Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. No to w dzisiejszym Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji uderzymy w bardzo poważne tematy. Prawda, Marku?
[00:25] - Dzień dobry wieczór. Prawda. Oczywiście. Dzisiaj, proszę państwa, gościem naszej audycji będzie doskonale znany państwu znawca geopolityki, znawca kultury chińskiej Piotr Plebaniak. Piotr Plebaniak opowie o swojej najnowszej książce. Pewno między innymi o niej opowie. „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. Tytuł bardzo poważny, ale w gruncie rzeczy jest to książka, która w dosyć przejrzysty sposób przybliża rozmaite zagadnienia związane z geopolityką. Ale zanim oddamy głos gościowi, który nie tylko opowie o różnych aspektach geopolitycznych naszej rzeczywistości, ale zasypie również państwa pytaniami konkursowymi. Będzie o co grać, proszę państwa.
Ale zanim to wszystko, tradycyjnie chciałbym opowiedzieć o kilku nowościach wydawniczych. Nawet nie tyle nowościach, co zapowiedziach, bo pierwsza z książek, którą chciałem państwu przedstawić, dopiero się ukaże. 26 września tego roku pojawi się na rynku książka Domu Wydawniczego Rebis „Biada Babilonowi” Pata Franka. Kto to jest Pat Frank, zapytacie państwo, bo to nie jest autor, który szczególnie jest znany, przynajmniej w Polsce. To jest człowiek, który żył już jakiś czas temu, bo urodził się w roku 1908, zmarł w roku 1964. To był amerykański dziennikarz oraz pisarz, przy okazji również doradca Departamentu Obrony. Opublikował kilka powieści SF, między innymi taką jak „Mister Adam” oraz zimnowojenny thriller „Forbidden Area”. „Biada Babilonowi”-
[02:40] - Chyba „Forbidden Area”.
[02:43] - Właśnie. Tego mi właśnie było trzeba. À propos „Biada Babilonowi”, która jest zapowiedziana na 26 września. To jest najsłynniejsza książka tego autora. Z czego jest znana? Z tego jest znana, że zrobiła ogromne wrażenie na niejakim Johnie Lennonie. On już wtedy nie był w Beatlesach, tylko troszkę mu zeszło na karierę solową, ale był zagorzałym pacyfistą i on, przynajmniej tak mówił, przeczytał książkę „Biada Babilonowi” jednym tchem, jak to się mówi, w ciągu jednej nocy i zrobiła ona na nim ogromne wrażenie. Ponieważ ona się ukazuje po raz pierwszy w Polsce, to ja chętnie sięgnę po tę książkę, zasiądę i będę czytał. Powiem tak, że jest ta książka uznawana za klasykę fantastyki postapokaliptycznej. David Brin, inny znany autor science fiction, napisał coś takiego o książce „Biada Babilonowi”: „Obok wątków historycznych i filozoficznych czytelnicy odnajdą tu także przygodową opowieść, która sprawia, że wciąż powracają do tej powieści, która urzekła już całe pokolenia.
Ukształtowała także moje poglądy, prowadząc do napisania „Listonosza””. To książka znana, poza tym była sfilmowana. Ten film chyba nosił trochę inny tytuł, ale niestety przyznam się państwu, że nie pamiętam. W każdym razie to jest książka, która zapowiada się niezwykle smakowicie. Bo cóż o niej czytamy? „Biada, biada, wielka stolico Babilonu, stolico potężna, bo w jednej godzinie sąd na ciebie przyszedł”. Ta pochodząca z Apokalipsy świętego Jana zapowiedź końca świata spełnia się. Wybucha wojna atomowa między USA i Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich albo Sowieckich, jak kto lubi. Te sowieckie głowice jądrowe niszczą najważniejsze amerykańskie miasta oraz bazy wojskowe. Dziesiątki milionów Amerykanów giną i to błyskawicznie.
Ci ludzie, którzy pozostali przy życiu, muszą zmagać się nie tylko z głodem i chorobami, ale także z promieniowaniem i narastającą codzienną brutalnością życia. Mimo to niewielka społeczność Fort Repose, nadrzecznego miasteczka w środkowej czy na środkowej Florydzie wierzy, że warto walczyć o coś więcej niż tylko przetrwanie. Oni są przekonani, że wszystkie problemy da się jakoś rozwiązać dzięki odwadze Ciężkiej pracy, determinacji, dobrej woli oraz czemuś, w co chyba trudno wierzyć po wojnie atomowej, a jednak tak się wydarza. To coś to wiara w człowieka. To była pierwsza nowość Domu Wydawniczego Rebis. Sięgnijmy po drugą, bo ona również zapowiada się niezwykle smacznie. To będzie nowość, która ukaże się miesiąc po książce zapowiadanej przeze mnie przed chwilą, czyli "Biada Babilonowi". Premiera bowiem 24 października. To jest książka, która może przyciągnąć bardzo wielu miłośników prozy Franka Herberta. Nie napisał jej Frank Herbert, tylko kontynuatorzy dzieła, ale ta książka to jest "Diuna", a konkretnie "Diuna.
Dziedzic Caladanu". Od razu powiem, że to jest tom trzeci pewnej trylogii. Napisali ją Kevin Anderson i Brian Herbert. Tak, zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa. O czym jest ta książka? Może zanim powiem o czym ona jest, to najpierw wcześniej powiem o książkach poprzednich, czyli pierwszym i drugim tomie trylogii. Pierwszy tom nosił tytuł "Diuna. Książę Caladanu". Z czym tam mamy do czynienia? Leto Atryda, książę Caladanu i ojciec Muad'Diby.
Wszyscy wiedzą o upadku i wzlocie jego syna, natomiast niewiele wiadomo o nim, o tym spokojnym władcy Caladanu i jego partnerce, ani o tym, jak książę niewiele znaczącej planety zaskarbił sobie względy Imperatora i wzbudził gniew rodu Harkonnenów. Tę historię państwo znacie. Jeśli nawet nie z książek, to byliście chociażby na filmie. W każdym razie wszedł w drogę Harkonnenom i to przywiodło go do śmierci. A ta historia, którą poznajecie państwo w tomie pierwszym "Diuna. Książę Caladanu", to jest historia, w której Leto cierpliwie i wiernie służy tronowi Złotego Lwa, podczas gdy inni spiskują, knują. Książę Caladanu działa, ale jego potężni wrogowie uważają, że zanadto wyrasta ponad swój stan i że ród Atrydów osiąga zbyt wysoką pozycję. W związku z tym otoczony przez niewidzialnych wrogów Leto musi zdecydować, czy ciężar powinności oraz honoru jest wart ceny jego życia, a także ceny życia rodziny i miłości, którą w sercu nosi główny bohater. Cóż mamy dalej? Drugi tom to "Diuna.
Pani Caladanu" i jak łatwo się domyśleć, bohaterką jest Lady Jessica. Ona jest oficjalną konkubiną oraz wielką miłością księcia Leto Atrydy, matką ich syna Paula Muad'Diby czy Muad'Diba właściwie. Wybory, których dokonała ta kobieta, zaważyły na losie całego Imperium, bo ona już raz przeciwstawiła się starożytnemu zakonowi, do którego należała. Zawsze mam kłopoty z wymówieniem Bene Gesserit to się chyba tak wymawia. Teraz ona, główna bohaterka, Lady Jessica, musi ostatecznie zdecydować, co jest dla niej tak naprawdę ważne. Wróć, jak to mawiała pewna kobieta, nie co jest ważne, co jest najważniejsze. Czy to będzie lojalność wobec szkoły Matek Wielebnych, a może więzy krwi i oddanie najbliższym? Tymczasem w tak zwanym międzyczasie wydarzenia w Imperium nabierają ogromnego tempa, zaczynają wymykać się w związku z tym spod kontroli, a zakon Bene Gesserit i rodzina Jessici, to wszystko zostaje ustawione na kursie kolizyjnym ze sobą, z przeznaczeniem. I wreszcie ten zapowiadany na październik tom trzeci "Diuna. Dziedzic Caladanu".
Bo po tym, jak zakon Bene Gesserit, jego członkinie odwołały Jessicę z Caladanu i wysłały ją jako konkubinę do zupełnie innego szlachcica. Książę Leto Atryda postanowił zaangażować się w rozbicie tego radykalnego ruchu i postanowił zaangażować się po stronie wspólnoty szlacheckiej. Caladanem zaś w jego imieniu zarządza syn, ledwie 14-letni Paul. Ten Paul wkracza w świat, którego sobie nawet nie wyobrażał. Podczas gdy zostają pacyfikowane kolejne planety i wskutek knowań Harkonnenów pojawia się realne zagrożenie dla Caladanu. Paul, jako w cieniu tych wydarzeń wyrasta na przywódcę i wstępuje na krętą ścieżkę swego przeznaczenia. Która doprowadzi go, tę historię państwo znacie, do tego, że w końcu stał się Muad'Dibem. Powiedziałem o autorach. Powiedziałem, że nazwisko Brian Herbert nie jest przypadkowe. To coś o autorach.
Brian Herbert i Kevin Anderson od lat z dużym powodzeniem, takim rynkowym powodzeniem, a więc to jest wymierne w pieniądzach, kontynuują sagę Franka Herberta o „Diunie”. Napisali wspólnie jako team trylogię „Legendy Diuny”, trylogię „Wielkiej szkoły Diuny” oraz „Preludium do Diuny”. Pojawiło się też dwutomowe zwieńczenie legendarnych „Kronik Diuny”. Oni także zaadaptowali pierwszy tom „Kronik Diuny” na trzyczęściową powieść graficzną, czyli komiks. Wszystkie książki już ukazały się nakładem Domu Wydawniczego Rebis. Tak jak powiedziałem, teraz czas na tom trzeci trylogii, którą mniej lub bardziej udolnie starałem się państwu przedstawić. Ale wiecie państwo, przedstawienie czegoś, czego się jeszcze nie miało w ręku i na co się czeka, wspólnie z państwem czekam, jest obciążone jednak pewnym promyczkiem niewiedzy, nawet jeśli się zna całe uniwersum „Diuny”, a w każdym razie jakoś się w tym uniwersum człowiek orientuje. I tak wspólnie z państwem pozostaje mi czekać na tom „Diuna: Dziedzic Caladanu”. Jeszcze chwila o autorach. Kevin Anderson zasłynął powieściami osadzonymi w świecie „Gwiezdnych wojen” i cyklem „Z archiwum X”, co może być dla wielu osób dosyć ważne.
Jego „Budowniczowie nieskończoności”, pisane wraz z innym autorem, w roku 1993 zostali nominowani do nagrody Nebula, a razem z Brianem Herbertem, tak jak powiedziałem, kontynuuje sagę Franka Herberta. Z kolei Brian Herbert to jest najstarszy syn Franka Herberta. Pisarz znany głównie jako kontynuator dorobku swojego ojca. „Kronik Diuny” to już mówiłem oraz tych wszystkich tomów, które dzisiaj miałem okazję państwu wymienić. Tak jak powiedziałem, czytajcie państwo tom trzeci napisany przez ten team literacki. Przejdźmy zatem do trzeciego tomu, który chciałem polecić, ale muszę sobie tutaj uporządkować notatki. W każdym razie „Diuna: Dziedzic Caladanu”. Październik. Proponuję zapamiętać. Zmieniamy teraz wydawnictwo.
Premiera 26 września tego roku. Pojawi się książka „Płoń” Patricka Nessa. Cóż o tej książce. Jak zakończy się świat? Świat zakończy się w ogniu. W zimny niedzielny wieczór na początku 1957 roku Sarah Derulst stała z ojcem na parkingu stacji benzynowej, czekając na smoka, którego najęli do pomocy na farmie. Musieli zatrudnić zwierzę, bo nie było ich stać, żeby zapłacić za pracę ludziom. Jednak przybyły smok, Kazimierz, okazuje się kimś więcej, niż mogłoby się wydawać. Sarah ciekawi to stworzenie, które rzekomo nie posiada duszy, ale najwyraźniej stara się zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo. Smok wie coś, czego ona nie wie.
Przybył na ich farmę z przepowiednią. Przepowiednią, w którą są zamieszani: groźny zabójca, kult czcicieli smoków, agenci FBI, a także sama Sarah. To jest absolutnie nowa, wielowarstwowa powieść Patricka Nessa. Ona łączy w sobie elementy historyczne, to już państwo zauważyli, ale też fantastyczne. A to wszystko w takim celu, żeby opowiedzieć naprawdę niesamowitą historię i poruszyć, mam wrażenie, powtarzam, nie znam tej książki, ale z opisów mam wrażenie, że chodzi o poruszenie takich uniwersalnych tematów. Takich jak chociażby fanatyzm, jak wojna, a także sprawy wiążące się z odwagą, z siłą. Bo właśnie dzięki odwadze i sile można przeciwstawić się tym dwóm pierwszym, czyli fanatyzmowi i wojnie. Proszę państwa, to były moje trzy typy nadciągających książek. Przypomnę dwie z nich to wrzesień, trzecia październik. Ale tym wszystkim, którym tych polecanek jest mało, to ja zaraz pospieszę wspólnie z Piotrem Cielebiasiem, żeby jeszcze rozszerzyć ofertę.
Bo dzisiaj, zaraz, za chwilę kolejny odcinek „Małpy”. Bo jeśli chodzi o polecanki, to wspólnie z Piotrem postanowiliśmy państwu przedstawić Książkę Iana Wilsona "Krwawiący umysł" z takim podtytułem: "Zgłębiając zagadkowe zjawisko stygmatów". Ona została wydana dosyć dawno, bo w roku bodajże 1995. W każdym razie, to przyjmijmy tak bezpiecznie, w połowie lat 90. przez bydgoskie wydawnictwo Limbus. Muszę powiedzieć, że podchodziłem do tej książki trochę tak, jak to się mówi, jak do jeża, kilka razy. Ale nie żałuję, że w końcu się przemogłem. Co prawda, i o tym będę mówił w audycji, dlaczego miałem takie problemy i dlaczego trochę się zastanawiam, po której stronie jestem bardziej, czy bardziej tę książkę lubię, czy nie. Ale to już w rozmowie z Piotrem Cielebiasiem. Zapraszam.
Dobry wieczór Piotrze.
[19:15] - Dzień dobry wieczór Marku, witaj w Małpie.
[19:18] - Witam cię również. Powiem tak: ja zapowiadając dzisiejszą audycję strasznie się motałem. Naprawdę z tą książką miałem, mam chyba dalej, pewien problem, bo walczą we mnie, nie wiem, czy one we mnie walczą, ale w każdym razie dwie tendencje mi się zarysowały. Jedna taka, że ja po książkach nawet takich popularnonaukowych, takich, które omawiają pewien temat, oczekuję pewnej tajemnicy albo w każdym razie odkrywania tajemnicy. To jest jedna tendencja, ale druga tendencja jest we mnie taka, że ja lubię książki, które dają pewną wiedzę, przybliżają pewną wiedzę, omawiają jakieś zjawisko w sposób taki, jeśli nie całościowy, to uporządkowany. To chyba lepsze określenie. Książka Iana Wilsona taka właśnie jest. Ona porządkuje materiał, nie błyszczy jakimiś fajerwerkami, jakimiś cudownymi odkryciami. Raczej to wszystko bierze na warsztat. Zagadnienie, o którym za chwilę będziemy mówić, omawia go, przedstawia, sugeruje pewne wnioski, naprowadza nas na pewne możliwości potencjalne.
I to mi się też podoba. Więc ja, taki zwolennik żywej akcji oraz tajemnic, tutaj taki byłem rozdarty, ale chyba przyznam autorowi rację, że taki sposób przedstawiania, niełatwego w gruncie rzeczy zagadnienia, chyba daje pewne uspokojenie oraz to, co chyba najważniejsze: wiedzę. Po prostu jakąś tam ilość faktów.
[21:09] - Tak. Tym bardziej że zjawisko, o jakim mowa, a są to stygmaty, jest bardzo kontrowersyjne samo z siebie. Po prostu budzi żywe emocje cały czas, chociaż trzeba powiedzieć, że dzisiaj nie mamy już tak wiele żyjących stygmatyków. Takich, którzy by brylowali w mediach na przykład, albo byłoby o nich głośno. Jest cały czas ojciec Pio, ale to inna sprawa. O tym za chwilę. W dzisiejszym programie jedna z, moim zdaniem, najciekawszych książek, jakie ukazały się w połowie lat 90. w tym segmencie rynku. Chodzi o "Krwawiący umysł" Iana Wilsona. Warto tutaj dodać, że redaktorem książki był nikt inny jak Wojciech Chudziński.
I muszę powiedzieć, że to widać. Czyta się to ogólnie świetnie. Powiem ci tak, że ja na przykład rzadko kiedy trafiam na książki, które są tak w stanie mnie zafascynować. Bo tu mówimy stricte o tej formie przekazywania wiedzy. Mamy uporządkowany bardzo trudny temat.
[22:07] - Tak jest.
[22:08] - Ale nim do tego przejdziemy, to może kilka słów o autorze. Bo powiem tak: autor bardzo ciekawy. Autor, który jest bardzo płodny, ma mnóstwo książek na koncie, ma nawet dwóch synów, co wyczytałem. Trzy słowa o nim. Ian Wilson, urodzony w 1941 roku, brytyjski pisarz podejmujący tematy związane z religią i z historią. Nie należy go mylić z Collinem Wilsonem, co jest czasami dość łatwe, ponieważ zajmowali się podobnymi tematami. Colin Wilson jest postacią trochę bardziej znaną. Nie wiem, czy jego książki ukazały się w Polsce. To jeden z moich ulubionych autorów, jeżeli idzie o zjawiska paranormalne. Natomiast Ian Wilson wydał w naszym kraju przynajmniej jeszcze kilka pozycji, między innymi „Święte oblicza”.
Ponieważ jak czytamy w jego biografii, jego wielką pasją jest syndologia, czyli nauka o Całunie Turyńskim. Była też książka o życiu po życiu. Niestety zapomniałem tytułu.
[23:10] - A nie „Życie po śmierci”?
[23:12] - Bardzo możliwe. Albo „Życie po życiu”.
[23:14] - „Życie po życiu” to Moody. Ale nie wiem, też się nie wypowiadam, bo też moja wiedza jest akurat skromna.
[23:22] - Także nie wiem, czy pamiętacie tę książkę „Krwawiący umysł”. Takie całkiem nieduże dziełko z ciekawą okładką. O czym ta książka traktuje? Jak sama nazwa wskazuje o stygmatach. Natomiast o stygmatach od strony psychicznej raczej. Nie jest to taki po prostu leksykon postaci stygmatyków, chociaż po części też oczywiście tak, bo zjawisko trzeba omawiać na przykładach. Jak powiedziałem dzisiaj stygmatycy to już raczej jest, nie wiem Marku, czy ci się tak wydaje też, kwestia raczej religijna niż kulturowa, bo nie mamy już tak wielu stygmatyków aktywnie działających. Jeszcze te kilkanaście lat temu mieliśmy tego słynnego Bongiovanniego, mieliśmy bodajże Myrnę, a teraz to jakoś tak cieniutko.
[24:11] - Ale muszę się odwołać do treści książki. Wilson sugeruje przynajmniej w kilku miejscach, że może to nasze postrzeganie, takie religijne, zjawiska ... stygmatów może nie do końca jest właściwe, bo może to ma zupełnie niezwiązane z przedmiotem religii przyczyny. W związku z tym tu też wielki ukłon dla autora, że on się nie zamyka w pewnej banieczce. Nie sugeruje, że tylko tak na to patrzcie i w to wierzcie. Tylko on rzeczywiście bada zjawisko, a w każdym razie opisuje, z różnych stron ustawia kamerę i pokazuje nam różne aspekty tego zjawiska. I tak jak powiedziałeś, porządkuje wiedzę. Ja tylko cię zapytam, bo ten Colin Wilson to jest też autor fantastyki, w każdym razie takich powieści, bo być może to jest jeszcze inny Colin Wilson, bo ten, którego pamiętam, Colin Henry Wilson, on wydał między innymi taką książkę. Ona się ukazała w Polsce jako jedna z nielicznych: „Pasożyty umysłu”. Także coś takiego się ukazało.
[25:32] - Tak, to jest ta sama osoba. To jest też autor takiej głośnej powieści. Jak ona się nazywała? „Outsider” chyba. Natomiast jego ogromną pasją były zjawiska paranormalne i on napisał kilka bardzo dobrych książek. One niestety nie wyszły po polsku i one stanowiły też taką podróż przez zjawiska paranormalne. Panowie dzielili chyba tylko nazwisko. Natomiast nie wiem, czy byli spokrewnieni. Chyba nie.
[26:02] - Okej, przejdźmy zatem do książki. Zacznę od końca. Tak lubię. Nawet często książki kartkuję od końca. Mnie już na początku zainteresowało, bo na końcu dostajemy zestawienie takich co ważniejszych historycznych stygmatyków. To są krótkie noty biograficzne, niektóre bardziej szczegółowe, niektóre mniej szczegółowe. Ale tu już dostajecie państwo taką solidną dawkę informacji, solidną dawkę, zestawienie, taki przegląd historii troszeczkę.
[26:42] - Tak, ale z drugiej strony nie można mówić o zjawisku stygmatów bez poruszania tematu tych postaci. A te postaci są kontrowersyjne, dlatego że w sumie od początku tak było, że zawsze tam, gdzie pojawiały się żywoty świętych, tam fakty schodziły na drugi plan. I tak samo jest w przypadku części stygmatyków, bo niektórzy z nich to są postacie sprzed kilkuset lat. Natomiast znacznie ciekawiej się robi, kiedy przyglądamy się tym osobom noszącym rany męki Pańskiej, które żyły bardziej współcześnie, które były przebadane przez niezależnych lekarzy. Natomiast nie oszukujmy się, zawsze tam, gdzie zdarzają się cuda, to ci niezależni lekarze to są czasem bardzo zależni lekarze, zazwyczaj od Kościoła. Tak samo było w przypadkach wielu objawień maryjnych. Co jeszcze warto o tej książce powiedzieć? Wilson analizuje to zjawisko, jak powiedziałeś, od kilku stron. Duży nacisk kładzie na potencjalne źródło psychiczne stygmatów, czyli możliwość wywoływania ich podczas zmienionych stanów świadomości. I nie jest też tajemnicą, i on tego nie ukrywa, że wielu stygmatyków miewało stany histeryczne albo ekstazy.
Reasumując, w pewnym szczególnym stanie skupienia, kiedy umysł jest połączony z ciałem i je w pełni kontroluje, to możliwe jest generowanie ran, które są utożsamiane z ranami męki Chrystusa. Ale też trzeba powiedzieć, że nie zawsze tak jest, że te stygmaty nie zawsze się pokrywają, co jest największą zagadką stygmatów. To, że one mają taki charakter, jaki widzimy na ikonografii często, tak? A nie ma stuprocentowej historycznej pewności co do tego, jak Chrystus został na przykład ukrzyżowany, jak został umęczony.
[28:32] - I to mi się wydaje bardzo ciekawe w tej książce, bo rzeczywiście autor wiele miejsca poświęca tej psychologicznej stronie zjawiska, a właściwie próbie porównania różnych postaci i stanów, w jakich one się znalazły. Porównania, co łączy poszczególne osoby, u których stygmaty pojawiały się na ciele. On stara się znaleźć jakiś wspólny mianownik. I mówiąc szczerze, to są te fragmenty książki, które wydały mi się najbardziej wciągające, zajmujące, bo mamy do czynienia, ja tu troszeczkę świadomie przesadzę, ale mamy do czynienia z rodzajem takiego śledztwa i to w stylu Conan Doyle'a, czyli Sherlocka Holmesa właściwie, gdzie zestawia się pewne fakty oraz wydarzenia z życia różnych postaci i usiłuje się znaleźć wspólny mianownik. Może dlatego właśnie jest ta książka przekonująca. Zwróciłeś uwagę na ten psychologiczny, psychiatryczny czy jakkolwiek go określimy aspekt, możliwy przynajmniej aspekt pojawiania się stygmatów. I te fragmenty książki wydały mi się niezwykle frapujące, niezwykle wciągające i cóż, muszę to powiedzieć, przekonujące, że tu być może ci wszyscy, którzy na sam dźwięk słowa stygmaty od razu mają skojarzenia czysto religijne i w związku z tym machają ręką, bo są pogniewani z Panem Bogiem, z religią i w ogóle. W końcu takie ludzkie prawo. Być może nawet ci ludzie powinni się stygmatami zainteresować, bo Zachodzi duże prawdopodobieństwo, że te stygmaty, to zjawisko nie musi mieć wiele wspólnego z tym, co tak potocznie nazywamy religią.
[30:57] - Tak. Mówiąc najprościej, to po prostu rany na ciele, trudno gojące się, jątrzące się, mogą pojawiać się u niektórych osób wskutek szoku. Wskutek szoku, wskutek głębokiej sugestii również, bo badano też, w jaki sposób można stygmatyka zaprogramować tak, że te rany się pojawią. Jeszcze ciekawe u Wilsona jest to, że on zwraca uwagę na te elementy, o których często ci pisarze zorientowani na chrześcijaństwo trochę milczą. Zdarzają się też, akurat Wilson o tym nie pisze, ale zdarzają się też stygmaty, chociaż tutaj stosujemy duży cudzysłów, „islamskie” w postaci oczywiście nie ran męki pańskiej, ale cytatów z Koranu albo imienia Allaha pojawiających się na skórze. To jest bardzo kontrowersyjna sprawa. W większości przypadków to są jakieś szwindle. Natomiast nie jest tajemnicą, że to zjawisko przez długi czas było bardzo mocno eksploatowane w katolicyzmie. Przecież ojciec Pio tak naprawdę ponoć, jeżeli wierzyć statystykom, jest drugą najpopularniejszą osobą wśród katolików włoskich po Jezusie. Ale przejdę jeszcze do jednej rzeczy, która mi strasznie utknęła w głowie i która jest tym elementem, który sprawia, że do Wilsona warto sięgnąć.
Tym bardziej że to jest książka już dość leciwa i taka, która nie będzie droga w jakimś antykwariacie. On nam przywołuje historię nieznanej polskiej stygmatyczki, która jest bardzo symptomatyczna dla takiego ogólnego, albo inaczej, ona dobrze podsumowuje to, o czym ta książka jest. Chodzi o panią H. To była Polka, która po doświadczeniach, traumach wojennych wyemigrowała do Australii i tam się wydarzyło coś bardzo dziwnego, bo została ukąszona przez pająka, po czym straciła czucie w części ciała. Szybko wróciła do zdrowia, natomiast okazało się, że potem przeszła jakieś załamanie psychiatryczne po tym incydencie z pająkiem, bo twierdziła, że doświadcza wizji Matki Boskiej i otrzymała stygmaty. Co piątek wpadała w trans, pojawiały się tam jakieś bóle, tak zwane wewnętrzne stygmaty, bo Wilson też o nich pisze. Najdziwniejsze były jednak te, które się pojawiały, że tak powiem, w postaci cielesnej, czyli jakieś krwawe łzy, znaki i tak dalej. Ta sprawa jest tam opisana. Pani H. chyba zmarła w latach 60.
I gdyby nie Wilson, to byśmy się o niej nie dowiedzieli.
[33:41] - Tak. Ja jeszcze podrzucę, jeśli mówiłeś o cenie, to ja sobie oczywiście zrobiłem research internetowy i najwyższa cena, jaką znalazłem, to 20 złotych. Natomiast już ustrzelicie państwo tę książkę w granicach złotych 10, a nawet 8, jeśli dobrze poszukacie na aukcjach internetowych. Zatem powiem tak, bo Limbus miał tę świetną cechę, że drukował dosyć duże nakłady. Jeszcze wtedy duże nakłady pojawiały się na rynku i tej książki jest sporo. Być może to są właśnie ci ludzie, którzy tak jak ja oczekują w książkach różnych sensacyjnych rzeczy i jak jest w miarę potoczysty, ale niespecjalnie iskrzący wydarzeniami, taka narracja, to oni mówią: „Nie, nie, to ja tę książkę sprzedam”. No i sprzedają. To państwo skorzystajcie, bo naprawdę warto. Ta książka wyposaża państwa w wiedzę. Nie może taką iskrzącą, nie taką pełną tajemnic i takich, że można na przyjęciu się popisać: „A ja państwu teraz powiem”.
Może nie. Natomiast to jest książka, która mnie skłoniła kilka razy do zastanowienia się nad tym, o co w tym chodzi. Trochę podążałem za tym śledztwem, o którym mówiłem, za tymi zestawieniami, za tymi faktami podawanymi, jaki jest właśnie wspólny mianownik. Oczywiście Wilson podpowiada, jaki może być wspólny mianownik, ale też nie zamyka bramy, nie zamyka drzwi. I to jest również materiał jak usztylica do przemyślenia dla państwa. I to naprawdę to rozdarcie we mnie, zrozumcie państwo, ale ja się tu przyznaję do tego, że zacząłem uważać, że Wilson odrobił bardzo dobrze to zadanie i to jest książka, którą z czystym sercem mogę państwu polecić.
[35:57] - Tak, ona nie zostawia nas z takim niesmakiem, że coś tam zostało przeciągnięte w jedną albo drugą stronę, bo zjawisko stygmatów trzeba prezentować przede wszystkim od takiej czysto ludzkiej strony. Świadkowie, nie wiem, czy powiedzieć ofiary, czy jak to nazwać, nosiciele byli ludźmi, często miewali też słabości i różne dziwne skłonności. Nie wszyscy byli uczciwi. To jest taki też trochę leksykon, jakby na to nie patrzeć, pełen wiedzy, pełen informacji. Jeżeli gdzieś zebrano naprawdę w fajny sposób dane na temat stygmatyków, to właśnie tam polecam. Ja powiem ci, że ubolewam, że dzisiaj się już nie wydaje czegoś takiego.
[36:38] - A jeszcze odnoszę jedno wrażenie, że Wilson uniknął też takiego taniego, popularnego w niektórych kręgach walenia w Kościół, walenia w religię i mówienia: „A to wiadomo, głupoty są wszystko”. Nie, on to robi w sposób stonowany To, że nie zawsze odwołuje się do wiary, do religii, tylko czasami sugeruje, że może jednak jest troszeczkę inaczej. Robi to w sposób stonowany. Robi to w sposób taki, inne słowo mi nie przychodzi do głowy, kulturalny, niekrzykliwy, nie w stylu: „Mnie słuchajcie, ja wam powiem”, tylko właśnie jest w stanie uszanować pewne przekonania, co nie znaczy, że musi się z nimi zgadzać. I to jest kolejna cecha tej książki. Mogę za tobą powtórzyć: szkoda, że dzisiaj się takie książki nie ukazują częściej, bo dzisiaj panuje moda na to, żeby wykpiwać. Czyli ja wam powiem, jak jest, a wszyscy inni to durnie i się mylą. Trochę w takim tonie, przynajmniej niektóre książki, które pojawiają się na rynku, są pisane. Już pomijam te książki, w których głoszona jest prawda. Czyli mamy autora, który mówi wam, państwo szanowni, jak jest.
On wie najlepiej i głosi to już właściwie zaczyna chwilami przypominać różnego rodzaju sekty, a w każdym razie próby ich tworzenia. Nie, u Wilsona czegoś takiego nie ma. On bardziej mi pasuje na naukowca, człowieka, który bada zjawisko, takie kulturowe zjawiska różnego rodzaju bada i to moim zdaniem robi bardzo dobrze.
[38:26] - Dokładnie. Nic dodać, nic ująć. Może kiedyś weźmiemy się za inną książkę tego autora, bo są co najmniej dwie i zobaczymy, czy tam też jest tak dobrze.
[38:37] - Pięknie ci, Piotrze, dziękuję za dzisiejsze spotkanie.
[38:40] - Pozdrawiam.
[38:41] - Ja też państwa pozdrawiam i zapraszam na kolejne punkty programu. Wszystkich, którzy wpadają tu do „Bibliotekarium”, cytuję: „wyłącznie na „Filmotekarium”, bo poza tym nie ma czego słuchać”, to ja wszystkie te osoby informuję, że państwa ulubiona audycja, czyli „Filmotekarium”, pojawi się na antenie natychmiast po spotkaniu z Piotrem Plebaniakiem. A zatem trzeba nieco uzbroić się dzisiaj w cierpliwość, bo to spotkanie to niemal trzy godziny rozmowy o geopolityce oraz to, o czym mówiłem, pojawi się na antenie wielki konkurs z bardzo cenną nagrodą. Żeby już nie przedłużać, to zapraszam państwa na spotkanie z autorem książki „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. Rozpocznę od tradycyjnego dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[39:49] - Dzień dobry, bardzo pozdrawiam, jak zwykle z Tajwanu.
[39:52] - Tak, a dzisiaj będzie audycja nietypowa, bo nie będzie trwała około godziny, tak jak „Telegram z krańca świata”. Nie będzie też półgodzinnym omówieniem reguły, która pozwala podbić świat, a właściwie budować imperium, ewentualnie je zniszczyć. Dzisiaj będziemy mówić o nowej książce Piotra Plebaniaka „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. Czy ja już powiedziałem wszystko? Pewno nie, bo audycja trochę potrwa, a audycja dzisiaj będzie szczególnie atrakcyjna, dlatego, że pan Piotr poza omówieniem książki, która jest, wierzcie mi państwo, fascynująca, ale o tej fascynacji to za chwilę. Pan Piotr przygotował dla państwa konkurs z nie byle jaką nagrodą, ale tu już oddam głos panu Piotrowi.
[40:49] - Tak. Zaplanowaliśmy kilka miesięcy temu zrobienie bardzo długiego konkursu na kilkanaście co najmniej pytań. To się okaże ile w trakcie audycji. Zwycięzca, czyli pierwsza osoba, która odpowie na większość pytań, na samym końcu audycji powiemy, ile to będzie pytań minimalnie, otrzyma w prezencie autentyczny, całkowicie prawdziwy, przyrzekam się, nóż aborygeński do ustalenia, jaki to zdjęcia dostanie zwycięzca do wyboru sobie znajdzie to, co mu się od razu spodoba na pierwszy rzut oka na przykład i nóż zostanie wysłany do niego jako nagroda bezpośrednio z Tajwanu.
[41:35] - Wow! A to taki nóż aborygeński to nie wiem, jakieś potężne ostrze ma? Na czym polega jego niezwykłość? Niech pan trochę opisze, chociaż trochę niektóre te ostrza albo niektóre te narzędzia mordu, bo to chyba do mordu służyło. Czy nie?
[41:54] - Do mordu też, a konkretnie do obcinania głów. Dlatego, że jeszcze sto lat temu, to tutaj miejscowi Aborygeni, zamiast przeglądać sobie Facebooka na internecie bez limitów za mniej więcej 70 złotych miesięcznie, to właśnie obcinali sobie nawzajem głowy, polowali na świnie leśne tak zwane, czy też dziki, można tak powiedzieć, i robili różne inne, nie do końca przyjazne rzeczy. Natomiast zostali ucywilizowani. Tajwan to tak na marginesie, jakby ktoś nie wiedział, to jest taki chiński Dziki Zachód, czyli pewien obszar na krawędzi imperium, czy też na jakichś rubieżach tego imperium, który był nie do końca skontrolowany, na którym żyły sobie rozmaite ludy właśnie aborygeńskie.
[42:44] - To najlepszy dowód tego, że rubieże zawsze są
[42:48] - Ciekawe czy to Dziki Zachód, czy to Tajwan, czy to granice kosmicznego imperium. Tam zawsze na rubieżach jest ciekawie. Jeszcze nawiążę do konkursu. Pan Piotr mi tu napisał w ściądze, że dobór pytań będzie sprawiedliwy. Aby było sprawiedliwie, to pytania będą dobrane, żeby szansę mieli zarówno miłośnicy historii wojen, historii powszechnej, ale także adepci geopolityki oraz koneserzy różnego rodzaju nawiązań do popkultury. Czy się gdzieś nie walnąłem, panie Piotrze? Wszystko dobrze przekazałem?
[43:28] - Wszystko dobrze, tak właśnie będzie. Jak ktoś słucha „Telegramu z końca świata” albo jeszcze w dodatku wygrał książkę w jednej z edycji „Telegramu”, to wie, na czym polega sprawa. Tylko to będzie teraz, w dniu dzisiejszym podniesione do potęgi, czyli do kilkunastu pytań, a nie do tylko jednego. Ale stawka usprawiedliwia ten wysiłek. Zapewniam, że nóż, którykolwiek to będzie z mojej kolekcji, będzie absolutnie w pełni wynagradzał cały mozół wymagany do tego, żeby odpowiedzieć na tą minimalną ilość pytań.
[44:05] - Panie Piotrze, zanim padnie pierwsze pytanie, to ja jednak proponuję, żebyśmy się chociaż na chwilę skupili na książce „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. Mowa jest o tym, że to jest, nie jakby, a na pewno kontynuacja innych pana książek, chociażby tej ostatniej „Siły psychohistorii”, ale wcześniej było „36 forteli”. Ile można pisać o tych różnych sprawach związanych z szeroko pojętą geopolityką, ale nie tylko, bo przecież z antropologią i innymi ciekawymi rzeczami na tym świecie. Co pan nowego w tej książce pisze?
[44:47] - Podejście w tej książce, czy też tematyka tej książki jest ściśle sprecyzowana na poziomie geopolityki, a konkretnie zachowania czy też psychologii homeostatów geopolitycznych. Homeostat geopolityczny to jest taki podmiot zdolny do podejmowania decyzji i potem podejmowania akcji, który w języku potocznym, codziennym nazywamy albo państwem, albo mocarstwem, albo imperium, albo jakimś ośrodkiem geopolitycznym. Natomiast samo słowo homeostat bardzo naprowadza na to, czym w swojej naturze jest mocarstwo. To jest podmiot, który jest homeostatem, czyli ma bardzo prostą zasadę funkcjonowania. Ma działać tak, żeby przetrwać.
[45:39] - Opisując książkę, warto jeszcze dodać, na razie takie wiadomości encyklopedyczne się pojawiają, że jest pan takim guru i przewodnikiem w tej książce. Niemniej jednak jest to rodzaj pracy zbiorowej, bo zaprosił pan do współautorstwa kilku innych autorów.
[46:01] - Tak. Zasada pisania czy też powstawania książek z serii Wzorce, do których właśnie należy i „36 forteli” i przekład „Sztuki wojny” i „Siły psychohistorii”, czyli dzieło sztandarowe dla całej serii i właśnie „Prawidła geopolityki”. Każda z tych książek to jest studium pewnego tematu, pewnego zakresu tematów czy też podejść co do tego, jak należy oddziaływać na wszystko to, co dzieje się wokół nas w świecie. Czyli w książce „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie” mówimy o tym, jak robią to mocarstwa, jak robią to państwa. W „Siłach psychohistorii” problematykę, czy też taki motyw przewodni określiliśmy jako sztuka budowania i niszczenia imperiów. I wszystko właśnie jest podporządkowane temu, żeby całe dzieło, całe studium miało jakąś strukturę i wiodło do jakiegoś celu, to znaczy do zrozumienia pewnego aspektu działania czy ludzi decydujących o niszczeniu i powstawaniu imperiów, czy też samych tych imperiów. Dlatego, że mimo tego, że imperia nie mają osobowości, nie są organizmami takimi jak my, które mamy jakąś pamięć osobniczą, które są targane jakimiś emocjami, czy na których decyzje można w jakiś określony sposób wpływać. Można oczywiście wpływać. Mają jakieś emocje, ale to są emocje nie organizmów biologicznych, tylko organizmów typu homeosta, czyli organizmów definiowanych troszeczkę wyżej. Ci, którzy znają książki Stanisława Lema, wiedzą, że Lem posługuje się słowem homeostat bardzo często.
Przede wszystkim w powieści „Niezwyciężony” pada to słowo. Jak ktoś nie czytał jeszcze tej powieści, to nawet ja bym polecił. To jest nawet mikropowieść, bym powiedział, bardzo krótka. Może nie bardzo krótka, ale krótka. Poleciłbym nawet teraz zapauzować, przeczytać „Niezwyciężonego”. Na pierwszy raz wystarczy raz i wtedy będzie wiedział, że tam Lem po prostu nawet definiuje w którymś momencie, że głównym priorytetem działań dla homeostatu jest przetrwać w każdych warunkach i w każdych okolicznościach. Czyli podstawowym instynktem działania kierującym w każdej akcji zdobywania zasobów czy zbierania zasobów, czy przetwarzania tych zasobów na jakiś instrument oddziaływania. Wszystko to jest potrzebne homeostatowi do tego, żeby przetrwać. I kiedy spojrzymy na geopolitykę właśnie z punktu widzenia doprecyzowanego przez tą wizję Stanisława Lema Właśnie przez to, że wielkie mocarstwa, które ze sobą współzawodniczą na arenie międzynarodowej, są homeostatami, to nagle okazuje się, że te homeostaty, te byty mają bardzo podobne priorytety, czy też bardzo podobną psychologię, co zwykłe biologiczne homeostaty, czyli czy to ludzie, czy to zwierzęta.
[49:14] - Panie Piotrze, ja mam takie pytanie czysto techniczne do naszej rozmowy. Wspomnę, że to pan wystartuje konkurs. To znaczy powie, kiedy zadajemy pierwsze pytanie.
[49:29] - Jasne.
[49:31] - To tak tylko technicznie. Natomiast ja znowu pogalopuję sobie do książki. Ona oczywiście, jak to u pana, jest bardzo uporządkowana. Mamy część pierwszą. Nosi ona lakoniczny, ale bardzo moim zdaniem przejrzysty tytuł: „Zasady gry”. I tu mamy temat pierwszy: warsztat percepcyjny i koncepcyjny. Jakby pan uchylił rąbka tajemnicy, to byłoby chyba nieźle.
[50:02] - Jasne. Tylko zanim przejdziemy już do omawiania tych konkretnych książek, to zagadka pierwsza, czyli pytanie pierwsze. To pytanie pierwsze dotyczy tego, w jaki sposób sygnalizujemy, że to jest zagadka, która się liczy do konkursu. Będziemy klikać z takim dźwiękiem tak tik, tik. Za sekundkę go włączę. Natomiast pierwsze pytanie jest: w jakiej operacji wojskowej ten dźwięk, który słyszymy jest używany do rozpoznawania w nocy, w ciemności, czy spotkaliśmy wroga, czy też przyjaciela? Ta scena była zresztą w filmie opowiadającym o przebiegu tej operacji, w której to scenie było coś takiego, że niestety okazało się, że broń przeciwnika wydaje niezwykle podobny dźwięk do właśnie tego urządzonka, do tego klikania. Także to jest pierwsza zagadka: o jaką operację militarną chodzi i o jaki film chodzi w tej kwestii klikania. Także to jest ta pierwsza zagadka. I teraz już odpowiadam na pytanie.
Warsztat percepcyjny. Co to jest percepcja? To jest zdolność podejmowania danych zmysłowych ze świata zewnętrznego, czyli to jest zdolność obserwacji, czyli pozyskiwania danych zmysłowych, ale też zgodnie z definicją, bo definicja tego, czym jest percepcja, czym jest pobieranie danych ze środowiska funkcjonowania nie jest jednoznaczna. To znaczy, dotyczy samego pobierania, ale także zdolności określonego przetwarzania tych danych w użyteczną informację. W informację użyteczną do czego? Do tego, żeby przetrwać. Więc na początku książki, tak jak to powinno być z każdą książką, ale niestety nie do końca tak jest, będziemy opisywać wszystkie sposoby patrzenia na bieg zdarzeń, na to, w jaki sposób te homeostaty geopolityczne, czyli mocarstwa, zachowują się w tej geopolitycznej grze i zrozumiejąc, z jaką logiką te geopolityczne byty zachowują się, czy też oddziałują na siebie nawzajem, czy też oddziałują na środowisko. Wiedząc, jak działa ta logika, będziemy w stanie przewidzieć to, co może się zdarzyć w ciągu najbliższej przyszłości, czy też w nieco dalszej perspektywie.
[52:45] - Panie Piotrze, ja mam teraz propozycję, żebyśmy jednak ten dźwięk, o który pan pytał, puścili na antenie, żeby już dopełnić pierwszego pytania. No tak. To tyle, jeśli chodzi o dźwięk. Myślę, że pytanie jest łatwe, panie Piotrze, bo ten film, o który pan pyta... No tak, ale to było w latach 70. Nie wszyscy wtedy żyli. No dobra, ale później też był powtarzany. W każdym razie film jest zacny i nawet znam odpowiedź na to bez podpowiedzi na to pytanie. Cóż, jedźmy dalej, bo pytając o ten warsztat percepcyjny i koncepcyjny, tu widzę takie podtytuły, że na przykład taki tytuł, który mnie nie tyle szokuje, co zastanawia: „Wojskowi i dzieci lubią się straszyć”. Ja nie będę udawał, że nie wiem, o co chodzi, bo wiem, bo czytałem.
Zresztą o tym czytaniu to jeszcze w pewnym momencie powiem. Natomiast jakby pan zechciał powiedzieć naszym słuchaczom, o co w tym myku chodzi, to ja będę bardzo wdzięczny.
[54:00] - Tak. Więc wojskowi i dzieci lubią się straszyć. To jest aforyzm polskiego dziennikarza Aleksandra Żukowskiego. Przepraszam, chyba pomyliłem jego pierwsze imię, ale generalnie Żukowski z całą pewnością. Ja muszę się usprawiedliwić. U mnie jest po północy, jest u mnie 00:30, Amerykanie mówią na to zero dark thirty, czyli moment, w którym wróg jest najbardziej zmęczony w środku nocy i wtedy można go z szansą największego powodzenia zaatakować. Więc właśnie jestem dokładnie w tym momencie. Także tu jeszcze raz przepraszam. Natomiast wracając do samej zasady: wojskowi i dzieci lubią się straszyć. Geopolityczna gra, czy też walka o wejście na najwyższą gałąź na poziomie stada małp, którym to stadem są zbiorowości ludzkie bardzo często, niestety, ale te interakcje okazuje się, że są na poziomie właśnie stad zwierząt, czy też grup ludzi, czy też zbiorów jakichś wzajemnie ze sobą konkurujących homeostatów geopolitycznych, czyli mocarstw.
Okazuje się, że te wszystkie przepychanki i walka o zasoby Toczy się wedle jednego prawidła, właśnie takiego, wedle którego straszymy się po to, żeby zdeprymować przeciwnika, po to, żeby go zniechęcić do zaatakowania nas, po to, żeby w jakiś sposób wpłynąć na sposób, w jaki ten przeciwnik podejmuje decyzje. I w taki sposób musimy wpłynąć, żeby go zniechęcić do działań, które mogłyby nam zaszkodzić. Czytając jakieś opisy historycznych bitew czy też współczesnych bitew, najprostszym przejawem tego prawidła, czy też po prostu akcją, która jest przejawem tego prawidła, jest to, że na przykład ustawiając w szyku bojowym średniowieczne armie, to ustawiały na przykład także ciurów obozowych albo rozciągały te szeregi tak, żeby armia wydawała się większa. Bo w chwili, w której armia jest większa, to tamten może zrejterować, zobaczyć, że jednak chyba na nie damy rady i w nogi. Więc na poziomie współczesnym możemy wystawić armię, na przykład jakąś dywizjon czołgów albo kilkanaście plutonów czołgów prawdziwych, ale obok tych prawdziwych możemy nadmuchać czołgi zrobione z balonów plastikowych. W środku możemy umieścić jakieś promienniki podczerwieni czy też jakieś źródła ciepła, dzięki któremu wywiad przeciwnika zobaczy, że te czołgi to nie jest rzeczywiście jakaś atrapa, tylko rzeczywiście jakiś tam silnik, który to ciepło emituje. Więc mamy cały szereg opcji i całe pakiety sposobów, w jakie możemy sprawić, że przeciwnik będzie myślał, że jest nas więcej albo że jesteśmy silniejsi, niż mu się pierwotnie wydawało. Straszymy się nawzajem. Natomiast przy tym straszeniu się przez wojskowych, którzy to bardzo lubią, bo rzeczywiście strasznie lubią i politycy lubią się straszyć i wojskowi lubią się straszyć i dzieci lubią się straszyć, to najlepszym przykładem jest cała sytuacja z Koreą Północną. Korea Północna jest państwem biednym.
Posiada oczywiście bardzo silną armię i świetną pozycję strategiczną do tego, żeby zaszkodzić Korei Południowej i co najmniej Korei Południowej. Przypominam, że granica między Koreą Północną a Południową przebiega mniej więcej 50 kilometrów od miasta Seul, czyli stolicy Korei Południowej zamieszkanej przez miliony osób. Więc nawet jakiś zmasowany atak na Koreę Północną wyprzedzający nie zagwarantuje tego, że Korea Północna nie zrealizuje jakiegoś zachowania retaliacyjnego, czyli jakiegoś odwetowego, czy też jakiegoś działania typu martwa ręka, na przykład detonacja broni jądrowej w najbliższym pobliżu Seulu, nawet po swojej stronie granicy, które sprawi, że ta akcja wyprzedzająca ze strony południowego sąsiada będzie kompletnie, tak powiem, kontrproduktywna. Więc na czym polega straszenie ze strony Korei Północnej? Łupią pięścią w stół. W czasie ćwiczeń strzelają rakietami w pobliżu granicy albo na przykład te rakiety przez przypadek oczywiście przelatują na niewłaściwą stronę tej granicy. Chociaż na właściwą stronę w gruncie rzeczy. Ale generalnie zasada polega na tym, że Korea Północna po to, żeby przetrwać, żeby zniechęcić do tego ataku wyprzedzającego, który miałby doprowadzić do upadku reżim tej Korei Północnej, to oni muszą się zachowywać hałaśliwie, muszą prosić Chiny o pomoc, czasami o asystę w tym całym teatrzyku, bo to teatrzyk jest idealnym słowem opisującym cały przebieg tych negocjacji i straszenia się nawzajem. I przez to, że na stole pojawiają się argumenty, których nie sposób nawet ocenić, w jak wielkim stopniu są prawdziwe i czy rzeczywiście te blefy zostaną zrealizowane, gdyby przyszło co do czego. Ale proszę bardzo, efektem jest to, że ta Korea Północna, mimo tego, że jest tam straszliwa bieda, że gospodarka Korei Północnej jest wręcz rachityczna, jest ułamkiem tego, co wypracowują Koreańczycy na Południu, ale mimo wszystko właśnie ta Korea Północna jest nie do ruszenia, dlatego że straszą.
Mają ten podstawowy argument, że mają broń atomową i straszą decyzją jej użycia w razie gdyby ktoś zagroził temu państwu. Podkreślam, to jest bardzo ważne słowo, Korei Północnej. W którymś momencie negocjacji, na przykład jak przyjdzie nowy prezydent, na przykład Donald Trump, zacznie on z kolei walić pięścią w stół, że zaraz tą Koreę Północną rozłoży na łopatki, pstryknie palcem i rozpadnie się ona jak domek z kart. Tak łatwo nie będzie. Obydwie strony muszą się straszyć. To jest częścią logiki tej gry i nigdy nie przestaną i zawsze to będzie wyglądać groźnie, bo ma wyglądać groźnie dlatego, że ma właśnie straszyć i wpływać na podejmowanie decyzji czy to jednej, czy to drugiej strony.
[01:00:33] - Panie Piotrze, à propos Donalda Trumpa, czy pan ma jakieś przecieki? Coś pan wie o przyszłorocznych wyborach?
[01:00:41] - To będziemy w dalszej części naszej rozmowy mówić, ale z całą pewnością przeciwnicy Donalda Trumpa będą próbowali wywołać jakiś rodzaj mniej czy bardziej intensywnej wojny domowej wewnątrz Stanów Zjednoczonych po to, żeby nie dopuścić Trumpa do władzy, a po drugie, żeby uniemożliwić jakiekolwiek reformy polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych sprawiającej, że Ameryka będzie silna i będzie w stanie powstrzymać rozmaite trendy wiodące czy to do osłabienia roli petrodolara w roli waluty międzynarodowej, czy też osłabienia zdolności oddziaływania Stanów Zjednoczonych na cały porządek globalny, jaki Stany ustanowiły w akcie ustanawiającym naszą epokę, czyli w akcie II wojny światowej.
[01:01:27] - Panie Piotrze, ja tu pana wypytuję o szczegóły książki, więc dochodzę do wniosku, że popełniłem pewne faux pas, bo powinienem na początku zapytać, jak idzie sprzedaż „Prawideł geopolitycznej gry o przetrwanie”. Muszę powiedzieć, że pomimo iż znałem PDF pana książki, skusiłem się na to, żeby ją również zdobyć w wersji papierowej.
[01:01:59] - To pan. Nie wiem, czy dowcip wyszedł, bo wpłuczyliśmy go w ramę naszej rozmowy, ale w oryginalnej wersji jest tak, że kolega mówi: „Widziałem w księgarni twoją książkę, nawet kupiłem”. A autor odpowiada: „A, to ty”. Także nie wiem, czy dało się zrobić tak, że słuchacze załapali.
[01:02:21] - Tak, ale powiedzmy od razu, że to był dowcip. Tak naprawdę ani panu nie wypada opowiadać, jak świetnie idzie sprzedaż, ani ja nie mam specjalnych informacji. Natomiast przypuszczam, że rzecz jest w normie, jak to normalnie bywa. I ten dowcip, który zrobiliśmy na antenie, mniej lub bardziej udany, proszę traktować jako dowcip.
[01:02:53] - Tak. Książka zaczęła się sprzedawać w sposób absolutnie zaskakujący, dlatego że na początku lipca wydrukowałem setkę po to, żeby w czasie wakacji się sprzedała i ta setka poszła w jeden dzień do detalistów. Nie miałem kontroli nad sprzedażą detaliczną. Okładka z pięknymi czterema jeźdźcami Apokalipsy i pięknie płonącym światem, sam tytuł i podtytuł, czyli „Nasza przyszłość w czasach niepewności”, robi swoje. Książka się sprzedaje bardzo fajnie.
[01:03:29] - Panie Piotrze, to jest chyba czas, żebyśmy zadali kolejną zagadkę. To teraz ja. Otóż, proszę państwa, w powieści pisanej przez Piotra Plebaniaka opisane jest starcie kosmiczne z użyciem torped. Pociski te używane przez stronę dobrych to model noszący nazwę Herman. Nawiązaniem do jakiego arcydzieła kinematografii jest owa nazwa?
[01:03:59] - Ja dopowiem. Polecam wszystkim, żeby im się dwoje zakotłowało i odgadły. Natomiast wszystkim słuchaczom audycji „Telegram z końca świata” podpowiadam, że ta zagadka była zadana w jednym z pierwszych odcinków. Także zapraszam do sięgnięcia do archiwów i do przypomnienia, przynajmniej archiwów tych w głowach własnych. Mamy kolejną zagadkę i wracamy do głównego wątku, czyli do-
[01:04:35] - Czyli do pierwszego tematu. Mówiliśmy o tym, że wojskowi i dzieci lubią się straszyć, ale tu jest jeszcze jeden podtytuł, który jest intrygujący. To jak jest intrygujący, to muszę o niego zapytać. Brzmi on: „Umarł hegemon. Niech żyje hegemon”. To znamy. Umarł król, niech żyje król. Czy wznosimy okrzyk za wcześnie? I to jest to, o co chciałem zapytać.
[01:05:04] - Cały esej, który nosi ten tytuł, był wywiadem, którego udzieliłem w 2018 roku. Wywiad ten, proszę mi wybaczyć, ale miał formę satyryczną. Jak można opowiadać w formie satyrycznej na temat wydarzeń geopolityki, które są bardzo poważne? Otóż można jak najbardziej, dlatego, że satyra pozwala nam na ominięcie wszelkich tabu językowych czy tabu kulturowych, czy też unikania pewnych tematów, chociażby ze względu na to, że jakiś ekspert od geopolityki, który jest na przykład szefem think tanku dostarczającego wiedzy eksperckiej na temat geopolityki i stosunków międzynarodowych. Tacy eksperci i szef takiego think tanku mają ograniczone pole do ekspresji swoich opinii, a nawet formułowania tych opinii z tej prostej przyczyny, że wygłaszanie tych opinii, pojawienie się w debacie publicznej i w świadomości rzesz mniejszych czy większych słuchaczy, adeptów geopolityki, którzy chcą zrozumieć, jak działa świat wokół nas. Więc szefowie takich think tanków mogą być pod presją swoich sponsorów czy też pod presją swoich zleceniodawców, dla których robią bardziej skomplikowane analizy już nie w przestrzeni publicznej, bo na tym polegają think tanki, że pozyskują swoje środki między innymi z własnych środków, ale przede wszystkim liczą na to, że zostaną zatrudnieni, dostaną zlecenie napisania gruntownej analizy za jakąś uzgodnioną kwotę. Ale najczęściej właśnie takie analizy kończą się na tym, że think tanki czy też jakieś grupy narracyjne, to jest neologizm, którym lubię się bardzo posługiwać. Grupy narracyjne realizują zazwyczaj czyjś interes geopolityczny poprzez odpowiednie kierowanie uwagi swoich słuchaczy od meritum albo do takiego aspektu meritum, które jest wygodne właśnie dla tego zleceniodawcy. Nie sposób określić, w jaki sposób następuje realizacja tej kooperacji. To byłoby zresztą niegrzeczne i podlegałoby nawet pod pozwy sądowe o zniesławienie albo inne nie do końca pozytywne rzeczy.
Natomiast wracając już do tego tematu: umarł hegemon, niech żyje hegemon. W ciągu ostatnich lat przejawia się taki wątek narracyjny, że za chwilę Chiny padną, bo ich gospodarka to jest domek z kart. Albo Amerykanie zaraz padną, petrodolar się skończy, zaraz BRICS. To teraz jest aktualnie, czyli w końcu sierpnia 2023 roku mamy sytuację, w której dosłownie kilka dni temu skończył się jakiś wielki zjazd krajów BRICS. Miały zostać przyjęte do tego BRICS-u kolejne kraje i miał ten BRICS ustanowić walutę międzynarodową, rozliczeniową między tymi krajami należącymi do tej organizacji międzypaństwowej po to, żeby zerwać z siebie właśnie tą tyranię petrodolara. O tyranii petrodolara jeszcze sobie powiemy. Natomiast generalnie, gdyby rzeczywiście tym krajom BRICS udała się taka sztuka, co jest absolutnie niemożliwe, nierealne. Amerykanie są na dzień dzisiejszy zbyt silni i mają zbyt wiele instrumentów, żeby zrobić kuku każdemu, niekoniecznie militarnie, ale każdemu, kto spróbuje dokonać jakiegoś radykalnego ruchu w tym kierunku. Jakieś pojedyncze transakcje mogą być. Teraz taką transakcję zakupu ropy naftowej od Arabii Saudyjskiej wykonało, o rany, nie pamiętam które państwo, chyba Ameryka Południowa.
Natomiast kiedy wysyłałem książkę do druku w czerwcu, to taką rzecz zrealizowali Francuzi. Jakaś francuska firma zakupiła ropę na szanghajskiej, czyli na chińskiej giełdzie towarowej i walutą transakcji był chiński juan, a nie amerykański petrodolar, więc takie pierwsze jaskółki co chwila latają w powietrzu generalnie. Amerykanów to z całą pewnością straszy. Być może jest to jakiś celowy zabieg, żeby Amerykanów zmusić na przykład, żeby swoje moce przerobowe, czyli specjalistów musieli odciągać od konfrontacji z Chinami w kierunku konfrontacji z BRICS-em i zastopowaniem tego procesu odchodzenia od petrodolara. To jest niemożliwe do stwierdzenia. Ja nie mam dostępu do tego typu danych i nasi słuchacze z całą pewnością też. Także możemy jedynie zgadywać, na czym polega ta gra. Na wzajemnym straszeniu się. Ale właśnie ci geopolityczni przeciwnicy lubią się straszyć, to już ustaliliśmy i będą to robić, dlatego że po prostu to jest esencja całej tej gry. Bo to jest gra taka jak w pokera trochę, ale trochę jak w teatrze, że udajemy kogoś innego, niż rzeczywiście jesteśmy.
[01:10:16] - Panie Piotrze, dochodzę do wniosku, że zadaliśmy już dwa pytania, ale może byśmy jeszcze powiedzieli, co z tymi pytaniami nasi słuchacze mają zrobić? Jak mają zorganizować zdobycie owego noża, o którym pan wspominał na początku audycji? Jak to technicznie ma wyglądać?
[01:10:37] - Bardzo prosto. Na stronie chiny.pl/telegram, czyli tam, gdzie wstawiam linki do naszych audycji na swojej własnej stronie, na swoim własnym portalu. Tam będzie do ściągnięcia PDF i także plik otwarty z tabelką ze wszystkimi pytaniami. Także nie trzeba nawet odsłuchiwać audycji, tylko w tej tabelce będą takie naprowadzania. Nie będą pełne pytania. To będą takie przypominacze, jak gdyby. Więc korzystając z tej tabelki, ja bym nawet polecił teraz zapauzować naszą rozmowę, ściągnąć tą tabelkę na własny komputer czy nawet wydrukować. To też jest świetny pomysł. I ją powoli wypełniać. Tych pytań będzie około 20.
To będziemy na bieżąco też wymyślać je w trakcie rozmowy, jeżeli będzie to wynikało. Także ich ostateczna ilość padnie dopiero na samym końcu, w momencie, kiedy będziemy się żegnać. Ja już będę szedł spać do trzeciej w nocy, a pan Marek dopiero będzie miał 19. Zazdroszczę. Więc w ten sposób to zorganizujemy.
[01:11:40] - Panie Piotrze, to może czas, żebyśmy zadali trzecie pytanie, bo tak dopytuję, bo ja jestem jego bohaterem, to ja już bym chciał. Zadajemy?
[01:11:54] - Pytanie jest następujące. Kiedyś wymyśliłem sobie taką historyjkę. Pan Marek został wysłany w delegację do obcego miasta i miał za zadanie, jak sam głosił, odnaleźć dawnego znajomego. Tak przynajmniej się tłumaczył. Dieta wyjazdowa niestety nie była zbyt wielka, bo cały czas mamy trudności. Przecież musimy płacić 13., 14. nie wiem, czy już 15. pensję dla górników. No i Marek Żelkowski korzystał ze zwykłego motelu. I właściciel tego motelu stanął przed drzwiami zaniepokojony nietypowym zachowaniem swojego gościa i zapytał przez drzwi: „Ej, koleś, trzymasz tam zdekłego kota?”.
I pytanie tutaj, kliknięcie: co odpowiedział pan Marek po krótkim zastanowieniu? Chyba brzydkie słowo będzie musiało paść, ale proszę podać tytuł filmu i to będzie odpowiedź.
[01:12:44] - Okej, to mamy trzecie pytanie, a my wracamy do książki. Część pierwsza: zasady gry. No i zaczyna się pojawiać temat drugi: kluczowe prawidłowości i koncepcje. I tu moją uwagę przykuł od razu pierwszy podrozdział: cztery kluczowe aspekty geopolitycznych rozgrywek. Zdradzi pan, jakie to aspekty? Chociaż trochę sobie pan pod górkę będzie robił, odpowiadając na moje pytanie. No bo właściwie będzie pan opowiadał książkę i tajemnice w niej zawarte.
[01:13:19] - Tak, ale na tym polega nasza rozmowa, że opisujemy całą treść książki, więc szybciutko powiemy, co to jest. Przede wszystkim to jest przetrwanie, czyli główny prerogatyw, główny imperatyw funkcjonowania homeostatu, rytm którego ten homeostat zdobywa zasoby, zastrasza inne homeostaty, żeby zsiadały z tych zasobów i sobie poszły gdzieś indziej. Przetrwanie jest wszystkim, a do przetrwania potrzebna jest energia. Poza tym musimy powiedzieć, że mottem całej książki jest bardzo proste zdanie, bardzo prosta konstatacja: energia jest wszystkim. Energia służy homeostatom, nam, homeostatom biologicznym, ludziom. Energia, czyli jedzenie służy do tego, żeby podtrzymać morale, jeżeli to jest na przykład hamburger albo pizza, albo po prostu żeby podtrzymać swoje funkcjonowanie, jeżeli to jest jakiekolwiek inne jedzenie, na przykład ryż smażony. Przepraszam, nabijam się z moich kulinarnych przejść na Tajwanie, gdzie w miejscu, w którym nie ma ani kotletów schabowych porządnych, ani porządnej pizzy, bardzo rzadko, chyba dwa czy trzy lokale nawet trafiłem, w których jest dobre ciasto. Więc nie tylko energia sama w sobie, czyli nie tylko jedzenie samo w sobie, ale też pewien sposób, w jaki jesteśmy przyzwyczajeni do tego, żeby tę energię absorbować. To też ma kluczowe znaczenie właśnie dla morale, ale to jest osobna kwestia. Na pewno do niej nie dojdziemy, dlatego że będziemy mówić też o psychologii homeostatów, nie tylko tych geopolitycznych, ale też ludzkich.
Dlatego, że oprócz tego motta energia jest wszystkim, to takim mottem drugim, o którym mówiliśmy często w audycji „Bibliotekarium” i w Telegramie tak samo, jest to proste stwierdzenie, że studia nad prawidłami geopolityki należy rozpocząć od lektury podręcznika antropologii i prymatologii. Inaczej mówiąc psychologii ewolucyjnej. Psychologia ewolucyjna to jest dziedzina, w której tezy na temat naszego ludzkiego zachowania są niezwykle trudne do udowodnienia, dlatego, że to, w jaki sposób jesteśmy biologicznie i psychicznie skonstruowani, oczywiście wynika z jakiegoś toku biologicznej ewolucji czy ewolucji kulturowej, która miała miejsce w przeszłości gatunku homo sapiens. Natomiast te tezy opowiadające o najgłębszych przyczynkach naszego zachowania nie podlegają eksperymentowi i nie mamy możliwości sprawdzić, jak to rzeczywiście było. Możemy się domyślać, że na przykład tego typu instynkt albo tego typu zachowanie wyuczane kulturowo i dziedziczone przez nas właśnie w przekazie kulturowym zwiększa naszą zdolność przetrwania grupowego i indywidualnego albo nie. Ale generalnie jeżeli przeczytamy książki czy też podręcznik, mówiąc prosto z antropologii albo prymatologii, albo właśnie psychologii ewolucyjnej, to dostrzeżemy, że i te homeostaty geopolityczne i te nasze zwykłe biologiczne homeostaty, czyli małpy naczelne, czy też ludzie, te wszystkie homeostaty łącznie z nami zachowują się w niezwykle podobny sposób, dlatego, że muszą zrealizować ten jeden podstawowy cel: przetrwać. Za wszelką cenę przetrwać. Znowu cytuję niemal dosłownie to, co jeden z bohaterów powieści „Niezwyciężony” Stanisława Lema powiedział. Natomiast to jest właśnie jedna z tych czterech najważniejszych koncepcji przeplatanych ze wszystkimi innymi myślami wewnątrz książki, o której mówimy. Drugim prawidłem z tych czterech jest przewidywalność, czy też mówiąc precyzyjnie zdolność predykcyjna, czyli zdolność przetwarzania tych danych zmysłowych, które dochodzą do nas przez uszy, oczy, a w przypadku państw czy też mocarstw poprzez szpiegów, bo to jest aparat percepcyjny pobierający dane z zewnątrz, dane ze środowiska.
I te dane są przetwarzane. Dzięki temu, że te dane przetworzymy w sposób prawidłowy, czyli adekwatny do ich ważkości i ich wpływu na nasze przetrwanie, zdolność do naszego przetrwania, to jesteśmy w stanie wypracować jakieś odpowiedzi, czyli zaprojektować i zaplanować jakąś akcję, która wpłynie na innych, czy też ich strasząc. Już mówiliśmy, że wojskowi dzieci lubią i homeostaty lubią się straszyć. Można tak ogólnie powiedzieć. Przetwarzamy też energię, która jest wszystkim dla homeostatu w dźwignie oddziaływań, w skuteczne dźwignie oddziaływań, czyli dźwignie, które sprawiają, że my zwiększymy swoje szanse pozyskania zasobów potrzebnych do przetrwania, a zmniejszymy te szanse dla wszystkich naszych konkurentów, w tym sojuszników. Dlatego, że sojusznicy to są, jak to chińska starożytna mądrość mówi, to są przyszli wrogowie, bo drogi sojuszników rozchodzą się. To z kolei jest cytat z książki „Kolory sztandarów” Tomasza Kołodziejczaka. Jak ktoś nie czytał, to absolutnie lektura podstawowa, jeśli chodzi o taką wojskową science fiction i space operę.
[01:18:37] - Panie Piotrze, ale to mamy dwa aspekty, a pisze pan o czterech.
[01:18:42] - Już trzeci, bo tak wplotłem dlatego, że one się tak przenikają ze mnie. Mamy przetrwanie, dążenie do przetrwania jest naczelnym instynktem wszystkich homeostatów, czyli i dzieci, i wojskowych, i mocarstw, i ludzi, i małp naczelnych, i wszelkich innych organizmów żywych. Drugie mamy przewidywalność, czyli zdolność przetworzenia danych zmysłowych w plan skutecznego działania, pozwalający nam osiągnąć przede wszystkim właśnie przetrwanie, ale też inne cele pośrednie. I mówiliśmy też o dźwigniach oddziaływania. To jest ten trzeci termin, bo jest takie sformułowanie dotyczące polityków. Politycy dzielą ludzi na dwie grupy Wrogów i narzędzia. Nie wrogów i przyjaciół, tylko wrogów i narzędzia. Dlatego, że polityk wydatkuje swoją energię w sposób celowy. W jaki sposób? W jakim celu?
W takim, żeby mieć jak najwięcej dźwigni oddziaływania na wszystkich konkurentów czy też uczestników tej gry politycznej o władzę, mając innych, których kontroluje, czyli swoich własnych przyjaciół, sojuszników, czy też pracowników. Jako co ich traktuje? Jako narzędzia wywierania swojego wpływu. Wszystko może być tym narzędziem. Nawet przeciwnik odpowiednio sprowokowany albo podpuszczony, albo nastraszony, bo to wszystko się ze sobą wiąże, może być narzędziem w naszym własnym ręku i on może być tym narzędziem nawet wbrew własnej woli. Nie tylko dlatego, że został oszukany, ale dlatego, że wpadł w pułapkę jakiegoś cyklu kolejnych zdarzeń, które raz puszczone w ruch muszą toczyć się w jakiś określony sposób, bez względu na to, co uczestnicy tych zdarzeń i uczestnicy tych ciągów wydarzeń chcieliby robić innego. Dźwignie oddziaływań to jest podstawowa koncepcja w geopolityce, dlatego że wszystkie te homo statek geopolityczne, wszyscy uczestnicy międzynarodowych rozgrywek o zasoby, bo przede wszystkim są to rozgrywki o zasoby, czyli o energię, bo energia jest najważniejszym zasobem. Zaraz będziemy o tym dłużej rozmawiać. Wszystkie dźwignie oddziaływań to jest jakiś asortyment, cały zbiór narzędzi, za pomocą których kształtujemy bieg rzeczy. Dla przypomnienia drugi tom cyklu „Wzorce”, ten zawierający przekład traktatu „Sztuka wojny” ma za podtytuł: „Filozofia i praktyka oddziaływania na bieg rzeczy”.
Tytuł był bardzo długo formułowany przeze mnie po to, żeby uwzględnić główną myśl całego traktatu „Sztuka wojny”. Otóż główną myślą czy najważniejszą myślą, centralną myślą całego traktatu jest to, że mistrzowie wojowania, czyli mistrzowie w pokonywaniu przeciwnika, oni nie realizują swoich działań za pomocą rozkazywania innym: zrób to, zrób tamto. Czy to do swoich własnych żołnierzy w przypadku wodza, czy też w przypadku swoich własnych sojuszników, popleczników, sojuszników w przypadku polityka. Mistrzowie wojowania są mistrzami oddziaływania na motywacje ludzkich zbiorowisk i tak sformułowany motyw przewodni traktatu „Sztuka wojny”, proszę zwróćmy uwagę, że jest w równym stopniu sformułowany wobec jak i porada dla wodza kierującego armią, jak i dla władcy rządzącego państwem. Bez znajomości klasycznego języka chińskiego jest trudno to dostrzec dlatego, że współczesne czy też zachodnie przekłady tych starożytnych traktatów nie przekazują tej wiedzy. Natomiast większość tych traktatów albo nawet wszystkie te traktaty są formułowane w ten sposób ze względu na specyfikę klasycznego języka chińskiego, który był niezwykle lakoniczny w swoich formach pisanych. Gramatyka nie uściślała, czy chodzi o wodza armii, czy o władcę państwa. W związku z tym jedynie w przypisach, w lepszych przekładach tych starożytnych traktatów mamy wzmiankę, że to dotyczy w przypadku władcy państwa, to należy rozumieć tak, a w przypadku wodza jakiejś armii należy rozumieć tak, troszeczkę inaczej. Więc ten kontekst nie istnieje. Ten kontekst należy sobie wymyślić albo był przekazywany oprócz tego, że w jakimś zwoju deszczułek bambusowych ten traktat, to były tajne traktaty.
Nie każdy miał do nich dostęp, tylko ci najbardziej wybrani, ci, do których należały najważniejsze decyzje, czyli władcy państw. Te wszystkie porady miały posmak mistyczny niemalże, natomiast były pozbawione ze względów technicznych, czyli samego sposobu tego, jak język funkcjonował jako przekaźnik, jako narzędzie do przekazywania myśli. Wszystkie te konkretne aspekty były kwestią kontekstu. Czwarte jeszcze, przepraszam.
[01:24:13] - Właśnie chciałem powiedzieć, panie Piotrze, że ja jestem, jak ktoś mi kiedyś to zresztą powiedział otwartym tekstem, że jestem jak taki cierń w tyłku. Właśnie miałem zapytać o to czwarte.
[01:24:25] - Czwartą koncepcją, kluczową do tego, żeby w ogóle zacząć rozmawiać o geopolityce, jest kwestia rozliczalności. Po angielsku to jest accountability, czyli zdolność przypisania sprawstwa albo zdolność przypisania, czy też narzucenia odpowiedzialności jakiemuś podmiotowi za jakiś czyn albo za jakąś serię czynów. Takim jednym bardzo klarownym elementem pozwalającym to zrozumieć są tak zwane operacje fałszywej flagi. To są operacje, w których sprawca, wykonawca jakiegoś ataku, czy też jakiegoś aktu sabotażu, czy generalnie sprawca jakiegokolwiek aktu ukrywa swoją tożsamość i realizuje ten akt wrogiego oddziaływania w ten sposób, że ofiara albo postronni przypisują realizację komuś innemu. Czyli zwalamy na kogoś innego, robimy operację fałszywej flagi. Natomiast samo pojęcie rozliczalności czy też ukrywania rozliczalności, cała ta kwestia ukrywania własnego sprawstwa, przekłada się w geopolityce na przykład na unikanie otwartych, jawnych działań zbrojnych za pomocą środków militarnych, a realizowanie na przykład subwersji ideologicznej sprawiającej, że obywatele przeciwnika czy też żołnierze przeciwnika tracą morale, czyli tracą motywację do tego, żeby walczyć. Nie bez kozery przed chwilą powiedzieliśmy sobie o „Sztuce wojny", czy o traktacie „Sztuka wojny", którego główną myślą jest właśnie zdolność oddziaływania mistrza wojowania na motywację zbiorowisk ludzkich. Proszę zobaczyć, tu nagle się pojawia kwestia rozliczalności, czyli kwestia ukrycia swojego sprawstwa, czyli doboru takiej dźwigni oddziaływania, czyli narzędzia oddziaływania inaczej mówiąc, które sprawia, że przeciwnik nie potrafi wskazać podmiotu, który go zaatakował. W związku z tym nie potrafi, nawet jak ma środki na zrealizowanie odwetu, czyli zemsty, to nie wie, przeciwko komu te środki zastosować. Możemy mnożyć przykłady, począwszy od naszego codziennego życia.
Robimy komuś na złość, na przykład zabierzemy komuś długopis i wyrzucimy w krzaki. My tego długopisu nie mamy, czyli nie dokonaliśmy aktu jawnej kradzieży, zaboru mienia jawnego na złośliwego: „Patrz, mam twój długopis i spróbuj mi odebrać”. Zamiast tego nie przejęliśmy zasobu, ale pozbawiliśmy tego zasobu przeciwnika. Czyli on nie ma tego długopisu. Przepraszam za taki banalny przykład długopisu, ale to można mnożyć na dziesiątki rozmaitych spraw i w książce „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie" w tekście, przepraszam, tak się jąkam, robię celowo, to jest figura retoryczna. Zastosowałem taki przykład, chyba będziemy musieli wypikować, w którym zaproponowałem taką hipotezę, wedle której to, że z krajów arabskich, typu z tych państw upadłych, państw, które nie funkcjonują de facto, takich jak Syria czy Irak, wyprowadzani są mieszkańcy, którzy są idealnym rekrutem zaciąganym do wojska, którzy są w sile wieku, na przełomie między 20 a 30 lat. To są ludzie, którzy są obrotni, którzy są gotowi do ryzykownych działań po to, żeby poprawić swój byt, czyli realizować jakieś swoje własne, indywidualne cele, i którzy stanowią w związku z tym idealny materiał na żołnierza, który po odpowiednim treningu militarnym jest w stanie być tkanką całej armii danego państwa, czy to właśnie Syrii, czy też generalnie ogólnie państwa arabskiego. Taki odpływ idealnego rekruta z tych państw otaczających Izrael, w moim przekonaniu mógłby być operacją celową polegającą na tym, że z państw, które są śmiertelnymi wrogami Izraela, które otaczają ten Izrael fizycznie, które przeważają, jeśli chodzi o demografię, nad Izraelem w sposób zdecydowany. Izrael posiada w tej chwili chyba między osiem a 10 milionów mieszkańców. Przyznam, że w tej chwili nie pamiętam dokładnej liczby.
Powiedzmy, że jest to 10 milionów. Chyba osiem jednak. Natomiast Egipt po sąsiedzku zdaje się, że ma 100 milionów i tej liczby akurat jestem pewien. Żeby tą dysproporcję zniwelować, po to, żeby zmniejszyć szansę na to, że Egipt czy też inne jakieś sąsiednie państwo wyprodukuje armię zdolną zagrozić Izraelowi, to trzeba zastosować działanie, które nie prowadzi do fizycznej eliminacji tych ludzi, tylko sprawi, że zaczną mieć motywację do tego, żeby przeprowadzić się w inne rejony świata i ze swojego własnego indywidualnego punktu widzenia za wszelką cenę. To ma być ich podstawowa egzystencjalna motywacja do tego, żeby ze swojego własnego kraju uciec. Tak jak my jesteśmy pod presją rozmaitych medialnych narracji, że nie będziemy dalej pracować w tym kraju z kartonu, tylko wyprowadzamy się na Zachód na przykład. To jest oddziaływanie na naszą motywację. Bardzo często widzimy to w narracjach internetowych, komentarzach internetowych. To są wszystko czynniki czy też jakieś akty oddziaływania, ale nie wiemy, czy to są akty oddziaływania. Jeżeli czytamy jakiś komentarz albo serię komentarzy w jakimś tam wątku, że wyjeżdżam z tego kraju, nie chcę tu dalej żyć, to w jaki sposób jesteśmy w ogóle w stanie stwierdzić, czy to jest ktoś, kto rzeczywiście jest sfrustrowany i rzeczywiście jest na krawędzi podjęcia decyzji o wyjeździe, o emigracji gdzieś na Zachód?
Czy nie jest to jakiś troll internetowy, na przykład rosyjski, putinowski, który chce zniszczyć morale obywateli naszego kraju i sprawić, żeby ci obywatele nie kochali tego kraju, czy też nie byli gotowi poświęcić rąbka swojej indywidualnej wigory i jakichś planów życiowych po to, żeby całej zbiorowości Polaków, żeby cały naród miał się jakoś lepiej dzięki temu, że jesteśmy w stanie mieć te wysokie morale w dążeniu do tego, żeby nasza społeczność w jakiś sposób przetrwała. Zwróćmy uwagę, że działania zaprojektowane w sposób, który jest niemożliwy do rozliczenia, jest nierozliczany, czyli nie możemy stwierdzić, czy w ogóle to jest jakieś działanie celowe, zaprojektowane przez kogoś, realizowane konsekwentnie przez kogoś, czy to jest jakieś przypadkowe zjawisko socjologiczne, jakiś trend demograficzny, jakiś trend mentalnościowy czy motywacyjny jakichś zbiorowisk ludzkich w określonej sytuacji. Skąd wiemy, czy ta sytuacja jest sprokurowana, sprowokowana, żebyśmy sami wpadli na to, żeby uciekać z naszego własnego kraju, czy też po prostu tak nie wyszło i to jest efekt jakichś procesów zupełnie losowych, niezwiązanych z jakąkolwiek wrogą aktywnością skierowaną przeciwko nam kolektywnie. Także rozliczalność w tego typu działaniach geopolitycznych jest także centralnym punktem, w którym projektuje się oddziaływania ze względu na szereg różnych czynników, takich jak na przykład, już za sekundkę skończę ten wywód, takim czynnikiem jest odpowiedzialność historyczna. Bo proszę zobaczyć, jak przyjdzie jakieś państwo kolonizator, bardzo silne mocarstwo będzie chciało skolonizować, dajmy na to Afrykę Zachodnią, to można wysłać kanonierki, można wysłać tego belgijskiego króla, tego bandytę, który w Kongu wprowadził kompletny terror. Jak się nazywa ten Leopold IV?
[01:32:43] - Numeru to nie pamiętam, ale Leopold.
[01:32:46] - Leopold dokładnie. Więc to, co ten człowiek robił w swojej prywatnej posiadłości, którym było Kongo, Kongo Belgijskie to się chyba wtedy nazywało, to przerasta wszelkie możliwości. Ten człowiek jest absolutnie mięsem dla psów, zacytuję słowa wypowiedziane wobec tego Berga, czyli tego złego bohatera filmu „Obcy: Decydujące starcie”. Działy się rzeczy straszne. Proszę sobie zobaczyć w Wikipedii, ja już nie będę tutaj wchodził w tą dygresję. Natomiast zobaczcie, po 200 nawet, czy nawet po iluś tam latach, 150 czy 100 państwa, które były poddane temu terrorowi, tej eksterminacji, tej nienawiści rasowej wręcz realizowanej w sposób całkowicie jawny, domagają się reparacji, domagają się przeproszeń, domagają się kasy. Teraz jakieś państwo z Afryki Wschodniej wytargowało chyba miliard euro odszkodowania od Niemców, którzy byli kolonizatorami tego kraju. W środkowej części wybrzeża wschodniego Afryki. Jejku, nie pamiętam w tej chwili tego kraju.
[01:33:53] - Namibia?
[01:33:54] - Chyba tak. Przepraszam, nie pamiętam. Proszę mi wybaczyć, jak zapominam tego typu rzeczy w środku nocy, także na pewno jeszcze mi się zdarzy w czasie naszej rozmowy tego typu zapomnienie. Natomiast jak oni wytargowali miliard dolarów odszkodowania od Niemiec po ponad 100 latach, to proszę zobaczyć, jak ważne jest to, żeby nie dało się pociągnąć do odpowiedzialności. Czyli w związku z tym zamiast oddziaływań jawnych, zamiast politycznej kontroli, czyli dyplomacji kanonierkowej, które realizowało Imperium Brytyjskie, to samo Imperium Brytyjskie pod koniec XIX wieku realizowało tak zwaną, podkreślam, dekolonizację, dlatego że jawne polityczne władztwo nad rozmaitymi obszarami rozsianymi po całym świecie było po prostu nieopłacalne. Raz, że ze względu na koszty, a dwa ze względu na to, że pozostają te zaszłości, które są potem odgrzebywane i które budzą po prostu psychiczny opór i wolę skonfrontowania się z tym imperium kolonialnym. W związku z tym do tej pory jest to realizowane jako neokolonializm. Realizuje się kontrolę nie polityczną, ale gospodarczą, poprzez przekupywanie wysokich urzędników tego kraju podlegającego kolonizacji, poprzez uzależnienie finansowe i przekupywanie luksusami rozmaitych decydentów, którzy są częścią aparatu administracyjnego, czyli po prostu generowanie korupcji, mówiąc krótko. Więc takimi pośrednimi metodami, jeżeli jest realizowana kontrola kolonizacyjna, tak jak Niemcy to robią w sposób całkowicie dla nas zrozumiały wobec Polski, dlatego że Polska jest głównym podwykonawcą całej machiny gospodarczej niemieckiej nastawionej na eksport, to wszystko jest realizowane za pomocą działań, które nie podlegają pozwom sądowym, odpowiedzialności historycznej, bo nie wiadomo, kto to robi i nie wiadomo, czy to jest w ogóle działanie czy proces sztuczny, jakieś gospodarcze trendy, na przykład polegające na zmianie struktury własności jakiegoś sektora gospodarki, czy jest to jakaś celowa akcja, która jest zaplanowana i mająca osiągnąć taki, a nie inny skutek. Także przykładów na razie, zwłaszcza w okresie przedwyborczym, nie będę podawał, także proszę sobie samemu dopasować.
[01:36:21] - Panie Piotrze, za chwilę wrócimy do pana książki, do części pierwszej, do zasad gry i do tematu drugiego: kluczowe prawidłowości i koncepcje. Ale przyszło mi do głowy, że warto by powiedzieć o tym konkursie, a konkretnie o tym, kto wygrywa, czyli jakie warunki trzeba spełnić, przysłać odpowiedź na adres. Jaki adres? Dalej, warto też powiedzieć o tym, co się liczy: ilość odpowiedzi, ilość prawidłowych odpowiedzi. Z całą pewnością oddaję panu głos.
[01:36:58] - Dobrze, więc będzie się liczyć ilość prawidłowych odpowiedzi. Trzeba odpowiedzieć na minimum 70% tych pytań, które zadamy w trakcie naszej rozmowy, żeby się zakwalifikować. I kto pierwszy, ten lepszy. Kto pierwszy odpowie na te 70% pytań, ten wygrywa, a kontakt jest taki sam jak przy audycjach, które gram z krańca świata. Także to jest adres e-mail, który jest podany pod adresem, który już podałem, czyli chiny.pl/telegram. Tam wszystkie informacje niezbędne są.
[01:37:32] - Panie Piotrze, to jest chyba dobry moment na zadanie czwartego pytania.
[01:37:41] - Dobrze. Pytanie czwarte. Pytanie jest trudne, dlatego, że odtwarza sposób stworzenia dowcipu. Zawsze chciałem stworzyć dla dziecka taki dowcip i chyba mi się jeden udał, przynajmniej mam nadzieję. Pytanie jest bardzo proste: dlaczego aborcjonistki nienawidzą Wałęsy? Powtarzam: dlaczego aborcjonistki nienawidzą Wałęsy? I odpowiedź jest: co on robił, że go nienawidzą aborcjonistki? To już jest podpowiedź tak naprawdę. To już powinno pozwolić komuś, kto zajarzy, żeby podał odpowiedź. Także zapraszam.
Natomiast à propos kawałów, trochę w kontekście tych współczesnych wojen kulturowych ponarzekam, że kiedyś były czasy, że były dowcipy na Żydów, na lekarzy, na kobiety, na mężczyzn, a teraz zamiast kawałów na Żydów, to mówimy antysemickie. Dlaczego antysemickie? Kawał, satyra polega właśnie na tym, że w żartach, czyli nie na poważnie, tylko po to, żeby rozładować nasze własne frustracje czy też żeby jakoś odegrać się, bo ktoś nas obraził. Generalnie na tym polega humor, że naruszamy czyjąś godność, naruszamy czyjś status społeczny, czy też naruszamy jakieś tabu kulturowe, czy też tabu obyczajowe, ale właśnie tak w cudzysłowie, tak w żartach. Właśnie w tym akcie rozładowania napięć, które sprawiają, że ten akt wypowiedzenia kawału staje się jakimś rodzajem takiego zaworu bezpieczeństwa naszych negatywnych emocji i pozwala nam po prostu odreagować wszystkie nasze stresy, niepowodzenia, czy też jakieś frustracje. I potem kończy się moment opowiadania dowcipów. Już teraz jesteśmy na poważnie. Generalnie tak można scharakteryzować właśnie humor. Także antysemickie dowcipy. Jeżeli ktoś mówi, że dowcip na Żydów jest antysemicki, to ja takiej osoby już nie lubię.
Bardzo przepraszam, że jestem taki szczery w tym. Nieszczerze oczywiście przepraszam. Natomiast jeżeli mówimy już o takich zupełnie politycznie niepoprawnych dowcipach, to jeszcze do tego, co było z tym Wałęsą i aborcjonistkami, to niedawno wypatrzyłem gdzieś tam w internecie: skąd wiadomo, że Bóg jest muzułmaninem? I odpowiedź: bo Wszechświat zaczął się od wielkiego wybuchu.
[01:40:02] - Panie Piotrze, i to jest ten sposób myślenia, który proponuję zastosować, kiedy będziecie państwo odpowiadać na pytanie zadane przez pana Piotra, pytanie dotyczące Lecha Wałęsy. Ten taki jednak abstrakcyjny dowcip. Bardzo się to abstrakcyjne myślenie przyda. Więcej podpowiedzi, proszę państwa, już nie będzie odnośnie tego pytania, a ja spieszę do pana książki, panie Piotrze.
[01:40:32] - Ale jeszcze zanim przejdziemy do książki, to powiemy jeszcze jedną rzecz. Kiedyś Andrzej Sapkowski przyjechał na Tajwan w 2016 roku i na pogadance autorskiej opowiedział kawał, który jest antysemicki, czyli o Żydach. I opowiem ten kawał. Jest troszeczkę dłuższy, ale warto. Więc bardzo stary Żyd, handlarz całe życie, właściciel sklepu, umiera. Są ostatnie jego chwile, rodzina cała u jego boku. Mam nadzieję, że nie spalę. Bardzo przepraszam, jeżeli mi się uda to spalić. Tak leży i już widać, że za chwilę po prostu odda ducha. I się pyta: „Och, Saro, żono moja, czy jesteś przy moim boku?”.
Ona: „Tak, jestem, mężu. Całe życie byłam przy tobie. Jestem także i teraz”. I tam: „Mosze, synu mój, jesteś tutaj?”. „Tak, ojcze, jestem. Zawsze byłem przy tobie i zawsze będę myślami przy twojej duszy”. „Córko...”. Przepraszam, teraz z głowy nie powiem żydowskiego imienia drugiej córki.
[01:41:39] - Saro.
[01:41:39] - Saro, ale Sara to żona była. Teraz powiedziałem żona. To jakaś inna. „Rebeko, córko moja, czy ty jesteś też tutaj przy mnie?”. „Tak, ojcze, jestem przy tobie”. Na to stary Żyd ostatnim oddechem: „To kto, kurwa, sklepu pilnuje?”.
[01:41:55] - No tak!
[01:41:58] - Sapkowski to lepiej opowiedział niż ja teraz. Ale generalnie to jest kawał, z którego naśmiewamy się, bo w tych kawałach naśmiewamy się ze stereotypów i grupowych cech, które przypisujemy częściowo słusznie, częściowo niesłusznie. To już nie będę tego rozpatrywał.
[01:42:16] - Panie Piotrze, pan to mówi tak delikatnie, ja to powiem z grubej rury. Proszę państwa, współczesne czasy, mam wrażenie chwilami, że prowadzą do tego, żeby w ogóle zakazać, zniszczyć wszelkie dowcipy. Bo to, co powiedział pan Piotr gdzieś tam w pewnym momencie, dowcip właśnie na tym polega, że zawsze kogoś w jakiś sposób mniej lub bardziej brutalny obrażamy. Ale to nie chodzi tak naprawdę o to, żeby go obrazić. Chodzi o to, żeby było śmiesznie. Mam wrażenie, że we współczesnych czasach wszystko prowadzi do tego, żeby skończyły się dowcipy.
[01:42:54] - Niestety tak.
[01:42:56] - Jeśli to ma tak wyglądać, to ja dziękuję. Ja już jestem po drugiej stronie, znaczy w drugiej połowie życia, tak to ujmę delikatnie, więc mam nadzieję, że jednak nie dożyję. Wracam do pana książki, panie Piotrze. Temat drugi: kluczowe prawidłowości i koncepcje. I powiem panu, ja muszę ten temat poruszyć. Jeden z tytułów jest taki: „Dlaczego Korea Północna wciąż funkcjonuje? Rozliczalność i instrumenty oddziaływania w geopolitycznej grze”. Ja panu powiem, rzeczywiście się zastanawiam, dlaczego Korea Północna wciąż jeszcze funkcjonuje i bardzo byłbym wdzięczny, gdyby pan Chociaż spróbował na to pytanie odpowiedzieć.
[01:43:40] - Spróbować to spróbowałem i odpowiedziałem bardzo prawidłowo. Są dwa kluczowe aspekty całej sytuacji. Po pierwsze Korea jest krajem buforowym, a kraje buforowe są niezbędne wielkim mocarstwom do tego, żeby stabilizować bieżącą sytuację, to znaczy unikać eskalacji jakichś konfliktów granicznych chociażby. Czyli jeżeli wojska, armie dwóch mocarstw stoją przy jednej granicy, to mają problemy takie jak Chiny i Rosja nad rzeką Amur. Tam jest taka wyspa, która do dziś, do tej pory dosłownie w zeszłym tygodniu była informacja medialna, że Chińczycy opublikowali jakąś mapę, na której ta wyspa należy do Chin, mimo tego, że to jest wyspa sporna i Rosjanie mówią, że to jest wyspa rosyjska. Czyli teraz mamy wojnę na Ukrainie. Chiny teoretycznie chcą pomagać Rosji, bo są po tej samej stronie w konfrontacji z Amerykanami, ale mimo wszystko mają te swoje własne konflikty. Więc jeżeli jest jakieś państwo buforowe i ma jakąś tam rachityczną armię, to mimo tego, że ta armia tak naprawdę nic nie może, bo to jest jakaś pchełka, to mimo wszystko ta armia ma tą właściwość, że ona jest tą armią nie arcyprzeciwnika potężnego, tylko właśnie jakąś malutką i jeżeli będzie jakiś incydent graniczny, a nie będzie, bo nie ma takiej potrzeby, czy też nie ma takiej dynamiki sytuacji, to nic się nie stanie. Więc jeżeli na przykład państwo buforowe, takie jak Korea Północna, jest między Koreą Południową, w której stacjonują wojska amerykańskie i Chinami, w której armia jest oczywiście chińska, to ta Korea stabilizuje tamtą sytuację. W związku z tym ani Chińczycy nie chcieliby zlikwidowania Korei Północnej, ani Amerykanie.
I teraz jedną rzecz jeszcze musimy wiedzieć o Korei Północnej. Otóż Korea Północna i tu właśnie objawia się użyteczność tej formy, tej koncepcji braku rozliczalności. Korea Północna jest dla Chin idealnym narzędziem negocjacyjnym w rękach Chin w negocjacjach ze Stanami Zjednoczonymi. Bo jeżeli Chińczycy chcą rąbnąć pięścią w stół i nie doprowadzić do bezpośredniej eskalacji, na przykład do skłócenia się i zerwania jakichś negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi, to zamiast sami walić pięścią w stół Xi Jinping w Pekinie, to dzwoni do tego Kima Korei Północnej i ten Kim wali pięścią w stół i w tym momencie to walenie pięścią w stół, czyli działania agresywne, nie jest już realizowane przez Chiny, tylko przez ten niekontrolowany, dziki reżim Kima, za który Chiny przecież nie mogą być odpowiedzialne, bo przecież to jest suwerenne państwo. I to jest tak naprawdę oprócz tej kwestii tego, że Korea Północna jest państwem buforowym, ale po drugie jest właśnie tym narzędziem negocjacyjnym. I to jest clue całej tej logiki. I w mediach, które żyją z tego, że wzbudzają nasze zainteresowanie, wzbudzają naszą ciekawość poznawczą i sprawiają, że oglądamy reklamy, z których te media się utrzymują, oni tego nie wytłumaczą, dlatego że to jest sprzeczne z ich własnym egzystencjalnym interesem. Jak wyjaśnią, że Korea musi istnieć dlatego, że jest pewnym narzędziem komunikacji między tymi dwoma mocarstwami, czyli między Stanami a Chinami, to jak już zrozumiemy tą logikę, to za każdym razem jak co miesiąc będzie znowu Kim walił pięścią w stół, to przełączę sobie na drugi program, bo ja to już rozumiem. Na tej samej zasadzie Tajwan. Dlaczego przed chwilą się przejęzyczyłem?
Powiedziałem Tajwan. Nie będzie żadnej inwazji na Tajwan, dlatego, że to byłby krok absolutnie samobójczy ze strony Chin. Natomiast Chiny, jeżeli chcą przejąć kontrolę nad Tajwanem, będą realizować działania subwersyjne, działania, które są nierozliczalne, działania, które nie da się łatwo zrobić czy też wymyślić jakiejkolwiek retaliacji, czyli odwetu militarnego, który by pociągał potężne konsekwencje w przestrzeni międzynarodowej. Chiny zaprojektują swoje oddziaływanie zmierzające do przejęcia Tajwanu w taki sposób, który nie wywoła całej tej lawiny wydarzeń, które polegały między innymi na tym, że Japonia by musiała stanąć po stronie Tajwanu, dlatego, że zamienienie Tajwanu w strefę wojenną odetnie dostawy ropy naftowej z Zatoki Perskiej. Proszę zobaczyć sobie na mapie, jak długą trasę muszą te wszystkie supertankowce przepływać z Zatoki Perskiej czy to do Chin, czy to do Tajwanu, czy do Korei Południowej, czy do Japonii. Więc wracając do głównego wątku Chińczycy, gdyby zaatakowali Tajwan i zmienili rejon Tajwanu w strefę wojenną, odcięliby nie tylko Japonii dostawy surowców absolutnie niezbędnych do egzystencji całego przemysłu japońskiego, całego społeczeństwa japońskiego, ale także Chiny przerwałyby dostawy ropy do północy Chin, czyli dla siebie samych. Czyli to byłby czyn absolutnie samobójczy. Wprowadziłby w minimalnym wariancie kompletnie nieprzewidywalne czynniki, jeśli chodzi o bezpieczeństwo energetyczne samych Chin. Więc Chińczycy jak najbardziej będą walić pięścią w stół, że zaraz zajmiemy Tajwan, bo muszą to robić z przyczyn chociażby prestiżowych. Ale oprócz tego walenia pięścią w stół nie ma takiej możliwości na dzień dzisiejszy, żeby jakakolwiek sensowna logika zakończyła ze strony Chińczyków logika konstruowania kolejnych kroków na arenie geopolityki.
Nie istnieje logika, która by prowadziła do inwazji na Tajwan. Chińczycy muszą to zrobić w sposób niesprawiający, że spada na nich odpowiedzialność albo konsekwencje za tego typu akt militarne, czyli aktu militarnego w tej rozgrywce nie może być. Oni muszą wymyślić coś innego albo żeby zacytować rozumowanie bohatera filmu „Polowanie na Czerwony Październik": oni już to wymyślili, tylko my musimy teraz zgadnąć, co oni wymyślili.
[01:50:09] - Tak, podobno rzecz się ma sfinalizować do roku 2050, bo Chińczycy jedną z cech tej cywilizacji, przynajmniej w takim europejskim pojęciu, jest umiejętność czekania spokojnego i patrzenia z punktu widzenia dziejów cywilizacji, a nie z punktu widzenia pojedynczego człowieka, jednostki. Czy pan to potwierdza?
[01:50:39] - I tak, i nie. Te ramy czasowe, jak posłuchamy tych narracji, czy to amerykańskich, czy tajwańskich, czy jakichkolwiek innych, to inwazja prawdopodobna w ciągu najbliższych pięciu lat albo inwazja prawdopodobna w ciągu najbliższych 10 lat, albo w ciągu iluś tam lat Chiny muszą zdobyć Tajwan, dlatego że to wszystko jest po prostu wyssane z palca kompletnie. Te ramy czasowe są czystym, absolutnie wymysłem wziętym z sufitu z tej prostej przyczyny, że w rozgrywkach geopolitycznych główną bronią, czy też głównym instrumentem oddziaływania są, i tu jest nowe takie pojęcie w tej chwili wprowadzane, są wydarzenia typu czarny łabędź. Czarny łabędź to jest wydarzenie, które jest niemożliwe do przewidzenia poprzez ekstrapolację wykrytych czy też istniejących jawnie jakichś trendów istniejących czy w funkcjonowaniu jakiegoś homeostatu, czy w grze, którą homeostaty prowadzą. W książce Nicolasa Taleba „Czarny łabędź", jak ktoś nie przeczytał, to absolutnie lektura obowiązkowa, jest podawana masa przykładów polegających, wyjaśniających to, że większość istotnych wydarzeń jest z samej natury świata, w którym żyjemy absolutnie nieprzewidywalna. To znaczy, już to przed chwilą powiedziałem, że nie wynika z istniejących trendów w jakimś systemie homeostatycznym przede wszystkim, ale wynika też z tego, że zaczątkiem tego wydarzenia albo jakąś pierwszą kostką domina inicjującą to wydarzenie jest coś, co jest poza tym systemem, którego logikę funkcjonowania staramy się zrozumieć. I jeden przykład, moim ulubionym przykładem został właśnie z książki „Czarny łabędź", jest opis tego, w jaki sposób działało pewne kasyno w Las Vegas w Stanach Zjednoczonych. Generalnie problemem kasyna są gracze oszuści, którzy jakoś liczą karty albo stosują komunikację radiową, albo robią inne sztuczki. Są na YouTubie filmy całe, które prowadzą do tego, że pojedynczy gracze wygrają gigantyczne sumy, które mogą doprowadzić kasyno na przykład do jakichś tam problemów finansowych z wypłacalnością. To jest bardzo trudne do zrealizowania, ale powiedzmy, że rabunek taki jak w filmie „Ocean's Eleven" albo właśnie jakaś szejka zorganizowanych oszustów to może doprowadzić do dotkliwych strat dla kasyna.
Natomiast co w związku z tym robi kasyno? Wprowadza jakieś systemy zabezpieczeń, kamery, monitoring, szkolą odpowiednio pracowników, żeby byli wykrywani oszuści. I to jest generalnie zagrożenie, ta walka jest wbudowana w funkcjonowanie kasyna. Natomiast w kasynie podawanym za przykład przez Taleba były trzy wydarzenia, które niemalże doprowadziły do natychmiastowego bankructwa całego kasyna. Pierwszym takim wydarzeniem było porwanie córki właściciela kasyna i zdesperowany ojciec zdefraudował, pobrał z kasy kasyna, zdefraudował, co jest zakazane prawnie, pieniądze potrzebne na to, żeby zapłacić okup. Drugim wydarzeniem było to, że treser lwa, który występował z tym lwem na arenie, gdzieś tam występował w tym kasynie, został przez tego lwa zaatakowany i solidnie, że tak powiem, pokiereszowany i akurat tak się złożyło, że ubezpieczenie nie obejmowało takiego przypadku. Ubezpieczyciele świetnie formułują umowy, jak wszyscy wiemy. Natomiast trzecim wydarzeniem było to, że księgowa kasyna, zamiast wysyłać do amerykańskiego urzędu skarbowego raporty o danych personalnych ludzi, którzy wygrywali wysokie kwoty, to ona tych raportów nie wysyłała, co ściągnęło na kasyno olbrzymią odpowiedzialność skarbową, karnoskarbową. I te trzy wydarzenia całkowicie niewynikające z budowy systemu czy z tego, co kontrolujące działanie tego systemu, czyli kasyna, co wiedzieli ci decydenci na temat jego bieżącego funkcjonowania, to wszystko było kompletnie inną parą kaloszy. To nie było związane z tym, co rzeczywiście niemalże doprowadziło do upadku całe przedsięwzięcie.
Więc wracając już do geopolityki Rozgrywki geopolityczne na najwyższym poziomie, w grach, w których stawką jest dalsze funkcjonowanie całych mocarstw, całych imperiów. Takie rozgrywki toczone są za pomocą czarnych łabędzi, czyli wydarzeń, które są kompletnie nieprzewidywalne w tym sensie, w jakim opisałem. Nie wynikają z jakichś trendów, nie wynikają z dotychczasowej logiki i z funkcjonowania jakiegoś konfliktu czy konfrontacji, czy współzawodnictwa o zasoby. Zawsze będzie to wydarzenie typu na przykład epidemia. Ja tu nic nie sugeruję, ale coś, co spada z innej bajki, burzy wszystkie możliwe wcześniejsze predykcje, dlatego że do gry wchodzi czynnik, którego nie da się po prostu przewidzieć. I w „Fundacji” Isaaca Asimova, z której pochodzi tytuł książki „Siły psychohistorii”, czyli poprzedni tom serii „I, Robot” takim wydarzeniem było co? I to jest kolejne pytanie konkursu. Tutaj na naszej liście to pytanie będzie miało numer 14. Ja sobie właśnie go spisuję. Natomiast co było-
[01:56:42] - W ogóle to jest pytanie piąte w audycji.
[01:56:51] - Na początku jeszcze powtórzę, że ja posługuję się numerami pytań, czyli to o „Fundacji” mamy pytanie numer 14. Natomiast te pytania zadawane są w różnej kolejności niż to, co na liście do pobrania będzie dostępne i pytanie o „Fundację” to jest pytanie piąte.
[01:57:13] - Tak jest. Panie Piotrze, ja teraz patrzę na spis treści i kilka podrozdziałów pominę. Pominę sobie podrozdział „NGO kondotierzy XXI wieku”. Pominę sobie podrozdział „Filozofia biologicznego przetrwania i spójności społecznej”. Pomijam też „Przestrzeń decyzyjną oraz środowisko funkcjonowania homeostatu geopolitycznego”. Pomijam „Politykę historyczną państw” i pomijam „Rewolucje społeczne i ideologie imperialne”. Tak sobie pomijam i pomijam, i pomijam, ale pragnę dotrzeć do rzeczy, która mnie najbardziej interesuje. Jeszcze jest po drodze tekst Grzegorza Antoszka „Zmuś ich do walki ze sobą”. Ale mnie interesuje ten podrozdział: „Gra fałszywych uzasadnień współczesnych mocarstw”. Panie Piotrze, oddaję panu głos.
[01:58:11] - Motywacja jest wszystkim, a wpływanie na motywacje zbiorowisk ludzkich jest wszystkim. Tak chyba powinno brzmieć motto całej książki, ale tak brzmi właśnie główny wątek, nie do końca czytelny dla adeptów traktatu „Sztuka wojny”. Ale właśnie w tym traktacie mamy do czynienia z motywacją. I teraz motywacją, w jakim sensie? W takim, że ludzie po to, żeby narazili swoje życie, żeby zrezygnowali ze swoich indywidualnych pragnień, indywidualnych aspiracji czy też własnych osobistych celów albo jakichś innych celów niż to, co władca albo wódz armii chce na nich wymusić, to takich ludzi trzeba w jakiś sposób przekonać, że oni sami chcą zrezygnować z tych swoich aspiracji. Jest taki świetny, kretyński kawał o wkręceniu żarówki. Amerykanie mają dwie serie: dlaczego kura przeszła przez drogę? I różne odpowiedzi według różnych osób. Ale drugą serią kawałów jest wkręcenie żarówki. Czyli ilu Polaków na przykład potrzeba, żeby zmienić żarówkę albo wkręcić żarówkę?
W zależności też od użycia słowa różną odpowiedź można dopasować. Natomiast jest taki świetny kawał, który w dzieciństwie przeczytałem i strasznie mnie to utkwiło w mojej osobowości do dzisiaj. Ilu psychoanalityków potrzeba, żeby zmienić żarówkę? I odpowiedź jest taka: żadnego. Żarówka zmieni się sama, kiedy będzie na to gotowa.
[01:59:50] - Okej, panie Piotrze, ale wróćmy do tych fałszywych uzasadnień współczesnych mocarstw.
[01:59:56] - Tak, ale jeszcze muszę dopowiedzieć drugą wersję odpowiedzi psychoanalityków: żarówka zmieni się sama, kiedy będzie tego chciała. Czyli żarówka musi sama chcieć się zmienić innymi słowami. I na tym polega manipulowanie zbiorowiskami ludzkimi, manipulowanie motywacją zbiorowości ludzkich, że za pomocą rozmaitych sztuczek inżynierii społecznej czy też za pomocą rozmaitych narracji przekonujemy zbiorowości ludzkie, że walczą w słusznej sprawie. Czyli napadamy na radiostację w Gliwicach, tak? W Gliwicach?
[02:00:38] - Tak, w Gliwicach.
[02:00:40] - Czyli mówimy, że na przykład żołnierze przeciwnika, kradnąc inkubatory na oddziałach położniczych, to wyrzucają noworodki z tych inkubatorów na podłogę. To opisałem szerzej właśnie w tej książce o geopolityce. Jakby ktoś nie wiedział, to po inwazji Iraku na Kuwejt powstało, maksymalnie skracając tą opowieść, ona jest nieco szersza i nawet film na ten temat powstał. Po tej inwazji powstała taka spontanicznie powołana do życia, specjalnie to sformułowałem w ten sposób, spontanicznie powołana do życia organizacja wspierająca działania narracyjne celem Wyzwolenia Kuwejtu spod okupacji irackiej. W czasie przesłuchania przed senacką komisją Stanów Zjednoczonych dziewczynka kuwejcka opowiadała ze łzami w oczach, jak bandyci, iraccy żołnierze szabrowali szpitale i oddział położniczy. Wyrzucali noworodki na podłogę z inkubatorów, które kradli i zawozili do Iraku. To wszystko to jeden wielki humbug, dobrze wymawiam to słowo? Dlatego że dziewczynka była córką ambasadora Kuwejtu w Stanach Zjednoczonych, co było przesadą na poziomie filmu „Fakty i jachty”, czyli walk the dog. Po drugie, cała organizacja była powołana do życia i finansowana z pieniędzy rządu kuwejckiego, czyli dodatkowy humbug. Cała operacja public relations, do której została zatrudniona agencja zajmująca się komponowaniem reklam produktów czy komponowaniem akcji, operacji społecznych, tak chciałem powiedzieć, bo to lepiej pasuje, operacje społeczne.
To szerzej jest opisane w eseju „NGO, czyli kondotierzy XXI wieku”. Wracając do eseju, o którym mówimy w tej chwili, musimy dać masom ludzkim motywację do tego, żeby chcieli krzywdzić inne grupy ludzi. To jest prawidło opisane szerzej w „Siłach psychohistorii”, czyli w poprzednim tomie serii „Wzorce”. Natomiast w przypadku wojen i decyzji homeostatów geopolitycznych do tego, żeby wszcząć konflikt albo przystąpić do konfliktu, bo to też kwestia tego, czy mamy własną wolę, czy wydarzenia prowadzą nas do tego, że musimy podjąć taką, a nie inną decyzję. Albo przeciwnik być może prowadzi nas do decyzji, która jest dla nas niekorzystna w dłuższym okresie czasu, ale w krótszym jest zgodna z naszymi kalkulacjami i z tym, jak widzimy logikę tego, co należy w najbliższym czasie zrobić. Nigdy zazwyczaj nie dowiadujemy się, czy przyczynki naszej decyzji zostały podsunięte przez przeciwnika, czy rzeczywiście wynikają z stałej logiki sytuacji. Bo co będzie, jeżeli tą logiką sytuacji dyryguje jakiś mistrz wojowania po stronie przeciwnika? Tutaj podsunąć możemy taki passus z książki „Diuna” Franka Herberta: „Plany wewnątrz planów wewnątrz planów. Skąd wiemy, czy nie jesteśmy częścią jakiegoś planu?”. Nie wiem, czy dobrze przytoczyłem polskie tłumaczenie, ale o tym dokładnie mówi cała historia opowiedziana przez Herberta w „Diunie”.
Rozgrywki o władzę polegają na tym, że ludzie popychają swoich przeciwników czy sojuszników do określonego działania w sposób skryty, wymykający się rozliczalności. Tego typu działania usprawiedliwiające akty tak poważne jak wojny między mocarstwami albo sprawienie, że zaczynamy postrzegać mieszkańców innego kraju, który ma być naszym docelowym przeciwnikiem, jako ludzi niemoralnych, nieobyczajnych. Tutaj można wyliczać rozmaite złe cechy ich charakteru. Co taka osoba budująca tego typu narrację robi? Buduje w nas motywację, której częścią jest po pierwsze to, że my sami stoimy w miejscu moralnej wyższości nad przeciwnikiem, który jest nieobyczajny, morduje dzieci, postępuje w sposób nieuczciwy, jest narodem złodziei. To wszystko można dopasować do bieżącej sytuacji w sposób niemalże dowolny i spin doktorzy zajmujący się tymi rzeczami to robią. To jest ich sposób życia. Natomiast wracając do głównego wątku, czyli do tego, w jaki sposób narody pchane są do wojny, czy w jaki sposób tworzone są motywacje do tego, żeby stosować przemoc, to musimy powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Musimy powiedzieć definicję tego, czym jest ideologia. Ideologia to jest pakiet poglądów normatywnych i opisowych.
Pogląd normatywny czy twierdzenie normatywne to jest takie, które mówi, jak powinno być. A twierdzenie opisowe czy podobnego typu sformułowania faktograficzne mówią o tym, jak jest. Ideologie przede wszystkim pokazują, jak powinno być, czyli co jest dobrem, a co jest złem, kto czyni dobro, a kto czyni zło, kto jest w pozycji moralnej wyższości. Czyli my jesteśmy w pozycji moralnej wyższości, bo Polacy przecież napadli na naszą radiostację w Gliwicach, to musimy im pokazać, gdzie ich miejsce. Czyli my mamy moralną wyższość i mamy usprawiedliwienie do zastosowania przemocy. W przypadku inwazji irackiej na Kuwejt i całego humbugu z fałszywym zeznaniem przed komisją senacką dokładnie to miało miejsce. Stworzenie fałszywej narracji oczerniającej przeciwnika, które daje nam usprawiedliwienie geopolityczne, moralne czy jakiekolwiek inne do tego, żeby temu przeciwnikowi sklepać bęcki. Przepraszam, to nie jest do końca profesjonalny język, ale do tego się to sprowadza. We wszystkich konfliktach między grupami ludzkimi na poziomie geopolitycznym przede wszystkim sformułowanie odpowiedniej historyjki usprawiedliwiającej do tego, że my naszych własnych obywateli Zachęcamy do tego, żeby poszli na ochotnika do armii po to, żeby wyjechać do jakiegoś nieznanego kraju i zabić mieszkańców tego kraju. To przepraszam, parodiuję, trawestuję dowcip będący parodią reklamy skierowanej do poborowych do armii amerykańskiej: wstąp do armii, zwiedź świat i zabij mieszkańców miejsc, do których jedziesz.
Nie pamiętam dokładnie, jak to brzmiało. Wyjątkowo komicznie i perwersyjnie też, dlatego, że te motywacje, którymi są indoktrynowani żołnierze wszystkich armii we wszystkich miejscach świata i we wszystkich okresach historycznych świata, polegają właśnie na tym, że ci żołnierze są uczeni tego, żeby nienawidzić swojego przeciwnika. Jedną z najbardziej fascynujących historii, o których wspomina esej Grzegorza Antoszka, o którym pan Marek przed chwilą wspomniał, było to, w jaki sposób żołnierze armii amerykańskiej walczącej na Pacyfiku byli indoktrynowani do tego, żeby nienawidzić Japończyków. To było fascynujące, ale generalnie zrozumiałe. Oczywiście musimy nienawidzić wroga, żeby podnieść się na niego broń i wystrzelić. Natomiast co było absolutnie fascynujące, to już wtedy, kiedy Amerykanie okupowali Japonię, czyli po spuszczeniu dwóch bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki, to ci sami żołnierze, którzy wcześniej byli indoktrynowani do nienawiści do Japończyków, musieli być odczarowani, to znaczy odindoktrynowani czy też jeszcze inaczej: zaprogramowani kompletnie odwrotnym pakietem poglądów po to, żeby z Japończyków zrobić sojusznika Stanów Zjednoczonych w konfrontacji zimnowojennej z Rosją Sowiecką czy Związkiem Sowieckim, już możemy tak nazywać. I to, co robili Amerykanie między innymi pod kierunkiem MacArthura, który był absolutnym mistrzem, najlepszym możliwym chyba człowiekiem do tego, żeby zarządzać Japonią w czasie, kiedy była okupowana bezpośrednio po II wojnie światowej, to ci sami żołnierze nienawidzący tych Japończyków, z którymi walczyli na kolejnych wyspach coraz bliżej samej Japonii, ci żołnierze byli zatrudniani do tego, żeby dystrybuować żywność między innymi, a być może nawet i przede wszystkim, bo źródła, które przeczytałem na ten temat, nie określały tego w sposób precyzyjny, ale ci żołnierze na przykład dostarczali żywność dzieciom i żywność do szkół ogólnie, czyli karmili te biedne dzieciaki wychudzone, które były bezbronnymi istotami i z którymi interakcja sprawiła, że ci żołnierze nagle zaczęli dostrzegać w tych Japończykach nie wrogów, których trzeba zabić, tylko po prostu ludzi takich samych jak my wszyscy, którym trzeba pomóc w tragicznej sytuacji. Już podsumowując, tego typu inżynieria społeczna, mówiąc ogólnie, jest absolutną podstawą i treścią wszelkich zmagkań geopolitycznych.
[02:10:49] - Pan to tak ładnie nazywa: inżynieria społeczna. Ja powiem krótko: manipulacja, manipulacja, wielka manipulacja.
[02:10:59] - To niegrzeczne, ale prawdziwe.
[02:11:01] - Panie Piotrze, jadę dalej przez pana książkę, przez kolejne rozdziały. Wymienię je, żeby państwo przed odbiornikami mieli świadomość, jak głęboko pan Piotr sięga w różne obszary wiedzy. Mamy podrozdział „Wojna sześciodniowa”, mamy podrozdział „Filozofia odwetu i drabina eskalacyjna”, „Przewidywalność ważniejsza od kontroli?” ze znakiem zapytania, „Solidnie poturbowani, ale żywi. Pozostałe kluczowe pojęcia i prawidła”. To było w temacie drugim i zaczyna się temat trzeci: „Geografia decyzyjna imperiów”. Zanim przejdziemy do tego tematu, to ja, panie Piotrze, proponuję kolejne, szóste pytanie.
[02:11:53] - Świetnie. Na karcie pytań to pytanie ma numer siódmy. Mówimy o okresie historycznym II wojny światowej i mówimy to na końcu sierpnia i na początku września roku 2023, czyli w momencie, w którym w kinach pojawiły się dwa filmy. Ja to mówię żartobliwie, proszę się nie przestraszyć tego, co zaraz powiem. Oba filmy są z tego samego okresu historycznego wspomnianego właśnie w kontekście Japonii. To film „Barbie” i film „Oppenheimer”. I ten pierwszy, „Barbie”, to wybitny i zasłużony pracownik CIA, pomagający Stanom Zjednoczonych między innymi w wygaszaniu ruchów komunistycznych w Ameryce Południowej po II wojnie światowej. A swoje doświadczenie i skuteczność Barbie, to przykry wątek, zdobywał we Francji, w okupowanej przez Niemców Francji w czasie II wojny światowej, a w jeszcze innym miejscu jego działalność została uhonorowana zaistnieniem specjalnej placówki historycznej: Muzeum Barbie. I to jest właśnie ten kawał. Muzeum Barbie.
W jakim stanie Stanów Zjednoczonych znajduje się te Muzeum Barbie i w jakim filmie było to skeczem? Czyli cała sprawa z Muzeum Barbie. Także powodzenia. To jest film absolutnie zabójczy, jeśli chodzi o komedię slapstickową. To już więcej podpowiedzi nie będzie i zapraszam do wypełnienia blankietu.
[02:13:20] - Tak, panie Piotrze, powiedziałem o temacie trzecim w części pierwszej: „Geografia decyzyjna imperiów”. I tu mamy podrozdział pierwszy napisany przez Andrzeja Bryta: „Dlaczego współczesne wojny wybuchają bez ich wypowiadania?” Dlaczego?
[02:13:39] - Jest w porządku międzynarodowym, który powstał pod dyktando Stanów Zjednoczonych, jedna ważna reguła, która decyduje o całej logice wszystkich interakcji Między państwami, które są częścią tego globalnego ładu. Otóż państwa wstępujące do Organizacji Narodów Zjednoczonych, dla których ONZ jest instrumentem utrzymywania stabilizacji tego porządku narzuconego przez Stany, jakby ktoś nie wiedział, to główną prerogatywą funkcjonowania tego porządku jest to, że państwa wyrzekły się wojny jako instrumentu rozwiązywania sporów między sobą. I ta zasada naczelna pilnowana przez Stany Zjednoczone z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych jest racją moralną, czy też jakimś wyznacznikiem moralnym dającym ludzkości pokój. Natomiast z punktu widzenia praktycznego, z punktu widzenia homeostatu światowego, którym są Stany Zjednoczone, jest ten szereg zasad moralnych i sposób rozwiązywania konfliktów umocowany prawnie za pomocą rozmaitych agend, czy też za pomocą Kart Praw Człowieka, czy rozmaitych innych aktów prawnych. Jest to sposób pilnowania tego, żeby wszyscy robili to, co Stanom Zjednoczonym jest wygodne. To jest być może cyniczne określenie i nie zawsze, nie w każdej sytuacji jest prawdziwe. Natomiast cała sytuacja sprowadza się właśnie do tego. System globalny, jaki istnieje w tej chwili, czyli taki system, w którym istnieje zasada samostanowienia narodów, czy też samostanowienia grup etnicznych, czyli promowania tego, że wszelkie nacje czy jakieś mniejszości narodowe mają zagwarantowane jakieś drogi do tego, żeby osiągnąć własną niepodległość, żeby osiągać tą niepodległość za pomocą referendów, a nie za pomocą jakichś rebelii i wojen domowych, które w innych sytuacjach historycznych były konieczne. Wszystko to sprawia, że my jako ludzie i my jako rozmaite nacje i my jako rozmaite państwa zachowujemy się w sposób bardziej cywilizowany. Czyli co prawda tracimy częściowo naszą suwerenność i utrata suwerenności była przyczyną, z powodu której Japończycy wycofali się z Ligi Narodów w latach 30.
wtedy, kiedy Imperium Japońskie realizowało inwazję na Chiny. Ta utrata suwerenności może być mniej lub bardziej dotkliwa, ale ona jest rekompensowana tym, że nie musimy trwonić zasobów na prowadzenie wojen, dlatego, że mamy inne instrumenty tego, żeby zapewnić swoje przetrwanie. To jest dosyć uproszczony obraz, ale mniej więcej się zgadza z tym, w jaki sposób jest tłumaczone w ogóle istnienie bieżącego Pax Americana przez rozmaitych ekspertów geopolitycznych, takich jak Jeffrey Sachs. Nie wiem, czy ktoś słuchał jego wykładów. On mówi to w dość podobny sposób.
[02:17:13] - Panie Piotrze, tak sobie myślę, czy by już w tej chwili nie zadać siódmego pytania.
[02:17:21] - Jak najbardziej, zadawajmy. A więc zadajemy pytanie numer dziewięć. I to jest taka historyjka, którą sobie wymyśliłem, żeby na złość zrobić panu Markowi o tej późnej porze.
[02:17:36] - Ja przerwę, bo ja muszę pilnować porządku. Ono jest dziewięć na tej liście, którą pan zamieści w internecie, a w ogóle w audycji jest siódme.
[02:17:48] - Ale jedną uwagę. Ponieważ słuchacze będą posługiwali się listą, to numerowanie według tego, w jakiej kolejności są w audycji, jest w sumie zbędne. Nie jest potrzebne do tego, żeby czytelnik się połapał.
[02:18:05] - Panie Piotrze, to już panu wyjaśniam zasady pewne, które w radiu obowiązują. Ja jestem niemal pewny, że część słuchaczy będzie polowała na pytania, a nie na całą audycję. I oni muszą wiedzieć, że przelecieli pierwsze, drugie, trzecie, czwarte, piąte, szóste oraz siódme. I dla nich jest ta numeracja, ale pan się posługuje swoją numeracją, którą pan ma na wydruku.
[02:18:34] - Tak jest. To co teraz robić?
[02:18:37] - No to teraz pan zadaje pytanie.
[02:18:40] - Dobrze. A więc pytanie na liście jest numerem dziewiątym, a ogólnie jest to pytanie numer siedem. Więc okazuje się, że pan Marek napisał space operę. Całkiem niedawno wydał chyba drugi tom. Niech pan przypomni tytuł, bo nie pamiętam.
[02:19:00] - „Wojna cieni”.
[02:19:01] - „Wojna cieni”. Tak. I bardzo utkwił mi sam początek całej książki, który brzmiał mniej więcej tak: „Gdy wlecieli na wzniesienie szlaku hiperprzestrzennego, ich oczom ukazał się las gwiazd”. I pytanie brzmi: z jakiego filmu jest to trawestacja? Polskiego filmu, słynnego filmu. I to tyle.
[02:19:24] - Tak. I znowu znam odpowiedź na to pytanie i to bez podpowiedzi. Okej, wróćmy do książki. Jesteśmy w temacie trzecim: geografia decyzyjna imperiów. I tu odpowiedział pan na pytanie, dlaczego współcześnie wojny wybuchają bez ich wypowiadania. Dalej mamy temat: zachowania terytorialne homeostatów geopolitycznych, Lewiatany rynku żywności. Kto jest sojusznikiem, a kto narzędziem? No właśnie, kto?
[02:19:58] - Narzędziem jest ten, który nie ma dosyć siły militarnej, geopolitycznej albo generalnie siły woli, czy też możliwości przeciwstawienia się temu, który narzuca reguły gry. W eseju, o którym teraz mówimy, przykład podałem Kurdów, którzy są teoretycznie sojusznikami Amerykanów, ale którzy zostali przez tych Amerykanów w sposób dosyć brutalny wykiwani i pozostawieni samym sobie. Kurdowie to jest nacja czy mniejszość etniczna, czy grupa etniczna, której przedstawiciele rezydują w trzech różnych państwach: w Turcji, w Iraku i w Syrii. Mimo tego, że Turcja jest państwem silnym, nie jest w stanie zapewnić sobie wolnej ręki w tym, żeby tych Kurdów uporządkować i pozbyć się całego problemu z tej prostej przyczyny, że protest społeczności międzynarodowej, czy też brak możliwości pełnej pacyfikacji tych Kurdów na terenie Iraku i Syrii jest dla nich niemożliwy. Z kolei ze strony Iraku i Syrii, państw, które są słabe, albo upadłe, tak jak Syria de facto jest państwem upadłym i nie funkcjonuje tak, jak powinno funkcjonować normalne państwo. Te państwa nie są w stanie zniwelować siły politycznej i militarnej Kurdów, którzy ze swojej własnej strony są zbyt rozczłonkowani politycznie i zbyt rozczłonkowani geograficznie do tego, żeby poważyć się nawet na próbę stworzenia własnego państwa. W chwili, w której ci Kurdowie za pomocą na przykład finansowania dzięki ropie, która jest dostępna, możliwa do wydobycia na terenach, które zamieszkują, mogliby teoretycznie poważyć się na ogłoszenie jakiegoś rodzaju niepodległości. Natomiast nie zdołali wytworzyć tej jedności politycznej niezbędnej do tego, żeby taki ruch miał jakiekolwiek szanse powodzenia. W związku z tym, że są rozczłonkowani politycznie, Amerykanie rozgrywają ich do tego, żeby albo stabilizować, albo destabilizować region, w którym Kurdowie przebywają, w zależności od potrzeb. Proste pytanie: do czego taka grupa etniczna czy też grupa tożsamościowa może być użyta przez ludzi, którzy dysponują sprawczością, czyli mają tą zdolność zmuszania innych, żeby ci inni robili to, co potrzeba?
Tak tajemniczo powiem. Kurdowie mają bardzo przykrą sytuację w tej chwili, dlatego że po prostu nie wytworzyli tej jedności. Powtarzam się, natomiast to jest absolutna podstawa do tego, żeby dysponować sprawczością geopolityczną, trzeba osiągnąć tak zwaną jedność. Jedność to znaczy zdolność podejmowania kolektywnych działań na poziomie całej tej grupy, których te kolektywne działania dotyczą. Już na samym początku, wracamy tutaj do traktatu „Sztuka wojny”. Na samym początku traktatu „Sztuka wojny” pierwsza porada, jaka jest udzielana po inwokacji, wedle której wojna to jest najważniejsza sprawa dla państwa, kwestia przetrwania albo zagłady, to pierwszą poradą, jaką w ogóle Sun Zi udziela w swoim traktacie, jest to, że aby władca i jego państwo przetrwały, albo żeby wódz i jego armia zwyciężyli, to musi być wygenerowana jedność celu, jedność aspiracji i prostych żołnierzy albo prostego ludu i z drugiej strony wodza i władcy. Jeżeli ten władca nie narzuci swojej woli, że dążymy do tego, żeby pokonać naszego przeciwnika przez narrację, na przykład przez przypisanie temu przeciwnikowi bardzo negatywnych cech, które usprawiedliwiają to, że stosujemy wobec niego przemoc i zabijamy go, mordujemy albo pozbawiamy własności i tak dalej. Jeżeli nie uda nam się wygenerować tej jedności, to zawsze będziemy narzędziem w rozgrywkach. Zawsze będziemy pionkami. I to jest zasada, która jest opisana i w „Sztuce wojny”, i którą widzimy właśnie w tej całej sytuacji z Kurdami.
Więc kto jest narzędziem? Każdy, kto jest słaby. Niestety w każdym momencie jesteśmy i agentami, czyli tymi podmiotami, które dysponują sprawczością, czyli jesteśmy w stanie jakoś oddziaływać na bieg wydarzeń, bo to nie jest tak zero-jedynkowo, że albo jesteśmy w pełni suwerenni, albo jesteśmy w pełni podlegli, czyli jesteśmy pionkami czy narzędziami. Nie, zawsze jest to tak, że w niektórych aspektach mamy tą sprawczość albo mamy tą sprawczość częściowo. Ta sprawczość może być przeoczeniem, może być przejawem naszej siły, może być koncesją, którą nam nasz silniejszy sojusznik dał, ale zawsze ta sprawczość jest, ja używam takiego sformułowania i w książce, i zawsze w wypowiedziach, ta sprawczość jest sektorowa. To znaczy może dotyczyć tylko wybranych aspektów, albo tylko gospodarczych, albo tylko demograficznych, albo tylko jakichś związanych z technologią wojskową i ze sprzętem wojskowym. A w pozostałych aspektach możemy być zależni. Czyli na przykład, jeżeli ktoś chce nas zmylić, jeśli ktoś chce nas okłamać, twierdząc, że mamy pełną sprawczość we wszystkich istotnych aspektach i podaje za przykład, że mamy przecież własną broń, którą możemy używać wedle naszej woli. Ale co z tego, jeżeli do tej broni energia czy też paliwo konkretnie jest dostarczane z jednego źródła, które kontroluje sojusznik? W tym momencie ktoś, kto przegapi tą prostą zależność, jak to w rzeczywistości wygląda, jest przekonany, że rzeczywiście oni są suwerenni i mogą decydować o swoim losie, a tak naprawdę wiszą na garnuszku swojego sojusznika.
Nie jest to wprost dokładnie tak, jak przed chwilą to powiedziałem, ale w takiej sytuacji znajduje się na przykład Tajwan, z którego do was wszystkich mówię. Tajwan po to, żeby w ogóle utrzymać swoją suwerenność, bo de facto jest to suwerenność od Chińskiej Republiki Ludowej, musi kupować broń od Stanów Zjednoczonych i każdy zakup broni jest oczywiście przez Chińską Republikę Ludową oprotestowywany. Co robią Tajwańczycy? Po to, żeby mieć tą sprawczość sektorową, czyli mieć zdolność do pozyskiwania broni czy też narzędzi militarnych do obrony swojego własnego przetrwania, muszą stosować narrację, wedle której inwazja chińska jest tuż tuż, już za rogiem. Zaraz Chińczycy zdecydują, że będzie inwazja. I to jest właśnie cała logika stojąca za tym, że słyszymy cały czas w mediach, że inwazja na Tajwan. Dlatego, że ci sojusznicy Stanów Zjednoczonych, czyli Tajwańczycy, są w pozycji zagrożonej i muszą stworzyć jakąś narrację, jakąś opowieść, wedle której potrzebują natychmiast pomocy. Oni rzeczywiście potrzebują tej broni, ale z drugiej strony Amerykanie to, co robią na całym świecie, zarabiają na tej broni. Czyli oni też muszą mieć jakąś narrację, która sprawia, że mają jakieś racje moralne, czy też obronę demokracji, czy obronę zagrożonego terytorium, bo nie powiemy, że państwa, bo to Chińczycy by natychmiast oprotestowali i Amerykanie muszą mieć historyjkę usprawiedliwiającą sprzedaż broni i Tajwańczycy muszą mieć jakiś powód, że tej broni potrzebują. Narracje, które słyszymy w mediach o bliskiej inwazji, podsumowując już cały ten wywód, polegają właśnie na tym, że Tajwańczycy są dla Amerykanów narzędziem inicjowania sprzedaży broni, na którym jest po prostu czysty finansowy zysk.
Natomiast dla Tajwańczyków Amerykanie są narzędziem zapewniającym przetrwanie i jakiś rodzaj ochrony wielkiego brata, który szachuje ewentualne zakusy Chińczyków do tego, żeby dokonać aneksji Tajwanu w sposób bardziej siłowy.
[02:28:59] - Panie Piotrze, ja mam teraz takie prowokacyjne pytanie z niezbyt udatnie ukrytą tezą: czy Polska jest sojusznikiem, czy narzędziem?
[02:29:13] - Jest jednym i drugim jednocześnie, w zależności w jakich sytuacjach, w których rozgrywkach, z którymi państwami, które konkurują albo są przeciwnikami, albo są jawnymi przeciwnikami, albo są odległymi geostrategicznymi przeciwnikami naszego głównego wielkiego brata, czyli Stanów Zjednoczonych. To wszystko zawsze jest skomplikowane i dzieje się równolegle. I nawet jeden z esejów, być może właśnie do tego pan zmierza, jeden z esejów książki nazywa się: „Dlaczego państwa jednocześnie, czyli w tej samej chwili walczą, rozmawiają i negocjują?” Przepraszam, spaliłem. Może pan odczytać ten tytuł? Przepraszam bardzo.
[02:29:53] - Ten tytuł brzmi: „Dlaczego uczestnicy konfliktów jednocześnie walczą, współpracują i rozmawiają?”
[02:30:01] - Tak jest i cały esej generalnie jest zainspirowany powieścią, której tytuł przychodzi to nam wszystkim na myśl, a mianowicie „Paragrafem 22” Josepha Hellera. Ja powiem tylko o tej powieści jedno: jeżeli gość przesadził, to niewiele w tym, co się dzieje właśnie w kwestii współpracy i jednocześnie z walką dwóch mocarstw, które generalnie konkurują o te same zasoby, ale po to, żeby one mogły funkcjonować, żeby utrzymały zdolność homeostatyczną, czyli zdolność przetrwania, one muszą też ze sobą oprócz tego, że walczą, muszą współpracować. I takim jednym z przykładów, który zacząłem factcheckować, czyli sprawdzać, czy rzeczywiście jest to prawda, była absolutnie kontrowersyjna notatka prasowa, bodajże w tygodniku „Do Rzeczy” się ukazało, że Ukraina sprzedaje skomplikowane elementy, komponenty do broni Rosji, mimo tego, że trwa wojna między Rosją a Ukrainą. Otóż po krótkiej kwerendzie okazało się, że ukraińskie zakłady sprzedają rozmaite komponenty czy też półprodukty do systemów militarnych firmom do Europy Zachodniej, czyli teoretycznie do partnerów zachodnich i zarabiają z tego pieniądze. Natomiast te firmy, które to kupują, to są firmy ustanowione przez Rosjan i te rzeczy, które są sprzedawane, czyli te komponenty i półprodukty trafiają w rezultacie do przeciwnika, z którym trwa aktualnie wojna. Więc proszę zobaczyć, może nie w tak oczywisty i chamski, za przepraszaniem sposób, jak w „Paragrafie 22” jest to realizowane, natomiast rzeczywiście istnieje kazus teraz, w chwili, w której rozmawiamy nawet, pokazujący, że można handlować z wrogiem i sprzedawać mu broń, którą on wykorzystuje przeciwko nam I obie strony robią to może nie w sposób dobrowolny, bo Ukraińcy podejrzewam, że jak się zorientowali, to będą próbowali przerwać te łańcuchy dostaw. Natomiast generalnie rzecz praktycznie na to wskazuje, to, co ja znalazłem, ma miejsce.
[02:32:19] - Panie Piotrze, zbliżamy się w tej chwili do końca kolejnego rozdziału, do kolejnej części, która zatytułowana jest „Rozgrywki” do części drugiej. Tu wspomnę tylko, że są jeszcze podrozdziały zatytułowane „Japonia. Imperium z konieczności” oraz podrozdział „Jedno przekręcenie śrubokręta. Czy Japonia posiada gotową do użycia broń nuklearną? Spekulacje i spostrzeżenia w kontekście casusu Izraela”. Przechodzimy do części drugiej „Rozgrywki”. Natomiast ja sądzę, że to jest dobry moment, żebyśmy zadali kolejne, tym razem już ósme pytanie.
[02:33:11] - Więc pytanie numer 10 na arkuszu odpowiedzi dotyczy pewnego filmu, bardzo długiego, w którym główny bohater, jeden z dwóch albo nawet może i trzech głównych bohaterów, widzi śmiertelnie ranionego dowódcę, który ranę odniósł w czasie szturmu na bardzo strategiczny obiekt, którego obie strony walki nie chciały porzucić ani oddać w ręce nieprzyjaciela. I nasz bohater dał butelkę alkoholu konającemu. Konający był uzależniony niestety od tego trunku, od tej używki. I był uzależniony dlatego, że próbował zapić na umór fakt, że na bezsensowną walkę wysyłał dziesiątki i setki żołnierzy, którzy walczyli o, tak naprawdę jak przyznał, zupełnie niepotrzebny obiekt. Więc w dalszej części, dosłownie minutę potem obiekt został zniszczony, a zanim to nastąpiło, nasz pozytywny bohater kazał temu umierającemu uważnie słuchać właśnie tej eksplozji niszczącej ten obiekt. Przepraszam, że tak ogólnikowo, może niezgrabnie. Natomiast scena jest na tyle charakterystyczna, że już być może wiele osób rozpoznało. Pytanie brzmi: bardzo proszę o tytuł filmu i imię bohatera, którego czyny były tutaj właśnie przeze mnie opisane.
[02:34:40] - Panie Piotrze, tak jak powiedziałem, jesteśmy przy części drugiej „Rozgrywki”. Temat czwarty: Energia, cywilizacja i Pax Americana. I powiem szczerze, tu jest tyle ciekawych tematów, że musiałem płakać i wybierać. Więc powiem tak: wymienię te tematy, a powiem, o którego rozwinięcie poproszę. Energia jest wszystkim. Właściwie odsyłam państwa do jednego z „Telegramów z krańca świata”. Tam pan Piotr dużo na ten temat mówił. Dalej mamy Pax Americana. Również ten temat przerabialiśmy. Rewolucja łupkowa, geopolityczne jutro.
Judo, przepraszam. Ja już też jestem troszkę zmęczony. Geopolityczne troski Stanów Zjednoczonych. Ale tu mam temat, którego nie wybaczyłbym, gdyby pan go nie omówił. Scenariusze upadku Stanów Zjednoczonych i Chin. Bardzo poproszę.
[02:35:42] - Taka narracja, powiedzmy, dominująca w naszych pogadankach geopolitycznych, to znaczy funkcjonujących w naszej przestrzeni debaty YouTube'owej, polega na tym, że rysowany jest jakiś nieuchronny konflikt militarny między Stanami a Chinami. Chiny budują te swoje lotniskowce, Amerykanie wysyłają całe swoje grupy uderzeniowe lotniskowców albo wysyłają pojedyncze statki, żeby drażnić się z Chińczykami. Zresztą w nie wybredny sposób opisałem, mam nadzieję, że zostanie w ten sposób uznane, że dowcipny wulgaryzm padł, co robią Amerykanie, wkurzając Chińczyków. Więc wszystko to wygląda na to, że zmierza do jakiejś konfrontacji militarnej. Wszystko to z kolei z mojego punktu widzenia jest takim humbugiem. Cały czas nie wiem, jak wypowiedzieć to słowo. Ale wszystko to jest jedna wielka ściema, mówiąc językiem już zupełnie polskim. Polega to na tym, że strony ze względu na odpowiedzialność historyczną, ze względu na to, że eskalacja militarna jest samej swojej natury nieprzewidywalna, czyli nie da się zaplanować, nie da się dokonać predykcji jakichś kolejnych kroków. A w sytuacji, kiedy mówimy o wielkich imperiach, wielkich mocarstwach, to raz, że one mają olbrzymią inercję, a dwa, że ich poruszanie i zmiana kierunku tego ruchu, czyli zmiana całkowita planów geostrategicznych, wymaga kolosalnych nakładów koncepcyjnych, energetycznych i wszelkich możliwych innych do pomyślenia. Natomiast clou tego całego rozumowania, że konfrontacja militarna nie jest celem żadnej ze strony, są dwa rozumowania.
Po pierwsze, ze strony chińskiej rozumowanie jest takie, że Chińczycy budują swoją flotę czy też armię do tego, żeby być gotową na konfrontację ze Stanami Zjednoczonymi. Ale przecież Stany Zjednoczone ani nie zrobią inwazji militarnej na Chiny w takim sensie, w jakim planowano to zrobić w czasie II wojny światowej na Japonię. Ani też Chiny przecież nie przypłyną jakimiś amfibiami i nie zrobią desantu na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, tak jak to było w filmie „1941” Spielberga. To wszystko jest jedna wielka niemożliwość. Po prostu, jak to zacytuję sformułowanie Jacka Bartosiaka, to jest tyrania dystansu, która uniemożliwia tego typu rozwiązanie. W związku z tym oczywistym jest to, że jeżeli dojdzie do konfrontacji typu rozstrzygającego, czyli albo Chińczycy wygrają, albo Amerykanie wygrają, to tego typu ustawienie nowego porządku rzeczy, w którym albo Chińczycy dominują, albo Amerykanie tracą swoją dominację, tracą swoją zdolność podtrzymania jednobiegunowego świata, czyli takiego, w którym Amerykanie są jedynym supermocarstwem, które narzuca praktycznie całemu światu reguły funkcjonowania. Więc skoro rozstrzygnięcie militarne nie wchodzi w grę, to wchodzi w grę rozstrzygnięcie niemilitarne. I skoro doszliśmy do tego wniosku, to jedyne co nam pozostało, to odgadnąć to, co strony planują. Od strony chińskiej sprawa wygląda bardzo prosto. Gdyby zniknęli Amerykanie, na przykład pod wpływem wydarzeń na arenie wewnętrznej, jeżeli wybuchnie jakaś wojna domowa czy też jakieś załamanie porządku społecznego i politycznego przed wyborami w 2024 roku i Amerykanie znikną z okolic na przykład Cieśniny Malaka, to zerknijcie na mapę w książce „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie" albo zerknijcie po prostu na Google Maps i jak przekonamy się po pięciominutowym zastanowieniu i sprawdzeniu, jakie zasoby są w pobliżu Cieśniny Malaka i przede wszystkim na północ na Morzu Południowochińskim, to dojdziemy do wniosku i ja doszedłem do takiego wniosku, że gdyby nie wcześniejsze polityczne uwikłania i polityczne, geopolityczne sytuacje w postaci wielkich, silnych Chin na północy, w postaci wielkiego globalnego amerykańskiego imperium i w postaci całego mrowia państw okolic Cieśniny Malaka, takich jak Malezja, Indonezja, Tajlandia i tak dalej, to we współczesnym świecie ze współczesną technologią transportu dalekomorskiego Cieśnina Malaka, przy której leży Singapur, czyli takie miasto supernowoczesne, doskonale zarządzane.
Oczywiście oni mają też tragiczne wręcz problemy demograficzne i generalnie społeczne. Natomiast Singapur jest taką latarnią morską przyciągającą do swojego projektu cywilizacyjnego, jest Singapur takim centrum logistycznym, handlowym, czy też nie tyle intelektualnym, ile takim innowacyjnym dla całego regionu. To cały ten region, gdyby nie oddziaływania zewnętrzne ze strony Chin i Stanów Zjednoczonych, czyli tych graczy globalnych, jest idealnym wręcz miejscem, takim specjalnym miejscem, to w traktacie „Sztuka wojny" ma swoją nazwę, zaraz do tego dojdziemy. Do tego, żeby powstał tam silny ośrodek geopolityczny, który ma pod kontrolą w samym swoim geograficznym centrum kluczową cieśninę, czyli Cieśninę Malaka, ma w swoim centrum politycznym doskonale rozwinięte miasto państwo typu Singapur i ma tuż pod nosem, czyli nie gdzieś tam 10 tysięcy kilometrów dalej, tak jak Chińczycy mają ropę naftową z Zatoki Perskiej, tylko na Morzu Południowochińskim. Taki potencjalny przyszły ośrodek geopolityczny ma wszystkie potrzebne zasoby i proteiny, czyli olbrzymie łowiska ryb, które są eksploatowane i przez Wietnam, i przez Malezję i wszystkie kraje, i Filipiny. Wszystko, co jest dookoła Morza Południowochińskiego, wliczając w to także Chiny i Tajwan. I zasoby surowców energetycznych na Morzu Południowochińskim, które sprawiają, że potencjalny twór geopolityczny jest, czy też mógłby być niezależny energetycznie od dostaw, czy to z Zatoki Perskiej, czy ze Stanów Zjednoczonych. To proszę zobaczyć, gdyby kraje ASEAN-u, czyli tej organizacji międzypaństwowej, w której zrzeszona jest Indonezja, Malezja, Wietnam i tak dalej, i generalnie cała ta okolica, to by był niezwykle stabilny pod względem dostępności zasobów wewnątrz własnego terytorium homeostat geopolityczny, który mógłby powstać jako jeden z tych biegunów wielobiegunowego świata. Mając to na względzie, rzeczywiście, jeżeli przyjrzymy się współpracy ASEAN-u współczesnej dostępności zasobów, o czym już przed sekundką powiedziałem, to Chińczycy z całą pewnością dostrzegli dokładnie to samo i być może to, co Chińczycy robią, czyli zamienianie tych malutkich atoli na Morzu Południowochińskim w wyspy lotniskowce i generalnie bazy wojskowe, które rozciągają zasięg chińskiego lotnictwa i zasięg chińskiej obecności militarnej w kierunku Cieśniny Malaka, to nie jest próba opanowania cieśniny, żeby przedłużyć ten odcinek kontrolowany przez Chiny, tych szlaków handlowych ciągnących do Europy. Mówię o eksporcie chińskim i przyciągających ropę z Zatoki Perskiej.
Ta obecność chińska jest rozszerzana w kierunku Malaki nie po to, żeby zapewnić sobie szlak żeglugowy na ten obecny stan geopolitycznej rozgrywki, czyli ten stan pax, który nazywamy Pax Americana Tylko Chińczycy być może, to jest moja hipoteza, próbują dostać się jak najbliżej z obecnością militarną do tego obszaru przyszłego homostatu geopolitycznego, który byłby kontrsiłą i konkurentem odcinającym Chiny od rynków europejskich i od dostaw ropy z Zatoki Perskiej. I to w parze z tym, że Chińczycy ekspandują w kierunku Azji Centralnej, że budują ten projekt Jeden pas, jedna droga, czyli ten system połączeń handlowych wewnątrz tego superkontynentu Eurazji. Te wszystkie fakty, które właśnie wymieniłem, pokazują, że Chińczycy już myślą i już ustawiają się z budową swojej siły militarnej, między innymi z budową tych lotniskowców, z których w tej chwili Chińczycy mają aktualnie chyba trzy już funkcjonujące. Trzeci chyba w przyszłym roku zostanie wprowadzony do służby. To nie jest kwestia tego, że Chińczycy chcą konfrontować się w wielkiej bitwie morskiej z Amerykanami, tylko Chińczycy budują siłę militarną niezbędną do tego, żeby kontrolować całą sytuację w swoim własnym regionie. Chińczycy nie potrzebują i nie mają szans przez całe następne kolejne dziesięciolecia do tego, żeby zbudować taką zdolność projekcji siły, to się tak fachowo nazywa, żeby móc kontrolować sytuację we wszystkich możliwych zakątkach globu tak jak robią to Amerykanie ze swoimi zespołami lotniskowców. Chińczycy mogą i w moim przekonaniu to właśnie robią, robić coś o wiele mniej ambitnego, ale o wiele bardziej realnego. Budować swoją zdolność oddziaływania w swoim lokalnym biegunie i ewentualnie zapobiec lub utrudnić powstanie tego bieguna pod ich własnym nosem, który jeżeli zmieniłby się w jakąś federację państw czy też w jakiś ośrodek zdolny do realizowania spójnej polityki geopolitycznej, taki ośrodek wokół cieśniny Malaka miałby zdolność odcięcia Chin od wszystkiego, od wszystkich istotnych szlaków handlowych prowadzących do Europy, Afryki czy nawet Indii, jeżeli współpraca handlowa byłaby możliwa między tymi dwoma krajami. Natomiast drugim aspektem jest z punktu widzenia amerykańskiego już w tej chwili to, że jedynym sposobem doprowadzenia tego naszego globalnego hegemona odpowiedzialnego za Pax Americana do tego, że on straci te instrumenty oddziaływania aktualnie posiadane, mam na myśli tutaj te wszystkie grupy uderzeniowe lotniskowców przede wszystkim, to jakie wydarzenia mogą teoretycznie sprawić, że Amerykanie utracą zdolność oddziaływania za pomocą tych instrumentów militarnych? To może być właśnie wywołanie wojny domowej w Stanach Zjednoczonych.
Może dojść do takiej polaryzacji politycznej między Demokratami a Republikanami, że dojdzie do mniej czy bardziej jawnej wojny domowej, czy załamania jakiegoś porządku politycznego, załamania porządku społecznego. Proszę zobaczyć, co miało miejsce w 2020 roku, zamieszki rasowe po śmierci tego narkomana George'a Floyda. Sprawa kontrowersyjna. Obie strony mówią zupełnie inną bajkę, inaczej opisują te wydarzenia. Jeżeli przed wyborami w 2024, w których wiele na to wskazuje, to Trump będzie kandydatem Republikanów walczącym z kandydatem Demokratów. To jest jeszcze nieustalone, kto będzie konkretnie kandydatem Demokratów, ale jeżeli uda się jakiejś sile zewnętrznej doprowadzić do czegoś w rodzaju, przepraszam, że tak często to powtarzam, wojny domowej, czy do jakichś innych wydarzeń, które sprawią, że Ameryka będzie zajęta sprawami wewnętrznymi, a nie zewnętrznymi, to zamiast niszczyć fizycznie czy konfrontować się fizycznie z tymi grupami lotniskowców, Chińczycy, którzy potencjalnie mieliby interes doprowadzenia do takiej wewnętrznej zapaści Stanów Zjednoczonych, mogliby doprowadzić na przykład, że armia zbuntuje się, bo odmówi słuchania Trumpa, jeżeli zostanie zinfiltrowana przez Demokratów albo armia może ulec rozpadowi pod wpływem ideologii woke, co ma miejsce w tej chwili. Proszę sobie zobaczyć czy to na YouTubie, czy to na jakichś innych mediach społecznościowych. Jest kilka świetnych takich wywiadów. Ktoś robi z ręki, jak gdyby przepytuje rekrutów, którzy świeżo zaciągnęli się na ochotnika do zawodowej armii amerykańskiej, z jakich powodów zaciągnęli się do armii. Większość z nich odpowiada, że darmowe jedzenie albo że darmowa służba zdrowia.
Nikt właśnie w tym viralowym filmie, który mam w tej chwili na myśli, nie mówi o tym, że zaciągnął się po to, żeby bronić ojczyzny albo wartości amerykańskich, bo te wartości są opluwane w sposób wręcz groteskowy, patrząc ze Stanów, z punktu widzenia Polaka czy to mieszkającego na Tajwanie, czy w samej Polsce. Także podsumowując, konfrontacja między Stanami Zjednoczonymi a Chinami dokona się, zacytuję tu konkluzję całego eseju z własnej książki: zakończy się bez oddania ani jednego strzału przez którąkolwiek ze stron. W taki sposób ten konflikt zostanie rozegrany z całą pewnością bez żadnej konfrontacji militarnej.
[02:50:01] - Panie Piotrze, ja tu sobie oglądam wiekopomne dzieła pod tytułem Top Gun Część pierwsza, część druga. Oglądam sobie różne filmy o Navy SEALs i chcę wierzyć w to, że Stany Zjednoczone silne są i potężne są. A pan mi takie rzeczy opowiada. Nikt tak nie potrafi zepsuć obrazu świata jak pan. Ale dziękuję panu za to, że pan to robi. Panie Piotrze, myślę, że czas na pytanie numer dziewięć.
[02:50:40] - Pytanie z kategorii kinematografia amerykańska czy też arcydzieła Hollywood. W pewnym filmie, nie ukrywam, że oglądałem go bardzo dużo razy, do czego przyznałem się w formie samokrytyki w telegramie z końca świata. W pewnym filmie szkoleniowiec wojskowy w formie pogadanki do swoich rekrutów stwierdził, że przeciwnik nie może nacisnąć przycisku, jeżeli unieruchomi mu się dłoń. Jest to niby prosta pogadanka typu sierżant do rekrutów, natomiast cała filozofia kryjąca się za tą prostą nauczką jest taka, że należy nauczyć się oddziaływać na przeciwnika wszelkimi możliwymi, nawet najbardziej prymitywnymi instrumentami, takimi jak nóż, do tego, żeby uniemożliwić przeciwnikowi używanie jego instrumentów oddziaływania. Wracając do tego filmu, scena jest dosyć ikoniczna. Bardzo proszę o tytuł filmu.
[02:51:52] - Tak. A my przejdźmy ponownie do książki. Jesteśmy przy temacie piątym. Przypomnę, że to jest część druga książki. Temat piąty to oś zła. I tu znowu mamy przegląd tego, co się właściwie na świecie dzieje. Pierwszy temat: szach. Oś zła, która już nie powstanie. Autarkia energetyczna i inne parametry kluczowej rozgrywki o świat. Drugi temat: gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o energię.
Rozgrywka o Ukrainę. Rekonceptualizacja w świetle walki o kontrolę zasobów energetycznych. Temat trzeci: Rosja. Słabości i przewagi ostatniego imperium białego człowieka. Temat czwarty: Chiny. Czy Chiny staną się ponownie państwem środka? I mój ulubiony, poproszę o jego rozwinięcie: Niemcy i ich Unia Europejska. Mechanizmy funkcjonowania europejskiego supermocarstwa. Głos należy do pana, panie Piotrze.
[02:52:58] - Ale mam opowiedzieć o tym ostatnim, tak? O Niemcach.
[02:53:02] - Bardzo poproszę.
[02:53:04] - Bardzo proszę. Czym jest Unia Europejska? Unia Europejska jest pewnym sposobem Niemiec. To jest moja interpretacja, ale też wielu innych ekspertów. Nie jestem żadnym ekspertem od geopolityki czy ekonomii, natomiast wielu uczestników debaty publicznej, nie tylko ja sam, twierdzą, że Unia Europejska jest pewną formą uzyskania sprawczości przez Niemcy. Przede wszystkim Niemcy do tego, żeby dominować na naszym półwyspie europejskim, tak może debile powiem, nie mogą robić tego sami, dlatego że pamięć po II wojnie światowej nie pozwala im osiągnąć tak zwanej pozycji moralnej wyższości i narzucania innym sposobu zachowania innym państwom ze względu na to, że sami Niemcy, ze względu na zbrodnie realizowane pod symbolem nazizmu w czasie wojny i przed II wojną światową, nie predysponują i nie sprawiają, że Niemcy nie mają pozycji przetargowej. Stąd bardzo cenne spostrzeżenie, do którego ja sam nie doszedłem, tylko podsłuchałem u konkurencji. Niemcom jest niezbędna Francja, dlatego że Francja, ponieważ nie była agresorem w czasie II wojnie światowej, ma już możliwość wstąpienia na ten postument moralnej wyższości i narzucenia innym krajom europejskim, słabszym krajom, jak mają się zachowywać. Unia Europejska może być traktowana jako projekt niemiecko-francuski, który podporządkowuje słabsze kraje europejskie niemieckim i francuskim interesom gospodarczym. I powiem jeden przykład, nie na naszym przykładzie, który byłby zbyt emocjonalny, żeby go w sposób racjonalny i bezstronny omawiać, natomiast podam przykład grecki.
Otóż Grecja ma bardzo długą, niestety dla Grecji, historię wykorzystywania przez międzynarodową finansjerę, bez wskazania na pochodzenie etniczne tej finansjery. Otóż w XIX wieku, bodajże o ile pamiętam w 1825, trzecia, czwarta dekada XIX wieku to był moment, kiedy Grecja popadała w bardzo duże problemy finansowe, które zostały wykorzystane przez międzynarodowe grupy finansowe do tego, żeby Grecję po prostu ograbić i rzucić na kolana, co nastąpiło w sposób bardzo prosty i identyczny niemalże, jaki nastąpiło ze strony Unii Europejskiej w ostatnich dekadach. Otóż w tej XIX-wiecznej iteracji tej historii, bo iteracja, czyli powtórzenie tego samego schematu, mówiąc w uproszczeniu, Grecy potrzebowali po to, żeby uratować swój kraj przed Bankructwem potrzebowali dużych pożyczek i międzynarodowe banki pożyczyły Grecji pieniądze, które były niezbędne do tego, żeby jakoś się wydźwignąć z krytycznej sytuacji na niezwykle wysoki procent w takim dealu, w którym Grecy otrzymali 60% pożyczanej kwoty, natomiast odsetki zbójeckie musieli płacić od 100% tej kwoty, którą pożyczali. W związku z tym powtarzając jeszcze, bo w to trudno też uwierzyć, to jest normalny biznes, niestety, w którym jest tylko krew i kły błyskają w ciemności i fosforyzujące oczy. Natomiast podsumowując, Grecy zobaczyli jedynie 60% kwoty, od której pełnej stuprocentowej wartości musieli płacić odsetki. Może nie na tej samej zasadzie, już na przełomie wieku XX i XXI, czyli w naszej współczesności, w jaki sposób Niemcy przejęli, uzyskali zasadniczą przewagę konkurencyjną nad krajami południa Europy, ponieważ te kraje południa Europy, typu właśnie Grecja, należały do strefy euro, a gospodarki nie były równe, jeśli chodzi o swoją siłę, sposób funkcjonowania, który by usprawiedliwiał to, że oba te kraje posługują się, mówię Niemcy i Grecja, bo upraszczam teraz ten przykład. Gospodarki były na tyle różne i na tyle różna była ich siła, że nie usprawiedliwiała ta różnica tego, że oba kraje dysponowały tą samą walutą. Ale problem polegał na tym, że Grecy nie byli w stanie zracjonalizować funkcjonowania administracji swojego państwa ani gospodarki. W związku z tym Niemcy byli w stanie transferować zyski wypracowywane przez swoje własne przedsiębiorstwa czy też własnych producentów na terenie Grecji za pomocą waluty euro, bez konieczności przewalutowania na poprzednią walutę grecką, na drachmę. W związku z tym podobna sytuacja miała miejsce, podobny mechanizm funkcjonował, jeśli chodzi o przystąpienie Włoch do Unii Europejskiej, a przede wszystkim do strefy euro.
Doprowadziło to do tego, że Niemcy i Francja bezlitośnie wręcz eksploatowały kraje południa Europy. Nie tylko Grecję, nie tylko Włochy, ale także między innymi Hiszpanię. To jest podstawą dużych nieporozumień między partnerami, bardzo nierównymi partnerami w tej pierwotnej grupie państw zakładających wpierw tą Wspólnotę Węgla i Stali, a potem Unię Europejską. I to jest coś, co Polskę z całą pewnością by czekało w chwili, w której przyjęlibyśmy euro. W związku z tym ja na przykład osobiście jestem przeciwko przyjęciu euro, dlatego, że prowadziłoby to do wręcz rabunkowej eksploatacji naszej gospodarki za pomocą właśnie tych mechanizmów walutowych. Także to jest jeden mechanizm, który warto pamiętać myśląc o tym, czym jest Unia Europejska. Natomiast z punktu widzenia relacji polsko-niemieckich to Polska jest najważniejszym podwykonawcą dla Niemiec. Dostarczamy im ratunku demograficznego za pomocą specjalistów, pracowników wykwalifikowanych, którzy jadą pracować do Reichu, czy też realizują swoje podwykonawstwo na terenie Polski. Dwa, że Niemcy są krajem opartym na eksporcie, które całe swoje prosperity, całe swoje bogactwo i siłę geopolityczną budują właśnie dzięki eksportowi do całej reszty świata. I Niemcy nie mogą sobie pozwolić na to, żeby utracić kontrolę, czy to sektorową sprawczość nad Polską, czy też całościową kontrolę, czy jakikolwiek fragment kontroli, czy cokolwiek de facto ma miejsce faktycznie w relacjach między dwoma krajami Polską i Niemcami.
Gdy utracą kontrolę nad Polską, nad tym, co dzieje się w Polsce, chociażby na polskiej scenie politycznej, jest to dla nich zagrożenie krytyczne, egzystencjalne wręcz dlatego, że w tym momencie tracą kontrolę nad zdolnością utrzymania swoich zdolności homeostatycznych, zdolności do przetrwania po prostu. Więc to decyduje o tym, jakie są lobby w Polsce, które decydują na przykład o kierunku naszej polityki zagranicznej, o tym, czy próbujemy stworzyć jakąś Grupę Wyszehradzką, która jest kontrsiłą wobec siły geopolitycznej czy też politycznej Unii Europejskiej. To są bardzo skomplikowane sprawy, które przyznam, że nie w pełni jestem w stanie wytłumaczyć w takiej pogadance, w jakiej w tej chwili uczestniczymy. Natomiast to jest ta logika tego, czym jest Polska dla Unii Europejskiej, czym Unia Europejska jest dla Polski.
[03:01:19] - I w ten sposób dotarliśmy do tematu szóstego. Tytuł tego tematu to „Miejsca węzłowe”. Panie Piotrze, zanim zaczniemy mówić o tych tematach, to ja sądzę, że to jest dobry moment na zadanie dziesiątego już pytania.
[03:01:37] - Tak jest. Miejsca węzłowe czy też miejsca kluczowe to jest chiński termin oznaczany w starożytnym języku chińskim klasycznym sylabą „e”, czy też znakiem chińskim, który czyta się jako „e”. Ten znak chiński jest na grzbiecie książki, o której dzisiaj mówimy I ten znak, czy też to pojęcie jest podwójne. Po pierwsze jest to miejsce węzłowe, miejsce, o które toczy się walka, czyli jakaś przełęcz, czy też przewężenie szlaków morskich, takich jak Kanał Sueski, czy też Cieśnina Malakka, o której przed chwilą mówiliśmy. Generalnie to jest miejsce, o które bardzo często te najważniejsze mocarstwa, te najsilniejsze mocarstwa nie walczą, nie próbują ich zdobyć, mówiąc precyzyjnie, dlatego, że jeżeli ktokolwiek przejmie takie miejsce, przejmie kontrolę nad takim miejscem, jego zdolność oddziaływania, czyli jego siła wzrasta niepomiernie. W związku z tym każda próba przejęcia kontroli nad tym miejscem powoduje powstanie kontrsyły w postaci zawiązania sojuszu wszelkich innych graczy, którzy uniemożliwią temu pierwszemu inicjującemu całą aferę mocarstwu przejęcie kontroli. Dlatego były jeszcze cytowane w samym traktacie „Sztuka wojny” miejsca, o które się nie walczy, to znaczy miejsca, których nie próbuje się zająć. To jest jakiś rodzaj niepisanego traktatu między stronami, które mogą równolegle prowadzić bezpardonową walkę, ale równolegle zdają sobie sprawę, że nie mogą dokonać pewnych ruchów ze względu na to, że sytuacja stanie się albo doprowadzi do niemożliwej do kontroli konfrontacji, albo doprowadzi do tego, że sytuacja przestanie być przewidywalna. A to, czego wielkie imperia i wielkie mocarstwa nie lubią, to właśnie nieprzewidywalności. Dlatego, że te wielkie mocarstwa po to, żeby zachować swoją sprawność homeostatyczną, żeby móc planować swoje ruchy, muszą mieć zdolność przewidywania.
A jeżeli sytuacja jest zbyt chaotyczna, żeby przewidywać, to jest to absolutnie nieobliczalne ryzyko, jakie wchodzi w obraz mentalny całej tej rozgrywki. Czy to jest rozgrywka toczona jako jawna wojna za pomocą narzędzi militarnych, czy to są takie rozgrywki, jakie mają miejsce teraz o to, czy świat zmieni się z jednobiegunowego na wielobiegunowy. I na świecie istnieje w takim globalnym porządku, jaki istnieje współcześnie, istnieje wiele takich miejsc specjalnych, takich miejsc węzłowych, to znaczy takich, które są kluczowe do tego, że cały system jest stabilny. To jest Cieśnina Malakka, to jest Kanał Sueski, to jest Kanał Panamski, to jest wejście do Cieśniny Adeńskiej, dobrze mówię? Wejście do Morza Czerwonego od strony północy. To jest Cieśnina Ormuz, przez którą przepływają codziennie kilkanaście supertankowców wożących ropę i do Chin, i na Tajwan, i do Japonii, i do Korei Południowej, i do wielu innych miejsc, które są egzystencjalnie zależne od tego, żeby ta cieśnina była cały czas drożna. I jedną z takich moich ulubionych anegdot historycznych jest relacja rozmowy dwóch mężów stanu. To jest właśnie zagadka, którą zadajemy i to już będzie dziesiąta zagadka i to będzie łącznie w całej naszej rozmowie ostatnia. Czyli do odgadnięcia będzie po to, żeby wygrać ten nóż aborygeński, łącznie z tych 10 pytań umówmy się, że niech to będzie osiem, że co najmniej na osiem pytań trzeba odpowiedzieć, żeby ten nóż wygrać. Kto pierwszy, ten lepszy.
Dla osób, które będą drugie, trzecie, czwarte i piąte będą cztery egzemplarze książki. Jeżeli wygrywający już będą mieli „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”, wymyślimy jakąś inną książkę, jakiś inny tytuł zostanie do nich wysłany. Natomiast zagadka brzmi: dwóch mężów stanu prowadziło bardzo zacięte negocjacje w osobistym, dwuosobowym spotkaniu w cztery oczy. Jeden z tych mężów stanu próbował uzyskać drogę przemarszu przez terytorium tego drugiego po to, żeby zdobyć od strony lądu niezdobytą skądinąd od strony morskiej fortecę górującą, kontrolującą cały obszar jednego z takich miejsc węzłowych. Ja nie wymieniłem tego miejsca, natomiast to miejsce do tej pory jest absolutnie kluczowe i jest kontrolowane przez byłe imperium globalne, że tak powiem. Nie powiem nazwy, bo to bym zdradził, o co chodzi. I ten mąż stanu, że tak powiem, bardzo kontrowersyjna postać. To jest osobna historia. On niestety nie uzyskał tego, czego chciał i poskarżył się już po skończonej rozmowie, że wolałby, żeby wyrwano mu przedni ząb, niż drugi raz odbyć podobną rozmowę, w której mu właśnie odmówiono tego przemarszu. I pytanie jest o których mężów stanu chodzi i o jaki punkt węzłowy chodzi w tej przytoczonej historycznej anegdocie?
[03:07:24] - Tak, panie Piotrze, to teraz w takim razie podróżujmy przez pana książkę dalej. Pan już właściwie wymienił te miejsca kluczowe czy węzłowe. Ja je dla porządku wymienię tak jak pan wymienia to w książce. Przede wszystkim odpowiada pan na pytanie, czym są miejsca węzłowe. Dalej, co sprawia, że Afryka nie sprzyja budowaniu cywilizacji? Zakaukazie i region Morza Kaspijskiego, Cieśnina Ormuz, Cieśniny Tureckie, Malakka, Kanał Sueski, Kanał Panamski, Kanał La Manche, Morze Północne i Cieśniny Duńskie. Północny Atlantyk. I tak się skończył temat szósty. Pojawia się temat siódmy: obszary o szczególnym znaczeniu. I tu mamy tematy wejdą, nie wejdą, Bliski Wschód i Zatoka Perska, Arabia Saudyjska, Iran, Izrael, Turcja.
Turcja to jest takie miejsce, które rozbudza wyobraźnię bardzo wielu ludzi w tej chwili, bo wszyscy się zastanawiają, jaką grę rozgrywa w tej chwili Turcja. Czy ona jest bardziej skłonna, żeby przytulić się do Europy? A może ona gra z Rosją? A może ona po prostu gra na siebie? Jak pan to widzi, panie Piotrze?
[03:08:51] - Turcja jest niezwykle specyficznym miejscem, dlatego że Turcja zalega na miejscu geopolitycznym ulokowanym w newralgicznym skrzyżowaniu bardzo wielu dróg handlowych. I Turcja jest jednym z trzech najsilniejszych potencjalnych mocarstw, których rozrost czy wzrost siły oddziaływania jest blokowany przez funkcjonujący aktualnie Pax Americana, czyli porządek globalny pilnowany przez Amerykanów. Inaczej mówiąc zupełnie prostym językiem: Turcja po to, żeby urosnąć w lokalne imperium czy też w biegun tego wielobiegunowego świata, musiałaby, czy też bardzo by chciała zakończyć istnienie Pax Americana, ale jednocześnie z drugiej strony Pax Americana sprawia, że Turcja może spokojnie rozwijać się w warunkach pokojowych i nie musi walczyć o ustanowienie, co jest kosztowne dla każdego homo statu. Każda walka jest ryzykiem, a jednocześnie jest zużywaniem zasobów, które w innej sytuacji, w sytuacji pokoju, mogłyby być przeznaczane bezpośrednio na rozwój. To są rozmaite paradoksy, które takimi sytuacjami dyrygują. Natomiast kontynuując tę prostszą wersję opisu całej sytuacji. Tak jak Chińczycy bez Amerykanów byliby w stanie rozwijać swój wpływ czy to na Afrykę, czy na Azję Centralną, tam, gdzie są olbrzymie złoża węglowodorów, przede wszystkim w basenie i w okolicach basenu Morza Kaspijskiego. Chińczykom zależy na tym, żeby Amerykanie przestali przeszkadzać, przestali sabotować ich wysiłki związane z rozrostem potęgi Chin. Na tej samej zasadzie Irańczycy, którzy w czasach historycznych w przeszłości byli imperium i mają aspiracje imperialne wbudowane w swój sposób myślenia. Irańczycy w chwili, w której znika amerykański porządek globalny, stają się lokalnym mocarstwem, czy też może nawet lokalnym supermocarstwem.
Nie wiem, czy to jest poprawny termin. Na tej samej zasadzie Turcy, którzy sami kontrolują Cieśniny Tureckie, z których nie mogą czerpać zysku, dlatego, że przepływ nie jest obciążany żadnymi opłatami, co jest umocowane traktatami kończącymi pierwszą i drugą wojnę światową. Natomiast mają pod nosem też Kanał Sueski. Mają przecież rurociągi, które prowadzą ropę i gaz z rejonu Morza Kaspijskiego w kierunku Europy, więc w określonej sytuacji zduszenia innych źródeł węglowodorów dla Europy, decyzja geopolityczna turecka może decydować o przetrwaniu energetycznym całej Europy w określonej sytuacji. Oczywiście nie w każdej. Natomiast uogólniając, są pewne obszary, tak jak mówiliśmy o Malace, że to jest pewien naturalny obszar, który we współczesnym świecie, bez tych geopolitycznych zaszłości w postaci imperium amerykańskiego globalnego i imperium chińskiego na północy, to rejon Malaki jest naturalnym ośrodkiem geopolitycznym. I jeszcze jest trzecia siła, która to uniemożliwia, czyli rozczłonkowanie polityczne całej okolicy na rozmaite państwa narodowe typu Malezja, Wietnam, Filipiny i tak dalej, które to państwa będą miały bardzo trudną pracę, żeby się dogadać ze sobą i stworzyć taki spójny, jeśli chodzi o decyzje geopolityczne, twór, który byłby zdolny do kolektywnej akcji w celu zwiększenia swojej zdolności, swojej siły strukturalnej, swojej spójności przede wszystkim. Natomiast to wszystko jest oczywiście spekulacją co do tego, w jaki sposób by wyglądał świat wielobiegunowy. Niemniej pojawią się bardziej widoczne i bardziej oczywiste te miejsca specjalne, czyli miejsca, które mają jakiś kluczowy zasób. Kluczowy do tego, żeby utrzymać swoje własne przetrwanie, uzależnić swoich partnerów w handlu czy swoich przeciwników, czy sojuszników od tego, że dysponują tą zdolnością produkcyjną, czy też jakimś zasobem, czy też kluczowym obszarem, kluczowym fragmentem szlaków handlowych.
I teraz już wymieniłem trzy typy tych przewag czy zasobów. Pierwszym zasobem jest zdolność produkcyjna. W przypadku Tajwanu tym specjalnym walorem Tajwanu jest to, że jest on producentem 92% na dzień dzisiejszy najbardziej zaawansowanych półprzewodników, a generalnie 60% wszelkich półprzewodników, dzięki temu, że tajwański koncern TSMC zdobył tą przewagę kilkanaście lat temu i ją utrzymuje w niezwykle skomplikowanej operacji gospodarczo-politycznej. Cały świat jest uzależniony od tego, żeby Tajwanowi nic się nie stało, żeby na Tajwanie cały czas trwała produkcja. Co prawda w zeszłym roku amerykański Kongres podpisał specjalną ustawę Chips zmuszającą między innymi Tajwańczyków do tego, żeby Tajwańczycy wybudowali w Arizonie, rozpoczęta jest budowa, zakład produkujący najnowocześniejsze półprzewodniki. Ale nawet jak powstanie cała ta fabryka, która jest, tak jak powtarzam, w budowie, to i tak Tajwańczycy nie dadzą tam tych wszystkich swoich najnowszych technologii. Oni w życiu na to nie pójdą, choćby nie wiem co Amerykanie, w jaki sposób Amerykanie ich szantażowali albo przekonywali. Po drugie, ta produkcja wymaga specyficznej kultury pracy, czyli generalnie poświęcenia przez tych wszystkich inżynierów, specjalistów, naukowców, poświęcenia życia osobistego, na co amerykańska kultura pracy jest mentalnie po prostu niezdolna do zaakceptowania. I w tej chwili na przykład to jest informacja z końca lipca 2023 roku, Tajwańczycy stwierdzając, że na miejscu lokalna siła robocza jest niemożliwa do pozyskania, próbowali przesłać do Stanów pięciuset inżynierów, którzy byliby w stanie obsadzić stanowiska niezbędne do tego, żeby ta fabryka po uruchomieniu w 2024 roku funkcjonowała. Ale po pierwsze cała budowa, uruchomienie fabryki zostało przesunięte o jeden rok ze względu na horrendalnie przeszkadzające, kontrproduktywne prawo budowlane i prawo związane z budową środków, urządzeń przemysłowych, instalacji przemysłowych.
A po drugie amerykańskie związki zawodowe uniemożliwiły wydanie tajwańskim inżynierom wiz pracowniczych po to, żeby ochronić amerykańskich pracowników, którzy nie istnieją, dlatego że nie ma tego typu specjalistów, którzy są niezbędni do tego, żeby obsadzić stanowiska pracy, a po drugie Amerykanom po to, żeby osiągnąć niezbędną wydajność do tego, żeby te najbardziej skomplikowane półprzewodniki produkować, to Amerykanie są niezdolni do tego, żeby na przykład pracować sześć czy siedem dni w tygodniu. Po prostu jest to raz, że zakazane przez amerykańskie prawo pracy, a dwa, że ludzie mentalnie odmówią po prostu tego typu pracy. To nie te czasy, mówiąc w największym skrócie i bardzo upraszczając. To mamy o Tajwanie, mamy tą specjalną cechę, dla której Tajwan jest ważny, dla której Tajwan musi być w pewnym sensie nietykalny także z punktu widzenia Chińczyków, którzy podpatrują i kradną, były zresztą pozwy sądowe o to, kradną tajwańskie technologie po to, żeby zbudować własną zdolność produkcji najbardziej zaawansowanych półprzewodników. Drugim typem zasobu, który jest niezbędny do tego, żeby jakiś obszar był obszarem specjalnego znaczenia, czyli takim, który musi być utrzymywany w sprawności produkcyjnej, to jest dostęp do szlaków handlowych. Mówiliśmy przed chwileczką o Cieśninie Malakka. Ta cieśnina, obok której jest Singapur, jest w samym centrum wielkiego skupiska populacyjnego, wielkiej ilości państw, które kierują się swoim własnym interesem geopolitycznym. I gdyby udało się ten rejon zdestabilizować do tego stopnia, że przepływ statków, przede wszystkim supertankowców z Zatoki Perskiej kierujących się do Azji Wschodniej, czyli Japonia, Korea Południowa, Chiny Północne, Tajwan, to wszystko sprawia, że wszystkim zależy i Chińczykom, i lokalnym krajom funkcjonującym i ulokowanym w tamtym rejonie geograficznym. Wszystkim zależy na tym, żeby sytuacja była stabilna i żeby handel szedł swoją własną drogą i nie był zdestabilizowany przez jakieś konfrontacje, czy to Chin ze Stanami, czy to Chin z Tajwanem, czy między jakimikolwiek podmiotami. Kolejnym zasobem decydującym o tym, że rejon jest kluczowy, czy też niezwykle ważny w całej geopolitycznej układance, są zasoby, przede wszystkim zasoby energetyczne, czyli mówimy o węglowodorach, czyli o ropie i gazie.
Takim regionem jest oczywiście region Zatoki Perskiej. Takim regionem jest rejon Morza Północnego. Takim regionem jest Morze Południowochińskie, czyli ten obszar, który już omówiliśmy, mówiąc o Cieśninie Malakka. Wszystkie te cechy, te parametry rozmaitych obszarów muszą być brane pod uwagę przez aktorów geopolitycznych rozgrywek. Przede wszystkim kiedy pisałem książkę, starałem się też słuchać i czytać rozmaitych ekspertów czy jakichś uznanych autorytetów, czy jakichś uczestników debaty geopolitycznej, którzy na czymś się znają, czy na ekonomii, czy na wydobyciu surowców, czy na rozmaitych innych aspektach funkcjonowania naszej cywilizacji. Wszystkie te aspekty są najczęściej przedstawiane w nie do końca jasny sposób, nie do końca jednoznaczny sposób, a przede wszystkim z pominięciem tych czterech podstawowych prawideł, które na początku naszej rozmowy sobie wymieniliśmy. Czyli mówimy o tym, że energia jest wszystkim i do przetrwania ta energia jest potrzebna, czyli do utrzymania zdolności homeostatycznej, czyli po prostu bez energii, cytując passus z mojej książki Bez energii wszystko, co nas otacza: samochody, budynki, fabryki, statki, kontenerowce, które przesyłają towary czy to z Azji do Europy, czy z Europy do Ameryki, czy w którymkolwiek kierunku między tymi obszarami. Wszystko to nagle staje w miejscu i nagle bez zasilania nasze smartfony zmieniają się w młotki albo w jakieś lusterka co najwyżej, albo przyciski do papieru, bo żadnej innej funkcji spełniać nie będą mogły. Więc bez energii jesteśmy niczym. Energia jest wszystkim.
Z drugiej strony musimy rozumieć, czym są dźwignie oddziaływania, czyli musimy rozumieć, w jaki sposób homeostaty zapewniają sobie przetrwanie poprzez tworzenie instrumentów wpływania czy na swoje wewnętrzne stany, czy na stany swoich przeciwników i konkurentów, czy na stany środowiska, w którym odszukuje się i pozyskuje zasoby i w którym uczymy się, w jaki sposób te zasoby przetwarzać tak, żeby stały się użyteczne dla naszego przetrwania i dla naszego codziennego funkcjonowania. Oczywiście tym czwartym filarem jest, już tak podsumowując zupełnie, rozliczalność, czyli zdolność rozpoznania, co jest działaniem celowym, co jest działaniem wrogim, a co jest działaniem przypadkowym, co tak naprawdę do niczego nie prowadzi dlatego, że wszystkie dobrze zaprojektowane działania w tak zwanych wojnach hybrydowych to nie jest do końca dobre pojęcie, ale w zmaganiach, w których wszyscy uczestnicy starają się ukryć swoje sprawstwo tak, żeby uniknąć odpowiedzialności czy to historycznej, czy to etycznej, czy jakiejkolwiek innej. Wszystkie te aspekty, które wymieniłem, te cztery podstawowe koncepcje, na których bazuje cała książka „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”, one są w sposób, powiedziałbym nawet skrzętny, pomijane w debatach na temat geopolityki, na temat rozgrywek w świecie międzynarodowym, na temat stosunków między mocarstwami a państwami, a imperiami. Dlatego, że właśnie te cztery aspekty są tak naprawdę esencją całej tej gry. Kiedy my, zwykli ludzie, a nie jacyś decydenci siedzący w atłasowych fotelach i decydujący o losach całych narodów, kiedy my, zwykli ludzie, zaczniemy myśleć za pomocą tych koncepcji, to nagle nam układa się zupełnie inny obraz mentalny tych wszystkich rozgrywek. I nagle widzimy znacznie więcej, rozumiemy znacznie więcej i to, co najbardziej jest niebezpieczne dla tych, którzy mają tą aktywną sprawczość na dzień dzisiejszy, my jesteśmy zdolni zaprojektować i zrealizować akcję, czyli oddziaływania na bieg rzeczy, których wcześniej bez tej wiedzy, bez zrozumienia tego, jak logika tej rozgrywki geopolitycznej naprawdę wygląda, nie bylibyśmy w stanie podjąć ani nawet zrozumieć, że jesteśmy w stanie je podjąć. Także jeżeli szukać jakiegoś generalnego podsumowania całej książki, to jest właśnie to, co przez ostatnie pięć minut powiedziałem.
[03:23:42] - Panie Piotrze, gdzieś tak już zbliżamy się do końca pana książki. Temat ósmy to odporność państw na rozpad globalnego ładu. Tu jest przegląd i ja tylko wymienię tematy poszczególne w tym podrozdziale. Dlaczego? Dlatego, że każdy z tych tematów właściwie byłby punktem wyjścia do osobnej audycji. A my już w tej chwili gadamy około trzech godzin, więc wymieniam: Afganistan i Pakistan, Indie, Brazylia, Irak, Katar, Algieria i Maroko, Meksyk i Kanada, Australia. To był temat ósmy. Temat dziewiąty w pana książce w drugiej części: przegląd wydarzeń z historii świata. I tu też przemknę przez te tematy. To jest: protonarod przed pierwszą wojną światową, zaczątki Stanów Zjednoczonych w wojnie siedmioletniej, wybrane epizody.
Następny temat: stulecie narodowego poniżenia Chin. I trzeci temat: portugalski epizod imperialny. To zostawmy, bo to znowu są tematy rzeki. Ale mamy wreszcie temat dziesiąty. Temat, który kończy pana książkę. On ma globalny tytuł: co przyniesie przyszłość? Wymienię tematy. Protest Chin przyczyną rozwiązania ONZ. Tu nawiązanie do filmu jest oczywiste. I to jest takie pytanie poza konkursem.
Dopiszcie państwo, że to jest pytanie, powiedzmy zerowe czy jakieś tam ekstra, niewliczane do punktacji, ale z jakiego filmu pochodzi ten cytat? Kolejny temat: koniec Pax Americana. Kolejny: przyszłość cywilizacji. Następny: przyszłość Polski. I ostatni: hipnotyzujący kalejdoskop geopolitycznych rozgrywek. Felieton na zakończenie. Ja cofnę się i zapytam. Jest tu taki temat, o który oczywiście muszę zapytać. Przyszłość Polski. Ja wiem, że tu by pan mógł teraz opowiadać przez godzinę albo i więcej, ale tak syntetycznie.
[03:26:14] - Syntetycznie sprawa jest maksymalnie prosta. Tak długo, jak wokół Polski istnieją silne ośrodki geopolityczne, czyli Moskwa i Berlin, czyli Unia Europejska i Federacja Rosyjska w tej chwili się to nazywa? Związek Sowiecki? Inaczej, zacznę od innej strony. Silne państwo to takie, które za sąsiadów ma państwa słabe. Niemcy są silne państwa dlatego, że Polska jest słaba. Rosja jest silna dlatego, że Polska jest słaba. Jeżeli w ten sposób definiujemy tą szachownicę słabe, silne, słabe, silne, to Polska będzie tak długo słabym państwem, jak długo wokół nas będą państwa silne. Jaka sytuacja geopolityczna, jaki rozwój wydarzeń może sprawić, że Niemcy przestaną być państwem silnym, a w związku z tym relatywnie, bo to jest zawsze relatywne, to Polska stanie się państwem silnym. Taka sytuacja nastąpiłaby wtedy, kiedy upadnie w jakiś sposób cały projekt gospodarczy oparty na eksporcie realizowany przez współczesne Niemcy.
Problem polega na tym, że gdyby Niemcy upadły, czy też załamało się gospodarczo, chociażby ze względu na jakiś kryzys migracyjny, czy też zamieszki, załamanie porządku społecznego, wewnętrznego. We Francji mamy takie załamania cyklicznie związane z paleniem samochodów. Niedawno była przecież afera, że jakiś policjant próbował zatrzymać jakiegoś chłopaka migranta i zastrzelił go przy próbie ucieczki. Skończyło się tradycyjnym francuskim paleniem samochodów, tym razem przez migrantów z Afryki Północnej przede wszystkim i z krajów arabskich. Tutaj kawał tak przy okazji: ilu migrantów potrzeba, żeby rozpocząć we Francji zamieszki? I odpowiedź jest minus jeden. To sytuacja sprzed półtora miesiąca.
[03:28:19] - To bardzo niepoprawny politycznie dowcip.
[03:28:22] - Ale to nasza audycja jest audycją satyryczną.
[03:28:25] - Bardzo panu gratuluję.
[03:28:29] - Wracając już całkowicie na poważnie, jeżeli Niemcy doznają zapaści wewnętrznej w wyniku jakichś problemów migracyjnych, czy też problemów z islamizacją, czy też z jakimś gwałtownym protestem społeczeństwa rdzenia niemieckiego przeciwko rozwojowi sytuacji takiemu, jaki jest w tej chwili, to Polska jedzie z Niemcami na jednym wózku. Czyli jak ktoś na przykład czyta nagłówek, że w Niemczech jakieś tam zamieszki, bo migranci nie migranci, dobrze tak Niemcom, było coś tam, to ten człowiek nie rozumie sytuacji właśnie tej, którą tłumaczy to jedno zdanie: jedziemy z Niemcami na jednym wózku, jesteśmy ich podwykonawcami. Nasze prosperity, czyli zasobność gospodarcza i nasze luksusy relatywne oczywiście, w których żyjemy, zależą od tego, czy Niemcom się wiedzie. Jeżeli się Niemcom przestanie wieść, to także nam się przestanie wieść. Czyli mamy taki paradoks, czy Polska stanie się silna, kiedy przestaną obok funkcjonować silne Niemcy, ale jak przestaną funkcjonować silne Niemcy, to my lecimy, że tak powiem, na cyce razem z nimi. Przepraszam za taki slang biznesowy, ale do tego się to wszystko sprowadza. Więc mamy taki paradoks. Gdybyśmy chcieli wydobyć się na tą siłę geopolityczną, to jest w tym momencie tak skonstruowany świat wokół nas, że jest to nierealne po prostu. Gdybyśmy mimo upadku Niemiec byli zdolni pozyskać z całego świata zasoby niezbędne do funkcjonowania nowoczesnego państwa, nowoczesnego przemysłu, nowoczesnego społeczeństwa, to musielibyśmy mieć szlaki handlowe. Musielibyśmy mieć układy handlowe, jakieś sojusze z państwami, które pilnują źródeł tych surowców, czy to ropy naftowej, czy gazu ziemnego.
Gaz ziemny w tej chwili bierzemy z Norwegii, ale jeżeli Niemcy upadną, to już mieliśmy jeden kazus we wrześniu 2022, że nagle został zniszczony gazociąg. Mówimy o Nord Stream, rosyjsko-niemiecki gazociąg, nazywany też Ribbentrop-Mołotow, celniej moim zdaniem. Ktoś może rozwalić ten gazociąg, który z Norwegii nam ten gaz przesyła. Więc to wszystko są wydarzenia typu czarne łabędzie, które mogą radykalnie zmienić i nasze obrazy mentalne, i faktyczną sytuację geopolityczną, która zdecyduje, czy przetrwamy, czy też popadniemy w zapaść cywilizacyjną. Stąd też osobny rozdział właśnie o przyszłości cywilizacji.
[03:31:00] - Panie Piotrze, najdłuższe „Bibliotekarium 2.0”, jakie się odbyło, miało ponad siedem godzin. Ja mam wrażenie, że zupełnie spokojnie moglibyśmy zrobić dłuższe „Bibliotekarium”, mówiąc tylko o tym, co zawiera pana najnowsza książka. Przypomnę, „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. Ja nie będę podejmował takiego przedsięwzięcia, żeby aż tak bardzo przedłużać audycję, ponieważ dobrego może być czasami za dużo. Ja myślę, żeby pozostawić naszym słuchaczom pewien niedosyt, to wtedy jest nadzieja, że sięgną po książkę. Dlatego pięknie panu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Ja myślę, że to jest dobry punkt wyjścia do tego, żeby czym prędzej książkę zamówić. Przypomnę tylko, że gdzieś tam wiszą pytania, na które trzeba odpowiedzieć, żeby zdobyć aborygeński nóż. No i cóż, panie Piotrze, głos oddaję na koniec panu. Kwestia podsumowania.
[03:32:22] - To bardzo dziękuję jeszcze raz wszystkim, że tak długo słuchali, ponad trzy godziny. Dla przypomnienia kartę wspomagającą odpowiadanie na pytania zagadkowe można ściągnąć ze strony chiny.pl/telegram. Do odpowiedzi jest łącznie 10 pytań. Po to, żeby się zakwalifikować na nóż, trzeba odpowiedzieć na osiem Pierwsza osoba, która odpowie prawidłowo na osiem pytań dostaje nóż. Uzgodnimy jaki to konkretnie z mojej kolekcji. Natomiast dalsze cztery osoby dostaną po egzemplarzu książki albo właśnie „Prawa geopolityczne. Gry o przetrwanie” albo którąś inną. To też uzgodnimy mailowo. I słuchajcie, przyznam, jakbyśmy jeszcze z pół godziny pociągnęli, to bym się zbuntował tutaj panu Markowi, bo u mnie już jest 3:19 nad ranem, więc dłużej bym nie pociągnął kognitywnie chociażby. W związku z zaistniałą sytuacją pozdrawiam wszystkich w imieniu Tajwanu i Tajwańczyków i Aborygenów Tajwańskich i zapraszam i do usłyszenia przy najbliższym telegramie.
[03:33:29] - Proszę państwa, jestem ciekaw, ile zgłoszeń do konkursu otrzyma na podany adres Piotr Plewaniak. A my jedziemy z audycją dalej. Obiecałem państwu „Filmotekarium” i jest za chwilę „Filmotekarium”. Dzisiaj rozmawiamy o serialu „Krakowskie potwory”. To, proszę państwa, jest serial niezwykły. I tym, którzy właśnie popukali się w czoło, ja śpieszę donieść, że jego niezwykłość polega na tym, iż nie zmieścił się na mojej prywatnej skali obciachu. Żeby już nie przedłużać, to zapraszam na drugie w tej audycji spotkanie z Piotrem Cielebiasiem i na „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[03:34:29] - Dzień dobry wieczór Marku. Jak samopoczucie?
[03:34:32] - Samopoczucie jest świetne. Rozbijam się po świecie. Jestem na premierach filmowych. Notabene polecam państwu film o Macieju Parowskim. Już to kiedyś robiłem, ale teraz on oficjalnie wchodzi do dystrybucji kinowej. Nie bądźmy naiwni, to nie będzie masowa dystrybucja i nie w każdym kinie, ale jeśli państwo dobrze poszukacie, to w najbliższych tygodniach pewno film pod tytułem fantastycznym „Mad Parey” gdzieś się państwu pojawi w przeglądzie tytułów oferowanych przez poszczególne sieci, więc może warto iść. Ja w każdym razie nie żałuję. Widziałem ten film po raz trzeci i po raz trzeci nie żałuję. Naprawdę jest to pewna historia chyba odchodzącego już zjawiska, jakim był polski fandom 1.0. Ona przemija ta historia dlatego, że po prostu fandom się wykrusza ten stary.
To z przyczyn naturalnych. Fandom, który w tej chwili funkcjonuje, jest zupełnie inny. Nie mówię nawet, że gorszy, tylko inny. To ważne podkreślenie. W związku z tym taki serial, który, przepraszam, nie serial, bo my dzisiaj o serialach będziemy mówić, więc stąd moje przejęzyczenie. Taki film, który dokumentuje pewne zjawisko, a przy okazji opowiada historię redaktora wszystkich polskich fantastów, jak niekiedy mówi się o Macieju Parowskim. Taki film po prostu warto obejrzeć. I ja miałem okazję. Nagrywamy to w czwartek, więc tak naprawdę to było we wtorek. Obejrzałem tę premierę prasową, a od dzisiaj, bo co prawda nagrywamy w czwartek, ale mówię te słowa do państwa w piątek.
Od dzisiaj film w dystrybucji kinowej. Trochę przydługo, ale warto. Wierzcie mi państwo. Natomiast ja mam Piotrze taki zgryz, bo my dzisiaj znowu opowiadać będziemy o polskim serialu. I nasi słuchacze mogą zacząć podejrzewać, że my to robimy z jakiejś takiej wrodzonej złośliwości. Mamy jakieś takie czarne podniebienia i lubimy się pastwić. I znowu będziemy dzisiaj, odwalimy coś takiego, że się będziemy znęcać. Ale serial, o którym dzisiaj będziemy rozmawiać, nie daje nam innego wyjścia. Będziemy musieli się znęcać.
[03:37:05] - Tak, ja zrobię taki trochę inny wstęp, bo mówiłeś o takich rzeczach wzniosłych, to ja może trochę takich bardziej przyziemnych. Otóż drodzy państwo, jest bardzo dużo dobrych krakowskich rzeczy. Przede wszystkim kiełbasa na przykład albo mieszanka krakowska, albo nawet maczanka krakowska, jak już ktoś bardzo lubi. Ale „Krakowskie potwory” się z tego niestety wyłamują. Ktoś zapyta: czemu? Przecież stoi za tym duet sprawnych twórczyń. Cudzysłów. Są aktorzy, są przede wszystkim potwory. No nie może być źle, ale jest źle. Jest wręcz katastrofalnie.
Ja, Marku, nawet nie wiem, co powiedzieć, dlatego że tydzień temu żeśmy mówili o poprzednim dziele tych twórczyń, a okazuje się, że one zrobiły chyba do tej pory trzy podejścia do Netflixa i tak zmasakrowały polski horror, polską fantastykę, że ja wątpię, czy ktoś po prostu po tak traumatycznych doświadczeniach, jakie funduje pani Chajdas i pani Adamik, jeszcze się za to weźmie kiedykolwiek.
[03:38:15] - Pewno byłoby dobrze, gdybym z tobą zaczął w tej chwili jakoś żarliwie polemizować, ale niestety nie stać mnie na to. Nie w sensie materialnym, tylko w sensie intelektualnym. Ja nie potrafię bronić tego serialu, ponieważ on jest zły do szpiku kości. Jeśli coś może być tak złe akurat. I pewno będziemy próbować odszukać coś dobrego w tym serialu, ale ktoś może nam zadać pytanie: panowie, to po co zawracacie nam głowę i opowiadacie o serialu, który właściwie ciężko jest oglądać? Po to, Piotrze, aby odpowiedzieć? O właśnie.
[03:38:56] - Po to, żeby nikt nie musiał. Dlatego, że to jest słowo klucz: musiał. W tamtym serialu omawianym tydzień temu był Maciej Musiał.
[03:39:07] - A tu jest Chyra.
[03:39:10] - Tu go na szczęście nie ma. A tam też był Chyra. Dlaczego o tym mówimy? Po pierwsze, złe rzeczy się sprzedają w internecie. Jeżeli ktoś masakruje coś w internecie złego, ma to zwykle dużo wyświetleń. Liczymy na to. Po drugie, masakrujemy „Krakowskie potwory”, żeby nikt nie musiał ich oglądać. I po trzecie, żeby sobie nikt nie robił nadziei, że wreszcie wyszło coś fajnego, jeżeli do tej pory na to nie trafił. Powiedzmy kilka słów, co to w ogóle jest. Bo nie ukrywam, że wielu z was się mogło natknąć już gdzieś na ten serial.
Jest to kolejne polskie dzieło Netflixa osadzone w klimatach science fiction, trochę horroru folklorystycznego i tak dalej. Mniemam, że z założenia u samych podstaw chciano po prostu rozkręcić w ten sposób modę na horrory z wydatnym motywem słowiańskim. Od tego może zacznijmy. Bo był czas, kiedy ta słowiańszczyzna była strasznie międlona, głównie w literaturze. Dzisiaj to się stało trochę passe. Wydaje mi się, że ta moda na słowiańskość przemija, dlatego że to wszystko się zrobiło bardzo pretensjonalne. Nie wiem, jak to nawet powiedzieć. Ale dobrze, przejdźmy dalej. Nagle parę lat temu po prostu twórcy przypomnieli sobie, że mamy tutaj w Polsce własne potwory, własne demony ludowe. Postanowili sklejać z tego jakieś opowieści.
Wychodziło różnie, nie zawsze się udawało. Koniec końców takim ostatnim tchnieniem albo jednym z ostatnich tchnień tej mody były właśnie „Krakowskie potwory”, bo to jest serial z roku 2022. Z tymi filmami opartymi o wierzenia ludowe to jest różnie. Dam wam kilka przykładów. Otóż niektóre produkcje rosyjskie czy brytyjskie, ogólnie może europejskie, wplatają taki wątek folklorystyczny w opowieści też skierowane często do masowego widza. Wychodzi to źle albo bardzo źle. Przykład to norweski film o trollu, o którym żeśmy opowiadali na jesieni ubiegłego roku. Natomiast jeżeli się stara wykorzystywać folklor w kinie nieco ambitniejszym, ale też nie dochodowym, to wychodzi lepiej. Można tutaj przywołać film pod tytułem „Lamp” czy chociażby „Łowcę trolli”. Natomiast „Krakowskie potwory” to było porwanie się z motyką na księżyc moim zdaniem.
Próbowano wykorzystać po prostu wątek, który jest albo był popularny. I co z tego wyszło?
[03:41:55] - Tak, ale jeśli eksploatuje się wątek słowiańskich bogów, słowiańskich potworów, a jednocześnie gdzieś tam chyłkiem w internecie zamieszcza się taką informację, że mało źródeł, nie bardzo wiadomo było, jak to przedstawić. Ale my przedstawiamy państwu swoją autorską wizję tego świata nadprzyrodzonego. I proszę państwa, tu znowu jakieś złośliwości się ze mnie wyleją, ale ta wizja ewidentnie kombinuje, żeby zachować możliwość obrony procesowej. W związku z tym nie wyleje się ze mnie to, co wzbiera, tylko powiem delikatnie, że to jest po prostu kuriozum. Bo kiedy stykamy się ze światem nadprzyrodzonym, teoretycznie słowiańskim, podkreślam teoretycznie słowiańskim, to mamy wrażenie, że te postacie owych bogów są karykaturalne. Ja, Piotrze, dla twojej pamięci, dla twojej wyobraźni przywołam postać, która mnie się od razu skojarzyła z Dziadem Mrozem stąpającym po ulicach Krakowa, który nie był Dziadem Mrozem. Był odwołaniem do pewnej słowiańskiej... Widzicie państwo, ja nie jestem specjalistą od tych wszystkich potworów i bogów. On był zimowy. Wiem, że ten przymiotnik zimowy się pojawia.
[03:43:48] - Tak, ja sobie też nie mogę tego przypomnieć, ale to było coś, co w sumie jest tak rzadkie, że też się rzadko o tym słyszy. Ale wiesz, to nie jest prawda, że takich przedstawień nie ma. One mogły sięgnąć na przykład do tradycji bardzo rozwiniętej i bogatej ilustratorów rosyjskich. Był przecież Bilibin, który się tym zajmował. Byli też ilustratorzy polscy. Czasami te bestiariusze współczesne są robione na jedno kopyto, ale nie to, że takich wyobrażeń nie ma. Niech oni też nie kłamią.
[03:44:24] - Tak, to prawda. Tym bardziej ja tu od razu skorzystam z okazji. Państwo mieliście kilka razy okazję na antenie słuchać opowieści Witolda Wargasa na temat różnych ludowych bajań. To właśnie Witold Vargas pisał o różnych mitologiach i przede wszystkim ilustrował. Pisał i ilustrował mitologie czy w ogóle te stwory japońskie. Ale odwołanie w niektórych książkach było również do mitologii słowiańskiej, do pewnych stworów, które się gdzieś tam ponoć czaiły. I tu chociaż wypadałoby sięgnąć, a nie epatować ludzi jakimiś takimi... Może mi po prostu te przedstawienia niespecjalnie przypadły do gustu. Ale wyobraźcie sobie dzieciaka umazanego czekoladą, który też właściwie należy do świata nadprzyrodzonego i bardzo chętnie w to wierzy, ale tak nie do końca. A właściwie to ta wizja mi też nie odpowiada.
I ktoś powie znowu: "Czepiasz się, chłopie. Po prostu się czepiasz tych biednych kobiet, a one całe serce, cały talent wyłożyły". Właśnie chyba nie, bo później też musiałem oglądać inne potwory. Musiałem oglądać wspomnianą w zeszłym tygodniu Świteziankę. Już państwu mówiłem. Świtezianka pochodzi znad jeziora Świdwiś. Gdzie jest Kraków, a gdzie jest Świdwiś to sobie państwo spojrzyjcie na mapę i wszystko będzie jasne. Wystarczyło nazwać to coś, co tam się pojawia, co zresztą jakichś harców erotycznych dokonuje i w ogóle. Wystarczyło to nazwać w dowolny sposób. Ale nie, to musiała być Świtezianka, bo ktoś może ze szkoły pamięta o tym, jak to ta Świtezianka i może sobie przypomni, i może mu się skojarzy, i może będzie dłużej przed ekranem siedział.
Od razu dodam: nie sądzę. Poza tym zaserwowano mi jeszcze, musiałem to obejrzeć. Powiem to państwu, ale nic nie zdradzę. Smoka Wawelskiego nawet widziałem w tym serialu. To już w ogóle przekroczyło granicę śmieszności. Chyba to jest najlepsze określenie. Śmieszności właśnie.
[03:46:59] - Przyzwoitości takiej. Jak wspomniałem, "Krakowskie potwory" to był taki mocny gong. Mieliśmy znany duet reżyserski, panią Adamik i jej partnerkę. Wiecie, że one były reżyserkami "1983", ale też tej "Erotiki 22". Mówiliśmy o tym tydzień temu. One mają takie podejście, że ich nie obchodzi to, co zostało pokazane w science fiction, w horrorze do tej pory. Nie. One myśląc, że tworzą nową jakość, prezentują nam znowu ten sam rachityczny, bezbarwny świat, który jest przenoszony na polskie realia. I razem z plusami, czyli obsadą i profesjonalnym wykonaniem, wyprodukowały takiego gniota, ale to takiego gniota, że ten film jest po prostu głupi. I nie to, że ja się czepiam pani Adamik, tylko ja się pytam, czy one w ogóle oglądały, co one skręciły tam?
Bo tam jest tyle niedoróbek, tyle niedorzeczności, że mówię to wprost: "Krakowskie potwory" obrażają i Kraków, i widza w miarę inteligentnego, i Netflixa za to, że się dał wkręcić w takie barachło, i przede wszystkim polskie potwory i kulturę. To jest dziadostwo przez duże D. Ale zacznijmy od początku, Marku, bo tam poznajemy na samym początku główną bohaterkę, pannę Walas, która zaczyna studiować na Collegium Medicum. Od razu na samym wejściu widzimy, że to jest dziewczyna w ogóle szalona. Ona jest jak z piosenki zespołu Boys, że ona ma problemy w ogóle ze sobą. Ona każdemu mówi, że ona ma problemy, bo wszyscy widzą, że ona ma problemy. Jest to tak żałosne, że-
[03:48:43] - Ale przy okazji ostro wali wódę.
[03:48:47] - Och tak.
[03:48:48] - Tak. Poza tym ostro wyrywa facetów. Właściwie to trudno mówić o wyrywaniu. Ona tych facetów po prostu używa. I to z całą odpowiedzialnością za słowo. Ostry seks i ostre chlanie to jest atmosfera, w której żyje ta panienka. Oczywiście pochodzi ze wsi i w tym mieście realizuje swoje ego. To już państwo wiecie mniej więcej, jakie to jest ego. A w ogóle to pani jest na bardzo ambitnych studiach, bardzo trudnych i ja nie bardzo sobie nawet wyobrażam, jak prowadząc taki tryb życia, jaki owa pani, bardzo młoda, prowadzi, czyli chlanie i... Coś by się państwu zrymowało, ale już daruję sobie.
Jak to w ogóle jest możliwe, że ona daje radę? Ale według filmu daje. Co więcej, w pewnym momencie zostaje zauważona i wciągnięta w pewną grupę. Nazywa się, że to grupa badawcza, która będzie jakieś przypadki specjalne badała. Od razu zdradzę państwu, że na czele tej grupy stoi właśnie przywoływany już przeze mnie aktor, czyli Chyra. Niezwykle tajemniczy i w ogóle wszystko jest tam tajemnicze. Tylko jest tajemnicze w taki sposób nieco charakterystyczny. Wszystko jest brudne, syfiaste, ciemne, niedopowiedziane. I wszystko jest takie... Właśnie jakie?
Nijakie niestety. Bo nie wystarczy zrobić coś maksymalnie paskudnie, maksymalnie brzydko, żeby to nasuwało nam takie myśli: "Oj, jakie to jest ambitne, jakie to jest straszne, jakie tu teraz się rzeczy będą działy". Nie, właśnie nie. Od razu miałem takie poczucie, że próbują nas autorki tego filmu, reżyserki zaczarować, wcisnąć nam kit, że będzie strasznie, a nawet jeszcze straszniej. I jak uwierzymy- To zrealizują przynajmniej część swojego założenia artystycznego. Jak nie uwierzymy, to może nas jakiś potwór przestraszy. Tylko ja państwu mówiłem, te potwory wyglądają w najlepszym razie żenująco, a czasami wyglądają po prostu karykaturalnie i z całą odpowiedzialnością za słowo: karykaturalnie.
[03:51:27] - Tak. To może nie będziemy się pastwić nad jakością tych grafik i animacji, bo to ocenicie sami. Natomiast przejdźmy Marku może do tych naszych tradycyjnych trzech kwestii, czyli plusów, minusów, pluso-minusów. I tutaj warto wyjść od samych podstaw. To może ja zacznę. Pierwsza rzecz to jest alogiczność tego serialu. On jest głupi. Karykaturalny, niedopracowany. Nie umiem sobie wyobrazić, że ktoś coś kręci i tego nie ogląda. Aktorzy się miotają po ekranie, rzucają jakieś półsłówka, przeżywają dramaty, chociaż nie wiadomo czemu.
Pierwsza rzecz, do której się można przyczepić już od samego początku, od pierwszego odcinka, to jest brak realizmu, nierzeczywistość świata przedstawionego, który aspiruje do bycia światem realnym. Bohaterowie robią coś, potem za chwilę o tym zapominają. Wy się przyjrzyjcie detalom, kiedy oglądacie "Krakowskie potwory" i zobaczycie, co się tam dzieje. Na przykład zauważcie, jak pracują robotnicy. Zauważcie, że bohaterowie noszą parasole, a za chwilę są cali mokrzy od deszczu. W następnej scenie dosłownie trzy sekundy potem. Ale to są maleńkie niedoróbki. To są maleńkie niedoróbki, okej, ale zwraca się na to uwagę. Są też takie nielogiczności bardzo duże. Przykładowo pan Chyra z tą panną Walas odjeżdżają w pewnym momencie z miejsca zbrodni.
Chyra dzwoni na policję, że policja tu jest, musimy uciekać, a policjant stoi dosłownie 50 centymetrów obok tego auta i bohaterowie oczywiście nie mieli prawa go nie widzieć. Tutaj zawiniła praca kamery. Ale są też inne bzdury i to już na samym początku. Nie chciało mi się potem nawet tego oglądać, bo główna bohaterka nosi dość popularne nazwisko. Takich osób mogą być w Polsce może nie setki, ale na przykład dziesiątki. Tymczasem tutaj chcą ją sprawdzić, kim ona jest i po wklepaniu jej danych do YouTube'a okazuje się, że to jest jakaś kobieta pełna tajemnic. O niej filmiki po internecie grasują i tak dalej. Już na samym początku, kiedy mamy taką dużą dawkę bzdur, to się odechciewa. Ta alogiczność jest widoczna i bije po oczach. Ja nie wiem, jak to można było zrobić.
Czy w ogóle to nie było kontrolowane w żaden sposób?
[03:54:14] - Ale Piotrze, przecież oczywistą rzeczą jest, że studentka pierwszego roku medycyny w takim prestiżowym kolegium w Krakowie, Collegium Medicum, jest powszechnie znana, wszyscy wiedzą, o co chodzi i tak dalej. Proszę państwa, wszystko to już widzieliście. Dlaczego? Oczywiście pani Aleksandra, która jest bohaterką, ma koszmary senne. Oczywiście w filmie grozy muszą być koszmary senne, najbardziej koszmarne, jakie sobie twórczynie tego filmu mogą wyobrazić. Więc ma te koszmary. Być może to, co powiedziałem, ten ostry seks i ostra wóda ma jakoś zapobiec tym koszmarom. Bo jak człowiek się ostro zapije albo ostro zużyje, to wówczas może tych koszmarów nie ma. Kpię w oczywisty sposób, ale to już wiecie państwo, takie wejście. Tak sobie, proszę państwa, panie reżyserki wyobrażają osoby z problemami.
To jest mniej więcej charakterystyka osoby, która ma problemy. Studiuje medycynę. Idzie jej świetnie, z tym że jakoś tak świetnie, ale może nie do końca. I ona w ogóle jest taką trochę outsiderką, bo niby jest na tej medycynie, ale ma wszystko w dupie. Tak, to jest adekwatne słowo. Wszystkich tych swoich kolegów, którzy czegoś tam się uczą, przecież medycyna nie jest po to, żeby się czegoś uczyć. Umówmy się, tylko po to, żeby w ogóle tak sobie kręcić się po ekranie i kombinować, różne rzeczy inne robić, ale przecież nie uczyć się medycyny. Bez sensu, wiadomo. W związku z czym ona tych wszystkich kolegów ma w nosie. Ona się czuje lepsza.
Cholera wie, skąd się bierze to poczucie wyższości u osoby, którą już państwu charakteryzowałem i same reżyserki ją charakteryzują jako taką osobę z prowincji, żeby to bardziej elegancko zabrzmiało. W ogóle ta postać jest kompletnie pokręcona. Ja wiem, że pewno to jest postać natury psychiatrycznej, a zatem analizować ją należałoby właśnie pod tym kątem, że ona jest po prostu tak porąbana, że jest świetną bohaterką "Krakowskich potworów", bo tylko taka może w takim obrazie uczestniczyć bez dysonansu, że będzie odklejać się, odstawać od całego serialu. Ale się mylę oczywiście.
[03:57:00] - Ona musiałaby być wiarygodna w tym swoim szaleństwie, tak brzydko powiem. Ona nie jest wiarygodna. W ogóle to jest słabe wszystko. Jak mówię ci, aktorzy się miotają, oni coś robią. To jest taki dysonans, który charakteryzuje ten- Ten serial. Tam jest wszystko porozklejane. Na przykład macie scenę i do tej sceny nie pasuje gra aktorska, nie pasują dialogi, nie pasuje nawet muzyka. Strasznie się to rzuca w oczy. Ale przejdźmy do mojego drugiego minusa. To są po prostu absurdalne dialogi i takie kwadratowe postacie.
[03:57:39] - O tak.
[03:57:41] - Dialogi to jest coś, co morduje w tym serialu widza i poziom absurdu sięga zenitu, bo pewnie scenarzyści doszli do wniosku, że bohaterowie coś muszą mówić i dlatego mówią. I stąd właśnie ten paradoks, że czasami pada jakieś zdanie, które nie pasuje do stworzonej atmosfery. Musicie to zobaczyć na własne oczy, szczerze mówiąc. Najśmieszniejsze i najgorsze w tym wszystkim jest to, że to się dzieje od samego początku. Już na samym wstępie otrzymujemy cios w pysk i zestaw niedorzeczności. Tu mówiłeś o tej scenie z tym chlaniem, to mi strasznie zapadło w pamięć, bo ona poznaje współpracownika tego swojego cudownego profesora Hyry, chleje tamtą wódę w tym barze i mówi do tego kolesia: „Ty jesteś z medycyny, bo tylko medycyna tak pije”. Ale jak on pije, że widać, że on jest z medycyny? Nie wiem, co on ze strzykawki pije czy wenflon sobie podłączył? To jest tak głupie.
[03:58:48] - Ale sam powiedziałeś: oni coś muszą mówić, to właśnie coś mówią. I to właśnie sensu nie ma.
[03:58:54] - W kolejnych płaszczyznach filmu poznajemy pana, który jest majstrem na budowie i znajduje jakiś tajemniczy artefakt, który jest bardzo ważny w dalszej części tego filmu. I on też się tak trochę miota, bo w sumie on sobie go zabiera, a potem przeżywa jakieś katusze. W pewnym momencie muszę powiedzieć, że dla mnie to było za dużo. Mogę przejść do swojego trzeciego minusa.
[03:59:23] - Poczekaj, daj mi szansę. Czymś, co mnie doprowadzało, nadużywam tych słów, ale do jakiejś szewskiej pasji albo do po prostu zniesmaczenia kompletnego, było samo ustawienie fabuły. Samo ustawienie tej historii. Proszę państwa, jak to się wszystko odbywa? Tajemniczość głównej bohaterki polega na tym, że dzień urodzenia, jakaś lokalizacja, miejsce, w którym się urodziła, one jakoś są powiązane, jakoś ją piętnują, naznaczają symbolicznie, a może niekoniecznie symbolicznie. Jakoś jest to wszystko powiązane. Nie liczcie państwo, że się dowiecie, jak to jest powiązane. To jest oczywiście tajemnica, ale to jest jakoś powiązane z symboliką dawnego, starego miasta, którym jest Kraków. I to wszystko jest tak wymieszane w tym kotle. Za cholerę nie wiadomo, o co chodzi.
Absolutnie nie wiadomo, o co chodzi, ale macie państwo uwierzyć, że to się ze sobą łączy. A ponieważ się łączy, to jej zadaniem, misją, macie państwo taką campbellowską podróż bohatera. Ona musi przemierzyć pewien odcinek symboliczny oczywiście, to chodzi o podróż bohatera pewnej opowieści. Musi przemierzyć pewien dystans po to, żeby w tym starym mieście w Krakowie doprowadzić do równowagi pomiędzy tym światem, a właściwie może zaświatem, w każdym razie światem demonów, starożytnych bogów oraz światem ludzi. Bo jeśli ta równowaga nie nastąpi, to proszę państwa, nastąpią rzeczy straszne, okropne. Niebo się zapadnie, cholera wie co jeszcze. Tam nawet padają pewne takie, ale niezbyt konkretne. Wiadomo, że będzie strasznie i wiadomo, że stanie się coś potwornego. W związku z tym główna bohaterka musi działać. Ja to przedstawiłem maksymalnie idiotycznie, ale nie liczcie państwo, że akurat w serialu jest to nieco mniej idiotycznie przedstawione.
Tylko różni się to wszystko od tego mojego ględzenia powagą przedstawienia. Ja oczywiście kpię, natomiast w filmie jest to zrobione na pełnej petardzie powagi. To jeszcze śmieszniejsze jest wówczas. Cóż, proszę państwa, efekt jest tego taki, że ja mniej więcej chyba od trzeciego odcinka musiałem się prawie przywiązywać. Nie, wystarczyło mi tyle, że muszę to obejrzeć, tak jak Piotr powiedział na początku audycji, żeby ktoś nie musiał tego oglądać, bo ja już oczywiście temu serialowi i tu dla państwa i w każdym innym momencie zrobię potężną antyreklamę, bo to jest, proszę państwa, coś, co wymyka się po prostu niezdarnemu i takiemu kinu, które jest pomyłką przy pracy. Jest jakimś takim warsztatowym potknięciem. I ja to znowu mówię jako odbiorca. Nie wytaczajcie państwo argumentu, że ja nie jestem filmowcem, nie wiem, jak to się robi i w ogóle co ja się wypowiadam. Nie, ja się oczywiście wypowiadam tylko i wyłącznie jako człowiek, który interesuje się tematyką tego rodzaju oraz interesuje się tworzeniem opowieści i tylko z tego punktu widzenia ten serial oceniam. I mimo że ten punkt widzenia przyjmuję, to i tak to wypada fatalnie.
[04:03:30] - Tak. Takim głównym zarzutem dla "Krakowskich potworów" jest to, że one po prostu nie bawią w żaden sposób. Jeżeli serial Netflixowy jest czymś, co ma cię przykuć do ostatniego odcinka, to on musi mieć charakterystyczną konstrukcję. Musi być bardzo interesujący na samym początku. Czasami z tymi serialami wiecie, jak jest, że one są fajne do pewnego momentu, a tutaj jest źle od samego startu. Zastanawia mnie to, że ten, kto ten serial zlecił, kto go kupił, kto go wyprodukował, nie zwrócił na to uwagi. Te niedoróbki są tak potężne. Chociaż widziałem równie absurdalne rzeczy na Netflixie, że też się musiałem zmusić do tego, żeby przy tym wytrwać, bo to naprawdę było męczące.
[04:04:25] - Piotrze, przepraszam, wchodzę ci w słowo, ale znalazłem, bo szukałem intensywnie przez cały czas, ponieważ nie mogłem sobie tego zimowego przypomnieć, tego Dziadka Mroza, który wyglądał jak Dziad Mroz. To Spas zimowy jest. Proponuję zapamiętać i jak państwo zobaczycie w serialu, to tak on się właśnie nazywa. Chciałem, żeby to zostało wypowiedziane. Spas zimowy.
[04:04:53] - Tak. Super pomysł na Spasa. Wydaje mi się, że to jest jakieś wschodnie stworzenie, wschodniosłowiańskie. W każdym razie tam było jeszcze coś takiego, że próbowano jego reputację ratować, między innymi na Filmwebie. Jak sobie wchodzicie na Filmweb, to widzicie, że najpierw są eksponowani krytycy, czasami nawet dość dużego kalibru. Na przykład Karolina Korwin-Piotrowska we wpisie na wspomnianym portalu dała "Krakowskim potworom" ocenę 7 na 10, pisząc, że to tylko dla młodych polskich aktorów, którzy się tam pojawiają. Dała 7 na 10. To jest bardzo dużo. Ja bym dał 3. Przepraszam, 2 na 10.
To jest tak, jakby ona powiedziała, że fajnie, zjadłam coś, co było niejadalne, ale tak naprawdę uważam, że to jest supersmaczne, bo-
[04:05:53] - Trzeba promować młodych polskich kucharzy.
[04:05:56] - Bo to fajny kucharz zrobił. To bzdura jest. Nie chodzi mi o samo podejście, tylko też o to, że te kreacje aktorskie nie są wybitne. One są płaskie, nudne. Nikt się nie wybił na tym serialu, nikt nie pokazał swojej dobrej strony. Ani ta główna bohaterka, Liberek chyba pani, ani pozostała ekipa. Rzeczywiście są to młodzi aktorzy. Jest też Andrzej Chyra, który wypada karykaturalnie. Nie wiem, ile mu musieli zapłacić za to, żeby zrobił z siebie coś takiego. Pretensjonalność tego filmu jest okropna.
Uderza.
[04:06:34] - Piotrze, jest jeszcze jedna rzecz, która wydaje mi się swoistym paradoksem. Otóż panie reżyserki nie unikają epatowania seksem. Tam się seksą sekszą na potęgę. Mnie to w ogóle nie przeszkadzałoby, gdyby oni się seksili w jakiś normalny sposób. A tu proszę państwa, ani to człowieka nie przykuwa, ani to nie jest fajne, ani to nawet nie jest niefajne. To jest nijakie po prostu. Co w kontekście scen erotycznych to jest chyba za dużo powiedziane. Scen z cyckami na wierzchu. To chyba jedyne, co można powiedzieć. To w ogóle pozostawia państwa obojętnym.
W dodatku jeszcze to jest robione tak, że te stwory, bo to już nie są zwykłe dziewczyny, tylko wiadomo, że się sekszą jakieś dziwadła, takie erotycznie niewyżyte. One atakują tych młodych bohaterów. Tam, proszę państwa, dochodzi do rzeczy porno brutalnych prawie. Muszą się włamywać koledzy do jednego gościa, który właśnie był molestowany przez ileś godzin. Oni tak słuchali, jak tam się to łomotało wszystko w jego pokoju, ale nikt nie interweniował. Dopiero jak się pojawia jedna z bohaterek, to dochodzą do wniosku, że rzeczywiście, ponieważ to już trwa kilka godzin, to może by jednak tam zajrzeć i może by jakieś kroki przedsięwziąć. Proszę państwa, słyszycie, co mówię? To chyba wystarczy za poziom durnoty tego wszystkiego. Ale dobrze, zostawmy jeszcze na chwilę te durnoty takie szczegółowe. Ja mam wrażenie, że ten serial przez cały czas udaje, że nas dokądś prowadzi.
Co więcej, przez cały czas macie państwo wrażenie, że tak naprawdę nie wiecie, w którym kierunku to zmierza i czy w ogóle w jakimś kierunku to zmierza. Oni gdzieś podążają. Ale konia z rzędem temu, który jest się w stanie w miarę szybko zorientować, o co tak naprawdę chodzi.
[04:09:08] - I dla kogo to jest w ogóle produkcja?
[04:09:11] - Tak, tam się przewalają tajemnica za tajemnicą i nic z tego nie wynika. Nic, absolutnie.
[04:09:17] - Bo to jest zbyt sprośne dla dzieci i dla nastolatków. Za głupie i za naiwne dla osób dorosłych. To w sumie co to jest? Komu to miało służyć? Naprawdę trudno jest znaleźć Tak absurdalną produkcję wyprodukowano za wielkie pieniądze, bo takie zarzuty moglibyśmy postawić czemuś, co jest dziełem zupełnie amatorskim. Nie wiem, czy da się coś powiedzieć o tym filmie pozytywnego, bo sam pomysł przecież oryginalny nie jest i jakieś grupy ścigające potwory, czy to zmyślone, czy legendarne, znajdziemy w wielu filmach, także zagranicznych. Weźmy chociażby „Godzillę”. Tam schemat i kontekst jest zupełnie inny, ale jednak to jest coś podobnego. Problem jest też takiej natury, ja o tym już mówiłem, że to jest trzecie podejście tych twórczyń do gatunku horror sci-fi i panie nie mają o tym zielonego pojęcia. Może im się wydaje, że łamią jakieś schematy, wprowadzają jakieś nowości.
W rzeczywistości jest straszna klipa. To, że jest się córką Agnieszki Holland, nie oznacza, że się jest ze startu wielkim reżyserem. Że się urodziłeś i znasz się na kinie, a co ja się tam będę przejmować czymś innym? Ja się chciałbym dowiedzieć, czy ta pani Hajdas i pani Adamik w ogóle kiedykolwiek zapoznały się z takimi, nie chcę powiedzieć klasykami horroru, bo klasyk horroru nie zawsze jest czymś, co w dzisiejszych czasach by się przyjęło i zyskało poklask.
[04:11:01] - Ze współczesną literaturą grozy chociażby.
[04:11:05] - Ale chodzi o pewne techniki.
[04:11:07] - Piotrze, masz rację o techniki, ale akurat polska groza, a już szczególnie z tym odcieniem weirdowym, ona jest bardzo rozwinięta. Mamy naprawdę świetnych autorów. Pierwszy, który przychodzi mi do głowy, to chociażby nazwisko Gunia. To, proszę państwa, jest mocarz w przedstawianiu świata, który jest po prostu zapierający dech. Ale po co? Po co w ogóle rozmawiać z kimś, kto coś pisze, kto coś robi? Panie wiedzą lepiej. To jest podstawowy problem, Piotrze.
[04:11:48] - Tak, ale chodzi też o taką estetykę horroru, bo niejednokrotnie mówiliśmy na przykład, że był taki czas, kiedy horror irlandzki święcił triumfy. Czasami to były bardzo proste historie. Tam nie było żadnych animacji, tam nie było żadnych potworów, tam się grało nastrojem, tajemnicą. Im mniej pokazujesz, tym jest ciekawiej. A tutaj mamy od razu wszystko wyłożone, mamy wszystko pokazane. Jak już w pierwszym odcinku pokazuje się tak zaawansowane, może nie zaawansowane, tylko tak daleko idące sceny z udziałem jakichś stworów osadzonych w innym wymiarze, to widz chce więcej. Zanim widz dotrwa do ostatniego odcinka, to on pragnie zobaczyć naprawdę dużo. Tutaj dałoby się zagrać nastrojem miasta, tajemnicami tego miasta i ono nie musiałoby być takie nierzeczywiste jak jest. Wystarczyłoby wyjść z kamerą na ulicę, zrobić z tego prostą historię. To jest historia nie wiadomo dla kogo.
To jest scenariusz z horroru dla młodzieży przeniesiony na realia filmu dla przeciętnego, standardowego widza, czyli dla kogoś, kto jest w średnim wieku. To się nie miało prawa udać z zasady, ale szkodliwość tej produkcji i tych pozostałych też jest wielopłaszczyznowa. O tym też już mówiłem. Po pierwsze, one udowadniają po raz kolejny dla producentów, że w polskich warunkach się nie da robić horroru i sci-fi. Po drugie, nawet jak się coś takiego zrobi, to się kopiuje wzorce. A po trzecie, jeżeli się już rzeczywiście zrobi, to się oglądać nie da i to zamyka drogę potencjalnym innym twórcom. Był taki czas, że bardzo popularne były krótkie metraże z wykorzystaniem polskich legend. Przez „Krakowskie potwory” cały potencjał został zmarnowany. Nie wiem, czy ktoś w ogóle zaryzykuje w najbliższym czasie pójście w masową produkcję z tego typu gatunkiem, bo tak naprawdę będzie miał dużego garba w postaci tego, co wykreowały przez ostatnie lata panie Hajdas i Adamik.
[04:14:14] - Coś mi jeszcze przyszło, Piotrze, do głowy, żeby pokazać państwu absurdalność niektórych momentów tego filmu. Pamiętacie państwo, ja przywołałem postać jednego z tych bogów, który żarł czekoladę i był właściwie małym dzieckiem. Nie mogę sobie przypomnieć znowu jego nazwy. To nie jest moja bajka. Słowiańscy bogowie, słowiańskie demony, słowiańskie potwory to nie jest coś, w czym się czuję silny, więc jego imię zostawmy w spokoju, bo nie pamiętam. Ale to dziecko, postać dziecka, które żre czekoladę, umazane jest i od czasu do czasu wygłasza jakąś — uwaga — przerażającą, absolutnie przerażającą sentencję, która w pięty państwu pójdzie. Okej, dobra. Możemy kreować w ten sposób coś strasznego, a potem zaraz dostajecie państwo tego samego boga, czy też tą samą postać z zaświatów, gdzieś z innych światów, która uwielbia tarzać się, cholera wie zresztą dlaczego, uwielbia tarzać się w błocie. Oto macie państwo mniej więcej poetykę tego filmu i właściwie nie wiadomo, czy to jest straszne, czy to jest śmieszne. Moim zdaniem śmieszne, ale może państwa to przerazi.
Nie wiem. Mnie jakoś zupełnie nie przerażało, raczej stwarzało wrażenie. I znowu być może wychodzi moja niewiedza. Może ja czegoś o tym Bogu nie wiem, może dlatego się w tym błocie tarzał. Zakładam, że rzeczywiście nie wiem, bo jestem cienki Bolek, jeśli chodzi o tę tematykę. Okej, to przyjmuję i wszelką krytykę idącą za tym. Okej, tylko zwróćcie państwo uwagę, że jeśli nawet reżyserki wiedziały, co robią, to zrobiły to w taki sposób, że to jest śmieszne. Nawet jeśli macie państwo wiedzę na temat, jakim tarzającym się Bogiem było to dziecko w czekoladzie, które gada jakimś dziwnym językiem, a potem tarza się w błocie, to zestawcie państwo te wszystkie obrazy ze sobą i co otrzymacie? Na pewno nie coś, co ma państwa przerazić. A w gruncie rzeczy przecież w horrorze, w opowieści grozy o to chodzi, żeby postacie, bohaterowie przywoływani w jakimś stopniu przerażały, a nie śmieszyły, nie pozostawiały obojętnym.
To jest moim zdaniem kolejny kamyczek do tego ogródka, który nazywa się film się nie udał.
[04:16:55] - Tak. Tam w ogóle dużo bardziej poważny i przerażający jest Andrzej Chyra i to, co on tam niby sobie pokątnie robi, chociaż też to przypomina takie w sumie nie wiadomo co, bo to jest żałosne. W ogóle wszystko tam jest żałosne. Jeżeli miałbym powiedzieć, który z seriali, jakie omawialiśmy w ciągu ostatnich miesięcy był najgorszy: "Krakowskie potwory" z pewnością. I szczerze mówiąc odradzam, jeżeli ktoś nie widział i ktoś by się miał naciąć kiedyś, to naprawdę uważajcie ludzie, jednym słowem.
[04:17:30] - Ja jeszcze przestrzegę Piotrze przed jedną rzeczą. Słusznie mówisz o tym, że może jednak sobie darować ten serial. W końcu my go obejrzeliśmy i to może już wystarczy. Nie katujcie się nim państwo. Natomiast ten serial jest o tyle niebezpieczny, że albo to ja, dobrze, już nie będę uogólniał. Ja miałem przez cały czas nadzieję, panie, to się jakoś odetka, to się jeszcze rozkręci, to jeszcze coś z tego będzie. Nie, się nie rozkręciło, nic z tego nie było i te nadzieje po prostu nie. I to jest niebezpieczne w tym serialu, że człowiek przyzwyczajony jest do tego, żeby dawać szansę. Tu mamy sławnego polskiego aktora, Chyrę, jakiś koncept za tym stoi. Jest przecież groźnie, mrocznie, coś tam się kręcą ci bogowie, coś się dzieje.
To na pewno dokądś prowadzi. Chcemy poznać rozwiązanie tej zagadki. Jakby to państwu powiedzieć najdelikatniej, to na chęciach państwo pozostaniecie, bo owszem, zobaczycie państwo coś, co ma być rozwiązaniem owej zagadki, ale jeśli to państwa usatysfakcjonuje, to ja państwu serdecznie gratuluję. Ja uważam, że to była opowieść, która zmarnowała sporo mojego czasu i nie dała mi satysfakcji widza, który jest zadowolony, który mówi sobie: „Wow, męczyłem się, ale przynajmniej finał był zajebisty”. Nie był.
[04:19:21] - Tak. To w ogóle jest zaprzeczenie samej idei serwisów streamingowych, bo jak się na czymś nie bawisz i to tylko nie są nasze wnioski, bo tylko chyba Karolina Korwin-Piotrowska dała 7 na 10. To nie są tylko nasze wnioski. To są chyba wnioski prawie ogólne. To jednak nie było takie fajne, jakie miało być. Najlepsze podsumowanie Marku, moim zdaniem, chociaż to ja powiem i będzie, że to jest jakaś pucera, ale to był antyserial. Antyserial z tego powodu, że tego typu produkcje mają nas wciągać, mają nas nie wyrzucać na samym początku, a tu już od pierwszych kilkunastu minut jesteś automatycznie wylogowany. Nawet jeżeli jesteś początkującym widzem. Nawet jeżeli nie masz nic innego do obejrzenia. Będzie ciężko.
Naprawdę, drodzy państwo.
[04:20:15] - I powiem tak, tym optymistycznym akcentem kończymy to wydanie „Filmotekarium”.
[04:20:22] - Ja jeszcze tylko bym powiedział coś, co kiedyś już chyba padło. Była raz taka firma, ona już nie istnieje, „Krakowski Kredens” się nazywała i ona kupowała produkty, dawała w inne papierki niż one tradycyjne są i kosztują trzy razy tyle, co normalnie. Kaszanka nawet była w tym wszystkim.
[04:20:45] - Nawet cztery razy albo pięć razy więcej. Znam.
[04:20:48] - „Krakowskie potwory” są takim spóźnionym ostatnim dzieckiem „Krakowskiego Kredensu”, czymś, co wyskakuje w papierku dobrego serialu, a tak naprawdę jest barachłem totalnym. Nie to, że się znęcam nad reżyserkami, że im chcę zrobić na złość, bo jestem jakimś tam wrednym, nie powiem kim, że ja patriarchat wychwalam. W ogóle co trzeba powiedzieć, bardzo feministycznie ten serial jest zrobiony, bo wydaje mi się, że nie tylko reżyserki, ale też scenarzystki to kobiety. Broń Boże, ja się tutaj niczego nie czepiam. Chodzi mi tylko o to, żeby to miało jakąś jakość. Jakąkolwiek. Jak mówię, to jest antyserial. Antyserial, który tak naprawdę nigdy na tak wielką platformę jak Netflix nie powinien trafić, bo on jest szkodliwy dla polskiej kinematografii ogółem. I to jest mój mały, ostateczny wniosek.
[04:22:00] - To powtórzę tym optymistycznym akcentem, bo zostaliście państwo ostrzeżeni. Już teraz nie będziecie mogli powiedzieć, że byliście nieświadomi tego, po co sięgacie i dlatego obejrzeliście „Krakowskie potwory”. Już państwo wiecie i teraz robicie to absolutnie na własne ryzyko. Nie wiem, czy warto, ale może ktoś się zdecyduje. Piotrze, a co za tydzień?
[04:22:33] - A za tydzień wcale nie będzie lepiej, niestety. Ja wam nie zdradzę, co będzie za tydzień, bo zobaczycie co to i nie będziecie nas słuchać. A znowu się będziemy trochę pastwić nad produkcją polską, też nową, tylko z nieco innej kategorii. Będzie to raczej serial oparty o jakąś tajemnicę. Także słuchajcie nas za tydzień, bo to już jeden z ostatnich odcinków serialowego „Filmotekarium”.
[04:23:02] - A później się zacznie, proszę państwa, rok akademicki i wtedy zaczniemy przerabiać twórczość kinową, długometrażową. Tylko problem polega, proszę państwa, na tym — rozmawialiśmy z Piotrem przed wejściem na antenę — że ten strajk scenarzystów i w ogóle strajków w Hollywood różnego rodzaju, nie tylko scenarzystów, one zaczynają powoli przynosić efekt w postaci mniejszej ilości filmów, pewnej posuchy, która na rynku się pojawia i to jest niepokojące. Czy byśmy musieli za jakiś czas zawiesić „Filmotekarium”?
[04:23:50] - Pewnie nie. Wydaje mi się, że z tego powodu nie kręci się nic nowego, bo ten postój będzie zauważalny dopiero za jakiś czas. Natomiast podejrzewam też, że dystrybutorzy, producenci wstrzymują się celowo z publikacją. Zobacz, że „Diuna” jest na przykład wstrzymana.
[04:24:08] - Tak. Na czarną godzinę sobie zostawiają.
[04:24:11] - Tak, żeby więcej na tym zarobić ewentualnie, bo widz będzie tak wygłodniały, że będą płacić więcej i oferować wyższe stawki. Dobra, to do usłyszenia za tydzień.
[04:24:24] - Pięknie państwu dziękujemy. Do usłyszenia. Proszę państwa, czas na zetknięcie z literaturą zaiste piękną, a w każdym razie z różnymi sposobami, jak ową literaturę tworzyć. To widomy znak, że za chwilę na antenie pojawi się Katarzyna Prychacz i zaprosi państwa na „Alchemię Tworzenia”. Cóż, Katarzyna rozpoczyna kolejny mini cykl, który nosi tytuł „Trzy historie trzech bohaterów” i dzisiaj posłuchacie państwo części pierwszej. Będzie jeszcze druga, trzecia, a wcześniej druga. Życzę dobrej zabawy. Tak, proszę państwa, tak właśnie tworzy się historię.
[04:25:25] - Halo, halo, Bóg Radiowa Ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a jak Katarzyna Prychacz to: „Alchemia Tworzenia”. Dobry wieczór w 28. odcinku podcastu „Alchemia Tworzenia”. Ostatnio trochę porozkminialiśmy, a dzisiaj wracamy na tory drugiego sezonu. Czyli dzisiaj wraca na salony wymyślanko. Wspominałam wam, trochę zdradziłam sekrecik, że dzisiaj wreszcie będziemy mieć po raz pierwszy jakieś nazwisko dla naszego bohatera. Imię, nazwisko, a nie że tutaj zawsze gdzieś jakieś moje szaleństwo improwizacyjne było, ale do takiego stopnia, że tu jakaś nazwa z lampy, tutaj jakieś ulotki skądś. No to nie. Dzisiaj sięgnęłam po fragment jednej, można powiedzieć, gry karcianej.
Chyba nie planszowej. Gry karcianej, którą miałam okazję współprojektować. Co prawda jeszcze jej na rynek nie puściliśmy, jest w fazie testów, ale skoro jest w fazie testów, to czemu nie? Co ja tam się będę ograniczać i po prostu sobie wezmę element. W grze są to ofiary lub podejrzani, natomiast na nasze potrzeby dzisiaj to będą po prostu bohaterowie. I wiecie co? Tak sobie pomyślałam, że dzisiaj trochę też jeszcze zwolnimy. Wiecie co? Ja się po prostu nudzę. Nie ukrywam, że ja się nudzę.
W sensie nudzę się mechaniką układania tych różnych historii, więc już szukam sobie udziwnień. Dzisiaj powymyślamy sobie bohatera. Może więcej niż jednego. Zobaczymy, jak będzie z czasem. Już wam mówię. Wpadłam na pomysł taki, że wylosujemy nazwisko z tej puli, którą tutaj przytargałam ze sobą. Dzisiaj mam ze sobą karty Dixit. Także pomyślałam, że wtedy wylosuję trzy karty, na podstawie których ułożymy jakąś charakterystykę tego bohatera. Przedostatnio przyniosłam tutaj wam moje pisarskie piguły. Pomyślałam, że dzisiaj wylosujemy dla każdego bohatera lub dla tego jednego, zobaczymy jak bardzo popłynę.
Wylosujemy problem i spróbuję wymyślić na podstawie tego, co sobie o nim wymyśliliśmy, jak on sobie z tym problemem poradzi. Tak w skrócie, żeby nie iść w duże historie, tylko coś krótkie. Zobaczymy, jak będzie szło sprawnie, to może dzisiaj dwie czy trzy postaci damy radę. Dobra, to chyba wszystko z takich technicznych rzeczy. Nie przedłużam i lecimy z tematem. Okej, pierwsze nazwisko. Mam papierek i zobaczymy. Tutaj jeszcze zaznaczę, że to jest nazwisko i zawód tej osoby. Okej, mamy to. Rafał Miłek, masażysta w salonie Happy End.
Okej, mamy masażystę. Najzabawniejsze jest to, że ja te nazwiska kojarzę z wyglądem, ponieważ już graliśmy zagrania próbne, także te postaci dla mnie mają twarze, ale zobaczymy. Biorę jakieś trzy karty Dixita. Mam trzy. Odwrócę sobie trzy. W sumie to jedna z moich ulubionych tutaj. Karty oczywiście mam z podstawowego Dixita. Pierwsza karta, którą mam to jest serce, takie anatomiczne. Ono płonie i jest na talerzu, jest przykryte szklaną kopułą. Druga karta to jest liczydło i zamiast klasycznych koralików na liczydle mamy tutaj różne planety, w tle gwiazdy, chyba kosmos.
Trzecia karta to jest labirynt i mamy tutaj różne owady, mamy jakiegoś ptaszka. Może ten ptaszek jest zagrożeniem. Ja już widzę, tu jest głębia w tej karcie. Do labiryntu wchodzi gąsienica z tobołkiem na kijku, niesie sobie ten tobołek i z tego labiryntu są dwa wyjścia: albo piękny motyl, taki czerwony, albo ćma. Chyba że to mól. Nie no, ćma. W międzyczasie w tym labiryncie jako taki straszak i przeszkoda ptaszek siedzi na tym labiryncie, także pewnie nasza gąsieniczka będzie musiała uważać, przejść trudną drogę, żeby później zdecydować, czy będzie chciała być ćmą, czy motylem. Dobra, jest tutaj głęboko, jak zawsze. Mamy tutaj Rafała Miłka. Okej.
On został masażystą. Myślę, bo wtedy ten labirynt mógłby być jego drogą do kariery. To by mogło symbolizować, jaki trud musiał pokonać, żeby zostać tym masażystą. Teraz tylko pytanie, czy pod tym motylem, czy pod ćmą będzie się krył ten zawód? A może on zawsze chciał być fizjoterapeutą albo takim masażystą, ale dla celebrytów, dla sław w Hollywood. Niestety na dzień dzisiejszy udało mu się zostać tylko masażystą w salonie Happy End. Może to być jakiś podrzędny salon w dzielnicy portowej? Okej, może to być taka historia, więc musiał trochę drogi przejść, żeby zostać masażystą. Albo jeszcze lepiej. Może on mógł wybrać i może dokonał złego wyboru i dlatego wylądował tutaj, a nie wylądował tam, w tym Hollywood.
Patrzę, co my tu jeszcze mamy. Te planety, liczydło. Planety skojarzyły się mi z gwiazdami, że on zawsze był marzycielem. Może nikt w niego nie wierzył i wszyscy mówili, że on żyje jakąś ułudą, a on marzył o tym Hollywoodzie? Słuchajcie, jeszcze lepiej. Tak mi się to kroi w głowie, że wbrew temu, co wszyscy mu gadali, on nie stracił tej wiary. Pokonał bardzo trudną i zawiłą drogę z wieloma przeciwnościami losu w tym labiryncie życia. Finalnie, kiedy stanął przed wyborem, że właściwie to mógł być masażystą gdziekolwiek, zdobył renomę, zdobył doświadczenie i właściwie bez problemu mógł sięgnąć gwiazd Hollywood, dosłownie dotknąć gwiazd. Może wtedy z jakiegoś powodu wybrał drogę, karierę zwykłego masażysty. To może mógł być taki pomysł, gdybyśmy spisywali jego historię, to może to byłby wątek, który by się pobocznie przewijał, żeby wytłumaczyć.
Przecież mógł sięgnąć po to swoje największe marzenie, a w ostatniej chwili jednak stwierdził, że nie i wybrał dużo mniej nośne marzenie. Tu mamy jeszcze to serce pod kopułą. Gorące serce, ogniste serce. Gorąca głowa byłoby łatwiej, nie? Nie wiem, czy tutaj jakieś romanse w to wkładamy. Z jednej strony można byłoby uznać, że poszedł za miłością. Ale nie, przebył ten cały labirynt. Tak naprawdę jedno i drugie wyjście jest dobre. Po prostu jedno jest bardziej kolorowe, drugie jest mniej kolorowe. Czemu to?
A może to serce byłoby odpowiedzią, że miał wrażenie, że jeżeli wybierze pracę w Hollywood, to przez tą całą swoją podróż uświadomił sobie, że może to fajnie wygląda w telewizji, ale w rzeczywistości wcale takie fajne nie jest i że może cały swój potencjał, całe to swoje ogniste serce będzie musiał mieć zamknięte w szklanej klatce telewizora. Dlatego kiedy marzenie było już w zasięgu ręki, zdecydował się i wybrał życie normalnego śmiertelnika. Mimo że może nie jest w telewizji, ale zdecydowanie jest szczęśliwy i nie musiał zamykać swojego potencjału i swojego serca w szklanej kopule. Dobra, mamy historię Rafała Miłka i teraz zobaczymy sobie, jaką przygodę będzie miał ten nasz masażysta. Także odpalamy piguły. Okej, słoik piguł został otwarty. Nastąpiło zwolnienie blokady losującej czy jak to tam było? Dobra, czerwona pigułeczka dla nas. Cyk, czerwona, czyli problem. Zaraz zobaczymy, co nasz Rafał będzie musiał zrobić, przeżyć, przetrwać.
Dobra, rozwijamy. Okej. Burmistrza porwali piraci. O matko z córką. Jak pomyślę o współczesnych piratach, to trochę mi morale opadły, ale jak pomyślę o takich klasycznych. A może, żeby było śmieszniej, to faktycznie osadźmy to normalnie. Wiadomo, Hollywood, więc czasy raczej współczesne, ale tego burmistrza miasta naprawdę porwą piraci. Tacy jak z Karaibów, ale tych bajkowych, filmowych. Burmistrza porwali piraci. To może nie został masażystą nasz Rafał w Hollywood, ale mimo wszystko dalej ma tą renomę, więc może jest prywatnym masażystą burmistrza miasta i akurat burmistrza porwali piraci.
No i co? Uratujemy tego burmistrza, nie? Bo tak myślę, bo jeżeli byśmy uznali, że na przykład nie uratujemy burmistrza i przejmiemy jego stołek, to wtedy trochę fabuła będzie szła inaczej. Myślę o tym, żeby może nasz Rafał właśnie zszedł na zabieg. W sensie wykonać zabieg. Myślę, czy on tam był i wtargnęli piraci. A może tak. Dobra, słuchajcie, bo ja nie będę rozwlekać. Okej, zróbmy tą szybką historię i lecimy dalej z kolejnym bohaterem. Czyli akurat Rafał masował burmistrza, kiedy do gabinetu burmistrza wtargnęli groźni piraci.
Coś tam zagrozili, jak to piraci. Jak ich Rafał mógł pokonać? Bo mógł jako masażysta czy fizjoterapeuta znać się na słabych punktach w ciele człowieka, więc wiedział, gdzie uderzyć. Ale nie, słuchajcie, pójdźmy może w jakiś absurd i może przekonał piratów, że to im się nie opłaca, że i tak nie mają statku, bo nie ma-- mówiłam o dzielnicy portowej. No dobra. Chciałam powiedzieć, że w mieście nie ma portu i dostępu do wody. To może po prostu Rafał sięgnął po blef. Planem B było oczywiście pokonanie piratów, bijąc ich. Natomiast pomyślał, że bo nie wyglądali na bardzo rozgarniętych, więc pomyślał, że trochę ich zakręci, zamota. I powiedział, że on wie, że oni nie mają statku i że to jest tylko jakaś gierka i że będą mieli z tego więcej konsekwencji niż plusów.
Więc on proponuje, że da im butelkę drogiego rumu i sięgnął po butelkę do barku burmistrza. Burmistrz sobie nie żałował. Wiadomo, wszystkie najlepsze prądy butelkowe w mieście. A w sumie to nie wiem, jaki jest najdroższy rum świata. Cholera, czemu ja tego jeszcze nie wiem? Jako fan rumu powinnam wiedzieć. Ale taki ładny, butelkowany Kraken był. Tego jeszcze nie piłam, ale on w sumie nie był jakiś taki... Myślę, że są jeszcze droższe i rumy z wyższej półki. Ale dobra, Kraken niech będzie w temacie.
Dobra, bo teraz odpływamy myślą rumami. Więc sięgnął po tego Krakena, żeby jeszcze poetycko w tym było, że tu mamy piratów, tu mamy Krakena. I powiedział, że lepiej niech biorą tego swojego potwora Krakena i się zmywają. On nie doniesie, burmistrz też nie doniesie i niech znikają. Oczywiście piraci nie zastanawiali się długo. Stwierdzili, że ta butelka wygląda na tyle ozdobnie, że ten rum na pewno jest turbodrogi, więc zabrali butelkę i się kłócili jeszcze w korytarzu, czy ją sprzedadzą na czarnym rynku, czy ją wypiją. Ale tak oto nasz Rafał Miłek pokonał piratów, obronił burmistrza i zdobył jeszcze większą renomę i sławę. I od tamtej pory chodzi z burmistrzem na golfa. O! Dobra, mamy to.
Niech będzie. Kurczę, lecimy dalej. Mamy jeszcze czas, to lecimy z kolejną postacią. Czyli co? Czyli losujemy nazwisko. Dobra, mamy nazwisko. Klaudia Zmiotka, pokojówka. Mamy pokojówkę. To teraz losujemy jakieś karty dla niej. Wezmę trzy z góry, to i tak nie pamiętam, co tam jest.
Mamy trzy karty. Mamy kartę z kieszonkowym zegarkiem, który ma tarczę odwrotnie. Tam, gdzie powinna być jedenastka, jest jedynka i tak dalej. Tak jakby czas mógł płynąć odwrotnie. W górnej tarczy tego zegarka jest okienko, są gwiazdy. Może widok na wszechświat? Może to jest jakiś wehikuł czasu? Nie wiem. Zobaczymy, co nam się bardziej przyda. Kolejna karta to jest smutny mim i on stoi w świetle reflektora.
Jest ciemno i tylko jedyne źródło światła pada na niego i on załamany, płaczący stoi. Trzecia karta to jest klepsydra, w której przesypuje się piasek i u góry starsza osoba stoi o lasce i ten piasek się sypie w dół, a na dole jest młoda osoba, rześka. Ręce rozpostarte, życie całe przed nią. Może to być ta sama osoba, może nie. Tylko myślę, czemu ta starsza jest u góry? Aha! A może to o to chodzi, że młodość się przesypuje na dno? Ma to sens. Okej. Dobra, już wróciłam do was.
Czyli Klaudia Zmiotka, pokojówka. Z tych kart to trochę jak wróżba wygląda. Patrzę w karty i wiem. Faktycznie, słuchajcie, to tutaj samo z tych kart krzyczy wręcz. Ten mim to jest właśnie nasza pokojówka, która jest bardzo nieszczęśliwa ze swojego życia. Jest załamana. Myślę teraz, czy to światło mogłoby symbolizować, że w jakiś sposób ona jest w centrum uwagi. A może ona jest pokojówką, ale kierowniczką pokojówek? Może ma swoją firmę sprzątającą, czyli ma już jakąś karierę, dorobiła się czegoś i jest ważna w mieście, jako że jej pokojówki są najlepsze w mieście. Wymiata w mieście, ale mimo wszystko nie jest szczęśliwa.
Tutaj patrzę na ten zegarek i ten odwrotny czas. Ewidentnie ona chciałaby cofnąć czas, coś zmienić w swoim życiu, żałuje podjętych decyzji. Ta klepsydra mówi to samo, że ten czas pędzi jak szalony, nieubłagany jest, że ona jest coraz starsza i utknęła w miejscu. Patrzę na tę kartę z zegarkiem. Ten zegarek nie ma wskazówek. Może to jest to? Ona czuje, że się nic nie dzieje, że tkwi w miejscu, że od zawsze była pokojówką, mimo że teraz bardziej zarządza niż sprząta, ale mimo wszystko nie czuje zmiany. Ma wrażenie, że stoi w miejscu, a lata lecą i ona po prostu utknęła. I to jest kropka. Myślę, że to jest to, z czym się zmaga nasza Klaudia.
To, co się w niej kotłuje. Teraz losujemy problem, z którym Klaudia będzie musiała się zmierzyć. Mamy czerwoną pigułę. Nie wiem, czy było słychać. Piguła została rozpieczętowana. Zobaczymy, co jest problemem, z którym będzie się zmagać. Jeszcze kolejnym, jakby nie miała swoich. Słuchajcie, nie wierzę! Zapnijcie pasy, tutaj się grubo dzieje w tych kartach. Wszystkie zegary zatrzymały się na godzinie 21:37.
Dużo czasu widzę się nam wzięło i dosłownie zatrzymania w czasie. No dobra, to co? Kropka. Koniec historii. Skoro zegary się zatrzymały, to co ta Klaudia mogłaby zrobić? Wysłać ekipę sprzątającą? Nie, zegary. Nie czas, tylko że zegary się zatrzymały. A może wybuchła ogromna panika w mieście? Klaudia akurat jak co wieczór siedziała w domu i się zamartwiała.
Nagle załomotał do jej drzwi przerażony sąsiad, pytając ją, czy jej zegar też stoi w miejscu. Ona odruchowo powiedziała, że tak. Myślała o metaforze swojego życia. Po czym sąsiad taki zaskoczony. Obejrzeli wszystkie zegary. On jej wtedy wytłumaczył, że już od dwóch godzin cały czas jest godzina 21:37 i ten zegar nie chce drgnąć. I teraz myślę, czy wprowadzamy w to magię, bo okazało się, że jej zegary też tak samo się zatrzymały o tej samej godzinie. Myślę, czy magia, bo wtedy można byłoby pójść tak, że nawet jak się przestawi ten zegar, to ta godzina wraca do 21:37. Myślę, bo to wtedy musiałoby działać i na wskazówkowe, i na te. Miałam taki pierwszy plan, że te zegary z brudu się zatrzymały.
Ale teraz może trzeba będzie pójść inaczej. Może jakaś nowa misja w świecie pokojówek? Coś, co sprawi, że nasza bohaterka będzie musiała przełamać swój schemat, rutynę i myśleć spoza pudełka. Pomyślałam też o wielkim magnesie, tylko że wtedy oprócz zegarów wiele innych sprzętów by się popsuło. Kurde! To może pójdźmy jednak w magię. Pomyślałam o magnesie i może o tym, że ona studiowała fizykę i znała się na magnesach i elektromagnesach i mogłaby przestać być wreszcie pokojówką i zacząć być fizykiem. Tylko że człowiek research ze mnie krzyczy i nie wiem, w jaki sposób można byłoby zatrzymać zegary, żeby na przykład nie zatrzymać rozruszników serca - tak mi przychodzi do głowy - czy innych rzeczy podatnych na silne pole elektromagnetyczne. Dlaczego to uderzyło tylko w zegary? Więc może jednak magia i klątwa to będzie prostsze.
Do tego nie musimy researchu bardzo. I wtedy też sięgamy po przeszłość. Może nasza Klaudia Zmiotka pochodzi z pradawnego rodu czarownic, ale chciała się od tego odciąć i dlatego zaczęła używać zmiotki. Dlatego zaczęła prowadzić tę firmę czy sięgać po nowoczesne rozwiązania, jeżeli chodzi o sprzątanie. A swoją odziedziczoną magiczną miotłę trzymała w schowku. I dzisiaj nastał ten dzień, w którym sięgnęła po tą miotłę, bo mimo że nie praktykowała magii, to od razu wiedziała, że to musi być jakaś klątwa. Zwłaszcza że wszyscy sąsiedzi zaczęli się zbierać i chodzili od mieszkania do mieszkania i patrzyli na te zegary. Ona też zauważyła, że te zegary skrzyły w taki dziwny sposób, że wokół każdego z zegarów majaczyły fioletowe iskierki. Więc ona wiedziała, że to jest ewidentnie klątwa. Natomiast nie do końca wiedziała, jak sobie z tą klątwą poradzić, więc wsiadła na swoją miotłę i poleciała do babki, która zawsze wiedziała wszystko.
Natomiast babka jej nie przyjęła, bo była obrażona cały czas na to, że dziewczyna porzuciła swoje dziedzictwo. Więc Klaudia zmuszona była improwizować. Wróciła zatem do sąsiadów. Wróciła do swojego mieszkania i patrzyła to na zegarek, to na swoją miotłę. Teraz też by mi się research przydał. Co może odklątwiać? Nie pamiętam. Z jajkiem się spało. Ale to jak była klątwa na człowieka, to jajko podobno ściągało jakieś klątwy. Ale co może jeszcze?
Sól zabezpiecza. Kryształy górskie chyba w ogóle wchłaniają. Dobra, tylko co ona mogłaby zrobić? Kryształ i miotła. Miotła jest magiczna, ma magię. Nie wiem, czy skruszyć ten kryształ, czy obsypać. Może w ogóle jeszcze pójść inaczej. Okej. Węgiel aktywny to jest też coś, co pochłania dosłownie - nie w świecie magicznym, tylko w świecie biologiczno-chemicznym - ma zdolność wchłaniania toksyn różnego rodzaju. Dlatego jak się czymś zatrujecie, polecam roztwór wody z węglem aktywnym sobie wypić.
Więc może Klaudia postanowiła połączyć współczesność z klasyką i spróbowała obsypać zaklątwiony zegar tym węglem, a potem zmieść ten pył swoją magiczną miotłą. I okazało się, że to działa. Iskierki nad jej zegarem przestały majaczyć i zegar ruszył, a drugi zegar nie ruszył i miał iskierki. Więc to był taki test w warunkach domowych. I teraz mogłaby się przydać firma sprzątająca Klaudii. Więc zwołała wszystkie swoje pokojówki, rozdała każdej woreczek z węglem aktywnym. I teraz tylko myślę jeszcze, bo musimy podzielić magiczną miotłę. Myślę, czy to taka miotła by była z gałązek. Może tak. Dobra, to wystarczyła w sumie jedna taka gałązka, która też miała w sobie magię.
Więc Klaudia uzbroiła swoje pokojówki w zmiotki, w które wetknęła tą magiczną gałązkę i woreczek węgla aktywnego. I tak oto firma sprzątająca Klaudii posprzątała z miasta również klątwę. Oczywiście z czasem jej rodzina się o tym dowiedziała i nagle wszyscy byli dumni z niej. Natomiast tym razem Klaudia była obrażona, mimo że po jakimś czasie im też wybaczyła, że dopiero kiedy coś osiągnęła, się do niej odezwali. I z czasem się pogodzili. Klaudia też nie czuła się już, że stoi w miejscu. I tak metaforycznie i dosłownie, bo zauważyła, że do swojej firmy może wprowadzić nowy typ usług i że też jest to fajną i ciekawą sprawą. Ta historia nauczyła Klaudię improwizować i nauczyła ją tego, że nie trzeba się zamartwiać na zapas, że zamiast tracić czas na to zamartwianie, tak jak się bała, że w tej klepsydrze czas się przesypuje, czy na żałowanie tego, co było kiedyś... Może ona właśnie żałowała tego, że się odcięła od rodziny. Widzicie?
Zamiast tego można zacząć improwizować, działać i pomagać ludziom i wtedy wszystkie zmartwienia rozwiążą się same. Dobra, mamy to. Także Klaudia zmiotka, pokojówka wymiotła po raz kolejny. Dobra, słuchajcie, pół godzinki mamy. Robimy chyba trzecią osobę. Aj, będę znowu montować, ale dobra. A co tam będę wam żałować. Nie dość, że ostatnio nie było, to jeszcze teraz miałam dzień obsuwy, także lecimy z tematem. Ostatnia postać na dziś. Dobra, mam nazwisko.
Leokadia Zatęchła, pracownik archiwum przedwojennego. Dobra, Leokadia to też była nasza stała bohaterka różnych śledztw. Dobra, Leokadia. Mamy trzy karty dla Leokadii. Lecimy. Co my tu mamy? Mamy kartę z wiolonczelą. Kobieta gra na wiolonczeli i wydobywają się dźwięki. Na tych dźwiękach dwie postaci, dziewczynka i chłopiec, więc może to jakaś melodia o miłości albo o jakiejś przygodzie. Druga karta to mamy tutaj morze parasoli, parasolek.
Widzimy same trójkąty na dole, a u góry słońce takie zadziwione, bo nie ma żadnego deszczu. Jest pięknie, bezchmurnie, a ludzie się osłaniają. I teraz słońce nie wie, czy to przed nim, czy o co chodzi. I trzecia karta: z morza zwykłego wyłania się dłoń, która dzierży pochodnię. A swoją drogą ta pochodnia trochę wygląda jak odwrócona latarnia morska, ale może to przypadek. Dobra, czyli mamy tutaj dwa razy to morze. Leokadia Zatęchła. Archiwum przedwojenne. No dobra, to będzie starsza osoba, która przeżyła wiele, dużo historii zna. Może do tej pory gra na wiolonczeli, mimo że lata już nie te i stawy już nie te, to mimo wszystko dalej pięknie gra.
To w wolnej chwili, za dnia pracuje w archiwum i oprowadza. Nie, czekajcie, to jest archiwum, nie muzeum. To co się robi w archiwum? Wydaje się dokumenty? Nie, no ale dobra, to też musi być jakaś biblioteka, jakieś zbiory. Także na pewno pracuje z historykami i też ich tam oprowadza. I tutaj myślę z tym słońcem. A może niech to słońce będzie metaforą wiedzy. Czyli że ta wiedza jest niby na wyciągnięcie ręki i może nas oświetlać, tylko że wiedza jest zdumiona tym, jak bardzo ludzie się przed nią zasłaniają parasolami różnego rodzaju. I może właśnie Leokadia będzie takim światełkiem.
Patrzę teraz na tą pochodnię. Będzie tą osobą, która będzie dosłownie oświecała ludzi. Myślę, że będzie bardzo dobra, kochająca kobiecina i jak tak pomyślę o wiolonczeli, ona ma niby trochę melancholijne dźwięki, ale ta kobieta na karcie ma błogość na twarzy. I myślę, że taka Leokadia właśnie będzie. Ona będzie taka płynna i dostojna jak wiolonczela. Jeżeli będzie się dzieliła wiedzą, to nie w taki sposób twardy czy kwadratowy noga w drzwi, tylko będzie w bardzo ładny sposób opowiadała i inspirowała, zachęcała do poszerzania wiedzy. Także każdy, kto przyszedł do archiwum po jedną informację, był tak zapalony pochodnią Leokadii, że wyszedł z archiwum z trzema, a nawet pięcioma nowymi informacjami. Dobra, coś wiemy o Leokadii. To teraz dowiedzmy się, z jakim problemem się zmierzy. Dobra, mamy to.
I zaraz zobaczymy problem. Gruszki rosną na wierzbach. Gruszki rosną na wierzbach. To jakiś... Do miasta zawitał szalony ogrodnik. Dobra, czyli tak: w mieście grasuje szalony ogrodnik, który wszczepia gruszki do wierzb. Albo rok temu taki ogrodnik szalał i w tym roku ludzie są w ciężkim szoku, że na każdej wierzbie jest też oddzielna gałąź, na której rosną gruszki. W ogóle to właśnie wytłumaczyłam, jak można by to zrobić. Okej, jak ktoś by chciał zasadzić gruszki na wierzbie, czemu nie? Próbujcie.
No dobra, i teraz załóżmy, że to jest problem dla miasta. Nie wiem w sumie, czy jakieś owady może tam latają. Jak kwitnie wierzba w ogóle? To te bazie kotki? To to jest na wierzbie? Każda wierzba ma takie puchate? No nic, człowiek research musi zostać nienakarmiony. To idźmy w drugą stronę. Skoro gruszki, to znaczy, że kwiaty, że słodko, że pyłek, że pszczółki na przykład. To może, że za dużo pszczół?
Czy pszczół może być za dużo? Raczej nie. A może ten szalony ogrodnik wcale nie był taki szalony i to właśnie było jego działanie, jego kampania, żeby wspomóc planetę. Dlatego zaszczepił tę gruszę na wierzbach. Przez to do miasta przyleciało więcej pszczół. Natomiast jakiś inteligent urzędnik postanowił - i teraz pytanie: czy wytruwamy pszczoły, czy odcinamy gałęzie? Dobra, słuchajcie, bo odcięcie gałęzi byłoby prostsze, nie? Jak to zawsze w przypadku zarządców bywa, nie musi to być logiczne, a wręcz im mniej logiczne, tym lepiej według nich. Postanowili rozpuścić nad miastem truciznę, która miała wybić pszczoły. I teraz Leokadia.
Leokadia, jak tylko o tym się dowiedziała, to się złapała za swoją siwą głowę i sobie myśli: „Tak być nie będzie, idioci!” Więc wzięła swoją metaforyczną pochodnię wiedzy, uzbroiła się w liczne dokumenty, które mówiły o tym, że - myślę jak w archiwum przedwojennym. Na pewno znalazła gdzieś jakieś dokumenty, a może miała znajomości w innym archiwum. Znalazła dokumenty mówiące o tym, że pszczoły są bardzo potrzebne i ich nadmiar nie jest problemem. I może zamiast je wytruwać, to od razu przygotowała gotowe rozwiązania, że może trzeba byłoby po prostu przenieść je do jakiegoś ulu czy gdzieś ich ule przenieść na przedmieścia na przykład, gdzieś tam bliżej łąk, a nie w środku miasta. W najgorszym wypadku po prostu odciąć te gałęzie czy pozbierać kwiaty. Może same kwiaty gdzieś przenieść. Więc wybrała się do urzędu. Oczywiście wyprawa do urzędu to jest jak iście z epickich ksiąg o przygodach bohaterów, bo trzeba było tutaj przebić się przez ileś furtek i ileś okienek. W końcu jednak jej nieustępliwość i - chciałam powiedzieć twardy charakter, ale może nie - silny charakter. Taka nieustępliwość, nieustępliwość kropka, sprawiła, że w końcu się dostała do burmistrza.
Oj, możemy zatoczyć okrąg. Skoro mieliśmy burmistrza w pierwszej historii, to minęła się z uciekającymi piratami w korytarzu. Po raz kolejny złapała się za swoją siwą głowę, myśląc, w jakim ona świecie żyje, że to jakieś wariactwo, i wparowała do gabinetu burmistrza, który akurat zażywał błogiego stanu poprzez masaż Rafała Miłka. Leokadia przedstawiła swoje racje i burmistrz stwierdził, że... Właśnie, czy to był pomysł burmistrza, czy może...? Wtedy burmistrz złapał się za swoją z kolei łysą głowę i zgodził się z Leokadią, że to wariactwo i on nie wie w ogóle, kto na taki pomysł wpadł. Więc czym prędzej odział się w ręcznik i pobiegł do radnych, żeby ich wyjaśnić, żeby powstrzymali swoje jakieś głupie pomysły i absolutnie nie rozlewali żadnej trucizny, bo to też jeszcze zatruje inne pszczoły i inne owady. I co jeszcze? I tak Leokadia pokonała ten problem, ale myślę sobie, że jak już mamy zamknąć to wszystko klamrą, to oczywiście, że jeszcze do pomocy wezwali sławną czarownicę, pokojówkę, czyli naszą Klaudię Zmiotkę, która wraz ze swoją ekipą sprzątającą pomogła może w przenoszeniu pszczół bezpiecznym. Może te kwiaty zbierały i przenosiły, żeby pszczoły mogły sobie zamieszkać na swoim nowym miejscu na obrzeżach.
No i dobra, mamy to. Mamy trzy historie trzech bohaterów. Coś nowego. Mam nadzieję, że wam się podobało. Mi się podobało, ale jak zawsze. Faktycznie trochę oddechu, trochę mniej presji. Myślę, że następny odcinek też jeszcze polecimy, jakieś trzy postaci, a może akurat do czegoś wam się coś tutaj przyda. Może jakaś postać będzie malutką inspiracją, żebyście ją rozbudowali i stworzyli coś swojego. Także tego wam życzę. Życzę wam inspiracji zarówno ode mnie, jak i ze świata.
Może żeby w waszym otoczeniu gdzieś była Leokadia Zatęchła, która tutaj przybędzie z inspirującą pochodnią i rozgoni te parasole, pod którymi tkwimy wszyscy, nawet często nieświadomie. Dobra, słuchajcie, w marcu jak w garncu, a co prawda mamy końcówkę marca, aczkolwiek nie wiem jak u was, u mnie był śnieżek, a potem było piękne, błękitne niebo. Także jeszcze o siebie dbajcie. Jeszcze pilnujcie, żeby ciepełko było, żebyście byli zdrowi. I co? Cudowności życzę. Pięknych snów dzisiaj i żegnam się. Słyszymy się za tydzień. Pa.
[05:05:18] - Ponieważ rozmawialiście państwo, a właściwie to głównie Katarzyna mówiła o tworzeniu literatury, to teraz mała próbka i czas na odrobinkę literatury właśnie. Dzisiaj proponuję państwu posłuchanie krótkiego, ale zabawnego opowiadania Piotra Užwy „Pączek”. To opowiadanie pochodzi z antologii „Rubieże rzeczywistości” i ja mam do tego tekstu duży sentyment, chociaż on wymagał sporo zachodu ze strony redaktora prowadzącego całe to przedsięwzięcie. Zatem posłuchajcie państwo „Pączka” Pawła Užwy w interpretacji Redy Haddada.
[05:06:09] - Antologia „Rubieże rzeczywistości” czyta Reda Haddad. Paweł Užwa „Pączek”
[05:06:35] - Ćpanko, praca, ćpanko. Przez te prochy spadłem na samo dno. Zocha postawiła mi ultimatum: dragi albo związek. No to wybrałem. Zatrzasnęła za sobą drzwi i tyle ją widziałem. Jakby tego było mało, szefa wzięło coś dzisiaj na pogawędki. „Dobrze, że jesteś Michał.” Inspektor oderwał wzrok od gazety. „Myślałem, że wczoraj ze starym zalałeś robaka. Wybierasz się gdzieś?” „Odlać się.” Poszedł ze mną do kibla. „Michał, jesteś dobrym gliną, choć na początku szczerze w to wątpiłem.
Mimo swojego zwątpienia przetarłem ci tutaj szlak. Zrobiłem wszystko, byś dostał posadę w policji. Wszystko. Rozmawiałem z odpowiednimi ludźmi, byle tylko twoja matka wreszcie przestała mi zawracać dupsko i zajęła się wreszcie tym alkoholikiem pod waszym dachem.” Machnął ręką. „Ale mniejsza z tym. To wasz problem.” „Dziękuję wujku.” „Kochaniutki.” Zaczął sikać. „Dobra, posłodziłem ci. Teraz pora przejść do konkretów. Mamy problem. Jakaś pizda poodpierdala nam prochy z magazynu.” „O Boże, no nie!” Wydało się.
Koniec jasty bez trzymanki. „A tak uważałem.” „O Boże!” „Tak czy siak towar trzeba znaleźć, bo w przyszłym tygodniu wpada kontrola z wojewódzkiej. Pomożesz? Bo nijak nie zgadza się w dokumentacji. Jak nie pójdę siedzieć, to karne wydalenie ze służby gwarantowane.” „I co ja mam z tym niby zrobić?” Starałem się, żeby głos mi nie drżał. „Dowiedz się co i jak, bo inaczej mamcia będzie zawiedziona, że synek znowu stracił pracę.” Zaczął myć ręce, które pewnikiem obsikał. „Do pomocy dorzucę ci Piotrka.” Jakoś nie lubiłem Piotra. Z kilku powodów. Po pierwsze dużo gadał, pocił się jak świnia i co najgorsze ciągle żarł te swoje pączki. Z lukrem, różą i te z dziurką.
Znaczy nie przeszkadzało mi to jako tako, bo to on tył, a nie ja. Koszmarem natomiast było to, że te tłuste paluchy wycierał w tapicerkę. Naszym pierwszym postojem okazała się dziś pączkarnia, co nikogo nie powinno dziwić. „Kup mi po jednym z każdego rodzaju, okej?” Podał mi dwie dychy. „Okej.” Złapałem banknot w locie i od razu skierowałem się w stronę drzwi. Zdziwiłem się, bo mimo siarczystego mrozu były otwarte na oścież. Wszedłem więc bez zastanowienia, a tam dwóch frajerów w dziurawych rajstopach na głowie, pewnie po własnej mamci, wydzierało się na siebie. „To jest kurwa ten twój bank! To jest ten twój bank. Wiesz jak mi przez ciebie będzie wstyd przed mamcią?” „Zamknij mordę!” Krzyknął drugi.
Ten, który trzymał ekspedientkę na muszce. „A ty panienko, ładuj pieniążki do siateczki. No to może jeszcze zdążymy się przebizać.” „Hola, hola panowie.” Postanowiłem zagrać bohatera. Wyciągnąłem broń. „Puśćcie panienkę i grzecznie stąd spierdalajcie.” „Chciałbyś koleżko” odpowiedział jeden z nich i pociągnął za spust. „No to ja też.” Ale broń nie wypaliła. Drugi też do mnie strzelił. Żaden z nich jednak nie trafił. Usłyszałem tylko pisk przerażonej kasjerki. Stałem zdziwiony, a oni czmychnęli na ulicę.
W końcu się ruszyłem. Na stopach poczułem jakiś ciężar. „Coś ty zrobił?” Klęknąłem przed nim przerażony. „Po co?” Popołudnie pamiętam jak sen. Przyjazd śledczych, potem kilka godzin przesłuchań przez wydział wewnętrzny. Przed 21 puścili mnie do domu. Wciąż nie mogłem uwierzyć, że ten idiota poświęcił się dla mnie. Skoczył jak tygrys i złapał grubym cielskiem pociski przeznaczone dla mnie. Traktowałem go jak śmiecia, a on poświęcił dla mnie swoje życie. Przed snem wysypałem kreskę na stole i odpłynąłem.
Ocknąłem się w nocy. Nad łóżkiem stał on. Był ubrany w białe szaty, a z pleców wyrastały mu anielskie skrzydła. Jadł pączka z różową posypką. „Piotrek?” Przetarłem oczy. „To ty żyjesz?” „Z przestrzeloną nerką nie miałem szans” odpowiedział, nie przerywając jedzenia. „To sen?” „Nie całkiem.” Zatrzepotał pióropuszem skrzydeł. „Po co się poświęciłeś? Te kule były dla mnie. Zasłużyłem na śmierć.” „Weź nie pierdol.” Poklepał mnie po ramieniu, wycierając w mój podkoszulek tłuste paluchy.
„Dostałeś drugą szansę. Uszanuj to.” „Jestem mendo. Nawet cię nie lubiłem.” „Każdy zasługuje na poprawę. Obiecaj mi, że oddasz te prochy i złożysz rezygnację. Obiecaj mi, że się zmienisz.” „Dobrze.” Położyłem rękę na sercu. „Od jutra zmienię się. Będę nowym, wspaniałym człowiekiem.” W moim sercu zagościła radość i szczera chęć poprawy. „To rozumiem.” Otworzył okno i wyskoczył. W pokoju pozostał jedynie fragment pączka i zapach różanego nadzienia.
[05:10:29] - Rano obudziłem się chory. Spojrzałem na budzik. Była środa, szósta rano. Mała kreska koki nie zaszkodzi. Jak pomyślałem, tak wciągnąłem biały proszek. Odpłynąłem z myślą, że miło będzie wreszcie być trzeźwym, a kobieta do mnie wróci. Wszystko jakoś się ułoży. „Otwierać!” Załomotano do drzwi. Ocknąłem się. Budzik pokazywał, że dalej była szósta.
Tylko dni się jakoś nie zgadzały. Był poniedziałek. Gdzie do cholery umknęło mi pięć dni? Ja miałem... „Otwierać, bo wyważymy drzwi! Na trzy”. Przeraziłem się, bo leżałem we własnych wymiocinach. Na stole leżały trzy worki po kokainie. Wszystkie puste. „Za dwa”.
Rozpoznałem głos wujka. Poderwałem się z łóżka, żeby posprzątać, ale zaplątałem nogę w kołdrę. „Twoja ostatnia szansa”. Wyrżnąłem głową o blat. Z rozciętego czoła popłynęła krew. „Wchodzimy!” Drzwi wyleciały z zawiasów. Miałem to już gdzieś. Twarz zaryłem w leżący na podłodze pączek. Czułem, jakbym uderzał twarzą we fragment nieba. Nieba, do którego było mi jeszcze daleko.
[05:11:23] - Antologia.
[05:11:27] - Rubieże rzeczywistości.
[05:11:32] - Czyta Reda Hadadar. Tak, proszę państwa, znowu noc późna, a ponieważ jesteśmy jeszcze w okresie wakacyjnym, tak, wrzesień to na różnego rodzaju akademiach, uniwersytetach i tym podobnych jest jeszcze czas wakacji, więc my korzystajmy. Ale w związku z tym audycje są krótsze. I na koniec jeszcze odrobinka przemowy Piotra Plebaniaka. Ja wiem, że pana Piotra było dzisiaj dużo, ale przecież nie możemy podeptać uświęconej kilkudziesięcioma odcinkami „Bibliotekarium 2.0” tradycji. I na koniec po prostu musi być pogadanka o tym, jak budować i niszczyć imperia. To szybciutko na tę pogadankę państwa zapraszam. Głos ma Piotr Plebaniak. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[05:12:48] - Dzień dobry, pozdrawiam jak zwykle z Tajwanu.
[05:12:51] - W dzisiejszej audycji nasi słuchacze naszego duetu już pewno mają po dziurki w nosie, bo najpierw niemal trzy godziny mówiliśmy o pana najnowszej książce. Ale teraz czas dochować obowiązku i porozmawiać trochę o budowaniu i niszczeniu imperiów. A dzisiaj pojawia się prawidło następujące: w obrębie grupy tchórzom powodzi się lepiej niż odważnym. Jednak na poziomie wyższym społeczności pełne tchórzy są eliminowane przez te, które pełne są odważnych. Panie Piotrze, oddaję panu głos.
[05:13:29] - Bardzo dziękuję. Ten dylemat, który jest zawarty w tym prawidle, jest szczególnie dotkliwy dla cywilizacji zachodniej, w której mamy ten system prawny stawiający jednostkę na piedestale, stawiający prawa jednostki powyżej obowiązków tej jednostki dla grupy. Mówiliśmy w przypadku tego terminu asabija, czyli solidarności społecznej, o tak zwanych racjonalnych agentach, czyli o ludziach czy też decydentach, mówiąc zupełnie ogólnie, którzy zachowują się racjonalnie w tym sensie, że dbają tylko i wyłącznie o swój indywidualny dobrostan i o swoje indywidualne przetrwanie. Tacy racjonalni agenci, tak mówiliśmy, strasznie mi się podobało takie sformułowanie, które pojawiło się w moim własnym eseju i strasznie za to przepraszam, ale tacy racjonalni agenci nie są w stanie realizować kolektywnej obrony swojej społeczności. Dlatego, że jeżeli pojawi się pomysł w tej społeczności stuprocentowych racjonalnych agentów, mówimy o przypadku skrajnym, który nam pomoże zrozumieć to zjawisko. Jeżeli w tej społeczności racjonalnych agentów pojawi się idea stworzenia armii, która by obroniła tą społeczność przed jakąś inwazją, zagrożeniem z zewnątrz, powiedzmy, że 5% albo 10% idzie w kamasze, mówiąc już tak na wesoło trochę, to ci wszyscy racjonalni agenci zdezerterują, dlatego, że w obliczu wroga nie to, że się, za przeproszeniem, spuszczą w gacie i uciekną, tylko po prostu zdezerterują. Nie ze strachu, tylko dlatego, że dla nich będzie bardziej racjonalne zachować własne życie kosztem tego, że nie nastąpi kolektywna obrona całej społeczności i ta społeczność ulegnie inwazji czy ulegnie destrukcji, na przykład zostanie wymordowana przez przybyszów z odmiennego kręgu kulturowego chociażby. Już nawiązałem teraz do naszej sytuacji, dlatego że to, co się dzieje w Europie, ten taki zmierzch Europy, mówiąc poetycko, polega właśnie na tym i cytowaliśmy tutaj rezultaty z sondażu Instytutu Gallupa na całym świecie. W państwach Europy mentalna zdolność do obrony swojej własnej grupy, która nam daje przecież cały nasz dobrobyt, wygody cywilizacyjne, do których się przyzwyczailiśmy i których nie chcemy zarzucić, ale mimo wszystko, że jesteśmy beneficjentami tych wszystkich kolektywnie wypracowanych dobrodziejstw, to mimo wszystko na przykład Niemcy mają, o ile się nie mylę, ale pomylę się chyba o 1%, 19 albo 20, albo 21, coś w tych granicach. Generalnie żenująco śmieszny odsetek ludzi, którzy stwierdzili, że w razie zagrożenia państwa staną w jego obronie.
Mniej więcej. Nie pamiętam, jak jest różnie w różnych językach sformułowane, ale po polsku właśnie było w ten sposób sformułowane. Najgorzej jest z Japonią oprócz Europy Zachodniej, która jest po prostu dla mnie śmiechu i pogardy godna. Oprócz Europy Zachodniej najgorszym rezultatem może pochwalić się Japonia, która została zdemilitaryzowana w aspekcie fizycznym przez politykę Stanów Zjednoczonych, którzy pokonali Japonię w II wojnie światowej, a potem ją kontrolowali. Kontrolowali proces transformacji kulturowej z tego państwa samurajów do państwa, już nie będę mówił, bo to brzydko by było, ale państwa, które jest zamieszkane przez ludzi nie mających żadnych tradycji mentalnych na dzień dzisiejszy, po kilku pokoleniach bycia państwem liberalno-demokratycznym, nie mają żadnych tradycji związanych z obroną. Mają oczywiście, wiadomo, że zawsze się znajdzie jakaś garstka albo jakiś niewielki odsetek, mówiąc bardziej poważnie, ludzi gotowych do obrony ojczyzny czy obrony jej racji stanu. Choćby politycy tym się zajmują. Oczywiście to są ludzie wykształceni, więc wiedzą, o co chodzi, że chodzi o kolektywne bezpieczeństwo i przetrwanie, także przetrwanie ich pozycji społecznej. To też jest temat, który za chwilę poruszę. Natomiast Japończycy mają gotowość do obrony zadeklarowaną na poziomie 18%, czyli 18% ludzi zapytanych przez Gallupa stwierdziło: „Tak, oczywiście staniemy w obronie naszej ojczyzny matki czy ojczyzny ojca”.
Natomiast tutaj taka króciutka dygresja właśnie o tym, co robią przywódcy czy też elita decyzyjna jakiegoś kraju, mówiąc bardziej ogólnie. Ta elita to jest temat na dłuższą rozmowę. Jej interes związany z utrzymaniem statusu bycia elitą czy też statusu polegającego na posiadaniu władzy nad całym społeczeństwem, czy też nad aparatem państwowym. Ta władza tej elity musi być zgrana z interesem zapewniającym przetrwanie całego narodu, czyli z interesem przetrwania zwykłych ludzi, czyli tych mas wszystkich, którzy oddają głos i potem nie mają nic do powiedzenia. To parafrazuję chyba Saint-Sophie Żyleц to chyba powiedział, ale nie jestem do końca pewien. W jego stylu generalnie paradoks i żart językowy. Podsumowując i wracając do tematu racjonalnych agentów, rozmaite kulturowe zjawiska, mówiąc bardzo delikatnie, typu kwestia przyjmowania bez żadnej weryfikacji naszych gości zza wschodniej granicy białoruskiej i rozmaite inne tego typu tendencje, których apogeum nastąpiło, mam nadzieję, że nie nastąpi ponownie, ale nastąpiło w 2015 roku, kiedy pani Angela Merkel stwierdziła, że trzeba przyjmować wszystkich jak leci, bez żadnych weryfikacji. Po prostu byle więcej. Skończyło się to na tym, że specjalne blokady betonowe były używane, żeby zastawić wjazdy do jarmarków świątecznych i na tych betonowych blokach pisało: „Danke, Merkel”, czyli „Dziękuję, Merkel”. To idealne podsumowanie całej sytuacji.
Natomiast już ściśle mówiąc o tych racjonalnych agentach, spolaryzowała się postawa przedstawicieli dwóch ideologii, czyli jednej ideologii mówiącej o przesyłaniu imigrantów, przyjmowaniu imigrantów ze wszystkich zakątków po prostu tak jak leci, dlatego że jest to moralnie dobre, słuszne, a z drugiej strony tych postaw antyimigranckich. Zawsze jest jakiś tam plankton pomiędzy, natomiast generalnie te zasady się spolaryzowały. Teraz odniosę się do tego, co powynajdywałem w rozmaitych źródłach i w rozmaitych statystykach, i danych sporządzanych przez agencje rządowe, więc całkowicie fact-checkowany. Proszę jedną rzecz jako pracę domową: sprawdźcie sobie, w jakich punktach, bo są takie mapy, podejmuje się tych pontoniarzy, którzy przypływają z Afryki, czy to z Tunezji, czy to z Libii, czy z jakichś innych rejonów, ale generalnie afrykańskich i oni wsiadają na te pontony. To jest wszystko organizowane od strony afrykańskiej przez rozmaite mafie, nie mafie. Proszę, zobaczcie, w których miejscach oni są podejmowani z wody, ratowani z wody. Pytanie jest proste: czy na wodach terytorialnych już tych krajów docelowych tej de facto inwazji, ja to nazywam inwazją nie tylko de facto, tylko faktyczną inwazją, czyli na przykład Włochy, Grecja i Hiszpania, gdzie te pontony lądują na plażach, ale one w sytuacjach skrajnych lądują na plażach w znakomitej większości. Zdradzam tutaj koniec powieści kto zabił. Większość tych pontonów jest odławiana przez statki rozmaitych NGOs, już nie będę rozwijał tego tematu, bardzo blisko wybrzeży Afryki z tej prostej przyczyny i to też można bardzo łatwo sprawdzić, to jest proceder nie tyle niejawny, ile po prostu nie jest rozgłaszany w mediach. Organizacje NGO rozmaite, też nazwy są znane i są w publicznym obiegu, udzielają pomocy tym wszystkim imigrantom i kobietom z dziećmi przecież po to, żeby uczestniczyć w obsłudze...
Przepraszam, zastanawiam się, jak to dobrze powiedzieć, bo nie chcę tutaj zaśmiecać za bardzo publicznej wypowiedzi, która trafi potem do internetu. Uczestniczą w przyjmowaniu kosztów obsługi ze strony rządu, który musi dofinansować przyjęcie tych imigrantów. To jest kupa kasy do podziału. Ja przytaczam w książce "Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie" trochę bezpieczniejszy kazus z granicy meksykańsko-amerykańskiej, w której był wywiad z panią, która factcheckowała rozmaite informacje na ten temat. W jaki sposób służby amerykańskiej straży granicznej są zmuszane do bierności wobec tego zalewu migrantów z rozmaitych krajów, dla których Meksyk jest tylko miejscem przerzutowym, przeniesienia, przejścia do Stanów Zjednoczonych. Otóż rentowność operacji złapania takiego migranta i usadzenia go w jakimś ośrodku przejściowym, skąd on jest na dzień bieżący przez ostatnie dwa czy trzy lata wypuszczany na teren Stanów, ma się gdzieś tam zgłosić i tak dalej, generalnie jest nielegalnym imigrantem wpuszczanym de facto oficjalnie, ale wbrew prawu Stanów Zjednoczonych, które jest po prostu ignorowane w tym wypadku. Rentowność całej operacji jest w granicach 50%, czyli 50% tego, co rząd da na obsługę tej nielegalnej imigracji trafia do kieszeni osób zajmujących się obsługą na granicy. W tym jest zamieszana także Straż Graniczna amerykańska, która jest sterroryzowana przez działalność NGO-sów rozmaitych, działających w tej branży. W Ameryce mówię oczywiście, bo w Europie nie ma żadnych patologii, wszystko jest zgodnie z literą prawa i tak dalej. Over.
[05:24:34] - A tak było pięknie w filmie "Faceci w czerni". Tam jeden z odcinków-
[05:24:39] - Nie było, też mi się skojarzyło
[05:24:41] - ... zaczyna się właśnie od granicy.
[05:24:43] - Bardzo śmieszne.
[05:24:44] - I wtedy potrafili przejmować, przechwytywać.
[05:24:47] - Rewelacyjna scena. Właśnie na marginesie, przepraszam, bo niedawno ten film oglądałem. Dalsze części są takie sobie moim zdaniem. Natomiast pierwsza część jest pełna genialnych wręcz gagów, więc jak ktoś chce się dobrze pośmiać. Naprawdę one są dopracowane i koncepcyjnie i naprawdę są niewymuszone wręcz, bo zebrali masę pomysłów i zrobili z tego film. Także bardzo gorąco polecam. Najlepszy jest test, jak strzelił w czoło dziewczynce trzymającej książkę. I to będzie zagadka. Mogę zrobić zagadkę?
[05:25:22] - Dodatkowa zagadka jak najbardziej.
[05:25:24] - Jak nazywała się ta rzeczona książka? Jaki miała tytuł? Zwycięzca, który pierwszy się zgłosi na mój adres gavagai.pl/gmail.com, chiny.pl/telegram, tam jest wszystko opisane jak się skontaktować, dostanie w prezencie wybraną książkę, prawdopodobnie "Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie". Także zapraszam do konkursu. A "Telegram z krańca świata" odhibernowujemy w przyszłym tygodniu, prawda?
[05:25:53] - Tak, właśnie chciałem o tym powiedzieć, że już w najbliższy wtorek rusza trzeci sezon "Telegramu z krańca świata". Do usłyszenia zarówno w Book Radio, jak i na antenie Radia Paranormalium. Także zapraszamy. Ale jeszcze się muszę dorwać na chwilę do mikrofonu i zapytać o jedną rzecz, a właściwie stwierdzić jedną rzecz i zapytać o konsekwencje. Bo pan mówił, komentując to hasło główne dzisiejszej audycji o tym, że te wszystkie przemiany, które nastąpiły, te wszystkie wokeizmy, bzduryzmy i tak dalej, doprowadziły do tego, że mamy takie społeczeństwo, które nie za bardzo pali się do obrony tych przecież osiągnięć cywilizacyjnych, które osiągnęli, ale oni jakoś tak nie bardzo. Ja mam z tym jeden problem, bo ja wcale tego nie kwestionuję. Wręcz przeciwnie. Natomiast ja obserwuję to świadomie od lat 70. w społeczeństwach zachodnich, a szczególnie w społeczeństwie niemieckim. Wtedy bardzo popularnym hasłem i ja często je przytaczam, było hasło: lepiej być czerwonym niż martwym.
I to było hasło wszystkich ruchów pokojowych z zachodu Europy. Ja wiem, że one były zinwigilowane przez służby radzieckie, niemniej jednak to znaczy, że bardzo skutecznie były zinwigilowane, że zdołano tę ideologię wpoić na tyle mocno społeczeństwom zachodnim, że ona dzisiaj jest ideologią obowiązującą. Najważniejsze jest przeżyć. Najważniejsze jest to, żeby się ode mnie odczepili. A cała społeczność, przepraszam, ale ja jestem tylko jej cząstką, w razie czego mogę zmienić społeczność. To jest mniej więcej stan myślenia na dzisiaj i moim zdaniem już nie do odwrócenia. W związku z czym my możemy to skonstatować tutaj na antenie, przyjąć do wiadomości, ale moim zdaniem odwrócić się tego już nie da i użyty przez pana zwrot "zmierzch" jest jak najbardziej na miejscu.
[05:27:59] - Nie tyle zmierzch, ale pokonanie nas mentalne, w tym sensie bardzo kolektywnym. Ja z niektórymi czytelnikami już ten temat nawet rozmawiałem głosowo, natomiast poddam jedno spostrzeżenie: kluczem tych wszystkich procesów kulturowych, obyczajowych i generalnie tak zwanego wokeizmu, jakoś dziwnie nie lubię tego słowa, ale kluczem jest zniszczenie poczucia odpowiedzialności za kolektywny stan społeczności, której jesteśmy częścią. Wszyscy komentatorzy, nawet ci najbardziej słuchani, czy to w Stanach, ja tego bardzo uważnie śledzę po obu stronach i w Polsce tak samo, po obu stronach też bardzo uważnie śledzę i żaden z nich praktycznie nie wspomina o tej kwestii, że tą siłą, która spaja, która jest tym spoiwem tworzącym tak zwaną spójność społeczną, czyli to, co ja w siłach psychohistorii nazywam asabiją za autorem Peterem Turchinem, który napisał książkę "Wojna i pokój. Wojna i pokój", czyli o tych cyklach wojna i pokój na zmianę następujących ze względu na Na jakość materiału ludzkiego i oprogramowania kulturowego, które nas predysponuje do tego właśnie, żebyśmy byli zdolni do zachowań prospołecznych, czyli do brania tego dobra kolektywnego za ważniejsze od naszego własnego dobra indywidualnego. Reasumując, jest jedno takie podsumowanie dotyczące właśnie tych racjonalnych agentów. Przypominam, jak będzie ktoś chciał pisać powieść, że to, co się mówi na początku zatacza koło, potem się mówi też na końcu, domyka ten temat. Natomiast racjonalni agenci, powtórzę, chyba już to dzisiaj powiedzieliśmy, ale nie jestem pewien, przyznam. Racjonalni agenci mają tę właściwość, że społeczności z nich zbudowane co prawda dają im dobre warunki życia indywidualnego, ale wtedy, kiedy nie ma zagrożenia zewnętrznego. Wtedy, kiedy zagrożenie zewnętrzne się pojawia, to odwraca się dynamika. Więc racjonalni agenci sami sprowadzają na siebie zagrożenie, dlatego że jeżeli stanowią znaczną albo istotną część społeczeństwa, albo dominują narracyjnie w danej społeczności, to co oni robią?
Robią sobie dobre środowisko żerowania na tym, że oni sami są samolubni, a reszta społeczności nie jest samolubna. I jest im dobrze. Natomiast gdy pojawia się zagrożenie zewnętrzne, to w tym momencie okazuje się, że oni osłabiali zdolność tej społeczności do kolektywnego stawiania czoła temu zewnętrznemu zagrożeniu. I ta społeczność jako całość jest zagrożona i generalnie idą pod nóż ci wszyscy racjonalni agenci, czyli w konkretnym przypadku Polski współczesnej ci wszyscy nawołujący do tego, żeby przyjmować jak najwięcej imigrantów. Kiedy tych imigrantów będzie tyle, co we Francji albo w Niemczech, w Niemczech już jest 14%, czyli 1% poniżej tej magicznej liczby, o której mówi na przykład Mao Zedong, kiedy takie zmiany w strukturach władzy całej społeczności po prostu ulegają odwróceniu i przejęciu kontroli przez tą radykalną mniejszość. Jeżeli tych imigrantów zacznie się wpuszczać, to zaraz będzie taki cyrk, jaki był chyba dwa miesiące temu, jak jeden z tych młodych w drugim pokoleniu imigrant próbował rozjechać policjanta w czasie kontroli drogowej. Policjant go zastrzelił i nagle zapłonęło ileś tam setek czy nawet tysięcy samochodów. Generalnie kilkudniowe zamieszki, chyba nawet dłuższe niż kilkudniowe. Generalnie to jest objaw destabilizacji społeczeństwa francuskiego, niezdolności tego społeczeństwa do tego, żeby utrzymać porządek i bezpieczeństwo na ulicach po to, żeby ta dziewica nosząca worek złota – mówię o tej słynnej przypowieści o imperium Czyngis-chana – po to, żeby ta dziewica z workiem złota mogła sobie spokojnie chodzić. Po to, żeby ona mogła spokojnie chodzić, musi być zaprowadzona spójność społeczna, czyli generalnie zamordyzm.
Niestety, ja generalnie jestem zwolennikiem wolności osobistej i indywidualnej. Rzeczywiście wartości indywidualne dla mnie są bardzo ważne. Natomiast jest to taki paradoks, że z drugiej strony zdaję sobie świetnie sprawę, że po to, żeby uzyskać tą spójność społeczną, to potrzebny jest jakiś rodzaj, podkreślam to słowo, narzuconej jedności, czy to politycznej, czy to ideologicznej, czy to obyczajowej. I tylko ta jedność, tylko ta samodyscyplina narzucana przez społeczność. Ceną jest właśnie prawo do indywidualnego zaspokajania swojego własnego szczęścia. Ale dzięki temu mamy to kolektywne bezpieczeństwo. I to są dwa bieguny, między którymi kołatają się wszystkie społeczności, zmieniające się oczywiście historycznie, zmieniające swoją obyczajowość, zmieniają się warunki zewnętrzne i wewnętrzne, w których ta społeczność funkcjonuje. Ale generalnie reguły są takie: albo jedność i bezpieczeństwo, albo multikulturalizm i generalnie rozbicie ideologiczne, obyczajowe, tożsamościowe, z którym następuje automatycznie, po prostu to jest absolutnie połączone, rozpad tych więzi społecznych, które zapewniają nam bezpieczeństwo, spokój, przewidywalność w życiu społecznym, w życiu codziennym, które prowadzimy przecież. I przykłady widzimy właśnie w tej nieszczęsnej Francji, czy też w Niemczech. Co chwilę widzimy w mediach, że są afery z jakimiś imigrantami z kompletnie odmiennych sfer kulturowych, czy też sfer kulturowych, w których nie doprowadziła ewolucja kulturowa do zaistnienia porządku społecznego, który my uważamy za docelową normę.
[05:33:55] - Panie Piotrze, my rozmawiamy o budowaniu i niszczeniu imperiów od 49 odcinków. Dzisiaj jest 49. odcinek „Bibliotekarium 2.0” i od 49 odcinków cały czas mówimy o poszczególnych regułach. To jest bardzo subiektywne, co powiem, ale mam wrażenie, że ta dzisiejsza reguła zalicza się przynajmniej do pierwszej trójki, jeśli chodzi o ważność dla mnie przynajmniej, ponieważ ona dotyka czegoś, co jest moim zdaniem bardzo namacalne w tej coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości, zacytuję znowu pewien sławny passus. Więc uważam, że to, o czym dzisiaj pan mówi, powinniśmy sobie dobrze zapamiętać. Nie wiem, tak jak powiedziałem wcześniej, nie wiem, czy da się temu przeciwdziałać. Moim zdaniem już nie, ale przynajmniej obserwować będziemy świadomie.
[05:34:55] - Tak jest.
[05:34:56] - Pięknie, panie Piotrze, dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Zapraszam.
[05:35:01] - Ja też dziękuję.
[05:35:02] - Zapraszam na spotkanie w Telegramie „Z krańca świata” i oczywiście za tydzień w „Bibliotekarium 2.0”.
[05:35:09] - Tak jest.
[05:35:12] - Proszę państwa i tym kończymy „Bibliotekarium 2.0” numer 49. Jakiś jubileusz się nam po drodze szykuje. Niech będzie. Potraktujemy go na roboczo, bo za tydzień 50. odcinek, a w tym odcinku zaraza, a właściwie epidemia, a właściwie puszka Pandory. To tak naprawdę spotkanie z prozą Lesa Chodunia, a konkretnie z drugą częścią opowieści, której pierwszy tom „Epidemia. Co kryje chaos?” był prezentowany w „Bibliotekarium 2.0”. Dla mnie to niedawno, ale dla państwa jakiś czas temu. Kilka tygodni temu to na pewno. Proponuję i bardzo serdecznie państwa na to spotkanie zapraszam, bo właśnie dzisiaj miałem okazję przeczytać entuzjastyczną recenzję z tego tomu.
Poczułem się zachęcony, więc przede mną świetna lektura. Ja się swoimi refleksjami z owej lektury za tydzień z państwem podzielę. Podzielę się też z autorem i oczywiście będę miał gotowy materiał do przepytania go na rozmaite okoliczności. A zatem za tydzień spotkanie z Lechem Choduniem i książką „Epidemia. Puszka Pandory”. Zapraszam. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę dobrej nocy. Do usłyszenia.
[05:36:53] - A zaproszenia na państwa ręce i do państwa uszu składał Marek Żelkowski, gospodarz „Bibliotekarium 2.0” AWF. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.