Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. No to drodzy państwo, jak państwo widzicie, mamy dwie stówy na karku. Piękny wiek, piękna liczba i nie zamierzamy się zatrzymywać. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:45] - Dzień dobry wieczór państwu. Jak ja uwielbiam tę rozciągliwość czasu. Kiedy mówię do państwa te słowa, jest czwartek, ale państwo słuchacie tego wszystkiego w piątek. To już wiecie doskonale, ja to często powtarzam. Ale jest jeszcze jedna ważna informacja. Państwo słuchacie tej audycji, a ja w tym czasie bawię na Coperniconie. Świetny konwent. W ostatnich latach poznałem i zachwyciłem się. Trochę będzie pracy na tym konwencie, bo w sobotę zapraszam wszystkich, którzy gdzieś w okolicach konwentu będą się kręcić. Przypomnę Copernicon, konwent w Toruniu.
Podobno Bydgoszcz i Toruń nie bardzo się lubią, ale ja bardzo lubię ten konwent. Lubię i korzystam. Zapraszam wszystkich, którzy tak jak mówiłem będą w okolicach Torunia, żeby się zjawili szczególnie w sobotę. Po południu, bodajże o 16:00 mam prelekcję. Słuchacze audycji znają tę prelekcję świetnie. Będę mówił o space operze, ale o tyle ta prelekcja będzie inna niż ta, którą wygłosiłem jeszcze w czerwcu w Radiu Paranormalium w Bibliotekarium 2.0, że ona jest bogato ilustrowana slajdami. Będzie to wszystko można obejrzeć, więc kto żyw zapraszam. A w dodatku jeszcze o 19:00 będę brał udział w panelu poświęconym sztucznej inteligencji. Ja to tam jestem, proszę państwa, w tym panelu właściwie na doczepkę. Jeśli państwo spojrzycie w program, z kim będę miał przyjemność rozmawiać, to państwo zrozumiecie, że to, co mówię w tej chwili, to nie jest fałszywa skromność, tylko realizm, realne spojrzenie na świat, z kim zasiądę przy stole konferencyjnym, ale postaram się, będę przynajmniej sprawiał takie wrażenie, ale tak naprawdę to się będę starał, żeby być równorzędnym partnerem, żeby o tej sztucznej inteligencji troszeczkę powiedzieć.
Bo wiecie państwo, ja mam taki niedosyt. Na bardzo podobnej konferencji, na bardzo podobnym panelu znalazłem się na Sedenkonie i tam wszyscy się sztuczną inteligencją zachwycali. Ja próbowałem zwrócić uwagę na to, że sztuczna inteligencja może, powtarzam może, nie musi, być nie tylko inteligentna, ale również może być niebezpieczna. Jakoś tak mnie wszyscy tam pozostali uczestnicy zjedli w tej dyskusji i raczej mówili, że to bardzo fajnie, że się bardzo przyda i tak dalej. Duża sala, a więc jeden ze słuchaczy pod koniec tej dyskusji nie wytrzymał, nakrzyczał na nas wszystkich, że w ogóle my nie dostrzegamy niebezpieczeństwa. I ja w tym momencie obiecałem sobie, że w każdym następnym panelu będę jasno artykułował, co na temat sztucznej inteligencji myślę. A myślę tyle, że sztuczna inteligencja może przydać się człowiekowi, ale nie potrafimy w tej chwili oszacować niebezpieczeństwa, jakie ze sobą niesie. Nam się tylko wydaje, że potrafimy. I tego bałbym się najbardziej i przed tym bym przestrzegał. I o tym zamierzam w tym panelu powiedzieć, ale to w sobotę.
Kto żyw niech podróżuje do Torunia. Copernicon naprawdę świetny konwent. To tyle tych refleksji nad czasem. Tak, państwo przy audycji, a ja na Coperniconie. Ale na początku audycji jak zwykle polecanki. Polecanki dzisiaj będą monotematyczne, ale nie bez powodu. Otóż ukazała się właśnie dzisiaj, czyli w czwartek, dla państwa jutro, czyli wczoraj. Jak się można łatwo pogubić. W każdym razie ukazała się tetralogia Jacka Inglota, zatytułowana „Polska”. To jest tetralogia, czyli cztery opowieści w trzech woluminach, żeby było trudniej zapamiętać, czyli tetralogia w trzech woluminach.
Zostało to dzieło wydane przez wydawnictwo Stalker Books, z którym jak państwo wiecie łączy Bibliotekarium 2.0, zażyła przyjaźń. Znalazłem sobie piękny opis tej tetralogii na blogu Wojtka Sedeńki. Ja przypomnę www.sedenko.pl to jest blog Wojtka Sedeńko. I troszkę o tej książce napisał. To ja państwu to zacytuję. A jeszcze jedna ważna informacja. Za jakieś dwa tygodnie Albo może za trzy. W każdym razie już w roku akademickim zapraszam państwa na spotkanie z autorem, czyli z Jackiem Inglotem, z którym miałem okazję przeprowadzić wywiad i który między innymi o tej tetralogii „Polska” mówi. Żeby tak zdradzić wszystko, to jest „Polska 2.0”, „3.0”, „4.0”. Także tej Polski jest tam, jak państwo zauważacie, całkiem sporo.
To są tak naprawdę cztery osobne opowieści, powieści. Ale teraz już oddajmy głos Wojtkowi Sadeńko. Za miesiąc mamy w Polsce wybory. Wybory parlamentarne. Jak zawsze niezwykle ważne dla Polski. Czy będzie ona domem dla wszystkich Polaków, czy tylko dla części? Czy będziemy się w niej czuli dobrze, czy źle? Fantaści polscy nie raz, nie dwa poruszali temat bliskiej bądź odległej przyszłości kraju nad Wisłą. Właśnie ukazała się tetralogia Jacka Inglota w trzech woluminach „Polska 2.0”, „Polska 3.0” i „Polska 4.0”. I tu muszę się wtrącić w to, co napisał Wojtek Sadeńko, bo państwo naliczyli trzy utwory.
Ostatni, „Polska 4.0” jest w dwóch wariantach, o czym zresztą Jacek Inglot państwu opowie w tym zapowiadanym przeze mnie wywiadzie. Ale to, tak jak powiedziałem, już w roku akademickim. Wracamy do polecanki Wojtka Sadeńko. Cztery równoległe spojrzenia w schyłek lat 30. XXI wieku. Cztery alternatywne, odmienne wersje przyszłości. Każda równie prawdopodobna, każda równie przerażająca. Mocna political fiction, niestroniąca od dramatycznych pytań o losy kraju nad Wisłą. Wizje pesymistyczne i wizje optymistyczne. Polska kwitnąca, liberalna, Polska mocarstwowa i Polska pośmiewisko Europy.
Wizje Jacka Inglota mogą zachwycić, ale i podrażnić, uradować i zasmucić. Są słodkie, ale czasem gorzkosłone. I są to zdecydowanie wizje science fiction pełne nowinek technologicznych, z szybką fabułą, bohaterami odnoszącymi się do postaci polskiej sceny politycznej. A tom „Znowu Breslau” to prawdziwy hołd dla Konwickiego i jego „Małej Apokalipsy”. Właśnie ruszyła przedsprzedaż na SF-ie. Do 21 września zamawiając komplet tomy w twardej, szytej oprawie możecie liczyć na bonus finansowy. A jak Wojtek Sadeńko mówi o bonusie finansowym, to wie, co mówi i na pewno nie rzuca słów na wiatr. Wyobraźcie sobie państwo trzy grubaśne tomy z czterema powieściami w całkiem sympatycznej cenie. Tomy nie tylko grubaśne, ale tak jak Wojtek powiedział, napisał, szyte w twardej oprawie. Naprawdę warto.
Część utworów Jacka znam, część dopiero przede mną. Ale Jacek to jest stary wyjadacz. On wie, co robi, wie, co pisze. Często prowokuje, często doprowadza ludzi do szału swoją postawą, swoimi wypowiedziami. Ale tak naprawdę to jest bystry — co ja mówię bystry — analityczny obserwator naszej rzeczywistości, który potrafi te obserwacje przełożyć na język literatury i na język fantastyki naukowej. Wierzcie mi państwo, że nie będziecie żałować ewentualnego zakupu. Szczerze polecam. Tetralogia „Polska.” No cóż, proszę państwa, tyle polecanek. Dzisiaj krótkie polecanki, ale za to treściwe. Cóż, a teraz rozmowa z Lesem Choduniem o książce „Epidemia”.
„Zaraz — zapytacie państwo — przecież to już było. Była «Epidemia».” Uspokajam, wszystko jest okej. To jest drugi tom, proszę państwa. Wtedy to była „Epidemia. Co kryje chaos?", a teraz jest „Epidemia. Puszka Pandory”. Jak czytamy w opisie wydawcy, brutalny kryminał, horror. I co jeszcze czytamy w opisie wydawcy? To zacytujmy. „Paweł i Dawid, bohaterowie kryminału psychologicznego «Epidemia.
Co kryje chaos?» mierzą się z falą przerażających zachowań ludzkich. Ich miasto, Police i okoliczne tereny stały się teraz rejonami pełnymi śmierci i niepokoju. Jakikolwiek kontakt z niektórymi ludźmi jest niemożliwy. Wzmożona czujność i oczy dookoła głowy to teraz obowiązek, bo nie wiadomo, kiedy można stracić życie. Nawet z ręki najbliższych osób. Ale wygląda na to, że dzieje się tak nie tylko tu i nie tylko w Polsce. Dlaczego ludzie stali się tacy niebezpieczni? Co wspólnego ma z tym słońce? Czy Pawłowi uda się ujść z życiem w swoim śledztwie? Tyle opisu wydawcy, a ja państwa teraz zapraszam na rozmowę z autorem, z Lesem Hoduniem.
Dzień dobry wieczór, dzień dobry wieczór.
[12:36] - Dzień dobry wieczór państwu.
[12:39] - Minął miesiąc i naszym gościem jest ponownie Less Hoduń z kolejną niezwykłą książką. To, że ona jest niezwykła, postaram się państwu dzisiaj udowodnić. Albo nie, ja będę tylko towarzyszył udowadnianiu tego, że jest niezwykła. Chyba najlepiej zrobi to sam autor. A dzisiejsza książka jest kontynuacją książki, o której już mówiliśmy: „Epidemia. Co kryje chaos?”. Pamiętacie państwo taką książkę? Dzisiaj będzie jej kontynuacja. Znowu będzie epidemia, tylko tym razem z puszką Pandory w podtytule. Jeszcze nie powiem państwu, co czytam w opisie.
Może dajmy to, co ja tutaj produkuję w tej chwili, czyli to, co mówię, skomentować naszemu gościowi.
[13:36] - W takim razie do czego mam się odnieść? Dzień dobry wieczór państwu przede wszystkim.
[13:39] - Do tego, co powiedziałem. Do tego nawiązania. Czy nie skłamałem? Czy nie oszukałem naszych słuchaczy? I czy to jest naprawdę druga część „Epidemii”?
[13:51] - W pewnym sensie tak. One mogą funkcjonować poniekąd osobno, natomiast są skorelowane pewnymi wątkami i uważam, że fajną rzeczą jest nawiązać do poprzedniej części po to, żeby zbudować większą pojemność tej historii. Bo ta opowieść dotyczy naszej rzeczywistości, która nam się dzieje od 2020 roku, o ile dobrze pamiętam. Dobrze jest, nawiązując do czegoś rzeczywistego, zbudować historię bardziej pełną, bo wtedy można troszeczkę więcej przekazać, na więcej sobie pozwolić. Książka pierwsza miała się zakończyć na tym, na czym się zakończyła. Natomiast lekturalność moich czytelników, znajomych, nieznajomych, czy na przykład Ani Ruszczyk z Gazety Śledczej, która patronowała tej pierwszej pozycji, powiedziała: „Nie ma bata, musisz zrobić drugą część, bo kto widział takie zakończenie? Ja cię zabiję”. Pojawiały się tego typu konteksty, więc pomyślałem sobie, że posiadając jeszcze wiedzę w dodatkowej olbrzymiej ilości na tematy, które tam poruszyłem, myślę, że super byłoby jeszcze o czymś innym powiedzieć, jeszcze przekazać ten temat, do którego się odnoszę, czyli COVID, epidemiczność, zachowania ludzkie i gdzie, kto i czym nami manipuluje, pokazać w jeszcze bardziej zaawansowanej formie. Okazało się, że właśnie takie opinie zbieram, że książka jest jeszcze bardziej dojrzalsza, ale przede wszystkim ze swojej strony mogę powiedzieć, że jest jeszcze bardziej brutalna, bo zorientowałem się po opisach, które do mnie docierały, że to już nie tyle kryminał, co kryminał horror. I to przyszło od ludzi, więc musiałem skonstatować to podejście, ten opis.
Więc faktycznie jest to w pewnym sensie kryminał horror rozwiązujący temat w sposób bardziej bogaty, ale idący też po bandzie, jeżeli chodzi o intensywność akcji, także jest bardzo mocno.
[16:30] - Właśnie sobie tu nawet podkreśliłem w opisie książki. Jeszcze raz to za panem powtórzę: brutalny kryminał horror. Ale zanim sobie to podkreśliłem, bo to w końcu tylko opis, to po lekturze też doszedłem do wniosku, że owszem kontynuacja, ale to jest inna książka, inny jest klimat tej książki. Co więcej, teraz uwaga, będzie tak zwana teoria spiskowa. Otóż, ponieważ rozmawiamy od jakiegoś czasu, od wiosny tego roku i prezentuje pan różne książki. Był tomik poezji, była książka całkiem niedawno, której był pan współautorem o charakterze erotycznym, był już taki stricte kryminał sensacja. Tutaj mamy nawet horror, ale wycieczki nawet w stronę postapo, a nawet tak bym zaryzykował, science fiction. Takiego, że jeszcze tutaj nic nie lata, to nie jest „Star Wars”, ale science fiction bym się dopatrywał. Ja sobie tę teorię spiskową ukłułem w ten sposób, że od wiosny tego roku właściwie prezentujemy pisarza totalnego, który pokazuje, jak wiele różnych gatunków jest w stanie opanować i to opanować w takim stopniu, że czytelnicy garną się do tych książek. To jest koniec mojej teorii spiskowej i prosiłbym, żeby pan teraz ją jakoś zniszczył, podsumował, a może wywyższył?
[18:17] - Przede wszystkim totalistyczne dzięki z mojej strony za tego typu opis, że autor totalny. Nigdy bym się tego nie spodziewał. Natomiast wydaje mi się, że wszystko bierze się stąd, skąd bierze się ciekawość ludzka. Jeżeli umiemy podążać przed siebie, umiemy obserwować świat, potrafimy przynajmniej nawet symbolicznie dodawać dwa do dwóch po to, żeby wyciągać jakieś wnioski, umiejętnie korzystać z tej rzeczywistości po dodaniu tego dwa do dwóch, to wydaje mi się, że taki umysł również jest otwarty na to, żeby robić rzeczy różne i ciekawe. I tak samo powiadam moim znajomym czy ludziom, którzy rozmawiają ze mną po jakichś wystąpieniach, po koncertach, którzy przychodzą i wtedy mają mnóstwo rzeczy do wyrażenia, bo oto rozmawiają z kimś, kto stał na scenie. Więc ja im powtarzam, że to jest kwestia tak naprawdę otwartości. Pojawia się temat, tu nawiążę troszeczkę do tej otwartości, o której pan redaktor tak fajnie powiedział. Ludzie mówią o marzeniach, które do nich przychodzą: „Wiesz, ja mam takie głupie marzenia”. I wtedy stopuję takiego rozmówcę i mówię: „Moment, moment. Jeżeli przychodzi ci do głowy marzenie, jeżeli ci przychodzi do głowy wizja, potrzeba, pomysł na coś, to nie jest coś głupiego, tylko przychodzi to do ciebie dlatego, że jesteś gotów, żeby zacząć się tym zajmować.
Bo w przeciwnym razie uważam, że coś takiego by nie chodziło człowiekowi po głowie”. Jak to ktoś kiedyś z naukowców powiedział o przypadkowych odkryciach. Tu nawiążę troszeczkę do naszej rozmowy, jaką mieliśmy kilka miesięcy temu, kiedy prezentowaliśmy „Lekcję paranormalności”. Któryś z naukowców, nie pamiętam teraz nazwiska, powiedział, że przypadki zdarzają się umysłom otwartym. Czy umysłom przygotowanym. Jakoś tak to wyglądało. Ja się troszeczkę obruszyłem, bo bardziej poszukiwałem wtedy takich konotacji, że jak nauka, to powinna posługiwać się metodologią. Natomiast tutaj nauka bardzo się cieszy, że są odkrycia przypadkowe i przyznaje to bez żadnego bicia, wręcz na piedestał to wynosi. Więc tak samo i tutaj. W pewnym sensie, jeżeli umysł wydaje mi się, jest gotowy do czegoś, to ten pomysł przyjdzie.
Ja mam akurat taką rękę i takie szczęście, żeby przetwarzać to w formę wiersza, w formę prozy, w formę tekstu piosenki czy dźwięku, bo też komponuję i tak dalej. Też myślę obrazem, czyli sięgam o wiele dalej niż to, co już do tej pory zrobiłem. I ja po prostu się cieszę tym. To jest kwestia tylko i wyłącznie związana z takim podejściem pod tytułem: fajne, może by coś z tym zrobić. Więc mam na przykład w swoich zbiorach projekt rzeźby, która miałaby mieć dziesięć, kilkanaście metrów wysokości i rzeźba jest określana przez ludzi jako właśnie „wow”. Czy innego rodzaju, jak chociażby treatmenty filmowe, czyli takie scenopisy, które określają charakter filmu, o czym, co po kolei i tak dalej. I tak jak mówię, to jest tylko kwestia otwartości, kwestia chłonności na świat. Więc ja ze względu na to, że bardzo się cieszę, mogąc poznawać ludzi, mogąc prowadzić rozmowy, mogąc obserwować, myśleć o czymś i te przetwarzanie myślowe konfrontować sobie na przykład z tym, co ktoś powiedział, czyli próbować orientować się, że jeżeli ja sobie o czymś pomyślałem i ktoś powiedział, jest tu jakaś zbieżność. Być może fajnie by było w tę stronę pójść, coś z tym zrobić. I tyle.
Więc podejrzewam, stąd bierze się totalność autora. Ale cieszy mnie coś takiego, bo ja już kiedyś miałem takie przykłady, kiedy osoby na przykład, które zasiadały gdzieś tam w radzie miasta i tak dalej, które znały mnie, co ja robię i że robię tyle rzeczy i zawsze powtarzały: „Kurde, cokolwiek ty zrobisz, to zawsze ci wychodzi”. Nie mam czegoś takiego, że siedzę i się zastanawiam, dlaczego mi to wychodzi. A skąd to się bierze? Może to jest jakaś ułomność organizmu, może to jest jakieś zaburzenie psychosomatyczne albo cholera wie co jeszcze. Nie, ja po prostu to robię, bo z tego sam mam frajdę i z tego mają frajdę ludzie, którzy czytają. Panie redaktorze, jeżeli dowiaduje się pan, że pańską książkę ktoś czytuje dwa lub nawet czasem trzy razy dziennie, to naprawdę przychodzi do człowieka taka refleksja, że mimo wszystko dobrze robię, że robię tak, jak robię i że posługuję się właśnie takimi kryteriami, bo to mnie właśnie prowadzi do tego momentu, że teraz nagle będę mógł mówić o sobie, że jestem autorem totalnym. Bardzo dziękuję.
[23:53] - Ja powiem tak, że takiej ułomności, o której pan wspomniał, to ja życzę wszystkim twórcom. I to nie jest tani komplement, tylko nawet naszych słuchaczy namawiam do tego, żeby sobie prześledzili audycję „Bibliotekarium 2.0” z pana udziałem i będą mieli słuchacze bardzo przejrzysty obraz tego, jak różne rzeczy spod pana pióra wychodzą. Ale ja mam bardzo konkretne pytanie i prośbę, żeby pan ustosunkował się do jeszcze jednej części mojej wypowiedzi, kiedy mówiłem, że właściwie oprócz powieści kryminalno-sensacyjnej nawiązującej do poprzedniej części, do bohaterów znowu nawiązujemy: Paweł i Dawid, ale dostajemy też książkę, której jest bardzo blisko do postapo. Ja nie mam lepszego określenia. Te okolice miasta, w którym dzieje się akcja, one się zaczynają robić takie właśnie postapokaliptyczne, takie groźne i takie pełne przemocy, śmierci. To jest obraz wprost wyjęty z filmów, takich postapo, filmów grozy, może filmów o zombie, ale tu już troszeczkę pojechałem. Przepraszam.
[25:20] - Wie pan co? Absolutnie. Myślę, że to podsumowanie quasi-zombiarskie myślę, że nie jest takie dalekie od prawdy, dlatego że w przypadku osobowości zombie, że ładnie to tak określę, chodzi jak gdyby o aktywność, taką aktywność raczej konsumpcyjną chyba, ale bezwiedną, prawda? I tutaj mamy podobny kontekst, dlatego że to, co się dzieje, wywołuje mniej więcej podobne konsekwencje. My tutaj teraz spoilerujemy trochę, co nie?
[26:00] - Trochę tak, ale staram się unikać.
[26:04] - W każdym razie wydaje mi się, że ta postapokaliptyczność, o której pan redaktor wspomniał, ona być może ma taki wymiar inicjacyjny. To znaczy mówimy, jak gdyby o zapoczątkowaniu czasów postapokaliptycznych, które to czasy nagle zaczynają się dziać, że coś się zaczyna wymykać spod kontroli i tak naprawdę nie mamy pewności, gdzie i w którą stronę się udać, żeby o swoje życie, już nie mówię zawalczyć, ale zadbać, żeby je uratować. Bo nagle i ci, którzy, że tak powiem, są zombiakami i ci, którzy nie są zombiakami. Oni są generalnie zombiakami kontekstowymi, dlatego że część ludzi optuje za tym, żeby robić tak, a nie inaczej. Będę mówił bardzo ogólnikami teraz. Natomiast ci, którzy się z tym mierzą i którzy są tym przygnieceni, właśnie oni się po prostu ratują. Czyli tu trzeba uciekać, trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo nie wiadomo tak naprawdę, gdzie i kiedy można wręcz stracić życie. I to nawet od osób sobie najbliższych. Jeżeli chodzi o tematy postapokaliptyczne, to mogę tutaj już też zdradzić troszeczkę, że właśnie jestem na etapie pisania już kilkudziesięciu stron następnej książki, która dokładnie lokuje się w klimatach postapo.
[27:42] - A zatem kolejne wyzwanie, które pan podjął. Natomiast ja chciałbym, ciągnąc temat, zapytać o pewne niebezpieczeństwa, które się pojawiają w tej książce. Niebezpieczeństwa, właściwie to złe określenie. Ludzie, których pan opisuje, którzy pomykają po kartach pana książki, to są ludzie, przynajmniej część z nich, po prostu niebezpieczni. Ludzie, których ja, przynajmniej części z tych ludzi, nie chciałbym spotkać na swojej drodze. Czy takie realistyczne przedstawienie tego rodzaju mentalności, tego rodzaju działania, sposobów myślenia, wszystkiego tego, skąd się u pana wzięło? Skąd pan czerpał inspiracje? Ja się domyślam, ale mimo wszystko poproszę pana.
[28:41] - No właśnie. Jeżeli się człowiek lubuje w klimatach, gdzie sensacyjność i kryminalizm, że tak ładnie to wyrażę, są energetycznie i esencjonalnie przedstawione, kiedy mamy akcję, która dzieje się, która nie pozostawia miejsca na opisy przesadne, na to, żeby zbyt długo ktoś tam gadał, żeby coś tam kamera i tak dalej. Jeżeli ktoś ogląda filmy typu „Jack Reacher”, jeżeli ktoś ogląda filmy typu „Mad Max”, więc wiadomo, że z takich dwóch klimatów może urodzić się coś takiego, o czym ja mówię, że jest to thriller horror. Natomiast pan redaktor już wyraźnie odnajduje jakieś konotacje związane z postapokaliptycznymi klimatami. To też jest ciekawe, bo w tym momencie ja również dowiaduję się, że stworzyłem rzecz, która pomimo tego, że przeze mnie została świadomie określona słowem, akcją i tak dalej, to jednak znajdują się ludzie, którzy potrafią w normalny i bezpośredni sposób to odczytać. Ja spróbuję tutaj nawiązać do pewnego tematu związanego z muzyką, bo też aktywnie zajmuję się muzyką. W ubiegłym roku w kwietniu opublikowałem wokalną wersję instrumentalnego utworu zespołu Metallica. I była to rzecz bardzo unikalna, ponieważ jako pierwszy na świecie napisałem tekst do utworu, który był zdeklarowany jako instrumentalny i go zaśpiewałem. Ja po prostu go zaśpiewałem. Ubrałem go w słowa, w wokale, w emocje.
Natomiast jeden z artystów niderlandzkich, z którymi mam kontakt, dopiero zwrócił uwagę na to, ile artykulacji twórczych tam użyłem. Że tu śpiewam w taki sposób, tu w taki sposób. To jest tak robione, to jest tak robione. Więc usiadłem i mówię: „Okej, a ja uważałem, że po prostu zaśpiewałem”. Tak samo i tutaj. Chciałem opowiedzieć pewną historię bez wycieczek typu, że ona ma być konkretnie w postapo czy horror i tak dalej. Horror odkryłem dopiero niedawno, uświadamiając sobie skalę pytań od osób, które już czytały i wracając ponownie do tego kontekstu, chociażby na podstawie tego, o czym ludzie mówili, na co zwracali uwagę. Stwierdziłem, że chyba tak można powiedzieć, bo ludzie opisywali, że przerazili się tą sceną, tamtą sceną. A kiedy możemy się przerazić? Właśnie na horrorach.
I to było dla mnie bardzo ciekawe, bo ja również mam zajawki na historie horroryczne, o których chciałem napisać. A tu widzę, że zamknąłem dwa konteksty, dwa grzyby w jednym barszczu, jak to mówią kolokwialnie. To też jest ciekawe. Człowiek się cały czas uczy. Tak samo jak uczę się skracać, bo mam tendencję do tak zwanego kwiecistego opowiadania. Ze względu na to podejrzewam, że codziennie ze słowem człowiek pracuje, więc ta swoboda funkcjonowania słowa w postaci wrażeń, opisów i tak dalej, stąd się bierze. Ale ja mimo wszystko, tworząc te rzeczy właśnie tak jak wiersze, tak jak książkę pod tytułem „Epidemia. Puszka Pandory”, chcę, żeby w tej akcji było wszystko wyciśnięte do maksimum, żeby nie było przegadane. Bo ostatnio na przykład miałem pewien wywiad pisany, który przeczytałem po stworzeniu, bo był bardzo skomplikowany. Musiałem na niego ileś dni przeznaczyć.
Później odczytałem sobie go raz jeszcze po kolei i musiałem totalnie go ściąć, bo stwierdziłem, że za bardzo pojechałem. Lubię konkrety i lubię dowiadywać się. Tak samo jak w trakcie komponowania muzyki. Otwarcie proszę znajomych muzyków czy dziennikarzy, żeby wskazywali mi na przykład miejsca, które według nich są nie tak, żeby można je było poprawić. To też jest uważam taka umiejętność spojrzenia z pokorą na siebie i na to, co potencjalnie można zrobić jeszcze lepiej. Mam taką osobę zaprzyjaźnioną, która totalnie bez żadnych oszczędzań mnie potrafi wbić szpilę, potrafi przyłożyć ironią czy konkretną krytyką. Ale wiem, że on to robi szczerze, bo my się bardzo lubimy, my się bardzo szanujemy i jeżeli od niego przychodzi taka informacja, zawsze wiem, że warto na coś zwrócić uwagę. Więc fajnie jest otwierać się na to, co się pisze, tak jak ja się otworzyłem. Ale też przyjemnie zaskakujące jest odkrywanie tego, że nagle ktoś, tak jak pan redaktor przed chwileczką stwierdził, że również mamy tutaj inny klimat. Być może to jest fajną forpocztą do tego, żeby pojawiła się następna powieść, która mam nadzieję za jakiś czas się ukaże.
[34:22] - A ja mam teraz pytanie właściwie nie do końca moje. To jest pytanie mojego redakcyjnego kolegi, który mi trochę przez ramię zaglądał, kiedy sobie na ekranie pana książkę poczytywałem. Kazał sobie powiedzieć, o czym to mniej więcej jest. I tak nieudolnie bądź udolnie troszeczkę mu streściłem, spoilerowałem i opowiadałem. I on zadał mi jedno pytanie i ja jeszcze wtedy nie potrafiłem na nie odpowiedzieć, ale zakładam, że odpowiedź na to pytanie może zainteresować również naszych słuchaczy. Czy ta książka jest rodzajem historii alternatywnej?
[35:09] - Każde tego typu pytanie jest zasadne i biorąc pod uwagę to, że myślę, że nie tylko nauka, ale również inni badacze mówią o rzeczywistościach równoległych, o światach równoległych. Czasem mam wrażenie, sięgając do takiej wiedzy, że tych rzeczywistości równoległych jest nieskończenie wiele. Czyli prawdopodobnie tak, jak potrafimy sobie coś wyobrazić lub tak, jak dopuścimy pewną rzeczywistość, która nam się dzieje normalnie, fizycznie w naszym życiu, tak samo i wielość możliwości ich istnieje, bo czasami przecież wystarczy. Jedziemy sobie autem i okazuje się, że spojrzymy w jedną stronę, bo zobaczymy coś, co nas totalnie przyciągnie i będzie wypadek. Może się okazać, że będąc uczestnikiem takiego wypadku poznamy osobę ciekawą, która będzie kierowcą tamtego drugiego samochodu. Być może, tak jak czasem jest syndrom, nie pamiętam, jak to się nazywa ten syndrom szwedzki, kiedy ofiara zakochuje się w swoim porywaczu
[36:35] - Sztokholmski syndrom
[36:37] - Właśnie! Sztokholmski. W każdym razie gdybyśmy chcieli przemyśleć opcje, jakich moglibyśmy dotknąć danego dnia, to możemy dojść do wniosku, że mielibyśmy wiele rozwiązań w ciągu jednego dnia. Myślę, że można tutaj zrelatywizować mecz piłkarski i nie mówię już o Polska-Albania, absolutnie, tylko chodzi mi o tematy pod tytułem: „A powinni więcej wygrywać, bo nie wykorzystali tamtego uderzenia” i tak dalej. Ale ktoś, kto nie wykorzystał tamtego uderzenia, gdyby wykorzystał, zadziałaby się inna sytuacja na boisku, inne ustawienie, które mogłoby doprowadzić już do zupełnie innych wyników. Wydaje mi się, że można powiedzieć o tym, że jest to alternatywna rzeczywistość. Wydaje mi się, że każdego rodzaju opowieść filmowa, książkowa, jakakolwiek, jest w pewnym sensie alternatywną rzeczywistością, bo opowiada o możliwości wystąpienia dokładnie takiego konstruktu wydarzeń, jaki dostajemy dzięki literaturze, obrazowi w telewizji czy w kinie, czy dzięki muzyce. W zasadzie, gdybym mógł jeszcze nawiązać troszeczkę do tego pytania, to to, w jaki sposób wydarzy się nam dana rzeczywistość, jest związane z naszą decyzyjnością. Albo podejmiemy pewną decyzję świadomą, może czasem nieświadomą i coś za nas uszereguje pewne rzeczy, więc możemy później wnioskować, że albo podjęliśmy dobrą decyzję, albo szkoda, że nie podjęliśmy innej. I to jest chyba alternatywność na porządku dziennym przy każdej sytuacji, bo mamy wielość rozwiązań.
Czasami oczywiście są sytuacje, gdzie musimy, nie możemy inaczej zrobić, tylko tak i tak, ponieważ są procedury i tak dalej. Ale i tak okoliczności, jakie się dzieją, myślę, są wypadkowe dla danej chwili i dla decyzji, która jest w danej chwili podjęta. To są czasem mikroułamki sekund i mikroinformacje, które sprawiają, że dokładnie tak, że powiemy to słowo, a nie inne. Teraz wydaje mi się, że gdybym odsłuchał tego wywiadu, który sobie w tym momencie robimy, na pewno przyszłaby taka refleksja pod tytułem: „A to mogłem powiedzieć, a tamto mogłem powiedzieć” i tak dalej. Wiadomo, że nie o wszystkim jesteśmy w stanie powiedzieć. Więc ta alternatywność uważam, że jest bardzo namacalna.
[39:45] - Takie sytuacje w przypadku wywiadów, ilu ja rzeczy nie powiedziałem w wywiadzie, którego na przykład udzielałem, to ja mam permanentnie, proszę pana. Co jakiegoś wywiadu uda mi się jakiś wywiad udzielić, to później mam znacznie lepsze alternatywne wersje tego wywiadu. Ale idzie ta, której udzieliłem, a nie te, które mi się zrodziły w głowie.
[40:11] - Panie redaktorze, pozwolę sobie jeszcze, bo akurat tuż przed wywiadem miałem dłuższą rozmowę z moim przyjacielem. Wystąpiłem do niego z pewną propozycją. Będę mówił teraz bardzo ogólnikowo, ale chcę opowiedzieć o tym właśnie, co nami czasem kieruje i czy podejmujemy fajne, trafne, jakkolwiek by to nazwać, decyzje i co z tym się może wiązać. Otóż jakiś czas temu otrzymałem sugestię, żeby zrobić pewną rzecz, żeby podjąć się pewnych działań, ponieważ akurat jestem w trakcie kilku projektów, które z tymi działaniami mogą fajnie korelować. I teraz temat jest tego typu. Wczoraj odbyliśmy pierwszą część rozmowy, po czym po kilkunastu sekundach on mi powiedział: „Okej”. Dzisiaj uszczegółowiliśmy sobie to wszystko dokładnie na tyle, że wiemy, co na tym etapie posiadamy, jak bardzo jesteśmy w tym projekcie. To, że on wyraził ochotę jako pierwsza osoba, bo mam jeszcze uderzyć do kilku innych osób. I podsumowaniem tej naszej rozmowy była rozmowa, między innymi był fragment taki odnośnie intuicji, takich właśnie rzeczy, które się troszeczkę poza nami dzieją. A gdybyśmy umieli spojrzeć na to, jak nasze sytuacje przebiegają w ciągu dnia, tygodnia, roku lub całego życia, to zauważalibyśmy, że nie ma przypadków.
I kończymy rozmowę w bardzo fajnych nastrojach, bo wyjaśniliśmy sobie fajne rzeczy i on powiedział, że czuje się bardzo podbudowany i bardzo dobrze. Za chwilę otrzymuję SMS-a: „Słuchaj, wsiadłem do samochodu, odpaliłem radio i co poleciało? Lady Pank. „Wszystko się może zdarzyć””. Po czym za chwilkę dziennikarz powiedział: „O, dawno już tego utworu u nas nie było”. I w tym momencie nie wiadomo, jak szczękę zbierać z podłogi. To są właśnie takie sytuacje i obydwaj tutaj czujemy wręcz w kościach, wręcz we krwi, że jest to fajna rzecz. On jako bardzo doświadczony człowiek w swoim fachu też wyraźnie powiedział, że on bardzo dobrze to odczuwa i on wchodzi w temat bez żadnego problemu. Przede wszystkim ze względu na to, że ja w tym projekcie jestem. To już jest furtka otwarta.
I właśnie to jest też część tej alternatywności i umiejętności spostrzeżenia. Bo gdyby nie umieć uczyć się na błędach, chociażby mówiąc kolokwialnie, to później możemy na przykład nie podjąć fajnej decyzji, która nas gdzieś poprowadzi w ciekawym kierunku, tylko znowu zrobimy coś byle jak, bo się tak nauczyliśmy, tak? Czyli to jest cały czas takie wychodzenie ze strefy komfortu po to, żeby spróbować czegoś jeszcze, czegoś więcej. Tyle. Super.
[43:19] - Były pytania, może nie trudne, ale takie skłaniające do snucia refleksji natury filozoficznej. A teraz mam pytanie bardzo proste, wręcz warsztatowe. Otóż pisząc książkę pan porusza się, a właściwie każe poruszać się swoim bohaterom w okolicy, którą pan dobrze zna. To są okolice Szczecina. Właściwie przepraszam, to są okolice Polic. I tu mam pytanie właśnie warsztatowe: jak się pisze o miejscach, które się dobrze zna? Lepiej, gorzej, łatwiej, trudniej? Różne zdania są na ten temat. To ja konkretnie to pytanie do pana kieruję.
[44:10] - Ja mogę odpowiedzieć za siebie.
[44:13] - Tak, jak najbardziej.
[44:15] - I mogę stwierdzić, że pisało mi się o wiele przyjemniej, dlatego, że obserwując swoje otoczenie mogłem w fajniejszy sposób wpuścić się w gąszcz wydarzeń, które działy się w danym miejscu i poprowadzić akcję w taki sposób, że ja to czułem i ten automatyzm myślenia o całym procesie historii był o tyle fajny, że widząc te okoliczności, widząc te miejsca, wiedząc gdzie i jak bohaterowie się poruszają, mogłem wsadzić kogoś do taksówki czy do autobusu, czy w jakąś rozmowę wpuścić, tak? Już nie będziemy mówili tutaj o sytuacjach, o których ludzie mają przeczytać, bo to są krwawe historie, więc cały wachlarz możliwości. Myślę, że to jest tak samo, jak zawsze powtarzam ludziom, też na moim przykładzie, będąc muzykiem chociażby mówię: uczymy się na przykład obsługi klawiatury, tak? Jednym palcem, dwoma. Zaczynamy rozróżniać dźwięki. Później przychodzą dwie ręce, prościej, później swobodniej. Później zaczynamy odkrywać, że nie chodzi o to, żeby stuknąć palcem w dźwięk, tylko żeby dźwiękiem zbudować klimat, żeby pozyskać czyjąś duszę, tak? Żeby komuś zrobić przyjemność albo coś wyrazić, coś opisać. Więc wtedy jest artykulacja i muzyka staje się jak gdyby narzędziem. To samo i tutaj.
Obserwowanie otoczenia. To, że wiedziałem, że w takim miesiącu będzie takie otoczenie, a w takim takie. Też mi pozwoliło tę akcję fajnie zbudować. Tak jak na przykład „Co kryje chaos?”, czyli „Epidemia” część pierwsza. To wszystko się w kwietniu zaczęło, tak? I ten kwiecień ze względu na to, że las był pusty, w sensie jeszcze bezlistny, też pozwoliło mi na fajne poprowadzenie akcji i sprawienie, że wszystko będzie z o wiele większą dozą ciarek. Także ja się bardzo cieszę. Ja akurat mam takie podejście, że tu opisuję to, co wiem, aczkolwiek oczywiście, że nie mogłem sobie pozwolić na to, żeby tylko i wyłącznie ograniczać się do opisów i pozostawać tylko i wyłącznie w konstrukcji tego otoczenia. Również coś tam delikatnie czasem zmieniałem po to, żeby intensywność akcji utrzymać. I tak dalej.
Chodzi tylko o to, że fajnie mi się pisało, bo po prostu jestem stąd. A Police jak zawsze powtarzam, to są te Police, koło których leży Szczecin. Oczywiście pozdrawiamy Szczecin.
[47:03] - Ja czujnie się poprawiłem, jak pan zauważył. Kiedy zacząłem mówić o Szczecinie, natychmiast połknąłem język i wróciłem do Polic.
[47:11] - Ale wie pan co, panie redaktorze? Niektórzy ludzie nadal jeszcze mówią Police — Szczecin albo Szczecin — Police. Ludzie łączą, bo tak naprawdę Police były częścią Szczecina, parę razy były i później odchodziły i tak dalej. Były łączone, odsuwały się od tego Szczecina. Dzisiaj są, nie wiem, czy na szczęście, czy na nieszczęście miastem osobnym. Natomiast w tej historii było dużo razy takich, że jesteśmy razem z wami, później nie jesteśmy i tak dalej.
[47:44] - Kolejne moje pytanie. Może pan na nie nie odpowiedzieć i się wcale nie zdziwię. Chociaż ono właściwie... Dobrze.
[47:55] - Czyli będzie brutalnie, tak? Będzie brutalnie.
[47:57] - Nie brutalnie. Raczej mam na względzie książkę i jej promocję. Ale dobrze. Tak ogólnie, czy historia, którą zaczął pan w „Epidemii”, w pierwszej części o chaosie „Co kryje chaos?”, czy ta zagadka, która tam się pojawia, znajduje w drugiej części rozwiązanie? Bo o to przypuszczam pana czytelnicy, chyba by zapytali po pierwszej części.
[48:34] - Chaosem określiłem wszystkie okoliczności, które dzieją się w związku ze stanem pandemii, epidemii czy jakkolwiek zwał tak zwał. I chodziło mi o to, żeby pokazać, jak gdyby chaotyczność okoliczności. Chaotyczność informacyjną również, która dzieje się przy tej okazji. Jak bardzo ludzie chwytają automatycznie pewne rzeczy, ponieważ wszyscy znają się na medycynie, wszyscy znają się na sporcie, a na tym i na tamtym to się już tak znają, że nikt się lepiej nie zna. Jak to mówią: gdzie 10 Polaków, tam 20 opinii. Chaotyczność była związana tylko i wyłącznie z nadmierną ilością informacji i zdarzeń i z nieumiejętnością radzenia sobie. Stąd ten chaos. Chodziło tam tak naprawdę o coś innego. Nie będę mówić o zakończeniu, bo zawsze gdzieś ktoś będzie pierwszym czytelnikiem. Natomiast zakończeniem książki była pewna sentencja, która chodziła mi po głowie i uważam, że ona będzie na tyle podsumowującą, że ładnie zwiąże, umiejętnie zwiąże całość książki, całość historii tym jednym stwierdzeniem.
[50:05] - Wślizgnę się na chwilę panu w słowo, ale jest jednak tak, że pozostawia pan po pierwszym tomie czytelnika z pewnym uczuciem niedosytu. I stąd moje pytanie, czy w drugim tomie zagadka zostanie spuentowana?
[50:27] - Tak, w drugim tomie przyznam szczerze, że posunąłem się do tego, aby pokazać mnóstwo informacji związanych z tym, co się może dziać i dlaczego, skąd to się bierze i jak sobie z tym poradzić. Jest bardzo specjalna rozmowa, która odnosi się do tych tematów i tam jest bardzo dużo informacji, które przyznam, przemyciłem z tego, co udało mi się dowiedzieć na przestrzeni lat z wywiadów, z książek, z różnego rodzaju filmów dokumentalnych. A także są mądrości, które wiadomo, znamy na co dzień i nimi się posługujemy. Czyli umiejętne splecenie rzeczywistości z fantazją, czyli z tą alternatywną rzeczywistością, o której pan redaktor wspomniał. Ale ja zawsze powtarzam, że zależało mi na tym, żeby zrobić tę książkę taką, zarówno pierwszą, jak i drugą. Myślę, że mogę tutaj podsunąć porównanie, jak Dan Brown robi, który bardzo ładnie splótł wiele wątków podejrzeń, wiele wątków rzeczywistych, które funkcjonują, o których ktoś się gdzieś tam domyślał, funkcjonujących jako teorie spiskowe i tak dalej. Żeby to wszystko połączyć tak sprawnie, żeby człowiek zaczął się zastanawiać: a co jeżeli cholera jasna tak właśnie jest? Lub tak właśnie się stało lub ktoś tak właśnie nam zrobił? To jest podstawowa idea pod tytułem skroić na miarę zaskoczenia czytelnika taką historię, która uruchomi mu kostkę Rubika w mózgownicy. Dlatego między innymi zakończyłem pierwszą, przyznam się bez bicia, że również i drugą część w taki sam sposób, jak gdyby niedopowiedziany.
Na pewno nie jest to tajemnicą poliszynela, że ludzie do mnie lgnęli i mówili: „Co dalej? Gdzie następne rozdziały? Stroni ci się chyba urwały” i tak dalej. Moja odpowiedź wtedy jest taka: gdybym podsumował opowieść, gdybym rozliczył przestępców, gdybym ich osadził w więzieniach, zamordował czy coś tam i tak dalej, gdybym zrobił to w sposób oczekiwany, to wtedy by było tak: przeczytałem książkę, pyk, poszła na półkę. Dzięki temu, że zrobiłem inaczej, ty uaktywniłeś się lub uaktywniłaś się. Zadajesz mi mnóstwo pytań. O to mi chodziło, żeby uaktywnić świadomość ludzką, po to, żeby tę świadomość, która była przyporządkowana lekturze, przenieść do rzeczywistości. Czyli żeby nauczyć się rozumieć pewne rzeczy, zadać sobie pewne pytania, czasem być może niewygodne po to, żeby tę rzeczywistość poznać. Nie bazować na przypuszczeniach, bo też mi się zdarzało, że ktoś tam powiedział: „To jakieś tam teorie spiskowe” i tak dalej. Ja mówię: moment.
Ja się sugerowałem, pisząc pierwszą książkę i drugą, wywiadami z prawnikami ze Stanów Zjednoczonych, z lekarzami, którzy wypowiadali się w telewizjach publicznych w Niemczech, w Belgii, Hiszpanii, Włoszech, Francji, Wielkiej Brytanii, także w Stanach Zjednoczonych. To byli lekarze na przykład, którzy mówili o tym, że coś jest nie halo z tymi wszystkimi aplikacjami, które mamy dostać dożylnie, docieleśnie czy jakkolwiek inaczej. I okazywało się, że niektórzy lekarze w dziwnych okolicznościach nagle ginęli później. To wszystko oparte było o oficjalne, normalne kanały dostępu do informacji. Jeżeli nauczymy się tego, że w powieści konstrukcja historii wyglądała tak, a nie inaczej, to uruchommy swoją wyobraźnię Po to, żeby przeanalizować swoją rzeczywistość, swoje otoczenie, żeby zadać sobie pytanie: czy faktycznie ten rząd robi dla nas to, co najlepsze? Czy faktycznie te rzeczy pod tytułem te strzykawkowe historie są dla nas najlepsze? Panie redaktorze, mogę już teraz nawiązać, bo na przykład ostatnio zauważyłem artykuł, który informuje o tym, że już zaczynają się sypać setki pozwów poszczepiennych, gdzie ludzie chorują na udar mózgu, na zakrzepicę. Zakrzepica to się chyba nazywa jelit, tak? Czy jakoś tak. Teraz nie pamiętam.
I teraz tak, ta moja reakcja jest spowodowana tym, że wśród moich znajomych niestety są osoby i z taką jedną osobą już rozmawiałem, która niestety ma zakrzepicę. Ja nie znałem jeszcze tego artykułu i zawsze mówiłem: „Szczepisz się, twoja sprawa, niech ci to służy”. Zawsze obracałem to w pozytywny kontekst. Każdy człowiek robi tak, jak czuje. Ma do tego prawo, prawda? Moim prawem i wręcz moim obowiązkiem jest uświadamiać ludzi. Jeżeli ktoś zechce przyjąć, to przyjmie. I ja rozmawiając z osobą, z którą się na przykład niedawno spotkałem, dowiedziałem się, że pytam: „Co tak chodzisz?” Bo ten ktoś właśnie nie może chodzić, bo zakrzepica. Jak tylko wyjechałem ze spotkania, na drugi dzień przeczytałem ten artykuł i włosy mi dęba stanęły, bo się okazuje, że to już są setki pozwów na Wyspach, w Niemczech, we Francji i teraz już idą następne kraje. Okazuje się, że osoba, która trafiła do lekarza, mówię o tej osobie, którą znam od lat i z którą się spotkałem.
Ona mówi: „Ta osoba poszła do lekarza i okazuje się, że...” Ja pytam: „Jaka była reakcja?” I słyszę: „Lekarz czy lekarka już nie pamiętam, popatrzył na mnie z takim lekkim uśmieszkiem”. Ja mówię: „Aha, czyli się spodziewali po prostu tego”. Bo przepraszam, ale chyba taki wniosek się nasuwa i w tym momencie to już nie jest to, że ja się posługuję teoriami spiskowymi, tylko tak naprawdę zaczyna się dziać coś i to na tak szeroką skalę, że już nie możemy mówić o przypadkach. Ta osoba była bardzo zdrowa i te osoby generalnie, które znam, które już zachorowały, były bardzo zdrowe, radosne, bardzo pozytywne osoby. Ja tylko takie osoby przyciągam. Z resztą nie chcę mieć do czynienia. I nagle się okazuje, że w tym momencie mój świat się zawalił, bo to dotknęło mnie osobiście. Więc uważam, że ci, którzy promowali bezpieczeństwo szczepień, obowiązek, powinni teraz to oficjalnie na kolanach odszczekać publicznie. Ponieważ przepraszam bardzo, ale uważam, że to teraz nie polega na tym, że ludzie nagle zebrali się i robią to dla sławy. Chyba to nie jest ta sprawa.
[58:25] - Tak sobie westchnąłem, kiedy pan to mówił, bo spodziewać się, że ktoś będzie przepraszał albo że weźmie winę na siebie, to ja we współczesnym świecie tego nie widzę. Interes został ubity, pieniądze popłynęły w określone strony i wszystko jest w porządku. A że są ofiary? Mój Boże, zawsze są jakieś ofiary. To nie jest świat, który mi się podoba, ale to jest świat, który oglądam. I może tyle tytułem komentarza. Natomiast w jakiś sposób nawiążę do tego, o czym pan powiedział przed chwilą, bo wydaje mi się, to stawiam pewną tezę do dyskusji, że pana książka, o której dzisiaj rozmawiamy „Epidemia. Puszka Pandory” to jest też książka o strachu. On może nie jest wyeksponowany, on nie jest na pierwszym planie, ale ja tak ją odbierałem, że to jest książka, w której gdzieś na kartach przyczajony jest strach. Opisany jest strach, który w ludziach siedzi, który ludzi drąży, który ludzi de facto niszczy.
I czy ja mógłbym o komentarz do tego wątku poprosić?
[59:47] - Zdecydowanie tak. Ja tutaj jeszcze nawiążę do tej mojej rozmowy z tą osobą znajomą. Usłyszałem od tego kogoś, że ta osoba myślała o tym, żeby w to nie wchodzić. I to jest po prostu, jak się dowiedziałem, jedno wielkie gówno. Ale ta osoba była w takich relacjach i w takim układzie rodzinnym, że stwierdziła ze względu na kogoś, na coś, na bezpieczeństwo i tak dalej, zdecyduje się. Ale już w tamtym momencie coś w głowie mówiło „nie”. Książka tak, książka bardzo mówi o strachu. To jest taki strach atawistyczny, wydaje mi się dlatego, że dotykamy rzeczywistości, kiedy tak naprawdę nie jesteśmy pewni chwili następnej. Żyjąc w strefie komfortu posługujemy się jakimiś systemami. Tak, idziemy do sklepu, kładziemy się spać, robimy sobie jeść, ubieramy się, robimy sobie toaletę, kąpiel, prysznic i tak dalej.
Spotykamy się ze znajomymi. To wszystko jest poukładane w pewne systemy zachowań. Natomiast tutaj Tak naprawdę bohaterowie nie wiedzą, co ich spotka za chwilkę. Niestety, ale uważam, że możliwość zaistnienia takiego świata istnieje. Czytelnicy, którzy zagłębią się w lekturę i którzy spostrzegą pewne fragmenty, zdadzą sobie sprawę, że dzisiaj świat jest na takim etapie technologicznym, że to, o czym piszę, jest absolutnie możliwe. Wszystko przemyślałem po to, żeby wyrazić strach przed czymś, co tak naprawdę nie powinno się ludziom wydarzyć. Widzi pan, panie redaktorze, to tak, jak ludziom czasem się tłumaczy, że jeżeli z kimś się przyjaźnimy, jeżeli z kimś jesteśmy w relacjach bliskich, to jest rodzina, to są przyjaciele, to są jacyś kuzyni i tak dalej. Jeżeli ktoś się denerwuje na jakiś temat, to przeważnie i wydaje mi się, że to jest całe clou tej intencji, że człowiek, który się denerwuje na jakąś informację, denerwuje się po to, żeby zwrócić uwagę na pewne niebezpieczeństwo. Żeby komuś pokazać, że nie do końca tak, tylko troszeczkę inaczej. Bo gdybyśmy się czymś nie emocjonowali, coś by nas nie obchodziło, to byśmy się nie denerwowali.
Olalibyśmy to. I tyle. Takie wygodnickie zachowanie, które ma za zadanie odsunąć człowieka od pewnych okoliczności. Jeżeli nie ma konieczności wchodzenia w jakąś sytuację, w jakąś relację, to po co? Więc ta drażliwość na linii człowiek-człowiek bierze się stąd, że komuś zależy na tym, żeby kogoś przed czymś ostrzec, żeby mu zwrócić na coś uwagę. Niektórzy ludzie być może nie potrafią tego do końca wyrazić i są zbyt chamscy. Nie robi się tego w taki sposób, w jaki powinno być zrobione, ale to jest zawsze powodem. To tak samo, jak mamy informację na jakiś temat. Zawsze gdzieś w rozmowach ze znajomymi opowiadam taką anegdotę, taką przypowieść o dziadku z wnuczkiem, który poszedł do piwnicy i wnuczek powiedział, że on się boi tej piwnicy. Dziadek zaświecił światło i powiedział: „Co widzisz?” „Piwnicę”.
„A teraz co widzisz?” Jak zgasił światło. „Teraz nic nie widzę. Coś tam troszeczkę”. Mówi: „Widzisz, to nie jest coś strasznego. To jest to samo miejsce, tylko że nie ma światła”. Więc umiejętność doszlifowania sobie wiedzy względem świata, unormowania sobie pewnych tematów w taki właśnie miarodajny dla nas sposób, który do nas przemówi, sprawi, że będziemy inaczej nastawieni. To jest tak samo, jak ostatnio rozmawiałem w naszej bibliotece miejskiej tutaj, pozdrawiam Martusię i panią dyrektor, o tym, że czytając książkę jakiegoś autora, ma się jakieś przekonanie na temat treści, na temat tego, co autor i w jaki sposób autor to zaprezentował. A w momencie, kiedy ten autor przyjeżdża z prelekcją na temat tej książki i poznaje się tego autora osobiście, od razu zmienia się nastawienie. Bo może to być bardzo życzliwa osoba, bardzo zamknięta osoba, osoba, która potrafi się wysłowić albo osoba, która za bardzo szuka słów i nie umie swoich przekazów ubrać w te słowa. Ludzie bywają różni.
Więc tutaj ten strach właśnie jest taki jeszcze nieubrany w konkretne słowa. To są tylko opisy sytuacji. Tutaj starałem się nie deklarować niczego, tylko pokazać właśnie tę rzeczywistość, do której nie powinniśmy wkroczyć. A to, że czytelnika książka potrafi oblać ciarkami i wystraszyć, to już jest akurat pozytywne.
[01:05:46] - Ale w pana książce jest jeszcze coś, co może u niektórych przynajmniej budzić ciarki. Nie, ciarek się nie budzi. Wywoływać ciarki. Zdecydowanie wywoływać ciarki. Chodzi o to, że z kontekstu, między wierszami czy między akapitami można też wyczytać, że my bardzo lubimy wmawiać sobie, że świetnie rozumiemy to wszystko, co nas otacza. Rozumiemy świat, mamy go zracjonalizowany od początku do końca jest ten świat. Wiemy wszystko i staramy się zarazić tą wiedzą, co wiemy wszystkim naokoło przekazać. Mnie słuchajcie, ja wiem. Tymczasem to nie jest powiedziane może wprost, ale tak naprawdę pan pokazuje, że człowiek współczesny, przebodźcowany i troszeczkę pyszny może właśnie tym, że ten świat świetnie zna, w gruncie rzeczy nie rozumie świata, w którym żyje. Nie bardzo go ogarnia.
Mówiąc tak bardziej potocznie. I to też jest źródło strachu, który się pojawia. Może lęku właściwie.
[01:07:06] - Dokładnie tak. Jak wyszła „Lekcja paranormalności", wtedy napisałem: „Jest to książka o tym, jak człowiek rozumie świat przez pryzmat zjawisk, których nie rozumie." Czyli taki swoisty paradoks tutaj występuje, natomiast wydaje mi się przegórowane troszeczkę, że użyję takiego sformułowania: ego, które sprawia, że niektórzy ludzie boją się przyznać, a może wstydzą się przyznać, że się na czymś nie znają. I wydaje mi się, że posiłkowanie się swoimi przekonaniami to ich ego traktuje jako świetny zamiennik wiedzy. Myślę, że cała książka jest wypełniona tego typu okolicznościami, bo taką mamy rzeczywistość. Dzisiaj jesteśmy totalnie wygodni, bo myśli i robi za nas telefon lub laptop. Mamy dostęp do wszelkiego rodzaju informacji. Mamy taki przemiał informacji, że je tylko konsumujemy. Oczywiście syndrom kciuka, prawda? Czyli kiedy się obserwuje jakieś osoby typu siedzące na Instagramie, TikToku czy na Fejsie, czy gdziekolwiek indziej, to jest kciuk, który przewija. Więc tak naprawdę to jest nawet konsumowanie fragmentów nagłówków, wrażeń ze zdjęć bez wchodzenia w jakąkolwiek interakcję z daną informacją.
Gdzieś nawet ostatnio z kimś rozmawiałem na ten temat, że dziś ludzie bardzo wyrabiają w sobie opinię i to tak buńczuczną, miarodajną, wręcz zgryźliwą i opresyjną, posiłkując się tylko i wyłącznie tytułami, które dostrzegą na jakimś serwisie. A jak wiemy wszyscy, którzy czytamy w sposób świadomy serwisy, dzisiejsze dziennikarstwo niestety, ale skupia się na tworzeniu takich tytułów, które będą wzbudzać coś w człowieku. I to jest najgorsze w tym, że te tytuły często nijak się mają do kontekstu treści artykułu. Kiedyś pojawił się artykuł na temat „Avatara: istota wody" i był właśnie artykuł, który zaczynał się na głównej stronie nagłówkiem: „Cameron kpi sobie z Marvela i z ich efektów specjalnych." Przeczytałem artykuł trzy razy, próbując doczytać pewne rzeczy i nigdzie nie trafiłem na ustęp, który w jakikolwiek by sposób pokazywał, że Cameron kpi, drwi czy cokolwiek innego się z tym dzieje. On po prostu powiedział, że użył nowatorskich efektów specjalnych, które były potrzebne do zrealizowania tego filmu. Wszystko. Ale tworzenie właśnie takich tytułów ma tylko za zadanie skupić czytelnika na kliknięciu w dany artykuł. A jeżeli czytelnik nie ma śmiałości, nie ma zwyczaju do tego, żeby artykuł sobie przeczytać, to on rzuci okiem i to jest rzut okiem błyskawiczny na taki tytuł i on uważa, że już wie wszystko. To jest niestety totalny minus. Więc to jest ego po prostu.
To jest nasze ego, które wpływa na inne ego i te ego również są obecne w mojej powieści i one skutkują totalnie różnymi sytuacjami, bo jedno ego uważa, że jeżeli ono pracuje jako lekarz, jako ratownik, jako medyk, to on ratuje i on będzie dzwonił na policję i on będzie wywierał presję, bo on chce dobrze. To nie tędy droga. Ekstremizmy nigdy nie były dobre dla nikogo. Więc jeżeli nie rozumiemy pewnych sytuacji, to tylko dlatego, że nasze ego tak powiedziało, że nas pogłaskało, że nie musisz tego wiedzieć, że ty wiesz najlepiej. Na tym się to mniej więcej skupia. Bo strefy komfortu, jakie sobie dzisiaj ludzie wytworzyli, są bardzo głębokie i nie pozwalają wyjrzeć poza to. Bardzo dużo mówię.
[01:12:13] - Ja, mówiąc szczerze, z pewnym niepokojem zadaję następne pytanie, bo tego rodzaju pytania wzbudzają w niektórych autorach instynkty mordercze.
[01:12:24] - Czyli będzie brutalnie?
[01:12:25] - Brutalnie właśnie nie. To właśnie pan może mnie potraktować brutalnie, bo kilku autorów już chciało mnie dusić po tego rodzaju pytaniach i ja się czuję w miarę bezpiecznie, bo rozmawiamy via jeden z programów do łączenia na odległość. W związku z tym czuję w miarę bezpiecznie, ale pytanie zadam oczywiście. I już właśnie zbieram się i pytam: czy będzie trzecia część „Epidemii"?
[01:12:56] - Chyba będzie. Chyba będzie, bo powiem szczerze, chodzi mi po głowie pewnego rodzaju podsumowanie tego wszystkiego. Natomiast Natomiast będzie to bardzo zaskakująca część. Nie wiem, ile przestrzeni kartek mi to zajmie, żeby zawiązać to wszystko. Natomiast mówiąc krótko, chciałbym powywracać wszystko do góry nogami. I to mi chodzi.
[01:13:37] - To jest zawsze wspaniały zabieg, kiedy czytelnik zbuduje sobie pewien obraz świata na podstawie tego, co mu autor zapisał, a w pewnym momencie dowiaduje się, że autor przychodzi i w sposób jak najbardziej racjonalny ten piękny obraz mu albo rozbija, albo przynajmniej mocno go kaleczy.
[01:14:06] - Nie będę mówił nawet słowem, jak to będzie wyglądać, ale chodzą mi już po głowie pewnego rodzaju wątki, które próbuję rozwijać. Próbuję zadawać pytania: dlaczego to? Co z tym można zrobić? Co jeszcze można uzyskać? Co jeszcze bardziej niegodnego i zatrważającego można by było z tego wyciągnąć? Takie rzeczy chodzą mi po głowie, przyznam szczerze, bo tak jak już wspominałem podczas niejednej naszej rozmowy, lubię esencjonalną jakość historii. Stąd właśnie te moje ulubienia filmów, chociażby uwielbiam serię o Jasonie Bourne'ie, ostatnio oglądałem sobie Tylera Rake'a, teraz zacząłem następny oglądać. Jest to po prostu coś, co niesie ze sobą wątek czegoś złego, które zostało komuś zrobione, a później możliwość poprowadzenia akcji tak, żeby odbiorca, widz, czytelnik wiedział, że ktoś jednak jest, kto może pomóc, nawet kosztem tego, że będzie to strzelanina, że trzeba będzie kogoś zabić. Tym się posiłkują przecież kryminały, powieści sensacyjne. Niestety tak to wygląda.
Ja się cieszę, że są to tylko powieści. Nie dzieje się to w rzeczywistości. Natomiast bardzo zawsze mnie ciekawi prowadzenie akcji z dreszczem i sprawienie, że nagle oglądając coś mówię: „Woah!” Naprawdę zdarzają się czasem takie filmy, że aż robię tego typu reakcje. To znaczy, że ktoś pomyślał o tym, żeby zwrócić naszą uwagę na to, że mamy jednak coś, co może nas przestraszyć w środku, czego możemy się zlęknąć i co da nam troszeczkę dreszczy. O wiele dalej idą takie ewidentne horrory, gdzie horrory gore na przykład, które polegają na pokazywaniu wnętrzności, na rozczłonkowaniu i tak dalej. Tam już jest bardzo mocno pojechane. Myślę, że trzeba przeczytać „Puszkę Pandory”, bo na pewno ludzie jeszcze niejednego dotkną.
[01:16:47] - Rozmawiamy o książce, kontynuacji „Epidemii” — „Co kryje chaos?”. Teraz mamy „Puszkę Pandory”. Natomiast chciałbym zadać pytanie natury ogólnej. Jakieś trzy lata temu, gdybyśmy rozmawiali o tym czasie na wstępie jesieni, to za takie pogwarki typu, że coś tam jest nie w porządku z epidemią, to ludziom całe kanały wywalali w kosmos. Kanały youtubowe zawieszano, wywalano i w ogóle była tylko jedna obowiązująca prawda. Trochę się czasy zmieniły. Minęło kilka lat. Już dzisiaj może to nie jest w tak zwariowany sposób, w jaki było, ale to, o czym powiedziałem, o tym wywalaniu kanałów, o tej jednej prawdzie, ma mi posłużyć do tego, żeby zapytać o pewną diagnozę naszej rzeczywistości. To znaczy, jak to było? Bo pandemia gdzieś tam się przewinęła, ale ja myślę, że ta epidemia czy pandemia, czy jakkolwiek to nazwiemy, ona nam, przynajmniej niektórym, bardzo dużo powiedziała o nas samych.
Jacy jesteśmy, jakim wpływom, naciskom, szaleństwom, i tu pewno jeszcze bym sporo mógł wymienić innych epitetów, podlegamy. U pana w książkach to świetnie widać. W jakiejś części pan już odpowiedział, ale może już teraz, nie odwołując się do książki, posiliłby się pan o pewne podsumowania? Bo to, co przeżyliśmy w ciągu ostatnich kilku lat, myślę, że zostawi jakieś piętno na nas wszystkich, bo dawno nie przeżyliśmy takich sytuacji, nie przesadzajmy, że granicznych, ale w każdym razie takich mocnych sytuacji, gdzie z różnych stron atakowały nas różne bodźce. Nie, złe słowo, nie bodźce. Byliśmy naciskani z różnych stron. Co nam to wszystko, te ostatnie trzy, cztery lata powiedziało o nas samych?
[01:19:06] - Na pewno części ludzkości nie powie to nic, poza tym, że trzeba zakładać maseczki. Przecież cały czas widzimy, że nie wejdziemy do jakiejś apteki, przychodni czy szpitala. Jak nie zostaniemy skrzyczani, bo nie założyliśmy maseczki. To jest dla mnie bardzo dziwne, bo zawsze ludziom powtarzam: „To teraz sobie wyobraź, że zanim przyszedł COVID, chodziłeś po ulicy, wszyscy byli idealnie zdrowi, nic nie zagrażało. Spodziewałeś się, że ktoś, kto ciebie mijał, nie miał na przykład gruźlicy albo nie był chory na raka? A może miał AIDS? Co ty na to?”. Nie wiemy o wielu rzeczach, ponieważ przeciętny Kowalski nie ma czasu na to, żeby dotykać pewnych tematów. On, tak jak już powiedzieliśmy wcześniej, konsumuje. A żeby dotknąć pewnego tematu, trzeba się nad nim pochylić i trzeba uskutecznić refleksję.
A to jest związane z myśleniem. Pozwolę sobie teraz à propos Kowalskiego przeczytać fragmencik „Pewnego miejsca” w książce. To jest fragment pewnej rozmowy: „Przeciętny Kowalski sra na wiedzę ogólnie i nie jest nią zainteresowany, a tym bardziej zlewa to, o czym tu słyszycie. On ma w dupie takich jak wy i takich jak ja. Dla niego liczy się jeden Bóg. Wiecie jaki? Kasa. Nie zastanawiał się Maryśka. Super przykład, ale jeszcze nie to. Podsumował Antek.
Ego. Rzucił Paweł i wypił łyk ze szklanki. Dokładnie. Dobitnie powiedział Antek, kierując w stronę Pawła palec wskazujący. Jeśli więc wniesiecie mu na tacy coś, co jest namacalne, prawdziwe, ale czego nie widać, bo nikt nie pomyślał, a może się bał, żeby to pokazać, to on i tak nie uwierzy. On jest mocno ugruntowany w tym, jak się przez lata nauczył patrzeć na siebie i świat. I tak się do tego mocno przyzwyczaił, że to, co nawet najprawdziwsze, może zawalić mu jego światopogląd. Poza tym to coś może wyciągnąć go ze strefy komfortu, w której sobie siedzi i gnije. I jeszcze nie daj Boże będzie musiał pomyśleć. A tam, tak jak jest, jest mu dobrze i on tego czegoś nie dojrzy, bo jego ograniczony umysł nie umie tego zdefiniować, nie mówiąc już o akceptacji”.
Czyli trzeba najpierw rzeczy zrozumieć po to, żeby się na ich temat wypowiedzieć, żeby móc je w jakiś sposób zaopiniować. Jeżeli dotkniemy pewnego tematu, to będziemy wiedzieli o wiele więcej. To jest tak, jak właśnie z tym autorem wcześniej. Czytamy autora, nie znając go, więc przeczytamy w taki a taki sposób. Zupełnie innego światła nabierze książka, artykuł, film, gdy poznamy tę osobę bezpośrednio. Wtedy bardziej będziemy wiedzieli, jaka była intencja, jaka myśl przyświecała, bo wtedy bezpośrednio tego człowieka odbieramy. To też jest alternatywność, więc to, co wyrażę, mam nadzieję, że się nie stanie. Tak samo jak ludzie, którzy się szczepili i w bardzo buńczuczny sposób okazywali to, że ja mam inne zdanie na ten temat. Zawsze mówiłem: „Jeżeli czujesz, że ci to posłuży, niech tak się stanie. Bądź zdrów, bądź zdrowa.
Nie ma problemu”. Natomiast ludzie sami z siebie chyba mają taką tendencję, żeby sobie strzelać w kolano, bo to jest troszeczkę bezrefleksyjne działanie. Ale znowu niestety kłania się ego, bo jeżeli przejmuje kontrolę nad nami, to wtedy nie liczy się wiedza. Tak jak u tego Kowalskiego, o którym przed chwileczką przeczytałem. Nie liczy się wiedza, dlatego że o wiele silniejsza jest emocja i ona gra tutaj prawdziwą rolę. Jeżeli sobie zdamy sprawę z tego, że emocja to jest tylko pewien stan, który może nas zaburzyć, a który nic nam dobrego nie wnosi, to wtedy będziemy o wiele lepiej rozumieli to wszystko. I tak jak ktoś kiedyś powiedział: „Nie podejmuj istotnych decyzji podczas silnych wzburzeń, podczas silnych emocji”. Uważam, że nie każdy to rozumie. Nie każdy jest w stanie pojąć. To tak samo, jak sobie przypominamy, że 75% populacji nie rozumie tego, co czyta.
Jesteśmy w stanie pojąć, że ludzie mogą nie dostrzegać tego wszystkiego. Oni mogą nie wiedzieć, bo naprawdę siedzą sobie w swoich przekonaniach. Oni wiedzą najlepiej, bo on jest macho, bo on jest facetem, bo ona jest panią magister, bo ona pracuje gdzieś w urzędzie miejskim, bo ktoś tam coś tam jest i tak dalej. Zawsze mówię: bycie księdzem, pułkownikiem, generałem, kosmonautą to jest bycie, to jest okoliczność. Człowiekiem jest się zawsze, więc przede wszystkim trzeba patrzeć na drugiego człowieka jako na człowieka, a nie na to, że ktoś tak, że ktoś inaczej i tak dalej. To jest tak jak temat związany z antyszczepionkowcami. Totalne bzdury się wygaduje na temat ludzi, którzy mówią o tym, żeby nie ufać wszystkiemu. Wrzuca się tych ludzi do jednego kotła z niestety nierzadko oszołomami, którzy krzyczą, którzy bez przemyśleń o czymś mówią, coś artykułują po to, żeby wykrzyczeć, żeby właśnie wyrzucić z siebie emocje, bo oni bardziej tego potrzebują, a nie po to, żeby powiedzieć coś konkretnego. I wtedy takie osoby na przykład jak ja, która posiada pewnego rodzaju wiedzę, bo jednak pan redaktor o tym mówi i mówią mi o tym ludzie, ja sam bardzo pilnuję się Żeby nie pójść za daleko z tą wiedzą, że to nie jest tak, że ja się znam najlepiej, tylko po prostu opisać pewne okoliczności. Opisywanie takich okoliczności w postaci książki, muzyki, jakiegoś utworu, filmu i tak dalej, to są bardzo dobre rzeczy, ponieważ zauważyłem, że ludzie bardziej wtedy się skupiają, troszeczkę bardziej myślą.
Przelatywanie po nagłówkach nie daje niczego. Oburzanie się, że ktoś powiedział nam tak i tak nic dobrego nie zrobi. Ja na przykład zauważam u siebie, nawiązując do mojej działalności muzycznej, że zdarzały się sytuacje, że wykonując jakiś utwór, śpiewałem go w takiej kolejności zwrotek. Gdy ktoś mi zwrócił uwagę, że jest inaczej, byłem zniesmaczony. Nie to, że się złościłem, tylko nie zwracałem na to uwagi. Nie mam tendencji do tego, żeby na noże z kimś iść czy coś w tym stylu. W każdym razie później zacząłem zauważać, że faktycznie przysłuchałem się temu utworowi i zamieniłem na przykład zwrotki, czego absolutnie bym się nie spodziewał. To było moje totalne przekonanie. Byłem święcie przekonany, że dokładnie jest tak, jak to. Aż do momentu, gdy skonfrontowałem swoją uwagę z utworem brzmiącym w oryginale.
Nauczyło mnie to pokory. Tak samo jak te sytuacje, kiedy zwraca mi się uwagę na to, że tutaj na przykład coś takiego napisane, a można by było tak albo utwór jest tak zaśpiewany, a jakbyś to zrobił tak i tak, bo to wtedy może być coś lepiej. Gdyby moje ego było wybujałe, to bym powiedział: „Spadaj!". Ale wiem, że jeżeli ktoś mi mówi to po to, żeby coś zrobić potencjalnie przynajmniej lepiej. Jeśli spróbuję się z tym zmierzyć, to mam szansę uzyskać lepszy efekt i być może rozwinąć w sobie jeszcze umiejętność dodatkową. Dzięki temu, będąc pokornie nastawionym do danej informacji, do danej osoby, tak naprawdę nic nie tracę, bo uzyskuję wiedzę, uzyskuję doświadczenie. A gdyby to było ego, to by były tylko noże. Niestety.
[01:28:02] - Myślę, że nasi słuchacze, podobnie jak ja, odbierają pana jako osobę pogodną, promieniującą dobrą energią.
[01:28:12] - To takie gadanie.
[01:28:13] - Dobrze, to niech będzie takie gadanie, ale przecież nie robię tego wstępu po to, żeby sobie go zrobić. Kontynuując, to wszystko, co powiedziałem wcześniej, prawda. Jednak pana diagnoza naszego społeczeństwa jest chyba pesymistyczna. Takie odnoszę wrażenie. To nie jest diagnoza schlebiająca temu społeczeństwu. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Ona bezlitośnie dosyć obnaża nasze słabości.
[01:28:54] - Może powiedzmy w ten sposób: bardziej wskazuję na rzeczy, które zauważam, których jestem czasem świadkiem, a będąc świadkiem, później czytając, oglądając, rozmawiając chociażby z panem, wielokrotnie poza anteną miałem przyjemność rozmawiać. Jest tego typu konstatacja, że zbyt często miewamy okazję doświadczać rzeczy takich i takich, które sprawiają, że właśnie mamy tego typu opinie. To, że ja tutaj pokazuję ten świat w taki sposób w książce, jest to świat niebezpieczny i bardzo dziwny. Niestety bywa taki dlatego, że tacy bywają ludzie. To chyba też jest tak, że każdy człowiek, który funkcjonuje, to dla niego ten świat wygląda tak, jak on go odbiera. Czyli on jest źle nastawiony, więc wszyscy wokół niego są wrogami, więc on się ze wszystkimi kłóci. Albo inny, który jest bardzo spolegliwy, który wszystkim pomaga, przytakuje, ponieważ on nie ma własnego zdania, ponieważ jeden, który jest macho, bo uważa, że jest mężczyzną i tak dalej. Każdy ma ten swój świat. Ja natomiast zawsze, i używam tutaj celowo tego sformułowania „zawsze", czyli na tyle często, że mogę tego sformułowania użyć, rozmawiam z ludźmi przez pryzmat pozytywności chwili. To, że natykamy się na jakichś ludzi, to nie znaczy, że ja na przykład przed chwilką, spotykając kogoś i ktoś mnie, że tak powiem, skrzyczał czy coś tam, to ja teraz rozmawiając z następną osobą, mam na tę osobę przenieść cały swój gniew, bo takie coś trzeba uleczyć.
O tym trzeba opowiedzieć. Zwierzyć się na przykład albo pójść do lasu się wykrzyczeć, bo to też jest prawdopodobnie bardzo pomocne, bardzo praktykowane. Ja natomiast bardzo często pierwsze, o czym myślę, to przede wszystkim z ludźmi kontaktować się w sposób pozytywny. Jeżeli wynikają jakieś niesnaski, wolę odpuścić, wolę odejść. I jak mnie czasem ludzie pytają właśnie o to, o co pan redaktor teraz zapytał, że to jest takie widzenie świata. Ja mówię wtedy takim ludziom: to nie jest tak, że ja posługuję się cały czas tym widzeniem i ja wszystkich widzę w ten sposób. Nie. Ja gdzieś to mam z tyłu głowy jako informację, że tacy ludzie są, że takie okoliczności się zdarzają, ale one nie wpływają na mój światopogląd i nie wpływają na mnie jako na osobę. Ja pamiętam, kiedyś zwróciłem uwagę na pewną rzecz. Była taka okoliczność, że miałem rozmowę telefoniczną, naprawdę bardzo dziwną, i miałem wrażenie, przepraszam, że rozmawiam z idiotą, bo ja staram się zawsze opowiedzieć dokładnie po to, żeby ktoś mnie dobrze zrozumiał, żeby wiedział, jaką mam intencję i o co mi chodzi w mojej wypowiedzi.
Ta osoba jakby się strasznie upierała, nie słuchając mnie. Byłem tak zły, że wszedłem sobie wtedy, nie pamiętam, to chyba był miejski ośrodek kultury i pani z recepcji, która znała mnie doskonale i która mnie widywała setki razy, jak tylko wszedłem, mówi: „A co się panu stało? Jezu, ja pana nie poznaję”. A ja się przecież nie wściekałem. Ja po prostu tylko byłem podminowany tą rozmową. I ona już zwróciła uwagę. Wtedy zauważyłem, że takie coś widać. To była pierwsza osoba, która opowiedziała mi o czymś, co jest niewidoczne, a co ze mnie gdzieś tam kipiało. Więc nie posiłkuję się w rozmowach. Ja mogę z panem redaktorem porozmawiać.
Mogę to opisać w książce, która i tak ma konstrukt naprawdę pozytywny, bo przecież pokazuje nadzieję, pokazuje możliwości. To, że się wczytujemy w te wszystkie sytuacje i to, że ludzie dostają ciarek, dreszczy i to, że robią: „Wow!” i jak mi pani napisała z poprzedniej książki: „O mało zawału serca nie dostałam. Takie ma pan pióro. Gratuluję”. To znaczy, że umiejętnie zamykam ten świat i niech on tam sobie siedzi, niech uczy ludzi. Niech uczy ludzi sposobu myślenia, niech im zwraca uwagę na to, co jest istotne, bo być może ktoś przeczyta w tym momencie coś, znajdzie odpowiedź na pytanie, które zadał jakiś czas temu sobie i nie mógł znaleźć, bo tak bywa. Dlatego absolutnie. Ja jestem pozytywnie, tak jak pan redaktor powiedział, osobą nastawioną, bo to jest też zasada kosmicznego przyciągania. Podobne przyciąga podobne. Generalnie sam się z sobą dobrze czuję i wiem, że jeżeli będę taką dobrą reakcję prezentował osobie, którą akurat poznaję, to ta osoba dokładnie tym samym mi odpłaci.
Bo można powiedzieć, że ktoś mówi: „Bo ten jest taki, bo tamten jest taki”. Mówię: „A wiesz, dlaczego on jest taki?” „Bo on się bije, bo on rozrabia, bo on jest niedobry, bo on kogoś krzywdzi”. „A wiesz, dlaczego on to robi?” I kiedy tak drążę, to widzę, że ktoś nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. A tutaj najprawdopodobniej związane jest to z tym, że każdy człowiek potrzebuje akceptacji. Ludzie są zwierzętami stadnymi, że się tak wyrażę. Oni potrzebują bycia w grupie. Potrzebują porozmawiać. Sama konotacja bycia osobą prorodzinną. Ludzie są bardzo rodzinni. Ludzie uważają, że rodzina jedno na świecie i nic więcej.
Inni po prostu chcą chodzić na imprezy po to, żeby poznawać nowych ludzi i tak dalej. To jest stadność zwierzęca. I jeżeli człowiek jest otoczony ludźmi, to również oczekuje, że będzie akceptowany przez tych ludzi, że jego obecność będzie coś znaczyć w tym otoczeniu, w tej okoliczności. Jeżeli tak nie jest, to wtedy ludzie mogą się odwracać od ludzi. I wtedy mamy tę sytuację, kiedy ktoś się zaczyna denerwować. Akurat wpadła mi do głowy pewna informacja. W zasadzie to jest szczątkowa informacja i to sprzed kilku dni. Być może pan redaktor również na tę informację trafi. Była osoba, to był bardzo starszy pan, który chyba popełnił jakąś zbrodnię. 45 lat czekał, układał sobie to w głowie i nie pamiętam teraz, bo nie przeczytałem w całości artykułu, ale chyba chodziło o to, że czy to była jego partnerka życiowa, czy to była żona.
[01:36:54] - Żona. To małżeństwo się skończyło dosyć szybko. Pani go wystawiła za drzwi z mieszkania i rzeczywiście czekał kilkadziesiąt lat na to, co się nieuchronnie wydarzyło.
[01:37:09] - Przez 45 lat tłumić w sobie i gnieździć się w tym wężowisku tych dziwnych emocji po to, żeby planować, że ja cię uduszę, zabiję czy cokolwiek innego ci zrobię, bo to już teraz jest nieistotne, co on tam zrobił. Tylko chodzi o to, że ta jego, chyba niestety dziecięca i egoistyczna strona wzięła górę I cały czas mu szeptała i cały czas go konstruowała w taką stronę, żeby pan po prostu dopiął swego. 45 lat. Jak w ciągu kilku minut upadają imperia, to w ciągu 45 lat ten człowiek nie potrafił wyrosnąć z siebie tamtego czasu i on cały czas w tym żył. Ja jestem, można użyć słowa speechless, tak? Brakuje mi po prostu słów, bo rany, przecież można pogodzić się tak? Ktoś może się przyznać do błędu, ktoś może powiedzieć: „a ja to może troszeczkę zbyt nachalnie zrobiłam” i tak dalej. „Ale wiesz, bo ty byłeś taki i taki, a ty byłaś taka”. Rozmowa. Tak?
Czasem rozmowa jest najlepszą terapią i jeżeli będziemy rozmawiać ze sobą, a nie używać technologii po to, żeby sobie siedzieć w telefonach, tylko kontaktować się człowiek z człowiekiem face to face, rozmawiając i wyrażając względem siebie dobre emocje, dobre nastawienie, szanując się, lubiąc. Bo jeżeli kogoś znamy, to znaczy, że lubimy tego kogoś, tak? Że akceptujemy jego obecność w naszym życiu, jeżeli się z nim spotykamy. Chyba że ktoś się spotyka z ludźmi po to, żeby jątrzyć, po to, żeby się kłócić, bo być może takie pobudki też są. Więc absolutnie dobre nastawienie to jest najlepsza rzecz.
[01:39:14] - Nie dajcie się państwo zwieść tym pozytywnym przekazem, bo słowa, które do państwa dotarły, wypowiadał autor brutalnego kryminału horroru zatytułowanego „Epidemia. Puszka Pandory”. Naszym gościem był dzisiaj Less Hoduń. Pięknie panu dziękuję.
[01:39:38] - Bardzo dziękuję za tę rozmowę. Polecam książkę. Mam nadzieję, że będziecie państwo przemieleni przez jej treść doszczętnie.
[01:39:49] - Proszę państwa, tyle rozmowy z naszym autorem Less Hoduń. Myślę, że taka rozmowa może być inspirująca. Mnie w każdym razie, nie uwierzycie państwo albo nie, zainspirowała ta rozmowa do przynajmniej jednego opowiadania. Może to się rozrośnie. W każdym razie starałem się wyciągnąć z tej rozmowy nie tylko bardzo dużo informacji dla państwa, ale okazuje się, że jestem człowiekiem niezwykle takim samolubnym, bo wyciągnąłem również opowiadanie dla siebie. Czy się tego wstydzę? Nie specjalnie muszę przyznać, bo opowiadanie chyba wyjdzie mi całkiem niezłe, ale to tylko pogróżki. Nie wiadomo, co z tego na końcu się pojawi. Zostawmy ten temat. Ja państwa teraz zapraszam na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem.
Kolejne „Filmotekarium”, jeszcze wakacyjne. A zatem rozmawiamy o serialach. A dzisiaj na tapet bierzemy „Bring Back Alice”, serial sześcioodcinkowy. Resztę to już państwu opowiemy w „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:41:16] - Dzień dobry wieczór Marku.
[01:41:18] - Nie da się ukryć, Piotrze, że wakacje mijają zbyt szybko i nasze wakacyjne serialowe spotkania nieuchronnie, powtarzam, zmierzają ku końcowi. To nie znaczy, że „Filmotekarium” zmierza ku końcowi. Ale trochę się zmieni optyka, trochę się zmienią filmy omawiane. Ale na razie cieszmy się chwilą i porozmawiajmy o kolejnym serialu.
[01:41:44] - Tak, nasz filmotekaryjny rejs serialowy powolutku, jakby nie było, dobiega końca. Nie ma na to rady. Te ostatnie tygodnie, kiedy omawialiśmy polskie produkcje, były dość traumatyczne. To głównie dzięki duetowi Hajdas-Adamik. Dzisiaj z jednej strony można powiedzieć, że nie będzie lepiej, bo na tapet wzięliśmy serial z gatunku mystery pod tytułem „Bring Back Alice”. I chociaż on brzmi jak produkcja anglojęzyczna, jest serialem polskim. No i cóż, on opowiada o perypetiach bananowej młodzieży z Podlasia, pardon, z Trójmiasta. I powiem tak, bo ja tutaj zrobiłem taki pesymistyczny, Marku, wstęp, ale koniec końców to nie jest tak krytycznie źle, jak na przykład z „Krakowskimi potworami”. Natomiast jest nadal źle, chociaż z zupełnie innych powodów. Dodajmy, że „Bring Back Alice” to jest produkcja HBO z tego roku.
No i o czym ona opowiada? W zasadzie to ten serial można streścić w jednym zdaniu, co nie?
[01:42:46] - Czy w jednym to nie wiem, ale tak jak powiedziałeś, ja się spodziewałem gorszej produkcji niż w rezultacie dostałem. Jeszcze dodaj Piotrze, że tu jest taki zabieg marketingowy, bo przed tym tytułem jest slash i ten slash też robi robotę i to „Bring Back Alice” to powiedzmy, jest dodatek do tego slasha. Przynajmniej według niektórych. Posługuję się w tym wypadku wiedzą zasłyszaną. Być może rzeczywiście to coś robi, w jakiś sposób wyróżnia. A wracając do samego serialu, on jest moim zdaniem nierówny. To znaczy on sprawia, że człowiek chwilami do tego ekranu się przykleja. Pierwszy odcinek, kiedy główna bohaterka się gdzieś ulatnia po imprezie, a później po roku się znajduje, muszę powiedzieć, że tak sobie pomyślałem: czego ten Piotr narzeka? Przecież zajebisty serial. Później musiałem trochę zweryfikować różne swoje poglądy, ale nie było to takie radykalne.
To znaczy nie o 180 stopni. Natomiast im dalej w las, tych odcinków w końcu nie jest tak dużo, bo sześć, ale im dalej w las, to musiałem przyznawać rację, że tam jest szereg szans, szereg takich, ja to nazywam, haczyków wystawionych w scenariuszu, które nie zostały wykorzystane. Sporo jest w tym serialu kalek takich, że bohater, jak jest taki, to musi koniecznie zrobić to albo to. Takiej serialowej sztampy, a mimo wszystko ten serial się broni. Może nie broni się cała historia, bo jej rozwiązanie, którego oczywiście nie zdradzimy, wydaje mi się nieco naiwne, aczkolwiek jest podane na tyle blisko końca, że człowiek nie ma szansy powiedzieć sobie: nie, dalej kuźwa już tego nie oglądam. I po prostu. Także ja jestem pełen zmiennych uczuć odnośnie tego serialu, czemu pewno dam wyraz w dalszej części rozmowy.
[01:45:21] - Tak. Ale wiesz, jak się tydzień temu konsumowało "Krakowskie potwory", to wszystko, co się obejrzy później, będzie tylko lepsze. Ja może dodam, że główną bohaterką "Blink Back Alice" jest Alicja Stec, influencerka posiadająca jakieś tam własne kanały w sieciach społecznościowych. Osoba bardzo popularna na Trójmieście, która ginie podczas popijawy z grupą kolegów. Oni są wszyscy bardzo zgraną paczką, w sumie taką super. Są bardzo bogaci i wszyscy się zrozumieją. Wszyscy sobie przybijają piątki i się wzajemnie wspierają. Strasznie to banalne. W każdym razie przeżywają to zaginięcie Alicji, ale ona się pewnego dnia znajduje i oni się wcale nie cieszą, co nie, Marku?
[01:46:10] - Właśnie to jest pewien problem, bo patrzymy i oczom nie wierzymy. Niby się znajduje. Ta młodzież jest bardzo powierzchowna, takie odnoszę wrażenie, bo oni się wszyscy kochają. Tam padają wielkie słowa: „Bez was nie ma mnie” — mówi główna bohaterka, zanim jeszcze zdąży zaginąć. I takie pierdoły, za przeproszeniem, wygłaszane ze śmiertelną powagą, one tam często padają. Wszyscy się kochają, wszyscy się szanują. W ogóle jest zajebiście. Jak się to zdrapie, to okazuje się, że niekoniecznie oni się tak wszyscy ze sobą miziają, lubią i tak dalej. Co więcej, bardzo szybko okazuje się, że za tym zniknięciem, ale u początków tego zniknięcia leży jakaś poważna tajemnica. I to był pierwszy moment, w którym ja się zacząłem drapać w głowę, bo bohaterka nic nie pamięta.
Ta, która zaginęła, teoretycznie nic nie pamięta. Jest tam jakaś tajemnica. Trochę to przez bardzo daleką analogię przypomina powieść Agathy Christie, gdzie w pociągu w Orient Expressie dzieje się to, co się dzieje. Więc tutaj też mamy takiego trochę zbiorowego bohatera. I jest w sumie fajnie. Jest tam kilka takich myków, które bym nazwał... Człowiek się uśmiecha, jak to widzi, ale ja nie wiem, jakoś tak ten film, podkreślałem, był bardzo nierówny. To znaczy były takie momenty, że nie chciałem się oderwać od telewizora, od ekranu, ale były takie momenty, że ziew prawie wyrywał mi żuchwę. No więc nie spodziewaj się, Piotrze, że ja w tej chwili, kiedy jeszcze nie wszystko powiedziałem, dam jasną odpowiedź odnośnie kondycji tego filmu.
[01:48:18] - Tak. Ja może dodam, żeby sobie nikt nie pomyślał, że to jest jakieś trójmiejskie Beverly Hills, ale tam jest też pokazany, Marku, świat normalnych, biednych Polaków. Ale znowu to Trójmiasto jawi się jako Gotham City. Tam się różne rzeczy dzieją. I tak: dla mnie osobiście to ten serial od któregoś odcinka przestaje być już bardzo mystery. To znaczy możemy domyśleć się, co się tam przynajmniej poniekąd stało z tą Alicją, gdzie ona przebywała. Koniec końców ten finał jest nudny i dość mało wiarygodny. I tak naprawdę-
[01:48:53] - Oj tak. Mało wiarygodny. Powiedziałeś to, co ja tak delikatnie starałem się jakoś tak, żeby nie wybrzmiało zbyt boleśnie.
[01:49:03] - I koniec końców te wszystkie bóle, które oni przeżywali, że ona sobie tam coś przypomni i nie będzie ich lubić, to w zasadzie było bezzasadne, jakby nie było.
[01:49:15] - Nie, ona ich w końcu nie lubi. Ona, zanim się ten finał rozgrywa, to ona im robi odpowiednie kuku. Przecież ona ich traktuje, jeszcze chyba nie do końca wie dlaczego, ale sporo się domyśla. W związku z tym tam się rozgrywają sceny takie bolesne. Okazuje się, że ta młodzież się jednak nie kocha. Ale wiesz, co mnie najbardziej w tym wszystkim śmieszyło?
[01:49:45] - Mm?
[01:49:46] - Zgłupiało, bo mamy taką młodzież, jak powiedziałeś, bananową, która w ogóle picie, ćpanie i ciupcianie to codzienność, jak to w liceum, wiadomo. Natomiast jednocześnie ta młodzież chodzi w mundurkach, w krawacikach, w garniturkach, w spódniczkach. To jest tak dziwne. Nie mówię, że niemożliwe, ale mimo wszystko bawiło mnie nieźle.
[01:50:16] - Roman Giertych, powiem ci, jak nas słucha, to się nie cieszy z tego powodu, że wyśmiewasz tu mundurki i mówisz, że one się kojarzą ze sprośnościami. Jak przyjedzie do Polski, to zrobi nam tutaj. Ale tak zupełnie na poważnie, to powiem tak: po krakowskich potworach, po "1983" to "Bring Back Alice" oglądało się lepiej, ale też, i powiem to bez bicia, dla takich lekkich ciarek żenady, bo ten film był momentami bardzo zły i za każdym razem, kiedy te ciarki przechodziły po plecach i się serial kończył, to chcieliśmy włączyć kolejny odcinek, żeby zobaczyć, jak jeszcze daleko się oni posuną w tym wszystkim. Jest kilka bardzo dużych minusów w tym serialu, bo głównym plusem jest wykonanie. Jest profesjonalne, chociaż niektórzy mówią, że te dialogi, nie wiem, czy się Marek zgodzi, są bardzo sztywne i nienaturalne. Są dużo lepsze niż w polskich produkcjach mystery, to jest taki gatunek trochę zbliżony do horroru, że te dialogi są złe i tak dalej.
[01:51:30] - Bardziej kryminału czarnego mimo wszystko.
[01:51:34] - Natomiast na tle innych filmów z tego gatunku thrillerowo-horrorowego nie jest tak z tym źle.
[01:51:43] - Piotrze, wejdę ci w słowo tradycyjnie i niegrzecznie, ale wiesz co? Te dialogi są napakowane taką ilością wulgaryzmów. Nie żeby mi przeszkadzały, sam sobie lubię od czasu do czasu pokląć, szczególnie jak ktoś mnie sprowokuje, ale tam liczba k, h i wszystkich innych, d, co tam będę państwu wymyślał, znacie państwo te litery znakomicie, to jest w takim natężeniu. I w dodatku jeszcze, proszę państwa, bo to już nie jest brzydkie słowo, oni się bez przerwy ruchają i mówią o tym otwartym tekstem, i w związku mają takie cyniczne podejście do tego wszystkiego, że miłość to miłość, ruchanie to ruchanie. Wiecie państwo, nie żeby mi to przeszkadzało, to nawet oddaje pewną kulturę, pewną świadomość, pewne spojrzenie na świat młodzieży, przynajmniej według scenarzystów tego filmu. Nie, nie to mnie porusza, tylko w zestawieniu, Piotrze, powiedziałeś o dialogach, w zestawieniu z dialogami, które są nierówne, są raz lepsze, raz gorsze. Nie wiem, czy to pisało kilku scenarzystów, czy w zależności od dnia raz miał scenarzysta lepszą formę, raz gorszą. Ale one są bardzo nierówne. Są czasami dialogi, których chce się słuchać, a są czasami takie, jakby ktoś styropianem po szkle jechał, to mniej więcej taka radość z tych dialogów jest. To jest kolejny element tego filmu, który wymagałby, nie wiem, czy analizy, wymagałby po prostu skonfrontowania.
Ja bym chętnie sobie porozmawiał, ale ja jestem za małym robaczkiem, żeby z tak wielkimi twórcami rozmawiać, ale chętnie bym z nimi kilka słów wymienił na temat pewnych motywacji, na temat pewnych rozwiązań scenariuszowych, na temat pewnych rozwiązań formalnych, które się w tym serialu pojawiają. One mnie chwilami dziwią. Ale powiem teraz jeszcze na końcu trzeba dowalić coś ważnego. Ten film tradycyjnie, jak to w polskich filmach, jest tragicznie źle udźwiękowiony. Jest tak, że muzyka wali tak, że mury się trzęsą, a potem ktoś szemrze w dialogu. Ale on nie żeby szeptał, on mówi normalnie, tylko go nie słychać w ogóle. W momencie, kiedy oglądacie państwo ten serial w domu, a nie na słuchawkach, tylko normalnie z głośników, to nikt w tym domu nie zaśnie, bo jak będziecie słuchać dialogów tak, że słyszycie je, to będzie wszystko w porządku. A później, jak ryknie muzyka, to wszyscy w domu, nawet dwa piętra niżej, obudzą się po prostu. Nie ma siły.
[01:54:51] - Tak, ale jest jeszcze jeden mankament. W sumie są trzy, ale powiem o pierwszym. Taka amerykanizacja, ale nie sądzę, że to jest akurat wina twórców, tylko to jest wina tych, którzy ten serial zlecili. Otóż "Bring Back Alice" nie ukazuje polskiej rzeczywistości. To jest rzeczywistość elitarna, podrasowana. Szkoła z mundurkami, jak mówiłeś, dla wybrańców, cheerleaderki, drużyna koszykarska. To wygląda momentami naprawdę badziewnie. Wszystko wygląda tak, jak powiedziałem, jakby zostało trochę podkręcone w ramach naszej rzeczywistości. Jeżeli dodamy do tego otoczenie i dialogi, otrzymujemy bardzo mdły film. Mdły z takiego powodu, że oczekujemy czegoś, co nam będzie opowiadało o naszej rzeczywistości.
Natomiast podejrzewam, że było tak, że trzeba było stworzyć średniak taki europejski, który będzie się też oglądał w innych krajach. Taki tasiemiec. Gdzie ten Gdańsk może zostać zamieniony z każdym innym miastem północnej Europy, żeby się widz mógł wczuć bardziej. Jakbyśmy dodali tam jakieś typowo polskie wątki, to oni by się zgubili. Powiedzieli: "A nie, nie będziemy tam oglądać ich po raz kolejny. Koniec, koniec." Natomiast tu mamy taką historię, jakby to powiedzieć, taka historia uniseks, uniwersalna, którą można dopasować do każdego kraju z bananową młodzieżą. To bardzo mnie osobiście razi i jest przyczyną tych ciarek żenady. To nie jest seria dla biedaków. Natomiast wśród głównych bohaterów mamy też syna lokalnego miliardera i córkę-
[01:56:29] - Ale mamy też biedaka, dresa łysego.
[01:56:33] - Do niego chcę przejść. Mamy gangusa, mamy dilera. Koniec końców to wszystko jest tak sztuczne, że do pewnego stopnia paradoksalnie budzi ciekawość i jesteśmy ciekawi, jakiego fikołka dokonają scenarzyści i czy uda im się przejść jeszcze piętro niżej i dosięgnąć poziomu na przykład filmu "Apokawixa", który jest troszeczkę ramowo spokrewniony z "Bring Back Alice", gdzie już sięgnięto totalnego dna i totalnego upodlenia. Upodlenia, które ma twarz Cezarego Pazury. Potem jest taki aktor, który dostał wciry ostatnio na MMA, nie wiem, jak on się nazywa. Sebastian. Jakiś tam Sebastian. I to jest tak głupie, że po prostu straszne. Natomiast "Bring Back Alice" nie sięga na szczęście tego poziomu i jakoś zostajemy z tymi ciarkami żenady. Ale jest też druga kwestia, która razi, bo tam w tym serialu widzimy najstarszych nastolatków w Polsce.
Oni chodzą do szkoły średniej, ale widać, że oni są starsi i to dużo. I tak trochę nie pasują do odżywanych przez siebie postaci. Są po prostu za starzy. Ja wiem, że dzisiaj młodzież ogólnie wygląda trochę doroślej niż kiedyś, niż za PRL-u, bo nie wiem, Marku, w moich czasach to ludzie wyglądali na swój wiek. Dzisiaj to takie dryblasy, dzieci w przedszkolach już wąsy mają. Nie, to żart jest oczywiście, ale coś w tym jest. Sam powiedz. Wyglądają te dzieci doroślej, ale nie wyglądają aż tak staro.
[01:58:06] - No tak, ale jest jeszcze jedna rzecz, która moim zdaniem też świadczy o pewnej sztampie, aczkolwiek komuś by się mogło wydawać, że niekoniecznie. Otóż jak sobie porównam, ja wiem, stworzoną w scenariuszu inteligencję tego dresa dilera i tego w ogóle takiego złego, niepostępowego chłopka roztropka i tego jednego czy drugiego faceta z tej elitarnej szkoły, no to ja bardzo przepraszam. Ja wiem, że takie czasy mamy, ale ci z tej szkoły elitarnej to są debile po prostu na tle tego gościa, który może i jest dilerem, może nie lubi pał i może tam różne rzeczy złe robi w życiu, ale w gruncie rzeczy jest wrażliwy. Jest człowiekiem, który myśli z jednej strony analitycznie, z drugiej strony pewne rzeczy ogarnia. To znowu jest taki paradoks w tym filmie i ja nie wiem, jak do tego podejść tak naprawdę. Ja nie wiem, czy to jest zamierzone, że tak miało być, że człowiek z ludu, proszę, niby zły, a jednak dobry, a ci tu zepsuci, zdegenerowani młodzieńcy i dziewczyny, oni tylko o ruchaniu myślą. Tak to zacząłem odbierać. Co też jest pewną sztampą i pewnym takim podejściem do tego, że my wiemy, co jest dobre, co jest złe i my to państwu powiemy w tym serialu.
[01:59:46] - To ja przejdę do tej mojej trzeciej rzeczy, trzeciego minusa. Otóż oprócz tego, że ten serial jest nierówny na takim poziomie scenariuszowym, to tam jest też bardzo nierówne aktorstwo. Główna bohaterka, możecie mnie zjechać, ale powiem to wprost, dostała chyba rolę za nazwisko, bo takiego popisu drewnianego aktorstwa jak tam jest, no to nie ma. Ja już któryś raz mówię, ja oglądałem wiele filmów, seriali i spektakli z Janem Englertem. On za każdym razem grał siebie. Nigdy nie był kimś innym, zawsze był Janem Englertem. Czy to na przykład w "Domie", czy w "Kolumbach". Zawsze to była ta sama postać. Jego córka ma to samo. Gra bez względu na okoliczności zawsze samą siebie.
Możemy sobie wyobrazić, że tam nawet jakby meteoryt spadł, to ona się zachowa tak jak zawsze.
[02:00:42] - No i to ona właśnie, Piotrze, znowu przerwę niegrzecznie, to ona właśnie mówi: "Bez was nie ma mnie". Ja tak pięknie tego państwu nie powiem, ale to naprawdę dla tej jednej z pierwszych scen warto to obejrzeć. To jest tak sztuczne. Nie, to nie jest drewniane, to jest po prostu, nie wiem, z czego to jest, ale to żadna szlachetna substancja na pewno nie jest.
[02:01:09] - Nie ma mnie bez jej i tak dalej. Wszystkie ładne słówka. Poczekaj, niech ci któryś z nich 500 zł na przykład nie odda, jak będziesz śpiewała potem, Elvis.
[02:01:20] - To ci urżniemy łeb po prostu albo cię utopimy.
[02:01:24] - Tak, w każdym bądź razie mamy tam z drugiej strony dość ogólnie ciekawe postaci i na pierwszy plan wybija się ten gangus grany przez pana Sebastiana Dele. I to tak naprawdę on ratuje ten serial na tle pozostałej tej mdłej bananowej młodzieży. Chociaż mówię tu o postaciach, nie mówię o aktorach, bo nie ze wszystkimi jest tak źle. I tak naprawdę, co zauważyłem, to prawdziwy popis żenady dostajemy od aktorów doświadczonych i starszych, nie od tych młodych. Konkretnie od Marietty Żukowskiej, która gra mamę Alice i ona tam przechodzi samą siebie. Po prostu przechodzi samą siebie. Czegoś tak okropnego nie widziałem dawno. Naprawdę. To jest jedna z najgorszych kreacji w polskiej kinematografii w ogóle. Nie wiem, jak to w ogóle przeszło.
[02:02:14] - Mylisz się. Mylisz, bo jej powiedzieli, że ma zagrać pretensjonalną idiotkę i ona gra pretensjonalną idiotkę. Nie wiem, ile wkłada w to talentu, ile naturalnych predyspozycji, ale jest stuprocentową pretensjonalną idiotką w każdym calu. Od robienia budyniu czy kisielu, już nie pamiętam, po sprawy ocenne, relacje z mężem, z córką. To jest pretensjonalna idiotka. Co zrobiła?
[02:02:51] - Kto w to uwierzy? Przecież nie można całe życie być takim przewrażliwionym i dobrym. Przecież jak ci się ktoś pyta, czy chcesz kisiel, to nie zawsze: „Chcesz kisiel może córeczko?” Tylko: „Będziesz jeść?” Coś w tym stylu. To jest okropne.
[02:03:05] - „Zjedzcie ten kisiel”, a tu jest: „A może byś zjadła kisiel? A może zrobić ci kakałko?” Nie, to: „Mamusiu, zrób mi kakałko”. Kuźwa, proszę państwa. Ja rozumiem, że trzeba jakoś stopniować napięcie. Ja rozumiem, że trzeba grać na różnych instrumentach, na różnych fortepianach czasami, żeby to stanowiło jakąś całość. Ale tu Piotr ma rację. Popis żenady jest przewspaniały. Genialny popis żenady.
[02:03:41] - To nawet nie jest poziom telenoweli i oper mydlanych. To jest dużo niżej. To jest zupełna amatorszczyzna, jakiś teatrzyk z domu kultury tak naprawdę. Mamy też postać pani psycholog i to jest jeszcze gorszy przypadek, bo muszę powiedzieć ci tak, że ja początkowo myślałem, że ta aktorka, bo jej nie znałem, pochodzi z innego kraju i że tam jej po prostu podłożyli głos i dlatego tak to wygląda. Potem myślałem, że może jest chora i tak to wyszło. Natomiast nie, okazuje się, że nie. Pani bodajże Sandra, nie pamiętam teraz nazwiska, po prostu taka jest. Ma taką manierę i kiedy się ją oglądało w roli tej psycholożki, to powiem ci, że ciężko było. Jak ja bym poszedł do takiej pani psycholog, to ja bym od razu pojechał do Choroszczy na przykład. To było nie do zniesienia.
Nie wiem, ja potem sobie z ciekawości poszukałem, czy ta pani jest aktorką. Tak, jest zawodową aktorką i gra zawsze ponoć tak samo. I nie jestem pierwszym, który uważa tą dziwaczną manierę w jej grze.
[02:05:09] - Ale ja powiem coś jeszcze. Jeszcze mam dwie osoby, o których pragnę powiedzieć. Pierwsza z nich to pani policjantka. Pani blond policjantka. To była taka aktorka, która była, jak to się mówi, naturszczykiem. Nie wiem, czy państwo sięgają tak daleko pamięcią, ale był taki serial „W labiryncie” i ona tam wtedy była małą dziewczynką. Nie małą dziewczynką, nastolatką i to taką w pretensjach. I tam to jeszcze nieźle jej wychodziło. Ale to tak jest, że nastolatki i dzieci mają naturalny dar występowania przed kamerą. Ale ten dar się kończy.
I niestety pani policjantka od czasów „Labiryntu” troszkę nam się zestarzała. Nie, żebym był jakimś człowiekiem, który ma pretensje do tego, że się ludzie starzeją. Sam się starzeję. Natomiast to aktorowanie w prawdziwym świecie, w prawdziwym filmie wychodzi średnio. I tu nie mam jakichś specjalnych zarzutów. Pani jest po prostu taka sobie. Ale jest druga postać. Ja nie mogę o niej powiedzieć za dużo, bo ona się pojawia pod koniec filmu. Też stary aktor. Jak państwo zobaczycie twarz, to natychmiast się państwu skojarzy.
Słabe to jest po prostu. On gra pewną postać, która jest kluczowa dla tej zagadki, która w filmie się pojawia. Dlatego tak muszę mówić oszczędnie. Ale to jest słabe. Jego postać jest chyba jeszcze bardziej żenująca. Ja już pominę fakt, jak scenarzyści skonstruowali tę postać, kim on jest, że jest lekko opętany religijnie, bo wiadomo, jak jest Bóg i jakiś człowiek, który ma jakieś zaburzenia, to musi być opętany religijnie. Taki mamy teraz czas, że tak to się odbywa. I coś takiego zostaje nam zaserwowane i to też mi się nie podobało. Wiecie państwo, ja mam takie wrażenie, że my tu z Piotrem od dobrych kilkunastu przynajmniej minut strasznie narzekamy, ale zauważcie państwo, że zarówno Piotr, jak i ja nie mówimy, że to jest serial totalnie do wyrzucenia. Wręcz przeciwnie, to się da oglądać, a my tylko wyciągamy, bo to jest zawsze najbardziej smakowite, wyciągamy te najgorsze knoty.
Proszę państwa, ja tylko powiem tak ryzykownie, ale najwyżej Piotr mnie zgromi i powie coś innego. Na tle dwóch ostatnich „Filmotekariów”, w których omawialiśmy polskie seriale, to to jest serial Wybitny, absolutnie wybitny.
[02:08:16] - Tak, to się da oglądać przede wszystkim. Trzeba to powiedzieć, że to nie boli. To nie jest obraza dla umysłu, tak jak "Kosmiczne potwory" -- chciałem powiedzieć jak "Krakowskie potwory" i jak inne dzieła pani Chajdas i Adamik. Ogólnie powiem wam tak: to wszystko zostało jakoś posklejane, ale miejmy świadomość tego, że ten serial został wyprodukowany nie tylko dla Polski. On też został wyprodukowany dla widzów zagranicznych, może nawet z nadzieją, że stanie się jakimś tam hitem. Mamy tam dużo takich paradoksalnych dla nas, może absurdalnych wątków. Mnie najbardziej rozbawiła taka sytuacja, kiedy oni sobie na tej sali gimnastycznej grają w kosza i ktoś mówi: „Ten kto z was wygra teraz w kosza, to będzie miał lepszy start na Harvard University” czy coś. Drodzy państwo, żaden z tych chłopaków nie jest czarnoskórym dryblasem z ligi NBA i to wszystko jest naprawdę śmieszne momentami. Ale koniec końców mówię: ogląda się to i ogląda się i dociera się do tego ostatniego odcinka. I to jest sukces jednak twórców tego serialu.
To była taka guilty pleasure, jak to się mówi, czyli oglądało się niby z niesmakiem, ale jednak się oglądało z zaciekawieniem, co jeszcze tam autorzy spartolą. Nie doszli do totalnego dna. No i cóż, ja nie wiem, czy gratulacje. Co więcej można powiedzieć? Gratulacje może nie. Polscy twórcy seriali będą się musieli jeszcze pewnych rzeczy nauczyć, ale jednak to wciąga.
[02:10:03] - Ja sobie śledziłem komentarze z odcinka na odcinek. To zostaje gdzieś w internecie i ludzie jeszcze nie znali kolejnych odsłon serialu i pisali na bieżąco. I właściwie przez cały czas, być może to jest ten mechanizm, który opisałeś wcześniej, Piotrze, że szukali ludzie tego, co oni tam jeszcze spartolą, ale bardzo wiele komentarzy było: "No serial się rozkręca". Tylko wspomnę, że to było gdzieś w okolicach trzeciego odcinka, czyli w połowie. "Serial się rozkręca." Później czwarty, piąty odcinek to była mowa o tym: "No, ale poszło, szybko, żeby ten szósty odcinek wreszcie, żeby końcówkę zobaczyć." Czyli jednak, ja skracam to państwu, ale ja sobie wyciągnąłem oczywiście z tego wnioski. Ludzie oglądający ten serial nie cięgiem, tak jak ja to zrobiłem, czyli pyk i obejrzałem wszystko, tylko tak z tygodnia na tydzień, jak się to tam pojawiało na platformie, czy tam nie wiem, akurat nie śledziłem na bieżąco, to oni ekscytowali się tym obrazem, czyli rzeczywiście ich wyobraźnia została tak podkręcona, w taki sposób pewne akcenty zostały położone, że proszę państwa, czekano na kolejne. I nie mam wrażenia, Piotrze, że tylko szukano tego, co tam spartolono, ale rzeczywiście historia wciągała.
[02:11:46] - Tak, chociaż zostało to... Tak?
[02:11:49] - Nie, okej.
[02:11:51] - Zostało to trochę zmarnotrawione. To znaczy, to powinno być bardziej tajemnicze wszystko, a tam nacisk został położony na to, jak ona się będzie mścić na tych kolegach, którzy ją zdradzili trochę.
[02:12:02] - Tak. Na relacjach pomiędzy tymi nastolatkami.
[02:12:06] - Tak, w pewnym momencie to już przestaje bawić. Ale jak mówię, jeżeli ktoś chce, to może. W przeciwieństwie do "Krakowskich potworów", gdzie jeżeli ktoś chce, to nie powinien. A Marku, co za tydzień w ogóle? Bo zbliżamy się do końca. Zostały nam jeszcze chyba tylko dwa odcinki.
[02:12:25] - No tak, za tydzień powiemy państwu o serialu, który się rozpoczął, a więc będziemy niejako w takiej sytuacji jak każdy z państwa. Czyli zaczynamy oglądać serial. I cóż, proszę państwa, podzielimy się pierwszymi spostrzeżeniami. Czy one będą trafne, czy nie będą trafne, to czas pokaże. Ale myślę, że to będzie ciekawy eksperyment. Ale nie tylko to będzie za tydzień.
[02:13:00] - Tak. A co będzie, to jeszcze zobaczycie. Natomiast ten ostatni odcinek serialowego „Filmotekarium” to będzie już taki łącznik, taki przeskok do tej części filmowej, bo robimy miękkie przejście, miękkie lądowanie i będziemy starali się teraz opowiedzieć wam o nowościach, które się pojawiły. Co warto, co nie warto i jakie są teraz tendencje. A pewnie tych filmów troszeczkę sypnie. Bo to jak co roku idzie Halloween, a na Halloween zawsze tych horrorów jest więcej, bo do tej pory jakoś tak posucha raczej. Ale to będziemy mówić już wam w roku akademickim.
[02:13:39] - No tak, proszę państwa, pięknie dziękujemy za dzisiejsze odsłuchanie. Mieliśmy wiadomości nieco lepsze niż przez ostatnie dwa tygodnie. Tak jak Piotr to powiedział, ja tego lepiej nie powiem. Jeżeli ktoś chce obejrzeć ten serial, to nie musi się martwić tym, że zmarnuje blisko sześć godzin. Nie, to się da obejrzeć i ta historia wcześniej czy później wciągnie, przywiąże do siebie i rzeczywiście wypluje nas w szóstym odcinku. Nie będziemy mieli poczucia zmarnowanego czasu. Ale też poczucia obcowania z arcydziełem też państwo się nie spodziewajcie. Niemniej to jest serial taki średniacki.
[02:14:26] - Ja tylko dodam, że z dwóch seriali, które się dzieją w Gdańsku, może jest ich więcej, to jednak „Na kłopoty” Bednarski był lepszy.
[02:14:37] - Rozbawiło mnie to. Rzeczywiście lubiłem ten serial, ale to były lata 80., czyli to właściwie prehistoria tak naprawdę Piotrze. Pięknie ci dziękuję za dzisiejsze spotkanie, za dzisiejsze „Filmotekarium”. Do usłyszenia za tydzień.
[02:14:52] - Pozdrawiam.
[02:14:57] - To chyba teraz dobry czas, żeby zaprosić państwa na drugi już dzisiaj wywiad, tym razem z Łucją Dudzińską. Łucja Dudzińska to jest prezes oddziału wielkopolskiego w Poznaniu Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Nie po to się spotkaliśmy, żeby sobie pogadać, ale po to, żeby państwa zaprosić na festiwal literacki „Literatura do Poznania”. Oddział wielkopolski w Poznaniu Stowarzyszenia Pisarzy Polskich został po latach reaktywowany i muszę powiedzieć, że nowa pani prezes szefująca oddziałowi przystąpiła do działań niezwykle energicznie. Stąd wziął się festiwal literacki. Proszę państwa, oferta tego festiwalu, jeśli ktoś mieszka w miarę blisko Poznania i chciałby się wybrać pod koniec września, naprawdę zapiera dech w piersi. Wiecie państwo, ja mam skłonność do przesady. Ja często się ekscytuję, państwa to denerwuje. Ja o tym wiem, że denerwuje. Ale cóż, ja jestem człowiekiem emocjonalnym.
Może na to nie zawsze nie wygląda, ale jestem człowiekiem emocjonalnym i kiedy przeczytałem sobie program, a później porozmawiałem z panią prezes, to doszedłem do wniosku, że ja tam chcę być. Zapytacie państwo: „Dobrze, ok”. To właśnie po to jest ten wywiad, żebyście państwo również zapragnęli być w Poznaniu pod koniec września. Naprawdę są tam imprezy niezwykle smakowite. Muszę państwa troszeczkę przeprosić. Z przyczyn technicznych ta rozmowa odbyła się za pomocą telefonii komórkowej. Ja zawsze myślałem, że telefonia komórkowa to jest taki świetny wynalazek, że pozwala nam się łączyć przez kontynenty i tak dalej. To bzdury, proszę państwa. Telefonia komórkowa może być czasami wspaniała, ale niestety czasami bywa wredna i jakość tego nagrania jest taka sobie. Słychać, że ta rozmowa odbyła się przez telefon i musicie się państwo troszeczkę uzbroić w cierpliwość.
Jak by to powiedzieć? Proponuję, zamiast skupiać się na marnej jakości nagrania, słabszej w każdym razie, skupić się na treści, gdyż ta jest naprawdę bardzo ciekawa i zapowiada ciekawe wydarzenie literackie w stolicy Wielkopolski. Serdecznie państwa zapraszam na rozmowę z panią Łucją Dudzińską. Dzień dobry wieczór. Gościem „Bibliotekarium 2.0” jest pani Łucja Dudzińska, szefująca od jakiegoś czasu oddziałowi wielkopolskiemu w Poznaniu Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Dzień dobry wieczór, pani Łucjo.
[02:18:16] - Dzień dobry, bardzo mi miło państwa powitać.
[02:18:19] - Cóż, dobrym powodem do spotkania jest organizowany przez panią i przez współpracowników z oddziału pierwszy festiwal „Literatura do Poznania”. Zatem wydarzenie zacne rozpoczyna się już pod koniec września, konkretnie 26 września. To porozmawiajmy o tym festiwalu, ale najpierw porozmawiajmy o Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich.
[02:18:49] - Tak, bardzo mi miło jest reprezentować tak zacną organizację pozarządową, która skupia prozaików, poetów, dramatopisarzy, krytyków literackich i tłumaczy. Zajmuje się sprawami dotyczącymi środowiska literackiego. Na pewno ma na celu przede wszystkim rozwój literatury, a to, co jest mniej znane dla wszystkich, jest to, że działa w obronie praw zawodowych i swobód twórczych. Stowarzyszenie Pisarzy Polskich posiada 10 oddziałów. Obecność członków nie pokrywa się terytoriami w Polsce, gdyż można się zgłosić do każdego oddziału według własnych preferencji. To, co jest istotne, co bym mogła jeszcze powiedzieć o oddziale, to jest to, że nawiązuje do tradycji Związku Zawodowego Literatów Polskich, powstałego w 1920 roku z inicjatywy Stefana Żeromskiego oraz działań literatów podejmowanych w obronie suwerenności literatury i swobody tworzenia. A powstanie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Warszawie, które miało miejsce w 1989 roku, było możliwe tylko dzięki przemianom historyczno-społecznym w Polsce. Pierwszym prezesem był Jan Józef Szczepański, a pierwszą legitymację z numerem pierwszym otrzymał Czesław Miłosz. To troszeczkę takiej genezy, że tak powiem, aby spojrzeć na wagę zarówno stowarzyszenia, jak i organizacji oraz tego, że mój zarząd, który został ukonstytuowany dopiero w styczniu tego roku, gdyż wcześniej nasz oddział Poznań Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Oddział Wielkopolski – obiegowo używana nazwa, do której w tej chwili próbujemy wrócić – był nieaktywny. Poprzednim prezesem był Sergiusz Sterne Wachowiak.
Bardzo serdecznie go pozdrawiam. A w tej chwili próbujemy pokazać, że Stowarzyszenie Pisarzy Polskich na terenie Wielkopolski, Poznania i Polski działa, chce być aktywne, chce promować pisarzy, poetów, chce pokazywać dobrą literaturę do poznania. Także nie tylko do miasta Poznania, ale również do poznania w takim szerokim zasięgu.
[02:21:38] - Tak jak wspomniałem, zbliża się milowymi krokami festiwal Literatura do Poznania. Zaczynacie państwo 26 września akcentem poetyckim.
[02:21:50] - Tak, jest to wtorek. Planowaliśmy na sam początek właściwie zrobić taki performance na ulicy Poznania w postaci czytania wierszy, rozdawania pocztówek, akcji Ludzie Wiersze Piszą. Na pewno zapraszamy państwa tutaj na najbardziej ruchliwą, centralną ulicę Poznania, ulicę Półwiejską oraz na Stary Rynek. Niestety Stary Rynek jest troszeczkę rozkopany, ale trzeba spojrzeć na to również z takiej strony dziejowej, ważnego momentu obserwacji tego, jak będzie się rozwijało miasto i jak później pięknie zakwitnie. Także proszę tutaj śledzić. Na pewno wspierać nas w tym będą poeci z grupy literycznej Na Krechę i poeci z nowo powstałej grupy Wędrów Poetyckich. Tuż po takim właściwie zainteresowaniu, zapadnięciu w poezję, literaturę w księgarni Arsenał, która się mieści też na Starym Rynku, odbędzie się promocja antologii polsko-ukraińskiej „Kto wam pozwolił tak pięknie żyć?”. Jest to książka, która się już ukazywała w serii naszej wydawniczej, którą również reaktywujemy tutaj od początku we współpracy z „Zeszytami Poetyckimi”. A wiersze naszych pisarzy związanych z oddziałem przetłumaczyły Bohdana Bukowska i Swietłana Borysławska. Będzie można się również z nimi spotkać, posłuchać w tym języku wierszy.
Tematyka tych wierszy będzie nie tylko wojenna, ale również nawiązująca właśnie do tego słynnego hasła, jakie było gdzieś tam wypisane przez najeźdźcę – kto wam pozwolił tak pięknie żyć? No właśnie, powinnam omówić chyba cały ten dzień, wtorek. Tylko to będzie dosyć długo trwało, bo istotnym punktem tego dnia jest godzina 18:00, gdzie jest spotkanie z Jerzym Grupińskim, znanym poetą, krytykiem literackim, redaktorem, prowadzącym klub literacki w Poznaniu. I tutaj się odbędzie promocja jego książki „Klepod zająca”, a także 25-lecie pisma partynika „Protokoł Kulturalny”. Także na to spotkanie byśmy zaprosili państwa do Pracowni-Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego na ulicy Wronieckiej 14.
[02:24:32] - Tak, to był pierwszy dzień. Drugi dzień-
[02:24:35] - No właśnie. Aż się martwię, bo program jest nasz bardzo bogaty. Co będzie podczas omawiania tych dni, gdzie trochę więcej się będzie działo?
[02:24:46] - Powiedzmy zatem o drugim dniu. Tu niezwykle ciekawa inicjatywa, bo powiedzmy sobie – lekcje literackie w szkołach to nie jest częste zjawisko, a państwo je proponujecie właśnie drugiego dnia, w środę. Taka inicjatywa. Jak ona została przyjęta przez dyrekcję szkół?
[02:25:05] - Dla nas takim pomysłem na takie zadziałanie jest właśnie plan na młode pokolenie. I z reguły takie lekcje literackie odbywają się w liceach gdzieś. Owszem, jest to dosyć popularne podczas festiwali różnej tutaj organizacji, a my tutaj chcemy współpracować ze szkołą podstawową, gdzie klasy siódme, ósme – wiem od opiekunki tutaj, Sary Ratajczak – są bardzo zainteresowane, a nawet uczniowie z klasy piątej po prostu piszą tak wspaniale prozę czy są tak obeznani w literaturze, że są bardzo zainteresowani naszym udziałem i spotkaniem, zarówno uczestnictwem. Od razu nawet został przygotowany plakat, ale zainteresowanie jest o tyle szersze, bo zaczęły się zgłaszać do nas inne szkoły, które również chciałyby zaprosić naszych pisarzy, poetów na taką lekcję. Jest to też taka sytuacja, że równocześnie tworzę tak jakby program, plan na kolejną edycję festiwalu, zapisując kontakty i możliwości. A ten plan na młode pokolenie oznacza takie zadziałanie właściwie od podstaw, od najmłodszych lat. I tutaj bym na pewno poleciła spotkania z Joanną Bartosik, które się odbędzie w Bibliotece Raczyńskich w środę 27 września. Jest to autorka Wydawnictwa Widnokrąg. Wydawnictwu bardzo dziękujemy za współpracę. To będzie rozmowa, spotkanie warsztatowe, autorskie na podstawie serii książeczek „Raz, dwa, trzy” dla dzieci w wieku od dwóch do czterech lat, a w sobotę z kolei o godzinie 11:00, również w Bibliotece Raczyńskich, która tutaj gorąco nas wspiera, jest spotkanie z Anną Paszkiewicz na temat, że jesteśmy różni jak krople wody, że razem tworzymy ocean.
To się będzie odbywało na podstawie książki „Idea”, również wydanej przez Wydawnictwo Widnokrąg, już dla dzieci troszeczkę starszych – od pięciu do dziesięciu lat. Są to autorki, które na przykład Ania Paszkiewicz ma w dorobku bodajże z 80 książek dla dzieci. Joasia Bartosik jest poznanianką, też ma bardzo duże sukcesy i osiągnięcia w swojej karierze, że tak powiem, nawet literackiej, bo książka „Raz, dwa, trzy” otrzymała nagrodę w IX Konkursie Literatury Dziecięcej imienia Haliny Skrobiszewskiej i została wpisana na Listę Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej. Także bardzo serdecznie polecamy rodzicom, dorosłym, żeby zadbali o takie podstawy literatury, podstawy zainteresowań dziecięcych, zarówno książkami, słowem w kierunku najbardziej poetyckim, byśmy się kierowali.
[02:28:29] - Patrzę na kolejny punkt programu. To jest spotkanie z Karolem Soberskim, pisarzem i regionalistą, prezesem Fundacji Historycznej Przywracamy Pamięć. O tym spotkaniu chciałbym się czegoś od pani dowiedzieć.
[02:28:47] - To znaczy tak, tutaj nastąpiła mała zmiana. Ja bym musiała tutaj państwu zwrócić uwagę, że w internecie istnieje program, który był wcześniejszy. Pan prezes tutaj poprosił o zamianę i spotkanie z panem Karolem Soberskim odbędzie się w czwartek, a miało być w środę właśnie. Odbędzie się w czwartek w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu. A jeżeli tutaj rozmawiamy na temat środowych spotkań, to o tej samej godzinie 16:00 w pracowni Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego na Groniewskiej będzie spotkanie Davida Junga i Jarosława Mikołajczyka, którzy poprowadzą dialog o kondycji i o współczesnej literackich pismach w Wielkopolsce. To równocześnie będzie przyczyna podkreślenia dwudziestolecia ogólnopolskiego pisma literackiego „Zeszyty Poetyckie”, przy którym również ukazało się sporo wartościowych debiutów wydawniczych. Także na pewno to będzie dosyć ciekawy punkt. Możliwe będą prezentacje poetyckie, a po tym spotkaniu już na troszeczkę bardziej kameralny, jak również inny klimat, nastrój, gdyż taki nastrój tworzy klubokawiarnia czy lokalny ośrodek kultury Farby na ulicy Różanej 10 na Wildzie, gdzie postaramy się tutaj oddać mikrofon wszystkim chętnym, którzy przyjdą i będą chcieli przeczytać swój wiersz, jak również we współpracy z Jolantą Ciechorowską spróbujemy przygotować takie czytanie performatywne przy muzyce. A na zakończenie to taka wisienka na torcie tego dnia. To jest koncert muzyki alternatywnej, awangardowej zespołu RAL 7024 w składzie Robert Broniarz, Robert Gogol i Wiktor Poleszak.
Także będzie się działo. To będzie nastrój właściwie zarówno poetycki, literacki. Wiadomo, że poezja, aby nią zainteresować, powinna mieć oprawę zarówno muzyczną czy graficzną. Także bardzo serdecznie zapraszamy, polecamy przede wszystkim grono młodych poetów, ale również wszystkich zainteresowanych własną prezentacją czy takim swobodnym nastrojem i klimatem, w jakim będziemy się tutaj obracać.
[02:31:29] - Patrząc na program, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że festiwal będzie się tak rozkręcał. Pierwszy i drugi dzień to jeszcze tak lajtowo, delikatnie. Tych imprez nie jest aż tak bardzo dużo. Może przeciętny zjadacz literatury ogarnąć wszystkie wydarzenia, ale mam wrażenie, że czwartek to już jest dzień niezwykle intensywny.
[02:31:54] - Tak, już tutaj podkręcamy. Ma pan rację. Słuszna uwaga. Faktycznie. Czwartek cały dzień możemy powiedzieć, że dzieje się w Bibliotece Uniwersyteckiej na ulicy Ratajczaka 38-40, w Czytelni Nowej. Serdecznie zapraszamy od godziny 16:00 do 20:00 z małą przerwą na kawę, na poczęstunek, gdzie również będzie kiermasz książek, oficer wydawniczych. Już będziemy mieli bodajże dwie książki wydane przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich we współpracy z innym wydawnictwem oraz książki Fundacji Otwartych na Twórczość. A także zeszytów poetyckich. Spotkanie to otworzy nam taki miniwykład Dagmary Kasprowskiej z Kłodzka „Papier nasz przyjaciel” i na pewno zainteresuje nas to. Odbywa się to przy współpracy Muzeum Papiernictwa w Dusznikach-Zdroju.
Także bardzo pozdrawiamy tutaj pana dyrektora i już możemy zapowiedzieć, że przy kolejnej edycji festiwalu możliwe będą takie warsztaty z czerpania papieru. Dagmara Kasprowska zaprezentuje nam to jako członkini naszego oddziału. Także będziemy ten pomysł rozwijać. W Bibliotece Uniwersyteckiej gorąco zapraszamy osoby zainteresowane regionalizmem, bo będzie to spotkanie z panem prezesem Karolem Soberskim, prezesem Fundacji Historycznej „Przeplatane pamięć”. Spotkanie to poprowadzi Dawid Jung, a tematem rozmowy będzie Marian Haber, ziemianin, celebryta, poznański marszand. Także to też będzie taki dosyć ciekawy akcent. Kolejne spotkanie będzie dotyczyło zbioru recenzji, szkiców, esejów o poezji i o prozie, a także reportaży, które zaprezentuje nam Irmina Kosmala z Gniezna, promując swoją książkę „Iternarium, czyli przewodnik dla podróżnych”. Na taki troszeczkę panel, może dyskusyjny, rozmowy, dialog zapraszamy o godzinie 18:30, gdzie Igor Prender Wojciechowski oraz Marek Boszko-Rudnicki, pisarze, którzy wydali w swoim dorobku po kilka książek kryminalnych, będą rozmawiać na ten temat, promować swoją twórczość, ale równocześnie będą się zastanawiać, dlaczego czytamy kryminały i właściwie jaka jest w tym magia. Na ile ten gatunek literatury nas pociąga? Muszę przyznać, że program naszego festiwalu będzie o tyle bogaty, gdyż znajdą się promocje zarówno książek kryminalnych, książki obyczajowej, biografii, dramatu, jak i książki poetyckie.
Jakoś nam umknęły tutaj książki takie właściwie, że tak powiem, jeszcze innych lotów, bardziej romansowych. Ale może kiedyś do tego podejdziemy czy wrócimy, czy również coś takiego zaprezentujemy. Tym bardziej że te wątki, właśnie takie najbardziej istotne w naszym życiu, bardzo często przeplatają się we wszystkich gatunkach i powieściach. Tak, a powinnam jeszcze zakończyć tutaj ważnym punktem, że muzyczne akcenty zapewni nam Omir Socha na gitarze podczas tego spotkania. A o godzinie 19 oddamy również mikrofon naszym uczestnikom, naszym sympatykom poezji i literatury. Będzie poetycki Hyde Park dla wszystkich chętnych. Możliwe, że będziemy wybierać najciekawszą, wyskakującą prezentację wiersza, ale to jest takie właściwie tylko obligatoryjne, żeby zmotywować ludzi do takiej ciekawszej, ekspresyjnej może prezentacji swojego utworu. Istotne jest to, że właśnie Igor Prender i Dawid Jung też zainicjowali – bronimy się przed tym określeniem „koło młodych SPP”, ale to jest takie istotne. Nazwę właśnie zyskała „Literatura tej”, że to będzie „Literatura tej”. Będzie skupiała przede wszystkim twórców młodych nie tylko wiekiem, ale również doświadczeniem, przede wszystkim poetyckim, literackim.
Te spotkania zostały zaplanowane na 17. dzień i godzinę 17 każdego miesiąca. W międzyczasie też pewnie grupa się będzie tutaj spotykała. Już zostało to zainicjowane w księgarni Arsenał bodajże 2 września. Także widzimy ogromny potencjał w osobach, które tam się pojawiły. To też będzie okazja, żeby poznać tych nowych członków, raczej nawet prawie że adeptów do naszego oddziału, do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. No właśnie, ale tutaj troszeczkę będziemy musieli się rozdwoić, bo o godzinie 19 – tylko że wiadomo, że slamy trwają dosyć długo. Tutaj organizatorzy z Fundacji KulturAkcji, którym bardzo dziękujemy za współpracę i za organizację slamów w Domu Tramwajarza. Także bardzo polecamy. Ktoś, kto będzie zainteresowany slamem, ktoś, kto przyjedzie do Poznania po to, żeby w nim uczestniczyć – zapraszamy do Domu Tramwajarza na ulicy Słowackiego 19/21 na Jeżycach albo tutaj na obecność w Bibliotece Uniwersyteckiej, gdzie i tak będziemy musieli skończyć o godzinie 20 i szybciutko przenosić się, aby kibicować slamerom w Domu Tramwajarza.
[02:38:20] - Ja pozwolę sobie przerwać pani w trosce o naszych słuchaczy. Proszę przybliżyć, co to takiego jest ów slam.
[02:38:29] - Slam poetycki dosyć już zaistniał na dobre w naszej tutaj literackiej środowiskowej kulturze. Na pewno wspaniale rozwija to Fundacja KulturAkcja, która również organizuje ogólnopolski ranking w tej chwili slamersów, gdzie te slamy się odbywają w poszczególnych miastach według określonych zasad. Że jest nabór osób, które później będą mogły walczyć w ogólnopolskim slamie poetyckim. A polega to na tym, że każdy chętny może na bieżąco tworzyć swój występ, czytać z telefonu, z kartki. Występuje przed publicznością, ma do tego trzy minuty z reguły, niezależnie czy przeczyta jeden wiersz, czy chce przeczytać kilka wierszy w tym swoim czasie, a o tym, kto przechodzi dalej decyduje publiczność. Z reguły występuje się w parach. Także to jest taka wspaniała zabawa, na której przejście dalej, czy zwycięstwo zależy również od losowego czynnika, gdyż jest losowane w parze, z kim my wystąpimy. Później wygrana osoba z danej pary startuje w turnieju na słowa z inną osobą. I tak określona ilość osób się redukuje, aż zostają finaliści, którzy ze sobą walczą o to, kto zostanie zwycięzcą, a decyduje oczywiście o tym publiczność, głosując w postaci karteczek przypisanych kolorem do jednego poety albo drugiego, który się prezentuje na scenie.
[02:40:22] - I tak nastał dzień czwarty, czyli piątek, dzień 29 września.
[02:40:28] - Oj tak. I tutaj cały dzień spędzimy w Bibliotece Raczyńskich na Placu Wolności 19. Bardzo dziękujemy tutaj za wsparcie i współpracę pani dyrektor Katarzynie Kamińskiej, jak również pani doktor Alicji Przybyszewskiej, gdyż wcześniejsze spotkania, które się odbywają w Osiedlu Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego są filią Biblioteki Raczyńskich. I zaczynamy tutaj od godziny 10.00 szybkim kursem kreatywnego pisania, które poprowadzi Bianca Rolando, znana poetka w naszym środowisku, również członkini Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, bodajże oddział Kraków. Jest również profesorem sztuk pięknych, ale przede wszystkim uważa się za poetkę i bardzo by chciała osobom zainteresowanym w sposób naprawdę swobodny, na luzie, w pełnym dialogu i praktycznie na rozmowach przekazać podstawowe wartości dotyczące zarówno poezji, jak i zabaw w szukania, na czym polega poezja i na czym można się opierać, oceniając wiersze i czy warto je oceniać, czy po prostu przyjmować je z dobrodziejstwem losu. Czy będą przykłady dobrych wierszy, czy będą szukać na pewno, gdzie ten wiersz może być zaklasyfikowany jako ten wzorcowy. Ale czy w ogóle takie wzorce istnieją? To wszystko bardziej się będzie odbywało na zasadzie prowokacyjnej rozmowy i dyskursu. Także myślę-
[02:42:27] - Ale mam pytanie, muszę pani przerwać. Mam pytanie odnośnie, bo kurs kreatywnego pisania to dla bardzo wielu adeptów życia literackiego jest gratka nie lada. Chciałbym zatem zapytać, czy na ów kurs trzeba się jakoś wcześniej zapisywać, czy też każdy, kto przyjdzie będzie mógł być uczestnikiem owego kursu?
[02:42:49] - To znaczy będziemy wydawać certyfikaty Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, żeby zostawić taką pamiątkę po tym spotkaniu, a jednocześnie pokazać, że kursy kreatywnego pisania trwają pół roku, są właściwie już zpopularyzowane przez uniwersytety, a my tutaj proponujemy taki szybki kurs jako rozmowę, jako takie zapoznanie poprzedzone krótkim wykładem Bianki Rolando. I uznaliśmy, że taki certyfikat otrzymają osoby, które wcześniej się zgłoszą na mail Stowarzyszenia Pisarzy Polskich sppp.wlkp@gmail.com, żeby po prostu wiedzieć jaką ilość chociażby tych certyfikatów wydrukować czy przygotować. Ale każdy może przyjść z marszu i uczestniczyć, bo miejsca nam nie zabraknie w Bibliotece Raczyńskich. Także serdecznie zapraszamy. Wiersze będą omawiane, jeżeli wcześniej zostało utworzone wydarzenie na Facebooku przy naszej stronie stowarzyszenia, jeżeli komuś zależy, aby na przykład jego wiersz znalazł się w puli tych omawianych, to można wysłać tutaj do naszej prowadzącej albo po prostu będzie możliwość rozmowy na bieżąco. Też właśnie chciałabym tutaj zdementować, że Stowarzyszenie Pisarzy Polskich z racji osób skupiających z dużym dorobkiem, w późnym już wieku, którzy bardzo dużo i ciężko pracowali, zarówno popularyzując literaturę i to środowisko przez swoje lata, jest kojarzone z taką, nie wiem, pobożnością czy z takim, trudno tutaj nie chcę użyć niewłaściwego słowa, ale z taką powagą. A wiadomo, że w tej chwili to życie toczy się w taki sposób bardziej luźny, swobodny i żebyśmy mogli zainteresować i zachęcić i powiedzieć młodym przyjdźcie do nas, my was nie zanudzimy. Tu będzie miejsce również dla was, gdzie wy możecie przeczytać swoje wiersze, gdzie możecie posłuchać różnej muzyki, praktycznie zarówno takiej awangardowej, jak i piosenki literackiej. Bo tutaj w Bibliotece Raczyńskich zaprezentuje się muzycznie Jola Ciechanowska przy akompaniamencie na klawiszach Romualda Andrzejewskiego. Różna muzyka i również swobodna atmosfera, żebyśmy wszyscy czuli się jak u siebie.
Żeby młodzi piszący wiersze czy po prostu całe środowisko twórców poznańskich nie myślało, że my tutaj coś takiego robimy. My to robimy dla was. My robimy to dla społeczeństwa. My to robimy dla Poznania. My jednocześnie oczekujemy szacunku wzajemnego, zarówno w ramach też i prezentacji, ale też takiego dystansu i takiej naturalności i swobody i chęci bycia razem. Gdyż taką nadrzędną chyba wartością tego wszystkiego jest promocja literatury, jest promocja twórców, jest poezja, która nie da się ukryć, że jest niszą, gdyż książki poetyckie są mało kupowane. Na spotkaniach autorskich bywa mało osób. Z reguły są to osoby piszące albo związane z kimś tam blisko. Więc tutaj chcielibyśmy pokazać zarówno młodym osobom, które w kręgu swoich zainteresowań mają jednak poezję, prozę, czytają książki, żeby przyszli, żeby posłuchali, żeby poznali, żeby dobrze się czuli, żeby ich w jakiś sposób zainteresować. To jest właściwie takim głównym celem tego festiwalu, jak również tutaj programu.
Jak staraliśmy się go dostosować do różnych środowisk i dając wszelkie możliwości dla naszych odbiorców.
[02:47:25] - Patrzę na program i tak łakomym wzrokiem dostrzegam, że w piątek planowana jest impreza poświęcona Mrożkowi.
[02:47:38] - O tak, to jest taka nasza, mogę powiedzieć, wisienka na torcie, gdyż tutaj zaproszenie pani profesor Anny Nasiłowskiej i bardzo dziękujemy tutaj profesorowi Piotrowi Uściłowiczowi, który jest członkiem naszego oddziału za poprowadzenie tego spotkania, gdyż jest to w ogóle swego rodzaju ewenement w tej chwili w literaturze, gdyż jest to pierwsza biografia, jaka ukazuje się w ramach wydawnictwa literackiego i jest to pierwsza promocja, gdyż premiera tej książki odbędzie się tutaj kilka dni wcześniej. To jest pierwsze spotkanie takie promocyjne, także Poznań może być dumny z tego tytułu. A rozmowa mam nadzieję, że zainteresuje zarówno wszystkich czytelników, jak i osób zainteresowanych literaturą. Mrożek jest to dramaturg, prozaik, rysownik uznany za jednego z ważniejszych pisarzy XX wieku, a przez to, że był taką postacią tajemniczą, uważaną czasami za zagadkową, jest to postać, gdzie nas może intrygować właściwie cała biografia tutaj napisana przez panią profesor. W jaki sposób dochodziła do tych wszystkich informacji na podstawie dzienników, wspomnień czy listów. Gdyż autor, Stanisław Mrożek, który zmarł w 2013 roku, ostatnio nawet nie udzielał wywiadów. Także jest to dosyć trudny temat, a jednocześnie bardzo ciekawy. To jest ogromna wartość takiego spotkania i rozmowy na ten temat. Także bardzo serdecznie polecam.
[02:49:38] - Ja widzę, że w piątek to będzie dzień pełen napięcia. Poeci szczególnie będą podekscytowani w piątek, bo o godzinie 19 będzie ogłoszony werdykt pierwszego ogólnopolskiego konkursu na tom poezji. A zatem napięcie sięgnie zenitu.
[02:50:00] - To prawda. Mam nadzieję, że tutaj laureaci, osoby nominowane przyjadą do nas. Mam kilka tutaj zapowiedzi osób. Jest to pierwszy ogólnopolski konkurs, który postanowiłam otworzyć przy Fundacji Otwartych na Twórczość w ramach partnerstwa. Zwykle jest ogłaszany przy festiwalu Literatura do Poznania, również też z tego tytułu, że zarówno moja fundacja działa od wielu lat pod patronatem, działa i wydaje książki pod patronatem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Tutaj bardzo dziękuję profesorowi Piotrowi Śliwińskiemu, że podjął się trudu wyłuskania tych najlepszych prac. Dochodzą do mnie takie informacje, że jest to swego rodzaju sukces dla nas, gdyż zgłosiło się 108 autorskich propozycji zestawów. Do ocenienia. Liczyłam, że będzie mniej więcej o połowę mniej, a tu się okazuje, że tego tak dużo i co najmniej jedna trzecia propozycji jest bardzo ciekawa, wartościowa, która mogła się znaleźć w gronie tych osób nominowanych. Także trudu wielkiego podjął się Rafał Różewicz i profesor Piotr Śliwiński przy moim skromnym udziale wyłonienia tych laureatów.
Także bardzo się cieszę. Może od razu zapowiem, że liczyłam się z możliwością wydania jednej książki i nietraktowania poetów osobno przed debiutem i po debiucie, gdyż wartość literatury jest niezależna w tym momencie, ale z racji dużego zainteresowania podzieliliśmy również na kategorie przed debiutem i po debiucie. Mam nadzieję, że radość jest troszeczkę większa, bo zamiast jednej książki ukażą się dwie, a właściwie to nawet trzy książki. Także bardzo zapraszamy na ogłoszenie werdyktu. Będzie się wspaniale działo. Powinnam tutaj wspomnieć o tym, że ten nasz blok głównych spotkań w Bibliotece Raczyńskich otworzy Teresa Tomsia, wspominając w metaforze tych naszych członków i członkinie oddziału wielkopolskiego w Poznaniu Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, których już z nami nie ma. I to będzie Jan Kasper, Bogusława Latawiec, Ewa Majzer, Jerzy Kaczmarek, Andrzej Ogrodowczyk, a później postaramy się zaprezentować zarówno obecnych na sali poetów, pisarzy. Ewentualnie będą czytane wiersze. Mam nadzieję, że to państwa tak samo zainteresuje.
[02:53:12] - Ja tylko wspomnę, że to spotkanie wspomnieniowe odbędzie się w piątek o godzinie 16.00.
[02:53:21] - Tak, oczywiście. Mam nadzieję, że publiczność dopisze, jest to bardzo ważne dla nas. Gorąco zapraszamy wszystkich piszących. Zapraszamy osoby, dla których słowo jest ważne. Dla osób, które czytają książki. Dla osób, które są w innych związkach twórczych, zawodowych. Mam nadzieję, że to będzie płaszczyzna zarówno porozumienia, jak i spotkania dla nas wszystkich.
[02:53:52] - Płynnie przejdę do soboty 30 września. Macie państwo plan na młode pokolenie i czytam, czytam. To wszystko odbywa się pod hasłem „Jesteśmy różni jak krople wody, razem tworzymy ocean” i są to warsztaty dla dzieci od pięciu do 10 lat. Niezwykle ciekawa inicjatywa. Proszę, żeby troszeczkę pani o niej opowiedziała.
[02:54:17] - Na pewno najlepiej o tym by opowiedziała autorka tych warsztatów Ania Paszkiewicz. Już wspominaliśmy na samym początku audycji, zaczynałam od planu na młode pokolenia, lekcje w szkole podstawowej czy spotkania, za które bardzo dziękujemy, że mogą się odbywać w Bibliotece Raczyńskich na Placu Wolności 19, w Filii Biblioteki dla Dzieci, ale również przy ogromnym wsparciu wydawnictwa Widnokrąg możliwe, że te książki naszych autorek, które będą się tam prezentować i prowadzić takie spotkanie dla dzieci, będą możliwe również do zakupienia. A u nas sobota zaczyna się bardzo wcześnie, bo już o godzinie 12.00 w księgarni Arsenał na Starym Rynku spotkamy się z bardzo ciekawymi poetami, pisarzami, animatorami. Będzie to Marek Czuko z Łodzi, który będzie rozmawiał czy przedstawiał, czy promował swój dziennik wydany bodajże w wydawnictwie Forma, ale również chyba w ramach takiej akcji poleczki Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Wędrowniczek. Nazywamy, że to jest Wędrowniczek do Poznania, a w tym Wędrowniczku będzie sporo różnego rodzaju wspomnień z działań literackich, ze spotkań literacki, jego przeżyć, ale również kontaktu z nami, Poznaniem, grupą literyczną Na Krechę, z naszymi inicjatywami, które się działy przez te ostatnie 10, 12 lat. Bardzo istotne spotkanie będzie z Izabelą Fietkiewicz-Paszek z Kalisza, która prowadzi vlog na YouTubie w ramach Miejskiej Biblioteki Publicznej imienia Adama Asnyka w Kaliszu. I bardzo dziękujemy bibliotece za oddelegowanie do nas swojej pracownicy, która opowie o tym, jak dobierać sobie autorów. O tym, co jest ważne właściwie, a może nawet dlaczego ta forma promocji pisarzy, poetów została nazwana jako krótka piłka. Rzuca nią w literaturę bardzo celnie, wspaniale przygotowując każdy program, zapraszając innych gości do wypowiadania się na temat poetów, autorów. Tych prezentacji.
Z kolei Ewa Witke, która przyjedzie do nas aż z Bielska-Białej, właściwie to z Pszczyny, zainspirowała i zainicjowała spotkania Poezja po Cocycio, które w ramach współpracy zarówno z Fundacją Otwartych na Twórczość, jak i Grupą Literyczną na Facebooku zaowocowały antologią i cyklem bodajże kilkudziesięciu, już pewnie blisko stu takich spotkań, rozmowy z poezją. I wspaniale, że Ewa Witke również do nas wraca pod nazwą Poezja po Cocycio otwiera grupę literacką w Pszczynie, a jednocześnie ma swój autorski format na prezentację poezji, na rozmowę z ludźmi o tym. To również może dać pole osobom obecnym do zaprezentowania się i zadania wielu pytań. Istotnym punktem będzie rozmowa z Krystyną Śmigielską, która jest związana z Ukrainą. Jest to prozaiczka, która wydała powieść obyczajową i bodajże to będzie też jedno z pierwszych spotkań promocyjnych u nas, niedaleko od Jabłonny. Także bardzo zapraszamy. Zapiszcie sobie godzinę 12.00 w sobotę. Jako miejsce spotkania Księgarnia Arsenał na Starym Rynku 58.
[02:58:42] - A o godzinie 15.00 po raz kolejny spotkamy się z Igorem Frienderem, a właściwie z jego twórczością. Konkretnie będzie to czytanie dramatu „Jak obalić człowieka”.
[02:58:56] - To prawda i tutaj bardzo dziękujemy za współpracę Placówce Kawiarni Teatru Polskiego. Ona, jak przystaniemy przed teatrem na ulicy 27 Grudnia 8/10, to jest po lewej stronie na dole. Czyli warunki będą takie bardzo na luzie, bo będzie pewnie można sobie kupić piwo czy swobodnie porozmawiać. Kawiarnia jest bardzo przyjazna. Bardzo dziękujemy za umożliwienie tych prezentacji, mimo tego, że zaraz po naszych spotkaniach o godzinie 22.30 odbędzie się tam spektakl „Eksprawaganza”, a równocześnie też się będzie dział jakiś spektakl na deskach teatru. Ale my będziemy mogli zacząć takim akcentem czytania dramatu, którego podjęli się aktorzy Teatru Polskiego Kornelia Trapsowska i Jakub Papuga. Dramat ten ukazał się jako pierwszy w ramach naszej biblioteki Literatura STP przy współpracy z wydawnictwem Brat Pocojka, Trojka. Więcej chyba o tym nie będę mówiła, bo niech to będzie taką tajemnicą, gdyż „Jak obalić człowieka” to bardzo ciekawie brzmi, a jeszcze w interpretacji takiej aktorskiej także na pewno to będzie wspaniale zaskakujące spotkanie. A tuż po nim mamy niesamowite nazwisko Beaty Poźniak — aktorkę, reżysera filmowego, teatralnego, producentkę, malarkę, poetkę, która na co dzień mieszka w Los Angeles. Aktualnie też przyjeżdża do Warszawy i ona w wydawnictwie Austeria wydaje swój debiut poetycki „Poezja.
Dyskordia”. Także również to spotkanie będzie bardzo zaskakujące i ciekawe. I możliwość poznania tak wspaniałej postaci, że tak powiem, ze świata filmu, teatru. Bardzo zapraszam na to spotkanie. „Poezje. Dyskordia” — wiemy, że dyskordia to w mitologii rzymskiej jest bogini zamętu, niezgody i chaosu, a w kolei grecka to jest bogini Eris. Także mam nadzieję, że ta rozmowa potoczy się w bardzo ciekawy sposób i bardzo serdecznie zapraszam na te spotkania, żeby spędzić z nami tę sobotę w kawiarni Placówka Teatru Polskiego. Muzykę czy koncert, czy właściwie też czasami przy wierszach, które będą prezentowane podczas tego spotkania zagra nam gitarzysta fingerstyle Robert Kordylewski, który zaistniał bardzo szeroko jako gitarzysta, wokalista i kompozytor. On występuje zarówno solo, jak i ze swoim trio. Jego muzyka pozostaje w klimacie amerykańskiego folk bluesa z lat 50., ale szeroko wzbogacona harmonią jazzową, swingowym rytmem.
Z drugiej strony z tego tytułu, że jest to wykonawstwo i muzyka fingerstyle będzie to naprawdę muzyczny akcent, który nas zaskoczy, który nas złapie za serce. Gdyż Robert Kordylewski również ma swoje płyty autorskie, wydał ich kilka, prowadził warsztaty podczas Woodstocku, a jednocześnie występuje z wieloma czołowymi artystami polskiej estrady rozrywkowej. Współpracuje w tej chwili z Stanisławem Słowińskim, Aleksandrem Nowackim, Homo Homini. Grał na wielu festiwalach bluesowych i nie tylko. Jest to postać, która faktycznie może nas zainteresować. Ta sobota robi się bardzo ciekawa od strony artystycznej, literackiej i umożliwi to nam również porozmawianie podczas panelu dyskusyjnego pod hasłem „Motywacja Animacja”, gdzie Jolanta Ciechanowska, która prowadzi swoje inicjatywy literackie, Ania Taszkiewicz, Krystyna Śmigielska, a również Sergiusz Myszołgraj i Radosław Marcin Bart, którzy rozpętają wiele wydarzeń, inicjatyw w Poznaniu, porozmawiają i podzielą się swoim doświadczeniem na ten temat. Jednocześnie będzie czas na prezentacje poetyckie autorów Fundacji Otwartych na Twórczość, którzy również przyjadą z daleka oraz Grupy Literackiej Na Krechę. A najważniejszym punktem jest zakończenie tego dnia w postaci Turnieju Jednego Wiersza o statuetkę Kazimierza Rafalika. Do jurorowania zaprosiłam Ewę Biskupską, Marka Czuku, a także Agnieszkę Warzechę, która jest wicedyrektorem Miejskiego Domu Kultury nr 2 w Poznaniu, a równocześnie od lat jest związana z nami jako grupą, a jednocześnie promuje młodych poetów, artystów. Program jest bardzo bogaty, obszerny.
Na pewno każdy coś ciekawego dla siebie znajdzie. Mam wiele własnych, sentymentalnych czy ważnych punktów w tym programie, którymi może nie powinnam się dzielić, a każdy sam niech decyduje i wybierze. Najważniejsze, żebyśmy byli wszyscy razem w sali literatury, poezji i tak dalej.
[03:05:25] - Zatem, proszę państwa, między 26 a 30 września strach nie być dla tego, kto lubi literaturę, kto lubi poezję, to strach nie być w Poznaniu. Koniecznie się państwo do stolicy Wielkopolski wybierzcie.
[03:05:41] - Tym bardziej że ten projekt jest współfinansowany ze środków budżetowych miasta Poznania. Za co bardzo gorąco dziękujemy. To się odbywało też na ostatnią chwilę, z tego tytułu, że nasz zarząd powstał dopiero w styczniu. Reaktywujemy wszystko od zera. Zarówno kontakty, konta bankowe, są aktualizowane wpisy w KRS-ie. To wszystko się dzieje naprawdę z dosyć dużym nakładem czasu, siły, pracy. Także każdy ukłon w naszą stronę współpracy zarówno miasta Poznania, jak również Biblioteki Raczyńskich, która nam udziela siedziby, jest bardzo istotny. Pewnie powinnam wymienić partnerów naszego festiwalu, aby chociaż wybrzmiało, że jest to Biblioteka Raczyńskich, Fundacja Otwartych na Twórczość, Biblioteka Uniwersytecka, Zeszyty Poetyckie, Fundacja KulturAkcja, Wydział Pedagogiczno-Artystyczny Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu, Filia w Kaliszu, Księgarnia Arsenał, Pracownia Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego, Placówka Kawiarnia Teatru Polskiego, Wydawnictwo Widnowo, Miejska Biblioteka Publiczna imienia Adama Asnyka w Kaliszu, Biblioteka Publiczna Miasta Gniezna, Kuźnia Literacka, Grupa Literacka Na Krechę, Wielkopolska Izba Gospodarcza, Fundacja Historyczna Przetrwamy Pamięć, Klub Literacki Dąbrówka, Szkoła Podstawowa nr 28 imienia Kornela Makuszyńskiego w Poznaniu, Lokalny Ośrodek Kultury Farba, Muzeum Papiernictwa w Dusznikach-Zdroju. A tutaj zapatrzona bardzo dziękujemy Book Radio, gdzie odbywa się ta rozmowa. Tak samo wspierają nas Iza Smolarek oraz Alex Sławicki ze Studia Londyn Radio Net.
Patronatu podjęli się również Radio Poznań, kwartalnik „Fraza”, pismo „Postscriptum”, „Rocznik Kulturalny”. Na pewno w ramach tego festiwalu należałoby wspomnieć o wydarzeniach towarzyszących, które już się odbyły czy odbywają zarówno w Londynie, gdyż tam posiadamy swoich członków w oddziale. Jest to Dariusz Adam Zeller, a także Iza Smolarek, Alex Sławicki. I tam się odbywają londyńskie spotkania artystyczne pod hasłem „Literatura do Poznania”. Jedno już było 9 września, na następne czekamy 7 października. Część spotkań, które traktujemy jako wydarzenia towarzyszące festiwali „Literatura do Poznania”, to zapraszamy serdecznie i już wspominamy o tym, że 16 października o godzinie 18:00 w Bibliotece Uniwersyteckiej, czyli w nowej na Ratajczaka 38/40, będzie spotkanie z Teresą Tomsią i Eugeniuszem Tomanem, którzy w twórczym dialogu porozmawiają o książce „W nikającym obrodzie”. A książka ta została wydana z okazji 50-lecia Centrum Dialogu w Paryżu oraz 25-lecia współpracy z autorką. Także bardzo polecamy uwadze i zaplanowanie sobie czasu na to spotkanie. A w następnym dniu w Krakowskim Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego na Bronowskiej 14 gorąco zapraszamy na spotkanie o godzinie 18:00. To jest bodajże we wtorek 17 października, gdzie profesor Edward Balcerzan w rozmowie z profesorem Wojciechem Ligenzą z Krakowa będą rozmawiać o wierszach Bogusławy Lakie, której już nie ma wśród nas, członkinie naszego oddziału.
A tematem będzie książka „Poezja na nieoznakowanym szlaku”. Myślę, że wszystko w miarę omówiłam, że państwa to bardzo zainteresuje. Niech się dzieje, tylko proszę trzymać kciuki.
[03:10:03] - Trzymamy kciuki oczywiście.
[03:10:05] - Właśnie.
[03:10:07] - Z całą pewnością warto pod koniec września do Poznania skierować swe kroki, skierować pociągi, skierować samochody. Czymkolwiek państwo dotrzecie, to nieważne. Ważne, żeby w festiwalu wziąć udział. Ja pięknie pani dziękuję za dzisiejsze spotkanie i do usłyszenia.
[03:10:26] - Do usłyszenia. Bardzo dziękuję za rozmowę i pozdrawiam wszystkich słuchaczy, jak również tych, którzy planują przybyć albo interesują się literaturą do Poznania i chcą ją poznawać zgłębiać.
[03:10:42] - Proszę państwa, a teraz zrobi się ezoterycznie czy spirytystycznie właściwie, bo przez cały ubiegły sezon, czyli jesień, zima, wiosna od zeszłego roku na antenie radia Book Radio buszował sobie program. W poniedziałki był emitowany program zatytułowany „Bez Tajemnic”. To właściwie była retransmisja z kanału youtubowego o tym samym tytule „Bez Tajemnic”. I to jest kopalnia wiedzy o spirytyzmie w jego różnych przejawach. Muszę przyznać, że autor tego kanału potrafi zaskoczyć doborem tematyki, potrafi zaskoczyć ujęciem tematyki i to jest po prostu ciekawe. Ja postanowiłem państwu dzisiaj zaprezentować jeden odcinek, o tyle ważny, że autorem artykułu przedstawionego w tym odcinku jest zastępca redaktora naczelnego „Nieznanego Świata” Wojciech Chudziński. Spokojnie, proszę państwa, wiem, co mówię. „Nieznany Świat” ma dwóch zastępców redaktora naczelnego. Pierwszy albo drugi, obojętnie. Kolejność alfabetyczną przyjmijmy.
W każdym razie jeden to jest Piotr Cielebiaś, drugi Wojciech Chudziński. I Wojciech Chudziński jest autorem artykułu, którego bohaterem jest Franek Kluski. Ten artykuł przeczytany jest przez Agnieszkę Krzemień. Spytacie państwo: a kto to jest Franek Kluski? Już spokojnie wyjaśniam. To właściwie jest Teofil Modrzejewski, urodzony w roku 1873, zmarły w styczniu 1943 roku. Polskie medium oraz reporter prasowy w pierwszej połowie XX wieku zasłynął, przyznaję, to jest wycięte z Wikipedii, w związku z tym tu oczywiście musiało być zastrzeżenie, że zasłynął z rzekomej materializacji bytów duchowych. Ja tu na chwilę przerwę i poproszę na antenę Ivelliosa, który ma dla państwa ciekawą informację, którą sprzedał mi tuż przed audycją. Informacja dotyczy właśnie Franka Kluski.
[03:13:30] - Tak, bo ja nagrywam teraz nową wersję dźwiękową książki Paula Ozie „Czy umarli żyją?”. Kiedyś to już nagrywałem, ale stwierdziłem, że tamta wersja brzmi tak sobie. Wypadałoby dla celów chociażby wstawienia na YouTube'a nagrać to jeszcze raz porządnie. Autorem książki jest, jak już wspominałem, Paul Ozie, w wersji polskiej przedstawiony jako Paweł. Taka była kiedyś praktyka tłumaczeniowa, że się tłumaczyło wszystkie imiona. To był taki dziennikarz francuski, który delikatnie mówiąc, bardzo sceptycznie podchodził do spirytyzmu i do tematyki, którą dzisiaj nazywamy paranormalną. W książce pojawia się cały szereg wspomnień o różnych mediach. Jest między innymi Eusapia Palladino i cały szereg innych. Z większości mediów Paul Ozie się, że tak to ujmę, naśmiewa dosyć czasem niewybrednie. Ale jest jedno medium, z którego Paul Ozie się w żadnym momencie nie śmieje.
I jest to wiecie kto? Franek Kluski.
[03:14:40] - Tak, to już jest świetna rekomendacja. Ja jeszcze tylko dodam, iż świadkami seansów, w których brał udział Franek Kluski, był między innymi znany polski pisarz Tadeusz Boy-Żeleński, który napisał potem: „Nie silę się tu na tłumaczenie tych objawów. Nie mam w tej rzeczy nic do gadania, ale tak dla siebie raczej skłonny jestem patrzeć na to mediumistycznie, jak na jakąś siłę tak samo niezbadaną dzisiaj, jak była niezbadaną niegdyś elektryczność lub niedawno radium”. No to cóż, proszę państwa, ja zapraszam na artykuł autorstwa Wojciecha Chudzińskiego, zastępcy redaktora naczelnego Nieznanego Świata.
[03:15:42] - Kim był Franek Kluski? Tekst Wojciecha Chudzińskiego o ostatnim wielkim medium fizycznym XX wieku. Był ostatnim wielkim medium fizycznym dwudziestego stulecia. Nigdy nie przyłapano go na oszustwie, a sławy naukowe przyznawały, że to, co czyni na seansach, może nadwyrężyć dobre samopoczucie niejednego sceptyka. Franek Kluski. Prawdziwe nazwisko Teofil Modrzejewski. Człowiek wykształcony, bankier, pisarz i dziennikarz. W swoich czasach nie przyciągał takiej uwagi tłumów jak inne media: Daniel Douglas Home, Eusapia Palladino czy Rudi Schneider. Seanse z jego udziałem trwały zaledwie siedem lat, dlatego pozostałby pewnie postacią nieznaną, gdyby nie książka podpułkownika Norberta Okołowicza Wspomnienia z seansów z medium Frankiem Kluskim, wydana w 1926 roku, zawierająca blisko sto zdjęć i ogromną liczbę wypowiedzi naocznych świadków. Spokojny i zamknięty w sobie Kluski, będąc dzieckiem doświadczał ponoć wyjść poza ciało i widywał zmarłych krewnych oraz duchy zwierząt.
Również inne dzieci w jego towarzystwie mogły oglądać widma z zaświatów, co wywoływało u nich podszytą strachem niechęć do Franka. W 1918 roku czterdziestosześcioletni Modrzejewski przypadkiem trafił na seans innego sławnego medium, Jana Guzika. Wówczas obecni tam goście zorientowali się, że jest osobą sensytywną i zaczęli przeprowadzać eksperymenty, które przeniesione na grunt naukowy z czasem dały obfity plon. Liczba osób, jakie wzięły udział w spotkaniach z Kluskim, ostatecznie sięgnęła kilkuset. Byli to ludzie najróżniejszych profesji: profesorowie wyższych uczelni, wojskowi, zawodowi iluzjoniści i badacze mediumizmu. Wśród tych ostatnich najbardziej znani: profesor Charles Richet, laureat Nagrody Nobla z 1913 roku, profesor Gustaw Geley, dyrektor Instytutu Metapsychicznego w Paryżu, profesor Camille Flammarion, popularny francuski astronom oraz Hewett Mackenzie, honorowa dyrektor brytyjskiego Collegium Psychic Science. W gronie polskich parapsychologów znaleźli się między innymi inżynier Piotr Lebiedziński, Prosper Szmurło, założyciel i prezes Polskiego Towarzystwa Psychofizycznego, a także lekarze: Ksawery Watraszewski i Tadeusz Sokołowski. Jako że fenomen Kluskiego przyciągał szeroką publiczność, stając się w Warszawie wydarzeniem towarzyskim, na seansach z jego udziałem nie zabrakło postaci znanych ze świata polityki, kultury i biznesu. Wymieńmy na przykład Józefa Piłsudskiego, Józefa Becka, Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Juliusza Osterwę. Uczestnicy tych spotkań byli dobierani w sposób przypadkowy, a jednak większość z nich zgadzała się w jednym: mieli do czynienia ze spektaklem, którego nie da się stworzyć za pomocą trików i zręczności rąk.
Seanse z udziałem Kluskiego organizowano w różnych miejscach, przy czym, co istotne, również w jasnym świetle lamp. Ogółem odnotowano ponad osiemset manifestacji paranormalnych, a regułą stało się, że obecni na sali ludzie w ukazujących się zjawach rozpoznawali znane sobie, nieżyjące osoby. „Pojawiały się pod postacią mgły, stopniowo przybierały kształty i stawały się bardziej widoczne, z takimi szczegółami jak zmarszczki oraz zarost” — pisał obecny przy tych wydarzeniach Władysław Feliks Pawłowski, profesor aerodynamiki na Uniwersytecie w Ann Arbor, który znajdując się pod silnym wrażeniem tego, co przeżył w Warszawie, opublikował entuzjastyczne sprawozdanie z seansu. „Kilka manifestacji występowało jednocześnie, a często miało się wrażenie duchowej obecności wielu innych” — dodawał zaskoczony. Naukowiec odnotował, że zjawy ukazywały się w pewnej odległości od Kluskiego i podczas gdy niektóre z nich chodziły w zwykły sposób, inne unosiły się nad głowami siedzących. Te, które mogły mówić, robiły to w języku, jakim posługiwały się za życia. Było rzeczą oczywistą, że dysponują umiejętnością czytania w ludzkich umysłach, ponieważ precyzyjnie odpowiadały na pytania wyrażane w myślach. Niektóre wybierały komunikowanie się przez stukanie, a głosy tych, które przemówiły, opisywano jako doskonale czyste i o normalnej głośności, lecz brzmiące jak głośny szept. Dla spirytystów liczył się fakt, że podczas niektórych mediumicznych manifestacji Kluskiego pojawiały się widma zwierząt. Stanowiło to przeciwwagę dla przekonania, że po śmierci egzystują wyłącznie istoty ludzkie.
Uczestnicy seansów byli świadkami ukazywania się zjaw różnych naszych braci mniejszych. Pewnego razu pojawił się pies, który uzyskawszy fizyczny kształt, wskoczył na kolana jednej z osób. Innym razem przypominający jastrzębia ptak bijący skrzydłami o ściany i latający po pokoju. Tę niezwykłą manifestację udało się utrwalić na kliszy fotograficznej. Podobne obserwacje przydawały wagi wierzeniu, że łączące nas ze zwierzętami więzy uczuciowe nie zostają przecięte w chwili śmierci. Kilku ludzkim zjawom, jakie pojawiły się podczas eksperymentów, towarzyszył czworonożny przyjaciel, który odszedł w zaświaty już po śmierci swojego pana. Dokonywane przez Kluskiego manifestacje potwierdzały, że wszyscy nasi ulubieńcy przeżyją własny zgon. Na przykład jedna z materializacji przypominała lwa, który chodził dookoła, smagał ogonem meble i pozostawiał za sobą silny, gryzący zapach. Inna, nazywana pit Ekantropem, wyraźnie zaznaczała swą obecność, przesuwając meble i próbując obecnych lizać po twarzy. Niekiedy seanse trzeba było kończyć przed czasem, ponieważ atmosfera stawała się zbyt gorąca.
Pawłowski opisywał, jak Pitekantrop złapał za rękę pewną damę, a potem jej dłoń przyłożył sobie do twarzy. Tak ją to przeraziło, że straciła nad sobą panowanie i zaczęła histerycznie krzyczeć. Widma spełniały prośby dotyczące przesunięć sporych rozmiarów mebli. Czyniły to szybko i bez wysiłku. Jedna ze zmaterializowanych postaci poruszyła nawet ciężki posąg wykonany z brązu. Doktor Gustaw Geley z Paryskiego Instytutu Metapsychicznego relacjonował: „Wszystkie oglądane przez nas zjawy sprawiają wrażenie osób prowadzących zwykłe życie". Pawłowski przytakiwał z ochotą, dodając: „Chodzą wokół gości, uśmiechają się poznając znajomych i ciekawie spoglądają na tych, których widzą po raz pierwszy." Opisanym materializacjom towarzyszyły wirujące światła, aporty rzeczowe oraz trudne do zidentyfikowania hałasy i zapachy. Kluski z powodzeniem używał pisma automatycznego. Bywał też widywany w dwóch miejscach naraz. Te niezwykłe manifestacje występowały również w świetle dziennym, gdy medium wykonywało zwykłe, codzienne zajęcia.
Pawłowski wspomina, jak chodząca po pokoju Kluskiego pewna samoczynna materializacja uniemożliwiała mu zaśnięcie. Co interesujące, wykonane testy wykazały, że w pomieszczeniach, w których odbywały się seanse, dochodziło do nagłego spadku temperatury. Ustalono także, że gdy w pobliżu medium znalazł się kompas, jego wskazówki poczynały kręcić się jak szalone. Jednak do historii mediumizmu Modrzejewski wszedł dzięki dowodom materialnym na obecność produkowanych przez siebie zjaw. Są to wykonane w parafinie odciski, z których część przetrwała do dziś. Przechowuje się je w zbiorach Instytutu Metapsychicznego w Paryżu. Jak przebiegał ten proces? Otóż zjawę nakłaniano do zanurzenia kończyny w wanience z roztopionym woskiem. Kiedy potem znikała, odchodząc w inny wymiar, w pokoju pozostawały puste w środku formy poświadczające fizyczną obecność gościa. Były one doskonałe w każdym szczególe i dawały dowód nie tylko materializacji, ale i dematerializacji zaświatowego wizytanta.
W 1921 roku francuscy badacze potajemnie wprowadzili do płynnej parafiny rozpuszczalny cholesterol, by upewnić się, że każdy odcisk powstał w czasie, gdy przeprowadzano eksperyment. Po dodaniu kwasu siarkowego parafina stałaby się czerwona, a w końcu ciemnobrunatna i w ten sposób można by rzecz ostatecznie zweryfikować. Richet pisał, że podczas seansu on i Geley trzymali Kluskiego za ręce, a później odkryli, że w ustawionej w drugim końcu pokoju wanience zostały odciśnięte zmaterializowane dłonie i stopy dziecka. Po tym fakcie byli zmuszeni stwierdzić, iż to badanie daje niezbite naukowe dowody na materializację ektoplazmy. Jako naukowiec Richet uważał taką koncepcję za czysty absurd, lecz dodawał: „Tak, to absurd, ale cóż z tego, kiedy to prawda?" Kluski był w stanie dokonać materializacji zjaw przy zastosowaniu najbardziej surowych procedur, a więc nawet wówczas, gdy pozostawał nagi albo seans z jego udziałem przebiegał w jasnym oświetleniu. W niektórych przypadkach zjawy przybywały zaopatrzone w światło lub podnosiły tak zwane świecące tabliczki, żeby ludzie mogli im się lepiej przyjrzeć. Jedno z często goszczących widm miało zwyczaj w paranormalny sposób oświetlać gości siedzących przy stole. Możliwości mediumicznych Kluskiego nie ograniczały żadne stosowane przez badaczy środki kontroli. Jedyne problemy, jakie od czasu do czasu odnotowano, wiązały się ze stanem zdrowia Modrzejewskiego oraz z panującymi akurat warunkami atmosferycznymi. Istotne kłopoty sprawiały burze.
Zaobserwowano również, że gdy Kluski cierpi na jakąś fizyczną dolegliwość, wywoływane przez niego materializacje mają wyraźnie mniejsze rozmiary. Po takich seansach zdradzał oznaki wyczerpania, nie mógł spać i wymiotował krwią. Niektóre z tych objawów, jak przypuszczano, były konsekwencją ran odniesionych w pojedynku. Serce siedemnastoletniego Modrzejewskiego przeszyła na wylot kula wystrzelona z pistoletu. Podczas gdy wiele znanych mediów ograniczało się do wywoływania takich zjawisk jak dobywający się z nieznanego źródła zapach, odczuwany przez uczestników seansu dotykanie, nagłe podmuchy wiatru czy potrząsanie tamburynem bez kontaktu z instrumentem, Kluski zdawał się ukazywać umiejętności pochodzące jakby z wyższego poziomu mediumizmu. Dobrze udokumentowane, niesamowite zdolności tego człowieka stanowią twardy orzech do zgryzienia dla sceptyków i przeciwników parapsychologii. Krzysztof Boruń, pisarz i badacz zjawisk mediumicznych kwestię tę ujął tak: „Przy najdalej posuniętym sceptycyzmie i nieufności do mediów nie można znaleźć żadnych konkretnych podstaw, aby podejrzewać Modrzejewskiego o mistyfikację, a świadków jego wyczynów o naiwność. Teofil Modrzejewski był ostatnim wielkim medium fizycznym XX stulecia" — dodaje Boruń. Wraz z jego odejściem kończy się okres rozkwitu mediumizmu materializacyjnego. Znamienne, że po drugiej wojnie światowej nie słyszy się już o tej klasy mediach.
Czytała Agnieszka Krzemień.
[03:27:38] - Proszę państwa, a teraz czas na alchemię tworzenia. W poprzedniej audycji pojawił się odcinek pierwszy trzech historii i trzech bohaterów, a dzisiaj konsekwentnie odcinek drugi. A zatem Katarzyna Prychacz i trzy historie trzech bohaterów.
[03:28:06] - Dobry wieczór, buku radiowa ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. A jak Katarzyna Prychacz, to wiadomo co zaraz będzie. Alchemia tworzenia. Witam was w 29. odcinku podcastu o nazwie „Alchemia tworzenia” i o zdrowie pytam. Jak tam wiosna? Trochę ośnieżona czy może mniej? Dobra, ja się nie śmieję, bo lubię śnieżek, aczkolwiek u mnie było mało śnieżku, ale wiem, że gdzieś tam pośrodku Polski troszeczkę mieliście materiału do lepienia bałwanków. Także mam nadzieję, że dobrze spożytkowaliście śnieżek w moim imieniu.
Dobra, co dzisiaj? Oczywiście, że dalej kontynuujemy tradycję drugiego sezonu. I co my kontynuujemy? Kontynuujemy wymyślanko. Także dzisiaj myślę, że kolejne. Tak jak w poprzednim odcinku mieliśmy trzy historie trzech bohaterów, więc myślę, że dzisiaj też to zrobimy. Aczkolwiek o mały włos bym nie zrobiła dzisiaj odcinka troszeczkę o innej tematyce, ale dalej o bohaterach. To się z wami tylko tak na szybko podzielę, że w ostatnich tygodniach mój łazienkowy kran przeżywa jakiś kryzys i tak piszczy rozdzierająco, wniebogłosy, niezależnie od pory dnia. Myślę, że to jest kwestia ciśnienia w rurach, bo jak była większa wichura, to była jakaś masakra. Ale wiecie co?
Ten jego pisk jest taki żałosny. Nie, że patrzę na niego z politowaniem, tylko tak na poziomie empatycznym, aż mi serce rozdziera, jak ten kran musi cierpieć. Dlaczego wam to mówię? Bo może właśnie też macie taki kran. Może to byłaby inspiracja do stworzenia jakiegoś poematu na temat cierpiących kranów albo może po prostu jakiejś historyjki dla dzieci mniejszych bądź większych o cierpiącym kranie. Cierpienia młodego kranu na przykład. Zmierzam do tego, że nawet nasze domowe otoczenie może być niezwykle inspirujące i oprócz nieprzespanych nocy i porządkowanego mózgu tym dźwiękiem, to myślę, że to też często mogą być świetne inspiracje, czy to dla naszych bezpośrednio głównych bohaterów, czy może dla ich pomocników, a może dla jakiegoś trickstera w książce. Taki kran. To na przykład mogła być historia, która dzieje się w łazience. Od razu pomyślałam o takiej ożywionej wannie i sedesie.
Przypomniała mi się taka bajka z dzieciństwa, ale nie pamiętam tytułu. Może to były jakieś przygody dzielnego tostera albo coś takiego. Będę musiała to odszukać. Pamiętam to trochę jak przez mgłę i pamiętam, że też była scena, że te sprzęty domowe wylądowały też nawet na jakimś wysypisku śmieci. Wiem, że coś mnie tam bardzo wzruszyło, ale nie pamiętam dokładnie co. To mówienie do was zawsze inspiruje mnie. Inspirujecie mnie. Także dziękuję wszystkim, którzy mnie słuchają. Dobra, historia o kranie opowiedziana, także mogę sobie odfajkować. I przechodzimy do naszego dzisiejszego wymyślanka.
Jeszcze przypomnę w dużym skrócie. Czyli mam pulę nazwisk z jednego z moich projektów, a tam mamy imię, nazwisko i zawód tej osoby. Więc losuję sobie takie nazwisko. Potem losuję trzy karty z gry Dixit. To są karty z grafikami i na podstawie tych kart opowiadam coś na temat tej osoby. Taka szybka charakterystyka. A później z innego mojego narzędzia do tresowania kreatywności losujemy sobie trzy pisarskie piguły, ale nie cały zestaw, tylko trzy problemy. Właściwie do każdej postaci jeden problem i spróbuję wymyślić, jak ta postać sobie z takim problemem poradzi. No dobra, to lecimy i losujemy pierwsze nazwisko. Dobra.
Cóż my tu mamy? I drodzy państwo, Krystian Latawiec, mężczyzna lekkich obyczajów. Okej, mamy naszego tutaj lekkoducha. Dobra, to odłożę sobie Krystiana naszego na bok. I losujemy trzy karty Dixit. Biorę z góry, bo to tutaj w sumie i tak wszystko jest przemieszane. O proszę, jak jest ciekawie. Pierwsza karta, która mi się wylosowała, to jest grafika przedstawiająca baletki puste, bez użytkownika, ale ewidentnie w tańcu. Mamy też w tle gdzieś pajęczynę. Także myślę, że to Może on trenował balet od najmłodszych lat?
To taki trudny sport, wymagający. Właściwie to jak każdy zawodowy sport, trzeba jednak sporo krwi, potu i łez wylać, żeby faktycznie osiągać sukcesy. Ale ta pajęczyna sugeruje, że może te baletki są rzucone w kąt, czyli on może jednak z jakiegoś powodu zrezygnował z tego baletu. Druga karta. Mamy drzewo z różnymi planetami, jakieś chmury, orły nad tym wszystkim i to drzewo z grubymi korzeniami. Nawet jakieś węże chyba i ryby. A może to woda wypływa? Tak czy siak, na to drzewo czai się gościu z siekierą. Także tutaj nie wiemy, co się może zadziać dalej. Może być różnie.
Patrzę, bo w to drzewo są różne zwierzątka wmontowane. Tu jakiegoś jelenia. Im dłużej patrzę, tym więcej rzeczy z tego drzewa wychodzi. Tak jakby to drzewo było światem. I człowiek z siekierą. A może jakaś mroczna historia? Zaraz to będę składać, ale jakiś psychopata z siekierą? Czemu nie? Dobra i jeszcze trzecia karta. Tutaj mamy człowieka chyba na pustyni.
Właściwie może on tonie w ruchomych piaskach. Ogólnie gościu zasypany. Wystaje sama głowa i ręce. Popiersie można by powiedzieć. Popiersie, nazwijmy to tak, mężczyzny wystaje. I ów mężczyzna trzyma w lewej ręce batutę. Tak myślę, ponieważ wygląda, jakby dyrygował ptaszkami, które ponad nim siedzą sobie na gałęzi i śpiewają. Więc on zupełnie się nie przejmuje tym, że go piasek pochłania, tylko dyryguje. Co by to mogło mówić o naszym bohaterze? Może to, że kiedy obierze jakiś cel, to niezależnie, co się będzie działo, nawet jak świat się będzie walił, czy ruchome piaski będą go pochłaniać, on i tak dalej będzie robił swoje.
Może też to, że on dyryguje ludźmi? Może za wszelką cenę dyryguje ludźmi? Tylko myślę, w jakim celu miałby to robić? Jak sobie pomyślę o orkiestrze, mamy jakiś koncert, mamy dyrygentów, to oni to robią po to, żeby tworzyć piękno, żeby zachwycić publikę, żeby koncert był udany, żeby wspierać tych muzyków. Więc myślę, że może tutaj to dyrygowanie nie będzie wynikało z tego, że on był złym człowiekiem, tylko właśnie z takiej troski o innych. Nie wiem, czy empatia tu jest dobrym słowem w sumie, bo prawdę mówiąc, wiecie, jak to jest z tym doradzaniem czy braniem odpowiedzialności za życie innych. Ale okej, czyli mam ciekawy trop. Czyli tak, realizujemy założone działanie mimo wszystko. Tych ptaszków na tej gałęzi jest dużo, więc może on mężczyzna lekkich obyczajów, ale w tym wszystkim może on będzie pełnił rolę takiego terapeuty? Tak myślę, że to nie muszą być tylko klienci, a może to właśnie będą klienci, którzy będą czuli się bezpiecznie przy nim, w jakiś sposób będą się czuli zaopiekowani przez niego.
Jak jest baletnica, to co baletnic? No bo baletmistrz. Mamy mężczyznę, który tańczył w balecie i z jakiegoś powodu zrezygnował i został mężczyzną lekkich obyczajów. Dobra, to wracamy jeszcze do tej trzeciej karty z wariatem z siekierą. Czyli może jakaś sytuacja, może w jakiś sposób, jak mówiłam, że to drzewo byłoby tu światem, to może jego świat się zawalił z jakiegoś powodu i taki metaforyczny psychopata z siekierą ściął jego drzewo, jego wszechświat, przez co musiał zacząć na nowo. Myślę, że tragedia w rodzinie może. Nie wiem. Oj, chyba dzisiaj będę mieć jakiś trochę makabryczny odcinek. Słuchajcie, wpadło mi do głowy, że faktycznie go zaatakował psychopata z siekierą. Nie wiem, czy pamiętacie, była taka bajka Andersena.
Możliwe, że kiedyś o niej wam tutaj już wspominałam. Pewnie w pierwszym sezonie. To w sumie była bajka, przez wiele lat myślałam, że to ojciec mi czytał na dobranoc i ja jeszcze wtedy nie umiałam czytać. I ja myślałam, że ojciec mnie trollował tą bajką, bo ta bajka się skończyła w tak durny sposób, że ja nie mogłam uwierzyć. Naprawdę myślałam, że tata sobie żarty robił. I po latach, jak już ogarniałam czytanie i przypomniała mi się ta historia, odszukałam tą baśń. I kurczę, tata ze mnie nie żartował. Ta baśń naprawdę się tak skończyła. Okej, nie pamiętam tytułu. Może „Czerwone trzewiki” po prostu?
W dużym skrócie bajka trochę w sumie o próżności. Wiecie co? Nie będę wam spoilerować. Niemniej odcięto tam komuś nóżki i tak pomyślałam, że w sumie to mogłoby spowodować zrujnowanie kariery. Ale wiecie co? Może, żeby nie było tak makabrycznie, to może faktycznie on padł ofiarą jakiegoś seryjnego psychopaty mordercy? Znaczy mordercy, właśnie, czy on mordował? Myślę o tym, że może to był psychopata, który okaleczał swoje ofiary w jakiś sposób, więc próbował może odciąć nogi naszemu bohaterowi lub w ogóle to odciął obie i te nogi mu przyszyto, więc nasz bohater może się poruszać. W porę znaleziono, przyszyto, lekarze zrobili super robotę, ale nie może już tańczyć w balecie, więc to był koniec jego kariery. O matko.
Dobra, ale okej, nie będę się kłócić z moim mózgiem dzisiaj. Pewnie to są efekty tutaj piszczącego kranu. Wybaczcie. Okej, czyli już wiemy, w jaki sposób makabryczny załamała się kariera naszego bohatera. Wiemy już, jak jego świat się zawalił przez psychopatę z siekierą. Właśnie, widzicie, bo wróciłam do tej karty z tym piaskiem. Czyli nie bez powodu nie ma tutaj dolnej części ciała naszego bohatera. Okej, ale dusza tancerza, dusza wrażliwa na muzykę została. Czyli może on ma zawód, jaki ma aktualnie, ale może też ta muzyka. Wiecie, co jeszcze mnie intryguje?
Może on stosował coś takiego. Nie wiem, czemu ja się tej terapii, cholera, przyczepiam. Tak naprawdę rozmowa z każdym człowiekiem może być dla nas terapeutyczna, jeżeli odpowiednio się skupimy na niej czy wyjmiemy wnioski z obserwacji na przykład naszego rozmówcy na nasz temat. Ale pomyślałam, że może właśnie on będzie świetny w swoim zawodzie. Tak jak mówiłam, każdy cel mimo wszystko będzie przez niego zawsze osiągnięty i to może właśnie w świetnej jakości. Więc może właśnie on będzie znany w tym światku i będzie słynął z tego, że zawsze dba o to, żeby piękna muzyka była w trakcie i że zawsze dobiera muzykę do nastroju może swojego klienta lub klientki. Ciekawe tropy. Dobra, coś już wiemy na jego temat. Ja tutaj się, cholera, rozgadałam. Czas dzisiaj leci jak szalony.
Więc co? Odpalamy pisarskie piguły i zobaczymy, z jakim problemem będzie się musiał zmierzyć nasz bohater, nasz Krystian. Słoik otwarty, nastąpiło zwolnienie blokady losującej i lecimy. Mamy pierwszą pigułeczkę, znaczy jedyną na dziś, jedyną na Krystiana. Okej, odpalamy. Dobra i zaraz zobaczymy, jakiż tutaj problem nam się wylosował. Hu, hu, hu. No dobra, jest na grubo. Krowy dają sok pomarańczowy z lodem zamiast mleka. Matko z córką.
Ale przyrzekam wam, że kiedy wymyślałam te problemy, to nie byłam pod wpływem piszczącego kranu, więc czekajcie, bo to chyba nie było... To znaczy, że może jednak piszczenie kranu mnie ulecza. Dobra. Krowy dają sok pomarańczowy z lodem zamiast mleka. O matko. Weźmy to może dosłownie. Pójdźmy w jakiś absurd. Czyli co? W jednej chwili w całym mieście wszystkie krowy dają ten sok pomarańczowy. Jeszcze tutaj w ogóle z lodem.
W sumie zaczyna się, że doimy krowę jak taki dystrybutor, że tutaj wypada może lód kruszony. To będzie taki, jak się nazywa, slushy? Jak były te takie napoje lodowe? Okej, człowiek research siedzi na ławce rezerwowych, nie odzywa się. Kto wie, ten wie. Dobra, krowy. A może jednak to nie będą dosłownie krowy? Trochę jakoś nie widzę tego. Może w tym mieście będzie jakaś firma. Może będą takie automaty, wiecie, jak można kawę na pieniążek, to że może można było kupić jakieś mleko, różne rodzaje mleka dojone z krów, dojone z migdałów, soi i tak dalej.
Pomyślałam o kartonikach z mlekiem, że jakiś szachraj tutaj podmieniłby te kartoniki. Ale to takie trochę błahe. Wyobrażałam sobie taki dystrybutor, który by imitował prawdziwą krowę i że naprawdę, żeby pozyskać z niej mleko, to czy to taka mechaniczna krowa by była, ale i tak trzeba by ją wydoić. Oj, grube te historie dzisiaj będą. Okej, ale jaki to by problem stanowiło? Przyjmijmy ten wariant, że po prostu mleko jest kradzione, że w całym miasteczku nie ma mleka w tych dystrybutorach. Już niech będą kartoniki. Zróbmy kartoniki. Już nie idźmy w jakieś mechaniczne krowy. Więc tak, mamy dystrybutory z kartonikami i oczywiście, że jakiś tam zły szachraj podmienia mleko na sok pomarańczowy.
I teraz w jaki sposób to stanowi problem? Myślałam o upadku gospodarki i przemysłu w danym miasteczku, ale wiecie co? Może po prostu będzie się zbliżał festiwal mleka. Może to miasteczko słynie z tego, że ma różne rodzaje mleka z różnych zwierząt i roślin i coroczny festiwal mleka stanął pod znakiem zapytania, ponieważ nagle w jakiś magiczny sposób zniknęło całe mleko. I zostało podmienione. Może te krowy, które dają sok pomarańczowy z lodem, w tym miasteczku dystrybutory z mlekiem są potocznie nazywane krowami. A może są stylizowane, że taka bajkowa krowa stoi i w brzuszku ma całą ofertę z tym mlekiem. Czyli mamy zagrożony festiwal. Teraz skąd nasz bohater? Co ma to wspólnego z naszym bohaterem?
Nasz bohater. Może po prostu klient jego? A może za dnia jest mężczyzną lekkich obyczajów, ale pod osłoną nocy jest organizatorem eventów, event managerem. Akurat w tym roku miał zadebiutować. Poproszono go o organizację tego festiwalu. To było wielkie zlecenie i on chciał, żeby wszystko było idealne. A jak już wiemy, jak się jakiegoś celu podjął, to musiało być wysokiej jakości. A tu cholera! Może być tak, że po raz pierwszy od dekad festiwal się nie odbędzie, bo najzwyczajniej w świecie nie ma mleka. Dobra, mamy problem.
Podoba mi się to. Wiecie co? Skoro on jest taki empatyczny i klienci go uwielbiają i jest ceniony, to może przyznał się swoim klientom, jaki inny zawód uprawia i poprosił ich o pomoc. Policja zajęła się szachrajem od podmieniania mleka, ale tak czy siak show must go on i oni nie mogą tego pospieszyć. Teraz myślę jeszcze, gdzie byłby problem. A w okolicznych miasteczkach nie ma mleka. Oni są dystrybutorem głównym, więc nasz bohater wpadł na pomysł, że nie będzie się przejmował tym, że może być porażką to, że na festiwalu mleka nie będzie mleka, tylko postanowił tą porażkę obrócić w sukces. Dokładnie, chyba tak brzmi to zdanie. I zrobić festiwal soku pomarańczowego? Może zebrał wszystkich najznamienitszych miksologów i stworzyli różne warianty tego soku.
Stwierdzili, że coś i tak z tym sokiem z dystrybutorów trzeba zrobić. Więc mimo że nie było mleka na tym festiwalu, to dzięki temu, że Krystian miał tyle kontaktów do różnych osób, udało mu się zebrać całą ekipę artystów i ten festiwal, mimo że nie miał mleka, to był ku czci mleka, ku pamięci, ku uświetnieniu. Na cześć mleka był ten festiwal mimo wszystko i artyści tańczyli, śpiewali, były jakieś inscenizacje. Sami uczestnicy festiwalu też mogli dołożyć jakąś artystyczną cegiełkę, żeby ten festiwal był mimo wszystko tradycyjną, dobrą zabawą, świetnie spędzonym czasem. I oczywiście okazało się, że to był ogromny sukces, który odbił się takim echem po wszystkim, kiedy już ujęli tego szachraja, kiedy już wszystko wróciło do normy i oczywiście mleko wróciło do normy, to mimo wszystko mieszkańcom miasteczka tak spodobał się ten wyjątkowy i nietuzinkowy event, który przełamał stuletnią ponad rutynę, że mimo że kolejne festiwale już były z mlekiem, to jednak ta część artystyczna została, ponieważ robiła jeszcze większą robotę niż sama degustacja mleka czy pokazy produkcji i tak dalej. I oczywiście Krystian dostał kontrakt na 10 lat albo nawet na więcej, albo dożywotni kontrakt na organizację eventów, tej części artystycznej. Mamy to, historia jest. Poszło nam fajnie. Lecimy dalej, bo już dużo ględzę, a jeszcze dwóch bohaterów mamy, nie? Dobra, losujemy.
Mam nazwisko. Mirosława Piernik, właścicielka piekarni. Mamy Mirosławę naszą. Mirosławę. I losujemy trzy karty dla Mirosławy. Właścicielka piekarni. O matko, ile tu się dzieje! Dobra. Pierwsza karta to mamy otwartą księgę. Najpewniej jest to księga z baśniami albo z bajkami właściwie.
Mamy rycerza na koniu z lancą. Nie, czekajcie, to jest dzida. To jest dzida. Nie lanca. Tarcza, hełm, dzida. Tak czy siak rycerz. Natomiast na drugiej stronicy mamy wyrwaną taką dziurę dosłownie w księdze. I z tej czarnej, ciemnej dziury wyłazi jakaś macka, jakaś łapa potwora, więc ewidentnie ten rycerz przyszedł pokonać potwora. Co to może symbolizować o Mirosławie? Może bujną wyobraźnię?
Właścicielka piekarni. Może będzie miała bajkową piekarnię, że przekraczając próg jej piekarni, jest dosłownie tak, jakbyśmy trafili do baśni. Może do chatki złej czarownicy? Kto wie? Zaraz zobaczymy. Ale ciekawy trop. Może ona jest pasjonatką, uwielbia baśnie. Może pisze te baśnie, może opowiada, a przy okazji jest właścicielką piekarni. Druga karta. Tutaj mamy trofeum, głowę jelenia na ścianie i ten jeleń płacze, a naprzeciwko niego w kojcu siedzi kotek i patrzy na niego.
Co to może znaczyć? Może to, że ona jest w pewnym sensie nieszczęśliwa, samotna, bo tutaj jest wielka biała ściana i właściwie to puste mieszkanie. Wygląda, jakby mieszkańcem tego mieszkania był kotek. Sam na dziko mieszkał. To mieszkanie jest zupełnie puste. Tu jest tylko kojec, miseczka i talerzyk przy kotku. I ta głowa jelenia. Teraz pytanie, czy ona jest samotna, czy jest samotna w tłumie, w sensie takim, że ma rodzinę, ale czuje się samotna. Tu jest tak pusto, zimno. Okej, więc ona jest samotna.
Mieszka sama w wielkim domu i ta piekarnia jest jej dzieckiem, perełką, radością w jej życiu. I trzecia karta to jest domek dla lalek. Pomyślałam, że może zawsze jej się marzyło, jak była mała, że będzie miała piękny domek jak jej lalka, że będzie tyle różnych kolorowych, pięknych pomieszczeń z meblami. Że będzie takie ciepło domowe. Może ona marzyła o czymś takim. Może nie miała tego ciepła i tylko żyła sobie nie ułudą, ale wyobraźnią. Może ten domek dla lalek był dla niej odskocznią od smutnego, rzeczywistego świata i ona sobie wyobrażała, że to ona w tym pięknym domku żyje tak jak jej lalka. I kiedy dorosła, to faktycznie dzięki temu jej wyobraźnia i zamiłowanie do baśni było bardzo rozwinięte. Natomiast silne pragnienie ciepła domowego pozostało i przez to była nieszczęśliwa, bo niestety nie udało jej się jeszcze tego domu zbudować. Okej, myślę, że tutaj mamy to, co najważniejsze na jej temat i zobaczymy teraz, z jakim problemem będzie się mierzyła.
Jakby ta samotność już nie była problemem. To jeszcze muszę jej dokładać. Dobra. Kosmiczna gąbka spadła do jedynego jeziora w mieście. Wow! Jak nie krowy, to gąbki kosmiczne. Kosmiczna gąbka. Ale wiecie co? Dobra, już mam. Myślę, że ta gąbka nie będzie kosmiczna dosłownie, tylko że może niedaleko jej piekarni jest park miejski i tam jest zbiornik wodny i może coś tam się zalęgło.
Może glony, czy może trucizna. Może jakieś chemikalia. Teraz myślę, czy te chemikalia by wpływały, bo mogłaby to być zatruta woda. Dobra, coś się zalęgło w tym jeziorze. Kosmiczna gąbka, bo przez nią woda w tym zbiorniku zrobiła się nie jak benzyna, ale wielokolorowa, bardziej jak galaktyka. Dlatego tę gąbkę nazwano kosmiczną, bo stało się coś dziwnego w tym zbiorniku. Jedyne jezioro w mieście. Załóżmy, że to jest miasto, więc nie będzie tam lasów, rzek, potoków. Może rzeki mogą być, tylko nie będzie jezior. Więc mamy tylko zbiornik retencyjny?
Nie, dobra, niech to jest faktycznie jedyne. Miasto ma małe jeziorko i to jeziorko zostało zanieczyszczone. Oczywiście przez to, że nie wiadomo, co to jest, mieszkańcy dostali zakaz zbliżania się do tego jeziora. Oczywiście jezioro zostało odgrodzone, teren został zabezpieczony. I teraz nasza właścicielka piekarni, Mirosława. Co ona by tu mogła zrobić? Myślę, czy ona musi się mierzyć bezpośrednio z tym problemem, czy może po prostu sprawić, żeby ten problem był mniej uciążliwy dla ludzi? Bo faktycznie w miasteczku zapanował chaos i tragedia. To jezioro było punktem spotkań wszystkich mieszkańców. Ludzie chodzili i na spacery, na randki i tak dalej.
To było takie centralne miejsce, cały ten park, gdzie się wszyscy mieszkańcy spotykali. Oczywiście niedaleko była ta piekarnia i inne sklepiki. Myślę teraz z tą samotnością. Może mimo tego, że ta piekarnia była fajna, bajkowa Ale faktycznie sama Mirosława była wycofana, była w stanie depresyjnym, była nieszczęśliwa i samotna. Nie zauważała tego, jak wiele ludzi ją ceniło. I ta sytuacja z gąbką może to pokaże. Może ci ludzie będą załamani, w panice próbowali się przedostać czy zrozumieć, co się dzieje, bo jezioro nie dość, że zostało odgrodzone, jest pełno namiotów, badacze przyjeżdżają z różnych innych miejsc i spokój mieszkańców został zaburzony. Mirosława popatrzyła przez okno swojej piekarni i pomyślała sobie, że ci ludzie, którzy siedzieli na ławkach czy stali przy taśmie odgradzającej, wszyscy byli smutni. I ona sobie autorefleksję zrobiła i pomyślała, że w sumie to chyba ona też tak wygląda każdego wieczora, kiedy wraca do tego pustego domu. Pomyślała, co by jej poprawiło nastrój.
Postanowiła, że wzięła zapas swoich ciasteczek bajkowych, różnych lizaków i z koszyczkiem ruszyła w teren i zaczęła pocieszać mieszkańców, mówiąc, że na pewno to wszystko się wyjaśni i że na razie lepiej zamiast się zamartwiać, skoro i tak spędzali tam czas razem, spotykali się, cieszyli się nad tym jeziorem, to może mimo wszystko powinni się cieszyć w tej części miasta. Stworzyła oddolny ruch. Może nie ruch, to za duże słowo. Bardziej chodzi o to, że ci ludzie faktycznie zaczęli się zbierać wokół piekarni, wokół pozostałych kawiarenek i innych sklepików. I mimo wszystko ten dzień został uratowany, ponieważ wszyscy darzyli się ciepłem i jeszcze bardziej zacieśniali więzy w miasteczku. A na drugi dzień okazało się, że ta gąbka to był głupi żart. Jakaś farba została tam wlana i to wcale nie było trujące i już na drugi dzień jezioro mogło dalej funkcjonować. Dobra, mamy to? Mamy to. Lecimy dalej.
Kolejny nasz bohater, trzeci na dziś. Okej. Dobra, mamy nazwisko. And the winner is Stefan Kloszard, konserwator lamp ulicznych. Klosze konserwował. Okej, Stefan Kloszard, konserwator lamp ulicznych. Już jest fajnie. Lampy uliczne. Trzy karty dla naszego Stefanka. Dalej widzę, jesteśmy w klimacie bajek i różnych rzeczy zabawkowych.
Dobra, to tak. I w sumie w smutku też jesteśmy, widzę. Pierwsza karta to jest witryna sklepowa, zabawki. Tutaj mamy ubranka, samolociki, króliczki i mamy też pajacyka, taką laleczkę, chłopczyka w obszernych spodenkach, w czapeczce. Ta zabawka jest smutna. Mamy też króliczka w tle, trochę puste spojrzenie i psychopatyczny uśmiech. Okej, zaraz pomyślimy. Już mi się trochę lęgną pomysły. Pomyślałam, że Stefan, zanim został konserwatorem lamp ulicznych, to może był konstruktorem czy tworzył zabawki. Budował zabawki i sprzedawał je, miał swój sklepik, więc może to jest trop.
Druga karta to jest mężczyzna, który ma wielką księgę lub gazetę. Siedzi w parku na ławce. Jest wieczór, nocne granatowe niebo i na tym niebie są litery, więc w sumie to albo mogą wypadać z tej gazety, albo zamiast gwiazd są złote litery na niebie. Bardzo ciekawa wizja. Chciałabym kiedyś coś takiego zobaczyć. To naprawdę musi być piękne. Okej, więc mężczyzna z gazetą. Może ten Stefan będzie przesiadywał w parku? Dużo dziwnych skojarzeń nam się robi. Człowiek, który robił zabawki, przesiaduje w parku.
Ale wieczór jest, jest właśnie noc, gwiazdy, więc może on będzie wychodził do parku, żeby oglądać gwiazdy i może on będzie czytał z tych gwiazd. Nie mam tu na myśli wróża jakiegoś, tylko bardziej coś takiego jak inspiracje, że może jego sklepik słynął z tego, że każda zabawka miała swoją historię. I może, mimo że on już nie ma tego sklepiku, to mimo wszystko tak jak zawsze idzie do tego parku i spisuje może tym razem te historie, bo trzyma taką księgę wielką, to wygląda niekoniecznie jak gazeta. Może on w nocy siedzi i spisuje historie, które zwykle przypisywał zabawkom, pisze takie historyjki. A lampy uliczne za dnia, bo co? Przecież wieczorem świecą. Czyli za dnia on je konserwuje, a wieczorami spisuje historie. Okej, mamy to. I jeszcze mamy Ostatnią kartę, dosyć niepokojącą. Ogólnie scena taka, są takie teatrzyki lalek czy pacynki, że ktoś siedzi w pudełku za kotarką i takie małe pacynki z przodu widać, taki mały teatrzyk.
I tutaj ten teatrzyk to jest, że babcia czy starsza osoba i młodsza osoba, dziecko, wygląda jak dziecko, chłopczyk. I teraz z jednej strony można w pierwszej chwili pomyśleć, że ta babcia daje chleb, taką bagietę długą temu chłopczykowi. Natomiast ta babcia ma groźny wyraz twarzy i się zastanawiam, czy ona może nie straszy tego dziecka pałką jakąś, a nie bagietą. Ale dobra, weźmy bagietę, bo to może będzie trochę łagodniejsze. Ale, żeby nie było, to wszystko nie dzieje się w pudełku, tylko właściwie to się dzieje pod fartuchem we wnętrzu tej babci, która też ma minę jakąś cwaniacką, że ona unosi fartuch i nam pokazuje jakąś historię, że może tą bagietą straszy tego dzieciaka. Aż przerażająca jest ta karta. Ale może to jest przeszłość naszego bohatera, że może on pochodzi jednak z rodziny, gdzie miał surową babcię, może nie miał rodziców, wychowywała go surowa babcia, a może nawet nie rodzona babcia. Myślę, czy może po prostu jakaś baba go wychowywała. Baba Jaga. Taka naprawdę Baba Jaga groźna.
Może to była ta motywacja, że nasz bohater był-- oj, dzisiaj widzę przyświeca nieszczęście nam. Ja nie wiem. Że nasz bohater miał bardzo nieszczęśliwe dzieciństwo. Już nie wnikajmy, czy to była babcia, czy jakaś opiekunka, czy kto go tą bagietą straszył, ale to sprawiło, że nasz bohater przez to postanowił robić te zabawki, że on nie miał żadnej zabawki, a zawsze chciał. Zawsze chciał, żeby ktoś mu podarował zabawkę czy żeby spędził czas z nim, zainteresował się nim w taki pozytywny sposób. I mimo że on tego nie dostał i nie miał takiej osoby, to postanowił, że taką osobą będzie. Inaczej, że będzie dostarczał możliwości, tak jak robił te zabawki. Może dlatego musiał zamknąć sklep, ponieważ on rozdawał zabawki, że oprócz tego, że oczywiście były zabawki na sprzedaż, to miał też taką pulę zabawek, którą zanosił czy dawał dzieciom z biedniejszych rodzin czy potrzebującym dzieciom, czy tak po prostu miał gest. A że niestety prawo nie wspiera takich rzeczy, bo nie wolno dawać za darmo, tak jak jedzenia, tak i zabawek, to się skarbówka uwzięła na niego i przez to zmusili go do zamknięcia tego sklepu. Więc mamy czemu zamknął sklep i już nie pracuje.
Mamy dlaczego w ogóle zaczął. I oprócz tych zabawek, po to były do każdej zabawki te historie, żeby też pokazywać poprzez te zabawki, że to nie tylko zabawka, że ta zabawka też może być takim rodzajem wsparcia, przyjaciela, że te historie zawsze miały jakiś taki mądry morał. Dobra, to mamy tutaj naszego konserwatora i zobaczymy, z jakim problemem się musi zmierzyć. Dobra, mamy problem. Zaraz się dowiemy jaki. Okej. O matko. Szalony kot podpala stodoły. Dobra, na bogato jest. Szalony kot podpala stodoły.
Może to będzie jedna z jego bajek. Ale jaki to byłby problem? Może problemem będzie tutaj to, może on publikował te bajki, tu jeszcze tę gazetę trzyma. A może on miał w jednej z gazet codziennych rubrykę na te swoje bajki. Codziennie? Codziennie. Codziennie była publikowana jakaś krótka opowiastka, jakaś przypowieść, bajeczka, którą on tworzył i w pewnym momencie wokół miasteczka, myślę, bo czy to było miasteczko? Ile stodół może być w mieście? Może to była mała mieścina, bardziej wieś, więc tam większość mieszkańców miała stodoły. I zaczął tam grasować seryjny podpalacz i zawsze zostawiał rysunek kota na spalonej stodole.
Graffiti takie. I okazało się, że właściwie to jedna z bajek, którą publikował Stefan, dokładnie mówi o takiej historii. Więc Stefan stał się głównym podejrzanym, że to on, że jest takim starcem, zdziwaczałym konserwatorem lamp ulicznych, który miał szemrane, dziwne zabawki, rozdawał dzieciom i że na pewno jest jakimś psychopatą. Taki samosąd, jak to czasami się zdarza. Więc faktycznie to było problemem dla niego i dla miasteczka. Ale dzięki temu, że Stefan był odrzucony przez wszystkich. To znaczy odrzucony, myślę, bo cholera, jak był podejrzanym, pomyślałam, że mógłby sam prowadzić śledztwo, ale Przydałby się tu jakiś sojusznik. A może zdołał przekonać policję? Może miał solidne alibi. Był monitoring w tej mieścinie, więc nie mógł podpalać tych stodół, skoro było widać, kiedy naprawiał lampy na swojej trasie, którą miał, ale też w parku, tam, gdzie siedział na ławce co wieczór i pisał swoje bajki, tam też była kamera.
Czyli ewidentnie wiedzieli, że to nie on był tym podpalaczem. Ale z racji, że podpalacz miał swój modus operandi — zawsze to odwrócę, ale to chyba tak. Okej, założyłam, że on się zainspirował tą bajką. A może to była pierwsza sprawa, a potem okazało się, że tymi bajkami się inspirował ten psychopata. Pomyślałam o tym, że Stefan zostałby konsultantem i pomagał ścigać tego naszego złoczyńcę. Jeżeli to faktycznie miałby być seryjny podpalacz, to okej, mamy podpalanie stodół, mamy tego szalonego kota. Tak tam było? Szalony kot, czy po prostu kot? Szalony kot. Tak nazwali tego podpalacza.
Ale w jaki sposób Stefan mógłby pomóc? A może Stefan po prostu wejdzie w dialog z nim za pośrednictwem tych swoich bajek, wejdzie w dialog z tym podpalaczem i dzięki temu policja go złapie. I tak Stefan pomoże rozwiązać ten poważny problem i te zniszczenia, bo jednak w stodołach trzyma się tam dobrobyt. Dobra, okej, jest fajnie. Mamy to. Czyli Stefan stał się najbardziej sławnym konserwatorem lamp ulicznych, bo został bohaterem — pomógł ująć złego, przebiegłego podpalacza. O! I wiecie co? Dajmy mu jakiś happy end, że oprócz tych bajek wszyscy dowiedzieli się o jego przeszłości. Bo samosąd, więc ludzie zaczęli wykopywać różne brudy i dotarli do tego sklepu.
I może właśnie dzięki temu, po tym wszystkim Stefan zaczął uczyć, prowadzić zajęcia takie jak robić zabawki i jak tworzyć historie. Więc z czasem ta ławka i okolice ławki w parku się zagęściły. Stefan sobie siedział i uczył innych, jak czerpać inspirację z otoczenia, jak czytać z gwiazd różne historie i potem jak tworzyć zabawki czy różne projekty z tym związane. No dobra, mamy kreatywność. Było trochę i smutno, i było makabrycznie, ale myślę, że chyba zawsze fajne happy endy wyszły dzisiaj. Fajnie. Dzisiaj nie będę łączyć tych historii na siłę. Ostatnio mi się tak fajnie połączyły w klamrę jedną. Ten gabinet burmistrza stał się punktem wspólnym. No dobra, słuchajcie, zaczęło się makabryczno, smutno, ale sama bym poszła na takie warsztaty.
Wyobraziłam sobie tych wszystkich ludzi siedzących razem w parku przy tej ławce i patrzących w gwiazdy. Wiecie co? Będę się karmić dzisiaj tą wizją liter zamiast gwiazd. Nie wiem, jak wy to widzicie, jak wam się podoba ta wizja, ale aż się poczułam zrelaksowana. Kurczę, idę się chyba pogapić w niebo. Nie wiem, jak bardzo teraz chmurki są, ale okej. Ja się idę inspirować niebem. Wam oczywiście też życzę mocy inspiracji jak zawsze. I co? Słyszymy się za tydzień.
Trzymajcie się cieplutko. Pa.
[04:14:06] - Proszę państwa, mało dzisiaj mówiłem o tym, że to jest dwusetne wydanie audycji. Dwusetne wydanie „Bibliotekarium”, pięćdziesiąte wydanie „Bibliotekarium 2.0”. Wypadałoby świętować, wypadałyby jakieś obchody, jakieś korki od szampana powinny strzelać. Nie, aż tak zabawnie nie będzie. Ale tak jak powiedziałem, z biegiem lat, z biegiem dni ja się staję coraz bardziej sentymentalny. A dwusetne wydanie „Bibliotekarium”, czy też pięćdziesiąte wydanie „Bibliotekarium 2.0” to jest świetna okazja, żeby przypomnieć, jakie były początki. I teraz mam dla państwa niespodziankę. Cóż, zobaczymy, jakie były te początki. A zatem zapraszam na pierwszy odcinek „Bibliotekarium”. Oho, jakie to zamierzchłe czasy były.
Pierwszy odcinek. Nie przerażajcie się państwo. Ja wiem, że teraz „Bibliotekarium” potrafi trwać osiem godzin, ale nie, pierwsze „Bibliotekarium” trwało godzinę i bodajże naście minut. Także zapraszam na to pierwsze „Bibliotekarium”. Mam do tego wydania wielki sentyment. Usłyszycie państwo w dodatku Wiktora Żwikiewicza. Toczymy sobie ostrą, światopoglądową? Nie. Taką lajtowo filozoficzną dyskusję o rzeczach różnych. I co tu będę wiele gadał.
Zapraszam. „Bibliotekarium” numer jeden przed państwem.
[04:16:27] - Czy książka jest do czytania? Pozornie głupie pytanie, a jednak w świecie nieludzkim poczesne miejsce zajmuje zasada: dopadnij, zabij i zeżryj. A na o społecznym sukcesie gatunku Homo sapiens od ujarzmienia ognia po internet tak naprawdę decyduje sztafeta. Zdobyłeś coś? Pięknie. Więc podaj dalej. Możesz przeczytać książkę, ale ona i tak umrze, jakby jej nikt nie czytał. Chyba że trafi na jakieś forum wymiany poglądów. Bo tak naprawdę książka jest do rozmawiania o niej. Książka może być głupia, ale wymiana poglądów zawsze ma szansę ujawnić nieoczekiwaną wartość.
I tego będą dowodzić w nowej audycji na antenie Radia Paranormalium zatytułowanej „Bibliotekarium” autorzy audycji: znany i ceniony autor książek science fiction Wiktor Żwikiewicz. Dobry wieczór, panie Wiktorze.
[04:17:24] - Witam, witam.
[04:17:25] - Oraz drugi człowiek ukąszony przez demona literatury, znany między innymi z debat ufologicznych pisarz science fiction i współpracownik „Nieznanego Świata” Marek Żelkowski. Dobry wieczór, Marku.
[04:17:38] - Dobry wieczór tobie, Marku i dobry wieczór wszystkim słuchaczom.
[04:17:41] - Gospodarze audycji zaczną spotkanie ze słuchaczami od kilku słów o książce Richarda Dawkinsa „Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa”. Nie ma jednak najmniejszych szans, aby pozostali przy tym temacie zbyt długo, bowiem książka rottweilera Darwina jest wprawdzie ciekawa, ale nie na tyle, żeby powstrzymać obu panów przed chwytaniem wiatru w żagle i zabraniem ciebie, słuchaczu i ciebie słuchaczko w świat rozważań o nauce, literaturze, filozofii i szaleństwie racjonalnego świata. Już teraz na żywo na antenie Radia Paranormalium. Panowie, przekazuję wam mikrofon.
[04:18:20] - Dziękujemy. Ja co prawda od początku mam wątpliwości, czy powinniśmy startować z audycją trzynastego w piątek. Wiktor jak zwykle ma na ten temat odmienne zdanie, ale to może zamiast opowiadać jakie ma zdanie, to oddam mu głos.
[04:18:35] - Ja mam inny problem, o wiele poważniejszy. Ja w ogóle się zastanawiam, że my tutaj próbujemy dyskutować o książkach w sytuacji, w której ja jestem rękami i nogami przekonany, że dawno nastąpił koniec książki, że książka już przestała być czymkolwiek ważnym w naszej cywilizacji. A my tutaj chcemy o tych rzeczach nieważnych, tak?
[04:19:01] - Ja nie wiem, czy nieważnych. Ja się jak zwykle z tobą nie zgadzam, bo uważam, że książka towarzyszy mnie na co dzień. Zdaję sobie sprawę, że książka nie jest towarem dla niektórych szczególnie atrakcyjnym. Niemniej głoszenie takiej tezy, że otóż upada książka i tak dalej. Wybacz, ale ja tego nie kupuję.
[04:19:22] - Ja nie głoszę tezy, tylko obserwuję rzeczywistość. Książka została wymyślona i stworzona po to, żeby zapisywać, rejestrować informacje. W tej chwili tę informację rejestruje się zupełnie gdzie indziej, rejestruje się w komputerach. Książka jako nośnik informacji jest zbędna. Zwróćmy uwagę, że jak rozpoczęła się nasza ewolucja gatunku Homo sapiens, na początku informacja była gromadzona wyłącznie w kodzie genetycznym. Następnie pojawił się organ, który potrafił rejestrować pewną informację, czyli nasz mózg. Mózg wymyślił słowo, najpierw mowę i przekazywanie informacji z mózgu do mózgu i tak dalej. Ale mózg był rzeczą ulotną, bo ludzie umierają jednak niestety. Książka dawała szansę na przetrwanie informacji troszeczkę dalej niż życie jednego człowieka. I książka spełniła swoją rolę w historii świata, a w tej chwili staje się rzeczą zbędną.
Ja nie mówię, że nieatrakcyjną. Ale jest tak samo jest czymś takim jak opera i operetka. Ona zawsze będzie. Ale kto dzisiaj już, że tak powiem, się tym tak bardzo przejmuje? Zawsze będą różne dziedziny sztuki, które kiedyś były i tak dalej.
[04:20:59] - Przyznam, że w twoich ustach człowieka, który popełnił kilka czy kilkanaście właściwie książek brzmi to trochę gorzko. Ale skoro już mamy zadany temat, czyli mamy książkę Dawkinsa „Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa”, a zacząłeś o ewolucji właściwie mówić, kiedy mówiłeś o informacji, to ewolucja się pojawiła. Zadam takie sakramentalne pytanie: jak ci się czytało Dawkinsa „Wspinaczkę na szczyt nieprawdopodobieństwa”?
[04:21:34] - Zanim to powiem, to chyba jednak wrócę do tezy końca książki. Otóż moja motywacja wybrania zresztą Dawkinsa jako książki przykładowej, poglądowej do rozpoczęcia w ogóle takiego cyklu rozmowy o książkach jest dosyć logiczna i racjonalna. Otóż w życiu każdego człowieka, w rozwoju każdej dziedziny kultury i tak dalej jest taki najwyższy punkt rozkwitu czegokolwiek. Baroku, secesji, idealizmu, materializmu i tak dalej.
[04:22:14] - Każdej idei.
[04:22:14] - Każdej idei. Otóż jest takie zjawisko, że tuż przed śmiercią Każde to zjawisko wydaje najwspanialsze, najpiękniejsze owoce, najpiękniejsze kwiaty. Tak działa przyroda, tak działa sztuka, tak działa życie ludzkie. My się stajemy mądrzy dopiero tak naprawdę tuż przed pożegnaniem z tym światem. Mniej więcej tak samo jest z tymi książkami. Ja twierdzę, że już jest ich koniec, ale tym niemniej uważam, że tuż przed zgonem ostatecznym książki jako nośnika informacji pojawią się książki szczególne, właśnie tak piękne, tak niesamowite i warte tego, żeby ktoś na nie zwracał uwagę. Dlatego zwracamy uwagę na Dawkinsa, chociaż to nie jest taka zupełna nowość. Jest tych książek wiele, które on wyprodukował. Zwracamy uwagę tutaj na Dawkinsa, nie tyle na samą książkę jako taką. Dlaczego?
Dlatego, że on jako epigon tej wielkiej kariery nośnika informacji, jakim była książka, stworzył rzecz, która jest warta omówienia.
[04:23:43] - Wiesz co, powiem ci tak: ty masz takie zdanie, że jest warta i że jest taka wspaniała. Ja ci powiem, że jak przeczytałem jedną książkę Dawkinsa, drugą książkę Dawkinsa — bo będziemy także wspominali poza tą, którą już wymieniłem, również książkę „Ślepy zegarmistrz” — mam takie wrażenie, że facet oczywiście ma genialną wiedzę, jeśli chodzi o biologię i nie tylko. Naprawdę dużo wie. Ma pazur publicystyczny, dzięki któremu polemizuje ostro. I to nie są polemiki łagodniutkie i gdzie on się cacka ze swoimi adwersarzami. Przeciwnie, jak przywali, to czasami z grubej rury. Natomiast ja nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Dawkins szczególnie — może nie w tej książce, którą omawiamy, czyli „Wspinaczce na szczyt nieprawdopodobieństwa”, ale w innych swoich książkach, chociażby tej najbardziej znanej, czyli „Bóg urojony” — jednak powtarza całą historię krytyki i wadzenia się z Panem Bogiem. I mówiąc szczerze, jeśli wkracza na ten teren, to jest mało oryginalny, bo właściwie powtarza argumenty z całej historii walki z religią, czy to religią instytucjonalną, czy religią nieinstytucjonalną, bardziej prywatną. Z Dawkinsa aż się iskrzy, żeby udowodnić, żeby przekonać — bo o dowodzie nie ma mowy tak naprawdę — swoich czytelników, swoich słuchaczy, bo też filmy się pojawiają, że tego Boga nie ma. On tak uważa.
To nie jest najlepszy prognostyk i dlatego podchodziłem do tej książki, o której rozmawiamy, czyli „Wspinaczki na szczyt nieprawdopodobieństwa” tak trochę jak do jeża. Bo jak już miałem lekturę zaliczoną „Boga urojonego”, to mówiłem sobie: a będzie Dawkins znowu mnie przekonywał, że Boga nie ma. Nie. Tu było troszeczkę inaczej. Mogę się z nim nie zgadzać w wielu kwestiach, ale jeśli chodzi o to, jak przedstawił ewolucję, jak przedstawił to, jak ona się działa, w jaki sposób wytłumaczył to, czego bardzo często ludzie nie rozumieją i bardzo często z tego powodu krytykują teorię ewolucji, to uchylę czoła. Rzeczywiście Dawkins wykazał się nie tylko pazurem publicystycznym, ale też ewidentną sztuką przekonywania. Ja nie wiem, jak było naprawdę. Być może za chwilę pojawi się jakiś niezwykle zdolny kreacjonista, który również powie, że teoria kreacji przez Boga i tak dalej, jest bardzo prawdopodobna. Nie wiem, ale na dzisiaj Dawkins jest mocno przekonujący. Ja nie wiem, czy w każdym aspekcie, bo będziemy jeszcze rozmawiać na temat różnych aspektów ewolucji, ale jeśli chodzi o faktografię, o sposób, w jaki on pokazuje sam tytuł, będziemy o tym też za chwilę mówić.
Sam tytuł już jest niesamowity. A co ty na to?
[04:26:52] - Akurat to pytanie chciałem zostawić na deser i na początku zająć się jednak tym, co Dawkins zrobił dobrze, a nie jakie wnioski z tego, co zrobił, wyciągnął.
[04:27:07] - Dobra, to nie depczemy, to teraz go chwal.
[04:27:09] - Czyli o wnioskach. Wnioski pomijamy, jakie on wyciągnął z tego, co zrobił. Zajmujemy się tylko tym, co zrobił. Otóż Dawkins, trudno opowiedzieć. Należy tę książkę czytać. Każdy, kto usiądzie do książek Dawkinsa i zacznie czytać o czym? O przyrodzie, która nas otacza. Nagle właściwie znajduje się w takim spodku, który ląduje na obcej planecie. Bo ta przyroda jest absolutnie nie taka, jak my to sobie wyobrażamy. To znaczy, ona jest nieprawdopodobnie skomplikowana, nieprawdopodobnie konsekwentna.
Nieprawdopodobne związki, które Dawkins tyrafi, że tak powiem, swoim umysłem między rzeczami, między zjawiskami, między roślinami, zwierzętami, między nami i światem i tak dalej. To wszystko, czyli badanie świata opisane przez Dawkinsa, jest genialne. Nikt tego tak dobrze nie zrobił przed nim ani po i nie zrobi. Natomiast motywy, jakie go do tego pchnęły, na razie pomijamy. Warto tę książkę czytać jeszcze z jednego powodu. Polecamy, że to jest książka o ewolucji, o przyrodzie. Nie, to jest kryminał. To jest najbardziej sensacyjna książka, jaką w życiu czytałem. Jeśli dowiaduję się o tym, czym jest rumianek, jakie są zależności między rumiankiem a makiem i tak dalej w przyrodzie, są to tak nieprawdopodobne rzeczy, a umysł Dawkinsa śledzi te tropy, prowadzi człowieka krok po kroku między nami a neandertalczykiem, między nami a człowiekiem przyszłości i tak dalej. To robi Dawkins w sposób genialny.
Natomiast motywy, jakie do niego do tego skłaniają mogą mnie bawić osobiście, mogą mnie śmieszyć, bo to jest taki rozpaczliwy ruch. Jego pcha ku temu rozpacz. Wymyślanie takich wspaniałych książek jak „Ślepy zegarmistrz”. Tak samo można wymyślić „Bez ręki skrzypek” albo „Bezmózgi geniusz”. To wszystko można wymyślić tylko po to, żeby nam udowodnić, że wszystko jest możliwe. Tylko nie ten Bóg.
[04:29:59] - Ale miałeś nie krytykować. Miałeś chwalić, to teraz przepraszam, ale chwal. Wziąłeś na siebie chwalenie, to go chwal.
[04:30:05] - Właśnie przestałem trochę.
[04:30:07] - Dobrze, to teraz, żeby było bardziej paradoksalnie, to ja zacznę. Powiem, że to, co jest dobre w tej książce, to na przykład coś takiego, że bardzo często podnoszonym argumentem przez kreacjonistów jest argument jumbo jeta. On zresztą wspomina ten argument, że przecież gdyby przyjąć, że ewolucja jest prawdziwa, mawiają niektórzy kreacjoniści, to równie dobrze moglibyśmy przyjąć, że na wielkim placu przez wielki okres czasu w pewnym momencie zawieje wiatr i w jakimś czasie złoży nam jumbo jeta. Przecież wszystko jest możliwe, prawda? Otóż Dawkins pokazuje błąd w tym myśleniu. Ja się oczywiście nie podejmuję streścić na bieżąco, bo to jest wywód nieco dłuższy. W każdym razie Dawkins mówi o tym, i tu jest nawiązanie do tytułu, że jeśli stajemy przed wielką górą i mówimy sobie: „Ona jest taka stroma, tam się nie da wejść”, to jeśli nie będziemy wchodzić, to po prostu tam nigdy nie wejdziemy. Natomiast ewolucja zachowuje się inaczej. Nie mówi: „Nie, tam się nie da wejść, tam jest za wysoko, za stromo, za twardo, za miękko. W ogóle się nie da”.
Ewolucja zachowuje się inaczej. Ewolucja mówi sobie: „Dobrze, to dzisiaj zrobimy pierwszy centymetr, a następny centymetr tej góry zrobimy za jakiś miesiąc”. Po miesiącu robi następny centymetr i ma bardzo dużo czasu. Nieskończenie dużo czasu. Kiedyś w „Debatach Ufologicznych” starałem się przedstawić czas, jaki upłynął od powstania naszej planety, a później rozwój przez poszczególne lata. Starałem się przenieść na oś mierzoną w centymetrach. Wychodziły nieprawdopodobne odległości. Jeśli sobie wyobrazimy, że mamy tak wiele czasu, to naprawdę nawet na najwyższą górę można wejść centymetr po centymetrze i wtedy się da. Wtedy to, że ona jest stroma, nie stanowi takiego wielkiego problemu. To tak w ogromnym skrócie.
Dawkins zrobił to zdecydowanie lepiej. To jest takie krótkie wytłumaczenie tematu. Uważam, że to jest naprawdę niezłe. I niezła jest w książce jeszcze jedna rzecz. Na przykład kiedy on tłumaczy proces rozwojowy figi. Nie wiem, czy pamiętasz.
[04:32:39] - Tak.
[04:32:40] - To jest absolutny kosmos. Może użyjmy liczby pojedynczej. Ja sobie wcześniej nie zdawałem sprawy-
[04:32:48] - Jako Europejczyk.
[04:32:49] - Jako Europejczyk, że tak prosta rzecz. Powiem ci tak, przypuszczam, że ci nie-Europejczycy, którzy figi obserwują, też tego nie widzą, bo to się odbywa na poziomie takim mikro, a to jest naprawdę właściwie taka jedna figa, to jest cały kosmos. To, co się tam odbywa w różnych miejscach, te procesy, jest tak złożone, właściwie czyta się cały ten rozdział, jak relację z powstania świata. Taka ewolucja w pigułce. Można by powiedzieć, że figa jest czymś takim. Dobrze, już pochwaliłem troszeczkę.
[04:33:27] - Żeby unaocznić, czym jest figa dla słuchaczy polskiego radia, chcę zwrócić im uwagę, że jeżeli weźmiemy figę na język, zgryziemy sobie, to czujemy takie grudki słodkie. Ma bardzo fajną konsystencję, można to miażdżyć zębami. Jest piękne. I pamiętajmy, że te grudki takie słodkie to naprawdę są trupki żyjątek, które żyją w figie i odkładają tam, chowają swoich zmarłych, robią pochówki, szyrają, kopulują. Całe życie ich się toczy wewnątrz tej całej figi. Po to, żeby później, kiedy figa zacznie umierać, czyli zacznie zasychać i odparowywać zbędną wodę, żeby pojawił nam się na talerzu ten wspaniały słodki owoc do gryzienia.
[04:34:31] - Myślę, Wiktorze, że zrobiłeś w tej chwili dokładnie wszystko, żeby zniechęcić każdego, kto nas słucha do tego, żeby skosztował kiedykolwiek figi. Widocznie taka twoja rola. Pochwaliliśmy, podobało nam się. Miałeś teraz miażdżyć. To miażdż autora.
[04:34:50] - Jest jedna rzecz. Nie uważam Dawkinsa tylko jako popularyzatora i dziennikarza czy pisarza, który pisze książki i popularyzuje wiedzę, ale również uważam go jednak za uczonego, gdyż wnioski, które wyciąga w sprawie relacji między-
[04:35:12] - Trudno się dziwić, że go uważasz, skoro dysponuje tytułami naukowymi. Jak najbardziej.
[04:35:17] - Tak, ale zajmuje się popularyzacją, a nie badaniami podstawowymi. Nie jest uczonym tej pierwszej linii, który po prostu siedzi i ogląda tę pleśń pod mikroskopem, że tak powiem. W każdym razie Dawkins popełnia jedną straszliwą pomyłkę, którą popełnia ogromna rzesza naukowców z jednej i z drugiej strony. Otóż trzeba pamiętać, że jeśli badamy przyrodę ziemi, badamy rzeczywistość, to badajmy rzeczywistość. Nie próbujmy znaleźć w niej dowodów na przykład na istnienie Boga. Mówię to o kreacjonistach. Kreacjonista powinien badać obiektywnie rzeczywistość, jaka nas otacza, nie próbując znajdować tam śladów Boga, bo po pierwsze to jest pomyłka. Śladów Boga można szukać w Piśmie Świętym, w przekazach i tak dalej. Ewidentnie w interpretacji Pisma Świętego. Natomiast to samo robi materialista.
Materialista nie powinien, badając przyrodę, badać jej pod kątem znajdowania tam dowodów na nieistnienie Boga, bo ich nie można znaleźć, bo po pierwsze należałoby zdefiniować, czym jest Bóg, a tego nie zrobi ani kreacjonista, ani materialista. Natomiast wypaczanie pewnych światopoglądów. Zacytuję doniesienia internetowe z pół roku temu. Pojawiły się informacje na temat badania światopoglądu w Stanach Zjednoczonych na uniwersytecie kadry studenckiej i profesorskiej. Artykuł, który czytałem na ten temat był bardzo sensowny. Cieszę się, że Amerykanie potrafią zwracać na coś takiego uwagę. Otóż z tych badań wynika, że 75% studentów oraz kadry naukowej uniwersytetów Stanów Zjednoczonych ma światopogląd lewicowy. Tylko 15% ma światopogląd prawicowy. Badania są fajne, ale co wynika z tego artykułu? Otóż z tego artykułu wynikało zatrważające, to był dzwonek na alarm.
Coś jest nie tak. Niedobrze się dzieje w nauce, jeśli panuje taka dysproporcja w światopoglądzie kadry naukowej oraz naukowców. Wydawałoby się, że komukolwiek to nie przeszkadza. Badamy przecież rzeczywistość i światopogląd nie ma tutaj żadnego znaczenia. Ależ ma. Ogromny. Wiadomo, że jeśli mamy światopogląd, to mamy preferencje. Wybieramy pewne preferencje prowadzenia takich badań i tak dalej. Jeśli nas jest dużo, to mamy przewagę w zdobywaniu grantów na takie badania. Mamy zwykłe materialne procesy, mamy większą siłę przebicia w dobieraniu kadry wykładającej taki światopogląd na uniwersytetach, a nie inny.
Więc nagle badając rzeczywistość, wypaczamy jej obraz i nagle się może okazać, że tak zwana racjonalna nauka nie jest nauką racjonalną.
[04:38:52] - Powiem tak, że z tego, co mówisz, taki pragmatyzm posunięty przebija do granic. Ja mam inne wrażenie à propos tego, co mówisz. Myślę, że ta dysproporcja, o której wspomniałeś, bierze się z czegoś jeszcze. Otóż myślę, że to jest pokłosie pewnego nieporozumienia, które gdzieś sięga przynajmniej czasów oświeceniowych, bo w czasach oświeceniowych ktoś doszedł do wniosku, że coś, co jest racjonalne, coś, co jest naukowe, jednocześnie ruguje coś takiego, takie zjawisko, jakim jest Bóg. Dzisiaj bardzo chętnie wszyscy, którzy mówią, że Boga nie ma, biorą na sztandary taką postać jak na przykład Kartezjusz czy Locke czy Hume i mówią: „Przecież oni mówili, że trzeba być racjonalnym, trzeba rozważać fakty naukowe. Oni właściwie pierwsi mówili o czymś, może tego tak nie formułowali, ale mówili o tym, czym jest nauka, czym jest światopogląd naukowy, a w tym światopoglądzie nie ma miejsca na Boga”. Otóż to nie do końca tak było. Kartezjusz i wspomniany już Locke, wręcz przeciwnie, pomimo że mówili o światopoglądzie naukowym, mówili o nauce, to wcale nie byli ludźmi, którzy odżegnywali się od Boga. O ile dobrze pamiętam, a to są jeszcze wiadomości nie do końca utrwalone u mnie, to Locke był zagorzałym anglikaninem. Co więcej, wierzył w cuda i takim argumentem na to, że cuda istnieją, wolę go nie przytaczać, bo wzbudzę powszechną wesołość.
Dobrze, przytoczę, tak jak mi kiwasz tutaj. Takim argumentem było to, że istnieją cuda, że Bóg istnieje, ponieważ istnieją cuda. A skąd on to wiedział? Wiedział to stąd, że było to napisane w Piśmie Świętym. Zaiste, przy całym wielkim geniuszu tego człowieka trzeba przyznać, że ten sposób rozumowania jest przynajmniej zadziwiający. Wrócę do tej tezy, że to jest niezrozumienie, że dzisiaj na sztandary wszyscy, którzy nie wierzą w Boga, biorą sobie na przykład Woltera, a Wolter przy tym wszystkim, co mówił złego o instytucji Kościoła, wcale nie wykluczał, że istnieje coś takiego, co moglibyśmy nazwać teologią naturalną, że każdy człowiek sam jest stworzony do tego, żeby poszukiwać idei Boga. I to nie jest tak, że da się zrównać światopogląd naukowy z nieistnieniem Boga, tylko trzeba to zrozumieć. Odnoszę wrażenie, że część naukowców porwanych ideą naukowości jednocześnie chapnęło tę myśl, nie do końca chyba prawdziwą, że naukowość oznacza brak Boga. Co ty na to?
[04:41:52] - Zdecydowanie tak. Tutaj na pewno wspomaga to autorytet Dawkinsa, gdyż, jak mówiłem, ta 70-procentowa lewicowość kadry na uniwersytetach amerykańskich, to trzeba zrozumieć, to są w dużym stopniu dzieci Dawkinsa. Przecież to są ludzie, którzy czytali jego książki, zafascynowali się jego rzeczami, ale zamiast się zafascynować tym rzemiosłem, które on wykonał, przykleili się do jego filozofii czy pseudo-filozofii.
[04:42:24] - Powiem jeszcze taką rzecz, bo wcale nie uważam, że należałoby w tej chwili bronić albo atakować, udowadniać, że Bóg istnieje albo nie udowadniać. Nie podejmuję się tego. Myślę, że w ogóle to jest dyskusja postawiona w złym kierunku. Dlatego mówiłem o tym dziedzictwie oświeceniowym, ponieważ myślę, że błąd polega na tym, że to prawda, wielu filozofów starało się na przestrzeni dziejów udowodnić istnienie Boga. Wychodziło im lepiej lub gorzej, ale tak naprawdę w świetle naszych standardów to nie były żadne dowody. Nie można udowodnić istnienia Boga, ale problem polega też na tym, Dawkins też o tym wspomina, że nie można udowodnić, że Bóg nie istnieje. Nie można udowodnić, że istnieje, nie można udowodnić, że nie istnieje. To jest pewna trudność. Warto o tym pamiętać, bo ci wszyscy, którzy biorą na sztandary światopogląd naukowy, zapominają o tym, że to jest tylko ich wybór. To jest coś, co nazwiemy właściwie estetyką.
Estetyka polega na tym, że uznajemy, że coś jest piękne, coś jest wspaniałe, coś nas przekonuje, coś jest fajne. A jeśli tak jest, to ciężko jest z taką osobą polemizować. Wyobraźmy sobie, że spotkają się dwie osoby o przeciwnych światopoglądach. Czy one są w stanie na drodze dyskusji się przekonać? Czy któraś jedna z nich przekona drugą? Nie. Najwyżej, jeżeli są kulturalne, to się rozstaną w przekonaniu, że ta druga osoba nie myśli tak, jak należałoby. To jeżeli są kulturalne, a jeżeli są niekulturalne, to dojdzie przynajmniej w najlepszym razie do mordobicia albo do czegoś jeszcze gorszego. Niestety jest tak, że nasze idee, które uważamy za prawdziwe i udowadniamy z wielkim zaangażowaniem, bardzo często są prawdziwe, ale tylko dla nas. Dlatego o tym mówię, że to jest kwestia estetyki.
[04:44:30] - Oczywiście, chociaż ja akurat lubię dyskutować o estetyce i jeśli partner jest w miarę sensowny, to można pogadać. Natomiast wyciąganie miecza czy kałacha z tej okazji Jakby ci to powiedzieć, Marku, jak wymieniałeś tych wszystkich badaczy i filozofów, to trzeba zwrócić uwagę, że Karol Darwin również był człowiekiem wierzącym.
[04:45:02] - To prawda.
[04:45:03] - Nie przeszkadzało mu to absolutnie. Ale ja podkreślam, co on robił. On badał przyrodę, a nie szukał w niej dowodów na istnienie albo nieistnienie Boga.
[04:45:15] - Do tego właśnie prowadzę. Zaczęliśmy od tego, że Dawkins jest wojownikiem. Poza tym, że podaje świetną wiedzę, to jest wojownikiem. A ja stawiam tezę, że to jest spór nierozstrzygalny i próby wkładania w książkę de facto popularnonaukową dotyczącą ewolucji, swoich poglądów, które się ma i które są tak naprawdę nie do dowiedzenia. Tak samo można napisać drugą książkę, z identycznych przesłanek można wyciągnąć zupełnie odwrotne wnioski. Ale jest w tym wszystkim pewne niebezpieczeństwo, o którym warto powiedzieć. Warto sobie z niego zdawać sprawę. To niebezpieczeństwo polega na czymś takim, że wszelkie ideologie, właściwie powiem tak, trzeba podać źródło, na podstawie którego to podam. Otóż profesor, z którym miałem okazję nieraz rozmawiać, profesor Janusz Sytnyk-Czetwertyński uważa, że wszelkie idee, on to wywodzi z filozofii starożytnej, wszelkie idee walczą ze sobą na śmierć i życie. One muszą ze sobą walczyć, bo taka jest ich natura.
Idea to jest coś doskonałego. Ona nie ma prawa przyjąć, taka idea, że istnieje inna idea konkurencyjna. Ona ją musi zniszczyć. Podobnie jest z ideologiami. Ideologie również walczą ze sobą na śmierć i życie. I zauważ, że to znowu powtarzam za profesorem, że tak samo jest z ideologiami. Ideologie również walczą ze sobą na śmierć i życie. Wszystkie wojny w historii świata miały powód właśnie estetyczny. Estetyki oczywiście bardzo szeroko pojętej. Ale dlaczego?
Ponieważ ci ludzie stojący naprzeciwko siebie, oni nie mieli szans, żeby się przekonać. Co więcej, dzisiaj, kiedy śledzimy te wojny, uczymy się o nich. Czy tak naprawdę możemy powiedzieć, który z nich miał rację? Która z tych stron miała rację? Nie do końca. Możemy przytaczać różne poglądy polityczne, powiedzmy uwarunkowania polityczne, które wówczas miały miejsce, ale wojny, które toczyły się o idee, tak naprawdę kto w nich miał rację? I to jest to niebezpieczeństwo, że te spory ideologiczne to są tak naprawdę spory estetyczne. A cóż masz zrobić, jeśli przychodzisz do mnie i ja głoszę tezę zupełnie inną niż ty. Możemy dyskutować jeden dzień, drugi dzień, trzeci dzień, a już w zależności od tego, jaką mamy ekspresję własną, to w pewnym momencie któryś trzaśnie pięścią w stół, wyjdzie i powie: „Nie da się z tobą rozmawiać. Po prostu nie da.
Nic do ciebie nie dociera”. Dokładnie taką samą ripostę usłyszysz. Czyli są takie spory, których po prostu rozstrzygnąć nie można. I coś takiego się moim zdaniem wkręcił Dawkins.
[04:48:06] - Takie spory istnieją od dwóch tysięcy lat i najbardziej są unaoczniane, że tak powiem, w transmisjach Sejmu na przykład albo Senatu. To są dokładnie obrazki tego typu, gdzie dyskutujemy o rzeczach różnych, o rzeczach, tak jak ty mówisz, estetycznych, a nie praktycznych.
[04:48:30] - Przecież ci ludzie w Sejmie nie mają szans, żeby się przekonać, bo nie chcą się przekonać. Oni się uwiązali do pewnych idei i koniec. Nie ma czegoś takiego. I to jest moim zdaniem pewien problem, który należy brać pod uwagę, bo my bardzo często o tym zapominamy. Tacy uniesieni tym, że głosimy prawdę, zapominamy o tym, że prawdę w sensie takim ideologicznym, prawdę pozorną, bo każda ideologia tak naprawdę głosi pewną prawdę dla siebie, ale tak naprawdę to nie jest przecież ta prawda jedyna, która jest, bo nie wiem, czy ktoś do tej prawdy jedynej tak naprawdę doszedł. Ale zostawmy to, bo już jak zacząłeś mówić o Sejmie, to miałem takie niebezpieczne poczucie, że zaraz zaczniemy mówić o tym, jak się tam układają w tym Sejmie i czym się układają.
[04:49:18] - Dla mnie to sprawa totalnie obojętna.
[04:49:20] - Zupełnie nie to.
[04:49:22] - Natomiast ja mam do ciebie pytanie, czy w ogóle istnieje w tej chwili jakikolwiek dialog w takim razie między materializmem a idealizmem? Jakaś próba dojścia do jakiegoś konsensusu, czy każdy swoją ideę, że tak powiem, rozwija?
[04:49:36] - Wiesz, powiem ci, nie wiem jak jest, bo też nie będę głosił jakiejś nauki, ale ja uważam, że co prawda i materializm, i idealizm mogą się wymieniać poglądami, ale to tak naprawdę przecież nie prowadzi, inaczej, znowu kwestia definicji dialogu. Czy dialog to jest coś, że rozmawiamy, żeby jeden drugiego przekonał? To jeśli tak rozumiane, to moim zdaniem takiego dialogu nie ma i ja się zastanawiam, czy w ogóle byłby potrzebny. Natomiast jeśli chodzi o wymianę pewnych nowych trendów, czyli ja mówię coś tam odkryliśmy na gruncie materializmu, a ty mówisz: „Nie, ale myśmy też odkryli coś na gruncie idealizmu”. To się wymieniamy informacjami, ale tak naprawdę ani ty nie przekonasz mnie, ani ja nie przekonam ciebie. To jest oczywiste. Dla mnie to jest oczywiste, ale jest też tak, że czasami ktoś myśli i mówi sobie: „Kurczę, pół życia przeżyłem i chyba się myliłem”. Bo znowu kwestia estetyki, kwestia takich poglądów natury estetycznej ma to do siebie, że możemy je zmienić, ale nie pod wpływem argumentów, tylko pod wpływem takiej wewnętrznej przemiany. Nagle nam się wydaje: kurczę, myliłem się, jest inaczej. I coś takiego czasami następuje.
I ja myślę, że wcale bym się nie zdziwił, jakbym za na przykład lat 30 przeczytał książkę Dawkinsa, w której on udowadnia tezy dokładnie odwrotne niż te, które udowadnia w książce, o której w tej chwili rozmawiamy.
[04:51:01] - Jest taki przypadek z największym chyba współczesnym popularyzatorem również astronomii, astrofizyki i tego z Dawkinsem.
[04:51:10] - Z kim?
[04:51:11] - Hawkins.
[04:51:12] - Hawkins. Tak, zgadza się.
[04:51:15] - On po prostu tak samo wojujący jak Dawkins.
[04:51:18] - Ale nie radykalnie zmienił poglądy. Bardzo tak odcina powoli tę zmianę poglądów.
[04:51:23] - Ja miałem akurat przyjemność wymienić z nim kiedyś poglądy dawno temu, w początkach zupełnie internetu. Siedząc w Warszawie gdzieś tam trafiłem zupełnie przypadkiem, grzebiąc po jakichś internetowych forach. To były naprawdę zupełnie same początki internetu. Trafiłem na dyskusję między jakimiś fizykami, w której on zabierał głos. Czytałem to, na ile mi angielski pozwalał. Gdzieś po jakichś dwóch godzinach się straszliwie zdenerwowałem i napisałem, żeby się odwalili po prostu, do niego dokładnie. Nawet nie wiedziałem specjalnie, z kim mam do czynienia i tak dalej, że plecie bzdury i żeby przestał. Powiedziałem mu wprost, to znaczy napisałem, jeszcze przyjaciele mi sprawdzali tłumaczenie, że współcześni uczeni bardzo często próbują posługiwać się parametrem Boga w opisie rzeczywistości. To nie ma nic wspólnego, po pierwsze z Bogiem, ani z rzeczywistością. Nie można opisywać rzeczywistości posługując się Bogiem jako parametrem matematycznym.
Walnąłem jakiś taki tekst, po czym przyszło pytanie, kto ja jestem? Odpowiedziałem, że jestem Wiktor Żwikiewicz. „A skąd?”. Ja mówię, że z Polski. I w tym momencie było: „Aha, to ja rozumiem teraz”. A ja się pytam, a co on rozumie teraz? Wiesz, co nam powiedział? Odpisał mi, że to samo powiedział papież, kiedy pojechał do Rzymu na wizytę. Odpowiedział mu to samo dokładnie. Tylko że tym papieżem był Wojtyła.
[04:53:10] - No cóż, nasz człowiek w stracius z Dawkinsem. Tej historii nie znałem. No dobrze, ale powiedzmy jeszcze, wróćmy jeszcze na chwilę do książki Dawkinsa. Dawkins wydaje się mówić, że ewolucja to jest ślepa siła. To zresztą wynika z jego innej książki. On napisał książkę również, która się nazywa „Ślepy zegarmistrz”. Warto o tej książce powiedzieć, wspomnieć ją jeszcze przy okazji tej, o której mówimy od początku audycji. Otóż „Ślepy zegarmistrz” to jest udowadnianie krok po kroku tezy, że ewolucją nic nie kieruje, że to jest ślepa siła, która gdzieś tam podąża, wchodzi na tę górę powoli, czasami spadnie o centymetr, czasami się wzniesie i tak w końcu do góry dojdzie. Dawkins, pisząc tę książkę, tam ta teza jest główna, to znaczy dotycząca tego, że nic ewolucją nie kieruje. I znowu warto zauważyć, że tak naprawdę to jest odpowiedź Dawkinsa na coś, co działo się w wieku XVIII.
Otóż wtedy grasował w jednym z krajów europejskich pewien kaznodzieja. On się nazywał William. Nie wiem, jak to się wymawia, Peley albo Paley. I ten człowiek użył argumentu takiego na istnienie Boga, mianowicie, że gdybyśmy żyli na bezludnej wyspie i nigdy nie wiedzieli za dużo o cywilizacji, żylibyśmy w taki sposób naturalny i pewnego dnia na plaży znaleźlibyśmy zegarek, to jakbyśmy tak zaczęli kombinować, chociaż byśmy cywilizacji nie znali, to doszlibyśmy do wniosku, że ten zegarek nie może być tworem naturalnym, że ktoś go musiał stworzyć, jakiś zegarmistrz, że to byłoby dla nas oczywiste, że ten zegarmistrz stworzył zegarek, bo on jest taki nienaturalny. Mówił też o tym ten kaznodzieja, że w takim razie nasz świat, który jest taki doskonały, nie wszyscy byli tego zdania, że jest aż taki doskonały, bo tyle na nim zła, cierpienia i różnych innych ciekawych zjawisk, że może nie do końca jest doskonały. Ale dobrze. On mówił, że ten świat jest takim doskonałym mechanizmem, że również musiał mieć swojego zegarmistrza. Dawkins mówi inaczej. Mówi o tym, że tego zegarmistrza w ogóle nie było, a jeśli był, to był ślepy. Kompletnie nie wiedział, co robi i coś tam sobie poskładał, ale to był wyrób zegarkopodobny.
[04:55:39] - Zwalanie wszystko na ślepotę przypadku albo na ślepotę natury jest według mnie karygodną rzeczą. Otóż ja chciałem przytoczyć taką obiegową opinię każdego właściwie rolnika, każdego gajowego, każdego człowieka, który żyje w przyrodzie. Przyroda jest mądra. To mówią ludzie, mówili zawsze. Przyroda jest w pewien sposób mądra. Na czym polega ta mądrość? Otóż ta mądrość polega na celowości działania. Skąd celowość to by świadczyła, że jestem za jakąś świadomością? Nie, to ze świadomością nie musi mieć nic wspólnego. Zwróćmy uwagę na jedną rzecz.
Przyroda, gry, jakie są zapisane w prawach przyrody, żeby przestrzegać praw przyrody, na przykład grawitacji, ciążenia, wszystkiego innego, trzeba jej umieć odczytać. Zwróćmy uwagę, że ktoś może, Dawkins by powiedział, że woda, która płynie od źródła przed siebie aż do morza, to płynie na ślepo. Absolutnie nie płynie na ślepo. O tym wie każdy człowiek, który się, że tak powiem, ciekami na powierzchni ziemi zajmuje. Woda wybiera sobie drogę według dokładnie scenariusza takiego, jaki jest zapisany w rzeźbie terenu. Woda wie, dokąd płynąć, wybiera najbardziej optymalną drogę. Ogień, który w czasie pożaru biegnie z drzewa na drzewo, nie biegnie na ślepo. Nie biegnie przypadkiem, tylko biegnie od czegoś, co może pożreć do następnej rzeczy, którą może pożreć po prostu.
[04:57:22] - Dobrze, ale ja ci zadam pytanie. Powiedz to wreszcie, bo ty tak podprowadzasz, a nie wypowiesz tego. Czyli ty oddzielasz mądrość od świadomości.
[04:57:32] - Zdecydowanie.
[04:57:33] - To powiedz coś na ten temat. Jak? Przecież w powszechnym mniemaniu mówi się tak: mądrość, świadomość to jest właściwie jedno.
[04:57:42] - Jedyne, co mi się kojarzy, że spotkałem wiele mądrych kobiet, ale rzadko świadome.
[04:57:46] - Dobrze. To są szowinistyczne zagrania, których nie będziemy tolerować. Dobrze, ja zadam takie pytanie. Mówiłem wtedy, że z tych samych przesłanek można wyciągnąć dwa skrajnie odmienne wnioski. Ja się posłużę znowu teorią ewolucji, książką Dawkinsa do tego, żeby pokazać to. Otóż Darwin, dzisiaj właściwie o Darwinie mówi się w ten sposób, że pod koniec życia nie wiadomo, czy on właściwie był wierzący, czy nie był wierzący. W każdym razie z cywilizacją chrześcijańską miał kontakty. Trudno nie mieć, żyjąc w tym miejscu Europy, w którym się żyje. Natomiast chodzi o coś takiego, że można powiedzieć, że ewolucja to jest taki ślepy zegarmistrz, rzeczywiście ślepy projekt i nie ma tam żadnej świadomości. Można.
Czy opis tego, jak przebiega ewolucja byłby taki, jaki mamy teraz przed oczyma? Tak, byłby właśnie taki. Ale przecież bardzo wielu ludzi wierzących wcale nie odrzuca teorii ewolucji. To nie jest tak, że wszyscy chrześcijanie są kreacjonistami, a wszyscy, którzy w Boga nie wierzą, są od razu ewolucjonistami. Otóż jest bardzo wielu chrześcijan, którzy przyjęli teorię ewolucji, i oni mają bardzo proste wyjaśnienie. Dokładnie te same zjawiska przebiegają w przyrodzie, bo po prostu Bóg, Stworzyciel, ta istota wyższa, obojętnie jak będziemy to nazywać, bo nie chciałbym z kolei, żeby wyszło na to, że tu prowadzimy pogadankę religijną, bo to nie o to chodzi tak naprawdę. Rozmawiamy bardziej o Bogu filozofów niż o Bogu, tym, którego można spotkać w kościele. Dlatego to nie jest tak, że my się odwołujemy do tego Boga, którego wszyscy dobrze znają właśnie z takich przybytków jak Kościół. Ale przecież równie dobrze możemy sobie wyobrazić, że Bóg posłużył się ewolucją, aby stworzyć to, co stworzył.
[04:59:45] - Mogę dać przykład bardzo prosty. Otóż wszyscy używają komputerów na przykład do grania w gry różne komputerowe. Wiele z tych gier, szczególnie strategicznych, posługuje się generatorami map albo jakichś systemów i tak dalej. Jest wygenerowana mapa losowo, jest do tego generator i jest wygenerowana mapa. I teraz ja mam do ciebie pytanie: kto jest autorem takiej wygenerowanej mapy? Przypadek?
[05:00:20] - Nie. Masz rację. To dobry ciotek.
[05:00:24] - Według mnie autorem są ci ludzie, którzy napisali ten program do generowania tego wszechświata. Oni nie musieli mieć zielonego pojęcia o tym, co wyjdzie za mapa, jak będzie wygenerowany ten świat. Ale zrobili generator.
[05:00:41] - I co więcej, dali dane wyjściowe. I o to chodzi też w tej teorii, o której mówiłem. Czyli Bóg posłużył się ewolucją do tego, żeby stworzyć to, co nas w tej chwili otacza. Dobrze, czyli jakbyś miał odpowiedzieć wprost na pytanie, bo znowu teraz przejdźmy do tego elementu, gdzie poznajemy swoje poglądy. Czyli teraz ty nic nie musisz uzasadniać, tylko powiedz: ewolucja według ciebie i po tych lekturach Dawkinsa to jest ślepa siła czy rozumny projekt?
[05:01:15] - Ani to, ani to. Nie wiem.
[05:01:16] - Wiedziałem, że coś takiego. To co?
[05:01:19] - Ja widzę w tym pewną mądrość. To, co mówiłem.
[05:01:23] - Mądrość rzeki.
[05:01:25] - Mądrość rzeki albo ognia, każdego żywiołu, który po prostu, że tak powiem, idzie. Nie wiem, czy wie, dokąd idzie, dokąd zmierza. Ale również mądrość całego świata, całego wszechświata, który do czegoś skąd wychodzi i dokądś dąży. Zwróć uwagę na jedną rzecz: wszyscy my, wszystkie rośliny, zwierzęta, twój ołówek, który trzymasz w ręku, wszyscy mamy w swoim bycie zapisany taki cykl: narodziny, okres dojrzałości oraz śmierć. To dotyczy wszystkiego. Czyli jest punkt wyjścia i punkt dojścia. I nie ma takiej rzeczy, która by była wolna od tego. Punkty narodzin, rozwoju mają również ideę. One czasami się pojawiają, rozwijają się, potem gasną. Tak samo się rozwijają, pojawiają, rodzą narody, które się rozwijają, rozkwitają, po czym gasną i ślad po nich ginie.
Taki los spotyka wszystkie gatunki na Ziemi. Coś w tym jest takiego, nie wiem
[05:02:32] - Chciałbym wrócić, jak już tak sobie poszarżowaliśmy po ewolucji i pohasaliśmy po tych wszystkich zagadnieniach, zapytać cię o to, co mnie zaniepokoiło na początku naszej rozmowy. Przyznam się, że mocno się poczułem zaniepokojony. Mówiłeś o końcu książki, końcu słowa pisanego. Oczywiście zastrzegłeś później, że to taki koniec, jak koniec operetki. Jest w dalszym ciągu wystawiana, ale niespecjalnie ludzie się ekscytują istnieniem operetki. Powiedziałeś, że tak mniej więcej jest z książką. Nawet mówiłeś, że gromadzi się informacje. Dobrze, ale książka to nie jest tylko gromadzenie informacji, to czasami jest rozrywka. To ja się ciebie pytam: skoro koniec słowa pisanego, to co w zamian?
[05:03:20] - W zamian sztuka, która będzie umożliwiała uczestniczenie, a nie tylko czytanie, czyli posługiwanie się symbolem, słowem jako wyłącznie symbolem, ale również uczestniczenie w tym. Czyli bardzo rozwinięte gry komputerowe czy takie rzeczy, które w internecie będą miały miejsce, czyli istnienie w pewnej wirtualnej rzeczywistości.
[05:03:51] - Tak sobie siedzę, słucham ciebie i myślę, jakimż ja jestem potwornym dinozaurem. Naprawdę, to już mnie aż przeraża, bo jak słucham, że zamiast czytać książki będę grał w gry, to mnie jakoś tak nie ekscytuje za bardzo.
[05:04:08] - To cię oburza, że zamiast czytać książki. Ale ja ci zadam pytanie proste: masz w domu dużo książek?
[05:04:15] - Mam.
[05:04:15] - A nie. A wiesz co ja mam na półce mojej skali w mojej jaskini?
[05:04:19] - Co masz w swojej jaskini?
[05:04:20] - Czaszki moich przodków.
[05:04:22] - Nie zauważyłem.
[05:04:23] - One tam są.
[05:04:24] - Tak, wirtualnie.
[05:04:25] - Jak ja mam jakiś problem, to ja z nimi gadam, rozmawiam po prostu. Oni mieli swoje problemy. Na współczesny świat patrzą ze swojej perspektywy. Ja nie potrzebuję książek. Mogę się odwołać do mądrości moich przodków po prostu. Czy uważasz, że książka jest lepsza od pamięci moich przodków?
[05:04:48] - Ja nie chcę obrażać pamięci twoich przodków, broń Boże. Natomiast ja, mówiąc szczerze, właśnie konstatuję, że dinozaurem jestem okrutnym.
[05:04:55] - Książka zastąpiła moich przodków. Twoja książka zastąpiła moich przodków. A teraz świat ten internetowy zastępuje książkę. W tym nie ma nic złego.
[05:05:10] - Wiesz co? Ja się odwołam do twojej własnej teorii, bo gdzieś tam żeglujemy sobie od pewnego czasu po tych wzburzonych wodach dawkinsowskiej teorii. A więc ja sobie na chwilę odejdę znowu od tego i od tej książki. I powiem tak, że jakoś tak nie mogę sobie tego wyobrazić. Sam powiedziałeś kiedyś o tym homoniusie. Homonius, czyli od homo newsa, że właściwie dzisiaj to niestety jest też to, że mamy zanik słowa pisanego. Zobacz, ilu dzisiaj ludzi wie wszystko lepiej. Cokolwiek nie powiesz, to zawsze się zjawi ktoś, kto mówi: „Nie, ja to wiem lepiej, bo ja słyszałem, przeczytałem ostatnio w internecie, że jest tak czy tak”. Jakiś tam silnik wymyślono, coś innego wymyślono. Patrz, ilu ludzi cię otacza, którzy sobie przeczytali ileś książek na ten temat, a ktoś inny wie lepiej, bo przeczytał newsa.
Ja wiem, że w tej chwili robię za takiego starego dziada, który narzeka, że kiedyś było lepiej. Nie, to nie taka jest moja intencja. Ja się po prostu martwię, że te newsy trochę nas przygniatają. Jeżeli to jest dowód naszej ewolucji, to to jest chyba jakiś taki dowód ewolucji wstecznej. Ja mam duże przekonanie, że nasza cywilizacja troszeczkę brnie w takim dziwnym kierunku, że się będzie za jakiś czas musiała cofnąć. Bo życie z newsów, życie z krótkich informacji, nietolerowanie dłuższych tekstów. Zobacz, co się dzieje. Tekst w internecie musi być krótki, bo jak jest za długi, to go nikt nie czyta i w związku z tym, jak go nikt nie czyta, to nie dociera do niego przesłanie tego tekstu. A zatem znowu mamy takie notateczki kilkuzdaniowe, kilkulinijkowe. I co z tego?
Czy takiej krótkiej notateczce pięciolinijkowej da się cokolwiek mądrego przekazać? Na pewno są takie przypadki, że tak, ale w większości to tak nie działa.
[05:07:08] - Tak, ale ludzie postrzegają tylko te newsy, a nie uwzględniają tej perspektywy, do której ja się odwołuję, na przykład do tego punktu widzenia moich przodków, którzy tam siedzą, ale również do punktu widzenia książki, która została napisana 100 lat temu, 200 lat temu albo 50, albo wczoraj.
[05:07:28] - Do tego właśnie prowadzę. Dlatego mówię o tym, że my brniemy w jakąś taką dziwną uliczkę, gdzie wszyscy wiedzą wszystko lepiej. Stąd też taka siła ludzi, którzy mówią: „Nie, wy się tam interesujecie jakimiś pierdołami, jakimiś duchami, jakimiś dziwnymi rzeczami, niesamowitymi paranormalium i tak dalej. Gdzie, teraz mamy światopogląd naukowy”. Zobacz ilu ludzi na hasło „płaska Ziemia” nie reaguje w ten sposób, że będzie dyskutować albo słuchać twoich argumentów, tylko mówi ci na wstępie, jak słyszy „płaska Ziemia”, to wyciąga pistolet i mówi: „Jesteś głupi”. Światopogląd naukowy udowadnia, że Ziemia nie jest płaska. Ja wcale w tej chwili nie lansuję tezy, że jest. Natomiast ta niechęć do rozmowy o czymkolwiek, do starcia się, do zwarcia swoich poglądów z kimś, do wypróbowania siły swojej idei. O tym mówiliśmy wcześniej, że każda idea jest moja. Moja jest mojsza, a twoja jest twojsza.
Natomiast warto je od czasu do czasu skrzyżować nie po to, żebym ja ciebie przekonał albo ty mnie, tylko po to, żeby zobaczyć słabości tego, co wyznajemy, tego, o czym myślimy. Tego dzisiaj nie ma. Dzisiaj ludzie nie wymieniają. Inaczej, ja mówię w sposób taki kategoryczny. Oczywiście, że to robią, ale to jest mniejszość. Większość ludzi nie wymienia poglądów. Większość ludzi po prostu wie.
[05:08:49] - Wie. Wie, zapominając albo w ogóle nie myśląc o tym, że- Przecież niewiedzy jest nieskończenie więcej od wiedzy.
[05:09:01] - Tak, to prawda. Zdecydowanie tak. Ale ponieważ jest to twoja idea, idea homoniusa, to ja bym chciał, żebyś tu się wytłumaczył z tej idei, bo ja w swoim czasie tę ideę w trakcie audycji, w trakcie debat ufologicznych zaprezentowałem, ale oczywiście jak każdy oryginał, który usiłowałem naśladować, czyli ciebie, zrobiłem to w sposób kaleki. To teraz się tłumacz i powiedz o tym swoim homoniusie.
[05:09:29] - Dużo na ten temat można gadać. Ja z wieloma przyjaciółmi, z którymi rozmawiałem, którzy mieli światopoglądy na przykład bardzo mocno wykształcone na Dawkinsie albo na wszystkich innych materialistycznych myślicielach. Zauważyłem, że właściwie oni posługują się newsami, które traktują jako swoją wiedzę. Tak jakby to była wiedza, która jest cegłą, kamieniem węgielnym i jest nienaruszalna, nie wolno tego, bo się cały ten pałac kultury zawali po prostu, jak się wyciągnie ten kamień węgielny. Natomiast wiedza potrzebuje straszliwego dystansu, ogromnej perspektywy spojrzenia na problem, na zagadnienie, na rzecz, na przedmiot, na cokolwiek i tak dalej. Kiedyś tak nie było. Kiedyś tak nie było z bardzo prostego powodu, bo nie było środków masowego przekazu tak szybkich jak prasa dwudziestowieczna. Już prasa zrobiła to, a współczesny internet to tylko, że tak powiem, dobił do końca. Czyli otrzymywanie przez klientów informacji, newsa w każdej chwili, na każdy temat, bez żadnych komentarzy, bez żadnego osadzenia w realiach. Dlatego, bo nie może ich być.
Jeśli ktoś dzisiaj powie jakiś tekst na przykład w Sejmie, to nie może być żadnych realnych konsekwencji tego. Zawsze próbowałem, jeszcze w czasach, kiedy była prasa, a nie było internetu, tłumaczyć to moim przyjaciołom młodym: „Czytajcie wczorajsze gazety. Nie dzisiejsze, broń Boże nie dzisiejsze, bo dzisiejsze podają ci newsy, które są gorące, parzą cię w ręce, parzą cię w język, w mózg i tak dalej. One ogłupiają. Przeczytaj wczorajszy. Przy połowie wzruszysz ramionami, bo już jest prześ dzisiaj. Z tego wczorajszego nic nie wynikło i nie wyniknie ani jutro, ani pojutrze i tak dalej”. Dzisiaj mówię do przyjaciół, którzy straszliwie są, że tak powiem, zwierzętami politycznymi: „Zamiast oglądania naszego Sejmu, oglądajcie obrady Knesetu na przykład. To o wiele ciekawsze i większe może mieć znaczenie dla Polski, niż nam się wydaje. Albo obrady w Stanach Zjednoczonych albo w Moskwie.
To jest dużo sensowniejsze niż oglądanie naszego życia publicznego. Jest, natomiast życie tym jako rzeczą, która jest straszliwie ważna dzisiaj. Dzisiaj nie ma rzeczy ważnych. O dzisiejszych rzeczach okaże się jutro, co będzie ważne. Więc newsy nie są z natury ważne, nie mają żadnej wagi. Newsy po prostu będą miały wagę jutro albo pojutrze, albo nigdy.
[05:12:55] - Ale coś dorzucił do pieca teraz. Powiem ci, że 10 kilo waży przynajmniej. Tak się zastanawiam, z drugiej strony czy naprawdę jesteś przekonany, że to nie ma dokładnie sensu? Czy może samo podejście do tych newsów, może po prostu te newsy są głupie? Może to sposób doboru newsów jest idiotyczny i stąd to twoje wrażenie?
[05:13:21] - Nie, to jest wspaniała robota. Społeczeństwo powinno się składać nie ze stu szamsów alfa, ale z jednego, a reszta to stada baranów. Stado baranów powinno być wykształcone na newsach, które gdacze radośnie, że się dowiedziało czegoś. No i gdacze, znieśliśmy jajo i tak dalej, mamy. Natomiast kształcenie samych szamsów alfa doprowadzi do rewolucji, do zawalenia się całego systemu naszego. Społeczeństwo jest stadem. I tak dalej.
[05:14:04] - À propos stada, wiesz co? Coś ostatnio ciekawego przeczytałem, obejrzałem. Otóż bardzo często kojarzy się szympansy jako takie fajne małpki. Fiki-Miki była, zdaje się szympansem. I w ogóle to takie fajne małpki cyrkowe i sympatyczne, miłe, grzeczne. A tymczasem okazuje się, że te fajne małpki, to znowu jest nawiązanie wprost do Dawkinsa, że te fajne małpki to tak naprawdę są maniakalni mordercy. W każdym razie może nie wszystkie, ale mogą stać się tymi maniakalnymi mordercami, zupełnie tak jak człowiek. To nawet jest taki pośredni dowód na istnienie ewolucji. Skoro mamy wspólnego przodka, to również te powikłania i różne takie defekty umysłu mamy bardzo podobne. Otóż co robią szympansy?
Jeden z przykładów jest taki, że jeśli przez zupełny przypadek szympans zakosztuje ludzkiego mięsa, na przykład zagubi się dziecko w lesie i szympans jako silniejszy zaatakuje to dziecko, zabije, zje, to on już nie może się powstrzymać. Wtedy mamy małpę mordercę, który w Afryce poluje na dzieci. Czeka tylko, żeby matka spuściła dziecko z oka i atakuje te dzieci. Porywa. Takich przypadków szympansów, które porywały dzieci w Afryce bywało dosyć sporo. Za każdym razem jest jeden osobnik, który raz spróbował. Na szczęście tej wiedzy sobie nie przekazują, ale tak się zachowują. Tak się zachowują jak właściwie seryjni mordercy. Więc znowu to tak naprawdę bardzo pośredni dowód na to, że Dawkins sporo racji ma czy miał. Ale u szympansów jest jeszcze coś innego ciekawego.
Ale dobrze, mów, bo chcesz mi przerwać, to przerywaj.
[05:15:52] - Dawkins podaje wiele takich właśnie ciekawostkowych przykładów na funkcjonowanie przyrody na Ziemi. I dlatego tę książkę warto czytać nie dla wniosków, które są wyciągane post factum i tak dalej, ale ciekawostki takie. To mogę ci się zrewanżować, bo mam ich też w rękawie od metra. Kiedyś miałem taki wymuszony epizod bezdomności prawie 10-letni i jakiś przyjaciel mi zafundował piwnicę nad Zalewem Koronowskim w Bydgoszczy. Tam jest takie piękne miejsce. Był mróz, była zima straszliwa. I też obrazek będzie jak z Dawkinsa na temat ewolucji, na temat świadomości i mądrości przyrody. Otóż obudził mnie z rana jakiś straszliwy, przerażający wrzask. On się unosił z powietrza, z wysoka, znad domu, znad tej ruiny z piwnicą, w której mieszkałem. Wybiegłem tam na ten cały mróz.
Było minus 15 stopni, pamiętam, i zobaczyłem coś straszliwego w powietrzu. W powietrzu nad Zalewem Koronowskim kotłowało się jak tornado. Pióra leciały, krew kapała i spływała wodą po Zalewie Koronowskim. Pióra się sypały.
[05:17:12] - Napięcie się podnosi nieustannie.
[05:17:14] - A tam w powietrzu walczyło chyba siedem czy dziewięć wron czy gawronów. Ja ich tam wiele nie odróżniam. Gawronów chyba z dwoma drapieżnikami, błotnikami chyba czy jakimiś myszołowami i tak dalej. No cóż, mogłem sobie tą bitwę oglądać i sobie stanąłem, podparłem się i oglądałem tę bitwę. Bitwa była zaserta, niewiele było widać, co z niej wynika. Natomiast w pewnym momencie zauważyłem, że te dwa myszołowy czy błotniki zaczynają się jednak wycofywać. Siła złego na jednego, te dziewięć czy siedem kruków jednak im zaczęły dokopywać. No i zaczęły uciekać. Po drugiej stronie zalewu były takie błota i one tam się oddaliły i znikły. Już wracałem do swojej piwnicy i w tym momencie zobaczyłem, jak dolatuje tych siedem kruków, pardon, tych gawronów.
Doleciały na to suche zlewo, usiadły i był straszny płacz, bo one dziobały, leczyły swoje pióra, krew wyczesywały z piór. One były straszliwie poranione, bo jednym skrzydła wisiały, drugi tam ledwo, ledwo przystępował z nogi na nogi. Skrzywione głowy, bo musiały już zdrowo oberwać. I był taki płacz i narzekanie, i tak dalej. No i patrzę, i strasznie mi litość wzięło, ale nic im nie mogłem pomóc. Dobra — mówię — no to trudno, ich problem. Wracam do piwnicy i w tym momencie usłyszałem coś dziwnego. Jakieś dziwne krakanie takie. Obejrzałem się i to, co zobaczyłem wtedy na tej gałęzi, to gdybym ja miał kamerę i puszczał dzisiaj na Facebooku, to by była .
[05:19:08] - A napięcie rośnie cały czas.
[05:19:09] - Niesamowite. Otóż na tej gałęzi nagle zobaczyłem siedem gawronów, które zaczęły tańczyć. Trącały się bokami, podnosiły skrzydła, rozpościerały, wypinały piersi. One były dumne. One sobie nagle uświadomiły, że one zwyciężyły. I wyglądało to dokładnie tak, jakby obrazek Walta Disneya na filmie rysunkowym narysować, gdzie wszystkie cechy ludzkie, jak najbardziej ludzkie, tak jak się ludzie zachowują, przypisać zwierzętom, głupim ptakom po prostu. Ale te ptaki wykonały cały fenomenalny taniec. One się widać ucieszyły, były dumne. One miały poczucie wreszcie wspólnoty, swojej siły i tak dalej. One się trącały dziobami, skrzydłami, bokami, przystępowały z nogi na nogę, tańczyły.
Obrazek był wspaniały. I mówimy tak: one są nierozumne, one są głupie. To są tylko zwierzęta. One mają taki mały ptasi móżdżek, prawda? Ale nagle się okazuje, że ich emocjonalność jest porównywalna z emocjonalnością człowieka. One reagują dokładnie tak samo jak człowiek.
[05:20:19] - I coś chciałem ci w tym momencie powiedzieć. Historia za historię. Otóż kiedy mówiłeś o tych ptakach, to przypomniała mi się druga historia. Znaczy właśnie nie tyle przypomniała, co skonkretyzowała się druga historia o szympansach. Otóż szympansy, te miłe małpki mają w sobie coś takiego, że od czasu do czasu młode osobniki zachowują się jak kibole, a nawet gorzej. Otóż właściwie jak zwiadowcy, wojskowi zwiadowcy. Co robią? To są stada, które mają swoje terytoria. Ale od czasu do czasu młodziaki, takie nastolatki, a właściwie takie podrostki szympansie zbierają się w grupę, one nawet się niespecjalnie ze sobą przyjaźnią, ale zbierają się w taką grupę i idą w kierunku terytorium sąsiedniego stada. Idą, przekraczają granicę zupełnie świadomie.
Wiedzą, że przekraczają tę granicę i szukają kogoś, komu można by, szukam adekwatnego słowa, które nadaje się na antenę, któremu można by dokopać. Jak znajdują, to się na ogół kończy bardzo źle, bo znajdują pojedynczego osobnika, którego na ogół zabijają, a w każdym razie okaleczają w takim stopniu, że niewiele mu życia już zostaje. Ale jest jeszcze jeden ciekawy element, też związany z ludzkim zachowaniem. Otóż jeśli się zorientują, że nie ma szans na to, żeby mieli przewagę, żeby to stado miało przewagę, to stado agresorów, to się natychmiast wycofują. Nie czekają na jakieś zwarcie, na jakąś bohaterską bitwę. Nie. Natychmiast tył, zwrot i wychodzimy. Ale jak się uda dorwać pojedynczego osobnika, to bardzo chętnie go załatwimy. Zobacz, czy to nie jest ludzkie zachowanie? Bardzo ludzkie.
Można takich przykładów podać więcej.
[05:22:14] - Tak jak mówię, przyroda jest mądra, a jedyne czym my się wyróżniamy w przyrodzie, to tym, że jeszcze czasami piszemy książki. Ale to się już kończy, bo przechodzimy do newsów.
[05:22:23] - Do newsów. Dobra, wiesz co? Ja sobie tak tutaj kątem oka w czasie naszej rozmowy śledzę czat i tu jest pytanie tak naprawdę do ciebie. Pytanie, które pyta o to, czy wierzysz, napisałeś, to chyba wierzysz, ale odpowiedz, teraz się będziesz tłumaczył ze swojej twórczości. Napisałeś kiedyś książkę, która się nazywa „Druga jesień". Pytanie czytelnika, pytanie słuchacza, czy ty wierzysz w taki scenariusz, jaki tam zarysowałeś? Takiej cichej inwazji, bez wielkich statków najeźdźców, bez strzałów, bez wielkiej wojny. Tylko cicho, zmiany i nagle budzimy się w zupełnie innej rzeczywistości.
[05:23:06] - Tylko w taki scenariusz wierzę. Nie wierzę absolutnie w żadną wielką wojnę.
[05:23:11] - Nie będzie inwazji? Tak to ładnie wygląda na filmach.
[05:23:14] - Nie, po prostu każda przestrzeń życiowa jest po to, żeby ją zagospodarować, a nie zniszczyć. Jeśli nas się zniszczy, to nie ma żadnej korzyści dla nikogo. Nas należy zagospodarować w jakikolwiek sposób i to może opisywane było przez wszystkich pisarzy science fiction w takiej czy innej formie. Zagospodarowanie tej przestrzeni, tej sfery, że tak powiem, bytowej, jaką myśmy tutaj na Ziemi wytworzyli przez innych obcych, to tak.
[05:23:50] - To ja rozwinę jeszcze to pytanie. A powiedz, czy ty w naszej rzeczywistości zauważasz już takie elementy owej cichej inwazji?
[05:23:59] - Tak.
[05:24:00] - To dalej, podawaj.
[05:24:02] - Na przykład ci z Afryki i z Azji wchodzą w Europę i powoli nas asymilują.
[05:24:12] - Tak, ale to jest ziemska inwazja.
[05:24:15] - Ale to są obcy.
[05:24:17] - Dobra, bardzo niepolityczne. Ale wiesz co? To też częściowo nawiązuje do tego, o czym jakiś czas temu w naszej rozmowie mówiłem. Bo zauważ, znowu idea europejska przegrywa. Przegrywa, ponieważ straciła swoje korzenie. Bo można mieć oczywiście do chrześcijaństwa różne zastrzeżenia, różne uwagi i to pewno całkiem słuszne, dotyczące tego, jak się chrześcijaństwo na przestrzeni dziejów zachowywało, jak się szarogęsiło, jakich zbrodni dokonywało i tak dalej. Tych przykładów pewno można w zależności od inwencji autora czy inwencji podającego, można by znaleźć bardzo dużo. Niemniej jednak to chrześcijaństwo zbudowało ideę Europy. Dzisiaj te korzenie się podcina. Dzisiaj wszystko, co wiąże się z chrześcijaństwem jest be.
Nawet to, co jest w oczywisty sposób dziedzictwem tego chrześcijaństwa. Bo ja tu od razu podkreślam, nie trzeba być chrześcijaninem, żeby korzystać z kultury, którą to chrześcijaństwo stworzyło. Trzeba te dwie rzeczy oddzielić. I dzisiaj ta idea słabnie. A tak jak powiedziałem, idee walczą ze sobą na śmierć i życie. To profesor Sytnyk-Czwartyński głosi za każdym razem, kiedy dyskusja na tym polu zaczyna się toczyć. Otóż idee walczą ze sobą na śmierć i życie. I oto właśnie mamy taki przykład. Idea europejska zanika. W to miejsce wchodzi idea zupełnie inna.
Co więcej, gdzieś na Dalekim Wschodzie pojawiła się jeszcze inna silna idea, czyli Chiny. Która z tych idei wygra? Nie wiem. Tego nikt nie wie. Podejrzewam jednak, że Europa jest w odwrocie i albo się gwałtownie wzmocni, pokaże coś, że odzyska swoje siły, albo jesteśmy w odwrocie i wygra któraś z tych idei, które ty nazwałeś obcymi. Ale wiesz co? Wymknąłeś się, bo tego ci nie wiem. Jesteśmy w Radiu Paranormalium, gdzie się toczą debaty ufologiczne. Sam zresztą przykładam do tego troszeczkę rękę. Pytanie słuchacza było bardzo wyraźne, bardzo proste.
Nie to, czy ty wierzysz w inwazję obcych z Bliskiego Wschodu albo z Dalekiego w przyszłości. Tylko czy wierzysz w inwazję obcych obcych, czy też po prostu dusza fantasty ci zagrała?
[05:26:41] - Nie, po prostu niespecjalnie widzę jakikolwiek interes w tym, bo we wszystkim musi być jakikolwiek interes. Jeśli my odkryjemy, że na przykład na Europie, oczywiście myślę o Księżycu jakimś tam Pod nazwą Europa istnieje jakakolwiek cywilizacja, to za przeproszeniem, niech sobie istnieje. Inwazji dokonamy, jeśli tam coś znajdziemy, co będzie warte tego. Albo zabraknie nam przestrzeni życiowej, albo oni będą coś posiadali.
[05:27:24] - To my będziemy dokonywać inwazji. Ale ja się pytam, czy na nas się nie dokonuje?
[05:27:28] - Jeśli uznają, że posiadamy coś, czego oni nie mają, a im się przyda, to mogą inwazji dokonywać. Tylko ja sobie nie wyobrażam, żeby na przykład ktoś z Alfa Centauri potrzebował czegoś, czego nie ma on, a co my mamy. Mamy to, co jest nam potrzebne, ale bardzo małe prawdopodobieństwo jest takie, że istnieje cywilizacja, która potrzebuje tego samego, co my, poza przestrzenią do opanowania. Ten konflikt interesów może tego dotyczyć, ale to jest jeszcze łabędzi śpiew, bo na razie żeśmy nie wyszli i nie wiadomo, czy kiedykolwiek wyjdziemy poza atmosferę. To, że sobie tam fruwają, nie ma żadnego znaczenia. Ważny jest człowiek.
[05:28:17] - Wiktorze, będziemy powoli kończyć, ale jeszcze muszę ci zadać ostatnie, kończące pytanie. Powiedz mi, o jakiej książce chciałbyś rozmawiać za dwa tygodnie? Bo zapraszamy oczywiście wszystkich słuchaczy na kolejną audycję z cyklu „Bibliotekarium”. Ale teraz pytanie do Wiktora: jaką książkę chciałbyś przedstawić?
[05:28:43] - I tu jest problem, bo przedstawiamy przynajmniej w jakimś przybliżeniu Dawkinsa. Natomiast w tym momencie należałoby przedstawić apostoła drugiej strony i tu jest problem, bo go nie ma.
[05:28:59] - Myślę, że przesadzasz, ale powiem ci tak: pomyślę, a później razem pomyślimy o apostołach drugiej strony. Natomiast naszym słuchaczom chciałbym zapowiedzieć audycję za dwa tygodnie. Postaramy się w mniej lub bardziej udany sposób, to się jeszcze okaże, omówić książkę, o której była już mowa na antenie Radia Paranormalium, a mianowicie książkę Przemysława Nowakowskiego i Wojciecha Chudzińskiego, która nosi tytuł „Śladem nowoczesnego mitu”. Ponieważ audycję, w której występował Przemek Nowakowski znam, postaramy się to zrobić troszeczkę inaczej. Poza tym autor ma to do siebie, że zawsze o swojej książce mówi w ciepły, fajny sposób. My też będziemy mówili w sposób ciepły i fajny, bo z zasady nie pastwimy się nad książkami. Możemy jakieś szpile wbijać, ale tak naprawdę nie pastwimy się nad książkami. Natomiast myślę, że to, co mamy do powiedzenia o książce obu panów troszeczkę inaczej zabrzmi niż to, co mówił Przemek Nowakowski, przedstawiając książkę. Co ty na to?
[05:30:24] - Jestem za tym, ale zresztą czy mam inny wybór?
[05:30:27] - Zawsze jest jakiś wybór, ale ponieważ słuchacze z wszystkimi czytelnikami, za dużo się obracamy w świecie książki, poprosili o to, żebyśmy się zdeklarowali. Więc się niniejszym deklaruję. Myślę, że pierwsze spotkanie w ramach cyklu „Bibliotekarium” możemy uznać za zakończone.
[05:30:50] - A słuchacze siedzą i słuchają z otwartymi ustami i chcieliby jeszcze więcej.
[05:30:55] - Możemy obiecać, że zastanowimy się, czy programowo następnej audycji lekko nie przedłużyć. Aczkolwiek pewno takich rekordów, jakie osiągają „Debaty Ufologiczne” czy też „Teoria Chaosu”, raczej nie uda się nam osiągnąć, ale myślę, że dwie godziny są w naszym zasięgu. Aczkolwiek nie będę się jeszcze deklarował, bo Wiktor patrzy na mnie teraz tak spode łba i kręci głową i coś takiego niedobrego w jego wzroku jest. Tłumacz się.
[05:31:34] - Nie mam pojęcia, ale pewne rzeczy mi się wymykają i w tej audycji mi się wymknęło. Straszliwa ilość rzeczy, które chciałem powiedzieć albo chciałem przemyśleć. Nagle się okazuje, że właściwie nie dotknąłem niczego tego, co chciałem.
[05:31:52] - Chciałem ci uświadomić, że pękło prawie półtorej godziny. Tak jakbyś pytał, to właśnie minęło prawie półtorej godziny. Tak że dobry prognostyk. Myślę, że o te dwie godziny możemy się w przyszłości pokusić. Myślę, że to tym razem definitywnie koniec. Wszystkim słuchaczom dziękujemy za uwagę. Dziękujemy za poświęcony czas. Żegnamy wszystkich mroźno, bo się zaczyna robić mroźno, z mroźnej Bydgoszczy. Do widzenia. Do usłyszenia.
[05:32:23] - Do usłyszenia. To byli gospodarze audycji „Bibliotekarium” w Radiu Paranormalium. Może jeszcze na koniec takie małe zaproszenie na forum Bibliotekarium, panowie?
[05:32:34] - Forum Bibliotekarium to jest forum poświęcone książkom. Część większego projektu, w którym mam okazję częściowo brać udział, ale tak naprawdę to projekt, który dopiero się rodzi. On prawdziwe swoje oblicze odsłoni pewno w lutym, kiedy pojawi się duża strona poświęcona książkom. Już nie tylko forum dyskusyjne, ale także duża strona, duży portal poświęcony książkom w każdej postaci. Ciężko go właściwie w tej chwili opisywać, ale myślę, że będzie interesujący. I to myślę tyle. Zapraszam bardzo serdecznie zarówno na forum, jak i na tę stronę, która gdzieś tam w lutym w internecie się objawi. Jeszcze raz wszystkim bardzo serdecznie dziękujemy i pozdrawiamy z Bydgoszczy. Dobranoc.
[05:33:30] - Dziękujemy bardzo wszystkim, którzy dosyć licznie jak na piątek wieczór włączyli Radio Paranormalium. W szczytowym momencie słuchało audycji 125 słuchaczy unikalnych. To znaczy 125 IP dokładnie licznik naliczył, a wiemy, że niektórzy słuchają audycji w Radiu Paranormalium z przyjaciółmi, znajomymi, z kolegami z pracy, z rodzinami. Tak więc jestem przekonany, że ten licznik rzeczywisty był czy też jest tak naprawdę dużo większy. Żegnamy się powolutku. Byli z nami po drugiej stronie dzisiaj Google Hangouts gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dzięki jeszcze raz panowie.
[05:34:15] - Pozdrawiamy. Wiktor już nie pozdrowi, bo poszedł palić. To jest jego zgubny, ale bardzo konkretny nałóg.
[05:34:21] - A audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia w kolejnym odcinku „Bibliotekarium” na żywo już za dwa tygodnie.
[05:34:37] - Tak, proszę państwa, to był ostatni element naszej dzisiejszej audycji. I tu się pojawia wśród niektórych protest. Jak ostatni element? Przecież jeszcze powinna być rozmowa z Piotrem Plebaniakiem o tym, jak budować i niszczyć imperia. Proszę państwa, przyjmijmy, że Piotr Plebaniak jest nie tylko na Tajwanie, ale i na urlopie. I dzisiaj audycji o budowaniu i niszczeniu imperiów nie będzie, ale myślę, że to, co było wcześniej, w jakimś przynajmniej stopniu zrekompensuje państwu ten brak. Tak, proszę państwa. A zatem wszystko wskazuje na to, że skończyliśmy 200. wydanie „Bibliotekarium” i 50. wydanie „Bibliotekarium 2.0”.
A za tydzień gratka nie lada, bo to będzie spotkanie z redaktor naczelną „Nieznanego Świata”. Pani Anna Ostrzycka-Rymuszko udzieliła „Bibliotekarium 2.0” wywiadu na temat książek o nieuchwytnej sile i powrocie nieuchwytnej siły, ale też o wielu ciekawych sprawach związanych z życiem wśród rzeczy niezwykłych. Serdecznie państwa zapraszam za tydzień, a teraz już pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Żegnam się, życzę dobrej nocy i pozdrawiam.
[05:36:26] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.