie czuć weny. Stał przed ostatnim obrazem i podziwiał swoje dzieło. I co? Jestem zerem? Dnem? Widzisz to mamo? Tylko ja potrafię tak tworzyć. Tylko ja.
[05:24:32] - To już nieodwołalny koniec dzisiejszego „Bibliotekarium 2.0”. Pięknie państwu dziękuję za spotkanie, za cierpliwe wysłuchanie, za wybaczanie różnego rodzaju potknięć językowych czy lapsusów, czy takich zapętleń, od których jestem nie koronowanym, ale jednak mistrzem i władcą. Władcą obojga Sycylii? Jakoś tak się kiedyś mówiło. To, co mówię w tej chwili, to jest najlepszy dowód, że już czas iść spać, proszę państwa, zdecydowanie czas. A za tydzień między innymi panel dyskusyjny prowadzony przez Jacka Inglota. Jacka Inglota państwo całkiem niedawno poznali, kiedy rozmawiałem z nim o jego najnowszym dziele. Przypomnę tetralogia, ale w trzech tomach. I ta tetralogia dostępna jest na stronie sf.com.pl. Przypomnę S, F, kropka, com, kropka, pl.
W przyszłym tygodniu Jacek Inglot poprowadzi panel dyskusyjny poświęcony popkulturze. To również będą reminiscencje z Sedeńconu. Będzie też oczywiście cała masa innych, myślę, że bardzo ciekawych propozycji. A teraz już pięknie się państwu kłaniam. Dziękuję. Do usłyszenia za tydzień.
[05:26:16] - A mówi te słowa do państwa bez zbędnego filozofowania Marek Żelkowski, gospodarz „Bibliotekarium 2.0”, Akademii Wszelkiej Fikcji. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.