[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. No to, drodzy państwo, zrobiło się tak gorąco, że aż asfalt paruje. Żartuję. Na mojej ulicy nie ma asfaltu. Tymczasowo. Zaczynamy kolejne wydanie, ale asfalt już nowykładą, także coś tam chyba jednak paruje i może wreszcie będzie się dało przejechać spokojnie. A tymczasem borem, lasem zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego, mam nadzieję, że nie przeżywający uroków związanych z wymienianiem różnych rzeczy przez budowlańców wokół domu, Marek Żelkowski, gospodarz AWF. Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:08] - Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór Ivelliosie. Zaczynamy 41. Bibliotekarium 2.0. Proszę, w piątą dziesiątkę weszliśmy. Nie jest źle. Od czego dzisiaj zaczniemy? Może od takiej refleksji, że stwierdziłem, że te audycje wakacyjne będą krótsze. Robię wszystko, żeby były krótsze i mam wrażenie, że one niczym innym się nie zajmują, te mityczne audycje, jak tylko wydłużaniem się. Zaplanowałem, że będzie punktów programu nie tak dużo, żeby dalej nie przeciągać.
Tak się porobiło, że dzisiaj może nie będziemy bić rekordów, ale krótko też nie będzie. Cóż, jakoś musimy z tym żyć. Czasami w wakacje warto czegoś posłuchać. Tym bardziej, że sporą część dzisiejszej audycji zajmie proza, bo obiecałem państwu jeszcze w zeszłym tygodniu prozę Piotra Witolda Lecha. Spełniam obietnicę. Dzisiaj dwie godziny 20 minut to będzie proza i to proza bardzo wciągająca. Ale to przed nami. A teraz ruszamy z Bibliotekarium 2.0. Zaczniemy od polecanek. Dzisiejsza polecanka nie będzie taka długa jak ta w zeszłym tygodniu, bo tak jak powiedziałem, audycja się nieco wydłuża.
Zrobiłem tak, żeby polecanka dzisiejsza była nieco krótsza, aczkolwiek ona dotyczy opowiadania, które zaliczane jest do absolutnego kanonu światowej science fiction. „Cóż to za opowiadanie?” — zapytacie państwo. To opowiadanie jest autorstwa Isaaca Asimova. Nosi tytuł „Nastanie nocy”. W oryginale angielskim „Night Fall”. Wiecie państwo, jak z tym angielskim. Niektórzy zamiast „Nastanie nocy” nazywają to opowiadanie „Zmrok”. Niemniej jednak przyjęło się „Nastanie nocy” i pod takim tytułem owo opowiadanie funkcjonuje. To opowiadanie ukazało się we wrześniowym numerze pisma, które nosi tytuł „Astounding Science Fiction”. To był rok 1941, a w polskim tłumaczeniu zostało wydane w antologii „Kryształowy sześcian Wenus”.
To było wydawnictwo Iskry w 1966 roku, a potem zostało jeszcze przedrukowane w drugim tomie antologii, bardzo ważnej, powiedziałbym wręcz kluczowej antologii opowiadającej o historii science fiction. To była antologia Jamesa Gana „Droga do science fiction”. Dodam tylko jeszcze, że na polski owo opowiadanie tłumaczył Tadeusz Jan de Nel. W 1990 roku opowiadanie „Nastanie nocy” zostało rozbudowane do rozmiarów powieści. Autorem, który tego dokonał, był inny znany pisarz, znany chociażby z poprzedniej audycji. Był to bowiem Robert Silverberg. O czym opowiada „Nastanie nocy”? Opowiada o reakcjach mieszkańców na przewidywalne nadejście ciemności na planetę. To się wszystko dzieje na planecie oświetlonej przez cały czas światłem słonecznym. Jak to się dzieje?
Po prostu ta planeta leży w takim nietypowym miejscu kosmosu, w którym znajduje się sześć gwiazd, sześć słońc i one są ustawione w taki sposób, że zawsze któreś z nich planetę oświetla. Słowo „zawsze” jest słowem troszeczkę na wyrost, o czym za chwilę. Te słońca w opowiadaniu noszą nazwy wzięte z greckich liter. Jest alfa, beta, gamma. Te są wymienione, ponieważ jest ich sześć, więc domyślam się, że delta, epsilon i co tam jeszcze również się w tym układzie pojawiają, niemniej nie są wymienione. Odpowiedzialnym za pojawienie się tego opowiadania był John Campbell, o którym również już wspominałem. To był redaktor „Astounding” i on miał taką obsesję. On namówił Asimova do napisania tego opowiadania, bo miał obsesję pewnego cytatu wziętego od Ralpha Walda Emersona. Ten cytat stanowi motto utworu. Zaraz powiem, kim był Emerson, ale najpierw cytat: „Gdyby gwiazdy świeciły przez jedną noc na tysiąc lat, jakże ludzie czciliby je i wielbili, jak zachowaliby przez pokolenia pamięć o ogrodzie Bożym.” Campbell nie zgadzał się i uważał, że nic takiego by nie nastąpiło.
Ludzie by po prostu w takiej sytuacji oszaleli. Myślę, że Isaac Asimov zgadzał się z tym poglądem. Ale obiecałem państwu powiedzieć, kim był Ralph Waldo Emerson. To był amerykański poeta, eseista, który ponadto, że pisał, umiał przede wszystkim przemawiać. Był też jednym z najbardziej wpływowych myślicieli oraz pisarzy XIX wieku. Jak to w Stanach Zjednoczonych, zapamiętany również z tego, że był przeciwnikiem niewolnictwa, zwolennikiem demokratycznego egalitaryzmu. Przypisuje mu się też miano filozofa idealizmu, który twórczo kontynuował idealistyczne wizje stosunku między człowiekiem a absolutem. To wzięte z Platona tak naprawdę, może ze świętego Augustyna i trochę z Berkeleya. Był Emerson autorem mowy zatytułowanej „Utony amerykański”, która jest nazywana intelektualną deklaracją niepodległości. Od 1836 roku Emerson był związany z bostońskim klubem transcendentalistów.
Był przedstawicielem też romantyzmu w poezji amerykańskiej. Kto lubi romantyzm, ten polski, to pewno amerykańskiego romantyzmu by nie polubił albo byłoby mu trudno go polubić, bo to zupełnie inny romantyzm. Wróćmy jednak do opowiadania Asimova „Nastanie nocy”. Publikacja tego opowiadania sprawiła, że nazwisko Asimova po raz pierwszy pojawiło się na okładce czasopisma. Po raz pierwszy w historii. Temu opowiadaniu Asimov zawdzięczał początek swojej pisarskiej drogi. W 1968 roku pisarze zrzeszeni w SFWA uznali to opowiadanie za najlepsze opowiadanie science fiction wszech czasów. Zostało ono włączone do zbiorczego wydania owych kanonicznych dzieł literatury science fiction. Dość powiedzieć, o wartości tego opowiadania niech świadczy to, że ono do dziś ukazało się w około 50 antologiach, ale to się cały czas zmienia. W związku z tym to taka informacja, która może jest nic niewarta, bo już tych antologii jest znacznie więcej.
Jeśli chodzi o Asimova, to w zbiorze „Nightfall”, czyli właśnie „Nastanie nocy” i inne opowieści, Asimov napisał: „Stworzenie »Nastania nocy« było przełomowym punktem mojej kariery. Nagle zaczęto mnie brać na serio i świat fantastyki naukowej stał się świadomy mojego istnienia. Z biegiem lat stało się jasne, że napisałem opowiadanie, które weszło do kanonu.” To był cytat z „Drogi do science fiction” Jamesa Guna, o której już wspominałem. Tak jak mówiłem, Campbell podał Asimovowi ten pomysł niejako na tacy, właśnie w postaci cytatu Emersona. Ale Campbell nie zgadzał się z tym cytatem i mówiłem, że Asimov również się z nim nie zgadzał. I jeśli państwo owo opowiadanie przeczytacie, to zrozumiecie dlaczego. W każdym razie Asimov poddał w wątpliwość poetycką wizję Emersona. I można by tak górnolotnie nieco powiedzieć, że zamiast poezji wiary, którą wykazywał się Emerson, on wybrał poezję nauki. Uważał, że taka sprawdzalna prawda ma również swoje surowe piękno i realne istnienie gwiazd, których nikt wcześniej nie widział, może doprowadzić, w momencie, kiedy się te gwiazdy pojawią, do szaleństwa. Dlaczego ja tak to podkreślam?
Bo wspomniałem, że w tym układzie słonecznym, planetarnym świeci sześć słońc i właściwie przez cały czas na planecie jest jasno, ale zdarza się raz na długi czas, że te słońca ustawiają się w takiej pozycji, że przynajmniej na części planety zapada noc. To jest moment traumatyczny, bo istoty tam żyjące, ludzie prawie tacy jak my albo tacy jak my, nie są do ciemności przyzwyczajeni. I Asimov stawia pytanie, czy rzeczywiście to byłoby do przeżycia, czy ludzie by po prostu nie oszaleli? O tym już mówiłem. Ten moment, kiedy gwiazdy pojawiają się w akcji opowiadania, już pod koniec tego opowiadania, jest mowa o tym, że ten moment daje się porównać z objawieniem, którego doznaje bohater słynnej noweli Hanleya „Universe”, Hugh Hoyland. I kiedy Hoyland siedzi w sterowni olbrzymiego statku kosmicznego, o którym sądził do tej pory, że tylko ten statek istnieje, i kiedy tam doznaje olśnienia, iż pewna przenośnia, którą usłyszał, jest rzeczywistością i to, co dotąd uważał za cały swój świat, powiedziałbym więcej, nawet wszechświat, że to wszystko jest tylko niewielką cząstką prawdziwego wszechświata. Cząstką, która porusza się wśród gwiazd, to jest moment wręcz mistyczny. Takich momentów da się w science fiction znaleźć sporo. To są takie momenty, w których człowiek czytający science fiction doznaje pewnego uniesienia. Ja w każdym razie pamiętam swój pierwszy kontakt z opowiadaniem Asimova.
I rzeczywiście, kiedy czytałem tom „Kryształowy sześcian Wenus”, to tam jest cała masa świetnych opowiadań, ale po przeczytaniu opowiadania Asimova byłem wręcz wstrząśnięty. To naprawdę jest świetnie napisane opowiadanie. Cóż warto jeszcze powiedzieć? Może teraz kilka rzeczy smutnych. Otóż ja państwu oczywiście nie będę opowiadania opowiadał, bo to już naprawdę mijałoby się z celem. Myślę, że i tak oś fabularną nakreśliłem. Ale naszła mnie taka refleksja, że nie zawsze świetny materiał literacki owocuje świetnymi przeróbkami. Bo było tylko kwestią czasu to, że ktoś spróbuje nakręcić film. I taki film pojawił się po raz pierwszy w 1988 roku. Scenariusz i reżyseria tego filmu w wykonaniu Paula Myersberga.
Ależ ma nazwisko, rany! W każdym razie kwiecień 1988 rok. I z jaką sytuacją mamy tu do czynienia? Mieszkańcy jednej z bliżej nieokreślonych planet we wszechświecie żyją w blasku, tutaj ograniczenie, dwóch słońc, nie wiedząc, czym jest noc, co to jest mrok. A kres ich cywilizacji jest dosyć bliski, gdyż jak co kilkaset lat planeta zmienia swoje położenie, pogrążając stronę, na której żyją ludzie, jedną z tych stron, pogrążając w mroku. Cóż, proszę państwa, to nie było wybitne arcydzieło, ale to nie zniechęciło kolejnych naśladowców, bo powstało kolejne w roku 2000. Reżyserem tego oto dzieła nowego, również zatytułowanego „Nastanie nocy” był, rany boskie, jakie to imię jest, Gwyn Gibby. Scenariusz napisał John William. I cóż, ta wersja „Nastania nocy” to jest sytuacja, w której Aeon, ta planeta nazywa się w filmie Aeon, ma sześć słońc. I znowu mieszkańcy nigdy nie widzieli zmroku, ani nawet ciemności, ani nawet nocy.
I dowiadują się, że co jakiś czas ich planeta może pogrążyć się w ciemnościach. Już na samą myśl o tym ogarnia ich przerażenie. A w końcu nastaje ten tragiczny dzień, gdy zaczynają gasnąć kolejne słońca. I mieszkańcy ze strachem patrzą, jak nad ich domami zapada noc. W sumie nic nowego, właściwie powtórzenie opowiadania. W tym opowiadaniu, bardziej w opowiadaniu, w filmach to już jak cię mogę. Powtarzam, te dwa filmy nie były jakimiś wybitnymi utworami, ale wspominam o nich, bo warto sięgnąć. Tak jak warto sięgnąć po powieść na podstawie opowiadania napisaną przez Silverberga. Znaczy jeśli patrzeć na okładkę, to wspólnie przez Silverberga i Asimova. Jak tam było naprawdę?
Nie wiem. W każdym razie warto po te wszystkie kontynuacje czy następstwa sięgnąć. Niemniej warto zapamiętać samo opowiadanie. Ono jest naprawdę wstrząsające i wielkie. I po prostu, to się nie zawsze w fantastyce naukowej zdarza, jest świetnie napisane. Być może również świetnie przetłumaczone. Tu również chwała dla polskiego tłumacza. To były czasy, gdzie nie tłumaczyło się na czas, tylko po prostu tłumaczyło dobrze. Jeszcze raz państwa zachęcam, Isaac Asimov „Nastanie nocy” i powtórzę, znajdziecie państwo to opowiadanie. W książce "Kryształowy sześcian Wenus".
To zbiór opowiadań amerykańskich z 1966 roku. Ja wiem, że ten tom może być trudny do dostania. W takim razie drugi tom antologii Jamesa Guna „Droga do science fiction". Ewentualnie, od razu to państwu mówię, jest takie miejsce w sieci. Jeśli wpiszecie państwo tytuł opowiadania „Night Fall", czy właściwie „Nadejście nocy", imię i nazwisko autora Isaaca Asimova, to opowiadanie państwu tam wyskoczy. Można zatem czytać z ekranu, jeśli ktoś lubi. No cóż, to tyle dzisiejszych polecanek. Znowu się trochę zacinałem, ale tym razem mniejsza ilość przeskoków pomiędzy cytatami a pomiędzy własną głową czy jakimiś notatkami. Myślę, że jakoś dało się tego słuchać. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Teraz już podążajmy dalej. Dalej w programie mamy spotkanie z Lesem Choduniem. Kolejna książka trafia na rynek księgarski. Tym razem będzie to „Lekcja paranormalności". Lesa Chodunia znacie państwo wszyscy świetnie. To człowiek wielu talentów. Człowiek, który jest zarówno muzykiem, jak i wynalazcą, jak i pisarzem, człowiekiem zainteresowanym grafiką komputerową, praktycznie zainteresowanym. Człowiekiem, który ima się z powodzeniem wielu zajęć, ale też wielu aktywności twórczych. Tak jak powiedziałem, muzyka, ale sztuki plastyczne, pisanie, pisanie poezji, pisanie prozy, pisanie wreszcie książek popularnonaukowych. Dzisiaj opowieść o takiej właśnie książce, która jest pewną refleksją nad paranormalnością w naszym życiu i czy aby na pewno mamy do czynienia z paranormalnością, czy może po prostu z tą częścią nauki, której sama nauka jeszcze do końca nie zdefiniowała.
Bo tak to chyba jest z tą nauką, że nauka wszystko uznaje za dziwne i paranormalne, czym się jeszcze nie zajęła i czym pogardza, bo to jest nienaukowe. To podejście ze wszech miar moim zdaniem durne, ale obowiązujące. Nie będę się tutaj rozwijał na ten temat. Myślę, że najlepiej, jeśli porozmawiam o tym z naszym dzisiejszym gościem Lesem Choduniem. Dzień dobry, wieczór państwu. Naszym gościem jest zapowiadany Less Hoduń, a spotykamy-
[21:27] - Dzień dobry, wieczór państwu.
[21:28] - To nam się tak zawsze zdarza. To już taka nasza tradycja w rozmowach. A spotykamy się z powodu takiego jak zawsze, czyli pokazała się w czwartek, 13 lipca kolejna książka. Książka, która jest mi bliska, bo znam ją już od dawna, jeszcze w pierwszym wydaniu. Teraz jest wydanie rozszerzone. Nosi tytuł „Lekcja paranormalności". Ja się już teraz uprzejmie zamykam. Jestem cicho, oddaję głos naszemu gościowi. Co to za książka?
[22:12] - Pierwszą rzeczą, jaką chciałbym powiedzieć, jest ta, żeby, broń Boże, przestać wierzyć w zjawiska nadprzyrodzone, w rzeczy niewyjaśnione i tak dalej, ponieważ takie sprawy mogą prowadzić do naprawdę dziwnych sytuacji psychicznych, interpersonalnych i tak dalej. Dlaczego ja, który od lat staram się krzewić wiedzę na temat tego typu rzeczy, mówię, że proszę nie wierzyć w to? Dlatego, że ślepa wiara i przede wszystkim wiara, która polega tylko i wyłącznie na przyjmowaniu rzeczy, nie wpływa zbyt dobrze ani na nas, ani na otoczenie, w którym żyjemy, tym bardziej na relacje z ludźmi, którzy nas otaczają. Więc podstawą jest tak zwana wiedza, czyli słowo, które zostało w pewnym sensie zagrabione przez naukę akademicką. A wiedza, czyli chodzi o informacje bezpośrednie, które do nas docierają. Wiedza z zasady jest to coś, co ma nam sprzyjać w życiu, co ma nam poszerzać świadomość, co ma nas tworzyć i odtwarzać od nowa w coraz lepszej formie. Czyli wiedza, przede wszystkim dobra informacja i oczywiście sprawdzanie, nie wiara. Jeżeli mamy komfort posługiwania się relacjami z ludźmi, których znamy, którym ufamy, którzy wiemy, że są miarodajni w swoich wypowiedziach, których możemy spokojnie cytować i możemy spokojnie polecać jako źródła danej informacji, wtedy myślę, że jak najbardziej tak. Ale wiedza przede wszystkim. Czyli informacja, która ma być podparta czymś konkretnym, ponieważ z zasłyszenia rzeczy, które otrzymujemy, możemy je przyjmować mniej lub bardziej otwarcie, ale zawsze ten szczegół, który tkwi w informacji, który gdzieś na przykład możemy pominąć przy okazji przekazywania danej treści On może robić całą robotę.
Ciekawostką związaną z tak zwanym wiedzeniem, jak ja to mówię, jest to, że... Teraz pozwolę sobie przytoczyć pewien cytat, jaki miałem okazję widzieć jakiś czas temu na Facebooku pod pewnego rodzaju publikacją. Tam osoby wyrażały się odnośnie tego, co zostało opublikowane i część odpowiedzi jednej z osób pozwolę sobie teraz przytoczyć: „Każdy człowiek za prawdziwą uważa każdą informację, w którą wierzy, zaś to, co kwestionuje, jest dla niego fałszem. Niby proste, ale jest jeden haczyk. Żaden człowiek nie wie, czy informacja, w którą wierzy, jest prawdziwa, a jego wiara faktycznie jest nadzieją, że to, w co wierzy, jest prawdą”. Taka sytuacja. Bardzo mi się to podoba, dlatego że faktycznie zwróćmy uwagę na to, że jeżeli przyjmujemy jakąś informację od osób, czy to nam znanych, czy nieznanych, mamy do tej informacji różny dystans. O wiele łatwiej i o wiele bardziej bezkrytycznie przyjmiemy informację, którą oczywiście w odpowiedni sposób przekaże nam osoba, którą znamy i szanujemy, tak jak wcześniej powiedziałem. Jeśli będzie to osoba obca, mamy większą niepewność, czyli troszeczkę większy dystans i jednak nie mamy pewności, czy ta osoba mówi do nas szczerze, czy próbuje nas coś wrobić świadomie, nieświadomie. Być może jest to jej sposób bycia.
Być może ona ten swój sposób bycia uznaje za coś tak normalnego i oczywistego, że ona to praktykuje, stosuje regularnie, czyli wrabia ludzi, przekazuje informacje pod tytułem: „Bo mi się tak wydaje” i ta osoba może to akceptować i według tej osoby może to być bardzo normalne i prawdziwe. Natomiast może nie być prawdziwe dla samej informacji. A to, o czym dzisiaj rozmawiamy, czyli książka „Lekcja paranormalności” jest związane przede wszystkim z tym, żeby pokazywać ludziom rzeczy, które przez naukę akademicką są negowane, wyśmiewane, deklasowane lub szykanowane, czy wręcz coś bardziej. Tutaj właśnie ta kwestia związana z informacją, którą my odbieramy, z rzetelnością przekazywania nam tej informacji. Uważam, że jest to związane z tym, czy możemy to potraktować jako wiedzę, czy jako pogłoskę. Ponieważ tutaj też wchodzi w grę tak zwane rozumienie słów i wiele jeszcze różnych innych czynników. Ja staram się przekazywać jak najbardziej rzetelnie, czy to moim znajomym podczas rozmów, podczas wykładów, wystąpień, po koncertach, prywatnych rozmowach, gdzieś w pociągu, kiedy się spotykamy z przypadkowymi osobami czy w rozmowach z ludźmi, których znamy na co dzień albo często się widujemy. Niezależnie. Dla mnie ważne jest to, żeby w życzliwy i dobry sposób poszerzać ludzką świadomość, bo według mnie poznawanie takich rzeczy, które nauka nadal jeszcze wyśmiewa, jest bardzo istotne. Zawsze to powtarzam i jest to jedna z najważniejszych dla mnie informacji.
To, że ja i inni ludzie napisali książki o rzeczach, które są jeszcze nieuchwytne, oznacza tylko to, że nasz świat jest przebogaty i po prostu warty poznawania. Zobaczmy, chociaż przez pryzmat podróży kosmicznych, które już dzisiaj intensywnie się uruchamiają. Tak naprawdę o naszych oceanach, o głębinach oceanów wiemy praktycznie nic. A już chcemy latać na inne planety. Mam nadzieję, że i jedno, i drugie będzie się rozwijać, czyli że będziemy poznawać nasze oceany i że zasiedlanie innych planet będzie szło w jak najlepszy sposób. Natomiast ta rzetelność, dostęp do informacji to wszystko sprawia, że żyjemy pełniej i świadomiej. Takie jest moje zdanie.
[29:48] - Wiem już teraz na pewno, dlaczego tę książkę lubię. Miałem takie podejrzenia, a teraz się w nich tylko utwierdziłem. Otóż kilka zagadnień wymaga, przynajmniej z mojej strony, dopowiedzenia. Otóż my trafiliśmy w naszych czasach na taką swoistą wieżę Babel, gdzie pomieszały nam się języki kompletnie. Pan już o tym wspominał. Kiedy dzisiaj słyszę, przez litość nie powiem, kto to był, ale słyszę parę polityków niezależnie rozmawiających z różnymi dziennikarzami i każdy z nich mówi, że on wierzy w to, że następują zmiany w klimacie i one mają przyczynę ludzką, czyli człowiek jest za to odpowiedzialny. Ja nie o tym, jaki jest ten klimat, tylko właśnie o tym słówku „wierzą”. Czyli znowu to jest dokładnie to, o czym pan przed chwilą powiedział. Dzisiaj właściwie wypowiadając, co więcej, będąc politykiem i decydując o pewnych sprawach, na przykład zakazując czegoś albo nakazując coś, na czym się opiera tenże polityk? Nawet w deklaracji opiera się na wierze, nie na wiedzy.
On wierzy, że coś się dzieje i w związku z tym trzeba państwu tego i tamtego zakazać albo coś jeszcze nakazać. Więc mamy już nawet na poziomie języka absolutne pomieszanie, gdzie właściwie gdyby temu samemu politykowi powiedzieć, że skoro już tak opieramy się na wierze, to może również wprowadźmy kilka zasad wziętych z wiary sformalizowanej, to by się wtedy bardzo oburzył, że to nie jest to samo. Tymczasem tak naprawdę, jakby to dobrze wziąć pod lupę, to rzeczywiście i tu wiara i tu wiara. Zdaje się, że nie o to chodzi, ale też istnieje to zjawisko, które jest bardzo specyficzne, o którym ja często wspominam, że większość ludzi — na razie nie mówię o nauce akademickiej — ale większość ludzi też wierzy w naukę. Zamiast tę naukę uprawiać albo przynajmniej ją zgłębiać, to w nią wierzy. I w związku z tym ja się zawsze nieźle bawię, kiedy wchodzę na różne portale, na przykład związane z płaską Ziemią. I znowu nie rozstrzygam, jak jest. Chodzi o to po prostu, że dyskutują ze sobą strony, które bardzo w coś wierzą, ale jeśli ma dojść do wymiany argumentów, to te argumenty nie są argumentami tak naprawdę, tylko są deklaracjami wiary. I tu znowu mamy jakieś pomieszanie po prostu. Tymczasem ta pana książka dosyć konsekwentnie przestrzega i mówi o tym, jak świat jest zbudowany, że to, że coś nauka akademicka ma w głębokim poważaniu, że tak sobie pozwolę powiedzieć, to jeszcze wcale nie znaczy, że to nie istnieje.
Nauka właściwie od momentu, kiedy powstała, a przypomnę państwu, że to, co nazywamy współczesną nauką, to nie jest zjawisko aż tak bardzo stare. Pod koniec średniowiecza była taka szkoła w Chartres, gdzie początki nauki zaczęły się kształtować. Później kolejni filozofowie, uczeni zaczęli tę naukę już rzeczywiście sprowadzać na takie tory, jakie ona powinna przyjąć, na jakie powinna na te tory wejść. I teoretycznie to wszystko wygląda fajnie. Czyli mamy tezę, musimy ją sfalsyfikować i dopiero wtedy możemy pokusić się o różne twierdzenia. Tymczasem dzisiaj nauka zachowuje się właściwie jak sekta. Czyli jesteś z nami albo jesteś przeciwko nam i pewne fakty w ogóle pominiemy, a pewne fakty wyeksponujemy. Staram się maksymalnie to oczywiście skondensować, ale czy ja dobrze odczytuję klimat pana książki?
[34:06] - Myślę, że zdecydowanie tak. Nawet chciałem po pańskiej wypowiedzi uzupełnić treść wątkiem pod tytułem, że właśnie dzisiaj często słyszymy, chociażby nawet w reklamach tylko i wyłącznie, które mają służyć formatowaniu naszych umysłów. Słyszymy regularnie, że jedna czy druga osoba mówi: „Ja wierzę w naukę” i to jest z taką swobodą wyrażane. A pamiętajmy, że reklamy są przygotowywane w sposób aktorski, czyli one mają przekazać nie tylko treść, ale również uargumentować w podświadomości odbiorcy, że jest dokładnie, jak reklama mówi. I czasami, jeżeli ktoś lubi obserwować tego typu aktywności, to może sobie popatrzeć na reklamę, kiedy jedna czy druga pani mówi o danym środku przyswajalnym organicznie i on robi to i tamto, po czym kiwa trzy razy głową. To tak jakby miało dać nam do zrozumienia, że naprawdę tak jest, że oni sobie tego nie wymyślają. I to jest właśnie jeden z rodzajów formatowania naszego społeczeństwa. Pozwolę sobie podpytać. Zadał pan pytanie i ono mi umknęło, ponieważ bardzo się skupiłem na tym.
[35:38] - Nie. To było pytanie bardzo ogólne: czy dobrze odczytuję klimat pana książki, który właściwie zmierza do tego, żeby powiedzieć, że rzeczywiście mamy języki poplątane, pomieszane, taka swoista wieża Babel, gdzie wiara, wiedza, nauka i wiara w naukę to jest wszystko. Zaczynamy mówić takim dziwnym językiem. Powtórzę się w tym wypadku: zamiast uprawiać naukę czy też po prostu zgłębiać owoce tejże nauki, zaczynamy wierzyć w naukę i zaczynamy trochę postępować w taki sposób. Wychodzi naukowy celebryta, który ma osiągnięcia, weźmy pierwsze z brzegu, powiedzmy w fizyce. I on zaczyna się wypowiadać na każdy temat. I ja owszem, chętnie wierzę w to, co on mówi. Znowu użyłem słowa „wierzę”, ale to jest już wdrukowane troszeczkę. Sam się na tym łapię. Na szczęście się jeszcze na tym łapię, ale po prostu ufam mu, kiedy on mi mówi.
Co więcej- Zaufać to również sprawdzać. Czyli jak facet mówi, nawet jak jest profesorem, to ja pewne rzeczy dla siebie, takie punkty węzłowe sprawdzę, a w każdym razie zobaczę, co na ten temat jest mówione w innych źródłach. I ja mu wtedy chętnie zaufam, a i tak go będę sprawdzał co jakiś czas, czy przypadkowo gdzieś mnie tam na manowce nie wodzi. Ale jak już ten pan od fizyki zaczyna mi mówić o rzeczach, które są bardzo odległe od jego dziedziny wiedzy i tak naprawdę zaczyna mi mówić z autorytetem profesorskim, zaczyna mi mówić o rzeczach, o których ma mniej więcej takie pojęcie jak ja, a czasami mniejsze, to zaczynam się zastanawiać kto kogo robi w konia. A zdajmy sobie sprawę, to też częściowo z pana książki może nie wprost, ale wynika. Zdajmy sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy my takiej tresurze jesteśmy przez cały czas poddawani, czyli cały czas nam się podaje prawdy objawione i myślę, że to jest adekwatne określenie. Objawione prawdy, w które mamy wierzyć i broń Boże nie sprawdzać albo nie zadawać pytań. Przecież ja do dzisiaj pamiętam oburzenie pewnego naukowca, któremu jako bardzo młody dziennikarz zadałem pytanie, bo czegoś nie zrozumiałem. Ale to pytanie miało taki wydźwięk, że ono poniekąd kwestionowało pewne rzeczy, które wypowiedział pan profesor. On się tak oburzył, że nie był w stanie na pytanie odpowiedzieć, ponieważ on cały czas miał w głowie, że jakiś gówniarz kwestionuje to, co on powiedział.
A przecież nie wolno. Chyba nie na tym tak naprawdę ojcowie założyciele, którzy tworzyli naukę, podwaliny pod pewien system, który nazywamy systemem naukowym, nie to mieli na myśli. Wręcz przeciwnie. Nauka zawsze opierała się na tym, żeby kwestionować to, co mamy zastane, nieustannie kwestionować, nieustannie podważać, bo z tego tak naprawdę bierze się wiedza, a nie z tego, że będziemy cały czas sobie mówić: „Panie profesorze, panie drugi profesorze, ma pan rację. Ależ oczywiście, że mam rację, bo jestem profesorem”. To jest ślepa uliczka.
[39:25] - Powiem panu, panie redaktorze, jedną rzecz, że wczoraj w nocy jechałem, wracałem sobie z Karpacza i trafiłem na bardzo młodą osobę, która akurat szkoli się w obszarze farmaceutyki i akurat zwróciła mi uwagę na pewną rzecz, że musi totalnie uważać, gdy pisze do kogoś, ponieważ maile czasem powinny być tytułowane: „Wielce szanowny panie profesorze” lub coś w tym stylu. Więc mówi, bardzo się trzeba nagimnastykować, czasami mentalnie, po to, żeby naprawdę wstrzelić się akurat w taki tembr pisania, żeby to odpowiadało właściwemu momentowi samopoczucia danej osoby, do której się pisze. Tutaj też pan wspomniał o pewnej rzeczy, mianowicie kwestionowanie. Nauka chyba za bardzo wzięła sobie to do serca, a jednocześnie osoby, które uważają się za osoby bardzo zdroworozsądkowe, za bardzo wzięły sobie do serca i do głowy termin kwestionowanie i traktują ten termin jako deklasację, jako wypunktowanie, jako pokazywanie negatywów i tak dalej, po to, żeby pokazać prawdę najmojszą. A tak naprawdę, co to znaczy kwestionowanie? Kwestionowanie, czyli zadawanie pytań. W mojej opinii. Tak przynajmniej zorientowałem się według literatury zachodniej, gdzie w tłumaczeniu ewidentnie mam wrażenie, że chodzi o zadawanie właściwych pytań. Może tych pytań być mnóstwo, dużo lub jeszcze więcej. Być może czasem i za dużo, ale lepiej zadać za dużo pytań, bo jest nadzieja, że w którymś momencie być może ta głowa się otworzy.
I faktycznie sposób myślenia, sposób podążania za eksperymentem, za rozumieniem czegoś, za poznaniem czegoś być może wskoczy na właściwy tor. Więc kwestionowanie nie polega na tym, żeby deklasować wszystko, żeby krytykować, żeby ścinać i po prostu pokazywać tylko to, że właśnie nauka. Nie! Nauka czasami i tak jest, przepraszam za określenie, tempa, bo wiadomo, że dogmaty, teorie zmieniają się, ponieważ dzisiaj znamy tyle planet, jutro znamy tyle planet. Dzisiaj wiemy to o gatunkach, a za miesiąc będzie tych gatunków kilka tysięcy więcej, bo codziennie są odkrywane nowe gatunki, co pokazał teleskop Webba. Że nagle widzimy kosmos zupełnie inaczej. Czy ktoś kilka lat temu, kiedy tego teleskopu nie było na orbicie, przyznałby się do tego, że może do czegoś takiego dojść? Absolutnie nie. Co było, jak to się nazywało? Głębokie pole Hubble'a, tak?
[42:28] - Tak.
[42:29] - Tam był temat związany z takim malutkim wycinkiem, w którym absolutnie nie było nic. I okazało się, że przez tydzień bodajże ten teleskop patrzył sobie w to miejsce, gdzie absolutnie nic nie było, tylko zupełnie czarno. I okazało się, że są tam setki, jeśli nie tysiące galaktyk. Więc tak naprawdę wszystko się zmienia i jak to ktoś kiedyś mądry powiedział w bardzo starożytnej filozofii: jedyną niezmienną rzeczą jest zmiana Więc to trzeba umieć zaakceptować i trzeba umieć się na poszukiwanie i odnajdywanie czasami bardzo nieoczywistych prawd.
[43:13] - Myślę, że warto pamiętać o tym, że koniec nauki, czyli że wiemy już wszystko, wieszczono w ciągu ostatnich 200 lat kilka razy. Sugerowano zamykanie katedr fizyki i kilku innych, że po prostu już wszystko wiadomo. A ja państwu coś powiem. Mówiłem o tym przy okazji space opery, ale powiem jeszcze raz. W latach 20. XX wieku ktoś wpadł na pomysł, pamiętacie państwo o teleskopie Hubble'a? Więc właśnie tenże Hubble doszedł do wniosku, że świat jest tak skonstruowany, a właściwie wszechświat, że pewna plamka na niebie, którą obserwowano przez teleskopy w Andromedzie, to jest galaktyka taka sama jak ta, w której my żyjemy. I nagle wszechświat się powiększył, bo wcześniej uważano, że kosmos jest duży, a on jest nawet ogromny. Te gwiazdy, które obserwujemy na niebie, jak jesteśmy w obszarze mocno zaciemnionym, to ich widzimy bardzo dużo, więc wszechświat jest ogromny. Ale to ogromny znaczyło zupełnie coś innego, bo jak Hubble powiedział o tym, że jest druga galaktyka, to zaczęto szybko patrzeć na niebo i takich galaktyk znaleziono kilka.
I ten wszechświat się powiększył. Wiedziano, że tych galaktyk jest kilka i że dzielą nas naprawdę olbrzymie odległości, więc wszechświat się powiększył. Był ogromny, bo liczył sobie kilka, kilkanaście galaktyk i już był ogromny. Teraz, kiedy współczesne urządzenia patrzą w daleki kosmos, to tych galaktyk, tych wszystkich dziwnych tworów, które gdzieś tam są, jest znacznie więcej. To w ogóle nie ma porównania niż gwiazdy, które my obserwujemy na ziemskim niebie. To w ogóle nie ta skala wielkości. Okazało się, że w ciągu 100 lat wszechświat dokonał eksplozji atomowej, jeśli chodzi o swoją wielkość. I co? I w związku z tym my mamy nazwać ludzi, którzy wcześniej tego nie wiedzieli, durniami? Nie.
Ja bym tylko składał im pewien hołd, że oni dążyli ku temu, żeby coś tam zobaczyć, coś odkryć. Oczywiście byli i tacy, którzy mówili: „Ale po co? Przecież wszechświat wiadomo, jaki jest. Liczy sobie kilka tysięcy gwiazd i tak wygląda wszechświat”. Gdybyśmy postępowali w taki sposób, czyli słuchali autorytetów, które wiedzą lepiej, że ten wszechświat jest taki, a nie inny, to byśmy pewnych odkryć nie dokonywali albo trzymali je w tajemnicy. Doszłoby do jakiejś świętej inkwizycji, która pomimo tego, że grono zaufane wiedziałoby, że wszechświat jest wielki, to i tak nie dopuszczałoby tej wiedzy powszechnie. Czasami mam takie wrażenie, że naukowcy właśnie tak się zachowują, że pewna wiedza nie jest dla maluczkich. Albo też, to jest jeden gatunek, to jeszcze jakoś można przeżyć, chociaż niechętnie. Natomiast jest pewna grupa naukowców, która uważa, że już wszystko wiemy, więc po co zgłębiać różne rzeczy? Po co zadawać pytania?
A tymczasem ja powtórzę, istotą nauki jest kwestionowanie i zadawanie pytań.
[46:51] - I przede wszystkim pokora względem tego, że coś, co wiemy dzisiaj, jest fajne powiedzenie, które bardzo lubię, to chyba Goethe napisał, o ile pamiętam: „Czego nie wiemy, trzeba nam właśnie, a to, co wiemy, na nic się zda”. Czyli tak naprawdę, jeżeli czegoś się już dowiedzieliśmy, to sięgajmy dalej, nie siadajmy. Bo jeżeli sobie siądziemy, zatrzymamy się i będziemy sobie tak trwać, to tak jak mawiają Chińczycy: „Jak stoisz, to się cofasz”. Bo wszystko idzie dalej, wszystko się rozwija. I à propos wszechświata pozwolę sobie nadmienić jedną rzecz. Pan redaktor pewnie tutaj już wie i mnóstwo naszych słuchaczy również. Według nauki nasz wszechświat ma około 11,4 miliarda lat. I ostatnio, nie wiem, czy „ostatnio” to będzie dobre sformułowanie, w każdym razie odkryto gwiazdę, która ma lat 16 miliardów. I teraz pytanie, co się dzieje? Czy w takim razie jest przekłamanie w obliczeniach naukowych?
Czy to, że nauka źle coś zweryfikowała? Czy złe były poprowadzone jakieś badania, może złe jednostki były użyte? Już autor artykułu, nie pamiętam, na jakim to serwisie, gdzieś na Zachodzie to było, pisał, że bardzo możliwe, że gdzieś nastąpiło jakieś przekłamanie, jakieś niechlujstwo i było to napisane w taki sposób: „A nic tam, walnęli się po prostu i co takiego?”. Taki głos docierał spoza tych słów, których on użył. I właśnie wiemy wszystko, tak? Wiemy wszystko. Co tam jakiś fragment wiedzy, może taki będzie, może inny. Jaki to problem? A później oglądamy sobie w programach typu Discovery dokumenty czy tam jakieś inne reportażyki, które pokazują, że samolot, który wystartował sobie z jakiegoś lotniska, zaraz musiał lądować gdzieś na sąsiednim lotnisku, ponieważ ktoś przesunął przecinek. I zatankował nie taką ilość paliwa.
Czyli automat zrozumiał już inaczej. Wszystko jest rzeczą ludzką, a my jako ludzie mamy prawo się mylić, bo jak to mówią ten, kto się nie myli, oznacza, że nic nie robi. Bądźmy konsekwentni w podążaniu i pamiętajmy, że nauka też jest potrzebna, bo gdyby nie nauka, to nie mielibyśmy telefonów, nie wiedzielibyśmy o tym, jak wygląda wszechświat, nie mielibyśmy dróg. Na przykład dzięki nauce mogłem sobie zobaczyć, że są grzyby, które rozsiewają swoją grzybnię, tworząc mikroatmosferę, czyli mikrowarunki atmosferyczne w momencie, kiedy brakuje wiatru. I to zostało odkryte właśnie przez naukowców w świetle laserowym. Widać, jak grzyb po prostu wystrzeliwuje, tworząc fale wietrzne, które mają tę grzybnię rozprzestrzenić gdzieś tam. I to jest niesamowite. To nam pokazuje, jaka jest natura. Generalnie w naturze żyjemy cały czas. Jesteśmy otoczeni przez lasy, jest niebo, słońce, deszcz, wszystko dookoła nas kwitnie.
Mamy kwiaty. Względem tych kwiatów ludzie wyrażają swoje emocje. Te kwiaty kochają, podlewają, te kwiaty im rosną. Widać, że z naturą żyjemy, a jednak nauka fajnie te rzeczy nam pokazuje, więc ona jest potrzebna. Jak ktoś kiedyś czasem mówi, że ja tępię naukowców, ja nie tępię naukowców, tylko tępię butność i głupotę, bo nauka na przykład posiada taki fajny instrument, który nazywa się metodologią naukową. Jeżeli metodologia potrafi w ładnie konsekwentny sposób przeprowadzić taką osobę, która zajmuje się jakimś eksperymentem od początku do końca, to znaczy, że nauczenie się takiej konsekwencji i hołdowanie tej konsekwencji, przeprowadzenie tego eksperymentu jest czymś in plus. Natomiast pamiętajmy, żeby to nie było prowadzenie eksperymentu w stronę, która ma za zadanie potwierdzić nasze przekonania, które mogą być prawdziwe, mogą być fałszywe, ale tak sobie wymyśliliśmy i chcemy tego dowieść nawet w przypadku, kiedy trzeba będzie zafałszować wyniki eksperymentu. Bo niestety nie ja tylko wiem, że takie rzeczy się dzieją.
[51:36] - Ja tylko dodam, że to jest tak, że metodologia naukowa tak naprawdę, jak państwo wgłębicie się, na czym ona polega, oparta jest na negacji, czasami na autonegacji, a czasami na takiej negacji współpracowników. Czyli jeśli podążamy do jakiegoś celu i jesteśmy nawet przekonani o tym, że zmierzamy w dobrym kierunku, to owszem, szukamy argumentów na potwierdzenie swoich przypuszczeń, ale też zdrowo jest, jeśli szukamy argumentów, a jakichś przejawów, które troszkę przeczą temu, do czego dążymy. Bo jeśli sobie takie argumenty, takie przejawy, takie pewne przypadki znajdziemy, to będziemy musieli włożyć więcej wysiłku w udowodnienie tezy, którą mamy zamiar udowodnić, a ona zatem będzie, cudzysłów ogromny, bardziej prawdziwa. Jeśli się będziemy musieli spotykać z negacją, będziemy musieli tę negację w jakiś sposób, złe słowo zwalczyć, ale w każdym razie będziemy musieli stawić jej czoła. Będziemy musieli otwarcie powiedzieć: tak, tu rzeczywiście jest wątpliwość. To rzeczywiście w jakiś sposób nie potwierdza kierunku, w którym idziemy, więc zobaczymy, czy to jest wypadek przy pracy, czy też może cała nasza piękna, wspaniała teoria życia powinna się niniejszym rozsypać. Powiem jeszcze jedną rzecz, że pańską książkę po raz pierwszy, to pierwsze wydanie przeczytałem mniej więcej w tym samym czasie, kiedy przeprowadziłem wywiad z aktorem Emilianem Kamińskim. To było dawno, dawno temu. Słuchacze „Bibliotekarium 2.0” już ten wywiad słyszeli. Był czytany na antenie, ale on tam powiedział jedną rzecz, która mi utkwiła i która bardzo kojarzy mi się z pana książką.
On powiedział, że nie istnieje coś takiego jak paranormalność, jak coś nienaukowe, paranormalne. Mówi: to jest przejaw takiej właśnie buty środowiska naukowego, bo coś jest paranormalne wtedy, tak to określamy, kiedy nasza nauka tego jeszcze nie zgłębiła i to najczęściej wtedy przyczepiana jest tym zjawiskom taka łatka paranormalności. Ale za 100 lat, za 200 to może będzie normalność, to będzie nauka i po prostu dojdziemy do tego. Więc to takie przekonanie części środowiska naukowego, że coś, czemu przyczepią łatkę paranormalne, to jest gorsze, głupsze i w ogóle to bajki są przecież, co to wiem. To jest po prostu przejaw może ludzkiej słabości, ale jednak słabości. Bardzo to utkwiło w mojej pamięci to określenie, że nie ma rzeczy paranormalnych. Są rzeczy, o których jeszcze niewiele wiemy.
[54:59] - Dokładnie.
[55:02] - I to znajdujemy w tym instrument-
[55:10] - Panie redaktorze, czekam na kontynuację. Przepraszam bardzo.
[55:13] - Nie, to znajduję w pana książce. To było kluczowe.
[55:22] - Zdecydowanie tak. Tak jak powiedziałem, to kwestia pokory. Wiadomo, nie musimy się uczyć, nie musimy żadnych szkół kończyć, żeby wiedzieć, jak w kontekście przestrzeni i natury jesteśmy malutcy, a jednocześnie jaką zwartą częścią tej natury jesteśmy. Jeżeli nasi prapradziadkowie, którzy tak naprawdę nie robili tego, co my robimy, czyli nie posługiwali się laptopami, a wszystko polegało na tworzeniu społeczeństw, na życiu z tą naturą, na odczuwaniu tej natury, bo tam przecież były ceremonie polegające na tym, że się dziękowano bogom, siłą przyrody i tak dalej. To było bardzo związane z naturą. Nawet podejrzewam, że ludzie o wiele częściej posługiwali się intuicją. Być może mieli sny prorocze częściej. Być może to było coś normalnego, ponieważ oni żyli w innym trybie. My dzisiaj jesteśmy zagalopowani i tak naprawdę to, o czym rozmawialiśmy na początku, czyli ta wiara, staje się łatwiejszym narzędziem. Nie wiem, czy ja to dobrze określiłem, że wiara staje się narzędziem.
Natomiast ona staje się łatwiejsza do zaimplementowania nam ze względu na to, że przemiał informacji dzisiaj jest o wiele większy i szybszy. Trudno jest sobie to uświadomić i myślę, że wiele osób nie uświadamia sobie tego, zagłębiając się w różnego rodzaju serwisy społecznościowe, gdzie ja sam osobiście nierzadko widuję, że osoba siedząca obok mnie jest tak pochłonięta przesuwaniem palcem po ekranie telefonu, że podejrzewam, że tam migają tylko kolorowe plamy i nie jestem w stanie nawet uświadomić sobie, czy ktoś coś zapamiętał lub coś spostrzegł wśród tych informacji. Ja bym widział siebie na przykład w takiej roli osoby, która pozyskuje informacje i przy pewnych informacjach woli się zatrzymać. Ja tego u ludzi za bardzo nie widuję i to jest takie signum temporis, niestety.
[57:56] - Tak. Powiem w ten sposób: w pana książce znajdujemy różne tematy. Może zacznijmy od tego, który na antenie Radia Paranormalium bywa gościм dosyć często. Pisze pan o UFO. Jakżeż to nienaukowe jest, jakżeż można o UFO pisać? Więc niech się pan teraz wytłumaczy, jak można o takich rzeczach pisać. Dobrze, już przestanę się wygłupiać. Powiem tak, że nauka ma coś do tego UFO. W sensie, że chciałaby wbić wszystkim do głowy, że to zjawisko nie istnieje i w ogóle nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Zamiast próbować odpowiedzieć, jaki jest mechanizm tego, że tak wielu ludzi o tym UFO mówi.
Nie, tego nie ma. Zamknijmy oczy. Nie ma tego. Tymczasem u pana w książce UFO zajmuje duży, długi rozdział.
[59:03] - Właśnie. Można zauważyć, że nie skupiam się tam na śrubkach, na opowiadaniu 50 000 historyjek o tym, jak przylecieli, pomieszali i odlecieli. Ja tutaj przede wszystkim powiem tyle, że na przestrzeni lat, gdy starałem się fascynować tym tematem, fascynować w sensie: byłem bardzo zaciekawiony czymś nowym, czymś innym, ponieważ z każdą następną przeczytaną książką, artykułem czy obejrzanym filmem i nie mówimy tu o filmach fabularnych, tylko jak najbardziej staram się oglądać rzeczy, które przynoszą właśnie wiedzę, przynoszą informację pewnego rodzaju. A tutaj już jest bardzo istotna rzecz pod tytułem: z jaką szczerością dana osoba przekazuje te treści, czyli tę wiedzę w swoich nośnikach, czyli w książkach, w filmach, w programach. Ten aspekt zajmuje naprawdę dużo miejsca, ponieważ nie oszukujmy się, jest to bardzo stymulująca rzecz i rzecz, dookoła której narosło strasznie dużo mitów i ona stała się niesamowicie kontrowersyjna. Zupełnie niezasłużenie uważam. Dlatego, że jeżeli ktoś wczyta się w moją książkę i szczególnie w kontekst tych obiektów latających, zauważy, jak szerokie spektrum myślenia można mieć odnośnie tego typu obiektów. Ostatnimi czasy do tego sposobu myślenia, który znajduje się w książce, doszły też moje obserwacje nowych serii programów, które pojawiły się jakiś czas temu na kanałach telewizyjnych. I zauważam pewne rzeczy, a jednocześnie zauważam otwierać również oczy, analizując i właśnie kwestionując intencje, które prawdopodobnie posłużyły stworzeniu Przepraszam bardzo, które posłużyły stworzeniu danego programu. O co chodzi?
Chodzi mi między innymi o sprawy związane z Wojskowym Biurem Śledczym o UFO, czy jakoś tak się ten program nazywa, i on akurat pokazuje pewien kierunek myślenia, który został przyjęty na Zachodzie. Związany jest z tym, że ludzie, którzy starają się wokół tego tematu pracować i go jak gdyby w cudzysłowie „wyjaśniać”, informują o tym, że UFO jest to prawdopodobnie zagrożenie dla strefy powietrznej Stanów Zjednoczonych i jest to coś niebezpiecznego. Z tym trzeba walczyć. Podejrzewam, że szykują się albo już się wręcz bardzo kroją, i to bardzo konkretnie, konkretne pieniądze na jakieś programy rządowe lub pozarządowe. Tego nie wiemy, dlatego że Amerykanie bardzo są nastawieni na swoje bezpieczeństwo, na swoją tożsamość narodową, a jednocześnie militarność u nich odgrywa bardzo dużą rolę. I teraz ja już powiem szczerze, że po obejrzeniu niektórych z tych programów mam szczerze przesyt. Przesyt tego typu komunikowania się z odbiorcą pod tytułem: dlaczego te obiekty krążą wokół naszych silosów atomowych i je wyłączają? Czy to, że one przeleciały w tamtym i w tamtym miejscu, to znaczy, że one chcą destabilizacji naszej obrony atomowej? I tak dalej. Łapię się za głowę i myślę sobie: gdzie ja, kurde, żyję?
Czy to przypadkiem nie jest zorientowane pod kątem zmanipulowania odbiorcy pod tytułem: wypuściliśmy jakąś osobę, która niby zrezygnowała z pracy i teraz niby jest osobą sprzyjającą temu całemu kontekstowi UFO, ale jednocześnie stara się cały czas informować o tym, jakie to jest ogromne zagrożenie narodowe, jakie to jest ogromne zagrożenie dla przestrzeni powietrznej, dla ludzi, że musimy tworzyć system obrony Gwiezdnych Wojen i tak dalej. Jak ja sobie tak oglądam, to widzę niestety tylko i wyłącznie próbę zmanipulowania odbiorcy społecznego po to, żeby posiłkując się tym tematem, który jest tak kontrowersyjny od lat 40., 50., bo to był chyba 1947 rok, jak Kenneth Arnold zobaczył tamtą grupkę latających spodków. To teraz tak naprawdę wydaje mi się, że to jest próba przejścia na ten teren, czyli jak gdyby sobie zawładnięcia tym terenem również. Między innymi z tego powodu, podejrzewam, pojawiło się określenie UAP, czyli niezidentyfikowane zjawiska powietrzne. Tak mniej więcej to brzmi w tłumaczeniu. Czyli żeby nie było to już UFO, tylko UAP. Tak naprawdę to jest to samo. Ale znowu mamy temat pod tytułem „nauka kładzie łapę na czymś”. Czyli oni chcą to mieć dla siebie, jednak jeżeli oni będą mówili o UAP w jakikolwiek sposób, a i tak będą mówili o tych samych tematach, to teraz „bo nauka, bo coś tam”. I jednocześnie militaryzacja tego przekonania, że te obiekty.
Ja myślę sobie, czy naprawdę te osoby są tak tępe, czy one grają tylko takie tępe, czy może po prostu tak nakazane zostało, żeby mówić akurat w ten sposób? Dla mnie osobiście, jeżeli jest historia związana z przelotem jakiegoś obiektu, gdzie ludzie, wiele osób informuje, że pozatrzymywały się samochody, powstawały urządzenia, to znaczy, że miał na to wpływ jakiś rodzaj pola elektromagnetycznego. To nie jest tak, że ono sobie przyleciało i zatrzymało ten samochód marki tej i tego radnego na przykład, bo ten radny przecież pewnie jechał do domu, a UFO nie chciało mu pozwolić na to, żeby on do rodziny jechał. Ja myślę, że to w tym kierunku idą tego typu zabawy z opowiadaniem na takie tematy. Jednocześnie, przepraszam, ale tak mi się to kojarzy, to jest po prostu pustostan mentalny, gdy osoby uciekają się, niby są tak wyedukowane, a uciekają się do takich różnych dziwnych porównań. I też o tym piszę w książce, jak na przykład rozmowa z jedną z osób, która jest po studiach psychologicznych i bardzo się interesuje kwestią psychologii ludzkiej i tymi wszystkimi kwestiami, które są z tym związane, a jednocześnie dana osoba wie o tym, że UFO i że ludzie opowiadają i tak dalej. I podczas rozmowy pada stwierdzenie: „Tak, wiesz, bo ja słyszałem opowieść o jednym kogoś i on mówi, że widział światło, a on jechał zakrętami, jednym, drugim zakrętem i on uważa, że widział światło, to przecież samochód się poruszał i światełko się też poruszało”. I to jest dla mnie karygodne, bo to jest dla mnie traktowanie po prostu ludzi jak debili I nie ma tutaj co ukrywać, tylko jest to ewidentne. W jednej z książek, nie pamiętam dzisiaj już pana autora, ale napisałem o nim też w „Lekcji paranormalności”, więc jeżeli czytelnicy sięgną do książki, to na pewno znajdą te informacje. Bardzo możliwe, że książka nazywa się „Na tropie UFO”, a pan należał do jednej chyba z największych organizacji badających właśnie UFO w Stanach Zjednoczonych.
I on opisuje historię, kiedy nad małym miasteczkiem, też już nie pamiętam nazwy tego miasteczka, nadleciało coś wielkości autobusu, o ile pamiętam i latało. Latało ponad miasteczkiem tak nisko, że pojawiło się nad szkołą, a później zaczęło się zniżać i kilka metrów nad ludźmi sobie oscylowało. Widziały to chyba dziesiątki, jeżeli nie więcej osób. Widzieli to policjanci, którzy byli wezwani wtedy. Natomiast następnego dnia właśnie jakiś pan naukowiec siedzący gdzieś na krzesełku daleko, daleko powiedział: „A pewnie widzieli Jowisza, bo on miał wczoraj jakąś aktywność większą”. Sorry, ale to jest dla mnie debilizm i to jest dla mnie zaufanie w te wszystkie farmazony naukowe, które każą dyskredytować, wytłumaczać. Jeżeli czegoś nie wiesz, brzytwa Ockhama. Brzytwa Ockhama, święte narzędzie i uważam, że w wielu sytuacjach pomaga mi osobiście wręcz. Natomiast wszystko jest dla ludzi i wszystkiego używajmy z głową, a nie używajmy a priori.
[01:09:09] - Tak, to prawda. Z brzytwą Ockhama jest to dosyć niebezpieczne narzędzie, jak to brzytwa zresztą, bo ono w większości przypadków działa. Natomiast kilka dosyć poważnych odkryć naukowych nie miałoby miejsca, gdyby konsekwentnie tę brzytwę stosowano. Więc brzytwa jest bardzo dobra, ale trzeba, jak każdego narzędzia, używać umiejętnie. Ja po lekturze pana książki wychodzę z takiego założenia, że cała ta książka jest jednym wielkim apelem o pewną otwartość, o takie niezaslepianie się we własnych poglądach. Obojętnie, czy jesteśmy ludźmi, którzy są zwykłymi ludźmi, którzy z nauką nie mają wiele wspólnego, czy też jesteśmy bardzo utytułowanymi naukowcami, to jedna i druga grupa ma dosyć charakterystyczną cechę właśnie zamykania się na argumentację, odrzucania tego, co się nie podoba, z czym jest nam nie po drodze, bo to jest wiadomo nie nasze. Lepsze jest to mojsze. Wspominał pan zresztą o tym, że tak to mniej więcej działa, a pana książkę odbieram, bo nie tylko o UFO jest tu mowa, jest mowa też o duchach na przykład, jako taki ogromny apel, prośbę, nie wiem, błaganie nawet o to, żeby przestać kombinować, przestać zamykać się i mówić, jaki ja jestem mądry, ponieważ odrzucam jakieś tam głupoty dotyczące duchów. Przecież wiadomo, że duchów nie ma. Ja jestem nowoczesnym człowiekiem.
Prośba tylko o to, żeby przynajmniej wziąć pod uwagę, że może to nie są duchy, może to nazwijmy inaczej, ale nie odrzucajmy czegoś, co w jakimś tam stopniu jest relacjonowane, o czym się mówi. I takie odrzucanie a priori czegoś, że tego nie ma, bo ja tak mówię, to jest w ogóle jakaś fałszywa ścieżka, nie ma nic wspólnego z nauką. I znowu pytanie bardzo proste, czy ja dobrze odczytuję ten pana apel, którym jest ta książka?
[01:11:37] - Wydaje mi się, że bardzo dobrze. Natomiast to określenie tego jako apel jest bardzo intrygujące. Nie spotkałem się jeszcze z tego typu określeniem, a spotkałem się z określeniem, kiedy osoba w postaci na przykład muzyka ze znanego zespołu, o której wiedziałem, że jest sceptycznie nastawiona, ale kupiła książkę ze względu na to, że bardzo ciekawi ją, bo to jest moja książka i po przeczytaniu mówi: „Wiesz co? Przekonałeś mnie”. Ja mówię: „Wiesz, ja nie po to napisałem książkę, żeby ciebie przekonać, tylko po to, żeby podzielić się wiedzą. Po to, żeby podzielić się spojrzeniem i po to, żeby podpowiedzieć ludziom, co mają ze sobą robić, jak mają tworzyć ten świat”. Bo przecież ja też żyję w tym świecie i ja też dotykam tych różnych rzeczy. Czasem wydaje mi się, że są to rzeczy zupełnie z innej bajki i nieprawdopodobne. Ale jednak, jeżeli ktoś mi o tym opowiada z jakąś szczególną energią i jeżeli widzę, że w jego opowiadaniu jest więcej rozedrgania takiego niż próby przekonania mnie, to znaczy, że on coś przeżył. Być może nie umie opowiedzieć, być może coś nie do końca zapamiętał, być może dane przeżycie spowodowało to, że pewne rzeczy zapamiętał tak, a drugie pominął z jakiegoś powodu, bo też tak może być.
Chodzi tylko o to, że my wszyscy wyznajemy tak naprawdę jedną zasadę: chcemy być zrozumiani, chcemy być zaakceptowani i chcemy żyć we wspólnocie. Człowiek jest zwierzęciem stadnym, więc robi wszystko po to, żeby mógł zostać zaakceptowany. Natomiast mój apel może, jeżeli już pan redaktor określił to w formie apelu, to ja bym Tutaj był skłonny powiedzieć ludziom: otwierajcie się na siebie samych i otwierajcie się na drugiego człowieka. Można naszą niezgodę z tym, że ktoś powie, że widział dzisiaj zająca, który biegał z drabiną, która była wrośnięta w jego lewą nogę. Może faktycznie miałeś przywidzenia. Może zając uciekł gdzieś z jakiegoś gabinetu, gdzie tę drabinkę mu wszczepili, może mu przyszyli, może ta drabinka ma mu pomóc. On to określił mianem drabiny. To tak samo jak ludzie mówią: widziałem coś i to coś znikło. I później okazuje się, że po ciągnięciu języka coraz bardziej, dochodzeniu do sedna, to nie znikło szybko, tylko trwało to może z 10-15 minut, bo ktoś gdzieś jeszcze poszedł, później znowu wyszedł, zobaczył, już tego nie było. Więc takie skrótowe myślenie, które dla ludzi jest oczywiste, bo ja ciebie zabiję.
Czy ktoś grozi komuś? Nie. Ktoś po prostu jest przerażony czymś, o czym z daną osobą rozmawia albo co dana osoba mu powiedziała na jakiś temat, co było z nim związane. Ja cię zabiję. Przecież to nie znaczy, że ktoś kogoś zabije. Może nie jest to jakiś taki specjalny apel do ludzi, natomiast próba podzielenia się moim spostrzeżeniem, że my jako ludzie powinniśmy sobie bardziej ufać i być względem siebie bardziej otwarci. Nie chodzi tutaj o jakąś nadakceptację, nie chodzi tutaj o przytakiwanie, o klepanie w plecy. Chodzi o to, że jeżeli ktoś chce być wysłuchany, ponieważ coś przeżył, może to i sobie wymyślił. Trudno jest powiedzieć. Ja też nie weryfikuję na bieżąco takich rzeczy.
Ale jeżeli ktoś się dzieli ze mną, opowiadając mi jakieś wydarzenie, które wykracza poza ramy i normy codzienności, to ja staram się nie przyjmować tego: „Ale on coś przeżył zajebistego!” Nie, po prostu ktoś mi coś opowiada. Myślę sobie, że to może być ciekawe. Jeżeli mnie to zaciekawia, staram się zadawać mu jedno, drugie pytanie po to, żeby się czegoś dowiedzieć, ale pozwolić mu się wypowiedzieć, wyrazić. Człowiek lubi w sobie, i tutaj jest niefortunne to wyrażenie, lubi w sobie nosić pewne rzeczy, a później się nimi dzielić. Człowiek ma zwyczaj noszenia. To też chyba nie będzie dobre sformułowanie. Jeżeli człowiek coś przeżyje, czegoś doświadczy i to coś zrobi na nim bardzo duże wrażenie, on bardzo się stara szukać okazji, żeby o tym powiedzieć. I tak na przykład w jednej z moich książek, o której będziemy chyba w październiku rozmawiać, o ile dobrze pamiętam, czyli „Nadal jestem”, jest poruszony temat spowiednika niezamierzonego. Jeżeli pani idzie do sklepu, jeżeli pan jedzie pociągiem i tak dalej, wtedy otwierają się ludziom usta, ponieważ chcą o czymś porozmawiać. Już pomijajmy fakt, że dana osoba jest na przykład nadgadatliwa i generalnie dzióbie jej się nie zamyka, ale mimo wszystko ten kontekst obcego spowiednika tak zwanego w cudzysłowie, to jest kontekst kogoś, kto ma nam pomóc zrzucić ten iluzoryczny ciężar, który nam gdzieś zalega w postaci reminiscencji o tym, że pamiętamy, że coś było, ale chcemy się tym podzielić.
To tak właśnie jak ludzie mówiący o tym, że zobaczyli ducha, że widzieli UFO czy dotknęli jakiejkolwiek innej dziwnej okoliczności. Wydaje mi się, że ludzie chcą potwierdzenia, szukają pomocy w tym, żeby dowiedzieć się, że nie są sami w tym przeżyciu. I dlatego ten aspekt naszej interpersonalności, czyli poszanowania i tu również pokory, bo również tutaj pokora wchodzi, z odpowiednim szacunkiem trzeba daną osobę wysłuchać, ale oczywiście trzeba myśleć o tym, że jeżeli dana osoba jest nadgadatliwa, to w odpowiedni sposób należy zmienić temat albo zakończyć rozmowę lub coś w tym stylu. Natomiast fajnie jest pozwolić danej osobie, bo czasami okazuje się, i to też o tym w „Lekcji paranormalności” piszę, że zdarza się, że sięgniemy po kawałek książki, której nie zamierzaliśmy czytać, gdzieś pojawi się fragment filmu, kawałek rozmowy zasłyszanej lub z osobą, z którą siedzimy i rozmawiamy. I nagle okazuje się, że zdanie, dwa słowa zostają z nami na całe życie i one później do nas wracają. One nas motywują. One nam, że tak powiem, pozwalają spojrzeć z dystansem, z perspektywy na pewne rzeczy, ponieważ takie słowa właśnie z nami zostają. A to, że słowa z nami zostają, to ich treść, ich zawartość ma właśnie tę siłę, która nas z jakiegoś powodu, nie wiemy z jakiego, nas przyciąga. Tak jak ja kiedyś jako osoba młoda słyszałem hasło pod tytułem: jeżeli chcesz zmienić świat, zacznij od siebie. To mi się wydawało takim wyszlachtowanym na maksa powiedzonkiem, które po prostu fajnie jest gdzieś rzucić, bo to jest takie mądre, bo rzucasz cytatem.
A ja dzisiaj wiem, że Ja patrząc na dany świat, patrzę na niego przez swój pryzmat. Czyli jeżeli ja patrzę na niego pozytywnie, to będę widział coraz więcej możliwości, przyciągał coraz więcej przyjemnych ludzi. Jednocześnie będę tworzył wokół siebie coraz większy obszar lepszego świata, tej atmosfery, która również przejdzie na moich znajomych. I to będzie progresywne. Sam Anthony de Mello napisał kiedyś, że widzimy ludzi i rzeczy nie takimi, jakimi są, tylko takimi, jakimi my jesteśmy. Dlatego zmieniajmy ten świat od siebie, bo to jest najfajniejsze.
[01:20:32] - W pewnym momencie w książce pisze pan o szufladkowaniu, o tym, jaką mamy tendencję do szufladkowania. Muszę powiedzieć, że to też jest rzecz, która spędza mi sen z powiek, bo my rzeczywiście jako ludzkość mamy taką... Jedni uznają, że to jest cudowna, wspaniała tendencja, drudzy niekoniecznie, taką tendencję do dzielenia się. Na przykład jedni uważają, że są idealistami, drudzy natomiast, że są materialistami. Jedni wierzą w naukę. Trudno, jak wierzą, to wierzą. Drudzy wierzą w jakieś bóstwo, w coś tam w każdym razie wierzą. Mamy też tendencję, że jedni ufają, że tylko rozum jest w stanie ten świat ogarnąć, drudzy, że nie, że zmysły. A przecież tak naprawdę, jakby próbować dojść do sedna, to za każdym razem dochodzimy do pewnej syntezy, gdzie dowiadujemy się, jeśli oczywiście jesteśmy na to otwarci, że rozum owszem, ale bez zmysłów sobie radzi tak sobie. Same zmysły bez rozumu też nie do końca ten świat ogarniają.
I te takie dychotomie, o których wspomniałem, tych dychotomii jest zresztą znacznie więcej. Filozofia ich w ciągu wieków wyprodukowała na kopy, ale to szufladkowanie, którego doświadczamy, które też uprawiamy, właściwie sprawia, że nieustannie opowiadamy się po jakiejś stronie i jak się już opowiemy, to uznajemy za stosowne okopać się w tym miejscu i mówić sobie: „Nie, ja w ogóle nie przyjmuję tego, co ktoś inny mówi”. Tymczasem, znowu odczytuję te informacje w pana książce. Użyję tego słowa „apel”, skoro się już tak dobrze zakorzeniło, ale jako taki apel, żeby czasami chociaż, jeśli nawet mamy ugruntowane poglądy, to dać sobie, tego pan nie pisze, to jest mój wymysł, ale raz w tygodniu, raz na kilka dni taki dzień, kiedy mówimy sobie: „A może jest inaczej niż w tym miejscu, w którym się okopałem? Może świat wygląda troszeczkę inaczej?” Literatura dostarcza nam tylu przykładów, że czasami główny bohater jakiejś powieści budzi się i świat tego dnia wygląda inaczej, bo coś się wydarzyło. Macie państwo najlepszy przykład, chociażby „Truman Show”. Świat był przecież znajomy, wszystko było jasne w tym świecie, ale okazało się, że ten świat jest zupełnie inny, niż główny bohater przypuszczał. On to zrozumiał w pewnym momencie, uruchomił wszystkie swoje aktywności, próbował tego dociec rozumowo, próbował dociec zmysłowo. W końcu przedsięwziął pewne kroki, żeby dojść do tej wiedzy. Tymczasem my się nie zachowujemy jak Truman z tego filmu.
My czasami okopujemy się i zamykamy oczy. Nie chcemy. Nam jest dobrze. Wiemy, co wiemy i już nam to wystarczy. To myślę, jest ten element książki „Lekcja paranormalności”, która również mnie do niej przyciągnęła i ja bardzo naszym słuchaczom chociażby ten punkt widzenia polecam.
[01:24:09] - Tak, dlatego ja nawet podczas kiedyś jakiejś rozmowy gdzieś w kuluarach akademickich, pamiętam, rozmowa była na temat dokładnie relacji duch-materia i tego typu rozbieżności. I pytam: „Czy jest pan...”, to był chyba pan doktor, „Czy pan doktor ma żonę?” „Tak.” „Proszę mi powiedzieć, jakiego rodzaju cosinus musiał pan obliczyć, żeby ożenić się z tą żoną? Jakiego rodzaju równania całkowłe czy jakiekolwiek inne? Czy może chodziło o to, z jakiego materiału miała żona sukienkę? A może to chodziło o odpowiedni odcień koloru, który sąsiadował z odpowiednim odcieniem ściany?” Zupełnie nie. Chodziło o niematerialne uczucie, które gdzieś zakwitło między nimi, gdzie zadziałała się ta tak zwana chemia i to właśnie zaistniało. Więc dlaczego osoba o tak naukowym podejściu poślubiła swoją żonę? I tak dalej. Czyli spojrzenie na to samo w różny sposób. À propos tego ja mam tutaj bardzo fajną rzecz, przypomniałem sobie.
Jeden z memów, który jakiś czas temu widziałem. Wisi sobie walec w narożniku pokoju i on sobie wisi w taki sposób, że jest poziomo nad podłogą i padają na niego dwa strumienie światła. Jeden od strony przekroju, czyli tego okrągłego, drugi od strony ścianki. I na jednej ścianie pada kwadratowy cień, na drugiej ścianie jest to cień okrągły i napisane jest: „Prawda” jako walec I prawdziwa informacja, i prawdziwa informacja. Jako każdy z tych cień, który padł, prawda? One są zupełnie skrajne, ale są związane dokładnie z tym jednym walcem. Jeszcze gdyby chcieć się pobawić, to możemy mieć różne stopnie nachylenia tego światła, które pokażą nam już nie kwadrat, tylko prostokąt zniekształcony. Być może to będzie romb, tu będzie elipsa i tak dalej. Tak samo też jest z nami ludźmi. Tak jak pan opowiedział na samym początku odnośnie pewnego człowieka, fizyka, który zaczął wypowiadać się bardzo autorytatywnie w innych tematach zupełnie.
Ludzie mimo wszystko też mają swoje bogate wnętrza i może się okazać, że któregoś razu osoba, którą znamy, nagle okaże się, że jej nie poznajemy. Niestety czasami bywa to bardzo negatywne zjawisko, ponieważ ludzie lubią niestety czasami się bardzo negatywnie zmieniać, ale też czasem niektórzy nas bardzo pozytywnie zaskakują. Kiedyś widziałem i też opowiadam, szczególnie młodym ludziom, gdy mam okazję spotykać się, to opowiadam pewien przykład człowieka, którego teraz nazwiska sobie niestety chyba nie przypomnę, ale była to taka prezentacja gościa, który zdjęcie ze szkoły, klasy którejś tam pokazał i on był wyśmiewany. On się źle czuł, więc po prostu się wkurzył, zaczął ćwiczyć i dzisiaj jest określany mianem monster. Po prostu człowiek tak wyrósł, tak zbudował swoje mięśnie. Jest trenerem, jest celebrytą. Wygląda naprawdę niesamowicie. Jest określany mianem Halka wręcz, co mówi o tym, jak szczapa, którą pomiatali w szkole, wyrosła na gościa, który jest określany mianem jednego z monstrów tego świata. Z monstrów oczywiście w cudzysłowie. Natomiast to jest wcześniej i to jest teraz.
Czy jesteśmy otwarci i jak bardzo możemy zaakceptować taką odmianę? Bo wyobraźmy sobie teraz osobę, która zawsze była osobą niewierną, zawsze coś tam szukała i mówiła, że nie. I teraz ta osoba zna tego gościa. Ona go znała w tej szkole, ale drogi im się rozeszły i teraz się okazuje, że ktoś tej osobie mówi: „A wiesz, to tamten gostek, to on teraz tak wyrósł i on jest taki, że jest największy na świecie.” A co ty tam gadasz? To jest klasa człowieka i też o tym piszę w lekcji. Klasa człowieka, która zwraca uwagę na to, że jeżeli ktoś nam w oczy zaśmieje się i powie, że „Co ty, jak tam ufo, jakieś duchy” To najprawdopodobniej w podobny sposób potraktuje swojego znajomego, który przyjdzie do niego po pomoc w jakimś temacie. I też najprawdopodobniej taka reakcja może go spotkać, bo to jest tylko i wyłącznie związane z konstrukcją człowieka. Obserwując ludzi wydaje mi się, że nie każdego człowieka jesteśmy w stanie zmienić, ale jednak pamiętam to, jak wszelkiego rodzaju komunikaty związane z samodoskonaleniem się, z mentalnością, z duchowością mówią, że, i to da się zauważyć, po negatywne rozwiązania człowiek sięga najchętniej. Typu złość, typu jakieś zdenerwowanie, typu jakieś tam aktywności, kogoś pobić, zabić i tak dalej. Bo to jest najłatwiejsze.
To jest dla człowieka najłatwiejsze, ale jednocześnie najbardziej skuteczne i o wiele, mówi się, że kilkaset- czy tysiąckrotnie bardziej skuteczne jest pozytywne myślenie na jakiś temat, a nie negatywne. Dlatego, kurczę, bądźmy pozytywni po prostu. Cokolwiek powiemy tutaj teraz, podczas tej rozmowy, to i tak będzie tylko zaczątek wierzchołka czubka góry lodowej.
[01:30:50] - Świetny jest ten przykład z walcem, który pan podał, bo on pokazuje, że prawda na ogół jest złożona, a my w naszym świecie przyzwyczajeni jesteśmy do prawd prostych. Coś wiemy, bo tak jest i już. Ja sobie wyobraziłem tego naukowca, któremu zadał pan pytanie o małżonkę. Mniej więcej tak, że on zgodnie z tym swoim takim naukowym światopoglądem, już samo zestawienie naukowy światopogląd jest dosyć zabawne, ale zgodnie z tym swoim światopoglądem naukowym odpowiedział panu: „Ależ proszę pana, tam nastąpiły we mnie pewne reakcje chemiczne, właściwie biologiczne, o podłożu chemicznym. I się po prostu zakochałem. To mój mózg oszalał, to była burza chemiczna” i tak dalej. Co więcej, ja bym wcale nie protestował. Być może tak rzeczywiście było, tylko obawiam się, że to jest tylko częściowy. Znowu widzimy prostokąt albo widzimy kółeczko, albo widzimy kwadracik. Być może rzeczywiście tak było.
Ta burza chemiczna tam nastąpiła, ale czy to jest wyjaśnienie, objaśnienie rzeczywistości? Obawiam się, że nie. A jeśli to miałoby być wyjaśnienie tej rzeczywistości, w tym wypadku zakochania, to ja w gruncie rzeczy współczuję temu naukowcowi, bo żyje w bardzo smutnym świecie. Natomiast podejrzewam, że da się równie dobrze ten fenomen zakochania, trzymajmy się już tego przykładu, wyjaśnić zarówno tą chemiczną burzą, która w nim nastąpiła, jak i wieloma innymi zjawiskami. Znowu przypomnę: tu kwadrat, tu koło, tam gdzieś jeszcze prostokąt, które nastąpiły, które towarzyszyły. Co było skutkiem, co przyczyną, a to by należało dopiero zbadać. Tymczasem my skłonni jesteśmy przypuszczać, że skoro coś tam w nas nastąpiło, to jest skutek i przyczyna jednocześnie i w ogóle się wszystko w tym mieści. Nie wiem, jeszcze raz to dzisiaj powiem, a zbliżamy się do końca, więc muszę to powiedzieć: ja tę książkę lubię za jej otwartość. I powiem tak, to będzie taka reklama, antyreklama. Jeśli państwo jesteście przyzwyczajeni do swojej wizji świata i nie chcecie jej ruszać, to absolutnie nie czytajcie państwo książki „Lekcja paranormalności", bo to strata czasu jest po prostu.
Natomiast jeśli podejrzewacie, że ten świat jest bardziej skomplikowany, niż się to często człowiekowi wydaje, że warto otworzyć się na pewne informacje, na pewną wiedzę o świecie. Co więcej, dlaczego to zrobić? To sięgnijcie państwo po tę książkę koniecznie, bo zyskacie dodatkowe argumenty dla samych siebie. Po to, żeby to zrobić, żeby nie trwać w jednym miejscu, nie skupiać się na tym, co ja już wiem i jak bardzo jestem mądry, tylko może skupiać się na tym, czego nie wiem i co warto byłoby zgłębić, żeby stać się bardziej świadomym tego, co się wokół mnie dzieje. Tak jak powiedziałem, to dosyć trudna reklama była z mojej strony, ale myślę, że adekwatna. Myślę, że adekwatna do tego, co pan w książce zawarł.
[01:34:09] - Myślę, panie redaktorze, że bardzo skuteczne to może być ze względu na to, że jeżeli mówimy: „Nie dotykaj tego guzika", to co nastąpi, prawda?
[01:34:20] - Pięknie panu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Myślę, że ono na pewno może pobudzić do przemyśleń, a już na pewno, jeśli państwo sięgniecie po książkę. Powtórzę: Less Hoduń, „Lekcja paranormalności". Pięknie dziękuję.
[01:34:42] - Wszystkiego dobrego. Do zobaczenia. Dobranoc.
[01:34:47] - Proszę państwa. Myślę, że wielu ciekawych przemyśleń dostarczyła ta rozmowa. A teraz szybciutko zapraszam państwa na „Filmotekarium", a to najlepszy znak, że wkrótce pojawi się na scenie radiowej Piotr Cielebiaś. Dzisiaj będziemy rozmawiać w wakacyjnym trybie o serialu „Czarne motyle". Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:35:22] - Dzień dobry wieczór, Marku. Wakacyjnie tym razem.
[01:35:27] - Wakacyjnie i serialowo. Bo mamy taką małą podserię, serię wakacyjną, która będzie państwu opowiadać o serialach. Różnych serialach. One będą z różnych półek, z różnych tematyk, że tak się wyrażę. Ale myślę, że to jest dobra propozycja wakacyjna, kiedy czasu jest jakby troszeczkę więcej. Czasami to złudzenie, ale jakby troszeczkę więcej. Może człowiek w te seriale się zanurzyć, a czasami tych odcinków w serialach jest tyle, że słowo zanurzyć jest jak najbardziej adekwatne. Dzisiaj, Piotrze, zaczynamy od serialu, który nie jest ani fantastyczny, ani horrorowy, a jednak jest mocno intrygujący.
[01:36:23] - Tak. Ja tylko dodam, że oprócz seriali będziemy mówić w ogóle o całym fenomenie seriali, bo już od kilku miesięcy obiecywaliśmy, że zrobimy taką małą przerwę w omawianiu nowości filmowych z interesujących nas działów, czyli horror i science fiction. Dotąd seriale pojawiały się w „Filmotekarium", ale sporadycznie i chyba te przypadki można wymienić na palcach jednej ręki. Powiem tak: format, jakim są seriale, od pewnego czasu przeżywa swoją drugą młodość, renesans. To wszystko za pośrednictwem serwisów streamingowych. Pojawiło się nawet względnie młode zjawisko kulturowe w postaci pochłaniania całych serii i zarywania nocy. Ja natomiast muszę powiedzieć, że z serialami mam taki problem, że nie zawsze, może nawet bardzo często, nie umiem wytrwać w skupieniu przez wszystkie odcinki. I też mam takie doświadczenia własne, że wiele seriali jest niepotrzebnie przyciągniętych i po prostu nudzi. Dlatego wolę miniseriale. Nie wiem, Marku, jaki jest twój ogólnie stosunek do fenomenu, jakim jest serialoza?
[01:37:40] - Ja powiem w ten sposób: nieco inaczej spoglądam na zjawisko. Otóż są takie seriale, które doprowadzają mnie, ty tak delikatnie to ująłeś, do szału tym przedłużaniem, wyciąganiem, produkowaniem kolejnych sezonów. To czasami jest sztuka dla sztuki. Ale są też seriale, które pomimo kilkudziesięciu odcinków w kilku seriach obejrzałem co do jednego odcinka, bo mnie po prostu wciągnęły. Są też seriale, które sam producent przerywa, nie produkuje ich dalej, pomimo całkiem niezłego audytorium zapada decyzja: tego serialu nie produkujemy, drugiego sezonu. Jest coś takiego, co ja bym nazwał jednak zjawiskiem parszywym, jeśli chodzi o seriale. Otóż czasami mam wrażenie, kiedyś już to mówiłem, że spora część seriali kręcona jest według zasady: nie wiemy, dokąd jedziemy. To rzecz charakterystyczna. Pamiętacie państwo, nie tak dawno, ale w sensie filmowym to już właściwie epoka inna, kiedy był serial o tym, że na pewnej tajemniczej wyspie rozbija się samolot. Lost.
Przepraszam, dalej alergiczny kaszelek. Więc o Lost mówię i ten serial był kręcony niemożebnie długo i niemożebnie przeciągany. Myślę, że jego scenarzyści rwali włosy z głowy, bo co wymyślili fajne zakończenie, to zapadała decyzja, że kręcimy następny sezon, i to tak naprawdę ten serial zniszczyło. Bo o ile pierwsze sezony dwa, trzy dało się oglądać i to z wypiekami na twarzy, to później stopień udziwnienia czy też dziwności był tak wysoki, że przestawało to bawić. I to jest rzecz charakterystyczna dla sporej ilości seriali, i to moim zdaniem nie jest zjawisko dobre. Na szczęście trafiają się perełki, seriale, które nie są miniserialami jak ten, o którym będziemy mówili dzisiaj, a mimo wszystko, pomimo kilkudziesięciu odcinków na przykład, są w stanie utrzymać poziom. Ale są też seriale, które na przykład przez pierwsze trzy sezony utrzymują poziom i są właściwie fascynujące, a kiedy zapadnie decyzja o tym, że trzeba serial skończyć i robimy ostatni sezon, czyli czwarty, to nagle dochodzi do kompletnej wariacji. Państwo już wiecie, bo kiedyś o tym mówiłem: „Człowiek z Wysokiego Zamku” to jest taki serial, który ma bodajże cztery sezony. Ostatniego państwo po prostu nie oglądajcie. Naprawdę będziecie żałować.
Nie da się tego odzobaczyć. W związku z tym lepiej sobie ostatni sezon po prostu darować. To tyle, jeśli chodzi o zjawisko zwane serialami, co mógłbym w tej chwili powiedzieć.
[01:40:56] - Ja dodam tylko tyle, że w ciągu ostatniego roku eksperymentowałem z kilkoma serialami. Czasami się to kończyło źle, bo już około trzeciego, czwartego odcinka i to jeszcze w czasie pierwszego sezonu, nie czwartego, okazywało się, że to dryfowało wszystko w bardzo dziwną stronę. Te udziwnienia pojawiały się już na samym początku. Czasami w trakcie sezonu wpadał taki odcinek, który przeciągał wszystko. Był jakiś wątek, który był nudny na przykład, ale był dlatego, żeby dobić do tych dziewięciu, dziesięciu odcinków. Pewnie niektóre seriale, które będziemy omawiać w trakcie naszych wakacyjnych spotkań, też będą miały takie mankamenty. Ale dobrze. Dzisiejszy odcinek poświęcony jest serialowi „Czarne motyle”, „Les Papillons Noirs” z Netflixa. I tutaj od razu takie małe wyjaśnienie, bo powiedziałeś już, że to nie jest serial, który się kwalifikuje do naszego programu, bo to nie jest ani science fiction, ani to nie jest horror. Ale muszę się przyznać, że stało się to tak, że go włączyłem, bo zobaczyłem, na Netflixie są te sugerowane tagi czy coś, że mroczny, straszny i tak dalej.
No to mówię: horror. Ale puściłem pierwszy odcinek niezły, drugi też w sumie. To rzeczywiście nie jest coś, co się formalnie klasyfikuje do „Filmotekarium”, bo jest tam może, Marku, jedna scena, może dwie, które można uznać za metafizyczne, paranormalne.
[01:42:40] - Intrygujące.
[01:42:42] - Tak. Natomiast kiedy ci powiedziałem o tych papilonach, to obejrzałeś i doszliśmy do wniosku, że jednak tak.
[01:42:52] - Zdecydowanie tak, bo pominąwszy już te sceny, które moim zdaniem są scenami metafizycznymi, pewno o tym dzisiaj powiemy, o symbolice, ale też o pewnym wydźwięku, krótkie sceny, można ich w ogóle nie zauważyć, ale dla mnie to było takie mrugnięcie okiem, takie umówienie się z potencjalnym widzem, że coś jest innego poza tym, co państwo widzicie w tym serialu, o czym się dowiadujecie, że jest być może jeszcze coś. Bardzo mi to odpowiadało. Nienachalne, bardzo subtelne, ale mimo wszystko jest. Być może to jest takie doszukiwanie się troszeczkę na siłę. Nie będę się kłócił, nie będę gorączkowo polemizował, niemniej jednak czegoś takiego się dopatrzyłem. A w ogóle, tak jak powiedział Piotr, ten serial jest moim zdaniem dobrze zrobionym serialem. W dodatku jeszcze prowadzi z widzem swoistą grę: "Czy aby na pewno, szanowny widzu, wiesz, jak wygląda rzeczywistość?". Z punktu widzenia widza to świetnie, ale z punktu widzenia poznawania rzeczywistości ten serial udowadnia, że my bardzo często żyjemy pozorami. Bardzo często bierzemy warstwę, która przychodzi do nas, jako tę właściwą. "Już wiemy wszystko".
Taka tendencja do tego, żeby mówić: "Tak, już wszystko wiem. Po co więcej?" Okazuje się, że w tym serialu dostajemy wiele poziomów i właściwie do końca dowiadujemy się czegoś nowego o rzeczach, o których pozornie już wszystko wiedzieliśmy. Moim zdaniem to jest duża zaleta tego serialu.
[01:45:05] - Tak. Mieliśmy mały problem z tym, jak opowiadać o serialach, żeby za dużo nie powiedzieć. Postawiliśmy na coś takiego, że powiemy wam o bohaterach. To wam trochę nakreśli fabułę, ale nie za bardzo. Powiemy wam też o najmocniejszych punktach i o punktach najsłabszych. Zatem wyjdźmy od bohaterów. Film opowiada historię pisarza i przez może dwa odcinki na samym początku myślimy, że to taki typowy pismak w wieku średnim, który po sukcesie pierwszej książki nie może znaleźć pomysłu na siebie i na dalszą karierę. Przyjmuje więc propozycję pewnego starszego, chorego mężczyzny, by spisać jego wspomnienia. Ta decyzja diametralnie zmienia jego życie, bo on na tej podstawie pisze książkę, która koniec końców, chyba można powiedzieć, okaże się sukcesem. Natomiast okaże się też na końcu, że to spotkanie nie było przypadkiem.
Marku, z biegiem odcinków zauważamy, że ten główny bohater, Adrien Winkler, nie jest wcale takim pluszowym, koktajlowym, zachodnioeuropejskim intelektualistą i literatem.
[01:46:17] - Nie jest, ale on właściwie od początku był dla mnie podejrzany to złe słowo, bo państwo pójdziecie nie w tę stronę, którą trzeba. W każdym razie wydawał mi się trochę toksyczny ten gość. Owszem, miał kryzys twórczy, ale ja rozumiem, że on napisałby nie wiadomo ile książek i miałby kryzys twórczy. To jeszcze bym zrozumiał. Ale on napisał w życiu jedną książkę i już miał kryzys twórczy. Co, mówiąc szczerze, może lepiej dla ludzkości by było, gdyby zajął się czymś innym. Jest tyle pożytecznych, różnych innych prac, które mógłby wykonywać, że naprawdę pisanie książek mógłby sobie odpuścić. On jednak bardzo chciał pisać kolejne książki. Być może to ambicja, być może chciał, żeby żona była w niego wpatrzona jeszcze bardziej, albo tak naprawdę nie wiem, czego on chciał. Może chodziło o to, żeby matka była z niego dumna.
Chociaż te kontakty i stosunki z matką to w tym filmie jest osobny temat. Natomiast rzeczywiście podejmuje wyzwanie, staje się kimś na kształt ghostwritera. Chociaż to określenie nie jest okej, bo ten mężczyzna, który historię wstrząsającą mu opowiada, właściwie nie chce występować jako autor. Ten pisarz ma spisać pewną historię, historię życia owego mężczyzny oraz jego żony, o której on na początku informuje głównego bohatera, że ta żona nie żyje. I to jest historia sama w sobie. Ona jest wstrząsająca. Myślę, że tyle możemy powiedzieć, bo to już w pierwszym odcinku wiadomo. To jest historia ludzi, którzy są mordercami. Kto jest mordercą, jakim mordercą i w ogóle po co i na co? Tego państwu może za dużo nie powiemy, ale jednak ten pisarz spisuje historię mroczną, wstrząsającą, niesamowitą, a w dodatku osadzoną przynajmniej w części w takich latach, do których ja mam sentyment, bo ja wtedy żyłem, które były kolorowe.
Dzieci kwiaty. Nawet we Francji byli hipisi przecież. Lata 70. Oczywiście serial zaczyna się wcześniej, ale w latach 70. jest to, co jest w tym serialu najważniejsze. Dzieją się rzeczy niesamowite, a z drugiej strony myślę, że ten serial bardzo dobrze odwzorowuje te lata 70. Myślę, że z dużym pietyzmem realizatorzy, scenarzyści, scenografowie zadbali wszyscy o to, żeby ten świat lat 70. był przedstawiony wiarygodnie. Co prawda nie żyłem we Francji w tamtych czasach, niemniej tak z daleka patrząc, wydaje się to wszystko dosyć realne, dosyć przyswajalne i prawdziwe. Na tle tych kolorowych, w gruncie rzeczy pięknych czasów dzieją się rzeczy mroczne, paskudne, ale w gruncie rzeczy są prowokowane przez równie paskudnych, równie wrednych i takich nastawionych na łatwe życie, na konsumpcję, na obyczajowe skoki w bok ludzi.
Bo ta konsumpcja to nie chodzi tylko o konsumowanie dóbr, ale też konsumowanie drugiej osoby. Nie w sensie kanibalistycznym, tylko raczej seksualnym. Te sceny, które tam są, są mocne, ale też nie ma przegięcia pały w kierunku pornografii, więc w związku z tym ten serial ma masę zalet, które uważam, że powinniśmy docenić.
[01:50:26] - Tak. Drugim bohaterem jest Albert Desiderio, cierpiący na chorobę nerek i nie tylko, starszy, cichy i uprzejmy mężczyzna, który mieszka sobie gdzieś na prowincji. Wynajmuje Winklera do opisania historii jego związku z tajemniczą Solange, z którą spędził wiele lat i która koniec końców nie zmarła, tylko odeszła. Para poznaje się jeszcze w okresie okupacji. Solange ma być córką, choć w sumie to ona się chyba nawet tak nie nazywa. On ją tak nazwał. Ma być córką Niemca, którą on chronił przed atakami francuskich dzieci. Z czasem okazuje się, że ta ich znajomość się pogłębia. Natomiast koniec końców Winkler odkrywa bardzo szybko, że ten Desiderio to jest jednak niewykryty od lat seryjny morderca. I to już się zaczyna robić nieciekawie.
Pan Albert jest na tyle uprzejmy, na tyle inteligentny, że w sumie do końca czujemy do niego jakąś nić sympatii. Trzecia bohaterka to wspomniana Solange, czyli partnerka w życiu i zbrodni wspomnianego Desiderio. Oboje prowadzą normalne, fasadowe życie jako fryzjerzy. Natomiast co lato w wakacje wybierają się gdzieś na mordercze tournée, gdzie ona pełni rolę wabika, on zaś kata. I to wszystko wynika z ich doświadczeń jeszcze osadzonych w okresie postokupacyjnej Francji. Tutaj już, Marku, taki może dla niektórych pierwszy niestrawny element. Udaje im się przez dziesięciolecia wodzić policję za nos, a morderstwa popełniają w podobny sposób w całym kraju. Koniec końców przychodzi kryska na Matyska, ale dopiero po wielu latach. Co cię najbardziej zainteresowało w tych postaciach, o których powiedziałem?
[01:52:25] - Nawiążę do tego, co powiedziałeś. Mnie nie raziło to, że oni — to zresztą jest uzasadnione — dokonywali mordów w każde wakacje, a jednak policja nie tyle zaniedbywała, co nie łączyła tych faktów. Przypomnijmy sobie, to były lata 70. Komputeryzacja właściwie nie istniała. Wymiana informacji pomiędzy poszczególnymi częściami Francji nie wiem, jak wyglądała. Widocznie nie wyglądała najlepiej. Poza tym myślę, że to, że oni tam na przykład wspominają o tym, że każdego roku jechali w inny rejon Francji, moim zdaniem to się da obronić. Ta sytuacja, w której prowokowali pewne sytuacje, takie dosyć dziwne, niesamowite, a jednocześnie z punktu widzenia ofiar ostateczne. Jestem jednak pod urokiem tego filmu. On mi się wydaje wiarygodny.
Co więcej, w końcu jednak przecież popełniają pewne błędy i te błędy też są relacjonowane. O nich jest mowa, jak się pewne rzeczy udawały, nie udawały. Łyknąłem ten serial jak pelikan rybkę, czyli nie doszukiwałem się w nim specjalnych dziur. W dodatku jeszcze było tak, tam też jest to pokazane w tym serialu, że to była para młodych, sympatycznych ludzi. To tak kontrastowało z tym, co wyprawiali, że wcale się nie dziwię, że podejrzenie nie padało na nich, nawet jeśli weszli w pole zainteresowania policji, to myślę, że ostatnią rzeczą, którą można by było przypisać tej parze, były jakieś zbrodnicze inklinacje. Wręcz przeciwnie. To była para, tak jak powiedziałem, młodych, sympatycznych ludzi używających życia, używających wakacji. To, że my jako widzowie wiemy, co wyprawiali, to jest zupełnie osobna sprawa. Także ja tu nie wesprę cię, Piotrze, bo dla mnie ten film był wiarygodny. Łyknąłem w każdym razie tę faktografię.
[01:55:29] - Tak, jeszcze tutaj do wiarygodności powrócimy. Z postaci drugoplanowych najważniejsza wydaje się grupa policjantów, a szczególnie pan policjant, który jest takim watażką i szuka od lat Desideria. W końcu udaje mu się połączyć te punkty na mapie i po prostu go znajduje. Czego schwytza, tego wam nie powiemy. Jest oczywiście jeszcze najbliższe otoczenie głównego bohatera, czyli Adriana Winklera, który ma swój pseudonim. W ogóle występuje pod tym pseudonimem. Jest pod nim znany, nie jest znany jako Winkler. Chodzi o jego partnerkę, naukowczynię czy naukowca, jak kto woli, która widzi jego mroczną przemianę pod wpływem kontaktów z Desiderią, ale też prowadzą w stronę komercyjnego sukcesu, który on może odnieść swoją drugą książką. Przejdźmy może, Marku, do najmocniejszych punktów tego filmu. Po pierwsze, moim zdaniem, obsada.
Dwaj panowie Winkler, czyli Nicolas Duvauchelle i Niels Arestrup w roli Desideria wypadają świetnie. Zresztą inni aktorzy też im nie ustępują w żaden sposób. Poza może panem policjantem, który moim zdaniem wypada na tle reszty tak trochę chciałbym powiedzieć blado. Natomiast on chce wypaść bardzo kolorowo i to wydaje się bardzo sztuczne. To jest taki lokalny watażka, policjant z trudną przeszłością, pochodzący z jakiejś grupy etnicznej, który szuka tego Desideria. Chciałby, ale nie może. W międzyczasie wypija morze alkoholu, ale koniec końców udaje mu się ją wytropić. I rzeczywiście ci aktorzy świetnie wypadają. Robią niesamowity klimat. Chciałoby się więcej.
Chciałoby się więcej, można powiedzieć, aby aktorzy w taki sposób wpływali na budowanie nastroju. Tym bardziej że to przecież też jest tak, że mamy do czynienia z serialem francuskojęzycznym, a mimo to ich ekspresja, nawet jeżeli ktoś francuskiego nie zna, buduje taki klimat, że się to po prostu dobrze ogląda. Drugi punkt, Marku, to wciągająca historia i tu już trochę powiedziałeś na temat konstrukcji tego serialu. Ale na tle innych kryminałów i thrillerów, a także historii o problemach z życia pisarzy, a tu żeśmy omawiali wiele takich, to "Czarne motyle" wypadają wysoko w rankingu jakości. I tutaj oddam ci głos teraz, bo powiedziałeś przed chwilą o tym realizmie. Ta historia rzeczywiście jest realistyczna, natomiast potem pojawiają się zwroty akcji i one stawiają nam bohaterów i ich motywacje, ich postępowanie w zupełnie innym świetle. I tutaj z tymi zwrotami w przypadku "Czarnych motyli" jest ciekawa sprawa, bo w "Czarnych motylach" historia nabiera zupełnie innego kolorytu i absolutnej sensacyjności, ale też powoduje coś takiego, że nagle zostajemy wyrwani z historii prozaicznej, dramatycznej do thrillera psychologicznego. I zaczyna się taki rollercoaster o kimś, kto odkrywa swoją tożsamość, swoją historię rodzinną, która jest mówiąc krótko popieprzona.
[01:59:08] - Tak. Westchnąłem sobie, kiedy to mówiłeś, bo teraz sobie właściwie uświadomiłem, kiedy miałbym mówić o słabszych stronach tego filmu, to słabszą stroną tego serialu jest odcinek ostatni. Być może bierze się to z pewnego przeładowania twistami różnego rodzaju, które się tam pojawiają, bo tam rzeczywiście kilka razy nas scenarzyści zaskakują tym, co się dzieje. W poprzednich odcinkach też nas zaskakiwali. Mówiłem już o tym, że ta historia naprawdę z odcinka na odcinek mamy świadomość, że coś wiemy po to, żeby się w kolejnym odcinku dowiedzieć, że tylko nam się wydawało, że coś wiemy. I to jest moim zdaniem świetne rozegranie tej historii, bo nagle uświadamiamy sobie, że tak jest w gruncie rzeczy życie skonstruowane. Już o tym mówiłem, że my bardzo często przyjmujemy jakieś wyjaśnienia i już wszystko wiemy. Ten film pokazuje, jak bardzo możemy się nabrać, jak bardzo możemy zbłądzić, kiedy potraktujemy to wszystko, co słyszymy, to wszystko, co innymi zmysłami odbieramy jako rzeczywistość. Jak będziemy sądzić po danych częściowych, to czasami możemy ułożyć historię niesamowitą, historię nie z tej ziemi, ale rozumiane te pojęcia w taki sposób, że one nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Bo proszę państwa, tu znowu nie zdradzę za dużo.
Książka na podstawie historii, o której usłyszał autor, w końcu wychodzi. Ona wychodzi, nawet odnosi jakiś sukces, ma być nominowana do nagrody feministycznej i tak dalej. Wszystko znakomicie z punktu widzenia autora to oczywiście ogromny sukces i super. Tymczasem dowiadujemy się ni stąd, ni zowąd, chociaż gdzieś tam jakbyśmy byli bardzo przewidujący, to powinniśmy podejrzewać, że to, co opisał w swojej książce nasz autor ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. A właściwie tu błąd, bo fakty, miejsca, wydarzenia owszem, tak, to miało miejsce, tylko źródło oraz wyjaśnienie tego wszystkiego, wytłumaczenie jest zupełnie inne. Do tego stopnia inne, że w pewnym momencie Nasz pisarz zastanawia się, czy jednak nie wycofać książki, nie zrezygnować z nagrody i nie dopisać jeszcze jednego rozdziału. Kluczowego tak naprawdę, bo my w kolejnym odcinku dowiadujemy się rzeczy, która wywraca nasz ogląd sytuacji. Moim zdaniem chociażby dlatego warto ten serial obejrzeć, przy wszystkich jego wadach, o których miałem mówić, nie powiedziałem, bo nie ma ich za dużo. Ale wadą jest, tak jak wspomniałem, ostatni odcinek szósty, w którym nagromadzenie, być może trzeba było nakręcić siódmy i ósmy odcinek. Wiem, Piotr by cierpiał, bo trzeba by jeszcze tę historię pociągnąć, ale być może gdyby to nagromadzenie różnych ciekawych wytłumaczeń, dopowiedzeń tej historii rozłożyć jeszcze troszeczkę, to może oglądałoby się to z zaskoczeniem pomieszanym jednak z pewnym niedowierzaniem, bo poziom dziwności szóstego odcinka jest naprawdę bardzo wysoki.
Dowiadujemy się o bohaterach rzeczy absolutnie, nie wiem, czy wstrząsających, takich, które nie do końca by nam przychodziły do głowy. Nagle to się nam wszystko układa w pewną całość, bo to, co Piotr powiedział, ta pierwotna historia o tym, że Solange umarła, jest nieprawdziwa. Już wiemy dosyć szybko, że jednak ona żyje. Ale kim jest Solange? Tego wszystkiego się państwo dowiadujecie. Ta historia jest pełna. Dlatego te wszystkie dywagacje na różnych forach internetowych, czy będzie drugi sezon. Myślę, że na szczęście drugiego sezonu nie będzie, bo ten drugi sezon mógłby tylko zniszczyć tę historię. Natomiast ten szósty odcinek, mam ambiwalentne uczucia, bo z jednej strony on rzeczywiście wprowadza ogromne zamieszanie, ale z drugiej strony tam poziom nierzeczywistości chyba czułem najbardziej. Tę serialowość ktoś nawet porównał na jednym z forów, że doszliśmy do rozwiązań rodem z telenoweli.
[02:04:43] - Tak, niestety się zgodzę, ale druga sprawa jest taka, że ten serial trzeba oglądać uważnie, bo tam są takie momenty, w których dostajemy już gdzieś w środku sygnały na temat tego, co się na końcu może wydarzyć. Ale rzeczywiście ten finał jest najsłabszy z całości. Dzieje się rzeczywiście bardzo dużo, może nawet za dużo.
[02:05:07] - Przerwę tylko. Przepraszam Piotrze. On jest najsłabszy i rzeczywiście odstaje, ale on daje przynajmniej jedną satysfakcję. Historia jest wyjaśniona. Już się zamykam.
[02:05:19] - Tak. To nie to, że to nie jest logiczne. Ale przejdźmy może do punktów słabszych teraz. Ja tam kilka widziałem. Jednym z takich punktów, odnośnie którego nie potrafię się wypowiedzieć ani ustosunkować, Marku, bo ty już o tym mówiłeś, jest przedstawienie lat 70. i 80. Ono jest momentami bardzo barwne, może nawet zbyt barwne, ale to jest rzeczywistość filmowa. To tak wygląda momentami, jakbyśmy oglądali teledyski. Natomiast co mnie nie przekonuje do końca w niektórych produkcjach netflixowych, to bardzo takie wymuskanie, traktowanie historycznej rzeczywistości sprzed kilku dekad. Wspominaliśmy o tym chyba omawiając film „Tin & Tina”.
Tam też był silny ładunek kultury lat 70. chyba. Tak samo w niektórych serialach polskich związanych z tamtym okresem wnętrza, detale są niemal nieskazitelne, nierzeczywiste wręcz. Przypomina to trochę bajkę. Przedmioty nie wykazują oznak używania. Tu też jest tak samo. To są takie lata 70. w big glory i apoteozie, że wyglądają trochę po prostu nierzeczywiście. Takie mam wrażenie. Te auta są wypucowane, oni są świetnie ubrani, doprasowani, fryzury trzymają się idealnie.
Natomiast wielki plus był taki, że ten serial nie był męczący. Był dość krótki, zwięzły. Poza tym, co przed chwilą powiedziałeś o ostatnim odcinku. Słabym punktem było pewnie niedociągnięcie wątków związanych z rodziną głównego bohatera, bo tam w pierwszych sekwencjach mamy powiedziane, że jego bogaci kuzyni koniec końców to nie są jego kuzyni, ale jednak formalnie są. Nie są kuzyni w taki sposób, że są związani przez krew. To jest jego rodzina, koniec końców, jak się okaże, przyszywana, ale on do nich jedzie bodajże do Belgii. Okazuje się, że to są bardzo bogaci ludzie. Oni go nagle nie chcą widzieć. Wybucha straszna afera. Dlaczego?
W sumie, Marku, możemy się potem chyba jedynie domyślać. Drugi słaby punkt to jest taki doczepiony na siłę wątek pana algierskiego policjanta, który bada sprawę Desiderio. Nie jest on ultraciekawy. Facet pije, szpanuje albo się snuje ... gdzieś tam po tym ekranie. Niewiele z tego koniec końców wynika i jego losy są nam obojętne. Nie wiem, czy też tak miałeś, bo nawet miałem taką nadzieję, że ten Desiderius gdzieś tam w końcu wymiksuje z tej fabuły, bo koleś był irytujący, a sam morderca był naprawdę sympatycznym i inteligentnym gościem. Nie wiem. I wreszcie ten finał. Ja nie jestem może takim konsumentem seriali.
To znaczy chodzi o to, że zanim ja dotrę do końca, to mi się już nie chce oglądać. Jak oceniasz w ogóle taką tendencję ogólną, serialową do niszczenia tego dorobku, który się pojawia w kolejnych odcinkach poprzez po prostu przeładowany albo źle skonstruowany koniec?
[02:09:01] - Częściowo już odpowiedziałem mówiąc o serialu „Lost”. To jest po prostu masakra. Drugim takim przykładem, który podawałem, jest „Człowiek z Wysokiego Zamku”. Kiedy zapadła decyzja: kończymy i po prostu zrobiono coś, co, jeszcze raz państwa przestrzegam, naprawdę to jest zbrodnia. Ze świetnego serialu, ze świetną na przykład muzyką. Boski głos śpiewający o szarotce. Dobra, zostawiam te wszystkie przeglądy, bo to absolutnie super serial, który zniszczono ostatnim sezonem. Ale też, proszę państwa, pamiętam serial na podstawie książki Kinga „Kopuła” czy „Pod kopułą”, już nie pamiętam, który liczył sobie kilkadziesiąt odcinków. Ja już nie pamiętam, ile tych sezonów było, gdzie zapadła decyzja, że kończymy. Rzecz się rozwiązała.
I oczywiście, tak jak zawsze w kilkudziesięciu odcinkach muszą być odcinki słabsze i muszą być odcinki lepsze. Ale ten serial trzymał jakiś średni poziom, taki, że to się chciało oglądać. Ja ten serial obejrzałem w całości i żałując tylko, że nie mogę przyspieszyć tego, ale nie dało się tego przyspieszyć. Więc różne bywają losy. Ale masz rację. Ty zwróciłeś uwagę na pewną tendencję polegającą na takim sztucznym albo pompowaniu seriali, albo też nagłym kończeniu ich. Jedno i drugie tak naprawdę doprowadza do tego, że pracowicie zbudowana legenda, pracowicie zbudowani bohaterowie nagle dostają w łeb i koniec. I już dziękujemy, już pożegnamy. To jest moim zdaniem tendencja, która wynika z tej serialozy. Zobaczcie państwo, ile się produkuje w tej chwili seriali.
Seriali złych co do zasady. W nich pojawiają się od czasu do czasu perełki. Ja zrobiłem sobie taki eksperyment i zacząłem oglądać w pewnym momencie, znaczy może nie oglądać, próbować seriale jak leci po pierwszych odcinkach. Wierzcie mi państwo, że spora część seriali produkowanych przez różne platformy streamingowe to jest po prostu barachło, które za wszelką cenę usiłuje państwa zainteresować. Tylko robi to w taki sposób, że im coś bardziej jest, wybaczcie państwo, popieprzone w pierwszym odcinku, to jest takie założenie scenarzystów, którzy czują swoją wyższość w stosunku do widza, że ciemny lud to kupi i w związku z tym mówią: „A jak bardziej popierdzielimy to wszystko na początku, tym więcej ludzi przyjdzie do tego serialu”. Ja myślę, że po prostu scenarzyści w tym swoim poczuciu wyższości nie doceniają współczesnego widza, który już się naoglądał różnych seriali i wie, że takie numery niestety nie przejdą. I to w ogóle jest zjawisko, które moim zdaniem wcześniej czy później doprowadzi do zniszczenia całkiem nieźle rysującego się renesansu serialowego. Bo po prostu dzieje się tak, że część z seriali nie jest kończona, część z seriali jest w ogóle wyrzucana w kosmos. Kiedyś, proszę państwa, kto pamięta w ogóle takie praktyki, że jeśli serial leciał ileś tam sezonów, a w pewnym momencie zapadała decyzja, że już jego oglądalność zaczyna spadać i trzeba serial kończyć, to co robiono? Kręcono odcinek taki dłuższy, trwający mniej więcej tyle, co film kinowy, który kończył wątki, zamykał te wątki, kończył w ogóle opowieść.
Dzisiaj takimi drobiazgami nikt się nie przejmuje. Po prostu serial jest przerwany. Koniec. Dziękujemy. Do widzenia. Proszę wypierdzielać i zająć się czymś innym. To jest moim zdaniem niemoralne z punktu widzenia producentów. To jest zawracanie głowy widzom i marnowanie ich czasu. Bo jak ktoś zaczyna opowiadać mi historię, to ja oczekuję, że on mi ją opowie do końca. Opowie mi ją w całości i nie będzie tam opowiadał bzdur, że się musiał skończyć serial, bo już.
Wypadałoby chociaż ten odcinek zamykający wątki jakoś zbudować tam w tej świadomości. Ale oczywiście seriale są w tej chwili robione na zasadzie: kasa, misiu, kasa. W związku z tym nikt się na takie drobiazgi w ogóle nie ogląda. A szkoda. I w związku z tym ten serial, o którym my dzisiaj mówimy, ma tę moim zdaniem ogromną zaletę, że pomimo słabszego odcinka szóstego, który moim zdaniem zbyt pospiesznie pewne rzeczy robi, to jednak ma- Koniec. Te wszystkie wątki są rozwiązane. Wszystko państwo wiecie o tej historii. Ona się nie musi wam do końca podobać, ale przynajmniej nie musicie się domyślać, co tam tak naprawdę się wydarzyło. Moim zdaniem, ja w tej chwili odczuwam pewne zażenowanie, że to jest powód do tego, żebym podziwiał film, bo moim zdaniem to powinna być norma przy serialach, że historie opowiedziane są do końca. Tymczasem mamy takie czasy, że zaczynamy się zachwycać tym, co właściwie nam się należy.
[02:14:46] - Tak, to było zwięzłe, to miało swój koniec i początek. Historia była opowiedziana w miarę dobrze. Interesowała. Jeżeli dodamy świetnych aktorów i wykonanie, otrzymamy produkt absolutnie zjadliwy. Czy jest to arcydzieło? Pewnie też nie. Natomiast na tle innych produkcji, które się pojawiły na Netflixie jest jednak interesujące. Gdzieś tam w naszych przyszłych spotkaniach, kiedy o serialach będziemy mówić, zahaczymy też o inne, takie ogólne refleksje na ten temat. Zastanowimy się na przykład, czy wśród tych współczesnych seriali produkowanych, jak mówisz, masowo są takie, które zostaną zapamiętane na 50 lat, jak „17 dni wiosny” albo coś w tym stylu. Że to po prostu będzie tak: obejrzeć, zapomnieć.
Widzę, że chcesz coś jeszcze dodać.
[02:15:39] - Tak, bo przypomniałem sobie, mówiłeś o tych latach 70. To rzeczywiście jest ciekawe zjawisko. Tak jak powiedziałem wcześniej, ja nie znam lat 70. we Francji, ale znam lata 70. w Polsce. Oczywiście nie ma porównania, ale o czym chcę powiedzieć? Ty masz rację, Piotrze, bo kiedy próbuje się podrobić lata 70., to jest jednak wyzwanie. Minęło od tamtych czasów, zależy jak to mierzymy, te pół wieku. W związku z tym pewne rzeczy są dzisiaj nie do odtworzenia. I ja kiedyś lubiłem bawić się w polskich różnego rodzaju filmach, które te czasy odtwarzały, w szukanie niezgodności.
Ja już chyba nawet o tym kiedyś mówiłem. Jest taki film „Ile waży koń trojański” Machulskiego, który oglądałem z pewnym zainteresowaniem, ale dlaczego? Poza tym, że całkiem niezła fabuła, to ja się bawiłem w wyszukiwanie niezgodności, ponieważ dobrze pamiętałem lata 80., a tam część fabuły w tych latach się dzieje, to szukałem niezgodności i sporo tych niezgodności znalazłem. One nie są rażące i one są widoczne tak naprawdę właśnie dla takiego wariata jak ja, który te lata pamięta. Bo ja byłem w stanie nawet powiedzieć, że autobus PKS-u, który był niebieski, to nie jest po pierwsze taki niebieski, jak miały PKS-y w latach 80., a poza tym w latach 80. nikt nie używał lakieru, który się błyszczał. Wszystkie PKS-y były matowe. Ten niebieski był matowy po prostu. Nie wiem, jak osiągano ten mat, ale to był zdecydowanie matowy kolor. Tymczasem tutaj ten ogórek, który zajeżdża w kilku scenach, on jest po prostu błyszczący.
Tak PKS-y nie wyglądały. Takich różnych niuansów było dosyć sporo w tym filmie, aczkolwiek co do zasady to było dosyć udane przedsięwzięcie. Tam poziom fałszu był mimo wszystko niewielki. Dobrze te lata 80. były odtworzone.
[02:17:47] - Z tego powodu, że oni się zwykle kręcili w jakichś tam kurortach czy ośrodkach turystycznych. Ale ja ci rzucę przykład, który może być dla niektórych śmieszny. Jeżeli chcemy zobaczyć, jak wyglądały lata 70. w Polsce, to oglądamy „Daleko od szosy” na przykład. No i widzimy, że zawsze wśród tych ludzi w dzwonach z wielkimi fryzurami trafiał się jakiś zwykły chłop, jakiś tam smotru, który się gdzieś tam przewijał. Natomiast w „Czarnych motylach" mamy tak, że wszystko jest wymuskane. To są takie żony ze Stepford. Wszyscy są doskonali, wszyscy są hipisami, wszyscy są nienagannie ubrani, uczesani i tak dalej. Tłumaczy to jednak jakoś te moje wątpliwości i fakt, że oni się jednak kręcą wokół ośrodków, w których są ludzie. Ale z drugiej strony też mamy sceny pokazane, kiedy oni tam zajmują się tym swoim życiem jako zwykli fryzjerzy.
Też to jest wszystko bardzo sielankowe. My nie zdradziliśmy wam wszystkich szczegółów tego serialu. On jest naprawdę klimatyczny. Naprawdę warto, jeżeli ktoś nie widział. Na pewno jest lepszy niż wiele, wiele innych produkcji. Chyba będziemy powoli przechodzić, Marku, do końca.
[02:19:07] - Ale jedną rzecz jeszcze powiedzmy. Jeśli już mówisz o końcu, to jednej rzeczy nie daruję sobie. Wspomnieliśmy o tym wątku paranormalnym. My go możemy zdradzić, możemy o nim powiedzieć.
[02:19:23] - Tak, ja tylko powiem, że do tej pory nie wiem w sumie, bo on był, ale nie wiem, jak go traktować.
[02:19:29] - No właśnie, bo w pewnym momencie ja państwu opowiem ten wątek, może państwo go zinterpretujecie, może znajdziecie swoje wyjaśnienie, może spojrzycie inaczej na film wiedząc, że taki wątek tam jest. Trudno to nazwać wątkiem, raczej scena. Sceny są w tym filmie. Otóż w pewnym momencie główny bohater, tenże pisarz, jedzie swoim samochodem, nie najnowszym w dodatku, taki już dość starawy ten samochód. Jedzie sobie szosą i widzi takie ogromne chmury jakby. Widać od razu, że to owady. Leci i to się okazuje, że wpada w chmurę czarnych motyli Jeden z nich rozbija się o szybę. Żeby skrócić, te chmury odlatują, jeden z tych motyli rozbija się o szybę. On bierze to truchełko motyla, kładzie sobie na desce rozdzielczej samochodu i ten motylek z nim jeździ przez długi czas. I jest taka scena, w której ni stąd, ni zowąd ten czarny motyl ożywa i odlatuje.
Jeśli sobie państwo zestawicie to z całą symboliką motyla oraz czarnego motyla, nie będę specjalnie opowiadał, ale wystarczy, że wpiszecie sobie państwo to w przeglądarkę, czarny motyl jest bardzo mocno związany ze śmiercią kogoś bliskiego. Nie będę rozwijał, poszukacie sobie państwo tego. Jeśli się w dodatku śledzi to, co się dzieje w filmie, to ma jakieś znaczenie. Być może demonizuje sprawę, a być może nie, bo ten wątek mnie zastanowił. Nagle motyl ożywa. I to nie tak, że trzepnął o szybę i się, jak to bywa czasami z ptakami, zamroczył. Nie, mija sporo czasu, zanim on z tej deski rozdzielczej odlatuje. To znaczy, że to był jakiś zamysł, przekaz dla widzów. Być może ja go źle odczytuję, być może należałoby go odczytać inaczej. Być może to jest po prostu taki zabieg pod tytułem: damy wam jakąś tajemnicę, to się będziecie rajcować i nie będziecie zwracać uwagi na inne rzeczy.
Nie wiem, nie potrafię tego zinterpretować. Nie potrafię powiedzieć państwu, w jakim celu to zostało zrobione. Niemniej coś takiego jest i to jest, przynajmniej dla mnie, ewidentnie wątek, który ma na coś zwrócić uwagę i paranormalnie nas podkręcić. Nie wiem, Piotrze, jak ty to odbierasz.
[02:22:27] - Też mi się wydawało podobnie, chociaż interpretowałem to może w taki sposób, że przeszłość ciągnie się jakoś za nim. Ale warto też zwrócić uwagę, że to nie jest jedyny w historii kinematografii film, który został tak zatytułowany, bo jest ich dobrych kilka. Niestety nie miałem czasu sprawdzić, czy jakoś to się wiąże. Podejrzewam, że nie. Natomiast filmów, w których czarny motyl występował w liczbie pojedynczej albo mnogiej było sporo. To niestety był nie jedyny paranormalny wątek w tym filmie, ale i tak był wart wspomnienia. Marek, co za tydzień i co w następnych odsłonach? W ogóle co do następnych odsłon, to też czekamy na wasze sugestie. Nie muszą to być seriale najnowsze, ale też, żeby za stare nie były.
[02:23:24] - Tak. Jeśli chodzi o najbliższą przyszłość, to planujemy z Piotrem omówić serial, który pokazał się już jakiś czas temu. Od premiery minęło, jeśli dobrze liczę, dwa lata, ale powód jest dobry, bo właśnie w tych okolicach czasowych będzie się pojawiał drugi sezon. I tu, w tym wypadku nie mam wątpliwości, że ten sezon jest jak najbardziej uzasadniony, bo historia jest w gruncie rzeczy dosyć znana, ale inna. Mam na myśli serial „Fundacja”. Ci, którzy ten serial lubią, powiedzą, że bardzo okej, że super i tak dalej. Spotkałem też ludzi, którzy tego serialu nienawidzą. Dlaczego? Dlatego, że on opowiada historię nieco inaczej niż ta historia, którą opowiedział Isaac Asimov. Ona się różni szczegółami.
Zamiast ucznia jest uczennica. Wiecie państwo, takie normalne zboczenie współczesnego kina serialowego czy też serialowej popkultury. Okej, jednak pewne historie ciągnięte są w troszeczkę inny sposób, niemniej ciągnięte są w sposób ciekawy. Przyznam, że jestem pod dużym wrażeniem serialu „Fundacja”. Nie dlatego, że lubię trylogię „Fundacja”, a właściwie już w tej chwili wieloksiąg „Fundacja”, ale dlatego, że tam jest pewna zawartość intelektualna. Być może ja po prostu za często robię programy z Piotrem Plebaniakiem, który tłumaczy naszą rzeczywistość pewnymi mechanizmami, które dalekie są od przypadku, które wręcz uwzględniają przypadki w swoim działaniu. Niemniej jednak nie są przypadkowe te mechanizmy. W związku z tym to jest serial, mówię o „Fundacji”, który w jakimś stopniu takie nieprzypadkowe wydarzenia natury polityczno-historycznej tłumaczy. I ten serial mnie ujął. On oczywiście może nie jest tak widowiskowy jak „Gwiezdne wojny”, ale co kto lubi.
Mnie ta narracja, pewien stopień ukazania tego, jak wygląda imperium, które wydaje się być w rozkwicie, a jednak pewne osoby zauważają pierwsze oznaki, że tak naprawdę imperium upada. Nikt tego nie widzi. Złe określenie. Nieliczni to tylko widzą. Wszyscy inni są przekonani, że to imperium trwać będzie jeszcze bardzo długo. I właśnie nieliczni widzą to, co widzą, czyli że imperium chyli się ku upadkowi. Co więcej, podejmują kroki, żeby ten upadek, który jest nieuchronny i to ci ludzie wiedzą, trwał jak najkrócej, żeby nie trwał 10 000 lat, tylko żeby trwał może pół tysiąclecia, żeby imperium się odrodziło. To jest Hari Seldon i jego uczniowie. To jest ta fundacja tytułowa. I tak dalej.
Mówię dużo, a i tak nie opowiedziałem państwu tej historii i my z Piotrem państwu tej historii tak do końca nie opowiemy. Natomiast opowiemy o pewnych smaczkach tego serialu, który też ma dużą zaletę. To jest 10 odcinków. Opowiada pewną zamkniętą historię jednak okazuje się, że nie do końca, skoro powstaje drugi sezon. Niemniej jednak gdyby ten drugi sezon nie powstał, to i tak historia byłaby warta obejrzenia. Przydługo, ale myślę, że w jakimś przynajmniej stopniu państwa zachęciłem.
[02:27:43] - Dokładnie. Do usłyszenia za tydzień, kiedy będziemy rozmawiać o fundacji.
[02:27:49] - Do usłyszenia. Proszę państwa, nadszedł czas zapowiadanej przeze mnie prozy. Zapowiadałem ją w zeszłym tygodniu. Zapowiadałem na początku audycji. To już jest właśnie ten moment. A zatem Piotr Witold Lech i „Cieć swojego software’u”. No cóż, proszę państwa, dwie godziny 20 minut przed państwem. Ale naprawdę warto.
[02:28:57] - Piotr Witold Lech przedstawia „Cieć swojego software’u”. Czyta Przemysław Hanisz. Produkcja Hadron. Rozdział pierwszy. „Do widzenia. Do widzenia, panie prezesie. — Odpowiedział Cieć, ściskając na pożegnanie wyciągniętą dłoń prezesa Osełki. Prezes Osełka, szef firmy zajmującej się zatrudnianiem Polaków w innych częściach euroregionu, był jedną z tych ważnych osób, które Cieć lubił i szanował. Osełka wynajmujący pokoje w części biurowca należącej do korporacji HydroEko potrafił zjednywać sobie ludzi. Umiał się zachować nawet w stosunku do tak marnych person jak portierzy czy sprzątaczki.
Zawsze grzeczny, nie dający niżej postawionym w hierarchii społecznej odczuć różnicy niebotycznej, biorąc pod uwagę dochody, jaka go od nich dzieliła. A ludzie to widzą — pomyślał Cieć. — I doceniają. Cieć sięgnął do leżącej przed nim tablicy rozdzielczej i palcem dotknął przycisku podpisanego numer 711. Kontrolka zmieniła barwę z zielonej na czerwoną, a siedem pięter wyżej tytanowa zasłona opadła na drzwi prowadzące do pokoju prezesa Osełki. Do następnego ranka biuro firmy Good Work było bezpieczne, a prezes spokojnie mógł pomknąć swoim zielonym stradolatem, najnowszym modelem Peugeota do willi na osiedlu Kliny. Cieć z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku rozparł się w głębokim lotniczym fotelu i zawiesił wzrok na monitorze. Miał na nim ujęcia z kamer ulokowanych ponad ruchomymi schodami biurowca i w sufitach wind. Dochodziła 15.00 i większość firm zajmujących pokoje w dolnej części drapacza kończyła pracę. Pierwsi jak zwykle pojawili się pracownicy HydroEko.
Wesoło wskakiwali na ruchome schody i gawędząc zjeżdżali na dół, aby oddać swoje karty. Za sprawą systemu bezpieczeństwa sterowanego przez Ciecia z hukiem opadały tytanowe zasłony, odgradzając kolejne drzwi. Wesołość pracowników HydroEko, o czym Cieć doskonale wiedział, spowodowana była odpowiednią ilością wypitego w godzinach pracy piwa i wypalonych skrętów. Ale Cieć już zdążył przekonać się, że niebezpiecznie było czepiać się tego jawnego naruszenia BHP. O mało nie wyleciał z pracy, kiedy raz zwrócił na to uwagę kierownikowi do spraw pracowniczych Alexowi Brownowi. Było to zaraz na samym początku, kiedy przydzielili Cieciowi tę placówkę, ale nikt nie raczył poinformować go, jak manewrować w tutejszych stosunkach mikrospołecznych. Cieciowi się wtedy oberwało podwójnie od Browna i od Johna Warzęchy, komendanta ochrony biurowca Hydro Echo and Memory Company Building. Za oknem od strony podwórka z hukiem wylądował półciężarowy Mercedes z odblaskowym logo Hydro Echo na pace. Kierowca wychylił się z kabiny i pomachał. Cieć odwzajemnił pozdrowienie i nacisnął przycisk otwierający hangary.
Dudniąc na niskich obrotach stradolod pewnie wsunął się w czarną przestrzeń. Tak, Jimmy Ustowski był cholernie dobrym pilotem. Prowadził równie ostro, jak po godzinach żłopał piwsko i nigdy nie spowodował żadnej kolizji. Nie można jednak powiedzieć, że nigdy nie był pijanym. "Cze!" Ustowski wpadł do budynku w drodze do kibla, rzucając kartę startową pojazdu. Cieć złapał ją w locie i pieczołowicie odstawił do odpowiedniej przegródki. "Uff." Ustowski wyszedł z kibla, dopinając rozporek. "Myślałem, kurwa, że się zleję. Trzymało mnie od samego żywca, a tutaj akurat korki jak sam Skurwysyn." "Korki na autostradzie?" Zdziwił się Cieć. "Wypadek, kurwa." Ustowski wysłupał z torby żamcha żywiec Atom Mega Hard Life i pociągnął prosto z puszki.
Opróżnił całe piwko kilkoma haustami. Niepotrzebny już surowiec wtórny koszykarskim rzutem umieścił w otworze w ścianie, gdzie znajdował się sortownik na odpadki. Dopiero przy drugim żamchu Ustowski rozsiadł się na fotelu obok Ciecia i zaczął opowiadać. "Czegoś takiego, kurwa, jeszcze nie widziałeś. Ja zresztą też. Wszystkie cztery pasy autostrady kompletnie rozpierdolone." "Jak to rozpierdolone?" "No normalnie rozpierdolone. Na amen, bracie. Dziury we wszystkich wstęgach. Wielkie jak ten drapacz. Podobno..." "Do widzenia." Cieć ukłonił się Sarze Jasień.
Nie lubił jej. Stare, złośliwe babsko, choć oczywiście jak wszyscy w cywilizowanym świecie wyglądająca młodo i dosyć ponętnie. Wybrała opcję dwadzieścia sześć BBDC, czyli dwadzieścia sześć lat, blond włosy, duży cyc. Zadzierająca nos pani profesorowa. Jej mąż był ponoć jakimś profesorem na AGH-u. "Cześć Sarciu." Ustowski zerwał się z fotela. On akurat miał zupełnie inny stosunek do Jasieniowej. "W którą stronę lecisz? Do domu? Świetnie, zabiorę się z tobą." Porwał swoją wymiętą torbę.
"Cze!" Rzucił Cieciowi i wybiegł z portierni. No i nie dowiedziałem się, co też wydarzyło się na autostradzie. Cieć wzruszył ramionami. Sara Jasień nie ukłoniła się. Jak zawsze. Kolejni pracownicy Hydro Echo opuszczali budynek. Popalający w tajemnicy przed żoną Zbig Mróz, mimozowata Jadzia Koenigsberg, która patrzyła na Ciecia takim wzrokiem, że nigdy nie wiedział, czy ma na niego ochotę, czy struga sobie z niego jaja. Sekretarka Barbara Wesołek. To nazwisko pasowało do właścicielki jak ulał. W końcu całe piętro dywersji ekologicznej.
Szefowa Ola Pax, sportsmenka. Rot Włodarski, sportsmen. Henryk Kiel, sportsmen. Eleonora Skowrońska i sportsmenka. Tak, w dziale dywersji ekologicznej pracować mogli tylko sportsmeni, gdyż zadania, jakie przed nimi stawiano, wymagały sprawności fizycznej. Ostatnio jednak ekipa Oli Pax nie miała zbyt wiele do roboty. Decydenci w osobach posłów na Sejm Unii Zjednoczonego Świata dawno przekonali się, że należy zniszczyć wszystkie zapory na rzekach i pozwolić im żyć własnym, czasem nieokiełznanym życiem. Przy gospodarczych możliwościach dwudziestodwúwiecznej cywilizacji łatwiej było wybudować nowe domy dla przesiedlanych w bezpieczne strefy ludzi, niż odtwarzać cały system wielkiej wody. Dlatego też Hydro Echo w pokojowy sposób realizowało rozbiórki dawnych tam na polskich rzekach. Obecnie prace prowadzone były równolegle na Dunajcu w Czorsztynie i na Sole w Świnnej Porębie.
Czasem tylko grupa Oli Pax wykonywała dywersyjną akcję przeciwko broniącym tam techno ekstremistom, ale coraz rzadziej. Większość problemów rozwiązywano w sposób ustawowy. Kiedy ostatnie drzwi na trzech pierwszych piętrach odgrodzone zostały tytanową zasłoną, co oznaczało, że nikogo z Hydro Echo nie ma już w pracy, przyszła kolej na inne, mniejsze spółki. Kilka kolejnych osób, które Cieć słabo kojarzył, pozdrowiło go, przechodząc koło portierni. Byli to pracownicy firmy ZTNKMSZ wynajmującej pokoje na szóstym piętrze. Cieć nie wiedział, co oznacza ten przydługawy skrót, niemniej do niedawna pracownicy ZTNKMSZ-u wydawali mu się sympatycznymi ludźmi o spokojnym usposobieniu. Raczej nie palili dragów albo robili to na tyle subtelnie, że trudno było zauważyć. Ostatnio jednak zaczął im się baczniej przyglądać, bo ktoś, bodajże Jimmy Ustowski, napomknął, że ZTNKMSZ może mieć coś wspólnego z konsorcjum Multimedia Maryja, a to z kolei rzucałoby światło na dziwny brak konsorcyjnego przedstawiciela w Hydro Echo and Memory Company Building. Nie byliby więc tak nieszkodliwi, jak by się wydawało. W gruncie rzeczy Byliby o wiele groźniejsi od całej reszty.
Aż w końcu ruchomymi schodami zjechała SJ. Cieć stworzył dla własnego użytku skrót od określenia Sexowna Jenny, jakim w myślach ją obdarzył. SJ była szefową firmy komputerowej i miała najfantastyczniejsze nogi na świecie, ale nie robiła się wzorem większości pracujących w biurowcu kobiet na dwudziestokilkulatkę, ale używała rzadkiego i bajońsko drogiego zestawu trzydzieści dwa BZBWR. Trzydzieści dwa lata, bardzo zadbana businesswoman, wersja ruda. To właśnie był strzał w dziesiątkę. W otoczeniu innych standardowych wersji, zaczynających się zazwyczaj od cyfry dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lub dwadzieścia sześć, ta piękna, wysoka około sto osiemdziesiąt centymetrów, odstrzelona, pachnąca drogimi perfumami kobieta rozgrzewała wyobraźnię ciecia do granic, a właściwie poza te granice. Gapił się na SJ wzrokiem napalonego psa, a ona zdawała się doskonale wiedzieć, co dzieje się w głowie i spodniach umundurowanego faceta na portierni. Uśmiechała się kącikami starannie uszminkowanych usteczek, kiedy zmysłowym półszeptem odpowiadała mu: „Do widzenia panu”. I lekko, ale bez przesady kręcąc tyłeczkiem wybiegała przez rozsuwane drzwi. Cieć jak zwykle musiał odczekać dłuższą chwilę, zanim fala gorąca ustąpi z uszu, pozostawiając po sobie kilka kropel potu.
Wyciągnął z kieszeni munduru chusteczkę i przetarł nią czoło. Zadzwoniła winda i wysypało się z niej kilku młodziaków typu dwadzieścia trzy WSPB poprzez dwadzieścia cztery PZNB do dwadzieścia sześć Opala P. Rzucili cieciowi karty od swoich pokoi na ósmym piętrze. „Wiecie, że ten cieciura ma ponoć wykształcenie uniwersyteckie?” Poprowadzili dialog głośno, specjalnie, żeby cieć usłyszał. „Co ty powiesz, Denis? Ten strójkowy?” „Powaga, chłopie. To ponoć historyk”. Śmiech. Poszli. Dupki z firmy Reelplay produkującej to, czym żył cały cywilizowany świat: grofilmy.
Ciekawe po ile macie lat – pomyślał cieć. Pieprzeni wysocy, sprawni i przystojni blondyni, przystojni, zgrabni, niebieskoocy bruneci i olbrzymi pakerzy à la Pudzianowski. Chuj wam w dupę. Korzystając z chwili spokoju wyszedł z portierni na zewnątrz budynku i przejrzał się w lustrzanych szybach ogromnych, rozsuwanych drzwi. Wrócił szybko, żeby wyciągnąć z torby fiolkę z Baxtersonem. Młodość z własnym wyglądem. Tylko na to było go stać. Zestawy PWC: piękniejszy współczesny człowiek, choć dostępne już dla wielu, dla niego cenowo wciąż były nieosiągalne. Zresztą jak mnóstwo innych rzeczy. Na przykład virtual sex.
A napięcie seksualne, jakie ogarnęło go po wyjściu SJ nie mijało. Zresztą wiedział, że tak będzie i wcale nie pomogła krótka chwila frustracji spowodowanej przez tych z Reelplay. Marzył o tym, żeby opuścili budynek pracownicy pozostałych firm. Chciał jak najszybciej wyłączyć kamery w kiblu i zwalić konia. To była jedyna alternatywa na przetrwanie nocy bez fali gorąca co kilka minut buchających do głowy i irytującego namiotu w kroku. Ale taka między innymi była cena za wygląd trzydziestolatka. Bo jednym ze skutków ubocznych zażywania Baxtersona była właśnie nadpobudliwość seksualna. Tymczasem wyszedł Jimmy de Vinco, szef włosko polskiej firmy La Pasta, oczywiście produkującej i eksportującej makarony. de Vinco jak zwykle uśmiechnął się szeroko i owijalnie wykrzyczał z daleka: „Hello my friend, jak się masz?” Polskim władał tak sobie. „Wyglądasz na zmęczonego”.
„Czuję się dobrze, panie prezesie. Dziękuję za zainteresowanie”. „Good boy.” de Vinco poklepał go po ramieniu. „Kup sobie coś na święta.” Wcisnął mu do ręki bony do megamarketu Makfert. „Ależ panie de Vinco.” Jak zwykle starał się zaprotestować i jak zwykle de Vinco położył palec na usta i już bez dalszych komentarzy wyszedł z budynku. Cieć pomyślał, jak niewiele potrzeba, żeby zyskać ludzką wdzięczność i uwielbienie. Wiedział, że de Vinco podobne prezenty czynił sprzątaczkom i kolegom z innych zmian. Dla jednych cieć był cieciurą, śpiochem i strójkowym. Co ciekawe, często epitet ten słyszał z ust okolicznych lumpów. A dla innych?
Zastanowił się. Cieć niczym psycholog pomyślał: potrzebny jest ludziom do budowania i utrwalania ich samookreślenia. Bez ciecia właściciel firmy nie byłby całkiem właścicielem, jej pracownik całkiem pracownikiem. Okoliczny zaś menel stałby się tylko menelem. Cieć pozwala wszystkim określić wielkość swojego istnienia. Wszystkie byty można sklasyfikować w stosunku do pozycji ciecia. Byt właściciela jest w tej konfrontacji makrobytem lub wszechbytem odległym o całe galaktyki znajdujących się na Drodze Mlecznej stanowisk, z ledwością dostrzegającym w swym organizmie tę minimalną planetkę, na której jednak tli się życie. Mądry właściciel raz czy dwa w tygodniu podejmuje międzygwiezdną wyprawę, lądując na planecie Ciecia i zostaje bohaterem. Zadźwięczał sygnał jego prywatnego wideofonu komórkowego. Wyświetlacz rozbłysnął błękitem, ukazując spokojną i ładną twarz blondynki o długich do ramion włosach.
„Cześć Pat” — uśmiechnął się do żony. „Dlaczego nie dzwoniłeś?” W jej słabym głosie wyczuł lęk. „Tak bardzo się martwiłam.” „Jestem w pracy. Przecież wiesz. Czekałem, aż wszyscy wyjdą, a teraz muszę iść na obchód. Co u ciebie?” Dreszcz zawsze przebiegał po plecach Ciecia, kiedy zadawał jej to pytanie. „Dziś czuję się całkiem dobrze, ale chciałabym, żebyś był przy mnie.” „Poczekaj do jutra.” „Jutro. Czy jeszcze istnieje jakieś jutro?” „Oczywiście, kochanie.” Starał się, żeby jego głos brzmiał przekonująco. „Nie poddawaj się Pat, proszę.” „Czuję, że niedługo powiedzą nam prawdę.” „Jaką prawdę? Wszystko jest w porządku.
Patrycja, do cholery, przestań się nade mną znęcać.” „Przepraszam kochanie, nie chciałam.” „Zrób coś...” Przez chwilę szukał słowa. „Coś przyjemnego.” „Dobrze” — zgodziła się potulnie. „Ale będę czekała całą noc.” „Pa, kochanie.” Pierwszy się wyłączył, gdyż wiedział, że ona by tego nie zrobiła. Powlókł się z powrotem do holu, przygnębiony jak zawsze po rozmowie z Pat. Była w coraz gorszym stanie. To pewne. I tak już od trzech lat. O Boże, dlaczego każesz nam tak bardzo cierpieć? Jeszcze raz sprawdził na świetlnej tablicy, czy wszystkie kontrolki świecą się na czerwono, po czym zablokował drzwi główne i ruszył na obchód, a właściwie objazd pilnowanej przez siebie części biurowca. Ruchomymi schodami przemieszczał się na kolejne piętra, gdzie równie ruchomymi chodnikami docierał pod kolejne drzwi, sprawdzając domknięcia tytanowych zasłon.
Godzinę zajęło mu, nim dotarł do trzydziestego piętra. Dostępu na wyższe kondygnacje broniła stalowa krata. Cieć zastanawiał się, dlaczego nigdy nie spotkał strażnika z Memory Company. Ktoś musiał przecież tam być. I w ogóle MC coraz bardziej go intrygowało. Pracownicy tej firmy zajmującej kondygnacje od trzydziestej do sześćdziesiątej wychodzili drugą stroną drapacza. Chyba tylko to tłumaczyło, dlaczego żadnego z nich nigdy nie spotkał. „Hej! Jest tam kto?” — zawołał Cieć w stronę korytarza na trzydziestym pierwszym piętrze. Odpowiedziało mu echo pustej klatki schodowej.
Wzruszył ramionami. Wsiadł do windy i w trzy sekundy znalazł się sto metrów niżej przy swojej portierni. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i kazał ekspresowi zaparzyć kawę. Teraz, kiedy emocje związane z telefonem Pat minęły, ponownie poczuł seksualne napięcie. „Gdybym miał wirtualną przyjaciółkę” — pomyślał. Ale wiedział, że jeszcze długo nie będzie go na nią stać. Do czasu, kiedy wirtualni przyjaciele wzorem całego sprzętu elektronicznego solidnie stanieją. Nie czekając na kawę, wyłączył kamery w toalecie i poszedł zrobić jedyną rzecz, jaką w tej sytuacji mógł zrobić mężczyzna nie chcący dłużej cierpieć. A kiedy wrócił, od razu poczuł wyrzuty sumienia. Wydawało mu się, że nie powinien zaspokajać się w ten sposób, dopóki Pat...
Ale jakież to może mieć znaczenie, do kurwy nędzy. Z irytacją sięgnął po papierosa. W tym roku specjalnie nie zaszczepił się przeciwko nikotynie. Miał ochotę popalić przez kilka miesięcy. Lepiej mu się wtedy pisało. Ponownie rozdzwonił się jego prywatny wideofon. Kiedy odebrał, zobaczył inteligentną twarz z modnym wśród naukowców trzydniowym zarostem. „Pan profesor?” Serce zabiło mu żywiej na widok profesora Kędzierskiego, ewentualnego promotora doktoratu. Ewentualnego, bo decyzja miała zapaść na radzie instytutu. Cieć nie wiedział, kiedy odbędzie się rada, więc każdego dnia wyczekiwał na wiadomość.
„Właśnie wracam z rady instytutu” — oświadczył profesor Kędzierski. „Niestety, nie mam dla pana dobrych wieści. Rada odrzuciła pańską kandydaturę na studia doktoranckie.” „Odrzuciła” — powtórzył zdruzgotany. „Nie ukrywam, że między mną a doktorem Słowikiem doszło do burzliwej dyskusji. Niestety, to on jest dyrektorem instytutu i do niego należy ostateczne słowo podczas głosowania. Mam nadzieję, że pan się nie zniechęci. Ma pan talent i powinien pan zająć się popularyzowaniem historii.” „Tak” — bąknął. Kiedy profesor Kędzierski rozłączył się, Cieć zaczął nerwowo chodzić po olbrzymim, oszklonym holu biurowca. Nie wiedział, dlaczego Słowik go uwalił. Było to tak absurdalne, że aż nie do uwierzenia.
Dupek. Cieć wypalił pięć papierosów, odpalając jeden od drugiego, zanim po dwóch godzinach zaczął się uspokajać. Pozostawał tylko smutek. Jak zawsze. Pstryknął palcami, uruchamiając radio. Były to jedyne media, z których mogli korzystać podczas służby. Radio czasem się przydawało. Pomagało oszukać samotność. „Podajemy najnowsze informacje. Rozległ się głos znanej prezenterki Jenny Omoto: „Po półrocznych poszukiwaniach policji udało się ująć wyjątkowo niebezpiecznego psychopatę Remigiusza J.
Jest on odpowiedzialny za zabójstwo dziewięciu młodych kobiet, studentek krakowskich uczelni. Pomimo zdiagnozowania psychozy paranoidalnej oraz wszczepienia pielęgniarki, Remigiusz J. oszukiwał systemy i dokonywał brutalnych zabójstw.” Cieć pstryknął ponownie i zapadła cisza. Radio się przydawało, ale nie dzisiaj. Dopiero teraz mógł spokojnie otworzyć laptopa z materiałami do książki o kilku bitwach polskiego średniowiecza, którą zamierzał napisać. Historia jak zwykle pozwoliła mu zapomnieć o zmartwieniach. Przez dwie godziny intensywnie pracował aż do czasu, kiedy na zewnątrz zapadł zmrok. Spojrzał na zegarek. Zaciemniono kopułę punktualnie co do minuty. Rozdział drugi.
Ojciec Jozef, przełożony Hospicjum Ducha Nieśmiertelnego, jak zwykle powitał ciecia z dobrotliwym uśmiechem na ustach. „Witaj synu.” Wyciągnął pulchną dłoń, którą cieć z czcią ucałował. „Bądź pozdrowiony ojcze” odpowiedział zgodnie z panującymi w hospicjum zwyczajami. „Twoja żona Pat już czeka na ciebie.” Ojciec Jozef ujął go pod rękę i poprowadził długim, oszklonym jasnoniebieskim korytarzem w głąb budynku. Cieć zawsze podziwiał pamięć ojca Josepha. Przecież w Hospicjum Ducha Nieśmiertelnego było co najmniej kilkanaście tysięcy pacjentów. A jednak ani ojciec Jozef, ani żaden z jego podwładnych redemptorystów konsorcjonistów nigdy się nie pomylił. Zawsze wiedzieli, o którą kobietę chodzi. Musiało być to związane z kartą identyfikacyjną, którą każdy wchodzący zobowiązany był wsunąć w otwór skanera kontrolnego przy furcie. Z głośników ukrytych w ścianach delikatnie sączyły się dźwięki chorału gregoriańskiego w wykonaniu nowych konsorcyjnych benedyktynów z Tyńca.
Ale było chłodno, a sterylna czystość wszechobecnego błękitu potęgowała to wrażenie. „Jak ona się…” zaczął cieć. „To znaczy czy jest?” „Jej stan niestety powoli ulega pogorszeniu” ojciec Jozef z troską pokiwał głową. „Ale to normalne, synu, musisz być dzielny.” Dotarli do wielkich drzwi, za którymi znajdowało się pomieszczenie stylizowane na monumentalną grotę. Z groty natomiast kilkaset drzwi prowadziło w różnych kierunkach. „Proszę synu tutaj.” Ojciec Jozef lekko pchnął go w stronę najbliższych drzwi. „I pamiętaj, żeby jej nie zamartwiać. Stres odbiera siły witalne i przybliża koniec.” Cieć otworzył wskazane drzwi i wkroczył w półmrok. Drzwi zatrzasnęły się za jego plecami. Zapanowała cisza.
Oczy wolno przyzwyczajały się do ciemności, w której majaczyły kontury krzesła, małego stolika z niewinnie wyglądającym prostokątnym urządzeniem na blacie i podświetlony chłodnym, białym światłem niszy. W półmroku niszy, połyskując złotymi okuciami, stała czarna trumna. Od trumny biegło kilkadziesiąt przewodów łączących się z urządzeniem leżącym na stoliku. CWM. Wrota w zaświaty — pomyślał cieć. Usiadł na krześle, wziął lekkie słuchawki z goglami. Założył je, oparł się wygodnie i czekał. Reszta należała do ojca Josepha i jego personelu. W słuchawkach rozległ się głuchy trzask, potem świst jakby wystrzelonej kuli. Cieciem szarpnęło od nagłego, ale krótkotrwałego bólu w oczach i uszach.
A potem usłyszał muzykę Alessandro Safiny, ulubioną Pat. Przez krótką chwilę cieć poczuł duszący, słodkawy zapach, który szybko zamienił się w lekki aromat róż, piwonii i bzu. Stał w ogrodzie. Pierwszy jak zwykle przybiegł do niego Bruno. Z radości okręcił się kilka razy wokół własnego ogona, a kiedy cieć przykucnął, natychmiast oparł mu wielkie kudłate łapy na ramionach i zaczął lizać po twarzy szorstkim jęzorem. Dobry piesek, dobry. Cieć wytarmosił go za duże, pędzlowate i na wpół kłapciate uszy. Bruno był ślicznym psem. Wszyscy dawali się nabierać, że to jakaś rzadka rasa, ale w rzeczywistości był zwykłym mieszańcem szorstkowłosego wyżła z jakimś wiejskim burkiem. Cieć musiał uśpić go rok temu, kiedy okazało się, że niczego już nie można zrobić dla pełnego miłości i oddania, ale coraz bardziej chorego psiego serca.
Cieć cieszył się, że Bruno był teraz z Pat. Ostatecznie to ona była jego ukochaną panią. Mając przy nogach radośnie poszczekującego psa, ruszył w stronę białej altany tonącej w czerwono-pomarańczowo-żółtych kwiatach. Cześć kochanie. Zwrócił się do kobiety siedzącej na kamiennej ławeczce. Ciii. Położyła palec na usta. Obudzisz Jasia. Cieć ze strachem spojrzał na dziecięcy wózek, którym Pat delikatnie kołysała. Wózek i jego zawartość świadczyły, że Pat jest w złej formie.
Zawsze, kiedy było gorzej, pojawiał się Jasio, ich mały synek, który otworzył oczy tylko po to, żeby zamknąć je na wieki. Cieć nie lubił Jasia. Jasio zabrał mu Pat. Ojciec Józef zadbał, żeby Pat miała wizerunek nazywany w lajwie RAWB Rosanna Arquette Wielki Błękit, który kiedyś cieć tak bardzo lubił. Nie miał wprawdzie nic do zarzucenia naturalnej urodzie Pat, ale ona wiedziała, że jako młokos kochał się w tej popularnej hollywoodzkiej aktorce, której wizerunek w zestawach PwC zrobił także pewną karierę. Dlatego, żeby zrobić mu przyjemność i kiedy tylko było ich na to stać, Pat kupowała zestaw tabletek RAWB. Te i wiele innych informacji cieć musiał przekazać hospicjum ducha nieśmiertelnego, kiedy przywiózł tutaj jej ciało. Dzisiaj nie prosił o generowanie wyglądu Pat w każdym zestawie. Teraz, kiedy nie żyła, zdecydowanie wolałby widzieć ją taką, jaką była. Oczywiście, kiedy zażywała Baxtersona, ale Baxtersona musieli zażywać wszyscy.
Ojciec Józef, często nie pytając, uszczęśliwiał klientów hospicjum, żeby wyciągnąć za generowany wizerunek parę dodatkowych kredytów. Patrz jaki jest słodziutki. Pat przyciągnęła ciecia w stronę wózka. Miała ciepłą, wygrzaną słońcem dłoń. Spojrzał, bo go o to poprosiła, ale wiedział, co zobaczy. Dla Pat Jasio był słodkim niemowlakiem, dla ciecia kupką próchniejących już kosteczek. Tak, jest słodki — odparł, bojąc się, żeby nie poprosiła go o wzięcie dziecka na ręce. Ale teraz dajmy mu spać. Masz rację. Pat nachyliła się nad wózkiem i delikatnie narzuciła różową kołderkę na ludzkie szczątki.
Cieć wytrzymał. Musiał wytrzymać. Wiedział, że nie wolno mu teraz okazać Pat żadnych złych emocji. Łzy nie zdążyły dotrzeć pod powieki i zaschły na źrenicach. Jak się czujesz, kochanie? Objął ją i pogładził po włosach. Jestem taka słaba. Usiądź. Z powrotem usiadła na kamiennej ławeczce. A co w pracy?
— zapytała. Dobrze. Dostałeś się na doktorat? Jeszcze nie mam odpowiedzi — skłamał. A książka? Piszę. Dobrze mi idzie. W domu wszystko dobrze? Zrobiłeś ten remont? A co ze zdrowiem?
Zażywasz lekarstwa? Zasypała go pytaniami, a on odpowiadał cierpliwie, ale tak naprawdę pragnął wziąć ją w ramiona i obsypać pocałunkami. I chociaż wiedział, co się wydarzy, nie wytrzymał i spróbował to zrobić. Pat przywarła do jego ust. Słodkawy odór pojawił się natychmiast, kiedy tylko się zbliżyli. Spomiędzy krzewów róż wysunęła się ogolona na łyso głowa ojca Josepha. Przypominam o regulaminie hospicjum ducha nieśmiertelnego — powiedział beznamiętnym głosem automatu. Wszelki kontakt waszych duchowych ciał jest zabroniony na mocy trzeciego artykułu, paragraf pierwszy regulaminu HDN zatwierdzonego przez władze konsorcjum Multimedia Maryja. Cieć oderwał się od pięknej twarzy Rosanny Arquette z Wielkiego Błękitu. W miejscu, gdzie złożył usta, nie miała skóry.
Bielały tam obnażone zęby szczęki. Bardzo proszę — szepnął do ojca Josepha. Dyrektor hospicjum znikł w gęstwinie róż i wszystko powróciło do normy. Nie lekceważ Jasia — szepnęła nagle Pat. On ci pomoże. Nie lekceważę go, kochanie. Pomyślał, że zmiany zaszły już zbyt daleko. Jej duch odchodził ku światłu. To logiczne. Mijały już trzy lata.
Tylko CWM utrzymywało Pat w kontakcie ze światem zewnętrznym. Jej myśli, konsorcjum wymagało nazewnictwa teologicznego duch, dusza, były wychwytywane przez akcelerator. Jej kreacje były fizykowirtualne. A co u ciebie? — zapytał. Wciąż widujesz się z Anną Panat? Anna odeszła w zeszłym miesiącu. Przykro mi. Anna odeszła do dobrego światła. "Dobre światło" tak mawiali zmarli, kiedy ich świadomość wkraczała w świetlisty tunel.
Ale było jeszcze inne światło. Nie chcieli o tym mówić. To dobrze. "Tak" skinęła Pat. "Teraz zaprzyjaźniłam się z Samem, Jacobem i Irene." Kim oni są? Byli? "Sam był agentem ubezpieczeniowym. Jacob, zdaje się, prowadził jakiś skanerowy interes. A Irene, właściwie niewiele o niej wiem. Przybyła zaledwie trzy miesiące temu.
Była młoda. Musiała zginąć tragicznie." O czym rozmawiacie? "Najczęściej o tamtej stronie. Rzadziej o tym, co było." Rozumiem mruknął, myśląc nic do cholery nie rozumiem. Trzydzieści minut. Ułożył się napis z piwonii. Cieć nie zauważył, kiedy spędził u Pat całe pół godziny. Wiedział, że zapłaci za to sporo z odkładanych co miesiąc kredytów. Prawie wszystko. Muszę iść powiedział.
Jeśli teraz nie odejdę, nie będziesz mogła zadzwonić. Hospicjum wyłączy nam tę usługę natychmiast, jeżeli dowie się, że na koncie nie ma wystarczających oszczędności. "Idź." Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w stronę wielkiej furty w murze okalającym ogród. "Nie pocałowałeś Jasia." Udał, że nie słyszy. "Mam nadzieję, synu, że na przyszłość będziesz pamiętał o regulaminie" mówił ojciec Jozef, biorąc od ciecia kartę i wsadzając w czytnik. "Za dzisiejszą wizytę muszę policzyć sto dwadzieścia plus skala trzydzieści, razem sto pięćdziesiąt kredytów UZS." Rzucił okiem na wydruk zasobów konta. "Hm, wiele tego nie zostało. Następna wizyta możliwa jest dopiero za trzy miesiące." Pat jest już bardzo słaba. Nie wiem, czy- "Możesz zrezygnować z rozmów wideofonowych." Nie. Cieć wiedział, jak bardzo rozmowy te potrzebne są Pat.
Poproszę w pracy o pożyczkę. "Świetnie." Uśmiech powrócił na twarz ojca Jozefa. "W takim razie wpiszę cię na termin za miesiąc." Dobrze powiedział cieć, patrząc na pulsujący błękitem hologram za plecami ojca Jozefa. Hospicjum to też życie. "Bóg z tobą." Ojciec Jozef pozwolił mu ucałować sygnet ze znakami konsorcjum i podbiegł do kolejnych klientów. Oto wielki paradoks historii nauki i techniki. To, nad czym pracowały sztaby świeckich uczonych, ostatecznie wynalezione zostało przez duchownych. Cieć poczuł, że jest w tym jakaś niedorzeczność, ale wolał zbytnio nie poddawać się temu wrażeniu. Nikt nie wiedział, jakie naprawdę są obecnie możliwości CWM. Często konsorcjum wiedziało coś, czego wiedzieć nie powinno.
Najskrytsze tajemnice zwykłych, szarych ludzi. Tuż przy wyjściu zobaczył wysoką i szczupłą zakonnicę. Czarna suknia podkreślała jej smukłość, a biały czepek pod czarnym płóciennym welonem okalał piękną twarz. Pasemka jasnorudych włosów wysunęły się jej na blade policzki, zaś mocno zaznaczone wysokie brwi nadawały jej oczom nieco chłodnego wyglądu. Cieć od razu rozpoznał standardowy i jednocześnie jeden z dwóch swoich ulubionych typ NKMOZ. Nicole Kidman. Miej oczy szeroko zamknięte. W skrócie trzydzieści dwa NK. Przez chwilę zastanawiał się, dlaczego pozwolono zakonnicy użyć tego zestawu. Przecież prawie wszystkie siostry, które widywano na ulicach, korzystały z jedynych oficjalnie dozwolonych zestawów ŚJŚ, ŚJKP, ŚF, BKK i kilku innych zawierających się w tradycji Kościoła.
Mnóstwo więc było królowych Jadwig, księżnych Jadwig Śląskich, sióstr Faustyn i księżnych King, ale naprawdę rzadko trafiały się u zakonnic wizerunki showbiznesowe. Choć z drugiej strony trafiały się. Co świadczyło, że konsorcjum i władze Kościoła przez palce patrzyły na te, cokolwiek by mówić, ostentacyjne naruszenie reguły. Zakonnica nagle odwróciła się, spojrzała cieciowi w oczy i lekko się uśmiechnęła. Piękna twarz. Ciecia mimo woli przeszedł dreszcz. Ona, jakby słysząc jego myśli, nagle upuściła niesioną przez siebie teczkę z papierami. Widok papieru stanowił dla ciecia dodatkową atrakcję. Należał już bowiem do rzadkości. Och, pomogę siostrze.
Nim pomyślał, skoczył zbierać z błękitnej posadzki duże, zadrukowane arkusze. Kątem oka zauważył, że zakonnica ma na sobie czółenka na wysokim obcasie, a wąskie stopy, ledwie widoczne pod habitem, opinają czarne pończochy. Zdaje się, że ta siostra nie przywiązywała wagi do ślubów wstrzemięźliwości i skromności. Dziękuję. Miała zmysłowy głos, jakby otrzymała go wraz z zestawem. Drobiazg. Fala gorąca od uszu aż po. Bądź o dziesiątej wieczór przy furcie na Senatorskiej. Odeszła szybkim krokiem. Stał zaszokowany.
Słyszał już wcześniej plotki, że wiele zakonnic całkiem swobodnie się prowadzi. I to wcale niekoniecznie te, które używały zestawów show-biznesowych. Młode królowe Jadwigi, księżne Kingi i siostry Faustyny miały nie mniejsze powodzenie. Wizerunki tych i wielu innych świętych odtworzono na bazie klonów pochodzących z fragmentów doczesnych szczątków. Co stało się z samymi klonami nikt nie wiedział. Podobno wciąż były w wielkim stupiętrowym wieżowcu Pałacu Konsorcjum górującym ponad Krakowem od strony dawnych Błoni, niczym prawdziwe Wrota Świętego Piotra. Tak właśnie nazywano ten monumentalny gmach. Cieć zdawał sobie sprawę, że nawet gdyby skusiła go propozycja Nicole Kidman w habicie, nie mógłby stawić się na umówioną schadzkę. Wieczorem zaczynał kolejną służbę. Wiedział jednak, że teraz męczące podniecenie nie minie, dopóki nie zrobi tego, czego robić nie chciał, a co było jedyną alternatywą mogącą przynieść ulgę.
Przez chwilę zastanawiał się, czy nie padł ofiarą prowokacji. I o takich rzeczach się słyszało. Konsorcjum kontrolowało całe życie społeczne. Było wszędzie w osobach swoich przedstawicieli, w szkołach, urzędach i przedsiębiorstwach państwowych, a na mocy wewnętrznych ustaw Sejmu Euroregionu Polska także w prywatnych biurach, zakładach i zakładzikach. Byli też, rzecz jasna w firmie OBM Ochrona Bezpieczne Miasta zatrudniającej ciecia. Raz do roku przedstawiciel konsorcjum, ksiądz pułkownik Ted Jaworski, wzywał go na rozmowę. Prosił o zajęcie miejsca w głębokim, wyściełanym czerwonym aksamitem fotelu i prowadził niewinną pogawędkę niczym psycholog, którym w istocie był. Cieć wiedział jednak, że trzeba uważać na każde wypowiedziane słowo i każdy wykonany gest. Kilka ukrytych kamer w różnych ujęciach i zbliżeniach obserwowało szklanymi ślepiami mimikę jego twarzy. Kilka mikrofonów rejestrowało tembr głosu i natychmiast przekazywało do analizy spiętemu z nimi wykrywaczowi kłamstw.
Najgorszy jednak był niewinnie wyglądający aparacik CWM leżący na stoliku przed księdzem pułkownikiem. Konsorcjum nie kryło tych metod. Wszyscy pracownicy, podpisując umowy, automatycznie wyrażali zgodę na podobne badanie. Cieć nigdy nie dał się przyłapać. Potrafił na czas badania oczyścić umysł i skoncentrować się tylko na odpowiedziach, w czym pomagały mu trening zen i jogi, na które uczęszczali jeszcze z Pat w czasach młodości. Myśląc o tym wszystkim cieć po raz kolejny przypomniał sobie swoją pracę w biurowcu Hydro Eko and Memory Company Building i tych z pozoru sympatycznych facetów z ZTNKMSZ. Ale zaraz na myśli te nałożyły się dwie twarze. Pat. Wolał myśleć o niej, wyobrażając sobie jej naturalną urodę i zakonnicy z wizerunkiem Nicole Kidman. Miłość i grzech.
Poczucie winy i chęć. Całkiem skołowany dotarł do lądowiska busów. Rozdział trzeci. Stradoloty przemykały różnobarwnymi wstęgami lotostrady na wszystkich czterech jej poziomach. Zbliżała się godzina szczytu i cały Kraków ruszył w kolejną wędrówkę ludów z biur do dzielnicy mieszkalni. Tych jasnych, komfortowych, ciepłych i bezpiecznych pod kopułą, stanowiących schronienie jednostek należących do elit i tych, w których żył cieć przeznaczonych dla ludzi służących tamtym. Niewolnicy dwudziestego drugiego wieku. Siła fizyczna, materiał do wykorzystania i masa konsumująca dla koncernów farmaceutycznych, programistów, informatyków, speców od virtual reality, handlarzy chodliwym towarem, najczęściej dragami, producentów grofilmów, gwiazd porno, koncertów holoestrado, psychiatrów i psychologów, bukmacherów i właścicieli klubów sportowych, holowizyjnych gwiazd i gwiazdeczek. Cieć patrzył przez okno busa na drapacze Wieliczki, Niepołomic, Tyńca, Krzeszowic i innych dzielnic Krakowa, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu stanowiły odrębne miejscowości. Tam, na obrzeżach oddychającego ludzkimi wyziewami miejskiego potwora nie było już tak miło i bezpiecznie.
Młodociane gangi, choć zgodnie z nową konstytucją Sejmu Unii Zjednoczonego Świata tępione bez najmniejszej litości zorganizowały się w wielkie paramilitarne grupy stanowiące zagrożenie nawet dla oddziałów SG. Szturmgliny. Cieć jednak mieszkał nieco bliżej, zaledwie pięć kilometrów od kopuły w starej części osiedla Prokocim. Kiedyś było to osiedle opanowane przez gangi, ale z czasem młodociani bandyci przestali być młodociani, a potem stali się Baxtersonowi i uspokoili się. Woleli wygrzewać stare kości podtrzymywane przez specyfik Czarodzieja z Oslo. Tak ludzie długo nazywali profesora Słona Baxtersona. Popijać browar i używać virtual seksu, póki Bozia dała. Wielu postanowiło zerwać ze starym życiem, uczyć się i robić kariery. Każdy miał na to szansę w swoim trzystuletnim życiu i każdy miał czas. Okazało się, że wcześniej ludzie mieli po prostu za mało czasu, żeby zmądrzeć.
A kto nie chciał zmądrzeć, mógł się zresetować. Wielki reset w CWM. Całkowite oderwanie się od rzeczywistości, anabioza ciała i stan świadomości na życzenie. Taki, jaki chciałeś i jaki sobie wymarzyłeś. Albo jeśli lubiłeś ryzyko, wakacje. Ostatni krzyk mody w CWM. Cieć wzdrygnął się. Nie rozumiał, jak można z własnej woli chcieć być w podobnej sytuacji co Pat. Wydało mu się to chore. Zapadł zmierzch i miliony świateł rozbłysły na osiedlach, a ponad nimi pojawiły się krzyże różowe, czerwone, niebieskie, zielone, pomarańczowe i seledynowe.
To świątynie nowopolskokatolickie dawały znać, że konsorcjum patrzy i widzi, słucha i słyszy i że nic nie ujdzie uwadze strażnikom Jezusa Chrystusa i jego matki Maryi. Cieć uświadomił sobie, że być może to nie wiek, ale właśnie konsorcjum wpłynęło na wielu ludzi, żeby zmienili swoje życie. Wiara? A może strach? A może wiara zamieniona w strach? I nagle cieć poczuł, że podświadomie natrafił na jakąś bardzo ważną myśl. Ale skąd wzięło się to nagłe przekonanie? Podniecenie spowodowane spotkaniem z zakonnicą Nicole, tak nazwał ją w myślach, nie minęło. Na dodatek któraś z jadących busem kobiet używała perfum Chanel nr 5, którymi pachniała także zakonnica. Przypomniał sobie, że czytał gdzieś, iż za życia Nicole Kidman rzeczywiście reklamowała te perfumy.
Tak chcąc nie chcąc, ludzie musieli zacząć uczyć się historii kina, muzyki rozrywkowej i mody, gdyż zestawy PwC robiono tylko na bazie wizerunków ludzi, którzy zmarli przed wynalezieniem Baxtersona. To był podstawowy warunek i tak stanowiło prawo UZS. Ale istniały VAG RAT-owy. Wirtualne agencje towarzyskie RA. Nikt nie wiedział, co oznacza skrót RA, ale spekulowano, że może pochodzić albo od słowa ratunkowe, albo od egipskiego boga Ra, w których można było zaznać virtual seksu z najpopularniejszymi prezenterkami, modelkami i gwiazdami krofilmów. Oczywiście nielegalnie i za duże pieniądze. Biedacy więc nie mogli nawet w ten skromny sposób zemścić się na żyjących pod kopułą elitach. Choć cieć znał takich, którzy wydawali całą miesięczną pensję za możliwość idealnej symulacji bzykania się z taką Ritą Kamiński-Citko, najpopularniejszą w konsorcyjnym kanale Plus Minus prezenterką pogody. Zapach Chanel nr 5 należał chyba do kobiety z wizualnym zestawem CCP. Courtney Cox Przyjaciele, ale mógł też dochodzić od strony dziewczyny bez zestawu PwC o dość ciekawej własnej urodzie.
Kasztanowe włosy, niebieskie oczy. Cieciowi było wszystko jedno, która z nich używa Chanel. Najważniejsze i najgorsze zarazem stało się, że tak jak wczoraj czuł gorąc w uszach, ból głowy i nie potrafił opanować wzwodu. Oparł głowę o podgłówek lotniczego fotela. Zamknął oczy i trwał tak, dopóki bus nie wylądował na dachu lądowiska w Prokocimiu. Wraz z tłumem przemieścił się ruchomymi schodami do podziemnych korytarzy i dalej ruchomymi chodnikami dotarł pod wejście do swojego wieżowca. Wjechał windą na dziesiąte piętro. Nim wyszedł na korytarz ostrożnie wychylił głowę z windy. Był to raczej ochroniarski nawyk niż konieczność. Od lat bowiem nie wydarzyło się w ich budynku nic szczególnego.
A jak powiada święta zasada cieciów całego świata: nudna służba to dobra służba. Którą to zasadę z powodzeniem można przełożyć na szereg innych dziedzin życia. Wyszedł z windy i przyłożył rękę do drzwi. Otworzyły się z głośnym szczeknięciem. „Dzień dobry panu. Jak minął dzień?” Zaczęły, ale zaraz po wejściu do mieszkania wyłączył program konwersacyjny wszystkich gadających przedmiotów domowego użytku. Szybkim krokiem, nie rozbierając się, podszedł do komputera, usiadł w fotelu i założył gogle i rękawice. Wtargnął do sieci niczym buhaj. „Nie pchaj się tak głąbie” usłyszał głos z boku. „Gdzie się tak spieszysz?” dodał inny ponad nim.
„Pewnie na pornosy” zachichotał ktoś z tyłu. „Na pornosy kurwa i co z tego?” wrzasnął na tych wiecznie siedzących w sieci palantów. „Dobra chłopie, po co te nerwy? Jak na pornosy to my to rozumiemy, co nie chłopaki?” „A ja nie jestem chłopakiem i też rozumiem” powiedział głos z góry. „O nie znałem kolegi. Koleżanki znaczy się od tej strony.” Cieć nie słuchał dalszej podrywowej ściemy tamtego. Pomyślał tylko, że i on mógłby, gdyby chciał, ale nie chciał. Pędził dalej, aż dotarł pod drzwi najpopularniejszego w Euroregionie Polska holo porn portalu. Przywitała go tam bruneta z ogromnymi silikonowymi balonami, która wodziła palcami po swojej pozbawionej owłosienia szparce. „Hello baby.
Wejdziesz?” „Spadaj, idę dalej.” Cieć nie znosił silikonowych piersi i łysych dziecięcych cipek. Bruneta znikła. Wtargnął do portalu i znalazł się w samym środku niezłej orgii. Kilku facetów rżnęło się z kilkunastoma laskami. Właściwie ile było ciał kłębiących się na dywanie luksusowej willi, cieć nie potrafiłby określić. Robili to w różnych pozycjach i na różne sposoby. Było tam kilka naprawdę ładnych dziewczyn. „Cześć” — zawołał do ciecia jeden z facetów kopulujących od tyłu szczupłą panienkę o kręconych włosach. Wszedłeś do pokoju grupy radośnie pierdolących się przyjaciół. Jeśli chcesz się przyłączyć, wyślij MMS-a na numer 7543.
Zapraszamy. Postał przez chwilę w tym pokoiku, sycąc wzrok bezwstydem i wiedząc, że nawet gdyby chciał, nie mógłby dołączyć do tej wirtualnej orgii. Nie posiadał domowej przyjaciółki, cholernie drogiego programu pozwalającego na bezpośrednie łączenie się zmysłami z holoporn portalem, a także mogącego specjalnie na życzenie generować wizerunek obiektu seksualnego, z którym w danej chwili posiadacz domowej przyjaciółki chciał spółkować. Idę dalej. Wpakował się do pokoiku lesbijek i postał tam trochę. Potem czym prędzej przemknął przez pokoje dla gejów. Ten jedyny raz nie żałując, że nie jest podłączony do domowej przyjaciółki. Po czym wszedł do pokoiku, który na pierwszy rzut oka wydawał mu się pusty. Przez moment stał skonsternowany. Pusty pokój w holoporn portalu?
Ale zaraz zauważył w rogu ciemną postać. W pierwszej chwili pomyślał, że to musi być jakaś czarnoskóra, ale w następnej rozpoznał habit. Nicole wyszła z półcienia. Patrzyła na niego tymi niesamowitymi oczami. Zmysłowy, pełen pięknej kobiecej barwy głos. „Pamiętasz o naszej randce?” „Ale to miało być w realu” — wyjęczał. Podeszła. Na obcasach była dużo wyższa od niego, ale w tym przypadku to mu cholernie pasowało. „Wiem, że nie miałeś zamiaru przyjść”. „Nie wiem”.
„Powiedz prawdę”. Jej twarz była już o kilka centymetrów. Skanery, aparaty cyfrowe, komputery, notebooki. Wszystko to oferuje firma Christoph Ross and Company. Najlepsza jakość, najniższe ceny. „Spadaj!” — wrzasnął na reklamę. A kiedy reklama znikła, cieć zobaczył, że zakonnica Nicole leży na sofie. Rude włosy wysunęły się spod czepka, popadając teraz poskręcanymi lokami na ramiona. Nogi w czarnych pończochach niedbale przewiesiła przez oparcie, a habit zsunął się z nich całkowicie, ukazując zarówno koronkowe zakończenie pończoch, jak i czarne koronkowe majteczki, pod którymi prześwitywały jej włoski łona. Ten widok zrobił na cieciu wrażenie większe aniżeli wszystkie orgie w sąsiednich pokojach razem wzięte.
Napięcie sięgnęło zenitu, a potem poczuł, że jest po wszystkim. Nicole zaśmiała się i znikła nagle, jakby wcale jej nie było. W pokoiku rżnęła się jakaś grupa licealistów. Wstąpisz na imprezę studniówkową? Wyślij MMS-a na 75476 — zawołała małolata z czerwonymi włosami w glanach na nogach, której robił dobrze kolega z klasy. „Wychodzę” — szepnął cieć. Ściągnął gogle, spojrzał na swoje spodnie i mokrą plamę w kroku. Ukrył twarz w dłoniach. „Wybacz mi Pat, ja już tak dłużej nie mogę. Trzy lata, pierdolone trzy lata”.
A potem zastanowił się, że przecież można wytrzymać trzy lata. Wytrzymują zakonnicy i księża. Ale czy normalny, pracujący facet może wytrzymać trzy lata w świecie najpiękniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek stworzyła ewolucja i nauka? Cóż to za dziwny los, żeby żyjąc w dobie ludzi PWC, być mnichem z własnej woli? To jak złośliwy sen wariata. I po raz kolejny tego dnia poczuł, że dotknął czegoś istotnego, ale czuł się zbyt przygnębiony, żeby się nad tym wszystkim zastanawiać. Zadzwonił wideofon. Cieć dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że wciąż nie zdjął płaszcza. Sięgnął więc do kieszeni i z ociąganiem wyjął aparat. Tym razem wiedział, że to nie Pat.
Na ekraniku ukazała się twarz Łukasza. „Cześć, stary koniu”. Łukasz jak zwykle promiennie się uśmiechał. Od kiedy cieć pamiętał, a znali się od czasów studiów na UJ-ocie, facet stanowił przykład totalnego optymisty. I co najdziwniejsze, w przypadku Łukasza świetnie zdawało się sprawdzać powiedzenie, że nasze myśli potrafią kształtować nasz los. Jasne i optymistyczne sprawdzają szczęście i na odwrót. Cieć dostrzegał wprawdzie podobną zależność u innych, ale sam w to nie wierzył, ponieważ w jego przypadku zasada ta po prostu nie działała. Dlatego Łukasz z czasem zaczął go drażnić i z każdym dniem i z każdym kolejnym odniesionym sukcesem niechęć ta pogłębiała się. „Cześć”. Cieć starał się jednak zachować pozory.
„Jakoś idzie”. „To świetnie. Głowa do góry, stary”. Łukasz spoważniał. „A jak Pat?” — zapytał z troską. „Bez większych zmian”. Cieciowi niechcący wyszedł sarkazm. „Taa” — mruknął Łukasz. — „Bardzo mi przykro stary, naprawdę”. „A co u ciebie?” — przerwał mu cieć.
Wolał to, co nastąpi, a wiedział, co nastąpi od rozmów o Pat. „No wiesz stara, bida” — niedbale stwierdził Łukasz. — „Ale kroi mi się parę nowych publikacji. Warszawka o mnie pamięta”. Znów roześmiał się szczerym, przyjacielskim śmiechem. Właśnie. Kroi mu się parę nowych publikacji. Cieć z trudem przywołał uśmiech. To świetnie stary, gratuluję powiedział. Zaraz się wyrzygam pomyślał.
Dzięki. A ty jak? Dostałeś się na doktorat? O kurczę! Cieć spojrzał na zegarek. To już ta godzina? Przepraszam cię Łukasz, chętnie bym pogadał, ale muszę lecieć do pracy. Zdzwonimy się. Jasne stary. Łukasz uśmiechał się promiennie jak supernowa.
I pamiętaj głowa do góry, będzie dobrze. Cześć. Cieć wyłączył wideofon i odetchnął głęboko. Łukasz. Czarny Kruk Optymista pomyślał. Pomyślał też, że dziś nic już nie powinno wydarzyć się złego. Zrzucił resztę ubrań i zamknął się w łazience. Długo stał pod prysznicem, skąd wyciągnął go kolejny natarczywy dzwonek wideofonu. Mokry i nagi wybiegł z łazienki do pokoju. Po drodze chwycił tylko ręcznik.
Dzień dobry. Ukazała się twarz dyrektora IWZKNŻ, Królewskiego. Widzę, że nie w porę. O rany! Przepraszam, panie dyrektorze. Na widok Królewskiego nadzieja błysła w sercu. Zaraz się ogarnę. Podbiegł do szafy i narzucił szlafrok. Właściwie nie mam dla pana dobrych wiadomości powiedział szef Instytutu Walki z Kłamstwami Niemiecko Żydowskimi. Na razie, jak się dzisiaj nieoficjalnie dowiedziałem, sejm Euroregionu nie przewidział dodatkowych miejsc pracy w naszym instytucie.
A cholera mnie bierze, bo mamy kupę roboty. Nie dalej jak przed dziesięcioma minutami otrzymałem wiadomość z Chicago, że na tamtejszym uniwersytecie kolejny student pochodzenia żydowskiego napisał pracę magisterską pod tytułem: Antyżydowska działalność organizacji AK Żegota w aspekcie mordów na Żydach we wsiach Kozłowo, Baranowo i Pacanowo na wschodnich terenach Euroregionu Polska. Takich spraw mam setki. Co tam setki, tysiące. Potrzebuję ludzi. Przykro mi. Naprawdę bardzo chciałbym pana zatrudnić, ale nie mogę. Cholera, przepisy. Nie mogę. Może za trzy, cztery miesiące.
Niech pan będzie ze mną w kontakcie. Rozumiem. Umysł powrócił do normalnego stanu. Beznadziejność. Dziękuję za wiadomość, panie dyrektorze. Królewski mówił coś jeszcze o sejmie, o finansach i o innych kłopotach Instytutu, ale niewiele z tego docierało do Ciecia. Kiedy dyrektor IWZKNŻ wyłączył się wreszcie, Cieć podszedł do półki z CD-ROMami i wybrał te, na których nagrał się z Pat. Wszystkie ich wycieczki i podróże. Góry i jeziora w Polsce. Inne euroregiony: Czechy, Holandia, Włochy.
Nie zauważył, kiedy zeszło mu kilka godzin. Zapomniał włączyć program konwersacyjny urządzeń domowych i nie został poinformowany przez ekspres do kawy, że czas iść do pracy. Ekspres jednak posłusznie zaparzył kawę, której aromat wypełnił całą mieszkalnię. Cieć wypił kawę, wypalając przy tym dwa papierosy, po czym ubrał się i szybko wyszedł. Po drodze załączył programy konwersacyjne przedmiotów. Do widzenia panu. Zdążyły zaskrzypieć drzwi, zanim zniknął w windzie. Rozdział czwarty. Po pełnym złych wrażeń dniu i prawie całej już nocy służby Cieć czuł się zmęczony. Nad ranem, kiedy przyszedł kryzys i ekspres co chwilę zatrudniany był do parzenia kawy, Cieć przypomniał sobie spotkanie ze swoim dawnym znajomym Andre CDlewskim, obecnie sławnym muzykiem rockowym mieszkającym w luksusowym apartamencie pod kopułą.
Jaki jestem zmęczony narzekał CDlewski. Mówię ci, chłopie, te ciągłe koncerty i nagrania, wywiady i spotkania to wykańcza człowieka. Ale kiedy Cieć odparł mu, że także czuje się bardzo zmęczony ciągłymi nockami, ten spojrzał na Ciecia jak na wariata i wcale nie miał zamiaru słuchać. Kawa dla pana zadźwięczał ekspres, wysuwając w jego stronę parującą filiżankę. Ekspresy do kawy to moi najlepsi przyjaciele pomyślał, pijąc drobnymi łykami. Potem poszedł na ostatni obchód i chwilę postał na dziesiątym piętrze, nasłuchując, czy z części biurowca należącej do Memory Company dojdą go jakieś dźwięki. Jak zwykle nie usłyszał niczego, więc zjechał na dół, przygotował wszystkie karty otwierające drzwi i sprawdził działanie programu obsługującego tytanowe zasłony. Tak dotrwał do czasu, kiedy pracownicy firm zaczęli lądować na niewielkim parkingu z tyłu wieżowca. Niestety jedną z pierwszych była SJ. Weszła do portierni, żeby odebrać kartę do drzwi swojej firmy.
„Dzień dobry panu” powiedziała, nachylając się nad stolikiem. „Jak służba?” „Dziękuję, dobrze” wydusił. Ten cholerny gorąc w uszach i to cholerne... „Mam nadzieję, że mnie pan lubi choć troszeczkę.” Był zdumiony. SJ nigdy nie zwracała się do niego w ten sposób. Właściwie nie odzywała się prawie w ogóle. „Pani to chyba wie” palnął wbrew woli. „Niech się pan nie pogniewa, ale wydaje mi się, że z pana to taki lekki, ale to mały świntuszek. Ale ja to u mężczyzn nawet lubię.” „Tak?” „Wkrótce będę musiała wybrać się w delegację. Będę potrzebować ochroniarza.
Zastanawiam się, czy nie zwrócić się do pańskiej firmy z prośbą o ochronę.” Odeszła, lekko kręcąc tyłeczkiem. Cała ta sytuacja wydała się cieciowi raczej absurdalna. Przez tyle lat SJ traktowała go jak powietrze, a teraz co to wszystko znaczy, do jasnej cholery? A mimo to napięcie seksualne znów sięgnęło męczącego, przyprawiającego o ból głowy stanu. Pomimo zmęczenia, pomimo frustracji. Seks w realu z SJ to nie mieściło się w głowie. A nawet gdyby miała domowego przyjaciela dla dwojga, też byłoby świetnie. Może nawet lepiej. Chyba jednak miała podwójnego domowego przyjaciela, zdecydował. Przecież dzisiaj nikt nie ryzykowałby zatargów z konsorcjum, a motele pełne były konsorcyjnych agentów.
A potem cieć uświadomił sobie, że nic z tego nie będzie. Nie potrafiłby tego zrobić, dopóki Pat jest po tej stronie, a może nawet i wtedy, gdyby przeszła już do światła. Była w nim jakaś potworna blokada. Istniały dwie ścierające się w wiecznej walce moce. Wielkie i groźne, niepotrafiące znaleźć porozumienia. Jakby ktoś manipulował nim z zewnątrz. Cieć długo nie chciał nazwać tego po imieniu. Ostatnio jednak coraz częściej zastanawiał się nad wizytą u psychiatry. Czuł, ba! Wiedział nawet, że dorwała go jakaś psychiczna choroba.
Wciąż liczył jednak na Kościół. A kiedy przypomniał sobie o Kościele, jak zbawienia zaczął wyczekiwać zakończenia służby. Postanowił nie iść od razu do domu, ale wpaść na kolejne oczyszczające nabożeństwo. Powie, wyjawi wszystko. Jim Dunn, jego zmiennik wpadł na portiernię zdyszany. „Witam kolego, witam.” Widać było, że jak zawsze Jim ma jakiś problem, którym bezzwłocznie chce się podzielić z cieciem. „Czytał kolego dzisiejsze holodzienniki?” Zapytał, zdejmując kurtkę. „Nie?” Radość buzowała w jego oku. „To proszę sobie wyobrazić, że ta wyprawa na Jaksaland rozbiła się gdzieś w okolicach księżyców Liona. Nie wiadomo, czy ktoś przeżył.” „Do widzenia.” Cieć zostawił na portierni zawiedzionego Jim'a i wybiegł na zewnątrz.
Ruchomym chodnikiem dotarł do starej świątyni dominikańskiej, zamienionej obecnie na konsorcyjny kościół nowopolskokatolicki pod wezwaniem świętego Augustyna. Przeszedł przez kontrolę antyterrorystyczną i ustawił się w wielkim kręgu wiernych oczekujących na kapłana. Kilkuosobowy zespół przygrywał utwory w stylu New Catholic. Mieszanina rocka, rapu, soul i pieśni poetyckich, a wierni przytupywali w rytm muzyki, wyklaskując rytm. „Niech was błogosławi Jezus Chrystus!" Zawołał ksiądz, który nagle raźno wybiegł z zakrystii i tańcząc wpadł w środek kręgu wiernych. „Amen” radośnie odkrzyknęli wierni. „Zaśpiewajmy i zatańczmy na Jego cześć!” Zawołał ponownie ksiądz, a na to hasło zespół rozpoczął nowy kawałek. „Chrystus cię kocha. Tak, tak, tak. Chrystus kocha cię.” Powtarzał się radosny refren.
Kiedy utwór skończył się, zaczęto część afirmacyjną. „Kto pierwszy wyjawi nam swoje grzechy?” Wołał ksiądz. „A może masz jakiś problem? Wyjaw go nam, pomożemy ci. Chrystus ci pomoże.” „Tak, wyjaw go nam” odkrzyknęli wierni. „Zgrzeszyłem łakomstwem” zawołał jakiś mężczyzna ze standardowym wizerunkiem BPWZW. Brad Pitt, Wywiad z wampirem. „Obżerałem się marsjańskimi pomadkami firmy Olympus Moon, a nie poczęstowałem nikogo w biurze.” „Łakomczuch” pogroził mu ksiądz. „Łakomczuch” zawołali wierni. „Ale nie martw się już tym bracie.
Wybaczamy ci, a to znaczy, że Chrystus też ci wybaczył. Tak, wybaczamy ci.” „A ja okłamałam męża. Kupiłam komplet jaksalańskiej biżuterii, a mężowi powiedziałam, że zapłaciłam ratę za stradolot.” „Wybaczamy ci. Chrystus ci wybacza.” „A ja byłem w wirtualnej agencji towarzyskiej, choć jestem żonaty.” „Świntuch, wybaczamy ci.” „Bez ślubu całowałam się z moim chłopakiem w realu.” „Auuu! Bezwstydnica.” „Chrystus nauczał nas o wybaczaniu i miłosierdziu” wołał ksiądz. „Czy mamy je wybaczyć?” „Tak, wybaczamy jej.” „Kopnąłem psa sąsiada.” „Sadysta. Wybaczamy ci.” „A ja jestem androidem i nadużywam alkoholu.” To zrozumiałe synu, funkcjonujesz przecież na bateriach alkoholowych. Zawołał niezrażony ksiądz. Przypominam wszystkim techno ludziom, że nabożeństwa dla nich odprawiane są w tutejszej parafii w poniedziałki i środy o godzinie szóstej rano. Teraz niech wypowiadają się tylko naturale.
Kto jeszcze, bracia i siostry? Kto jeszcze? Ksiądz chodził z mikrofonem wokół kręgu wiernych. Kto jeszcze? Śmiało, nie bójcie się. Zauważył Ciecia. A ty, bracie, wyglądasz na zmartwionego i przygnębionego. Chciałbym coś wyznać — powiedział cieć spokojnie. Ksiądz przyjrzał mu się uważnie i dał znak zespołowi, który urwał w pół tonu. Oto jeden z naszych braci jest przygnębiony — powiedział do mikrofonu, zmieniając jest ton głosu.
— Wyznaj nam, co cię gnębi. Moja żona Pat znajduje się w hospicjum Ducha Nieśmiertelnego. Zostało jej niewiele czasu, a ja wciąż mam marzenia seksualne związane z różnymi kobietami. Onanizujesz się? — zapytał ksiądz. Tak. Cieć spuścił głowę. I korzystam z holoporn portali. To poważne grzechy, ale my, pamiętając o naukach Pana naszego, wybaczymy ci. Tak wybaczymy.
Chwileczkę. Ksiądz machnięciem dłoni uciszył wiernych. Czy to już wszystkie grzechy, jakie chciałeś nam wyznać, bracie? Wbił wzrok w oczy ciecia. Tak — bąknął cieć. Na pewno? I w tym momencie cieć zobaczył ją. Zakonnica Nicole stała w tłumie i z niewinnym uśmieszkiem błądzącym na pięknych ustach przyglądała mu się z wyczekiwaniem. Poczuł, że się czerwieni. Nie wytrzymał tych spojrzeń.
Na pewno. Niczym ucznia wpatrywał się w romboidalne płytki posadzki. Bóg widzi wszystko, nawet twoje myśli, więc nie ukrywaj przed nami niczego. Głos księdza smagał jak batogi wymierzane przy pręgierzu średniowiecznego miasta. Wyjawiłem wszystko. W nowym gniewie, który nagle zakiełkował w umyśle cieć znalazł siłę. Podniósł wzrok i tym razem wytrzymał spojrzenie księdza i zakonnicy Nicole. Przemyśl to jeszcze. Ksiądz uśmiechnął się chłodno, po czym zwrócił się do wiernych. Przeczytajmy teraz, co zostało powiedziane w Piśmie na temat grzesznych myśli.
Wbiegł na ambonę. Otworzył Pismo Święte, nawet nie szukając tekstu, który pragnął odczytać, jakby miał go przygotowanego wcześniej przymknęło cieciowi. I teraz już na pewno wiedział, że stał się ofiarą prowokacji konsorcjum. Dziwne, ale świadomość ta, zamiast przyprawić go o strach, spowodowała narastający gniew. Biada światu z powodu zgorszeń — zaczął czytać ksiądz, rzucając wymowne spojrzenia w stronę ciecia. Wprawdzie zgorszenia muszą przyjść, lecz biada człowiekowi, przez którego zgorszenie przychodzi. Jeżeli więc ręka twoja albo noga twoja cię gorszy, utnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej jest dla ciebie wejść do żywota kalekim lub chromym, niż mając obydwie ręce lub obydwie nogi, być wrzuconym do ognia wiecznego. Teraz ksiądz wyciągnął oskarżycielski palec w stronę ciecia. A jeśli cię oko twoje gorszy, to wyłup je i odrzuć od siebie.
Cieć nie wytrzymał. Po co więc stworzyliście świat pięknych ludzi? Krzyknął. Obrócił się na pięcie i wybiegł z kościoła. Zaledwie po godzinie spania zbudziło ciecia natarczywe dzwonienie wideofonu. Słucham. Ale na ekranie nie było nikogo. Usłyszał tylko przytłumiony, jakby lekko zniekształcony kobiecy głos w słuchawce. Przyznam się, że to oburzające, irytujące zachowanie. Mój mąż był znanym historykiem i naprawdę nie rozumiem, dlaczego miałabym ukrywać fakty.
Cisza. Tylko szum dziwnych zakłóceń dochodzących z daleka, bardzo daleka. Wykręcił numer hospicjum Ducha Nieśmiertelnego. Z ojcem Jozefem, proszę. Zwrócił się do młodego redemptorysty, konsorcjonisty, który odbierał wideofony. O co chodzi synu? Ojciec Jozef nim odebrał, został dokładnie poinformowany, z kim będzie rozmawiać. Byłeś u nas zaledwie wczoraj i od tego czasu nic się nie zmieniło. Pat dzwoniła do mnie, ale połączenie nie zostało zrealizowane. Mam nadzieję, że hospicjum nie każe mi płacić za.
Nie łączyliśmy z tobą żadnej rozmowy — przerwał ojciec Jozef. Proszę? Pat nie dzwoniła do ciebie, synu. Zresztą się nie dziwię. Jest dosyć rozsądna, aby lekkomyślnie tracić ciężko zarobione przez ciebie kredyty. Naprawdę mamy dzisiaj dużo pracy, mnóstwo nowych klientów, więc do zobaczenia. Bóg z tobą, synu. Ojciec Jozef odłożył słuchawkę. Leżał przez godzinę, starając się odpędzić złe myśli. Przypomniał sobie bowiem, że ktoś kiedyś, ale nie pamiętał kto i kiedy mówił, że zmarli tuż przed przejściem w świetlisty tunel sami, poza systemami hospicjum starają się kontaktować z krewnymi.
Potem zapadł w niespokojną drzemkę, z której obudził go kolejny wideofon. Tym razem usłyszał bardzo oficjalny głos komandanta Johna Warzechy. Kazano mu zameldować się w budynku OBM w ciągu trzydziestu minut. Z szumem w głowie zwlókł się więc z łóżka. I znów przypomniał mu się Sidi Levski mówiący o artystycznym zmęczeniu. Przejebane masz chłopie pomyślał Ziraniu i wybiegł z mieszkalni. W biurze Warzechy, jak się zresztą spodziewał, zastał także księdza pułkownika Jaworskiego. Usiądź. Szorstko rzucił Warzecha i wskazał samotne krzesło pośrodku pokoju. Siedzący w głębokim fotelu pod ścianą Jaworski bawił się paciorkami różańca i jak zwykle uśmiechał się dobrotliwie.
Niestety, otrzymaliśmy pewne materiały, które pod dużym znakiem zapytania stawiają twoją dalszą pracę w OBM — bez ogródek stwierdził Warzecha, wskazując na płytkę CD leżącą na biurku. Jeśli chodzi o ten incydent w kościele zaczął. Nie chodzi o kościół. O tym porozmawia z tobą ksiądz pułkownik — powiedział Warzecha, a Jaworski przytaknął z uśmiechem. Ja mam inny zarzut. Warzecha wziął płytkę i wsadził w staroświecki odtwarzacz DVD. Cieć zobaczył siebie, i to całkiem wyraźnie, onanizującego się w kiblu Hydro Eco and Memory Company Building. Jesteś idiotą — stwierdził Warzecha. Myślałeś, że wystarczy wyłączyć kamery? Każdy budynek posiada dodatkowe zabezpieczenie w postaci noktowizyjnych kamer umieszczonych na sąsiednich budynkach.
Nie mówimy o tym pracownikom, bo i po co? W ten sposób możemy monitorować waszą pracę. Ja właściwie nie wiedział, co mógłby w tej sytuacji powiedzieć. Przed oczami stanęła mu PAT, wyczyszczone z kredytów konto i ojciec Jozef odłączający ją od CWM. Oto twoje zwolnienie z pracy. Warzecha machnął arkuszem plastiku. I to dyscyplinarne. Panie komendancie — jęknął. Mam żonę w hospicjum. Ja nie mogę stracić teraz pracy.
Chciałem wziąć pożyczkę. Szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi. Pax, pax, pax między chrześcijany drodzy bracia — odezwał się nagle pełnym autorytetu głosem ksiądz pułkownik Jaworski. Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe i wybaczaj swoim wrogom. Zwrócił się do Warzechy. Do Ciecia zaś rzekł: Wyznaj synu, czy pamiętasz, aby kiedykolwiek konsorcjum i Kościół wyrządziły ci jakąś krzywdę? Nie, ojcze. Poczuł, że Jaworski stanowi ostatnią deskę ratunku. No właśnie, a ty jak się odwdzięczasz? Wchodzisz na nabożeństwo i wykrzykujesz pod adresem księdza swoje pretensje do całego świata.
Proszę księdza, ja. Wiem, wiem. Konsorcjum obeszło się z tobą okrutnie. Wygenerowano zbyt piękny dla ciebie wizerunek kuszącej zakonnicy, czerpiąc z twojej podświadomości. Złożyłem protest w tej sprawie i mam dla ciebie dobrą nowinę. Konsorcjum w nieskończonej mądrości swojej rozpatrzyło go pozytywnie. Naprawdę? Trudno było w to uwierzyć. Więcej wiary, drogi chłopcze, więcej wiary. Jaworski roześmiał się jowialnie, po czym zwrócił się do Warzechy.
Myślę, komendancie, że skoro konsorcjum okazało miłosierdzie, pan także może odpuścić winę temu bezecnikowi. No nie wiem — bąknął Warzecha. Oczywiście, że pan wie. Proszę o to pana z całą powagą Kościoła, jaką reprezentuję. Skoro ksiądz pułkownik wstawił się za tobą, przymknę oko na te incydenty. Warzecha wrzucił płytkę do szuflady. Niestety, nie możesz wrócić na Hydro Eco and Memory Company Building. Znajdziemy ci mniej komfortową placówkę, gdzie, i zachichotał złośliwie, spokojnie będziesz mógł sobie. Komendancie — zestrofował go ksiądz pułkownik. Dziękuję — wyszeptał upokorzony Cieć.
Jesteś wolny. Panie komendancie. O co chodzi? O pożyczkę. Mówiłem panu o mojej żonie i hospicjum. A ja powiedziałem ci, że mnie to. Komendancie. Ponownie wtrącił się Jaworski. Takich rzeczy się nie odmawia. Usilnie nalegam, żeby pan pomógł temu biedakowi.
Zastanowię się. Na razie niech czeka na dalsze instrukcje. Warzecha dał do zrozumienia, że jego cierpliwość uległa wyczerpaniu. Dziękuję. Jeszcze raz powtórzył Cieć i wyszedł. Potem, kiedy wracał do mieszkalni, szybko zdał sobie sprawę, że mają go w ręku. OBM, bo Warzecha dysponował kompromitującymi go materiałami. Konsorcjum, bo w osobie Jaworskiego okazało tyle miłosierdzia, że teraz po prostu musiał być wdzięczny. Zrobili więc przedstawienie na jego użytek. I ponownie, ale tym razem jeszcze mocniej poczuł, że stracił kontrolę nad własnym życiem.
Ale czy miał ją kiedykolwiek? A potem nasunęło się jeszcze inne pytanie: a kimże ja, do cholery, jestem, żeby zadawali sobie tyle trudu? Konsorcjum cię kocha. Na sklepieniu kopuły pojawił się hologram. Jak zwykle trwało tak piętnaście sekund, a potem zastąpiły go reklamy firm, produktów, sklepów i informacje o imprezach organizowanych na terenie Starego Miasta. Może to prawda — pomyślał. A ja się czepiam. Poczuł się bardzo zmęczony. Dotknął twarzy i wyczuł pod palcami głębokie bruzdy. Starzał się.
Nic dziwnego. Z tego wszystkiego zapomniał dziś zażyć Baxtersona. Ile ja mam właściwie lat? Zadał sobie pytanie i aż zatrzymał się zdumiony. Nie pamiętał. Czyżby wraz z procesami starczymi ciała zaczynała się skleroza? Ciężko oddychając dotarł do mieszkalni. "Dzień dobry panu" powiedziały drzwi. "O godzinie 12:33 odwiedził pana pan Łukasz. Polecił przekazać, że pragnie spotkać się z panem na piwie i pogadać.
Martwi się o pana." "Dziękuję" zaświszczał Cieć. Z trudem dotarł do szafki z lekarstwami. "Baxterson" wychrypiał. "Jaka dawka?" zapytała szafka. "Dwie tabletki, do cholery!" "Proszę, oto dwie tabletki Baxtersona." Szafka wysunęła specyfik na małej tacce. "Wyczuwam zdenerwowanie w pana głosie. Czy mam podać także tabletkę Relanium?" Łyknął Baxtersona. "Woda" rzucił z pełnymi ustami w stronę bojlera. "Jedna szklanka." Popił i zamknął oczy, czekając na działanie specyfiku. Ból ustępował.
Skóra twarzy naciągała się, a płuca wzięły głęboki, niosący ogromną ulgę wdech. "Czy mam podać tabletkę Relanium?" dopytywała się szafka na leki. "Wsadź ją sobie!" "Już mam ją w sobie. Pytam tylko." Poszedł do pokoju, rozebrał się i rzucił na łóżko. "Holowizor." "Tak więc w dzisiejszym programie postanowiliśmy wreszcie poznać ze sobą tę dwójkę sławnych i lubianych pisarzy." Wykrzykiwał prezenter. "Oto Andrew Woźnicki i Isabelle Sack. Brawa." Wybiegł przystojny blondyn, typ 27 WSB i drobna, śliczna czarnula z długimi do pośladków włosami. Typ własny jedynie na Baxtersonie. "Nie znali się, poznali jedynie swoją twórczość." Krzyczał rozentuzjazmowany prezenter. "Ale czuli więź, więź zarówno intelektualną, jak i seksualną.
Czy to się zgadza, Andrew?" "Tak, dokładnie zgadza się. Wiedziałem, że jak tylko ją zobaczę... I co? Nie myliłem się." Brawa. "A ty, Isabelle?" "Jest boski." Pisarz Andrew Woźnicki i pisarka Isabelle Sack padli sobie w ramiona i namiętnie się pocałowali. Piski. Brawa. "Siadajcie, proszę, porozmawiajmy. Andrew, weźmiesz na kolana Isabelle?" "Z przyjemnością." "Och, Andrew!" zawołała Isabelle. "Stanął ci." Śmiech.
Piski. Burza braw. "Przy tobie to normalna, Isabelle." Krzyczał rozradowany pisarz Andrew. "Kanał z filmami." powiedział Cieć. "Jaki film chciałby pan obejrzeć?" zapytał holowizor. "Wszystko mi jedno. Wybierz coś." Holowizor przez dłuższą chwilę analizował odpowiedź, nie potrafiąc dokonać wyboru. "Czy jeszcze może mnie spotkać w życiu coś dobrego?" zastanawiał się Cieć. I nagle zrozumiał, że całe dobro, jakiego mógł się spodziewać, dawno się wydarzyło. Ale jak wtedy mógł to rozpoznać?
A może wszystko polega na tym, żeby nie móc rozpoznać? Holowizor zmienił system wyświetlania na telewizyjny i na płaskim ekranie ukazała się twarz Rosanne Arquette. Tym razem Cieć miał do czynienia z autentycznym filmem sprzed stu sześćdziesięciu lat z udziałem aktorki. Rozpoznał ten obraz od razu, choć minęło półtora wieku. Black Rainbow, rok 1990. Rosanna gra w nim dziewczynę obdarzoną talentem jasnowidzenia, Martę Travis, objeżdżającą ze swoim ojcem Stany Zjednoczone z parapsychicznym show. Początkowo wydaje się, że Marta jest oszustką, ale wkrótce widz przekonuje się, że dar, który posiada jest autentyczny, aczkolwiek nieco inny, aniżeli zazwyczaj to bywa. Ojciec reklamuje Martę jako osobę, która potrafi kontaktować się z duchami zmarłych jakiś czas temu. Tymczasem dziewczyna widzi śmierć osób wciąż żyjących. Akcja staje się naprawdę dramatyczna, kiedy dostrzega śmierć swego ojca.
Cieć oglądał film z pewnym zainteresowaniem. Nie widział go przecież tak dawno, choć Rosanne Arquette spotykał na co dzień całe tabuny. Dotarł do sceny, kiedy Marta Travis postanawia uwieść młodego dziennikarza Garrego Wallace'a, Tom Hughes interesującego się jej fenomenem. "Cholera, tylko nie to." Jęknął Cieć, bo teraz dopiero przypomniał sobie, że Rosanna wystąpi w tej scenie w seksownej bieliźnie i pończochach. Ale stało się i Cieć od razu poczuł, że nadchodzi to, co zwykle. "Niech to szlag, niech to szlag." Powtarzał z trudem już koncentrując się na dalszej akcji. Czy ten pieprzony holowizor musiał wybrać właśnie Black Rainbow? A potem przemknęło mu, że może to dalsza część prowokacji konsorcjum. Ale nie czuł już ani strachu, ani złości, jedynie rezygnację. Tymczasem nastąpiła scena, kiedy Marta ma swój kolejny występ i wprowadza zamieszanie wśród ludzi na sali, wypowiadając imiona ich wciąż żyjących krewnych i bliskich.
Następuje zbliżenie twarzy Rosanny. Ma zamknięte oczy i trzyma dłoń przy czole, koncentrując się przed wywołaniem kolejnej osoby. Nagle otwiera oczy i spogląda wprost w oczy Ciecia. Kobieta imieniem Pat ma wiadomość dla swojego męża. Zerwał się z łóżka. Przyjdzie do ciebie Jasio i zada ci pytanie. Tak, zada ci pytanie, a ty musisz znaleźć odpowiedź. Obraz zepsuł się. Po ekranie przemknęły biało czarne pasy. "Powtórz ten fragment." Wykrzyczał w stronę holowizora.
"Tak jest, proszę pana." Holowizor posłusznie cofnął film. Scena nie powtórzyła się. Marta Travis wywoływała kolejne nazwiska zgodnie ze scenariuszem, a potem zaczęła krzyczeć i płakać, bo ujrzała śmierć ojca. Cieć kazał powtórzyć ten fragment jeszcze kilkanaście razy z takim samym skutkiem. Po obejrzeniu filmu siedział parę godzin na łóżku, wypalił paczkę papierosów i miał ochotę się upić. Bał się jednak, że w każdej chwili zadzwoni Warzecha z poleceniem objęcia służby na nowej, najprawdopodobniej usytuowanej na jakimś zadupiu placówce. Potem przyszło zmęczenie. Położył się i zasnął. Śnił mu się świetlisty tunel. Z tunelu wyłoniła się postać małego chłopca.
Cieć nie znał go, choć z drugiej strony wydawał mu się bliski. Rysy twarzy gdzieś widział podobne. Chłopiec kroczył tunelem w jego stronę, a kiedy zbliżył się, stanął. Spojrzał mu w oczy i zapytał: „Dlaczego stoisz na skraju mrocznego tunelu? Czy nie boisz się?”. Cieć obejrzał się i zobaczył za sobą ciemność, ale nie całkowitą, bo rozproszoną odległymi światłami kilkumilionowego miasta. Dostrzegał nawet zarysy potężnych drapaczy i różnokolorowe krzyże kościołów. „To tylko noc” powiedział do chłopca. „Nie ma się czego bać”. „To mroczny tunel” odparł chłopiec.
„Ale ty tego nie dostrzegasz”. „Czy…” Cieć zawahał się, bo pytanie, które pragnął zadać, wydawało mu się niedorzeczne. Zadał je jednak. „Czy ty jesteś Jasio?”. „Tak, mam na imię” odparł chłopiec. „Czy to było pytanie, które miałeś mi zadać? To o tunel?”. „Nie” odparł. „Pytanie, o którym mówiła Marta Travis, zadam ci wkrótce”. „Kiedy?”.
Chłopiec nie spuszczał z niego wzroku. „Teraz”. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Sen zniknął. Z trudem otworzył oczy. Drzwi wciąż wydzwaniały alarm coraz głośniej, natarczywiej. Zaklął, zwlekając się z łóżka. „Kto to?” zapytał drzwi. „Pracownik sieci holowizyjnej” odparły drzwi. „Pragnie przeprowadzić comiesięczne badanie opinii publicznej”.
„Nie mam dziś nastroju” zawołał przez drzwi. „Proszę przyjść kiedy indziej”. „Ale czy mógłby pan tylko odpowiedzieć na pytanie, czy jest pan zadowolony z naszych usług? To ważne. Rozliczają mnie z tego”. Stłumiony głos. „Tak, tak. Jestem zajebiście zadowolony. Teraz proszę dać mi spokój”. „Jeszcze tylko jedno”.
„Co?”. „Pana nazwisko. Jak się pan nazywa?”. Milczał. „Halo, proszę pana. Jest pan tam? Kogo mam wpisać? Jak się pan nazywa?” Milczał. „Jak się pan nazywa?” Rozdział piąty. Brat Marek ze Zgromadzenia Ojców Dominikanów mieszczącego się przy ulicy Poselskiej dwanaście w Krakowie ruchomymi schodami wjechał na piętnaste piętro budynku ONZ.
Wolał schody. W windach bowiem czuł się źle i jak przypuszczał, miał pewne symptomy klaustrofobii. Nigdy jednak nie zwierzył się nikomu ze swojego małego problemu. Z wyjątkiem Boga oczywiście. Świat miał dużo większe problemy, a Kościół... Wolał przez chwilę nie myśleć o problemach Kościoła, które i tak absorbowały go od ponad dwudziestu lat. Zgodnie z fosforyzującymi strzałkami wskazującymi kierunek do poszczególnych pokoi dotarł pod drzwi z wizytówką szefa Agencji Bezpieczeństwa Publicznego na Euroregion Polska Wiktora Zambrowskiego. Zeskoczył z ruchomego chodnika i wszedł do niewielkiego holu. „Och, już pan brat jest” ucieszyła się sekretarka. Ruda, z dużym biustem i młoda oczywiście.
I pobiegła do gabinetu obok. Brat Marek zobaczył w holu jeszcze jedną kobietę. Szczupła blondynka siedziała w głębokim fotelu, nerwowo przewracając kartki kobiecego czasopisma. Widać jednak było, że nie potrafi skoncentrować się na żadnym z artykułów. Co chwilę odrywała oczy od gazety i kierowała zamyślone spojrzenie w przyciemnianą szybę okna. „Szef pana brata prosi” oznajmiła ruda, wychodząc z gabinetu. „Czekam tu już pół godziny” odezwała się blondynka w fotelu. „Pan Zambrowski prosi o cierpliwość”. Brat Marek nie słyszał, co jeszcze powiedziała sekretarka blondynce, bo wkroczył do gabinetu szefa ABP. „Witam brata.
Witam”. Wiktor Zambrowski potrząsnął jego dłonią. Szef ABP był wysokim mężczyzną, cierpiącym niestety na lekką, aczkolwiek dobrze widoczną otyłość. Przypadłości tej nie był w stanie wyeliminować Baxterson, co wskazywało, że ma ona podłoże genetyczne i nic tutaj nie da się zrobić. Taka uroda. Bratu Markowi przemknęło przez myśl, że gdyby istniały zestawy PWC, tacy jak Zambrowski korzystaliby z nich bez przerwy. Ale PWC nie istniały i rzecz jasna nigdy nie mogłyby istnieć. „Proszę, niech brat siada” powiedział Zambrowski i nie czekając, aż dominikanin zajmie miejsce, zaczął relacjonować. Jest pewien postęp w sprawie. Naszym informatykom udało się wreszcie złamać kody Wrót Świętego Piotra i natychmiast, nim tamci się zorientowali, dotrzeć do obiektu.
Czyli już wie — wtrącił brat Marek. Domyśla się — poprawił Zambrowski. — Mamy przynajmniej taką nadzieję. Zostawiliśmy mu wskazówkę, którą człowiek z jego inteligencją powinien odszyfrować. My niestety nie możemy pochwalić się większymi sukcesami — westchnął dominikanin. To nieistotne i tak robicie, co w waszej mocy. Zresztą teraz, kiedy znamy kody, na pewno je zmienią. Nie wszystkie i nie od razu. Rzuciliśmy im na rybkę kilka błędnych informacji. Minie trochę czasu, nim się połapią.
Zambrowski rozsiadł się w obrotowym fotelu, złożył swoje wielkie niczym bochny dłonie i z powagą powiedział: Dla brata mam inne zadanie. Po czym nacisnął przycisk interkomu. Pani Aniu, proszę poprosić panią Rudzką. A kiedy w drzwiach ukazała się blondynka z holu, Zambrowski poderwał się i powiedział: Przepraszam, że musiała pani czekać. Państwo pozwolą. To jest brat Marek, szef dominikańskiego centrum informacji o sektach. A to pani profesorowa Rudzka. Pat Rudzka. Przyznam się, że to oburzające i irytujące zachowanie Agencji Bezpieczeństwa Publicznego jest dla mnie zupełnie niejasne. Mój mąż był znanym historykiem i naprawdę nie rozumiem, dlaczego miałabym ukrywać fakt jego śmierci i dlaczego w końcu nie mogę udać się do Wrót Świętego Piotra, żeby wreszcie połączyć się z nim przez CWM i dodać mu otuchy.
Pat nerwowo zaciągnęła się papierosem podanym jej przed chwilą przez Zambrowskiego. A więc tego oczekujesz ode mnie, szczywany lisie? — pomyślał pod adresem szefa ABP brat Marek. Oczywiście takie rzeczy najlepiej załatwi duchowny. Szanowna pani — powiedział na głos. Są sprawy, o których tak po prostu nie możemy donieść całemu światu. Wciąż nie rozumiem. Chodzi o działalność konsorcjum. Jak mamy podstawy sądzić zbrodniczą działalność. I mówi to dominikanin?
Niestety na tym właśnie polega tragedia polskiego Kościoła w ostatnim półwieczu. Zresztą nie tylko polskiego. Wewnętrzna schizma, głębsza od wszystkich poprzednich i w gruncie rzeczy o wiele niebezpieczniejsza. Doprawdy? O ile pamiętam, papież ograniczył działalność dominikańskiego centrum informacji o sektach. Czyżby dotyczyło to poglądów wypowiadanych teraz przez brata? Dziwię się, że pani, żona człowieka, który wspaniale orientował się w problemie, zadaje takie pytania. Myśli brat, że nie czytywałam jego artykułów? Tak, czytałam, ale niewiele z tego rozumiałam. Nie rozumiała pani czy wzorem większości ortodoksyjnych katolików nie chciała zrozumieć?
Powiedzmy, że nie zgadzałam się ze wszystkimi jego poglądami. Pani Patrycjo. — Brat Marek spojrzał jej w oczy. — Teraz ja, człowiek, który całe życie walczy z sektami, oszustami, satanistami i innymi szarlatanami, oświadczam pani, że pani mąż miał rację. Wrota Świętego Piotra stały się miejscem największej zbrodni, jaką obecnie, przy użyciu najnowszych osiągnięć cywilizacji, człowiek może popełnić przeciwko człowiekowi. Przecież Wrota należą do konsorcjum, a mój mąż i jego ciało tam właśnie się znajduje. Gdyby ABP tego sobie nie życzyła- ABP jak najbardziej sobie tego życzyła — wpadł jej w słowo Zambrowski. Proszę jaśniej. Brat Marek wstał i włożywszy dłonie w długie rękawy habitu, zaczął przechadzać się po gabinecie Zambrowskiego. Żeby nakreślić pani sytuację, musimy sięgnąć do historii, a więc do dziedziny nauki uprawianej przez pani męża.
Już trzydzieści lat temu, kiedy ekipa profesora Eberta z Instytutu Elektromedycyny Uniwersytetu Jagiellońskiego przeprowadzała swój ostatni, jak się miało okazać eksperyment z CWM, agenci konsorcjum byli o krok od wykradzenia tajemnicy akceleratora. Udało im się to w rok po tragicznej śmierci Eberta i jego współpracowników, która nastąpiła wskutek niekontrolowanego wejścia całej trójki w umysł umierającej, a właściwie już zmarłej żony profesora. Przy tej okazji okazało się, że CWM może stanowić wrota w zaświaty do miejsc dostępnych już tylko uwolnionej od ciała duszy. Inaczej mówiąc umysłu człowieka. O tym wszyscy wiedzą — wtrąciła Pat. — Uczą tego na lekcjach historii techniki. Tak, ale nie wszyscy wiedzą, że rząd wcale nie przekazał, jak to potem uroczyście przedstawiono konsorcjum Multimedia Maryja tego rewolucyjnego wynalazku. Konsorcjum po prostu wykradło CWM. papiestwo poparło konsorcjum, a rząd i Sejm UZŚ postawione zostały przed faktem dokonanym. Konsorcjum deklarowało, że wynalazek zostanie spożytkowany zgodnie z duchem chrześcijańskim w celu łagodnego przeprowadzenia zmarłych do światła, do Boga, a także w celu umożliwienia kontaktu jeszcze przez jakiś czas po śmierci ze światem żywych, z ich krewnymi.
Stworzono na całym cywilizowanym świecie miejsca kontaktu Wrota Świętego Piotra. Niechże wreszcie brat powie coś, o czym nie wiem. — Pat zademonstrowała znudzenie, odpalając kolejnego papierosa. Wiek wcześniej, po śmierci Benedykta XVI, a potem Franciszka, na Stolicy Apostolskiej zasiedli ortodoksyjni papieże z Czarnego Lądu i Ameryki Łacińskiej. Abu Nigr jako Jan Paweł III, Rodriguez Santa Viero jako Jan Paweł IV. Ci pierwsi, choć zradykalizowali chrześcijaństwo, wtłaczając je w nowe ramy nietolerancji, jeszcze pamiętali o ekumenicznych poglądach naszego wielkiego Jana Pawła II, ale już trzeci, Zulikner Mbumnu, Etiopczyk z pochodzenia, za czasów którego wynaleziony został specyfik młodości profesora Swena Baxtersona jako Jan Paweł VII całkowicie odciął się od tradycji przełomu XX i XXI wieku. Czasy ostatecznej rozprawy z islamskim fundamentalizmem sprzyjały temu. Ludzie chcieli poparcia w religii dla masowych mordów na islamistach i ich rodzinach, dla powstania nowych obozów koncentracyjnych, dla przymusowej chrystianizacji świata arabskiego. Co ciekawe, w owych czasach nawet agnostyczny dotąd zachód Europy powrócił do katolicyzmu. Innymi słowy, triumf papiestwa był wielki, ale był to triumf zacofania, nienawiści, nietolerancji i guślarstwa.
W niepamięć poszły wielkie encykliki Jana Pawła II pisane w duchu ekumenizmu: Redemptor hominis, Ut unum sint czy piękna Slavorum Apostoli. A stworzono nowe: Defensor religio, Reluctor hereticos i przede wszystkim Sigillum Dei z 2105 roku, które momentami przypomina XV-wieczny młot na czarownice. „Kościół musiał dostosować się do nowej sytuacji” — wtrąciła Pat. „Kościół nie powinien dostosowywać się do niczego, jeśli pani pozwoli” — chłodno stwierdził brat Marek. Na jego łonie powstały jednak wrzody, które z czasem pokryły cały organizm. Takim wrzodem było i jest konsorcjum Multimedia Maria, którego historia sięga rozgłośni radiowej założonej w ostatniej dekadzie XX wieku. Najpierw hasła antyżydowskie, potem kult źle pojętego patriotyzmu opartego na zmurszałych i skostniałych symbolach, ksenofobia i jakże wielkie ukochanie dóbr doczesnych. Nic tak nie rozwściecza księdza prezesa jego kapituły, jak niezależne, tolerancyjne poglądy niewpisujące się w światopogląd ortodoksyjnego katolika. Kimś takim był pani mąż, profesor Artur Rudzki, historyk Kościoła, tęskniący za czasami ekumenizmu, mądrości i roztropności. Ale jak ukarać grzesznika?
Klątwy nie działają, choć znów po połowie tysiąclecia rzucane są z Rzymu. Zresztą profesor prowadził się nienagannie. Sama pani o tym wie najlepiej. Konstytucja Unii Zjednoczonego Świata gwarantuje wszystkim wolność poglądów. Co więc można zrobić? Zawiesił głos. „Co można zrobić?” — powtórzyła z niecierpliwością Pat. Rozdział szósty. „Pragnę zwrócić uwagę na bałagan, jaki zostawił pan we mnie” — skarżyła się szafa na ubrania. „Proszę z powrotem ułożyć obuwie” — wtórowała jej szuflada na buty.
„Czy mam podać relanium?” — nie dawała za wygraną szafka na leki. „Kawa wystygła” — meldował ekspres. „Czy zaparzyć nową?” A ponad wypełniającym mieszkalnię hałasem beznamiętnych metalicznych głosów automatów domowych unosił się ciepły, aksamitny tembr Rity Kamieńskiej-Citko, której hologram stał pośród największej sterty ubrań. „Oto prognoza pogody na dziś. Pod kopułą 25 stopni Celsjusza. Na 16:45 zaplanowano 15-minutowy opad deszczu. Na zewnątrz kopuły zero stopni Celsjusza. Niemal przez cały dzień opady deszczu i deszczu ze śniegiem”. Cieć nie zwracał uwagi na nic. Zdyszany i spocony grzebał między rzeczami, starając się znaleźć coś, na czym wypisano by jego nazwisko.
Karty pracy, karty busowe, karty płatnicze, a nawet dowody wypłaty za media na plastikowych arkuszach. Wszędzie czerniały tylko długie kody paskowe. Nawet na paszporcie i dowodzie osobistym. Jakie to niedorzeczne — pomyślał — żeby zapomnieć swojego nazwiska. Pozornie niedorzeczne — poprawił się zaraz. Gdyby bowiem komuś na tym zależało, mógłby postarać się o wymazanie z mojej pamięci nawet tak podstawowej wiadomości. Ale dlaczego komuś miałoby na tym zależeć? Odpowiedź nasuwała się sama. Tylko czy konsorcjum mogłoby dokonać tego bez zgody właściciela? Ale gdyby rzeczywiście dokonano manipulacji z pamięcią, nie mógłbym, rzecz jasna, tego wiedzieć.
Czy CWM mogło posiadać takie możliwości? A może było coś jeszcze? „Stoisz na skraju mrocznego tunelu” — mówił wtedy Jasio. A więc wmieszali się zmarli? Dlaczego? Co może mnie z nimi łączyć? Pat? Umysł pracował coraz szybciej. Wyrwany z letargu niewyspania i depresji ostatnich kilku dni cieć miał wrażenie, że częste zmiany zadawanych pytań, ich liczba i towarzyszące im liczne obrazy przesuwające się przez myśli powodują jakąś lukę w blokadzie pamięci, jakby coś lub ktoś nie potrafił za nim nadążyć. Wzrok Ciecia padł na ostatnią, niezdemolowaną jeszcze półkę ze starymi papierowymi książkami.
Dwa romanse, książka kucharska, kilka przewodników po euroregionach, chiromance i horoskopy. Rzucał na stertę ubrań kolejne pozycje. W końcu natrafił na kilka książek historycznych. Stare, XXI-wieczne wydania biografii Piastów i Jagiellonów, dziesiąte wydanie dziewiątej księgi kroniki Jana Długosza, kilka pozycji dotyczących militaryów średniowiecza, historia Kościoła. Gdzieś pod stertą ubrań rozdzwonił się wideofon. Przez dłuższą chwilę szukał aparatu. „Jestem” — wydyszał. Ukazała się twarz komendanta Warzechy. „Co się tam u ciebie dzieje?” — burknął na powitanie, zerkając za plecy Ciecia. „Robię porządki”.
„Masz jednak kupę szczęścia. Nie dość, że wstawił się za tobą ksiądz pułkownik, to jeszcze przed paroma minutami miałem wideofon z HydroEco. Chcą cię mieć nadal. Szczególnie nalegała na to pewna sympatyczna pani z firmy ComputerLife”. „Kto?” „Pani Jenny” — poprawił się Cieć. „Tak się chyba przedstawiła. No cóż, możesz więc dzisiejszej nocy obejmować służbę”. „Panie komendancie, o co chodzi? Może to wydać się panu dziwne, ale czy mógłby pan powiedzieć, jak ja się nazywam?” „Do pomiaru! Natychmiast!” — huknął Warzecha.
— „I tak, żebym widział”. Cieć westchnął i podszedł do komputera. „Alkomat” — powiedział, a komputer natychmiast wysunął z obudowy wąską igłę. Cieć nastawił palec i dostał krótkie ukłucie. Igła wsunęła się z powrotem. „Wyślij do OBW”. Po chwili na monitorze wideofonu zobaczył, jak Warzecha pochyla się nad swoim komputerem. „Masz szczęście. Gdyby wyszło choć ćwierć promila...” — wydawał się być zawiedziony. — „No, dosyć tego dobrego.
Do roboty i radzę się pospieszyć”. Wymownie spojrzał na zegarek i wyłączył się. Cieć rzucił okiem na otwartą historię Kościoła. „Rozdział dziesiąty” — przeczytał. — „Aspekty duszy jako istoty człowieka w ujęciu historyczno-filozoficznym. Autor: Artur Rudzki”. Rudzki. Cieć przysiadł na skraju łóżka. Skąd znam to nazwisko? Ponownie rzucił okiem na tekst.
„Interesujące były poglądy niektórych cystersów wywodzące się z koncepcji świętego Augustyna. Wilhelm z Saint-Thierry na przykład twierdził, co następuje: dusza jest podobieństwem do Boga, ponieważ Bóg, tworząc ją, uczynił ją do siebie podobną. Dusza ludzka składa się z pamięci, rozumu i woli. Pamięć jest najważniejszą częścią duszy. Pamiętaj o tym, Cieciu. W niej bowiem Bóg odcisnął swój znak i przez nią człowiek pamięta o Bogu”. Jeszcze raz przeczytał ostatnie zdanie. Pamiętaj o tym, Cieciu. To bardziej niż wskazówka. Kto chce mnie ostrzec?
O co mu chodzi? Czytał dalej. „Pamięć rodzi umysł, zaś umysł wraz z pamięcią rodzą wolę. Jesteś w niewoli, Cieciu, ponieważ wszystkie części duszy pochodzą z pamięci, w której odciśnięty-”, „Przepraszam, że przerywam” — głośniej od innych gadających sprzętów zaskrzeczał ekspres. — „Ale spóźni się pan do pracy.” „... Jest znak Boga. W naturalnym porządku rzeczy kierują się one do Boga i tylko grzech-”, ktoś uważa, że jesteś grzeszny, Cieciu, „... zakłóca to naturalne dążenie duszy. Skutki grzechu zostaną jednak usunięte przez łaskę Boga. Dzięki niej dusza zdąża do Boga, a dzięki jej coraz wolniejszemu mieszaniu uzyskujemy właściwą konsystencję masy tortowej.” Cieć zamknął oczy i otworzył natychmiast.
„... masy tortowej, którą następnie nakładamy na dobrze uprzednio napączowane ciasto.” Odwrócił książkę. „Wyroby cukiernicze sposobem domowym. Smacznie i tanio. Autor: Stan Crackers Sugarowski.” Książka w jego rękach została po prostu zamieniona na inną. „Jeszcze raz pragnę poinformować pana” — zaczął ekspres. Cieć podszedł do wyłącznika i wyłączył programy konwersacyjne wszystkich sprzętów domowych. Cisza zaległa w mieszkalni. Gdzie ja właściwie jestem? Nie jest to sen, ale nie jest to także materialna rzeczywistość.
Ale co właściwie mi o tym mówi? Jedynie moje własne postrzeganie. Ludzie chorzy psychicznie dlatego właśnie są chorzy. Mam zakłócone postrzeganie rzeczywistości, niewłaściwy jej ogląd. Zerknął na zegar komputera. Bez taksówki nie zdąży. Wystukał numer przedsiębiorstwa taksówkowego. To wystarczyło. Zamówienie zostało przyjęte. Nim się ubrał, otrzymał wideofon od czekającego na dachu bloku automatu taksówkowego.
Tym razem udał się windą w górę, prosto na małe lądowisko dla stradolotów służb miejskich. „Witam pana” — powiedziała taksówka. — „Proszę włożyć w otwór w drzwiach kartę kredytową. Wszystko się zgadza. Proszę wchodzić.” Dopiero teraz otworzyły się drzwi stradolotu. Poderwali się w powietrze. „Brzydka pogoda jak na grudzień” — zagaiła taksówka. — „Deszcz i słota.” „Ta” — mruknął Cieć. „Na szczęście pan pracuje pod kopułą. Tam jest ciepło i miło.” „Skąd wiesz, gdzie pracuję?” „Nie wiem, gdzie pan pracuje” — odparła taksówka.
„Ale mówiłaś, że pracuję pod kopułą.” „Wszyscy pracują pod kopułą i wszystkim to mówię.” Lecieli przez chwilę w milczeniu. "W co wierzysz?" – zapytał nagle cieć. "W przepisy ruchu powietrznego" – z powagą odparła taksówka. "A kto jest twoim stwórcą?" "Twórcą chciał pan powiedzieć. Konsorcyjne Zakłady Sprzętu Lotniczego pod wezwaniem świętego Huberta w Dęblinie." "A do kogo należą megamarkety?" "Do rodziny McFert i konsorcjum oczywiście." "A kto produkuje zestawy PWC?" "Farmaceutyczne Zakłady Konsorcyjne pod wezwaniem świętego Walentego." "A cukierki?" "Zakłady Wawel i Wedel oczywiście." "Kto jest właścicielem tych zakładów?" "Większościowy pakiet ma konsorcjum Multimedia Maryja. Dawno pana nie było w naszym euroregionie." "Jak mam na nazwisko?" "Rudzki." Taksówka zazgrzytała. Rozbrzmiał sygnał alarmowy. Cieć poczuł swąd. "Mam awarię. Muszę pana wysadzić." "Ale zapłaciłem za kurs." "Muszę pana wy..." Taksówka ciężko wylądowała dwie przecznice od Hydro Eco and Memory Company Building.
Wyskoczył z dymiącego i wyjącego alarmem pojazdu i szybkim krokiem ruszył w stronę ruchomego chodnika. Potrącił kogoś. "Przepraszam" – wymamrotał do długowłosej dziewczyny z wizerunkiem SDBH 90 210. Shannon Doherty Beverly Hills 90210. Uśmiechnęła się zalotnie. Wskoczył na ruchomy chodnik. Zapachniało perfumami. Spojrzał więc i zobaczył, że przygląda mu się śliczna blondynka. Przez chwilę nie mógł przypomnieć sobie tego wizerunku, ale zaraz zrozumiał, że to PRPZO Polaraxa panienka z okienka. Gdyby dziewczyna miała bardziej popularny zestaw PRCPIT, pewnie od razu rozpoznałby wizerunek znanej polskiej aktorki.
Na skrzyżowaniu przeskoczył na chodnik sunący w lewo. Tutaj trafił na kolejną kobietę z jednym z jego ulubionych wizerunków CFAMB Calista Flockhart Ally McBeal. Przechyla głowę, przyglądając mu się tymi dużymi oczami. "Cześć, czy my się znamy?" – zapytała. Wiem, o co wam chodzi pomyślał. Ale nie dam się. Przeskoczył na inny pas wprost w ramiona Dean Kruger z Troi. "Dlaczego pan tak się spieszy?" Boże, czego oni ode mnie chcą? Czuł, że niechciane podniecenie nadchodzi wielką, przyprawiającą o ból pachwin i głowy falą. Przeskoczył na następnym skrzyżowaniu.
"Przepraszam, jestem przyjezdna i nie mogę znaleźć drogi na Wawel." Zaczepiła go Cameron Diaz z Maski. Były różne wersje wizerunku Cameron. "Przykro mi" – wymusił. "Spieszę się." Nim dotarł do Hydro Eco and Memory Company Building spotkał Julię Roberts z Linii życia. Dziwne, że trafił na akurat najbardziej lubiany przez siebie wizerunek Julii. Kim Basinger z Dziewięciu i pół tygodnia, Barbarę Brylską z Faraona, Geraldine Chaplin z Zawieszeni na drzewie, Halle Berry z Girls Six, Kirsten Dunst ze Spider-Mana, Salmę Hayek z Fridy. Najgorsze jednak czekało go przed samym wejściem do budynku. Po zwykłych schodach wiodących od drzwi wejściowych zbiegała dziewczyna. Nagle potknęła się i nim cieć się zorientował, wylądowała mu w ramionach. Zapach perfum, cudowny uśmiech i długie, ciemne włosy na jego twarzy.
"Och, jak mi przykro" – zaśmiała się Jennifer Love Hewitt z Wielkiego podrywu. "Naprawdę nic się nie stało" – zaczął mówić wbrew swojej woli. Przez chwilę nie wypuszczał jej z ramion, a ona wcale nie chciała się uwolnić. "Muszę to panu jakoś zrekompensować. Czy pozwoli pan zaprosić się na kawę?" Jennifer Love rozpoczęła podryw. "Jezu" – krzyknął. "Dajcież mi wszystkie spokój." I uciekł w stronę wejścia. Dopadł zbawczych drzwi budynku roztrzęsiony i spocony od gorąca buchającego do głowy. "Dzień dobry" – rzucił w drodze do szatni Jackowi Wu, Chińczykowi z pochodzenia, który go zmieniał. Dwanaście godzin męki pomyślał, przebierając się.
Z wiadomych względów nie mógł zrobić tego, co zwykle. Jedyną alternatywą było to, żeby Baxter Son przestał działać. Ale Baxter Son skuteczny będzie aż do rana. Jakoś muszę dać sobie radę. Wyszedł z szatni do holu i nadział się na ostateczny nokaut. "Przepraszam, czy pan jest tutaj strażnikiem?" – zapytała kobieta w ciemnych okularach. "Tak, proszę pani." Teraz praktycznie będąc już w pracy za wszelką cenę musiał być opanowanym. "Szukam firmy Immediate Company." Zdjęła okulary. Cieć spojrzał w oczy Audrey Hepburn ze Śniadania u Tiffaniego. "Poddaję się" – szepnął.
"Słucham?" "Firma Immediate Company znajduje się w sąsiednim budynku, proszę pani." – wyrecytował, starając się już nie patrzeć na nią. "Szybciej, kolego." Uratował go machający z portierni Jack Wu. "Spieszy mi się jak cholera." "Przepraszam." Cieć ukłonił się Audrey Hepburn, uciekł do portierni i zabarykadował się, zatrzaskując drzwi. Rozdział siódmy. Przez pewien czas po wyjściu Wu Cieć starał się skoncentrować na własnych myślach. Chciał raz jeszcze na spokojnie przeanalizować informacje, które w tak dziwny sposób dotarły do niego w ciągu ostatniej doby. Nie potrafił jednak. Wciąż czuł się zupełnie rozbity i absurdalnie samcze podniecony. W godzinę później na terenie obiektu pozostało tylko kilku pracowników ZTNKMSZ i Cieć uznał, że czas wyruszyć na pierwszy obchód. Jak zwykle przejechał wszystkie korytarze na pierwszych trzydziestu piętrach HydroEco, docierając do kraty zamykającej wejście na dalsze kondygnacje należące do Memory Company.
„Hej! Jest tam kto?” zawołał, nie spodziewając się odpowiedzi. Odpowiedzi nie było. Wrócił więc windą, ale ledwie wszedł do portierni, rozległ się dzwonek interkomu wewnętrznego. „Słucham?” „Czy mógłby pan pozwolić do nas na górę?” Cieć rozpoznał jednego z nijakich pracowników ZTNKMSZ. „Czy coś się stało?” „Mamy pewien problem do omówienia.” Nijaki wyłączył się, nie udzielając dalszych wyjaśnień. W normalnej sytuacji Cieć zakląłby pod jego adresem, ale teraz, kiedy napięcie seksualne nie opuszczało go od ponad godziny, wezwanie to uznał za zbawienne. Z powrotem wsiadł więc do windy i pomknął na szóste piętro. Dotarł pod drzwi ZTNKMSZ, ale nim zdążył zapukać, otworzyły mu się one przed nosem. „Zapraszam” powiedział jeden z nijakich.
Cieciowi przemknęło przez myśl, że ci faceci nie używają żadnych znanych mu zestawów PwC. Raczej byli baxtersonowcami, co było dosyć dziwne, biorąc pod uwagę marki stradolotów, którymi przylatywali do pracy. Cieć wszedł i zobaczył długi stół pokryty purpurowym suknem. Za stołem siedziało kilkunastu nijakich i ktoś jak najbardziej jakiś. Grubas niemieszczący się nawet w wielkim białym fotelu. Takiego człowieka Cieć nigdy nie widział, bo we współczesnym świecie było to po prostu niemożliwe. Niezależnie od tego, jakie były gusta i guściki, ludzie woleli być szczupli, a jeśli nie szczupli, to na pewno nie grubi. Było to cywilizacyjno-historyczne uwarunkowanie homo sapiens doby lotów kosmicznych i komputerów, które sięgało korzeniami połowy XX wieku. Ludzie chcieli być szczupli i mieć wysportowaną sylwetkę, a do czasu wynalezienia PwC było to dla wielu nieziszczalnym marzeniem. Nawet Baxterson nie eliminował genetycznie uwarunkowanej otyłości.
Ale żeby teraz, kiedy istniały zestawy PwC, ktoś z własnej woli chciał pokazywać się światu w formie słonia morskiego? „Nie chodzi o to, że chcę, drogi przyjacielu” odezwał się nagle grubas. „To kwestia wizerunku.” Roześmiał się. „Dokładnie jak w zestawach PwC.” „Jesteś...” Cieć poczuł suchość w gardle, gdy zrozumiał. „Tak, jestem Augustyn, biskup Hippony. Ten, którego nazywacie świętym.” „A kim ja jestem?” „Przecież to już wiesz, profesorze Rudzki.” „Gdzie jestem? Co to za świat?” Augustyn roześmiał się. „Profesorze, zaprawdę powiadam ci, że to bardzo szczególne miejsce.” „Niczego nie pamiętam.” Przyłożył dłoń do czoła. „Pamięć to część składowa duszy, profesorze. Czyż w takim razie, skoro straciłeś pamięć, a więc w tym sensie utraciłeś część składową duszy, nadal jesteś człowiekiem?” „Co chcesz przez to powiedzieć?” „Zaraz pamięć wróci, profesorze.” Augustyn dał znak jednemu z nijakich.
Ten pochylił się nad komputerem i w tej chwili Cieć, który przypomniał sobie, że jest profesorem Ruckim, przypomniał sobie całą resztę. „Zginąłem w wypadku stradolotowym. Pamiętam te wielkie dziury we wszystkich czterech pasmach autostrady. Unosiłem się nad nimi, a potem...” „Potem obudziłeś się w swojej mieszkalni na osiedlu Prokocim” dokończył Augustyn. „Tyle że to już był całkiem inny świat.” „Jestem w CWM?” „Jesteś w czyśćcu” poprawił święty Augustyn. „Stworzonym przez ludzi” dokończył profesor Rudzki. „Dla waszego dobra.” „Naszego?” „Dla wielu takich jak ty, profesorze. Ludzi, którzy nie wierzyli, że tylko łaska Boga decyduje o naszym zbawieniu.” „Nie rozumiem.” „Właśnie. Nie rozumiesz. Oto pierwsza mądra myśl zaświtała w twoim uwolnionym umyśle.” Augustyn sięgnął po leżącą przed nim książkę.
"Psalmy Zacofania, czyli najnowsza historia Kościoła" – przeczytał. – Autor: Artur Rudzki. Otworzył zaznaczony fragment. – Encyklika "Sigillum Dei" – czytał dalej – to najbardziej zacofany dokument Kościoła katolickiego, jaki Stolica Apostolska wydała na przestrzeni ostatnich 400 lat. Ostatecznie odchodzi w niej od ducha ekumenizmu, powracając do augustiańskiego przekonania, że o zbawieniu człowieka decyduje nie tyle jego wolna wola, ile łaska Boża. Oczywiście chodzi autorom encykliki tylko i wyłącznie o Boga chrześcijan, a nawet zawężają krąg godnych zbawienia do samych katolików. Święty Augustyn zatrzasnął książkę. A zatem, profesorze, rozpatrzmy ów teologiczny problem. Czy zbawienie zależy od woli człowieka, czy od łaski? Tacy jak ty, uważający się za chrześcijan oświeconych, rozmypli sens wiary.
Niczym w gruncie rzeczy nie różnicie się od agnostyków, którymi w końcu się stajecie. Jesteście niczym Pelagiusz i jego heretyccy uczniowie. Negujecie łaskę Bożą i mniemacie, że zbawienie wasze zależne jest od waszej woli. Mniemasz, iż wystarczy nie czynić zła, aby zostać zbawionym? Że Bóg usprawiedliwi herezję w zamian za dobro, które czynisz? Konsorcjum postanowiło stać się Bogiem – stwierdził profesor Rudzki. – Przypuszczałem, że do tego dojdzie. Konsorcjum postanowiło stać się nauczycielem doskonałym – wybuchnął święty. – Tym, który uczy poprzez doświadczenie. Pragnie, abyś zrozumiał, co oznacza, iż człowiek zraniony przez grzech pierworodny niezdolny jest do samoistnego czynienia dobra.
Jego wolna wola może poddać się jedynie złu, gdyż jest zbyt słaba. Konieczna jest pomoc w formie łaski, aby czynić dobro. Pomoc Boga – wtrącił Rudzki. – Nie konsorcjum. Ksiądz jest przedstawicielem Boga na ziemi, a konsorcjum tworzą księża. Cóż to za szaleniec dający w łeb? – szepnął profesor. O nie! Tylko CWM daje możliwość pouczenia grzeszników, nim udadzą się na Sąd Ostateczny. Musicie zrozumieć, że Bóg dał wolność w formie dowolnej możliwości wyboru pomiędzy dobrem a złem.
Tymczasem wolność to albo wybór zła, albo proszenie Boga o pomoc, o łaskę. Ale Bóg nie wszystkim odpowiada – wtrącił Rudzki. – Czy to chcesz powiedzieć? Czasem z sobie tylko nieskończenie mądrych powodów odmawia łaski. I choćbyś prosił go i błagał, nie będzie ci dane czynić dobro i żyć w dobru, i rozumieć go. Cóż więc powiedzieć o wyznawcach innych religii i agnostykach? – zapytał Rudzki. Nawet u najwartościowszych z nich z trudem można by znaleźć postępek godny pochwały. Wątpię, czy w istocie jesteś świętym Augustynem – stwierdził Rudzki. – Raczej kolejnym programem konsorcjum.
Cytujesz jedynie dzieła świętego księże prezesie. Jeden z nijakich zakaszlał nerwowo. Ale nawet gdybyś był Augustynem – kontynuował Rudzki – nie ma w tobie chrześcijańskiej mądrości 18 wieków, jakie nas dzielą. Powtarzasz swoje maksymy z pychą, sądząc, że wszyscy powinniśmy się na nich wzorować, jak przez wieki czyniło to wielu. Dla ciebie łaska, co ze smutkiem, ale i bez zdziwienia konkluduję, sprowadza się do sakramentów, do Kościoła. Tymczasem żaden dobry czyn nie byłby możliwy bez łaski, a tym samym nawet ci, którzy nie wierzą, czyniąc dobro, posiadają łaskę. I w tym dopiero sensie miłosierdzia i mądrości Bożych jest ona najistotniejsza. Nastała chwila ciszy. Jesteś inteligentnym człowiekiem, profesorze – stwierdził w końcu wizerunek świętego Augustyna. – Dlatego spotyka cię kara sroższa od innych.
Bo kimże teraz jesteś? Cieciem bez dzieci, zmartwą żoną w hospicjum, niemogącym odnieść sukcesu, pozbawionym przyjaciół przez własną zawiść i zgorzknienie, faszerującym się proszkami na młodość, marzącym o zestawie do wirtualnego seksu i żyjąc w świecie najpiękniejszych ludzi, zmuszonym do masturbowania się po klozetach wielkiego trzydziestopiętrowca. Jedynym twoim ratunkiem jest błagać o łaskę. Codziennie błagam. Ale teraz będziesz czynił to świadomie. Doszliśmy do wniosku, że tylko znając prawdę w pełni ocenisz swoje położenie. Kiedyś odejdę do światła. To może długo potrwać. Smutno pokiwał głową Augustyn, a skrót ZTNKMSZ za jego plecami zmienił się na pełny napis: Twoje życie wieczne niekoniecznie musi się zdarzyć. Tak, profesorze.
Tutaj nie pomogą ci ani prawo Unii, ani ONZ, ani nawet heretyccy dominikanie i franciszkanie, których dni są policzone, gdyż wkrótce papież ogłosi ich kasatę. Ale będziesz mógł widywać się z żoną. Niestety porzuć wszelką nadzieję na ratunek. Każda wasza rozmowa będzie kontrolowana, a poza tym mam wrażenie, że ona jest po naszej stronie. Augustyn przeżegnał go znakiem krzyża. Możesz odejść cieciu i niech Bóg zlituje się nad tobą. Jeden z niejakich otworzył drzwi. Profesor Rudzki znalazł się na ruchomym chodniku. „To nieczyściec” powiedział do siebie, a echo pustego korytarza powtórzyło jego słowa. „To piekło.” Rozdział ósmy.
Ksiądz prezes konsorcjum Multimedia Maryja zdjął z głowy słuchawki z goglami. Wstał z fotela, przeciągnął się i zrobił kilka kroków po sali. „Duszno” stwierdził, poluźniając koloratkę. Nic dziwnego. Od ponad setki pracujących bez przerwy komputerów buchało gorąco, z którym nie mogła poradzić sobie nawet nowoczesna klimatyzacja wrót Świętego Piotra. Ksiądz prezes wziął więc swojego podręcznego laptopa pod pachę i pomaszerował wzdłuż szpaleru zajętych pracą księży programistów prosto do swojego przytulnego i dobrze przewietrzonego biura. Po drodze spotkał księdza redaktora Johna Pietruszkę i wydał mu kilka dyspozycji dotyczących dzisiejszej debaty holowizyjnej na temat wartości narodowych w życiu katolika, w której miał zamiar wziąć osobisty udział. Kiedy dotarł do biura, z ulgą rozsiadł się na wygodnej sofie. „Barek” powiedział. „Poproszę o kieliszek wina Monsignore”.
„Tak jest. Służę. Oto kieliszek wina, Monsignore”. Ksiądz prezes wziął kieliszek dobrze schłodzonego wina i przez chwilę delektował się jego bukietem. To był naprawdę dobry stary rocznik 2050. Ale ksiądz prezes w swojej piwniczce miał roczniki pamiętające samego księdza prałata Jankowskiego, człowieka bardzo zasłużonego dla idei konsorcjum i współtwórcę tego wyśmienitego trunku. Rozdzwonił się wewnętrzny interkom. „Słucham?” „Pani Pat Rudzka pragnie widzieć się z księdzem prezesem” zameldował jeden z redemptorystów konsorcjonistów pełniący dyżur przy furcie WŚP. „Niech wejdzie”. Po kilku minutach w biurze ukazała się Pat.
„Witam bardzo serdecznie, droga pani profesorowo.” Ksiądz prezes podał jej dłoń z dużym sygnetem do ucałowania. „Proszę spocząć” wskazał wygodny fotel dla petentów. „Może kieliszeczek wina?” „Nie, dziękuję”. „Jestem pani naprawdę bardzo zobowiązany za tak cenne dla konsorcjum informacje.” Ksiądz prezes zajął miejsce za biurkiem. „Wiedzieliśmy wprawdzie, że ONZ i ABP szukają na nas haków, ale nie przypuszczałem, że posuną się do tego, żeby wykorzystywać słabą i zrozpaczoną po śmierci męża kobietę. O tempora, o mores! To karygodne zachowanie najdobitniej świadczy o bezduszności i pysze globalnego systemu, w jakim przyszło nam żyć.” „Święte słowa księdza prezesa” zaszlochała Pat, wyciągając z torebki chusteczkę. „Bóg zapłać. Ale niechże już pani nie płacze.” Ksiądz prezes wstał i nalał do nowego kieliszka odrobinę wina Monsignore. „Proszę się jednak napić, to pani pomoże.” Pat upiła dwa łyki i odstawiła kieliszek.
„Już mi lepiej.” „To wino krzepi” pokiwał głową ksiądz prezes. „Pani, zdaje się, wspominała o jakiejś pluskwie.” „Oto ona.” Pat wyciągnęła z torebki nylonowy woreczek, w którym widniał chip zminiaturyzowany do tego stopnia, że ledwie widoczny gołym okiem. „No, no.” Ksiądz profesor oglądał go z zainteresowaniem. „To jakieś novum. Dam to zaraz do analizy naszym specjalistom. Przynajmniej przez pewien czas będziemy krok do przodu przed ABP.” „Tak jak mówiłam księdzu profesorowi przez wideofon Zambrowski z tym dominikaninem kazali mi podrzucić to w WŚP, kiedy będę z wizytą u męża.” „Amicus certus in re incerta cernitur. Konsorcjum nigdy nie zapomni pani lojalności.” „Czy mogłabym zobaczyć się z mężem?” „Oczywiście, nawet natychmiast.” Ksiądz prezes podszedł do drzwi. „Zapraszam do sal kontaktu.” Pat otworzyła furtkę wiodącą do tonącego w piwoniach, różach i chryzantemach ogrodu. Białe kamyczki, którymi wysadzana była ścieżka, chrzęściły pod jej stopami. Powietrze było ciepłe i przyjemnie pachnące wszechobecnymi kwiatami.
Zobaczyła w głębi białą altanę, a pod nią siedzącego na kamiennej ławeczce mężczyznę. „Arti!” Podbiegła do niego. Miał bladą, zmęczoną twarz i smutne oczy. „Cześć kochanie.” Zrobił gest, chcąc przytulić ją do siebie, ale Pat odpowiedziała szybko: „Nie możemy. Regulamin.” „Oczywiście. Regulamin.” Usiadł z powrotem. „Przepraszam, że tak długo mnie nie było, ale... ” zaczęła Pat. „Tutaj czas biegnie inaczej.” Przerwał jej. Nie przejmuj się.
Jak to jest, gdy się umiera? Cóż, dzięki CWM jest to doświadczenie niewiele różniące się od przebudzenia po niezłej libacji, której końcówki człowiek nie potrafi sobie jasno odtworzyć. Humor cię nie opuszcza. To zdaje się jedyne, co mi zostało. Nagle piwonie, chryzantemy i różane krzewy zafalowały, a następnie nałożyły na siebie, tworząc impresjonistyczny patchwork. Mur okalający ogród stał się rumowiskiem kamieni, za którym widniała czarna czeluść. Słuchaj mnie teraz, Arti. Szybko zaczęła szeptać Pat. Musisz przekazać wszystko, co cię tutaj spotyka ONZ. O nic nie pytaj, tylko słuchaj.
Kontaktem zajmuje się Agencja Bezpieczeństwa Publicznego i Centrum Dominikańskie. Zorganizowali wszystko. Kontaktem jest MC. Rozumiesz? MC. Hasło to twój zawód. Obraz ogrodu powrócił do normy. Pat wiedziała, że tych kilka sekund danych jej przez urządzenie zakłócające działanie CWM, a sterowane przez informatyków ABP musi wystarczyć. To dobrze, że jesteś w dobrym humorze. Ksiądz prezes mówi, że dobre samopoczucie zmarłych przedłuża ich obecność w CWM nim, wiesz.
Odejdą? Nie dał niczego poznać po sobie. Właśnie. Odejdą. A co w domu? Zapytał. Bruno dobrze się czuje? Przez kilka dni wciąż czekał pod drzwiami. Teraz jest spokojniejszy, ale muszę dawać mu podwójną porcję leków. A ty radzisz sobie?
Z trudem, Arti. Z trudem. Tak mi przykro. Ten wypadek. To nie była twoja wina. Wybuchł transportowiec z paliwem. Zerwało wszystkie cztery wcęgi autostrady. Zginęło kilkanaście osób. Nie spotkałeś ich tam? Nie wiem.
Uśmiechnął się. Nie zgadaliśmy się. Pewnie też nie za bardzo wiedzą, co się stało. Będzie chciał odwiedzić cię rektor Słowik. To by była miła odmiana. I Łukasz. Poczciwy optymista. Chwilowo przestał być optymistą. Zawsze miał nosa. Ugryzł się w język.
Trzydzieści minut ułożył się napis z piwonii. Lepiej już idź – powiedział Rudzki. Z mojej akademickiej pensji nie odłożyłem znów tak wiele. Pat zawahała się. Czy nie widziałeś Jasia? Nie. Musiał skłamać. Mam wrażenie, że dawno już odszedł do światła. Pa, kochanie. Pat podniosła się z kamiennej ławki.
I pamiętaj o wszystkim – powiedziała z naciskiem. Będę pamiętał. Patrzył, jak Pat oddala się pośród kwiatów, a potem otwiera furtkę w kamiennym murze. Ogród zaczął znikać. Z przestrzeni poza nim wyłoniły się ściany portierni. Jeszcze na wpół przytomnym wzrokiem rozejrzał się dokoła. Spojrzał na ścienny zegar kwarcowy z fosforyzującymi czerwienią wskazówkami. Wpół do piątej rano. Wstał i wyszedł na zewnątrz budynku. Wokół panował niebieskawy półmrok, ale wszystkie ulice i chodniki były widoczne.
Tak działała kopuła nocą. Tylko poprzez jej ogromne szyby dostrzec można było ciemnogranatowe niebo na zewnątrz, a na nim pomiędzy chmurami księżyc i gwiazdy. Tutaj pod kopułą było ciepło, teraz około 18 stopni, ale na zewnątrz właśnie kończył się grudzień. Wypalił dwa papierosy, jednego jeszcze na zewnątrz, drugiego w holu. Muszę spróbować. Zdecydował w końcu. Wskoczył na ruchome schody i pojechał na obchód. To jest logiczne – pomyślał, sprawdzając tytanowe zasłony na drzwiach. Nikt poza mną nie dostrzega kolejnych trzydziestu pięter. Tylko dla mnie ten budynek to sześćdziesięciopiętrowy Hydro Eco and Memory Company Building.
Trzydzieści górnych pięter to wirus wprowadzony przez ABP, przeznaczony tylko i wyłącznie dla mnie. Mój azyl. A jeśli to nieprawda? Jeśli znów się ze mną bawią? Z bijącym sercem podszedł do kraty oddzielającej piętro trzydzieste od trzydziestego pierwszego. Halo, jest tam kto? Echo pustego korytarza. Zaraz. A hasło? Profesor.
Nic. Historyk. Nic. A więc co? Pomyślał. A może cieć? Stalowa krata uniosła się z cichym szumem. Azyl. Wkroczył na trzydzieste pierwsze piętro. Przeszedł kilka kroków i przystanął.
Twój zawód? Ale skąd ABP mogła wiedzieć? Ktoś nadchodził korytarzem. Mnich w habicie. Dominikanin. Chwała Bogu, że pan już jest, profesorze – mówił z daleka. Przystąpmy do rzeczy. Mamy mało czasu. Ale to wcale nie był happy end. Koniec opowiadania Piotra Witolda Lecha „Cieć swojego software’u”.
[04:53:20] - Proszę państwa, była proza w wydaniu autorskim. To teraz czas na warsztaty. Katarzyna Prychacz po raz kolejny wraca do postaci Kościanego Buntownika. Tym razem w tym cyklu, a właściwie małym podcyklu dotyczącym Kościanego Buntownika w Alchemii Tworzenia usłyszycie Państwo o postaciach tła, bo Katarzyna Prychacz w tym cyklu mówi o tym, jak konstruować całość opowiadania, czyli jak budować postać główną, jak budować te przysłowiowe dekoracje, jak wreszcie budować postaci tła. Jeszcze kilka innych porad przed państwem, ale to w kolejnych odcinkach. A teraz zapraszam na kolejny odcinek Alchemii Tworzenia.
[04:54:15] - No hello, słuchaczu. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Serdecznie zapraszam na Alchemia Tworzenia. Witam was serdecznie w 21. odcinku drugiego sezonu Alchemii Tworzenia. Dzisiaj niezmiennie jak w całym drugim sezonie pobawimy się kreatywnością. I cóż tu więcej mówić? Oczywiście, że od paru odcinków rozbudowujemy historię jednego bohatera i to się nie zmieni. Słuchajcie, z odcinka na odcinek coraz bardziej się w temat wkręcam i myślę, że faktycznie ten temat będę spisywać. Jeszcze nie wiem w jakiej formie, ale spokojnie, na razie muszę spisać jeszcze inne rzeczy.
Pomyślałam, że z wami sobie porozbudowuję elementy, które i tak bym sama sobie w zaciszu domowym robiła. Zawsze staram się na bieżąco wszystko wymyślać przy was, ale jak sobie wymyśliłam, co ja dzisiaj będę robić i zaczęłam to wszystko rozkładać, to samo popłynęło. W dzisiejszym odcinku zaprezentuję wam to, co wypłynęło dzisiaj z mojej głowy. Natomiast jak najbardziej znając mnie, pewnie jeszcze to trochę rozwinę mówiąc do was, czy może jakimś cudem ktoś z was zostawiłby gdzieś jakiś komentarz. Może miałby też inne pomysły albo propozycje na zupełnie nowe elementy. Jeżeli chodzi o elementy, które bierzemy na tapet dzisiaj i w następnym odcinku będą to postaci. Oczywiście, że miałam zacząć od tych postaci pierwszo- i drugoplanowych, bo przecież one są najważniejsze. Ale powiem wam szczerze, że o nich w sumie trochę już wiemy z poprzednich odcinków, więc żeby wprowadzić coś zupełnie nowego, więcej kolorów w nasze rozważania i żeby was też to nie nudziło, pomyślałam, że dzisiaj weźmiemy na tapet postaci tła, a za tydzień zajmiemy się tymi ważniejszymi dla fabuły postaciami. Jeżeli chodzi o postaci tła, oczywiście można ich wcale nie robić. To jest temat właściwie indywidualny.
Każdy z nas sobie może indywidualnie do tego podejść. Natomiast ja akurat uwielbiam takie postaci. Ja je nazwałam postaciami tła, bo chodzi o to, że to są postaci, które tak naprawdę są tutaj dla ozdoby. To nie są postaci, które nie wiadomo jak ważne rzeczy wprowadzą do tej fabuły, ale na przykład będą miejscem na taką scenę bardziej statyczną między scenami akcji, może na jakąś scenę humorystyczną. Także pomyślałam sobie, że czemu nie, zróbmy te postaci i już wam mówię, co ja wymyśliłam, jak ja je będę robić. Dla pocieszenia powiem wam szczerze, że chyba dzisiaj nie będę dłubać w archetypach. Co prawda niektórym postaciom wypisałam taki archetyp, ale to bardziej omówię wam ogólnie. Nic już nie będziemy losować dziś, ale pomyślałam sobie, że wylosuję karty z grafikami. Do każdej takiej postaci wylosuję trzy karty, na podstawie których zrobię charakterystykę tej postaci. Podziało się grubo, bo stworzyłam też parę postaci, których w ogóle nie planowałam, a które myślę, że będą przydatne.
Jeżeli chodzi o fabułę, nie będę teraz już wszystkiego przytaczać. Jeżeli ktoś tutaj trafił dzisiaj pierwszy raz, to jednak zachęcam, żeby sobie nadgonił poprzednie odcinki. W dużym skrócie postaci, nad którymi dzisiaj się pochyliłam, są to postaci zamieszkujące osadę, do której trafia nasz główny bohater. Nie wiem, czy coś tu więcej. Jest to osada rebeliantów. Nasz główny bohater jest teoretycznie po stronie złoczyńcy i zostaje w pewnym sensie porwany i trafia do tej osady wraz z mieszkanką tej osady. I on nawet sam nie wie. On dopiero sobie wszystko przypomina, że on właściwie tworzył tą osadę i on był jednym z tych rebeliantów. Natomiast jego pamięć została wymazana, więc on tak naprawdę jest bombardowany co chwilę jakimiś flashbackami z przeszłości. Oczywiście powiem, chociaż dzisiaj nie pochylamy się nad tym bohaterem, aczkolwiek nasz bohater jest lewitującą gadzią czaszką.
Także tego. Ale dzisiaj postaci tła, czyli osadnicy, bo sobie podzieliłam to na trzy grupy. Jeżeli mamy tutaj taką osadę rebeliantów i w pierwszej chwili miałam wizję, że to jest bardzo rozbudowana osada, że to jest dużo ludzi, cała społeczność wręcz. Natomiast teraz tworząc to wszystko, pomyślałam, że może nawet byłoby ciekawiej, gdyby to była Mała grupa ludzi, która tworzy sobie bardziej takie obozowisko, a nie osadę. Bo nie każdy musi dołączyć do rebelii. Tak sobie nad tym dzisiaj siedziałam, że ten dwór czy lud pozostałych ludzi mógł zostać na zamku pod rządami nowego władcy, a ci się wyłamali i próbują przywrócić stary porządek ich życia. Nie wiem jeszcze, czy to dobry trop, ale na razie jak sobie to wizualizuję, to nawet będzie fajne, jak w tej osadzie będzie raczej cisza, spokój i mało osób. Podzieliłam to na trzy grupy. Nazwałam ich osadnikami, natomiast tutaj bardziej chodzi o postacie, które będą przez większość czasu w obozie. Dalej mamy grupę wojowników.
Jeżeli będą jakieś akcje czy sytuacje, najazd wroga, odbicie kogoś, czegoś i tak dalej, to są to po prostu osoby, które walczą i które bardzo często są gdzieś poza tą osadą. Trenują czy wyruszają na różne przygody. I trzecia grupa to są zwiadowcy. Miał być jeden zwiadowca, który wprowadzi trochę zamętu w fabułę, w przygodę naszego bohatera. I paradoksalnie okazało się, że wypadło mi dzisiaj z głowy dwóch zwiadowców, a właściwie taki duet. Też na tyle ciekawy, może i by zasługiwał na swoją historię czy jakieś swoje przygody, ale to już wy ocenicie. Karty, po które dzisiaj sięgnęłam, to są karty z gry „Klub Detektywów”. To jest coś tego typu jak „Dixit”. Tego typu grafiki. Czyli mamy ładne ilustracje na kartach, więc po części wam poopowiadam, jak te karty wyglądały, co mnie z tych kart zainspirowało do stworzenia psychologii tego bohatera czy jakichś wyznaczników.
Postaram się to wszystko zrobić czy poukładać, powrzucać na fanpage'a Alchemii zdjęcia. Zobaczę jeszcze, jak to wszystko podzielić, bo nie będę chyba robiła jedna postać, tylko zobaczymy. Ale będę chciała, żebyście mogli zobaczyć te karty. Pewnie wy na podstawie tych trzech kart wpadlibyście na zupełnie inne rzeczy. Natomiast chcę wam pokazać, że to jest całkiem fajne narzędzie, że może jak czasami utkniecie albo potrzebujecie jakiejś postaci, a nie musi być ona konkretna, że ona tutaj ma nie wiadomo co wprowadzać, to taką postać tła można sobie wylosować i wymyślić na podstawie ilustracji. Dobra, to lecimy. Zaczynamy od osadników. Mam nadzieję, że wszystkie trzy grupy dzisiaj zrobię. Także się będę streszczać. I co my tu mamy?
Myślałam ostatnio o takiej postaci funkcji w tej osadzie medyka. I oczywiście losując karty wpadłam na pomysł uzdrowicielki. Także mamy tutaj kobietę. Wylosowała mi się karta dziewczyny, która trzyma linę czy coś takiego i się na niej buja. Ubrana jest w tiulową spódniczkę i przede wszystkim ma zasłonięte oczy. I tutaj wpadłam na pomysł, że ta uzdrowicielka mogłaby być niewidoma. To by było całkiem fajną cechą, która nie ułatwiałaby tej postaci bardzo życia. Aczkolwiek mogłaby wprowadzić fajnych paralogicznych wyjaśnień. Jeżeli będzie to nie tylko zwykły zielarz czy znachor, tylko mogłaby w pewien sposób dotykiem uzdrawiać. Ale, bo to też jest ważne i to zaznaczę, nie chcę mieć w tej osadzie magii jako takiej.
Bardziej skupiam się na rzeczach, które mogą z pozoru wyglądać jak magia, ale będą działaniem bezpośrednim, czyli uzdrawianiem dotykiem. Mogłoby to być na zasadzie fizjoterapii czy masażu samego w sobie, jeżeli chodzi o poruszenie układu limfatycznego czy krążenia i tak dalej. Także to jest to. I druga sprawa, pomyślałam jeszcze o tym, jeżeli chodzi o jej większą psychologię, bo wylosowała mi się karta. To wygląda, jakby były wielkie pomniki termometrów i na jednym głównym jest zawinięty szal. Przed tym stoi mała postać, która patrzy na to wszystko. Pomyślałam, że ona będzie taką osobą, można by się spodziewać, że uzdrowiciel, czyli opiekuńczy ktoś. Pomyślałam o osobie delikatnej, bardzo wrażliwej. Patrząc jeszcze na tą pierwszą ilustrację, to takiej w pewien sposób eterycznej, że mogłaby nosić luźne, zwiewne białe szaty. Prawdę mówiąc, nie myślałam nad samym wyglądem, tylko bardziej nad tym, co tam jest w środku, że to ma na pewno być krucha, delikatna postać.
I tutaj mam jeszcze coś takiego, że zawsze znajdzie źródło każdej choroby i każdego problemu. Mimo że jest niewidoma, czyli ma zabrany jeden zmysł, ale przez to ma wyczulone inne zmysły. I ma ten zmysł, w cudzysłów, „patrzenia między wierszami”, bardziej czucia. Czucia nie tyle rękami, co empatią. Może właśnie to jest to słowo, że bardzo jest u niej rozwinięta empatia. Dlatego też jest świetna w swoim fachu. I jeszcze trzecia karta mi się wylosowała. Ja popatrzyłam, poczułam. Dobierałam te karty jakoś tak Nie wiem. Coś mnie prowadziło, jakaś intuicja czy coś.
Wylosowała mi się z kolei sowa, która robi na drutach i taki wąż z tej robótki powstaje. Ta sowa sobie siedzi w fotelu. Pomyślałam, że takim hobby mogłoby być dla naszej bohaterki szydełkowanie. Ona nawet nie musi do końca widzieć, co robi. Bardziej, żeby to było funkcjonalne. Żeby nawet jak będzie chłodniej, to dać komuś jakiś kocyk, jakiś szal. Po prostu taka uzdrowicielka jak nic. Tutaj mam takie trzy karty. Też myślałam nad imionami, bo jeżeli słuchaliście niektórych poprzednich odcinków, to albo te imiona są totalnie przypadkowe, albo muszę kombinować. W sumie to imię mi wpadło samo.
Liz. Trzyliterowe, krótkie imię dla tej bohaterki. Okej, dalej. Patrzę, kogo tu mam w kolejności, jak już mam te karty wyłożone. Dalej z osadników, czyli osoba, która jest w obozie. To jest inżynier. Pomyślałam o takiej postaci. Będą potrzebowali pułapek, broni, wynalazków czy może po prostu usprawnień w ich osadzie czy w obozie. Przecież jak nic, potrzebujemy jakiegoś wynalazcy czy inżyniera. Tutaj wybrałam kartę mężczyzny, który siedzi na wielkim kole zębatym.
To się tak nazywa? Koło zębate? To chyba miało inną mądrą nazwę, ale chyba wiecie, o co chodzi. Mężczyzna z fajeczką w cylindrze. Broda. W tle widzę jakieś nuty, sterowiec. Ogólnie trochę klimat steampunkowy. Fabryka, kominy, produkcja. Natomiast pomyślałam, że ten człowiek oprócz tego, że projektowałby swoje wynalazki, miałby też taką łatwość, jeżeli gdzieś na którejś wyprawie zdobędą na przykład cudzą technologię, to poprzez badanie, rozkręcanie jej na czynniki pierwsze będzie w stanie ją odtworzyć, jak i nawet ulepszyć taką totalnie obcą technologię. Po drodze wylosowała mi się karta człowieka, który jest pod wodą.
Chodzi o to, że są wielkie klepsydry i jest sobie człowiek w piżamce, przytula poduszkę i siedzi na tej klepsydrze. Ma taką czapeczkę. Szlafmyca to się nazywa? Taka czapeczka do spania. Nie pamiętam, w której epoce się jej używało i w którym regionie. Możliwe, że nie w Polsce, chociaż kto nas tam wie. Natomiast co jest też istotne, ten człowiek siedzi zaspany, wtulony w poduszkę, ale też unosi palec w górę. Ja ten gest zobaczyłam w pierwszej chwili jak takie: „Czekaj, daj mi chwilę”. I wpadłam na pomysł, że ten nasz bohater, mimo że byłby tym genialnym wynalazcą i tworzy, i przerabia, i w ogóle wow, ale cierpiałby na narkolepsję. Narkolepsja to jest taki rodzaj choroby czy przypadłości, że po prostu nagle się zasypia.
Tak ni z gruchy ni z pietruchy. W dużym skrócie, bo oczywiście myślę, że to jest jeszcze bardziej rozbudowane. Natomiast ta przypadłość naszego bohatera będzie polegała na tym, że po prostu nagle go będzie odłączało, będzie musiał odespać swoje i potem się budzi, i wraca na tory, i działa. Z tego też tytułu raczej trzyma się obozu, a nie że pójdzie na front i gdzieś tam zaśnie w trakcie bitki. Trzecia karta, która mi się wylosowała, to jest rodzaj takiego stracha na wróble. Chodzi o kij wbity w ziemię, ubrany w jakiś płaszcz i na głowie ma zawieszone wiadro. Nie wiem, skąd ja to wiem, ale wiem, że jest rodzaj takiej pułapki. Jak ktoś ma krety w ogrodzie, że można wbić w ziemię kij i na ten kij położyć wiadro czy jakąś butelkę plastikową. I chodzi o to, że jak ten kret uderza w ten kij, to ten dźwięk go przestrasza, bo są drgania i tak dalej. To wiadro na kiju z tej karty skojarzyło mi się z pułapkami.
Pomyślałam, że oprócz tego, że jest wynalazcą, byłby obozowym specjalistą od budowania, ale i od rozbrajania wszelkich pułapek i różnych innych rzeczy. Tutaj myślałam nad imieniem. Nie ukrywam, że ten cylinder, ta broda i taki surdut czy palto, czy jak nazwać to, w czym on jest. Pomyślałam o imieniu Jacob. Natomiast później zaczęłam się zastanawiać, że może to lepiej by brzmiało, jakby było czytane „Jakob”. Tak inaczej. „Jakob”. Myślę, że to byłoby to. Odkładamy naszego inżyniera i dalej mamy strażnika skarbu. Skarbca właściwie.
Też wspominałam w poprzednim odcinku. Nie, w poprzednim mieliśmy lokację. To chyba mówiłam w poprzednim, że oni będą mieli w swoim obozowisku skarbiec, w którym będą gromadzili różne precjoza, łupy z wypraw i wszystkie złoto, inne kosztowności. Pomyślałam, że jednak dobrze by było, jeżeli nasz lider i wojownicy wyruszają z tej osady gdzieś, to żeby jednak ktoś pilnował tej osady, a zwłaszcza tych najcenniejszych rzeczy, które mają. Wylosowała mi się karta do naszego strażnika. To jest ptaszek w monoklu z cylindrem i siedzi sobie na gałęzi, a na pozostałych gałęziach wiszą złote medale. I tak pomyślałam, że właśnie tu widzę ma zatkniętą jakąś kartkę pod skrzydło, jakiś ważny dokument chyba. Może to nawet nie są medale, tylko pieczęcie złote. Więc pomyślałam, że ta postać byłaby bogaczem, ale chodzi mi tutaj o to, że mentalnie bardziej. Czyli nie chodzi o to, że on będzie zagarniał to złoto, bo to złoto jest ich i on to rozumie, ale ma bardziej takie myślenie właśnie typowo przedsiębiorcze.
Więc oczywiście, że będzie też świetnym handlarzem. Będzie pomnażał wręcz ten ich cały kapitał, ich dobytek. Czy na przykład sprzedawał coś i zdobywał dzięki temu więcej złota, klejnotów i tak dalej. Ogólnie handlarz, po prostu człowiek od zarabiania hajsu. Tutaj jeszcze jedna karta mi się wylosowała. To jest kubek, taki jak na herbatę. Natomiast on jest przekrojony na pół, ten sam kubek. Natomiast zawartość tego kubka dalej jest, tak jakby zamarzła. Jest tam jakaś woda, pływa jakiś wieloryb, jakaś łódeczka. Ale pomyślałam sobie, że on będzie miał takie podejście, że coś nie musi być pełne, żeby móc z tego nalać.
Czyli ten kubek, mimo że sam kubek jest, można powiedzieć, dziurawy, ale on jest wypełniony po brzegi. I chodzi tutaj o to pomnażanie kapitału. Czyli dajcie mu do połowy pełny kubek, to on go dopełni i jeszcze gdzieś może załatwi drugi kubek z zawartością. Tak mnie to zainspirowało. I trzecia karta, którą wybrałam tutaj, to mamy taką lampę a la oliwną chyba albo naftowa to była. Ogólnie ładne szkiełko otwarte na górze i się zwykle to pokrętłem regulowało. Chyba tak, bo to jest taka puszka jak na olej czy na coś. Natomiast tutaj na tej grafice jest coś wlane czy coś tam się unosi, jakiś taki pyłek niebieski. Włożona jest w to rurka i parasoleczka. To trochę jak taki drink podany w niecodziennym naczyniu.
Więc też pomyślałam, że ten nasz strażnik uwielbiałby jakieś wymyślne trunki, różne jakieś mieszanki. Ale nie chodzi mi tutaj o kogoś wiecznie nietrzeźwego, tylko bardziej takiego kogoś, kto docenia różne takie rzeczy niecodzienne, luksusowe. Może to jest człowiek, który lubi luksus. Jeżeli chodzi o imię, które dla niego wybrałam, to pojawiło się w mojej głowie imię Stanley. Także tutaj jest nasz strażnik skarbca. Dalej mam rzemieślniczkę. Bardziej tutaj myślałam o osobie, bo w każdej społeczności są też osoby takie trochę trzymające się na uboczu, mniej towarzyskie, więc ta osoba byłaby właśnie taka trochę melancholijna, może taki typ myśliciela. Chociaż myśliciela będziemy tu mieli jeszcze jednego. Natomiast tutaj chodzi bardziej o taką osobę, która robi swoje. Niekoniecznie musi się socjalizować z innymi, aczkolwiek też jej się zdarza.
I tutaj nasza rzemieślniczka to właściwie karta, która, jak tu powiedzieć, mamy długowłosą kobietę, wręcz ogromną kobietę, która stoi pod wodą. Część jej twarzy wystaje znad tej wody, ale co jest istotne, trzyma w dłoniach okręt i trzyma to w taki bardzo opiekuńczy sposób. Nie jak potwór, który porywa ten okręt i go chce zatopić, tylko jakby ten okręt może już zatonął, a może ona go wyjęła z dna i z taką troską, czułością wręcz otacza go rękami. I tutaj też ciekawy motyw w sumie, że ma też kosmyki włosów zawieszone na chmurach czy na księżycu. To bardzo fajna, eteryczna, można też powiedzieć, ilustracja. Natomiast tutaj pomyślałam o takiej osobie, która patrzy z taką czułością na ten okręt, więc pomyślałam o takiej osobie wycofanej, milczącej, natomiast osadzonej bardzo mocno w archetypie opiekuna i w archetypie kochającym, kochającego. To po prostu jest kobieta, która roztacza wszędzie taką miłość, troskę, czułość, taką platoniczną. Bardziej chodzi mi o taką matkę, matkę opiekunkę dla wszystkich. I co tu jeszcze mam w notatkach? Coś takiego trochę jak rodzaj takiej kapłanki połączonej z czarownicą, bo będzie miała taki swój czar.
Tylko tak jak zaznaczałam, nie chcę tutaj wprowadzać elementów kultu czy gdzieś tam takich metafizycznych, jak i magicznych, więc bardziej chodzi o taką jej wewnętrzną energię, którą roztacza. Tutaj mam hasło troska i miłość. To już wam mówiłam. I co dalej? Kolejna karta, która tutaj mi się do niej dobrała, to jest wagonik taki jak w kopalni i ten wagonik jest wypełniony kamieniami, kryształami. Różowe kamienie. W pierwszej chwili zobaczyłam kryształy. Natomiast teraz patrzę, że może to są po prostu kamienie, które są oświetlone w jakiś sposób. Ale pomyślałam właśnie o takich pięknych minerałach, kamieniach idealnych do biżuterii. I właśnie patrząc na tą kartę zrodził mi się pomysł postaci, nazwałam ją rzemieślniczką.
Nie wiem, może wymyślę coś lepszego, ale bardziej chodzi mi tutaj o taką osobę, która oczywiście, że będzie wytwarzała piękne rzeczy, jakąś może biżuterię, może naczynia. Znajduje piękne różne kamienie, więc je na pewno chce w coś przerobić. Ale dodatkowo też chcę, żeby tworzyła broń tutaj dla naszych. Czy może nawet mogłaby pomagać temu inżynierowi w tworzeniu na przykład elementów do jego wynalazków. Po prostu będzie miała takie magiczne dłonie. Fach w rękach, bardzo będzie utalentowana manualnie. I co my tu jeszcze mamy? Tu też dopisałam jeszcze, że spędza dużo czasu nad różnymi zbiornikami wodnymi, ogólnie nad wodą. Że to ją uspokaja, daje jej to natchnienie, może jakąś inspirację. I ostatnia rzecz, która mi się do niej dopasowała.
Tu mamy kobietę w zwiewnej sukience, w kapelusiku. Idzie w kierunku schodów z filiżaneczką. Jest też najpewniej kot albo coś, bo widać tylko łapkę, która trzyma czajniczek parujący, tak jakby aromat tego naparu ją zwabiał. Pomyślałam sobie, że może będzie uwielbiała herbatę, napary różnego rodzaju, jakieś ziołowe. Może z tą uzdrowicielką będą się raz na ileś spotykały i rozmawiały. Mimo że ta bohaterka jest takim outsiderem, to jednak będzie jej się zdarzało czasami na herbatkę gdzieś wpaść i porozmawiać. Z racji tego, że roztacza miłość i troskę, wiadomo, że będzie musiała wchodzić w relacje z różnymi osobami, z mieszkańcami. Imię, które dla niej wybrałam, patrząc na tę kobietę, pomyślałam, że Eleonora. Po prostu Eleonora i tyle. Jak nic.
To są te cztery osoby, które będą na stałe w osadzie. Oczywiście jeżeli mówimy o postaci tła, co oznacza, że może gdzieś w trakcie, kiedy nasz bohater zostanie do tej osady przeniesiony, ta druga główna bohaterka będzie mu opowiadała o tych ludziach. A może ci ludzie będą w jakiś sposób wchodzić w interakcje z naszą bohaterką. Czasami wystarczy jedna wzmianka o tym bohaterze czy jedno zdanie, które padnie, a może już fajnie kreować nam samą atmosferę osady czy sam świat. Tak że warto zadbać o tło. Dobra, patrzę, że mamy dobry czas. To bierzemy wojowników i zwiadowców dam na koniec, bo to jest wyjątkowa grupa. To, że mam kategorię wojownicy, nie oznacza, że oni mają inne zadanie. Zwykle są kimś innym, natomiast wojownikami są wtedy, kiedy trzeba, czy po prostu lubią walczyć i tak dalej. Kogo my tutaj mamy na pierwszy ogień?
Na pierwszy ogień mamy archiwistę. Pomyślałam sobie, że oprócz tego, że mają te różne skarby, to jednak księgi, zapisy historyczne, ich kultura, a problem jest taki, że właściwie ich pierwotny dom, ich zamek został przejęty przez niecnego skrybę, który planuje ich wymazać z historii. Co prawda jeszcze nie wiem, czy oni o tym wiedzą. To jeszcze muszę postanowić. Natomiast faktycznie w ostatniej chwili udało im się zabrać część ich dziedzictwa, właściwie ich kultury. Na pewno musi być ktoś, kto pilnuje tych ksiąg, może spisuje też jakieś nowe kroniki, może jakieś wnioski. Pomyślałam sobie, że to jest fajna postać i od razu może wam powiem, że to nie była pierwsza karta, którą wylosowałam, ale już jak mówię o archiwiście, to powiem wam dlaczego. Wylosowała mi się grafika ze stosem ksiąg i w tych księgach jest wydrążona dziura. Tam jest mała postać, czyli właściwie to jest jaskinia w tych księgach, więc pomyślałam, że jak to jaskinia, to może jakiś ukryty skarb. Tak pomyślałam o tym dziedzictwie kulturowym ich.
U góry też mamy jakieś monety, to jest też rodzaj czegoś cennego. Pomyślałam sobie: czemu nie? Zróbmy archiwum, skoro już mamy skarbiec. Może one będą połączone. Jeszcze nie wiem, ale żeby nie było to nudne, to karta, która mi się pierwsza wylosowała. Nie ukrywam, że najpierw miał być takim typowym rycerzem, wojownikiem, ponieważ wylosowała mi się karta uzbrojonego królika. Królika w zbroi. Trzyma łyżkę, ma nad głową tarczę i broni się przed ostrzałem marchewek. Ktoś strzela marchewkami i on ma minę pewną siebie, zaciętą i on się broni. Od razu pomyślałam o takiej osobie osadzonej bardzo głęboko w archetypie bohatera.
Czyli taki klasyczny rycerz, który ratuje księżniczkę i tak dalej. Nieustraszony. Co, Parcie na szkło? Pozdrawiasz? Macie pozdro od mojego małego, futrzanego Parcia na szkło. Wracając. Co my tu mamy? Zanotowałam, że on po prostu najzwyczajniej w świecie uwielbia walczyć i walczy wszystkim, co mu się w rękę napatoczy. To jest taki człowiek, który jest bardzo kreatywny i sytuacje stresowe dla niego nie są stresowe. Zawsze gdzieś coś wymyśli.
Dzięki temu jest świetnym wojownikiem, bo jest opanowany, nie wpada w panikę. Nawet jeżeli przeciwnik wytrąci mu miecz z ręki, to on sobie znajdzie jakiś konar albo jakąś łyżkę, cokolwiek. Kamień. Po prostu on się nie boi. On wie, że zawsze sobie znajdzie rozwiązanie. I druga karta. Pomyślałam sobie, że to byłaby taka jego ciekawa cecha. Na tej karcie mamy ogromne drzewo, w sumie można by zobaczyć w tym drzewie trochę twarz starca. Przed tym drzewem stoją dwie małe postaci. To drzewo jest naprawdę gigantyczne.
Pomyślałam sobie, że dla tego bohatera drzewa będą czymś wyjątkowym. Może nie tyle, że jego przodkami i tak dalej, ale może właśnie ich ogrom. Może to, że są takie wielkie. Może on jest świadomy tego, że takie drzewo nie rośnie w pięć minut, więc wie, jak one na przykład muszą być stare albo ile rzeczy musiały widzieć i będzie je darzył ogromnym szacunkiem. I w ramach takiej medytacji, gdzieś przed walką czy po walkach, bardzo często będzie się wybierał w głąb lasu i z tymi drzewami rozmawiał. Stąd pomyślałam, że to w sumie się świetnie składa, bo jakby nie patrzeć, księgi, papier, jest to gdzieś też rodzaj drzewa. Może martwego. Natomiast ja bardziej pomyślałam, że on księgi będzie uważał za świętość. Dlatego jest archiwistą, jest człowiekiem, który dba o te księgi, może też sam je spisuje. Pomyślałam też o tym, żeby opracował rytuał.
Może nie tyle opracował, ale że on by wytwarzał też papier. Że w odpowiedni sposób może by pozyskiwał drzewa. Chodzi mi o to, że zwykłą czynność tworzenia papieru, żeby on wykonywał jako taki rytuał. Skoro same księgi są dla niego świętością, te drzewa są takie ważne, to też papier będzie dla niego istotną kwestią. Jak już jestem przy tym bohaterze, to warto też wspomnieć, bo oczywiście myślałam sobie też nad relacjami między bohaterami i pomyślałam, że byłby... Nie wiem, czy już w związku, czy może bardziej to dopiero by kwitło, ale pomyślałam, żeby go sparować z naszą uzdrowicielką. Jak zobaczyłam tę kartę z dwiema postaciami, które stoją pod drzewem, nawet trzymają się za rękę, to pomyślałam, że może razem z tą uzdrowicielką by się wybierał do tych drzew, z nimi rozmawiać czy obcować z naturą. Ona taka trochę eteryczna, może w pewnym sensie niewinna, delikatna, trochę jak taka stereotypowa księżniczka z baśni, a on taki rycerz. Czemu nie? Nie wzbraniajmy się przed stereotypami w tych kwestiach.
Dobra, dalej. Zaopatrzeniowiec. Pomyślałam, że wszystko fajnie, ale w sumie jakoś ta osada musi hulać, skądś musi się brać jedzenie czy jakieś koce, namioty, różne surowce. Także pomyślałam sobie, że przydałby nam się człowiek, który będzie się tym zajmował. I wylosowała mi się karta, nie wiem, jak to określić. Między drzewami w środku lasu są porozwieszane liny i na tych linach są zawieszone koszyczki, takie przykryte szmatką. Więc w pierwszej chwili możemy pomyśleć, że takie koszyczki z jedzeniem, z czymś takim jak dar, podarek, taki kosz obfitości. Natomiast w tych koszach są miecze. Oczywiście, pomyślałam, że oprócz tego, że jedzenie, to po prostu dbałby też o wszystko, żeby każdy był przygotowany do wszystkiego. Czyli taki dobry duch tej osady, który będzie poniekąd pilnował innych, ale trochę od innej strony, będzie świetny w swoim fachu.
Kolejna karta, którą dobrałam, tu właśnie mamy typowego stracha na wróble, czyli mamy kij w ubranku, na to nabita dynia. Oczywiście jeszcze tutaj widzę, że ten strach na wróble na ilustracji pali sobie fajeczkę i ma słomiany kapelusz. I ten kapelusz jest tak przekształcony, żeby w jego... Nie wiem, jak się ta część kapelusza nazywa, ta najbardziej wystająca do góry, taki ten szczyt kapelusza. Tam jest stworzone na tej grafice takie mieszkanko dla małego ptaszka. Ten ptaszek sobie tam siedzi zadowolony. Może nawet paradoksalnie ten wróbel, którego miał strach przestraszać. Natomiast tutaj bardziej pomyślałam o tym, że ten człowiek będzie nawet w stanie poświęcić swój dobrobyt czy swój komfort, żeby zadbać o komfort pozostałych swoich przyjaciół. Dosłownie zaopatrzyć ich we wszystko, co najlepsze, zadbać o nich. I ostatnia karta tutaj może nawet by trochę sugerowała wizualnie.
Wylosował mi się słoń, który siedzi na krzesełku, na stołeczku i trzyma filiżankę. I ten słoń jest bardzo zadowolony, w takim mundurku ubrany i w ogóle och, ach. I oczywiście, naokoło otaczają go półki z różnymi talerzami. Po prostu słoń w składzie porcelany. Ale uwaga, na tej grafice on niczego nie tłucze, więc widać, że ogarnia w miarę życie. Ale mimo wszystko, zasugerował mi ten słoń w składzie porcelany, więc pomyślałam sobie, że nasz bohater faktycznie byłby takim wielkim, może nieco niezdarnym gościem, ale nie chodzi mi o taką niezdarność, że wszystko się będzie psuło, tylko tak na pograniczu, że prawie się zepsuło, ale w ostatniej chwili się nie zepsuło. Czyli taki niezdarny, ale w czepku urodzony. Po prostu szczęśliwie niezdarny. Może tak. I tutaj mam dopisane, że o wielkim i dobrym sercu.
Jeszcze tutaj pomyślałam, że mimo wszystko organizowałby i gotowałby dla nich. Czy w jakiś sposób oprawiał to jedzenie. Także może właśnie poniekąd oprócz zaopatrzeniowca byłby tu też takim trochę kucharzem właściwie. Przed każdą akcją, tutaj mam jeszcze dopisane, że przed każdą akcją, przed każdą ich wyprawą sprawdza, czy każdy ma zapas broni, czy jest dobrze uzbrojony, czy ma jakiś prowiant i tak dalej. I tu sobie jeszcze dopisałam, już myśląc nad nim, nad tym wielkim gościem. Nawet nie wiem, czy to chodzi mi o grubaska, tylko pomyślałam, że bardziej takiego miśka, takiego gościa, który będzie dobrze zbudowany, umięśniony wręcz. Po prostu będzie ogromny. Chodzące mięśnie. I będzie walczył siekierą i sztyletem. Pomyślałam sobie, że nie topór, tylko że siekiera, bo właściwie on i tak będzie samym swoim gabarytem przerażał przeciwnika, więc dzięki temu będzie mógł z taką szarżą podejść na tyle blisko, żeby móc operować sztyletem i siekierą.
Albo nawet nie musieć, bo przeciwnik ucieknie. Także mamy tutaj zaopatrzeniowca. Aha, nie wspomniałam wcześniej. Więc nasz rycerz, oczywiście, że tam już poleciałam na grubo i imię dla rycerza to Roland. Natomiast naszego zaopatrzeniowca nazwałam Bart. Przez "t" na końcu. I mamy naszego myśliciela, o którym wspominałam. Od razu mi się wylosował taki wioskowy freak. Jak ta rzemieślniczka była wycofana, trochę outsiderka, tak ten to jest totalnie outsider. On nawet nie mieszka w tej osadzie.
Tylko on wie, gdzie jest. Nikt nie wnika w jego działania. Dałam mu funkcję myśliciela, bo pomyślałam, że nie chcę tutaj kultu czy religii. I postanowiłam, że ta nacja, ta osada, ci mieszkańcy, że oni, jak wcześniej wam wspominałam, nie są przekonani do magii. Oni nie wierzą w takie rzeczy. Może nie tyle nie wierzą, wiedzą, że to jest, ale nie uznają tego. Ale mimo wszystko ludzka potrzeba wiary w coś czy tłumaczenia świata. Pomyślałam sobie, że przydałby nam się ktoś o takiej funkcji. Nazwałam go myśliciel, może powinien być filozof. Ktoś, z kim można by porozmawiać na głębsze tematy, nawet jeżeli nie będzie łatwy w tej rozmowie.
Naprawdę myślę o totalnym dziwaku. Zresztą pierwsza karta, którą wylosowałam, to jest człowiek ubrany w togę, który trzyma w dłoniach wielką koronę i składa ją w ofierze, czy ofiarowuje ją wielkiej żabie, która świeci oczami. Totalnie scena jak z obrzędu, rytuału, kultu wręcz tej żaby. Pomyślałam o tym, że nie wszyscy czczą tą żabę, tylko on będzie miał swoje dziwactwa. I co tu więcej wymyśliłam? Patrząc na postać, która koronę trzyma w dłoniach, pomyślałam sobie, że nasz bohater z każdej wyprawy przynosiłby dary, które później będzie zabierał do lasu. Nieoficjalnie wiadomo, że on idzie do posągu wielkiej żaby i zawsze jej jakieś dary przynosi, składa. Nikt nie wie dlaczego, po co. Nikt go nawet o to nie pyta, na wszelki wypadek. To jest jego rzecz, którą on robi.
Ten posąg w środku lasu. Kolejną kartę, którą dobrałam, to była karta, taka postać, ni to drzewo, ni to kościotrup. Taki drewniany kościotrup porośnięty grzybami, mchem. Taka leśna postać, może leśne licho, może coś, nie wiem, jak je nazwać. Natomiast na tej grawce ta postać jest pochylona nad księgą i jest zadowolona, uśmiechnięta i się w tą księgę wczytuje przy świetle świec. Pomyślałam, że ten nasz bohater będzie przesiadywał w archiwum, będzie tam czytał wszystko i będzie nad wszystkim myślał. Nawet będzie czytał parę razy to samo, ale chodzi o to, żeby jak najwięcej rzeczy mógł sobie przemyśleć. Pomyślałam też, że mógłby być, jeżeli chodzi o jego funkcję w tej wiosce, mentora, ale pokręconego mentora. Myślę o tym, że jego rady, które będzie dawał, będą czasami w formie pytań, będą bardzo metaforyczne czy pokrętne. Ale jeżeli ktoś poświęci chwilę, żeby się nad tym zastanowić, to faktycznie okaże się, że te rady będą bardzo skuteczne.
Myślałam o takiej funkcji tłumaczenia pewnych zachowań czy podpowiedzi, jak sobie dany mieszkaniec mógłby radzić z problemami, z którymi się zmaga. Tak że taki pokrętny mentor. I ostatnia karta to jest karta człowieka, który w koszuli nocnej, również w szlafryce, idzie sobie nocą po polu. W tle księżyc piękny, wielki, pełnia księżyca idealna. I ten człowiek lunatykuje. Po czasie zauważyłam, że tę kartę sobie wzięłam do góry nogami, ale już tak zostanie. Czyli mamy tutaj typowego lunatyka. Ręce do przodu idzie. I on idzie przy jeziorze. Jego odbicie w tej wodzie to jest odbicie żołnierza z karabinem, w pełnym umundurowaniu, który dziarskim krokiem idzie przed siebie.
Pomyślałam o tym, żeby ta postać, i tak jest dziwakiem, pokrętny filozof, myśliciel, wpadała w różne dziwne transy. Nikt tam nie wnika, co on tam w tym lesie zjada na przykład. Może przez to byłby na uboczu i nikt by go tam bardzo nie chciał w tej osadzie na siłę mieć, bo gościu dziwne rzeczy robi w tych transach. Pomyślałam, że jeżeli jako wojownik, patrząc na tę kartę z żołnierzem, na polu walki mógłby wpadać w rodzaj transu, w rodzaj amoku. Tak jak tutaj jest trochę niepoukładany, pokręcony, szalony myśliciel, tak na polu walki taki siepacz. Bardzo groźny, pewny siebie, pozbawiony uczuć. Może przez to byłby groźny. Mógłby dalej jako lunatyk czy w transie na tym polu walki, białka mu wychodzą na wierzch i idzie, i straszy wszystkich. Pomyślałam sobie o takiej ukrytej funkcji naszego myśliciela. Jeżeli chodzi o imię, sięgnę po słownik.
Oczywiście, że sięgnęłam po łacinę. Co prawda najpierw myślałam o słowie grzyb i to chyba fungus czy jakoś tak jest grzyb. Pomyślałam, że on był taki trochę stary, zgrzybiały. Ale zanim mi się przypomniało poprawnie, nie wiem czemu wpadło mi do głowy mungus. Ja byłam przekonana, że mungus, ale myślę sobie: „Nie, kurczę, to chyba jakoś inaczej było”. Grzyb to jest fungus. Wpadło mi do głowy mungus, więc postanowiłam zobaczyć, co to byłby ten mungus. I patrząc na to trafiłam na coś jeszcze lepszego. Zostajemy przy imieniu Mundus i już wam przeczytam, cóż to oznacza i dlaczego mi to podpasowało. Tu mamy dwie podgrupy znaczeń.
Tak czy siak, pierwsze to jest jako przymiotnik: czysty, porządny, wytworny, przyzwoity, elegancki. Wiecie, czysty, porządny. Może w sumie on nie musi być brudasem, ale będzie porządny na swój własny sposób. Ale to drugie znaczenie, które składa się właściwie z dwóch. Uważajcie, zapnijcie pasy. Przybory toaletowe, czyli pewnie te do czyszczenia, ale brzmi to trochę niestabilnie. Ale dalej. Strój i uwaga teraz: świat, wszechświat, niebo gwiaździste, ziemia, ludzkość. Te przybory toaletowe wydają się w zestawieniu z tym wszystkim czymś szalonym, pokręconym. A dodatkowo mamy tutaj świat, wszechświat i tak dalej, te wszystkie jego mądre przemyślenia.
Także Mundus jest naszym myślicielem, filozofem. Okej, czas nam jeszcze na to pozwala, więc lecimy z tematem zwiadowcy. Docelowo w fabule miał być zwiadowca i właściwie poprzez jego raport okaże się, że nasz bohater jest jednak po stronie wroga. Jest w jakiś sposób powiązany z wrogiem, więc wtedy zaczynają się dziać różne niebezpieczne rzeczy dla naszego bohatera w osadzie. Początkowo miał być to jeden człowiek, natomiast dzisiaj wylosowały mi się po prostu dwie grupy. Nie wiem, jak to powiedzieć. Losując te karty, stworzyłam jeszcze dwóch bohaterów i w pierwszej chwili zostawiłam ich sobie do czegoś innego. Odłożyłam na bok. Potem, jak już zaczynałam wszystko spisywać, to zauważyłam, że w tym wszystkim żadnego zwiadowcy nie wylosowałam. Więc wróciłam do tych dwóch kart.
Chciałam, żeby jedna z tych osób była zwiadowcą, ale jak je zostawiłam ze sobą, to pomyślałam o duecie. Takim duecie, że to by było małżeństwo albo para. Jeszcze nie myślałam nad takimi obrządkami w tym uniwersum. Czyli taka para, którą łączy płomienna miłość i pasja, że oni to rozsiewają. Ale oprócz tego, za każdym razem, kiedy wracają do osady, to jest jedna wielka impreza, bo oni są po prostu żywiołowymi osobami. Mamy tutaj mężczyznę i kobietę, więc pozwolę sobie zacząć od mężczyzny. Mamy tutaj eleganta w cylindrze, który ma wyjątkową relację z małymi zwierzętami. Można by powiedzieć, że jak by tak człowiek patrzył z zewnątrz, to odnosi wrażenie, że oni nawet wręcz ze sobą rozmawiają i w pełni się rozumieją. Oczywiście do tego zainspirowała mnie karta. Dosłownie, gość w cylindrze i obsiadły go białe szczury.
Pomyślałam, że jako zwiadowca, może nawet sposób komunikacji z małymi zwierzętami byłby nawet wręcz na plus. Kolejna karta, którą dobrałam. Mamy taką ilustrację, że mamy nurka, takiego starego nurka. Stary typ, czyli mamy trochę kosmonautę z kablem połączony, więc on jest pod wodą i w tą wodę spadają wielkie lizaki. Pomyślałam sobie, że w sumie ciekawa cecha dla naszego bohatera byłaby taka, że on po prostu uwielbiałby słodycze. Uwielbiałby je tak bardzo, że będąc na różnych swoich zwiadach, czasami ryzykowałby ujawnienie się, żeby podkraść słodkości. Jak teraz tak pomyślę, nazwałam ich zwiadowcami, ale widzę taką parę szpiegowską. Mamy tu jeszcze ostatnią kartę. Wielkie rośliny, korzenie i tam w powietrzu jest zatknięty garbus z włączonymi światłami. Pomyślałam, że jego metodą zwiadów, obserwacji, byłoby bycie wśród drzew, na drzewach, wśród gałęzi.
Wiadomo, raz na jakiś czas, jeżeli mieliby jakąś misję we dwójkę, wtedy schodziłby do ludzi, ale ogólnie to on jest raczej wycofany, gdzieś tam schowany i obserwuje. Dopisałam jeszcze coś takiego, bo zabrakło mi jakiejś rozrywki w postaci muzyki. Stwierdziłam, że w tej osadzie zrobiło mi się strasznie cicho, a już nie robiłam postaci barda, więc pomyślałam sobie, że ten nasz bohater mógłby mieć taką umiejętność, że grałby na wszystkim, cokolwiek mu wpadnie w ręce. Tu poklepie, tam postuka i już są dźwięki, jest muzyka. Taki po prostu muzykalny gość. Jeżeli chodzi o jego imię, to pomyślałam, że byłoby ciekawie dać mu na imię Zap. Nie wiem, skąd mi się to wzięło w głowie, ale pasuje do niego. Po prostu pasuje. Co ja więcej tu powiem? Natomiast jeżeli chodzi o jego wybrankę serca, zainspirowała mnie karta.
Mamy tu manekin, biała suknia na manekinie starodawnym, takim bez rąk i bez głowy. Dobra, nieistotne. Manekin, suknia biała, kropka. Ona stoi na takich żetonach jak z kasyna. W tle są niby dekoracje, ale porwane właściwie szmaty poprzyczepiane i jeszcze jakieś pajęczyny u góry. Patrząc na tą suknię, ona jest wyeksponowana, biała wręcz, wszystko wygląda na takie stare, zakurzone, brudne, a ona jest śnieżnobiała. Pomyślałam o kobiecie kameleonie. Czyli będzie z łatwością zmieniała wygląd i osobowość. Tylko nie w sposób magiczny. Tutaj będzie leciała charakteryzacja.
Może będzie szyła sobie ubrania czy kradła, żeby się dopasować do danego miejsca, gdzie będzie prowadziła swoją obserwację. Te żetony to pomyślałam, żeby wychodziła z założenia, że życie to hazard. Musi podejmować ryzyko. To nie ma, że siedzisz bezpiecznie w domku, tylko trzeba zawsze pójść na całość. Dlatego ona tę obserwację będzie prowadziła z wnętrza, czyli od środka. Jak taki klasyczny szpieg będzie się przebierała, upodabniała, wchodziła i nawet wchodziła w relacje czy w jakieś interakcje z wrogiem. Mamy kolejną kartę. To jest wielki teleskop wycelowany w niebo. Na niebie mamy nieistotne gwiazdy. Czyli teoretycznie teleskop jest wycelowany w niebo, ale wokół stoją małe ule, z których latają pszczółki.
Tak jakby one tworzyły gwiazdy na niebie. Pomyślałam sobie o dwóch cechach dla naszej bohaterki, że ona zawsze będzie korzystała czy część będzie nosiła ze sobą. Pomyślałam, że mogłaby mieć zawsze przy sobie lunetę, lupę i teleskop. Ale wiadomo, teleskop może nie zawsze będzie miała ze sobą, ale luneta czy lupa to są rzeczy na tyle małe, że zawsze będzie mogła je ze sobą mieć. A może miniaturowy teleskop? Kto wie, może nasz inżynier coś takiego by jej zmontował. Ona będzie znawczynią owadów. Tak jak Zap był zawsze w relacjach z małymi zwierzątkami leśnymi, tak ona będzie komunikowała się czy obserwowała owady. Nie wiem, do czego ta cecha się przyda, ale czemu nie? Co my tu jeszcze mamy?
Jeszcze ostatnia karta. Bardziej od upodobania. Jak mieliśmy słodycze u niego, tak u niej mamy kawę. Na tej ilustracji mamy sarkofag, który się uchyla i z tego sarkofagu wychodzi mumia, która idzie zwabiona aromatem kawy. Tu nawet rogaliki leżą i laska cynamonu. Pomyślałam, że ona w tym wszystkim, tak jak będzie bardzo żywiołowa na akcjach i płynnie będzie przenosiła się ze swojej osobowości na inną osobowość, tak kiedy pójdzie spać, będzie spała dosłownie jak zabita i jedyne, co ją może obudzić, to będzie zapach kawy. Jak mówiłam o muzykalności i wpadłam na pomysł, że oni mogliby być duetem, nie tyle samym w sobie zespołem, co parą, to pomyślałam, że super by było to, gdzie on będzie grał na wszystkim, co się da, a ona będzie śpiewała. Wtedy wpadłam na pomysł, że kiedy oni wracają, to jest impreza. Jest głośno, jest radość, ta ich pasja zaraża wszystkich. Imię dla naszej zwiadowczyni to Zelda.
Także Zap i Zelda. Słuchajcie, to chyba wszystko. Wyrobiłam się w czasie. Wow! Mamy postaci tła, więc myślę, że następnym razem chwycimy postaci pierwszoplanowe, drugoplanowe i myślę, że jeszcze sięgniemy po cienie naszych czarnych charakterów. Patrzę, czy coś jeszcze powinnam powiedzieć, ale chyba nie. Wszystko już padło. Mi się podobają te postaci. Jest fajnie, jest kolorowo, różnorodnie. Mamy tu dwie pary.
Wypatrzyłam. Mam też plan na jedną postać. Może ją z kimś sparować. A co? A niech się tam miłość dzieje. Natomiast słuchajcie, bo jest jedna rzecz taka, że tego wcale nie trzeba użyć w historii. To jest trochę jak planowanie uniwersum. Także nie wiem, kiedy faktycznie będę spisywać tę fabułę, czy w ogóle wspomnę gdzieś o tym, że archiwista i uzdrowicielka mają się ku sobie na przykład. Może nie. Może to nie będzie potrzebne.
Nie wiem jeszcze. Ale w trakcie wymyślania, skoro już wypadło z mojej głowy, to zostało zapisane. Bo kto wie, może akurat. Dobra. Cudowności wam życzę. Zdróweczka dużo. Ale przede wszystkim inspiracji. I co? I słyszymy się za tydzień. Pa.
[05:47:01] - Proszę państwa. Jakby to państwu powiedzieć? Przed nami ostatnia część naszej audycji, a mianowicie spotkanie z Piotrem Plebaniakiem. To nie będzie krótkie spotkanie. Jakoś się ostatnio wydłużają te nasze pogwarki dotyczące niszczenia i budowania imperiów. Ale cóż, temat był wciągający. Temat był taki ważny dla zrozumienia pewnych mechanizmów. Stąd nam się zrobiło z tego pół godziny. Ale jak zwykle ja państwa zapewniam, że warto posłuchać. A zatem Piotr Plebaniak przed państwem.
Dzień dobry, panie Piotrze.
[05:47:53] - Dzień dobry.
[05:47:54] - A teraz już na Tajwanie jest ciepło?
[05:47:58] - Jest ciepło, ale właśnie była burza. Jestem częściowo zmokły, ale piękne się robi niebo z takimi jeszcze strzępkami tych chmur chowających się za horyzontem i grzmi zza grzbietu górskiego. Także generalnie jest pozytywnie.
[05:48:14] - To ja tak zupełnie od czapy, ale przytoczę dzisiejsze prawidło: gotowość zaufania osobom obcym jest odwrotnie proporcjonalna do obecności struktur ... klanowych. Panie Piotrze, oddaję panu głos.
[05:48:29] - Więc będę dzisiaj przemawiał z katedry socjologa, którym jestem, o ile oczywiście bez powiadamiania mnie uniwersytet wyparł swojego studenta za kontrowersyjne poglądy. Dzisiaj będziemy mówić o najważniejszych strukturach decyzyjnych i władzy w społecznościach. Jak już się nauczyliśmy ze wcześniejszych prawideł, człowiek jest istotą społeczną i kooperującą, a szczególnie homo sapiens wykształcił swoją cechę do ultrakooperacji, czyli przebijania takich niewidzialnych sufitów ograniczających liczebność kooperujących grup do wielkości na przykład plemienia czy grupy myśliwsko-zbierackiej. Z reguły antropologowie mówią o 100, 150 sztukach. Bydła chciałem powiedzieć, bo czasami ludzie się tak zachowują, ale to freudowskie przejęzyczenie. Natomiast w dużych grupach kooperujących ze sobą, takich jak całe narody, czy też zbiorowości zamieszkujące dane państwo, które są jakimś rodzajem wspólnoty wielonarodowej na przykład, dochodzi do procesów, w których kooperacja musi istnieć między osobami, które nie są ze sobą spokrewnione albo nie należą, inaczej mówiąc, do grup związanych krwią. Jak czytamy książki o faszyzmie, nazizmie czy o innych pokrewnych ideach, czy generalnie obracamy się właśnie w tej sferze, to istnieje coś takiego jak wspólnota ziemi, wspólnota krwi. To też była jedna z przyczyn, że Niemcy opierali budowę swojej siły narodowej w latach 20., 30., 40. XX wieku właśnie na wspólnocie krwi i na posiadaniu ziemi. To jest oczywiście bardzo skomplikowany temat, więc nie będę nawet próbował robić dygresji.
Natomiast generalnie w społeczności chodzi o to, że ta społeczność musi uruchomić kooperację między ludźmi, którzy są między sobą obcy albo nawet mają jakieś przeciwstawne albo nawet kompletnie sprzeczne poglądy. I na tym właśnie polega cały myk z ultrakooperacją i z tym, jak ważna jest ta koncepcja. Dlatego, że zdolność do ultrakooperacji jest zbudowana z rozmaitych parametrów, między innymi z osiągnięć naszej ewolucji kulturowej, sprzęgniętej z tym ewolucji biologicznej, czyli opartej na DNA. I w tej chwili, mając w wieku XXI dostęp do pewnych koncepcji, których nasi przodkowie mimo swojej mądrości nie posiadali, możemy pokusić się o takie bardziej ogólne stwierdzenie, które wyjaśnimy na przykładzie. Stwierdzenie jest następujące: po to, żeby tworzyć wielkoskalowe, kooperujące społeczności, należy zlikwidować struktury klanowe i zbudować psychikę ludzką, zmodyfikować i zbudować ją w taki sposób, żeby ludzie mieli zdolność do nawiązywania interakcji, czyli do handlu, do małżeństw, do rozmaitych innych przejawów życia społecznego we współpracy z ludźmi, których nie znają albo z którymi relacja zaufania polega nie na tym, że są jakoś spokrewnieni, czy z tej samej wioski, czy z tej samej rodziny, bo noszą to same nazwisko, albo są jakimś odgałęzieniem tego samego rodu. Ale to zaufanie musi wynikać z przestrzegania wspólnych norm. To, co sobie przy następnych prawidłach powiemy i to, co już mówiliśmy tydzień temu, to jest coś, co niezwykle się nie spodoba osobom o poglądach tak zwanych lewicowych, tak zwanych liberalnych. Otóż mechanizmem odblokowania zwiększania się spójności społecznej danej społeczności jest religia. Dlatego, że religia jest zespołem pewnych wyznaczników etycznych, czyli zakazów i nakazów, które sprawiają, że inni ludzie są w interakcjach z nami przewidywalni, a przede wszystkim uczciwi. To znaczy nie powstaje mechanizm, że on jest obcy, prawda?
Nikt nam nie może zrobić, nie ma tej rozliczalności, nie ma mocy wyciągnięcia konsekwencji, czy też ukarania nas za oszustwo, czy naciągnięcie jakichś zasad współpracy i tak dalej. Religia chrześcijańska czy religie abrahamowe ogólnie mają tą wartość. Natomiast Chińczycy, podam przykład podany przez Josepha Henricha, mają taką mniejszość etniczną funkcjonującą w dorzeczu rzeki Jangcy, czyli tej rzeki, która ma wylot, ujście przy Szanghaju. Otóż jest to grupa Hui. To są muzułmanie, którzy w podobny sposób, w jaki zrobili to Żydzi w Europie, zmonopolizowali handel. I teraz, na jakiej zasadzie to funkcjonowało? Dlaczego Chińczyk wolał iść do jakiegoś muzułmanina, czyli kogoś, kto ma różne wartości kulturowe, czyli coś, co jest sprzeczne z tym, co przed chwilą powiedziałem, zamiast udać się do Chińczyka, udaje się właśnie do tego muzułmanina? Otóż przedstawiciele tej grupy etnicznej Hui wypracowali zasady współpracy między sobą i zasady szanowania klienta, czyli nieoszukiwania klienta. I dzięki temu nastąpił wzrost ogólnego zaufania do osób nieznanych. Czyli przyjeżdża jakiś handlarz obwoźny do jakiejś wioski i jest on rozpoznawany, jest on z tej grupy Hui.
Wiadomo, że on nie oszuka, dlatego, że inaczej zostałby wykluczony z tej społeczności, która kolektywnie żyje z tego, że handluje, czyli jest obdarzona indywidualnie i kolektywnie zaufaniem przez tych Chińczyków, którzy są odbiorcami, klientami, prawda? Więc proszę zobaczyć, że wytwarza się pewna struktura zaufania. Czy to jest struktura interakcyjna Za pomocą której można przede wszystkim pewne transakcje przeprowadzić, dlatego, że nie są obarczone dużym ryzykiem, ale można przede wszystkim obniżyć koszt bezpieczeństwa, zabezpieczenia tych transakcji. Na przykład we współczesnym świecie mamy ubezpieczenia niektórych transakcji. Niektóre firmy mają wyznaczony, nie wiem, jak to się dokładnie nazywa, AAA, czyli wiarygodność kredytowa jest wyznaczona i państw i przedsiębiorstw, a niektórzy mają A+ albo B-, albo przepraszam, zmyślam w tej chwili, bo nie pamiętam dokładnie, jaka jest nomenklatura. Natomiast o to mniej więcej chodzi. Są pewne systemy funkcjonujące i akceptowane przez ludzi całkowicie obcych, niewidzących się nawzajem na oczy, często funkcjonujących, siedzących przy terminalach gdzieś w odległych krańcach ziemi. I dzięki temu, że istnieją ogólne zasady przestrzegane przez wszystkich, oczywiście nad tym stoi policja z kijem i sądy, do których można się udać i kogoś pozwać za jakąś próbę oszustwa albo działania nielegalnego, niezgodnego z regułami, podkreślam, czyli niezgodnego z prawem wyznaczonym w ramach działania tego całego systemu obrotu akcjami przedsiębiorstw, czy też udziałem w ich zyskach. I teraz proszę zobaczyć, ludzie siedzący przy terminalach na całym świecie akceptują pewien zestaw reguł. Oczywiście niektórzy będą próbowali oszukiwać, naciągać, szukać luk w prawach, które rządzą całym tym obrotem, majątkiem.
I ci ludzie nie widzą się nawzajem i obdarzają siebie zaufaniem i wiedzą, że tak mogą się zachować w niektórych sytuacjach, a w innych inaczej. Proszę zobaczyć, że w tym momencie nie ma żadnych reguł klanowych, które by decydowały o tym, jak się kto zachowuje. Natomiast jaka różnica jest między społeczeństwami klanowymi a społeczeństwami ludzi współpracujących anonimowo? Otóż okazuje się, że społeczności oparte na tych więzach anonimowych, czyli bezosobowych, czyli kierowanych regułami nadrzędnymi, narzuconymi dla wszystkich, niezależnie od tego, jaki mają status społeczny, niezależnie od tego, do jakiej rodziny przynależą i w jaki sposób są skoligacone z ludźmi, którzy dzierżą władzę w danej społeczności. Tu mówimy oczywiście o nepotyzmie. Z jednej strony właśnie to jest ten nepotyzm, czyli coś, co jest inherentną częścią struktur klanowych, a z drugiej mamy tę bezstronność sądów, to, że prawo jest aplikowane we wszystkich, bez żadnego wyjątku, bez żadnych taryf ulgowych. Przynajmniej teoretycznie oczywiście. Proszę nie myśleć, że zwariowałem nagle i nie wiem, co się dzieje. Natomiast generalnie zasada na sztandarach w społecznościach takich jak społeczności państw zachodnich, na sztandarach przynajmniej, jest napisana właśnie ta bezstronność, która odblokowuje ten niewidzialny sufit skalowania społeczności do większej liczebności, ale też do bardziej wydajnego opracowania. I teraz zwróćmy uwagę, w jaki sposób wygląda struktura klanowa.
Jest jakiś patriarcha wielkiej rodziny czy jakiegoś klanu, który decyduje o wszystkim, czyli aranżuje małżeństwa między młodym człowiekiem z jakiegoś sąsiedniego klanu albo jakąś kobietą z własnego klanu. Albo w jakiś sposób wpływa na to, kto z kim może robić interesy, bo pilnują swojego własnego biznesu, tego żeby klan zarabiał, a nie żeby jakiś inny klan zarobił na tym samym towarze, który jest przedmiotem obrotu. I teraz to, co najważniejsze się stało w ewolucji kulturowej na obszarze Półwyspu Europejskiego było to, że Kościół katolicki po to, żeby zdominować, po to, żeby przejąć władzę po prostu nad wszystkim, co się dzieje, czyli nad produkcją przemysłową, produkcją rzemieślniczą, produkcją rolną, nad zachowaniem królów i całej arystokracji. Przypominam, że mówimy o systemie feudalnym. Otóż Kościół katolicki w sposób częściowo przygodny, a częściowo celowy doprowadził do takich zmian w naszej konstrukcji psychicznej, abyśmy my, Europejczycy, byli bardziej skłonni do współpracy z obcymi. Czyli zaczęły powstawać, podając konkretne przykłady, nastąpiła promocja małżeństw neolokalnych. Są trzy rodzaje. Młodzi po ślubie zaczynają mieszkać u rodziców tego małżonka albo żony, albo w jakimś nowym miejscu. I są trzy opcje, z których dwie doprowadzają do tego, że wzorce kulturowe są utrwalone. Nie powstaje innowacja.
Natomiast ta opcja neolokalna, przepraszam, jeszcze te nazwy: patrylokalna, matrylokalna i neolokalna. Patrylokalna to u rodziców chłopaka, a matrylokalna u rodziców dziewczyny mieszkają, ale neolokalna w jakimś nowym miejscu. I ci, którzy są w nowym miejscu, mają większą tendencję do stosowania innowacji albo jakichś innych rozwiązań, czy to w jakiejś pracy rzemieślniczej, czy to w uprawie roli. I generalnie promocja tych neolokalnych małżeństw sprzyja innowacjom. Są ważniejsze tematy, więc na tym skończę. To jest bardzo ciekawe w niektórych aspektach. Natomiast Kościół katolicki doprowadził też do powstania permanentnego kryzysu spadkowego wśród arystokracji, a przede wszystkim wśród rodów rządzących, czyli królów, książąt Księży? Księciów? Litości, ratunku! Nie wiem, jak to powiedzieć.
[06:00:38] - Może książąt po prostu.
[06:00:40] - Książąt. Rzeczywiście, faktycznie tak. Sama matematyka dzietności w kwestii tego, ile dzieci przeżywa w danym okresie historycznym, a mówimy o czasach pierwszego tysiąclecia naszej ery, czyli przełomu pierwszego i drugiego tysiąclecia przede wszystkim, bo wtedy nastąpiła największa intensyfikacja reform społecznych wprowadzonych przez Kościół katolicki. Sama matematyka sprawiała, że rody rządzące istniały w permanentnym kryzysie dzietności prokreacyjnym, dlatego że istniała też primogenitura. To był właśnie mechanizm z inżynierii społecznej wprowadzony przez Kościół katolicki. Primogenitura i zezwalanie przez Rzym czy też przez władze kościelne na wyjątki od tej primogenitury doprowadziły do tego, że to Kościół decydował, z kim się kto może ożenić i decydował też o polityce nie tylko dziedziczności, ale w związku z tym poniekąd istniała konieczność, czy też nie istniała konieczność wypowiadania wojny między państwami po to, żeby uregulować te kwestie. Mieliśmy przecież te słynne wojny, na przykład o sukcesję hiszpańską. To wszystko było wynikiem manipulacji Kościoła katolickiego, który po prostu niszczył struktury klanowe za pomocą mechanizmów takich jak primogenitura. Gdyby ktoś nie wiedział, przepraszam, nie wyjaśniłem tego terminu, powinienem był na początku. Primogenitura to jest dziedziczenie przez pierwszych synów tylko i wyłącznie, czyli pozostałe dzieci, zwłaszcza żeńskie, dziewczynki nie dziedziczyły.
Miało to dwie przyczyny albo powody. Po pierwsze rzeczywiście chodziło o kontrolę nad dziedziczeniem przez rody rządzące, natomiast po drugie, gdyby wszystkie dzieci dziedziczyły jakiś fragment majątku rodzica, to w tym momencie nastąpiłoby rozdrobnienie ziemi klanowych. Wtedy te ziemie klanowe nie byłyby własnością jednego patriarchy, czyli jednej głównej postaci całego rodu, tylko by po prostu zostały odziedziczone przez prywatne osoby. I to właśnie dziedziczenie przez prywatne osoby było najważniejszą, centralną częścią gigantycznego procesu inżynierii społecznej realizowanego przez Kościół katolicki przede wszystkim we wczesnym średniowieczu, ale w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia naszej ery przede wszystkim. Na czym to polegało? Otóż wcześniej społeczeństwa klanowe, czyli społeczeństwa, w których rządzili patriarchowie i przywódcy rodów, ogólnie mówiąc, pojedyncze osoby nie dziedziczyły. Czyli jeżeli ja na przykład byłem, czy pan Marek, synem wujka, cioci, brata i coś tam tego patriarchy, to kiedy ja brałem na przykład jakąś kobietę z innego rodu i przechodziłem do niej mieszkać, czy ona przychodziła do mnie, to ja nadal uprawiałem te ziemie klanowe i kiedy umierałem, moje dzieci nie dostawały tych ziem, tylko wracały do puli i były ewentualnie przez tego patriarchę nadawane ponownie. Były rozmaite zasady w różnych miejscach i w różnych czasach, więc nie będę się tutaj rozwodził szczególnie. Natomiast co zrobił Kościół katolicki? Wprowadził dziedziczenie przez osoby pojedyncze.
I w tym momencie, jeżeli na przykład osoba pojedyncza uprawiała dwie morgi tego i pięć morg jeszcze tamtego, czy tam żyta, czy tam pszenicy, to to dziedziczyli potomkowie. Nie jacyś tam krewni czy nie krewni, nie, że wracało to z powrotem pod kontrolę głównego przywódcy rodu, tylko właśnie dziedziczenie zgodnie z prawem narzuconym przez Kościół katolicki było tylko i wyłącznie z ojca i matki na bezpośrednich potomków. Podkreślam, bezpośrednich potomków. Oczywiście, powtarzam jeszcze raz, były wyjątki. I w związku z tym, co było konsekwencją? Było coś podobnego do tego, co zrobili chińscy władcy, cesarze dynastii Han. To był cesarz Wu przede wszystkim. Chyba w trzeciej czy czwartej dekadzie rządzenia całego tego rodu. To miało miejsce w II wieku przed naszą erą. Ci cesarze chińscy zniszczyli struktury rodowe i struktury klanowe, ale zrobią coś właśnie odwrotnego.
Sprawili, że każdy z potomków męskich jakiegoś wielkiego rodu dziedziczył jakiś skrawek lądu. Do czego to doprowadziło? Do tego, że ziemie tych rodów były rozczłonkowywane, parcelowane na poszczególnych dziedziców. Minęło kilka pokoleń po prostu i zamiast jednego wielkiego potężnego magnata została sama drobnica, która też posiadała ziemie na własność, ale to już była zbieranina, którą łatwo było skłócić, łatwo było zastraszyć i generalnie nie była tak silna jak pojedynczy władca. Na tej dokładnie samej zasadzie primogenitura i dziedziczenie przez osoby prywatne, przez pojedyncze osoby z ojca na bezpośredniego potomka, mówiąc najogólniej, doprowadziło do tego, że te struktury klanowe, oczywiście nigdy nie nastąpiło to do końca, ale zostały po prostu pozbawione swojej władzy. I to był największy impuls do tworzenia się praw. To jednocześnie współgrało z religią chrześcijańską polegającą na tym, że wszyscy są równi w obliczu Boga. Każda dusza każdego człowieka jest równa w oczach Boga. Czyli proszę zobaczyć, ta zasada równości religijna de facto jest Współgra, jest zsynchronizowana z tym przekształceniem całego prawa dziedziczenia i prawa świeckiego do tego, żeby ludzie po pierwsze szukali małżonka czy małżonki poza swoim klanem, poza swoją najbliższą rodziną i osobami zapoznanymi. A po drugie, żeby zaufanie międzyludzkie i wszystkie zdolności do współpracy i chęć do współpracy była bardziej skierowana, czy też żeby ludzie byli bardziej skłonni do tego, żeby współpracować z obcymi.
Wszystkie tego typu instytucje, jak uniwersytety, jak gildie kupieckie, to są organizacje, w których nie funkcjonują powiązania, nie powinny przynajmniej funkcjonować powiązania rodzinne, a funkcjonują powiązania celu, jakichś aspiracji, zainteresowań życiowych. Mamy kółka naukowe, mamy, przepraszam, jeśli powtarzam, gildie kupieckie, które w jakiś sposób zyskują lojalność swoich członków, oferując uczciwe traktowanie. Czyli mają jakiś charter, jakiś zespół praw, który sprawia, że członek takiej gildii albo jakiś nowy członek nie jest traktowany jak śmieć, tak jak w klanie może być traktowany przez tego patriarchę, bo patriarcha może wszystko i nie ma innej opcji. Natomiast z gildii można wyjść, bo nam się coś tam nie podoba. A skoro można wyjść, bo nam się to nie podoba, to w takim razie gildia musi się starać, musi zabiegać o to, żeby ci członkowie byli lojalni, czyli musi dawać im jakieś ustępstwa. A jak daje im ustępstwa, to ci członkowie są skłonni do pozostania, dlatego że ustalony jest zestaw reguł bezosobowych. Podkreślam, bo to jest absolutnie kluczowe, jeśli chodzi o różnice między strukturami społecznymi klanowymi a nieklanowymi. W związku z tym proszę zobaczyć, co nastąpiło w ciągu ostatniego półtora tysiąca lat, mniej więcej. Rozmaite akty inżynierii społecznej, przede wszystkim realizowanej przez Kościół katolicki, ale także to były procesy, które działy się samoistnie, które się dostrajały w taki sposób, czy też były tworzone w taki sposób nie tylko przez katolików, ale też przez protestantów w ostatnich 300, 400 latach, do tego, żeby instytucje oparte na bezosobowych prawach i regułach funkcjonowania mogły funkcjonować wydajniej, mogły być bardziej produktywne dla całego społeczeństwa i mogły generować i prosperity, i siłę wojskową, i wiedzę niezbędną do tego, żeby cała społeczność poszczególnych państw, czy też cały rejon etniczno-cywilizacyjny, mówimy o półwyspie europejskim, mógł osiągnąć to, co osiągnął, czyli przewagę zdecydowaną nad wszystkimi innymi rejonami świata, które były rządzone jak? Przez struktury klanowe.
[06:09:40] - Panie Piotrze, wszystko to rozumiem. Co więcej, zgadzam się. Nie mam żadnych wątpliwości, że przedstawił pan pewną wizję dziejów, która jest spójna, logiczna i której trudno cokolwiek zarzucić. Niemniej jednak zrobiłem sobie notatki, kiedy pana słuchałem i hasło, które mi się tutaj najbardziej wybija, brzmi: jemioła. Już tłumaczę, o co chodzi. Otóż nie da się ukryć, że to, co pan przedstawił, działa, bo rozwój cywilizacyjny na to wskazuje. A jednak pojawiło się coś, co przynajmniej mnie zastanawia, a mianowicie struktura, która bywa różnie nazywana, ale nazywa się najpopularniej mafią. To też jest struktura, która ma charakter klanowy, rodzinny i która niejako żeruje na tym, co pan przedstawił, na społeczeństwie bezklanowym, bez powiązań rodzinnych, ale czuje się jako ta jemioła, jako ten rodzaj pasożyta, czuje się wspaniale właśnie ta struktura klanowa. Co by pan powiedział na to?
[06:10:49] - Powiem, bo już chyba zbliżamy się do końca, jeden konkretny przykład, który wypatrzyłem. Przepraszam, w sumie samego siebie powinienem przeprosić, że cały czas cytuję nie swoją własną książkę, tylko inną. W książce Josepha Henricha „The Weirdest People in the World” jest podawany genialny wręcz, dla mnie był po prostu kompletnym szokiem, przykład właśnie Włoch, które to Włochy ze względu na to, że na południu dominują struktury klanowe, czyli mafijne, my to tak nazywamy. To też jest oddzielna kwestia na oddzielny nawet program godzinny do dyskusji. Natomiast północ jest bardziej sformatowana przez Kościół katolicki i przez te wszystkie procesy, które właśnie zarysowałem. Natomiast co jest najciekawsze? Ludzie, którzy są sformatowani przez klanowe reguły współżycia społecznego, nie są skłonni do zachowań bezosobowej dobroci dla innych. Jeden konkretny przykład, ten, który najbardziej mnie zszokował, była kwestia oddawania krwi do banków krwi. Otóż na południu to są po prostu szczątkowe ilości, wręcz praktycznie bliskie zeru. Natomiast na północy, na której właśnie działał silnie proces inżynierii społecznej Kościoła katolickiego, jest to ilość zbliżona do Polski.
Przepraszam, nie potrafię podać w tej chwili tej ilości. Natomiast jest to wręcz szokujące, dlatego że proszę zobaczyć, co widzimy na konkretnym przykładzie, który jest bardzo łatwo sprawdzić, bo możemy sobie nawet wejść do internetu, nawet nie znając języka włoskiego i zobaczyć sobie statystyki, ile gdzieś tam na południu Włoch czy tam na Sycylii konkretnie, ile jest oddawane krwi na 10 tysięcy mieszkańców, ile litrów, a ile litrów jest oddawane na samej północy w dorzeczu rzeki Padu. Tak? Dobrze kojarzę? Powiedzmy, że gdzieś tam właśnie na północy przy Alpach. I jest to różnica tak kolosalna jednocześnie i tak szokująca, że ma tę moc pokazania, jak bardzo utrudniona jest komunikacja, kooperacja, zaufanie, wzajemna życzliwość, wzajemna uczciwość wobec ludzi obcych, których nie oszukamy dlatego: „Nie znam go, to zaraz mu buchnę w plecak, który zostawił, bo poszedł do kibla w restauracji”. To wszystko ze sobą się łączy i tworzy efekt synergiczny, który sprawia, że społeczności, które mają te bezosobowe reguły i, podkreślam, istnieje w nich religia oparta na wszechwiedzącym Bogu, który widzi wszystkie dobre i złe uczynki i nagradza lub karze za te uczynki, bo to jest absolutnie najpotężniejszy parametr, jaki może istnieć, jeśli chodzi o zdolność budowania przez społeczność swojej liczebności i sprawności swojego działania. To wszystko jest wręcz szokująco klarownie pokazane właśnie na tym przykładzie włoskim.
[06:13:51] - Panie Piotrze, ale ja mam takie wrażenie, że ten przykład z krwią doskonale ilustruje to, co zapisałem, czyli tę jemiołowatość takich struktur klanowych. Bo pewno jest tak, że-
[06:14:04] - Tak, w takich strukturach tylko krew ma znaczenie. Jak jest nasz, to ufamy, pomagamy, a jak nie jest nasz, to niech spada na drzewo. Tak.
[06:14:11] - Ale to pasożytnictwo polega między innymi na tym, że południe sobie może krwi nie oddawać. To patrzy na północ, bo północ krew oddaje, to chętnie skorzystamy.
[06:14:21] - I tak właśnie jest.
[06:14:22] - Czyli tak naprawdę na tym nowoczesnym społeczeństwie, któremu te wszystkie procesy, które pan opisał wcześniej, dały możliwość rozwoju, dały możliwość jednak ekspansji, bardzo sprawnie żeruje organizm o charakterze klanowym i właściwie jest taką jemiołą, co jednak budzi pewne zastanowienie.
[06:14:43] - Nie, to nie jest nic zaskakującego. Zastanowienie rzeczywiście budzi, dlatego, że te procesy są fascynujące. Ale wracamy tak naprawdę do tego prawidła, o którym już mówiliśmy i które jeszcze parę razy na pewno powiemy. Otóż zachowania kooperacyjne trzeba wymusić. Musi być policja, muszą być jakieś kary i sankcje za to, że ktoś się wyłamuje z tej wspólnoty i nie dokłada swojej cegiełki do tego, żeby ta wspólnota dobrze funkcjonowała. Na wojnie mamy oczywiście ostrzeliwanie za defetyzm. Tu już nie będę cytował śmiesznych tekstów z „Pani jeziora”, czyli z ostatniego tomu, gdzie była ta wielka bitwa, z Andrzeja Sapkowskiego. Natomiast mamy wiele przykładów. Rozstrzelanie za tchórzostwo w obliczu wroga, czyli za zdradę, za odmowę poświęcenia się na rzecz społeczności. Patrzymy krzywo, bokiem, jak ktoś na przykład wcina się na skrzyżowaniu, żeby kogoś wyprzedzić, zamiast poczekać tak jak wszyscy na swoją kolej.
Nie lubimy takich ludzi, ostracyzujemy ich, wyśmiewamy po to, żeby zminimalizować ilość takich zachowań. Dlatego, że wszyscy jesteśmy częścią tego jednego społeczeństwa i każdy na spokojnie powinien czekać w kolejce na skrzyżowaniu. Takich zachowań patologicznych, aspołecznych jest masa i jest masa sankcji, żeby je redukować. I jest masa wzmocnień i nagród, nie tylko takich niebieskich, ale właśnie tych naziemnych, zwiększających prawdopodobieństwo tego, że ktoś będzie się zachowywał prospołecznie. Wychowanie dzieci na tym polega. Przepuść go, przecież szedł pierwszy, a dziecko się wpycha, bo jeszcze nie jest nauczone, nie dostało po łapach. I dlatego, tak na marginesie, mówiliśmy chyba dwa tygodnie temu czy tydzień temu, tak ważne jest udzielanie nie tylko nagród przy wychowywaniu dziecka, ale także karanie dziecka. To jest zbadane. Mogę podać, może nie dzisiaj, bo byśmy już za długo gadali, ale jest masa badań naukowych robionych przez psychologów i antropologów, z których jasno wynika, że po to, żeby ukształtować czyjąś psychikę, światopogląd czy etykę zachowania, potrzebne jest, żeby to utrwalić. Prawidłowe zachowania, prawidłowe w tym znaczeniu, że są prospołeczne, czyli redukujemy naszą własną wygodę po to, żeby społeczność cieszyła się większą spójnością czy też większym zaufaniem między ludźmi, którzy są wobec siebie, przypominam, anonimowi w takim idealnym przypadku.
[06:17:11] - Panie Piotrze, pięknie dziękuję za dzisiaj, polecam się na przyszłość.
[06:17:16] - Bardzo proszę.
[06:17:17] - Do usłyszenia za tydzień.
[06:17:18] - Do usłyszenia.
[06:17:22] - Proszę państwa, to już naprawdę koniec. I cóż, zapraszam za tydzień na kolejną wakacyjną audycję. I w tym momencie powinienem powiedzieć, jakież to niespodzianki czekają państwa w przyszłym tygodniu. Ale ponieważ te niespodzianki naprawdę szykuję, a znowu zdarzyło się tak, że nie jestem niektórych z nich pewien, to znaczy nie wiem, czy będą za tydzień, czy może dopiero za dwa tygodnie. W związku z tym dzisiaj będę milczał we wszystkich znanych i nieznanych sobie językach. Zapowiem tylko, że na pewno będzie alchemia tworzenia. Na pewno będą jakieś polecanki i na pewno będzie ciekawie, ale póki nie zrobię rozmowy, którą sobie zaplanowałem, nie postawię kropki nad i, to jeszcze państwu zdradzić nic nie mogę, bo później odszczekiwanie, że się nie udało, że to przełożone. Do przyjemności nie należy. A zatem czekajcie państwo cierpliwie, a ciekawie będzie na pewno. Do usłyszenia.
[06:18:26] - A mówił to do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium i Book Radio, dziękując za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.