Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Piątek, weekendu początek. Dla niektórych spokojny, dla innych burzliwy, ale jednak myślę, że od godziny 20:00 w Radiu Paranormalium i w Book Radiu niezwykle ciekawy, bowiem zaczyna się kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:48] - Dzień dobry wieczór państwu. Lato nam się rozbuchało. Nie wiem, jak jest w państwa części kraju, ale tu, gdzie nadaję w Bydgoszczy upały trwają. Z zastrzeżeniem, że nagrywamy to w czwartek i upały trwają. Co będzie w piątek? Tego nie wiem. To wiedzą państwo. To znowu ta przerwa czasowa, ten paradoks czasowy, który dzięki temu, że Bibliotekarium pojawia się w formie podcastu, mamy ten paradoks. Tak bym to ujął. Proszę państwa, w zeszłym tygodniu obiecałem państwu dzisiaj rozmowę z autorem „Metamorfa”.
Obiecałem też rozmowę z Wiktorem Żwikiewiczem dotyczącą nieodżałowanego Lecha Jęczmyka. Rozmowa z autorem „Metamorfa” oczywiście będzie. A jeśli chodzi o rozmowę z Wiktorem Żwikiewiczem, to ona będzie, ale będzie połowicznie. Już tłumaczę się, o co chodzi. Otóż jak to się zwykle zdarza, gdy spotykają się dwie nieokiełznane gaduły, czyli Żelkowski i Żwikiewicz albo Żwikiewicz i Żelkowski, to się kończy na ogół tak, że po różnych cięciach, wycięciach i nadcięciach i tak wychodzi ponad godzina. Doszedłem do wniosku, że dwa takie wielkie bloki rozmów na jedną audycję, szczególnie w jej wakacyjnym wydaniu, to może być jednak troszeczkę zbyt dużo. I dlatego tak sobie postanowiłem, że dzisiaj usłyszycie państwo dosyć obszerne fragmenty, zdaje się łącznie 20 minut. Nazwałem to Żwiczki i to będą zajawki tego, co czeka państwa w przyszłym tygodniu. W przyszłym tygodniu pełna ponad godzina rozmowy o Lechu Jęczmyku, wspomnienia Wiktora Żwikiewicza. Dzisiaj będą, tak to sobie frywolnie określiłem, Żwiczki, czyli wybrane może bardziej soczyste rzeczy, które uznałem, że poznacie państwo dzisiaj.
I od tego właśnie, od tych Żwiczków zaczniemy. One będą w miejsce polecanek, żeby jakoś oddać cześć Lechowi. A zatem zapraszam państwa serdecznie na fragmenty rozmowy z Wiktorem Żwikiewiczem i jeszcze raz natrętnie przypomnę, że cała rozmowa za tydzień. Wy byliście przez długi czas bliskimi przyjaciółmi. Waletowałeś nawet w mieszkaniu Lecha przez długi czas.
[04:14] - Tak, mieszkałem parę lat tam.
[04:15] - Ale zanim to nastąpiło i zanim o tym opowiemy, to musi się pojawić pytanie: jak się poznaliście?
[04:23] - Czy ja wiem? Jak żeśmy się poznali? To było chyba w tym czasie, kiedy ja tam zainspirowałem w tym konkursie z opowiadaniem w Albie na Mocnej Drodze trafiłem do Warszawy i oczywiście natychmiast udałem się do różnych wydawców, między innymi do „Czytelnika”, w którym pracował Lech Jęczmyk. To nie będzie anegdota o Lechu, ale o mnie i o paru innych. Otóż pamiętam, jak poszedłem do Lecha, przedstawiłem się. On w życiu mnie nie widział na oczy ani nie wiedział, co ja tego. Powiedziałem, że zaczynam pisać. Może będę, a może nie, może coś tego i tak dalej. A on tak się popatrzył na zegarek. W „Czytelniku” na Wiejskiej to było.
Na parterze była kawiarnia uczęszczana przez całą bohemę warszawską, wszystkich wykolejeńców literackich, poetyckich, krytycznych i tak dalej. On tak popatrzył na zegarek. „Bardzo pana przepraszam” — do mnie — „ale ja muszę tam na dół, bo jestem umówiony. Może zejdziemy, nie?” „Bardzo chętnie”. Zszedłem z nim na dół, a tam przy stole siedziało pan Cogito, Robert Stiller, Artur Sandauer, krytycy, poeci i sama warszawska elitka tamtego czasu zupełnie. Wszyscy właściwie starzy, tylko Lechu był we właściwym wieku.
[06:16] - Ja tylko wtrącę. To były lata 70. Początek.
[06:19] - Początek 70. lat. Usiadłem cichutko w kąciku, gdzieś na skraju stołu, a przy stole siedziało chyba z dziewięciu starszych panów otoczonych całym wianuszkiem sikorek. Takich ślicznych dziewczynek, które przychodziły oczywiście z wierszami do krytyków, przyklejały się do tych krytyków starych, a oni tylko na to czekali. To było widać zresztą, bo brylowali, popisywali się, dyskusja trwała zawzięta. Lechu też siedział, też brał udział, a ja siedziałem cicho. I tak minęła chyba z godzina prawie. Ja się przysłuchiwałem tej dyskusji. W końcu w jakimś momencie zdenerwowałem. Wtrąciłem się i coś tak a'la powiedziałem, że to wszystko to jest furda, to nie tak i tak dalej.
I zamilkłem. Zabrałem głos pierwszy raz w życiu. Ja byłem cichy, nie wychylałem się. Natomiast pierwszy raz zabrałem głos. Zapadła martwa cisza. Ja zamilkłem i w tym momencie z końca tego stołu drugiego wychylił się jeden człowiek. „Przepraszam bardzo, skąd pan jest?” Do mnie. Ja mówię: „Z Bydgoszczy”. Dalej trwała cisza. On kiwał ręką.
„Aha.” Znowuż dyskusja się rozgrzała, ale po jakiejś pół godzinie znowu już nie wytrzymałem. Wtrąciłem swoje trzy grosze i tak samo ten facet gdzieś z końca wychylił. „Przepraszam bardzo. Pan powiedział, skąd pan jest?” Ja mówię: „Z Bydgoszczy.” I w tym momencie zajarzyłem coś. Ja z Bydgoszczy, ja się urodziłem w Bydgoszczy, ale moi rodzice zza Buga, z Wileńszczyzny. „Ach, to trzeba było mówić tak od razu, proszę pana.” To był Tadeusz Konwicki, genialny polski pisarz i też o fantastykę się ocierający. On nagle gdzieś się pochylił, wyciągnął wielki zeszyt. „Przepraszam, mógłby pan się tutaj wpisać?” I w tym momencie się Lechu Janeczko mi do ucha nachylił i mówi: „Wiesz, Wiktor, to jest Tadeusz Konwicki. On ma pierdolca.” Ja mówię: „Jakiego?” On uważa, że wszystko, co w polskiej kulturze zrobili, to zrobili tylko ludzie albo z Lwowa, albo z Wilna. I zbiera, dokumentuje to w wielkim kajecie.
I masz się tam wpisać. Parametry, rodzice, imię matki z domu. Zrobiłem, co trzeba i w ten sposób poznałem śmietankę warszawską, która później wprowadzała mnie do ZAiKSu. To robił i Robert Schwimmer, i Artur Sandauer, i Konwicki. I jeszcze ktoś. Zapomniałem. Bardzo znani ludzie w tamtym czasie wtedy. Lechu był piekielnie sprawnym człowiekiem. Jako człowiek, który studiował na Fuji aikido, miał zresztą dyplom i miecz samurajski w chacie, który przydzielany jest adeptom tej szkoły. Był nieprawdopodobnie sprawnym człowiekiem, przy całym spokoju i zrównoważeniu, bo może właśnie dlatego był cholernie sprawny.
Pamiętam, jak żeśmy się poznali, jak zamieszkałem u niego w domu i jak się dowiedziałem, jak zobaczyłem ten miecz i tak dalej. Wtedy jeszcze mało kto coś wiedział w tej Polsce. Ja mówię: „Powiedz mi, na czym polega to aikido.” „To mnie uderz.” Jak czy gdzie? Ledwo żeśmy się poznali, bo to było chyba tydzień po poznaniu. On miał taki pokój, gdzie była wielka mata biała, gołe ściany. Nic tam nie było, tylko na wieszaku wisiał biały strój z czerwonym pasem, który ubierał do ćwiczeń. On wziął mnie za ramię. „Chodź.” Wziął do tego pokoju. „To uderz mnie.” Przecież nie mogę go uderzyć, bo jak go uderzę, to co? Prawie żeśmy byli per pan.
Chyba nie już, ale prawie. W każdym razie on mnie uderzył. Ja go nie uderzę. To zaczął mnie drażnić. Stuknął mnie w ramię, coś gdzieś jeszcze i tak dalej. A ja się wychowałem na podwórku i nie lubiłem, jak mnie ktoś zaczepia. A on mnie dosyć obcesowo. Pach, pach, pach! To się rzeczywiście zdenerwowałem. Wziąłem taki lekki zwód pod jego ręką, pochyliłem się i jak mu takiego haka w żołądek wstawiłem.
Nieprawdopodobne. Po prostu wiem, co to jest. Wiem, jak się to robi. Wiedziałem zawsze. Ten hak wszedł mu we flaki, w żołądek, pod żebra. Ja poczułem tylko taki lekki, chłodny dotyk na tej ręce, która mu w niego weszła. I to było wszystko. Rozbiłem się o ścianę jak rozdeptana mucha. Ze ściany spieprzyłem i takimi oczami patrzę na niego. On stoi, zupełnie nic nie zrobił.
On tylko do tej mojej ręki przyłożył własną rękę leciutko i ukierunkował całą moją siłę we właściwym kierunku — ścianę. Ja się sam zabiłem. O życzliwości Lecha. Tak jak mówiłem, ta jego życzliwość, kiedy pracował w Fantastyce jako redaktor w czasach holankowych. On nawet holanka lubił, co mnie zawsze wprawiało w totalne osłupienie, ale on mi to racjonalnie wytłumaczył. „Wiesz, Wiktor, to też jest porządny człowiek, tylko wiesz, on jest ze Wschodu. On się strasznie tych czerwonych boi.”
[14:41] - Jeszcze jednej historii ci nie daruję. Ona też była w tym wywiadzie-rzece i też ją zapamiętałem. To historia mówiąca o tym, że Lechu przy całym swoim rozsądku, takim filozoficznym spojrzeniu na świat, potrafił być czasami człowiekiem szalonym, mało rozsądnym. Tu mam na myśli tę historię z tamą. Tobie oddaję głos. Nie będę nic zdradzał.
[15:13] - To było zdarzenie pod Rzeszowem. Gdzieś tam byliśmy na zjeździe w jakimś ośrodku lotu stojącym na takiej wysokiej skarpie, a tam była ogromna tama. Z jednej strony jezioro, tak jak ta tama zatrzymała, z drugiej strony tamten i nad tym ten wspaniały wielki hotel Lotu, o ile pamiętam. To był jakiś fandomowy spęd wtedy, któryś tam kolejny zjazd. Przyjechało chyba z 600 ludzi. Był wtedy jeszcze z Krzysiem Boruniem. Wszyscy tam byli, kto wtedy w Polsce czymkolwiek się bawił w podobnej kolorystyce. Tam była taka weranda. Obrady się toczyły na piętrze. Na tym piętrze była weranda, na którą wychodzili wszyscy palacze, żeby się poodpalać.
Z tej werandy było widać tę przepaść, tę tamę. Taki wachlarz zawinięty tak, jak tamy się buduje. Tego typu. Nie wiem, jak się taki typ nazywa. W każdym razie taki lej, ta ściana wielka. Bardzo miło było, a z drugiej strony było jeziorko śliczne. Ja oczywiście się opierdalałem tam. Obrady trwały, a ja poleciałem chyba po papierosy do wsi. To też było z 10 kilometrów, ale ja wtedy biegałem, a nie tak jak dzisiaj, że ledwo siedzę. W każdym razie pobiegłem sobie tam te 10 kilometrów do wsi.
Kiedy wracałem z powrotem, to akurat obrady miały przerwy i ta weranda była całym tłumem palaczy zatkana. A ja sobie biegnę. I tak spojrzałem na tę tamę i pomyślałem: „Cholera jasna, ale jak ja tak jestem rozpędzony, jeżeli ja pobiegnę tak na skos w dół” — ciężko to opisać — „taką parabolę pobiegnę po tej ścianie z rozpędu. Na początku mnie pęd, ale potem jak będę zawijał, to mój pęd przyciśnie mnie do tej ściany. Ja w tym momencie, nabierając z tego rozpędu, zacznę się wspinać w górę.” Na drugą stronę to mnie wyrzuci na drugą stronę. Mój własny pęd, a grawitacja mnie dociśnie do tej całej ściany, więc ja mogę pobiec po tej prawie pionowej ścianie.
[18:09] - To nachylonej, ale tak nieznacznie.
[18:10] - Nachylonej, ale nieznacznie. Powiedziałem już, że inteligenci to idioci bardzo często. Powtórzę. Pobiegłem bez zastanowienia. Zacząłem biec po tej całej ścianie. Wszystko się sprawdziło. Ja byłem geodetą z wykształcenia, więc chyba dobrze sobie obliczyłem ten moment pędu i siłę grawitacji. Wszystko bardzo dobrze. Więc sprytnie sobie biegnę po tej prawie pionowej ścianie i widzę taki jęk. Wszyscy się chwytają za głowy na tej całej werandzie.
Ja spokojnie. Już nabrałem takiej szybkości, bo zbiegałem w dół lekko. Teraz zawijam w górę i wyrzuciło mnie do góry. A oni wszyscy wypadli, bo jak ja zbiegałem w dół, to myśleli, że poleciałem w dół. Już tam nie było widać tego. Ja wyskoczyłem. I taki zadowolony zapalam sobie papierosa, a oni lecą na mnie. „Czyś ty zwariował? Co ty tego?”. Ja im tłumaczę tak jak wam w tej chwili.
Tylko, że wtedy byłem inteligentniejszy jeszcze. Tamte siły jakieś przy hiperbolę mogłem opisać. Dzisiaj już tego zapomniałem. W każdym razie wszystkim to opisuję. Wszyscy tak patrzą w dół na tą całą tamę. A Lechu mówi: „Ty, to rzeczywiście jest niezły pomysł”. I on też jak inteligent, idiota kolejny oczywiście buch! I błyskawicznie, bez zastanowienia zaczyna biec po tej ścianie. Skoro Żwikiewicz mógł, to on też. Tylko że ja byłem w pumach moich wspaniałych wtedy, a on był w eleganckich półbutach na skórzanej podeszwie.
Zaczął błyskawicznie jechać w dół w tą przepaść. On by prawdopodobnie wyszedł z tego, bo tam było to cholernie wysokie. Jakby trafił w wodę, to by wyszedł, ale jakby nie trafił na wodę, ale na te filary, które tam jeszcze były, to byśmy go nie żegnali dzisiaj. W każdym razie wtedy pamiętam, że popisał się absolutną brawurą główny księgowy z fantastyki. Ja mówię główny księgowy, bo on tak wtedy zawsze wyglądał, czyli Maciek Parowski. Cichy, spokojny, który nigdy się w życiu żadną szablą nie machał, nie rozcinał śrub, nigdy się nie wychylał z żadną sprawnością w ogóle fizyczną, bo był łajzą tak z wyglądu. Popisał się błyskawicznym refleksem. Nikt nie zdołał już ręką, bo Lechu już leciał w tą całą przepaść. Tylko Parowski skoczył i wyciągnął. Chwycił go za rękę.
Parowskiego chwycił za rękę Oramus, ja chwyciłem Oramusa. I tak jak dziadek rzepkę wyciągnęliśmy Lecha. Ale w każdym razie brawura była u niego natychmiastowa. Polska kawaleria też tak szarżowała.
[21:44] - Proszę państwa, to teraz czas na główne danie w dzisiejszej audycji, czyli rozmowę z Andrzejem Kwietniem, autorem powieści „Metamorfy”. Cóż, ja może państwu zacytuję notkę redakcyjną, bo ona myślę, że doskonale oddaje to, jaka to jest książka. Dla świata Art Ven, były medyk jednostek specjalnych, jest ochroniarzem VIP-ów, pracownikiem Vertas, jednej z najsilniejszych, największych korporacji XXII wieku. Jego oficjalny profil przemilcza jeden fakt. Jego podopiecznymi są metamorfy, czyli rzadkie i nielegalne androidy mogące zmienić wygląd przy pomocy ludzkiego DNA. Lojalny oraz skuteczny w swojej pracy znajduje uznanie przełożonych i pnie się w korporacyjnej hierarchii. Poukładane życie Artha rozsypuje się w gruzy, gdy ginie jego dziewczyna, a on sam musi podjąć decyzję oznaczającą zdradę przyjaciół i wypowiedzenie wojny bezwzględnemu pracodawcy. Już z tego opisu widać, że mamy do czynienia z cyberpunkiem, a jeśli nie widać, to ja to państwu podkreślam, że to cyberpunk. I zanim rozmowa, to jeszcze kilka zdań o autorze. Andrzej Kwiecień to rocznik 1985, urodzony 13.
w piątek, co według niego przynajmniej miało raczej pozytywny wpływ na jego losy. Absolwent Wydziału Wiertnictwa Nafty i Gazu Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Prawie dekadę przepracował w firmach naftowych, z czego przynajmniej połowę tego czasu spędził, oglądając świat z pokładu platform wiertniczych. Obecnie zarządza firmą software'ową. Fan technologii, komiksów, pasjonat systemów walki, strzelectwa i nurkowania. Gdyby mógł, nie wychodziłby z lasów i nie schodził z gór, ale niestety słabo tam z internetem. Debiutował w grudniu 2022 roku na łamach Nowej Fantastyki cyberpunkowym opowiadaniem „Chrzest”. Neo-noirowy „Metamorff” to jego pierwsza powieść. To tyle ode mnie. A teraz już zapraszam państwa na rozmowę z Andrzejem Kwietniem.
Dzień dobry. Naszym gościem jest dzisiaj Andrzej Kwiecień, autor powieści „Metamorff”. Dzień dobry, panie Andrzeju.
[24:46] - Dzień dobry, panie Marku. Dzień dobry państwu.
[24:49] - To zacznijmy od razu to przesłuchanie od wysokiego C. Bardzo często się mówi, a autorzy bardzo często deklarują wręcz, że piszą takie książki, jakie sami chcieliby czytać. Jak to jest w pana przypadku? Czy to się sprawdza?
[25:12] - Dokładnie tak. Nie będę tutaj oryginalny. Pisząc książki, gdy zaczynałem w ogóle przygodę z pisaniem, to moim głównym celem było to, że chciałem opowiedzieć historię, którą miałem w głowie. I to była moja historia. I dokładnie to była taka historia, którą chciałbym przeczytać. Więc pisałem ją na początku przede wszystkim dla siebie, a to, że mogę się nią podzielić z innymi, to jest po prostu plus tej całej sytuacji i tego, że się udało ją opublikować. Więc zdecydowanie potwierdzam.
[25:47] - Idąc za ciosem i patrząc do książki, to najwyraźniej lubi pan prozę sensacyjną, taką prozę wypełnioną akcją. Kreuje pan tego rodzaju fantastyczne światy, światy futurystycznej walki żołnierzy. Okej, to skąd taka znajomość realiów? Trudno tu właściwie mówić o realiach, bo mówimy o przyszłości, ale realiów walki, taktyki, różnego rodzaju walki toczonej przez oddziały.
[26:32] - Ja od dziecka byłem zafascynowany, jeżeli chodzi o militaria, wojsko i tak naprawdę moim celem było po liceum dostać się do szkoły wojskowej. Już miałem nawet skierowanie do Wrocławia, ale zrezygnowałem akurat wtedy. Wybrałem inną drogę z bardziej pragmatycznych powodów. Ale ta miłość, zafascynowanie tym światem pozostało we mnie. A oprócz tego mam przyjaciół, którzy służą w różnego rodzaju wojskach, między innymi w jednostkach specjalnych. I myślę, że taka wiedza jest nabyta, jeżeli chodzi o samą militarną stronę tego wszystkiego, gdzieś nawet przez osmozę, przez rozmowy z nimi, przez różnego rodzaju książki, którymi się też zapychałem w dzieciństwie. A jeżeli chodzi o walkę wręcz, to sam też trenowałem przez dobrych kilka lat na przykład krav magę, więc próbowałem gdzieś niektóre te rzeczy, których się nauczyłem na treningach, umiejscowić też w książce. Miałem to szczęście, że akurat miałem pewną wiedzę i ją wykorzystałem. Więc z różnych źródeł pochodzi ta wiedza, raczej bym powiedział z pierwszej ręki albo z drugiej ręki, jeżeli chodzi o jakichś znajomych znajomych, a nie tylko z samych książek, które czytałem.
[28:01] - Okej, ale tego rodzaju proza, która opiera się na dynamicznej akcji, na opisie walki właśnie. Spora część autorów twierdzi, że to jest trudne do napisania. Świetnie się to czyta, ale trudno się to pisze. Jak to było w pana przypadku?
[28:23] - Powiedziałbym nawet, że w moim przypadku to chyba się to najłatwiej pisało te części. Dużo trudniejsze było dla mnie i więcej uwagi i pracy musiałem włożyć w to, żeby pomimo tego, że ten świat jest futurystyczny i wykreowany, to żeby jednak miał gdzieś zakotwiczenie w realiach. Same sceny walki. Jeżeli chodzi o walkę wręcz, to tak jak powiedziałem, to wychodzi z tego doświadczenia i z treningów, głównie z treningów właśnie krav magi. A jeżeli chodzi o strzelanie, też miałem dużo do czynienia z bronią, chociaż nie w takich sytuacjach. Tak naprawdę te sceny były konsultowane, nie ukrywam, po tym, jak je napisałem, po to, żeby nie popełnić tam jakichś oczywistych błędów, to były konsultowane właśnie z żołnierzami, z ludźmi, którzy brali udział w realnych starciach, do których strzelano i którzy też strzelali w prawdziwych sytuacjach, w prawdziwych konfliktach. Więc być może to jest to, co sprawia, że te sceny wyglądają na takie dynamiczne i realistyczne. Chociaż są też tam sceny, które umówmy się, są typowymi scenami, takimi, można by powiedzieć, sensacyjnymi, hollywoodzkimi. Ale nawet w tych scenach chciałem, żeby jednak te realia były gdzieś zachowane.
[29:50] - Chciałbym poprosić pana o krótką charakterystykę „Metamorffa”. To znaczy ja na początku naszkicuję, pan jakoś to rozbuduje albo zaprzeczy temu, co mówiłem. Otóż z jednej strony jest to opowieść o nieco Przerażającej przyszłości. Takiej, w której ja na przykład nie chciałbym się znaleźć. Ale z drugiej strony to jest opowieść, jeśli nie o miłości, to w każdym razie o takim uczuciu, które pokonuje śmierć. To tak powiedzmy najdelikatniej, żeby nie spoilerować.
[30:28] - Tak. Świat „Metamorfa” jest światem cyberpunkowym, czyli dokładnie takim światem, w którym ludzie żyją w otoczeniu zaawansowanej technologii. Technologii, która w założeniach mogłaby wyrównywać szanse, a tak naprawdę pogłębia różnice pomiędzy tymi, których na tę technologię stać i tymi wszystkimi, dla których tak naprawdę brakuje miejsca w tym świecie. W świecie, gdzie ludzie i ich zalety, ich atrybuty są tak naprawdę zastępowane przez technologię, przez sztuczną inteligencję. Oni stają się w jakimś sensie zbyteczni i bezużyteczni. I to jest taki świat. Obawiam się, że na razie jesteśmy na kursie właśnie w tym kierunku. Możemy sobie to w bardzo prosty sposób zaobserwować, spoglądając na mniej zaawansowane kraje trzeciego świata, gdzie jeżeli mamy dostęp nawet do podstawowego internetu, to już jest dla ludzi tam żyjących coś przełomowego. A po przeciwnej stronie mamy świat naprawdę zaawansowanych technologii Elona Muska, który bada, jego firmy prowadzą badania nad interfejsami, które są wszczepiane bezpośrednio w mózg i tak dalej. I nawet on sam się kiedyś wypowiedział, że to jest właśnie odpowiedź jaką my ludzie możemy udzielić na rozwijające się technologie.
To znaczy te interfejsy, które pomogą nam korzystać z zasobów wiedzy, z potęgi komputerów i łączyć bezpośrednio nasze mózgi z nimi sprawią, że będziemy mieli szansę w starciu z technologiami, ale też szansę na odnalezienie swojego miejsca w takim zaawansowanym świecie. I po części się z tym zgadzam, aczkolwiek jest tutaj problem taki, że jednak nadal technologia wysoka będzie dawała szansę tym, którzy mogą sobie na nią pozwolić i coraz bardziej będzie zostawiała w tyle ludzi, którzy nie mają tego luksusu. I z tej perspektywy to nie jest świat, do którego bym się zgłosił, w którym chciałbym się znaleźć na ochotnika, ale czuję obawę, że to jest ten świat, w którym możemy skończyć. I jeżeli chodzi o miłość. Miłość jest to takie uczucie i taka wartość, która przewija się w historii ludzkości od zarania i w każdej kulturze pojawia się ten element miłości, która często prowadzi do destrukcji. Nawet możemy popatrzeć na jedno z najstarszych dzieł, jakim jest w ogóle wydarzeń w historii ludzkości, jakim jest wojna trojańska. Tam też z powodu miłości doszło do wojny i do wielkiej tragedii. I w moim świecie ta miłość właśnie jest tym głównym czynnikiem, który napędza bohatera do tego, żeby zrobił rzeczy, które są ekstremalnie niebezpieczne, ekstremalnie trudne. I tak naprawdę wymagają od niego bardzo trudnych wyborów, które w pewnym momencie nawet prowadzą do tego, że staje przeciwko ludziom, których w jakimś sensie można ocenić, jeżeli nie jego przyjaciółmi, to przynajmniej sprzymierzeńcami. Myślę, że spokojnie byśmy znaleźli takie historie w historii ludzkości.
Takich już nie tylko w dziełach, które zostały stworzone przez ludzi, ale w prawdziwym świecie. I myślę, że to jest właśnie wystarczająco silny motywator dla wielu osób, żeby się zdecydowali na dosłownie wszystko.
[34:36] - Kiedy śledziłem losy pana bohatera, a właściwie bohaterów, to przyszło mi do głowy, to nie jest zupełnie à propos, bo to zupełnie inna poetyka, ale kiedyś Heinlein napisał taką książkę „Drzwi do lata”. Tam również główny bohater pokonuje trudności, wydawałoby się nie do pokonania, a jednak napędza go właśnie to uczucie i doprowadza do tego, że utracona miłość przestaje być utracona. Pański bohater też właściwie dokonuje nie tyle niemożliwego, ale czegoś, tak jak pan powiedział, bardzo trudnego.
[35:22] - Tak. Pamiętam, że na studiach w ramach fakultetu takiego, bo skończyłem studia inżynierskie na Akademii Górniczo-Hutniczej, ale musiałem współmieć zajęcia też z jakichś miękkich, że tak powiem, przedmiotów. I wybrałem sobie wtedy filozofię miłości. I pamiętam jedną z rozmów z panią profesor, która prowadziła te zajęcia. Niestety nie pamiętam jej nazwiska w tym momencie. Ona właśnie mi powiedziała, że miłość to jest tak naprawdę choroba psychiczna, bo gdy patrzymy na to, jak niepoczytalni potrafimy być i na jakie rzeczy potrafimy się zdecydować, jaki to ma wpływ na nasze myślenie, ale też na nasze ciała, jak potrafi być wyniszczająca miłość. Uskrzydlająca i wyniszczająca jednocześnie. Zdecydowanie jest to coś takiego, co nas potrafi napędzić i poprowadzić do wyboru, do czynów, które w innych realiach, bez tego uczucia w równaniu mogłyby być uznane za ekstremalnie głupie. Zresztą widzimy niektóre zachowania niektórych ludzi, zwłaszcza jeżeli jesteśmy sami. W młodym wieku to na pewno każdy z nas popełnił jakieś może nie głupoty, a naprawdę czyny, które z perspektywy czasu wydają się cokolwiek przesadzone.
[36:55] - Kiedy rozpoczynałem lekturę pana książki, to doszedłem do wniosku, że jest pan człowiekiem dowcipnym, a w każdym razie człowiekiem, który lubi bawić się ze swoim czytelnikiem. Bo pana książka, też się dałem temu zwieść, zaczyna się jak opowieść nie tyle cyberpunkowa, co opowieść o wampirach z przyszłości.
[37:22] - Tak, często widzę tę reakcję. Miałem kilka razy okazję na żywo widzieć, gdy ludzie po raz pierwszy brali czy to całą książkę, czy pierwsze strony mojej książki do ręki i zaczynają czytać. I to zdziwienie w ich oczach, że to miało być science fiction, miał być cyberpunk, a tu nagle mamy jakiegoś wampira. Nie wiem. Ciężko mi w logiczny sposób prześledzić, skąd wziął się pomysł akurat na to. Już w jakichś wywiadach mówiłem, że pierwszy akapit, czyli to, co praktycznie w niezmienionej formie powstało w czasie kilkunastosekundowej podróży windą, gdy byłem w pracy. W hotelu się znajdowałem i zjeżdżałem z pokoju do restauracji na kolację. Właśnie wtedy go wymyśliłem. I on tak właśnie brzmiał. Dlaczego akurat wizja taka w świecie cyberpunkowym?
Naprawdę nie jestem teraz w stanie tego prześledzić, ale idealnie mi pasowała. I jest też takim fajnym, zaskakującym otwarciem, które intryguje, bo wampiry i cyberpunk to nie jest coś, co zazwyczaj widzimy. Oczywiście to się później wyjaśnia i ten element wampirzy przestaje być aż tak istotny, chociaż odgrywa później dosyć znaczącą rolę w pewnym momencie. Chciałbym powiedzieć, że zrobiłem to świadomie, ale to po prostu był przebłysk i to się pojawiło i zostało.
[39:08] - Kiedy zagląda się na różnego rodzaju fora w internecie, to co bardzo rzuciło mi się w oczy, to oceny skrajne. Te skrajności na temat „Metamorfa” przebiegają mniej więcej tak: niektórzy są absolutnie powaleni, zachwyceni i tak dalej. Drudzy natomiast się krzywią, że nie. To niby normalne. Natomiast zadziwiło mnie, że mało jest środka. Może nie jest pan najlepszym adresatem, jeśli chodzi o to pytanie, ale jednak. Jak pan sądzi, skąd te skrajności?
[39:51] - Myślę, że tutaj udało się osiągnąć pewien efekt. Wiele osób, które nie czyta tego typu literatury, których odstrasza jakiekolwiek wspomnienie o tym, że coś jest science fiction czy coś jest cyberpunkiem, sięgnęło po tą książkę. Dlaczego sięgnęło? Tutaj to już można pytać kogoś, kto analizuje działania marketingowe, kanały, jakie zostały użyte do promocji książki. Ale mam wrażenie, że wiele spośród tych osób, które ma mniej do czynienia z tego typu literaturą, jest zaskoczona tym, że im się to podoba. Historią, którą poznają. Nie chcę powiedzieć, że tylko oni, bo znam wiele osób, które czyta literaturę science fiction czy cyberpunkową, żyje tym światem. Im też się bardzo podobało, ale mam wrażenie, że bardzo dużo ludzi takich, którzy normalnie by nie sięgnęli po tego typu książkę, z jakiegoś powodu ją przeczytało i im się bardzo podoba. I z tego się bardzo cieszę, bo to było jedno z moich głównych obaw, ale też dążeń do tego, żeby ludzie, którzy zazwyczaj czytają kryminały albo czytają literaturę obyczajową, sięgnęli po „Metamorfa” i zobaczyli, że to jest jednak coś, co może im sprawić przyjemność, zaskoczyć i może też im pokazać inny świat. Być może to też odpowiedź na to, skąd się pojawiają te skrajności po tej drugiej stronie.
Próg wejścia do książki, jeżeli chodzi o science fiction, nie jest taki wysoki jak w niektórych książkach tego typu. Wszystkie te technologie, które wspominam, czy prawie wszystkie, dziewięćdziesiąt parę procent, są przedłużeniem obecnego stanu nauki i zostały poparte albo zostały umieszczone w książce dopiero wtedy, gdy miałem pewność, że jest to jeden z wariantów rozwoju technologii, który może się pojawić. Ale jednocześnie nie starałem się edukować w tych aspektach czytelnika. Nie starałem się go zarzucać takim technicznym żargonem. Zaznaczyłem, mam nadzieję dosyć wyraźnie, jak niektóre rzeczy mogłyby działać. I tak to zostawiłem po to, żeby opowieść była opowieścią. Żeby była opowieścią o ludziach czy o człowieku, który został postawiony w jakiejś historii. A technologia, świat jest tłem i tak naprawdę technologia jest w tej książce czymś, co umożliwia pewne rzeczy, żeby się stały. Technologia ustawia scenę dla opowieści. I chyba tutaj właśnie powstaje pewien zarzut.
I często ludzie, którzy są wielkimi fanami science fiction, podnoszą czasami argument, że mało tego science fiction w tym science fiction, że oni już gdzieś widzieli te koncepty. Często też pada taki, nie wiem, czy zarzut, czy po prostu wspomnienie o tym, że dostrzegają inspiracje innymi dziełami cyberpunkowymi. Nawet kiedyś umieściłem taki komentarz u siebie czy post u siebie na Facebooku, że chciałbym naprawdę posiadać taką wiedzę o popkulturze i o cyberpunku jako takim, o jaką jestem posądzany przez moich czytelników. Bo myślę, że wynika to z tego, że jeżeli naprawdę autorzy, którzy piszą science fiction czy cyberpunk, odrobili swoją pracę domową, sięgnęli do literatury naukowej i nawet obserwują obecny świat i technologię, w jakim kierunku dążymy, to dojdą do bardzo podobnych wniosków i ten świat wykreowany przez nich będzie miał wiele elementów zbieżnych. Pisząc książkę, nie wiem, jak inni to robią, ale ja akurat pisząc książkę nie zastanawiałem się nad tym: „O, to było fajne w tym filmie czy w tej książce i użyję teraz tego i zainspiruję się tym”. Nawet jeżeli takie inspiracje następują, to one są bardzo podprogowe i sprawiają, że być może coś trafia, jest zainspirowane. Ja tego nie odrzucam absolutnie, ale nie jest to sposób świadomy. I tutaj właśnie pojawia się to, że ci ludzie, którzy często są niezadowoleni albo mają obiekcje do „Metamorfa”, doszukują się tych nawiązań, dostrzegają je. Być może i słusznie, że nawet gdzieś tam mamy jakieś zbieżne motywy, ale to nie wynika właśnie z bezpośredniej inspiracji, raczej ze świadomości tego, w którym kierunku technologia może iść i gdzie ona może pójść i w jaki sposób ze skończonego zbioru. Pisząc książkę chciałbym, żeby ona się podobała wszystkim.
To jest oczywiście niemożliwe. Każdy ma swoje gusta i guściki i każdy będzie zwracał uwagę na co innego. Jest wiele osób, które, jak już wspomniałem wcześniej, nie znając tego świata cyberpunkowego, nie znając tych opowieści, dla niektórych całkowicie ten koncept będzie nowy, zaskakujący. I cieszę się ich szczęściem, tym, że oni, patrząc po pozytywnych komentarzach, znaleźli frajdę w czytaniu tej książki, że znaleźli spełnienie w zakończeniu. Pojawiały się komentarze, bo sam też widziałem niektóre, że byli w stanie przewidzieć dosyć szybko zakończenie. Do końca nie wiem, z czego to wynikało. Czy z tego, że po prostu część czytelników widziała, czytała coś podobnego z podobnym konceptem, albo po prostu wskazówki, które zostawiłem w książce, dla niektórych były aż nadto oczywiste. Cóż mogę powiedzieć? Mam nadzieję, że moje kolejne książki spodobają się też tym, którzy na przykład do „Metamorfa” nie czują aż takiej chęci po przeczytaniu tej książki.
[46:16] - Teraz mam pytanie sponsorowane przez mojego szefa, przez wydawcę BookRadia. Prosił, żeby zapytać, jak pan konstruował bohatera. Ile jest pana w głównym bohaterze? To takie pytanie, które się pewno bardzo często pojawia, ale chyba warto je zadać, bo bohater, pomimo że jest człowiekiem dosyć prostym, tak naprawdę żołnierzem, w każdym razie człowiekiem związanym z militariami, który ma prosty podział, jeśli chodzi o siebie w walce. Ale z drugiej strony jest człowiekiem pełnym, to znaczy właśnie zdolnym do miłości, zdolnym do analizy tego, co wokół niego się dzieje. To wracam do tego pytania: ile jest autora w bohaterze? I w ogóle, jak pan tego bohatera konstruował?
[47:21] - Powiem tak: na pewno są elementy, które zostały wzięte ze mnie. Pewien sposób myślenia, może takiego sarkazmu, takiego trochę gorzkiego humoru, gorzkiego podejścia do życia i ten sposób narracji w jakiś sposób jest mój. Może nie stuprocentowo, ale miewam takie rzeczy. Takie komentarze też dostawałem od moich przyjaciół, którzy przeczytali „Metamorfa” i przychodzili, pokazywali mi fragmenty i mówili, że „po prostu tutaj to widzę ciebie”. Ale sam bohater w żaden sposób nie jest moim alter ego. Bohater został zbudowany tak naprawdę z różnych historii, z różnych opowieści. Ma cechy różnych ludzi, właśnie funkcjonujących w takim świecie wojskowości i militariów. My mamy zewnętrzny obraz takich ludzi, dosyć takiej kwadratowej postaci. Jeżeli to jest żołnierz, to on jest walczy, on jest prosty, on wykonuje rozkazy. Rzeczy takie jak zabijanie, które są dla większości z nas niewyobrażalne, oni po prostu robią, bo są do tego wytrenowani, wręcz wyprani.
Gdy się poznaje tych ludzi, którzy rzeczywiście walczyli, którzy rzeczywiście podejmowali decyzje o życiu i śmierci innych ludzi i jest się z nimi blisko, zaczynamy to widzieć jak na dłoni, że nie ma ludzi czarno-białych, że zero-jedynkowe podejście do takich ludzi jest po prostu mylne. To są ludzie, którzy kochają zwierzęta. To są ludzie, którzy są bardzo ciepłymi partnerami, dobrymi rodzicami. Oczywiście bywają też tacy, którzy nie są, ale tworząc Arta chciałem pokazać człowieka, który ma pewną inteligencję, ma inteligencję też emocjonalną, dobrze rozbudowaną. A poza tym, o czym może nie chcę teraz mówić, żeby nie spoilerować, ale jego wielowymiarowość, jeżeli chodzi o uczucia i podejście, też z czegoś wynika. I to było właśnie jedno z tych rzeczy, jak myślałem o Arcie, o tym, gdzie go chcę postawić i co chcę zrobić z nim i w jakiej sytuacji chcę, żeby on sobie radził, to miałem takie pytanie, czy nie zostanie mi to zarzucone, że tworzę jakiś fałszywy obraz człowieka, który z jednej strony jest wyszkolonym zabójcą, a z drugiej strony jest człowiekiem, który dla miłości jest tak naprawdę w stanie zrobić wszystko. Może nie aż tak ekstremalne zachowania, ale widziałem ekstremalne zachowania u ludzi, którzy są właśnie żołnierzami wyszkolonymi, mającymi sporo doświadczenia i nie zawsze takiego, którego chcielibyśmy mieć. A jednocześnie widziałem, jak podchodzą do bliskich sobie osób, jak oddanymi potrafią być przyjaciółmi. Więc gdy konstruowałem Arta, to na pewno ma moje cechy, ale ma też cechy mojego przyjaciela, który byłym żołnierzem w tym momencie jednostki specjalnej i jeszcze kilku innych osób, które gdzieś te historie splotłem. Jeszcze dodatkowym czynnikiem przy budowaniu tej postaci było właśnie to, żeby ta postać była realistyczna w swoich zachowaniach, żeby to, co robi, żeby dało się wytłumaczyć.
Oczywiście padają też zarzuty czasami od ludzi, którzy nie do końca jeszcze zrozumieli wszystkie wątki albo cechy Arta i z czego biorą się jego zachowania. On się zachowuje czasami w sposób chwytny, ale to ma uzasadnienie fabularne.
[51:29] - Wśród opinii, które pojawiają się w sieci, powiem wprost, wśród recenzji, które pojawiają się w sieci, zdarzają się również takie, które ja osobiście zakwalifikowałbym jako takie zwykłe czepianie się. Do szczegółów pewno przejdziemy, ale moją ulubioną taką opinią jest ta, która dotyczy piwa. Pan już wie, o co chodzi, więc proszę o komentarz.
[52:02] - Tak, w jednej z recenzji padł taki zarzut, że Art zachowuje się Tam padło bardzo brutalne stwierdzenie, które pierwszy odruch mówi, że jest głupi wprost, bo na przykład jest tam scena, to jest jedna z pierwszych scen i ona w zasadzie niczego nie spoileruje, więc możemy powiedzieć. Spotyka swojego przyjaciela, który jest żołnierzem. Łączyła ich wspólna misja, wspólna walka. Później główny bohater pomagał mu wyjść z uzależnienia czy z uzależnień, nawet pomagał mu zwalczyć depresję i syndrom stresu pourazowego. I oni się spotykają w barze kilka miesięcy czy nawet lat, już sama nie pamiętam. Po tym, jak widzieli się ostatni raz. I to jest takie zaskakujące spotkanie, bo tego drugiego bohatera nie powinno być w tym miejscu i on jako, użyjmy kolokwializmu, suchy alkoholik dostaje propozycję od głównego bohatera na koniec spotkania, że może byśmy się kiedyś spotkali na piwo. I zostało mi zarzucone, że bohater jest po prostu głupi, bo jak może osobie, która jest suchym alkoholikiem, oferować piwo? I to jest taki zarzut, który w takim świecie idealnym, powiedzmy książkowym, gdzie moglibyśmy się naprawdę bawić w to, żeby bohater mówił idealnym językiem i zawsze miał wszystko przemyślane, to można w jakiś sposób mówić okej, dlaczego on tak się zachował. Ale ja tworząc i pisząc takie sceny, chcę, żeby one były realistyczne.
One mają oddawać nasz sposób konwersacji, nasz sposób myślenia. I takie stwierdzenie dla mnie, że chodź, spotkajmy się na piwie, wcale nie oznacza, że musimy pić piwo czy jakikolwiek inny alkohol. Ono po prostu określa sposób, pewien poziom intymności spotkania. Spotkania między dwoma osobami, które będą rozmawiały o życiu, bo spotkania przy piwie mają to do siebie, że często dochodzi przy nich do jakiegoś uzewnętrzniania się. Ludzie rozmawiają o swoich problemach, o swoim życiu. I to jest właśnie tego typu oferta, że tak naprawdę chodź, spotkajmy się, porozmawiajmy. Można byłoby powiedzieć chodź, spotkajmy się, porozmawiajmy, spotkamy się może kiedyś i pogadamy, ale jakby powiedział tylko spotkamy się i pogadamy, Według mnie to stwierdzenie nie oddaje ducha spotkania, a zastąpienie piwa wodą raczej brzmiałoby trochę groteskowo, śmiesznie. Padają takie zarzuty. Cóż mogę powiedzieć? Mam w swoim otoczeniu ludzi, którzy mieli problemy z alkoholem przez bardzo długie lata i im akurat osobiście nie wadzą takie stwierdzenia.
Wręcz powiem, że nawet nie przeszkadza im teraz, jeżeli siedzą pośród ludzi, którzy piją. Oni po prostu tego nie robią, ale nie przeszkadza im to w tym, żeby odbywać takie rozmowy i takie spotkania. Powiem szczerze, że dopóki ten zarzut nie padł w tej recenzji, to w ogóle nie pomyślałem o tym, że to może być dla kogoś niezrozumiałe albo może być to problemem.
[55:25] - Powiem w ten sposób, że w takim razie ja też jestem zdrowym, nie zszarganym myślą idiotą, ponieważ też mi się zdarzyło tak zwanemu suchemu alkoholikowi zaproponować spotkanie przy piwie. Zupełnie bezwiednie, tak jak pan o tym powiedział. To jest poza świadomością albo poza takim myśleniem. Raczej chodzi właśnie o spotkanie. To spotkanie jest tak naprawdę najważniejsze w całym tym dialogu. Ale wrócę jeszcze. Skoro jesteśmy przy tej recenzji, to jeszcze przy niej chwilę zostańmy. Tam się pojawiają też zarzuty, które ja w dalszym ciągu określę jako czepianie się, bo to jest takie wymaganie od autora, żeby jego świat był konsekwentny, był racjonalny. Ale przecież my w naszym życiu ani nie jesteśmy konsekwentni jako jednostki, ani nie jesteśmy do końca zawsze racjonalni w tym najbardziej ogólnym, filozoficznym pojęciu. My się składamy z paradoksów i pana bohaterowie składają się również z paradoksów.
Robią rzeczy, które teoretycznie, logicznie nie powinny nastąpić, a jednak to robią, ponieważ są ludźmi. W dodatku są ludźmi w określonym miejscu i czasie, w określonym społeczeństwie, w określonym otoczeniu i niektórym bardziej ufają, niektórym mniej. To są zupełnie normalne jednostki ludzkie. Powiem tak: cały czas podtrzymuję to określenie czepiactwa, bo ja na przykład nie czułem dysonansu, kiedy pana bohater robił takie rzeczy jak spotkania. Zresztą ja panu oddam głos, to pan lepiej o tym powie.
[57:27] - Tak. Jeżelibyśmy zawsze postępowali jako ludzie w sposób racjonalny, logiczny, to jednocześnie byśmy to robili w sposób bezpieczny, totalnie pozbawiony ryzyka. Bo po co ryzykować? Naszym celem nadrzędnym byłoby to, żeby przetrwać do okresu reprodukcyjnego, spłodzić potomków, a później tak naprawdę w momencie, gdy już przestajemy spełniać swoją rolę i zaczynamy starzeć, powinniśmy popełniać samobójstwo, bo wszystko inne nie ma sensu. Nie byłoby żadnego rozwoju, nie byłoby niczego. To właśnie pewnego rodzaju stawianie sobie wyzwań czy ryzykowanie w życiu. Ryzykowanie nie zawsze ma wiele wspólnego z taką zwykłą, przeciętną logiką. Jedną z moich rzeczy, które robię, to prowadzę też firmę software'ową i mam pośród swoich pracowników ludzi, którzy są naprawdę jednymi z najlepszych wspinaczy, alpinistów, himalaistów w Polsce. I to, co oni robią, na logikę totalnie nie ma sensu. Idziesz w zimne miejsce, gdzie możesz w każdym momencie zginąć, zamarznąć.
Często po kilkadziesiąt godzin nie śpisz, marzniesz tylko po to, żeby znaleźć się na szczycie jakiejś góry, a później jeszcze zejść z tego. W zasadzie po co? Czemu to ma służyć? Gdzie jest logika, jak zamiast tego możesz siedzieć wygodnie w fotelu, zarabiać pieniądze i jeździć w ciepłe miejsca na wakacje? Właśnie te paradoksy, te sprzeczności, ta motywacja, która często ma mało wspólnego z logiką, sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy, że jesteśmy w jakiś sposób interesujący, wyjątkowi. Niektórzy mają większą inklinację, niektórzy mniejszą. Niektórzy przeżywają swoje życie w sposób bezpieczny i jeżeli są z tym szczęśliwi, to jest najważniejsze. Koniec końców ja staram się nie oceniać życia innych ludzi pod tym kątem i sposobu, w jaki decydują. Jeżeli to nie zagraża mi i moim bliskim, to powstrzymuję się od ocen. Jestem osobą, która bardzo rzadko jakieś komentarze pisze gdziekolwiek, pod czymkolwiek, bo uważam, że ludzie mają prawo, jeżeli nikogo innego nie krzywdzą, mogą sobie żyć tak, jak chcą, w taki sposób, jaki im pasuje.
Według mnie to jest najlepsze podejście. Ale te sprzeczności, to, co nam się w ludziach podoba, to chyba tak naprawdę ich niedoskonałości. Jakbyśmy mieli takich samych, doskonałych ludzi, ten świat byłby strasznie nudny, strasznie ubogi i tak naprawdę bylibyśmy tacy sami. Więc mi się wydaje, że właśnie w książkach lubimy uproszczenie tego algorytmu stosować albo oczekujemy, że nasi bohaterowie będą zawsze konsekwentni, zawsze logiczni, zawsze będą podejmowali decyzje według jednego najlepszego klucza. Zapominamy, że my często Sami znajdując się może w mniej ekstremalnych nawet sytuacjach, podejmujemy decyzje pod wpływem chwili, pod wpływem emocji, pod wpływem właśnie uczuć. I myślę, że każdy z nas patrząc wstecz na część swoich zachowań dojdzie do wniosku, że to było głupie, to nie miało sensu. Może byłbym w innym, lepszym miejscu niż teraz jestem. Oczywiście nie dowiemy się tego, bo podjęliśmy taką decyzję, jaką mogliśmy i tak naprawdę cofanie się i próba analizy takiej wstecznej swoich zachowań i jakby w myślach korygowania swoich decyzji, na które i tak już nie mamy wpływu i na rezultaty, których nie mamy wpływu, sprawia, że jesteśmy nieszczęśliwi. To jest taka najprostsza chyba droga do tego, żeby utracić szczęście i zadowolenie. Powinniśmy żyć tu i teraz, a to, co jest w przeszłości, to jest po prostu bagaż naszych doświadczeń, które wyciągamy.
I to jest dokładnie to samo. Musimy pamiętać, że bohater w książce ma swoją przeszłość, ma swoją historię. Jego życie składało się z wielu prawdopodobnie nudnych dni i wielu być może ciekawych, ekstremalnych. Tam było wiele zdarzeń, które nie zostaną nigdy opisane w książce, ale warto założyć, że ci ludzie są ludźmi, że oni oprócz tego, co widzimy na kartach książki, mieli jeszcze jakieś życie i z czegoś te ich decyzje wynikają. I wtedy będzie nam dużo łatwiej czasami zaakceptować pozorny brak logiki w zachowaniu bohatera w książce.
[01:02:08] - Bo na przykład żołnierz służb specjalnych może mieć przyjaciela, któremu pewne sekrety powierza wbrew logice, wbrew takiej dynamice pewnego spisku czy pewnej tajemnicy. Może lepsze słowo — tajemnicy. I to nie jest sprzeczne z logiką. Taki jest po prostu człowiek. Nie wiem, czy to podsumowanie czy rodzaj podsumowania ewentualnie panu odpowiada.
[01:02:38] - Tak. Najlepsza tajemnica to jest taka, o której nikt nie wie. Tylko czy wie jedna osoba? Tajemnica, o której wiedzą dwie osoby, przestaje być podobno tajemnicą, ale my wszyscy mamy potrzebę, żeby czasami się uzewnętrznić. Czasami robimy to świadomie, czasami się wygadujemy, czasami komuś ufamy i wiemy, co do kogo możemy powiedzieć. Jeżeli mamy takich ludzi, którym absolutnie ufamy. Oczywiście najczęściej zdradzają nas ci, którym ufamy, bo inaczej by nas nie zdradzili. Ale jednak jest taka potrzeba posiadania bliskich ludzi. I tutaj, w tej scenie, o której pan mówi, też padł w tej recenzji taki zarzut, że główny bohater bardzo szybko wygaduje się z jednej z największych tajemnic właśnie swojemu przyjacielowi. Ale to był jego przyjaciel.
Oni razem służyli, oni razem walczyli. Można powiedzieć spokojnie, że jeden z nich zawdzięcza życie drugiemu. Tak naprawdę nie byłoby go na świecie, gdyby druga osoba o niego nie walczyła. I myślę, że tu jest właśnie ten poziom zaufania, ten poziom relacji, który sprawia, że pewne tajemnice z automatu oceniamy, bo wiemy, co możemy powiedzieć, a czego nie możemy powiedzieć.
[01:04:01] - „Metamorfa” to jest pana debiut powieściowy i wykorzystam okazję i zapytam, czy tego rodzaju recenzje, które właściwie starają się wyłuskać z opowieści jakieś tam według recenzenta słabsze elementy, czy to zniechęca, czy też raczej buduje przyszłego autora? Jakie to ma oddziaływanie na pana?
[01:04:32] - Z jednej strony chciałem powiedzieć, że żadnego, ale to nie jest prawda, bo niektóre te recenzje czy komentarze potrafią w jakiś sposób. Znaczy na samym początku powiem, że jak je czytałem, to bardzo zależało mi na tym, żeby naprawdę ta książka się podobała wszystkim, chociaż wiedziałem i na logikę, i z rad i opinii innych ludzi, żeby nie nastawiać się na coś takiego, że zawsze będzie grupa ludzi po prostu, w których gusty nie trafię. Część komentarzy uważam, że wnosi coś. Coś mogę z tym zrobić na przyszłość. Dostrzegam pewne rzeczy do poprawy. Część uważam, po prostu nie jestem w stanie zaspokoić potrzeb każdej osoby. Ja piszę dla własnej przyjemności. Często jak już miałem takie pytania, czy określano mnie mianem pisarza, zawsze to koryguję i mówię, że nie uważam siebie za pisarza. Jestem autorem w tym momencie jednej opublikowanej powieści i jednego opowiadania też, którym tak naprawdę debiutowałem w grudniu 2022 roku na łamach Nowej Fantastyki. To są dwa moje utwory, które zostały opublikowane i jest to zdecydowanie za mało, żeby określać mnie mianem pisarza.
Ja o sobie mówię autor. Autor „Metamorfa” i autor „Czstu”. Dla mnie pisarz to jest ktoś, kto zarabia na życie pisząc. To jest jego podstawowe zajęcie. To jest osoba, która jest w stanie napisać wszystko o wszystkim, ma taki warsztat, który umożliwia tego typu funkcjonowanie. Ja jestem człowiekiem, który pisze dla przyjemności. Dodatkowo staram się, żeby to, co napisałem było jak najwyższej próby, bo taką czuję wewnętrzną potrzebę i we wszystkim, co robię, staram się, żeby to, co daję z siebie i to, co dostarczam, czy to w pracy zawodowej, czy właśnie w pracy twórczej, było jak najlepsze. I szukam sposobów na to, żeby stać się lepszym. Jeżeli więc widzę jakieś komentarze, które mi to umożliwiają, to jak najbardziej biorę je do siebie. Widziałem takie komentarze, że widać inspiracje tym czy tym dziełem popkultury.
Znotuję to sobie, bo powiem szczerze, wielu z tych dzieł popkultury nie widziałem, nie czytałem i to mi, mam nadzieję, poszerzy horyzonty albo przynajmniej pozwoli mi poznać coś, co jest wartościowe i sprawi mi chociażby przyjemność z czytania czy z oglądania jakiegoś filmu. Ale ja piszę dla siebie, dla własnej przyjemności, a to, że mogę się tym podzielić z kimś innym, to jest to plus. Nie ukrywam, chciałbym dostawać same pozytywne opinie, jak chyba każdy, ale nauczony życiowym doświadczeniem wiem, że to jest nierealistyczne oczekiwanie i nieraz w życiu dostawałem negatywne komentarze. Nauczyłem się, w jaki sposób je rozpatrywać, ale też robić swoje. Robić to, co wierzę i myślę, że w większości przypadków jednak opłaciło mi się to, że pozostałem wierny swoim przekonaniom i swoim opiniom. Doprowadziły mnie one tu, gdzie jestem, a nie jest to najgorsze miejsce na świecie.
[01:08:16] - Pójdę śladem, pójdę za ciosem tego, że „Metamorff” to jest debiutancka powieść. I zapytam, jak to się dzieje, że pewnego pięknego dnia człowiek postanawia napisać powieść?
[01:08:34] - Tak. Trzeba siedzieć na wiertni w Holandii i mieć bardzo długi dzień za sobą i piękne zachodzące słońce, bo tak to wyglądało u mnie. „Metamorff” jest moją debiutancką powieścią, bo ona jako pierwsza ukazała się w druku. Ale moją pierwszą powieścią, którą napisałem, która gdzieś tam sobie jeszcze leżakuje w szufladzie i być może się ukaże w przyszłym roku, to jest powieść fantasy. I ona właśnie powstała w ten sposób, w jaki ją opisałem. Pamiętam, że już było kilka godzin, gdy byłem w pracy. Wiercenie, które wtedy wykonywaliśmy, było robione w bardzo twardej skale. Moja praca akurat była, kluczowa część odbywała się w momencie, gdy odwierciliśmy jedną sekcję i przygotowywaliśmy się do kolejnego wiercenia, a na takie wiercenie czekałem długie godziny, więc wtedy po prostu sięgnąłem po kartkę papieru i zapisałem pierwsze zdanie. A później się okazało, że lubię to. Lubię to pierwsze zdanie, chciałem dopisać kolejne i tak zacząłem pisać.
To było moje hobby. Zamiast spędzać czasu na oglądaniu filmów czy jakichś innych aktywnościach, to lubiłem siadać do komputera i tworzyć i marzyć. To marzenie mam w sobie od dziecka, bo nawet w prostych zabawach, gdzie kijek był mieczem, a jakieś badyle przeciwnikami, to zawsze układałem sobie w głowie pełną narrację, pełną historię, która uzasadniała moje zachowanie w danym momencie. Czyli każda toczona bitwa miała jakiś większy sens i wszystko gdzieś się z tym łączyło. Okazało się, że mi to zostało i w dorosłym życiu po prostu, gdy zacząłem tworzyć, to nadal sprawia mi to przyjemność, to marzenie. I taki był właśnie początek tego wszystkiego.
[01:10:34] - W pana powieści, to jest pytanie o wyobraźnię, więc w pana powieści jest takie przerażające megamiasto. Ja nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał, co jest dalej. Jak wygląda ten świat, który pan wykreował?
[01:10:55] - Świat, który wykreowałem. Jest to troszkę wspomniane nawet w książce. To jest świat, gdzie jednak widzimy, jak ilość ludzi na świecie rośnie w bardzo szybkim tempie. Są teorie, że tak naprawdę kula ziemska jest w stanie realnie pomieścić dziewięć miliardów ludzi, bo wreszcie nie ma sposobu na ich wyżywienie. I tak naprawdę, jeżeli patrzymy na rozwój technologii, na to, w jaki sposób mogą funkcjonować cywilizacje, jak ludzie mogą funkcjonować, gdzie mogą znaleźć swoje schronienie, zajęcie, pracę i gdzie będą te ośrodki kultury, to takie miasta wydają się być naturalnym miejscem, które będzie przyciągało coraz więcej osób i tam będą ci ludzie żyli w takich megamiastach. Myślę, że to, co znajduje się poza miastem, to z jednej strony to nie będzie taka pustynia totalnie porzucona przez ludzi, bo oczywiście tam znajdą się inni ludzie, którzy będą żyli, ale to będą tacy ludzie, którzy w jakiś sposób będą uciekali od właśnie tej cywilizacji, będą chcieli o niej zapomnieć, będą chcieli żyć tak, jak żyli ich przodkowie. Więc wydaje mi się, że to będą właśnie takie wyspy miast, pośrodku których będzie po prostu ocean lądów często niezamieszkanych albo wręcz zmienionych w jakieś ogromne połacie pól uprawnych, które będą wykorzystywane do wyżywienia tych ludzi żyjących w miastach.
[01:12:51] - Ostrzegam, że teraz będzie pytanie dosyć trudne, chociaż krótkie. Gdyby miał pan napisać blurba do swojej powieści, to co pan by w tym blurbie zawarł? Na co zwrócił pan uwagę? Na co by pan namówił czytelnika? I tak dalej.
[01:13:16] - Myślę, że poszedłbym w tym kierunku, żeby pokazać człowieka funkcjonującego i żyjącego. Człowieka, który nadal kieruje się uczuciami w świecie, który jest tak naprawdę pozbawiony tych uczuć. Raczej bym stawiał na aspekt ludzki, aspekt uczuć. Tak jak powiedziałem, technologia w mojej książce jest tłem, jest czynnikiem, który mnie osobiście fascynuje, ale jednak uważam, że to, z czym ludzie się identyfikują i to, czego oczekują i szukają, to są emocje. A te emocje najprostsze, najbardziej zrozumiałe są często najlepszą rekomendacją i na to kładłbym aspekt. W tym momencie takiego fajnego blurba nie wymyślę na poczekaniu, ale myślę, że w tym kierunku chciałbym iść. Chciałem pokazać to wyzwanie, przed którym stoi człowiek i to, jak się odnajduje, gdzie jest miejsce na uczucia w takim świecie.
[01:14:33] - Apetyt rośnie w miarę jedzenia i pan jest debiutantem. W związku z tym muszę zapytać o pana plany na przyszłość. Oczywiście plany literackie.
[01:14:49] - Tak. W tym momencie akurat kończę opowiadanie w świecie „Metamorfa”, które ma pewne nawiązania do „Metamorfa”, ale jest opowiadaniem stuprocentowo niezależnym. Oprócz tego pracuję nad thrillerem w naszych realiach, którego tytuł to „Rig”. To jest thriller, którego zasadnicza część akcji odbywa się na platformie wiertniczej na Morzu Północnym. To jest główna rzecz, nad którą pracuję. Oprócz tego mam kilka pomysłów, część nawet już w jakiś sposób rozgrzebanych, które gdzieś tam sobie czekają na swoją kolej. Jedno to jest jakaś powieść fantasy, inne to troszeczkę szukam coś w kierunku sensacji, ale w świecie rzeczywistym. Także chciałbym pisać jak najwięcej, na tyle, na ile pozwolą mi moje obowiązki zawodowe i życie, ale chciałbym próbować różnych gatunków. Nie chciałbym się zamykać tylko w obrębie właśnie science fiction, cyberpunku czy fantasy, które są mi bardzo bliskie i uważam, że one z jednej strony mają szeroką rzeszę czytelników, a z drugiej strony są często przez część czytelników ignorowane jako jakieś wydumane bajki. Wydaje mi się, że tego typu literatura, zwłaszcza science fiction, jest w stanie nas pobudzić do myślenia o tym, jak mógłby ten świat wyglądać w przyszłości i na co powinniśmy się gotować my, albo na co powinniśmy uczulać nasze dzieci.
Jakie mogą być wyzwania, a może nawet decyzje zawodowe o tym, czy warto być programistą, czy lepiej być na przykład kimś, kto będzie pomagał ludziom radzić sobie z depresją i z osamotnieniem. Więc tego typu literatura jest mi bliska. Na pewno będę tworzył i pisał być może kolejne książki w świecie „Metamorfa” albo jakieś inne science fiction, ale też nie chcę uciekać od literatury bardziej mainstreamowej.
[01:17:11] - Troszeczkę mi pan pokrzyżował plany, bo właśnie miałem zapytać, czy poza tym opowiadaniem, o którym pan wspomniał, zamierza pan wrócić do świata „Metamorfa” i czy to są jakieś w tej chwili bardziej skrystalizowane pomysły, niezależne od samej powieści „Metamorfl”, czy to są już prawie gotowe powieści, czy też to na razie są idee, które dopiero muszą się skrystalizować?
[01:17:41] - To są idee. Tak jak teraz powiedziałem, pracuję nad opowiadaniem. Już jest dłuższe niż zakładałem, a jak długie będzie, to nie wiem, ale jest szansa, że to będzie może jedna czwarta „Metamorfa”, może jedna trzecia „Metamorfa”, ale nie mam jeszcze w tym momencie skrystalizowanych planów. Widzę i słyszę często pytania o to, czy będzie kontynuacja do „Metamorfa”. „Metamorfl” to jest zamknięta historia. Czy będzie dalszy ciąg? A wręcz słyszę czasami oczekiwania, żeby nie powiedzieć żądania, że musi być dalszy ciąg. Pisząc „Metamorfa” i decydując się na takie zakończenie, nie ukrywam, zostawiłem sobie furtkę do tego, żeby napisać dalszy ciąg. Mam pewne wyobrażenie, jak ten dalszy ciąg mógłby wyglądać i niewykluczone, że go napiszę właśnie dla samego nawet siebie, po to, żeby zobaczyć, jak ta historia się potoczyła dalej i czy nadal działa. Ale mam też pomysły na inne historie.
Ten świat jest tak zróżnicowany, tak bogaty, stwarza takie możliwości, że naprawdę jest tam duże pole do kreowania postaci i opowieści.
[01:19:10] - Na koniec chciałbym zapytać o wydawnictwo, w którym ukazał się „Metamorff”. Pulp. Wydawnictwo Pulp Books?
[01:19:19] - Books, tak.
[01:19:20] - Tak. Pulp Books. Prosiłbym, bo to wydawnictwo, które stawia pierwsze kroki na rynku księgarskim, a zatem jeśli zechciałby pan kilka słów na temat tej oficyny, to bardzo proszę.
[01:19:37] - Tak. Pulp Books to jest nowe wydawnictwo, które zostało założone oficjalnie w styczniu tego roku. Jak sama nazwa wskazuje inspiracją dla wydawnictwa jest to, żeby tworzyć opowieści gatunkowe, ale żeby czerpać z tego, inspirować się sposobem i wydawania i typem powieści, jakie były obecne, czy były wydawane w Stanach Zjednoczonych powiedzmy w latach 30., 40., nawet w latach 50. ubiegłego wieku, gdzie te książki, pulpowe książki to były książki, skąd się nazwa brała — pulp — że były wydawane na takim papierze pulpowym, czyli takim najtańszym papierze. To były takie jednorazówki. Czytało się to czekając na pociąg w czasie podróży, w krawie, w pracy. Wciskało się tą książkę do kieszeni, a później zostawiało się ją na przykład na ławce po to, żeby inni mogli skorzystać. Idea była taka, żeby te książki były blisko, żeby się wciskały w każdy aspekt życia, żeby te opowieści były opowieściami, które są w stanie poruszyć właśnie czytelnika i były zawsze przy nim. I w ten sam sposób właśnie wydawnictwo Pulp Books wydaje swoje książki. Nie ukrywam, że właśnie tutaj jednym z takich głównych inspiratorów dla tego był właśnie Jakub Ćwiek, który jest już znanym pisarzem i ta idea i nawet nazwa Pulp Books to akurat była jego inicjatywa, pod którą się podpisaliśmy.
No i tak. I mam nadzieję, że właśnie będziemy w stanie spełniać tą misję. W tym momencie Pulp Books ma też taką dosyć wyraźnie zaznaczoną misję, żeby też postawić na opowiadania. Pulp Books ma swoją aplikację Pulp App, gdzie co tydzień debiutują — może nie zawsze debiutują, bo czasami są to już znani autorzy — ale co tydzień pojawiają się opowiadania zarówno w wersji powiedzmy e-booka, jak i audio. I staramy się właśnie pokazać ludziom, że wartościowa opowieść nie musi mieć setek stron. Że to, co jest ważne w opowieści, to są emocje, uczucia, jakie w nas budzi i emocje, jakie w nas zostają po tym, jak skończymy zapoznawać się z daną opowieścią. I właśnie chcemy pokazać, że dzięki takim krótszym czy też dłuższym formom tak samo jesteśmy w stanie być blisko czytelnika.
[01:22:29] - Tak. To, co mnie zaskoczyło, to właśnie ta multimedialność. Czyli są książki papierowe, są e-booki, są audiobooki. Zatem tak bardzo totalnie idziecie państwo, jeśli chodzi o zdobywanie czytelnika. No i chapeau! Tu po prostu dla każdego coś miłego.
[01:22:52] - Tak. Teraz siódmego sierpnia właśnie będzie miała też premierę książki. Właściwie to jest książka paragrafowa przeniesiona w świat takiego medium właśnie interaktywnego, jakim jest aplikacja, w której pojawi się Drelich „Bad Luck”. To jest właśnie, jeżeli w formie drukowanej jest to paragrafówka, a w formie właśnie cyfrowej, tak jak zrobiliśmy to na zasadzie słuchowiska, jest to słuchowisko interaktywne, gdzie czytelnik czy słuchacz będzie w stanie decydować o losie bohaterów. I to jest taki nasz kolejny krok w kierunku tego, żeby używać różnego rodzaju mediów do opowiadania opowieści. Wydaje nam się, że każda opowieść może mieć swoje wyjątkowe medium albo dla każdego medium może znaleźć się opowieść. I dokładnie to próbujemy zrobić. Próbujemy pokazać, że mamy to niesłychane szczęście, że żyjemy w świecie, gdzie technologia otwiera nam wiele możliwości, wiele drzwi. Książki jako takie tak naprawdę niewiele się zmieniły, jeżeli chodzi o ich formę od czasów Gutenberga. Jasne, nastąpiła pewnego rodzaju, powiedzmy, jakaś zmiana, gdy powstały e-booki, e-readery i można to czytać troszkę w inny sposób, ale jednak nadal było to zbliżone, czyli jakaś połać, na której były znaki, które czytaliśmy, przyswajaliśmy.
Później pojawiły się audiobooki, które dla mnie są takim jakimś pierwszym krokiem w zmianie przyswajania treści, jeżeli chodzi o książki. No ale myślę, że ten obszar jest dużo większy do zagospodarowania. Można eksperymentować, bawić się i zobaczyć, czy znajdziemy jakieś nowe formy wyrażania się albo przenoszenia opowieści. Unikalne. Nie będzie to film, ale nie będzie też to do końca klasyczna książka.
[01:24:53] - Pięknie panu dziękuję za dzisiejszą rozmowę.
[01:24:56] - Ja również dziękuję.
[01:24:57] - Naszym gościem był Andrzej Kwiecień, autor powieści „Metamorff”.
[01:25:04] - Dziękuję panu. Dziękuję państwu.
[01:25:08] - Proszę państwa, to teraz czas na tak zwany stały punkt programu. Czyli Filmotekarium. Dzisiaj będziemy mówić... Mówić, jak mówić? Ja będę w każdym razie narzekał, więc będziemy narzekać na temat serialu "Feria". Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:25:37] - Dzień dobry wieczór. Tradycyjnie witamy w kolejnym serialowym Filmotekarium w edycji wakacyjnej.
[01:25:46] - Muszę sobie westchnąć jakoś głęboko, dramatycznie, teatralnie.
[01:25:52] - Bo to wakacje się kończą już.
[01:25:55] - Wzdychał będę niestety z innego powodu, bo o wakacje jestem spokojny, bo to są wakacje akademickie. Jeszcze cały wrzesień będziemy bibliotekariować wakacyjnie. Natomiast westchnę z innego powodu, bo, jak by ci to powiedzieć? Na niezłą minę mnie wpuściłeś.
[01:26:20] - Oj tam. Przypominam tylko, że w tej edycji wakacyjnej przyglądamy się wybranym, czasem losowo wybranym serialom z grupy science fiction plus horrory. I do tej pory przetrzepaliśmy kilka seriali i o dziwo, w większości to chyba nasze odczucia były albo pozytywne, albo neutralne. Natomiast dzisiaj pora sobie ponarzekać, a okazją do tego będą refleksje na temat serialu "Feria: najciemniejsze światło", tak?
[01:26:51] - Tak. I powiem ci tak: jedyne co mnie, trudno mówić pociesza, ale w każdym razie jakoś tak pionuje to to, że ty musiałeś ten serial również obejrzeć. I jakżesz ci współczuję. To jest po prostu coś, co opiszemy państwu dzisiaj oczywiście, może bez drastycznych szczegółów, które rozwalą państwu zabawę. W tym wypadku mówienie o zabawie to już w ogóle jest gruba przesada. Ale w każdym razie nie opowiemy oczywiście tego serialu. Natomiast, jak by to powiedzieć tak delikatnie? Miłe złego początku, bo to jest w ogóle serial podstępny niezwykle, bo on jak się zaczyna, ten pierwszy odcinek, może drugi, to jeszcze nie jest źle. Nie żeby było wybitnie, żebym jakoś tam się czuł podekscytowany specjalnie. Nie.
Ale jeszcze nie było źle. Niestety ten serial ma tych odcinków znacznie więcej i odnoszę wrażenie bardzo subiektywne, ale jakoś tak głęboko przekonany jestem, że nie przesadzam, że im dalej, tym jest chyba gorzej.
[01:28:08] - Tak, jest to produkcja hiszpańska, która pojawiła się na początku 2022 roku na jednej z platform streamingowych. I tak w dużym skrócie ona opowiada o perypetiach dwóch sióstr, które się zmagają z traumami po tym, jak się okazało, że ich rodzice, a przy okazji część miasta, brało udział w kulcie ezoteryczno-okultystycznym, którego uczestników czekał srogi koniec. I wiesz, czasami jest tak, że jak opowiadamy o serialach, to każdy wybiera trzy plusy, trzy minusy. Dzisiaj to może zrobimy tak z racji tego, że tych plusów jest niewiele, że każdy powie coś tam o tym serialu i druga osoba się jakoś do tego ustosunkuje. Nie wiem. Zacznij może od swojego pierwszego plusominusa, bo ten pierwszy to może postara się ukazać jakieś aspekty pozytywne "Ferii".
[01:29:07] - Tak, ja już mam gotowy ten pierwszy plus, aczkolwiek on nie do końca jest poważny. Moją absolutnie ulubioną postacią, chyba tak można powiedzieć, postacią z tego serialu jest postać demona. Demon jest absolutnie rewelacyjny. Do przytulenia, do pogłaskania, w ogóle do wyczochrania, tak jak się kota czasami czochra. W ogóle nie wiem, co chcieli scenarzyści czy później reżyser osiągnąć postacią demona, która powinna być, jak sama nazwa wskazuje, demoniczna. Tymczasem to jest coś kotopodobnego. Taki kot bez włosów, jeszcze mu się na bokach na czerwono świeci. Ale w ogóle jest przecudowny ten demon. Absolutnie jestem fanem demona z filmu "Feria".
[01:30:15] - To może teraz ja dam taki swój trochę plus. Pierwszy kontakt z serialem jest dość, nie chcę powiedzieć przyjemny, ale obiecujący. Dlaczego nie jest przyjemny? Dlatego, że to jest kolejny serial Netflixa i macie wymuskaną rzeczywistość, bajkową rzeczywistość, nienaganną, tak jakby została narysowana po prostu kredkami przez jakiegoś malarza realistę. Wszystko jest rzeczywiste i nierzeczywiste zarazem. Przerysowane. Przecudownie tam jest w tym mieście ogólnie. Tak, że hoho, nie chce się wychodzić. W każdym bądź razie i tak przy pierwszym kontakcie mamy wrażenie, że to będzie jakiś horror, thriller z elementami kryminalnymi. I mowa tu o samym początku.
Ten pomysł z tajemniczym grupowym zgonem mieszkańców jest interesujący i to bardzo. Chociaż oczywiście milion seriali się tak rozpoczyna i wiemy podskórnie, że na jaw wyjdą jakieś tajemnice tej małej społeczności, które wyjść nie powinny. I pytanie: czy to, co się dzieje potem To był wypadek przy pracy czy po prostu nie dało się tego zrobić lepiej? Ja sobie lubię poprzeglądać czasami komentarze na różnego rodzaju serwisach filmowych i w przypadku „Ferii” jest tak, że na przykład na zachodnich portalach opinie są skrajnie różne, są nawet wysokie oceny, pozytywne komentarze. W przypadku polskich portali jest nieco gorzej. Ja myślę, że te plusy podyktowane są właśnie tym dobrym startem i takim nawet jakimś klimatem, który się zaczyna na początku budować. Natomiast to się wszystko potem, jak w przypadku na przykład wielu filmów, o których mówiliśmy, dezintegruje, rozjeżdża i po prostu rozpada. Może, Marku, ja od razu przejdę do swojego drugiego punktu, bo on się trochę wiąże z tym, co już powiedziałem. Ten serial się dezintegruje. Momentami bohaterowie zachowują się irracjonalnie.
Na przykład jest taka dziewuszka, która biega od sekty, a potem ucieka z tej sekty, a potem znowu jest w tej sekcie. Nawet nie wiadomo, o co jej chodzi do końca. Mamy takie wrażenie, i to jest wręcz uderzające, że ktoś napisał scenariusz filmu na 90 minut, a potem musiał napowietrzyć „Ferie” tak, żeby wyszło kilka odcinków godzinnych. I stąd na przykład te wszystkie absurdy. Stąd te dodatkowe postaci, które są czasami w ogóle nieciekawe i szybkie wypalenie się potencjału. Po prostu po pewnym czasie się tego nie chce oglądać, bo widać te aberracje, nadużycia, niedociągnięcia w opowiadaniu historii. Na przykład nagle ktoś ginie tylko po to, żeby był jakiś efekt albo ta nastolatka ucieka z tej sekty, potem do niej wraca nie wiadomo po co, zachowuje się, jakby miała nie po kolei w głowie. Tylko że to jest po prostu nieciekawe. Jest też wątek historyczny. I oczywiście duża dawka nagości.
To ma wszystko napowietrzać ten serial, żeby on był taki rozciągnięty. Stąd moje wrażenie, że to pierwotnie miał być film i myślę, że błędem jest, że zrobiono z tego serial kilkuodcinkowy z potencjalną nadzieją na kontynuację, a nie zrobiono miniserialu tak jak było z „Nocną mszą”.
[01:34:02] - Tu jesteśmy zadziwiająco zgodni. Miałem taką samą myśl podczas oglądania serialu, że ktoś postanowił rozdmuchać pomysł rzeczywiście na film typowy kinowy i to niespecjalnie długi. Rzeczywiście półtorej godziny to akurat by było. Ale powiem tak: to jest w ogóle serial, który, mówię o kolejnym plusie, bo jakiś czas temu też mówiliśmy o pewnej hiszpańskiej produkcji. Otóż znowu pojawia się historia, bo oscylujemy pomiędzy rokiem 1975, o ile dobrze pamiętam, a ta współczesność zarysowana, popraw mnie, to 1995 jest? Chyba 1995.
[01:35:01] - Tak, gdzieś początek drugiej połowy lat 90. Tak mi się wydaje.
[01:35:07] - Tak. Interesujące jest to, że my za pomocą serialu, który jest gdzieś tam w klimatach horrorowych, jednocześnie śledzimy, to zupełnie w tle się odbywa, upadek, a właściwie śmierć generała Franco w tejże Hiszpanii, o której mówimy. To się tam gdzieś przewija w tle. Być może są jakieś traumy nieprzerobione Hiszpanii. W to nie wnikam, ale zauważam, że po prostu oni lubią wracać do tamtych czasów. Zupełnie dzisiaj to egzotyczne musi być dla nich niezwykle. Więc to jest, powiedzmy, na plus, może połowa plusa za pewną historyczność, do której dorzucę jeszcze to, co ty mówiłeś. Piękne miasteczko, absolutnie cukierkowe, które gdzieś tam się przy tej kopalni znajduje. A teraz czas na prawdziwy plus, bo ten plus dotyczący historii i umierania generała Franco to tylko taki dodatek. I znowu będę kontrowersyjny, bo powiem tak: bawiłem się, nie, to może jest przesada, że się bawiłem.
Nieźle. W każdym razie z pewnym takim uśmiechem obserwowałem, to też się dzieje w pierwszym albo w drugim odcinku, chyba w pierwszym, zapierdzielenie księdza przy pomocy oczywiście kielicha. Bo czym by można takiego księdza zapierdzielić? Wiecie państwo, mówię, że się uśmiechałem i mówię to przy okazji plusa, tylko to jest taki plus ujemny w tym wypadku, bo odnoszę wrażenie, że ten serial bazuje na takich, trudno to nazwać kalkami, na takich stereotypach. To znaczy zarówno w tej warstwie obyczajowej to są stereotypy, jak i w tej warstwie horrorowej to też w gruncie rzeczy są stereotypy. Bo ja sobie przypominam kilka dzieł literackich dotyczących kopalni. Wspomnijcie państwo chociażby taką powieść, oczywiście wyleciał mi tytuł z głowy, którą napisał Stephen King, że pewne małżeństwo jest zatrzymane na drodze przez policjanta i on ich ściąga do aresztu. I tak naprawdę mamy też do czynienia ze złem, które wypełzło z kopalni, tylko amerykańskiej. I tu jest mój komentarz, że coś jest takiego w tym filmie, że mnie się go nie chciało oglądać i to bardzo szybko przestało się chcieć oglądać. Myślę, że poza tą rozedrganą, nieco zwariowaną przez to rozdymanie fabułą, wina jest jeszcze w sposobie opowiadania.
Ja jestem zwolennikiem kina amerykańskiego. Nie za jego wartości artystyczne, tylko za to, że Amerykanie potrafią opowiadać historię w sposób spójny. Na ogół potrafią opowiadać w sposób spójny, w sposób taki, który wciąga potencjalnego oglądacza czy też czytelnika. Oni po prostu nie rozdymają swoich produkcji, w większości przynajmniej. Natomiast ten hiszpański serial, miałem wrażenie nawet na początku, w tych pierwszych dwóch odcinkach, że nawet tam on już jest dęty. Po prostu trzeba coś dokręcić. Nawet praca kamery. Ja nie jestem specjalistą, nie znam się na tym, ale odpowiada mi to, jak pracuje kamera w amerykańskich serialach, w amerykańskich filmach. A w tej Hiszpanii to, proszę państwa, ta kamera się szwęda z kąta w kąt, a to najedzie, a to odjedzie, a to okrąży i coś takiego oglądamy. I to ma oczywiście pogłębiać naszą percepcję, a tak naprawdę doprowadza do tego, że zaczynamy ziewać.
Bo z ilu perspektyw można pewne sceny oglądać? Poza tym ta historia dosyć szybko przestała mnie wciągać, bo nie ma co wciągać, proszę państwa. Bo to jest tak: z czego się bierze sukces amerykańskich seriali różnego rodzaju bądź też jego klapy? Klapy, które odnoszą różne seriale. Z tego się bierze, że Amerykanie opowiadają swoje seriale w sposób logiczny. Może nadużywam słowa logiczność, ale jedno z drugiego wynika. Tymczasem w tym hiszpańskim serialu dostajemy taki bałagan. Niewiele wynika z tego, co się dzieje wcześniej. I oczywiście możemy przyjąć, że to jest pewna konwencja, że w pewnym momencie te różne nitki, które wydają się rozbiegać w różne strony, się połączą. To jest przynajmniej częściowo nadzieja złudna.
One się niby łączą, ale one się tak łączą, że właściwie nie jesteście państwo pewni, czy one się naprawdę połączyły. I to jest moim zdaniem wypowiedziana bardzo amatorsko, bo jestem amatorem, mechanika tego filmu, czyli to, że ona jest w jakimś stopniu z mojego punktu widzenia, punktu widzenia widza, nieporadna. Inne słowo nie przychodzi mi do głowy. To miał być co prawda plus, a wyszedł z tego duży minus. Trudno, przepraszam.
[01:41:12] - Z tymi horrorami hiszpańskimi, powiem ci szczerze, to jest tak, że one mają swoich miłośników i mają przeciwników. Oczywiście nie wszystkie są złe. Pamiętacie, że omawialiśmy jakiś czas temu taki, który mi się nawet podobał i tych, które mi się podobały też kilka innych było. Natomiast one mają taką mdłość w sobie. One są mdłe dla mnie. Po prostu w tej kulturze dla osób, które w niej żyją, musi być coś, co ich straszy, a na przykład mnie tutaj to w ogóle nie przeraża. To jest tak, jak z azjatyckimi horrorami. Oni się tam składają ze strachu na widok ducha czy demona Pontianak, ale na Europejczyka to w ogóle nie działa. I tak trochę jest z tymi hiszpańskimi horrorami też. Ja myślę, że „Feria” częściowo z tego dorobku czerpie, z tej bezpłciowości niestety i przekłada się to na bohaterów.
Oni są sztywni, strasznie sztywni. Coś w nich jest takiego, że ich nam jest za bardzo nie szkoda, kiedy im się dzieje krzywda. Powiem ci, że byłem momentami przerażony, jak ktoś skrzywdził ten scenariusz, szczególnie odnośnie ról męskich, które są bardzo statyczne. Powiem tak: ktoś chciał przedstawić bunt nastolatków, a wyszło na to, że oglądasz chłopaka, co chodzi po tym ekranie i się cały czas boczy i nie wiesz, czy coś go boli i czekasz, aż go usuną. Druga sprawa to, że te postaci nas przestają interesować. Nie ma tam postaci bohaterów sympatycznych. Dodam też, że starsza z sióstr w tej roli, uwaga, czytam, Ana Toméno po pewnym czasie po prostu zwyczajnie męczy. Dziewczyna jest aktorką chyba jakiejś klasy B i naprawdę oglądanie jej popisów... Powiem tak: telenowele brazylijskie to jest przy tym naprawdę coś z klasą. I wiesz co, ja może jeszcze przejdę do takiej serii jak wykorzystanie tego wątku sekty, okultyzmu, demonologii.
W filmie czy serialu. Czasami to wychodzi i się udaje zrobić coś fajnego, częściej nie. Gdyby policzyć, ile razy żeśmy się odnosili w tym roku do właśnie tego wątku kultu w Filmotekarium serialowym czy zwykłym, to chyba żeśmy mówili częściej, niż żeśmy nie mówili. Przecież i de facto „Diabeł z Ohio”, i trochę, jakby nie było też „Nocna msza” były w jakimś stopniu o to oparte. Będziemy jeszcze męczyć w przyszłości inne filmy, nowe, które zawierają wątek sekciarski. Natomiast tutaj mamy tę narrację jakoś strasznie rozwleczoną. To już momentami podchodzi pod film fantasy dla młodzieży. To już wspomniałeś o tym demonie w formie kotka. Ale te podróże do innych światów, te zaświaty tam ukazywane. Tam jest taki paradoks tego serialu, że momentami masz wrażenie, jakbyś zaczynał oglądać naprawdę dobry horror, a potem przeskakujesz do jakiejś produkcji Disneya o Narnii na przykład.
Nie wiem, czy Disney zrobił Narnię. Nie pamiętam. Chyba nie, ale to tak jest. Przeskakujesz do krainy magii i to tak bije po oczach, że to się robi karykaturalne. I wszystko to sprawia, że „Feria” mimo, po raz kolejny podkreślam, dobrego startu, nie może być brana na poważnie jako horror, chociaż nie jest pastiszem. To wszystko jest zrobione na poważnie i trochę pod publiczkę, bo ten serial chyba miał łapać widzów. Okazało się, że dobrze wystartował rzeczywiście. Miał znaleźć się tam gdzieś w pierwszej dziesiątce chyba, nie pamiętam, na świecie czy w Europie, a potem niestety coraz gorzej do tego stopnia, że producenci postanowili, że nie będzie, Marku, kontynuacji. Cieszysz się?
[01:45:30] - Bardzo się cieszę. Radość moja nie zna granic, ale wspomniałeś o tym, tylko nie postawiłeś kropki nad i. Ten serial jest nadmiarowy. Nadmiar wątków, nadmiar wyjaśnień, takich czasami kawoławicznych, a czasami uciekamy z kolei w niedopowiedzenia. Symbole wprowadzane, jakaś rzeczywistość światłości, do której dążą ofiary przez sektę zwerbowane, dążą ci wyznawcy. Ale wiecie państwo, ja miałem wrażenie, że to wszystko nie jest na serio. No bo serial, który ma nas jakoś przestraszyć, jakoś wciągnąć w klimaty horrorowe, powinien sprawiać wrażenie, że jest na serio. A tu, to dobrze zauważyłeś, Piotrze, mamy czasami wrażenie, że jesteśmy w Narnii. Jesteśmy w bajce takiej może strasznej, ale mimo wszystko w bajce. To nic nie jest na poważnie.
Nawet tam, gdzie powinno być na poważnie, to nie jest na poważnie. Co więcej, jeszcze zauważyłem, że jedna z tych sióstr to jest całkiem ładna dziewczyna, ale to też nie ratuje tego filmu, bo okazuje się, że nie wystarczy być ładną dziewczyną, żeby film odniósł sukces. No i co z tego, że ona jest ładna, jak to po prostu jest widowisko, w którym ona przemyka przez ekran i nic z tego nie wynika. Powiedziałem na początku o nadmiarowości. No to ja państwu to zaserwuję. Wspominałem o księdzu zapierdzielonym przy pomocy kielicha. Mówiliśmy o tym, że pewna grupa ludzi z tego miasteczka gdzieś tam umiera, wykrwawia się w ogóle, wypełza z kopalni i umiera, i tak dalej. Mamy robaki pod skórą, mamy demona. Czegoż my tam nie mamy? Mamy tajemnicze symbole, mamy jakąś próbę dochodzenia, skąd to się wszystko wzięło.
Powiem tak: gdyby seriale ocierające się o jakiś motyw dochodzenia w sensie prowadzenia śledztwa miały taką strukturę jak ma „Feria”, to byśmy się na tych serialach nudzili po prostu. Ja nie wiem, jakaś ta policja głupia, ludzie wszyscy tacy niedomyślni. Wszystko to państwo obserwujecie i zastanawiacie się, czy to ja jestem taki genialny, czy ten serial jest taki głupi po prostu. W dodatku jeszcze w pewnym momencie dochodzicie państwo do wniosku, że i tak się nie dowiecie tak do końca, o co w tym wszystkim chodzi, bo zawsze gdzieś tam pozostaną pytania. Chociażby pytanie o wspomnianego już demona kotka. Po co w ogóle ten motyw był wprowadzony? Ja wiem, on był bardzo widowiskowy, szczególnie jak demon wysuwa się, użyję słów, z paszczy jednej z bohaterek i później próbuje wchodzić do tej paszczy. Ona śpi oczywiście. W gruncie rzeczy to, czego powinni unikać filmowcy i pisarze, to jest niezamierzona śmieszność. Ona zawsze źle robi utworowi, czy to literackiemu, czy filmowemu.
A tutaj tych śmieszności albo śmiesznostek jest całkiem sporo. Zostańmy przy tym demonie, żeby już państwa nie męczyć, ale to się po prostu nie klei. To się nie klei w historię. Znowu, czy ten serial miał nas przestraszyć? Jeśli miał, to nie przestraszył. Czy ten serial miał opowiedzieć nam ciekawą historię? W jakiś sposób układała, która będzie podskórnie nas męczyła, żebyśmy koniecznie chcieli wiedzieć, co będzie dalej. Ja wiem, to jest bardzo osobnicze, jednostkowe. Gdybym nie musiał tego serialu obejrzeć, to bym go nie obejrzał do końca, bo wcale nie byłem zainteresowany tym, co będzie dalej. To już moim zdaniem z punktu widzenia reżysera, scenarzysty to jest klęska.
I ktoś powie, bardzo słusznie zresztą, że: „Żelkowski, Żelkowski, to, że ciebie to nie interesowało, może miliony ludzi na świecie chcą dowiedzieć się, jak się skończy serial "Feria". To ja życzę powodzenia. Oczywiście zawsze można. Tylko już sama decyzja, o której wspomniał Piotr, niekontynuowania tego serialu bardzo wiele mówi. Bo wiecie państwo, to jest tak z tymi platformami streamingowymi, które produkują seriale, że czasami one mordują seriale i dokładnie wiemy, dlaczego je zamordowały. I to jest moim zdaniem przykład serialu "Feria". Ale czasami platformy streamingowe mordują serial i nikt za cholerę nie wie, dlaczego go zamordowały. Ja ostatnio mocno przeżywam taki stary serial, który się nazywał "Colony", o inwazji. I się okazało, że po trzecim sezonie go skasowano i za cholerę nie wiadomo właściwie dlaczego. Serial oczywiście po drugim sezonie miał spadek oglądalności, ale po trzecim miał wzrost.
Ale decyzja została podjęta i serial ugrabiono, a tam było motywów do rozwoju całkiem sporo. Zostawmy serial "Colony", bo nie o nim dzisiaj rozmawiamy. Wróćmy do "Ferii". Ja naprawdę nie żałuję, że on się skończył. Zresztą powiem państwu szczerze, gdyby nawet miał kontynuację, miał drugi sezon, ja bym go po prostu nie obejrzał. Całkiem świadomie. Chyba że by Piotr mi zadał zadanie domowe, żebym go obejrzał, to oczywiście bym się podporządkował, ale niechętnie.
[01:52:01] - Jest jeszcze jedna kwestia, bo "Feria" rzeczywiście męczy i to nie jest żadna tajemnica. Ale w wielu serialach po pewnym czasie, a często nawet już na samym początku, dochodzi do takich fikołków scenariuszowych, że się zastanawiamy, czy twórcy byli z pełna rozumu. Chodzi nie tylko o te nierealistyczne, przerysowane wątki, ale na przykład absurdalne zachowania czy decyzje bohaterów. Czy coś takiego się tobie rzuciło w oczy w innych produkcjach? Seriali oglądasz trochę więcej niż ja. I z czego to wynika? Czy z braku praktyki, z braku doświadczenia twórców, czy może też z bardzo prostej przyczyny, że serial to jest jednak sztuka? Serial zrobić to jest sztuka.
[01:52:51] - Westchnąłem sobie, bo znowu mnie państwo uznacie za jakiegoś amerykanofila, ale to się praktycznie w tych topowych serialach, a nawet powiedzmy nie topowych, ale w takich przyzwoitych serialach amerykańskich nie zdarza. Być może się nie zdarza dlatego, że Amerykanie nawet jak produkują z definicji serial klasy B+, to jednak chcą, żeby ten serial opowiadał pewną historię i nie zamieniał się w bełkot. Oczywiście mówiliśmy już swoim czasie o filmach, które są po prostu nie do oglądania i też są produkcje amerykańskie, ale tu sobie to odpuśćmy, to jest specyficzny gatunek, specyficzna klasa filmów. Ale wracając do seriali, to jednak użyłeś dobrego sformułowania. Myślę, że tworzenie seriali takich, od których nie można się oderwać, to jest jednak pewien rodzaj sztuki. I ja tu cały czas odwołam się do przykładów spoza dzisiejszego, czyli spoza "Ferii". Otóż naprawdę można narzekać na różne seriale, ale wymieniany przeze mnie serial "Pod kopułą" na podstawie Kinga miał tych sezonów bodajże pięć. Oczywiście były słabsze odcinki, ale właściwie do końca zostałem z tym serialem. On miał tę dużą zaletę, że się skończył. Po prostu miał naprawdę koniec.
Było rozwiązanie, było spięcie wątków i wszystko było wiadomo. Okej, były seriale może mniej udane, jeśli chodzi o rozwiązanie. Wspominany już przeze mnie "Człowiek z wysokiego zamku", gdzie zalecałem, że połowy ostatniego sezonu nie należy oglądać, jeśli człowiek zamierza normalnie funkcjonować. Ale mimo wszystko to, co zostało nakręcone poza tą połową ostatniego sezonu, to było coś, co rzeczywiście nie pozwalało się ruszyć z miejsca. Co więcej, człowiek stwierdzał, że jest godzina 24, a tu mu zostało do końca sezonu jeszcze cztery odcinki i miał taką pokusę, czy może jednak zawalić noc i pójść spać o czwartej, chociaż trzeba wstać o ósmej na przykład? I to były całkiem poważne dylematy. Wierzcie mi państwo, że w przypadku "Ferii" tego rodzaju dylematów nie ma. Po prostu ja od razu zdradzę, jak ja oglądałem ten serial. Mniej więcej w taki sposób, że oglądałem cztery odcinki "Colony" wspomnianej i jeden odcinek "Ferii". I wydawało mi się, że czasy są porównywalne.
Tymczasem jeden odcinek „Ferry” to jest około godziny i jeden odcinek „Colony” to było około 40 minut, więc wolałem obejrzeć 160 minut „Colony” niż jeden odcinek „Ferry”. Szczególnie im dalej, tym ciężej mi się oglądało kolejne odcinki. Ja wiem, to jest wszystko bardzo subiektywne i ja narzekam od początku tej audycji i w ogóle wybrzydzam. Ale to jest, proszę państwa, bardzo łatwo zweryfikować. Sięgnijcie państwo po ten serial i napiszcie potem ilu z naszych słuchaczy dotrwało do końca. Jestem bardzo tego ciekaw.
[01:56:38] - Tak, dokładnie. Wiesz, że już się nie będę tutaj włączał w dalszą dyskusję, bo nie ma sensu. Chyba decyzja o niekontynuowaniu „Ferry” najlepiej świadczy o tym, jaką cenzurkę wystawili widzowie. Także czekamy też na komentarze, bo na pewno są osoby, które „Ferry” widziały. A za tydzień odcinek specjalny, jakby nie było, bo przygotowywaliśmy się do niego od dawna i będą to, uwaga, „Pierścienie władzy”. Serial zrealizowany za miliard dolarów, z tego, co pamiętam. Trzymajcie kciuki za Marka, na którego „Pierścienie władzy” działają jak kryptonit na Supermana. Nie wiem, czy to Marku przez uczulenie na-
[01:57:20] - Nie. Ja powiem tak: „Pierścienie władzy” nawiązują do kultowego i filmu, a przede wszystkim powieści tolkienowskiej. I ja tu nie mam żadnych wątpliwości, że Tolkien wielkim pisarzem był, a i film. Przepraszam, to chyba ze wzruszenia. A i film na podstawie jego powieści był taki, że się chciało go oglądać. Był widowiskowy. Natomiast z tymi „Pierścieniami władzy” ja chyba będę miał jednak problem, bo ja już jestem po pierwszym odcinku. Ale dajmy szansę. Dzisiaj nie będę o tym opowiadał. Jeszcze tyle wzruszeń, mam nadzieję, przede mną, więc o tym sobie porozmawiamy za tydzień.
Ale Piotrze, dzisiaj w audycji „Bibliotekarium” będzie jeszcze małpa. Tam będziemy mówili o pewnej książce zatytułowanej „Maszyna wieczności”, którą napisali ludzie z obszaru niemieckojęzycznego.
[01:58:42] - Johannes i Peter Fiaboe. Natomiast nim przejdziemy do małpy i tej książki i w ogóle do tych autorów, to warto wspomnieć jedną rzecz, bo dotarła do nas taka smutna wiadomość o śmierci Franza Bludorfa. To był człowiek, który pisał książki wydane na rynku polskim w tandemie ze swoją żoną Grażyną Fossą. Ale niektóre z tych książek są znane osobom, które się interesują zjawiskami z pogranicza. To był bodajże między innymi „Czarodziejski śpiew” i tak dalej. Smutna wiadomość. Natomiast zapraszamy was jeszcze na małpę, gdzie powrócimy do postaci dwóch nieco niedocenianych i chyba dzisiaj już zapomnianych niemieckich autorów.
[01:59:29] - Ja ich bardzo doceniam i zapraszam państwa również, podobnie jak Piotr, na małpę. A jeśli chodzi o „Filmotekarium”, to niniejszym uważam je za zakończone. Wielkie dzięki Piotrze.
[01:59:46] - Pozdrawiam i do usłyszenia za tydzień w cudownym odcinku o „Pierścieniach władzy”. Czy mocy, nie władzy. Władzy i mocy.
[02:00:01] - Proszę państwa, czas na „Alchemię tworzenia”. To już ostatni odcinek z takiej długiej serii. Zrobiła się nam naprawdę długa seria o Kościanym Buntowniku. Dzisiaj ten odcinek nosi tytuł „The Final One”. Zapraszam, a właściwie zaprasza Katarzyna Prychacz.
[02:00:23] - Hallo, hallo. Katarzyna Prychacz z tej strony. Zapraszam was serdecznie na „Alchemię tworzenia”. „Alchemia tworzenia”. Witam was serdecznie w 25. odcinku drugiego sezonu „Alchemii tworzenia”. Niestety musiałam nagrywać materiał od nowa. Słuchajcie, to tak trochę w nawiązaniu do odcinka z poprzedniego tygodnia, ponieważ mieliśmy podsumować Kościanego Buntownika. Miałam problemy techniczne. Myślałam, że odzyskam materiał, ale nie.
Muszę nagrywać od nowa. Nie lubię tego robić. Tyle tam mądrych rzeczy, fajnych nowych myśli i inspiracji przepadło. Ale nic to. Podobno nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Także może coś w tym było. Nie ukrywam, że coś w sumie jeszcze też sobie przemyślałam, coś dopisałam w notatkach. Może właśnie po to mój laptop zastrajkował. Chociaż nie, dobra, przyznaję, pojawiła mi się taka przełomowa myśl dosłownie chyba z dwa dni temu. Także okej.
Bo przecież bym nie mogła wam tego powiedzieć. Obiecałam, że zamykamy Kościanego Buntownika. Okej, to zamykamy. W dużym skrócie jeszcze dla tych, którzy nie wiedzą, o co kaman lub przyszli jakimś cudem może po raz pierwszy, to zachęcam, żebyście sobie na stronie Book Radio znaleźli zakładkę z podcastami i tam poszukali mojej dwukolorowej facjaty. Mojej fryzury wystrzałowej i zerknęli sobie na listę odcinków. Ponieważ przez nie pamiętam teraz ile odcinków rozbudowywaliśmy historię jednego bohatera. Zaczęło się niepozornie, ale mnie pochłonęło do reszty. Chyba do takiego stopnia, że gdzieś tam między jednym a drugim projektem już oficjalnie zacznę to spisywać nie tylko w notatkach. Mówiliśmy trochę o podróży tego bohatera i o różnych typach postaci. Także zachęcam, żeby sobie posłuchać, jeżeli ktoś będzie zainteresowany.
A dzisiaj odcinek podsumowujący. Nie ukrywam, że pewnie mogłabym namnożyć jeszcze więcej, ale jak obiecałam, tak też uczynię. Także dzisiaj zamykamy temat „Kościanego buntownika”. Przynajmniej na jakiś czas. Słuchajcie, jakby coś nowego było, czy też niedługo będę jakieś materiały wam wrzucać, te notatki w troszeczkę lepszym opracowaniu niż moje odręczne, to zapraszam serdecznie na fanpage na Facebooku „Alchemii tworzenia”. Tam już niedługo otworzę album ze zdjęciami i tam będzie wszystko zebrane. Co my dzisiaj robimy. Dzisiaj chciałam omówić rzeczy nie wiem, czy technicznych. Może nie tyle technicznych, ale istotnych elementów, jeżeli chodzi o rozbudowywanie fabuły. Będziemy sobie dzisiaj patrzeć na relacje między postaciami, na problemy, które zostały poruszone w tej historii lub zostaną.
Także tak jak mówiłam o relacjach, tak też na wpływach jednych postaci na drugie. Tutaj wypisałam tylko parę przykładów sobie. I wiecie co? Mam jeszcze też coś takiego jak lekcje od postaci. Te wszystkie postacie, które omawialiśmy, zarówno te główne czy z drugiego planu, czy postacie epizodyczne, czy postacie cienia. Postarałam się wypisać każdą z tych postaci i potencjalną lekcję, którą ona może nam dać. Jak przejdę do tego, powiem wam, po co w ogóle takie coś robić, czy dlaczego to się opłaca robić. Myślę, że zaczniemy sobie od tego, co jest najszybsze, najkrótsze, bo to tylko do omówienia. Część zresztą też już słyszeliście pewnie. Jeżeli chodzi o postaci osadników, wypisałam najważniejsze relacje, czy właściwie braki relacji.
Otóż jako pierwszy tutaj na górze, na szczycie mojego schemaciku jest Rafanus, lider rebelii. W dużym skrócie on pojawił się podczas wymyślenia postaci naszego głównego bohatera. To ma być jego najlepszy kumpel. Oni na początku razem tę rebelię rozkręcali i właściwie ja mu nie wypisałam innej relacji. On i tak w samej historii pojawi się raz czy dwa razy. Może częściej się pojawi w jakichś retrospekcjach. Jedyna taka relacja, chyba najbardziej tutaj, czy można by powiedzieć dwie. Tutaj skupiłam się na relacjach bardziej wiążących ludzi między sobą. To właściwie to, że to był najlepszy kumpel głównego bohatera. Dalej wypisałam już taką relację romantyczną, że tak powiem, z owocem finalnym, czyli nasz główny bohater, ale tutaj go wypisałam w kontekście tego, kim był kiedyś.
W historii mamy z nim styczność. Poznajemy go jako lewitującą gadzią czaszkę i on ma na imię Contubernalis. W przeszłości, o której on sam nawet jeszcze nie wie na początku, że miał jakąś przeszłość. Na imię miał Levo i był wojownikiem, strateg jeżeli chodzi o rebelię w tym obozie i właśnie w tym obozie był w związku z tropicielką, czyli z Aną. Więc tutaj mamy wypisaną taką relację romantyczną. Finalnie owocem tej relacji była Levana, czyli nasza druga główna bohaterka, córka naszego bohatera. Oboje też nie mają oczywiście na początku pojęcia o tym, że ona jest jego córką i tak dalej. Tutaj mamy taką relację, więc z automatu już wiemy, jaką relację ma z tym dwojgiem bohaterów Levana. Już tutaj drugi raz tego rozpisywać nie będę. Kolejna relacja romantyczna, która mi wyszła w trakcie tworzenia bohaterów, to jest Lys, uzdrowicielka i Roland, archiwista, wojownik.
O nich też już trochę wspominałam. O tej relacji też napomknęłam, także tu się nie będę rozwijać. Natomiast tutaj jeszcze przy Lys zrobiłam sobie dopisek, czy właściwie taki symbol sobie narysowałam. W kontekście takim, że ona jest przyjaciółką wszystkich. Chodzi mi tutaj o to, że to jest osoba, która bardzo łatwo nawiązuje relacje w tej osadzie. Jako uzdrowicielka jest silnie osadzona w archetypie opiekuna i ona po prostu się opiekuje wszystkimi, martwi się, troszczy się i tak dalej. Tak sobie pomyślałam, że będzie po prostu taką osobą ogólnie lubianą w osadzie, ale wręcz taką przyjacielską. Że jej się będą z łatwością na przykład zwierzali z różnych swoich problemów mniej lub bardziej cielesnych. Rozważałam, czy nie dorysować też tego symbolu sobie tutaj do samej Levany, czyli tej naszej bohaterki głównej. Natomiast ją bardziej widzę tutaj może nie tyle jako taką opiekunkę osady, tylko bardziej takie dziecko.
... tej osady, że każdy widział od początku. Znał ją od małego, widział każdy etap jej rozwoju, więc właściwie cała osada darzy ją uczuciem rodzicielskim bardziej. Coś takiego. Pod tym względem ona jest przez wszystkich lubiana, jeżeli chodzi o Levane. Dobra, wracamy dalej. Kolejny, jak już jestem przy tych romantycznych i tu widzę prawie ostatni, to jest Zelda i Zap. To są zwiadowcy. O ich relacji i o nich samych mówiłam w poprzednich odcinkach. Tutaj tylko zaznaczam, że taka relacja jest między nimi.
Natomiast relacja ich z osadą, wspominałam wcześniej, że kiedy wracają ze zwiadów, pojawiają się w osadzie, to jest jedna wielka impreza. Także rozimprezowują resztę osadników. Kolejna relacja to jest Jacob i Stanley. Tutaj mamy naszego Jacoba, czyli inżyniera i Stanleya, który jest skarbmistrzem, strażnikiem skarbu. Takim gościem od handlowania, od wszystkich tego typu rzeczy. Ja między nimi rozpisałam tutaj relację nieromantyczną, tylko relację silnej przyjaźni. To wynika z tego, że oni bardzo często współpracują najzwyczajniej w świecie razem, bo skarb trzeba bronić. Są różne pułapki. Te pułapki czy różne wynalazki, które buduje Jacob, czy tam „Jakob”, w końcu jeszcze nie zdecydowałam, jak to się będzie wymawiało. On potrzebuje różnych elementów, a Stanley handluje.
On pozyskuje te elementy, załatwia różne rzeczy. Załatwia rzeczy, których pozornie nie da się załatwić. Także tutaj taką relację, oprócz współpracy, to jeszcze przez taką zależność bardzo przyjacielską, siłą rzeczy najwięcej czasu ze sobą spędzają. Mamy tutaj jeszcze postać Barta, czyli zaopatrzeniowca wioskowego w osadzie i jego też tutaj, podobnie jak Liz, oznaczyłam. On jest w takim trochę typie opiekuna, ale trochę od innej strony. Może nie tyle od takiej emocjonalnej jak uzdrowicielka, tylko bardziej od strony technicznej, czyli dba o to, żeby nikomu niczego nie zabrakło i dopytuje o to też. Obserwuje, martwi się. Jak coś komuś odpadło, to przyjdzie to przylepić, doszyć albo podeśle kogoś, żeby to zrobił. Jeżeli komuś czegoś brakuje. On będzie dobrym duchem tej osady i będzie przez to ogólnie lubiany przez wszystkich.
Mundus. Tutaj z kolei nasz wioskowy dziwak. Nasz taki... Czekajcie, brakuje mi słowa. Nie ekstrawagancki. Cholerka. Egocentryczny też nie. Taki po prostu outsider. Ja mówiłam wam o tym wcześniej w opisie postaci, że on sobie będzie uciekał do lasu, jakieś swoje kulty i inne rytuały odprawiał. Natomiast może nie będzie ciepły, miły, przyjacielski czy lubiany przez wszystkich, ale na pewno szanowany.
Jest to osoba, która jak już ktoś naprawdę ma skrajny problem, to czasami idzie porozmawiać z naszym Mundusem, który daje dosyć często pokrętne porady. Może takie trochę mistyczne czy enigmatyczne, ale bardzo skuteczne. Dlatego jest szanowany. Może nie każdy chce z nim przebywać 24 na dobę, ale w sytuacjach, kiedy jest potrzebny, to się sprawdza i jest potrzebny pod tym względem. Potrzebny, po prostu. Kropka. Potrzebny. Jeżeli chodzi o postacie cienia i nie cienia, bo wcześniej wam wspominałam o relacji, która mi się tu wymyśliła przypadkowo między Niecnym Skrybą, czyli naszym głównym czarnym charakterem i Eleonorą. Eleonora to jest rzemieślniczka. Nie wiem, pewnie jakaś lepsza nazwa by się na nią znalazła, ale to jest osoba w osadzie, która wytwarza między innymi broń czy biżuterię.
Ważną jej cechą jest to, że ona widzi dobro w każdym człowieku i uważa, że każdy zasługuje na miłość. Obdarza wszystkich i wszystko swoją energią, miłością. Rodzaj takiej trochę eterycznej, myślę może kapłanki, mimo że jednak fach w rękach ma niejeden. Tutaj myślałam o takiej relacji, że oni w sumie nie wiedzą, że są z dwóch stron barykady, a sam Niecny Skryba... Wejdą w tą relację romantyczną, w jakimś sensie w taką zażyłość. Eleonora, jeszcze do niej wrócę. Też sobie ją tutaj oznaczyłam jako taką osobę lubianą przez wszystkich, ale też nie do końca. W sensie takim, że ona będzie roztaczała to ciepło, takie domowe ognisko, miłość, ale mimo wszystko będzie outsiderką. To nie ona będzie na pierwszej linii frontu jeżeli coś się dzieje w osadzie. To będzie właśnie Liz zawsze i wszędzie.
Natomiast mimo wszystko ona będzie też w sytuacjach skrajnych, trochę jak Mundus się pojawiała, tylko może od strony nie tyle takiej logicznej, intelektualnej jak on, tylko bardziej od strony ciepła, bliskości. Intymność może już tu jest zbyt dużym słowem. To jeszcze ona jako osadniczka. I tutaj Niecny Skryba w tej relacji. I też jeszcze kolejna relacja, tutaj bardziej rodzinna relacja, bo mamy przecież siostrę Niecnego Skryby, więc też sobie to tutaj zaznaczyłam, że oni są w relacji rodzinnej. I jeszcze z postaci cienia mamy Nieśmiesznego Błazna. Który właściwie takiej bezpośredniej relacji z nikim nie ma. Sama jeszcze nie postanowiłam, bo tu był pomysł, żeby on był może nie tyle człowiekiem, a właśnie może jakąś mitologiczną istotą, czy jakimś demonem, czy czymś tam. Nie wiem. Tam jeszcze nie byłam konceptowo, więc tutaj trochę ciężko mi się na razie na dzień dzisiejszy odnieść z tym.
Jakaś tam relacja między nim a siostrą Niecnego Skryby będzie. Natomiast nie myślałam tutaj o romantycznej relacji. Zresztą do tego też przejdę, jak będę mówić o wpływach. On będzie po prostu próbował cokolwiek zrobić, żeby jakąś pozytywną reakcję uśmiechu wywołać w tej siostrze, która z powodów, o których też już mówiłam, nie jest w stanie takich rzeczy z siebie wykrzesać już. Dobra, więc relacje mamy omówione. Takie najważniejsze między postaciami. I teraz właśnie po co to robić? Można by to olać. Można byłoby to też puścić na zasadzie improwizacji. Piszecie czasami po prostu nagle coś się pojawi jakiś pomysł i na potrzeby danej sceny to zrobicie.
I super, takie rzeczy też są super. Także zachęcam, nie wzbroniajcie się. Ale z drugiej strony czasami warto pomyśleć o tych relacjach, bo z jednej strony materiał na słabsze dni, więc jakbyście stanęli w jakimś martwym punkcie, można gdzieś sobie sięgnąć po jakąś scenę, po jakąś retrospekcję i użyć właśnie tych relacji. Natomiast jeżeli w fazie planowania pomyślicie o tych relacjach, to też będziecie mogli łatwiej sobie wypisać wpływy danych postaci, czy to na głównego bohatera, czy na inne postaci. Dzięki czemu, na moje oko, moim zdaniem, ja też lubię takich rzeczy się doszukiwać, czytając cudzeski. Natomiast pisząc po prostu robimy te postaci bardziej realne, bardziej w 3D, tak jak w naszym życiu. Nawet jeżeli kogoś nie lubimy, to mamy z nim taką niepozytywną relację i też ta osoba w jakiś sposób na nas wpływa albo właśnie może nie wpływa. Ale najczęściej wpływa, dając nam chociażby lekcję tego, że sami chcemy się na przykład nauczyć, żeby ta osoba nie miała na nas wpływu. Trochę to zawiłe, filozoficzne, ale takie jest życie, takie są relacje. Więc myślę, że rozplanowanie takich relacji może dać fajnych smaczków, fajnej pikanterii nawet niekiedy.
I nie chodzi mi tutaj tylko o te sceny jakieś miłosne i tak dalej. To nie wszędzie pasuje. Bardziej nawet czasami rozpisywanie tego. Na przykład, jeżeli mamy jakieś relacje romantyczne, wcale nie musimy pisać jakichś scen, zbliżeń fizycznych tych bohaterów, tylko właśnie możemy to rozpisać na zasadzie takiej gry, jakiegoś romansu, zdobywania, co już może dostarczyć naszemu czytelnikowi właśnie, czy wkręcić go bardziej w akcję, czy być taką sceną może trochę oddechu. Czyli na przykład jak mamy tych zwiadowców tutaj w tej relacji, tu też dopowiem, że właśnie ich widziałam trochę jak takich dwóch szpiegów. Bo w sumie zwiadowca, jakby nie patrzył, to o to samo chodzi, ale mam na myśli takich hollywoodzkich szpiegów. Więc jest tutaj fajne pole do tego, jeżeli będziemy mieli sytuację, na przykład scenę bardzo ciężką emocjonalnie. Może właśnie jakaś retrospekcja, może jakaś tragedia, może coś się zadzieje, może jakaś bitwa. To mając takich bohaterów możemy dać na przykład nawet krótki rozdział oddechu. Zmieniając totalnie perspektywę, pokazując na przykład gdzieś jakiś urywek sceny albo właśnie jakieś wspomnienie.
Na przykład właśnie kiedy mieli jakąś taką akcję, może trochę zabawną, może bardziej taką wyluzowaną, kiedy infiltrowali wroga. Także to wszystko warto mieć na podorędziu, bo nie wiecie po prostu, czy gdzieś tam wam nie pomoże, nie uratuje skóry, a może po prostu nie podrzuci jakiejś inspiracji, która sprawi, że będziecie mogli sobie jakąś scenę fajnie tam podkręcić, czy może nawet bardziej zawikłać, żeby ten twist był jeszcze bardziej nakręcony na koniec. Twist fabularny oczywiście. Dobra, to relacje mamy. Lecimy dalej z takich technicznych rzeczy. Ja sobie tutaj wypisałam, zanim przejdziemy do wpływów. Mam coś takiego jak problematykę. Myślę, że to jest nie wszystko pewnie, co tutaj poruszę, ale czasami warto się zastanowić, jakie problemy chcecie waszym bohaterom stworzyć, a z czym będą się zmagali. Nie rozpisywałam tego tutaj akurat na wszystkich bohaterów, tylko bardziej na głównych bohaterów plus złola naszego, Skrybę. Jestem przekonana, że do każdego bym znalazła jakieś problemy, ale nie wiem, czy jest to teraz potrzebne.
Zresztą pewnie w lekcjach to też jeszcze wyjdzie, do których przejdziemy. Więc jeżeli chodzi o naszego bohatera głównego, tą lewitującą czaszkę. Tutaj zarówno jego przeszłość, jak i ta teraźniejszość, z którą się stykamy jako czytelnicy, będzie pokazywała nam troszeczkę inne problemy. Się trochę rozproszyłam, bo właściwie to jest ten sam problem, ale w innym kontekście. Dobra, tłumaczę na przykładach. W przeszłości wiemy, że poświęcił się właśnie w imię rebelii. Podał się za przywódcę rebelii. Myślał, że zostanie zgładzony. Nie miał pojęcia, że zostanie zamieniony w narzędzie, które ma się posłużyć do zniszczenia rebelii. Więc mamy tutaj poświęcenie swojego życia dla idei.
Czyli on jako Levo, jako ten wojownik strateg. To jest z tej przeszłości, a teraźniejszość, z którą się stykamy, to mamy tutaj kontubernalisa, który w trakcie całej opowieści nawiązuje, buduje właśnie tę relację z drugą główną bohaterką. Wiadomo, która później okazuje się jego córką i to trochę będzie utrudniało jego pomysł na udaremnienie planów niecnego skryby. On przy pomocy magicznego artefaktu planuje wymazać z kart historii cały ród tych wojowników, żeby ta rebelia nie mogła powstać. Okazuje się, że ten nasz bohater jest energią, jest duszą, która ma zasilić ten artefakt. Wszystko byłoby okej, bo on wiedział, że jest ostatnim ze swojego rodu i dzięki temu, że nie jest z rodu tych wojowników, to właściwie użycie tego artefaktu nic nie da. Nic się nie stanie, nic się nie zmieni. Po prostu on zginie. Ale w międzyczasie, wiadomo, okazuje się, że jest ta córka. Teraz, tak jak wcześniej raz się poświęcił dla tej idei i właściwie myślał, że wreszcie dopełnił.
Jak już przypomniał sobie swoją przeszłość, to uświadomił sobie, że był niegdyś człowiekiem. Myślał, że to będzie koniec, kropka. Prosta sprawa. Niech kolo użyje artefaktu. Nic nie trzeba robić, nie trzeba robić żadnej bitwy, nikt inny nie straci. Po prostu to było odroczone w czasie to, co sobie tam wymyślił. Tu się okazuje, że będzie musiał właściwie po raz drugi poświęcić swoje życie dla dziecka, mimo że to niby będzie ta sama czynność, ale tu będzie się jeszcze musiał czymś więcej wykazać. Poza tym daje nam to też fajne pole do może bardziej wzruszającego zakończenia, żeby tutaj też coś dopisać. To są takie problemy, które gdzieś tam się będą toczyły w tle. Ja nawet nie wiem, na ile to są problemy.
Myślę, że to jest po prostu temat, który tutaj zostanie podjęty. Natomiast głównym problemem będzie problem autoodczłowieczania. Tutaj nasz bohater jest przekonany, że jest przedmiotem, że jest po prostu jakimś tam artefaktem i w międzyczasie dowiaduje się, że wcale nim nie jest. Natomiast samo podjęcie wezwania do podróży na samym początku właśnie wynika z tego, że on nie chce być tym przedmiotem i ten nasz niecny skryba właściwie go traktuje jak przedmiot. Nasz bohater dlatego też decyduje się nie wzywać pomocy i pozwala się porwać, że tak powiem, tej nastolatce. To właśnie wynika z potrzeby kontaktu z drugą osobą, czy właściwie nawet bycia uważanym za istotę żywą. Może od razu powiem, bo wypisując właśnie tę adnotację, pomyślałam nad celem naszego głównego bohatera. Może nie samym celem podróży, ale takim czymś, co będzie osiągał przez całą tę historię. To właśnie jest uczłowieczenie się. Bo oprócz tego, że on zanim odzyska wszystkie wspomnienia, zanim naprawdę będzie miał pewność, że był kiedyś człowiekiem, to on już będzie się czuł istotą żywą, takim właśnie człowiekiem, mimo że dalej będzie myślał, że był przedmiotem.
Tutaj nastąpi taka trochę magiczna przemiana z artefaktu w istotę, zanim okaże się, że tak naprawdę nie musiało wcale dochodzić do żadnej magicznej przemiany, bo on właściwie tą istotą był od początku. To właśnie też trochę tutaj taki ukryty może morał czy lekcja, która mogłaby wynikać z tego. Ponieważ czasami mam wrażenie, że nawet my sami, umniejszając sobie, czasami się odczłowieczamy. Nie nawiązuję już tu do sytuacji takich, że współcześnie pojawia się też czasami taki trend do odczłowieczania innych ludzi czy całych grup społecznych. To nie jest dobre w żadnym kontekście. Natomiast myślę, że przemianę warto zaczynać nie od innych ludzi czy innych grup społecznych, a właśnie od samych siebie i tego, jak my się postrzegamy. Myślę, że to byłoby całkiem fajnym przesłaniem na całą tę historię. Zwłaszcza że my mamy ciała, my jesteśmy ludźmi, człowiekami, a nie lewitującymi czaszkami. Także mamy o tyle łatwiej niż nasz bohater. Dobra, wracam jeszcze do tych problemów.
Tutaj mamy problemy, jeżeli chodzi o takie zagadnienia, które poruszymy przy poruszaniu się postacią tej nastolatki, rebeliantki, Levany. Na pewno będzie tutaj coś, z czym ona się zmaga, czyli właśnie brak jednego rodzica. Bo ona właściwie tego ojca nie miała od zawsze. Ale dodatkowo „zimna matka". Wzięłam tutaj sobie to w cudzysłów, bo to nie chodzi o to, że ta matka była martwa czy martwa w środku. Nie. Tutaj też wspominałam o tej postaci Any, czyli tej tropicielki, że ona raczej będzie komunikowała emocje bardziej poprzez gesty niż słowa, a też będzie bardzo oddana zadaniu, swojej pracy, którą wykonuje. Więc tak naprawdę nie będzie dostarczała tego takiego emocjonalnego ciepła naszej bohaterce. Nasza bohaterka też z automatu nie będzie czuła się do końca może właśnie w pewnym sensie wartościowa, doceniona. A że po ojcu odziedziczyła naturę buntownika, to będzie często wpadała w jakieś takie różne tarapaty.
Czy tak jak to, co rozpoczyna tę naszą historię, czyli to, że idzie do ich największego wroga, włamuje się do jego zamku, zostaje złapana i trafia do jego komnaty, a jeszcze potem go okrada i ucieka. Z sukcesem. Niemniej właśnie tutaj chodzi o taką postać, która będzie w pewnym sensie sama się pakowała w takie sytuacje, szukała tej adrenaliny, żeby się móc wykazać, żeby może chociaż raz w życiu matka zauważyła ją i powiedziała, że kurde wow. Czy coś takiego. Ale z automatu właśnie tutaj też będzie sytuacja ta, że ona będzie trochę taka wychowywana przez całą tę osadę, czy będzie w bardzo dobrej relacji z tą uzdrowicielką, która będzie też to ciepło Emocjonalne jej dawała w zamian za matkę. Niemniej są to dwa duże kalibry, dwa duże problemy, dzięki którym możemy w odpowiedni sposób rozpisać psychologię danego bohatera czy rozpisać listę zachowań, błędów, które może ten bohater popełniać. Dlatego warto się czasami nad takimi rzeczami zastanowić wcześniej, żebyśmy mogli troszeczkę strategiczniej czy nawet wykorzystać cały potencjał tego, co możemy dla naszej historii z tego sobie wycisnąć. Kolejny z tych problemów to natura buntownika. Jak wspominałam wcześniej, to się troszeczkę ze sobą łączy, aczkolwiek to też jest ciekawe wyzwanie pisarskie, bo trzeba będzie się z tą postacią buntować. Zresztą z jedną i drugą.
Natomiast faktycznie te tupnięcia nogą czy odmrożenie sobie uszu na złość komuś będzie przyświecało tej opowieści, więc na pewno będzie mogło pokazywać, jak sobie z własnymi emocjami radzić czy do czego eskalacja tych zachowań może doprowadzić. To są fajne pola w przypadku tej bohaterki. Jeżeli chodzi o naszego Złola, który w tej historii, wbrew pozorom, z tego, co mi na razie wychodzi, dużo nie będzie robił i nie do końca będzie takim typowym czarnym charakterem. Natomiast pomyślę, bo w odcinku, gdzie omawiałam jego postać, pojawiło mi się tam dużo fajnych rzeczy, które mogłyby nawet nadawać się na oddzielną historię. Może upchniemy to w retrospekcjach, bo dzięki temu moglibyśmy poruszyć wtedy ten problem odrzucenia. Tego, że on się czuł zawsze samotny, mimo że był otoczony ludźmi, to był samotny. Taka samotność w tłumie. Zresztą to właściwie był główny wyzwalacz tego największego błędu, który popełnił i tego, co uczyniło go tym złym charakterem w naszej opowieści. Też podjęcie tematu poświęcenia kogoś czyjegoś dobra dla swoich celów, czyli to, co zrobił ze swoją siostrą. On nie miał wbrew pozorom złych intencji i teoretycznie to było logiczne.
Może dało się to zrobić inaczej, bo jednak to, czego się dopuścił, było pójściem na łatwiznę. Jednak pokazuje nam to później konsekwencje, które najpewniej do końca życia będzie płacił. Będzie oglądał, bo zrobił coś niefajnego, niewybaczalnego i przede wszystkim dla swoich korzyści poświęcił kogoś mu najbliższego. Jeszcze jedna rzecz mi się pojawiła, bo pomyślałam o sytuacji, w której postanowił wykreślić z historii naszych rebeliantów. Na początku, gdzieś pierwsze odcinki z fabułą, z tym planem wydarzeń, który rozpisywaliśmy, zadałam to pytanie: dlaczego ten czarny charakter chce usunąć tych wojowników? Moglibyśmy pójść w klasyczną zemstę albo w coś takiego, że oni mu brużdżą. I owszem, oni mu brużdżą. Natomiast pomyślałam, że główną motywacją do użycia tego artefaktu będzie próba naprawienia swoich pomyłek. Przeczytam, jak zanotowałam i zaraz wam powiem, co mam dokładnie na myśli. Naprawienie swoich błędów, wpływając na innych zamiast na samego siebie.
Więc on nie będzie upatrywał tego, że to on popełnił błąd, używając po raz pierwszy artefaktu. Czyli zrobił jakąś czynność i ona za dużo nie poprawiła, to on drugi raz zrobi dokładnie to samo. Nie zmieni nawet procesu postępowania. Oczywiście, że efekty dalej będą słabe. Dalej nie będą takie, jakby chciał, bo nie zmienił nic w procesie. Więc to jest jedna z takich lekcji. Do lekcji jeszcze przejdziemy, ale właśnie jeden kierunek. Drugi kierunek jest taki, żeby nie szukać odpowiedzi w sobie. Czyli on nie patrzy na to, że to on popełnił błąd, tylko on widzi błąd w istnieniu tej rebelii, w tych ludziach. I to jest ten błąd, który jemu się wydaje, że tutaj nastąpił, że jest i trzeba się go pozbyć i wtedy wszystko będzie okej.
Dobra, o celu mówiłam. Pokrótce wpływy. Podsumujmy. Problematyka. Sami widzicie, że są to pomniejsze przesłania, może malutkie smaczki. Wcale nie trzeba ich umieszczać w historii. Natomiast dobrze jest je mieć w zanadrzu, bo nawet jeżeli nie umieścicie tego w głównej historii, to możecie tego użyć do celów marketingowych. Jeżeli na przykład będziecie chcieli później taką historię wydać, to czasami warto napisać jakieś ciekawostki ze świata. Tak jak w „Harrym Potterze” zawsze na końcu był słowniczek. Jeżeli chodzi o postaci czy potwory i tak dalej.
Może taki słowniczek wam wyjdzie z tego, a może pojedyncza kartka z dziennika Złola. To już jest fajny content, jeżeli chodzi o media społecznościowe. Może to też być fajny dodatek, jeżeli będziecie chcieli na przykład robić zrzutkę, to może to być jako nagroda dla patronów, ale może też to być miły dodatek do edycji limitowanej waszych książek. Albo jeżeli ktoś w pierwszym tygodniu kupi e-booka, to dostanie dodatkową treść. Lepiej mieć za dużo niż za mało, bo wtedy zawsze możecie pomyśleć, jak tego użyć. Czy wyróżnić kogoś, może waszego najwierniejszego fana, czytelnika i tak dalej. Wpływy. Jeżeli chodzi o wpływ córki na ojca, czyli Lewany na Levo, czy na Contubernalisa właściwie, to przede wszystkim mamy tutaj odzyskiwanie pamięci. Sama ta ich rozmowa, relacja, bliskość będzie wywoływała te wszystkie flashbacki. Będzie takim katalizatorem, bo wszystkie obrazy naokoło też je będą wywoływały.
Ale też tutaj mam wypisany ten wpływ, czyli osiąganie celu, tego uczłowieczania się, bo właściwie ona będzie z nim rozmawiała. Nie będzie mu wydawała poleceń czy tam gdzieś sobie tylko gadała jak do przedmiotu, tylko będzie zadawała pytania, będzie wchodziła w ten dialog, będzie interesowała się wręcz postacią Contubernalisa. Będzie tę przemianę rozwijała. Jeżeli chodzi o jego wpływ na nią, wypisałam sobie, że taki rozwój tej uważności na emocje swoje i innych. Bo jednak nasza bohaterka jest troszeczkę z tego odarta, bo mimo że dostawała to od innych osadników, to nie było to jednak krew z krwi. Nie był to bezpośredni przykład czy coś, w co faktycznie ona uwierzyła czy poczuła. Dalej. Mam tutaj jeszcze wypisane, że zauważanie, zrozumienie i docenianie jako taki proces, bo ona będzie bardzo uważna na to wszystko, co się dzieje dla właściwie jej korzyści. Ona jako taki trochę złodziejaszek, włamywacz. Wiadomo, że będzie musiała mieć oczy dookoła głowy, natomiast nie zawsze będzie próbowała zrozumieć to, co widzi.
Ona po prostu będzie notowała takie zimne, suche fakty. Tak wygląda otoczenie. Tak, to mogę, tego nie mogę. To mi daje takie możliwości, to mi daje takie możliwości. Natomiast nie będzie tutaj tego momentu zatrzymania się, próby podjęcia zrozumienia, dlaczego coś jest, jakie jest. I później może próby docenienia tego czy znalezienia jakichś głębszych korzyści, a nie tylko takich, że to mogę zabrać, to mogę sprzedać, od tego mogę się odbić, na to się mogę wspiąć. I tu jeszcze mam tę myśl przełomową, o której wam mówiłam. To co dopisałam. I faktycznie, gdyby ten odcinek poszedł tydzień temu, to bym się tym z wami nie podzieliła. Jednym z powiedzonek naszego bohatera, jak rozpisywaliśmy jego charakterystykę, tak na szybko wtedy wymyślone było: „A niech go pokrzywa pochłonie”.
I w pierwszej chwili myślałam o tym trochę jak takie złorzeczenie, że ta pokrzywa kogoś poparzy. Że to jest nieprzyjemne, że to jest dyskomfort, że to jest rodzaj takiego: „A niech go piekło pochłonie”. I tu pomyślałam o tym, że to też na pewno będę chciała umieścić pod koniec. Ta ich ostatnia rozmowa w tej historii. Ale uświadomienie, bo to powiedzonko zostało w osadzie trochę jako takie wspomnienie Levo, jak jeszcze był tym wojownikiem. I każdy rozumiał to jego powiedzonko jako złorzeczenie. Natomiast na samym końcu pomyślałam, że zrobimy taki trochę twist i nasz bohater wytłumaczy córce, że w jego rodzie, tym rodzie druidów, z których się wywodził, że to było życzenie dobrobytu. Że pokrzywa ma takie właściwości uleczające, odkażające. I jeżeli ktoś wpadnie w takie pokrzywy, to najczęściej jego rany fizyczne zostaną uleczone. I to jako powiedzonko, takie porzekadło.
Tak sobie pomyślałam, że oni życzą każdemu, żeby jego rany, zarówno te psychiczne, jak i fizyczne się uleczyły, żeby mógł osiągnąć swój potencjał. Czy ten dobrobyt, który ma. Więc to taki jeszcze twiścik na koniec takiego wyjaśnienia. To będzie też miało wpływ na córkę i to też sprawi, że zupełnie inaczej będzie patrzyła na to. Że właściwie owszem, można komuś złorzeczyć, bo nam zrobił coś nie po drodze, ale z drugiej strony czemu nie życzyć mu dobrego mimo wszystko? Takie trochę odwrócenie percepcji, odwrócenie patrzenia. Taka ostatnia lekcja od tego ojca dla córki. Mimo że jeszcze tu nie weszliśmy w lekcje, ale jakby nie patrzeć będzie to lekcja. Dalej. Jeszcze z takich ważniejszych wpływów to mamy tutaj uzdrowicielkę na Lewanę, czyli uczenie ją ciepła, opiekuńczości, tego ciepła emocjonalnego, o którym wam wspominałam.
Ale też z automatu uzdrowicielka będzie koiła często wzburzone emocje nastolatki, wynikające z tej natury buntownika. Dalej. Eleonora na skrybę, czyli ta rzemieślniczka na Zwola. Tutaj mam wypisane, że ona mu pokaże miłość. Może i ta relacja pójdzie w kierunku romantycznym, ale mi tutaj chodzi o to, że ona mu pokaże miłość siebie samego do samego siebie. Pokaże mu, że to nie chodzi o to, żeby inni go kochali, że mają z nim być i tak dalej i że on wtedy nie będzie samotny. Tylko chodzi o to, że jeżeli on pokocha samego siebie i nawiąże relację ze sobą, to on nigdy nie będzie samotny, nawet jeżeli będzie stał sobie pojedynczy w tłumie, czy może nikt nie będzie pałał do niego sympatią. Ale on wtedy dzięki temu nigdy nie będzie samotny, bo zawsze będzie miał samego siebie. Tutaj myślę o takim wpływie rozwoju na tego bohatera. Dalej błazen na Siostrę.
Ten nieśmieszny błazen. Chodzi o to, że ona będzie, wcześniej wam o tym mówiłam w poprzednich odcinkach, taką skorupą dosłownie pustą w środku i ten błazen będzie chciał ją rozśmieszyć. Niestety będzie ją wkurzał. Wręcz mordercze instynkty to będzie w niej budziło. Ale tak jak kropla drąży skałę. Jednocześnie pomyślałam o tym, że to będzie wypełniało jej pustkę. Niekoniecznie te mordercze instynkty, tylko to są najprostsze emocje. Od tego się zacznie. Ale chodzi o to, że te działania błazna rozpoczną proces wypełnienia pustki czy w ogóle generowania jakichkolwiek emocji w tej skorupie, która niegdyś była człowiekiem. Może to byłby wtedy potencjał na jej przemianę.
Może gdzieś te emocje by się przekuły na coś dobrego. Nie wiem. Tego jeszcze i tak nie wyjaśnimy w tej historii, ale ten wpływ taki wypisałam. Mamy jeszcze archiwistę, wojownika. Roland chyba był i jego wpływ na uzdrowicielkę. Może w tym odcinku nie padło, że uzdrowicielka jest niewidoma. Oprócz tego, że są w tej relacji z archiwistą, jego wpływ na nią to, że on jest jej oczami. On bardzo dokładnie jej opisuje. On jest oczytany, zna dużo słów i bardzo kwieciście, poetycko, obrazowo będzie jej wszystko opisywał. Jeżeli gdzieś będą razem się wybierali na jakieś spacery.
Tutaj mamy wpływy. Cel wam powiedziałam i to, co mi zostało, to lekcje od postaci. Patrzę, czy to na pewno jest to. Tak. Później już sobie zaczęłam wypisywać sceny przykładowe. Teraz lekcje. Lekcje to jest wszystko dla nas materiał pisarski. To jest jakaś ściąga. To jest coś, co może pozwolić nam czasami nadgonić z czymś. Ale też to może sprawić, że te postaci będą w 3D.
Bo to nie chodzi o to, że później musicie trzy rozdziały poświęcić na rozpisanie jednej lekcji. Czasami wystarczy jedna scena, jedna wypowiedź nawet. Nie tyle scena. Możemy mieć zbiorowy dialog i tylko jedno rzucone zdanie. Może jakiś żart, ale to już może być rodzajem takiej lekcji, którą może któryś z czytelników wyciągnie dla siebie. Może weźmie ten żart, może jakieś motto, frazę. Ale to już jest coś, czym wy jako autor możecie wpłynąć nawet niebezpośrednio na czytelnika. Chociażby dając mu uśmiech poprzez jakiś żart. Lecimy od góry, czyli mamy tutaj Rafanusa, lidera rebelii. Lider rebelii to kurczę trudny zlepek, nie powiem.
Jeżeli chodzi o jego lekcje. Panowanie nad emocjami. Tu wam mówiłam, że on jest taka wściekła rzodkiewa. Rozbuchane emocje, ale potrafi je okiełznać w walce, czy gdzieś tam na różne akcje wychodzą. Poprzez jego postać możemy to pokazać. Możemy nawet zdradzić parę ćwiczeń, jak on sobie radził na przykład, żeby uspokoić gniew albo przekierować energię gniewu, czy taką niszczycielską energię na budowanie czegoś. On tam też takie dwa tornada były, zdaje się chyba u niego to było. Tak, zajrzałam w karty. Tak, u niego były tornada. Kolejne od niego jeszcze.
Inspirowanie do działania. To też mówiłam, że to jest lider, który zapala do działania, pokazuje, że się da, że można. Idzie na początku szeregu w pierwszej linii i pokazuje innym, jak mają iść czy jak mogą iść. Tutaj też to jest fajne poletko do rozpisania. Też samo przywództwo czy zarządzanie. Ja lubię wiedzieć za dużo, lubię robić research, więc znając mnie przemycę tutaj jakieś takie rzeczy. Natomiast oczywiście, że wy nie musicie tego tak rozpatrywać, ale jeżeli macie na przykład wiedzę ekspercką, załóżmy w jakiejś innej dziedzinie, to czemu by jej tu nie użyć? Czemu by nie użyć jej w waszej historii poprzez jakiegoś bohatera i może niekoniecznie przez głównego bohatera. Tutaj na przykład można byłoby poprzez bohatera tego lidera, nawet w paru scenach, w których się pojawi, czy może we wspomnieniach innych bohaterów. Ale już można by pokazać na przykład jakieś techniki związane z przywództwem czy z zarządzaniem albo z pracą w zespole.
A może nie tyle techniki, co błędy. On przecież nie musi być idealnym liderem. Zresztą w sumie nie był. Oni we dwóch byli razem idealnym liderem, bo się uzupełniali. Ale może tutaj będzie to poletko do takich lekcji. Ana, tropicielka, matka. Od niej możemy uczyć się profesjonalizmu, bo to była jedna z tych ważniejszych cech, że kiedy była na akcji, kiedy była w trakcie pracy nic innego się nie liczyło. Była w pełni skupiona na swoim zadaniu, na jakości tego zadania. Myślę, że ten profesjonalizm tutaj można by pokazać w ten sposób, poprzez opisanie jej w oczach innego bohatera. Docenienie małych gestów.
Tutaj jej cechą, tak jak mówiłam, ona się komunikuje czy okazuje emocje poprzez gesty, czasami niepozorne, czasami małe. Tam była taka karta, zdaje się z krukiem, który korale przynosił pojedynczo. Tutaj myślę o tym, że można też pokazać takie gesty, że może i ona była mało wylewna emocjonalnie i taka zimna, to raz na ileś zrobiła coś Jednego malutkiego, co było wow, czymś naprawdę niesamowitym. Jeszcze mamy lojalność. Oprócz tego, że nie związała się z nikim innym po śmierci swojego ukochanego, to dodatkowo mamy scenę, gdzie córka prosi matkę o to, żeby się nie wydało. Myślę, że tego jeszcze nie zmienię w fabule. Prosi matkę, żeby nie mówiła na razie o tym, że ta czaszka lewituje czy że gada i tak dalej. I ta matka, mimo że niekoniecznie jej się to podoba, uważa, że lider powinien zostać poinformowany o czymś takim, to trzyma ten sekret. Jest lojalna wobec córki, mimo że później sytuacja zmusza ją jednak do wspomnienia o tym czy zdradzenia poniekąd tego sekretu. Dalej, Liz Uzdrowicielka.
Czego ona nas może nauczyć tutaj? Na pewno tego, że ułomność ciała nie jest ułomnością ducha. Myślę, że chyba najlepiej by było, gdyby ona jednak straciła gdzieś te oczy po drodze, a nie że od razu urodziła się taka. To, że to nie złamało jej ducha i właściwie ten brak oczu jej totalnie nie przeszkadza, że ona umie korzystać z innych zmysłów. Dalej jest tym pozytywnym światłem. Dalej robi swoje zadania. Po prostu robi je w inny sposób. Tym razem nie może już polegać na oczach, tylko na zmyśle węchu, słuchu czy dotyku, czy po prostu ma cudze oczy zewnętrzne. I też tutaj patrzenie rozwiązaniami, czyli to, że ona się nie zatrzymała, nie przejęła się tym, że na przykład teraz nie widzi, tylko zamiast się skupiać na tym, to skupiła się bardziej na tym: „Dobra, skoro nie widzę, to jak zrobić, żebym widziała, nie widząc?”. Czyli skupiając się na tych innych aspektach.
Dalej, Roland. Ten archiwista, wojownik, który jest oczami naszej uzdrowicielki. W odcinkach o postaciach wspominałam, że on miał taką cechę, że był świetnym wojownikiem, bo walczył wszystkim. Cokolwiek mu w rękę wpadło, potrafił zrobić z tego broń. Był bardzo kreatywną postacią. Jest tutaj. Więc ta nauka, którą mógłby nam dać, to to, że rozwiązania są zawsze w zasięgu ręki. Tu nie ma czegoś takiego, że się nie da, że nie ma tego rozwiązania, tylko wystarczy się uważnie rozejrzeć i pomyśleć, jak można użyć danej rzeczy do osiągnięcia swojego celu na przykład. I dalej jeszcze szacunek do natury. On tutaj też ma mieć taką cechę rozmowy z drzewami.
On będzie widział w tych drzewach może nie tyle swoich przodków, co istoty, które widziały bardzo wiele w swoim życiu, że są tu od zawsze i on będzie takim szacunkiem darzył te drzewa. Możemy tutaj podjąć lekcję, temat szacunku do natury, do tego, jak ona jest nam potrzebna, czy do tego, że właściwie oni mają tą osadę w lesie i też korzystają z infrastruktury leśnej, korzystają z różnych jam, z różnych drzew, z gałęzi. Czy mają jakieś zbudowane obiekty, jakieś pomieszczenia. Zap i Zelda, nasi zwiadowcy. Tutaj na podstawie tych dwóch osóbek oczywiście możemy pokazać coś takiego jak miłość bezwarunkową. Oprócz takiej klasycznej, romantycznej, to bardziej myślę tutaj o pełnym zaufaniu. Dosłownie jak jedna dusza w dwóch ciałach. Myślę o czymś takim, o takim związku, takiej relacji, że żadne nigdy nie wątpi w żadne. Wszystko jest po prostu okej. Jedna dusza, dwa ciała.
Myślę, że to najbardziej opisuje ten rodzaj miłości, o której pomyślałam. Dalej, budowanie relacji z naturą, bo ona miała się zajmować czy zdaje się mieć taki kontakt, wręcz nawet komunikacyjny z owadami, natomiast on z małymi istotami, z gryzoniami. Więc można tutaj pokazać, że można wejść w interakcję z braćmi mniejszymi, z naturą, żeby też ona potrafiła działać trochę na naszą korzyść. Myślenie strategiczne to oczywiście tak, bo czy wchodzenie między wroga bezpośrednio, tak jak Zelda, czy obserwacja gdzieś tam z zewnątrz, tak jak Zap. Też możemy sięgnąć po różne fajne techniki strategiczne. Może jakieś mądre nazwy gdzieś znajdziemy w researchu. Czemu nie? Jest to świetne pole. Nawet prosta rzecz. Wracają do osady, mamy sobie jakąś imprezkę przy ognisku i oni opowiadają jakąś swoją akcję, bo na przykład zawsze opowiadali jakieś historie.
Czy tutaj też oni mieli pełnić rolę takich trochę bardów. On miał chyba grać, ona miała śpiewać z tego, co pamiętam. Więc może coś w formie ballady. Dużo jest tutaj opcji, gdzie możemy przemycić coś więcej dla naszych czytelników. Tu jeszcze mamy pracę zespołową, czyli pokazanie tego, jeżeli się dobrze zgramy, dobrze się dogadamy, to możemy cele osiągać na przykład szybciej czy wydajniej, w lepszej jakości. Brzmi zimno, ale mam nadzieję, że wiecie, do czego zmierzam. I świętowanie sukcesów, bo to też jest ważne. I ten rytuał tej imprezy za każdym razem, kiedy oni wracają, bo właściwie to jest sukces. Po pierwsze wrócili żywi, po drugie wracają z nowymi informacjami i sam sukces rebelii czy powodzenie ich misji ogólnej zbliża się wtedy z każdym krokiem, czy z każdą udaną akcją. Także docenianie i świętowanie małych sukcesów jak najbardziej.
Dobra, Eleonora. Nasza rzemieślniczka. Dostrzeganie dobra w drugim człowieku. Ona nie wiedziała, że złol jest złolem, ale widziała w nim zagubionego człowieka, w którym jest dobro. Możemy przemycić taką lekcję, że gdybyśmy nie patrzyli na ludzi etykietkami, po prostu poznajemy człowieka. Jest nowy człowiek, pusta karta. Nie wnikamy w jego etykiety, w jego funkcje, w jego kompetencje czy w to, co ktoś nam na temat tej osoby powiedział. Tylko pozwalamy samym sobie naprawdę otworzyć się na tego człowieka i go poznać. I dopiero wtedy ocenić, czy on jest zły, czy on jest dobry i tak dalej. I druga rzecz od niej: patrzenie szerszą perspektywą, dopuszczanie tego, że coś się może zmienić lub to, że w zależności od tego, jaką decyzję teraz podejmiemy, ten efekt końcowy może być inny.
Takie patrzenie trochę szerzej i dalej. Jacob. Inżynier. On miał cierpieć na narkolepsję, ale możemy to obrócić w lekcję o tym, że sen jest ważny. Będzie miał takie schorzenie, ale dzięki temu będzie miał krótszy czas w ciągu dnia. Będzie musiał często być bardziej skupiony, żeby zdążyć zrobić daną rzecz, zanim go organizm samoistnie odetnie. Ale z drugiej strony po każdym takim odcięciu będzie miał bardzo skumulowaną energię. Ten sen, mimo że on nie będzie nic robił podczas snu, będzie mu generował ten power do działania. Czy go inspirował wręcz, zachęcał. Jego życie będzie trwało od drzemki do drzemki, choć to nawet ciężko nazwać drzemką.
Ale myślę, że wiecie, dokąd zmierzam. I dalej, że ograniczenia są tylko w głowie. On jako inżynier oprócz tego, że będzie widział różne wynalazki czy to, jak daną, nawet zastaną technologię przerobić na nową, swoją w lepszym stylu, to mimo że cierpi na to schorzenie, on po prostu dostosował tryb pracy do trybu choroby. Nie ograniczyło go to absolutnie i dalej robi swoją robotę. A dzięki temu, że reszta go wspiera, nie musi się tym martwić, że nagle przyśnie i będzie zagrożony, bo zawsze gdzieś będzie ktoś, kto się nim zajmie. Dalej. Stanley, nasz strażnik skarbca. Tutaj mamy typowego przedsiębiorcę. Nie oszustę, szachraja, tylko taki naprawdę retoryka na wysokim poziomie, łeb jak sklep, działamy. Jest myślenie, spojrzenie wręcz przedsiębiorcze na wszystko, ale i szacunek do kontrahenta.
Te takie lekcje nie, że ja ci coś sprzedaję, kliencie i chcę cię wydoić, kliencie ze wszystkiego, jak największą cenę ci zasadzę, tylko wręcz nawet czasami pójście klientowi na rękę, żeby zdobyć jego relację, szacunek, zaufanie, że ten kontrahent jest bardzo ważny. Taka relacja z klientem opłaca się bardziej w szerszej perspektywie, w takiej przedsiębiorczej perspektywie niż taki jednorazowy klient, którego wyciskamy jak cytrynkę. Tutaj myślę o takich lekcjach z jego strony. Dalej. Bart. Zaopatrzeniowiec. Tu mamy uważność na drugiego człowieka. To, co mówiłam, że on nawet będzie patrzył, czy komuś się coś na ubraniu nie zepsuło, żeby coś nowego dorobić czy mu zaproponować, że może chcesz sobie łatę doszyć. Troska i uważność. Dalej.
Bycie dobrym mimo wszystko. Ja myślałam, taki wielki gościu. Ta karta nam się wylosowała słonia w składzie porcelany. Taki ogromny gościu o gołębim sercu. Może nie zawsze i nie każdy będzie to doceniał. Może czasami niektórych będzie to wręcz denerwowało, że on będzie aż tak chodził za kimś i co chwila o czymś przypominał czy dopytywał, ale on mimo wszystko się nie będzie zrażał. On dalej będzie miał dobre serduszko, a nie że ktoś mu coś odburknie i on się obrazi. I ten nawyk: jeżeli coś się zepsuło, to trzeba to naprawić. Nie ma, że wyrzucamy, tylko przerabiamy, naprawiamy. Odpadł ci guzik, nie mamy guzika, zrobimy ci go z szyszki, żebyś miał ten guzik.
Albo ten guzik się złamał, to nie wiem, czy go skleimy, czy z tego guzika zrobimy pierścionek rzemieślniczce, a tobie zrobimy nowy z szyszki. Taki mechanizm działania. Mundus. Nasz szalony outsider. Okultysta jakiś taki. Kult żaby zdaje się miał mieć, miał oddawać cześć chyba. Jakieś pomniki żabie miały być w lesie. Poprzez jego postać moglibyśmy pokazać akceptację swojej własnej indywidualności. On nawet nie będzie dbał o to, żeby go w tej osadzie uwielbiali i tak dalej. On nie będzie się przejmował, czy kogoś uraził, czy nie, bo wie, że robi dobrą robotę.
Że rady, które daje, są dobre. Kropka. Nie musi być lubiany, żeby móc się realizować. Dalej. Wiedza praktyczna popłaca. To miał być człowiek, który przeczytał parokrotnie wszystko, co mają w archiwum, ale dzięki temu ma bardzo szeroką wiedzę i mało co jest w stanie go zaskoczyć. Takie pokazanie wiedzy teoretycznej z książek. Ona jest teoretyczna, nomen omen. Natomiast on też będzie wojownikiem. On też jest na placu boju, też podejmuje działania, więc to, co przeczyta, zaraz próbuje zastosować w praktyce, dzięki czemu ma ogląd z dwóch stron.
I co tu mam jeszcze? Czytanie między wierszami, czyli on będzie sprawiał wrażenie, jakby nie słuchał, a będzie potrafił słuchać tylko tych rzeczy, które są najważniejsze, na podstawie których później da tę pokrętną poradę. Dalej kogo my tu mamy? Nieśmieszny błazen. Tutaj mamy istotność celu adekwatnego do kompetencji. Pokrętnie to napisałam. Chodzi o to, że on wcale nie jest śmieszny i ten gościu nie powinien być błaznem. On bardziej wszystkich irytuje, a nie rozbawia. Tak w sumie przypominają się te komedyjki z motywami średniowiecznymi, że był jednorazowy błazen rzucany w przepaść czy przez okno. Bardziej tutaj chodzi o to, że bardzo możliwe, że ten człowiek spełniałby się w pełni, przyjmując zupełnie inne zadanie, ale nikt mu tego zadania nie dał, a on sam sobie wziął jakikolwiek cel.
Znalazł coś i postanowił, że będzie to robił, byle robić cokolwiek, zamiast odnaleźć to, w czym jest dobry. Też pokazanie tego, że każdy mniej lub bardziej, ale chciałabym powiedzieć, że każdy potrzebuje celu. Jest to, myślę, może odważne zdanie, próbuję sobie sama teraz zakwestionować to zdanie, ale wydaje mi się, że każdy potrzebuje tego celu. Natomiast może nie każdy wie, że potrzebuje celu. Mamy mapę, jeżeli jesteśmy w punkcie A, przydałby nam się punkt B. Niezależnie od tego, czy on będzie daleko, blisko, czy na tym punkcie B skończymy i tyle, ale ten punkt B jest nam potrzebny. Inne punkty w sumie polecam też. Ale wracając do tematu. Na podstawie tego nieśmiesznego błazna możemy wykazać, że takie desperackie poszukiwanie celu sprawiło, że dobrał sobie nie ten cel co trzeba. Ale próbuje go realizować jak tylko może.
Próbowanie za wszelką cenę to jest też rzecz, którą sobie tutaj wypisałam. Wcale tego nie czuje, to nie jest jego. On sam widzi, że się w tym nie sprawdza, ale mimo wszystko dalej próbuje na różne sposoby chociażby rozbawić tą siostrę naszego niecnego skryby. Już jesteśmy bliżej niż dalej. Dzisiaj będzie dłużej, ale mogę, kurde, mogę, bo mamy podsumowanie historii, także rozleję się dzisiaj na antenie. A poza tym może ostatnio było krótko i zaskakująco płasko. W sensie krótka, szybka akcja, krótka fabuła, więc teraz możemy nadrobić, rozsmakować się w tym. Teraz lekcje dalej też od postaci, ale już trochę tych, że tak powiem, główniejszych. Sam Contubernalis, czy ten lewo, ten nasz główny bohater, on tutaj nam pokazuje, czy może nam dać lekcję, że drugi człowiek wcale nie jest nam niezbędny. Bo on jest osadzony w archetypie towarzysza, czyli on jest złakniony tego kontaktu, bycia przy kimś, wspierania kogoś, a nie miał tej osoby i stąd też cała ta wyprawa.
Tak jak wspominałam, to, że się nie czuł człowiekiem, nie miał tej relacji ze skrybą, a z tą dziewczyną miał w jakiś sposób. Ale poprzez całą tą podróż on sobie uświadomi, że w sumie ta druga osoba super jak jest, ale kiedy jej nie ma, to dalej można się realizować i wcale nie trzeba czuć jakiejś takiej tęsknoty, głodu, braku i tak dalej. Kolejna lekcja: to, jak cię widzą inni, jest jedynie odbiciem tego, jak postrzegasz sam siebie. Tutaj zmierzam do tego autoodczłowieczania się. On był przekonany, że jest artefaktem. Totalnie. On nawet nigdy nie brał pod uwagę, że mógłby być na przykład żywą istotą. Dlatego też inni widzieli w nim jakiś magiczny przedmiot. I w momencie, kiedy on zaczął się trochę otwierać na to, czy zastanawiać się, dopuszczać do głowy myśl, że nie jest przedmiotem, to nagle nim przestał być. Tak myślę o czymś takim.
Dalej. Najpierw pomyśl, później działaj. On jako strateg, to myślę, że to jest główna lekcja jego. Też myślę, że to będzie coś, czego będzie uczył w tej podróży przez las chociażby do osady swoją córkę. Gdzieś będzie jej tłumaczył czy czasami ją w ostatniej chwili powstrzymywał przed wpadnięciem w jakieś sidła czy w jakąś zapadlinę gdzieś. I kolejna, ostatnia właściwie już tutaj, jeżeli chodzi o jego lekcje, taka, że są ważniejsze rzeczy niż życie. Myślę, że może to nie jest dobre słowo. Bardziej może aspekty. To też nie. Wiecie, o co mi chodzi, że najpierw poświęcił swoje życie dla idei, dla tej idei wolności, dla tej rebelii, a potem właściwie poświęcił je po to, żeby jego dziecko mogło przeżyć.
I tak by je musiał poświęcić, natomiast będzie tam scena trochę też ryzykowania i grania z czasem, bo jego dziecko będzie zagrożone dosłownie tam, tu i teraz. Ona będzie spadała w przepaść, więc zdąży jeszcze jej powiedzieć, jak się uratować, a potem będzie grał na czas, żeby zdążyć umrzeć, zanim oboje umrą. Także też pokazanie o wartości. Właśnie. Nie rzeczy, tylko wartości. Są ważniejsze wartości niż życie. To jest myślę lekcja od tego bohatera. Dalej Levana, nasza nastolatka. Lekcję, którą tutaj wypisałam od niej: „Dopóki nie spróbujesz, dopóty się nie dowiesz”. Czyli właśnie kocia ciekawość, bo u niej też taka karta była z kotem.
Chodzi o to, że ona nie będzie dbała o to, czy coś jest ryzykowne, czy nie. Po prostu jak jej się narodzi jakiś pomysł w głowie, ona będzie musiała spróbować, żeby się dowiedzieć, czy to faktycznie jest ryzykowne, wartościowe i tak dalej. Stąd też właśnie to, że będzie wpadała w różne tarapaty czy zapadliny mniej lub bardziej niebezpieczne. Dalej: „Im więcej zauważysz, tym więcej masz opcji”. Czyli właśnie tutaj ona jako taki włamywacz, złodziejaszek z uważnością na otoczenie. Bo to będzie z tego wynikało, tak jak wcześniej mówiłam. Tu mogę wskoczyć, tu mogę się wspiąć, to mogę zabrać, to mogę sprzedać, to mogę oddać. Im więcej rzeczy jednorazowo pojawiając się w jakimś otoczeniu wyłapiesz, tym więcej rzeczy będziesz wiedział, co możesz zrobić albo jakie masz możliwości i opcje. Więc to jest lekcja od naszej bohaterki. Dalej naszego złola tutaj mamy też, Nicnego Skrybę.
Lekcja taka, że poświęcenie dobra innych dla naszej korzyści ma bardzo wysoką cenę. Właśnie tutaj ta jego pokuta. Jeżeli chodzi o siostrę, o to, że on będzie musiał patrzeć na nią, w jakim ona jest stanie. Może wtedy powinien poświęcić swoje dobro, a nie wysługiwać się siostrą. Kolejna rzecz, w związku trochę z tą sytuacją: chodzenie na łatwiznę na dłuższą metę się nie sprawdza. Bo jakby nie patrzeć użycie artefaktu, użycie magii było pójściem na łatwiznę. On zawsze chciał być władcą, bo chciał mieć tych ludzi wokół, ale nie zrobił nic w tym kierunku. Nawet nie spróbował. Nie dał sobie szansy. Po prostu od razu sięgnął po rozwiązanie instant.
Sięgnął po ten artefakt. Owszem, też go musiał zdobyć i tak dalej. Musiał się nauczyć go obsługiwać, ale mimo wszystko w tym czasie mógł nie płacić tej ceny. Nie płacić ani czasu, ani właściwie życia siostry, tylko mógł zapłacić po prostu czas i osiągnąłby to samo albo podobne, ale wypełnić te same braki, te same potrzeby. Jeszcze siostra Skryby: „Stawianie się w pozycji ofiary zawsze zrobi z ciebie ofiarę”. Tutaj myślę też o tym, że owszem, ona jest pustą powłoką, ale była świadoma, w jakiś sposób animowana tą magią, działaniem artefaktu. Myślę o tym, że ona mogła sama wypełnić tą pustkę, natomiast nigdy nie spróbowała, bo zawsze czuła się pusta, pokrzywdzona i tak dalej. To jest ciężki temat, natomiast łatwo w coś takiego popaść. Zwłaszcza dzisiaj mamy dużo chaosu wokół nas i czasami z łatwością wpadamy w te negatywne emocje i sami siebie wpędzamy w coś takiego, że jak my mamy źle, że jest masakra, że ojojoj. Ale niestety to „ojojoj” nie pomoże nam z tego wstać.
Często na całe szczęście większość z nas ma gdzieś kogoś w otoczeniu, kto nas w jakiś sposób podniesie, czy to dosłownie z ziemi, czy na duchu. Ale musimy o tym pamiętać, że jeżeli my sami w głowie damy sobie przyzwolenie na bycie ofiarą, to nie będziemy nikim innym. Może na chwilę uda nam się wstać, ale jeżeli nie postanowimy być nie ofiarą, to jak mamy z tego wyjść? Takie trochę hakowanie własnego umysłu, własnego mózgu. Na podstawie tej bohaterki można taką lekcję pokazać, że może wystarczyło gdzieś zrobić to samemu, żeby osiągnąć coś szybciej. Aczkolwiek tutaj też mamy tego błazna, który jest rodzajem wyzwalacza, który może gdzieś się z czasem rozpędzi w tym kierunku. Tutaj też kolejna, ta ostatnia lekcja: „Czasami warto docenić czyjś gest”. Tu mam na myśli tego błazna, że ona będzie się wściekać i będzie chciała go zniszczyć i żeby go nie było i jej nie denerwował i nie zmuszał jej do jakiejś w ogóle interakcji czy wychodzenia z pokoju. Ale czasem zobaczy, że jednak jego działania miały sens. No dobra, mamy to, więc czas chyba pożegnać się z naszym kościanym buntownikiem.
Wszystkie najważniejsze elementy mam. Postaram się też wam rozpisać, żeby były do waszego wglądu i zobaczymy co dalej z tą historią. Ja się dobrze bawiłam, zżyłam się i cieszę się. W sumie nigdy tak nie robiłam, w poprzednim sezonie tym bardziej, bo tam mieliśmy bardziej merytorycznie. Także cieszę się też, że spróbowałam rozwinąć tak historię, która tutaj powstała przy waszym udziale, przy waszych uszach. Także super, naprawdę dziękuję. Jesteście dla mnie inspiracją. Sam fakt, że mogę do was mówić już jest ogromną inspiracją. Nie wiem, co robimy za tydzień. Będę mieć chyba taki syndrom trochę odstawienniczy.
Już tydzień temu, robiąc ten zastępczy materiał, trudno mi się było wkręcić. No ale okej. Sięgnęłam tam tylko po jeden rodzaj komponentów. Czegoś tak prostego nie robiłam jeszcze tutaj. Może wrócimy do planszy. Tak na szybko to była taka jedna rozbudowana plansza z historią trójaktową, więc myślę, że chyba przejściowo jeszcze zrobimy to, a później zobaczę, czy jeszcze też nie uruchomimy sobie jednego narzędzia albo nie pomieszamy znowu kilku naraz. Ja się z wami dzisiaj żegnam. Naprawdę dziękuję wam za uwagę. Jeżeli jest tutaj wśród was ktoś, kto naprawdę słucha każdego odcinka, czy chociażby każdego odcinka z tej serii, to dziękuję. Naprawdę fajnie, że jesteście.
Naprawdę fajnie. Dobra już się zamyśliłam, odpłynęłam. Niezmiennie życzę wam samych inspiracji, żeby wam się tutaj wszystko dobrze działo. Wiosna tuż tuż, więc niech powoli wasze pomysły kiełkują, żeby mogły pod koniec miesiąca już pięknie rozkwitnąć. Albo pod koniec roku, kto wie. Chciałam powiedzieć, że trochę jak kwiaty paproci, ale one kwitną zdaje się w czerwcu. Ale czemu nie? Niech wasze kwitną zimą, to też jest piękne. Mam takiego szalonego fiołka alpejskiego, którego na początku nie chciałam zaakceptować, ale okazał się przekozakiem, więc ma prawo kwitnienia w moich ciemnych włościach nawet na różowo, ale niech kwitnie. I ten wariat kwitnie w zimę najbardziej.
Może nie bez powodu jest alpejski. Nie dość, że w moim niesprzyjającym klimacie kwiatom, to jeszcze zimą. Czemu nie? Hardkor. Ale wiecie co? Podobno jaki pan, taki kram. Dobra, trzymajcie się, serdeczności życzę. Pa.
[03:10:49] - Proszę państwa, jeszcze dzisiaj nas czeka jedno spotkanie z Piotrem Cielebiasiem, bo objawi się za chwilę kolejny odcinek drugiego cyklu, który z Piotrem wprowadzamy na antenę „Bibliotekarium 2.0”, a mianowicie objawi się „MAUPa”. Dzisiaj będziemy rozmawiać o książce „Maszyna wieczności”. Ona ma taki podtytuł jeszcze: „Co łączy Arkę Przymierza, świątynię Salomona, Świętego Graala i tajemnicę Oak Island”. Zapraszam. Rozmawiamy o książce „Maszyna wieczności”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[03:11:38] - Dzień dobry wieczór.
[03:11:40] - Niniejszym „MAUPe” czas zaczynać. Dzisiaj mówimy o książce, którą wspominam bardzo dobrze. Nosi tytuł „Maszyna wieczności”. Nazwiska zostawię tobie, bo ty to lepiej wypowiesz.
[03:11:57] - Tak, to są też moi ulubieni autorzy w pewnym sensie. Fibachowie, bracia Johannes, czyli Jan Fibak i Peter. Powiem tak: ta książka jest nieco mniej znana, wydana przez wydawnictwo Amber w roku 1998. Chociaż muszę powiedzieć, że ją dobrze wspominam. Jak również samych autorów, bo mieli oni takie oryginalne, świeże podejście do prezentowanych tematów. Pamiętam też, jak duże wrażenie zrobiły na mnie pozostałe książki autora i autorów, bo oni czasami pisali oddzielnie. Na przykład niektóre pisał sam Johannes, a takie książki jak na przykład „Maszyna wieczności” i „Znaki na niebie”, które były poświęcone objawieniom maryjnym, już pisali w tandemie. Muszę ci powiedzieć, że zawsze było tak, że kiedy się sięgało po książkę Fibachów, to ona była inna od reszty. Było widać, że oni celują do takich czytelników, którzy znają się na rzeczy i których jeszcze można czymś zaskoczyć. Tam rzadko co się pojawiało takiego, żeby było kopią.
Wiadomo, że były wspólne elementy, ale mieli bardzo ciekawe spojrzenie na wiele spraw. Ja polecam wam, jeżeli możecie znaleźć sobie „Znaki na niebie” w antykwariacie, to się nie wstrzymujcie, bo było też kilka innych książek Fibachów przetłumaczonych na język polski. Między innymi taka książka o UFO pod tytułem „Inni”, ukazująca też aspekty wysokiej dziwności. Także jeżeli możecie, jeżeli macie możliwość to kupujcie. Co można jeszcze powiedzieć o autorach? Otóż zajmowali się oni czymś, co w Niemczech nazywa się Grenzwissenschaft, czyli chyba „wiedza z pogranicza”. Widzicie, Niemcy mają takie określenie na tego typu literaturę, a u nas nie ma takiej, bo niby z jednej strony oni w przypadku „Maszyny wieczności” uprawiają historię z pogranicza, ale tak nie do końca. Niby zakazaną archeologię, ale też nie do końca, niby paleoastronautykę, ale też nie. Łączą to wszystko w jedno i mamy właśnie ten Grenzwissenschaft. Dodam jeszcze może tyle, że o ile Johannes Fibak zmarł w 1996 roku, to jego brat Peter kontynuował działalność pisarską jeszcze gdzieś na początku XXI wieku.
Potem o nim troszeczkę przycichło, natomiast mogliście go zobaczyć, jeżeli dobrze pamiętam, w słynnym serialu „Starożytni kosmici” na kanale History.
[03:14:32] - A ja powiem o tym, co z punktu widzenia osoby, która od czasu do czasu jednak coś pisze, co mnie w tej książce przyciągnęło i sprawiło, że trwam przy niej. To znaczy trwam w tym sensie, że ją po pierwsze dobrze wspominam, a poza tym od czasu do czasu wertuję ten czy inny rozdział. Otóż panowie mieli zadziwiającą zdolność, moim zdaniem, pisania o tych rzeczach. Już nie będę mówił jakich, bo powiedziałeś o tym, odpowiednio to opisując. Zdolność do pisania o tych rzeczach, ale w sposób narracyjny. To znaczy ta książka, „Maszyna wieczności” jest opowieścią Opowieścią, która zaczyna się gdzieś bardzo dawno temu, a kończy właściwie we współczesności. Podążamy z autorami przez wieki, zaglądając do różnych zagadek, uchylając, nie wiem, czy tajemnice mają wieka, ale tak sobie to wyobraźmy, że uchylają jakieś klucze do tajemnicy, wyciągają. Trochę zabrakło mi słów, co jest jednak pewną rzadkością, ale zostańmy przy pewnych obrazach. Zatem mamy opowieść ciągnącą się przez wieki i taką jednolitą. Ona dotyczy pewnej historii.
Nie wiem, czy już w tej chwili zdradzać jakiej. W każdym razie mamy historię wręcz sięgającą Biblii, ale też historię, która kończy się w XX wieku. Pewno się tak naprawdę nie kończy, ale oni ją kończą na XX wieku, gdzieś w Nowym Świecie, bo to w końcu Ameryka Północna, na Oak Island, Wyspa Dębów. Notabene pod wpływem tej książki, aczkolwiek nie czerpiąc z niej zbyt wiele, kiedyś popełniłem taką samochodzikową dylogię. Jeden z tomów nosił tytuł „Machina chaosu”. Ta książka mocno mnie drasnęła po przeczytaniu. Cóż, Piotrze, myślę, że powinniśmy chociaż zarysować historię, o której wspominałem, którą ta książka opowiada.
[03:17:09] - Tak. Otóż Fibigowie próbują połączyć kilka zagadek w jedną całość, w jedną narrację. Od Arki Przymierza i opisów ze Starego Testamentu, że ona tam poraziła niejakiego Uzza, jeżeli dobrze pamiętam, który jej przypadkowo dotknął, po znaną z Talmudu opowieść. W sumie nawet nie wiem, czy to jest opowieść, czy raczej taka hipoteza, interpretacja mówiąca, że za jednym z tekstów kryje się opis maszyny do produkcji manny. Mamy też zagadkę Wyspy Dębów, jak mówiłeś, zagadkę Świętego Graala i templariuszy, a wszystko to łączy pewien artefakt, którego cudowna natura, można powiedzieć, w jakiś sposób kształtowała nasze dzieje i kultury. Niestety on zaginął albo celowo, albo przypadkowo. Bo cóż, gdyby on teraz zaistniał w przestrzeni publicznej, uderzyłby mocno w naszą koncepcję dziejów i też rozumienie religii. Książka jest podzielona na kilka rozdziałów. Ona ma około 300 stron, z tego, co pamiętam. Każdy opisuje jedną z tych wyszczególnionych sfer.
Niekiedy poznajemy jakieś dodatkowe, mało znane informacje. To jest charakterystyczne dla twórczości Fibigów. Ogólnie czyta się to bardzo dobrze i chociaż można przy okazji tej książki uznać, że niekiedy oni naciągają te swoje wnioski, to powiem ci, Marku, szczerze, że dzisiaj to brakuje mi takich autorów, bo dzisiaj to się produkuje takie książki, jak się mówi, od siekiery. Wszystko jest tak samo, wszędzie jest to samo. Jak czytasz książkę o UFO, to możesz nawet jej nie otwierać, bo wiesz, co będzie w środku.
[03:18:53] - Tak, Piotrze, ale ja cały czas będę nawiązywał do tego, co mówiłem w poprzednim wejściu. Bo to jest tak: oni niezwykle zgrabnie radzą sobie z taką interpretacją. Otóż tam oczywiście jest ta maszyna do produkcji manny, o której wspomniałeś, ale to płynnie przechodzi gdzieś w opisy Świętego Graala. Później nagle dostajemy historię o templariuszach, o tym, co oni odkryli, kiedy wyprawy krzyżowe odniosły przejściowy sukces. Potem o tym smętnym losie templariuszy, o ucieczce templariuszy. Co więcej, hipoteza o ucieczce templariuszy do Nowego Świata. I stąd się wzięła ta Wyspa Dębów. Tajemnica, opisana zresztą tajemnica Wyspy Dębów. Czego się tam nie spodziewano. Cała historia poszukiwań na Wyspie Dębów, która trwa przez dziesięciolecia.
Co chwilę tam coś nowego wychodzi, ale to się objawia jako konstrukcja, bo to chyba takiej nomenklatury należałoby użyć. Jako konstrukcja nie tylko niezwykle wyrafinowana, ale też pełna pułapek, pełna rozwiązań, których nie podejrzewalibyśmy, gdyby to była jakaś zwykła dziura w ziemi. Więc oni bardzo sprawnie bazują na tych tajemnicach, żeby nam przekazać myśl, że być może ta machina sprzed wieków, ale też która nie wzięła się znikąd, bo gdzieś tam z tyłu, za plecami głos nam szepce, że w takim razie to jest machina, która pochodzi gdzieś z kosmosu, ktoś ją przywiózł i tak dalej, i ona jest ukryta przed nami właśnie w tej dziurze na Wyspie Dębów. Ja nie zdradzam specjalnych tajemnic, bo wierzcie mi państwo, opowiedziałem troszkę, ale i tak tę książkę czyta się jak dobrą książkę sensacyjną. Sam ten rozdział, w którym oni opisują te kolejne podejmowane próby wydobycia tego czegoś nieznanego na Wyspie Dębów. Już samo to jest napisane w taki sposób, że ja pamiętam pierwszą swoją lekturę, nie mogłem się oderwać od tego po prostu. Bo moim zdaniem jak na książkę niebeletrystyczną, to jest duże osiągnięcie.
[03:21:37] - Tak. Ja pamiętam, że to samo było z innymi ich publikacjami. Były przede wszystkim oryginalne. Ale powiedzmy też komentarz krytyczny może. Otóż z dzisiejszej perspektywy to dla mnie jest to książka nieco archaiczna już, bo po boomie na zainteresowanie Świętym Graalem, templariuszami za sprawą między innymi Dana Browna, a potem na Oak Island, bo przecież mieliśmy taki długi serial dokumentalny gdzieś na Discovery mówiący o tej wyspie, że tam ciągle dwaj bracia czegoś poszukiwali. Książka dzisiaj się może już wydawać nie tak atrakcyjna, bo część z tych tajemnic mocno naświetlono. A w zasadzie nie wiem, czy naświetlono. One nadal pozostają w takim stanie, w jakim były. Natomiast nie wiem, czy one się już nieco nie wyeksploatowały. Bo z tym Oak Island, z tą Wyspą Demów jest tak, że w sumie nie do końca wiemy, co tam ukryto, kto to wszystko zbudował i jakim cudem to jest tak, że cały czas się czegoś poszukuje i nikt tego nie może odnaleźć.
Albo ten skarb, który tam był, już odnaleziono i to wszystko jest teraz bicie piany, albo rzeczywiście jakiś geniusz za tym stał. Niesamowite, że coś takiego tam powstało. Sprawa i tak jest warta omówienia, także oczywiście odsyłam was do źródeł.
[03:23:02] - A wiesz Piotrze co? Przerwę ci. Bo ty powiedziałeś, że się zestarzała, ale moim zdaniem to, co powiedziałeś, może służyć zarówno tym, którzy zgodzą się z twoją tezą, że się książka zestarzała, jak i tym, którzy będą ci zaprzeczać. Będą mówili: „Ale przecież w dalszym ciągu tajemnica pozostaje tajemnicą. Wyspa Dębów nie odsłoniła, przynajmniej oficjalnie, swojej tajemnicy, a zatem tam coś jest. Trzeba tego szukać dalej”. Ja powiem tak: pewno jestem nieobiektywny, bo ja w przypadku książek rzadko bywam obiektywny. Albo się w jakiejś książce, bez skojarzeń proszę, ale zakochuję, albo jej od początku przynajmniej nie lubię. To jest przykład książki, przykład tytułu, w której się zakochałem i jakoś ciężko mi porzucić. Jakoś nie dostrzegam tego, że się zestarzała za bardzo.
Owszem, słuszne jest to, co powiedziałeś. Temat Wyspy Dębów, templariuszy i tak dalej był tłuczony niemiłosiernie, a ja właśnie uważam, że pomimo tego ta książka do dzisiaj się broni, bo ona przedstawia zupełnie inną historię niż przedstawił Dan Brown. Płynnie łączy paleoastronautykę, różne dziwne historie z naszej przeszłości właśnie z tajemnicą Wyspy Dębów. Ja jestem cały czas pod urokiem. Tu nawet nie będę udawał, że jestem obiektywny. Absolutnie nie jestem i jestem pod dużym wrażeniem tej książki.
[03:24:47] - Muszę powiedzieć, że jest właśnie tak, że te tajemnice cały czas czekają na rozwiązanie. To wszystko jednak nie poszło do przodu, choć zostało nagłośnione. Tylko tak jak w przypadku templariuszy, Graala, tak i Wyspy Dębów mamy tak, że można tam uchłonąć bardzo wiele hipotez i one raz na jakiś czas nam ożywają. To zainteresowanie Świętym Graalem, zainteresowanie innymi rzeczami okresowo wraca. Tak samo jest zresztą z paleoastronautyką. Była długa cisza, potem nagle wyskoczył serial „Starożytni kosmici” i mieliśmy boom na zainteresowanie tymi zjawiskami, który powoli chyba mija. Ale to już jest zupełnie inna sprawa. Pomimo wszystko, pomimo deczka krytycyzmu ja polecam tę książkę. Polecam w ogóle Fibaków.
[03:25:38] - Tak, ja również. I wierzcie mi państwo, to jest po prostu świetnie opowiedziana historia. Ja nie wiem, czy ona jest prawdziwa. Kiedy uruchamiam krytycyzm, to czasami mam wątpliwości, czy ona od początku do końca jest prawdziwa. Ale chociażby za to, że jest opowiedziana niezwykle sprawnie i za te ostatnie rozdziały poświęcone Wyspie Dębów, ona jest u mnie na topie absolutnym. I to chyba wszystko, jeśli chodzi o tę książkę. Ja polecam. Piotr też właściwie poleca, także mamy zgodność. Stanowczo po tę książkę sięgnąć warto.
[03:26:23] - Tak. Ja tylko dodam, że polecajcie w komentarzach swoje pozycje do małpy. Szczególnie takie, które są zapomniane, mało znane, o których może nawet my nie słyszeliśmy. Czekamy na komentarze.
[03:26:38] - Pięknie dziękujemy. Do usłyszenia. Proszę państwa, to teraz jest czas na specjalny punkt programu. Zapewne część z państwa już wie, a część za chwilę się dowie, że wydawnictwo Bibliotekarium odniosło taki drobny sukces. Bo tak naprawdę to jest sukces autorki, a mianowicie Marty Kładź-Kocot i jej powieści „Ta Raena” została w tym roku nominowana do Nagrody Zajdla. Znalazła się w ścisłym finale. Już za jakieś dwa tygodnie z malutkim haczykiem dowiemy się, jakie losy i czy ta nagroda zostanie wzięta przez autorkę, czy też nie. Ja doszedłem do wniosku, że przypomnę państwu z czasów, kiedy jeszcze hasało po antenie To stare Bibliotekarium, w którym Wiktor brylował i w którym ja coś tam sobie gadałem. Był taki odcinek poświęcony książce „Daraena”, w którym z Wiktorem przepytywaliśmy autorkę Martę Kładź-Kocot na temat tejże powieści. Sięgnąłem po ten odcinek, bo on miał taką sobie słuchalność.
Dzisiaj myślę, że z chęcią państwo wrócą do tego odcinka. Od razu państwa uspokajam. Nie byłem na tyle szalony, żeby wmontować naszą audycję, trzygodzinną audycję z dawnych czasów. Postanowiłem to zrobić podstępnie i następująco. Troszeczkę przyciąłem takich drobiazgów. I dzisiaj usłyszycie państwo pierwszy odcinek, około godzinki, w którym Marta opowiada o tym, jak się zabierała za pisanie tej książki, ale i o wielu innych ciekawych rzeczach, o jakich taki rasowy pisarz, pisarz w dodatku z dorobkiem, i to ciekawym dorobkiem, a jednocześnie z dużą świadomością tego, jak się pisze, po co się pisze i tak dalej. W końcu Marta Kładź-Kocot to pani doktor od literatury i to tak zupełnie na poważnie. Ci z państwa, którzy bywają na konwentach, mogli poznać Martę, bo to jest absolutnie rewelacyjny wykładowca. Tak, to dobre określenie. Wykładowca, który wiele spraw, wiele meandrów fantastyki, fantastyki naukowej, ale też literatury jest w stanie przybliżyć słuchaczom.
Ja zawsze bardzo chętnie słucham jej wykładów i mam nadzieję, że pierwszy odcinek tego spotkania, który dzisiaj państwo wysłuchacie, również będzie satysfakcjonujący. Za tydzień zapraszam na odcinek drugi, a 1 września, kiedy to rozpoczyna się Polcon w Łodzi, czyli tak naprawdę Kapitularz, ale w randze Polconu, bo właśnie na tym Polconie przecież będzie finał Zajdla. Wtedy, w piątek wyemituję część ostatnią tej audycji i już państwo w pełni świadomi, wspólnie ze mną będziecie mogli oczekiwać na werdykt zbiorowego głosu fandomu. Cóż, ja już teraz nie będę ględził. Tym bardziej, że w tej powtórkowej audycji będziecie mnie państwo również słyszeć i będziecie słyszeć Wiktora. A zatem w powtórce, bo w powtórce, ale jest. A i tak najważniejszą osobą na pokładzie audycji będzie Marta Kładź-Kocot i jej powieść „Daraena”. Zapraszam. Dzisiaj naszym gościem będzie obecna już po drugiej stronie łącza Marta Kładź-Kocot, a dyskusja będzie się toczyła wokół jej wydanej niedawno powieści pod tytułem „Daraena”. Powieść warta bliższego poznania choćby z tego powodu, że poleca ją, proszę państwa, nie kto inny jak sam Radosław Rak.
A to jest laureat bodaj wszystkich liczących się w Polsce nagród literackich. Opowieść, w której baśniowość przeplata się z realizmem, fantazja z okrucieństwem, a obecność bogów nie wróży nic dobrego. Na początku Ivellios przywołał Radosława. Wszyscy o nim Radek mówią i on sam o sobie mówi, więc niech będzie Radek Rak. Przywołał tę polecajkę, czy jakkolwiek to nazwiemy Radka Raka. To ja ją teraz państwu przeczytam, żeby już tak wybrzmiało do końca. „Marta Kładź-Kocot ma wyczucie mitu jak nikt inny. Jej powieść sięga do archetypów zakorzenionych w naszych sercach i buduje je na nowo, ustawiając jednak w niecodziennych konfiguracjach. Nie gubi przy tym tego, co w fantasy najważniejsze — wspaniałej przygody, świata, w którym można zanurzyć się po czubek głowy, i bohaterów, których kochamy albo nienawidzimy. „Daraena” jest gdzieś w pół drogi pomiędzy „Ziemiąmorzem” Ursuli Le Guin, czy jakkolwiek państwo sobie życzą, a cyklem o Skrytobójcy Robin Hobb.
To fantasy, które nie gubi ducha opowieści. To fantasy, jakie zawsze chciałem czytać.” Radek Rak. Myślę, proszę państwa, że gdyby nie to, że mamy do spełnienia misję, to możemy kończyć audycję właściwie po takiej polecajce. Nie będę pytał, czy jesteś dumna, bo dumna jesteś na pewno z takiej polecajki Radka Raka. Zapytam o coś innego. Na ile on nazmyślał, a na ile powiedział prawdę? I wiem, że to jest trudne pytanie, bo trzeba o swojej książce powiedzieć. To teraz masz trudne pytanie na początku.
[03:32:53] - Polecajki i opinie są zawsze opiniami. W związku z tym to jest opinia Radka Raka, z której ja się oczywiście niesamowicie cieszę. Natomiast ja jako autorka, tu jest ten problem, ponieważ zawsze różne opinie nomen omen padają przy pytaniu, czy autor ma prawo interpretować własną powieść. Czy autor ma prawo oceniać własną powieść?
[03:33:21] - Oczywiście interpretować. Natomiast te opowieści, jak już pada hasło „Ziemiąmorze” mistrzyni fantasy, a zresztą nie tylko, bo w science fiction w końcu też pisywała takie całkiem zgrabne. To już jest rodzaj takiego wyzwania. To dobrze. To ja się dołączę do tego chóru. To jest fantasy krwiste. To nie jest fantasy, które polega na tym, że idzie rycerz, wpierdzieli komuś, znowu idzie kawał, znowu komuś wpierdzieli. Takie fantasy też funkcjonuje. To jest inne fantasy i dlaczego ono jest inne?
[03:34:04] - Dlaczego jest inne? Dygresja. Nie inspirowałam się „Ziemiąmorzem” i tutaj nie ma podobieństw bezpośrednich do „Ziemiómorza”. Jeżeli chodzi o rzucone tutaj przez Radka Raka tytuły, to bardziej klimat podejrzewam, który mu się skojarzył, niż jakiekolwiek podobieństwa fabularne, bo takie tutaj trochę trudno odnaleźć. Natomiast na ile to fantasy jest inne? Chciałam, żeby ono było w pewnym sensie podwójne, żeby na podstawowym poziomie to się po prostu czytało jako opowieść, która się rozwija, która prowadzi do punktów zwrotnych, do punktów kulminacyjnych, do rozwiązań, czyli do tego wszystkiego, co powinna nam tak naprawdę oferować fabuła. Ale z drugiej strony, żeby to było swoiste metafantasy, żeby to puszczało do czytelnika oko, żeby zastawiało na czytelnika pułapki i żeby okazywało się, że to, w co przyzwyczailiśmy się wierzyć i to, na czym nas literatura wychowała, można w tym momencie sobie odczytać i zinterpretować na nowo. Czyli to jest fantasy pisane z pełną świadomością, że mnóstwo literatury było przed nim. Bo ja bardzo lubię ten cytat z Umberto Eco, że książki mówią zawsze o innych książkach. W związku z tym to jest fantasy, które jest opowieścią, ale z drugiej strony, które jest opowieścią o opowieści, o tym, jak ona się rozwija.
[03:35:40] - Tak, ale nie ukrywam, że ja chętnie słucham takich wypowiedzi, które mówią o fantasy, że to jest gatunek niesłychanie nierówny. Może w tych wszystkich opowieściach z pogranicza fantastyki chyba najbardziej nierówny, bo w tym gatunku, w tym rodzaju opowieści mieszczą się straszliwe gnioty i to takie, że przy kilku się poddałem. Jak coś ma na przykład dziewięć tomów i to takich opasłych i już w pierwszym się nudzę, to zastanawiałem się, co będzie w tym ósmym. Mówię, że jest nierówne, ale rzeczywiście oprócz takich przynudzajek, są tam rzeczy naprawdę wybitne w tym fantasy. To jest opowieść, o których książkach? Tych dziewięciotomowych przynudzaczach, czy jednak tych bardziej wybitnych? To jest pytanie z tezą oczywiście, bo raczej spodziewam się po tej zapowiedzi, po swojej lekturze i po tym, co powiedziałaś, że odpowiedź może być tylko jedna.
[03:36:53] - Powiem szczerze, oczywiście znam schematy fantasy, bo nie sposób ich nie znać, ale z drugiej strony tych książek, o których wspominasz, jak to Sapkowski złośliwie napisał 21. tom „Magic Shit„, tego zwyczajnie nie czytam, bo też nie jestem w stanie. Natomiast fantasy jest rzeczywiście konwencją, która wytworzyła mnóstwo przykładów takiej literatury autentycznie światostwórczej. I tutaj cóż, o jakich tekstach jest „Darraena”? Czy częściowo jest o fantasy? Oczywiście. Jest częściowo o, można powiedzieć, uniwersalnym micie, schemacie wykreowanym przez fantasy, o schemacie dojrzewania, wędrówki takiej archetypowej. Tutaj oczywiście do bardzo wielu tekstów można ten schemat dopasować i w „Darraenie” on jest jakoś też przewrotnie realizowany. Natomiast z drugiej strony to jest opowieść nie tylko o fantasy. To jest opowieść, która czyta różne mity, czyta literaturę średniowieczną, bo na przykład się pojawia średniowieczny rycerz wyjęty wprost z romansów arturiańskich.
Mamy takie oczko puszczone do czytelnika, który na przykład zna romanse arturiańskie, zna całą tę konwencję i wie, czego się spodziewamy po takim rycerzu. I tutaj można się zastanowić, czy ten rycerz tę spodziewaną rolę odegra, czy nie odegra.
[03:38:36] - Czyli rycerz jest, proszę państwa, tylko że troszkę inny niż ten, o którym wspominałem. Jego zadanie, w książce można mieć zadanie. W każdym razie jego rola nie polega tylko na tym, że chodzi i wali kogoś mieczem czy pałą, czy czymkolwiek taki rycerz może kogoś walić, tylko troszkę bardziej skomplikowane ma zadania. Wiktorze, czy ty byś się chciał czegoś o książce Marty dowiedzieć? Tak się zapytywam o ciebie.
[03:39:07] - Co ja się mogę dowiedzieć? Ja ją czytałem, przeczytałem i wszystko wiem.
[03:39:15] - Żadne pytanie ci się nie nasuwa? Mnie się kilka nasunęło w tak zwanym międzyczasie i boleję tylko nad jedną sprawą, nad konwencją naszej audycji, że my właściwie książek, Bogu dzięki, nie opowiadamy. W związku z tym dzisiaj państwu nic nie grozi. Przyjemność czytania będzie pełna. My państwu tej książki, broń Boże, nie opowiemy. Wiktorze, ja dalej, pomimo twojego oczytania i wszechstronnego opanowania tej lektury, to może jednak coś cię tam gnębi.
[03:39:48] - Ja może zwrócę uwagę na pewne problemy, które mi się skojarzyły w trakcie nie tylko czytania, ale wymiany zdań z moim przyjacielem, kolegą Żelkowskim. Otóż Pewien problem. Trochę odskoczę od samej książki, natomiast zwrócę się do puli czytelników, którą w tej chwili mamy. Otóż Marek to dobrze pamięta, ja też. Nasza przyjaciółka Marta Kładź-Kocot raczej ma mniej, bo dzieciństwo wtedy doświadczała. W każdym razie świat był zupełnie inny. Kiedyś czytelnicy, właściwie wszyscy, przynajmniej w Polsce, czytali wszystkie te same książki. Także jak się podejmowało jakąkolwiek dyskusję, to wszyscy mówili od razu na temat. Ja tutaj po lekturze wymieniałem parę zdań z Markiem i doszliśmy do wniosku, że my właściwie, Marek, ja tobie teraz to powiem, że my jesteśmy reprezentantami przepaści pokoleniowej, Mareczku.
[03:41:11] - Czego? Czego?
[03:41:14] - Przepaści pokoleniowej.
[03:41:16] - Dobrze, rozumiem. Słucham cię. Czekam rozwinięcia.
[03:41:21] - Tak, zdefiniuj Wiktorze przepaść pokoleniową, bo ja też nie jestem tak młodziutka, jak możesz podejrzewać.
[03:41:27] - No dobrze.
[03:41:32] - Zdefiniuj przepaść.
[03:41:34] - Tych polega na bardzo prostej rzeczy, że my, ja tak samo i Marek mi też to powiedział w trakcie czytania książki chodziło nam czasami po głowie: „Cholera jasna, do czegoś to jest nawiązanie. To jest jakaś aluzja, to jest coś". Tylko że nie wiemy do czego, bo żeśmy tych książek nie czytali, w tym kręgu, w którym Marta jest. To jest po prostu brak wykształcenia.
[03:42:13] - Albo, Wiktorze, to nie jest przepaść pokoleniowa, tylko najzwyklejsza w życiu skleroza. To też może być równie dobrze. Także spokojnie, nie jest tak źle.
[03:42:25] - Przy czym ze skojarzeniami, Wiktorze, to różnie bywa. Dlatego, że pamiętam, kiedy wydałam pierwszą powieść „Nocka. Dzień sowy", tę dwutomową, o której rozmawialiśmy poprzednio. Okazało się, że wtedy mój wydawca mówi, że czytelnicy, ci pierwsi, tacy wydawniczy, mieli skojarzenia i tutaj wymienił mi te skojarzenia. I to były skojarzenia z takimi dziełami popkultury, z których przyznam szczerze żadnego nie znałam. Natomiast w momencie, kiedy ja wymieniłam moje rzeczywiste inspiracje, to były to rzeczy, o których tamci ludzie w życiu nie słyszeli. W związku z tym to może świadczyć bardziej o tym, że motywy wędrują, o tym, że pewne schematy się powtarzają, że popkultura po prostu kopiuje, odzwierciedla, przepisuje na nowo pewne rzeczy, które już wcześniej były. Więc to nie jest tak, że koniecznie jeżeli zobaczyłeś jakąś aluzję, to było to, o czym ja pomyślałam. Czasami się tak zdarza rzeczywiście, że czytelnik stwierdza: „Ojej, czytaliśmy te same książki". A niekiedy aluzja jest tak wyraźna, że nie sposób jej z czymś pomylić.
Ale może być tak, że czytelnicy mają skojarzenia z czymś, co jest tylko jakoś na jakimś poziomie podobne, ale niekoniecznie w tym momencie akurat było podstawą do zrobienia takiej aluzji.
[03:43:51] - Warto też powiedzieć, że to jest tak, że żadna z tych sytuacji, które zostały przed chwilą opisane, nie powoduje, że radość z lektury jest mniejsza. Bo czy my w sposób udany wyśledzimy, dokonamy śledztwa i znajdziemy te książki, które czytała Marta, czy też ich nie znajdziemy, tylko nam się będzie wydawało, to radość z lektury jest właściwie taka sama. Nie wiem, czy taka sama, ale spora za każdym razem. Więc to nie jest książka, którą trzeba czytać z biblioteczką podręczną w pogotowiu i sprawdzać tam, czy tu nawiązała do tej książki, a tu do tego dzieła. Nie, to nie jest ten rodzaj lektury. Natomiast jeśli się już pojawia to zastanowienie: „A ciekawe, do czego to jest podwiązane albo do czego to nawiązuje?" To tylko dobrze. To tylko uruchamia szare komórki i taką dążność do tego, żeby wyśledzić to. Może coś znajdę, a może mi się tylko wydawało, bo to też tak bardzo często się zdarza. Także Wiktorze, więcej wiary w siebie, mniej przepaści. Na sklerozę to są podobno leki już jakieś tam.
Także spokojnie.
[03:45:16] - Dla mnie takimi pisarzami, którzy są absolutnymi mistrzami tego typu intertekstualnego pisania, są Pratchett i Sapkowski, bo ich się znakomicie czyta, po prostu pochłaniając tę warstwę fabularną. Ale z drugiej strony tam jest mnóstwo nawiązań i odkrywanie tych nawiązań to jest po prostu oddzielna zupełnie frajda. To są dwa różne poziomy czytania. Każdy ma swoje zalety.
[03:45:39] - Tak jest. I widzisz, Wiktorze, nawet do pewnego stopnia jednak sfalsyfikowana została teoria o sklerozie. Także to zupełnie normalne zjawisko. Nawet się o sklerozę też nie ociera. Więc tym optymistycznym akcentem możemy przejść dalej. Słuchajcie jeszcze, Wiktorze, w tej książce ja tak cię wypytuję, ponieważ nie mam cię tu na podorędziu jak zwykle i w związku z tym nie mam z tobą komunikacji, dlatego muszę cię przepytywać. To co cię jeszcze w tej książce ujęło? Zniesmaczyło, przeraziło? A może w ogóle się odcinasz od tej książki? Coś powiedz.
[03:46:23] - Rzeczywiście przeraziło mnie strasznie. Uczciwie mówiąc muszę powiedzieć, że ja do wielu książek fantasy, ta, którą dostrzegałem, czytałem i tak dalej, przynajmniej w polskim wydaniu, bardzo często sięga do ubranek średniowiecznych. Średniowiecze to była potężna epoka, bardzo ciekawa, bardzo różnorodna i tak dalej. Ja zawsze miałem zastrzeżenia do wielu ludzi w Polsce piszących fantasy, czy również powieści historyczne, pseudohistoryczne, ale przede wszystkim to się w fantasy tak ogniskowało, że bardzo często tych ludzi z dawnych czasów, z innych czasów, zupełnie w innych dekoracjach, czyli w porównaniu z naszą supercywilizacją, przedstawiano jak idiotów. Oni mówili takim językiem kretyńskim. Pamiętam, że kiedyś dopadłem Komudę takim bestselerem „Straszliwie”, że jego rycerze to są idioci, jak na nasze czasy. Myślę, że akurat w tej książce z dużą przyjemnością czytałem dialogi tak, jakbym słyszał człowieka współczesnego, który przeżywa swoje sprawy. Ma tam oczywiście wzloty i upadki, ale mówi przede wszystkim mądrze, jasno, czasami trochę zbyt poprawnym językiem, ale to już jest zupełnie inna bajka, bo mówienie a język pisany jednak się powinny trochę różnić. Natomiast byłem bardzo zadowolony z tych bohaterów przy lekturze, bo oni są zwyczajnie normalni, a nie jacyś... Boże mój.
Żywkiewicz, pochodziliśmy ze smolarzy, takich leśnych. Ja sobie wyobrażam, jak można przedstawić takiego smolarza, który smołę wytapia w jakimś lesie na Żmudzi. To musi być kołek, idiota. Nie, to byli przecież bardzo mądrzy ludzie. Ale to taka uwaga zupełnie na marginesie. Już się rozgadałem. Jedź, Marto dalej.
[03:49:45] - Bo ta tradycja tworzenia takiego pseudśredniowiecznego bełkotu ma bogate tradycje. Ja pamiętam, że pierwszy raz, kiedy wydano Conana w Polsce, wydawnictwo Alfa wydało, to do dzisiaj się ludzie pokładają ze śmiechu, ponieważ tam za wszelką cenę tłumacze, czy też tłumacz, tego akurat nie pamiętam, usiłowali tę mowę Conana i oraz wszystkich wokoło zrobić jakąś taką pseudo archaiczną, ale też taką dziwną. W związku z tym rzeczywiście bohaterowie tych opowieści troszeczkę bełkotali. No właśnie, to dlaczego, Marto, twoi bohaterowie nie bełkoczą?
[03:50:31] - Moi bohaterowie mówią też językiem stylizowanym niekiedy.
[03:50:34] - Niekiedy.
[03:50:35] - Tak, bo tutaj są różne poziomy zindywidualizowania tego języka.
[03:50:39] - Ale nie bełkoczą. Ja od razu, żeby państwu to zjawisko, zanim Martę dopuszczę do głosu, powiem o tym Conanie, bo tam naprawdę sięgnijcie państwo ze względów poznawczych chociażby warto, bo to jedyne w swoim rodzaju. Stopień, nie ma lepszego słowa, takiego bełkotu, który tam się wylewa z poszczególnych stron jest jednak spory. U ciebie to jest rzeczywiście jakaś stylizacja. To jest zrobione z wyczuciem, delikatnie, a nie tam. Tam jest naprawdę... Ja tego państwu nie oddam, bo nie mam nawet odpowiednich cytatów pod ręką. Sięgnijcie państwo. Wydawnictwo Alfa, lata 80. Na pewno się będziecie nieźle bawić.
Jeśli się tym językiem w ogóle potraficie bawić, to zaręczam, będzie przednia lektura. A teraz Marto, masz głos. Przepraszam.
[03:51:30] - Ja się momentami zastanawiałam, czy ten język nie będzie nawet zbyt stylizowany, dlatego, że współczesny czytelnik, zwłaszcza młodszego pokolenia, a trudno mi powiedzieć, w jakim wieku będą czytelnicy, którzy po tę powieść sięgną. Podejrzewam, że od 15 do 100.
[03:51:50] - Czego życzymy oczywiście.
[03:51:53] - W związku z tym mam takie do tej pory doświadczenie, że moje teksty są dosyć dobrze odbierane przez ludzi dojrzałych i troszeczkę się może odbić młodzież przyzwyczajona do takiego prostego, lekkiego, fanfikowego sposobu pisania. Ja lubię trudne słowa i to jest niekiedy piętnowana u mnie wada. Ostatnio zajmuję się też takim projektem. Jest wydawca zupełnie szalony, Wojtek Mieczysławski z nowo utworzonego wydawnictwa Terminus, który kochając absolutnie Roberta Holdstoka postanowił wznowić „Las ożywionego mitu”. Zobaczymy, co będzie dalej. Ja w tym momencie do tego „Lasu ożywionego mitu” napisałam posłowie i zostałam strasznie schłostana za użycie słowa „exemplum”. Bo jak tak można, kiedy jest zwykły, swojski, polski „przykład”? Po prostu kocham niesamowicie takie dziwne słowa. Natomiast rzecz jasna staram się ich nie nadużywać. Staram się o to, żeby tekst, tak jak mówisz, nie zmienił się w bełkot, żeby miał jakąś melodię, jakiś rytm.
Bo dla mnie też ważna jest warstwa słuchowa. Tekst musi mieć melodię. On musi być taki, żeby można było go usłyszeć.
[03:53:18] - Tak. I stąd nie spotkacie państwo jednak tego bełkotu, o którym mówiłem. Język jest potoczysty. A kiedy powiedziałaś o melodii języka, o tym, że to musi brzmieć, od razu pomyślałem o naszym rozmówcy, o Wiktorze, ponieważ to jest też wyznawca brzmienia. Brzmienia tego, co się napisze. To się tłumacz teraz, Wiktorze ty. Zostałeś wywołany niniejszym do odpowiedzi.
[03:53:49] - Brzmienie to już w tej chwili nie moja działka, ale Ivelliosa przecież.
[03:53:55] - Oj, wiesz dokładnie, o czym mówię. Ty zawsze cyzelowałeś swoje teksty. Jeszcze pamiętam, bo zahapałem się na końcówkę, że nawet coś razem napisaliśmy. Pamiętam właśnie, jak Wiktor sobie tak mówił te zdania, które układaliśmy. Bo myśmy rzeczywiście razem pisali niektóre teksty. Wiktor każde zdanie musiał sobie przepowiedzieć i posłuchać, jak to brzmi. I czasami było dobrze, a czasami było: „Czegoś mi tu brakuje”. Wtedy było poszukiwanie tego magicznego słowa, którego brakuje. Często kończyło się niepowodzeniem i wtedy należy wyrzucić całe zdanie i trzeba je zbudować od nowa. Może dobierając nawet zupełnie inne słowa do tego zdania.
Weź coś skomentuj. Powiedz, Wiktor, na ten temat, bo to jest ciekawe.
[03:54:54] - Oczywiście, była to świetna zabawa i świetna wprawka. Ja ze swej strony mogę powiedzieć, że ja, który mam naprawdę wyobraźnię i niezły polot , tam, gdzie ja się zatykałem, to Marek zwykle bez żadnego myślenia, nie powiem, że bez myślenia-
[03:55:22] - Dziękuję ci bardzo. Wiedziałem, że mogę liczyć na ciebie tak myślnie.
[03:55:26] - Tak. Bez żadnej w ogóle, takim machnięciem ręki załatwiał problemy. To znaczy Marek rzeczywiście potrafił rozwiązywać sytuacje. Te wszystkie węzełki gordyjskie rozcinać po prostu, żeby ich nie było. I chyba te teksty, które żeśmy napisali, to są przecież perełki, ale to my tylko wiemy.
[03:55:54] - Zdania są różne na ten temat, Wiktorze. Różne. Ale ja zapytam Martę w tej chwili. Rozmawiałem z redaktorem tej książki i on był pod ogromnym wrażeniem. Mówi, że rzadko trafia się tekst, który dostaje się do redakcji tak właściwie skończony. Tamten redaktor to się przy tym tekście za bardzo nie napracował. Sam to przyznawał. Oczywiście prześledził wszystko dokładnie i stąd się brało to jego ogromne wrażenie pieczołowitości, z jaką ty podchodzisz do pisania, do całości, że właściwie później nie dajesz szansy redaktorowi. To zapytam najprościej jak można: jak to się robi? Bo w tej chwili, zanim cię dopuszczę do głosu, to powiem tak: dosyć powszechne jest takie zdanie, że coś się jakoś tam zrobi, się napisze, się jakoś sklei te zdania, a resztę to niech redaktor zrobi, to będzie wtedy strawne.
U ciebie widać-
[03:56:59] - Jeśli mogę, Marku
[03:57:00] - ... zupełnie inne podejście. I tak nie dopuścimy Marty do głosu. Pogadamy sobie do 11:00.
[03:57:05] - Dobrze, dobrze. Jeżeli Wiktor chce coś powiedzieć, to...
[03:57:07] - Mów, Wiktor, mów.
[03:57:11] - Dokładnie na ten temat. Ja, czytając tę książkę, bardzo zwracałem na to uwagę i wiem doskonale, że nawet przy dobrze zredagowanych książkach zwykle dostaję zakwasy w szczękach po prostu, bo zawsze można coś poprawić. Ten taki redaktorski temperament w człowieku siedzi i tak dalej. W tej książce rzeczywiście, nie mówię, czy ona mi się do końca podobała, nie mówię, czy mi się język do końca podobał, natomiast nie byłem w stanie przyczepiać się w żadnym momencie zupełnie. Czytając jakąś stronę drugą, trzecią, czwartą, nie byłem w stanie przyczepić się do niczego. Ale Marku, to nie jest sprawa tylko redakcyjna. Albo ktoś jest pisarzem, albo nim nie jest.
[03:58:12] - Właśnie przytoczyłem.
[03:58:13] - Rumieni się w tym momencie. Rumieni się, nie widać.
[03:58:15] - Marta się rumieni, o czym zaświadczam. Natomiast tak, Wiktorze. Ale ja bardziej mówiłem o pewnych tendencjach Rynku pisarskiego. Jak to wygląda? Marta się z tych tendencji ewidentnie wyłamuje. To niech teraz się Marta tłumaczy.
[03:58:34] - Z jednej strony to rzeczywiście, powiem nieskromnie, faktycznie trzeba coś mieć takiego. Literatura to było coś, co mnie wciągnęło, od kiedy się nauczyłam czytać. Czytanie i pisanie to był zwyczajnie nawyk praktykowany latami i jakoś tak weszło. A z drugiej strony to jest krytyczny dystans wobec własnego tekstu. To jest też praktyka zawodowa, rutyna, bo sama jestem redaktorką, w związku z tym nie przepuszczam baboli we własnym tekście.
[03:59:07] - Jak podkreślasz na jednym ze swoich Facebooków, czyli tam, gdzie jesteś jaźnią autorską. Redaktorzyca-
[03:59:16] - Wredna.
[03:59:17] - Wredna.
[03:59:17] - Wredna redaktorzyca. Tak. Wredna redaktorzyca.
[03:59:20] - Czyli rozumiem, że ta wredność dotyczy nie tylko tekstów obcych, zewnętrznych, czyichś, ale również swoich.
[03:59:28] - Tak, ja jestem wobec własnych tekstów najbardziej surowym redaktorem. Ja jeszcze zazwyczaj poprawiam po redaktorze. W przypadku „Daraeny” to nie jest tak, że napisałam, przeczytałam jeszcze raz, poprawiłam drobne błędy i oddałam. Nie. To był tekst, przy którego tworzeniu poleciało do kosza jakieś 100 000 znaków. Poleciało na etapie pracy koncepcyjnej. Poszłam w jakimś kierunku, który potem mi się nie podobał. Spojrzałam po czasie na jakąś scenę i stwierdziłam: „Nie, absolutnie, to nie może tak być. Wywalamy, piszemy od nowa”. Pewne sceny były nawet przepisywane.
Było spojrzenie na kompozycję, jak to ma być po kolei ułożone. Pod kątem językowym też to było sprawdzane, chociaż akurat pisanie poprawne zwyczajnie nie wymaga ode mnie wysiłku. Mam nawyk, po prostu tak piszę. Natomiast jeżeli chodzi o stronę redakcyjną, po mnie rzeczywiście redaktorzy nie mają dużo pracy, bo ja sama robię sobie na kilku etapach poważną redakcję. Ale pamiętam, że zdarzały mi się takie przypadki, kiedy jedno opowiadanie, które poszło w jakimś czasopiśmie, wróciło właściwie czyste, bo korekta nie znalazła błędów. Pamiętam też taki przypadek, z którego się śmieję, ponieważ osoby, które wierzą w moce nadzmysłowe, które nami kierują przy pisaniu, komentowały to osobliwie. Ale to akurat nie chodziło o tekst literacki, tylko o tekst naukowy. Byłam na konferencji i zazwyczaj, kiedy się jeździ na konferencje humanistyczne, to jeździ się z przygotowanym tekstem, po czym się siada i głosem umierającego robota się ten tekst odczytuje.
[04:01:19] - Dlatego ja między innymi nie lubię konferencji naukowych, ponieważ ja tam najzwyczajniej w świecie przysypiam. Ja lubię, jak się pojawia ktoś, kto zerka w tę swoją kartkę, ale właściwie wygłasza to, co ma do powiedzenia. Tych najbardziej kocham, najbardziej ich lubię, bo przynajmniej wtedy słucham, co ma do powiedzenia. A właśnie ten głos umierającego robota, takie sączenie tekstu wprawia mnie w przysypianie.
[04:01:50] - Właśnie w sekcji wszyscy przede mną swoje teksty odczytali, a ja, ponieważ nie miałam co czytać, gdyż zwyczajnie miałam tylko notatki, stanęłam i tekst wygłosiłam. Sam fakt, że stanęłam, a nie siedziałam, że wygłosiłam, wywołał dyskusję. Później cóż, jakie losy konferencji. Długo nie działo się nic, po czym organizatorzy napisali do mnie, że jednak będzie publikacja i że jeżeli do ostatniego dnia miesiąca, już nie pamiętam którego, się wyrobię, to mogę ten tekst im do publikacji wysłać. Po czym oczywiście nie miałam na to czasu i dzień przed deadlinem stwierdziłam, że jednak to zrobię. Usiadłam i ogółem rzecz biorąc klepałam w klawiaturę 24 godziny z przerwą na sen, więc gdyby zliczyć godziny mojej pracy, to były 24 godziny. Jak napisałam ten tekst, to stwierdziłam, że zwyczajnie nie mam siły tego przeczytać nawet. Co mi się nigdy nie zdarza, wysłać tekst bez czytania. Ale stwierdziłam trudno, nie dam rady. To już mnie przekracza.
Wysyłam ten tekst, jaki jest, on wróci z korektą. Na pewno potem poprawię. Odleży się jakiś czas. Na pewno nie ma problemu. Wysłałam ten tekst, po czym za kilka miesięcy dostałam entuzjastyczną recenzję wraz z tekstem po korekcie. I w tym tekście, wyobraźcie sobie państwo, nie było ani jednego błędu.
[04:03:12] - Ku pamięci przynajmniej niektórym. Aczkolwiek mam pytanie, czy w takich momentach, bo my mówimy właściwie o produkcie, przepraszam za słowo produkt, ale o produkcie książkowym.
[04:03:24] - Książka jest produktem. Nie do siebie tak.
[04:03:26] - Tak, ale jednak staram się unikać, bo jednak mam pewien szacunek dla tego, co jest napisane. W każdym razie to jest jednak produkt, efekt końcowy. Natomiast czy zdarza ci się w szale twórczym, w zapamiętaniu pisarskim użyć słowa „był” — specjalnie przegnę — w pięciu zdaniach pod rząd? To specjalnie przegięcie. Może aż tak źle nie. Ale czy jakieś tego rodzaju, związane z tym, że piszesz i jesteś tak skupiona na tym, co piszesz, że pewne rzeczy związane z czystym podawaniem słów gdzieś się gubią, czy też nie? Czy też to kontrolujesz?
[04:04:10] - To znaczy jakiś lapsus, jakiś potworek językowy czasami mi się trafi. Przyznam, że jak czasami patrzę nawet na swoje wpisy na Facebooku, to widzę, że coś tam gdzieś mi się omsknęło. Więc to nie jest tak, że zawsze-
[04:04:23] - I się włącza redaktorzyca.
[04:04:24] - I się włącza redaktorzyca wredna wtedy. Natomiast Ja nie piszę bardzo szybko. Natomiast kiedy już się wciągnę i rozpiszę, to owszem, zdarzają mi się potem jakieś lapsusy, ale nie na tyle, żeby była to taka katastrofa, żebym się za głowę złapała. Ja też nie demonizuję tego. Każdy popełnia błędy. Czasami jestem zaspana, czasami mam jakieś zaćmienie umysłowe i się zdarzy błąd, z którego sama się potem śmieję, więc to jest normalne. Natomiast zdarzają mi się na przykład teksty, które nigdy nie opuściły szuflady albo nie opuściły notesów, w których je nabazgrałam, bo potem popatrzyłam, stwierdziłam: „Nie, to jest słabe i nie chce mi się nawet nic z tym robić. Do widzenia, do kosza. Nie puszczę tego dalej”.
[04:05:16] - A ja zwrócę wszystkim osobom piszącym uwagę na coś takiego — Marta o tym powiedziała — że ilość takich lapsusów, różnych dziwnych treści, które się pojawiają, jest ściśle związana z szybkością, z jaką piszemy. Marta powiedziała o tym, że jak się pisze w sposób taki nie na termin, pomijam ten jeden przypadek 24-godzinny, ale jak się pisze taki tekst literacki powoli, swoim tempem, to tam szansa na to, że gdzieś tam się pogubimy z własnym językiem jest mniejsza, niż gdy ciągniemy, bo mamy ten deadline. Mamy powiedzmy tyle i tyle dni do skończenia, a tam jeszcze zostało na przykład 200 000 znaków, a tu tydzień został i trzeba wpukać te 200 000 znaków w komputer. To szansa na to, że w tych 200 tysiącach będzie sporo takich dziwnych treści jest spora jednak, bo wtedy umysł się przestawia na zupełnie inny rodzaj pisania. Jest to wtedy rzeczywiście wpukiwanie treści w komputer, a to siłą rzeczy nie jest przyjacielem ładnego stylu czy też nawet po prostu poprawnego. Tam się dopiero mogą zdarzyć różne nowotwory, takie literackie.
[04:06:44] - I to jest bardzo ważna rzecz, Marku, którą powiedziałeś, bo ja widzę to po sobie, że ja po prostu takie pisanie na tempo, na liczbę znaków, na deadline to jest coś, czego ja zwyczajnie nie potrafię. Oczywiście zdarza się sytuacja, kiedy ktoś u mnie zamówi artykuł. Muszę ten artykuł napisać szybko. Okej, siadam i piszę, ale to jest tylko artykuł. Rozpisuję go sobie jakoś. Moje notatki do artykułów i do wykładów wyglądają tak, że można się złapać za głowę, ponieważ mają formę zupełnie nielinearną. Ja potrzebuję sobie wszystko rozpisać na papierze. I to nie, że piszę na papierze tak, jak pisze na przykład wspomniany tutaj Radek Rak, który swoje wspaniałe, absolutnie genialne powieści pisze ręcznie na papierze po prostu i potem przepisuje. Nie, ja potrzebuję komputera, potrzebuję pisać dwiema dłońmi, natomiast potrzebuję papieru, pióra, ołówka, żeby zrobić sobie coś w rodzaju absolutnie chaotycznej mapy myśli. I dopiero to jest punkt wyjścia do jakiegoś tam linearnego tekstu.
Natomiast z drugiej strony nie potrafiłabym tworzyć powieści zadaniowo na deadline, na wczoraj, bo po prostu to nie, żebym nie napisała. Napisałabym, ale byłabym z tego tak potwornie niezadowolona i to by było tak nie moje, że ja jednak potrzebuję dać mózgowi przestrzeń na to, żeby ten mózg mógł zwyczajnie pracować nad tym zadaniem. Kiedy się nad czymś zatnę, to wiem, że znacznie lepiej jest w tym momencie odpuścić, zacząć robić coś innego, niż się bezradnie wpatrywać w ten komputer, bo to nic nie pomoże. Po prostu mózg to jest bardzo nieposłuszne zwierzę. Mózg to jest taki kot, którego się za nic w świecie nie wytresuje. Mózg nie jest psem, tylko kotem i po prostu trzeba mu pozwolić chodzić własnymi drogami. Jest taki projekt, który polega na tym, że ludzie się skrzykują i piszą w jednym miesiącu. To jest bodajże w listopadzie. Mają napisać 50 000 słów. I to jest dla mnie projekt, do którego ja się nigdy po prostu nie wpiszę i nigdy się z czymś takim nie będę w stanie identyfikować.
Bo w momencie, kiedy ja klepiąc po nocach te 50 000 słów, to potem 40 000 wyrzucę. No i jaki jest sens?
[04:09:23] - 50 000 słów, proszę państwa, to jest około 10 arkuszy.
[04:09:27] - Taka już połowa przyzwoitej książki.
[04:09:29] - 10 arkuszy to tak około 400 000 znaków. Przeliczając te wyrazy teraz na znaki, to tak będzie coś koło tego. Niektórzy to takiej grubości książki piszą, więc to rzeczywiście miesiąc to jest wyzwanie. I rzeczywiście tego rodzaju problemy mogą się pojawić. Wiktorze, ty milczysz. Ty milczysz, wsłuchując się oczywiście w to, co mówimy.
[04:09:56] - Bo ja się rozgadałam.
[04:09:58] - Ale czy coś ci się tam rodzi w głowie?
[04:10:02] - To, o czym mówicie, to jest bardzo normalne. Przecież jak chłop musi przerzucić obornik, to też po prostu trzy tony, cztery tony musi przerzucić widłami. Tutaj nie ma żadnego gadania ani nadszypienia. I takie 50 000 czegoś tam to jest dokładnie przerzucanie gnoju widłami po prostu. Żadna sprawa, można to zrobić Trzeba czasami. Natomiast ja zwrócę uwagę wszystkim, bo miałem praktykę z Markiem przy warsztatach, przy tych warsztatowych sprawach, przy ABW, że nie tylko to tempo, ten pośpiech jest wymuszany przez terminy czy przez cokolwiek innego, czy przez pogodę. Przede wszystkim winą czasami pośpiechu jest zwyczajne natchnienie, czyli zapał, czyli furia twórcza. Furia twórcza bardzo często oślepia człowieka i dobrze jest, kiedy się już z tej furii twórczej wypadnie, wziąć to na chłodny rozum i przeczytać to ozięble, bez tego nabożeństwa na klęczkach, że tak powiem, jaki się piękny tekst napisało. A to się właściwie większości naszych przyjaciół, którzy do nas teksty nadsyłają, widać po prostu, że ludzie pisali w zapale, w natchnieniu. I tak szybko potem w tego i wysłali Markowi.
A tej drugiej strony roboczej, czyli tego-
[04:11:58] - Zabrakło chłodnego powiewu. Chłodnego powiewu zabrakło. Zdecydowanie. Czasami. Tak. A teraz ja mam jeszcze pytanie do ciebie, Marto. Mówiłaś o procesie twórczym, ale zapytam. Fabuła „Darajeny” jest złożona. Szukam słowa zawsze. Złożona.
Jak ty sobie te swoje fabuły układasz? Bo upraszczając, są dwie metody pisania długich, grubych książek, powieści. Albo ktoś ma początek, środek, koniec. Tak mniej więcej się orientuje, co będzie po drodze. To jest jeden typ osób, które piszą. A drugi typ to jest taki, który buduje sobie szczegółowe drabinki, takie scenariuszowe jak w filmie. Tam szczegóły, fragmenty dialogów są. Tam właściwie później się siada i rozpisuje to, co jest tym planem. Po prostu się pompuje tam to, co trzeba wpompować. I tak powstaje książka.
Którą z tych metod stosujesz? A może zupełnie inną?
[04:13:17] - Trudno mi powiedzieć. Natomiast zdecydowanie nie ta druga. Ja nie jestem osobą, która rozpisze sobie po kolei fabułę i później będzie realizowała od początku do końca pomysł, który się zrodził na początku. Nie. Ja po prostu niespecjalnie wierzę w takie byty jak natchnienie, w takie zjawiska jak natchnienie. Natomiast-
[04:13:37] - To słuchaj, tu jesteśmy w swoim gronie. My z Wiktorem też mamy takie dosyć oziębłe podejście do natchnienia.
[04:13:44] - I taki szał twórczy. Natomiast z drugiej strony wiem, że... Znaczy wiem. Właśnie nie wiem, bo nikt tego nie wie. Nikt nie wie do końca, jak pracuje ludzki mózg. I wiem, że proces twórczy to jest coś, co jest związane w dużej mierze z tym, jak się dogadujemy z własnym mózgiem. I trzeba znaleźć jakąś drogę, żeby się z tym mózgiem dogadać. Wiem jedno. Kiedy zaczynam pisać, nie mogę nie wiedzieć, dokąd zmierzam. Muszę wiedzieć, o co mi tak naprawdę chodzi i o czym ma być ta opowieść.
Przy czym muszę mieć taki z grubsza rys fabularny i taką bibliotekę zjawisk, skojarzeń, którym to obuduję. Natomiast po drodze jest wiele właśnie notatek, jakichś odgałęzień, z których potem rezygnuję. Albo fabuła po drodze pójdzie mi w jakąś stronę, która nie do końca mnie będzie zadowalała. Albo coś napiszę, a później dojdę do wniosku: „Nie, to jednak było płytkie. To nie tak. To nie tak, co sobie wymyśliłam i muszę to wykasować, pisać od nowa, bo wiem, że to, do czego zmierzam, leży jednak trochę gdzie indziej”. To jest taki proces troszeczkę, porównałabym to bardziej do szkicowania mapy, do żeglugi, do odkrywania nieznanych lądów.
[04:15:05] - Czy twoi bohaterowie cię zaskakują w trakcie pisania? Ja często to pytanie zadaję osobom piszącym. To taka moja mała obsesja, że bohater czasami robi coś w trakcie twojego pisania, co cię zaskakuje. Nie spodziewałaś się po tym bohaterze, że tak się zachowa, ale to wynika z logiki tego, co piszesz i on się po prostu tak musiał zachować. Ale czy cię twoi bohaterowie czasami zaskakują?
[04:15:32] - Tak, zdarza im się. Aczkolwiek w przypadku „Darajeny” nie potrafię w tej chwili podać konkretnego przykładu. No bo właśnie jesteśmy na tej granicy rozmawiania o powieści, ale nie rozmawiania o treści, żeby nie spoilerować. Natomiast powiedzieć mogę, że się pojawia taka postać o imieniu Faenira. Ona jest nazywana półboginią, szamanką drzewa i to jest postać, która w dużej mierze fastryguje tutaj tę fabułę, spaja cały ten świat i jej rola rzeczywiście bardzo mocno się rozrosła. Ona tutaj jakoś wylazła mi z kąta i zaczęła mi rozstawiać różne rzeczy po kolei. Także takie rzeczy się zdarzają. Natomiast tak jak wspomniałeś wcześniej o tych metodach pisania, ja rzeczywiście mam rozgrzebany taki tekst, w którym próbowałam złączyć różne wątki. I próbowałam, ponieważ to miało pewną fabułę, taką parakryminalną, jeszcze dziejącą się w kilku światach, więc stwierdziłam, że absolutnie zginę, jeżeli sobie tego nie rozpiszę. Rozpisałam, po czym ten tekst po prostu umarł śmiercią naturalną.
Mam napisany cały duży kawał, ale nigdy tego nie skończę, ponieważ to pisanie schematyczne było tak martwe, że w pewnym momencie umarł mi ten tekst. Nie jestem w stanie go ożywić.
[04:16:59] - Zadam pytanie. Potrzebuję odpowiedzi na to pytanie do następnego pytania. Jak długo trwało pisanie książki, o której dzisiaj rozmawiamy?
[04:17:12] - Około roku.
[04:17:15] - Właśnie. I to mi było potrzebne, żeby zapytać, bo Stephen King, którego jedni traktują jak literackiego półboga, drudzy mają nieco odmienne zdanie na ten temat. Tu nie będziemy tego rozstrzygać. Natomiast on w pewnym momencie, kiedyś wśród różnych przepisów, jakie podaje na pisanie, mówił o tym, że książkę najlepiej jest pisać przez kwartał, czyli jak się ją zaczyna na początku wiosny, to skończyć ją pod koniec wiosny. Kwartał, trzy miesiące. On to uzasadniał tym, że też nie wierzy specjalnie w natchnienie, ale wierzy w to, że jest pewne napięcie, które pisarz przeżywa, ma je w sobie, tylko że ono z tego pisarza po trochu wycieka i jak za bardzo rozszerzy ten czas pisania, się za bardzo rozwlecze, to napięcie ucieknie i ten tekst przestanie go kręcić, przestanie być dla niego ważny. On po prostu ucieknie mu. Jak ty się odnosisz do tych rad Kinga? Bo tu wynika, że jednak nie kwartał, tylko cztery kwartały i to w dalszym ciągu kręciło cię, skoro skończyłaś i w dodatku puściłaś to w ludzi, czyli dalej kręciło.
[04:18:43] - Pierwszy mój komentarz będzie prozaiczny. King z tego żyje.
[04:18:46] - No tak, rzeczywiście. To prawda.
[04:18:47] - Więc on sobie może pozwolić na to, żeby inne zadania sobie oddalić, bo to jest jego podstawowe zadanie ukończyć tę książkę, więc siada, pisze ją w kwartał. Nie ma tutaj problemu. Nie wiem właściwie, ile czasu zajęłoby mi pisanie powieści, gdybym się mogła zająć tylko tym bez prozaicznych aspektów. Natomiast przypuszczam, że mogłoby się zdarzyć tak, że pisałabym kilka książek jednocześnie, bo ja się muszę przerzucać. Jak jestem czytelniczką, jak to mawia Tadeusz Krajewski poligamiczną, nie jestem książkową monogamistką, nie czytam jednej książki od początku do końca.
[04:19:23] - To z pisaniem podobnie, rozumiem. Mogłoby być.
[04:19:27] - Akurat z pisaniem podobnie. Jeżeli chodzi o pisanie „Derenu”, to nie pamiętam, czy jakieś opowiadania ją przerwały, czy nie. Natomiast tutaj i tak ten proces postrzegam jako zwarty, bo nic mi bardzo nie przeszkadzało. Oprócz życia jak to bywa. Natomiast rzeczywiście zaplanowałam sobie ten czas jako krótszy. Potem pewne koncepcje wypączkowały. Jednak zajęło mi to więcej czasu, ale faktycznie, kiedy ma się czas na pisanie, to dobrze jest w ten świat wsiąknąć. Wrócę znowu do tego przekonania o tym, jak pracuje mózg. Po prostu kiedy się pisze systematycznie, to mózg cały czas pracuje nad tym procesem, jakim jest pisanie. Natomiast rzeczywiście długa przerwa może oderwać od tego i sprawić, że się musi wracać z powrotem do tego.
[04:20:42] - Cóż, ja mam taką propozycję, żebyśmy posłuchali pierwszego fragmentu przygotowanego przez Martę, żeby się państwo jakoś w ten świat zagłębili, wciągnęli. Marku, prosimy.
[04:20:59] - Preludium. Deren Tinkre. Huknął grzmot. Świeca zamigotała i zgasła. Deren Tinkre wzdrygnął się, gdy zapadła ciemność. Świeciło tylko blado próchno drzewnej dziupli, w której siedział. Drżącymi rękami namacał krzesiwo i hubkę. Po wielu próbach wreszcie udało mu się skrzepać iskrę i zapalić knot. Płomień zamigotał nad kartami starej księgi. Deren westchnął.
Potarł swoje duże, odstające uszy, z których jedno położone było nieco wyżej od drugiego. Poczochrał nijaką płową czuprynę. Zamrugał powiekami, uszczypnął się w piegowate policzki. Wiedział, że jeśli nie nauczy się nazw wszystkich dawnych krajów Midik Brasilu, mistrz Pankrat po powrocie wygarbuje mu skórę. Wpatrzył się w zawiłą mapę usianą falistymi liniami granic, wymyślnie kaligrafowanymi nazwami miast, rzek i gór, zdobioną na marginesach rysunkami przedziwnych zwierząt. Odwrócił kartę i powiódł palcem po literach. Każdą z krain krótko opisano i Deren, który nie był nigdy dalej niż kilka mil od swojego miasteczka, zagłębił się w gąszczu tajemniczych nazw brzmiących jak zaklęcia. Harat, Ternajos, Vendris, Melvia, Elantris i na końcu ledwie widocznym pismem zagubiona pośród gęstego ornamentu jeszcze jedna budząca dziwną tęsknotę nazwa Vatnahara. Chłopak sylabizował bezgłośnie, poruszając ustami. Harath Melvia Vatnahar.
Nic z tego. Nazwy tajemniczych krain przelatywały przez jego pamięć bez zatrzymania, traktując czystą kartę umysłu jako niegodne siebie lokum. Po wielu chwilach bezowocnej nauki karta ta wydawała się równie czysta jak wcześniej. Prawda była taka, że Deran Tincre był zarówno niezbyt atrakcyjny, jak i nieodwracalnie tępy. Połączenie tych cech skłoniło jego rodziców do wysnucia wniosku, że nie będzie z latorośli pociechy w interesach, a wżenienie syna w jakąś szanowaną rodzinę również może okazać się trudne. Postanowili zatem oddać go na naukę do mędrca, licząc na to, że albo przybędzie mu rozumu, albo po prostu pozbędą się kłopotu. Mędrzec, jak to mędrzec samotny i niezamożny, przyjmie z pewnością ucznia w zamian za cotygodniowy kosz suchego prowiantu. Mistrz Pankracy Majus rzeczywiście nie odmówił, choć Tincre nie miał pojęcia, co go do tego skłoniło, bo cieszył się sławą człowieka nieprzekupnego, a na przyszłym uczniu wszak poznać się musiał na pierwszy rzut oka. Deran nie zastanawiał się, czy chce być oddany na naukę. W gruncie rzeczy wolał to od sukienniczego kramu ojca, od miar i rodzajów płócien, których nigdy nie mógł rozróżnić i tajemniczych kolumn cyfr, których nie potrafił policzyć, choćby nie wiadomo jak długo mu te rachunki tłumaczono, a także od kija, którym okładał go niekiedy zdesperowany rodzic.
Mistrz zamieszkiwał starą dziuplę w ogromnym, wypróchniałym od środka drzewie. Sama dziupla wydawała się jednak niewiele mniejsza od domu jego rodziców. Jej ściany, poczerniałe i pokryte kopciem od świec, wznosiły się w górę, tworząc ciemne, lecz wysokie sklepienie. W środku znajdowały się proste posłania z mchu i wrzosów nakryte skórami, jedna skrzynia na ubrania i księgi oraz niski stolik, przy którym mistrz siadał na kulawym stołku, a Deran wprost na ziemi i trochę domowych sprzętów. Do mroku i niewygód chłopak szybko przywykł. Trudno mu było jednak przyzwyczaić się do innych mieszkańców dziupli. Nie było co prawda ani jednego nietoperza, ale po ścianach pełzały niekiedy wielkie jak jego przedramię białe gąsienice, lekko świecące w ciemności i pozostawiające po sobie krople białego soku. W najdalszym od wejścia miejscu spał natomiast Owler, ogromny puchacz, tylko o pół głowy niższy od Derana. Był już wiekowy, nie ruszał się zatem zbyt często. Od czasu do czasu tylko zrywał się błyskawicznie i kłapał dziobem, gdy do dziupli zapuściła się nieostrożna polna mysz lub wiewiórka.
Poza tym drzemał, a jego napuszone poszarzałe pióra lekko drgały i poruszały się wraz ze spokojnym oddechem. Chłopak początkowo straszliwie bał się Owlera, bo widok jego zakrzywionego dzioba i potężnych szponów mógł istotnie przyprawić o ciarki. Z czasem przekonał się jednak, że choć ptaszysko miewa swoje humory, na ogół jest zupełnie niegroźne. Ba! Nie tylko chroni przed gryzoniami, ale zapewnia również miłe ciepło w chłodne noce. Stopniowo więc lęk przechodził w nieśmiałą sympatię, aż w końcu Deran zaczął wypłakiwać w puszyste pierze puchacza wszystkie swoje porażki. Okazało się bowiem, że u mistrza Pankracego nie było co prawda płócien, miar i rachunków, ale kije i pełne rozpaczy wyzwiska bynajmniej się nie skończyły. Zaś sam nauczyciel, starzec suchy jak wiór, niekiedy trząsł się, ślinił i bełkotał, a niekiedy odzyskiwał jakby cudem pełnię władz umysłowych, przyszpilał Tincrego sępim spojrzeniem i recytował jakieś mądrości, z których potem bardzo długo chłopaka odpytywał. Ponieważ uczeń nie był w stanie tych opowieści zrozumieć, a co dopiero spamiętać, zwykle kończyło się to kijami. Pankracy Majus nie miał jednak tyle siły co ojciec i tu przynajmniej Deran gratulował sobie w myśli zmiany na lepsze.
Na pokaz oczywiście krzyczał i płakał. W innych przypadkach nauki polegały po prostu na tym, że mistrz zdejmował z półki jedną z ksiąg, otwierał ją, podobnym do szponu paznokciem, zaznaczał właściwy fragment i oczekiwał, że po jego powrocie Tincre popisze się wiedzą. Czasem mimochodem rzucał jakieś słowo, zadawał temat. Najczęściej jednak po prostu zostawiał chłopaka sam na sam z zadaniem i Deran powoli sylabizował zdania z księgi, natychmiast zapominając, co przeczytał. Chłopak westchnął jeszcze raz, poczochrał czuprynę, pociągnął się za uszy, co zawsze pomagało mu w koncentracji. Wpatrzył się w litery oświetlone migoczącym płomieniem świecy. Zdawały się złośliwie wykrzywione i koślawe. Na zewnątrz huknął kolejny grom i z nieba popłynęły strugi ulewnego deszczu. Owler zahuczał cicho, wstrząsnął piórami, kłapnął dziobem. Deran obejrzał się zaniepokojony, ale ptaszysko sprawiało wrażenie pogrążonego w głębokim śnie.
Być może śnił mu się nocny lot i polana pełna tłustych myszy. Któż to mógł wiedzieć? Zrezygnowany chłopak przewrócił stronicę i ku swojemu zdziwieniu zobaczył rysunek. Ktoś nakreślił piórem parę linii, które wydawały się dziwnie żywe, jakby pełzające w migoczącym świetle świecy, ledwie zarysowane, lecz przy bliższym przyjrzeniu się straszliwie wyraźne. Kolor też położono na szybko, zupełnie inaczej niż w starannie iluminowanych incipitach manuskryptów. Na stronie księgi widniały dwie sylwetki u wejścia do mrocznej jaskini. Pierwsza była kobietą o czerwonych oczach, małych, skórzastych, nietoperzych skrzydłach i włosach zbitych w strąki uniesionych jakby niewidzialnym wiatrem lub wodą. Jej prawa dłoń, ozdobiona pierścieniem wysadzonym koralami i perłami, zaciskała się na piersi, przytrzymując szarą szatę, jakby utkaną z wodorostów i olbrzymich pajęczyn. Ta ręka była normalna, niemal ludzka, ale między palcami jej lewej dłoni wyrastały szare błony. Po plecach Tyrana przewędrowały mrówki niewidzialnej grosy.
Zdawało mu się, że to nie on patrzy na rysunek, lecz naszkicowana kobieta przygląda się jemu, mrużąc złowieszczo oczy. Druga postać wydawała się ledwie dziewczynką, małą i drobną, z ogromnymi oczami i hardo uniesioną w górę spiczastą brodą. Czarne włosy miała ucięte krótko i nierówno. Ubrana była w postrzępioną tunikę i nogawice, a na nogach miała dziwne, ciężkie, sznurowane buciory. Prawa podeszwa, zauważył ze zdziwieniem Tinkre, była wyraźnie grubsza od lewej. I nagle chłopak zrozumiał, na co patrzy. Tę historię opowiedział mu kiedyś mistrz Pankracy, co drugie zdanie klnąc pod nosem i spluwając ze wstrętem w palenisko. Podochocił sobie wtedy grzanym miodem i naszło go na jakieś wspominki. Z powtarzanych nieregularnie nieskładnych gawęd magistra nieszczęsny uczeń wyrozumiał tyle, że coś tam się przed Czasem Wichrów stało. Jakieś tąpnięcie, osunięcie się w przepaść, upadek miasta, kraju, ludu czy królestwa, a właściwie licho wie czego.
Opowieść ta miała swoich bohaterów. Tinkre rozpoznał więc teraz bez najmniejszego wahania, że niezwykły rysunek w księdze przedstawia szamankę Drzewa, Faenirę. A ta druga czarnowłosa dziewczynka to była Daraena de Navendorm, niesławna księżniczka Ventris, obciążona ponoć jakąś wielką winą. Magister Pankracy Maius przejawiał na punkcie Daraeny de Navendorm coś w rodzaju obsesji. Głosił na jej temat płomienne kazania, potępiał ją, grzmiał, oskarżał, rozbryzgując przy tym kropelki śliny. Oskarżał ją o samowolę, pychę, brak przynależnej jej stanowień godności. I, co wydawało się Tyranowi zupełnie absurdalne, twierdził, że to ona zniszczyła świat. Tinkre nie miał pojęcia, jaka relacja wiąże księżniczkę Ventris z wydarzeniami, od których zaczął się Czas Wichrów. To wszystko działo się na długo przed jego narodzeniem. Nie miał też pojęcia, jakim cudem ten straszny kataklizm mogłaby sprowadzić jedna chuderlawa dziewczynka.
Pomiędzy opowieściami a oskarżeniami i klątwami miotanymi przez Pankracego Maiusa nie było żadnego powiązania, albo też chłopak przy swojej umiarkowanej bystrości nie umiał go dostrzec. Mistrz zwyczajem starych ludzi wyrzucał z siebie nijak nieuporządkowane strzępki opowieści, a potem wymagał, żeby uczeń zrekonstruował ją w całości i w logicznym porządku. Tinkre nie był w stanie. Stała się jednak rzecz paradoksalna. Im więcej nienawistnych słów o Daraenie słyszał z zaślinionych i bełkoczących ust mistrza Pankracego, tym bardziej ją w głębi serca kochał, podziwiał i wielbił.
[04:32:40] - No proszę państwa, może to nie jest najkrótsza audycja, ale też nie będzie się zaliczać do jakichś szczególnie rozwlekłych. Chociaż i tak, jak patrzę na minutaż, to i tak budzi szacunek. To tak, jak słyszycie państwo, przygotowuję się powoli do zakończenia, ale przed każdym zakończeniem oczywiście musi być rozmowa z Piotrem Plebaniakiem. Po prostu myślimy o tym, jak budować i jak niszczyć imperia. Myślimy po raz kolejny. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[04:33:41] - Dzień dobry. Jak zwykle pozdrawiam słuchawki.
[04:33:43] - My tak często rozmawiamy o pogodzie, panie Piotrze, ale dzisiaj mam podwójną motywację. Poza tym, że trzeba zagadać, to u nas po prostu upały. Ja nie wiem, czy pustynne, czy dżunglowe, ale po prostu 35 stopni w cieniu to jest drobiażdżek. Jak tam u pana?
[04:34:04] - U mnie co chwilę deszcze i to intensywne deszcze. Takie, że człowiek wychodzi, zdejmuje płaszcz przeciwdeszczowy do jeżdżenia na motorze, a za dwie minuty musi zakładać z powrotem, bo znowu fala kolejna i to wiadrami dosłownie leje.
[04:34:16] - To co by pan wolał? Nasze 35 czy-
[04:34:20] - Przeczekać, przeczekać, bo to El Niño jest odpowiedzialny za tegoroczne anomalie pogodowe praktycznie na całym świecie. To znaczy oceany w znacznie bardziej intensywnym stopniu oddają ciepło do atmosfery. W związku z tym robią się różne skrajne, ekstremalne rekordy temperaturowe, rekordy opadowe i tak dalej. Zawsze chciałem na pustyni Atakama być w czasie właśnie El Niño, kiedy pustynia rozkwita. Rozmawiałem z osobą, która pracowała w naszym polskim obserwatorium astronomicznym. Zresztą jest to wspomniane w „Siłach psychohistorii” I podobno pustynia w ciągu dosłownie jednego czy paru dni zmienia się w rajski ogród, co wygląda niesamowicie dla osoby, która jest przyzwyczajona do tego, że tylko suche skały i piach.
[04:35:00] - Wow, są jeszcze cuda na świecie. No dobrze, panie Piotrze, my dzisiaj mamy regułę, czy też prawidło, które na pewno jest spore, jeśli chodzi o objętość, o ilość słów. To ja szybciutko zacytuję: „Religia nie jest zbiorem zabobonów. Jest pakietem narzędzi stworzonych do misji cywilizacyjnej udomawiania istot ludzkich wedle określonego wzorca formatowania cywilizacyjnego. Jest też najskuteczniejszym znanym ludzkości generatorem wspólnego mitu i mitu motywującego. To dlatego system religijny jest podstawowym celem agresji ideologicznej, kampanii zwalczania konkurencji”. Panie Piotrze, głos należy do pana.
[04:35:51] - To dzisiejsze prawidło jest podsumowaniem wszystkiego tego, o czym mówiliśmy poprzednim razem. Przepraszam, bo tak naprawdę nie wiem, kiedy to było emitowane. Natomiast religia: wszyscy narzekają, że to ciemnota, zabobon, to średniowiecze albo jeszcze bardziej nawet starożytność. Natomiast ludzie tacy nie biorą pod uwagę pewnych socjologicznych i psychologicznych aspektów religii. Socjologicznych i antropologicznych, to znaczy takich, zgodnie z którymi religia jest systemem kontroli społecznej i ci, którzy zarządzają tą religią w danej społeczności, dbają za pomocą nakazów i zakazów religijnych o to, żeby ta społeczność przetrwała. I te parametry przetrwania wymienialiśmy wielokrotnie i do znudzenia niemalże. Natomiast należy je powtórzyć teraz. Chodzi o rozrodczość. Tutaj nie tylko mogę się odnieść do książki „Siły psychohistorii”, z której wzięliśmy to prawidło, ale właśnie z prawideł geopolitycznej gry o przetrwanie. Rozrodczość i gradient rozrodczości w rozmaitych obszarach kuli ziemskiej naszego świata w tej chwili jest taki, że migracje, czy to zarobkowe, czy to jakiekolwiek inne, następują z państw bardziej religijnych do mniej religijnych, dlatego, że brak religii, czyli brak przymusu, bo religia jest systemem przymusu zakazowo-nakazowym: to wolno robić, tego nie wolno robić i tak dalej.
Natomiast religia co prawda jest to przymus, który jednostkom i indywiduum dążącym do własnych egoistycznych potrzeb, zaspokojenia własnych zachcianek jest to bardzo nie w smak. Natomiast efektem ubocznym, że tak powiem, tego przymusu jest to, że rodzą się dzieci. To znaczy kobiety są poddane presji czy to najbliższej rodziny, czy otoczenia. Trzeba wyjść za mąż i zrobić te dzieciaki i je wychować, żeby były produktywnymi członkami tej społeczności. Pisząc właśnie te geopolityczne prawa przetrwania, doszedłem do wniosku, patrząc po prostu na statystyki, że warto kogoś zagiąć, jeżeli ktoś się nie zgadza z tym, co przed chwilą powiedziałem, to proszę wskazać ruch migracyjny, jakąś tendencję migracyjną, która następuje z krajów bardziej zlaicyzowanych do bardziej religijnych. Nie istnieje taki. Jak ktoś znajdzie, to bardzo proszę o przykład. Chętnie zamieszczę jako przypis w jakimś wznowieniu książki, dlatego, że po prostu nie ma czegoś takiego. Więc po pierwsze religia zapewnia biologiczne przetrwanie w tym zakresie, że zmusza do tego, żeby ludzie się rozmnażali, rodzili, wychowywali dzieci, bo zawsze to psuje karierę kobietom czy mężczyznom, zawsze to jest niedospanie. Na przykład ja bardzo dotkliwie odczuwam problemy z niedospaniem przy opiece nad nowo narodzonym dzieckiem.
To jest jedno. Natomiast nie wiem, czy ma pan jakieś pytanie. Zaraz, trzeba było uściślić.
[04:39:03] - Nie, no jeszcze nie, chociaż się czaję do skoku, ale to zostawmy sobie na później.
[04:39:09] - To drugi w takim razie taki podpunkt. Religia jest czynnikiem wzmagającym i pozwalającym skalować w górę ultrakooperację. Tu muszę odwołać się, znaczy muszę, bardzo chcę oczywiście, bo wymienię znowu tytuł książki, do której kupienia zapraszam. Natomiast religie abrahamowe, czyli religie, które pojawiły się na Bliskim Wschodzie, na czym polegają? Na tym, że społeczność można powiększać w najbardziej praktycznym sensie. Można powiększać nie poprzez właśnie prokreację i rodzenie dzieciaków i przekazywanie im na drodze rodzic-dziecko wszystkich tych wartości kulturowych tożsamości i gotowości do obrony tych wartości, czyli poświęcenia życia w obronie tej społeczności. Ale właśnie społeczność można skalować w górę nie tylko poprzez mechanizm etniczno-rodzicielski, ale poprzez nawracanie. I proszę zobaczyć, co się dzieje. Społeczności, które potrafią nawracać, są o wiele bardziej ekspansywne, mają większą zdolność rozrastania, wzmacniania swoich szeregów niż społeczności, które bazują tylko i wyłącznie na ekskluzywności, czyli tylko z urodzenia można być takiej społeczności członkiem. I tutaj mamy bardzo duży problem judaizmu, dlatego że on nie ma szans skalowania w górę, ponieważ jest inkluzywny, bo Żydem zostaje się czy też wyznawcą religii mojżeszowej, czy jakkolwiek to nazywamy żartobliwie, czy z przymrużeniem oka, czy tam z jakimś mrugnięciem innym.
Oni się skalują tylko i wyłącznie przez drogę prokreacyjną. Natomiast muzułmanie nawracają, prawda? Albo się do nas przyłączysz, albo ci zetniemy łeb. No, chrześcijanie robili generalnie trochę podobne rzeczy. To nie jest do końca pozytywne, ale nie jest do końca pozytywne z punktu widzenia ofiar. Powiększamy naszą siłę poprzez nawracanie, a nie tylko poprzez ten mechanizm rodzicielski, biologicznego spładzania i wychowywania nowych członków. Religia jest punktem, jest mechanizmem zwiększania tej ultrakooperacji, czyli powiększania tej grupy, która potrafi kooperować w zakresie swojej własnej objętości, co daje przewagę konkurencyjną nad grupami, które nie mają takiego mechanizmu pozwalającego na zwiększenie populacji wyznawców, a jednocześnie to się przekłada na liczebność armii. I w siłach psychohistorii, to jest jeden z najbardziej fascynujących, moim własnym zdaniem autora fragmentów. Są dwa przykłady wzięte z Nowej Gwinei, czyli takiej wyspie na północ od Australii. Tam były rozmaite plemiona, ale skupię się tylko na jednym przykładzie.
Rozmaite plemiona w rozmaitych konfiguracjach walczyły ze sobą. Była pewna grupa plemion, grupa wiosek mówiąca swoim własnym narzeczem, mająca swoją własną tożsamość i religia była tam, to było takie jak gdyby protoreligia, religia animistyczna. Polegała na tym, że każdy ród w takiej wiosce miał swoje własne bóstwo, modlili się tylko do niego. Ten ród, który zajmował drugą część wioski, czy trzecią, czy czwartą miał każdy swoje. W związku z tym mechanizmy jednoczące polegały na tym, że ofiarę musiał składać ktoś spoza tej grupy, w której odprawiana była ceremonia. Czyli jak było te kilka rodów, to one się jak gdyby wymieniały w czasie ceremonii i jakoś ta kooperacja następowała. Czyli nie było religijnego impulsu do tego, żeby tą ultrakooperację zwiększyć. Natomiast nastąpiła presja innowacyjna z zewnątrz, że tak powiem, w postaci inwazji sąsiedniego ludu, który miał silniejszych bogów. W tym sensie, że po prostu ci dokonujący inwazji zaczęli wygryzać tamtych naszych biedaków niezorganizowanych w jedną silną społeczność pod jedną religią. I co się stało?
Ci, którzy ulegali tym atakom, oni pożyczyli sobie tych bogów od swojego agresora. I teraz uwaga, o ile ten agresor to była pewna grupa, te bóstwa, które były czczone, one były też na poziomie rodowym. Natomiast jedno z tych bóstw rodowych zostało zaabsorbowane przez ofiarę inwazji, przez ten lud będący ofiarą inwazji. I ten bóg rodowy u agresora, u całego tego ludu stał się bóstwem dla całego ludu. I teraz co nastąpiło? Nastąpił taki moment ewolucyjny w ewolucji kulturowej oczywiście, bo o takiej mówimy, w którym jest takie ogniwo przejściowe między małpą a człowiekiem, a tu mamy takie przejście między tą religią animistyczną o bóstwach ściśle rodowych do religii ogólno, pewnej podgrupy etnicznej czy grupy tożsamościowej. Trudno nawet to nazwać dlatego, że nie ma dobrze określających to wszystko słów, ale myślę, że to jasno wyraziłem. Pewna grupa wiosek miała jakąś własną, odrębną tożsamość i nazywa się to ludem, po angielsku people. Wracając do wątku. Co się stało?
Ci obrońcy dzięki temu, że zaczęli czcić, wyznawać tego jednego silnego boga, byli w związku z tym w stanie zorganizować się lepiej do tego, żeby odeprzeć tą inwazję i tą inwazję odeprzeć im się udało. Więc koniec cytatu. To jest przykład, nie pamiętam w tej chwili z głowy nie wyciągnę nazwiska autorki, natomiast jest ona zdecydowana w przypisach w „Siłach psychohistorii”, która napisała fascynującą książkę między innymi na temat właśnie tej wojny i wielu innych wojen, potyczek i aktów ewolucji kulturowej, jaka miała miejsce na Nowej Gwinei w połowie mniej więcej XX wieku. Natomiast to, jaką naukę powinniśmy wyciągnąć, to właśnie to, co powiedziałem na początku jako tezę i potem podając przykład właśnie z Nowej Gwinei. Religia integruje. Religia integruje do zachowań kolektywnych i religia pozwala skalować ten cały kolektyw, całą społeczność w górę. I taką rzecz dokonał Kościół. Dobra, nie wiem, jak to się mówi, ale Kościół katolicki dzięki właśnie temu, że stworzył pod nawiasem wspólnoty chrześcijańskiej na przełomie pierwszego i drugiego tysiąclecia, Kościół katolicki był w stanie stworzyć, powołać do życia ruch krucjatowy, który co prawda nie doprowadził do odbicia kompletnego Ziemi Świętej z rąk muzułmanów i w ogóle całego tamtego obszaru, ale szło nam całkiem dobrze. Proszę zobaczyć, że cała ta mobilizacja, już nie chcę cytować, coś w stylu Sapkowskiego, z „Prostego języka”, w którym żyć i pić się rymuje. Natomiast wszystko to miało miejsce dzięki religii.
Tak samo inwazje islamu od strony Półwyspu Iberyjskiego, czyli od strony Hiszpanii i Portugalii i od strony tureckiej. Wszystko to byliśmy w stanie odeprzeć jako Europejczycy. Mniej czy bardziej pasuje te słowo jednoczące nas pod jakimś wspólnym sztandarem, ale właśnie wtedy, kiedy broniliśmy się przed inwazją islamu, wtedy właśnie religia pozwoliła nam zmobilizować się. Przecież Sobieski po co? Oczywiście to była potrzeba strategiczna, bo jak Austria i Wiedeń padnie i cały tamten obszar zostanie przechwycony przez Turków, to następna będzie Polska, więc to było strategiczne, ale proszę zobaczyć, pod jakimi sztandarami mobilizowano żołnierzy, robiono zaciągi. Do tego, żeby tą armię z odsieczą, armię husarską wysłać pod sztandarem religii. Mówiliśmy o dwóch książkach antropologicznych na temat Nowej Gwinei i à propos Bliskiego Wschodu. Natomiast absolutnie fenomenalną wiedzę na temat, o którym teraz rozmawiamy, znajdziemy w książce Petera Turchina pod tytułem „Wojna i pokój i wojna”, a także jeszcze lepszej, moim zdaniem, książki o tytule, który wystarczy za całą książkę, tak jest sprytnie sformułowany, ale dokładnie w podtytule, czyli: „Jak 10 000 lat wojen sprawiło, że homo sapiens stał się najlepszym kooperatorem na planecie Ziemia”. Trochę przeinaczyłem w przetłumaczeniu, natomiast sens jest dokładnie taki. Jednym z tych czynników, które pozwala społeczności rosnąć, czyli zwiększać pośrednio liczebność armii, która mogła być wystawiona w pole przeciwko inwazji.
Jednym z tych głównych mechanizmów jest właśnie religia. Im bardziej monoteistyczna, im bardziej restrykcyjna, im bardziej zmuszająca ludzi do tego, żeby funkcjonowali nie na rzecz swoich indywidualnych, samolubnych kaprysów, ale byli zdolni mentalnie do poświęcania się na rzecz społeczności, to takie religie dają przewagę. W związku z tym, jeżeli ktokolwiek chce zaatakować, już zbierzemy do końca Europę czy Amerykę, czy świat Zachodu ogólnie licząc, czy też białego człowieka jako głównego mieszkańca terenów zajętych przez zachodnią cywilizację, mimo domieszek etnicznych, które są w bieżącej chwili. Gdybym ja chciał zaatakować na przykład, albo gdybym został zatrudniony, powiedzmy przez Tajwańczyków, ale i przez Katarczyków, przez Rosjan, tu można wymieniać rozmaite nacje, które chcą zrobić kuku Zachodowi czy też chrześcijanom. Gdybym ja był doradcą, to pierwsze, co bym zrobił, to powołał taki międzynarodowy wydział czwarty. Już nie czterdziesty, tylko czwarty, bo pamiętam przyganę z Tanamarka, mnie poprawił, bo ja nie pamiętałem tego nazwy. Wydział czwarty to jest wydział do walki z Kościołem wywiadu Służby Bezpieczeństwa PRL, czyli naszego poprzedniego reżimu. I będąc na tym stanowisku doradcy, kazał wypikać, czy rozwalić? Już powiem, trudno. Kiedyś będziemy pikać, może wprowadzę takie urozmaicenie jako pomysł naszej zmiany formuły.
Więc jako doradca kazałbym zniszczyć wszystko, co jest związane z religią jako pakietem instrumentu sterującego mentalnością ludzi i pozwalającą im się jednoczyć przeciwko jakiemuś wspólnemu wrogowi. Czyli to nie tylko atak powinien być tajny, niemożliwy do zdefiniowania i określenia, że to jest atak, a nie jakieś zjawisko naturalne. Na przykład naturalne zjawisko demograficzne polegające na tym, że kobiety nie chcą rodzić dzieci. Tego typu trendy społeczne, demograficzne, tendencje w zachowaniu się młodzieży, czyli nowych pokoleń wychowywanych do tego, żeby przejęły stery i zaczęły dbać o nasze własne kolektywne bezpieczeństwo. To wszystko jest celem ataku. Może być celem ataku i takie ataki są koncypowane i były realizowane od czasów starożytnych, o czym zresztą są wzmianki, o czym bardzo często powtarzam, więc teraz też się nie powstrzymam, żeby to uczynić. W starożytnych traktatach, w tym czarnym przekładzie Sun Zi „Jego sztuka wojny. Z twarzą wojownika”. To jest książka, w której jest mój przekład całego traktatu „Sztuka wojny”. Tam są wypisy z rozmaitych innych traktatów i tam są właśnie wzmianki, że Ci Chińczycy dwa i pół tysiąca lat temu albo nawet i wcześniej, już wtedy prowadzili dokładnie takie wojny, które omawiamy.
Polegają na tym, o czym powiedziałem, czyli na zniszczeniu tych wszystkich instrumentów kulturowych, czyli między innymi religii, które jednoczy atakowaną przez społeczność i pozwala skatalizować, skonsolidować jej opór przeciwko naszej inwazji. I tak, o tym mówi to dzisiejsze prawidło. Over.
[04:51:17] - Panie Piotrze, ja tak sobie myślę, słucham pana. To nie ma być zarzut, to raczej ma być postawienie kropki nad i. Bo tak jak pana słucham, to wyraźnie odbieram, że pan odziera religię z całego mistycyzmu.
[04:51:32] - Nie odzieram, tylko dyskutuję. Przepraszam, wejdę panu w słowo, bo wiem dokładnie, co pan chce powiedzieć, więc szkoda czasu. Natomiast chodzi o rzecz bardzo prostą. Ja opisuję rozmaite aspekty ludzkiej natury i przede wszystkim w kontekście konfliktów i walki o przetrwanie tylko i wyłącznie w aspekcie socjologicznym i tylko i wyłącznie w aspekcie budowania zdolności do zaatakowania albo budowania zdolności do obrony siebie. Cały mistycyzm nie jest tematem naszej rozmowy, bo rozmawiamy o przetrwaniu, a nie rozmawiamy o wartościach duchowych. Także w innej rozmowie tak.
[04:52:10] - Okej, ale mówiłem o kropce nad i. Jeszcze dokończę tą kropkę. Czyli jakby patrzeć na to, co pan mówi, to po części jak się czyta Marksa, który dzisiaj jest mocno passé, to on w wielu wypadkach opisując zjawiska związane z religią, wydawał się mieć rację, jeśli chodzi o ten aspekt ludzkiego życia.
[04:52:37] - Tak, ale marksizm, jeszcze dopowiem, nie do końca wiem. Musiałby pan zacytować jakiś fragment, żebym mógł się precyzyjnie odnieść.
[04:52:44] - Ten najprostszy, najbardziej znany, bo nie będę sięgał głębiej. O tym, że religia to jest opium dla mas chociażby.
[04:52:53] - Opium, ale co robi opium? Zaspokaja jakieś potrzeby, prawda? Narkotyzowania się.
[04:52:59] - Tak.
[04:53:01] - W jednym z esejów „Sił psychohistorii” pod tytułem: „Wszyscyśmy fetyszystami i ćpunami”. Odwrotnie: „Wszyscyśmy ćpunami i fetyszystami”. Tam napisałem, że wszelkie uzależnienia, także behawioralne, nie tylko od jakichś substancji, sprowadzają się do tego, że substancją, od której jesteśmy uzależnieni, to są hormony takie jak dopamina, serotonina i inne hormony szczęścia. Czym jest dopamina? Dopamina jest hormonem, który zarządza, decyduje jak pracuje i pod jakimi impulsami aktywizuje się nasz system motywacyjny. To jest najgłębszy, najsilniejszy mechanizm, jaki zawiaduje naszym zachowaniem we wszelkich możliwych sytuacjach życiowych. I teraz ten agresor, czy też ten opiekun jakiejś społeczności, który chce tę społeczność albo zniszczyć, albo obronić, w zależności od zadania postawionego. To, co musi zrobić, to przejąć kontrolę nad układem dopaminowym, czyli układem dającym wyrzuty hormonów szczęścia. To nie jest uproszczenie, tylko precyzyjne określenie, do czego się to sprowadza w naszej wewnętrznej fizjologii działania naszych umysłów i naszych mózgów. To, co powiedział Marks: „Religia jest opium ludu”.
Ale opium dlatego, że religia dostarcza racjonalnych, mistycznych czy jakichkolwiek innych, jakkolwiek to nazwać, powodów dla danej jednostki czy dla danej grupy społecznej, żeby zachowywać się w określony sposób. Za Boga i ojczyznę oddamy życie, żeby nas obronić, nasze domy, nasze żony, nasze córki, nasze dzieci i po to, żeby nasze wnuki mogły żyć godnie. Za wiarę. To są okrzyki, które czytamy w tej chwili w powieściach historycznych czy oglądamy na filmach. Natomiast w świecie zlaicyzowanym ludzie, którzy odrzucają religię jako system motywacyjny, po prostu nie rozumieją tego, jaką ma funkcję. Ale właśnie to, że oni nie rozumieją tej funkcji, jest w moim przekonaniu w dużym stopniu tym, że zostali poddani jakiejś indoktrynacji poprzez przeciwnika, który zdeprecjonował wartości religijne, sprawiające, że ludzie byli zdolni do tego, żeby oddać życie za wiarę, za religię. Jeżeli społeczność ma religię monoteistyczną, taką jak my mieliśmy w okresie międzywojennym, czy też w roku 1920, kiedy armie bolszewickie nadciągały nad Warszawę, to mając religię byliśmy się w stanie lepiej zmobilizować, co jest widoczne może nie wprost, bezpośrednio, ale jeżeli przeczytać jeszcze raz i mając z tyłu głowy to, o czym teraz rozmawiamy dzisiaj i poprzednim razem, to nasza społeczność Polaków świeżo po pierwszej wojnie światowej, czyli świeżo po odzyskaniu niepodległości, dzięki religii, dzięki temu, że potem jeszcze cały mit zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej polegał, że to był cud nad Wisłą, że to było zrządzenie niebios, że Bóg nam pomógł, że Bóg był po naszej stronie. To wszystko nas mobilizowało do tego i rzeczywiście to się udało. W moim przekonaniu w dużej mierze dzięki temu, nie tylko dzięki złamaniu rosyjskim szefrom, udało się nie tylko zgromadzić wojska we właściwym miejscu, to właśnie dzięki szefrom, ale zmobilizować ludzi do tego, żeby rzucili się na tego wroga, żeby część z nich zginęła z pełną świadomością, że idzie na śmierć po to, żeby obronić resztę i po to, żeby zachować naszą niepodległość i obronić się przed bolszewikiem. Także tezy, które wygłosiłem w ubiegłym tygodniu i w bieżącym tygodniu są jak najbardziej do udowodnienia na polu argumentacji racjonalnej i naukowej.
To nie jest żaden zabobon. Także teza, dosłownie ostatnie zdanie dzisiejszego prawidła, że religia jest systemem, niech pan powtórzy, bo ja nieźle recytuję samego siebie. Bardzo przepraszam.
[04:57:06] - Mówi pan o ostatnim zdaniu.
[04:57:08] - Ostatnim zdaniu dosłownie.
[04:57:10] - To dlatego system religijny jest podstawowym celem agresji ideologicznej kampanii zwalczania konkurencji.
[04:57:18] - O, właśnie. I praca domowa dla wszystkich słuchaczy tutaj z pozycji nauczyciela. Proszę o obejrzenie jeszcze raz tego słynnego wykładu Bezmenowa „Jak zniszczyć państwo”, który jest dostępny na YouTubie. Ja ten film oglądałem wielenaście razy, że tak powiem zmyśle słowo i nigdy za mało.
[04:57:43] - A ja z naszej dzisiejszej rozmowy tak sobie myślę, że strasznie ten świat jest skomplikowany, bo z jednej strony to, co pan dzisiaj powiedział, a z drugiej strony ten Marks, to opium i właściwie on to mówił z pozycji wyzwolenia człowieka od tej ciemnoty i zabobonu. I jakież to jest-
[04:58:03] - Nie, wyzwolenia, przepraszam, przerwę. Marks głównym celem ideologii w warstwie tego, co trzeba zrobić, a nie jak interpretować świat. Zresztą jest jego powiedzenie: „Filozofowie tylko opisywali świat, a chodzi o to, żeby go zmienić”. To są słynne słowa Marksa. Marksizm w wersji tej co robić, a nie jak rozumieć świat został skonstruowany, zwłaszcza implementacje marksizmu mające wspomóc ideologicznie walkę z kapitalizmem. Cały system ideologiczny został zbudowany do jednego celu, do zniszczenia kapitalizmu bądź obalenia państw zbudowanych na kapitalizmie. Przy czym jeszcze tutaj na sam koniec dodam, że kapitalizm to nie jest system społeczno-ekonomiczny, bo to nic nie wyjaśnia. Kapitalizm jest niezwykle skomplikowanym systemem motywującym ludzi do tego, żeby byli produktywni w zakresie działania tego kapitalizmu. To jest na dłuższą rozmowę, może następną.
[04:59:06] - Tak się zastanawiam, panie Piotrze, tylko nad jedną rzeczą. Kto temu Marksowi te myśli do głowy podrzucał albo kto go finansował, albo w czyim imieniu działał?
[04:59:18] - Ja bym powiedział, ale by wtedy powiedzieli, że jestem tym anty-S.
[04:59:21] - Nie, proszę nie mówić, bo nam zamkną audycję.
[04:59:26] - O rany! A kto nam zamknie? Ci? A! To też nie wolno mówić.
[04:59:30] - Też nie wolno mówić.
[04:59:32] - Czyli wiadomo, o co chodzi.
[04:59:33] - Panie Piotrze, pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie i do usłyszenia za tydzień.
[04:59:38] - To oczywiście jest hipoteza bardzo trudna do udowodnienia. Natomiast na marginesie, jeżeli słuchacz zgadł, o co chodzi, to ta grupa nie do końca kocha chrześcijaństwo, więc tu też jest jakiś dodatkowy motyw, że tak się wyrażę.
[04:59:55] - To ja powtórzę. Pięknie dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[04:59:59] - Ja też dziękuję. Do usłyszenia.
[05:00:02] - Proszę państwa, to już naprawdę koniec. Pora jeszcze nie jest tak późna, jak to „Bibliotekarium 2.0” państwa mogło przyzwyczaić przez miesiące różne. Dzisiaj kończymy o w miarę ludzkiej porze. Chociaż jakby to usłyszała moja babcia, to na pewno by się popukała palcem w czoło. I to nie wiem, ile razy. Pewno dużo, bo jedna z moich babć chodziła regularnie spać o godzinie 22 i nie było innej możliwości. Informuję państwa, że jest zdecydowanie po 22. Nawet mocno. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Przypominam, że za tydzień mamy długie spotkanie z Wiktorem Żwikiewiczem i z jego wspomnieniami.
To nie są, proszę państwa, żałobne wspomnienia z cyklu: „Był Lech Jęczmyk. Jak nam szkoda, że go nie ma”. To raczej są wspomnienia z pięknych czasów, kiedy obaj panowie byli bardzo młodzi oraz nieco starsi, ale w dalszym ciągu pełni wigoru. Te wspomnienia są absolutnie urzekające. Mieliście państwo dzisiaj małą próbkę, a zaręczam, że za tydzień to, co usłyszycie, wprawi was w dobry nastrój. To paradoks. Wspomnienie pośmiertne, które tak naprawdę budzi optymizm, budzi wręcz jakąś odmianę radości życia. To już absolutny paradoks. Pięknie państwu dziękuję. Dobrej nocy życzę i jak zwykle zapraszam za tydzień.
[05:01:53] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.