Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na „Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji”. Przed wejściem na antenę, proszę państwa, Marek Żelkowski powiedział mi, że dużo gadania dzisiaj nie ma. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Zaczynamy kolejne „Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji”. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:43] - Dzień dobry, wieczór państwu. Tak jak to człowiek czasami wpada we własną pułapkę, bo wprawdzie ja tego słowa łączącego poszczególne części audycji mam dzisiaj do wygłoszenia niewiele. Natomiast w dzisiejszej audycji pojawią się dwie audycje czy podaudycje, czy części sięgające do przepastnych archiwów „Bibliotekarium”. Tak się składa, że też tam nadaję w sposób moim zdaniem lekko przesadny, bo gadam, gadam i gadam. Na szczęście nie sam, więc trochę mnie na antenie będzie, ale startujemy z audycją. Państwo się przyzwyczaili, że na początku są zawsze polecanki, to ja państwa z tego przyzwyczajenia nie będę wyprowadzał i dzisiaj też polecanki będą. Jakie polecanki? Właśnie ukazał się 73. numer kwartalnika zatytułowanego „Sfinks”. Kwartalnika, który poświęcony jest fantastyce w szerokim pojęciu, od fantastyki naukowej, fantasy i wszelkie inne gatunki, które z fantastyką coś wspólnego mają.
73. numer „Sfinksa” adresowany czy też przewidziany na lato tego roku i zawiera sporo ciekawych punktów programu. Może zacznijmy od prozy. To jest opowiadanie, jedno z wybitniejszych opowiadań Cyrilla Konblotha „Pochód kretynów”. Bez komentarza. Dalej objawia się Wiktor Żwikiewicz. Dawno nic nie napisał, a tu proszę, jest. Co prawda bardzo krótki utwór zatytułowany „Brudna robota”, ale jest i jest zabawny, chociaż mocno niecenzuralny. I wreszcie jest opowiadanie Wojciecha Szydy „Przebudzenie”. To tyle, jeśli chodzi o prozę w „Sfinksie”.
Natomiast to nie wszystko. Oczywiście jest wspomnienie o Lechu Jęczmyku napisane przez Wojtka Sedeńko. Dzisiaj też będzie wspomnienie w audycji, z kolei nie tyle napisane, co wypowiedziane przez Wiktora Żwikiewicza. Fragmenty słyszeliście państwo w zeszłym tygodniu. Dzisiaj pełna, ponadgodzinna wersja. Z publicystyki. Tu, proszę państwa, taka autoreklama, bo jest tam taki dialog długi strasznie, ma prawie 20 stron, o ile dobrze liczę. Coś koło tego. Dialog pomiędzy Wojtkiem Sedeńką a Markiem Żelkowskim zatytułowany „O space operze słów więcej niż kilka”. I to w dodatku jest dopiero pierwsza część.
Myślę, że jeśli państwo słuchali takiej mojej wypowiedzi gdzieś na początku wakacji, wypowiedzi dwuczęściowej poświęconej space operze, to tam sporo tego było, ale okazuje się, że jak dwaj panowie zasiedli, czyli Wojtek Sedeńko i Marek Żelkowski, to się dało z tematu wyciągnąć znacznie, i to znacznie więcej. Owoce tego wyciskania będą państwo mogli przeczytać właśnie w 73. numerze. Ale jeszcze z takich ciekawych punktów programu to jest korespondencja Stanisława Lema z Andrzejem Wajdą. To druga część artykułu napisanego przez Wiktora Jaźniewicza. Jest wreszcie Jacek Sobota, filozof z Olsztyna z takim krótkim tekstem „Wszystko wszędzie naraz”. Dobrze się państwu kojarzy z oscarowym filmem. Niemniej to nie jest tekst o tym filmie. Wspomina tam co prawda autor o owym filmie. Zresztą zdaje się, że nie najlepiej go odebrał i moim zdaniem absolutnie słusznie.
Ale to jest ciekawy tekst o współczesnej popkulturze, o pewnych meandrach, którymi ona podąża. Dalej mamy tekst Artura Nowakowskiego „Fantastyka w Klubie Siedmiu Przygód” wydawnictwa Nasza Księgarnia. Kojarzycie państwo te książki, gdzie ukazywały się powieści chociażby Petyckiego „Bal na Pięciu Księżycach” chociażby? W tej młodzieżowej serii okazuje się, że ukazało się sporo fantastyki. W artykule Artura Nowakowskiego można o tym przeczytać. Mamy też artykuł Wojciecha Kajtocha, znawcy fantastyki i to jest kolejny, już 12. odcinek jego cyklu zatytułowanego „Słownik retrofantastyki”. Dalej mamy Pawła Laudańskiego „Z wiatrem ze Wschodu”. To znaczy takim artykułem, w którym piszę, jak wydawano fantastykę radziecką. To z kolei szósty odcinek cyklu, w którym piszę o złotej erze i o tym, kiedy ona się znalazła na szczycie i kiedy rzeczywiście w Polsce była czytana zawsze mniej chętnie niż ta zachodnia, co czasami nie było słuszne pod względem literackim, ale wydawało się słuszne pod względem takim, że wszyscy nie lubili i w ogóle nie chcieli i patrzyli tylko na Zachód.
Życie trochę zweryfikowało tamtejsze postawy, przynajmniej jeśli chodzi o literaturę. Jest też wreszcie druga część mojego cyklu o tym, jak człowiek odkrył obcych. Cyklu, który państwo po części też znacie, bo na antenie Bibliotekarium 2.0 ten cykl, właściwie ta wypowiedź dotycząca odkrywania obcych w kulturze się pojawiła, i to gdzieś na początku Bibliotekarium 2.0. To jest mniej więcej tyle, co można wycisnąć z najnowszego „Sfinksa”. Może jeszcze warto powiedzieć, że znalazły się tam również zapowiedzi wydawnicze oraz takie krótkie, sygnalne informacje o nowościach książkowych. Proszę państwa, to tyle, jeśli chodzi o polecanki. A teraz też będą polecanki. Teraz zapraszam państwa na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem, z którym porozmawiamy, co nowego w najnowszym numerze „Nieznanego Świata”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[08:09] - Dzień dobry wieczór, Marku. Miesiąc minął jak z bicza strzelił.
[08:14] - Tym razem tobie się udało to powiedzieć. Powiem ci tak: odczuwam pewną tremę, bo debiutujemy. Ktoś powie: „Jak debiutujecie, skoro audycja z zapowiedziami „Nieznanego Świata” trwa już od iluś tam miesięcy?”. Ale w pewnym sensie debiutujemy. Chyba tobie oddam głos dlaczego.
[08:37] - Dlatego, że na razie działaliśmy sobie w ramach Radia Paranormalium i Bibliotekarium, ale postanowiliśmy wyjść z naszymi przeglądami numerów na kanał „Nieznanego Świata” również. A że idzie jesień i nie ma na to rady, to najlepiej o tym wszystkim, co się w przyrodzie dzieje, świadczy wrześniowy numer „Nieznanego Świata”, o którym dzisiaj porozmawiamy i który trafił do sprzedaży całkiem niedawno, a w nim jak zwykle same ciekawe rzeczy.
[09:06] - Tak, przeglądam, kartkuję i panie, co tu widzę? Widzę, że zaczęły się rozmowy i artykuły o seksie.
[09:17] - Tak, ale nim przejdziemy do tak pikantnych spraw, to jeszcze może dwa słowa o pewnych zjawiskach. Po pierwsze jest nowa cena. Niestety rzeczywistość mocno przyciska rynek prasowy, a rosnące ceny papieru i tak dalej postawiły wiele firm wydawniczych pod ścianą i ufamy, że nasi czytelnicy nie obrażą się i będzie to taka forma wsparcia, którą bardzo doceniamy. Te perturbacje są też trochę symboliczne, bo w tym roku „Nieznany Świat” wkroczył w tak zwany wiek chrystusowy, ale liczymy, że ze wsparciem czytelników nowych i starszych uda nam się to wszystko jakoś przetrwać. I druga sprawa: „Nieznany Świat” znajdziecie na stoiskach z prasą. Nie tylko w kioskach, ale też w marketach sieci Biedronka czy na stacjach Orlen. Tam można nas szukać. Ale powracając, Marku, do tej pikantnej sprawy. Cóż, zjawiska o charakterze parapsychicznym, ekstazy, zmienione stany świadomości występują nie tylko u ludzi zdolnych na przykład do głębokiej medytacji czy do tych, którzy praktykują OBE. Mało mówi się o tego typu doznaniach, często bardzo głębokich i transformujących, jakie występują podczas współżycia.
I tutaj badaczka amerykańska Jenny Wade zgromadziła wiele relacji na ten temat, sugerując, że kochankowie podczas uniesień doznają czasami szeregu bardzo dziwnych doznań. I to się nie wiąże wcale z tym, że oni praktykują jakieś ćwiczenia czy tradycje, które pozwalają osiągać głębszą rozkosz, że tak powiem. Często te stany występują po prostu spontanicznie, a dotyczą oprócz wrażenia opuszczania ciała, na przykład przebłysków z wcześniejszego życia, a nawet czegoś, co autorka nazwała momentami oświecenia. Polecam ten tekst, bo jest naprawdę niezwykle interesujący i mówi nam o zjawiskach, doświadczeniach, które z racji delikatności tematu nie są często opisywane i omawiane.
[11:11] - Kiedy przeglądałem najnowszy numer, to rzucił mi się w oczy tekst Małgorzaty Brzozy „Liczby mistrzowskie, magiczne, powtórzone”. Przeczytałem z wypiekami na twarzy. Dowiadujemy się z tego tekstu, przynajmniej taka teza pada w lidzie, że coraz częściej doświadczamy dziwnych przypadków pojawiania się specyficznych układów liczb. Liczb powtórzonych, ich odbić lustrzanych, takich swoistych synchronicznych powtórek. Opowiedz, Piotrze, coś na temat tego artykułu.
[11:47] - Tak. To taki w ogóle cykl w ramach publikacji numerologicznych, a dotyczy zjawiska, które przydarza się bardzo wielu osobom. Słyszeliście zapewne o fenomenie 11:11. Nawet piosenkę na jej temat śpiewał Grzegorz Turnau.
[12:02] - 22:22. Ja to mam zawsze.
[12:06] - Mnie też się zdarza. Chodzi o to, że niektórzy ludzie mają taką dziwaczną tendencję do napotykania liczb powtórzonych. Nie dotyczy to oczywiście tylko zegarów, ale na przykład dziesiątków innych miejsc. Paragonów, widzianych tablic rejestracyjnych i tak dalej. Co to oznacza? Bo można powiedzieć: „To jest po prostu przypadek, bo otacza nas tyle- Tyle liczb, tyle cyfr i tyle sygnałów, że przecież wiadomo, że czasami niektóre się muszą powtórzyć. Natomiast, jak powiedziałem, jedni mówią, że to po prostu zbiegi okoliczności. Natomiast wiele osób uznaje, że to rodzaj synchroniczności, powtarzających się synchroniczności, które są nieprzypadkowymi zbiegami okoliczności i są takim sygnałem z ukrytych struktur rzeczywistości. Czytałem o przypadkach, kiedy ktoś widywał na przykład bardzo często daną liczbę, a potem traktował to jako sygnał. Działo się potem coś w jego życiu, coś przełomowego.
I te liczby, które dziwnym zbiegiem okoliczności cały czas go bombardowały, mogły to jakoś zwiastować. Nie mówię, że to jest jakaś wielka tajemnica. To jest synchroniczność, jedno z najciekawszych zjawisk w psychologii i w parapsychologii. Polecam również ten tekst. Daje do myślenia, bo to jest taki element zjawisk z pogranicza, którego możemy łatwo doświadczyć. Wiele osób ma po prostu tego rodzaju doświadczenia, doznania.
[13:29] - Numer wrześniowy to kolejny artykuł Wojciecha Chudzińskiego. Mówiąc tak najbardziej dosadnie, po raz kolejny Wojciech Chudziński wymiata. Tym razem mamy tekst zatytułowany „Wszechświat jest skanem mózgu Boga”.
[13:50] - Tak, jest to kolejna część cyklu Wojtka poświęcona świadomości i w niej Wojtek przygląda się, oglądał jednego z najciekawszych współczesnych myślicieli, Bernarda Kastrupa. Ten filozof, a jednocześnie specjalista od sztucznej inteligencji, ma bardzo niecodzienny pogląd na naturę świadomości. Jego koncepcja nazywana kosmopsychizmem zakłada między innymi istnienie uniwersalnej świadomości, która jest źródłem wszystkich innych subiektywnych tożsamości. Innymi słowy, wszyscy pochodzimy ze swoimi świadomościami, z jednego źródła, z jednego pola, z którego po prostu bierze się to, co dzieje się w naszych głowach. Jest to fascynujące, tym bardziej, jeżeli wgłębimy się w to, co jeszcze pisze i mówi Bernardo Kastrup.
[14:42] - Takie bardzo berkeleyowskie powiedziałbym. Ale to, o czym powiedzieliśmy, nie wyczerpuje bogactwa „Nieznanego Świata” numeru wrześniowego. Patrzę i widzę temat, który ciebie, Piotrze, z pewnością interesuje, a mianowicie tekst Damiana Treli „UFO w miejscach mocy”.
[15:08] - Tak, Damian przygląda się takiej koncepcji, która mówi, dlaczego niektóre rejony czy lokacje mogą poszczycić się większą liczbą obserwacji UFO niż inne. W Polsce znamy takie miejsca, na przykład podkarpacki Glinik czy Góra Osona w Częstochowie. Pytanie, co sprawia, że te obiekty pojawiają się tam częściej? Czy można to wytłumaczyć na przykład jakimiś subtelnymi energiami, a może oddziaływaniami naturalnymi, których jeszcze nie znamy? Autor powołuje się też na wnioski Miłosława Wilka, który stworzył bardzo ciekawą, acz dość koronkową i trudną teorię o tak zwanej sieci wilka, która rzuca nieco światła na ten problem. Bardzo ciekawy również.
[15:47] - Ale artykuł Damiana Treli nie wyczerpuje tematyki ufologicznej w tym numerze, bo jest również tekst obecnego tutaj Piotra zatytułowany „Egzotyczne materiały i spisek wszech czasów”. O czym piszesz, Piotrze?
[16:03] - Dotyczy on w dużym skrócie tego, co dzieje się obecnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie trwa dyskusja o tym, czy spec służby działając w ramach jakichś tajnych projektów, przejmowały rozbite obiekty UFO, a następnie, powiedzmy sobie szczerze, kopiowały tamtejsze rozwiązania techniczne, materiałowe. Jest całkiem możliwe, że te egzotyczne materiały są w posiadaniu Amerykanów. I co dalej z nimi? Czy czeka nas ujawnienie tak ogromnej dawki wiedzy, która według niektórych komentatorów mogłaby nam zafundować dosłownie przełom technologiczny za przełomem? Tak to wszystko działa, tak to wszystko jest przedstawiane. Jaka jest prawda, niestety nie wiemy, ale myślę, że czas pokaże. Oprócz tych egzotycznych materiałów w numerze znajdziecie też artykuł Leszka Mateli na temat cenotów, które uznawane były za wrota do świata podziemi przez mieszkańców Ameryki Środkowej. Tutaj ten znany polski radiesteta bierze pod uwagę energetyczne właściwości tych miejsc, a także wypełniające je wody. W numerze również rzecz o polskim Tesli, czyli Franciszku Dionizym Rychnowskim, a także szereg innych publikacji poświęconych na przykład zdrowiu i terapiom alternatywnym.
[17:23] - Ja jeszcze powiem o jednym tekście, żeby nie przedłużać. Mianowicie tekst doktora Zbigniewa Bitki. Ten tekst jest mi bliski, ponieważ nosi tytuł, to może od tego zacznijmy, „Archetypowe hity, filmy i seriale”. Już państwo wiecie, dlaczego z zainteresowaniem ten tekst przeczytałem. Bardzo go państwu polecam. Szczególnie że jedną z ilustracji jest książka, którą bardzo lubię, zatytułowana „Podróż autora”. Ona odwołuje się oczywiście do książki wcześniejszej Campbella, w której mowa jest właśnie o takich pewnych schematach, według których tworzy się zarówno dzieła literackie, jak i dzieła filmowe, serialowe siłą rzeczy. Bardzo państwu ten tekst również polecam.
[18:20] - Cóż, pozostaje tylko zaprosić do kiosków i punktów z prasą w poszukiwaniu wrześniowego numeru „Nieznanego Świata”.
[18:29] - Pięknie ci, Piotrze dziękuję i do usłyszenia za miesiąc.
[18:32] - Do usłyszenia.
[18:35] - Proszę państwa, a teraz spotkanie z Wiktorem Żwikiewiczem. Zapowiadałem je już dawno, ale to czasami wymaga trochę gimnastyki i trochę pracy. W zeszłym tygodniu słuchaliście państwo fragmentów wypowiedzi Wiktora dotyczących Lecha Jęczmyka. Dzisiaj cała, ponadgodzinna wypowiedź Wiktora z moim przeszkadzaniem po drodze. Uśmiecham się, kiedy przypominam sobie, jak ten materiał nagrywaliśmy, bo on był dla mnie najlepszą ilustracją tego, jak współdziałając, działając, robiąc coś wspólnie, można jednak zachować pewną integralność i patrzeć na te same rzeczy w różny sposób. Najlepszym przykładem jest taki moment, w którym zastanawiamy się z Wiktorem, jaki tytuł nosiła książka, którą zresztą omawialiśmy kiedyś, dawno, w tym starym „Bibliotekarium”. Otóż Wiktor zapamiętał jedną część tytułu, a ja drugą i już byliśmy skłonni stoczyć jakąś walkę na słowa albo z kopiami do boju ruszyć. W końcu uświadomiliśmy sobie, że to tak może być, że on zapamiętał tytuł główny, czyli „Światło i dźwięk”, a ja podtytuł, czyli „Moje życie na innych planetach”. Proszę państwa, można być różnymi, a jednak tworzyć jedność. I już teraz, nie gadając zbyt wiele, zapraszam państwa na wspomnienie o Lechu Jęczmyku.
Głos przede wszystkim ma Wiktor Żwikiewicz. Czołem, Wiktorze. Dawno się nie słyszeliśmy.
[20:57] - Witamy. Z powodów bardzo różnych się witamy. Tym razem akurat nieszczególnie, ale ja może się wytłumaczę, że w tej nieszczególności jest pewien dziwny coś tam. Otóż ja chyba jak Leszek Jęczmyk wyciągnął swoje długie nogi, to chyba pierwszy raz w życiu nie miałem takiego smutku, żalu wielkiego. Znałem go od nastu lat. To znaczy od moich nastu lat. I cholernie się z nim przyjaźniłem, cholernie lubiłem. Wytłumaczę, dlaczego nie miałem takiego żalu. Bo są ludzie, którzy umierają i płakać się chce, bo czegoś nie zrobili. Mogli jeszcze coś pociągnąć, jeszcze coś dokonać.
Lech Jęczmyk według mnie spełnił wszystko, co miał do zrobienia w życiu. Co mu, że tak powiem, opatrzność zaleciła i do czego zobowiązała. On odwalił kawał roboty. Jak dzisiaj mówimy o fantastyce, że to Stanisław Lem, Fiałkowski, Zajdel, mnóstwo ludzi i tak dalej. A przecież tak naprawdę to była epoka Lecha Jęczmyka. Od samego początku, od pierwocin to była epoka Lecha Jęczmyka. Ona się zamknęła w tej chwili, to się skończyło. Natomiast jeszcze paru apostołów żyje, przyjaciół najbliższych, takich jak Oramus czy Żwikiewicz, ale to już przechodzi, połyka to wszystko entropia. To tak gwoli tego.
[23:19] - To ja skorzystam. Wejdę ci w słowo i zapytam. Użyłeś takiego pojęcia „epoka Lecha Jęczmyka”. Mógłbyś to rozwinąć?
[23:33] - Po prostu, jak by to powiedzieć? Wszyscy pisarze, którzy się pojawili, od Lema począwszy, w okresie boomu science fiction w Polsce to byli, że tak powiem, kucharze, którzy lepiej lub gorzej przyprawiali swoją fantastyczną zupę. Natomiast szefem kuchni, wydawcą, człowiekiem, który rozdawał karty jako wydawca, jako przyjaciel, jako ten, który wychowywał młody science fictionowy narybek, cały czas był Lech Jęczmyk. Na nim się wychowywali gówniarze, przy okazji odkrywając rzeczywiście te fenomeny lemowskie, zajdlowskie, wszystkie inne. To wszystko się działo, ale szefem kuchni w tym okresie w Polsce był Lech Jęczmyk. Rzeczywiście jako tłumacz, uczący Polaków, czytelników języka polskiego. Tłumacząc z angielskiego uczył polskiego, bo tłumaczył cholernie dobrze. Zresztą, to tak anegdotycznie powiem wszystkim, przy dzisiejszych internetach, Wordach, tych wszystkich komputerowych zabawkach, Lech Jęczmyk tłumaczył straszliwie prymitywnie. Zwykle robił to w kuchni, bardzo rzadko gdziekolwiek indziej. Siadał na taborecie, kładł na kolanie zeszyt w kratkę albo w linijki, brał długopis albo raczej pióro i na kolanie tłumaczył.
To był jego warsztat pracy. Krzesło w kuchni, kawałek miejsca na książkę, którą się tłumaczy, którą przewracał. Robił to w swoim domu i w każdym innym, bo tych domów mu się w życiu dostało wiele, dzięki różnym okolicznościom, o których może będzie.
[26:24] - Wy byliście przez długi czas bliskimi przyjaciółmi. Waletowałeś nawet w mieszkaniu Lecha przez długi czas.
[26:32] - Tak, mieszkałem parę lat tam.
[26:33] - Ale zanim to nastąpiło i zanim o tym opowiemy, to musi się pojawić pytanie, jak się poznaliście?
[26:41] - Czy ja wiem? Jak żeśmy się poznali? To było chyba w tym czasie, kiedy ja zaistniałem w konkursie z opowiadaniem „Walnia na mocnej drodze”, trafiłem do Warszawy i oczywiście natychmiast udałem się do różnych wydawców, między innymi do „Czytelnika”, w którym pracował Lech Jęczmyk. To nie będzie anegdota o Lechu, ale o mnie i o paru innych. Otóż pamiętam, jak poszedłem do Lecha, przedstawiłem się, on w życiu mnie nie widział na oczy ani nie widział siebie. Powiedziałem, że zaczynam pisać. Może będę, a może nie. On popatrzył na zegarek. W „Czytelniku” na Wiejskiej to było. Na parterze była kawiarnia uczęszczana przez całą bohemę warszawską, wszystkich wykolejeńców literackich, poetyckich, krytycznych i tak dalej.
On popatrzył na zegarek. „Bardzo pana przepraszam — do mnie — ale ja muszę tam na dół, bo jestem umówiony. Może zejdziemy, nie?” „Bardzo chętnie”. Zszedłem z nim na dół, a tam przy stole siedziało pan Cogito, Robert Stiller, Artur Sandauer, krytycy, poeci i warszawska elitka tamtego czasu. Wszyscy właściwie starzy, tylko Lechu był we właściwym wieku.
[28:40] - Ja tylko wtrącę, to były lata 70. Początek.
[28:43] - Początek lat 70. Usiadłem cichutko w kąciku, gdzieś na skraju stołu, a przy stole siedziało ich chyba z dziewięciu starszych panów otoczonych całym wianuszkiem sikorek, ślicznych dziewczynek, które przychodziły oczywiście z wierszami do krytyków, przyklejały się do tych krytyków starych, a oni tylko na to czekali przecież. To było widać zresztą, bo brylowali, popisywali się, dyskusja trwała zawzięta. Lechu też siedział, też brał udział, a ja siedziałem cicho. I tak minęła chyba z godzina prawie. Ja się przysłuchiwałem tej dyskusji. W końcu w jakimś momencie zdenerwowałem, wtrąciłem się i coś tak a li sta powiedziałem, że to wszystko to jest furda, to nie tak i siak, i tak, i tak dalej. I zamilkłem. Zabrałem głos pierwszy raz w życiu. Ja byłem cichy, nie wychylałem się.
Natomiast pierwszy raz zabrałem głos. Zapadła taka martwa cisza. Ja zamilkłem i w tym momencie z końca stołu drugiego wychylił się jeden człowiek. „Przepraszam bardzo, skąd pan jest?” Do mnie. Ja mówię: „Z Bydgoszczy”. Dalej trwała cisza. On kiwał ręką. „Aha”. Znowuż dyskusja się rozgrzała, ale po jakiejś pół godzinie znowuż nie wytrzymałem. Wtrąciłem swoje trzy grosze i tak samo ten facet gdzieś z końca wychylił: „Przepraszam bardzo, pan powiedział, skąd pan jest?” Ja mówię: „Z Bydgoszczy”.
A! I w tym momencie zajarzyłem coś. „Ja z Bydgoszczy, urodziłem się w Bydgoszczy, ale moi rodzice zza Buga, z Wileńszczyzny.” „Ach, to trzeba było mówić tak od razu, proszę pana!” To był Tadeusz Konwicki, genialny polski pisarz i też o fantastykę się ocierający. On nagle gdzieś się pochylił, wyciągnął wielki zeszyt. „Przepraszam, mógłby pan się tutaj wpisać?” I w tym momencie się Lech Jęczmyk mi do ucha nachylił i mówi: „Wiesz, Wiktor, to jest Tadeusz Konwicki. On ma pierdolca.” Ja mówię: „Jakiego?” „On uważa, że wszystko, co w polskiej kulturze zrobili, to zrobili tylko ludzie albo z Lwowa, albo z Wilna. Nikt poza tym. I zbiera, dokumentuje to w takim wielkim kajecie. I masz się tam wpisać. Parametry, rodzice, imię matki z domu, że tak powiem.
No zrobiłem, co trzeba. I w ten sposób poznałem śmietankę warszawską, która później wprowadzała mnie do ZAiKSu zresztą, bo to robił i Robert Sztyler, i Artur Sandauer, i Konwicki. I jeszcze ktoś, zapomniałem. Bardzo znani ludzie w tamtym czasie wtedy. I tak to było.
[32:28] - Wróćmy do historii twojej znajomości z Lechem. Poznaliście się.
[32:33] - No tak.
[32:34] - A jak to się stało, że stałeś się lokatorem jego mieszkania?
[32:38] - Muszę powiedzieć, że Lech był człowiekiem ogromnej, olbrzymiej wręcz życzliwości dla ludzi. Kochał wszystkich ludzi. Znaczy kochał, on z miłością to chyba miał kłopoty. Natomiast szanował i lubił rzeczywiście wszystkich ludzi. Może z wyjątkiem jednej nacji, ale to pomińmy. Zdarza się jakaś fobia. Natomiast był cholernie życzliwym człowiekiem dla wszystkich i ta jego życzliwość, kiedy pracował w Fantastyce jako redaktor w czasach holankowych. Przecież on nawet holanka lubił, co mnie zawsze wprawiało w totalne osłupienie, ale on mi to racjonalnie wytłumaczył. „Wiesz, Wiktor, to też jest porządny człowiek, tylko wiesz, on jest ze Wschodu, on się strasznie tych czerwonych boi.” Po prostu jak ja się pojawiłem w Warszawie, to mówi: „Możesz u mnie zamieszkać.” I tak zamieszkałem u niego i mieszkałem parę miesięcy i później jak zawitałem w Warszawie, to zawsze zagnieżdżałem się albo u niego, albo u zaprzyjaźnionego jeszcze w tym samym czasie Jacka Rotka.
[34:09] - Tak, ale jak się z kimś mieszka przez miesiące, a jakby zliczyć tak do kupy, to pewno przez lata, to się poznaje dosyć dobrze zwyczaje gospodarza. To co o tych zwyczajach? Oczywiście mam na myśli jakieś takie opowieści zabawne albo może takie charakterystyczne. Co o tych zwyczajach mógłbyś powiedzieć?
[34:33] - To znaczy wszystko, co zabawnego czy coś fajnego się w życiu Jęczmyka zdarzyło, a co on sam zauważył, to zostało pomieszczone w przecudownej książce jego wspomnień „Światło i dźwięk” czy jakoś.
[34:50] - Ja znam „Moje życie na innych planetach”.
[34:53] - Nie, „Światło i dźwięk”, Marku. Myśmy omawiali taką książkę.
[34:56] - „Moje życie na innych planetach”? Może to jest ta sama książka. Będę musiał to sprawdzić.
[35:01] - No.
[35:01] - Okej.
[35:04] - Gdzie opisuje od początku, od swojego bydgoskiego dzieciństwa zaczyna, a potem opisuje właściwie wszystkich ludzi, których w życiu spotkał. Krok po kroku, a są to niesamowite spotkania, bo on był przez wszystkich akceptowany, błyskawicznie się skumplowywał czy zaprzyjaźniał i tak dalej. Pamiętam, że z Oramusem i z Parowskim to się zaprzyjaźnił błyskawicznie. Wystarczyła chyba jedna whisky.
[35:44] - Okej, to ja mam od razu gotowy zestaw pytań. Pierwsze z tych pytań dotyczy wypraw do telewizji, które Lech Jęczmyk uskuteczniał, bo go tam zapraszano. Ale ty mi kiedyś opowiedziałeś niezwykle smakowitą historię, jak Lechu się do tych występów telewizyjnych przygotowywał, a właściwie jak się przygotowywał troszkę tylko.
[36:13] - Rzeczywiście tak. Ja pamiętam, że było takich dużo. Natomiast ja po prostu tam popisywałem również. Pisałem już, jak już siedziałem w tej Warszawie, to co miałem robić poza rozrywkami? Trzeba było pisać. Obserwowałem, co się naokoło dzieje. Lechu bardzo często, tak jak powiedziałeś, był zapraszany do telewizji. Dlaczego? Dlatego, gdyż miał charakter bardzo sympatyczny dla dziennikarzy jako rozmówca grupowy. Nie pchający się na pierwszy plan, nie wtykający, nie wyrywający sobie kolejki do słowa.
Spokojny, dystyngowany człowiek, który we właściwym miejscu zabierał głos. Wszyscy zwykle to sami wariaci. Jak się grupa dobierze, to jeden drugiego zupełnie jak misie w Skarżysku kiedyś się szlachtują. W każdym razie podpisywałem i Lech mówi, krzywił się, ciągną go znowuż do jakichś, a jeszcze dobrze w kamerze wyglądał, bo był przystojniak bardzo dobry, więc rzeczywiście był telewizyjną osobowością. Tak się przyglądam, zniechęcony, nie chciało mu się iść do tej telewizji, ale musi, obiecał. I tak chodził po tym całym mieszkaniu, a ja pisałem. On chodził po mieszkaniu i chodził. Całe mieszkanie było wytapetowane regałami z książkami oczywiście i tak dalej. Widziałem, że on co pewien czas przystawał, wyciągał, patrzył na tytuł jakiejś książki, chował ją z powrotem. Jeszcze przeszedł kawałek, znowuż jakąś wziął, wyciągnął na chwilkę palcem, sunął, skrzywił się i dalej tak wędrował.
Myślał. Widzę, że się przygotowuje do tej dyskusji telewizyjnej, bo to było widać po nim. I tak w pewnym momencie wyciągnął jeszcze jedną książkę, coś otworzył, schował. Ja mówię: „Lechu, co ty robisz?” Bo bardzo dziwnie się zachowywał. On mówi: „Ja mam wziąć udział w dyskusji telewizyjnej”. „Tak, ale co ty po tych książkach? Ja właściwie wszystkie czytałem, co ty masz w chacie, to powiedz może ja ci przypomnę gdzie co jest.” „Nie, to nie o to chodzi.” „A o co?” Mówię. On mówi: „Widzisz, bo jak się idzie na taki grupowy spęd i trzeba coś mądrego powiedzieć, bo każdy stara się coś mądrego powiedzieć, to trzeba posiadać jakąś inteligencję, mądrość i tak dalej. Ale nie zawsze własna inteligencja na właściwym miejscu siedzi. Warto czasami tym dorobkiem kultury się posłużyć.” Ja mówię: „Nie truj, ale powiedz mi, co ty robisz.” Uśmiechnął się, mówi: „Słuchaj, to jest prosta zasada.
Trzeba wziąć jakąś książkę, otworzyć byle gdzie i znaleźć jakąś fajną mądrość na jakikolwiek temat. Obojętnie. To nie ma żadnego znaczenia i w związku z tym, jaki będzie temat w panelu dyskusyjnym, nie musi mieć żadnego. Trzeba to wziąć, rzucić okiem, zapamiętać i następnie idziesz, siadasz, a naokoło te głęby wszyscy tam mózgi ciężko pracują, a ty spokojny jesteś. Zabijesz ich. No i dyskusja się rozpoczyna, a ty co pewien czas zabierasz głos i oczywiście starasz się tam w miarę coś mądrego powiedzieć. Ale mówisz to tak, żeby naprowadzać całą dyskusję na ten fragment kulturowej mądrości, którą żeś zapamiętał w danym momencie. Trzeba mieć do tego inteligencję i spokój. Nie ma się co spieszyć. Mamy pół godziny dyskusji i tak dalej.
Jeden wtręt, drugi dyskretny i zauważasz, że wszyscy już zaczynają jak ćmy krążyć koło tej lampy. To jest właściwe ognisko. I dochodzi do puenty, bo trzeba spuentować audycję. Audycja się kończy, dziennikarz już pokazuje na zegarek i tak dalej. Trzeba dojść do konkluzji. Więc konkluzja jakaś jest. Natomiast tak poukładałeś karty do grania, że to, co ty powiesz, to jest dokładnie tym wierzchołkiem piramidy, tą ostatnią rzeczą, która spuentuje wszystko. Mówisz to i wszyscy patrzą z takimi rozziawionymi gębami. Ale inteligentny facet, jak on to genialnie ujął. A ty bierzesz swoje honorarium, wracasz do domu.
Trzeba mieć do tego łeb.”
[42:29] - Do tych wspomnień jeszcze wrócimy, bo Lechu był taką barwną postacią O której ty możesz opowiadać bardzo długo. Ja cię na to narażał nie będę, bo szanuję twój czas. Natomiast chciałbym cię zapytać. Byłem świadkiem, kiedy po wielu latach — ja to zresztą naszym słuchaczom opowiadałem — połączyłem cię z Lechem. Miałem numer do niego i miałem też interes. Opowiadałem o tym, że chciałem przeprowadzić wywiad, ale ciebie wypchnąłem na początek, bo Lecha nie znałem, więc mi trochę było głupio, więc wypchnąłem Wiktora. Tylko zapomniałem o tym, że Wiktor się z Lechem chyba z 10 lat przynajmniej nie widział i nie słyszał nawet telefonicznie. I twoja reakcja była przedziwna. Jak po drugiej stronie zgłosił się Lech Jęczmyk, to ty jakoś tak kompulsywnie zacząłeś, ja nawet nie mogę cię zacytować, bo to był stek przekleństw różnego rodzaju, wypowiadanych pogodnym głosem, na które zresztą Lechu nie zareagował jakoś specjalnie nerwowo. Niemniej jednak pojawił się taki dwu-, trzyminutowy potok przekleństw i jakbyś mi mógł tę sytuację objaśnić, to ja bym był bardzo wdzięczny.
Podobnie zresztą jak nasi słuchacze.
[43:57] - Nie wiem, sam nie wiem, ale to chyba po prostu z radości.
[44:02] - Z emocji?
[44:03] - Z radości po prostu takiej, że nareszcie mam z nim z powrotem kontakt, z tym parszywym kutasem Holender jasny, który się przez 10 lat nie raczył odezwać. On nie miał takich obyczajów, to trzeba było się do niego, że tak powiem.
[44:21] - Tak. A poza tym musiałby być cudotwórcą, żeby poznać gdzieś w głębiach kosmosu twój numer, którego on po prostu nie miał.
[44:28] - Zgadzam się.
[44:30] - To rozumiem. To już mam wyjaśnioną sytuację, skąd się ten potok przekleństw wziął. Bo ja później pamiętam komentarz Lecha Jęczmyka, na którymś z Sadeńkonów też to wspominał i mówi: „Odbieram telefon, a tam się wylewa potok bluzgów najrozmaitszych”. Tak zapamiętał ciebie z tego wystąpienia. Tak że odcisnąłeś takie mocne piętno.
[44:57] - Ale to też dlatego, że byliśmy naprawdę zrzeci przez wiele naście, czy dziesiąt lat. Uważam rzeczywiście, że to było jak przyjacielskie klepnięcie w ramię. Natomiast jak mówiłeś o anegdotach, to od razu mi po głowie chodzi jedna rzecz, którą koniecznie muszę opowiedzieć. Ona będzie dosyć zwalista, ale cholernie warto. Otóż Lechu był piekielnie sprawnym człowiekiem. Jako człowiek, który studiował na Fuji aikido, miał zresztą dyplom i miecz samurajski w chacie, który przydzielany jest, że tak powiem, tym adeptom tej szkoły. Był nieprawdopodobnie sprawnym człowiekiem, przy całym spokoju i zrównoważeniu. Może właśnie dlatego był cholernie sprawny. Pamiętam, że jak żeśmy się poznali, jak zamieszkałem u niego w domu i jak się dowiedziałem, jak zobaczyłem ten miecz i tak dalej, wtedy jeszcze mało kto coś wiedział w tej Polsce, mówię: „Powiedz mi, na czym polega to aikido”. „To mnie uderz”.
Jak to? Gdzie? Ledwo żeśmy się poznali, bo to było chyba tydzień po poznaniu. On miał taki pokój, gdzie była wielka mata biała, gołe ściany. Nic tam nie było, tylko na wieszaku wisiał biały strój z czerwonym pasem, który ubierał do ćwiczeń. On wziął mnie za ramię. „Chodź”. Wziął do tego pokoju. „No to uderz mnie”. Przecież nie mogę go uderzyć.
Jak go uderzę? Prawie żeśmy byli par pad. Chyba nie już, ale prawie. W każdym razie on: „Uderz mnie”. No przecież go nie uderzę. To zaczął mnie drażnić. Stuknął mnie w ramię, coś gdzieś jeszcze i tak dalej. A ja się wychowałem na podwórku i nie lubiłem, jak mnie ktoś zaczepia, że tak powiem. A on mnie dosyć obcesowo. Pach, pach, pach w końcu.
To się rzeczywiście zdenerwowałem. Wziąłem taki lekki zwód pod jego ręką, pochyliłem się i jak takiego raka w żołądek wstawiłem. Nieprawdopodobne. Po prostu wiem, co to jest. Wiem, jak się to robi. Wiedziałem zawsze. No i ten rak mi wszedł mu we flaki, w żołądek, pod żebra. Ja poczułem tylko taki lekki, chłodny dotyk na tym ręku, które mu weszło w niego. I to było wszystko. Rozbiłem się o ścianę jak rozdeptana mucha na tej ścianie, że tak powiem.
Zpełzałem powolutku z tej ściany. Zpełzłem i takimi oczami patrzę na niego. On stoi, zupełnie nic nie zrobił. On tylko do tej mojej ręki przyłożył własną rękę leciutko i ukierunkował całą moją siłę we właściwym kierunku — ściana. Ja się sam zabiłem po prostu. Także był sprawny, ale to nie o tę anegdotę mi chodzi. Otóż w stanie wojennym z jakąś grupą, chyba Marcin Wolski tam jeszcze był, może Parowski, jechaliśmy gdzieś z Warszawy i trzeba było się przesiąść na pociąg w Krakowie. To był stan wojenny jeszcze. Zimno jak cholera. Zwróćcie uwagę wszyscy, że to jeszcze były te parowe lokomotywy, czyli w tym zimnie kłęby pary na dworcach, oszronione ławki, potwornie zimno.
Czeka na pociąg zbity tłumek takich szarych ludzi, bo wszyscy za tej komuny chodzili na szaro, robieni na szaro. Umysły też mieli mniej więcej takie. I tak stoją smutni, ale mnóstwo ludzi, bo widocznie jeden pociąg Jaruzelski pozwolił puścić z Krakowa dokądś. W każdym razie czekamy. Pociąg gdzieś słychać gwiżdże. Jedzie. My stoimy na peronie, a tam są dwa perowiska przedzielone barierką w jeden kierunek i drugi kierunek. I tam po przeciwnej stronie jest drugi peron. Patrzymy, a tam na tym peronie na ławeczce leży sobie taki rozbitek życiowy, jakiś bezdomny pijaczek, bo obok niego stoją butelki piwa. On śpi na tej całej oszronionej ławeczce, zwinięty w kłębek, siwoszary zupełnie.
Nie wiadomo, czy jeszcze żyje, ale leży tam sobie. Pociąg już jedzie i patrzymy, a w tym momencie przez tamten peron po drugiej stronie wychodzą z podziemia zomowcy. Trójka idzie i podchodzi do tego pijaczka. Jeden trąca te piwa, przewraca, słychać brzdęki, a drugi go butem z tej ławeczki strąca na podłogę. I w tym momencie wpada pociąg przed nas. Tracimy wizję, nic nie widzimy. Pociąg wpada, kłęby pary. Wszyscy jak stado baranów lecą zajmować miejsca, bo się wszyscy w przedziałach nie zmieścimy. Lecimy zajmować miejsca. Oczywiście inteligenci to idioci z natury, więc my ustępujemy wszystkim innym baranom miejsca i pakujemy się w ten pociąg, kiedy już cały jest zajęty.
Już prawie wchodzimy, ktoś już wsiadł, reszta tam jeszcze. I w tym momencie się gdzieś w jakimś przedziale otwiera okienko, osuwa szyba i wychyla się Lechu Jęczmyk i macha do nas ręką. „Tutaj mam cały przedział”. Co on zrobił? On przeskoczył przez tę barierkę przed przelatującym pociągiem, wskoczył z drugiej strony i zajął przedział. Wydawałoby się, że to świetna sztuczka. Weszliśmy do tego pociągu, tylko że widzę, że ludzie wszyscy jakoś ciasno w tych przejściach i wszyscy się gapią w okno po drugiej stronie. To też tam patrzymy. Patrzymy, a tamten pijaczek podnosi się z ziemi i tak rozgląda zupełnie jakby przebudzony i nic nie rozumie. Bo on się podnosi, a patrzę, a tam przy ławeczce leżą jak trupy trzech zomowców.
Rozwaleni, rozkrzyżowane ramiona, leżą nieprzytomni. On tak się patrzy zupełnie, jakby się zdziwił, że stać go było, żeby to zrobić. Scenka była filmowa, zupełnie obłędna. Co zrobił Jęczmyk? Zdołał w tym czasie, kiedy pociąg tam wpadł między nas, a ten widok, wskoczyć tam, załatwić trzech zomowców, a następnie wskoczyć do pociągu z drugiej strony przez okno i zająć przedział dla nas. Taki był sprawny. A były to sekundy zupełnie. Pach, pach, pach i po wszystkim. I mamy wygodny ten. Pamiętam, że jak weszliśmy do przedziału, to takie milczenie trwało.
Patrzyli wszyscy takimi gałami na Lecha, bo rzecz była zupełnie jak z filmu karate albo raczej z komiksu. Komiksy są doskonałe. Czasami oddają prawdę życia, chociaż się wydaje, że to jest niemożliwe.
[53:51] - Wiktorze, sięgnę do swojej pamięci, a właściwie do wywiadu rzeki, który z tobą przeprowadziłem. Tam również mówiłeś o Lechu i o samurajskim mieczu. Tylko chodziło o przecinanie gwoździ i to też była bardzo smakowita historia. Jakby powiedział Lech Jęczmyk, kiedyś zresztą skomentował jedną z twoich historii: „Nie pamiętam, ale jeśli nawet tak nie było, to jest świetnie wymyślone”. To ja cię teraz poproszę o tę historię z gwoździami.
[54:27] - Akurat jest mnóstwo świadków przy różnych okazjach, bo i Jacek Rodek, Maćka Parowskiego już nie ma, ale Ramus jest i tak dalej. Otóż tak jak żeśmy zasiadali u niego w chacie bardzo często Tam z jamy się kurzyło czasami potężnie. Siedzieli wszyscy, pili whisky i tak dalej. Nawet Lechu, chociaż on miał bardzo mocną głowę. Natomiast jeżeli już też mu się dymiło, ja zwykle byłem ostatnim trzeźwym świadkiem, bo ja się nie upijałem. Robiłem to bardzo rzadko i niechętnie, ale czasami dla towarzystwa trzeba było. Jak się już kurzyło przy jakiejś imprezie, a dyskusja była polityczna, o sztuce, o wszystkim i tak dalej, różna. Ale się kurzyło, to ktoś tam wpadał: „Lechu, pokaż, jak się to robi”. Lechu chwiejnym krokiem, bo już zupełnie pływał w powietrzu. Wszystko pływało, bo wszyscy palili.
Oczywiście poza Lechem. Lechu palił fajkę, pardon. Palił fajkę, więc dymu było mnóstwo. Dzisiaj takich cudownych środowisk już nie ma. Otóż Lechu miał się popisać. Tam było takie miejsce, tak jak mówiłem, ten pokój do ćwiczeń, a z drugiej strony ten gabinet Lecha duży. Tam pod tym dyplomem z Fuji i tym mieczem samurajskim wiszącym na ścianie był taki pieniek. Przywieziony prawdopodobnie od Stanisława Rusina z Bieszczad. Stał sobie pieniek. Jak już Lechu miał nieźle w czubie i został podpuszczony, to wtedy zdejmował z szacunkiem ten cały miecz.
Gdzieś tam obok leżało pudełko, nie gwoźdź, ty Mareczku, śruby od podkładów kolejowych. Takie po półtora centymetra grubości. Żeliwo straszne. Brał taką śrubę od podkładów, kładł sobie na tym całym pieńku, następnie podnosił miecz i śruba była na dwa tak pach! rozwalona. Popisywał się. Oczywiście jako domownik kiedyś po takim kolejnym jego popisie, on się nie popisywał z natury, tylko po prostu jak trzeba było, to pokazał.
[57:23] - Podpuszczony po prostu. Podpuszczony się popisywał.
[57:26] - Podpuszczać go można było. Ja mu mówię: „Lechu, daj ja też spróbuję”. On się tak popatrzył, mówi: „Wiktor, zniszczysz mi miecz, zniszczysz wszystko”. Ja mówię: „Jak? Pokażesz mi, jak się uderza”. „Wiktor, to się nie uderza mieczem. – Postukał się w skroń – To się uderza głową”. „Jak? Jak ty mieczem uderzasz w tą śrubę?” Niby tak, ale nie. On mi zdradził tajemnicę, w jaki sposób to się robi.
Otóż po prostu należy uderzyć w ten miecz i nie uderzyć. To znaczy uderzyć taką siłą i z takim impetem, żeby ostrze tego miecza dotknęło tej śruby tak jak piórko, leciutko. I w tym momencie się musi absolutnie zatrzymać to ostrze, a ta śruba się sama rozlatuje na dwa kawałki. Jeśli ktoś spróbuje przeciąć, to zniszczy miecz po prostu, bo żelazo to jest żelazo. Ale to przekazanie tej energii impetu przez miecz w stronę śruby załatwiało tego. Fenomenalne to było, bo widziałem to wiele razy. Parę razy na własne oczy.
[58:54] - Kiedy cię namawiałem do tej rozmowy, do tych wspominek o Lechu, sprzedałeś mi absolutnie genialną historię, która świadczy o tym, że Lechu bywał też czasami szalony. Ta historia z Bieszczad o wycinaniu to jest po prostu przebój. Wcześniej jej nie słyszałem. To teraz niech usłyszą nasi słuchacze.
[59:16] - Słuchajcie, ja pojechałem w stanie wojennym. To znaczy Lechu. Przyjechałem do Warszawy, było zimno, durno i nie było co żreć i nie było pieniędzy i tak dalej. Mówię do Lecha: „Nie mam co z sobą począć”. Lechu się tak na mnie popatrzył i mówi: „To słuchaj, jedź w Bieszczady, ja mam tam przyjaciela Stanisława Rusina w Dwerniszku koło Dwernika. To jest koło Smolnika niedaleko. Tam potrzeba ludzi do rąbania lasu”. „A – mówię – ile trzeba wyrąbać?” „Gdzieś 10 hektarów lasu”. W życiu nie rąbałem drzewa. Troszeczkę do pieca na podpałkę, to fakt.
Ale mówię: „Jadę”. A on tak wytrzeszczył oczy: „Jedziesz?” Mówię: „Jadę. Tylko muszę skoczyć do Bydgoszczy po gitarę, bo bez niej to się w Bieszczady nie ruszę. Gitarę, plecak, spakować rzeczy i jadę”. On tak popatrzył na mnie tak dziwnie i mówi: „Wiesz, bo ja chodziłem po całej Warszawie, a tu wszyscy aktorzy, Olbrychski, Linda, wszyscy narzekają, że nie ma co jeść, nie ma pieniędzy, nic nie ma w ogóle i w ogóle głodno, chłodno i tak dalej. Nie ma z czego żyć. Wszyscy pisarze, poeci. I mówiłem im, żeby pojechali rąbać. Jak usłyszeli 10 hektarów, to tak potem mnie unikali przez miesiąc”. Cała Warszawa tak mówiła, bo on był bardzo towarzyski, więc znał mnóstwo ludzi i wszystkim tym biednym artystom proponował tą robotę.
Nikt się nie zdecydował. Ja wróciłem do Bydgoszczy, bo mieszkałem wtedy w Bydgoszczy w klubie studenckim „Boanus” przy dzisiejszym Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. Wróciłem do klubu, wziąłem gitarę i pakuję się, na co wyłazi zaspany albo zapity mój bardzo bliski przyjaciel, również gitarzysta, Erwin Legos. Taki nieprzytomny: „Ty gdzie jedziesz?” Ja mówię: „Jadę w Bieszczady rąbać las.” „Nie gadaj! A ile jest do…” Ja mówię: „hektarów.” „Dasz radę?” Ja mówię: „Sam nie dam rady.” Tak popatrzył. „To jadę.” On się też spakował, bo miał ciuchy, wszystkie rzeczy w tym klubie. I pojechaliśmy sobie w te całe Bieszczady. Oczywiście zaczęła się grenna, to już jest epizod do opowiadania sama powiesz, w jaki sposób myśmy się wprowadzali, jak żeśmy zaczynali rąbać. Ale w końcu zaczęliśmy rąbać, bo to było straszne doświadczenie tym inteligenckim paluszkom od gitary i od pióra. Ale w końcu zaczęliśmy już tam szaleć.
Już staliśmy się bieszczadzkimi drwalami. Prawie pół roku minęło, kiedy już rąbiemy. Było to zimno jeszcze, marzec chyba, kiedy zawitaliśmy. Ale wciągnęliśmy się w robotę. Zrobiło się lato i do Stanisława Rusina zlatywała cała wataha z Krakowa, z Warszawy. Przyjeżdżał Leszek Jóźwik, Wajda, Janda, ten, co grał Faraona, Zelnik, Olbrychski. Kupa ludzi przyjeżdżała, aktorów. Lechu też przyjechał sobie na wakacje i zobaczył nas, tych spracowanych, zapyziałych, w góralskich kapelusikach z muszlami dwóch drwali. I kiedyś postanowił nam pomóc. My tam sobie rąbiemy, nagle słyszymy jakiś kombajn idzie przez las i ścina wszystkie drzewa.
To akurat nie było ścinanie drzew, tylko czyszczenie lasu. Czyli piękne świerki zostawały, a trzeba było wyciąć straszliwą zbitą masę chaszczy, olszyny, takiego dziadostwa, które tłumiło ten las, tłumiło poszycie. Trzeba było ten las oczyścić, a to była gęstwina jak bambusowa dżungla. Tak wyglądało. Okazało się, że w tym czasie Lechu pojechał do Cisnej, kupił sobie potężną maczetę i z tą maczetą idzie przez to całe i kosi . To wszystko tylko się sypie, leci i tak dalej. My patrzymy, ja się na Erwina, Erwin na mnie i złapaliśmy się za głowy. Ale jak powiedzieć Lechowi, żeby przestał? A dlaczego ma niby przestać? My rąbiemy jak drwale po to, żeby mieć jak najmniej roboty.
A jeśli się powali te chaszcze, te badziewia, to potem wyciągać to wszystko trzeba stać daleko gdzieś te gałęzie i tak dalej. Natomiast my widzimy, my jak tniemy, to tniemy przy samej ziemi, a Lechu idzie tak nonszalancko sobie i zostaje pół metra albo metr nad ziemią taki szpikulec. To co ścięte wali się na ten szpikulec, zawala się. I teraz tak, zostaje pole, tej gałęzi, która spadła ścięta przez Lecha wyciągnąć nie można, bo te pionowe przeszkadzają. Pionowych ściąć nie można, bo te leżące przeszkadzają. Zapłakać się. Robota potworna. Ale Lechu nam pomógł. Przy obiedzie nie wytrzymałem i mu wygarnąłem, żeby jak się na rąbaniu nie zna, to żeby się… I powiedziałem.
Jak Stanisław Rusin pamiętam, że usłyszał co Lechu zrobił, to też tak popatrzył na niego. To byli przyjaciele bardzo dobrzy. Nachylił się i postukał się w głowę przed Lechem. Lechu się nadął.
[01:06:13] - Złapał focha.
[01:06:14] - Złapał focha. Rzeczywiście. Zjedliśmy ten obiad. Lechu szybko zniknął. Obraził się na nas, przestał z nami rozmawiać i tak dalej. Mija dzień, drugi. Kiedyś idziemy do roboty i słyszymy jakieś stukanie. Znów Lechu. Ale jasne. Dobrze, ale akurat było nie w tym kierunku, gdzie nasza robota była, a do tej roboty trzeba było gdzieś tak 10 kilometrów marszu wykonać, gdyż od Rusina do tego karczowanego lasu oddzielał nas taki głęboki jar wypełniony brzęczącym potokiem, błotem i bagnem, więc przejść tam nie można było.
Trzeba było obchodzić 10 kilometrów. W środku tego słyszymy stuk-stuk-puk i tak dalej. Minęły dwa dni. Przy kolejnym wspólnym obiedzie u państwa Rusinów, pan Stanisław Rusin się uchyla: „No, robotniki, teraz macie bliżej do roboty”. Patrzymy z Erwinem: „Jak bliżej?” „Macie bliżej, pół drogi, pół czasu wam zdjął”. Dobra. Akurat po obiadku trzeba było iść na partię poobiednią rąbania, więc siekiery. Rusin nam pokazał, gdzie mamy iść i koniecznie chciał, żebyśmy tam szli. To idziemy. Ścieżynka jakoś zbliża się do tego jaru.
Jak wyszliśmy z tego lasu, to gały nam wyszły na wierzch. Lechu odwdzięczył się nam za tą całą harówę, którą mieliśmy przy wycinaniu lasu. Przez dwa dni zbudował przecudowny wiszący linowo-bambusowy mostek nad tym jarem.
[01:08:29] - On bambusowy był w przenośni.
[01:08:31] - Tak, ale z tych pociętych ładnie, równiutkich, mniej więcej grubości bambusa gałęzi, pniaków i tak dalej. On był przecudowny, bo się kołysał. Miał linowe uchwyty do przytrzymania ręką. Kładka była gdzieś szerokości 20-30 centymetrów. Z boku te liny wiszące i można było wygodnie przejść. Naprawdę przecudowny. Jakby się zrobiło fotografię... Szkoda, że nie było wtedy komórek. To wyglądało zupełnie jak w Japonii, bo było według wszystkich zasad zbudowane tak, jak się robi te wiszące, chwiejne kładki do wędrowania nad przepaściami w dżunglach. W tym momencie, jak przyszedłem do Lecha, to go poklepałem.
„Dobra, dzięki”. Był zadowolony. Nadepnęliśmy mu na odcisk, ale nam się odkuł. Dziękował.
[01:09:50] - Jeszcze jednej historii ci nie daruję. Ona też była w tym wywiadzie-rzece i też ją zapamiętałem. To historia mówiąca o tym, że Lechu przy całym swoim rozsądku, takim filozoficznym spojrzeniu na świat, potrafił być czasami człowiekiem szalonym, mało rozsądnym. Tu mam na myśli tę historię z tamą. Tobie oddaję głos. Nie będę nic zdradzał.
[01:10:22] - To było zdarzenie pod Rzeszowem. Byliśmy na zjeździe w jakimś ośrodku Lotu stojącym na takiej wysokiej skarpie, a tam była ogromna tama. Z jednej strony jezioro, tak jak ta tama zatrzymała, z drugiej strony tamten i nad tym ten wspaniały wielki hotel Lotu, o ile pamiętam. To był jakiś fandomowy spęd wtedy, kolejny zjazd. Przyjechało chyba z 600 ludzi. Był wtedy jeszcze Krzysiek Borun. Wszyscy tam byli, kto wtedy w Polsce czymkolwiek się bawił w podobnej kolorystyce. Tam była taka weranda. Obrady się toczyły na piętrze. Przed tym piętrem była weranda, na którą wychodzili wszyscy palacze, żeby się poodpalać.
Z tej werandy było widać tą przepaść, tą tamę, taki wachlarz zawinięty tak, jak tamy się buduje. Tego typu. Nie wiem, jak się taki typ nazywa. W każdym razie taki lej, ta ściana wielka. Bardzo miło było. A z drugiej strony było jeziorko śliczne. Ja kiedyś oczywiście się opierdalałem tam, jak obrady trwały, a poleciałem chyba po papierosy do wsi. To też było z 10 kilometrów, ale ja wtedy biegałem, a nie tak jak dzisiaj, że ledwo siedzę. W każdym razie pobiegłem sobie te 10 kilometrów do wsi. Kiedy wracałem z powrotem, to akurat obrady miały przerwy i ta weranda była całym tłumem palaczy zatkana.
A ja sobie biegnę. I tak spojrzałem na tą tamę i pomyślałem: „Cholera jasna, ale jak ja tak jestem rozpędzony, jeżeli pobiegnę tak na skos w dół” — ciężko to opisać — „taką parabolę, pobiegnę po tej ścianie z rozpędu. Na początku mnie pęd, ale potem, jak będę zawijał, to mój pęd przyciśnie mnie do tej ściany. W tym momencie, nabierając z tego rozpędu, zacznę się wspinać w górę na drugą stronę. To mnie wyrzuci po prostu na drugą stronę. Mój własny pęd. A grawitacja mnie dociśnie do tej całej ściany, więc mogę pobiec po tej prawie pionowej ścianie”.
[01:13:17] - To nachylonej, ale tak nie znaczy.
[01:13:19] - Nachylonej, ale nie znaczy. Powiedziałem już, że inteligenci to idioci bardzo często. Powtórzę. Pobiegłem bez zastanowienia. Zacząłem biec po tej całej ścianie. Wszystko się sprawdziło. Ja byłem geodetą z wykształcenia, więc chyba dobrze sobie obliczyłem ten moment pędu i siłę grawitacji. Wszystko bardzo dobrze. Sprytnie sobie biegnę po tej prawie pionowej ścianie i widzę taki jęk. Wszyscy się chwytają za głowy na tej całej werandzie.
Ja spokojnie. Już nabrałem takiej szybkości, bo zbiegałem w dół lekko. Teraz zawijam w górę i wyrzuciło mnie do góry. A oni wszyscy wypadli, bo jak zbiegałem w dół, to myśleli, że poleciałem w dół. Już tam nie było widać tego. Ja wyskoczyłem i taki zadowolony zapalam sobie papierosa, a oni lecą na mnie. „Czyś ty zwariował? Co ty tego?”. Ja im tłumaczę tak jak wam w tej chwili. Tylko że wtedy byłem inteligentniejszy.
Jeszcze tamte siły jakieś przy parabole mogłem opisać. Dzisiaj już tego zapomniałem. W każdym razie wszystkim to opisuję. Wszyscy patrzą w dół na tą całą kamę, a Lechu mówi: „Ty, to rzeczywiście jest niezły pomysł”. I on też, jak inteligent, idiota kolejny, oczywiście buch i błyskawicznie, bez zastanowienia zaczyna biec po tej ścianie. Skoro Żwikiewicz mógł, to on też. Tylko że ja byłem w pumach moich wspaniałych wtedy, a on był w eleganckich półbutach na skórzanej podeszwie. Zaczął błyskawicznie jechać w dół, w tą przepaść. On by prawdopodobnie wyszedł z tego, bo to było cholernie wysokie. Jakby trafił w wodę, to by wyszedł, ale jakby nie trafił na wodę, ale na te filary, które tam jeszcze były, to byśmy go nie żegnali dzisiaj.
W każdym razie wtedy pamiętam, że popisał się absolutną brawurą główny księgowy z fantastyki. Ja mówię główny księgowy, bo on tak wtedy zawsze wyglądał, czyli Maciek Parowski. Cichy, spokojny, który nigdy się w życiu żadną szablą nie machał, nie rozcinał śrub. Nigdy się nie wychylał z żadną sprawnością w ogóle fizyczną, bo był łajzą też z wyglądu. Popisał się błyskawicznym refleksem. Nikt nie zdołał ręką, bo Lechu już leciał w tą całą przepaść. Tylko Parowski skoczył i wyciągnął. Chwycił go za rękę. Parowskiego chwycił za rękę Oramus, ja chwyciłem Oramusa. I tak jak dziadek rzepkę wyciągnęliśmy Lecha.
Ale w każdym razie brawura była u niego natychmiastowa. Polska kawaleria też tak szańcowała, nie?
[01:16:30] - Tak. To właśnie ja od razu powiem, że tę historię Lechu chyba nie chciał pamiętać, bo ją właśnie skomentował, że nie pamięta tego w ogóle. Jeśli nawet tak nie było, to jest bardzo dobrze wymyślone. To tak na marginesie. Wiktorze, czas na jakieś podsumowania. Jakbyś miał powiedzieć, kim dla ciebie Lechu był? Dowiedzieliśmy się, że był przyjacielem, mentorem. Kim jeszcze? Nie wiem. Strzelam w tej chwili.
To raczej tobie oddaję głos. Kim dla ciebie Lechu był?
[01:17:10] - Kiedyś się uczyłem od mamy i taty. Potem się uczyłem od Lecha. Po prostu był moim kolejnym nauczycielem.
[01:17:20] - Ale czego właściwie?
[01:17:21] - Życia w ogóle. On rzadko komentował, raczej się przyglądał. Przyglądał mi się też jak takiej roślince. Rośnie czy nie rośnie? Nie wiadomo. Ale dyskutowaliśmy na wiele tematów i przy nim ja się nauczyłem w ogóle mówić, bo tak jak mu powiedziałem, ja się nigdy niespecjalnie wychylałem i byłem bardzo cichy, wycofany. A przy nim nabrałem odwagi po prostu mówienia, posługiwania się słowem. Dlaczego? Dlatego, bo miałem rozmówcę cholernie życzliwego. Jak siedzisz z kimś gadasz, a ktoś na twoją głupotę, jak ty palniesz, powie: „Idiota” i tak dalej, to nie tak chętnie się rozwijasz.
A jeżeli ktoś jest cholernie życzliwy i się nakierowuje i na twoje uwagi, że tak powiem, celne skinie głową, a chybione też jakoś da przegiąć, z takim się chętnie gada, chętnie rozmawia. A tak to przede wszystkim siedziałem w tych rozmowach i przysłuchiwałem się, jak oni gadają ze sobą. Różni ludzie, którzy u Lecha byli, a tam bywali wszyscy, którzy wtedy w Warszawie byli.
[01:18:54] - Trochę sobie na koniec popsychologizuję. Dla Lecha ogromnym autorytetem był jego ojciec. On we wspomnieniach często przywołuje postać ojca. Ty we swoich wspomnieniach również do figury ojca się odwoływałeś. To też was jakoś łączyło? Mówię, psychologizuję trochę na siłę. Nigdy w tym silny nie byłem, ale rzucam taką myśl. Czy to się może jakoś sprawdza?
[01:19:22] - Może trzeba psychiatrów i współczesnych Freudów powypytywać, na ile ta instytucja ojca dla natury człowieka jest ważna. My awansowaliśmy, mówię o gatunku homo sapiens, z tej małpy. Większość i tak pozostała na tym poziomie, ale część awansowała, niewielka. Dzięki wielu umiejętnościom tego gatunku, między innymi dzięki opiekom nad słabszymi, nad chorymi, nad starszymi, dzięki związkom rodzinnym i tak dalej, dzięki wielu rzeczom. I między innymi być może dzięki przekazywaniu jakiegoś dziedzictwa z ojca na syna. Bo ojciec po prostu jest ważny. Kiedyś był ważny dla wojowników, później był ważny dla rzemieślników, a dzisiaj jest ważny... Dzisiaj to już nie wiem, czy jest ważny. Ale to jest inna bajka.
[01:20:47] - I Wiktorze, tak zupełnie na koniec, gdybyś miał jakoś Lecha pożegnać, to w kilku żołnierskich zdaniach co byś powiedział?
[01:21:03] - Jeszcze jedna taka rzecz, która chyba w tej książce była. Lech kiedyś sam napisał. Lech przez całe życie wiele rzeczy wisiało mu. Nie miał stosunku żadnego do wiary ani do czegokolwiek wielkiego. Tak życie przepływało koło niego. Otóż kiedyś chyba wspominał, nie wiem, czy w tej książce nie wspomniał, a ja to znam z jego opowieści, że on był nie niewierzącym, ale tacy obojętni.
[01:21:49] - Agnostyk.
[01:21:50] - Agnostyk taki. Dokładnie był agnostyk i kiedyś odwiedzając Kraków wlazł na zaplecze ołtarza Wita Stwosza i stał i się gapił na te urządzenia, na mechanizmy, jak to zostało zrobione i tak dalej, przy jakiejś wycieczce. I w pewnym momencie, tak jak mi mówił, to coś go walnęło w łeb. Nie wiadomo co. W każdym razie tam za tym ołtarzem czy pod ołtarzem Wita Stwosza w Krakowie Lech stał się nagle wierzącym człowiekiem.
[01:22:35] - Ja myślę, że to była bardziej skomplikowana sytuacja. Tam jeszcze chodziło o księdza Popiełuszkę. On był jego ochroniarzem. Tam się różne rzeczy działy. Ja myślę, że to jak każdy proces-
[01:22:48] - To była sprawa polityczna. Natomiast to łupnięcie nastąpiło. Lech mieszkał na Żoliborzu, więc to było tam, gdzie miał swój kościół ksiądz Popiełuszko. I tam też wszyscy ludzie, którzy bywali u księdza Popiełuszki. To zbliżenie na pewno następowało, jakoś tam przychodziło, natomiast to tupnięcie odbyło się na pewno tam w Krakowie, pod ołtarzem Wita Stwosza. Cholera wie czemu. Jak mówiłeś, jakbym go pożegnał? Cholera, ja bym go nie żegnał w ogóle. Zaraz się zobaczymy, Lechu, poczekaj chwilę.
[01:24:11] - Teraz, proszę państwa, to, na co spora część słuchaczy „Bibliotekarium 2.0” czeka z utęsknieniem, to znaczy „Filmotekarium”. A w dzisiejszym „Filmotekarium” z Piotrem Cielebiasiem będziemy rozmawiać o serialu „Pierścienie władzy”. To jest serial, który miał bardzo nierówne recenzje. To tak delikatnie mówię, bo to było tak, że przez internet przetoczyła się burza. Jedni wyklinali ten serial i mówili, że absolutnie to w ogóle się do niczego nie nadaje. Inni z kolei chwalili, może nie jakoś tak entuzjastycznie, niemniej nie wytaczali takich ciężkich dział. Jak my podeszliśmy do tego serialu? Okazuje się, że... Posłuchajcie państwo sami. Dzień dobry, wieczór.
Piotrze.
[01:25:09] - Dzień dobry, wieczór. Witam w kolejnym serialowym „Filmotekarium”.
[01:25:14] - No tak. I dzisiaj? Dzisiaj będzie kontrowersyjnie. Nawet nie wiem do końca, jak zacząć, bo tyle złego, co usłyszałem o serialu, który będzie dzisiaj omawiany, to dawno już o żadnym serialu się nie nasłuchałem. A chodzi konkretnie o serial „Pierścienie władzy”. No cóż, to był mój początek. Na razie enigmatycznie, ale na początek wystarczy.
[01:25:44] - Tak, to jest jedna z bardziej kontrowersyjnych produkcji serialowych ostatnich lat. W zasadzie wstęp do „Władcy Pierścieni” wyprodukowany za ogromne pieniądze przez Amazona. Serial trafił do dystrybucji we wrześniu ubiegłego roku i wzbudził skrajne opinie. I to możemy o nim powiedzieć. Wielu krytyków, szczególnie na YouTubie, nie zostawiło na „Pierścieniach” suchej nitki. Czy słusznie? I czego się spodziewać w drugiej części? O tym opowiemy w dzisiejszym serialowym „Filmotekarium”, gdzie rozkładamy na czynniki pierwsze seriale z wątkami horrorowo-fantastycznymi. Rozkładamy seriale, ale tylko latem. Zimą rozkładamy filmy.
Na początek może jednak taka mała polecajka z mojej strony. Jak wiecie, założyłem sobie niedawno kanał, więc możecie go odwiedzić i posłuchać tam o UFO historii, a on się właśnie „UFO Historie” nazywa. Ale Marku, nim przejdziemy do omówienia serialu, to ja bym ci chciał zadać takie dwa pytania. To też będzie kontrowersyjna kwestia. Może dla wielu osób obrazoburcza, ale nie ma wątpliwości, że Tolkien wielkim pisarzem był. Ale nie masz wrażenia, że to współczesne fantasy za mocno na nim bazuje? To znaczy, można nawet dojść do wniosku, że nie byłoby fantasy współczesnego, zarówno tego, które jest wyrażane przez świat gier, ale też literatury, bez Tolkiena. Bez Tolkiena nie powstałby na przykład „Wiedźmin”. Bez Tolkiena nie powstałyby seria „Heroes” i dziesiątki innych związanych ze światem fantasy.
[01:27:22] - Odpowiem tak rozważnie. Na dwoje babka wróżyła. Bo tak. To prawda. Wymieniłeś tytuły, które w jakimś stopniu do „Władcy Pierścieni” i w ogóle do twórczości Tolkiena nawiązują. Ale ja nie o to mam pretensje albo nie za to chwalę Tolkiena, że bazowały na nim produkcje, które się ostały. Bo „Wiedźmin”, bo te pozostałe tytuły jakoś funkcjonują w jakimś stopniu. Bo znowu mówimy o mechanizmach władzy. Kiedy sobie pomyślimy o całej epopei napisanej przez Martina, a później zekranizowanej, oczywiście tych sezonów, to nawet straciłem rachubę, ile było. Jednak kiedy o ten tron sobie walczyli, to jednak w jakimś stopniu nawiązywało, może nie bezpośrednio, nawet zupełnie niebezpośrednio, ale samo śledzenie meandrów władzy, spisków i tak dalej, toczonych, tu cudzysłów, w takim fałszywym średniowieczu, to rzeczywiście w jakimś stopniu nawiązuje do twórczości Tolkiena.
Jeśli się krzywię przy omawianiu fantasy, to krzywię się, kiedy mowa jest o takim fantasy produkowanym seriami na kopy w dziesiątkach tomów. Bo to się stało pewnym przekleństwem, moim zdaniem, literatury fantasy. Nie to, że został zbudowany pewien świat, pewien sposób narracji, ale to, że ludzie próbując nawiązywać do Tolkiena, do pewnej atmosfery, do pewnej wiedzy, do pewnych sposobów opowiadania, jakie może nie tyle stworzył, co przejął i eksploatował Tolkien, to ludzie próbując do tego nawiązać, niestety zaczęli tworzyć potworki. Ja specjalnie nie będę wymieniał takich wielgachnych cyklów, które się gdzieś dzieją w jakichś królestwach. I wiecie państwo, to w sumie u mnie na półce w tej chwili, kiedy mówię do państwa, stoi kilka takich serii. Przy niektórych poległem po prostu, bo nie byłem w stanie tego czytać. Bo to jest miałkie. To jest opowieść o tym, że sobie wędruje rycerz albo samotnie, albo z drużyną. Wędruje przez ten świat, tu kogoś łupnie, tam kogoś strzeli w ucho, tu kogoś przebije mieczem i sobie idzie, coś zdobywa, gdzieś przechodzi i wszystko się kończy dobrze albo niedobrze. To wtedy można napisać następną część.
Marudzę, ale chodzi tak naprawdę o to, że to trochę intuicyjnie postępuje. Fantasy jest bardzo nierówne. Fantasy da się podzielić na literaturę, nie chcę nadużywać słowa wybitną, ale taką po prostu dobrą, taką gęstą od znaczeń i która przemawia do czytelnika. Tuż obok, gdzieś oddzielona bardzo cienką granicą stoi literatura fantasy, której ja nie mogę przełknąć, w której ludzie biegają z mieczami. Nie wiadomo po co oni z tymi mieczami biegają. Toczą jakieś bitwy. To w ogóle nie jest interesujące, bo to już czytałem 15, 16, jeśli nie 40 razy. I to jest taka literaturka robiona troszeczkę pod zamówienie ludzi, którzy ciągle chcą czytać to samo. Ja w literaturze tego nie szukam. Szanuję, może nie przesadnie, ale rozumiem, że jest taki typ czytelnika, który ciągle chce czytać to samo i właściwie na pewno nie trzeba mu płodozmianu.
Czyli on nie oczekuje tego, że będzie inaczej. Wręcz przeciwnie, ma być tak samo. Ma być kolejny książę, kolejny rycerz, kolejna wróżka, czarownica i tak dalej. To się ma jakoś splatać i w ogóle ma być fajnie. Ja mam trochę inne oczekiwania. Nie twierdzę, że lepsze. Po prostu ja lubię być w literaturze zaskakiwany, ale nie tym, czy rycerz wyskoczy z lewej, czy z prawej strony, albo czy wyskoczy zza skały, czy zza drzewa, bo to nie jest zaskoczenie, ale lubię być zaskakiwany pewną opowieścią. I ja wiem, że Campbell twierdzi, że tak naprawdę cały czas opowiadamy tę samą historię. Zawsze to jest podróż bohatera, szczególnie w literaturze fantasy. Podróż albo odbyta rzeczywiście w sposób taki fizyczny.
Czasami jest to podróż odbyta w świecie ducha, ale zawsze jest to pewna podróż, pewna przemiana. Bohater na końcu opowieści jest inny niż na początku. To takie typowe, wręcz podstawy pisania opowieści, która może być wciągająca. Podsumowując tę nieco przydługą mowę: literatura fantasy jest bardzo nierówna. Są tytuły, które bardzo cenię, za które dałbym się pokroić, ale jako całość to literatura fantasy niestety mnie odrzuca. Mówię jako całość. Z tej literatury wybieram sobie rodzynki i tam naprawdę, dobrze powiem to, nawet są arcydzieła.
[01:33:35] - Podobnie jest z grami komputerowymi. To znaczy historie czasami fajnie przeniesione na grę. Już w momencie, kiedy na przykład zanurzamy się w kampanię i poznajemy całą otoczkę, wiecie, one zrobią się mniej ciekawe. Ja do fantasy mam taki stosunek deczko negatywny. To znaczy wydaje mi się, że to jest w tym głównym nurcie, w całości oczywiście, dość infantylne i proste. I ta prostota sprawia, że te potworki się rodzą. Bo wystarczy połączenie romansu rycerskiego z jakimś bestiariuszem i już w zasadzie każdy może to fantasy pisać. Przekleństwo Tolkiena nad fantasy wisi niemiłosiernie.
[01:34:18] - Tak, Piotrze, przerwę ci. Ja się absolutnie z tobą zgadzam, tylko ta łatwość to jest pozór. Bo przecież właśnie Tolkien nie mieszał romansu rycerskiego z bestiariuszem, tylko miał głęboką wiedzę dotyczącą tych spraw, o których pisał. On pewne kultury, pewne tradycje, pewne wyznania, pewne bestiariusze śledził jako naukowiec i on w tym siedział bardzo głęboko. I ułudą jest takie przekonanie wielu bardzo młodych piszących, że właśnie da się pomieszać to, o czym powiedziałeś i jakaś tam książka powstanie, będzie sobie biegał ten rycerz, będzie fajnie. Jakiś potwór na niego wyskoczy, to się go pałą albo mieczem. Nie, proszę państwa, to jest pozór, to się nie uda, nie może udać, a w każdym razie część czytelników to odrzuci i odrzuca. Ja też się spotykam z ludźmi, którzy mówią: „Nie, nie czytam fantasy, bo jest infantylna. Wolę inne gatunki. Ale niektóre wybrane pozycje z fantasy przyjmuję, biorę, są po prostu moje”.
Właśnie ta ułuda łatwości, to parcie przez niektórych do pisania za wszelką cenę. Bo, Piotrze, żeby napisać dobry współczesny kryminał, trzeba mieć jakąś minimalną wiedzę, o czym się pisze. Żeby napisać książkę science fiction, to science, nawet jeśli jest przyszłościowy, to chociaż odrobinę tego science w głowie trzeba mieć. Inną gatunkowo literaturę, to trochę trzeba wiedzieć o rzeczywistości. Fantasy stwarza pozór, że nic nie trzeba wiedzieć, jak mieczem się macha albo coś tam i właściwie można tworzyć dowolne fabuły. To jest naprawdę ułuda. To się po prostu nie uda, że tak sobie zrymuję.
[01:36:24] - Tak. Poza tym mieliśmy bardzo dużo produkcji. Wiesz, od „Warcraftów”, które są głęboko oparte na Tolkienie, po inne. Na przykład była taka seria francuska, która po polsku się nazywała „Kroniki Czarnego Księżyca” i to na pozór było banalne, ale stworzono z tego zarąbistą grę. Ale nie o grach dzisiaj mówimy. Marku, druga sprawa. Nie wiem, czy przesuniesz sobie odpowiedź na koniec, bo to też jest bardziej taka klamrowa odpowiedź, ale „Władca Pierścieni”, „Hobbit” też poniekąd to są zjawiska kulturowe, klasyki same w sobie. I teraz, czy dopisując do tego nowe rozdziały, twórcy nie zaryzykowali już na samym początku, że wchodzą na bardzo cienki lód i że ewentualne niedoróbki czy „nadróbki” nie zostaną im wybaczone przez fanów? To jest tak, jak z nowymi częściami „Gwiezdnych Wojen” albo z dokręcanym prequelem do samych swoich. Czyli nie ruszać kanonicznych dzieł, bo ten efekt końcowy może bawić, ale też może niektórych obrazić.
Czy twoim zdaniem wzięli to pod uwagę twórcy „Pierścieni władzy”? Czy oni wiedzieli, co robią? Sądząc rzeczywiście po pierwszym sezonie, bo tylko ten jest dostępny.
[01:37:46] - Nie jest prosta odpowiedź na tak postawione pytanie, bo śledząc serial doszedłem do wniosku, że oni starali się bazować na tym, co pozostało po Tolkienie. Bo pamiętajmy, że „Władca Pierścieni”, czy też „Hobbit” to nie są jedyne książki umieszczone w tym uniwersum i trochę informacji, na bazie których zbudowano serial „Pierścienie władzy” zaczerpnięte z różnych pozycji. One się pojawiają w tych pozycjach i na tej bazie próbowano coś ulepić, zbudować. Dlaczego mam problemy z odpowiedzią na te pytania? Moje zdanie sobie zostawię na później. Fani twórczości Tolkiena bardzo szybko wychwycili, że w serialu, o którym dzisiaj mówimy, sporo rzeczy nie zgadza się z tym, o czym pisał Tolkien. To są rzeczy tak szczegółowe, że nie będę nawet udawał, że o wszystkich wiem, bo nie wiem, ale z dużym zaciekawieniem czytałem komentarze i śladem sprawdzałem. I bardzo często ludzie, którzy wsiąkli w świat tolkienowski mają rację wyciągając pewne niedoróbki w treści filmu, pewne rzeczy, które się omsknęły. Ale się tak drapię w głowę w tej chwili, bo przecież sama trylogia sfilmowana też odchodziła w niektórych momentach od tolkienowskiego pierwowzoru. Jak dobrze poszukacie na YouTubie, znajdziecie, moim zdaniem, świetny film, który dokładnie, ale to chyba trwa dwie godziny, pokazuje jak bardzo różni się trylogia książkowa i trylogia filmowa, jakie są pomiędzy nimi różnice.
I tych różnic jest w gruncie rzeczy całkiem sporo. Niektóre wynikają, polegają na tym, że pewne wątki pominięto. Niektóre odwołują się do tego, że pewne wątki troszeczkę zostały nagięte, przegięte, dogięte. To sobie państwo wybierzcie. Ja nie jestem specjalistą od Śródziemia i w ogóle od spraw, które są poruszane na forach, ale czytałem to z zainteresowaniem. To świadczy o tym, że są ludzie, którzy się wyspecjalizowali w świecie tolkienowskim, którzy naprawdę wiedzą bardzo dużo na ten temat. Co więcej, wiem, co mówię, bo mam w rodzinie, i to takiej najbliższej, młodego człowieka 16-letniego, który jak mi zaczął rzucać nazwami, opowiadać kto, gdzie, z kim, po co, dlaczego i tak dalej przemaszerował. Byłem w ciężkim szoku, bo ja, który wyczytałem to wszystko do gruntu, on potrafił mi o tym powiedzieć. Zatem mamy sytuację taką, że ludzie bardzo dobrze śledzili to, co się pojawiło w postaci serialu i wyciągali, zostanę przy słowie błędy. Niech to będą błędy.
I to jest pierwsza część, o której chciałem powiedzieć. Druga natomiast, ja ten serial oceniam też jako pewną opowieść i biorę w nawias te niedoróbki, które zarzucają miłośnicy Tolkiena i biorę to w pewien nawias. Jako opowieść ten serial się sprawdza. Tu też pewne zastrzeżenie. On się sprawdza, tylko on się bardzo wolno rozkręca. To znaczy na początku to się ciągnie i ciągnie. Jest osiem odcinków w pierwszym sezonie. Każdy odcinek ma ponad godzinę. I ta akcja na początku tak się toczy, nie przyspiesza, bo po co? Bo mamy jeszcze dużo czasu.
I w pewnym momencie ona wreszcie rusza i jest okej. Co więcej, ja państwu zdradzę jeszcze jedno. Straszna miała być to tajemnica, ale nie zostanie tajemnicą. Ten serial jest inspirujący, ale inspirujący w taki dziwny, pokrętny sposób. Ja po prostu oglądając czyjąś historię w głowie dorabiam sobie różne rzeczy i w ten sposób serial fantasy posłużył mi. Wyciągnąłem sobie kilka wątków z niego, przerobiłem po swojemu. Co więcej, przefiltrowałem to wszystko i nagle pojawił mi się pewien wątek do powieści z gatunku space opera. On w niczym nie przypomina tego, co się działo w serialu, ale serial był mnie w stanie zainspirować. Dzięki temu serialowi wymyśliłem pewną rzecz. To też jest pewna wartość.
Jeżeli serial potrafi- Potrafi skłonić cię, szanowny oglądaczu, do ułożenia własnej historii, do przetrawienia tego, to znaczy, że on jakąś rolę spełnia. Ale jak państwo zauważyli, ta moja odpowiedź jest rozdzielająca. Ja do końca nie potrafię dzisiaj powiedzieć, czy to jest dobry czy to jest zły serial. Z punktu widzenia tych ludzi, którzy są wiernymi fanami Tolkiena, to jest zły serial, bo pewnych rzeczy po prostu nie przestrzega. Z punktu widzenia ludzi, którzy lubią szybką akcję, to jest taki sobie serial, bo on dopiero w pewnym momencie przyspiesza. Z punktu natomiast opowiedzianej historii, ja bym go bronił.
[01:44:04] - Ja też gdzieś się stawiam na takim dalekim środku pomiędzy wiernymi fanami Tolkiena, którzy cytują rodowód każdego władcy i co on tam zrobił, a twórcami na przykład „Hobbita", którzy w ostatniej części zdemolowali to dzieło. To były obrazy, to był policzek dla całej ekipy tolkienowców tak naprawdę. Nigdy się nie powinno to ukazać. Przejdźmy może jednak do oceny tego serialu, bo oceniamy te seriale sobie w taki charakterystyczny sposób, że każdy z nas podaje na przykład jakieś plusy ujemne albo minusy dodatnie w liczbie trzech lub więcej. Ja tylko dodam jeszcze, że pierwszy sezon „Pierścieni władzy" miał osiem odcinków. Emisja kolejnego, również ośmioodcinkowego cyklu przewidziana jest na rok 2024. W dużym skrócie rozgrywa się to wszystko na tysiące lat przed wydarzeniami ukazanymi w „Hobbicie" i „Władcy Pierścieni", jeszcze przed wykłuciem tytułowych pierścieni, z których jeden oczywiście miał Frodo. Ale ponieważ opowieść dotyczy istot niebędących ludźmi, długowiecznych, to mimo tych tysięcy lat mamy do czynienia z bohaterami znanymi z oryginału. Na przykład z Galadriel, tak? Ale przejdźmy do rzeczy.
Przejdźmy, Marku, do tych naszych minusów i plusów. To może ja zacznę. Pierwszy minus „Pierścieni władzy": zbyt duża ilość wątków. Według mnie jest ich za dużo. Prócz tych głównych związanych z Galadriel i zasadniczymi wydarzeniami mamy też wątki poboczne i to momentami boli. Co prawda pewnie gdzieś tam w drugim, trzecim sezonie one się nam wszystkie poprzecinają i ułożą w jakąś opowieść. Natomiast teraz jest tak, że mamy tych historii mnóstwo. One są osadzone w bardzo rozległym świecie i poznajemy historię na przykład pani zielarki i czarnoskórego elfa, historię miłosną, która mówi o jakimś tam mezaliansie, a potem w tej historii pojawia nam się wątek poboczny. Kolejny wątek dodatkowy, podwątek o jej syna, który coś tam znalazł. Albo mamy Isildura i jego wątek ogólny, który się rozłamuje na jego wątek miłosny.
Jest tego, powiem ci, za dużo. Za dużo jak na nerwy przeciętnego zjadacza seriali, bo to nam się po prostu toczy, tak jak powiedziałeś, toczy, toczy, wskutek czego ten główny problem nam się rozjeżdża. Główna oś tego staje się taka mętna, że my mamy tam historię. I najgorsze w tym wszystkim jest to, że te opowieści poboczne nie wciągają. One są bardzo naiwne z mojego punktu widzenia. Nawet powiem szczerze momentami niepotrzebne absolutnie. Można dojść do wniosku, że skoro to wszystko się będzie tak przeciągało, to „Pierścienie władzy" będą trwały dekady, zanim my dojdziemy do końca. Nie wiem, co ty o tym powiesz.
[01:47:16] - Ja nie mam takiego wrażenia. Uważam, że te wątki poboczne są potrzebne. Powiem to prosto: one właśnie są przeciągane. Gdyby montaż tego filmu, a zatem też scenariusz do tego filmu, do tego serialu był napisany tak, jak ja bym sobie to wymarzył, to rzeczy by się toczyły szybciej. Być może to przeszkadza tobie w śledzeniu, że nie dość, że jest dużo wątków, to one się ślimaczą przede wszystkim. Mdle, nie mdle. To pewno będzie można ocenić z perspektywy. Ale one się ślimaczą. I my oczywiście jesteśmy wyposażeni w wiedzę, bo tak jak powiedziałeś, Piotrze, serial toczy się w Drugiej Erze Śródziemia, więc na tysiące lat przed tym, co pojawi się we „Władcy Pierścieni". Pierścień, o który chodzi w głównej trylogii, jeszcze nie został wykuty.
W samym serialu widzimy wykucie trzech pierścieni, ale trzech pierścieni elfów. To, że one się różnią od tego pierścienia, którym później opiekował się najpierw Gollum, a później Frodo, oczywiście różnią się, ale ciekawe jest to, że my nagle spotykamy być może przyszłych hobbitów. Przecież ewidentnie te ludki małe, które trochę koczowniczy tryb życia prowadzą, to gdzieś tam za tysiące lat wypączkuje to wszystko pewno w przodków tych małych ludzi o owłosionych stopach. Więc mamy jeden wątek. Jak ktoś zna całe Śródziemie, a w każdym razie pewne wątki ze Śródziemia, to się bawi nieźle. Natomiast cały czas zostaje to, co podkreśliłeś, że to się toczy zbyt wolno. Moim zdaniem temu serialowi przeszkadza właśnie takie parcie na to, żeby zrobić milion sezonów „Pierścieni władzy”. Ja bym wolał, żeby oni zrobili tych sezonów trzy, cztery, ale żeby to wszystko toczyło się szybciej. Tak samo, kiedy obserwujemy pewną gwiazdę spadającą na niebie i najpierw podejrzewamy, że przybywa nią zło, później się okazuje, że to zło jest gdzie indziej. Za dużo gadam.
W każdym razie bawimy się nieźle, wiedząc o tym, co się wydarzy wiele tysięcy lat później. Bawimy się nieźle, patrząc, jak się rodzi to, co później będzie ważne we „Władcy pierścieni”. To jest ten element, który może przyciągać. Natomiast skoro jesteśmy przy złych rzeczach i ty powiedziałeś o tych złych rzeczach, ja się z tobą zgodzę. Moim zdaniem ten serial idzie na rekord sezonów. Żartuję, ale w każdym razie ma duże szanse. Tym bardziej że amerykańskie sieci streamingowe mają taki paskudny zwyczaj kasowania seriali. Ja się boję, że w pewnym momencie oglądalność „Pierścieni władzy” spadnie i tak zostaniemy z ręką w nocniku. Oni po prostu przerwą i historia zostanie niedokończona, bo ona wyraźnie — to widać po końcu pierwszego sezonu — rozpisana jest na wiele sezonów. I żeby ona się mogła skończyć i dopiąć, i rzeczywiście stanowić punkt wyjścia później do tego, co się dzieje we „Władcy pierścieni”, to tych sezonów będą musieli natrzaskać całkiem sporo, jeśli to się będzie toczyło w tym tempie, w jakim toczy się w sezonie pierwszym.
I tu rzeczywiście nie sposób się, Piotrze, z tobą nie zgodzić. Ja też to odbieram jako minus tego serialu, że nie wiem, czy to scenarzysta, czy to reżyser, ktoś tam zapałał chęcią, że zrobimy dużo sezonów. To może być, po pierwsze, złudne. Tak jak powiedziałem, mogą skasować serial. Po drugie, to niestety nie zachęca ludzi przyzwyczajonych do współczesnego kina, w którym pewne rzeczy dzieją się szybciej. Ja kiedyś, proszę państwa — teraz robię sobie taką wycieczkę na bok — próbowałem oglądać filmy sensacyjne z lat 70. i 80. To się daje obejrzeć, ale pod względem pewnej dynamiki zupełnie nie umywa to do tego, co się dzieje w serialach sensacyjnych, serialach akcji robionych współcześnie. My siłą rzeczy przyzwyczajamy się do pewnego sposobu narracji i już ciężko jest nam przyjąć ten starszy sposób opowiadania. Więc zgadzam się z tobą, Piotrze.
To jest serial, który toczy się zbyt wolno.
[01:52:27] - Tak. Może gdyby bardziej wciągające były te wątki poboczne, gdyby chodziło o coś bardziej strasznego, fantastycznego i tak dalej. Tutaj natomiast one są dość mdłe i będę bronił tej mojej opinii, że to w dużej mierze jest w pierwszych sezonach, odcinkach serial obyczajowo-miłosny z wątkiem fantastycznym tak naprawdę. Przypomina nieco też takie te seriale oparte o intrygi. Intrygi pałacowe. Tego też jest sporo, ale nie będę tego rozwijał, bo może jeszcze będzie jakaś sposobność, żeby o tym powiedzieć. Czekam na twój plus o minus.
[01:53:16] - Plus o minus? Dobrze, zostanę jeszcze przy minusach. Mnie nie do końca przekonuje obraz tego królestwa na wyspie. Myślę, że jeśli się pojawiają zarzuty odnośnie scenografii, bo na różnych forach internetowych pojawia się sporo zarzutów, że człowiek odpowiedzialny za kostiumy, za scenografię chyba podkradał coś. Nie, to już jest właściwie oskarżenie. Że po prostu zrobił to źle. Mnie aż tak bardzo to nie przeszkadzało. Niemniej powiem ci, że jeśli miałbym wytypować najmniej przekonujący wątek, to królestwo, które właśnie jest na tej wyspie, do którego trafia nasza elfka wojowniczka i tajemniczy mężczyzna, który być może jest królem krainy południa, a być może nie, którego los łączy na środku morza, czyli naszą elfkę i tego człowieka. Oni tam trafiają. Tam są takie wątki związane z człowiekiem, który dowodzi flotą.
To się trochę „Na Strażnicy Morza” i tak dalej. To mi się wydaje mdłe. Oczywiście to jest potrzebne dla całej fabuły filmu, jest to niezbędne, ale te fragmenty filmu oglądałem bez przyjemności, bo i to królestwo było jakieś takie mdłe, i te problemy, które oni mieli. Nienawidzili elfów na przykład. Mieli prawo, oczywiście. Tylko tak do końca to my nie wiemy, dlaczego oni ich tak nienawidzili i tak dalej. Cóż, to byłby taki minus, minusoplus. Później rozumiem, że przejdziemy do plusominusów, ale zaciemniam. W każdym razie, jeśli miałbym się wykrzywiać, to właśnie na to królestwo. Nie podobał mi się ten wątek.
Nie to, że nie powinien istnieć, tylko myślę, że był niedopracowany. Nie lubię go.
[01:55:54] - Tak, zgadzam się tutaj. Niestety się zgadzam. Zaraz może do tego przejdę w swoim kolejnym plusominusie. Natomiast co mnie troszeczkę odrzuciło od „Pierścieni władzy”? Nieepickość i idące z nią zadęcie. Na czym to polega? Otóż nie jest to widowisko epickie. Może ono w tym kierunku zmierza, natomiast czegoś takiego tam brak. Nie czujemy atmosfery zbliżającej się grozy ani wielkiego konfliktu tak naprawdę. Stąd trzeba było dodać jakoś w tej historii powagi poprzez jakieś wątki bohaterskie wskazujące na rangę uczestników tej opowieści.
I mamy bardzo dziwne kreacje udowadniające nam taką starą prawdę chyba, którą powiedział Napoleon, że od wzniosłości do śmieszności tylko jeden krok. I oczywiście tutaj mój główny zarzut o zadęcie skierowany jest w stronę Galadrieli. Owszem, nie gra ta aktorka człowieka. Może elfy są takie zimne i mechaniczne, ale na Boga, to jest główna bohaterka. I czasami ta śmieszność pojawia się też u innych bohaterów, właśnie u wspomnianych wyspiarzy. I nie wiem dlaczego, powiem: strasznie mierził mnie ten wątek Isildura i jego ojca. Kiedy oni pokazali te szkolenie wojskowe tych marynarzy i te hasła motywacyjne rzucane: „Morze ma zawsze rację”, to ja powiem ci szczerze ukisłem. Powiedziałem, że tu już nic dobrego się nie wydarzy. Także to zadęcie i ten brak epickości to mój drugi minus.
[01:57:33] - Tak, to prawda. Coś z tą epickością szwankuje. Ona troszeczkę próbuje być podkręcana wątkiem tego przybysza z gwiazd, który jest może dobry, może zły. Powiem tak... Ale dobrze, to będzie do plusów. Jeszcze może powiem o minusach. Myślę, że niesłychanie antypatyczną i głupią w gruncie rzeczy postacią jest król elfów. On mnie kilka razy doprowadził wręcz do... wygłaszając różnego rodzaju tyrady, głupie i w gruncie rzeczy prostackie, gdzie on pouczał zarówno naszą uroczą, jasnowłosą elfkę, która była wojowniczką i która wiedziała. Różnych rzeczy mogła nie wiedzieć, ale o co chodzi w fachu wojennym wiedziała, a on ją pouczał.
To trochę tak, jak Kin-Nirsen albo jego następcy pouczają stolarzy, jak mają heblować, a pisarzy, jak mają pisać, a rolników, jak mają obsiewać. Tak ten król elfów z racji tego, że był królem, opowiadał różnego rodzaju dyrdymały. Opowiadał je na początku, w pierwszych odcinkach, ale opowiadał je również pod koniec, kiedy tam się rzecz już opiera o wykucie owych pierścieni. Chociaż na początku nie wiadomo, że chodzi o wykucie pierścieni, bo może jakąś koronę albo coś takiego. I tenże król pierdzieli. To są długie wątki pewnych dialogów, chociaż one właściwie są prawie monologami tego króla i on nic mądrego nie mówi. To troszeczkę jakby słuchać takiego trepa z czasów PRL-u. On tak pierdzieli, pierdzieli, zamiast mówić, że morze ma zawsze rację, jak tam pierdzielili w tym wątku wyspiarskim, tak on różne takie kocopały, takie komunały sadzi. To wszystko jest bardzo podniosłe, ale to na kilometr śmierdzi głupotą. Aż się dziwię, że rozmawiający z nim jego pobratymcy nie są w stanie...
Rozumiem, że nie są w stanie królowi powiedzieć, że jest idiotą, ale jakoś zasugerować przynajmniej, że może się myli, to mogliby. Ja rozumiem, że rzecz jest dramatyczna. Opiera się o to, że elfy być może wyginą, że jest poważne niebezpieczeństwo, ale wsadzamy gościa, który pierdzieli i pierdzieli, i bez końca pierdzieli po prostu. Ja tego nie mogłem oglądać. To był taki wątek drugi po tej wyspie, który w jakiś sposób doprowadzał mnie jednak do szału. Wiem, że przyczepianie się do postaci filmowej, do postaci fikcyjnej, która jest tam obsadzona, to może nie jest najbardziej subtelna ocena, na którą byłoby mnie stać. Niemniej jednak ten wątek zdrażnił mnie do tego stopnia, że musiałem o nim powiedzieć.
[02:00:49] - Tak. Ja tutaj wrócę teraz do mojego minusa numer trzy. On się wiąże też z tym, co już powiedziałeś. Ja to określam jako herkulesowatość. Pod tym oryginalnym terminem rozumiem tendencję twórców kina fantasy do zmierzania w stronę takiego bardzo ujednoliconego sposobu przedstawiania świata. I taki miks stylistyki antycznej ze średniowieczną mamy w „Pierścieniach władzy". Jeżeli chodzi o jakieś bardziej fikuśne postacie, to się pojawiają zaczerpnięcia z tej orientalnej stylistyki. Oglądając „Pierścienie" mam wrażenie, jakbym oglądał po prostu trochę „Herkulesa" z Kevinem Sorbo albo „Xenę: Wojowniczą księżniczkę". Momentami jest mi trudno po prostu sobie uświadomić, że to jest jednak inne uniwersum, bardziej magiczne, to takie na wyższym poziomie. To nie są żadne amerykańskie głupoty.
To jest przecież coś, co się opiera o Tolkiena. A tutaj bach, wszystko jest tam bardzo podobne, nieoryginalne. Chociaż wyprodukowane za ogromne pieniądze. Świat przedstawiony nie zachwyca, wydaje się mało oryginalny, nie chce się tam być. Jak sobie przypomnisz "Władcę Pierścieni", kiedy się pamięta wiele miejsc, na przykład wioskę elfów, domy hobbitów. Przepraszam, nie wioskę elfów, tylko królestwo elfów czy też domki hobbitów, w których każdy by z nas z chęcią zamieszkał, to mamy jakieś wspomnienia. A tutaj jest zupełnie inaczej. To nie przyciąga absolutnie.
[02:02:27] - Bo tu hobbici są na razie ludem koczowniczym.
[02:02:33] - Natomiast nie ma wrażenia, że jesteśmy w Śródziemiu, tylko w jakiejś kolejnej tandetnej produkcji. Może to jest taki wymóg i to jest specjalnie zrobione, bo amerykański widz czegoś takiego wymaga. Natomiast dla mnie to jest chłam straszny, trudny do zaakceptowania. I w tej wersji wizualnej mnie pierścienie zawodzą na całego. Jest tylko kilka scen, które mogą wzbudzić zaciekawienie. I ten film przede wszystkim nie buduje klimatu. Po pewnym czasie to się wszystko wydaje podobne. Jesteśmy w tak rozbudowanym uniwersum. Niektóre rzeczy powinny się od siebie różnić stylistycznie, nie powinny być tak ujednolicone. A tam pomimo tej dużej dawki politycznej poprawności nie zadbano mimo wszystko o elementy, tak jak dekoracje.
To wszystko jest na jedno kopyto. Tak jakbyście "Herkulesa" oglądali, tylko w innym wydaniu. Trochę inne.
[02:03:35] - Troszkę lepsze. Nie przesadzaj, Piotrze, to jest herkulesowatość, zgadzam się. Ale aż tak tandetne jak w "Herkulesie" nie jest, co nie znaczy, że jest dobre.
[02:03:50] - Tak samo jest w "Wiedźminie". To wszystko jest na jedno kopyto, to się niczym nie różni. To robią prawdopodobnie jedne osoby albo takie, które są ze sobą blisko związane. I to widać także w scenach walki. Słabe to jest. I ten brak napięcia jest chyba elementarnym, głównym minusem tego serialu.
[02:04:15] - To co? Teraz chyba porozmawiamy o plusach. O plusach ujemnych. Pomimo tego, że ten serial się toczy i toczy, to albo ja jestem taki naiwny, ja się jednak dałem zwieść co do tego, kto jest dobry, kto jest zły, kto tak naprawdę jest — oczywiście tego nie powiem — Sauronem, przyszłym Sauronem. W każdym razie komu się tam marzy tego rodzaju aktywność. Dałem się zwieść i myślę, że to zrobili dosyć sprawnie, ale żeby to poczytywać za zasługę wielką, to nie przesadzajmy. To po prostu jest odpowiednia manipulacja. Powiem drugi plus: jest kilka fajnych krajobrazów w tym filmie. Ale umówmy się, proszę państwa, w dobie współczesnej kinematografii wykreowanie na CGI różnego rodzaju budzących pewien zachwyt krajobrazów to nie jest wielka sztuka i chyba nie tego oczekujemy po serialu fantasy, żeby nas czarował widokami. Tym bardziej, że jak sobie państwo porównacie widoki z oryginalnej trylogii "Władca Pierścieni", to jeszcze trochę brakuje.
Natomiast rzeczywiście w samym serialu kilka takich fajnych widoków się pojawia. Na bezrybiu i rak ryba, więc trochę i to można uznać za plus.
[02:06:11] - Nie wiem, czy ja mam plusy, szczerze mówiąc. Nie uważam, że to jest aż tak złe. Natomiast plusem tego serialu dla mnie jest to, że tą historię, kiedy bym sobie wyobraził albo kiedy bym ją przeczytał, to byłaby w pełni akceptowalna.
[02:06:32] - Zgoda, pełna zgoda, Piotrze.
[02:06:35] - W takiej wersji, jak ona jest przedstawiona, to jest po prostu nudna. Nudna, momentami wręcz odpychająca. Czy to jest złe? Nie, to nie jest złe. Natomiast jak na produkcję tego kalibru należałoby się spodziewać czegoś więcej. Prosta sprawa. Każda produkcja fantasy tworzy klimat. Jeżeli go nie tworzy, to lipa, jest źle. Tutaj klimatu nie ma, niestety. Sami wiecie, niektóre gry, niektóre stare gry osadzone w klimacie fantasy taki klimat tworzyły.
Czym? Nie wiem. Historią, bohaterami. Tutaj to wszystko zawodzi. Zawodzi także na takim... Ja już chyba powiedziałem o tym, że z jednej strony jesteśmy w Śródziemiu, w krainie, która jest magiczna, która ma się różnić od naszej rzeczywistości, a z drugiej mamy dość siermiężną rzeczywistość przedstawioną jeszcze w taki sposób, który budzi wiele wątpliwości. Połączone jest to wszystko z tym, co powiedziałem, z tym nachalnym patosem momentami. Już ja miałem problem naprawdę przy tych ostatnich odcinkach, żeby to wszystko traktować poważnie. Plusem natomiast może być też to, że w pewnym momencie możemy się zorientować, że to tak naprawdę jest zupełny wstęp Problem tylko w tym, czy oni zdołają się zebrać ze swoimi mocami produkcyjnymi, żeby stworzyć drugi sezon tak atrakcyjny, żeby zachęcić tych malkontentów wszystkich, którzy się odezwali w pierwszej części. Bo tak naprawdę tych osiem odcinków to jest dopiero wstęp do czegoś.
Tam mamy opowiedzianą historię, która jest momentami mdła, momentami trochę zatęta, ale mimo wszystko to się jakoś klei. Jeżeli im się to uda w tej drugiej części, a nie wiemy, czy się uda, bo to dopiero wejdzie, to myślę, że dopiero wtedy będziemy mogli ten serial ocenić. To jest chyba plus, ale powiem ci jeszcze jedną rzecz. Może to zabrzmi dla ciebie i dla wielu jak herezja, ale jeżeli idzie o „Władcę Pierścieni”, to moją ulubioną wersją jest bodajże ta z 1978 roku, zrealizowana w mieszanej, częściowo animowanej technice, bo ona zostawia dużo dla wyobraźni. Poza tym jest mroczna, miejscami przerażająca. „Pierścienie władzy” przerażające nie są. Wręcz przeciwnie. Brak tam wątku horrorowego. On oczywiście we „Władcy Pierścieni” jest obecny, ale to jest już zupełnie inna kwestia. Trzeba ją oceniać z innej perspektywy.
Powtórzę w zasadzie to, co powiedziałem: wolałbym przeczytać historię „Pierścieni władzy” niż to oglądać.
[02:09:16] - Tak, chyba masz rację. A ja w tak zwanym międzyczasie przypomniałem o jeszcze jednym minusie. On jest w sumie bardzo podobny do tego ostatniego, który poruszyłem odnośnie władcy elfów, bo podobnie denerwującą postacią jest władca krasnoludów. Ja wiem, że to jest pochwała sklerozy, czyli jak już jest stary władca, to musi być koniecznie idiotą. I tu mamy z tego rodzaju sytuacją do czynienia i w dodatku obudowaną takim: „Ohoho!”. To wszystko trzeba obudować pewnym mistycyzmem albo w każdym razie takim uzasadnieniem, że my elfów nie lubimy, w związku z tym nie będziemy i wywalamy elfa czy półelfa ze swojego królestwa. Tak, ale władca krasnoludów, który ma syna i syn przyjaźni się z elfem, okazuje się w gruncie rzeczy tępym kołem, który właściwie nie wiadomo dlaczego to robi, co robi. Sobie państwo obejrzyjcie i być może to się wyjaśni albo nie. Może to chodzi rzeczywiście tylko i wyłącznie o sklerozę, ale to są takie wątki, które zaistniały, ale człowiek się zastanawia, dlaczego zaistniały. To sobie państwo odpowiecie sami.
Ja teraz staram się gorączkowo wyszukać coś dobrego jeszcze w tym filmie. Śmieję się. Ja już dokładnie wiem, co jeszcze dobrego chciałbym wyciągnąć. Otóż to jest bardzo niekonkretny plus i wspomniałem o nim we wstępie. To jest film, który kilka razy mnie zainspirował. Wspomniałem o tej spaceoperowej inspiracji. W kilku innych momentach inspiracja nie polega na tym, że bierzecie sobie coś, co wymyślili inni. Raczej na tym, że porusza jakąś strunę w waszej pisarskiej czy twórczej duszy. I człowiek sobie mówi: „Wow, patrzę na coś zupełnie inaczej", ale nie chciałbym, żeby to zabrzmiało w ten sposób, że to jest tak wielkie arcydzieło. Nie.
Myślę, że ta inspiracja wynikała z tego, że tam jest tyle wątków poruszonych, że człowiek automatycznie uruchamia wyobraźnię. Ponieważ one są niedopowiedziane, niedokręcone, niedopięte. Taka już uroda seriali, szczególnie seriali zaplanowanych, jak powiedziałem, na tysiąc sezonów, bo po tempie pierwszego sezonu tak można by prorokować. W związku z tym tam się pojawia szereg niedopowiedzeń i tu mnie przynajmniej natychmiast uruchamia się wyobraźnia. Ja natychmiast dopisuję sobie odpowiednie wątki. Dopisuję weźmy w cudzysłów. I stąd się być może bierze ta magiczna moc, dla mnie magiczna moc, inspiracyjna. Ale umówmy się też, że większość ludzi nie ogląda serialu „Pierścienie władzy” po to, żeby się zainspirować, tylko po to, żeby przeżyć jakąś fajną historię. W związku z tym ten plus, który w tej chwili wymieniam, weźmy go w nawias, a w każdym razie jest mocno wątpliwy, bo mało praktyczny tak naprawdę dla publiczności, która ogląda serial nie po to, żeby się inspirować, tylko po to, żeby przeżyć fajną historię. I ja nie wiem, czy ona jest do końca fajna.
Ona dobrze rokuje, pomimo że tak wolno rozwija się ten serial. Ona dobrze rokuje. To znaczy z tego da się jeszcze ukulać całkiem fajną historię, ale nie w tym tempie. Błagam, w tym tempie naprawdę mamy szansę na 10 sezonów. Powiedziałem wcześniej o tysiącu. Dobrze, może nie tysiąc, a 10 to minimum. Kto wie, czy ktoś tam nie wpadnie na pomysł, żeby ukulać jeszcze więcej. Cała nadzieja w tym, że to jednak oglądający pełnią rolę najważniejszego cenzora. I w pewnym momencie mogą po prostu odmówić oglądania nudnej historii, która się toczy i toczy w nieskończoność. Ale to z kolei jest kolejny kwas, bo ja nie lubię historii nieskończonych.
Tak jak mówiłem w ostatnim wydaniu, nienawidzę producentów serialu „Colony" za to, że go przerwali w najmniej odpowiednim momencie. Boję się, że „Pierścienie władzy", jak się oglądalność nie sprawdzi, to również mogą zostać przerwane. I co państwo zrobicie wtedy? Nic. Będziecie sobie musieli uruchomić wyobraźnię. Ja boleję nad tym, co wyprawiają platformy streamingowe, bo kiedyś istniał taki z mojego punktu widzenia bardzo sympatyczny zwyczaj, że jak się serial kończył, to kręcono albo pełnometrażowy film telewizyjny, albo taki podwójny odcinek i kończono, zamykano wątki. Tak się zdarzyło, żeby daleko nie szukać, pamiętacie państwo taki film kończący „Alfa"? Tego Alfa, który polował na koty? Był taki. Był serial, a później był odcinek zamykający.
Kiedy był taki serial „Farscape", on też doczekał się filmu, który zamykał wątki, bo w pewnym momencie produkcja serialu przestała się opłacać. Bardzo dużo filmów kończyło się takimi zamknięciami. W tej chwili nikt się tym nie przejmuje. Wszyscy państwa w nosie mają, żeby nie powiedzieć gorzej. I nie robi się zamknięć, nie robi się zakończeń seriali. Seriale się po prostu kasuje. I troszeczkę jest tak, jak z misiem z okienka w latach komuny, kiedy w pewnym momencie okienko misia z okienka się zamknęło i niebacznie na wizję — to taka legenda miejska — ale podobno na wizję poszło hasło: „A teraz kochane dzieci, pocałujcie mnie w dupę". To mniej więcej tak traktują nas twórcy seriali.
[02:16:01] - Tak, to ponoć jest miejska legenda, ale ja mogę potwierdzić, bo ja byłem tym misiem. Tak się mówi. Wiesz co, jeszcze jest jedna rzecz. Takim niewątpliwym plusem Tolkiena jest to, że on przedstawia nam bardzo zróżnicowany świat. W tym świecie ta różnorodność ras, kultur jest widoczna. Kiedy czytamy, to widzimy, nawet na realizacjach filmowych widzimy, że oni się między sobą różnią. Czyli jedna rasa jest inna od drugiej pod tym czy innym względem. Natomiast ja mam takie wrażenie, że w tych „Pierścieniach władzy" to widzimy tylko po prostu różnie przebranych ludzi, różnie ucharakteryzowanych. I to po prostu nie bawi, to nie wciąga i jeżeli oni tego nie poprawią, to naprawdę się wszystko źle skończy. Przy czym, tak jak powiedziałeś, ja wcale nie uważam, że to jest aż tak złe, jak niektórzy po tym pojechali, to się mówi jak masełkiem po chlebie na YouTubie, że to jest w ogóle jakaś tam zgroza, przestępstwo.
Nie, były znacznie gorsze seriale, są znacznie gorsze seriale i będą. Natomiast tutaj chyba to była też trochę zemsta dla najbogatszego człowieka świata, który dzierży tą platformę, która „Pierścienie" wyprodukowała, że on sobie na coś takiego pozwolił, a powinien to zostawić w spokoju, skoro nie wie, jak to się robi. Także może w tym cały, jak to się mówi, sęk i pies pogrzebany. Marku, a co za tydzień? Chyba że chcesz coś dodać.
[02:17:38] - Nie, myślę, że się już nie pastw nad tym serialem. Tak jak powiedziałeś, ta dzisiejsza audycja ma to do siebie, że każdy z nas się trochę gryzie w język, bo chciałby powiedzieć o niedociągnięciach tego serialu jak najwięcej, a z drugiej strony — powiedziałeś to zresztą — mamy świadomość, że to nie jest naprawdę bardzo zły serial. Naprawdę zadbano o pewne sprawy. On się toczy, on jest w miarę logiczny. Dziur takich narracyjnych jest mało, psychologicznie bywa poprawny. I to jest pewna historia, tak jak powiedzieliśmy, która się toczy i która rokuje. Niemniej jednak te wszystkie minusy, o których w dzisiejszej audycji powiedzieliśmy, one jednak psują przyjemność z oglądania tego serialu i budzą poważne wątpliwości, czy ta przyjemność w drugim sezonie nam się poprawi. Ale dobra, zostawmy to, bo jak będziemy wróżyć z fusów, to nic dobrego z tego nie będzie.
[02:18:59] - Ja może tylko dodam jeszcze coś takiego, że wiesz, pamiętasz, jak była „Diuna", ta zrealizowana w latach, znaczy w latach to nie pamiętam których, przez Lyncha, który potem się do tego nie chciał przyznać, i tam mieliśmy przedstawioną ją w pełnej rozciągłości, czyli mieliśmy te wszystkie dialogi, te wszystkie intrygi i tak dalej. I to było tak cholernie nudne. Z jednej strony było w jakiś sposób dla niektórych urokliwe. W nowej „Diunie" mamy pokazane znacznie mniej. Mamy mniej gadania, mamy dużo scen, mamy dużo mocnych scen i one dają nam pole do działania wyobraźni. Te sceny zapadają nam w rozum, w umysł. Przede wszystkim są bardzo ascetyczne, tajemnicze. I to jest coś, z czego wzór powinni brać twórcy „Pierścieni władzy". Stworzyć coś, co zapada w pamięć, nawet jeżeli jest krótkie, a nie robić z tego mody na sukces. Mody na sukces takiej naprawdę kiepskiej.
[02:20:00] - Albo „Korony królów".
[02:20:02] - Tak. Gdzie mamy kilka ras, które tak naprawdę różnią się tylko przebraniem.
[02:20:10] - Jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała. Wspomniałeś o serialu animowanym na podstawie „Władcy Pierścieni”. Powiem tak: fajny był, tylko miał jedną zasadniczą wadę. Kończył się w połowie całej opowieści, a druga część nie została nigdy nakręcona. I to był ból, z mojego punktu widzenia, największy.
[02:20:33] - Tak. No cóż.
[02:20:36] - No cóż, że tak sobie wspólnie powiedzieliśmy. Myślę, że za tydzień weźmiemy się za serial polski. Już kiedyś o nim państwu wspominałem, ale weźmiemy go z Piotrem wspólnie pod lupę. A serial nosi tytuł-
[02:20:58] - „W labiryncie”. Nie, żartuję.
[02:21:00] - Tak. Ale wiesz, jak byśmy musieli to długo oglądać?
[02:21:05] - To fajne było.
[02:21:06] - Dwa sezony. Fajne było, bo byłeś młodym bardzo człowiekiem, to dlatego było fajne. Natomiast nasz serial nosi tytuł „1983”. Występują tam wybitni polscy aktorzy. Żartuję, ale polscy aktorzy występują. Cóż, Piotrze, coś więcej mówimy, czy sobie zostawimy na za tydzień?
[02:21:34] - Nie, zostawimy sobie na za tydzień. Jeszcze chyba serialu polskiego nie było w tym „Filmotekarium wakacyjnym”, jeżeli dobrze pamiętam. Chyba że nie. Także będzie o czym opowiadać.
[02:21:48] - Pięknie państwu dziękujemy i do usłyszenia za tydzień. Pozdrawiamy.
[02:21:52] - Do usłyszenia.
[02:21:55] - Patrząc na dużą część recenzji tego serialu, chyba niektórzy optowaliby za zmianą tytułu z „Pierścienie władzy” na „Pierdziele sadzy”.
[02:22:08] - No cóż, jedźmy dalej. Teraz zapraszam państwa na Alchemię Tworzenia w wykonaniu Katarzyny Prychacz. Nosi dzisiaj tytuł: „Teściowa i zatruta rutyna”. Zapraszam.
[02:22:32] - Oto jestem. A kto ja jestem? Katarzyna Prychacz. Serdecznie zapraszam was na Alchemię Tworzenia. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 26. odcinku drugiego sezonu podcastu o nazwie „Alchemia tworzenia”. I teraz by się coś tam przydało powiedzieć, ale nigdy nie wiem co. Więc przejdźmy do rzeczy. Oczywiście, żeby tradycji stało się zadość, drugi sezon, czyli cały czas bawimy się konwencją i improwizujemy, a konkretniej ja wam improwizuję.
No i skoro zakończyliśmy już naszą długą serię Kościanego Buntownika, to czas na jakieś krótsze rzeczy. I tak pomyślałam sobie, że jak przedostatnio technicznie, awaryjnie sięgnęliśmy po kości opowieści, to sięgniemy po nie dzisiaj też i również po serię fantazje. Czyli będziemy mieli baśnie, mity i legendy. Nie pamiętam, co tam było trzecie. Średniowiecze chyba. Baśnie, mity, średniowiecze, jakoś tak. Dziewięć kości, więc to będzie szkielet naszej historii. I jeszcze, żeby było ciekawiej, bo jednak ostatnio byłam złakniona wrażeń większych fabularnych, to pomyślałam sobie, że sięgnę po jedno z moich narzędzi kreatywnych, które robiłam też na poczet warsztatów dla pisarzy w sumie i nie tylko. Otóż słuchajcie, mam coś takiego jak pisarskie piguły. Te piguły są w trzech kolorach, w trzech odmianach.
Wiecie, co kto lubi, co kto potrzebuje. A tak na poważnie, to po prostu mamy pigułeczkę z jakimś napisem w środku. I czym one się różnią? Mamy piguły zielone, które są początkiem, piguły czerwone, które są problemem i piguły niebieskie, które są morałem. I tak sobie pomyślałam, że nie wiem, czy w którymś odcinku gdzieś na początku ja też nie wzięłam problemu może, wiecie, któryś tam pojedynczo. Natomiast dzisiaj zrobimy po prostu wszystkie trzy. Okej, to chyba nie przedłużam i myślę, że od tego zaczniemy. Czyli wylosuję teraz trzy piguły. Czekajcie, bo jeszcze myślę, czy tego nie robić w trakcie. Nie, dobra, dzisiaj próbujemy tak: za chwilę wylosuję trzy piguły, żebyśmy wiedzieli, o czym nasza historia będzie, a później będę rzucała kośćmi.
I teraz jeszcze te same kości jak dzielę, czyli podzielę je tak jak ostatnio, czyli dwie kości jako wstęp, pięć kości jako rozwinięcie i dwie kości jako zakończenie. No dobra, chyba mogę mówić, czy coś jeszcze jest istotne. Kości opowieści, czyli kości z obrazkami, story cubes. Jak ktoś nie wie, to niech sobie sprawdzi. I co dalej? I oczywiście zapraszam na fanpage na Facebooku Alchemii Tworzenia, gdzie też będziecie mogli zobaczyć zdjęcie tych kości, bo załączę to jako grafikę do postu promującego ten odcinek. No dobra, to lecimy. Otwórzmy piguły. Okej, piguły otwarte. Słoiczek jest przed nami.
I teraz co? Losujemy. I mamy zieloną, czerwoną i jakąś z dna wezmę. Wydłubiemy niebieską. Dobra, mamy piguły. To teraz dowiedzmy się, dokąd będą nas prowadziły. Pierwsza zielona, czyli początek. Ciekawe. „Jego teściowa gotowała wybornie. Tak uważał aż do dziś”.
Dobra, ciekawe. Czyli będziemy mieli już tu naszego zawodnika. Co ta teściowa mogła ugotować? Aż jestem sama ciekawa, dokąd to nas zaprowadzi. Problem. No właśnie problem. Zobaczymy zaraz, co w tym gotowaniu będzie. Piguła rozpieczętowana i proszę państwa, rozwijamy karteczkę. „Wszystko, co żółte, stało się fioletowe”. Okej, dobra.
Coraz więcej mi się tu rzeczy fajnych kreuje. Bogata kuchnia teściowej. No dobra i zobaczmy jeszcze, dokąd to wszystko ma nas zaprowadzić. Do jakiej lekcji? Dobra, piguła rozpieczętowana i mamy morał. A się zwija. „Klatka ma pręty, ma też i drzwiczki”. To takie ten. Może zależy, jak patrzymy na coś. Możemy się czuć uwięzieni, a możemy po prostu znaleźć drzwiczki i je sforsować.
Może to coś takiego. O matko z córką. I teraz co może być tą klatką dla naszego bohatera? Wiem. Lęk przed teściową. Dobra, zaraz zobaczymy. Ja sobie tylko tu przygotuję, żebym widziała wszystkie napisiki i zaraz do was wracam. Okej, już jestem. Sobie tu musiałam te kartki rozciągnąć, bo tak zwijałam, że się kurczę rozwinąć nie chciały. A wiecie, co na oczach, to w pamięci.
Okej. No to co? To lecimy z pierwszą kością. No dobrze, mamy tutaj wielką taką górę, na której stoi tron i obok tego tronu jakieś takie to lampy oliwne są chyba? Takie wiecie, misy i płomienie w tych misach. No chyba że to jakieś wściekłe palmy. Nie no, to są misy takie na postumentach z płomieniami. Czyli mamy taki tron. Patrzę, a kość z mitologii, więc może jakiś tron Hadesa był? No dobra, ale mamy tron, to może tutaj będzie nasz...
Co nasz bohater może być władcą może jakimś? Teściowa władcy to co to? Czyli to musiałaby być jakaś królowa, matka królowej. No dobra. To teraz tak. Aha. Zgodnie z zasadami tych moich piguł muszę zacząć od tamtego zdania i coś pociągnąć dalej. Już widzę, że przydałaby nam się jeszcze jakaś rzecz do określania bohatera. Jakaś karta. No chyba że kartę będę losować.
Dobra, to najwyżej następnym razem. Dzisiaj improwizujemy, jak jest. „Jego teściowa gotowała wybornie. Tak uważał aż do dziś. Król był człowiekiem o wielkim sercu, a jedną z najważniejszych wartości w jego życiu była rodzina. Dlatego uwielbiał ich niedzielne spotkania w takim malutkim gronie, w rodzinnym gronie. I wtedy też wyjątkowo za każdym razem gotowała jego teściowa, cudowna kobieta. Więc przez cały tydzień spotykania się z poddanymi, jeżdżenia na różne misje, bardziej pokojowe czy handlowe, zawsze odliczał dni do tego jednego magicznego dnia: do niedzieli. Owszem, zatrudniał zawsze najlepszych kucharzy i nigdy nie narzekał na jakość jedzenia, na smak posiłków. Jednak te posiłki teściowej miały w sobie coś magicznego.
Zupełnie jakby dosłownie dokładała tam jakąś magię”. Dobra, lecimy dalej. Dobra, mamy następną kość. Jest to koszyczek. Wiecie, taki... Nie wiem, jak się nazywały te takie na dziecko. Koszyczek na dziecko taki z rączkami, jak dzisiaj buda od wózka. Niegdyś noszono te dzieci w koszyczkach. Czy to są te sławetne koszyczki, którymi porzucało się dziecko i puszczało na rzekę? Widzę kość z baśni, z tej serii.
Więc myślę, że chyba o to właśnie wypuszczone dziecko chodziło. To jest druga kość wstępu, czyli właściwie coś, co się zadzieje, co zachwieje równowagą bohatera naszego. I teraz sama myślę, bo pierwsze, co mi przyszło do głowy, to może jednak jakieś wspomnienie, że król nie miał dzieciństwa, że został porzucony i że jedzenie teściowej kojarzyło mu się z tym, jak powinien brzmieć w smaku posiłek przygotowany przez matkę. Ale z drugiej strony może jednak to dziecko w koszyczku coś tu namiesza. Bo to jeszcze musimy zepsuć gotowanie teściowej. Tutaj nasza misja w tej historii jest taka. Nie, no dobra, słuchajcie, jeszcze jest wstęp, to ja myślę, że chyba zostanę przy tej opcji. Król sierota, a później zobaczymy, co nam zrobi chachmęt, pierwsza kość rozwinięcia. Dobra, teraz przejdźmy do historii. Każdy posiłek teściowej wywoływał w królu, chciałoby się rzec, że wspomnienia z dzieciństwa.
Natomiast te niestety nie należały do zbyt radosnych, ponieważ został on porzucony. Właściwie jedynie dzięki może przypadkowi, może losowi, kto wie, ale tylko dzięki temu przeżył. Został znaleziony przez rybaka, który akurat poławiał ryby nad brzegiem rzeki, kiedy zauważył koszyczek spływający wartkim strumieniem. Brzmi, jakby się koszyczek roztapiał. Jak to powiedzieć? Zauważył koszyczek spływający w dół rzeki, a tego dnia ciśnienie wody... A tego dnia rzeka była wyjątkowo rwąca i właściwie rybak miał zamiar zignorować ten fakt. Różne rzeczy pływały czy przepływały rzeką. Nauczony doświadczeniem wiedział, że lepiej nic nie zabierać z rzeki, nie reagować, po prostu dać problemom spłynąć w dół. Jednak w chwili, kiedy usłyszał płacz niemowlęcia, coś go ruszyło i postanowił działać bardzo szybko.
Zarzucił hak swojej wędki na koszyczek, by troszeczkę go spowolnić, a jednocześnie poszukał długiego kija i udało mu się ten koszyczek przyciągnąć na brzeg. W koszyczku znalazł porzucone niemowlę. Dokładnie tak, jak usłyszał. Nie miał serca wyrzucić go z powrotem do rzeki ani nigdzie go oddać. Był bardzo samotny. Zawsze żył gdzieś na obrzeżach królestwa, więc postanowił zaopiekować się malcem. Lata mijały. Chłopiec rósł jak na drożdżach. wyrósł na silnego, zdrowego mężczyznę. Pomagał rybakowi, a później wydarzyło się wiele niespodziewanych wydarzeń, które doprowadziły do tego, że ów młodzieniec został królem.
Dobra, lecimy dalej. Trochę tajemnicy musi być. Okej, pierwsza kość rozwinięcia. Zobaczymy, dokąd nas to zaprowadzi. No proszę. Kolejna kość z serii baśni, tak myślę. I tutaj mamy czarnego stwora, potwora. Nie wiem, czy to jakiś diabeł, demon. Licho. Dobra, licho, niech będzie licho.
Chociaż musiałabym sobie przypomnieć research, jeżeli mielibyśmy sięgać... Zajrzeć w książeczki, zrobić właśnie research. Jeżeli mielibyśmy faktycznie licho używać. No dobra, ale załóżmy, że to był jakiś zły duch. I teraz okej, koniec retrospekcji z koszyczkiem. Ja się chyba rozpłynęłam w tej retrospekcji i w końcu nie powiedziałam, że te posiłki mu się... Ech. Dobra, to jeszcze tylko dopowiem. Smak posiłków teściowej przypominał mu właśnie te posiłki, które serwował rybak. Może nie były tak bogate w różne warzywa i smaki jak te, które przyrządzała teściowa, ale smakowały domem.
I zawsze wyobrażał sobie, że gdyby miał matkę, gdyby jego matka go nie porzuciła, to właśnie w ten sposób by gotowała. Dawała mu wszystko, co najlepsze. Okej, mamy to. Teraz już możemy wrócić do naszego złego ducha. To chyba zrobimy tak, że to on nam coś nabruździ w tych posiłkach, co? Nadeszła niedziela. Już od samego rana król nie mógł powstrzymać się z ekscytacji. Zjadł lekkie śniadanie i właściwie cały dzień nie mógł skupić się na niczym innym jak na oczekiwaniu obiadu. Jednak nie wiedział o jednej rzeczy, o pewnej zmianie, która nastała w królestwie gdzieś w trakcie tygodnia. Otóż do miasteczka przybył zły duch, psotnik, który psuł wszystko i czerpał swoją radość i energię z niezadowolenia swoich ofiar.
Postanowił wkraść się do królestwa, bo przecież niezadowolenie króla to musi być bardzo duża dawka energii. Dlatego zły psotnik miał plan. Zobaczmy jaki. No nie. Okej, kość z serii, zdaje się średniowiecza. Oczywiście, że wypadł smok. No dobra, to ja teraz nie wiem. Co on planował z tym smokiem? Już wiem. A może on będzie robił różne psoty, ale nic nie będzie dzisiaj na króla działało.
Dobra. To mamy, że tak powiem, filar fabularny dzisiejszy. Król był rozkojarzony do takiego stopnia, że nawet nie przejął się tym, że za oknem przeleciał ogromny smok. Jego dworzanie wpadli w panikę, jednak król wyszedł na balkon, powiedział, żeby nie panikowali, że jest niedziela, że jest piękna pogoda, a rycerze wiedzą, co należy zrobić w przypadku smoka. I oczywiście, jak powiedział, tak też się stało. Nagle, nie wiadomo skąd wystrzeliła... Czekajcie, stado strzał? Nagle, nie wiadomo skąd nadleciała horda płonących strzał. Nie, czekajcie, bez sensu, żeby one płonęły, nie? Jeżeli to taki klasyczny smok, to co mu po tym ogniu?
Nagle, nie wiedzieć skąd, wystrzeliła horda strzał połączonych z siatką. Jak zwykle w takich przypadkach strzały spadały na zwierzę, krępując jego ruchy, przez co zwierzę spadało na ziemię, a tam już pozostałe wojska żołnierzy rozprawiały się z bestią. Jednak tym razem wydarzyło się coś dziwnego. Z chwilą, kiedy strzały i ta sieć spadła na stworzenie, ono jakby rozmyło się w powietrzu. Tak po prostu opadł kurz i właściwie ta sieć ze strzałami smętnie runęła na ziemię i nikt więcej smoka nie widział. Smok zniknął po prostu. Nawet i tym król się nie przejął. Po prostu postanowił, że przejdzie się na spacer do ogrodu. Zobaczymy co dalej. Dobra, mamy trzecią kość rozwinięcia.
To jest kość z serii mitologicznej. Ja chyba ostatnio przy naszym czarowniku czy tam czarnoksiężniku już chyba o tym mówiłam, że nie wiem, z jakiego to jest mitu. Tam chyba wielu braci było w tych różnych mitologiach. To chyba bardziej tak patrząc to raczej grecka mitologia. No dobra, nieistotne. Czyli mamy tutaj dwa ludki, dwa człowieczki. Jeden stoi o takiej neutralnej mince, drugi zarzucił mu rękę na ramię i ma takie spojrzenie zawadiackie bardziej. I to jest połowa naszego rozwinięcia, więc myślę sobie, że może tutaj przejdziemy już do tych scen obiadowych, co? I jeszcze może coś tam postaramy się poprzeszkadzać. Jeszcze trzeba zdążyć tam w kolorach namieszać.
Ogrody królewskie należały do najpiękniejszych w całym kraju, dlatego każdy spacer był udany. Król uwielbiał podziwiać te wszystkie wymyślne, egzotyczne rośliny. Miał tam też ptaszarnię, gdzie mógł posiedzieć chwilę i wsłuchać się w piękne śpiewy różnych ptaków. I tak tam właśnie spędził czas. A kiedy wybiły dzwony, wiedział, że to czas na ten najważniejszy i wyczekiwany przez cały tydzień moment. Czas na obiad. Pospiesznie powrócił do zamku. Na wszelki wypadek rozejrzał się tak pro forma, czy może gdzieś ten smok nie lata, ale może to były jakieś czary, jakieś iluzje, może jakieś żarty. A faktycznie żadne zagrożenie nigdzie nie wróciło. Król dotarł do komnaty.
Czekajcie, jak nazwać? No komnata. Znaczy komnata wszystkie pomieszczenia, ale jest jakaś nazwa. Co? Jadalnia? Dobra. Król dotarł do ogromnej komnaty, która właśnie co niedzielę była przystrajana na ich małe święto rodzinne. I wszyscy zasiedli przy stole. On wraz ze swoją żoną królową, teściowa wraz z mężem, jego ojciec, który zawsze też dostarczał świeże ryby na zamek, a także bracia królowej. I wszyscy siedzieli przy stole i radośnie biesiadowali.
Kiedy? Zróbmy suspens i zobaczmy, co dalej. No to tak. Kość z mitologii wypadła nam. Czwarta kość rozwinięcia, więc zaraz będzie trzeba troszeczkę ściaśniać historię. I wiecie co? Uwielbiam tą grafikę, bo mój mózg nie potrafi odwidzieć tego, co zobaczył po raz pierwszy. Bo docelowo to jest chyba rycerz, który stoi na jakiejś górze, u której podnóża leżą hełmy. Albo jest to rycerz, który ubił potwora, może właśnie krakena czy coś. To wygląda jak ośmiornica jakaś, więc nie wiem.
Ale kiedy odwrócimy tą kość do góry nogami, to trochę przypomina móżdżek ludzki, mózg, który właściwie tak stoi o lasce. Wiecie, taki trochę emerytowany. Nie potrafię tego odwidzieć. Wybaczcie mi. I myślę, że nie będę dzisiaj się zmuszać do niczego innego, tylko przejdziemy do mózgu faktycznie. Zaraz coś tutaj uszyję, bo myślę, że to nam się połączy właśnie z tym problemem, bo pamiętajcie, że tu jeszcze musimy właśnie użyć ten problem. I to chyba będzie miało więcej sensu niż ten rycerz z potworem. No dobra, to odkładam kość i już tutaj sobie muszę teraz wymyślić, jak ująć w słowa to, co wymyśliłam. Cholera, może jednak tą ośmiornicę byśmy wzięli, by jedli ośmiornicę na obiad. Dobra, nie, już podjęłam decyzję, to nie zmieniajmy jej.
A posiłek, jak zawsze był wyborny. Teściowa przeszła samą siebie. Wszyscy biesiadowali zadowoleni, ale nagle król miał wrażenie, jakby otoczenie zaczęło się zmieniać. Jakby jego mózg płatał figle. Wiadomo, lata już nie te i może jednak wiek robił swoje, ale jednak nie słyszał nigdy o czymś takim, żeby nagle cytryna, która jeszcze chwilę temu była żółta, zrobiła się fioletowa. Że kiedy spojrzał na koronę swojej żony, miał wrażenie, że przestała być złota i właśnie nabrała odcieni fioletu. Przetarł oczy, ale to nie pomogło. Zauważył też, że wszyscy biesiadnicy w jednym momencie jakby nagle zaczęli się dziwnie rozglądać. No i oczywistym faktem było to, że najpewniej jedzenie było zatrute albo coś musiało być w jedzeniu, bo jak? Skoro wszyscy jedli to samo i wszyscy zaczęli się dziwnie zachowywać.
Nagle wywiązała się też krótka rozmowa i też niejedna kłótnia o kolory. Król był przerażony i właściwie sam nie wiedział, kogo tu wezwać. Jego umysł zaczęły nawiedzać niepożądane myśli, że może jednak to jakiś spisek. Może teściowa została w ten spisek zawikłana i zatruła ich posiłek. Ale wtedy to tylko jego posiłek byłby zatruty, więc może jednak wydarzyło się coś jeszcze innego. Dobra, dowiedzmy się co. I to będzie ostatnia kość rozwinięcia. Dobra. Kość ze średniowiecza. Halabarda?
Nie, ja nigdy nie rozróżniam. Nie halabarda. To ma taką niemiecką nazwę chyba. To nie maczuga, tylko pałka, na której końcu zetknięta jest kolczasta kula. To nie ma od gwiazdy zararnej nazwy niemieckiej? Morgen coś tam. Dobra, nie wiem. Obiecałam, że tu nie będę robić researchu, bo już chciałam wystartować do mojego kochanego regału i sięgnąć po książkę. Okej. No ale dobra, wiemy, o co chodzi.
Jakiś rodzaj broni. I to jest ostatnia kość naszego rozwinięcia, więc tutaj by trzeba było teraz przemyśleć czy co. Bo wiecie, chciałam iść w kierunku tego, że faktycznie jedzenie było zatrute albo że to licho. I teraz nie wiem, czy zatruło jedzenie całe, ich posiłek gotowy, czy może któryś ze składników. Teraz jak by się to miało do wybornego gotowania teściowej? No chyba, że to się nie wyjaśni, że licho, że tylko my zza tej czwartej ściany będziemy wiedzieli o tym, że to było licho, a tutaj jednak zrobimy jakąś przepychankę. No dobra, to może... Król wezwał straże, ponieważ był przekonany, że ewidentnie cała jego rodzina została zaatakowana. Działo się z nimi coś bardzo dziwnego. Wszystko wyglądało nie tak.
Wszystko zmieniało swoje kolory, odcienie. Zupełnie jakby wszystko, co gdzieś miało jakieś żółte tony, nagle te tony zamieniły się na fioletowe i świat zaczynał wyglądać posępnie dosyć. Sino, fioletowo, duszno. Nawet słońce za oknem, mimo że zachodziło, wyglądało jakby już dawno zaszło. I taka przerażająca fioletowa kula, która chowa się za horyzontem. Teściowa zemdlała z przerażenia. Nie wiedziała, co się dzieje. Król rozkazał straży bronić wejścia do komnat, wezwać ich do ogólnej czujności i też rozpytywania wśród innych dworzan, czy może przypadkiem nie mają takich przypadłości. Czy to jest kwestia tylko królewskiej rodziny, czy może jednak jakaś klątwa ciąży nad całym zamkiem, całym królestwem. Okazało się, że sprawa dotyczy tylko rodziny królewskiej.
Niestety żaden ze znachorów nie miał pojęcia, co się dzieje. Debatowali, próbowali wymyślić, co się wydarzyło. Najpewniej któryś ze składników wykorzystanych przy posiłku musiał mieć jakieś takie właściwości, że faktycznie może nieświadomie, ale jednak teściowa ich zatruła. Zawsze też nalegała na to, żeby te składniki były prosto z targów ich miejskich, z ich królestwa. Często różne zioła zbierała sama. Także wiadomo, że to nie przechodziło takiej kontroli jak te wszystkie importowane z innych osad, z innych królestw produkty. Więc nikt nie mógł wymyślić, jak to wszystko odwrócić. Król zaczął popadać w ciężki, smutny nastrój, ponieważ w jednej chwili cały piękny świat, wszystko, co piękne go otaczało, wszystko zaczęło wyglądać zupełnie inaczej. Postanowił mimo wszystko przeprowadzić na jakiś czas całą rodzinę do zamku, żeby jednak znachorzy ich doglądali, sprawdzali, czy ta choroba, czy zatrucie - nikt nie miał pojęcia, co to jest - czy klątwa, czy to w żaden sposób nie ewoluuje. Wezwali też magów zza morza.
Jednak oni jeszcze nie dotarli. Jeszcze trochę musieli na nich poczekać, więc postanowili się odizolować. No dobra, i zobaczymy co dalej. Dwie kości ostatnie. Dobra, tutaj mamy kość baśni z baśni z tej serii i mamy studnię. Studnia nam wypadła. Po dwóch tygodniach magowie zza morza wreszcie dotarli. Mieli wiele teorii odnośnie rzeczy, które tu się mogły zadziać. Najpewniej po zbadaniu wszystkich składników, z których przygotowany był posiłek, według nich Wszystko było w porządku. Żaden składnik nie powinien powodować różnych anomalii.
Zwłaszcza że minęły te dwa tygodnie, więc gdyby to było coś z pożywienia, to już dawno by zniknęło. Albo by zabiło rodzinę królewską na śmierć, albo by po prostu zniknęło z organizmu i to by wróciło. Król odetchnął z ulgą, że to jednak nie teściowa, że jej gotowanie dalej było dobre. Jednak całe to wydarzenie sprawiło, że już czuł lęk. Ta niedziela, na którą zawsze się cieszył, stała się teraz dniem, którego lekko się obawiał. Mimo wszystko cała rutyna została zachwiana poprzez to, że byli odizolowani, ale też to, że już nie był do końca przekonany, czy teściowa gotuje wybornie. Nie mógł nic na to poradzić, ale jego mózg łączył tą całą sytuację. Mimo wszystko cały czas podejrzewał, że to musiał być któryś ze składników, ponieważ nie wierzył za bardzo w różnego rodzaju klątwy czy w magię. Zawsze starał się wszystko wytłumaczyć logicznie. Mimo że i znachorzy, i magowie wszyscy jednogłośnie twierdzili, że ze składnikami i z jedzeniem było wszystko w porządku, to król jednak złapał paranoję.
Magowie powiedzieli też, że na wszelki wypadek, skoro król dalej się upierał przy tym, że to jest wina pożywienia, że on jest zatruty, że trucizna cały czas krąży w jego ciele. Magowie doradzili mu, żeby pił wodę ze specjalnej studni wykonanej z czarnego kamienia. Król zarządził wyprawę, żeby jego rycerze wybrali się i dowozili regularnie wodę, żeby król mógł oczyścić ciało z wszelkich trucizn i toksyn, chociażby właśnie pijąc tą wodę czy się w niej kąpiąc. Zobaczmy ostatnią kość. To jest kość z serii średniowiecza, zdaje się. Wypadła nam bojowa kobieta z mieczem, kobieta w koronie. Ewidentnie coś tu będzie nasza królowa robiła. Po wielu miesiącach najróżniejszych kuracji, regularnego stosowania magicznej wody stan króla ani całej rodziny królewskiej się nie polepszał. Cały czas ich widzenie było wykolejone. Ich widzenie nie było takie jak wcześniej.
Król na początku był pogrążony w lęku i paranoi, natomiast z czasem uznał, że chyba nie ma co się z tym walczyć, tylko trzeba to zaakceptować. Nie chce do końca życia żyć w lęku, w strachu. Nie chce też, żeby ten cały ich piękny rytuał rodzinny... Uświadomił sobie, że to jedna zwykła rzecz, jak widzenie innych kolorów niż wcześniej, gdzie przecież dalej mimo wszystko widział, słyszał. Świat wyglądał trochę inaczej, ale nic więcej złego się nie wydarzyło. Dotarło do niego, że chyba nie ma sensu się temu opierać, że może trzeba przyjąć zmianę taką, jaka przyszła i może jednak spróbować żyć normalnie, wrócić do tego, co było. W czasie, kiedy król prowadził swoje rozważania, królowa miała dosyć tego wszystkiego, ponieważ jej mąż stał się wycofany, nieobecny. Przestał przychodzić na ich wspólne obiady, których jednak oni nie zaprzestali. Mimo tego kontynuowali swoją tradycję bez króla. Teściowa dalej gotowała.
Co prawda ze składników, które były dostępne na zamku, jako że na razie byli cały czas odizolowani od osadników, od osady, wioski i od mieszczan. Któregoś dnia królowa dobyła miecza i wściekła ruszyła w miasto, bo właściwie pytali różnych znachorów, różnych medyków, konsultowali się z różnymi innymi władcami, ale dotarło do niej, że w sumie to nikt nie zapytał ludu o to, co sądzą w tej kwestii. Czy może zauważyli coś podobnego lub mieli styczność. Jednocześnie król godził się z całą sytuacją, a królowa wśród mieszczan rozpytywała. Postanowiła ruszyć bez obstawy. Stąd ten miecz. Nie dlatego, że chciała atakować swoich poddanych. Na wszelki wypadek chciała mieć broń, ale też wiedziała, że jeżeli pójdzie w obstawie żołnierzy, to poddani nie będą chcieli z nią rozmawiać tak otwarcie, jak ona by sobie tego życzyła. Chodząc od domu do domu, dowiedziała się od jednej staruszki, że kiedyś, wieki temu, kiedy ona jeszcze była młoda, słyszała o podobnej historii w jej wiosce. Wtedy ich wioskowa szeptucha powiedziała, że z pewnością musi być to działanie złego ducha psotnika.
On napawał się zawsze różnymi zaniepokojeniami, wściekłościami swoich ofiar. Jeżeli wydarzały się rzeczy totalnie niezrozumiałe, to najczęściej była to magia tego ducha. Królowa zaczęła nad tym myśleć i przypomniała sobie, że tamtego feralnego dnia widziała za oknem smoka I wszyscy go widzieli. Każdy był przerażony, że ten smok zaraz zacznie palić wioski, a on po prostu zniknął, rozpłynął się w powietrzu. I potem nagle kolejną anomalią był ich obiad. Więc królowa uznała, że chyba trafiła na naprawdę warty uwagi trop. Staruszka wspomniała jeszcze, że tak naprawdę ciężko, nie da się zabić tego ducha. On jest wieczny i on zawsze podróżuje między królestwami. Jedynym sposobem na działania tego ducha, jego niecne sprawki, to po prostu je ignorować. Im mniej ten zły duch będzie dostawał swojej pożywki, czyli właśnie tego zaniepokojenia, tej złości, frustracji, tym mniej ofiara staje się dla niego atrakcyjna i on po prostu stwierdza, że rusza dalej w drogę, a te swoje ofiary pozostawia.
Przestaje na nie oddziaływać jego magia. Królowa z radością ruszyła z powrotem w stronę zamku. Chciała przekazać mężowi, że może właśnie powinni spróbować przestać myśleć nad tym wszystkim. I już właściwie docierała do bram, kiedy nagle bardzo mocno rozbolała ją głowa. Musiała zamknąć oczy, aż się skuliła. Na całe szczęście żołnierze zdołali ją zobaczyć, więc oczywiście podbiegli do niej i kiedy pomogli jej wstać i ona uniosła głowę i z trudem otworzyła oczy, zauważyła, że ich królewskie słoneczne sztandary na powrót stały się żółte. Zaczęła się rozglądać i okazało się, że jej wzrok wrócił do normy. Rycerze zaprowadzili ją na zamek, gdzie właśnie zbiegła się reszta rodziny królewskiej i wszyscy byli szczęśliwi, a jednocześnie zdezorientowani. Okazało się, że każdy z nich odzyskał swój wzrok. Królowa pobiegła też do komnaty męża.
Ewidentnie on też musiał odzyskać wzrok. Nie było go w jego komnacie, ale znalazła go na balkonie, gdzie stał i podziwiał zachód słońca. I stanęła obok niego. Przytuliła się do niego. On ją objął ręką i powiedział, że z chwilą, kiedy pogodził się z całą tą sytuacją i postanowił uznać, że od dziś jego świat tak będzie wyglądał i że szkoda energii na to, żeby czuć się sfrustrowanym, przerażonym, tylko po prostu trzeba zaakceptować nową rzeczywistość. W momencie, kiedy o tym pomyślał, nagle rozbolała go bardzo głowa, a kiedy otworzył oczy, świat wyglądał na powrót normalnie. I wtedy żona też wspomniała właśnie, że wszystko wygląda na to, że padł ofiarą działania złego ducha psotnika. Wtedy król w milczeniu przytaknął głową, podziwiając zachód słońca i powiedział, że to w sumie trochę tak, że klatka ma pręty, ale ma też drzwiczki i to od nas zależy, czy będziemy się czuli uwięzieni tak jak oni wszyscy przez te miesiące próbowali walczyć z tymi prętami tego wzroku, tego zaburzonego widzenia. Ale właśnie wystarczyło chociaż na chwilę odpuścić, rozejrzeć się jeszcze raz i znaleźć wyjście z tej sytuacji, znaleźć drzwiczki. Dobra, mamy to.
Myślę, że ładnie się to złożyło. Na pewno gdyby było więcej kości, można byłoby może też więcej, żeby to licho miało jakieś inne nieudane próby, ale myślę, że jak na taką fabułę z dziewięciu kostek jest w porządku. Coś tam chyba dzisiaj nie będzie to turbokrótki materiał. Może też nie tak długi jak te z „Kościanego buntownika”, ale myślę, że wam się historia podobała. Mi się podobała w sumie. Fajna baśń, nawet ciekawy morał. Trochę się obawiałam o te moje piguły, bo ja tam właśnie... To jest narzędzie do ćwiczenia kreatywności, więc tam jest bardzo dużo takich tekstów od czapy. Ale jestem dumna z tej historii, tak. Jestem dumna z siebie.
Także pozwólcie, że ja i moja próżność oddamy sobie tutaj szacunek. Brawo! Dobra jest, pochwaliłam się. Okej, ja się z wami żegnam. Życzę wam jak zawsze mocy, inspiracji, dużo zdroweczka, samych cudowności, a przede wszystkim pozytywnej energii, żeby może chociaż trochę wasz nastrój był lepszy w aktualnych sytuacjach różnych. I co? Słyszymy się za tydzień. Pa.
[03:01:36] - Czy słyszeli państwo o takim pisarzu Jamesie Blishu, Jamesie Benjaminie Blishu? Jeśli nie, to za chwileczkę państwo usłyszycie. Otóż James Blish urodził się 33 maja 2000... No tak, niestety XXI wiek nie dopat-- 1921 roku. Zmarł 30 lipca 1975 roku, a więc stosunkowo dawno temu. To był amerykański pisarz science fiction i fantasy. Myślę, że jeśli w ogóle państwo zetknęli się z tym nazwiskiem w Polsce, to przy okazji cyklu powieściowego zatytułowanego „Latające miasta”. Ewentualnie jeszcze jeśli państwo śledzicie „Star Treka”, to on jest znany z tego, że stworzył kilka nowelizacji „Star Treka”, które pisał wraz z żoną, a jego powieść „Kwestia sumienia” to też taka znana pozycja w Polsce również. „Kwestia sumienia” zdobyła w swoim czasie nagrodę Hugo. Z takich ciekawostek to Blishowi przypisuje się stworzenie terminu „gazowy olbrzym", który odnosi się do dużych ciał planetarnych.
Pierwsze publikowane opowiadania Blisha ukazały się w Super Science Stories i Amazing Stories w Stanach Zjednoczonych oczywiście. Blish pisał również krytykę literacką science fiction, używając pseudonimu William Ethring Jr. Inne jego pseudonimy to Donald Laverty, John MacDougall, Arthur Lloyd Merlin. Cóż stworzył? Już wymieniłem. Cykl „Latające miasta". Tam były cztery powieści: „Będą im świecić gwiazdy", „Życie wśród gwiazd", „Gdzie jest twój dom, Ziemianinie?" i „Triumf czasu". Dlaczego ja państwu mówię dzisiaj o tym autorze? Otóż postanowiłem sięgnąć do przepastnych archiwum, WUF nawet, Bibliotekarium, bo tam w swoim czasie publikowaliśmy takie opowiadanie Jamesa Blisha. Zaraz je państwo usłyszycie.
Natomiast tak sobie westchnąłem, bo zaglądając do tego archiwum zobaczyłem, że wtedy akurat tamten odcinek nie był wysłuchany przez wielu słuchaczy. Utrzymuję się w formie. Nie był tak masowo odbierany, więc postanowiłem wykorzystać wakacje, czas taki bardzo lajtowy i przybliżyć to opowiadanie w wykonaniu Marka Sęka większemu gronu przyjaciół Bibliotekarium 2.0. Opowiadanie warte jest poznania. Oczywiście to jest opowiadanie, które znajduje się w domenie publicznej. Przybliżył nam je nieoceniony Witold Bartkiewicz. Cóż jeszcze chciałbym powiedzieć? Przede wszystkim to, że usłyszycie państwo nie tylko samo opowiadanie, ale trochę mojego komentarza. Nie tylko mojego, bo najpierw gadam ja, przed opowiadaniem, a po opowiadaniu mówi Wiktor, a ja mu tam dzielnie sekunduję. A więc zapraszam na archiwalną część dawnego Bibliotekarium, takiego wydania, o ile dobrze pamiętam, to było wydanie sylwestrowe.
Chyba to było jedno z sylwestrowych wydań, ponieważ akurat przypadała audycja dokładnie w Sylwestra. Ja nie miałem złudzeń, że ktokolwiek w Sylwestra będzie owej audycji słuchał. Ale zobowiązanie to zobowiązanie. Był piątek, a zatem Bibliotekarium ukazało się na antenie. Pewno było odsłuchiwane dużo później, już kiedy szampańskie nastroje wywietrzały z głów. Dzięki temu mamy fajne opowiadanie Jamesa Blisha, a ja państwa bardzo serdecznie na to opowiadanie i na gadanie przed i po opowiadaniu zapraszam. Nie ukrywam, że takim głównym, największym kluczem do wybrania tego opowiadania był wątek polski, który się pojawia. On się co prawda pojawia w tym opowiadaniu nieco tak, nie waham się powiedzieć, że na siłę trochę. Potrzebny był polski statek. No to jest polski statek.
Komunistyczny w dodatku statek. Potrzebny był port, z którego ten statek wypłynął. No to jaki to był port? Oczywiście Gdynia. Z tym Gdańskiem to tak zdaniem Amerykanina nie wiadomo. Może książki miał stare, encyklopedię. Gdynia była bezpieczniejsza. No więc ten statek z Gdyni. Nie ukrywam, to był główny motyw wybrania tego opowiadania, ale tylko na początku, bo kiedy wczytałem się w ten tekst, to doszedłem do wniosku, że dwa zjawiska da się zaobserwować. Pierwsze takie, które powinno być dla nas takim sygnałem ostrzegawczym.
To znaczy nasi autorzy piszący do ABW oraz my sami lubimy umieszczać akcję utworów gdzieś. Pół biedy, jeśli gdzieś w odległej galaktyce albo dawno, dawno temu, to okej. Natomiast czasami lubimy umieszczać akcję gdzieś na antypodach, w innych krajach. I tak to się niestety czasami kończy. Czasami tak się obawiam, że tak jest, że wyskakują nam takie Gdynie, wyskakują nam takie statki polskie, które mają oczywiście niezwykle polską nazwę, bo ten statek, tu niewiele zdradzam, nosi nazwę Ludmiła. Znam bardziej polskie imiona. A czy to jest możliwe? Oczywiście tak. Mógł być statek, który się nazywał Ludmiła, więc wszystko jest w porządku. Granice nie zostały przekroczone, chociaż Ludmiła to by bardziej mi pasowała jednak na jakiś rosyjski może statek.
Nie wiem. Tak sobie pomyślałem. To pierwsza uwaga, żeby umieszczając akcję w jakimś innym kraju, troszkę głębiej czytać w tych słownikach, trochę bardziej przetrząsać Wikipedię. Nie wiem, z czego państwo korzystacie, ale zdecydowanie głębiej. Ja wiem, że Blishowi nie było potrzebne specjalne wgłębianie się. Tak jak powiedziałem, statek przypłynął. On by mógł przypłynąć równie dobrze z Hondurasu. I co? I nic by się nie stało. Mógł przypłynąć z Władywostoku, cholera wie skąd.
Mimo że z Władywostoku to byłoby ciężko, bo do tego Nowego Jorku to byłoby marnie. Dobra, zostawmy tę sprawę. Ja bym w każdym razie, umieszczając akcję gdzieś daleko, uważał z tymi szczegółami. To była pierwsza refleksja, jaka mnie naszła. A druga to chyba nazwałbym ją pozytywną. Otóż Blish udowadnia, że jak ktoś jest dobrze rozpisanym autorem, to jest w stanie napisać opowiadanie o wszystkim. Bo jak państwo będziecie słuchać tego opowiadania, wgłębicie się w to, co w nim jest zawarte, to dojdziecie do wniosku, że moglibyście takich opowiadań 10 napisać albo 15. Problem polega na tym, że ich nie napisaliście do dzisiaj, bo wydawały wam się zbyt błahe. A Blish zrobił z tego teoretycznie błahego tematu — jakiego, to z przyczyn oczywistych nie zdradzę — ale z takiego dosyć błahego tematu pogłębił ten temat na tyle, że nagle on się stał frapujący, bo to opowiadanie jest frapujące od pewnego momentu. Od pewnego momentu człowiek zaczyna zastanawiać się, jak to jest z tym chociażby licytowaniem w hazardzie i tak dalej.
Dobrze, nie będę się wgłębiał, bo się wygadam i po co to komu. Wiktorze, słuchamy czy coś mówisz?
[03:11:15] - Słuchamy. Ja potem.
[03:11:19] - James Blish, „One Shot”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. W dniu, w którym polski frachtowiec Ludmiła podrzucił nam zgniłe jajo w porcie w Nowym Jorku, Abner Longman „One Shot” Brown był w mieście i zajmował się swymi zwykłymi interesami polegającymi na robieniu kolejnego miliona dolarów. Jak się później o tym przekonaliśmy, niemal nic innego w czasie tego konkretnego weekendu nie toczyło się dla Browna w zwyczajny sposób. Przede wszystkim zabrał ze sobą rodzinę. Kompletne odejście od rutyny odzwierciedlające bezprecedensowo legalny charakter interesów, które miał zamiar przeprowadzić. Z każdego natomiast punktu widzenia był to kiepski czas, aby w jego interesy wmieszało się CIA. Niestety jednak nikt tego wcześniej nie wytłumaczył szyprowi Ludmiły. Lepiej będzie, jeśli od razu w tym miejscu dodam, że nie wiedzieliśmy o niczym, dopóki to się nie wydarzyło. Z punktu widzenia toku akcji danej historii organizacja taka jak Civilian Intelligence Associates rozpracowuje wszystkie związane z nią fakty wstecz, podchodząc do całej sprawy od strony kłębka, a następnie rozwikłując ją do początku nitki i otrzymując w wyniku tego zestaw podstawowych informacji wykorzystywanych przez komputer w następnym przypadku.
Ciężko to zrozumieć ludziom, którzy próbują na podstawie tego, co robimy, tworzyć fabuły. Szczególnie dla co bardziej leniwych okazów z tej grupy, które przychodzą do nas, spodziewając się, że dostaną podane na tacy gotowe scenariusze do swoich dzieł. Ale to jest dla nas normalny sposób działania i tego nie da się zmienić. Z pewnością nikt w CIA nawet nie pomyślał o Brownie, kiedy pojawiły się pierwsze wieści. Harry Anderton, szef ochrony portu, zadzwonił do nas w piątek o 8:30, by zlecić nam zadanie zidentyfikowania problemu. I to był właśnie moment, od którego zgodnie z naszymi rejestrami weszliśmy do sprawy, ale oczywiście Anderton już przez całą poprzednią godzinę musiał słać wściekłe depesze do Waszyngtonu, żeby otrzymać zgodę na wydanie dla nas części swoich pieniędzy. Nasz status bezpieczeństwa był wtędy, podobnie jak i obecnie, CJŁ — czyści jak łza. To ja byłem w głównym biurze, kiedy odezwał się telefon i miałem pewne problemy z dokładnym zrozumieniem, czego Anderton od nas chce. „Pułkowniku Anderton, czy mógłby pan odrobinę zwolnić?” — błagałem go. „Dwie czy trzy dodatkowe sekundy nie zrobią nam większej różnicy.
Przede wszystkim, w jaki sposób dowiedział się pan o tym niemiłym prezencie?” „Automatyczne grodzie na Ludmile były uszkodzone” — wyjaśnił. „Zdaje się, że to śmierdzące jajo było ukryte pomiędzy mnóstwem innych skrzyń w dennym luku awaryjnym ładowni.” „A co to jest denny luk awaryjny?” „To właz do pozbywania się niebezpiecznego ładunku. Część dna statku otwiera się prosto na Królestwo Daviego Jonesa. Standardowe rozwiązanie dla jednostek przewożących wybuchowe, radioaktywne materiały, czy też cokolwiek innego, co mogłoby nieoczekiwanie wywołać zagrożenie.” „W porządku” — oznajmiłem. „Proszę mówić dalej.” „No cóż, właz denny miał zamontowane urządzenie zegarowe ustawione tak, aby zrzucić to paskudztwo, kiedy statek ruszy w górę rzeki. Zadziałało idealnie, ale grodzie automatyczne, które powinny zabezpieczyć resztę statku przed zalaniem, kiedy luk zostanie otwarty, już nie. A przynajmniej nie tak idealnie. Ludmiła zaczęła tonąć, a kapitan podniósł wrzask o pomoc.”
[03:15:03] - Kiedy patrol portowy znalazł otwarty właz denny, wezwał nas. Rozumiem. Zastanowiłem się przez chwilę. Innymi słowy, nie wie pan, czy Ludmiła naprawdę podrzuciła nam jakieś zgniłe jajo, czy nie. To właśnie przez cały czas próbuję panu wyjaśnić, doktorze Harris. Nie wiemy, co statek nam podrzucił i nie mamy żadnego sposobu na to, aby się tego dowiedzieć. To może być jakaś bomba albo cokolwiek innego. Przesłuchujemy obecnie każdego, kto był na pokładzie, ale jak na mojego nosa, to oni wszyscy nic nie wiedzą. Cała procedura została tak przygotowana, by działała automatycznie. W porządku, bierzemy to – powiedziałem.
Macie tam na dole nurków? No pewnie, ale... No cóż, o nasze tyłki będziemy martwili się później. Proszę zorganizować bezpośrednią linię z pańskiej barki dla nurków tutaj do nas, tak żebyśmy mogli kierować pracami. I lepiej, jeśli pan tu przybędzie osobiście. Dobrze. Zabrzmiało to, jakby spadł mu z serca stutonowy głaz. Ludzie z rządu pokładają w CIA ogromne zaufanie. Zbyt duże według mojej osobistej oceny. Pewnego dnia sprawy ułożą się tak, że nie damy sobie z nimi rady i wtedy Waszyngton będzie pluł sobie w brodę.
Czy też, co bardziej prawdopodobne, będą to robić jakieś kozły ofiarne za to, że nie stworzono porównywalnego departamentu rządowego. I nie było zbyt wielkich widoków na to, żeby Waszyngton to zrobił. Oficjalna linia postępowania już od lat biegła w zupełnie odmiennym kierunku. Precedensem była tu organizacja Associated Universities, którą uruchomiło Brookhaven. CIA powstała w ten sam sposób – jako luźna korporacja uniwersytetów i jednostek przemysłowych, które wszystkie chciały mieć na własność Ultimata, ale żadne z nich nie miało wystarczających pieniędzy, by sobie go kupić tylko dla siebie. Administracja Eisenhowera z całym jej naciskiem na prywatne przedsięwzięcia i związaną z nim niechęcią do topienia funduszy federalnych w projektach o takich rozmiarach przekształciła te dwa przykłady w całkiem solidny trend, który, jak przepowiadał sam Ultimak, nie ulegnie odwróceniu w praktycznie możliwym horyzoncie czasowym istnienia CIA. Zadzwoniłem do dwóch ludzi i po pięciu minutach miałem już do dyspozycji Clarka Cheney'a i Joan Huddamarth, odpowiednio menedżera i kierowniczkę działu nauk społecznych. Ich tytuły służyły wyłącznie jako przykrywka dla potrzeb działań operacyjnych. To jest Clark i Joan służyli w tych specjalnościach, ale służba zajmowała jakieś 2% ich uwagi oraz czasu. Rzuciłem im kilka zdań wyjaśnienia, ufając, że reszta tego, co im będzie potrzebne, dosłuchają sobie z taśm i sprawdziłem linię na barkę nurków.
Była już gotowa. Anderton, kiedy zyskał pewność, że wzięliśmy się za rozwiązanie głównego problemu, zabrał się do roboty szybko i zdecydowanie. Ekran telewizyjny rozjaśnił się, ale nie było na nim widać niczego poza przyćmionym światłem, poznaczonym powoli unoszącymi się i opadającymi paskami ciemności. Z głośnika dolatywało nieustannie jakieś „kląk, oing, oing, bąk, oing”. Odgłosy jakby spod wody, niewyraźne i nieokreślone. Hej, wy tam w porcie, tu CIA. Z tej strony Harris. Odpowiedzcie, proszę. Tu mówi Monik – oznajmił głośnik. Boing, oing, oing.
Macie już coś? Kompletnie nic, doktorze Harris – odparł Monik. Tam na dole nie widać nawet na trzy cale przed oczyma. Za dużo mułu. Wpadliśmy na parę skrzyń, ale jak do tej pory ani śladu żadnego śmierdzącego jaja. Próbujcie dalej. Cheney, jeszcze bardziej niż zwykle przypominający buldoga, wyregulował swój czasomierz, korzystając z jednego z ośmiu zegarów na płycie czołowej Ultimata. Czy chcesz, żebym przejął nurków? Nie, Clark, jeszcze nie. Wolałbym raczej, żeby na razie zabrała się za to Joan.
Przekazałem jej mikrofon. Ty lepiej najpierw zajmij się seriami prawdopodobieństwa. Załatwione. Zaczął wprowadzać taśmę do czytnika integratora. Pod jakim kątem analizujemy, Peter? Statek. Chcę wiedzieć, jak mocną osłonę miał ten właz denny. Tam nie było w ogóle żadnej osłony – dobiegł zza moich pleców głos Andertona. Nie słyszałem, jak wszedł. Ale to niczego nie dowodzi.
Nasze zgniłe jajo mogło mieć wystarczającą osłonę samo w sobie. Albo może komuchy nie przejmowali się, czy załoga zostanie wystawiona na jego działanie, czy nie. Albo może w ogóle nie było żadnego jaja. Wszystko to jest możliwe – przyznałem. Ale jednak pomimo wszystko chciałbym się tego dowiedzieć. Czy przeprowadził pan badania krwi? – spytała Andertona Joan. Tak. W takim razie proszę przesłać mi ich wyniki. Chcę znać liczbę białych krwinek, płytek krwi, hematokryt i OOBE dla każdego człowieka.
Anderton podniósł słuchawkę telefonu, a ja podszedłem do drzwi i złapałem za klamkę. Hej! – oznajmił Anderton, odkładając z powrotem słuchawkę. Czy macie zamiar to tak sobie zlekceważyć? Doktorze Harris, proszę pamiętać, że przede wszystkim musimy ewakuować miasto. Nieważne, czy podrzucono nam coś naprawdę, czy nie. Nie wolno nam ryzykować, zakładając, że to coś niegroźnego. Proszę niczego nie robić bez zgody CIA – zażądałem. Z tego, co nam w tej chwili jest wiadome, ewakuacja miasta może być dokładnie tym, co nieprzyjaciel chce uzyskać. Tak, by mogli przechwycić obiekt nieuszkodzony.
Albo mogą dążyć do wywołania paniki z jakiegoś innego powodu, jednego z pięćdziesięciu możliwych. Nie wolno panu podjąć takiego ryzyka – Ponuro stwierdził. – Stawia pan na szali życie ośmiu i pół miliona ludzi. Nie mogę panu na to pozwolić. Kiedy pan nas wynajął, przekazał nam pan pełnię władzy – przypomniałem mu. – Jeżeli chce pan rozpocząć ewakuację bez naszej aprobaty, wcześniej będzie pan musiał nas wylać na zbity pysk. Załatwienie tego z Waszyngtonem zajęłoby panu godzinę, a więc równie dobrze może pan tę godzinę dać nam. Przez moment przypatrywał mi się z zaciśniętymi ustami. Potem ponownie podniósł słuchawkę, aby polecić przesłanie Joanne wyników badań krwi, a ja wyszedłem szybko za drzwi. Rozsądny człowiek powiedziałby, że na Ludmile nie uzyskałem niczego przydatnego, z wyjątkiem negatywnych informacji.
Faktem jednak jest, że gdybym cokolwiek znalazł, byłaby to dla mnie ogromna niespodzianka. Udałem się tam w poszukiwaniu takich niespodzianek, ale znalazłem tylko słaby ślad prowadzący do Abnera Longmansa Browna. W większej części zimny, pochodzący sprzed 15 lat. Były czasy, kiedy znałem Browna, pobieżnie i bez specjalnych korzyści dla obu stron. Jeszcze jako student na licencjacie specjalizujący się w naukach społecznych zacząłem pisać pracę zaliczeniową na temat dawnego International Longshoremen's Association opierającego się na szantażu i wymuszeniach związku zawodowego dokerów, obecnie już formalnie nieistniejącego. Chociaż każdy, kto miał oczy szeroko otwarte, mógł dostrzec pewne ślady jego działalności w dokach. W tamtych czasach Brown był menadżerem w firmie ubezpieczeniowej, której jedynym widocznym zadaniem było wystawianie polis dla ILA oraz jego zabijaków w dokach. Z jakiegoś powodu bawił go zuchwały młodzian, który miał czelność zawracać mu głowę i domagać się dokładnych informacji. Tak więc pokazał mi sporą część sznurków, które normalnie nie pojawiają się w świetle dziennym. Nic niezgodnego z prawem, ale wystarczająco dużo, bym uzyskał lepszy obraz tego, jak działał związek.
Było tego więcej, niż kiedykolwiek mógłbym się spodziewać, a nawet podejrzewać. Dlatego byłem zaskoczony, słysząc czyjąś uwagę w dokach, że przez cały weekend Brown miał być w mieście. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że mógłby ciągle się interesować nabrzeżami, ponieważ poświęcił sporo wysiłku, by stać się człowiekiem szanowanym w najwyższym stopniu. Ciągle był zawodowym hazardzistą i jak zeznał w zeszłym roku Komisji Śledczej Kongresu, wyciągał z tego 30 do 50 000 dolarów rocznie, ale jego hazardowe interesy nie koncentrowały się już wokół wyścigów konnych, gier liczbowych, czy też szemranych umów ubezpieczeniowych. W ostatnich czasach to, czym się zajmował, nazywano inwestowaniem. W większości przypadków w nieruchomości. Pośrednicy w handlu nieruchomościami znali go dobrze jako człowieka, który niemalże kupił Empire State Building. Niemalże w tym zdaniu oznacza, że zabrakło naprawdę bardzo niewielkiej kwoty. Joanne także śledziła jego karierę. Nie dlatego, by kiedykolwiek miała go spotkać, ale ponieważ był on dla niej przypadkiem w badaniach ewolucji czegoś, co nazywała ego extraprawnym.
Dla tego rodzaju osobowości odpowiedzialność jest chorobą. Jak mi kiedyś powiedziała: Zawsze mamy do czynienia z niemalże otwartym konfliktem pomiędzy żądzą władzy i siły a potrzebą bycia akceptowanym. Zwykły przestępca jest niedorozwinięty moralnie, ale ludzie tacy jak Brown obarczeni są przekleństwem sumienia i wcześniej czy później załamują się, próbując je uciszyć. Prędzej próbowałbym złamać łożysko Timkena – stwierdziłem. Brown jest twardy jak hartowana stal i to na całej swej długości. Nie wierz w to. Symptomy są widoczne wszędzie wokół niego. Teraz wspiera sztuki na Broadwayu, sponsoruje początkujące aktorki, przyłącza się do grup dramaturgicznych. Jest jedynym członkiem Baskin and Brush, który nigdy w życiu nie napisał sztuki, w żadnej nie zagrał ani nie zaangażował się choćby na tyle, by pociągnąć za linę unoszącą kurtynę. To inwestycje – zauważyłem.
To jego biznes. Peter, widzisz to bardzo płytko. Jego prawdziwe inwestycje niemal nigdy nie robią klapy. Ale sztuki, które wspiera już zawsze. Musi tak być. Pieczołowicie pielęgnuje wspomnienia o nich, aby uspokoić dręczącego sumienie. A więc gdyby zakończyły się sukcesem, powiększałyby tylko jego winy, zamiast je pomniejszać. Dokładnie to samo z tymi młodymi aktorkami. Nie jest nimi zainteresowany od strony seksualnej. Ludzie jego rodzaju nigdy nie są, ponieważ życie w sztywnej, ortodoksyjnej rodzinie stanowi część ich wysiłków w kierunku osiągnięcia wysokiego statusu społecznego.
On je wspiera, żeby spłacić swój dług względem społeczeństwa. Innymi słowy, one są jego talizmanami chroniącymi go przed więzieniem. Nie wygląda to na jakiś bardzo satysfakcjonujący substytut. Oczywiście, że nim nie jest – powiedziała Joanne. – Kolejną rzeczą, jaką zrobi, będzie udanie się do instytucji użyteczności publicznej. Przekazywanie pieniędzy szpitalom czy coś w tym stylu. Obserwuj go. Miała rację. W ciągu niecałego roku Brown ogłosił, że stworzył fundację zajmującą się likwidacją dzielnic biedy w Detroit, które były miejscem jego urodzenia. Najbardziej oczywisty przykład symbolicznego samobójstwa, żeby już nigdy więcej żaden Abner Longman Brown się tutaj nie urodził.
Realizacja tej przepowiedni mocno mnie zdołowała, ponieważ następnym punktem na agendzie Joanne dla Browna było jego wejście w świat polityki jako wojującego liberała, zwolennika New Deal'u spóźnionego o 20 lat. Ponieważ sam mam lekko liberalne poglądy, kiedy byłem po służbie, z niechęcią myślałem o tym, co kariera Browna mogłaby powiedzieć o moich własnych motywacjach, gdybym na to pozwolił. Wszystko to nie miało nic wspólnego z tym, dlaczego węszyłem tak wokół sprawy Ludmiły. A może jednak miało? Ciągle pamiętałem wyzywające słowa Andertona. „Nie wolno panu podjąć takiego ryzyka. Stawia pan na szali życie ośmiu i pół miliona ludzi.” To pasowało do normalnego zakresu działalności Browna. To prawda. Powiązania były ciągle bardzo mgliste, ale w sytuacji, kiedy każdy trop mógł być użyteczny, zadzwoniłem do niego. Rozpoznał mnie natychmiast.
Jak większość słabo wykształconych, kierujących się żądzą władzy ludzi, pamięć miał niemal równie dobrą, jak jakaś maszyna. „Nigdy nie przysłałeś mi tej pracy, którą miałeś napisać” – powiedział. Wydawało się, że głos mu się kompletnie nie zmienił, chociaż obecnie przekroczył już siedemdziesiątkę. – Obiecałeś mi to. „Bywa, że dzieci nie dotrzymują obietnic, pomimo tego, że powinny” – odparłem. – Ale mam ciągle parę kopii i tym razem dopilnuję, żeby pan jedną z nich otrzymał. Teraz chciałbym prosić pana o inną przysługę. Coś z pańskiej działki. „Sprawy CIA?” „Tak.” „Nie miałem pojęcia, iż pan wie, że pracuję w CIA.” Brown zachichotał. „Ciągle jeszcze wiem to lub tamto” – stwierdził.
– O co chodzi? „Nie mogę panu tego powiedzieć przez telefon, ale mamy do czynienia z największą sprawą, nad jaką pracowaliśmy i uważam, że potrzebujemy eksperta. Czy mógłby pan bezzwłocznie przybyć do centrali CIA?” „Taa, jeśli to jest rzeczywiście coś tak wielkiego. Ale gdyby tak nie było, to ja mam tu naprawdę poważne interesy, Andy. I nie mogę zostać w mieście zbyt długo. Jesteś pewien, że to sprawa z najwyższej półki?” „Daję panu na to słowo.” Milczał przez chwilę. Potem rzucił nagle: „Andy, przyślij mi tę swoją pracę.” „Pracę? Pewnie, ale…” I wtedy zrozumiałem, o co chodzi. Dałem mu słowo. „Otrzyma ją pan” – obiecałem.
„Dziękuję, panie Brown.” Połączyłem się z centralą i wysłałem posłańca do mojego apartamentu, żeby odszukał jedną z tych od dawna pokrywających się kurzem teczek z kartkami w rozmiarze legal w środku z poleceniem, żeby popędził z nią do Browna, i to na jednej nodze. Potem ruszyłem z powrotem do biura. Atmosfera w nim wyraźnie się zmieniła. Anderton siedział za wielkim biurkiem, zaciskając pięści w napięciu. Z jego całego ciała promieniała ledwie kontrolowana bezradność. Chaney pochylał się nad sejsmografem, echosondując po całym dnie rzeki w poszukiwaniu niechcianego prezentu. Żeby to dawało chociaż jakieś niewielkie szanse sukcesu, wiedziałem, że musiał zatrzymać pociągi Hudson and Manhattan. Łoskot wydostający się z ich tuneli zagłuszyłby każde możliwe piśnięcie echa naszego zgniłego jaja. „Ruszyłeś w pogoń za wiatrakami?” – spytała mnie Joanne, spoglądając mi badawczo w twarz. „Nie do końca.
Mam coś. Jeśli uda mi się tylko wymyślić, co to jest takiego. Pamiętasz one-shot Browna?” „Tak. Co on ma z tym wszystkim wspólnego?” „Nic” – odparłem. – Ale chcę go tutaj ściągnąć. Nie wydaje mi się, żebyśmy bez niego ugryźli ten problem w czasie, jaki nam pozostał. „A na co nam zawodowy hazardzista przy tego rodzaju sprawie? Będzie nam się tylko plątał pod nogami.” Popatrzyłem na ekran telewizyjny, który w tej chwili pokazywał czarną, amorficzną masę wzbijającą się z nawet jeszcze bardziej czarnej podstawy. „Czy udało wam się do czegoś dojść?” „Nie zrobiliśmy najmniejszego kroku naprzód” – przerwał ostrym tonem Anderton. – Nawet nie wiemy, czy tam coś nam podrzucono.
Cała okolica usiana jest skrzyniami z ładunkiem. Harris, musi mi pan pozwolić podnieść ten alarm. Clarke, jak stoimy z czasem? „Termin mija za 29 minut” – powiedział. „W porządku. Wykorzystajmy więc dobrze pozostały nam czas. Zaczynam widzieć sprawy nieco wyraźniej. Joanne, mamy tutaj jednorazową decyzję w warunkach ryzyka, zgadza się?” „Do tego to się sprowadza” – odparła ostrożnie. – I wydaje mi się, że nie uda nam się znaleźć odpowiedzi dzięki pracy nurków, a przynajmniej nie w tym czasie. Pamiętacie, jak w 1952 roku marynarka zgubiła w porcie barkę pełną amunicji?
Szukali jej przez cały rok i nigdy nie udało im się odnaleźć nawet jednego pocisku. W końcu musieli ostrzec ludzi, że jeśli ktokolwiek znajdzie gdzieś na brzegu coś dziwacznego, żeby nie walił w to za mocno ani tym nie potrząsał. Jesteśmy lepiej wyposażeni niż marynarka była wtedy, ale pracujemy pod znacznie większą presją czasu. „Gdyby pan to przyznał wcześniej” – ochryple stwierdził Anderton – mielibyśmy do tej pory poza miastem już pół miliona ludzi, a może nawet milion. Jeszcze się nie poddaliśmy, panie pułkowniku. Sprawa wygląda tak: Joan, to, co nam jest potrzebne, to trafne domysły. Udało ci się coś wycisnąć z tych szeregów probabilistycznych, Clark? Pewnie nie. Przy jednorazowych decyzjach w warunkach ryzyka prawa rachunku prawdopodobieństwa są kompletnie nieprzydatne. A jeśli już o tym mówimy, tak zwane eksperymenty ESP pokazały nam dawno temu, że nawet sposób, w jaki konstruujemy tabele decyzyjne, jest pełen dziur oraz że człowiek czujący istotę ryzyka potrafi niemal na zawołanie wyciągnąć forsę nawet przy bardzo kiepskich szansach.
A jeśli tacy ludzie kiedykolwiek istnieli, to Brown należy do nich. Dlatego właśnie poprosiłem go, żeby się do nas przyłączył. Chcę, żeby rzucił okiem na ten bajzel na ekranie i zagrał na przeczucie. Chyba pan oszalał – oznajmił Anderton. Energiczne pukanie do drzwi oszczędziło mi kłopotu udzielenia zaprzeczającej, potwierdzającej czy wymijającej odpowiedzi na tę opinię. To był Brown. Posłaniec musiał być naprawdę szybki, a hazardzista dał sobie spokój z czytaniem, co student z college'u myślał o nim 15 lat temu. Podszedł do nas i wyciągnął rękę, podczas gdy pozostali, nie kryjąc się z tym, mierzyli go badawczymi spojrzeniami. Robił wrażenie, to prawda. Komuś, kto go nie znał, trudno byłoby uwierzyć, że jego celem jest dążenie do uzyskania szacunku społecznego.
Na oko już dawno temu go osiągnął. Wysoki, dostojny, chodził idealnie wyprostowany, sprężyście pomimo swego wieku. Jego ubranie było tak odmienne od spodziewanego u hazardzisty, jak tylko można było to osiągnąć dzięki sztuce krawieckiej. Czarny, dwurzędowy garnitur w leciutkie, pionowe prążki, szary jedwabny krawat ze szpilką zakończoną malutką, ledwie widoczną perłą, czarny, elegancki kapelusz. Wszystko to idealnie dopasowane. Wszystko noszone z właściwą swobodą, można by niemalże powiedzieć z formalną swobodą. I dopiero kiedy otworzył usta, dało się poznać, że w środku tego wspaniałego ubioru siedział One-Shot Brown. Wyruszyłem tu natychmiast, jak tylko do mnie dotarł twój goniec – przywitał się. Co jest grane, Andy? Panie Brown, to są Joan Hadamard, Clark Cheney i pułkownik Anderton.
Mówię tak szybko, ponieważ teraz musimy naprawdę się śpieszyć. Polski statek zrzucił coś w porcie. Nie wiemy co. Może to być jakaś diabelska bomba albo może to być po prostu ich stare pranie. Oczywiście musimy się dowiedzieć, co to jest i chcielibyśmy, żeby pan nam to powiedział. Arystokratyczne brwi Browna powędrowały do góry. Ja? Do diabła, Andy, nie znam się na tego typu rzeczach. Jestem zaskoczony twoją propozycją. Myślałem, że CIA ma wszystkie mózgi, jakich potrzebuje.
Czy nie macie maszyn, które podałyby wam tego rodzaju odpowiedzi? Wskazałem bez słowa na Joan, która wróciła do pracy, czekając na zakończenie wprowadzenia. Ciągle stała przy mikrofonie łączącym nas z nurkami. Właśnie mówiła: Jak to wygląda? To po prostu nieforemny kawałek czegoś, pani doktor. Nie potrafimy nawet ocenić kształtu. Jest zagrzebany zbyt głęboko w mule. Spróbujcie użyć Geigera. Próbowaliśmy. Nic poza promieniowaniem tła.
Licznik scyntylacyjny? Nic, doktor Hadamard. Być może to ma osłonę. Domysły niech pan pozostawi nam, panie Monique. No dobrze, może to ma jakiś zapalnik zegarowy, który nie odpalił od razu przy uderzeniu. Albo zapalnik żyroskopowy. Osłuchajcie to stetoskopem i zobaczymy, czy wyłapiecie jakieś tykanie albo odgłosy podobne do szumu działającego silnika. Nastąpiła chwila przerwy i zwróciłem się do Browna: Jak pan widzi, jesteśmy w kropce. Panie Brown, musimy zagrać o wielką stawkę przy minimalnych szansach na wygraną. Jak jeden rzut kośćmi albo wyłożenie jednej ręki w kartach.
Musimy mieć jakiegoś eksperta, który to dla nas zrobi. Kogoś z długą listą sukcesów w tego rodzaju sytuacjach. Dlatego właśnie pana wezwałem. To nie ma sensu – stwierdził. Zdjął z głowy kapelusz, wyciągnął chusteczkę z kieszeni na piersi i otarł jego otok. Nie mogę tego zrobić. Dlaczego? To nie moja działka – odparł. Posłuchaj, w całym swoim życiu nigdy nie grałem, ryzykując czymś, co sprawiałoby mi jakąkolwiek różnicę. A to robi różnicę naprawdę.
Jeśli źle się domyślę, to wszyscy będziemy zimnymi trupami. Ale czemu miałby pan dokonać złego wyboru? Pańskie przeczucia działają bez zarzutu już od 60 lat. Brown otarł twarz. Nie, nie rozumiesz tego. Szkoda, że nie możemy porozmawiać dłużej. Posłuchaj jednak, moja żona i dzieci są w mieście. Tu nie chodzi tylko o moje życie, ale również i ich. To coś, co naprawdę mnie obchodzi. Dlatego właśnie nie wyjdzie nam.
W sprawach, które są dla mnie ważne, moje przeczucia nie działają. Czułem się, jakbym dostał pałką po głowie i tak samo, z tego, co widziałem, odbierali to Joan i Cheney. Przypuszczam, że powinienem o tym pomyśleć wcześniej, ale nigdy nie przyszło mi to do głowy. Dziesięć minut – powiedział Cheney. Spojrzałem na Browna. Był przerażony i znów mnie to zaskoczyło, pomimo że nie miałem żadnych praw po temu. Próbowałem przynajmniej utrzymać spokój w głosie. Panie Brown, proszę pomimo wszystko spróbować na moją prośbę. Już jest za późno, żeby zrobić to w jakiś inny sposób. A więc jeśli pański wybór będzie błędny, skutek nie będzie gorszy niż jakby pan nic nie zrobił.
Moje dzieci -- wyszeptał. Nie sądzę, żeby zdawał sobie sprawę z tego, że powiedział to na głos. Czekałem. Potem jego wzrok zdawał się wrócić do chwili obecnej. No dobrze -- oznajmił. -- Uprzedzałem cię, Andy. Pamiętaj o tym. A więc czy to jest bomba, czy nie? To jest właśnie to, co nas interesuje? Skinąłem głową.
Zamknął oczy. Nieoczekiwany dreszcz czystego przerażenia przeleciał mi po plecach. Z zamkniętymi oczyma twarz Browna zmieniła się w pośmiertną maskę. Odgłosy ruchu wody i nieregularne tykanie licznika Geigera zdawały się wypływać z głośnika cztery razy głośniej niż jeszcze chwilę temu. Wydawało mi się, że słyszę nawet pisak sejsmografu chroboczący po papierze, dopóki nie spojrzałem na przyrząd i nie zobaczyłem, że Clark wyłączył go prawdopodobnie już dłuższy czas temu. Na czole i nad górną wargą Browna zaczęły się tworzyć kropelki potu. Chusteczka spoczywała cały czas zmięta w jego dłoni. Anderton zaczął: Ze wszystkich głup- Cicho -- przyciszonym głosem przerwała mu Joanne. Powoli Brown otworzył oczy. No dobrze -- powiedział.
-- Jeśli chcecie załatwić to w taki sposób, to ja mówię wam: to jest bomba. Przyglądał się nam jeszcze przez chwilę, a potem wszystkie w jednej chwili łożyska Timkena strzeliły. Z jego ust popłynął potok słów. A teraz ludzie, zróbcie coś. Weźcie się za swoją robotę tak, jak ja wykonałem moją. Zabierzcie stamtąd moją żonę i dzieci. Opróżnijcie miasto. Zróbcie coś. Zróbcie coś! Anderton już złapał za słuchawkę.
Ma pan rację, panie Brown. Jeśli już nie jest za późno. Chaney wyciągnął błyskawicznie rękę i chwycił Andertona za nadgarstek. Niech pan chwilę zaczeka. Co to znaczy: niech pan chwilę zaczeka? Czy wcześniej nie zmarnowaliście już dość czasu? Chaney nie puścił go, tylko popatrzył badawczo na Joanne i rzucił: Jedna minuta, Joanne. Równie dobrze możesz kontynuować. Kiwnęła głową i odezwała się do mikrofonu. Monique, odkręć pokrywę.
Odkręcać pokrywę? -- zaskrzeczało radio. -- Ale doktor Hadamard, jeśli to spowoduje wybuch? To nie wybuchnie. To jedyna rzecz, jakiej może pan być pewien. To nie wybuchnie. Co to jest? -- dopytywał się Anderton. -- I w każdym razie co z tym terminem? Pokrywa zdjęta -- zameldował Monique.
-- Obecnie dostajemy mnóstwo promieniowania. Chwileczkę. Taa, doktor Hadamard. To jest bomba. Zgadza się, ale nie ma zapalnika. Tylko jak mogli popełnić tak idiotyczną pomyłkę? Innymi słowy, to bubel -- stwierdziła Joanne. Zgadza się, to bubel. Dopiero teraz Brown otarł twarz. Była zupełnie szara.
Powiedziałem wam prawdę -- oznajmił ponuro. -- Moje przeczucia nie działają w takich sytuacjach. Ale tym razem zadziałały -- skorygowałem. -- Bardzo mi przykro, że przepuściliśmy pana przez ten magiel. I pana również, panie pułkowniku, ale nie mogliśmy przepuścić takiej okazji jak ten bajzel. To była zbyt dobra szansa dla nas do przetestowania tego, jak wasze umiejętności mogłyby zostać użyte w przypadku podrzucenia prawdziwej bomby. Prawdziwej bomby? -- wyrzucił z siebie Anderton. -- Czy chcecie powiedzieć, że CIA to zainscenizowało? Powinniście zostać rozstrzelani.
Cała wasza zgraja. To nie jest do końca tak -- wyjaśniłem. -- Za podrzucenie tej rzeczy odpowiedzialny jest nieprzyjaciel. Taka jest prawda. Dostaliśmy wiadomość w zeszłym miesiącu od naszego człowieka w Gdyni, że mają zamiar to zrobić oraz że bomba będzie na pokładzie Ludmiły. Tak jak powiedziałem, była to zbyt dobra okazja, żeby ją przepuścić. Chcieliśmy sprawdzić, jak długo zajmie nam domyślenie się prawdy o naturze bomby, której nie znaliśmy szczegółowo, kiedy zostanie tutaj podrzucona. Poleciliśmy więc naszym ludziom w Gdyni rozbrojenie tego urządzenia, kiedy już zostało ono umieszczone na statku, ale pod każdym innym względem pozostawienie go nienaruszonego. Prawdę mówiąc, jak pan widzi, pańskie przeczucie trafiło dokładnie w punkt. Nie pytaliśmy pana, czy obiekt był działającą bombą, czy nie.
Spytaliśmy tylko, czy był bombą. Odpowiedział pan tak i miał pan zupełną rację. Wyraz twarzy Browna był dokładnie taki sam, jak wtedy, kiedy szukał właściwego wariantu decyzji. Jedyną różnicą były jego oczy. Tym razem miał je otwarte. Wiedziałem więc, że utkwił je we mnie. Gdyby to było za dawnych czasów -- oznajmił tonem zimnym jak lód -- mógłbym spowodować wprowadzenie pomysłu pułkownika w życie. Nie lubię takich sztuczek, Andy. To było coś więcej niż tylko sztuczka — zauważył Clark. Pamięta pan chyba, panie Brown, że mieliśmy określony limit czasowy na przeprowadzenie naszego testu.
Ewidentnie w przypadku prawdziwego podrzucenia jakiegoś obiektu nie mielibyśmy dowolnej ilości czasu na określenie, co w zasadzie nam podrzucono. Gdyby po upłynięciu limitu czasu nadal nie udało nam się tego określić, musielibyśmy wyrazić zgodę na ewakuację miasta z całym towarzyszącym temu ryzykiem, że robimy dokładnie to, co nieprzyjaciel chciałby, żebyśmy zrobili. A więc? A więc generalnie oblaliśmy ten test — przyznałem. Na minutę przed upłynięciem limitu czasu Joanne musiała kazać nurkom odkręcić pokrywę. Przy rzeczywistym ataku wroga, gdyby bomba była prawdziwa, mogłoby to oznaczać detonację. Nie moglibyśmy tego zaryzykować. To, że zrobiliśmy to podczas testu, było przyznaniem się do porażki. Przyznaniem się, że nasze zwykłe metody tym razem nie pozwoliły nam na jego zaliczenie. A to oznacza, że jedyną osobą, która go zdała, był pan, panie Brown.
Jeśli kiedykolwiek dojdzie do podrzucenia prawdziwej bomby, chcemy mieć pana tutaj jako aktywnego uczestnika naszego śledztwa. Pańska intuicja przy jednorazowych decyzjach była jedyną rzeczą, która tym razem wyciągnęła nas z kłopotów. Następnym razem może ona uratować życie ośmiu milionów ludzi. Zapadła dosyć długa cisza. Wszyscy z nas, włączając w to Andertona, obserwowali w napięciu Browna, ale z jego niewzruszonej twarzy nie dawało się wyczytać żadnych śladów toru myśli biegnących w jego głowie. Kiedy się w końcu odezwał, to, co powiedział, musiało dla Andertona zabrzmieć szaleńczo bezsensownie i być może dla Chainaya również, a dla Joanne mogło to znaczyć nic więcej niż końcowa kliniczna ocena w historii przypadku. To zabawne — powiedział. Myślałem o starcie w przyszłym roku do Kongresu z mojego okręgu, ale to może być znacznie ważniejsze. Było to, jak uważam, westchnienie człowieka pogodzonego ze sobą.
[03:47:18] - No Wiktorze, i to jesteśmy po opowiadaniu. Odgrażałeś się, że będziesz mówił. No to oddaję ci głos.
[03:47:25] - Ja bym bardzo chętnie, że tak powiem, tą twoją błahość troszkę przytłumił, bo zwróćcie uwagę, że na pierwszy rzut oka to się wydaje takie naiwne. Naiwna historyjka z tym stateczkiem zrzucającym jakąś tam bombę i tak dalej, która-
[03:47:43] - Ależ ja to powiedziałem, ja stanowczo protestuję. Ja powiedziałem, że się wydaje błahe.
[03:47:51] - Dobrze. Otóż jest to pewna w sumie przenośnia, pewien hak, który był potrzebny, bo to mogła być zupełnie inna historia, jakakolwiek inna historia po to, żeby umotywować pokazanie pewnego mechanizmu podejmowania decyzji na różnych, że tak powiem, szczeblach politycznych, gospodarczych, ekonomicznych i tak dalej. To nie jest takie proste. My, to stado baranów w sumie, że tak powiem, spokojnie naśmiewa się z tych polityków, z całej mechaniki, ale oni muszą Bogiem a prawdą nami, tymi baranami rządzić. Oni muszą jakoś uwzględniać te wszystkie rzeczy, podejmować decyzje, czy wysiedlić te osiem milionów, czy przesiedlić osiem milionów, co zrobić? Bo wszędzie zawsze każda decyzja polityczna czy gospodarcza jest z jednej strony witana oklaskami, z drugiej oczywiście wyciem szyderców, którzy mówią i stukają się w głowę po prostu. Zawsze tak być musi. Natomiast niestety z tego my sobie bardzo często nie zdajemy sprawy. Ja pamiętam, kiedy się COVID pojawił na świecie, to były takie dyskusje na temat Chin, jak oni tam pozwolili, bo akurat Chińczycy mieli jakieś tam swoje święto, jak oni pozwolili przemieszczać się w Chinach akurat w tym momencie co najmniej trzystu milionom ludzi, że tak powiem, bo tylu wędrowało w gościnie po prostu. No i rozprzestrzeniało ten cały COVID.
Ktoś musiał tę decyzję podjąć albo nie podjął. To różnie, ale wszystko polega na tym, że to jest trudne po prostu. I ta opowiadanko właśnie przy takiej początkowej, wydawałoby się błahostce, bo ta cała bomba oślizgła na jakimś dnie jakiejś rzeki, to jest dokładnie, jak powiedziałem, umowna. Natomiast ja podejrzewam, że tego typu decyzje są podejmowane również dzisiaj bardzo często w taki sposób. Jakby to powiedzieć? Żeby przypomnieć coś, co mawiał, że tak powiem, Napoleon, kiedy angażował, albo promował swoich generałów. Pierwsze i jedno z najważniejszych pytań: czy on ma szczęście? Prawda? Tak było. On musiał wiedzieć, czy ten facet ma szczęście.
A co to jest szczęście? Tego nie wiemy. To jest ten facet z opowiadania Blisza, który ma wydać wyrok właściwie. Robimy to, tak jest albo tak nie jest po prostu.
[03:51:29] - Ale facet ma doświadczenie w podejmowaniu takich decyzji.
[03:51:36] - Zgadza się. Napoleońscy generałowie też mieli doświadczenie. Jeśli go nie mieli, to znaczy, że nie mieli szczęścia po prostu.
[03:51:45] - Ten bohater szczęście miał. Tak jak się okazało, że to próba. I dobrze wytypował, prawda? Wiesz co, Wiktor, tak jak to mówiłeś, to przyszło mi do głowy jeszcze coś. Że my bardzo często, właściwie częściowo o tym mówiłeś, my mamy takie wrażenie, tak jak ty to określiłeś, jedni mówią, że wiadomo przecież, że wszelkiej maści politycy to idioci, którzy biorą pieniądze za nie wiadomo co. Z tym jest lepiej żyć człowiekowi, jak sobie coś takiego pomyśli. Natomiast przyszło mi do głowy, że ci politycy, bardzo często nam się wydaje, że oni jednak jakieś tam decyzje podejmują i podejmują je, tu uwaga, racjonalnie. Czyli przemyślą i mówią: „Tak będzie”. I to albo wyjdzie, albo nie wyjdzie. Ale to racjonalne było.
Tymczasem z tego opowiadania, a właściwie to nie o to chodzi, to opowiadanie sygnalizuje nam, że może jest zupełnie inaczej. Że może ci nasi bardzo mądrzy politycy, którzy tak bardzo dużo wiedzą, a w każdym razie chcą uchodzić za takich, którzy tak bardzo dużo wiedzą i oni wszystko analizują do ostatniego szczegółu, wszystko sobie przemyślą, to oni może tak naprawdę guzik wiedzą i decyzje podejmują troszeczkę taką hazardową. Robimy tak, zobaczymy jak będzie. Najwyżej zginie osiem milionów ludzi. Mój Boże, to będzie tragedia! Ale w gruncie rzeczy statystyka. Może to czasami tak wygląda. I to, mówiąc szczerze, trochę mi gasi uśmiech na twarzy, Wiktorze.
[03:53:32] - Ja bym się nie bał po prostu, bo tak chyba było zawsze i zawsze będzie. Większość decyzji podejmujemy, nie wiedząc wszystkiego.
[03:53:46] - Oczywiście, że tak.
[03:53:48] - Ważne, żeby, że tak powiem, ta łajba świata płynęła i nie zatonęła. A że drzazgi lecą, no trudno.
[03:54:04] - Tylko wiecie państwo co? To prawda. Powiem tak: kiedy czasy są spokojne, to czy polityk podejmie taką czy inną decyzję, czy ona jest mniej, czy bardziej głupia, skutki są wtedy nie tak bolesne. Natomiast jeśli żyje się w czasach, w których aż śmierdzi na kilometr kryzysem i to nie tylko ekonomicznym, to takie decyzje ciągną za sobą skutki naprawdę bardzo poważne. I to jest taka obawa z mojej strony. Ale ty po tym opowiadaniu wyciągnąłeś chyba jeszcze jakiś wniosek. Tak mi się wydaje. Czy się mylę?
[03:54:52] - Ja akurat byłem rozbawiony dosyć tym opowiadankiem. Natomiast przy tych wszystkich mechanizmach socjologicznych właśnie i tak dalej, tym zarządzaniu tymi ludźmi, akurat tak sobie pomyślałem w pewnym momencie, ale to już będzie anegdota taka z mojej strony głupawa, co by mnie dzisiaj, że tak powiem, w zarządzaniu tym stadem baranów spotkało. Otóż bank mi zmienił kartę bankomatową, więc musiałem uaktywnić tą nową, nie? Ale niestety, kiedy się udałem na Pocztę Polską, to okazało się, że mam dowód sprzed pierwszego czy drugiego, czy tam trzeciego zawału, że tak powiem, bo potem nie aktualizowałem tego dowodu. I niestety nie może mi państwo uaktywnić tej całej karty. Ja wpadłem w rozterkę ze śmiechu, bo z jednej strony skoro to wielkie państwo — i tu właśnie, Marek, mówimy o tej mądrości zarządzania — to mądre państwo zarządzane nie wie, kto to jest Wiktor Żwikiewicz. To skąd ja mam wiedzieć? Ja, mały, stary człowieczek. Może ja nie jestem Żwikiewicz, a przede wszystkim nie mogę próbować oszukać tej instytucji, tego państwa. Bo jeśli oszukam, a nie mam żadnego dowodu, bo okazało się, że ja mam dowód nieaktualny.
Czyli skoro nie mam aktualnego dowodu na to, że jestem Wiktorem Żwikiewicz, to jak ja mogę twierdzić, że jestem Wiktor Żwikiewicz i wprowadzać w zamieszanie wielką machinę państwową? Ta machina powinna mi pomóc. Ona mi powinna powiedzieć, czy ja jestem Wiktor Żwikiewicz, skoro jest taka mądra. Bo ja nie jestem pewien. Może ja się też zdezaktualizowałem już. Prawdopodobnie tak. To wydaje się takie dosyć anegdotyczne i dalekie od tego opowiadania, ale wcale takie nie jest. A dlaczego? Sam nie wiem, ale tak mi przyszło do głowy w trakcie słuchania tego opowiadania.
[03:57:31] - Wiesz, tu jeszcze może wchodzić kwestia taka, nie tylko chociażby taka, czy ty w ogóle istniejesz? Może ciebie nie ma?
[03:57:41] - Ja tak podejrzewam. Skąd ja mogę o tym wiedzieć? Mam nieaktualny dowód. Czyli może ja też jestem nieaktualny. Już mnie nie ma. A to co tego, to Ivellios udaje, że ja gadam, nie?
[03:57:58] - Tak?
[03:57:59] - On świetnie potrafi podrabiać.
[03:58:02] - Ze starych wypowiedzi zmontował, że dyskutujesz ze mną, a ciebie tak naprawdę nie ma.
[03:58:12] - A wiecie panowie, jest taka technologia, która pozwala na sklonowanie głosu i wmontowanie tego głosu w syntezator.
[03:58:21] - O!
[03:58:22] - No właśnie.
[03:58:25] - Blisko coraz bliżej. W każdym razie, proszę państwa, tym nieco absurdalnym-
[03:58:30] - Marku.
[03:58:31] - Tak?
[03:58:31] - Niedługo będzie można sobie w gacie wmontować coś z jakiegoś Supermana po prostu wzięte.
[03:58:45] - Nie wiem, czy chciałem to słyszeć. Ja chciałem zakończyć, powiedzieć, że tym nieco absurdalnym akcentem żegnamy się z państwem na dzisiaj. Rozglądajcie się państwo uważnie, tak jak od dawna już państwa o to proszę, bo powiem tak: ja wiem, że bardzo fajnie się smędzi w ten sposób, że było źle, a będzie jeszcze gorzej. Zobaczycie. Teraz wszyscy właściwie w internecie mówią, że będzie gorzej i na pewno będzie gorzej. My po prostu życzymy państwu, żeby było lepiej, wbrew wszystkiemu, wszystkim, żeby pewnego dnia się państwo obudzili i ten cały szlam, który nas otacza informacyjnie, ale i ten rzeczywisty, żeby po prostu zniknął.
[03:59:37] - Ja dorzucę do tego, co Marek powiedział, tylko jedną poprawkę. Otóż nigdy nie należy twierdzić, że będzie gorzej, tak samo, jak że będzie lepiej. Po prostu będzie inaczej. Tak jak na Marsie. Być może. Przyszłość jest właśnie taka. Jest inna, a nie dobra ani zła.
[04:00:03] - Wiesz co, wbrew pozorom całkiem optymistycznie to zabrzmiało i myślę, że to jest dobry koniec na dzisiaj. Dobrej nocy państwu.
[04:00:14] - Dobrej nocy.
[04:00:17] - Proszę państwa, to jak się już grzebiemy w archiwaliach, to obiecany drugi odcinek spotkania z Martą Kładź-Kocot. Tydzień temu słuchaliście państwo początku audycji „Bibliotekarium” i spotkania z Martą Kładź-Kocot. Dzisiaj czas na część drugą. Ja przypomnę, że to spotkanie jest nieprzypadkowe. Otóż książka Marty Kładź-Kocot, o której rozmawialiśmy w audycji sprzed wielu miesięcy, została w tym roku nominowana do Nagrody Zajdla. A ponieważ finał Zajdlów już bardzo niedługo, postanowiłem przybliżyć, ponieważ spotkanie na antenie z Martą Kładź-Kocot było zacne, zapraszam na dzisiaj na jego drugą część i przypomnę, że za tydzień zakończenie, czyli część trzecia. Cóż, oddaję głos oczywiście sobie najpierw, bo ja muszę wszystko, proszę państwa, zagadać na śmierć. Na szczęście Marta Kładź-Kocot nie należy do osób, które da się zagadać, przegadać i nakryć czapką. Wręcz przeciwnie, świetnie sobie radzi. Odnoszę wrażenie, że w tej audycji również poradziła sobie świetnie.
Zapraszam. Mały remanencik na początek. Rzucam sobie okiem. Jeżeli można nim rzucić, to rzucam go w kierunku naszego czata. I taki sobie czytam wpis @Derga o tym, że seria „Conan” była naprawdę niezła. Ja tutaj przecież gadam o tym, że tak fatalnie i tak dalej. Szanowny nasz słuchaczu, ona może była i niezła, jak ją wydawał później Amber. Taka czarna seria, taka podseria fantasy. To może ona była już wtedy niezła, bo Amber miał to do siebie, że przy różnych swoich grzechach zatrudniał jednak tłumaczy, którzy wiedzieli, co tłumaczą i jak tłumaczą. Natomiast ja cały czas podkreślałem o tym wydaniu z lat 80.
I możemy się oczywiście na antenie albo na czacie pokłócić, ale nie dam się przekonać, że to było dobre tłumaczenie. Nie było. A czasami właśnie diabeł tkwi w szczegółach, że to tłumaczenie czasami przecież osobom nieznającym języka uprzystępnia tę książkę, pokazuje ją. I ten pierwszy kontakt może być czasami, w moim wypadku był bolesny. Przekonałem się. Zresztą ta czarna seria została zapoczątkowana wcześniej na Śląsku. Tam palce swoje maczał Robert Schmidt w wydawaniu. Pierwsze 10 tomów Howardowskich tomów wyszło właśnie przy jego współudziale. Później to przejął Amber i Amber tego naprodukował, tych tomów, tych ludzi, którzy pisali już po Howardzie, od bardzo znanych po bardzo nieznane nazwiska. Tego było naprawdę dużo.
Uważam, że warto. Kto lubi, to warto. Kto nie lubi, ten i tak się nie przekona. To à propos małego remanentu dotyczącego Conana. Conana tak, owszem, nawet lubię i lubiłem. Natomiast w tym tłumaczeniu z lat 80. niekoniecznie. To tak, jakbyśmy sobie pewne rzeczy wyjaśniali. Natomiast jak czytam drugi wpis osoby, która ma nick – muszę sobie tutaj najpierw poprzesuwać – I Speak English, tak zabrzmiało: „Po co komu powieści?” Zgadzam się z całą pewnością, jak to w programie „Bibliotekarium”. Sam się dziwię, że jesteśmy tutaj od ponad pięciu lat i o czymś tak abstrakcyjnym jak powieści najczęściej rozmawiamy.
Chyba czas kończyć, proszę państwa, „Bibliotekarium”, skoro po co komu powieści? W sumie coś w tym jest. Dobrze, wróćmy do audycji. Wiktorze, czy ty tam jesteś po drugiej stronie? To jest najważniejsza rzecz.
[04:04:33] - A gdzież mógłbym być, jak nie po drugiej stronie? Całe życie byłem po drugiej stronie.
[04:04:41] - Przezornie nie powiem, nie zdradzę tej tajemnicy, gdzie byś mógł być. Może jakaś myśl cię względem Conana tudzież powieści natchnęła przed chwilą?
[04:04:58] - Do mnie Conan trafił przez film „Conan Barbarzyńca”, przez pierwszy film. Ten film pokochałem, bo ten film jest genialny zupełnie.
[04:05:12] - I na bazie jego sukcesu następny reżyser postanowił spierdzielić robotę i nakręcił „Conana Niszczyciela”, o ile dobrze pamiętam ten tytuł.
[04:05:21] - Zgadza się.
[04:05:22] - I tam już było zdecydowanie gorzej.
[04:05:26] - Zgadza się. Potem zaglądałem do tej serii Howarda. Podobały mi się niektóre historie. Fajny klimat miały.
[04:05:37] - Ale mnie też. Ja cały czas się czepiam tylko jednej rzeczy w tym wydaniu lat 80. Język był absolutnie nie do przełknięcia. Skończmy już w takim razie sprawę. Wróćmy do powieści, o której dzisiaj rozmawiamy. Mieliście państwo pierwszy kontakt z tym tekstem.
[04:05:59] - W ogóle co za filozoficzne pytanie! Po co komu powieści? Można by rozwinąć to-
[04:06:04] - Cały esej można na tym napisać. Po co komu powieści? Ja obawiam się tylko, że tytuł mógłby być taki, tylko że wniosek mógłby być jednak inny, niż autor tego pytania się spodziewa, bo mogłoby się okazać – w zależności od piszącego oczywiście ów esej – że jednak czasami się do czegoś przydają. I to nie jest to, o czym pomyśleli sobie ci wszyscy frywolni, którzy papieru używają tylko do jednej rzeczy.
[04:06:33] - Ale mnie też zaskakuje paradoksalność ludzkiego działania, bo w momencie, kiedy ja natknęłabym się na coś, co mnie zupełnie nie interesuje, to po prostu przeszłabym obojętnie obok tego. A tutaj gość słucha audycji literackiej i jeszcze zadał sobie trud, żeby wejść na czat i napisać pytanie: po co komu powieści?
[04:06:52] - Po co komu powieści? Mówiąc szczerze, natchnął mnie człowiek. Jestem mu mimo wszystko bardzo wdzięczny, bo czasami proste pytania mają trudne odpowiedzi. Zaryzykujesz szkic takiej odpowiedzi? Po co komu powieści?
[04:07:10] - Czy zaryzykuję? Rzeczywiście, tak jak powiedziałeś, cały esej można by napisać. Natomiast powieści... Wyobraźmy sobie w takim razie świat alternatywny bez powieści. Musielibyśmy sobie wyobrazić świat w ogóle bez literatury, dlatego że pomijając literaturoznawcze dociekania na temat kształtowania się powieści jako gatunku – zostawmy, bo ja tutaj zaraz wpadnę w wykład i to nie będzie wcale dobre. Rozszerzmy to pytanie na: po co komu literatura? Bo się okazuje, że literatura istnieje w zasadzie odkąd istnieje jakiekolwiek prawie że piśmiennictwo. Jasne, na pierwszych tabliczkach asyryjsko-sumeryjskich mamy najpierw transakcje handlowe i różnego rodzaju inwentaryzacje, natomiast potem mamy „Enumę elisz” i „Epos o Gilgameszu”. W związku z tym my, ludzie, jesteśmy gatunkiem opowiadającym i nic na to nie poradzimy. Nic na to nie poradzimy, że nasze doświadczenia ujmujemy w fabuły, że jesteśmy zwierzętami narracyjnymi i po prostu potrzebujemy opowiadać.
W związku z tym powieści są taką najdoskonalszą funkcją naszej potrzeby opowiadania i jakoś nas tak naprawdę komunikują ze światem za pomocą czytania i za pomocą pisania, bo nie ma innej opcji wniknięcia w świat czyjejś wyobraźni niż przeczytanie tekstu, który ta osoba napisała. Nie ma innej możliwości porozmawiania z autorem, który dawno nie żyje, wejścia w świat, który jest nam odległy, niż przeczytanie powieści. Nie ma innej możliwości rozszerzenia własnej wyobraźni i rozszerzenia własnej wiedzy o świecie, o światach wewnętrznych innych ludzi, o tym, co było kiedyś, ale też o tym, co jest teraz. Fabuły są tak naprawdę najlepszym przekaźnikiem również wiedzy o świecie i poszerzania własnej wrażliwości w gruncie rzeczy o zupełnie inne sposoby patrzenia i punkty widzenia.
[04:09:21] - Właśnie, te punkty widzenia, bo my jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni do tego, że spoglądamy na świat swoimi oczami i my mamy zawsze rację. Przecież przynajmniej tak większość osób to przeżywa. Jak coś mówię, to wiem, a jak wiem, bo tak uważam i można taki ciąg sobie stworzyć. Niemniej jednak kontakt z innym człowiekiem, to nawet nie chodzi o punkt widzenia, to chodzi o punkt obserwacji tego świata.
[04:09:54] - Tak.
[04:09:55] - On naprawdę bywa różny. To nie chodzi o prostą, polityczną czy ideologiczną nawalankę, że jeden uważa to, a drugi tamto. Nie. Zwróćcie państwo uwagę, że czytając powieści, patrzymy, jakby ta nasza kamera miała różne obiektywy czasami. Raz on jest na blisko nastawiony ten obiektyw, raz troszeczkę dalej, raz jest troszkę przymglony. Naprawdę bywa czasami taki moment pojawia się przy lekturze, kiedy człowiek sobie mówi: „Nie, tak bym o tym nigdy nie pomyślał, tak bym tego nie widział”. Dostajemy na tacy coś takiego, że ktoś nagle patrzy na coś inaczej. I ja myślę, że chociażby po to są te powieści. A tutaj na czacie czytam, Adberg pisze: „Bez powieści nie byłoby filmów i gier”. To też jest jakaś odpowiedź i muszę powiedzieć, że ostatnio na ABW z Wiktorem o tym rozmawialiśmy, że jest wśród ludzi taka tendencja do rozdzielania.
Do tego, że literatura jest dobra, a gry są złe. Ja zaproponowałem, żebyśmy jednak i te filmy, i te gry, i te powieści włączyli w naszą kulturę. Jedni się będą ekscytować bardziej tymi grami, drudzy powieściami, trzeci filmami. Uważam, że jest jakiś błąd metodologiczny. Porównywanie gier z książkami albo książek z grami, to to samo. Albo z filmami. Takie sławne zdanie, kiedy patrzymy na film i mówimy: „Książka była znacznie lepsza”. Książka bardzo często była znacznie inna. Jeżeli tak sobie stworzę takie powiedzenie. Książka była znacznie inna niż ten film, ale porównywanie, pisanie czy jest gorsza, czy lepsza.
Ja pomijam ocenę samego filmu, bo film po prostu może być taki sobie. Delikatnym będąc, taki sobie. Ale porównywanie chyba nie zawsze ma sens. Raczej tak jak powiedziałem, chyba warto cieszyć się tym, że jest taka różnorodność w tej chwili tej kultury. To, że ktoś kocha gry, nie eliminuje go z grona czytaczy i odwrotnie, i we wszystkie strony. Ja bym się w gruncie rzeczy cieszył z tego, że są powieści, są później gry. To się rzadko zdarza. Czasami gry inspirują jakieś światy, które są przetwarzane w powieściach. To się nie zawsze udaje niestety. Czasami powstają jakieś potworki, ale to się wcześniej czy później uda, to skompilowanie.
Znowu gdzieś tam musi zawsze Sapkowski się pojawić ze swoim „Wiedźminem”, bo najpierw był ten świat opowiadań, później był świat pięcioksięgu. Chyba dobrze liczę, pięć w tym cyklu wiedźmińskim, tym powieściowym było pięć chyba książek. Chyba się nie pomyliłem. Zresztą czujni słuchacze poprawią w razie czego, na to liczę. W każdym razie tych tomów było sporo. I później pojawiła się gra. Najpierw pierwsza, druga, później się pojawiły filmy na Netflixie. I o czym zaczęły się dyskusje? O kolorach, moim zdaniem o rzeczach drugorzędnych. A zamiast się cieszyć, że coś nowego powstało, to my się najbardziej podniecamy tym, że smok w polskiej wersji był taki jakiś niedorobiony i efekty specjalne nie były wspaniałe.
Oczywiście mamy do tego prawo, tylko może najpierw w ogóle przyjmijmy do wiadomości, że kultura, to co nas otacza, ten świat kultury bywa taki wieloraki. Bywa po prostu różny. I nauczmy się cieszyć tym, a potem oceniać. Każdy z nas ma do tego prawo, ale do tego bym namawiał. To skończyłem. Wiktorze, teraz ty.
[04:13:58] - Ja będę chętnie bronił tego pytania: po co komu powieści? Bo zobaczcie, warto czasami zadać takie pytanie.
[04:14:09] - Ale oczywiście.
[04:14:10] - Poczekaj. I pociągnąć pałeczkę. A po co komu piosenki? A po co komu filmy? A po co komu gacie na dupie? A po co komu cokolwiek? I wtedy spróbujmy sobie teraz wyobrazić świat bez tego wszystkiego zbędnego. Po co? Niestety świat jest cholernie złożony, a my jesteśmy uwarunkowani tym, że tworzymy nie cywilizację. Cywilizacja sama się jakoś tam czołga.
Natomiast my tworzymy kulturę, jesteśmy od robienia tej kultury, bez kultury. Nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie powieści, która by opisała świat bez kultury, bo wtedy nie ma o czym pisać przecież. Nie ma, kompletnie nie ma.
[04:15:09] - Dokładnie. Marto, ja mam do ciebie pytanie. Zaraz powiem, czego dotyczy. Najpierw zadam może pytanie. Kiedy zacząłem czytać, kiedy pierwszy raz sięgnąłem po twoją książkę i przeczytałem wstęp, prolog, to ja miałem wrażenie, że za chwilę będę czytał science fiction. Naprawdę. Ten początek jest taki, że on mógłby zaczynać science fiction i to takie- Oczywiście natychmiast gdzieś mi się tam z tyłu głowy zalęgło to, co się pojawiało w „Hyperionie”. Tam też podróżowano za pomocą drzew. Natychmiast miałem takie poczucie: a może coś takiego. Później się zaczęła inna opowieść, ale to we mnie zostało, że właściwie po samym prologu to mógłby być prolog również do takiej twardej, do science fiction.
Jak ty się do tego odniesiesz?
[04:16:06] - Mógłby, to prawda, aczkolwiek to mi konkretnie nie przyszło do głowy. Natomiast jeżeli mi zadasz pytanie, dlaczego ten konkretny świat ma kształt drzewa, to ja ci odpowiem, jak to wiemlecz, aż nie wiem. Po prostu ma. Ma, bo tak ma. Natomiast tutaj ten prolog to jest taka rzecz, którą ja bardzo lubię, czyli taki literacki apokryf, bo prolog nie ma właściwie związku z tym, co się potem dzieje. Bo powieść, tak jak zapowiada ten piekielnie długi tytuł, rozgrywa się właściwie w dwóch planach czasowych. A jak one się przeplatają i jak się potem ze sobą łączą, to tego nie zdradzimy. Natomiast jest poprzedzona takim prologiem, który jest zapisem apokryficznym, zapisem jakiegoś wyobrażonego mnicha, kronikarza, trudno powiedzieć kogo, kto snuje dociekania na temat prawdziwej natury świata. Opowiada o tym, że ten świat ma kształt drzewa. O tym, jak tam mieszkają plemiona, które żyją na liściach i że nikt nigdy nie odkrył, co się tam dzieje w korzeniach.
A później mamy dopiski kilku mnichów, którzy kłócą się pod spodem, twierdzą, że to jest w ogóle sfałszowana kronika, że nigdy taki autor nie istniał. Inni twierdzą, że ktoś tam inny podobne brednie wypisuje, a na koniec się włącza w to wszystko opat, który twierdzi, żeby kopiści tutaj nie dopisywali nic swojego, tylko grzecznie przepisywali tekst i koniec.
[04:17:37] - Prolog jest niesamowity, bo on jest taki aż gęsty. To jest tekst w sumie dosyć niedługi, pozbawiony jakichś fajerwerków, ale tam się w gruncie rzeczy tyle dzieje, tyle się buduje tego świata. On pełni tę rolę, jaką chyba prolog powinien pełnić, czyli automatycznie wciąga czytającego do tej opowieści. To znaczy ja już wiedziałem, że chcę to przeczytać po tym prologu. Tak jak mówisz, on się wiąże z całą resztą. Właściwie się nie wiąże. Myślowo tak, ale w każdym razie nie z samą fabułą. Natomiast ja już wiedziałem, że chcę czytać dalej. Moim zdaniem to jest świetne osiągnięcie, kiedy autor potrafi na kilku stronach — bo to nie jest długi tekst — potrafi zaintrygować. Ja wiem, że autor, jak go chwalą, to się czuje zaniepokojony, czy za chwilę coś się nie pojawi.
Ale to szczere pochwały i szczery taki wyraz szacunku, bo to naprawdę po tym prologu ja po prostu odtwarzam taki ciąg, jaki miałem, że ja już wiedziałem, to na pewno przeczytam dalej. Co z tego dalej będzie, tego nie wiem, ale po tym prologu na pewno przeczytam. Jakiś komentarz?
[04:19:05] - No i przeczytałeś.
[04:19:06] - Przeczytałem. Tak, to prawda. Wiktorze.
[04:19:13] - No cóż, prolog jak prolog. Trzeba od czegoś zacząć, nie?
[04:19:21] - Tak. To było bardzo głębokie. To ja może sięgnę na nasz czat. O35 pisze tak: „Literatura jest po to, aby utrwalić opowieści, które dawniej były wieczorem opowiadane przez naszych przodków przy ognisku”. I dalej: „Proszę państwa, jeszcze nikt nie dogodził wszystkim. Jeżeli komuś jest niepotrzebna powieść, to powiedzmy wprost. Nie lubi czytać, też słuchać powieści dźwiękowych, a to oznacza, że nie lubi słuchać innych i bardzo prawdopodobne, że lubi słuchać tylko siebie”. Co po tym komentarzu O35?
[04:20:02] - No cóż, jest on pewnie jakoś generalizujący.
[04:20:06] - Tak, to prawda, ale coś rzeczywiście w tym jest. Oczywiście ja nie wyciągałbym tak daleko idących wniosków. Może to miał być taki komentarz dopiekający. Natomiast coś w tym jest rzeczywiście, ale nie potrafię go ocenić. Przyjmijmy, że go odczytałem i materiał do przemyślenia jak u Sztyrlica. Chyba że ty, Wiktorze, coś jeszcze chcesz dodać.
[04:20:40] - Bardzo chętnie, bo przy oczywiście tych wszystkich aspektach sprawy, które żeście poruszyli, to jednak jest coś w człowieku takiego. Tu chodzi mi o pokolenia. Wszystkie pokolenia bardzo chętnie odrzucają rzeczy, które starsi uznają, stawiają na piedestał. Po prostu ta konieczność buntu jest bardzo twórcza zresztą. Ci, którzy nie lubili oper, nie lubili czegokolwiek, jakby nie było, oni zrobili w XX wieku kapitalnego rocka potem. To wszystko wynika z buntu przecież. Wystarczy zresztą zobaczyć dzisiejsze wywiady
[04:21:42] - Z dawnymi naukami, które szalały na estradach, długowłosymi. Dzisiaj to są dobrze ostrzyżeni, elegancko ubrani starsi panowie, którzy zresztą bardzo mądrzy, bardzo inteligentni, bo inaczej by kiedyś takiej muzyki nie zrobili przecież. Ale ten bunt jest potrzebny, odrzuca się na chwilę. Na chwilę warto, żeby czasami samemu dotrzeć do wagi tego, co się odrzuciło. Potem to już jest, że tak powiem, ewolucja.
[04:22:31] - Ja tylko dodam, Wiktorze, że o tym ostrzyżeniu, jak opowiadałeś i tak dalej, to oczywiście to wszystko nie dotyczy Micka Jaggera, który dalej jest nieostrzyżony, dalej szaleje i w ogóle zachowuje się tak, jak się zachowuje. Nie oceniam w ogóle, tylko tak właściwie jak zachowywał się 50 lat temu, to właściwie na ile mu zdrowie pozwala, to właściwie zachowuje się w bardzo podobny sposób. Ale to oczywiście wyjątek. Marto, wróćmy do książki z tych wyżyn rockowych. Chciałbym cię zapytać. Pierwsza twoja książka to było fantasy. Druga twoja książka to fantasy. Specjalnie wspomniałem o tym prologu, który mi się tak kojarzył z SF. Czy ty pisujesz SF?
[04:23:22] - Nie pisuję takiego twardego SF z prostego powodu. To nie jest działka, w której odnalazłabym się. Po prostu brakuje mi technicznej wiedzy, zwyczajnie. A na to, żeby sobie, że tak powiem, wynająć prywatnego fizyka, to też na to nie chodzi.
[04:23:42] - Te rejony, czy się zapuszczasz, takie w pogranicze SF?
[04:23:45] - Zapuszczam się dlatego, że owszem, napisałam ostatnio i wyszło moje opowiadanie science fiction w antologii „Ku gwiazdom”, wydanej przez Wydawnictwo IX we współpracy z Polską Fundacją Fantastyki Naukowej. I to jest opowiadanie, które owszem, jest science fiction, aczkolwiek nie bez można powiedzieć, bezpośrednio wspomnianych rakiet i gwiazd. Ten tom w ogóle powstał z okazji Roku Lema, w hołdzie Lemowi. W związku z tym ja też jakoś tam nawiązałam do Lema, do jego „Podróży dwudziestej pierwszej” Iona Tichego. Tylko że tam pewne zjawiska, które Lem opisywał na planecie odwiedzonej przez Iona Tichego, zaszły na Ziemi. Plus jest parę innych aluzji do Lema, a zaczyna się to zdaniem brzmiącym: „Epidemia nieśmiertelności rozpoczęła się od pojedynczych zmartwychwstań.” I mamy dalej opis epidemii nieśmiertelności i różnych jej implikacji.
[04:24:57] - Czyli kolejne potwierdzenie, że początek to jest jednak pierwsze zdanie. Pierwszych kilka zdań to jest jednak pewien klucz do sukcesu. To zdanie brzmi tak, które zacytowałaś, że po prostu trzeba przeczytać kilka następnych. Nie wiadomo, czy ktoś, kto nie lubi czytać, dotrwa do końca, ale kilka następnych zdań na pewno przeczyta po tym, co zacytowałaś. Dobrze, to ja myślę, że to jest kolejny ten moment kluczowy, kiedy warto posłuchać fragmentu powieści, o której dzisiaj rozmawiamy. Marku, w twoje ręce.
[04:25:40] - „Popołudniowe słońce kładło na ziemi długie pasma światła i cienia. Przed wieżą płonęło ognisko, nad nim piekł się na prowizorycznie skonstruowanej mrożnie okazały prosiak. Pilnował go chudy, żylasty starzec z opaską na oku, bez koszuli, z wielkim zakrzywionym nożem za pasem. Inni rozsiedli się wokół na kamieniach i pniakach, oddając się różnym czynnościom w oczekiwaniu, aż mięso się upiecze. Dwóch identycznych osiłków o masywnych karkach grało w kości po każdym rzucie, pokrzykując, szturchając się i oskarżając nawzajem o oszustwo. Otyły młodzieniec z rzadką kozią bródką wydłubywał sobie nożem brud zza paznokci. Rozczochrana czarnowłosa kobieta w spodniach, koszuli i obcisłym kaftaniku, z którego wylewał się obfity biust, czyściła oręż naoliwioną szmatką. Tyłem do obserwujących scenę Daniela, Haka, Clarissy i Dareny siedział inny młody mężczyzna, szczupły i gibki, bogato odziany w błękitny, wyszywany srebrną nicią kaftan. Jasne, gęste włosy spadały mu na ramiona. Poznali ten kaftan i te włosy.
Nie było tylko nigdzie widać Olorma Dzikiego. Oczekiwanie nie trwało jednak długo. Po chwili zbój wychynął z krzaków, podciągając portki. Szmaciana dziecięca pacynka przy jego pasie kołysała się przy tym na wszystkie strony. „Za długo tu siedzim” splunął pod nogi. „Jeszcze ktoś nas wypatrzy i strażom doniesie. A jeszcze wy, durnie skończone, musieliście ukraść ze wsi prosiaka.” Popatrzył na postawnych bliźniaków ze złym błyskiem w oku. „A ty co?” rzuciła kobieta, podnosząc wzrok znad polerowanego miecza. „Trawą się nażresz?” Bracia zarechotali głośno. „Nie nażrę się” z dziwną cierpliwością odpowiedział Raubrittera.
„Niczym się wiewiórko nie nażrę, jeśli mi sznur gardło ściśnie. I wy też w takich okolicznościach specjalnie się nie nażrecie.” Nie bądź taki nerwowy – odezwał się nagle siedzący tyłem młodzieniec. Głos miał jedwabisty, miękki i podstępny zarazem, śliski jak skóra węża. Daraelen przebiegł dreszcz. Bo jeszcze powiedzą, że Olorm Dziki w gacie robi ze strachu i to przed zwykłymi miejskimi ciurami w zardzewiałych hełmach i dziurawych buciorach. Kobieta nazwana Wiewiórką parsknęła cicho, ale umilkła zaraz, gdy Olorm zwrócił na nią wzrok. Zabawić się z tobą nie zabawię, boś za stara – rzekł piskliwie. – Więc mi tu nie chichocz i z cyckami przed oczy nie leź. Fuknęła na niego, na co wzruszył tylko ramionami. A wy, panie – zwrócił się do młodzika – pomnięcie, że na hazard się wystawiać można wtedy, kiedy z tego będzie zabawa albo łupy, a najlepiej jedno i drugie.
A to całe polowanie na złotookich widzi mi się grubymi nićmi szyte. W szarze od żebraczego Wadyki może coś wiedzą, a może i nie wiedzą nic. Tamten tylko roześmiał się, ale było w tym śmiechu coś bardzo nieprzyjemnego. W tej chwili od strony gościńca rozległo się parskanie i stukot kopyt pojedynczego wierzchowca. Olbrzymi bliźniacy zerwali się, rozejrzeli za bronią. Kobieta podniosła z ziemi kuszę, naciągnęła, wymierzyła. Młokos z kozią bródką wyprostował się. Olorm wsparł ręce na biodrach, splunął, pomacał nóż przy boku. Tylko obracający rożnem starzec i tamten o aksamitnym głosie nie zrobili najmniejszego ruchu. Nie podnieśli się z miejsc.
Stukot się zbliżał. Po chwili dołączyło do niego pogwizdywanie, beztroskie, lekko fałszujące. Krzaki rozstąpiły się i na polanę wjechał najprawdziwszy rycerz na siwym koniu. Miał na sobie pancerz i przyszywanice, u pasa długi miecz. W lewej ręce trzymał turniejową kopię. Reszta paradnej zbroi razem z tarczą, hełmem ozdobionym białym pióropuszem i turniejową kopią podzwaniała przytroczona do siodła. Koń nakryty był niebieską, haftowaną w srebrne lilie kapicą. Sam rycerz miał miłą, młodą twarz, niebieskie oczy i złote loki wijące się wokół głowy. Słowem dziw wyciągnięty prosto z legendy. Siedzący w krzakach Hak aż się zapowietrzył.
Witajcie, szlachetna pani i zacni panowie – odezwało się to cudo radosnym, świeżym głosem. – Zboczyłem z gościńca, żeby wypocząć trochę, a tu widzę kompania miła i jadło się szykuje. Pociągnął nosem. Nikt waszej mości do tej kompanii nie prosi – warknął Olorm. Młodzieniec w błękitnym kaftanie uspokajająco podniósł rękę. Godzi się wywiedzieć, skąd droga prowadzi i po co – rzekł. – A kto wie, może i głodnego nakarmić. Rycerz uśmiechnął się naiwnie i wykonał dworny ukłon. Jednak ponieważ wciąż siedział na koniu, efekt był połowiczny i trochę niecodzienny. Zmierzałem gościńcem w stronę Nevendoru – odpowiedział.
– Jeśli, jak mnie zapewniono, tak właśnie zowie się zamek i gród, który widać z tamtej górki. Wykonał nieokreślony gest prawą ręką. A waszą szlachetną kompanię zaczepiłem nieprzypadkiem. Złożyłem ślubowanie, że każdemu, kogo tylko napotkam, zadam jedno pytanie. Jakie? Aksamitny głos odrobinę poprawił się na pniaku. Reszta kompanii również nieco zmieniła pozycję. Kobieta opuściła kuszę. Bliźniacy oklapli, przestali macać boków w poszukiwaniu oręża. Rycerz, pomimo posiadania takiej ilości bojowego rynsztunku, wydawał się niegroźny jak nowo narodzone niemowlę.
My też chcielibyśmy wypytać waszmość pana – ciągnął długowłosy. – Na przykład o to, kim jesteś, skąd pochodzisz i dokąd zmierzasz. To niewątpliwie ważne pytania. Rycerz skłonił głowę. Jak to mówią – filozoficzne. Zaspokoję jednak, szlachetny panie, twoją ciekawość. Sądzę bowiem, że pytasz mnie o imię i kraj, w którym się urodziłem, a nie o to, co sądzę o przemijaniu i ludzkim losie. Zwą mnie Singer z Elondrinu. Jestem rycerzem króla Harradu. Podróżuję od wielu lat, wykonując swoją misję.
Ślubowałem, że nie powrócę w gościnne progi mego zamku, dopóki nie znajdę zaginionego Harradzkiego księcia Durmada Fianara, bratanka jego wysokości króla Korundumina. Dlatego każdemu napotkanemu człowiekowi zadaję pytanie, czy wie coś o jego losie, czy spotkał go na swojej drodze albo słyszał o nim. Długowłosy poruszył się lekko, prawie niedostrzegalnie. Olorm i kobieta zwana Wiewiórką wymienili z nim szybkie, ukradkowe spojrzenia. A dlaczego to szukasz tego księcia, waszmość panie? – zapytał Raubritter, siląc się na obojętny ton. Rycerz utkwił rozmarzone, cielęce spojrzenie w czubkach drzew. Jak rzekłem, złożyłem ślubowanie – odpowiedział. – A rycerskie śluby to rzecz ważna, święta. Nie można ich złamać.
Muszę więc poszukiwać, idąc wciąż naprzód po drogach i bezdrożach, nie bacząc na trudy i niebezpieczeństwa, często nie dosypiając i nie dojadając. Aż znajdę. Wieleśmy się nie dowiedzieli – mruknął Olorm. Rycerz zwrócił na niego swój natchniony wzrok. „Bo i nie musicie” – odrzekł. – „A mówiąc po ludzku, nie wasz interes.” „Pewnie nie nasz” – stwierdził Aksamitny Głos. – „Ale ciekawość ludzka rzecz, a książęta rzadko kiedy tak sobie po prostu giną.” „Częściej niż waść przypuszczasz” – odpowiedział rycerz. – „Tyle wam powiem, że Fianar zaginął dawno temu. Nie spotkała go żadna zła przygoda. Nikt go nie napadł, nie zamordował.
Po prostu odszedł. Czy był mi przyjacielem? Och, nie. Ledwie zauważał moją obecność. Plątałem mu się wtedy pod nogami jako młodziutki pasik. Ale tyle wiem, że był prawdziwym księciem, szlachetnym, zacnym i mądrym. Nie to co następca tronu, książę Ulf, gówniarz okrutny i durny.” „A znałeś” – zapytał miękko Długowłosy – „księcia Ulfa?” „Pamiętam go jako młode pacholę, ale od lat nie widziałem” – odpowiedział rycerz. – „Krótko po odejściu Dearmaida powróciłem w rodzinne strony, a potem, dręczony smutkiem, wyruszyłem na poszukiwania. I nie spocząłem od tamtej pory. Słońce wiele razy obróciło się wokół Światodrzewa, odkąd jestem w drodze.
Już niemal przestałem liczyć, ile minęło lat.” „Tośmy się wszystkiego dowiedzieli” – powiedział Aksamitny Głos, wstając i prostując plecy. Pozostali odczytali sygnał w mgnieniu oka. Kobieta poderwała kuszę i wypuściła bełt. Bliźniacy schylili się po miecze. Olórum, nie mając przy sobie kuli do miotania, sięgnął po zakrzywiony nóż. Młokos z kozią bródką wywinął młynka morgensternem. Tylko obracający pieczone prosię starzec nadal zachowywał się, jakby nic się nie stało. Bełt świsnął, jednak rycerz po prostu pochylił się i przywarł do końskiej szyi. Gdyby kobieta celowała w wierzchowca, nie mogłaby nie trafić, ale jeździec był tak blisko i stał tak spokojnie, że wybrała jego. Pomyliła się.
Singer Salondrino poderwał wierzchowca, przecwałował polankę i przeskoczył ponad ogniskiem, starcem i pieczenią, płynnym ruchem wyciągając miecz i tnąc szeroko. Z rozchlastanego gardła wiewiórki buchnęła krew. Rycerz osadził konia. Zawrócił. Turniejowa kopia przeszła na wylot przez pierś jednego z bliźniaków. Drugiego dosięgnął cios w czaszkę. Olórum Dziki zastygł na moment z nożem w ręku. Wtedy siedzący w krzakach Hag uniósł wyciągniętą zza pazuchy procę, naciągnął i wycelował drżącymi dłońmi. Kamień poleciał ponad ramieniem Raoupitera i pacnął w drzewo. Clarissa rzuciła się na złodziejaszka i przydusiła go do ziemi.
„Nie wychylaj się, głupku” – warknęła mu do ucha. Olórum się nie oburzał. Musiał być z tych, co to bardzo dobrze wiedzą, że w gorączce bitwy nie należy tracić ani sekundy, nawet jeśli miałaby to być sekunda poświęcona na wypatrywanie przeciwnika. Po prostu dał susa w krzaki. Rycerz wyszarpnął miecz z czaszki drugiego z bliźniaków i obrócił się w stronę długowłosego w błękitnym kaftanie, starca i młodzieńca z morgensternem. Pierwszy i drugi właśnie umykali w krzaki. Trzeci stał niepewnie, wywijając bronią. Zdecydował się jednak. Podniósł ją. Ruszył na przeciwnika.
Singer po prostu ujął miecz za klingę i rzucił nim. Ostrze wbiło się w gardło młokosa, który padł na ziemię, charcząc i brocząc krwią. Rycerz podjechał i wyszarpnął oręż, patrząc beznamiętnie na czerwone bąbelki formujące się na ustach rozpójnika. Rozejrzał się wkoło. Na polanie zostały trupy. Olórum Dziki, starzec i Długowłosy zniknęli. Ten ostatni jednak nie na długo. Długowłosy zachwiał się i upadł. Jego piękny błękitny kaftan unurzał się w błocie.
[04:38:18] - Tak, proszę państwa, jak z bicza strzelił. Już mamy właściwie końcówkę audycji. Z tym że dzisiaj rozmowa z Piotrem Plebaniakiem, jakby to państwu powiedzieć delikatnie, nieco się przedłużyła i nasze plany dotyczące budowania imperiów oraz ich ewentualnego niszczenia przekroczyły pół godziny. Zatem jeszcze pół godziny gadania dwóch facetów, którzy dyszą, żeby się do tej władzy, do tego budowania imperiów i niszczenia wrogów dorwać. To właśnie pół godziny takiego ględzenia przed państwem. Niektórzy podobno lubią. Zapraszam. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[04:39:06] - Dzień dobry.
[04:39:08] - Panie Piotrze, mieliśmy ostatnio bardzo długie prawidło. To dzisiaj, nie wiem, chyba to przyroda nas słucha albo pan układając te prawidła tak o to zadbał, to dzisiaj jest bardzo krótkie. Brzmi ono: handel cywilizuje, jest impulsem ewolucyjnym dla bezosobowej prospołeczności. Tylko co to oznacza?
[04:39:33] - Zacznijmy od początku, czyli od epoki kamienia łupanego i czaszki łupanej prawdopodobnie. Należy tak domniemywać z dużym prawdopodobieństwem, że tak właśnie było. Zacznijmy od handlu niemego. To było coś, co zszokowało mnie, kiedy czytałem książki na temat antropologii, właśnie epoki kamienia łupanego i tego typu tematy. Tu przypomnę, że
[04:39:58] - Książka z dziedziny antropologii i prymatologii to według takiego drugiego motto mojej najnowszej książki „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie" to jest podstawowa lektura dla kogoś, kto chce zrozumieć prawidła funkcjonujące w świecie geopolitycznej gry. Kiedy zrozumiemy sposób, w jaki działa ludzka natura, to brzmi tak śmiesznie, patetycznie może, albo jakoś tajemniczo, albo jakoś przaśnie, ale generalnie prawidła działania ludzkiej natury, czyli sposób, w jaki my realizujemy interakcje ze światem, w jaki sposób ten świat oddziałuje na nas, na nasz proces decyzyjny i w jaki sposób my oddziałujemy na innych, inne podmioty, które też starają się przetrwać tak jak i my, które starają się osiągnąć dobrobyt, zdobyć zasoby niezbędne do przetrwania i tak dalej. Okazuje się, że te prawa funkcjonują we wszystkich skalach i we wszystkich społeczeństwach, nawet w tym naszym współczesnym społeczeństwie początku XXI wieku, kiedy zapomnieliśmy, że istnieją pewne prawa związane właśnie ze zdobywaniem zasobów, a zapomnieliśmy dlatego, że jesteśmy zasilani jako cywilizacja przez niesłychanie tanią energię z ropy naftowej i gazu ziemnego. Natomiast wracając już do handlu. W czasach takich najstarszych, w czasach właśnie kamienia łupanego, ale też wśród społeczeństw pierwotnych odkrywanych przez Europejczyków przez ostatnie stulecia istniało i istnieje nadal coś takiego jak... znaczy może już nie istnieje coś takiego, ale jak handel niemy. Handel taki polegał na tym, że dwie grupy z jakichś dwóch plemion żyjących w jakimś tam pobliżu spotykały się w jakimś ustalonym miejscu i jedna grupa kładła swoje przedmioty na ziemi i oddalała się. Następnie ta druga grupa podchodziła po to, żeby obok tamtych rzeczy położonych przez tamtych położyć swoje rzeczy i też się wycofywała. Wtedy pierwsi wracali i jeżeli uznali, że ekwiwalent pozostawiony przez tamtych drugich był adekwatny, to zabierało te rzeczy trwane wszystkie na wymianę właśnie tej drugiej grupy i odchodziło, a tamci potem drudzy zabierali te rzeczy pierwsze. Przepraszam, że to tak może nie do końca zgrabnie, ale generalnie precyzyjnie właśnie na tym polega handel niemy między grupami, które ze sobą żyły w czymś, co nie jest do końca pokojem, czyli mówiąc wprost w stanie takiej pierwotnej wojny, czy też wrogości, czy też absolutnej nieufności.
I polegało to, co robił handel? To nie był handel taki, jaki rozumiemy dzisiaj, że strony w jakiś sposób sobie ufają, mają jakieś ustalone zasady, których przestrzegają pod rygorem tego, że nikt im więcej w przyszłości nie zaufa. Czegoś takiego po prostu kompletnie nie istniało. W tym sensie, że ewolucja kulturowa nie wytworzyła tych więzów zaufania albo tych praktyk zaufania, przynajmniej między tymi dwiema społecznościami. Dwiema czy dwoma?
[04:43:03] - To jest ta społeczność, czyli rodzaj żeński. Tak myślę.
[04:43:08] - Dwiema, tak. Dobrze, więc to jest jeden taki błysk rozświetlający ten mrok i tego, co mamy nie do końca oswojonego w tym, jak działają ludzkie społeczności. Natomiast w społecznościach już takiej głębokiej starożytności, z której zachowały się jakieś przekazy ustne albo pisemne typu „Iliada", „Odyseja" czy generalnie jakieś tam zaczątki pisemnego przekazu historycznego, zaczynają się pokazywać zręby tego, że zaufanie wykształca się w chwili, w której ta druga osoba wyznaje podobne zasady etyczne. Mówiliśmy wielokrotnie o religii jako tym czynniku duchowym pomagającym budować ultra kooperację, czyli zdolność do współpracy między dużymi grupami ludzi. Otóż religia ma też tą funkcję. Nie tylko religie monoteistyczne, abrahamowe, ale wszelkie religie, w których istnieją bóstwa, które pilnują i karzą występnych i kłamczuchów i oszustów i naciągaczy i fałszerzy obrzynających monety albo dających trefny towar. A poza tym tak na marginesie już zupełnie przepraszam za dygresję, towar może być, zapomniałem, jak to się fachowo nazywa, ale taki, który łatwo stwierdzić na poczekaniu, że jest właściwy i że jest prawidłowo wykonany i jest dobrej, należytej jakości, za którą się płaci. A może być też towar, który dopiero po jakimś czasie okazuje się trefny, więc to ma swoją nazwę. Bardzo przepraszam, po prostu nie przypomnę sobie tego w tej chwili i większe zaufanie, zaufanie w ogóle instytucjonalne, czy też bazujące na jakichś wierzeniach religijnych, na zabobonach, czyli na jakimś tam rodzaju mniej czy bardziej nieuchronnej kary. Wszystko to bazowało, tym bardziej było potrzebne, im towar był trudniejszy do zdiagnozowania, że jest dobry albo zły.
W związku z tym w starożytnych utworach typu właśnie „Iliada" i „Odyseja", czy jakichś starożytnych traktatach z Grecji antycznej, takiej naprawdę antycznej, czyli VI, VII, VIII wiek przed naszą erą, przekonamy się na przykład, że na targach istniały, funkcjonowały kapliczki, w których rezydowały takie bóstwa odpowiadające za uczciwość handlarzy i wszelkie umowy, jakie podejmowano ustnie polegały na tym, że dwie strony stawały przed twarzą tego bóstwa i poddawały się, jak gdyby zawierzały... inaczej, jak to powiedzieć, gwarantowały swoją uczciwość i prawdomówność przed oczem tego bóstwa, które może zrzucić na tego delikwenta, który nie do końca dotrzymał słowa, czy też zachował się w sposób nieuczciwy jakiś rodzaj kary. I to, co mówiliśmy w dwóch ostatnich prawidłach o religii, odnosi się szczególnie do religii abrahamowych, w których Bóg ten, który jest czczony, jest wszechwiedzący i ma władzę karania i nagradzania za wszystkie występki. I tak jak powiedzieliśmy sobie w dwóch ostatnich prawidłach, społeczności, które mają takiego Boga, taki system wierzeń, w którym są ludzie karani za nieuczciwość wobec ludzi obcych, takie społeczeństwa prosperują lepiej niż społeczeństwa, w których każdy jest człowiek człowiekowi wilkiem. Przepraszam, bo akurat czytam całą sagę „Wiedźmina”, więc chciałem już rzucić tekstem, bo było na ten temat w „Chrzcie ognia" dokładnie w czasie podróży, jak Wiedźmin zbiera swoją drużynę, czyli Milvę, czyli wampira Regisa i pozostałych. Więc była tam rozmowa na ten temat, nietrafnie wyjaśniająca naturę zjawiska, dlatego, że Sapkowski jest absolutnie antyreligijny, antyklerykalny w sposób może nie tak wulgarny, ale w sposób zbliżony filozofią do Jerzego Urbana. Przepraszam, że wymieniam słowo filozofia w jednym zdaniu z nazwiskiem Jerzego Urbana, ale to naprawdę są poważne sprawy. Dlatego, że bez takiego zaufania gwarantowanego czy to religijnie, duchowo, czy przez system drakońskich praw. Mamy dura lex, sed lex, czyli twarde prawo lecz prawo. To jest to starożytne powiedzenie, bodajże z Biblii, dobrze pamiętam?
[04:47:29] - Ja nie wiem, ja go kojarzę jednak z Rzymem.
[04:47:33] - Nie jest istotne. Nieistotne jest to, że to jest wieczne prawidło, że prawo regulujące to, co jest etyczne i to, co jest nieetyczne i egzekwujące przede wszystkim pozwala ludziom może nie tyle ufać sobie, ale te prawo pozwala zastraszyć tych, którzy w innych okolicznościach po prostu w poczuciu całkowitej bezkarności robili rzeczy jakie... I tu mógłbym, nie chcę upolityczniać, bo wybory są, jeszcze nas zdejmą znowu, nie powiem kto. Natomiast prawo jest taką protezą, zastępnikiem tego systemu etycznego, w którym dwie osoby ufają sobie nawzajem dlatego, że mają ten sam zestaw zasad etyczno-moralnych gwarantowanych przez te restrykcje, czyli nagradzanie i karanie przez tego wszechwiedzącego Boga. Więc powtórzmy teraz, niech pan zechce przeczytać jeszcze raz całe prawidło o handlu.
[04:48:31] - Już. Handel cywilizuje, jest impulsem ewolucyjnym dla bezosobowej prospołeczności.
[04:48:40] - I proszę, zwróćmy teraz uwagę. To już nie raz cytowałem. Jest wielokrotnie przywoływana ta kwestia w książce „Siły psychohistorii”, z której to prawidło pochodzi. Religia jest, więc niemal zacytuję poprzednie prawidło, nie jakimś zespołem zabobonów, tylko jest całym systemem egzekwowania etycznego zachowania od wszystkich, którzy tą religię wyznają. W starożytnych Chinach w dorzeczu rzeki Jangcy była na przykład grupa etniczna muzułmanów. Oni się nazywali Hui i oni w podobny sposób, w jaki Żydzi w naszych rejonach geograficznych dominowali w handlu. To znaczy oni mieli te swoje wzajemne powiązania zaufania, które gwarantowały to, że transakcje przebiegają pomyślnie dla obu stron, czyli jedna kupuje to, co chciała kupić, a druga dostaje te pieniądze, które chciała dostać, mówiąc w największym skrócie. Zaufanie między tymi handlarzami grupy etnicznej Hui było na tyle wysokie, że przeważało to nad wszelkimi więziami zaufania między etnicznymi Chińczykami, którzy wyznawali czy to buddyzm, czy byli taoistami, to jest jeszcze cały temat rzeka religijność Chińczyków, czy po prostu wyznawali, oddawali czcią? Czcią? Czyć bóstwom?
[04:50:07] - Cześć.
[04:50:08] - O rzeczywiście. Cześć, dzień dobry. Z chińskiego panteonu. I teraz tak, to jest taki drugi błysk. Natomiast trzecim błyskiem jest i znowu odwołam się do mojej ulubionej książki antropologicznej, czyli „Najdziwniejsi ludzie na ziemi”, bo to tam rzeczywiście był świetnie zaprezentowany jeden cykl badań nad społecznościami może nie tyle pierwotnymi, ale słabo rozwiniętymi. Chodziło o lud Oromo zamieszkujący północną Etiopię, współczesną Etiopię. Badania były robione 20 i 30 lat temu mniej więcej. Tam okazało się, że ludzie, którzy mieszkali w miasteczkach czy też wioskach, w których był targ, wykazywali większe predyspozycje do zachowań prospołecznych, czyli nie takich egoistycznych. Opowiadaliśmy wielokrotnie o tak zwanym racjonalnym agencie, czyli o człowieku, o decydencie, który podejmując decyzje, podejmował decyzje tylko takie, które jemu osobiście przynosiły korzyść. W związku z tym pojawiła się teza właśnie też w książce Henricha, czyli „Najdziwniejsi ludzie na ziemi„, pojawiła się teza, która głosiła, że społeczeństwo racjonalnych agentów nie jest w stanie wystawić armii, która składałaby się z żołnierzy gotowych do poświęcenia swojego życia dla dobra całej społeczności.
Dlatego, że w sytuacji walki ten pojedynczy, racjonalny agent co robi? Ucieka, żeby chronić swoje życie. W związku z tym pojawia się taki nie tyle paradoks, ile wieczna zależność rządząca wszelkimi społecznościami homo sapiens i wszelkimi zwierzętami, które żyją w społecznościach. W społeczeństwach, w których jest dużo racjonalnych agentów. Inaczej, spaliłem. Zaraz. Przepraszam. Nie, dobrze powiedziałem. W społeczeństwach, w których jest dużo racjonalnych agentów, tym racjonalnym agentom poszczególnym wiedzie się lepiej niż ludziom, którzy są gotowi do poświęceń osobistych na rzecz całej społeczności, ale społeczności, w których jest dużo racjonalnych agentów, przegrywają na poziomie walki między społecznościami, konkurencji o zasoby Które są potrzebne do przetrwania ze społecznościami, w których jest więcej ludzi gotowych do poświęcenia siebie samych czy swojego własnego dobra, czy swojej własnej osobistej przyszłości, czy przyszłości własnej rodziny na rzecz przetrwania całej społeczności. Czyli mówimy tu o zgłaszaniu się na ochotnika na przykład do Bitwy Warszawskiej w 1920 roku.
Teraz przecież mieliśmy kolejną rocznicę. Wszelkie zachowania prospołeczne wobec ludzi obcych, czyli należących do tej samej społeczności, jakoś identyfikujący się, będący częścią tej społeczności. Wszystkie zachowania prospołeczne raz, że muszą być wymuszane, ale dwa, że są także kształcone, trenowane wtedy, kiedy funkcjonuje handel. Ale to jest z dwóch stron należy to opisać, dlatego że nie tylko w społeczności ludzi ufających sobie nawzajem, czyli wyznających te same zasady moralne, czyli takich, między którymi ryzyko transakcyjne jest niższe niż tacy, którzy mają na przykład różne systemy moralno-etyczne. Na przykład, że swojego nie oszukam, ale tamtego jak najbardziej, bo obcego można, a swojego nie można. Z różnych przyczyn. Po pierwsze jest to wspólnota, pewna wspólnota, poczucie wspólnoty wyznawanych wartości, a po drugie kwestia konsekwencji. Czyli jeżeli oszukam kogoś z rodziny, to jest to bardziej zagrożone sankcją niż oszukanie jakiejś kompletnie obcej osoby, z którą wiemy, że się nigdy nie zetkniemy. I teraz podsumowując, przepraszam, że tak skaczę. Dochodzimy do absolutnego clue.
Na czym polega zaleta demokracji? Bo demokracja rzeczywiście ma tę zaletę. System demokratyczny, czyli to, co nazywamy systemem demokratycznym, bo to jest oddzielna, kompletnie niezrozumiana kwestia ze względu właśnie na to, co za chwilę powiem. Zaletą naszych systemów społecznych wykształconych w Europie Zachodniej jest to, że Europejczycy najwcześniej ze wszystkich społeczeństw na całym świecie zdemontowali i była to robota, robota użyję specjalnie, bo to jest nieco pejoratywne słowo. To była robota inżynierii społecznej Kościoła katolickiego. Mówiliśmy o tym. Kościół katolicki sprawił, że usunął wszystkie, znaczy może nie wszystkie, ale usuwał konsekwencje przez całe stulecia klanowych struktur władzy, czyli klanowych struktur narzucających jakieś zachowania są dopuszczalne albo niedopuszczalne, albo są karane, albo są nagradzane. I systemy demokratyczne, czy też nasza mentalność ludzi Zachodu, taka, jaka została wykształcona w Europie przez dosłownie stulecia. To była częściowo inżynieria społeczna, celowo realizowana, ale to były także procesy, których realizatorzy nie do końca rozumieli albo nie zdawali sobie niezamierzonych pewnych konsekwencji, które pojawiały się po całych dziesięcioleciach czy nawet stuleciach od czasu wywarcia oddziaływania. Natomiast clue polega na tym, że my wykształciliśmy najskuteczniejszy sposób, my, Europejczycy, najskuteczniejszy sposób kooperacji dużych grup ludzkich, nieznanych sobie nawzajem osób, które umożliwiało zastępując właśnie te zaufanie wymuszane przez struktury klanowe i powiązania rodzinne, które wymuszało to, że mogliśmy z dużo większą dozą prawdopodobieństwa tego, że nie zostaniemy oszukani, współpracować z ludźmi całkowicie dla nas obcymi.
I proszę zobaczyć to, co się dzieje w Chinach. Na przykład jest ten guanxi. Czyli jak ktoś słyszał o biznesie w Chinach, to na pewno usłyszał o tym guanxi. Co to jest to guanxi? To jest system powiązań znajomościowych, w których każdy ma swoją reputację i jeżeli kogoś oszuka z tej grupy swojej guanxi, to zostanie wypchnięty z tej grupy po prostu jako osoba niegodna zaufania. Czyli proszę zobaczyć czy coś, co jest podobnego właśnie do tych relacji klanowych gwarantujących bezpieczeństwo transakcyjne, bezpieczeństwo to ryzyko realizowania codziennych czynności życiowych typu właśnie handel, kupowanie żywności, kupowanie jakichś tam rzemiosła, broni, wszelkich rzeczy potrzebnych do przetrwania. Wszystko to w pozostałych społeczeństwach nieeuropejskich na całym naszym świecie było regulowane przez systemy klanowe. Natomiast w Europie najwcześniej dlatego nasza przewaga kulturowa była największa w chwili, kiedy nastąpiły wielkie odkrycia geograficzne i zaczęliśmy dominować nad całym światem jako Europejczycy. Znaczy nie do końca Polacy, bo my jako naród umieszczony gdzieś tam w środku Europy nie skorzystał z tego dostępu do nagle otwartych, atlantyckich czy też oceanicznych mówiąc ogólnie szlaków handlowych pozwalających napadać inne nacje i inne jakieś ludy i eksploatować ich pracę czy też wykorzystywać w każdy możliwy sposób. Natomiast wracając już do rzeczy.
Handel cywilizuje. Wróćmy jeszcze na chwilę do tej grupy Oromo w północnej Etiopii współczesnej we współczesnym świecie. Okazało się, że ludzie, którzy im bliżej mieszkali albo w samym miasteczku, albo w jakiejś wiosce, w której istniał market, czy to cotygodniowy, czy co dwa tygodnie, czy co miesiąc, byli bardziej skłonni do zachowań prospołecznych. Dochodziło na przykład do tego, że w wioskach bliższych placom targowym, gdzie obcy musieli wykształcić jakieś reguły wzajemnego postępowania, żeby w ogóle doszło do tego handlu, prawda? Już to rozumiemy. Natomiast w takich wioskach czy też w takich miejscowościach ludzie byli lepiej skłonni, bardziej skłonni na przykład do zachowań takich jak ochrona lasu, po to, żeby lepiej, w sposób bardziej racjonalny ten las służył jako źródła surowca, czyli drewna. Byli bardziej skłonni do organizowania jakichś akcji charytatywnych, czy nie tyle charytatywnych, ile takich, których beneficjentem jest cała społeczność, a nie każdy za siebie. I jednym z takich absolutnie fenomenalnych wręcz przykładów i to już koniec mojej długiej przemowy, za której długość nieszczerze przepraszam, ale to było konieczne po prostu, jest sytuacja, jaka jest we Włoszech północnych i południowych. Kwestii oddawania krwi przez honorowych krwiodawców. Okazuje się, że w południowych Włoszech, całkowicie współcześnie, możecie sobie znaleźć to na wykresie, ile jest krwi oddawanych na 10 tysięcy czy na 100 tysięcy mieszkańców.
To jest szokująca różnica i Henrich między innymi, ale też inni badacze, którzy zbierali te dane statystyczne, które są całkowicie jasne i korelacja jest bardzo silna i widoczna gołym okiem dla absolutnych amatorów nierozumiejących nawet kwestii statystyki i zależności socjologicznych. Na południu Włoch, które są zdominowane przez klanowe struktury społeczne, oddawanie krwi jest po prostu śladowe w porównaniu do tego oddawania krwi, jakie jest w północnych Włoszech, które są silniej schrystianizowane, silniej zlaicyzowane, silniej poddane właśnie tym wszystkim procesom ewolucji kulturowej, w których należy pomagać innym, w których jedziemy na wspólnym wózku jako społeczeństwo. Nie tylko dlatego, że jesteśmy najbliższą rodziną albo jesteśmy spokrewnieni, albo żyjemy w tym samym miasteczku, ale jesteśmy Włochami. To jest fascynujący temat. I ostatnią ciekawostkę jeszcze powiem. Przenosimy się z Włoch i z Etiopii do Ameryki Południowej, do peruwiańskiej dżungli, w której antropolodzy badali właśnie zdolność do bezosobowej uczciwości. Robiono następujący eksperyment. Nie tylko właśnie w tej peruwiańskiej dżungli, ale dokładnie analogiczny eksperyment robiono w naszych nowoczesnych społeczeństwach Ameryki Północnej, czyli Stanów Zjednoczonych i Kanady i społeczeństw nowoczesnych krajów rozwiniętych Europy Zachodniej. Chodziło o to, na przykład w Europie dawano dwóm losowo dobranym, całkowicie obcym sobie osobom 100 dolarów i żeby się podzielili tymi 100 dolarami. I dla nas, dla mnie przynajmniej, zapewne dla pana Marka nie wiem, nie pytam.
Być może sam będzie chciał powiedzieć. Najbardziej oczywistym jest, jak przychodzi jakiś badacz i macie tu 100 dolarów, podzielcie się, no to dzielimy 50-50. Dla nas jest to oczywiste. Dla mnie jest to oczywiste. Spada nam z nieba pieniądze. Jesteśmy na wspólnym wózku w tej sytuacji eksperymentalnej. Domyślamy się, że to właśnie chodzi o to być może. Chociaż często eksperymentatorzy specjalnie oszukują uczestników eksperymentu co do tego, co jest tak naprawdę badane, ale dzielimy się 50-50. Natomiast w społecznościach w lasach pierwotnych peruwiańskiej dżungli na zachodniej części kontynentu północnoamerykańskiego, bo Peru jest po zachodniej części, ale tam za Andami jest od razu dżungla amazońska. Oni na przykład średnio mieli coś takiego, że jak ktoś jeden dostawał te 100 dolarów i żeby się podzielił z drugim, to nie daje 50%, czyli 50 dolarów.
To był odpowiednik w peruwiańskiej walucie. Mniej więcej jedna osoba dostawała dwie dniówki i kazano się podzielić właśnie z tą drugą osobą. Ta druga osoba średnio dostawała 15% i po pierwsze dostawała tylko 15% średnio, a nie 50. To jest szokująca różnica mentalnościowa między nimi a nami. A po drugie ta osoba, która otrzymywała tylko te 15% i tak się cieszyła, dlatego że te 15%, z grubsza, bo to była inna kwota liczona w walucie i procentowo tak samo, te 15% i tak było więcej niż zero, więc i tak się cieszyli, że w ogóle cokolwiek dostali. Więc proszę zobaczyć, że ludzie, którzy są zmuszeni do handlu, a którzy mają tak różne mentalności, jeśli chodzi o to, co jest sprawiedliwe, co jest niesprawiedliwe, to w kontekście tej bezosobowej uczciwości czy też bezosobowej prospołeczności wobec ludzi, z którymi dzielimy jakąś wspólnotę losu, wspólnotę jakichś zachowań, wspólnotę historyczną czy cokolwiek. Handel bez pewnych norm zaufania narzuconych, ale z sankcjami za naruszenie tych norm, handel jest niemożliwy. W związku z tym samo istnienie handlu nie tylko cywilizuje, ale jest przejawem tego, że ktoś jest ucywilizowany, czyli zdolny do zachowań kooperacyjnych bądź ultrakooperacyjnych z resztą społeczeństwa, którego jest częścią, albo z jakimiś przedstawicielami innych społeczeństw. W związku z tym już ostatnia rzecz, taki komentarz, który znalazł się też w książce „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie” i tajwańskie firmy produkujące Foxconn. To jest tajwańska firma działająca w Chinach, produkująca tam komponenty do iPhone'ów i same iPhony.
Oni chcieli wyjść z Chin dlatego, że Chińska Republika Ludowa chce przecież tą inwazję dokonać na Tajwan. Tajwańczycy próbowali przenieść przynajmniej część produkcji do Indii. To wynikało też z bardzo poważnych przestojów i zakłóceń w dostawach wynikających z tej polityki zero COVID wprowadzonej w Chinach, która nagle się skończyła. To też jest osobna historia na osobną rozmowę, ale generalnie tajwańska firma zdecydowała, że przeniesie się do Indii. Po paru miesiącach dostaliśmy lakoniczną wiadomość prasową o tym, że Tajwańczycy jednak dziękują i się wycofują. Ja wyjaśnię dlaczego, bo to nie zostało przez Tajwańczyków powiedziane, bo nie wypada mówić takich rzeczy. Dlatego, że mógłbym zostać uznany za rasistę. Natomiast podsumowując, Tajwańczycy wycofali się ze współpracy z Hindusami, z ustanowienia produkcji komponentów do iPhone'ów i składania samych iPhone'ów w Indiach ze względu nie tylko na kulturę pracy czy też kulturę techniczną siły roboczej na miejscu, ale przede wszystkim z uwagi na kwestie, to jest moje pełne przekonanie, chociaż nie mam dostępu do przyczynków decyzji Tajwańczyków. Chodziło o kwestie kultury biznesowej i oszukiwania czy też nieuczciwego traktowania kontrahentów, którzy nie należą do naszego najbliższego kręgu znajomych, w których te sankcje za oszukiwanie obowiązują. Over.
[05:05:01] - Pięknie dziękuję, panie Piotrze, ale mam jeszcze jedno pytanie. Pewien publicysta opisał kiedyś taką sytuację, że na Bliskim Wschodzie handluje się tankowcami ropy naftowej i robią to ludzie, którzy tak naprawdę są analfabetami. Mają swojego skrybę, który im pewne rzeczy zapisuje. Oni handlują tankowcami ropy naftowej, przybijają piątkę i mówią sobie tak: „Przecież Ahmed, ja wiem, że ty mi zapłacisz. Ja wiem, że ty mi zapłacisz, bo ty jesteś uczciwym człowiekiem, ale gdybyś nie był uczciwym człowiekiem, to ty wiesz, że ja ci tę głowę obetnę”. Jak to się wpisuje w to, o czym pan dzisiaj mówił?
[05:05:46] - Z Arabami, których pan opisał, jest bardzo prosty problem, czy też po prostu cecha ich systemu. To jest jakaś grupa znajomych, która złączona jest właśnie tym, że sobie nawzajem ufają. Czyli to jest albo jakiś rodzaj związków klanowych, związków znajomościowych, takich jak te chińskie guanxi, o których przed chwilą mówiliśmy i funkcjonuje w związku z tym sankcja za naruszenie zasad uczciwości wewnątrz tej grupy bardzo wąskiej, bardzo dobrze się nawzajem znającej. Więc nie istnieje tutaj kwestia tego, że musimy wytworzyć jakieś zasady etyczne współpracy z obcymi, polegające na tym, że obcych nie oszukujemy. Wręcz przeciwnie. Moje doświadczenie, bardzo skromne, ale jednak istniejące z Arabami, polega na tym, że właśnie obcych robimy w konia, ile wlezie, mówiąc krótko. Jedna z osób, która ma wybitne doświadczenie ze współpracy biznesowej z Arabami, użyła genialnego sformułowania, genialnego idiomu, który natychmiast podkradłem. Nawet znalazł sobie miejsce w prawidłach geopolitycznej gry. Otóż on się z Arabami pałuje na co dzień, więc po prostu jest jedna wielka walka i pilnowanie, żeby nagle nie okazało się, że nie zostaliśmy zaklasyfikowani do tego zbioru obcych, których można — tutaj brzydkie słowo można powiedzieć na „j” pochodzenia rosyjskiego — ile wlezie. I tak to wygląda po prostu.
Czyli podsumowując: społeczeństwa, w których funkcjonują zasady uczciwości wobec obcych, z sankcją nadprzyrodzoną albo z sankcją prawną, czyli za mordę, czyli twarde prawo, lecz prawo, mają się lepiej niż społeczeństwa, które takich zasad nie wytworzyły. I to jest cała tajemnica i cała esencja tego, co komentatorzy na YouTubie często mówią. To jest kwestia kultury. Nie wyjaśniając kompletnie nic, bo sami tego po prostu nie rozumieją. A właśnie esencja tego problemu tkwi w tym, co sobie dzisiaj powiedzieliśmy, w tej bezosobowej uczciwości. Over. Skończyłem.
[05:08:01] - No cóż, nie udało mi się pana zaskoczyć tą kwestią arabską, chociaż ona mi się wydawała niezwykle egzotyczna, bo obcinanie głowy komuś w podziękowaniu za niedotrzymanie słowa to jest jednak pewien folklor, pewien koloryt. Okej.
[05:08:18] - No świetne określenie. Tak, to jest folklor.
[05:08:23] - Panie Piotrze, pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. No i tradycyjnie polecam się na przyszłość.
[05:08:30] - Bardzo proszę, bardzo proszę. Przepraszam, jeszcze wtrącę na koniec coś, co nie jest do końca pozytywne, a jest tak naprawdę straszeniem. Pozwolę sobie postraszyć naszych słuchaczy. Zobaczcie, co się dzieje z Pax Americana. Pax Americana to jest narzucony system handlu światowego, w którym nie opłaca się toczyć wojen, dlatego że bardziej opłaca się właśnie handlować, czyli nabyć, wyprodukować to, co inni potrzebują, sprzedać im i zamienić na to, co my potrzebujemy. Kiedy ten system upadnie, to te wszystkie kultury rozsiane po całym świecie, ci Arabowie, z którymi nawet teraz trzeba się pałować, ci Chińczycy, którzy mają te swoje guanxi. My jako ludzkość, jako gatunek homo sapiens, który ma sięgnąć gwiazd zgodnie z tym, co ja jako dziecko wyssałem z krwią matki, czytając powieści science fiction z space opery, prawda? Ludzkość penetruje galaktykę zjednoczona i tak dalej, i tak dalej. Nic takiego nie będzie miało miejsca, bo po prostu my się nie dogadamy. Będziemy po prostu zagryzać siebie nawzajem, ucinać sobie głowy za nieuczciwość i być nieuczciwymi.
Będziemy nieuczciwymi wobec siebie nawzajem ze względu na różnice kulturowe, religijne, światopoglądowe, wszelkie inne. Także to, co Amerykanie zrobili, czyli narzucili wszystkim ten globalny system, zostali jego policjantem, to ma swoje minusy. Czyli tracimy pełną suwerenność nad naszym własnym losem, decyzyjność. Ale plusem jest to, że się nie wybijamy sami nawzajem i międzynarodowo, tylko po prostu współpracujemy. Także nawiązanie to jest do tego sformułowania, które wielokrotnie powtarzaliśmy: zachowania kooperacyjne trzeba wymusić. Także na tym polega Pax Americana, że to Amerykanie co prawda mają tego petrodolara, wszystkich trzymają za mordę, kreują konflikty na całym świecie. To jest przerażające. Jak ja studiowałem rozmaite punkty zapalne, to wszystko robili Amerykanie i przez CIA. Natomiast ma to swoje plusy takie, że przestaliśmy żyć w świecie, w którym rządzą zachowania imperialne i zachowania mocarstwowe, czyli zdobywanie zasobów kosztem innych i za pomocą mordowania innych. I już skończyłem.
[05:10:45] - Mam wrażenie, panie Piotrze, że my nie skończymy dzisiejszej audycji.
[05:10:48] - Nie, nie, nie. Koniec, koniec.
[05:10:49] - Od razu: „Nie, nie”. Ale ja mam coś teraz do powiedzenia. Otóż uświadomiłem sobie, że przy rozmontowywaniu Pax Americana biorą udział państwa, które przynajmniej teoretycznie mają światu do zaproponowania coś niezwykle atrakcyjnego. Co to jest? Otóż usłyszałem całkiem niedawno, że kraje skupione w tym tworze nazywanym BRICS One kombinują, czy nie wytworzyć waluty światowej opartej na srebrze albo na złocie. Muszę powiedzieć, że to jest silny argument do tego, żeby pogrążyć świat w chaosie.
[05:11:31] - Z wielu względów, ale to, co jest w publicznych debatach na ten temat, nie uwzględnia treści naszej dzisiejszej pogadanki, kwestii zaufania, czy też bycia uczciwym wobec ludzi, wobec których nie ma żadnej karnej sankcji albo pozytywnej sankcji za bycie uczciwym. I to jest całe clou tych instytucji ewolucji kulturowych, bo to jest wiele ewolucji równoległych zachodzących w różnych zakątkach świata, w których Europa historycznie wytworzyła te mechanizmy, te instytucje strzegące właśnie tych zachowań kooperacyjnych w handlu przede wszystkim, które pozwoliły nam się wysforować ponad resztę świata nawet wcześniej, w XVII, XVIII, XIX i XX wieku. Te instytucje, czyli rządy prawa, to wszystko trzęsie się w posadach teraz. To nie są straszenia się. Bez tej ultrakooperacji ogólnoświatowej, dzięki której wysłaliśmy sondy układu słonecznego, mamy jakąś tam stację orbitalną, która tam na obwodzie co prawda jest tylko jedna, a nie taka fajna jak w „Obcym 2: Decydujące starcie”, która mi straszliwie zaimponowała. Chciałbym dożyć tych czasów. Ale niestety wiele wskazuje na to, że takiej wielkiej stacji nam się w najbliższym czasie zbudować nie uda. Niestety.
[05:12:51] - To, panie Piotrze, teraz już zdecydowanie koniec. Pięknie dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[05:12:58] - Tak jest. Do usłyszenia.
[05:13:01] - Tak, proszę państwa, to już zdecydowanie koniec i nieoficjalna wiadomość. Proszę się na mnie nie powoływać jakby co, ale wszystko wskazuje na to, że za tydzień rozmowa z Piotrem Plebaniakiem, poza tą końcówką, którą słyszycie państwo zawsze, ona się jakby rozdzieli, rozdwoi, bo o najnowszej książce Piotra Plebaniaka będziemy rozmawiać i to w takim długim wydaniu, czyli przed państwem przynajmniej dwie godziny rozmowy o takiej geopolitycznej grze o przetrwanie, o ile dobrze sobie to przypominam. Dlaczego to nieoficjalnie? Dlatego, że to będzie wymagało łączenia w przyszły czwartek z Tajwanem, gdzie będzie środek nocy i ja mam nadzieję, że się wszystko uda. Ale we współczesnym świecie, gdzie samoloty niespodziewanie spadają, gdzie rakiety strzelają i różne cuda się dzieją, zawsze trzeba sobie dać pewien margines. Ja nie wiem, czy to jest nawet margines bezpieczeństwa. W każdym razie takiej asekuracji. W kręgach urzędniczych mówi się „dupochron”. W każdym razie coś takiego trzeba sobie zapewnić. Z dużą dozą takiego przekonania zapraszam państwa na spotkanie w przyszłym tygodniu z Piotrem Plebaniakiem, ale jakby nie, to „Bibliotekarium 2.0” i tak będzie wyemitowane.
Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Dziękuję, że byliście państwo cierpliwi. Pozdrawiam i oczywiście zapraszam za tydzień.
[05:14:54] - A mówił do państwa przed chwilą gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.