[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Coś mi się ostatnio obiło o uszy, że w jednym z kurortów nadmorskich polskich było sześć stopni. Zatem powiedziałbym, dosyć chłodno. A skoro jest chłodno, to wypadałoby troszeczkę atmosferę rozgrzać, na przykład kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:51] - Dzień dobry wieczór państwu. Z tym rozgrzaniem, zerknijcie państwo na tytuł audycji, więc rozgrzewka czy rozgrzanie jak najbardziej à propos. Cóż, zaczynamy 45. wydanie Bibliotekarium 2.0. Super. Niechybnie idziemy w kierunku rocznicy, ale to jeszcze troszeczkę, jeszcze półtora miesiąca. Dzisiaj zaczniemy od polecanki. Otóż na rynku pojawiło się jakiś czas temu nowe wydawnictwo. Wydawnictwo nazywa się Pulp Books i oferuje nie tylko książki papierowe, tradycyjne, ale również e-booki, audiobooki, a jest też aplikacja, dzięki której można słuchać utworów na przykład w komórce. Ale ja dzisiaj nie o całym wydawnictwie.
Pewno jeszcze będzie okazja na temat wydawnictwa Pulp Books porozmawiać. Natomiast dzisiaj chciałbym powiedzieć o pewnym cyklu nie do końca fantastycznym czy fantastycznonaukowym, a jednak cyklu, który stworzył autor znany z pisania fantastyki naukowej, a mianowicie Jakub Ćwiek. O autorze za chwilę. Najpierw o książkach. Cykl nosi tytuł „Drelich”. I to jest nie taki wojskowy Drelich, tylko Marek Drelich, mój imiennik. Tym bardziej chętnie polecam te książki. Drelich. Tam jest kilka powieści, które się już ukazały. Pierwsza z nich to „Nim braknie tchu”, druga „Prosto w splot”.
Ale ja chciałbym dzisiaj państwu opowiedzieć, a w każdym razie mocno polecić książkę nietypową, która się nazywa „Bad luck”. Dlaczego ona jest niezwykła? To za chwilę. Najpierw o samym bohaterze, bo na pierwszy rzut oka Marek Drelich to jest ktoś, kto mógłby być wzorcem typowości, normalności, żeby nie powiedzieć przeciętniactwa. Dobija czterdziestki. Jest warszawiakiem, rozwodnikiem, ale z żoną utrzymuje dosyć przyjacielską relację. Wraz z nią wychowuje dwójkę dzieci. I, jak by to powiedzieć, nieustannie szuka balansu między życiem prywatnym oraz zawodowym. To życie zawodowe jeszcze będziemy pewno komentować. Przez pracodawców jest niezwykle ceniony, między innymi za punktualność, skrupulatność, rodzaj uporządkowania, działanie według jasno wyznaczonego planu.
Pewne wątpliwości może natomiast budzić branża, w której działa nasz bohater, w której jest specjalistą. Mianowicie Drelich jest zawodowym złodziejem. Złodziejem, który potrafi w środku dnia dokonać na przykład brawurowej napaści na konwojentów uzupełniających bankomat. To tyle o bohaterze. O tej powieści „Bad luck” jeszcze za chwilę. Teraz chyba jest czas, żeby powiedzieć troszeczkę o autorze. Jakub Ćwiek to jest autor ostrzelany. Opisany? To tak dziwnie brzmi. Ostrzelany literacko.
W każdym razie autor ponad 30 książek, w tym takich bestsellerów jak „Kłamca”, zdecydowanie fantastyka, oraz „Chłopcy”. Horror „Ciemność”, „Ciemność płonie” i taki kryminał w stylu noir „Grim City”. Od czterech lat mierzy się z literaturą crime, szukając takich ścieżek, które nie są dla tej literatury oczywiste. I właśnie dlatego powstała seria „Drelich”. To sensacja, która można powiedzieć, że jest realizowana, pisana zgodnie z zasadami gatunku. Tak, ale jednocześnie autor dba o to, żeby była wiarygodna, żeby nie odlatywała gdzieś w kosmos, w rejony absolutnie niemożliwe czy trudne do wyobrażenia. To ma się dziać tu i teraz. Między innymi dlatego autor zaprosił do współpracy szereg specjalistów, między innymi takich, którzy zajmują się choreografią walk. Współpracuje również Jakub Ćwiek ze znanym autorem, drugim znanym autorem, Wojciechem Chmielarzem, czego owocem był serial kryminalny „Niech to usłyszą”. Serial realizowany dla Radia ZET.
A prywatnie Jakub Ćwiek jest ojcem dwójki dzieci, wielkim miłośnikiem popkultury, który z zapałem podąża różnymi ścieżkami, które do tej popkultury prowadzą. Jeśli chodzi o tę powieść, o której wspomniałem, że jest nietypowa. „Bad Luck”. Luck, lucky, coś szczęśliwego. Otóż Marek Drelich to bohater jednej z najlepszych serii sensacyjnych w Polsce. Tu czytam pewną zajawkę ściągniętą ze strony wydawnictwa. Powraca w powieści, o której już mówiłem. Jej nietypowość polega na paragrafowości. To jest powieść paragrafowa, w której czytelnik decyduje o przebiegu wydarzeń. Otóż jakie jest zawiązanie akcji?
Zbigniew Drozdowski, lokalny polityk z mroczną przeszłością oraz szansą na wejście do ogólnopolskiej gry politycznej, spotyka na swojej drodze mężczyznę, który potrzebuje podwózki. I kierowany dobrym nastrojem pomaga, ale nie wie, że autostopowicz to tak naprawdę nasz bohater, Marek Drelich. Złodziej, który ucieka po nieudanym napadzie na Kantor. Wkrótce potem w ciemnym, zamglonym lesie Drozdowski potrąca człowieka. I uszłoby mu to na sucho, gdyby nie siedzący obok pasażer. To jest zawiązanie, a dalej to już państwo decydujecie, jak potoczy się akcja powieści. Tak jak powiedziałem, powieść paragrafowa, nieczęsto spotykana na polskim rynku, chociaż kilka takich wyjątków od tej reguły było. Pojawia się ponownie. W dodatku ta powieść pojawia się również w postaci interaktywnego słuchowiska, co jest szczególnie ciekawe, tym bardziej, że bierze w nim udział chociażby Cezary Pazura. No cóż, tak powiedziałbym za przykładem wydawnictwa, to od ciebie zależy, jak ta historia się skończy.
Cóż, proszę państwa, nic innego, tylko sięgnijcie państwo do oferty tego wydawnictwa. Sięgnijcie państwo na stronę Pulp Books. Być może ściągniecie państwo aplikację, za pomocą której można odsłuchiwać utwory. I cóż, życzę powodzenia. Tym bardziej, że za tydzień spotkamy się z autorem, który w tej oficynie również wydał książkę. Tym autorem jest Andrzej Kwiecień, a powieść nosi tytuł „MetamorF”. Zapraszam już dzisiaj na długą rozmowę z autorem. A dzisiaj mkniemy dalej zdecydowanie, bo przed nami kolejne wyzwania. Tym pierwszym wyzwaniem będzie rozmowa z znanym państwu autorem, Lesem Choduniem, a będziemy rozmawiać o książce Marcina Bujaszka „Ruda”, o której nasz gość napisał w sposób następujący: „Ruda Marcina Bujaszka to soczysty erotyk fantasy tylko dla dorosłych. Dzieje się w obecnej rzeczywistości.
Nie tylko stworzyłem okładkę, czy zrobiłem skład, ale i redakcyjnie uporządkowałem całą opowieść. Otrzymałem też zgodę na współtworzenie i dopasowanie historii. Jest bardzo zmysłowo, totalnie niegrzecznie, czasem zabawnie, ale i wzruszająco. Polecam mocno”. Owszem, polecamy, ale najpierw zapraszam państwa na rozmowę z Lesem Choduniem. Dzień dobry wieczór.
[10:56] - Dzień dobry wieczór.
[11:00] - Tak, tradycji stało się zadość. Minął miesiąc i naszym gościem jest Les Chodun.
[11:09] - Dobry wieczór państwu po raz kolejny. Fajnie, że mogę tu być z państwem.
[11:13] - A dzisiaj mamy sytuację, która się jeszcze nie zdarzyła, albowiem będziemy rozmawiać o książce, która nosi tytuł „Ruda”. Jej autorem okładkowym jest Marcin Bujaszek. No, ale jednak pan ma coś wspólnego z tą książką. Może zabrzmię jak przesłuchujący, jakiś prokurator przynajmniej. Ale proszę odpowiedzieć, co pan ma wspólnego z tą książką? Bo ja dodam od razu, jeszcze zanim dopuszczę pana do głosu, że to jest książka, która jest powieścią o charakterze ewidentnie erotycznym.
[11:59] - I to bardzo erotycznym. Powiem może Z tej strony. Jednym z moich motto, mottów. Nie będę pozwalał sobie na brnięcie dalej z odmianami. Moje motto, jedno z kilku, które wyznaję w życiu, to jest: „Uwierz, że masz, a będziesz miał”. Z coraz większą odwagą staram się więc realizować swoje życzenia, plany, które mam. Nawet takie, które wydają mi się, że: „Kurde, weź naprawdę, gdzie ty do tego?”. Okazuje się, że jednak są to rzeczy możliwe. I któregoś razu tak sobie siedziałem i myślałem sobie tak: „Kurczę, fajnie by było napisać erotyk. Tylko właśnie taki z pazurem, taki kurde z kopytem”.
I przyszła do mnie propozycja od pana Mariusza. Marcina, przepraszam. Jeszcze się nie nauczyłem tego imienia. W każdym razie sytuacja wyglądała tak, że najpierw dostałem treść do przeredagowania. Oczywiście były pytania odnośnie jakości, więc pozwoliłem sobie kilka swoich rzeczy. Ja nie mogę inaczej. Zazwyczaj staram się coś jeszcze dać komuś więcej, żeby ten ktoś miał więcej treści ode mnie. I pozwoliłem sobie na kilka fajnych sugestii. Po czym rozmowa skierowała się na tory pod tytułem, że mogę w takim razie to redagować, zrobić z tą książką, byle zachować tę zasadniczą konstrukcję, która została wyskrilizowana przez autora. I tak zrobiłem.
A ja z kolei też jestem osobą, która bardzo lubi rzeczy nowe. Jeżeli coś robię, w ogóle to zauważyłem już jakiś czas temu. Jeżeli coś robię i to coś już jest zakończone, poszło w ludzi. Mam taki wręcz przykaz, żeby o tym zapomnieć. Po prostu idź w ludzi, rób jak najlepszą energię, bo ja już muszę zająć się czymś nowym. Muszę mieć na to czas, bo ludzie mnie pytają: „Skąd ty bierzesz ten czas, że tyle takich rzeczy robisz?”. I tak to właśnie przyszło. Wydaje mi się, że to była taka odpowiedź ze strony kosmosu. Mogę sobie na coś takiego pozwolić, że ja, wyrażając to życzenie, że chciałbym coś takiego napisać, co poparte było taką fajną energią, którą zawsze generuję gdzieś tutaj w klatce piersiowej, czyli podekscytowanie, takie podniecenie, takie właśnie oczekiwanie. A wręcz mówi się, że najlepiej jest wyobrażać sobie efekt docelowy, nawet jeżeli go teraz nie ma i nawet jeżeli o nim nie myślimy jako o efekcie docelowym, i nawet jeżeli nie jesteśmy w stanie sobie zdawać sprawy, że ten efekt docelowy się zadzieje.
I tego typu komponenty wkładam właśnie do takich życzeń na tyle, na ile umiem i robię to coraz bardziej śmiało. I ja jestem przekonany, że ta książka przyszła do mnie. Nie powiem, nie wiem skąd, jak to wieszcz śpiewał, bo wiem skąd. Natomiast to, że dostałem taką zgodę na wejście w tę treść i pobawienie się tą treścią. Ja pamiętałem oczywiście o tym, żeby uszanować te wszystkie podstawowe struktury, hierarchie, całą tę materię, która tam współtworzyła tę opowieść, ale żeby zrobić ją po prostu z większym pazurem, bo ja tak po prostu lubię, bo to jest fajne. Kiedyś, odnosząc się do mojej pasji wielkiej, do mojego życia, czyli muzyki. Nergal z Behemotha kiedyś powiedział w wywiadzie: „Jeżeli wychodząc na scenę, nie masz w planie zarąbać, powiem tak bardzo ładnie, ludzi, to nie wychodź, bo musisz mieć to coś do przekazania i tę siłę”. Więc ta naturalność we mnie jest. Tego próbowania nowych rzeczy. A to, że akurat w takiej sytuacji zrealizował mi się ten erotyk, to jest po prostu super.
Bo są to, wiadomo, rzeczy bardzo ludzkie, a wszyscy jesteśmy związani z tematami seksualności, erotyki, jakkolwiek by zwał i w jakikolwiek sposób byśmy to chcieli zaprezentować. Więc to, że miałem okazję tego tematu dotknąć i może nie w pełni, dlatego, że była już historia. Ja tę historię tylko dopowiedziałem na swój sposób, ale przy takiej ilości rzeczy, która mi się teraz dzieje, było to troszeczkę wybawienie. Czyli nie musiałem siedzieć i wymyślać przez ileś lat historii i tak dalej. Tylko po prostu to przyszło, a ja wziąłem szlifierkę i to zeszlifowałem, dopracowałem. Wszystko było okej. Więc taką formę to uzyskało, jak już została zatwierdzona. I tutaj czuć właśnie tę moją rękę, bo jestem tak naprawdę redaktorem i za redaktora tej książki się uważam. Dlatego też nie wspomniałem o sobie jako o osobie, która jest współautorem, współtwórcą, tylko chciałem zostawić w pełni to autorstwo tej osobie. Ja po prostu tak lubię.
Bo jeżeli ktoś coś robi, warto go, że tak powiem, wyciągnąć, warto mu wskazać drogę, warto mu coś dobrego dać od siebie. To jest po prostu fajne, bo takie rzeczy wracają, ale też same z siebie niosą dużo fajnych fluidów samemu człowiekowi.
[17:53] - Ja pozostanę jeszcze na chwilę w roli prokuratora i zadam takie wrednie proste pytanie: po co pisze się powieści erotyczne?
[18:07] - Przepraszam. Puk, puk. Czy to jest koniec pytania?
[18:10] - Tak, to jest koniec pytania. Właśnie powiedziałem, że ono będzie wrednie proste.
[18:18] - Tak, bo nasze rozmowy mają to do siebie, że pytania są bardzo bogate w treść i formę. I tutaj nagle się urwało wszystko. Po co ludzie to robią? Podejrzewam, że dlatego, że po pierwsze żyją tym, bo tak jak powiedziałem, ta seksualność i ten erotyzm w nas po prostu tkwi. To, że niektórzy nie potrafią tego egzemplifikować, czyli tego wyrazić w jakiś fajny, obrazowy sposób, po to, żeby druga strona na przykład poczuła się przyjemnie i doceniona, żeby czuła się podniecona, podekscytowana, bo jak wiadomo, nawet słowo potrafi uczynić cuda. Więc nie musimy już sięgać tutaj do kwestii, które znajdują się w tej powieści, czyli akcji bardzo mocno erotycznych. Niektórzy powiedzieli, że to wręcz pornografia. Natomiast samo traktowanie materii, samo prowadzenie historii było takie, żeby właśnie przez te ostre sytuacje, przez te bardzo ostre opisy robić to też z szacunkiem i dla czytelnika, i dla samej treści. Więc to jest też takie wyrażenie siebie w sposób bardzo zmysłowy, który jest daleki od tej technologizacji, która nas wszędzie otacza. Ponieważ przecież wszyscy doskonale wiemy, że kobiety mają taki przykaz, gdzie poszukują facetów, ponieważ chcą założyć rodzinę.
Nie wszystkie, absolutnie. Nigdy nie należy generalizować. Natomiast nie raz się spotykałem z tego typu sytuacjami, że panie bardzo mocno się orientują na to, żeby być z kimś i żeby z nim spędzać czas. Czyli ta potrzeba również tego erotyzmu czy tego seksu, czy jakkolwiek to nazwiemy, czy nawet jeżeli chodzi o bliskość, odczuwanie drugiego człowieka, posiadanie przeczucia, że on jest tutaj. Bo też jest takie przekonanie niektórych osób, że wystarczy być. Kora śpiewała: „Po prostu bądź”. Więc już sama obecność człowieka potrafi dać drugiemu dużo dobrego. Nawet pamiętam kiedyś z czasów liceum, jak były doświadczenia robione między niektórymi parami, które się zawiązały w bursie, w której mieszkałem i to były interszkolne pary. Bywało tak, że jedna osoba sobie siadała w kąciku jednego łóżka, druga sobie siadała w kąciku drugiego łóżka i patrzyli na siebie w milczeniu, nic nie mówiąc, zupełnie poważnie. Nie był to konkurs.
Oni po prostu chcieli na siebie patrzeć i się wpatrywali. Nie wiem, czy obydwie strony doświadczały tego w taki sam sposób, czyli czy zarówno kobieta, jak i mężczyzna odczuwali taką potrzebę w tym momencie. Czy było to autentyczne? Czy to siedzenie i wpatrywanie się było podyktowane tym samym? Bo wiadomo, człowiek jest atakowany milionami myśli. Są nawet medytacje, które uczą tego, jak nie myśleć. W sensie jak przestać się napakowywać przemyśleniami, które nam brudzą umysł, brudzą nam duszę i brudzą nam samopoczucie. Więc czy dziewczyna i chłopak siedzieli i wpatrywali się w siebie, myśląc o tej drugiej osobie? Może kochali się ze sobą w tym czasie, a może tylko było wpatrywanie się i wyciszenie i niemyślenie. Nie mam bladego pojęcia.
Nigdy o to nie zapytałem. A dzisiaj powiem szczerze, chciałbym o coś takiego zapytać, bo takie tematy, które ludzie traktują właśnie w taki sposób bardzo wyrazisty gdzieś w przestrzeni, ja to widzę, jestem tego świadkiem, to fajnie jest czasem zapytać, bo tego typu pytania przynoszą niekiedy bazę naprawdę sympatycznej wiedzy, której człowiek by się nie spodziewał. Więc ta seksualność w nas tkwi, tak zostaliśmy stworzeni. Zakładamy gniazda rodzinne, zakładamy rodzinę, zakładamy grupy. Są grupy społeczne, grupy na Facebooku chociażby. To jest cały czas potrzeba poszukiwania bliskości. I nawet bywa tak, że ci, którzy wyśmiewają, w taki nie elokwentny sposób drwią z płci przeciwnej, to oni też na tę płeć reagują automatycznie. Po prostu kobiety jednak wpływają na mężczyzn, tak a nie inaczej. Dzisiaj, kiedy mówi się o tym, że mamy większą swobodę przekazywania informacji, są tak zwane, ojejku, jak to się ładnie nazywa, ujawniania. Są takie momenty ujawnień, kiedy osoba na przykład mówi, że jest gejem, że jest niebinarna, że jest lesbijką i tak dalej.
Więc zauważamy, jaka bogatość jest tych osobowości, ale zawsze będzie to związane z relacją człowieka z człowiekiem. A tutaj chciałem wtrącić odnośnie tego, nie wiem, czy elokwentnego sposobu wyrażania się na temat płci przeciwnej. Otóż kiedyś usłyszałem tego typu dowcip, a że ja bardzo lubię posługiwać się słowem, to z tym słowem po prostu żyję, egzystuję i chłonę tego typu smakołyki Człowiek powiedział mi tak: "Wiesz, dlaczego kobiety malują się i perfumują?" Oczywiście nie wiedziałem. "Bo są brzydkie i śmierdzące." Ha ha ha. Rozumiecie, panowie, to jest temat pod tytułem zabawa słowem i celność wyrażenia pewnego tematu. Ale też jest tak, że te relacje bywają różne. Czyli nawet jeżeli on nie będzie się do końca przyznawał, to prawdopodobnie w duszy gdzieś będzie cały czas szukał tej swojej drugiej połówki, jakkolwiek ona by wyglądała i kimkolwiek ona by była.
[24:49] - Ja pozostanę przy materii pisarskiej i chciałbym zapytać, bo pisanie utworów z erotyką, może nawet nie w tle, a właściwie dominującą w niektórych momentach, jest w języku polskim dosyć trudne. Ja na tyle nie znam języków obcych, żeby rozważyć to i ocenić, a zasięgnę zatem zdania tak zwanych doświadczonych starych wyjadaczy. I oni mówią, że inne języki, ze wskazaniem na język angielski, pod tym względem są bogatsze i że łatwiej tam erotyzować w różnym stopniu i w różnych wydaniach literackich. Natomiast żeby powieść, utwór erotyczny był naprawdę erotyczny, musi uniknąć jednej, za to takiej bardzo czasami bolesnej rzeczy. Czyli musi uniknąć śmieszności, a język temu, niestety, polski język nie sprzyja. I tu takie pytanie, bardzo techniczne w gruncie rzeczy, dotyczące pisania. Jak tej śmieszności uniknąć? Jak sprawić, żeby przedstawiony tekst był potoczysty, był narracyjnie sprawny, nie budził śmiechu, tylko budził jakąś tam ekscytację, czyli tak naprawdę był w pełni sprawnym, w pełni akceptowalnym utworem, tylko właśnie z zabarwieniem erotycznym?
[26:28] - Trudno jest mi powiedzieć, bo to jest kwestia, uważam, związana z relacją względem drugiego człowieka, osoby, która jakiś temat opisuje w sposób właśnie na przykład beletrystyczny chociażby. Więc tak naprawdę czy rozmawialiśmy w poprzednich spotkaniach o poezji, o rzeczach niewyjaśnionych, czyli tych fenomenach nieuchwytnych, czy rozmawialiśmy o kryminale, wszędzie jest czynnik ludzki istotny, czyli nastawienie człowieka do drugiego człowieka. To jest na przykład tak, jak ja czasem obserwuję siebie oglądającego program, dajmy na to jakiś dokumentalny, gdzie przychodzi jakiś dziennikarz do kogoś. I ewidentnie gdybym był, przepraszam za stwierdzenie, ale półmózgiem, to być może ryknąłbym śmiechem, gdybym tę drugą osobę zobaczył. A ja zwracam uwagę na to, że ja się z tego nie śmieję, tylko doceniam to, że ta osoba przychodzi z czymś unikalnym, bo na przykład temat dotyczy jakiejś rzeczy, która właśnie wydarzyła się, której ta osoba była świadkiem albo pewnych rozwiązań technologicznych albo czegokolwiek innego. I tak naprawdę relacja między ludźmi tworzy to, w jaki sposób my ten język, w którym piszemy, będziemy traktować. Czyli jeżeli odnosimy się z szacunkiem do drugiego człowieka i materię ubieramy w słowa w taki sposób, żeby dostarczyła nam kwiecistości, tak jak ja starałem się to zrobić. Zaraz będę miał do pana redaktora pytanie. Odwrotnie. Ja starałem się to zrobić, żeby to było zarazem kwieciste, żeby to było zarazem totalnie niegrzeczne.
Ale właśnie jednak, żeby nie popadać w śmieszność, bo jestem facetem. Zdarzało mi się nieraz oglądać filmy dla dorosłych i zauważałem tam na przykład bardzo często tematy pod tytułem: pan z panią odbywają akt seksualny, bo nie powiem, że się kochają, bo jeżeli człowiek się z kimś kocha, to wtedy to wygląda inaczej. Więc pan panią, że tak powiem, uczynia. Jeżeli można tak określić. I stoją dookoła osoby i one się śmieją i wszyscy się z tego śmieją. Więc tak naprawdę tutaj nie ma niczego, co jest związane z podnieceniem, z wyrażeniem swojego wnętrza. To tak jak kiedyś powiedział mi Marcinek, też notabene mój serdeczny znajomy: "Widzisz, gitarę każdy może wziąć do ręki, ale nie każdy będzie wiedział, co z nią zrobić." Tak samo jest ze słowem. Słowo potrafi rozbawić. I na przykład napisałem nowelę o wydźwięku właśnie pastiszowym, takim społecznym, po to, żeby złapać oddech od tych rzeczy, które tworzyłem do tej pory. I myślę, że niedługo będzie się ona mogła pojawić w sprzedaży.
I ona właśnie jest śmieszna. Dużo czasu mi zajęło. Kilka osób poprosiłem, żeby wyraziły się na temat, i w końcu jedna z osób napisała mi bardzo elegancki, bardzo fajny elaborat, który aż postawił mi rzęsy w sztorc i okazało się, że ta książka po prostu chwyta. Tylko oczywiście Była adnotacja na samym początku: to nie jest książka dla kogoś, kto nie ma poczucia humoru. I to też jest z tym związane. Czyli żeby zabawność nie przeszła w śmieszność. Więc zapytam, czy udało mi się uniknąć tej śmieszności, panie redaktorze? I lampeczka w pana stronę.
[30:40] - Tak. Właśnie tak. Stąd to pytanie. W dodatku pytanie uzupełniające, to za sekundę. Powiem tak: ja się boję zawsze utworów o charakterze erotycznym. Nie żebym miał jakieś fobie, tylko kilka konkursów w życiu i kilka zetknięć z utworami, nazwijmy to erotycznymi, miałem. I to, proszę państwa, było przeżycie przynajmniej po części traumatyczne, ponieważ jak przychodziło do rzeczy, że tak się wyrażę, to tam czuć było, że intencja była zupełnie inna. Chciano to opisać na poważnie, a wychodziło, wybrnę z tego, tak sobie. I dlatego tak ostrożnie podchodziłem. Tymczasem tu, w tej książce, o której dzisiaj mówimy, przypomnę, „Ruda”, nie ma czegoś takiego, żebym ja właściwie uśmiechał się podczas tego, co się dzieje.
Raczej ta akcja płynie, ja ją sobie śledzę. Oczywiście odbieram, ale nie skupiam się na słowie. To jest chyba najważniejsze w tym, żeby te słowa przez nas przechodziły, dostarczały treści, ale żebyśmy nie łapali tych słów na zasadzie: „O, tu się autor może omsknął albo coś źle zrobił.” Nie. To po prostu ten tekst, ta informacja. Sprowadźmy ten tekst do informacji. Ona ma przez nas płynąć, ona ma w nas pewne oddziaływania czynić. Natomiast nigdy w życiu nie powinna właśnie chociażby nas śmieszyć. I tu dodatek do mojego pierwszego pytania, też bardzo krótki: czy to wymagało dużo wysiłku? Bo tak jak powiedziałem, język polski ma swoje ograniczenia. Moim zdaniem panu jako redaktorowi książki udało się zgrabnie przez te ograniczenia jakoś przemknąć, przedefilować.
Nie wiem, nie potrafię zdefiniować. W każdym razie na pewno uniknął pan tego, o czym rozmawialiśmy, czyli śmieszności. Rzeczywiście dostajemy tekst, który ma charakter erotyczny i on taki właśnie jest, a nie taki, że po prostu uśmiechamy się, że gdzieś użyte jest słowo, które nas bardziej rozbawia niż ekscytuje. Czy było trudno?
[33:22] - Powiem szczerze i proszę nie przyjąć tego jako coś wysublimowanie nieskromnego, ale nie. Dlatego, że zauważam u siebie bardzo bujną wyobraźnię, zauważam u siebie dużą chłonność treści, umiejętność patrzenia na słowa i zorientowania się na to, w jaki sposób i jakim słowem jaki efekt mogę uzyskać. Dlatego czasami, jak czytałem po raz któryś, to jest właśnie zmora książek, bo musimy czasem czytać po wielokroć i przestajemy mieć jakikolwiek dystans do tej treści. Tym bardziej tutaj ta książka generalnie była przeze mnie opracowywana, czyli nie było to, jakby ten pomysł przyszedł, a ja go tylko, że tak powiem, dostosowałem. Ale mimo wszystko to jest tak, jak aby język giętki, jak kiedyś jeden z wieszczów powiedział. I ja na przykład powrócę jeszcze na chwileczkę do mojej „Lekcji paranormalności”, którą wznowiłem miesiąc temu. Tam się pojawiło bodajże chyba ze 40 stron i to był cały dział związany z rozumieniem słów, z jego interpretacją, tym, w jaki sposób słowa nam pomagają. To samo jest tutaj. To samo jest tutaj i to tutaj ma szczególną wartość, bo naprawdę trzeba się troszeczkę bardziej przyłożyć. Bo jednak ta wyobraźnia musi zadziałać.
Musi sobie człowiek wyobrazić to wszystko, co się dzieje. Tym bardziej że pozwoliłem sobie dodać do opisu książki, że jest to erotyk fantasy. Pan redaktor jako specjalista od fantasy mam nadzieję, że nie skarci mnie za to. Natomiast sytuacje, które główna bohaterka przeżywa, ewidentnie kwalifikują się do pewnego rodzaju klimatu fantasy. Tylko że one są przeżywane teraz na co dzień. Główna bohaterka jest wyjęta z rzeczywistości i dzieją się te wszystkie rzeczy, które sprawiają, że się zaczynamy i rumienić. I właśnie tak jak pan powiedział, że przelatujemy wręcz przez tą książkę, czyli ona nas pochłania. Dokładnie jest to jedna z intencji, która mi przyświeca zawsze przy tworzeniu książek, utworów, logosów, czegokolwiek. Czegokolwiek się dotknę, to musi być narzędzie, które ma za zadanie wpłynąć i zrobić odpowiednią rewolucję, najlepiej pozytywną z odbiorcą tego czegoś. Więc myślę, że z tym to jest związane.
Bo jeżeli będziemy rozumieli słowa, jeżeli będziemy rozumieli wartość wibracji, bo słowo jest pewnego rodzaju falą, tak? I to słowo ma u nas jakieś skojarzenia. Ludzie miewają różne skojarzenia. Czasami zdarzało mi się, że pisując z kimś, i tu nie mówię akurat o kobietach, tylko i z kobietami, i z mężczyznami, czy czasem rozmawiając bezpośrednio, zdarza się, że ktoś robi jakiegoś focha na jakiś temat i ja nie wiem, o co chodzi. Później się okazuje po analizie, że chodziło o znaczenie pewnego słowa. Więc ja pokazuję, mówię od początku znajomości, jak znamy się ileś lat: „Powiedz mi, kiedy ty wyczułeś czy wyczułaś inne moje nastawienie niż tylko pozytywne?” Zauważ, że zawsze się dzieje coś takiego, że: cześć, co dobrego? Ja mniej więcej tak nauczyłem się witać ludzi, niezależnie od tego, z kim, kto do mnie przychodzi, czy w jakim temacie ja do kogoś piszę. Zawsze pierwsze to jest pytanie: cześć, co dobrego? Pamiętam, że kiedyś nawet jeden z muzyków pewnego nawet znanego zespołu powiedział do innego muzyka, o wiele bardziej znanego: „Kurde, ten facet przychodzi do mnie i pierwsze co robi, to pyta, jak ty się czujesz. Nikt mnie o to nie pyta”.
Ty rozumiesz, o co chodzi? Ja słysząc takie treści, dopiero wtedy nabieram świadomości tego, że chyba poruszam się w dobrym kierunku, bo jednak to coś, to moje słowo, to moje zapytanie, drobne przecież, zrobiło jakiś pozytywny wpływ na tej osobie. I ta osoba teraz będzie mnie pamiętać i będzie mnie w jakiś sposób wychwalać. Bardzo proszę, gdziekolwiek zechce i komukolwiek. To bardzo miłe. Ale to jest właśnie dawanie tej fali, tej świadomości swojej. Czyli jeżeli damy to, to coś zrobi taki użytek, jaki? Jak nastroiliśmy to słowo, to wyrażenie.
[38:30] - Książka Marcina Bujaszka „Ruda” została przez pana określona mianem soczysty erotyk. Okej, to ja mam takie pytanie. Najpierw odwołam się do klasyki. Przywołajmy „Lolitę” Nabokova. W „Lolicie” Nabokova dużo się dzieje. Pytanie, czy tam się pokazuje wyłącznie relację erotyczną i to jeszcze taką relację, którą niektórzy określają relacją pedofilską? Nie komentuję, po prostu przytaczam. Czy tam jest tylko relacja właśnie o charakterze erotycznym, czy jednak mamy tam też do czynienia z innymi relacjami, a zatem erotyczna znajduje się w książce również? I to samo pytanie niejako mógłbym odnieść do „rudej”. Czy mamy do czynienia z książką, która wyłącznie odwołuje się do relacji o charakterze seksualnym, czy ona również do nich się odwołuje, ale też można w tej książce znaleźć coś zupełnie innego?
Ja specjalnie mówię tak okrągłymi zdaniami, żeby broń Boże nie zaspoilerować.
[39:53] - Dokładnie.
[39:54] - Chociaż mnie korci, ale dobrze, nie będę tego robił. Natomiast pytanie o przekaz, o jakiś właśnie-
[40:01] - Panie redaktorze, to może nie zdradzajmy, że na końcu i tak się okazało, że kucharz zabił.
[40:06] - A no właśnie. Mieliśmy tego nie mówić. Ale wróćmy do pytania. Jakie relacje, jakie zaraz się ciśnie, że problemy. Nie, zostawmy problemy. Jakie jeszcze poza erotycznymi relacje pokazuje książka „Ruda”?
[40:30] - Przede wszystkim, jeżeli już można się odnieść do „Lolity”, to tam mamy jednak chyba obraz traumatycznej dosyć relacji, ponieważ ta fascynacja starszego mężczyzny tą młodą dziewczyną zamienia się w obsesyjne zawładnięcie jego przez nią. Więc tam pokazywane są optymalne możliwości. Może nie tyle optymalne, ale opcje kierunków, w których takie relacje mogą się potoczyć. Wydaje mi się, że tutaj reżyser chce przekazać nam coś, co się nazywa „uważaj”, pomimo tego, że jest to część ciebie, że to odczuwasz, że tak naprawdę pedofilia czy jakkolwiek to nazwiemy, to jest po prostu część człowieka. Myślę, że wyrażenie pedofilia zyskało na swoim znaczeniu i na takiej konstrukcji semantycznej ze względu na to, że właśnie ta silność tego erotyzmu człowieczego zaczęła dawać się tak mocno we znaki, że zaczęły być przekraczane granice norm społecznych, zdrowego rozsądku. Jak to się mówi, bez opamiętania i tak dalej. A w momencie, kiedy zaczynają funkcjonować tego typu relacje, to człowiek potrafi stracić głowę. Przecież się mówi, że stracić dla kogoś głowę. I to też jest relacja mężczyzny z dziewczyną. Ja teraz pozwolę sobie może, bo przypomniała mi się pewna rzecz, o której chciałem wspomnieć, jeżeli chodzi o znaczenie tego, co i w jaki sposób wypowiadamy i co udało mi się zawrzeć w książce.
Jakiś czas temu i to całkiem niedawno pewna pani trans- Płciowa posłanka z klubu niemieckiego odezwała się w swojej publicznej odpowiedzi odnośnie słów naszego prezesa, który powiedział, że transpłciowość to generalnie moda z Zachodu. I tutaj taki cytat: „Nie Władysław, tylko Zosia, a jutro może znowu Władysław”. Rozumienie swojego wnętrza i umiejętne wyrażanie go jest związane z tym, jak podejmujemy komunikację ze społecznością czy z drugą osobą. Bo na to coś ta pani odpowiada. Osoby transpłciowe rodzą się ze swoją tożsamością. To nie jest tak, że ktoś spontanicznie decyduje się na korektę płci. Zastanówmy się, jak to brzmiało. To brzmiało bardzo naukowo i w sposób bardzo zimny i chłodny. To było skupienie na zorientowaniu się, jakich słów używam, żeby to było bardziej wyegzaltowane, bardziej podniosłe, epickie i tak dalej. A tak naprawdę troszeczkę zagmatwało ten obraz.
Ja na przykład gdybym nie zajmował się słowem i nie starał się uczyć odbioru tekstu, to myślę, że miałbym problem, tak jak i podejrzewam, wiele osób miało problem ze zrozumieniem tego. Konstrukcja taka, która nie sprzyja zrozumieniu i nie sprawia, że czujemy wspólnotę z tą energią, która jest tu wyrażona. Oko przeleci po tym i mniej więcej treść zahaczy, ale umysł tego nie zrozumie. Więc jeżeli będziemy mówili do siebie takim językiem, to faktycznie może nigdy nie dojść do tego, że ludzie będą szanować, będą rozumieć, że nareszcie pojmą. „Aha, bo on się taki urodził. To nie jest tak, że on skończył liceum i powiedział: a teraz chcę być biseksualny. Pójdę do klubu biseksów, zrobię sobie legitymację i się będę od tej pory bawił jako biseksualny, a jutro będę lesbijką czy homoseksualistą” i tak dalej. Więc bezpośrednie, otwarte komunikowanie się z ludźmi w taki sposób, żebyśmy nie przekazywali nie wiadomo jakich treści, tylko żebyśmy przekazywali sens, który sami poczujemy. Bo jeżeli sami tego nie poczujemy, to tego nikt nie odczuje, nie odbierze i się niczego z tego nie nauczy. Być może to jest ze względu na to, że pani polityk tak to zrobiła i ta wypowiedź była publiczna.
Być może też jej konstrukcja mentalna, która sprawia, że tak się nauczyła, tak została wyszkolona, używa takiego języka. Być może tak właśnie jest. Ale to nie tędy droga. Ja kiedyś słuchałem wypowiedzi eksperta od ekonomii i otworzyłem oczy. Mówię: gościu, co ty palisz? Weź przestań. Naprawdę, aż się nie chce tego słuchać. Tam było słychać, jak on się ekscytuje tym, że zna takie słowa, że konstruuje takie skomplikowane zdania. Ja te zdania rozumiałem, ale nie było to na temat pytania, które zostało zadane, tylko opowiedziana była inna rzecz dookoła tego. Mamy tutaj w „Lolicie” traumatyczne rzeczy zaznaczone.
Ja natomiast starałem się poddać czytelnikowi coś, co sprawi, że on się dobrze poczuje. Bo już miliony utworów, książek, piosenek, filmów zostały skonstruowane w taki sposób, że tam akurat te dziwne rzeczy były podejmowane. I ta trauma była. Kiedyś, jak pamiętam, poszedłem do pani stomatolog i ona pytała mnie, czy jakiś tam film widziałem. On jest po prostu niesamowity i tak dalej. Ja ten film obejrzałem i po skończeniu tego filmu powiedziałem sobie: jezu. I pani doktor tak na poważnie. Ludzie różnych rzeczy potrzebują. Widocznie ta osoba potrzebowała takich treści. Gdzieś to tam te energie pasały.
Ta chemia po prostu konstruowała się z tym jej nadawaniem i ona to odebrała. Ale w moim przekonaniu ja chcę pokazywać ludziom możliwości i to, że ten układ sytuacji, który jest zbudowany w książce, który też rekonstruowałem w porozumieniu, miał pokazać jednocześnie te przeżycia i naszą codzienność. Bo pomimo tego, że jest to historia fantasy i ona jest dość krótka. Ja zresztą znany jestem ostatnio z tego, że jak coś robię, to krótko i konkretnie. Nie bawię się w jakieś tam ceregiele. Książka jest krótka, dlatego szkoda czasu na bawienie się jakimiś demagogiami. Po prostu fajny, dobry, ciepły przekaz. I gdy posługuję się również słowami, które są czasem bardzo niegrzeczne, bardzo wulgarne, to jednak cała historia dookoła tego, która jest tam opisana, ma za zadanie uświadomić nam, że są sytuacje, w których każdy człowiek wyraża zgodę na to, żeby przekraczać pewne granice. To są sytuacje, kiedy czujemy się na tyle dobrze, swobodnie z drugą osobą. Że możemy do siebie mówić w najbardziej wulgarny sposób.
Możemy mówić do siebie w najbardziej niezrozumiały sposób dla kogoś, kto mógłby się przysłuchiwać gdzieś z boku. Natomiast dla nas takie półsłówka są zrozumiałe i jedno mrugnięcie okiem, jeden bardzo wulgarny wyraz potrafi wygenerować niezwykły zachwyt. To jest też odczuwanie chwili, a to się wiąże z klasą człowieka, z otwarciem się na drugą osobę i z chęcią przekazania tej drugiej osobie czegoś, co ją po prostu, mówiąc kolokwialnie, podnieci w tym momencie. Ale to podniecenie jest posiłkowane tymi słowami, które nas prowadzą w fajną atmosferę i cały czas nas trzymają w ciepłym i pozytywnym kojarzeniu całej historii. Bo rany Julek, tak jak nadajemy, tak będziemy odbierać, więc te pozytywne energie niech sobie idą i robią swoje, mówiąc branżowo oczywiście.
[49:46] - Ja jeszcze nawiążę na chwilę do Nabokova i do „Lolity”. W tej powieści mamy do czynienia z zabiegiem, ja od razu się przyznam, nie będę udawał literaturoznawcy, ja też się dałem zwieść Nabokovowi, bo rzeczywiście skupiłem się na relacji męsko-dziewczęcej, tak ją określmy. Ale tam okazuje się i to już wyczytałem, po czym sprawdziłem, pojawia się na przykład wątek związany z włosami, z perukami, jakieś odwołanie, praktycznie rzecz biorąc, do Holokaustu. Nie będę tego rozwijał. Chodzi mi bardziej o zaakcentowanie pewnej rzeczy, że tego rodzaju powieść jak na przykład „Lolita”, czasami autor w niej przemyca rzeczy zupełnie niespodziewane, bo przecież wszyscy skupiają się na wątku relacji dziewczyny, dziewczynki właściwie, z bardzo już dojrzałym mężczyzną. Tymczasem tam jest więcej. I moje pytanie było o to, czy mamy do czynienia w „rudej” z opowieścią, właściwie w sporej części odpowiedział pan na to pytanie, ale to tak musiałem dopowiedzieć, jeśli ktoś by nie zrozumiał, o co w pytaniu chodziło, to teraz już myślę, że wszystko jest jasne. To ja sobie przejdę, przytuptam. Chyba że chce pan zabrać głos.
[51:22] - Bardzo proszę.
[51:23] - Chyba że chce pan skomentować to, co powiedziałem. Bardzo proszę.
[51:27] - Jeżeli można odnieść się jeszcze do „Lolity”, proszę zauważyć, że ja, gdy zdarza mi się czytywać, gdzieś trafić na tego typu materiały odnoszące się do praktyk pedofilskich, mówię od razu, nie biegam za tym, nie szukam w internecie takich treści. Jeśli się pojawi, zdarza mi się totalnie rzadko przeczytać nagłówek, wejść w pierwszy moduł otwierający treść po to, żeby zorientować się, o co chodziło, ale staram się nie faszerować się tego typu rzeczami, bo po prostu nie. Te rzeczy i tak już wystarczająco się dzieją i wystarczająco dużo brudu narobiły, żebym ja jeszcze przyłączył się do tej całej chmary ludzi, którzy fakami rzucają na lewo i prawo, można powiedzieć, pod nosem w trakcie oglądania czy słuchania takich rzeczy. Natomiast ten utwór odnosi się do naszej naturalnej potrzeby. Inaczej, bo to pytanie sięga wielu innych kontekstów. Zwróćmy uwagę, jeżeli ktoś oczywiście zwraca uwagę na takie rzeczy. Ludzie, którzy mają lat już 20 czy 30, zaczynają za jakiś czas wspominać o tym tak jak Kabaret Moralnego Niepokoju. Co robi ten młody gość w ciele tego starego faceta? Jest tu jakaś niesprawiedliwość biologiczna, że dostajemy umysł, który cały czas jest świeży, natomiast biologia za tym nie idzie. Więc wydaje mi się, że naturalne spojrzenie w kierunku młodszych dziewcząt czy młodszych osób, mówiąc ogólnie, jest czymś oczywistym.
Tylko co kto z tym zrobi, jak to poprowadzi, jakie relacje będzie wytwarzać, to już jest decyzja tak zwana osobista. Ostatnio czytałem bardzo obszerny artykuł na temat pewnej książki o kobietach, które mieszkają w Arabii Saudyjskiej. Pewna pani pokusiła się o to, żeby pojechać i zrobiła mnóstwo wywiadów, żeby dowiedzieć się o dziwnych tematach, o których się nie mówi tak naprawdę publicznie, a które rzutują na życie. I okazuje się, że dziewczyna mówi, że ona nie będzie dzwonić za chłopakiem, ona nie będzie się z chłopakiem spotykać, dlatego, że chłopak też nie chce się z nią spotykać, bo uważa, że jeżeli z nią się spotka, to taki ktoś później, nawet gdyby się pobrali, to on tej żony nie będzie szanował. I tak czytam i mówię: „What the fuck? O co chodzi?”. Z kolei ta sama osoba opowiada o okoliczności pod tytułem: pewien chłopak wydzwania do jednej swojej tak zwanej ukochanej przez bodajże trzy lata I zapewnia się, przysięga, że ją kocha i tak dalej. I ona się umówiła z nim. Przyszła wraz ze swoją koleżanką. Podjechał samochód, był on plus czterech innych chłopców.
I okazuje się, że tydzień później na pustyni znaleziono dwa ciała półnagie tych dziewcząt. Więc można tu się zasłaniać kulturowością, ale tak naprawdę chodzi o to, że człowiek w sobie ma coś takiego, co powinien temperować i umieć nadawać temu odpowiednią artykulację, odpowiednią ekspresję. Bo jeżeli tego nie będzie, to będą działy się rzeczy tak jak ostatnio. Dzisiaj chyba czy wczoraj czytam artykuły w serwisach informacyjnych. Jeden pochodzi z Nowego Jorku i okazuje się, że jakiś influencer chciał rozdać maszynki do grania. PlayStation bodajże. Być może pan redaktor wypika później. Chciał rozdać te maszynki. Okazało się, że przyszło mnóstwo ludzi i człowiek jak przyjechał, to obsiadła go szarańcza tych, którzy prawie że tego samochodu nie rozwalili na kawałki. Musiała przyjechać policja w ilości chyba tysiąca sztuk i musieli zrobić porządek.
To samo drugi influencer w Londynie nakazał pójście do jakiegoś marketu, który miał konkretną nazwę. Już teraz nie pamiętam i obrobienie go po prostu. I też masa ludzi się rzuciła na ten sklep bez pamięci. I ja mówię naprawdę wracamy do kultury Cro-Magnon, nie ma bata. Cała ta technologizacja, ta szybkość myślenia, ta natychmiastowość reagowania na przykład piszemy długo jakąś wiadomość i w odpowiedzi przychodzi „ok” na całą tę wiadomość, kiedy zadaliśmy kilka pytań, kiedy coś podsumowaliśmy i tak dalej i przychodzi „ok”. Więc jeżeli taki bezumiarowy system konsumpcji rzeczywistości tak wygląda, to jest to po prostu zdziczenie obyczajów ludzkich według mnie. I tutaj to wnętrze w tej „Lolicie”, uważam, zostało pokazane. Tylko tyle chyba, prawda? Bo tak naprawdę moglibyśmy też przez kolejną godzinę podejrzewam, rozmawiać o szczegółach tego filmu, w jaki sposób zostało to pokazane i tak dalej. Ale ta naturalność naszego młodego umysłu, który cały czas gdzieś tam rozgląda się za tymi młodszymi dziewczynami czy za młodszymi chłopcami, to dla nas jest na tyle normalne i autentyczne, że my nie jesteśmy w stanie zorientować się.
Nie ma takiej retrospekcji. To jest tak samo, jak ostatnio komuś powiedziałem, że przecież nie jesteś w stanie ocenić, w jaki sposób twój głos brzmi i jak oddziaływuje do momentu, aż usłyszysz jego nagranie. A i tak nie będzie to dla ciebie informacja miarodajna, dlatego, że na nagraniu będziesz ty, czyli osoba, z którą chodzisz, z którą masz cały czas myśli, z którą masz problemy, uniesienia, pozytywności i tak dalej. Więc nie masz tego dystansu, żeby ten głos w jakikolwiek sposób ocenić. Ale patrząc z perspektywy, człowiek, gdyby chciał spojrzeć właśnie z takiej perspektywy trzeciej osoby, to myślę, że wiele by się nauczył. Ale technologia już każe nam iść w zupełnie inną stronę. I myślę, że ta Lolita była takim zaczątkiem, a być może wiele utworów zapowiadało, bo przecież wiadomo, że ludzie, którzy tworzą sztukę, kulturę, utwory muzyczne, filmowe, symfonie, piszą książki i tak dalej, też bywają wizjonerami, więc być może już gdzieś kiedyś to coś zaczęło przemawiać do nich. Być może oni ubrali to w tę, a nie w inną formę i być może czasem nieświadomie coś im wyszło. Coś, co okazało się bardzo istotne, ale oni tego nie planowali, bo też tak bywa i tak dalej, i tym podobne.
[58:59] - Ja na chwilę nawiążę do tego wątku, który się tutaj przewinął, czyli umysłu dojrzałego, młodego umysłu uwięzionego w nieco starszym ciele. Bardzo pięknie ten temat podjął autor zajmujący się fantastyką naukową Robert Silverberg w powieści „Skrzydła nocy”. Ja państwu bardzo polecam tę książkę. Tam mamy do czynienia z sytuacją, kiedy stary człowiek, rodzaj takiego mnicha, maga zdaje sobie sprawę, że młoda dziewczyna, gdyby troszeczkę nastąpiło przesunięcie w czasie, to ich relacje byłyby zupełnie inne. Ale on mówi: „Zdaję sobie sprawę, że to jest bez sensu w tej chwili”. Z tym że to jest powieść fantastyczno-naukowa i tu troszeczkę to inny obrót przybiera. Kto ciekawy, niech po tę książkę sięgnie. Myślę, że ta tematyka, o której przed chwilą nasz gość mówił, ona tam jest dosyć dobrze rozpracowana. Zresztą mistrz Robert Silverberg to jest klasa sama dla siebie. Ale wróćmy do Rudej, o której dzisiaj mówimy.
I mam takie pytanie, nie wiem, prawie freudowskie do pana. Otóż dlaczego pociąg? Bo od razu powiem, że pociąg taki nie w sensie pociągu do kogoś, tylko pociąg w sensie urządzenia, które jedzie po szynach. On odgrywa w tej powieści znaczącą rolę. A ta freudowskość polega na tym, że ja bardzo często w różnego rodzaju omówieniach psychoanaliz i tak dalej spotykam pociąg. Dlaczego pociąg jest taki erotyczny?
[01:00:59] - Dlaczego pociąg jest teoretyczny? Myślę, że ludzie bardzo lubią coś, co się nazywa sztuką drogi, czyli podążania przed siebie, przetwarzanie procesu, przemieszczanie się. To jest tak zwany ruch, który przede wszystkim pokazuje podświadomie, że pewne wartości są, pracują i człowiek jakoś się rewartościuje, nawet jeżeli czasem na pierwszy rzut oka nie potrafi tego zauważyć. Myślę, że ten proces podążania przed siebie, czyli tworzenie filmów, na przykład drogi, tak jak mój ukochany „Mad Max”, który zawsze kończył się tym, że jedziemy dalej. Czyli to się nie kończy teraz. Zmierzajmy po prostu przed siebie. Podejrzewam, że to jest też taka podświadoma chęć zaszczepienia w człowieku syndromu rozwoju. Bo jak to Chińczycy mówią: „Jak stoisz, to się cofasz”, bo świat cały czas się rozwija. To, że my będziemy wyznawali jakąś politykę, która będzie krążyć wokół jakiegoś wyrażenia, to możemy mieć świadomość lub możemy tej świadomości nie mieć. Co my wyrażamy, może to być ukryte, a możemy mieć pełną świadomość tego, jak i o czym mówimy.
Ten pociąg jest akurat o tyle fajny, że ja po prostu jeżdżę pociągami w trasy, dlatego, że korzystam z faktu, że mam ileś godzin przed sobą, więc wtedy właśnie powstają projekty, książki, teksty utworów i tak dalej. Okazuje się czasami, że taka podróż jest wręcz zbawienna. Spróbuję tu taką dygresję nawiązać do jednego z moich projektów muzycznych pod tytułem „Heavy Words”, czyli tworzę wokalne wersje instrumentalnych utworów z obszaru rock metal, które nigdy nie były zaśpiewane. Zebrało mi się 11 numerów. Każdy z utworów opowiedziałem historią, która była zawarta w tytule. Tytuł pozostawiłem. Musiało się zgadzać artykulacyjnie, musiała się zgadzać aura. Trzeba było uszanować muzykę w odpowiednich momentach, coś wyłagodzić, czasem podkreślić, wzmocnić czy wręcz wykrzyczeć. Tam właśnie było coś takiego, że miałem dwa utwory, których bałem się dotknąć, bo one były tak mocno skonstruowane. Jeden był totalnie ażurowo-wokalny, był tak gęsto obsadzony a drugi był bardzo filozoficzny.
Był mroczny i totalnie filozoficzny. Obydwa utwory. Myślę sobie: „Kurde, nie zrobię tego”. Już chciałem poprosić znajomych, którzy pisują dla znanych zespołów i mają w tym wprawę, ale sobie pomyślałem: „Moment, to jest moje. Ja chcę się z tym zmierzyć”. I na przykład podczas jednej trasy zrobiłem jeden utwór, jeden tekst i podczas drugiej trasy zrobiłem drugi tekst. Gdy zorientowałem się, że one są zakończone, to było takie: „O kurde!” Było to po prostu totalne zaskoczenie dla mnie. Później jakaś delikatna konwersja, jakiś szlif słowny, bo powiedzmy to słowo będzie bardziej pasować niż tamto. Trzeba było konstrukcję delikatnie zmienić, ale to wtedy już były, że tak powiem, takie drobiazgi. Natomiast skupienie się i wejście w aurę twórczą, kiedy jedziemy pociągiem i nikt od nas niczego nie chce, kiedy jest noc, kiedy ta aura po prostu aż kipi takim skupieniem, to jeżeli człowiek jest w stanie się skupić, to myślę, że odbiera dużo fajnych fluidów.
Przychodzą naprawdę fajne pomysły, bo czasami bywa tak, że pisząc książkę, mam jakiś konstrukt procesu, który będzie dział się po momencie, który akurat piszę. A czasami jest tak, że piszę i myślę sobie: „A co on by teraz zrobił?” I puszczam swobodnie aurę i ona sobie leci i nagle się pojawiają rzeczy. Nagmatwają i nagmatwają, ale ja to po prostu przyjmuję. Właśnie to podróżowanie jest wielorakiego rodzaju. Po pierwsze zaleta w postaci praktycznego tworzenia, a po drugie, żeby wyrazić ten proces rozwoju, bo jednak ten proces rozwoju i ten kult drogi widać naprawdę w mnóstwie książek, filmów, słychać w wielu utworach. Nie będę teraz wymieniał, ale myślę, że ci, którzy odbierają takie utwory na swój sposób, to nie odczuwają, że tam jest jak gdyby zachęta do tego, żeby iść naprzód. Czyli to jest wyrażenie pod tytułem „nie poddawaj się”. Gdzieś tam kiedyś zauważyłem u jednej z osób kartkę pod tytułem, nad łóżkiem jej, pisała sobie taką afirmację pod tytułem: „Nie poddawaj się, głupia. Za miesiąc będziesz mi dziękować”. Więc posiłkujmy się dobrymi rzeczami, dobrymi informacjami, dobrymi aurami.
Czy to będzie droga pociągiem, autobusem, jeżeli mamy ... moment na to, żeby na sobie się skupić i żeby o sobie coś pomyśleć, być może zrobić jakąś rewitalizację swoją. Niech to się po prostu zadzieje, bo uważam, że to jest fajne.
[01:07:16] - I na koniec mam swoje dyżurne pytanie. Co prawda dzisiaj będzie panu łatwiej, bo pan jest redaktorem książki, jak pan podkreślał, człowiekiem, który zadbał o nią, żeby miała jak najlepszą formę, ale autorem jest Marcin Bujaszek. „Ruda”. Gdyby pan miał napisać blurba na poczekaniu, wygłosić, to co w tym blurbie by się znalazło? Może być długi blurb.
[01:07:44] - Powiem szczerze, że nie myślałem jeszcze tą kategorią, dlatego że jeszcze jestem na bieżąco z finalnym szlifem i z konstrukcją i zaraz to będzie opublikowane, więc staram się dopracować. Nie myślałem o tym, co bym zrobił, gdyby. A czasem jestem proszony o tego typu skróty, które mają naświetlić clou tak zwane. Ze względu na to, że jest to temat nie do końca mój, tylko ja jestem tutaj jedną ze stron, więc jest mi łatwiej i myślę, że można by było to zobrazować w taki sposób. Ja rozumiem, że pan redaktor teraz uderza w kierunku naszych słuchaczy po to, żeby im dać troszeczkę tego światła fajnego odnośnie samej treści. Jakby to ująć? Pokazanie wielorakości naszej wyobraźni i naszego życia, które potrafi zadziać się czasami zaskakującymi okolicznościami. Jeżeli ludzie będą czytać książkę nie jako zbiór wyrazów drżnięcia i tak dalej, tylko jako właśnie historię, to nie tylko pozyskają bardzo fajną atmosferę, ale myślę, że też wzruszą się. Ja na przykład się wzruszyłem. Później, kiedy już był koniec tego zasadniczego redagowania, to wrażenie nie ustało.
Czyli cieszę się, że udało mi się to tak zrobić, że na mnie samego to wpływało w taki sposób, że uroniła mi się łezka, że to było fajne, niosące dobre światło dla człowieka. Więc cała książka ma pokazać gmatwaninę tych wielu rzeczy, które nas spotykają. Ona jest podzielona na trzy części, z których część środkowa jest takim troszeczkę odświeżeniem całej opowieści. I tak naprawdę patrzymy na całą historię troszeczkę z boku, smakujemy ją w trochę inny sposób. Natomiast później wraca znowu do nas ta niesamowita aura. I to jest niebywałe, że udało mi się przekazać ten dobry, bardzo pozytywny fluid dla odbiorcy, jednocześnie pokazując uszanowanie i dla materii treści i stymulując odbiorcę do tego, żeby nauczył się również myśleć w ten sposób. Bo wiadomo, że ludzie posiłkują się, mają swoje cytaty. Nieraz jest tak, że sięgamy po książkę, którą gdzieś tam przez przypadek otwieramy i widzimy jakieś zdanie, które zostaje z nami na lata i ono nas motywuje. I nie zamierzaliśmy tego zrobić, ale widocznie tak miało być. Tak miało się zdarzyć, bo widocznie było nam to potrzebne.
Więc ta potrzeba dla drugiego człowieka została przeze mnie wyrażona tą historią, która jest niesamowicie egzemplifikacyjna, czyli wyraża tę artykulacyjność erotyczną, pornograficzną i jakkolwiek jeszcze, ale w piękny sposób i pokazuje, jak można w bardzo ładnej formie prowadzić myślenie o czymś takim, jaką jest relacja międzyludzka.
[01:11:25] - Pięknie panu dziękuję za dzisiejsze spotkanie.
[01:11:29] - Dziękuję bardzo. Pozdrawiamy państwa.
[01:11:33] - Ja przypomnę, że dzisiaj z Lesem Hoduniem rozmawialiśmy o książce Marcina Bujaszka zatytułowanej „Ruda”.
[01:11:43] - Zapraszamy oczywiście do czytania, bo na pewno będzie warto.
[01:11:50] - Tak, proszę państwa, po tych klimatach mocno erotycznych zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Piotr już czeka. A zatem dzisiaj mówimy o przeboju. To zdecydowanie jest przebój i godny tego miana serial, mianowicie „Yellowjackets”. A wszystkie szczegóły w rozmowie z Piotrem Cielebiasiem. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:12:25] - Dzień dobry wieczór, Marku, jak tam?
[01:12:28] - Nadejszła wiekopomna chwila. Będziemy mówić o „Yellowjackets” dzisiaj.
[01:12:35] - Tak, jednym z nowszych i chyba lepszych seriali, zdaniem niektórych najlepszym horrorze serialu w ostatnich latach. A takie dobre opinie się zdarzają rzadko, muszę powiedzieć. To już w sumie kolejna nasza wakacyjna odsłona serialowego „Filmotekarium”, gdzie przyglądamy się tym najciekawszym serialom. Nie wszystkie zbierają takie pochlebne opinie, prawda?
[01:13:03] - Nie wszystkie, ale na przykład śledzę uważnie losy „Drugiej Fundacji” Tak jak zwykle w Internecie jedni się zachwycają, że to monumentalny serial. Rzeczywiście on wkroczył w taką fazę w tej chwili, gdzie zaczyna się robić ciekawie, bo druga fundacja oraz imperium zaczyna przeciwdziałać. Nic nie zdradzam, bo tak naprawdę to nawet w bardzo ogólnych omówieniach tej serii, czy to książkowej, czy filmowej, znajdziecie państwo. Ta seria druga przez niektórych jest bardzo chwalona. Nie wiem, jakie inne seriale, Piotrze, masz na myśli, bo ja na przykład czekam cały czas na serial z Adamczykiem, czyli "For All Mankind". W każdym razie czekam, bo ma w trzecim kwartale być uruchomiony, ale ten trzeci kwartał gdzieś tak w połowie właśnie jest i dalej go nie ma. Tym się martwię chociażby.
[01:14:08] - Właśnie, jeżeli mówimy o "Yellowjackets", to drugi sezon też wystartował, ale jeszcze żeśmy go nie skonsumowali. Także dzisiaj posiłkujemy się tylko odsłoną pierwszą i tylko o niej będziemy mówić. Dzisiaj przyjmiemy taki sposób omawiania tego serialu, jak był już odnośnie chyba któregoś, że trzy plusy, trzy minusy będziemy wymieniali, ale najpierw przejdźmy do omówienia zarysów fabuły. Otóż skupia się ona wokół losów członkiń żeńskiej drużyny futbolowej w stanie New Jersey, jeżeli dobrze pamiętam, która podczas lotu na mistrzostwa spotyka się z niewyobrażalną tragedią. Samolot, którym lecą dziewczyny, ich trener oraz inni członkowie załogi rozbija się w odludnym rejonie prowincji Ontario. Ginie kilka osób, w tym trener. Przy życiu pozostaje część młodych ludzi plus bodajże też drugi trener, ale on jednak traci nogę. I ta opowieść jest prowadzona, Marku, dwutorowo. Poznajemy losy bohaterek w momencie katastrofy, a także później, kiedy są dorosłe i mierzą się z problemami codzienności, ale też traumami przeszłości. Najważniejsze jest jednak to, że historia sprzed lat zaczyna do nich wracać, odzywać się w najmniej oczekiwanym momencie.
Trzeba też powiedzieć, że pierwszy sezon nie wyjaśnia nam wszystkich zagadek. Czyli jeżeli poczytacie coś o "Yellowjackets" w Internecie, na różnego rodzaju portalach filmowych, to spotkacie się z informacjami, które na przykład w tym pierwszym sezonie nie są dostępne w jakiś sposób, na przykład z postaciami, które tam nie występują. Co jeszcze możemy powiedzieć, Marku? Wiem, że to ci się podobało.
[01:16:00] - Tak, podobało mi się. To jest rzeczywiście jeden z takich seriali, przy którym my pewnie nie damy rady, nie uda nam się przekonać państwa, dlaczego jest, jak jest. Już śpieszę wyjaśnić, o co mi tak naprawdę chodzi. Otóż zdarzają się czasami takie filmy, pozornie takie jak inne, a jednak jest w nich coś takiego. Być może to talent reżyserski, być może talent ludzi, którzy pisali scenariusz, być może jakieś inne jeszcze talenty sprawiają, że są takie seriale, od których trudno się oderwać. Momentami ten serial właśnie taki jest. I tak naprawdę gdybym miał odpowiedzieć na pytanie, dlaczego on taki jest, to miałbym spore kłopoty. Ja oczywiście przygotowałem, tak jak Piotr o tym powiedział, te trzy plusy, trzy minusy, ale to tak naprawdę niczego nie wyjaśnia. Jest coś takiego w tym filmie, że on rzeczywiście ciągnie do siebie. Ja powiem banał, który państwo przeczytacie niemal w każdej recenzji, że jest to film, który łączy w sobie coś, co już jakbyśmy znali.
Bo jest w tym filmie trochę "Władcy Much", trochę "Blair Witch Project", trochę "Lost". Ale to i tak nic nie tłumaczy, bo to jest film osobny. Zawierając elementy filmów, seriali, które wymieniłem, czy też utworów literackich, on tak naprawdę nie tłumaczy niczego. A jednak myślę, że w sposób zasłużony ten film został okrzyknięty odkryciem tego sezonu.
[01:18:00] - Tak. To może przejdźmy do tych naszych trzech plusów, trzech minusów. Może nawet będzie ich trochę więcej, ale sobie jakoś poupychamy. Nie wiem, kto zaczyna. Może ty, Marku. Twój pierwszy plus "Yellowjackets".
[01:18:13] - Tak. Mam tutaj listę i pierwszym plusem dla mnie są dwa plany czasowe, o których wspomniałeś, Piotrze. Otóż mamy lata 90., drugą połowę, bodajże 1996 rok. To jest pierwszy plan czasowy, kiedy dzieją się rzeczy dramatyczne. I mamy to, co jest teraz — now. Ale tu też się dzieją rzeczy dramatyczne. Może nie aż tak i nie tak tajemnicze, ale też jest dosyć grubo, dosyć gęsto. Kiedy to się dopiero zaczynało, miałem takie przekonanie, że to się nie uda. Że jeżeli dzisiaj, w tym now, poznajemy losy ludzi, którzy uczestniczą też w tej przeszłości, to mnie nie przyciągnie, bo przecież doskonale będę wiedział, kto przeżył, kto nie przeżył, kto odniósł rany i tak dalej. To się nie może udać.
To będzie cienkie. Tymczasem Scenarzyści tak to rozegrali, że pomimo tego, że rzeczywiście siłą rzeczy pewne odkrycia dotyczące bohaterów z lat 90. robię po drodze i państwo również oglądając serial, to niewiele to przeszkadza i wcale nie ujmuje to dramatyzmu wydarzeniom. Nie chcę mówić, że wręcz przeciwnie, ale na pewno nie przeszkadza, bo te wydarzenia w jednym i drugim planie czasowym rządzą się swoimi prawami. One mają sporo wspólnego, niemniej jednak ich dramaturgia jest zupełnie inna. Tam mamy do czynienia z zagubionymi dziewczynami, przynajmniej w większości, bo tak jak wspomniałeś, jest drugi trener, jest chłopak, jest jeszcze jeden chłopak. W każdym razie to jest jeden plan czasowy i tam rzeczywiście dzieją się rzeczy dramatyczne i tajemnicze, o czym mamy okazję przekonać się właściwie od samego początku, bo ta scena wprowadzająca jakiś klimat robi, a później szukamy potwierdzenia tego klimatu, ale też w tym planie czasowym współczesnym dzieją się rzeczy dramatyczne, zahaczające może nie o gangsterkę, ale w każdym razie o jakiś szantaż. Przeszłość wraca po prostu. Nie wiem, na ile mogę to powiedzieć. W każdym razie pojawiają się pewne symbole, siłą rzeczy pojawiają się wspomnienia, odwołania do tamtych czasów.
Ale to, co śledzimy z kolei w latach 90. to nie są retrospekcje. My to oglądamy na świeżo, jakbyśmy w tym uczestniczyli. Bardzo udane połączenie. Ja chyba czegoś takiego na taką skalę, tak rozegranego chyba nie widziałem. W każdym razie nie przypominam sobie. To byłby dla mnie plus, że scenarzyści oraz reżyser potrafili tak zagrać tymi planami czasowymi.
[01:21:35] - Coś tutaj rzeczywiście jest na rzeczy. Może to nie jest jakieś arcydzieło, ale jest to ciekawe. Też mamy skrajnie zarysowane postaci. To też jest druga sprawa. O tym za chwilę powiemy. A ja teraz powiem o swoim pierwszym plusie, Marku, i może to zabrzmi dziwnie, ale to jest czołówka. Świetnie wykonana, podkręcająca atmosferę, lekko oldschoolowa i zachęcająca bardzo do oglądania. Sami musicie zobaczyć nawet na YouTubie, pewnie gdzie ona tam jest. Natomiast tutaj pewien paradoks i muszę wam powiedzieć, że plus czołówki to jedno, ale ta czołówka jest też moim pierwszym minusem. Dlaczego?
Otóż sceny, które tam widzimy, jakieś przebitki z filmu, podobnie zresztą jak plakaty i wszelkie grafiki związane z "Yellowjackets", nie do końca nam oddają to, co się w tym filmie dzieje. Otóż ten okres ich, nie wiem, czy tu się zgodzisz, ten okres pobytu w głuszy, w tym lesie wcale nie jest taki mroczny i tajemniczy, poza może kilkoma epizodami. Jak nam się tą atmosferę nakręca i jak to ukazuje ta czołówka? Z jednej strony rzeczywiście ona jest fajnie zrealizowana, ale z drugiej pokazuje nam to, co w tym filmie najlepsze. To jest tak jak z trailerami. To, co najlepsze, najbardziej podkręcające, jest pokazane, a potem to już jest różnie. Owszem, te dziewczyny przebywając w lesie odnajdują opuszczony dom, mumię właściciela i tak dalej. Jest nawet moment z seansem spirytystycznym. Natomiast przez większość czasu pierwszego sezonu widzimy te ich zmagania z codziennością, z jakimiś sprawami międzyludzkimi, romansami, kłótniami, intrygami. Ale to wszystko jest do zniesienia i do zaakceptowania.
Mówiąc krótko i podsumowując ten mój plus i minus jednocześnie: treść posterów i czołówki jest deczko niezgodna z zawartością. Serial nie jest tak mroczny jak otoczka, którą wokół niego stworzono i jak chociażby czołówka. Nie wiem, czy się zgodzisz.
[01:23:45] - Wiesz co? Nie wiem, bo wydaje mi się, że wydarzenia, z którymi mamy do czynienia w pierwszym sezonie, prowadzą do tej mroczności, do tej pierwszej sceny, która nie wiem, czy ty nazywasz czołówką, czy to tam, gdzie napisy lecą, czy tę pierwszą scenę.
[01:24:07] - Intro przede wszystkim.
[01:24:09] - Dla mnie z kolei pierwsza scena, taka mroczna, która przypomina pewien obrzęd, pewien jakiś tajemniczy kult, to jest jedna ze scen, które są na początku. Ona jest dla mnie wprowadzeniem do tego, co się będzie działo. Ja cały czas szukałem pewnych śladów właśnie w tej, dosyć na początku przynajmniej, sielskiej rzeczywistości. Tu może przesadzam, może nie sielskiej, ale takiej na początku rzeczywiście niegroźnej. Tu dopatrywałem, kiedy ten mrok się pojawi i on pojawia się bardzo powoli. On jest dawkowany bardzo oszczędnie. My kończymy pierwszy sezon i tego mroku nie ma jeszcze zbyt dużo. Wiemy, tak naprawdę podejrzewamy, dobierzcie państwo sami słownictwo, ale mamy podstawy do podejrzeń, że to, co najlepsze w tym serialu, rzecz dyskusji, jest jeszcze przed nami, bo te najmroczniejsze rzeczy jeszcze się nie wydarzyły. Chociaż, i tu może przejdę do drugiego plusa swojego, to łączenie gatunków. Otóż ten serial, gdybym miał powiedzieć Jaki on jest?
Czy to jest horror? Czy to film grozy, czy to jest dreszczowiec? Czy to jest film sensacyjny? Jaki to jest film? Dużo kawałków z różnych gatunków by tu było. Fantastyki jest trochę, ale bardzo na razie trochę, ale się pojawia. To dla mnie też jest duży plus. Ja lubię takie filmy, które łączą w sobie, nie są zdefiniowane tak zasadniczo, że to fantastyka naukowa, to horror. Czy tam powiedzmy jakiś inny dreszczowiec czy jakieś jeszcze inne odmiany gatunkowe. Nie.
Tu mamy do czynienia z miksem i moim zdaniem ten miks jest bardzo udany i to byłby mój drugi plus dla tego filmu.
[01:26:17] - Tak, te miksy to jest moim zdaniem przyszłość horroru i science fiction, dlatego że te gatunki w takiej klasycznej, konwencjonalnej formie troszeczkę już się wyczerpały. Przynajmniej jeżeli ktoś nakręci taki klasyczny horror, to często się spotyka z zarzutami, że to jest po prostu w dzisiejszych czasach nudne, bo jest oklepane. Teraz ja przejdę do swojego plusa numer dwa. I to są aktorzy. Nie wiem, czy absolutnie fantastyczni, natomiast bardzo dobra obsada. Jest też tak, że nie są to postaci, które tworzą wobec widza jakiś dystans. Nawet w sytuacjach, które są niezbyt realistyczne, jesteśmy w stanie im wybaczyć. Zarówno aktorom, jak i scenarzystom, bo chcemy się dowiedzieć, co będzie dalej. Jest kilka takich scen, które realistyczne nie są. Natomiast każda z głównych bohaterek, czterech, kieruje się czymś innym i chyba nie wszystkie sobie ufają i to też widać.
Druga sprawa w tym moim drugim plusie. Oczywiście ten serial ma też akcenty wyraźne, tak zwane poprawnopolitycznościowe, ale one za bardzo nie biją po oczach. Wręcz wszystko jest realistyczne od strony życiowej. Nie mówię tutaj już o tych kruczkach i zakrętach w scenariuszu, który opowiada nam może nie fantastyczną, ale niezwykłą historię. Ale jeżeli chodzi o aktorów, o obsadę i o wykonanie naprawdę jest fajnie. Nie ma się czego czepiać. Dobrze się to ogląda. Mój drugi plus kolejny raz ma charakter, jakby nie było techniczny.
[01:28:01] - Tak, ja się nawet zgodzę z tym, chociaż jeśli chodzi o aktorów, to będą też u mnie minusy, ale akurat niezwiązane z tym, o czym przed chwilą powiedziałeś. Tu aktorzy jak najbardziej dają radę. Zarówno młodsze kopie, jak i starsze kopie bohaterów, bohaterek dają radę i to się przyjemnie ogląda właśnie od tej strony aktorskiej. Tu nie ma ani przesady, ani nieporadności, ani jakichś takich typowych kiksu dla seriali.
[01:28:41] - Przerwę ci. Jeszcze się udało zrobić coś, co nie zawsze się dzieje w przypadkach, kiedy mamy dwa plany: przeszłość, przyszłość. Aktorki odgrywające postaci w latach 90. są podobne. Oczywiście nie jakoś tak strasznie, ale nieco przypominają fizycznie swoje odpowiedniki współczesne. To też nam dodaje pewnej autentyczności, bo nie zawsze tak jest. Czasami widzimy bohatera w przeszłości, który wygląda zupełnie inaczej i to już nam trochę bije po oczach.
[01:29:15] - Tak. Mamy po dwa plusy, to czas by było jeszcze na jeden plus z mojej strony. Okej. Wydaje mi się, że za duży plus można uznać przedstawienie postaci nastolatek w latach 90. To wbrew pozorom nie jest takie proste. W ogóle nastolatki nie są proste. Nastolatki mają to do siebie, że są emocjonalne, mocno nabuzowane hormonalnie i często nieprzewidywalne. Więc albo można pójść taką drogą, żeby przedstawić młodych szaleńców, młodych wariatów czy wariatki. I to oczywiście kusi pewno niektórych scenarzystów, ale to byłoby nieprawdziwe. Po prostu tacy młodzi ludzie nie są.
Tacy bywają w niektórych co gorszych filmach. Natomiast ja myślę, że wrzucanie tego do takiego worka z napisem „nastolatki" to byłoby krzywdzące dla nastolatków, bo takie postrzeganie przez dziadersów, przez ludzi starszych, że nastolatek to musi być głupi i nie ma gadania. Nie dość, że głupi, to jeszcze właśnie emocjonalny nad wyraz, właściwie do przesady. To by było krzywdzące. I tu się udało, moim zdaniem w tym filmie to jakoś zbalansować. To znaczy oczywiście młodzi ludzie, których obserwujemy, oni mają swoje prawa, mają swój wiek i czasami zachowują się emocjonalnie czy bardzo tak W sposób taki, który przy starszych osobach niekoniecznie musiałby zafunkcjonować. Ale to wszystko jest utrzymane w pewnych ryzach. To nie jest kompletne wariactwo. Fajnie są pokazane różne charaktery tych dziewczyn, bo mamy tu niby szarą myszkę w okularach, która się gdzieś kocha w kimś. Już dobrze, nie będę opowiadał, ale w każdym razie która jednocześnie potrafi być kobietą niesłychanie zdecydowaną.
Znowu pewne sceny w filmie, zaraz na początku się pojawiają, gdzie ona pokazuje pewien pazur. Niby jest szarą, zakompleksioną myszką, a z drugiej strony w sytuacji dramatycznej, kryzysowej potrafi działać niezwykle szybko, niezwykle skutecznie. To może nawet ważniejsze od tej szybkości. Wie, co robi i nie dziwimy się. To pasuje do postaci. To nie jest nagła eksplozja tych rzeczy, które wymieniłem wcześniej, tylko one pasują do tej, a nie innej dziewczyny. Podobne przykłady mógłbym podawać w przypadku innych bohaterek i bohaterów. To się wszystko trzyma kupy. To wszystko jest podane w taki sposób, że ja w to wierzę. I tu bym się chciał zastrzec: nie wiem, nie pamiętam albo może już nie do końca kojarzę, jak zachowywały się nastolatki w drugiej połowie lat 90.
No wybaczcie państwo, ale to czasami jednak umyka. Tym bardziej nie wiem, jak zachowywały się nastolatki w Stanach Zjednoczonych, ale obraz, który jest przedstawiony w tym filmie, jest przedstawiony w taki sposób, że ja wierzę. Wierzę reżyserowi, wierzę scenarzyście, że to tak mogło wyglądać. I to jest ten trzeci plus w filmie, który bardzo jest mi bliski. Bliski w tym sensie, że lubię dobrze narysowane postacie i te postacie są dobrze narysowane.
[01:32:56] - To teraz mój plus numer trzy. I to jest coś, o czym już była mowa: nawiązanie do takich klasyków jak "Blair Witch Project" czy "Lost". Chociaż podkreślałem to już kiedyś, że jestem fanem "Blair Witch", przynajmniej dwóch części, a ta druga, która się pojawiła, została wyklęta i nie nadaje się do oglądania. Natomiast oryginalna część i ta z 2016 roku to jest coś, co bardzo lubię. I tam mamy w "Yellowjackets" takie symboliczne ukłony w stosunku do tej produkcji. Oczywiście nie jest to żadna otwarta inspiracja, chociaż pojawiają się takie elementy charakterystyczne dla "Blair Witch", jak dom pośrodku lasu, który odgrywa przecież w historii wiedźmy bardzo ważną rolę. Także znajdowane tam w lesie symbole, chociaż nieco w innej formie. I w tym przypadku widzimy takie mrugnięcie okiem. Chociaż inni mówią na przykład o nastroju kingowskim, bo musicie wiedzieć i podkreślam to po raz drugi, my dzisiaj mówimy tylko o pierwszym sezonie, natomiast to, co znajdziecie teraz w sieci, zahacza już o sezon drugi, który nam troszeczkę fabułę zmienia, z tego, co wiem i ona wędruje w innym punkcie. Ale Marku, mówiąc o tych postaciach, to rzeczywiście jest to bardzo ciekawe, bo tam mamy trzy skrajności.
Z jednej strony osobę, która ma chęć zaistnienia, czyli panią senator tak naprawdę. Z drugiej strony mamy gospodynię domową i matkę, a z trzeciej nie wiem, czy tutaj mogę tak powiedzieć, bo nie wiem, czy w ogóle istnieje coś takiego jak konstytucja bibliotekarium, czy konstytucja zabrania używania słowa menelica, ale chyba nie.
[01:34:41] - Chyba nie.
[01:34:42] - Także mamy taką osobę, taką typową gochę, która oczywiście też ma jakiś swój urok. I też mamy bardzo ciekawą scenę na sam koniec pierwszego sezonu z jej udziałem, który pewnie nam wiele wniesie do sezonu drugiego. Dobra, ale powiedzielśmy już o tych plusach. Ja powiedziałem o swoim pierwszym minusie. To minus numer dwa od ciebie.
[01:35:08] - Minus numer jeden ode mnie. Powiem tak: ja w minusach skupię się jednak na tym, co lubię najbardziej krytykować i się czepiać w filmie — na szczegółach. Otóż dostajemy sytuację, w której samolot spada gdzieś tam w odległym stanie, pośrodku niczego, pośrodku pustki, wśród gór, lasów i w ogóle. W Polsce to się mówi, że wiadome zwierzęta, czyli psy, wiadomym organem szczekają w takim miejscu. Tu nawet psów nie ma, żeby miały czym poszczekać. W związku z tym kompletna głusza. No właśnie. I mamy ten osławiony domek, który te dziewczyny, ci zagubieni, nie też nie zagubieni, w każdym razie ci, którzy spadli z samolotu, odnajdują. Proszę państwa, ten domek jest zbudowany w taki sposób, że ja nie wierzę, że on na takim pustkowiu mógł powstać. Bo jakby on był jeszcze zbudowany z takich bali nie do końca obrobionych.
Tam za dużo cywilizacji w tym domku jest, za dużo elementów naszej cywilizacji, żebym ja był w stanie uwierzyć, że to jest domek oddalony, a może i więcej, od cywilizacji. Oczywiście biorę pod uwagę, że to może być jakieś przesunięcie czasowe. Tego nie dowiemy się oczywiście w filmie, ale zakładam, że są jeszcze następne sezony. Może czegoś takiego się dowiemy, że on jest jakby poza czasem to miejsce, dlatego nie są znaj- bo gdyby Gdyby to było blisko cywilizacji, to by znaleźli te dziewczyny. Gdyby było bardzo daleko, to uwierzenie w to, że elementy, które się pojawiają w owym domku na pustkowiu, zostały przydźwigane na plecach ludzi, to ilu tych ludzi? Jakieś karawany całe by musiały się poruszać, żeby ten domek w takiej formie, w jakiej on stoi w tej głuszy, w ogóle mógł powstać. Tak jak powiedziałem, ja w tę historię nie wierzę. Chyba że jesteśmy w obszarze, w jakiejś krainie bardzo tajemniczej, dziwnej, w której wszystko jest możliwe, a wszystkie dekoracje tak naprawdę mają sprawić, żeby te dziewczyny i ta reprezentacja męska jeszcze bardziej się zagubili w całej tej rzeczywistości. Jeśli natomiast mamy do czynienia z geografią taką, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni, że coś jest bardzo daleko od cywilizacji, w końcu to Stany Zjednoczone, więc takie miejsca się tam zdarzają, to jeśli ja mam w to uwierzyć, że to jeszcze za górami, trzeba przez przełęcze przejść i tak dalej, to mnie jest trudno uwierzyć, że ten domek znalazł się tam, gdzie się znalazł, w takiej formie, w jakiej my go widzimy w serialu.
[01:38:19] - Tak, bardzo trafna uwaga. Była też taka faza na dokumenty o Alasce, o Kanadzie na kanałach typu History i tak dalej. Tam widzieliście na przykład, że jak nawet myśliwy okresowo wyruszał na polowanie i mieszkał w tej chatce, Rosjanie chyba mówią „zaimka” na taką chatkę, to zazwyczaj były to bardzo mocne konstrukcje, proste konstrukcje zamykane przed niedźwiedziami. A tam mamy chałupę jak z miasta, elegancka, w środku jeszcze jedzenie, otwarte wszystko, nawet jakieś łóżka są, jakieś resztki jedzenia, które oczywiście jest popsute, ale jednak jest. Nikt tam do środka nie wszedł, nikt tego nie spenetrował. Ba, tam nawet samolot stoi, który się udaje odpalić. Z jakim skutkiem, to sobie zobaczycie. Ale powiem ci, że to, co powiedziałeś, jest też w jakimś stopniu moim minusem numer dwa, bo ja nie mogłem uwierzyć, oglądając pierwszy sezon, że w latach 90. nikt nie był w stanie zlokalizować samolotu zaginionego. Nie wiem, ile tych osób tam było.
W ogóle to jest też taki paradoks. Zanim przejdę do mojego minusa, ja miałem takie wrażenie, że na początku tych rozbitków jest więcej niż pod koniec. Nawet nim oni zaczęli się wymiksowywać z serialu, to miałem takie wrażenie, że ich jest bardzo dużo. A potem ich mniej i mniej. Na końcu się okazuje, że my znamy niby wszystkich bohaterów z widzenia albo z imion, ale są jeszcze tacy, którzy w ogóle się nie odezwali na przykład. To mnie jakoś myliło, ale przejdę do mojego minusa numer dwa. Otóż ja nie wierzę, że w latach 90. było możliwe to, żeby zaginął samolot w Kanadzie i ekipy poszukiwawcze się do niego w ogóle nie zbliżyły. To pierwsza sprawa. Druga sprawa, że w obliczu zbliżającej się zimy też nie wierzę, żeby ci rozbitkowie, te rozbitkinie, bo tak powinno się chyba mówić, nie rozbitkowie, chłopy też były, nie dawali żadnych znaków ekipom poszukiwawczym.
Oni byli na tyle sprytni, żeby sobie poradzić, bo trzeba to powiedzieć. Umieli zdobywać pożywienie, polować i tak dalej. Ale nie przyszło im do głowy, żeby wystawić jakiś patrol, który by poszukiwał nadlatujących samolotów czy helikopterów, albo dawać znaki dymne. To było coś, co drążyło moją wyobraźnię, kiedy oglądałem „Yellowjackets”, ale od razu pomyślałem o tym, co ty powiedziałeś, że to pytanie zostało bez odpowiedzi, ale nieprzypadkowo. I może my się w sezonie drugim dowiemy właśnie, dlaczego tak było, że ich się nie udało odnaleźć. Dlatego że ten serial jest za dobrze skonstruowany, żeby do takiego głupiego błędu doszło i żeby takie pytanie zostawić bez odpowiedzi.
[01:41:23] - Stąd to moje podejrzenie, że rzeczywiście rzeczywistość. Udało mi się zabłądzić w te rejony, które tak lubię, czyli w bełkot. Też jestem przekonany, że to się nie działo przypadkowo i że ta rzeczywistość, którą tam oglądamy, jest jakby zawieszona poza czasem, gdzieś trwa, albo poza rzeczywistością. To jedyne wytłumaczenie. Tym bardziej że mój drugi minus też się poniekąd odwołuje do tego. Otóż ja miałem taki dysonans poznawczy, kiedy tak jak powiedziałeś, ci rozbitkowie, nie wiem, tam jest jakaś plaża, jest jakieś jezioro, chociażby na tej plaży by sobie z szyszek ułożyły to „help” czy tam z czegokolwiek. Tak jak macie państwo w „Cast Away”, „Cast Away: Poza światem", tam sobie udeptuje i pokazuje jakiś napis, „help” chociażby. Tak jak powiedziałeś, jakieś znaki dymne, ogniowe czy jakiekolwiek inne. To jest pierwsze zagadnienie. Ale jest jeszcze drugie.
Taką wyprawę w kierunku cywilizacji oni podejmują w połowie pierwszego sezonu, może nawet dopiero w drugiej połowie decydują się na pewną wyprawę. Znowu nie będę opowiadał, jak ona się kończy i że to nie do końca był dobry pomysł, ale Oni tego wiedzieć nie mogli. Tymczasem oni sobie tak siedzą, czekają na pomoc. Ci Lutkowie, właściwie te Lutkinie z dodatkiem męskim. Siedzą, czekają, czekają. W końcu dochodzą do wniosku, że może jednak by się wybrały. To mi też nie pasowało. Pierwsza myśl: przecież one, powiedzmy sobie od razu otwarcie, nie rozbiły się na innej planecie, na Antarktydzie się nie rozbiły. Owszem, rozbiły się na pewnym bezludziu, ale to jest tak, jak czytam o ludziach zagubionych w polskich lasach. Wiem, że jak panika się w człowieka gdzieś tam wedrze, to rzeczywiście zagubić się można, a później można krążyć po tym lesie i krążyć, i krążyć.
Tu pomijam Bieszczady, bo trudny teren, ale w centralnej Polsce, Puszczy Noteckiej, w kompleksach ogromnych leśnych wystarczy tylko trzymać się kierunku, pewnej drogi. Jeśli nawet nie widzicie państwo tych kamieni w lasach, które pewne rzeczy wyznaczają, to trzymanie się jednego kierunku sprawi, że wcześniej czy później i to nie po 110 dniach, czy nawet po pięciu, ale znacznie szybciej dotrzecie państwo do jakichś oznak cywilizacji. W związku z tym mowa o zagubieniu się w Polsce to w ogóle jest fikcja, pod warunkiem, że nie wpadamy w panikę. To należy mieć na uwadze i że siły fizyczne nas nie opuszczą. To pierwsza sprawa. Druga: owszem, Stany Zjednoczone to nie Polska czy Kanada, to są miejsca, które są znacznie groźniejsze, znacznie przede wszystkim rozleglejsze i trudne terenowo. Wiadomo, góra zawsze wydaje się, że jest niewysoka, dopóki nie zacznie się na nią wchodzić, bo wtedy gwałtownie staje się trudna i wysoka i bardzo ciężko się na nią wchodzi. Więc ja to wszystko rozumiem. Niemniej jednak brak próby ruszenia w jakimś konkretnym kierunku po pomoc wydaje mi się dziwny. Od początku wydawał mi się dziwny i dlatego tak to zapamiętałem, bo czekałem, kiedy wreszcie któraś z tych panienek - i to nie jest pejoratywne, one po prostu są panienkami, młodymi dziewczynami.
Albo może któryś z tych facetów, któryś z tych rozbitków wpadnie na pomysł, że może by jednak uruchomić jakąś wyprawę, która sprowadzi pomoc. Długo przyszło na to czekać.
[01:45:48] - Tak, ale to jednak było i mieliśmy takie mrugnięcie okiem, że oni są jakoś zamknięci przez jakąś siłę, bo przecież to ich wilki zaatakowali. Nie będę już więcej mówił, co się stało z samolotem, bo to za dużo.
[01:46:00] - Tak. To wszystko prawda, Piotrze. Tym razem ja przerwę, ale przecież póki nie podjęły tej wyprawy, to one tego wiedzieć nie mogły, że spotkają ich tam różne nieprzyjemne albo też bardzo nieprzyjemne sprawy. One po prostu jakoś tak, wybaczcie państwo, to dowcip jest jednak czy żart, jakby się leniły, jakby nie miały ochoty do tej cywilizacji powrócić. Czekały, aż zostaną uratowane. Księżniczki takie trochę.
[01:46:33] - Tak. Ale wiesz, druga sprawa, nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale wydaje mi się, że tam nie było żadnych oznak ekip poszukiwawczych. To też było dziwne, też się rzucało w oczy. Ale jak mówię, to musi być typowy zabieg, bo niemożliwe, żeby to tak zostało zostawione. Przypominam po raz trzeci, mówimy tu z perspektywy pierwszego sezonu, o drugim nie wiemy nic. To ja może teraz o tym trzecim minusie, Marku, który też jest trochę w ten deseń, że to jest jeszcze nierozwiązana sprawa, ale pod koniec pierwszego sezonu macie wrażenie, że wszystko zmierza w stronę kolejnego serialu o dziwnym kulcie. My już omawialiśmy seriale o kultach, między innymi „Diabo w Ohio”. Trochę też pasowała tutaj „Nocna msza”. Pewnie będą też inne, bo za tydzień też będzie taki. I to jest minus numer trzy.
Nie oznacza to, że to jest kolejna pozycja o okultystach, nie o okultystach, ale kultystach. Ale pod koniec pierwszego sezonu taki sygnał mocny otrzymujemy, chociaż oczywiście dowiemy się kolejnych szczegółów. Dlaczego to uznałem za minus? Dlatego, że tych seriali mówiących o sektach, nawet sektach zmierzających w stronę horroru, tematów okultystycznych, diabolicznych, wręcz szatańskich, jest dużo za dużo. Ten wątek jest eksploatowany nie tylko w serialach, ale też w filmach do - znowu brzydkie słowo będzie, Marku - tym razem pożyg. I tutaj „Yellowjackets” nam pierwszy sezon kończy właśnie na czymś podobnym, że mamy taki wątek mistyczno-kultowy, wręcz sekciarski. Do czego to zmierza? Już nie byłbym sobą, gdybym nie zajrzał do opisów tego drugiego sezonu i tam już coś się wyjaśnia. Tylko że wiesz, czy widz, który obejrzał wiele seriali z różnych platform i widział już tych sekciarzy w każdej możliwej odsłonie, nie będzie trochę rozczarowany?
[01:48:45] - Tego oczywiście nie wiem. Natomiast powiem ci w ten sposób, że te elementy związane z okultyzmem czy z jakimiś przejawami działania mrocznej siły, one się w tak zwanym międzyczasie przecież pojawiają. Tu przypomnę scenę z jeleniem, z drugim jeleniem, w każdym razie z jeleniem, który się okazał niejadalny. Tak to sobie zaszyfruję. Czy też scenę z niedźwiedziem, która wydawać się może przedziwna, a jednak się dzieje. Tam się jeszcze trochę dziwnych rzeczy dzieje. Jedna z tych scen dotyczy samolotu i tak dalej. My jesteśmy wciągani w tajemnicę, która otacza to miejsce, a właściwie w liczbie mnogiej, w te tajemnice, które w tym miejscu gdzieś czyhają. Coś czujemy, że coś się zaciska, jakaś pętla, coś się dzieje. Nie bardzo jesteśmy w stanie.
Rzeczywiście wyobraźnia nam hasa w kierunku kultystycznym. Szukamy kalek, szukamy odniesień, to naturalne, do rzeczy, które oglądaliśmy wcześniej i trudno się dziwić. Niemniej mam nadzieję, że później jakąś klamrę, jakąś spinkę znajdzie. Takie mam wrażenie, że my świadomie jesteśmy wprowadzani w okultystyczne klimaty. To ewidentnie.
[01:50:32] - Czy to był twój trzeci minus?
[01:50:34] - Nie, to nie jest mój trzeci minus. Ja raczej lubię takie klimaty. Natomiast mój trzeci minus jest bardzo osobniczy. Dotyczy mnie, bo wspomniałeś o tym, że bohaterki, ich odpowiedniki z lat 90. i te współczesne fizycznie sobie odpowiadają. Dlatego powiedziałem, że to osobnicze, bo ja odniosłem wrażenie, że nie wszystkie. I ja miałem pewien kłopot, między innymi przy tej, jak ty to nazwałeś, menelicy. Zanim się zorientowałem kto to, musiało upłynąć trochę czasu. Ja nie do końca-
[01:51:20] - Kolor włosów zmieniła.
[01:51:21] - Tak. A ja jestem prymitywnym człowiekiem, bardzo się sugeruję pewnymi rzeczami i to natychmiast wprowadziło jakiś problem. Jeszcze z jedną bohaterką miałem problem z rozszyfrowaniem. Więc tak, ja się zgadzam z tym, że większości to nie dotyczy, większości bohaterek. Raczej orientujemy się kto zacz. Natomiast mnie się zdarzały problemy z przeskokami czasowymi, niedotyczące samych tych przeskoków, a właśnie postaci, które się tam pojawiają. Tu miałem problem i dla mnie to był minus, bo się wkurzałem: „Kto to jest? Kto to jest?”. Czasami musiałem cofać ten film, żeby to utwierdzić, że: „Aha, to ta. Okej”.
Ale może to jest mój feler, że mam problemy z rozróżnianiem bohaterek. Nie wiem, to już państwo sami rozstrzygniecie oglądając, czy też macie podobne kłopoty.
[01:52:26] - Tak, jeszcze dodajmy jako ten czwarty plus, że chyba jedna z głównych bohaterek ma polskie nazwisko. To znaczy mąż ma polskie nazwisko. Chyba Sadecki? Miły wątek. Reasumując, co możemy o tym serialu „Yellowjackets” powiedzieć? Po pierwsze to, że on chyba nie jest za bardzo popularny w Polsce, bo jednak znajduje się na platformie, która chyba zbyt wielu fanów nie ma i subskrybentów. To po pierwsze. Po drugie jakoś nie ma takiego hype'u jak na inne seriale. Nie ma takiego zainteresowania, ale warto, bo muszę powiedzieć, że to jest jeden z niewielu, który naprawdę wciąga. To nie jest arcydzieło, musimy powiedzieć.
Nie ma też takiej warstwy, Marku, symbolicznej, która była w „Nocnej mszy”. Tam nie ma nawisu ciężkiego, że musimy sobie coś interpretować przez bardzo głęboką symbolikę, a jednak to wszystko jest fajne. Z drugiej strony bardzo proste i oglądalne. Ja z niecierpliwością czekam na ten drugi sezon. Mam nadzieję, że mnie nie rozczaruje, chociaż różne głosy były, że sezon drugi może wiele rzeczy nam skierować na nieodpowiednie tory. To znaczy takie, które nam już tak zagmatwają scenariusz, tak jak w „Lost” chyba, że nie będzie się tego dało zadziałać.
[01:54:00] - To dokładnie chciałem powiedzieć, że boję się, żeby ten film nie podzielił losów „Losta”. Otóż z „Lostem” czytałem kilka wypowiedzi osób zbliżonych do tego serialu. Było podobno tak, że on się miał kończyć kilka razy. Ja już kiedyś tę historię wspominałem, że on się miał kończyć kilka razy, ale stał się ofiarą swojego własnego sukcesu. Ponieważ dobrze się rozchodził, publiczność kochała ten serial, to dopisywano nowe sezony, zarzucając zakończenia. Kiedy to miał być serial góra dwusezonowy, tam zakończenie było podobno w miarę proste, odwołujące się do tajemnic, które się przecież w „Lost” pojawiały, takie niesamowitości. Tu widzę dużą zbieżność, bo też taka atmosfera tajemnicy, zagadek mniej lub bardziej związanych z rzeczywistością naszą, a może już nie naszą. W „Lost” też to było. Tylko kolejne sezony sprawiały, że uciekał trochę jak horyzont. Oddalało się zakończenie i oddalało się sensowne zakończenie.
Boję się, żeby ten serial nie stał się ofiarą podobnych zabiegów. Czyli im będziemy dalej- ... w kolejnym sezonie, tym będzie coraz bardziej abstrakcyjnie, głupio czy też w ogóle będzie pojechane kompletnie. Tego się boję. A ten serial ma też dla mnie taką zaletę, że zwróćcie państwo uwagę, on jest świetnie zilustrowany muzycznie. Ta muzyka odwołuje się do dawnych czasów, czyli do lat 90. Przynajmniej w tych momentach, kiedy może się odwoływać do nich. I przyznam, że to też jest, już jak mówimy o plusach, to czwarty plus tego filmu, że tam znajdziecie państwo muzykę z tamtych lat. Może nie tę topową, ale jednak ona się tam pojawia. To też dobrze buduje klimat.
I ja jestem pełen zatroskania, co już wyraziłem, o losy tego filmu. Te głosy mówiące o tym, że jest gorzej, że w ogóle do kitu, lipa, one się pojawiły zaraz na początku drugiego sezonu, a tam na ogół jest tak w tego rodzaju filmach, że trzeba czymś widza zszokować. Trzeba mu dać coś, czego się nie spodziewa, czego nie chce albo nie jest mu to miłe. I być może z tego wynikały te gorsze oceny, ale to jest absolutna moja taka spekulacja, bo ja w przeciwieństwie do Piotra nie czytałem o drugim sezonie ani kawałka tego drugiego sezonu nie widziałem. Jedyne, co czytałem, to komentarze, że jest gorsze, na pewno do kitu, na pewno lipa, ale to powtarzam pod pierwszym i drugim odcinkiem. Później może jednak jest lepiej.
[01:57:25] - No tak. I to chyba wszystko, co mamy wam do powiedzenia o "Yellowjackets". Jeżeli pytacie, czy warto, to tak, warto. Czekamy na wasze komentarze. Jeżeli ktoś widział, to tym bardziej. Marku, co za tydzień? Bo za tydzień, ja już się trochę wysypałem tutaj. Co za tydzień? Kolejny serial kultystyczny, czyli feeria "Najciemniejsze światło". I tutaj będzie gorzej.
Od razu mówię, że będzie gorzej.
[01:57:51] - Ja tam, proszę państwa, nie wiem, czy będzie gorzej, bo ta przygoda dopiero przede mną, więc ja będę miał świeży ogląd. Piotr już zdążył ten serial przetrawić, przemyśleć i analiza tam jest zapewne głęboka. U mnie, jak to zwykle bywa, będzie może powierzchowna, ale za to pełna świeżych emocji po obejrzeniu. Chociażby z tego względu ta analiza przyszłotygodniowa może się okazać ciekawa, bo takie zderzenia tworzą nową jakość. To przemyślenie oraz emocje. Może się okazać, że odkryjemy w tym serialu coś, czego się w tej chwili wspólnie sami nie spodziewamy. Taką sobie teorię postawię.
[01:58:39] - Tak, ciekawe jest to, że powiem ci nasze plusy i minusy, chociaż nieuzgadniane, nigdy się do tej pory nie powieliły chyba. Dobra, a co do usłyszenia w kolejnym serialowym „Filmotekarium” za tydzień. Mam jeszcze taką prośbę do wszystkich słuchających. Jeżeli macie jakieś propozycje, szczególnie te mniej znane i dobrze, żeby to były nowe seriale, to dajcie znać w komentarzach, to postaramy się przyjrzeć waszym propozycjom, bo to jeszcze kilka tygodni z tymi serialami pozostaniemy. Do usłyszenia.
[01:59:13] - Tak, proszę państwa, często piszecie państwo, często wspominacie o tym, że Wiktora Żwikiewicza mało. Jak by to państwu powiedzieć? Wiktor Żwikiewicz na emeryturze. Żartowałem, ale niedługo będzie Wiktor Żwikiewicz, tak jak obiecałem. Myślę, że w chwili kiedy państwo słuchacie moich słów, to już mam właśnie nagrany wywiad na temat relacji Wiktora z Lechem Jażdżmykiem. Wspomnienie takie, które państwu obiecałem, ale to dopiero dla mnie, to jest przede mną. Liczę, że w każdym razie nagranie się uda. Ale postanowiłem, że skoro Wiktor Żwikiewicz bywa tak rzadko, zdecydowanie za rzadko na naszej antenie, to czas coś z tym zrobić. To dzisiaj pewna namiastka, czyli jedno z najsłynniejszych opowiadań mistrza „Wołanie na Mlecznej Drodze”. To jest oczywiście przypomnienie, taka wspominka z ABW, kiedy tam było po raz pierwszy publikowane, jeśli chodzi o wersję głosową.
Wtedy w ABW, Antologia Bibliotekarium Warsztaty prezentowało to opowiadanie w interpretacji nieocenionego Ivelliosa. To ja państwu postanowiłem, że ponieważ ABW było słuchane przez niewielką rzeszę słuchaczy, to czas powtórzyć. Zatem dzisiaj „Wołanie na Mlecznej Drodze” Wiktora Żwikiewicza. Wierzcie mi państwo, to jest opowiadanie, które kiedy po raz pierwszy przeczytałem, chociaż Wiktor pisze trudnym językiem, a ja byłem w sumie gówniarzem, to kiedy przeczytałem je, przeczytałem ostatnie zdanie, byłem absolutnie poruszony. To jest opowiadanie, które zostaje w pamięci. Zapraszam zatem. „Wołanie na Mlecznej Drodze”.
[02:01:26] - Wiktor Żwikiewicz, „Wołanie na Mlecznej Drodze”
[02:01:30] - Szedł w cieniu murów z przewieszonym przez ramię blasterem. Szedł miarowym, dobrze wyćwiczonym krokiem, nie oglądając się za siebie, ani też zbytnio nie wybiegając spojrzeniem do przodu. I próżno zwierciadła ścian zapalały w czarnej glazurze refleksy szkarłatnego nieba, usiłując ożywić źrenice jego oczu, wygładzić rysy twarzy, której czas przypisał maskę o wyrazie doskonałego znużenia. Zatrzymaj się, Rudier. Poddany inercji ruchu szedł jeszcze chwilę na kamiennych płytach, coraz wolniej wybijając rytm kroków podkutymi obcasami. Wreszcie zatrzymał się i spojrzał za siebie. Pusto. W bezwietrznym spokoju powietrza kanion ulicy zwężał perspektywę narosłymi wysoko skarpami domów bez okien, bez drzwi. To nie złudzenie, Rudier. Słyszysz nas.
Stał nieruchomo z palcem na spuście blastera i kolbą mocno przywartą do piotra. Wiedziałem, że jesteście — powiedział. Milczenie, jakby ktoś niewidzialny rozważał sens jego słów. Wiedziałeś, że jesteśmy? Od dawna. Postąpił krok do przodu, bacznie wpatrując się w czerwonawy półmrok. Szeregi ścian załamywały się, wyznaczając krawędziami bloki domów i w szklistych płaszczyznach mnożąc zdeformowane odbicia jego twarzy. Wykonał gwałtowny skręt tułowia, jednym rzutem oka usiłując ogarnąć przestrzeń za sobą. Nic. Pusto.
Znowu żadnego szmeru, najlżejszego powiewu, który zdradziłby czyjąś obecność. Przecież przyszedłem tutaj tylko po to, żeby odszukać tych, którzy zostali. Wierzyłem, że znajdę. Kogo? Was. Spod przymrożonych powiek obserwował nawisłe nad głową krawędzie ścian. Odcinały się na tle nieba nieskazitelnie czystą linią rysunku, bez jednej skazy w monolicie murów. Mylisz się, Rudier. Nie jesteśmy tymi, których szukasz. Zdziwiony spojrzał w głąb ulicy.
Chwilę wahał się, potem wyciągnął rękę, wskazując pięcioma palcami promieniste rozwidlenie zaułków. Szukam tych, którzy zbudowali to miasto — powiedział. Nie było nas wtedy. Kim więc jesteście? Czemu ukrywacie się przede mną? Trochę cierpliwości, Rudier. Niedługo nas zobaczysz. Cierpliwość. Jakie to proste po tylu latach oczekiwania. Urwał.
Poczuł, że wilgotnieje mu dłoń zaciśnięta na kolbie blastera. Gdzieś w głębi piersi wzbierał nagły lęk przed tym kimś niewidzialnym, a zarazem obawa, aby nie pierzchło złudzenie głosu i by znów nie został sam w półmroku wymarłego miasta. Skąd? — powiedział, marszcząc brwi. Skąd znacie moje imię? Wiemy o tobie wszystko. Kim wy jesteście? Cofnął się, znajdując plecami chłodne wsparcie muru. Jestem Nezer. Orst.
Pandan. Jest was trzech? Gdzieś, nie wiadomo gdzie. Chwila wahania. W pewnym sensie. Dlaczego nie mogę was widzieć? Dzielą nas dwie godziny lotu. Zachwiał się, jakby trafiony pięścią w brzuch prosto w słoneczny splot. Wy jesteście w przestrzeni? Odepchnął się od ściany i wyszedł na środek ulicy z zadartą do góry głową i szeroko rozpostartymi rękami.
Tutaj. Słyszycie? Jestem tu. Ulice podchwyciły rozdzierający ciszę krzyk. Wplątały go w labirynt kamiennych arkad i gasnącym echem wyniosły wysoko pod prześwit nieba, szkarłatną blizną rozdzielającego ciągi ścian. Jestem tutaj. Słyszycie? Zabierzcie mnie stąd. Odbezpieczył spust blastera i drżącymi rękoma wprowadził celownik w szczelinę między murami. Seria świetlnych impulsów rozwinęła w zanicie pęcherz fioletu prześwietlonego od środka ogniskiem trupiej bieli.
Blask przewiercał mu powieki, gorącym podmuchem lgnął do twarzy i rąk, lecz on nie ustawał, szeregując błyski w sygnał dawno zapomnianego kodu. W kaskadzie iskier sypnęły na ziemię płonące bryzgi, igłą promienia wyłuskane z krawędzi muru. Szarpnął się oślepiony, z kręgami czerwieni kołującymi w oczach. Spróbował wydostać się spomiędzy ścian, które promieniawały gorącem, lecz nogi w czymś ugrzęzły i daremnie ponaglał mięśnie. Stopy jakby przyrosły do ziemi, oplatane niewidzialną siecią. Zatrzymał się bezradnie i stłumiwszy oddech, czekał, aż ustąpi purpura krwi pulsującej pod powiekami. Wreszcie niepewnie, z lękiem spojrzał przed siebie. Zniknęła czerń kamienia. Zamiast niej gąszcz bladoróżowych pnączy oplótł mury, wrósł w chodniki rozplenionym błyskawicznie kobiercem. Niesamowita ekspansja z martwego kamienia kiełkujących roślin zdawała się ogarniać całą przestrzeń, lecz wystarczył jeden rzut oka wstecz i Rudier zrozumiał, że to wyzwolenie utajonego potencjału życia jakaś siła ogranicza do znikomej w skali miasta powierzchni, poza którą nadal trwa niewzruszenie mroczny, niby w bryle kamiennego węgla wykuty kanion ulicy.
Opuścił rozgrzaną lufę blastera. Stał w centrum kręgu zakreślonego przez żar wypromieniowany z jego własnej broni. Stał wielki i niezgrabny w obwisłym na wychudzonym ciele skafandrze, obszarpany i śmiertelnie znużony. Powoli, z niechęcią począł rozgarniać sięgające już piersi łotygi. Były miękkie i ciepławe w dotyku, ustępowały pod naciskiem dłoni, większy opór stawiając dopiero tuż nad ziemią, gdzie nogi jego uwięzły w gęstwinie opadłych pnączy. Na ścianie przeoranej promieniem blastera krzepły, nie sięgnąwszy ziemi, ciężkie, pomimo żaru, sczerniałe już krople. Upodabniały kamienny blok do zgasłej gromnicy, która zdążyła wysączyć łzę przykopconego wosku, nim ostygła, podmuchem zbłąkanego wiatru pozbawiona płomienia. I tylko u samego spodu tarczących sopli czerń matowiała, blakła coraz bardziej, aby w miejscu największego zeszklenia wyzwolić na zewnątrz ogromny, płonsowy kwiat. Słuchasz nas, Rudier? Drgnął mimowolnie, choć oczekiwał tego głosu.
Tak — powiedział, pokonując skurcz gardła. Jesteście z Ziemi? Z Układu. Nie rozumiem. Jesteście ludźmi? Od czasu, gdy opuściłeś Ziemię, minęło wiele lat. Prawda. Najpierw anabioza. Potrząsnął głową. Potem przez tyle lat wlokłem się z miasta do miasta w nadziei spotkania kogoś, kto pomoże mi wrócić.
Powiedzcie, jaka ona dziś jest. Ziemia. Nie wiemy, Rudier. Cofnął się poza bladoróżowy krąg, który osiadał w oczach, więdnąc równie szybko, jak szybko niedawno wyrósł z kamienia. Co to znaczy? — zapytał. Skąd wy jesteście? Układ to setki zamieszkanych planet, pośród których Ziemia jest jedną z wielu. My nie byliśmy tam nigdy. Absurd.
Przecież jesteście ludźmi. Przecież się nie mylę. Nie. Lecz różnimy się trochę. Jacy jesteście? Milczeli. Rozumiem. Czas wszystko zmienia — podjął na nowo, byle zagłuszyć kiełkujący w piersi niepokój. Ja sam nie jestem tak twardy jak kiedyś. Rozkleiłem się na tej planecie i wszystkie moje marzenia to raz jeszcze zobaczyć step i prawdziwy las, usiąść nad brzegiem rzeki, jeśli cokolwiek zostało z tego.
Tak, każdy człowiek starzeje się i szuka odpoczynku. Każdego przecież czeka zwykłe zmęczenie życiem. Nas nie. Pozostajemy zawsze sprawni do końca. I na tym polega różnica między nami? Dla ciebie środowiskiem warunkującym prawidłową egzystencję była biosfera Ziemi oraz wyizolowane jej pochodne, od przestrzennych stacji począwszy, na hermetycznym skafandrze kończąc. Dla nas zakres ograniczeń dawno przekroczył te bariery. Jesteśmy mieszkańcami morskich głębin i metanowych oceanów. Zaludniamy światy nigdy przedtem nietknięte nogą człowieka. Jesteśmy wszędzie, nawet w kosmicznej przestrzeni.
Jak wy wyglądacie? — zapytał wbrew własnej woli, gdyż nie chciał, za nic w świecie nie chciał tego wiedzieć. Niepotrzebnie się lękasz. Zewnętrznie niewiele różnimy się od ciebie. To tylko poddany rekonstrukcji organizm ma diametralnie różną strukturę biomolekularną i mechanocybernetyczną. Jak mogliście to zrobić? Kierują tobą kryteria etyki twoich czasów, Rudier. Zapominasz, że nauka i technika w rękach istot rozumnych to tylko narzędzie ewolucji. Świat roślin i zwierząt ma do dyspozycji miliardy lat oddanych na loterię ślepej gry rozsądku. Lecz z chwilą pojawienia się rozumu ewolucja musi zmieniać taktykę.
Już nie wystarczy po prostu czas pozwalający bez pośpiechu szukać nowych rozwiązań. Istoty rozumne są niecierpliwe, same zmieniają swoje środowisko. Ale wiedza i zdolność świadomego działania jest płodem rozumu, którego środowiskiem jest zarówno biosfera całej planety, jak i organizm istoty żywej będącej jego bezpośrednim nośnikiem. Czyż może więc przekształcać jedno, a wzdragać się przed ingerencją w drugie? Nie, nie przekonacie mnie — powiedział, zaciskając zęby. Twierdzisz tak, choć zdajesz sobie doskonale sprawę, że podobne zależności można ekstrapolować w nieskończoność. Przecież nawet mózg jako naczelny motor świadomości w pewnym momencie nie może więcej akumulować zasobu informacji warunkujących dalszy rozwój osobowościowy i społeczny oraz zwiększyć wydolności myślowych operacji. Aby na tym etapie nie nastąpiła stagnacja postępu, trzeba szukać nowych rozwiązań. I wy znaleźliście? W naszym świecie problem ten rozstrzygnięto przez zwrotne sprzężenie psychiki poszczególnych jednostek gatunku w układ nadrzędny, umożliwiający momentalne dysponowanie zasobem informacyjnym całej cywilizacji i dający szansę rozwiązywania takich zagadnień, którym podoła tylko sumaryczna zdolność logicznego rozumowania, wyobraźnia, czy też wypadkowa tego, co przywykliśmy nazywać intuicją.
Chwileczkę — przerwał Rudier. Usiłował coś sobie przypomnieć. Kilka kroków od niego topniał wchłaniany przez jezdnię brunatny krąg w miejscu niedawnej eksplozji wzrostu różowych pnączy. Kamień pozornie martwy, a przecież zakwitający pod termicznym udarem, wygładzał swoją powierzchnię. Nie zostawiał na swej płaszczyźnie nawet resztki liści. Więc dlatego, gdy zapytałem, czy was jest trzech — rzekł wreszcie — odpowiedzieliście: w pewnym sensie tak Oczywiście mógł z tobą nawiązać kontakt jeden z nas, lecz wygodniej chyba, gdy dokona tego układ określony tutaj w przestrzeni przez funkcje psychiki każdego z naszej trójki. Czyli ja cały czas rozmawiam nie z kimś konkretnym z was, lecz z układem? Oczywiście. Rudier stał przygarbiony nad doskonale już gładką płytą chodnika. Nawet pąk czerwonej orchidei zniknął bez śladu.
Masz jeszcze jakieś pytanie? – usłyszał. Zrazu chciał zaprzeczyć, lecz tylko wyżej podniósł głowę. Może ostatnie – powiedział powoli. Kim wy jesteście? Nie rozumiemy cię, Rudier. Przecież nie będąc ludźmi, musicie kimś być. Jesteśmy ludźmi, Rudier. Dziwne. Kim zatem ja jestem?
Prócz zewnętrznego wyglądu, jak twierdzicie, nie mamy ze sobą nic wspólnego. Jeśli więc wy jesteście ludźmi, to ja nie mogę być człowiekiem. I odwrotnie. Okręcił się na pięcie i szybkim krokiem poszedł przed siebie, nie bacząc na dźwięczące w nim dopiero co usłyszane słowa, nawet nie starając się ich zagłuszyć. Wystarczyło zresztą, żeby nie myślał o nich, a rozpadły się w ledwie słyszalny szelest, jakby wiatr przegarniał po piasku liście tak suche, że prawie nieważkie. Wiatr, którego nie znał ten świat i cienie zetlałych liści. Szedł środkiem pustej ulicy, korytem jezdni między blokami budowli rozwierających coraz to nowe przesmyki, lecz on nie zawahał się ani na moment w swojej wędrówce do krańca tego miasta. Wreszcie spomiędzy skarlałych nagle gmachów wyłoniła się niebotyczna ściana lustrzanej czerni. Mur otoczył miasto zakolem karbowanego grzbietu, niczym średniowieczną warownię, gdzie brzask nieba z trudem prześlizguje się między szczerbami blanków. Budowle miasta stały w pewnym oddaleniu od ściany i szklista płyta, z której wyrosły, podnosiła wklęsły menisk, przechodząc bezpośrednio w pionową stromiznę bez bram i naturalnych szczelin.
W jednym tylko miejscu mury jakby osunęły się pod własnym ciężarem. Nie runęły jednak z walizkiem luźnych głazów, lecz dziwnie rozmiękły, podcięte wewnętrznym bezwładem zachwianej struktury kamienia i otworzyły dostęp do martwego miasta od zarania dziejów wzniesionego bez bram. Rudier ruszył do tego wyjścia, wzbijając butami obłoki pyłu. Ziemię pokrywała warstwa najdelikatniejszej sadzy, czarnymi jęzorami sięgająca pobliskich domów. Odruchowo obejrzał się przez ramię. Jednym spojrzeniem ogarnął miasto. I na ciebie przychodzi kolej – szepnął i brnął dalej w osypisko murów. Kiedy stanął po przeciwnej stronie, starannie ostukał buty w kępie suchej trawy. Niebo stapiało swój szkarłat z liliowym buszem wszerz i wzdłuż porastającym płaską równinę. Tylko dlatego na horyzoncie ciemnawe pasmo zdradzało położenie jeszcze jednego miasta.
Poza tym jednolita równina nakrywała monolit kamienia liliowym pokrowcem porostów, jak kożuchem pleśni rozdartym od spodu przez wierzchołki samotnych miast wysp. Dokąd chcesz iść, Rudier? – usłyszał. Stanął wyprostowany, niewidzącymi oczyma wpatrzony w nagle wyrosłą przeszkodę. Dokąd? Milczał. Przecież słyszysz nas i rozumiesz. Czy tego nie starczy, aby pojąć, że znów nie tak wiele nas dzieli? Gdziekolwiek jesteśmy, jacykolwiek jesteśmy, wszyscy jesteśmy ludźmi, dopóki się rozumiemy. Czego chcecie ode mnie?
Informacji. Przeżyłeś tu długie lata. Musiałeś wiele poznać i wiele zrozumieć. Cóż dacie mi w zamian? Będziesz mógł wrócić, dokąd zechcesz. Tak sądzicie? Tego miejsca już nie ma. Sam zdecydujesz. Nas interesuje ta planeta. Nie zjawiliśmy się tu przypadkowo.
Co chcecie znaleźć? Ruiny miast? Czyżbyście nie znali reguły kosmosu, według której obok planet martwych od początku świata najczęściej spotyka się właśnie ruiny? Jednak to nie są ruiny. Naprawdę? Może nie ja, tylko wy spędziliście tu kilka lat. Posłuchaj, Rudier. Niedawno sam szukałeś ich mieszkańców. Nie byłeś pewien ostatecznego wyludnienia miasta. Szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej.
Może udzielilibyście mi zbawiennej rady, co można robić po katastrofie statku, jeśli nie szukać pomocy u potencjalnych mieszkańców planety. Tym bardziej że cywilizacja istniała tutaj naprawdę. Dlaczego mówisz w czasie przeszłym? Mamy dowody działalności tych istot w celu nawiązania kontaktu z innymi cywilizacjami wszechświata. Bieżącej działalności. Skąd to przekonanie? To proste. Istnieje pewien nośnik energetycznego potencjału czy też kwantowy przejaw biogenezy. Nie potrafimy sprecyzować zależności, co jest jego przyczyną. Czy życie jest wynikiem owego kwantu życia, czy na odwrót.
Ogólnie przyjęliśmy, że podobnie jak charakterystyczne procesy wzrostu, rozmnażania lub dostosowywania się do warunków środowiskowych są przejawem życia w ujęciu makroskopowym, tak występowanie kwantu życia towarzyszy na poziomie submolekularnym tym specyficznym reakcjom fizykochemicznym, które uważa się za symptomy życia w ogóle. Dysponując odpowiednią aparaturą rejestracyjną, wyodrębniliśmy w kosmicznym szumie pasmo promieniowania będącego pochodną procesów organizacji materii na tym właśnie poziomie. Domyślam się, że rozporządzając tego rodzaju aparaturą jeszcze w przestrzeni stwierdziliście występowanie życia na tej planecie. Więcej. Odkryliśmy działalność istot rozumnych. W jaki sposób promieniowanie tego globu jest świadomie modulowane? Niemożliwe. Raczej nieprawdopodobne. Co nie zmienia faktu, że cywilizacja tej planety stworzyła jedyną w swoim rodzaju stację sygnalizacyjną, wprzęgając w mechanizm modulujący promieniowanie biosferę całego globu, żywą materię wszystkich mikroorganizmów, roślin i zwierząt. Nie istnieje bardziej uniwersalny sposób przesłania informacji o swym istnieniu, niż włączenie systemu znaków poddających się matematycznej analizie w puls promieniowania, które już samo w sobie jest emisją życia.
Więc oni, Rudier spojrzał w stronę miasta. Od wielu, może od tysięcy lat usiłują nawiązać łączność z istotami rozumnymi z innych światów. Dlaczego więc ja przez osiem lat nie mogłem dobyć się kontaktu, bodaj śladu zainteresowania z ich strony? Nawet nie widziałeś ich nigdy? Nie wiesz, gdzie mogą być? W tym rzecz, że nie mogę ich znaleźć. Wbrew podświadomemu przekonaniu, iż nie mogli odejść stąd ot tak sobie, zostawiając wszystko. Wiem na pewno, że jeszcze jakieś sto, dwieście lat temu ulice tych miast tętniły życiem. Oni byli tu i nagle gdzieś zniknęli, ale nie w przestrzeni. Oni nigdy nie wyszli poza atmosferę planety.
Kierunek rozwoju ich cywilizacji jest wręcz obcy człowiekowi. Nie zdołałem zrozumieć symboliki ich nauki i kultury. Gdybym choć potrafił przeniknąć we wnętrza budowli ich miast. Dlaczego nie mają wejść? Nie wiem. Może kiedy oni zniknęli, wszystkie otwory zabliźnił ten przeklęty żywy kamień. Dziwny świat. Zobaczycie jeszcze, jak bardzo dziwny — powiedział Rudier. Nie ma tu wiatrów, gdyż nie ma nocy, pór dnia, wahań temperatury. Przecież planeta krąży wokół czerwonego karła niedającego światła ni ciepła.
Szkarłatna luminescencja sączy się nieprzerwanie z niskiego pułapu obłoków, które przesłaniają niebo szczelną powłoką, a ciepło wydziela tu sama ziemia. Lecz z chmur nie pada deszcz, nigdzie nie płyną rzeki. Rośliny wyrastają tu z nagiego kamienia, jak gdyby były jego częścią, a zwierzęcą padlinę czarna skała wchłania prędzej niż tlen powietrza dokona jej rozkładu. Gdybym mógł zajrzeć w głąb ziemi, przeniknąć ściany. Po co zbudowali miasta bez bram? Spróbujemy razem, Rudier. Może wam się poszczęści, ale musicie się spieszyć. Ten kamień, on się rozpada. Kruszeje z każdym rokiem, z każdym dniem. W zupełnej ciszy lekki szmer, jakby nieśmiałego tchnienia wiatru poruszył powietrze i znowu wrócił spokój.
To dziwne, Rudier. Ten głos odebrany przez nas z odległości kilku parseków, modulowany przez rozumne istoty sygnał biosfery całego globu też osłabł wyraźnie. Prowadziliśmy obserwacje i stwierdziliśmy, że wygasa od kilku lat. Rudier z lękiem obejrzał się na spiętrzony za jego plecami głuchy i posępny masyw muru. To koniec — powiedział. Kiedy będziecie tutaj? Już jesteśmy. Odwrócił się gwałtownie i postąpił krok do przodu, w niemym geście wyciągając broń. Pośród pasm mlecznego różu, które rozdzielało nieruchome morze traw, stały trzy wysokie postacie, jakby nagie w opinającym ciała lśnieniu żywego srebra. Chciał dojrzeć twarze tych ludzi, lecz z niecierpliwego wzruszenia zaszkliły mu się oczy i nie mógł w szkarłatnym zarzewiu nieba rozróżnić ich rysów.
Gwiazdy znowu odnalazły swoje miejsce, rozpięły w przestrzeni zawój Mlecznej Drogi. Sięgając ich chciwym spojrzeniem, czuł się jakby bliżej domu pod błękitnym niebem, bliżej tego miejsca, które gwiazdy usiłowały zagubić w swym mrowiu. A przecież niezmalą szmat wiodącej tam drogi. Wobec dziesiątków świetlnych lat nic nie znaczył ten pierwszy krok spod okapu szkarłatnych obłoków, które teraz snuły się w dole, wyginając nalany purpurą owal globu. Słyszysz nas, Rudier? To głos stamtąd. Słyszę. Czekałem cały czas. Leży nieruchomo na dnie gigantycznej czaszy, po brzegi wypełnionej perspektywą kosmicznej przestrzeni. Szczęście, że nie ma tu wiatrów.
Kruszeje wszystko. Co z wami? Przenikamy w ich świat. To ostatnia szansa kontaktu. Idziecie wszyscy trzej? Tylko Orst i Paldan. Wystarczy dwóch. Rudier obraca się w ognisku kryształowej sfery, każdym ruchem, każdą myślą przemieszczając wypustki srebrzystej przędzy, która napiętymi strunami nanizuje elementy przestrzennej konstrukcji. Nie czuje własnego ciała. Jest w jednej chwili wszędzie, jak wypreparowany z czaszki mózg włóknami neurytów sięga najdalszych zakamarków kosmicznego statku.
W obwodach niewidzialnych maszyn znajduje nieomylność matematycznych abstrakcji, ulegając jednocześnie ludzkim niepewnościom. Mógłby nie pytać o nic. Układ zawiera jedną świadomość, lecz to coś, co ma na imię Rudier broni się jeszcze. Usiłuje zachować odrębność w kręgu mechanizmów przeistoczonych w zmysły, zachować miraż świata, którego już nie ma i lęk przed rzeczywistością obnażoną w świadomości układu. Próbuje zmienić tok myśli, rozpinając coraz to nowe spirale anten w paraboloidy czujników, zagarniając szept gwiazd. Elektronowe źrenice błądzą wzdłuż galaktycznego równika Daremnie poszukują drugiego źródła głosu podobnego do wołania, jakie przywiodło tutaj ten statek. Przybył, lecz zbyt późno, aby powstrzymać zmierzch szkarłatnej planety, więc odleci równie niespodzianie. Zniknie po trajektorii określonej przez miejsce obecnego postoju i przez to drugie, niebędące nawet mityczną Ziemią, lecz układem. Nic Rudier? Nic.
Szukam dalej. Ci trzej, którzy są w dole, niedługo wrócą i odlecą wraz ze statkiem, przed siebie. Oni nie cofają się nigdy. W hierarchii społecznej ich cywilizacji są oddziałem dalekosiężnego zwiadu torującym drogę kolejnej fali kolonizacji przestrzeni. Tego wymaga dynamika kosmicznej ekspansji. W mechanizmie układu obowiązuje odśrodkowa interferencja działań z jednym czynnikiem zabezpieczającym zwrotne sprzężenie, jakim jest dwustronny obieg informacji. Dla nich nie ma odwrotu. Są forpocztą zwiadu. Potem przychodzą inni, lecz kosmiczny zwiad jest już krok dalej. Krok mierzony dziesiątkami lat mozolnego biegu światła.
I nic, że ślepy traf postawi na ich drodze kogoś takiego jak on, Rudier. Oddadzą mu komórkę swego statku, autonomiczną cząstkę, samą w sobie będącą całym statkiem. Niech łamiąc prawa czasoprzestrzeni, prześcigając światło, zaniesie go w miejsce, skąd kiedyś wyszedł on sam i ich ojcowie. Rudier czeka, kołując w przestrzeni. Rozpostarty na dziesiątki kilometrów każdym atomem ciała statku wchłania promieniowanie gwiazd. Przeczesuje ostatnią piędź nieba w nadziei przechwycenia promieniowania niosącego choć jeden jedyny kwant życia. To wszystko, co może dla nich zrobić. Odszukać następny cel ich nieskończonej wędrówki. Lecz niebo milczy. W wołaniu cefeid, pulsarów, w zapadniach czarnych gwiazd zaginął szept znamionujący życie.
Przecież i oni szukali przez wiele lat, nim znaleźli jedno wysychające źródło. Dlaczego jemu miałoby sprzyjać szczęście? Przepływający dołem ocean szkarłatu jakby przyblakł, poszarzał. Orst i Paldan poddali się transformacji. Poznaje głos Nezzera, tego, który został. Jeśli chcesz, patrz. Rudier boi się, lecz pragnienie ostatecznego zrozumienia świata, który zabrał mu tyle lat życia, przezwyciężyło lęk i wyobcowany ze zmysłów wzrok jego zapada się w dół, na wskroś przenikając grząski obwał chmur. I znowu sięga powierzchni planety przez źrenice człowieka, który stoi przed kamienną ścianą. To ty Nezzor? Tak, ja.
Naprzeciw niego pionowa płaszczyzna muru. Przywarte do czarnego lustra stoją dwie ludzkie postacie z szeroko rozkrzyżowanymi ramionami. Jedna twarzą w głąb ściany, druga na zewnątrz. Przećmiony blask niskiego pułapu chmur wyświetla z półmroku dwa ciała na wpół zanurzone w kamieniu, jakby ktoś pionowym cięciem rozpłatał na połowy i ustawił obok siebie wsparte o mur części jednego człowieka. Rudier chce szarpnąć się do tyłu, cofnąć przed nieobecnym spojrzeniem twarzy, która została, lecz Nezzor stoi twardo. Spokojnie — odzywa się w zupełnej ciszy. Wiesz przecież. Spokojnie. Jakby cokolwiek znaczyła wiedza wobec zakorzenionego w podświadomości lęku przed czarną magią, o której ci trzej nie słyszeli nawet. To prawda, że ich ciała potrafią przenikać kamień, a świadomość może wchłaniać w siebie inne osobowości lub wędrować sama neuronowym labiryntem cudzych zmysłów, transformować się w elektroniczne obwody i monokrystaliczne struktury maszyn.
Lecz trzeba czasu, aby przywyknąć, przyjąć za swoje te zmiany wynikłe w trakcie wielowiekowej ewolucji całego społeczeństwa. Takie są zresztą koleje rozwoju każdej kultury. Czymże innym są mury miast, z którymi obcował przez tyle lat, jeśli nie gigantycznym układem fantomaszyny wyhodowanym z kamienia monokrystalicznym homeostatem, które wchłoną w siebie miliardy istot, transformując ich psychikę w molekularne obwody fantomatycznego świata. To tylko dwa skrajne modele cywilizacji. Ludzka, swoją ekspansją obejmująca sferę makrokosmosu, nieustannie rozprzestrzeniająca się na tysiące świetlnych lat oraz cywilizacja tego globu przekraczająca submolekularny próg materii w poszukiwaniu warunków sprzyjających dowolnej kreacji światów modelowanych przez mechanikę i elektrodynamikę kwantową. I jedna tylko istnieje zasadnicza różnica. Człowiek zdołał asymilować nowe środowisko w kategoriach psychicznych i materialnych. Natomiast istoty tej planety nie uwzględniły elementu doskonałej symbiozy, który zamknął ich świat, każdą roślinę, zwierzę, nawet kamień w precyzyjny mechanizm przemiany materii zazębiającej poszczególne ogniwa biosfery. Wystarczył brak jednego trybu, aby rozpadła się reszta. Dlatego odchodząc do ziemi obiecanej, wymodelowanej w kwantowym homeostacie fantomatycznego świata, skazały na zagładę pierwotny jego obraz, a z nim siebie, gdyż nie zdołały całkowicie zerwać więzów mikro i makroświata uosobionych w strukturze kamienia.
Jeśli więc dzisiaj żywy kamień kruszeje za najlżejszym dotknięciem, stanowi to prawo zdeterminowanej histerezy. I dwie postacie rozpięte w jednym z niewielu ocalałych zwierciadeł to ostatni układ wejść i wyjść na granicy dzielącej dwa bieguny świata. Ten, który został twarzą na zewnątrz, to Orst. Możesz połączyć się z Paldanem. Nie, nie. Rudier boi się ciągle. Mów lepiej. Oni są? Tak. Paldan usiłuje nawiązać kontakt.
Jak wygląda ich świat? Patrz sam. Twarz w ścianie otwiera oczy o źrenicach głębokich jak studnie ciągnących w otchłań bez dna. Wylot tunelu przenikającego przestrzeń ucieka na stronę i wzrok sięga śnieżnej równiny. To ty, Paldan? Tak, ja. Nawarstwiają się katarktami prześwitujących od wewnątrz perspektyw. Formują w pełnym krysztale rozczłonkowane muszle gigantycznych perłopławów. W zawrotnej inscenizacji tańca białych zamgleń padają na wznak, rozpościerając skrzydła jak oślepione światłem śnieżne ćmy o skrzydłach-ramionach, skrzydłach-oczach, skrzydłach-twarzach. I nie ma już nic prócz tych twarzy i wyciągniętych rąk, prócz bladych widm korowodem cieni ciągnących spoza przełęczy horyzontu.
Przecież oni mają ludzkie twarze. Nie Rudier. Cokolwiek widzisz, wszystko jest wykładnią antropomorfizmu twojej wyobraźni. Tutaj nie ma kształtów. Pomimo to sprawiają dziwnie ludzkie wrażenie. Woskowe postacie kołują w opętańczym transie absolutnej bieli, która gęstniejącą śnieżycą zasnuwa świat i wciąż nowymi falami nadlatują spośród wielowarstwowych pasm przestrzeni. Z jakąś niesamowitą, ślepą determinacją dążą dalej, przed siebie, gdzie w posiniałej pętli horyzontu krzewi się jeszcze wyblakły gejzer barwnej zorzy. I choć w tym fantasmagorycznym kalejdoskopie kształtów trudno dopatrzyć się czegoś ludzkiego, to jednak mimika gestów, ruchów. Przecież oni uciekają, Paldan. Wiem.
Ich świat ginie. Oni uchodzą przed próżnią. Nagły niepokój zaćmiewa wzrok. Impuls biegnie stamtąd, gdzie w komorze zawisłego nad planetą statku został prawdziwy Rudier. Nakazuje wracać, wyrwać wzrok z molekularnej struktury kamienia spod pokrowca chmur. Ich świat ginie równie szybko, jak kruszeją wiązania kamienia - twierdzi głos Paldana. Gdybyśmy wiedzieli dlaczego, może zdołalibyśmy im pomóc. Paldan. Paldan. Coś się stało.
Słyszysz? Może zdążę zrozumieć. Wracaj, Paldan. Czarna studnia uskakuje wstecz. Czyjeś oczy rozwarte szeroko. Pionowa ściana i w niej dwie rozkrzyżowane postacie. Szkarłatny wir przewierca powietrze, w dole zostawiając ziemię. I znowu iskra rybiej łuski trzepocze we wklęsłej czaszy nieba. I nagle w zapadłej ciszy raz po raz odzywa się ledwie słyszalny jęk, jakby ktoś miedzianym młoteczkiem trącał widełki kamertonu. To wychwycony z kosmicznego szumu sygnał nadajnika biosfery.
Jego gasnącemu rytmowi wtóruje cichsze, ale jakby mniej zmęczone echo. Rudier nie rozumie jeszcze, lecz bioprądy układu obiegają mechanizm statku, przesiąkają bloki radiolokacyjnych zespołów i nieomylny zmysł wskazuje kierunek, wybierając jedną z miliarda gwiazd. Jest. Znalazłem. Chce zawołać, podzielić się nowiną z tymi trzema w dole, gdy spojrzenie jego zamiera na dysku planety i Rudier pojmuje nagle właściwą przyczynę powrotu. To nie tamten głos. Wystarczy spojrzeć w dół. Trwalszy od kamienia masyw obłoków pękł. Obnażył powierzchnię planety w rozjątrzonej strzępiastymi plamami obłoków ranie spływającego na boki bielma. Na zbrunatniałej równinie wykwitły kratery miast.
Pozornie trwały w bezruchu, lecz idący od równika szkwał skotowanej atmosfery rozmywał je i dziwnie rozciągał w kierunku wiatru. Gęstniejące czernią smugi wyciągały nad martwą równiną ramiona miecionego wiatrem pyłu, w który rozpadały się mury miast. Rudier patrzy otępiały. Nie widzi już nic prócz woskowych twarzy, prócz pielgrzymki istot przez siebie samych zaklętych w rozwiewane wiatrem kryształy. Korowód wyblakłych cieni i Paldan. Paldan. Paldan. Nad powierzchnią planety skręca się oko cyklonu. Czarne smugi pełzną wciąż szybciej jak wypustki szukającej schronienia ameby. Nezer, Orst, dlaczego nie każecie mu wracać?
W potężniejącej zamieci kruszeje zwarty masyw miasta. Topnieje dom po domu płatami sadzy frunący w powietrzu. Lawina rozkładu sięga ostatniej lustrzanej ściany i jednym podmuchem odbiera jej nieskazitelną gładziznę. Wystawia na wiatr jeszcze jeden garbaty kurhan czerni. Nie oni. Słyszycie? Czyjś głos grzęźnie w jęku chmury. Nic nie wiedzą o sygnale. Rozumiecie? Oni go nigdy nie modulowali.
Nie wiedzą nic o promieniowaniu żywej materii. Pamiętajcie, to bardzo ważne. Oni nigdy nie wysyłali żadnego sygnału. Nie oni. Rudier rzuca się w wir atmosfery i rękoma Nezera wyrywa spod pękającego muru jedyne ciało, które razem z osypiskiem nie rozpadło się w pył. Potrząsa nieprzytomnym. Dlaczego on został? Orst bezdźwięcznie porusza zbielałymi wargami. Artykułowane słowa odzywają się szmerem bioprądów w świadomości układu. Tak chciał.
Nie mógł zostawić ich samych. Magnetyczny pęcherz statku układu ramieniem siłowych pól zagarnia dwóch ludzi z powierzchni planety i wiatr zmiata ślady ich stóp, jakby tu nigdy nikogo nie było. Tylko pył ściele się nad ziemią strugą ciężkiego czarnego dymu. Po burzy wraca spokój, absolutny bezruch i cisza niczym niezakłócona, gdyż nikt nie zdoła czegokolwiek zmienić, nic dodać, nic ująć ze scenariusza odgrywanego przez prawa natury. Cisza jest nieubłagana dla tych, którzy przetrwają. Można tylko w milczeniu, pustymi oczyma patrzeć w przestrzeń, która uściskiem martwej próżni przywitała jeszcze jeden martwy świat. Rudier nasłuchuje. Gdzieś w drugim końcu statku podświadomie wyczuwa obecność tych dwóch tworzących samodzielny układ. Bez niego. Ich drogi rozchodzą się w przeciwne strony.
Niedługo korpus statku wydzieli z siebie szklistą kulę, jakby rybią ikrę, miniaturkę macierzystego statku, którą on poprowadzi, dokąd zechce, czyli tam, gdzie lęka się wracać, lecz i tak wróci. Wbrew niepewności przyspieszającej rytm serca na wspomnienie imienia tej planety. Nezer i Orst polecą dalej. Oni nie wracają nigdy. Ich w zamiecie Mlecznej Drogi woła dziwny głos. Gdzieś pośród gwiazd umiera jeszcze jeden świat nieznanych kwiatów, drzew, ptaków. Może tym razem zdążą. Zdołają rozwiązać zagadkę ostatnich słów Paldana. Oni nigdy nie wysyłali żadnego sygnału. Jeśli nie istoty rozumne tej planety modulowały promieniowanie żywej materii, to któż zostaje?
Kto jeszcze posiadł władzę nad głosem całej biosfery, symbiotycznymi więziami nadającej wszystkiemu, co żywe, podobieństwo świadomości układu? Żadna z komórek ciała człowieka, nawet jego mózgu, sama w sobie nie jest rozumna. Nie ma też świadomości żaden liść, kwiat, kamień. Szkarłatny glob nie zdradzi już niczego. Odpowiedzi trzeba szukać dalej, w płaszczyźnie galaktycznej ekliptyki, skąd woła jeszcze jeden dziwny głos. Gdzie też umiera świat. Morze amarantowych łąk, bajecznych ptaków i grających drzew. Rudier potrząsnął głową, odganiając natrętne myśli. Już czas. Już we wnętrzu statku zaczyna się ruch.
Nowe prądy przełamują synchronizację siłowych pól we wręgach szklanych sfer. Budzą przeciągłe stęknięcia jak miarowy stuk zbliżających się kroków. Drgnął. Dwie pary oczu jednakowym spojrzeniem patrzą na niego z półmroku. „Przyszliście” — powiedział. — „Nie lubię pożegnań, ale dziękuję wam.” Jakby usprawiedliwiając się, wyciągnął do nich rękę. — „Wybaczcie. Nie mogę iść z wami. Tacy jak ja muszą kiedyś wracać.” Uśmiechnął się blado. — „A wam, cóż, życzę powodzenia.
Może kiedyś...” Chciał powiedzieć: „spotkamy się jeszcze”. Lecz wiedział, że widzi ich po raz ostatni. Dwóch ludzi naprzeciw niego stało w błękitnej poświacie pod przenikającym ściany wzrokiem gwiazd i w niepewnym świetle nie mógł rozróżnić ich twarzy. „Przyszliśmy ci powiedzieć, dlaczego właśnie ty znalazłeś kolejny cel naszej drogi” — usłyszał. — „To nie los szczęścia, choć my szukaliśmy dłużej. Przypadek. Ktoś musiał. Prędzej czy później i wy... Nie, my nigdy nie spoglądamy wstecz.” Spojrzał zdziwiony. „Wracamy z tobą, Rudier.” — „Dokąd?” — zapytał, nie rozumiejąc jeszcze.
„Wracamy na Ziemię.” Podniósł głowę, szukając oczyma wstęgi Mlecznej Drogi. — „A tam...” Nie wiedział, co mówić. — „Tam ktoś.” I nagle umilkł. Zrozumiał. Znowu było ich trzech.
[02:42:37] - Proszę państwa, była literatura. To czas na teorię literatury. Znowu żartowałem. Nie tyle teoria, co zabawa literaturą. Tę zabawę proponuje państwu jak zawsze Katarzyna Prychacz. Cóż, dzisiaj tytuł znamienny, oddający dobrze treść odcinka, a mianowicie: Gówniany Czarodziej. Życzę państwu dobrej zabawy.
[02:43:11] - Halo, halo! Katarzyna Prychacz z tej strony. I co teraz będzie? No co? Wy wiecie co. Wy wiecie. Zapraszam. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie. Niech będzie, że w 24.
odcinku drugiego sezonu podcastu o nazwie Alchemia Tworzenia. Jak zapewne już wam skowronki doniosły, miałam drobne problemy techniczne i niestety, jak by to powiedzieć, oprócz tego, że mamy jednodniową obsuweczkę, to chwilowo materiał, który dla was nagrałam, mam uwięziony w laptopie. Dlatego nagram dzisiaj coś innego. Wiecie co? W dużym skrócie mieliśmy kończyć w tym odcinku, w 24. odcinku mieliśmy kończyć kwestię Kościanego Buntownika Ja ją skończyłam, ale na razie jej nie możecie usłyszeć. Postaram się jeszcze odzyskać ten materiał. Nie lubię dwa razy nagrywać tego samego. Wiadomo, że przy moim trybie pracy nie da się nagrać dwa razy tego samego. Dlatego pomyślałam, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Tak mawiają mądre głowy. Dzisiaj zastępczo zrobimy oddzielną, inną historię. Może to wam zrobi dobrze, że odpoczniecie sobie od tego maratonu, a ten prawowity odcinek, jeżeli uda mi się go wydobyć z laptopa, będziecie mogli usłyszeć za tydzień. A jak mi się nie uda, to będę musiała go nagrać jeszcze raz, niestety. Także trzymajcie kciuki. A tymczasem co my dzisiaj porobimy? Oczywiście, że dalej trzymamy się konwencji wymyślania. Bądźmy konsekwentni. Przynajmniej ja mam taki plan, że do końca tego sezonu bawimy się dalej w wymyślanie, w tworzenie. Z racji, że muszę nadprogramowo nagrać odcinek, to pomyślałam, że pobawimy się dzisiaj kośćmi opowieści.
Czyli nie plansza i miliardy różnych komponentów, tylko tym razem wzięłam jedną serię kości opowieści i wyrzucę sobie te kości i będę improwizować jakąś historyję. Zobaczymy dokąd dzisiaj zabrniemy, co to wszystko będzie i w którym kierunku się rozwinie. Seria, po którą dzisiaj sięgnęłam, to ja mam stare wydanie. Kupowałam ją po trzy kości, także mam oddzielnie mity, średniowiecze i baśnie. Natomiast dzisiaj jak byście chcieli kupić te dziewięć kości, ten zestaw, to z tego, co pamiętam, on się nazywa „Fantazje”. I wtedy macie te dziewięć kości w jednym pudełeczku, a nie tak, jak ja kupowałam po trzy. Okej, to co? Wrzucam kości do pudełka. Aha, jeszcze istotna rzecz. To jest dziewięć kości i pomyślałam, że żeby coś się nam działo w tej historii...
Wiadomo, że coś się będzie dziać. Ja po prostu jestem gaduła i potrzebuję jakichś ram, żeby się wygadać. Więc pomyślałam, że podzielę to sobie na trzy sekwencje. Czyli dwie pierwsze kości będą odpowiadały za wstęp, początek tej naszej historii. Potem pięć kości to jest rozwinięcie. Dobrze liczę? I ostatnie dwie kości to będzie podsumowanie, zakończenie naszej historii. Myślę, że skoro mamy fantazję średniowiecza, baśnie i mity, to chyba nie będziemy cudować i faktycznie pójdziemy w baśniowe klimaty. Ale właściwie czemu nie? Myślę, że wyluzujemy, odpoczniemy i powymyślamy sobie jakieś baśnie, bajki i inne tego typu opowieści.
Dobra, zbieram kości do pojemniczka. I co? I chyba nie przedłużam. Wszystko, co ważne wam powiedziałam. Na fanpage'a zapraszam, Alchemii. To już później nie będę was zapraszać ani w trakcie. Niedługo mam nadzieję, że będę miała gotowe grafiki z zewnątrz, także stworzę duże podsumowanie dla naszego kościanego buntownika. Postaram się wrzucić foteczkę dzisiejszych kości. Oczywiście będę wam mówić, co wyrzuciłam. Opisywać.
Myślę, czy lepiej będzie, żebym rzucała pojedynczo. Może tak, będzie niespodzianka, bo myślałam, że wyrzucę wszystko i się popatrzę, i coś wymyślę, ale chyba będziemy lecieć na bieżąco, jak zawsze. Dobra, to losujemy pierwszą kość. Dobra, mam kość, rzucam. Okej. Co mi się tu wyrzuciło? Wyrzucił mi się czarownik. Czarownik i jego pokrętło od radia. Oczywiście gościu w szlafroku, z brodą, w szlafmycy. Dobra, w szlafroku może nie, w todze bardziej.
I myślałam, że on trzyma w dłoni jakiś kamień, ale bardzo możliwe, że to jest dłoń zaciśnięta w pięść i tutaj lecą jakieś gromy. Czekajcie, może zacznijmy, jak na baśń przystało. Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma dolinami żył sobie czarodziej. No dobra. I zobaczymy, co dalej ten czarodziej robił. Dobra, wypadła mi, chciałam powiedzieć taczka, ale sobie uświadomiłam, że nie wiem, jak to się nazywa. To jest wóz? Może to jest wóz, tylko bez koni. Taka przestrzeń z kółkami i tak jak taczkę się pcha, tak te dyszle do trzymania leżą na ziemi. Także myślę, że tu można podłączyć konie lub samodzielnie to ciągnąć.
I na tym wozie... Wóz chyba. Cholera, będzie mnie teraz męczyło, jak to się nazywa. Nieistotne. Jest tam coś nasypane. Wnioskuję, że to może być siano. Nie ukrywam, że pierwsze, co pomyślałam, o gnoju czy o oborniku. Gnoj by się rozlewał pewnie. Albo odwrotnie. Dobra, to teraz trzeba podjąć decyzję, czy mamy tutaj siano.
Jesteśmy jeszcze we wstępie, czyli musimy określić, co ten nasz mag robił, nasz czarodziej. A może wiecie co? Niech to będzie taki gówniany czarodziej. Dobra, załóżmy, że to taczka z odchodami. Ów czarodziej niestety cierpiał na brak obowiązków, a konkretniej w jego królestwie nikt nie potrzebował już magii. Technologia rozwijała się coraz bardziej. Wszyscy radzili sobie przy pomocy różnych urządzeń, przedmiotów czy po prostu wynajmowali innych ludzi. Nikt już nie dbał o czary, sztuczki i inne cuda. Dlatego nasz mag, można powiedzieć, był bezrobotny. A że był człowiekiem, który lubił pracować, potrzebował jakiegoś zajęcia, więc po prostu jeździł po całym miasteczku i zbierał odchody do wielkiej taczki, którą napędzał magią.
Nie wiem, czemu mój mózg idzie w tym kierunku, ale nic to. Zobaczmy, co jest dalej w tej naszej historii, co tu będzie przygodą, wezwaniem do wyprawy. Mamy tutaj na kości dwóch ludków. Może to rycerze? Tak się zastanawiam. Może bracia? Oni stoją obok siebie i jeden obejmuje za ramię drugiego. Położył mu łapkę na ramieniu i on jest taki zadowolony, a ten drugi zamyślony. Patrzę, że to jest kość z mitologii, ale teraz nie kojarzę, jaki to może być mit. No dobrze, trzymajmy się pierwszego skojarzenia.
Widziałam tu dwóch rycerzy. To może oni coś narozrabiają w miasteczku i będzie to wyzwanie do wyprawy. Wszystko wskazywało na to, że ten dzień będzie tak samo zwyczajny jak wszystkie poprzednie. Nasz znudzony czarodziej krążył po mieście i wyszukiwał różnych miejsc, z których mógłby zabrać odchody. Pukał od drzwi do drzwi, pytając mieszkańców, czy może nie potrzebują, żeby zabrać od nich ich ładunki. W pewnym momencie zajechał pod tawernę. Nagle tawerniane drzwi otwarły się z hukiem i wypadło z nich dwóch niemiłosiernie kłócących się rycerzy. Mamy kolejną część historii. To żaba. Mężczyźni zaczęli się szarpać, a po chwili rozstąpili się i wyjęli miecze.
Czarodziej obserwował całe zajście w ciszy, zastanawiając się, czy powinien interweniować, czy może jednak nie. Jednak w chwili, kiedy rycerze wystartowali jeden na drugiego z mieczem, nasz czarodziej zauważył jeden drobny szczegół. Dokładnie na trasie, na drodze pomiędzy nimi siedziała mała żabka. Ona wcale nie była taka mała. To była ropucha i to była bardzo stara ropucha, która już nie za dobrze widziała. Mimo że niejedną rzecz w swoim życiu widziała, to jednak już na starość oczy nie te, więc była bardzo zdezorientowana i nie wiedziała, w którą stronę powinna uciec. Natomiast rycerze coraz bardziej zbliżali się. Wiadome było, że jak nie jeden, to drugi zdepcze naszą ropuchę. Czarodziej postanowił interweniować. Zobaczymy jak.
Mamy tutaj człowieczka, malutką postać, a wokół niego ślimak. Nie wiem, jak to powiedzieć. Taki symbol transu, hipnozy. Nie taki ślimak z rogami i z muszelką, tylko świder. Zaklęcie otumanienia. Miałam tu inny pomysł na interwencję maga, ale może. Czarodziej bez chwili wahania postanowił sięgnąć po swoją najpotężniejszą broń, którą nosił zawsze przy sobie, czyli po swoją magię i zaczął wymachiwać rękami w powietrzu, mówiąc niezrozumiałe zaklęcia. Znaczy niezrozumiałe dla słuchaczy, dla wszystkich zgromadzonych gapiów. Natomiast nasz mag doskonale wiedział, co robi. Kurz drogi wzniecił się w powietrze.
Zrobiła się zadymka. Pojawiła się mała trąba powietrzna i nagle zawartość taczki maga również uniosła się w powietrze i wylądowała dosłownie pod nogami jednego i drugiego rycerza, sprawiając, że stracili równowagę, wpadli w poślizg i upadli, zanim zdążyli zdeptać naszą żabkę. Nie wiem, w którym kierunku ta historia idzie, ale wybaczcie mi, to po prostu nadprogramowy materiał. Zobaczymy, co dalej się stało. Jest powiem wam szczerze, na bogato. To, co mi tu wypadło, to meduza. To kość mitologiczna. W dużym skrócie pół kobieta, pół wąż. Tu nawet widzę grzechotnik, bo na ogonie ma zgrubienie, grzechotkę, a oczywiście na głowie również węże. Skoro mitologia, to niech będzie i nasza meduza tutaj.
Okej, co my tu mamy? Mamy Meduzę, cholerka. Co ona mogła zrobić? Czekajcie, ona była gorgoną? To były gorgony, nie? Te trzy siostry. One były też czarownicami? Miały magię? Nie pamiętam. To jest nasza baśń, możemy sobie tutaj sami ustalać zasady.
Okej, kiedy kurz oraz odchody opadły i przejrzystość w miasteczku wróciła do tej, która była, okazało się, że nasza ropucha zaczęła się unosić i nie była to sprawka magii czarodzieja. On patrzył z zainteresowaniem, co tu się właśnie dzieje. Ropucha zaczęła wirować w powietrzu i nagle przemieniła się w pół kobietę, pół węża. Wszyscy mieszkańcy rozbiegli się w popłochu, ponieważ mimo że magia już dawno nie obowiązywała, a właściwie nie występowała w miasteczku, to jednak pamiętali, że istnieją różne potwory i stwory, które mroziły krew w żyłach i które znali najczęściej tylko z opowieści. Natomiast tutaj przed nimi pojawiła się straszliwa Meduza, którą straszyło się dzieci nieraz do poduszek. Otóż była to bardzo groźna istota, która jednym spojrzeniem potrafiła zamienić swoją ofiarę w kamień. Pod żadnym pozorem nie wolno było patrzeć jej w oczy. I okazało się, że ta ślepa żabka, ta ropucha, którą uratował nasz czarodziej, to właśnie była ta straszliwa Meduza. Może wypowiemy się Meduzą? Bo tu już właściwie mamy ostatnią kość z rozwinięcia i już mamy zakończenie.
Mag nie miał pojęcia, co teraz się wydarzy, ponieważ rycerze przez niego leżeli bezbronni, nie mogli się podnieść, ślizgając się cały czas na odchodach. Nie mogli uciekać. Próbowali się odczołgać. Zasłaniali oczy, nie dbając o to, czy się brudzą, czy nie, ale zasłaniali te oczy, a Meduza wyglądała na dosyć zdezorientowaną. Mag też starał się patrzeć raczej na stopy, na ziemię, na wszelki wypadek, bo nie wiedział, na ile jej magia go będzie dotykała. Natomiast ona faktycznie wyglądała, jakby się rozglądała, jakby nie wiedziała, co się stało i gdzie jest i co się dzieje. Zobaczymy, co się dzieje. Dobra, wypadł mi stragan. Stragan. Może jakiś kupiec by tu się pojawił?
Nagle nie wiadomo skąd pojawił się kupiec. Podszedł bez lęku do Meduzy, powiedział: „Niech panienka się ogarnie” i wręczył jej chustę, żeby mogła ją zawiązać na swojej wężowej głowie, właściwie na swoich wężowych włosach, i podał jej dziwny przedmiot. Meduza z początku nie miała pojęcia, co to jest. Natomiast nasz czarodziej, jak tylko to zobaczył, zrozumiał, że to jest kolejna nowinka technologiczna, która pojawiła się w ich miasteczku. A były to okulary. Kupiec zasugerował, żeby Meduza włożyła to na twarz, żeby nie straszyła swoim spojrzeniem. Widział, że jest zdezorientowana, więc wyjaśnił jej, że on nie wie, jak to jest naprawdę, ale słyszał legendy, że jej spojrzenie potrafi zamienić w kamień i dlatego wszyscy mieszkańcy uciekli. Dlatego postanowił jej pomóc, żeby mogła się łatwiej zaaklimatyzować w tym społeczeństwie. Meduza bardzo podziękowała. Powiedziała, że nie miała pojęcia w ogóle, co się dzieje.
I mimo że teraz już wie, że rzucono na nią niegdyś klątwę i przemieniono ją w ropuchę, natomiast czyn maga, tego czarodzieja sprawił, że klątwa uległa zniszczeniu. Że właściwie dzięki temu, że ktoś zupełnie bezinteresownie uratował jej życie, miała prawo już wieść to życie z powrotem jako ona. Tak że z jednej strony nasz mag patrzył i był wściekły, że Meduza została w to wciągnięta i że on nie mógł obronić miasteczka przed Meduzą, ale z drugiej strony cieszył się, że mimo wszystko jego magia przyczyniła się do czegoś dobrego. Że nikt nie zasługuje na to, żeby jakaś klątwa na nim ciążyła, żeby cierpiał. Cieszył się, że pomógł Meduzie w jakimś stopniu. Dobra, mamy główną część historii. To teraz podsumowanie. O matko, cóż to jest? Las. Mamy tutaj las.
Robimy jakiś romans? Myślę. Parę miesięcy później nasz mag siedział sobie w lesie nad strumieniem. Zastanawiał się, czy może jednak nie powinien ze sobą skończyć. Nie mógł sobie poradzić z tym, że nikt nie potrzebował jego magii, gdzie to była właściwie jego najważniejsza cecha. Nie miał nic innego charakterystycznego i zawsze był potrzebny. Zawsze każdy władca go potrzebował. Mieszczanie do niego przychodzili z jakimiś problemami, może po jakieś eliksiry, może po coś. Natomiast dzisiaj nikt tego nie potrzebował i nasz mag nie widział już większego sensu w swoim życiu. Chciałam powiedzieć, że nawet nie wiedział, co mógłby robić, ale problem polegał na tym, że przez to, że miał tę magię, to mógł robić wszystko.
Mógł władać wszystkim, mógł tworzyć rzeczy z niczego. Ale nikt tego nie potrzebował, nikt tego nie chciał. Więc nasz mag siedział i rozmyślał. Oczywiście za pomocą magii wrzucał różne przedmioty do strumyka, różne kamienie, szyszki albo przerzucał je na drugą stronę strumienia, żeby zobaczyć, jak daleko swoją magią da radę rzucić tym kamieniem. Oczywiście wiedział, że magia działa tak, że gdziekolwiek będzie chciał, to tym kamieniem rzuci, nic go nie ograniczało, a jednocześnie ten brak ograniczeń właśnie go ograniczał. Dobra, słuchajcie, ostatnia kość. Olbrzym z maczugą. Cyklop chyba to jest. Cyklop - ma jedno wielkie oko. I tak bezmyślnie przerzucając te kamyki, zupełnie niechcąco trafił tym kamykiem w oko cyklopa po drugiej stronie strumyka.
Ten wpadł w szał, wymachiwał maczugą i wrzeszczał, że jak tylko odzyska wzrok, to dorwie tego, który mu rzucił kamieniem w oko. Płytkie to. Co ten mógł zrobić? A tu chciałam jeszcze Meduzę gdzieś wprowadzić. Ej, właśnie, może w tym kierunku. Z jednej strony czarodziej poczuł strach, bo w starciu z takim cyklopem teoretycznie mógłby zwyciężyć, ale zaczął się zastanawiać, że może właśnie to jest rozwiązanie. Może właśnie powinien tam pójść i nie zwyciężyć, powiedzieć, gdzie jest. A może właśnie naprawić, oczyścić oko cyklopa z piasku. To był zbyt mały kamień, żeby mu to oko wybić. Więc bardziej tak jak włożenie palca w oko.
I już właściwie chciał przelewitować nad strumykiem, bo przecież nie będzie moczył butów i dać się zniszczyć, dać się unicestwić cyklopowi. Kiedy zza krzewów wyłoniła się Meduza, oczywiście w turbanie na głowie, w pięknej chuście od kupca i w gustownych czarnych okularach przeciwsłonecznych. I powiedziała do czarodzieja, że powinien spróbować patrzeć rozwiązaniami, że on się zamartwia, że jego magia jest niepotrzebna, że on jest niechciany i tak dalej. I ona mu zasugerowała, że może to jest jakaś lekcja też dla niego, żeby to on chciał, żeby to on znalazł gdzieś dla swojej magii zastosowanie, że na pewno jest jakaś dziedzina, jakiś obszar, jakieś miejsce, w którym ta magia dalej będzie mogła działać. A może właśnie powinien zacząć coś wytwarzać, może właśnie uczyć innych magii. I wtedy nasz czarodziej popatrzył na tą Meduzę i tak sobie pomyślał, że może nie bez powodu tamtego dnia uratował tą żabkę, tą przyślepą ropuchę. Że może właśnie zareagował instynktownie i może właśnie po to, żeby usłyszeć te mądre zdanie, które powiedziała mu przed chwilą Meduza, że może właśnie powinien znaleźć coś. I tak myślał. I teraz co on mógł wymyślić? Słuchajcie, rzucał tymi kamieniami.
Mógłby coś zacząć wytwarzać może. Może faktycznie uczyć. Tylko po co miałby uczyć, jak nikt tej magii nie chce? No właśnie, a może... Okej. O! Czarodziej pomyślał, że to, że teraz jest technologia, że ludzie są samowystarczalni, wcale nie musi oznaczać, że magia już zupełnie jest niepotrzebna. Że może właśnie znajdzie się grupa ludzi, która jednak będzie chciała korzystać z tej magii, która może i jest trudniejsza. Może trzeba być do niej bardziej cierpliwym, otwartym czy poświęcić jej więcej czasu, ale też można wykorzystać ją na różne świetne sposoby. Czy chociażby właśnie, żeby ułatwić sobie pracę.
Czasami są sytuacje takie, że jest maszyna. Okej, tu i teraz możemy jej użyć, ale na przykład ta maszyna się zepsuje i zanim sprowadzi się drugą, to wtedy trzeba czekać. A może właśnie w tym momencie można byłoby użyć magii? Żeby ten czas wypełnić, żeby na przykład nie marnować tego czasu na oczekiwanie na kolejną maszynę czy na wytworzenie czegoś. Może czasami magią można niektóre procesy przyspieszyć. I tak czarodziej pomyślał, że mógłby otworzyć szkołę magii, ale nie miał biznesowej żyłki. Nie wiedział, jak się za to zabrać, więc zapytał, czy Meduza mu w tym pomoże. Meduza była ogarnięta w świecie biznesu. Mimo że była pradawną istotą, to jednak znała się na handlu, na myśleniu przedsiębiorczym. Więc mag czarodziej wraz z Meduzą otworzyli w miasteczku szkołę magii.
Mamy to! A jak ta szkoła mogła się nazywać? Hogwart? Dobra, czekajcie. Jakąś nazwę. Co ja mam tu naokoło? Bo tu są mity. Dobra, ale mam po angielsku na pudełku „mythic”. Mityczny, mythic. Dobra, to niech będzie, że szkołę tak nazwiemy na cześć mitologii.
Dobra, słuchajcie, jest historia. Wybaczcie, że z takim trochę gównianym wstępem i motywem. Ale nauczyłam się, że czasami warto pochylić się nad pierwszymi rzeczami, które pojawiają się w mózgu. Warto czasami pójść za tym tropem, bo w sumie wizja maga, który zbiera odchody po mieście... Czemu nie? Zdaje się, że taki zawód w tamtych czasach też był, zanim była kanalizacja. Mag musiał sobie coś znaleźć, a że miał tendencje, żeby sobie umniejszyć czy sobie dowalić jeszcze, to właściwie sięgnął po taki zawód. Natomiast później, jak to może się zadziać, uratujemy jakąś ropuszkę. Okej, jest fajnie. Jakiś epilog dla Cyklopa?
Dobra, wyczyścił sobie to oko i do końca swoich dni szukał tego gamonia, który rzucił mu kamieniem w oko. Bo przecież nie pomyślał, że z drugiej strony strumienia ktoś trafiłby z takiej odległości. Dobra, mamy historię. Wrzucę oczywiście w poście do tego odcinka zdjęcie kosteczek. Za chwilkę zrobię i umieszczę, więc będziecie mogli wejść na fanpage i zerknąć na te kości. I mamy to wszystko. Postaram się teraz pocisnąć z materiałem, żeby go jednak wydobyć, żebyście mieli podsumowanie naszej historii, tej, którą wałkowaliśmy przez ostatnie odcinki. Także tego spodziewajcie się za tydzień, a za dwa tygodnie jeszcze nie wiem. Kości fajna sprawa, ale brakuje mi tu czegoś. Chyba że wam się podobają takie krótkie, proste historie, bo ja mam wrażenie, że tutaj mimo wszystko tylko jedna scena akcji i tak: „Dobra, liczmy Cyklopa.
To dwie sceny dynamiczne były”, ale jakoś tak czuję niedosyt. Czuję niedosyt, ale jest już za mało czasu, żeby może drugą historię robić. Także dzisiaj też będzie krócej. Dobra, pomyślę nad czymś specjalnym. Jak już zamkniemy „Kościanego”, to może wrócimy do planszy, a może jeszcze wygrzebię coś innego. W sumie nie bawiliśmy się tu jeszcze jednym moim narzędziem, także może to jest pomysł. Trzymajcie się cieplutko. Niezmiennie dużo inspiracji. Ja już czuję taki powiew świeżości. Coraz bardziej wiosna.
Nie ukrywam, że marzec mnie zaskoczył. Ja jeszcze mentalnie jestem w lutym, a tu już cholera jest 03 na kalendarzu. Ale dobrze jest. Jest pozytywnie. Także dużo pozytywnej energii wam życzę i dużo uśmiechów. Niezależnie od tego, co dzieje się na zewnątrz lub w waszych wnętrzach. Ale postarajcie się zachować pogodę ducha i dobre myśli. Właściwie czemu nie? Dobre myśli to zawsze dobra sprawa. Trzymajcie się, raz jeszcze z całego serduszka życzę wam samych cudowności, samych pięknych inspiracji i słyszymy się za tydzień.
Pa.
[03:13:19] - Proszę państwa, w tym wakacyjnym odcinku, który wreszcie ma jakąś taką lekko zredukowaną długość, tak jak obiecywałem w czerwcu, wreszcie się chyba udało troszeczkę skrócić te moje różne rozważania, te moje różne propozycje. I dzisiaj zakończymy tylko trochę po północy. Ale muszę państwu zaproponować znowu pewne wspominkowe opowiadanie, które też ukazało się kiedyś w „ABW”. To jest opowiadanie Leigh Brackett noszące tytuł „Cytadela martwych statków”. Opowiadanie w tłumaczeniu Witolda Bartkiewicza, w domenie publicznej. I nie byłbym sobą, gdybym państwu trochę o naszej autorce Leigh Brackett nie powiedział. Ona jeszcze miała Leigh Douglas Brackett. Muszę państwu troszeczkę o niej opowiedzieć. Urodziła się 7 grudnia 1912 roku w Los Angeles. Zmarła 18 marca 1978 roku w Lancaster.
To była amerykańska pisarka oraz scenarzystka. Tworzyła fantastykę naukową Oraz powieści kryminalne. To rzeczywiście nie brzmi najlepiej, bo to taka sucha notka niemal wyciągnięta z Wikipedii. Pójdźmy dalej, żeby nie było tak nudno, troszkę państwu o autorce opowiem. Ale zanim jeszcze, to wspomnę, że była autorką scenariuszy do filmów: „Wielki sen” – to na podstawie prozy kryminalnej – „Rio Bravo” – ten tytuł chyba każdy słyszał – i „Długie pożegnanie”, też kryminał. Była też autorką scenariusza, wczesnego szkicu do scenariusza „Imperium kontratakuje”. Ja tylko powiem, że ten szkic do „Imperium kontratakuje” się pojawił, zanim jeszcze pierwsza część, nazywana dzisiaj „Nowa nadzieja”, wtedy po prostu „Gwiezdne wojny”, zanim w ogóle pokazała się na ekranie. W 1973 roku został ten szkic „Imperium kontratakuje” napisany. I te elementy, które Leigh Brackett zawarła w szkicu, one się później w filmie znalazły. Ale zanim film trafił do produkcji, to ona zmarła.
W 1980 roku jej książka „The Long Tomorrow” uczyniła ją pierwszą kobietą nominowaną do nagrody Hugo za najlepszą powieść. To była jedna z dwóch pierwszych kobiet nominowanych do nagrody Hugo. Drugą kobietą była pani Moore. Pośmiertnie Leigh Brackett zdobyła również nagrodę Retro Hugo za 1956 rok. Ona była przyznana w 2020 roku za powieść „Nemesis from Terra”. Pierwotnie ta powieść była opublikowana jako „Shadow over Mars”, czyli „Cień nad Marsem”. Dobrze, to tyle, jeśli chodzi o te nagrody i tak dalej. Wróćmy, a właściwie przejdźmy do historii. Brackett po raz pierwszy opublikowała opowiadanie w połowie lat 20. Ale tamto zostawmy na boku.
Takie ważne opowiadanie, które jakoś otworzyło jej drogę do dalszej kariery – o jak to ładnie brzmi – nosiło tytuł „Martian Quest” i ukazało się w roku 1940. Zatem zobaczcie państwo, trochę musiała poterminować, trochę musiała popisać zanim trafiła do poważnego magazynu zajmującego się science fiction. Te najwcześniejsze lata pisarskie to były lata 1940-1942. One nie dość, że były ważne, to były niesłychanie produktywne. Ona wtedy dosyć dużo pisała i niektóre z opowiadań, które wtedy powstały, to były opowiadania o tematyce społecznej. Takim opowiadaniem właśnie jest „Cytadela zaginionych statków”, na którą państwa dzisiaj zaproszę. To jest opowiadanie z 1943 roku, a zatem już z takiego schyłkowego. Ono się wtedy ukazało, powstało nieco wcześniej, czyli w tym okresie 1940-1942. I ona w tym opowiadaniu rozważała wpływ, jaki na obce kultury ma rozwijające się Imperium Ziemi. Handlowe imperium, nie jakieś specjalnie militarne.
W tym czasie Leigh Brackett była aktywnym członkiem Los Angeles Science Fantasy Society i uczestniczyła w lokalnym fandomie science fiction. Nie wiem, czy to jest ważna wiadomość, ale skoro już ją mam, to państwu przekazuję. Pierwsza powieść Leigh Brackett „No Good from Corps” to 1944 rok, to była twarda opowieść kryminalna. Tak, nie science fiction, kryminalna i to w takiej tradycji Raymonda Chandlera. W związku z tym ta książka niejako doprowadziła ją do pierwszego dużego zadania scenariuszo-pisarskiego. W każdym razie napisała scenariusz. Potem wróciła do opowiadań science fiction, a jak wróciła, to te opowiadania, jak już się uporała z projektem filmowym, to jej opowiadania stały się, jak to znalazłem w pewnym opisie, bardziej ambitne. I to było z tych ambitnych opowiadań z 1944 roku opowiadanie „Cień nad Marsem”. One były napisane w sposób nieco surowy, nieco inny niż wcześniej. Tu wyraźnie na stylu pisarskim zaważyły te doświadczenia związane z czarnym kryminałem, z czarnym filmem.
Wtedy filmy były czarno-białe. Z tym stylem noir, który był wtedy dosyć popularny. A już tak na pełen gwizdek Leigh Brackett powróciła do pisania science fiction w roku 1948. I w tym okresie od 1948 do 1951 wyprodukowała serię przygodowych opowieści science fiction ... Ich ważną cechą było to, że były znacznie dłuższe niż te opowiadania i te nowelki, które produkowała wcześniej. Ona oczywiście bywa też często nazywana królową space opery. Nie tylko te opowiadania, które mam teraz na myśli, miały bardziej charakter planetarny. To jest seria „Księżyc, który zniknął”. Dalej „Morscy królowie Marsa” to 1949 rok i ostatnia w tej serii została opublikowana, nie mam polskiego tłumaczenia, ale sobie państwo przetłumaczycie sami „The Swords of Riannon”. 1949 rok to również dłuższa forma zatytułowana „Królowa marsjańskich katakumb”.
W tej powieści Brackett stworzyła postać Erica Johna Starka. Stark to jest sierota z Ziemi. Ten dzieciak wychowywany był przez półczujących Aborygenów z Merkurego, którzy później zostają wybici przez Ziemian, a on zostaje uratowany przez ziemskiego urzędnika, który go adoptuje i w jakiś sposób mentoruje Starkowi. Kiedy nasz bohater jest zagrożony, zawsze powraca do bycia prymitywnym Czkali, czyli człowiekiem bez plemienia, którym był na Merkurym wśród tamtejszych tubylców. Od 1949 do 1951 roku Brackett stworzyła kilka opowieści z bohaterem Starkiem. W trzech długich opowiadaniach, które były opublikowane w Planet Stories rozwijała tę postać. Te opowiadania to „Królowa marsjańskich katakumb”, wspominałem już o niej, „Czarodziejka z Wenus” i „Czarna Amazonka Marsa”. Wraz z tą ostatnią historią zakończył się okres wielkich planetarnych przygód opisywanych przez Brackett, ale nie skończyła się historia Starka. Ale o tym za chwilę. Brackett, już wspomniałem, że zmienił się jej styl i ona, w przeciwieństwie do tego, co usłyszycie państwo dzisiaj, zaczęła pisać o określą się ten styl elegijnym tonem.
Nie celebruje już konfliktów światów, a raczej lamentuje nad przemijaniem cywilizacji, koncentrując się bardziej na nastroju niż na fabule. To nigdy nie jest dobre rozwiązanie, ale czasami tak pisarze mają, że ich nachodzi. Ten refleksyjny, introspekcyjny charakter jej nowych opowieści można spotkać w takich tytułach jak „Ostatnie dni” i tu będzie nazwa i się znowu zatnę „Shanda Coru”. Dalej „Sannah Ostatni” oraz „Ostatni dzwonek z sektora 9G”. „Ostatni dzwonek” – „Last Call” został opublikowany w ostatnim numerze Planet Stories w lecie 1955 roku. Ponieważ to był jej najbardziej wiarygodny wydawca, to po upadku Planet Stories, po upadku tego czasopisma, w bardzo podobnym czasie upadło jeszcze kilka innych. I w związku z tym Brackett straciła rynek czasopism. Tak naprawdę pierwszy etap jej pisarskiej kariery jako autorki science fiction dobiegł końca, bo w ciągu następnej dekady wydała inne opowiadania. Niektóre wcześniejsze poprawiła i niektóre przerobiła na powieści, ale tak naprawdę nie powstawały rzeczy stricte nowe. Jedynym wyjątkiem było „Długie jutro” z 1955 roku.
Jedna z bardziej uznanych, szanowanych przez krytyków powieści Leigh Brackett. Opisywała w tej powieści rolnicze, technofobiczne społeczeństwo, które rozwija się na planecie po wojnie nuklearnej. Po roku 1955 Brackett skoncentrowała się na pisaniu dla filmu. Porzuciła science fiction. Tak jak powiedziałem, niejako musiała to zrobić. I w związku z tym na przykład w 1963 i 1964 roku zrobiła sobie krótką przerwę od filmu i powróciła do cyklu marsjańskiego, o którym już mówiłem, dwiema historiami. „Droga do Siinhard” to było pożegnanie autorki ze światem „Królowej marsjańskich katakumb”. A druga z tych opowieści Nosiła podobno celowo śmieszny tytuł „Purpurowa kapłanka szalonego księżyca” i to jest ponoć, nie znam tego opowiadania, znam tylko ze słyszenia, że to jest podobno na granicy parodii opowiadanie. Ciekawa rzecz, jak to się jednak dziwnie w życiu plecie, bo po kolejnej dziesięcioletniej przerwie Brackett powróciła do science fiction w roku 1970 taką powieścią „Imbirowa gwiazda”. Konkretnie 1974 rok.
Później były „Ogary”. Psy. Chodzi o ogary. „Ogary z Skyth”, też 1974 rok i „Rozbójnicy ze Skyth”, 1976. To zostało później zebrane w tom „The Book of Skyth” w 1976 roku. Ta trylogia przywołała, ożywiła na powrót Johna Starka. Z tym, że już on nie odwiedza planet Układu Słonecznego. Zaraz powiem dlaczego, ale przygody dzieją się na pozasłonecznej planecie Skyth zamiast na Marsie i na Wenus jak poprzednio. Dlaczego? Bo musicie państwo wiedzieć, że te opowieści, których tytuły niektóre tylko przytaczałem, bo to była dosyć płodna pisarka.
Ona właściwie stworzyła swoje uniwersum, a właściwie może nie uniwersum, ale na pewno swój układ słoneczny. Mówi się nawet o układzie słonecznym Brackett, bo tak jak wspomniałem, ona nazywana jest często królową space opery, ale tak naprawdę te opowieści planetarne zyskały dużą popularność i prawie wszystkie jej planetarne powieści, romanse rozgrywają się w układzie słonecznym. Te pierwsze. Jak wyglądają te planety? Nieco inaczej niż te, które państwo znacie. Otóż Mars wydaje się takim światem marginalnym, który w ostateczności nadawałby się do zamieszkania, ale jest światem pustynnym, na którym żyją starożytne, dekadenckie i właściwie humanoidalne rasy. Wenus natomiast jest prymitywna, ale wilgotna, porośnięta dżunglą i tam działają energiczne, prymitywne plemiona oraz hasają sobie różnego rodzaju potwory na tej Wenus. Brackett łączy elementy swoich opowieści, jak najbardziej science fiction z elementami, które dzisiaj spokojnie moglibyśmy nazwać elementami fantasy. Widać wyraźnie w jej twórczości wpływ Edgara Rice'a Burroughsa, tego od „Księżniczki Marsa”. Dlatego ten Mars wygląda tak, jak wygląda.
Różnica jest taka, że Mars Leigh Brackett jest ośrodkiem handlu, konkurencji, jakichś takich działań, czasami na pograniczu przestępstwa. Ważnym tematem jej opowieści było zderzenie cywilizacji planetarnych, różnych cywilizacji. Warto powiedzieć, że bohaterowie Burroughsa próbowali przerobić cały świat według własnych kodów. Natomiast bohaterowie Brackett, często antybohaterowie, to od razu powiedzmy, są niejako na łasce pewnych trendów, pewnych ruchów, które są znacznie większe niż oni sami, niż ich możliwości. W związku z tym troszeczkę są podmiotami historii, które się dzieją, takimi pyłkami rzuconymi na wzburzone morze. Niewiele mogą, raczej mogą płynąć z falą. To, że będą coś przekształcać jak u Burroughsa, raczej wydaje się dosyć wątpliwe. Obiecałem państwu powiedzieć, dlaczego Stark został przeniesiony w tych późniejszych powieściach Leigh Brackett z Układu Słonecznego do zupełnie innego układu na inną planetę. Otóż Leigh Brackett śledziła, co się dzieje. Wysyłane były wtedy statki na różne planety i kiedy sondy amerykańskie Mariner wykazały, że na Marsie nie ma życia, a w każdym razie nie ma go w takiej postaci, w jakiej opisywała go w swoich powieściach, to Brackett, kiedy wróciła do Starka, już go wtedy przeniosła na inną planetę poza naszym układem planetarnym.
I tak się rozpoczęła nowa historia Starka w 1970 roku. Ja mam nadzieję, że historią Leigh Brackett państwa nie znudziłem, raczej zachęciłem, bo to jest i tak historia mocno skrócona i mam nadzieję, że zachęciłem państwa do sięgnięcia po jej utwory. One są w sporej części przetłumaczone, dostępne chociażby w ofercie wydawnictwa Stalker Books w serii Złoty Wiek Science Fiction. Ale jak państwo dobrze poszukacie w internecie, to w domenie publicznej znajdują się tłumaczenia tychże opowiadań. Znajdują się też wersje Powiedzmy audiobookizowane, czyli po prostu czytane. Sporo tego jest. To jest autorka, która pomimo, że jej opowiadania trącą czasami myszką, bo Wenus porośnięta dżunglą, fajna byłaby taka planeta, ale jej nie ma. Mars pustynny, ale pełen cywilizacji też byłby fajny. Czasami człowiek sobie myśli: jakby było romantycznie, jakby było fajnie. Nie ma tego świata, ale można się do niego przenieść właśnie w opowieściach Leigh Brackett.
Teraz zapraszam państwa na całkiem długie opowiadanie zatytułowane „Cytadela martwych statków”. Leigh Brackett przed państwem w tłumaczeniu Witolda Bartkiewicza w domenie publicznej. Głos oddaję Ivelliosowi.
[03:33:52] - Leigh Brackett, „Cytadela martwych statków”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Część pierwsza. Roy Campbell obudził się z potężnym bólem głowy. Natychmiast całkowicie instynktownie i na ślepo jego ciało rzuciło się do pulpitu za sterami. Dopiero kiedy zamiast w niego uderzył rękoma w gładką, twardą polepę z błota na ścianie, uświadomił sobie, że nie znajduje się już na statku oraz że straż nie ściga go, ostrzeliwując jego pojazd gęstym ogniem swojej śmiertelnie niebezpiecznej broni. Oparł się o ścianę. Pot obficie zraszał mu ciężko poruszające się piersi. W końcu w jego coraz bardziej rozbudzonych oczach pojawiło się przypomnienie. Jego ciało ponownie przeszył dreszcz ostrych zwrotów statku pod spokojnymi ruchami jego dłoni na sterach.
Poczuł to niemal tak wyraźnie, jakby ta walka ciągle jeszcze trwała. Rozpamiętywał cienkie jak ołówek płomienie chłoszczące pośród nocy, szukające go, pragnące jego życia. Przypominał sobie krótką modlitwę, która plątała mu się gdzieś po zakamarkach pamięci, kiedy z taką biegłością walczył na granicy krańcowego ryzyka, aby umknąć nieustępliwym prześladowcom. Następny okres w jego pamięci był jednak nieco zamglony po tym, gdy wyładowanie z działa laserowego rzuciło statkiem jak niesionym na wietrze liściem, a jego głowa uderzyła z całej siły w pulpit sterowniczy. Dalej pamiętał tylko niewyraźnie te niesamowicie długie minuty, kiedy ścigał się z pogonią, uciekając w bezpieczne miejsce i później ciągnące się godziny, w trakcie których jedyną rzeczą we wszechświecie, której pragnął, była możliwość zaśnięcia. Opadł z powrotem na łóżko z rozpiętej na ramie skóry, a z ust wyrwało mu się coś pośredniego między śmiechem i przekleństwem. Nadal się obficie pocił, a jego żelazne ciało skręcało się niespokojnie. Znalazł jakiegoś papierosa, przypalił go za drugim razem i siedział nieruchomo, nasłuchując, jak stopniowo zwalnia rytm bicia jego serca. Dopiero wtedy zaczął się zastanawiać, co go obudziło. Była noc, głęboka noc wenusjańska, ciemnobłękitna w kolorze indygo.
Przez otwarte drzwi chaty Campbell widział drzewa licha kołyszące się lekko na gorącym, wolnym wietrzyku. Wydawało się, jakby to cała noc się kołysała, jak jakaś ciemna niebieska zasłona. Przez długi czas było zupełnie cicho, poza odległymi wrzaskami jakichś bagiennych zwierząt w gorączce pogoni za stobyczą. Potem ostro i brutalnie gwałcąc niebieską ciszę zaczął bić bęben. Jego dźwięk spowodował, że serce Campbella podskoczyło. Nie był może jakiś bardzo głośny, ale słychać w nim było mocną, twardą, barbarzyńską nutę. Coś równie pierwotnego jak same bagna i równie jak one obcego. Nieważne, ile czasu człowiek na nich żył. Bębnienie ustało. Drugie, być może trzecie wprowadzenie do rytuału.
Pierwsze musiało go obudzić. Campbell wpatrywał się w otwór drzwiowy zwężonymi, ciemnymi oczyma. Tym razem spędził z Krailenami tylko dwa dni i większość tego czasu przespał. Teraz jednak, pomimo całego swojego wyczerpania wyczuwał, że we wsi coś jest nie tak. Coś musi być nie tak. Bardzo nie tak, kiedy bębny huczą w taki sposób podczas parnej, gorącej nocy. Naciągnął na nogi swoje krótkie czarne buty i wyszedł z chaty na dwór. We wiosce nie było widać żadnego ruchu. Strzechy chat delikatnie szeleściły na wolno powiewającym wietrzyku i to była jedyna oznaka życia. Campbell skręcił na ścieżkę prowadzącą pod szepczącymi drzewami licha.
Nie miał na sobie nic poza obcisłymi czarnymi spodniami od kombinezonu kosmicznego, a gorący wiatr muskał i pieścił jego gołą skórę jak dotyk delikatnych dłoni. Wypełnił całe płuca miękkim powietrzem. Powietrze pachniało ciepłą, stojącą wodą, rosnącymi zielonymi roślinami i wolnością. Przede wszystkim wolnością. To było jedyne miejsce we wszechświecie, w którym człowiek mógł nadal odpowiadać sam za siebie i czuć się człowiekiem. Bęben ponownie podjął swój rytm dolatujący jak bicie gniewnego serca ludzkiego z głębi indygowych ciemności nocy. Tym razem nie przerywał. Campbell wzdrygnął się lekko. Drzewa zaczynały już rzednąć, odsłaniając kopiasty, ciemny wzgórek. Był on oświetlony przez gorące promienie płonących strąków licha.
Słodki, oleisty dym unosił się kłębami w konary drzew. Spoza drzew można było dostrzec ciemne rozbłyski na wodzie, ale bliżej widać było inne rozbłyski. Jaśniejsze, bardziej dzikie, bardziej niebezpieczne. Rozbłyski oczu ludzi, milczących ludzi stojących kręgiem wokół wzgórka. Pośrodku kręgu, na kopcu siedział mały człowiek. Jego skóra miała jasnobiały, aż niebieskawy połysk chudego mleka. Ubrany był w kilt z opalizujących łusek. Twarz człowieka sugerowała w subtelny sposób gadzi wygląd, szeroka w kościach policzkowych i zwężająca się pod spodem. Grzebień ze wspaniałych piór. To nie były tak naprawdę pióra, ale były do nich tak bardzo podobne, że Campbell nie był w stanie o nich myśleć inaczej.
Rozpoczynał się tuż ponad linią brwi i biegł bez przerwy przez głowę i dalej wzdłuż kręgosłupa, aż do talii. W tej chwili wszystkie stały nastroszone, połyskując w świetle ognisk. Między kolanami pieszczotliwie trzymał bęben. Gdy go dotykał, przestawał to być tak po prostu bęben. Kiedy śpiewał i uderzał w niego, zmieniał się on w jego własne, przepełnione nienawiścią serce. Campbell zatrzymał się tuż za kręgiem. Jego nerwy, ciągle napięte z powodu nieomal fatalnie zakończonego spotkania ze Strażą Kosmiczną, ukłuły go lekkimi, piekącymi igiełkami. Jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego. Mały człowiek zakołysał się lekko, spoglądając do góry w unoszący się dym. Oczy miał na wpół zamknięte.
Bęben był częścią jego samego i częścią tej ciemnobłękitnej nocy. Był również częścią Campbella, hucząc echem w jego krwi. To było serce bagien, szlochające z nienawiści i ogromnego gniewu, który był równie widoczny, nagi i prosty jak Adam w dniu stworzenia. Campbell musiał wykonać jakiś mimowolny ruch, ponieważ jeden z mężczyzn stojących u podnóża wzgórka odwrócił głowę i go zobaczył. Był wysoki i smukły, a jego grzebień cechował się czystą bielą, oznaką wieku. Odwrócił się i podszedł do Campbella, spoglądając na niego opalizującymi oczyma. Blask ognia rzeźbił twarz Ziemianina ostrymi cieniami. Jej szczupłe, twarde, rysujące się kości. Wysoki łuk nosa, który był kiedyś złamany, nie został prosto złożony. Zgorzkniałe usta.
Campbell spytał go w ojczystym, płynnym wenusjańskim: „Co się dzieje, ojcze?” Oczy Krylena opadły na nagą pierś Ziemianina. Porastały ją czarne włosy, a pod nimi widać było zawiłą plątaninę srebrnych i intensywnie niebieskich kresek, delikatnie wytatuowanych z wyjątkową zręcznością. Biały grzebień starego człowieka skinął, wskazując do przodu. Campbell odwrócił się i poszedł z powrotem ścieżką. Wiatr i drzewa licha. Gorąca niebieska noc wypełniona rytmem gniewu i nienawiści małego człowieka z bębnem. Żaden z nich się nie odezwał, dopóki nie znaleźli się z powrotem w chacie. Campbell zapalił przydymioną lampę. Stary Krylen wciągnął głęboki, powolny oddech. „Mój prawie synu” – powiedział.
„To ostatni raz, kiedy mogę udzielić ci schronienia. Kiedy będziesz już mógł, musisz stąd odejść i nigdy więcej nie wracać.” Campbell wpatrywał się w niego. „Ojcze, ale dlaczego?” Stary człowiek rozłożył bezradnie swoje niebieskobiałe ręce. Ton jego głosu był bardzo ciężki. „Ponieważ my, Kryleni, mamy przestać być.” Campbell nic nie odpowiadał niemal przez minutę. Usiadł na skórzanym łóżku polowym i przeczesał palcami swoje czarne włosy. „Opowiedz mi, ojcze.” – powiedział spokojnym, ponurym głosem. Biały grzebień Krylena zmarszczył się w świetle lampy. „To nie jest twoja walka.” Campbell wstał. „Posłuchaj.
Uratowaliście mi życie więcej razy, niż jestem to w stanie zliczyć. Przyjęliście mnie jako jednego ze swoich. Byłem tutaj bardziej szczęśliwy niż gdziekolwiek. No dobrze, to sobie odpuśćmy. Ale nie mów mi, że to nie jest moja walka.” Blada, trójkątna, stara twarz uśmiechnęła się, ale biały grzebień pokręcił się przecząco. „Nie, tak naprawdę to nie jest żadna walka. To tylko śmierć. Jesteśmy wymierającym szczepem, po prostu resztką starej Wenus. Co za różnica, czy zginiemy teraz, czy później?” Campbell zapalił papierosa szybkimi, ostrymi ruchami. Jego głos zabrzmiał bardzo twardo.
„Powiedz mi, ojcze. Wszystko i szybko.” Opalizujące oczy napotkały jego spojrzenie. „Lepiej nie będzie mówić.” „Powiedziałem powiedz mi.” „No dobrze.” Stary człowiek głęboko westchnął. „Pomimo wszystko powinieneś jednak wiedzieć. Czy pamiętasz graniczne miasto Lee?” „Pamiętam je.” Białe zęby Campbella błysnęły w uśmieszku. „Pamiętam każdy brudny kamień, jaki można tam znaleźć. Od przewodów pomp, aż po samą górę. Najlepsze miejsce na trzech planetach, żeby ukryć każdy gorący towar.” Przerwał, nagle czując zakłopotanie. Krylen łagodnie stwierdził: „To są twoje sprawy, mój synu. Bardzo długo cię tutaj nie było.
Lee się zmieniło. Rząd Koalicji Terrowenusjańskiej przejął je i zmienił w centrum administracyjne prowincji Techara.” Na wzmiankę o rządzie koalicji oczy Campbella nabrały gorącego, twardego blasku. Powiedział jednak tylko: „Mów dalej.” Twarz starego człowieka wyglądała teraz, jakby była wyrzeźbiona z marmuru, a jego głos zrobił się sztywny i jakby odległy. Na bagnach pojawili się pewni ludzie. Teraz zaś przysłano nam wiadomość. Zdaje się, że tutaj na bagnach jest węgiel, ropa naftowa i pewne minerały cenne dla ludzi. Chcą osuszyć bagna na obszarze wielu mil i będą na nich pracować. Campbell wypuścił dym z płuc bardzo powoli. No dobrze, a co się stanie z wami? Kraylen odwrócił się i stanął w wejściu obramowany ciemnoniebieskim prostokątem nocy.
Odległy bęben łkał i krzyczał. Było gorąco, a jednak każda kropla potu na ciele Campbella zrobiła się zimna. Głos starego człowieka był cichy i pulsował gniewem, zupełnie jak bęben. Campbell musiał natężyć uszy, żeby go dosłyszeć. Zabiorą nas stąd i umieszczą w obozach w wielkich miastach. W małych grupach, tak żebyśmy byli podzieleni i rozbici. Mnóstwo ludzi będzie płacić za to, żeby nas obejrzeć. Dziwne pozostałości starej Wenus. Będą płacić za nasze umiejętności w leczeniu skórami Leschen, za pisanie naszej dziwnej muzyki. Za tatuowanie.
Staniemy się bogaci. Campbell rzucił papierosa i przydepnął go na brudnej podłodze. Węzły żył sterczały mu na czole, a na jego twarzy pojawił się wyraz bezwzględności. Stary mężczyzna wyszeptał: prędzej umrzemy. Minęło dużo czasu, zanim którykolwiek z nich przerwał milczenie. Rytm bębna ucichł, ale jego echo ciągle tętniło w pulsie Campbella. Wpatrywał się w pokryte żyłami grzbiety rozłożonych dłoni oraz w kolana. Przełknął ślinę, ponieważ ciągle miał opuchniętą i obolałą szyję. W końcu zapytał: a nie moglibyście wycofać się dalej w głąb bagien? Stary Kraylen odparł, nie ruszając się z miejsca.
Nadal stał w wejściu, przyglądając się, jak drzewa kołyszą się na lekkim, wolnym wietrzyku. Tam żyją nachali. Poza tym tam nie ma czystej wody ani ziemi do uprawy plonów. Nie jesteśmy zjadaczami jaszczurek. Widziałem już takie rzeczy – posępnie stwierdził Campbell. Na Ziemi, na Marsie, na Merkurym, na księżycach Jowisza i Saturna. Mali ludzie wyrzuceni ze swoich domów, rabowani ze swojego stylu życia, wykorzystywani przez gapiących się z otwartą gębą idiotów w centrach handlowych. Mali ludzie, których nie obchodził postęp ani zarabianie pieniędzy. Mali ludzie, którzy chcieli tylko żyć, oddychać oraz żeby zostawiono ich w spokoju. Zerwał się na nogi dzikim, gwałtownym skokiem i rzucił tykwą z wodą, która rozbiła się w kącie.
Potem usiadł z powrotem. Wzdrygnął się. Stary Kraylen odwrócił się do niego. Mali ludzie tacy jak ty, mój synu? Campbell wzruszył ramionami. Może. Pracowaliśmy na naszej farmie od 300 lat. Mój ojciec nie chciał jej sprzedać, a więc wzięli go i wywłaszczyli. Teraz nasza ziemia jest pod wodą, a tama zasila cholernie wielką kupę fabryk. Bardzo mi przykro.
Campbell podniósł wzrok, a jego twarz złagodniała. Nigdy tego nie potrafiłem zrozumieć – powiedział. Wy tutaj jesteście najbardziej przestrzegającymi prawa obywatelami, jakich kiedykolwiek widziałem. Nie lubicie też obcych. A jednak, kiedy przeplątałem się do was z pościgiem na plecach i zły jak bagienny smok, to wy... Przerwał. Prawdopodobnie to podekscytowanie związało mu gardło w węzeł, który czuł obecnie. Dym z lampy użądlił go w oczy. Zamrugał i pochylił się, żeby skorygować płomień. Byłeś ranny, mój synu i miałeś kłopoty.
Twój spór z policją nie był sprawą nikogo z nas. Każdemu byśmy pomogli. A potem, kiedy dostałeś gorączki i twoja kontrola nad sobą zniknęła, okazało się, że nie tylko twoje ciało potrzebuje pomocy. Daliśmy ci, co tylko mogliśmy. Taa – ochryple stwierdził Campbell. Nie powiedział tego na głos, ale dobrze wiedział, że to, co mu dali Krayleni, uchroniło go przed kompletnym odbiciem pod sufitem. A teraz Krayleni mieli pójść drogą innych słomek zmiatanych przez wielką miotłę postępu. Nic nie mogło tego powstrzymać. Ziemskie imperium przewalało się przez wszystkie planety, budując, handlując, przewalając się przez dzieje, zwyczaje i rasy, żeby zarabiać pieniądze i tworzyć lśniącą stalową klatkę efektywności. Klatkę, w której owieczki mogły żyć całkiem szczęśliwie, dobrze odżywione i zasobne.
Ale on, Campbell, nie był owieczką. Próbował takiego życia, ale nie był w stanie beczeć zgodnie w jednym chórze. A więc musiał zostać wilkiem bardzo niepokojącym całe stado. Wkrótce nie będzie już żadnego miejsca w całym Układzie Słonecznym, gdzie człowiek będzie mógł stać na własnych nogach i swobodnie oddychać. Poczuł duszność. Podniósł się i stanął w wejściu, obserwując poruszające się drzewa w gorącym, ciemnobłękitnym mroku. Drzewa tutaj znikną. Zastąpią je odwierty i kopalnie, żużel, sadza i stukot maszyn oraz ludzie w spramionych potem i smarem koszulkach, pracujący w dzień i w noc, żeby zarabiać, rozwijać się, produkować. Usta Campbella wykrzywiły się, zgorzkniałe i sardoniczne. Powiedział cichym głosem: "Boże, pomóż nieproduktywnym." Stary Cralen wymamrotał: "Co się stało z tymi innymi, mój synu?" Szczupłe ramiona Campbella opadły.
Część z nich umarła, część się podporządkowała. Reszta... Odwrócił się tak nagle, że stary człowiek cofnął się lekko. W ciemnych oczach Campbella pojawiło się światło, a jego twarz gwałtownie się ożywiła. Reszta – oznajmił niewzruszonym głosem – odeszła na Romany. Potem zaczął opowiadać. Pośpiesznie przemierzając chatę pełnymi napięcia nerwowymi krokami, próbował przypomnieć sobie rzeczy, o których kiedyś słyszał, a którymi nie był w tamtych czasach zainteresowany. Kiedy skończył, Cralen odparł: To byłoby lepsze, absolutnie lepsze. Ale – rozłożył swoje długie, blade ręce, a jego biały grzebień opadł. Ale nie ma na to czasu.
Ludzie rządu przybędą tutaj za trzy dni, żeby nas zabrać. Taki był podany limit czasu. A ponieważ my nigdzie nie pójdziemy... Campbell pomyślał o tym, co się stało z buntowniczymi plemionami. Poczuł mdłości, ale zmusił się do zachowania niewzruszonego głosu. Miejmy nadzieję, że jeszcze jest czas, ojcze. Romany jest obecnie na orbicie Wenus. Nieomal się o nią rozbiłem, kiedy tu leciałem. W każdym razie ja mam zamiar spróbować. Jeżeli mi się nie uda, no cóż, zwódźcie ich tak długo, jak tylko się da.
Pamiętając rytm bębna i sposób, w jaki wyglądali mężczyźni, nie wierzył, żeby trwało to zbyt długo. Naciągnął na siebie luźną koszulę z zielonej jedwabnej pajęczej przędzy, przerzucił przez jedno ramię pas z ciężkim pistoletem igłowym i tą samą ręką wziął swoją czarną tunikę. Położył drugą rękę na ramieniu Cralena i uśmiechnął się. Zajmiemy się tym, ojcze. W opalizujących oczach starego człowieka pojawił się cień. Żałuję, że nie udało mi się ciebie powstrzymać. Dla nas to jest i tak beznadziejne. A ty jesteś gorący. Czy nie tak brzmi to słowo? Campbell uśmiechnął się.
Gorący. – potwierdził. Dokładnie właśnie tak. Ja wręcz parzę. Koalicja robi się strasznie zła, kiedy ktoś im sypie piasek w tryby i to jeszcze w tak widowiskowy sposób jak ja. Ale jestem do tego przyzwyczajony. Na dworze zaczynało się już lekko przejaśniać. Stary człowiek powiedział cicho: Niech bogowie będą z tobą, mój synu. Campbell wyszedł, myśląc sobie, że chyba będzie ich potrzebował. Był już pełny dzień, kiedy dotarł do swojego ukrytego statku, gładkiego, podrasowanego Fitzsauterna, który był w stanie prześcignąć niemal wszystko, co latało w kosmosie.
Zatrzymał się na krótko we włazie do śluzy powietrznej, spoglądając na parną zieloność lasu drzew liche pod perłowo szarym niebem i białą smugę mgiełki owijającą się wokół jego szczupłej talii. Spędził dłuższy czas nad swoimi mapami, karmiąc komputery statku liczbami. Kiedy w końcu otrzymał ustawienia, które go zadowalały, uniósł swojego Fitzsauterna w górę na cichutko pomrukujących śmigłach i poleciał w bok, nisko nad głębokimi obszarami bagien. Poczuł się znacznie lepiej, trzymając w rękach stery statku. Kontra patrolu ponad głębokimi bagnami była cieniutka, ale za to bardziej czujna. Nerwy Campbella były więc napięte niemal do granic ostateczności. Osiągnęły je, kiedy podszedł bliżej do miejsca, w którym musiał rozpocząć przeskok na nocną stronę planety. Sięgał właśnie do włącznika napędu, kiedy na panelu wskaźników zaczęło nagle błyskać małe czerwone światełko. Ktoś w tej chwili namierza go promieniem detektora i Campbell był absolutnie pewny, że ten ktoś leciał łodzią patrolu. Część druga.
Co do wenusjańskiej atmosfery była pewna osobliwa rzecz. Nie da się przez nią prowadzić obserwacji na bardzo długim zasięgu, nawet przy pomocy infra promieni. Intensywność wiązki, która go trafiła, wskazywała, że statek patrolu jest ciągle w dużej odległości od niego i prawdopodobnie nie nabrał jeszcze żadnych podejrzeń, chociaż statki zabłąkane nad bagna były raczej rzadkością. Za jakąś minutę gliniarz powinien wezwać go do podania informacji, robiąc zbłąkanej owieczce masaż przy pomocy swoich detektorów masy. Campbellowi nie wydawało się, że powinien na to czekać. Walnięciem w klawisz włączył silniki rakietowe, dusząc ich moc, dopóki nie rozgrzeją się dysze. Nawet przytłumione miały potężną siłę. Fitzsautern śmignął w górę błyskawiczną spiralą. Czerwone światełko zamigotało, zgasło, a następnie rozbłysło ponownie. Ten gliniarz był dobry w operowaniu tym swoim promieniem.
Campbell zwiększył dopływ paliwa. Czerwone światełko znowu zgasło, ale łódź patrolu wysłała już wszystkie wiązki promieni, jakie miała, rozstawiając je w istną sieć do połowu. Kolejny z nich trafił Fitzsauterna. Zgubił go. Trafił ponownie i tym razem już nie popuścił. Campbell poczuł nagle silne szarpnięcie całego ciała. Promień ścigający – stwierdził. A więc tak sobie to wymyśliłeś, przyjacielu. Silniki rakietowe do tej pory naprawdę już się rozgrzały. Zostawił więc sprawę w ich rękach.
Fitzsautern zawisł na ułamek sekundy, a jego potrójnie łączony kadłub zadrżał tak, że Campbellowi aż zadzwoniły zęby. Potem wyrwał się, pędząc do góry, przerywając się przez sieć promieni. Campbell sterował nim, używając silników manewrowych zarówno na lewej burcie, jak i na sterburcie. Statek dziko rzucał się i podskakiwał. Gliniarz nie miał czasu, aby w którymkolwiek punkcie skupić na nim pełną moc, a niższe moce były dla Fitzoterna wyłącznie lekkim kłopotem i niczym więcej. Campbell wzniósł się ponad statek patrolu, zrobił zwrot w przeciwnym kierunku w stosunku do tego, w którym zamierzał lecieć dalej. Zawisł w ciasnej spirali, dopóki nie upewnił się, że jest już czysty, a potem zanurkował z powrotem. Łódź patrolu nie spodziewała się, że zawróci. Jej pilot koncentrował się na obszarze, w którym Campbell zniknął, a nie na tym, gdzie rzeczywiście był. Campbell wyszczerzył zęby w uśmiechu, otworzył przepustnicę na pełny gaz i uciekł, klucząc poza krzywiznę planety na spotkanie pędzącego w jego kierunku cienia nocy.
Nie spotkał już żadnych innych statków. Był w sporej odległości od szlaków handlowych i poruszał się tak szybko, że jedynie ślepym trafem ktoś mógłby go spostrzec. Miał nadzieję, że patrol poluje na niego większymi siłami gdzieś z tyłu, tam, gdzie go zgubili. Miał też nadzieję, że polowanie to zajmie ich na dłuższy czas. Wkrótce ruszył do góry wolniej i na przytłumionych silnikach, wydostając się ponad atmosferę. Jego czarny statek wtopił się w niemożliwy do odróżnienia sposób w czarny cień planety. Zwolnił jeszcze bardziej, tak aby tylko równoważyć przyciąganie Wenus i skradał się powoli w stronę określonego punktu zaznaczonego na swoich mapach. Gdzieś w pobliżu przeszła łódź patrolu zewnętrznego, ale zbyt daleko, aby w jakikolwiek sposób się tym przejmować. Campbell zapalił papierosa rozedrganymi rękoma. Zdążył wypalić zaledwie jedną czwartą, kiedy w przestrzeni kosmicznej pojawił się obiekt, na który czekał.
Infrapromień jego łodzi pokazywał go zupełnie wyraźnie. Była to olbrzymia masa w kształcie okrągłej płyty o średnicy około mili, zbudowana z trzech warstw statków kosmicznych. Potężne, starodawne, pordzewiałe, pokryte bliznami ład jednostki, które zakończyły już swój żywot, ale nie zostały przez wojska pogrzebane, zespawano razem w jedną stałą masę, łącząc je kilometrami rur prowadzących do wnętrza ich zwłok. Wcześniej, kiedy Campbell widywał tę konstrukcję, zazwyczaj zbyt mocno się spieszył, aby zrobić coś więcej, przekląć ją, że staje mu na drodze. Teraz pomyślał sobie, że to chyba najbardziej osamotniona, zapomniana przez Boga kupa rupieci, która wręcz wprawiała go w zdumienie, dlaczego ludzie w ogóle zadali sobie trud, żeby ją powołać i utrzymywać przy życiu. Dotknął ręką przepustnicy, poddając się pokusie, żeby wrócić na bagna. Potem jednak pomyślał o tym, co się ma tam wydarzyć i cofnął rękę. „Niech to diabli” – powiedział do siebie. Równie dobrze mogę już zajrzeć do środka. Nic nie wiedział o organizacji wewnętrznej Romany.
Dzięki komu mogło to wszystko działać i w jaki sposób. Wiedział tylko, że Romany nie kocha koalicji, ale czy będą oni mieli ochotę przygarnąć kryminalistę, było już zupełnie inną sprawą. Nie byłoby wcale takie dziwne, gdyby przekazano im zdjęcia Roya Campbella i powiedziano, aby na niego uważali. Jeżeli pomyśli się o rozmiarach nagrody wyznaczonej za niego, Campbell zaczynał żałować, że jest aż tak bardzo sławny. Romany przypominało mu staromodną, okrągłą łapkę na myszy. Kiedy już znajdzie się w środku, wcale nie będzie łatwo wydostać się na zewnątrz. „Do wszystkich beczek zjałczałego dziegciu!” – warknął nagle. – I dlaczego to niby nastawiam swoją głowę dla jakiejś bandy na wpół ludzkich bagiennych włóczęgów? Nie odpowiedział sobie na to pytanie. Przednia krawędź Romany pędziła ostrzem w jego kierunku.
W części kadłubów paliły się światła, w większości w najwyższej warstwie. Campbell sięgnął po radio. Musiał skontaktować się z grubymi rybami. Nikt inny nie mógł dać mu tego, co potrzebował. Żeby to zrobić, musiał podejść grzecznie do drzwi frontowych i zaanonsować swoje przybycie. Potem instrukcja podawała potrzebną mu falę. Zaczął kręcić tarczami i pokrętłami, przeklinając fakt, że bardzo spociły mu się ręce. Statek kosmiczny Czarna Gwiazda wzywa Romany. Wzywam Romany. Ekran przed nim rozbłysnął, zamigotał i rozjaśnił się.
Romany potwierdza odbiór. Kim jesteś i czego chcesz? Na ekranie Campbella pojawił się jeszcze dosyć młody mężczyzna. Taxil. Pomyślał z jakiegoś merkuriańskiego zadupia. Był chyba nowoczarny i przystojny. Wyglądał tak, jakby widok Campbella podziałał na niego jak nieświeże piwo. Campbell powiedział: Serdeczny z pana gość, nieprawdaż? Nazywam się Thomas Black. Jestem kupcem z Terry i chciałbym dostać się na pokład.
To wymaga specjalnego pozwolenia. Taa? No dobrze. Proszę połączyć mnie ze swoim szefem. Taxil wyglądał teraz tak, jakby niespodziewanie powąchał coś, co od dosyć długiego czasu było już martwe. Może chodzi panu o Erana Maca, przewodniczącego Rady? Być może o niego – przyznał Campbell. Jeżeli reszta Cyganów była podobna do tego, z pewnością nie spodoba im się pomysł przyjęcia obcych. No cóż, nie mógł ich za to winić. Obraz na ekranie rozmył się.
Trwało to przez parę chwil, tak że Campbell zdążył wypalić w tym czasie trzy papierosy i wyczerpać swoje bogate słownictwo. Potem ekran nagle się rozjaśnił. Eran Mak. To brzmiało z marsjańska, ale człowiek znajdujący się na ekranie z pewnością nie był Marsjaninem. Był Ziemianinem o twarzy przypominającej granitowy klin w ramie składającej się w całości z wystających kości i dziwacznych kątów. Miał cienkie, bladorude, kręcone włosy, usta również cienkie. Nawet jego oczy też były cienkie, niemal szparki, bladoniebieskie, pozbawione rzęs. Campbell natychmiast poczuł, że go nie lubi. „Nazywam się Tredrick” – powiedział Ziemianin. Jego głos też był cienki.
Dało się w nim wyczuć lekki ton przypominający odgłos chodzenia po zimnym żwirze. „Jestem głównym zwierzchnikiem Ziemian. Panie Black, dlaczego chciałby pan u nas wylądować?” „Przynoszę wiadomość od ludu Krylenów z Wenus. Oni potrzebują pomocy.” Oczy Tredricka zrobiły się, jeżeli w ogóle było to możliwe, jeszcze cieńsze i jeszcze bardziej blade. „Pomocy?” „Tak. Pomocy.” Campbella uderzyło nagłe podejrzenie wywołane przez coś, co jak zauważył, przemknęło przez granitową twarz Tredricka, kiedy powiedział: Krylenów. Mówił dalej bardzo powoli. „Rusza na nich koalicja. Jak rozumiem, wy z Romany pomagacie innym w podobnych przypadkach.” Zapanowała krótka chwila pełnej napięcia ciszy. „Bardzo mi przykro” – oświadczył Tredrick.
„Nic nie możemy zrobić.” Ciemna twarz Campbella stężała. „Ale dlaczego nie? Pomogliście przecież ludowi Sheenyed na Ganimedesie i Drylanderom na Marsie. Przecież po to właśnie istnieje Romany, nieprawdaż? Jako miejsce schronienia dla ludów w podobnej sytuacji.” „Jako Latnik nie wie pan o wielu rzeczach. W tej chwili nie możemy pomóc nikomu. Przykro mi, panie Black. Proszę zabrać stąd statek.” Obraz na ekranie zniknął. Campbell wpatrywał się w niego z mordem w oczach. „Przykro ci.
Niech mnie diabli, jeżeli jest ci przykro. A w każdym razie, co się tutaj dzieje?” Wyciągnął z gniewem rękę do nadajnika. I wtedy właśnie, zupełnie nagle na ekranie pojawił się spoglądający na niego Taxil. Nieprzyjazny wygląd zniknął. Zastąpił go gniew, ale nie był to gniew skierowany na Campbella. Taxil odezwał się do niego przyciszonym, pośpiesznym głosem: „Czy nie kłamie pan, że przyleciał pan do nas od Krylenów?” „Nie, nie kłamię.” Rozpiął koszulę, żeby pokazać mu swój tatuaż. „Wredne śmierdziele. Black, niech pan wycofa statek, a potem podejdzie do jednego z zewnętrznych kadłubów w najniższej warstwie. W niektórych rurach znajdzie pan alarmowe włazy. Proszę wejść do środka i poczekać.” W jego ciemnych oczach pojawił się dziki błysk.
„Jest jeszcze wśród nas paru ludzi, którzy nadal uważają Romany za miejsce schronienia.” Campbell wycofał statek. Po nerwach przebiegały mu malutkie, mrowiące szarpnięcia. Na coś tutaj wpadł. Na coś dużego i brzydkiego. Wskazywał na to pewien ton w głosie Taxila. Cienki, żwirowaty pan Tredrick też coś przed nim skrywał. Coś ważnego, związanego z Krylenami. Dlaczego właśnie Kryleni, najmniej ważne z nieważnych ludów na Wenus? Kłopoty na Romany. Na Romany, cygańskim świecie, niezbyt mile widzianych dzieci Układu Słonecznego.
Sprawa pozostająca ściśle w rodzinie. Jaki interes miałby mieć wróg publiczny o niskim numerze i wysokiej cenie za jego głowę w mieszaniu się do czegoś takiego? Potem pomyślał o bębnie wybijającym rytm w ciemnobłękitnej, indygowej nocy oraz o starym człowieku przeglądającym się drzewom Licha, kołyszącym się na lekkim, gorącym wietrzyku. Roy Campbell określił siebie samego jednym, krótkim, gorzkim słowem. Głęboko westchnął i sięgnął szczupłymi, brązowymi dłońmi do sterów. Wkrótce pod osłoną infrapola podszedł do antycznego transportowca znajdującego się na brzegu najniższej warstwy, scalonego z otaczającymi go innymi wrakami przy pomocy odcinków dwunastostopowej rury. W jednej z rur widać było właz otwierany ręcznie przy pomocy koła. Fitzsothern podkradł się do rury z maksymalną delikatnością i starannością. Dotknął jej łagodnie, wyrzucił magnetyczne chwytaki oraz samoprzysysające się kołnierze i zawisł koło niej. Śluza powietrzna położona była dokładnie na wprost luku.
Campbell wstał. Był równie nerwowy i rozdrażniony jak buszujący kocur. Z wielką uwagą zapiął wokół swoich szczupłych bioder pas z ciężkim pistoletem. Potem wszedł do śluzy powietrznej. Z nadzwyczajną starannością sprawdził chwytaki i kołnierze. Koło włazu było obsunięte w zagłębienie. Wyciągnął je i obrócił, nie dotykając lodowato zimnego metalu. Za włazem znajdowała się prymitywna, beczkowata śluza. Campbell przeciągnął językiem po suchych wargach, wzruszył ramionami i wgramolił się do środka. Po przejściu przez śluzę znalazł się w jakimś miejscu, w którym panowała ciemność, choć oko wykol.
Powietrze było rzadkie i aż parzyło z zimna. Campbell wzdrygnął się w swojej jedwabnej koszuli. Położył dłoń na rękojeści broni i oddalił się na dwa ostrożne kroki od wybrzuszenia śluzy, żałując jak diabli, że znalazł się w tym miejscu. Zimne, zielone światło buchnęło gdzieś za nim, zdawałoby się znikąd. Na wpół się obrócił z błyskawicznie wydobytą bronią w ręku, ale nie miał szansy, aby zdążyć z niej wystrzelić. Coś smagnęło go z góry w centrum nerwowe na boku szyi. Jego ciało po prostu w jednej chwili przestało istnieć. Upadł na twarz i leżał tam, walcząc ze wszystkich sił, aby się poruszyć, w efekcie czego uzyskał jedynie lekki skurcz mięśni. Poczuł mgliście, że ktoś go obrócił. Zamrugał oślepiony płynącym z góry zielonym światłem i usłyszał głęboki, miękki głos mężczyzny, który odezwał się do niego z rozciągającej się za tym blaskiem ciemności.
Skąd ci to przyszło do głowy, że mogłoby ci to ujść bezkarnie? Campbell musiał trzykrotnie spróbować, zanim udało mu się odpowiedzieć. Ale co? Przeszpiegi. Czy Trederick naprawdę wyobraża sobie, że jesteśmy dziećmi? Nie mam zielonego pojęcia. Tym razem mówienie poszło mu dużo łatwiej. Jego ciało znowu zaczęło się pojawiać jak coś na ekranie telewizyjnym. Próbował zacisnąć palce. Nie działało to jakoś bardzo dobrze, ale to i tak nie miało znaczenia.
Jego broń zniknęła. Coś poruszyło się za światłem. Męskie ciało, olbrzymia, poznaczona supłami mięśni postać w kolorze ciemnego brązu. Ze straszliwym spokojem tygrysa człowiek przyklęknął koło niego. Ćwieki ponabijane na jego skórzanym kiście zabrzęczały delikatnie. Podstawę jego szyi ochraniał zdobiony klejnotami kołnierz z jakiegoś czerwonawego metalu. Kamienie miały złowrogi pobłysk. Głęboki, miękki głos powiedział: kim jesteś? Campbell próbował zmusić powracające życie, aby szybciej napływało do jego ciała. Twarz człowieka skrywała się w cieniu.
Campbell popatrzył do góry porywczym, pełnym furii wzrokiem i udało mu się osiągnąć wyraźny ruch w kierunku podniesienia się. Klęczący gigant położył na nim swoją prawą rękę. Odbijało się na niej zielone światło. Wzrok Campbella przesunął się w dół po ręce, aż do jego gardła. Jego twarz zmieniła się w ciężką, nieregularną maskę, jakby wyciętą z czarnego drewna. Ręka była silnie, pięknie umięśniona, ale w miejscu, w którym powinna znajdować się broń, można było dostrzec skórzane paski i hak z wypolerowanego marsjańskiego brązu. Campbell już wiedział, co go uderzyło. Cienka, twarda krzywizna haka, znacznie twardsza niż krawędź jakiejkolwiek dłoni. Czubek haka kłuł go teraz w gardło, tuż obok tętnicy po lewej stronie szyi. Mężczyzna delikatnie oznajmił: leż spokojnie, mały człowieczku.
Leż i odpowiadaj na pytania. Campbell leżał więc nieruchomo. Nie pozostawało mu nic innego, co można by w tej sytuacji zrobić. Powiedział: nazywam się Thomas Black, jeżeli w czymkolwiek może to pomóc. A ty kim jesteś? Co ci powiedział Trederick? Co masz zrobić? Odczep się w końcu ode mnie. O co ci chodzi? Jeżeli ten Taxil miał rozesłać wieści o jego pojawieniu się, to lepiej by było, żeby się pośpieszył.
Campbell zdecydował się podjąć ryzyko. Ten facet z hakiem nie wydawał się kochać Treddericka. Czarny chłopak w kajucie radiowej kazał mi wejść na pokład i czekać. On też wyglądał na nieźle wkurzonego na Treddericka, tak samo jak i ja. To chyba robi z nas wszystkich dobrych kumpli, co nie? Łżesz, mały człowieczku. W głębokim głosie brzmiała spokojna pewność. Wysłano cię tu na przeszpiegi. Odpowiadaj! Czubek haka dołożył do tego ostatniego słowa swój wykrzyknik.
Campbell skrzywił się. Wolał, żeby ten tuman nie nazywał go małym człowieczkiem. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek czuł się równie beznadziejnie wystraszony. Odparł tylko: gdzie ty masz, do diabła, oczy, człowieku? Ja nie kłamię. Sprawdź to u Taxila. On ci powie. I zdradzić go Trederickowi? Jesteś wyjątkowo niezdarny, mały człowieczku. Hak wbił się odrobinę głębiej.
Szyja Campbella zaczęła krwawić. Pod innymi względami czuł się już całkiem dobrze. Zastanawiał się nad szansami kopnięcia tego faceta w krocze, zanim jego hak rozerwie mu gardło. Próbował trochę się odsunąć, ale nie pozwalała na to ściana rury. Nagle, zupełnie niespodziewanie, spoza zielonego światła odezwał się głos kobiety. Campbell aż podskoczył. Nawet nie przyszło mu na myśl, że ktoś jeszcze może tutaj być. Teraz jednak było oczywiste, że ktoś musiał trzymać światło. Głos powiedział: zaczekaj, Mara. Zard właśnie próbuje się ze mną połączyć.
To był czysty, niski głos. Miał w sobie jakiś melodyjny ton. Campbell pokochałby go, nawet gdyby brzmiał jak zwykły rechot, ale dzięki temu jego nerwy rozdźwięczały się czystą ekstazą Hak cofnął się z dziury, którą wydziobał w jego szyi, ale nie odsunął się zupełnie. Campbell uniósł nieco głowę. Dolna krawędź plamy zielonego światła rozlewała się na przestrzeni stóp w sandałach. Widoczne ponad nimi gołe białe nogi były równie piękne jak głos, w ten sam silny, czysty sposób. Zapadło dłuższe milczenie. Mara, człowiek z hakiem, odwrócił częściowo twarz w stronę światła. Była niemal prostokątna, pokryta bliznami i równie twarda jak wykuta z brązu. Osadzone w niej oczy miały kolor przydymionego bursztynu i układały się lekko skośnie pod opadającą grzywą płowych włosów.
Po dłuższym czasie kobieta odezwała się ponownie. Tym razem jej głos zabrzmiał zupełnie inaczej. Był pełen gniewu, który to gniew powodował, że jej słowa wibrowały i tętniły tak jak bęben Kraylenów. Ziemianin mówi prawdę, Mara. Rzeczywiście przysłał go Zard. On przyleciał tutaj w sprawie Kraylenów. Wielki mężczyzna, marsjański drylander, Campbell oceniał, że gdzieś z okolic Kesh, zerwał się na nogi i to szybko. Kraylenów. Poprosił o pomoc dla nich, a Trendrik go odesłał. Światło przysunęło się bliżej.
Ale to jeszcze nie wszystko, Mara. Trendrik dowiedział się o nas. Stary Ekla wygadał. Już na nas czekają na statku. Część trzecia. Mara odwrócił się do niego. W jego oczach widać było zielonkawy, dziki błysk jak u lwa na polowaniu. Powiedział: bardzo przepraszam, mały człowieku. Campbell był już na nogach, w miarę spokojny. Nie ma co nad tym debatować – stwierdził kwaśno.
Naturalna pomyłka. Popatrzył na hak, otarł krew z szyi i poczuł się słabo. Dodał jeszcze: Nazywam się Black. Thomas Black. A może jednak Campbell? – spytał go kobiecy głos. A dokładniej mówiąc Roy Campbell. Zmrużył oczy w stronę światła, nic nie odpowiadając. Kobieta powtórzyła: Nazywa się pan Roy Campbell. Stosunkowo niedawno była u nas straż, polując na pana.
Zostawili nam pana zdjęcie. Wzruszył ramionami. W porządku. Jestem Roy Campbell. To – zauważył miękko Mara – całkiem sporo zmienia. Mógł to rozumieć w niemal dowolny sposób. Jego hak lekko zabłysnął w zielonym świetle. Mamy tutaj na Romany duży problem. Wojnę domową. Zanim ona się zakończy, będą ginąć ludzie, a być może nawet już to się dzieje.
Jak widzisz swoje miejsce w tej sytuacji? A skąd mam to wiedzieć? Koalicja rusza na Kraylenów. Jestem im coś winien. Tak więc przyleciałem tutaj szukać pomocy. Pomocy. Taa. Otrzyma ją pan – powiedziała kobieta. Jakoś ją pan otrzyma, jeżeli komukolwiek z nas uda się przeżyć. Campbell uniósł swoje ciemne brwi.
W każdym bądź razie, co się tutaj dzieje? Niski głos kobiety odezwał się śpiewnie, odbijając się echem od ścian rury. Dawno, dawno temu było sobie parę statków. Starych statków wypełnionych ludźmi, którzy nie mieli domów. Ludzi niewiele znaczących, dryfujących w swoim życiu, zarabiających na nie dzięki sprzedaży swoich dziwacznych wyrobów rzemieślniczych w portach kosmicznych. Ludzi, których przeklinano jako zagrożenie dla żeglugi i którym nie ufano, uważając ich za złodziei. Być może nawet byli oni złodziejami, ale było im również zimno. Byli głodni i urażeni. Przerwała na chwilę, a potem podjęła dalej. Po pewnym czasie statki zaczęły się jednoczyć.
Dzięki temu było im łatwiej. Mogły razem dzielić żywność i paliwo, komunikować się między sobą, wymieniać rozmaite idee. Kosmos nie był już taki samotny. Coraz więcej statków gromadziło się razem. Wkrótce było ich naprawdę mnóstwo. Nowa planeta, niemal. Nazwali to Romany po jednym z wędrownych ludów z Ziemi, ponieważ oni również byli Cyganami na swój własny sposób. Dokończyła: trzymali się swojego własnego stylu życia. Handlowali z hałaśliwymi, depczącymi po sobie ludźmi zamieszkującymi planetę, z których oni zostali wygnani, ponieważ byli do tego zmuszeni, ale nienawidzili ich i sami byli znienawidzeni, tak jak to zawsze było w przypadku Cyganów. To nie było łatwe życie, ale przynajmniej byli wolni.
Jak długo mieli swoją wolność, mogli osiągnąć wszystko. I zawsze, wszędzie, w całym Układzie Słonecznym, jeżeli jakieś małe, zagubione plamie połykane było przez wielkich i potrzebowało pomocy, Romany wyruszało, aby mu tej pomocy udzielić. Jej głos przycichł. Campbellowi ponownie przypomniał się bęben Kraylenów, gniewnie śpiewający podczas ciemnobłękitnej nocy. Taka była wiara Romany – wyszeptała cichym głosem. Zawsze pomagać, zawsze udzielać schronienia małym ludziom, którzy nie potrafili przystosować się do postępu, którzy chcieli jedynie umrzeć w godności i pokoju. A teraz... A teraz – otrzeźwiającym tonem dokończył Mara – mamy wojnę domową. Campbell wciągnął głęboki, niepewny oddech. Głos kobiety huczał mu w głowie, a gardło miał mocno ściśnięte.
Powiedział tylko: „Trederik?” Mara skinął głową. „Tak, Trederik. Ale tu chodzi o coś więcej. Gdyby to był tylko problem Trederika, nie byłoby aż tak bardzo źle. Pogłodził się zakrzywionym brzegiem swojego haka po pokrytym bliznami podbródku, a oczy zapłonęły mu jak płomienie świec. Romany starzeje się i robi się miękkie. Oto jest prawdziwy problem. Rozkład. W przeciwnym razie Trederik już dawno temu zostałby wykopany w kosmos. W Radzie zasiadają starzy ludzie, Campbell.
Myślą bardziej o swojej wygodzie niż o... No cóż. Taa, wiem. Jakie jest więc stanowisko Trederika? Nie wiem. To dziwny człowiek. Wyślizguje się z każdego uścisku jak piskorz. Czasami wydaje mi się, że on pracuje dla Koalicji. Campbell rzucił groźne spojrzenie. To może być prawda.
Wy, Cyganie, macie mnóstwo dzikich talentów i ludzi o pewnych unikatowych umiejętnościach. Paru z nich już kiedyś spotkałem. Człowiek, który zdobyłby nad nimi kontrolę, mógłby tylko siedzieć i liczyć kasę. Koalicji też by się to podobało. Kobieta dodała gorzkim głosem: No i zawsze mogliby zrobić z nas cyrk objazdowy. Wycieczki z ogromną liczbą atrakcji. To taka wspaniała osobliwość. Przekrój przez życie zaginionego świata. Trederik to silny człowiek — mówił dalej Mara. — Erana Mag jest przewodniczącym Rady, ale on robi tylko to, co każe mu Trederik.
Idea jest taka, że Romany ma się osiedlić w jednym miejscu i przestać pakować się w kłopoty z Koalicją Planetarną. Możemy otrzymać regularne orbity, mieć regularny handel i tak dalej. Innymi słowy — sucho stwierdził Campbell — przestać być Romany. Zrozumiałeś. Mamy zostać zwierzaczkami domowymi, dziwowiskiem, atrakcją turystyczną, źródłem sutych dochodów. Znów dziki rozbłysk na haku. Przeklętym cyrkiem. I Trederik, o ile dobrze załapałem, zdecydował, że wy, wasz bunt, zagrażacie przyszłości Romany i postanowił wziąć was pod swój twardy but. Dokładnie. Żółte oczy Maraha były jasne i twarde.
Śmiało odpowiadały na spojrzenie Campbella. Campbell pomyślał o czekającym na zewnątrz „Szpic Sotornie” oraz o wszystkich tych samotnych regionach kosmosu, do których mógł on nim polecieć. Było przecież tyle statków Koalicji do obrabowania, parę przeżartych zgnilizną miejsc, w których można było wydać łupy. Wszystko, co musiał zrobić, to tylko wyjść stąd. Słyszał jednak ciągle głos kobiety z dźwięczącą w nim nutą podobną do śpiewu gniewnego bębna. Również także głos Starego Człowieka, szepczący: „Mali ludzie tacy jak ty, mój synu”. To zabawne, jak długo człowiek może być sam i w ogóle o to nie dbać, a potem nagle wpaść na zupełnie obcych ludzi i nigdy więcej nie móc już znieść samotności. To jest samotności w sercu. Wiedzieć, że obchodziło go to jak jasna cholera. Właśnie tak było w przypadku Krylenów.
Tak samo było również i teraz. Campbell wzruszył ramionami. Pokręcę się trochę tutaj po okolicy. Potem dodał jeszcze z irytacją: Siostro, na miłość boską, czy może pani zabrać to światło z moich oczu? Odsunęła się, kierując snop światła w dół. Nazywam się Stella Moor. Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Przepraszam. A więc pomimo wszystko ma pani twarz. Twarz nie była piękna.
Była blada, w kształcie serca, obramowana masą rozwichrzonych czarnych włosów. Pod ciemnozłotymi brwiami, które nigdy nie widziały szczypczyków, znajdowały się szare, podłużne oczy, a jeszcze niżej czerwone, ponure usta. Kiedy się uśmiechała, zęby miała białe i nierówne. Od razu mu się spodobały. Czerwień jej ponurych warg była ich naturalnym kolorem. Miała na sobie krótką tunikę w kolorze gruntu Kaju, a widoczne pod nią ciało było długie i dobrze zbudowane. Jej ręce i szyję cechowała biel perły. Mara cicho powiedział: Skontaktuj się z Zardem. Każ mu przełączyć system PA na szeroko otwarty i powiedz mu, że teraz zabieramy statek, żeby przywieźć Krylenów. Stella stała zupełnie nieruchomo.
Jej szare oczy przyjęły niesamowity, odległy wygląd i Campbell lekko zadrżał. Dosyć często widywał telepatów w różnych zapadłych dziurach Układu, ale nigdy nie wydawało mu się to normalne. Zrobione — wkrótce oznajmiła dziewczyna i ponownie stała się człowiekiem. Zielone światło zgasło. Energia — wyjaśniła. — Poza tym nie będziemy go potrzebować. Proszę mi podać swoją rękę, panie Campbell. Zrobił to natychmiast z najwyższą gorliwością. Moi przyjaciele — zaproponował — generalnie mówią do mnie Roy. Roześmiała się w odpowiedzi i ruszyli w drogę, poruszając się szybko i pewnie w czarnej, lodowato zimnej ciemności.
Statek, do którego zmierzali, jak się okazało, znajdował się wyżej, na drugim poziomie, w pobliżu kwater mieszkalnych. Tu na dole umieszczona była cała maszyneria, która utrzymywała Romany przy życiu. Ogrzewanie, oświetlenie, woda, powietrze, systemy chłodzenia i wiele kadłubów statków przeznaczonych na magazyny. Trzecia warstwa była ogromną farmą hydroponiczną, na której rosły zboża na ziarno, owoce i warzywa dostarczające żywności dla tysięcy zamieszkujących Romany ludzi. Przepychając się przez rury i częściowo rozebrane kadłuby statków pachnące workami, suszonymi roślinami i olejem, Campbell uzupełniał swoje luki w wiedzy. Przywódcy buntowniczego elementu zebrali się tutaj na dole na potajemne spotkanie. Mara i dziewczyna właśnie z niego wracali, kiedy na nich wpadł Campbell. Podjęta została decyzja o ratowaniu Kraylenów niezależnie od tego, co się wydarzy. Wiedzieli o sytuacji Kraylenów na długo wcześniej, zanim dowiedział się o niej Campbell. Cyganie handlujący w Lee przynieśli im wiadomości.
Teraz więc Krayleni stali się symbolem, o który ze śmiertelną zażartością starły się oba punkty widzenia. Przypominając sobie szczupłą, surową twarz Treedrika, Campbell zastanawiał się z niepokojem, jak wielu z nich będzie ciągle żyło, kiedy uda im się zabrać stąd ten statek. Stopniowo zaczęły docierać do niego urywane, rytmiczne uderzenia i szczeknięcia niosące się po metalowych ścianach. „Młotki” – przyciszonym głosem poinformowała go Stella. – „Ludzie z młotami, nietownicami i spawarkami nieustannie walczą z rdzą i starością, aby utrzymać Romany przy życiu. Każdy skrawek tego świata został kiedyś przez kogoś uznany za bezużyteczny śmieć i odzyskany przez nas z odpadków.” – jej głos jeszcze bardziej przycichł. – „Włączając w to również i ludzi.” Campbell odparł: „W obecnych czasach wyrzuca się na śmietnik naprawdę piękne rzeczy.” Zrozumiała, o co mu chodzi. Nawet leciutko się uśmiechnęła. „Ja urodziłam się na Romany, ale na Ziemi jest wielu ludzi, którzy nie mogą sobie znaleźć miejsca w domu.” „Wiem.” Campbell przypomniał sobie farmę swojego ojca, nad polami której rozciągał się błękit zimnej wody zamiast nieba. „A Treedrik?” „On również urodził się tutaj, ale w nim jest jakaś skaza.” Złapała głęboki oddech z nagłym, ostrym krzykiem.
„Mara! Mara, to Zard.” Zatrzymali się. Campbellowi pod szczęką zaczął łomotać puls serca. Stella wyszeptała: „On nie żyje. Czułem, jak mnie wzywa, ale już nie żyje. Próbował nas ostrzec.” Mara stwierdził ponurym tonem: „A więc Treedrik go dostał. Prawdopodobnie musieli go zabić, kiedy próbował uciec z kabiny radiowej.” „Był bardzo przerażony” – cicho powiedziała Stella. – „Treedrik coś przygotował. On chciał nas ostrzec.” Mara chrząknął. „Campbell, trzymaj swój pistolet w gotowości.
Teraz wchodzimy na górę.” Weszli na górę po drewnianej drabinie. Nagle zrobiło się gorąco. Campbell pomyślał, że pewnie Romany znalazła się z powrotem w pełnym słońcu. Marsjanin bardzo, bardzo powoli otworzył znajdującą się na górze klapę. Młody, dźwięczny głos zawołał śpiewnie na zewnątrz: „Wszystko w porządku.” Za klapą zebrała się spora grupa ludzi. Czterech czy pięciu potężnych, młodych barbarzyńskich paniki z Wenus stało, uśmiechając się szeroko koło dwóch związanych i drzemiących sobie słodko Ziemian. Campbell powiódł wzrokiem obok nich. Powietrze było nieruchome i gorące, z wiszącą w nim zasłoną parnej mgiełki. Podłoga pokryta była omszałą ziemią poznaczoną kałużami ciepłej wody. Były również drzewa licha pokryte skraplającą się parą i zielone w perłowym świetle, które ciągle przebijało się przez zmrok w kolorze indygo.
Mgłą i drzewami licha poruszał powolny, gorący powiew wiatru. Pachniał ciepłą, zastałą wodą, bujnie rosnącą zielenią i wolnością. Campbell wziął długi, głęboki oddech. Oczy kłuły go i żyły w karku bolały jak diabli. Wiedział, że to jest tylko zamknięty kadłub martwego statku, zaś ponad perłowo-szarą mgłą znajduje się żelazne niebo. Ale tu pachniało wolnością. Powiedział tylko: „Na co czekamy?” Mara roześmiał się, podobnie jak i młodzi Wenusjanie. Barbarzyńcy idący w bój i śmiejący się na jego perspektywę. W szarych oczach Stelli nadal płonął porywczy płomień, a jej wargi były krwisto pomarańczowe i drżały. Campbell ucałował je.
On również roześmiał się miękko i powiedział: „No dobrze, Cyganie, chodźmy.” I poszli przez siedem statków kwartału Wenusjan. Z powodu Kraylenów większość Wenusjan była z buntownikami, ale nawet pomimo tego unosiły się gniewne głosy i pięści, a w paru przypadkach również i broń, w wyniku czego doszło do rozlewu krwi. Przyłączyli się do nich kolejni gorącogłowi młodzi ludzie oraz przesadziści, mali nomadzi z wyżyn, którzy potrafili rozmawiać ze swoimi zwierzętami i trzech wężowatych, czwororękich pełzaczy z bagien Loharii. Wkrótce dotarli do ogromnego, opróżnionego transportowca na krawędzi kwartału Wenusjan. W pobliżu leżało na stosach mnóstwo rozmaitych towarów czekających na załadowanie przez rząd śluz powietrznych na mniejsze statki handlowe. Mara stanął. Klejnoty na jego kołnierzu rzucały groźne błyski w świetle słonecznym wlewającym się przez na wpół przysłonięte porty widokowe, zaś pozostali napływali i zbierali się za nim. Stali w wąskiej galerii na wpół drogi wzdłuż jej wewnętrznej ściany. Campbell popatrzył na dół. Na drabinkach i na poziomie dwa balkony niżej zebrało się wielu ludzi.
Ponury, gniewny tłum ludzi z Ziemi, z Wenus, z Marsa, z Merkurego oraz z księżyców Jowisza i Saturna. Ludzie, niemal ludzie i prawdziwe potworności, milczący i obserwujący w gorącym świetle. Tu i tam świeciły się grzebienie szkarłatnych wypustek, gdzie indziej odblask wijących się pokrytych łuskami czarnych pleców, a ponad głowami złowieszcze błyski światła na powoli poruszających się mackach. W pewnej chwili jakieś stworzenie wyglądające jak ogromny niebieski pająk z dziecięcą twarzą wydało z siebie ostry, nieziemski wrzask. „Zdrajca! Zdrajca!” Cała stłoczona masa ludzi na drabinach i galeriach poruszyła się jak niesamowity dywan falujący w porywie wiatru. Pędzący szmer ich ruchu, ich oddechów oraz ich gniewu przeszył nerwy Campbella igiełkami ognia. Gniew. Gniew płynący z bębna Kraylenów, z głosu Stelli oraz z żółtych oczu Maraha. Gniew podobnie pierwotny i gorący jak światło słońca.
Gniew małych ludzi wzbierający do wielkich rozmiarów. Ze znajdującego się niżej pokładu odezwał się jakiś głos, zimny, czysty i bez śladu drżenia. „Nie chcemy żadnych kłopotów. Wróćcie spokojnie do swoich kwartałów. Krayleni!” Nazwa ta uderzyła jak grzmot wyrzucona z tych wszystkich gniewnych gardeł, spadając prosto na wychudzoną, wyprostowaną postać stojącą przed kręgiem straży Ziemian pilnującej śluz z gotową do strzału bronią. Cienka ruda głowa Trederica nawet odrobinę nie odchyliła się od pionu. „Los Kraylenów nie leży już obecnie w naszych rękach. Udzielali schronienia niebezpiecznemu przestępcy i teraz właśnie są więzieni w Lee, aby odpowiedzieć za swoje czyny.” Roy Campbell chwycił za znajdującą się przed nim żelazną barierkę. Wydawało mu się, że niemal jest w stanie zobaczyć jasny płomień zimnej satysfakcji w oczach Trederica, pomimo całej odległości, jaka go od niego dzieliła. Cienki, spokojny głos przebił się przez bębenki jego uszu z okrutną bezosobowością skalpela chirurga.
„Ten przestępca, Roy Campbell, jest teraz na Romany. Straż jest już w drodze do nas. Przez pamięć bezpieczeństwa waszych rodzin dla przyszłości Romany radzę wam nie ukrywać go dłużej ani pomagać mu w ucieczce.” Część czwarta. Campbell stał w miejscu, nie poruszając się ani nic nie mówiąc, a jego twarda, ciemna twarz, porysowana i martwa wyglądała jak wyrzeźbiona ze starego drewna. Jak gdyby z wielkiej odległości usłyszał wściekłe przekleństwo zduszone przez Maraha, szybkie sapnięcie Stelli łapiącej głębiej powietrze, nagłe westchnienia i szmery pośród tłumu, który nie był już tak do końca pewny, co chce zrobić. Ale jedyne co widział, to blada, łagodna twarz starego człowieka uśmiechającego się w ciepłym niebieskim zmroku i brudne, obskurne kamienie Lee. Gdzieś z okolicy kręgu uzbrojonych ludzi doleciał kolejny głos. Campbell odbierał go jedynie niewielką częścią swojego umysłu. Stary głos, suchy i szeleszczący, pełen wielkiej godności i wielkiego bólu. „Moje dzieci” — oświadczył wszystkim.
— „Zachowajcie cierpliwość. Miejcie wiarę, że my, wasi przywódcy, mamy na sercu wyłącznie dobro Romany.” Campbell popatrzył martwymi, pociemniałymi oczyma na stojącego obok Trederica mówcę. Był to mały człowiek w szatach z białego futra. Marsjanin z okolicy jednego z miast polarnych. Kruchy, czarnooki, poważny i delikatny, ale jednocześnie pełen siły. „Przypomnijcie sobie głód i niepewność, jakie cierpieliśmy. Teraz mamy szansę na bezpieczeństwo i pokój. Kiedy przybędzie straż, nie sprawiajcie im żadnych problemów. Rozejdźcie się w spokoju do swoich kwartałów.” „Problemy?” W gorącym, nieruchomym powietrzu zahuczał głos Maraha. Wszystkie twarze zebranych na dole ludzi uniosły się w stronę balkonu.
Campbell zauważył, że Trederic gorączkowo drgnął i zaczął rozmawiać z jednym ze strażników. Strażnik gdzieś odszedł, ale niezbyt szybko. Campbell zaklął pod nosem, a jego serce zaczęło ponownie bić szybko i mocno. Mara, brązowy tytan z porywczym błyskiem w oku, grzmiał dalej. „Ty, Eranie Mak, Marsjaninie. Czy zapomniałeś już o Kesh, Balakar i wodospadach Tambojna? Czy masz zamiar pełzać do stóp Koalicji jak Sindar jedynie dla kości, jakie ci rzucą? A ty, Tredericu, posłuchaj. Sprzedałeś nas. Od kiedy to wzywa się latników, aby mieszali się w sprawy Romany?” Zimny głos Trederica był absolutnie spokojny.
Kraileni są poza waszym zasięgiem, Mara. Bunt nic wam nie da. Czy chcecie mieć krew na rękach? „Oto moja ręka” – delikatnie odparł Mara. Jego hak zatoczył groźny łuk, błyszcząc w gorącym powietrzu. „Jeśli jest na niej jakaś krew, to tylko moja własna, którą rozlała koalicja, kiedy szeryf graniczny obciął mi prawą rękę za uniesienie jej przeciw niemu”. Tłum poruszył się i zamruczał. Campbell powiedział szybko: „Tredrick ma rację, ale ciągle jest jeszcze szansa, jeżeli tylko będziecie chcieli ją podjąć”. Stella Moore położyła dłoń na ramieniu Maraha. „Jaka?” Tredrick nadal udawał, że nie widzi Campbella, jak również, że nie było żadnych ludzi skradających się w ciemnych tunelach, aby go schwytać.
„To będzie oznaczało kłopoty. To może oznaczać śmierć lub więzienie. To szansa jedna na milion. Lepiej zostawcie mnie w spokoju i zapomnijcie o wszystkim”. Czubek haka Maraha ukłuł go pod brodą. „Mów szybko, mały człowieczku. Okej. Każ im, żeby się uspokoili, a potem wydostań mnie stąd. I to szybko.” Ludzie Tredricka wiedzieli, w jaki sposób zajść ich od tyłu. Ponadto wielu Cyganów, którzy nie byli z Tredrickiem, przyłączyło się do polowania na latnika.
Nie chcieli kłopotów ze strażą. Campbell przedzierał się na ślepo przez labirynt ciemnych, zatęchłych przejść, trzymając rękę Stelli i walcząc z myślą o zbliżających się z pełną szybkością statkach straży. Próbując przedostać się przez Romany do jego statku, kilkanaście razy niemal zostali schwytani. Polowanie to wydawało się stanowić ujście uczuć kotłujących się w Romany. Campbell pomyślał sobie, że wolałby już nigdy więcej nie być ścigany. I właśnie wtedy, tuż ponad miejscem, w którym znajdował się jego statek, wpadli w pułapkę. Znajdowali się w kwartale saturniańskim w kadłubie poświęconym dla uchodźców z Tytana. Działały w nim urządzenia chłodzące. Nagie skały pokrywał śnieg migoczący w niesamowitym świetle jak ciemne tęcze. „Jaskinie” – powiedziała Stella.
– „To baraki”. Wszędzie wokół nich setkami ech rozbrzmiewała wrzawa głosów, tupotu stóp, stukotów i brzęków metalowych przedmiotów o oblodzoną skałę. Biegli ze wszystkich sił, ciężko oddychając. Minęli jakieś niskie klify i skalne występy, a następnie dobiegli do jaskiń z płonącymi w nich dziwnymi niebieskofioletowymi ogniami. W wejściach jaskiń siedziały jakieś stworzenia. Były niewielkie, mniej więcej antropoidalne, blade jak śmierć i sprawiały nieprzyjemne, gumiaste wrażenie. Były zupełnie nagie, a ich pojedyncze oczy wyraźnie fosforyzowały. Mara przyklęknął przed nimi. „Mali ojcowie, prosimy was o schronienie w imię wolności”. Krzyki i odgłosy stóp robiły się coraz bliższe.
Na czole Campbella pojawił się pot. Jedno z białych stworzeń lekko skinęło głową. „Żadnych zakłóceń” – wyszeptało. – „Nie chcemy żadnych zakłóceń naszych myśli. Możecie uzyskać schronienie, aby powstrzymać ten obrzydliwy hałas”. „Dziękuję ci, mały ojcze”. Mara zanurkował do jaskini, a pozostali tuż za nim. Campbell ostro warknął. „Przyjdą tu naszym tropem i nas zabiją”. Ponure wargi Stelli uniosły się w wilczym uśmiechu.
„Nie. Popatrz”. Jaskinie, fioletowe ognie. To wszystko nagle zniknęło. Otoczyła ich dziwaczna ciemność, a Campbell poczuł lekkie elektryczne mrowienie przebiegające mu przez skórę. Drgnął, a dziewczyna wyszeptała: „Telekinuza. Zbudowali mur wokół miejsca, w którym w tej chwili jesteśmy. Z zewnątrz wygląda on jak zwykła ściana skalna zamykająca jaskinię”. Mara poruszył się. Metalowe ozdobne ćwieki na jego kilcie leciutko zabrzęczały.
„Jak te świnie już sobie pójdą, to z tego kadłuba jest trap prowadzący na dół do rury, przy której zacumowany jest twój statek. Powiedz nam teraz, jaki jest twój plan”. Campbell roześmiał się krótko i gorzko. „Plan, do diabła. To jest hazard przeciwko zatrzymującemu się już kołu rulety. I jesteście głupcami, jeżeli chcecie na to postawić”. „A jeżeli nie będziemy chcieli?” „Ja lecę niezależnie od tego. Kraileni, no cóż, jestem im coś winien”. „Opowiedz nam o swoim planie”. Opowiedział im szybkimi, nerwowymi zdaniami, przykucając za chroniącą ich ścianą myśli pochodzących z tych obcych mózgów.
Mara roześmiał się delikatnie. „Na bogów, mały człowieczku, powinieneś być Kashi”. „Mogę wymyślić całą masę rzeczy, które powinny być czymś innym niż są” – kwaśno odparł Campbell. „Hej! Znika nasza ściana”. Zostali tam nie dłużej niż cztery minuty. Na tyle długo tylko, aby rozejrzeć się dookoła i ruszyć w dalszą drogę. Nadal mogli jeszcze zdążyć przed przylotem straży. Zdążyli w ostatniej chwili. Ich odlot nie mógłby być lepiej zgrany w czasie.
Campbell wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, z delikatną precyzją sterując mocą pracy silników. Nie miał nawet teoretycznych szans. Wydawało mu się, że szanse Cyganów na przejście przez to wszystko są jeszcze mniejsze. Ale Kraeleni nie będą gnili w zagrodach niewolniczych Li z powodu Roya Campbella. A przynajmniej nie dopóki Roy Campbell pozostawał przy życiu i mógł coś w tej sprawie wymyślić. To oczywiście mogło oznaczać niezbyt długo. Pomknął Fitzsothernem z dużą szybkością w kierunku nocnej strony Wenus, pozostając przez cały czas na widoku i z zduszoną mocą silników. Statki straży, dziewięć szybkich łodzi patrolowych rzuciły się za nim w pogoń, pozostawiając Romanem w spokoju. Nie było sensu, aby się tam zatrzymywać. Ten smukły, czarny statek był niemożliwy do pomylenia, tak samo, jak nie budziło wątpliwości, czyje ręce spoczywają na jego sterach.
Campbell uderzył palcami w klawisze odpalające kolejne silniki i Fitzsothern zamruczał pod nim jak kot. Przez jakąś sekundę nie był w stanie wyraźnie widzieć przez zasnuwającą oczy wilgotną mgiełkę. „Przepraszam cię bardzo, stary druhu” powiedział. „Ale to musi odbyć się w taki sposób”. To był wspaniały pościg. Statki straży użyły wszystkich sztuczek, jakie znały ich załogi, a znały one ich naprawdę mnóstwo. Campbell siedział pochylony nad klawiszami, spocony jak mysz, a jego ciemna twarz zastygła w uśmiechu, w którym nie było nawet śladu wesołości. Tylko jego dłonie poruszały się z nerwową delikatnością i szybkością. I tylko dzięki statkowi udało mu się osiągnąć swój cel. Zarzucali na niego promienie ściągające, a on przełamywał ich działanie.
Próbowali go otoczyć, a on im się wymykał. To smukłe ostrze mocy, ten niewielki margines przewagi szybkości wyciągnęły Roya Campbella z sytuacji, która na pierwszy rzut oka wyglądała na błyskawiczną, łatwą zdobycz. Dostał się w końcu do cienia, a wtedy straż zaczęła się bać, że im ucieknie, co skutkowało z ich strony złością i gniewem. Już nie próbowali go schwytać. Odbezpieczyli swoje blastery i zabrali się do roboty. Campbell oddychał teraz głęboko przez zaciśnięte zęby. Jego ciemna skóra błyszczała od potu, ciasno opinając kości, wypukłości mięśni i splecionych żył. Celowo nieznacznie zwolnił. Wzdłuż portów na sterburcie błysnęło wyładowanie energii. Zwolnił jeszcze bardziej i skręcił, ale tylko odrobinkę.
Fitzsothern był pod jego rękoma jak żywa istota. Nic nie powiedział, kiedy następne wyładowanie uderzyło w statek. Nawet nie zaklął. Nie zauważył, że płacze, dopóki nie poczuł soli na wargach. Wydostał się z fotela pilota, po czym wypowiedział tylko dwa słowa: „Ty Judaszu”. Na skutek ostatniego strzału wybuchł pulpit sterowniczy. Eksplozja odrzuciła go do tyłu przez cały kokpit, poranionego i poparzonego od topiących się metalowych elementów. Jakoś udało mu się pozbierać na nogi i ruszył korytarzem do przedziału śluzy. Z policzka mocno mu ciekła krew, ale nie zwracał na to uwagi. Zdawało mu się, że czuje, jak statek umiera pod jego stopami.
Przyrządy zostały zniszczone. Fitzsothern leciał dalej po szalonej, niekontrolowanej spirali rozrywającej płyty jego pancerza na kawałki. Wcisnął się do swojego skafandra. To był specjalnie przygotowany egzemplarz, czarny aż po sam hełm, ze specjalnym plecakowatym silnikiem rakietowym, nielegalnie podrasowanym. Miał tylko nadzieję, że jego dłonie nie zostały poparzone zbyt mocno. Statek brutalnie zatrzymał się w miejscu, rzucając nim mocno o gródź. Promienie ściągające. Wczepił się w dźwignię włazu ze zwierzęcym kwileniem wzbierającym w gardle. Oby tylko nie zrimiotował wewnątrz hełmu. Właz otworzył się.
Powietrze wyrzuciło go na zewnątrz w czarną jak atrament przestrzeń kosmiczną. Malutki, wydłużony jak włócznia płomień silnika plecakowego rozbłysnął tylko na chwilkę i zgasł, umykając uwadze ścigających pośród gorejących ogni wraku. Campbell unosił się zupełnie bez ruchu w poczernionym skafandrze. Statki straży przemknęły obok niego, szarpiąc Fitzsothernem jak marlinem na wędce przy pomocy swoich promieni ściągających. Campbell zamknął oczy i przeklinał ich powoli i bez śladu emocji, dopóki knebel w gardle nie zdusił jego słów. Dał im czas, aby odlecieli nieco dalej. Potem nacisnął wyzwalacz silnika rakietowego, zmierzając prosto w dół w kierunku okrytych całunem ciemności bagien prowincji Tehara. Nie zachował żadnych wyraźnych wspomnień z tego lotu w dół. Ponad nim rozbłysnął ogień statku kosmicznego kierującego się w stronę Li. Pozostało mu jeszcze nadal mniej więcej osiem godzin ciemności nad bagnami.
W końcu wylądował na polanie. Był niemal pewien, że wiedział o tym jedynie on. Korzystał z tego miejsca już wcześniej, kiedy miał jakiś towar do przechowania w Li i nie był pewien, kto właśnie rządzi w mieście. Nauczył się, aby w tego typu sprawach być bardzo ostrożnym. Stał tam już jakiś statek, niewielki handlowiec międzyksiężycowego typu. Gapił się na niego, nie mogąc tak do końca uwierzyć, że tam był. Potem, dosłownie w ostatniej chwili, zdjął z głowy hełm. Kiedy świat przestał kręcić się jak na karuzeli, ocknął się, leżąc z głową na łonie Stelli. Zmieniła swoją tunikę na czystą czerń ludzi kosmosu i dzięki temu jej twarz wyglądała na jeszcze bardziej białą i piękniejszą w otoczce jej czarnych włosów. Wargi dziewczyny nadal wyglądały ponuro i były czerwone.
Campbell usiadł i pocałował je. Od razu poczuł się dużo lepiej. Niedobrze, ale uznał, że jakoś przeżyje. Stella roześmiała się i stwierdziła: „No dobrze. Widać, że wracasz do siebie”. Campbell odparł: „Siostrzyczko, jesteś najlepszym lekarstwem na wszystkie dolegliwości”. W ciemnobłękitnym zmroku nagle zmaterializowała się obok niego dłoń, którą rozpoznał jako należącą do Maraha. Trzymała ona płaską flaszkę. Campbell chętnie ją przyjął. Wkrótce lodowata martwota otaczająca jego żołądek zaczęła z wolna odtajać i był w stanie lepiej spojrzeć na cały bieg spraw.
Wstał na nogi, raczej niepewnie, i zaczął szukać po kieszeniach papierosa. Koszula została z niego w większości zdmuchnięta przez wybuch, a reszta spalona na popiół. Ręce bolały go jak diabli. Stella dała mu dymka i podała ogień. Zaciągnął się z wdzięcznością i oznajmił: „No dobra, dzieciaki, czy wszyscy gotowi?” I wszyscy byli. Tak więc Campbell rozpoczął akcję. Na początek opróżnił do końca płaską flaszkę i z zadowoleniem zauważył, że jego organizm działa już na najwyższych obrotach. Poczuł się swobodny, odprężony i gotów na wszystko. Miał tylko nadzieję, że alkohol nie zużyje się za szybko. Przez okoliczne, gęsto zarośnięte pagórki, bagna, zagłębienia terenu porośnięte trzcinami oraz drzewami licha prowadziła ścieżka.
Tylko Campbell, który ją sam wydeptał, był w stanie nią poprowadzić. Przypominając sobie swoje błądzenie na ślepo po labiryncie Romany, poczuł się z tego zadowolony. Oznajmił z niekłamaną satysfakcją: „Uważajcie, żeby się nie poślizgnąć. Jak wam się udało wydostać z Romany?” Mara odpowiedział mu krótkim, ponurym śmiechem. Romany podczas tej pogoni za tobą stało się jednym wielkim domem wariatów. Niektórzy z chłopców o co bardziej gorących głowach rozpoczęli na tym tle pomniejsze wojenki z policją. Trendryck musiał wykorzystać większość swoich ludzi do zapewnienia porządku. Poza tym oczywiście wydawało mu się, że pobił nas na głowę w sprawie Kraylenów. „Było tylko czterech ludzi pilnujących śluz” – dodała Stella. Zajęli się nimi Mara i czterech chłopców Paniki.
Campbell przypomniał sobie statek kosmiczny pędzący w kierunku Lee. Opowiedział im o nim. To mógł być Trendryck lecący tam, aby osobiście nadzorować naszą klęskę. Klęska. Oczywiście spowodowane to było tym, że był lekko wstawiony, ale nie wydawało mu się, aby ktoś mógł go pokonać tej nocy. Roześmiał się głośno. W odpowiedzi na ten śmiech coś z ciemnobłękitnej nocy zburzyło spokój jego myśli. Coś tak nieokreślenie słodkiego i delikatnego, że zachciało mu się płakać, a potem wstrząsnęło nim z głęboką, ukrytą i stalową siłą w środku. Campbell obejrzał się do tyłu przez ramię. Pomyślał sobie: „Niech mnie diabli, jeżeli to w ogóle możliwe jest do zrobienia, to ci ludzie to zrobią”.
Tuż za nim podążała Stella. Dalej szedł szczupły mały człowieczek z czterema rękoma. Nie nosił żadnego ubrania, okrywało go tylko jego własne białe futro, a głowę wieńczyła mu korona z pierzastych antenek. Nawet w niebieskich ciemnościach nocy antenki i oczy mężczyzny płonęły jaskrawym szkarłatem. Pochodził z Kallisto, zaś w czworgu swoich rękach dźwigał jakiś przedmiot z grubsza przypominający harfę. Tyle że miała ona podwójny zestaw strun na skos w obie strony. Jeżeli była to harfa, o której opowiadano, Campbell wolałby, żeby nigdy nie zagrała ona przeciwko niemu. Mara zamykał tyły, kołysząc się z nogi na nogę bez żadnego szacunku dla dźwiganego przez siebie brzemienia. Nad jego nagim ramieniem Campbell widział spokojną, białą twarz Baraki z Tytana, jednego z małych ojców, którzy uratowali ich przed pościgiem. Wielkie ciało Marsjanina opasywały macki niesionej istoty wyglądające jak białe liny.
Czwórka Cyganów i wróg publiczny. Piątka niewiele znaczących szarych ludzi przeciwko Koalicji Terr-wenusjańskiej. To nie miało sensu. Gorący, powolny podmuch poruszył drzewami licha. Campbell odetchnął nim głęboko i wyszczerzył się w szerokim uśmiechu. Gdzie to jest? Zastanawiał się przez chwilę i podszedł, aby w pewnym miejscu rozchylić plątaninę gałęzi. Za nią znajdował się wyłożony kamieniami tunel. Drogie dzieci, teraz pójdziemy tędy. Złapcie się grzecznie za rączki i bądźcie cichutko jak małe myszki.
Złapał swoją lewą ręką dłoń Stelli. Ponieważ należała ona do Stelli, nie myślał, żeby miała ona coś przeciwko temu. W prawej ręce natomiast trzymał pistolet. Część piąta. Prowadził ich szybko i cicho, nieużywanym już odgałęzieniem starego systemu irygacyjnego, który tak często wykorzystywał w przeszłości do swoich własnych celów. Po pewnym czasie zeszli na niższy poziom do właściwego systemu odprowadzającego wodę. Kiedy padały deszcze, kanały były pełne wody. Teraz sączyła się nimi jedynie niewielka strużka. Brnęli w zupełnych ciemnościach. Ominęli stację pomp, korzystając z bocznego tunelu używanego niegdyś jako chłodnia przez zapobiegliwych biznesmenów z Lee, a potem znaleźli strome, śliskie schody prowadzące w górę.
„Ostrożnie” – szepnął Campbell. Zatrzymał się na wąskim podejściu do drzwi i stał, nasłuchując. Callistianin wyszeptał z lekkim rozbawieniem: „Tam na zewnątrz nikogo nie ma. Antenki nad uszami”. Campbell uśmiechnął się i znalazł ukrytą dźwignię. „W Lee jest pełno takich miejsc” – powiedział. „Ci chłopcy mają w zwyczaju prowadzić swoje małe wojenki tak po prostu, dla zabawy, a każdy sprytny gość ma parę mysich dziur, w których może się ukryć. Mapy idą po bardzo wysokich cenach”. Wyszli w bardzo głębokiej i bardzo ciemnej piwnicy. Panowała w niej kompletna pustka i spokój.
Campbell poczuł lekki smutek. Pamiętał jeszcze czasy, kiedy u Maka Marsjanina było najbardziej oblężonym złodziejskim rynkiem w Lee i człowiek mógł obejrzeć tu nawet walki. Uśmiechnął się tylko gorzko i poprowadził grupę schodami do góry. Wkrótce wyglądali z okna na zewnątrz, obserwując z góry główną bramę, główny plac i niewolnicze więzienie Lee. Otaczające je ulice były puste, budynki w większości ciemne. Koalicja z pewnością kazała je opróżnić, kiedy przejęła władzę nad miastem. Sprawiało to strasznie przygnębiające wrażenie. Campbell wskazał ręką. „Komitet powitalny. Trendlik musiał co najmniej przesłać informację przez radio.
Założyłbym się o dwie dychy, że wyruszył za nimi osobiście”. Brama była zalana potokami światła rozlewającymi się na szerokim obszarze i kręciło się wokół niej całe mnóstwo groźnie wyglądających ludzi z ciężkimi karabinami głowymi. Wprowadzone ostatnimi czasy ładunki znieczulające pozwalały na bardzo efektywny ostrzał bez wyrządzania trwałych szkód. W okolicach więzienia dla niewolników widać było kolejne światła i więcej ludzi. Campbell nie był w stanie niczego więcej zobaczyć przez wysokie kamienne ściany więzienia. Jakieś niewyraźne ruchy, od czasu do czasu rozbłyski światła na jaskrawych grzebieniach. Wiedział, że to tam właśnie powinni znajdować się Kraileni. To było jedyne miejsce w Lee, gdzie można było uwięzić dużą liczbę ludzi i mieć gwarancję, że stamtąd nie uciekną. Ponura, ciemna twarz Campbella przybrała bezlitosny wyraz. „No dobrze” – powiedział.
„Idziemy”. W dół po kamiennych schodach zeszli do wyjścia. Szybki oddech Stelli w gorących ciemnościach, rytmiczne pobrzękiwanie ćwieków na kilcie Maraha. Campbell zauważył, że oczy harfisty z Callisto robią się coraz bardziej czerwone i gniewne. Uświadomił sobie, że cały jest spocony. Zapomniał już o swoich oparzeniach. Stella otworzyła ciężkie, wyłożone stalową blachą drzwi. Po cichu, powoli Barakin wyszeptał: „Połóż mnie na podłodze”. Mara umieścił go delikatnie na kamieniach podłogi. Mały ojciec ułożył się na niej sam, rozkładając macki wokół swojego białego, gumiastego ciała.
Jego jedyne oko płonęło zimną fosforescencją. Wyszeptał: „Teraz”. Harfiarz z Callisto podszedł do drzwi. Odblask światła na chwilę oświetlił jego, jego białe futro i szkarłatny grzebień, obco wyglądającą harfę oraz świecące gniewne oczy. W pewnej chwili zniknął, zaś z zupełnej pustki doleciał do nich śpiew harfy. Przez na wpół otworzone drzwi Campbell wyraźnie widział, co się dzieje na placu i koło bramy. W rozlewającej się na dworze powodzi światła na kamiennym bruku nie było widać, aby cokolwiek chociaż drgnęło. A jednak z tego miejsca płynęła muzyka. Strażnicy. W jasnym świetle Campbell widział nawet błysk zaskoczenia w gałkach ich oczu.
Nie było jednak niczego, do czego mogliby strzelać. Głos harfy stał się częścią nocy, całkowicie w nią otulony i nieuchwytny. Campbell zadrżał. Puls krwi huczał mu na szyi jak uderzający młot. Do jego uszu dotarł głos Stelli, jak lekki podmuch oddechu napływający gdzieś z ciemności. To Barakin osłania go przy pomocy myśli. Ściana mocy, która wykrzywia bieg światła. Krawędź słabiutkiej, jaśniejszej plamy dotknęła jej policzka, czerni jej włosów. Mara przykucnął za nią zupełnie bez ruchu. Jego hak lekko błyszczał w ciemności, zakrzywiony i okrutny.
Dostawali jedynie słabym odbiciem, echem muzyki wysyłanej przez harfę. Callistianin kierował jej pieśń na zewnątrz budynku. Campbell czuł, jak muzyka rozpływa się wszędzie i drży, mieszając się z gorącym, powolnym wietrzykiem i ciemnobłękitnym indygowym niebem. To była jakaś sztuczka oparta na drganiach strun. Diaboliczne wciskanie nut prosto do mózgu, równie naturalne jak wyczucie palców, ich ruchów i kontroli nad nimi. Coś w tych krzyżujących się w obie strony strunach ocierało jedne o drugie pod cudownymi uderzeniami dłoni czterech zręcznych rąk. Dla niego było to jednak jak magia. „Harfa boga Dagda” – wyszeptała Stella, zaś irlandzka muzyka brzmiąca w jej głosie była starsza niż sam czas. Siedzący w Campbellu Szkot natychmiast na nią odpowiedział. Gdzieś na dworze jakiś człowiek ciężko zaklął, jak ktoś wciągany w sen i jednocześnie obawiający się w niego zapaść.
Czyjaś broń wystrzeliła z ostrym, klaszczącym trzaskiem. Niektórzy ze strażników upadli na ziemię. Harfa śpiewała coraz głośniej, hucząc echem odbijającym się od szarych kamieni. Była powolnym powiewem wiatru, gorącem, głęboką niebieską nocą. Była snem. Reflektory zalewały blaskiem puste kamienie, a strażnicy spali. Barakin westchnął, zadrżał i zamknął swoje oko. Campbell zobaczył nagle stojącego na środku placu harfiarza z Callisto z wyprostowanym szkarłatnym grzebieniem, wygrywającego na strunach ostatnie nuty swojej pieśni. Campbell wyprostował się, wciągając powietrze z urywanym jękiem. Mara podniósł Barakina z podłogi.
Mały ojciec był zupełnie bezwładny, jak wyczerpane dziecko. Oczy Stelli błyszczały i wyglądały dziwnie. Campbell ruszył na zewnątrz pod ich czujnym spojrzeniem. Droga przez plac zdawała się trwać wieczność w milczeniu i oślepiającym blasku świateł. Campbell pomyślał sobie, że harfa była niezłą bronią. Nie przyciągała niczyjej uwagi, ponieważ każdy, kto ją usłyszał, natychmiast zasypiał. Odrzucił do tyłu trzy ciężkie słupy z bramy więzienia dla niewolników. Ból poparzonych palców wyrwał Campbella z tego dziwacznego nastroju, w który wprowadziło go granie na harfie i jego celtycka krew. Ponownie zaczął jasno myśleć. „Pośpieszcie się!
– warknął na Krailenów. – Szybko, chodźcie tutaj.” Zaczęli wylewać się przez bramę. Mężczyźni, kobiety z niemowlętami, małe dzieci. Ich grzebienie połyskiwały w ponurej poświacie. Campbell wskazał na Maraha. „Idźcie za nim.” Rozpoznali go. Próbowali z nim rozmawiać, ale w odpowiedzi zaczął ich poganiać, głośno przeklinając. Wtedy odezwał się stary człowiek: „Mój synu.” Campbell popatzył na niego, a potem spuścił wzrok i wpatrywał się w kamienny próg. „Na miłość boską, ojcze, pośpieszcie się.” Dłoń Krailena dotknęła delikatnie jego ramienia. Uniósł ponownie oczy i uśmiechnął się.
Zupełnie nic nie wiedział. „Zabierajcie się stąd, do diabła. Słyszycie?” Ktoś znalazł przełącznik i najbliżej położone światła zgasły. Ręka dotknęła ponownie jego ramienia i zniknęła. Pokręcił szaleńczo głową. Kraileni uciekali całą gromadą w stronę domu. Wtedy nagle Mara krzyknął. Na plac wbiegli jacyś ludzie. Było ich ośmiu do dziesięciu. Prawdopodobnie ochroniarze tęgiego, siwowłosego człowieka, który ich prowadził.
Obok siwowłosego człowieka przebiegł Treydrick, główny zwierzchnik kwartału ziemian na Romany. Widać było, że są zaskoczeni. Nie spodziewali się tego, co zastali na placu. Doświadczone w wielu bojach oko Campbella natychmiast to zauważyło. Prawdopodobnie robili rutynowy obchód i po prostu przypadkowo natknęli się na tę ucieczkę. Campbell wystrzelił z biodra. Igły ze środkiem znieczulającym obsypały gęstym prysznicem zwartą grupę przybyszy. Dwóch z nich upadło bezwładnie. Pozostali rozproszyli się, przywierając płasko do ziemi. Campbell żałował, że nie miał czasu zastrzelić świateł na bramie, ale przynajmniej cienie utrudniały celowanie.
Pochylił się i zaczął biec, pilnując tyłów rzędu Krailenów. Stella pod osłoną drzwi metodycznie kładła na nieprzyjacielu ścianę igieł. Campbell wyszczerzył zęby w uśmiechu. Niektórzy z Krailenów dostali i trzeba było ich nieść. To spowolniło przebieg całej akcji. Broń Campbella kliknęła. Pusta. Wepchnął klip kolejnego magazynka, przeklinając poparzone palce. Pocisk zaświastał, przelatując koło niego na tyle blisko, aby poruszyć mu włosy. Ponownie wystrzelił, pokrywając cały sektor, w którym leżeli nowo przybyli ludzie.
Żałował, że nie mógł odstrzelić łba Treydrickowi. Kraileni znikali wewnątrz domu. Mara i Callistianin wpadli do niego jako pierwsi, prowadząc pozostałych za sobą. Campbell jęknął. To, czego potrzebowali, to szybkość. Szybkość. Jakieś dziecko, które w pośpiechu oddzieliło się od swojej matki, uklękło na kamieniach i zaczęło krzyczeć. Campbell złapał je w biegu i mknął dalej. Ogień nieprzyjaciela zaczął słabnąć. Stella zrobiła dobrą robotę.
Ostatni z Krailenów zniknęli za drzwiami. Campbell popędził do góry po schodkach. Stella również podniosła się na nogi i stała, uśmiechając się do niego. Jej oczy jaśniały. Już na wpół schowali się w drzwiach, kiedy zimny głos za ich plecami powiedział: „Moja broń załadowana jest śmiercionośnymi igłami. Lepiej będzie, jeżeli się zatrzymacie”. Campbell powoli się odwrócił. Jego twarz wyglądała jak drewniana maska. U stóp schodków stał Thredrick. Musiał przekraść się gdzieś dookoła placu, w miejsce, gdzie ściany budynków rzucały głębokie cienie.
„Rzuć swoją broń, Campbell. I ty, Stello Moore.” Campbell rzucił pistolet. Thredrick może i blefował co do tych igieł, ale błąd w tej fazie rozgrywki byłby po prostu fatalny. Broń Stelli zaklekotała obok niego. Nic się nie odezwała, ale na jej twarzy widać było chłodną chęć mordu. Thredrick oznajmił bez wahania: „Równie dobrze możesz ich zawołać z powrotem, Campbell. To ty byłeś ich przywódcą, ale już nie wyprowadzisz ich stąd.” To zabawne, pomyślał sobie Campbell, w jaki sposób głos człowieka może być tak zimny, kiedy w jego oczach płonie tak szaleńczy ogień. Powiedział ponurym głosem: „Okej, Thredrick, wygrałeś. Ale jaki cel stoi za tym wszystkim?” Cała twarz Thredricka, za wyjątkiem jego dzikich oczu, wyglądała, jakby była wycięta z granitu. „Urodziłem się na Romany.
Zamarzałem i głodowałem w tych zgniłych kadłubach. Nienawidziłem tego. Nienawidziłem tej ciemności, samotności, niepewności jutra. Ale kiedy ośmieliłem się powiedzieć, że tego nienawidzę, dostawałem w skórę. Wszyscy inni uważali, że to jest tego warte. Ja nie. Mówili o wolności, ale dla mnie Romany była więzieniem. Chciałem się rozwijać, ale tłamszono mnie tam w środku. Wtedy oświeciła mnie pewna idea.” Przerwał na moment. „Gdybym mógł rządzić Romany i podpisać traktat z Koalicją, miałbym pieniądze i władzę.
Mógłbym też naprawić sytuację tak, by żadne dziecko już nigdy nie musiało dorastać w taki sposób – w zimnie, głodzie i strachu.” Thredrick uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu nie było ani wesołości, ani miękkości. „Mara sprzeciwił mi się. I wtedy Kryleni stali się istotną kwestią. To dobra okoliczność. Koalicja może zająć się Marahem i resztą z was, która była w to zamieszana. Mam więc teraz oczyszczoną drogę.” Stella odparła spokojnie między zaciśniętymi zębami: „Cyganie nigdy nie wybaczą ci oddania ludzi z Romany Latnikom. Będzie wojna.” Thredrick trzeźwo pokiwał głową. „Żadna wielka zmiana nie może dokonać się bez przelewu krwi. Bardzo mi przykro z tego powodu, ale Romany będzie dużo szczęśliwsza.” „My nie chcemy być szczęśliwi. My chcemy być tylko wolni.” Campbell przerwał jej ze zmęczeniem.
„Stello, weź dzieciaka, dobrze?” Podał jej małego Krylena, obecnie już oklapłego i spokojnego. Popatrzyła na niego natychmiastowym wzrostem czujności. Miał szeroko rozstawione stopy, ale stał niepewnie, a głowa opadała mu na dół. Wzięła od niego dziecko. Kolana Campbella ugięły się. Jedna z poparzonych rąk w porozrywanym zielonym rękawie uniosła się do góry, żeby przykryć twarz. Druga szukała po omacku oparcia o ścianę. Opadł, jakby na zwolnionym filmie, na kolana. Wyciągnięta po omacku ręka opadła na broń pod nogami Stelli. Jednym szybkim ruchem Campbell złapał ją, cisnął i wyrzucił całe swoje ciało jej śladem.
Rzucona broń chybiła, ale przeleciała na tyle blisko twarzy Thredricka, że spowodowała ruch jego ręki. Mimowolne zachwianie równowagi mięśni całego ciała zniszczyło jego kontrolę nad celnością strzału. Ładunek przeszedł koło Campbella, trafiając w ścianę. Opadli razem na kamienne podłoże. Campbell złapał Thredricka za nadgarstek, zdając sobie sprawę, że nie zdoła go utrzymać. Puścił go więc jedną ręką i walnął bez opamiętania łokciem do tyłu prosto w twarz. Pistolet ponownie wystrzelił bez żadnych szkód. Thredrick jęknął. Jego ręka wyraźnie osłabła. Campbell uderzył ją od góry i przycisnął ją kolanem.
Druga pięść Thredricka obijała jego i tak już wcześniej obolałe ciało. Campbell uderzył pięścią w twarz Thredricka. Zrobił to dwa razy, płacząc oraz przeklinając, ponieważ nagle poczuł się za słaby, aby unieść ponownie rękę. Thredrick krwawił, ale daleki był od utraty przytomności. Jego broń ponownie zaczęła się unosić. Nie miał już zbyt wiele siły, ale wystarczająco dużo. Campbell zacisnął zęby. Nie był w stanie nawet dojrzeć Thredricka, ale jeszcze raz się zamachnął. Nie wiedział, czy go trafił, czy nie. Coś zabrzęczało mu koło głowy.
Nie można nawet powiedzieć, że to usłyszał. Bardziej należy mówić tutaj o wrażeniu. Ale było w tym coś dziwnego, coś śmiertelnego. Thredrick nie wydawał żadnych dźwięków. Campbell nagle się zorientował, że jego przeciwnik jest martwy. Bardzo powoli, trzęsąc się i czując zimno. W drzwiach stał harwiarz z Kallisto. Opuszczał właśnie ręce, a jego oczy płonęły jak żywe węgle. Nic się nie odezwał, podobnie jak Stella, ale ona śmiała się, zaś dziecko poruszyło się i pisnęło w jej ramionach. Campbell podszedł do niej.
Ona popatrzyła na niego dziwnymi oczyma i wyszeptała: „Wezwałam go swoim umysłem. Wiedziałam, że będzie zmuszony zabić.” Objął jej twarz obydwiema dłońmi. „Posłuchaj, Stello, musisz teraz poprowadzić ich z powrotem. Będziesz musiała dotknąć mojego umysłu swoim i pozwolić mi, abym w ten sposób pokierował tobą do statku.” Jej oczy ostro się rozszerzyły. „Ale ty również możesz lecieć razem z nami. On przecież nie żyje. Teraz jesteś wolny.” „Nie.” Czuł, jak jej gardło drży mu pod dłońmi. Krew w jej żyłach mocno pulsowała, tak samo, jak i w jego. Szorstko stwierdził: „Wy głupcy. Czy myślicie, że oni pozwolą wam odlecieć po tym wszystkim?
Pomieszaliście szyki Koalicji. Nie mogą sobie pozwolić na to, aby wyjść na głupców. Muszą mieć jakiegoś kozła ofiarnego. Kogoś, kto pozwoli im zachować twarz.” Po chwili dorzucił: „Romany jak do tej pory jest poza planetarną kontrolą. Uruchomcie swoje holowniki i odciągnijcie ją od zewnętrznych części układu. Uciekajcie nawet poza Saturna, jeżeli będzie trzeba. Kallistianina nikt nie widział. W ogóle nikt nie widział nikogo poza mną, Krelenami i jakąś niemożliwą do zidentyfikowania osobą na ganku przed drzwiami. To jest nikt poza Tredrikiem, ale on już nie będzie mówił. Czy rozumiesz?” Rozumiała, ale nadal się przeciwko temu buntowała.
Jej ponure wargi były pełne gniewu, a oczy świeciły nie tylko od łez, ale również wyzywająco. „Ale co z tobą, Roy?” Wypuścił jej twarz z rąk. „Do diabła z tobą, kobieto. Jeżeli ukryjesz się na Romany, wciągnę was pod jurysdykcję Straży. Ja również znajdę się w pułapce, a ostatnia szansa Romany na pozostanie na wolności zniknie bez śladu.” Odparła z uporem: „Ale możesz przecież uciec. Mamy statki.” „Och, pewnie. Ale my mamy Krelenów. Nie zdołacie ich ukryć. Koalicja będzie przeszukiwać Romany. Będą zadawać pytania.
Mówiłem ci przecież, że muszą mieć jakiegoś kozła ofiarnego.” Czuł się już naprawdę słabo. Miał nadzieję, że zdoła utrzymać się na nogach. Miał również nadzieję, że nie zrobi nic hańbiącego. Odwrócił się od niej, spoglądając na plac. Niektórzy ze strażników zaczynali się już poruszać. „Czy w końcu pójdziesz sobie?” – powiedział. „Czy w końcu zabierzesz się stąd, do diabła?” Położyła na nim dłoń. „Roy.” Szarpnął się i odsunął się od niej. Jego ciemna twarz zastygła w masce zdenerwowania i okrucieństwa. „Czy naprawdę musisz robić to jeszcze trudniejszym?
Czy myślisz, że ja chcę zgnić na Fobosie w tych ich śmierdzących kopalniach z kajdanami na nogach?” Odwrócił się do niej, spoglądając na nią wyzywająco, dzikimi oczyma. „W jaki inny sposób Romany miałoby nadal pozostać wolne? Nie możecie bawić się w ten sposób w kotka i myszkę z potężnymi ludźmi. Dostaną od tego szaleństwa. Obejdą jakoś prawo i uwiążą was do ziemi. Ktoś musi nieść ideę Romany po całym układzie słonecznym. Ktoś musi rozpętać taką kampanię wśród ludzi, że spowoduje ona, iż wielkie, głupie społeczeństwo usiądzie i trochę pomyśli. Jeżeli będziecie mieli za sobą opinię publiczną, będziecie bezpieczni.” Uśmiechnął się do niej. „Ja jestem wyśmienitym newsem. Jestem w końcu Roy Campbell.
Mogę rozchlapać ten wasz cały mały, nędzny bajzel na wszystkie strony, nadając mu takiego blasku, że wielkie, głupie społeczeństwo nie pozwoli tknąć włoska na waszych małych główkach. Jeżeli chcecie, to możecie mi potem postawić za to posąg w sali rady. Czy teraz już, na miłość boską, pójdziesz sobie stąd?” Nie płakała. W jej szarych oczach płonęło światło. „Jesteś cudowny, Roy. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak jesteś cudowny.” Po jej słowach poczuł zażenowanie. „Bzdury. W życiu przestępcy nie można oczekiwać, że uda się uchodzić karze przez wieczność. Poza tym jestem starym wygą. Znam różne okrężne ścieżki.
Mam trochę forsy zaoszczędzonej na taką chwilę. Nie będę długo tam siedział.” „Mam nadzieję, że nie” – odparła. – „Och, Roy, to takie głupie. Dlaczego ziemianie muszą zmieniać wszystko, co wpadnie im w ręce?” Popatrzył na Tredricka leżącego na kamiennym bruku. Jego wypowiadane powoli słowa zabrzmiały ponuro. „Oni budują, Stello. Kiedy skończą, będą mieli duże, silne, prosperujące imperium rozciągające się na cały układ słoneczny, a ludzie żyjący w tym imperium będą szczęśliwi. Ale zanim coś zacznie się budować, trzeba wyrównać cały teren, usunąć rzeczy, które stoją na zawadzie. My jesteśmy takimi właśnie rzeczami. Pniakami po drzewach i skałami wyrastającymi na drodze, których nie można odmienić.” Oni budują, oni się rozwijają.
Nie możesz tego powstrzymać. Na koniec to będzie naprawdę coś dobrego, jak sądzę. Ale w tej chwili dla nas... Urwał. Szorstko popchnął ją do środka i zaczął zamykać wyłożone stalą drzwi. Teraz już naprawdę musicie iść. Było ciemno i gorąco. Dziecko Krailenów pisnęło cicho. Czuł blisko siebie ciało Stelli. Znalazł jej wargi i pocałował ją.
Powiedział: No to na razie. A co do tego posągu, to lepiej poczekajcie, dopóki nie wrócę, żeby do niego pozować. Jego głos zmienił się w pełen tęsknoty szept. Wrócę — obiecał jej uroczyście.
[05:24:18] - Proszę państwa, mam nadzieję, że się podobało to przypomnienie z audycji ABW. Cóż, wraca stały punkt programu i to punkt programu, który jest charakterystyczny dla końca audycji. Przed państwem Piotr Plebaniak i moja nieskromna osoba. Wspólnie będziemy już tradycyjnie kombinować, jak budować i niszczyć imperia. Zapraszam. Dzień dobry, panie Piotrze.
[05:24:54] - Dzień dobry, pozdrawia Tajwan.
[05:24:55] - Nic nie kończy się tak szybko jak urlop. W związku z tym niniejszym ogłaszam, że czas urlopowy w naszych rozmowach na antenie „Bibliotekarium 2.0” niniejszym się skończył. A dzisiaj przed nami reguła dosyć krótka, która brzmi następująco: nastąpiła sakralizacja cech psychologicznych kształtowanych wcześniej przez niesterowane mechanizmy ewolucji kulturowej.
[05:25:24] - Tak, prawidło, jest bardzo krótkie i trochę wyrwane z kontekstu, więc zaraz ten kontekst dołożymy. Chodzi o społeczną inżynierię Kościoła katolickiego, która działała na obszarze Półwyspu Europejskiego mniej więcej od V wieku naszej ery. Wracamy do tematu — oczywiście dla mnie, przepraszam, bo ja to znam na pamięć — ultra kooperacji, czyli zdolności naszej, czyli gatunku Homo sapiens, do kooperowania, czerpania z doświadczenia życiowego osób, które nie znamy albo których nie lubimy, albo które są nam wrogami, albo niemiłe naszemu sercu. Mimo wszystko nadal jesteśmy w stanie od nich się czegoś nauczyć. Mamy to w naszej literaturze bardzo mocno ugruntowane i w popkulturze, i w Piśmie Świętym. Natomiast moim pierwszym zetknięciem się z tą ideą, która mi dała dużo do myślenia, jest książka „Gra Endera”. Tam była taka scena, że Ender w którymś momencie został zaatakowany w łaźni czy też w łazience przez takiego osiłka. Po angielsku to jest „bully”, czyli ktoś, kto stręczy innych, młodszych, słabszych. Jak to jest po polsku? Przyznam, że nie wiem.
Chyba nie ma określenia na coś takiego.
[05:26:47] - Nie przypominam sobie w każdym razie.
[05:26:51] - Generalnie fragment był taki, o ile pamiętam i dobrze zacytuję. Ostatnio czytałem chyba z 10 lat temu „Endera”. Muszę przeczytać jeszcze raz, zaraz jak skończymy rozmawiać, chyba nawet dla rozrywki. Brzmiało to mniej więcej tak: „Pasja Bonza była gorąca, kontrolowała go. Pasja Endera była zimna, on kontrolował swoją pasję”. Przepraszam, wiem, że spaliłem cytat, ale mniej więcej o to chodzi. Na czym to polega? Na samokontroli. Wracając już do głównego wątku, czyli do inżynierii społecznej Kościoła katolickiego. Ta inżynieria co miała na celu?
Miała na celu przejęcie kontroli politycznej nad tymi obszarami. Przede wszystkim polegała ona na zniszczeniu władzy struktur polegających na przepływie decyzyjności przez struktury klanowe, czyli przez struktury pokrewieństwa rodzinne i tak dalej. Kościół katolicki zastępował je strukturą władzy polegającą na tym, że istniało prawo nadane przez Boga, któremu wszyscy są podporządkowani. I częścią tej warstwy ideologicznej jest coś, z czym się zgodzimy, dlatego, że żyjemy w społeczeństwie sformatowanym przez ten cały proces inżynierii społecznej, a mianowicie taki, że w obliczu Boga wszyscy jesteśmy równi. Czy to jesteśmy szlachtą, czy „nie ma Greka, nie ma Żyda, tylko wszyscy jesteście w Chrystusie Jezusie”. To było ideologiczne czy też sakralizowane. Właśnie na tym dochodzimy do clou tego prawidła. Sakralizowane nowe wzorce porządków społecznych. To znaczy pojedyncza jednostka nie jest już podległa pod władzę starszyzny rodowej, czy też władzę patriarchy rodowego, który wszystkim rządzi i decyduje o życiu i śmierci i jest w stanie rzeczywiście w społeczeństwach starożytnych wydawać wyroki śmierci na członków swego rodu. Natomiast teraz tym sędzią najwyższym jest Bóg.
I teraz, jak przeniesiemy się w czasy nowoczesne i w zakres ideologii i systemów prawa, które panują we współczesnym świecie demokratycznym, czyli świecie Zachodu, zobaczcie wszyscy, mamy dokładnie to samo. Czyli mamy system praw, którym my jako obywatele danego państwa jesteśmy podporządkowani. I te prawa są nadrzędne względem lojalności wobec członków rodziny. I na przykład taki zupełnie banalny Może komuś przynieść oświecenie ten przykład. Przepraszam, może to zbyt daleko powiedziane, ale w kodeksie ruchu drogowego co mamy? Na skrzyżowaniu dróg równorzędnych musimy ustąpić pojazdowi jadącemu z prawej strony i ustępujemy mu dlatego, że on nadjeżdża z prawej strony. Czyli jest system reguł narzucony z góry, którym wszyscy jesteśmy zobowiązani podlegać, a nie ustępujemy dlatego, że to jest kobieta na przykład, jak jesteśmy szarmanccy wobec kobiet, ani że dlatego, że to jest mój nauczyciel, któremu muszę okazać szacunek i ustąpię mimo tego, że będzie to wbrew zasadom kodeksu drogowego. Tutaj na Tajwanie mam na przykład tak, że jak czasem staję na skrzyżowaniu na środku, żeby skręcić w lewo, przecinając kurs ruchu pojazdu z naprzeciwka, to ten z naprzeciwka ma pierwszeństwo. Ale jeżeli sytuacja jest wolna i widzi on moją białą mordę, że jestem obcokrajowcem, to on się zatrzymuje i z grzeczności mnie przepuszcza. Ja wtedy go obrażam, bo on chce zrobić dobry gest, a ja po prostu czekam, aż on się zmęczy i rzeczywiście skorzysta, bo ma obowiązek zgodnie z prawem skorzystać z tego przywileju, który jest narzucony nie dlatego, że w ten sposób jesteśmy w stanie sprawniej, lepiej zorganizować ruch na drodze, podsumowując.
I znowu wracamy z tego odległego przykładu, mam nadzieję, że był ciekawy, do głównej myśli, czyli do tego, że nastąpiła sakralizacja pewnych norm. Tak, sakralizacja ta absolutnie jest niezbędna do tego, aby osiągnąć wyższe poziomy efektów synergicznych związanych właśnie z ultrakooperacją. Przepraszam, że to jest taka nowomowa troszeczkę moich ulubionych sformułowań użytych w „Siłach psychohistorii”, w książce, z której jest to prawidło. Natomiast na czym polega sakralizacja? Podam tylko jeden przykład, bo nie mamy zbyt wiele czasu. Chyba że pan Marek zaraz udzieli więcej na drodze wyjątku. W kwestii samego bezpieczeństwa transakcyjnego. Otóż w książkach antropologicznych i tylko w nich, bo w książkach na temat społeczeństw nie ma tak wiele na temat, w jaki sposób osiąga się zaufanie społeczne niezbędne do tego, żeby wszystko w miarę dobrze funkcjonowało, a w każdym razie lepiej niż w społeczeństwach klanowych, czy też rządzonych prawem kaduka, czy też prawem silniejszego, czy prawem tego, kto ma lepsze znajomości i tak dalej. Więc w społeczeństwach rządzonych przez ideologię czy też przez religię, której częścią jest wiara we wszechwiedzącego, mogącego karać i nagradzać boga. W tych społeczeństwach ludzie nie są uczciwi dlatego, że istnieje system reguł sekularny, czyli ziemski, dający konkretne kary, na przykład więzienia albo jakieś grzywny za oszukiwanie ludzi obcych.
Ale nie oszukujemy ludzi obcych dlatego, że to jest wstrętne Bogu i zostaniemy z tego rozliczeni na Sądzie Ostatecznym. I teraz okazuje się, że w społeczeństwach, w których istnieje religia obejmująca wiarę we wszechwiedzącego i karzącego i nagradzającego Boga, te społeczeństwa są wydajniejsze dlatego, że spada ryzyko transakcyjne i jest możliwy handel czy też wymiana handlowa, czy też interakcja z ludźmi, która daje większe profity, czy też po prostu jest de facto możliwa. Ileż razy mi się zdarzyło przynajmniej, być może jestem jakimś wyjątkiem, ale po prostu nawiązywałem jakąś interakcję biznesową i wiedziałem, że to się źle skończy, więc z tej interakcji, z tego biznesu rezygnowałem. Czasami oczywiście wpadałem i traciłem na tym pieniądze. Natomiast na czym to polega? Na tym, że druga strona albo podlega, albo nie podlega pod jakiś kodeks etyczny strzeżony właśnie na drodze sakralnej. I jeden taki dodatkowy przykład. Dwa, powiedzmy. Po pierwsze prezydent Stanów Zjednoczonych, który wierzy w Boga, czyli wyznaje religię abrahamową, czyli chrześcijańską, zawsze będzie traktowany jako uczciwszy. Zawsze ma większe szanse wyborcze niż prezydent, który jest agnostykiem, czy też jest niewierzący.
Właśnie ze względu na to, że te reguły etyczne narzucone na drodze sakralnej zwiększają prawdopodobieństwo, że będzie ten kandydat zachowywał się uczciwie wobec ludzi obcych pod karą właśnie tą nadprzyrodzoną. Czyli kandydat na prezydenta ma większe szanse. Proszę zobaczyć, nawet Biden, który jest ledwo przytomny po pierwsze, ale po drugie za jego prezydentury są wprowadzane reguły zasadniczo antychrześcijańskie. On mimo wszystko powołuje się na Biblię, powtarza te dla niego komunały, prawda, że zawsze przysięgę składa z ręką na Biblii. Nie wiem, czy zawsze. Oczywiście ostatnio nie sprawdzałem, to się przyznaję, wymyśliłem to z profitu. Natomiast z reguły jest tak, że jeszcze w latach 60., 70. przysięgi na przykład w sądzie składało się z ręką na Biblii. Właśnie dlatego, że kwestia zaufania, kwestia przestrzegania pewnych norm uczciwości, sprawiedliwości, równego traktowania dwóch stron jakiegoś sporu sądowego była sankcjonowana właśnie przez reguły sakralne. Drugim przykładem jest fantastyczny eksperyment, który przytoczyłem w „Siłach psychohistorii”.
Polegał na tym, że Trzem grupom badanych w tym eksperymencie: chrześcijanom, wyznawcom religii mojżeszowej i niewierzącym formułowano zadania, ale pod rygorem tak zwanego primingu, czyli wstawiania pewnych słów w opis zadania, które ma eksperymentowany wykonać i w którym sprawdzano jego uczciwość, o czym on nie wiedział, bo eksperymenty projektuje się tak, że zwodzi się tę eksperymentowaną osobę, która podlega eksperymentowi, która się zgłosiła za 100 dolarów czy coś, aby uczestniczyć w eksperymencie. Mówi się, że badamy coś jednego, a tak naprawdę eksperymentatorzy badają coś zupełnie drugiego. Badano tą uczciwość i podatność na priming, czyli na primingowanie słowami związanymi z porządkiem świeckim i z porządkiem religijnym. Wstawiano w opis na przykład „sąd”, „policja”, takie słowa, które działają na tej samej zasadzie, że zwalniamy albo zaczynamy jeździć trochę ostrożniej, jak minie nas radiowóz. Okazuje się, że ludzie, którzy są religijni, reagują na dwa zestawy słów przyprowadzających do pionu i zwiększających prawdopodobieństwo, że zachowają się uczciwie. Wierzący reagują na słowa typu „kara boska” albo jakiś grzech, albo Bóg, albo tego typu słowa oraz na słowa typu „sąd”, „policja” i tak dalej. Natomiast niewierzący reagują tylko na jeden zestaw. W związku z tym bardziej, jest to mądrość potoczna, można to nazwać, bardziej godne zaufania są i to jest sprawdzone naukowo w eksperymentach o wielu wariantach, między innymi w tym wariancie, o którym właśnie powiedziałem, że jesteśmy bardziej skłonni zaufać osobie religijnej, która jest pod rygorem dodatkowych obostrzeń niż osobie, która jest niereligijna. Jeszcze jeden przykład? Dziękuję bardzo.
Boję się, że jak przedłużę, się rozgadam, nie dam sobie przerwać, to mnie jakaś kara spotka z grzmiącej ręki, pięści raczej pana Marka, więc wolno się spytać. Jest jeden fascynujący, nie do końca na temat eksperyment, natomiast też pokazujący, w jaki sposób nadprzyrodzone osądzanie naszych uczynków wpływa na nasze codzienne zachowanie. Na markecie, nie pamiętam, w jakim kraju arabskim, generalnie w kraju muzułmańskim, na targu było słychać cykliczne, mniej więcej chyba co godzinę, ale nie jestem pewien tego, musiałbym zerknąć, bo zapomniałem. Mniej więcej co godzinę były wezwania do modlitwy przez megafon ogłaszane, które były słyszane przez szczekaczkę, mówiąc krótko. Eksperymentatorzy robili tak, zapomniałem, jak to dokładnie było. Chodziło o to, że kupowali coś od jakiegoś handlarza i ten handlarz wydawał resztę i chodziło o to, czy resztę tych pieniędzy przekazywał na cele dobroczynne albo nie przekazywał. I okazuje się, że w chwili, w której albo bezpośrednio w czasie ogłaszania tej modlitwy, albo bezpośrednio po, jeżeli nastąpiła propozycja oddania końcówki na cele charytatywne, to oddawanie było bliskie 100%, generalnie równe 100%. Natomiast w okresach czasu, w których nie było tego wezwania do modlitwy, oddawanie na cele dobroczynne oscylowało w granicach 60, 70%. Więc proszę zobaczyć, zobaczmy wszyscy, jak istotnym jest to, jaką różnicę sprawia, faktyczną, zmierzoną eksperymentalnie przez naukę różnicą jest zachowanie ludzi wierzących i niewierzących. Stąd sakralizacja, czyli sakralizacja pewnych reguł zarządzania naszą ludzką naturą, co opisaliśmy właśnie na kilku ładnych przykładach.
Sakralizacja zwiększa zaufanie, zwiększa prawdopodobieństwo tego, że członkowie jakiejś społeczności zachowają się prospołecznie, zwiększając tym samym tą pozytywną energię, która krąży po całym społeczeństwie. Mówiąc o pozytywnej energii, to też jest takie powiązane. Proszę zobaczyć, jeszcze podam jeden przykład. Może nie do końca mój ulubiony, bo to nie był mój film dzieciństwa, chyba niestety, ale był taki film „Podaj dalej”. Panie Marku, słyszał pan o tym filmie?
[05:40:33] - Niestety nie.
[05:40:35] - To też ma pan zesute dzieciństwo tak jak ja. Ten film był chyba w latach 90. Generalnie „Pay It Forward” po angielsku, czyli „Podaj dalej”. Było coś takiego, że pani nauczycielka na filmie dała dzieciakom zadanie domowe: wymyślić coś, co uczyni świat lepszym. I ten dzieciak wymyślił niesakralny sposób polegający na tym, że robiło się komuś przysługę, ale odmawiało się jakiejś, nie wiem, w Ameryce jest taki zwyczaj 20 dolarów. Jak podróżowałem na motorze w Ameryce, to zebrałem kilka w niesamowitych sytuacjach. To jest dłuższa opowieść. Natomiast trzeba było zrobić przysługę. Ten dzieciak wymyślił właśnie akcję „Podaj dalej”, która w filmie zrobiła karierę. Polegała na tym, że robiło się przysługę jakiemuś nieznajomemu, odmawiając jakiejkolwiek gratyfikacji, ale prosząc, żeby ta osoba pomogła innej, następnej osobie.
To, co ten chłopak wymyślił, to jest element sztucznie stworzony właśnie nie na drodze sakralnej, ale na drodze pracy domowej. Instrument Modyfikujący kulturę do tego, żeby społeczność, w której ta akcja „podaj dalej” funkcjonowała, żeby w większej ilości sytuacji zachowywali się prospołecznie i w lepszym stopniu lepiej traktowali ludzi sobie obcych. Over. Skończyłem. Uff.
[05:42:06] - Panie Piotrze, mam kilka poważnych pytań, właściwie komentarzy też po części, bo gdyby pan zrobił taki opis jeszcze 10 lat temu, to brałbym to w ciemno, łyknął bez problemów. Natomiast w tym czasie, w tym momencie mamy do czynienia z sytuacją wielkiej zmiany. Polska uznawana jest za kraj, który laicyzuje się najszybciej bodajże na świecie. Europa, wiadomo, tam w ogóle odejście od chrześcijaństwa, od pewnych tradycji to jest norma. Co więcej, ja ostatnio z pewnym jednak przerażeniem przeczytałem na jednym z forów internetowych, że komuniści byli fajni, bo oni niszczyli Kościół katolicki i to należy im przypisać jako zasługę. Ja nie komentuję tego. Ja po prostu odnotowuję, że takie mamy w tej chwili czasy, że wszystko, co związane jest z Kościołem chrześcijańskim albo Kościołami chrześcijańskimi, jest ogólnie mało trendy i ludzie odwracają się. To jak wtedy będzie wyglądała ta-- pan powiedział troszkę o takim świeckim sposobie, ale odnoszę wrażenie, że te reguły, o których pan powiedział, one przynajmniej się mocno zmieniają.
[05:43:31] - Nie tyle się zmieniają, tylko jesteśmy pod atakiem hybrydowym polegającym na tym, że systemy etyczne oparte na wartościach sakralnych i na wartościach nadprzyrodzonych są demontowane. Przypomnijmy sobie, skoro nawiązywał pan do czasów PRL-u i wcześniejszych czasów, pośrednio do czasów PRL-u, to w tamtych czasach działał bodajże wydział 40, czyli wydział do walki z Kościołem. Na czym polega walka z instytucją polegającą na zaufaniu i na narzucaniu innym wartości etycznych? Siłą, bo przecież mówiliśmy, że zachowania kooperacyjne, zachowania prospołeczne trzeba wymuszać. To jest szerzej opisane właśnie w „Siłach psychohistorii” też zresztą, tylko w innym miejscu. Jak można walczyć z Kościołem? Podważać jego zaufanie, podważać zaufanie do reprezentantów Kościoła, czyli do kleru. Proszę zobaczyć, jaka była sytuacja z księdzem Popiełuszką, które zresztą jako mały gnojek widziałem na własne oczy. Byłem na mszy na Żoliborzu bodajże, ledwo to pamiętam. Na rękach byłem noszony, jeszcze mając chyba pięć czy sześć lat, zanim go nie zamordowały władze komunistyczne.
Natomiast jak wygląda walka z Kościołem, czyli z tym pakietem instrumentów sakralnych regulujących nasze zachowania prospołeczne? Jeżeli jakiś nasz nieprzyjaciel chce zniszczyć zaufanie, czy też zniszczyć procesy kulturowe, które zwiększają ultra kooperację i zwiększają prawdopodobieństwo, że wewnątrz grupy zachowujemy się prospołecznie, czyli zwiększa się nasze zaufanie jako jakiegoś konstruktu państwa narodowego, narodu jakiegoś opartego na etnosie, czyli tak jak my jesteśmy mononeticzni póki co jeszcze. Natomiast w czasach współczesnych i tak samo jak wcześniej, struktury Kościoła katolickiego, w Polsce przynajmniej z całą pewnością, były infiltrowane przez władze komunistyczne, przez agentów, którzy co robili, żeby Kościół zniszczyć? Niszczyli go od środka, niszczyli to zaufanie społeczne. Więc ten komentarz, który pan przytoczył jako przykład, w moim przekonaniu po przeczytaniu może nie dziesiątek, ale kilkunastu książek na temat walki hybrydowej, subwersji ideologicznej i tak dalej, jest ewidentnie produktem kogoś, kto chce nas pozbawić tego dodatkowego pakietu, który sprawiał, że byliśmy bardziej zjednoczeni jako naród, jako Polacy, jako mieszkańcy Polski. Wszystko to, co zmniejszy naszą zdolność mentalną do ultra kooperacji, do zachowań prospołecznych, zwiększy przy tym prawdopodobieństwo zachowań egoistycznych, odrzucenia tego systemu, który narzuca na nas karby. Że nie można robić tego, nie można tego, nie można tego. I to jest dla nas wygodne, bo zawsze jest tak, że mniej moralnych wymogów, zakazów i nakazów. Jeżeli takich zakazów i nakazów jest mniej, to dla nas istot egoistycznych jest to lepiej, dlatego, że możemy żyć bardziej wygodnie, możemy się mniej przejmować innymi i tak dalej. To wszystko się punktuje.
A potem powiem jeszcze jeden przykład. O ile Kościół katolicki i generalnie religie posiadające swojego wszechwidzącego, karzącego i nagradzającego Boga to jest coś, co powstawało 2000 lat temu, czy też 1500 lat temu w przypadku religii islamu, to jeżeli wyekstraktujemy właśnie to, co już powiedziałem, że jest to system nadzoru wymuszającego zachowania prospołeczne, religia, to w tej chwili na przykład to, co dzieje się w Chinach, czyli zamontowanie tych wszystkich kamer, tego systemu ocen społecznych Jest sposobem zastąpienia tego religijnego, sakralnego mechanizmu przez mechanizm niesakralny. I to samo zaczyna się dziać w Europie, czyli ta totalna kontrola jest regulowana nie przez siły nadprzyrodzone, tylko przez taki system nadzoru, jaki mieliśmy w Paradezji. Skończę żartem.
[05:47:58] - Panie Piotrze, tylko uzupełnię. To nie był 40., tylko Czwarty Departament MSW.
[05:48:03] - Tak, wiedziałem, że to jest czwórka.
[05:48:08] - Ale panie Piotrze, ja mam na koniec pytanie nie tyle kończące, co może podsumowujące, a właściwie wyjaśniające pewne sprawy. Czy naprawdę jest pana zdaniem tak, że wyobraźmy sobie na chwilę, że jesteśmy bardzo nowocześni, kpię oczywiście, ale bardzo nowocześni, tacy super trendy i tak dalej. I jesteśmy społeczeństwem ateistycznym. Nie ma Boga, wyrzucony, zniknął, rozpłynął się. Czy w związku z tym następuje w takim społeczeństwie totalna dezintegracja?
[05:48:48] - Totalna nie, ale następuje dezintegracja względem społeczeństw, które zachowują ten dodatkowy instrument kontroli społecznej zmuszający do zachowań kooperacyjnych, które są co prawda nie do końca wygodne dla jednostek, ale są pożyteczne dla interesów kolektywnych. I co widzimy? Przecież kolonizację Europy Zachodniej przez migrantów ze stref państw islamskich, nie wnikając w szczegóły. I jaka jest różnica między tymi Europejczykami? Oni są kompletnie zlaicyzowani. Róbta, co chceta. Jest kompletna rozwięzłość etyczna, jeśli chodzi o zachowania seksualne, generalnie upadają te wartości, które trzymały nas razem i następuje napływ migrantów z obszarów, w których te wartości nadal są bardzo silne i następuje po prostu dominacja tych elementów migracyjnych, które mają po prostu jako społeczności kierowane religijnie, mają większą żywotność, większą dzietność przede wszystkim. Bo proszę zobaczyć, że zachowania kooperacyjne progrupowe, czyli zwiększające przeżywalność społeczności, a nie jednostek, to jest także dzietność, czyli zaprogramowanie ideologiczne czy też etyczne, czy też przymus społeczny wobec kobiet do tego, żeby rodziły dzieci, bo na tym polega różnica. I to z kolei wyjaśniam z pozycji socjologa w książce „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. Może zrobimy jakiś osobny program na ten temat, jakieś nagranie.
[05:50:32] - Pewnie tak. Tak sobie pomyślałem z pewnym żalem, a właściwie to nie do końca wyczuwam swoje nastroje w tej chwili. Pomyślałem sobie o tym, że z jednej strony mamy albo taki narzucony system religijny, a niektórzy dzisiaj go nie chcą po prostu, a z drugiej strony uświadamiamy sobie, że bez tej ciemnogrodzkiej religii stajemy się też właściwie ciemnogrodzcy. I to jeszcze kto wie, czy nie bardziej.
[05:51:09] - Widzi pan, przejął pan język przeciwnika, który niszczy nasze wartości etyczne.
[05:51:15] - Nie, nie przejąłem tego języka, tylko sobie uświadomiłem, że oni tak gadają, gadają. Natomiast w gruncie rzeczy oni mówią, że chcą nas uratować z urojonego świata religijnego. To jest mniej więcej ten język.
[05:51:31] - I oferują nam brak zasad moralnych, które nam ograniczają swobodę zachowań seksualnych między innymi, też mówiliśmy i szereg innych obostrzeń. I w związku z tym nasze społeczeństwo jest mniej spójne, bardziej podatne na ataki subwersyjne i bardziej podatne na wszelkie inne ataki istniejące, stosowane w wojnach hybrydowych. Niestety coś za coś.
[05:51:53] - Czyli tak naprawdę wpychają nas też w rodzaj takiej ciemności, która też się dobrze nie skończy. I to jest dla mnie, mówiąc szczerze-
[05:52:03] - Pozbawiają nas zdolności do ultrakooperacji. Przepraszam, jeszcze jedną rzecz bardzo ważną, która też jest częścią naszej wiedzy naukowej o świecie. Natomiast też jest użyta, opisana w eseju Asabija w „Siłach psychohistorii” chodzi o tak zwanego racjonalnego agenta. Racjonalny agent to jest podmiot decydujący, czyli jednostka ludzka w przypadku, który teraz omawiamy, to jest jednostka ludzka, która maksymalizuje swoje indywidualne zdolności i szanse przeżycia. I podstawą operowania pojęciem racjonalny agent jest to, że racjonalni agenci nie są w stanie stworzyć społeczności, która byłaby w stanie powołać żołnierzy czy też osoby, które byłyby gotowe ginąć za ten kolektyw. Dlatego, że jeżeli do wojska zostaną powołani, sami się nie zgłoszą, ale jeżeli zostaną powołani pod przymusem ludzie, którzy muszą zginąć, bo będą walczyć z wrogiem, miecz w miecz albo karabin przeciw karabinowi, to oni zawsze zdezerterują, dlatego, że ich szanse przeżycia indywidualnego będą znacznie obniżone, jeżeli staną w obronie całej społeczności. I teraz teza jest taka, która jest oczywistą prawdą, widoczną wszędzie, że w społeczeństwach, w których jest bardzo dużo racjonalnych agentów, czyli dbających tylko o swoje indywidualne dobro, to ci racjonalni agenci będą wiedli się lepiej na poziomie indywidualnym, ale społeczności, w których jest ich dużo, będą przegrywały konflikty i walkę o przetrwanie ze społecznościami, w których tych racjonalnych agentów jest mało. I to jest cała kwintesencja tego, dlaczego w wojnach hybrydowych Wiara chrześcijaństwa i chrześcijaństwo jako wartość spajająca Europę jest niszczona na wszelkie możliwe sposoby.
[05:54:02] - Pięknie, panie Piotrze, dziękuję. Tak sobie na koniec powiem tylko, że będą się realizowali indywidualnie, za to przestaną się realizować, kiedy przyjdą ci, którzy się będą posługiwali-
[05:54:19] - Mniej indywidualnie.
[05:54:20] - Tak, będą mniej indywidualni, będą posługiwali się asabijją.
[05:54:24] - Niestety.
[05:54:25] - To się skończy samorealizacja. Pięknie, panie Piotrze dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[05:54:31] - Do usłyszenia.
[05:54:34] - Proszę państwa, ja wiem, że to jest niespodziewane, ale naprawdę już koniec dzisiejszego „Bibliotekarium 2.0”. Jak na standardy, które sam wprowadziłem, to ten wakacyjny odcinek naprawdę jest wakacyjny i naprawdę jest nieco krótszy niż zazwyczaj to bywało, przynajmniej od początku wakacji. Ja pięknie państwu dziękuję.
[05:55:00] - Z akcentem na nieco.
[05:55:03] - Nie od razu Kraków zbudowano i tak dalej. W każdym razie „nieco” jest zasadne. To ja państwu pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Polecam się na przyszłość, a na pewno polecam się za tydzień. Za tydzień, tak jak już mówiłem w trakcie audycji, zapraszam na spotkanie z Andrzejem Kwietniem, autorem powieści „Metamorfa”. Mnie się bardzo podobało, bo się dużo strzelają. Dużo akcji, dużo zagrywek służb specjalnych, a wszystko to umieszczone w klimacie cyberpunkowym. Bardzo to było smakowite. Bardzo to było jak najbardziej mniam. To cóż, za tydzień państwo spotkacie się z autorem tejże powieści.
Serdecznie zapraszam. Do usłyszenia.
[05:56:05] - Mówi te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.