Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Szanowni Państwo, lato w pełni, robi się gorąco nie tylko za oknem, ale też i na antenie Radia Paranormalium w kolejnym odcinku Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:42] - Dzień dobry, wieczór Państwu w 40. wydaniu Bibliotekarium 2.0. Ta nowa formuła już funkcjonuje od 40 wydań. Czy to dużo czy mało? Sam nie wiem. Niemniej cieszę się, że do tej czterdziestki jakoś się doturlaliśmy i że będziemy turlać ten wózek dalej. Cóż, dzisiaj znowu wydanie wakacyjne. Nie specjalnie długie, ale też nie specjalnie krótkie. Będzie tego kilka godzin, proszę państwa. Od czego zaczniemy?
Zaczniemy od nowości, bo stwierdziłem, że w wakacje będę państwu przeplatał. Czasami to będą polecanki takie typowe, czyli tytuł, autor, trochę omówienia, może czasami troszeczkę przytoczenia tekstu redakcyjnego, wydawniczego i ewentualnie własna uwaga na temat książki. A czasami postanowiłem, że zacznę państwu turlać coś takiego, co sobie roboczo nazwałem subiektywnym przeglądem fantastyki naukowej. Dzisiaj pierwszy odcinek. On jeszcze jest troszkę niedoskonały, ponieważ nie do końca opanowałem formułę, którą zamierzam państwu przedstawiać. Musiałem wspomagać się notatkami. Trochę czytam, trochę mówię z głowy. Wypadło, jak wypadło. Myślę, że nie tragicznie, ale mogłoby być lepiej. Natomiast zapraszam państwa na omówienie ciekawej książki.
Książki, która jest ze mną od bardzo dawna, którą czytałem jeszcze w latach 70. pacholęciem będąc, nie do końca tę książkę rozumiejąc, ale to przyszło z czasem. Natomiast tak to, proszę państwa, jest kilkadziesiąt lat zafascynowania tą książką. Wiem, że nie wszystkich ona fascynuje, ale to jest oczywista oczywistość. Ja dzisiaj państwu przedstawię mój subiektywny przegląd fantastyki naukowej, odcinek pierwszy. A jaka to książka? Zaraz się państwo przekonacie. Zapraszam. Mój subiektywny przegląd fantastyki naukowej postanowiłem rozpocząć od powieści Roberta Silverberga zatytułowanej „Człowiek w labiryncie”. Oryginalny angielski tytuł brzmi „The Man in the Maze”.
Za ten mój angielski to ja państwa nieustannie przepraszam, więc i tym razem przepraszam, ale mam nadzieję, że jakoś pierwowzór udało mi się odtworzyć. Pierwotnie historia była publikowana w kwietniu i maju 1968 roku w magazynie „If”. Na początku roku następnego ukazała się w formie książkowej. W Wielkiej Brytanii opublikowało ją wydawnictwo Sidgwick & Jackson, a w USA Avon Books. W Polsce „Człowiek w labiryncie” został wydany po raz pierwszy w 1973 roku w serii Fantastyka, przygoda wydawnictwa Iskry, a tłumaczką powieści była Zofia Kierszys. À propos wspomnianego magazynu „If” to powiem o nim za chwilę nieco więcej, a na razie wspomnę tylko, iż niektórzy chcą, aby nazywać ten periodyk „Words of If”, ponieważ na okładce znajdował się taki właśnie dopisek. Jednak magazyn zdecydowanie nazywał się „If” i tego się trzymajmy. Warto zadać sobie pytanie, w jakiej kondycji znajdowała się wówczas anglosaska SF, gdy ukazał się „Człowiek w labiryncie”. Co było dla tej fantastyki ważne? Na jakie drogowskazy spoglądali twórcy anglosaskiej SF?
Dajmy więc na chwilę głos samemu Robertowi Silverbergowi. W wywiadzie udzielonym 18 września 2020 roku Robowi Lathamowi pod tytułem, nomen omen, „Człowiek w labiryncie”, Silverberg wspomina: „Sympatyzowałem z ruchem Nowej fali takim, jakim był, a był to o wiele mniej spójny ruch, niż mogłoby się wydawać z perspektywy czasu. Cieszyłem się wówczas nową swobodą, która była nieodłączna od pisania SF oraz pełnym zakresem moich umiejętności, ale nigdy nie byłem formalnie związany z takimi samozwańczymi frakcjami jak grupa New Worlds w Londynie czy grupa Milford w Stanach Zjednoczonych. Byłem w Londynie w 1965 roku, kiedy kształtowała się tam Nowa Fala, a w 1966 roku, podczas fermentu Nowej Fali w USA, złożyłem weekendową wizytę w Milford. Jednak nie byłem zbyt głęboko zaangażowany w ten ruch. Pisałem własne książki: „Ciernie” 1967, „Maski czasu” 1968, „Człowiek w labiryncie” 1969, „Syn człowieczy” 1971. I w nich korzystałem z nowej wolności, jaką wydawcy SF przyznawali pisarzom. Jednak nie uważałem się za stojącego na pierwszej linii frontu. Z drugiej strony broniłem niektórych pisarzy Nowej Fali przed moimi przyjaciółmi, takimi jak chociażby Lester del Rey. Ale zgadzałem się z ludźmi starej gwardii, że niektóre z nowych utworów były rzeczywiście artystycznymi śmieciami.
Nie potrzebowałem Nowej Fali, by powiedzieć, że science fiction może być czymś więcej niż fikcją rodem z magazynów pulpowych. Znałem już przecież Herberta George'a Wellsa, Aldousa Huxleya i innych mainstreamowych poszukiwaczy przygód, którzy mi to powiedzieli. Wielką, chociaż krótkotrwałą korzyścią, jaką odniosłem z ekscytacji Nową Falą, była gotowość komercyjnych wydawców do dopuszczania pewnego nowego stopnia eksperymentu w tym, co pisałem. Większość z tego, co stworzyłem w latach 1968-1973, byłaby nie do sprzedania 10 lat wcześniej. Koniec cytatu. Na marginesie magazyny pulpowe to popularne w XX wieku czasopisma z goszczącą na ich łamach fantastyką naukową. A poza tym cechowały je kolorowe okładki, marna jakość papieru wewnątrz. Stąd owa pulpa w nazwie potocznej. Magazyny te publikowały fantastykę o różnej wartości, czasami również taką, którą można byłoby nazwać pulpową, a zatem rodzajem, powiedzmy to delikatnie, półproduktu. Omawiając polską recepcję „Człowieka w labiryncie” warto powiedzieć, iż książka ta zajęła drugie miejsce w plebiscycie czytelników na najciekawszą i najlepszą, najbardziej wartościową książkę SF wydaną w Polsce Ludowej.
W plebiscycie ogłoszonym na łamach „Expressu Wieczornego” w maju 1976 roku, a więc trzy lata po wydaniu powieści. Konkurs ten, plebiscyt został ogłoszony przez Ogólnopolski Klub Miłośników Fantastyki i Science Fiction. Dla współczesnego czytelnika to jednak mało miarodajne wydarzenie, gdyż w PRL-u ukazywało się bardzo mało zachodniej science fiction. Obiecałem, że powiem coś jeszcze o magazynie „If”, w którym „Człowiek w labiryncie” ukazał się po raz pierwszy. Otóż „If” był amerykańskim magazynem science fiction wydawanym od marca 1952 roku przez Queen Publications. Magazyn odniósł umiarkowany sukces, a przez większość czasu uznawany był za pismo gorszego sortu, przynajmniej w porównaniu z konkurencją. Największy sukces magazyn osiągnął pod kierownictwem redaktora i pisarza Frederika Pohla. „If” zdobywał wówczas trzy lata z rzędu, od 1966 do 1968 roku, nagrodę Hugo dla najlepszego profesjonalnego magazynu. W ciągu 22 lat opublikował wiele nagradzanych opowiadań, w tym również powieść Roberta Heinleina „Luna to surowa pani” oraz opowiadanie Harlana Ellisona „Nie mam ust, a muszę krzyczeć”. Dodam jeszcze, że pierwszym w historii wybitnym pisarzem, którego tekst trafił do „If” był Larry Niven.
Jego opowiadanie „Najzimniejsze miejsce” ukazało się w grudniowym numerze z 1964 roku. „If” został włączony do czasopisma „Galaxy Science Fiction” po numerze z grudnia 1974 roku, a samo „Galaxy Science Fiction” zmarło śmiercią naturalną bodajże w roku 1980. Wróćmy jednak do „Człowieka w labiryncie”. Akcja powieści toczy się w przyszłości. Głównym bohaterem jest Richard Mueller, emerytowany dyplomata, ale i astronauta. W każdym razie dawny uczestnik wyprawy na planetę zamieszkałą przez obcych, co dla naszej opowieści jest dosyć ważne. O szczegółach za chwilę. Mam problemy z tym nazwiskiem Mueller, bo chciałoby się czytać to z niemiecka, ale to nie jest Müller tylko Mueller. Nie wiem, jakoś tak. Wybaczcie państwo, ale ja z nazwiskami zdecydowanie mam problemy.
Więc ten Mueller, w dodatku Dick Mueller ukrywa się przed ludźmi na Bezludnej planecie Lemnos. Mieszka tam w centrum starożytnego miasta, miasta labiryntu zbudowanego przez zaginioną, wymarłą rasę. Zewnętrzne strefy kompleksu są wypełnione śmiercionośnymi pułapkami, aby zniechęcić ewentualnych intruzów do wchodzenia w strefę centralną. Mueller cudem uniknął pułapek labiryntu ułożonych w szereg koncentrycznych kręgów otaczających centralną część starożytnej metropolii. Miasta, w którym przybyszy z niezwykłym darem od mieszkańców Beta Hydri zamierzał doczekać końca swoich dni. A te kręgi, o których mówiłem wcześniej, mogą zdecydowanie skojarzyć się komuś z "Piekłem" Dantego. Będzie to, przynajmniej moim zdaniem, właściwy trop. We wcześniejszym życiu Mueller uczciwie służył ludzkości. Podróżował do setek światów, znosił trudności, niebezpieczeństwa. Był zawodowym dyplomatą.
Jego przełożony, niejaki Charles Boardman, zaproponował mu udział w samotnej wyprawie mającej na celu nawiązanie kontaktu z mieszkańcami planety Beta Hydri IV. Istoty te były jedyną inteligentną rasą obcych odkrytą w całej galaktyce, przynajmniej w tamtym czasie. Mueller podjął wyzwanie i trafił na Beta Hydri. Spędził tam pięć miesięcy, ale nie udało mu się nawiązać znaczącego kontaktu z tubylcami. Kontakt owszem, był, ale nie taki, jak to sobie wyobrażali ziemianie i sam bohater. W dodatku po powrocie Mueller odkrył, że inni ludzie nie mogą znieść jego bliskości. Nie mogą, ponieważ jego emocje, psychika były, jak by to określić, w pełni odsłonięte przed każdym, kto znajdował się zbyt blisko. To było nieznośne i bolesne. Ziemska nauka nie mogła zrozumieć ani prześledzić pochodzenia owych emanacji z mózgu Muellera. Dlatego zdecydował się on w końcu na ucieczkę, na dobrowolne wygnanie.
Jego celem stała się planeta Lemnos oraz starożytne miasto, o którym mówiłem i o którym jeszcze opowiem. Po dziewięciu latach samoizolacja Muellera została jednak zakłócona. Silverberg napisał: "Przypomniał sobie, co to za odgłos. Statek. Statek kosmiczny przechodzący z podprzestrzeni na napęd jonowy przed lądowaniem na planecie. Buczenie kanałów wydechowych, pulsowanie silników, utraty szybkości przesunęły się nad labiryntowym miastem. Nie słyszał tego od dziewięciu lat, czyli od dnia, gdy rozpoczął życie na surowym, dobrowolnym wygnaniu, więc przybyli goście przypadkowo wtargnęli w jego samotność. Albo może go wytropiono. Czego oni tu chcą? Mueller kipiał gniewem.
Czyż nie dość już miałem ludzi i ludzkiego świata? Czy muszą zakłócać mi spokój tutaj? Stał sztywno na szeroko rozstawionych nogach, a przecież jednocześnie cząstką umysłu, jak zawsze, badał, czy nie ma niebezpieczeństwa. Nawet teraz, gdy ponuro patrzył w stronę prawdopodobnego miejsca lądowania statku." Koniec cytatu. Lądowanie statku Mueller obserwował ukryty w centralnej części labiryntu. Nie minęło jednak wiele czasu, a śmiercionośne sidła miasta labiryntu zaczęli penetrować przybysze z Ziemi. Mueller nie był zachwycony takim obrotem sprawy. Stan jego duszy Silverberg opisał następująco: "Nie dostaną się do mnie – zadecydował. Umrą w tym labiryntie i kości ich połączą się z innymi kośćmi od miliona lat rozrzuconymi po korytarzach zewnętrznych. A jeśli uda im się wejść tak, jak jemu się udało?
Wtedy będą musieli z nim walczyć. Zrozumieją, że to niełatwe." Koniec cytatu. Labirynt był penetrowany najpierw przez roboty, a później przez ludzkich ochotników, z których wielu zginęło w szatańskich pułapkach skonstruowanych miliony lat wcześniej przez zapomnianą rasę. Członek załogi statku przybyłego na Lemnos, Ned Rawlins, syn nieżyjącego już przyjaciela Muellera, nawiązał z nim w końcu kontakt i zgodnie z instrukcjami Boardmana dowodzącego wyprawą, tego samego, który wysłał Muellera na Beta Hydri, obiecał odnalezionemu człowiekowi lekarstwo na jego nietypową przypadłość. To miało wywabić uciekiniera z labiryntu. Mueller z oporami, ale zgodził się. Jednak sumienie Rawlinsa zmusza go do wyjawienia całej prawdy, a przynajmniej tej jej części, którą zna. Wcale nie chodzi o uleczenie samowygnańca. Nie, ludzkość w dalszym ciągu nie ma takich środków. Chodzi o coś zupełnie innego.
Otóż sytuacja podczas nieobecności Mullera mocno się skomplikowała i wszystko wskazuje na to, że tylko on ma możliwość nawiązania kontaktu z kosmitami z innej galaktyki. Obcymi, którzy mogą unicestwić ludzką cywilizację. Najeźdźcy opanowali już bowiem sześć ludzkich światów, a ich mieszkańcy zamienieni zostali w niewolników, a właściwie w rodzaj zombie. Obcy zdają się nie pojmować, że ludzie są istotami rozumnymi. Poza tym mają monstrualne rozmiary, komunikują się ze sobą telepatycznie i chociaż są mocno ograniczeni jeśli chodzi o aktywność fizyczną, to bez problemów potrafią zniewolić mieszkańców zdobywanych planet. Tylko jedna osoba, Muller, potrafiący odsłonić swoją jaźń i dokonywać telepatycznego przekazu, może się z nimi skomunikować. Jednak doświadczenia Mullera sprawiły, że jest on wrogo nastawiony do jakiegokolwiek dalszego kontaktu z obcymi. O ludziach nie wspominam, bo to raczej oczywiste. Po dramatycznym spotkaniu z Boardmanem Muller zgadza się spotkać z kosmitami. Leci na skraj galaktyki, zostaje zabrany do obcego statku i wydaje się, że kosmici sczytują całą jego psychikę.
Początek spotkania z obcymi Silverberg opisał następująco: „Kapsuła Mullera leciała do środka. Zatrzymała się na podium wielkiej, przypominającej pieczarę hali wysokiej, szerokiej i długiej na setki metrów. Muller w kombinezonie kosmicznym wysiadł. Uaktywnił podkładki grawitacyjne, bo jak przewidywał, siła przyciągania była tu prawie żadna. W mroku zobaczył nikłą purpurową łunę. Cisza panowała grobowa. Tyle że coś z daleka buczało, jak gdyby rozpórami i wspornikami satelity wstrząsało potwornie wzmożone westchnienie. Mimo działania podkładek grawitacyjnych kręciło mu się w głowie. Podłoga pod nimi falowała. Doznał wrażenia, że otacza go rozmętnione morze.
Ogromne fale biją o poszarpane brzegi. Masa wody w swym kulistym, głębokim łożysku kłębi się i szumi. Świat dygocze pod tym ciężarem. Poczuł, jak chłód przenika przez jego ciepły kombinezon. Ciągnęła go jakaś nieodparta moc. Szedł chwiejnie, a przecież z ulgą i zdumieniem stwierdził, że nogi są mu posłuszne, chociaż niezupełnie potrafił nad nimi panować. Bliskość czegoś ogromnego, czegoś falującego, drgającego, wzdychającego była wciąż wyczuwalna.” Koniec cytatu. Po powrocie z tej wyprawy Muller spotyka się z Rawlinsem, a ten odkrywa, że to uciążliwe pole jaźni mieszkańca labiryntu zniknęło. Otoczenie nie jest już zalewane emanacjami podświadomości Mullera. Jednak Muller, ku rozczarowaniu Rawlinsa, zamiast wrócić na Ziemię, do jej wygód, przyjemności, hedonizmu, postanawia odlecieć na Lemnos, do labiryntu.
Boardman uważa, że Muller wróci do cywilizacji za kilka lat. Rawlins jest jednak innego zdania. A co było dalej? Właśnie, nie wiemy. Nie wiemy, co wynikło z kontaktu z obcą, pozagalaktyczną cywilizacją ani co ostatecznie stało się z Mullerem. Silverberg kończy powieść następującym akapitem: „I gdy się z tobą zobaczę, pomyślał, będę ci miał mnóstwo do powiedzenia. Zapytała: Ale dlaczego on znów zamknął się w labiryncie? Z tego samego powodu, dla którego przedtem poleciał do obcych. Z tego samego powodu, dla którego to wszystko się stało. Nie rozumiem.
On kocha ludzkość, powiedział Rawlins. To było najlepsze epitafium. Tulił dziewczynę namiętnie, ale odszedł od niej przed świtaniem.” Tak, to jest koniec powieści. Chciałbym jeszcze powiedzieć, że fabuła tej książki, która była różnie oceniana na przykład na forach internetowych, jest inspirowana klasycznym dramatem Sofoklesa zatytułowanym „Filoktet”, a postacie Mullera, Boardmana i Rawlinsa odpowiadają Filoktetowi, Odyseuszowi i Neoptolemosowi. Akcja powieści Silverberga rozgrywa się na planecie Lemnos, podobnie jak dramat Sofoklesa na wyspie o tej samej nazwie. Tytułowym bohaterem sztuki jest Filoktet, skrajny Ojty, syn Poiasa. Przesławny łucznik, który razem z Grekami wyruszył na podbój Troi. Po drodze został jednak ukąszony przez strażnika nimfy Kryse. Węża strzegącego bezlistnej figi. Skutkiem tego była ropiejąca i niegojąca się rana wydzielająca okropną woń.
Greccy towarzysze Filokteta, dowodzeni przez Odyseusza, króla Itaki, nie mogąc znieść głośnych jęków oraz smrodu, postanowili zostawić Filokteta na bezludnej wyspie Lemnos pod pretekstem niemożności odprawiania modłów do swoich bogów zagłuszanych przez zawodzenia chorego. Zostawiono mu jego święty łuk ofiarowany przez przyjaciela Heraklesa, aby mógł w ten sposób zdobywać pożywienie. Akcja dramatu rozgrywa się na wybrzeżu wyspy, na której Filoktet mieszka już od 10 lat. Wtedy też zjawia się tam Odyseusz oraz Neoptolemos ze Skyros, syn Achillesa. Mają oni zadanie doprowadzić Filokteta wraz z jego łukiem do wojsk greckich oblegających Troję, gdyż zgodnie z przepowiednią pojmanego wieszcza trojańskiego bez Syna Pojasa upadek tego potężnego miasta nie będzie możliwy. Silverberg po mistrzowsku wykorzystał starożytne dzieło, aby napisać pełnokrwistą, dobrze czytającą się science fiction. Wróćmy na planetę Lemnos. Obce miasto, które tajemnicza wymarła rasa pozostawiła miliony lat wcześniej. To miasto jest nie tylko skomplikowanym, tytułowym labiryntem, ale też śmiercionośną pułapką. Muller wbrew wszelkim przeciwnościom szukał tam schronienia albo śmierci.
Zrobił tak, ponieważ, jak mówiłem wcześniej, inni ludzie nie mogli znieść jego obecności. Rok jego podświadomości promieniował i sprawiał, że inni czuli coś więcej niż dyskomfort. Ciekawym motywem jest zestawienie owej klątwy z tajemnicą obcych przybyłych do naszej galaktyki i zagrażających ludzkiej cywilizacji. Bo paradoksalnie temu właśnie zagrożeniu unikalna klątwa Mullera może zaradzić. To moim zdaniem naprawdę świetne założenia. Silverberg potrafi utrzymać napięcie w swojej powieści, powoli ujawniając kolejne szczegóły. Książka jest moim zdaniem bardzo dobrze skomponowana. Główna narracja koncentruje się na Mullerze i dwóch wymienionych już postaciach, które próbują wejść do labiryntu, a mianowicie na nieco makiawelicznym Charlsie Boardmanie i młodym, nieopierzonym Nedzie Rawlinsie. Trzeba powiedzieć, że książka ma w zasadzie trzech bohaterów, podobnie jak przywoływana wcześniej starożytna opowieść. Oczywiście i w jednej, i w drugiej narracji pojawiają się inne postacie, ale są papierowe, ledwie naszkicowane.
Ta załoga i w jednym, i w drugim przypadku jest raczej rodzajem specyficznej dekoracji. Dostajemy ciekawą hybrydę. Z jednej strony technologiczna uczta, za jaką można uznać sam labirynt, samą ideę miasta-labiryntu, z drugiej psychologiczne studium trzech wymienionych przed chwilą postaci oraz interakcji, które zachodzą pomiędzy nimi. Tajemnice obcych ras. Tu kolejno wymienię wymarłych mieszkańców Lemnos, istot z Beta Hydri oraz najeźdźców spoza galaktyki, które to rasy opisuje Silverberg. Działają całkiem dobrze, aby utrzymać napięcie, ale ostatecznie okazują się być tylko wątkami pobocznymi. Z dzisiejszego punktu widzenia są te fragmenty o obcych, wręcz, szukam słowa, niedopracowane, bo obecnie autor poświęciłby z 50, jeśli nie 100 stron, aby każdą z owych ras w jakiś sposób opisać. Odnoszę jednak wrażenie, że ta oszczędność stylu Silverberga wyszła powieści na dobre, a dzisiejsza moda byłaby zbędnym nadmiarem. Labirynt jest konstrukcją niezwykłą. Konstrukcją, która pobudza wyobraźnię, ale również jest przedstawiona przez Silverberga bardzo oszczędnie.
Czytelnik wręcz marzy, aby autor opisał więcej szczegółów, a jednak twórca powieści tego nie robi. I może, ponownie muszę to powiedzieć, i może właśnie dlatego, z powodu niezaspokojonych oczekiwań oraz rozbudzonej wyobraźni książka ma taką wielką moc przyciągania. Czy ludzkość jest warta ocalenia? Czy nie jesteśmy wszyscy obrzydliwymi bestiami pod fasadą cywilizacji? Czy to są pytania na miarę XXI wieku? A zatem pytania, które my możemy sobie zadawać? Nie wiem. Każdy musi sobie sam odpowiedzieć, ale moim zdaniem na pewno warto takie pytania zadać. I Silverberg to robi w drugiej połowie XX wieku. Pojawiają się też refleksje dotyczące ludzkiej pychy, mrocznej strony pragmatyzmu ludzi starszych i idealizmu młodych.
Chociaż mam takie wrażenie, że we współczesnym świecie bywa dokładnie na odwrót. Warto wspomnieć, że pomysł, iż ogromna struktura przypominająca miasto, taka jak labirynt na Lemnos, może pod nieobecność jego mieszkańców być utrzymywana w stanie nienaruszonym, czystym i funkcjonalnym za pomocą zaawansowanych technicznie urządzeń automatycznych, został wysunięty już w 1956 roku przez Arthura C. Clarke'a w jego powieści „Miasto i gwiazdy”. Również warto po tę książkę sięgnąć. Człowiek w labiryncie, czyli Müller, jest niczym Minotaur. Ta niby starożytna opowieść wydaje się już nieaktualna, ale zdecydowanie wciąż bywa fascynująca. Dla średnio zdolnego autora opowieść o Lemnos byłaby pretekstem do napisania potencjalnie intrygującego, może nawet zabawnego opowiadania. A pod piórem Roberta Silverberga historia ta staje się pełnowymiarową powieścią, którą trudno odłożyć przed przeczytaniem ostatniego słowa. Oszczędne dekoracje, garstka postaci, prosta fabuła. A jednak trudno się przy niej nudzić, ponieważ Silverberg wprowadza do tekstu wszystko, co taka historia może implikować.
W całej powieści psychologia aktorów dramatu rozwija się subtelnie, stale pogłębiając tę historię. Historię, która daje nam znacznie więcej, niż moglibyśmy oczekiwać. Daleka od monotonności, pomimo surowości tematu, narracja Silverberga prosta i skuteczna, podobnie jak jego historia, nieustannie oscyluje między punktem widzenia Müllera a punktem widzenia innych postaci. Co w połączeniu ze świetnie moim zdaniem zagraną fabułą daje doskonały rezultat. Jeśli chodzi o fabułę, najpierw mamy rodzaj poszukiwania skarbów, odkrywania nieznanego, a następnie zamienia się to wszystko w psychologiczną grę, a może nawet bardziej manipulację między tropicielami a ściganym. Silverberg rysuje nam historię, w której przewidywalne przygody nie zawsze okazują się naprawdę przewidywalne. I to do tego stopnia, że czytelnik ma czasem wrażenie, że wchodzi również, tak jak bohater, w nieprzebyty labirynt. Tak. To było pierwsze wydanie subiektywnego przeglądu fantastyki naukowej. Mam nadzieję, że nie było tak źle.
A teraz zapraszam państwa na rozmowę z Piotrem Witoldem Lechem, autorem, który naprawdę sporo tej fantastyki napisał. O szczegółach za chwilę. Natomiast gwoli przedstawienia: krakowianin, magister historii, absolwent UJ. Przed historią zaczynał i nie kończył nauki w studium kolejowym, nauczycielskim, medyczno-pielęgniarskim. Pociągało go też religioznawstwo. Grał w zespołach rockowych, pracował w szkole, domach kultury, ochronie i sklepie wędkarskim. Prowadził z żoną działalność gospodarczą. Jest zamiłowanym wędkarzem, działaczem. Wydaje książki o historii wędkarstwa. Debiutował w konwencji fantasy zbiorem opowiadań „Dżamis”.
Później ukazał się dwutomowy cykl o Rockhornie z Arron oraz powieść „Twierdza Kozic”. Cykl opowieści SF CW publikowany w Nowej Fantastyce w latach 1999-2019 ukazał się później w formie książkowej pod tytułem „Sieć swojego software’u”, z pominięciem opowiadania „Ich cyberbarokowy sen”. Ten ukazał się w Fantastyce w wydaniu specjalnym w 2011 roku. Proszę państwa, ja nie będę przedłużał. Zapraszam państwa na spotkanie z autorem książek, które mogą się niektórym wydawać bardzo kontrowersyjne, bo książek o miłości międzygatunkowej. I to nie tylko tej miłości duchowej, a więc książek o polia-- w dodatku o miłości, która liczy sobie więcej niż dwóch osobników. A zatem mamy do czynienia z poliamorią. No to proszę państwa, czas zacząć rozmowę. Dzień dobry. Dzień dobry, Piotrze.
[35:40] - Dzień dobry, witam serdecznie.
[35:42] - A ja naszym słuchaczom przedstawię. Naszym gościem jest Piotr Witold Lech, autor fantastyki naukowej. I to takiej fantastyki naukowej, jaką ja niezwykle lubię, bo niepozbawiona oczywiście pewnej refleksji, jak to w ogóle w książkach. Książki w ogóle nie są pozbawione refleksji, ale jednak ta fantastyka jest w wydaniu takim... Szukam słowa. Rozrywkowym. Ja lubię właśnie to słowo. Rozrywkowym, czyli po prostu dostarcza nie tylko zabawy Ale gdzieś tam przy okazji przemyca jakieś treści. Piotrze, czy ja dobrze scharakteryzowałem, czy jednak nie? Zgadzasz się z tą charakterystyką?
[36:26] - Myślę, że znakomicie to scharakteryzowałeś. Zawsze taki cel mi przyświeca, jeżeli piszę cokolwiek z fantastyki. Oczywiście można się ze mną nie zgodzić, ale fantastyka generalnie jest gatunkiem, który poza tym, że rzeczywiście przemyca bardzo mądre, głębokie treści czasami, jest to jednak gatunek, który jednak jest gatunkiem rozrywkowym. Jakby na to nie spojrzeć, prawda? Więc myślę, że zadanie pisarza fantasy polega na tym, żeby połączyć te dwie rzeczy charakterystyczną dla fantastyki. Taki feeling, jak ja to nazywam, czyli coś się dzieje, cały czas jest akcja, czytelnik jest cały czas zajęty tym, co odbiera, ale jednocześnie przemycamy treści głębsze. Zdecydowanie. Także myślę, że bardzo dobrze to scharakteryzowałeś, Marcin.
[37:37] - Ostatni czas to jest, nie waham się tego ująć w ten sposób, dobry czas dla ciebie, bo w wydawnictwie Stalker Books ukazały się cztery powieści, cztery książki, w dodatku w jednym cyklu. Jakbyś zechciał trochę o tych książkach opowiedzieć. Ja troszeczkę o nich wspominałem w ostatniej audycji. Słuchacze słyszeli o tym czteroksięgu, na razie myślę czteroksięgu, ale jakbyś zechciał powiedzieć coś więcej, to byłoby fajnie.
[38:08] - Masz na myśli cały cykl „Poliamoria. Space story”? Tak. Bo o tym mówimy.
[38:14] - Tak, oczywiście.
[38:15] - Bo jeszcze w Stalker Books wyszły wcześniej cały zbiór moich nowel ze świata. Ja używam takiego sformułowania, którego użył pierwsze Maciek Parowski ze świata CWM. Ale dobrze, to skoncentrujmy się na razie na „Poliamorii”. To „Poliamoria” to jest akurat właśnie klasyczny przykład tego, o czym przed chwilą mówiliśmy, a więc takiej fantastyki typowo rozrywkowej. Zresztą w ogóle cały pomysł na „Poliamorię” wziął się z jednego zabawnego opowiadania, które napisałem dla hecy, tak naprawdę dla Nowej Fantastyki. Michał nie chciał aż tak hecnego opowiadania, więc to w fantastyce nie poszło. A ja sobie pomyślałem, bo tam taka mała sczeczka SMS-owa między nami wynikła, że ja zrobię takiego psikusa i napiszę taką niedługą powieść właśnie o takich związkach poliamorycznych pomiędzy ludźmi a obcymi. I tak się zaczęło. A sam dobrze wiesz, jak to jest, że jak się zacznie jakiś jeden tom, to potem aż korci, żeby pociągnąć wątek dalej. Bo pomyślałem sobie, że skoro przedstawiłem jedną osobę, akurat mężczyznę ziemskiego w pierwszej części, to dlaczego nie przedstawić kolejnych członków tego układu poliamorycznego, który opisywałem?
Tym bardziej, że są to członkinie czy członkowie ciekawi, ponieważ przedstawiciele obcych ras. I tak to właśnie się rozwinęło. Cały ten pięcioksiąg jest pomyślany. Całość jest pomyślana pięcioksiąg, ale utknąłem z piątą częścią, bo w międzyczasie napisałem dwie rzeczy teraz, ale będzie piąta część, jest zaczęta.
[40:10] - Piotrze, ty właściwie z fantastyką naukową za pan brat jesteś od bardzo dawna, bo jak śledziłem twoją bibliografię, to ona sięga, jeśli chodzi o opowiadania, ’93 roku. Tam zlokalizowałem pierwsze opowiadanie.
[40:27] - To nie była taka naukowa, bo to było fantasy przede wszystkim i to wtedy były typowe rzeczy fantasy. I właściwie do roku 1999 tak było i dopiero chyba w ’99 albo ’98 wyszło pierwsze science fiction. To była „Pielęgniarka” w Nowej Fantastyce. Później cały ten CWM-owski cykl poszedł w Fantastyce, w Nowej Fantastyce, a później w Fantastyce w wydaniu special. Także początki to były fantasy. Zdecydowanie.
[41:03] - Ale robione bardzo sprawnie, ponieważ fantastyka, właściwie Nowa Fantastyka, dział polski był wtedy pod dowództwem Macieja Ono, publikował te opowiadania i to w latach 90. całkiem sporo tych opowiadań się pojawiło.
[41:24] - Trochę. Natomiast czy sporo? Zawsze chciałoby się więcej. Z fantasy tam chyba poszło, jeśli dobrze pamiętam, chyba tylko „Karim. Gryf” i „Heksy”. Natomiast jeszcze w „Magii mieczu” coś tam bracia zdaje się z fantasy, ale później rzeczywiście już w Nowej Fantastyce cały czas science fiction, takie właśnie o zabarwieniu cyberpunkowym.
[41:55] - To jest taka przemiana, która rodzi pytanie bardzo proste: dlaczego nastąpiło przełożenie zwrotnicy z fantasy na science fiction?
[42:08] - Muszę ci powiedzieć, że to akurat zupełnie na odwrót było, bo ja swoją przygodę z fantastyką zaczynałem chyba jak większość z mojego pokolenia, jednak od science fiction. Ponieważ ta literatura była bardziej dostępna, chociażby poprzez Lema. Nie wiem, czy pamiętasz takie pisma jak „Młody technik” czy „Fantastyka” jako nie nowa, ale jeszcze „Fantastyka”, które publikowały powieści czy minipowieści w odcinkach. To było bardzo ciekawe. Albo nawet w całości. Wtedy się wycinało to z tych czasopism, zbierało w ogóle, ale najczęściej były to science fiction. Ja właściwie zacząłem od science fiction, a przygodę z fantastyką. Natomiast fantasy to była przede wszystkim taka miłość. Przede wszystkim „Thorgal” i „Relax” zrobił na mnie tak potworne wrażenie, wspaniałe wrażenie, że aż do dnia dzisiejszego pamiętam ten zachwyt, kiedy stałem z kolegą przed kioskiem i po prostu wpatrywaliśmy się w te kolorowe plansze, wspaniałe, malowane przez Rosińskiego i nie mogliśmy się doczekać, kiedy się rzucimy na tego „Relaxa” i będziemy czytać kolejne odcinki. Także fantasy było troszkę później.
Natomiast podchodziłem do science fiction zawsze z takim respektem, bo jednak sobie tak myślałem, że teraz z perspektywy czasu troszeczkę inaczej na to spoglądam, ale wtedy myślałem, że science fiction jest gatunkiem, który jest o wiele trudniejszy od fantasy. Teraz wiem, że wcale tak być nie musi. Natomiast wtedy mi się tak wydawało. A jako że jeszcze miałem pasję historyczną, potem wykształcenie historyczne, więc to fantasy jakoś mi przychodziło, można powiedzieć, naturalniej niż science fiction, ale cały czas gdzieś to science fiction z tyłu głowy było, dlatego że poruszało te tematy, które mnie tak naprawdę najbardziej interesowały.
[44:27] - Piotrze, nie mogę nie zapytać, dlaczego fantastyka naukowa w wydaniu książkowym pojawiła się u ciebie, z twoim nazwiskiem na okładce, pojawiła się tak późno? Ty miałeś sporą ilość opowiadań. Ja dalej pozostanę przy tym swoim twierdzeniu, że im bardziej przybywało lat, tym tych opowiadań było naprawdę coraz więcej i one były publikowane w sumie jak na nową fantastykę dosyć często. A jednak nie pojawiała się wersja książkowa. Czy też ja może czegoś nie dopatrzyłem?
[45:04] - Pojawiła się, ale nie w Polsce. Pojawiła się w Czechach. I to jest taka zabawna kolejna historia, że w Czechach wcześniej wyszła książka, zbiór tych moich opowiadań właśnie z tego, nazwijmy to, świata CWM niż w Polsce. Ja po prostu w Polsce nie mogłem znaleźć wydawcy. Zwracałem się do różnych wydawnictw, które odmawiały mi. Nawet Maciek Parowski ze zdumieniem pytał: „dlaczego?” A ja mówię: „nie wiem, Maćku”. Tak to wyglądało. Natomiast w Czechach akurat miałem bardzo dobre wydawnictwo, ponieważ tam jeszcze żył świętej pamięci Jiři Pilch, prowadzący wydawnictwo Leonardo. Teraz zajmuje się tym jego syn Robert. Oni mnie znali dobrze właśnie z fantasy i ponieważ tam wcześniej wyszły moje opowiadania i w antologii razem z Sapkowskim, a później same opowiadania o Rockormie Zaro, i tam ukazała się, ja to na polski przetłumaczę, jako „Wniebowstąpienie profesora Eberta”.
Taki zbiór, tylko też nie wszystkich, bo części tych opowiadań, które właściwie trzy lata temu dopiero ukazały się nakładem Stalker Book.
[46:31] - A zechciałbyś rozszyfrować ten skrót, którego używał Maciej Parowski, którego ty tak używasz?
[46:37] - To jest bardzo prosty skrót, ponieważ to jest „czytający w myślach”. Ale o co chodzi? W ogóle cała ta koncepcja ma swoje korzenie w takim pytaniu, które mnie nurtowało właściwie od czasów młodości, od kiedy zetknąłem się, co ciekawe, nie tyle z science fiction, ile z psychiatrią, ponieważ uczęszczałem przed historią do studium pielęgniarstwa neuropsychiatrycznego. Tam mieliśmy bardzo ciekawe wykłady z bardzo ciekawą panią doktor psychiatrii, która ciekawe koncepcje miała. I tutaj po raz pierwszy się zaczęły pojawiać u mnie takie pytania w ogóle. Zresztą może to w ogóle też dlatego, że jako młody człowiek przechodziłem różne stany świadomości o realność otaczającej nas rzeczywistości. Później te pytania były coraz mocniejsze, a kiedy zetknąłem się z Dickiem, to właściwie można powiedzieć, że to tak, jakbym dostał jakimś młotem między oczy w czoło. Podobne, pamiętam, wrażenie miałem przy jedynce „Matrix”, ale to było takie wrażenie właśnie i przy „Ubiku”, i przy „Trzech stygmatach” Palmera Eldritcha, i przy „Oku na niebie”, gdzie wręcz krzyczało coś we mnie: „Ja to wiem. Wiem, tak, ja to wiem. To tak właśnie jest.” W międzyczasie trafił mi do rąk jakiś artykuł Edisona i takie słowa Edisona, że on jest przekonany, że gdyby wynaleźć taki aparat czy takie urządzenie, które byłoby zdolne wychwycić Tak małe cząsteczki, to okazałoby się, że myśli także zbudowane są z cząsteczek.
Popatrz jak to się wszystko ładnie zaczyna zazębiać ze współczesną nauką. Stąd też ten pomysł mój na CWM, czyli aparat czytający w myślach. On początkowo miał być jako akcelerator, potem jakieś urządzenie elektroniczne, w każdym razie ewoluować w taki sposób, w jaki ewoluował może właśnie ten u Dicka. Samo wynalezienie aparatu odczytującego myśli to już jest generalnie rewolucja na świecie, prawda? Także można by na ten temat tom cały napisać, ale mnie zainteresowała inna koncepcja. Bo skoro byśmy odkryli aparat, który jest w stanie wychwytywać myśl jako wartość fizyczną, to w takim układzie można by mieć takie teorie, że jeżeli myśl to jest ta część, która zostaje po śmierci człowieka, czyli możemy w jakiś sposób pochwycić coś, co jest częścią duszy albo jest łącznikiem z duszą, albo jest łącznikiem z czymś, co jest dalej. Stąd wzięły się właśnie te koncepcje moje: Hospicjum Ducha Nieśmiertelnego, Dwór Świętego Piotra i tak dalej. Tam, gdzie osobom przebywającym w anabiozie lub takim, które początkowo uległy jakiemuś wypadkowi, potem dobrowolnie serwuje się taką wirtualną rzeczywistość, ale już na bazie ich własnych myśli. To mniej więcej tym jest CWM.
[50:23] - W pewnym momencie, Piotrze, powiedziałeś o swoich kłopotach z polskimi wydaniami. Jednocześnie mówiłeś o pewnym zdziwieniu ze strony Maćka Parowskiego, który przecież wielu pisarzy ma na koncie, że użyję takiego skrótu myślowego. Jak to jest? Jakie są twoje doświadczenia z wydawcami? Muszą być chyba nie najlepsze. A ponieważ zawsze ten świat wydawniczy interesuje mnie, może bardziej jego patologie niż to, co się w nim dobrego dzieje, bo wiadomo, patologie zawsze się lepiej sprzedają, przynajmniej medialnie. Czy dasz się namówić, żeby bez oczywiście nazwisk, bez nazw, ale żebyś coś na temat tych swoich problemów związanych z wydawaniem w Polsce opowiedział?
[51:15] - Oczywiście. Tym bardziej, że jestem na bieżąco, bo właśnie bardzo dobry zbiór opowiadań leży w tej chwili w dziewięciu wydawnictwach. Z tym, że nie jest to zbiór opowiadań fantastycznych, tylko głównonurtowy, obyczajowo-romansowy, ale naprawdę każdy, kto przeczyta, to zbieram jak najlepsze recenzje. Ale nie od wydawców. Podobna sytuacja była z tymi wszystkimi opowiadaniami z CWM. Rzeczywiście nie będę podawał nazw, ale powiem ci, że próbowałem chyba w pięciu kluczowych wydawnictwach zajmujących się fantastyką i okazało się, że nie ma zainteresowania. W jednym wydawnictwie owszem, długo deliberowano, tam podobno się pokłócono nawet, ale skończyło się na „nie”. Ja też miałem takie okresy, gdzie zajmowałem się tym, potem się nie zajmowałem, potem byłem zniechęcony. Trudno nie być zniechęconym, jeżeli sam wiesz, jak to jest, jak odbijasz się od kolejnych drzwi. Dlaczego tak się działo?
Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Argumentem, który teraz mają wydawcy, to jest, że zbiory opowiadań nie idą. Zresztą napisałem teraz takie polemice do jednego wydawnictwa. Uważam to za totalną bzdurę. Uważam, że to jest wymysł wydawców. A jeżeli nawet tak się dzieje, że zbiory opowiadań nie idą, to jest to tylko i wyłącznie ich wina, a nie czytelników. To nie może być tak, że nagle z dnia na dzień czy z roku na rok ludzie nagle zapragnęli czytać tylko i wyłącznie powieści po 400 stron, a nagle zbiorów opowiadań nie. Pytam się ludzi, pytam się czytelników, i to takich wyrobionych czytelników. Twierdzą, że tęsknią wręcz za dobrymi zbiorami opowiadań. Zresztą sam spójrz, nawet ci najwybitniejsi pisarze zaczynali od zbiorów opowiadań.
Zresztą może podpadnę tutaj wielbicielom Sapkowskiego, którego ja zresztą też bardzo lubię, ale uważam, że najlepszą jego książką było „Krąg lodu”, czyli drugi tom z opowiadaniami o wiedźminie.
[53:40] - Dzięki ci za tę wypowiedź, bo ja też w przypadku wielu autorów, a i własnym, stykałem się z tego rodzaju argumentacją. Argumentacją, która trwa już od kilkunastu przynajmniej lat, że nie, zbiory się nie sprzedają i absolutnie zbiorów nie będziemy wydawać. To przeszło, nie wiem, przez osmozę czy przez jakiekolwiek inne zjawisko, przeszło również na wydawców audiobooków i w rezultacie została troszeczkę zakłócona pewna naturalna droga, którą przetarli już amerykańscy pisarze w złotym wieku science fiction. Bo tam było wszystko bardzo proste. Pisało się opowiadania dla pulpowych magazynów i w pewnym momencie, jak już tych opowiadań miało się troszeczkę na koncie ... to przeskakiwało się na wyższą półkę, czyli pisało pierwszą powieść. Tymczasem to w ogóle w tej chwili w Polsce nie funkcjonuje.
[54:40] - Dokładnie właśnie o tym mówię. Masz rację, że dawniej to była naturalna droga literacka. Zresztą w ogóle uważam, że to jest naturalne. Zaczynamy od pisania opowiadań, ponieważ pisanie opowiadań jest znakomitą szkołą dla każdego pisarza. Powiem ci taką zabawną historię. Nie będę wymieniał nazwiska, ale słyszałem od znanego powieściopisarza wydawanego przez duże wydawnictwo, że on nie umie pisać opowiadań, że woli napisać powieść czterystustronicową niż jedno opowiadanie, nowelę na 30 stron, bo po prostu próbował i poległ. Więc zaczynają się takie hece dziać, że ludzie przestają umieć pisać opowiadania, co wydaje mi się, że jest podstawą w ogóle jakiejś twórczości literackiej. Zresztą to się przekłada. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale to się przekłada na książki, bo nawet bardzo dobrzy powieściopisarze potrafią naprawdę zanudzić w tej chwili. Naprawdę.
Jest tam mnóstwo opisów. Żeby nie mówić o polskich, to powiem o bardzo znanym, którego zresztą bardzo lubię, Haruki Murakamim. Kocham tego pisarza naprawdę bardzo, ale przez „Kronikę ptaka nakrętacza”, która jest przecież topową jego powieścią, czy przez „Śmierć komandora”, momentami się przebijałem jak przez gęsty las. Przez opisy na przykład tego, że wziął tosta, wsadził do tostownicy, rozbił jajko na patelni, którą postawił na kuchence. Ja tak patrzę się i liczę te strony, które są tam naładowane takimi czynnościami, które ja doskonale czy ty znasz z życia codziennego. Właśnie tak to wygląda, ale to taka moja dygresja.
[56:46] - Tak, tylko trzeba by się też zastanowić, czy na pewno wypełnianie stron czynnościami codziennymi to jest literatura. Ja wiem, że trzeba stworzyć pewien nastrój, trzeba stworzyć pewne okoliczności przyrody i tak dalej. Niemniej jednak napychanie stron opisami jest nawet niezgodne z zaleceniami wszelkich podręczników pisania, które mówią, że we współczesnym świecie, w świecie pisarskim długie opisy nie są wskazane, bo one spowalniają, zabijają tempo, jeśli na tempie nam w ogóle zależy. Zabijają tempo, w jakim czytelnik czyta, a wcześniej autor pisze. W związku z tym jakaś sprzeczność się pojawia, której nikt na dobrą sprawę nie jest w stanie wyjaśnić.
[57:37] - Właśnie, ja też nad tym się zastanawiałem. Poruszyłeś właśnie znakomity wątek, bo ja sobie myślę tak: „Kurczę, jak to jest? Czasy są szybsze, prawda? Wszyscy chcą reklamy czy jakieś newsy. Wszystko krótko, szybko. I nagle się okazuje, że ludzie chcą czytać powieści po 600 stron, gdzie połowa z tego to są opisy codziennych czynności”. Coś mi tutaj zgrzyta tak samo i nie dowierzam temu. Owszem, spotkałem się z takimi opiniami, moi rozmówcy mówili: „Wiesz, ale ja lubię wejść w powieść”. A ja mówię: „Dobra, wejść w powieść to ja rozumiem, ale czy ty musisz wchodzić w tę powieść poprzez obserwowanie codziennych czynności głównego bohatera po trzy razy czy 10 praktycznie tych samych?” Coś tu jest nie tak. Tak to wygląda.
W tej chwili mówię ci, że jestem na bieżąco nawet, bo właśnie czekam na odpowiedzi i te odpowiedzi już mi pomału schodzą i argument jest zawsze ten sam, bo to jest zbiór opowiadań.
[58:49] - Tak, ale przejdźmy może na bardziej optymistyczne tematy. Opowiedz, Piotrze, jak ty trafiłeś na wydawnictwo Stalker Books, na Wojtka Sadeńkę i jak to się stało, że pojawił się pierwszy i kolejne tomy z cyklu „Poliamoria”, ale też ten zbiór opowiadań? Opiszmy to w ten sposób: jest dwóch facetów. Może o sobie wiedzą, może nie wiedzą, ale w pewnym momencie się spotykają i rodzi się coś nowego. Jak byś zechciał o tym opowiedzieć?
[59:25] - Wiesz, na Wojtka Sadeńkę trudno nie trafić. Jest to jedna z czołowych postaci w fandomie polskim, więc jeden z tych wielkich znanych ludzi. Wcześniej mieliśmy okazję współpracy przy „Wizjach Alternatywnych 6”, bo tam poszło jedno z moich opowiadań właśnie ze świata CWM. Nawet parę razy pisałem do niego. On nie mógł się też zdecydować przez jakiś czas, ale potem nagle sam się odezwał, więc cały czas pamiętał o mnie. Być może tutaj też pośmiertnie pomógł mi Maciek Parowski w tym wszystkim, bo pamiętasz, że moje „Małpy wasz cyrk” wyszły tuż po śmierci Maćka i tam Maciek zamieścił notkę o mnie również. Więc być może to miało jakiś wpływ. Mój ostatni kontakt z Maćkiem Parowski.
[01:00:34] - Okej, chciałbym teraz wrócić do cyklu "Poliamoria" i zapytać o jedną sprawę związaną z tymi powieściami. A mianowicie takie czysto warsztatowe pytanie: czy kiedy pojawił się tom pierwszy, ewentualnie tom drugi, to ty już wiedziałeś, że tych tomów będzie pięć i miałeś rzecz rozplanowaną, czy też kolejne tomy rodzą się metodą pączkowania?
[01:01:01] - Nie. To było tak, że nie wiedziałem, pisząc pierwszy tom, ale kiedy napisałem pierwszy tom, to wykrystalizowała się taka myśl, że jeżeli ciągnę to dalej, to muszę to pociągnąć w ten sposób, żeby przedstawić każdą, bo tam główny trzon tego związku poliamorycznego składa się z pięciu istot, każdą z tych istot w pięciu odsłonach, więc będzie tych części pięć. Mogłem zakończyć na jedynce. Też była taka koncepcja. Nawet zastanawiam się, czy nie lepsza. A mogłem to pociągnąć. I tak się stało, że pociągnąłem.
[01:01:47] - Ujmę to w ten sposób, że w naszym świecie, który teoretycznie jest wyzwolony i taki bardzo „hej do przodu” — wszyscy państwo już wiecie mniej więcej, o czym myślę — czy mimo wszystko w takim świecie, który mianuje się bardzo nowoczesny, poruszanie wątku, w którym mówimy o kontaktach między różnymi gatunkami, różnymi rasami, istotami z różnych światów i to kontaktach nie tylko duchowych, czy miałeś pewność, że to zażre, mówiąc nowoczesnym językiem?
[01:02:30] - Nie, szczerze mówiąc, nie miałem pewności, że to u nas chwyci, w naszym pięknym kraju nad Wisłą, bo gdybym tę książkę czy ten cykl wydał w Holandii na przykład, to myślę, że sukces tego byłby o wiele większy. Natomiast zawsze lubię iść pod prąd, takie wyzwania. Być może dlatego też dostaję w tyłek i mam pod górkę zazwyczaj, więc pomyślałem sobie, że chcę o tym napisać. Zafascynował mnie ten temat i to zrobię po prostu. Ale przeczuwałem pismonosem, że z tym mogą być problemy. Muszę powiedzieć jeszcze ciekawszą sprawę, że w środowisku nawet fantastów, którzy wydawać by się mogło, że są jeszcze bardziej wyzwoleni, mający szerokie horyzonty, patrzące nie tylko przez pryzmat nawet naszego gatunku, ale też różnych. Nawet wśród fantastów widzę, że to tak nie za bardzo jest z tymi kontaktami matrymonialnymi, a szczególnie nie chodzi tutaj o kontakty międzygatunkowe, bo jeszcze to widzę, że jest do przełknięcia, ale na przykład taki układ wieloosobowy, czyli poliamoryczny typowy, to budzi największe zastrzeżenia. Nawet to widać po książkach, które wyszły u nas w Polsce, już typowo opisujących temat, czyli Deborah Anna „Poliamoria” czy Dossie Easton „Puszczalstwo z zasadami”. Dossie Easton i Janet Hardy, gdzie te książki ukazały się w niewielkich nakładach. Chyba Czarna Owca to wydawała i po prostu nagle stały się zupełnie niedostępne.
Nie wiem, dlaczego dodruków nie robili. Ja w każdym razie, żeby się zapoznać z nimi, musiałem ściągać gdzieś tam z forów poliamorycznych naturę. Nie przez to, że sam praktykowałem, ale przez to, że chciałem z tymi ludźmi porozmawiać. Chciałem dowiedzieć się od kuchni, jak to wygląda. I tam trafiałem dopiero na te publikacje. U nas też niewiele osób się tym zajmuje zawodowo. Mówię od strony psychologii społecznej. Jest taka pani, się nazywa Katarzyna Drądmeier, ona jest z WPS-u i bardzo ciekawie mówi na ten temat nawet w internecie. Ale to jest wszystko margines. O wiele więcej jest publikacji na Zachodzie.
O wiele bardziej są to rzeczy popularne na Zachodzie. Tak jak ci powiedziałem, lubię iść pod prąd czasami, więc ja się zabieram przede wszystkim nie za te rzeczy, które idą, tylko za te rzeczy, które mnie interesują.
[01:05:38] - A powiedz mi, jak jest z odbiorem? Polski fandom jest, jaki jest. Różny bardzo, trudno by go scharakteryzować. Niemniej jednak pisarz gdzieś tam z tyłu głowy, pisząc kolejną książkę, ma tego mitycznego czytelnika właśnie z tyłu głowy. I jak on się przedzierzgnął z tego mitycznego, teoretycznego czytelnika w czytelnika już realnego? Wiem, że może autor to nie jest najlepszy adresat pytania tego rodzaju. Ale jak twoja seria została odebrana przez czytelników? Jakie masz przesłuchy, przegłosy czy jakkolwiek to nazwiemy?
[01:06:19] - Jest to bardzo różne. To jest właściwie całe spektrum i to też różne części. Jedynka dosyć się podoba i to właściwie zdecydowanej większości ludzi, z którymi rozmawiałem. Później jest gorzej, ale zarzucają mi, że trochę zanudziłem. Być może, że zanudziłem, bo nie poszedłem w tym kierunku, w którym chciał Wojtek, żebym poszedł. To znaczy, żeby to była space opera przygodowa, żeby tam się dużo działo takich spraw typowo wojskowych, militarnych i tak dalej. Ja cały czas z tyłu głowy miałem, żeby pokazywać tę miłość poliamoryczną. Więc wiłem się, żeby pogodzić jedno z drugim. Być może, że to tak średnio wyszło w dwóch kolejnych częściach. Myślę, że „Marcjanka”, która jest mocniejszą częścią i ostatnia część „Wszystkie kobiety wszechświata” też myślę, że będzie całkiem przyzwoita.
Także odpowiadając na twoje pytanie, odbiór mam bardzo różny i to zależy, których części. Jedynka zazwyczaj ma pozytywny odbiór, natomiast pozostałe części różne.
[01:07:44] - A powiedz mi, jaki jest twój kontakt z fandomem? To jest może złe słowo. Nie, wycofuję słowo „fandom”. Jaki jest twój kontakt w ogóle z czytelnikami? Bo powiem tak: bardzo wielu autorów w polskiej fantastyce, szczególnie naukowej, chociaż jej jest coraz mniej, ale jednak narzeka na to, że panuje taki nastrój pod tytułem, ja go będę starał się nieudolnie scharakteryzować, więc proszę o wybaczenie, jeśli czegoś nie uwzględnię, ale ten nastrój wygląda mniej więcej tak: w Polsce nie pisze się dobrej fantastyki naukowej, bo Polacy są genetycznie niezdolni. Dobrą fantastykę naukową pisze się tylko i wyłącznie na Zachodzie, a poza tym może jakiś jeden, dwóch coś pisze, ale w ogóle to zapomnijmy. „Gdybym ja pisał — wypowiada się przeciętny odbiorca — to by było znakomite, ale ja nie piszę”. W związku z tym ściągamy w dół. Czyli żaden polski autor nie może pisać nic dobrego. Przepraszam za tę skrótowość, którą w tej chwili reprezentuję, ale myślę, że już państwo się domyślacie, co mam na myśli.
Takie nawiązanie do dowcipu o tym, jak wygląda polskie piekło i to, że sami Polacy pilnują, że się ściągają do wnętrza kotła.
[01:09:10] - Dokładnie. Charakteryzowałeś to doskonale. Zawsze mieliśmy jako naród tendencję do tego, żeby się sami wpędzać w jakieś kompleksy. Naprawdę Lem to był Chińczykiem. Najwybitniejszy pisarz science fiction chyba na świecie, który istniał. Czy w tej chwili świętujący triumfy na całym świecie Sapkowski. Więc to są totalne bzdury. Po Polaków nie sięgają wydawnictwa zachodnie i to jest problem. Nie dlatego, że są źli, bo uważam, że takie książki chociażby jak Kosika czy Żywickiego, czy nawet nie chcę być podejrzewany o podlizywanie się, ale jestem podczas lektury pierwszej części „Wojny cieni” zachwycony, jak wspaniale jest zrobiona ta space opera. To jest książka, która zupełnie spokojnie by mogła stanąć gdzieś na półce na Zachodzie i myślę, że byłaby o wiele lepsza od wielu innych.
Nie wiem, może nie mamy siły przebicia. Może to jest tak, że z tymi wydawcami jak rozmawialiśmy, że te opowiadania nie, w ogóle Polacy. Też spotkałem się z tymi argumentami, że opowiadania to my tylko będziemy wydawać zachodnich znanych autorów. Więc może to też charakteryzuje właśnie takie podejście. Ale wracając do tego, o co pytałeś. Kontakt z czytelnikami, tak? Bo od tego wyszliśmy. Ja nie mam kontaktu z czytelnikami. Mam bardzo słaby kontakt z czytelnikami i jest to w dużej mierze moja wina, ponieważ nie jeżdżę na imprezy fandomowe, ale także myślę, że to też jest wina tego, że nie jestem wydawany przez duże wydawnictwa, tylko przez albo małe oficyny wydawnicze, albo po prostu przez takie jak teraz Wojtka, gdzie to jest takie wydawnictwo, które wiadomo, że to jest taki trzon fantastów, prawda? Jest ta impreza w Wadlewie.
Żałuję bardzo, że nie byłem w tym roku. I specyficzna grupa osób tutaj przyjeżdża. Natomiast nigdy nie byłem wydawany przez takie wydawnictwo, które by miało siłę przebicia gdzieś tam w Empiku, gdzieś tam na Pyrkonie i tak dalej. Więc nie byłem zapraszany na takie imprezy. Ostatnie duże imprezy, poza oczywiście Seven-Conem, to zaliczyłem lata temu Polcon w Katowicach. I Labrys w Krakowie oczywiście kilka razy, gdzie też miałem tam spotkania. To były jeszcze czasy Rockor Mazaron i Conrada. Także odpowiadając na twoje pytanie, nie mam kontaktu z czytelnikami za bardzo.
[01:12:14] - Wróćmy znowu na chwilę do poliamorii. Bardzo często czyta się w opisach, że to jest świat porównywalny, porównywany może bardziej ze „Star Trekiem”, z „Star Warsami”. Czy to są właściwe opisy? Czy to dobra charakterystyka?
[01:12:36] - Wiesz co, z braku innej analogii, może tak bym to powiedział. Myślę, że tak, ponieważ akurat ta cała saga „Star Wars” i „Star Trek” i seriale to są rzeczy kultowe dla mnie, które oglądałem od dziecka i oglądam niezależnie od tego, czy są dobre, czy złe. Ja zawsze staram się pisać w taki sposób, żeby przemycić czy też pokazać część swojej własnej, oryginalnej wyobraźni. Komuś się to może podobać, komuś nie, ale tak sobie to wyobrażam i tak staram się pisać. Jakaś tam analogia pewnie jest.
[01:13:28] - Nie może być rozmowy z pisarzem bez pytania o jego plany. Wiem, że w trakcie naszej rozmowy pojawiły się pewne sygnały na ten temat, ale myślę, że teraz jest dobry moment, żeby o tych planach powiedzieć. Oczywiście nie oczekuję, że to będą jakieś szczegółowe tytuły, ilości stron tudzież całe sagi wymienione. Niemniej jednak każdy pisarz w głowie nosi przynajmniej kilka powieści, które ma zamiar napisać. To właśnie jest ten moment, kiedy mógłbyś się ze słuchaczami „Book Radia” tymi pomysłami, tymi ideami podzielić.
[01:14:10] - Oczywiście mogę się podzielić, tym bardziej, że w tej chwili kończę powieść ze świata CWM. Jest to powieść, która jest na kanwie jedynego nieopublikowanego w tym zbiorze „Dzieci swojego sortu” opowiadania „Ich cyberbarokowy sen”, a powieść będzie „Nasz cyberbarokowy sen”. Jest to powieść, która w jakiś sposób podsumowuje ten cały świat „Czytającego w myślach” i przemyca troszkę moich, nazwijmy to duchowo-filozoficzno-egzystencjalnych, a więc takich, w których ostatnio jestem zanurzony. Mam tutaj na myśli to, co ogólnie jest nazywane new age, czy też samorozwój, samoświadomość i tak dalej. Osho. Tak żeby nie zdradzając zbyt wiele, to będzie niedługa powieść, bo będzie wielkości arkusza wydawniczego. Nie wiem, czy więcej zrobię. Nie jestem zwolennikiem tłuczenia powieści grubaśnych, jeżeli nie mam nic do powiedzenia. Zawsze uważam, że trzeba pisać tak na tyle, na ile ma się do powiedzenia. Najlepszym przykładem jest znakomita gnoza Michała Sznajderowskiego, gdzie książka ma 200 stron i proszę, jaka znakomita.
Pierwsze 50 to jest taki łomot cyberpunkowy, że naprawdę chapeau bas. I to jest pierwszy plan i myślę, że Wojtek, bo jemu zaproponuję, dostanie już za dwa miesiące. Myślę, że gdyby nie konieczność pracy w celu zarabiania pieniędzy, bo wszyscy pisarze zarabiają pieniądze w zupełnie inny sposób, albo większość w każdym razie u nas w kraju, to ja już bym był gotowy z tą powieścią. Myślę, że jeszcze mi tam wyjdzie, tak sobie daję dwa miesiące. Następnie mam rozgrzebane piątą część poliamorii. To będą „Wszystkie kobiety wszechświata”. To bym chciał takie podsumowanie tej całej sagi zrobić. Mam też taki projekt pozafantastyczny, który jest wypadkową tego zbioru opowiadań, o którym ci przed chwilą mówiłem, który teraz leży u wydawców, czyli taką powieść obyczajową. I z fantastyki cały czas gdzieś tam z tyłu głowy mam taki wyrzut sumienia, że nie dokończyłem całej historii „Rockor Mazaron”. Namawiał mnie na to Wojtek Sadejko, żebyśmy zrobili wznowienie „Rockor Mazaron I”.
Tym bardziej że ja właśnie miałem pomysł na kontynuację tego świata fantasy. Tak sobie myślę, czy czasem do tego bym też nie wrócił. Także widzisz, planów jest całkiem sporo, a ile się uda z tego zrealizować, to zobaczymy.
[01:17:22] - Wiesz co, nie mogę nie zadać również pytania o to, jak ty się w tej chwili, w tym świecie, który przed chwilą scharakteryzowaliśmy, świecie, w którym czytelnicy podchodzą do polskich pisarzy, szukam słowa, delikatnie z dystansem. W świecie, w którym jednak ten odbiór jest ograniczony, jak często jesteś pisarzem zniechęconym?
[01:17:52] - Oj, zbyt często. I pewnie dlatego miałem długie przerwy, bo miałem takie przerwy, które trwały latami nawet. Teraz żałuję tego, bo w tej chwili zupełnie inaczej do tego podchodzę. Nie ukrywam, że to, że jestem u Wojtka akurat w tej chwili i jest gdzie wydawać, to jest to jednak dla pisarza jakaś motywacja, prawda? Natomiast generalnie z wiekiem zmienił mi się ogląd tego, czym jest literatura, po co się pisze, dlaczego się pisze. Teraz wiem, że nic na siłę. I nagle wiesz- Okazało się, że kiedy naprawdę sobie uzmysłowiłem i to na siłę, to nagle zachciało mi się wszystkiego. To takie wspaniałe zjawisko nastąpiło. Także zniechęcenie jest. Przede wszystkim tak, jak w tej sytuacji, o której ci wspominałem.
Akurat może ona nie dotyczy fantastyki, ale naprawdę niezłych zbiorów opowiadań wielu wydawców. Jest zbiór opowiadań o samotnych mężczyznach i zauważyłem, że siedzą w tych wydawnictwach różne młode, dla mnie młode panie redaktorki feminizujące. Miałem takie dyskusje i nagle okazuje się, że mężczyźni nie mają prawa mieć takich uczuć na przykład, czy też być rozbitymi w relacjach z kobietami. Że to nie może być tak, że w relacji to kobieta może być ta mocniejsza, która zadaje głębsze rany. Jest i zniechęcenie, i zarazem zapał do pisania. Więc i to, i to.
[01:19:46] - Piotrze, ja zawsze, może nie zawsze, wycofuję to słowo, ale staram się bardzo często w rozmowach z pisarzami troszeczkę wyciągnąć z ich warsztatu. Gdybyś miał udzielić kilku rad ludziom początkującym, którzy nie mają twojego doświadczenia, dopiero zaczynają swoją pisarską drogę, to jakie to byłyby rady?
[01:20:10] - Pierwszą podstawową radę i chyba jedyną, którą bym dał, to bardzo mocno przemyśleć debiut. I nawet jeżeli napiszesz książkę, młoda autorko czy młody autorze i będziesz nią zachwycony, zachwycona, to odłóż sobie ją na pół roku do szuflady. Zajmij się czymś innym albo pisz coś innego. Wróć do niej i zobacz, czy dalej będziesz nią zachwycony. To jest chyba podstawowa rada. Przemyśleć debiut bardzo starannie, korzystać z wszelkich możliwości, z pomocy profesjonalnych redaktorów i tak dalej. To jest pierwsza sprawa. Druga sprawa pisać, pisać, jeszcze raz pisać. Im więcej piszesz, tym lepiej piszesz. Taka jest zasada.
Chociaż nie wiem, czy są tacy ludzie, którzy mają aż taki talent, żeby nie pisząc, siadali i pisali jakieś rewelacyjne rzeczy. Może. Ale wydaje mi się, że to jest tak, jak ze wszystkim. Trening czyni mistrza. Im więcej piszesz, tym lepiej piszesz po prostu.
[01:21:23] - Teraz zapytam o sprawę drażliwą. Sam nie wiem, czy drażliwą, ale taką, która przynajmniej niektórych wprowadza w rozdrażnienie. Sprawa redaktorów. Powiedziałeś o redaktorach. W związku z tym, jaką rolę w twojej twórczości, w twojej drodze pisarskiej odegrali redaktorzy? Siłą rzeczy musiałeś się stykać z redaktorem Maćkiem Parowskim, a z kilkoma innymi redaktorami również, bo bardzo często wielu młodych pisarzy traktuje redaktora jak wroga. W moim pytaniu oczywiście jest teza, bo ja traktuję redaktora jako przyjaciela i to chyba takiego najlepszego, ale mnie nie interesuje moje własne zdanie, tylko twoje. Jak ty odbierasz redaktorów?
[01:22:10] - Ja dokładnie odbieram tak samo jak ty. Uważam, że redaktor, a już szczególnie taki redaktor, który czuje to, co piszesz, to co autor pisze, czuje pisarza, to jest po prostu skarb. To jest taki, jak sam dobrze powiedziałeś, najlepszy przyjaciel pisarza na pewnym etapie.
[01:22:27] - Nawet jak ci kreśli twoje ciężko napisane zdania?
[01:22:33] - Nawet jak kreśli ciężko. Już dawno przeszedłem etap wściekania się na redaktorów o te wykreślone zdania. Ja raz miałem i to właśnie z samym Maćkiem Parowskim, taką ostrą sprzeczkę dotyczącą właśnie tego opowiadania „Ich superbarokowy sen”. Ale to wynikało z czegoś zupełnie innego, że Maciek przez roztargnienie puścił nie tą wersję co trzeba było. A ja z kolei przez swoje roztargnienie, przez swoje zmiany koncepcji chyba mu posłałem trzy wersje. No i na tym poległa sprawa. Ale to był jedyny mój konflikt z redaktorem. A poza tym z Maćkiem żyłem w jak najlepszej przyjaźni i ze wszystkimi redaktorami, z którymi się stykam. Także polecam również młodym autorom żyć w przyjaźni z redaktorami. Można się czegoś nauczyć.
Naprawdę.
[01:23:32] - Piotrze, teraz stali słuchacze „Bibliotekarium 2.0” sięgają po pudła z popcornem, ponieważ za chwilę padnie pytanie. Ja żartuję, że wszyscy autorzy mnie za to pytanie nienawidzą, chociaż ono jest bardzo proste. No i oczywiście je zadam. Gdybyś miał napisać blurb do swojego cyklu poliamorycznego, to co w tym blurbie zawarłbyś? Trzeba skondensować, a z drugiej strony trzeba dzięki tej kondensacji zachęcić. Stawiam przed tobą to trudne zadanie.
[01:24:09] - Trzeba poliamorię traktować z przymrużeniem oka. Mówimy oczywiście o tym cyklu całym, ale z drugiej strony też stawiam taką tezę śmiałą, że tego typu związki mogą być ciekawe i mogą być wartościowe. Tyle że wydaje mi się po takim głębszym wniknięciu w temat, że trzeba mieć do tego jakieś predyspozycje psychiczne, emocjonalne i tak dalej, bo ktoś, kto jest wychowany w kulturze monogamicznej po prostu tego nie ogarnie. Na dłuższą metę. Ale są to rzeczy bardzo ciekawe i jeżeli się wzniesiemy, a jako fantaści powinniśmy przecież ponad pewne schematy, to zobaczymy także piękno takiego układu, kiedy mamy układ złożony z kilku kochających się osób. Szczerze pomiędzy sobą. To jest pierwsza sprawa. Druga sprawa to oczywiście taka hipoteza, że to z obcymi. Jacy ci obcy? Tutaj miałem też taką dyskusję z Michałem Czerniawskim, kiedy on zakwestionował, że ci obcy są tacy jak w Star Treku, czyli tacy z podeklejanymi nosami czy uszami, czyli ludzie.
Ja mówię: „Ale wiesz, przecież nie na wszystkich planetach muszą być jakieś zupełnie nam nieznane istoty. Może być tak, że są planety, na których akurat są humanoidzi”. Wydaje mi się, że wyjście od tej tezy uwiarygodniło całą tą poliamorię z obcymi, bo trudno sobie wyobrazić, znaczy można sobie to wyobrazić, ale to już będzie jakiś pastisz z innymi kształtami obcych, prawda? Dlatego ci obcy, z którymi ta poliamoria się tutaj dzieje w całym cyklu, są w mniejszym lub większym stopniu podobni do ludzi. Przede wszystkim też taki cel mi przyświecał, żeby troszeczkę poprzez pryzmat poliamorii pokazać czy zawalczyć troszeczkę z homofobią, ksenofobią, w ogóle z wszelkimi fobiami na temat inności, obcości. My z góry zakładamy i właściwie większość pisarzy science fiction zakłada, że ci obcy będą źli i że będą nam chcieli zrobić jakąś krzywdę, że będą chcieli nas najechać albo że w ogóle trzeba się ich bać, wystrzegać i tak dalej. Ale ja się pytam, dlaczego właściwie wychodzimy z takiego założenia? Co nam to mówi, że akurat tak będzie? Może akurat wcale tak nie będzie. Może to są też jakieś istoty, które tak samo odczuwają czy w bardzo podobny sposób potrzebują tego, co nazywamy miłością.
Ponieważ ja uważam, że miłość jest wartością uniwersalną i to wykraczającą daleko poza Ziemię. Może tego typu hipotezy. Właściwie na tym mógłbym to zakończyć.
[01:27:22] - Piotrze, taką stawiam tezę, że może to, iż tak często pojawiają się w literaturze, w filmach obcy, którzy chcą nas, cudzysłów, zjeść, a jeśli nie zjeść, to przynmniej zamordować, mówi więcej o nas samych niż o tych obcych.
[01:27:42] - Oczywiście, że tak. To jest emanacja myśli naszych.
[01:27:47] - Piotrze, pięknie ci dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Polecam się oczywiście na przyszłość.
[01:27:52] - Ja również dziękuję bardzo.
[01:27:54] - I cóż, proszę państwa, cykl „Poliamoria” wydany przez Stalker Books liczy w tej chwili cztery tomy, o których mówiłem państwu w poprzednim odcinku „Bibliotekarium 2.0”. Piąty tom, jak zapewnia autor, jest w pisaniu albo się pisze. Oba te zwroty zawsze bardzo mnie bawią, nieodmiennie, ale świadczą zdecydowanie o tym, że coś się dzieje. Czekajcie państwo na tom piąty, a cztery tomy dostępne są w Stalker Books. Jeszcze raz, Piotrze, pięknie dziękuję za rozmowę.
[01:28:29] - Ja również dziękuję. Pozdrawiam serdecznie.
[01:28:32] - To była rozmowa z Piotrem Witoldem Lechem. Cóż, ja już dzisiaj zapraszam państwa na spotkanie z prozą Piotra Witolda Lecha za tydzień. Za tydzień zaprezentujemy tekst „Cieć swojego software’u”. To będzie spotkanie ponaddwugodzinne z prozą Piotra Witolda Lecha. Przygotujcie się zatem państwo. Jeszcze go słuchać. Zatem rozrywka zapewniona. To za tydzień. A teraz „Filmotekarium”, proszę państwa. Ono będzie troszeczkę inne niż zwykle.
To znaczy wspólnie z Piotrem będziemy się trochę znęcać nad filmami, ale to będzie takie znęcanie, jak to państwu powiedzieć? Specjalnie wybraliśmy filmy, nad którymi możemy się poznęcać bez specjalnych wyrzutów sumienia. A szczegóły za chwilę. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:29:35] - Dzień dobry wieczór, Marku. Jak tam wakacje? Ciepełko?
[01:29:40] - Ciepełko, dużo pracy. I dzisiejszy odcinek. Wiesz co? Kiedy zrobiliśmy taką miniankietkę, o której za chwilę powiesz, to wydawało mi się, że będzie śmiesznie dzisiaj. Tak do końca śmiesznie i będziemy się nabijać. Tymczasem z tej ankietki wyszło to, co wyszło i zrobi nam się odcinek jak najbardziej dyskusyjny, filmowy, bo rzecz okazała się wcale nie taka prosta, jak się wydawało na początku.
[01:30:12] - Tak, ponieważ w internecie popularnością cieszą się materiały o filmach albo książkach mających opinie złych lub bardzo złych, postanowiliśmy coś takiego nagrać w odniesieniu do science fiction rodem z PRL-u. Ponieważ nasze wybory mogłyby być niemiarodajne, poprosiliśmy grupę naszych ankietowanych, takich jak w Familiadzie, aby nam przedstawili swoje wybory. Ponieważ zakres wyboru był dość ograniczony, odpowiedzi powtarzały się. Na tej podstawie stworzyliśmy naszą listę. ... taką finalną czwóreczkę i jakoś to skomentować. Natomiast ja zdecydowałem się, Marku, na to, żeby zaproponować, aby w tytule dzisiejszej audycji, czyli „Najgorsze polskie filmy science fiction z okresu PRL-u" postawić na końcu znak zapytania.
[01:31:04] - I ja się zdecydowanie z tym zgadzam, ponieważ lista czterech filmów, które ostatecznie znalazły się w dzisiejszej audycji, wyraźnie się rozpada na dwie równe części.
[01:31:18] - Ogólnie dyskusja o science fiction w PRL-u, tym kinowym, wśród osób, które nie są ani jednym, ani drugim zainteresowane, może wywołać konsternację, bo polskie science fiction dla niektórych brzmi jak kuriozum, natomiast science fiction z PRL-u to jakieś już podwójne kuriozum. Niemniej jednak produkcje tego typu się pojawiały i było ich całkiem dużo, jak na nasze warunki. Nie był to może jakiś straszny wysyp i nawał, ale jednak z fantastyką naukową eksperymentowano na srebrnym ekranie. Rezultaty były bardzo różne. W konfrontacji z kinem zachodnim, głównie amerykańskim, nasi filmowcy nie mieli zbyt wielkich szans. Toteż może unikali tego gatunku, który był przede wszystkim kosztowny, ale i trudny, bo łatwo się było narazić na nieprzychylne opinie. Pomimo to pojawiło się całkiem sporo dobrych sci-fi, o których kiedyś wam powiemy. Przy czym słowo „fajny" lub „dobry" wynika niekiedy bardziej z sentymentu, Marku, czy dobrej obsady aktorskiej, aniżeli na przykład widowiskowości. Co jeszcze możemy powiedzieć o tym PRL-owskim science fiction kinowym? Czy ono w twojej duszy jakoś głęboko siedzi?
[01:32:36] - Mówiąc szczerze nie za bardzo. Lata 80. to były filmy Szulkina. One były takie szare, bure i ponure, chociaż rzeczywiście zawierały spory ładunek intelektualny i takiego niewesołego przesłania. Ale kto ciekawy, to proszę sobie filmy typu „Obi, oba" zobaczyć. Jeszcze jest kilka innych tytułów. W każdym razie taką perełką była „Seksmisja", którą do dzisiaj lubię cytować, ale to właśnie pogranicze filmu sci-fi i komedii, więc trudno się dziwić. A historia kina sci-fi w PRL-u... powiedziałbym, że to jest lista mniej lub bardziej udanych eksperymentów, o których częściowo dzisiaj będziemy mówić. Także może zacznijmy.
Nie wiem, od którego filmu właściwie zaczniemy.
[01:33:43] - Nim przejdziemy do finałowej trójki, tak można powiedzieć, to miejsce spoza podium: „Milcząca gwiazda". Film ten kilkakrotnie pojawiał się wśród typowań naszych ankietowanych, ale po pierwsze nie jest to film do końca polski. Jest to koprodukcja z udziałem polskich aktorów.
[01:34:04] - Niewielu zresztą.
[01:34:06] - Tak, niewielu i na przykład w porównaniu do innego filmu, o którym dzisiaj będziemy mówić, tam już wielu polskich wątków nie znajdziemy. To była koprodukcja polsko-NRD-owska i pod względem realizacji, pod względem czysto technicznym ona tak naprawdę biła na głowę produkcje z dekad późniejszych. „Milcząca gwiazda" to film autorstwa Kurta Maetziga z obsadą międzynarodową. Z polskiej strony wystąpili tam między innymi Ignacy Machowski i Lucyna Winnicka. To są tacy aktorzy, którzy są dobrze znani widzą stawki „Większej niż życie" na przykład, natomiast młodszym pokoleniom już chyba nie za bardzo. Natomiast to są postaci bardzo charakterystyczne. Także jak nie wiecie, kim jest Ignacy Machowski, jeżeli poszukacie sobie na Wikipedii zdjęcia, a jesteście fanami polskiego kina, to od razu skojarzycie. Natomiast tam też jest tak, Marku, że w tej wersji polskiej dubbingowej rozpoznajemy kilka głosów i na przykład twórca bomby atomowej mówi takim swojskim głosem Władka Kargula. Cóż jeszcze można powiedzieć? Film jest adaptacją dzieła Lema, opowiada o międzynarodowej wyprawie na Wenus.
Mówiąc ściśle, jest to wyprawa pod kierownictwem astronautów z krajów demokracji ludowej i krajów niezaangażowanych. Celem jest ustalenie pewnej naukowej zagadki. I to się w ogóle wszystko fajnie zaczyna, bo dowiadujemy się, tak jakby w ramach paradokumentu czy też reportażu, że na pustyni Gobi znaleziono jakiś zagadkowy cylinder, w nim rodzaj przekazu dla Ziemi, który był jednak zniekształcony. To wszystko potem powiązano z wybuchem tunguskim, którego w tym roku przypadła 115. rocznica. Związek Radziecki przekazuje badaczom statek Kosmokrator i po dopięciu rzeczy na ostatni guzik załoga wyrusza w pełną niebezpieczeństw misję na Wenus, która jak się okazuje planowała wobec błękitnej planety coś bardzo brzydkiego.
[01:36:17] - No tak, a w dodatku jeszcze oczywiście Amerykanie muszą się okazać paskudni, bo oni się na współpracę nie zgadzają, tylko jeden prawy obywatel z tamtego kraju okazał się lepszy. I tak dalej. Proszę państwa, ten oficjalny debiut Lema, czyli „Astronauci", bo był też nieoficjalny, gazetowy „Człowiek z Marsa", ale ten oficjalny książkowy debiut Lema- On się trochę różni od filmu "Milcząca gwiazda", a nawet trochę bardzo, nawet w wymowie, bo my na koniec "Milczącej gwiazdy" dostajemy takie przesłanie. To jest chyba to, co mnie najbardziej w tym filmie drażni, takie nadęte, że trzeba w pokoju żyć i że w ogóle ten pokój nas doprowadzi do czegoś, a wojna i spory absolutnie nie. To ja tylko przypomnę, żeby tego dziegciu do beczki miodu dodać, bo w sumie chyba będziemy chwalić jednak ten film, a nie go mocno krytykować, chociaż trochę pokrytykujemy. W oryginale znajdziecie Państwo, dlatego pewno Lem się nie zgadzał przez tak długi czas na ponowne publikacje "Astronautów", że Lem upatrywał tego, że Wenus miała w stosunku do Ziemi złe plany, bo tam panował na Wenus kapitalizm i ten kapitalizm zawsze prowadzi do rzeczy złych, paskudnych i takich, które muszą w rezultacie doprowadzić do zagłady. I doprowadziło to coś do zagłady. W filmie jest to trochę złagodzone. Film pochodzi z 1959 roku. Znajdziecie państwo też wersję z 1960, a to dlatego, że pojawiła się wersja eksportowa na rynek anglosaski.
"Pierwszy statek rakietowy na Wenus" to się chyba tak nazywało w tłumaczeniu. On jest inaczej, jest przemontowany, troszeczkę inaczej wygląda. Zresztą ten film ma to do siebie, że różnice w różnych wersjach są rzędu ponad 10 minut. Jest tam sporo materiału wyciętego, dodanego czy jak będziemy na to patrzeć. W każdym razie, kiedy już docierają nasi ludzie na Wenus, to tam dzieją się rzeczy dziwne. Nie będę państwu tego opowiadał. W każdym razie odkrywają to, że obywatele Wenus, mieszkańcy Wenus chcieli Ziemię zniszczyć, ale im coś nie poszło i w rezultacie dokonała się samozagłada. To tak w skrócie. Cóż mam do powiedzenia? Ten film, tak jak powiedziałem, ma swoje zalety.
Ja go obejrzałem niedawno, po długim czasie i myślałem, że on jest filmem kompletnie złym. Natomiast po latach, kiedy go zacząłem oglądać, to troszeczkę zmieniłem to, jak go zapamiętałem gdzieś z odległych czasów. Natomiast moim zdaniem ma pewną skazę. Mnie na przykład kompletnie nie interesują losy bohaterów. Oni są jacyś tacy, snują się po tym ekranie, wygłaszają pewne nadęte kwestie, jak to powinno być wspaniale, jak to powinno być dobrze, jak się powinniśmy zachowywać. I to są takie momenty, w których ja odpadałem od tego filmu. Ale z drugiej strony, żeby być zupełnie uczciwym człowiekiem, to filmy, które w tamtym czasie powstawały zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie, były na ogół gorsze. I muszę to powiedzieć. Zdarzały się filmy zdecydowanie gorsze. Ktoś powie tak: "Ale w 1967 roku nakręcono Star Treka".
No tak, ale w 1967, a film, tak jak powiedziałem, z 1959 roku. W związku z tym trzeba na niego patrzeć troszeczkę, nie można tego oderwać, nie można patrzeć dzisiejszymi oczyma na to, co się wydarzyło naprawdę ponad 60 lat temu. W związku z tym inaczej na ten film zacząłem patrzeć. On pod względem techniki filmowej ówczesnej, proszę państwa, zobaczcie sobie na filmy amerykańskie, sci-fi amerykańskie z tamtego czasu, to nie jest źle, myślę. Natomiast ta dosyć namolna maniera wygłaszania kwestii na tym filmie jest trochę uciążliwa i tak jak powiedziałem, mnie na przykład zupełnie odstręczała. Ja się nie mogłem zidentyfikować z losami bohaterów, ponieważ taka nierzeczywistość następowała, ponieważ oni nie byli, oni nie istnieli.
[01:41:32] - Tacy przodownicy pracy kosmicznej to byli.
[01:41:35] - Dokładnie.
[01:41:39] - Co denerwowało w tym filmie naszych ankietowanych? Myślę, że przede wszystkim fakt, że on miał takie socrealistyczne zadęcie, o którym zresztą przed chwilą dobrze powiedziałeś, dobrze je scharakteryzowałeś. To jest też widoczne w innych produkcjach z tamtego okresu, nie tylko polskich. Czyli jeżeli chodzi o rzeczywistość przedstawioną, to ona jest przedstawiona w formie bardzo oszczędnej, bardzo technicznej. Tam nie ma pierniczenia o byle czym. Tam są specjaliści, którzy lecą w kosmos, mierzą się z problemami, które napotykają, jakimiś anomaliami w sposób typowy dla specjalistów, w sposób bohaterski albo tragiczny. Co muszę powiedzieć, jest to pomimo wszystko film widowiskowy. Tam mamy do czynienia z dużą ilością specyficznych, ale jednak efektów specjalnych i one są w jakiś sposób urzekające, bym powiedział. Co może odstraszać dzisiejszego widza od "Milczącej gwiazdy" prócz tego zadęcia socrealistycznego? Dialogi na pewno i fakt, że ten film jest dubbingowany.
Dubbingowany jest w taki sposób, że niekiedy wygląda to nienaturalnie. Te dwie postaci, które mówią po polsku, sprawiają wrażenie, że zachowują się normalnie. Natomiast te inne osoby mówią w swoich rodzimych językach i to po prostu widać. Film ten coś jednak ma w sobie. Przede wszystkim jest dobrze wykonany. Jest to chyba spuścizna po kinie niemieckim, które stało na bardzo wysokim poziomie i on się nie zestarzał w brzydki sposób, muszę powiedzieć.
[01:43:31] - Tak, to prawda. Szaflarska, znaczy Azjatka mówiąca głosem Szaflarskiej na przykład, nie raziła mnie zupełnie. Inne postacie owszem, tak. I to jest bardzo cenne, co powiedziałeś przed chwilą, że on się zestarzał, ten film, ale nie zestarzał się źle. Moim zdaniem kilka innych filmów, nawet z Zachodu, zestarzało się w znacznie gorszym stylu. Tymczasem to się jakoś trzyma. To nie jest arcydzieło, od razu się umówmy, ale ja sam byłem zaskoczony, że to nie jest taki zły film jak przez wiele lat ostatnio myślałem. A mówię: wrażenia są świeże, bo obejrzenie tego filmu zaledwie kilka dni temu zrobiłem i to nie jest takie złe, jak przez wiele lat myślałem. To się powtarzam. No cóż, proszę państwa, ten film ludzie zainteresowani fantastyką naukową myślę, że powinni obejrzeć po prostu.
Ja nie gwarantuję, że będziecie państwo zachwyceni jak przy nowoczesnych superprodukcjach. Niemniej jednak będziecie państwo, myślę, zaskoczeni, jak to jest w gruncie rzeczy w sumie niezły film. Przy wszystkich wadach, które wymieniliśmy z Piotrem.
[01:44:59] - W porównaniu do niektórych obrazów science fiction, które omawialiśmy w ostatnich miesiącach, "Deus", "Czarny krab", to ten film ma po prostu sens. O tym trzeba pamiętać. A o tym, że odniósł sukces, to niech świadczy to, że był dystrybuowany w Ameryce. Nawet z tego, co czytałem, takie ciekawostki tutaj się pojawiają, że dorobiono do niego zupełnie inną linię tłumaczeniową. Także on funkcjonował w różnych wersjach. To też było ciekawe.
[01:45:32] - Tak, stąd te różnice długości sięgające naprawdę kilkunastu minut.
[01:45:38] - Ale przejdźmy do już tych filmów znacznie gorszych. Znacznie gorszych, ale też nie do końca paskudnych. "Test pilota Pirxa", Marku. Dzieło Marka Piestraka z roku 1978. I kiedy oglądacie dla porównania "Milczącą gwiazdę", to zszokuje was to, jaki regres nastąpił. Jest to film, który też powstał w koprodukcji, jednakże tutaj widzimy więcej aktorów polskich, choć główna rola przypada radzieckiemu artyście Siergiejowi Dniesnickiemu. Muszę ci powiedzieć, że on się dobrze w tym filmie odnajduje. Jeżeliby powstała jakaś seria rodem ze "Star Treka" z udziałem pilota Pirxa, to ja bym go tam chętnie zobaczył. Naprawdę się fajnie faceta ogląda, tym bardziej, że to taki przyjemny cwaniaczek. Zresztą to jest dzieło pełne paradoksów, jak to u Marka Piestraka.
Powstało na podstawie świetnego materiału Lema. Scenariusz jest ciekawy, wyprzedzając o wiele lat pytanie o androidy i sztuczną inteligencję, które przecież widzieliśmy w hitach science fiction. Natomiast jest straszny problem z wykonaniem i to jest ogromny problem. Jeżeli ktoś dzisiaj włączy "Test pilota Pirxa" bez przygotowania historycznego, bez świadomości, czym ten film jest i jak powstał, to się wystraszy już w pierwszej scenie i wyłączy tak naprawdę. Te, Marku, głowy gumowe i te worki foliowe nie robią temu filmowi na samym początku najlepiej. Może czasami Marek Piestrak powinien sobie wziąć do serca taką zasadę, o której niejednokrotnie mówiliśmy, że czasem lepiej czegoś nie pokazać niż pokazać w pełni. Tym bardziej, jeżeli się nie ma pieniędzy i pomysłu. Potem niestety nie jest lepiej. Udawanie Ameryki w latach średniego PRL-u wychodzi bardzo średnio, jeśli nie fatalnie. Podobnie jak te próby dodania szczypty sensacji do filmu, który koniec końców ratuje fabuła.
Po scenie, w której główny bohater idzie do McDonalda i wypija piwo, powoli szykujemy się do lotu w kosmos, gdzie tego niezłomnego i uczciwego pilota czeka nie lada zadanie.
[01:48:04] - Tak jak powiedziałeś, film na dobrym materiale. Znowu film lemowski. Opowiadanie trochę wprowadza czytelnika w błąd, bo tu mamy tytuł filmu "Test pilota Pirxa". Jest opowiadanie z serii o Pirxie, które nosi tytuł "Test", ale to nie jest to opowiadanie. Opowiadaniem bazowym dla filmu jest opowiadanie "Rozprawa" albo "Proces". Już teraz zacząłem głowić i drapać w głowę, które. "Rozprawa" chyba. A może "Proces"? Nie pamiętam. Wybaczcie państwo, czasami skleroza dopada w najmniej odpowiednim momencie.
W każdym razie to inne opowiadanie. I tak jak Piotr powiedział, z wykonaniem tu jest ogromny problem. Zarówno z wykonaniem na ziemi, bo wiecie państwo, PRL miał to do siebie, że był z paździerza i był wykonany z materiałów mało eleganckich, a jak miał udawać Zachód- To wychodziło słabo i to widać w filmie, że to wychodzi słabo, nawet bardzo słabo. Co więcej, kiedy już zobaczyłem, że w tej dalekiej przyszłości, kiedy latamy w kosmos i to odległy kosmos, w obrębie Układu Słonecznego przynajmniej odległy, i tam w dalszym ciągu latają ruskie śmigłowce Mi i to z tych starszych wersji, to się lekko podłamałem. I to podłamałem się wtedy, kiedy widziałem ten film po raz pierwszy, a to była druga połowa lat 70. Co więcej, tak jak Piotr powiedział, kiedy ruszamy w kosmos, to też bywa niefajnie. To znaczy w tej opowieści nie ma właściwie kiksów, nie ma takich dłużyzny, mielizn. Czasami dialogi są trochę... Można by nad dialogami popracować, ale one mają udawać taki trochę żargon parawojskowy. To ma być takie skrótowe, to ma być takie zimne, chłodne czy jakkolwiek to inaczej nazwiemy.
W związku z tym dałoby się to jeszcze usprawiedliwić. Czyli fabuła okej, te dialogi do poprawy może. Nie wiem, nie znam się. Natomiast efekty specjalne i tu głos zawiesiłem, bo ja nawet nie wiem, czy one są specjalne. To, co obserwujemy na ekranie, jeszcze jak jesteśmy w tej tak zwanej sterowni, tam widzimy ekrany, jakiś kosmos. Jeszcze jak zmrużymy oczy, to jeszcze jest w miarę. Ale jak już później obserwujemy startujące sondy gdzieś tam w pobliżu Saturna, widzimy jakieś inne operacje w kosmosie, to to słabo wygląda, proszę państwa, słabo. Te płomienie odrzutów, które jednak widać, że są kręcone na Ziemi i grawitacja im dobrze nie robi. I w ogóle te wszystkie efekty specjalne ja odnoszę wrażenie, że bardzo źle robią temu filmowi i film, który tak naprawdę zrobiony jest na dobrym lemowskim materiale. Jest też ten scenariusz, nie jest do końca zły, ale proszę państwa, to wszystko, co jest nakręcone kamerą, co widzi kamera, to zupełnie nie przystaje do tej opowieści.
I jeszcze jedna ostatnia na koniec taka moja uwaga, przynajmniej w tym wejściu. Wiecie państwo, obserwuję pewną niemożność kręcenia dynamicznych scen, kiedy załoga startuje, bo tu mamy też taki motyw, że oni wchodzą do pewnego pomieszczenia i się nic nie dzieje. Oni siedzą, a później wstają, bo ta rakieta startowała i nie mamy z racji oszczędności żadnych wizjerów, nic nie widać na zewnątrz, więc oni siedzą bez ruchu. Ja podobnie, w sumie nieudaną scenę widziałem w takim koreańskim filmie, serialu właściwie o Księżycu, który kiedyś, dawno, dawno temu z Piotrem omawialiśmy w „Filmotekarium”. Tam też weszli do pomieszczenia, siedzieli, siedzieli, siedzieli, coś pogadali, wstali i wyszli. Nic się nie działo. Nie dało się tego dynamicznie przedstawić, bo nie dało się znowu w ramach oszczędności pokazać jakichś iluminatorów, jakiejś przestrzeni. W związku z tym to wszystko było tak statyczne, że zęby bolały. Ale już się zamykam. Teraz ty, Piotrze.
[01:52:44] - Co tu jeszcze można dodać, oprócz tego, że ten statek, którym się Pirx porusza, przypomina jakiś gaźnik od komarka? Na pewno to jest jakaś część motoryzacyjna. To jest z tego zrobione. Dodajmy jeszcze co? W ogóle mam takie wrażenie, że kiedy właśnie w PRL-u chciano pokazywać albo imitować Zachód, to ograniczano się albo do takich paździerzowych scen, które przypominały taki serial z Karolem Strasburgerem „Życie na gorąco”, albo pokazywano-
[01:53:17] - Nie, Piotrze, nie Strasburgerem, tylko Teleszyński grał tam.
[01:53:21] - O Boże, to jeszcze większy hardcore. W każdym razie robiono też czasami tak, że pokazywano sceny zza granicy i to już widz miał się, tak brzydko mówiąc, nachapać tych obrazów z Ameryki, że miał już dość i wierzył, że to już jest naprawdę ta rzeczywistość. Tutaj też jest tak, że on sobie najpierw podróżuje gdzieś po Bułgarii, co jest widać, a potem nagle przenosi się na Zachód. Mamy chwilowy pokaz jego wielkomiejskiego życia, a potem facet leci w kosmos. Pomimo wszystko to nie jest film scenariuszowo zły. Mówiliśmy to już parę razy, ale te efekty specjalne i troski, o Matko Boska! Muszę wam powiedzieć, że jeżeli nie widzieliście, a lubicie takie katusze filmowe, to zobaczcie. Zobaczcie, bo Marek Piestrak też był z tego znany i bardzo się zresztą denerwował, kiedy mu wytykano, że efekty w jego filmach to coś, z czego pozostanie znany prawdopodobnie już do końca w polskiej kinematografii. Ale jest jeszcze coś, Marku, w tym związane z testem pilota Pirxa. Dlatego, że krąży taka legenda miejska mówiąca, że on na festiwalu w Trieście, na festiwalu filmów science fiction pokonał, uwaga, „Ósmego pasażera Nostromo”.
I okazuje się, że to jest legenda miejska, ale to nie jest ponoć prawda.
[01:54:50] - Też na nią trafiłem. Nie potrafiłem tego zweryfikować. Ale jeszcze jedną rzecz mam taką ciekawostkową. Zaraz wrócę do tego, o czym mówiłeś. Wiecie państwo, jak ten Zachód kręcono na przykład w „Życiu na gorąco”? Znajdowano w Warszawie jakąś ścianę w miarę taką bez okien. Naklejano tam na przykład jakiś plakat, jakieś coś, nie wiem, jak to produkowano, z Martini albo z jakimiś papierosami. I ta ściana już udawała zachodnią ścianę, bo przecież na Zachodzie nic innego nie robią, tylko wszędzie te reklamy rozklejają. No to już mieliście państwo Zachód. Jak dzisiaj się ogląda "Życie na gorąco", a właśnie też "Test pilota Pirxa", to widać, jak wtedy wyobrażano sobie Zachód.
Jak sobie wyobrażano, że polskie warszawskie wieżowce mogą udawać ONZ. Jak te wnętrza z tymi telefonami. Proszę państwa, obejrzyjcie to, bo od tej strony wizualnej to jest film tak uroczo przegięty. Ale ważne, żeby państwu to przegięcie wizualne nie przesłoniło jednak warstwy scenariuszowej. Przymknijcie państwo czasami oczy, bo to od strony scenariuszowej nie jest zły film. Reżyser, scenarzysta nie zdołali go zepsuć. Zresztą słyszałem rozmowę z Markiem Piestrakiem, który mówił, że Lem na początku zgłosił bardzo wiele uwag do tego scenariusza i to się podobno odbywało tak, że trochę Lem się dawał przekonać, trochę Piestrak się dawał przekonać i podobno ten film uturlano tak, jak chciano. Lem go potem skrytykował oczywiście, bo było za co. Niemniej jednak w warstwie scenariuszowej on zostawia w dalszym ciągu chyba dobre wrażenia. Tak bym to podsumował.
[01:57:01] - Czego tam Lem nie krytykował? Jemu to chyba się nic w życiu nie podobało, słyszałem. Zresztą z tego, co pamiętam, to "Solaris" radziecki też mu do gustu nie przypadł.
[01:57:12] - Panowie się tak pokłócili, panowie się wręcz wyzywali. Głównie Lem wyzywał Tarkowskiego o ten film. Tam padały grubsze słowa. Nie pamiętam, więc nie zacytuję, ale tam było ostro. I charakterystyczna rzecz. Nie wiem, czy dobrze kojarzę, ale ten film amerykański, powtórzenie "Solaris", Lem żyje. I rzecz charakterystyczna, chyba dostał sporo kasy, bo nic nie powiedział na temat filmu. Ani dobrze, ani źle. Po prostu nastąpiło milczenie. To też rzecz charakterystyczna.
[01:57:53] - Ten "Solaris" angielski był dużo bardziej mdły niż film Tarkowskiego, który z tych dwóch klasyków radzieckiego science fiction, czyli jeszcze "Stalkera", był takim filmem bardziej strawnym, bardziej zrozumiałym i coś można było z niego wyciągnąć i mieć wrażenie, że to jest naprawdę science fiction. Ale dobrze, porzućmy już radzieckie filmy. Przejdźmy do drugiej części naszego zestawienia, gdzie już mamy filmy jednoznacznie złe. Na drugim miejscu naszego podium jest również dzieło Marka Piestraka, przy czym tutaj z poziomem efektów specjalnych jest nieco lepiej, ale i tak źle. Widać, że film miał większy budżet, choć reżyser według Wikipedii wszelką winę zrzucił na Ruskich i tutaj oddalił sugestie, jakby "Klątwa Doliny Węży", bo o niej mówimy, powstała jako socjalistyczna odpowiedź na "Indianę Jonesa". Chociaż powiem ci, że tak koniec końców niełatwo mi się pozbyć tej hipotezy gdzieś tam z głowy.
[01:59:03] - Ewidentnie powstała jako odpowiedź na "Indianę Jonesa".
[01:59:08] - Chociaż stylistyką przypomina jednak bardziej jakiegoś tam pana Kleksa w kosmosie.
[01:59:13] - Nie, ale pewne sceny później w tej świątyni, te strzelające laserami posągi, ten rzucany kapelusz, ta woda lejąca się. Proszę państwa. Ale zacznijmy od początku. To państwo na pewno wiecie, że "Klątwa Doliny Węży" dała nazwę antynagrodom filmowym polskim, czyli Złotym Wężom wręczanym od lat. Rzadko kto stawia się na tę uroczystość, ale takie nagrody są wręczane. W Stanach Zjednoczonych to są Złote Maliny. U nas są Złote Węże. I powiem tak: ja nie wiem, Piotrze, jakiego słowa mam użyć. Ty wiesz, jakiego użyłem w naszej korespondencji internetowej. Więc powiem tak: to jest film kompletnie porąbany.
Państwo się domyślcie, jakiego słowa chciałbym użyć. Porąbany pod każdym względem. Ja mam wrażenie, że scenariusz był pisany w trakcie tworzenia filmu. Pojedźmy od początku. Otóż pierwsze sceny mrożące krew w żyłach. Dwóch facetów leci sobie śmigłowcem nad dżunglą, a właściwie nad czymś, co udaje dżunglę. Lecą nad terenem wroga, na którym się mogą spodziewać wszystkiego, ale lecą nisko, bo co im grozi? Są nieśmiertelni. Lecą. Jeden z nich pije whisky i w ogóle jest zajebiście.
I nagle jakiś żółtek zaczyna strzelać. Ja chyba jestem teraz rasistą albo nawet niepoprawny politycznie. No więc dobrze. Pewien bojownik o wolność zaczyna strzelać z ciężkiego karabinu. I oczywiście trafia. Na szczęście nie trafia pilota, tylko trafia jego towarzysza. Główny bohater, którego gra, o ile dobrze pamiętam, Wilhelmi, ląduje. Udaje mu się wylądować. Kumplowi ma do zaoferowania, chociaż kumpel też jeszcze żyje, wręcza mu pistolet i właściwie sugeruje, żeby się zastrzelił. A potem rusza dalej, gdzieś tam trafia w końcu do jakiejś świątyni.
W tej świątyni najpierw chce pić. Wyzywa wszystkich, mordę drze, za przeproszeniem, na wszystkich wokoło, ale w rezultacie zabiera z tej świątyni pewien artefakt. Jakiś inny buddyjski mnich, chyba buddyjski, go tam przeklina. No i pyk, przenosimy się o kilkadziesiąt lat w przód. I co? Mamy człowieka, który zajmuje się językami, analizą języków i nie tylko zresztą języków, bo i też pozostałości materialne bada. To jest oczywiście Polak. Wykłada we Francji, w Paryżu. Jest bardzo znany, ludzie w gazetach o nim czytają. Jak przychodzi do kawiarni, to wszyscy o nim mówią.
Wiecie państwo, ja wierzę w potęgę Zachodu, oczywiście i wierzę w potęgę naszej białej cywilizacji, ale jakoś tak jeszcze nie spotkałem w tych kolorowych gazetach, żeby tam naukowcy na pierwszych stronach byli, jacyś badacze języków. Nawet ci, co w Wielkim Zderzaczu Hadronów cokolwiek zderzają ze sobą. Oni tam raczej nie funkcjonują. Ale jak jakaś panna się rozbierze, poświeci tym czy tamtym, to ona tam na tych stronach jest. W związku z tym to już w tym założeniu było dziwne. Ale to jest, proszę państwa, nie wiem, czy streściłem może 10 minut filmu i to się jeszcze wydaje w miarę wszystko logiczne, bo później zaczyna się naprawdę hardcore. Ja nawet nie wiem, Piotrze, opowiadać to czy nie opowiadać, bo ja właściwie jestem gotowy państwu ten film opowiadać. On jest tak absurdalny, że ja się bawię za każdym razem, kiedy opowiadam, kiedy usiłuję komuś to opowiedzieć. Większość moich słuchaczy odpada. Jeszcze nie w tym momencie, ale jeszcze po pięć minut państwu poopowiadam i na pewno państwo odpadniecie od głośników.
[02:03:25] - Tak, żeby było śmieszniej, oglądając "Klątwę" zauważyłem wiele odniesień, ale to są odniesienia zupełnie przypadkowe do "Prometeusza": tajemnicze struktury, stworzenia przypominające węże, wreszcie jakaś superbroń. Jeżeli czymś się ten film broni, to jedynie pod względem obsady i to naprawdę doborowej, ale z naszego punktu widzenia, bo nie wiem, czy panowie Kolberger i Wilhelmi tam ujawnili pełnię swojego potencjału. Wilhelmi tam nie zachowuje się jak Olgierd Jarosz. Wręcz przeciwnie, jak taki ostatni Dyzma. Tak naprawdę nie wiem, co jeszcze o tym powiedzieć. To był taki łabędzi śpiew kinematografii PRL-u. Chciano stworzyć wielkie dzieło. Dzieło, które zaskoczy widzów, pokaże im coś nowego. Z dzisiejszej perspektywy to jest, nie chcę użyć sformułowania film kultowy, ale to jest obraz, który na pewno w jakiś sposób zapisał się w historii kinematografii, nie tylko pod względem tego, że użyczył nazwy tym antynagrodom filmowym, ale też bywa bardzo często wspominany. O ile powiem ci, że "Milcząca gwiazda" na przykład jest, nie chcę użyć sformułowania absolutnie, ale jest jednak filmem zapomnianym.
Także ta "Klątwa doliny węży" gdzieś tam zawsze w tych opracowaniach najgorszych polskich filmów krąży. Aczkolwiek powiem ci, że ja bym się kłócił z taką koncepcją, że to jest najgorszy polski film i że węże jakoś są tożsame z tym symbolem paździera, dlatego że wiele filmów, które te antynagrody otrzymały, było znacznie gorsze od "Klątwy doliny węży". Natomiast tutaj też jest coś takiego widoczne jak przeładowanie tego scenariusza. Tam Piestrak zawarł wszelkie możliwe wątki i to, co obserwujemy na końcu, to już jest w ogóle-
[02:05:30] - No właśnie, ten film się nie może skończyć. Bo proszę państwa, Wilhelmi zostawia parę bohaterów, czyli Sałacką, która gra dziennikarkę, rudą w dodatku, czyli wiadomo, że fałszywa oraz drugiego tego naukowca zostawia w świątyni, w której posągi strzelają z oczu laserami, w której jest w ogóle bardzo niebezpiecznie. On mówi: "Haha!" W ogóle ta rola, muszę ci powiedzieć, Piotrze, że on się nawet nie zachowuje jak Dyzma. On tu nawalony był czy co? To nie ta klasa aktorstwa. Śmieje się: "Haha, nie potrzebowałem cię do tego, tylko do czegoś innego" i zostawia ich. Ale oczywiście ratuje ich mnich. Bo jeszcze nie powiedzieliśmy państwu, że oni tam odkrywają w tych podziemiach, w tej świątyni kosmity odkrywają oczywiście. I tam pewien artefakt znowu się pojawia. Ten Wilhelmi go tam targa do Europy.
Ale źle kończy Wilhelmi, bo właśnie to jest ta niemożność zakończenia filmu. Źle kończy, bo się pojawia ktoś chętny na ten artefakt. Potem ten artefakt trafia do pewnego laboratorium. W tym laboratorium okazuje się, że on zawiera coś w sobie, co powoduje, że tam w pewnym momencie w tym laboratorium pojawia się obcy. I tu wpada ekipa z karabinami laserowymi oczywiście, bo to normalne, że w latach 80. ludzie strzelają z laserów, więc wpada, załatwia tego obcego. Proszę państwa, to jest studium tego, że ten film nie mógł się skończyć. A już jak się definitywnie skończył, nie, on się nie skończył, bo oni tak lecą z tym artefaktem. Samolot wpada w jakiś portal przestrzenny, znika w tym portalu. A później się główny bohater, ten naukowiec grany przez Kolbergera, budzi i Sałacka mu mówi, że to wszystko, co było, to tak naprawdę nie było i żeby się nie łudził.
I to jeszcze nie jest koniec, bo na koniec dostajemy scenę z Hare Krishną. Wypada banda takich ubranych na pomarańczowo z bębenkami i śpiewa mantrę, właściwie recytuje mantrę Hare Krishna i tak dalej. I wreszcie ten film się jednak kończy. Ale uwierzcie mi państwo, to złudzenie, to wrażenie, że scenariusz był pisany w trakcie, nie opuszcza mnie, ponieważ ten scenariusz chwilami jest absurdalny. To, co się dzieje w świątyni. Oni jeszcze jak polecieli przez Sałacka, Wilhelmi i Kolberger do miejsca, gdzie kiedyś ta świątynia była i tam spotkają jeszcze Rosjanina. Scena kultowa, proszę państwa, kiedy Rosjanin pyta, czy go główny bohater poznaje. Kręci, że nie. To przeciera gębę sobie szmatą. A teraz?
A teraz go już poznał. Proszę państwa, to jest tylko jeden z przykładów tam takich nonsensów, głupot. Słynna scena ze spadającym szkieletem, który spada na Sałacko oczywiście. I tak dalej. Ten film po pierwsze trwa w nieskończoność, nie może się skończyć i zawiera w sobie całe steki, kilogramy, tony głupot. Nie wiem, jak to było możliwe, że ten film w ogóle powstał. Jeżeli tak sobie filmowe władze PRL-u wyobrażały odpowiedź naszą, PRL-owską na Indianę Jonesa, to zdaje się, że ze stanem umysłu nie było za dobrze i to się musiało źle skończyć i ten ustrój musiał się rozlecieć, jeśli oni wierzyli w to, że „Klątwa z Doliny Węży" jest w stanie konkurować z Indianą Jonesem. Notabene, proszę państwa, te węże to jest też kuriozum. W pewnym momencie pan Wilhelmi rozmawia z panem Kolbergerem. Ustalają, co on wie, czego nie wie i on mu opowiada, Wilhelmi, o tym, co on przywiózł dawno temu, jak go zestrzelili z tym śmigłowcem i nagle gaśnie światło.
Przychodzi jakiś pan, nie wiem, Zenek, Jurek czy ktoś, żeby to światło naprawić i co wypełza? Węże. I to zabawna scena, na którą wiele osób zwraca uwagę. Panowie patrzą, jak te węże wykańczają pana Zenka. Jakoś inaczej miał na imię, ale nieważne. Wykańczają pana Zenka i tak: "Właściwie szkoda chłopa", ale nawet palcem nie ruszyli, żeby mu pomóc. Po prostu węże musiały załatwić pana Zenka. Ja bym tak jeszcze, proszę państwa, mógł długo. Ten film ma w sobie pewną magiczną moc. Wyzwala we mnie taki dar nabijania się, takiego nieskrępowanego, złośliwego i w sumie chyba najgorsze instynkty we mnie wyzwala, bo ja już tracę wszelkie hamulce, bo wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś nakręcił tak porąbany film, to powinien spodziewać się wszystkiego najgorszego.
[02:11:02] - Pogódźmy się z tym może, albo załagodźmy tą sprawę, że pan Piestrak chciał dobrze i to wszystko Rosjanie zepsuli, a on chciał zrobić fajny film, który nie wyszedł. Powiem ci, że zastanawiam się też, kto dał na to wszystko pieniądze i czy naprawdę władze już były. Nie wiem, kto dawał wtedy pieniądze na filmy, czy to był Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, czy one płynęły innym źródłem, ale ten ktoś był naprawdę mocno zdesperowany, że wydał jednak ogromną kasę na coś takiego i zdecydował się na stworzenie jednak dzieła z pewnym rozmachem, dlatego że zastosowane tam elementy służące do animacji niektórych potworów to rzecz niespotykana w naszej kinematografii. Nie wiem w ogóle, co o tym filmie powiedzieć. On jest tak dziwny. Dziwny, jak w ogóle tamte czasy, jak okres, w którym powstał. Ale to jeszcze jest nic, bo na pierwszym miejscu, i to jest bez wątpienia faworyt, jeżeli idzie o najgorszy film w historii polskiego science fiction, a może i nawet w ogóle polskiej kinematografii. Chodzi o „Powrót Wabi Szczura". O dziwo, jest to tak potworny paździerz wykonany w doborowej obsadzie, bo do dziś nie umiem sobie, Marku, odpowiedzieć na pytanie, co Leon Niemczyk albo Bogusz Bilewski robili w filmie, który był nie tyle głupi, co obrzydliwy. I to pod każdym względem.
Nie tylko rzeczy przedstawionych, ale też wykonania. Nie chodzi tutaj o taką typową tandetę PRL-owską, jaką widzieliśmy w poprzednich obrazach, ale coś, co jest trudne do wyrażenia i ujęcia w słowach. Trudno w ogóle znaleźć informacje na temat reżysera, Zbigniewa Rebzdy. Wiadomo, że zmarł przed premierą tego filmu, prawdopodobnie w nieciekawych okolicznościach. Nie wiem też, jakim cudem nakłonił on Czesława Niemena do napisania do Wabi Szczura muzyki, która zresztą jest bardzo podobna do tego, co słyszymy w teście pilota Pirxa, czyli jakieś takie odgłosy przypominające wystrzały z lasera. Film rozpoczyna się, jak wiele filmów, w drogi. Widzimy w nim Wabi Szczura, który jedzie sobie przez jakąś uzbecką pustynię i rozmawia z córką, która chwali jego muzykę. Facet w ogóle nie wiadomo kim jest. Jedzie sobie autem przez pustkowie zamieszkane przez nomadów. Potem za niedługo jego córka zostaje na naszych oczach zamordowana.
No i jemu to nie robi w sumie żadnej-
[02:13:54] - Przerwę ci, Piotrze, bo to już jest pierwszy moment. W ogóle ja mam wątpliwości, czy to jest kino science fiction akurat w tym wypadku.
[02:14:01] - To znaczy powiem tak, bo to musimy też ustalić na samym początku. To jest jakaś dystopia. To mnie skłoniło do tego, żeby „Wabiszczura” dopuścić do naszego zestawienia. Natomiast to już wykracza poza wszelkie schematy, że trudno mi ten film osadzić gdziekolwiek.
[02:14:22] - No powiem tak: owszem, to jest film nakręcony na podstawie książki Makowieckiego, którą przeczytałem. Niestety przeczytałem ją, proszę państwa, jakieś 40 lat temu. W związku z tym niewiele już pamiętam, ale jedną rzecz pamiętam. Ta książka nie była tak zła jak ten film i nie była tak pozbawiona sensu jak ten film. Tam się jednak to wszystko układało w pewne sensy i tak naprawdę Piotr i osoby, które układały nam dzisiejszą listę, skłoniły mnie do tego, że ja po tę książkę sięgnę. Stoi u mnie na półce. Sięgnę i sobie ją doczytam po wielu dziesiątkach lat, jak to było z tym „Wabiszczurem”. A teraz do tego początku nawiążę. Proszę państwa, już sam początek jest paździerzowaty, bo jedzie sobie garbusem główny bohater, który przypomina jakąś postać natchnioną, proroka, ale jedzie z córką. Córka, mówi, chwali muzykę, a główny bohater nie wiem, czy jest z niej zadowolony, bo w rezultacie córka nakłada walkmana na uszy i słucha czegoś innego.
I tu się, proszę państwa, nagle gdzieś tam na tej pustyni pojawia facet, który przestrzega głównego bohatera, żeby nie jechał dalej, bo coś złego go spotka, bo tam coś jego też złego spotkało. Pokazuje mu swój brzuch przecięty, z taką szramą. To dawno temu było, już zarosła, ale jednak nie jest bezpiecznie. A ten facet z tą córką oczywiście jako odpowiedzialny ojciec jedzie dalej. Co mu tam takie pieprzenie, że ktoś go-
[02:16:11] - Ale żeby to było nic, to ten facet, który go ostrzega, wręcza mu w ostentacyjny sposób amerykańskie piwo i oni wypijają to piwo. Potem Wabiszczur to wyrzuca, jakby w ogóle mu się pić nie chciało i jedzie dalej. I potem jedzie dalej po tej pustej drodze i zupełnie przypadkiem uderza w człowieka, który przychodzi.
[02:16:33] - Nie zupełnie przypadkiem, bo to jest jakiś handlarz owocami, który najwyraźniej chciał popełnić samobójstwo, bo wręcz szukał, jak na tę maskę wskoczyć. W rezultacie udało mu się. Został trzepnięty. Trzeba by gościa ratować. I natychmiast spod ziemi wyrasta jakiś facet. Ja już nie pamiętam, czy on na osiołku, na jakimś zwierzęciu. Nie, na motorze. Już zapomniałem. Na motorze. I mówi, że tam gdzieś jest lekarz.
[02:17:06] - To też było dobre, bo wiesz, Wabiszczur wyskakuje: "O panie, zobaczy pan, co się stało. Czego się pan patrzy? Gdzie tu jest miasto albo lekarz?" A facet się odwraca, pokazuje mu tu, a miasto jest z tyłu.
[02:17:19] - Ale co więcej, tego miasta nie ma, bo tam jest jakaś ogromna góra. I co facet mówi? Wie, że musi iść za górę. Kto kiedykolwiek był w górach, to wie, że góry się nie wydają nigdy wysokie. Człowiekowi się roi, że za 15 minut będzie na szczycie. Nigdy nie jest za 15 minut. Jak za kilka godzin jest, to jest dobrze. A tu widzi górę i co mówi do córki? Żeby tu została, wyłączyła stacyjkę i czekała na niego. Zostawia ją z tym facetem na motorze.
Jakiś taki podejrzany, z brodą i w ogóle człowiek pustyni i idzie sobie w cholerę. A jak wraca, to faceta na motorku nie ma, a córka siedzi tam, gdzie siedziała, tylko z poderżniętym gardłem. Problem z tym poderżniętym gardłem jest taki, że jak państwo sobie poczytacie podręczniki medyczne, w ogóle rozsądek włączycie, to to, co widzicie na ekranie, to tam jest żadne poderżnięte gardło. Dobrze zrobiona jakaś maskirowka. Ludzie od makijażu chyba albo od takiego malowania się sprawili słabo, bo gardło ma poderżnięte, a tej krwi tam troszeczkę jest zaledwie. Tak trochę wyciekła z tego gardła i stanęło wszystko. Proszę państwa, to inaczej wygląda. Ktokolwiek widział, jak się komuś gardło poderżnie i to niekoniecznie na filmie, ale czytał o tym chociażby, to tak nie. Nie, proszę państwa. Ale to jest nie koniec, bo oczywiście córkę mu zarżnęli.
Zarżnął ten gość na motorku. To się wkurzył i zaczyna go ścigać. I to, proszę państwa, jest dalej kompletna abstrakcja. Bo się ściga. Dochodzi do wypadku, samochód eksploduje, a ten facet na motorku gdzieś tam odjeżdża. I myślimy, że gościa z brodą, tego głównego bohatera, mamy już z głowy i akcja się przenosi. Ten samochód wybucha bardzo spektakularnie, jakby facet był cysterną z ropą albo z benzyną, a w każdym razie z oparami benzyny. Pierdyknęło, proszę państwa, ten garbus tak pierdyknął, jakby tam nie wiadomo jaka bomba była. I się akcja przenosi. Przenosimy się do miasteczka, którym rządzi burmistrz.
Mój boże.
[02:19:39] - Ale jeszcze nim poznamy burmistrza, to widzimy, jak Zbigniew Buczkowski w przebraniu członka Dixielandu z lat 20. przechadza się po pustynnym mieście, gdzie nic się zupełnie nie dzieje. A potem nie będziemy wam tego filmu opowiadać, bo potem jest tylko gorzej. Tak jak mówię, nie wiem, co skłoniło aktorów, którzy brali w tym przedsięwzięciu udział do tego, żeby tam wystąpić. Niektórzy nie robią zupełnie nic. Przechadzają się po prostu po tym filmie. Czasami, Marku, używasz takiego sformułowania się, że aktorzy snują, a tam się dosłownie snują. Chyba tylko po to, żeby być, że im za to zapłacono. Nawet nie jestem w stanie znaleźć słów, które by wyraziły moją pogardę dla tego projektu. Nie wiem, jakim cudem coś tak głupiego powstało nawet w okresie PRL-u.
Jakie argumenty przedstawiono za tym, żeby nakręcić taki paździerz okropny, żeby wyjechać do tego Uzbekistanu i tam zabrać całą grupę aktorów z Polski i tworzyć wiekopomne dzieło? Ale wiesz, co jest, Marku, dziwne? Mówisz, że czytałeś tą książkę Nakowieckiego, a przecież on też jest współautorem scenariusza. I czy on nie widział, co tworzy? Nie wiedział, co z tego wyniknie?
[02:21:08] - Wiesz, Piotrze co? Ale z scenariuszem jest tak, że scenariusz na planie bardzo często się kreśli i wyrzuca z niego pewne sceny i to niestety czasami pozbawia sensu film. Dlatego ja postanowiłem tę książkę przeczytać, ponieważ muszę wrócić, muszę sprawdzić, jak to jest. Nie sądzę, żeby autor zgodził się. Ja myślę, że to jest kwestia kreślenia, oszczędności i tak dalej. Ale muszę powiedzieć o kultowej scenie, proszę państwa, nie wiem, jak to określić. To charakteryzuje trochę ten film, bo w pewnym momencie do miasteczka przybywają jacyś tacy dziwni, młodzi ludzie, jakieś takie punki, jakieś takie czuby. No i miejscowa ludność, która żyje w ubóstwie, czuje się zaniepokojona. Jeden z bohaterów przychodzi do burmistrza, żeby mu to zakomunikować. I to jest, proszę państwa, kultowa scena w tym filmie, ponieważ burmistrz jest zajęty, jak by to państwu delikatnie określić, posuwaniem panienki.
I cały dialog pomiędzy donosicielem a burmistrzem toczy się w trakcie. On zajmuje się tym, czym się zajmuje, a jednocześnie wydaje pewne polecenia, pewne konkluzje snuje. Proszę państwa, kultowa scena, absolutnie kultowa. Takich kultowych scen w tym filmie jest zresztą więcej, równie logicznych, równie sensownych. Spotkanie chociażby Wabiszczura, bo okazuje się, że on wcale nie zginął w tym, proszę państwa, garbusie. On się pojawia. Co więcej, rozmawia, bo się okazuje, że ta panienka, którą wcześniej posuwał burmistrz, mówię specjalnie posuwał, ponieważ w ogóle poetyka tego filmu jest właśnie taka, że inne słowo po prostu nie pasuje, więc okazuje się, że to jest dawna dziewczyna tego Wabiszczura. Co więcej, on z nią to dziecko miał, co zostało zarżnięte na pustyni. Poziom aktorstwa Lever Heart, proszę państwa, absolutnie fenomenalny. Ale jest jeszcze fajniej, bo później zwierzęta giną w tym mieście.
I co? I nagle miejscowi zaczynają masakrować tych przybyszy z zewnątrz, bo ich oczywiście obarczają winą za to wszystko, a ci nie reagują w ogóle, dają sobie po mordzie nawtykać i nic. Znowu powiem ten, co poderżnął gardło córce Wabiszczura, ponosi karę, ale znowu przypadkowo, bo Wabiszczur zamiast go szukać, po to zresztą przybył do miasta, zamiast go szukać, to pierdzieli z tą laską, którą wcześniej burmistrz wiecie państwo co. A w tym czasie ktoś właściwie przez przypadek rozjeżdża tego gościa, bo ten gość chciał tak naprawdę zajumać chyba benzynę z samochodu, więc go rozjeżdża. Sprawiedliwości stało się zadość, ale nie za sprawą Wabiszczura. I ja bym, proszę państwa, tak absurdalne sceny mógł jeszcze mnożyć. To na chwilę zamilknę. Cisza. I powiem państwu coś jeszcze. Jesteśmy teraz w tak zwanym kryzysie migracyjnym i ten film miał szansę stać się filmem kultowym jeszcze wtedy, kiedy ten problem nie dotyczył Polski, bo on w jakiś sposób opisuje przybycie obcych, przybycie emigrantów do miasteczka, którzy w tym miasteczku burzą pewien porządek i z tego dałoby się wykroić tak naprawdę myślę, fajny film, o którym dzisiaj mówilibyśmy sobie: „Wow!
Trzydzieści kilka lat temu nakręcono film, który dzisiaj stał się jeszcze bardziej aktualny, niż był wtedy”. Nie, proszę państwa, pomimo dobrych zalążków, które w tej opowieści są i stąd moje dążenie do przeczytania książki, bo pewno w książce te rzeczy są, to w filmie ich nie ma. Natomiast film jest przepakowany. To wszystko, co państwu opowiedziałem z pewną fascynacją, bo mnie fascynują te okropnie złe sceny, które tam są. Tam są dziesiątki takich złych scen. Fascynuje mnie tak złe kino, bo ono już jest na poziomie takim trudnym do osiągnięcia. To jest mistrzostwo samo w sobie. I tak naprawdę polska nagroda, antynagroda nie powinna się nazywać Złote Węże, tylko Złote Wabiszczury. Zdecydowanie Złote Wabiszczury powinny być. To jest film, proszę państwa, absolutnie idiotyczny, nawet na poziomie takim podstawowym, w którym logika wydarzeń następuje.
[02:26:12] - Nie to, że on jest strasznie obrzydliwy, że tam się działy jakieś rzeczy jak w badych horrorach. Nie, on jest po prostu obrzydliwy, dlatego, że jest obrzydliwie głupi, a ta jego głupota wynika z braku klasy jakiejkolwiek. Z braku klasy, z braku sensu. Jeżeli chciałoby się go uratować w jakiś sposób, to że to był taki krzyk ciszy, krzyk tamtych czasów, że już nic nie ma sensu, nie da się nic bardziej spieprzyć. I to jest chyba jeden z filmów, który ma najniższe oceny na Filmwebie, jeżeli chodzi o polską kinematografię. Ale naprawdę trudno jest znaleźć w tym "Wabiszczurze" nawet takie elementy, które by go klasyfikowały do filmów kultowych, bo czasami są produkcje tak złe, że aż dobre, że ludzie je oglądają. Natomiast tutaj jest trochę jak w tych filmach Cronenberga, że oglądasz, ale chcesz uciec stamtąd. Tamte filmy mają jakiś sens przynajmniej.
[02:27:07] - A ten film ma, moim zdaniem, podstawowe błędy narracyjne. Tu nic z niczego nie wynika, tu się to po prostu toczy. Ale proszę państwa, jak ja chcę zobaczyć, jak się życie toczy, to sobie po prostu idę na ulicę i uważnie się rozglądam, i życie wokół mnie się toczy. Natomiast po filmie oczekuję pewnej opowieści, która jest w jakiś sposób syntetyczna, która pewne rzeczy mi przybliża. Ten film niczego nie przybliża. Ostatnia scena, proszę państwa, Paździoch, bo tam występuje również Paździoch, znany państwu aktor, pod tym pseudonimem go zostawię. I on w pewnym momencie w ostatniej scenie strzela. Ale jak państwo myślicie, że się dowiecie, do kogo on strzela, w co on strzela? Możecie dyskutować do końca, do dzisiaj możecie, państwo, dyskutować, do kogo on tak właściwie strzelił.
[02:28:07] - Do Heleny na pewno.
[02:28:09] - Tak, to by się nawet należało. A proszę państwa, jeszcze to, w jaki sposób burmistrz i jego kumple odkryli, że można by tego Wabiszczura zaangażować do tego, żeby on wyprowadził tych punków z tej miejscowości. Proszę państwa, szczyt żenady. Poziom argumentacji. Ja po prostu nie znajduję słów, żeby opisać, jak to zły film jest. Nielogiczny, głupi, niepowiązany ze sobą. Ja nie wiem, czy w drugiej połowie lat 80. panowało takie zidiocenie w tych gremiach decyzyjnych decydujących o kinematografii, że takie rzeczy powstawały. Biorąc pod uwagę to, że w dalszym ciągu, Piotrze, o tym mówiłeś, powstają filmy straszne, do dzisiaj powstają filmy straszne, głupie i źle zrobione, to chyba nie. Może my się wtedy zaczęliśmy tak naprawdę cywilizować, czyli z tego kina na przykład moralnego niepokoju albo z jakiegoś takiego kina całkiem przyzwoitego zaczęliśmy wychodzić na prostą, zaczęliśmy wychodzić ku normalności, a normalność kina właśnie tak wygląda, że muszą powstawać takie gluty jak ten, który przed chwilą omówiliśmy, oraz filmy, które są może całkiem niezłe.
[02:29:42] - Wydaje mi się, że nie, dlatego, że "Wabiszczur" miał w sobie tak dużą dozę jakiejś udawanej alternatywy, że on pretendował do miana jakiegoś kina wyższych lotów, że chciano coś stworzyć, że autor, reżyser Zbigniew Rebda chciał coś stworzyć, ale po prostu nie wyszło. Jak byś wytłumaczył obecność tak naprawdę dużych nazwisk w tym filmie? Niemen za byle co to by nie zrobił muzyki. Ta muzyka była, jaka była. To było takie granie na elektronicznej fujarce, bo inaczej się nie da tego określić. Ale to jednak było nazwisko, prawda? Takim czymś, co strasznie odpycha, i o tym mówiłeś, jest to, że tam się nie da tego filmu w jakichś realistycznych ramach zamknąć, bo tam nie wiadomo kto kim jest, skąd jest. To nawet jako dzieło fantastyczne się nie wpasowuje w żadne schematy, nawet w żadne wyobrażenia. Ci, którzy chcieli skrytykować ten film, używali lub używają takiego sformułowania: jaki kraj, taki "Mad Max".
[02:30:55] - I coś w tym jest. A jeszcze muszę powiedzieć jedną rzecz: syn burmistrza, który jest jakimś niedorozwojem, którego ten burmistrz uspokaja, wlewając w niego wódkę, ale później ten syn zostaje zgwałcony, nie zgwałcony. W każdym razie też sobie używa na pewnej panience, a drugi pan sobie używa na nim. A ten pan źle kończy, który sobie używał, bo sprawiedliwość musi być. I proszę państwa, naprawdę tak bym mógł bredzić jak w tej chwili jeszcze bardzo długo, bo takich scen z tego filmu jest naprawdę dziesiątki. Tam po prostu jest głupota na głupocie. Coś nieprawdopodobnego. To wymierzanie sprawiedliwości tym punkom, którzy w ogóle się nie przeciwstawiają. To miała być jakaś scena symboliczna, ja to wiem, czuję głęboko. Tylko, kuźwa, w ogóle nie czuję, co ona miała symbolizować.
I to jest największy problem mój w tej chwili.
[02:32:06] - Trzeba też powiedzieć, że "Wabiszczur" nie byłby powszechnie znany, gdyby nie internet. Dlatego, że w pewnym okresie bardzo znany youtuber Mietczyński kręcił sobie taką serię z najgorszymi polskimi paździerzami i on tego „Babiszczura” gdzieś tam wyłowił, bo muszę powiedzieć, że ja go nigdy nie widziałem wcześniej. Ja też go nigdy nie wyhaczyłem na tych stacjach polskich, które nadają jakieś starsze filmy. Prawdopodobnie dlatego, że jest po prostu wstyd to puszczać i tyle. Powiem jeszcze, dlaczego zaliczyliśmy go do polskiego science fiction. Dlatego, że ta rzeczywistość przedstawiona jest w jakimś sensie fantastyczna. Mamy tu do czynienia z jakąś dystopią, z jakąś rzeczywistością absurdalną, może nawet postapokaliptyczną, chociaż niewiele na to wskazuje. I te obrzydliwości obserwowane w niektórych body horrorach naprawdę nikną na tle tego, co zafundował „Babiszczur”. Nie znajduję słów. Zatem miejsce pierwsze w naszym zestawieniu jest w pełni zasłużone.
Marku, i tym zamykamy nasze rozważania nad najgorszym sci-fi PRL-u. Pewnie gdzieś w przyszłości odniesiemy się do najgorszych horrorów w PRL-u, a także najlepszych filmów sci-fi z tamtego okresu. Także jest jeszcze wiele do omówienia, bo są jeszcze przecież czasy nam współczesne. Trzecia RP, która też miała pełno paździerz różnego rodzaju, które są zapomniane. W Filmotekarium takim filmowym czeka nas teraz przerwa, bo mamy przecież wakacje akademickie, jakby nie było. Natomiast nie schodzimy tutaj z anteny i będziemy się przyglądać, drodzy państwo, serialom. Będziemy je analizować, dlatego że przez cały rok żeśmy sobie je oglądali, żeby móc wam teraz to i owo polecić. A serialem, którym się zajmiemy, Marku, będzie... Nie wiem, czy powinniśmy mówić.
[02:34:19] - Powinniśmy, bo może część naszych słuchaczy ów serial obejrzy. To jest serial niedługi. Troszeczkę odbiega od tendencji we współczesnym streamingu, który powinien mieć miliony odcinków. Nie, tu mamy film z Netflixa, ale liczący sześć odcinków i nie zapowiada się, żeby były jakiekolwiek kontynuacje. Myślę, że byłoby ciężko. Film zatytułowany „Czarne motyle” to jest film przewrotny. On się może do pewnego momentu wydawać filmem takim trochę paranormalnym. W rezultacie filmem paranormalnym nie jest, aczkolwiek, jak sobie rozmawialiśmy, Piotrze, przed nagraniem, tam jest element, który mnie frapuje, który jest ewidentnym wskazaniem na pewien rodzaj, takie mrugnięcie okiem do widza, że może jednak coś paranormalnego w tej opowieści jest. Zresztą, jeśli zestawimy sobie ilość takich koincydencji, która następuje w tym serialu, związanych z historią rodzinną, tak szeroko pojętą historią rodzinną, to też nie jest normalne, że to się tak wszystko zagęszcza. Ale w przyszłym tygodniu o tym będziemy mówić.
Moim zdaniem, już uprzedzając, ten serial jest ciekawy, ale to jest taki tak zwany trudny komplement. Jak mówimy o czymś, że jest ciekawe, to natychmiast wszyscy słuchają, co powiemy dalej, bo „ciekawe” zawsze jest dwuznaczne.
[02:36:17] - Tak. A przede wszystkim jest dobry, bo jest krótki. I to tyle o nim. Do zobaczenia za tydzień. Do usłyszenia, przepraszam.
[02:36:25] - Do usłyszenia. Odnoszę, proszę państwa, wrażenie, że już najwyższy czas, aby wrzucić do tej audycji odrobinę prozy. To już wrzucam. Opowiadanie „Poszukujący prawdy” Przemysława Podolińskiego przeczyta dla państwa Marek Sęk „Ivellios”.
[02:36:56] - Przemysław Podoliński „Poszukując prawdy”. Część pierwsza. Artur trzymał w dłoniach kubek z parującą herbatą. Obserwował przez okno skrzące się w słońcu ośnieżone szczyty, które górowały nad pobliskim lasem. Pierwszy raz od dawna czuł się szczęśliwy. Potrzebował takiego wypadu. Z daleka od miejskiego zgiełku, stresów pracy i wiecznych pretensji żony. Tylko on, góry i cisza. W tej samej chwili rozbłysk czerwonego światła przebił się między pniami świerków. Artur zmrużył oczy, postępując krok w tył.
Omal nie oblał się gorącym napojem. Szybko odstawił kubek na biurko. Dopadł wieszaka z ubraniami. Nałożył kurtkę, rękawice i buty. Przy drzwiach na haczyku wisiała strzelba ze skórzanym paskiem. Pod nią leżała paczka naboi. Zdjął broń, załadował, przewiesił przez ramię, po czym wyszedł na zewnątrz. Śnieg chrzęścił pod stopami. Artur stąpał ostrożnie, starając się być jak najciszej. Kluczył między brązowymi pniami, nasłuchując.
Im bardziej zagłębiał się w las, tym wyraźniej słyszał krzyki i trzask gałęzi. Nagle rozległ się potężny huk. Eksplozja targnęła okolicą. Silny podmuch powalił Artura, który skulił się i zakrył głowę dłońmi.
[02:38:29] - Strzelba upadła obok. Wszystko uspokoiło się równie nagle, jak zaczęło. Artur leżał nieruchomo przez kilka minut. Gdy w końcu spróbował się podnieść, ciało zaprotestowało bólem. Mimo to musiał wstać, jeśli nie chciał zamarznąć. Zebrał się w sobie i dźwignął ze stęknięciem. Zauważył, że między drzewami pojawił się prześwit, którego jeszcze chwilę wcześniej nie było. Chwycił strzelbę i powoli, krok za krokiem wyszedł na skraj nowo powstałej polany. Zobaczył sterczące kikuty pni i plątaninę gałęzi. Powalone drzewa wyznaczały epicentrum eksplozji.
Uwagę Artura przykuło jednak coś innego. Z pobliskiego szczytu spływał śnieg. Na razie niewiele, ale lawina rosła. Oznaczało to, że przełęcz stanowiąca jedyną drogę powrotu do cywilizacji zostanie zasypana i minie trochę czasu, nim służby odblokują przejazd. Artur uznał, że nie ma sensu teraz nad tym myśleć i postanowił się rozejrzeć. Z trudem przenosił obolałe nogi nad leżącymi pniami. Nagle jego wzrok przykuło coś. Pokryte krwią płócienne buty wystające spod powalonego drzewa. Zdumienie wymieszane z niepokojem w pierwszej chwili sparaliżowały Artura. Do tej pory oglądał nieboszczyków tylko na pogrzebach.
Znalezienie trupa w środku lasu było doświadczeniem innego kalibru. Poprawił strzelbę na ramieniu. Świadomość posiadania broni dodała mu otuchy, dzięki czemu zdobył się na to, aby obejrzeć ciało z bliska. Rozgarnął zasłaniające je gałęzie. Zwłoki należały do mężczyzny. Głowa zniknęła pod pniem, a rozbryzg czerwieni wokół świadczył, że nie zostało z niej wiele. Cerę denat miał śniadą. Jego tułów i nogi okrywała przewiewna niebieska szata zdobiona złotymi wzorami. Obok dłoni trupa coś leżało. Czarny, zagięty szpon, grubszy niż kciuk dorosłej osoby.
Artur schował znalezisko do kieszeni, chcąc przyjrzeć mu się później. Wtedy usłyszał szelest. Zwrócił wzrok w kierunku, z którego doszedł dźwięk. Ujrzał podnoszącą się kobietę. Miała na sobie podartą różową tunikę z fioletowymi wszywkami wokół rękawów i kołnierzyka. Krótkie, jasne włosy falowały na wietrze. Jedna dłoń zakrywała twarz, a spomiędzy palców skapywała krew. Druga sięgnęła kieszeni, po czym powędrowała do ust. Kobieta z trudem coś przeżuła. Odrzucił strzelbę i podbiegł do niej, ślizgając się na mokrych pniach.
Nieznajoma zachwiała się i pewnie by upadła, ale w ostatniej chwili zdołał ją złapać. Zarzucił jej rękę na swój kark. Jedną dłonią trzymał kobietę w talii, drugą ściskał bezwładną kończynę zwisającą mu z ramienia. Zaczął iść, stękając i klnąc głośno. Ból wciąż o sobie przypominał. Piegowate oblicze kobiety wyróżniał zabawnie zadarty nos i paskudna rana biegnąca od lewej skroni przez nozdrze, usta aż do prawej strony żuchwy. Artur zrobił opatrunek najlepiej, jak umiał. Bandaże w niektórych miejscach odstawały, przesłaniały lewe oko i coraz zsuwały się na brodę. Ale to musiało wystarczyć. Był odcięty od świata.
W tej głuszy nawet telefon nie działał. Przez krótkofalówkę nadał komunikat o lawinie. Pozostawało wyczekiwać pomocy. Na szczęście zrobił większe zapasy. Jedzenia nie powinno im zabraknąć. Siedział przy biurku i patrzył na okrytą kocami kobietę. Zastanawiał się, kim jest i jak tu trafiła. Z rozkoszą wciągał nosem górskie powietrze. Słońce zaczynało przyjemnie grzać, zwiastując nadejście wiosny. Dobrze było mieszkać na łagodnym wzniesieniu, gdzie nie musiał obawiać się lawiny.
Poprzedniego dnia Artur pojechał skuterem sprawdzić, czy śnieg dalej zalega u przełęcz. Widział pracujące intensywnie służby. Podejrzewał, że jutro droga będzie przejezdna. Pomyślał o nieznajomej. Przez cały ten czas leżała w łóżku. Nie wypowiedziała ani słowa. Była słaba, choć z każdym dniem wyglądała lepiej. Artur karmił ją i pomagał dostać się do toalety. Zapełnił koszyk porąbanym drewnem z szopy. Przeciągnął się, prostując plecy.
Chrupnęło. Dźwignął opał i ruszył w kierunku domu. Jego wzrok przyciągnęła smużka dymu unosząca się znad drzew. „Pożar” – pomyślał. – „Ale zimą?” Odstawił koszyk i ruszył biegiem. Przy chatce dostrzegł ślady. Prowadziły od wejścia w stronę lasu. Zaklął. Zajrzał jeszcze przez otwarte drzwi. Kobiety nie było.
Pędził, mijając zwisające gałęzie. Podążał tropem. Po chwili znalazł się w miejscu, gdzie kilka dni temu doszło do eksplozji. Kobieta stała na jednym ze zwalonych pni. Miała na sobie szarą kurtkę i ocieplane spodnie Artura. Musiała wyciągnąć je z szafy. Wyglądała jak dziecko w ubraniach starszego brata. Przed nią chybotał czerwony płomień wysoki na dwa metry. W jego świetle blizna kobiety lśniła odpychająco. Co ciekawe, ogień trzymał się tylko tego, co najwyraźniej miał unicestwić – ciała.
Artur patrzył, jak kobieta poprawia opadającą na czoło grzywkę. Uniosła głowę i spojrzała na niego. Płomień buchnął i rozszedł się na boki, tworząc ognisty mur. Nim Artur zdążył zrozumieć, co zaszło, kobieta odwróciła się i zwinnymi susami umknęła w stronę ośnieżonego zbocza. Po chwili zniknęła pośród sosen. „Co za wiedźma” – pomyślał. Włożył dłonie do kieszeni, wpatrując się w płomienie. Namacał coś prawą dłonią. Proszek. Wtedy przypomniał sobie o szponie, który tam schował.
Najwyraźniej tylko tyle z niego zostało. Część druga. Artur siedział w fotelu, przełączając bezmyślnie kanały w telewizji. Nerwowo drapał się po wydatnym brzuchu. Czekał na nieuniknione. W końcu trzasnęły drzwi. Do salonu wpadła jego żona Monika. Nawet nie zdjęła butów. Wyglądała na wściekłą. Wlepiła wzrok w męża, krzywiąc wargi w złowrogim grymasie.
„Oj” – pomyślał. „Czyś ty do reszty zdurniał?” – krzyknęła. – „Wyrzuciłeś klienta ze sklepu? Tak dużo ich ostatnio masz? Czy już do reszty cię posrało?” Odruchowo skulił ramiona. Wiedział, że się nie wybroni, ale mimo to spróbował. „Sprowokował mnie.” „Sprowokował? Bo zapytał o te twoje idiotyzmy? Ciebie trzeba izolować. Już nikt nie chce mieć z nami nic wspólnego przez twoje chore wybuchy.
Mieli rację, że zamknęli cię w psychiatryku. Niepotrzebnie tylko wypuszczali. Wiesz, jak to się rozniesie po mieście?” „Aj, bo mnie zdenerwował” – powanczył jeszcze, co okazało się błędem. „Zdenerwował? Zdenerwował? Czy ty jesteś normalny? Po co pytam? Wiadomo, że nie. Nikt, kto ma wszystkie klepki na miejscu, nie opowiada historii o ludziach znikąd.” „Ale…” „Zamknij się! Zamknij i nie odzywaj!
Żebyś dobrze usłyszał: odchodzę. Zrozumiałeś? A ty śpij na tych swoich dywanach, bo już nikt nie przyjdzie, żeby je kupić. Żyj tymi durnymi złudzeniami, idioto. Szukaj czarownic w górach czy czego tam chcesz.” Nim zdążył odpowiedzieć, obróciła się i wyszła z pokoju. Po chwili znów trzasnęły drzwi. Reflektory auta rozpraszały mrok. Po obu stronach drogi ciągnął się las. Ulica była wąska i kręta. Na niebie połyskiwały gwiazdy.
Jacek spojrzał na zegarek. Ziewnął. 12:03. Był w trasie już od trzech godzin. „Czemu wszystkie szkolenia organizują w tej cholernej zielonej głuszy?” – pomyślał. Czuł zmęczenie. Uznał, że musi napić się kawy, bo inaczej zaśnie za kierownicą. Skierował wzrok na telefon przyczepiony do kratki nawiewu. Sięgnął palcem ekranu, by sprawdzić, ile ma do najbliższej stacji. Gdy uniósł głowę, zobaczył wybiegającego z lasu łosia.
Uderzenie wstrząsnęło autem. Jacek padł na kierownicę. Wielkie ciężko zwierzęcia rozbiło szybę i wleciało do środka. Odłamki szkła rozprysnęły się wokół. Mężczyzna poczuł, jak przygniata go bezlitosny ciężar. W ostatnim przebłysku świadomości zauważył, że kość wystaje mu z przedramienia. Poczuł dotyk na ramieniu. Z trudem uniósł powieki. Miał przed sobą kobiecą twarz, przez którą biegła ciemna, ukośna blizna. A może to był cień?
„Zjedz to” – szepnęła nieznajoma, wsuwając mu coś do ust. Pogryzł z trudem i przełknął. Nagle przypomniał sobie, że przecież uległ wypadkowi. Chciał zapytać, co z samochodem, ale w tej samej chwili wszystko wokół zaczęło się rozmazywać. Wcześniej jednak usłyszał szept kobiety: „Śpij. Gdy się obudzisz, będziesz zdrowy.” Termoobieg piekarnika buczał miarowo. Artur patrzył bezmyślnie przez szybkę na zmrożoną pizzę. Słońce wpadało przez okna do przestronnej kuchni. Odbijało się od sterty brudnych naczyń zalegających w zlewie. Zabrzęczał telefon leżący na stole.
Artur chwycił go niechętnie, obawiając się, że dzwoni ktoś ze skarbówki. W końcu trochę zalegał z opłaceniem VAT-u. To był jednak SMS. Stuknął palcem opcję „wyświetl” i ujrzał wiadomość. Nie mógł uwierzyć w to, co czytał. Natychmiast zadzwonił pod numer nadawcy. „Halo?” – odezwał się głos po drugiej stronie słuchawki. „Dzień dobry. Artur Skierczyński z tej strony. Dostałem pana wiadomość.” „Witam, nazywam się Jacek Dąbek.
Chciałem zadzwonić, ale pomyślałem, że może będę przeszkadzał.” „Skąd. Naprawdę widział pan zaginioną?” „Tak. Kilka miesięcy temu. Miałem wypadek. Łoś wyszedł mi na drogę. Ona pomogła mi…” Rozległo się westchnienie. „Z czym?” – ponaglił Artur. „Zobaczyłem, jak nade mną klęczy. Widziałem jej twarz. Dała mi coś do zjedzenia i zasnąłem.
Później musiała wezwać karetkę, bo obudziłem się, jak ratownicy kładli mnie na noszach. Byłem jej wdzięczny, ale nie wiedziałem, kogo i gdzie szukać. Wszystko działo się w środku lasu.” „Rozumiem. A czemu dopiero teraz pan się odezwał?” „Dzisiaj wpadł mi w oko pana post o zaginionej na Facebooku. Kiedy zobaczyłem portret pamięciowy, natychmiast napisałem wiadomość.” „Jasne. To jedyny szkic, jaki mam. Znajoma robiła. A proszę powiedzieć…” Rozmawiali jeszcze jakiś czas. Artur dopytywał o szczegóły, ale niewiele z nich wynikało. „Dzięki za informacje.
A, i jeszcze tylko niech pan powie, gdzie to się dokładnie wydarzyło.” „Zaraz wyślę pinezkę z lokalizacją. Może tak będzie prościej.” „Pasuje. Jeszcze raz dziękuję.” „Nie ma za co. Proszę dać znać, jeśli uda się ją panu odszukać. Chcę podziękować i zrozumieć kilka rzeczy.” Artur doskonale znał tę potrzebę uzyskania odpowiedzi. „Jasne” – odparł. „Będziemy w kontakcie.” Ekscytacja nie pozwalała Skierczyńskiemu myśleć o niczym innym niż wiedźma. Słońce powoli zachodziło. Niestety nie było sensu wyruszać o tej porze. Za to jutro rano…
Z rozmyślań wyrwał go swąd spalonej pizzy. Zaklął i doskoczył do piekarnika. Kiedy go otworzył, z wnętrza buchnął siwy dym. Nie przejął się jednak. Otworzył okno, usiadł na krześle i wlepił wzrok w telefon, wyszukując wsie leżące najbliżej miejsca zaznaczonego przez Jacka Dąbka. Zatrzymał samochód przy sklepie – piętrowym klocku o niegdyś białym tynku z kratami w oknach parteru. Z wnętrza wychodził krępy mężczyzna niosący siatkę pełną butelek. Jak domyślał się Artur, nie była to oranżada. „Przepraszam!” – zawołał Skierczyński. Podbiegłszy do mężczyzny kontynuował: „Szukam kobiety.” Wyciągnął portrecik z portfela.
„Panie” – zarechotał nieznajomy. „Jak pan szukasz baby, to nie tu. U nas wszystkie zajęte albo stare wdowy.” „Ja nie sobie baby, tylko konkretnej osoby. Zaginionej” – odparł Artur z rezygnacją. „Popatrzy pan, o tu, na obrazek.” Podetknął mężczyźnie portrecik niemal pod nos. Ten zmarszczył brwi, drapiąc się w brodę. „Nie znam, nie widziałem” – stwierdził wreszcie. – „Ale jak kto ma co wiedzieć, to Wojtycka. Sklepowa znaczy. U niej wszystkie nietutejsze stają, jeśli już.
Tylko też – zniżył głos i zbliżył twarz do twarzy Artura. – Wiesz pan, popić lubi kobiecina, to może zmyślić co. Albo jej się wyda durnota jaka. Kiedyś na ten przykład gadała, że jej Michałka, syna znaczy, jakaś znakorka wyratowała z choroby. Ale jak my ją tą wszystkie wyśmieli, to więcej o tym nie wspomniała. Bo gdzie nam tu czarownice?” „A to ciekawe” – mruknął Artur. Poczuł, że w końcu trafił. Szukał śladu wiedźmy od trzech dni. Zjeździł niemal wszystkie okoliczne wsie. I oto jest trop.
Podziękował i wszedł do sklepu. Przy otwieraniu drzwi zadzwonił dzwoneczek. W środku nie było nikogo. Wszystkie produkty oddzielono od klienta przeszkloną ladą. Jedynie lodówka stała w zasięgu ręki. Artur wyjął z niej puszkę coli, czując potrzebę wypicia czegoś zimnego. Niestety napój nie był chłodniejszy, niż gdyby stał na zewnątrz. Z zaplecza, odgrodzonego zwisającymi z górnej części futryny koralikami, wyszła kobieta. Miała czerwoną twarz, zadarty nos i przetłuszczone włosy. Patrząc na nią, Artur zastanawiał się, jakim cudem mieści się między kontuarem a półkami z asortymentem.
„Słucham” – mruknęła bełkotliwie, rozsiewając wokół woń alkoholu. „Tę colę poproszę.” „3,50” – stwierdziła od razu, nie kłopocząc się nabijaniem paragonu. Artur wręczył jej 10 złotych. „Reszta dla pani.” Mrugnął wesoło. Zauważył, że kobieta od razu spojrzała na niego przychylniej. „A dziękuję, dziękuję. Pan tu przejazdem czy…?” „Szukam kogoś.” „Tu? U nas?” Wyjął z portfela podobiznę wiedźmy. „Jej” – odparł, kładąc portrecik na lacie. Ekspedientka zmarszczyła brwi.
„Nie znam. Nie widziałam.” Machnęła ręką. „Ludzi pan pyta. Może co wiedzą.” Zmysł handlarza od razu podpowiedział mu, że to wstęp do negocjacji. „A wie pani co? Poproszę jeszcze chipsy paprykowe, paluszki i sok pomarańczowy.” Nie skomentowała. Z ostentacyjną niechęcią skompletowała zamówienie, ale Artur wiedział, że co chwila rzuca na niego okiem. Zaraz produkty stały na lacie. „Wszystko?” „Nie. Jeszcze coś mocniejszego.
Jakiś dobry trunek.” Oczy jej rozpłysły. „Piwo? Wino?” – zapytała ostrożnie. „Da pani jakąś dobrą wódkę. Najdroższą.” „Ta z kłosem jest u mnie najdroższa. Może być?” „Pewnie.” Butelka brzęknęła na szklanym blacie. Sprzedawczyni bez nabijania paragonu na kasę i bez użycia kalkulatora w mgnieniu oka wyceniła towar. „52,18. Pani tak w pamięci wszystko?” – zagaił, wyciągając stuzłotowy banknot. „Taa.
A reklamówki nie trzeba?” „Nie trzeba. I reszty też. Chciałbym tylko, żeby pani mi z tym pomogła.” Zaskoczona mina ekspedientki dostarczyła Arturowi satysfakcji. Wiedział, że ją ma. Pracował w handlu zbyt długo, żeby nie rozpoznać pożądania w oczach. „Ja w pracy jestem, nie piję” – wzbraniała się, ale już nie mogła oderwać spojrzenia od butelki. „Poza tym, co mi pan tu. Nie znamy się.” Pokiwał teatralnie głową. „Oczywiście to nie tak całkiem za nic. Wiadomo, jak jest.” Chciała coś powiedzieć, ale przerwał jej uniesieniem dłoni.
„Proszę pozwolić mi dokończyć. Muszę znaleźć tę kobietę. To dla mnie bardzo ważne.” Milczała. Gdyby istotnie nie znała Więćmy, z pewnością obruszyłaby się i zaprotestowała. „Mówią, że znachorka uzdrowiła pani synka” – kontynuował. – „To była kobieta, którą pani pokazałem, prawda?” Ekspedientka westchnęła. „Chodź pan” – mruknęła, wskazując kciukiem drzwi zasłonięte koralikami. – „Wódkę i resztę wezmę.” Na zapleczu było ciemno, siwo od papierosowego dymu i przeraźliwie brudno. Wystrój przypominał czasy PRL-u, a między archaicznymi meblami walały się puste butelki. „Bałagan jest, bo nikt tu nie wchodzi” – bąknęła, widząc najwyraźniej zniesmaczone spojrzenie Skierczyńskiego.
Nie skomentował. Wskazała mu jeden z głębokich foteli, między którymi znajdował się nieduży stolik. Wyjęła kieliszki z kredensu i popatrzyła na nie krytycznie. Zdrapała coś paznokciem z wnętrza jednego i postawiła je na stoliku. Artur miał nadzieję, że niczym się tutaj nie zarazi. „I co chcesz pan wiedzieć?” – zapytała, odkręcając butelkę. „Jak to było z pani synem?” Napełniła kieliszki. Gestem zasugerowała, że czas je opróżnić. Wypili. Zaraz podała drugą kolejkę.
„Mojemu małemu pomogła ta kobieta ze zdjęcia, kiedy lekarze nie potrafili” – powiedziała, znów unosząc kieliszek. „A na pewno to ta?” – zapytał Artur, czym prędzej sięgając po chipsa, by zabić smak wódki. Gospodyni nie pofatygowała się bowiem wlaniem im soku. „Ja pamięć mam dobrą” – żachnęła się. „Dobrze, dobrze. To gdzie ona jest?” „W lesie mieszka. Nikt dokładnie nie wie gdzie.” „To jak ją pani znalazła?” Znów rozlała trunek. „Zaraz powiem. Wypijmy.” Wypili. „Znajoma mi o niej powiedziała.
W pierwszy wtorek każdego miesiąca można ją znaleźć w takim jednym miejscu. No to zaszłam z Michałkiem, bo co mi zostało? Popatrzyła, pogadała, dała mu jakiegoś cholerstwa do picia i już. Po tygodniu nie znać było u małego śladu choroby.” „Proszę mi powiedzieć, gdzie znajdę tę kobietę. Nie pożałuje pani.” Uśmiechnęła się. „Jak tak, to powiem. Tylko najpierw wypijmy.” Księżyc krył się między koronami drzew. Krąg światła latarki przeskakiwał ze ścieżki na las i z powrotem. Artur nie czuł się swobodnie, będąc otoczony ciemnościami. Co rusz słyszał trzask gałęzi czy szelest liści.
Nieraz podskoczył przestraszony gwałtownym dźwiękiem. Poprawił zsuwającą się szelkę plecaka. Nie zwalniając kroku, wyjął telefon z kieszeni spodni. Zegarek na wyświetlaczu wskazywał 23:20. Jeśli wierzyć właścicielce sklepu, znachorka miała pojawić się na miejscu równo o północy. Niebawem wyszedł na otwartą przestrzeń. Po prawej stronie miał rozlewisko. Zimny blask księżyca odbijał się od nieruchomej tafli wody. Artur wyłączył latarkę. Przed nim znajdowała się drewniana chata oświetlona blaskiem ogniska.
Na ławkach siedziało kilka kobiet. Odgłos wymieszanych rozmów niósł się echem. Chrzęst kroków na żwirowej ścieżce zwrócił uwagę jednej z nich. Otaksowała Artura zdziwionym spojrzeniem i szturchnęła siedzącą obok młodszą od reszty dziewczynę. Po chwili rozmowy umilkły i całe towarzystwo wpatrywało się w niego. „Dzień. Dobry wieczór znaczy” – przywitał się. Żadna nie odpowiedziała. Przeszywany przenikliwymi spojrzeniami Artur poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. Chrząknął nerwowo.
„Ja do znachorki. Zaraz tu będzie, prawda?” „Pewno, że będzie” – odparła staruszka siedząca na skraju bliższej ławki. Na głowie miała chustę. – „Zawsze przychodzi.” Kobiety wróciły do swoich rozmów, a Artur odetchnął z ulgą. Czekał, co chwilę spoglądając na wyświetlacz telefonu. W końcu cyfry zegarka zmieniły się w trzy zera. Rozmowy ucichły. Wszystkie kobiety wstały i obserwowały zbliżającą się sylwetkę. Znachorka weszła pod wiatę, a blask ognia ukazał jej twarz. Artur nabrał głośno powietrza.
Po tylu latach w końcu odnalazł wiedźmę. Nosiła na sobie białą bluzkę i dżinsy. Przez ramię przewiesiła sportową torbę. Od ich ostatniego spotkania niemal się nie zmieniła. Przybyło jej tylko zmarszczek w kącikach oczu. Blizna pozostała taka, jaką ją zapamiętał. „Dobry wieczór paniom” – powiedziała mocnym głosem. – „I panu” – dodała, przenosząc spojrzenie zielonych oczu na Artura. – „Jak zawsze pomogę wam po kolei. Kto pierwszy zostaje.
Pozostałych proszę o cierpliwość.” Poznała go. Nie miał wątpliwości. W głowie kołatały mu różne myśli. Pytania, które formułował przez te lata, uleciały w jednej chwili. Od czego powinien zacząć? Kobiety kolejno rozmawiały z wiedźmą, otrzymywały coś z torby i znikały w ciemnościach. Pozostawały po nich tylko malejące z czasem światełka latarek. Co raz któraś z pozostałych dorzucała drewno do ogniska. Oczekiwanie dłużyło się jak w kolejce do lekarza, gdzie Artur tak samo był skazany na słuchanie szeptanych plotek i pustych rozmów. Wreszcie ostatnia z pacjentek wyszła spod wiaty.
Usiadła na ławce naprzeciwko wiedźmy. Patrzyli sobie w oczy. „Dawno się nie widzieliśmy” – zagadnęła z uśmiechem. – „Trochę postarzał się mój dobroczyńca i przytył.” „Pani za to prawie taka sama jak dawniej” – odparł. „Nie paniuj mi. Lea jestem. Znaczy nie jestem, ale moje prawdziwe imię będzie dla ciebie za trudne do powtórzenia. Jak mnie znalazłeś?” Oparł łokcie na nieheblowanym stole. „Dzięki człowiekowi, któremu pomogłaś po wypadku.” „A ten. Miał szczęście, że akurat przechodziłam.” „To teraz ja chciałbym się czegoś dowiedzieć.” „Pewnie.
Pytaj.” „Kim jesteś? Co się z tobą działo, odkąd uciekłaś i dlaczego to zrobiłaś? No i w ogóle, skąd wzięłaś się wtedy w górach?” Milczała chwilę. „Jeśli chcesz, mogę wszystko wyjaśnić” – odparła wreszcie. – „Jestem ci to winna za udzieloną pomoc. Ale ostrzegam, może być trudno uwierzyć w tę historię.” Uśmiechnął się kwaśno. „Po spotkaniu z tobą wylądowałem w psychiatryku na dwa miesiące. Wszyscy wokół uznali, że zwariowałem i opowiadam głupoty. Chyba możesz zaryzykować.” „Naprawdę? Przykro mi, że tak wyszło.” Nie sprawiała jednak wrażenia skruszonej.
– „To było już tyle lat temu.” „Jedenaście.” „Słucham?” „Jedenaście lat temu.” „No tak, to po kolei. Jedenaście lat temu cię nie rozumiałam. Byłam zbyt słaba, żeby używać energii i przyswoić wasz język.” „Że co?” – zapytał ze zdziwieniem. „Mówiłam, że to będzie nietypowa historia. Miałam na myśli kontrolę przepływu energii. Na przykład ty czujesz podmuch wiatru czy siłę rzecznego nurtu. Ja umiem wykorzystać jedno i drugie do kreacji. Ludzie z mojego świata nie potrzebowali technologii jak u was. Nauczyliśmy się kierować mocą natury, dzięki czemu osiągnęliśmy wysoki stopień rozwoju, nie posiadając żadnych maszyn. Siła naszej woli była siłą sprawczą.” Artur podrapał się w głowę.
„Ludzie z mojego świata?” – zapytał o to, co jako pierwsze przyszło mu do głowy. „A tak. Nie pochodzę stąd. Myślę, że znasz teorię wieloświata.” „Niestety” – warknął, wyraźnie poirytowany. – „Jestem sprzedawcą dywanów, do cholery, a nie fizykiem jądrowym.” „W zasadzie fizyka jądrowa…” „Przestań kręcić. Chcę prawdy.” Wiedźma westchnęła ciężko. „Dasz mi powiedzieć albo idź” – odparła twardo. – „Tak właśnie brzmi twoja prawda. Jeśli nie wierzysz, to szkoda naszego czasu.” Uspokoił się nieco, widząc u Lei nieudawaną irytację. Postanowił wysłuchać wszystkiego.
„No dobrze, przepraszam. Po prostu szukam cię od dawna. Chcę zrozumieć. A ty wyglądasz zwyczajnie. Nawet telefon masz.” Ruchem brody wskazał leżące na stole urządzenie. „Wiem, wiem” – przerwała mu. – „Może to cię przekona.” Schyliła się i przyłożyła dłoń do podłoża. Skupiła wzrok na rozlewisku. Artur również spojrzał w tamtą stronę. Nagle woda zaczęła wirować i bulgotać.
Coś powoli wychynęło na powierzchnię i wznosiło się coraz wyżej. Lodowy stożek urósł na około trzy metry i zastygł w bezruchu. Okalały go kłęby pary. „Ty to zrobiłaś?” – zapytał zaskoczony Artur. „Mhm” – potwierdziła, prostując się. – „Dzięki przepływowi energii przekazałam ciepło z wody do gleby i uformowałam ten lodowy kolec. Teraz już mi wierzysz?” Patrzył na Leę, wybałuszając oczy. „Nie” – odpowiedział. – „Myślę, że zwariowałem.” Parsknęła rozbawiona. „No dobrze, na czym stanęłam?” „Wspominałaś, że przybyłaś z innego świata” – odparł, choć w głowie wciąż miał mętlik.
„A tak. Widzisz, tak jak u was, tak i u nas trwał postęp. Czerpaliśmy energię z wulkanów, huraganów i oceanicznych fal, dzięki czemu poszerzaliśmy wiedzę. Budowaliśmy ogromne miasta i żyło nam się coraz lepiej. Przynajmniej tak opowiadał mi mój mistrz. Ja urodziłam się już później. Tak czy siak, ludziom było mało. Zabrano się więc za eksplorowanie innych rzeczywistości, co doprowadziło do katastrofy. Jakiej katastrofy? Uznano, że aby móc odwiedzać odległe światy, należy stworzyć dziurę w czasoprzestrzeni.
Mistrz zdobył dziennik człowieka, który asystował przy takim projekcie. Wynika z niego, że znaleziono formułę do otworzenia tunelu, który miał ukazać odległe o tysiące lat świetlnych od nas miejsca. Przypuszczamy, że właśnie w trakcie tego eksperymentu do naszego świata dostały się obce istoty. Obce istoty? Potwory. Było ich mnóstwo. Pobudzała je śmierć. Kiedy wyczuły umierającego, zratywały się i pochłaniały jaźń nieszczęśnika. Potem wpadały w szał i niszczyły wszystko wokół. Jak to przetrwaliście?
Żyliśmy, chowając się po lasach w nadziei, że stwory nas nie znajdą. Z czasem mój mistrz założył osadę, a w niej pracownię. Przygarnął mnie i uczył po śmierci rodziców. Badaliśmy dziennik, aby pewnego dnia otworzyć bramę do świata, w którym moglibyśmy odbudować cywilizację. Udało nam się rozszyfrować formułę. Nie mogliśmy jednak zrozumieć, jakie źródło energii jest potrzebne, bo żadne nie zdawało egzaminu. Czyli autor dziennika zaszyfrował swoją pracę. Po co? Może nie chciał, żeby ktoś ukradł mu pomysł. To zbyt ważne zapiski, żeby ot tak nosić je ze sobą.
No dobrze, ale tobie i twojemu mistrzowi w końcu udało się otworzyć przejście. Zgadza się. Pewnego dnia prowadziliśmy eksperyment z innym źródłem energii. Mistrz nie powiedział jakim. O dziwo, udało się. Wtedy do naszej osady wkroczyły obce istoty. Musieliśmy uciec. Nim zamknęliśmy bramę, jedna z tych bestii wlazła za nami. Doszło do walki. Więc to słyszałem wtedy w lesie.
Tak. Byliśmy zmęczeni. Obca istota wciąż napierała, więc musieliśmy zaryzykować. Doprowadziliśmy do eksplozji w nadziei, że uda nam się przeżyć. To też pamiętam. Potwór uciekł. Mistrz zginął przygnieciony pniem drzewa, a ja odniosłam poważną ranę. Uratował mnie lek, który przy sobie miałam, choć po nim blizna przybrała ten paskudny kolor. Taka to pamiątka. Ale daliście radę powstrzymać stwora.
Nie mogliście zrobić tego samego w waszym świecie? U nas byłaby setka innych i kolejne dwie setki, gdyby wyczuły śmierć. Zresztą nawet ten jeden nie zginął, tylko uciekł. Widzisz różnicę? No tak. A po wszystkim? Dlaczego się do mnie nie odzywałaś? Nie rozumiałam cię, a ty nie zrozumiałbyś mnie, więc po co? Gdybym była w pełni sił, użyłabym energii i przekazała wszystko za pomocą myśli. Ale najpierw musiałam przeżyć, a potem, kiedy nieco doszłam do siebie, spalić ciało mistrza, swoje ubranie i wszystkie inne ślady, żeby nikt nie domyślił się, że pochodzę z obcej wam rzeczywistości.
Nie wiedziałam, jak zareagujecie na kogoś takiego jak ja. Widząc podobieństwo między wami, spodziewałam się, że uznano by mnie za obiekt badawczy i zamknięto. Poczekaj. Co ma do twoich zdolności stan zdrowia? Umysł i ciało muszą być w pełni sprawne, żeby prawidłowo kontrolować przepływ energii. W przeciwnym razie można popełnić kosztowny błąd. W najlepszym przypadku przekaz myśli byłby zniekształcony. W najgorszym mogłoby dojść do uszkodzenia twojego mózgu. Skrzesanie i rozprzestrzenienie ognia jest technicznie prostsze. Trudne to wszystko — mruknął, drapiąc się w głowę.
— A co było dalej? Jak sobie poradziłaś? Podróżowałam. Kiedy doszłam do siebie, zaczęłam korzystać z energii, żeby uczyć się bezpośrednio z umysłów innych ludzi. Zdobywszy wiedzę, postanowiłam osiąść w tutejszych lasach i zająć się poszukiwaniem obcej istoty. Przy okazji pomagam miejscowym, jeśli czegoś potrzebują. Nie rozumiem jeszcze jednej rzeczy. Po kiego szukasz tego stwora, skoro on jest taki groźny? Bo ma w sobie tajemnicę. Tajemnicę?
Tak. Jak możesz się domyślić, chciałabym pomóc mieszkańcom mojego świata i przedostać ich tutaj. Aby to osiągnąć, muszę otworzyć przejście. I w czym problem? Przecież już raz to zrobiłaś. Nie sama. Nie wiem, o jaki rodzaj energii chodzi. Mistrz w końcu mi tego nie zdradził. Twierdził, że poznam prawdę, jeśli eksperyment się uda. I co, że niby ten potwór powie ci, jak to zrobić?
Ten potwór posiada jedną paskudną cechę, o której wspomniałam wcześniej. Wchłania świadomość umierających ludzi. Najwyraźniej na moment przed śmiercią otwiera się furtka do umysłu, przez którą te bestie się przedostają. Ale po co? Nikt tego nie wie. Nie wykorzystują zdobytych informacji. Mistrz miał teorię, że tak naprawdę obce istoty zostały powołane do życia w celu pozyskiwania i przechowywania wiedzy. Twierdził, że ich twórcy nie przewidzieli ubocznych skutków. Widocznie krwiożerczy szał potworów w pewnym momencie objawił się jako niepożądana cecha i to sprowadziło zagładę na świat, który nasi naukowcy odnaleźli. Czyli obca istota, z którą walczyłaś, posiada w sobie wspomnienia należące do twojego mistrza.
Dokładnie. Zamyślił się. Ognisko niemal wygasło. Tylko czerwony żar tlił się wśród kręgu kamieni. Więc to coś krąży po świecie i zabija ludzi, a ty nie potrafisz go odnaleźć. Nie zabija. Usłyszelibyśmy o nim w telewizji. Najwyraźniej zaszył się gdzieś, a ponieważ jest sam, zadowala się łatwiejszym łupem: zwierzętami i zbłąkanymi wędrowcami. Artur zamyślił się. Mam coś ciekawego – orzekł, wyciągając z kieszeni plecaka buteleczkę z czarnym proszkiem.
Postawił naczynko na blacie. Lea wpatrywała się w nie badawczo. Co to jest? To był pazur, który znalazłem przy twoim mistrzu. Gdyby nie został z niego tylko proszek, może ktoś by mi uwierzył i uznał, że jednak nie oszalałem. Chwyciła buteleczkę i przypatrywała się jej zawartości. Muszę wracać do siebie i to sprawdzić – stwierdziła. – Jeśli mówisz prawdę, z pazurem będę mogła ułożyć formułę, dzięki której zdołam znaleźć potwora. Pozwól mi iść z tobą – poprosił natychmiast Artur. – Chcę wiedzieć, jak to się skończy.
Może wreszcie udowodnię, że nie zwariowałem. Przynajmniej sobie. A jakie to ma znaczenie? – zdziwiła się wiedźma. – Dla ciebie prawdziwe jest to, co za takie uważasz. Każdy odbiera rzeczywistość na swój sposób. Wariata nie obchodzi, że jest szalony, dopóki o tym nie wie. Więc tym bardziej muszę iść. Jestem częścią tej historii. Patrzyła na niego w milczeniu.
Doświadczenie w handlu podpowiadało mu, że Lea zastanawia się, jak wykorzystać tę sytuację. W porządku – stwierdziła w końcu. – Chodźmy. Część trzecia. Z wiedźmą spędził dwa dni. W tym czasie uporała się z przygotowaniami. Trzeciego dnia wyruszyli niewidocznym dla Skierczyńskiego śladem na poszukiwanie obcej istoty. Wiatr świszczał między strzelistymi szczytami. Arturowi ulżyło, że idą lasem i nie muszą zmagać się z porywistymi podmuchami. Byli już po słowackiej stronie gór, z dala od turystycznych szlaków.
Daleko jeszcze? – burknął. Kawałek. Westchnął z boleścią, ale posłusznie kroczył za wiedźmą. Czuł na plecach wilgoć. Pod rękawami koszuli pojawiły się mokre plamy. Trzeba było biegać, kiedy mogłem – pomyślał. Coś zaszeleściło. Artur natychmiast skierował wzrok w tamtą stronę, jednak to tylko kruk wzbił się nad korony świerków. Nie przyznawał się przed Leą, ale czuł lęk.
W każdej chwili spodziewał się przerażającego potwora, który wyskoczy na nich z mrożącym krew w żyłach rykiem. Wyobraźnia podsuwała mu niepokojące wizje monstrum i sposobu, w jaki rozprawia się ono z ofiarami. Tu będzie idealnie – stwierdziła Lea. Wyszli na środek niewielkiej polany. Czubki drzew wokół chwiały się, szumiąc głośno. Artur, poczuwszy chłód na spoconych plecach, nałożył ortalionową kurtkę, którą dotąd niósł w plecaku. Może tam się schowasz? – zapytała Lea, palcem wskazując zarośla nieopodal. Artur mimowolnie zwrócił wzrok w stronę skupiska paproci. W tej samej chwili poczuł ukłucie w szyję.
Odskoczył, puszczając z ust wiązkę przekleństw. Zobaczył, że wiedźma ściska w dłoni pustą strzykawkę. Zamarł. Wybacz, ale potrzebuję przynęty – wytłumaczyła beztrosko. Chciał natychmiast ruszyć ku niej, wykrzyczeć, co myśli o jej metodach, ale nie mógł. Wszystko wokół wirowało. To specjalna trucizna – ciągnęła. – Sparaliżuje cię, a twoja krew zacznie krzepnąć. Słowem, z każdą chwilą będziesz coraz bliższy śmierci. Twój stan zwabi obcą istotę.
Tym bardziej że przygotowałam specjalną formułę, która zwielokrotni aurę agonii. Skierczyński nawet nie wiedział, kiedy upadł. Leżał ze wzrokiem wbitym w błękitne niebo. Obserwował sunące wolno białe obłoki. Słuchał Lei, choć docierało do niego coraz mniej. Nie martw się, mam antidotum. Wytrzymaj trochę, a wrócisz do zdrowia. Po chwili zniknęła. A może była obok, tylko Artur jej nie widział. Nie mógł poruszyć głową.
Niebawem wszystko się zmieniło. Niebo przybrało zgniłozielony odcień. Świeże górskie powietrze ustąpiło słodkawemu odorowi. Wierzchołki świerków znieruchomiały, skurczyły się i poszarzały. W lesie wybrzmiały ciężkie kroki i trzask gałęzi. Nad polaną gęstniała mgła. Artur nie czuł niczego. Otępiały umysł pozostawał wyprany z emocji. Trzask umilkł, ustępując głuchym stąpnięciom. Towarzyszyło temu ciche posapiewanie.
Dźwięki dochodziły z różnych stron. W końcu mgła rozstąpiła się nad Arturem. Zobaczył przed sobą sześć par oczu osadzonych w podłużnej, rozedrganej masie. Wyrastały z niej cztery umięśnione kończyny zwieńczone znajomo wyglądającymi pazurami. Z ciała stwora nieustannie wyłaniały się ludzkie twarze, by po chwili zniknąć. Otwierały usta, bełkocząc coś niezrozumiale. Kłąb błyskawic rozjarzył się jaskrawym światłem, oślepiając Artura. Przerażający, zwielokrotniony wrzask przeszył powietrze. Bolesny zew kreatury wzbudzał przerażenie. Kiedy Skierczyński odzyskał wzrok, znów zobaczył przed sobą obcą istotę oplecioną siecią iskier i wyładowań.
„Mistrzu, to ja. Wzywam cię” — rozległy się głosy wiedźmy gdzieś spoza jego pola widzenia. „Wychodź” — ponagliła. Na ciele stwora zmaterializowało się brodate oblicze. Krzaczaste brwi ściągnęły się nad pustymi oczodołami. Usta drżały w cierpieniu. „Wypuść mnie! To boli” — warknęła twarz. Wiedźma prychnęła. „Tak, tak.
Wiem, że boli. Gdybyś był prawdziwym Mistrzem, naprawdę bym ci współczuła. Ale mam sprawę.” „Jestem twoim Mistrzem tak samo jak dawniej i rozkazuję ci...” „Zamknij się i słuchaj” — przerwała mu. — „Czas ucieka. Nie będę cię tu trzymała w nieskończoność, tylko po prostu zabiję.” Czoło Mistrza zmarszczyło się. Zaciśnięte zęby zgrzytały nieprzyjemnie. „Czego chcesz?” — zapytał. „Jak otworzyć bramę?” „Przecież znasz formułę.” „Ale nie znam rodzaju energii” — warknęła. — „Mów, bo tracę cierpliwość.” Artur słyszał, że głos Lei drży. Mówienie przychodziło jej z trudem.
„No tak, nie mogę tego zdradzić. To zbyt niebezpieczne.” Wiedźma stęknęła. W tej samej chwili wyładowania przybrały na intensywności. Znowu rozległ się ryk. „Gadaj, bo zabiję!” — krzyknęła. „Ludzi. Potrzeba życiowej energii ludzi.” Świetlista sieć przygasła nieco. „Co? Jak to? Przecież tym, którzy dawniej tego próbowali, nigdy nie udało się wykorzystać życia do kreacji.
A później podobne badania zostały oficjalnie zabronione.” „Co nie znaczy, że takich doświadczeń nie prowadzono.” Mistrz mówił teraz szybko, bojąc się najwyraźniej rozdrażnić Leę. „Rozszyfrowałem notatnik. Wynika z niego, że do otwarcia bramy użyto życiowej energii ludzi. Tak naprawdę znałem źródło już od dawna, ale musiałem je sobie przygotować. Dlatego założyłem osadę, choć cały czas miałem nadzieję, że znajdziemy alternatywę. Później dzięki obliczeniom namierzyłem ten świat i przygotowałem formułę. Nie mogłem ryzykować, że odejdziesz. Potrzebowałem cię, więc nie zdradziłem tajemnicy. Kto wie, jak byś zareagowała. Tylko sukces osiągnięty dzięki tej metodzie mógłby cię do niej przekonać.” „Czyli to zwabiło potwory do osady.
Wyczuły śmierć mieszkańców, którzy byli twoimi ofiarami.” „Tak, tak. A teraz wypuść nas, jak obiecałaś.” „Wypuszczę” — syknęła Lea. — „Na wieczny odpoczynek.” Eksplozja blasku ponownie oślepiła Artura. Zawodzenie bestii ucichło. Spróbował poruszyć palcami. Zgięły się. Odetchnął z ulgą. Miał obawy, że paraliż może nie ustąpić. „Widzę, że wracasz do siebie” — mruknęła Lea, kucając przy Arturze. Schowała strzykawkę po antidotum do plecaka.
Spod krążonymi przekrwionymi oczami i bladą cerą wyglądała, jakby nie spała od tygodnia. Dłonie jej drżały. „Jesteś nienormalna” — syknął Artur przez zaciśnięte zęby. „Nie było innego sposobu” — odparła. — „Ale osiągnęłam swój cel i już niczego od ciebie nie chcę.” „Czyli teraz będziesz mordować niewinnych, żeby otworzyć bramę. Widzę, że to w twoim stylu.” „No tak” — mruknęła. — „Porozumiewaliśmy się za pomocą myśli, więc zrozumiałeś.” Artur sam poczuł się zaskoczony. Faktycznie, to, co słyszał, dobiegało jakby z wnętrza jego umysłu. Lea kręciła głową z niezadowoleniem. „I co teraz z tobą zrobić?” Zimna kropla potu spłynęła Arturowi po kręgosłupie.
Coś w tonie głosu wiedźmy kazało mu spodziewać się najgorszego. „Obiecałam, że nie zrobię ci krzywdy. Zawsze dotrzymuję słowa, ale...” Chciał zerwać się do ucieczki, jednak był jeszcze zbyt słaby. „Ale to nie może wyjść na jaw” — dokończyła, zbliżając się ku niemu. Część czwarta. Jacek siedział, wpatrując się w okno. Zastanawiał się, ile jeszcze każą mu czekać. Krople deszczu bębniły o parapet. Po około kwadransie drzwi otworzyły się. Wysoki sanitariusz wprowadził Artura Skierczyńskiego.
„Dzień dobry” – powiedział Jacek, wstając. „Witam, witam” – odparł Skierczyński. „Dzięki Jurek, poradzę sobie.” „Dziesięć minut, Artur” – mruknął sanitariusz – „Bo zaraz zaczynamy zajęcia.” Ten kiwnął głową, a drzwi zamknęły się. Jacek patrzył ze zdziwieniem, jak pensjonariusz żwawo kroczy w jego stronę. Spodziewał się raczej, że przyjdzie mu rozmawiać z otumanioną od leków, bełkoczącą imitacją człowieka. Tymczasem ten tu wyglądał zupełnie normalnie. Nawet ubranie miał zwyczajne. Biała koszulka, granatowe dresy i czarne adidasy. Postronny obserwator nie wiedziałby, kto jest pacjentem, a kto odwiedzającym. „Co tam pana do mnie sprowadza?” – zagadnął Skierczyński, zajmując miejsce po drugiej stronie stolika.
Jacek również usiadł. „Nazywam się Jacek Dąbek. Rozmawialiśmy przez telefon.” „Tak. Poznałem po głosie, ale pytałem o co innego” – odparł z uśmiechem pensjonariusz. „Chyba się pan domyśla. Udało się ją znaleźć?” Skierczyński sposępniał. Najwyraźniej ten temat wywoływał nieprzyjemne wspomnienia. „Udało się, udało” – burknął. „Niestety.” Zastygł ze zmarszczonymi brwiami. Wpatrywał się w blat.
Jacek nie poganiał go. „Jak powiem ci, co się wydarzyło, to nie uwierzysz” – podjął wreszcie. „Stwierdzisz, że słusznie mnie tu trzymają.” Jacka zaskoczyło nagłe przejście na ty. „Może i tak” – odparł, nie dając poznać po sobie zdziwienia. – „Ale co panu szkodzi?” „Właściwie…” – Skierczyński uśmiechnął się. – „A niech tam.” Zaczął opowiadać. Streścił, co spotkało go w ciągu ostatnich dni. Jacek nie przerywał i nie komentował. Słuchał z coraz większym zdziwieniem. „Po wszystkim użyła swoich sztuczek, żeby mnie otumanić.
Obudziłem się tutaj. Podobno biegałem goły po górach i darłem się wniebogłosy. Wezwani, zapewne przez nią, ratownicy medyczni złapali mnie i przywieźli tutaj.” „Czyli nie wie pan, gdzie teraz jest wiedźma?” „Nie wiem. Mam tylko nadzieję, że nie zdecydowała się otworzyć przejścia.” „A jakby miał pan zgadywać, to…?” Skierczyński zamyślił się. „Z jednej strony pomagała ludziom. Za opłatą, owszem, ale niedużą, skoro było na to stać babę ze wsi. Z drugiej nie zawahała się użyć mnie jako przynęty. No i wsadzić tutaj. Co mam ci powiedzieć?” „To może ja ją znajdę i się dowiem.” „Naprawdę? Wierzysz w to, co powiedziałem, czy jak?” „W zasadzie…” „Aha” – przerwał Skierczyński.
– „Poczułeś, że ona nie jest taka zwyczajna. Mam rację? Coś się wydarzyło podczas wypadku, o którym wspominałeś przez telefon.” „Niech pan sam oceni.” Podwinął rękaw i ukazał fioletową bliznę owiniętą wokół przedramienia. „Ha!” – pensjonariusz klasnął w dłonie. – „Dała ci swój lek.” Nagle drzwi otworzyły się. „No, wystarczy na dziś. Kończymy.” Usłyszeli głos sanitariusza stojącego w progu. „Chodź, Artur.” Skierczyński westchnął ciężko, ale wstał i posłusznie skierował się w stronę drzwi. „Niech będzie. Oby tym razem nie przedłużali” – narzekał.
„Panie Arturze!” – niemal krzyknął Jacek. Zawołany, odwrócił się. – „Naprawdę wierzy pan, że to wszystko się wydarzyło?” Skierczyński zaśmiał się. „Ktoś mi powiedział, że prawdą jest to, co sami za taką uznajemy” – odparł lekko, po czym odwrócił się i zniknął za drzwiami. Jacek siedział jeszcze przez chwilę. Zastanawiał się, czy chce odnaleźć swoją prawdę. Skoro była proza, to czas na warsztaty prozatorskie. A tu niezawodna Katarzyna Prychacz i kolejna inkarnacja Kościanego Buntownika. A mówiłem, przestrzegałem, że Kościany Buntownik zostanie z nami na dłużej. Dzisiaj „Alchemia tworzenia”, odcinek 20.
Kościany Buntownik: Lokacje.
[03:32:05] - Dzień dobry. Bóg radiowa ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy słuchacie-- ej, w sumie to dobry wieczór. Dżingiel. Dżingiel. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 20. odcinku drugiego sezonu podcastu o hucznej, dumnej, szumnej nazwie „Alchemia tworzenia”. Od razu na wstępie podzielę się z wami taką dziką zależnością, którą właśnie dokonał mój mózg. Przez u zwykłe i ch.
Otóż jest to 20. odcinek drugiego sezonu. I teraz popatrzcie sobie na datę. Normalnie tak dzisiaj królują dwójki i zera. Zobaczymy, co nam to przyniesie. Okej, nie ględzę już. O czym ten podcast to już kto chce to ten wie. Ten już znalazł, ten wie gdzie jest. A jak ktoś nie wie gdzie jest to zapraszam do tutaj przysiądnięcia się do nas i posłuchania. I wiecie co?
Tak sobie myślałam w sumie poprzednio, tydzień temu myślałam sobie, że 20. odcinek, pełna liczba, jubileusz trzeba zrobić. A jak jubileusz, to coś trzeba tutaj wyjątkowego zaserwować. I cholera, wiecie co? Nie wiem, na ile ten pomysł jest wyjątkowy. Może zaraz pewnie coś w nim znajdziemy wyjątkowego, ale jak zapewne większość z was wie, przez ostatnie trzy odcinki wałkowaliśmy temat, czy właściwie historię jednego bohatera. I kurde, to jest tak dobra historia, że ja bym pociągnęła to jeszcze dalej. Ale wiecie co? Żeby też nie było nudno, mam nadzieję, że jednak ta historia wam też się spodobała. Pomyślałam sobie, że jeżeli faktycznie miałabym spisać tę historię w jakiś sposób, nie wiem, czy będę robić z tego jakąś dużą formę, czy może po prostu na zasadzie skryptów, notatek.
Pomyślę. Ale zadałam sobie pytanie, co byłoby mi do tego potrzebne. I właściwie jak zaczęłam sobie bardziej wyobrażać te sceny, o których wam opowiadałam, to doszłam do wniosku, że gdybym faktycznie miała teraz siąść i je spisywać, to potrzebowałabym więcej notatek. Właśnie jeżeli chodzi o to, co widzę. W sensie takim, że jak sobie wejdę w te buty bohatera, skoro już ładną charakterystykę bohatera zrobiliśmy, mamy cały odcinek poświęcony na to, jaki on jest, kim on jest, jakie ma słabości i tak dalej. To teoretycznie wiem, kim jestem stojąc w jego butach. Tak samo jestem świadoma, że nie mam ciała i lewituję. I nie mam butów. Natomiast co dalej? Bo zaczną się zaraz dziać jakieś sytuacje.
I to aż się prosi, że jeżeli faktycznie mielibyśmy zacząć od tego momentu, bo właściwie sama jeszcze nie wiem, jaka tutaj byłaby narracja lepsza, z jakiej perspektywy. Może to jeszcze do przemyślenia, ale gdybyśmy mieli na przykład zacząć oczami bohatera, to faktycznie on by sobie stał na tej półce i na przykład rozglądał się po tej komnacie. I wpadłam na pomysł, że na pewno sporą pomocą do spisania tego będzie właśnie określenie lokacji. Ja sobie mniej więcej wypisałam takie podstawowe czy te najważniejsze lokacje, które padły w ostatnich dwóch odcinkach, czyli tych dotyczących fabuły. Bo wiecie, jak to jest, tak jak z bohaterem. Im więcej szczegółów wypiszemy, tym więcej później mamy fajnych elementów do zabawy, jeżeli chodzi o historię. Dlatego tak pomyślałam sobie, że w sumie tego jeszcze nie robiliśmy w tym podcaście. I tutaj już jesteśmy bliżej niż dalej końca drugiego sezonu. Nie, dobra, trochę jeszcze przed nami jest miesięcy. Ale nie pisaliśmy tu jeszcze nic tak naprawdę.
Ja sobie w pierwszym sezonie pogadałam o rzeczach bardziej merytorycznych i właściwie takich, które przede wszystkim dotyczą pracy nas samych ze sobą czy pokonywania swoich barier, czy drobnych przeszkód. Mówiłam też w sumie o technikaliach, ale nie robiliśmy nic takiego, więc może to jest właśnie ta dwójkowa wyjątkowość jubileuszowa naszego dzisiejszego odcineczka, że może właśnie zróbmy coś. Zróbmy, napiszmy. Oczywiście, że napiszemy to moją ręką, chyba że ktoś z was też się odważy i może zrobimy dwie alternatywne wersje. Chyba że na przykład ktoś z was miałby ochotę napisać to z innej perspektywy. Może ja napiszę to z perspektywy naszego bohatera, a ktoś z was weźmie sobie innego bohatera. Opcji mamy jak zawsze dużo. Zresztą ja na pomysły nie narzekam. Przypuszczam, że wy też nie. Także zachęcam.
Jak coś macie i chcecie realizować to ciocia Kasia zaprasza. Okej, a tymczasem borem, lasem. Próbuję sobie notatki jakoś... Jak to działa? To powinno mi się tak zrobić. Ale mam podstawkę wyczesaną. Dobra, wy nie widzicie, ale mam podstawkę wyczesaną. Ja sobie wypisałam lokacje i teraz pomyślałam, że oczywiście będę trochę też przypominać, co tam się działo. I oczywiście, że też powstrzymam się przed researchem, ale na pewno będę go robić po zakończeniu odcinka. Tak że na razie notateczki.
No dobra, słuchajcie, to co? Chyba lecimy. Może jeszcze wam tylko przypomnę, że zrobiłam fanpage, tak że zachęcam, żeby tam sobie polajkować. Jeszcze nie miałam czasu zrobić całej tej infografiki związanej z planem wydarzeń naszej historii, ale teraz tym bardziej będę musiała to zrobić, jeżeli faktycznie wpadłam na pomysł, żebyśmy może jeszcze przez parę odcinków tutaj podziałali, bo dzisiaj zajmujemy się lokacjami. Natomiast myślę, że będzie jeszcze sporo elementów, które warto byłoby sobie przekminić. A skoro mam nad tym kminić, to czemu nie przy was? Dobra. Lokacje. To jest też taka rzecz, że zwykle tak jak uwielbiam tworzyć różnego rodzaju uniwersa, światy, tak wiadomo, jak to ze światami jest. Właściwie z tworzeniem światów.
Nie zawsze jest potrzebny nam cały świat. I teraz tutaj właściwie w założeniu miała to być taka krótka historia. Myślę, że spokojnie mogłoby to robić za duże, długie, rozbudowane opowiadanko, ale w sumie też i za krótką nowelkę. Jeżelibyśmy trochę więcej czasu poświęcili na życie naszego bohatera, czy właściwie na przebywanie w osadzie rebeliantów, czyli te wszystkie sprawdziany czy szukanie sprzymierzeńców i wrogów, to faktycznie moglibyśmy trochę tam myślę objętościowo uzbierać rzeczy różnych. Czy właśnie tam nasadzić jakichś retrospekcji i innych flashbacków, które cały czas uderzały w naszego bohatera. Ale o tym pomyślę później, jeżeli to faktycznie miałoby się jakoś super rozwijać. Natomiast myślę, że w przypadku tego projektu wystarczą nam główne lokacje i ich bardziej szczegółowe rozpisanie. Pierwszą z lokacji, w których znalazł się nasz bohater, właściwie teraźniejszość bohatera, czyli moment, w którym go spotykamy, to jest gabinet niecnego skryby. Jak już tu jestem - w ostatnim odcinku powiedziałam „nikczemny skryba” i potem mówiłam „niecny skryba”. Nie ukrywam, że ten „nikczemny” to ja nie wiem, skąd on mi się wziął, mimo że też super brzmi.
We wszystkich notatkach miałam „niecnego skrybę” i teraz sama się zastanawiam, jak moglibyśmy naszego Złola nazwać. Jak macie ochotę się pobawić, to może zrobimy ranking. Tak myślę. Są fajne narzędzia takie, że wystarczyłoby, że sobie klikniecie w link i możecie zagłosować. Pomyślę, bo powiem szczerze, że jedna i druga nazwa ma swój urok. „Niecny” jest z jednej strony trochę umniejszająca, niedbała, ale jednak mimo wszystko sugerująca, z kim mamy do czynienia. A „nikczemny” to taki już mocno nikczemny. Od razu twardo mamy powiedziane, z kim mamy do czynienia. Sama nie wiem. Jak już dzisiaj robimy lokacje, myślę, że w następnym odcinku moglibyśmy zrobić pozostałe postaci, bo to też nam będzie potrzebne.
Może wtedy skupimy się troszeczkę bardziej na naszym Złolu, bo o nim za dużo nie wiemy. Wracając do gabinetu. Musielibyśmy opisać sobie cały ten gabinet. W pierwszej chwili widziałam taki kadr, że otwierają się piękne rzeźbione drzwi i nasz Złol wprowadza związaną nastolatkę i sadza ją na wielkim, rzeźbionym fotelu. Tylko właśnie myślę: a może nie fotelu? Może niech fotel będzie za biurkiem. Już mi obrazek leci. Super. Czyli mamy komnatę. To jest siedziba główna, gabinet naszego niecnego skryby.
Widziałam w tym, że w centrum pomieszczenia mamy wielkie drewniane biurko. Nie wiem jeszcze, z jakiego drewna. Tu też będę chciała zrobić research, bo sam rodzaj drewna może też być ciekawym symbolem, który można by sobie gdzieś upchnąć czy nawet postawić na nim jakąś anegdotkę, czy chociażby nie tyle przypadłość bohatera, co coś takiego, że zawsze to będzie dla niego... Na przykład, że uwielbiał heban i że wszystko miał hebanowe. Z drewnem jeszcze nie wiem, ale na pewno będzie wielkie, ciężkie, drewniane biurko. Oczywiście pełno papierów, różnych pergaminów, kałamarz, atrament i tak dalej, bo jednak był skrybą. Mimo wszystko był skrybą z zamiłowania. Z tyłu widziałam, żeby w głównym miejscu na ścianie za biurkiem była wielka gablota, może ze szklanymi drzwiami albo kryształowymi. Może kryształy by tu bardziej pasowały. Ta, z której nasza bohaterka skradła artefakt.
Oczywiście obok też regał, na którym na poduszeczce leżał nasz bohater. I co w gabinecie? Myślałam sobie, że może za biurkiem stał wielki fotel, rzeźbiony, obijany, pikowany. Też bym pewnie musiała poszukać idealnego fotela gdzieś w internetach. Z kolei krzesło dla petentów żeby było krzesłem, mimo że też ładnym, rzeźbionym, obijanym, ale krzesłem, a nie fotelem. Na takie krzesło została wpakowana nasza bohaterka. Drzwi się zamykają. Złol wychodzi. My dalej jesteśmy w komnacie. Sam ten regał...
A może kredens? Nie wiem. Kredens może bardziej. Co prawda teraz ja i moje zamiłowanie do researchu już byśmy szukali, czym dokładnie jest kredens i czy faktycznie kredens to jest mebel, który widzę oczami wyobraźni. Ale ogólnie mebel, może komoda. Płaski blat, na którym stoi nasz bohater. Właściwie poduszeczka, a na poduszeczce leży nasz bohater. Tu nie padło, jakby ktoś miał tyły w historii. Nasz bohater jest lewitującą czaszką gada, więc on sobie odpoczywa. Lubi na swojej poduszeczce leżeć i udaje, że jest przedmiotem.
Myślałam o czymś takim, bo on kolekcjonował małe nakrycia głowy, więc też obowiązkowo tam bym widziała różne mini wieszaczki, takie pionowe wieszaki. Czy może ściana z haczykami, na której by te kapelusze były odwieszane, a może w jakiś sposób wyeksponowane. Bo też widzę to, jak bohaterka będzie się przechadzać po tej komnacie, to żeby może zaczęła poruszać tymi kapeluszami. Czy może nawet dla żartu jakiś tam położyła na czaszkę. Tu też byłoby ciekawe miejsce na opisanie przeżyć wewnętrznych bohatera w chwili, kiedy ta dziewczyna dotyka jego nakrycia głowy i tę kolekcję, a on postanowił się nie ujawniać. Widzicie, to są niby detale lokacji, detale pomieszczenia, a już możemy w fajny sposób wchodzić w interakcje z bohaterami czy jakoś oddziaływać na bohaterów. Mamy tę ścianę i tę część gabinetu, którą widzimy zaraz po wejściu. Po lewej stronie widziałam ogromne okno. Wręcz prawie taką dziurę w ścianie, takie okno od sufitu do podłogi. Może taras, wyjście na balkon.
Na pewno miejsce, z którego ten nasz skryba będzie podziwiał cały dwór, cały dziedziniec zamku. Tak myślę. Bramę i okoliczne części lasu. Co dalej? Tutaj też już wiemy, że ten zamek nie należał do skryby, więc zajął pomieszczenie. Czy to jest sala tronowa? Nie, sala tronowa to jest miejsce, gdzie przyjmuje król poddanych. To nie, to musiałaby być jakaś komnata królewska czy coś takiego. Tak myślę. Widzicie, na tym też się nie znam i pewnie też bym kopała różne researche albo szukała człowieka, który się na tym zna.
Ale czemu nie? Okej, dobra, bo już odpływam w researche. Już teraz robię research, gdzie mogę robić research. No dobra, to jesteśmy w tym gabinecie. Czy coś tu jeszcze miało być ważnego? Tak. Pomyślałam, że jeszcze na tej ścianie, gdzie są drzwi do komnaty, żeby były najróżniejsze regały z książkami i żeby w dużej mierze były księgi spisane przez naszego skrybę lub jego dzienniki. Kurczę, to też ciekawa postać musi być. Znaczy będzie. Musi być.
Kropka. Okej, w następnej scenie bohaterka z łatwością otwiera drzwi od komnaty i wychodzi. Wchodzimy, zmieniamy lokację i tu już mamy korytarz zamkowy. Tak że warto byłoby się zastanowić nad takimi rzeczami, z czego w ogóle ten zamek był zrobiony. Prawdę mówiąc, dobrze byłoby też się zastanowić nad zamkiem w całości, ale do tego za chwilę przejdę. Jak już idziemy tym korytarzem, to co mamy na podłodze? Co mamy na ścianach? Bardziej widziałam to, żeby ona szła korytarzem, ale tą częścią przy oknach. Nie wiem, czy to jest w sumie... Musi być chyba możliwe, nie?
Moja wizja była taka, że wychodzimy z tej komnaty i po lewej stronie mamy ścianę, na której raz na ileś są drzwi do innych komnat, a po prawej stronie mamy co chwilę jakieś okna. Idziemy tym korytarzem. Właściwie bohaterka idzie, a nasz bohater jest przyciągany do niej i lewituje za nią. Tutaj też mamy super kolejną okazję. Oczywiście, że możemy się pobawić rodzajem kamienia. Może jednak dajmy jakieś meble na te ściany albo przy oknach jakieś kwiaty. Na samej ścianie po lewej stronie, czyli tej, która ma drzwi, co jakiś czas możemy wrzucić jakiś portret. Może to jest moment, że nasz bohater sobie leciał i niby był zdenerwowany, że jest przyciągany. Tutaj mamy ten moment w podróży bohatera, że on się jeszcze cały czas wahał. Niekoniecznie chciał iść, buntował się przed tym wezwaniem.
Ale z drugiej strony może by się tutaj składał jakiś portret, czy może popatrzyłby na któregoś z poprzednich władców: „Ciekawe, jak on sobie z tym radził?”. Albo może nasz bohater nie wie, że ten zamek nie należy do skryby, więc może by się zastanawiał, kim ci ludzie z portretów byli dla naszego skryby. Bo w ogóle są niepodobni. Z jednej strony wydaje się to niepotrzebna rzecz przy tej scenie, ale z drugiej strony możemy tutaj przemycać ciekawostki zarówno dotyczące tego świata, czy właściwie świata sprzed przejęcia zamku przez skrybę. Czyli tutaj możemy mieć poprzednich władców. Albo możemy poprzez takie zachowanie pokazywać jakieś cechy naszego bohatera. Może to, że on w sytuacjach stresowych będzie tracił skupienie. Że to jest postać, która cały czas jest skupiona, mówiliśmy o tym, że to świetny doradca, strateg i tak dalej. A może ta dziwna sytuacja go tak rozstroiła, że zamiast zawsze skupiać się na strategicznym myśleniu, jak wyjść z tej opresji i tak dalej, to coś go rozstroiło i wpłynęło na to, że on sobie ogląda portrety. Okej, tutaj mamy jeszcze, ja sobie wypisałam coś takiego jak sala konferencyjna, dzisiaj byśmy powiedzieli.
Chodzi mi tutaj o salę. Możliwe, że ona ma swoją mądrą nazwę i pewnie jest wśród was ktoś, kto tutaj albo się ze mnie śmieje, albo łapie się za głowę, co ja tu opowiadam. Bo może jest to specjalista od zamków i to nie tych, do których trzeba wytrychy. Chodzi mi o salę, gdzie można było rozstawić sobie mapę, rozstawić jakieś figury, ustawiać strategię. Taka sala strategiczna. Nie mogę sobie przypomnieć nawet, czy w jakimś filmie kiedyś to padło. Tak jak tyle pamiętam różnych scen, gdzie czy to gwardia królewska, czy rycerze, czy król i jego rycerze, czy jakaś ekipa, że się zbierali nad tą mapą i się zastanawiali albo były jakieś negocjacje. Cholera, nie wiem, jak ta sala się nazywa, ale o taką salę mi chodzi. I teraz, mimo że w tej narracji, w tej fabule nie mamy sceny w takim miejscu, to myślę sobie, że z racji, że nasz bohater jest strategiem i on bardzo często pomagał temu niecnemu skrybie, to warto byłoby tę salę opisać. Bo idziemy przez moment tym korytarzem i to też jest ten moment, gdzie nasz bohater stwierdza na początku, że nie będzie wzywał jeszcze straży, bo ma tutaj kontrolę.
Zaraz oczywiście wydarzy się coś, gdzie ta kontrola zostanie utracona. Ale może po drodze będziemy mieli drzwi do tej sali. A może minięcie drzwi do tej sali i tutaj możemy sobie puścić retrospekcję, że on na przykład lubił być w tej sali, a dawno tam nie był. Albo może zobaczy, jak daleko już zaszli i stwierdzi, że jednak musi spróbować zaraz wezwać straż, żeby nie było za późno. Bo zaraz wejdą na klatkę schodową czy do kuchni. Nie, kuchnia na piętrze. Może prywatna kuchnia. Warto mieć gdzieś przystanki na danej trasie. Wspominałam o utracie kontroli nad sytuacją. I faktycznie kolejna scena to jest taka scena, że dziewczyna nie idzie do końca korytarza, tylko postanawia, że sobie wyjdzie oknem.
Po daszkach hyc, hop i już jest na dziedzińcu. I tutaj jest ta część, gdzie przydałoby nam się jednak opisać zamek z zewnątrz, wiedzieć w ogóle, co my chcemy. Jaki kolor ma ten zamek, z jakich jest materiałów. Czy jest z piasku, ze szkła, z kamienia, z drewna, z metalu, czy z jakiegoś meteorytu. Jest to miejsce, gdzie może faktycznie moglibyśmy zrobić małe podwaliny pod uniwersum. Ja tutaj przyjęłam klimat raczej fantasy klasycznego. Idziemy sobie w kierunku à la średniowiecznym, więc ten zamek myślę, że ja bym go widziała w kamieniach, nawet nie w cegłach, tylko w kamieniach. I nie wiem sama, czy ciemny, bo odruchowo widziałam, żeby on był z ciemnoszarych kamieni. Może mieszanych ze złotem. Oczywiście, że przydałoby się nam pomyśleć nad tym, kto tu wcześniej mieszkał albo kto wybudował ten zamek i może pod to dobrać wygląd zamku.
Może na sam koniec naszej opowieści byłoby to istotne, ponieważ mają odzyskać to rodowici właściciele. Ten ród, który zamieszkiwał kiedyś ten zamek, więc może to byłoby też bardzo fajną klamrą, żeby na początku zacząć gdzieś czy umieścić opis jakichś elementów tego zamku, a na koniec jeszcze to dopiąć, czy na przykład wtedy wyjaśnić, dlaczego to było wykańczane złotem. Może to jest ciekawy pomysł z tym złotem. Pomyślę. Pooglądam sobie zamki w internetach. Myślę, jak wam to pokazać. Nie wiem, jak wy pracujecie, jeżeli chodzi o koncepty i o ile w ogóle robicie sobie jakieś koncepty. Ja niestety w szkice może nie do końca umiem. Zwykle staram się mieć ludzi od tego, aczkolwiek lubię sobie wejść na stronę. Nie wiem, czy kojarzycie Pinterest i ja sobie tam robię tablice dla siebie, prywatne tablice do każdej powieści czy do jakiegoś większego projektu.
Dzielę sobie to na sekcje, czyli mam oddzielne sekcje związane z konkretnym bohaterem i tam szukam na przykład zdjęć, jeżeli chodzi o ubrania czy inspiracje, czy może jego właściwości magiczne, danego bohatera na przykład. Ale tak samo lokacje różne. Także może spróbuję zrobić takiego Pinteresta. Nie wiem, czy mogłabym dać link, żebyście wy mieli do niego dostęp. Albo po prostu zrobię publiczną tablicę i wtedy każdy z was będzie mógł wejść i chyba powinniście widzieć te sekcje. Pomyślimy i tam bym poszukała sobie różnych zamków. Na pewno zamków, mebelków. Dobra, nieważne. Idziemy, bo już znowu ględzę, a jesteśmy cały czas w pierwszej lokacji. Wieniec mamy.
Dachy i wieżyczki. I to, jak nasza bohaterka będzie skakać. Warto też pomyśleć, co będzie na przykład na tych dachach. Czy to będzie słoma, czy jakieś dachówki. To jest z jednej strony detal, ale z drugiej strony ten moment czy ta scena, właściwie opisujemy scenę, jak ta bohaterka skacze po dachach, to możemy dodać tam grozy, ryzyka czy po prostu dynamiki. Pisząc o tym, że tu jej się but poślizgnął, tutaj spadła dachówka. Może te dachy będą zmurszałe czy pokryte mchem, czy bluszczami, więc to też nam daje jakieś punkty zahaczenia dosłownego. Możemy naszą bohaterkę zahaczyć czy potknąć, ale wiecie, o co chodzi. Że możemy się bawić tutaj też troszeczkę konwencją i może to nawet będzie tylko jedno zdanie, które dopiszemy do tej sceny. Ale wiecie, czasami jedno zdanie potrafi zrobić naprawdę dużą robotę.
Więc pomyślmy nad dachami, wieżyczkami, może jakieś okna, parapety, może będą gdzieś rzygacze, może będą jakieś inne ozdoby metalowe. Skoro tu wypadło ze mnie jakieś złoto, to może właśnie jakieś złote elementy. A może po drodze, schodząc po tych dachach bohaterka jeszcze oprócz tego, że ukradła artefakt, ukradła dziennik, ukradła klejnoty i złoto z tej gabloty, może jeszcze odłamie jakiś element z wieżyczki czy ukradnie gdzieś kawałek zamku. Bo też pytanie, czy ta dziewczyna, ta nastolatka będzie wiedziała, że ten zamek należał kiedyś do jej rodu, czy nie? To też nam właściwie taki element daje nam później. Możemy zrobić fajną scenę, kiedy ona już wróci do obozu i będzie się widziała ze swoją matką, to może dostać OPR od matki, że zniszczyła ich zamek. Albo z drugiej strony może matka z rozrzewnieniem popatrzy, że pamiątka z naszego domu i tak dalej. To już zależy, w którą stronę będziemy chcieli iść, ale to już jest fajny mały detal, element, który możemy później właśnie sobie do niego gdzieś tam wrócić. Ona zeskakuje z tych dachów i spada na dziedziniec, więc mamy tutaj też ten element. Właściwie to jest część zamku jako całości, więc jak będziemy widzieli cały zamek, będziemy wiedzieli jak ten dziedziniec wygląda.
Daszki, wieżyczki i tak dalej. Tutaj ewentualnie jakieś ławki, drzewka, ogrody albo samą topografię terenu. Samą drogę do tej bramy wyjściowej czy samą bramę opisać. Nazwałam to dziedzińcem, bo właściwie to wszystko będzie tam widać. Tutaj też mamy mury zamkowe. No dobra, juhu! Mamy to. Pierwsza lokacja za nami. Okej, dalej w fabule mieliśmy całą podróż przez las. Tutaj był ten krok, że tak powiem, rozmowy z mentorem, mimo że tak naprawdę nasz bohater sam dla siebie był mentorem, a konkretnie jego przeszłość.
Kiedy oni idą przez las, jemu miały się przypominać jakieś sytuacje. Ja tu sobie wypisałam tak na szybko elementy lasu, które przyszły mi do głowy. Natomiast las będę musiała bardziej rozpisać, ponieważ las to jest symbol przeszłości naszego bohatera. Zanim nasz bohater został przemieniony w tą czaszkę, był człowiekiem i zanim dołączył do rebeliantów, ponieważ nie był z ich rodu. Był potomkiem starożytnego rodu druidów i właściwie to on sobie żył w lesie sam. Taki pustelnik, ale mobilny. Włóczył się po tym lesie i właściwie to cały las był jego domem. Ten moment, kiedy oni będą szli przez las, to tak naprawdę jakby się przechadzał po swoim starym domu. Czyli to będzie taka przeszłość zaprzeszła. Teoretycznie my poznajemy bohatera, który już jest po przemianie.
Tam co z 16 lat wcześniej był wojownikiem przez ileś lat. Nie wiem, w sumie jeszcze nie ustaliłam, ile on mógłby mieć lat takich człowieczych. Te 16 to na pewno chciałam ze względu na tę dziewczynę, żeby ta nastolatka była jego córką. Czyli 16 lat on był przemieniony w czaszkę. Pytanie, czy na przykład żył dwadzieścia parę lat w lesie, a potem kolejne dziesięć z rebeliantami. Albo siedem lat. Nieistotne. Istotne jest to, że w tym lesie chciałam, żeby jedną z lokacji było miejsce, w którym nasz bohater poznał lidera rebelii. Tam miała być sytuacja taka, że ten lider wpada w pułapkę. Lider myślał, że to była pułapka stworzona przez tego niecnego skrybę, a to była pułapka dla sportu, stworzona przez naszego bohatera, potomka druidów.
Oni się poznają. Nasz bohater uwalnia lidera z pułapki i oczywiście słucha o tej rebelii, że coś tam słyszał, coś tam wie. Mówi, że fajna inicjatywa, ale ogólnie to ten lider nie umie w strategię. I stwierdza: „A dobra, to ci mogę pomóc”. Idą i tak się poznają. Jeszcze nie wymyśliłam, co to byłaby za pułapka. Tu trzeba zrobić research, jakie fajne pułapki można zostawić w lesie. To na pewno byłoby to miejsce na trasie naszych bohaterów w stronę osady. Na pewno jakieś jeziorko. Mamy las i w środku lasu mamy też czasami jakieś strumienie, potoki.
Ale myślałam o takim leśnym bajorku. Może po coś tam zaszli, może musieli minąć to bajorko, może gdzieś tam było jakieś ukryte przejście do ich osady. Na pewno jakiś flashback przy tym jeziorku bym chciała, żeby był. Jeszcze nie wiem jaki, bo to też bym dopasowała, rozpisując bardziej tę psychologię naszego bohatera czy samą trasę. Dalej. Jakieś krzewy. Może to jest pomysł na tę pułapkę. Może. A może on coś będzie chował w tych krzewach? A może z jakiegoś powodu będzie sam zadziwiony tym, że wie na przykład, co można z tych jagód zrobić.
Albo że tych jagód nie wolno jeść na przykład. Może to byłyby te początkowe flashbacki, kiedy przekroczą granicę lasu i zacznie mu się przypominać, że przecież jako czaszka nigdy nie jadł jagód. On lubił jeść, tylko że jedzenie przez niego wypadało, bo miał przestrzenie puste i nie miał ciała ani układu pokarmowego, więc nie ma opcji, żeby znał smak tych jagód. A jednak znał ten smak to raz. A dwa wiedział, że miał po nich srogie rozwolnienie. Tu może się zacząć robić w umyśle naszego bohatera jakiś wyłom, jakieś drgnięcia, może pierwszy atak bólu i to nie biegunkowego. Fajne opcje i myślę, że spokojnie w takim lesie pięć, sześć tych flashbacków. Zależy jaką objętość całej treści będę potrzebować. Wiadomo, do powieści możemy się bawić, do opowiadania czasami nie ma sensu pewnych rzeczy rozciągać. Dalej.
Wąwóz. Czemu nie? Jakiś wąwóz, może jakaś scena, może dziewczynie się noga obsunie, a może on kiedyś spadł do tego wąwozu i zacznie w pewnym momencie opowiadać tej dziewczynie, co jest na dnie wąwozu, a ona będzie patrzyła na niego jak na białego jelenia. O co ci chodzi? Skąd ty się tu wziąłeś? Skąd masz pojęcie, co jest na dnie wąwozu, gdzie nikt nie przeżył kto tam spadł? A się okaże, że właśnie on przeżył. Albo ona mu powie, że zna tylko jedną osobę, która przeżyła. Znała, słyszała, bo ona nawet nie mogła znać. Czyli u nich w osadzie był ktoś taki i taka trochę legenda.
Może wtedy właśnie ona zacznie wspominać o nim. Nie wiedząc nawet, że o nim wspomina. I tu jeszcze wpisałam coś takiego jak infrastruktura, ale chodzi mi tutaj o jakieś elementy, które on robił. Budowle w lesie, nie tylko jakieś szałasy, ale może jakieś zapadnie, może jakieś kładki, może coś na drzewach się będzie działo. I dziewczyna w sumie nawet nie będzie miała. On ją na przykład zapyta, czy ona wie, co to, kto to zrobił. Ona nie będzie miała pojęcia. Mówi, że od kiedy pamięta, to takie tu było. Czasami oni z tego właśnie korzystają, czy to im ułatwia. I to też mogłoby wywoływać jego flashbacki, bo na przykład byłyby to jakieś zabudowania, które zrobił jeszcze w czasach, kiedy był pustelnikiem mobilnym.
Las to jest fajne miejsce i to nam daje bardzo dużo rzeczy. Możemy też pokazać, jak zwierzęta reagują na naszego bohatera. Same te sceny spisane w lesie, oprócz tego, że będą właśnie tymi flashbackami czy takimi naukami z przeszłości, dodatkowo mogą też - bo tu zaznaczę, że nasi czytelnicy, czytelnik nie będzie wiedział, że ta dziewczyna to jest jego córka, czy że w ogóle nasz bohater był człowiekiem. Tutaj sobie pozwalam na te spoilery, bo tu tworzymy razem tę historię. Natomiast czytelnik nie będzie miał o tym pojęcia, co nam jako autorom daje możliwość do podrzucania takich tropów, wprowadzenia czegoś takiego dziwnego, bo właściwie możemy też nakierować czytelnika, że może to były jakieś opary z tego bajorka, a może jakieś halucynogenne właściwości jakichś grzybów na drzewach, cokolwiek. Ale tutaj nasz bohater sam już będzie się nad tym wszystkim zastanawiał. A może właśnie te napady bólu, bo też miało być tak, że każdy flashback będzie powodował ból, to możemy też tak to rozpisać, żeby czytelnik myślał, że może jednak nasz bohater jest przywiązany do zamku, że to jest jakieś zaklęcie ochronne czy coś takiego. Że im dalej nasz bohater jest od zamku, tym bardziej cierpi na przykład. Możemy w bardzo fajny sposób pobawić się konwencją. Możemy tutaj zastosować wszystko, zarówno zmyły, jak i właśnie faktyczne tropy do rozwiązania tej zagadki, czy też właśnie do sklamrowania ich później.
Czyli gdzieś tu na przykład wspomnimy o tym wąwozie, a później gdzieś jeszcze do tej historii z wąwozem na przykład wrócimy, będąc w samej osadzie. Albo kiedy już nasz bohater będzie miał na tyle wspomnień, czy będzie już świadomy, że jednak nie był tylko przedmiotem, to może wtedy też te wspomnienia będą bardziej krystaliczne. Czy sam będzie wspominał, czy wtedy opowie tę historię o wąwozie na przykład. Jak było na dnie, kiedy tam spadł. A może on tam nie spadł, może on tam zszedł po prostu jako pustelnik. Z ciekawości to on wiedział, że on musi wiedzieć, co jest w tym wąwozie. Dobra, koniec lasu. Koniec, bo ja chyba w ogóle uwielbiam klimaty leśne, tak że im dłużej o tym myślę, to tym więcej jakichś fajnych zakamarków mi się w głowie lęgnie. Przechodzimy dalej. Osada rebeliantów.
I tutaj kluczowa rzecz. Dzisiaj jej nie poruszymy. Natomiast jeżeli w następnym odcinku będziemy się zajmować... To znaczy jeżeli. Będziemy. Postanowiłam, kropka. W następnym odcinku zajmiemy się postaciami, więc na pewno będę się skupiała też przez chwilę na tym, jak w ogóle ci rebelianci wyglądają. Ma to być ród wojowników, więc właściwie dużo zależy od tego. Załóżmy, że jeżeli poszlibyśmy w druidów, to wiadomo, że taka osada stworzona przez druidów będzie wyglądała inaczej niż osada stworzona przez wikingów. Czy przez szamanów, czy jeszcze przez jakichś kanibali.
Dlatego tutaj sama się zastanawiam. Mamy wojowników, więc myślę, że jednak pójdziemy może właśnie w drewno, w metal, w jakieś skórzane elementy albo jakieś liny skórzane, tego typu. Czyli mamy po prostu konstrukcje stworzone z drewna. Chyba że część osady, bo też myślę sobie nad tym naszym bohaterem, że w sumie to nie wiem, w którym momencie on się spiknął z tym liderem. Bo na przykład gdyby to było na początku, jak tamten dopiero rozkręcał cały ten ruch rebeliantów, to może faktycznie nasz bohater miałby bardzo duży wpływ na budowę samej osady w sobie, co oznaczałoby, że niekoniecznie mielibyśmy takie typowe rzeczy, jak mi się skojarzyły, zbudowane przez wojowników. Tylko może dużo też byłoby takich wtrąceń od druidów, czy chociażby używania drzew, roślinności, czy tego właściwie, co wytworzył las na ich potrzeby. A może właśnie całą osadę osadzilibyśmy w koronach drzew. Myślę, że ten pomysł mi się nie podoba. Natomiast jak najbardziej część z tej osady czy część ważnych pomieszczeń mogłaby właśnie być osadzona w drzewach. Dobra i teraz tak: pierwsza rzecz, którą na pewno będziemy potrzebowali, która miała być dalej w scenach, jak oni już dochodzą do tej osady, umawiają się, że nasz bohater ma udawać, że jest przedmiotem, więc po prostu dziewczyna wraca do swojego namiotu.
Jej matka wraz z liderem rebeliantów są poza osadą w tym momencie. Oczywiście nastolatka wraca, wszyscy ją witają, cieszą się, że nic jej nie jest, że słyszeli plotki, że została pojmana, ale nie uwierzyli w to. Ona może je zdementować, może ich nie dementować albo po prostu może podrzucić jakieś skarby, które przyniosła. Właściwie też teraz myślę o tym, bo skarbiec i tak będziemy opisywać. Jak teraz wam mówiłam o tych pomieszczeniach w koronach drzew. Może właśnie ich skarbiec byłby schowany w drzewach. Tutaj też możemy pokazać to, że pierwsze kroki dziewczyna skieruje może nawet nie do swojego namiotu, o którym pomyślałam, tylko może najpierw pójdzie odnieść te klejnoty i złoto. Albo pójdzie odnieść je właśnie do tego skarbca. Dobra, zróbmy to, bo właściwie później będzie klamra w tym skarbcu, więc w sumie nasz bohater... Dobra, okej.
Bo jeszcze myślałam o tym, że mogła zanieść te klejnoty do namiotu tego głównego lidera, ale właściwie idźmy do skarbca. Dalej. Mamy część lasu, osady i gdzieś tutaj możemy sobie ten skarbiec opisać. Nie wiem właśnie, czy to byłby taki domek na drzewie. Może tak. Zabudowany mchem, schowany, że dla niewprawnego oka to będzie jakaś narośl na drzewie. A tak naprawdę to był ich skarbiec. Tam oczywiście jakieś prowizoryczne półeczki z drewna, pozawieszane jakieś kosztowności i tak dalej. Ona składuje te cudowności tam. Można też tutaj zrobić scenę, że nasz bohater się dziwi, dlaczego ona tego artefaktu tu nie zostawiła.
Możemy zrobić, bo tutaj też wspomnę o tym, że nasz bohater miał taki silny lęk, bo on był powiązany z artefaktem i on się bał tego, że jeżeli artefakt ulegnie zniszczeniu, to on umrze. Albo właśnie, że ktoś porzuci ten artefakt. Czy właśnie, że ona zaniesie do skarbca, to on już był przekonany, że już pozamiatane. On już zostaje w skarbcu. Myślałam o takiej rozmowie podczas tej pierwszej sceny, kiedy się poznają, że ona postanowiła, że ukradnie ten artefakt, że matka nie będzie tak wściekła na nią za to, że ryzykowała. Że oprócz klejnotów przyniosła coś ważnego. Jeszcze wtedy nie wiedziała jak bardzo ważnego. Ale nie. Ona stwierdza, że jej się to podobało i ona sobie ten dziennik i artefakt zabiera, więc na całe szczęście nasz bohater nie utknął w tym skarbcu. Tylko właśnie kolejna lokacja, czyli namiot tej dziewczyny.
Tutaj też myślę, że nie ma co szaleć z tym. Czy robimy posłania na ziemi, czy jakaś, w sumie już opanowali technikę wiązania kawałków drewna ze sobą, to może jednak zrobimy taką pryczę ze sznurków. A może ta dziewczyna sobie coś tam jeszcze wykminiła, a może nie. Tak myślę, cholera, potrzebuję chyba klimatu trochę tych wojowników. Jak sobie wymyślę ten ród, to jak go sobie zestawię z druidami, to będziemy mieli ładne łączenie stylów. Dalej. W samej osadzie mamy punkt centralny, punkt spotkań, ognicho. Tam będą sobie gotowali w kotłach czy wieczorami urządzali jakieś imprezy. Jakieś bębny, jakaś muzyka. Bo w sumie to była rebelia, ale oni nie byli jeszcze na takiej stricte wojnie, oczywiście po prostu sobie tam żyli.
Tutaj myślę, że nie ma co. Mamy ognicho, mamy zrobioną konstrukcję, na której można zawiesić kocioł albo powiesić ruszt. Pewnie to też ma mądrą nazwę, ale nie wiem jaka to jest nazwa. I co? Jakieś głazy? Może po prostu jakieś ławki wydrążone z drewna. Czemu nie? Bawmy się konwencją. No i co? Namiot lidera rebelii, bo tam też będziemy.
W momencie, kiedy on i matka wracają. To co? Tam właściwie dziewczyna mogła być w swoim namiocie. Myślę, bo tam nasz bohater się ujawni i oni i tak trafią do tego namiotu. Teraz wiecie co? Pomyślałam, że jeszcze jedna lokacja by się przydała. Czyli lokacja nie może w samym punkcie centralnym, ale taka trochę oddalona. Może to jest kwestia jakiegoś drzewa albo ona będzie siedziała faktycznie pod swoim namiotem. Była tam taka scena, że ona sobie siedzi i na przykład może rysuje albo czyta ten dziennik i patrzy w kierunku ogniska. Ta czaszka obok niej jest położona.
Czaszka, nasz bohater. Z oddali już widzimy matka wróciła i matka idzie w kierunku nastolatki. Już wiemy, że tu będzie się grubo działo, że będzie OPR jakiś. Nasz bohater jest zamurowany, bo ta matka to jest zjawisko. Tak pięknej kobiety w życiu nie widział. Oczywiście to jest ta jego kobieta. Jak jeszcze był człowiekiem, to jego kobieta życia. Tutaj też będzie ta scena, że przypomni jej się, że on właściwie powie jej komplement. Powie coś, co tej kobiecie też zadzwoni w głowie. Ale dobra, o fabule już mówiliśmy.
Tu się nasz bohater ujawni i tak oto trafią do namiotu lidera. Tutaj też dalej lider. Nie mamy jeszcze jego opisu, prawdę mówiąc nawet jeszcze jego imienia nie wymyśliłam. Nic. Wiem tylko, że to był najlepszy kumpel naszego bohatera. Może właśnie sam namiot też będzie flashbackiem. Też będzie czymś, co uderzy w naszego bohatera, kiedy już się tam znajdą. Właśnie nie pamiętam. Do namiotu mieli dotrzeć, jak będzie zwiadowca. Tam dziewczyna będzie biegła przez tą osadę, ale tu nie potrzebujemy więcej lokacji.
Więc mówię, robimy standard namiotów, natomiast to będzie namiot lidera, wiadomo, że będzie większy. Może będzie miał ten stół do strategii, stół z mapą. Może to uderzy silnym flashbackiem w naszego bohatera, kiedy już się tam pojawi. Jeżeli będziemy wiedzieli więcej na temat tego lidera, może byśmy go rozpisali. Nie wiem, czy tak dokładnie jak naszego głównego bohatera, ale czemu nie? Pomyślmy może o jego zainteresowaniach czy hobby, takim niecodziennym. Może ten namiot będzie czymś takim wypełniony. Może będzie zbierał jakieś rzeczy, a może po prostu chodzi o tkaninę, z jakiej będzie wykonany namiot. Dobra, i tutaj mamy koniec. Bo tu o skarbcu już mówiłam.
Finalnie nasz bohater trafi do tego skarbca. W pierwszej chwili prawie trafi w ognisko. Ale te lokacje mamy. Dalej oczywiście będzie się robiła zadyma w osadzie. Przybędzie nasz niecny skryba i w tym momencie dziewczyna zabiera naszego bohatera ze skarbca i uciekają w stronę rzeki. Myślę, że to mogłaby być nie ucieczka, żeby faktycznie spłynąć gdzieś tą rzeką, tylko żeby zmylić pościg. Czyli ta dziewczyna pomyśli, a nasz bohater będzie pod wrażeniem, że ona też myśli strategicznie. Ale pomyśli, że oczywistym jest, że każdy normalny uciekłby w stronę rzeki, zabrałby łódź i odpłynął. Dlatego też jedną łódź puszczają z nurtem rzeki i w tym momencie idą naokoło. Ona mówi, że ostatnie miejsce, do którego normalny człowiek by uciekł w trakcie zagrożenia, to będzie wulkan.
Tak jak ostatnio się już nad tym zastanawiałam, skąd wulkan w lesie? Nie wiem skąd wulkan w lesie. Nie jestem pewna, czy to wulkan. Na pewno widzę tam lawę, ale jednocześnie widziałam jaskinię. Więc wchodzimy do tej jaskini i jest tam wielka kotlina czy jakaś zapadlina. I tam jest ta lawa, ale nie wiem, na ile może być lawa w jaskini. Więc to jest ten moment, kiedy trzeba zrobić research, bo ja nie widzę tego wulkanu jako wielkiej góry, gdzie oni się wspinają, tylko żeby jednak było to w miarę dostępne miejsce. Bo tutaj nie chodzi o podróż w tym miejscu, tylko poniekąd o ucieczkę, pościg. Nazwałam to wulkanem, ale muszę poczytać o jaskiniach, jakie rzeczy tam mogą być. Może to zamienimy na jakieś toksyny.
Ale dalej jedno i drugie ma opary, więc albo to byłaby jakaś jaskinia, chyba że miałaby dziurę u góry i wtedy czy tam włożymy lawę, czy coś, to już od nas zależy. Teoretycznie to jest fantastyka. Powinnam mieć wylane i zrobić jak jest. Natomiast czemu by nie spróbować się jednak trochę powzorować na tym, jak ten świat nasz działa? Albo pójdziemy może w kierunku, to w Rosji jest gdzieś, bramy do piekieł? Jest taki wielki krater, tak mi się wydaje, bo tam chyba sytuacja wyglądała tak, że nie wiem, czy oni coś kopali, czy tam coś wybuchło. I klasycznie jak jest wybuch gazu, to też się podpala, żeby gaz się wypalił jak najszybciej. I oni to podpalili, żeby ten gaz się wypalił. I się okazało, że ten gaz chyba się cały czas ulatnia i od tamtej pory to cały czas płonie. Czytałam taką historię powstania.
Hell's Gate chyba, brama piekła. Nie wiem teraz, czy Rosja. Wygooglujcie sobie. Temat fajny. I teraz pytanie, czy może podobnego czegoś możemy użyć tutaj? Może też przy okazji byłaby jakaś retrospekcja czy legenda, a może to już byłby ten moment, kiedy nasz bohater będzie wiedział, czy będzie przekonany, że jest kimś innym, niż mu się wydawało. Może właśnie on tą córkę swoją zaskoczy informacją o tym. Albo że wrzucili pochodnie tam. Może komuś spadła pochodnia i od tamtej pory zawartość tej dziury płonie. Czemu nie?
Okej, dobra. Mamy to i jest wyjaśnienie. Jak zrobimy dziurę w suficie, to nawet będzie to miejsce bezpieczne o tyle dla ludzi, że będzie gdzieś wentylacja. I tutaj co? W samym wulkanie mamy dwa miejsca, nazwałam to miejscem mocy. To będzie miejsce, w którym będzie się odczyniał rytuał. Nasz niecny skryba będzie odczyniał ten rytuał wymazywania naszych wojowników, rebeliantów z historii świata w ogóle, ale będzie też miejsce zagrożenia córki. Może też tutaj powinnam dopisać to miejsce na tę historię, te opary. Natomiast miejsce zagrożenia córki, to też nam będzie potrzebny element. Więc pytanie takie, czy ona faktycznie będzie się zsuwać do tej kotliny, czy może gdzieś się potknie, może się o coś zahaczy, zaczepi?
Myślę, że jak opiszę kotlinę, to już gdzieś tam się coś więcej na ten temat w mojej głowie zrodzi. I ostatnia lokacja, bo tutaj właściwie rozgrywają się ostatnie sceny, w wulkanie, a później myślę, że bardziej może epilogiem. Myślę, że to w sumie byłoby chyba sympatyczne, żeby zrobić taką część, jak obalili już tego skrybę. Jak ten zamek na przykład się zmienia. Może właśnie ten skryba miał jakieś zamiłowanie do złota, więc oni to złoto pozabierali z tego zamku, pozdejmowali. Tak jak mówiłam na samym początku o klamrze, tu możemy zrobić klamrę. Prawowici właściciele odzyskują swoją posiadłość, jak ją zmieniają, od razu, z daleka nawet będzie widać, że już ktoś inny tutaj zamieszkuje. Możemy wrócić do tej sali konferencyjnej, gdzie będzie pamiętne miejsce na tą czaszkę, która została po naszym bohaterze. Bo właściwie czemu miałby być w gabinecie, skoro żył całe życie strategią, myśleniem i uwielbiał przebywać w tych miejscach? Może to jest jego miejsce na mapie, jego miejsce w świecie.
Nawet można byłoby to fajnie, poetycko zakończyć. Dobra, słuchajcie. Przelecieliśmy przez te najważniejsze lokacje. Ja sobie pogrzebię w tym Pintereście. Jeżeli nie wyjdzie nam z tym linkiem, to z ciekawości wrzucę wam post na fanpage'u. Jak macie ochotę, to zapraszam, bo oprócz informacji o tym, że jest nowy odcinek, skoro już piszemy, to robimy ten projekt. Ja robię. Ale cały czas uważam, że gdyby nie wy, to bym nie miała do kogo gadać i nie wpadłabym na takiego fajnego bohatera, i nie wpadłabym na taką fajną historię. Będę chciała się z wami dzielić moimi metodami pracy, jakimiś elementami, które powstają. Może wy też coś dorzucicie tam od siebie.
Czemu nie? To mamy. Zobaczę z ciekawości tą ankietkę. Ranking, które imię z „Walla” będzie wam bardziej pasowało. Ja kończę. Jak zawsze to czysta przyjemność do was mówić. Nasz dwójkowy odcinek dzisiejszy był wyjątkowy, bo właściwie o samych lokacjach jeszcze nie mówiłam na tym podcaście. Never ever. Mam nadzieję, że mimo iż tutaj pogadałam o fabule, to może podpowiedziałam wam jakieś mechanizmy. A może to, żeby patrzeć jednak na detale czy jak ich używać.
Dobra, patrzę, że chyba wszystko, co najważniejsze wam powiedziałam. Za tydzień zrobimy postaci. Myślę, że wrócimy do waszych ukochanych archetypów osobowości. Ale zobaczę, jak bardzo będziemy je wałkować. Pomyślę. Może zrobię jakieś skrócone karty postaci, żebyśmy zrobili jak najwięcej tych potrzebnych postaci, żebym ja nie zabrnęła znowu. Niby parę lokacji, a ględzę do was jak zawsze godzinę. Dobra, trzymajcie się cieplutko. Nie wiem, jak u was. U mnie spadł dzisiaj śnieżek.
Jest śnieżek, także ja jestem happy, więc idę nacieszać oczy przez okno. A wy śpijcie słodko i do usłyszenia za tydzień. Pa!
[04:25:29] - Mam nadzieję, że bawili się państwo całkiem nieźle. To teraz czas na dalszą część zabawy. Przed państwem literackie tete-a-tete Krystyny Śmigielskiej, a gościem tym razem będzie Krzysztof Petek. Krzysztof Petek to autor powieści sensacyjno-przygodowych, reportażysta, organizator wypraw i szkół przetrwania. Urodził się w 1970 roku w Wadowicach. Prowadził harcerski oddział specjalny. Uczestnicząc w szkoleniach organizowanych przez oddziały antyterrorystyczne, przeszedł szkolenia z survivalu, walki wręcz, psychologii sytuacji krytycznych. Dziennikarzem został w drugiej klasie liceum. Studia politologiczne ze specjalizacją dziennikarską ukończył w 1994 roku na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Pracował w studiu radiowym dla Telewizji Katowice, przygotowywał programy dla dzieci.
Współpraca z wydawnictwem Siedmioróg przyniosła efekt w postaci serii „Porachunki z przygodą”. Dla Ossolineum pisze serię „Czarny kufer”. Pozostałe książki wydaje agencja Wordpress. Od roku 2001 jest członkiem Związku Literatów Polskich, współorganizatorem Międzynarodowego Festiwalu Poezji Poeci bez Granic. W roku 2007 został wiceprezesem Dolnośląskiego Oddziału ZLP. Autor podróżuje zapraszany na spotkania autorskie, promując także zdrowy styl życia i aktywność społeczną. Walczy z postawami patologicznymi, organizując wykłady i wyprawy dla młodzieży. Uczestniczy w akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Prowadzi międzynarodowe szkolenia literackie i dziennikarskie, a także koncerty, akcję Noc w bibliotece czy Noc detektywów. Zapraszam państwa na spotkanie.
[04:27:52] - Literackie tete-a-tete.
[04:28:05] - Dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy kolejną audycję literackiego tête-à-tête. Chociaż muszę się państwu przyznać, że długo zastanawiałam się, czy mojego i państwa gościa nie powinnam zaprosić bardziej do audycji „Tropiciele dziecięcych marzeń”. Pan Krzysztof Petek od lat jest zaliczany do grona najpoczytniejszych autorów powieści młodzieżowych. Gdyby była to jego jedyna aktywność, z pewnością właśnie byłoby bardziej trafne zaprosić go do cyklu poświęconego twórcom literatury dziecięcej. Tak jednak nie jest. Pan Krzysztof Petek pisze książki dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Prowadzi szkoły surwiwalu i warsztaty pisania dla młodych adeptów tej trudnej sztuki. Organizuje wyprawy, w których uczestniczy jako opiekun i przewodnik. Od lat jest mile widzianym gościem w bibliotekach, zarówno na spotkaniach autorskich, jak i na organizowanych przez niego Nocach Detektywów, całonocnej zabawie w bibliotece.
O swoich zamierzeniach i przygodach nagrywa filmiki i podcasty, które bez problemu znajdziecie państwo w internecie, tak jak prowadzone przez pana Krzysztofa strony, zarówno te na Facebooku, jak i Instagramie oraz stronę autorską funkcjonującą w sieci. Gorąco zachęcam państwa do odwiedzania tych stron, ponieważ znajdziecie na nich różne wiadomości na temat twórczości i nowych pomysłów naszego gościa. Panie Krzysztofie, witam bardzo serdecznie. Cieszę się, że będziemy mogli porozmawiać i mam nadzieję, że dostarczymy naszym słuchaczom dzisiaj wielu pozytywnych emocji.
[04:29:53] - Dzień dobry, bardzo mi miło.
[04:29:55] - Pozwoli pan, że zapytam, od kiedy rozpoczęła się pana droga twórcza i czy potrafiłby nam pan tak szybciutko powiedzieć, ile książek autorstwa Krzysztofa Petka ukazało się już drukiem?
[04:30:09] - Na spotkaniach autorskich czasem opowiadam młodym, jak to się zaczęło. Trochę w cudzysłów to ubieram, ale opowiadam, jak to w pierwszej klasie podstawówki kończyłem lekcje o wpół do jedenastej, a stołówkę otwierano w samo południe. Zatem pod wpływem mojego starego szóstoklasisty kuzyna zacząłem pisać opowiadania o jakichś Marsjanach i tego typu sprawach. Zabawne to było, ale wówczas, już w pierwszej klasie, moja pierwsza książka miała ponad 100 stron. Wprawdzie kulfonów w notesiku, ale zaczęło się to od właśnie takiej zabawy. De facto w wieku lat 16 zostałem dziennikarzem. Zacząłem pracować dla lokalnych redakcji. Później na początku studiów i dla telewizji lokalnej w Katowicach, gdzie studiowałem i dla różnego typu redakcji, i radia, i gazet. I pierwszą książkę wydałem drukiem w wieku lat 21. A było to w zamierzchłych czasach.
Wprawdzie już po tym, jak wyginęły mamuty, ale tuż po, czyli w roku 1991. Później na zawodowstwo przeszedłem już po studiach i od 1996 do dzisiaj wyszło drukiem 36 moich książek, ale kilka jest następnych napisanych, kilka jest w produkcji. Zakładam, że do końca roku przynajmniej sześć nowych się pojawi. No i powiedzmy sześć, osiem co roku od roku następnego.
[04:31:42] - Muszę powiedzieć, że to jest imponujący dorobek wydawniczy, którego serdecznie panu gratuluję. Zaczynał pan od powieści kierowanych do nastolatków. Trafił pan w taką lukę, która w tamtych czasach się wytworzyła. Potrzebna była nowa, świeża książka opisująca teraźniejszość. Było dużo ciekawych powieści przygodowych dla młodzieży, natomiast brakowało współczesnej, umiejscowionej właśnie w latach 90. Wiem, że ten dorobek jest duży w tej chwili, tak jak pan powiedział, ale zaczął pan też w końcu kierować książki do dorosłego czytelnika. I ja mam takie pytanie, czy dojrzewał pan ze swoimi czytelnikami? Czy może potrzebował pan się zmierzyć z bardziej wymagającym bibliofilem?
[04:32:31] - Pewnie tak. Pewnie dojrzewałem, bo przecież kiedy zacząłem wydawać książki dla młodzieży, sam miałem niespełna 21 lat. Jeszcze tą młodzieżą ciągle byłem. Ciągle byłem harcerzem biegającym po lasach, instruktorem i żyłem przygodą. Pierwsze 20 moich książek to są właśnie opowieści o nastolatkach, które dokonują ważnych rzeczy, które ratują życie. Ale to jest też opowieść o ludziach, którzy uczą się przyjaźni, miłości, pewnej solidarności, ale i poświęcenia, bo trzeba poświęcić swój czas, czasem zaryzykować, żeby zrobić w życiu coś ważnego. Natomiast pójście w stronę książek przygodowych czy wreszcie kryminałów stricte dla dorosłych jest krokiem nie tyle w niszę trudniejszą, bo wcale nie twierdzę, że pisanie dla dzieci czy nastolatków jest znacznie łatwiejsze. To też jest wymagający czytelnik. Natomiast chciałem po prostu pójść gdzie indziej, zagospodarować troszkę inne nisze. Pewne pomysły, które się urodziły w trakcie mojej pracy, mam także licencję detektywa i tutaj też troszkę działałem, absolutnie nie nadawały się ani na książki dla dzieci, których też trochę popełniłem, ani dla nastolatków.
Zatem poszedłem w stronę kryminału. To się stało tak naturalnie. Krzysztof Petek. Gra w 20 pytań. Czyta autor. Fragment nagrany dla słuchaczy Bookradio.pl. A wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, jak oświadczyć, że boli głowa. Poczuł jednak, że w gardle tkwi jakaś potężna rura, a cały oblepiony jest plastrami. Leżał na miękkim łóżku i powoli do jego świadomości zaczęły docierać odgłosy. Jednostajne piknięcia bliskich i dalekich urządzeń, szum komputerowego wentylatora, szelest pracującej pompy i zapach.
Tego zapachu nie da się pomylić z niczym innym. Środki dezynfekujące, lekarstwa, woń sterylności przychodni i szpitala. Nie potrafił odnaleźć przyczyny, dla jakiej miałby się znaleźć w szpitalu. W głowie wciąż stado krasnoludków bawiło się młotami i kilofami. Oddech regulowały urządzenia. Nie bardzo mógł sobie pozwolić na ziewnięcie, choć czuł taką potrzebę. Bolała go też dolna partia pleców, ale za nic nie mógł tam sięgnąć. Kiedy zdecydował się uchylić powieki, białe światło uderzyło w oczy, jakby chciało wypalić je natychmiast. Nie pomogło odwrócenie głowy. Źródło jasności zdawało się tkwić w suficie i górnych częściach ścian.
Mrugając i roniąc łzy, rozejrzał się jednak. Chciał się zorientować w sytuacji, zanim nadejdzie dwóch ludzi, których głosy zbliżały się z każdą sekundą. Dziwne. Już kilkakrotnie lądował w szpitalu. Miał taką świadomość, choć nie pamiętał teraz dlaczego, ale nigdy nie zdarzyło mu się być podłączonym do tych wszystkich dziwnych urządzeń, które widywał tylko na amerykańskich filmach. A już na pewno nie leżał w jednoosobowej sali. Tylko co się stało?
[04:36:08] - Przedstawiając pana, nie wspomniałam o wydawnictwach, które pan również prowadzi. Oprócz pisania zajmuje się pan edytorskim opracowaniem swoich powieści. Możemy więc powiedzieć, że jest pan twórcą absolutnym, czuwającym nad swoim literackim dzieckiem od poczęcia, czyli tej pierwszej iskry, pierwszego zamysłu, aż do chwili, kiedy trafi do rąk czytelników i zaczyna żyć własnym życiem. Który etap twórczej i wydawniczej pracy jest dla pana najbardziej fascynujący, a który z kolei nie jest ulubioną pana czynnością?
[04:36:47] - Ja ciągle współpracuję z kilkoma polskimi wydawcami, natomiast faktycznie część książek, zwłaszcza tych młodzieżowych, których prawa do mnie wróciły albo nigdy się ich nie pozbyłem, wydaje już moja firma, bo lubię mieć kontrolę nad tym, co się dzieje. Ale gdyby znalazł się polski wydawca, który potrafi profesjonalnie, serio współpracować z profesjonalnym autorem, umówić się, dotrzymać terminów, jakości i potrafiłby wydać całą serię książek napisaną w ciągu roku czy dwóch, to ja od jutra mogę przestać być redaktorem. Wolę tworzyć niż przetwarzać. Natomiast z jednej strony spotkałem się już z takimi redaktorami, którzy próbowali psuć moje teksty i to dosłownie, bo to nie tylko merytorycznie, ale wręcz ortograficznie czy interpunkcyjnie. A z drugiej strony bywa tak, że oddaję tekst do wydawcy. Oni mówią dzięki i nie odzywają się przez sześć czy osiem miesięcy. A nie jestem człowiekiem, który przypadkowo wrzucił tam tekst i liczy, że może mu coś wydadzą. To jest mój zawód, to jest moja praca, to jest mój produkt. Kiedy stolarz odda stół do hurtowni, to nie może czekać pół roku. Czy ktoś w ogóle go wystawi, nie wystawi.
Więc wróciłem do własnego biurka i kontroluję wszystko od początku do końca. Przy czym cała praca redakcyjna, zresztą nie tylko moich tekstów, bo przyjmuję teksty zlecone, to jest po prostu traktowane jako praca, jako szlifowanie, jako gimnastyka umysłu. Ale osobiście wolę tworzyć niż przetwarzać.
[04:38:29] - Czyli jednak jest pan twórcą. Sztuka pana pociąga.
[04:38:33] - Bardzo cenię dobrą pracę. Uważam się za rzemieślnika słowa, bo jeżeli zadzwoni wydawca dzisiaj i powie: „Słuchaj Petek, chcę od ciebie książkę trzysta czterdzieści cztery strony dla dorosłych z chorym psem, konfliktem rodzinnym, wojną w Ukrainie w tle, rodziną uchodźców i jeszcze starym zegarmistrzem bez jednej nogi”, to ja zapytam o dwie rzeczy zaledwie. Na kiedy i za ile?
[04:39:01] - Widzę, że pan się rozmarzył, panie Krzysztofie.
[04:39:05] - Ale są kraje, w których tak się działa.
[04:39:07] - No i ja też tak myślę, że tak być powinno.
[04:39:10] - Pod francuskich wydawców. I tam się takie rozmowy zaczynają.
[04:39:13] - No, może kiedyś i my się doczekamy. Zobaczymy. A teraz porozmawiajmy o szkołach walki przetrwania, obozach survivalowych, wyprawach. Skąd u pana tyle chęci działania i przekazywania umiejętności, wiedzy, radzenia sobie w trudnych sytuacjach? Czy uważa pan za konieczne w dzisiejszych czasach posiadanie sztuki przekazania wiadomości bez telefonu komórkowego, rozpalenia ognia bez zapalniczki czy zapałek i podróży bez GPS-a?
[04:39:47] - To jest tak, że te wszystkie umiejętności traktuję tak, jak ludzie traktują polisy ubezpieczeniowe. Być może nigdy w życiu nie będzie konieczności wędrowania setki czy dwóch setek kilometrów bez mapy, bez GPS-ów w nieznanym terenie. Być może nigdy nie zdarzy się więcej poszukiwanie zaginionych ludzi w jaskiniach, wysokich górach, w podziemiach zamku, co już robiłem wielokrotnie. Być może nikt z nas nie znajdzie się nigdy na terenie objętym wojną. Ale nie mogę nikomu dać takiej gwarancji. Sobie również. Dlatego sztuka przetrwania, którą zajmuję się od lat, bo od lat 33 jestem już instruktorem survivalu, to nie jest zabawa w wojsko. To jest odpowiadanie sobie po tysiąckroć na pytanie, co zrobić w sytuacji trudnej, niebezpiecznej, krytycznej, gdy zdarzy się wypadek, gdy trzeba ratować ludzkie życie, swoje albo czyjeś. Jak zminimalizować skutki katastrofy czy znalezienia się w bardzo niekorzystnej sytuacji? To daje pewność siebie.
Jeśli wspomniała pani o sztukach walki, to nie oznacza, że ja chodzę po ulicy i patrzę, komu by tu przyłożyć. Wręcz przeciwnie. Im dłużej trenuję system wojenny Wing Chun Kung Fu, tym bardziej jestem łagodnym człowiekiem. Kiedy podchodzi do mnie wielki, podpity facet i mówi: „Wyskakuj z portfela”, to podejmuję z nim dyskusję na temat wielkości portfeli i niemożności wskoczenia do niego po to, żeby wyskoczyć z niego, bo nie boję się jego wielkiej pięści. Wiem, że jestem od niego szybszy i wiem, że znam sto sposobów, żeby mu zrobić krzywdę, ale nie chcę tego w ogóle. Dlatego szkoły przetrwania, które prowadzę także dla czytelników moich książek, szkolenia z samoobrony, zdobywanie wiedzy na ten temat jest rodzajem zabezpieczenia. Takiej ściany, o którą można się oprzeć. Świadomości, że tam, gdzie inni siądą na pniu, opadną im ręce i zaczną płakać, ja wciąż mam pewne algorytmy, dzięki którym mogę rozwiązać trudną sytuację i pójść do przodu. A w rezultacie, jeśli chodzi o sytuacje krytyczne, tak naprawdę świat jest zero-jedynkowy. Przeżyłem, nie przeżyłem.
Krzysztof Petek „Sherlock Holmes i zagadka starej biblioteki”. Fragment nagrany specjalnie dla bookradio.pl. Kiedy przeglądam moje notatki z roku 1885, w oko wpada mi kilka znakomitych zagadek, z którymi mój niezrównany przyjaciel Sherlock Holmes rozprawił się w iście mistrzowski sposób. O przygodzie sir Nortona Hillarego z Norfolk opowiem pewnie wkrótce, gdyż tajemnica fałszywych klejnotów, które właściciel cenił sobie wyżej autentyków, godna była umysłu największego z detektywów. Nie sposób też przeoczyć historii damy Davonlee i jej mówiącego konia, gdyż za groteskową sprawą stanęły mroczne i mordercze siły. Dziś jednak sięgam po opasłe, choć nieuporządkowane notatki z ostatnich dni października tegoż roku, gdy w strugach deszczu przed naszym mieszkaniem na Baker Street stanął powóz z najmłodszym klientem genialnego detektywa. Holmes oderwał wzrok od Herald Tribune, w której jak co dzień śledził nekrologi i doniesienia kryminalne. Zmarszczył czoło, po czym odłożył gazetę na stolik przy kominku. „Drogi Watsonie” — zwrócił się do mnie cicho — „czy będziesz tak miły i mimo późnej pory zechcesz poprosić naszą nieocenioną gospodynię o przyrządzenie szklanki kakao?” Zaskoczyła mnie prośba mego przyjaciela. Kakao pijał przecież zwykle przed południem.
„Czy to ze względu na twój stan zdrowia?” Z wyciągniętą dłonią zbliżyłem się do niego, mijając stolik z szachownicą, na której Holmes rozgrywał z sobą samym fascynujące i bezwzględne pojedynki. „Nie, drogi przyjacielu. To z racji wieku naszego nagłego gościa.” Dłonią wskazał drzwi, w których jednak nie dostrzegłem nikogo. Nawykły do genialnej metody dedukcyjnej Sherlocka, uniosłem tylko brwi i pomaszerowałem po schodach do naszej gospodyni. Mimo iż znałem techniki jego geniuszu, za nic nie mogłem zrozumieć, skąd wiadomo, że będziemy mieć gościa, w dodatku młodego i lubującego się w kakao. Gdy wróciłem, zapytałem o to mego przyjaciela. W odpowiedzi podał mi list przyniesiony z rana przez posłańca. Maleńkie, nierówne litery złożone były w tekst umieszczony na odwrocie karty przedstawiającej Sunshine Manor o zachodzie słońca. Przeczytałem: „Drogi panie Holmes, nie miałam okazji poznać pana osobiście, ale ubiegłej jesieni rozwiązał pan zagadkę głosów dochodzących z XV-wiecznej studni, co i mnie uspokoiło, gdyż identyczna stoi na naszym dziedzińcu. Zachwycona pańskimi genialnymi metodami muszę się zwrócić do pana w sprawie, którą policja by wyśmiała, a zresztą nie dopuszczono by mnie do zeznań.
Tymczasem ojciec mój może być w stanie zagrożenia, choć trudno mi wskazać człowieka czy zjawisko, które życzy mu śmierci. Błagam pana, niech pan będzie dziś wieczorem u siebie. Przyjadę ukradkiem i opowiem wszystko ap owo. Wtedy też będę mogła wyjawić swe imię. W tej chwili to zbyt ryzykowne. Dziękuję. A.S.W.” Odłożyłem kartę na stół i pytająco spojrzałem na Holmesa. „Treść oczywiście rozumiem” — zapewniłem go. „Ale skąd to kakao?”
[04:46:14] - Szerzył pan jedną wyprawę, o której chciałam powiedzieć i chciałam się pana zapytać, bo ten problem mnie trochę ciekawi, nurtuje. Czy pan dotarł do źródeł Amazonki? Współpracuje pan z podróżnikiem i pisarzem Jackiem Pałkiewiczem. Proszę nam opowiedzieć o kooperacji dwóch dziennikarzy, pisarzy, pasjonatów wypraw. Co pomaga w kontynuowaniu waszej przyjaźni, a co może przeszkadza? Jaki jest podział pracy w takim duecie? To mnie bardzo interesuje.
[04:46:47] - Nie, do źródeł Amazonki z Jackiem nie dotarłem. Nie znaliśmy się jeszcze w 1996 roku. Mógłbym dlatego, że bywam w Peru także już samodzielnie, ale do źródeł Apaczety trzeba zrobić dużą i drogą wyprawę. To jest pięć i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Byłem już wprawdzie na tych wysokościach, ale w innych częściach Andów, a ponieważ to już było odkryte, to po co pójdę jeszcze raz? Z Jackiem Pałkiewiczem poznałem się na przełomie tysiącleci na jakichś spotkaniach survivalowych. Są takie festiwale. Zaproponowałem mu współpracę przy organizacji stulecia biblioteki, z którą współpracowałem. Poznaliśmy się bliżej i później zadzwonił mój telefon. Jacek, jak zwykle bardzo konkretny człowiek, mówi: „Jak tam twój czas w listopadzie?” Mówię: „Mam, znajdę”.
„Dwa tygodnie Amazonia, Brazylia. Lecimy z grupą ludzi. Czy możesz mi asystować?” „No jasne, że mogę.” Jacek Pałkiewicz współpracuje z ludźmi, którzy po prostu mu się przydadzą. To nie jest kwestia, czy on mnie bardzo lubi, czy nie. Chociaż mam przyjemność bycia nazywanym przez niego swoim przyjacielem. Rzecz w tym, że kiedy lecimy na wyprawę do Amazonii albo zabiera mnie na wyprawę na Syberię, to ja jestem dla niego lepszy od proszku do prania, bo jestem niemal siedem w jednym. Nie tylko obsłużę media, nie tylko jestem ratownikiem medycznym, nie tylko będę ochroniarzem, nawigatorem, ale także będę człowiekiem, który będzie opowiadał historyjki, który ze względu na zajmowanie się psychologią przetrwania będzie łagodził konflikty, a w warunkach trudnych te konflikty mogą się pojawiać. W razie potrzeby poprowadzę samochód terenowy. Jeśli będzie trzeba, zejdę do jaskini, zjadę na linię albo zanurkuję. Więc jestem takim trochę scyzorykiem multinarzędziowym i się po prostu przydaję.
A ponieważ przez te 20 lat współpracy z górą z Jackiem Pałkiewiczem zdążyliśmy sobie wzajem zaufać, więc w każdej chwili on może do mnie zadzwonić z jakimś problemem od literackiego, dziennikarskiego, przez wyprawowy. I również ja mogę odezwać się do niego, poprosić o jakieś kontakty albo jego opinię. Współpracujemy, bo po prostu jesteśmy w tej samej branży, a ja nie mam wielkich ambicji związanych z tym, żebym chciał na przykład Jacka Pałkiewicza w jego osiągnięciach przeskoczyć, bo to jest niemożliwe.
[04:49:22] - To taka męska, solidna przyjaźń.
[04:49:26] - Tak, możemy na siebie liczyć. Uczciwie sobie mówimy w oczy i chociaż dzieli nas całe pokolenie, bo ja jestem w zasadzie w wieku jego synów, to po prostu sprawdziliśmy się i przy plus 50, i przy minus 50. Jeżeli coś jest nie tak, to Jacek dzwoni, rzuca mięsem i powie, że coś spieprzyłem. Ja mu mówię: „Przepraszam Jacek, to zaraz to poprawię” albo się z nim nie zgadzam, co nie przeszkadza nam za pięć minut rozmawiać o rzeczach ważnych i planować dalsze wyjazdy. Czyli bardzo konkretna przyjaźń oparta na działaniu.
[04:50:00] - Wróćmy do książek skierowanych do dzieci i młodzieży. Jakiego bohatera pan proponuje czytelnikom i czy uważa pan, że w tego typu literaturze zawsze powinien znaleźć się czytelny przekaz? Czy może książka w dzisiejszych czasach ma służyć tylko i wyłącznie rozrywce?
[04:50:19] - Absolutnie nie. Nie ma zresztą takiej książki, która może służyć jedynie rozrywce. Nawet jeżeli to będzie fiu-bździu zabawa w chowanego, to ludzie, którzy przeczytają i zrozumieją tekst, zawsze czegoś się uczą. Po pierwsze mają za sobą kolejny tekst, więc następny stopień w uczeniu się czytania ze zrozumieniem. Po drugie, jeśli jest jakiś bohater i coś robi, to czytelnik musi się z nim identyfikować. Więc zadaje sobie takie same pytania: a co ja bym zrobił w takiej sytuacji? A jak ja bym się zachowała? A czy podałbym rękę? A czy bym uciekła? Czy by mnie to emocjonowało, czy nie?
I tak dalej. Ja wprowadzam bohaterów, jeśli chodzi o młodzieżówkę, ludzi nastoletnich, którzy zwykle nie są aniołkami. Czasami są to ludzie, którzy mają na koncie parę paskudnych rzeczy, tak jak w sześciotomowej serii „Operacja Hydra”. Każdy z tych młodych ludzi coś tam przeskrobał, coś zrobił nie tak, ale został wciągnięty do współpracy z dużą fundacją i ciągnie swój wózeczek, naprawia sprawy. Tym bardziej takich ludzi, bo to już młodych przestępców, pokazuję w trylogii „Gra”, ale oni odpokutowują i ratują ludziom życie. Pierwsza moja seria, do niedawna dziesięcio-, a od trzech dni jedenastotomowa, „Porachunki z przygodą” to opowieść o ludziach, których ciągnąłem niejako od 15 do 19 roku życia. I to są ludzie bardzo różni. Jajco z jego dziewczyną Martą, Pchełka, Pucek. Dochodzi tam później dziewczyna Pchełki. Są na spływach kajakowych, bywają w podziemiach, zamkach, na wakacjach i w roku szkolnym, ale wplątują się w różne przygody.
A Jacek o pseudonimie Jajco ma ten dar, nabyty zresztą, że nigdy nikomu nie odmówi pomocy. Nawet za cenę wysokiego ryzyka. Dlaczego? Każdy czytelnik dowie się już od pierwszej książki, a potem tę przyczynę zgłębi w następnych. To jest człowiek, który nigdy się nie wycofał. Nawet jeżeli widział, że pięciu ludzi tłucze jednego, biegł natychmiast na pomoc, niezależnie od tego, co mu groziło. Dlaczego ma takie zwichrowanie psychiczne? To też ma znaczenie, bo to jest napęd do przygody. Uważam, że każda opowieść powinna czegoś uczyć, budzić refleksję, prowadzić do wniosków. Choćby po to, żeby ludzie znajdując się kiedyś w przyszłości w takich sytuacjach czy adekwatnych, mieli w głowie odpowiedzi na pytania: co bym zrobił, gdyby tak się stało?
Wówczas reakcja jest szybsza i bardziej racjonalna. Krzysztof Petek „Przygody Julka. Jestem nowy”. Fragment nagrany specjalnie dla Bookradio.pl. Spóźniłem się do szkoły. Wiem, to się zdarza. Do przedszkola też się czasem spóźniałem. Zwłaszcza kiedy mama rano kłóciła się z budzikiem i chciała go udusić pod kołdrą. Jak jej się udawało, stawaliśmy za późno i potem mama biegała po domu, mówiąc różne dziwne słowa. Do szkoły w ogóle nie zaspałem.
Spóźniłem się do pierwszej klasy o całe dwa miesiące. Zaczynał się ten miesiąc, kiedy można w parku łazić po wielkich kupach liści, a czasem nawet śnieg pada. Jak on się nazywa? Śniegospad? Deszczolej? Nie, listopad. Dopiero wtedy pozwolili mi iść do szkoły. Miałem już wszystko naprawione po wypadku, tylko na lewej ręce nosiłem gips. Trzymałem na nim pełno podpisów moich kolegów ze szpitala. Karoli, która wypadła z okna, Jaśka, któremu się wydawało, że potrafi skakać z huśtawki w parku i Norberta, tego, co nauczył się liczyć tylko do dziewięciu i dalej nie chciał, bo miał tylko tyle palców.
Nasza pani wychowawczyni wyglądała prawie tak samo jak ta z przedszkola. Tylko była młodsza i o jedną panią chudsza. Kiedy mama mnie przyprowadziła, w ogóle się nie bałem. Prawie w ogóle, bo widziałem, że patrzy na mnie przez szybkę w drzwiach. Nasza pani powiedziała: „Oto Julek, wasz nowy kolega”. Stałem i czekałem co będzie. Dalej było tak, że wstał duży chłopiec z długimi włosami i wycelował we mnie palcem. „A czemu się spóźniłeś? Zgubiłeś się w lesie? Co ty masz na ręce i po co ci to?” Przez chwilkę miałem nadzieję, że pani odpowie za mnie, ale szybko zrozumiałem, że w szkole nikt nie będzie nic za mnie robił.
To już nie przedszkole, jestem duży i muszę sam. „Odpowiesz Tomkowi?” — zapytała pani i uśmiechnęła się do mnie tak samo jak mama. Kiwnąłem głową, chociaż na środku czułem się tak jak wtedy, gdy w przedszkolu musiałem powiedzieć wierszyk Mikołajowi, a potem okazało się, że to był przebrany tata Kacpra. Poznaliśmy go wtedy po krzywych zębach i było mu głupio. Teraz to mi było głupio, ale powiedziałem: „Bo jeden pan wjechał we mnie autem na osiedlu”. „Specjalnie?” — zapytał chudy i bardzo duży chłopiec, podnosząc do góry palec. „Pewnie cię nie lubił”. Pokręciłem głową. „Nie. Na rowerze jeździłem, a on się chyba spieszył.
Nie pamiętam tego”. „Nic nie pamiętasz?” — zdziwiła się dziewczynka z długim, jasnym warkoczem. „Trochę tak. Pamiętam, jak się nazywam i skąd jestem, ale tego wypadku to już wcale. To się nazywa…” Chciałem sobie przypomnieć to mądre słowo, ale było trudne. Chudy chłopak podniósł nagle palec. „Tak, Antek?” — pani uśmiechnęła się do niego. „Masz amnestię!” — wykrzyknął. Pani dziwnie się skurczyła i zasłoniła buzię rękami. Potem pokręciła głową i otarła sobie łzy spod oczu.
Coś ją musiało zasmucić. „Byłeś blisko” — powiedziała do Antka. „Chodziło ci o amnezję”. „A to nie jest to samo?” — zdziwił się chłopiec. „Nie”.
[04:57:01] - Konstruując poszczególne powieści z cyklu „Porachunki z przygodą”, starał się pan opisać również współczesne wydarzenia. Chociaż wspomnę powódź z 1997 roku. Czy uważa pan, że usytuowanie akcji w czasie i miejscu dobrze znanym czytelnikom uatrakcyjnia powieść? Sprawia, że częściej trafia ona do rąk odbiorcy?
[04:57:29] - To zależy co kto lubi. Jedni lubią dystopie, drudzy bajki. Ja jako dziecko zasypiałem z nudów, jak mi wróżki czarowały albo ktoś latał na latającym dywanie. Widocznie od początku miałem dziennikarskie zwichrowanie, że jeśli coś jest nierealne, nieautentyczne, to mnie to nie obchodzi. Co nie znaczy, że odradzam czytanie bajek. Każdy niech znajdzie coś dla siebie. Rzecz tylko w tym, że nadal pracuję jako dziennikarz. Jajco, Marta, Pchełka, Pucek, Karolina to są ludzie autentyczni, których dzisiaj spotykam rzadziej, ale spotykam i wspominamy nasze wspólne przygody. Zatem kiedy wspomniany 1997 rok Jajco i jego przyjaciele pojechali na Opolszczyznę na wakacje do jakiejś tam rodziny siódmej wody po kisielu, a ja spędzałem część lata na Mazurach, robiąc reportaż i przyszła wielka powódź, w dużym stopniu odtworzyłem to, co się tam działo. Czasem stosuję jakąś amplitudę, powiększam, dmucham to niebezpieczeństwo.
Czasem z 14 dni robię trzy, żeby zastosować taką szekspirowską jedność czasu, ale zawsze bazuję na autentycznych wydarzeniach, dlatego też znacznie łatwiej umieścić mi je w autentycznych miejscach. Dla mnie jest to atut. Z tego, co rozmawiałem z wieloma czytelnikami, również pomogą sobie organizować wyjazdy i często już to robią jako dorośli ludzie w miejsca, w których toczyła się akcja. Ten sam kamień, ta sama wieża zrujnowana, ten sam pociąg o 12:15, to samo jezioro czy wioska.
[04:59:07] - Jeżeli dla dorosłego odbiorcy to tylko kryminał, dlaczego nie powieść obyczajowa? Czy może fantastyczna?
[04:59:16] - A dlaczego nie? Całe „Złoto El Dorado” jest powieścią przygodowo-sensacyjną opartą na autentycznej wyprawie przez Amazonię. Odbyłem cztery wyprawy do Brazylii i do Peru.Zszedłem w rezerwat Manu, mieszkałem z Indianami Aszaninka, Janomami, Łapakores po to, żeby przygotować materiał do książki o poszukiwaniu legendarnego El Dorado. Jest tam akcja sensacyjna, ale jest to także w pewnym stopniu książka obyczajowa i kulturoznawcza. Autentyczne plemiona, obrzędy, bagna, zwierzątka, rośliny. Dlaczego nie obyczajowa? Otóż dlaczego nie? W tej chwili jestem na etapie przygotowywania książki obyczajowej. Być może będzie to seria, gdzie bohaterka, a nie bohater ma pewne problemy, także obyczajowe. Rzuca wszystko, w czym żyła i zamieszkuje w domu oddalonym od cywilizacji.
W domu, który odziedziczyła po ojcu. Oczywiście trochę sensacji tam być musi, jakaś zagadka i coś, co ojciec zostawił, ale będzie to obyczajówka. Natomiast fantastyka nie, ponieważ podobnie jak bajki i legendy nudzi mnie potwornie. Z całym szacunkiem, bo rozumiem przekaz fantastyki, jej alegorie. Rozumiem, że Lem był filozofem społecznym, a zamiast robota mogę podstawić urzędnika i wszystko będzie oczywiste, ale po prostu ta tematyka nie emocjonuje mnie. A jedna z podstawowych reguł konstrukcji fabularnej mówi, że temat musi być ważny dla autora, bo inaczej strasznie ciężko się nad tym pracuje. Krzysztof Petek „Sztywniak. Wieczorową porą”. Fragment nagrano specjalnie dla słuchaczy Bookradio.pl. Nie wplątałabym się w najdziwniejszą aferę w życiu, gdyby nie ten zwariowany koronawirus.
Lawinowa ilość zarażeń na całym świecie i ogłoszenie pandemii zaowocowało natychmiastowym zamknięciem placówek oświatowych. Moi uczniowie długą kwarantannę określili natychmiast mianem koronaferii, a ja zostałam nagle wolną, samotną, bezrobotną polonistką. Zadziwiający zbieg wydarzeń, który od krzaków na brzegu rzeki doprowadził mnie do przeskakiwania przez barierki balkonu, włamania, czołgania się po bibliotecznych parkietach, jazdę psią przyczepką w charakterze smoka i wreszcie pożegnania jednej z najlepszych przyjaciółek rozpoczął się na zwykłej, szarej, marcowej szosie. „Cześć kochana, siedzisz w domku czy cię gdzieś wywiało?” Rzuciłam do głośnomówiącego systemu, wciąż zastanawiając się, w jaki sposób wyławia on moje słowa pośród dzikiego ryku dwudziestoletniego silnika. „Karczek robię, Asiuniu” Odparła Iza swoim niskim, miodowym głosem. Znałam ją od podstawówki i zawsze zazdrościłam tego radiowego gardełka. Kiedy się odzywała, kojarzyła mi się z inną Izabelą, Skorupko. „Obiecałam wam to babcine mięcho już dwa tygodnie temu, więc męczę się z tym ciężkim trupem.” „Yy, babcine?” Już jako dziecko przegrałam batalię ze swoją wyobraźnią. Nie potrafiłam jej okiełznać, wyłączyć, opanować ani wytresować. Zawarłam więc z nią rodzaj paktu o nieagresji.
Ja jej nie tłamszę, a ona wspiera mnie czasem w rozwiązywaniu problemów. Od lat byłam pewna, że to już, już nadeszła chwila, gdy muszę zaprząc tę harpię do pisania mojej wymarzonej pierwszej powieści. Ale wszystko się kłębiło, uciekało, nie dało opanować. Teraz postawiła mi przed oczyma pulchną babcię Izy w charakterze przygotowywanego do pieczenia karczku. W mojej głowie Iza wlokła właśnie po schodach bezwładne ciało starszej pani i rzucała spojrzenia na wiszący w kuchni tasak. „No według babcinego przepisu ona robi najlepszy karczek w tej części galaktyki, a co?” „A nic. Za dwie minuty i dwadzieścia sekund zaparkuję pod twoim bunkrem.” Poinformowałam ją precyzyjnie: „Jeśli tylko mnie nie zwieje z drogi, bo dmucha solidnie.” „Sama jesteś, czy twój mityczny pan i władca tym razem zechce nam towarzyszyć?” Iza nadawała ludziom pseudonimy wbrew wszelkiej logice. Od zawsze dla ułatwienia nazwy i imiona starano się skracać, a ona potrafiła używać przydomków pięciowyrazowych. „Ech, Grześ nie załapie się na pieczeń z babci” Odparłam. „Właśnie ląduje w Sydney i będzie tam załatwiał swoje ciemne interesy dobre trzy tygodnie.” Iza westchnęła.
„Przestaję w niego wierzyć” Oświadczyła. „Jest dla mnie jak jakiś baśniowy jednorożec. Raz mi go tylko przedstawiłaś i zaczynam przypuszczać, że wynajęłaś wtedy jakiegoś filmowego amanta za ciężką kasę, a teraz już tylko jedziesz na legendzie.” Jasne! Z mojej pensji polonistki i z łapówek od rodziców siódmoklasistów mogłam sobie wynająć Brada Pitta. Tylko akurat był zajęty. Justi już jest? W drodze. Usłyszałam i coś stuknęło. O cholera, przyjeżdżaj. Ciężkie to bydle, a chcę jeszcze dzisiaj upiec murzynka.
Biedne dziecko — odburknęłam i rozłączyłam się.
[05:05:06] - Wiem, że znakomicie radzi pan sobie podczas spotkań autorskich. Miałam okazję oglądać pana w akcji. Zastanawia mnie jednak, czy kontakt z dorosłym czytelnikiem uważa pan za bardziej absorbujący, zmuszający autora do większego wysiłku intelektualnego?
[05:05:26] - Nie. Nie, dlatego że po pierwsze mam świadomość, że dorośli to nic innego jak przeterminowane dzieci. I również możemy się pobawić, powygłupiać, pokazywać zdjęcia, filmiki, historyjki, bo staram się prowadzić na luzie nasze rozmowy nawet z dorosłymi i bardzo dorosłymi, bo kiedy zapraszano mnie i zapraszają nadal na spotkania z Uniwersytetem Trzeciego Wieku, to są to ludzie znacznie starsi ode mnie, ale to nie znaczy, że nie potrafią się śmiać, przymrużyć oka i powygłupiać. Z drugiej strony nie czuję się intelektualnie niesprawny. Nadal jestem politologiem analitykiem. Nadal zajmuję się historią doktryn politycznych, filozofią społeczną, językoznawstwem, kulturoznawstwem. Zatem jeżeli na spotkaniach z dorosłymi odchodzimy od rozmawiania stricte o książkach, o pisaniu, o możliwościach literatury i tak dalej, i przechodzimy na sprawy społeczne, to mam swoje przemyślenia i mam argumenty ku temu. Mogę rozmawiać o polityce, mogę rozmawiać o rzeczach najbardziej drastycznych w naszych dyskusjach społecznych, na przykład o miejscu religii w życiu społecznym, o funkcji Kościoła jako instytucji. Dyskutujemy i mamy bardzo różne zdanie, ale po co byłaby dyskusja, gdyby wszyscy się zgadzali? Także nie jest to dla mnie wielki wysiłek na zasadzie wyzwania.
Natomiast traktuję serio i sześcio-, ośmiolatków, z którymi się spotykam, i tych szesnasto-, siedemnastolatków, którzy stoją teraz przed dużym wyzwaniem, bo nikt nie wie, jak będzie wyglądał rynek pracy, na który wejdą za kilka lat. I oni są oszołomieni i wręcz w strachu. I w ogóle się im nie dziwię. I wówczas, kiedy rozmawiam z ludźmi dorosłymi i bardzo dorosłymi, myślę, że kluczem do udanych spotkań jest świadomość, kto przede mną siedzi. Danie mu kredytu zaufania i szacunek do każdego, ktokolwiek się na spotkaniu pojawi. I wtedy sobie po prostu swobodnie rozmawiamy.
[05:07:39] - To jest bardzo trudna sztuka przeprowadzić dobrze spotkania autorskie, tak jak pan powiedział, niezależnie od wieku słuchaczy. I ja tutaj chylę czoła, bo z moich obserwacji radzi pan sobie rzeczywiście znakomicie.
[05:07:53] - Ale to kwestia treningu, bo ja mam za sobą ponad dwa tysiące spotkań i obserwowałem też własne potknięcia i momenty ciszy. Dwa tysiące spotkań, trzysta siedemdziesiąt nocy w bibliotece, więc siłą rzeczy nawet mojego kudłatego psa nauczyłbym, jak się zachować. Samego siebie więc nauczyłem także.
[05:08:14] - Życzymy kolejnych wspaniałych spotkań i przyszłym uczestnikom już gwarantuję naprawdę dobrą zabawę. Pisarz w Polsce to przeważnie samotny jeździec zmuszany do stawiania czoła w walce z różnego typu mediami. Bywa tak, że samodzielnie wytwarzamy materiały promocyjne, aby ta nasza książka chociaż przez chwilę zaistniała. Z zawodu jest pan dziennikarzem i pewnie dlatego znakomicie radzi pan sobie z umieszczaniem w sieci różnego typu podcastów czy filmików promocyjnych. Proszę powiedzieć, co pana czytelnicy mogą odnaleźć, surfując po internecie i szukając wiadomości na temat pana sylwetki i pańskiej twórczości.
[05:09:00] - Sam fakt, że z zawodu jestem dziennikarzem, dzisiaj już tylko okazjonalnym publicystą, bo nie piszę na co dzień, daje mi trochę znajomości rynku. Natomiast technicznie rzecz ujmując, każdy może to robić. Przede wszystkim, jeżeli ktoś chce poczytać, to zapraszam na moją stronę internetową krzysztofpetek.pl. Tam są informacje o wszystkich książkach, o wyprawach, o szkoleniach, warsztatach na bieżąco. Jeżeli ktoś chce bardziej dynamicznych informacji, to zapraszam na Facebook. Na osobistym profilu Krzysztof Petek jest mazidło i powidło, bo czasem są moje komentarze do rzeczywistości, czasem coś o polityce, czasem o książkach. Dlatego tych, którzy więcej chcą bezpośrednio o moich wyprawach i działaniach, zapraszam także na facebookowy profil Petek Ekspedycje i tam zapraszam i na szkolne wycieczki, i na weekendy survivalowe, i na wyjazdy bliższe i dalekie. Ale już także wisi tam zaproszenie na listopadową ekspedycję do Brazylii. Jest otwarta. Kto chce, może wziąć udział.
Nie będzie ekstremalna, ale będzie naprawdę ciekawa. Lecimy, jedziemy, płyniemy w miejsce, które ja już znam. Będzie bezpiecznie, ale dla ludzi, którzy są pierwszy raz na pewno ciekawie. A poza tym jest kanał na YouTube Opowieści Dziwnej Treści. Na razie jest tam pięćdziesiąt parę filmików krótkich, gdzie opowiadam różne dykteryjki z podróży bliskich i dalekich. Zresztą obiecuję uzupełnić o kilkanaście nowych w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Podjąłem się jakiś czas temu prowadzenia podcastów. Ale wycofuję się powoli, ponieważ jest to bardzo czasochłonne. 45-minutowy podcast podróżniczy to jest kwestia dwóch, trzech dni przygotowań. Ale są.
Można je znaleźć i na YouTube, bo je tam wrzuciłem i w mediach podcastowych. Także kto chce, odnajdzie mnie także. „Okruchy świata” się to nazywa. A poza tym tu i tam są jakieś wywiady, jakieś filmy ludzie ze mną robią. Nie uciekam od mediów, można mnie znaleźć.
[05:11:12] - Proszę państwa, w literackim tête-à-tête gościliśmy pana Krzysztofa Petka, dziennikarza, pisarza, podróżnika, propagatora sztuk walki i survivalu. Mam nadzieję, że zachęciliśmy państwa, aby sięgnąć po jego książki i audiobooki, e-booki. I mam nadzieję też, że rozbudziliśmy w państwu chęć podróży, chociażby tej odbytej z książką w ręku. Zapraszam do wysłuchania podcastów, obejrzenia filmików naszego gościa. Są naprawdę bardzo interesujące. Bibliotekom polecam pana Krzysztofa jako pisarza, który opowiada wspaniale o swojej twórczości i nie tylko. Bardzo serdecznie dziękuję panu, panie Krzysztofie, że znalazł pan czas, żeby z nami porozmawiać i mam nadzieję, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie.
[05:12:07] - Ja dziękuję bardzo za zaproszenie. Było mi bardzo miło i oczywiście jestem otwarty, także kiedyś pewnie usłyszymy się znowu.
[05:12:15] - Myślę, że tropiciele dziecięcych marzeń z całą pewnością będą tą audycją, w której pan również bardzo ciekawie zachęci czytelników do sięgania nie tylko po swoje książki. Dziękuję bardzo serdecznie. Życzę państwu dobrej nocy. Dobranoc, panie Krzysztofie.
[05:12:33] - Miłych snów.
[05:12:34] - Dobranoc.
[05:12:38] - My tu, proszę państwa, gadu, gadu. A jak by to państwu powiedzieć, zbliżyliśmy się właśnie do końca audycji. Dla mnie zupełnie niespodziewanie. Ale tak, tu patrzę na rozpiskę, na to, co mam wydrukowane i ewidentnie. Teraz przed nami kolejne spotkanie z Piotrem Plebaniakiem. Znowu będziemy knuć, jak to budować i niszczyć imperia. W dodatku dzisiaj jeszcze będziemy mówić o tym, co ważne dla jednych, a dla innych zupełnie nieważne. Ale o szczegółach dowiecie się państwo już z rozmowy. Zapraszam. Dzień dobry.
Dzień dobry, panie Piotrze.
[05:13:24] - Dzień dobry, bardzo pozdrawiam gorąco. Znaczy się zimno, bo wali jak szkieleckiem, jak wcześniej mówiłem. Niestety jestem w strugach deszczu.
[05:13:36] - Jak to? Przecież lato jest. To na Tajwan lato nie doszło czy co?
[05:13:40] - Właśnie nie, bo okazuje się, że te globalne, już nie będę mówił brzydkiego słowa, zamiast ocieplenie, bardzo podobnie brzmi, jest takie, że teraz jest globalne ochłodzenie, a w ogóle geniusz to wymyślił, bo zmiany klimatyczne są, czyli w dowolną stronę i będzie racja, że trzeba będzie płacić wyższe podatki albo robić inne dziwne, nie do końca pozytywne rzeczy. Także wyszło jak wyszło.
[05:14:04] - To panie Piotrze, dzisiaj na rozgrzewkę takie prawidło, które mówiąc szczerze aż mnie zatkało, jak przeczytałem. Bo powiedziałem sobie: a cóż to ma wspólnego z tym, o czym my rozmawiamy? Po czym oczywiście doszedłem do rozumu, ale ja może na początek to prawidło zacytuję. „Żaden z gatunków małp spokrewnionych z człowiekiem nie przejawia dwóch cech jednocześnie: życia w dużych grupach i praktyki małżeństw monogamicznych. Małżeństwa takie są wyłącznie produktem kultury homo sapiens”. No to, panie Piotrze, oddaję głos.
[05:14:44] - Bardzo dziękuję. Będę trochę pokasływał, za co z góry przepraszam. Postaram się nie do mikrofonu. Natomiast przechodząc już do rzeczy, żeby już nie przedłużać, jak mówił premier Mazowiecki, nasz już niemiłościwie nam niepanujący. Małżeństwo monogamiczne jest instytucją kulturową czy też częścią oprogramowania kulturowego, obyczajowości związanej z prokreacją i generalnie biologicznym przetrwaniem, które w moim przekonaniu i w przekonaniu między innymi wielokrotnie już przeze mnie cytowanego, ambasadora chciałem powiedzieć, antropologa Josepha Henricha, małżeństwo jest instytucją pomagającą zwiększać kooperację wewnątrzgrupową i dzięki temu pośrednio czy też wprost uzyskać przewagę nad takimi społecznościami, które takiego małżeństwa nie mają u siebie, że tak powiem, w repertuarze tego systemu operacyjnego, który mamy w naszych mózgoczaszkach. Mówiąc konkretnie, jest taka nawet specjalna ramka, bo mówimy cały czas o prawidłach z książki „Psychohistoria”. Jest taka ramka: małżeństwo i testosteron. Otóż okazuje się, że po pierwsze, gdy mężczyzna wchodzi w związek małżeński, spada mu produkcja testosteronu, dlatego że ten testosteron nie jest potrzebny, żeby przejawiać zachowania przyciągające samice, że tak powiem najbardziej ogólnie i częściowo żartobliwie. Natomiast drugą absolutnie kluczową konsekwencją istnienia małżeństw monogamicznych jest to, że w społecznościach, w których takie małżeństwa istnieją, mężczyźni mają większe szanse na znalezienie życiowej partnerki, ustatkowanie się, zmoderowanie swoich agresywnych zachowań i generalnie zmianę trybu życia na maksymalnie produktywny względem swojej własnej społeczności, jakieś tam małe wioski czy plemienia, bo mówimy o takich skalach Tej kooperacji i ultra kooperacji w tej chwili. W związku z tym małżeństwa pozwalają mieć większą nadzieję mężczyznom na to, że ich poświęcenie, czyli rezygnacja z jakiegoś wspólnego trybu życia albo rezygnacja z przynależności do jakiejś bandy, da im większe wypłaty, czy to dopaminowe, czy to jakiekolwiek inne społeczne informacje zwrotne, społeczne aprobaty za zachowania prospołeczne, czyli takie, które polegają na przejawianiu mniejszej agresji, na przejawianiu większej opiekuńczości wobec dzieci i tak dalej.
Podsumowując, społeczności, które mają małżeństwa monogamiczne, są bardziej produktywne, bardziej stabilne, mają w swojej liczbie mniejszą ilość agresywnych mężczyzn skłonnych do ryzykownych zachowań degeneracyjnych, takich jak narkotyki, przemoc, bandytyzm. Można klasy i podklasy tych zachowań antyspołecznych w przeciwieństwie do prospołecznych wyliczać. W zasadzie to tyle. Podsumowując natomiast już dosłownie treść tego prawidła. Rzeczywiście żadnej małpy szczekokształtnej, która ma przejawia te dwie cechy, czyli właśnie małżeństwa monogamiczne czy też długotrwałe związki. Z tej prostej przyczyny człowiek zwiększa swoją zdolność do grupowego przetrwania. Przez co? Co już mówiliśmy wielokrotnie, przez międzypokoleniowe przekazywanie wzorców kulturowych. A czym są te wzorce kulturowe? To są praktyki, procedury, jakieś wyuczone umiejętności, na przykład polowania, uprawy zbóż i tak dalej.
Najlepszym wektorem przenoszenia tego oprogramowania kulturowego, częściowo są to też wirusy kulturowe, które same się rozprzestrzeniają, mają tę moc, tak jak różne śmieszne memy. Coś nas bardzo rozśmieszy, to wysyłamy zaraz pięciu znajomym. Na podobnej zasadzie to działa, oczywiście w maksymalnym uproszczeniu, zastrzegam. Natomiast okazuje się, że mamy tutaj całe wojny kulturowe na ten temat we współczesnym świecie. Małżeństwo, czyli związek mężczyzny i kobiety, bo tak jest definiowane małżeństwo, jest w moim przekonaniu i w przekonaniu oczywiście wielu innych osób, ale w absolutnej pogardzie różnych innych osób, małżeństwo składające się z matki i ojca jest najbardziej optymalnym mechanizmem. Rodzina, generalnie taka, jaka jest zdefiniowana w sposób prawidłowy, jest najlepszym sposobem przekazywania tych wzorców do następnych pokoleń. Jakich wzorców? Wzorców samodyscypliny, co robi ojciec i wzorców empatii, co robi bardziej matka, bo kobiety bardziej operują w świecie emocji niż mężczyźni, co jest faktem życia. I jakie są przykłady? Proszę sobie zobaczyć, łatwo to znaleźć w internecie.
Chyba książka się nazywa „Bell Curve", czyli krzywa Bella, w której jest to dokładnie opisane. Otóż w latach 60. w Stanach Zjednoczonych wprowadzono rozmaite programy społeczne mające wspierać matki samotnie wychowujące dzieci w rodzinach, czy też matki czarne, Murzynki. Do czego to prowadziło? Do tego, że w swojej takiej ekonomicznej logice te programy społeczne pomagające matkom samotnie wychowującym dzieci wspierały, to było incentive, czyli zachęcały matki do samotnego wychowania dziecka, dlatego, że wtedy otrzymywały pieniądze od rządu. W związku z tym opłacało im się bardziej, zamiast szukać jakiegoś męża, porządnego człowieka, który wychowa dobrze dziecko, opłacało im się wychować samodzielnie, częściowo sfeminizować, czyli pozbawić wzorców nauki i dyscypliny. I bardzo wiele osób, w tym też ja, przypominam, że jestem socjologiem, mam nadzieję, że uniwersytet mnie teraz nie pozbawi tytułu za to, co teraz powiem. Okazuje się, że istnieje korelacja między tym, czy dziecko jest wychowywane w pełnej rodzinie matka z ojcem a skłonnością do samobójstw, skłonnością do przestępczości, czyli do tych zachowań antyspołecznych, o których mówiliśmy wcześniej i tak dalej. Inaczej mówiąc, wychowywanie w niepełnej rodzinie wystawia dziecko na ryzyko takie, że nie otrzyma tej pełni, czyli ze strony matki nie nauczy się tych wzorców empatii od ojca, tej dyscypliny często. Ja też po tyłku dostawałem, tylko musiałem zawsze, nadmieniam, zawsze musiałem powiedzieć, za co dostaję i mogłem gazetę na dupę chować i dopiero to było odkrywane jako taka łagodząca okoliczność, nadzwyczajne złagodzenie kary, że to było sprawdzane dopiero jak dostałem, czy wsuwałem gazetę, żeby właśnie, że tak powiem, się opancerzyć, czy nie.
Natomiast tego typu kary i dlatego właśnie jest istotne i jest to, uważam, największy kretynizm tak zwanej lewicy, pozbawianie dzieci negatywnych bodźców, czyli kary za złe zachowanie, wyjęcie z repertuaru wychowawczego tego instrumentu karania za złe zachowanie prowadzi do skutków katastrofalnych. I tutaj przytoczę tytuł książki, którą już omawialiśmy w Telegramie z panem Markiem. O rany, zapomniałem teraz tego tytułu. A, już wiem! „Rozpieszczony umysł". Ta książka ukazała się chyba dwa miesiące temu. Warto wydać każde pieniądze, nawet 500 złotych za zakupienie tego egzemplarza. Oczywiście można kupić za 50 złotych, dowcipkuję sobie, natomiast Ta książka, mówię z całą powagą, odpowiednio wykorzystana przez oponentów lewicy światopoglądowej miałaby moc istotnego wpływu na wynik wyborczy w naszych jesiennych wyborach. Książka została zresztą napisana przez dwóch moich bohaterów. Zaraz opowiem dlaczego.
Książka opisuje, w jaki sposób nasze umysły są w niewłaściwy sposób wykształcane w środowisku, w którym nie mamy możliwości uczyć się na błędach między innymi. To było jedno z najbardziej oświecających mnie spostrzeżeń, jakie z tej książki wyniosłem. Tak że bardzo wszystkim polecam tę książkę. Jeszcze raz: „Rozpieszczony umysł”. Natomiast autorzy są bohaterami dla mnie. Są tak wielkimi bohaterami jak Terminator z filmu pod tym samym tytułem oraz inne takie role model, jak się to nazywa. Mówimy przecież też o ojcu jako role model, czyli model do pewnych zachowań. Ci autorzy byli autorami tego słynnego dowcipu, eksperymentu. Otóż oni wysłali do różnych pseudofeministycznych, w gruncie rzeczy marksistowskich pism niszczących naszą kulturę, wysyłali artykuły i jeden z tych artykułów, który nazywał się „Moja walka jest twoją walką” w nawiązaniu do słynnego dzieła niemieckiego męża stanu wybranego demokratycznie, przypominam, w latach 30. XX wieku.
I to, co oni zrobili, co dla mnie po prostu, przepraszam, jak tylko o tym pomyślę, to do końca dnia jeszcze uśmiecham. Oni wzięli najlepsze fragmenty, najbardziej zajadłe fragmenty „Mein Kampf”, czyli sztandarowego dzieła Hitlera i zamiast słowa „Żydzi” wstawili słowo „mężczyźni” i wysłali ten artykuł do czasopisma tak zwanego feministycznego. Bo to nie ma nic wspólnego z feminizmem. To jest po prostu dzicz, mówiąc delikatnie. Już nie chcę publicznie mówić, co naprawdę myślę. Natomiast artykuł został przyjęty i co więcej, autorom zaproponowano, żeby zostali recenzentami tego pisma. Tak bardzo się ten artykuł spodobał. Więc tyle o współczesnym feminizmie. Ale będę teraz miał bęcki.
[05:25:14] - No to teraz włączę się ja, panie Piotrze, mam nadzieję, że wyczuje pan sarkazm, ale będę cały na biało. Wchodzę i mówię: ależ przecież pan proponuje, żebyśmy zrezygnowali ze swoich wolności. A gdzie wolna miłość? Lata 60., 70. Dobieramy partnerów jak chcemy.
[05:25:37] - Odpowiedzialność. Jest XXI wiek, panie Marku. Odpowiedzialność, a nie róbta, co chceta.
[05:25:44] - No tak, ale tak fajnie było. Dzieci, kwiaty. A dalej jeszcze chce pan bić dzieci, a wie pan, ja jak cały na biało jestem, to muszę powiedzieć, że zupełnie nie dostrzegam różnicy czy pan da dziecku klapsa, czy pan je skatuje do nieprzytomności. To zawsze jest tylko agresja i taki-
[05:26:06] - Właśnie przeciwnicy tak zwanego... Przepraszam na chwilę wejdę w słowo. Proszę zwrócić uwagę na sposób formułowania zdań przez przeciwników karania dzieci, karania fizycznego. Zresztą do tej pory w Stanach Zjednoczonych, w niektórych stanach nadal jest to praktykowane, nadal jest to legalnie dozwolone. Natomiast proszę zwrócić uwagę, że ci spryciarze, tak jak w aborcji mylą pewne pojęcia i na przykład mieszają specjalnie przykłady polegające na tym, że ciąża zagraża kobiecie albo dziecko jest kompletnie zdeformowane albo wręcz martwe. I mieszane jest to z przykładami, w których kobieta ma już dwójkę albo trójkę dzieci, ma, powiedzmy, trzydzieści parę lat i już nie decyduje się na posiadanie więcej dzieci w życiu, ale zamiast, za przeproszeniem, podwiązać sobie jajowody, to leci na wytrzymanki i robi sobie aborcję. I z tego, co ja czytałem w statystykach aborcji, które są przeprowadzane w Stanach Zjednoczonych, to około 30%, nie pamiętam dokładnej liczby, ale w granicach. Zszokowało mnie to po prostu. Około 30% aborcji jest właśnie takich, że baba ma trzydzieści parę lat, zamiast się zabezpieczyć, jak już nie chce mieć więcej dzieci niż tą dwójkę, którą już ma, to po prostu wszystko jedno, se zrobi aborcję. To jest dzicz po prostu.
I jeśli chodzi o karanie dzieci, tu wracam, przepraszam, do głównego wątku, tak samo są pomieszane przykłady. Co innego jest karać dziecko za złe zachowanie w taki sposób, że ono wie, tak jak ja powiedziałem na swoim własnym przykładzie, wie, za co dostało i dlaczego źle zrobiło. A co innego jest bić dziecko, czyli wyżywać się, na przykład jakieś emocjonalne frustracje. A spryciarze, którzy przeciwstawiają się właśnie instrumentowi karania dzieci cielesnego, kompletnie mieszają te pojęcia i udają głupich.
[05:27:57] - Tak się, panie Piotrze, starałem być progresywny dzisiaj, a pan mi tak zbija te argumenty.
[05:28:03] - Nie pozwolę. Po moim trupie.
[05:28:06] - No tak, ale widzi pan, jeszcze ci spryciarze mówią o czymś takim, że nigdy nie wiadomo, kiedy zostanie przekroczona granica. No dobra, już się przestanę wygłupiać, bo mnie też ciężko przychodzą te wszystkie... Ale w gruncie rzeczy naprzeciw tych poglądów, które pan wygłasza, stoi w tej chwili mur i to chyba trzeba przyjąć do wiadomości. Teraz pytanie, jak tego rodzaju mur, który w świetle tego, co pan powiedział wcześniej, wydaje się jednak niebezpieczny. Jak ten mur w ogóle można skruszyć, skoro wyrosło już całe pokolenie wychowane bezstresowo?
[05:28:46] - W ideologii bezstresowości. Podkreślam słowo ideologii. To jest bardzo poważny problem. Jest on też wyborczy. Mówiliśmy w ostatnim telegramie także na ten temat. Jak partie wyborcze formułują cały pakiet ideologiczno-programowy przed wyborami, to zawsze wybiorą taki zbiór i taki pakiet tych swoich propozycji Który jest bardziej liberalny, czyli daje więcej swobód osobistych i daje więcej jednostkowej przyjemności. Czyli zamiast odpowiedzialności: „Róbta, co chceta”. Oczywiście mówię o dwóch zupełnie skrajnych przypadkach, tu jest całe spektrum w kwestii odpowiedzialności, żeby mnie nikt nie łapał za słowo. Zawsze mnie adwokat powtarza, żebym pilnował tego typu sformułowań. Natomiast o co chodzi?
Problem polega na tym, że systemy polityczne, nasze demokratyczne, czyli wyboru naszych reprezentantów, wspomagają tego typu błędne koła, napędzające się ideologie, które prowadzą w gruncie rzeczy do błędu. Podam teraz z zupełnie innej beczki przykład już chyba na zakończenie, bo się nagadaliśmy dzisiaj. Uczulenie na peanuts. Jak to się mówi po polsku? Orzeszki ziemne. Przepraszam bardzo, tak długo już na tym Tajwanie mieszkam, że czasami zapominam polskich słów. Rzeczywiście to nie jest poza, naprawdę tak jest, że wiem po angielsku, a nie wiem po polsku. Koniec ze mną niedługo. Natomiast jeśli chodzi o uczulenie na orzeszki, w wielu szkołach amerykańskich podstawowa jest polityka, ponieważ coraz więcej dzieci ma uczulenie na orzeszki ziemne, coraz więcej szkół ma politykę, że żadnych orzeszków w jedzeniu, bo te dzieciaki są uczulone. Ale problem błędnego koła polega na tym, że jak dziecko nie jest wystawione na orzeszki, to nie nabiera odporności na alergię na orzeszki.
W związku z tym jest pozytywne sprzężenie zwrotne i polityka ratowania dzieci przed orzeszkami doprowadza do tego, że one są coraz bardziej podatne na te uczulenia. To jest zresztą przykład, który jest poruszony też w książce „Rozpieszczony umysł”. Proszę zobaczyć, jak prosty mechanizm powoduje to, że coraz więcej jest ludzi, którzy są nieprzystosowani do normalnego życia, dlatego, że są ofiarami nadopiekuńczości, co jest zresztą głównym motywem tej książki. Jeszcze raz ją serdecznie wszystkim polecam.
[05:31:22] - A ja chciałbym na koniec jeszcze powiedzieć, że te środowiska bardzo postępowe, progresywne zdają się w ogóle nie widzieć sytuacji społecznej, bo oto mamy społeczeństwo, w którym chodzenie do psychologa, chodzenie na różnego rodzaju terapie jest normą, ponieważ społeczeństwo, szczególnie to młode, nie jest przygotowane na żaden bodziec negatywny, na przykład w postaci braku sukcesu. Mówię braku sukcesu. Ja już nie mówię o klęsce, ja mówię tylko o braku sukcesu. Słyszę jakieś takie wypowiedzi, że mamy hodować zwycięzców, mamy wychowywać zwycięzców, ludzi, którzy odnoszą sukcesy.
[05:32:05] - Nie zwycięzców, tylko ludzi silnych i gotowych pogodzić się z porażką, gotowych się nauczyć z tej porażki po to, żeby w przyszłości zostać zwycięzcami.
[05:32:14] - To ci progresywiści mówią o tych zwycięzcach, a ja się zawsze zastanawiam wtedy: a co-
[05:32:20] - Właśnie to jest pułapka.
[05:32:21] - Gdyby nie? Bo przecież nie zawsze w życiu odnosimy zwycięstwa, nie zawsze możemy świętować owe zwycięstwa. To co wtedy? To wtedy rozpacz, dramat i psychiatra? Nie, tak nie może to wyglądać.
[05:32:37] - Żeńcie się albo wychodźcie za mąż tu do pań. Dlatego, że rzeczywiście to daje każdej społeczności przewagę i sprawia, że w naszym życiu jesteśmy dla siebie nawzajem bezpieczniejsi. To też dosłownie. Więc pilnujmy. Te tradycyjne wartości to nie są wartości, które są ot tak sobie wybrane dlatego, bo... Tylko mają swoje konkretne przełożenie na zdolność całej społeczności do przetrwania. Odsyłam jeszcze raz do książki Josepha Henricha i oczywiście do swojej własnej też i „Psychohistorii”.
[05:33:12] - I tym zdecydowanie optymistycznym akcentem żegnamy się z państwem i zapraszamy za tydzień.
[05:33:18] - Do usłyszenia.
[05:33:23] - Tak, proszę państwa, naprawdę to już koniec. Sam jestem zaskoczony, ale to jednak prawda. Ja tylko przypomnę, że za tydzień długa porcja prozy. Przypomnę „Cieć swojego software’u” Piotra Witolda Lecha. To jeden z punktów programu, a tych punktów oczywiście jak zwykle będzie więcej. Teraz już pięknie państwa żegnam, polecam się na przyszłość. Do usłyszenia.
[05:33:57] - A mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. A audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.