Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. 5 maj? No bez jaj! A skoro 5 maj i skoro minęła przed chwilą godzina 20, to znak, że właśnie zaczyna się kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:46] - Halo, halo. Dzień dobry, wieczór państwu. Piąty dzień maja. No tak, to ruszamy z audycją, która w założeniu jest lajtowa i jest troszkę krótsza. Z tym krótsza to może nie do końca się udać, a to, że będzie lajtowa, to o tym się państwo przekonacie. Dużo dzisiaj literatury, dużo dzisiaj opowiadań. Na początek oczywiście stałe punkty programu, a zatem polecanki. Polecanka dzisiaj będzie jedna, za to książka fascynująca, o czym miałem okazję się przekonać. I to całkiem niedawno, bo właśnie skończyłem lekturę, moim zdaniem rewelacyjnej książki. Czy to jest zbiór opowiadań?
O tym za chwilę. W każdym razie ta książka nosi tytuł „Brudne sprawki wujaszka Hana”. Jej autorką jest Aleksandra Bednarska, a wydało tę książkę wydawnictwo Planeta Czytelnika. Jeśli państwo bywacie na różnego rodzaju konwentach, na różnego rodzaju imprezach, to stoisko Planety Czytelnika powinno wam się rzucić w oczy. Może najpierw kilka słów o autorce. Otóż Aleksandra Bednarska jest absolwentką sinologii oraz studiów azjatyckich, a także językoznawczynią i antropolożką kultury. Spędziła trzy lata w Pekinie i pół roku na Tajwanie. Obecnie mieszka w mediolańskim Chinatown. Mówi w wielu językach, ale tylko w polskim ma tyle do powiedzenia, aby pisać. Tworzy fantastykę, grozę i absurd.
Nie stroni również od humoru i czegokolwiek, co wzbudza emocje. Jest miłośniczką legend miejskich, historii nowożytnej i kofeiny. Publikowała w antologiach wydawnictw takich jak: Dziewiątka, Dom Horroru, Phantom Box, Gmork, Planeta Czytelnika oraz w magazynach Biały Kruk, Histeria i Paskudzin. To tyle o autorce, ale po lekturze uważam, że autorka niezwykle wysoko zawiesiła poprzeczkę. Naprawdę. To jest pełnowymiarowy debiut Aleksandry Bednarskiej i ta poprzeczka naprawdę... Szanowni państwo, to jest niezwykła książka. Postaram się, żebyście państwo z tą książką mieli więcej do czynienia, ale to w następnych audycjach. Co mogę powiedzieć dzisiaj? Mamy do czynienia z różnymi historiami.
To są historie zemsty z zagrobu, ludobójstwa, spotkania z bytem pozaziemskim. Są przypadki opętania taoistycznego, wędrówki przez kręgi piekielne, zbrodnia w afekcie, zauroczenie demonem. A wszystko to jest w takiej gęstej atmosferze. Ona jest, jak to przeczytałem w jednym z materiałów prasowych, zawiesista jak ostry sos. Ale tam, skąd ponoć pochodzi wujaszek Han, to jest jedyny słuszny smak. Być może. Ale kto to jest wujaszek Han? I tu znowu cytat: „Wujaszek Han przewija się w tle. Czyha w mroku jak koszmar. Ma ludzi od tego, by nie hańbić się pracą.
Poznaj dziewięć opowieści o sprawach, w których być może maczał palce”. To oczywiście kolejny cytat, ale on jest znaczący, bo mam nadzieję przynajmniej, że chociaż częściowo odzwierciedla sposób, w jaki skomponowana, ułożona jest książka, o której dzisiaj mówimy, czyli „Brudne sprawki wujaszka Hana” Aleksandry Bednarskiej. Cytujmy dalej. To poniekąd zbiór opowiadań, choć te opowiadania są połączone ze sobą. Łączy je oczywiście wspólny element tytułowego wujaszka Hana. To jest taka postać, która właściwie jest nieobecna. Ona gdzieś tam Pojawia się w tle, w kuluarach, w półszeptanych zmiankach, gdzieś na marginesie wszystkich tych opowieści. I ta postać spina całość w jakiś sposób. Sprawia, że mamy do czynienia z czymś więcej niż z prostymi opowieściami. Z tego pojawia się jednak pewna suma, która oznacza więcej, niż byśmy tylko powiedzieli, że to jest dziewięć opowiadań.
To jest coś znacznie więcej. Znowu zacytujmy. To twór rozpięty. Mówimy o książce. To twór rozpięty pomiędzy osobnymi nowelami, które zespalają się w coś większego. To taka quasi powieść osnuta wokół miejsca, ale i tytułowej postaci. Pozornie brak tu całościowej, literalnej fabuły i jednolitego zestawu bohaterów, bo każda pojedyncza historia ma swoich własnych bohaterów. Ale oni przenikają, pojawiają się czasami gdzieś w tle kolejnych opowieści, migają gdzieś właśnie w tym tle. Czasami są tylko wspomnieniem, czasami dekoracją urozmaicającą scenografię tego przedstawionego świata. Cóż, opowieść jest fascynująca.
Dzieje się jakby w osobnym kosmosie. Ciężko to jest oddać. Trzeba to przeczytać, ale już właściwie od pierwszego opowiadania macie państwo taką, moim zdaniem cudowną świadomość tego, że autorka zabiera was w inny świat. Świat, w którym pojawiają się pieniądze umarłych, w którym to, co nieznane, to co nieoczywiste, jest gdzieś na wyciągnięcie ręki. Już w pierwszym opowiadaniu czeka państwa taki szok. Może to za duże słowo, ale w każdym razie orientujecie się bardzo szybko państwo, że to nie są proste straszydła, że to nie są proste opowieści, w których coś wyskakuje zza rogu. Nie, nie. Autorka tworzy atmosferę. Tworzy coś, co zostaje z nami na długo. Ze mną zostało.
Jeszcze o wujaszku Hanie. Znowu cytat: „Kim jest wujaszek Han? Może nie jest złem wcielonym, ale wie, komu należy się nagroda, a komu kara. Pociąga za sznurki spraw przyziemnych i niczym niewyjaśnionych, ale żadna nie spędza mu snu z powiek. Ale kim jest tak naprawdę? Koszmarnie bogatym oligarchą, wybrańcem bogów, czy może kolejną miejską legendą?” Proszę państwa, wiem, że mówię bardzo enigmatycznie, ale też to nie są opowiadania, które mógłbym państwu na przykład streścić na zachętę. Na przykład pierwsze. To znaczy mógłbym, ale one straciłyby bardzo dużo. Byłaby prosta, linearna historia, a cały nastrój, cała głębia tego opowiadania jest właśnie między słowami. Bo autorka świetnie to robi, świetnie oddaje pewien nastrój.
Mówię „pewien”, bo on w różnych opowiadaniach bywa różny, dotyczy różnych spraw. Myślę, że autorka jest świetną obserwatorką. Kilka razy uśmiechnąłem się czytając o kolejnych postaciach. Potrafi je znakomicie charakteryzować. Właściwie takimi lekkimi pociągnięciami. Nie ma pociągnięć klawiatury, ale chciałoby się powiedzieć coś takiego. Lekkimi pociągnięciami pióra, tego umownego pióra. I więcej nie trzeba. My właściwie widzimy te postacie. Powiedziałem o tym osobnym uniwersum, bo to coś takiego jest, że niby to się dzieje zgodnie zresztą z wykształceniem, z pewną fascynacją autorki.
Przenosimy się na Daleki Wschód. W tamtych klimatach to wszystko się odbywa. I niby tak, niby to wszystko jest oczywiste, ale nie do końca. Jesteśmy w takiej nadrealnej przestrzeni troszeczkę. Może to nie jest najwłaściwsze słowo. W każdym razie, wierzcie mi państwo, od początku będziecie państwo wiedzieli, że to są opowieści horrorowate, opowieści grozy. I ta groza znowu to nie jest taka oczywista groza, że „uh” i straszy. Nie, nie. Ta groza wynika z doboru słów, z doboru sytuacji, z obrazów, które kreśli autorka. Wiecie państwo co?
Ja oczywiście jestem mało odporny na literaturę, łatwo się fascynuję. To może nie jest najlepszy wyznacznik, ale wierzcie mi państwo, od dawna już nie trafiłem na książkę, z którą tak bardzo nie chciałem się rozstać. To znaczy patrzyłem, jak ubywa mi stron do przeczytania i odczuwałem żal. I im byłem bliżej końca, tym marzyłem o tym, żeby coś się wydarzyło i żeby tam jeszcze trochę tych stron przybyło. Ja wiem, to jest taka opowieść, przy której ktoś wzruszy ramionami i powie: „No stary, co ty opowiadasz?”. Tak każdy może powiedzieć przy prawie każdej książce. Okazuje się, że chyba nie. Ta książka w jakiś sposób przynajmniej mnie zaczarowała. A jeśli mi państwo nie wierzycie, to jest jeden jedyny rozsądny sposób, żeby potwierdzić to, co mówię albo temu zaprzeczyć. Sięgnijcie państwo po tę książkę.
Nie będziecie żałować. Jestem o tym głęboko przekonany. To jest moim zdaniem świetna proza. Ona jest na wielu poziomach świetna, bo rzeczywiście te opowiadania można czytać jako proste opowieści z dreszczykiem, opowieści grozy. Ale tam jest coś więcej i to bardzo szybko się czuje. I jeśli ktoś jest chociaż odrobinę wrażliwy na piękno słowa, ale też na magię słowa, to bardzo szybko to wyczuje. Szczerze państwu tę książkę polecam. Jeszcze raz powtórzę: „Brudne sprawki wujaszka Hana”, Aleksandra Bednarska, wydawnictwo Planeta Czytelnika. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. To tyle, jeśli chodzi o polecanki.
Wybaczcie państwo, jeśli byłem mało składny, ale starałem się mówić z uczuciem, z fascynacją, która mnie od 24 godzin, kiedy skończyłem książkę „Brudne sprawki wujaszka Hana” nie opuszcza. W związku z tym może czasami zacinałem się i mówiłem nieskładnie, ale za to mówiłem szczerze, co w internecie nie jest oczywistą oczywistością. Przejdźmy do kolejnego punktu programu dzisiejszej audycji. A ten punkt programu nosi tytuł: „Teoria nadistot. Koncepcja nadistot”. I to jest zakończenie cyklu, który został z nami na dłużej, niż myślałem, ale mniej więcej dwa tygodnie temu rozpocząłem luźną w miarę gadkę o tym, jak to sobie kiedyś wyobrażano obcych, istoty z innych planet. Tam oczywiście pojawiały się rzeczy kontrowersyjne, może nie do końca zgodne z tym, co wielu badaczy głosi. Niemniej w drugiej audycji doszliśmy do nowszych czasów, do różnych upostaciowienia tychże obcych w różne twory od mgły i powiedzmy drobnych istot mikroskopowej wielkości po oceany, humanoidy czy też teorię hybrydyzacji. To wszystko oczywiście była zabawa, to były takie opowieści różnej treści, jakie serwowali autorzy opowiadań i powieści science fiction. Natomiast w pewnym momencie pojawiło się coś, z czym chciałbym państwa zapoznać dzisiaj.
Tym chętniej to robię, że wynalazcą tej koncepcji, człowiekiem, który to odkrył, może to lepsze sformułowanie, a w każdym razie przedstawił, był Polak, autor powieści „Robot”, która została wydana w roku 1973. Po raz pierwszy wtedy została wydana, a tym autorem był Adam Wiśniewski-Snerk. Dlaczego postanowiłem poświęcić poprzednie dwie części mojej pogadanki różnym dziwnym tworom, a dzisiejszą część trzecią poświęcić tylko i wyłącznie nadistotom? Mam nadzieję, że państwo dojdą do tego sami, kiedy przedstawię to, o czym Adam Wiśniewski-Snerk mówił. Na czym polegała ta jego ciekawa wizja świata, który nas otacza? Otóż autor wyszedł z założenia, że w całym bogactwie organizmów żywych, które zamieszkują naszą planetę, można wyróżnić kilka kolejnych generacji. Dokonując klasyfikacji owych generacji, warto oprzeć się na naukach, które opisują przedstawicieli poszczególnych grup. Generacja zero to są minerały, zatem można ją określić jako generację chemiczną. Do generacji pierwszej, tak zwanej generacji botanicznej należą rośliny. Do generacji drugiej, zoologicznej zwierzęta, a do generacji trzeciej, psychologicznej umysły, czyli w naszym przypadku ludzie.
I tu ważne zastrzeżenie, że homo sapiens należy jednocześnie do dwóch ostatnich generacji, czyli do tej zoologicznej i psychologicznej. Dlaczego? Otóż ciało oraz fizjologia człowieka to jest zdecydowanie świat zwierząt. Natomiast świadomość człowieka należy już do generacji psychologicznej. Wiśniewski-Snerk podkreślał, że zgodnie z ustaleniami nauki generacje wyższe wyłaniają się, ewoluują z generacji niższych. I stanowią swoisty łańcuch producentów oraz konsumentów. To nie brzmi dobrze, proszę państwa, ale jedźmy dalej. Przedstawiciele poszczególnych generacji są konsumentami materii zorganizowanej o szczebel niżej. I tak istoty niższe stanowią zasób energetyczny dla istot stojących wyżej w przytoczonej wcześniej hierarchii. Rośliny są zatem nadistotami dla minerałów.
Budują między innymi te swoje wszystkie zielone tkanki z ich materii, dzięki czerpaniu materii z gleby, a więc z minerałów. Te rośliny mają oczywiście swoje nadistoty w postaci zwierząt. Bo jak sobie krówka, kózka czy jakaś inna owieczka popyla po polu, to oczywiście tę trawkę, która rośnie, wcześniej czerpała z minerałów, teraz konsumuje. Oczywiście tam są te podziały, że później na taką owieczkę napada wilk i ją konsumuje, ale to jest w ramach tej samej generacji. Dla tych wszystkich istot wymienionych wcześniej nadistotą jest człowiek, ale człowiek w tym psychologicznym wymiarze. Umysł ludzki nie może funkcjonować bez energii dostarczonej w wyniku procesów fizjologicznych zachodzących w organizmie, który jest przecież w swej istocie zwierzęcy. Adam Wiśniewski-Snerk, autor powieści „Robot”, podkreślał, że w przedstawionym układzie świata obowiązuje bardzo ważna, powiedziałbym kluczowa zasada. Otóż żadna istota niższej generacji nie dostrzega swej nadistoty w wymiarze bezpośrednim. Minerały, gdyby oczywiście posiadały świadomość, ale w żaden inny sposób też nie odnotowują istnienia roślin. Rośliny nie odnotowują istnienia zwierząt, a zwierzęta wprawdzie dostrzegają człowieka, ale postrzegają go jako innego zwierzęcego osobnika.
Nie domyślają się raczej, nie kombinują, że on ma jakiś umysł, jakąś jaźń. Nie, raczej nic takiego nie zachodzi. Zwierzęta oczywiście nie potrafią konstruować abstrakcyjnych ciągów myślowych i przenikać do naszej świadomości, dlatego nie są w stanie jej po prostu dostrzec. Nie są w stanie podążać tym śladem, bo czegoś nie mają. Tak jak poprzednie generacje nie miały tego czegoś, żeby w ogóle dostrzec te swoje nadistoty. Człowiek w stosunku do drugiego człowieka potrafi to zrobić. Potrafimy dostrzec czyjąś inteligencję. Oczywiście tu wchodzą jakieś tematy filozoficzne, że tego, że ja myślę, jestem pewien. Ja jestem tego pewien, ale już czy druga osoba, którą widzę przed sobą, istnieje realnie, czy też może jest jakimś zaprogramowanym botem, iluzją mojego umysłu? Co do tego nie mam pewności.
Mogę określić to jako niezwykle prawdopodobne, bo widzę, słucham, doświadczam tego, co do mnie mówi, w jaki sposób się zachowuje, ale takiej stuprocentowej pewności właściwie nie mam. To czasami może zawodzić. Niemniej jednak porzućmy te filozoficzne dywagacje. Na nie jeszcze dzisiaj przyjdzie czas. Zostańmy z tą myślą, że człowiek w stosunku do drugiego człowieka potrafi rozpoznać inteligencję w drugiej osobie. Człowiek przeważnie bez większego trudu potrafi też zrekonstruować tok myślenia innego przedstawiciela swojej generacji. I jeśli nawet czasami dokonuje złego odczytu, źle odczytuje jakieś intencje, to mimo wszystko bez trudu rozpozna świadome, rozumne działanie swojego brata w rozumie. Ale patos poszedł, proszę państwa. Wszystkie te przedstawione powyżej założenia są źródłem do bardzo ważnych wniosków, które Adam Wiśniewski-Snerk w powieści „Robot” wysuwa. Najbardziej oczywisty z tych wniosków zawiera się w odpowiedzi na pytanie, czy człowiek ma również swoje nadistoty.
Bo niby dlaczego nie? Przecież owych nadistot tak naprawdę nie byłby w stanie dostrzec. Mógłby dostrzegać przejawy ich istnienia, tak jak zwierzęta dostrzegają nas, że jesteśmy innymi zwierzętami. Umysłu natomiast nie dostrzegają. Tak samo człowiek. Być może my coś dostrzegamy, tylko nie potrafimy przyporządkować, sklasyfikować, że to jest nasza nadistota. Otóż nasz świat może mieć te nadistoty od bardzo dawna, ale mogą one zrodzić się dopiero w przyszłości. Tu znowu jest coś, czego nie wiemy. Czy te nadistoty są z nami od dawna, czy też dopiero się pojawią. Ale nie możemy mieć w żadnym wypadku co do tego pewności, bo chociaż funkcjonowałyby obok nas te nadistoty, to efektów ich działania nie bylibyśmy w stanie odróżnić od zjawisk naturalnych.
Ale zwróćcie państwo uwagę, że może również od tych, które określamy mianem nadnaturalnych, paranormalnych, takich, których nauka jeszcze nie opisuje, takie jak duchy, UFO i tym podobne. W kontekście tego, o czym bardzo często rozmawiamy na antenie Radia Paranormalium, wydaje się to jak najbardziej interesujące. My jako ludzie moglibyśmy tak naprawdę szukać tylko poszlak istnienia owych nadistot, próbować wyciągać wnioski z zachodzących pomiędzy nimi a nami, nimi a światem korelacji. Ale jednak takie próby zrozumienia nadistot lub nawiązania z owymi nadistotami kontaktu byłyby zdaniem Adama Wiśniewskiego Snerga skazane na porażkę. Autor uważa, że działoby się tak chociażby z tego powodu, iż przedstawiciele generacji czwartej, czyli naszych nadistot, a być może również tych wyższych, bo wcale nie jest powiedziane, że to się musi zatrzymać na generacji czwartej. Być może jest piąta, szósta, może wyższe. W każdym razie ci przedstawiciele generacji wyższych nie byliby, zdaje się, zainteresowani jakąkolwiek interakcją z nami. Bo ostatecznie ludzie również niezbyt często szukają kontaktu z minerałami, z roślinami lub zwierzętami. Ten przykład, bardzo często przytaczany w różnych doświadczeniach myślowych z mrówkami, które budują swoje mrowisko, a człowiek postanowił zbudować autostradę. Człowiek chyba nawet nie zwraca uwagi na to, że jakieś mrówki coś tam budują.
Po prostu ma swój cel i coś chce osiągnąć i tak naprawdę niespecjalnie się zastanawia. Nie szuka i nie tłumaczy mrówkom, że powinny się przenieść, tylko buduje swoją autostradę. Tu takie nawiązanie. Wspominałem chyba w ostatnim odcinku o opowiadaniu „Wróble galaktyki” Konrada Fijałkowskiego. Tam mamy do czynienia z taką oto sytuacją. Bardzo państwu zresztą to opowiadanie polecam. Ono pewno dzisiaj trąci myszką, ma w końcu kilkadziesiąt lat. Niemniej chyba nie straciło na swojej wymowie i chyba warto po nie sięgnąć po prostu. W każdym razie jeśli przyszło państwu do głowy, że przecież my rozpieszczamy nasze pupile domowe, pieski, kotki i tak dalej, rozmawiamy nawet z nimi. Ale zwróćcie państwo uwagę, że to są raczej próby przeszczepienia czy też narzucania owym zwierzaczkom naszych zachowań, a nie próby kontaktu z nimi.
Zwierzęta tego rodzaju zachowania nasze, mizianie się z kotkiem czy z pieskiem, przyjmują tego rodzaju działania, starają się w nich uczestniczyć, ale to z ich strony jest raczej chęć przystosowania się do sytuacji, którą człowiek stwarza, a nie próba zrozumienia swojej nadistoty. Wasze pieski, wasze kotki raczej nie dążą do tego, żeby zgłębić naturę tego, co siedzi w waszej głowie. Autor „Robota” zakłada, że istot wyższej generacji, takich rodzajów istot wyższej generacji mogłoby powstać bardzo wiele na Ziemi, ale też istoty wyższej od nas generacji mogłyby powstawać gdzieś w odległym kosmosie, na innych planetach. I odwiedziny na naszym globie owych istot wyższej generacji byłyby dla człowieka albo niedostrzegalne lub niemal niedostrzegalne, w każdym razie trudne do jednoznacznego zakwalifikowania. I teraz sięgnijcie państwo po te wszystkie sprawy omawiane na przykład w debatach ufologicznych, gdzie bardzo często staramy się wspólnie z innymi rozmówcami znaleźć jakiś sens, jakiś ludzki sens w tym, co donosi prasa, w tym, co donoszą inne przekaziory. Staramy się to zrozumieć i w kontekście teorii nadistot może się okazać, że te nasze wysiłki to jest coś w rodzaju takich wysiłków skazanych na porażkę, bo my staramy się nasz ludzki aparat pojęciowy przystosować do czegoś, wykorzystać do czegoś, co się nie uda po prostu. Nie uda się, jeśliby to były nadistoty pochodzące gdzieś z kosmosu. Co więcej, tacy przedstawiciele wyższych generacji pochodzący z odległych części wszechświata raczej nie próbowaliby nawiązać kontaktu z ludźmi. Podobnie jak te nasze ziemskie nadistoty istniejące teoretycznie. Bo znowu to nie ten poziom, nie ta generacja.
Tak jak powiedziałem, kontakt jest możliwy tylko pomiędzy przedstawicielami tej samej generacji. Odmienne generacje kontaktować się ze sobą nie mogą, przynajmniej na takim poziomie, jak my wyobrażamy sobie kontakt. I wiecie państwo co? Przyszło mi do głowy, że w tym kontekście pewną obawę mogą budzić te wspomniane wcześniej założenia, iż przedstawiciele reprezentujący wyższy szczebel rozwoju są konsumentami materii zorganizowanej o szczebel niżej. Czyli istoty niższe stanowią swoisty zasób energetyczny dla istot generacji wyższej. Nie macie państwo wrażenia, że to brzmi co najmniej niepokojąco? I z tymi przemyśleniami państwa zostawiam. To była teoria nadistot Wiśniewskiego-Snerga. Ja państwu zresztą samą książkę „Robot” bardzo polecam. To nie jest łatwa książka.
Jeśli lubicie państwo fantastykę w stylu strzelankowym, którą ja też uwielbiam, taką spaceoperową, to może państwu nie zagrać. Możecie się państwo tą książką nie zachwycić. Ale jeśli lubicie się od czasu do czasu zadumać, jeśli lubicie dziwne klimaty, jeśli lubicie zagadkę, bo ta obecna jest przez wiele rozdziałów i do końca nie jest rozwiązana. Ale to lepiej, bo pobudza wyobraźnię. Jeśli lubicie, to sięgnijcie państwo po książkę „Robot” Adama Wiśniewskiego-Snerga. A teraz, proszę państwa, czas na kolejny punkt programu. To będzie pewna niespodzianka. Otóż postanowiliśmy z Piotrem Cielebiasiem uruchomić nowy cykl książkowy. Spokojnie, „Filmotekarium” też będzie dzisiaj. A ten cykl książkowy to ma być cykl traktujący o nieznanym, o książkach, które właśnie tę tematykę poruszają, ale z racji tego, że zostały wydane dawno, bardzo czasami dawno, dzisiaj są już chwilami zapomniane.
Okazuje się, będziecie mieli państwo dobry przykład przy dzisiejszej książce, że czasami to, czym się dzisiaj pasjonujemy, było odkryte już bardzo dawno temu. Ale cóż, co ja tu państwu będę opowiadać. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem wzięliśmy na tapet książkę Charlesa Forta „Księga rzeczy wyklętych”. Dzień dobry, a nawet dzień dobry wieczór, Piotrze.
[34:06] - Dzień dobry wieczór wszystkim. Witam mile. Mam nadzieję, że wszyscy w dobrych humorach.
[34:14] - A nawet dzień dobry wieczór po raz pierwszy, bo będzie jeszcze drugie nasze spotkanie w dzisiejszej audycji.
[34:24] - Tak, ale to filmowe, a teraz wyjątkowo spotkanie książkowo-sentymentalne.
[34:31] - Tak. Uruchamiamy tym samym, szumnie to brzmi straszliwie, ale uruchamiamy taki mniej lub bardziej regularny cykl poświęcony książkom, które mocno zahaczają o tematykę, która w Radiu Paranormalium jest codziennością. Ale takie książki nieoczywiste będą omawiane przez nas. Piotr mówił o podróży sentymentalnej. Tak, to będą książki, które są znaczące dla tej tematyki, o której mówimy, ale dzisiaj już czasami zupełnie niesłusznie, a czasami może słusznie, zobaczymy, zapomniane.
[35:15] - Tak. Zapomniane albo też nie pamiętamy o tym, jaką wywołały burzę swego czasu, dlatego że odeszły te emocje w zapomnienie. Zastanawialiśmy się, jak ten cykl dzisiejszy nazwać. Jego definiuje najlepiej taka nazwa: program o dobrych, ale starszych książkach o tematyce paranormalnej, które zostały wydane w Polsce albo i nie zostały wydane, ale są nieco zapomniane. Jeżeli komuś uda się ten tytuł skrócić do jakiejś przystępnej formy, także zapraszamy do nadsyłania maili i wstawiania komentarzy, bo na chwilę obecną ten nasz nieregularnik jeszcze swojego tytułu nie ma.
[35:59] - A przydałby się. W związku z tym, jeśli możemy, tak jak Piotr powiedział, poprosić o to, żebyście państwo również uruchomili szare komórki i jakąś fajną nazwę wymyślili. Jeśli się w ogóle da, to zapraszamy. Dzisiaj, Piotrze, inauguracja. Długo szukaliśmy, żeby znaleźć coś takiego, co godnie rozpocznie cykl. Jaka to książka, to już państwo wiecie z tytułu audycji dzisiejszej, ale od razu dodam, że autorem książki, o której będziemy dzisiaj mówić, jest niejaki, nie wiem, czy zasadnie to mówię, Charles Fort, pisany przez „t” na końcu.
[36:53] - Tak, dokładnie. Charles Fort żyjący w latach 1874-1932. Dziennikarz, pisarz, który uważany jest za prekursora popularnej publicystyki na temat zjawisk z pogranicza. Co jeszcze chcę tutaj dodać? Coś, co będzie wyróżniało te książki z tego naszego cyklu, to fakt, że są one łatwo dostępne, pomimo że niektóre są przysypane kurzem zapomnienia, to są łatwo dostępne. Możecie je sobie znaleźć w internecie, ale bez problemu też w antykwariatach dostępne będą. Charles Fort, jak powiedziałeś. Nazwisko nie byle jakie, jeżeli chodzi o publicystykę na temat zjawisk z pogranicza, bo on prędzej czy później stanie się znany każdemu, kto się zagłębia w to pole. I on zawsze jest na marginesie, bo to jednak jest już autor trochę zmienionej epoki, jakby nie był autor przedwojenny. Z jednej strony autor nieco archaiczny z tego powodu, że do niektórych tematów podchodzi w sposób mocno niedzisiejszy, a z drugiej strony taki, którego uwagi cały czas są aktualne, i który bardzo często jest współcześnie przywoływany przez autorów zajmujących się tematyką z pogranicza.
Będziemy za chwilę próbować zdefiniować, czym Fort się tak naprawdę zajmował i dlaczego te zjawiska, o których pisał, nazwano potem zjawiskami fortańskimi, a nie na przykład paranormalnymi. Ale to oczywiście za chwilę. Uważany jest też, to chyba nie jest przesada, za jednego z prekursorów publicystyki ufologicznej i paleoastronautyki, dlatego że te wszystkie różne hipotezy, te wszystkie wątki zostały w jakiś sposób wkomponowane w jego książki. Tylko że tak, Marku, to jest wszystko wkomponowane, ale znajduje się między wieloma relacjami i setkami uwag, przemyśleń, argumentów, w których dyskutuje on ze współczesną, w jego czasach współczesną nauką, ze scjentyzmem, ze zdrowym rozsądkiem czasem nawet. Z różnych powodów niełatwo te hipotezy stamtąd wyłowić. Tak że czytając Forta, dobrze sobie zaznaczyć te najciekawsze zdania. Nie wiem, od czego zaczniemy, Marku, bo dzisiaj mówimy o „Księdze rzeczy wyklętych”. Mam ją nawet w ręku. To jest książka już bardzo leciwa, dobrze się jednak trzyma. Wydana w roku 1993.
Tutaj nawet z tyłu ma taką nalepkę z ceną i ta cena jest zawrotna, bo to są, wyobraź sobie, Marku, 32 000 złotych. Mógłbym niejednego Moskwicza za to kupić.
[40:02] - No tak, ale to była zupełnie inna waluta. Natomiast myślę, że zaczniemy od mojej jednej refleksji. Kiedy czytałem po raz wtóry, kartkowałem właściwie książkę, którą znam, doszedłem do wniosku, że to już było. Bardzo często to, czym się dzisiaj państwo ekscytujecie na łamach książek, czasopism poświęconych na przykład ufologii, na przykład paleoastronautyce i tak dalej, to wszystko było właśnie w książce Forta. Zamilkłem, bo za dużo myśli naraz. Otóż zacznijmy chyba od tego, Piotrze, że książkę, którą dzisiaj będziemy omawiać, można potraktować bez problemu, że to jest książka, która jest takim atakiem to za mocne słowo, ale taką czerwoną kartką pokazaną XIX-wiecznej nauce, może też z początku XX wieku. I ten atak, ta czerwona kartka jest po części uzasadniona. I kiedy czytałem argumentację naszego autora, to dochodzę do wniosku, że nic się pod tym słońcem nie zmienia niestety. Nauka, która tak naprawdę powstała dlatego, żeby odkrywać świat, falsyfikować teorie, podchodzić krytycznie do różnego rodzaju źródeł. Okazuje się, i nasz autor o tym pisze, ta nauka stała się rodzajem religii.
Jest mi ta myśl szczególnie bliska, ponieważ ja też współczesną naukę, nam współczesną, bardzo podobnie odbieram, że dzisiaj dzieje się tak, nauka przestała cokolwiek udowadniać, przynajmniej nam maluczkim. Udowadnia coś sama sobie. To bardzo często są kapłani bliżej nieokreślonej religii, w którą mamy wierzyć, bo nauka, o tym nasz autor pisze, przestała być nauką, czyli próbą odkrycia świata, a stała się rodzajem religii, w którą każe się ludziom wierzyć. Bo jak będziecie państwo wierzyć w naukę, to będziecie państwo w tej lepszej kaście, która jest mądrzejsza, bardziej ma racjonalne spojrzenie na świat i w ogóle taka lepsza klasa to jest. Więc Fort się po prostu temu przeciwstawia. On mówi o tym wprost, że nauka w jego czasach, ale właśnie też w naszych czasach, przestała służyć temu, żeby dochodzić prawdy, czymkolwiek ta prawda jest. Bardzo szybko w jakiś sposób nauka sprzeniewierzyła się tak naprawdę ideałom, które przyświecały jej powstaniu. Zaczyna głosić pewne prawdy nauka i maluczcy mają przyjmować te prawdy i nauka nie zamierza im niczego udowadniać. Mnie to w jakiś sposób drażni, dotyka i nastawia bardzo negatywnie w stosunku do nauki. I znowu, ja nie mam nic przeciwko nauce jako takiej.
Wręcz przeciwnie, uważam, że to jest właściwy sposób poznania świata, naszego świata. Natomiast nauka przestała być właśnie tym, czym miała być. Stała się, znowu to powtórzę, religią i to jest chyba najgorsza obelga w tym wypadku, jaką można rzucić. Nauka miała czym innym się zajmować i moim zdaniem Fort bardzo ładnie to wychwytuje i w pierwszym rozdziale albo w drugim o tym pisze i poświęca temu sporo miejsca. Zaraz będziemy mówić o pierwszym rozdziale, ale ważne jest to, że Fort mówi o tym, żeby przestać zajmować się wiarą, wierzeniem w to, co mówią nam naukowcy i zacząć pewne sprawy weryfikować, zacząć pewnymi sprawami się interesować. Ja przypomnę, że Fort to był człowiek, który, ja już nie pamiętam, ile on tych fiszek zebrał, ale to dziesiątki tysięcy fiszek po nim pozostały, gdzie on zbierał z ówczesnych środków masowego przekazu różnego rodzaju dziwne doniesienia traktujące o niezwykłościach tego świata i porządkował to. W książce zresztą, o której mówimy, sporo takich fiszkowych faktów jest przytaczanych. I znowu to nie chodzi o to, czy dzisiaj z perspektywy długiej my we wszystko wierzymy, ale gdzieś to się kiedyś pojawiło. I chodzi o to, że w pewnym momencie nauka jakby z definicji w ogóle nie zajmowała się, tylko mówiła: „To nieprawda, to nie mogło tak być, ponieważ to się nie zgadza z tym, co my głosimy, z tym, co my o świecie wiemy”. A zadaniem nauki byłoby raczej pokazanie, że albo to są głupoty, które zostały gdzieś tam zapisane i potrafimy to pokazać, że to są głupoty, albo też powiedzenie: „A zatem są sprawy na tym świecie, które wymykają się dotychczasowej nauce, ale my to szybko naprawimy.
To znaczy zajmiemy się problemem i w sposób naukowy, czyli z pewną falsyfikacją, z pewnym dochodzeniem do prawdy, odkryjemy, w czym rzecz”. Fort o tym pisze, że tak się nie dzieje i moim zdaniem zaraz na początku tej książki dostajemy takiego solidnego zastrzyku argumentacyjnego mówiącego o tym, że może czas byłoby w jego czasach, ale to smutne jest to, że po stu latach jest to samo, może czas byłoby się nauką zająć, zreformować ją, wyrzucić tych bożków, mędrców, którzy mędrcami są tylko dlatego, że zostali nominowani, dostali tytuł i mądrzą się na każdy temat. Zauważcie państwo, że dzisiaj profesor od fizyki wypowiada się w każdej dziedzinie, nawet w dziedzinie literatury, a profesor od literatury uważa za stosowne, żeby się wypowiadać w sprawach chemii, ponieważ jest na przykład profesorem i już samo to, że jest profesorem, daje mu podstawy do tego, żeby się mądrzyć na każdy temat. To jest, proszę państwa, sen idioty.
[47:35] - Tak. Jednym słowem tak. Ale zacznijmy od tego, że Fort zaczął zbierać te swoje relacje na temat zjawisk anomalnych już w roku 1906. „Księgę rzeczy wyklętych” wydał w roku 1919, a ona w Polsce ukazała się w 1993. Oczywiście miała potem jakieś inne wydania w innych wydawnictwach. Był prekursorem takiego współczesnego podejścia do zjawisk anomalnych, jakby nie było. Pytanie tylko, dlaczego to jego uważa się za prekursora, skoro przecież współcześnie z nim albo nawet wcześniej działali tacy publicyści, pierwszy z brzegu William T. Stead, którzy również przytaczali różnego rodzaju dziwne historie, dziwne opowieści. Natomiast Charles Fort robił to w sposób bardzo kompleksowy. To znaczy w skład tego, co potem nazwano zjawiskami fortańskimi, wchodziły bardzo różne dziedziny, od czegoś, co byśmy nazwali zjawiskami atmosferycznymi niewyjaśnionymi, czyli UAP, po paleostronautykę, po zagadkowe znaleziska, tak zwane Ooparty i tak dalej.
Poltergeisty, dosłownie wszystko. Jeszcze o tym będziemy mówić. Z tego powodu Fort jest przez wielu uważany za tego, który uwspółcześnił, ukierunkował to podejście do zjawisk anomalnych, które były do tej pory traktowane jako jakieś dziwaczności znajdowane w prasie. Jedną z linii krytyki w stosunku do Forta jest to, że zarzuca mu się, iż on tak naprawdę siedział w tej bibliotece, wybierał sobie jakieś dziwne historie, a potem je wrzucał do książki. I zastanawiamy się, czy to ma w ogóle jakąś wartość. Może te historie mogły być zmyślone. Wiele osób w ogóle, co zauważyłem, ma takie przekonanie, że wszystko, co działo się w wieku XIX i XX na początku w prasie było jak najbardziej poważne, że tam nie było miejsca na głupoty. Nie, jeżeli ktoś sobie przeglądał historyczną prasę, wie, ile było tam fałszywych doniesień. I tutaj niektórzy właśnie Fortowi zarzucają, że on po prostu, nie weryfikując tych historii w żaden sposób często, mógł przedstawiać opowieści, które przechodziły z ust do ust, a na końcu okazywały się taką fantastyczną historią, że ho, ho! Ale to jest inna sprawa, dlatego że on korzystał też z periodyków naukowych.
Ale przyjrzyjmy się jeszcze pokrótce jego życiorysowi. Publicysta ten urodził się w stanie Nowy Jork, w rodzinie o korzeniach holenderskich i początkowo pracował jako dziennikarz. Interesował się też przyrodoznawstwem. I życie Forta było pełne skrajności, bo chociaż nazywano go mnichem z Bronxu z racji tego, że z tą benedyktyńską cierpliwością wędrował po bibliotekach i zbierał te relacje, z drugiej strony był to człowiek, który uczestniczył w życiu towarzyskim, w życiu salonowym, nie tylko w swojej ojczyźnie, ale też w Londynie, gdzie przez jakiś czas mieszkał. I ta skrupulatność, dokładność, to punktowanie nauki z drugiej strony było... Albo inaczej. Fort oprócz tego, że w ten sposób pracował, dokumentował sobie te relacje, to miał takie momenty przełomowe, w których te wszystkie swoje notatki na przykład palił albo wyrzucał, a potem te materiały odbudowywał. Warto jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy. Otóż o dwóch może. Taką pierwszą ciekawostką niech będzie to, że mało kto wie, ale podobne relacje, podobne ciekawostki i dziwy zbierał też Julian Tuwim i miał ponoć całkiem zasobne archiwum tego typu dziwnych doniesień.
Niektóre nawet wyszły w formie książkowej. Niestety nigdy nie byłem w stanie do tego dotrzeć. A druga sprawa, że Fort mógł pisać i mógł zbierać te historie dlatego, że miał w życiu trochę szczęścia. Otóż po tym początkowym okresie, kiedy klepał biedę, i to dość srodze, dostał spadek po wujku, a kiedy zmarła jego siostra lub brat, dostał kolejną część tego spadku i to mu umożliwiło nie tylko pełne zaangażowanie się w pracę literacką, ale też dało mu taką poduszkę finansową prawdopodobnie do końca życia, która sprawiła, że z takiego niszowego dziennikarza ze stanu Nowy Jork stał się osobą może nie celebrytą, ale osobą rozpoznawalną, dlatego że jeszcze za jego życia powołano do istnienia Towarzystwo do Spraw Zjawisk Forteańskich. Co jeszcze możemy dodać? Ciekawa rzecz, która utkwiła mi w pamięci odnośnie Forta, to taka anegdota śmiertelna, bym powiedział. Otóż on, podupadłszy na zdrowiu, nagle, prawdopodobnie chorował na białaczkę, chociaż o tym nie wiedział, trafił do szpitala i w ostatnim momencie ponoć tuż przed śmiercią wręczono mu do ręki egzemplarz bodajże książki „Dzikie talenty”. Nie zdążył jej nawet przeczytać czy wnieść tam ostatnich korekt. Nie pamiętam już, jak to było. Warto jeszcze dodać, że te książki Forta, czyli „Dzikie talenty”, „Nieznane lądy” bodajże, nie pamiętam już, jak to się nazywa, to wszystko w tym wydawnictwie Pandora wyszło w latach 90.
Także jeżeli sobie poszukacie na różnego rodzaju aukcjach internetowych czy w antykwariatach internetowych, chociaż nie wiem, jak one tam teraz stoją, to z pewnością się na to natkniecie w bardzo niedużej cenie. Ja, jak mówię, znalazłem tą swoją książkę „Księgę rzeczy wykręconych” w tej horrendalnej cenie 32 000 złotych. Marku, to na dzisiejsze byłoby chyba 3,20, tak?
[54:14] - Cztery zera obetnijmy i wszystko będzie jasne.
[54:18] - Tak. Także krótki rys biograficzny Forta. Ale warto tutaj coś powiedzieć, Marku, o jego stylu, dlatego że to jest coś, co potencjalnego współczesnego czytelnika może odstraszyć. Dlaczego?
[54:38] - Ja powiem tak: mnie nie odstrasza. W związku z tym on jest bardzo dygresyjny. Pewno dlatego. Bardzo dużo tam jest wtrętów, właśnie tych fiszek przepisanych. Ale zanim o tym, to jeszcze chciałbym powiedzieć o dwóch rzeczach. Przede wszystkim o bardzo ważnym zjawisku, o którym powiedziałeś, że prasa, nie wiem, czy od zarania, ale na początku tego XX wieku to już była kompletna głupawka i w prasie się pokazywały rzeczy kuriozalne. Ja zajmując się problemem nieco innym, o którym być może kiedyś jeszcze wspomnę, natrafiłem na sytuację z pierwszej połowy XIX wieku ze Stanów Zjednoczonych, w której to nastąpiła taka sytuacja, że pewien znany dziennikarz napisał cykl artykułów o mieszkańcach Księżyca. To było oczywiście podbudowane obserwacjami astronomicznymi, a jakże. I zrobiła się z tego wielka chryja. To miało na początku, usprawiedliwiał się ten dziennikarz, takie wielkie księżycowe zwiedzenie, ale chodziło o to, żeby pokazać pewne zjawiska, a później to się wymknęło spod kontroli.
Sporo ludzi w to uwierzyło. Zaczęło na tym Księżycu, a co więcej, były zamieszczone ilustracje w tej prasie, jak to tam wygląda. Opisywał te nieznane lądy, nieznane krainy, nieznane zwierzęta, nieznane istoty. I to się wymknęło spod kontroli do tego stopnia, że później dużo odszczekiwania było w każdym razie. Więc nie traktujmy, tak jak Piotr to powiedział, prasy czy to XIX-wiecznej, czy początku XX wieku jako nieskalane, wspaniałe źródło informacji, krynicę mądrości i tak dalej. Natomiast druga sprawa, o której chciałem powiedzieć, to że Fort ma, być może jeszcze za chwilę o tych mankamentach powiemy, ale on ma dosyć, powiedziałbym, silny filozoficzny umysł. Jego siłą jest pewien wywód. To, że on się czasami opiera na przesłankach, które nie zawsze są wiarygodne, to jest inna sprawa. Natomiast jego wywodom trudno nie pożeglować z nim po prostu. Ja tu się posłużę przykładem pierwszego rozdziału.
Pierwszy rozdział w książce, którą dzisiaj omawiamy, traktuje o kamieniach spadających z nieba. I to jest znakomita ilustracja nie tylko stylu Forta, ale też tego, w jaki sposób on argumentuje. Bo tak było, że kiedyś, ileś wieków temu, za kompletną głupotę uznawano to, że jakiś kamień spada z nieba. To kompletna bzdura. Przecież wiadomo, że kamienie leżą na ziemi, a nie z nieba spadają. I on na tym przykładzie w pierwszym rozdziale pokazuje, jak w gruncie rzeczy wsteczną siłą jest środowisko naukowe. Bo już się wahałem, czy nie powiedzieć, że nauka. Nie. Środowisko naukowe, które pewnego dnia ogłasza, że przecież jest niemożliwe, żeby kamienie spadały z nieba. I teraz weźcie państwo z dzisiejszej perspektywy na to spójrzcie, kiedy dokładnie wiemy, że jednak z nieba to kilka kamyczków spadło w tak zwanym międzyczasie, a nawet bardzo często spadają.
Wtedy nie przyjmowano tego za pewnik i uważano, że nie, absolutnie, jakieś bzdury. Co więcej, starano się, żeby już tak nie iść na pełne starcie, na pełne zwarcie, to mówiono: „No może coś tam z nieba spada, ale to prawdopodobnie jak jest erupcja wulkanu i taki kamień wystrzeli w niebo, to on później rzeczywiście może spaść z nieba”. Ale widzicie państwo, to bardzo trywialne zjawisko. Tymczasem nasz autor pokazuje, że to chyba jednak nie tak i on później w kolejnych rozdziałach na podstawie tego wyciąga daleko idące wnioski, takie wręcz ufologiczne. Ja byłem zadziwiony tym, co znalazłem w książce, o której dzisiaj mówimy. Tam są tezy, które jak ulał pasują nie tylko do prozy science fiction, ale też do książek, które się ukazują współcześnie, dotyczących na przykład tego, czy obcy ingerują w naszą rzeczywistość, czy nie. Takie znajdziecie państwo w tej książce fragmenty, w których zastanawia się autor nad tym, co tam jest i czy może na przykład to, że spada, to w drugim rozdziale zajmuje się kolorowymi deszczami, różnokolorowymi, czarnymi, czerwonymi i tak dalej. I zastanawia się, czy być może nie są to echa jakichś kosmicznych bitew, jakichś transportów, które spadły na ziemię, a nie były przeznaczone tutaj na naszą planetę. I tak dalej. Te tezy, które stawia, nie, przepraszam, to nie są tezy.
Te hipotezy, które stawia, one są zadziwiające z dzisiejszej perspektywy, że wtedy, w pierwszej połowie, w takiej mocno tej połowie pierwszej, tych pierwszych latach XX wieku, on był w stanie pójść tak daleko, tak bardzo daleko. Ja byłem tym zadziwiony. A tym, co być może przeszkadza, bo o to Piotr pytał, przeszkadza w lekturze, to jest takie rozwleczenie tego wywodu bardzo logicznego. Ja przyznaję, że byłem zadziwiony, że to jest tak konsekwentny wykład. Cała ta książka zresztą jest pewnym dążeniem do celu pewnego i to bardzo widać. Z tym że niestety to jest rozwłóczone, rozwleczone na właśnie wiele przykładów. A to gdzieś tam spadł taki deszcz, a to taki, a to śmaki. On to cytuje. Moim zdaniem dzisiaj dla współczesnego czytelnika znacznie cenniejsze od tych tak zwanych prawdziwych relacji z prasy są wywody oraz przemyślenia Forta. To jest znacznie bardziej cenne.
Natomiast te wypiski, te fiszki, które on tu cytuje, nie zawsze mnie ekscytowały. Czasami tak, czasami nie. To w zależności od tego, jak to było podane. To jeśli miałbym szukać jakiejś wady tej książki, to właśnie takich wad, że to jest rozwleczone i poprzetykane tymi mniej lub bardziej udanymi przykładami.
[01:02:04] - Tak, ta książka jest momentami po prostu za mądra dla współczesnego czytelnika. Jeszcze dodajmy do tego fakt, że ona jest przetłumaczona polszczyzną współczesną, a gdyby ona się ukazała, dajmy na to rok, dwa po publikacji oryginału, to dzisiaj mielibyśmy już do czynienia z jakimś paranormalnym apokryfem. Dodatkowo to wszystko okraszone jest dawką humoru, ironii i momentami możemy nie wiedzieć, czy Fort żartuje, czy mówi prawdę. Ta narracja jest bardzo specyficzna i jak powiedziałem, niektórzy współcześni czytelnicy, którzy są wychowani na internecie, tym, że tekst zawiera dużą liczbę faktów i troszkę mniej obszerną ilość przemyśleń, mogą być tą książką znudzeni albo uznają, że jest ona nieatrakcyjna, bo Fort za dużo ględzi i że to się w sumie zapętla. Ale nie zapominajmy o tym, że w tym przypadku mówimy o dziele, które liczy sobie ponad 100 lat już. Ale tak jak mówiłeś o tych różnokolorowych deszczach, on wspomina o tysiącach przypadków, bo tak naprawdę „Księga rzeczy wyklętych” lub też „Księga wyklętych”, jak się ją niekiedy tłumaczy, jest wstępem do całej serii książek, które są bardzo podobne i w tych późniejszych książkach jest więcej przykładów aniżeli przemyśleń. To też jest może dość interesujące. Także jeżeli ktoś chce po prostu więcej opowieści, to niech sięgnie do tych późniejszych pozycji Forta i tam na pewno znajdzie więcej historii. Ale czym są te zjawiska fortańskie? Z jednej strony ten termin był jeszcze w użyciu kilkanaście lat temu, kilkadziesiąt lat temu, jakieś 20, ale stopniowo jest wypierany przez różnego rodzaju terminy typu zjawiska anomalne, zjawiska z pogranicza.
Dlaczego zjawiska fortańskie? Dlaczego tak to przez jakiś czas ujmowano? Przecież do dzisiaj istnieje nawet pismo „Fortean Times”, które kontynuuje tę jego linię myślenia, czyli zajmuje się zjawiskami anomalnymi na poważnie, ale też z dużą dozą, nie powiedziałbym humoru, ale takiego lekkiego podejścia i osadzenia ich mocno w naszej kulturze. Zjawiska fortańskie, jak już wcześniej powiedziałem, wrzucały do jednego worka szereg różnego rodzaju anomalii od hałaśliwych duchów po dziwne znaleziska archeologiczne, na przykład tajemnicze samozapłony ludzi albo samoczynnie wybuchające pożary. Wszelkie możliwe dziwne zdarzenia. Czasami nawet w tych późniejszych książkach się pojawiają historie, które się ocierają o kronikę kryminalną. Także było tego naprawdę dużo, ale były też jakieś prawdziwe perełki. Pamiętam spadające z nieba mięso, deszcz mięsa albo ogromne płatki śniegu. To też tam wszystko możecie znaleźć. Z jednej strony zjawiska fortańskie, jakieś tam dziwactwa, ale Fort to również bardzo specyficzny sposób patrzenia na świat i my w Polsce tego przykładów nie uświadczymy.
Ale jeżeli się zagłębimy w literaturę przedmiotu angielskojęzyczną, zobaczymy, jaki on duży wpływ miał na całą anomalistykę. Dlatego, że te pozornie niezwiązane ze sobą zjawiska, o których mówiłem, stanowią punkt wyjścia do dyskusji o paradygmatach, jak już wiemy, a także światopoglądzie, bo dla Forta rzeczywistość ma bardziej tajemniczy i subtelny charakter niż przyjmuje nauka. Ale ten subtelny charakter wyraża się niekiedy w zjawiskach, które dla nas z powodu tego całego obudowania ideologicznego wydają się błahe. One tak naprawdę mówią, jak krucha jest ta nasza konstrukcja związana z postrzeganiem rzeczywistości. Marku, słyszę, że tam kartkujesz Forta.
[01:06:35] - Tak kartkuję, żeby znaleźć pewien fragment. Tak, potwierdziłem to sobie. Otóż jest taki rozdział w książce, który nosi tytuł, nie wiem, czy tytuł, a w każdym razie przejawia się tam taka fraza: „Coś żyje nad nami”. Ja się bardzo skupiłem w tej książce na tym. Dzisiaj w audycji słuchaliście państwo o koncepcji nadistot z powieści „Robot” Adama Wiśniewskiego-Snerga. I cóż, mnie bardzo pasuje, bardzo mi się łączy z tym, co pisał Fort właśnie ta teoria, że coś Być może te nadistoty, które gdzieś tam są, są odpowiedzialne za te zjawiska. Zresztą tak jak to państwo słyszeliście w tej teorii nadistot te wszystkie rzeczy mieściłyby się, które Fort opisuje. W związku z tym, kiedy ten rozdział ponownie przeczytałem, to zadziwiłem się, jak to wszystko ze sobą zaczyna grać. Przynajmniej przy takim sposobie patrzenia. Bo owszem, czytamy wcześniej o kolorowych deszczach, ale właśnie o tych deszczach mięsa.
I on nie daje, mówię o Forcie, takiego wyjaśnienia prostackiego. On, tak jak powiedziałem, powołuje się, że być może gdzieś tam nad nami odbywa się jakiś ruch w kosmosie, jakieś przesyłki są doręczane, ktoś tam podróżuje, być może są to transporty żywności. To się dzisiaj może wydawać naiwne, ale zauważcie państwo, że Fort nie mówi: „Cud się stał”. On jednak szuka jakichś wyjaśnień. Co więcej, zwróćcie państwo uwagę, mówiłem o tych kamieniach spadających z nieba. W jednym z kolejnych rozdziałów pisze o tym, co znajdowane jest na przykład w meteorytach. Różne dziwne artefakty, które są znajdowane. Kiedy czytałem ten rozdział, natychmiast skojarzyła mi się historia opisana w książce science fiction, dawno, dawno temu wydanej w latach 50. Taka trylogia Borunia i Trepki „Proxima”, „Zagubiona przyszłość” i „Kosmiczni bracia”. Tam w tomie „Proxima”, zaraz na początku, w pierwszych rozdziałach pojawia się naukowiec, który ma taką ideę, że istnieją meteoryty węglowe, że można je znaleźć w kosmosie, że na pewno są.
Wszyscy patrzą na niego podejrzliwie, delikatnie wypowiem, raczej jak na takiego nieszkodliwego wariata. On pokazuje, że takie meteoryty są. Lata 50. to nie było takie oczywiste. Dzisiaj wiemy, że rzeczywiście istnieją. Fort mówi znacznie wcześniej przed Boruniem i Trepką o bardzo podobnych rzeczach, że w tych oto kamieniach, które spadają z nieba, można znaleźć te dziwne rzeczy i zastanawia się, jak to jest w ogóle możliwe, jak by to można wytłumaczyć i raczej nie odwołuje się do zjawiska typu cud. Raczej stara się znaleźć takie wytłumaczenie bardziej naukowe chciałoby się powiedzieć, ale przecież nauka go wyklinała i uważała za jakiegoś wariata, który się zajmuje sprawami, właściwie nie wiadomo, po co się tym zajmować. Ja tylko zwrócę też uwagę, że kiedy Fort pisał o tych strukturach meteorytowych, to przecież pamiętacie państwo z początku XXI wieku ta afera, gdzie tam na Antarktydzie znaleziono kamyczek, w którym podobno odkryto jakieś struktury, które podobno mogłyby odpowiadać jakimś tam żyjątkom, a w dodatku to był kamyczek, który pochodził ni mniej, ni więcej, tylko z Marsa. Ja pomijam fakt, jak to się wszystko skończyło, jak to tam w ogóle zostało przemielone przez prasę. Chodzi mi tylko o to, że te kamyczki spadające z nieba w dalszym ciągu potrafią ekscytować ludzi i potrafią sprawić, że natychmiast stajemy się czujni.
Tak jakbyśmy czuli to, o czym powiedziałem na początku, że coś nad nami się unosi, coś żyje nad nami, jak napisał Fort. I to moim zdaniem jest takie przesłanie uniwersalne czy nieuniwersalne. Nie wiem, czy uniwersalne. W każdym razie takie zastanawiające. Mnie bardzo mocno pobudza wyobraźnię.
[01:11:48] - Tak, on wierzył w tak zwane ukryte struktury naszej rzeczywistości albo inaczej niewidoczne struktury. Mówiłeś tutaj o tym odwołaniu, które się pojawiło w dzisiejszej audycji. I tak naprawdę Fort był punktem początkowym dla tych wszystkich innych autorów, którzy już zupełnie współcześnie, tak jak Salvador Freixedo pisali na przykład, że Ziemia jest farmą. O Salvadorze Freixedo możecie posłuchać sobie trochę w naszej audycji na temat watykańskiego Archiwum X sprzed bodajże dwóch czy trzech tygodni. Ale nie tylko te wszystkie terminy ultraziemianie, co tam jeszcze było? Kryptoziemianie i tak dalej. Czyli istoty, które są albo bardzo zaawansowane i żyją na Ziemi i się nawet nie pokazują, albo po prostu są niewidoczne dla nas z jakichś powodów.
[01:12:42] - Ewidentnie nadistoty, o których wspomniałem. I jeszcze ważne, że on powiedział ten sławny cytat. Myśmy się nim nie raz posługiwali w audycjach, o tym, że jesteśmy czyjąś własnością. Proszę państwa.
[01:13:03] - Nim przejdziemy do tego cytatu, że jesteśmy czyjąś własnością, który jest chyba najczęściej cytowanym pasusem z tej książki, to wspomnimy o tym, że według Forta mogło istnieć coś takiego jak sfera bytu gdzieś rozciągnięta nad Ziemią, z której mogło pochodzić wszelkie życie i te różne dziwne zjawiska. On to nazwał roboczo genezistryną. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to nieco dziwacznie, natomiast on zainspirował przecież powstanie takiej koncepcji jak słynne Super Spectrum Johna Keela, który też się często do Forte odwoływał. Nie będziemy chyba wchodzić w szczegóły. Dodam tylko jednak, że oprócz tej genezis tryny, Forte pisał, i to jest najciekawsze, o dziwnych statkach latających i spotkaniach z jakimiś monstrami humanoidalnymi, które mogły jego zdaniem przybywać z przestrzeni kosmicznej. Z tego powodu jest on uważany za prekursora publicystyki ufologicznej. Może nie za takiego pierwszego ufologa, ale jednak kogoś, kto się tym zajmował w czasach przed rokiem 1947. Oczywiście nie nazywał tego kosmitami ani nie określał tego zjawiska mianem UFO. Mówił raczej o superkonstrukcjach. Tutaj jeden z amerykańskich pisarzy, który skupia się na historii myśli anomalistycznej, Jeffrey Kripal, pisał tak o superkonstrukcjach: „Były to statki kosmiczne, które latały nad miastami na całym świecie, emitowały w dół promienie reflektorów, przerażały świadków i wprowadzały zamęt w racjonalnym porządku myślenia”.
Forte opisywał takie przypadki. Te superkonstrukcje mogły czasami sprawiać wrażenie, że dokonują swego rodzaju inwazji na Ziemię. Zatem im głębiej docieramy do myśli Forte'a, tym bardziej widzimy, jak jest ona wartościowa. Ale to jest nie wszystko, bo warto dodać, że Charles Forte to także postać, która odpisnęła się w jakiś sposób na rozwoju science fiction. I o tym również rzadko przeczytacie w literaturze polskiej, dlatego że Forte nie był u nas tak bardzo popularny. On się pojawiał gdzieś czasami, coś o nim wspominano. Natomiast jeżeli zajrzycie do literatury angielskojęzycznej, tam możecie się przekonać, w jaki sposób on nie tylko próbował swoich sił jako twórca science fiction, napisał 10 powieści, ale jakoś tak za bardzo się nie przyjęły, ale także w jaki sposób jego praca, jego książki wpływały na kształtowanie się późniejszych koncepcji, których boom nastąpił już po jego śmierci w latach 40., 50., 60. Ale najbardziej znane i najbardziej kontrowersyjne zdanie z „Księgi rzeczy wyklętych” brzmi, Marku, tak jak powiedziałeś, że jesteśmy czyjąś własnością. I powiem tak: dla wielu osób podczas lektury i to zarówno dla ludzi, którzy byli współcześni Fortemu, ale też czytelników, którzy pierwszy raz zderzają się z anomalistyką, to zdanie było wyjęte z kontekstu. Było czymś tak dziwnym, że absolutnie do tych deszczów żab, ogromnych płatków śniegu nie pasowało.
Natomiast on postulował wprost, że Ziemia jest czymś w rodzaju zoo czy rezerwatu. Nie mówił może wprost o obcych inteligencjach, natomiast ta planeta, jak twierdził, należy do kogoś innego niż homo sapiens, chociaż nam zdaje się inaczej. Pozwolę sobie zacytować: „Myślę, że jesteśmy czyjąś własnością. Albo raczej powinienem ująć to tak: należymy do kogoś. W owych czasach, kiedy tutaj była ziemia niczyja, te inne światy podjęły się eksploracji i kolonizacji. Walczyły między sobą o władzę, ale to coś już czyjeś było. I to coś ma w posiadaniu całą Ziemię i odpędza wszystkich innych”. I tutaj, w tym krótkim fragmencie mamy zarówno koncepcje palaastronautyczne, które przypominają to, o czym pisał Sitchin i Däniken, ale te współczesne, mówiące o kryptoziemianach, ultraziemianach, hipotezie zoo czy tych wszystkich koncepcjach o szarakach i tak dalej, że jesteśmy pod kuratelą obcej inteligencji. Marku, dopiero kiedy docieramy do końca, widzimy wielkość Forte'a. Ale też trzeba powiedzieć, że osoby, dla których będzie on stanowił punkt wyjścia, dopiero po długim czasie docenią jego publikacje.
Może inaczej, może nie jego publikacje, jego myśl.
[01:18:14] - Tak, bo tak jak powiedziałeś, troszkę przykrywają ją te żaby, te deszcze kolorowe. Z punktu widzenia niektórych ludzi są to jakieś duperele, które są niewarte spojrzenia, niewarte zachodu, niewarte zainteresowania. Tymczasem Forte tworzy rodzaj pewnej, źle to brzmi, że tworzy rodzaj pewnej rzeczywistości. Opisuje, jak być może wygląda to wszystko, co nas otacza, że być może patrząc, nie dostrzegamy, być może kojarząc fakty, analizując fakty, nie bierzemy czegoś pod uwagę. I dla mnie na tym polega wielkość tego, co on zrobił. Bo po pierwsze, skoro dzisiaj znajduje tylu naśladowców, tyle odwołań do jego prac, przynajmniej tych uczciwych publicystów można znaleźć, to znaczy, że stała za całą tą twórczością Forte'a jakaś myśl, której nie można zaniedbywać, której nie można zapominać, bo to jednak, nawet jeśli państwa ta książka zmęczy, to jest jednak pewien wywód i traktowanie tej akurat książki jako zbioru ciekawostek To się nie uda. Tę książkę trzeba przeczytać od deski do deski i wtedy pokaże się państwu, taką mam przynajmniej nadzieję, ta myśl, o której tu wspólnie z Piotrem mówimy. Ta pewna koncepcja świata. Ona być może nie jest ostra, być może nie jest tak narysowana, że już tu patrzcie, dokładnie macie przepis na to, jak świat wygląda. Ona jest naszkicowana.
Ona raczej ma skłonić do tego, żebyśmy rozmawiali, żebyśmy dochodzili do prawdy. To jest moim zdaniem duża wartość tej książki i przy wszystkich jej wadach jak wadach, przy wszystkim, co może nas drażnić, to o tym należy pamiętać, że to jest książka człowieka, który nie był tylko i wyłącznie takim człowiekiem, który podążał za sensacją, który chciał koniecznie znaleźć coś anomalnego, niezwykłego, dziwnego. On to jednak układał w pewien system, w pewien obraz. I chwała mu za to.
[01:20:54] - Tak, jest to dodatkowo niepokojące z tego powodu, że zauważcie, że o tym wszystkim, czyli o tym, że Ziemia jest czynnością własnością, że żyjemy w jakiejś iluzji, że możemy być podglądani przez obcą inteligencję, która nie chce z nami mieć nic wspólnego, ale może w jakiś sposób kierować naszymi losami jako gatunku. I on to wszystko napisał, nie znając takiego terminu jak UFO, jak obcy. Zmarł w 1932 roku, na wiele lat przed katastrofą w Roswell. Książka „Księga rzeczy wykrętych” powstała ponad 100 lat temu. Czyli on opierając się o poszlaki, o historię ze swojej epoki, a pamiętamy, że XIX wiek cechował się zupełnie innym podejściem intelektualnym do niektórych kwestii. Nie będę tego rozwijał, dlatego, że to już będzie troszkę za długo. Chodzi o to, że nie znając dzisiejszej anomalistyki doszedł do identycznych wniosków. I to moim zdaniem daje do myślenia poważnie. Także jeżeli będziecie na tyle zdeterminowani, żeby przez tego Forta i te jego bardzo barwne opisy przebrnąć, docenicie go naprawdę po jakimś czasie. Zaświta wam w głowie pewne pytanie: jak to jest możliwe, że ktoś, kto nie zna terminów, którymi dzisiaj operujemy w debatach ufologicznych, który nie zna tych problemów, który nigdy nie słyszał o abdukcjach, o hipotezie zoo, który nigdy nie słyszał o szarakach, o spiskach, tricksterach i tak dalej, dochodzi do dosłownie takich samych wniosków jak współcześni badacze UFO.
Czyli coś jednak w tym jest. Problem w tym, kto ma rację, kto to lepiej interpretuje. Może interpretujemy to zupełnie źle. Może Fort też nie miał racji. Natomiast coś, jak mówił ksiądz Natanek, coś się dzieje.
[01:23:09] - No tak, Piotrze, myślę, że już tych, których mieliśmy zachęcić, zachęciliśmy. Tych, którzy nie dadzą się przekonać, to już chyba nic więcej zrobić nie możemy. Jeszcze raz bardzo państwu książkę Forta polecamy. No i cóż, Piotrze, warto przypomnieć chyba o tym, że audycja w ramach Bibliotekarium 2.0 aż się prosi o jakąś dźwięczną, dobrze skrojoną nazwę. Taki minikonkurs ogłaszamy. Piszcie państwo, czy to w mailach, czy w komentarzach, czy gdziekolwiek, ale piszcie, jak by to się mogło nazywać.
[01:23:54] - Tak, to może być na przykład skrótowiec, to może być jakaś wymyślna nazwa. Możecie czerpać inspiracje z innych języków. Warto, żeby coś było, bo jednak fajnie byłoby to nazwać. W kolejnych odcinkach będziemy się starali poruszyć oczywiście albo wziąć na tapet inne książki, ale też innych autorów, dlatego, że są też tacy, którzy w Polsce nigdy nie zostali wydani, a powinni, bo ich nazwiska czasami padają na przykład w debatach ufologicznych czy innych audycjach, a niewiele o nich można w naszym rodzimym języku znaleźć. Ale materiał źródłowy do tej audycji jest tak przepastny, że na pewno nie tylko coś znajdziemy, ale będzie to coś, co będzie w zasięgu ręki praktycznie każdego z was.
[01:24:55] - A i za propozycje do tej audycji bardzo będziemy wdzięczni.
[01:25:00] - Oczywiście.
[01:25:03] - Proszę państwa, to koniec tej części audycji, ale my, Piotrze, jeszcze się dzisiaj będziemy słyszeli.
[01:25:12] - Tak, będziemy się słyszeli w Filmotekarium. Tam się będzie działo, dlatego, że przyjrzymy się nowościom filmowym, które nie wiem, co tu w zasadzie powiedzieć.
[01:25:27] - Nie mów nic jeszcze, nic nie mów. To wszystko w Filmotekarium. Poczekajcie państwo troszkę.
[01:25:33] - Tak, ale będzie się działo. Polecamy.
[01:25:40] - To jest, proszę państwa, dobry moment, żebyśmy Pożeglowali w kierunku filozofii. Zatem ogłaszam kolejne korepetycje filozoficzne. Dzisiaj, ponieważ mamy luźniejszy czas, czas ferii, postanowiłem, że zajmiemy się filozofią i humorem. Nie wiem, czy państwo się zastanawiali kiedyś, jak to jest, że się śmiejemy z czegoś. Dzisiaj będzie o tym mowa, ponieważ okazuje się, że śmiech jest właściwie dzisiaj na cenzurowanym, bo śmiech do pewnego stopnia zawsze, czy powiedzmy to, co uważamy za śmieszne, wykorzystuje czyjeś wady. To nie muszą być duże wady, ale czyjeś uchybienia, jakieś cechy, które mogą wydawać się śmieszne. Dzisiaj w świecie poprawności politycznej, gdzie wszystko wszystkich może urażać, można właściwie wietrzyć albo wieszczyć, jedno i drugie jak najbardziej zasadne, że nadchodzi era niezwykle ponura. Albo będziemy się śmiać tylko, że ktoś kogoś w tyłek kopnął, chociaż to też właściwie jest bardzo wykluczające. Może ktoś skrzywił się na kogoś, chociaż to też wykluczające. W każdym razie myślę, że humor może się w najbliższych latach, jeśli wszystko będzie podążać w pewnych kierunkach, może się bardzo zmienić.
Ale dość tego gadania. Korepetycje filozoficzne to będą dzisiaj dwa artykuły, nie za długie i myślę, że interesujące. Pierwszy z nich napisał Adam Grobler. Nosi on tytuł: „Bóg, humor i ojczyzna”. To jest felieton, który ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” z roku 2019. Ukazał się w numerze pierwszym, ale numerze, który też był jubileuszowy, bo 25. Kim jest Adam Grobler? To jest profesor, pracownik Instytutu Filozofii Uniwersytetu Opolskiego oraz członek Prezydium Komitetu Nauk Filozoficznych Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się metodologią nauk, teorią poznania, filozofią analityczną i dydaktyką filozofii. W wolnym czasie gra w brydża sportowego.
Jest wdowcem, w powtórnym związku od 2010 roku. Ojciec czworga dzieci i dziadek, jak na razie sześciorga wnucząt. Mieszka w Krakowie. Tekst jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Przejdźmy zatem do tekstu. Filozofia, jak wiadomo, umiłowaniem mądrości jest. Jeśli zaś sięgnąć do języka imć Jana Onufrego Zagłoby, przyznać trzeba, że i umiłowaniem dowcipu. Nie darmo anglojęzyczni filozofowie twierdzą, że philosophy is fun. Warto o tym przypomnieć w kraju, w którym jak mówi Mark z „Volter's World”, najbardziej szokującą rzeczą jest, że tutejsi ludzie się nie uśmiechają. Nie wiem.
To mój komentarz, od razu powiem. Nie wiem, czy akurat Mark z tego programu ma rację. Ja odnoszę troszeczkę inne wrażenie, ale jedźmy dalej. Drugą rzeczą, która najbardziej zdumiewa Marka w Polsce, jest powszechna i dosyć ostentacyjna religijność. Z połączenia tych dwóch zdziwień światowego przewodnika turystycznego można wnioskować, że wiara w Polsce jest sprawą poważną. Żadne tam poufałości w stylu Tewiego Mleczarza. „Wiem, wiem, jesteśmy narodem wybranym, ale Panie Boże, czy nie mógłbyś sobie od czasu do czasu wybrać innego narodu?”. Toż to prawie obraza uczuć religijnych. Może nie jesteśmy na tym punkcie aż tak drażliwi, jak skorzy do fatwy muzułmanie, ale daleko nam do żydowskiego oswojenia sacrum przez bądź co bądź inicjatorów religii jerozolimskich. A jest ono niezwykle pomocne w studiowaniu filozofii, która jest zabawą, jako się rzekło.
Na przykład przychodzi Żyd do krawca i zamawia spodnie. Po zdjęciu miary pyta, kiedy będą gotowe. „Za dwa tygodnie” mówi krawiec. „Co takiego? Pan Bóg stworzył świat w sześć dni, a ty będziesz spodnie szył dwa tygodnie? No ale popatrz na ten świat”. „A popatrz na moje spodnie” odpowiada krawiec. Czy można mieć lepsze wprowadzenie do problemu teodycei? Czy Gottfried Leibniz miał rację, gdy ogłosił w 1710 roku, że nasz świat jest najlepszym z możliwych? Osobiście uważam domniemanie, że Pan mógłby poczuć się urażony żartem pod jego adresem za największą jego obrazę.
Wszak Bóg, pomijając nawet kwestie dobroci i miłosierdzia, jest najwyższą mądrością, a tym samym najwyższym dowcipem. Jeśli Ludwig Feuerbach o istocie chrześcijaństwa z 1841 roku słusznie twierdzi, iż Bóg uosabia te cechy, które człowiek u siebie najwyżej ceni, to z pewnością należy do nich poczucie humoru. Idąc tym tokiem rozumowania z innym swawolnym profesorem Zastanawialiśmy się kiedyś nad kartezjańskim przezwyciężeniem solipsyzmu. W Medytacjach z 1641 roku Kartezjusz dowodził, że Bóg będąc dobry, nie może być demonem zwodzicielem, który we wszystkim nas łudzi. Zatem świat i inne umysły istnieją, a nie są tylko senną marą mojego ja, którego istnienie na mocy cogito ergo sum jest w punkcie wyjścia jedyną rzeczą niepowątpiewalną. Otóż, o ile Kartezjusz wiarygodnie odrzuca hipotezę złośliwego demona, to jednak nie wziął pod uwagę, iż Bóg może być dowcipnisiem. Dowcipnisiem, który nas wkręca w ułudę, żeby się zdrowo pośmiać. Po namyśle stwierdziliśmy jednak, że w takim scenariuszu brakuje momentu „mam cię!”, w którym operator ukrytej kamery ujawnia się przed ofiarą żartu. Toteż Kartezjusz jakoś się broni. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że „mam cię” następuje dopiero u Bram Piotrowych.
Ten wariant wszakże niezbyt daleko odbiega od ortodoksji wiary. Z perspektywy wieczności bowiem życie doczesne jawić się musi złudzeniem, a ziemskie wysiłki i dążenia nieustanną komedią pomyłek. Oficjalna doktryna dodaje nam poniekąd powagi, traktując stworzenie jako czyn podjęty z miłości, a nie gwoli rozrywki Najwyższego. Niemniej jedno nie wyklucza przecież drugiego. Filozofia wszak uczy, że będąc jak najbardziej zabawą, nie jest przez to płochą igraszką. Toteż frywolna myśl o boskich figlach może nas filozoficznie oświecić, dzięki czemu nabierzemy większego dystansu do siebie, sztukując tym Marka bardziej niż kiedykolwiek. To mi się naplotło o filozofii, Bogu i humorze. A co do tego ma ojczyzna? Ano to, że z ojczyzną niestety nie ma żartów. To był pierwszy z dzisiejszych artykułów, a teraz czas na drugi.
Ponownie będziemy rozważać problem humoru i filozofii. Autorem tego artykułu jest Artur Szutta. Nosi ten tekst tytuł „Moralne granice żartu”. Artur Szutta już pojawiał się w naszych audycjach, ale przypomnę, jest to pracownik Uniwersytetu Gdańskiego, który specjalizuje się w filozofii społecznej, etyce, metaetyce, a jego pasje to również przyrządzanie smacznych potraw, nauka języków obcych. Obecnie, czyli wtedy, bo to jest artykuł z 2019 roku, również z tego numeru 1/25 dwumiesięcznika „Filozofuj”, więc wtedy to uczył się węgierskiego oraz chińskiego. A inne pasje autora to chodzenie po górach oraz gra w piłkę nożną. I podobnie jak pierwszy tekst, ten również dostępny jest na licencji uznanie autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Sięgnijmy zatem po tekst. Są tacy, dla których każdy dowcip jest niemoralny. Budzi rechot, który jest oznaką wywyższania się, znieczulenia lub bezmyślności tego, który się śmieje.
Są też tacy, którzy twierdzą, że żarty można oceniać jedynie przez pryzmat piękna. Nie ma złych moralnie dowcipów. Są tylko te genialne, takie sobie oraz słabe. Są też jednak i tacy, których zdaniem w świecie dowcipów istnieje granica między dobrem i złem moralnym. Nasze pytanie brzmi: czy taka granica istnieje, a jeśli tak, którędy przebiega? To tylko żart. Możliwości są różne. Możemy w przebraniu ducha wyskoczyć zza rogu, aby przestraszyć niespodziewającą się niczego babcię. Możemy podstawić nogę przechodzącemu koledze. Oznajmić poważnym głosem koleżance, że właśnie została zwolniona z pracy z powodu cięć kosztów w firmie.
Możemy też rzucić coś dowcipnego o walczącej z nadwagą albo porzuconej przez męża znajomej. Opowiedzieć podszyty erotyką kawał albo śmieszną historię o dziesięciu Żydach chowających się przed esesmanem za drewnianym słupkiem. Na widok zażenowania naszych słuchaczy, łez albo gniewnego wyrazu twarzy odpowiadamy: „Przecież ja tylko żartowałem”. Żarty nie są na serio. Polegają na łamaniu konwencji, na zaskoczeniu. Dzięki temu przecież są śmieszne. Jeśli ktoś w żartach na przykład przypisuje blondynkom czy Rosjanom głupotę, Żydom chciwość, czarnoskórym lenistwo, a muzułmanom chorobliwą nienawiść do niewiernych, nie twierdzi przecież, że są oni tacy naprawdę. Kiedy w żartach mówię znajomemu, że ma coś na głowie, nie może mieć do mnie pretensji, że nic tam nie znalazł. Jeśli się obrazi, będzie to tylko oznaczało, że nie ma poczucia humoru. Czy jednak zawsze?
Żarty mają konsekwencje. Jak zauważa John Morreall, autor „Comic Relief” Jednej z najciekawszych książek poświęconych filozofii humoru. Chociaż nie można oceniać żartów przez odwołanie się do niemoralnych intencji autorów, do tego, że kłamią albo głoszą obraźliwe dla innych poglądy, to mamy inne możliwości moralnej oceny dowcipu. Żarty bowiem mają swoje dające się przewidzieć konsekwencje. Mogą krzywdzić, przynosić moralne szkody. Do istoty humoru, zdaniem Moreala, należy towarzyszące rozbawieniu zdystansowanie się do tego, co nas śmieszy. Oznacza ono pewne odcięcie się od przedmiotu żartu. Jeśli śmiejemy się z człowieka, który wyrżnął jak długi na śliskim chodniku i teraz leży cierpiący, śmiejąc się z niego, stajemy się przynajmniej na moment niezdolni do współczucia. Trywializujemy jego cierpienie. Zatem skutkiem szerzenia niektórych dowcipów może być znieczulenie na krzywdę i niesprawiedliwość.
Ponadto opowiadając na przykład seksistowskie albo rasistowskie dowcipy, możemy nawet niechcący propagować krzywdzące dla innych grup społecznych stereotypy lub przesądy. Inni ludzie mogą być przez to postrzegani w społeczeństwie, jakby rzeczywiście posiadali wady, które się im w żartach przypisuje i w konsekwencji cierpieć dyskryminację, pozbawienie szans na lepsze, godziwe życie. Jak pisze Moreal: nie powinniśmy się śmiać, gdy sytuacja domaga się współczucia. Wyjątki. Czy to oznacza, że nie można się śmiać z nikogo? Że opowiadając dowcipy musimy wymyślać fikcyjne grupy, jakichś nieokreślonych kosmitów, postaci z równoległych światów? Otóż zdaniem wielu autorów, na przykład Barry'ego Smitha - nie. Grupy społeczne cieszą się politycznymi lub ideowymi wpływami. Politycy, reprezentanci dominujących religii, ideologii mogą być przedmiotem ośmieszających ich dowcipów, szczególnie wówczas, gdy śmiech pozostaje jedynym narzędziem, aby nimi potrząsnąć, zmusić do otwarcia się na perspektywy innych grup. Nawet wówczas, gdy nie ma takiej konieczności, żarty szerzące negatywne stereotypy o grupach lepiej usytuowanych nie podlegają tak surowej ocenie, jak dowcipy o blondynach, blondynkach czy innych słabszych.
Jak twierdzi Moreal, cieszą się one tak dużym prestiżem i szacunkiem, że odrobina nawet szyderczego śmiechu im nie zaszkodzi. Jakie zasady? Czy można zatem sformułować odpowiednie zasady moralnej dopuszczalności dowcipu? Czy można powiedzieć: z takich a takich grup śmiać się wolno, a z innych nigdy? Albo że z danej grupy można się śmiać tylko przy spełnieniu takich a takich warunków. Uważam, że zaaprobowanie takich zasad byłoby niepożądane, a może nawet niebezpieczne. Na chwilę przerwę czytanie artykułu. Wydaje mi się, że byłoby nawet głupie. Czytam dalej. Spójrzmy na taki oto dowcip.
Wnuczek z dziadkiem siedzą na ganku. W pewnym momencie dziadek woła: „Wnusiu, popatrz, jaki piękny zachód słońca”. „Dziadku, co ty gadasz?” - odpowiada wnuczek. „Toż to nasza stodoła się pali”. Być może niektórych z was ten żart śmieszy, ale czy mógłby powiedzieć jakiś nadgorliwy wojownik na rzecz sprawiedliwości dowcipów: nie śmiejemy się wówczas z osób starszych i ich niedołężności? Czy to nie jest przejaw naszego znieczulenia, które opowiadanie takich dowcipów tylko pogłębia? Załóżmy, że w naszym kraju przestrzegania zasad dopuszczalności moralnej dowcipów pilnuje sztuczna inteligencja. Kieruje się ona na przykład opisaną powyżej zasadą nieszerzenia stereotypów krzywdzących słabsze grupy społeczne. Powstają dwa pytania. Po pierwsze, czy powyższy dowcip powinien zostać uznany za niesprawiedliwie krzywdzący?
Po drugie, jeśli tak, to czy osoby opowiadające takie dowcipy powinny spotykać jakieś sankcje, na przykład grzywny lub więzienie? Stary, mądry Arystoteles. Wydaje się, że jak mądrych zasad byśmy nie zdefiniowali, to ich żelazne przestrzeganie zawsze kończyłoby się dla nas tragicznie. Być może nawet na zasadzie równi pochyłej doszłoby do zakazu wszelkiego dowcipu, a zawód komika zaginął. Nasze życie byłoby smutne i nieznośne, choć może doskonale sprawiedliwe. Lepszym rozwiązaniem jest, jak sądzę, przyjęcie, że ustalenie za pomocą ogólnych zasad granicy dopuszczalności moralnej żartów jest niemożliwe. Pozostaje nam tkwić w dotychczasowym nieuporządkowaniu, licząc jedynie na osąd nielicznych tych, którzy mają taktowne poczucie humoru, o którym pisał w Etyce Nikomachejskiej Arystoteles. Tyle, proszę państwa. Jak to bywa zwykle z filozofią, ona zadaje różne pytania, ale nie zawsze na nie odpowiada. Nie traktujcie państwo obu tekstów jako przewodnika, a raczej jako źródło kolejnych pytań, krótkiego zastanowienia się, jak to z tym dowcipem jest.
Czy on rzeczywiście jest taki krzywdzący? Czy może być krzywdzący? Czy może jak szrapnel ranić innych? I czy powinniśmy na to zwracać uwagę, czy może nie? Tu nie ma odpowiedzi. Jak to zwykle w filozofii odpowiedzi nie ma. Natomiast pytania możecie Państwo pomnożyć i myślę, że to byłoby całkiem niezłe. A teraz proszę państwa, zapraszam na „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:44:31] - Dzień dobry wieczór Marku. Jak tam po majówce?
[01:44:36] - Majówkowo. Obejrzałem szereg wspaniałych filmów, przeczytałem szereg wspaniałych komentarzy, między innymi taki, że troszkę jesteśmy lożą szyderców, ale na poziomie i się może brutalnie nie znęcamy nad tymi wszystkimi filmami. Myślę, że ten pogląd my sobie w dzisiejszej audycji, sobie jak sobie, ale naszym słuchaczom będziemy go umacniać, bo dzisiaj bez drobnych uszczypliwości oraz grubych dział wytoczonych to się chyba jednak nie obejdzie.
[01:45:14] - Tak. W dzisiejszym odcinku po raz kolejny garść nowości z interesujących nas sfer i gatunków. Chociaż może bardziej dzisiaj podryfujemy w stronę horroru. Taką wisienką na torcie będzie goszczący jeszcze w niektórych kinach film „Egzorcysta Papieża”, który omówimy nieco dogłębniej na samym końcu. Spodziewajcie się dzisiaj spoilerowania, dlatego, że nie oszukujmy się, te filmy dzisiejsze na dobre nie są. Także warto o nich co nieco wiedzieć. Nim jednak przejdziemy do tej głośnej i kasowej produkcji, słów kilka o innych filmach, które raczej nie polecamy. Przynajmniej ja. I pierwszym Marku jest „Phenomenas”, czyli „Zjawiska”. Coś, co sobie możecie znaleźć na Netflixie.
Jest to taki typowo netflixowy horror komediowy z wymuskaną scenografią i przerobionymi milion razy schematami. Opowiada o grupce kobiet, która zakłada sobie organizację do spraw badań zjawisk psi.
[01:46:23] - Jeszcze mają księdza w odwodzie.
[01:46:28] - Tak. I jest oczywiście medium, osoby są bardziej scjentystycznie nastawione. I takie strele-morele, czyli seanse spirytystyczne, trzymanie się za ręce, tabliczki Ouija. Nie wiem, jak się to wymawia. Szczerze to powiem tak: o ile horrory komediowe to nie jest moja bajka, to produkcja ta znudziła mnie wyjątkowo. Zacząłem się po czasie zastanawiać, dlaczego budziła we mnie szczególną niechęć. Bo to nie jest jakiś film bardzo zły. Jest, jak powiedziałem, taki wymuskany, taki przewidywalny. Wiemy, co się za chwilę wydarzy. To jest irytujące.
Ten film jest irytujący do granic. Nie wiem, z czego to wynika. Czy z tych kobitek, co nieustannie coś gadają, czy z tych nieśmiesznych żartów. Nie chce mi się nawet za dużo o tym filmie gadać. Widzę tutaj też jakieś stylistyczne zbieżności z „Ostatnią wieczerzą”, którą masakrowaliśmy w pierwszym „Filmotekarium” w historii. Czyli ta wspomniana nienaganność wykonania na tle totalnej bladości i nijakości. Coś, co charakteryzuje wiele filmów Netflixa. Ale co mnie Marku najbardziej zdenerwowało? Otóż ten fakt, że tam dostajemy informację, że to jest na faktach.
[01:47:58] - Tak, to jest jeden z dwóch filmów, który w jakiś sposób do tego schematu się odwołuje. Drugi też będzie się odwoływał do schematów. Drugi nie w ogóle w kolejności, ale mamy jeszcze jeden taki. Natomiast jeśli chodzi o „Phenomenas”, mówiąc szczerze, jestem człowiekiem jednak dużej wiary w takim razie, ponieważ jak zacząłem ten film oglądać, to miałem nadzieję. Ja w ogóle jestem taki nie wiem, czy rasistowski, a w każdym razie jakiś taki, że lubię tylko anglosaskie filmy. To oczywiście żart jest. Nie tylko, ale hiszpańskich szczególnie nie darzę sympatią. Kilka razy się mocno naciąłem. I te hiszpańskie filmy, nie wiem, czy im brakuje z mojego punktu widzenia, nie musicie się Państwo z tym zgadzać, nawet na pewno nie musicie, ale mnie brakuje w tych filmach dynamiki. One są jakieś rozciągnięte.
To się wszystko toczy. Nawet zły film amerykański toczy się szybciej niż ten film, który tutaj Państwu prezentujemy. To pierwsza. Ja wiem, że z punktu widzenia niektórych osób, które lubią oglądać takie kino nieco bardziej stonowane, mniej goniące, mniej strzelające, to akurat to, co powiedziałem przed chwilą, nie jest specjalną wadą. Niemniej ten film jakoś tak się rozkręca powoli. Piotr powiedział o schematach. Rzeczywiście tu mamy taką, co przewiduje przyszłość. I te kobitki są niby znane, bo tam kogoś jedna uratowała, a komuś coś powiedziała i zaczynają powoli, w niektórych momentach tego filmu robić troszeczkę za celebrytki. Cudzysłów oczywiście ogromny. I w pewnym momencie, znowu duży skrót myślowy, ci wszyscy specjalsi od paranormalności zostają wysłani do pewnego antykwariatu, w którym się dzieją rzeczy niemożliwe.
Panie, co tam się dzieje! W międzyczasie jeszcze przeżywamy seans spirytystyczny, gdzie się wszyscy nie tyle łapią za ręce, co za ten wskaźnik, Ouija czy jak to się tam inaczej nazywa. W każdym razie to działa, ale później troszkę przestaje. I tak czekałem, jak to dalej się będzie toczyło, a to się dalej toczyło w tym samym tempie, nie przyspieszając, nawet nie zwalniając, ale tu w tym wypadku to już chyba nie było do czego zwolnić. Poza tym, Piotrze, powiedziałeś, że to jest dopracowana, wymuskana scenografia. Ja miałem wrażenie, że ta scenografia, może sposób filmowania, sposób oświetlenia jest taki, że to wszystko w jakichś takich brązach pracuje, przynajmniej w sporej części filmu. Poza tym finał tego filmu, to połączenie komedii i horroru niespecjalnie mnie przekonuje. Ja już wolę tak zwane głupie horrory albo takie nonsensowne. Amerykanie kręcili parodię „Krzyku”, zdaje się. To były pszaśne, pszenno-buraczane i epatujące najgorszymi żartami, jakie mogą być, ale taka guma do żucia dla oczu.
Ona czasami człowieka odmóżdżając, jednocześnie jakąś taką rolę terapeutyczną spełnia, bo to są tak złe filmy, że już gorszych być nie może. W związku z tym człowiek odpuszcza sobie pewne krytyki, bo wie, że właściwie to nie ma żadnego sensu. Czy w swoim czasie Polański nakręcił „Nieustraszonych pogromców wampirów”. Można mieć różne uwagi do tego filmu, ale przynajmniej bywa tam zabawnie. Tu ta zabawność według mnie stoi pod znakiem zapytania, ta komediowość, bo to jest deklaratywnie komediowy horror. Ja specjalnie się turlać ze śmiechu nie turlałem przy filmie.
[01:52:39] - Jest coś takiego w produkcjach Netflixa, niektórych tych nowszych, szczególnie jest to widoczne w serialach, w którymś filmie zresztą to też tak było, który żeśmy omawiali. Tam scenografia jest taka, jakby ci ludzie w ogóle nie używali sprzętów wokół siebie. Wszystko wygląda na sterylne, czyste, wymyte, ludzie są wykąpani, wszystko jest pięknie, ładnie i to wygląda nienaturalnie. Strasznie to bije w oczy. Te kobity wyglądają jak lalki przede wszystkim. One się tak poruszają, gadają. To doprowadza do szału. Ja po prostu myślałem, że się wścieknę na tym filmie. Wyłączyłem go. Nie mogłem, nie dotrwałem do końca.
Ale co mnie wkurzyło najbardziej? Marku, pamiętasz, że jak były dawniej filmy, to było tak, że jak coś było oparte na faktach, to jako tako się tamtych faktów trzymało. Natomiast tutaj to jest film niepoważny, a ktoś dostaje informację, że to jest na faktach. W jakim świetle on stawia te zjawiska z pogranicza i ludzi, którzy się tym zajmują? Że oni są tacy jak te kobitki z tego filmu? Bardzo to niefajne jest, bo myślę, że przeciągnięto pewną strunę. Już tak zrobiono w takim jednym filmie szwedzkim sprzed dwóch lat. Nazywał się „Zło czyha za drzwiami” i tam też dostaliśmy na początku informację, że to jest oparte na faktach. Proszę was, jak chcecie to zobaczcie. Także nie wiem, co powiedzieć o tym „Phenomenas”, po polsku „Zjawisko”.
Nie jest to coś absolutnie tak strasznie złego, żeby sobie odpuścić, jeżeli nie zostanie nic innego do obejrzenia. Jak mówię, nie jest to ani ciekawe, ani warte zapamiętania. Po mojemu szkoda czasu. Nie jest to oczywiście najgorsza rzecz, która w Filmotekarium gościła, ale też ja osobiście nie polecam.
[01:54:45] - Ja bym chciał tylko jeszcze powiedzieć, że naprawdę, wierzcie mi państwo, trudno jest, jeśli ktoś lubi kino akcji. Ja takie kino lubię, cały czas to deklaruję. Dla wielu osób to może nie jest najważniejszy wyznacznik dobrego kina, żeby akcja była taka dynamiczna. Ja sobie z tego zdaję sprawę, ale myślę, że w horrorze przynajmniej jest tak, że albo ta akcja jest dynamiczna, albo też ten horror musi nas wciągnąć czymś innym, jakimś innym rodzajem aktywności, jakimś innym przyciągaczem. Problem polega na tym, że w „Phenomenas” tej szybkiej akcji nie ma, a tego czegoś innego, co by nas miało wciągnąć, niestety też nie ma. Mamy fajne wnętrza tego antykwariatu, ale to wiecie państwo, ile można to oglądać? I tak właściwie człowiek się zastanawia. Później mamy oczywiście optymistyczny koniec, bo to komedia. Tak, oczywiście. Więc mamy optymistyczny koniec, ale tak człowiek patrzy na ten koniec właśnie, szczególnie na końcu, bo ja dotrwałem do końca.
Patrzy sobie na ten film i mówi sobie: „No dobra, ale właściwie po co dostaliśmy ten film?” Bo ja odniosłem wrażenie w pewnym momencie, że tylko po to, żeby te napisy końcowe się pojawiły głoszące, że to trio tych kobitek, to ono tam jeszcze działało, działało i pomogło wielu ludziom i było zajefajnie, jak one tak działały, ale już pewno nie działają. Wiecie państwo, czy to jest akurat tyle, żeby kręcić z tego półtorej godziny? Niekoniecznie.
[01:56:47] - Tak. A jeżeli mówiliśmy o hiszpańskich horrorach, to jest w ogóle materiał na oddzielny program. Dlatego, że to jest jeden z kilku krajów w Europie, który wydał naprawdę wiele interesujących filmów tego rodzaju w XXI wieku. Bo na tym się skupiamy. I wśród tych nowszych produkcji znajdziecie na przykład coś takiego jak „El Páramo". Nie wiem, jak nazywa się po polsku. To jest na Netflixie. Po polsku nazywa się prawdopodobnie „Odludzie". Film z 2021 roku i to jest taki horror trochę historyczny. My za chwilę przejdziemy do problemu w ogóle, jakim są horrory historyczne.
I ten film ma wiele mankamentów hiszpańskich horrorów. Jest takim dla mnie typowym przykładem. To znaczy, tak jak powiedziałeś, tam się ciągnie, tam mamy jakieś strachy. Natomiast muszę powiedzieć tak, że o ile hiszpańskie horrory, te najlepsze, te topowe, które jakoś tam gościły w kinach albo zyskały wysokie oceny, one są wykonane nienagannie, to one trochę nudzą. Nie oszukujmy się. Znaczy przynajmniej mnie. Nie ma w nich takiego piernicznienia, że czasami jest po prostu nudno. Nuda, nic się nie dzieje, dialogi bardzo niedobre. Ale jeżeli jesteśmy przy horrorach historycznych, Marku, no to numer dwa i w zasadzie numer trzy z naszej listy nowości. Filmy z gatunku oba historycznego, tylko jeden bardziej, drugi mniej.
Pierwszy z nich to „Bunkier". No i cóż tam się dzieje? Otóż mamy tam historię przedstawioną żołnierzy z armii brytyjskiej w czasie wojny pierwszej światowej. Jest to wojna pozycyjna. No i na co dzień dzieje się tam niedużo. Ale pewnego dnia ci żołnierze zauważają, że Niemcy się gdzieś wycofali i oni postanawiają przejąć ich pozycje. No i przejmują tą pozycję. Okazuje się, że coś tam nie zagrało, bo Niemcy wysadzają ten bunkier, oni są uwięzieni w środku, a na domiar złego znajdują tam ukrzyżowanego niemieckiego żołnierza, ale wkrótce zaprzęgają go do roboty i tak, żeby się z tego bunkra wykopać. No i cóż. I tu się zaczyna, Marku, delikatna męczarnia.
[01:59:27] - No tak, bo ten film to jest jeden z tych zawodów moich, ale dzisiaj będą prawie same zawody. W związku z tym wyróżnianie go jakoś specjalnie chyba nie ma sensu. Ale powiem o tych zawodach. Otóż tam chyba w pierwszych minutach filmu pojawia się taka dosyć złowroga opowieść jednego z bohaterów. Ona jest wyciągnięta jakby żywcem z takich horrorów i to takich starych horrorów dobrej klasy, a w każdym razie takich soczystych, że aż tam naprawdę strach. Nie będę państwu opowiadał, bo w tym wypadku to akurat nie ma sensu. W filmie zrobią to lepiej. Chociaż właśnie, czy ten film oglądać? Bo proszę państwa, Piotr streścił przynajmniej entrée do tego filmu. Natomiast to streszczenie było lepsze niż sam film.
Takie odnoszę wrażenie, bo ja nie wiem, co strzeliło do głowy reżyserowi, czy nie miał środków, czego on nie miał tak naprawdę. Zresztą film, jego czołówka jest, ja specjalnie sprawdzałem, jak go oglądałem, bo czołówka jest zrobiona nie tak nowocześnie jak nowoczesne filmy, tylko zrobiona jest zgodnie z duchem czasów, o których opowiada. W czasie pierwszej wojny to kino było nieme, ale powiedzmy takie tuż po, czyli długa czołówka, jakaś mapa, ciągnie się to i ciągnie. W końcu się kończy ta czołówka i rzeczywiście trafiamy do takich podziemnych umocnień. Tam sobie gważą ci żołnierze. No właśnie, ten film przede wszystkim w głównym swoim trzonie polega na ględzeniu. No i oni sobie ględzą, ględzą, ględzą, ględzą i ględzą. Czasami mówią rzeczy bardziej ciekawe, czasami mniej ciekawe. No ale ględzą. I wiecie państwo, być może w wykonaniu jakichś wybitnych aktorów, naprawdę takich, przy których człowiek czapkę z głowy zdejmuje, miętosi ją jak taki chłop pańszczyźniany i mówi sobie: „Przepraszam, ja w ogóle do tej pory nie doceniałem aktorstwa".
Nie, problem polega na tym, że to nie są tacy aktorzy. To są aktorzy, ja nie chcę im nic ujmować ani nic im przydawać, ale przynajmniej średniej klasy. Ja oczywiście nie znam głębi języka i w związku z tym być może czegoś nie wychwytuję, ale z mowy ciała, z pewnych gestów, mimiki To ja tam nie widzę wielkiego aktorstwa. Jak się połączy to średnie aktorstwo z nieustannym ględzeniem, gadaniem. Wierzcie mi Państwo, ten film prawie wyłącznie składa się z gadania. Zmienia się tylko ustawienie kamery, bohaterowie ględzenia, tematy ględzenia, ale to wszystko właściwie. Jakby to wszystko podsumować, to bywa momentami, jak sobie Państwo uruchomicie wyobraźnię, uruchomicie pewien dystans do filmu, to bywa nawet groźnie. Jak powiedziałem o tej opowieści, która się pojawia, ona mnie nawet pozytywnie nastroiła. Mówię: „O, będzie fajnie, będzie nieźle”. A w gruncie rzeczy dostajemy opowieść dosyć sztampową.
Nie wiem, jak to inaczej określić. Bałeś się, Piotrze, na tym filmie jakoś specjalnie?
[02:03:17] - Nie, ale miałem bardzo podobne odczucia. Do pewnego momentu to nawet jakoś się troszeczkę kleiło, natomiast potem to już nie wiadomo było nawet, o co chodzi, co ich tam zeżerało w środku. W ogóle jakiś Niemiec ukrzyżowany, jakieś krzoki tam w środku są, coś się leje po tym bunkrze. Demon się pojawia na sam koniec i to taki mało straszny. Jakby było mało złego, to główny bohater, który wyłazi, ratuje się z tego bunkra, postanawia tam wejść, żeby uratować Niemca, który się przemienił w demona chyba, już nie pamiętam. W każdym razie postanawia tam wejść i kończy mariannę. A najgłupsze w tym wszystkim jest to, że oni mieli na samym czubku, zauważyłeś, wyjście, a jakiegoś grzyba przez cały film próbowali się wykopać. A wystarczyło, żeby skrzynki położyli na samym końcu i by wyleźli. To już było mistrzostwo.
[02:04:15] - Ale inaczej film by nie powstał, takie dzieło wybitne, które mieliśmy okazję obejrzeć.
[02:04:22] - Tak, ale jeżeli chodzi o horrory historyczne, to już też jest materiał na następny jakiś odcinek, dlatego że to jest specyficzny podgatunek. I o ile na przykład horror kostiumowy czasami wychodzi, przypomnijcie sobie „Braterstwo Wilków”, nawet „Wilczyca” przecież nie była taka głupia. To już z takimi horrorami osadzonymi na tle wojny, najczęściej drugiej, bo w tym przypadku mamy pierwszą, ale były horrory drugowojenne, to już w ogóle nie wychodzi. Dlaczego tak jest? Trudno mi powiedzieć. Wydaje mi się, że po prostu kino wojenne to jest taki określony już materiał i to kino dysponuje taką swoją poetyką, sposobem przedstawiania świata, jakimś napięciem wbudowanym, które otrzymujemy i po prostu nawet najstraszniejsze historie nie są przerażające. Wychodzi to wszystko bardzo kiepsko. Pewnie kiedyś podejmiemy temat takich filmów. W ostatnich latach mieliśmy ich kilka. Na przykład to się chyba nazywa „Duchy wojny”, „Ghost of War”, ale przypominam sobie na przykład film sprzed dwóch lat chyba o jakimś nawiedzonym samolocie i tak dalej.
Straszne to było. Mówię, niektórym osobom się to może podobać, bo to jest sklecenie naprawdę dwóch wielkich gatunków, ale nie wychodzi. Chyba że znacie jakiś dobry horror wojenny, to dajcie znać w komentarzach. Czekamy.
[02:05:59] - Ale właśnie, teraz się zaczyna najzabawniejsza rzecz. Otóż przedstawiliśmy Państwu przed chwilą takie zgrubne omówienie filmu „Bunkier”. Tak to funkcjonuje. Ale w tym samym roku, czyli w 2022, powstał też drugi film, który ma bunkier w tytule, ale rozwinięty, bo to jest „Bunkier strachu”. Po angielsku to, Piotrze, jak to było tam?
[02:06:27] - To się po angielsku nazywa trochę inaczej, bo to się nazywa bodajże, zaraz wam powiem.
[02:06:36] - To ja szybciutko dorzucę. Piotr sprawdzi, a ja szybciutko dorzucę, że bunkier to w ogóle dosyć nośny tytuł, bo bodajże w 2001 roku powstał film, który w polskiej wersji też miał bunkier. Z tym że w angielskiej to tam chyba o dziurę chodziło. I to była historia takich nastolatków, którzy tam się urwali ze szkoły i w tym bunkrze nie ma co oglądać, proszę Państwa. Był też film „Bunkier SS”. To zupełnie inna historia. Znowu historia nas dogoniła, tym razem II wojny światowej. Też Państwo sobie darujcie. Naprawdę nie ma co oglądać. Ale wróćmy do tego filmu „Bunkier strachu”.
Piotrze, już sprawdziłeś?
[02:07:31] - To się nazywa „Bunker Game” po angielsku, natomiast jest to koprodukcja francusko-włoska. I coś tu możemy powiedzieć. Te filmy nie są do siebie podobne. Natomiast jeżeli będziecie ich szukać, to może się zdarzyć tak, że one oba występują pod tym samym tytułem gdzieniegdzie, tak że musicie uważać. Marku, ten drugi film, powiedzmy sobie tak, on się opiera o trochę lepszą historię.
[02:07:59] - On się zaczyna lepiej.
[02:08:01] - Tak, zmierzający w stronę sci-fi.
[02:08:05] - Tak, on się zaczyna w ogóle rewelacyjnie. Ja myślałem, że właśnie dostałem film, nad którym się nie będę musiał pastwić w naszej audycji, bo zaczyna się z mojego punktu widzenia rewelacyjnie. Otóż mamy bunkier, którym chadzają sobie faszyści Hakenkreuz. Wygląda to jak podziemna kolonia Trzeciej Rzeszy. Dowiadujemy się z materiału kroniki filmowej, że historia wyglądała tak: wojna zakończyła się w 1944 roku. To był pierwszy moment, kiedy mówię: „Jak w 1944? O co chodzi?” I to było oczywiście zamierzone, bo natychmiast przykuło moją uwagę i dowiedziałem się dalej, że dosyć szybko po tej zwycięskiej dla Trzeciej Rzeszy wojnie Amerykanie zdradziecko zaatakowali Europę, w tym wypadku Trzecią Rzeszę, głowicami jądrowymi. Niemcy nie mieli innego wyjścia i odpowiedzieli Amerykanom tym samym. W rezultacie doszło do trzeciej wojny światowej albo drugiej części drugiej wojny światowej, czyli takiego dokończenia nuklearnego. I w jednym z bunkrów, gdzieś bodajże we Włoszech, trwa faszystowska kolonia.
Na powierzchni ziemi oczywiście promieniowanie, wszystko, co wyniszcza ludzkość. A tu trwa Trzecia Rzesza podziemna. Nawet łapią szpiegów, myślą o rozmnażaniu się, o takich ideałach Trzeciej Rzeszy. Mówię: „Kurczę, co to będzie za film?”. I ja jeszcze o czymś takim nie słyszałem? Super. Ale zapomniałem o jednej rzeczy. Otóż na początku tego filmu pojawia się definicja słowa „larp”. Ja jej teraz nie będę państwu wygłaszał, co to jest larp, bo ci, co nie wiedzą albo nie sprawdzą, to będą mieli lepszą zabawę. Tak, ale tego nie uwzględniłem i później przychodzi coś, co nazwałbym srogim zawodem, bo ten podziemny bunkier Trzeciej Rzeszy okazuje się tak naprawdę, z mojego punktu widzenia, jedną wielką mistyfikacją.
Bo to wcale nie jest zagubiona kolonia Trzeciej Rzeszy w jakimś podziemnym bunkrze, tylko gra, właśnie larp.
[02:10:48] - Tak, „Bunkier strachu” nam wpadł troszeczkę jako taki nadprogramowy film. Ale bardzo dobrze, bo jedno że może się wam pomylić z „Bunkrem”, tym o pierwszej wojnie. Natomiast tak się wpasował do dzisiejszego programu, że pasuje nie tylko jako nowość, ale też jako coś, co budzi mieszane uczucia koniec końców. Tak samo, Marku, jest z filmem trzecim i on się nazywa „Those Who Walk Away”, czyli „Ci, którzy odchodzą”. Jest to, szukam odpowiedniego słowa. Nie jest to film rozczarowujący, nie jest to film kontrowersyjny, nie jest to też film jakiś bardzo ambitny i bardzo atrakcyjny. Natomiast to jest taka produkcja, powiedziałbym, średniobudżetowa, horrorowa, oryginalna, bo to jest tak zwany one shot. Z drugiej strony widzimy na kilku przykładach w tym filmie, jak producenci oszczędzali, żeby móc doprowadzić ten projekt do końca. Dla mnie to było poniekąd, przynajmniej w pierwszej części tego filmu, wciągające. On się w ogóle zaczyna, Marku, od cytatu z bardzo znanej pisarki.
[02:12:08] - Tak. I w dodatku nawiązuje tytułem oraz pewnym fragmentem, opisem opowiadania. To jest chyba najlepsze, co w tym filmie jest, czyli nawiązanie do Ursuli Le Guin i do jej opowiadania. Znajdziecie państwo to opowiadanie w takim zbiorze „Wszystkie strony świata”. Wyszło w latach 80. O tych, którzy odchodzą i ta miejscowość Omelas, chyba tak to się wymawia. W każdym razie chodzi o historię takiego miasta, pięknego, w którym wszyscy żyją dostatnio, wspaniale. Jest w ogóle super. Tylko gdzieś w podziemiach tego miasta jest jeden chłopiec, który jest więziony w celi i jest torturowany. I po to to wszystko się odbywa, żeby ci na górze, ci ludzie żyjący w miasteczku mogli żyć w tym dobrobycie, w tym szczęściu i tak dalej.
I to nawiązanie do tego opowiadania mistrzyni science fiction, podobno też fantasy. Nawet nie podobno, bo w końcu „Czarnoksiężnik z Archipelagu” i cały cykl zapoczątkowany tą książką to w końcu fantasy, ale właśnie mistrzyni fantasy, Ursula Le Guin, czy jak sobie państwo będziecie to wymawiać, to już naprawdę nie ma znaczenia. To jest najlepsza rzecz w tym filmie. I tak jak Piotr powiedział, to jest film, w którym wszystko fajnie się zaczyna. Rzeczywiście on wciąga, ta gra pomiędzy główną bohaterką a głównym bohaterem. Oni się spotykają na randce i to takiej niespodziewanej. Znaczy ona jest spodziewana, inne słowo jest potrzebne. Takiej szybkiej randce. To znaczy oni się spotykają i nie wiadomo jeszcze, co z tego będzie, ale próbują. I ta randka, ta gra pomiędzy nimi, ona zaczyna wyglądać pasjonująco.
Bo cóż, to jest gra psychologiczna. Dziewczyna ewidentnie kusi tego chłopaka, a on się daje kusić. Ona oczywiście dobudowuje do tego filozofię, znaczy taką delikatną filozofię damsko-męską, ale jednak W dodatku jest atrakcyjna. Chłopak się daje porwać i tej filozofii, chociaż tu bym filozofii akurat nie mieszał w to wszystko, zupełnie czemu innemu się daje porwać. Przez ten czas wszystko jest w porządku. W pewnym momencie oni docierają do pewnego domu i muszę powiedzieć, że od tego momentu film spada o klasę albo o dwie, albo nawet o trzy. Bo to, co się dzieje w tym domu, ja rozumiem, że ktoś może mieć senne koszmary. Sam takie koszmary miewam i bywa nieprzyjemnie i w ogóle nie jest fajnie, jak człowiek ma koszmary, ale to bardzo często są koszmary indywidualne i kiedy się je zaczyna opowiadać, to bardzo wiele osób tego nie czuje. To, co jest dla nas koszmarem, bardzo często koszmarem dla kogoś nie bywa. I ja odnoszę wrażenie, że o ile ta pierwsza część filmu jest rozegrana świetnie, świetnie się to ogląda.
Ja nie znam tych aktorów, ale to całkiem gładko wchodzi. Widz czuje się tym porwany. Przynajmniej ja się tym poczułem porwany. Od momentu, kiedy trafiają do tego domu, tam oczywiście jest uzasadnienie po co, na co i tak dalej, to jest taki senny koszmar, którego ja się w ogóle nie bałem, a chwilami był taki moment, że parsknąłem śmiechem, szczególnie gdy zobaczyłem głównego złego. Po prostu myślałem, że naprawdę nie wytrzymam. I im bliżej końca, tym jest gorzej. Oczywiście wszystko się dosyć logicznie rozwiązuje, a w każdym razie z taką mechaniką filmową, czyli taką horrorową, że coś tam się musi wydarzyć. Zło zostaje ukarane, to oczywiście jedna z możliwości, ale w gruncie rzeczy ten film jest pęknięty na pół i ktoś powinien dokręcić drugą część do tego filmu, znaczy wyrzucić do śmietnika przynajmniej ten sposób nakręcenia wnętrza domu, dorobić zupełnie inną drugą część.
[02:16:53] - Tak. Przede wszystkim widać jest to, jak było oszczędzane na scenografii. Ten dom jest naprawdę zbudowany z jakiejś dyktury, jak to się mówi. Ale tak jak wspomniałeś, mniej więcej do połowy, kiedy ona go zaprasza na jakąś emocjonującą przejażdżkę i wybierają się do tego domu nawiedzonego, wszystko jest fajnie i rzeczywiście napięcie się buduje. Tym bardziej, że wiemy, że z tym chłopakiem też coś jest nie do końca w porządku i to jest pewne niedopowiedzenie, bo chyba tam się nie dowiadujemy co, natomiast coś mu się dzieje przez cały ten film, zanim jeszcze do tego domu nawiedzonego trafia. Takich niedociągnięć jest więcej. Co tu jeszcze możemy dodać? Tak jak we wspomnianym opowiadaniu, on też ma się stać ofiarą, aby oni mogli sobie żyć spokojnie. Dlatego, że ta dziewczyna i jej brat, którego też poznajemy w pierwszej części filmu, są nękani przez demona i temu demonowi trzeba złożyć ofiarę, dlatego, że jak się nie złoży ofiary, to się będzie czepiał i trzeba mu podsunąć po prostu kogoś do zjedzenia. I podsuwają najpierw jakiegoś małego chłopaczka, ale chyba ten demon za bardzo nie chce go zeżreć, to podsuwają mu większego.
Ale w końcu w wyniku wzajemnej współpracy oboje się próbują wydostać. A co z tego wychodzi, to już wam nie powiem. Ale jak wiecie, jak jesteście z horrorami za pan brat, to wiecie, że z takiego domu nawiedzonego niełatwo się jest przedostać na zewnątrz. Jak mówiłem, jest to produkcja niezależna i to widać, bo ten aktor z tego, co tak sobie kojarzę, to jest chyba nawet taki dość znany. Wystąpił między innymi w sadze „Zmierzch”. Natomiast co tam jeszcze chciałem dodać. Tam, jeżeli sobie zobaczycie wystroje wnętrza, a wiadomo też praca kamery w takich malutkich pomieszczeniach jest taka sobie, to już tak jak powiedziałeś, widać to pęknięcie, widać te rysy. Film ma jakiś tam potencjał i powiedziałbym, że jest chyba z tych, które były do tej pory omówione, najlepszy.
[02:19:15] - Tak. Jeszcze chciałbym powiedzieć o tym, że tak jak powiedziałeś, aktorstwo właściwie nie ma nic do zarzucenia. Natomiast proszę państwa, ten dom, z którego trudno się wydostać, bo jest nawiedzony. Zaręczam państwu, że znajdziecie 101 sposobów, jak się z tego domu wydostać. A bohaterowie mają problemy. Chłopczyk, który tam został pierwotnie złożony w ofierze, chowa się w jakiejś garderobie, w jakimś takim schowku i dlatego go ten zły demon jakoś tam nie zżera czy nie turbuje. Ale ja państwu pragnę zwrócić uwagę, jak będziecie oglądać państwo ten film, to zwróćcie uwagę, jak wygląda ten demon. Naprawdę to był moment, w którym naprawdę turlałem się ze śmiechu. Tu też widać tę niskobudżetowość filmu. Ja nie wiem tak naprawdę, jak ocenić ten film, bo z jednej strony naprawdę to są tak nierówne części.
Ta pierwsza i ta druga, kiedy trafia główny bohater do domu, że ja nie wiem, jakby jakieś wariactwo kogoś ogarnęło, bo pierwsza część bazuje na takiej dosyć Subtelnej. Ona chwilami nie jest subtelna, tak po ludzku niesubtelna, ale w gruncie rzeczy obserwujemy pewną grę psychologiczną. Domyślamy się, że ta dziewczyna ostro kombinuje, ale z drugiej strony używa chwytów takich typowo właśnie kobiecych. Ona ewidentnie wciąga tego chłopaka w pułapkę i korzysta z tych walorów, które natura tudzież Bozia jej dała i robi to niezwykle umiejętnie, ale nienachalnie. Nie ma mowy o jakiejś wyuzdanej seksualności. To wszystko jest robione tak, żeby gość się ekscytował, ale żeby to nie skończyło się za szybko. W związku z tym ta gra jest pasjonująca i nie mogę jeszcze nie nawiązać do poprzedniego filmu, do tego „Bunkra strachu", bo znowu, zobaczcie państwo, początek i w jednym, i w drugim filmie jest super. Tam jest alternatywna historia. Tu mamy grę psychologiczną, a druga część zarówno w „Bunkrze strachu" to jest po prostu jakieś szwendanie się po podziemiach, bo organizatorzy tego LARPa muszą się cofnąć, muszą tam posprzątać. I kiedy się cofają, to się zaczyna dopiero piekło i okazuje się, że ten bunkier też w jakimś stopniu jest nawiedzony i tam się w ogóle cuda dzieją po prostu.
Tylko te cuda, proszę państwa, one są zupełnie niewciągające, niestraszne i w ogóle zabawa się kończy. Po prostu jednego wykończyli, drugiego wykończyli. Nie wiadomo, co go tam zeżarło czy wykończyło. Przepraszam za dosłowność, ale to już ten film, o którym teraz mówimy, z tymi dwiema częściami, gdzie kobieta zanęca chłopaka, a później trafia do domu i to już nie jest fajne, to jest zdecydowanie lepszy film. Bo o coś w nim chodzi. Ja odnoszę wrażenie, że na początku pieniędzy starczyło na to, żeby ładnie rozwinąć pierwszą część, a przy drugiej, tak jak Piotr powiedział, paździerz wystaje, proszę państwa i z tego domu, i z rozegrania tego wszystkiego. Naprawdę, wierzcie mi państwo, to był potencjalnie film, który mógł państwa zaczarować. Mnie oczywiście też. A wyszło tak sobie. Nie za bardzo.
[02:23:26] - Tak. Czasami jest dobrze po prostu nie pokazywać za dużo w horrorze, o czym mówiliśmy już nie raz. Ukryć tego potwora, ukryć demona albo pokazać tylko rękę, ewentualnie cień. Tutaj niestety to dużo popsuło i tam w ogóle jest też kilka scen, które są niepotrzebne. Są dodane tylko dlatego, żeby ten film był bardziej widowiskowy, a w pewnym momencie to nawet są takie karykaturalno-groteskowe. Ale skoro „Ci, którzy odchodzą" nie było złe, to co tu powiedzieć o filmie, który miał być najlepszy? Miał być jednym z najlepszych horrorów tego roku. Chodzi o „Egzorcystę Papieża". O Boże. Co tam się Marku wydarzyło?
Matko święta.
[02:24:12] - Państwo na pewno pamiętają, że pod koniec poprzedniego „Filmotekarium" sobie parsknąłem śmiechem. Tak nieprzyjemnie sobie parsknąłem tym śmiechem, bo ja wiedziałem, że ci z państwa, którzy sięgną po ten film, przygotowując się do dzisiejszych zajęć, przeżyją podobne huśtawki nastrojów jak ja. Otóż to jest film, który rzeczywiście powinien być najlepszy, bo mamy aktora zasłużonego. Co prawda nie gra tutaj roli gladiatora, tylko takiego brodatego mnicha czy też księdza. W każdym razie gra taką rolę, ale później z racji tego, że jest dobrym aktorem, tworzy całkiem fajną postać, która zaczyna do nas w pewnym momencie przemawiać, przynajmniej do mnie. W sensie takim, że to jest taki luzak, niby ksiądz, ale luzak. Niby taki, że owszem, cała doktryna i tak dalej, to on jak najbardziej. Ale z drugiej strony on jednak czuje, że ta hierarchiczność Kościoła, pewne obostrzenia, pewne nakazy to jednak jest coś, co w pewnych sytuacjach może komplikować rozwiązywanie problemów. Mamy też dialog z papieżem.
[02:25:49] - Papieżem z brodą w ogóle.
[02:25:53] - Tak, papież z brodą. I to jest zabawne, bo to jest ten drugi film, o którym mówiłem, że oparty jest na faktach. Bo postać, imię, nazwisko i w ogóle to autentyk. Człowiek, który rzeczywiście funkcjonował. Ja nie twierdzę, że historia przedstawiona w filmie to autentyk, natomiast postać jak najbardziej. I ona funkcjonuje w określonym miejscu i czasie, o którym wiemy, kto był papieżem wówczas. Był papieżem Jan Paweł II, Wojtyła i wiemy, jak mniej więcej wyglądał. Ale nie, w tym filmie papież musi być z brodą. W końcu Wojtyła też się mógł czasami nie golić, że tak sobie pozwolę na jakiś grubiański żart, ale żeby aż tak się zapuścił jak na tym filmie, to nie przypuszczam.
[02:26:40] - Co ciekawe, w ogóle ten aktor, on się chyba nazywa Nero, dość znany włoski aktor, jest Fizycznie trochę podobny z twarzy do Jana Pawła II. Ale ja na koniec powiem, dlaczego ten papież ma brodę prawdopodobnie, bo z tym filmem wiązała się pewna afera i to może mieć pewien związek. Nie wiem. Przypomniało mi się, że był kiedyś taki katolicki zespół „Dzieci z brodą” się nazywał. Ale nie to, że dzieci tam miały brody, tylko Joszko Broda grał, dzieci śpiewały. I tutaj jest papież z brodą na przykład. To też fajny zespół mógłby być.
[02:27:18] - Może tak. W każdym razie, wiecie państwo, ja nie wiem, jak ten film ocenić. Znaczy nie, kłamię oczywiście, zmyślam. Wiem, jak go dla siebie ocenić, ale dostajemy taki miks, który teoretycznie powinien mi odpowiadać, bo sam się deklaruję jako człowiek, który lubi filmy akcji, w których coś się dzieje. I tu dostajemy: przychodzi zlecenie. Tak w skrócie dużym: przychodzi zlecenie, coś się dzieje niedobrego. Gdzieś tam ktoś został opętany. I główny bohater, nasz egzorcysta papieża, siada na skuterek i popyla z tego Rzymu do Hiszpanii tym skuterkiem. Zerknijcie sobie państwo na mapę. Właściwie w imię czego on tym skuterkiem popyla?
Wsiadłby sobie gość w samolot. Wtedy jeszcze się nie bano ocieplenia klimatu czy też zmian klimatycznych, to by szybciej tam był po prostu, bo ja zakładam, że skuterkiem z Rzymu do Hiszpanii musiał popylać kilka dób. Nie da się inaczej. W związku z tym tu już zastanawiam się nad sensem. Skoro mamy do czynienia z sytuacją alarmową, jakąś taką, która wymaga interwencji, to popylanie skuterkiem, ja wiem, że to fajnie na filmie wygląda. Taki równy gość skuterkiem popyla po bezdrożach, po drogach i w ogóle męczy się straszliwie jednym rzutem. Ja nie wiem, jak można kilka dób spędzić na skuterku bez utraty przytomności, ale widocznie można. I już mamy na początku w to wierzyć. Wcześniej dostajemy oczywiście historię opętania. To jest kobieta, która przybywa do Hiszpanii z dwójką dzieci.
Oczywiście chłopiec, oczywiście dziewczynka. I tam się zdarzają pewne bardzo nieprzyjemne historie, w rezultacie których jedno z dzieci zostaje opętane.
[02:29:34] - Tak jak tutaj sobie patrzę na Google'a, ile on by musiał jechać, tylko nie pamiętam, gdzie ta miejscowość była, to pokazuje, że tam jest prawie 2000 kilometrów. Tylko że pokazuje przez morze. Dajmy na to, że ta mapa musi być zła, ale pokazuje tyle, że jechałby 83 godziny. To się nasiedział. W każdym razie dojeżdża na to miejsce, wyciąga jakąś taką buteleczkę z wodą, myje sobie pachy i idzie potem do opętanego chłopca. W ogóle ta historia jest przedziwna, bo w ogóle nie wiemy, po co oni tam przyjechali, ta rodzina tak naprawdę. Znaczy wiemy, po co przyjechali. Przyjechali przejąć swoją posiadłość.
[02:30:19] - Spadek.
[02:30:20] - Ale przyjeżdżają tak, jakby nigdy nic. Mogłoby tych ludzi tam nawet nie być. Dlatego, że Russell Crowe, który gra Amortha, jest dobrym aktorem, chociaż w tym filmie taki jest dziwny przez ten swój akcent. Natomiast on tak przyćmiewa tą całą resztę, że ta rodzina opętana, przestajemy na nią zwracać w ogóle uwagę. Co się dzieje? Oczywiście nie byłby to film o opętaniu, gdyby nie było całej serii efektów specjalnych, czyli to chodzenie po suficie na czworaka na przykład, to mówienie takim głosem. I powiem ci, że jak się oglądało tego chłopczyka, który tak gadał tym diabelskim głosem przez ten cały film, to szaleć było można. On by był dużo bardziej przerażający, gdyby on mówił swoim głosem tak naprawdę, bo w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że z tym filmem jest coś nie tak i jest źle. Jeżeli ktoś jest bardziej, powiedzmy, spostrzegawczy, to już na samym początku zauważy taki prosty fakt, że kiedy ten Amorth staje przed komisją w Watykanie, to tam siedzi jakiś kardynał czy arcybiskup, który ma, nie wiem, 30 lat chyba. Dziwne, tacy w naturze nie występują.
[02:31:45] - Albo był bardzo zasłużony, albo bardzo młodo wyglądał. Oczywiście w obu wypadkach kpię.
[02:31:52] - Tak. I w ogóle tam papież mówi do tego Amortha, że on go popiera, bo wierzy w szatana i żeby ten Amorth robił, co może, bo tam w Watykanie papieżowi brużdżą cały czas. Ktoś mu chce życzyć źle i tak dalej. Ten Amorth w końcu jedzie do tej Hiszpanii, egzorcyzmuje to dziecko, w międzyczasie odkrywa portal do jakiegoś piekła na dziedzińcu. Tam wchodzi w ogóle, a tam to już się takie rzeczy dzieją, że zdrowy rozsądek wysiada. Jeszcze poznajemy księdza miejscowego, który jest przydzielony do tego Amortha. I to już jest tak głupie momentami. Ten film jest w ogóle tak głupi, że ksiądz Amorth pyta tego swojego księdza towarzysza: „Jakie znasz modlitwy?”. A ten mówi: „Zdrowaś Mario”. Po tych pięciu latach w seminarium to wszystko.
Nic więcej. Tam jest więcej takich kwiatków, naprawdę. Jeżeli sobie będziecie to oglądać, w pewnym momencie zobaczycie też, że na przykład papież wymiotuje jakąś krwią wskutek chyba jakichś diabelskich knowań, ale na szczęście potem już jest dobrze. Wszystko się w ogóle kończy dobrze. Oprócz tego, że pozostajemy z wielkim niesmakiem po tym filmie, dlatego, że powiem tak: on mógł być dobry, mógł być nie tak widowiskowy, mógł być prosty, mogłaby to być jakaś historia wyciągnięta z archiwum tego ojca Amortha i naprawdę byłby to pierwszy odcinek naprawdę długiej serii. Błędem było obsadzenie w tej roli Russella Crowe'a. On jest w ogóle do Amortha niepodobny. Amorth zmarł sześć, siedem lat temu. Ludzie go pamiętają. To była postać dość medialna tak naprawdę.
Oni są w ogóle do siebie fizycznie niepodobni. Ale znalezienie kogoś, kto wygląda jak Amorth, pewnie nie przykuwałoby takiej uwagi do głównej postaci. Co jeszcze mogę dodać? To dziecko gadające tym głosem, o tym już mówiłem, ale co jeszcze można ogólnie dodać? Żeby było zabawnie i to chyba dla wielu osób będzie szokujące, ale ten film, w którym jest tak pełno błędów, który szykanuje pamięć wielu osób, który w złym świetle stawia Watykan, który szarga postać Amortha, trochę też papieża. I ten film został wyprodukowany, współprodukowany jest przez firmę należącą de facto do Kościoła, dlatego że współproducentami jest Loyola Productions z Los Angeles. Jej założycielem jest jezuitcki ksiądz o nazwisku Sibert. Nie wiem, Marku, jak to przeszło, że tak powiem.
[02:35:05] - Powiem tak: ja odnosiłem chwilami wrażenie, że to ma być taka współczesna wersja, nie, złe to słowo. Jakaś taka próba wykreowania czegoś na miarę „Egzorcysty”. Zauważcie państwo, że tam się pojawiają w kontaktach tego egzorcysty z tym dzieckiem opętanym bardzo podobne chwyty. Właśnie ta nadludzka siła. Ale jak się w scenariuszu filmowym wsadza za dużo grzybów do tego barszczu, to później wychodzi, jak wychodzi. Piotr wspomniał o tym odkryciu podziemi, przez studnię się tam wchodziło. Oni później dochodzą do wniosku, jaki to straszliwy demon tam się pojawia. Jeden z książąt piekielnych, Azazel bodajże, jeżeli dobrze pamiętam. Więc to już naprawdę taka wierchuszka się zjawiła na ziemi, dlatego taki silny. Jednak zostaje pokonany.
Tu są nawiązania historyczne. Za dużo po prostu. Proszę państwa, dobry scenariusz jest prosty. Ja wiem, że to się oczywiście z punktu widzenia takiego szydercy z Filmotekarium łatwo mówi, ale odnoszę wrażenie, że ktoś zbyt mocno ten scenariusz skomplikował. Wspomniałeś, Piotrze, o tych wymiotach krwią papieża. To miało oczywiście podkreślić, bo to było równolegle pokazane, jak w tym czasie egzorcysta przeżywa ciężkie chwile i tam się takie kluczowe dla Kościoła rzeczy dzieją i tak dalej. Zostało to wypompowane na jakiś taki naprawdę bardzo wysoki poziom. Tam właściwie mieliśmy do czynienia, przynajmniej według twórców filmu, z taką walką o istnienie świata, o istnienie duszy, właściwie o to, żeby ochronić ludzkie dusze przed panowaniem złego. I tak dalej. Mógłbym opowiadać pewno jeszcze bardzo długo, jakież to idee przyświecały realizatorom.
A mnie się wydaje, że gdyby zrobić ten film, nie mnie oczywiście doradzać, ale gdyby zrobić ten film na troszeczkę niższym poziomie, jeśli chodzi o zbawianie świata, to rzeczywiście mógłby to być odcinek serii, o której Piotr mówił, bo dałoby się zrobić z historii głównego bohatera cały cykl różnego rodzaju spotkań z demonami, ze złymi i to by chyba przeszło. Natomiast tutaj mamy walkę ostateczną, niejako jakąś taką armagedoniczną w ogóle sytuację. A później wszystko skończyło się dobrze, wszystko wraca do normy i świat jest piękny, cudowny i właściwie wszystko jest okej. To się nie klei i Russell Crowe, powiedziałem, jakby zagrał podstarzałego Gladiatora, ja wiem, że to niemożliwe, w końcu zakończenie było, jakie było, ale jakby się reinkarnował albo coś, to chyba byłoby lepiej niż to, że on grał w tym filmie.
[02:38:51] - Tak, on w ogóle bardziej ojca Pio przypomina niż Amortha. Ale jakim cudem w ogóle kościelna instytucja produkuje film, w którym Z którego można wywnioskować, że ksiądz, który jest pomocnikiem Amortha, nie zna łaciny i zna tylko jedną modlitwę po ukończeniu seminarium. Przecież to nawet głupie nie jest. Ten film się w ogóle zaczyna od mocnego uderzenia, właściwie wystrzału, bo wpędzają demona w świnię, potem ta świnia ginie, a końcówka jest taka, że Amorth przechadza się ze swoim pomocnikiem po laboratorium do spraw demonów, które się mieści w Watykanie. Tutaj powraca papież z brodą i kwestia, dlaczego ma brodę. Otóż okazuje się, że ten film się nie spodobał wszystkim i w pewnym momencie po jego premierze były mocne głosy. Na przykład Międzynarodowe Stowarzyszenie Egzorcystów powiedziało, że to jest krwawa jatka i że to obraża Amortha. Watykan coś tam bąknął, że to też nie jest takie za bardzo, jak powinno być. I ten ksiądz Seibert w wywiadach powiedział, że nie, to w ogóle prawda nie jest. To nie są te postacie, o których myślicie i prawdopodobnie wtedy dodano papieżowi brodę, żeby nie było, że jest fizycznie podobny i że jest osadzony w takim barachle filmowym, pewnie by się podniosły jakieś głosy.
Natomiast na koniec otrzymujemy informację, która nam sugeruje, że to jednak jest prawda. Straszne to było, straszne doświadczenie. W ogóle ilość efektów specjalnych w końcówce poraża. To już bolą te oczy. Ten wątek o tym zejściu do podziemi, co się tam dzieje, to już jest za dużo. Oni zmarnowali sobie potencjał na kolejne filmy na pewno i też pewnie jakiś zarobek. Wydaje mi się, że Kościół tam coś w to zainwestował jednak, bo wiemy, że Kościół w filmy też inwestuje. Przecież przelali ileś tam baniek na film bodajże o Tonie Jonie z tego, co pamiętam. Tak że tak jak to się mówi, jeżeli chcecie zaryzykować, to możecie oczywiście i obejrzeć sobie tego „Egzorcystę Papieża”. Natomiast jest to kwestia dyskusyjna, czy warto tracić czas, dlatego, że ja się cieszę, że nie byłem na tym w kinie, bo to bym sobie pluł w brodę za zmarnowane pieniądze, bo to jest naprawdę zły film.
I chyba Russell Crowe nie miał za dużo ofert, że taką rolę przyjął. On w ogóle sobie wódkę pije w tym filmie jak gdyby nigdy nic przy okazji.
[02:42:01] - Ale to, Piotrze, dla wzmocnienia, bo on jak jechał kilka dób tym motorkiem, to się musiał wzmocnić. Nie było innego wyjścia. Żartuję oczywiście, ale to wszystko miało być moim zdaniem takie cool. Miał być fajny zakonnik czy też ksiądz, taki egzorcysta cool. Oczywiście instytucja Kościoła jest, ale nie traktujmy jej tak do końca śmiertelnie poważnie, a w każdym razie nie we wszystkich zakresach. Bądźmy czasami wyluzowani, tacy właśnie fajni. To pierwszy wątek. Z drugiej strony traktujmy demony i wszystko, co tam się objawia bardzo z kolei poważnie. Już tak poważnie, że w wykonaniu tym filmowym to zaczyna być momentami śmieszne. Mnie przynajmniej może nie śmieszyły, a w każdym razie w jakimś stopniu żenowały niektóre wymiany myśli pomiędzy egzorcystą a tymże demonem na przykład.
Wiecie państwo, ja myślę, że czasami, jeśli pokazujemy nieznane, pokazujemy demona, jakieś siły diabelskie, to im mniej jest dialogów takich, nazwijmy to teologiczno-filozoficznych, a więcej bezpośredniej żonglerki słownej, to znowu odwołuję się do „Egzorcysty”. Ja wiem, że to jest inna epoka w kinie i dzisiaj być może „Egzorcysta” niespecjalnie by porywał, bo to inne czasy. Film kręcony bardzo dawno temu. W związku z tym może już nie porywa właśnie tą warstwą dialogową, obrazową. Niemniej jednak na miejscu ludzi, którzy kręcą filmy tego rodzaju jak „Egzorcysta Papieża”, ja jednak uważnie bym przyjrzał się tej produkcji sprzed wielu lat. Nie po to, żeby ją kopiować, ale po to, żeby pewnej inspiracji zasięgnąć. Myślę, że to nie byłby zły krok, naprawdę.
[02:44:19] - Tak, przecież od tych dyskusji to można tam umrzeć z nudów. Co można się od tego demona dowiedzieć? One zawsze mówią jedno i to samo. Jakby on siedział i mówił na przykład: „Bajo jajo, bajo jajo”, to by było bardziej przerażające. A tak to ubliża mu, nic nowego to nie wnosi tak naprawdę.
[02:44:40] - Albo jakby mówił rzeczy nieoczywiste, to znaczy takie, które mogłyby zaskoczyć tego egzorcystę. Można potraktować jako sposób maskowania się tego demona. Wciągał egzorcystę w jakieś dyskusje, ale właśnie nieoczywiste. Nie takie, że ja jestem zły i muszę być zły i opanuję ten świat, bo ten świat musi być zły. Ja go w kierunku tego zła pociągnę. To tak mniej więcej by się dało streścić. Gdyby dał nową definicję dobra Albo coś przewrotnego, żeby tam się pojawiło. Coś, co pobudzi oglądającego chociażby do refleksji, jak to tak naprawdę jest. Nie spodziewajcie się Państwo w tym filmie czegoś takiego. Zupełnie nie.
[02:45:29] - Tak. Jeszcze taka zabawna rzecz, którą znalazłem na stronie Loyola Productions z Los Angeles. Oni tam piszą, że wykorzystują 450 lat doświadczenia jezuickiego do produkcji filmów. Ten film wygląda tak, jakby wykorzystywał wzorce sprzed 450 lat. I to chyba wszystko, bo naprawdę już powiem, Marku, że ten dzisiejszy zestaw jest jednym z mocniejszych pod względem paździerzowatości, jakie w ogóle wystąpiły w „Bibliotekarium”. Chociaż ci, którzy odchodzą, nie było takie krańcowo złe. Ale jakie są wnioski w ogóle z tych naszych ostatnich podsumowań nowości? Że tak naprawdę mało co dobrego wychodzi. Ale postaramy się przebić, jakoś przebrnąć przez te kolejne nowości i w następnych odcinkach może znajdziemy coś, co jest naprawdę godne uwagi, ale w przyszłym tygodniu chyba troszeczkę odejdziemy od tych nowych nowości. Skierujemy się bardziej w stronę nowości starszych, a będziemy mówić o filmach kanibalistycznych.
[02:46:45] - O! I to już brzmi nieźle. Zobaczymy co dostaniemy na tacy. Jednym z tych filmów jest film stosunkowo nowy, z zeszłego roku. Polski tytuł to „Do ostatniej kości”. Podaj, Piotrze, angielski tytuł, żebym nie kaleczył języka Szekspira.
[02:47:04] - Nazywa się on chyba „Bones et. al”. Także poszukajcie go sobie, bo może nie jest to taka bardzo nowa nowość, ale też nie jest to staroć. Warto zajrzeć. Będą też inne. I też pewnie odniesiemy się w ogóle do historii kina kanibalistycznego, ale bardzo krótko, bo to byłoby o czym mówić.
[02:47:24] - A jeszcze podam te dwa tytuły. Czyli mamy „Mięso” z 2016 roku i „The Platform” to się nazywa, 2019.
[02:47:38] - Tak. Coś, co miało już gościć kiedyś w „Filmotekarium” w innym programie, dlatego że wiele osób tą „Platformę” chwaliło i pewnie nadal chwali. Także jakoś się tam do tego odniesiemy. Pewnie będą też jakieś inne wzmianki. No to cóż, Marku, do usłyszenia.
[02:47:56] - Do usłyszenia. Proszę Państwa, tyle „Filmotekarium”. Znowu się zrobiła taka loża szyderców, ale cóż, mam tylko nadzieję, że nie przeginamy pałki i krytykujemy, krytykujemy, ale zauważcie Państwo, gwoli usprawiedliwienia, jednak czasami też chwalimy. Zdarzają się audycje, że się rozpływamy w zachwytach. Ta do takich nie należała, ale kilka pozytywów znaleźliśmy. Zapowiedziałem, że dzisiejsza audycja jest taka lajtowa, że troszeczkę sobie odpuścimy te wykłady, te poważne przesłania. To chyba czas na realizację. Zapraszam Państwa na wspomnienie z ABW. Cały czas ten cykl postanowiłem ciągnąć, bo tam naprawdę w tej audycji, która już dzisiaj nie funkcjonuje, pojawiały się perełki. Jedną z takich perełek, której ja się już chyba nie pozbędę, bo tak zapamiętałem to opowiadanie, że postanowiłem je Państwu przypomnieć.
Jakie opowiadanie? Opowiadanie Marka Tomasika „Dzień z życia”. Przed Państwem Marek Tomasik, jego opowiadanie „Dzień z życia”, a czyta Marek Sęk „Ivellios”.
[02:49:33] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z ABW: Antologia Bibliotekarium Warsztaty. Czyta Marek Sęk „Ivellios”. Marek Tomasik „Dzień z życia”. Robotnik Emilio Tecano wyszedł z pracy po dziesięciogodzinnej zmianie. Na dworze zaczęło się już ściemniać. Trzymał w obu rękach dwie spore klatki. W jednej siedział królik, a w drugiej kogut. Zwierzęta pochodziły z miejsca, w którym pracował mężczyzna: z zakładu produkcji zwierząt ofiarnych. Wieczorem w domu Emilio Tecano miał zamiar złożyć je w ofierze bogom za udany dzień pracy i zdrowie rodziny. Nieopodal znajdowała się pętla tramwajowa zbudowana specjalnie dla pracowników zakładu.
Na miejscu czekał już tramwaj numer dziewięć. Z ulgą zauważył, że w środku było jeszcze sporo wolnych miejsc. Od domu dzieliło go kilka przystanków, których otoczenie nie należało do najprzyjemniejszych, szczególnie wieczorem. Większość pracowników jeździła do domu innymi liniami, przeważnie na północ, w rejony bogate, lepiej zadbane i bezpieczniejsze. Emilio urodził się niestety w biedniejszej części miasta i dlatego, mimo pewnych problemów, był zadowolony z pracy, którą wykonywał. Że w ogóle miał jakąś pracę. Rozsiadł się wygodnie przy jednym z wejść. Klatki postawił przy nogach. Po dłuższej chwili tramwaj ruszył. Był całkiem nowy i świetnie wyposażony.
Miał wygodne fotele i kilka monitorów informacyjnych, które zaczęły atakować pasażerów reklamami. Jedna z nich przyciągnęła uwagę mężczyzny. Na ekranie pojawiła się kobieca twarz. Jej uroda nie była nachalna. Na lewym policzku i nosie widoczne były duże wrzody. „Razem z dziećmi uwielbiamy eksperymenty, ale nie w kwestii choroby” – mówił maszkaron z reklamy. „Dlatego gdy dziecko jest chore i kaszle, podaję jej pulne meleo”. Właściwie od zawsze. Pulne Meleo wzmaga gorączkę, kaszel i pozwala szybko wprowadzić moją pociechę w objęcia Yarikotla. Pulne Meleo to lek, który nigdy mnie nie zawiódł.
Poza tym Bakus zawsze pobłogosławi cię kolejnym dzieckiem. Ułamek sekundy po tym, gdy kobieta przestała wygłaszać swój tekst, męski głos zaczął czytać w szybkim tempie: „Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z kapłanem Yarikotla, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu i zdrowiu. Pulne Meleo to sprawdzony preparat, gdy dziecko jest chore i kaszle. Teraz również Pulne Meleo o smaku żółci”. Emilio miał nadzieję, że nie będzie musiał nigdy składać ofiar Yarikotlowi. Szanował wszystkie religie. Był tolerancyjny w tej materii. Jednakże pan chorób, zarazy i zgnilizny znajdował się bardzo nisko w jego prywatnej boskiej hierarchii. Był pełen szacunku do kobiet i mężczyzn, którzy poświęcili swoje zdrowie, by ugłaskać wiecznie niezadowolonego Yarikotla. Byli dla niego bohaterami dnia codziennego, którzy swoimi ciałami i umysłami bronili społeczności przed plagami i zarazami.
Z krótkiego zamyślenia wyrwał go dzwonek tramwajowy. Właśnie zatrzymywali się na przystanku. Mężczyzna rzucił szybkie spojrzenie na napis nad wiatą. Z ulgą stwierdził, że do domu ma jeszcze dwie stacje. Po chwili oczekiwania pojazd ruszył dalej. Na monitorze wyświetlił się pasek informujący o nocnej egzekucji wyznawców Isamu. Ceremonia miała się odbyć w wielkiej świątyni Hutsilopotli na Świętym Wzgórzu. W przybytku, który stał tam od tysiącleci, wiecznie przebudowywany i rozbudowywany. Robotnik odruchowo poszukał jej wzrokiem za oknem. Bez trudu dostrzegł jaśniejący w oddali punkt.
Budowla pokryta złotem i miedzią za dnia raziła odbitym światłem słonecznym. W nocy promieniała w świetle reflektorów. Emilio sięgnął w zakamarki pamięci, aby przypomnieć sobie opowieści o początku wyznawców Isamu w jego kraju. Nie było go jeszcze na świecie, gdy przybyła pierwsza fala imigrantów. Państwo zadeklarowało pełną tolerancję dla wszystkich wierzeń w ramach pewnych zasad. Tysiącami przybywały kobiety, mężczyźni i dzieci ze stref objętych wojną. Kiedyś mieli powrócić do swoich domów, jednak czas pokazał, że wróciło niewielu. Część zasymilowała się, większość znalazła nawet jakąś pracę. Jednak mnożyli się jak króliki, a im było ich więcej, tym mniej z nich było chętnych do pracy. Żądali coraz więcej przywilejów.
Przywilejów, których ostatecznie nie dało się spełnić w wielowyznaniowym państwie. Sytuacja zaogniła się przed kilku laty, kiedy grupa fanatyków zwana Wolny Radykalizm przystąpiła do siania terroru. Bomby wybuchały pod parlamentem, szpitalami, posterunkami policji. Miarka przebrała się, kiedy postanowili wysadzić wielką świątynię Hutsilopotli. Wywiad od dawna był na tropie terrorystów i w momencie zgarnięcia szajki odpowiedzialnej za zamach wprowadzono dyrektywę czyniącą z wyznawców Isamu osoby niepożądane. To otworzyło drogę do prześladowań. Nie było dnia, żeby ołtarz świątyni nie spływał krwią wiernych Isamu. ONZ oczywiście zaczął się wtrącać. Próbowano interwencji militarnych, ale Hutsilopotli czuwał nad swoimi dziećmi. Mnóstwo wyznawców Isamu wyjechało, unikając w ten sposób represji, ale część pozostała chyba tylko po to, żeby się sukcesywnie powysadzać.
Z zamyślenia wyrwał Emilio zgrzyt tramwajowych hamulców. Złapał energicznie uchwyty klatek i ruszył pośpiesznie ku wyjściu. Niebo było już zupełnie ciemne, a ulice oświetlały tylko niezbyt dobrze utrzymane lampy. Mieszkanie, które zajmował wraz z rodziną, znajdowało się zaledwie kilkaset metrów od przystanku. Jednak aby do niego dotrzeć, trzeba było przejść przez bardzo niebezpieczną okolicę. Ulica, którą szedł Emilio, wyznaczała od pewnego czasu granicę pomiędzy dwoma dzielnicami. On mieszkał w starym robotniczym blokowisku. Po drugiej stronie ulicy znajdowało się coś, co śmiało można by nazwać nowożytnymi slumsami. Zamieszkiwali je głównie wyznawcy Yarikotla i kilku innych mało przyjemnych bóstw. Była to również siedziba wszelkiej maści gangów oraz schronienie dla uciekinierów i przestępców.
O tej porze pieszo poruszali się tu wyłącznie ci, którzy nie mieli innego wyjścia, tak jak pracownik zakładu produkcji zwierząt ofiarnych. Mężczyzna przeszedł mniej więcej połowę drogi do domu, gdy usłyszał jakieś dziwne hałasy po drugiej stronie jezdni. Stanął na baczność i wytężył zmysły, by dostrzec źródło dźwięków, które z każdą sekundą coraz bardziej mu się nie podobały. Po chwili dostrzegł w alejce pomiędzy budynkami dwóch ludzi. Pierwszy z nich oplótł gruby sznur na szyi drugiego i ściskał go z całej siły, ciągnąc ofiarę w głąb alei. Emilio zaklął szpetnie pod nosem. Od razu rozpoznał dusiciela Ali. Paskudna sekta, która przybyła razem z wyznawcami Isamu. Wyznawcy tej religii składali ofiary, dusząc ludzi rytualnym konopnym sznurem. Według legendy bogini Ala jest skazana za swe bliżej nieokreślone przewiny na wieczne duszenie przez Wieśno, a jej wyznawcy odbierając ostatni oddech swoim ofiarom, przekazują go swej pani, by mogła stawić opór Wieśno.
Podobno kiedyś Ala nabierze w piersi tyle powietrza, by stawić czoła swojemu oprawcy, a gdy go pokona, zstąpi do tego świata, aby odpowiednio wynagrodzić swoich wielbicieli. Robotnikowi przemknęła przez głowę myśl, żeby zadzwonić po policję. Nie zrobił tego jednak. Gość i tak jest już trupem. Czy przyjadą, czy nie. Ja nie chcę być następny — pomyślał. Ścisnął mocniej uchwyty klatek i przyspieszył kroku. Kiedyś nie było z nimi tak wielu problemów. Niektóre plotki mówiły o tym, że co bogatsi wyznawcy Ali opłacali urzędników, aby móc legalnie mordować ludzi. Były nawet momenty, że skazanych na śmierć dusili świętym sznurem właśnie entuzjaści Ali.
Tylko od czasu do czasu ktoś ginął na ulicach, ale władze przymykały na to oko. Sialanka skończyła się, gdy udusili kogoś z wyższych sfer. Tolerancja zniknęła momentalnie, a ciała wyznawców Ali spoczęły na wielu ołtarzach ofiarnych Huitzilopotli. To było kilkanaście lat temu. Obecnie szacuje się liczbę stronników Ali najwyżej na kilkanaście osób, ale nie sposób ich wykryć, dopóki nie zaatakują — myślał Emilio. Po kilkudziesięciu krokach dotarł do bocznej uliczki prowadzącej na osiedle. Po bokach jezdni dojrzał znajome twarze. Twarze lokalnych gangsterów trzymających pieczę nad blokowiskiem. Kiwnął im głową na przywitanie i nie zatrzymując się, ruszył w głąb uliczki. Po paru minutach był już na swojej klatce schodowej.
Chwilę później otwierał drzwi mieszkania. Gdy wszedł do środka, w jego nozdrza uderzył miły zapach kolacji przyrządzonej przez Isel. Zostawił klatki przy drzwiach i ruszył do kuchni przywitać się ze swoją drugą połówką. „Cześć misiu” — rzuciła mu na powitanie małżonka. Gruby kosmyk czarnych włosów opadał jej na czoło, ale nie mogła go poprawić, gdyż kroiła akurat mięso. „Witaj kotku” — mruknął Emilio Decano, a następnie podszedł i pocałował ją w usta. „Jak ci minął dzień?” — zapytała. „Widziałem dusiciela Ali w akcji przed chwilą, kiedy wysiadłem z tramwaju.” „Nie!” — pisnęła zaskoczona Isel, prawie wypuszczając z dłoni nóż. — „Nic ci się nie stało?” „Spokojnie. Byłem po drugiej stronie ulicy, no i nie mogłem nic zrobić” — skłamał.
— „Dzieci w salonie?” „Na jaja Bakusa!” — małżonka odłożyła ostrze na blat, poprawiła niesforny kosmyk i uścisnęła męża. — „Tak, bawią się. Niedługo będzie kolacja.” Emilio odwzajemnił uścisk i powiedział: „Szkoda chłopa, ale nie martw się. Kupiłem koguta i królika na dzisiejszą ofiarę. A teraz pójdę i obejrzę wiadomości.” Wszedł do salonu, w którym bawiła się dwójka jego dzieci: sześcioletni syn i czteroletnia córka. Porozrzucane zabawki zajmowały niemal cały dywan. Synek jeździł czołgiem po kanapie, a dziewczynka rozczesywała włosy swojej ulubionej lalce. „Cześć dzieciaki” — powiedział Emilio, unosząc rękę w geście powitania. „Cześć tato” — odpowiedziały chórkiem dzieciaki, nie odrywając się od swoich zajęć. Zmęczony rodziciel klapnął ciężko na fotel.
Sięgnął ręką w kierunku stoliczka stojącego obok i wziął stamtąd pilota do telewizora. Nacisnął guzik i włączył czterdziestocalowy odbiornik, który kupił za bezcen na wyprzedaży mienia skonfiskowanego wyznawcom Isamu. Przez dłuższą chwilę skakał po kanałach, szukając czegoś interesującego. Zatrzymał się na kanale informacyjnym. Właśnie skończyła się reklama jakiegoś niepotrzebnego nikomu produktu i rozpoczęła się kolejna. Skąpo ubrana pani zaczęła lansować zbliżające się święto Bakusa. Emilio Decano odruchowo przyciszył głos. „Jesteś zestresowany? Samotny? Nie układa ci się w życiu?” — zaświrgotała piękna pani z ekranu.
— „Już niedługo może się to zmienić. Zbliżają się bowiem bacanalia. Czas zabawy, szaleństwa, relaksu. Tylko od ciebie zależy, jak spędzisz te magiczne chwile. Od drugiego do szóstego kwietnia zapraszamy do wszystkich świątyń Bakusa. Przyjdź, a nie będziesz zawiedziony. Bądź zawiedziona.” Emilio zamyślił się na moment. Przypomniał sobie, jak poznał swoją żonę Isel. Było to właśnie na bacanalach. Jego przyszła małżonka była wtedy gorliwą wyznawczynią Bakusa, a jako że dla wyznawców tego boga ciało człowieka jest jego świątynią, ona nikomu nie odmawiała obejrzenia tegoż sakralnego obiektu, a nawet namiętnego grzebania w środku.
Na szczęście dla niego porzuciła tę drogę. W telewizji skończył się blok reklamowy. Jego miejsce zajął serwis informacyjny. „Siły rządowe odniosły kolejne zwycięstwo nad Majakami” — zaszczebiotała dziennikarka. — „W brawurowej ofensywie zdobyto miasto San Escobar. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że Majakowie złożyli wiele ofiar, aby ubłagać u swych bogów skuteczną obronę miasta. Na szczęście jednak to nasi bogowie okazali się silniejsi. Za kilka minut rozpoczniemy transmisję ze świątyni Huitzilopotli, gdzie dojdzie do dziękczynnego złożenia ofiar z wyznawców Isamu i Josué. Będziemy się modlić o dalszą opiekę nad krajem i za kolejne zwycięstwa nad Majakami.” „Dzieci, idźcie do swoich pokoi” — mruknął do swoich pociech Emilio. „Ale tato, chcemy się jeszcze pobawić” — zawołał synek.
„To weźcie zabawki do pokoi. Nie chcę, żebyście... To nie będzie program dla was.” Dzieciaki niechętnie pozbierały zabawki z dywanu i poszły do swoich pokoików. Chwilę później Izel podeszła do męża z dwoma pełnymi talerzami. Postawiła je na stoliku i usiadła na fotelu obok. „Będziesz teraz oglądał ofiarę?” — zapytała, przysuwając naczynie z jedzeniem w stronę męża. „Miałem zamiar, ale nie wiem, czy to dobry pomysł” — mruknął Emilio, biorąc w dłoń talerz z gorącym posiłkiem. „Przy jedzeniu…” „Jak nie chcesz, to nie oglądaj” — mruknęła małżonka. Zaczęli jeść. Do rozpoczęcia ceremonii pozostało jeszcze kilka minut.
W międzyczasie w telewizji wystartowała kolejna reklama. Tym razem na ekranie pojawił się żołnierz obwieszony najnowocześniejszą bronią. Ostentacyjnie przeładował LKM i zakrzyknął: „Kiedyś żyliśmy w wolnym i bezpiecznym kraju. Ten czas się skończył. Nastał czas krwi i honoru. Jesteśmy otoczeni wrogami, którzy desperacko chcą obedrzeć nas z naszych wierzeń oraz tradycji. Nie pozwól odebrać sobie swojego państwa i kultury. Wstąp do armii, spełnij swój obowiązek. Niech prowadzi nas do zwycięstwa nasz Bóg Linda, pan wojny, męstwa i honoru. Czasem niewidoczny, ale zawsze obecny.” Orędzie wojownika zakończyło się pokazem wojskowych fajerwerków z wysadzeniem czołgów majaków włącznie.
Po tej prezentacji rozpoczęła się oficjalna transmisja z ceremonii. Emilio Tecano w zawrotnym tempie pochłaniał jedzenie, żeby zdążyć przed pierwszą ofiarą. Wiedział doskonale, że już wkrótce straci apetyt. Na ekranie pojawiła się świątynia Hutsilopetli, obserwowana z lotu ptaka. Olbrzymia piramida schodkowa jaśniała odbitym światłem reflektorów. U stóp sanktuarium zgromadziło się kilka tysięcy wyznawców Hutsilopetli, wygłodniałych wrażeń. Zmieniono ujęcie. Kamera pokazywała teraz szczyt piramidy. Po chwili, w akompaniamencie fajerwerków, dojmującej muzyki i świateł ukazał się tam najwyższy kapłan. Był to mężczyzna w średnim wieku, ubrany w złocistoczerwoną spódnicę, którą zdobiły szlachetne kamienie i ozdoby wykonane z czystego złota.
Masywny tors kapłana był częściowo zakryty wielką zapinką płaszcza z jaguara. W prawej ręce mężczyzna dzierżył długi, bogato zdobiony nóż ofiarny z obsydianu. Najwyższy hierarcha ruszył powoli w stronę kamienia ofiarnego, wykonując przy tym skomplikowane religijne gesty oraz recytując modlitwę ofiarną. Następnie klęknął przy ołtarzu i zaintonował kolejną litanię. Emilio oraz Izel również zaczęli odmawiać po cichu swoje litanie. Trwało to kilka minut. W końcu przeprowadzono pierwszego nieszczęśnika. Ubrany był tylko w majtki, a niemal całe jego ciało pokrywała niebieska farba. Wyjątkiem były tylko dwie żółte litery H wymalowane na torsie i na plecach. Dwóch strażników zaciągnęło skazańca przed ołtarz.
Ofiara wodziła dookoła błędnym wzrokiem. Duchowny uniósł ręce w górę i zakrzyknął: „O wielki Hutsilopetli, składamy ci tego oto mężczyznę w ofierze, w podzięce za opiekę nad nami.” W międzyczasie strażnicy bezpardonowo wrzucili człowieka na kamień ofiarny. Wywinęli mu ręce w dół i mocno trzymali. „Winniśmy ci daninę za twe dary” — kontynuował kapłan. „Przyjmij zatem ten święty obrzęd, tę krew, to serce.” Duchowny ścisnął oburącz rękojeść noża i bez wahania uderzył w klatkę piersiową skazanego. Mężczyzna wydał z siebie tylko cichy jęk. Powietrze uciekło z jego płuc, a na ustach pojawiła się krew. Precyzyjne ruchy ostrza, które rozrywało ciało ofiary, wskazywało na wieloletnie doświadczenie kapłana. Wkrótce w jego ręku pojawiło się wielkie, zakrwawione i wciąż jeszcze bijące serce. Uniósł je triumfalnie w górę, wykrzykując: „I gdzie jest teraz twój Bóg Akbar?
Gdzie jego anioły, cherubiny, 72 rodzynki? Czy ktoś je widzi? Nadchodzą armie niebiańskie, by pomścić twoją śmierć?” Tu kapłan o wyraźnie szomeńskim zacięciu zrobił pauzę. Ruszył w stronę ogniska ofiarnego, płonącego o parę metrów od ołtarza, z którego właśnie ściągano zwłoki. Wrzucił serce w żar, a ono zaskwierczało głośno, niemal radośnie. „O Panie, przyjmij to serce, tę moc, tę energię wyznawcy obcego Boga. Pożyw się jego siłą. Daj nam moc, byśmy wytrwali pod naporem obcych wierzeń.” W ciągu kilku następnych minut złożono na kamieniu ofiarnym jeszcze troje nieszczęśników. Ich ciała trafiły do rynny z polerowanego kamienia, którą zjechały do podnóża budowli. Cztery serca skwierczały radośnie w ogniu.
Hutsilopetli musiał być zadowolony z przejętej mocy, ale to nie był jeszcze koniec ceremonii. Wprowadzono piątą ofiarę, inną od poprzednich. Mężczyzna, podobnie jak poprzednicy, odziany był tylko w majtki, jednak farba na jego ciele miała kolor czerwony, a literę H zastąpiła czarna jak noc litera L. „Bracia i siostry w wierze, powitajcie wyznawcę Josue” — ryknął najwyższy kapłan. „Nie kumam tych ludzi” — Izel mruknęła do męża. „To jacyś hipisi. Wszędzie głoszą miłość do bliźniego, pomagają innym, nie patrząc, czy im samym starcza. Idą jak kurczaki na rzeź. Z tego, co wiem, to ich bóstwo obdarowało ich jakimiś dziesięcioma przykazaniami, których mają przestrzegać pod groźbą utraty miejsca w raju.” Odpowiedział Emilo. Mają nie zabijać, nie kraść, nie cudzołożyć, a śmierć za wiarę uznają za najwyższy zaszczyt.
Podobnie zresztą jak Isamiści. Bardzo fajna idea, ale po co wyznawać taką religię, która prowadzi do samodestrukcji? Ja nie wiem, mężu. Jest tylu bogów. Nie mogą sobie wybrać innych, przyjemniejszych do czczenia? Na przykład Budkę? Emilo wzruszył ramionami. Chyba nie. Uważają, że tylko Josue jest jedynym prawdziwym Bogiem, a cała reszta jest fałszywa. Nonsens!
— Oburzyła się Isel. Bracia w wierze! Ten oto bohater gnił w więzieniu za obrazę majestatu naszych bogów. Jak twierdzi, objawił mu się sam Josue i nakazał mu poświęcenie swego doczesnego życia, by móc przyjąć go w raju. Jest przekonany, że jego energia nie trafi do Huitzilopotli. I ma rację. Duchowny zrobił krótką pauzę dla podkreślenia dramatyzmu, a następnie wskazał dłonią na wejście do świątyni. Ta energia trafi do Lindy. Na te słowa w wyjściu świątynnym, przy akompaniamencie muzyki, świateł i fajerwerków pojawił się najwyższy kapłan Lindy. Wysoki, starszy mężczyzna ubrany w starożytną zbroję.
Artefakt muzealny przywdziewany tylko przy najbardziej uroczystych okazjach. W prawej ręce dzierżył nóż, bardzo podobny do tego, który używany był jeszcze kilka minut temu przez kapłana Huitzilopotli. W podzięce za zwycięstwo nad maniakami udostępniam na moment naszą świątynię najwyższemu kapłanowi Lindy. Kapłan Huitzilopotli zaprosił gestem wyznawcę Lindy do działania. Mężczyzna wykonał kilka nieznacznych gestów dłonią. Strażnicy natychmiast zaciągnęli ofiarę do ołtarza. Zmusili mężczyznę pokrytego czerwoną farbą do klęknięcia przy kamieniu ofiarnym. Potem szarpnęli go za ręce, przeciągnęli je w poprzek kamienia i zatrzasnęli w żelaznych kajdanach. Kapłan Lindy nieśpiesznie podszedł do ofiary. Złapał skazańca za włosy i odciągnął niego głowę do tyłu.
Potem sprawnym ruchem podciął odsłonięte gardło obsydianowym nożem. Na ołtarz trysnęła krew. Oprawca pchnął głowę wyznawcy Josue bliżej kamienia, tak aby krew zaczęła ściekać jednym strumieniem w wyżłobiony w ołtarzu rowek. Spieniona posoka spływała do podstawionego złotego pucharu. Gdy naczynie się napełniło, kapłan puścił ofiarę. Uniósł puchar oburącz nad głowę i zakrzyknął: O wielki Lindo! Przyjmij tę oto krew w podzięce za odniesione zwycięstwo. Kapłan zbliżył puchar do ust i zaczął pić. Mógł sobie na to pozwolić. Galopujący rozwój technologiczny dał ludziom wiary wiele nowych narzędzi.
Przed laty kapłani Lindy bardzo często umierali po rytualnym piciu krwi. Teraz krew nieszczęśnika została dokładnie przebadana przed rytuałem. Od dłuższego czasu ofiarami zostawały tylko osoby zdrowe. Oblubieniec Lindy mógł więc upijać się krwią do woli. Sługa Boży ruszył w końcu ku ognisku ofiarnemu i wylał pozostałą zawartość naczynia prosto w płomienie. Następnie upadł na kolana i wzniosł wysoko ręce. Spraw, aby nasze kule dopadły wrogów, by nasze pancerze wytrzymały ataki przeciwników, by w serca wojowników nigdy nie zakradła się trwoga. Prowadź nas do kolejnych zwycięstw, Lindo. Pierwszy z wojowników, najmężniejszy z mężnych, najmocniejszy z mocnych, nieustraszony, pogromco zła i Jehowitów. Z ogniska buchnął w górę soczysty płomień.
Kapłan przypadł twarzą do ziemi. Tłum zgromadzony pod świątynią zawiódł w ekstatycznej radości. Chwilę później z telewizora dobiegł głos lektora ogłaszający koniec uroczystości oraz zapowiadający ogłoszenia dla wiernych. Isel, idź po dzieci — nakazał Emilo Decano, a następnie wyłączył telewizor. Pójdę po zwierzaki. My również złożymy Huitzilopotli ofiarę. Lindzie też.
[03:14:23] - Była literatura mocna. Cały czas lubię to opowiadanie. Lubię je bardzo. Jakoś niezwykle odpowiada mi ta wizja. Pewne przymrużenie oka, ale to oko nie jest zmrużone do końca. Okazuje się, że... A! Sami państwo wiedzą najlepiej. Natomiast w tej chwili, skoro już jesteśmy przy literaturze, to z gotowego utworu przeskoczmy do tworzenia utworu, a w tym przypadku najlepszą specjalistką jest Katarzyna Prychacz. To zwiastuje kolejny odcinek Alchemii Tworzenia, a zatem odcinek jedenasty drugiego sezonu, który nosi tytuł — i żebym się teraz nie walnął, nie pomylił — Nieważne jak grabił będziesz, tak pies morderstwa dokona.
Zapraszam. Będzie na pewno zabawnie.
[03:15:28] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a przed wami kolejna audycja z serii Alchemii Tworzenia. To skoro wszyscy tutaj już jesteśmy, to ja nie przedłużam. Niechajże poleci dżingiel i zaczynajmy.
[03:15:57] - Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 11. odcinku sezonu drugiego „Alchemii tworzenia”. Sezonu, w którym skupiamy się na inspiracjach, przykładowych historiach i tak dalej. Oczywiście, jak zapoczątkowałam odcinkiem poprzednim, tak zwanym jubileuszowym, to już w tym momencie na razie Salvador Dali nam nie będzie towarzyszył. Dla tych, którzy nie są na bieżąco, a byli przyzwyczajeni. I wiecie co? Tak sobie pomyślałam, bo ja się ostatnio bardzo dobrze bawiłam, więc czemu nie? Zróbmy kolejną historię na tej mojej planszy, o której wspominałam w poprzednim odcinku. W dużym skrócie jest to plansza pod warsztaty z wymyślania, warsztaty bardziej pisarskie.
Cała ta, można powiedzieć, gra, warsztat polega na tym, że losujemy sobie kartę bohatera i później tworzymy historię trójaktową. Czyli mamy akt pierwszy, wprowadzający, akt drugi, gdzie będziemy mieli główną próbę bohatera i jakiś magiczny artefakt, który ten bohater tam zdobędzie. I mamy akt trzeci będący zakończeniem, a na samym końcu mamy morał. Niezmiennie jak w pierwszych odcinkach, czy w ogóle w całym tym sezonie. Oczywiście wspieram też się schematem fabuły, takim swoim wewnętrznym, sześcioma pytaniami, ale to zobaczycie, bo to na zakładkę będzie sobie szło. Co więcej, do wypełnienia planszy, jako że planszę poczyniłam sama, aczkolwiek używam do niej różnych gotowych komponentów. Jeżeli chodzi o kartę bohatera, to niestety mamy tutaj formę audycji, więc wy nie widzicie całej planszy, ale tam korzystam z kart z grafikami. Co prawda w tej grze czy dzisiaj nie używam kart na przykład z gry „Dixit”, aczkolwiek to właśnie o tego typu grafikę chodzi. Jeżeli ktoś z was kojarzy, mamy kartę z bardzo bogatą, kolorową, fajną ilustracją. Oczywiście zaraz jak wylosuję tę kartę, to wam też o tym opowiem.
Niezmiennie, jeżeli chodzi o bohatera, będę się też posługiwała archetypami osobowości Gabrieli Borowczyk, także będę cytować, przytaczać jej opracowanie. I tu mamy bohatera. Jeżeli chodzi o te poszczególne sceny, bo też nie wspomniałam o tym, że akt pierwszy składa się z głównych trzech scen. Zresztą tak samo akt trzeci. I w tym wypadku będę używać kości z obrazkami. To jest taki rodzaj gry czy narzędzia. To się nazywa Story Cubes. Są różne serie z tego, różne części. Ja tutaj używam „Voyage”. Nie, żartuję.
Podróże ogólnie, po prostu podróże. Po prostu kości z obrazkami. Jeżeli chodzi o główną próbę, tam sobie rzucę też kością. Natomiast jest to seria trochę, można powiedzieć, może i podróbkowa, niemniej ta sama mechanika. Po prostu kość jest dużo większa. Jako trofeum będę losować metalowy mały element, czyli między innymi mam tam pionki z gry „Monopoly” i z gry „Cluedo”. Dobra, to chyba mamy to. Jeżeli chodzi o morał, tutaj używam kart z gry „Kraina snów” i są to karty, owszem, z ilustracjami. Ta ilustracja zwykle jest nie tyle lustrzanym odbiciem, co jak patrzymy na ilustrację, to widzimy jeden rysunek jakiś, a jak ją odwrócimy do góry nogami, to też widzimy troszeczkę inny rysunek. To jest taka kompilacja dwóch motywów.
Na każdej z tych kart oczywiście też są słowa jakieś dwa. I zadanie z tym morałem polega na tym, że tę całą historię muszę też doprowadzić do tego, żeby w tym morale zawrzeć te dwa słowa. I fajnie, jakby tam jeszcze jakaś może lekcja, może coś było więcej zawarte. Zobaczymy, jak mi to wyjdzie. Coś jeszcze muszę wspomnieć? W akcie drugim, gdzie mamy tę próbę główną i trofeum czy artefakt jakiś, to tutaj będziemy mieli też jeszcze sojusznika. Ostatnio wpadłam na pomysł, żeby go dorzucić tutaj. Więc oczywiście kolejna karta grafika i kolejny archetyp. Dobra, moi drodzy, to chyba poleciałam raz, szybko. Chyba już każdy wie, o co kaman.
To co? To lecimy. Lecimy, bo ta historia jest dłuższa niż to, co było przez pierwsze dziewięć odcinków. Także ja nie przedłużam i losujemy kartę bohatera. Dobra, mamy potasowane i karta bohatera. No dobrze. Mamy tutaj dużo się dzieje. Dobra, zaraz wam omówię. Jeszcze tylko sobie wylosujemy archetyp i wtedy możemy już całokształt jakiś tutaj fajny dopasować. Dobra i archetyp.
Twórca. Chyba często nie był. Tak się zastanawiam, dużo twórców mieliśmy tu w poprzednich odcinkach? Dobra, co ja tu mam? Oczywiście tutaj patrzę jeszcze w schemacik, także pytanie, zwykle od którego zaczynaliśmy: kim jest bohater? Więc myślę, że właśnie sobie teraz do tego przejdę i już wam opowiadam. Kartę, którą wylosowałam. Mamy tutaj właściwie porzucony okręt, który właściwie jest przepołowiony i tak jakbyście rozcięli okręt na pół. I ta połowa, ten okręt stanowi podstawę. Po prostu leci z niego wodospad taki wielki i wpływa do rzeki.
I oprócz tego mamy tutaj jeszcze bile. Bile w sensie stół bilardowy i te kolorowe kulki. Właściwie to mamy dwie, które sobie leżą: jedna pływa w tej wodzie, druga przy statku i jeszcze jedna jest zatknięta w bocianim gnieździe. Bo został maszt i bocianie gniazdo i potem ta część, nie wiem czy przednia, czy tylna. Chyba przednia usunięta, bo jeszcze widzę armatkę. Ciężko stwierdzić. Oczywiście wszystko w otoczeniu drzew i tu widzę spękanej, suchej ziemi. Jeżeli chodzi o myśli, które mi tu przychodzą do głowy na razie, wiadomo jak statek, to od razu jakiś pirat mi się zrodził w głowie, ale może emerytowany. Ten statek został zniszczony, może już nie jest używany, więc ten pirat już nie jest piratem. Natomiast te bile skojarzyło mi się to z hazardem, ale prawdę mówiąc bilard chyba nie.
Nie wiem czemu ja hazard tam widziałam. Może bardziej jakieś zakłady. Pojawiła się w mojej głowie myśl hazard. A może ten nasz pirat będzie uzależniony od gry w bilarda lub właściwie przebywania w pubie? Myślę, że ta rywalizacja i hazard w kontekście takim, że będą grali na pieniądze czy na jakieś usługi, czy na coś takiego. Zobaczymy, gdzie nas dalej zaprowadzi historia, ale są to takie moje pierwsze w głowie tropy. Teraz zestawmy je z archetypem twórcy. Ja chyba wam po prostu przeczytam opis Gabrieli i później będziemy sobie wybierali jakieś elementy do naszego na razie roboczego pirata. Zaraz zobaczymy, czy tym piratem zostanie. „Twórca.
Inicjator, projektodawca, wizjoner. Odczuwa potrzebę wyrażania siebie, tworzenia i stworzenia czegoś. Jego drugie imię: kreatywność. Poszukuje twórczych narzędzi, nowej jakości i estetyki. Nie myśli standardowo. Swobodnie łączy różne dziedziny i techniki. Innowator i przedsiębiorca poszukujący usprawniających życie rozwiązań”. Dobra, słuchajcie, teraz się robi ciekawie, bo w sumie to nawet nie musiałby być pirat, tylko mógłby to być artysta i ten statek mógłby być jakąś jego instalacją. Jak to jest wodospad, to się zastanawiam, może to mógł być w ogóle projektant przestrzeni miejskiej? Nie, przestrzeni miejskiej to ewidentnie, bo pomyślałam o zieleni czy architekt właśnie zieleni, czy jak to tam się mądrze nazywa.
Ten sentyment do piratów, coś chyba we mnie jest takiego. A w sumie mieliśmy jakąś historię z piratami? Wiem, że była jedna szamanka piratów w poprzednich odcinkach gdzieś tam, ale jako takiego pirata to my nie mieliśmy. Emerytowany pirat. Chyba że on po prostu faktycznie zrezygnował. Myślę, że mógł być jednocześnie tym projektantem. A może ten statek z wodospadem to właśnie będzie ten cały pub i może on będzie właścicielem takiego niecodziennego, nietuzinkowego przybytku? To się robi fajne. Czyli mamy pirata, który postanowił przejść na emeryturę, więc wrócił do miasta, a że jego statek i tak już był zdezelowany, to postanowił go wykorzystać w ten sposób, że wbudował go w architekturę krajobrazu, w krajobraz. U góry leci wodospad, przepływa.
Jak myślicie, w takim budynku może można byłoby się przechadzać wokół? Kurczę, chciałabym w takim budynku się znaleźć. Już się jaram. Widzicie, już się wkręcam w te budynki. Lepsze niż Simsy. Czyli u góry sobie płynie wodospad, a my mamy tutaj oddzielony budynek i tam mamy, można było powiedzieć tawernę, ale ja myślę, że to jednak będą czasy współczesne. Mamy czasy współczesne, natomiast sam przybytek jest stylizowany na te stare okręty, galeony. Wiecie, o co chodzi. Klasyczny statek piracki, jeszcze z armatkami i w ogóle. Jeszcze mamy to bocianie gniazdo, więc w sumie też mógłby to być taki patencior, że może tam będzie jeden stolik, że będzie można na przykład zapłacić więcej i sobie w takim bocianim gnieździe usiąść ze swoją sympatią na jakiejś wyjątkowej kolacji.
Albo piwerko. Albo jakieś po prostu wyjątkowe piwerko w bocianim gnieździe. Czyli mamy pirata twórcę, który stworzył sobie taki budynek, taką kawiarnię. Nie myśli standardowo, łączy różne dziedziny i techniki. To się idealnie sprawdza, jeżeli przyjmujemy, że on to stworzył. Innowator, przedsiębiorca. Ja myślę, że tutaj mamy krótką charakterystykę bohatera. Patrzę na te bile jeszcze. Oczywiście, że w tym pubie będziemy mieli właśnie stoły bilardowe, ale może właśnie ten hazard, może to nam się przyda, taki mankament naszego bohatera. Bo co to taki pirat hazardzista?
Przecież to się samo przez się. To mamy to. Ja sobie od razu wylosuję morał, mimo że on ma być na końcu. Ale myślę, że chyba wolę go mieć na oczach, że tak powiem, żeby fajnie to jakoś połączyć, bo boję się, że jak go wylosuję na koniec, to może być taki trochę na siłę, a tutaj już gdzieś może coś mi się będziekluło. Także losujemy jeszcze morał, zanim ruszymy w podróż. Dobra i tu wyciągam ze środeczka coś. Okej, znowu mamy jakieś mądre morały. Już wam mówię, cóż ja tu mam. Mamy dwa słowa: klepsydrę i grabie. Grafika wygląda tak, że mamy klepsydrę, w której usypuje się piasek z tej górnej części, a w tej dolnej części stoi gościu i grabi.
„Grabi” to jest słowo klucz. Zobaczymy, czy pójdziemy w przemijanie, w śmierć, a może w okradanie czasu, jak to pirat, grabieżca. Zobaczymy. Teraz patrzę jeszcze na schemacik z pytaniami, żeby nam tu nie umknęło, bo postanowiłam, że jeszcze go używamy. Mamy pytanko: jak jest? Mamy pirata i on zarządza swoją karczmą, tawerną, pubem, jak byśmy to nie nazwali. Ogólnie życie płynie zacnie, wszystko się dobrze wiedzie, interes się kręci, ludzie są zachwyceni, turystyka i tak dalej. Czyli hajs się zgadza. Ale on też się spełnia jako twórca. Dorabia różne rzeczy, rozbudowuje ten przybytek, emerytura mu służy.
I poznajemy naszego bohatera w takich okolicznościach. Tak się zaczyna nasza historia. Jak było? To jest kolejne pytanie i myślę, że najlepiej się jeszcze na nim skupić, zanim ruszymy w podróż. A jak było? Było burzliwie. Były różne abordaże i inne bajery na morzu. Zbieranie skarbów, skradanie skarbów. Czyli klasyczny pirat. Nie wnikajmy, jak bardzo współczesny czy niewspółczesny.
Ale zasada ta sama. Postanowił na starość jednak wieść godne i dobre życie i być lepszym człowiekiem. Aczkolwiek swój przybytek też... A może nie on będzie uprawiał hazard, tylko on będzie na tym hazardzie zarabiał. Coś w rodzaju ukrytego kasyna. A kasyno zawsze zarabia. A może w podziemiu tego przybytku będzie kasyno. Są to ciekawe wątki, tropy. Zobaczymy, w którym kierunku pójdziemy. Mamy pytanie: co się zmieniło?
Myślę, że to jest idealne pytanie, żeby przejść do aktu pierwszego, czyli do początku całej historii, do naszej podróży. Ja sobie rzucę najpierw kosteczki, potem powiem wam, co wypadło na tych kosteczkach i przejdę do wymyślania historyjki. Czekajcie, w łapkę to wszystko wysypię. Dobra, mam kości. Wylosuję sobie jedną. I rzucamy. Okej, jesteśmy w temacie. Wypadła mi piękna ośmiorniczka. Trochę demoniczna wygląda, ale jest. Dobrze, mamy ośmiorniczkę.
Druga kość. Słuchajcie, na grubo mamy w temacie, bo łódź podwodna. Może jednak nie zróbmy współczesności. A może to był pirat? Dobra, bo ja już tu wymyślam, a jeszcze trzecia kość. Może podwodny pirat. Może on jednak pływa łodziami podwodnymi. Trzecia kość. Zobaczymy. Kość wypadła tak jak w poprzednim odcinku.
Tym razem koniec aktu pierwszego. Mamy tutaj kosmiczną broń, nie wiem jeszcze, co z tym zrobimy. Już mi się lęgną pomysły. Czekajcie, odłożę. Tak sobie myślę, że może przeszłość wróciła, że może to będzie coś takiego, że akt pierwszy to będzie rodzaj retrospekcji, bo na przykład pojawił się ktoś z przeszłości. Zobaczymy, bo nie chcę wyprzedzać i iść w główną próbę jeszcze. Zobaczymy, tamto rzucimy za chwilę. Co mogło się wydarzyć? Mamy akt pierwszy, można by powiedzieć, poniekąd wezwanie do wyprawy. I mamy ośmiornicę.
A może była jakaś katastrofa? Albo tajemnica. Może ten statek, który on przerobił. Oficjalnie powiedział, że była jakaś katastrofa, że cała załoga zginęła, że tylko on przetrwał, bo zaatakowała ich wielka ośmiornica. Kraken ich zaatakował. Czy jakieś inne. Może Kraken, bo gdyby Cthulhu, pan zniszczenia ich zaatakował, to już by chyba nikt nie przetrwał. Załóżmy, że jakaś mityczna, wielka, gigantyczna ośmiornica, której nikt nie widział, ale ona zaatakowała, rozwaliła statek i tak dalej. Może taka była wersja. Natomiast może właśnie do pubu wkroczył, odpowiadając na pytanie, co się zmieniło, ktoś.
Ktoś z przeszłości. A może ktoś z załogi, kto jednak przeżył. Druga scena to jest łódź podwodna. A może to będzie świadek? Może wydarzyła się jakaś katastrofa na tym statku, jakiś wybuch. Tylko ja się zastanawiam, jak on by na połowie statku wrócił. Ten statek mogli ściągnąć czy wydobyć. Nie wiem sama. Może on po prostu wróci rozgraconym statkiem i go sobie rozpołowi tutaj. Ale może doszło do jakiejś tragedii na tym statku, do jakichś wybuchów, zniszczeń i on wszystkim opowiadał o jakiejś ośmiornicy.
A teraz do pubu wkracza ktoś, kto w tym samym czasie był w łodzi podwodnej i widział całą sytuację i widział, że nie było żadnej ośmiornicy. I słuchajcie, mamy ten gun, tą broń. Co prawda kosmiczną, ale na nasze potrzeby ona nie musi być kosmiczna. I może ten świadek z łodzi wie, że to nasz pirat pozabijał całą załogę. Brzmi to ciekawie. Taka retrospekcja. Czyli do baru wkracza człowiek, który z pozoru wygląda jak zwykły klient. Zróbmy go takiego kapitana Nemo. Brodacz, taki zarośnięty, dobrze zbudowany. Niechaj będzie dobrze zbudowany, w żółtym płaszczu, w sztormiaku i w gumakach.
To jeszcze byłby taki fajny efekt. Patrzę sobie filmowo na tą scenę i takie zbliżenie na jego kalosze, które ociekają wodą albo szlamem. Że on taki brud robi na podłodze tej karczmy, tawerny, pubu. Podchodzi do baru i mówi, że on chce rozmawiać z właścicielem tego przybytku. I wtedy z podziemia, z tego magicznego, podwodnego, podstatkowego kasyna przychodzi właściciel. Idą na bok albo może na to bocianie gniazdo. Tam nikt nie słyszy. Tam się odbywają też wszystkie ważne rozmowy, więc on go tam zaprasza do góry i rozmawiają. I teraz pytanie, czy on go będzie chciał zaszantażować? Może tak.
Myślałam, że może będzie chciał zgłosić go gdzieś, dociec prawdy i tak dalej. Ale w sumie moglibyśmy pójść w klasyczny szantaż i w jakieś takie rzeczy. Zwłaszcza że mu się tu biznes dobrze kręci. Teraz myślę, czy to był świadek, czy może to był badacz podwodny. Nie, świadek chyba będzie ciekawszy, lepszy. Może on znalazł ciała tej załogi. Widział, jak wpadają do wody. On wie, gdzie te ciała są i może właśnie to jest szantaż. Tylko to musiałoby dużo czasu minąć. To już są objedzone przez rybki szkielety, czyli by nie znaleźli przyczyny zgonu.
Chociaż może mogliby. Chyba że gość zamroził te ciała. Mam tu teraz dwie linie, bo nie ukrywam, że z tych kości zrobiłam retrospekcję, ale możemy też zakończyć ten akt pierwszy czymś takim, że oni rozmawiają u góry i nasz bohater główny zastanawia się, czy może przypadkiem się nie pozbyć tego człowieka, który go przyszedł szantażować tutaj. Człowieka z przeszłości, że może to mu popsuć teraz reputację, zniszczyć po prostu wszystko, co zrobił. Poza tym może trafić do paki, więc wszystko się w ogóle już rypnie. Skoro mamy tą broń, to może on rozważa zabicie też tego człowieka. A może oni rozmawiali na dole i on zaczął rozważać zabicie tego człowieka i dlatego go dopiero teraz zaprosił na to bocianie gniazdo. Zróbmy coś takiego. I cała główna próba niech się odbywa w lokacji, czyli na tym bocianim gnieździe, gdzie będą sam na sam i teoretycznie może dojść do wypadku. Wiadomo, jest wodospad.
Może ktoś wpaść do tego wodospadu i zginąć, nie? Dobra, mamy to. Teraz losujemy główną próbę. W woreczku mam. Wysypię. Te mi się ledwo mieszczą w rękach, ale mamy. Jest jakaś. I wypadło. Nie podoba mi się to. Wypadł mi jakiś kamper chyba.
Będzie taka przyczepa kempingowa. Wypadło to wypadło. Kości zostały rzucone, to nie będę wybrzydzać. Trzeba tutaj stawić czoło temu wyzwaniu. Zanim do tej przyczepy to jeszcze artefakt jakiś. Klasyka rodzaju. Mamy tego piesełka z Monopolu. Terrier? Nie wiem nigdy, jaka to rasa. Ten taki biały, kwadratowy, prostokątny.
To chyba któreś terriery takie są. Tu mamy ten magiczny artefakt. Grubo. A taki ładny wielorybek widzę tu mógł wyskoczyć. Ale nic. Mamy kampera. W sensie nawet nie kampera, tylko samą przyczepę kempingową. Przyczepa kempingowa. Myślę, że tutaj jeszcze jest dobry czas, skoro jesteśmy w akcie drugim, żeby jeszcze jednak poszukać sojusznika. Odpowiadając jeszcze na pytanie, co się zmieniło, to wiemy, że przeszłość wróciła.
Odbiła się czkawką. I teraz jest jeszcze pytanie, jakie jest rozwiązanie. Myślę, że tutaj zaraz sobie z tym się zmierzymy. A tymczasem pytanie, kto pomaga bohaterowi? Także ja sobie tutaj losuję kartę grafikę, którą też wam zaraz omówię. Też coś ze środeczka wezmę, żeby już nie tasować. Okej. Dzisiejsze karty nie ułatwiają mi tutaj życia. I archetyp jakiś jeszcze dla naszego sojusznika. I odkrywca.
Dobra, zmieniam zdanie. Robi się ciekawie. Teraz tak: karta grafika, którą wylosowałam to właśnie mamy otwarte morze i na tym morzu jest taka kamienna mała wysepka. Właściwie mamy tutaj drzwi Czerwone drzwi w kamiennej oprawie, tak jakby wyrwało kawał muru. Mamy te drzwi i one są uchylone. Tam jest ciemno. Patrzę jeszcze, że z tych drzwi wybiegają białe myszy. Stoi też latarenka, a jeszcze nad tymi drzwiami jest stara łódka, szalupa. Drewniana, ma drewniane wiosło i jest dziurawa, nawet tym wiosłem przebita. Kto by to mógł być?
Ktoś z załogi? To ma być sojusznik, nie? A tutaj mamy zagrożenie w postaci szantażysty. Chyba że ktoś jeszcze przeżył. Niby zginął, ale może się okazać, że oni sfingowali jego śmierć i jego kumpel będzie mieszkał w przyczepie kempingowej. A ja już nas wysłałam na bocianie gniazdo, cholerka. Może trzeba będzie jednak z niego zejść. Dobra, zaraz to jeszcze przekminię. Na razie mamy archetyp odkrywcy. On też już był, natomiast myślę, że żeby to było spójne i dla wszystkich jasne, to wam teraz przeczytam jeszcze to opracowanie.
Cóż to ten odkrywca dokładnie jest? I zaraz przejdziemy do wymyślania dalej naszego sojusznika. Odkrywca. Cechuje go otwartość, niezależność, ciekawość i odwaga. Poszukuje nowych wyzwań i doznań. Nie tylko tych daleko poza horyzontem. Gotów jest też do podróży wewnętrznej, by zrozumieć motywy swojego działania i odkryć nowe możliwości. Ważne dla niego jest poznanie nowego, nawet kosztem ryzyka. Nie boi się zmian i tego, co nowe. Każda zmiana daje nowe możliwości i nową jakość.
Nie ma porażek, tylko lekcje na przyszłość. Okej, to klasyka rodzaju. Pirat odkrywca, a tam był pirat twórca. Ciekawe. Jeżeli jednak cofniemy moją decyzję o bocianim gnieździe, to możemy ustalić, że postanowili pojechać z tego przybytku i porozmawiać na spokojnie, żeby dobić interesów w przyczepie. Pojedziemy do tej przyczepy. Albo możemy zadzwonić do osoby, która jest w przyczepie i w ten sposób zmienić lokację. Ale może byłoby ciekawe. Dobra, wyjedźmy z naszego pubu. Czyli oni sobie rozmawiali na tym bocianim gnieździe, ale w końcu ten uznał, że nie zabije świadka, że może jednak lepiej na tym wyjdzie, jeżeli dobiją jakiegoś interesu, a może wręcz tamtego wkręcą w jakieś czarne interesy, że w sumie to oni go będą mogli zaszantażować.
I tak mu się przypomniało, że ten jeden towarzysz jego z załogi zawsze miał łeb na karku. Taki odkrywca. On umiał bardzo dużo rzeczy, wiedział o wielu sprawach. Patrzę jeszcze na tę kartę. Patrzę na te drzwi, w sensie kartę naszego odkrywcy. Białe myszki. Słuchajcie, a może on mieszka w tej przyczepie i chleje na umór i tu białe myszki widzi? Może to coś takiego. A może on jest bimbrownikiem? On się zajmuje pędzeniem bimbru, który jest sprzedawany trochę na nielegalu w tym pubie.
Albo browar robi, coś alkoholowego. I nikt nie wie, że on jest z tego statku. Jego przykrywką jest to, że wszyscy myślą, że jest obchlejtusem w przyczepie. A prawda jest taka, że on nie pije, tylko wytwarza alkohol. I ta szalupa. Może on się jakoś uratował. Może on wcześniej opuścił statek tak, żeby nikt się nie zorientował. Dobra, tutaj to mamy. Jadą do tej przyczepy. Kurczę, w poprzednim odcinku było łatwiej.
Ja tu mogę nazmyślać, ale lubię, jak mnie karty prowadzą gdzieś. Dobra, ja sobie przesuwam tylko na planszę naszych bohaterów, żebym miała wgląd. Co to w tej przyczepie? Może właśnie to. Wjeżdżają do tej przyczepy. Może nasz bohater główny przedstawi temu człowiekowi, świadkowi, że to jest jego wspólnik? Może coś takiego? Przyczepa też daje pole do zaciukania. Gdzieś ukryty człowiek. Jeszcze patrzę, ten piesek.
Co ten piesek, to trofeum? Kurczę. Aż się prosi o morderstwo, cholera, dzisiaj. Nie mieliśmy chyba takich mocnych historii. To możemy pójść w wątek kryminalny. Zwłaszcza że taki pirat nie ma litości dla szantażystów. A może ten człowiek nawet nie był do końca świadomy, że oni byli piratami z prawdziwego zdarzenia? Dobra, on go bierze do tej przyczepy i może wywiąże się jakaś szarpanina. Patrzę tylko, odkrywca. Dobra, słuchajcie, bo nasz bohater jest twórcą, to można byłoby powiedzieć, że może go poniosły emocje.
Może on był zawsze taki w gorącej wodzie kąpany wizjoner, nerwus emocjonalny, a tamten z kolei go trochę trzymał w ryzach. Potrafił go trochę sprowadzić na ziemię, ukoić jego emocje i zrobić coś z głową, bo przez to, że miał otwarty umysł i był niezależny, to zawsze wolał ostudzić emocje. Bez emocji. A może oni czekali w tej przyczepie? Czyli tak: nasz bohater razem z tym gościem z przeszłości, z tym świadkiem. Nazwijmy go jakoś. Kapitan Nemo. Nie, dobra, on miał nie być kapitanem Nemo. Miał tylko wyglądać. Nemo, Przemo.
Nie, dobra, czekajcie. Ale jakieś takie imię... Otoczenie moje, wspomóż mnie tu. No dobra, kapitan Banner. Niech będzie. Sam się tak mianował. On sobie pływa swoją prywatną łodzią podwodną i jest dumny z tego. Jest kapitanem Bannerem. Ja wiem! Zróbmy tu taki wątek, on będzie trochę niestabilny.
Już teraz to jest rzadkość, ale przypominam sobie takie sceny z filmów, takie awionetki, które latają i mają za sobą jakiś plakat, jakiś napis, może jakieś oświadczyny czy ogłoszenia. To może on pływa swoją łodzią podwodną z takim banerem i dlatego tak się utarło, że on jest kapitanem Bannerem. Nie wiem, komu miałby ogłaszać jakieś rzeczy. Może syrenom, może innym łodziom podwodnym. Ale okej, dobra wizja śmiesznej małej łódki podwodnej z banerem. Dobra, nieistotna ta łódka, ale mogłoby to być ciekawym motywem. Może to byłaby taka postać, gdybyśmy mieli faktycznie z tego zmontować jakieś opowiadanie, to może właśnie paradoksalnie ten człowiek mógłby pełnić funkcję trickstera. Takiego trochę śmieszka, żeby te sceny odciążyć. Chyba że to będzie jakaś tragikomedia. Może tu dojdzie do morderstwa.
Patrzę z tym pieskiem jeszcze. A może jednak nasz bohater nie zamorduje tamtego człowieka, natomiast piesek go zamorduje. Tylko myślę, albo statuetka pieska. Może to nie musi być żywy piesek, bo tak pomyślałam: co to później byłby za artefakt z tego pieska? A tutaj możemy zrobić, jeżeli to byłby może jakiś posąg, może jakaś statuetka mniejsza czy jakaś większa rzeźba, to to by mogło być rodzajem artefaktu, czyli narzędzia zbrodni. Matko. Dobra, bo już tak mi czas leci tutaj, cholera. Trzeba jakieś decyzje podjąć. No dobra, to mamy tak: są w przyczepie, czekają na odkrywcę, który poszedł te swoje bimbry rozlewać i miał zaraz wrócić. I może doszło do szarpaniny.
I co? I ten się potyka i nadziewa się na pieska? Czy tamten w afekcie go tym pieskiem...? To może ten piesek będzie taką rzeźbą na cześć zmarłego pieska, którego mieli na pokładzie. Nazywali go może Zabójca. I to może być ten śmiech przez łzy w tym miejscu. Kiler. Mieli takiego pieseczka na pokładzie, teriera Kilera, mimo że on nigdy nikogo nie zabił. I tutaj doszło do przepychanki, szarpaniny i ten człowiek po prostu upadł w tej przyczepie. Czy może podłoga w tej przyczepie się zarwała, jakaś klepka.
On stracił równowagę i szyją nadział się na uszy Kilera, a Kiler był z metalu. No i się wykrwawia. Wykrwawia się, to właściwie aorta poszła, więc tutaj nie ma co zbierać za bardzo. Będzie za to co czyścić. W tym momencie wraca nasz bimbrownik, odkrywca. No i oczywiście, mimo że jest opanowany, to pada klasyczne: „Co jest, kurła?" I ten mu tłumaczy co jest, co było i jeszcze heheszki, że Kiler jednak po śmierci stał się prawdziwym killerem. No i co teraz? Właściwie to trzeba wymyślić, co zrobić ze zwłokami, bo nikt nie wiedział, że oni pojechali do tej przyczepy. Co prawda nie wiedzieli też, czy ktoś go będzie szukał, tego naszego kapitana Bannera. Dobra, czyli odkrywca zostaje wtajemniczony.
To nawet stwierdzają, że spoko, że problem się sam rozwiązał. Śmieci wyrzuciły się same. Zabierają się za oporządzanie zwłok. A trofeum w tym wypadku czy ten artefakt to właśnie jest piesek, który załatwił za nich sprawę. Dobra, to taka główna próba bohatera. Może samą tą próbą byłoby właśnie to, że z jednej strony chciał zabić, ale z drugiej strony nie odważył się. Nie chciał sobie zszargać opinii czy ryzykować tym, że pójdzie do więzienia. I kiedy już miał się z tego wycofać, to w tym momencie zarwały się deski i Kiler stał się killerem. No dobra, i teraz trzeba ukryć zwłoki, więc myślę, że akt trzeci będzie właśnie tego dotyczył. Późno już, więc rzucamy akt trzeci.
Okej. Aparat fotograficzny. Co to jest? Chyba jakaś kopalnia, jaskinia. I trzecia kość. I drabina. No drabina. Mamy drabinę. Dobra, to w pierwszej scenie robią zdjęcia. To taki nawyk odkrywcy.
Powiedział, że ma gościa od ubezpieczeń, więc nawet takie jakieś szmery, bajery i szemrane sprawy, to ubezpieczyciel już go nauczył, że zawsze masz zrobić zdjęcia, zanim cokolwiek zrobisz. Więc najpierw zrobili zdjęcia. Oczywiście, że uprzątnęli zwłoki. W co mogli zawinąć? W brezent jakiś, nie? Bo koc to takie oklepane, ale w sumie dużo jakiejś folii czy takich rzeczy, tak że zawinęli ciało w folię. Oczywiście zrobili też zdjęcia już po zabraniu ciała i po wytarciu krwi. I teraz mamy tę jaskinię. To się samo aż prosi. Zanieśli ciało do jaskini.
Bo mogli zrobić wszystko. Może niedaleko przyczepy była opuszczona kopalnia zamieszkała przez nietoperze, więc postanowili to ciało tam zanieść. I co? Dylujemy? Rozczłonkowywujemy? Tak myślę. Może jakieś niedźwiedzie też tam mieszkają? Kopalnia to niekoniecznie grota. Myślę, czy lepsza kopalnia, czy lepsza jaskinia. Może jaskinia.
Chyba że to jest nawiedzona kopalnia. W sensie, że ta kopalnia jest opuszczona, bo jest legenda miejska, że ona jest nawiedzona i tam nikt nie chodzi, bo tam duchy straszą i tak dalej. I nieraz się zdarzały tam morderstwa jakieś. Także oni tam to ciało zostawiają, a przy okazji liczą na to, że nietoperze je sobie zjedzą. Także śmieci wyniosły się same. Właśnie problemy, nie śmieci. No i drabina. Myślę, bo jeszcze ta łódź gdzieś została. Ta łódź tego kapitana Bannera, więc też powinni się nią zająć. Nie wiem, kurczę, czy do tej łodzi nawiązywać.
Drabina. Co może w ogóle oznaczać drabina? Bo co, mogli wejść, zejść. Kurczę, chyba że pójdziemy... Poczekajcie. To była drabina Jakubowa? Ale co, on śnił? Tam coś było, że on sobie spał pod drzewem, a to była drabina. Nie wiem, czy ona była do nieba, czy z nieba anioły schodziły. Dobra, słuchajcie, ale jak już pojechałam w tym kierunku, to może niech ta drabina, skoro to jest ostatnia scena aktu trzeciego, będzie wyrzutami sumienia.
No, chyba że oczyszczeniem. Może nie oczyszczeniem. Myślę, że może to ciało zostało ukryte. Okej, trudno, wypadek i tak dalej. O przeszłości zapomnieli i interes się fajnie kręcił. A może jednak po tym wszystkim postanowili w jakiś sposób uczcić pozostałych członków załogi, których zlikwidowali. Może jakieś posągi. Tak myślę. Tak jak uczcili pieska tym, że miał swoją rzeźbę, statuetkę, to może też postanowili ku pamięci tej całej załogi stworzyć przy tym przybytku, przy tym pubie rzeźbę tej całej załogi. Taki pomnik.
I może wprowadzić element historii o tym, żeby faktycznie opowiedzieć o ich historii, o ich dokonaniach. Może to coś takiego, że ta cała sytuacja powrotu przeszłości stała się rodzajem takiego trochę olśnienia, oświecenia, spojrzenia prawdzie w oczy czy zmierzenia się z prawdą. I teraz mamy ten morał. I tu mamy klepsydrę i grabie. Może to jest to, że taka refleksja, że nigdy nie wiesz, jakie ziarna czasu z piasku przeszłości spadną i nieważne, jak bardzo byś je grabił i próbował zasypać, to są rzeczy, których nie ukryjesz. Że gdzieś tam zawsze prawda wyjdzie na jaw. Może to jest to. Dobra, słuchajcie, bo już długo dzisiaj ględzę. Mamy to. Krótka, szybka historia.
Powiem szczerze, nawet sama retrospekcja czy też te sceny, że to spokojnie nawet nie tyle opowiadanie, co można byłoby i tu jakąś nawet krótką powieść puścić, może bardziej zakończenie rozbudować, żeby opisać ten moment, kiedy on postanowił, że nie chce być piratem. Może on nie mógł przestać być piratem i dlatego musiał zlikwidować tę załogę. Może razem z tym odkrywcą chcieli się po prostu wyrwać z tych szponów przestępczości nadmorskiej, namorskiej, oceanicznej. I nie było innego wyjścia, jak po prostu pozbyć się załogi. Więc musieli zabić tych ludzi. Zrobili jakąś tam tragedię, porobili jakieś dziury w okręcie. Ten upozorował swoją śmierć. Wrócili. I to już byłyby całkiem fajne, myślę, rozdzialiki pierwsze. A potem czasy współczesne.
I tutaj mamy zmianę kadru i inny świat. Może parę czy paręnaście lat później. I później mamy świadka, który na przykład robił zdjęcia z tej łodzi podwodnej. Może nie mroził tych ciał. Powiem tak: historia z potencjałem, z fajnym morałem. Myślę, że jednak ta prawda, po prostu czasami się tych rzeczy nie da ukryć. Czy też tych emocji czy piesków killerów, które wracają z zaświatów, żeby stać się killerem prawowitym. Oczywiście piesek też został dołączony do tego posągu przed pubem. Tak myślę, że zasłużył. Pomógł im.
Chociaż po śmierci, ale pierwszy raz pomógł obronić załogę. Dobra, słuchajcie, ja kończę. Myślę, że ciekawa historia. Ja sobie tu porobię zdjęcia, będę o niej pamiętać, bo nawet jestem zadowolona, że z tej przyczepy jakoś wybrnęłam, bo nie ukrywam, że mnie to trochę zmroziło na początku. Okej, mamy to. Ja wam życzę jak zawsze mocy, inspiracji, dużo ciepełka i zdróweczka. I słyszymy się za tydzień. Pa.
[03:58:15] - No cóż, proszę państwa, czas ten kącik literacki ciągnąć dalej
[03:58:23] - Zapraszam państwa na trzy opowiadania z antologii „Rubież rzeczywistości”. Te trzy opowiadania zajmą trochę czasu, ale myślę, że będzie to czas spędzony w miły sposób i przede wszystkim zajmujący. Te trzy opowiadania to krótki tekst Tomasza Fąsa zatytułowany „Zjeby”. Mam nadzieję, że algorytmy YouTube'a tego nie wyciachają. Pewien tego nie jestem, ale mam nadzieję, że wszystko skończy się dobrze. Drugie opowiadanie Piotr Niwa „Na chwałę bogom” i wreszcie ostatnie Hanna Layer „Narysuj rodzinę”. Zapraszam. Antologia „Rubież rzeczywistości” czyta Reda Hat. Tomasz Fąs „Zjeby”. Przepełniony brakiem refleksji nad bezcelowością swojego istnienia Jonasz zasiadł do kolacji.
Mózgojebiąca rąbanka z głośników wyznaczała rytm kolejnych kęsów. I wiedział Jonasz, że rąbanka była dobra. Ta z głośników i ta na talerzu. Od wielu dni nie miał żadnych problemów gastrycznych, co wskazywało na wysoką jakość posiłków. Księżycowy dzień trwał zbyt długo, by dało się do niego dopasować. System sterowania obiektem indywidualnie za pomocą oświetlenia i tła dźwiękowego sugerował porę snu odpowiednią dla danego obywatela. Przed porą snu Jonasz zwykł oddawać się rozrywkom intelektualnym. W sieci był już dostępny najnowszy odcinek „Kolonialisty lunarnego”, więc bez zwłoki poprosił o jego odtworzenie. System, jak to miał w zwyczaju, natychmiast spełnił prośbę Jonasza. Na ekranie pojawiła się fotorelacja.
Główny komunikat brzmiał: „Wszystko jest w porządku”. Zdjęcia zaś ukazywały czyste ulice, czujnych nadzorców i nienaganny stan kopuły ochronnej sektora. Po relacji przyszła pora na poradnik ekonomiczny. Tym razem prezenter gościł w domu osób korzystających z różnych form opieki socjalnej oferowanej przez sektor. Program dostarczał informacji o tym, jak można z podobnej pomocy korzystać, kto na nią zasługuje i w jaki sposób organizować rodzinny budżet, by nie popaść w kłopoty finansowe. Para bohaterów programu oraz ich niepełnosprawne dziecko słuchali tych wyjaśnień z uwagą, a Jonasz czuł, jak wzbiera w nim niekontrolowany atak złości. „Zjeby!” — wykrzyczał na całe gardło. „Co się stało, kochanie?” — zapytała żona z sąsiedniego pomieszczenia. „Zjeby!” — powtórzył Jonasz. — „Nieroby pierdolone.
Zobacz sobie, ile oni dostają i kto za to wszystko płaci. Ja. Żyją sobie, kurwa, za moje i szczęśliwi”. Jonasz czym prędzej podzielił się swą błyskotliwą analizą tematu we wszystkich sieciach społecznościowych. Reakcja była zaskakująco pozytywna. 35 lajków, osiem pozytywnych komentarzy i tylko jedno ostrzeżenie o naruszeniu zasad społeczności. Nieco uspokojony uzyskanym poparciem, zrelaksował się przy ulubionej grze komputerowej. Grając w nią wyobrażał sobie, że każdym strzałem rozwala czaszkę jakiegoś zjeba i odbiera mu pieniądze. Jego pieniądze tak niesprawiedliwie i przymusowo mu kradzione. Zbliżała się pora pracy.
Jonasz, główny analityk sygnałów. Człowiek gruntownie wykształcony, z wieloletnim doświadczeniem i uznaniem środowiska. Systemy tego rodzaju stały się bardzo popularne po premierze głośnego filmu na temat obcych cywilizacji. Wielu ludzi chciałoby znaleźć taką cywilizację, więc wiele fabryk na Ziemi dostało dotację, by produkować i udoskonalać bardzo czułą aparaturę detekcyjną. Jednocześnie wiele kolonii księżycowych dotowano celowo na zakup takiej aparatury. System się sprzedawał, zatem był potrzebny. Ziemianie w podnieceniu oczekiwali kontaktu z obcymi, a analityk Jonasz w 14. sektorze księżycowym mógł zarabiać pieniądze, z których część mu następnie zabierano, żeby oddawać zjebom. Podenerwowany natrętnie powracającą myślą przejrzał swoje sieci społecznościowe. Liczba komentarzy przekraczała już 30.
Byli oczywiście i tacy, którzy zalecali mu badanie psychiatryczne, jednak większość osób, czasem kompletnie nieznajomych, wyrażała aprobatę. Pojawiły się też propozycje, by zapisał się do grupy dla niezależnie myślących i podpisał petycję o odłączeniu kolonii księżycowej od Ziemi. Wydawało się to sensowne. Wiadomość z ostatniej chwili. Cztery z 15 sektorów kolonii księżycowej wspólnie ogłosiły niepodległość względem Zjednoczonych Państw Europejskich. Premier odmawia komentarza. Jedno jest pewne na ten moment interwencja zbrojna byłaby zbyt droga, ryzykowna i technicznie trudna do przeprowadzenia. Jonasz dawno nie czuł się tak szczęśliwy. Otrzymał już pierwszą wypłatę po wyzwoleniu, dużo wyższą niż wcześniej. Liczne absurdy prawne przestawały obowiązywać i wszystko wskazywało, że już niedługo zjeby będą musiały wziąć się do uczciwej roboty.
Kiedy wracał do domu, towarzyszyło mu dziwne wrażenie, że kilku przechodniów ze zbyt dużym zainteresowaniem patrzy na jego złotą bransoletkę i garnitur. Mimowolnie przyspieszył kroku. Oczywiście tylko po to, by jak najszybciej powrócić do ulubionej gry komputerowej. Dziś gościem programu jest profesor Andrzej Kościński, ekspert do spraw dyplomacji kosmicznej. Panie profesorze, proszę powiedzieć naszym widzom, co obecnie dzieje się na Księżycu. Cóż, dostęp do bieżących informacji mamy ograniczony z oczywistych względów. Jak wiadomo, grupa sektorów wcześniej podległych ZPE ogłosiła niepodległość. Władze europejskie są w kropce, bo niewiele tak naprawdę mogą zrobić. Czy to oznacza, że jesteśmy bezsilni i musimy się na wszystko godzić? Tego nie powiedziałem.
Wcześniej realizowano tam wiele projektów naukowych. Wysyłano sprzęt, który przecież jest własnością ziemskich instytucji. Z całą pewnością pierwszym krokiem będzie wstrzymanie wszelkiego wsparcia. Z czasem może jakaś próba negocjacji. Zobaczymy. Jeden z głównych zarzutów separatystów dotyczył podatków. Czy to prawda, że duża część pieniędzy zarabianych na Księżycu szła na wysokie wsparcie socjalne? To nie do końca tak. Z tymi ludźmi zawarliśmy coś w rodzaju umowy społecznej. Otrzymali wsparcie za udział w kolonizacji.
Musimy też pamiętać, że w tamtych warunkach pojawia się dużo więcej chorób i niepełnosprawności. Wciąż nie umiemy zlikwidować negatywnego wpływu niskiej grawitacji na organizm. Uczeni trochę liczyli, że kolejne pokolenia osadników jakoś się do tego przystosują. Nie wiem, czy to rozsądne założenie. Nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją. Separatyści wydają się nie przyjmować tej umowy społecznej do wiadomości. Ja nie wiem, skąd to się wzięło. Gdybym miał zgadywać, to powiedziałbym, że mogą za to odpowiadać celowe oddziaływania medialne z zewnątrz. Z zewnątrz, czyli skąd? Na ten moment trudno mi coś więcej powiedzieć.
Jonasz nie był już taki szczęśliwy jak wcześniej. Jego szef, ten oszust pierdolony i złodziej, powiedział, że trzeba zakończyć projekt. Dostawał jeszcze jakieś zlecenia od Chińczyków, ale nudne i gorzej płatne. Z czasem musiał się przenieść z żoną do mniejszego lokalu i sprzedać część co cenniejszych gadżetów. Na szczęście wciąż miał swoją ulubioną grę komputerową. Oficjalny komunikat ostrzegał, żeby nie wychodzić z domu, lecz nie wyjaśniał dlaczego. W mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia i informacje o protestach. Jonasz wiedział, co to oznacza. Zjeby zaczęły się buntować. Nieoficjalna informacja donosi, że w europejskiej części kolonii księżycowej doszło do zaostrzających się protestów.
Osoby pozbawione środków do życia buntują się przeciwko nowej władzy. Z ostatniej chwili. Przedstawiciel władz Chińskiej Republiki Ludowej powiadomił, że w obawie o bezpieczeństwo kolonii ich siły zbrojne były zmuszone do interwencji w zbuntowanych sektorach. Zapewnił jednocześnie, że dołożą wszelkich starań, aby liczba ofiar śmiertelnych była jak najmniejsza. To był pierwszy dzień Jonasza w nowej pracy. Stał przy linii produkującej drobne elementy elektroniczne na potrzeby chińskich laboratoriów i wojska. Przez chwilę zapatrzył się na optyczny system kontroli jakości. Znał się na podobnych urządzeniach. Kiedyś nawet jedno zaprojektował. Nie minęła nawet minuta, gdy podszedł do niego kierownik zmiany.
No co się tak gapisz, zjebie? Do roboty. Myślisz, że będziesz się tu obijał za moje pieniądze? Antologia bierze rzeczywistość. Czyta Reda Hat. Antologia bierze rzeczywistość. Czyta Reda Hat. Piotr Niwa. Na chwałę bogom. Pogoda nie zmieniała się już od bardzo dawna.
Aleksandria pomimo granicy z morzem popadła w stagnację. Wysoka temperatura, suche i ciężkie powietrze, którym z trudem się oddychało, przygniatały utrudzonych mieszkańców. Ci mniej zajęci jako pierwsi wyczuli nadchodzący deszcz. W końcu błękitne niebo rozdarła błyskawica, a grzmot zwrócił uwagę nawet pochłoniętych targowaniem handlarzy. Nad Aleksandrią pojawiły się czarne chmury. Mrok szybko ogarnął stolicę. Ze świątyni wyszedł kapłan i spojrzał na zebraną grupę ludzi. Patrzyli w niebo, chcąc dziękować bogom za dar deszczu, ale czekali na kapłanów, bo ci mieli zwyczaj pierwsi zabierać głos w tak ważnych sprawach. Ogolony na łyso kapłan, nie patrząc na strażników, rzucił do nich: „Prowadźcie mnie do królowej”. Królowa Kleopatra Berenika III wraz z najwyższym kapłanem i jednocześnie swoim zaufanym doradcą spacerowali po ogrodach pałacowych, kiedy zaskoczył ich grzmot i na krótki czas dziedziniec ogarnęła ciemność.
Gdy już zaczęło się przejaśniać, wiekowy już, bo liczący czterdzieści dwa lata kapłan o poważnym wyrazie twarzy kontynuował swoją wypowiedź. „Pani.” — zaczął niepewnie. — „Powinnaś współdzielić swoją władzę.” Myślisz, że nie radzę sobie po śmierci ojca faraona? Nie. Oczywiście, że nie. Jakbym śmiał, kochana pani — skłamał. — Lud królową wielbi, kocha. Myślałem jedynie o tym, by umocnić rządy. Rzymianie i Grecy panoszą się po naszej ziemi. Chcą decydować za nas.
To niedopuszczalne. Rozumiem cię, mój Nefetti. Również o tym myślałam. Chcę, żeby mój lud czuł się bezpiecznie w Egipcie. Dlatego też myślę o poślubieniu Umara. Pani, ale to zwykły wojownik. Jako twój doradca muszę cię ostrzec. — Ściszył głos. — To może mieć odwrotny skutek od zamierzonego. Lud zamiast cieszyć się, że ma dwóch władców, najpierw wzburzy się, a później rozpocznie się współzawodnictwo i wyścigi o względy królowej.
Kleopatra stanęła i popatrzyła zmrużonymi oczami na kapłana, ale ten bezczelnie kontynuował: — Może nawet zacznie się buntować. Nastąpi jakiś przewrót. Ludzie zaczną domagać się władzy na wzór rzymskiej republiki. Rzymskiej republiki! — powtórzył dosadniej. — Proszę wybaczyć, ale jak już mówiłem, nie uważam tego kandydata za dobry wybór. W takim razie co proponujesz? Kleopatra zirytowała się. Wybranie sobie godniejszego kandydata, bardziej zaufanego i przede wszystkim kogoś z wyższego szczebla społecznego. Kogoś takiego jak…
Urwał, widząc zbliżającego się strażnika. Pani. Ukłonił się. Mów. Przybył kapłan Najwyższej Świątyni. Prosi o audiencję. Niech czeka w głównej sali. Sługa ukłonił się raz jeszcze i odszedł. Kleopatra odwróciła się w stronę doradcy i spojrzała na niego uważnie. Omar jest dowódcą królewskiej armii.
Faraon często go nagradzał za jego osiągnięcia i oddanie. Nie zapominaj o tym — rzekła i odeszła. Królowa siedziała na tronie bogato strojonym w skóry panter i w złote rzeźby. Siedem schodków niżej, między kolumnami stał świątynny kapłan. Ukazał mi się Bóg Najwyższy, królowo. Nakazał obwieścić ludowi, że gniewa się na nas srodze. Zapomnieliśmy o naszych bogach. Mieszamy naszą religię z pogańską wiarą Greków. Jakim prawem Ptolemeusze wyświęcają jakiegoś nieistniejącego Sarapisa? Pyta, jak mogliśmy zaprzepaścić dziedzictwo naszych przodków na rzecz…
Tutaj użył dawnego egipskiego, pełnego zniewagi przekleństwa określającego barbarzyńcę. Kleopatra dawno takich przekleństw nie słyszała. Pobladła. Faktem było, że ludy mieszały się ze sobą, toteż kultura czy właśnie wierzenia uległy przekształceniu. Ra groził nam, że naśle na nas plagi. Ciemność i choroba zawładną naszą upadającą krainą, jeśli nie damy mu dowodu chwały, jaką dawniej obdarzaliśmy naszych bogów. Rozmowie z ukrycia przysłuchiwał się też Nefetti, doradca Kleopatry. Spoglądał na wysłannika bogów ze skrytki za płaskorzeźbą. Czy wiesz, co grozi za powoływanie się na bóstwa i okłamywanie swojego władcy? Śmierć, królowo i potępienie Anubisa.
Dziękuję, że przyszedłeś z tym od razu do mnie. Zakazuję ci mówić o tym komukolwiek. Nefetti zasunął oczy płaskorzeźby. Plany będą musiały ulec zmianie — pomyślał i wykrzywił twarz w podłym uśmiechu. Najwyższy kapłan nie czekał, aż królowa go wezwie. Sam zjawił się chwilę po tym, jak wyszedł poprzednik. Kleopatra streściła mu rozmowę, a Nefetti udawał zaskoczenie i przerażenie. Pani, chyba wiadomo, co trzeba zrobić. Kapłan wyjrzał teatralnie przez okno i popatrzył na plac pałacowy. Oddział strażników zmieniał wartę.
Mów zatem. Potrzeba krwi. Walki w imieniu bogów. Sam Ra pragnie, aby lud egipski odzyskał dawną potęgę. Nie mamy tak silnej armii, aby wyruszyć na Rzym, ale możemy zrobić coś innego, co zapewne ucieszy naszych bogów. Oczy kapłana błyszczały, ale Kleopatra nie mogła tego widzieć. Słyszałaś, pani, o walkach gladiatorów? — bardziej stwierdził, niż zapytał. Któż nie słyszał? Uważam to za haniebną reklamę polityków, którzy zaspokajają krwiożercze żądze wyborców.
Zgadzam się z tobą, królowo, ale proszę spojrzeć na to w ten sposób. Gladiatorzy to najlepiej wyszkoleni wojownicy w Rzymie. Zmierzenie się z nimi wymaga sporo odwagi i umiejętności. Pokonanie w chwale rzymskiego gladiatora przez naszego wojownika na oczach tysięcy zebranych ukazałoby najlepiej, że nie należy lekceważyć potęgi starego ludu. Kleopatra zastanawiała się przez chwilę. Jeśli nawet, to kogo mielibyśmy wysłać? Nie szkolimy gladiatorów. Pomyślałem o naszym dowódcy. Kapłan lekceważąco oglądał paznokcie dłoni. To wykluczone.
Potrzebuję go tutaj. Rozumiem, Wasza Wysokość. Jednak proszę zwrócić uwagę na umiejętności naszego wojownika. Sama przyznałaś pani, że są imponujące. I wojownik, który w chwale powróciłby do Aleksandrii jako zbawiciel Egiptu, mógłby wystąpić o pani miłość. Lud czciłby go jak faraona. Królowa obserwowała kapłana uważnie, rozmyślając. Jakiś czas później kazała przywołać dowódcę wojsk królewskich. Omar wszedł do ciemnego pomieszczenia, które słabo oświetlały świece. Nie wiedział, że za tronem królewskim znajduje się przejście do tajnej komnaty, ale wskazał mu je Nefetti czekający w wejściu.
Kleopatra czekała już przy ławie. Wojownik ukłonił się. Wybacz Omarze, że przyjmujemy cię w tym miejscu — zaczęła. — Obawiamy się zostać podsłuchani, dlatego podjęliśmy takie środki ostrożności. Pokazanie ci tego pomieszczenia uznaj za wyraz największego zaufania. Królowo, dziękuję za zaszczyt. Tajemnicę zabiorę ze sobą do grobu. Możesz być pewna. Ukląkł. — Jestem.
Podnieś się i zasiądź przed nami. Wykonał polecenie. Kapłan, wyręczając Kleopatrę, opisał wojownikowi sytuację, podkreślając, jak ważną odegra w niej rolę. Oczywiście zgadzam się podjąć wyzwanie. Dla Egiptu i mojej królowej zrobię wszystko, nawet jeśli posłałaby mnie na pewną śmierć. Kapłan uśmiechnął się w duchu. — Nie obawiaj się śmierci. Poślę swojego najwierniejszego i jedynego doradcę z tobą. Pomoże ci, na ile tylko zdoła. Poprowadzi w Rzymie.
Zna bowiem dobrze to miasto. Mam nadzieję, że ma pani jeszcze jednego doradcę poza mną. Popatrzył na królową, czerwieniejąc. — Oczywiście, że nie. Nefetti, dotrzymasz towarzystwa i udzielisz pomocy Omarowi, jeśli będzie potrzeba. Królowo, dużo pracy czeka mnie tutaj. Nie każ mi podnosić głosu. To rozkaz. Zresztą jesteś kapłanem, głosem bogów. Dobrze, jak pobłogosławisz wyprawę swoją obecnością.
Oj, pobłogosławię — wyszeptał pod nosem, ale nikt tego nie usłyszał. Zapadł zmrok. W komnacie Nefettiego rozległo się pukanie. Wejść — rzucił. W progu stanęła zakapturzona postać, która obejrzała się niepewnie, czy nikogo przed komnatą nie ma. Weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. No nareszcie — odrzekł Nefetti. Postać zdjęła kaptur i teraz przed doradcą stał łysy kapłan, który jeszcze kilka godzin wcześniej obwieszczał gniew bogów. Jak mi poszło, mistrzu? — zapytał niskim głosem.
Poszło ci znakomicie, Haszebie. Jednak plany muszą ulec zmianie. Nefetti zacisnął mocniej pięści. Kleopatra wymyśliła sobie pojąć za męża dowódcę jej straży. Ale to miałeś być ty. Nasz plan pójdzie na zatracenie, mistrzu, jeśli z tym czegoś nie zrobimy. Poczyniłem już pewne kroki. Wmówiłem Kleopatrze, aby wysłała Omara na walki gladiatorów. Mistrzu, jesteś genialny! — zakrzyknął łysy.
Ucisz się. Ktoś jeszcze usłyszy. Nie jest dobrze, bo ta jędza kazała mi popłynąć razem z tym — kapłan skrzywił gorzko twarz — wojownikiem. Jest dobrze wyszkolony i może mu się jeszcze udać wywalczyć tron. To jest tylko kolejny schodek do przeskoczenia. Jeśli obawia się mistrz zdolności tego wojownika, to proszę posłuchać. Królowa sama poleciła płynąć wspólnie z nim, tak? Niestety. Nefetti dolał sobie wina i odstawił dzban. Można skorzystać z okazji, jaka się nadarzyła.
W drodze będzie mistrz go podtruwał wywarami. Nefetti spojrzał zaciekawiony na łysego. Polecił mówić dalej. Osłabiony dotrze do Rzymu i przy pierwszej walce zostanie zmasakrowany. Ręce będzie miał mistrz czyste. Przecież poległ w walce. A gdy już wrócisz, zrealizujemy plan przejęcia władzy. Nefetti podniósł głowę i popatrzył na swojego ucznia. — Znam nawet kogoś, kto takie przywary przyrządza — zamyślił się. Jesteś bardzo cwany, Haszebie.
Może kiedyś dorównasz mi podstępem. Nefetti nalał wina młodemu kapłanowi i stuknęli się kielichami. Wczesnym ranem Omar i Nefetti wypłynęli na statku kupieckim z portu w Aleksandrii. To był pomysł kapłana, aby nie rzucać się w oczy królewską łodzią. Załoga była przekupiona i wszyscy oprócz wojownika wiedzieli, że zanim dopłyną do Rzymu, odwiedzą jeszcze jedno miejsce. Omar wyszedł z kajuty i spojrzał przed siebie. Nefetti, czemu płyniemy na wschód? Zwracaj się do mnie kapłanie — odparł oślizgłym głosem i zszedł do Omara. — Nie przejmuj się. Musimy zboczyć nieco z kursu.
W Berytusie muszę odwiedzić starego znajomego z Damaszku. Pamiętam, że zajmował się przygotowywaniem wywarów leczniczych dla gladiatorów. Nie potrzebuję żadnych substancji. Płyńmy od razu do Rzymu, jak poleciła królowa. Oczywiście, że nie potrzebujesz substancji. Jesteś w kwiecie sił. To zwykłe ziołowe płyny poprawiające oddech i krążenie krwi. Standard w Rzymie, jeśli nie obowiązek. Pamiętaj, że gladiatorzy spożywają określone posiłki. Mają swego rodzaju, jak by to nazwać, dietę.
Do miasta dopłynęli jeszcze tego samego dnia. Omar wysiadł razem z kapłanem. Obaj spostrzegli, że miasto zmieniło nazwę na Loetisea Fenicka, ale w ogóle się tym nie przejęli. Kapłan udał się do domu znajomego, a Omarowi nakazał pozostać w porcie. Nefetti zapukał do drzwi. Otworzył mu przygarbiony, pomarszczony starzec, niewiele tylko starszy od kapłana. Nefetti, ty stary złodzieju — wycharczał starzec i wyszczerzył zęby. Te, które jeszcze posiadał. — Abdul Latif, mistrzu trucizn, mój przyjacielu. Obaj mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i weszli do środka.
Więc walk gladiatorskich jeszcze nie próbowałeś? — zapytał Abdul. — Dziwny traf, bo większość właścicieli gladiatorów prosi o napitek wzmacniający ich zawodników. A nie na odwrót. Starzec zaśmiał się chrapliwie. Podszedł do drewnianych półek z różnokolorowymi fiolkami. Ma pozostać niewykryte, tak? Powolna śmierć ci się marzy. Chcę, żeby nie miał sił stoczyć nawet pierwszej walki. Ma zostać pokonany.
Spokojnie. Moim wywarom możesz zawierzyć. Sam z nich korzystam, bo szykuję swojego zawodnika do walk. Barabasza. Ale jeszcze nie jest gotów. Mi zależy na czymś więcej niż na jakichś walkach, Abdul. Te intrygi, mój drogi Nefetti, albo wyniosą cię na wyżyny, albo ześlą z kubę. Masz, weź to. Abdul podał mu gliniany zakorkowany dzban. Mieszaj z wodą i podawaj do trzech razy dziennie.
Dziękuję przyjacielu. Odwdzięczę się. Podziękowania przyjmuję w złocie. Rzucona na stół sakiewka zabrzęczała. Omar rozglądał się po porcie, z zaciekawieniem obserwując krzątających się ludzi. Legioniści rzymscy wyciągnęli jakiegoś mężczyznę z mieszkania. Kilka osób, które stały w pobliżu, zainteresowało się widowiskiem, ale większość przechodziła obojętnie. Londyn w poszarpanej szacie, trzymany przez dwóch rzymskich żołnierzy wydawał się uśmiechać. Tylko Omar zwrócił na to uwagę. Gdy żołnierze przechodzili obok, Omar nie wytrzymał i ze zdziwieniem zapytał, dlaczego wlokący się uśmiecha.
„Nie mów do niego, Egipcjaninie” — rozkazał jeden z legionistów. Pojmany podniósł wzrok na Omara. „Uśmiecham się, bo niektóre rzeczy w życiu są podłe. Zapomnij o swoich grzechach, gdy idziesz na śmierć i uśmiechnij się szeroko do widowni. Zawsze patrz na jasną stronę życia.” „Odejdź od niego, bo ciebie też ukrzyżujemy, psie” — warknął drugi legionista. Chwycili mocniej skazańca i odeszli. Kapłan wyłonił się gdzieś z tłumu. Omar. Na statek. Odpływamy.
Wypij to. Kapłan podsunął glinianą miskę Omarowi. Odrobina płynu wylała się, kiedy statek nabrał powietrza w żagle i nagle przyspieszył. „Co to takiego?” — wojownik wykrzywił gorzko twarz. „Takie świństwo piją w Rzymie?” Trzy razy dziennie. W Rzymie trwały intensywne prace nad przygotowaniem wielkiego widowiska, które miało się odbyć w leżącej niedaleko Kapui. Posłańcy Lucjusza Kornelisza Sulli biegali po całym mieście, obwieszczając, że polityk ku pamięci zmarłego wuja organizuje walki gladiatorskie. Nie tylko posłańcy mieli dużo roboty, bo w szkołach gladiatorskich również ciężko się szykowano. W jednej z takich szkół w Kapui szkolono wojownika imieniem Flavius Atilius, wielokrotnego zwycięzcę i championa. Człowieka, którym straszono dzieci.
Dobrze. Starczy na dziś. Na placu szkoły pojawił się lanista. Właściciel. Flaviusie, pozwól odpocząć kolegom. Spojrzał na sześcioro leżących na piachu mężczyzn. Do giganta, który odkładał maczugę, podszedł jeden z wojowników. Miał na lewej piersi wytatuowaną głowę żmii. „Słyszałem, że Sulla zapowiedział, iż walki championów chce obejrzeć na końcu.” „Nic nowego” — odrzekł chłodno Flavius. Głos miał niski, budzący respekt.
„Wyczyść mi maczugę” — rzucił do wojownika. — „Potem jesteś wolny.” Żmija nie protestował. Cieszył się, że tym razem wystarczyło zadbać tylko o maczugę, a olbrzym nie wspomniał o kąpieli. Po takich przysługach nie mógł później siadać i poruszał się z trudem. Robił to wszystko, żeby zostać zauważonym u boków Flaviusza i zyskać rozgłos. A dla sławy i pieniędzy był gotów na wiele. Nawet podnieść od czasu do czasu mydelnicę w łaźni. Dwa. Dwa dni zajęło Egipcjanom dotarcie do Rzymu. Od tego czasu Omar zdążył spożyć osiem porcji dziwnego i obrzydliwego wywaru, jednak nie wyglądało, żeby jego stan zdrowia się pogarszał.
Czasami miał zawroty głowy, ale nic poza tym. Kapłanowi wcale się to nie podobało. Po przybyciu zatrzymali się w jednej z karczm. Gdy jedli, kapłan podsunął podwójną porcję płynu wojownikowi. „Długo jeszcze to będę pił?” — zapytał. Do skutku — odparł cicho. — Musimy się dowiedzieć, kiedy odbywają się następne walki gladiatorów. Wypij to, a ja porozmawiam z karczmarzem. Omar wypił posłusznie napój i zagryzł mięsem. W karczmie było głośno od rozmów i śmiechów Rzymian.
Nie słyszał, o czym dyskutował kapłan z grubym mężczyzną, ale po chwili Nefetti wrócił. Mamy ogromne szczęście. Bogowie nam sprzyjają, Omarze. Jutro odbędą się walki gladiatorskie w Kapui. Jakiś polityk je organizuje. Jeszcze dziś musimy tam dotrzeć. Daleko to jest? Pod Rzymem. Ten mężczyzna, z którym rozmawiałem, zaproponował, że nas tam zabierze. Wypiłeś zioła?
Nie denerwuj mnie, Nefetti. Kapłanie Nefetti — poprawił. — Pamiętaj, że robisz to dla całego Egiptu, a Ra patrzy. Egipcjanie skorzystali z propozycji karczmarza i jeszcze przed zachodem dotarli do Kapui. Kapłan poprowadził Omara na wskazaną przez nieznajomego arenę. Tam przed wejściem zatrzymała ich straż. „Prowadzę wojownika, który ma jutro walczyć” — zapowiedział kapłan. Po chwili do straży dołączył jakiś urzędnik w białej szacie i z zawiniętym zwojem. „Przyprowadziłeś wojownika. Jak się nazywa?” „Jestem Omar z Aleksandrii.” Jeden ze strażników uderzył Omara drewnianym końcem oszczepu w brzuch.
Wojownik zgiął się z bólu. „Jak śmiesz gladiatorze odzywać się nieproszony?” — podniósł głos urzędnik. Kapłanowi bardzo to się podobało. „Pozwól, że sprawdzę, czy twój wojownik znajduje się na liście” — zwrócił się do Nefetiego. Otworzył zwój trzymany w ręku. „Proszę wybaczyć, ale w spisie nie widnieje żaden Omar, nawet żaden Egipcjanin. Jaką szkołę reprezentujecie?” „Dziś dopiero dotarliśmy do Rzymu” — odpowiedział z udawaną pokorą kapłan. „Niezrzeszony? W takim razie nie macie prawa wejść na arenę. Straż!
Nie wpuszczajcie ich, a jeśli będą się stawiać, użyjcie siły.” „Proszę chwilę zaczekać.” Nefeti zaniepokoił się. „Nie ma sposobu, żeby to obejść? Może wniosę jakąś opłatę.” Kapłan prawie niezauważalnie wcisnął urzędnikowi woreczek z monetami. „Udajcie się do Lentelusa Batiatusa. Właściciel jednej z familii Gladiatoria.” Zrobili tak, jak im urzędnik zaproponował i udali się we wskazane miejsce. Ich oczom ukazały się koszary. Weszli do środka i z pomocą napotkanego gladiatora odnaleźli lanistę. Kapłan postanowił wejść z lanistą do komnaty, pozostawiając Omara przed wejściem. „Co cię do mnie sprowadza, gościu?” — zapytał Lentelus, rozsiadając się w bogato zdobionym fotelu obszytym czerwonym aksamitem. „Przybywam aż z Aleksandrii.
Jestem najwyższym z kapłanów. Nazywam się Nefeti.” „Najwyższy? ” Lanista zaśmiał się rubasznie. „A nie wyglądacie na wysokiego.” Kapłan zmusił się do uśmiechu i usiadł na wskazanym przez gospodarza fotelu. „Przybywam z wojownikiem, który chciałby się zmierzyć w jutrzejszym pojedynku, ale jest niezrzeszony. Jaka jest szansa, żeby jutro zawalczył?” Lanista pokiwał przecząco głową. „Bardzo mała. Prawie żadna. To nie jest niewolnik ani skazaniec powołany do walki w Rzymie. Właściwie barbarzyńca.” „Nie ma możliwości obejścia tego?” Gospodarz zamyślił się.
„Jest szansa, ale wiąże się z…” Lanista potarł kciuk o palec wskazujący. Kapłan odetchnął. W końcu doszli do porozumienia. Wyciągnął w stronę mężczyzny worek z pieniędzmi. „Tyle wystarczy?” Lentulus zważył zawartość w dłoni. „Wystarczy.” Wydął wargi w paskudnym uśmiechu. „Tylko że jest jeszcze jedna rzecz.” Omar czekał cierpliwie na kapłana. Gdy ten już się zjawił, zdziwiło go, jak bardzo wypogodniał. „Udało się?” — zapytał. „Czy udało?
Poszło znakomicie. Dziś stoczysz jeszcze jedną walkę. Jeśli spodoba mu się to, jak radzisz sobie na arenie, zostajesz. Wypij jeszcze tylko swój napój i działaj. Nie zawiedź mnie.” Kapłan wraz z lanistą oglądał pojedynek z balkonu. Omar przed wejściem zdjął pancerz. Zostawił tylko pas i białą przepaskę na biodrach. Zanim jednak wszedł na arenę, wypił przygotowany przez Nefetiego napój. Skoro inni gladiatorzy także spożywali takie przed walkami, to nie mógł postąpić inaczej. Nie chciał, żeby go wyrzucili.
„Rufus!” — lanista krzyknął do jednego z gladiatorów. „Dobierz broń i rzuć jedną swojemu przeciwnikowi.” Gladiator uczynił, co kazał właściciel. Kiedy Omar chwycił lecący ku niemu drewniany gladius, zakręciło mu się w głowie i ledwo utrzymał równowagę. Wyprostował się i zaraz znowu zgiął wpół pod przeszywającym ukłuciem w głowie. Kapłan dostrzegł, co się dzieje. Z jednej strony plan przebiegał wręcz idealnie. Płyny od Abdula Latifiego działają. Z drugiej strony żałował, że kres tego nędznego woja nie sięgnie go na arenie wśród tysięcy. Dobrze, że chociaż miał świadków. „Walka!” — krzyknął lanista, rozpoczynając pojedynek.
Młody gladiator zaatakował Omara pewnie, choć brakowało mu techniki. Egipcjanin z trudem odbił atak drewnianym mieczem, więc gladiator zaatakował ponownie. Miecze się skrzyżowały. Omar machinalnie podciął przeciwnika. Zadziałał wytresowany instynkt. Młody gladiator leżał płasko na ziemi. Dowódca królewskich wojsk odzyskał panowanie nad ciałem i lekceważąc ból, skoczył na leżącego, zadając dwa ciosy zaciśniętą pięścią. Młody próbował się bronić, ale Omar walił w niego, nie wiedząc, czy ból znowu go nie sparaliżuje. Kapłana na ten widok zmroziło. Omar okazał się silniejszy, niż przypuszczał.
Jeśli miał polec jutrzejszego dnia, to należałoby zwiększyć porcję wywaru. „Dobrze, że udało się to odkryć wcześniej” — rozmyślał. „Starczy!” — krzyknął lanista. „Nadasz się. Walka nie była może zbyt widowiskowa, ale Rufus nie był jeszcze szkolony na gladiatora. Jutro wystąpisz, ale jako gladiator naszej szkoły. Dzisiaj możecie już odpocząć.” „Mam reprezentować waszą szkołę?” Nie zrozumiał, ale usłyszał to tylko leżący wciąż na ziemi Rufus. „Mam walczyć w waszych barwach? Szczęściarz” odpowiedział Rufus z zazdrością w głosie i zemdlał. Pod areną całą noc koczowały tłumy.
Każdy chciał dostać się do środka, by móc obejrzeć wyczekiwane widowisko. Bramy otworzono do połowy, żeby mieć możliwość większego kontrolowania tłumu. Obawiano się tratowania, które i tak miało później miejsce. „Idę zasiąść na widowni” powiedział kapłan. „Pamiętaj, żeby przed walką wypić napój.” Kapłan po wczorajszym wieczorze był trochę zawiedziony, ale prosił o truciznę długoterminową, a przecież jakieś efekty już się pojawiły. „Obyś mnie nie rozczarował.” Spojrzał na Omara i odszedł. Mężczyzna w białej todze i czerwonej pelerynie rozpoczął widowisko powitaniem sponsora. „Powitajcie głośno Lucjusza Korneliusza Sullę, organizatora i fundatora dzisiejszych walk. To dzięki niemu tu jesteście.” Tłum zawył ochoczo, a Sulla podniósł się z miejsca i pomachał do wszystkich. „Na arenę niech wejdą niewolni i skazańcy, którzy przysięgli walczyć godnie i do końca.
To oni jako pierwsi stoczą ze sobą pojedynki dla naszej rozrywki.” Przed gladiatorami otworzyły się bramy i poczęli wchodzić z czterech stron na arenę. Wśród nich znalazł się też Omar, uzbrojony w zakrzywiony miecz i w hełm szakala. W razie wygranych hełm miał posłużyć jako reklama zawodnika, twierdził lanista. „Ustawcie się, wojowie. Walczcie aż do śmierci.” Wojownicy ustawili się we wcześniej dobranych parach, aby każde uzbrojenie odpowiadało uzbrojeniu przeciwnika. Najważniejsze przecież było widowisko. „Walczcie!” krzyknął Lucjusz Sulla. Na arenie zawrzało od broni i ryków wojowników. Omar miał zmierzyć się z mężczyzną uzbrojonym w gladiusa i dużą prostokątną tarczę. Czekał na atak.
Przeciwnik, prawie cały osłonięty tarczą, podchodził coraz bliżej. „Poćwiartuję cię, egipski pomiocie.” Zaśmiał się niewyraźnie i wyprowadził cios gladiusem. Omar nawet nie parował, tylko odskoczył. Pozwolił na kolejny atak i na jeszcze jeden. Wciąż odskakiwał, badał przeciwnika. Gladiator był niedoświadczony. Kiedy zadawał cios mieczem, odsłaniał całe ciało, które wypychał do przodu, zostawiając tarczę za sobą. Wystarczyło w odpowiednim momencie uderzyć. „Nie skacz, robaku. Stań do walki.” charczał coraz głośniej gladiator.
„Tylko machasz tym mieczem. Spróbujesz zaatakować?” podjudzał. Gladius błysnął w powietrzu w stronę Omara, ale ten wybił miecz przeciwnikowi. Gladiator spróbował się osłonić, ale Egipcjanin wyprowadził zaplanowany cios nad tarczą i wbił miecz w samo czoło. Trysnęła krew. Twarz Nefetiego przyjmowała różne barwy. Raz był cały czerwony ze złości, raz biały ze strachu, że plan się nie powiedzie. Trucizna Araba nie zadziałała. Musiał szybko zareagować. Kiedy Omar wygrywał kolejne pojedynki, kapłan odnalazł w mieście druida.
Wydając prawie całą sumę, jaka mu została, zaopatrzył się w pewien kwiat z dalekiej północy, który według legendy potrafił otruć samym zapachem. „Nie będzie mi jakiś bydlak zabierał tronu.” myślał gorączkowo. „Przychylna mu królowa? Jeszcze zobaczymy. Ja mu pokażę Boga. Nikt nie odbierze mi władzy.” Do Flaviusa Atilusa przybiegł wojownik z tatuażem żmii. „Co za widowisko, Flaviusie. Nowicjusze dobrze walczą. Najlepiej radzi sobie ten Egipcjanin, który wczoraj dołączył do naszej szkoły.” „Jaki Egipcjanin? Czemu o niczym nie wiem?” warknął Flavius.
„Spałeś już wczoraj, jak przyszli.” odparł niepewnie Żmija. „Jak ma na imię?” „Omar z Aleksandrii. Kręci się ciągle z kapłanem.” „Patrz na niego. Jak staniemy do walki, to zgniotę go jak karalucha. Mógł się tak daleko od domu nie zapuszczać.” „To biedny egipski szczur nie wyjdzie z tej walki cało.” Flavius zaczął wydawać z siebie dziwne dźwięki, w których Żmija rozpoznał śmiech i również zaczął się śmiać. Rozochocony zdobytą uwagą giganta ciągnął dalej: „Ten kapłan to też jakiś dowcip. Łazi ciągle za Egipcjaninem jak ojciec i poi go dziwnymi napojami.” „Napojami? Jakimi napojami? Egipskimi?” „Ma jakiś doping. Masz mi przynieść ten napój.” „Czemu?
Co się dzieje?” Olbrzym nie odpowiedział. Spojrzał na mniejszego wojownika. Żmija więcej nie pytał. Wybiegł z pomieszczenia. „Już kiedyś słyszałem o pewnym napoju, po którym Galowie nabierali krzepy.” pomyślał Flavius, po czym założył tunikę na biodra i zapiął pas. Omar czekał w podziemiach areny na kolejną walkę. Tę najważniejszą. „Cały lud egipski będzie wielbił twoje imię. Wojownik, który powstrzymał plagi.” szeptał za plecami kapłan. Ręce mu się trzęsły.
Za dużo osób widziało ich razem wchodzących pod arenę. Teraz nie mógł już sobie pozwolić na skrytobójstwo. „Najważniejsza walka dopiero przede mną. Ra chciał, żeby Egipt przypomniał o swojej potędze. Jeśli w ogóle jestem w stanie coś w tym kierunku zdziałać, to jedynie pokonując rzymskiego gladiatora imieniem Flavius Atilius. Słyszałem, jak rozmawiali o nim przed areną wojownicy.” Podobno sama jego maczuga, którą walczy, jest większa od niejednego dorosłego mężczyzny. Jeśli pokonam tego Goliata, to bogowie może potraktują to jak walkę z całym Rzymem. Kapłan zbliżył się do Omara. Dlatego ważne jest, żebyś spożył napój. Ty znowu swoje.
Zabierz to ode mnie. Może faktycznie trochę przesadziliśmy z intensywnością podawania ziół, ale to już ostatni raz. Nefetti z ogromnym wysiłkiem zmusił się do uśmiechu, po czym podał wojownikowi zakorkowaną glinianą butlę. Życzę ci powodzenia. Po tych słowach kapłan odszedł. Omar odłożył pojemnik z płynem na ławę przy swoim mieczu i sam podszedł do stojaka z bronią. Na tę walkę pozwolono zabrać mu tarczę. Ukryty dotąd mężczyzna z wytatuowaną żmiją na piersi tylko czekał na taką okazję. Zakradł się i chwycił butelkę z tajemniczą zawartością. Omar stał przed bramą i czekał na podniesienie krat.
Poprawił pas i nagolenniki. Był gotów, żeby stoczyć ostatni pojedynek i w chwale powrócić do Kleopatry. Niepokoiło go to, że nie mógł znaleźć ziół od Nefettiego. W końcu szczęknęły łańcuchy i brama zaczęła się podnosić. Ryk wiwatującego tłumu zagłuszył słowa prowadzącego pojedynki. Egipcjanin usłyszał tylko: Omar z Aleksandrii. Tłum ryknął jeszcze głośniej. Stanął na środku areny przodem do przeciwnej bramy, która właśnie się otwierała. W bramie pojawił się Goliat. Gladiator dwa razy większy od Omara, dzierżył w dłoni gigantyczną maczugę i machał nią jak zwykłą pałką.
Zachowaj mnie w swojej opiece, Anubisie. Omar założył hełm w kształcie głowy szakala. Olbrzym wyszedł na środek areny i stanął przed publicznością. Gladiator Flavius Attilius, wielokrotny zwycięzca i czempion rzymski — zapowiedział prowadzący. Zmiażdżę cię, Egipcjaninie. Mikstury już ci nie pomogą — wycharczał gigant do Omara i ustawił się do walki. Omar zrobił to samo. Gladiatorzy, walczcie do utraty sił i padnięcia z wyczerpania — wykrzyczał ubrany w biel i czerwień prowadzący. — Nie zabijajcie się. Flavius zaatakował pierwszy.
Machnął maczugą nad głową Omara. Ten nie pozostawał mu dłużny i spróbował zaatakować gladiatora, tnąc w nogę, ale ostrze przejechało tylko po nagolenniku. Zgniotę cię, robaku. Flavius kopnął Omara prosto w klatkę piersiową. Omar poleciał na metr do tyłu. Wstał i zaraz odskoczył na bok, robiąc unik przed nadbiegającym gigantem. Flavius zatrzymał się i obrócił, ale nie zdążył uchylić się przed ostrzem miecza Omara. Egipcjanin zranił olbrzyma w podbrzusze i przezornie odskoczył na bok, jednak atak nie nadszedł. Popatrzył się na Flaviusa, który zdezorientowany zadanym ciosem wciąż stał w miejscu. Omar podbiegł i z całej siły uderzył Rzymianina swoją tarczą w odsłoniętą część brzucha, do której tylko sięgał.
Flavius postąpił jeden krok w tył, ale zdążył jeszcze machnąć maczugą, którą trafił w przeciwnika. Omar przewrócił się. Ze złamanego nosa lała się strużka krwi. W głowie zaczęło mu dzwonić. Flavius chciał wykorzystać moment i zadać kończący cios, ale stanął nieruchomo. Upuścił maczugę. Nagły ból przeszył jego brzuch. Zgiął się wpół i upadł na kolana. Przyglądał teraz Rzymianinowi, który intensywnie pluł krwią. Co było w tej butelce?
— zapytał Flavius i zwalił się na ziemię. Cała widownia zamarła. Omar podszedł do leżącego ciała i z całej siły kopnął w twarz. Olbrzym się nie poruszył. Prowadzący imprezę próbował coś powiedzieć. Fla- Flavius nie żyje — powiedział półgłosem, niepewnie. Ale gdy dostrzegł klaszczącego Sullę, powtórzył głośniej i zdecydowanie: Wielki Flavius nie żyje. Omar z Aleksandrii, Szakal Południa, pokonał rzymskiego czempiona. Na chwałę Egiptu. Na chwałę Ra — wyszeptał sam do siebie Omar i zszedł z areny.
Epilog. Omar z Aleksandrii zebrał swój pancerz i ruszył do wyjścia. Drogę zagrodził mu Lentulus Batiatus, właściciel szkoły gladiatorów wraz z trzema innymi gladiatorami. Gratuluję wygranej, Egipcjaninie. Dziękuję — odrzekł krótko Omar. Nie do końca pojmuję, jak taki gigant padł od ciosu w brzuch. Ale wygrałeś. Lanista popatrzył na zapakowaną zbroję wojownika. Wybierasz się gdzieś? Tak.
Wracamy z kapłanem Nefettim do Aleksandrii. Nie takie mamy wobec ciebie plany. Słucham? Plany? Wyście panie. Gdzie kapłan, z którym przybyłem? Myślisz, że to takie proste? Przyjść, zawalczyć i odejść w chwale? Wczorajszego wieczoru twój kapłan sprzedał twoją wolność mnie, żebym pozwolił ci zawalczyć. Teraz twój przyjaciel pewnie odpływa, a ty zostaniesz z nami.
Należysz teraz do mnie i wracasz ze mną do szkoły. Antologia Bierze rzeczywistość. Czyta Red Hat Guy. Antologia bierze rzeczywistość. Czyta Reda Hatko. Hanna Lejer.
[04:47:49] - Narysuj rodzinę.
[04:47:51] - Sobota. Zmiana warty. Edmund czekał na nią jak na zbawienie. Powieki ciążyły mu nieznośnie. Mundur zdawał się lepić do ciała, a nogi uginały się pod wiotczejącą, wychudzoną postacią. Zaraz ktoś przyjdzie. Zaraz przyjdzie świeży, rześki i trzeźwy. Przyłoży swoje uważne ucho i bystre oko do gęstniejącej nocy. Jeszcze chwila, nim opadnie z sił ten, który stoi na straży już tak długo. Tak dł-- co za nonsens!
Edmund ocknął się ze snu, pochrapując cicho, kiedy pomarszczona ręka opadła mu bezwładnie na stolik. Albo się śpi, albo się stoi na warcie. Żołnierskie wspomnienia wracały w niemal niezmąconej, binarnej postaci. Tylko kontury straciły nieco ostrość. Kolory wyblakły nieznacznie. Ale we śnie czy na jawie co za różnica? Wzrok już nie ten, a i słuch musiał się stępić, skoro nie obudzili go nadchodzący domownicy. Tato, jesteśmy! — zawołała od progu Marzena. Edmund widział przez otwarte drzwi pokoju, jak jego córka zanosi do kuchni zakupy.
Za nią szły jej dzieci. Wnuczka prawie biegła, pokrzykując coś o samochodowym radiu, a jej brat wlókł się jak gdyby zmęczony całym tym rozgardiaszem. Tak bardzo się różnili. Natalko, bądź cicho. Piosenka już się skończyła. Teraz pewnie grają coś innego. Z kuchni dobiegł głos matki. Włącz jak chcesz. Przyznał, że naukowcy są zgodni w kwestii ocieplenia klimatu. Tak gwałtowne zmiany można wyjaśnić jedynie działalnością człowieka.
Członkowie Polskiej Akademii Nauk ostrzegają: czeka nas armage-- klik! Don't need a reason, don't need a rhyme, ain't nothing that I'd rather do. Patrz. Co za kretyni. Edmund z wysiłkiem podniósł się z fotela. Kto, tato? Marzena postawiła na stole butelkę wody. Powinieneś więcej pić. To nowość — żachnął się. A twoja matka powtarzała wciąż: nie pij tyle.
Co ja jestem, wielbłąd? Wielbłądy właśnie mało piją, tato. Straszą, że nam tu pustynia wyrośnie. Highway to hell. Natalko, ścisz to radio. Nie słyszę własnych myśli — wrzasnęła Marzena. Już po polsku nie ma żadnych piosenek? — zapytał Edmund. Kiedyś walczono o to, żeby móc mówić po polsku, a teraz przyszła ta moda z Zachodu i co? Co to w ogóle za muzyka?
Dobrze, niech się dzieci angielskiego uczą. Natalio! Marzena wyszła, żeby przypomnieć córce, jak obsługuje się stare radio. Edmund siedział jeszcze przez chwilę, po czym wstał z trudem i także udał się do kuchni. Ze wzruszeniem popatrzył na dwie kobietki. Tę, która tak szybko dorosła i młodszą, rosnącą jak na drożdżach. Tato, jesteś głodny? Poczekam na obiad. A gdzie jest Adam? Tato, mówiłam ci, że Adam dzisiaj pracuje.
W sobotę? Tak. Ma spotkanie handlowe z klientem. Powinien niedługo wrócić. Kupiłam pizzę. Mogę odgrzać ci już teraz, jak chcesz. Nie, poczekam. Rodzina powinna jeść obiad razem. Temat obiadu przeciągnął się znacząco, bo mąż Marzeny jak na złość nie wracał. Edmund znów siedział w fotelu i próbował czytać gazetę, ale nie mógł się skupić.
Kiszki grały mu marsza. Było już ciemno, gdy Adam wreszcie zjawił się w domu. Kwadrans po piątej siedzieli przy stole prawie wszyscy, z wyjątkiem Pawła, który swój kawałek pizzy zabrał do pokoju. Nie możecie go zawołać? Edmund z irytacją wygłodniałego mężczyzny wpatrywał się w swój talerz. Uczą się z kolegą przez internet — powiedziała Marzena, jak gdyby stanowiło to jakiekolwiek wytłumaczenie. To nie może nawet obiadu zjeść z rodziną? Och, tato, daj spokój. Niedługo matura. Dobrze, że chłopak się stara.
Stara się, stara. A skąd ty wiesz, co on tam faktycznie robi? Ojciec mu powinien przemówić do rozsądku. Adam nie zareagował, żując ciągnący się ser i wpatrując się nieobecnym wzrokiem w ścianę. Edmund postanowił sprowadzić go na ziemię. No i jak to twoje spotkanie? Sprzedałeś co? Co? Zięć ocknął się nagle, szturchnięty przez żonę. Nie.
To za co ci tam płacą? Za bycie przedstawicielem firmy prowadzonej przez kretyna, który nie potrafi nią zarządzać — odpalił zirytowany Adam. No, no! Uważaj sobie. Chlebodawcę trzeba szanować. Chlebodawcę. Ojciec, na jakim świecie ty żyjesz? Poszedłbym na swoje i zarabiałbym dziesięć razy więcej. Już próbowałeś — wtrąciła Marzena. Dokładałam do tego twojego biznesu.
Rozumiesz, że żyjemy w chorym kraju? Zanim cokolwiek rozkręcisz, ZUS rozerwie twoją firmę na strzępy. Już dawno byśmy wyjechali, ale chciałaś kolejne dziecko. Adam! Przepraszam. Dziękuję. Adam odszedł od stołu i zniknął w przedpokoju. Nie powinnaś chłopu wypominać. Edmund przyciszonym głosem zwrócił się do córki: Nie jest łatwo utrzymywać rodzinę. Przecież on nas nie utrzymuje.
Zaraz po obronie wrócę na cały etat do banku. Liczę na to, że dostanę wreszcie awans. Tylko uważaj, żebyś przez te swoje ambicje nie straciła męża. Marzena westchnęła. Edmund postanowił zmienić temat. Sprawdziłaś, o której jutro msza? Jest jak zwykle o 16:00, ale jedziemy z dzieciakami na zakupy. Przecież dzisiaj byliście. Dzisiaj kupiłam tylko najpotrzebniejsze produkty spożywcze, a muszę im znaleźć parę rzeczy do ubrania. A co z kościołem?
Adam zawiezie cię rano. Niedziela. I opowiedział im przypowieść. Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole i rozważał w sobie: co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: tak zrobię. Zburzę moje spichlerze, a pozcę całe moje zboża i dobra i powiem sobie: masz wielkie dobra na długie lata złożone. Odpoczywaj, jedz, pij i używaj.
[04:54:57] - Lecz Bóg rzekuł do niego: głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie. Komu więc przypadnie to, coś przygotował?
[04:55:05] - Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga. Oto Słowo Pańskie. Chwała Tobie, Chryste. Usiądźcie kochani. Edmund usiadł i westchnął bezgłośnie. Okazało się, że to msza dla młodzieży. Spojrzał z nieufnością w stronę nowego kaznodziei. Lubił starego proboszcza cieszącego się w parafii poważaniem. Jednak ten był nieobecny, a młokos także nosił koloratkę. Ale ostatecznie ksiądz to ksiądz.
Edmund skoncentrował swoją uwagę na ciepłym głosie płynącym z ambony. Opowiadanie o pewnym tybetańskim mnichu. W buddyzmie tantrycznym istnieje forma medytacji polegająca na tworzeniu przepięknych mandali, które następnie się niszczy. Może się to wydać bezsensowne, a jednak... Edmund zasępił się. Medytacja? Tybet? Stary proboszcz z pewnością potępiłby takie nauki. Zwykł przecież mówić, że wschodnie praktyki stanowią duchowe zagrożenie. Co to za fałszywy prorok zjawił się w domu Bożym?
Co to w ogóle jest ta mandala? Edmund wpatrywał się w okrągły witraż. Chociaż przychodził tu co niedzielę przez tyle lat, dopiero teraz dostrzegł przepiękne wzory układające się w wielobarwną rozetę. Stary mnich był tak zachwycony swoim dziełem, że tego wieczoru postanowił go nie psuć. Kiedy następnego dnia przed wschodem słońca wstał i udał się do świątyni, aby popatrzeć znów na cud własnych rąk, z przerażeniem zobaczył, że połowa wzoru została zniszczona. Opodal dostrzegł skaczącego chłopca. Ze złością podbiegł do dziecka, aby je ukarać. Jednak malec okazał się szybszy i zdążył uciec. Podmuch wiatru zatrzasnął za nim drzwi i zdmuchnął resztę kolorowego piasku. Wówczas mnich pojął, że nie może zachować mandali.
Czasami Bóg daje nam znaki, abyście zrozumieli, co w życiu jest naprawdę ważne. Edmund wpatrywał się zasępiony w drzewa migające za samochodową szybą. Adam także się nie odzywał. Wreszcie starszy mężczyzna przerwał milczenie. Dziwny ten nowy. On się w ogóle nie zachowuje jak ksiądz. Młodzi go lubią. Zauważył Adam. Bo im jakieś koncerty organizuje, zamiast ich wychowywać. Proboszcz wiedział, jak mieć posłuch wśród ludzi.
Proboszcza odwołali. Co za brednie! Księdza nie można wyrzucić. Oburzył się Edmund. Ojciec. Czasy się zmieniają. Jeździł drogą furą. Podobno miał jakąś kobietę na boku. Masz tupet, żeby takie rzeczy powtarzać. Mówili w lokalnych mediach.
Adam wzruszył ramionami. Media kłamią. Słyszałeś, co za brednie opowiadają o tym ociepleniu? Miało śniegu już nie być, a padał jeszcze miesiąc temu. Zawsze był śnieg zimą i będzie. Adam zignorował tę uwagę. Zatrzymaj się przy cmentarzu — polecił Edmund. Ojciec, przecież byłeś na cmentarzu. Przed świętami — obruszył się starszy mężczyzna. Jutro są urodziny Maryli.
Przepraszam, ale dzisiaj nie mogę. Mam spotkanie z klientem. To chyba żartujesz. W niedzielę? To nie placówka publiczna. To prywatna firma. Starszy mężczyzna postanowił nie mówić już nic więcej. Jeszcze przed południem wydawało mu się, że został sam. Zięć pojechał, córka zabrała dzieciaki na maraton w galerii handlowej. Dopiero cichy szloch uświadomił mu, że Paweł nie wybrał się razem z nimi.
Płaczesz? Zapytał bezsensownie, uchylając drzwi pokoju wnuka. Nie. Równie bezsensownie odparł Paweł. Stało się coś? Ktoś umarł? Chłopak nie był już dzieckiem i Edmund doprawdy nie wyobrażał sobie innego powodu, dla którego mężczyzna mógłby płakać. Nie. No to o co chodzi? Po prostu zawiodłem się na kimś — odparł cicho Paweł.
Dziewczyna cię rzuciła? Nie. Nastała przeciągająca się chwila ciszy, po której Paweł wyznał: ktoś, kogo uważałem za przyjaciela, nadużył mojego zaufania. No a co to konkretnie znaczy? Nie potraktował mnie poważnie. Niepoważnie cię potraktował? W zęby trzeba mu było dać, ot co. Paweł zapłakał. Nie można być mięczakiem, jak chcesz, żeby ludzie cię szanowali. Pouczył Edmund wnuka.
Ileś lat. Nie bądź babą, chłopie. Klepnął wnuka między łopatki. Paweł wyszedł i zamknął się w łazience. Potwierdzały się złe przeczucia Edmunda. Z dzieckiem działo się coś niedobrego. Poniedziałek. Padało. Edmund wstał, przecisnął się przez tłumek, zignorował uwagę jakiegoś gówniarza o starszych ludziach jeżdżących bez celu komunikacją publiczną i wysiadł z autobusu. Naciągnął na uszy czapkę i otworzył parasol.
Silny wiatr targał prawie bezlistnymi koronami drzew i mężczyzna musiał mocno trzymać się na nogach. Postanowił schronić się w małym kościółku i przeczekać najgorsze. Jednak gdy dotarł wreszcie na cmentarz, przestało padać. Był luty. Mimo to Edmunda otaczała znienawidzona listopadowa aura. Nie wiedział, czy to z powodu paskudnej pogody, czy przez oddech śmierci, który odczuwał na każdym kroku, przeciskając się między grobami. Wreszcie odnalazł miejsce spoczynku żony. Zdjął nakrycie głowy, odgarnął miotełką liście, zapalił znicz i odmówił modlitwę. Po próbie ubłagania Najwyższego postanowił porozmawiać z żoną. No i zobacz, na co nam przyszło -- powiedział cicho.
Staraliśmy się wychować dzieci na porządnych ludzi, wierzących i kochających ojczyznę. A tymczasem Marzenka do kościoła nie chodzi. Jej mąż chce wyjeżdżać z kraju. Co będzie z naszymi wnukami? Jak mam je zaprowadzić na dobrą drogę, kiedy cię przy mnie nie ma? Poprawił kołnierz, założył czapkę i ruszył z powrotem na przystanek. Nadal wiało niemiłosiernie. Nagle zza chmur błysnęło słońce. Przynajmniej nie było ślisko. W wieczornych wiadomościach znowu mówili o klimacie.
Przedstawiciele europejskich państw zlecieli się na specjalne zebranie poświęcone strategiom obniżania emisji gazów cieplarnianych. Przełącz na „Nie lubię poniedziałku”! -- zawołał Edmund do zięcia, żeby przekrzyczeć jakiegoś śmiertelnie poważnego dziennikarza. Chcę posłuchać. To będzie miało wpływ na gospodarkę -- odparł Adam. Założą kolejny kaganiec przedsiębiorcom -- dodał z wściekłością. No i bardzo dobrze -- skwitował Paweł. Nie gadaj głupot -- zganił go ojciec. Będziesz kiedyś chciał założyć własną firmę, to zobaczysz. Nie będę.
Czy ja nie mogę obejrzeć u siebie w spokoju wieczorem filmu? Edmund zgrzytnął zębami. Tato, widziałeś to już ze sto razy -- zwróciła mu uwagę Marzena. To moje mieszkanie. A mój telewizor -- zauważył kąśliwie Adam. No i co oni tam nowego powiedzą? Trąbią o tym od lat, a za oknem nic się nie zmienia. Deszcz pada. Ze śniegiem. Dajcie już spokój -- zirytowała się Marzena.
Rozmawiałem kiedyś z jednym znajomym, który interesował się astronomią -- ciągnął Edmund. On twierdził, że dawniej też klimat się zmieniał. I co z tego? Raz słońce grzeje słabiej, raz mocniej. Ludziom się wydaje, że mają taki ogromny wpływ na wszystko, bo im brakuje pokory. A Pan Bóg i tak zrobi koniec świata, kiedy będzie chciał. Taa, może łaskawy dziadzio zza chmurki nas wykończy, zanim zrobimy to sami -- wtrącił Paweł. Paweł, jak ty się odzywasz? -- skarciła go matka. Mówicie o deszczu ze śniegiem.
Nosa nie wystawiacie za własne podwórko. To tak nie działa. Najpierw będą huragany i pożary na drugim końcu świata, a z czasem i nas to wszystko dopadnie. A ty co? Prorok jakiś? -- parsknął Adam. Nie. Ja w przeciwieństwie do was słucham mądrzejszych od siebie. Paweł! Chłopak wyszedł i trzasnął drzwiami.
Ładnie wychowaliście syna -- podsumował Edmund. Wtorek. Czego tam się uczysz? Edmund nie przejawiał wielkiego zainteresowania sprawami wnuka, ale postanowił przynajmniej spróbować nawiązać z nim jakiś kontakt. To panta rhei kai ouden menei. Wszystko płynie, nic nie stoi w miejscu. To do matury? -- wtrącił się Adam. Wariabilistyczna koncepcja świata i człowieka -- odparł Paweł enigmatycznie. A możesz mi odpowiedzieć na pytanie?
Nie. Co to znaczy nie? Odpowiadaj. Partykuła. Wyraz negacji. Co on bredzi? -- zapytał Edmund. Zacznij rozmawiać normalnie, bo dostaniesz szlaban -- zagroził Adam. Pytałem cię o coś. Patrz na mnie, jak do ciebie mówię.
Wybacz, ale zadałeś tyle pytań, że się pogubiłem. Paweł podniósł wzrok znad lektury. Nie, to nie do matury. Tak, mogę odpowiedzieć na twoje pytanie. I właśnie ponownie to zrobiłem. A "nie" to taka część mowy. Przestań się wymądrzać. Dlaczego nie uczysz się do matury? Chcesz zdać? Ty w ogóle myślisz poważnie o swojej przyszłości?
Czasami wydaje mi się, że aż nazbyt poważnie. Paweł westchnął i nagle się zasępił. Wybrałeś kierunek studiów? Nie chcę słyszeć znów tych bredni sprzed roku, że nie planujesz iść na studia. Wybrałem. No więc? Studiuję filozofię. Przestań się wygłupiać, bo nie ręczę za siebie. Zapoznaję się, gruntownie poznaję. Badam tę dziedzinę.
Znaczy studiuję. A jeśli chodzi ci o uczęszczanie na uczelnię, to zamierzam sformalizować ten proceder w przyszłym roku. Chcesz zostać studentem filozofii? Powiedz, że to żart. A w łeb chcesz? -- Adam robił się czerwony na twarzy. Mam wrócić do metod wychowawczych twojego dziadka? Jakiego dziadka? -- ożywił się Edmund. Adam.
„Nie powinniśmy wstępować w ślady naszych rodziców” – przeczytał Paweł. Co to za brednie? – krzyknęli mężczyźni niemal jednocześnie. Heraklit z Efezu. W twoim wieku powinieneś już wyrobić w sobie minimum odpowiedzialności – stwierdził Adam z wyrzutem. – Co chcesz robić po filozofii? Pracować na taśmie? Ktoś musi. Słuchaj ojca – pouczył Edmund. – Z czego chcesz później utrzymać rodzinę?
Nie planuję zakładać rodziny – odparł cicho Paweł. Smarkacz. Poznasz jakąś dziewczynę i co? Tato, daj spokój. Adam zamierzał wrócić do głównego tematu. – Dlaczego nie pójdziesz na politechnikę? Trzeba było cię jednak posłać do technikum. Powinieneś już dawno zacząć się uczyć czegoś konkretnego. „Wielka uczoność nie daje rozumu” – przeczytał Paweł z upodobaniem. – Widzę, że ty go już dawno postradałeś.
Rób jak uważasz. Tylko nie przychodź później do mnie po pieniądze, bo nie ręczę za siebie. Gówniarzowi należało się porządne manto, a przynajmniej jakieś inne formy rodzicielskiej presji, ale Edmund nie chciał się wtrącać. Stwierdził tylko, że wnuk powinien się cieszyć, mając tak wyrozumiałego ojca i wyszedł za zięciem. Wieczorem Adam odebrał telefon. Pech chciał, że Edmund akurat szedł do łazienki i po drodze mijał sypialnię młodych. Nie zdziwiłoby go nawet w tym miejscu usłyszane przypadkiem: „Dobranoc skarbie”, gdyby nie to, że jego córka krzątała się w kuchni. Bez ostrzeżenia wszedł do słabo oświetlonego pokoju. Adam zdążył się już rozłączyć i odwrócił się z bardzo głupim wyrazem twarzy. Co ojciec robi?
Ja? Co ty wyprawiasz gnojku? Adam zdążył ochłonąć z pierwszego zaskoczenia. Niech się ojciec nie miesza w nie swoje sprawy. Nic ojciec nie rozumie. Nie jestem głupi ani całkiem głuchy. Chcesz rozwalić rodzinę? Nie rozwalam żadnej rodziny, a już na pewno nie swojej. Ale ojciec to zrobi, jeżeli jej powie. Edmund mierzył go wściekłym spojrzeniem.
– Nie powiem jej, bo nie chcę, żeby przez ciebie wypłakiwała oczy. Uświadom sobie tylko, że ona tu mogła przechodzić zamiast mnie. I któregoś dnia tak się stanie. Zawahał się przez krótką chwilę, po czym dodał już pewnie, patrząc zięciowi prosto w oczy: Przypominam ci, że to wciąż mój dom. Jeśli chcesz tu nadal mieszkać, skończ z tym. Po tych słowach wyszedł. W łazience wpatrywał się w swoją pomarszczoną, zaczerwienioną twarz. Po co to zrobił? Przecież nie wyrzuciłby z domu ani męża swojej córki, ani tym bardziej ich oboje wraz z dziećmi. Mimo wszystko był z siebie zadowolony.
Zachował się jak mężczyzna, nawet jeśli tylko blefował. Warto było patrzeć, jak wyraz osłupienia powraca na twarz tego dupka. Środa. Na obiad była chińszczyzna. Ostatnio Marzena prawie codziennie kupowała jakieś gotowce. Edmunda nawiedziła myśl, że może jego córka nie spełnia się w roli żony. Poczekał na odpowiedni moment, aby przemówić jej do rozsądku. Mama cię nie nauczyła gotować? – zapytał retorycznie, kiedy reszta rodziny rozeszła się do swoich spraw. Tato, wiesz przecież, że nie mam czasu.
Uczę się do sesji – mruknęła znad swojego laptopa. Kto to widział, żeby studiować w tym wieku, mając rodzinę? Zbyła ten komentarz milczeniem, ale kontynuował: Córeczko, źle robisz. Oboje ciągle pracujecie, mijacie się w biegu. A co z dziećmi? Pawełek się nie uczy. Natalkę oddajesz obcym ludziom pod opiekę. To normalne, że chodzi do przedszkola. A Paweł? Ostatnio widziałam, że coś czytał.
A sprawdziłaś co czytał? No nie – przyznała Marzena niechętnie. – Tato, przepraszam, ale naprawdę mam ważny egzamin. Przez całe popołudnie uczyła się pilnie, w przeciwieństwie do jej syna, który przed zmrokiem zaczął zbierać się do wyjścia. A ty dokąd? – zagaił Edmund. Spotkać się z kolegami. No i pewnie nie po to, żeby się uczyć razem do matury. No nie. A dziewczyny jakieś tam będą?
Będą. Aha, no to wszystko jasne. Jakaś potańcówka, czy jak to się mówi? Nie, nie idziemy do żadnego klubu. – Paweł westchnął i postanowił zatamować potok pytań. – Idziemy rozdawać żywność. Żywność? A komu niby? No bezdomnym. To idziecie do kościoła?
– zainteresował się Edmund. Nie, dziadku. Nie tylko kościoły organizują takie akcje. Sekta jakaś. To nie ma nic wspólnego z religią. To jest akcja humanitarna. No a skąd to jedzenie macie? Robimy zrzutę. Znaczy składamy się na produkty wegetariańskie. Później robimy z tego posiłki i rozdajemy.
Długo już tam chodzisz? Nie, dopiero zacząłem. Edmund miał mieszane uczucia. Postanowił drążyć temat. A są tam jacyś dorośli? Tam są ludzie w różnym wieku. Są młodsi, starsi. Jest nawet takie małżeństwo, niewiele młodsze od dziadka. A co oni tam robią z młodymi? Pomagają.
Przepraszam, ale muszę już iść. Gorąco w tej kurtce. Kiedy chłopak zniknął za drzwiami, Edmund zdał sobie sprawę, że chciałby z kimś porozmawiać. Potrzebował omówić tak wiele spraw, ustalić, co dzieje się z jego wnukiem, jak ratować małżeństwo córki i jak zaradzić własnej samotności. Nagle ogarnęło go dojmujące poczucie wyobcowania, choć w przeciwieństwie do wielu ludzi w jego wieku mieszkał przecież z rodziną. Jednak zabrakło Maryli. Marzena była ciągle zajęta, Adam okazał się niegodny zaufania, a Paweł... Cóż, dziwny był z niego chłopak. Czwartek. Edmund patrzył.
Paweł zszywał kolorowe kawałki materiału. Szło mu to całkiem sprawnie. Igła migała w młodych rękach, nitka biegła równym zygzakiem. Tylko po co zajmował się babską robotą? Co robisz? Pelerynę – odpowiedział Paweł jak nigdy nic. A na co ci ta peleryna? Do szkoły. Jutro jest tęczowy piątek. Święto jakieś szkolne.
Można tak powiedzieć. Święto tolerancji. To nie mogłeś kupić? Kupowanie nowych rzeczy, kiedy można naprawić stare, jest nieekologiczne! O, chłopak mądrze gada – pochwalił Edmund, któremu nie podobał się wszechobecny kult nowości. Przebierasz się za geja? Paweł nie odpowiedział. Jakiego geja? – zapytał zdezorientowany Edmund. Nie słyszał ojciec o paradach równości?
Adam, cicho! – syknęła Marzena, ale było już za późno. To w szkole robią coś takiego? Gejostwa chcą dzieci uczyć? – oburzył się Edmund. Nie gejostwa, tylko tolerancji. Tolerancji dla dewiacji? Przecież to chore. Tato, daj spokój – prosiła Marzena. Co daj spokój?
– prosiła Marzena. Co daj spokój? Dzieciakiem się nie interesujecie, a teraz macie. Niech się ojciec nie wtrąca w wychowywanie naszych dzieci. Adam podniósł głos. Ty masz czelność mnie uciszać? Jakie w ogóle wychowanie. Jakby Paweł miał takich kolegów, to też by was to nie obchodziło? Może on i ma takich kolegów. No i co z tego?
Może się spotykać, z kim chce. Może ich nawet zaprosić. Czemu nie? Edmund poczuł, jak krew się w nim gotuje. Nie pod moim dachem. Słyszysz? Nie pod moim dachem. Jakbym ja miał takiego syna, to bym go wydziedziczył. Nagle do pokoju wbiegła Natalka. Nie mogę spać.
Czemu krzyczycie? Paula. Co robisz? Paula? Jaka znowu Paula? – wrzasnął Edmund. Dajcie mi wszyscy święty spokój! – zawołał Paweł i wybiegł z pokoju. Po chwili pomieszczenie opuściła również Marzena, zabierając ze sobą Natalkę. Adam wziął ze stołu telefon i zatrzasnął za sobą drzwi.
Edmund wpatrywał się w leżący na podłodze materiał z bezsilną wściekłością, myśląc o zepsuciu, które podzieliło rodzinę. Piątek. Było już po 15:00, kiedy zadzwonił telefon. Marzena rozmawiała przez chwilę nienaturalnym głosem, po czym osunęła się na podłogę. Adam zdążył zastać ją półprzytomną w łazience. Razem pojechali do szpitala. Edmund został sam. Próbował poukładać sobie wszystko w głowie, ale z poszczególnych wspomnień i strzępów zdań nie zbierała się żadna logiczna całość. Przecież jego ojciec przeżył wojnę. On również.
Marzena i Adam mieli swoje problemy, ale radzili sobie nieźle. Nie byli mięczakami. To na pewno krzywda. Pawełek obracał się chyba w niedobrym towarzystwie. Musi być silny. Musi dać sobie radę. Musi wydobrzeć. Po prostu musi. Bo on, Edmund, po latach radzenia sobie z przeciwnościami losu nie mógł zrobić nic. Pozostało mu tylko się modlić.
Sobota. Media kłamią. Wskoczył pod pociąg metra i w ciężkim stanie trafił do szpitala. Już drugi dzień walczy o życie. Lekarze nie dają -- klik -- szans na naprawę zniszczeń. Skutki huraganu w Indonezji i na wyspach Pacyfiku okazały się nieoszacowane. Anomalie pogodowe zaobserwowano także na terenie Australii, Nowej Zelandii i Argentyny. Potrzebna pomoc humanitarna. Na rysunku uśmiechało się pięć postaci: siwy pan w mundurze z orderami, brzuchaty biznesmen w garniturze, wysoka kobieta w granatowym bilecie, chłopiec ze skrzydłami anioła i dziewczynka malująca tęczę. Dziadku, nie płacz.
Edmund podniósł mokrą twarz znad obrazka i popatrzył w duże, okrągłe oczy wnuczki. Nie umiał już żyć tak jak dawniej. Nie chciało mu się wcale. Jednak wiedział, że trzeba żyć dla niej. Ona była tego warta. Warta zmiany. Antologia bierze rzeczywistość. Czyta Reda Hadri.
[05:16:23] - Z czym państwo kojarzycie naszego recenzenta Mirka Gołuńskiego? Z poważną literaturą, a czasami może nie do końca aż taką wielką i poważną, ale jednak taką, która gdzieś tam ważne nuty trąca i ważnych spraw dotyczy. To, proszę państwa, dzisiaj się zdziwicie bardzo, bo kolejny labirynt książek Mirosława Gołuńskiego będzie traktował o książce, której się państwo nie spodziewacie. Na tapet wjeżdża Blanka Lipińska i "365 dni". Muszę powiedzieć, że to spora odwaga ze strony Mirka była, ale zobaczycie państwo, że wychodzi postawa naukowa z naszego Mirka. On nie był miłośnikiem tej książki, a jednak wziął "365 dni" na warsztat. I posłuchajcie państwo, co znalazł. To nie będzie felieton, to nie będzie namowa do tego, żeby Blankę Lipińską czytać, ale jednocześnie będzie to taka trochę wiwisekcja tego, co tam zostało napisane
[05:18:01] - Może państwu wystarczy zamiast czytania chociażby ta recenzja Mirosława Gołuńskiego. Zapraszam. Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy państwo macie czas, by odsłuchiwać moich opowieści labiryntowych. Dzisiaj kolejny eksperyment. Lubię eksperymenty. Będzie ich pewnie w najbliższym czasie coraz więcej. Tym razem eksperyment, którym będę starał się przybliżyć państwu fenomen, krytykując go zresztą, ale próbując jednocześnie zrozumieć. Fenomen pewnego typu romansu. Myślę tu oczywiście o „365 dniach” Blanki Lipińskiej.
Książce, która sprzedała się już, pierwszy tom, w ponad miliony egzemplarzy. Mamy do czynienia z, jak na polskie warunki, olbrzymim sukcesem czytelniczym. Książki złej. Książki, na której wszyscy wieszają psy. Mniej lub bardziej słusznie. Chociaż na ogół bardziej. Natomiast ja chciałbym stanąć w trochę przewrotnej pozycji. Nie dlatego, że chciałbym państwa zachęcać do czytania tej książki. Nie, tym razem akurat niekoniecznie, ale chciałbym, żebyśmy przyjrzeli się tej książce z innej perspektywy. Nie z perspektywy słabej treści, beznadziejnego języka.
Wszystko tam jest. Bardzo kiepski scen seksu tak naprawdę. Czytywałem lepsze. Natomiast chciałbym się dzisiaj zastanowić, przemyślenia swoje państwu przekazać, dlaczego ta powieść jest tak popularna. Co w niej jest takiego, że doczekała się filmu odpowiednio potraktowanego, że sprzedała się w tak niewiarygodnej liczbie egzemplarzy? Bo co prawda usiłowano mi wyjaśnić, że część ludzi to kupowała tak dla jaj. Nie, nie kupi się miliona książki dla jaj. Oczywiście ta książka bardzo dobrze była reklamowana. Robiła to również autorka, która pracowała przedtem w dziale PR wydawnictwa, więc znała się na rzeczy. Ale tak naprawdę chodzi o coś więcej.
To coś więcej, jak mówili marksiści, nadbudowę. Chciałem tutaj państwu, mam nadzieję, w miarę przejrzysty sposób pokazać. Przejdę krótko. Oczywiście nie zdradzając wszystkich elementów fabuły. A jeżeli mi się to zdarzy, to wybaczcie państwo, ale tym razem naprawdę nie o przyjemność lektury mi chodzi, gdy mówię o tej książce. O cóż więc tak naprawdę mi chodzi? Zacznijmy od początku. Czarny albo Massimo, główny bohater męski tej powieści, na początku dostaje swój głos. Patrzymy na świat jego oczami. Pierwsza scena to absolutnie scena gwałtu oralnego na stewardesie, której on dokonuje, pokazując jej swoją władzę.
To jest jedna z tych scen, które są najbardziej krytykowane. I bardzo słusznie, dlatego że tej sceny nie da się niczym uzasadnić. Ona jest kompletnie niepotrzebna dla fabuły powieści. Natomiast pokazuje siłę Massima. Pomijam to, że na końcu tej sceny kobiecie zaczyna to się podobać. Nie bardzo to sobie potrafię wyobrazić, ale może dlatego, że nie jestem kobietą, a może dlatego, że mam bardzo feministyczne poglądy. Mniejsza o to. Tak czy inaczej tak po prostu jest. Później właściwie głos zostaje oddany Laurze, głównej bohaterce powieści. To z jej perspektywy będziemy czytali całą resztę fabuły.
Oglądali, bo ta książka jest tak naprawdę bardzo filmowa. Laura przyjeżdża do Włoch, na Sycylię dokładnie, z chłopakiem, który ją nudzi w łóżku. To jest dosyć istotny i często podkreślany element początku opowieści. Marzy o przygodzie. Już na lotnisku widzi przystojnego, wysokiego jak na Sycylijczyków faceta, którym oczywiście okaże się Czarny. Następnie zostawia swojego nudnego chłopaka i idzie do dyskoteki, gdzie znowu się widzą, a następnie zostaje, uwaga, uwaga! Porwana. A jak już zostaje porwana, to ląduje w superhiperluksusowym więzieniu, czyli w willi Massima i zostaje postawiony warunek. Ma rok. Massimo daje sobie rok, żeby ją w sobie rozkochać, bo on chce ją kochać.
Co więcej, nie może uciec, dlatego że Massimo pokazuje zdjęcie jej rodziców. Dzieci nie ma jeszcze. Przyznacie państwo, że taka mało romantyczna sytuacja, a jednak. Oczywiście Massimo jej się bardzo podoba i powoli przełamuje jej opory. Najlepiej mu to idzie, jak zabiera ją na zakupy. A właściwie nie on ją zabiera na zakupy, bo on nie ma na to czasu, bo załatwia swoje mafijne porachunki, bo on jest oczywiście mafiosem, ale wysyła z nią chłopaka, który wydaje się takim klasycznym przykładem geja z „Seksu w wielkim mieście”. Od tamtego bohatera różni się tylko tym, że jest przystojniejszy, ale absolutnie nie oddziaływuje na nią erotycznie. Co więcej, świetnie zna się na ciuchach, bo faktycznie obsługuje ją. Więc właściwie mamy klasyczny przykład męskiego przyjaciela głównej bohaterki, jak to zwykle w tego typu powieściach bywa, który jednak, zdradzę jedną tajemnicę, nie jest gejem. Dojdziemy do tego, dlaczego nie jest.
To będzie clou chyba mojej opowieści, ale jeszcze do tego za chwilę dojdziemy. Na skutek różnych przygód wyjeżdżają już razem do Polski. Aha, właśnie, o co chodzi z tymi zakupami? Otóż na każdych zakupach Laura przede wszystkim mówi o tym, jakiej firmy kupuje rzeczy. Wiecie państwo, zwłaszcza panie tutaj świetnie zrozumieją. Buty od Prady, torebka od Louis Vuitton, sukienka, a jak kostium kąpielowy to oczywiście od Victoria's Secret. Czyli one są metkowane. Mówiąc wprost, Massimo ją kupuje i tu nie ma miejsca na jej samodzielność. Ale też ona przyjeżdża do Polski już z Massimem na ślub w rodzinie i tam były jej chłopak podejmuje próbę gwałtu. Notabene ona przyznaje, że gdy byli razem, on ją gwałcił.
Więc obraz polskiego mężczyzny, który widzimy w tej powieści, jest taki: albo gwałci Albo bije, albo jest tak nudny, że chce się wyjść z domu. Na tym tle przemocowiec Massimo, ale za to bogaty, który jest namiętnym kochankiem. Dowiadujemy się tego z jej opisów. Okazuje się całkiem interesującym obiektem uczuć. Tam jest jeszcze jeden trick, do którego wrócę, ale zostawiam to państwu na za moment. Właściwie na tym polega akcja tej powieści, ponieważ autorka z jednej strony oczywiście nawiązuje do słynnych „Pięćdziesięciu twarzy Graya” James, ale z drugiej strony do w tej chwili już bardzo popularnych w Polsce, ale od jakiegoś czasu można te książki w Polsce dostać, do tak zwanych romansów mafijnych. W tej chwili to jest plaga, natomiast one już się od jakiegoś czasu pojawiają i właściwie Laura realizuje ten trop bad boya. Oczywiście Massimo jest bad boyem. Jakbyśmy powiedzieli, romanse generalnie dzielimy na dwie tury. Albo te, które realizują projekt Kopciuszka, a więc jestem śliczna, zagubiona i ktoś musi mnie odnaleźć, albo, i to dziś jest znacznie popularniejsze, pięknej bestii.
Ona jest piękna. Laura nie jest niewinna, ale w klasycznych amerykańskich powieściach mafijnych bohaterka jest niewinna, tak jak niewinna jest bohaterka „Pięćdziesięciu twarzy Graya”. A on ma w sobie tajemnicę. Jest w jakiś sposób obciążony przemocą. Mamy tutaj wszystkie te elementy. Okej, można powiedzieć: dobra, ale dlaczego „Półczyny”, bądźmy szczerzy, po w gruncie rzeczy bardzo wyzwolicielskiej opowieści, jaką jest „Pięćdziesiąt twarzy Graya”, spotkały się z tak wielkim i dobrym odzewem w Polsce? O co tu chodzi? Proszę państwa, no właśnie, bo to jest polska wersja Graya. I ta polskość tej wersji nie polega na prostym przeniesieniu bohaterów z Ameryki do Europy, tylko na tym, że mamy tutaj historię, fantazję, bo romanse to fantazja, na temat kobiety, która wyrywa się z, jak to się ładnie mówi w ekonomii kraju półperyferyjnego, którym zdecydowanie jest Polska ekonomicznie i podejmuje relację, również seksualną, z mężczyzną z centrum. Włochy w tym wypadku dla Polki to centrum.
Taki awans społeczny, bo to jest opowieść o awansie społecznym. Opowieść o „Pięćdziesięciu twarzach Graya” jest opowieścią o wyzwalaniu się kobiety. Nie wiem, czy państwo czytaliście, ale tam na cokolwiek robi Grey, tam wszystko trzeba podpisać umowę z adwokatem. Wszystko, co się dzieje między mężczyzną a kobietą w Greyu jest wydyskutowane. W „365 dniach” tak naprawdę to dobra wola Massima, który mówi jej, że jej nie chce zgwałcić i faktycznie tego nie robi, powoduje, że do tego nie dochodzi. Ale to jest wyłącznie jego dobra wola. Tak naprawdę Laura nie ma nic do powiedzenia. Co więcej, jest tam taki element typowo polski. Ja bym powiedział, że wiem, że to zabrzmi bluźnierczo, ale wręcz maryjny. Otóż dlaczego Massimo porywa Laurę?
A z bardzo prostego powodu. Otóż dlatego, że gdy po jakiejś strzelaninie z mafiosami, konkurencją był ranny i siedział na prochach, zobaczył w wizji dziewczynę. I ta dziewczyna, on ją potem odtworzył z pamięci, to jest oczywiście Laura. Zwróćcie państwo uwagę, że mamy tutaj, to brzmi komicznie, prawda? Przynajmniej dla mnie. Ale to jest taka współczesna wersja opowieści o losie, o przeznaczeniu. Bo Laura, gdy wchodzi do domu Massima, jest w szoku, bo wszędzie wiszą obrazy z nią. To się kompulsja nazywa generalnie w psychologii, czy zachowanie w tym wypadku Massima, ale on nie liczył na to, że ją znajdzie. Tak jak powiedziałem, jest to jakiś taki element kultu maryjnego. Co więcej, opowieść kończy się bardzo po polsku.
Przepraszam, że zdradzę koniec pierwszego tomu, ale o następnym mówić już w ogóle nie będę. Gdy Massimo ze względów na bezpieczeństwo Laury chce się z nią rozstać, ona się wścieka, bo zaszła z nim w ciążę. Ona go podrywa na dziecko, proszę państwa. Kobieta z półperyferiów przyjeżdża do centrum, zostaje porwana, uprawia seks i zachodzi w ciążę. I na tej podstawie uważa, że ma prawa do tego faceta. Ja tylko czytam tekst. Jak państwo widzicie, odrzucam całą tą erotyczno-romantyczną otoczkę, bo ona w gruncie rzeczy dla mnie kompletnie jest nieinteresująca. Mnie interesuje to, o czym jest ta opowieść. A to jest właśnie opowieść nie o emancypacji. Albo właściwie inaczej.
Tak, to jest opowieść o emancypacji kobiety z półperyferiów, która porzuca nudnych i złych facetów z kraju, z którego ucieka, który opuszcza i wchodzi w związek albo wskakuje do łóżka, jak kto woli, facetowi z centrum. Tylko że emancypacja Laury nie polega na tym, że ona odkrywa swoją kobiecość, tak jak dzieje się to w „Pięćdziesięciu twarzach Graya”. Nie polega na tym, że ona odkrywa swoje emocje, również odkrywa swoje łóżkowe preferencje, a przede wszystkim odkrywa to, że może z mężczyzną coś dyskutować. Nie. Laura po prostu seks lubi i ona nie odkrywa siebie. Ona odkrywa bogactwo Massima. I trochę niebezpieczeństwa, bo tam jest oczywiście jeszcze ten element ryzyka. Nie możemy też zapomnieć o tym, że Laura ma wadę, ma płaski biust. Nigdy nie powie tego Massimo, natomiast ona powtarza nam to nieustannie, bo jak każda kobieta chyba w Polsce ma swoje kompleksy. W związku z tym bez trudu myślę, że czytelniczkom o wiele łatwiej jest się z nią utożsamić.
Ma nawet niezłą robotę, bo pracuje w hotelarstwie. Stać ją na wycieczkę na Sycylię. Przed pandemią to w końcu nie był aż taki wielki problem, ale w efekcie marzy o seksualnej, erotycznej przygodzie, która może zmienić jej życie Już powoli zmierzam do konkluzji, żeby państwa nie zamęczyć swoją opowieścią. Siła tej powieści, moim zdaniem, poza oczywiście elementami — mówię wyłącznie o elementach wewnątrztekstowych — polega na tym, że jest fantazją, która oczywiście w bardzo nieuświadomiony sposób prawdopodobnie jest fantazją wielu kobiet w Polsce. Popularność legiona następczyń, generalnie kobiety piszą tego typu romanse w Polsce powieści Lipińskiej, wynika właśnie z tego. Lipińska zrobiła coś niezwykłego. Jeżeli spojrzymy z punktu widzenia socjologii literatury, to „365 dni” mówi nam bardzo wiele o polskim społeczeństwie, o polskich kobietach. Czy to jest złe, co mówi? Nie, dlatego że ona mówi o fantazji, bo romans jest po to, żeby faktycznie na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Wielokrotnie zarzuca się mi, że pogłębiam to, co jest płaskie.
Tak. Tylko że dla mnie to nie jest zarzut, bo ja oczywiście doskonale wiem, że milion czytelniczek Blanki Lipińskiej wstanie następnego dnia rano i będzie żyła tak, jak żyła do tej pory. Pytanie tylko i mnie to interesuje: jakie obszary, jakie stereotypy taka powieść utrwala? Bo to, że mamy miłość słodkiej blondynki, oczywiście Laura jest blondynką, do bad boya, to jest normalne. To jest fantazja, która jest naturalna dla nastolatek. Jeżeli skupiłem się przez chwilę na tej pierwszej scenie, scenie oralnego gwałtu, którego dokonuje Massimo, to mój sprzeciw wywołuje jego normalizacja. A już zwłaszcza to, że tej dziewczynie na końcu zaczyna się to podobać. Przynajmniej Massimo się wydaje, że zaczyna się jej to podobać. I teraz moglibyśmy się oczywiście pobawić w czytanie wbrew intencji tekstu i moglibyśmy się oczywiście zastanowić, czy biedna stewardessa nie okazuje takiej miny, która wyraża zadowolenie, bo wie, że gwałciciel tego oczekuje. Jak widzicie państwo, trochę dekonstruuję i podważam te pewniki z tej powieści, bo też tak jest, że świadome czytelniczki, krytyczne czytelniczki tej powieści, które słusznie piętnują gwałt, bo tego nic nie usprawiedliwia, tak jak powiedziałem.
Ja sam na początku powiedziałem, że trochę to dziwne zachowanie, ale właśnie dlatego powiedziałem na początku, żeby na końcu i to podważyć. Ta kobieta zachowuje się dokładnie tak, jak zachowują się tysiące gwałconych kobiet. Jeżeli gwałci ją partner, to rano zrobi mu śniadanie. Massimo jest pracodawcą tej stewardessy. Ona potrzebuje pensji, a może jak będzie milsza i się uśmiechnie, o ile w takiej sytuacji da się uśmiechnąć, to dostanie premię. Tylko to jest oczywiście odczytanie kogoś takiego jak ja, kto przeczyta ten tekst krytyczniej. Dostrzeże, a może kobiety to dostrzegają, nie wiem, że zachowanie tej stewardessy nie jest wcale takie dziwne. Oczywiście pamiętajmy o tym, że to jest zachowanie zrozumiałe i w ten sposób wyjaśniane w polskich warunkach. Stewardessa jest Włoszką. To już nie jest takie proste, dlatego że kobiety na Zachodzie generalnie mają o wiele lepiej, nie normalizują gwałtu.
Jak więc państwo widzicie, nawet tego typu opowieść może powodować, że zaczynamy temu zadawać pytania. Czy one są nieuprawnione? Jeżeli zajrzycie państwo do tej książki, do czego nie namawiam, to zobaczycie, że moje odczytanie jest w tekście. Bo to, o czym cały czas sobie tutaj opowiadamy, to o tym, co naprawdę niosą nam teksty. Zarówno te bardzo poważne, jak i te, które wydają się nam łatwe i proste. To nie jest tak do końca. Każda opowieść, każdy tekst, który czytamy, ma kilka pięter, nawet ten wydawałoby się najprostszy. Dzisiaj trochę odważnie, przyznaję i trochę straceńczo zaproponowałem państwu moje odczytanie „365 dni” Blanki Lipińskiej. Jak zawsze nie trzeba się ze mną godzić, ale chciałbym, żebyście państwo przynajmniej brali moją wizję czy mój sposób interpretowania pod uwagę. A może po prostu dobrze się przy tym bawiliście.
Dziękuję bardzo i do zobaczenia za tydzień.
[05:34:39] - Całkiem niedawno słuchaliście państwo opowiadania Hanny Layer „Narysuj rodzinę”. To ja jeszcze państwa zaproszę. Poprzednio czytał Reda Haddad, a proponuję zmianę perspektywy. Teraz Marek Sęk „Ivellios” przeczyta również opowiadanie Hanny Layer, tym razem zatytułowane „Fabrykant”. I od razu powiem jeszcze, dodam, że to kolejne wspomnienie z audycji ABW.
[05:35:54] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z ABW: Antologia Bibliotekarium Warsztaty. Czyta Marek Sęk „Ivellios”.
[05:36:11] - Hanna Leyer "Fabrykant". Nie wiem, po co paliłem tego papierosa. Nie byłem uzależniony. Nawet już mi to nie groziło. Nie byłem też zdenerwowany, chociaż zadanie, które miałem przed sobą, nie należało do najprostszych. Chyba po prostu stary nawyk. Chciałem zająć sobie czymś ręce, oczekując na koniec nocnej zmiany. Co chwilę zerkałem to w stronę kompleksu budynków oznaczonych ogromnymi literami od A do G, to w kierunku portierni, z której od czasu do czasu spoglądał na mnie podejrzliwie poczciwy staruszek. Kiedy przyszedłem z zamiarem wykonania swojej roboty, początkowo kręciłem się wzdłuż szlabanu jak kojot namierzający odległą zdobycz. Sygnał był silny.
Mógłbym właściwie od razu przejść do rzeczy, zignorować ogrodzenie, labirynt zastawionych ciężarówkami alejek, szereg zakazów wstępu, a nawet barierę ścian oddzielających mnie od mojego celu. Mógłbym przeniknąć tam w mgnieniu oka, rozrzedzić przestrzeń naszpikowaną materią, zamrozić czas, robiąc przy okazji piorunujące wrażenie na mojej zalęknionej zwierzynie. Tym razem postanowiłem jednak czekać. Zaczęło się powoli przejaśniać. Wyciągnąłem kolejnego papierosa. Mogłem zapalić go pstryknięciem palców, ale zamiast tego włożyłem rękę do kieszeni i wyciągnąłem zapalniczkę, która nagle zmaterializowała się w mojej dłoni. Uśmiechnąłem się do portiera. Obserwowałem, jak wschodzące słońce ozłociło szklane biurowce położone opodal fabryki. Gdzieś zza tych budynków dobiegał stukot pierwszych tramwajów. Dojazd na te wiecznie remontowane przedmieścia był paskudny.
Na szczęście nie musiałem się tym przejmować. Moje oczekiwanie powoli dobiegało końca. Zgasiłem ledwo zapalonego papierosa, obserwując, jak pierwsi pracownicy opuszczali teren fabryki. Byłem zadowolony, że dałem sobie czas do namysłu. Pomimo mojego doświadczenia i nadnaturalnych zdolności zdawałem sobie doskonale sprawę, że ta rozmowa może się okazać trudna. Wiedziałem jednak, że wszystko zależy od adekwatnej ceny. Miałem plan i nie opuszczała mnie pewność siebie. Wreszcie poczułem silne wibracje tuż obok. Nie odwracając się, poczekałem, aż mój cel minie mnie na wyciągnięcie ręki i lekko chwyciłem go za ramię. Mężczyzna wzdrygnął się i spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem.
„Pan Paweł Krukowski?” – zapytałem, doskonale wiedząc, z kim mam do czynienia. Wpatrywał się we mnie dłuższą chwilę zmrużonymi oczami. Wyglądał, jakby zaraz miał się przewrócić. „Tak. Czy my się znamy?” No cóż, znałem go całkiem nieźle. Miałem do czynienia z intelektualistą. W jego obecnym stanie miał wszelkie przesłanki, aby pomyśleć, że śni albo zwariował z przepracowania, gdybym zachował się nieostrożnie. Na to nie mogłem sobie pozwolić. „Jeśli prawdą jest, że twórcę można poznać poprzez jego dzieła, to ja miałem okazję już trochę pana poznać. Pan o mnie zapewne nie słyszał.
Zbigniew Kruczek, wydawca.” Twarz mężczyzny zmieniała się jak na zwolnionym filmie. Początkowo widniało na niej to samo skrajne zmęczenie. Po chwili zastygła w wyrazie namysłu i podejrzliwości, aż wreszcie dostrzegłem w oczach błysk, na który czekałem. Widząc, że mój rozmówca intensywnie głowi się nad stosowną odpowiedzią, pospieszyłem z wytłumaczeniem. „Proszę mi wybaczyć. Jestem panu winien wyjaśnienie. Jak tylko pana zobaczyłem, próbowałem sobie przypomnieć, skąd kojarzę tę twarz i zdałem sobie sprawę, że widywałem pana na spotkaniach literackich. Ostatnio na Kongresie Fantastyki Naukowej. Nie mylę się?” Nie czekając na odpowiedź, kontynuowałem. „Przyjechałem tu odebrać mojego siostrzeńca, ale przed chwilą dzwonił, że wcześniej skończył zmianę.
A tu taka niespodzianka. Pan też przyjechał po kogoś?” Patrzył na mnie z nieco uchylonymi ustami i trzeba przyznać, że w tym momencie wyglądał raczej na lekko niepełnosprawnego intelektualnie niż na świetnie rokującego literata. „Nie” – bąknął niepewnie. „Ja tu pracuję.” „Tutaj?” – udałem zdumienie, po czym dodałem pospiesznie: „A, no tak, ktoś z tak wizjonerskim wyczuciem nowych technologii musi być inżynierem.” Doskonale wiedziałem, że był szeregowym pracownikiem produkcji. Na jego twarzy dostrzegłem mieszaninę zakłopotania i niedającego się ukryć rozgoryczenia. W duchu przyznałem sobie, że byłem naprawdę dobry. Staliśmy chwilę w milczeniu, po czym rozejrzałem się z rozmysłem i stwierdziłem: „Niezbyt ładna okolica. Może porozmawialibyśmy w jakiejś kawiarni?” – zaproponowałem i przyglądając się jego twarzy, niemal natychmiast dodałem: „Chociaż na pewno jest pan teraz zmęczony po pracy, więc może innym razem.” „Ależ nie, nie, nie. Ja bardzo chętnie. Czemu nie porozmawiać?” Ledwo zauważalnie zacisnął pięści i przymknął oczy, jakby karcił się w myślach, że nawet nie potrafił się wysłowić.
Odchrząknął i powiedział stanowczo: „Naprawdę będzie mi bardzo miło z panem porozmawiać.” „To wspaniale. Może podjedziemy na Starówkę? Nie wiem, czy chce pan zostawić tutaj auto, bo moglibyśmy podjechać moim. W centrum teraz ciężko o miejsca parkingowe.” „Tak, oczywiście, nie ma problemu” – zapewniał mój rozmówca. Po jego twarzy znów przemknął znajomy cień rozgoryczenia. Oczywiście nie miał żadnego samochodu. Do pracy jeździł autobusem i tramwajem z przesiadką. Z satysfakcją obserwowałem, jak pełen zakłopotania wsiadał do mojego lśniącego Mercedesa. Prowadząc płynnie samochód, kątem oka przyglądałem się, jak mój gość walczy z sennością. Nie mógł zauważyć, że wszystkie inne pojazdy ustępują nam drogi, a światła magicznie zmieniają się na zielone na każdym kolejnym skrzyżowaniu.
Dotarcie na miejsce zajęło nam jedną trzecią czasu, jaki powinno normalnie zająć o tej porze w porannych korkach. Zaprowadziłem go do najdroższej kawiarni w mieście. Z upodobaniem zamówiłem latte macchiato, a mój towarzysz poprosił o dużą kawę po amerykańsku. Zapewniłem, że ja zapraszam i płacę. I choć początkowo się wzbraniał, wreszcie pozwolił także zamówić sobie sporej wielkości deser, ciasto karmelowe z bitą śmietaną. Początkowo rozmawialiśmy o literaturze i spotkaniach, na których bywał jako wolny słuchacz. Dawałem się poznać jako znawca, a kiedy tylko spostrzegałem, jak się nakręca, potakiwałem z uwagą. Wszystko, co robiłem i mówiłem, miało na celu przygotowanie go do czegoś, co dopiero miało nastąpić. Z minuty na minutę obserwowałem, jak jego zmęczenie zamienia się w błogość, jak coraz bardziej darzy mnie podziwem i zaufaniem. Przede wszystkim jednak liczył na coś, a ja zamierzałem mu to zaoferować.
Nie za darmo oczywiście. Nie mógł wiedzieć, że to nie tylko wpływ nieoczekiwanej sytuacji kawy i kalorycznego deseru wpłynął na zmianę jego nastroju, ale że przez subtelne oddziaływania energetyczne steruję jego emocjami. Zazwyczaj nie cackałem się aż tak z moimi klientami, jednak ten przypadek był szczególny i zdawałem sobie sprawę, że mogę go spłoszyć. Na szczęście opracowałem solidny plan i wdrażałem go stopniowo, krok po kroku. Miałem na to praktycznie cały dzień. Istniał jeden poważny problem, który zamierzałem w szczególny sposób rozwiązać. Mój klient był racjonalistą. Człowiek inteligentny i wrażliwy, aczkolwiek kompletnie pozbawiony jakiegokolwiek rozeznania w sprawach nadprzyrodzonych, bez nawet odrobiny intuicji metafizycznej. Wszelkie niewyjaśnione przez naukę zjawiska omijały go, a raczej po prostu ich nie zauważał. Jedyny epizod kontaktu ze zmarłym dziadkiem w dzieciństwie początkowo tłumaczył sobie jako pojawienie się obcych, później zaś całkowicie wyparł owo zdarzenie, klasyfikując je jako omamy wywołane gorączką.
Faktycznie leżał wówczas chory w łóżku, a niewielkich rozmiarów świetlista postać za oknem mogła mu się skojarzyć z UFO. Nic podobnego później w jego życiu nie miało miejsca, a każdą opowieść zasłyszaną od religijnej matki czy eksperymentującego z psychodelikami brata uważał za niedorzeczne imaginacje nieracjonalnych umysłów. Swoje szare życie umilał sobie snuciem opowieści, a jego bogata fantazja ratowała go przed ostateczną zapaścią w rutynę. Dziwne. Podobno pisarze to fantaści. Doszedłem do wniosku, że wobec tego moje standardowe sztuczki nie wchodziły w grę. Należało dotrzeć do niego w inny sposób. Doprawdy, to wspaniałe, że mogę porozmawiać z kimś, kto podziela moje zdanie na temat Lema i Dicka, kto potrafi dokonywać na nowo interpretacji najbardziej nawet subtelnych aspektów ich twórczości. Muszę jednak wyznać, że jeszcze bardziej ekscytuje mnie możliwość porozmawiania z kimś, kto potrafi im dorównać nowatorstwem i dalekowzrocznością, a nadto godnym podziwu kunsztem literackim. Prawie zakrztusił się kawą.
Udawał, że mnie nie rozumie, chociaż serce w nim zamarło. Spodziewałem się tego. Odkąd po raz pierwszy miałem przyjemność zapoznać się z pańską twórczością, wiedziałem, że mam do czynienia z kimś wyjątkowym. Patrzył na mnie z zapartym tchem. Trwało to jakieś pół minuty. Następnie pochylił się nad stołem i gryzmoląc resztkami karmelu po pustym talerzu, powiedział cicho: „Z całym szacunkiem, ale myli się pan. Jestem tylko pracownikiem produkcji. Nie mam żadnych tytułów naukowych. Mieszkam w wynajmowanym pokoju, a do pracy jeżdżę tramwajem. Gdybym był geniuszem, za jakiego mnie pan raczy uważać, już dawno byłbym w innym miejscu”.
Obserwował mnie ukradkiem. Tym razem to on podjął pewną strategię, która była mi bardzo na rękę.umyślnie milczałem przez chwilę, po czym odparłem: „Tak mi przykro. To doprawdy straszne, że nie dano panu jak dotąd szansy objawić się szerszemu gronu odbiorców”. Zrobiłem pauzę i dodałem z przekonaniem: „Jednak właśnie szczęśliwym trafem spotkał pan kogoś, kto może całkowicie odmienić pana życie. Nasze spotkanie z pewnością nie jest przypadkowe”. Momentalnie dostrzegłem, że poczuł się pewniej. Popatrzył na mnie przenikliwie i odrzekł: „Nie wierzę w przeznaczenie”. „Rozumiem. Człowiek pańskiego pokroju do wszystkiego podchodzi z dystansem. Będę jednak niezmiernie wdzięczny, jeśli przynajmniej rozważy pan moją ofertę”.
Oczy wyraźnie mu błyszczały. „Jaka to oferta?” — zapytał i wyczułem podekscytowanie człowieka, który lada moment miał doświadczyć najważniejszej przemiany w swoim życiu. Uznałem za stosowne wygłoszenie formuły, którą standardowo przywoływałem w takich sytuacjach. „O czym pan marzy? Proszę powiedzieć otwarcie”. Patrzył mi uważnie w oczy, po czym rzekł Chciałbym się utrzymywać z pisania. Chciałbym zarabiać na pisaniu książek, żeby móc robić tylko to, zamiast martwić się, czy starczy mi pieniędzy do następnej wypłaty. Niestety jest to dla mnie nieosiągalne. Już kilku wydawców odrzuciło moje propozycje. Proponuję panu współpracę.
Mam możliwość wydania pańskich książek w ogromnym nakładzie. Zapewnię także reklamę na szeroką skalę, spotkania z dziennikarzami. Nie musi się pan niczym martwić. Moja najnowsza książka wymaga nieco poprawek, ale poprzednia, którą wysłałem już do innego wydawnictwa, jest gotowa, więc mogę ją panu przysłać. Nie wątpię, że jest znakomita. Przerwałem mu najłagodniej, jak tylko umiałem. Chciałbym jednak przedstawić panu najpierw warunki naszej współpracy. Wydania będą obejmowały książki, jakie napisze pan po zawarciu naszej umowy. Popatrzył na mnie podejrzliwie. Ach tak.
Czy chodzi zatem o napisanie czegoś na zamówienie? To pan będzie dostarczał mi tematy? Niezupełnie. Będzie miał pan całkowicie wolną rękę, jeśli chodzi o pańską twórczość. Oczekuję jednak pewnej zapłaty za możliwości, jakie panu oferuję. Bardzo mi przykro, ale już panu mówiłem, że nie dysponuję środkami finansowymi. Nie chodzi o pieniądze. Przerwałem mu znów. Proszę mi powiedzieć, co ma pan najcenniejszego. Coś, co wyróżnia pana spośród innych ludzi.
Pański wyjątkowy talent. W kontekście całej naszej rozmowy oczekiwanie takiej odpowiedzi wydawało się zbyteczne, ale chciałem mimo wszystko dopełnić formalności. Gapił się na mnie z wyraźną mieszaniną dezorientacji i zniecierpliwienia. Nie rozumiem. Uśmiechnął się krzywo. To jakiś test? Żarty pan sobie ze mnie robi? Nie — odparłem spokojnie. Jednak nalegam na odpowiedź. Wydawało mi się, że rozmawia pan ze mną dlatego, że potrafię pisać.
To znaczy, oczywiście nie jestem analfabetą. Po prostu piszę całkiem nieźle. Znowu zaczynał się plątać, wyraźnie poirytowany całą sytuacją. Musiałem być bardzo ostrożny. Jest pan świetnym pisarzem — przyznałem. A jednak przechyliłem lekko głowę i popatrzyłem mu porozumiewawczo w oczy. Nie może pan na tym zarabiać. Proponuję zatem panu rozwiązanie korzystne dla obu stron. Ja zapewnię panu dożywotni sukces ze wszelkimi profitami finansowymi. Pan natomiast w zamian odda mi swój talent.
Pan mnie traktuje niepoważnie — stwierdził zdenerwowany. Proszę nie robić farsy i mówić wprost, w czym rzecz. Chodzi o oddanie prawa autorskiego, tak? Ghostwriting? Niezupełnie. Nadszedł najtrudniejszy moment naszych pertraktacji. Bawiąc się filiżanką, powoli podjąłem temat. Bardzo proszę, żeby teraz uważnie mnie pan wysłuchał. Czy pan sobie zdaje sprawę, co takiego, oprócz znakomitego warsztatu literackiego, charakteryzuje pana teksty? Do czego pan zmierza?
Proszę mi powiedzieć, dlaczego interesuje pana właśnie fantastyka naukowa. Wiedziałem, że jest bardzo nieufny, ale na moje szczęście pozostawał nadal zaintrygowany całą sytuacją. Zastanawiał się przez chwilę i odpowiedział powoli: Lubię kreować nowe światy. Poza tym cenię sobie u wielu pisarzy niezwykłą wprost zdolność przewidywania nadchodzących w świecie zmian. Oczywiście nie potrzeba do tego jasnowidzenia. To po prostu bardzo skrupulatna analiza rzeczywistości. To był mój moment. A co gdybym panu powiedział, że pańskie wizje właśnie się spełniają? Milczał. Pan jest szalony — stwierdził po chwili.
Spodziewałem się tego. Pisał pan o neurotechnologii, o możliwości prześwietlenia mózgu, a nawet transferach danych pomiędzy układami neuronalnymi. Pamięta pan? Wpatrywał się we mnie z coraz większym lękiem. Puls wyraźnie mu przyspieszył. Pobladł. Nie publikowałem jeszcze nigdzie tych opowiadań. Wie pan, to akurat popularny temat wśród pisarzy science fiction. Próbowałem wybrnąć dość niezręcznie, żeby go uspokoić. Ale skąd pan wie, że ja o tym pisałem?
— zapytał z naciskiem. Musiałem postawić sprawę na ostrzu noża. Proszę pana, zdaję sobie sprawę, że będzie to dla pana szok. Nie są to informacje udostępniane publicznie. Nauka dokonała znaczącego przełomu i tylko dzięki swojej ogromnej inteligencji i wyjątkowo trafnej analizie rzeczywistości znajdzie się pan w gronie osób, które dostąpią poznania tej nowoczesnej technologii. Muszę pana przeprosić, że na wstępie posłużyłem się półprawdą. W pewnym sensie jestem wydawcą, jednak zajmuję się patentami najnowocześniejszych, ściśle tajnych technologii, nie zaś literaturą. Zapraszam pana w podróż do naszego laboratorium. Wyciągnąłem jakąś śmieszną atrapę, pudełeczko z ekranem dotykowym. Ten artefakt, którym się posłużyłem, miał przekonać mojego rozmówcę, że faktycznie ma do czynienia z jakąś nowoczesną technologią, a nie zjawiskiem nadprzyrodzonym.
No przecież nie mogłem mu powiedzieć, że teraz oto przeniosę jego duszę w alternatywny wymiar rzeczywistości. O żadnych jaźniach, aurach ani bytach astralnych nie mogło być mowy. Nieznacznie obniżyłem temperaturę, żeby przestał się pocić. Zwiększyłem stężenie tlenu. Jego puls wariował. Musiałem więc sobie z tym poradzić, ingerując bezpośrednio w jego ciało. Nie mogłem wpływać na jego decyzje ani sposób myślenia, jednak mogłem nieco kontrolować jego fizjologię. Liczyłem na to, że jeśli uspokoję choć trochę jego organizm, to jego świadomy umysł zracjonalizuje sobie ten fakt poczuciem bezpieczeństwa i wywnioskuje, że choć sytuacja jest niecodzienna, to jednak można ją w jakiś sposób wytłumaczyć. Zapraszam. Będę po kolei omawiał, co się właśnie dzieje.
Doświadczamy właśnie czegoś w rodzaju teleportacji. Chodzi o projekcję w ośrodkowym układzie nerwowym, jednak pomieszczenie, w jakim się znajdujemy, jest rzeczywiste. Oto najnowocześniejsze komputery o zwielokrotnionej mocy obliczeniowej. Tutaj dokonujemy transferu procesów zachodzących w mózgu. Można dzięki temu... Odleciał. Jego dusza bardzo źle znosiła odklejenie się od ciała. Zaczęła produkować na potęgę zdeformowane wspomnienia z dzieciństwa. Czołową postacią był w nich jego dziadek o wyjątkowo szczupłej sylwetce, nieproporcjonalnie dużej głowie i ogromnych czarnych oczach. Musiałem to przerwać.
Próbowałem jeszcze ze dwa razy, aż w końcu powróciliśmy do naszego stolika w kawiarni. Zwymiotował. Jednym machnięciem ręki sprawiłem, że podłoga znów była czysta, zanim zdążył nieco dojść do siebie. Zamówiłem dla niego szklankę wody. Odczekałem chwilę, po czym na nowo podjąłem temat. Pański układ nerwowy jest nieprzyzwyczajony do przenoszenia zewnętrznie generowanych impulsów. Spokojnie, to normalne na początku. Czy zrozumiał pan cokolwiek z tego, co próbowałem panu przekazać? Siedział zgarbiony, drżąc na całym ciele i patrząc mi w oczy, prawie wyszeptał: „Czy chce pan powiedzieć, że można skopiować impulsy mózgowe w postaci informacji elektronicznej i w ten sposób pozyskać jakąś umiejętność, na przykład czyjeś zdolności pisarskie?” Bingo! Był faktycznie niesamowicie bystry.
Cieszyłem się, że mimo tak traumatycznego dla niego doświadczenia zdołał jakimś cudem podążyć tym tropem, jaki mu wyznaczyłem. Czyżby dzięki tej krótkiej podróży astralnej otworzył się nieco na rzeczywistość pozazmysłową? „Wiedziałem, że doskonale pan to pojmie” – zapewniłem. Należy poczynić tylko jedno sprostowanie. Nie chodzi o skopiowanie, tylko przeniesienie. Niestety ścieżki neuronowe, które zostaną odtworzone w formie elektronicznej, biologicznie zanikają. Tak działa ten proces. Siedział w zamyśleniu. Nagle zawył z przerażeniem: „Ale jeszcze nic się nie stało!” „Ależ proszę pana, nie dokonamy żadnego transferu, dopóki nie wyrazi pan na to zgody. Nie jesteśmy przestępcami.
Nasza firma proponuje uczciwą wymianę, pełen sukces zawodowy w zamian za przekazanie zdolności intelektualnych.” „Zaraz, zaraz. Jaki sukces zawodowy? Mówiliśmy o karierze pisarskiej, a to przecież jest niemożliwe bez talentu” – zauważył logicznie. Nadszedł kolejny trudny etap naszej rozmowy, jednak byłem na to przygotowany. „Ośmielę się nie zgodzić” – uśmiechnąłem się. Proszę pozwolić, że zabiorę pana na kolejny mały spacer. Tym razem prawdziwy. To znaczy bez żadnych projekcji, bez obaw. Zaprowadziłem go do znanej sieciowej księgarni, która znajdowała się na rogu, na tej samej ulicy co kawiarnia. Podążył za mną chwiejnym krokiem.
Zatrzymaliśmy się przed witryną sklepu, gdzie widniało kilka bestsellerów ostatniego roku. „No i co pan na to?” – zapytałem wyczekująco. Skrzywił się ledwo zauważalnie. Proszę bardzo. Romans, horror dla nastolatków. Fatalny styl, banalna fabuła. Dalej opasłe opowiadanie erotyczne na ponad 500 stron. Właśnie kolejna ekranizacja wchodzi do kin. Dalej biograficzna opowieść pewnego internetowego celebryty. Poradnik motywacyjny „Jak zdobyć uznanie” napisany przez człowieka, który nie potrafi sklecić dwóch zdań bez błędów gramatycznych, co redaktor najwyraźniej uznał za integralny i niezmiernie oryginalny element tekstu.
Przerwałem, kątem oka śledząc reakcję mojego klienta, który jakby z bólem złapał się za głowę. „Wymieniać dalej?” – zapytałem uprzejmie. Nie czekając na odpowiedź, podsumowałem z satysfakcją: „Jak widzi, naprawdę talent jest niepotrzebny, by robić to, co się chce i jeszcze na tym zarabiać. Wystarczą odpowiednie znajomości, znaczący wkład finansowy i przemyślany marketing. To wszystko mogę panu zapewnić. Oczywiście decyzja należy do pana, ale w pana sytuacji, przyznam szczerze, nie zastanawiałbym się długo.” Czułem, że właśnie podałem mu na tacy propozycję nie do odrzucenia. Mając go praktycznie w kieszeni, dodałem jeszcze: „Jeśli pan chce, możemy podpisać umowę od razu. Mogę też dać czas do namysłu. Przemyśli pan sobie na spokojnie, czy chce pan skorzystać z tej niepowtarzalnej okazji, by zbić fortunę, czy może woli pan wrócić do swojego dawnego życia.” „Dziękuję. Nie potrzebuję czasu do namysłu.
Nie zgadzam się.” Zatkało mnie na ułamek sekundy. Rzadko trafiali mi się tak trudni klienci. Nie zamierzałem jednak tak łatwo się poddać. „Proszę pana, ja nie wiem, czy dobrze mnie pan zrozumiał. W grę wchodzą miliony wydanych egzemplarzy na całym świecie przetłumaczonych na wiele języków, ekranizacje pańskich powieści, gry fabularne stworzone na ich podstawie przez najlepsze wytwórnie gier. Nasza firma jest w stanie wypromować pana na taką skalę ze względu na budżet, jakim dysponujemy. Proszę pamiętać, że pracujemy z najnowszymi technologiami niedostępnymi na rynku. Nasze wpływy sięgają dalej, niż może sobie to pan wyobrazić. Nie we wszystkim chodzi o pieniądze. Proszę wybaczyć, ale nie tak wyobrażałem sobie mój sukces.
Nie pociąga mnie twórczość, która jest wyłącznie komercyjna. Zależy mi na szacunku w kręgach literackich. Powinienem się tego spodziewać. Cóż, nie było sensu przeciągać. Przyszedł czas na plan B. Proszę mi wybaczyć. Zacząłem pokornie. Nie chciałem pana urazić. Naprawdę doceniam pański talent. W przeciwnym razie nie składałbym panu tej propozycji.
Oczywiście rozumiem. Rozumiem pańskie twórcze aspiracje. Czekam, co powiem dalej, więc ciągnąłem z zaangażowaniem. Czy wie pan, jak odbywa się przyznawanie nagród literackich? Otóż obecnie ogromne znaczenie w tej kwestii ma wydźwięk polityczny dzieła. W pewnych kręgach warsztat literacki ma drugorzędne znaczenie, bo dla najbardziej wpływowych osób istotne jest sterowanie nastrojami społecznymi. Cenione jest wzbudzanie kontrowersji albo wyciszanie pewnych niewygodnych tematów. Słyszał pan o oknie Overtona? Z pewnością pan słyszał. Proszę mi wierzyć, że bierze w tym udział cały sztab ludzi, ale talent naprawdę nie gra tu wielkiej roli.
Zresztą wartość sztuki jest względna. Mogę zapewnić panu kontakt z najznamienitszymi przedstawicielami ze świata polityki i kultury. A jeśli mi pan nie wierzy, to za chwilę możemy się udać na zakulisowe spotkanie, gdzie właśnie omawiane są najnowsze pozycje na rynku wydawniczym. Proszę przestać – przerwał mi. Pan nie rozumie. Tu nie chodzi ani o pieniądze, ani o sławę. Nie mógłbym spojrzeć w oczy ludziom, których kocham. Zamrugałem kilkakrotnie. Czułem, że go tracę. Plan C musiałem wymyślać na poczekaniu.
Chwyciłem się ostatniej deski ratunku. Jak to mówią, do trzech razy sztuka. Wytworzyłem w jego umyśle wizję dostatniego życia, willi z basenem, towarzystwa pięknych kobiet, upojnych nocy. Dziesiątek spotkań z jego wiernymi czytelnikami, wywiadów z dziennikarzami, nagród i znakomitych recenzji. A wszystko to przemknęło w jego głowie niczym przyspieszony film. Panie Pawle, to jest jak "Matrix". Mówi to coś panu? Możemy dać panu wszystko. Pieniądze, sławę, uznanie bliskich. Czego można chcieć więcej?
Przecież miłość to tylko kilka impulsów w mózgu. Sam pan tak twierdził. I to wszystko w zamian za mój talent? – zapytał z niedowierzaniem. Tak, dokładnie tak. A po co wam on? – zapytał rzeczowo. Zastanowiłem się przez chwilę. Nie miałem na to gotowej odpowiedzi. Uważamy pana za wizjonera i w związku z tym pana talent przyda nam się niezmiernie do rozwijania naszych technologii.
Przecież moglibyście korzystać z moich pomysłów, kiedy już zostaną opublikowane – odpowiedział logicznie. Naprawdę już zaczynał mnie wkurzać. To tajne. Nie mogę ujawniać planów firmy. Gdybyście naprawdę tak strasznie potrzebowali mojego talentu, a przy tym byli tak wpływowi, to nie uzależnialibyście swojego przedsięwzięcia od mojej decyzji. Nie wierzę w etykę działania korporacji. Tym bardziej że zdążył mi pan już złożyć kilka ofert o bardzo wątpliwej moralności. Do diabła! Nie jesteśmy żadną korporacją. Transfer nie zadziała bez pańskiej wolnej woli.
Ku mojej wściekłości roześmiał się. Ależ nie ma czegoś takiego jak wolna wola. I pan, jako ktoś zajmujący się neuronauką, powinien doskonale o tym wiedzieć. To tylko złudzenie, abstrakcyjny problem, który filozofowie stworzyli sobie, usiłując zdefiniować pewne pojęcia. Nie próbuj zrozumieć swojej natury, bo ci się to nie uda – wycedziłem. Głośniej dodałem: No cóż, jak pan uważa. Gdyby jednak zmienił pan zdanie, zostawię panu moją wizytówkę. To zbyteczne. Nawet gdyby pańska oferta była autentyczna, w co szczerze wątpię, uznałbym ją za propozycję nie do przyjęcia. Jak pan chce.
Niech pan wraca zatem do swojej fabryki i swojego wynajmowanego pokoju. Życzę powodzenia. Szkoda, bo naprawdę ma pan talent – powiedziałem z przekonaniem i powtórzyłem: Szkoda. Do widzenia. Do widzenia. Panie Kluczek! – zawołał jeszcze, tak że odwróciłem się w nagłym przypływie nadziei. Jestem panu niezmiernie wdzięczny. Już wiem, o czym będzie moje następne opowiadanie.
[06:06:28] - Czas, proszę państwa, na recenzarium Ewiwy. Tym razem, jak to powiedzieć? Otóż w zeszłym tygodniu Luiza Dobrzyńska mówiła o cyklu „Siedem zwierząt Riley'u”. Nika Pierumowa omówiła pierwszy tom zatytułowany „Tern”. Dzisiaj czas na tom drugi „Aledora” to jest, tak jak powiedziałem, drugi tom. Świat Siedmiu Zwierząt Rylegu wykreowany przez Nicka Perumova to świat niezwykły. On jest zamieszkany przez rozumne i proszę państwa nierozumne rasy, z których każda posługuje się jakąś właściwą sobie magią. Aledora jest dziewczyną, która została wydana przez ojca za książęcego syna sąsiada. Mąż ma ciągoty do agresji i znęcania się nad bliskimi, więc gdy dziewczyna ucieka temu damskiemu bokserowi, to ta decyzja o ucieczce jest kamyczkiem, który porusza przysłowiową lawinę. Lawinę wydarzeń, która może odmienić świat Rylegu.
Zapraszam państwa na recenzję Luizy Evivy Dobrzyńskiej.
[06:08:31] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Przyznam, że Nick Perumov, aczkolwiek bardzo dobry pisarz, był mi całkowicie nieznany do czasu, kiedy do recenzji dostałam książkę pod tytułem „Tern”. Zabrała mnie ona w świat zupełnie różny od naszego, choć z drugiej strony mógł się wydawać podobny. Ale jednak nie był to nasz świat. Siedem Zwierząt Rylegu. Tak nazywa się cykl, który rozpoczął „Tern”. Drugą powieścią w tym cyklu była książka pod tytułem „Aledora”. Biorąc ją do ręki, oczekiwałam, że również ten tom będzie skupiony na Ternie i jego drodze w niewiadomym kierunku. Jednak, chociaż oczywiście pojawia się i on, i jego towarzyszki, najważniejszą osobą w książce stała się tytułowa Aledora. Młoda szlachcianka zostaje wychowana na dworze swojego przyszłego męża.
Wszystko idzie bardzo dobrze, wręcz układa się jak w bajce. Aż do ślubu. Podczas nocy poślubnej dziewczyna ciężko rani swojego męża pogrzebaczem, po czym ucieka. W ślad za nią rusza żądny zemsty brat jej męża. Uciekając przed nim, Aledora dociera do domu, do swego rodzinnego dworu, licząc na to, że ustosunkowany ojciec oraz znana dobrze na dworze królewskim matka pomogą jej obronić się przed rodziną męża. Nie waha się oświadczyć nawet przed samym królem, że wybranek okazał się brutalem i w noc poślubną po prostu ją pobił. Mimo to już wkrótce Aledora musi ponownie uciekać, choć tym razem za bardzo nie ma dokąd. Wkrótce jednak znajduje cel. Jest nim Necropolis, stolica zasiedlona przez magów. Aledora pragnie tam dotrzeć za wszelką cenę.
Już nigdy nie chce się nikogo bać. Pragnie, żeby to inni bali się jej. I ma sposób, żeby to uczynić. Zanim dotrze do Necropolis, skrystalizuje się w jej umyśle plan. Oto zostanie Królową Gończych, owianych złą sławą wysłanniczek magów, które podobno są niezwyciężone i wyjątkowo okrutne. Historia Aledory jest bardziej zawiła niż historia Terna, o którym tak naprawdę wiele nie wiemy. Przynajmniej na razie. Orientujemy się, że tę dwójkę coś łączy, z tym że oni sami nie wiedzą jeszcze co. Wielka tajemnica, która ma wpływ na cały świat Rylegu cierpiący z powodu zarazy zwanej zgnilizną. I o ile Tern, jak się zdaje, chce znaleźć sposób na zarazę, o tyle Aledora ulega żądzy władzy, pragnieniu siły, której nic się nie oprze.
A tak się złożyło, że ma wrodzoną zdolność przejmowania owej siły. Magowie w Necropolis od razu to zauważyli. Również Tern, kiedy ich los zetknie, od razu wyczuje bratnią duszę, albowiem on ma w sobie dokładnie to samo, co ta biedna dziewczyna. Tyle tylko, że panuje nad tym. Zderzenie tych dwóch osobowości jest całkowicie niezwykłe. Z jednej strony mamy całkowicie już opętaną kobietę, która pragnie mścić się za to, co ją w życiu spotkało, a jeszcze bardziej pragnie, aby wszyscy dookoła się jej bali. Z drugiej strony mężczyzna z rodu Dusów. Nie wiemy tak dokładnie, kim są Dusowie. Humanoidzi, ale nie całkiem ludzie. W każdym razie Tern jest całkowitą odwrotnością Aledory.
Jest niezwykle łagodny. Nawet jeżeli musi walczyć, robi to z najwyższą odrazą. Czyżby oni mieli dopełniać się nawzajem? I czy właśnie to nie jest celem sił rządzących Rylegiem? Sił, o których nie mają pojęcia nawet najmądrzejsi magowie, a które mają bardzo dużo wspólnego z potworną zarazą zwaną zgnilizną oraz tym, co ona robi z ludźmi i całym otoczeniem. Jeśli nie znacie jeszcze tego cyklu, radzę po niego sięgnąć. Przygotujcie się jednak na to, że o ile „Tern” — chociaż ta część, można powiedzieć, wprowadza nas dopiero do tego świata, musimy się zapoznać z nowymi nazwami, nowymi pojęciami, ale czyta się dość lekko — o tyle „Aledora” jest dużo cięższa w odbiorze, dużo mroczniejsza. Dzieje się tam o wiele więcej zła, czystego zła, z którym naprawdę trudno się mierzyć. A mimo to warto się z nią zapoznać. Życzę wam miłej lektury.
Dziękuję za uwagę. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[06:13:21] - No i cóż, proszę państwa, czas upływa. Miało być krócej, wyszło tak sobie, ale rzeczywiście gdzieś tam koniec widać, bo przed państwem kolejny odcinek cyklu rozmów z Piotrem Plebaniakiem o tym, jak budować i niszczyć imperia. Zapraszam. A to widomy znak tego, że „Bibliotekarium 2.0” numer 31 zdecydowanie zmierza ku końcowi. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:13:58] - Dzień dobry, pozdrawiam z Tajwanu jak zwykle.
[06:14:01] - A my mamy lepiej, bo my mamy długi weekend, a na Tajwanie nie ma długiego weekendu. Także mamy aby raz wyższość.
[06:14:11] - Cholera. Oczywiście.
[06:14:14] - I rozumiem, że nam pan bardzo zazdrości tutaj.
[06:14:18] - Zazdroszczę, jak zazdroszczę, bo wy tam już jecie robaki, żeby ratować matkę ziemię albo ojca ziemię, bo to jeszcze nierozstrzygnięte. A ja tylko raz, wyjątkowo dzisiaj, bo mi pizzę mrówki oblazły, więc parę chyba zjadłem, bo stwierdziłem, że nie będę marnował.
[06:14:33] - To życzymy smacznego.
[06:14:35] - To ja wam życzę smacznego.
[06:14:37] - Jest pan w awangardzie postępu, tak. Panie Piotrze, dzisiaj reguła, chciałem powiedzieć, że prosta, ale nie wiem, czy jest prosta. Jest na pewno krótka, a brzmi w ten sposób: „Aby nazwać świat, trzeba go najpierw opanować”.
[06:14:58] - Cały esej, z którego to prawidło jest wzięte, czyli „Prawo do nazywania świata” jest kwintesencją całych rozważań o tym, co jest głównym zajęciem homo sapiens, jak ktoś jest niegrzeczny, a homo sapiens, jak jest normalną osobą. My jesteśmy uwikłani w walkę o status, o prestiż w stadzie, tym wirtualnym stadzie, w którym jakieś grupy naszych znajomych czy w ogólnym, naszych na przykład kolegów, koleżanek z pracy. Generalnie zawsze patrzymy na ten status, patrzymy, kto jest w najwyższej gałęzi, który w kolejce do dziobania, bo to też jest istotne, bo ten najsilniejszy w stadzie jako pierwszy, na przykład myśliwy w jakimś plemieniu, jako pierwszy spożywa posiłek albo wybiera sobie najlepsze kąski, prawda? Jest hierarchia zawsze lepiej czy gorzej ukryta, natomiast zawsze jest. Teraz kto ma prawo do nazywania świata? Zwycięzca. Ten, kto kontroluje wszystko albo kto chce zademonstrować, że jest tym zwycięzcą, bo czasami ci, którzy kontrolują świat, znaczy kontrolują go z tylnego siedzenia, to się tak mówi bodajże po angielsku, a po polsku to jest chyba określenie, które nie pasuje do gramatyki, do tego, co mówię, ale to jest ta grupa trzymająca władzę, prawda? Czyli cytując wyrok z tej afery Rywina, nieokreślona grupa osób ma władzę. Ale w naszych współczesnych wojnach kulturowych mamy przecież tak, że w sposób oczywisty ludzie, osoby chciałem powiedzieć, wymagają od innych, żeby nazywać zjawiska świata tak, a nie inaczej, klasyfikować rozmaite zjawiska tego świata. Na przykład mówiliśmy niedawno tutaj czy w Telegramie, już nie pamiętam, o definicji, co to jest kobieta.
Nowy premier Nowej Zelandii niestety dał się zaskoczyć i nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Więc kto ma prawo do nazywania świata? Ten, kto faktycznie ma tą władzę albo jest wyznaczony do tego, żeby ten świat nazywać. Zobaczmy wszyscy, znaczy ja zobaczyłem, a teraz ci, którzy jeszcze nie zdążyli, to też zobaczą. Zobaczcie, niech będzie. Ale zobaczcie w atlasach geograficznych we wszystkich zakątkach świata, w jakim języku są nazywane gwiazdozbory, w jakim języku jest nazywany Atlantyk albo Pacyfik. W języku chińskim, ponieważ Chiny są dość silnym ośrodkiem cywilizacyjnym i nigdy nie zostały w pełni skolonizowane, zostały potężnie zmaltretowane w czasie między innymi wojen opiumowych, ale mają swoje nazwy, czyli Atlantyk to jest Ocean Zachodni. Pacyfik to jest Ocean Spokoju, czyli to już jest przetłumaczenie nazwy zachodniej. Proszę zobaczyć, że to jest mieszanka, ale rozmaite nazwy są wymieszane. Na przykład Mars to nie jest tak jak po batonie, moim zresztą ulubionym, nazwany, tylko nazwany jest rzymskim.
Nie spaliłem. Bogu wojny czy greckim? Rzymskim.
[06:18:10] - Rzymskim. Grecki był Ares.
[06:18:13] - Tak, rzeczywiście. Przez sekundkę nie byłem pewny. Bardzo przepraszam. Natomiast po chińsku to jest Huǒxīng, czyli powiedzmy, że planeta ognia, ale ogień, prawda, jest tym elementem. Natomiast Najwyższa Biel to jest nazwa Wenus, prawda? Czyli nie ma nic wspólnego z naszą mitologią. Ale proszę zobaczyć, że mimo wszystko te nazwy zachodnie przenikają do języka chińskiego. Już nie będę podawał więcej przykładów, zajmiemy się innymi. Najlepszym takim przykładem jest święta góra Australii, która nazywa się Ayers Mountain w języku obrzydliwych kolonizatorów. Natomiast Uluru to się nazywa w języku miejscowych Aborygenów.
Akcja była taka, przepraszam za takie wyrażenie slangowe, że zawsze ta Uluru nazywała się Ayers Mountain. Natomiast w latach 80. zyskała nazwę podwójną, czyli Ayers Uluru, a potem w kolejnej dekadzie odwrócili tą kolejność, czyli Uluru Ayers. A teraz z tego, co kojarzę, to w ogóle zeszło, że tylko Uluru. Więc proszę zobaczyć, że możemy to interpretować na dwa sposoby. Po pierwsze ze względu na tendencje czy też choroby społeczne tak zwanych osób identyfikujących się jako liberalne. My, biali ludzie Zachodu, którzy dokonali kolonizacji całego świata i nazwania tego świata w wieku XIX, przywracamy te stare nazwy, te pierwotne nazwy ludów, które tam wcześniej zamieszkiwały z jakichś powodów. Może to być cały szereg powodów, niekoniecznie związanych właśnie z tym, że ktoś ma władzę nad światem, bo nadal mamy władzę nad światem i korzystamy z tej władzy, żeby przywrócić te stare nazwy. Czy to z szacunku, czy to jakiś rodzaj ekspiacji, próby zadośćuczynienia i tak dalej. Natomiast wracając do wojen kulturowych, wracając do całej kwestii: kto ma władzę, kto ten świat kontroluje, ten ma prawo ten świat nazywać.
Kto odkryje jakieś zjawisko, jakieś prawidło natury, to ma prawo nazwać go swoim imieniem albo imieniem osoby ukochanej. To było na przykład w filmie „Armageddon” z Brucem Willisem. Czy astronom, jak ktoś kojarzy scenę, to już się śmieje, bo to było bardzo śmieszne. Astronom, który odkrył asteroidę, która ma uderzyć w Ziemię i ją zniszczyć, rozwalić na atomy, skorzystał z tego prawa i nazwał imieniem swojej żony. Więc kojarzy pan tą scenę? Pozwolę, że się spytam, to stary film.
[06:21:13] - Tak, ale ona jest śmieszna nawet bez skojarzenia z filmem. Już samo ustawienie postaci jest śmieszne.
[06:21:23] - Dokładnie. Ta scena to była jedna z najśmieszniejszych w całym filmie. Zresztą bardzo polecam wszystkim, jeżeli ktoś nie ogląda albo chce sobie odświeżyć. Na samym początku generalnie, więc nie trzeba długo oglądać. Natomiast wracając: jak chcemy zobaczyć, kto ma władzę w danym społeczeństwie czy w danym okresie historycznym, czy w danym jakimś państwie, to patrzymy, kto nazywa zjawiska, kto nazywa miejsca, kto stawia komu pomniki, kto ma prawo wystawiania tych pomników. Bo najczęściej pomniki wystawiane są osobom, które miały jakiś wkład w ten czyn założycielski jakiejś społeczności albo dały tej społeczności jakiś rodzaj siły, wzmocniły albo wzbogaciły w jakiś sposób. Więc generalnie następnym problemem, nie wiem, czy mamy jeszcze chwilę czasu, jest uzurpowanie sobie tego prawa albo robienie tak zwanego gaslightingu, czyli wmawiania komuś, że ma się tą władzę. Naziści w latach 30. XX wieku w Niemczech oczywiście, u naszych odwiecznych przyjaciół sąsiadów, którzy zawsze traktują nas jako równych sobie od całych stuleci, a nawet tysiącleci, bym powiedział. W latach 30.
XX wieku było tak na przykład i to jest absolutnie fascynujące, polecam przeczytanie książek na temat właśnie propagandy nazistowskiej. Naziści na przykład po to, żeby zrobić wrażenie, że jest ich pełno, przed wyborami oczywiście, bo to chodziło o zdobycie w sposób demokratyczny tej władzy. To też ma swoje jakieś odgałęzienia, dygresje, które moglibyśmy omówić, ale czasu na to na pewno nie mamy. Więc naziści specjalnie krążyli w takich jak gdyby kółkach patrolowych po całym mieście w taki sposób, żeby ci postronni czy też niezdecydowani, czyli tak zwani swing voters, czyli tacy, którzy pod wpływem impulsu albo argumentacji, albo generalnie pod wpływem tego, co do nich dotrze percepcyjnie, zmienią zdanie. Czyli to jest coś odwrotnego do tego żelaznego elektoratu, o bycie którym oskarżamy naszych nieprzyjaciół, poniekąd pośrednio nazywając ich główkami w ten sposób, którzy nie potrafią podejmować decyzji racjonalnych, tylko idą za stadem na przykład albo się uprą w jakiejś opcji politycznej. Więc naziści specjalnie jeździli w tych cyrkach, wszędzie malowali te swastyki. Tu jest teraz bardzo podobny ruch w amerykańskiej wojnie kulturowej, która się rozlewa na inne kraje świata, że inna symbolika jest wsadzana wszędzie, gdzie się da. Więc już nie będę zestawiał, bo to nieładnie jest zestawiać ludzi z nazistami. Argumentum ad hitlerum raczej staram się nie stosować, chociaż tu akurat byłby bardzo merytoryczny. Wracając już do tych rzeczywistych nazistów z lat 30.
XX wieku z Niemczech, malowali wszędzie swastyki, stworzyli całą ikonografię, która była specyficzna dla nich, która wyróżniała ich spośród konkurencji politycznej, przede wszystkim komunistów, tych międzynarodowych, bo Niemcy byli narodowym socjalizmem, a socjalizm taki międzynarodowy był wprowadzany między nimi przez całą agenturę agentów wpływu, jakieś bojówki, niebojówki komunistyczne inspirowane przez bolszewików, którym nie udało się przecież do Niemiec dojść, bo stanęła im na drodze jaki wspaniały, najwspanialszy kraj na świecie, panie Marku?
[06:24:50] - Tak, oczywiście wszyscy wiemy. Cud nad Wisłą, te rzeczy. Mitologia wszelaka.
[06:24:58] - Tak jest. Nie wiem, mógłbym zakończyć. Może jakieś pytania?
[06:25:05] - Ja chciałbym jeszcze powiedzieć, że pan odwołał się do góry aborygeńskiej Uluru. Taki przykład jest bliżej. Niech pan zobaczy, co robili komuniści z zakładami E. Wedel. Najpierw był wielki napis „E. Wedel”, a pod spodem „22 lipca” całkiem małe, a później proporcje tych napisów się zwiększały. Gdzieś pod koniec komuny najważniejsze były te zakłady 22 lipca, dawniej E. Wedel. Niestety komuna się rozsypała i wrócił Wedel, ale szło ku temu.
[06:25:43] - Ale znakami kanji, bo to Japończycy chyba wykupili, z tego, co kojarzę.
[06:25:49] - Tak. Ale chciałbym jeszcze o jedno zapytać, bo mówiliśmy o tej dominacji, o podkreślaniu swojej pozycji. Czy naprawdę w tym nazywaniu świata tylko o to chodzi? Czy tam jest jeszcze jakiś dodatkowy, ukryty cel?
[06:26:06] - Dominacja pozwala kontrolować przepływ i dystrybucję zasobów. Kto ma tą dominację, kto zdoła przekonać tych, którzy są podatni na taki wpływ, że to oni są przy władzy, to uzyska zdominowanie. To się nazywa tym angielskim słowem, jednym z moich ulubionych, które było w „Siła psychohistorii” w książce, bo przecież muszę zawsze wspomnieć jakąś książkę, inaczej bym nie był pisarzem, bo pisarze muszą to robić. W książce „Siły psychohistorii” używam takiego terminu „assert domination”. Nie ma dobrego polskiego odpowiednika. Jak ktoś zna, to bardzo proszę koniecznie się skontaktować. Ale ja wiem, że nie ma. Nie da się, bo w powszechnym użyciu nie ma takiej koncepcji. „Assert domination” – przepraszam, że mówię wschodnioeuropejskim akcentem – oznacza jakiś akt pokazujący wszystkim, że jest dominacja, ale jednocześnie ten akt ma nie tylko być przejawem tej dominacji, ale też wymusić na innych przejście pomimo, w wersji minimum albo pełną akceptację, że ktoś zacznie drzeć mordę razem z nami, że tam notuje różne nazwy ideologii, proszę sobie wstawić cokolwiek. Generalnie ten „assert domination” jest aktem nie tylko pokazania, że się ma władzę i decydowanie, co inni mają mówić albo myśleć, albo robić, ale też jest formą podporządkowania tych innych.
Bo jeżeli oni zaprotestują, jeżeli są asertywni, a pamiętacie, ja jestem asertywny, bo mam taki odruch, wyuczyłem się, moi wrogowie mnie raczej nauczyli tego odruchu. Natomiast są ludzie, którzy są pokojowi i są mniej konfrontacyjni. Takie przyzwolenie ciche jest pierwszym wstępem do tego, żeby taka osoba była zdominowana i popadła częściowo na przykład w tą wyuczoną bezradność, którą omawialiśmy wcześniej w telegramie. Generalnie kto jest w stanie za pomocą symboliki, ikonografii obecnej w przestrzeni publicznej, czy za pomocą nazw, które narzuca innym, na przykład była ta kwestia tego słowa „murzyn”, które nagle wszyscy tacy najbardziej tak zwani postępowi stwierdzili, że zakażą innym używania tego słowa, bo nagle się okazało, że jest brzydkie. To dłuższa historia oczywiście. Natomiast ten, kto ma prawo coś takiego zrobić, utwierdza innych, że ma tą władzę i wtedy ta władza staje się większa. To jest takie samospełniające się proroctwo. To jest moje osobiste zdanie, zawsze trzeba takie siły kontrować, tworzyć kontrsiłę, dlatego że optymalną opcją w naszym społeczeństwie demokratycznym, chwała demokracji, zaletą tego jest to, że mamy te checks and balances, czyli jakieś mechanizmy kontroli władzy polegające na tym, że nie pozwalamy tym najsilniejszym urosnąć za bardzo, żeby nie za bardzo zdominowali. Powtarzając, to jest największa zasada tych naszych tak zwanych demokracji i tak zwanych rządów przedstawicielskich. Over.
[06:29:11] - Tak, panie Piotrze, myślę, że wszystko jasne. Mamy już jasny kierunek, w którym powinniśmy podążać, żeby zbudować imperium, czyli też narzucić to, co mają myśleć, a właściwie jak mają nazywać świat ludzie. I to będzie jeden z pierwszych kroków do zbudowania imperium. Pięknie dziękuję, panie Piotrze. Do usłyszenia za tydzień.
[06:29:36] - Ja też dziękuję, do usłyszenia.
[06:29:40] - Tak. I teraz przydałoby się słowo na koniec. I jestem w pewnej konsternacji. Dlaczego, zapytacie państwo. Czyżby skończyły się materiały? Otóż nie. Jestem w pewnej konsternacji, bo pewne materiały są przede mną. To znaczy muszę je dopiero nagrać. I byłoby dużym błędem, gdybym dzisiaj chwalił się, z kim to ja chcę rozmawiać i co państwu w następnej audycji przedstawię, bo to troszeczkę będzie zależało od tego, jak nam będą służyły łącza, jak nam się to wszystko uda, czy autorzy zdążą na czas, czy połączymy się na tyle korzystnie, żeby ta rozmowa przebiegła w sposób nieskrępowany i satysfakcjonujący naszych słuchaczy. Wiecie państwo, technika lubi płatać figle, czego całkiem niedawno doświadczyłem.
Nie dało się. Po prostu się nie dało pewnych rzeczy nagrać, więc i tak może być. Więc wybaczcie państwo, ale tym razem poza stwierdzeniem, że tak zwane stałe punkty programu oczywiście za tydzień będą, to tym razem nie pochwalę się tym, co państwu przedstawię, ale mam chrapkę na to, że to będzie niezwykle ciekawe. A zatem zapraszam za tydzień na 32. odcinek, 32. edycję „Bibliotekarium 2.0”. Pozdrawiam, życzę dobrej nocy i dobrej końcówki bardzo długiego weekendu.
[06:31:23] - A mówił to do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.