Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Sezon grzewczy za pasem, a więc grzejemy anteny Radia Paranormalium i Book Radia. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:36] - Dzień dobry wieczór, dzień dobry wieczór, dzień dobry wieczór wszystkim. Proszę państwa, bez zbędnej zwłoki rozpoczynamy audycję. Początek Bibliotekarium 2.0. Zaczynamy od polecanek. Dzisiaj wybrałem wydawnictwo Zysk i Spółka i po raz kolejny wybrałem książki, których jeszcze nie ma na rynku, które się dopiero ukażą. Ale książki niezwykle ciekawe. 10 października w sprzedaży pojawi się książka o bardzo prostym tytule: „J.R.R. Tolkien. Biografia”. Jej autorem jest Humphrey Carpenter.
Ta książka to jedyna autoryzowana biografia twórcy Śródziemia. Jedyna biografia, która przybliża czytelnikom niezwykłą osobowość oraz przedstawia bogactwo informacji o życiu oraz pracy pisarza. Tak naprawdę to niewielu pisarzy w historii wywarło aż taki wpływ na czytelników jak Tolkien, którego – tak, to jest chyba dobre słowo – imponująca powieść „Władca Pierścieni” przekroczyła ograniczenia czasu, wieku i narodowości, stając się lekturą obowiązkową dla milionów ludzi. Nawet obecnie, wiele lat po śmierci Tolkiena, przychodzą na adres wydawcy listy. Listy właśnie do niego, do Tolkiena. Listy pełne pytań o jego życie, o to, jak się stało, że zaczął pisać o hobbitach, o czarodziejach, o krasnoludach i elfach. Dla wielu czytelników Tolkien nie umarł. A ta biografia, o której mówię, przynosi odpowiedzi na pytania, które zadałem przed chwilą, ale też podsuwa możliwe rozwiązania kwestii, o które czytelnicy na ogół nie pytają. Humphrey Carpenter był przyjacielem synów i córki Tolkiena, którzy udzielili mu zgody na napisanie biografii ojca oraz udostępnili mu dokumenty, listy, fotografie, a także podzielili się z nim swoimi wspomnieniami. Carpenter przedstawia życie Tolkiena od jego wczesnego dzieciństwa spędzonego w Afryce Południowej, poprzez samotne lata po śmierci obojga rodziców, zakończone jego małżeństwem.
Spokojne lata sukcesów akademickich w roli wybitnego oksfordzkiego profesora i czasy niespodziewanego powszechnego uznania, które zmieniło jego życie. Niejaki Shippey, autor książki „J.R.R. Tolkien. Pisarz stulecia” napisał w ten sposób o biografii, którą dzisiaj państwu przedstawiam: „Chociaż biografia ta ukazała się przed większością pośmiertnie wydanych tekstów Tolkiena zredagowanych przez jego syna Christophera, zupełnie nie straciła na aktualności, pasjonująco opowiadając o życiu pisarza”. To tyle moich informacji o pierwszej książce. Druga książka, która ukaże się na rynku wydawniczym tydzień później, to znaczy 17 października tego roku. Jak by to powiedzieć? Tematycznie nawiązuje. Wyszła spod pióra Tolkiena i nosi tytuł „Ballady Beleriandu”. To jest „Historia Śródziemia”, tom trzeci.
I tu nota od wydawcy: „Historia Śródziemia” to najbardziej oczekiwany przez fanów na całym świecie-- w całości ukazała się tylko po angielsku. Wybrane tomy natomiast publikowano po polsku, francusku, niemiecku, szwedzku, hiszpańsku, węgiersku i rosyjsku. A więc tak jak powiedziałem, to najbardziej oczekiwany przez fanów na całym świecie dwunastotomowy cykl książek wydanych przez Christophera Tolkiena na podstawie zapisków i notatek, które pozostawił jego ojciec. Polskie wydanie będzie zatem pierwszą pełną edycją zagraniczną tolkienowskiego oryginału. Trzeci tom „Historii Śródziemia” zawiera wczesne mity i legendy, które w efekcie złożyły się na powstanie epickiej opowieści Tolkiena o wojnie Silmarillionu. Niniejszy tom daje nam wyjątkową okazję do spojrzenia na tworzenie mitologii Śródziemia poprzez napisane wierszem dwie najważniejsze opowieści z tego świata: historię Túrina i Lúthien. Pierwszy z tych poematów to niepublikowana wcześniej ballada o dziejach Túrina, przedstawiająca w imponującej skali tragedię Túrina. Drugi to poruszająca ballada o Lúthien, główne źródło opowieści o O Berenie i Luthien w „Silmarillionie”, opisująca wyprawę i spotkanie z Morgothem w jego podziemnej fortecy. Dzięki umieszczeniu obok siebie dwóch najważniejszych opowieści z tego świata o Túrinie, bohaterze żyjącym w cieniu rodzinnej klątwy, oraz Luthien, elfickiej księżniczce, której miłość do śmiertelnika została odzwierciedlona wiele wieków później w miłości Arwerny i Aragorna. Ballady „Beleriadu” rzucają nowe światło na twórczość Tolkiena.
Tylko znajomość historii Śródziemia pozwala wypełnić wszystkie luki w wiedzy o Śródziemiu i delektować się w pełni ogromem i bogactwem świata wykreowanego przez autora „Władcy Pierścieni”. Ja wszystkich purystów tolkienowskich niezwykle przepraszam, jeśli zniekształciłem któreś z imion bądź nazw, ale troszeczkę mówiąc szczerze, te nazwy nie wszystkie znam. Ja jednak aż tak głęboko w twórczości Tolkiena nie siedzę i być może któreś z tych imion przekręciłem. Od razu proszę o wybaczenie. Tak naprawdę liczy się to, że książka się ukazuje. Będzie już niedługo dostępna. A tę nieporadność językową to mi państwo wybaczcie. To nie jest koniec zapowiedzi. Co prawda książkowych owszem, tak, ale zapraszam państwa teraz na pierwsze dzisiaj spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Będziemy spoglądać na to, co ciekawego można przeczytać w najnowszym październikowym numerze „Nieznanego Świata”.
Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[08:04] - Witam, Marku. Dzisiaj wyjątkowy przegląd numeru.
[08:08] - Tak, rocznica. Trudno ją nazwać okrągłą, ale na pewno jest to rocznica ciekawa.
[08:16] - Tak, rocznica 33. powstania „Nieznanego Świata” wybiły naszemu miesięcznikowi właśnie 33 lata. Kawał czasu chciałoby się powiedzieć. „Nieznany Świat” był świadkiem wielu wydarzeń historycznych, przeszedł też wiele zawirowań. Ale zawsze starał się i stara dostarczać czytelnikom treści wysokich lotów i wysokiej jakości. I tutaj w imieniu redakcji chciałbym podziękować stałym czytelnikom i tym okazjonalnym za obecność, za wsparcie, bo bez was „Nieznanego Świata” by też nie było. Liczymy, że będziecie obecni z nami, cóż, co najmniej drugie tyle.
[08:55] - Tak, Piotrze, to zacznijmy przegląd tego numeru od wstępniaka tym razem. Tym razem wstępniak mówi właśnie o 33. rocznicy. Co tam można znaleźć?
[09:12] - Przede wszystkim taka retrospekcja i trochę słów na temat kondycji prasy w dzisiejszych czasach. Niektórzy mówią, że prasa już odchodzi do historii. Inni są przeciwnego zdania, wskazując, że takie publikacje bardzo konkretnie skupione na danym przedziale tematycznym mają szansę przetrwać. Mam nadzieję, że plasujemy się w tej drugiej grupie. Natomiast takie rocznice to też zawsze dobry moment na wspominki. I my w poprzednich numerach, tych okolicznościowych na przykład na 25-lecie, wspominaliśmy różnego rodzaju historie związane z „Nieznanym Światem”, z tym, jak powstawał. Ta rocznica 33. to pierwsza rocznica bez Marka Rymuszko tak naprawdę. Natomiast poszliśmy w tym wydaniu w nieco inną stronę, bardziej taką tradycyjną. To jest już, jakby nie patrzeć, taki numer wspominkowy, ale po prostu zwyczajny numer wzbogacony o nawiązania okolicznościowe.
I pierwszym jest oczywiście wstępniak redaktor naczelnej. Natomiast numer dziesiąty otwierają rozważania numerologiczne związane z tą 33.
[10:25] - Tak, pojawia się hasło „liczby mistrzowskie”.
[10:32] - Liczby mistrzowskie, ale też liczba Chrystusowa, bo w naszym kręgu kulturowym, w naszej tradycji ta 33 jest mocno ugruntowana. Uważana jest właśnie za liczbę Chrystusową. Mówi się o wieku Chrystusowym. Natomiast numerolodzy uważają, że jest to jedna z liczb mistrzowskich. I o cechach numerologicznej 33 pisze doktor Joanna Bohaczek-Trąbska, biorąc za przykład jednego z polskich literatów, który też numerologiczną 33 był. O tym z kolei, jak wyliczyć swoją liczbę i co się stanie, jeżeli już to zrobimy, pisze znana numerolog Małgorzata Brzoza, mówiąc też o innych liczbach mistrzowskich. A to są analogicznie na przykład 11, 22, 44, 55, 66 i tak dalej.
[11:26] - Tak. W „Nieznanym Świecie” jest bardzo ciekawy dział. Mówiąc szczerze, ja bardzo często od tego działu właśnie zaczynam lekturę „Nieznanego Świata”. To jest dział, który nosi tytuł „Dotknięcie nieznanego”. W tym numerze jest niezwykle ciekawa historia. Historia, o której chyba powinniśmy opowiedzieć, a w każdym razie ją zaanonsować.
[11:53] - Tak, jak powiedziałeś, „Dotknięcie nieznanego” to taka rubryka, w której drukujemy historie naszych czytelników. A w tym numerze jest to historia szczególna. Bo „Nieznany Świat” zawsze walczył o prawa zwierząt, zawsze był otwarty na ich niedolę. Anna Ostrzycka i Marek Rymuszko angażowali się w liczne akcje charytatywne, ale też sami na własną rękę wspierali schroniska czy przytuliska. Założyciele „Nieznanego Świata” to przede wszystkim kociarze. To więc kot jest totemicznym zwierzęciem naszego miesięcznika. Natomiast ta relacja, o której wspominasz w dotknięciu nieznanego, dotyczy psa. Dotyczy psa, zaś jej autorem jest pewien uczony, nieżyjący już, który chciał zachować anonimowość. On tę relację spisał na maszynie i przekazał swojemu znajomemu. Mamy kopię tego maszynopisu, cyfrową.
Ta historia dotyczy dziwnego telepatycznego przekazu, który ten uczony, jeszcze jako w miarę młody człowiek, otrzymał podczas wizyty w tak zwanej zwierzętarni jednego z ośrodków badawczych, gdzie po prostu przetrzymywano psy wykorzystywane do badań naukowych. On otrzymał bardzo silny przekaz myślowy. Był sceptykiem oczywiście, dla niego takie coś było wręcz porażające, ale podczas obchodu po tym ośrodku zdołał nawet ustalić, od którego psa ten przekaz pochodzi. O tym, co się potem stało, przeczytacie w numerze. Historia jest, Marku, powiedzmy sobie szczerze, wstrząsająco poruszająca.
[13:33] - Piotrze, muszę cię teraz wywołać do tablicy, bo jest też artykuł twojego autorstwa „Technologiczne zbawienie ludzkości”. W związku z tym, co się dzieje na twoim kanale „UFO Historie”, na innych kanałach, które można obserwować w sieci, to jest taki artykuł bardzo à propos.
[13:56] - Tak, ja tylko dodam, że jeżeli chodzi o ten cały ruch disclosure, ujawnienia informacji o kosmitach, który tak bardzo przybrał na sile, to „Nieznany Świat” w zasadzie od samego początku, od końca 2017 roku śledzi ten problem i niemalże co miesiąc ukazywały się na ten temat jakieś informacje. Jeżeli chodzi o technologiczne zbawienie ludzkości, to skupiam się tu na pytaniu, które od kilku miesięcy nurtuje wiele osób. Bo jak wiecie, były pracownik wywiadu amerykańskiego wyznał pod przysięgą w Kongresie, że spec służby są w posiadaniu jakichś pozaziemskich artefaktów i zapewne je badają. Odsuwając na bok te wszystkie spiski, pada pytanie, czy istnieje więc jakaś, nie wiem, jak to nazwać, wyprzedzająca nauka i wyprzedzająca cywilizacja. Jakaś cywilizacja ludzka bis. Po prostu jakaś wąska grupa ludzi, która na naszej planecie ma dostęp do super technologii. A jeżeli ma, to co z tym robi? Bo można taką wiedzę, prawdopodobnie bardzo zaawansowaną, wykorzystać dobrze, ale można i gorzej. I to jest kluczowa kwestia odnośnie tego artykułu. Natomiast ja bym chciał jeszcze zwrócić uwagę, powracając do tych wątków numerologicznych, do artykułu Marcina Gibasa, bo z punktu widzenia fizyki to właśnie liczby opisują i warunkują naturę kosmosu i bez niektórych stałych wszechświat nie byłby taki, jaki jest.
Nie mogłoby na przykład powstać w nim życie. I taką symboliczną „liczbą mistrzowską”, oczywiście w cudzysłowie, jest na przykład stała Plancka, o której Marcin Gibas pisze w dziale Okruchy Wszechświata. Ale w numerze październikowym, tym jubileuszowym, oczywiście wiele innych ciekawych artykułów, między innymi wywiad z Krystyną Króliską na temat reiki, rozmowa z jednym z nestorów polskiej bioterapii, Jerzym Strączyńskim, a także inne rubryki stałe. Pamiętajcie też, że „Nieznany Świat” znajdziecie nie tylko na stanowiskach z prasą, w salonikach i kioskach, ale też na przykład na stacjach paliw czołowej polskiej marki. Dodam jeszcze jedną ważną rzecz techniczną. Otóż w tym miesiącu będziemy musieli zmienić dostawcę usługi wydania elektronicznego. Zatem zapowiadamy już teraz, że prawdopodobnie w pierwszym tygodniu października pojawią się pewne przejściowe problemy techniczne z tym związane. Cóż, pozostaje życzyć miłej lektury. Mam nadzieję, że przez wszystkie te problemy jakoś wspólnie przejdziemy. No i cóż, Marku, do zobaczenia za miesiąc i oby tak przez kolejne 33 lata.
[16:46] - Tak, tylko że ja jeszcze na koniec muszę jedną rzecz powiedzieć, bo nie wytrzymam. W „Nieznanym Świecie” pojawił się też artykuł zatytułowany „Czy nas kontrolują?”. I to jest artykuł z takiej serii, którą ja bardzo lubię, o teoriach spiskowych. Więcej nie powiem. Więcej poszukajcie państwo w najnowszym numerze. Pięknie, Pićci, Piotrze, dziękuję. Państwu również dziękuję i do usłyszenia.
[17:14] - Pozdrawiam.
[17:16] - Proszę państwa, Piotr Cielebiaś rozwija swój kanał „UFO Historie”. Brawurowo wręcz publikuje kolejne filmy. Bardzo państwu ten kanał polecam. Jeśli komuś bliskie są historie o tajemnicach związanych z UFO, to to jest dobry adres, jak najbardziej dobry. Tych filmów jest już tam tak dużo, a kanał działa w sumie dwa miesiące, może troszeczkę więcej, ale naprawdę jest to już w tej chwili cała masa materiału do przemyślenia jak u Sztyrlica, proszę państwa. Więc szczerze jeszcze raz polecam kanał na YouTubie „UFO Historie”. A tak na marginesie, to Piotr namawiał mnie, abym poszedł w jego ślady i otworzył również kanał na YouTubie. Namawiał, namawiał, namawiał, aż namówił. W najbliższy poniedziałek startuje mój autorski kanał, który nosi nazwę „Wehikuł wyobraźni”. Z całą pewnością nie będę publikował tak często jak Piotr, ale postaram się w miarę regularnie, cotygodniowo coś dla Państwa na kanale zostawić.
W pierwszym filmie poruszę problem symulacji rzeczywistości, a konkretnie tego, że chociaż sporej rzeszy ludzi zagadnienie symulacji wydaje się kolejną teorią spiskową, jedną z wielu. W rzeczywistości nie jest nią. Symulacja rzeczywistości nie jest teorią spiskową, bowiem cóż, proszę państwa, wiem, jak to zabrzmi, ale niech wybrzmi. Symulacja jest problemem filozoficznym, rozważanym tak naprawdę od wieków przez największe umysły naszej planety. Zapraszam serdecznie na mój kanał „Wehikuł wyobraźni”. Już teraz można go zasubować, bo to zawsze dobrze robi autorowi. Zyskuje on poczucie, że to, co tworzy, ma jakiś sens. W poniedziałek o 21:00 wystartuje pierwszy film, na który serdecznie państwa zapraszam. Teraz natomiast zapraszam na obiecany w zeszłym tygodniu wywiad z Anną Ostrzycką-Rymuszko, redaktor naczelną miesięcznika „Nieznany Świat”. Dzień dobry wieczór.
Gościem „Bibliotekarium 2.0” jest redaktor naczelna miesięcznika „Nieznany Świat” Anna Ostrzycka-Rymuszko. Dzień dobry.
[20:05] - Dzień dobry. Niedawno zaczęłam się zastanawiać nad podsumowaniem mojego życia i doszłam do wniosku, że było jedną wielką fascynującą przygodą, chociaż bardzo trudną. Od dziecka pewne zjawiska nazywane paranormalnymi były moim udziałem. Gdy dorastałam, zaczęłam się dziwić, że nie jest to cecha każdego człowieka, jakiego napotykałam. Kontakt telepatyczny z babcią, widzenie energii, czasami przewidywanie przyszłości, sny, które zapowiadały wydarzenia, widzenie bytów, które nazywamy duchami. Potem to trochę przygasło. W pewnym momencie weszłam w dorosłe życie dziennikarskie. Zaczęłam się zajmować tematami przyziemnymi. Byłam dziennikarką „Kuriera Polskiego” przez kilka lat, ale jednocześnie interesowałam się zjawiskami nietypowymi i zaczęłam o nich pisać. Wciągnęłam w to mojego męża, Marka Rymuszko, który był świetnym reportażystą sądowym, pisarzem.
W pewnym momencie doszedł do wniosku, że opisał już wszystkie mechanizmy, jakie mogą się pojawić w reportażu sądowym i właściwie nie ma już nic odkrywczego.
[21:26] - Szukał nowych wyzwań.
[21:27] - Szukał nowych wyzwań i zaczął poszukiwać tropem mojego myślenia ludzi, których nazwał odmieńcami, czyli myślących inaczej, fascynujących się czymś nietypowym. I tak nasza wspólna twórczość dziennikarska spotkała się na jednej ścieżce i zaczęły się bardzo ciekawe doświadczenia. Wręcz zapragnęliśmy w latach 80. powołać czasopismo, które zajmowałoby się tą tematyką. Tak skrzyknęliśmy sobie paruosobowy zespół. Nawet mieliśmy zaprzyjaźnionych naukowców, w tym Leszka Weresa jako konsultanta od astrologii, fizyków z Politechniki i osoby o innych specjalnościach. Zaczęło się tworzyć coś bardzo fascynującego. Tylko że wtedy trzeba było mieć zgodę Wydziału Prasy KC, żeby uruchomić cokolwiek. Pozwolono nam na wydanie jej okresowego numeru sygnalnego. Zdobyliśmy papier z tak zwanych zrywów.
I na tym się niestety skończyło. Bo nie byliśmy materialistycznym tytułem.
[22:35] - To nie była filozofia materialistyczna, daleka od marksizmu i marksizm nie przewidywał tego rodzaju zjawisk, o jakich państwo pisali.
[22:44] - W związku z tym inicjatywa została zablokowana, co nas na początku bardzo zabolało, ale po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że właściwie los nad nami czuwał, bo dzięki temu nasz koncept, nasz pomysł został przy nas i kiedy można było zarejestrować prywatne tytuły, Marek to uczynił. Potem zaczęliśmy zastanawiać się, jak zdobyć środki na start. Na bazie firmy przyjaciół wystartowaliśmy i w październiku 1990 roku ukazał się numer pierwszy. I tak do tej pory trwamy. Ten październikowy numer będzie bardzo charakterystyczny. Obchodzi 33. urodziny, a mówi się, że to jest liczba mistrzowska, bardzo szczególna na drodze każdego człowieka, każdej istoty, każdego wydarzenia. Więc ciekawe, co nam przyniesie, jaką przyszłość naszkicuje.
[23:39] - Jak to ujął Piotr Cielebiaś, wiek chrystusowy poza tym. Ale ja bym chciał wrócić do tego, o czym pani mówiła nieco wcześniej, czyli tego magicznego dzieciństwa, magicznej młodości. Jakbyśmy mogli troszeczkę na ten temat porozmawiać.
[23:56] - Od zawsze, kiedy tylko pamięcią sięgam, miałam kontakt telepatyczny z babką. Babka właściwie poświęciła mi całe swoje istnienie, bo nie rokowałam na przeżycie jako niemowlak, a ona czuwała nade mną dzień i noc i w efekcie Każdą moją myśl odczytywała, a ja się nauczyłam odczytywać jej myśl. I to było coś fantastycznego. Rzadko potem w dorosłym życiu zdarzało mi się poznać ludzi, z którymi miałabym tak niesamowity kontakt myślowy, telepatyczny. Obserwowałam, widywałam cząstki energii, co potem w trakcie dorastania utraciłam i zachowanie cząsteczek, takich pięknie świecących. Jeśli oblepiały liście, to wskazywało na zmianę pogody na przykład. I w ten sposób wiedziałam, czy będzie ładna pogoda następnego dnia, czy zła. I bardzo się naraziłam koleżankom w szkole, kiedy wybieraliśmy się na wycieczkę, a ja powiedziałam, że będzie deszcz, chociaż zapowiadano słońce. Ja jedna miałam płaszcz od deszczu i zgromiono mnie, że jestem czarownica, bo zaczarowałam pogodę na niedobrą. Miewałam fascynujące sny zapowiadające różne wydarzenia w przyszłości.
Doszło do śmiesznej sytuacji. Jako siedemnastolatka zaczęłam się zastanawiać, czy aby ja na pewno jestem normalna, bo moje koleżanki tak nie śniły. I naszego doktora rodzinnego kiedyś zapytałam: „Panie doktorze, jak to jest ze mną?” I opowiedziałam mu o tych snach. On się roześmiał, powiedział: „Masz dużo problemów zdrowotnych, dziewczyno, ale to będzie twoją silną stroną. Naucz się z tego korzystać. Kup sobie gruby zeszyt, opisuj sny po jednej stronie, a po drugiej potem, jak to się zrealizowało w życiu i stworzysz sobie swój kod rozumienia tego, co w symbolach ci się pokazuje”. I rzeczywiście to była księga kodów i bez instruktażu, właściwie sama analizując to, nauczyłam się pracować ze świadomym śnieniem wtedy do tego stopnia, że potrafiłam interweniować w wydarzenia we śnie i tak rozwiązywać to, co się zdarzy w przyszłości. Kiedy zaczynało się dziać, już wiedziałam, jak się zachować. Potem trochę straciłam z tych umiejętności, bo w pewnym momencie uznałam, że to jest niewygodne, bo sygnalizuje również nieprzyjemne rzeczy, jakieś groźne wydarzenia. I chciałam to wyłączyć.
Na jakiś czas się udało, ale potem ze zdwojoną siłą zaczęło znowu wybuchać i najpierw przychodziły informacje sygnalizujące zagrożenia i złe wydarzenia, a dopiero potem jak gdyby te dobre wieści. I tak mi zostało. Staram się korzystać z intuicji do tej pory.
[26:51] - Czy ta księga snów, że pozwolę sobie nazwać ten zeszyt, ona jeszcze istnieje? Przetrwała?
[26:57] - Niestety nie przetrwała. Kiedyś mój mąż zaczął sobie ze mnie dworować, że znowu coś tam zapowiadam, przepowiadam i tak się strasznie na niego obraziłam, że zniszczyłam ten zeszyt w głupocie swojej wielkiej. I dopiero po jakimś czasie przestał powątpiewać. Kiedy jechaliśmy na urlop, trudno było wtedy o wagon sypialny. Załatwił, a ja nie mogłam usnąć, położyć się nawet, ciągle się kręciłam. Powiedziałam, że jestem bardzo niespokojna i chwilę później wykoleił się jeden z wagonów tego pociągu. I od tego momentu mój mąż przestał sobie żartować, a zawsze się pytał: „Skąd wiesz?” Ja mówię: „Dokładnie tak, jak ty wyglądasz za okno, wiesz, że świeci słońce albo pada deszcz”. Tego się nie da inaczej powiedzieć. To jest rodzaj percepcji, którą część osób ma i dużo więcej osób ma, niż się przyznaje do tego.
[27:54] - Wspomniała pani o tym, że to tak troszeczkę falowało, że raz pewne zjawiska były przez panią dostrzegane, czasami to zanikało. Jak to jest w tej chwili? Czy w dalszym ciągu te niezwykłe umiejętności są z panią?
[28:10] - W tej chwili jest bardzo dziwnie. Niektóre elementy percepcji otworzyły się niesamowicie. To w ostatnich latach dotyczy między innymi kontaktu z duszami czy z istotami, z osobami bliskimi, które odeszły, już nie żyją. Takie pierwsze doświadczenia miałam po śmierci mojej babki, która przez rok wieczorami przychodziła do mnie. Z zewnątrz, z ulicy wpływał taki biało-srebrny obłok, z którego wyłaniała się jej głowa i ramiona. Opowiadała mi, co mnie czeka w najbliższym czasie i jak mam rozwiązać zadania. Ja wtedy miałam skończone 13 lat i bardzo było mi trudno po jej śmierci. Nie mogłam się zupełnie odnaleźć. I to był pierwszy taki kontakt z osobą nieżyjącą i przeświadczenie, że ci, którzy odeszli, mogą nas wspierać, pomagać, czuwać, a jednocześnie nie podglądają nas, są bardzo dyskretni w tym wszystkim. Takich doświadczeń podobnych miałam więcej.
Właściwie ze wszystkimi bliskimi, którzy odchodzili w mniejszym albo większym stopniu. A po śmierci mojego męża Marka Rymuszko doświadczenie przebiło wszystkie wcześniejsze doświadczenia. To było coś niesamowitego. Po raz pierwszy słyszałam głos, po raz pierwszy odebrałam dotyk. To wymaga niezwykłej energii, niezwykłej dojrzałości tamtej duszy. To obcujemy wtedy z kimś wyjątkowym, bo przeciętna dusza nie jest w stanie nawiązać takiego kontaktu. A że nie był to wymysł, to po prostu wiele sytuacji o tym świadczyło, bo prowadził mnie, podpowiadał do konkretnych teczek, segregatorów, o zawartości których nie miałam nawet pojęcia, w których na przykład znajdowały się jakieś dokumenty, które były potrzebne na tamten moment. To jest duża historia. Jeśli zdążę, to może to opiszę, bo to jest niezwykłe. Długotrwałe doznanie.
Nie tylko Jackowski miał z nim kontakt. Kontaktował się z wieloma osobami, najdłużej z Andrzejem Marią Marczewskim, reżyserem, z którym miał za życia bardzo dobry kontakt intelektualny, a jednocześnie Andrzej Maria był człowiekiem duchowo rozwiniętym, nie tylko świetnym intelektualnie, wrażliwym, ale praktykującym różne techniki medytacyjne, relaksacyjne, myślącym, poszukującym w zakresie duchowości. Po śmierci Marka panowie się znakomicie rozumieli. Tych spotkań było 10. Sześć opublikowałam. Potem moi koledzy redakcyjni uznali, że tego jest za dużo. Ale po śmierci Andrzeja Marii Marczewskiego przeszło mi to przekonanie, że popełniłam błąd, przerywając publikację. Dlatego, że każda z tych rozmów jest niezwykle głęboka, jest bardzo mądra i dostarcza wiele materiałów do przemyślenia dla żyjących. W związku z tym wróciliśmy do publikacji pozostałych trzech odcinków. W kolejnych numerach teraz będzie.
Odnoszę wrażenie, że te zjawiska istniały zawsze. W pewnym okresie, przed wojną zwłaszcza, były modne. Wywoływano duchy na seansach spirytystycznych. Zresztą to siostra mojej babci prowadziła takie seanse. Podobno do momentu, aż stolik wyrwał się spod kontroli i przeleciał przez ileś pokoi będących w amfiladzie, aż rozbił się o zamknięte drzwi. I wtedy seanse się skończyły. Potem, po wojnie to nie było modne. Raczej wróżki cieszyli się wzięciem, bo ludzie poszukiwali swoich bliskich i łaknęli każdej sugestii. A w ostatnich latach odnoszę wrażenie, jakby zasłona dzieląca światy coraz częściej się rozsuwała i doznań tego rodzaju doświadczają ludzie, którzy nigdy się tym nie interesowali. Jeżeli spokojnie do tego podchodzimy, to możemy korzystać z tych podpowiedzi, z tych sugestii, wskazówek naszych bliskich czy przyjaciół, którzy nie żyją, a którzy życzą nam dobrze.
I z kontaktów, jakie miałam i przekazów wychodzi parę bardzo istotnych wniosków. Dusze nie chcą, żebyśmy rozpaczali, bo to je blokuje. Nie mogą podążyć ścieżką swoją po tamtej stronie. Wiążemy je tutaj. Natomiast potrzebują dobrej myśli, dobrych wspomnień. Ze strony ludzi wierzących modlitwy, palenia świeczek, palenia światełek, bo to jest symbolem światła, które prowadzi duszę. Absolutnie nie należy bawić się tymi kontaktami. Dlatego, że dla niektórych fascynacją jest doświadczenie czegoś niezwykłego i nie zastanawiają się nad celowością tego i próbują wywoływać duchy.
[33:40] - Dla zabawy.
[33:41] - Dla zabawy. I nie zdają sobie sprawy, że krzywdzą duszę, a jednocześnie mogą bardzo skrzywdzić siebie. Dlatego, że w pierwszej kolejności przychodzą wtedy tak zwane zabłąkane dusze, które ciągle się w tym wymiarze ziemskim telepią, bo albo pozostają nadal w szoku śmierci, nie dopuściły, że zmieniły powłokę, że już nie mają powłoki cielesnej, albo tak pewne elementy materii wiążą je tutaj, że nie mogą się oderwać i iść swoją drogą. To są takie dwa elementy. I jeśli ktoś się bawi, to w pierwszej kolejności te zabłąkane byty przychodzą i mogą się przykleić, a nawet czasami wejść w człowieka i manipulować nim. I jeśli jest słaby, to się nie obroni i mogą się pojawić nawet objawy choroby psychicznej. Zetknęłam się w jednej z książek z wypowiedzią psychiatry, bodajże amerykańskiego, który uważa, że wiele przypadków schorzeń psychicznych to są właśnie wejścia, zawładnięcia przez obce byty człowiekiem i to rzutuje na psychikę. Czyli zachowania są anormalne. On to jakimiś dźwiękami oczyszczał z dobrym skutkiem. Zresztą ja sama kiedyś poznałam w Łodzi psychiatrę, który powiedział, że szkoda, że już za trzy miesiące przechodzi na emeryturę, bo z chwilą, kiedy stał się czytelnikiem „Nieznanego Świata” i sięgnął po różne książki, to nabrał przekonania, że przynajmniej połowę przypadków powinien był leczyć inaczej.
Że nie byli to naprawdę ludzie psychicznie chorzy, tylko tacy, którzy mieli problemy ezoteryczne swojego rodzaju, czy jak by to nazwać, w zakresie duchowości. A te problemy należało zupełnie inaczej przepracować. Nie lekami psychotropowymi.
[35:42] - Tak, ale tego typu stwierdzenie wymaga pewnej odwagi i pewnej uczciwości wobec siebie, swojej wiedzy oraz wobec pacjentów. To chyba nie wszyscy lekarze gotowi są na tego rodzaju kroki, tego rodzaju przemyślenia.
[35:58] - Raczej bardzo niewielu lekarzy jest gotowych. Zresztą niewielu naukowców też jest gotowych na obiektywne przyjrzenie się zjawiskom z pogranicza nauki, tak zwanych anomalnych, bo do tego trzeba otwartości i bardzo światłego umysłu. A wydaje się, że ostatnie odkrycia z fizyki kwantowej zwłaszcza zaczynają potwierdzać realność zjawisk psychokinetycznych, na przykład teleportację etc. Bo mówi się o fotonach bliźniaczych, o splątanych fotonach, o teleportacji czy wysyłaniu swojego duplikatu przez cząsteczkę. Tutaj nauka ma trudności z określeniem tego, bo ta cząsteczka macierzysta zostaje w pierwotnym miejscu, a jak gdyby sobowtóra wysyła dalej. Czyli to jest dokładnie to, o czym zjawiska pa- Tak zwane paranormalne. O czym mówi psychotronika. O teleportacji, o przemieszczeniu przedmiotów i możliwości teleportowania się ludzi. Czyli że ktoś pojawia się nawet w rozmytej postaci w jakimś innym miejscu. I to dla mnie jest fascynujące.
Jeśli rzeczywiście wcielamy się po wielokroć, to możliwe, że w następnym wcieleniu będę badaczem tych zjawisk.
[37:18] - Ja w takich momentach zawsze przywołuję prostą myśl wypowiedzianą przez aktora Emiliana Kamińskiego, który powiedział ni mniej, ni więcej, tylko że nie ma zjawisk paranormalnych. To są zjawiska, których my dzisiaj nie potrafimy, a właściwie nauka współczesna nie potrafi jeszcze opisać. I one są normalne, tylko dla nas jeszcze nie do końca opisywalne.
[37:44] - Dokładnie. One wymykają się standardom i to jest ich problem. I wielokrotnie na ścieżce nieznanego, tropiąc różne fenomeny, stykaliśmy się właśnie z tą barierą. Zjawisko ciekawe, które należałoby badać, a nie można, bo nie ma środków, bo żeby były środki, to trzeba je zaplanować. A one się wymagają planowania niestety. I tu jest ambaras.
[38:08] - I tu dochodzimy do takiego, nie wiem, czy to było na państwa drodze dziennikarskiej pierwsze takie poważne zetknięcie się z nieznanym. Pewnie nie, ale stało się jednym z najbardziej znanych. W pierwszej połowie lat 80. coś dziwnego zaczęło się dziać na Śląsku. O tym za chwilę pani powie. No i śladem tego powstała książka „Nieuchwytna siła”, która dodam tak na marginesie, właśnie pojawiła się również na rynku anglojęzycznym. Świeżutkie wydanie leży przed nami. Zapraszam w takim razie do uchylenia rąbka tajemnicy. Jak powstawała „Nieuchwytna siła”? Jak to się wszystko zaczęło?
I jak to się ciągnie? Bo sprawa właściwie w jakimś stopniu znalazła później swoją kontynuację w kolejnej książce „Powrót nieuchwytnej siły”. Zmieniła się lokalizacja, bo już nie Śląsk, tylko Warszawa. Ale to chyba od tego się zaczęło tak bardzo poważnie.
[39:13] - To była największa przygoda w tego rodzaju doświadczeniach na naszej ścieżce i życiowej, i dziennikarskiej, i pisarskiej. Ale początkowo myśleliśmy, że to jest jeden z kilku sygnałów, bowiem zaczęliśmy pisać tego rodzaju reportaże do tomików „Expressu Reporterów”. Dostaliśmy sygnał, że właśnie coś niezwykłego dzieje się, coś tam lata. Ten, kto nam to powiedział, trochę ironizował. Marek się zapytał, co ja sądzę. Więc odparłam, że na razie to nic nie sądzę, bo jestem, jak wiesz, wszystkiego ciekawa. Dopóki nie zobaczę, to nie mogę opiniować. I tak rzeczywiście po raz pierwszy pojechaliśmy, a wydarzenia były niesamowite. Wszystko zaczęło się na Wielkanoc. Pierwszej wielkanocnej nocy 1983 roku w mieszkaniu państwa Gajewskich.
Zaczęło się niewinnie. Tata udał się na dyżur nocny. W jednym pomieszczeniu spała mama i Joasia z dziadkiem w drugim pomieszczeniu na wersalce. I nagle w nocy mata zaczęła spadać ze ściany i bić dziadka. Zaspani myśleli, że po prostu mata spada, więc ją zaczepiali. Ale to był dopiero początek. Potem zaczęły się gwałtowne przemieszczenia najróżniejszych przedmiotów szklanych, metalowych. Latały z różną prędkością. Szklanka napełniona herbatą, która się rozlała po linii prostej pod kątem ostrym. Te trzy osoby popadły w przerażenie.
Doszło do tego, że ewakuowali się do mieszkania sąsiadów. Sąsiedzi potraktowali to z niedowierzaniem. Zajrzeli do mieszkania państwa Gajewskich. Niestety byli świadkami znowuż kolejnych kataklizmów, przelotów. Ściągnięto tatę z pracy. Sytuacja pogarszała się, wydarzenia nie chciały się uspokoić i było to totalnie zaskakujące, bo nikt z tych ludzi nie miał pojęcia o psychokinezie, o poltergeiście. W literaturze zjawiska takie są znane i poltergeistem nazywamy, kiedy źródłem tych wydarzeń jest jakiś duch, czyli istota nieżyjąca. Natomiast o psychokinezie, czyli telekinezie mówimy, kiedy źródłem tego rodzaju przemieszczeń jest osoba żyjąca. Tutaj nie wiadomo było, co się dzieje. Oczywiście nie będę opowiadała szczegółów, bo przymierzam się do wznowienia tej książki w nowej redakcji, trochę zmienionej.
Zawezwano policję. Pojawił się też ksiądz, bo myślano, że to jakieś złe duchy. Trzeba poświęcić. Nic to niestety nie uspokoiło, nie zmieniło. Rzecz trwała, nawracała przez wiele dni. Włączono w to władze miasta. Pojawiła się hipoteza, że może ruchy pod budynkiem górnicze powodują jakieś takie wstrząsy. Może są to przyczyny radiestezyjne. Pomysłów najróżniejszych było całe mnóstwo. W dodatku w czasie Tych dziwnych przelotów, którym towarzyszyły nietypowe dźwięki, czasami bardzo ostre huki.
Tak jak pęknięcie kineskopu starego telewizora. To jest wtedy eksplozja o ogromnej sile, a towarzyszyła przelotowi niedużych obiektów. Niektóre znikały i pojawiały się. Kubek metalowy po wielokroć atakował drzwi łazienki, które te przedmioty sobie upodobały. Drzwi zostały całkowicie zdewastowane. Kubek przenikał również przez przeszkody. W pewnym momencie pojawiła się hipoteza, że może jeżeli przyśpieszone zostanie przydzielenie im mieszkania, na które czekali, to wszystko się skończy, bo ta przyczyna w tym mieszkaniu wygaśnie. I rzeczywiście państwo Gajewscy przeprowadzili się do nowego mieszkania, ale bynajmniej wydarzenia nie wygasły, tylko przeniosły się razem z nimi. Za każdym razem Joasia w czasie tych przelotów, wyładowań wysokonapięciowych, takich jak pstryknięcia paznokciami czy wyładowania elektryczne, było wyraźnie słychać i nasilała się elektryzacja w powietrzu. Było to niemiłe uczucie, bo czasami aż dostawało się takiej gęskiej skórki, że jak to się mówi, włosy stawały dęba.
Joasia bardzo źle się czuła, dostawała bólu głowy. Mierzono jej temperaturę i termometr wskazywał nawet 40 stopni, ale w dotyku ta temperatura się nie potwierdzała. Dopiero po pewnym czasie zorientowano się, że to jej organizm wpływa na słupek rtęci. W dodatku większa energia była w górnej połowie ciała, bo jeśli temperatura na przykład wskazywała 40 pod pachą, mierzona w pachwinie była niższa. W pewnym momencie sprawa zaczęła być głośna po pierwszych publikacjach miejscowej prasy. Natomiast z chwilą, kiedy ja opublikowałam krótki materiał w „Kurierze Polskim”, to poniosło się po całym świecie. Francuska agencja prasowa dała to na cały świat i dopiero się zaczęło. Telefony z różnych stron świata, z różnych redakcji. Niektórzy przyjeżdżali w ciemno do tej miejscowości, odnajdywali rodzinę, nachodzili ich. To stało się dużym dyskomfortem dla państwa Gajewskich.
Ale najciekawsze doświadczenie nastąpiło właśnie po jakimś czasie. Po tej mojej publikacji odezwała się telewizja japońska, która podeszła do zagadnienia bardzo poważnie. Oni mieli wyspecjalizowaną ekipę do kręcenia tego rodzaju doświadczeń na całym świecie. Eksperymentowali i w Japonii z dwoma chłopcami o tego rodzaju zdolnościach psychokinetycznych i w Meksyku z dziećmi, które miały zdolność widzenia trzecim okiem i z różnymi innymi eksperymentami. Przyjechali do Polski specjalnie, żeby nakręcić z Joasią materiał, a przy okazji zrobili inne materiały o ciekawych, utalentowanych przedstawicielach szeroko pojętej psychotroniki polskiej. Liczyli, że z Joasią uda się przeprowadzić eksperymenty tak jak z psychokinetycznie uzdolnionymi chłopcami japońskimi. Ale Joasia bardzo szybko się nudziła przy tych eksperymentach. Wcześniej eksperymentowaliśmy z nią świadome wyginanie łyżeczek i widelców ze stali. Z aluminium pękały. I tutaj okazało się, że jej organizm oddziałuje na strukturę metalu.
Przez delikatne pocieranie metal w pocieranym miejscu jak gdyby zmiękał i jedna część tej łyżeczki opadała tak jak łepek więdnącego na przykład tulipana, tylko w przyśpieszonym tempie. W efekcie Joasia wyginała całe piękne struktury artystyczne w różne spirale, a największym jej osiągnięciem było wygięcie wysokonapięciowego kabla energetycznego takiej grubości męskiego kciuka. Też przez delikatne pocieranie. Także ta masa opatulająca wszystkie te rdzenie kabla nawet nie pękła, bo gdyby to było przez naciśnięcie to masa by pękła, a ona też się poddała temu odkształceniu. I to Joasia robiła konsekwentnie, wielokrotnie i w obecności nas i w obecności badaczy. Pierwszy chyba uczestniczył Lech Enfazy Stefański z Polskiego Towarzystwa Psychotronicznego eksperymenty z nią prowadził. Polskie Towarzystwo Biocenotyczne potem, które niestety po latach zaprzestało działalności. Na Śląsku pod opiekę wziął ją doktor Eustachiusz Gadula, który bardzo przytomnie podszedł do tego zjawiska. Eksperymenty, jakie w grupie badaczy tak społecznie skrzykniętego zespołu, bo nie było na to środków. W związku z tym kilku naukowców zainteresowanych zjawiskiem podeszło do tego społecznie.
Doktor Franek Fizyk, doktor Harciarek psycholog, doktor Eustachiusz Gadula. I bardzo konsekwentnie, na ile można było, zaczęli prowadzić eksperymenty z Joasią. Między innymi w Reptach Śląskich, gdzie koordynował jednym z oddziałów i tam dochodziło do równie spektakularnych wydarzeń. Na przykład wersalka, na której Joasia siedziała w czasie eksperymentów, uniosła się na kilka centymetrów, a innym razem fotel obrotowy, taki biurowy, zaczął się kręcić, a Joasia siedziała na nim po turecku z podwiniętymi nogami i nie mogła poruszać. I do tego te obroty były do tego stopnia silne, że dwie osoby dorosłe miały trudność z utrzymaniem tego fotela. Poderwał się jej stojący na podłodze trampek i ugodził w klatkę bodajże piersiową pana doktora. Pofrunęła piłeczka pingpongowa. Wyrwany został zakleszczony między meblami sprzęt do nagrywania. Także działy się różne takie emocjonujące, powiedziałabym, rzeczy. Udało się ustalić, że można prowokować te wydarzenia przez naświetlanie pomieszczenia kwarcówką.
Czyli pewna zmiana warunków fizycznych natężała zjawisko. Do dużego problemu doszło, kiedy okazało się, że trzeba operować Joasi wyrostek robaczkowy, ślepą kiszkę. Doktor się przestraszył, co będzie, jeśli ona będzie wprowadzona w narkozę, a zaczną narzędzia chirurgiczne latać po sali operacyjnej. Zespół tego nie opanuje. W związku z tym postanowił zrobić tylko w znieczuleniu miejscowym i na szczęście nic w czasie operacji się nie działo. Natomiast już później, po operacji, a i owszem, przeleciało jakieś narzędzie chirurgiczne już w czasie rekonwalescencji i sama rana dziwnie się zachowała, bo jak gdyby się rozeszła w pewnym momencie. Czyli że energia w powłokach brzusznych pracowała. Bardzo wcześnie został stworzony przez zespół badaczy raport do Ministerstwa Zdrowia wnioskujący o wysygnalenie chociaż minimalnych środków, mimo że eksperymentu, wydarzenia całego tego fenomenu nie dało się zaplanować tak, żeby jakieś środki wygospodarować. Niestety nie bardzo się to udało. Zainicjowano kolejny zespół wielodyscyplinarny na bazie Instytutu Matki i Dziecka w Krakowie, ale niestety już w pierwszych eksperymentach trzeba było je zakończyć, dlatego, że Joasia w czasie tego eksperymentu była monitorowana nowoczesnym urządzeniem EKG, najnowocześniejszym wówczas, jednym z dwóch, jakie ośrodek posiadał, a jednocześnie jeden z badaczy uruchomił urządzenie prototypowe, które stworzył sam do pomiarów zmienności pola.
Urządzenie to dokonało zapisu bardzo charakterystycznego, ale okazało się, że do następnych eksperymentów należałoby je przeskalować, bo zarejestrowało tylko taki błysk, mig krótki. Czyli trzeba by było zmienić skalę, żeby otrzymać cały zapis. I w momencie, kiedy to urządzenie zarejestrowało zjawisko, w tym czasie wysiadło urządzenie monitorujące EKG i pani profesor zawiadująca całym szpitalem powiedziała, że nie może zaryzykować dalszych eksperymentów, bo urządzenia są potrzebne dla chorych dzieci. I na tym się to skończyło. Z nami bezpośrednio i w szkole robiliśmy eksperymenty z kartami Zenera i z telepatią z Joasią. Polega to na tym, że są dwa komplety kart, na których widnieją figury geometryczne, bardzo proste i jeden komplet miała na przykład Joasia, drugi ja albo Joasia i nauczycielka, albo Joasia i jej kolega. I ewidentnie wyniki były zdecydowanie wyższe niż przypadek. Na 10 możliwych trafień na przykład osiągała osiem. To, że miała znakomity kontakt telepatyczny, tak jak ja z babcią, taki kontakt miała z nauczycielką od polskiego, która była jej wychowawczynią. Ilekroć nauczycielka zadawała pytanie i myślała, co uczennica powinna odpowiedzieć, Joasia to dokładnie mówiła.
Sprowadziło ją to na mące z matematyki, której nie lubiła i źle sobie z nią radziła. Wywołana kiedyś do odpowiedzi w sposób analogiczny skupiła się na myśli pani profesor i napisała ten wynik na tablicy, otrzymując dwójkę. Pani profesor dopiero po chwili zorientowała się, że jest to wynik zadania, które właśnie układała w głowie dla następnego ucznia. Czyli to było fantastyczne doświadczenie pokazujące możliwości telepatii. Przez jakiś czas dziewczynka była bardzo źle traktowana przez rówieśników, bo uważali, że jest dziwolągiem. Czarownicą ją nazywali. Natomiast wychowawczyni i grono nauczycieli w tej szkole stanęło na wysokości zadania. Przeprowadzono bardzo mądrą lekcję wychowawczą, mówiąc o tym, że nasza koleżanka jest taka jak wy, chociaż trochę inna, bo ma pewne możliwości, predyspozycje, których wy nie macie. Ale jak się okazuje przy eksperymencie z kartami Zenera jednak kolega też potrafił przekazywać na odległość myślą figury. Także to było niezwykle interesujące.
Instytut Metalurgii podjął badania w zakresie oddziaływania Joasi na próbki metali. Były takie długie blaszki przygotowane do tego. Joasia to skrupulatnie wyginała wielokrotnie. Wprawdzie ją to po jakimś czasie nudziło. Miała powstać z tego praca dyplomowa. W końcu nie wiemy, czy powstała, bo nie udało się nam do niej dotrzeć. Wyjaśnienia były dwojakiego rodzaju. Po pierwsze okazało się, że w eksperymencie popełniono pewien błąd, bo nie dzielono próbki na dwie części, tak żeby była próbka eksperymentalna i próbka porównawcza o takim samym składzie, żeby można było określić zmiany zachodzące w metalu. A dwa, studenta wzięto do wojska i razem z nim wyniki badań zniknęły. Także było to bardzo interesujące z innego punktu widzenia.
Nie mogliśmy zapoznać się, pisząc książkę z wynikami tych badań.
[54:28] - Ja tylko powiem, że to zaledwie wstęp do tego wszystkiego, co można znaleźć w książce „Nieuchwytna siła”. I tu takie pytanie: kto wpadł na pomysł? Kto z państwa wpadł na pomysł, żeby książka powstała?
[54:44] - Miał być najpierw reportaż, a potem tak się to rozrosło, że siłą rzeczy nie mógł być to reportaż do „Expressu Reporterów” li tylko czy do jakiejś prasy, a było to na tyle ciekawe, że chcieliśmy się podzielić ze wszystkimi. Powiedzmy szczerze Mieliśmy niebagatelne szczęście, obserwując jako jedyni reporterzy w świecie przez tak długi czas tego rodzaju zjawisko psychokinezy.
[55:12] - Tak długi, to znaczy?
[55:14] - Kilka lat. Ono potem stało się rzadsze, wreszcie wygasło. Joasia skończyła szkołę, kształciła się na pielęgniarkę i jeszcze na początku w szpitalu te zjawiska łagodnie dawały o sobie znać, bo to wymiotło z szafki z lekami jakieś medykamenty, to przefrunął kieliszek od leków, ale na szczęście potem to już wygasło i mogła pracować zawodowo spokojnie. Te kilka lat naprawdę było fascynujące, bo to jeszcze w 1985 prowadziliśmy obserwacje eksperymentów. Po czym to wygasło. Straciliśmy kontakt z Joasią. Ona ułożyła sobie dorosłe życie, nie chciała do tego wracać. Powiedzmy szczerze, można to było potraktować jako fascynującą przygodę, która jednak rujnowała życie nastolatce. Nie mogła być normalną dziewczyną, która cieszy się ze wszystkich doznanych doświadczeń, jak to przystało w jej wieku. Coraz spadały na nią kataklizmy niespodzianki, które psuły jej relacje, które psuły jej funkcjonowanie.
Bardzo źle pierwszy pies znosił te zmiany energetyczne. Niestety odszedł. Drugi jakoś się lepiej w to wkomponował. Chował się na wszelki wypadek w bezpieczne miejsce, żeby nie oberwać niczym. Ach, i jeszcze nie powiedziałam o jednej niezwykłej rzeczy. Ekipa telewizji japońskiej zamontowała kamerę wideo w mieszkaniu państwa Gajewskich na jakiś czas, która pracowała non stop w przedpokoju na obejmującą trasę najczęstszych przelotów. I akurat kiedy zostali sami, bo doktor Gadula chwilę wcześniej wyjechał, doszło do przemieszczenia noża od ryb wygiętego wcześniej przez Joasię, który leżał gdzieś na szafce porzucony w przedpokoju. Przeleciał dość taką, powiedziałabym, łamaną trasą, zakręcając dwa razy, odbijając się i wpadając do pokoju Joasi ostatecznie. Ekipa japońska zaciekawiona tym zaczęła w zwolnionym tempie potem przeglądać taśmę i w tym momencie pojawiły się niezwykle interesujące błyski na taśmie. Najpierw bardzo wysokie, białe, potem przechodzące w niebieskie wyładowania.
W Japonii stwierdzono, że nie jest to skaza na filmie, ale nic więcej niestety nie byli w stanie powiedzieć. A więc chyba po raz pierwszy złapano w ogóle w jakikolwiek sposób wizualny przelot psychokinetyczny przedmiotu. Z mojego punktu widzenia to bardzo interesujące, chociaż też niedosyt.
[58:01] - Książka „Nieuchwytna siła”, wspomniałem o tym, pojawiła się na rynku anglosaskim. Jak ona jest odbierana? Ma pani jakieś, jak się mówi teraz popularnie, przysłuchy. Natomiast jakie te przysłuchy są?
[58:13] - Jeszcze nie bardzo mam, bo to jest świeżutkie, sprzed miesiąca. Dwa tygodnie temu chyba jako wydanie e-bookowe również jest dostępne. Na razie z Anglii mam zainteresowanie ze środowisk zainteresowanych tą tematyką. W specjalistycznym czasopiśmie mają pisać o tej książce i przypomnieć cały ten przypadek. Sama jestem ciekawa, jak to się będzie rozwijało.
[58:39] - Ale to nie był koniec państwa przygody ze zjawiskami, zostańmy przy nazwie paranormalnymi. To nie był koniec, bo wkrótce, już chyba wtedy działał „Nieznany świat”.
[58:53] - Tak.
[58:54] - Pojawiła się druga książka, która była owocem wydarzeń mających miejsce w jednym z warszawskich szpitali. Nosiła ta książka tytuł „Powrót nieuchwytnej siły”.
[59:05] - Myśleliśmy, że zakończył się nasz rozdział dotyczący nieuchwytnej siły. A w ogóle dlaczego zatytułowaliśmy książkę „Nieuchwytna siła”? Bardzo długo zastanawialiśmy się nad tytułem i nie przychodziło nam do głowy coś, co by oddawało sedno zjawiska. I w pewnym momencie ustaliliśmy, że istotą tego jest jakaś siła, która powoduje wydarzenia. Ponieważ nie możemy jej zdefiniować, zbadać, to jest nieuchwytna. Pod koniec lat 80. myśleliśmy, że bezpowrotnie wygasło to i już więcej nie będziemy mieć tego rodzaju doświadczeń. W czerwcu 1993 roku, a więc 10 lat później, niespodziewanie otrzymaliśmy telefon. „Państwo znacie się na zjawiskach paranormalnych. Napisaliście taką książkę, a my w szpitalu właśnie mamy takie wydarzenia, o jakich państwo pisali w przypadku Joasi i nie wiemy, co z tym robić.
Państwo jesteście ekspertami. Czy możecie przyjechać do szpitala i zobaczyć, co się dzieje?” I w tym momencie oniemieliśmy, chociaż była późna pora. Chwyciliśmy standardowe wyposażenie reportera: notesy, aparat, dyktafon. Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Szpitala Czerniakowskiego przy Stępińskiej. Czekali tam już na nas dyżurujący lekarze i pielęgniarki. Co się okazało? Kiedy wydawało się 19 czerwca, że oddział już śpi, jest godzina 22:00-22:30, cisza. Ostatnie podanie leków i przed nimi w miarę spokojna noc, bo nie było superciężkich przypadków. I w tym momencie pierwszy dziwny dźwięk, jak gwałtowne uderzenie metalu o metal. Niestety nie zidentyfikowano.
Pomyślano, że coś uderzyło w parapet za oknem. Po chwili analogiczne, tylko jeszcze silniejsze uderzenie za ścianą pokoju lekarskiego w pokoju, gdzie dozowano leki, w pokoju zabiegowym. Z pokoju lekarskiego w Osoby dyżurujące wpadły i widzą tam trzy osoby zatrudnione, bardzo zdziwione tym dźwiękiem, które zaczynają próbę identyfikacji źródła tego. Znajdują jeden obiekt leżący pod jedną szafką. Po jakimś czasie znajdują drugi obiekt, prawdopodobnie który wywołał pierwszy dźwięk. Od tego momentu dopiero się zaczęło. Zaczęły się przemieszczać różne przedmioty zamknięte. Najciekawsze, nie tylko leżące na czymś, ale zamknięte. To w szafce, to w sterylizatorze, różnego kalibru opakowania z lekami, igła do pobierania szpiku, która w specjalnym pojemniku moczyła się. Kieliszki do dozowania leków.
Kieliszki do podawania leków są bardzo wytrzymałe. Jak spadają na ziemię, nogą się nie tłuką. Wytrzymują wysokie temperatury w sterylizacji. Tymczasem ja to potem sama obserwowałam. Pojawia się w smudze takiej srebrnej. Najpierw obserwujemy jak gdyby srebrną smugę. W tej smudze pojawia się kieliszek, dochodzi do jego eksplozji i drobiny opadają. Jest to niesamowite wydarzenie, po prostu trudne do wyobrażenia, jeśli się tego samemu nie widziało. A efekt dźwiękowy jest nieporównywalny z rozbiciem normalnego szkła. To jest rodzaj eksplozji.
Te zdarzenia powtarzały się coraz częściej w różnych pomieszczeniach. Lekarze i w ogóle cały zespół medyczny podchodził do tego niezwykle mądrze, usiłując zrozumieć, z czym mają do czynienia, o co w ogóle chodzi. Pewne tropy prowadziły, że mamy do czynienia z siłą świadomą medycznie, która chce wskazać, że jeden z pacjentów podejrzany o białaczkę jest źle leczony. Dociekania lekarzy biegły także w tym kierunku. W związku z tym powołano konsylium. Do konsultacji zaproszono profesora z hematologii z innego oddziału i rzeczywiście zmodyfikowano leczenie, uznając, że prawdopodobnie jest to inne schorzenie, nie białaczka, dające takie mylące objawy. Kiedy to wszystko zaczęło się dziać, już była dyspozycja zmiany terapii, ale jednak jeszcze podano według starej ordynacji leki. Tu wniosek pani doktor wydawał się bardzo prawidłowy, że ta siła usiłuje zasugerować zmianę podejścia w ogóle do leczenia pacjenta. Jednak te wydarzenia działy się również i w innych pomieszczeniach i po jakimś czasie zaczęły się nasilać w sali numer dwa, gdzie leżał zupełnie inny chory, nieprzytomny człowiek, który zatruł się skażonym alkoholem, bo niestety taka była jego rodzina. A to był człowiek bardzo wrażliwy, niezwykłej wrażliwości chłopak, który stracił wcześnie matkę i nawet jak poszedł do wojska, to tego drylu wojskowego nie był w stanie wytrzymać.
Dostał zapalenia mózgu i możliwe, że ta choroba otworzyła u niego pewną inną percepcję, którą my, jako przeciętni ludzie, mamy zamkniętą. Tutaj uznano, że doszło do tak dalekiego zniszczenia organów wewnętrznych, że ma zaledwie kilka tygodni życia przed sobą. W związku z tym leżał sam w tej sali, a rodzina wykupiła dyżury nocne przy nim. I ta biedna pielęgniarka ciągle była świadkami przelotu. Straszliwie się bała. Jak jej zaproponowałam, że podyżurujemy obie, to nie dowierzała, że ja się nie boję. Ja wtedy zapytałam, czy ta siła zaatakowała kogoś. Powiedziała: „Nie”. Przedmioty się rozbijają. Doszło do zniszczenia, bo uderzyła za którymś razem fiolka czy jakiś inny pojemnik z lekami w szkło lampy i stłukła, ale człowieka nigdy nie zaatakowało ostatecznie.
Mówię: „Ja się nie boję, posiedzę tu z panią”. To też było ciekawe doświadczenie. Tam rzeczywiście coś kwizgnęło i nas nie zaatakowało. Najgłośniejszy efekt eksplozji nastąpił, kiedy siedzieliśmy w pokoju wraz z Markiem. W pokoju przeznaczonym właśnie dla lekarzy, gdzie oni odpoczywali. Za ścianą mieliśmy pokój, w którym szykowano leki i efekt był taki, jak gdyby coś przebiło strop. Wyskoczyliśmy, a tam zobaczyliśmy pielęgniarkę, która schowała głowę w ramiona, bo nad jej głową właśnie coś przeleciało i bała się nawet rozejrzeć, co to jest. Sparaliżowana zupełnie tym dźwiękiem. Rozglądamy się, a to jakiś przedmiot szklany zerwał się tutaj, gdzie ona miała to do dozowania i uderzył w róg pomieszczenia wyłożony glazurą. W tym miejscu, na wysokości gdzieś 1,20 m, roztrzaskał się na takie drobinki, że one przylgnęły do glazury.
To było znowu niesamowite. Jedna z największych takich eksplozji. To, co już powiedziałam wcześniej, że sama też obserwowałam taki przelot kieliszka na korytarzu. Intuicja zasugerowała, żebym wyszła, bo może coś być ciekawego. I rzeczywiście z lewej strony zobaczyłam tę smugę, kieliszek i eksplozja, i drobiny opadające tak gdzieś z wysokości 25 centymetrów. Wtedy akurat przywieziono w bardzo ciężkim stanie pacjentkę. Pozwolono mężowi przy niej pozostać, mimo że to była noc. I ten pan hukiem wywabiony na korytarz wypatrzył, co się stało. Przecież nie chciałam go straszyć, powiedzieć, że mamy do czynienia ze zjawiskami niezwykłymi. Powiedziałam: „A chyba jakiś przeciąg kieliszek tutaj strącił do dozowania leków”.
A ten pan takim wzrokiem Karczącym na mnie pokazał. Jaki przeciąg? Skąd strąciło? Ja mówię: nie wiem. Coś się stało niezwykłego. I jeszcze bardziej mnie skarcił wzrokiem do mnie mówiąc, że coś dziwnego się wkoło dzieje. Świadków było naprawdę wielu. Nad głową pani ordynator wyleciała ze ściany łyżeczka na przykład. A nasz sprzęt reporterski okazał się zupełnie nieprzydatny, bo nie sposób było włączyć z wyprzedzeniem dyktafonu, żeby nagrać ten dźwięk czy uruchomić aparatu. Moja intuicja aż tak doskonała niestety nie okazała się, żeby to sfotografować, a żałuję.
[01:07:49] - A proszę powiedzieć, jak ta historia się skończyła? Bo nie będziemy opowiadać wszystkiego, co zawiera książka. Tu odsyłamy potencjalnych czytelników do „Powrotu nieuchwytnej siły” autorstwa Anny Ostrzyckiej-Rymuszko i Marka Rymuszko. Natomiast jak ta historia się skończyła? W przypadku Joasi już wiemy, że to się, tak mówiąc bardzo popularnie, rozeszło po kościach, bo bohaterka dojrzała, ułożyła sobie życie. Jak było w przypadku warszawskiego szpitala?
[01:08:19] - Skończyło się zaskakująco. Człowiek, który w ciągu kilku tygodni miał pożegnać się z życiem, całkowicie wyzdrowiał. I to był szok medyczny. Jak gdyby stało się to potwierdzeniem, że czasami nasza medycyna nie widzi wszystkich możliwości, z których może skorzystać. I tutaj dodałabym jeszcze jeden element, niezwykle ciekawy. W pewnym momencie zwizualizowała mi się postać lekarki z początku XX wieku, niewysokiego wzrostu, w rozpiętym fartuchu, takim, jakich się teraz już nie nosi, która powiedziała: „Chodź, to ci pokażę”. Wyszłam na korytarz i ona mi zniknęła. Popatrzyłam, wszystkie drzwi zamknięte, a ona mi zniknęła za drzwiami gabinetu, pokoju, w którym lekarze pracowali i gdzie były w takim specjalnym stojaku, ciężkim, metalowym, drucianym wkładane wszystkie wyniki analiz ich pacjentów. Nacisnęłam klamkę, drzwi były zamknięte i w tym momencie powinnam natychmiast zawołać, kto ma klucz, żebyśmy weszli, to bylibyśmy świadkami czegoś niezwykle interesującego. A ja usłyszałam huk.
Kiedy przyszła pani doktor z kluczem, zobaczyliśmy, że z biurka po prawej stronie katapultował się ten pojemnik ze wszystkimi badaniami i one całą siłą zostały rozrzucone na podłodze. Że są do wyrzucenia, że czegoś nie wiemy, co może pozwolić medycynie ratować pacjentów. I ten człowiek zaczął zdrowieć.
[01:09:54] - Ja myślę, że teraz jest dobry czas, żeby zapytać panią jako redaktor naczelną „Nieznanego Świata”, bo bardzo często ludzie zastanawiają się, w jakich czasach żyjemy. To, że żyjemy w czasach niezwykłych, to jest banał. Natomiast coraz większa ilość ludzi dostrzega, że coś z tym światem dzieje się dziwnego. Bardzo trudno jest zwerbalizować, bardzo trudno jest to opisać. Bardziej to jest właśnie intuicja, odczucie, pewne takie wyrywkowe obserwacje, ale one składają się na taki wniosek, że coś się dzieje, coś niezwykłego. Ja myślę, że jest pani najlepszym adresatem tego pytania: co się dzieje?
[01:10:38] - Nie wiem, czy jestem najlepszym adresatem. Obserwuję, co się dzieje. Mam trudność ze zdefiniowaniem i zaskakuje mnie u niektórych ekspertów od rozwoju duchowego absolutna pewność i nieomylność pewnych twierdzeń. Żyjemy niewątpliwie w trudnych i niezwykle ciekawych czasach, kiedy dzieje się wiele, a nie umiemy tego nazwać i czasami właściwie się zachować. Na pewno te zmiany dotyczą energetyki, czyli energii planety, energii krążącej w nas. Energii, która przychodzi od Słońca, i która przychodzi z kosmosu. Parę miesięcy temu Dieter Broers, inni wymawiają jego nazwisko jako Broers, niemiecki naukowiec, już emerytowany, a właśnie zajmujący się bardzo intensywnie tego rodzaju zjawiskami, powiedział, że doszła do Ziemi niezwykle intensywna energia z centrum Galaktyki, która prawdopodobnie ma jeszcze wzmocnić i pobudzić pewne procesy energetyczne na Ziemi. Niezwykle interesujące są zapisy fal Schumanna prowadzone przez niektóre obserwatoria, między innymi w Tomsku. Z naszego kręgu ludzie fascynują się tym, podniecają. I niestety wydaje mi się, że w kategoriach naukowych błędnie to interpretują, ale ponieważ nie udało mi się ze specjalistą fizykiem do tej pory rozmawiać na ten temat, to nie chcę się jakoś bardzo konkretnie na ten temat wypowiadać.
Ale te rozbłyski są niezwykle silne i w tym czasie ludzie, bardzo wiele osób czuje się dziwnie. Prawdopodobnie również wtedy wzbudza się energetyka w nas. A przecież nasz organizm to również procesy w zakresie energii, elektryki swojego rodzaju. Elektryczna praca serca mierzona jest przez EKG, EEG, praca mózgu, czyli te procesy są znane nauce i medycynie i jeśli jesteśmy bombardowani z zewnątrz, to nasz organizm musi jakoś odpowiadać. Wydaje się, że bardzo przyspiesza Rozwój duchowy i percepcja intuicyjna, nazwijmy to paranormalna, chociaż ona jest wrodzona, w związku z tym nie powinniśmy mówić, że jest paranormalna, tylko stłamszona, przygasła, nieotwarta. Tak jak gdybyśmy mieli, do tej pory większość z nas, zamknięty kanał percepcji, który teraz spontanicznie się otwiera. I obserwuję, że otwiera się również u niektórych ludzi, którzy nic tym się nie interesowali i zaczynają mieć bardzo dziwne doświadczenia. Podchodzą do tego nieufnie, uznając, że to są jakieś zaburzenia psychiczne ze zmęczenia i zastanawiają się, czy nie powinni iść do psychologa czy psychiatry, bo na przykład uczynia się u nich intuicja, zaczynają przewidywać pewne wydarzenia, a nigdy tego nie mieli. Dalej obserwuję rozchodzenie się dwóch tendencji. Jedna grupa jakby się podświadomie chwytała materii, bojąc się, że doświadcza czegoś nowego, niezwykłego i czepia się tej części naszego życia, bardzo materialnej, wypierając ze świadomości doświadczenia ezoteryczne, powiedzmy duchowe.
Na przykład wyśmiewając, że ktoś widział ducha czy komunikował się, dostał od niego konkretne wskazówki, gdzie znajduje się zgubiony pierścionek złoty. Druga część z kolei jakby odfruwała na chmurkę. Nadmiar uwagi przykłada do aspektu duchowego, zapominając, że urodziliśmy się na planecie Ziemia. W związku z tym wybraliśmy doświadczenia łączne i z materii, i z duchowości. I że jedno z drugim się splata i powinniśmy to respektować, łączyć tę drogę. Czyli duchowość powinna nam pomagać w pokonywaniu codziennych zmagań z materią, a jednocześnie ukorzenienia nasze w materii powinny pozwalać nam rozwinąć skrzydła. Tak bym to wizualnie nazwała. Kiedyś pewnej pani, która zapomniała o tym, że powinna mieć również korzenie i uznała, że jest tak doskonała duchowo, że sprawami jej życia materialnego powinni się zająć inni, powiedziałam, że frunie na chmurce bardzo pięknej, malowniczej, ale każda chmurka kiedyś, wcześniej czy później skropli się deszczem. I co wtedy? Wtedy spadamy na ziemię.
A co będzie, jak trafimy na kamień? Bardzo się na mnie obraziła, że ta przenośnia jej się nie spodobała. Nie chciałam jej urazić, ale wydawało mi się, że to jest zwizualizowanie zagadnienia. Chyba najmniej jest przedstawicieli centrum, może ja jestem w błędzie, ale którzy patrzą na zagadnienie tak jak ja, że duchowość powinna nam pomóc w byciu tu i teraz.
[01:15:54] - À propos tu i teraz. Bardzo wiele osób niepokoi się wydarzeniami naszego materialnego świata. Doświadczyliśmy pandemii, czegoś, co miało bardzo duży wpływ na ludzkie życie. Wszelaki wpływ. Teraz doświadczamy bardzo blisko wojny, gdzieś bardzo blisko. Chodzi mi o uczucie niepokoju, które pojawia się u ludzi. Mniej lub bardziej uzasadnione. W naszym przypadku tutaj tej wojny czy w przypadku pandemii ono było uzasadnione. Uzasadnione w takim czysto psychologicznym sensie. To znaczy człowiek, kiedy się boi, to nie jest dobrze.
[01:16:35] - To jest bardzo źle. My się i bolnimy, i lękamy, bo to są dwa różne stany destrukcyjne. Boimy się konkretnego zagrożenia, a na bazie naszych doświadczeń wcześniejszych budujemy hipotetyczne zagrożenia i wtedy rozwija się lęk. Oba są destrukcyjne, mogą obezwładnić, mogą zdrowego człowieka doprowadzić do choroby. Mogą doprowadzić do tego, że się w życiu pogubimy. Jest to niezwykle skomplikowane i trudne i chyba nie ma recepty. Niestety całą tę sytuację pogarszają media. Od dawna zła wiadomość to dobry news. Rzadko pokazuje się konstruktywne posunięcia ludzi, którzy wyszli z tarapatów. A mamy wspaniałych ludzi na horyzoncie, nierzadko działających w fundacjach, stowarzyszeniach, czasami po prostu w jakichś małych grupach przyjacielskich, rodzinnych, którzy dokonują heroicznych czynów.
Nie. My albo pokazujemy zdobywców szczytów, to jest wtedy konstruktywne, albo sportowców, którzy wygrali zawody. Ale wtedy też pojawia się aspekt rywalizacji. Ktoś musi być gorszy, żeby ktoś mógł być lepszy. Nie pokazujemy wzorców bycia lepszym w grupie, czyli bycia dobrym w grupie. W ogóle wydaje mi się, że jeżeli cywilizacja pójdzie w kierunku wyścigu szczurów, to zginiemy wcześniej czy później, tak jak Atlantyda. Natomiast wydaje się być przyszłością całkiem nowe podejście, czyli zakończenie rywalizacji. Która podkręca strach i lęk, bo wtedy czujemy się zagrożeni, że zostaniemy przez kogoś lepszego zepchnięci w takiej konkurencji czy w innej. A najgorzej, jak czujemy się zepchnięci w konkurencji, która się nazywa naszym życiem globalnie. Wydawać by się mogło, że przyszła pora na uświadomienie sobie, że w ten sposób rywalizując tracimy ogromną część naszego potencjału.
Gdybyśmy wyhamowali, stanęli, rozejrzeli się, z kim pragnęlibyśmy współpracować, kto z nas ma jaki potencjał, w czym jest najlepszy i połączyli te najlepsze nasze atuty, to moglibyśmy zdziałać dużo więcej w takich oddolnych grupach, oddolnych wspólnotach, oddolnych inicjatywach, niż rywalizując ze sobą. Może jestem naiwna, może to jest moje utopijne myślenie, ale mnie się wydaje, że to jest przyszłość naszej cywilizacji. Właśnie wspólnotowość myślenia, uwzględnianie i uwalnianie najlepszego potencjału każdego z nas, a nie rywalizowanie, bo wtedy nie tracimy na nic energii, tylko to jest układ synergistyczny. A wiadomo, że układ synergistyczny to nie jest proste dodanie jeden plus jeden plus jeden, tylko jak układ zwielokrotniający się, przemnażający, jak to tak bardzo wizualnie powiedzieć. Zresztą pojawiła się bardzo ciekawa koncepcja nawiązująca do numerologii. Będzie niebawem książka Anny Dąbrowskiej, którą pismem automatycznym napisała, gdzie pojawia się sugestia, że na przykład 11 to nie jest proste dodanie jedynek, tylko coś zwielokrotnionego, a 111 to jeszcze większa siła. Gdyby tak to zwizualizować, przełożyć ten potencjał na coś bardziej oswojonego przez naszą wyobraźnię. Jak walczyć z lękiem? Jak walczyć ze strachem? Na pewno najlepiej go oswoić, nazwać, usiąść w spokoju, nazwać, zdefiniować i zastanowić się, co konkretnego możemy zrobić, jak przeciwdziałać i nie dać się zapętlić w tym strachu.
Ja obserwuję ludzi, którzy wobec trudności bardzo szybko się zapętlają i coraz gorzej sobie dają radę. Zamiast rozłożyć wyzwanie na poszczególne zadania i zastanowić się, czy mogę z tym coś zrobić i nie budować tego strachu czy lęku, a przyjąć go do wiadomości i zasunąć firankę. On jest tam, ale ja się na nim nie skupiam. Co mogę w razie czego zrobić, żeby zminimalizować moje zagrożenie? Mieć zawsze jakieś zapasy w lodówce, jakieś zapasy w spiżarce, umieć się zachować w różnych sytuacjach. Jestem zaskoczona. Kiedyś my jako młodzi, niezależnie czy byliśmy w harcerstwie, czy nie, mieliśmy różne sprawności: założenie opatrunku, pierwsza pomoc, rozpalenie ogniska, wykopanie kuchni polowej. Śmieszne może. Bawiliśmy się, ale umieliśmy wiele rzeczy i dzisiaj bywa, że młodzi nie potrafią ugotować makaronu i przyszyć guzka. I tu bym zasugerowała, że uczenie się pewnych prostych, oczywistych czynności to też jest walka, walka ze stresem i walka ze strachem.
Przerażające jest po pandemii, jak młodzi pogubili się przez ten czas, jak poważne mają lęki i zaburzenia psychologiczne. Gabinety są pełne. Oni się boją, chociaż są chronieni. Przynajmniej rodzicom się wydaje, że chronią swoje dzieci, a oni się często panicznie boją i nie do końca wiedzą czego. Lockdown uważam, że był niepotrzebny i więcej szkody, krzywdy wyrządził ludziom niż ochrony dał. Ale to jest już oddzielny temat.
[01:22:07] - A jeśli wskazałbym rozwój cywilizacji, to jest pani optymistką czy pesymistką?
[01:22:15] - Od dwóch lat stoję na rozdrożu. Do niedawna mówiłam, że kocham ludzi, że mnie fascynują, że są cudem, że każdy z nas jest cudem, pod warunkiem, że dojdzie do współbrzmienia trójcy ciało, umysł, duch. Wtedy wyzwalamy cały swój potencjał i możemy w pełni stać się człowiekiem. Teraz zaczynam mieć wątpliwości, bo część społeczeństwa dobrowolnie ogranicza swój potencjał z lęku przed nowym. Nie chce się otworzyć na nowe doświadczenia, a jak doświadczają czegoś nowego, to to wypierają i siłą rzeczy negatywne bodźce wtedy się przebijają przez tę ochronę, a nie wchodzą te słabsze, pozytywne. Ale jednocześnie obserwuję różne społeczne ruchy. Powstają społeczne kluby, które podejmują dyskusje, inicjują wykłady pozwalające na rozwój intelektualno-duchowy, na poszukiwanie. Zakładają jakieś ogródki przydomowe, nawet w workach wypełnionych torfową ziemią przedziurawionych, z których wyrastają różne rośliny, jak wspaniałe takie mini kwietniki warzywne, czy jakby to nazwać. W związku z tym można powiedzieć, że powstają inicjatywy. Część społeczeństwa pragnie innego funkcjonowania, większego kontaktu z naturą, wyciszenia, a inni dają się wtłoczyć w wyścig szczurów, chociaż źle go znoszą.
Nie wiem, jak będzie, która tendencja zwycięży. Jeśli nie pójdziemy w kierunku społecznego zrelaksowania, nie potrafimy wypracować relaksacji w skali społecznej, to może dojść do bardzo potężnych ruchów społecznych, niszczycielskich, destrukcyjnych, do różnych rozruchów wręcz, które wyrządzą wszystkim ogromną szkodę. Gorzej, że wydaje się, że jest taka tendencja, żeby wtłoczyć społeczeństwa, ja to nazwałam współczesnego niewolnictwa nadzorowanego przez sztuczną inteligencję, czego przykładem są tak zwane 15-minutowe miasta. To nie byłoby szczęście, tylko współczesne getta. Jeśli wszystko mam mieć w zasięgu 15, 20 minut, to jestem niewolnikiem tego miejsca. A ja kocham wolność. Kocham zmieniać otoczenie, środowisko, poznawać nowych ludzi. I takich jak ja jest multum. Oczywiście w pewnym momencie przegięliśmy pewnie ze względu na ochronę środowiska, jeśli na dwa dni urlopu wyskakiwaliśmy gdzieś samolotem w dwie strony. Jeśli mieliśmy dwie doby na to, żeby polecieć do Rzymu i z niego wrócić i trafić rano w poniedziałek do pracy, to co myśmy mogli przeżyć w tym Rzymie?
Chyba że lecieliśmy na jakiś unikatowy spektakl czy jakieś inne kulturalne czy naukowe wydarzenie, to wtedy jeszcze zrozumiem, ale żeby zwiedzać miasto, to bez sensu. I tutaj na pewno ten ślad węglowy, który zostawialiśmy, był niemądry, ale przemieszczanie, konfrontacja z różnymi kulturami rozwija nas. Przecież nie na darmo mówi się: „Ile znasz języków, tyle razy jesteś człowiekiem”, bo wtedy tę kulturę poznajesz dogłębnie, nawet jeśli języka nie poznałeś dogłębnie. Ale to jest nowy kanał percepcji. Jeśli wchodzisz w inne środowisko, to doświadczasz najróżniejszych doznań i wiedzy przez emocje, uczucia, różnego rodzaju doświadczenia. To jest konfrontacja z drugim człowiekiem, który jest inny na tej części globu ziemskiego, na tamtej części globu ziemskiego. Trudno przewidzieć. Trochę mnie martwi, że Jackowski, podziwiany przeze mnie, niezwykle skuteczny, jeśli chodzi o poszukiwanie ludzi zaginionych, zmarłych, topielców, zamordowanych, z taką nonszalancją niekiedy wygłasza werdykty. Dlatego, że uważam, iż jasnowidz odczytuje potencjały zdarzeń, a bardzo rzadko zdarzenia, które ze stuprocentową pewnością zaistnieją. W ogóle coraz więcej osób dopuszcza, że jest ileś hipotetycznych możliwości wydarzeń.
Zresztą o tym mówi fizyka kwantowa, że jeśli cząsteczka może się w określone sposoby zachować, to ona cały ten potencjał realizuje, a rzeczywistość dopiero będzie wypadkową i wybierze którąś z nich. Dlatego wydaje mi się, że jeżeli weźmiemy nasze życie, to na ten moment istnieje kilka wariantów dnia jutrzejszego, tego, co przeżyjemy za tydzień, za miesiąc i dopiero określony zbieg wydarzeń wybierze któryś z nich. Dostaliśmy tak zwaną wolną wolę. Więc jeżeli nawet przyjmiemy, że nasza dusza przed narodzinami przyjęła jakiś program, to my go wcale nie musimy do końca zrealizować. Mamy przynajmniej margines wolnego wyboru, a wchodzimy w interakcje i tych interakcji jest nieskończona ilość i to się na siebie nakłada. Wybory nasze nakładają się i w ten sposób kreuje się nasza życiowa ścieżka. Zresztą jest taka cała seria książek, przekazów Kryona, bytu wysoko rozwiniętego, który sugeruje tego rodzaju doświadczenia między innymi. Niezwykle fascynująca, choć chwilami niełatwa lektura i myślę, że warto czasem się było zastanowić, że każdy nasz czyn, nasza myśl pozostawia ślad i w materii, i w sferze duchowo-intelektualnej. I żebyśmy nie trwonili naszej energii na darmo i czasami bezmyślnie pewnych rzeczy nie wypowiadali, czy nawet nie skupiali się na niepotrzebnych myślach, które mogą wnieść w nas destrukcję i które mogą wywołać lęk czy strach. Na pewno wszyscy stykamy się z ludźmi: „Ach, żeby mnie ktoś nie okradł.
Ach, żebym nie zgubiła. Ach, żeby się nie zdarzył wypadek”. My już wtedy kreujemy w sobie korzenie negatywności i przyciągamy do siebie to, co jest negatywne, to, co może nas wybić z właściwego postępowania, z właściwego rozumowania. Na pewno życie nie jest łatwą przygodą, ale może być piękne.
[01:28:52] - „Nieznany Świat” to jest też przygoda, którą pani rozpoczęła z Markiem Rymuszko. Ona się ciągnie dalej, ale „Nieznany Świat” to jest pismo niezwykłe. Pism o rzeczach niezwykłych, paranormalnych w Polsce było i jest w dalszym ciągu kilka. Natomiast bardzo wiele głosów dochodzi do mnie takich, że „Nieznany Świat” jest niezwykły. I to nie jest tani komplement, tylko raczej stwierdzenie faktu. Bo ludzie bardzo często argumentują, że na łamach pisma wytwarzana jest pewna specyficzna atmosfera tolerancji, pewnego podejścia do świata, postrzegania tego świata w sposób bardzo charakterystyczny. Ale ja tu chyba za dużo mówię. Raczej głos oddam pani w tej chwili. Jeśli chodzi o „Nieznany Świat”, to już nie jest pismo, to jest rodzaj jednak zjawiska.
[01:29:44] - Od samego początku chcieliśmy adresować ten tytuł do jak najszerszego grona ludzi otwartych na poznawanie świata, na odkrywanie zagadek, tajemnic, które są wokół nas na różnych planach. Bo to mogą być zagadki dotyczące skarbów, nawet geologii, prehistorii ziemi, doświadczeń duchowych, przede wszystkim naszego rozwoju duchowo-intelektualnego. I myślę, że w dużym stopniu się to udało. Nie motaliśmy się ani w rywalizacje polityczne. Jesteśmy ponad religiami, bo zakładaliśmy, że jeśli ktoś w coś wierzy, to rdzeń wszystkich religii jest właściwie wspólny, a potem te różne odmiany tworzyli ludzie. Dlatego prawdziwe wspólne humanistyczne wartości Łączą wszystkich. Nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich czytelników, bo jest rozejście się pewnych oczekiwań. Jedni pragnęliby więcej na temat medycyny komplementarnej, zdrowia, inni pragnęliby więcej na temat rozwoju duchowego. Ktoś inny zarzuca nam, że za mało przykładamy uwagi do teorii spiskowych, a to jest oddzielny, niezwykle interesujący temat. Kiedyś, zastanawiając się nad tym, jak właściwie powstają te zjawiska, o których mówimy jako o teoriach spiskowych, zadałam pytanie naukowczyni, redaktorce „Matrixa 3000”, niemieckiego czasopisma z nami współpracującego, która niestety zmarła niedawno: „Grażyna, co ty myślisz o teoriach spiskowych?” A ona mi na to krótko powiedziała: „A są jakieś?” Już nie miałam więcej pytań.
W każdej baśni i legendzie jest rdzeń prawdy. I część czytelników oczekiwałaby, żebyśmy do tego rodzaju tematyki przykładali więcej wagi. Owszem, takie publikacje pojawiają się na naszych łamach, jak na przykład dotycząca inteligencji sztucznej, technicznej, która jest ogromnym wyzwaniem dla cywilizacji. Zapytał pan o przyszłość cywilizacji. To jest jeden z kamieni milowych na naszej drodze. Albo potrafimy utrzymać ją w ryzach i potraktować jako narzędzie w ręku człowieka, który jest ponad nią, albo stanie się rywalem dla nas. Mamy wielu fantastycznych czytelników, których łączy coś niesamowitego, bo oni czują podobnie, w wielu przypadkach myślą podobnie, czasami się zaprzyjaźniają za pośrednictwem naszych spotkań i są nam wierni od początku albo od wielu lat. Niektórzy mają nawet numer sygnalny zerowy, niektórzy numer czarno-biały pierwszy. Wielu gromadzi roczniki w schowkach, po kamerach, na strychach, w suterenach, a niektórzy mają specjalne miejsce w gabinecie czy w pokoju gościnnym. I fantastyczne jest to, że sięgają do tego czasami kolejne pokolenia.
Tak, obserwuję rodzinę. Dziewczyna dostała u nas nagrodę specjalną za projekt okładki w numerze jubileuszowym na 30-lecie. To jest kolejne pokolenie, które czyta „Nieznany Świat”. I niezwykle ciekawe, że czasami nasi czytelnicy, kiedy mają jakiś problem, nad którym się zastanawiają, idą do stosiku, wyciągają przypadkowy numer, otwierają na przypadkowej stronie, zaczynają czytać i dostają podpowiedź. A więc nie jest to takie przypadkowe. A więc istnieje jakaś energetyka specjalna. Wydaje mi się, że jeśli dopuścimy, że tamta strona za zasłoną istnieje, to mamy opiekę dobrych istot, dobrych bytów. Ale czy podołają wyzwaniom współczesności, bardzo trudnym? Nie wiem. Okaże się, czy wszyscy podołamy stawić czoła tym wyzwaniom, które są przed nami.
Uwielbiam otrzymywać od czytelników korespondencję. Niektóre osoby zaufały mi do tego stopnia, że zwierzają się z różnych swoich osobistych problemów, a potem mówią, jak list ode mnie czy publikacja w numerze pomogła im rozwikłać zawiłości rzeczywistości, wydobyć czasem z otchłani, odnaleźć swoje miejsce w życiu. Chociaż są też malkontenci. Żartobliwie obiecałam dwóm panom, że przyznam im jakąś specjalną nagrodę malkontenta. Tylko nie wiem, czy będą z takiego dyplomu zadowoleni, bo ciągle podnoszą poprzeczkę i uważają, że czymś jeszcze się powinniśmy zająć. Bardziej dogłębnie wchodząc, jeden z panów przywiązuje bardzo dużą uwagę do terminologii, jaką sobie wypracował, na przykład i zarzuca nam, że równoznacznie stosujemy terminy „kosmos”, „wszechświat” i „uniwersum”. Z punktu widzenia nauki jest to tożsame. Dla niego kosmos to jest wymiar materialny. Wszechświat to jest coś większego, co może obejmować różne kosmosy, a uniwersum to już obejmuje Stwórcę. Nie mam argumentów stosownych, żeby go przekonać, że jest inaczej.
Nie chcę go przekonywać, że jest inaczej, ale musimy też korzystać z terminologii ogólnie przyjętej, żeby być dla szerszego grona zrozumiałym. Ja oczywiście w tym wypadku się z nim zgadzam, że uniwersum jest pojęciem najszerszym. Obejmuje wszystko, co możemy sobie wyobrazić i to, co jest niewyobrażalne, takie trudne do uchwycenia, trudne do nazwania jeszcze przez naukę, co możemy tylko intuicją i wiarą nazywać.
[01:35:53] - Pięknie pani dziękuję za rozmowę. Pięknie dziękuję za duży materiał do przemyślenia dla naszych słuchaczy. Przypomnę, naszym gościem była pani Anna Ostrzycka-Rybuszko, redaktor naczelna miesięcznika „Nieznany Świat”.
[01:36:10] - Ja również dziękuję wszystkim słuchaczom za cierpliwość, jeśli wysłuchali mojego gadulstwa i panu redaktorowi za tę rozmowę. I może jeszcze kiedyś do usłyszenia.
[01:36:18] - Do usłyszenia. Myślę, że to było niezwykłe siedemdziesiąt kilka minut. Naprawdę niezwykłe. W każdym razie na mnie jako osobie przeprowadzającej wywiad ta rozmowa zrobiła niezwykłe wrażenie. No cóż, nie dam się państwu otrząsnąć. Od razu zapraszam na Filmotekarium. Piotr Cielebiaś już gotowy, zatem startujemy. Proszę państwa, kolejny odcinek wakacyjnego Filmotekarium. Czas zacząć. A zatem Piotr Cielebiaś i moja nieskromna osoba.
Zaczniemy zaraz rozmowę o serialach. Czołem Piotrze.
[01:37:07] - Witam, witam.
[01:37:08] - Dzisiaj będzie audycja bardzo multi. To znaczy tych seriali troszeczkę będzie. W dodatku chyba zaczniemy od serialu, który się rozkręca. A zatem tym razem nie będziemy go chłostać biczem swoich złośliwości, tylko raczej będziemy mówić, jak się zapowiada. Bo ja jestem po obejrzeniu trzech odcinków z dużą satysfakcją, od razu to powiem. Ty Piotrze bodajże czterech. I jak tam twoja satysfakcja?
[01:37:42] - A nim o tym serialu powiemy, to może ja zrobię mały wstęp, bo jak wiecie i co powtarzamy co miesiąc, co tydzień, to powoli zmierzamy do końca serii serialowej Filmotekarium, jeżeli tak można powiedzieć. Dzisiaj to chyba jest takie pożegnanie. Dlaczego? Bo za tydzień, chociaż jest za tydzień ostatni odcinek, to będziemy płynnie przechodzić od seriali do filmów fabularnych. Dlaczego? O tym się dowiecie na końcu. Zadamy wtedy ważne pytanie dla obu formatów, ale to za chwilę, bo do tej pory żeśmy się przyglądali produkcjom i nowym, jak "Yellowjackets", i starszym, jak "1983". Dzisiaj produkcja najnowsza, będąca jeszcze w zasadzie w toku, jeżeli tak można powiedzieć. Chodzi o serial "Changeling", którego się ukazało dotąd zaledwie kilka odcinków. No i cóż możemy o nim powiedzieć?
To jest serial wyprodukowany przez Apple'a. Horror, chociaż w otoczce fantasy trochę, ale bardziej horror. Przynajmniej do tej pory. Poznajemy tam historię rodziny Apolla Kagwy, antykwariusza o dość porypanej przeszłości, jak to bywa w tego rodzaju produkcjach. Otóż sam Kagwa, formalnie syn białego policjanta chyba i imigrantki z Afryki, skrywa jakiś sekret. Jego ojciec bowiem zniknął w jego dzieciństwie w dziwnych okolicznościach i na podstawie snów i reminiscencji widzimy, jak pewnego dnia ten ojciec powraca, ale w bardzo upiornej formie i przekazuje synowi pudełko pełne tajemniczych przedmiotów. Ale w międzyczasie, bo ten serial się w ogóle zaczyna w sposób bardzo bym powiedział, nie wiem, jak to powiedzieć, romantyczny. On się zaczyna w zasadzie od próby nawiązania znajomości, bo ten Apollo poznaje bibliotekarkę, z którą się umawia, ale ona mu mówi, że ona musi do Brazylii lecieć. Ale po powrocie wszystko idzie okej i pobierają się. Ale w tej Brazylii miała ona jakieś dziwne epizody, związane między innymi z lokalną magią.
Po czasie przychodzi na świat ich syn. Wszystko przybierać zaczyna inny obrót, bo matka dziecka zaczyna zauważać, że dzieją się dziwne rzeczy.
[01:40:05] - Polski tytuł tego serialu to "Odmieniec". W związku z tym macie państwo próbkę tego, co tam się może dziać. Piotr wspomniał o tym romantycznym początku i tu muszę przytaknąć, bo wiecie państwo, nie dość, że ta para się poznaje, to ona się poznaje w taki sposób, nic nie jest proste oczywiście. Ten Apollo się umawia z bibliotekarką, a właściwie usiłuje się z nią umówić, a ona mu ciągle mówi, że nie. Aż w końcu pewnego dnia tak. Owszem tak. I to powiedziałbym, nie byłoby takie specjalnie nośne filmowo, gdyby nie informacja, którą dostajemy, a właściwie wizualnie to mamy okazję śledzić. Otóż w przypadku ojca i matki owego Apolla było bardzo podobnie. Pani też mówiła: "Nie", aż w końcu się zgodziła. Tego nie odda się słowami, ale wierzcie mi państwo, kiedy się śledzi losy bohaterów tych z lat 60.
i tych współczesnych, to naprawdę czuje się pewien przeskok iskry pomiędzy tamtym dawnym czasem a czasem obecnym. Jest coś takiego właśnie niezwykle romantycznego w tym, że historia się powtarza. Ale tak jak Piotr powiedział, to jest zaledwie początek wszystkiego. Ten film ujmuje, przynajmniej mnie, bardzo nietypową narracją, sposobem narracji. Otóż chwilami mamy wrażenie, że to wszystko się rozpada na naszych oczach. Mówię o narracji, bowiem mamy liczne retrospekcje, jakieś przeskoki, ewidentnie nie rozumiemy. Na przykład zaczyna się odcinek i nie wiemy, co się dzieje. Tymczasem to się wszystko zaczyna układać jak takie puzzle. I rzeczywiście ten serial takie puzzle przypomina. Musimy poskładać sobie tę historię z różnych kawałków.
Czasami dostajemy kawałek jednego narożnika, czasami kilka kawałków z drugiego narożnika i jeszcze nie mamy pełni obrazu. Ale już wiemy, przynajmniej ja, że chcę ten obraz zobaczyć. Przeczytałem w jednym z komentarzy, moim zdaniem bardzo niesłusznym, że cholera wie, o co w tym filmie chodzi. Komentarz był zresztą bardziej dosadny, ale właśnie w tym przypadku widać, że zmierzamy do rozwiązania. Obym był dobrym prorokiem, bo tak jak powiedziałem, nie znamy jeszcze zakończenia, ale mam taką intuicję. Zobaczymy, na ile to się sprawdzi, że ten serial opowie nam historię, którą zapamiętamy na długo. Bardziej chcę w to wierzyć, niż mam jakiekolwiek przysłuchy, jakiekolwiek informacje, ale chociażby po sposobie realizacji tego serialu. Ty, Piotrze, powiedziałeś przed wejściem na antenę, że ludzie, którzy pracują przy tym filmie, nie oszczędzają i to widać. Ale oddaję ci głos.
[01:43:38] - Ja powiem tak: w czwartym odcinku matka mówi, że dziecko jest dziwne, jest potworem, bo na przykład strasznie dużo je i ona ma z nim okropne problemy. Ma też problemy ze sobą. Po tytule, który wspomniałeś, tym tytule polskim, możemy się domyślić już wtedy, że wszystko związane jest z legendą o odmieńcach. U nas się na to mówi "podrzutki". W naszym folklorze to są wszyscy ci ludzie, którzy zostali porwani przez boginki na przykład, czy przez mamuny, i z krainy magii zwróceni do naszego świata. Wtedy oni już byli podmienieni, inni, zachowywali się w dziwny sposób. Tutaj już mamy pierwsze oznaki tego, w co to się wszystko będzie przeistaczać. Pierwsze odcinki rzeczywiście są dość wciągające. Ja nie sądzę, żeby były bardzo trudne w interpretacji. Jest wręcz przeciwnie.
Ale co mogę powiedzieć? "Changeling" jest inne na tle reszty seriali. Wszystko się toczy dość powoli. To jest może mankament, ale chciałbym zwrócić uwagę, Marku, na dwie rzeczy. Otóż ten serial jest dopracowany w ramach scenografii, realizacji i montażu. A z tym bywa bardzo różnie, bo skarżyliśmy się na przykład przy "Pierścieniach władzy", że wszystko wyglądało bardzo tandetnie, jak rodem z "Herkulesa". Z "Yellowjackets" też jest tak sobie, bo tam po pewnym czasie zauważamy, że tych odcinków przybywa w szybkim tempie, ale one są takie, nie chcę powiedzieć niedopracowane, natomiast widać, że to jest robione na szybko. W przypadku odmieńca, "Changeling", wszystko jest ładne i estetyczne, ale nie z przesadą. Nie jest takie wymuskane i zimne. Nie, to jest po prostu ładny serial.
Możemy miejscami mieć wrażenie, że oglądamy baśń filmową, ale komentarze, które o tym mówiły, też chyba mocno przesadzają. Jest rzeczywiście przede wszystkim bardzo estetycznie, kolorowo i klimatycznie. Pod takim wizualnym względem to jest chyba najładniejszy serial, jaki żeśmy do tej pory omawiali. Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz tutaj.
[01:45:54] - Zgodzę, aczkolwiek nie chciałbym, żeby wybrzmiało to, że on jest cukierkowy. On jest kolorowy, jest dopracowany, ale są tam też sceny mocne. Na przykład scena w metrze, kiedy tak naprawdę ów odmieniec przychodzi na świat. Więcej państwu nie powiem. Natomiast mówiłem o tej nieliniowej narracji, bo, proszę państwa, my się w trzecim odcinku dowiadujemy, że z tytułowym bohaterem stało się coś nieodwracalnego. A tymczasem w czwartym odcinku, którego nie oglądałem, Piotr relacjonuje, że powraca, że tak sobie to ujmę. A zatem zwracajcie państwo uwagę, oglądając ten serial, właśnie na to, że fabuła, liniowość jej chwilami jest mocno dyskusyjna. To w niczym nie przeszkadza, nawet nadaje pewnej egzotyczności i nieoczywistości temu filmowi. A to tak naprawdę tylko podkręca przygodę, którą przeżywamy. Piotr powiedział też o tym, że on się toczy niespiesznie, ale to, co w innych filmach mogłoby przeszkadzać, właśnie z racji na wszystkie zalety, o których mówił Piotr, o których ja starałem się powiedzieć, to dzięki tym zaletom ta nieśpieszność nie przeszkadza.
Raczej skupiamy się na obserwowaniu tego świata. Przecież to nie jest jakiś egzotyczny świat, ale chłoniemy te wnętrza biblioteki, te wnętrza domu, te relacje pomiędzy ludźmi. Bo te zakochane pary, mówię zarówno o rodzicach głównego bohatera, jak i później parze, którą tworzy z bibliotekarką, to też ogląda się przyjemnie. Nie zawsze jest tak, że kiedy oglądamy film, oglądamy serial, to wierzymy w miłość na ekranie, że oni tak naprawdę coś do siebie czują. Traktujemy to troszeczkę jako konwencję. Tu można się na ten filmowy język nabrać. I rzeczywiście mamy dwie zakochane w sobie osoby. Dla mnie to był budujący obraz, jeśli chodzi o uczucia, jeśli chodzi o pokazanie tych uczuć na ekranie. Dla mnie bardzo w porządku serial, przynajmniej na razie.
[01:48:33] - Jest jeszcze druga sprawa, bardziej kontrowersyjna, bo to jest produkcja z cyklu tych produkcji dla mniejszości. Czyli dla Afroamerykanów. U nas temperatura rozmowy na ten temat jest zrozumiała, ale w pewnym sensie. Polskie społeczeństwo jest jednorodne. My to możemy rozumieć, natomiast nie czujemy temperatury tej dyskusji. Mówiąc brzydko: tam białych ludzi prawie nie ma. Może dlatego, że czytamy, że to wszystko się dzieje w jakiejś alternatywnej rzeczywistości Nowego Jorku. I o ile dotąd te produkcje, powiedziałbym, poprawne politycznie, nie wiem, jak to powiedzieć, to kino skierowane do Afroamerykanów. Nie można tego inaczej ująć, żeby nikogo nie obrazić. Mówię tu o horrorach przede wszystkim.
Te horrory, które były produkowane-
[01:49:28] - Wiesz, Piotrze, bo to tak naprawdę nie przeszkadza. Ja zwróciłem na to uwagę, ale później wsiąkłem w ten serial i to mi w ogóle nie przeszkadzało, że oni są takiego koloru skóry czy innego. To w ogóle nie przeszkadza. Natomiast powiem ci, trochę się zaniepokoiłem tym, co powiedziałeś, bo jeżeli się okaże, że to jest serial, który dzieje się naprawdę w alternatywnym Nowym Jorku, w którym hasają tylko ludzie o jednym kolorze skóry na przykład, albo w większości są tacy, to ja się trochę poczułem zaniepokojony i kto wie, czy nie będę pewnych rzeczy musiał zweryfikować. I nie ze względu na to, że cokolwiek mam do takiego czy innego koloru. Tylko ja nie lubię przeginania pałki w żadną stronę.
[01:50:20] - I tutaj chcę wrócić do tego przeginania pałki, bo dotąd tego rodzaju produkcje, horrory, filmy science fiction były w większości, powiem tak w 80%, strasznie słabe, wręcz kiczowate. W takich produkcjach poprawnych politycznie dla mniejszości, jeżeli to tak można nazwać, specjalizował się swego czasu Amazon. Wypuścił na przykład taki poprawny film horror z motywem rasowym, historycznym pod tytułem „Master”. To jest film nowy z 2022 roku. Chyba nie omawialiśmy go w „Filmotekarium”, bo jest po prostu straszny. Okrutnie kiepski po prostu. To wszystko jest bardzo sztampowe, przewidywalne, strasznie nadęte, jeżeli idzie o ideologię. Natomiast „Changeling” pokazuje coś innego. Jest po prostu ładny, fajny, dobrze zrobiony. Nie widać tego nadęcia, nie widać żadnej chęci politycznego podkolorowania tego filmu.
Przynajmniej do tej pory. Czy warto go obejrzeć? Jeżeli ktoś ma dostęp do tego serialu, myślę, że nie będzie to rozczarowanie na tle innych produkcji, które żeśmy do tej pory omawiali. Ale Marku, bo myśmy powiedzieli o filmie, który ma dotąd chyba cztery odcinki. Będzie ich więcej. Nie wiemy, czy będzie druga seria oczywiście, bo dzisiaj de facto kończymy serialowe „Bibliotekarium”. Za tydzień co prawda jest ostatni odcinek, ale to będzie ten odcinek przeskokowy, płynny. O czym będzie, to za chwilę powiem. Bo nam brakło trochę czasu. Mieliśmy tych seriali wynotowanych dużo więcej i nie zdążyliśmy wszystkich ogarnąć.
Było ich tam chyba jeszcze albo vincy. I nie zdążyliśmy. Po prostu nie zdążyliśmy, bo albo chcieliśmy dokopać pani Hajdas i pani — jak ona się tam nazywa?
[01:52:22] - Zmich. Nie pamiętam w tej chwili i to może nawet lepiej, że nie pamiętam.
[01:52:27] - Adamik.
[01:52:28] - No tak.
[01:52:29] - Albo chcieliśmy przejrzeć wesołą produkcję tych pań i powiedzieć coś, jak to wpłynie na dalszą recepcję science fiction i horroru w Polsce. Albo zawsze nam coś innego wypadało. I zostały jeszcze takie seriale, które z tych czy innych powodów warto wymienić. Może nawet bardzo nie omawiać, ale wiecie, idzie jesień, potem zima. I jak będziecie szukać czegoś do obejrzenia, zawsze warto wiedzieć co. I Marku, ja coś wybrałem, ale nie powiem wiele o tym serialu. Powiem tylko, że jest dobry i mi momentami przypominał tego „Odmieńca”. Ale o tym za chwilę. Nim do niego przejdę, to takie trzy słowa podsumowania, bo ja niejednokrotnie przyznawałem, że nie jestem wielkim fanem seriali z kilku powodów. Po pierwsze czas.
Ja filmy oglądam rzadko, chociaż się czasami zdaje, jak je omawiamy, że nie robię nic innego i bardziej odpowiada mi forma filmu fabularnego, czyli jakiejś szybkiej opowieści na raz. Po drugie muszę powiedzieć, że seriale mnie często po prostu nudziły albo rozczarowywały. Działo się to tak często, że po prostu wypalały moją ciekawość, obnażały te swoje słabe punkty i muszę powiedzieć, że utwierdziłem się tylko w tym przekonaniu, że tak jest i że to jest jednak, dla mnie przynajmniej, gorszy brat filmu fabularnego. Do dziś uważam, że trudno o serial idealny, taki, którego się nie zapomina. Mówię o tych serialach współczesnych, bo one mają zupełnie inną konstrukcję od tych sprzed 10, 20, 30 lat. Nieco lepiej natomiast jest z instytucją miniseriali, które dla mnie są de facto nieco dłuższymi filmami. Ale o tym już mówiliśmy. To była chwila mojej szczerości, Marku.
[01:54:34] - To ja też chwilę szczerości sobie zafunduję. A co? Czemu nie? Otóż ja mam troszeczkę inne odczucia, jeśli chodzi o seriale. Zgoda, dobry serial trafia się nieczęsto. Troszeczkę jesteśmy w takiej sytuacji, kiedy jesteśmy takimi poszukiwaczami i raz trzeba obejrzeć jakieś kompletne popłuczyny po popłuczynach, raz trzeba obejrzeć po prostu szmirę, ale czasami trafiamy na perełkę. Ja to przynajmniej tak odbieram i dlatego uważam, że warto. Kilka razy trafiłem na takie perełki i byłem niezwykle zadowolony. To były dla mnie te momenty, w których sobie mówiłem — państwo już od razu wiecie, co mówiłem — że dla tych momentów z takimi dobrymi serialami warto było te wszystkie szlamy i, daruję sobie to drugie słowo, oglądać. Takie mam odczucia i będę się tego trzymał.
Tym bardziej, że z tymi perełkami, z tymi serialami, które uważam, że warto, wiąże się jeszcze taka historia, iż ja się przywiązuję. Ja dlatego lubię długie serie. Ja się przywiązuję i bardzo mnie wścieka to, o czym już państwu mówiłem, że w tej chwili zmieniła się tradycja, zmienił się też sposób obcowania albo właściwie sposób traktowania widza. Otóż kiedyś był ten piękny, dobry zwyczaj, że jeśli serial się kończył, decydowano po prostu, że już go właśnie ugrabimy, to kręcono podwójny odcinek albo film kinowy, który zamykał serię. Państwo się uśmiechniecie. Tak było z Alfem, przybyszem z kosmosu, który jadał koty, a w każdym razie deklarował ich konsumpcję. Nakręcono film, który zamykał całość. Podobnie było z innymi serialami. Na przykład Farscape też miał taki odcinek zamykający. W ogóle zamykanie seriali w momencie, kiedy na końcu każdego sezonu pojawia się jakiś cliffhanger i w związku z tym chcielibyśmy wiedzieć, co tam było dalej, to było dobre rozwiązanie.
Tymczasem dzisiaj, w dobie, w której seriale kasuje się masowo, to nikt się takimi rzeczami nie przejmuje. I stąd się bierze sytuacja, w której oglądam sobie serial trzy sezony o najeździe obcych i nagle się dowiaduję... Nie, nie nagle. Od początku wiedziałem, ale chciałem ten serial obejrzeć. Z tym, że znowu dostajemy takiego cliffhangera i co? I nic. I później sobie musimy uruchomić wyobraźnię, co z tym dalej robić. To są moim zdaniem zagrywki bardzo niedobre i wiem jedno: że się nie da tego uregulować i nie da się skazywać producentów seriali za tego rodzaju praktyki. A przydałoby się, bo to jest takie ewidentne robienie kogoś w konia. Zwiążemy cię na kilka sezonów, a później i tak ci tej historii nie dokończymy.
[01:58:08] - Marku, co robić z tymi producentami na przykład „Mody na sukces” albo tego na Polsacie, jak to się nazywa, nie „Jak miłość” tylko „Pierwsza miłość”? Dla nich to trzeba by osobne prawo stosować, bo oni wiążą ludzi, a potem ich torturują.
[01:58:25] - Tak, ale wiesz, tam się nie spodziewaj końca, bo życie ma zawsze jeden rodzaj końca i tam albo ty umrzesz pierwszy, albo ten serial umrze pierwszy. Nigdy nie wiadomo, co się stanie. Ale w przypadku seriali, które cię wiążą, bywa troszeczkę inaczej. Z moich odkryć ostatnich, o których nie będziemy przynajmniej na razie mówić, to serial umieszczony w uniwersum „Star Treka”. Ja się spodziewałem kolejnej historii. Wiecie państwo, tych „Star Treków” już były — mówię poza kinowymi filmami — samych seriali było bardzo dużo. A ten najnowszy serial to było zaskoczenie, bo to jest prequel do tego, co oglądaliśmy w latach 60. I to jest moje duże, w gruncie rzeczy pozytywne zaskoczenie. Pewno kiedyś, jak się ten serial, przynajmniej drugi sezon skończy, to być może my go omówimy państwu. Z tym, że Piotra będzie ciężko namówić, chyba że w przyszłe wakacje, bo tych odcinków tam się namnożyło, ale niezwykle sentymentalne i mnie w każdym razie mocno przywiązujące było to, że rzeczywiście w tym prequelu my znajdujemy wątki, które w tym starym, stareńkim serialu, w którym drzwi otwierające się na Enterprise robiły takie one tam są.
No i wiecie państwo, w jakiś sposób poczułem się zaproszony, zachęcony i chętnie tego nowego „Star Treka” oglądałem. Może kiedyś do niego wrócimy. Ale Piotrze, to nie jest koniec naszej dzisiejszej rozmowy, bo my mamy-
[02:00:17] - Ja ci tylko tutaj wejdę w słowo, bo z tym „Star Trekiem” to rzeczywiście tak jest, że on zasługuje na odrębne ujęcie. Zarówno w tej wersji serialowej, bo tego jest naprawdę dużo. I oczywiście pierwsza rzecz, która mi przychodzi na myśl, to jest Picard i jego kolejne sezony. Dla jednych absolutna nuda, dla innych powiew świeżości, bo mamy tam ikonicznego bohatera tej serii. Ja próbowałem się przedrzeć przez pierwszy sezon, bo to też jest serial, który powinien się w tym naszym serialowym filmotekarium znaleźć. Się nie znalazł. Powiem tak: jeżeli macie jakieś wewnętrzne samozaparcie, to atakujcie tego Picarda, ale się fajerwerków nie spodziewajcie. To nie jest ten bohater, to nie jest ta historia, to jest nudne. Przede wszystkim to jest nudne i trzeba czekać przez kilka odcinków na finał historii, która rozgrywa się w kilkadziesiąt sekund, a i tak nie jest nam za dużo pokazane. Także jeżeli ktoś lubi takie intrygi kosmiczno-polityczne, to okej, ale za dużo się gada, za mało się pokazuje.
To nie jest „Star Trek”.
[02:01:32] - Ale wiesz Piotrze, wejdę ci w słowo. A ten prequel, który się teraz pokazał w zeszłym roku chyba, ma tę zaletę, że jest realizowany... Nie da się już tak kręcić jak w latach 60., ale na podobnym modelu jest realizowany. Czyli znowu odwiedzają te poszczególne planety i tam się coś dzieje. Jednocześnie ciągnięta jest historia, taka metahistoria nad wszystkimi odcinkami, ale on atmosferą naprawdę tak wpasował się w tamte sezony z lat 60. Ja jestem pod dużym wrażeniem, jestem zachwycony.
[02:02:12] - Jeżeli mówimy o „Star Treku”, ale to się tyczy wszystkich seriali moim zdaniem, to jest coś takiego jak magia nostalgii. Myśmy o tym mówili. Wspominałeś o tych serialach, Marku. Pamiętam, był taki serial, o którym często mówisz, zapomniałem tytułu. Kiedyś, dawniej, kiedy do dyspozycji pozostawał w zasadzie jeden serial emitowany raz w tygodniu na TVP, to nie było w czym wybierać, nie było więc powodów do wybrzydzania. Natomiast dzisiaj tego jest dużo i te powody do wybrzydzania mamy. Się tak czasami zastanawiam, co by było, gdyby nam zamiast tego pierwszego z brzegu „Picarda” puszczono w latach 90. I pewnie dzisiaj byłby do niego jakiś sentyment. Także czasy się zmieniają i zmienia się perspektywa na seriale. Nie tylko sposób opowiadania historii, konstruowania poszczególnych odcinków, ale też tego, jak to jest zrobione.
Myślę, że seriale dawniej były bardziej zwięzłe. Takie mam wrażenie. Ale mówię o latach 90. na przykład, że tam jak otrzymywałeś odcinek, Marku, to miałeś mały film.
[02:03:25] - Tak. Właśnie o tym mówiłem, bo ten nowy „Star Trek”, prequel, jak mówiłem, „Strange New Worlds” się nazywa. W zeszłym roku był pierwszy sezon, teraz jest drugi. On jest właśnie tym modelem robiony. Każdy odcinek to jest osobna historia. Tak jak powiedziałem, oczywiście wychodzi i ciągnie ta metahistoria, niemniej jednak dostajemy minifilmik i jesteśmy, przynajmniej ja i państwo, zadowoleni. I to jest w ogóle to, co tygrysy lubią najbardziej.
[02:04:04] - Pewnie wy myślicie teraz, że my tutaj zaraz wymienimy na jednym oddechu „Mandalorianina”, „Wiedźmina”, czyli te seriale, które powinny się znaleźć w bibliotekarium serialowym, a się nie znalazły. Otóż nie. Szczerze mówiąc, te dwa seriale nie były przewidziane nawet do rozpatrzenia. Szczególnie „Wiedźmin”, bo „Mandalorianin” nie jest taki zły, ale się wpisuje w tak bogaty kontekst kulturowy wręcz, nie tylko filmowy, że sobie go darowaliśmy.
[02:04:39] - Ja też darowałem sobie do omówienia, ale też jakoś tak mam sentyment do tego samego uniwersum i do „Kronik Boby Fetta” też przez jakiś czas to oglądałem namiętnie. Się skończyło, niestety. W ogóle to uniwersum „Gwiezdnowojenne” jest bardzo nierówne. Powiem tak, żeby się nie znęcać i żebyśmy dzisiaj jednak jakoś pozytywnie wybrzmieli. Jest bardzo nierówne, ale dobrze, że jest.
[02:05:10] - Są takie głosy, które mówią, że te seriale w ogóle je uratowały. Uratowały honor „Gwiezdnych wojen” po tych ostatnich filmach, które były po prostu-
[02:05:18] - Oj tak, masz rację. To jest po prostu strzał w sedno, bo rzeczywiście ostatnia seria filmów kinowych absolutnie rozłożyła tę historię. I rzeczywiście tu się podpisuję pod twoim zdaniem, że te seriale honor podtrzymały.
[02:05:43] - Tak. Czegośmy tam jeszcze nie rozpatrywali? Było kilka takich głośnych seriali, których żeśmy nie ruszali z tego powodu, że były tak głośne, że pewnie większość ludzi je oglądała. I tak guzik zależało bywam na naszej opinii, co my o tym myślimy. Takim wyjątkiem były „Pierścienie władzy”, bo tutaj się chciałem zapytać Marka przy okazji tamtego odcinka, jak on na to patrzy, bo to też jest szersze zjawisko, powiedziałbym, kulturowe, jeżeli chodzi o „Władcę pierścieni” i fajnie było o tym podyskutować. Natomiast „Władca pierścieni”, a konfrontacja tego ze „Star Trekiem” czy „Gwiezdnymi wojnami” i tym całym nawisem produktów, historii, tradycji wręcz czasem, które temu towarzyszą, jest bez porównania. Ale wróćmy do tych seriali, które żeśmy chcieli wymienić. Ja mam jeden, natomiast jest o tyle dobry, że on mi w ogóle bardzo w pamięci zapadł, bo fajnie się to ogląda. Natomiast jest tutaj oczywiście ten ból, że fajnie mi się ogląda początek, potem jest gorzej. Ale może zacznijmy od tego twojego wyboru.
[02:06:58] - Dla mnie takim odkryciem, i to jest odkrycie nieoczywiste, był serial zatytułowany „Kleo”. I to nie jest ta Cleo, co śpiewa w Polsce, tylko to jest „Kleo” z NRD pisana przez „k”. „Kleo” — taki jest tytuł serialu. Też taki serial nie za długi, nie przeciągnięty w kosmos, tylko serial, który zaczyna się bodajże w 1986 roku. Tytułowa bohaterka jest wykonawcą wyroków śmierci. Wysyłana jest z NRD do Berlina Zachodniego, tam przeciwników socjalizmu zgładza. Po powrocie z jednej z misji zaczyna dziać się coś dziwnego. Otóż zostaje aresztowana, wsadzona do więzienia, w jakimś idiotycznym procesie skazana. Najpierw do aresztu była wsadzana, ale później do więzienia. I kiedy upada mur, jest rok 1989, końcówka, ona z tego więzienia zostaje wypuszczona.
Wraca do swojego mieszkania. Tam mieszka jakiś kosmita. Nie, nie w przenośni kosmita. Dziwny facet, który przyjechał nie wiadomo skąd. On nie jest z NRD. On już zdążył, kiedy mur upadł. Jeszcze NRD formalnie istnieje. To znaczy, jeszcze nie zostało przyłączone, granice otwarte, ale tam się jeszcze wszystko kitłasi. Jeszcze Honecker gdzieś tam sobie pomyka po świecie. Inni, jacyś Milke, jacyś inni przedstawiciele władz NRD gdzieś tam szaleją w tle przynajmniej.
Ona jest trochę zagubiona, w ogóle dziadek jest generałem Stasi, w każdym razie wysokopostawionym komunistą NRD-owskim. I zaczynają się dziać rzeczy dziwne, naprawdę dziwne. Wokół niej, tej głównej bohaterki Cleo, pojawiają się ludzie, pojawiają się sytuacje, których ona na początku nie rozumie, ale my się w pewnym momencie zaczynamy domyślać, to wszystko zmierza ku temu, żeby wyjaśnić nam tę historię początkową. Dlaczego ona po powrocie z tej morderczej misji w Berlinie Zachodnim, do którego się dostawała podziemnymi kanałami, dlaczego po powrocie z tej misji została aresztowana, osadzona w więzieniu, skazana w absurdalnym procesie? Dowiadujemy się czegoś o tym dziadku komuniście. Dowiadujemy się trochę o rzeczywistości, o ludziach, którzy wcześniej byli w Stasi i szaleli razem z główną bohaterką. A teraz poszli w różne dziwne interesy. Zapytacie mnie państwo: dobrze, ale my tu raczej omawiamy fantastykę, coś, co przynajmniej luźno się z fantastyką wiąże. Otóż wiecie państwo co? Ten serial jest tak dziwny, dzieje się w tak dziwnych okolicznościach przyrody, a właściwie okolicznościach kraju, którego już nie ma, przecież NRD, że to już samo z siebie jest science fiction.
Ale w przedostatnim odcinku obserwujemy scenę, która byłaby rarytasem dla wszystkich miłośników UFO. Ona jest naprawdę bardzo dziwna i jestem ciekawy, czy jeśli powstanie drugi sezon „Cleo”, a to wcale nie jest oczywiste, czy jeśli powstanie, to ta scena zostanie wyjaśniona. Ona pozornie jest troszeczkę od czapy, ale zauważcie państwo, ja w pewnym momencie swojej wypowiedzi powiedziałem o kosmicie i zaczynamy podejrzewać, że to była nie tylko przenośnia. Jeśli obserwujemy ten serial, a właśnie ten odcinek, w którym pojawia się coś dla miłośników UFO i jeśli jest w tym serialu jakieś drugie dno, to jeszcze musi zostać odkryte. Ale wierzcie mi państwo, zostawmy szczegóły fabuły, że tak sobie zrymuję nieświadomie. Zostawmy je, bo więcej już państwu opowiedzieć nie mogę. Powiem jedno. Ten serial jest zrobiony z dużą pieczołowitością. My to NRD odkrywamy. Byłem w NRD dziecięciem będąc, ale aż tak szczegółowo nie pamiętam, czy to NRD jest oddane w miarę wiernie.
Niemniej bardzo wiarygodnie, tak to sobie powiedzmy. I to jest jeden plus. Drugi, że historia opowiadana przecież z takim wątkiem sensacyjnym, jest opowiadana w sposób wiarygodny, ale przede wszystkim interesujący. To nie jest nudna piła, przy której my się nudzimy, bo trzeba obejrzeć do końca, musimy wiedzieć, jak to się działo. Ale generalnie nuda, nuda, nic się nie dzieje. Tak nie jest. Wręcz przeciwnie. Tu napięcie, pewna dynamika akcji jest i ta nasza urocza morderczyni o imieniu Cleo świetnie sobie radzi. Nie jest to taki serial, w którym ludzie się kręcą po ekranie i nie wiadomo właściwie dlaczego. Tu to wszystko ma uzasadnienie.
Nie wiem. Jestem pod dużym urokiem. To jest miniserial. Tych odcinków tam jest niewiele. Stąd też moje pytanie, czy będzie drugi sezon. Moim zdaniem potencjał na drugi sezon jest. Co więcej, pewne oznaki, że mógłby być drugi sezon, są. Teraz wszystko w rękach producentów, w rękach ludzi, którzy to finansują i w rękach scenarzystów oczywiście. Ja państwu ten serial polecam. Szczerze polecam, nie będziecie żałować.
To jest niemieckie kino, właściwie niemieckie kino serialowe, ale dobrze robione. Naprawdę przyzwoicie jest to wszystko oddane i historia jest dobrze ukręcona, upichcona i aktorzy całkiem nieźle grają. Ja jestem pod dużym wrażeniem i bardzo państwu ten serial polecam. A jeśli nawet nie będziecie się ze mną zgadzać, to tych odcinków nie ma na tyle dużo, żebyście państwo życie sobie marnowali. To w końcu zaledwie kilka tych części i będziecie państwo już wszystko wiedzieli. To tyle, jeśli chodzi o moją polecankę.
[02:14:06] - To teraz ja. Jeżeli był serial, którego tutaj nie wymieniliśmy, a należał do kategorii horror, science fiction, horror łamany przez science fiction i jest wart obejrzenia, to moim zdaniem jest to serial „Archiwum 81”. Jest to produkcja Netflixa i to są powiązane ze sobą opowieści o pewnym konserwatorze taśm filmowych i studentce, która realizuje film na temat budynku mieszkalnego, w którym doszło do pożaru. Ich historie się oczywiście splatają. W tle jest jakaś wielka tajemnica, wątek sekciarski, który jest, jak mówiliśmy kiedyś, do bólu wykorzystywany, ale muszę powiedzieć, że ten serial robi dobre wrażenie. Na samym początku szczególnie. Ma bardzo fajne, klimatyczne wprowadzenie i choć mankamenty, o których mówiłem, też oczywiście posiada, to jest chyba jednym z niewielu w miarę dobrych seriali, które nie zostały tu ujęte, a które mógłbym polecić, bo one nie należą do tych wielkich rodzin typu Gwiezdne Wojny czy Wiedźmin. Dużym atutem jest też obsada. W jednej z głównych ról pojawia się taki aktor pochodzący bodajże z Mauretanii — Mamadou Athie. Bardzo fajnie się go ogląda i rzadko to mówię, po prostu lubię go.
Dobra, ja nie będę mówił o tym serialu za dużo. Może wielu z was go zna, w przeciwieństwie do Cleo. A co za tydzień? Bo powiedziałem, że za tydzień przechodzimy płynnie z „Filmotekarium” serialowego do filmowego i naszym polem rozważań będzie ostatnia seria z „Archiwum X”. Ale nie da się tego zrobić bez cofania się do wcześniejszych serii. A pytanie, które sobie postawimy, dotyczyć będzie tego, dlaczego następuje zmierzch wielkich serii filmowych i serialowych. Bo w przypadku seriali ten zmierzch to jest, jak Marku mówiliśmy nawet dzisiaj, często po prostu nieuniknionym losem produkcji wieloczęściowych, długoletnich. Natomiast w przypadku filmów jest to często bardziej bolesne. Bo że się serial skończy, to czasami człowiek się spodziewa po prostu. Natomiast z filmami jest tak, że czasami one po zdobyciu statusu kultowego wraz z kolejnymi częściami, które mają przede wszystkim przynieść zysk, odświeżyć uniwersum, de facto spadają na samo dno.
I my w tym „Filmotekarium”, które się rozpoczyna już za dwa tygodnie, będziemy o takich filmach, o takich seriach filmowych mówić. Zarówno tych, których kontynuacje się niedawno ukazały, jak i tych, do których jakoś tam powrócimy. Bo pamiętajcie, że oni tam w Hollywood strajkują i przez to będziemy mieli mniej rzeczy do omówienia. Tak to wygląda.
[02:17:07] - Tak, proszę państwa, czyli za tydzień obejrzymy sobie, oczyma wyobraźni oczywiście, kilka sezonów z poprzedniego „Archiwum X”. I tak jak Piotr powiedział, z tego ostatniego sezonu. Ale pewno też nie omieszkamy powiedzieć kilku słów na temat tych filmów kinowych, w których to Mulder i Scully też sobie hasali. Cóż, Piotrze, w takim razie myślę, że niektórym przynajmniej zaostrzyliśmy apetyt na następny odcinek.
[02:17:45] - Dokładnie. Pozdrowienia i do usłyszenia za tydzień.
[02:17:49] - A to ja sobie też twoim wzorem zrymuję, czyli pozdrowienia i do usłyszenia. No to teraz mam dla państwa niespodziankę. Jeśli pamiętacie państwo jeszcze alkoholową historię literatury, którą serwowałem już jakiś czas temu w „Bibliotekarium 2.0”, to mam do niej swoisty appendix. Appendix może nieoczywisty, ale bardzo cenny. A konkretnie to jest wystąpienie Andrzeja Pilipiuka, które zarejestrowałem na SedinConie w czerwcu tego roku. To wystąpienie poświęcone było właśnie sprawom alkoholowym w różnych aspektach tego zagadnienia. Zapraszam. Myślę, że będziecie się państwo dobrze bawili. To działa? Działa.
Witam licznie zgromadzoną publiczność. Porozmawiamy sobie o tym, o czym już mówiłem kiedyś na konwentach, ale jak jest okazja, to się powie jeszcze raz. Mianowicie o alkoholu w historii, alkoholu w życiu naszych przodków. O tym, jak postrzegamy alkohol, jak postrzegano go kiedyś, jak postrzegamy go dziś.
[02:19:25] - Zacznijmy od początku. Alkohol oczywiście kojarzy nam się wszystkim z ludźmi. Gdzieś tam w kosmosie wisi wielka chmura etanolu, którą znaleziono w słupciu radioteleskopów, ale jest za daleko, żeby tam polecieć. Może jacyś nieziemcy korzystają. Ale skupmy się na razie na Ziemi. Dopóki nie odkryliśmy Marsjan, interesuje nas nasza planeta. Alkohol kojarzy się z ludźmi. Jest taki piękny radziecki plakat propagandowy, gdzie leży pijak obrzygany na stole i dwa różowe prosiaki komentują: „A jeszcze mówią, że to my jesteśmy świnie”. Tu byłbym ostrożny, albowiem to jest wybielanie świata zwierzęcego. Mianowicie alkohol zwierzęta znają i lubią.
Zacznijmy od istot ewolucyjnie od nas dość odległych, mianowicie od słoni. Czy komuś słoń się kojarzy z alkoholem? Nikomu. Czy ktoś kiedyś widział pijanego słonia? Nikt. Trzeba pojechać do Afryki. Widzieliście zapewne w lepszych sklepach monopolowych butelkę napoju, który się nazywa Amarula i ma na etykietce słonia. Jeśli ktoś nie widział polecam, bo to jest całkiem fajne i smaczne. A skąd się wziął ten dziwny napój? Z podglądania słoni.
Mianowicie słonie w Afryce wiedzą, że o pewnej porze roku dojrzewają nieduże dynie. To jest ta właśnie marula, amarula. Słonie wyspecjalizowały się tak, że w chwili, kiedy dynie zaczynają dojrzewać, wysyłają, nazwijmy to ekipę przygotowawczą. Parę starych doświadczonych słoni, które zrywają te dynie, leciutko naciskają nózią, żeby to popękało i zostawiają. Co jakiś czas przychodzą, kosztują jeden, dwa. W chwili, kiedy przejdzie naturalna fermentacja, zwołują całe stado i jest balanga. Słonie żrą te dynie przefermentowane. Słonie mają znacznie słabszą głowę niż my i się bardzo szybko upijają. A potem robią dokładnie to, co banda dresiarzy, jak się narobi. Wyrywają bez sensu drzewa.
Depczą bez sensu inne zwierzęta. Wyrównują między sobą zadawnione waśnie i porachunki. Potrafią przyładować samicy trąbą i kłami. Narąbane słonice potrafią zgubić małe. Katastrofa. Jedna wielka katastrofa. Na szczęście ta katastrofa trwa najwyżej dwa tygodnie, bo te dynie mają okres dojrzewania krótki i do następnej pory deszczowej jest spokój. Po czym słonie znowu wysyłają ekipę i znowu jest balanga. Trafiłem na taką informację, że – znów wracając do historii słoni – amerykański cyrk utknął gdzieś na preriach w czasie zimy. Nie zdołali dojechać do miasta, żeby się uchronić.
No i tutaj był problem. Słoń się zaziębił i zdechł. Postanowili słonia ratować. Ponieważ generalnie słoń lubił słodkie, wzięli wiadro kompotu, jeszcze dosłodzili melasą, w to wlali kilka butelek spirytusu. Słoniowi bardzo smakowało. Słoń się trochę ululał, ale słoń się dzięki temu rozgrzał i przetrwał ten mróz, aż dotarł ratunek. Także powiedzmy sobie szczerze: metoda może dziwna i drastyczna, ale podziałała. Przechodząc do istot bliższych nam ewolucyjnie. Małpy. Małpy alkohol lubią i spożywają go w postaci sfermentowanych owoców.
Zaobserwowano i u małp kapucynek, i u szympansów, i u goryli dokładnie to samo co u ludzi. To znaczy małpy potrafią sobie wyszukiwać owoce takie w stanie już mocno podfermentowanym. Spożywają i się tym upijają dokładnie tak samo jak ludzie. Oczywiście muszą tych owoców zjeść dużo, bo tego alkoholu tam jest 3% powiedzmy. Ale małpy mają znacznie słabszą głowę niż my, więc szybciej je pierzy. Przypuszczalnie to nam pokazuje, dlaczego my lubimy alkohol. Po prostu ewolucja nas stworzyła do tego, żeby wyszukiwać owoce najbardziej dojrzałe. Ewolucja nie przewidziała, że nauczymy się wyciskać z tych owoców płyny i poddawać je dalszej fermentacji i uzyskiwać alkohol w znacznie wyższych stężeniach. Ale znowu do historii świata zwierzęcego. Pierwszy goryl sprowadzony żywy do Europy w połowie XIX wieku trafił do zoo.
Generalnie nie bardzo wiedzieli, co mu dawać do jedzenia. Więc zastosowali podobny do człowieka pokarm. Dawać mu. Owsiankę żre? Żre. Kartofelki żre? Żre. Schabowego żre? Żre. Czy dałoby się czymś go napoić?
Piwo? Smakuje mu. Pierwszy goryl sprowadzony do Europy przeżył w niewoli 11 miesięcy, a potem zdechł. Natomiast państwo Budzińscy w swojej książce „Zwierzątka w moim domu" opisali historię tego pierwszego goryla i tego, jak go pojono w Niemczech piwem i powiedzieli, że wszyscy kolejni zoo-olodzy, jak czytali jaką dietę miał ten goryl, też łapią się za głowę i się zastanawiają, jak on przeżył aż 11 miesięcy. Ale cóż, może piwo go ratowało spod głodu diety, bo goryle, szczerze mówiąc, są bardziej roślinożernymi stworzeniami, a on dostawał po prostu wyżywienie niemieckiego robotnika. No cóż. W warszawskim zoo takich ekscesów nie robiono, wiem od ojca. Aczkolwiek powiem to tak jeszcze, zrobię malutką dygresję w bok. Mój ojciec, pracując w warszawskim zoo, miał pod opieką tapira i kiedyś mi pokazał sztuczkę. Zoo dostawało różnego rodzaju produkty żywnościowe na granicy przydatności albo z przekroczoną granicą przydatności i część tego szła na karmę dla zwierząt.
To, co się nadawało dla różnych tych. Między innymi na kwarantannę trafiały bułki z jakiejś piekarni, wczorajsze i trafiało się powidło. Mój ojciec robił tak, że brał długą bułkę paryską, przecinał wzdłuż, smarował to pół słoika powideł i podsuwał tapurowi. Tapir na sam widok tej buły już był szczęśliwy. Natomiast gdy zaczynał bułę wcinać, pojawiła się u niego- nie ma dzieci na sali? Ujmijmy to tak. Pewne części jego ciała wykazywały gotowość do działania i to wyglądało bardzo malowniczo, bo mniej więcej tak. Jak dorośniesz to zobaczysz. W każdym razie ojciec tą sztuczkę z bułą i tapirem pokazywał różnym znajomym, którzy go tam odwiedzali w robocie i wszystkim się ta sztuczka bardzo podobała. To działało za każdym razem, jak tapir dostał bułę z powidłami.
Tapir przeżył bardzo długo. Dziwna dieta może? Tapir w zasadzie żre wszystko jak świnia. Podobny nawet, pachnie podobnie. Ogonek ma inny. Dobra, w każdym razie. Bo ja sobie robię dygresję o zwierzątkach, nie o motylkach i mrówkach nie będzie. Natomiast- a nie, będzie. O karaluchach. Wiecie państwo jeszcze tak, na zakończenie historii świata zwierzęcego.
W jaki sposób przed wojną pozbywano się karaluchów z domu? Potrzebna była miednica, drewniana linijka i trochę piwa. Stawiało się miednicę pośrodku pokoju, opierało linijkę, żeby tworzyła rampę i skocznię, a na dno miski nalewano trochę piwa. Karaluchy bardzo lubią piwo. I wyłaziły z wszystkich szpar i po tej linijce maszerowały jak wojsko, jak lemingi skakały w to piwo i tam szczęśliwe dokonywały żywota. Przejdźmy wreszcie do świata ludzi, bo tu widzę, że zwierzęta są miłe, ale wolimy o nas posłuchać. Przede wszystkim zastanówmy się, kiedy alkohol się pojawił. Archeolodzy mają na to odpowiedź bardzo prostą. Neolit preceramiczny fazy B skończył się około 5000 roku przed naszą erą. Potem się pojawił neolit ceramiczny.
Nauczyli się ludzie lepić i wypalać garnki, więc można zaryzykować stwierdzenie, że około roku 5000 przed naszą erą mieli już naczynia i uprawiali zboża. Z tego by wynikało, że zapewne mieli wszystkie podstawowe składniki, żeby zrobić piwo. Ale są też archeolodzy, którzy twierdzą to nie do końca koniecznie tak, albowiem wcześniejsze ludy też miały naczynia, tyle że z surowców organicznych, różnego rodzaju tykwy i tak dalej. W związku z czym prawdopodobnie dawało się zrobić alkohol wcześniej, ale ponieważ pismo odkryto znacznie później niż odkryto garnki, więc nie mamy specjalnie dużo informacji na ten temat. Natomiast jak już ludzie się nauczyli lepić garnki, to mogli i robili. Badania robione przez naukowców, mikroszlify ceramiki, badania tego, co tam wsiąkło, co tam zostało, wskazują, że niemal od początku istnienia garnków umiano robić piwo. Przede wszystkim piwo było podstawowym napojem, który był bezpieczny. Ludzie szybko się zorientowali, że surowa woda niekoniecznie jest zdrowa. Zwłaszcza w Mezopotamii woda z Eufratu i Tygrysu, wiadomo, że to inny standard czystości tej wody. Niemniej jednak różne rzeczy tam wpływają, między innymi ameby, pasożyty i tak dalej.
Natomiast piwo, które się gotuje przed fermentacją i które zawiera te 3% do 4% alkoholu, ówcześnie zawierało, to wystarczy, żeby pasożyty zginęły. Także piwo było napojem zdrowym. Poza tym piwo w odróżnieniu od czystej wody jest smaczniejsze i posiada jeszcze kalorie. Z tymi kaloriami bym szczególnie nie przesadzał, ale miało to pewne swoje znaczenie. I tak mamy w zasadzie chyba jednoczesne odkrycie piwa i w Sumerze, i w Egipcie około 3000 roku przed naszą erą, gdy pojawiają się i hieroglify egipskie, i pierwsze znaki pisma klinowego. Znajdujemy już całkiem sporo symboli, które pokazują, związane są z piwem, fermentacją, handlem piwem. To wszystko jest. Jest cała dokumentacja. Jak sięgniemy, cała historia Egiptu to jest generalnie historia piwa. Inne owoce mieli, ale powiem tak: wino było napojem dość ekskluzywnym.
Natomiast piwo pili absolutnie wszyscy. Są adnotacje, coś w rodzaju rachunków z czasów budowniczych piramid, ile zamawiano żywności i jakiej. Budowniczowie piramid jedli cebulę, zboże i piwo. Na takiej diecie piramidy budowali. My ze szwagrem po pijaku nie takie rzeczy żeśmy. Powiem tak: prawie nie ma adnotacji o tym, że jedli mięso, chociaż hodowali owce, kozy. Niemniej jednak to piwo było ważnym składnikiem. Patrząc dalej w głąb historii, to się powtarza w średniowieczu. Tam, gdzie się zachowały rachunki z budowy zamków, z budowy katedr. Tam wszędzie są adnotacje, że robotnicy zatrudnieni oprócz marnych groszy albo wynagrodzenia w naturze dostawali do roboty piwo w ilości, przełącząc na nasze miary, litra do dwóch litrów dziennie.
[02:34:33] - Ile?
[02:34:34] - Od jednego do dwóch litrów. To piwo było trochę inne niż nasze. Przede wszystkim było gęściejsze. Nie bawiono się w przesadne filtrowanie. Było fermentowane naturalnie, a nie na niemieckiej chemii. Tu może nie będę wymieniał marek, wszystkich prawie marek. I faktycznie powiem, takiemu robotnikowi rano służyło za śniadanie, w południe za obiad, wieczorem na kolację. Oczywiście do tego piwa była jeszcze pajda jakiegoś komiśniaka, chleb, coś tam, cebula. Niemniej jednak to zaspokajało potrzeby kaloryczne, energetyczne organizmu, a jednocześnie to nie było na zasadzie po szklani i na rusztowanie, bo to piwo nie było szczególnie mocne. Poza tym oni je pili od dziecka i byli przyzwyczajeni.
W zasadzie odkrycie, że dzieci nie powinny pić alkoholu to jest wynalazek dopiero XIX-wieczny. Wcześniej dzieciak dostawał piwo. Dobre, bezpieczne, słodkie. Dobrze. Pomówiliśmy sobie o piwie. Teraz się troszeczkę cofnijmy w głąb historii. Oczywiście wino. Wino jako ten drugi podstawowy napój naszych przodków pojawiło się w Egipcie. Prawdopodobnie stamtąd zaadoptowali to dopiero mieszkańcy Mezopotamii. Oczywiście winna latorośl była uprawiana, starano się uzyskać coraz lepsze, większe owoce, ale wina były dość drogie.
W Egipcie wino, o ile piwo pili absolutnie wszyscy, to wino było napojem od dużego święta, ewentualnie dla bogaczy. Preferowano wina słodkie. I z grobowca Tutanchamona mamy dzbany, gdzie są resztki zaschnięte na dnie. Faraon dostał na drogę w zaświaty czerwone wino i dostał też trochę piwa, ale tam przeważało w tych znaleziskach wino. Zresztą to też ciekawostka, że do archeologów się zgłosił taki przedsiębiorca, który spytał, czy dałoby się tam coś dla niego zeskrobać. On spróbuje odzyskać drożdże, zrobi wino i piwo jak za czasów faraonów. Howard Carter się na to zgodził. Wyskrobali mu jakichś tam resztek. Facet miał browar i miał winiarnię i miał zaplecze laboratoryjno-techniczne. Czy mu się udało te drożdże sprzed trzech tysięcy z hakiem lat ożywić?
Nie wiadomo, ale twierdził, że tak i wypuścił serię produktów na pisie jak faraon. A potem poszła informacja o grobie Tutanchamona i cały interes począł się bujać. Ale wróćmy do wina. Wino oczywiście pojawia się w Biblii bardzo gęsto, w Nowym Testamencie pojawia się jeszcze częściej. Grecja oczywiście też wina. Co ciekawe, w Grecji mniej pito piwa, bardziej preferowano wino. Starożytny Rzym, te sprawy. To wino towarzyszy nam cały czas. Wino towarzyszyło ludzkości i wszystko było fajnie, dopóki nie pojawił się prorok Mahomet. Z prorokiem Mahometem był ten problem, że z jakiegoś powodu nie poważał alkoholu i uważał, że nie należy go pić i zawarł tą myśl w Koranie.
W związku z czym Arabowie zasadniczo alkoholu nie pili. Ale to się udało ominąć. W IX wieku mieszkał w Egipcie taki trochę alchemik, trochę chemik nazwiskiem Geber, który eksperymentował z różnymi substancjami. Próbował uzyskać, oczywiście jak to alchemicy, eliksir nieśmiertelności, panaceum leczące wszystkie choroby, kamień filozoficzny i tak dalej. Wśród alchemików modne było poszukiwanie ducha materii, docieranie metodą destylacji do najlepszych cząstek otaczającego nas świata. I on odkrył tak tyloby spiritus. Co więcej, Koran zabrania wina i piwa, ale owudzie nic w nim nie było, w związku z czym świat arabski ogarnęło radosne szaleństwo i pojawiło się coraz więcej destylarni, aż zrobili korektę w Koranie i troszeczkę zmienili ten zapis. I znowu nie było wolno. Nie znaczy to, że Arabowie nie piją. Powiem tak: ci, którzy podchodzą w miarę liberalnie w takich krajach jak Egipt, u nich zasadniczo wolno pić wino, ale nie wolno się upijać.
Są też Arabowie, którzy twierdzą, że pod dachem albo w piwnicy Allah nie widzi i można. Natomiast z Arabii Saudyjskiej są na przykład informacje o tym, że rozcieńczają sobie alkohol solą fizjologiczną i robią lewatywę, bo wchłania się przez jelito. Wtedy można się w ten sposób narąbać. Koran zabrania pić. O wprowadzeniu alkoholu innymi drogami nie wspomina. Powiem: nie tylko Polak potrafi. Zamykając temat niekonwencjonalnych metod przyjmowania alkoholu, pamiętam taką sprawę z Warszawy. Była dość głośna na Pradze, bo człowiek stamtąd. Lata 90. początek, szalona prywatyzacja i inne szaleństwa.
Facet z bloku był biznesmenem. Udało mu się zrobić jakiś nie wiem, czy interes, czy przełom. W każdym razie zarobił na tym kilkaset milionów starych złotych i wpadł na pomysł genialny. Kupił 150 butelek szampana, napełnił wannę. Jak amerykański milioner postanowił się wykąpać w szampanie. Nie przewidział jednego. Wchłonął śmiertelną dawkę alkoholu przez skórę. Za długo leżał. Albo szampan był za mocny. Może trzeba było użyć Dom Perignona, a nie sowieckiego Igristogo.
No pomylił się. Dobrze. W każdym razie z chwilą, kiedy Arabowie odkryli destylację, bardzo szybko ten sekret przeniknął także do świata chrześcijańskiego. I w średniowieczu alkohol w wyższych stężeniach dotarł do Europy. Teraz pytanie: czy nasi przodkowie przed odkryciem destylacji znali alkohol w wyższych stężeniach? Przypuszcza się, że tak, ale uzyskiwali go metodą wymrażania. Są takie zapisy w średniowiecznych kronikach o tym, że mrożono wino. Właśnie wino wystawiano tam na mróz rzędu 18-20 stopni, a w średniowieczu takie mrozy się zdarzały nawet na Wyspach Brytyjskich. Lżejsze frakcje ulegały ścięciu na lód, a alkohol zamarzający wolniej nie zamarzał. W ten sposób wyciągano taką lodową kaszę, wyciskano i w ten sposób uzyskiwano alkohole w stężeniach 30, 40% nawet.
Metoda była czasochłonna, wymagała odpowiedniej pory roku. Wymagała mrozu. Wymagała naczynie, bo pękają na tym mrozie. Niemniej jednak tak sobie radzono. Świat słowiański z kolei to miody pitne. Z tego byliśmy znani i też są jakieś szczątkowe informacje o wymrażaniu miodów. Jak to działało? Czy to działało? Trudno ocenić. Niemniej jednak skoro to robiono, to prawdopodobnie potrafiono.
Teraz anegdota z czasów moich studiów. Przysłał kiedyś do Instytutu Archeologii książkę początkujący pisarz. Księga była gruba, miała 700 stron. Działa się w czasach prehistorycznych. I on poprosił o opinię fachowców, czy wszystkie realia się zgadzają i tak dalej. I zaczynała się od tego, że stary John wyszedł z jaskini, popatrzył na lodowiec topniejący, pociągnął nosem i powiedział: „Wiosnę czuć, interglacjal się zbliża”. A potem poszedł i się jeszcze z kumplem piwa napił. Była to wspaniała księga i masa archeologów ją przeczytała i nakręcili się nieprawdopodobną bekę, po czym napisali autorowi, żeby się zajął czym innym, czymkolwiek innym. Natomiast z takich zabawnych realiów historycznych, tym razem realia bardziej słowiańskie. Do redakcji Fenixa przyszło kiedyś opowiadanie.
Opowiadanie zaczynało się od sceny. Pierwszą scenę można byłoby spokojnie dawać studentom archeologii czy historii z prośbą: zaznacz w pierwszym akapicie 10 poważnych błędów historycznych. Opowiadanie było o królu Popielu. Zaczęło się od tego, że król Popiel odstawił na stół szklankę z niedopitą wódką przyłożył rozpalone czoło do szyby i długo wpatrywał się we wzburzoną taflę Gopła. Nie wiem, czy ktoś z państwa był w Nysie w muzeum. W muzeum w Nysie jest tak zwana Nyska Szklanka Świętej Jadwigi. Ojciec świętej Jadwigi przywiózł z Ziemi Świętej dwie szklanki. To wygląda niemal jak szklanka do Nutelli, tylko nie ma tych paseczków z boku. Odlew ze szkła. Były to naczynia wtedy w Europie tak niezwykłe, że święta Jadwiga sprezentowała to wspaniałe kuriozum któremuś z klasztorów, gdzie oni otrzymawszy tak niezwykły prezent, zrobili z niego kielich mszalny, dodając srebrną oprawę.
Mamy wiek XIV. Król Popiel, jeśli żył, to 400 lat wcześniej, więc nie mógł. Plus jeszcze ta wódka, której też nie mógł mieć. No i pytanie, skąd wytrzasnął tej wielkości szybę, żeby do niej czoło przyłożyć? Piękne to było opowiadanie. Nie pamiętam już, co było dalej, jeśli chodzi o fabułę, ale pierwszy akapit orał wszystkich. Trzy błędy historyczne w dwóch zdaniach. Ale dobra. Anegdoty na bok. Alkohol w wyższych stężeniach przybył do Polski wraz z zakonami.
Przybyli zakonnicy, zbudowali sobie klasztory. Przy klasztorach założyli wirydarze, hodowali zioła i produkowali gorzałkę. Do gorzałki dodawali zioła, żeby gorzałka była lecznicza, a może po to, żeby smak bibuły zabić. I to są te pierwsze ślady, że wraz z siecią klasztorów pojawiła się na polskim terenie wóda. Oczywiście było jej niewiele, była dość droga. Tylko że sekret produkcji bardzo szybko z klasztorów wyciekł. Szlachta miała przywilej pędzenia alkoholu od samego niemal początku i produkowała alkohol w wyższych stężeniach na potrzeby własne, to znaczy do ogłupienia chłopów, bo generalnie aż do czasów saskich szlachcic jako taki wódy nie pił. Szlachta piła piwo do śniadania, bo wszyscy pili piwo oraz wino, ewentualnie miody sycone. Natomiast to by lepiej opowiedział nieobecny tu nasz przyjaciel Jacek Komuda. Wódka uchodziła za napój plebejski, niegodny szlacheckiego podniebienia.
Ewentualnie napój używany na wojnie, kiedy to się z wspólnego kotła pili wszyscy wódę przed atakiem, po ataku, dla rozgrzewki, dla odpędzenia zmęczenia. Natomiast szlachcic jako taki wódki nie ruszał, bo to był napój dla parweniuszy. Oczywiście bardzo szybko odkryto, że te zioła tam w zasadzie nie są potrzebne. Szlachta posiadając ten przywilej produkcji propinacji alkoholu zazwyczaj nie zajmowała się tym sama, tylko oddawała w arendę komuś, kto się na tym znał. Wóda trafiała do karczmy. Karczma była najczęściej własnością szlachcica, a chłopi co tam sobie zarobili na boku przy pańszczyźnie przepijali i to wracało w dopas. Ale karczmarze oczywiście też oszukiwali. Oszukiwali na wszelkie możliwe sposoby. Pierwszą rzeczą było rozcieńczanie alkoholu i taka wódka karczmiana rzadko kiedy miała 30%. Ale żeby się chłopi nie zorientowali, że są robieni w balona, to dodawano różnych substancji, żeby to jednak oborz paliło w gardle.
Najczęściej pieprzu mielonego. Żeby miało wrażenie, że to pali mocno. Zetknąłem się też z informacją, że ci mniej uczciwi karczmarze znowu odkryli, że do wódy można dodać ziół. Tyle że oni dodawali nie takich ziół jak czcigodni ojczulkowi mnisi, tylko dodawali takich ziół, żeby wódka mimo tych swoich 25% mocno kołatała we łbie. Beladonna i inne takie rzeczy, wilcza jagoda. Rośliny uchodzące za trujące, ale posiadające pewne właściwości narkotyczne. Przyszedł chłop do karczmy, golnął sobie wódy, która go zapaliła w gardle, a potem z dołu zamieszała we łbie i był przekonany, że nabył dobrego produktu. A potem plamy wątrobowe i inne przyjemności. Tak to wyglądało wszystko generalnie nieciekawie. I powiem tak: ta nasza wieś chodziła do karczmy, piła, szlachta się na tym bogaciła.
Od strony moralnej sytuacja jest niestety jednoznaczna. Natomiast potem przyszło powstanie styczniowe, po którym car wprowadził potworną wręcz represję. Nałożył akcyzę. I teraz proszę zgadnąć, jakiej wysokości była ta akcyza. Niemal doprowadziła do kolejnego powstania. Niższa niż dzisiaj na pewno.
[02:52:09] - 2%.
[02:52:11] - 15 kopiejek od wiadra. Wiadro liczyło tak 15 litrów. Ale czy to było dużo? To były grosze. Powiem to tak: w tamtych czasach rubel dziennie to była dobra dniówka budowlańca, a tu akcyza wynosiła jedną kopiejkę od litra. Więc chodziło bardziej chyba o zasadę. Oczywiście szlachta na to zareagowała tak, jak to Polacy lubią zwiskać i konspirować. To znaczy zaczęła oszukiwać, że wcale nie naprodukowali tyle, ile naprodukowali. Oczywiście pojawili się urzędnicy od poboru akcyzy, którym przekupywano i tak dalej. Generalnie carscy urzędnicy szybko się zorientowali, że coś im się w rachunkach mocno nie zgadza, bo wpływy powinny być takie a takie, a są stukrotnie niższe.
W związku z czym jakieś 10 lat po powstaniu styczniowym uderzono represją potworną, mianowicie zakazano produkcji alkoholu na użytek domowy w domach. Tylko i wyłącznie zarejestrowane firmy z etatowym urzędnikiem pilnującym spraw akcyzy. Oczywiście też oszukiwano. Przy czym akcyza początkowo obejmowała tylko i wyłącznie wódkę i spirytus, więc wino i piwo lało się dalej strumieniami. Gdy jesteśmy przy kwestiach XIX-wiecznych, tutaj warto wspomnieć dwie rzeczy. Po pierwsze, w Polsce pito sporo, natomiast pito głównie od święta. Ludzie owszem lubili narąbać i zalec w rowach, ale takie wielkie pijaństwa były kilka razy w roku. Natomiast po drugiej stronie Bałtyku, w Szwecji sytuacja była już zupełnie inna. Oni pili niewiele, ale bardzo regularnie. W XVIII wieku zdecydowana większość Szwedów była alkoholikami.
I tam się zorientowano, że to chyba jednak nie jest szczególnie fajna sytuacja. Zaczęto z tym walczyć. Powstawały bractwa trzeźwości w ramach Kościoła luterańskiego. Podpisywano różne deklaracje, składano przysięgi, że się nie będzie piło. I faktycznie, na przestrzeni XIX wieku w zasadzie plagę alkoholizmu w Skandynawii bardzo mocno ograniczono. Te bractwa działały. Pewna moda na niepicie dotarła do Polski. Pojawiły się też z kolei u nas firmowane przez Kościół katolicki takie przykościelne bractwa trzeźwości i też udało się spożycie alkoholu ograniczyć. Przy czym gdzieś na Podkarpaciu się zachował jedyny w Polsce pomnik, nagrobek wódki. Wyglądało to tak, że cała wieś natchniona przemowami księdza proboszcza wyrzekła się uroczyście alkoholu.
Wszystko, co było w chatach, zebrano w jedno miejsce, wykopano dół, wpierniczono wszystkie butelki i zrobiono normalny grób z nagrobkiem, z informacją, że tu spoczywa wódka przez lata na wieki. Taki bardzo ładny napis był. Takich grobów było w Polsce kilkadziesiąt po wsiach. Zachował się do naszych czasów tylko jeden. Potem oczywiście przyszły różne epoki. Jeśli jesteśmy przy Podkarpaciu i przy czasach bardziej nam współczesnych, warto powiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Mianowicie, jeśli ktoś bywał w Krościenku.
[02:56:24] - Nad Dunajcem?
[02:56:24] - Nad Dunajcem, parę osób było. W Krościenku nad Dunajcem działał ksiądz Blachnicki. On był tam proboszczem i prowadził wśród górali bardzo intensywną pracę na rzecz tego, żeby górale przestali chlać. To się nazywało krucjata trzeźwości. I powiem to tak: komuna księdza Blachnickiego bardzo cholernie nie lubiła z dwóch powodów. Po pierwsze on założył ruch oazowy dla młodzieży, po drugie krzewił inicjatywę abstynencji. Przy czym było to tak zrobione, że on przekonywał, że tylko naprawdę silny człowiek może nie pić alkoholu. Każdy chciał być silnym człowiekiem. To działało lepiej na górali niż przekonywanie, że to jest szkodliwe. Ale też to było zrobione bardzo z głową, albowiem ksiądz sobie zdawał sprawę, że są sytuacje w życiu górala, kiedy się trzeba napić, bo taka jest tradycja.
Więc góral przychodził do niego, podpisywał krucjatę i poprzysięgał, że nie będzie pił alkoholu. Natomiast jeśli góralowi się przydarzył ślub syna albo chrzciny, to mógł przyjść do księdza i uzyskać jednodniową dyspensę. I to działało. I to działało na tyle skutecznie, że komuniści bardzo księdza znielubili i go w końcu wypchnęli na emigrację. A ponieważ na emigracji się intensywnie zajmował też działalnością na rzecz braterstwa narodów podbitych przez Związek Radziecki, to jeszcze wysłali agentów SB, żeby go odnaleźć. Natomiast idea księdza Blachnickiego z krucjatą trzeźwości przetrwała do dzisiaj i w szeregu wioch na Podhalu są górale, którzy podpisali takie właśnie krucjaty trzeźwości i żyją w abstynencji, z ewentualnymi wyjątkami z okazji dużych świąt, kiedy idą do proboszcza i uzyskują dyspensę na sznapsa raz na trzy lata. Dobrze, przejdźmy teraz może do moich rodzinnych Wojsławic i różnych historii związanych z tą okolicą. W Wojsławicach browar był od zawsze. Najstarsze wzmianki o tym, że jest młyn do mielenia słodu, mamy z XVI wieku. Jakby teraz chcieć otworzyć browar w Wojsławicach, to można byłoby tam walnąć datę tradycji od 1547.
Tak jak to rozmaite browary się taką tradycją chlubią. Że tradycja miała 300 lat przerwy, to z punktu marketingowego nie jest dużym grzechem. Pod koniec XIX wieku w Wojsławicach ruszyła też gorzelnia, która produkowała 11 tysięcy wiader spirytusu rocznie. A potem przyszła pierwsza wojna światowa. Po niej już nie było ani browaru, ani gorzelni, ani fabryki maszyn rolniczych. Generalnie nie było niczego. Jak moja prababka wróciła z bieżeństwa w Rosji z synem, moim dziadkiem i jego ojczymem, to udało im się kupić jedną z czterech krów w całej gminie. A potem Wojsławice się odbudowały, ale gorzelnia się nie odbudowała, za to chłopi zaczęli produkować alkohol na potrzeby własne. Bimbrownictwo tam było przez cały okres jest do dzisiaj. Zawsze się ktoś tym zajęciem pokornie zajął.
W latach 90., kiedy otwarto granicę, oczywiście zaczęły się rozmaite siupy z alkoholem z przemytu. I tutaj kilka takich anegdot, może wesołych, może pouczających. Parę wioch od Wojsławic jest taka wiocha Siedlnica Różana. Ktoś na miejscowy posterunek zadzwonił z donosem, że tu jeden obywatel ma nielegalną rozlewnię i przemycany z Ukrainy spirytus butelkuje. Pojechali gliniarze na akcję. Podejrzenie przestępstwa w toku. Przerwali gospodarstwo. W zasadzie znaleźli dowody winy. Znaleźli pryzmę butelek. Wymydlili naczynia.
Znaleźli całe worki kapsli. Znaleźli kapslownice. Nie znaleźli najważniejszego — produktu. Sugu. Zero. Nic. Dzień był upalny. Jednemu gliniarzowi po prostu zachciało się pić. Zauważył, że w kącie podwórza taki kran do nalewania wody do wiadra i kubek nawet koło niego stoi. Podszedł, odkręcił, nalał sobie.
Co się okazało? Facet miał po prostu cysternę zakopaną pod podwórkiem i kranik. Odkręcał, lał i lekcje. Druga podobna historia wydarzyła się w Krakowie. Mianowicie browar Lubicz. Tam, gdzie teraz takie lofty modne i mieszkania po trzydzieści tysięcy za metr. W browarze Lubicz robiono jakiś tam remont i odkryto zagadkową rurkę, której nie było w planach technicznych. Rurka odchodziła od kadzi z zacierem, szła sobie po ścianie kilkadziesiąt metrów, potem zakręcała i wchodziła w mur. Co się okazało? Mianowicie jeden pracownik browaru odchodząc na emeryturę zrobił sobie podłączenie prosto do własnego mieszkania.
Miał u siebie kranik. Jak potrzebował się napić piwka, odkręcał, napełniał kufelek, zakręcał. Korzystał oszczędnie, więc nikt się nie zorientował przez długie lata. Emerytura, zasłużony dla firmy. Teraz historia, którą mi opowiedział czytelnik, wiedząc, że on to kiedyś opisze, ale do tej pory chyba nie opisał, bo się nie zetknąłem. Ja tą historię troszeczkę przerobiłem i wykorzystałem w jednym „Wędrowczu”. Mianowicie też mała wiocha na Lubelszczyźnie. Gliniarze dostali donos. Jeden obywatel całą noc bimber pędził. Weszli na akcję, przeszukali gospodarstwo.
No niby puste flaszki są, ale gotowego produktu nie ma. Rozejrzeli się po chałupie i co widzą? Kredens taki stał w sieni. Otworzyli drzwiczki. Gospodarz się bardzo zmieszał. Z przodu słoiki z przetworami, butelki jakieś z sokami, a z tyłu dwa słoje takie po pięć czy osiem litrów, duże, z dużymi zakrętkami zakręcone. Jak gliniarze znaleźli te słoiki, to gospodarz się bardzo, bardzo, bardzo skonfundował. Gliniarze wyciągnęli je, postawili triumfalnie na stole w kuchni. Co to jest? Woda.
Aha, to zasadzka. Kękś ubił sobie małą szklaneczkę. Zaczerpnął. Rany boskie, niech pan tego nie pije! Co, dziub? Woda. Co to za... A gospodarz, prawda, cały blady. Co to za woda? Babka taka głupia.
Mów człowieku. No jest u nas taki zwyczaj jak się nieboszczykowi nogi obmyje i tą wodę zwierzy, to pomaga na kurzęczkę. Oczywiście wiadomo, granica. Granica była blisko i z tą granicą były też związane różne cuda, bo przez granicę generalnie przewożono wszystko, co było na Ukrainie tańsze, a u nas droższe. Przede wszystkim alkohol. Gdzieś w okolicach Hrubieszowa. Znaczy powiem to tak. To jest okoliczna, która funkcjonuje jako swego rodzaju legenda miejska, więc o jej prawdziwości trudno powiedzieć. Ja ją wykorzystałem w jednym opowiadaniu. Odkryto w połowie lat dziewięćdziesiątych, że z jakiejś opuszczonej chałupy na Ukrainie do opuszczonej cegielni w Polsce prowadzi prawie dwukilometrowej długości rurka, którą z ukraińskiej strony przepompowywano na polską stronę spirytus.
Czy pytanie, jaka pompa by to uciągnęła na takiej długości? Trudno powiedzieć. Niemniej jednak pytanie, jak to zakopano pod zasiekami granicznymi i tak dalej. No ale taka legenda tam krąży, więc ja ją wykorzystałem w opowiadaniu „Bimbrociąg przyjaźni”. Druga historia, którą mi z kolei opowiadał chłopak mojej koleżanki z roku, który prywatnie był celnikiem. Wjeżdża na granicę zdezelowana Wołga. Na bagażniku dachowym trumna. No więc celnicy stanęli skonsternowani, no bo nieczęsto się zdarzają takie bagaż rzeczy na dachu. Pytają Ukraińców generalnie, o co kaman. Ukraińcy wyciągają dokumenty, że przyjaciel umarł w Polsce.
Jadą go pochować. Trumny na Ukrainie tańsze, więc zabrali ze sobą. No generalnie okej, no ale musimy sprawdzić, czy w tej trumnie nam nie przewozicie kogoś żywego przypadkiem albo innych ciekawych rzeczy, więc się otworzy trumna. Trumna pusta. Niby wszystko się zgadza, ale jeden z celników wścibski powacał wyściółkę i się okazało, że pod wyściółką są po prostu plastikowe woreczki z wódą. Wódka wlewana do plastikowego woreczka, zagrzana czy zakręcona i tak ułożyli z tego materac dla przyszłego nieboszczyka. Albo na stypę wieźli. Trudno powiedzieć. No więc taka historia, prawda? Z wódą.
Ja powiem tak. No mi się zdarzało kupować alkohol. Nie, jeszcze przegadniemy jakby co. Alkohol, bo mój ojciec robił dereniówkę, a spirytus u nas drogi, a w Chełmie można go było znacznie taniej kupić. I tak przyjeżdżam kiedyś na bazar w Chełmie. Nie ma nic. Więc jadę do Marka, mówię: „Słuchaj, spirytusu chciałem kupić w Chełmie, ale coś tak tego”. On: „Nie, nalot był. Słuchaj, idź na bazar. Tam stoi taka stara Ruska, która ma złote zęby.
Ją zapytaj, ona ci sprzeda”. Dobra, pewnie na ten bazar. I faktycznie stoi taka Ruska, taka pięćdziesiąt parę lat. Klawiatura w złocie. Podchodzę do niej: „Dobry dzień. Spirit jest?” Ta na mnie patrzy jak na idiotę. „Malczik, ja poljak. Spiryt dasz.” W ten sposób jeden jedyny raz w życiu rozmawiałem z prostytutką. Ale potem poznałem już tą staruszkę ze złotymi zębami. Faktycznie babcia wyglądała tak na dziewięćdziesiąt plus i od niej zawsze kupowałem.
No i kiedyś było tak, że wracam już do Warszawy. Postanowiłem kupić pół litra. Już miałem litr, ale stwierdziłem, że w sumie mieć półtora to lepiej. Nieprędko przyjmę. Wypatrzyłem tą babuszkę ze złotymi zębami. Mówię, że potrzebuję spirytus. Mówi, że „Pał pasa”. Babcia na mnie kiwa, żebym poszedł z nią. Poszedłem za nią za budy, a tam jej wnuczka siedziała na kupie słomy. Kupa słomy nakryta jakąś derką.
Na tym siedziała dziewczyna. Dziewczyna wstała, odgarnęła słomę. Tam był kanister, taki dwadzieścia litrów. No i babcia mi mówi, że oni już zjeżdżają na Ukrainę i mają do pchnięcia dwadzieścia litrów po osiem złotych za litr. Kanister gratis. Cholera, powiem kuszące, nie? Ale ja po pierwsze tak: miałem mało kasy. Po drugie aż tyle to jednak cholera mi nie było potrzebne. „Nie, nie, nie, nie, nie nada. Pał pasa.” Wyciągnęła kubek, wytarła spódnicą, wnuczka nalała à propos.
Ćwierć kubka gołego spirytusu. Upał czterdzieści stopni. Wziąłem głęboki wdech. I pomalutku spuściłem powietrze. „Karosi?” „Karosi.” „Ty kupis?” „Nie nada. Pał pasa.” Durak. Sprzedali mi te pół litra. Nie obrazili się jakoś bardzo. Raz kolei miałem też drugą przygodę z ukraińskimi przemytnikami. Jechałem do Warszawy słynnym pociągiem, co jechał z Chełma do stolicy i co prawda różne cuda nim wożono.
I przygoda taka, że siedziało tam czterech Ukraińców czy pięciu w przedziale. I ja. I sobie gadaliśmy, a oni wieźli różne rzeczy na handel na Stadion Dziesięciolecia. Dużo tego mieli. No i przyszedł kanar, sprawdził im bilety, popatrzył na ich bagaże. Stwierdził, że to jest nadbagaż i że tak generalnie to aż tyle pociągiem przewozić różnych rzeczy nie może. Mam autentycznie się pół kilograma dwa. No i że trzeba byłoby tam coś. No w zasadzie to nawet karę by trzeba było zapłacić. To go wziąłem na kolację.
„Odpuść pan, biedni ludzie. Dobra, to niech zapłacą tam dwie dychy i sprawy nie ma”. No więc załatwiliśmy to. I oni z wdzięczności za to, że ich uratowałem, wyciągnęli termos, wyciągnęli ogórki, nalali mi swojego ukraińskiego bimbru. Ja tego wypiłem kubek i pamiętam, na stacji Warszawa Wschodnia jak wysiadłem, to tak poczułem, że coś jest nie tak. Albo z grawitacją, albo ze swoistością betonu, bo tak wszystko zatańczyło pod nogami. Także tak było. I teraz powiem jeszcze jedną historię. Historię też o przemycie, ale już nie o alkoholu. Historię kompletnie debilną.
Jechałem na Toruńskie Dni Fantastyki z Przemkiem Romańskim, Łukaszem Orbitowskim i jeszcze jakąś dziewczyną, która była albo dziewczyną jednego, albo drugiego, nie pamiętam. I w naszym przedziale jechała też parka ukraińska, facet z kobitą i mieli trochę papierosów. To znaczy trochę papierosów, to było tak, że po wejściu do przedziału już było czuć mocny zapach tytoniu niepalonego. I mieli całe walizy tych fajek przemytowych. Dobra, jedziemy. Okazało się, że facet czyta fantastykę. Opowiedział nam świetny dowcip. Znaczy on opowiedział go, tłumacząc z ukraińskiego na polski. Okej. I mijamy Aleksandrów Kujawski.
Otwierają się drzwi. Trzech panów w mundurach. „Dzień dobry. Służba celna. To rewizja”. My tak: „No jak rewizja? Nakaz, coś tam?” „Nie, nie, podejrzenie przestępstwa w toku. Możemy?” Mówię: „Ale jaka służba celna? Jesteśmy od granicy trzysta kilometrów”. „Nie, na terenie całej Unii Europejskiej nam wolno przepisać takie, a takie”.
No generalnie tak. U nas nie było nic, tylko spisali nasze dane, a Ukraińcom znaleźli te- Jakieś tam 8000 paczek papierosów za dużo i nas wideli. Już kończę. Rok później jadę dokładnie tą samą trasą. Mijamy Aleksandrów Kujawski. To był pociąg, który leciał gdzieś z Lubelszczyzny do Bydgoszczy. Ja wsiadłem na stacji Warszawa Zachodnia, idę sobie wzdłuż pociągu i nagle kogo widzę? Jacek Komuda siedzi. Obok niego wolne miejsce. Dosiadłem się do niego, ucieszył się.
Gadamy, bośmy się dawno nie widzieli. Mijamy Aleksandrów Kujawski. Ja mówię: „A wiesz co? Miałem tu rok temu taką przygodę” i mu opowiadam. Na mnie patrzy i mówi: „Co ty pierdolisz? Gdzie? Jak? Taka odległość od granicy i co? Rewidowanie celnicy tutaj?”. Mówię: „No tak było”.
On był orbitowski świadkiem romańskiego, też znasz go. Ale widać było, że nie uwierzy. Musi obrazić. W ogóle nie chciał ze mną gadać. Odwrócił się do szyby. Słuchajcie, minęły trzy minuty, czyli trzech panów w mundurach. Służba celna . Komuda miał minę, jakbym ich wyczarował. Dobra, tym optymistycznym akcentem. Cóż, proszę państwa, noc się pogłębia, a my pogłębiamy naszą audycję.
Nadszedł czas na alchemię tworzenia. Dzisiaj odcinek seryjny albo z serii „Trzy historie trzech bohaterów”. Numer trzy. Jeżeli ktoś nie słuchał części pierwszej i drugiej, zawsze może to uzupełnić. A teraz część trzecia. Katarzyna Prychacz serdecznie zaprasza, a ja po raz kolejny życzę państwu bardzo dobrej zabawy.
[03:16:29] - Dobry wieczór. Bóg Radiowa Ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na Alchemię Tworzenia. Zapraszam. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 30. odcinku drugiego sezonu podcastu o tytule „Alchemia tworzenia”. Taki dzisiaj okrągły odcineczek, więc pomyślałam, że skoro 30, to dzisiaj zrobimy trzecią część tej formy, którą robiliśmy ostatnio, czyli trzy historie i trzech bohaterów. I to będzie trzecia część i od następnego odcinka zrobimy coś kolejnego, nowego, żeby nie było za nudno. Jeszcze nie wiem co, ale pomyślę.
Mam na to cały tydzień. Okej, słuchajcie, ja nie przedłużam dzisiaj. Nie przedłużam. Oczywiście za każdym razem, kiedy mówię to zdanie, to w mojej głowie pojawia się myśl, czy coś jeszcze miałam powiedzieć, zanim powiem, że nie będę przedłużać. Ale okej, naprawdę nic już więcej nie mówię. Lecimy z tematem, czyli Willy, losujemy pierwsze nazwisko naszej pierwszej postaci. Dobra, poplątały się, poplątały, ale mamy to. Zaraz się dowiemy. Naszą dzisiaj pierwszą chciałam powiedzieć bohaterką, ale moi drodzy, bohaterem jest Marcin Butelka, początkujący stand-uper. I co?
I teraz sięgam po karty z gry Dixit i wylosuję trzy karty, na podstawie których wymyślę wam coś więcej na temat naszego Marcina. Okej, mamy trzy karty. Jest ciekawie. Okej, pierwszą kartę mam taką, że mamy takiego wielkiego człowieka, olbrzyma, który chodzi wśród miasta i zjada budynki lub je zbiera, bo widzę, że tu ma w takiej torbie. Trochę jakby chodził tak po lesie i zrywał grzyby, i niektóre zjadał, a niektóre do torby. Zdaje się, to był taki serial animowany „Władcy much” i tam był odcinek z wykopkami i bohater Czesio zbierał właśnie te kartofelki. Był właśnie jeden do koszyczka i dwa do Czesia. Także on sobie podżerał kartofle. Nasz bohater podżera sobie budynki. Bohater tej karty.
Zaraz pomyślę, co to mogłoby oznaczać dla naszego stand-upera początkującego. Druga karta to jest osoba, która trzyma pęk kluczy i ma otwartą czaszkę, otwartą głowę. Tak jakby któreś z tych kluczy pasowało do takiego zamka na czole. I jest uchylona ta głowa i z niej wylatują jakieś świetliste kule. Więc zaraz pomyślimy, co dalej. I ostatnia karta to jest żarówka, a w tej żarówce jest postać ubrana w... Nie wiem, czy to czarodziej, czy to ktoś w takiej podomce. Natomiast jest to osoba ubrana w płaszcz granatowy w gwiazdy. Ma taką czapeczkę szpiczastą i trzyma kaganek ze świecą. A kaganek może być z czymś innym?
Kaganek oświaty trzyma? No dobra, tak czy siak, jest sobie osoba ze świeczką. I teraz, kurczę. Marcin Butelka, początkujący stand-uper. Co to by mogło mówić o Marcinie? Może tak patrzę na tą ciemność, na tą żarówkę, że może Marcin ma za sobą bardzo Pomyślałam, że ma ciemne życie, mroczną przeszłość, ale może nie. Może po prostu jest skrytą osobą, która ceni sobie bezpieczną przestrzeń, taką swoją ciemnię, którą oświetla tylko świeczką. Ja przynajmniej tak czuję światło świeczek jako coś ciepłego, przytulnego. On jest raczej typem samotnika. Natomiast oczywiście początkujący standuper, więc marzy mu się kariera na scenie, o ludziach do ludzi.
Może to też jest ciekawy kontrast, że tak jak w domu może zebrać. I teraz patrzcie, mamy tą głowę z kluczami. Może w domu, w tej swojej samotni on zbiera swoje myśli, czyli te świecące kule, światełka jak na tej karcie. Może w ciszy obserwuje świat, a potem kiedy wychodzi na scenę, to wypuszcza te światełka. Może jego standup będzie charakteryzował się tym, że nie będzie to taki typowy. Chciałam powiedzieć typowy, ale prawdę mówiąc, czy jest coś jak typowy standup? Przecież to jest tak zróżnicowana branża. Może inaczej. On się będzie charakteryzował tym, że będzie poruszał bardzo trudne i głębokie, wręcz filozoficzne tematy. Ale oczywiście w zabawny sposób, jak to na standupera przystało.
Te jego dni w jego bezpiecznej ciemności będą sprawiały, że jego występy będą mistyczne w pewien sposób, niezapomniane na pewno. Niby przychodzimy na rozrywkę, na komedię, a jednak jego skecze będą dawały do myślenia od strony duchowej, bardziej zamkniętej dla spojrzeń ludzkich, najczęściej zewnętrznych. Dobra i trzecia karta to jest ten wielki człowiek, który zjada te budynki. Co to może być? A może to jest jego kariera? Może mimo że jest początkujący, to te jego unikalne występy sprawiły, że wręcz miasta się o niego kłócą, że jest zapraszany od miasta do miasta. Jak ten pożera te budynki, to może te budynki weźmiemy jako symbole miast, miejsc, które zdobywa, które oczarowuje swoimi standupami. Może to być prężnie działająca kariera, ale jednak ta karta nie ma pozytywnego vibu, jeżeli mogę tak to określić. Ten człowiek na tej karcie, ta postać zjadająca budynki ma puste spojrzenie, takie bezmyślne. Groźna, te wielkie usta z zębami.
Gościu zjada budynki, więc jest groźny. Może ta kariera też w pewien sposób będzie zjadała Marcina. Może przez to, że jest tak dobry w tym, co robi i jest takie ogromne zainteresowanie, to jednak on coraz bardziej nie jest zadowolony z tego i przestaje być szczęśliwy, ponieważ ma coraz mniej czasu na tą swoją samotnię, na ten czas tylko dla siebie, bo przecież tu trzeba od miasta do miasta jeździć, tu są podróże, a to z automatu grozi tym, że te występy będą coraz słabsze. Może mamy tutaj bohatera w takim stanie. Skoro już to wiemy, to teraz sięgam po pisarskie piguły i wylosujemy jakiś problem, z którym Marcin będzie się mierzył w dzisiejszym odcinku. Okej, piguły mamy otwarte i mamy problem. Pierwszy problem zaraz zobaczymy. Okej, piguła roztrwożona, roztrwarta. Okej, mamy to i zobaczymy. No dobra, jest widzę na bogato.
Problem, z którym będzie się mierzył Marcin to uwaga: raz w ciągu dnia pada z nieba żółty śnieg. Hmm. Żółty śnieg. Raz w ciągu dnia. Czyli to jest problem, który trwa dłużej. A może oni mieszkają na jakiejś Alasce? Jak już wędrowałam do tych dawnych seriali, to „Przystanek Alaska” był. Od razu taki przyjemny chłodek rześki się zrobił w pomieszczeniu. Może właśnie padający śnieg będzie czymś naturalnym dla regionu, w którym urzęduje Marcin. Natomiast ten żółty śnieg.
Tak myślę sobie, jak to można by wyjaśnić atmosferycznie, jakby faktycznie miał padać żółty śnieg. Słuchajcie, tak sobie pomyślałam, siarka jest żółta. Może to jest zamiennik kwaśnego deszczu? To będzie taki kwaśny śnieg, siarkowy śnieg. Okej, ale teraz jak standuper miałby sobie z tym poradzić? I raz w ciągu dnia. Czyli raz w ciągu dnia pada taki śnieg, który tam, gdzie spadnie, tam przeżera, piecze. W jakimś innym serialu też był kwaśny deszcz, który spadał przez jakąś puszczę. Może to było Stu czy Setka? Nie wiem, jak to się odmieniało.
A może to nie tam. Nie wiem. Dobra, słuchajcie, ja dzisiaj mam jakiś taki dzień z głową w serialach. Marcin jest stand-uperem, czyli myślę, że zadziało się tak, że miałby ratować miasto czy tą anomalię. Może od paru dni coś takiego się dzieje i wszystkie drogi wyjazdowe są zablokowane. Może to nie jest miejsce, w którym Marcin mieszka, tylko w którym utknął przez tą dziwną pogodę, niezrozumiałe zjawisko atmosferyczne. Może to się wydarzyło w trakcie jego występu na jakimś stadionie. Może nie, aż tak nie. Nie stadion. Pomyślałam o jakimś hangarze, jakaś taka buda.
Oni są zamknięci tam na czas tego śniegu i myślą wspólnie, co zrobić. Każdy jest w panice, w stresie. Marcin w pewnym momencie stwierdził, że siedzieli tam parę dni i jemu też brakowało jego samotni, a jeszcze przebywanie wśród tak dużej ilości ludzi, którzy jeszcze wszyscy są w stresie, w panice, co chwila gdzieś ktoś jakieś czarne scenariusze kreuje. Marcin stwierdził, że on nie jest w stanie już tak dalej funkcjonować. Może nauczył ludzi tych swoich technik medytacji, bardziej takiego zaglądania w głąb siebie, że nie uratował dnia, bo nie powstrzymał tego żółtego śniegu, ale sprawił, że ten żółty śnieg przestał być dla ludzi problemem. Był stand-up, który zamienił się w jakiś rodzaj tragedii, katastrofy klimatycznej, a oficjalnie ostatecznie skończył się terapią. Co nie terapią, tylko taką rozmową po ludzku, zacieśnieniem więzów między tymi ludźmi i wytłumaczeniem, że może nie mamy wpływu na ten żółty śnieg, ale mamy wpływ na to, jak my będziemy na niego reagować, jakie emocje do siebie dopuścimy. Może ten stand-uper okazał się też dobrym przewodnikiem czy może psychologiem poniekąd. Wiadomo, jak tyle nad sobą myślał, to pewnie coś tam o psychologii wiedział. Chyba że w przeszłości możemy zrobić, że studiował psychologię na przykład.
Albo jakąś terapię czy taki kierunek jakiś. Myślę, że tutaj nie ma co dalej wydziwiać, bo nie ma sensu wciągać w to jakiejś magii. Po prostu po paru dniach ten śnieg przeszedł. Pytanie, czy to był kwaśny śnieg. Nie, dobra, bo palił, to ludzie się schowali. Na pewno jacyś mądrzy ludzie od pogody też to wytłumaczyli. Może to nawiało, może jakaś fabryka miała awarię i do chmur przez komin wyszły jakieś złe spaliny. A może niektóre kominy mają samozapłon na końcu. Chyba że ja źle to rozumuję, ale tak mi się wydaje, że jak jest jakiś gaz, który może być niebezpieczny, to on jest podpalany u góry, żeby się rozłożył. Nieważne.
Może żyję w błędzie. Niemniej załóżmy, że jakaś fabryka okoliczna wypuściła coś brzydkiego w chmury i dlatego przez te parę dni chmury były przesycone siarką. A że tam było zimno, to nie padał deszcz, tylko sobie to zamarzło. To przeszło, a razem z tym ludzie, którzy byli razem z Marcinem Butelką na jego stand-upie, wyszli odmienieni. Marcin też zrozumiał, że może wcale nie musi się izolować od ludzi do swojej ciemni, że jeżeli odpowiednio będzie rozmawiał z tym tłumem, jeżeli uspokojone zostaną emocje, to on też będzie w stanie się regenerować. Dzięki czemu jego przyszła kariera nie będzie musiała się sama zjadać, bo może znalazł tego dnia sposób na to, jak sobie z tym wszystkim radzić czy jak się trochę resetować tak szybko między jednym występem a drugim. Dobra, koniec historii Marcina. Lecimy dalej. Ja sobie tutaj to odsunę. Cyk.
I losujemy następne nazwisko. O, wypadło. Jak wyskoczyło z miseczki. Właściwie to nie miseczka, tylko półczaszka, ale wy nie widzicie. Okej, zobaczymy, kogo my tutaj mamy tym razem. Drodzy państwo, Daniel Rozpruwaj, chirurg w prywatnej przychodni eksperymentalnej. Jest na grubo. Przychodnia eksperymentalna, chirurg. Może jakieś nowatorskie metody. Chyba że pójdziemy w jakiś mrok i jakieś eksperymenty.
Ale to jest przychodnia, to jest coś takiego otwartego. Słuchajcie, a może to będzie taka przychodnia, może pójdziemy w jakiś futuryzm i może to będzie pierwsza przychodnia, która będzie przyszywała ludziom dodatkowe kończyny albo jakieś takie rzeczy, które miałyby usprawnić działanie. Dobra, nie wiem. Zobaczymy. Losuję trzy karty. Okej, mamy to. Na pierwszej karcie mamy wiszącą wagę i mamy dwie szale. Na jednej szali leży ptasie pióro, a na drugiej- A na drugiej szali jest mieszek ze złotem i tutaj waga tego pióra przeważa mieszek. Paradoksalnie. Może to pióro będzie symbolizowało coś jeszcze innego.
Zaraz zobaczymy. Kolejna karta to jest szklana kula. Tylko to chyba działa tak, że naokoło pada śnieg i jest zimno, a w tej szklanej kuli jest uwięziony człowieczek i tam jest piękna, słoneczna pogoda, domek, drzewka i tak dalej. Czyli takie odwrócenie, bo ten śnieg widzę tu wszędzie na zewnątrz jest. I trzecia karta to jest posąg. Pół posąg, pół człowiek, możemy powiedzieć. Najpewniej był to posąg króla, bo jest to dostojny człowiek, czerwona peleryna i korona. I tutaj wokół niego się coś skrzy, jakby ktoś odczarował ten posąg albo zaczarował. Nie wiemy, w którą stronę on się przemienia. Bo ta zadziwiona mina i głowa i jedna ręka, one są jeszcze kolorowe, żywe, a reszta już jest posągiem i on stoi na postumencie.
Natomiast pierwsze moje skojarzenie było takie, że on przestaje być tym posągiem, że ktoś rzucił na niego jakiś taki czar i odczarowuje go albo przemienia go z posągu w człowieka, więc myślę, że tego się będziemy trzymać. I teraz mamy naszego Daniela Rozpruwaja. Chyba tak to się powinno odmieniać. Chirurg. Patrzę na tę kulę. Tu jest ewidentnie symbol takiego uwięzienia, ale uwięzienia w pozornie pięknym, słonecznym, fajnym świecie. Więc może Daniel właśnie tak się czuł. Może on zawsze chciał być chirurgiem, ale takim chirurgiem pomagać ludziom swoimi umiejętnościami. Patrzę na tę kartę z tą wagą. Pomyślałam o czymś takim, że on był po prostu tak dobrym chirurgiem, że zaproponowano mu pracę w tej przychodni eksperymentalnej.
Oczywiście za dużo większą kwotę. To taka praca marzeń, więc taki piękny, bajkowy świat, bo jednak kariera mimo wszystko i się spełniał jako chirurg. Natomiast patrzę właśnie na tę kartę z tym mieszkiem, że to pióro jest cięższe niż pieniądze. Może jest taka sytuacja, tak sobie myślę, że z jakiegoś powodu on nie może zrezygnować z tej pracy. Może jednak ta przychodnia jest taka trochę szemrana w tym wszystkim i on się po prostu zawikłał w coś, co na początku wyglądało pięknie, ale teraz mimo tego całego piękna on się czuje uwięziony, ponieważ zrozumiał, że ulepszanie ludzi nie jest pomocą ludziom. Może doszedł do takich wniosków, że inaczej jest jak faktycznie ktoś uległ wypadkowi, jest jakaś konieczna operacja czy przeszczep narządów i tak dalej, to jest ratowanie życia, a tutaj właściwie to jest trochę jak chirurgia plastyczna, chociaż ona też czasami może ratować życie lub przedłużać. Myślę, że wiecie, o co mi chodzi. To jest ta przychodnia eksperymentalna i chirurgia, czyli na przykład doszywamy komuś trzecią nogę, żeby szybciej biegał. Że to są tego typu pacjenci, a nie że przyszywamy mu nową nogę, bo miał tylko jedną. Tu bardziej taka prywatna przychodnia, czyli mamy tutaj klientów i ich fanaberie.
I może właśnie tutaj patrzę na tę kartę z tą wagą, że to pióro mogłoby symbolizować sumienie. Może właśnie tę jego misję, że on dopiero rozpoczynając pracę tutaj, czy wikłając się wręcz w tę pracę, zrozumiał, że to nie chodzi o pieniądze. Że może tam miał mniejsze pieniądze, ale mimo wszystko realizował swoją misję, swoje powołanie, a tutaj go nie realizuje, mimo że te pieniądze są ogromne i właściwie to on nie dba o te pieniądze i nie musiałby ich mieć, a jednak nie może się już z tego wyplątać. Czyli jest uwięziony jak w tej szklanej kuli. Wolałby być na tym śniegu, na tym mrozie naokoło, na tych trudach życia, a nie w tym pięknym, idealnym świecie, gdzie przecież ma tyle tych pieniędzy, więc właściwie może wszystko. Może też je rozdać, może tymi pieniędzmi pomagać ludziom. Ale on chciał pomagać ludziom swoimi dłońmi i swoim niesamowitym talentem, który zaprzedał. To trochę jak taki cyrograf z diabłem w sumie ta przychodnia. I trzecia karta, patrzę ten posąg. Może to jest coś takiego, że on teraz czuje się jak taki posąg, skamieniały człowiek bez serca, jak robot wręcz, bez jakiejś głębi.
Trochę jak taki rzeźnik. Tylko że przyszywa ludziom, nie tyle rozpruwa, odkraja. Dobra, w sumie chirurgia trochę na tym polega. I może na tej karcie to odczarowanie to jest właśnie taka głęboka potrzeba, skryte pragnienie Daniela Rozpruwaja, żeby zdarzyła się jakaś magiczna rzecz, może jakaś okazja, sposobność, okoliczność, w której będzie mógł Się wyplątać z tego cudownego pozornie świata, żeby na powrót stać się, może właśnie patrząc, bo to król, władcą swojego życia. Żeby z powrotem wziąć swoje życie we własne ręce i pomagać ludziom. Może to jest coś, z czym on się wewnętrznie zmaga. Teraz wylosujemy problem z pigu i zobaczymy, co jeszcze los przygotował dla naszego bohatera. Dobra, mamy to. I mamy to. Każdy człowiek w mieście chodzi tylko w kółko.
Od razu wyobraziłam sobie tych wszystkich trójnogich ludzi, którzy zatracili umiejętność skręcania. Właściwie nie, nawet nie skręcania. Oni po prostu domyślnie skręcają. Ale wiecie co? To jest problem, z którym nasz bohater miał sobie poradzić. Ale teraz pomyślałam, że to może być równie dobrze problem, który nasz bohater wywoła. On już jest zdesperowany. On się szarpie jak zwierzę w pułapce. On chce się uwolnić i może wymyślił taki plan, że zacznie źle wykonywać swoją pracę. I może naprawdę tym wszystkim klientom, którzy chcieli mieć trzecią nogę albo drugą głowę.
Załóżmy, że to wszystko przychodnia eksperymentalna. Może właśnie on coś psuł, bo był świetny w swoim fachu, więc tak jak umiał coś świetnie zrobić, naprawić, tak samo umiał to zasabotować, trochę zepsuć. Natomiast nikt nie będzie miał pojęcia, może nikt nie skojarzy, nikt nie wpadnie na to, że taki świetny chirurg popełnił jakiś błąd przy tych zabiegach. Więc paradoksalnie, kiedy ten problem zaistnieje w mieście, tylko to jest każdy człowiek w mieście. A może to będzie wewnętrzne miasteczko albo może przedmieścia? Jak patrzę na tą szklaną kulę, to może to jest taki eksperyment, gdzie mamy odizolowaną część miasta, w której mieszkają tylko ci ludzie, którzy tutaj przychodzą i chcą mieć więcej kończyn na przykład albo narządów. Dobra, okej. I on popsuł tych ludzi, że oni chodzą w kółko. Przyszli i mówią: „Ej, słuchaj, coś się dzieje z tymi ludźmi. Trzeba to zbadać, trzeba to naprawić”.
Teraz tylko myślę, jak my to rozwiążemy, bo mógłby się przyznać, ale nie wiadomo, czy by przeżył, czy nie, czy by wrócił do normalności. Może on nie tyle jest uwięziony, że go nie wypuszczą albo że go zabiją czy coś, jak on zrezygnuje, tylko on po prostu nie ma do czego wrócić. Żaden człowiek mu nie zaufa. Może przez to, że zdecydował się na tą pracę, to została mu przypięta łatka doktora Frankensteina i ludzie będą się go bali. Może to coś takiego. Okej, czyli wywołał problem. Myślę tylko, jak on mógłby się z tego wywinąć. Właściwie nie ma do czego wracać. Tak pomyślałam, że może by im odpruwał te nogi i przyszywał, żeby chodzili w drugą stronę. Ale wiecie co?
Okej, może to będzie rodzaj szaleństwa, z którym będzie się nasz bohater zmagał w tej historii, że on nie miał już nic do stracenia i naprawdę zaczął na tych ludziach eksperymentować. Trochę trollować ich przemiany. Może też, żeby tym ludziom uzmysłowić, że oni wcale nie potrzebują trzeciej nogi, żeby szybciej biegać. Że taka zachcianka wcale nie jest dobrą motywacją do ingerowania w swoje ciało. Ja nie poruszam tematu, skąd te dodatkowe kończyny są pozyskiwane, bo to należałoby poruszyć pewnie, gdybyśmy to chcieli bardziej rozwijać. Ale wiecie co? Ja myślę, że nie róbmy tu happy endu. Skoro ustaliliśmy, że to miasteczko jest trochę odizolowane, to może właśnie nasz bohater pomyślał, że musi to wszystko w jakiś sposób zgładzić, a zanim to zgładzi, to przynajmniej się zabawi, bo nie ma nic do stracenia. Więc zaczął tych ludzi w pewnym sensie uszkadzać, psuć czy okaleczać lub sprawiać, żeby jednak ich żywot trwał krócej. Okej, i tutaj skończę.
To jest problem, z którym sobie niekoniecznie poradził nasz bohater, ale nie dlatego, że nie dał rady, tylko po prostu nie chciał. Stworzył ten problem i chciał, żeby ten problem był i miał do tego pełne prawo. Okej, i trzecia postać. Odłożę. Dobra, losujemy trzecie nazwisko. Mamy trzecie nazwisko. Madzia Bliska, kelnerka w nocnym klubie. Okej, zmieniamy trochę tutaj klimat. Może tym razem postaram się, żebyśmy nie poszli w jakieś mroki. Mamy trzy karty.
Jakie karty nam się tutaj trafiły. Okej, pierwszą kartę mamy taką piękną zieloną łąkę, na której są jeszcze piękniejsze czerwone maki. Natomiast na samym środku jest jeden biały mak, kwiatek, chyba mak. Wygląda jak tamte, tylko biały. Mamy biały mak, ale on nie jest wśród tych kwiatów, tylko te pozostałe kwiaty są odsunięte od niego. Że jest on, potem jest pusta przestrzeń i jeden przy drugim są te czerwone maki. Dobra, mam tu już parę pomysłów. Na razie wam omówię pozostałe dwie karty i zaraz przejdziemy do obmyślania charakterystyki naszej Madzi. Kolejna karta to kość, taka jak do gry, rzucona. Akurat wypadła piątka i z tych otworów w kości wychodzą czarne macki i układają się w diabła.
W rogatą postać z ogonem, ze strzałką. Wszystko jest w dosyć ognistych klimatach, takie jest tło. Także tutaj mamy coś takiego. Może jakąś przeszłość, mrok. Zaraz zobaczymy. I trzecia karta to jest grafika, która zawsze mi się kojarzy ze sceną, nie wiem, czy oglądaliście „Truman Show” i ten moment, jak on płynął łódką, dopłynął do końca świata. Do końca scenografii. Tutaj też mamy taką kartę, gdzie mamy wielkie jezioro i w końcu mamy ścianę, niby wygląda jak chmury, ale to ewidentnie są schody i one prowadzą do otwartych drzwi. Na tej grafice po schodach idzie mężczyzna z laską. To się nazywa laska?
Wiecie, jak lord. Lordzi? Lordowie chyba. Mieli takie z okrągłą główką. To chyba bardziej było ozdobne, tradycyjne. Niekoniecznie musieli się na tym wspierać. Ale to taki lord idzie w długim płaszczu, w cylindrze, z taką laseczką tutaj. Dobra, teraz tak. Mamy Madzię i co my tu mamy? Kelnerka w nocnym klubie.
Wracam do karty z makami, bo to była moja pierwsza myśl odnośnie samej Madzi. Tylko właśnie myślę, czuje się zawsze outsiderem, kimś, kto naprawdę zawsze odstawał od reszty tłumu, od reszty tych maków. Ale jednocześnie patrzę, bo ten biały kolor symbolizuje czystość, lekkość, eteryczność. I może właśnie Madzia się tak czuła. Czyli ona się nie czuła outsiderem. Jednocześnie czuła się samotna w tłumie, ale z drugiej strony znała swoją wartość. Wiedziała, że to nie jest tak, że coś jest z nią nie tak i w ogóle. Może właśnie paradoks czy cały smutek tej sytuacji polegał na tym, że ona wiedziała, jak jest cudowną osobą, ale nikt inny o tym nie wiedział, bo wszyscy automatycznie z jakiegoś powodu się od niej odsuwali. Czy nawet nie dawali jej szansy pokazać tego swojego piękna, bo ta jej inność sprawiała, że oni po prostu nawet nie chcieli spróbować zaryzykować. Więc to jest coś takiego.
I teraz myślę, bo ona jest kelnerką. Może to jest chwilowe. Tak patrzę, mamy tę kartę z diabłem. Może coś poszło nie tak, jakaś mroczna przeszłość, coś przegrała. A może została sprzedana? A może ten diabeł by tu mógł symbolizować rodzaj autodestrukcji, czyli tego, że mimo że ona wiedziała, że jest cudowna, to jednak zwątpiła w to, że kiedykolwiek ktoś to zauważy. Więc postanowiła nawet nie tyle co dostosować się do reszty i być jak ta reszta czerwonych maków, tylko po prostu zachować się totalnie, skrajnie odwrotnie. I z czystej, eterycznej postanowiła być brudna. Aczkolwiek ona tu jest kelnerką, więc nie chodzi mi o to, że zaczęła świadczyć usługi cielesne. Bardziej chodzi mi o świat, w którym zaczęła się obracać.
W sumie ta kelnerka to może pierwszy krok do dalszych poczynań w tym kierunku. Albo może, jak tak sobie pomyślę, klub nocny, może tam jacyś mafiozi się spotykają. Może ona stała się ulubioną kelnerką jakiegoś bossa mafii i może ten diabeł z tej kości, w sumie hazard. W klubie nocnym może też być hazard albo nielegalne kasyno. I ona obsługuje tych ekskluzywnych klientów tam, na rozgrywkach jakichś. Więc może właśnie ona już powoli w ten światek wchodzi, żeby ukarać samą siebie za tę inność, za to, że nikt nie widzi jej prawdziwego piękna. I ta karta z tym „Truman Show”. Z drugiej strony mamy tu piwnicę, mamy mężczyznę w cylindrze, więc może właśnie to jest któryś mafioso. A wiecie co? Miałam nie iść w mroki, nie?
Może zróbmy tu ładne love story jakieś z tego. Zobaczymy, jaki będzie problem. Ale tak sobie myślę nad tą historią, że ten mężczyzna idzie po tych schodach w górę. Czyli on wychodzi z tego „Truman Show”, można powiedzieć. Więc może ten mężczyzna tutaj będzie symbolizował ratunek dla Madzi. Może to nie będzie jakiś mafioso, tylko po prostu bogaty człowiek, który lubi dreszczyk emocji i lubi sobie z takimi mafiozami pograć. Ma kasę jak lodu, więc nie ma nic do stracenia i jest zabezpieczony na wszystkich poziomach. I może on będzie dla naszej bohaterki rodzajem wybawienia, ratunku. Może on właśnie ją zauważy. To będzie ta jedyna wyjątkowa osoba, która nie będzie patrzyła na nią jak na ładną kelnerkę, zwykłą, co można sobie poklepać i pogadać.
Tylko on może zobaczy, z jakim zainteresowaniem ona patrzyła na ich grę. Może na to, że ona też miała nieprzeciętny umysł. Liczyła, wyliczała. A może była jakaś sytuacja, gdzie ona komuś coś podpowiedziała odruchowo, że może ktoś robił głupotę i aż jej się wyrwało. Ale dobra, bo ja już poleciałam w tę historię. Losujemy problem, z którym będzie się Madzia zmagała i zobaczymy, czy to jakoś połączymy. Dobra piguła jest. Okej. Rozczwarta. Co ja dzisiaj z tym?
Nie wiem. Niech będzie nowe słowo na dziś. Okej, problem, który mi się wylosował: księżyc każdej nocy uśmiecha się niecnie. To jak początek wiersza, nie? Taki niecnie. Creepy księżyc też gdzieś był. O matko, nie pamiętam. Jakiś serial, coś mi dzwoni w głowie. Albo jakiś film może to był? Jakiś taki psychopatyczny księżyc był.
Może to był serial na podstawie książki Stephena Kinga „Joe Hill” chyba tak on się nazywa i nie pamiętam, cholera, tytułu. To było „Nosferatu”, tylko tak pisane jak rejestracja samochodu. I tak mi się wydaje, że tam był jeden bohater. Nie wiem teraz, czy nie mylę, ale pamiętam taki księżyc, cholera, nie chciałabym, żeby księżyc miał twarz, a tym bardziej taką. A może to nie tam. Już nie wiem. Dobra, nieistotne. Albo „Happy” może serial? Nie, chyba nie. Nie wiem.
Dobra, sprawdźcie. Jak ktoś chce niech sprawdza. Polecam zresztą jeden i drugi serial warte uwagi. Naprawdę fajne historie. Dobra. To teraz tak. Mamy Madzię. Aha, no i tutaj księżyc jest problemem, więc teraz księżyc. Dzisiaj motyw szaleństwa widzę tu mi się strasznie przewija. Pomyślałam, że mogło być, że już wpada w jakąś psychozę.
Nie no, ale w głębokiej depresji nie mamy chyba omamów aż takich odpałowych. Ale może ta samotność w tłumie sprawiła, że ona zaczęła faktycznie rozmawiać z tym księżycem, że to był jej jedyny powiernik. Czuła jakąś więź z tym księżycem. Czuła, że może on też jest w podobny sposób jednocześnie piękny i szlachetny, czysty w środku, ale jest samotny. Jest odizolowany od innych i zawsze świeci taki piękny, samotny. A może zwykle dawał jej ukojenie, a od jakiegoś czasu, co noc miała wrażenie, że ten księżyc zaczął się uśmiechać do niej niecnie. Przestał być czysty. Tak myślę sobie, że może w niej zaszła jakaś zmiana, a może rozeszło się to zrezygnowanie, że przestała czuć ukojenie w tym swoim rytuale conocnym. Myślę, gdzie ona by mogła ten księżyc oglądać. Nie wiem, bo pomyślałam o dachu budynku tego klubu, nie?
No dobra, czemu nie? Bo w tym klubie zawsze jest huczno, duszno, głośno i ona na przerwy wychodziła na dach. I akurat tego wieczoru... Nie wiem, chyba, że tego gościa też dajmy na dach. A może ona była przed pracą? Przed pracą poszła się spróbować doładować od tego księżyca, ale coś się działo niefajnego. Nie mogła się tym doładować i akurat zaskoczył ją ten człowiek. Po co on by wyszedł, ten lord? Może by na ten dach wyszedł po coś. Nie wiem co.
Dobra, mógł wyjść sobie na fajkę. A może on był chory? Wyszedł sobie dać zastrzyk. Insulinę tak po prostu? Nie, to musiał być jakiś zastrzyk. No dobra, załóżmy, że jest chory na jakąś chorobę i musi brać zastrzyki. Czy umierający? Nieistotne. Po prostu dach zawsze był taką przestrzenią, że coś się zadziało, że nie wziął tak jak zawsze w domu, więc postanowił wyjść na dach i sobie to zaaplikować. Więc ona to zobaczyła i była przekonana, że to narkotyki.
Nocny klub, tego tam było pełno. I on się skrępowany i prosił ją, żeby nikomu nie mówiła. A ona mu wygłosiła tyradę na temat szkodliwości narkotyków i że widziała Wie, jakie towarzystwo gra w tej piwnicy, ale była przekonana, że on jest inny, normalny, a nie obmierzłym typem jak tamci. Albo spod ciemnej gwiazdy, albo nałogowcem, ćpunem. Wtedy on jej opowiada o tej chorobie. Albo zanim to, to ją zapytał, co ona na tym dachu robi sama. Czy się tak nie boi. I ona mu wtedy opowiada o tym księżycu. I co, idziemy w jakieś love story? Pomyślałam, że jego zmarła żona też patrzyła w księżyc.
Może nie z tą żoną. A może on pochodził z rodziny albo pamiętał... Już wiem. To będzie człowiek, który faktycznie nie ma rodziny z tragicznego powodu. Ale mi się tutaj już jakiś kryminał, zagadki, śledztwa. Bo pomyślałam o tym, że jak był dzieciakiem, ktoś mu wymordował rodzinę i on jedyny przeżył. I swoje całe życie poświęcił temu, żeby dorwać tych ludzi, może jakąś mafię. I dlatego on tu przychodzi. Dorobił się. Może wymyślił jakąś aplikację.
Może gościu umie w komputery. To byłoby fajne, bo to byłoby nietypowe z wizerunkiem lorda w cylindrze. On dorobił się grubych monet na swoim wynalazku. Bardzo jest przedsiębiorczy. Dzięki temu ma takie zasoby, że własne śledztwo prowadzi i to, w jaki sposób ona mówiła o księżycu, sprawiło, że jemu się przypomniało jego dzieciństwo i jego ciotka. Może ona była wróżką albo interesowała się astrologią i zawsze to dla niego było inspirujące, ale większość rodziny uważa ją za wariatkę. Dlatego on tak po kryjomu z nią prowadził rozmowy na temat księżyca, bo on sam tego nie rozumiał. Dla niego to też były bajki. Ale bardzo podobało mu się, z jaką pasją i zaangażowaniem ta ciotka o tym opowiadała. Pasją, której on nigdy nie poczuł.
On zawsze był typowy zadaniowy, robił te swoje aplikacje. Tam trzeba bardzo myśleć często w ścisły sposób, chociaż raz na ileś dobry odpał nie zaszkodzi. I może w oczach tej dziewczyny zobaczył to samo, co wtedy w oczach tej ciotki, która mu się kojarzyła z bezpieczeństwem, szczęściem, z dzieciństwem. I może on jej coś wytłumaczy. Bo tu jest ten problem z tym niecnym księżycem. A może on powie jakiś cytat, który ciotka zawsze mówiła, że ona w pewien sposób ten księżyc uosabiała. Albo że księżyc działa jak lustro, odbija to, co jest teraz w naszej duszy. I może to nie jest tak, że ten księżyc się uśmiecha niecnie, tylko po prostu to, że nasza bohaterka tak widzi ten księżyc, może jest to dla niej sygnał. I tak jak on nie wierzy w zabobony, tak mówi, że jego ciotka bardzo w takie rzeczy wierzyła i może niech spróbuje na to w ten sposób spojrzeć. I myślę, że ten problem mamy.
Ona spojrzała i może zastanowiła się, dlaczego ona w ogóle do tego klubu przychodzi. To tak jak mówiłam, ta karta z diabłem, ta autodestrukcja i może to jej uzmysłowi, że ona wcale tu nie chce być i że mimo że inni nie widzą tego jej piękna, jak te maki rozstępują się, to ten człowiek zobaczył, że ona jest kimś więcej niż kelnerka z nocnego klubu. I skoro on to zobaczył, to znaczy, że to nie jest niewidzialne. To znaczy, że żyła w błędzie i że właściwie to jest to możliwe, żeby skoro jedna osoba to zobaczyła, na pewno więcej osób jest w stanie to zobaczyć i poczuła od wielu lat spokój, takie ukojenie, że ktoś ją widzi, że ktoś zobaczył coś więcej, że nie tylko ona widzi tą wartość. I myślę, że mamy tę historię. Oczywiście, że to fajnie byłoby może, żeby pomogła mu w tym albo po prostu zaczęli się spotykać na tym dachu. To już zostawiam wam. Jeżeli komuś się ta historia podoba, to będzie mi supermiło, jak będzie sobie to dalej gdzieś tam w głowie kreować. Ja na dziś kończę, bo jak zawsze ględzę długo. Za tydzień muszę wymyślić coś nowego, bo nie ukrywam, że wiecie jak to ja, zaczynam się trochę nudzić.
Zobaczymy. Cudowności wam życzę. Bardzo dużo inspiracji i zdaje się, że w sumie to już wesołych świąt. Także kto obchodzi, to niech mu się jajka smacznymi będą i samych cudowności. I żebyście spędzili święta, chciałam powiedzieć w gronie rodzinnym, ale nie każdy lubi, więc życzę wam, żebyście ten czas spędzili w taki sposób, w jaki lubicie. Niezależnie od tego, czy obchodzicie święta, czy nie obchodzicie, czy chcecie z rodziną, czy nie, ale żebyście mieli te parę dni spokoju. Jak to nasza Madzia, takiego błogostanu. Błogostanu, jakkolwiek go zrozumiecie. Niech tak będzie, byle było pozytywnie. Trzymajcie się.
Do usłyszenia za tydzień. Pa.
[04:03:21] - Jakoś tak mnie, proszę państwa, koło tego dwusetnego odcinka Bibliotekarium wzięło na wspominki i zacząłem grzebać w archiwum Bibliotekarium, czego efekty mieliście państwo okazję obserwować w zeszłym wydaniu. Wtedy to prezentowana była audycja numer jeden. Już wcześniej pojawiały się opowiadania, które gdzieś tam, czy to w ABW, czy w Bibliotekarium gościły. Dzisiaj postanowiłem po raz kolejny sięgnąć do archiwum i w tym archiwum znalazłem powieść, właściwie mikropowieść Henri Laurié. I Weliosie, jak to się czyta po francusku? Henri Laurié, czy jak?
[04:04:09] - Szczerze powiedziawszy nie bardzo wiem, bo ja bardziej tak wiesz, po angielsku.
[04:04:17] - No dobrze. To przyjmijmy, że pan jest Henri Laurié. „Laurje” się pisze. Ta książka nosi tytuł „Podróż na Mars”. Nieco poprawiliśmy tę archaiczną już formę. Dzisiaj to jest „Podróż na Marsa”. Proszę państwa, cóż jeszcze o tej książce? Henri Laurié to był pseudonim człowieka, który tak naprawdę nazywał się Pascal Grousset, a właściwie Jean Francis Pascal Grousset. Urodził się siódmego kwietnia 1844 roku na Korsyce. Zmarł w kwietniu 1909 roku w Paryżu.
Był francuskim politykiem. To może jest niespecjalny powód do chwały. Był jednym z przywódców Komuny Paryskiej i deputowanym do francuskiego parlamentu. Był też dziennikarzem, tłumaczem i pisarzem science fiction, jak się państwo za chwilę przekonacie. Jako pisarz Grousset publikował pod pseudonimem Doktor Flavius, Henri Laurié, no to właśnie ten pseudonim, Philippe Darryll i jeszcze kilka innych pseudonimów miał. Wybaczcie państwo, ale nie będę się kaleczył językiem francuskim, z którym mi zupełnie nie po drodze. W roku 1884 Grousset napisał powieść „Rozbitek z Cynti”. Jeśli państwu się kojarzy ten tytuł z zupełnie innym autorem, to bardzo słusznie. Kiedy pisał tę powieść „Rozbitek z Cynti”, używał pseudonimu Henri Laurié, tak jak w tej dzisiejszej powieści i współpracował z Jules’em Verne’em. Byli zresztą autorami u tego samego wydawcy.
Verne dokonał tak naprawdę jedynie zgrubnej redakcji tekstu, który napisał Grousset, ale to jego nazwisko pojawiło się na okładce, gdyż to wydawcy dawało lepsze wejście na rynek. Marketingowo było zdecydowanie bardziej intratne. Ale charakterystyczna rzecz, że tytuł ten, „Rozbitek z Cynti”, nie wszedł do cyklu Verne’owskiego „Niezwykłe podróże”. Jeśli mówimy już o takiej nieformalnej parze autorskiej Grousset i Verne, czy też Verne i Grousset, to ta para stworzyła jeszcze dwie inne powieści, które powinniście państwo kojarzyć. „Pięćset milionów hinduskiej władczyni”. Zresztą to były różne warianty tego tytułu. Ta książka była wydana w 1879 roku oraz jeszcze jeden tytuł „Gwiazda Południa”. Książka z 1884 roku. Część znawców literatury twierdzi, że są to powieści napisane wyłącznie przez Grousseta, a jedynie korygowane przez Verne’a, czyli tak jak w pierwszym przypadku. Inni się oczywiście z nimi nie zgadzają i twierdzą, że para jak para.
W każdym razie, że panowie współpracowali. Ponieważ działo się to w czasach po Komunie Paryskiej, po 1871 roku, a ponieważ Grousset był tam jednym z przywódców, to po jej upadku i aresztowaniu został w 1872 deportowany do Nowej Kaledonii, skąd zbiegł i mieszkał później, proszę państwa, to w Sydney, a to w San Francisco, w Nowym Jorku i w Londynie. Tam się utrzymywał ponoć z nauki języka francuskiego i do Francji wrócił dopiero w roku 1880 i zajął się literaturą i kulturą fizyczną. Proszę państwa, taki człowiek, który bardzo dobrze odczytał znaki czasu. Dzisiaj ludzie też. Ci, którzy piszą, dużo biegają. Vide chociażby nasz najbardziej płodny autor, czyli Mróz. On też dużo biega i dużo, nawet bardzo dużo pisze. Grousset w końcu wrócił do polityki. W roku 1893 został deputowanym socjalistycznym dwunastej dzielnicy Paryża.
Nie miał więc czasu zajmować się poprawkami swoich rękopisów, które powierzył wydawcy, a ten powierzył te rękopisy Verne'owi. I tak na rynku pojawiły się książki, które wcześniej wymieniłem. A teraz przed państwem Marek Sęk „Ivellios”, który interpretuje powieść „Podróż na Marsa”. To będzie długie spotkanie, bo ta powieść trwa ponad dwie godziny. Jeśli lubicie Państwo stare ramotki, książki SF, ale z dawnych czasów, to jest świetna okazja. Ktoś powie: ale skoro to już było kiedyś dawno w Bibliotekarium, po co to powtarzać? Bo ja, proszę państwa, jestem niezwykle czujnym człowiekiem. Zauważyłem, że tamten odcinek, który ukazał się w czasie świątecznym, coś tak w okolicach Bożego Narodzenia czy Nowego Roku, już nie pamiętam, miał stosunkowo niewiele odtworzeń zarówno w Radiu Paranormalium, jak i w innych miejscach. Zatem myślę, że ponieważ zbiera nas się tutaj przy komputerach, chciałem powiedzieć radioodbiornikach, ale przy tych wszystkich urządzeniach grających i mówiących zbiera nas się troszeczkę więcej, niż tamte liczniki zarejestrowały, to może to będzie dobra okazja, żeby po raz drugi tę powieść państwu przedstawić. Zaręczam, że naprawdę warto.
Trzeba lubić starą literaturę. Ale poza tym moim zdaniem przygoda. Zapraszam państwa. Dobrej lektury i dobrego słuchania.
[04:10:44] - Pascal Grose pod pseudonimem André Laurie. „Podróż na Marsa”. Rozdział pierwszy: Podróż na Marsa. Nazywam się Henryk Brideau. Mieszkam w Paryżu przy ulicy Lilas, zajmując się praktyką lekarską. Mam lat 28 i urodziłem się w Beauvais w departamencie Oise. Przysięgam, że będę mówił bez nienawiści i trwogi i powiem jedynie prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Zaprzyjaźniłem się z Azefem Challenge przed jakimiś 10 laty. Poznaliśmy się w restauracji de la Source, kiedyśmy obaj byli na drugim roku medycyny. Zdaje mi się, że pochodził z Ameryki.
W każdym razie wiem z całą pewnością, że przybył do Paryża z Nowego Jorku. Co do tego nie mogę nic bliższego jednak powiedzieć, gdyż nie zadawałem memu przyjacielowi nietaktownych pytań, a nie znałem jego dalszej lub bliższej rodziny. Mój przyjaciel musiał posiadać znaczny majątek, sądząc z tego przepychu, jakim był otoczony w swym pawilonie przy ulicy Świętego Wilhelma. Pawilon ten znajdował się w końcu wielkiego ogrodu i został wydzierżawiony przez mego przyjaciela na przeciąg 18 lat. Azef zbudował sobie w nim małe obserwatorium astronomiczne, w którym spędzał często całe noce, badając gwiazdy. Trzeba bowiem państwu wiedzieć, że jego pragnienie wiedzy nie miało granic i umysł jego równie interesował się naukami ścisłymi, jak i fizjologią i histologią. Powodowany dziwactwem mieszkał sam w swym pawilonie bez sługi lub jakiegoś bliskiego towarzysza, przyjmując u siebie jedynie najbliższych przyjaciół. Codziennie jadał śniadanie w pobliskiej kawiarni pomiędzy 11:00 a 12:00. W tym czasie przychodziła do jego mieszkania posługaczka, która doprowadzała je do porządku. Starając się nie spotykać ze swoją służącą, Challenge pozostawiał zawsze na kominku kilka drobnych monet niezbędnych na wydatki domowe.
Zapewniał mnie też niejednokrotnie, że jedynie w Paryżu udało mu się urzeczywistnić podobny ideał życia domowego. Była to jedna z przyczyn, które w połączeniu z łatwością, z jaką udawało mu się w Paryżu zaspokoić swój głód wiedzy, pobudziły go do obrania sobie tego miasta za stałe miejsce pobytu. Było nas pięciu czy sześciu ludzi, z którymi Azef utrzymywał bliższe stosunki i którzy stanowili jego zwykłą partię w domino. Wszystkim nam znany był jego bardzo spokojny i nieromantyczny sposób życia. W stosunku do kobiet zwykł był nawet wyrażać pewną pogardę, która niekiedy przybierała dość przykry charakter. Mawiał, że kobiety są stworzeniami niższego rzędu, niezdolnymi do większego wysiłku i poważnego traktowania nauki. Kiedy powstało zagadnienie o dopuszczeniu kobiet do szpitali w charakterze pomocników lekarzy, to Azef znalazł się w liście najzagorzalszych przeciwników tego projektu. Szacunek, jakim Challenge darzył profesora Charcot, wzrósł ogromnie po egzaminie, w czasie którego profesor ten oszołomił i zmieszał swym słynnym konceptem kobietę lekarza, która broniła swej rozprawy doktorskiej przed szeregiem profesorów. Azef pilnie odwiedzał klinikę Salpetriere i chętnie nawet zezwalał na czynienie na nim różnych doświadczeń fizjologicznych. Tu rozpoczyna się najistotniejsza część mego zeznania i na szczęście wszystko, co powiem, mogą potwierdzić liczni świadkowie.
Azef Challenge nie tylko że namiętnie interesował się wszystkim, co miało styczność z hipnotyzmem, ale sam był medium ogromnie odpowiednim do doświadczeń hipnotycznych. Chcę przez to powiedzieć, że ogromnie łatwo poddawał się sugestii i wyróżniał się wyjątkową wrażliwością na hipnozę i można go było uśpić bez najmniejszej trudności i wtedy ujawniał on nadzwyczajne właściwości. Należał do rodzaju osób, które będąc zahipnotyzowane, zachowują pełnię przytomności. Osoby tego rodzaju są wielką rzadkością i posiadają zadziwiającą zdolność rozdwajania osobowości. Podczas sztucznego snu jedno ja żyje w dalszym ciągu życiem rozumnego stworzenia, to jest myśli, działa, mówi jak w normalnym stanie Wtedy, kiedy drugie ja, sabowtór, jeśli chcecie, zachowuje się jak istota zupełnie bierna i pozbawiona woli. Nie wiem, czy wyraziłem się dostatecznie jasno i byłoby może dobrze, gdybym przytoczył przykład dla wyjaśnienia tego zjawiska. Rzecz wydarzyła się pewnego dnia rankiem w przedpokoju tej małej sali, w której zbierali się słuchacze profesora Charcot. Przybyliśmy do kliniki Salpetriere zbyt późno i dlatego nie braliśmy udziału w przeglądzie chorych, oczekując na profesora w towarzystwie pięciu czy sześciu innych studentów, którzy podobnie jak my spóźnili się na wykład. Azaphine siedział przede mną na krześle, plecami zwrócone do mnie. Przyszła mi wtedy nagle do głowy myśl, czy udałoby mi się go zahipnotyzować z tyłu, trzymając rozpostarte ręce z odległości pięciu, sześciu centymetrów od jego głowy.
Na tych próbach minęły jakie dwie minuty. Nagle Azaphine wyprostował się, odrzucił głowę na poręcz krzesła i powiedział tonem lekkiej wymówki: „Mało jest w tym mądrego, co pan tam robi”. „Dobrze” odpowiedziałem, nie przypuszczając nawet, że jest już uśpiony. Pozwoliłem sobie na tę niewielką rozrywkę, aby skrócić nasze oczekiwanie. „Toteż radzę panu pospieszyć się, bo profesor już zbliża się” odpowiedział Azaphine z wysiłkiem, który wstrząsnął jego ciałem. Dopiero teraz zrozumiałem, że jest w transie. „Skąd pan wie o tym, że profesor się zbliża?” — spytałem. „Po prostu widzę go. Znajduje się teraz we wschodnim skrzydle gmachu, na końcu korytarza oznaczonego literą B. I właśnie teraz zstępuje ze schodów”.
Byłem zdumiony tą odpowiedzią, nie wiedząc, co o tym sądzić. Czy Azaphine drwi ze mnie, czy też naprawdę widzi profesora, którego dzieliło od nas kilka budynków i około trzydziestu ścian. Chciałem dokładnie sprawdzić to zjawisko. „Zatem twierdzi pan, że go pan widzi. Cóż wobec tego trzyma w ręku?” „Książkę. Dzieło doktora Mackenzie. A oto teraz pokazuje 117. stronicę swemu tymczasowemu pomocnikowi N.” „Jest pan tego pewny?” „Oczywiście. W tej chwili właśnie oddaje książkę do rąk N. i wyciąga z kieszeni list z czarną pieczątką.
Otwiera kopertę i czyta list z wyrazem zdziwienia. Teraz przechodzi przez podwórko. Wchodzi do pawilonu. Otóż i on sam”. Rzeczywiście odgłosy licznych kroków i głośnej rozmowy zwiastowały zbliżanie się profesora. Ledwo zdążyłem dmuchnąć Azaphine'owi na czubek głowy, aby go zbudzić, gdy drzwi się otwarły i wszedł profesor. Doktor Charcot trzymał w ręku list z czarną obwódką, a jego pomocnik N. właśnie zamknął książkę, która była tak jak Azaphine powiedział, dziełem Mackenzie, co łatwo mogłem sprawdzić, kiedy pomocnik profesora przechodził obok mnie. Spojrzałem na Charcot. Był już zupełnie przytomny i patrzył na mnie z uśmiechem.
„A co? A nie mówiłem panu?” — dodał, aby zakończyć incydent. Ludzie nieznający się na hipnotyzmie nie znajdą nic nadzwyczajnego być może w tej anegdocie, którą wybrałem z tysiąca podobnych, ale w rzeczywistości jest to wprost bezprzykładny wypadek. I co się mnie tyczy, to w życiu swoim nigdy nie udało mi się spotkać innego człowieka, który by przechodząc od snu do jawy i odwrotnie, zupełnie zachował przytomność i pamięć. Jako człowiek nauki wzdragam się nieco mówić tu o tej przesadzie, w jaką z łatwością wpadał Azaphine, kiedy zdarzyło mu się opowiadać o swych zdolnościach medialnych. Ale moje opowiadanie byłoby niekompletne, gdybym nie powiedział i o tym. Zapewniał, nie myślcie bynajmniej, że się tym chwalił. Trzeba było być z nim na bardzo przyjacielskiej stopie, aby zdecydował się mówić o swych wrażeniach, że niekiedy w czasie snu hipnotycznego wyraźnie rozróżniał rozdwojenie swojej osobowości, tak, że w rzeczywistości było wtedy dwóch Azaphine'ów. Jeden rzeczywisty, ziemski, śpiący w miejscu, gdzie go zastał sen hipnotyczny, drugi zaś niematerialny, przeźroczysty, nieważki. Był jakby odbiciem ziemskiego Azaphine'a w lustrze.
Ten drugi Azaphine przenosił się w przestrzeń, oddzielając się od swojego ziemskiego pierwowzoru, z równą łatwością pokonując odległość, jak i wszelkie przeszkody, które na drodze swej wędrówki napotykał. Temu rozdwojeniu swego ja zawdzięczał Azaphine, według swego zdania, możność jasnowidzenia. Nie ma chyba potrzeby dodawać, że nie ręczę osobiście za prawdziwość tego wyjaśnienia. Dodam nawet, że według mego zdania to wyjaśnienie niczego właściwie nie wyjaśnia i że mój rozum nigdy nie zgodzi się na możliwość podobnego rozdwojenia. Ze stuprocentową pewnością nie dowiodą mi jego istnienia. Moi dawni przyjaciele i nauczyciele dobrze wiedzą, jakie mam w tych sprawach poglądy. Jeśli wspominam tu o tej teorii Azaphine'a, to jedynie dlatego, że w warunkach, jakie się wytworzyły, jest to moim obowiązkiem. Wszyscy, którzy mieli możność stykania się z Azaphine'em wiedzą, że odznaczał się miękkim charakterem i niezwykłą uprzejmością. Chętnie pozwalał na czynienie z nim różnych doświadczeń i nawet sam starał się wynaleźć nowe rodzaje eksperymentów, aby wspólnie ze mną badać swe nadzwyczajne zdolności. Najdziwniejszą jednak ze wszystkich rzeczy była jego zdolność zapadania w trans drogą samohipnozy.
Zdolność, którą odznaczają się bardzo nieliczne media i którą udało się, o ile wiem, zaobserwować zaledwie u dwóch czy trzech osób. Wystarczyłoby, Azaphine zechciał tylko, a zasypiał natychmiast i budził się o ściśle z góry przez siebie oznaczonej godzinie. Nie tracił przy tym zupełnie przytomności i nabywał zdolności jasnowidzenia. Ostatnio staraliśmy się razem z Asaphem wyjaśnić wpływ, jaki mają na jego mózg rozmaite trucizny spożywane przezeń w różnych dozach. Co się tyczy wyglądu zewnętrznego, to Asaph, jak to mogliśmy sami zauważyć, wyróżniał się prawdziwie atletyczną budową ciała, a jego łagodne oczy harmonizowały doskonale ze szczerą i otwartą twarzą, która gdy się uśmiechał, jaśniała blaskiem wspaniałych zębów. A teraz, po tym niewielkim wstępie przystąpię bezpośrednio do tego, co stanowi istotę mojego opowiadania. Przed mniej więcej dziesięciu dniami, około godziny piątej po południu przechodziłem przez podwórze Instytutu, gdy nagle spotkałem Asapha Challonge, który jak mi się zdawało, był w stanie silnego zdenerwowania. "Mój przyjacielu" — powiedział, biorąc mnie pod rękę. — "Właśnie byłem obecny przy czytaniu memoriału Schiaparelliego, który odkrył kanały na Marsie. Jest to rzecz nadzwyczaj interesująca i nowa, ale niestety tak niekompletna.
Pomyśl tylko. Zrobiono kolosalny krok naprzód w poznaniu sąsiedniej planety, ale mimo to upłynie jeszcze bardzo wiele lat, zanim uda się nam nawiązać kontakt z mieszkańcami Marsa drogą sygnalizacji świetlnej. Znajduję, że jest to haniebne dla ziemskiej ludzkości. Czy nie zgadzasz się z moim zdaniem? Jak to? Znamy Marsa już prawie równie dobrze jak nasze pięć palców. Wiadoma jest nam jego masa, gęstość, grawitacja na jego powierzchni. Wiemy, że są tam morza i cały szereg kontynentów wzdłuż równika. Na Marsie jest atmosfera podobna do naszej ziemskiej. Dwa księżyce, lody podbiegunowe topniejące wiosną i znów powracające jesienią.
Rok na Marsie jest dwa razy dłuższy od naszego, ale pory roku są takie same jak na Ziemi. Wiemy, że warunki życia na Marsie są bardzo podobne do tych, jakie mamy na Ziemi i dlatego, jeśli chcemy być zupełnie logiczni, musimy przypuszczać, że mieszkańcy Marsa są zupełnie lub bardzo do nas podobni. A jeśli dodamy do tego wszystkiego jeszcze i odkrycie uczynione ostatnio na jego powierzchni, weź pod uwagę tą prawidłową i symetryczną sieć, która widocznie jest dziełem rąk ludzkich, a którą z braku lepszego określenia nazywamy kanałami, choć rozmiary ich wydają się wprost gigantyczne z naszego ziemskiego punktu widzenia. A po tym wszystkim proponują nam, abyśmy uspokoili się i siedzieli ze złożonymi rękami, zadowalając się temi skąpemi wiadomościami. Nie, panowie. Słuchaj, mój przyjacielu. Ten stan oburza mnie. A wobec tego, że udało mi się złapać cię, to podam ci projekt, jaki zrodził się w mojej głowie." Asaph był widocznie wzburzony i starałem się nie przeszkadzać mu w swobodnym wypowiadaniu swych myśli. "Mam straszne pragnienie" — ciągnął dalej. — "I chętnie wypiję szklaneczkę absyntu, co jak wiesz, rzadko mi się przytrafia.
Przejdźmy się do Café Regence. Będzie nam tam wygodniej porozmawiać." Przybywszy do kawiarni zażądaliśmy napoi chłodzących, ale wbrew memu oczekiwaniu Asaph nie wrócił już do tematu, który tak go wzburzył przed kilku minutami. Widać było, że jest całkowicie pochłonięty swymi myślami i z roztargnieniem dzielił się ze mną wrażeniami z ostatniej premiery teatralnej i posiedzenia parlamentu. "Gdzie dzisiaj jesz kolację?" — spytał mnie nagle. — "Jeśli chcesz, spędzimy razem wieczór. Będę ci mógł także zademonstrować kilka nowych, ciekawych rzeczy." Zgodnie z życzeniem Challonge zjedliśmy obiad i około godziny ósmej wieczór, paląc świetne cygaro, z wolna poszliśmy w kierunku domu Asapha przy ulicy Świętego Wilhelma. W gabinecie oczekiwały na nas miękkie fotele, w których też natychmiast zagłębiliśmy się. "Teraz nadszedł już czas, abym cię wtajemniczył w mój projekt" — odezwał się Asaph. — "Wiesz, że kazałem zbudować sobie kopułę, w której znajduje się teleskop zupełnie zdatny do przeprowadzenia obserwacji astronomicznych. Jeśli chcesz zobaczyć Marsa w całej jego krasie, to korzystaj z okazji.
Mars znajduje się od nas w możliwie najbliższej odległości, co zdarza się raz na 17 lat. Nie masz, jak widzę, ochoty ruszać się z miejsca. Myślisz, żeś dostatecznie poznał naszego sąsiada we wszechświecie? Niechże tak będzie. To nieważne. Najważniejszym jest to, abyś spełnił ściśle to, o co cię będę prosił. Wiedz zatem, kochany doktorku, że postanowiłem natychmiast udać się na Marsa i nie zmienię swego zamiaru. Mam nadzieję, że nie zechcesz odmówić mi swej pomocy w tej wyprawie." "Wtedy tylko będę mógł dać ci określoną odpowiedź, jeśli będziesz łaskaw wyjaśnić mi, na czym ma polegać moja pomoc." — odpowiedziałem z pewnym rozdrażnieniem, gdyż zdawało mi się, że mój przyjaciel miał zamiar zadrwić ze mnie. "Znasz doskonale moje zdolności hipnotyczne, ale na pewno nie wiesz, bo ukrywałem to przed tobą starannie, że niewielka dawka zastrzyknięta morfiny podwaja, a nawet zwiększa czterokrotnie moją zdolność poddawania się sugestii w czasie transu. W tych wszystkich wypadkach, w których tak zachwycałeś się moim jasnowidzeniem, byłem właśnie pod wpływem morfiny.
Otóż zrobię sobie dwa lub trzy zastrzyki, po czym zapalę cygaro, aby dać czas morfinie na działanie. Za kwadrans rozpoczniemy doświadczenie. To jest, uśpisz mnie ze zwykłą swą maestrią, a kiedy popadnę już w trans, to powiesz mi po prostu: Asaphie, porzuć ziemię. Niech ją porzuci ta niuch wytna, nieważka część twojego ja, która stanowi jakby niewidoczną kopię ziemskiego Asapha, dla której nie masz ani odległości, ani przeszkody. Udaj się na Marsa, korzystając z jednego z tych promieni światła, jakie nam posyła. Rozwiąż zagadkę tajemniczych kanałów, które niepokoją tyle ziemskich umysłów, a potem wróć do nas, kiedy nadejdzie czas i opowiedz nam to, co ci się uda zobaczyć." Jak ci się podoba mój pomysł? W każdym razie wydaje mi się dość oryginalny — odpowiedziałem. — Pytanie tylko, jakie przyniesie wyniki. To już moja sprawa — odpowiedział Asafe z najpoważniejszym wyrazem twarzy. — Dostaniemy tą drogą wiadomości o Marsie, jakich nam teraz brak.
Rzecz jest jasna jak dzień. Możemy to łatwo sprawdzić i będziemy mieli wtedy sumienie zupełnie czyste — odpowiedziałem, wstając, aby uśpić Asafa siedmiu czy ośmiu ruchami, jak to często zwykłem robić. Poczekaj chwilkę! — wykrzyknął. — Bądźmy systematyczni. Daj mi czas zastrzyknąć sobie morfinę oraz powiedzieć kilka słów o tym, jak ma się wszystko odbyć. Mówiąc to, wydobył ze swej kieszeni niewielki futerał z przyrządami chirurgicznymi. Wyjął z niego wszystko niezbędne do zastrzyku morfiny i zrobił sobie dwa lub trzy ukłucia w rękę. Czy rozumiesz dobrze — ciągnął, zapalając drugie cygaro — że mamy dokonać eksperymentu, który jest niezwykły. Mars nie znajduje się na końcu ulicy Świętego Wilhelma i nawet posuwając się z szybkością światła, nie liczę, abym się w kilka minut tam dostał.
Podróż zajmie bardzo dużo czasu, a przecież i po przebyciu na miejsce muszę się rozpatrzyć w sytuacji. Na całość doświadczenia potrzeba będzie według mego zdania około dwudziestu godzin. Jeśli tylko zgodzisz się na to, mój drogi przyjacielu — w tym miejscu przemówię głosem dziecka, które prosi o coś. Jeśli tylko zgodzisz się na to, to zostawisz mnie w zupełnym spokoju potem, jak mnie uśpisz, dając mi jedynie rozkazy, które zawczasu zapiszę, aby uniknąć pomyłek. Zgasisz lampę, opuścisz moje mieszkanie, przekręciwszy dwukrotnie klucz w zamku, jak czynię zawsze sam, kiedy chcę, aby mi nie przeszkadzano i nie będziesz się mną więcej zajmował w ciągu, powiedzmy, dwudziestu trzech godzin. Jutro o siódmej wieczór wrócisz, poddasz mnie szczegółowemu badaniu i obudzisz mnie, skoro ci podam wszystkie szczegóły mojej podróży. Potem pójdziemy wspólnie na obiad. Cóż mogłem powiedzieć na ten program? Tyle razy urządzaliśmy z Szelanżem najdziewaczniejsze eksperymenty i zawsze się nam udawały. Nie miałem żadnego powodu odmówić mu swej pomocy w tej nowej jego fantazji.
Prostym kiwnięciem głowy wyraziłem zgodę na jego prośbę. Przewidzieliśmy wszystko do najdrobniejszych szczegółów. Asafe doprowadził swoją ostrożność do tego, że własnoręcznie napisał na kawałku kartonu: wyjechałem na dwa dni, nie trzeba sprzątać mieszkania i powiesił kartkę na drzwiach wejściowych. Sformułował także starannie rozkazy, jakie miałem mu dać, kiedy zapadnie w sen hipnotyczny. Zresztą podam państwu dosłownie to, co napisał własnoręcznie na kartce. Znalazłem ją na tym samym miejscu na stole, gdzie zostawiłem ją, wykonawszy wszystkie zlecenia Asafa. Dołączę ją do mego opowiadania. Wszystko odbyło się tak, jak ustaliliśmy to z Szelanż. Asafe wygodnie usadowił się w klubowym fotelu na wprost swego teleskopu. Uśpiłem go jak zwykle z wielką łatwością.
Musiałem jedynie nieco poprawić jego pozę, aby budząc się, nie odczuł fizycznego zmęczenia, po czym wolno zacząłem zadawać mu pytania zawczasu przez niego napisane. Asafe, czy mnie słyszysz? Tak, mój kochany doktorze. Już rozpocząłem swą podróż. Czy chcesz pozostać w tym położeniu do jutra? Tak, mój przyjacielu. Zatem idę do domu. Do widzenia, mój drogi Asafe. Śpij spokojnie i szczęśliwej podróży. Po tej rozmowie zgasiłem lampę, cicho opuściłem pokój, zamknąłem drzwi, przekręciwszy dwukrotnie klucz w zamku i udałem się do swego mieszkania.
Byłoby kłamstwem, jeśli bym starał się wmówić w was, drodzy czytelnicy, że spokojnie przespałem tę noc, a na drugi ranek nie miałem ochoty pójść i popatrzeć, co robi Asafe. Nie będę twierdził, że nie odczuwałem niepokoju, a w każdym razie choćby ciekawości, ale zobowiązałem się do przestrzegania pewnego programu. Obiecałem, że przed wieczorem nie zajrzę do mieszkania Szelanża i zdecydowałem za wszelką cenę dotrzymać mej obietnicy. Na pewno też dotrzymałbym jej, gdyby mi na to starczyło sił. Ale muszę być otwartym i szczerym. O szóstej wieczór nie wystarczyło mi już cierpliwości. Owładnęła mną straszna chęć dowiedzenia się o wynikach tego eksperymentu, godnego uwagi ze względu na całkowitą swą nowość i zdecydowałem się na skrócenie o całą godzinę czasu, jaki dzielił mnie od oznaczonego terminu. Wszedłszy do gabinetu Asafa, przekonałem się, że od dnia wczorajszego nie nastąpiły w pokoju żadne zmiany. Szelanż ani na jotę nie zmienił swej pozy w krześle. Oddech jego był równy i zupełnie spokojny, a puls normalny.
Spojrzałem na zegar i mimo całej niecierpliwości dopiero wtedy podszedłem do Asafa, kiedy wybiła siódma godzina. Czy słyszysz mnie? Zwróciłem się do niego, ściskając równocześnie jego kciuki w swych rękach. Ciało jego drgnęło, niespokojnie poruszył się na fotelu, mrucząc słowa bez związku i widocznie nie miał ochoty odpowiadać na moje pytania, ale nastawałem na to tonem rozkazującym, do którego należy zawsze uciekać w podobnych wypadkach i Asafe zdecydował się wreszcie przemówić. Uczyłem się nieco stenografii jeszcze wówczas, gdy byłem studentem szkoły medycznej i doskonale władam nią dla własnej potrzeby. Pozwoliło mi to dosłownie zapisać opowieść mego przyjaciela i w tej postaci przekazuję ją wam, drodzy czytelnicy. Rozdział drugi. Opowieść Asafa. Mój przyjacielu, wierz mi, że muszę skoncentrować całą swoją odwagę, aby dotrzymać danego ci słowa i podzielić się z tobą swymi wrażeniami. Tak mi tu dobrze i Ziemia ukazuje mi się stąd w całej swej nędzy.
Ale cóż mam zrobić? Żądasz i jestem posłuszny. Podróż moja skończyła się szczęśliwie i trwała według moich obliczeń dwie godziny i 27 minut. Osiągnąwszy wyższe warstwy atmosfery, poczułem niejake niedomaganie, zawrót głowy i duszności. Była chwila, kiedy cierpienie opanowało mnie i mogłem się porównać z karpiem, którego wyniesiono z wody. Ale wszystko to minęło dość szybko i wkrótce osiągnąłem przestrzeń absolutnej pustki, w której nie ma mowy o niewolniczych warunkach bytu ziemskiego. Pierś moja przestała oddychać, serce bić, puls zatrzymał się. Korzystając z usług promienia słonecznego, moje wewnętrzne ja zrzuciło z siebie więzy niewoli materialnej i unosiło się coraz wyżej i wyżej. W dole u moich nóg widniała ogromna kula ziemska, której wypukłość można już było zauważyć, ale z ledwością odróżniałem niewyraźne linie kontynentów, lody polarne i blaski nieprawidłowych form, które były morzami. Ponad moją głową Mars ruszył z wolna.
Początkowo wydawał się nie większym od pomarańczy, potem osiągnął wielkość arbuza i wreszcie swoimi rozmiarami zaczął przypominać dynię. Ale oto ogarnia mnie straszne zmęczenie. Zmysły tępieją i tracę przytomność. Kiedy wraca mi przytomność, czuję, że jestem pogrążony w obcej dla mnie atmosferze. Czyste i pachnące powietrze ochładza moje rozpalone czoło. Czuję, że podtrzymuje mnie jakieś miękkie i przeźroczyste ciało, pełne tajemniczego półświatła. To jutrzenka cudnego dnia rozpoczynającego się na drugiej planecie. Tak, zbliżam się. Nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Zbliżam się do Marsa.
Jakże uroczysta jest ta chwila. Chwilę wpatruję się w sklepienie niebios, na ciemnym tle których tysiączne światy świecą tajemniczym blaskiem. Odwróciwszy głowę zobaczyłem cudowną planetę, która błyszczała na niebie jak ogromny brylant. Poznałem naszą Ziemię. Niewypowiedziane wzruszenie ogarnęło mnie na widok promienistej gwiazdy, na której rozpoczął się mój byt. Po czym wzrok swój skierowałem na Marsa. Obydwa jego księżyce widoczne były ponad horyzontem i wydawały mi się ogromne, gdyż znajdowałem się w ich pobliżu. Na niebieskim tle nieba podobne były do olbrzymich kół białych i pełnych blasku. Noc już minęła i słońce unosiło się nad horyzontem. Obydwa księżyce bladły coraz bardziej i wkrótce znikły zupełnie.
Gwiazdy gasły jedna za drugą, a ja zbliżałem się coraz bardziej do powierzchni Marsa, który wyglądał teraz jak ogromna kula zakrywająca nad mą głową prawie całe niebo. Jeszcze minuta i osiągnąłem cel swej podróży. Zawrotna szybkość, z jaką posuwałem się w czasie swej podróży, zwiększyła się jeszcze i uczucie strachu nie do opisania, jakie ogarnęło mnie, zmusiło do zamknięcia oczu. Wyciągnąłem ręce przed siebie, aby zaczepić się o cośkolwiek, a nogi poczęły poruszać się jak u człowieka tonącego. I ciężko spadłem na ziemię, czyli raczej na Marsa. Byłem tak ogłuszony upadkiem, że długo leżałem nieprzytomny. Ocknąwszy się z omdlenia chciałem wstać, ale ku wielkiemu swemu niezadowoleniu przekonałem się, że było to rzeczą prawie niemożliwą. Upadłem tak nieszczęśliwie, że lewa noga została przygnieciona ciężarem mego własnego ciała. Trudno mi było zorientować się, czy jest złamana, czy po prostu tylko zwichnięta, ale w każdym razie przy najmniejszym poruszeniu odczuwałem w niej ból bardzo dotkliwy. Sytuacja moja była dość głupia.
Odbyłem bardzo ryzykowną podróż, aby zgłębić tajemnice wszechświata, a zamiast tego leżałem bez ruchu w miejscu, gdzie wypadło mi spaść na powierzchnię Marsa. Byłem wściekły i muszę przyznać, że wyładowywałem niezadowolenie w wyrażeniach, które miały dużo wspólnego z przekleństwami. Nie sądź mnie jednak zbyt surowo. Po pierwsze byłem zły, a w gniewie człowiek rzadko namyśla się nad doborem słów, a po drugie przecież mieszkańcy Marsa nie byli i tak w stanie zrozumieć tego, co mówił. Dlatego też nie ryzykowałem, że obrażę czyjąś delikatność, dając upust gniotącej mnie złości. I rzeczywiście po tym wybuchu doznałem uczucia wielkiej ulgi. Byłem co prawda skazany na bezruch, ale nic nie przeszkadzało mi obracać głową i obejrzeć dokładnie okolicę, co też pośpieszyłem zrobić. Już poprzednio zbliżając się do Marsa zauważyłem, że kontynenty jego nie były morzami, a tworzyły szeroki pas wokół równika planety. Pozostała przestrzeń w dół i w górę od równika zajęta była przez morza. Na równiku grunt wydawał mi się znacznie płodniejszy, ale pod biegunem błyszczały lody podobne do olbrzymich luster.
Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności upadłem na ląd. Z drżeniem myślałem o tym, co by się ze mną stało, gdybym spadł głową w dół do jednego z tych wielkich oceanów. Krew stygnie mi w żyłach na samą myśl o tym. Cudowne lato panowało na tej półkuli Marsa, na którą upadłem. Nigdy jednak nie przypuściłbym nawet, że tutejsze powietrze okaże się dla mnie tak odpowiednie i przyjemne Rzeczywiście Mars znajduje się na takiej odległości od Słońca, że mogłem oczekiwać chłodów nawet podczas lata. Myślałem, że blade promienie słońca, jakie tu dochodzą, nie przynoszą z sobą żadnego ciepła, że chłód stąd wynikły fatalnie odbije się na stanie roślinności i że dlatego znajdę na Marsie jedynie nędzne mchy i liszaje. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy zamiast tego, obracając głowę, ujrzałem wokół pole złotego zboża, łąki pokryte soczystą zieloną trawą, wspaniałe stuletnie drzewa, które dumnie wznosiły swe korony ku niebu. Wiedząc o tym, że Mars otrzymuje zaledwie połowę tego ciepła, jakie przypada w udziale Ziemi, zdumiałem się na widok tej wspaniałej roślinności. Przypatrując się uważniej przedmiotom, zauważyłem, że na Marsie były one otoczone jakby różową mgiełką, z czego wywnioskowałem, że atmosfera tutejsza posiada dziwną właściwość zatrzymywania czerwonych promieni słonecznych, co nadaje powietrzu niezwykłą miękkość i ratuje Mars od chłodu, jaki powinien by tu panować, zważywszy wielkie oddalenie od Słońca. Podczas gdy napawał się cudownym obrazem otaczającej mnie natury, z tyłu za mną rozległ się plusk wody, co zmusiło mnie do odwrócenia głowy.
Zdziwienie moje nie miało granic, kiedym zauważył, że nawadnianie pól odbywało się przy pomocy dowcipnego systemu pomp działających automatycznie w zależności od wzniesienia Słońca ponad horyzontem. Gdy promienie słońca zbyt silnie nagrzewały kran regulujący działanie pomp, kran przekręcał się samoczynnie, otwierał i drobny deszcz spadał na spragnioną wilgoci roślinność. Wywnioskowałem z tego, że w dni mgliste i deszczowe kran nie nagrzewał się, pompy nie działały i roślinność polna zadowalała się naturalnym deszczem. W ten sposób nawadnianie działało automatycznie, nie wymagając specjalnego nadzoru. Zachwycała mnie ta pomysłowość i ze smutkiem przypominałem sobie, jak to u nas, na dalekiej rodzinnej ziemi dozorcy polewają ulice w dnie deszczowe, a siedzą z olimpijskim spokojem, założywszy ręce w dnie upalne i pełne kurzu. Przypuszczałem przeto, że mieszkańcy Marsa wyprzedzili nas znacznie, przynajmniej w dziedzinie nawadniania. Nagle z lewej strony rozległy się ciche dźwięki: szt, szt, szt, które przypominały brzęczenie wielkiego bąka. Szybko odwróciwszy głowę w stronę dźwięków, wpadłem w głębokie zdumienie widoku, jaki przedstawił się mym oczom. Wielka kosa stalowa, ostrze której błyszczało w słońcu jak lustro, posuwała się sama wzdłuż pola. Niewidzialna siła wprawiała w prawdziwy ruch kosę tak, że u nóg jej, mówię u nóg, gdyż maszyna ta posuwała się niczym żywa istota, tworzyła się złocista bruzda ze skoszonych kłosów.
Kłosy podcięte przy samym korzeniu lekko opadały na ziemię. Przypuszczam, że za kosiarką posuwała się jakaś inna, niewidoczna maszyna, gdyż w kilka chwil później niespodziewanie pojawił się piękny snop związany starannie. Kosiarka zaś posuwała się bez przerwy naprzód, wykonywując swe harmonijne ruchy i wydając dźwięk, który zwrócił moją uwagę. Ale dlaczego słońce tak silnie nagrzewa moje plecy? Odwracam się mimo silnego bólu w nodze i ze zdziwienia pozostaję dłuższą chwilę z otwartymi ustami. Blisko miejsca, gdzie upadłem, stał piec ogromnych rozmiarów, naładowany opałem, który teraz właśnie zapalił się dzięki całemu skomplikowanemu systemowi szkieł zapalających, które koncentrowały na nim ciepło słoneczne. Pókim się zapytywał w duchu, do czego mógłby służyć podobny piec, ukazała się zza niego jakaś wysoka maszyna, która chwytała świeżo zżęte snopy i wymłóciwszy ziarno, zmęła je na mąkę, którą przesyłała do następnej maszyny. Ta z kolei rozrabiała z mąki ciasto, z którego wytwarzała bardzo apetyczne bułeczki. Bułeczki wskakiwały niczym na komendę na blachy, wraz z którymi znikły we wnętrzu pieca piekarskiego, skąd pojawiały się już całkowicie gotowe do spożycia. Kimże byli ci ludzie, którzy umieli zaprzęgać w ten sposób do pracy siły przyrody?
Pytałem się pełen zdumienia. Kiedy pieczywo było już gotowe, usłyszałem szum jakiejś nowej maszyny. Rozwarł się otwór w piecu, z którego poczęły się sypać złociste bułki do wielkich koszów, oczekujących jakby z niecierpliwością na swój ładunek. Było około godziny siódmej rano, licząc według naszego ziemskiego sposobu i uważałem, że ludzie, którzy w podobnie cudowny sposób potrafią piec swój chleb, zjawią się niezawodnie, aby wykorzystać płody swej wynalazczości. Opanowała mnie niecierpliwość zobaczenia i usłyszenia tych ludzi. Jakiż jest ich wygląd? Czy są do nas podobni? Czy zrozumieją mnie? Jak mnie przywitają? Wszystko, co dotąd widziałem, mówiło, że są ludźmi cywilizowanymi.
Byłem szalenie zniecierpliwiony długim wyczekiwaniem na denerwujące pytania, jakie cisnęły mi się do głowy. Ale mieszkańcy Marsa nie lubią trudzić się zbytecznie. Kiedy wszystkie kosze zostały napełnione pieczywem, zaczęły się posuwać po torze, którego dotąd nie zauważyłem. I z szybkością strzały znikły za grupą wielkich drzew, najwidoczniej ukrywających przed mym wzrokiem najbliższe miasto. Co za rozczarowanie! Ze złością pomyślałem, że widocznie przelażę tutaj samotnie do dnia sądu ostatecznego. Ponure myśli błądziły po mej głowie, a przyjemny zapach gorącego chleba przypominał mi, że od wczoraj wieczór nie miałem nic w ustach. A prócz tego z braku apetytu ledwie skosztowałem coś niecoś podczas wczorajszego obiadu. Toteż chętnie bym znalazł coś do zjedzenia. Pochodzący z jakiegoś wielkiego, dziwnej formy przedmiotu, który się w powietrzu nade mną unosił.
Nigdy nie miałem się za tchórza, ale zjawienie się cienia wywołało wstrząs. Dziwne uczucie owładnęło mną i odczułem strach tak silny, że wywołało to nawet moje zdziwienie. Cóż to mogło znaczyć? Kto rzucał ten cień i dlaczego wywołał on we mnie uczucie dziwnego strachu? Czy był to ptak, czy obłok? Ale czy był sens denerwować się tak silnie, gdyby nawet był to wielki orzeł? Przecież nie porwie mnie w swych szponach jak jagnie. Zresztą strach, jaki mnie ogarnął, nie miał charakteru czysto fizycznego. Był to raczej jakiś paraliż mózgu, który boi się zobaczyć. Zobaczyć co?
Jakiś ogromny i wstrętny przedmiot, na widok którego zmrozi mnie przerażenie i umrę z wrażenia. Ale zanim miałem podnieść wzrok na tajemniczy przedmiot, postanowiłem uspokoić i przeczekać, aby serce przestało silnie bić w mych piersiach. Cień znieruchomiał. Stworzenie wiszące nade mną w powietrzu posiadało dwa wielkie skrzydła, o kształcie których mogłem sądzić z cienia widniejącego na piasku. Nagle usłyszałem szelest tkaniny jedwabnej. Ono zaczęło opuszczać się na ziemię i zatrzymało się o kilka kroków ode mnie. Przemogłem się mężnie, spojrzałem w górę i oniemiałem ze zdziwienia i zachwytu. Stworzenie, które stało nade mną, tak było podobne do naszego ziemskiego wyobrażenia anioła, które często oglądamy jako dzieci, że przyszło mi natychmiast do głowy, czym się aby nie pomylił i zamiast na Marsa nie trafił do nieba. Owego nieba, które tak mnie pociągało w moim dzieciństwie. Z trudnością udało mi się opanować i doprowadzić do jakiejś równowagi moje zdolności umysłowe.
To jest widocznie mieszkanka Marsa i wszyscy mieszkańcy planety mają skrzydła. Oto wszystko. Uspokajałem się w myśli. Do diabła! Oto są szczęśliwcy, którzy naprawdę mogą pochwalić się swoją organizacją. Myśląc o tym z zachwytem patrzałem na piękną istotę zamieszkującą nieznane krainy. Była to młoda dziewczyna, mogąca mieć około 20 lat. Zgrabna i czysta. Białe, szerokie ubranie z miękkiej i giętkiej tkaniny opadało wykwintnymi fałdami. Z lekka skłoniła swą główkę w moją stronę, tak, że mogłem zobaczyć jej cudną, boskiej piękności twarzyczkę.
Wspaniałe blond włosy błyszczały wokół jej białego czoła, a rysy twarzy przypominały starożytną boginię. Na pięknych ustach nie znać było nawet śladu uśmiechu, tak, żem się poczuł nieswojo pod spokojnym i poważnym wejrzeniem jej pięknych oczu, czystych i chłodnych jak woda górskiego potoku. Biała wstążka, jaką miała przewiązane czoło, podtrzymywała jedwabiste loki. Za plecami cudnego zjawiska srebrzystym blaskiem trzepotały dwa ogromne białe skrzydła. Nie wytrzymałem jej wzroku i opuściłem oczy. Co jednak nie przeszkodziło mi zauważyć cudownej barwy jej ciała, a ubranie rozcięte z boku prawie do kolan pozwalało mi widzieć i nóżkę, na widok której bladły by wszystkie ziemskie Wenery. Naprawdę była to cudowna mieszanina Wenery, Diany, anioła i kwitnącej młodości. Była to istota niezwykła, przepiękna, boska. Opierając się jedną ręką na złotej lasce, spoglądała na mnie poważnym, obojętnym i trochę dumnym wzrokiem, w którym przebijała zaledwie odrobina ciekawości. "Kim pan jest?" — spytała wreszcie.
Ku wielkiemu swemu zdumieniu doskonale ją zrozumiałem, choć przemówiła do mnie obcym językiem. Podczas gdy starałem się zdać sobie sprawę z tego dziwnego zjawiska, Marsjanka powtórzyła swe pytanie nieco głośniej po francusku, po angielsku, po hiszpańsku i jeszcze w kilku ziemskich językach. Milczałem jak osioł upojony muzyką jej srebrnego głosu. Często potem żałowałem, że od pierwszej chwili zaprezentowałem się w tak niepochlebnym świetle. Wyobraź mnie sobie z otwartymi szeroko ustami, wywróconymi oczami, bez ruchu, jak kłoda leżącego na ziemi. Miałem na pewno dość głupią minę. Nie mówiąc już o tym, że nasz ziemski ubiór wydał mi się w tej chwili okropnie kosy i szpetny. Moje krótko ostrzyżone włosy, mój kostium w kratę, moje szerokie kamasze, wszystko pokryte kurzem, który powstał przy moim upadku. Słowem muszę przyznać, że wrażenie, jakie mogłem uczynić na mojej nieznajomej, nie mogło być korzystne. Nigdy jednak przecież nie mogłem się oskarżać na swą powierzchowność.
A jeśli wierzyć mojej mamce, to zadziwiałem cały świat swą pięknością od pierwszej chwili owego szczęśliwego dnia, kiedym ujrzał światło dzienne. Ale w porównaniu z podobnie cudną istotą sam wydawałem się sobie jakimś nieszczęsnym i wstrętnym stworzeniem. W tej chwili byłbym chętnie zapadł się pod ziemię i wobec tego nie zdziwisz się, gdy powiem, że w dalszym ciągu milczałem jak zaklęty. Znudzona najwidoczniej tym milczeniem cudna córka Marsa zbliżyła się do mnie i bez żadnej ceremonii dotknęła mego podbródka swoją złotą laseczką, co zmusiło mnie do podniesienia nieco głowy. „Czy pan jest niemy?” — spytała w języku, w jakim zadała mi już swe pierwsze pytanie. Języku, który był mi obcy, a jednocześnie zupełnie zrozumiały. „Zachwyt pozbawił mnie możności mówienia” — wykrzyknąłem w zapale szczerości, uśmiechając się mile. „Aha” — odpowiedziała spokojnie. — „Skąd to pan przebywa?” — „Wprost z Ziemi” — odpowiedziałem z udaną obojętnością, myśląc, że zdziwię ją tym. „A więc wreszcie udało się im znaleźć środki do nawiązania kontaktu z nami?” — spokojnie spytała piękna Marsjanka.
„Im nic nie udało się znaleźć” — wykrzyknąłem gorąco. — „To ja z doktorem Brideau odważyliśmy się zrobić doświadczenie, o którym szerzej opowiadać nie byłoby teraz na miejscu. Hipnotyzm należy do nowych nauk.” — „Nowych?” — przerwała Marsjanka, podnosząc brwi, co nadało jej oczom wyrażenie najwyższej pogardy. — „To już kilkaset tysiącleci, odkąd już nie zajmujemy się hipnotyzmem.” Możesz sobie wyobrazić, jak głupią minę zrobiłem przy tej uwadze. „Dlaczego pan leży?” — ciągnęła swe badanie. „Chciałbym bardzo wstać, ale nie mogę. Przeciw losowi nic nie można zrobić. Upadłem tak nieszczęśliwie, że zwichnąłem, a może i złamałem nogę i boli mnie teraz okropnie. Aj!” — wykrzyknąłem nagle, zagryzłszy wargi, ale starając się wywołać na swej twarzy uśmiech męczennika. Nie traciłem jeszcze nadziei na wzruszenie jej serca swym wielkim cierpieniem, które znosiłem po bohatersku.
„Naprawdę nie bardzo to przyjemne, ale co robić? Trzeba przystosować się do okoliczności” — odpowiedziałem z udaną wesołością. „A po cóż znosić cierpienia?” — spytała chłodno. „Po co? Czy nie umie pan uniknąć cierpień? Szczerze mówiąc nie. A pani?” — spytałem tonem, który mnie samemu wydał się nieco za ostry. Przyznam, że zaczynała mnie drażnić zimna krew, z jaką odnosiła się do moich cierpień i nie boję się nazwać rzeczy po imieniu, do bohaterstwa, z jakim je znosiłem. „Wystarczy, abym zechciała, a cierpienia nie będą dla mnie istniały” — spokojnie odpowiedziała piękna Marsjanka, zbliżając do ust piękną kryształową gwizdawkę, która wisiała u jej pasa. Następnie oparła się wdzięcznie na swej złotej lasce, nie mówiąc ani słowa.
Widocznie oczekiwała na coś. Jej obojętność drażniła moją ambicję. Nie mogłem jednak odmówić sobie przyjemności, by chociaż ukradkiem nie napawać się jej wspaniałą pięknością. Ale gdybym nawet patrzył jej wprost w oczy, nawet wtedy nie wywołałbym jej zmieszania. Zachowywała się tak, jakby zupełnie zapomniała o moim istnieniu. Po pewnym czasie nad moją głową rozległ się szum skrzydeł. Szybko spojrzałem w górę i zobaczyłem wspaniałe stworzenie, które szybko leciało na swych ogromnych, rozpostartych skrzydłach. Jego cztery łapy skurczone były pod tułowiem, a poziomo sterczący ogon odgrywał rolę steru. Zwierzę wylądowało obok nas i z powagą zbliżyło się do młodej dziewczyny. Dopiero teraz zauważyłem, że był to pies z rodzaju naszych dogów, ale większy i ładniejszy.
Był z lekka złotawej maści i zdawało się mi, że białe skrzydła psa były przyczepione do grzbietu za pomocą pewnego rodzaju lekkiej uprzęży. W zębach trzymał niewielką szkatułkę, którą wręczył dziewczynie. Piękna Marsjanka pogłaskała psa i zbliżywszy się do mnie podała mi maść, którą wyjęła ze szkatułki. „To połączenie różnych lekarstw. Jest wynikiem prac naszych najmędrszych starców” — powiedziała mi. — „Potrzyj pan swoją nogę. Za minutę będziesz zdrów.” Byłem bardzo zakłopotany. Czyżbym miał zdejmować buty w obecności młodej dziewczyny? Widocznie zakłopotanie wyraźnie odbiło się na mojej twarzy, gdyż młoda dziewczyna spytała mnie otwarcie: „Czy nie krępuje pana?” Po czym odwróciła się ode mnie i pewnymi krokami oddaliła się w stronę grupy drzew, za którą znikła w towarzystwie swego psa. Raczej zerwałem niż zdjąłem but i skarpetkę.
Zakasawszy spodnie zacząłem z gorączkowym pośpiechem wcierać maść. Była ona zielonkawego koloru i wydawała bardzo przyjemny zapach, a w działaniu okazała się po prostu cudowną. Zgodnie z tym, co mówiła piękna nieznajoma, wystarczyło kilka minut, aby opuchlizna zeszła, zaczerwienienie ustąpiło i noga przestała mi dolegać. Skoczyłem na równe nogi i szybko włożywszy z powrotem but, pędem pobiegłem w ślad za moją cudną wybawczynią. Udało mi się dogonić ją przy zakręcie do lasu. Moje pierwotne przypuszczenia potwierdziły się całkowicie, gdyż w niedalekiej odległości od lasu widać było miasto, które na pierwszy rzut oka zdumiało mnie swymi rozmiarami. Ale lepiej przyjrzawszy się widokowi, jaki rozpościerał się przed mymi oczyma, przekonałem się, że swój wielki wygląd miasto to zawdzięczało zręcznemu rozplanowaniu. Poszczególne ogromne domy o przepięknej architekturze ginęły w otaczających je ogrodach, które nadawały im charakter will ukrytych w gęstym lesie. Dym i wyziewy fabryk nie zatruwały powietrza wielkiego miasta. Wesołe gaje i płodne pola ciągnęły się do samych murów miasta i zlewały się z jego ogrodami.
Podziwiając uprawne pola, na próżno szukałem na nich robotników zajętych pracą. Nigdzie ich nie było i za człowieka pracowały maszyny pięknego wyglądu i doskonałe w pomyśle i wykonaniu. Gdzieniegdzie widać było stada zwierząt domowych, ale i one nie pracowały, a spokojnie pasły się na zielonych łąkach. Na nasze spotkanie biegł piękny gniady koń. Przyszło mi do głowy, że może on stratować młodą dziewczynę swymi kopytami i dlatego rzuciłem się naprzód, aby zastawić ją swym ciałem. Ale moje bohaterstwo na nic się nie zdało, gdyż koń podszedł spokojnie do dziewczyny, wyciągając łeb w oczekiwaniu pieszczoty, po czym poszedł z nią, przyjacielsko wąchając jej włosy. W zachowaniu się konia i psa było tak mało cech zwierzęcych, że raczej przypominały bliskich przyjaciół dziewczyny. Idąc za nią zdążyłem zauważyć, że pola poprzecinane były we wszystkich kierunkach kanałami wyłożonymi marmurem, po którym płynęła krystalicznie przeźroczysta woda. Kiedy zbliżałem się do Marsa, zdumiał mnie absolutny brak na nim rzek i gór. Skądże pochodziła ta bieżąca woda?
Dałem sobie słowo, że zbadam tą tajemnicę podczas dalszego pobytu na Marsie. Tymczasem w mózgu moim rodziły się coraz to nowe pytania. Czy tutejsi mieszkańcy noszą jakieś imiona i czy nie będzie niedelikatnością, jeżeli poproszę panią, aby łaskawie powiedziała mi swoje imię? Zwróciłem się z pytaniem do pięknej nieznajomej. Niedelikatnością? Bynajmniej, mój panie. Nazywam się Akolea. Rozdział trzeci: Akolea. Przepraszam, ale jakim językiem przemawia pani do mnie? Jeśli się nie mylę, to jest jakiś dialekt starofrancuskiego języka.
Spytałem po chwili milczenia. Cieszy mnie bardzo, że nawet na Marsie język Voltaire'a, Racine i... Niechże pan nie trudzi się dalszym wyliczaniem. Przerwała piękna Akolea. Nie mówię po francusku. Pani nie mówi po francusku? — powtórzyłem w zdumieniu. Ale w takim razie jak mam wyjaśnić fakt, że panią świetnie rozumiem? To w żadnym razie nie zależy od pana i przypuszczam, że całkowita pańska wiedza lingwistyczna polega na znajomości francuskiego, do którego można by dodać kilka źle nauczonych słów angielskich i słabe wspomnienie łaciny. Zresztą jeśli by pan nawet władał językami jak Max Muller, a on znał ich, zdaje się około tysiąca, to i to na nic by się panu nie zdało, gdybyśmy odznaczali się takim zacofaniem jak wy.
Ale koniec końcem — odpowiedziałem z niedowierzaniem. Słyszę panią i rozumiem, a ponieważ w żadnym razie nie mogę pochwalić się znajomością języka używanego na Marsie, więc trudno mi zrozumieć. Rzeczywiście? W takim razie spróbuj pan powtórzyć choćby jedno zdanie z tych, które teraz wymawiam. Ale przecież to jest takie proste. Ile tylko pani zapragnie. Ale niech pan najpierw spróbuje, a dopiero potem zapewnia mnie. Żądanie to wydało mi się dziecinne, ale grzeczność wymagała, abym przystał na nie i spróbowałem wymówić najpoprawniej ostatnie słowo, które powiedziała moja towarzyszka. Ale gdzie tam. Zdawało mi się, że je jeszcze słyszę, a w samej rzeczy wyleciało już z mej pamięci.
Co za roztargnienie. Być może, że winną jest moja chwilowa głuchota. Ale nie, przecież zupełnie wyraźnie słyszałem jej ostatnie zdanie i pamiętam dokładnie jego sens, ale żadnego słowa nie zatrzymałem w pamięci. Próbowałem przypomnieć sobie jakieś inne słowo słyszane przeze mnie dawniej, ale i to mi się nie powiodło. Moje zmieszanie równe było zdumieniu. W takim razie — rozpocząłem. Nietrudno mi powtórzyć to, o czym mówiliśmy z panią. Co do tego nie spieram się, ale nie w tym rzecz. Pytam pana, czy jest pan w stanie powtórzyć moje słowa. No, choćby te, które teraz wymawiam.
Nie, nie mogę — odpowiedziałem zawstydzony. Ale czy nie byłaby pani tak dobra wyjaśnić mi tego cudu? Już bardzo, bardzo dawno — z dumą odpowiedziała Akolea. Dzieci Marsa pozbyły się tego nędznego bełkotu, który wy, mieszkańcy Ziemi nazywacie językami. Odkryliśmy jedną z najważniejszych tajemnic wszechświata i rozumiemy język, jakim przemawia wszechświat. Nasza nauka zrozumiała język stanowiący cząstkę każdego bytu. Nasza nauka uwolniła nas od musu mówienia żargonami odpowiadającymi tym lub innym istotom. Ale mimo to rozumieją nas wszystkie żyjące istoty. Będę równie dobrze zrozumiana na Saturnie, jak i na Jupiterze. Słowem na każdej planecie naszego systemu słonecznego.
Zresztą o słuszności moich słów miał pan osobiście sposobność przekonać się. Zdumiewające! — wykrzyknąłem mimo chęci ukrycia swego entuzjazmu, do czego skłaniała mnie zbytnia duma pięknej Marsjanki i jej nieukrywana lekceważenie, w którym było mało pochlebnego dla mnie. A czy można nauczyć się tego języka nie mając zaszczytu należeć do mieszkańców Marsa? Wątpię w to — odpowiedziała Akolea, przy czym jej jasne i chłodne spojrzenie przesunęło się po moim ciele. Zdaje mi się, że nie jest pan specjalnie obdarzony zdolnościami lingwistycznymi. Otóż masz. A ja przecież tak byłem dumny z tego, że mam silnie rozwiniętą trzecią bruzdę w przedniej części mózgu. Nie mogłem też powstrzymać się, aby się nieco nie pochwalić. „Bardzo mi przykro, ale wątpię, czy pani ma rację” — zacząłem.
— „Oprócz mego ojczystego języka znam jeszcze, i to nawet biegle, angielski, niemiecki, włoski i hiszpański. A co się tyczy łaciny, to ta nie tak znów wywietrzała mi z głowy, jak to pani była łaskawa zauważyć. Nie mówiąc już o grece.” Przerwała mi z lekceważącą miną. „Trzeba przyznać, że pańskie zasoby nie są zbyt obfite, a jednak na Ziemi pańskie umiejętności uważane są za coś nadzwyczajnego. Wiem, że pana uważają tam za uczonego.” „Co?” — zawołałem ze zdziwieniem, czując jednocześnie, że moje rozdrażnienie zaczyna mijać. — „Czyżbym miał szczęście być pani znany?” „Wiem, że pan się nazywa Asa Hänsel Ange” — odpowiedziała Akolea z takim wyrazem, że od razu usunęła wszystkie podejrzenia o samochwalstwo. — „Bacznie śledzimy pracę wszystkich astronomów mieszkających na planetach naszego systemu słonecznego.” „A więc pani zajmuje się astronomią?” „Mój ojciec jest jednym z najsłynniejszych naszych astronomów, a ja od dawna już jestem jego pomocnicą.” Usłyszawszy te słowa, zapomniałem o swym rozdrażnieniu i zapytałem z ciekawością właściwą każdemu człowiekowi oddanemu pracy naukowej: „Czy może mi pani powiedzieć, czy satelita naszej Ziemi jest zamieszkały? Zagadnienie to wywołuje u nas liczne spory naukowe. Co do mnie osobiście, to skłonny bym był rozstrzygnąć to zagadnienie w sensie raczej negatywnym. Po pierwsze — rozrzedzona atmosfera...
” „Dowody pańskie są niewątpliwie bardzo przekonywujące. Niemniej jednak Księżyc jest zamieszkały. Mieszkańcy Księżyca nie bardzo interesują się wyrokami waszych uczonych, a żyją sobie i oddychają na swój sposób. Wszystkie wasze błędy pochodzą z tej nietolerancji, która kwitnie u was na Ziemi i od której winien był uwolnić się człowiek poświęcający się szlachetnej nauce astronomii.” Obraźliwe słowa tego pięknego anioła ogromnie mnie zmieszały, ale wspomniawszy o współczuciu, z jakim się odnosiła do moich niedawnych cierpień, odważyłem się zapytać: „Przypuszczam tedy, że pani widziała we mnie kolegę astronoma i że tylko tej okoliczności zawdzięczam pomoc, jakiej mi pani niedawno udzieliła.” „Bynajmniej. Ład i porządek panują na Marsie i nie mogę pozwolić, aby w posiadłościach mego ojca cokolwiek mogło pozostawać połamane lub zniszczone.” Tego tylko brakowało. Naprzód uważano mnie za dzikusa, a teraz odnoszą się do mnie niczym do jakiegoś tam krzesła, które wymaga naprawy. „A więc” — ciągnąłem, nie będąc w stanie strawić pogardy, z jaką ta piękność się do mnie odnosiła. — „Nie chce pani widzieć we mnie kolegi?” „Kolegi?” — powtórzyła. — „Czy możliwe jest u was zbratanie się przedsiębiorcy i niewykwalifikowanego robotnika?” „Robotnika” — powtórzyłem w myśli, odczuwając silne oburzenie. — „Czy pani zapomina o wielkich dziełach, którychśmy na Ziemi dokonali?
A może pani, córa Marsa, posiada mniej wiedzy, niż przypuszczałem?” „Niechże pan wymieni te dzieła” — powiedziała sucho. „Wykorzystaliśmy siłę pary” — zacząłem z zapałem. — „Zawładnęli elektrycznością, więzili pioruny i ujarzmili siły przyrody. Zważyliśmy Słońce i określili jego skład. Fotografujemy waszego Marsa i... ” „A czy udało wam się usunąć cierpienie z waszego życia?” — z godnością zapytała Akolea. — „Czy udało się wam ochronić ciało od niszczącego działania czasu? Czy udało się wam, mówiąc słowami jednego z waszych mędrców, choćby o cal podwyższyć wasz wzrost? Zdaje mi się, że rozwiązaliście raczej odwrotne zagadnienie i wzrostu sobie ujęli.” Milczałem. „Czy się udało wam usunąć ze swego życia cierpienie?” — nastawała Akolea.
„Nie udało nam się w zupełności rozwiązać tego zagadnienia” — odpowiedziałem pod przymusem. — „Niemniej jednak mamy środki znieczulające.” „Doskonałe są te wasze środki. Na przykład morfina, powie pan. Ależ to znaczy jedno zło naprawiać drugim. Może się pan jeszcze pochwali trującym chloroformem. A czy możecie istnieć, nie uciekając się do mordowania biednych zwierząt?” Boże mój — pomyślałem. — A tom ci się dostał między jaroszów. Tylko tej niespodzianki mi brakowało. A właśnie teraz z taką chciwością rzuciłbym się na porządny befsztyk. „Muszę przyznać się, żeśmy tego jeszcze nie osiągnęli” — ciągnąłem dalej głośno.
— „Ale prawdę mówiąc, czy pani nie zauważa, że silne muskuły i różowe policzki możliwe są tylko... ” „A czy w porównaniu z panem wyglądam anemicznie? Niemniej jednak raz na zawsze zabroniliśmy tej wstrętnej rzezi.” Ale nie skończyliśmy jeszcze. Przed chwilą chwalił się pan, żeście ujarzmili siły przyrody. Czy umiecie latać? Na to odpowiedziałem: trzeba mieć skrzydła, a natura zapomniała nas właśnie obdarzyć tą ozdobą. A więc pan myśli, że nasze skrzydła wyrastają nam z pleców? — zapytała Akolea i po twarzy jej prześlizgnął się cień uśmiechu, który mi się wydał boskim. Jak to? — zawołałem z kolei, wpadając w prawdziwy zachwyt.
— Czyżby ta przepiękna ozdoba była dziełem waszej sztuki? Poczułem ogromną ulgę na myśl, że ta piękna, a nierozmowna osoba nie była swego rodzaju cudownym ptakiem. Uccel divino, jak mówił Dante, ale jej skrzydła nadal wprawiały mnie w zmieszanie. Co za dziwne pytanie — odpowiedziała. Ubieramy te skrzydła, gdy udajemy się w drogę i nie są one tak brzydkie jak wasze parasole i płaszcze deszczowe, a za to daleko pożyteczniejsze od nich i doskonale chronią nas przed niepogodą. Ale do rzeczy. Śmiał pan przeprowadzić porównanie między Marsem a Ziemią. Niech więc pan sam siebie wini, jeżeli skutki pańskiego zuchwalstwa nie będą panu zbyt przyjemne. Co mi pan powie, jeżeli zapytam, dlaczego na Ziemi obok piękna istnieją cielesne potworności i tak często zatruwają wam życie? I nadal prowadziła badania niczym sędzia śledczy.
Ale ten spór zaczął mnie wprawiać w rozpacz. Nie mogłem spokojnie znosić tej pogardy, która całymi potokami lała się na moją biedną Ziemię, podczas gdy moje do niej przywiązanie wzrastało z każdą chwilą. Na próżno szukałem jakiegokolwiek poważnego argumentu, który by zmusił tę arogancką osobę do milczenia. Na nieszczęście ona miała słuszność, a dowodem tego były owe cuda, które widziałem przed jej przybyciem i te doskonałości, których uosobieniem była moja piękna przeciwniczka. W każdym jednak razie zbytnio już nadużywała swej wyższości. Pan nie odpowiada? — zapytała ironicznie. Wydało mi się, być może było to tylko złudzenie, że jej spojrzenie prześlizgujące się po mnie wyrażało niezbyt pochlebne mniemanie o mojej powierzchowności. Już przedtem powiedziałem, że nie mogę skarżyć się na swą powierzchowność. Niech pani nie myśli, że opieram się wyłącznie na świadectwie mej starej mamki, o której już pani wspominałem.
Ta dobra staruszka uważa mnie za pięknego mężczyznę i chętnie opowiada o tym każdemu, kto ma czas jej posłuchać. A prawdę mówiąc, proszę mi wierzyć, że tylko konieczność zmusza mnie do zrobienia tego wyznania. Moja mamka nie jest jedyną osobą podzielającą to mniemanie. Mówiąc szczerze, pośród wszystkich swoich przyjaciół cieszę się reputacją człowieka, który może się szczycić swą powierzchownością. I teraz właśnie przyszło mi na myśl, by zręcznym nawiasem ocalić cześć mieszkańców Ziemi. Niech pani nie sądzi o mieszkańcach Ziemi na podstawie tego marnego wzoru, który pani widzi przed sobą i który pośród swoich współobywateli zajmuje jedno z ostatnich miejsc — powiedziałem, z powodzeniem grając rolę nader uniżoną. Proszę zaniechać tych podstępów i nie wplątywać się jeszcze bardziej. Bez najmniejszej względności — odpowiedziała Akolea. Proszę pamiętać, że przez nasze teleskopy widzimy was tak wyraźnie, jak wy przez swoje lornetki widzicie Sarę Bernard, kiedy raczy grywać przed wami. No dosyć.
— ciągnęła z pewną wspaniałomyślnością. Pozostawmy to zagadnienie. Szanuję te uczucia, które panu każą bronić ziemi i dobrze rozumiem, że panu nieprzyjemnie należeć do rasy garbusów, kulawych i karłów. A czy na Marsie nie ma takich nieszczęśliwców? — zawołałem, chociaż ogarnął mnie mimowolny zachwyt. Mars od dawna już pożegnał się z potwornością we wszystkich jej przejawach. I niech się pan zgodzi ze mną, że przede wszystkim od tego należy zaczynać. Bo cóż znaczy życie pozbawione piękna? Łatwo powiedzieć — odpowiedziałem z niechęcią. Siebie samego przerobić nie można, a i potwór chce żyć.
Nie widzę w tym żadnej konieczności — odpowiedziała najzupełniej poważnie. Te słowa, pełne arystokratycznej wzgardy dla istot niższych, wywarły na mnie tak ujemne wrażenie, że nawet ta, która je wypowiedziała, wydała mi się mniej czarującą niż przedtem. Czy nie zarządza pani przypadkiem, abyśmy jak Spartanie rzucali w przepaść tych, którzy rodzą się z ułomnościami cielesnymi? Bardzo dziękuję. Tak wysokiego stopnia cywilizacji dotychczas nie zdołaliśmy osiągnąć. Wątpię, czy na Marsie znajdzie się zwolennik takiego okrucieństwa — odpowiedziała Akolea. Jej te słowa uczyniły ją w moich oczach piękniejszą niż przedtem. Pan mnie nie rozumie. Mówię nie o niszczeniu zła, ale o zapobieganiu mu. Ale czy istnieją środki po temu?
Znaleźliśmy je. Słowa te dały mi trochę do myślenia. Przecież to jakieś królestwo doskonałości. Ani chorób, ani brzydoty, ani jakichkolwiek nieporządków. Ale może właśnie dzięki swojej doskonałości życie na tej planecie jest nieinteresujące. Ta myśl dodała mi odwagi i moja biedna, brzydka, ośmieszona Ziemia wydała mi się stokrotnie milszą od tego raju, w którym wszystko było wymierzone i przewidziane. I to ja z kolei podjąłem śledztwo. A więc Mars — powiedziałem. Zamieszkany jest tylko przez pięknych mężczyzn i piękne kobiety. Bez wątpienia.
I mówiąc szczerze, panie nie uważają za cudowne zjawisko. Wiem, że u was na Ziemi zwykło się mówić kobietom takie płaskie komplementy — powiedziała Akolea, zarumieniwszy się z lekka, co zresztą uczyniło jej twarzyczkę jeszcze bardziej uroczą. Jak to? — zawołałem, czując, że po trosze zaczynam brać górę. Czyż u was na Marsie nie ma zwyczaju mówienia damom komplementów? U nas uprzejmość pojmuje się inaczej. Ale w takim razie musicie nudzić się śmiertelnie. Akolea spojrzała Mnie z niezadowoleniem. "Proszę mi wybaczyć natręctwo" — ciągnąłem dalej — "ale to stanowi dla mnie zagadnienie pierwszorzędnej wagi. A więc pani twierdzi, że na Marsie wszystkie kobiety są jednakowo piękne?
Tak myślę. Ta jednostajność musi być nużąca" — oświadczyłem zdecydowanym tonem. "Opinia ta dowodzi pańskiej ignorancji." — "Niech pani powie raczej, że brzmi w niej głos proroczego ostrzeżenia" — odpowiedziałem z zapałem. — "Wasze życie musi być śmiertelnie nudne. Nie ma w nim ani braków, ani niepokoju, ani oczekiwań, nadziei czy współzawodnictwa, a instynkt mi powiada, że nie ma i cienia tego, co my nazywamy flirtem." — "Mój panie" — przerwała Akolea, widocznie tracąc swą pewność. — "Nie ścierpię, by w mojej obecności mówiono o naszej planecie bez szacunku." Ale trudno już było powstrzymać mnie. Jakkolwiek nieznaczny był mój pierwszy sukces, dodał mi przecież śmiałości i argument, którego szukał na próżno, nieoczekiwanie stanął przed oczyma mej myśli. "Marsjanie nie osiągnęli doskonałości" — powiedziałem z przekonaniem. — "I my Ziemianie niewiele mamy im do zazdroszczenia. Powiem więcej, Mars powinien uchylić czoła przed geniuszem Ziemi.
Nam bowiem udało się rozwiązać jedno z tych zagadnień, przed którymi cofnęła się wasza dumna nauka." — "Cóż pan chce przez to powiedzieć?" — zapytała Akolea swym poprzednim, pełnym wyższości tonem, w którym jednak dawała się odczuć pewne zaniepokojenie. W głosie moim bowiem brzmiał nieukrywany triumf. Ja zaś już z góry syciłem się swoim zwycięstwem i nie spieszyłem odkryć swych kart. "Ależ to jasne. Tylko ślepy może tego nie widzieć." — "Ja także nie widzę" — odpowiedziała z widoczną urazą. "Zacznijmy od tego, że Ziemia jest większa od Marsa." — "Czyż w tym streszcza się cała wasza wyższość?" — zapytała, wahając się między bojaźnią a pogardą. — "A ja myślałam, że pan mi powie coś naprawdę godnego uwagi. Czyż nie wie pan, że jedna uncja dobrze zorganizowanego mózgu ma większą wartość niż cała wasza planeta, jakiekolwiek by były jej zamiary?" — "Nie przeczę, ale nasz drogi niekształtny glob ze swymi kaloszami i deszczochronami, rzeziami i klęskami, ze swymi garbatymi i pozbawionymi skrzydeł mieszkańcami. Jednym słowem cała nasza Ziemia stanowi planetę, na której życie niegodne chyba tej pogardy, którą pani okazuje mi łaskawie i gotówem założyć się, że gdyby się pani udało w ten czy inny sposób dostać na Ziemię, za nic w świecie nie chciała by pani jej opuścić." — "Pan chyba drwi ze mnie" — odparła tonem, w którym brzmiało cierpienie. — "Jeżeliście rzeczywiście rozwiązali jedno z tych zagadnień, z którymi się na próżno zmagamy, niech mi pan powie od razu, nie zmuszając mnie do dalszego oczekiwania." — "Powiem krótko.
Udało mi się dostać na Marsa. Niech pani powie prawdę, ileż to razy na próżno posyłaliście waszych argonautów na Ziemię? I jeżeli wam się nie udało wydostać z waszego ciasnego więzienia, mimo wszystkie zalety, o których tyle mówicie i które zresztą rzucają się w oczy, to złóżcież przynajmniej dar podziwu geniuszowi ludzkiemu, który tego czynu umiał dokonać. Spodziewam się, że pani nie będzie we mnie wmawiała, jakoby ta podróż nie wydała się wam interesująca i że tylko dlatego nie zwiedziliście Ziemi, którą jednak badacie tak dokładnie. Jeżeli zaś nie jesteście w stanie dostać się na Ziemię, to i wszyscy wasi sąsiedzi w przestworzach międzyplanetarnych są wam niedostępni. A skoro nam udało się doprowadzić do końca przedsięwzięcie, o które rozbiły się wszystkie wasze usiłowania, to..." w zapale argumentacji niemalże nie zważałem na Akoleę. Spojrzawszy jednak na jej twarzyczkę, zatrzymałem się zmieszany widokiem skutków mej małej zemsty. Widocznie potrąciłem o jej słabą stronę. Czoło mej uroczej przeciwniczki zachmurzyło się. Źrenice błyszczały ukrytym ogniem, a rumieniec oburzenia pokrywał jej delikatne policzki.
Jakem to już powiedział, nieco ożywienia, choćby i gniewnego, nie zawadzało i chociaż Akolea w tej chwili odnosiła się do mnie z niechęcią, w duszy mej obudził się artysta i mimo woli zachwycałem się tą nową pięknością, którą wzruszenie nadało tej boskiej twarzy. Z mych entuzjastycznych słów nietrudno wnioskować, że właściwie leżałem już u stóp uroczej córy Marsa i że mogła ona rozporządzać mną jak swoim niewolnikiem, chociaż we wzajemnym naszym stosunku nie było ani cienia uprzejmości, a uczucia odzwierciedlające się na jej przepięknym obliczu nie miały nic wspólnego z przychylnością. Możecie sobie wyobrazić, co się działo ze mną, gdy surowy wyraz jej twarzy zmienił się nieoczekiwanie. Komuż nie zdarzyło się obserwować tej cudnej chwili, kiedy to promień słoneczny niespodziewanie rozjaśni jakiś las ponury lub zaigra na fali zmętnionej. Niejeden poeta opiewał tą chwilę, której urok jednako jest dla wszystkich śmiertelników dostępny. Któż jednak podejmie się opisać tą zmianę, która zaszła w Akolei, kiedy zachwycający uśmiech rozjaśnił rysy jej twarzy, jej dziecięco czyste czoło, jej błyszczące oczy, jej oślepiająco białe ząbki? Kto opisze ten czar niezmierny, którym tchnęła w tej chwili cała jej istota? Przed chwilą zdawała się gniewnym aniołem śmierci. Teraz jej piękne oblicze wyrażało jedynie dobroć nieskończoną. "Poddaję się." — powiedziała.
Bądźmy przyjaciółmi. Dla Marsjan nauka stoi na pierwszym planie. To ich bogini wszechwładna. I to dziecię urocze, zupełnie szczerze, choć nie bez smutku, przyznawało się do porażki. Wiedzieć albo nie wiedzieć uważane jest na Marsie za równie fatalne, jak być albo nie być. I takie tutaj panuje poważanie dla nauki, że od razu stanąłem na równej stopie z Akoleą, skoro przypomniałem jej, że udało się nam rozstrzygnąć jedno z tych wielkich zagadnień naukowych, z którymi oni na próżno się borykają. Po prawdzie nie tak to łatwo dostać się z jednej planety na drugą. Ale chociaż i spodziewałem się trochę podnieść w oczach Akolei, to jednak wcale nie oczekiwałem tak zupełnej przemiany mej byłej nieprzyjaciółki. „Powinnam pana przeprosić” powiedziała z czarującą pokorą, z którą jej było stokroć bardziej do twarzy niż z poprzednim wyrazem dumnej nieprzystępności. „Postępowałam z panem w sposób niegodny.
Jakże bym śmiała patrzeć z góry na człowieka, który dokonał tak wielkiego wynalazku? Ja, która w wieku lat 20 nie dałam nauce nic nowego.” Zabawne mi się wydało to rozgoryczenie, którego doświadczała ta piękna dziewczyna na myśl, że wyprzedzono ją na polu tych mało ponętnych umiejętności, którymi tak mało interesują się u nas jej rówieśnice. Ale wbrew wzbierającemu we mnie śmiechowi starałem się trochę pocieszyć biedną Akoleę. Czyż warto zresztą wspominać, że moje uczucia względem niej, uczucia, o których mówiłem przed chwilą, wzmogły się jeszcze bardziej, odkąd na jej twarzy zjawił się promienny uśmiech. Jeszcze chwila, a ofiarowałbym jej swą rękę i serce, ale powstrzymała mię resztka dawnej ostrożności. Po pierwsze, w tej chwili mało bym podobny do przystojnego konkurenta. Po drugie zaś każdy doświadczony podróżnik wie dobrze, że różne narody najbardziej różnią się od siebie właśnie obyczajami przedmałżeńskimi. Któż zresztą mogą mi ręczyć, że córy Marsa nie korzystają z prawa własnowolnego wyboru i publicznego o nim ogłaszania? A wreszcie taka dzielna osoba jak Akolea może wcale nie ma zamiaru krępować się więzami Hymena. Jednym słowem, po krótkim wahaniu zapytałem po prostu: „A więc skorośmy zawarli pokój, czy nie przedstawi mnie pani swym rodzicom?” „Owszem” odpowiedziała, widocznie zaprzątnięta jeszcze jakąś myślą.
„Ale w takim razie musimy się pośpieszyć.” Nie mogłem powstrzymać się od zapytania, czy to daleko. Zmęczenie dawało mi się we znaki. Nie obawiam się pieszych spacerów i z moim czułankiem zwiedziłem całą Francję, przy czym na przemian nosiliśmy siebie nawzajem. Ale to była dziecięca zabawka w porównaniu z tą podróżą, której właśnie dokonałem. „Nie, niedaleko” odpowiedziała. „Zaledwie jakieś 12 kilometrów.” „12 kilometrów. Spory kawałek drogi.” „ Ech, to nic. Jednym zamachem skrzydeł.” „Ależ ja ich nie mam.” „Już ja się panem zaopiekuję.” Zawołała swego psa. Dała mu, jak przedtem jakiś rozkaz i po chwili zwierzę wróciło, przynosząc parę skrzydeł. „Czy potrafi je pan ubrać?” „Wątpię” odpowiedziałem obłudnie.
Cała rzecz w tym, że chciało mi się przypatrzeć, jak piękna i dumna Akolea zabierze się do usługiwania mi. „Pokażę panu, jak się to robi” powiedziała uprzejmie. Skrzydła te ubierało się jak palto. Ciężar ich był zupełnie nieodczuwalny. „A co dalej?” zapytałem. „Teraz pozostaje tylko pofrunąć.” I zaczęła unosić się w powietrzu. Poszedłem za jej przykładem. Było to rozkoszne i daleko bardziej interesujące niż którykolwiek ze znanych mi sportów. Początkowo gnębiła mię trochę myśl, że chyba wyglądam bardzo śmiesznie w powietrzu, lecz uciecha, jakiej mi dostarczył nowy sport, zmusiła mię zapomnieć o tem. I kiedy Akolea, niczym gołąbek, opuściła się na ziemię przed złotą kratą jakiegoś przedziwnego ogrodu, pożałowałem nawet, że nasza podróż trwała tak mało.
Najwyżej kwadrans. Rozdział czwarty. Sam na sam. Widniejąca w oddali willa ze wszech stron była okrążona parkiem i wszędzie rozpościerały się kwiaty, których zapach był tak silny, że mnie niemal oszołomił. Zdawało mi się, że nie będę w stanie oddychać tym cudownym aromatem, a jednocześnie piękno otaczającego mnie kwiecia wycisnęło mi z oczu mimowolne łzy. Akolea spojrzała na mnie z uśmiechem. „Trzeba przyznać” powiedziała, „że dzieci ziemi są nader słabymi istotami. Bledną od bólu, omdlewają od silnego zapachu, a czasem jak mięczak lub roślina, apatycznie przyjmują rozkosz i cierpienie. Do czegoż tedy służy wam rozum? My wyciągamy z niego korzyści i opanowujemy siły przyrody.
Chyba zgodzi się pan, że bardziej niż wy zasługujemy na miano królów wszechświata.” Nie próbowałem nawet przeczyć jej, bo głęboko byłem przekonany o słuszności jej twierdzenia i potężnym wysiłkiem woli otrząsnąłem się z oszołomienia, które mną owładnęło. I w ślad za młodą dziewczyną pewnym krokiem wszedłem na taras. Dom, do którego mię wprowadziła, był zbudowany z przeźroczystego marmuru. Jego barwa biała i różowa przedstawiała takie samo urocze połączenie, jakie widniało na twarzyczce mej cudnej przewodniczki. Drzwi wejściowe zrobione ze złota o różnych odcieniach wydały mi się szczytem sztuki czeladzkiej. W przejściu udało mi się zauważyć, że na tych drzwiach wyobrażony był szereg scen z dziejów świata i z dziejów sztuki, która na Marsie tyle wspaniałych zwycięstw odniosła. Ale Akolea nie dała mi czasu na podziwianie siedziby, która pośród zieleni ogrodu wyglądała jak soczysty, dojrzały owoc spoczywający na mszystym, miękkim podłożu. Szybko poprowadziła mnie przez obszerną salę ozdobioną kosztownymi metalami i różnobarwnymi marmurami. Posadzkę pokrywały tutaj dywany, w porównaniu z którymi najwspanialsze dzieła Wschodu wydawałyby się bezbarwnymi i bezwartościowymi łachmanami. Wielkie okna udrapowane były portierami z jakiejś ciężkiej, a zarazem gibkiej tkaniny, która różnorodnością swych barw harmonizowała z rozległością otaczających nas ścian.
Tuż obok tej wspaniałej sali znajdowała się inna, o mniejszych wymiarach, która jak mi się wydawało była przeznaczona dla Akolei. Drzwi wiodące do tej sali zrobione były ze srebra, a ściany migotały jak perły. Zamiast jakichkolwiek ozdób na posadzce pokrytej cienkim kobiercem stały duże doniczki bladozielonego koloru, w których wspaniale rozwijały się rzadkie rośliny. Na lekkich, wykwintnych meblach leżały jedwabne poduszki pokryte jedwabiem, którego delikatne, przyćmione barwy przyjemnie pieściły wzrok widza. Na ścianie przeciwległej do drzwi wejściowych wisiał portret młodej dziewczyny, odznaczający się tak uderzającym, gotów bym nawet powiedzieć, takim przerażającym podobieństwem, że cofnąłem się i nie mogłem powstrzymać się od głośnego okrzyku. Gdyby Akolea nie znajdowała się obok mnie, gotów byłbym przysiąc, że to ona stoi tam w owalnej ramie pobłyskującej krawędziami diamentów. To było życie, samo życie i zdawało się, że pierś dziewczyny podnosi się z lekka, że nieodczuwalny wietrzyk pieszczotliwie igra jej włosami. A ten wilgotny blask jej oczu, jakiż pędzel mógłby go oddać? A wokół tego czarodziejskiego zjawiska powietrze płynęło tak naturalnie, jak nie potrafił jeszcze wyobrazić żaden z największych malarzów ziemskich. Na widok mego zmieszania Akolea znowu się uśmiechnęła.
„A więc mój portret podoba się panu?” — zapytała. — „Rzeczywiście, tego dnia wyglądałam niebrzydko. Mój ojciec potrafił wybrać odpowiednią chwilę.” — „Pani ojciec?” — „Tak. To jego dzieło. Gotowa założyć się, że zgaduję pańskie myśli. O Boże, jakiż to wielki kolorysta! Jakież to wróżki przyrządzały farby, w których zamaczał swój genialny pędzel? Jacy wielcy malarze zamieszkują pośród Marsjan? A więc niechże się pan dowie, kochany Asafie, że tu nie ma mowy o malarstwie. Przed jakimiś sześciu tysiącami lat zeszli ze sceny ostatni malarze.
Dlaczego? Ależ po prostu dlatego, że jednemu z naszych przodków udało się unieruchomić i utrwalić w zwierciadle odbicie w takim stanie, w jakim się ono wytworzyło. Nasi artyści musieli porzucić swe pędzle, mimo że między dawnymi malarzami były wybitne talenty. Ale od owego odkrycia żadna Marsjanka nie powierzyła swej piękności jakiemuś tam niezgrabnemu pęczkowi szczeciny. Czyż można przecież porównać najpiękniejsze dzieła malarstwa z tą doskonałością w odtwarzaniu przedmiotów?” — dodała, ukazując portret swą śnieżnobiałą rączką. — „Gdybym stanęła obok niego, nigdy byś pan nie odróżnił obrazu od oryginału. Doskonale rozumiem smutek, który pana ogarnia na myśl, że wasze ziemskie sztuki piękne znajdują się w stanie nader prymitywnym. Ale niech pan pomyśli, że najpiękniejsze malowidło jest rzeczą pozbawioną życia. Artyści pracowali tyle wieków, a do czego doprowadziły ich trudy? Jeśli malarz chce osnuć rysy twarzy miękkim, przeźroczystym cieniem, pod którym czułoby się płynącą krew i drgania wrażliwej skóry, ucieka się do pomocy szkaradnej mieszaniny smoły z cuchnącym olejem.
Mając do rozporządzenia jedynie martwe farby, staracie się oddać blask ludzkiego ciała, złocisty puszek aksamitnej skóry, ogień płynący w oczach lub jedwabistą miękkość falujących loków. Czyż to nie szaleństwo? Od dawna już wyzwoliliśmy się od tej niewdzięcznej pracy i w naszych zwierciadłach utrwalamy schwytane życie z jego atmosferą i otoczeniem. Oto dlaczego mój portret podoba się panu i będzie podobał nawet po upływie wielu wieków, kiedy już to znikome ciało rozpadnie się na swoje części składowe.” Ze zdziwieniem słuchałem słów Akolei, wpatrując się w jej portret, którego oczy tak dużo mówiły memu sercu i zdawało mi się, że te piękne usta otwierają się z lekka. Rzęsy drgają czasem. Na portrecie Akolea była przedstawiona w czarnej, prawie zupełnie przeźroczystej sukni i jej złociste włosy spływały po ciemnej tkaninie niczym potoki najczystszego miodu. Mimo tego chciałem nieco podreperować reputację mej biednej ziemi. I my mamy fotografie — powiedziałem sucho. No tak, to pierwszy krok ku ulepszeniu — odrzekła spokojnie. — Warto by tylko wiedzieć, kiedy będą poczynione dalsze postępy w tym kierunku.
W głębi duszy zupełnie zgadzałem się z Akoleą. Mówiła mi pani o swym ojcu — ciągnąłem po chwili milczenia. — Czy będę miał zaszczyt być mu przedstawiony? Nie bez ukrytego zamiaru odwróciłem rozmowę od drażliwego tematu dotyczącego stosunkowej godności naszych planet. Ależ owszem. Tylko że to będzie zależało od tego, czy on już powrócił. Jeżeli się nie mylę, znajduje się teraz na drugim końcu świata. Jeśli się pani nie myli? A więc pani nie jest tego pewna? Skądże mam o tym wiedzieć.
On nie ma zwyczaju powiadamiać mnie o swych zamiarach. A zresztą ja sama dopiero dziś rano powróciłam z podróży. A czy długo potrwa podróż pani ojca? To zależne od wielu okoliczności. Jeżeli spodoba mu się pobyt u naszych antypodów, to powróci nieprędko. I nie powiadamia o tym swojej rodziny? Nie żegna się z nią uprzednio? A czy nie ma prawa robić, co mu się podoba? — zapytała z kolei Akolea i w głosie jej brzmiało tak szczere zdziwienie, że uważałem za bezpożyteczne dyskutować z nią dłużej. Widocznie wasze życie rodzinne ogromnie różni się od naszego ziemskiego — odrzekłem z pokorą.
— Pozwolę sobie zapytać, czy ma pani rodzeństwo? Mam siedemnastu braci — spokojnie odpowiedziała Akolea. — Ale za to ani jednej siostry. Jestem jedynaczką. I najpiękniejszym kwiatem z całego bukietu — zawołałem, siląc się na komplement. — Jakżeż oni muszą rozpieszczać panią i jak dogadzać. Rozpieszczać? — powtórzyła z wyrazem pogardliwego zdziwienia. Cóż w tym dziwnego? Jedna jedyna siostra wśród tylu chłopaków.
Muszą chyba patrzeć na panią jak na delikatny kwiatek, drogocenną zabawkę, istotę godną czci i gorącej miłości — dodałem czułym tonem. Spodziewałem się, że ta czarująca dziewczyna zrozumie nareszcie, jak pełne było moje serce tych uczuć, które umyślnie przypisywałem jej licznym braciom. Ale Akolei nie bardzo spodobało się moje odezwanie. Chciałabym widzieć kogoś, kto by śmiał patrzeć na mnie jak na zabawkę — powiedziała ostro. Zamilkłem, widząc, że rozmowa jej się nie podoba. A pani matka? — zapytałem pokornie. — Spodziewam się, że będę miał zaszczyt ją zobaczyć. Nie wiem — krótko odpowiedziała Akolea. Znowu musiałem zamilknąć i chcąc nie chcąc całkowicie oddać się rozkoszy, jaką stanowiła kontemplacja mej uroczej gospodyni.
Usiadła na stosie poduszek i z roztargnieniem głaskała po głowie swego wielkiego psa, który położył pysk na kolanach swej rozkazodawczyni i z miłością wpatrywał się w jej oczy. Jakże chętnie zająłbym miejsce tego psa. Można by pomyśleć, że ten pies rozumie panią — zauważyłem niezdecydowanie, patrząc na tą przedziwną grupę. Doprawdy, wydaje się, jakby ten pies rozmawiał z panią. A czy to niemożliwe? — zapytała Akolea i jej różowe chrapki zadrgały lekko. Czy mamy zasklepić się w dumnej ignorancji i wyobrażać sobie, że zwierzęta, to bydło, jak je z pogardą nazywacie, nie są w stanie zrozumieć człowieka? Czyż możecie wątpić, że zwierzęta mają swój własny język, za pomocą którego porozumiewają się między sobą? A czy wy sami na waszej politowania godnej Ziemi na każdym kroku nie doznajecie trudności, gdy wam wypada zetknąć się z cudzoziemcami, którzy nie znają waszego języka? A przecież wszyscy razem należycie do mieszkańców tej samej planety, grającej rolę ziarnka piasku w niezmierzonej przestrzeni.
I wy śmiecie czynić rozum swym wyłącznym przywilejem. Sam rozsądek, z którego tak dumni jesteście, zdawałby się niejasnym przejawem instynktu w porównaniu z rozumem najwyższym, który według wszelkiego prawdopodobieństwa z ironią spogląda na wasze próżne usiłowania. Niech mi pan wierzy, niech pan nie pogardza zwierzętami. Zarówno jak i wy są one przejawem tego samego życia. Mają te same skłonności, te same potrzeby, te same namiętności co i wy. Warciście jedni drugich. Jeśli dla pana, mieszkańca innej planety, zrozumiały jest mój język, to dlaczego moje umiejętności nie miałyby mi dać możliwości rozmawiania z psem, który należy do moich najważniejszych przyjaciół? Przyznam się, że nie bez rozgoryczenia ujrzałem się na równym poziomie ze zwierzęciem, ale bojąc się, że rozgniewam porywczą Akoleę, zręcznie zmieniłem temat rozmowy. Biorąc pod uwagę wasz szacunek dla bydła, dla zwierząt — poprawiłem szybko — przypuszczam, że na Marsie nie spożywa się mięsa. Spożywać mięso?
— z przerażeniem zawołała Akolea. — Już samo pytanie dowodzi, że jest pan obywatelem planety, której mieszkańcy pożerają się nawzajem. Przepraszam. To bynajmniej nie odnosi się do wszystkich. Być może jacyś tam dzicy... A dlaczego na waszej planecie istnieją jeszcze dzikie plemiona? Dlaczego nie udało się wam ucywilizować tych dzikich? I mimo tego razem z nimi od wieków jesteście zamknięci w ruchomym więzieniu. Wydajecie mi się tak godni politowania, gdy pomyślę, że na Ziemi są jeszcze obszary zupełnie przez ludzi nieznane. Cóż więc dziwnego, że przy takim zacofaniu nie zdołaliście podzielić się z dzikimi światłem, a raczej słabym migotem waszej wiedzy.
Jeżeli nawet nie wszyscy mieszkańcy Ziemi oddają się ludożerstwu, to za to mordują się nawzajem. I jedno warte drugiego. Piękna Akoleo! — zawołałem z emfazą. — Pani zapomina o słowie Takim tonem niech pan ze mną nie mówi — przerwała. — Nie znoszę tego. Piękna gaznodziejko, niechże mi pani pozwoli spytać przynajmniej, o ile Marsjanie zdołali zastosować w życiu codziennym to braterstwo, które tak głośno proklamujecie. To hasło nie jest dla nas pustym dźwiękiem i jego istota głęboko wrosła w nasze serca. Czyż nie zrozumiałe samo przez się, że mieszkańcy tej samej planety winni być braćmi między sobą? Jaki sens mają wasze dziwaczne podziały na cesarstwa, królestwa, narodowości?
My wszyscy dążymy do szczęścia i udoskonalenia całego naszego starego, kochanego Marsa. Tajemne moce wyznaczyły mu miejsce w nieskończonej przestrzeni i pewna jestem, że mamy rozliczne obowiązki zarówno w stosunku do naszych przodków, jak i do naszych potomków, i winniśmy w miarę możności pomnażać sumy odziedziczonej wiedzy i całe swe siły skierować ku poznaniu wielkiej tajemnicy świata. Każdy dzień, każda godzina przybliża nas do tego wielkiego celu. Niech pani pozwoli. A co będziecie robić, gdy osiągniecie wszechwiedzę? — zapytałem ironicznie. Nie obawiamy się tego — odpowiedziała z lekkim odcieniem smętku. — Niestety, w życiu wszechświata odgrywamy rolę nie przyczyn, lecz skutków. I dlatego nigdy nie osiągniemy granic poznania. Śmieszyło mnie nieco, że młoda i piękna dziewczyna trapi się o podobne sprawy, ale grzeczność nie pozwoliła mi rozwodzić się nad tym tematem, ponieważ Akolea zdawała się być głęboko zasmucona na myśl, że ona sama stanowi li tylko skutek.
Jeżeli nie używacie zwierząt na strawę, to na cóż wam one? — zapytałem nieostrożnie. Przyznam, że nieprzyjemne skurcze, które odczuwałem w żołądku, były główną przyczyną tego dyplomatycznego zapytania. Spodziewałem się, że w ten sposób przypomnę mej eterycznej towarzyszce, że bynajmniej nie jestem wolny od tak prozaicznego cierpienia jak głód. Ale Akolea zupełnie inaczej pojęła moje pytanie. Pyta pan, do czego nam służą zwierzęta? — powiedziała chłodno. — A po cóż wy sami istniejecie na świecie? No, to już zupełnie inna kwestia. Ach tak, zapomniałam, że wy na Ziemi służycie za mięso armatnie.
Toż to ta sama więź, ten sam cel, który wyznaczacie zwierzętom. W każdym razie trudno was oskarżać o stronniczość. Ależ na koniec, co wy tutaj jadacie? — ciągnąłem, stopniowo wpadając w rozpacz. Jak widać, pańską myśl zaprząta jedynie troska o jadło — odpowiedziała z widocznym wstrętem. — Niech pan wie, że w naszych oczach pożywienie nie gra pierwszorzędnej roli i nie cieszy się takim poszanowaniem, jakim wy je otaczacie na Ziemi. Uważamy, że to funkcja bardzo podrzędna, smutna konieczność naszego organizmu. Jednym słowem sprawa, o której nie warto tyle się rozwodzić. Jeżeli pan odczuwa nieprzezwyciężoną potrzebę jedzenia, to proszę otworzyć te drzwi, a w sąsiedniej sali znajdzie pan różne potrawy, które z naddatkiem zaspokoją pański apetyt. Nie podejmuję się towarzyszyć panu.
U nas bowiem przyjętem jest jeść bez świadków pobocznych. Pośpieszyłem skorzystać z danego mi zezwolenia i otworzywszy jedne ze srebrnych drzwi, znalazłem się w maleńkiej jadalni, bardzo prosto umeblowanej. Jedyną jej ozdobą była wyszukana czystość. Potrawy rozstawione były na marmurowym stole i przykryte złotymi kloszami. Większość tych dań była mi zupełnie nieznana. Niektóre z nich okazały się gorące, inne zimne, ale wszystkie były przygotowane po mistrzowsku. Zdawało mi się, że jem dziczyznę i niezwykle soczystą wieprzowinę i chociaż upewniony przez Akoleę, że Marsjanie nie używają mięsnego pożywienia, nie mogłem sobie zdać sprawy ze składu tych potraw. Chleb przygotowany rano w mojej obecności okazał się doskonałego smaku. Pod ręką znajdowały się i chłodzące napoje, i wspaniałe wina najszacowniejszego wieku. Jednym słowem zauważyłem, że wbrew dumnej pogardzie, z którą Akolea mówiła o pożywieniu, obywatele Marsa cieszyli się takim wspaniałym menu, jakie na Ziemi dostępne jest tylko niewielu wybrańcom losu.
Zaspokoiwszy głód, umyłem ręce i twarz w pachnącej wodzie i pośpieszyłem na powrót do pięknej Akolei. I nie mogłem przy tym nie wyrazić zadowolenia, jakiego mi dostarczyło moje samotne śniadanie. Ach tak — powiedziała z roztargnieniem. — Nasi chemicy znają się na rzeczy. Nie rozumiem pani. Zapewne zastanowiło pana pochodzenie tych potraw, których pan właśnie próbował. Owszem, pytanie to zajmowało mnie ciągle i biorąc pod uwagę wasz wstręt do mięsnego pożywienia, nie, nie śmiem myśleć, że ta potrawa jest zwierzęcego pochodzenia. I słusznie. Nasi przodkowie nauczyli nas hodowli grzybów mięsnych, a raczej grzybów mających smak mięsa. Hodujemy je w cieplarniach, które może pokażę panu kiedyś.
Nasi ojcowie, mężowie i bracia są wielkimi amatorami tych grzybów. I muszę przyznać, że i u nas, podobnie jak na Ziemi, mężczyźni mają smak bardziej wulgarny niż kobiety. Co do mnie i mojej matki, to nawet do ust nie bierzemy tych grzybów mięsnych i zadowalamy się wspaniałymi owocami naszych drzew. I rzeczywiście, patrząc na tę piękną dziewczynę, każdy by chętnie przypuścił, że żywi się ona jedynie zapachem kwiatów, nie uciekając się do bardziej materialnego i grubszego pożywienia. Może pytanie moje przykrzą się pani Akoleo? Zapytałem po chwili milczenia. "O nie" — odpowiedziała ze zwykłym swoim boskim uśmiechem. — "Wręcz przeciwnie. Rozmowa z panem podoba mi się ogromnie." "Jakże wdzięczny jestem pani" — zawołałem z uśmiechem. Moja ignorancja ciążyła mi niezmiernie i odczuwałem głębokie poniżenie, porównywując się do cudownych mieszkańców tej uprzywilejowanej planety.
— "W takim razie" — ciągnąłem — "niech mi pani wyjawi, w jaki sposób unikacie wojen. Nie będę już mówił pani o sławie ni ambicji, ale niech się pani zgodzi, że wszędzie, gdzie ścierają się dwaj ludzie, silniejszy siada na kark słabszemu, który rzecz prosta oburza się na taką poufałość i sprawa kończy się bójką." "Wszystko to odnosi się do mieszkańców Ziemi. Wojny wybuchają głównie pod wpływem chciwości i drapieżnych instynktów, które pobudzają narody do zawładnięcia swych sąsiadów. Nam, mieszkańcom Marsa, nieznane są te niskie namiętności. Być może kiedyś, przed milionami lat, dawniej jeszcze, nim na Ziemi zjawili się jej pierwsi mieszkańcy, w tej może prastarej epoce i nasi przodkowie bywali ofiarami tych barbarzyńskich instynktów, których wam dotychczas nie udało się okiełznać. Co do nas, to nauka od niepamiętnych czasów uwolniła mieszkańców Marsa od tych wszystkich przykrości. Chciwość i skąpstwo są dla nas nie do pomyślenia, ponieważ wynaleźliśmy sposób robienia złota." "Czyż to możliwe?" "Niech pan zwróci uwagę na nasze drzwi, ogrodzenie ogrodu, sprzęt domowy i tak dalej. Gdyby nam przyszła fantazja budowania domów z czystego złota i srebra, nie byłoby do tego najmniejszej przeszkody. W naszych oczach te metale i kamienie, które u was noszą nazwę drogocennych, u nas są bezwartościowe. Dlatego też nie nosimy żadnych ozdób i piękno jakiegoś skromnego kwiatka przekładamy ponad blask diamentu." I rzeczywiście od samego początku uderzała mnie prostota ubioru mej rozmówczyni.
Już za dawnych czasów powiedział ktoś, że nasze ozdoby służą jeno do ukrycia braków fizycznych, a kolega nie miała nic do ukrywania i przepiękne linie jej ciała dumnie i śmiało rysowały się pod lekką, wiotką tkaniną, z której było zrobione jej ubranie. "W przemyśle" — mówiła dalej — "przy budowie fabryk i okrętów zazwyczaj używamy złota tam, gdzie wy stosujecie żelazo i drzewo. Nie znamy ubóstwa, ponieważ wszystko potrzebne do życia wyrabia się u nas przy pomocy maszyn i w ogromnej ilości. Dlatego też nie ma wśród nas wojen międzynarodowych, nienawiści klasowej ni walk wewnętrznych. Powiedziałam już panu, że wszyscy mieszkańcy Marsa stanowią jedną wielką narodowość. Każdy z nas widzi w swoim bliźnim brata równego mu urodzeniem, co rzecz prosta, niemożliwymi czyni jakiekolwiek wojny. Prawda, i my uznajemy arystokrację, ale jej wyższość polega wyłącznie na piękności i talencie. Wszyscy mamy wspólnych przodków i życie winniśmy tej pierwszej parze, od której pochodzi nasza rasa. Chociaż przyznam szczerze, nie udało się nam jeszcze wyjaśnić naszego stopniowego rozwoju. Niemniej jednak nikomu z nas nie wpadłoby do głowy uważać swe pochodzenie za szlachetniejsze od innych współobywateli.
Szanujemy naszych poprzedników i odczuwamy zrozumiałą dumę, jeśli któryś z naszych najbliższych czy przodków wsławił się w ten czy inny sposób, ale każdy z nas wie, że po upływie określonego szeregu pokoleń wszystkie znakomitości stają się wspólnymi przodkami całego rodu ludzkiego. Jedynie wyższość geniusza lub czarującej piękności." "A więc jednak nie wszyscy odznaczają się jednakowym stopniem piękności." — zawołałem, nie będąc w stanie ukryć swego triumfu. "Niewątpliwie. Nie znamy potworności w istotnym tego słowa znaczeniu, ale co się tyczy piękności, to rzecz prosta, może ona osiągać różne szczeble doskonałości." "A więc moje przypuszczenia nie były błędne." — powiedziałem z naciskiem, spoglądając na Acoleę. "Jest to jedyna wyższość, którą uznajemy." — ciągnęła Acolea, widocznie nie zwracając uwagi na moje słowa. — "Ale tej wyższości nie otrzymuje się w dziedzictwie, jak to zresztą sami dobrze wiecie. Jeżeli jakiś człowiek odznacza się wybitnym rozumem, siłą fizyczną, męstwem, pięknością i temu podobne, to z tego bynajmniej nie wynika, że jego dzieci na pewno odziedziczą wszystkie jego przymioty. Oddajemy takiemu człowiekowi cześć należytą, ale wcale nie życzymy sobie, aby on i jego potomkowie stali się naszymi władcami. Wszyscyśmy się urodzili wolnymi i nie szczędząc życia jak jeden człowiek powstalibyśmy przeciw wszelkiej próbie nałożenia na nas niewolniczych łańcuchów." Mimo woli przypomniała mi się nasza ziemska historia i poczułem zmieszanie i pokorę wobec młodej dziewczyny żywiącej tak wzniosłe uczucia. "Ale jeżeli nie ma wśród was biednych, w jaki sposób znajdujecie potrzebnych wam robotników?" — zapytałem z wahaniem.
"Potrzeba jest matką wynalazku." — odrzekła Acolea z uśmiechem. Przypuszczalnie zauważył pan, że nie ma u nas rolników. Podobnież nie ma u nas robotników fabrycznych i służby domowej. Rzecz w tym, że wszystkie prace wykonywane są przez maszyny i nasi najzdolniejsi uczeni uważają za swój obowiązek zastosowywać w przemyśle coraz to nowe ulepszenia. Raz do roku w każdym mieście odbywa się spotkanie, które wyznacza skład rady miejskiej. Prawo to bynajmniej nie jest gorsze od waszych wyborów. Każdemu z członków rady porucza się na czas dłuższy lub krótszy nadzór nad tym lub innym ciałem gospodarki miejskiej. Jeden zawiaduje zaopatrzeniem ludności, inny żeglugą, trzecim budownictwem i tak dalej. Ponieważ te czasowe obowiązki nie są żadnym ciężarem, wszyscy z jednakowym zapałem pracują dla dobra ogólnego. Ale — przerwałem — jeśli nie ma u was ani sztuk pięknych, ani wojny, ani polityki, ani powszechnej walki o byt, walki, która, nawiasem powiedziawszy, zrodziła tyle dzieł wybitnych.
Jeżeli tego wszystkiego u was nie ma, to pozwoli pani zapytać, w czym się dla was zawiera główny sens życia? Lekki cień prześliznął się po czystym czole Akolei. Mamy naukę — odpowiedziała tonem, który mi się wydał niepozbawiony jakiegoś smutku. Czyż nie jest ona nieskończenie rozległym polem, na którym przez całe życie można walczyć z powodzeniem? Ale co robią kobiety? Czyż kobiety nie są obdarzone takim samym rozumem jak mężczyźni? Albo być może należy pan do tych ludzi, którzy uważają, że kobiety winne się interesować tylko głupstewkami i całe życie spędzać w pokoju dziecięcym. U nas myśli się inaczej i dlatego w naszych zebraniach prawodawczych i naradach kobiety biorą udział na równi z mężczyznami. W tym roku matce mojej powierzono opracowanie projektu prawa normującego transport towarowy. À propos, droga Akoleo — powiedziałem z pewnym zakłopotaniem.
Upłynęło już kilka godzin, jak rozmawiam z panią. Może się już pan znudził. Co za dziwne przypuszczenie, ale w takim razie nie rozumiem, co pan chciał przez to powiedzieć. Być może, że w pani oczach to głupstwo, ale widzi pani, już tak długo jesteśmy sam na sam, a mam chyba prawo uważać się za młodego człowieka. Byłbym w rozpaczy, gdyby z mego powodu powstały jakieś nieprzyjemne pogłoski. Ale kto by tu miał sobie pozwolić na coś podobnego? — ze szczerym zdziwieniem zapytała Akolea. Spoglądała na mnie z ciekawością, podczas gdy ja bezskutecznie starałem się wyjaśnić jej, że mój pobyt mógłby być dla niej kompromitujący. No, doprawdy nie wiem. Ale pani matka albo pani bracia?
A cóż im do tego? Jak to? Zdaje mi się, że to samo przez się zrozumiałe. Pan im zupełnie nie przeszkadza. A jako mój gość może pan być u mnie póty, póki się będzie panu podobało. Czy pan zamierza może uważać mnie za jakąś Turczynkę? Taka niewinność wydała mi się wreszcie podejrzana. Szybko spojrzałem na Akoleę, spodziewając się wyczytać z jej twarzy jakąkolwiek ukrytą myśl, ale w jej świetlistych oczach i w całym jej obliczu było tyle niewinności i czystości, że zawstydziłem się swych podejrzeń. Proszę mi wybaczyć — powiedziałem ze wzruszeniem, ale rozmawiałem z panią, mając na widoku nasz ziemski punkt widzenia. U nas młoda dziewczyna nie mogłaby postępować tak swobodnie, nie dostarczając strawy złośliwym plotkom.
Młoda dziewczyna? — powtórzyła Akolea, robiąc widoczny wysiłek, aby choć trochę mnie zrozumieć. A więc młodemu mężczyźnie wszystko u was wolno? Przecież — odrzekłem z uśmiechem, że młody mężczyzna nie potrzebuje się obawiać tych przykrości, które grożą młodej dziewczynie. Akolea słuchała mnie uważnie i poważnie. Być może nie wytrzymuje to surowej krytyki, ale u nas młodzi mężczyźni są na tyle swobodni w swym postępowaniu, o ile młode dziewczęta skrępowane najprzeróżniejszymi „nie wypada”. I dlatego, droga Akoleo, zwróciłem pani uwagę na tą okoliczność. Młoda mieszkanka Marsa zamyśliła się na chwilę, a później szybko spojrzała mi w twarz, mówiąc: zdaje mi się, że pana w pewnej mierze interesuje moja rodzina, prawda? Nie mylę się? Proszę mi wybaczyć, że przedtem o tym nie pomyślałam, ale u nas każdy człowiek przywykły jest do samodzielności.
Każdy wybiera sobie przyjaciół i znajomych według osobistych upodobań. Tak że nawet na myśl nie wpadło mi przedstawić pana swoim rodzicom, gdybym nie zauważyła wyraźnego życzenia. Niewątpliwie — zawołałem. Życzyłbym sobie wejść do tego domu, nie łamiąc powszechnie przyjętych obyczajów. No, jeśli tylko o to chodzi, to pan może być spokojny, ponieważ dostał się pan do naszego domu za moim przyzwoleniem. Chodźmy jednak. Jeśli pan chce, może się pan zobaczyć z moją matką, która zdaje się jest w domu. Akolea wstała i skierowała się ku drzwiom przeciwległym tym, przez które byśmy weszli. Pośpieszyłem w ślad za nią i poszliśmy przez szereg sal, których urządzenie, oryginalność i przepych. Wreszcie weszliśmy do obszernej komnaty, widocznie należącej do paradnych apartamentów.
Ściany były tutaj z różowego marmuru, odznaczającego się miękkością i ciepłem karnacji. Wszystko odpowiadało tu wymaganiom komfortu, począwszy od dywanów, w których tonęła noga, obić wyszywanych złotem i miękkich, wygodnych foteli, skończywszy na różowej kryształowej kopule, śmiało rozpiętej nad całą komnatą. Natychmiast też zauważyłem w niej około tuzina chłopców, w których łatwo było poznać część licznego rodzeństwa mej młodej przyjaciółki. Najstarszy wyglądał na jakieś 20 lat, a wszyscy, podobnie jak siostra, odznaczali się wybitną pięknością. Rozkoszowałem się ich wdziękiem i wykwintną budową ciała, ale jednocześnie w myśli oskarżałem ich o brak wychowania. Młodzieńcy bowiem zwrócili na mnie tak mało uwagi, jak gdyby przez salę przeleciała mucha. Niektórzy z nich mieli na sobie krótkie, jasne bluzy, ale wzrok mój mimo woli zatrzymał się na dwóch młodzieńcach odzianych w czerwone, przylegające trykoty. Przywiązali oni do swych nóg maleńkie skrzydełka, podobne do tych, którymi zazwyczaj obdarzamy Merkurego, posła bogów. Zrodziło się we mnie podejrzenie, że jakiś młody obywatel Marsa, spadłszy na Ziemię, posłużył Grekom jako pierwowzór tego boga pięknego a bystronogiego. „Czy bierzecie udział w biegach?” Mimochodem zapytała Akolea.
„Tak” odpowiedział młodszy z braci. „W zawodach z dziewczętami z Lokeria. No ale musimy się śpieszyć” dodał. „Bo inaczej spóźnimy się na wyznaczoną godzinę.” I obaj wybiegli z komnaty niczym dwa młode jelenie. Przyznam się, że do głębi dotknął mnie ten brak uwagi, z jakim się do mnie odnoszono. Nie miałem jednak prawa wyrażenia jakiegokolwiek niezadowolenia i posłusznie szedłem w ślad za moją przewodniczką, która przeprowadziła mnie wreszcie do pięknego pokoju, gdzie wszystko było wykładane jakąś masą podobną do kości słoniowej. Jedwabista tkanina pokrywająca ściany i meble była koloru blado błękitnego i pobłyskiwała złotymi nićmi. W tym pokoju znajdowała się matka Akolei. Kobieta olśniewającej piękności, mimo swego dojrzałego wieku. Na pierwszy rzut oka wydała mi się piękniejszą nawet od swej córki, w której ruchach było mniej majestatycznego wdzięku.
Jej wzrok spokojny a dumny tak mnie zmieszał, że stałem przed nią, czerwieniąc się jak uczniak. Matka i córka ogromnie były do siebie podobne. Ten sam wysoki wzrost, wykwintna budowa ciała, wdzięczne zachowanie się, bladoróżowe zabarwienie twarzy i takie same wspaniałe złociste włosy, które jednak u matki z lekka srebrzyły się na skroniach. Piękna kobieta siedziała na krześle z kości słoniowej wyłożonym błękitnymi poduszkami i zagłębiała się w studiowaniu wielkiego, pokrytego cyframi arkusza. Okrągły stół zrobiony był z polerowanego srebra i opierał się na nóżkach o wykwintnym zarysie. W pierwszej chwili matka Akolei nie zwróciła uwagi na nasze wejście i nadal zatapiała się w obliczeniach, przypuszczalnie niełatwych, sądząc z wyglądu zapisanego arkusza. Wreszcie podniosła głowę i na widok córki twarz jej rozjaśnił łagodny uśmiech. „Kochana Akoleo. Wróciłaś więc ze swej podróży” powiedziała niskim, a wdzięcznym głosem. „A ja myślałam, że to potrwa jeszcze z kilka tygodni.” „Takie były moje zamiary” odpowiedziało dziewczę.
„Ale dzisiaj rano przelatywałam nad naszym miastem i zachciało mi się wpaść tutaj na minutkę, czego zresztą nie żałuję teraz, bo przy tej okazji spotkałam pana Asafa Szelange, który właśnie przybył do nas z Ziemi i ogromnie zainteresował mnie swoją rozmową.” „Rzeczywiście?” powiedziała Eturnea i dopiero teraz zwróciła na mnie spojrzenie swych ciemnoniebieskich, podobnych do dwóch szafirów oczu, jeszcze bardziej podkreślających białość tego pięknego oblicza. „Doprawdy, to ogromnie ciekawe. Winszuję ci Akoleo tego szczęśliwego spotkania. Spodziewam się, że po ukończeniu mych zajęć poświęci mi pan kilka chwil i opowie o swojej podróży. Jeżeli będzie pan rozporządzał wolnym czasem, to sprawi mi pan wielką przyjemność.” „Ależ proszę pani” zawołałem z galanterią. „Jestem na pani usługi i doprawdy nie wiem, jak mam pani podziękować za okazaną mi gościnność.” Zdawało mi się, że przy tych słowach piękna twarz Eturnei wyrażała łagodne zdziwienie. Na różanych usteczkach Akolei zjawił się lekki uśmieszek. „Pan Szelange w żaden sposób nie może pojąć, że jest moim gościem i za wszelką cenę chce otrzymać twoje zezwolenie, mateczko.” „Ależ bez wątpienia” rzekła Eturnea, „że chętnie bym dała zezwolenie, gdyby go było potrzeba. Ale proszę pana, córka moja korzysta z nieograniczonej swobody. Może pan być zupełnie spokojny.
Nikt jej tego za złe nie weźmie. Strzeżemy tutaj wolności osobistej i żaden stopień pokrewieństwa nie daje nam prawa mieszać się do spraw istoty rozumnej, wyrosłej już z dzieciństwa. I ja, i mój mąż widzimy w naszej córce istotę równą nam pod wszelkimi względami. Nasi rodzice traktowali nas z tego samego punktu widzenia. Jedyne moje pragnienie” z czułością dodała Eturnea, „streszcza się z tym, by moja córka kochała mię tak mocno, jak ja ją kocham.” I zamieniły między sobą przyjazne spojrzenie, w którym jaśniało wzajemne i silne przywiązanie, dodające ciepła tych dwóch przepięknych kobiet. „A więc do widzenia” powiedziała Eturnea, wdzięcznie skinąwszy mi głową. „Mam nadzieję, że zobaczę się z panem, jeżeli pan dłużej u nas zabawi.” W silnym zmieszaniu wybąkałem w odpowiedzi parę niepowiązanych słów i odszedłem w ślad za Akoleą, która skierowała się ku wyjściu. Przeszliśmy razem przez cały dom i doszliśmy do cieplarni, w której rosły grzyby mięsne. Oczekujące mnie widowisko było rzeczywiście cudowne. Grzyby uderzały przede wszystkim różnorodnością swych kształtów, rozmiarów i barw.
Tu i tam widniały grzyby różowe, smakiem przypominające łososinę. Obok nich wznosiły się grzyby mlecznobiałe, których plasterki niewiele się różniły od soczystego mięsa kurcząt. Wieprzowina, baranina, cielęcina, bażanty, dziczyzna i najprzeróżniejsze ryby miały swoich przedstawicieli w tym dziwnym królestwie roślinnym. Jak potwornie wyglądałyby nasze rzeźnie i jatki, gdybyśmy je postawili obok tej świetlistej, wspaniałej cieplarni, w której nie było i cienia znanych nam potoków krwi, cuchnących miazmatów i nieszczęsnych zwierząt drżących w przedśmiertnym strachu. Zamiast tych wszystkich potworności, tylko pociśnięcie gwizdka niewidzialnej maszyny i w tej samej chwili błyszczące ostrze stalowe odcinało potrzebną ilość pożywienia, które za pomocą rynny komunikacyjnej szybko spadało do kuchni, gdzie strawy przygotowano w idealnych warunkach higienicznych dzięki dowcipnemu systemowi kół zębatych i pasów transmisyjnych. Urządzenia gospodarcze tego domu uderzyły mnie daleko bardziej niż jego wnętrza mieszkalne, odznaczające się takim wykwintem i przepychem. Wszelkie te rozliczne maszyny były tak umiejętnie rozstawione. Wszystko było tak proste, a zarazem tak wygodne, że mimo woli zapytywałem się, dlaczego nam, ziemianom nie przyszło do głowy w taki właśnie sposób położyć kres naszemu bezładowi domowemu i raz na zawsze rozstrzygnąć od dawna już drażliwą kwestię służby domowej. A tutaj połapałem się, zważywszy, że podobne urządzenia dostępne są tylko dla tych, którzy jak Marsjanie wynaleźli kamień filozoficzny. Jednocześnie pomyślałem, że jeżeli Akolea zgodzi się udzielić mi tej tajemnicy naukowej, mój powrót na Ziemię będzie powitany z entuzjazmem.
Ale na myśl o powrocie poczułem, że lodowy zawrót chwycił mnie za serce. Porzucić Akoleę, rozstać się z tym cudownym dziewczęciem, które pozwoliło mi stanąć z nią na równej stopie i nawet zajrzeć w swe życie duchowe. I po zaznajomieniu się z tą boską istotą powrócić do towarzystwa wąskogłowych kumoszek wypchanych idiotycznymi poglądami kwitnącymi na naszej planecie. Nie. Raczej śmierć. Najstraszliwsza śmierć u stóp czarującej Akolei, jeżeli nie pozwoli na zawsze za sobą pozostać, chociażby na tych prawach, co i jej wielki pies. Rozstać się z nią, żyć bez niej, potem, wiedząc o jej istnieniu. Nie. To przypuszczenie tak bezsensowne, że doprawdy nie warto go zbijać. Rozdział piąty.
Sprawozdanie doktora. Zaniepokoił mię ton, jakim Azath wygłosił swe ostatnie słowa. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć go w takim wzburzeniu. Dziwiła mię także okoliczność, że ani słowem nie wspominał o tych słynnych kanałach na Marsie, które go tak zajmowały przed kilkoma dniami zaledwie i których zbadanie było nawet głównym celem jego podróży. Na wszelki wypadek pomyślałem: warto by skierować jego myśl na to zagadnienie. „A co pan powie o tych słynnych kanałach?” — zapytałem głośno. — Jakoś milczy pan o nich. Spodziewam się, że wreszcie udało się panu rozstrzygnąć to zagadnienie i że mógłby pan powiadomić mnie o istotnym znaczeniu tych dziwnych urządzeń. Pan interesuje się kanałami? — odpowiedział, a twarz jego wyrażała nieukrywaną pogardę.
Ależ to takie proste. Trzeba odznaczać się tą głęboką ignorancją, która tak jest właściwa mizernym karłom ziemskim, by nie móc rozwiązać tego zagadnienia drogą zwykłej indukcji. Wystarczyła mi krótka przechadzka, by pod kierownictwem Akolei przeniknąć tę tajemnicę. Czy pan nie uważa — powiedziała, zwracając się do mnie — że właśnie teraz warto by odetchnąć świeżym powietrzem wyżyn? Jakich wyżyn? Przecież gór u was nie ma zupełnie. Obecnie tak. Dawniej było inaczej. Nasze góry w ciągu długiego szeregu wieków rozpadały się po trosze, póki wreszcie powierzchnia Marsa nie przyjęła charakteru nizinnego. Ale to bynajmniej nam nie przeszkodzi odetchnąć powietrzem wyższych warstw atmosfery.
Chodźmy na taras. Ze względu na nieumiejętność obchodzenia się ze skrzydłami nie chciałabym pana narażać na niebezpieczeństwo związane ze wzlotem na znaczną wysokość. Będzie daleko lepiej, jeżeli pan postawi swą nogę na mojej. W ten sposób. Ależ nigdy się nie odważę uczynić coś podobnego. No niech pan robi to, co panu każę — odpowiedziało dziewczę tonem nieznoszącym oporu. Koniuszkami palców oparła się na mym ramieniu i podczas gdy ja drżącą ręką obejmowałem jej talię, rozległ się szelest jedwabnej tkaniny. Rozpostarły się biało śnieżne skrzydła i Akolea poniosła mię w dziedzinę promiennego wietrzyku. Nie panowałem nad sobą. W jakimże ludzkim języku znaleźć słowa zdolne wyrazić miotające mną uczucia?
Co się dzieje ze mną? Czy nie znajduję się we władzy jakiegoś serafina? A może osiągnąłem te granice, za którymi zaczyna się wielka tajemnica? Cóż to za walc fantastyczny, unoszący mię w swoim wichrze? Nie byłem w stanie wypowiedzieć słowa, wydać dźwięku i cały oddałem się we władzę tych anielskich skrzydeł, które mię cicho usypiały swoim miarowym kołysaniem. Czasem lekki aromat falą przepływał od rozwiewających się włosów bogini i upajał mnie. Byłem olśniony jej pięknością i chciwie dopatrywałem się wzajemności w jej oczach cudownych. O, jeśli to sen, niechaj na wieki zostanę jeńcem tego czarodziejskiego widziadła. Niczego nie ma już dla mnie na świecie. Widzę i kocham tylko ją, Akoleę.
Użyłem, zdaje się wyrazu miłość. Ale czy któremukolwiek ze śmiertelnych udało się doświadczyć uczuć podobnych do tych, jakie opajały mnie w tej chwili? Nie wiem, jak długo to trwało. Utraciłem poczucie przestrzeni i czasu i tylko głos Acolei mogły się wyrwać z tego stanu ekstazy. Asafie, zdaje się, że pan śpi. Rzucam nieśmiałe spojrzenie w dół i widzę, że unosimy się nad rozległymi równinami, niby aksamitnym kobiercem pokrytymi jasnozieloną murawą. Fantastyczne drzew tu i tam rozrzucone po polach ubarwionych nieznanym mi kwieciem, które woń aż do nas zalatuje. Miejscowość rozciągająca się pod naszymi nogami wygląda jak olbrzymia mapa. Wokół widnieją tylko równiny. Pagórka ani jednego.
Gdzieniegdzie teren przybiera charakter falisty, ale należy przypuszczać, że tutaj interweniowała sztuka. Cały kraj pocięty w kratkę prostymi i symetrycznymi liniami wychodzącymi z jednego punktu wspólnego. To owe słynne kanały, które jak promienie pajęczyny wychodzą z jeziora centralnego o brzegach obmurowanych marmurem. Woda tego jeziora i tych kanałów świeci w słońcu oślepiającym blaskiem. Kanały. To kanały! Zawołałem, jakby ze snu przebudzony. Nareszcie udało mi się zobaczyć te kanały Marsa, z powodu których astronomowie toczą takie gorące spory. Poznam teraz ich istotne przeznaczenie. Acoleo, czy będzie pani tak dobra objaśnić mnie, o co tutaj chodzi?
Dopiero teraz opanowałem się ostatecznie i spojrzałem w oczy mej powietrznej współpodróżniczki. Czy to możliwe? Czy mi się zdawało, że po twarzy Acolei szybko prześlizgnął się wyraz czułości? O tak, teraz nie wątpię. Cała istota moja zadrżała z radości, gdy oczy Acolei przychylnie odpowiedziały na moje płomienne spojrzenie. Wiadomo panu zapewne, powiedziała swym dźwięcznym głosem, że Mars jest starszy i mniejszy od Ziemi. Nasza planeta stygnęła bardzo szybko, co zupełnie zrozumiałe, jeżeli przyjąć pod uwagę jej nieznaczną wartość i objętość. Dlatego to wygasły wewnętrzne ognie Marsa, wbrew temu, co można zaobserwować, a raczej przypuszczać we wnętrzu Ziemi. To wyjaśnia także, dlaczego na Marsie woda i ląd zajmują prawie jednakowe obszary. Z tego samego powodu nie ma u nas żadnych wzniesień.
Góry istniejące niegdyś w starożytności stopniowo zwietrzały, rozsypały się i materiał, z którego były zbudowane zapełnił doliny i zagłębienia zajęte przez morza. W takich warunkach rzecz prosta, nie do pomyślenia jest istnienie rzek podobnych do tych, które na Ziemi płyną ze zboczów gór. Brak słodkiej wody zgubnie by się odbił na wszystkich naszych zasiewach, gdybyśmy rzek nie zastąpili sztucznymi kanałami o szerokości pięciu do sześciu kilometrów. Upłynęło już 50 lat, odkąd wasi astronomowie gorąco zainteresowali się tymi urządzeniami, których istotnego przeznaczenia w żaden sposób nie mogą się doszukać. Nieraz śmiech nas ogarnia na widok tych rozpaczliwych, lecz próżnych usiłowań. Zapyta mnie pan może, skąd się bierze woda płynąca w tych kanałach? Ma ona dwojakie pochodzenie. Obfite deszcze nie padają u nas na próżno. Ich wodę starannie zachowujemy w sztucznych jeziorach. Z drugiej strony woda morska przesącza się do ziemi, co daje nam możność stałego korzystania ze źródeł podziemnych.
Potężne maszyny, wobec których wasze motory wydałyby się zabawką dziecięcą. Dzień i noc zajęte są podnoszeniem, destylacją i oczyszczaniem wody najróżniejszego pochodzenia. Pod tym względem jesteśmy bardzo wymagający, ponieważ od dawna dowiedziono, że na całym świecie nie ma nic groźniejszego niż brudna woda. Wy, ziemianie, z czasem przyjdziecie do tego samego przekonania i w waszym gospodarstwie domowym będziecie używali jedynie wody destylowanej. Dziwi mnie nawet, że dotychczas nie zbudowaliście sobie życia zgodnie z wymaganiami nauki, lecz nadal jakby nic połykacie całe kolonie bakterii i mikrobów, których pełno w wodzie. Wszystkim tym interesowałbym się namiętnie, jak i dwadzieścia cztery godziny przedtem. Dlaczego teraz muszę wyznać samemu sobie, że wszystko to stało mi się najzupełniej obojętne? Widzę tylko Acoleę i ta zadziwiająca istota stała się jedynym przedmiotem moich myśli. Próżno staram się określić to wrażenie, które ona na mnie wywiera. Z jednej strony wydaje mi się tak praktyczna, tak współczesna, tak mężczyzną, jeżeli można tak się wyrazić.
Ale z drugiej strony tyle w niej kobiecości, tyle wzniosłości. Czym ona jest właściwie? Boginią? Niebieską pończoszką? Czy też zwykłą ziemską kobietą? Jej spojrzenie jest tak jasne i czyste, że nie może być w nim ani cienia obłudy. Szczerością niemożliwą do naśladowania, szczerością tchnie całe jej oblicze. A tymczasem jej boskie czoło niekiedy cień lekki okrywa. Jakiż smutek może zamącać spokój tej eterycznej istoty? Jaka troska ciąży na jej sercu?
Czy nie znudzenie? Nie śmiem rozmawiać z nią o tych sprawach, a jednocześnie zapytuję siebie, czy piękność Acolei musi zniknąć z czasem? Czy śmierć i jej nie oszczędzi? Czy i tutaj króluje śmierć, która ziemię zamienia w olbrzymie, unoszące się w przestrzeniach cmentarzysko? Myśl ta kazała mi zadrżeć i ręka moja jeszcze silniej objęła smukły stan dziewczęcia. "Akoleo" powiedziałem. "Czy śmierć i do was także zagląda? Wydaje mi się, że jesteście stworzeni dla nieśmiertelności. Byłoby to tylko zwykłą sprawiedliwością względem istoty tak doskonałej jak pani. Nasz zgon nie jest podobny do tej śmierci, którą wy znacie na Ziemi.
Gdy wybije oznaczona godzina, ciała nasze w mgnieniu oka zmieniają się w niewidzialne gazy i życie gaśnie jak zdmuchnięty płomień świecy. Porzucamy ten świat bez cierpienia i nie pozostawiamy za sobą nieprzyjemnych śladów. Ale choć nauka jeszcze nie jest w stanie uczynić nas nieśmiertelnymi, w zamian za to daje nam ona możność przerywania biegu naszego życia na dłuższy czy krótszy okres czasu. Możemy dobrowolnie zapadać w sen kataleptyczny, który niekiedy trwa przez kilka wieków. Budząc się w oznaczonym czasie, pozostajemy w tymże wieku, w którym nastąpiło przerwanie biegu naszego życia. Później zaś życie nasze biegnie swoją zwykłą koleją. Innymi słowy, każdy z nas może dowolnie dzielić tę ilość życia, którą otrzymuje w udziale przy urodzeniu. Jeden duszkiem wychyla cały kielich swego życia, inny zaś woli je pić łykami oddzielonymi wiekowymi okresami snu. W ten sposób wielu mieszkańców Marsa zaznajamia się ze swymi dalekimi przodkami. Co do mnie, to ja sama w swoim dzieciństwie widziałam jednego z naszych pradziadów, znakomitego uczonego, który żył i działał przed pięciu wiekami.
Pogrążył się on wówczas w sen kataleptyczny, mając 85 lat. Obudziwszy się, zdążył się jeszcze nacieszyć szczęściem licznych potomków i postępami, które nauka poczyniła w okresie jego długiego snu, po czym szczęśliwy starzec spokojnie zasnął na zawsze. Łatwo może sobie pan wyobrazić skutki wynikające z tego nieprzerwanego łańcucha tradycji, obserwacji i wiedzy. Być może, że w tym właśnie zawiera się najważniejszy nasz wynalazek, który pociągnął za sobą inne ulepszenia i odkrycia. W ten sposób uwolnieni jesteśmy od konieczności każdorazowego zaczynania od nowa i życie każdego pokolenia zaznacza się wybitnymi postępami nauki. Nasza historia nigdy nie była świadkiem pogromu kwitnących cywilizacji, których miejsce zajmowałoby zupełne barbarzyństwo, jak to było u was na Ziemi. Proszę tylko pomyśleć, na jakich wyżynach stanęłaby wasza wiedza, gdyby Egipcjanie i Chaldejczycy znali naszą tajemnicę i w ten sposób mogli przekazać wam swoje wiadomości. W takich warunkach na pewno nie wyróżnilibyście się obecną waszą ignorancją. Czyż nie udało im się zgłębić zagadnień, które teraz musicie badać na nowo i w których jeszcze tak mało się orientujecie?" Nastąpiło chwilowe milczenie, po czym Akolea ciągnęła dalej, ale głosem zaledwie dosłyszalnym. "Zdaje się, że i ja wkrótce zapragnę pogrążyć się w wielki sen, który trwać będzie osiem lub dziewięć wieków.
Być może w chwili mego przebudzenia Marsjanie będą już wiedzieli wszystko, co dzisiaj ukryte przed nami. Jaki to będzie radosny dzień w moim życiu." "Akoleo" zawołałem, czując, że serce moje napełnia się miłością ku niej. "Co się stanie ze mną, jeżeli ty mnie porzucisz? Czy nie mogłabym się razem z tobą pogrążyć w wielki sen?" Asaf zamilkł znowu, a mnie zaniepokoiło to podniecenie, które go ogarnęło. Obawiałem się, że weźmie udział w jakimś szalonym przedsięwzięciu i mówiąc otwarcie, uważałem, że czas już na obiad. Ze względu na to uważałem za właściwe przypomnieć memu przyjacielowi o wymaganiach powszedniego życia ziemskiego. "Mój drogi" odezwałem się, spoglądając na zegarek. "Czy nie znudziłeś się już podróżą po przestrzeniach międzyplanetarnych? Czy nie czas już wrócić na Ziemię? Wkrótce wybije dziewiąta, a ja mam wilczy apetyt.
Doprawdy, posłuchaj mej rady i pozwól mi obudzić ciebie. Nie spóźnimy się za bardzo i u Feuillat znajdziemy jeszcze znośny kawałek smażonej wieprzowiny." "Nie, tak mi tu dobrze, że zamierzam pozostać na Marsie" odrzekł Asafa zdecydowanym tonem. "Ależ to szaleństwo. Nie uważasz przecież do końca świata pozostawać w tym stanie. Gotówem założyć się, że jesteś okropnie głodny mimo swego śniadania chemicznego. No, dosyć. Skończmy z tym i obudzę cię." Uważałem za swój obowiązek wykonać potrzebne do tego ruchy rąk, ale śpiący łagodnym gestem dał mi do zrozumienia, żebym jeszcze zaczekał. Wyraz jego twarzy przypominał ów stan ekstazy, do którego dochodzą zwariowani miłośnicy muzyki, kiedy im się zdarzy usłyszeć swoich ulubionych kompozytorów. Poczekałem jeszcze kilka minut, potem znowu rozpocząłem działania zaczepne. "Asafie, mój przyjacielu, czas już porzucić te głupstwa" powiedziałem przekonywująco.
Tym razem na twarzy śpiącego pojawiło się nieukrywane rozdrażnienie. "Mój drogi Brideau, dosyć tych żartów. Zostawisz mnie w spokoju czy nie?" powiedział ostrym tonem. "Strzeż się. Nie doprowadzaj mnie do ostateczności, bo zrobię ci brzydki kawał, co mocno zaszkodzi twojej praktyce lekarskiej." Doskonale pamiętam, że te właśnie słowa wygłoszone były przez Asafa. Utwaliły się one w mojej pamięci, ponieważ stały w zupełnym przeciwieństwie do zwykłego tonu mego przyjaciela. Nic więc dziwnego, że zatrzymałem się pośrodku pokoju z ustami otwartymi ze zdziwienia. Apetyt mój rósł coraz bardziej. Nie chciało mi się jednak robić przykrości temu biedakowi i dlatego zdecydowałem poczekać jeszcze kilka minut. A tymczasem wziąłem się do poszukiwań, spodziewając się znaleźć gdziekolwiek kawałek cukru lub czekolady.
Skierowałem się do stołowego i otwieram kredens, ale ku memu wielkiemu rozczarowaniu stwierdzam, że jest on od góry do dołu zapełniony książkami. W sąsiednim pokoju znajdowała się szafa wpuszczona w ścianę. Otwieram drzwiczki i na jej półkach znajduję znowu same książki. Ani okruszyny chleba, ani kawałka czekolady, ani kropli jakiegokolwiek napoju. Mieszkanie tego młodego kapłana nauki stanowiło istne królestwo głodu. Po takim niepowodzeniu powróciłem do gabinetu mego przyjaciela ze zdecydowanym zamiarem. "Słuchaj, Asaphie, te żarty trwają już zbyt długo" powiedziałem głosem nakazującym, jakim trzeba mówić do osobnika zahipnotyzowanego. "Bądź łaskaw natychmiast się obudzić i pozostawić w spokoju uczoną pannę Akole." "Porzucić Akole? Nie, za nic! Zostaję na Marsie.
To już sprawa zdecydowana" odpowiedział śpiący jakimś dziwnym, zagrobowym głosem. "Żegnaj mi Brito. Ziemia wydaje mi się tak głupia." Po tych słowach nastąpiło głębokie westchnienie. Nie troszcząc się o to, dmuchnąłem śpiącemu w oczy i wykonałem przed nim wszystkie potrzebne manipulacje, ale wszystko to nie wywarło na nim pożądanego działania. Zazwyczaj można było Asapha obudzić jednym słowem, lekkim dmuchnięciem lub szybkimi ruchami ręki. Tym razem jednak, nie wiadomo dlaczego, coraz głębiej i głębiej pogrążał się w sen, który się upodabniał do katalepsji. Nagle zauważyłem, że twarz mego przyjaciela stała się blada jak wosk. Całe ciało jak gdyby skostniałe od zimna. Przykładam do jego warg lusterko, ale jego powierzchnia nie wykazuje najmniejszych śladów oddechu. Wówczas ogarnęło mną przerażenie.
Zaczynam szybko stosować wszelkie możliwe środki, aby Asapha przywrócić do życia. Nacieram go energicznie, zwilżam skronie wodą kolońską, na piersi kładę wezykatorię, stosuję sztuczne oddychanie. Wszystko na próżno. Muszę wreszcie poddać się strasznej oczywistości. Asaph wypełnił swą groźbę i umarł na rękach. Na próżno starałem się przywołać do życia ciało bez ducha. Resztę znacie. Zawiadomiłem o zdarzeniu komisariat policyjny i uciekłem się do pomocy moich kolegów. Zgodzili się oni ze mną, że Asaph zginął bezpowrotnie, ale jak zawsze poróżnili się co do przyczyn jego śmierci. Co do mnie, szanowni panowie, to wolę zachować ostrożność mówiąc o zgonie mego przyjaciela.
Gotówem raczej wyznać, że nie rozumiem całej sprawy. Gdyby jednak zmuszono mię do wypowiedzenia się w sensie zdecydowanym, to twierdziłbym raczej, że Asaph Chalonche nie umarł. Proszę zwrócić uwagę na okoliczność, że minęło już osiem dni, a tymczasem na ciele nie dają się zauważyć jakiekolwiek oznaki trupiego rozkładu. Przyjaciel mój nadal pozostaje w tymże stanie, w którym się znajdował, wypowiadając swe ostatnie słowa. I chociaż stan ten zbliżony jest do śmierci, nie jest przecież z nią identyczny. Proszę zauważyć, że zesztywnienie członków dotychczas jeszcze nie znikło, że białka oczu pozostały zupełnie czyste i że na wargach nie występuje charakterystyczny nalot. Oto dlaczego przychylam się do mniemania, że mamy tu do czynienia z rzadkim wypadkiem katalepsji, którego objawy dotychczas jeszcze nie są ustalone przez naukę. Czy będziemy kiedykolwiek świadkami ożywienia tego mniemanego trupa? To już inna sprawa. Być może żaden z nas ni naszych dzieci, nawet wnuków naszych, nie będzie świadkiem tego przebudzenia.
Jeżeli Asaph powiedział prawdę, a nie ma podstaw do podejrzenia, że kłamstwem jest to wszystko, co powiedział podczas snu hipnotycznego, to bardzo możliwe, że myślowo zasnął na kilka wieków obok tej, którą pokochał tak nieoczekiwanie. On śpi i z czasem się obudzi. Życzę mu, by obudził się w świecie piękniejszym niż nasz. Bardziej oświeconym, bardziej naukowym. Szanowni panowie, ponieważ mam zaszczyt należenia do narady w sprawie pogrzebu Asapha wobec możliwości jego prawdopodobnego obudzenia się, to powiem otwarcie, że ciało mego przyjaciela najlepiej by zachować w witrynie Muzeum Anatomicznego, w której także złożymy arkusz pergaminu z opisem tego dziwnego wypadku. Koniec.
[06:27:18] - Proszę państwa, proszę państwa, nie wiem, jak to powiedzieć, ale to już jest koniec audycji. Piotr Plebaniak dalej na urlopie, miejmy nadzieję, że nie bezterminowym. No cóż, zatem kończymy. Ja mogę natomiast powiedzieć, co za tydzień. A za tydzień rozmowa, obiecana państwu rozmowa z Jackiem Inglotem o jego wydanej niedawno tetralogii SF w trzech woluminach. Przypomnę "Polska" i tutaj pada 2.0, 3.0 i 4.0. A także poza tą rozmową będzie jeszcze "Filmotekarium" o serii "Archiwum X", o jej wzlocie, o upadkach. A w ogóle wiecie państwo, to jest tak rozbudowane uniwersum, że będziemy mieli z Piotrem o czym pogadać. Dotarły też do mnie głosy, że spodobała się państwu wstawka z poprzedniej audycji, w której przedstawiłem artykuł Wojciecha Chudzińskiego o Franku Kluskim. No zatem od następnego wydania startujemy z takim mini cyklem audycji, cyklem zatytułowanym "Bez tajemnic", w których Piotr Struczyk z kanału pod tym samym tytułem, czyli "Bez tajemnic" omawia problemy spirytyzmu.
Jeśli się państwo tym interesujecie, to to jest dobry adres. No cóż, to plany na przyszły tydzień. A ja się już teraz z państwem żegnam i pozwolę sobie jeszcze tylko przypomnieć o mojej poniedziałkowej premierze na kanale Wehikuł Wyobraźni. Poniedziałek, godzina 21:00. Pięknie państwu teraz dziękuję i do usłyszenia za tydzień w 52. "Bibliotekarium 2.0". Dobrej nocy. Do usłyszenia.
[06:29:22] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki "Bibliotekarium 2.0" znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.