[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Jakoś tak mi się dziwnie wydaje, proszę państwa, że dzisiejszy wieczór z Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji będzie takim z tych dłuższych. Prawda, Marku Żelkowski?
[00:30] - Prawda, prawda. Dzień dobry wieczór państwu. Zdaje się, że dzisiaj wszelkie rekordy zostaną pobite. Cóż, po to są, żeby je pobijać. Obiecuję, że nie będę tego robił brutalnie, ale do pobijania będę przystępował. Pięknie państwa witam w kolejnym odcinku Bibliotekarium 2.0. Cóż, odpalamy audycję. Sobie patrzę i patrzę. Cóż, proszę państwa, dzisiaj będą nowości, ale to nie będą zupełnie nowe nowości. Polecajki będą dotyczyły wznowień, ale wznowień szlachetnych.
Takich, które aż chce się czytać. Poszperałem, pogmerałem, poprzeglądałem internet. W wielu wydawnictwach byłem i znalazłem trzy wznowienia, które uznałem, że naprawdę warto, żebyście państwo po nie sięgnęli. Oczywiście wtedy i tylko wtedy, jeśli nie są one państwu znane, bo to inna sprawa, że aż czasami sobie nie wyobrażam, że można by tych tytułów nie znać. Żartuję oczywiście. Książek jest w tej chwili tyle, że nie ma takiej możliwości, proszę państwa, żeby ktoś znał wszystko. Ja to rozumiem i stąd te moje polecanki, odwołujące się właśnie do wznowień, bo może gdzieś tam kiedyś coś państwu umknęło. Muszę powiedzieć, że ucieszyłem się, kiedy dotarła do mnie informacja, iż właśnie ukazało się wznowienie w nowym przekładzie wyśmienitej powieści Clifforda Simaka. To jest powieść nagrodzona Nagrodą Hugo. Powieść Clifforda Simaka „Stacja pośrednia”.
Tę książkę wydało wydawnictwo Zysk i Spółka, które wydaje różne książki. Tak to sobie określmy, ale ta akurat jest trafiona w punkt. Wojtek Sedeńko, znany państwu z wydawnictwa Stalker Books i w ogóle człowiek, który jest dobrą duszą polskiej fantastyki naukowej i nie tylko fantastyki naukowej, bo fantasy również i wszystkich gatunków pokrewnych, powiedział o tej powieści w sposób następujący: „To jedna z najsympatyczniejszych opowieści SF, jakie znam. Wprost gotowy materiał na dobry film”. Cóż można o tej powieści powiedzieć, żeby państwu jej nie spalić, nie zaspoilerować zbyt mocno? Otóż umiejscowiona na rozstaju kosmicznych szlaków pewna farma staje się centrum galaktycznej afery. Już państwo wyczuli to, że cytuję notkę redakcyjną, pochodzącą z wydawnictwa. Niech będzie. To akurat się przydaje, bo wiecie państwo, w moim gadulstwie mam tendencję do spoilerowania, więc czasami wolę ograniczać się tymi notkami. Może w nich coś dodaję, czasami coś przekręcę, ale one trzymają mnie w ryzach i dzięki temu nie spoileruję i nie opowiadam państwu całych książek, bo to chyba nie byłaby dobra praktyka.
Otóż niejaki Enoch Wallace to jest człowiek, który żyje na tej farmie i on nie przypomina zwykłych ludzi. Żyje samotnie w Wisconsin. Cóż, przechadza się z dziewiętnastowieczną strzelbą, a co ciekawe, w ogóle się nie starzeje. Ten ostatni fakt wzbudza podejrzenia i przyciąga uwagę służb rządowych. W związku z tym pojawia się u naszego bohatera wścibski agent wywiadu. Jakżeby inaczej? My to wiemy, czego nie wie agent. Enoch jest ostatnim żyjącym weteranem wojny secesyjnej i od blisko stulecia kieruje tajną stacją dla kosmitów podróżujących między gwiazdami. Dary wiedzy, długowieczności, jakie otrzymał Enoch od przybyszy z kosmosu, okazały się, ktoś powie, czymś niesłychanym, wspaniałym, ale on to chyba odbiera inaczej. On to odbiera jako straszliwe brzemię.
I jak państwo przeczytacie książkę albo zaczniecie ją przynajmniej czytać, to przekonacie się, że takie stwierdzenie o tym brzemieniu nie jest na wyrost. Nie wypowiadałem go na wyrost. W każdym razie te dary pozwoliły między innymi dostrzec Enochowi wiszącą nad ludzkością groźbę zagłady. To nie jest komfortowa sytuacja, kiedy żyjemy tak długo i dostrzegamy, że ludzkość wprawdzie technicznie rozwija się, ale tak naprawdę stacza się ku katastrofie. Oczywiście jak w każdej dobrej powieści musi istnieć pewna szansa na uniknięcie tego, co wydaje się nieuniknione. Tak. Tylko jak to bywa z diabelską alternatywą, czasami lekarstwo może okazać się gorsze niż choroba, z której chcemy się wyleczyć. Jeszcze jeden cytat. „Stacja pośrednia, która zdobyła nagrodę Hugo, to powieść niezwykle pomysłowa, wzruszająca i pełna człowieczeństwa. Z pewnością dowodzi ona, że Clifford Simak zasłużył na tytuł klasyka science fiction.” To tyle na temat tej powieści.
Naprawdę, wierzcie mi Państwo, wybrałem ją z czystym sumieniem. Naprawdę polecam. Kolejna powieść na pewno Państwu obiła o uszy. Jej tytuł brzmi jak adres internetowy, a mianowicie „www.1939.com.pl”. To jest powieść Marcina Ciszewskiego. Tym razem wydawcą tej powieści jest wydawnictwo Skarpa Warszawska. Przytoczę Państwu notki redakcyjne z obu wydań. Z pierwszego wydania i z drugiego. One się nieco różnią, dlatego postanowiłem zastosować taką dwoistość. Otóż w pierwszej notce z pierwszego wydania czytamy następujące słowa: „Jak wyglądałaby kampania wrześniowa 1939 roku, gdyby doborowy batalion NATO uzbrojony w najnowocześniejszy sprzęt XXI wieku włączył się w działania polskiej armii?
Armii toczącej nierówny bój z hitlerowską nawałnicą. Czy odwrócenie przebiegu pierwszej wielkiej wrześniowej batalii, Bitwy pod Mokrą miałoby decydujący wpływ na losy II wojny światowej, czy też byłby to nic nieznaczący epizod, a losy Polski, Europy oraz świata potoczyłyby się w znany nam sposób? To historiozoficzne pytanie zadał sobie Marcin Ciszewski w swojej pasjonującej, pełnej dramatycznych zwrotów, miejscami również zabawnej powieści »www.1939.com.pl«.” To była pierwsza notka. Wierzcie mi Państwo, to jest powieść, która pobudza wyobraźnię. Chwilami zdajemy sobie sprawę, że ona pewnych paradoksów czasowych nie unika, ale to nie jest znaczące. To jest naprawdę powieść, którą czyta się, nie wiem, czy z wypiekami na twarzy, ale czyta się z zainteresowaniem. Czy wszystko musi być z wypiekami na twarzy? Czyta się z zainteresowaniem i trudno się oderwać. Pamiętam, że pierwsze wydanie po prostu połknąłem. To było oczywiście coś nowego.
Później się pojawiły kontynuacje, ale to naprawdę jest kawał fajnej, sensacyjnej lektury. A wiecie Państwo, że ja za taką lekturą jak najbardziej. Teraz przytoczę Państwu kolejną notkę z drugiego wydania. „Porywająca i pełna zwrotów akcji opowieść o tym, czy jest możliwe wpłynięcie na bieg historii, którą tak dobrze znamy. Doborowa Polska Batalionowa Grupa Bojowa z udziałem amerykańskiego komponentu, uzbrojona w najnowszą i najbardziej zaawansowaną technologicznie broń, przenosi się do roku ’39, by włączyć się do walki. Czy mając nie tylko sprzęt, ale także wiedzę na temat wydarzeń z przyszłości, uda się odmienić losy Polski, Europy i świata? Czy jednak prawda kryje się zupełnie gdzie indziej, a przyszłość nadal będzie malować się w ciemnych barwach? Czy da się spełnić odwieczny sen o władzy nad rzeczywistością? Marcin Ciszewski powraca w nowej, zrewidowanej i poprawionej odsłonie legendarnej powieści »www.1939.com.pl«.” To tyle. Jeśli Państwo w drugim dziesięcioleciu tego wieku nie natrafili na książkę, to ja ją polecam.
Naprawdę warto. Po to są te polecajki, że warto. I wreszcie książka ostatnia. Tu się mogę zaciąć, bo to też jest wznowienie, oczywiście, tak jak wcześniejsze dwie książki. Wznowienie książki „Gambit Lisa”. „Gambit Lisa” został napisany przez Yoon Ha Lee. W każdym razie tak to się chyba czyta: ygrek, dwa o, en. Yoon Ha Lee. To jest pierwszy tom cyklu stworzonego przez tego autora, a ukazał się ten tom w serii Uczta Wyobraźni. Cóż mogę powiedzieć?
Tu znowu bezpieczna notka, którą możecie Państwo oczywiście wylukać sobie również w internecie, ale ja ją dla Państwa przeczytałem. Brzmi ona następująco: po tym, jak kapitan Kell Cheris z Hexarathatu. O jakie mam problemy kiedy z nowomową. To jest, proszę państwa, zemsta za to, że w swojej książce „Wojna cieni” bohaterowie należący do gadziej rasy mieli czasami imiona na całą linijkę. Współczuję do dzisiaj lektorowi, który czytał audiobooka. Że ten człowiek się nie zadławił, czytając takie imiona, to jest wielki szacun. W każdym razie, po tym, jak kapitan Kell Cheris okryła się hańbą po zastosowaniu niekonwencjonalnych rozwiązań taktycznych, dowództwo dało jej szansę rehabilitacji i ta bohaterka będzie musiała odbić Twierdzę Rozrzuconych Igieł z rąk heretyków. Trochę to, proszę państwa, na razie przynajmniej brzmi jak fantasy, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Największe nadzieje na powodzenie swojej misji wiąże Cheris z nieumarłym geniuszem taktyki, który nigdy nie przegrał. Za to w swoim pierwszym życiu oszalał i unicestwił dwie armie, w tym swoją własną.
W miarę jak oblężenie przeciąga się, Cheris zaczyna się zastanawiać, czy na pewno może ufać swojemu towarzyszowi, zanim stanie się jego kolejną ofiarą. Państwo wiecie, że ja mam mieszane uczucia, kiedy przywołuję portal Lubimy Czytać, ale pod tą książką znalazłem dwie niezwykle ciekawe recenzje, omówienia i postanowiłem je przytoczyć za portalem Lubimy Czytać. Pierwsza z tych recenzji została napisana przez Daniela Taberskiego. Jak napisać książkę sci-fi, w której jest magia? Yoon Ha Lee udało się to całkiem zgrabnie osiągnąć. Mamy świat dalekiej przyszłości. Tak dalekiej, że nawet wzmianki o Ziemi nie ma. Względnie jakiś zupełnie inny wszechświat, w którym istnieje magia, tylko nazywa się efektami egzotycznymi i do działania wymaga kogoś, kto ogarnia bardzo zaawansowaną matematykę i tego, że ludzie w coś wierzyli. Świat jest bardzo fajny i naprawdę zgrabnie sprzedany. Uważny czytelnik dopiero po jakimś czasie orientuje się, że bohaterowie żyją w państwie bardzo mocno totalitarnym.
Fajne i świeże SF. Czytało się bardzo miło. To pierwsza z mini recenzji na portalu Lubimy Czytać. Druga została stworzona przez czytelniczkę, która podpisuje się nickiem pod pseudonimem Akedeia. Chyba tak to się czyta. Akedeia. Może tak. Sprytna, sprawna powieść. Militarne science fiction grające z oczekiwaniami i uwagą czytelnika. Dostajemy świat, w którym wyższa matematyka jest prawie że magią, w każdym razie nieodróżnialna od magii, a społeczeństwo ludzkie, które nam książka pokazuje, organizuje się według dokładnie wyliczonego kalendarza.
Im lepiej ludzie przestrzegają owego kalendarza i jego zaleceń, tym lepiej władza prosperuje i prosperują wynalazki utworzone przez frakcje naukowców lub formacje militarne. Wyobraźcie sobie na przykład ludki stojące tak, żeby utworzyć ładny i równy trójkąt. Są nie do trafienia z broni, bo przeprogramowują rzeczywistość wokół siebie. Tak to zrozumiałam. Jednocześnie w tym samym świecie regularnie powstają tak zwane herezje opierające się na innych kalendarzach, które w pewnym sensie mogą przeprogramować rzeczywistość na własną korzyść i uciec spod władzy sześciu frakcji rządzących albo po prostu zrobić taki kalendarz, który na przykład nie ma dnia torturowania heretyków jako święta. Przy czym metamorfozy z programowania są moje. Działania wielu rzeczy musimy się domyślać z kontekstu. Nie mówiąc już o przeszłości tego, kto odkrył właściwości matematyki oraz tego, czy ludzkość już wtedy była na etapie kolonizowania planet i tworzenia twierdz kosmicznych, o której w książce prawie nic nie ma, o tej postaci. Nasza bohaterka, kapitan Kell Cheris po akcji, która tak ciut była niezgodna z regulaminem, taka trochę heretycka, dostaje w ramach pokuty ciężki orzeł do zgryzienia: odzyskać jedną z twierdz zagarniętych przez heretyków. Zarówno ona, jak i jej przełożeni wpadają na pomysł, by wstrzyknąć Cheris do głowy genialnego generała zdrajcę, który nigdy nie przegrał bitwy, ale jednocześnie raz coś mu się w głowie poprzewracało i pozabijał też swoich żołnierzy.
A dowództwo postanowiło wsadzić jego umysł do skrzynki i szafować nim jako bronią. Tak więc Cheris wraz z tym wszczepionym Ye Dao ... wszczepionym do głowy, o którym specjalnie za dużo nie wiemy, bo wszystko fajnie jest przedstawione w sposób tajny. Dostaje własne oddziały, ta Cheris, na swoje potrzeby i frunie w kosmos, by odbić twierdzę. I może przy okazji nie zwariować od trudnych decyzji i gierek umysłowych, którym jednocześnie tylko Jedao ją poddaje. Wybaczcie Państwo, ale te recenzje czasami są napisane z jakimiś brakami, a ja je na bieżąco uzupełniam. Stąd pewne zacięcia i pewne niedoskonałości. W każdym razie czytamy dalej. Uff, podchodziłam do tej książki z trzy razy, ale cieszę się, że ją przeczytałam, bo była to satysfakcja. Na końcu dostrzegłam schematy i sztuczki autora, nawet jeśli książka mnie nie wciągnęła w technicznym sensie.
Nie uważam, żeby to było twardy science fiction, ale autor wplata trochę technicznych i wymyślonych terminów. Wolałabym przeczytać ją po polsku, ale cóż, fabuła to przede wszystkim zdobywanie twierdzy i odkrywanie, o co tak naprawdę chodzi Jedao. Oba te wątki bardzo dobrze się komplementują. Cheris jest trochę nijaka do samego końca. Po części podejrzewałem, że taka miała właśnie być jako kontrast dla tajemniczego Jedao. Ale nie jest to wada, na którą zwracałam podczas czytania uwagę. Plus perspektywa w drugiej połowie skacze także po innych żołnierzach. Świat jest skomplikowanie przedstawiony, niepotrzebnie, ale częściowo autor tego używa, by zwrócić naszą uwagę na jedną rzecz, a nad inną prześlizgnąć się bez fanfar. Tak jak już pisałam, bawić się z czytelnikiem ten autor potrafi. Jednocześnie nie można zapomnieć, że to militarne SF, więc temat wojny, ofiar, lojalności żołnierzy.
Czy lepiej poświęcić jednego kapitana, by być może uratować w przyszłości więcej ludzi? To wszystko tutaj jest. Może ujmę to tak: Cheris ma dużo rozterek. Polecam. Z rzeczy luźno skojarzonych serwiratory to słodkie, samoświadome, mechaniczne istoty, stające się coraz bardziej istotne, im głębiej wchodzimy w książkę. Bardzo kojarzą mi się z postacią z nowelek Marty Wells. Inny gatunek, ale tego typu granie z czytelnikiem i ogólny klimat zagubienia przypomina mi „Europę jesienną” Dave'a Atkinsona. Cóż, proszę państwa, autorka wspomniała, że czytała tę książkę w języku obcym. Teraz możecie ją Państwo przeczytać w języku polskim. Przypomnę wydawnictwo MAG i seria Uczta wyobraźni.
To tyle polecanych na dzisiaj. A teraz z marszu wchodzimy w korepetycje filozoficzne. Cóż, proszę państwa, my bardzo często mamy taką tendencję — jesteśmy dumni ze swojej wiedzy. Nie wiem jak państwo, ale ja lubię wiedzieć i kiedy wiem, to czuję satysfakcję. Okazuje się jednak, że ta nasza wiedza, ta, z której jesteśmy tak bardzo dumni, to bardzo często jest rodzaj ułudy. Po prostu ułudy. Wiemy coś, a może wydaje się nam, że wiemy. W życiu codziennym nie warto hamletyzować i przejmować się takimi problemami. Coś wiemy, to wiemy i dobrze. Ale my korzystamy w czasie naszego zwykłego życia w sposób funkcjonalny, taki użyteczny.
Wiedza jest nam potrzebna, żeby w tym świecie normalnie funkcjonować. Ale czasami człowiekowi, kiedy przysiądzie, kiedy się zaduma, to zaczyna dochodzić do wniosku, że to filozoficzne hasło, że wiem, że nic nie wiem, bywa jakoś tak boleśnie prawdziwe. I że czasami dociera do nas, że tak naprawdę wiemy bardzo niewiele. I czasami wiedza, z której jesteśmy tak dumni, jest jednak rodzajem pewnej ułudy. Ja wiem, Państwo jeszcze nie do końca być może łapią, szczególnie ci z państwa, którzy przed filozofią uciekają, gdzie pieprz rośnie. Jeszcze nie do końca Państwo łapiecie, o co tak temu Szczerkowskiemu naprawdę chodzi. Coś ględzi o wiedzy albo niewiedzy i o tym, z czego jesteśmy dumni. Więc może ja oddam głos osobie mądrzejszej od siebie, mianowicie Michałowi Bizonowi. Bizoniowi, przepraszam. On opublikował w miesięczniku, a właściwie w dwumiesięczniku „Filozofuj!” tekst zatytułowany „Błędy poznawcze”.
Michał Bizoń to absolwent fizyki i filologii klasycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jest także doktorem filozofii, pracownikiem Instytutu Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w historii pojęcia wolnej woli w starożytności oraz w średniowieczu. Ten tekst, który Państwu dzisiaj zaprezentuję, ukazał się, jak już wspomniałem, w dwumiesięczniku „Filozofuj!” w roku 2022, w numerze drugim, a w ogóle numerze 44. z kolei. Tekst jest dla Państwa dostępny, ponieważ ukazał się na licencji uznania autorstwa i na tych samych warunkach Polska 3.0. Tekst zaczyna się od kilku cytatów i proponuję się w nie dobrze wsłuchać, ponieważ do tych cytatów później odwołuje się autor, przedstawiając swoje koncepcje. Pierwszy z cytatów pochodzi z Heraklita. Jest w tłumaczeniu autora artykułu, czyli pana Bizonia. „Złymi świadkami dla ludzi oczy i uszy tych, co mają barbarzyńskie dusze.” To był pierwszy cytat.
Teraz sięgnijmy po Parmenidesa w tłumaczeniu pana Wesołego. Język jest troszeczkę taki archaiczny i przy drugim cytacie też jest archaiczny. Ja nie wiem, czy jestem w stanie ogarnąć to i przeczytać tak, jak należy, ale będę się starał. A zatem jeszcze raz Parmenides w tłumaczeniu pana Wesołego: „I niech cię nawyk doświadczeń na drogę swoją nie zmusi skierować wzroku błędnego ni słuchu tępego od wrzasku ani języka. Osoń zaś rozumem to pełne sporu odparcie przeze mnie wypowiedziane.” Jeśli państwo tego nie rozumiecie, to przyznam się, że ja na początku też tego nie rozumiałem i nawet nie wiem, jak do końca to przeczytać. To stanie się jaśniejsze, kiedy pójdziemy już do tego wytłumaczenia, o co tak naprawdę chodzi. Cóż, czytajmy dalej. Kolejny cytat pochodzi od Sekstusa Empiryka z dzieła „Zarysy pyrrońskie” w tłumaczeniu pana Nerczuka: „Sceptycyzm jest zdolnością przeciwstawienia w dowolny sposób zjawisk i tego, co poznane umysłem. Dzięki niej, wskutek równowagi przeciwstawianych sobie rzeczy i argumentów, dochodzimy najpierw do powściągnięcia sądu, a następnie do niewzruszoności”. To koniec kolejnego cytatu i jedziemy ku następnemu.
Spytacie państwo, po co te cytaty? Powiem tak: chociażby po to, żeby udowodnić, że nad problemem poznawalności świata i tego, co o świecie możemy powiedzieć, zastanawiano się już naprawdę od starożytności. Sekstus Empirik, „Zarysy pyrrońskie” po raz drugi, znowu w tłumaczeniu pana Nerczuka: „Przeciwstawiamy więc albo zjawiska zjawiskom, albo przedmioty poznawane umysłem przedmiotom poznawanym umysłem, albo jedne drugim. Na przykład zjawiska zjawiskom, gdy mówimy: ta sama wieża z daleka wydaje się okrągła, z bliska natomiast czworoboczna. Przedmioty poznawane umysłem przedmiotom poznawanym umysłem, gdy komuś, kto na podstawie porządku ciał niebieskich dowodzi, że istnieje Opatrzność, przeciwstawiamy to, że ludzie dobrzy niejednokrotnie doznają nieszczęść, podczas gdy złym świetnie się powodzi, i na tej podstawie wnioskujemy, że nie ma Opatrzności”. To koniec kolejnego cytatu. I jeszcze raz Sekstus Empirik, „Zarysy pyrrońskie”, ponownie w tłumaczeniu pana Nerczuka: „Nowsi sceptycy przekazują następujące pięć sposobów prowadzących do powściągnięcia sądu. Pierwszy z nich — z niezgody. Drugi — z cofania się w nieskończoność. Trzeci — wychodzący od tego, co względne.
Czwarty — odnoszący się do założeń. Piąty sposób — sposób błędnego koła”. I czas wreszcie na filozoficzny komentarz, który brzmi następująco: według anegdoty Pitagoras odkrył, że harmonijne współbrzmienia dźwięków różnej wysokości można opisać matematycznie. Parmenides w swym poemacie podaje najwcześniejsze znane rozumienie, które można nazwać logicznym. Wraz z odkryciem, że rozum dysponuje sposobami wymiernego i ścisłego opisu świata, rozwinęła się w Grecji krytyczna refleksja nad zdolnością poznawczą zmysłów. Przed Parmenidesem już Heraklit dał wyraz swego umiarkowanego zaufania do nich. Parmenides wprost przeciwstawia niewiarygodne zmysły rozumowaniu. Przeciwstawienie to odgrywa główną rolę w teorii form Platona, który zilustrował je w tak zwanej metaforze jaskini. Rozróżnia on tam to, co się jawi i jest podstawą niepewnego mniemania, tak zwanego doxa, oraz to, co jest wynikiem systematycznego rozumowania i jest pewne. A to z kolei nazywamy episteme.
Jednak wkrótce ostrze krytyki zwróciło się również przeciwko samemu rozumowi. Nurt zwany później sceptycyzmem, od greckiego czasownika „badam, rozpatruję” zapoczątkował Pyrron z Elidy, który podał w wątpliwość możliwość także rozumowego poznania istoty rzeczy. Pozostaje niejasne, czy przyczyna błędu tkwiła według Pyrrona po stronie samych rzeczy, będących być może chaotyczną magmą, czy raczej po stronie podmiotów poznających ze względu na ograniczenia ich zdolności poznawczych. Późniejsi myśliciele opowiedzieli się raczej za drugą ewentualnością. Niedługo po Pyrronie do podobnych wniosków doszedł czwarty po Platonie przywódca Akademii. Zwał się ten przywódca Akademii Arkesilaos. Zainspirowany tak zwaną metodą sokratejską argumentował, że każde rozumowanie jest ostatecznie niekonkluzywne, gdyż opiera się na jedynie warunkowo przyjętych przesłankach. W związku z tym należy uznać, że prawda nie jest osiągalna ani przez poznanie zmysłowe, ani też rozumowo. Ze stanowiskiem tym polemizowali późniejsi sceptycy, którzy występowali pod egidą Pyrrona. Odrzucali oni rozumowanie Arkesilaosa jako kryptodogmatyczne, mianowicie przyjmujące za pewnik, że nie ma pewnego poznania, a to jest samo w sobie sprzecznością.
Sceptycy pyrrońscy, jak Sekstus Empirik, argumentowali, że prawda jest być może osiągalna, jednak, o ile wiadomo, nie została jeszcze odkryta. Należy zatem wciąż jej szukać, do czego właśnie nawiązuje nazwa tego nurtu. Sceptycy, a więc poszukujący, badający, nie zaś, jak to się przyjęło dzisiaj, wątpiący. To moja uwaga. Sceptyckie badanie polegało natomiast na przeciwstawianiu sobie zarówno zjawisk, jak i rozumowań. A skoro natrafiali wtedy w ich mniemaniu na równowagę co do siły przekonującej, to zawieszali sąd. I wówczas pojawiało się coś, co być może państwo pamiętacie z wykładów filozofii, tak zwane epochè. Sceptycy pyrrońscy rozwinęli złożone metody podważania wiarygodności zmysłów. Jednak ich najcenniejszy i najoryginalniejszy wkład w myśl filozoficzną to analiza metod rozumowania, tak zwanych pięć sposobów, które można sprowadzić tak naprawdę do trzech. Każde rozumowanie opiera się ostatecznie bądź na Niedowodliwych założeniach.
Jest zatem dogmatyczny bądź popełnia błąd kolistości, bądź też stanowi regres w nieskończoność. Dziś zwie się to dylematem Agryppy od imienia jednego ze starożytnych sceptyków pyrrońskich. Choć nie mogli dojść do prawdy ani drogą poznania zmysłowego, ani rozumowego, sceptycy nie byli tym zbyt zaniepokojeni. Wręcz przeciwnie. Ostatecznym skutkiem zawieszenia sądu epoki miało być osiągnięcie swoistego spokoju i szczęścia, określanego terminem ataraksja. Dosłownie brak niepokoju. Ten osobliwie etyczny cel sceptycyzmu pyrrońskiego przywodzi na myśl pewne aspekty myśli indyjskiej, a także buddyjskiej. Być może nie jest to zresztą przypadek, ponieważ według anegdoty Pyrron miał towarzyszyć armii Aleksandra Wielkiego podczas jego wyprawy na Wschód. Tam spotkał bliżej nieokreślonych nagich mędrców. Czego się od nich dowiedział?
Nie wiadomo, gdyż po powrocie do Hellady nigdy więcej nic już nie napisał. To tyle artykułu z dwumiesięcznika „Filozofuj”. Ja proponuję, ponieważ zagadnienia tutaj poruszone były dosyć trudne, odnoszące się do tego, czy coś w ogóle o świecie tak naprawdę możemy powiedzieć, czerpiąc z obserwacji, ze zmysłów, czy też ze swojego rozumowania. Wiem, że te pierwsze cytaty wypowiedziane takim filozoficznym językiem, nie do końca komunikatywnym, mogły państwa zniechęcić. Natomiast to, o czym pisze autor artykułu, jest tak naprawdę już do rozgryzienia. Cóż, powiem tylko tyle. Po jego lekturze możecie państwo dojść do wniosku, że ta wiedza, którą macie, to, czego jesteście pewni w życiu codziennym, przydaje się. O tym już mówiłem. To jest taka wiedza, taka pewność, nazwijmy ją codzienna, taktyczna, z której korzystamy, którą się czasami nawet chełpimy. Natomiast jak człowiek wejdzie w te zagadnienia głębiej, to dochodzi do wniosku, że trudno jest nam coś powiedzieć z dużą pewnością.
To, o czym autor pisał, że w pewnym momencie dochodzimy do wniosku, że nawet rzeczy, które wywodzimy logicznie, jak się zaczniemy cofać, to dojdziemy do takiego momentu, w którym pojawiają się założenia pierwotne i ich już nie dowodzimy. Po prostu przyjmujemy, że coś tak jest i na podstawie tego snujemy dalsze refleksje. A to niestety jest tak, że jeśli coś przyjmujemy tak twardo, że tak jest i już, to zawsze się może pojawić człowiek, który nas zapyta: „No tak, ale dlaczego przyjąłeś takie założenia? Przecież można je podważyć. Przecież nie dowiedziesz ich”. I ja wiem, że w tym momencie część z państwa już odpadła od skały i powiedziała sobie: no tak, to jest typowy przykład tego, że filozofia dzieli włos na czworo i szuka problemu tam, gdzie tych problemów nie ma. Być może. Ale jeśli państwo zechcecie zagłębić w temat, to gwarantuję, że poczujecie się niepewnie ze swoją wiedzą. Tak jak czuje się właściwie każdy człowiek, który gdzieś tam się do filozofii zbliża. To jest właśnie to przekleństwo filozofii.
Bo kiedy człowiek zaczyna się jej uczyć, zaczyna ją zgłębiać, to ma nadzieję, że ona da mu poznanie świata. Ona tak pośrednio to obiecuje. A prawda jest taka, że filozofia da państwu z całą pewnością jedno: poczucie niepewności tego, co naprawdę wiemy. Czy to dobre, czy to złe? Nie mnie oceniać, ale warto mieć tego świadomość. To tyle, jeśli chodzi o korepetycje filozoficzne. Proszę państwa, czas na gościa. Już i tak dzisiaj zagadałem państwa i to tematami, które niekoniecznie są pasjonujące dla wszystkich, co wiem chociażby z lektury korespondencji, bo tych listów, maili mówiących, że fajnie, że ta filozofia jest prawie dokładnie tyle samo co tych, żebym się przestał wygłupiać i przestał nudzić i przestał tą filozofią katować, bo to jest nikomu do niczego niepotrzebne. Chyba streściłem główne zarzuty, które się pojawiają. Ja oczywiście przemyślę sprawę, czy państwa dalej korepetycjami filozoficznymi katować, ale na razie przyjmijmy, że one jeszcze są.
Czas na gościa. Dzisiejszym gościem jest znany państwu chociażby z debat ufologicznych Less Hoduń. Ale dzisiaj nie będziemy mówili o zjawiskach paranormalnych, o UFO. Będziemy mówić o tomiku poezji. O tym tomiku za chwilę. Najpierw ja państwu przybliżę postać Lesa Chodunia. A bo to jest człowiek orkiestra, człowiek wielu talentów, wielu zainteresowań. Taki człowiek renesansu, powiedziałbym. Jest wokalistą, kompozytorem, muzykiem, autorem tekstów, pisarzem, grafikiem, poetą, dziennikarzem i pasjonatem nieznanego. Opublikował eseje „Nadal jestem” oraz „Lekcja paranormalności”.
Napisał też kryminał „Epidemia. Co kryje chaos?”. Spisał, napisał wiele artykułów w prasie oraz internecie. Wybrane wiersze z niniejszego tomiku trafiły do zbiory „Strofy znad Łarpii” Ja nie wiem, proszę państwa, co to jest Łarpia, ale to nie jest aż takie istotne. Antologia poezji polickiej i regionalnej 1260–2010. Less Hoduń dzielił scenę z gwiazdami muzyki polskiej i zachodniej. Jego kompozycje i utwory Z jego wokalami grane były w stacjach wielu krajów i znalazły się na składankach światowych magazynów muzycznych. Jego piosenka wygrała polski muzyczny Parnas Wszechczasów Radia Wnet za rok 2022. Wideoklip jego „Hordy Hells” został finalistą Szczecin European Film Festival w 2017 roku. Kompozycja ta stała się przebojem przebojów listy Polish Chart w roku 2015 w irlandzkim radiu Near FM.
Informacje o jego muzycznych dokonaniach publikuje jeden z największych serwisów muzycznych świata, amerykański Loudwire. Płyta jego projektu zdobyła złoty medal Międzynarodowych Targów Poznańskich w 2010 roku. Autor logosów firm, instytucji i zespołów stworzył czołówkę programu podróżniczego dla TV Szczecin. Brał udział w programach TVN, był postacią i głosem jednej ze stacji RMF FM. W kwietniu 2023 roku odebrał statuetkę Osobowość Roku 2022. To część ogólnopolskiej akcji w dziedzinie kultura z obszaru powiatu polickiego. To krótkie przybliżenie postaci, a myślę, że lepszą formą tego przybliżenia będzie rozmowa. Zapraszam państwa na spotkanie z Lesem Choduniem. Dzień dobry, witam naszego gościa. Po drugiej stronie, daleko od Bydgoszczy, daleko od Katowic, bo gdzieś w okolicach Szczecina będzie do państwa mówił Less Hoduń.
Dzień dobry.
[37:06] - Dzień dobry wieczór bardzo.
[37:08] - Dzień dobry wieczór. Jeszcze muszę jedną rzecz powiedzieć, bo różni ludzie słuchają „Bibliotekarium 2.0”, to ja tylko przypomnę, że pana Lesa znacie państwo między innymi z debat ufologicznych, gdzie bywa aktywnym uczestnikiem. Dzisiaj spotykamy się z okazji takiego remasterowanego tomiku wierszy, który nosi tytuł „Targowisko różności”. Tu podkreślam, bo może dykcja moja nie jest za dobra: różności, nie próżności. Tomik, który po raz pierwszy ukazał się w okolicach roku 2010, teraz powraca. Będzie do państwa dyspozycji. Porozmawiajmy o tomiku wierszy, bo to tomik wierszy niezwykły, który moglibyście państwo mówić: „Łeł, o wierszach będą gadać”. Posłuchajcie państwo, bo część z tych wierszy bardzo mocno nawiązuje do klimatów „Radia Paranormalium” chociażby. Zagadałem ten początek w sposób nieprawdopodobny. Zatem oddajmy głos naszemu gościowi.
Czy rzeczywiście gdzieś tu się pomyliłem, czy szczerą prawdę wypowiedziałem?
[38:38] - Myślę, że zupełnie w porządku pan się wyraził, panie redaktorze. „Targowisko różności” – tutaj chodzi o ekwilibrystykę słowną. Ja ze słowem uwielbiam współistnieć i z tymi słowami czasem robię różne dziwne i niepokorne rzeczy. To powiem na przykład tak, że podczas konstruowania tego tomiku generalnie genezą powstania tomiku jest fakt, że człowiek przez swoje życie sięgał czasami do pisania poetyckiego, bo wiadomo, poezja w ludziach siedzi w sposób automatyczny. Generalnie zadziało się tak, że po jakimś czasie, gdy zaczęło mi się intensyfikować to pisanie, pomyślałem: „Kurde, może by w takim razie zamknąć to w jakiejś formie?”. Tak powstała idea tego tomiku. Nie wiedziałem, na co to się przełoży, co z tym dalej będzie. Natomiast zauważyłem jedną rzecz, że z czasem pisząc w sposób naturalny wynikała progresja w rozwoju tego mojego pisania. Tworzyłem sobie karkołomne wręcz wyzwania, gdy poprzednie utwory były na przykład białe i dosyć łagodne w konstrukcji lub rymowane, to wtedy zabierając się za utwory rymowane, pomyślałem sobie, że można by było to zrobić tak, że mamy konstrukcję pod tytułem: są cztery wersy i jeden osobny wers. W tym czterowersowym module mamy A, B, A, B i tutaj mamy w osobnym wersie kontekst A.
Drugi jest to samo. Teraz ten poprzedni osobny wers musi się rymować z następnym wersem. Tutaj było bardzo dużo dziwnych historii. Układam sobie konstrukcję pod tytułem wers siedmiosylabowy, wers jedenastosylabowy albo na przykład zaczynam od jednego wersu, idę dwa, trzy, cztery, pięć i później schodzę. Oczywiście musi być zachowany kontekst całej opowieści, która zawarta w tym jest i tak dalej. Po prostu dawało mi to mega frajdę. Tak tworzyły się różne dziwne rzeczy, bo te karkołomne wyczyny tworzyłem sobie tak samo w dziwnych, mrocznych utworach, które tam są, ale też w takich bajkowych na przykład, zupełnie lżejszych. Kierunek nie był dla mnie aż tak istotny, natomiast zadanie, które sobie stawiałem, sprawiało mi dużo frajdy. Było coś takiego sympatycznego, jak człowiek to stworzył i później okazało się, że Ta historia faktycznie trzyma się kupy i robi wrażenie na odbiorcach. To było super.
Także ze słowem uwielbiam pracować i dzięki temu, że ze słowem pracuję, powstał nie tylko tomik, ale powstały również trzy następne książki, o których też będziemy, mam nadzieję, rozmawiać. Później powstały też piosenki, bo jestem też muzykiem. Powstają też teksty. Ostatnio na przykład stworzyłem coś takiego jak duży sześciostronicowy artykuł na temat odkrycia, jakiego dokonałem na Dolnym Śląsku. I tak dalej. Mógłbym o tym mówić naprawdę bardzo dużo.
[42:08] - Czyli nie tylko tytan pracy, ale również człowiek pełen pasji. I to różnych pasji. Tu liczba mnoga jak najbardziej wskazana. Ja jeszcze tak dla porządku, żeby już wszystko było tak poukładane, zapytam, gdzie tomik, o którym dzisiaj rozmawiamy, można nabyć drogą kupna, jak mawiają niektórzy.
[42:34] - Tomik będzie dostępny, mam nadzieję, już od poniedziałku, dlatego, że na ten dzień wyznaczyłem premierę i on będzie dostępny w formie e-booków na w sumie chyba największych serwisach polskich, jeżeli chodzi o e-booki, czyli Empik Go, Virtualo, Woblink. Jeżeli wszystko pójdzie tak, jak należy w tych trzewiach systemowych, to tam będzie można tomik zakupić.
[42:59] - Od razu powiedzmy, że ten tomik, kiedy go nazwałem bardzo różnorodnym, to tak nie bez przyczyny, bo kiedy mówiłem o tym, że część utworów w tym tomiku nawiązuje do tematyki serwowanej w Radiu Paranormalium, to tak bardzo się nie pomyliłem i o tym się państwo przekonacie w toku dzisiejszej audycji, bo niektóre z utworów, które znajdziecie państwo na kartach „Targowiska różności”, wprost nawiązują czy to do tematu UFO na przykład, czy do innych. Ale to za chwilę. Wiem skądinąd, jakież to jest piękne sformułowanie, jak bardzo przydatne dla ludzi, którzy siedzą przed mikrofonem, bo to niewiele oznacza. Wiem skądinąd, a jednak coś wiem. No to wiem, proszę państwa, że nasz gość chciałby państwu przeczytać kilka swoich utworów. Ja na to oczywiście jak na lato. A wśród tych utworów pierwsze miejsce zajmie „Smutny autobus”. W takiej ściądze, którą dostałem od naszego gościa, mam napisane, że to jest quasi bajka i to bajka z Polic, gdzie nasz gość mieszka. To może najpierw odrobina komentarza, a później poproszę o utwór.
[44:24] - Tak. Wiadomo, że twórca tworzy na podstawie jakichś impresji, na podstawie jakichś inspiracji, emocji, relacji z ludźmi, z otoczeniem i generalnie to, co akurat przykuwa naszą uwagę, to później wyrażamy w formie sztuki różnego rodzaju czy jakiegokolwiek innego przekazu, chociażby nawet rozmów między ludźmi. Bo jeżeli coś nas porusza, to wtedy z tym właśnie idziemy do ludzi i o tym mówimy, bo to nas strasznie porusza i to chcemy wiedzieć, dlaczego tak jest, dlaczego nie jest inaczej i tak dalej. Mówił pan redaktor o tej różności tutaj. Absolutnie tak. Ja mam taką fazę, tak to nazywam kolokwialnie. Mam taką fazę w postaci tego, żeby tworzyć rzeczy bardzo różne, ponieważ lubię się sprawdzać, lubię doświadczać, lubię poznawać, bo im więcej różnych rzeczy tworzę, tym więcej poznaję, tym bardziej, mam nadzieję, się też rozwijam. I przy okazji również „Targowisko różności”. Sama konstrukcja tego tytułu już ukierunkowuje, że będzie można zmierzyć się z ekwilibrystyką słowną wewnątrz i czasem bardzo lubię sięgać do takich splotów bardzo trudnych wręcz, ale brzmieniowo fajnych. Myślę, że w niektórych utworach będzie można to wysłyszeć, które za chwilkę państwo usłyszą.
Natomiast zagłębienie się w środek tego, co zawiera tomik, tam jest kilkadziesiąt tych utworów, więc tam można znaleźć przebogactwo i są rzeczy zaskakujące. Bardzo lubię budować kontekst po drodze, mówiąc o czymś, a później okazuje się, że jednak to jest zupełnie coś innego, niż wszyscy myśleli. I nieraz się z tym stykam, że przychodzą do mnie ludzie: „Ale wiesz, bo ja tam nie wiedziałem”. No właśnie, to jest super. Tak samo zresztą piszę książki. Jeżeli już mam na myśli na przykład taką książkę jak „Kryminał”, gdzie tak naprawdę zakończenie zrobiłem w taki sposób, że dostawałem totalne burry od czytelników, ale mówię: widzicie, gdybym zamknął klasycznie, to byście zamknęli książkę, książka przeczytana, a dzięki temu wasz umysł po prostu zaczął coś tworzyć, zaczął być niespokojny, zaczął zadawać pytania. Właśnie mówię, o to chodzi, żeby zrobić coś niestandardowego, bo rzeczy w ciekawy sposób przygotowane i niestandardowe pozostają w pamięci. A przecież o to chodzi. Dobrze, w takim razie pozwolę sobie na pierwszą quasi bajkę, jak to pan redaktor fajnie zapisał. „Smutny autobus”.
Tak, były czasy, gdy wędrowałem sobie komunikacją, jak ja to nazywam, publicystyczną i czasem też mi się zdarza. Jeżeli jadę w konkretnym celu i wiem, że nie będę mógł z auta skorzystać, wówczas biorę telefon do ręki i piszę. Piszę książkę, piszę tekst utworu czy coś w tym stylu. I te obserwacje, które czyniłem, związane właśnie z ludźmi Przenosiłem również na moje wiersze, które znalazły się w tomiku. Oto pierwszy z wybranych: Smutny autobus. W bezmiarze okien ludzie zapatrzeni, topieni sennie w świt, co rosą wita. Łypią na miasto z cicha utrapieni, anonimowi, bez życia, bez pytań. W tę samą stronę, ale sobie sami. A tuż za szybą tak piruet kręci. Drzewa dostojnie szepczą kolorami, pragnąc pozostać chwilę choć w pamięci.
Słońce harcuje w blachach karoserii lśniącym diamentem jak arktyczna zorza. Kąpią się trawy w tęczobarwnej ferii, bryzą czesane, ożywczą z nadmorza. Smukłe kominy nawet się zbudziły, dumnie sprężyste. Za nic mają chmury. Garść głośnych wróbli, co w niebo się wzbiły, w błękit nurkuje, patrząc na to z góry. Czy jest, kto dojrzał pośród sadów pranie palą swobodną, dryfujące w ciszy? Lub mioteł smętnych czystym rankiem taniec? Czyż nikt nie widział? Czemu nikt nie słyszy? Marazm wyziera smutkiem z makijaży.
Choć róż i beże, szare wokół miny. Pod barwnym strojem nic się nie wydarzy. Cóż w nas takiego? Czego się wstydzimy? Uśmiech każdemu niech lico ożywi, by wnet autobus radością rozkwitał. Może poczują się w końcu prawdziwi, anonimowi, bez życia, bez pytań.
[49:09] - Jeżeli państwo poczuli się w tej chwili tak leciutko, chociażby draśnięci poetycko, to właśnie jest dobry nastrój. Bo ja na przykład słuchając tego wiersza miałem to wszystko przed oczyma. Muszę powiedzieć, że we współczesnej poezji nieczęsto, nie mówię, że w ogóle, trafia się tak drobiazgowe, ale to nie o drobiazgowość chodzi, pełne obrazowanie. Kiedy przymknie się oczy i słucha tego tekstu, to można to naprawdę zobaczyć. Ja wiem, że w poezji nie do końca o to chodzi, żeby oglądać obrazki, ale o to również czasami chodzi. To może być wartość dodana. I muszę powiedzieć, że przy tym utworze z dużą przyjemnością przymykałem oczy. Ja to po prostu widziałem.
[50:12] - Zwracały mi osoby uwagę, które nabywały ten tomik ode mnie. Nierzadko mi się zdarzało słyszeć: „Wiesz co, ja poezji w ogóle nie trawię, ale kupiłem ten tomik ze względu na to, że znam ciebie. Wiem, jaką osobą jesteś. I powiem ci, że wciągnąłem jedną dziurką. Ty piszesz konkretami. Tutaj wchodząc w te wiersze, czuje się tę materię. Czuje się, o czym ty piszesz”. Bo te osoby były zrażone czymś, co się nazywa: co artysta miał na myśli? Czasami zdarzają się właśnie takie utwory, czy to w postaci sztuki, poezji, malarstwa, czy czegokolwiek innego, że żeby dojrzeć do tego, co artysta miał na myśli, trzeba bardzo wgłębić się w ten temat. Ale czasem fajnie jest też dotrzeć z taką formą do ludzi, która będzie wywoływać takie emocje jak u pana redaktora teraz, kiedy powiedział pan, że zamknął pan oczy i widział pan to.
Tak, ja powiedzmy szczerze, że lubię rozmawiać z ludźmi na przykład podczas moich podróży, bo ostatnio bardzo często jeżdżę i wsiadam sobie w pociąg i spędzam czas wówczas. Jeżeli mam okazję siedzieć na przykład w takim przedziale, gdzie są zamknięte przestrzenie, to lepiej nawiązują się rozmowy. I ostatnimi czasy jechałem z takimi dwiema dziewczynami, z których jedna z nich pasjonowała się fotografią i coś o tej fotografii zaczęła opowiadać. O tym, jakiego sprzętu używa, jak to dla niej ważne i tak dalej. Więc opowiedziałem na przykład o tym, że jeżeli chodzi o fotografię, mam znajomego, który strzela fotki, które publikuje NASA, National Geographic i tak dalej. I on robi zdjęcia. Astrofotografia się chyba nazywa nawet. Ale mówię: „Wiesz co? Dla mnie na przykład fajne są fotki, kiedy ja widzę zdjęcie narciarza ze slalomu giganta alpejskiego. Kiedy on jest tak skumulowaną energią na tym zdjęciu, kiedy on te wszystkie kształty na nim...”.
I tak dalej zacząłem opowiadać. I ona mówi: „Jeszcze nigdy się z nikim nie spotkała, kto by w tak piękny sposób opowiadał o zdjęciach”. Ja mówię: „Wydaje mi się, że to nie jest piękny sposób, tylko po prostu staram się zauważać to, co mnie otacza, a że zdjęcia wywołują u mnie emocje bardzo szczególne i dobrze zrobione, więc staram się o tej emocji opowiedzieć tak, jak potrafię”. Bo nie sposób, jeżeli coś człowieka zachwyca, powiedzieć: „No fajne, super. Tylko co dalej?” Więc opowiedziałem. Wiedziałem, że ona to zrozumie, bo jest pasjonatką fotografii. Dlatego opowiedziałem o tym narciarzu, jak to wygląda i tak dalej. I wtedy ona siedziała taka zafascynowana. Właśnie, tutaj, w tej bajce, w tym smutnym autobusie wyrażam część tego, że ludzie nie potrafią patrzeć. Ostatnio, gdy pisałem „Lekcję paranormalności: uzupełnienia” i poszukiwałem informacji na temat sposobu czytania, rozumienia tekstu, ponieważ uzupełniałem książkę o wartości związane ze znaczeniem słów i z rozumieniem tych słów.
I okazało się, że badania dowodzą, i to całkiem ostatnie badania z ubiegłego roku, że około 75% ludzi może nie rozumieć tego, co czyta. I teraz właśnie pytanie, dlaczego ja się zastanawiam nad tym, że ludzie siedzą sobie w autobusie i nie patrzą, nie zauważają tego, że coś fajnego jest na zewnątrz. Te miotły. Wszystko ma jakąś swoją wartość. Wszystko niesie ze sobą jakieś przesłanie, jakąś emocję. I jeżeli ja sięgam do takich skojarzeń i jadę na przykład sobie czy autem, czy pociągiem. Uwielbiam na przykład jadąc pociągiem z samego rana łowić wschody słońca przed wschodem, jeszcze jak niebo, jak łuna rozprowadza się po nieboskłonie na horyzoncie, gdy gdzieś tam pojedyncze ciągi latarni i to rozlewisko tego różu przenizane jest tymi właśnie punkcikami latarni. To są przepiękne rzeczy. Dlaczego nikt nie widzi? Dlaczego nikt nie słyszy?
Takie jest tam pytanie. No właśnie. Szkoda, bo tyle fajnych rzeczy jest. Być może ci ludzie zauważają, być może oni to widzą, tylko na zasadzie odwrócić wzrok. No bo wiadomo, dzisiaj jednak ten telefon i paluszek, prawda?
[54:54] - Muszę powiedzieć, że kiedy pana słuchałem, to natychmiast przyszło mi na myśl, właściwie przypomniałem sobie wywiad, który całkiem dawno temu prowadziłem z Wiktorem Żółkiewiczem, ale dlatego się zawahałem, bo w najbliższym czasie będzie ten wywiad przypomniany na łamach czasopisma „Sfinks” wydawanego przez Stalker Books. Tam na bardzo podobne klimaty możecie państwo natrafić. Wiktor Żwikiewicz opisuje tam właśnie taką sytuację, kiedy kiedyś z synem poszedł na spacer i pytał go: „No co tam u ciebie? Jak ci się toczy życie?” I syn mu odpowiedział mniej więcej, to cytuję z pamięci. Jeżeli ktoś jest ciekawy, to proszę, niech zajrzy do najnowszego „Sfinksa”, który za kilka dni będzie już w dystrybucji. Ale Wiktor zapytał go jeszcze raz: „Co tam u ciebie?” I jak zwykle usłyszał, że nic, bo młodzi najczęściej tak odpowiadają. Mówi: „Ale jak to nic?” Mówi: „Tata, a co ma być? Przecież świat jest zwykły, normalny.” Mówi: „Tak? A rozejrzyj się wokoło.” „No tata, tu nic nie ma przecież. Ludzie, sklepy, stacja benzynowa.” Mówi: „To przyjrzyj się.” I nagle ten syn zobaczył coś.
Mówi: „Tata, co to?” A to w Bydgoszczy na jednym ze skwerków, gdzieś takich podmiejskich skwerków siedziały sobie, właściwie chyba stały dwa kruki. Nie gapy jakieś takie zwykłe czy jakieś takie inne. Nie, kruki. Te potężne, piękne ptaki, których syn w ogóle by nie zauważył, gdyby nie Wiktor, który rozgląda się bardzo czujnie po świecie i piękno tego świata i jego dziwność, wspaniałość jest właściwie na okrągło gotowy zauważać. Czuję te same wibracje u obu panów i to jest rzecz, która mnie zawsze zachwyca u ludzi, którzy właśnie potrafią dostrzec w tym, cudzysłów, „zwykłym świecie” jego niezwykłość. I to jest chyba najważniejsze. Przynajmniej tak sobie to wykombinowałem. Nie wiem, jak pan to skomentuje.
[57:22] - Ja przypominam sobie, jak pan opowiada tutaj o tej sytuacji. Przypominam sobie taką okoliczność, kiedy jechałem właśnie któregoś razu bardzo wcześnie rano i słońce dość ostre. To był chyba przełom zimy i wiosny i bardzo wczesna wiosna lub bardzo późna zima. I słońce w tak ostry sposób kładło się na horyzoncie. Już było, że tak powiem, przebudzone, już było tam kilkanaście stopni wyżej, ale oświetlało w fajny sposób pewne rejony Odry. Były gdzieś tam jakieś jeszcze mgły, coś takiego. Ja dzwonię, jest poranek, dzwonię do mojego znajomego Adasia, fotografa. Adasiu, pozdrawiam, jeżeli słuchasz. Mówię: „Wiesz co? Tutaj widzę takie coś, ty byś po prostu...”.
I zaczynam mu to opowiadać. I słyszę ciszę z drugiej strony. Mówi: „Wiesz co? Zatkało mnie. Jesteś chyba pierwszą osobą, która mi o takiej rzeczy mówi, dzwoniąc do mnie.” A właśnie, przecież tyle dookoła jest, prawda?
[58:24] - Tak. Myślę, że ta umiejętność zadziwienia się, znowu cudzysłów, „zwykłym światem” to jest coś, co nam umyka. Coraz częściej nam to umyka. Coraz częściej właściwie jesteśmy obrażeni na ten świat i właściwie nie widzimy, że w tej szarzyźnie, w tej codzienności jest tyle piękna. Może go nie ma, dlatego, że nie chcemy go dostrzec. To jest chyba ta nauka, ten morał, który z pierwszego wiersza, który tak określamy wspólnie mianem bajki, bajki z Polic. To chyba należałoby wyciągnąć z tego wiersza i to jest chyba coś, co z nami powinno pozostać. Tak myślę.
[59:19] - Czyli parafrazując w dość dowcipny sposób: widźmy i słyszmy.
[59:25] - O, zdecydowanie.
[59:26] - Żebyśmy, że tak powiem, mieli więcej radości na co dzień.
[59:30] - Ale proszę zobaczyć, jakie to jest w gruncie rzeczy to, co mówimy w tej chwili, taka oczywista oczywistość. Bo przypuszczam, że gdybyśmy jakieś 200, 300 lat temu apelowali do ludzi, żeby rozglądali się wokół i podziwiali świat, to mam wrażenie Pewności nie mam, ale wrażenie mam takie, że pukaliby się palcem w czoło. Dla nich ten świat był codziennie ciekawy. To my dzisiaj zapatrzeni w różnego rodzaju monitory, może już nie monitory, może matryce, dzisiaj zapatrzeni w te miejsca przestaliśmy ten świat dostrzegać. A ten świat ma to do siebie, że jest ulotny i nie powtórzą się te wschody słońca, które przegapimy. Nie powtórzą się te chmury, nie powtórzy się to wszystko, co nas otacza. Jeśli nie poświęcimy temu uwagi, to po prostu zniknie, odpłynie. Nie będzie tego, a my nawet o tym nie będziemy wiedzieć. Bardzo poetycko się zrobiło.
[01:00:42] - W życiu piękne są tylko chwile, jak śpiewa Dżem. Kiedyś nawet przeczytałem taką fajną rzecz, że życie składa się właśnie z takich niewielu wybranych chwil, a cała reszta życia to jest oczekiwanie na te chwile. Bardzo fajne.
[01:00:58] - Tak, myślę, że tak, że to jest taka kwintesencja tego, o czym w tej chwili rozmawiamy. To ja mam propozycję. Sięgnijmy po kolejny utwór, a tym razem to będzie taki utwór, przy którym sobie zanotowałem, że będzie duchowy i w ogóle trudne słowo w tytule jest.
[01:01:22] - Tak, to jest konstrukt polegający na tym, że każdy z nas ma jakieś wyobrażenie osoby, postaci, ducha, jakiegoś czegoś lub kogoś, z kim możemy się identyfikować, kto może nas w jakiś sposób nasycić dobrymi emocjami. Później na przykład jest tak, że spotykamy takie osoby, które przypominają tych ludzi. Później weryfikujemy sobie, jak bardzo spójne to jest z naszymi oczekiwaniami i jak bardzo ta osoba na przykład odpowiada i może nam pomóc w przekazaniu tych naszych emocji, które były kumulowane w tym wyobrażeniu. Tytuł tego utworu to „Aetheris”, czyli taka eteryczność, taka szlachetna eteryczność, prawda? Bo eteryczność sama z siebie, w moim przekonaniu, jest szlachetna i generalnie wszystkie rzeczy, które mamy dookoła, mają pozytywne znaczenie. Tylko decyzyjność człowieka sprawia, że coś może być pozytywnie wykorzystane lub przeciw komuś, czyli na jakąś niekorzyść. To jest tak samo, jak z syndromem noża, o którym opowiadam. Przecież mówię: masz nóż, który ma 30 centymetrów, 40, niech to będzie tasak, siekiera i wyobraź sobie, że od ciebie zależy, czy tym nożem przebijesz kogoś na wylot, czy tym nożem przyrządzisz najlepszą potrawę na świecie. Nóż to jest tylko narzędzie, które musi podlegać odpowiedniej decyzji. Myślę, że będziemy rozmawiać o takich mroczniejszych tematach później, przy innym utworze.
Tutaj natomiast mamy kontekst duchowy, czyli zagłębienie się w osobowości człowieka po to, żeby odnajdywać siebie, odnajdywać jakieś swoje ideały, poszukiwać jakiejś dobrej energii, która będzie nas napełniać. To jest tak samo, jak z muzyką. Jeżeli nawet nie słyszymy w danym momencie ulubionego utworu, to sobie go przypominamy i on nam może wtedy dawać zajebistą energię. I tutaj taką duchowość mamy, w której to konstrukcji opisałem, jak mniej więcej wygląda to poszukiwanie człowieka i o co chodzi w ogóle w tej naszej najbliższej tej nam duchowości. „Aetheris. Nie potrafię wytłumaczyć regularnej ulotności nanosekund, gdy nie wiedząc wiem, choć nie wiem skąd. Znajomość niewysłowionego zachwyca mnie intuicyjnie, pomimo skrywanego powodu szlachetnej erudycji. Wyraźnie czytelne to wrażenie. W zakamarku płochliwego życia przypomniałaś mi się błyskotliwym oświeceniem. Przebudzony uśmiechem cherubina w świadomości współistnienia zamykam oczy niewiedzy ciągle nieświadomym.
Szkicem zmysłowej inspiracji kształtuję nowego siebie, pojawiając się tylko na moment kreślony twoją ręką. Korzystam z niecierpliwej chwili, tuląc ukradkiem każdą emocję, bo znalazłem kawałek mnie w twoim ja”. Cóż mi tu powiedzieć? Człowiek jest zwierzęciem stadnym, więc człowiek próbuje wyrażać siebie w różny sposób i to wyrażanie siebie bardzo dobrze mu idzie. Wydaje mi się, że to jest jak gdyby takie automatycznie stworzone dla człowieka, że człowiek chciałby się dzielić z kimś wrażeniem, słowem, doświadczeniami. Ze względu na to ludzie niektórzy zostali stworzeni jako gaduły po prostu, więc oni chcieliby cały czas opowiadać, ponieważ coś ich jątrzy od środka, coś ich zachwyca, na coś chcą zwrócić uwagę, coś ich niepokoi i oni chcą się tym podzielić. Podzielenie się jest takim swoistym, myślę, troszeczkę katharsis, takim malutkim, ponieważ mamy jakieś takie wewnętrzne oczyszczenie. Chociaż myślę, że większość ludzi nie jest świadoma tego, co znaczy słowo oczyszczenie i czy oni faktycznie to oczyszczenie przechodzą. A przechodzą, ponieważ spełniają się, przekazując informacje. Czyli to jest taki typ spowiednika.
Jeżeli mam z kimś o czym pogadać, jeżeli człowiek jest w stanie być wysłuchany To już się czuję lepiej. Nawet osoby idące do gabinetów psychologicznych na terapię, jakiegoś rodzaju grupy wsparcia. Jeżeli on tam idzie, to oczekuje, że mu ktoś pomoże, że go ktoś przede wszystkim wysłucha. I w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz. Jeden, żeby umiał posłuchać i właściwym słowem to określić, a drugi, żeby mógł siebie wyrazić i wyrzucić z siebie to, co go tam gdzieś w środku kręci.
[01:06:25] - Poezja ma to do siebie, że jest taką rozmową. Może nie do końca rozmową, czasami monologiem, ale bardzo osobistym. To żadne odkrycie, banał właściwie. Ale dlaczego ja mam wrażenie, że ten przeczytany przed chwilą wiersz jakoś tak szczególnie osobisty jest, że w jakimś stopniu odzwierciedla bardzo ważny moment w pana życiu? Czy to tylko złudzenie? Czy jakoś mnie poniosło? Czy dotykam jakiejś prawdy?
[01:07:03] - Wydaje mi się, że to jest takie troszeczkę określenie budzenia się samoświadomości w człowieku, więc podejrzewam, że z tym mogło akurat mieć związek. Natomiast ja jako bardzo wrażliwa osoba i posiadająca bardzo dużą wyobraźnię, poruszam się estetyką takich fluidycznych istot, które wyobrażam sobie, czy one istnieją, co one tam robią i tak dalej. To jest fajne wiedzieć, że świat nie polega też na tym, że tylko przyjść, zjeść, poklikać w monitor, napisać, wysłać, przespać się, wstać i od początku to samo. Tylko że mamy coś więcej. A to coś więcej to są relacje między mną a drugim człowiekiem, ale także być może między mną a chociażby przedmiotami czy między okolicznościami, bo czasami okazuje się, że, i nieraz to słyszałem: „Uważaj na słowa, bo się mogą spełnić”. I w tej sytuacji widać, jak bardzo tak zwanym duchem napełnione jest wszystko, całe otoczenie. Ile razy się zdarza, że jeżeli coś zgubimy i zaczniemy o tym myśleć, wyrażać jakieś prośby, coś w tym stylu. Wiem, że nie każdy tak robi. Niektórzy są tacy, którzy wyśmiewają się z takich rzeczy. Akurat mają prawo widzieć to na swój sposób, jak najbardziej.
Natomiast wiele razy, ja też sam miałem takie przykłady, kiedy myśląc o tym intensywnie, w bardzo spokojny i dobry sposób okazywało się, że na przykład klucze, które zgubiłem do samochodu, znalazły się. Wydawałoby się, że ja byłem akurat wtedy w zupełnie innym mieście i one mi się po prostu znalazły, a ja je wizualizowałem z zupełnym spokojem w ręku i po prostu staram się je przyciągać. Czy to nie znaczy, że nie tylko nasza materia ożywiona, ale również ta nieożywiona nie posiada ducha, nie posiada jakiegoś rodzaju świadomości? My tego nie wiemy. Tak, my nie wiemy. Wiemy natomiast, że rośliny kwitną, że zwierzęta żyją. Wiemy, że te istoty mają swoją świadomość. Być może niektórzy uważają, że rośliny nie mają swojej świadomości. Ja uważam, że jednak mają. Bo na przykład pamiętam kiedyś taki program, zdarzyło mi się obejrzeć, gdzie osoba badająca siedziała przy osobie badanej.
Ta osoba badana była podpięta do jakiejś rośliny. Ta roślina chyba była związana bezpośrednio z tą osobą. I gdy ta osoba została zraniona na oscylografie pokazał się fajny, dynamiczny zapis, że coś zareagowało. Coś. Nie sama oscylograf przecież, tylko ta roślina. Później podpięta została jakaś obca osoba. Ta roślina też zareagowała, ale już o wiele mniej. Czyli widać było, że jednak jest jakiś rodzaj odczuwania w tych tak zwanych istotach. Muszę powiedzieć tak, jak jest, bo rośliny żyją. One nie dlatego żyją, że sobie rosną i tam nic nie ma.
One też mają jakieś życie. Gdzieś ostatnio widziałem książkę, która się nazywa „Sekretne życie drzew” i znajomy opowiedział mi, że bardzo fajne rzeczy facet pisze o tych drzewach, bo drzewa zbierają się w grupy, wymieniają się informacjami i tak dalej. Ja chętnie chciałbym tę książkę przeczytać, powiem szczerze, ale tak naprawdę poznając tego typu rzeczy, zastanawiam się nad tym, że świat, którego mnie uczono, wygląda troszeczkę inaczej, ale ciekawiej.
[01:10:38] - Tak, to prawda. Ta książka „Sekretne życie drzew” to jest książka fascynująca i pasjonująca, bo ona odkrywa nam ten tajemniczy świat tak bardzo wprost, bardzo naukowo. Tam nie ma zabawy w poezję czy też nawet prób poetyckich. Tam to jest tłumaczone, przynajmniej częściowo, w niektórych momentach tak bardzo racjonalnie. Dlatego pewno tak trafia to do przekonania, bo nagle przekonujemy się, że wcale tak nie musi być, jak nam się wydaje, że drzewa to są takie kawałki żywego drewna, które sobie gdzieś tam stoi, głupie jest i w ogóle nie ma co na to zwracać uwagi. Nagle dzięki tej książce zaczynamy dostrzegać, że może jest zupełnie inaczej i ci ludzie, którzy na przykład obejmują drzewa, przytulają się do tych drzew, może nie są takimi kompletnymi wariatami, jak się to niektórym wydaje. Gdzieś wkroczyliśmy-
[01:11:51] - Teraz niech pan zwróci uwagę, panie redaktorze, na jedną rzecz. Po posiadaniu takiej wiedzy, po posiądnięciu takiej wiedzy jestem przekonany, że osoba, która kojarzy coś takiego jak „Władcę Pierścieni” Tolkiena Gdzie pojawia się wątek drzewców, zaczynają tej osobie się te drzewce przypominać. I chyba troszeczkę zaczynamy inaczej patrzeć już wtedy na te drzewce, być może nawet bardziej je rozumieć i odczuwać.
[01:12:20] - Tak, to prawda. Enty, Władca Pierścieni, te klimaty. Znałem część ludzi, którzy traktowali to bardzo bajkowo. Okazuje się, że o takich klimatach, że drzewa mogą być istotami, i to istotami w jakimś stopniu świadomymi, do pewnego stopnia czującymi to, co jest na zewnątrz. Niektórzy tego nie dopuszczają, a niektórzy wręcz przeciwnie. Nic tu mądrego nie powiem, bo trudno. Pewno te badania jeszcze muszą potrwać i być może zanim tak naprawdę będziemy coś mogli do końca powiedzieć, to jeszcze minie sporo czasu. Ale mam wrażenie, że myśmy już weszli bardzo mocno w tematykę, która dotyka takiej książki, z której na pewno pan słuchaczom Radia Paranormalium jest znany, bo jakiś czas temu, to już właściwie dekada, ukazała się książka „Lekcja paranormalności”. I to jest bardzo dobry tytuł, bo rzeczywiście pan tam uświadamia czytelnikowi, że czasami nie potrafi pewnych rzeczy wokół siebie dostrzec albo może po prostu nie jest nastrojony na to, żeby to dostrzegać. A tymczasem ta paranormalność albo też normalność, inna normalność, którą my skłonni jesteśmy określać mianem paranormalności, ona jest na wyciągnięcie ręki.
Do tej książki jeszcze wrócimy pewno za kilka miesięcy. Natomiast tak sobie myślę, że kolejny utwór „Coś przeleciało” do tych klimatów, które pan w swojej książce „Lekcja paranormalności” zawarł, bezpośrednio nawiązuje.
[01:14:34] - Zdecydowanie tak. Przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę, bo nie przypominam sobie, żebym akurat otrzymywał jakiś feedback od moich czytelników, w jaki sposób okładka i sam tytuł, i samo skonstruowanie wizualne tytułu, jak jest przez nich odbierane. Bo muszę powiedzieć, że „Lekcja para normalności”. Dlatego oddzieliłem te dwa wyrazy od siebie. Podzieliłem to, scalając to w jednej formie, natomiast jest to osobne po to, żeby zwrócić uwagę właśnie na tę normalność. Wszystko jest normalne, tylko jeszcze części rzeczy nie potrafimy odkryć, nazwać, zaszufladkować. I o czymś takim mówimy tutaj w następnym wierszu pod tytułem „Coś przeleciało”, który opowiada o tym, jak bardzo te przekonania, o których pan redaktor wcześniej powiedział, i jak bardzo takie zamknięcie się na inne spojrzenie powoduje dysonanse w przestrzeni między ludźmi, w okolicznościach. Oto i wiersz. „Coś przeleciało. Mógłbym przysiąc, że to widziałem.
Niedaleko wylądowało. Było okrągłe, całe białe. Tak przynajmniej mi się skumało. Dźwięk był cichy, takie syczenie. Bardziej to czułem, niż słyszałem. Jakie to, kumie, ma znaczenie? Że mówię prawdę, nie skłamałem. To się zdarzyło dziś trzy razy. Leciało szybko, o, tam było. Nie skrzecz już o tym, bez urazy, ale coś ci się pokręciło.
Nie przypominam wcale sobie, abym rzecz taką widział kiedy. Więc po dobroci radzę tobie, byś nie napytał sobie biedy. Popatrz, leci. Widziałeś może? Święty mi spokój daj, mój mały. Nam nie jest dany wgląd w przestworze. Nasz ród nie pragnie takiej chwały. Owa dyskusja jeszcze trwała, gdy fala braw jak z nieba spadła, lecz żadna z żab tych nie kumała, że oto piłka w dołek wpadła.”
[01:16:49] - Proszę, jak można połączyć z jednej strony refleksję filozoficzną, na pewno taką związaną z oglądem świata, połączyć jednak z pewnym żartem. Ale ten żart tak naprawdę pojawia się przecież po to, żeby nam uświadomić, pokazać, w jakim miejscu jesteśmy albo w jakim miejscu możemy być. Bo bardzo często taka naturalna tendencja człowieka, żeby czuć się panem stworzenia, czuć się kimś lepszym, wyższym i widzącym, i wiedzącym więcej. Tymczasem z tego utworu jasno wynika, że my czasami jesteśmy jak te żabki. Może tyle. Specjalnie wysilać się nie trzeba, żeby zrozumieć, ale za to jak dociera do nas wydźwięk tego, co usłyszeliśmy, to czujemy się tak czasami głupio po prostu, co będę owijał w bawełnę. Bo te nasze poczucia, jacy jesteśmy ważni, jacy jesteśmy wspaniali jakoś tak odpływają w niebyt i uświadamiamy sobie, że Może jest coś więcej, może po prostu nie potrafimy tego widzieć. A to, co mówiliśmy przed utworem, czyli że ten podział świata na paranormalny i normalny, to ostatnimi czasy jest rzecz, która bardzo mnie ujmuje. Przytaczałem tu wielokrotnie wywiad z Emilianem Kamińskim. On również mówił mi, że nie ma żadnej paranormalności.
Jest normalność, której dzisiaj jeszcze nie ogarniamy, dlatego dodajemy jej to „para”, ale za jakiś czas będzie normalność i będziemy to potrafili czytać tak, jak czytać by to należało. Ale dzisiaj jeszcze nie dojrzeliśmy. Czasami trzeba prostych słów, żeby uświadomić człowiekowi nie wiem, czy trudne rzeczy, ale takie rzeczy, których odzwyczaił się dostrzegać.
[01:19:09] - Myślę, że mówimy bardziej o oczywistych rzeczach, prawda? Czasem oczywiste rzeczy odpływają w niebyt.
[01:19:16] - Tak, jak najbardziej. Zastanawiam się, czy mam w tej chwili załamywać ręce i mówić sobie: „O, jak nisko upadła nasza cywilizacja”, czy też raczej spojrzeć na to z uśmiechem i powiedzieć sobie: „Tak bywa”, ale chodzi przecież o to, żeby otworzyć szerzej oczy. I nieważne, że się kiedyś czegoś nie dostrzegało, ważne, żeby w końcu zacząć to dostrzegać.
[01:19:43] - Czasami niektórzy mówią fajne stwierdzenie: jeżeli ktoś ci mówi, że czegoś nie można zrobić, to mu to pokaż. Wtedy będzie wiedział, że można to zrobić. Kiedyś takie powiedzenie było, pamiętam, że w pewnym mieście czegoś tam się właśnie nie dało zrobić. Ktoś przyjechał do tego miasta, osiedlił się i on to zrobił, bo on nie wiedział, że się tego nie dało zrobić, bo nikt mu tego nie powiedział, a ktoś był przekonany. Więc te przekonania nasze czasem budują w nas takie ściany, które już niejako z przyzwyczajenia nas odgradzają. Być może jest to wygodne, ponieważ mamy gotową odpowiedź na coś. Tylko nie zastanawiamy się, czy przypadkiem gotowych odpowiedzi nie jest więcej.
[01:20:21] - Tak, to prawda. W dodatku mam takie wrażenie, że my chyba żyjemy właśnie w takiej rzeczywistości, w której to jest pewna norma, że przychodzi ktoś mądrzejszy. Czasami wziął sobie ten autorytet tak, bo leżał na ulicy i sobie go wziął. Czasami rzeczywiście ten autorytet ma, jest człowiekiem mądrym, ale my zapominamy o tym, że mądrość czy też ten autorytet, to nie jest tak, że ktoś jest autorytetem i osobą mądrą w każdej dziedzinie. I zdarza się tak, że ktoś, kto bywa autorytetem w dziedzinie X, w dziedzinie Y po prostu jest, używając słów adekwatnych, profanem bardzo często i dobrze jest, kiedy to czuje. Bardzo źle jest, kiedy tego nie czuje i w dalszym ciągu, z racji tego, że jest autorytetem, postanawia się wypowiadać w tych kwestiach. To zjawisko chyba w sumie nagminne, na szczęście nie u wszystkich, nagminne w pewnych kręgach społecznych. Nie będę ich wymieniał, bo w końcu jesteśmy w dobrym nastroju, w pozytywnej audycji, więc nie będziemy sobie jej kalać wymienianiem, jakież to grupy społeczne skłonne są w ten sposób reagować. Ale coś takiego odczytuję w tych strofach, że właśnie to spojrzenie na świat z pewną pokorą, ale i ciekawością jest chyba najważniejsze. W każdym razie bardzo ważne.
[01:22:05] - Przeczytałem kiedyś, nie pamiętam dokładnie sentencji, natomiast ona mówi mniej więcej to, że mądrość nie jest równoznaczna z ilością przeczytanych książek. Jeżeli ktoś uważa, że osoba mądra to jest ta, która więcej przeczytała, no niezupełnie, bo z wiedzą można robić różne rzeczy. Czasem można ugrzęznąć w totalnej wtopie, a czasem można powiedzieć jedno, dwa słowa i zrobić rzecz najwłaściwszą. Więc z tym jest związana mądrość, a według mnie właśnie tak zwana mądrość to jest umiejętne patrzenie na świat. W zasadzie przede wszystkim chyba pozytywne patrzenie na świat, bo lepiej, tak jak ostatnio też usłyszałem, lepiej widzieć możliwości aniżeli ograniczenia, bo mamy wybór. Więc jeżeli chcemy widzieć możliwości, będziemy widzieć możliwości. Jeżeli zechcemy widzieć ograniczenia, będziemy brnąć w ograniczenia. A to nie jest to samo. Można by dużo mówić i myślę, że te grupy, że tak powiem, niepokorne. Ktoś mi kiedyś powiedział, że ja walczę z nauką.
Ja nie walczę z nauką. Ja walczę z butnością, z tak zwaną butą i z głupotą oraz z bezmyślnością. Bo jeżeli ktoś uważa, że jeżeli jest lekarzem, policjantem, sędzią czy panem naukowcem, profesorem, to już pozjadał wszystkie rozumy i wszystko mu wolno. Nie, profesorem się bywa, dyrektorem się bywa, człowiekiem się jest cały czas. Dlatego nie rozumiem takich kanalizacji osobowościowych pod tytułem: a jak się ożenisz, to się zmieni wszystko, a jak urodzisz dziecko, to się zmieni wszystko, a jak zrobisz prawo jazdy, to coś tam, a jak to, to tamto. Czyli tak, teraz mam być taki. Za chwilę idę do kogoś innego, to będę taki. Dlaczego? Po co? Po co być innym?
Jak ktoś kiedyś powiedział, też sentencji dokładnie nie pamiętam, ale chodzi o kontekst pod tytułem: mów zawsze prawdę, nie będziesz musiał się zastanawiać co kiedy masz sobie przypomnieć.
[01:24:22] - Skoro już jesteśmy przy sentencjach, to do tej poprzedniej części, w której mówiliśmy o ludziach, którzy czasami zapominają, że autorytetem nie można być we wszystkich dziedzinach. Bodajże profesor Gerard Labuda powiedział kiedyś rzecz, która niemożebnie denerwuje niektóre sfery. Powiedział coś takiego, że odsetek idiotów wśród profesorów jest dokładnie taki sam jak wśród woźniców. To à propos tej wiedzy i tej mądrości, że to nie jest kwestia ilości przeczytanych książek, tylko pewnego spojrzenia na świat. Oczywiście przeczytane książki się przydają, nie robią złej roboty, ale czasami niestety są ludzie, którzy mogą obłożyć się tymi tomami i czytać je na okrągło i jeszcze pod poduszkę je sobie wsadzać i to nic nie pomoże. Ta konstrukcja jest taka, że są tak naprawdę ludźmi, którzy nie dopuszczają innego obrazu świata, innego oglądu świata niż ten, który się im pod kopułką lęgnie. Pewno z tego powodu to powiedzenie o odsetku idiotów wśród profesorów bywa niestety prawdziwe. Nie wiem, jak to jest wśród woźniców, ale każdy z nas miał taką sytuację w życiu, kiedy spotkał gdzieś w Polsce, daleko albo niedaleko, człowieka, który wyglądał dziwnie. Był jakiś taki, jak to się mówi, nieprzysiadalny albo budził jakieś podejrzenia. I ten człowiek się odezwał i nagle mieliśmy dysonans poznawczy, bo mówił rzeczy nieprawdopodobne, które powalały nas intelektualnie.
To tak się zdarza. Myślę, że każdy z nas miał takie zajście w życiu, kiedy nagle ktoś, kogo nie podejrzewałby o to, że to taki jest przed nim filozof, nagle przemówił. Ja takich momentów miałem w życiu kilka i muszę przyznać, że się wtedy utwierdzałem, że profesor Gerard Labuda miał jednak rację. A tu u pana znajduję potwierdzenie w sposobie myślenia, w sposobie, w jakim pan przemawia do odbiorców swoich wierszy.
[01:27:13] - Okej, przejdźmy dalej w takim razie, bo tutaj kroi nam się już następny kontekst, który mówi, że ja przynajmniej tak sobie myślę o tym, że takie kanalizowanie informacji, uzurpowanie sobie, zagrabianie przestrzeni, że to nauka wie, to medycyna wie coś tam i tak dalej. Ja absolutnie tak jak mówię, szanuję naukę i bardzo lubię naukowe podejście, ponieważ naukowe podejście daje umiejętność konsekwentnego podążania przez proces poznawczy. I to jest bardzo ważna umiejętność. I zawsze mówię: to jest dla mnie skarb, który oni posiadają. Gdyby nie nauka, nie mielibyśmy dzisiaj życia takiego, jakie mamy. Ale niestety tworząc takie przekonanie w inny sposób kastuje się społeczeństwo. A kiedy kastuje się społeczeństwo, nie kastruje oczywiście, tylko kastuje. Czyli robimy takie obozy. Ci do tego, tamci tym nie wolno, tamci coś tam i tak dalej, a my tutaj ponad wszystkimi. Tworzy się w ludziach, którzy mają wiele pytań czasem, tak jak pan redaktor mówi, że napotyka się takie osoby.
Nieraz się tak zdarza, że nagle szczęka nam spada do ziemi, bo jednak zaskoczenie jest większe niż to, jaką osobę poznaliśmy. Takie zachowania tworzą te kasty wśród społeczeństwa i to może prowadzić później do sytuacji, które niestety potrafią kończyć się w różny, dziwny sposób. Nieprzyjemny. Bo ludzie się między sobą różnią, przestają ze sobą rozmawiać, toczą wojny, niesnaski, a czasem kończy się to w bardziej drastyczny sposób.
[01:29:00] - Ja powiem taką rzecz w tej chwili, że nauka jest okej, metoda naukowa jest okej. Ja to często powtarzam. Podobnie jak pan jestem zwolennikiem nauki. Natomiast mam wysypkę, alergię i wszystkie możliwe dolegliwości, kiedy nauka się wyradza, kiedy zamienia się w system kastowy, w system feudalny, że doktor nie może być mądrzejszy od profesora, nie może nic powiedzieć, bo profesor wie lepiej. Państwo to znacie. Nie ma co w tej chwili szczegółowo o tym opowiadać, bo nauka w języku polskim ma dwa znaczenia. Z jednej strony to jest pewien sposób ogarniania, ale też dochodzenia do wiedzy, ale z drugiej strony słowem nauka opisuje się często system. Dobrze, powiem to, chociaż pewno gromy się na mnie posypią. Kastowy system takiej dystrybucji wiedzy. Są mędrcy i to później schodzi niżej, w zależności od tytułu schodzi to niżej.
To jest, proszę państwa, bzdura. Cóż będziemy sobie mówić? Proponuję kolejny utwór w dzisiejszej audycji. On nosi tytuł „Produkt”. Mam tu w notatkach, że to jest utwór mroczny.
[01:30:29] - Tak, to jest konsekwencja tworzenia się osobowości na podstawie braku dostępu do takiej wiedzy albo wręcz braku właściwej wiedzy. Budowanie przekonań w człowieku może prowadzić nierzadko do autodestrukcji. Ludzie przestają czuć się bezpiecznie w swojej rzeczywistości, w swoim świecie, przestają ufać ludziom. Te konstrukcje psychologiczne, psychiczne w zasadzie, mogą tworzyć wizje. Mogą być wrażenia głosów, które w jakiś sposób mówią do człowieka i wydają pewnego rodzaju komendy. Później dochodzi do dramatów. Skąd to się bierze? Czy to jest powodem tylko i wyłącznie, że my mamy umysł i ten umysł może nam się otworzyć na komunikaty z kosmosu, skądś, nie wiadomo skąd? Trudno powiedzieć. Natomiast wydaje mi się, że nierzadko może to być posiłkowane, tak jak pan redaktor właśnie powiedział, kastowaniem społeczeństwa.
Tak jak teraz na przykład zauważamy, coraz mniej możemy, a coraz więcej nam się narzuca. To jest bardzo niebezpieczne, bo to tworzy totalny dyskomfort w społeczeństwach, a osoby bardzo wrażliwe na takie miotanie później reagują w taki mniej więcej sposób, jak jeden z bohaterów wiersza, który właśnie teraz będzie. „Produkt. Podążam za tobą w mrok bezszelestnym cieniem niepewności. Nie dowiesz się, kim jestem. Ukryty za twoimi obawami pozostanę bezimiennym tworem naszej rzeczywistości. Rany powstałe za dnia, podsycane nieznośnym bólem, pielęgnuję w miejscu na duszę. Potem spełniam się po zmierzchu w ekstazie zmysłowej nienawiści mówiącej do mnie językami. Terroryzuję ukradkowe spojrzenia tych, co zanikając w pośpiechu, boją się stracić choć dreszcz w narastającym klimacie grozy okupującym czołowe nagłówki najpoczytniejszych porannych gazet. Nie nazywaj mnie mordercą.
Zostałem naznaczony stygmatem nieokiełznanej rozpaczy świata, aby owcom zagubionym w drodze otworzyć bramy świadomości, wyrównać szanse na zbawienie. Mówią o mnie spokojny. Ja, owoc pragnień wyrażonych statystykami oglądalności w gwałtownym pożądaniu cielesnego epitafium rozkoszy zlizuję z ciebie niebyt życia. Nie szukaj mnie. Pojawię się na skraju emocji w najlepszym dla ciebie zaskoczeniu. Twoje odrętwienie zbliży nas do siebie. Jeszcze tylko sprawny ruch noża i wracam do kochającej żony.”
[01:33:33] - Proszę państwa, jeśli byłaby taka kategoria powieści łydowej, gotyckiej, groźnej, to byłaby właśnie tego rodzaju poezja. Muszę powiedzieć-
[01:33:48] - Proszę zobaczyć, panie redaktorze, że to jest egzemplifikacja tego, czego dokładnie doświadczamy w codzienności. Normalność miota się z szaleństwem czasem. Ludzie krzyczą na siebie, biją się, zabijają. A zaraz potem jest normalność. Co neonówka zrobiła, tak? Że są tacy, a tacy, którzy dzielą nasz kraj i nagle odzywa się ten ojciec: „Dobrze, że to nie u nas w domu.” Mamy inne przekonanie na ten temat, bo inaczej to postrzegamy. Ale tak naprawdę wielość tych doznań jest cały czas dookoła nas.
[01:34:29] - Tak, to głębokie przekonanie, że piekło to inni. My jesteśmy czyści i wspaniali. To jest coś, co obserwuję na co dzień. Być może związane — ja to tak sobie tłumaczę, że na pewno jest to z tym związane — z tym, że te sytuacje agresji słownej, w najlepszym wypadku słownej, ale też i jak najbardziej fizycznej, zdarzają się coraz częściej. Ale my dalej żyjemy w przekonaniu, że piekło to inni. My jesteśmy w porządku. My jesteśmy dobrymi ludźmi walczącymi o szlachetne ideały i w imię tych szlachetnych ideałów gotowi jesteśmy robić rzeczy zupełnie nieszlachetne. I jakoś tak się porobiło, że nie potrafimy tego rozdzielić, nie potrafimy tego oddzielić i później się dziwimy, że jakaś taka agresja społeczna jest. Ojej, jakie to dziwne! A tymczasem to jest nasza codzienność.
My sami w tę agresję popadamy, sami ją kultywujemy, pielęgnujemy. I ktoś powie, że to taka dydaktyka. Być może tak, ale problem polega na tym nie, że to jest dydaktyka, tylko na tym, że my na co dzień tego nie dostrzegamy i kiedy ktoś nam to powie, to mówimy: „Nie, nie, to dydaktyka jest.” To może właśnie takiej dydaktyki nam trzeba.
[01:36:00] - Właśnie. Tutaj wchodzi w zakres naszej rozmowy znaczenie słów i ich rozumienie. Jak my tych słów używamy? W jaki sposób nauczyliśmy się rozumieć te słowa? Co one dla nas znaczą? Zdarza się, że ktoś mówi jakieś słowa i ja mówię: „Ale przecież zwróć uwagę, to słowo ma inne znaczenie.” „Ale tak się mówi.” Ja mówię: „Kto to jest to się? Co to znaczy się mówi, się robi? Mówię: zobacz, że ty nie zauważasz tego i tak naprawdę jest ci wszystko jedno. Chwytasz tylko gdzieś zasłyszane i powtarzasz bezmyślnie. Jeżeli powtarzasz, to naucz się słuchać tego, co mówisz i zauważ, jaką różnicę spostrzeżesz, kiedy zaczniesz zwracać uwagę na to, co to słowo znaczy.
Biorę młodych ludzi, którzy czasami gdzieś tam się pokłócą między sobą. Mówię: i teraz popatrz, zobacz, jak ja przedstawię tego człowieczka. Mówię: to jest Kuba. On nie jest złodziejem, nie jest mordercą i nie złamał nikomu nogi. To jest wersja pierwsza. Wersja druga. To jest Kuba. Kuba jest moim najlepszym przyjacielem. Robimy dużo fajnych rzeczy i mamy w planie wycieczkę w przyszłym tygodniu. I teraz mówię do tej drugiej osoby: zwróć uwagę, że powiedziałem dwa opisy, które są prawdziwe, bo on nie jest złodziejem, nie jest mordercą i rzeczy złych nie robi.
Tylko jest coś takiego, że przynajmniej nauka Dalekiego Wschodu mówi, że słowo „nie” nie posiada kontekstu znaczeniowego, czyli ono nie jest decyzyjne. I teraz, w momencie, kiedy starasz się sobie przypomnieć coś o tym człowieku, co pamiętasz? Czy to, że jest moim przyjacielem, czy to, że jest mordercą? Jaką energię zaszczepiasz w okolicznościach związanych z tym człowiekiem? To jest rzecz pierwsza. Rzecz druga jest taka, też chciałem o tym powiedzieć. Wiersz „Produkt” udało mi się kiedyś sparafrazować. Swego czasu miałem w Policach Hordę Helles. Graliśmy nowoczesnego heavy rocka i „Produkt” był to utwór, do którego też zrealizowaliśmy teledysk. Teledysk ten obok naszego innego teledysku „Wysysacze” znalazł się w największej bibliotece niezależnych teledysków na świecie w telewizji Blank TV w Stanach Zjednoczonych.
Więc dostosowałem utwór „Produkt” również do muzyki. Także polecam wszystkim posłuchać. Jeżeli ktoś lubi rockowe, cięższe brzmienia, to jak najbardziej zapraszam. To jest Helles przez dwa L, przez dwa S i utwór „Produkt”. Więc rozumienie rzeczy, prawda? I dlatego akurat to, co wspomniałem na początku, czyli wzbogaciłem lekcje paranormalności o ładnych kilkadziesiąt stron. Poświęciłem ten dział kwestiom rozumienia słowa, rozumienia wartości słów, które oznaczają różne rzeczy, które badamy. Niby paranormalne, całun turyński, UFO, życie po życiu, intuicja i tak dalej. Możemy sobie nazywać to w różny sposób. Natomiast samo rozumienie słów, gdyby ludzie skupiali się na tym, co mówią, a ktoś kiedyś powiedział: co by było, gdyby człowiek posiadał ogranicznik ilości słów, które może wypowiadać w ciągu dnia?
Ja powiedziałem mu, że na pewno, przynajmniej wierzę w to, tak jak Czesław Niemen, że dobrych ludzi jest więcej. Wierzę w to, że ludzie myśleliby o tym, co mówią. Ale zaraz potem dodałem: wiesz co? Ale my jako Polacy na pewno znaleźlibyśmy obejście.
[01:40:01] - Jest jeszcze jedna rzecz, dosyć ważna, często powtarzana przez innego uczestnika „Bibliotekarium 2.0”, mianowicie Piotra Plebaniaka mieszkającego na Tajwanie. On często mówi taką prawdę geopolityczną, właściwie polityczną, która zresztą była sygnalizowana chociażby przez takich twórców jak Orwell, że jeśli ktoś panuje nad językiem, zaczyna nad nim panować, to tak naprawdę panuje nad całą resztą, czyli nad społeczeństwem, nad tym, w jaki sposób ono funkcjonuje. Bo panowanie nad językiem, zabranie niektórych słów, zabranie niektórych pojęć, przemienienie tychże pojęć sprawia, że stajemy się bezradni. I okazuje się, proszę państwa, nie wierzcie mi państwo na słowo, raczej sprawdźcie to, ale okazuje się, że to, na co na co dzień nie zwracamy uwagi, czyli to, co wypowiadamy. Słowa, słowa, słowa. Okazuje się, że to jest niezwykle ważne i czasami to jest klucz do tego, żeby chociażby znaleźć klucz do panowania nad nami. I czasami warto o tym pomyśleć, bo te niewinne słowa, takie głoski, zbitki głosek, okazuje się, że te słowa mogą mieć siłę szrapnela, mogą decydować o wszystkim tak naprawdę.
[01:41:34] - Dokładnie. Mogą położyć całe imperium, a mogą zbudować jeszcze potężniejsze. Dokładnie tak. Ale również, panie redaktorze... Właśnie pan chciał coś fajnego powiedzieć. Bardzo proszę.
[01:41:47] - Ja nie wiem, czy to jest fajne, ale chciałem zaproponować, żebyśmy sięgnęli po piąty utwór „Zdążyć”. Mieliśmy już mroczne utwory, mieliśmy takie nawiązujące do paranormalności. To tutaj wychodzi coś w rodzaju pastiszu. Mówiliśmy o kabaretach, mówiliśmy o pewnym pozytywnym podejściu. To właśnie zagłębmy się w ten pastisz.
[01:42:20] - Właśnie. Rozumienie słów. Jak kiedyś ktoś powiedział: jeżeli nie masz komuś do powiedzenia nic miłego, tylko coś wręcz przeciwnie, to lepiej zamilcz. I uważam, że taka świadomość, że niosąc słowem ludziom jakąś informację czy wrażenie, możemy ich niestety skrzywdzić, to lepiej przemyślmy, w jaki sposób taką informację im przedstawić. Bo pamiętajmy, co mówił Kali. Jeżeli Kali ukraść krowę to jest okej, ale jeżeli ktoś Kalemu ukraść krowę, to już jest be. Więc pamiętajmy, że ktoś odczuwa znaczenie słowa i to, jaką emocję wyniesie i jaki szrapnel się rozerwie lub kolory jakie się piękne zaświecą, zależy od naszej decyzji, od naszej intencji, czyli w jaki sposób coś przekażemy. Być może informację, którą jesteśmy w stanie przekazać, a która niesie ze sobą niezbyt dobre treści, być może jesteśmy w stanie powiedzieć ją trochę inaczej. Najfajniej jest oczywiście kiedy jesteśmy nastawieni pozytywnie i rozbawiamy ludzi, tworząc im dobre chwile i sprawiając, że już od tej chwili będą się lepiej czuć. Bo tak to właśnie działa.
Tak to właśnie działa, że jeżeli coś zaszczepimy, to ono od tej chwili zaczyna funkcjonować do czasu następnego i jeszcze następnego. Być może to będzie z kimś przez kilka chwil, w zależności od tego, jak kto ma skoncentrowany umysł na codzienności, a być może będzie o tym słowie pamiętał dłużej i przez kilka dni lub kilka lat będzie to z nim funkcjonowało. Ja mam czasem takie szczęście, kiedy słyszę od ludzi, że coś, co im powiedziałem, czy coś, co przeczytali ode mnie, nagle siedzi im w głowie i to im pozwala poradzić sobie z pewnymi rzeczami. To jest super. I ja właśnie staram się w te rejony zmierzać. Czasem wiadomo, żeby coś opisać, trzeba sięgnąć do utworów typu produkt, ponieważ takie konotacje również można pokazać, czyli skupić uwagę słuchacza na tym, żeby wprowadzić go w aurę, która ma za zadanie zrobić mu pewnego rodzaju rekonesans po tym, o czym ja mówię, żeby on zaczął widzieć i słyszeć te wszystkie historie. Że to właśnie siedzą ci ludzie, którzy łapczywie pragną tych informacji, tych negatywnych. A dzisiaj tego jest cała masa. I ludzie tym żyją strasznie. Ale też są takie rejony, które emanują pozytywnością i które sprawiają, że ludzie potrafią być rozbawieni.
I tutaj właśnie taki utwór, który stworzyłem po to, żeby pokazać zwykłą, totalną okoliczność właśnie w niecodzienny sposób. „Zdążyć.” Strasznie wolno, nic nie poradzę. Co dzień droga przede mną ta sama. Czy ja komuś tu nie zawadzam? Precz z mojej drogi! Tam czeka dama. Łażą w lewo, w prawo. Uwaga! Mógłbym się schować, lecz nic to nie da. Wiem, że żadna moja przewaga, więc taka trasa totalna bieda.
Tutaj przeszkoda, tam sterczy coś. No nie przyśpieszę. Trudna to rada. Czasem naprawdę bierze mnie złość, bo muszę zdążyć, a tu pada. No, a i zacina. Wszyscy biegają. Jak ktoś mnie trafi, to będzie po mnie. Już sceny z życia mi migają. Niedużo tego, bo żyję skromnie. Ostatkiem sił w zakręt się mieszczę.
Trzeba uważać, bo diablo ślisko. Teraz tylko ulica jeszcze. Ała! Samochód. Ale już blisko. Uff! Na miejscu. Co to? Jej nie ma. Zniecierpliwiona dała drapaka.
Tak powtórzył się stały schemat. Niełatwe psia krew życie ślimaka.
[01:47:00] - No cóż, proszę państwa, ja myślę, że większość naszych słuchaczy uśmiechnęła się po tym finale, ale z drugiej strony to taki uśmiech, nazwijmy go uśmiechem filozoficznym.
[01:47:17] - Tak, retrospektywnie patrząc sobie na całą zawartość, bo tak naprawdę te cztery utwory, na które zdecydowaliśmy się z panem redaktorem, zostały przeze mnie, oj, niestety, na siłę wytypowane chyba z 15 czy coś bliżej 20. Bo tak naprawdę z każdym z utworów jestem bardzo mocno związany intencjonalnie, jeżeli chodzi też o warsztat, o wrażenia, które mi towarzyszyły podczas pisania tych rzeczy. Są to utwory, które wzięły się na przykład po usłyszeniu utworu albo po moim rejsie po Bałtyku, gdy z jednej strony była szara gęstwa chmur i późne popołudnie. Odwracam się, a z drugiej strony tam jest wiszące nad morzem słońce. I po prostu ten obraz tak mnie miotnął. I nagle, nie będę teraz opowiadać, ale zrodziły się niesamowite emocje. I właśnie takie różne, przesilne, niesamowite doświadczenia sprawiły, że wiele z tych utworów, mnóstwo z tych utworów, w zasadzie każdy z tych utworów bierze się z mojej obserwacji życia. To wszystko jest naturalne, autentyczne. Niektóre z utworów są zaprezentowane właśnie jako takie wręcz dla dzieci. Stąd też "Targowisko różności".
Nawiążę do tego, o czym pan redaktor powiedział na początku. Bardzo lubię sięgać gdzieś, gdzie jeszcze nie próbowałem. Bardzo lubię tworzyć rzecz nową i staram się pisać czy tworzyć coś, co będzie inne. Co, tak jak powiedziałem, czegoś mnie nauczy. Był kiedyś taki serial, o ile dobrze pamiętam, "Kameleon", o takim gościu. To było coś na zasadzie MacGyvera. Facet, który poruszał się i coś robił. W jednym odcinku był policjantem, w drugim był lekarzem, w trzecim architektem i tak dalej. To było widać, że to jest jedna i ta sama osoba i on dokonuje morfingu swojej osobowości. To znaczy on wie i umie więcej.
To mnie fascynuje. To mnie tak totalnie kręci. Dlatego był tomik poezji. Później był esej pod tytułem "Lekcja paranormalności". Następna książka była o kontaktach z osobami, które odchodzą z tego świata. Powiedzmy też w pewnym sensie paranormalna, ale troszeczkę inny kontekst. Następna książka to była "Epidemia", czyli kryminał. Fabuła. Napisałem kontynuację, która będzie za kilka miesięcy dostępna, a teraz piszę książkę w klimatach postapo. Myślę też o horrorze i mam już rozpoczęty taki troszeczkę obyczajowy horror.
Lubię sięgać, bo to jest wyzwanie i to jest strasznie kręcące umieć wiedzieć więcej. Tak jak czasem się dowiaduję: "Ty cokolwiek zrobisz, to ci wychodzi". To jest takim wyrażeniem, że jednak warto było sięgnąć w ten rejon, bo nie dość, że czegoś fajnego się dowiedziałem, to jeszcze zrobiłem coś, co ludzie uważają za szczere. Bo jeżeli to jest szczere, to wtedy na ludziach robi wrażenie i ludzie odbierają to jako autentyczne. To jest wow! Dlatego polecam. Po prostu polecam.
[01:50:42] - Cóż, ponieważ zbliżamy się do końca naszej rozmowy, proponuję: mówiliśmy na początku rozmowy, przypomnijmy, gdzie e-booka z tomikiem "Targowisko różności" można szukać.
[01:50:57] - Będzie można szukać, mam nadzieję od poniedziałku w Empik Go, Woblink, Virtualo, ebookpoint i w wielu innych sklepach z e-bookami. Natomiast mam jeszcze dostępnych troszeczkę tomików z pierwszej serii, więc jeżeli ktoś jest oczywiście zainteresowany nabyciem papierowej wersji, to jak najbardziej zapraszam. Jest on dostępny u mnie. Nie wiem, czy możemy podać adres mailowy.
[01:51:25] - Jak najbardziej proszę.
[01:51:26] - less@less.net.pl. Zapraszam bardzo.
[01:51:34] - Cóż, pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Podpowiem tylko, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie, bo mniej więcej za miesiąc, około połowy czerwca spotkamy się ponownie i będziemy rozmawiać o wspomnianej już "Epidemii". "Epidemia. Co kryje chaos?" to jest książka beletrystyczna. Zdradzamy jakieś szczegóły czy zostawimy sobie na czerwiec?
[01:52:07] - Książka dotyka tematu covidowych epidemii, pandemii. Jakkolwiek zwał tak zwał. Wszelkich tematów, z którymi boryka się polskie społeczeństwo. To są polscy bohaterowie. W Policach, w Szczecinie dzieje się akcja i tak jak mój patron z poprzedniej edycji książki, czyli "Gazeta Śledcza", otrzymałem informację, że książka jest wstrząsająca. Wielu czytelników zwraca uwagę na to, że jak najbardziej pióro jest lekkie, ale jednocześnie historia bardzo krwawa. Myślę, że opowiemy sobie o kilku detalach więcej faktycznie na następnym spotkaniu.
[01:52:50] - Jeszcze raz pięknie dziękuję. Zapraszam za miesiąc. Pozdrawiam.
[01:52:56] - Dziękuję również wszystkim słuchaczom.
[01:52:59] - A za miesiąc "Epidemia", proszę państwa. Dobrej nocy.
[01:53:04] - Dobranoc.
[01:53:06] - Tak, proszę państwa, ja myślę, że odrobina poezji, którą mieliście państwo okazję posłuchać, mnie nastroiła w każdym razie niezwykle optymistycznie. Cóż, proszę państwa, tak jak odgrażałem się na początku audycji, dzisiaj będzie długo. To pomykajmy bez mojego ględzenia. Zagłębmy się w takim razie w świat filmu. To niechybny znak, że przed nami „Filmotekarium". Zapraszam na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:53:42] - Tradycyjnie Marku. Dzień dobry wieczór.
[01:53:44] - O, dzisiaj powieje grozą, proszę państwa, bo dzisiaj filmy, lepszego określenia nie mam, kanibalistyczne. Kiedy Piotr mi podrzucił tytuły, to sobie pomyślałem: "Ale będzie". Nie wiem jak państwo, ale ja miałem takie przekonanie, że jak ktoś kogoś na filmie zjada, to nie może być dobry film. Zdaje się, wszystko na to wskazuje, że będę dzisiaj musiał odszczekać i to tak bardzo konkretnie.
[01:54:19] - Tak. Można by tutaj wiele powiedzieć, bo w ostatnich latach sypnęło tego rodzaju filmami. Chociaż podgatunek ten święcił triumfy przed de facto kilkoma dekadami, to horrory z motywem kanibalistycznym, chociaż dzisiaj wysublimowane i ugrzecznione, nadal ociekają krwią, odwołując się do tych naszych głęboko ukrytych strachów. Marku, nie wiem, chyba zrobimy taki krótki wstęp, bo by nam fani tego podgatunku, jak mówię, nie darowali. Chociaż Też ograniczymy nieco nasz wykład, bo kino kanibalistyczne z takimi tytułami jak „Cannibal Holocaust” czy „Cannibal Apocalypse” święciło triumf, jak powiedziałem, w latach 70. i 80. Co znamienne, często były to produkcje europejskie, na przykład włoskie. I nie wiem, w którym momencie postawić grubą kreskę, bo jeżeli ktoś jest fanem i miłośnikiem tego typu kina, to za dużo mu opowiadać nie musimy. Jeżeli ktoś jest ciekaw, to sięgnie i pewnie będzie miał swoje własne opinie. Dużo można na ten temat dowiedzieć się z internetu, bo to było swoiste zjawisko kulturowe.
Natomiast dzisiaj zajmiemy się nową falą, to znaczy kilkoma niestarymi filmami, w tym jedną nowością. Znaczy dwoma niestarymi i jedną nowością, w której ten kanibalistyczny wątek, dawno zarzucony, powraca. I co, Marku, jeszcze warto powiedzieć? O ile filmy ze złotego okresu kina ludożerczego miały bardzo nieskomplikowane scenariusze, które koncentrowały się na przykład wokół wypraw w dzikie rejony, gdzie spotykano plemiona jedzące ludzkie mięso, to współcześnie, co udowadniają dzisiejsze filmy, ten kanibalizm wplątywany jest w bardziej skomplikowane psychologicznie historie. Czy ty masz jakieś doświadczenia z takim kanibalistycznym kinem z przeszłości?
[01:56:25] - Nie, mówiąc szczerze nie. I dlatego miałem wrażenie, że czeka mnie ciężka przeprawa, że będę się męczył, może będę nawet oczy zamykał podczas emisji. To żarcik taki. Nie miałem świadomości, że można tak umiejętnie zmiksować pewne rzeczy. Od razu zastrzegę, że filmy, które dzisiaj omówimy, to nie są filmy z tych moich, jak to mawiał Arnold Boczek, ulubienych. One są niezłe i pewno będę miał nie raz okazję dzisiaj o tym powiedzieć. Przynajmniej część z nich jest niezła, ale to nie są filmy akcji. To nie są filmy, w których się ganiają tak, jak lubię i strzelają się i w ogóle. To nie. To jest inne kino.
Niemniej tu muszę przyznać, że wielki szacun. To jest kino, które budzi refleksję. I chociaż ja wielokrotnie deklarowałem, że kino jest jednak dla mnie sztuką ludyczną, przy której ja się chcę bawić, to te filmy, o których będziemy dzisiaj mówić, skłoniły mnie do kilku refleksji. Może to nie była zaduma iście filozoficzna, ale też to nie było takie poczucie, że „żrą się na ekranie i co z tego? Dużo krwi”. Nie, to zdecydowanie poza tego rodzaju refleksje wychodzi. Tu był kawał, przynajmniej w części, niezłego kina, ze swoimi mankamentami. Nie wiem, od czego dzisiaj zaczniemy. W związku z tym jestem na razie niewylewny, jeśli chodzi o jakieś deklaracje. Więc na razie taką ogólną deklarację składam, że byłem bardzo zaskoczony.
[01:58:23] - Tak. Ja myślę, że kiedyś zrobimy odcinek z filmami, w których rzeczywiście się strzelają i gonią i ukatrupiają. Dlatego że rzeczywiście, co zauważam od pewnego czasu, skupiamy się raczej na tych kameralnych fabułach. Ale dobrze. Jeszcze takie słowo na koniec wstępu, bo my tak mówimy: „Filmy kanibalistyczne, będą się jedli”, tak jakby to się nic nam nie działo. Okej, na każdego to w jakiś sposób wpływa. Ale zauważmy jedną rzecz. Po tylu latach rozwoju kinematografii, tylu latach rozwoju internetu, ludzie tak naprawdę widzieli już wszystko. Trudno jest na ekranie odzwierciedlić coś, co już było nieraz pokazane w sposób bardzo drastyczny, tak aby jeszcze raz tego widza poruszyć. Myślę, że tutaj się udało w tych trzech przypadkach, o których będziemy mówić, a pierwszym jest „Platforma”.
Jest to film, o którym już mówiliśmy, tylko że go wspominaliśmy. To taki hiszpański film, który dawno temu się pojawił na Netflixie. Można go tam prawdopodobnie jeszcze ciągle znaleźć i on łączy cechy wielu gatunków: od horroru po thriller, science fiction. Możemy tutaj podpiąć wiele epitetów. Jednym z nich jest na przykład film społeczny albo thriller społeczny, albo horror społeczny. Pytacie, co to może być horror społeczny? Że Karol Marks i Fryderyk Engels ożywieni przez szalonego naukowca wychodzą i piszą „Manifest komunistyczny 2”? Nie. Tutaj mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Wyjaśnimy to za jakiś czas.
„Platforma” czerpie inspiracje z wielu filmów. Przede wszystkim mamy tam, Marku, do czynienia z taką tajemniczą strukturą. Chyba nigdy jej nie widzimy z zewnątrz. Przywodzi ona na myśl strukturę z filmu, z serii w zasadzie „The Cube”. Podobny jest też lekko kafkowski, jak niektórzy mówią, nastrój. Zaczyna się od tego, że główny bohater budzi się w mrocznej, wielopiętrowej strukturze, po której porusza się coś w rodzaju windy. I na tej windzie, na tej platformie kulinarne cuda. Problem w tym, że dostępne tylko dla tych, którzy zdążą coś z tego stołu zabrać.
[02:00:53] - Ja tylko powiem, że kiedy on się budzi, to on jeszcze, i my przy okazji, nie wiemy, gdzie on się budzi. Budzi się w jakimś takim- Pokoju. Jeszcze drugi facet tam jest. Powoli, wspólnie z bohaterem odkrywamy dopiero, jaka jest struktura tego pomieszczenia, później całej tej konstrukcji. To, o czym wspomniałeś, czyli jakieś powinowactwo z serią „Cube”, ono się nasuwa bardzo szybko. Zresztą we wszystkich recenzjach, które czytałem w Internecie ten „Cube” jest przywoływany. Ja tylko przypomnę, mówiłem już o tym, że „Cube” został ostatnio odkurzony, zrobiony na nowo przez kino dalekowschodnie. Moim zdaniem bardzo udana ekranizacja, nie wnosząca wiele nowego, ale chyba wnosząca więcej zrozumienia. Końcówka jest moim zdaniem lepsza. Ale zostawmy „Cube”, skupmy się na „Platformie”.
To jest film rzeczywiście, który w bardzo wielu miejscach nie robi tego nachalnie, ale tam pada szereg tak zwanych złotych myśli. One są czasami wyeksponowane, a czasami wyeksponowane mniej. Zresztą bardzo szybko dochodzimy do wniosku, że ta struktura z pomieszczeniami, z kolejnymi piętrami. Na każdym piętrze mieszkają, trudno to nazwać mieszkaniem, przebywają dwie osoby i na środku pomieszczenia jest prostokątna dziura. Przez tę dziurę zjeżdża coś w rodzaju stołu czy tej platformy. Dlatego to porównanie ze stołem. Ta platforma jest zastawiona różnymi wiktuałami. I rzeczywiście, tak jak Piotr powiedział, im ktoś wyżej, tym się bardziej nażre, a im ktoś niżej, tym tego zostaje coraz mniej. Kiedy bohater się budzi, on jest gdzieś tak na czterdziestym chyba którymś poziomie. W związku z tym to, co zjeżdża, to już są resztki.
Na początku w ogóle nie bardzo ma ochotę główny bohater, żeby się za to zabrać. Czuje obrzydzenie. Okazuje się, że nie można też nic zabrać z tego stołu na później, bo konsekwencje tego są też nieprzyjemne. Można sobie czasami troszeczkę kilka kropelek wina wychylić, które zostało gdzieś na dnie butelki, może coś tam pokąsać, ale to wszystko. Główni bohaterowie przypuszczają, że tych poziomów jest 250. W pewnym momencie na podstawie takich zgrubnych obliczeń główny bohater to mówi. Prawda okazuje się zupełnie inna, co do której my się przekonujemy znacznie później, jeśli chodzi o liczbę poziomów. Ale mniej więcej struktura tego jest w ten sposób zarysowana. I to jest właściwie niby bardzo proste, ale tam się bardzo szybko pojawiają jakieś odniesienia właśnie do funkcjonowania społeczeństwa. Bo czy to się państwu z czymś nie kojarzy?
Jedni są wyżej, drudzy są niżej. Jedni czerpią z życia garściami, drudzy już niekoniecznie. A ci, co są zupełnie na dole, to trudno powiedzieć właściwie, jakim cudem żyją. I tu mamy sytuację właśnie taką, że zjechać w dół — jest taka bohaterka, która tam zjeżdża od czasu do czasu. Zjeżdżać można tylko w dół. Zaraz mi ktoś powie, że pleonasme. Zjeżdża w każdym razie sobie na niższe poziomy, ale ona później chyba jakoś wraca. Natomiast jeśli ktoś próbuje wspiąć się na wyższy poziom, żeby z tego wyższego poziomu korzystać, to go spotkają, jak w tym filmie, niemiłe niespodzianki. Ja w trosce o państwa dobre samopoczucie oraz ze świadomością tego, że możecie państwo akurat coś jeść, to nie wspomnę, co jednego z bohaterów spotyka. W każdym razie nie są to ani przyjemne rzeczy.
I takich różnych nawiązań właśnie społecznych na temat tego, jak to jest w tej stratyfikacji społecznej, tym takim uwarstwowieniu, jak to w ogóle wygląda, że jedni drugimi się nie przejmują, że ci na górze nie przejmują się tym, co jedzą ci niżej. Gdzieś tam pada w pewnym momencie hasło, że gdyby wszyscy jedli tylko tyle, ile potrzebują, to dla wszystkich by starczyło. Nie, oczywiście. Ci, co na górze muszą popadać w rozpustę kulinarną i żreć do nieprzytomności, jak w „Wielkim żarciu”. A ci na dole w związku z tym cierpią jeśli nie głód kompletny, to w każdym razie na niedożywienie. Muszę powiedzieć, że ten film bywa momentami poruszający. Bywa też, to sobie od razu powiedzmy, pękłbym, gdybym nie powiedział, bywa też momentami przegadany i troszeczkę dydaktyczny, ale w sumie i tak wychodzi na plus. To znaczy, jak się człowiek głębiej zastanowi, to on bywa dydaktyczny, ale w sumie nie popada w fałszywe tony. To znaczy, jeśli nawet tam jakiś dydaktyzm występuje, to trudno to określić, że autor sprzedaje nam jakąś tanią filozofię, jakieś tanie przemyślenia. Wręcz przeciwnie, powiedziałbym.
To są rzeczy, które z nami zostają.
[02:06:30] - Tak. Mówiąc krótko, sama platforma symbolizuje nierówny podział dóbr. Jak powiedziałeś, o ile wierchuszka zżera to, co najlepsze, to im głębiej, tym głodniej. Plusem chyba, jeżeli w ogóle tam są jakieś plusy, jest to, że raz na jakiś czas człowiek może samoczynnie wpaść na lepsze piętro, co w realnym życiu raczej się nie zdarza. Może gdzieś tam poza małymi wyjątkami, jak ktoś wygra w Euro Jackpot. Ale tak, coś tam, Marku, gdzie pragnienie i głód, to z czasem pojawia się też kanibalizm i-
[02:07:04] - Przepraszam, jeszcze tylko wstrącę. To jest usankcjonowane. Raz na miesiąc to się po prostu dzieje, że zmienia się pozycję, zmienia się piętro
[02:07:12] - Tak. Tam, gdzie jest duży niedobór, tam kanibalizm się pojawia i myślę, że to jest też przełamanie pewnego tabu, bo my sobie nie zdajemy sprawy, ale nasi dalecy przodkowie pewnie w sytuacjach wielkich niedoborów, kto wie, czy do tego się nie posuwali. Musicie „Platformę” zobaczyć, jeżeli jeszcze nie widzieliście. Co ciekawe, te wszelkie odniesienia, alegorie i symbole nie są nachalne. To znaczy my je widzimy, dostrzegamy. Oczywiście ta fabuła jest bardziej skomplikowana. Nie to, że oni siedzą i jedzą po prostu to, co tam im zostanie spuszczone, ale pojawiają się też inni bohaterowie. Jak wspomniałem, w niektórych filmach twórca zarzuca nas swoją filozofią, chce nam usilnie powiedzieć, co miał na myśli. Tutaj odnoszę się na przykład do filmu „Men”, który był wspominany chyba kilkakrotnie. Odnoszę się także do skrytykowanej przez nas „Erotiki” 2022 bodajże, tak to się nazywało.
Tutaj nie jest to takie nachalne.
[02:08:38] - Nie ma taniego dydaktyzmu. Zdecydowanie.
[02:08:43] - Jeżeli ktoś nie widział „Platformy”, chociaż jak powiedziałem, jest to film dość leciwy, nie pamiętam, z którego roku, to polecam. Przynajmniej ja, Marku, nie wiem jak ty.
[02:08:54] - „Platforma” jest z 2019 roku i ja polecam, zdecydowanie polecam. Tylko nie spodziewajcie się państwo, że się będą ganiać tam. To jest raczej film na zadumę. Rzeczywiście te przemyślenia nie są nachalne, ale tam jest jeszcze jeden motyw, o którym wspomnieć muszę. W pewnym momencie pojawia się wyprawa bohatera, a właściwie bohaterów. Próba buntu, próba przełamania tego wszystkiego, co się dzieje podczas pewnej wyprawy. To jest wyprawa, chciałoby się powiedzieć, do wnętrza ziemi, ale raczej należałoby to określić zstąpieniem do piekieł. Jest taka wyprawa podjęta i ona jest pełna dodatkowych brzmień, dodatkowych znaczeń. To też mocno w moich oczach podniosło ten film. Podczas tej wyprawy okazuje się, że tych pięter nie jest 250, tylko...
Nie ma co owijać w bawełnę. W pewnym momencie zasugerowano nam, żebyśmy spoilerowali, to powiem: tych pięter jest 333. Natychmiast mnie przynajmniej skojarzyło się, że to jest połowa 666. O symbolice już chyba dalej mówić nie muszę. Natomiast to jest coś takiego, że człowiek zaczyna się w tym filmie doszukiwać symboli, zaczyna ich szukać i być może znajduje tam rzeczy, o których być może twórca filmu w ogóle nie pomyślał. Ale to chyba dobrze. To chyba dobrze, że dzieło niejako przeskakuje swojego twórcę. To nie jest złe. Ja nie mam nic przeciwko i muszę powiedzieć, że to zstąpienie do piekieł to też był taki element, dłuższa wyprawa, która troszkę mną poruszyła, ale znowu nie w sferze obrazu, bo te obrazy są, umówmy się, ponure dosyć w całym filmie. Ona mną poruszyła, kiedy my sobie uświadamiamy w tym filmie, jak prawdziwy jest ten film i jak rzeczywiście oddaje to, jak my się traktujemy nawzajem w relacjach społecznych.
Bo my mamy takie dobre, fajne przekonanie, że my sobie pomagamy, nie jesteśmy tacy źli i w ogóle jesteśmy fajni. Okazuje się, że przynajmniej autor filmu tak tego nie widzi. Ja chyba w ślad za nim też tak tego nie widzę. Bywamy niefajni i to nawet nie wynika z naszego złego charakteru, złej karmy albo czegokolwiek, co sobie państwo podłóżcie, co chcecie. Ale nie to, że jesteśmy źli do imentu, do głębi, tylko my czasami nie chcemy czegoś dostrzegać, a czasami po prostu jest to dla nas niewygodne. Bo jakbyśmy zagłębiali się w pewne problemy, zagłębiali się w pewne sytuacje, to nie wiem, jak byśmy dalej żyli. Wiem, to takie bardzo patetyczne, co w tej chwili mówię, ale wiecie państwo, to na tej zasadzie: ja nie lubię oglądać filmów o zwierzętach. Niestety byłem zmuszony, ale nie lubię oglądać filmów o zwierzętach. Nie dlatego, że uważam, że tylko zwierzęta cierpią. Nie, nie zwariowałem.
Ludzie czasami cierpią bardziej. Tylko w przypadku ludzi bardziej do mnie dociera, że to jest film i że w każdym momencie mogę go wyłączyć. A w przypadku zwierząt, nie wiem, to być może jest martwica mózgu, mojego mózgu oczywiście. Jakoś nie potrafię tego oddzielić i się zaraz przejmuję. Wiem, to jest czułostkowe i głupie. Cóż poradzę? Dlaczego ja muszę być zawsze mądry? W tym wypadku jestem kompletnym kretynem i trudno, będę musiał z tym żyć dalej. Ale to tyle deklaracji. Myślę, Piotrze, że możemy pójść dalej do kolejnego tytułu.
[02:13:20] - Tak. Jeżeli jesteście zainteresowani, w czym oni właściwie siedzą, to tam padają pewne wyjaśnienia, chociaż jest to równie mgliste jak w przypadku „Cube’a”. Co jeszcze o tej platformie można powiedzieć? Nie jest to oczywiście w pełni kino kanibalistyczne, bo kanibalizm jest jednym z elementów tego, co się rozgrywa w tej nieszczęsnej budowli, strukturze, nie wiem, jak to nazwać. Czymś, co jest nieuniknione i czymś, co stanowi temat tabu, dopóki nie będziemy do tego zmuszeni. Natomiast w kolejnych filmach ten kanibalizm jest przedstawiony już jako coś w rodzaju albo wewnętrznego przymusu, albo instynktu, czegoś, co robić musisz, aby przeżyć. Albo po prostu taka jest twoja natura. Co jeszcze można powiedzieć o tej platformie? Jeżeli macie jakieś własne opinie, to czekamy na komentarze. Nie będę wam więcej mówił, bo wydaje mi się, że powiedzieliśmy trochę za dużo, ale to też film trochę starszy.
Kolejna produkcja na naszej liście to bardzo kontrowersyjny film, nieco młodszy od „Platformy”, w reżyserii francuskiej twórczyni, która jest porównywana do Davida Cronenberga pod tym względem, że tworzy między innymi taki podgatunek jak body horrory, czyli coś, gdzie element cielesności jest eksponowany jako taki, który ma być tym głównym szokującym. Pani Julie Ducournau wyreżyserowała jeszcze między innymi film „Titan”, o którym będziemy mówić. Jeżeli chodzi o ten, na którym się dzisiaj skupimy, czyli „Raw”, to pamiętacie może takie informacje sprzed paru lat, że na festiwalu w Toronto doszło do takiej sytuacji, że widzowie mdleli, musiały przyjeżdżać karetki, dlatego że ten film był tak straszliwy i obrzydliwy. „Raw” to jest opowieść o kilkunastoletniej dziewczynie, studentce, która nagle odkrywa u siebie nienaturalną skłonność do kosztowania ludzkiego mięsa. Dzieje się to z jednej strony w dość szokujących, z drugiej — trudno mi znaleźć odpowiednie słowo — kontrowersyjnych okolicznościach podczas tak zwanych chrzcin studenckich, gdzie w ramach tak zwanego kocenia zmusza się ją do zjedzenia pewnej części organu króliczka. Problem w tym, że dziewczyna jest wegetarianką, o co od lat dba jej matka. Jak się okazuje, robi to nieprzypadkowo. Powiedziałem już o tych widzach na festiwalu w Toronto, którzy mieli ponoć wymagać pomocy medycznej. Trudno mi, Marku, powiedzieć, czy w dzisiejszych czasach, kiedy w filmach, o czym mówiłem na samym początku, pokazano niemal wszystko, „Raw” rzeczywiście może uchodzić za coś ultra brutalnego i przerażającego. Myślę, że gorsze sceny widzieliśmy w kanibalistycznych horrorach z lat 70.
i 80. Film był rzeczywiście bardzo realistyczny, ociekał krwią, niemniej jednak był też bardzo dobry.
[02:17:05] - Powiem w ten sposób, że to nie jest mój ulubiony film, ale oczywiście powód jest prozaiczny. To jest właśnie ten film, w którym musiałem oglądać zwierzątka, w końcu to jest uczelnia weterynaryjna. W związku z tym te zwierzątka tam są i wiecie państwo, ja nie jestem pięknoduchem, który nie wie o tym, że żeby się studenci nauczyli medycyny, to muszą kroić trupy, a żeby nauczyli się weterynarii, to też muszą kroić trupy albo nawet utrupiać zwierzątka, żeby mieć co kroić. Tak sobie w ten sposób to opowiem. Natomiast już z racji tego oglądało mi się to źle. Tak jak powiedziałem, może ja mam fioła. Zdarza się, to jest w końcu ludzka przypadłość, więc troszeczkę przez pryzmat tego zjawiska oglądałem ten film. Ale oczywiście potrafiłem oddzielić to, co się dzieje na ekranie. Śledziłem akcję, w każdym bądź razie. Wiecie państwo, dobry, niedobry.
Na pewno nie jest mój ulubiony film. Natomiast rzeczywiście, tak jak w pierwszym filmie, o którym mówiliśmy, była nieźle poprowadzona akcja w sensie rozwoju, poznawania świata. Może to jest najlepsze określenie. Tak i w tym filmie mamy bardzo dobrze podawane sekwencje wydarzeń. Początek filmu z pewnym wypadkiem jest dosyć charakterystyczny i później kolejne odsłony, w których my poznajemy ten świat. Może nawet nie świat, rzeczywistość, w której się zagłębiamy wspólnie z bohaterką. To jest nieźle zrobione i można się czepiać różnych rzeczy, ale rzeczywiście odkrywanie przez główną bohaterkę — nie chciałbym, żeby to zabrzmiało bardzo nowocześnie — swojej Swojego przeznaczenia, swojej tożsamości. Jest to dobrze zrobione. Relacja z siostrą podczas kocenia to tak naprawdę siostra przekonuje główną bohaterkę, żeby ona może jednak tego mięska z króliczka, chyba nereczki, o ile dobrze pamiętam, skosztowała. Ale później ta siostra odgrywa niezwykle ważną rolę.
Dobieram cedzę słowa, słyszycie to państwo, w inicjacji. Tak, to jest chyba dobre słowo: w inicjacji głównej bohaterki. Bo jakby tego nie ująć, to główna bohaterka odkrywa, że to mięsko w postaci kawałka króliczka chyba nie było takie paskudne, jak jej się na początku wydawało. Zresztą rasowa wegetarianka, co ma innego myśleć? Paskudztwo. A chyba jednak nie, bo bardzo szybko odkrywamy, że ona się zaczyna zachowywać dziwnie, że mięsko zaczyna ją fascynować. Siostra zdaje sobie z tego sprawę. Siostra jest starsza, na tej uczelni przebywa od jakiegoś czasu. Co więcej, później jesteśmy świadkami, kiedy siostra inicjuje wypadek drogowy, bardzo analogiczny do tego, co śledzimy na początku, w pierwszej scenie bodajże. Po co go inicjuje?
Świeże mięsko, że tak się wyrażę. Zdaje się zaspoilerowałem odpowiednio dużo. W każdym razie rzeczywistość kanibalistyczna tutaj jest podana nie jako coś takiego... Wiecie państwo, w gruncie rzeczy można by powiedzieć, że wszystkie filmy o zombie też są kanibalistyczne, bo te zombie nic innego nie interesuje, tylko wpierdzielanie mózgu co prawda najczęściej, ale też zagryzienie, pożywienie się ludzkim ciałem. To nie ten rodzaj ekspresji. Tu jednak mamy bohaterkę, która jest myśląca w przeciwieństwie do zombie, samoświadoma i ona sobie zdaje sprawę z różnych uwarunkowań kulturowych, z pewnych wstrętów i z pewnych problemów i w ogóle sobie zdaje sprawę. Niemniej jednak ten pociąg, taki zew do tego mięsa okazuje się silniejszy.
[02:21:49] - Jakby to nazwać? O ile w „Platformie” mieliśmy kanibalizm wymuszony z wyboru, czasami też w innych filmach, to tutaj w kolejnym filmie mamy kanibalizm wrodzony.
[02:22:05] - Genetyczny.
[02:22:07] - Coś jak wampiryzm. Czyli musisz zostać tym zarażony albo się takim urodzić, żeby mieć smak na niektóre rzeczy. To jest tak jak z niektórymi potrawami. Co więcej można opowiedzieć o filmie „Raw”? Nie za dużo, dlatego że on nie jest tak skomplikowany jak „Platforma”. Jest tam znacznie mniej symboliki. Dużo się dzieje, jednak to wszystko jest w miarę kameralne. Z drugiej strony szokujące. Tak że jeżeli ktoś lubi tego typu formaty, to polecam. Tutaj mały spoiler jeszcze.
Okazuje się, że obsesja matki, zaznaczona na początku filmu na punkcie tego, by córka nie jadła mięsa, nie bierze się znikąd. Kiedy bowiem pierwszy raz go popróbuje, to nie będzie potrafiła się zatrzymać. Już zdradziliśmy dużo. Skoro jest to kwestia dziedziczna, to musiała skądś ta dziewczyna ją przejąć. Pod sam koniec otrzymujemy wyjaśnienie, a konkretnie to wyjaśnienie płynie ze strony jej ojca. Nie wiem, Marku, co tu jeszcze dodać. Zadam ci takie pytanie: czy ciebie ten film zszokował? Bo tam rzeczywiście pojawiają się sceny, które mogą być nieprzyjemne dla oka z jednej strony. Z drugiej nie jest to coś, co po obejrzeniu tylu filmów współczesnych i tych starszych zupełnie też spowodowałoby u mnie to, że trzeba byłoby wzywać do mnie karetkę.
[02:23:53] - Oczywiście, że tak. Że nie trzeba wzywać karetki. Wiecie państwo, rzecz jest po prostu w naturalistycznym pokazaniu pewnych zjawisk. Bo jak sobie państwo obejrzycie „Johna Wicka”, obojętnie którą część, czy pierwszą, drugą, trzecią, czy czwartą, to tam trupa pada, wiecie państwo o tej sekwencji, że postrzał i kończący w głowę, to trupa tam pada nieporównanie więcej. Tam hektary trupów padają. Rzecz taka, że tam to jest wszystko umowne i człowiek mówi: „A!”, żeby mu się udało. Tymczasem tutaj obserwujemy to z pewnym obrzydzeniem, bardziej niesmakiem, bo rzeczywiście te sceny bywają krwawe, są nieprzyjemne i te zwierzątka w tle to mania moja. Natomiast nie Bez przesady. Nie sądzę, żeby trzeba karetkę wzywać czy do ciebie, Piotrze, czy do mnie. Chociaż telefon miałem przy sobie, jakby trzeba, to bym wzywał.
Natomiast nie wzywałem. Platforma okej, natomiast nie wiem, czy jestem zadowolony z tego, że ten film obejrzałem. Nie będę też sobie wyrzucał, że go obejrzałem, ale chyba mógłbym żyć spokojnie tego filmu nie znając. Jakoś jest tak, że o ile „Platforma” to jest film, który warto obejrzeć bez względu na jego estetyczne nieprzyzwoitości, to wcale nie jestem przekonany, że „Mięso” — tak w polskim tłumaczeniu brzmi tytuł tego filmu — że coś bym mocno utracił, gdybym tego filmu nie obejrzał.
[02:25:53] - Mnie się wydaje, że on jest jednak w miarę dobrze skonstruowany. Jest to fajna opowieść, nawet jeżeli jest bardzo kameralna. To jest kolejny film europejski. „Platforma” też jest europejska. On do mnie w jakiś sposób przemawia, trafia. Jest inny od horrorów amerykańskich, których jest znacznie więcej, gdzie więcej kładzie się nacisku na efekty specjalne. Tutaj więcej nacisku położone jest na kwestię psychologiczną. Także ja go polecam. Bardzo mi się podobał. Tylko są osoby, które odnajdą w nim pokłady symboliczne.
O ile w „Platformie” były one bardzo mocno zaakcentowane, na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że symbolika filmu „Raw” odnosi się do tego, że jemy zwierzęta, a nie powinniśmy jeść, bo to tak, jakbyśmy jedli swoich współplemieńców.
[02:27:00] - Dobrze.
[02:27:01] - Tak. Myślę, że to jest za daleko posunięte, natomiast nie takie fikołki filozoficzne w „Filmotekarium” widzieliśmy. Można powiedzieć, Marku, że następny film, najmłodszy z omawianych-
[02:27:17] - Chyba nas pogodzi.
[02:27:19] - Tak. Równie dobry, którego tytuł to „Bones and All”. Po polsku zapomniałem.
[02:27:27] - „Do ostatniej kości”.
[02:27:29] - „Do ostatniej kości”, tak. Można powiedzieć, że on rozwija pewne wątki zarysowane w „Raw”, chociaż oczywiście nie jest w żaden sposób z nim związany. Jest to romans horrorowy tak naprawdę. Nie wiem, jak to ująć. Miał premierę w 2022 roku. Oparty jest o książkę Camilli De Angelis pod tym samym tytułem. Poznajemy tam dziewczynę, czarnoskórą Maren, która w 1988 roku podczas imprezy dziewczyńskiej odgryza koleżance kawałek palca. Jej ojciec wtedy w pośpiechu pakuje wszystkich, zwijają się do innego stanu i rozpoczynają nowe życie. Natomiast krótko po osiągnięciu pełnoletności mężczyzna znika. Ojciec tej Maren znika.
Pozostawia jej oczywiście trochę kasy, ale też kasetę z nagraniem całej jej historii dotychczasowej i historii jej przypadłości, w pewien sposób dziedzicznej. Co się potem dzieje, Marku? Tak jak w filmie „Drogi Maren” wyrusza do innego stanu i tam odkrywa siebie jako kanibalka. Wywąchuje innego osobnika swojego typu, bo okazuje się, że ich jest więcej.
[02:28:55] - On chyba ją bardziej wywąchuje, ten z kitką, ten Indianin czy jak go tam określimy. To chyba on ją wyczuwa.
[02:29:06] - Tak. Oni nazywają sami siebie eaterami, czyli jedzącymi. Ona tam rzeczywiście poznaje takiego, nie wiem jak go określić, ekscentryka podstarzałego na imię Massali. I okazuje się, że on chce ją w jakiś sposób wprowadzić czy też dokonać jej inicjacji w proces tego... Tutaj kolejne trudne słowo, jakiś neologizm by się przydał. To takie rytualne zjadactwo, taki kanibalistyczny wampiryzm, że oni muszą to robić, żeby przeżyć, bo to mają zapisane w genach. Warto tutaj dodać, że to kolejna rola Marka Rylance'a w roli ekscentryka bardzo nieprzyjemnego, bo w takiej samej pojawił się w filmie „Nie patrz w górę”. Ten film był chyba omawiany w „Filmotekarium”. On tam gra kogoś, kto przypomina skrzyżowanie Steve'a Jobsa z Elonem Muskiem. Natomiast tutaj gra kogoś dużo bardziej obrzydliwego.
[02:30:08] - Ja powiem tak: tak jak to przedstawiłeś, to się wydaje bardzo proste, natomiast to troszeczkę trwa podczas emisji i muszę powiedzieć, że to jest świetnie poprowadzone, bo jakkolwiek byśmy z Piotrem próbowali państwu ten film opowiedzieć, będzie nam trudno oddać pewne mistrzostwo chyba scenariuszowe, może częściowo reżyserskie, bo ta historia jest podana w sposób bardzo przemawiający do oglądającego. To nie jest tak, że w pewnym momencie ktoś odkrywa: „Lubię mięcho i będę je zżarła i będę zjadała ludzi”. Nie. To wszystko jest tak, że widzimy, że ta dziewczyna jest zagubiona. Ona nie wie, co się z nią dzieje. Ojciec ją porzuca. Rusza, tak jak Piotr powiedział, w drogę, ale nie wie, dokąd właściwie jedzie. Słucha historii, w kawałkach oczywiście, na walkmanie. Kto to dzisiaj wie, co to jest walkman? Słucha na walkmanie i rzeczywiście przybywa do pewnego miasteczka.
Tam spotyka tego dziwnego faceta i znowu dowiadujemy się o tym świecie filmu czegoś, co nas zaskakuje. Otóż my sobie wyobrażamy, że jak kanibal, to musi koniecznie kogoś zamordować. Z tych scen, które toczą się w pewnym domu, do którego zaprasza ją ten ekscentryk, dziewczynę, główną bohaterkę, wynika, że on chyba natknął się na osobę umierającą, może porażoną udarem albo czymś tam, już nie pamiętam. W każdym razie oni czekają, aż ona wyciągnie kopyta, mówiąc tak bardzo kolokwialnie i wtedy ją zżerają. Do pewnego stopnia ten ekscentryk osiąga swój cel, bo już kompletnie inicjuje główną bohaterkę. Bo kiedy on przystępuje do żarcia, to i ona przystępuje do żarcia. Sama jestem zszokowana. To fajnie zagrane jest mimo wszystko. Ja wiem, że to do państwa może nie przemawiać, jeśli nie widzieliście państwo tego filmu, bo to się nie do końca mieści w słowach, ale w filmie to wypada nieźle. To nie jest banalne, to nie jest głupie, to nie jest prymitywne.
Nieźle to wypada.
[02:32:42] - Tak, to nie jest też melodramat ani stuprocentowy romans, choć rzeczywiście się tam takie wątki pojawiają. Co możemy dodać, jeżeli chodzi o „Do ostatniej kości”?
[02:32:56] - No że ona ucieka od tego ekscentryka i natrafia na miłość swojego życia.
[02:33:03] - Tak, z którą razem potem też spożywa ludzkie mięso i o mało co nie pada ofiarą innych spożywców, bo tak naprawdę jest ich dużo i mogą być wszędzie. Ale chciałbym dodać tylko tyle, że oprócz zalet realizatorskich strasznie trzeba pochwalić aktorstwo, dlatego że mamy tam naprawdę świetne kreacje. Okazuje się, że współcześnie można zrobić dobry film, wykorzystując przetarte, jeżeli nie wyświechtane, jak mawiają niektórzy, tematy i schematy.
[02:33:35] - Główna bohaterka jest świetna.
[02:33:38] - Ten jej partner też. Ja nie pamiętam, jak się ten aktor nazywa. Timothée Chalamet chyba. To jest ten, który zagrał główną rolę w „Diunie”, o której jeszcze dotąd nie powiedzieliśmy. Natomiast tak jak powiedziałem, to jest prosta historia tak naprawdę. Jeżeli chodzi o pozycje społeczne, to ta czarnoskóra dziewczyna z Ameryki jest zupełnie w innej, nieuprzywilejowanej pozycji w stosunku do bohaterki filmu „Raw”, która pochodzi z rodziny lepiej sytuowanej, europejskiej. Ma się dobrze, nie musi się martwić o utrzymanie. Natomiast tutaj ten kanibal jest wypuszczony w samopas. Musi krążyć po tych Stanach Zjednoczonych. Natomiast to nie jest w żaden sposób naiwne.
To nie jest głupie. To jest naprawdę świetny film. Ja się tak zastanawiam, dlaczego on, pomimo tego, że prawdopodobnie był grany w kinach, przeszedł bez większego echa. Może trochę ze względu na to tabu, które nadal otacza filmy, gdzie się spożywa ludzkie mięso.
[02:34:48] - Nie wiem. W każdym razie duży żal należałoby mieć do dystrybutorów, bo jeśli miałbym już stosować takie oceny pod tytułem pierwsze, drugie, trzecie miejsce, dla mnie to jest w naszym zestawieniu najlepszy film właśnie pod względem aktorskim. Bo tutaj zarówno główna bohaterka, jak powiedziałem, ale i też ten ekscentryk. Nie chcę znowu za dużo opowiadać, ale to jest tak dopracowana postać przez scenarzystów, tak dopieszczona. Tak samo jak bohaterka główna, tak samo jak jej chłopak. Poza tym, wiecie państwo, chyba jest bardzo trudno nie ocierać się o banał i kicz, kiedy główni bohaterowie są ludożercami. Specjalnie używam tego słowa, żeby było właśnie tak trywialnie. A z drugiej strony mają swoją głębię. Nie są jakimiś zombiakami, którzy żrą mięso, tylko robią to... Wiecie państwo, to troszeczkę jest tak jak z ludzką naturą.
Czasami jesteśmy dobrzy, mamy dobre cechy, a czasami jesteśmy źli. I to jest obok nas w jednej postaci. Śmieszą zawsze i w literaturze, i w filmie postacie, które są krystalicznie dobre albo krystalicznie złe. Kino to już odkryło dawno, chociaż w dalszym ciągu takie postacie się pojawiają, szczególnie w gorszych produkcjach. Natomiast scenarzyści już dawno odkryli, że jeśli chcemy coś przedstawić wiarygodnie, to rysowanie taką grubą kreską dobry-zły może się udać, ale najczęściej się nie udaje. I chwała tutaj scenarzyście i chwała reżyserowi, że Potrafił uciec od kiczu. Kiedy państwo słuchacie tego, co opowiadamy o filmie "Do ostatniej kości", to może wam się wydawać: co oni gadają? Opowiadają o parze ludożerców. Żrą mięso ludzi, wykorzystują, wcinają i co? Przecież wiadomo, że to głupie musi być.
Właśnie nie. To jest ta magia kina, której od czasu do czasu jednak ulegam, że ta opowieść filmowa rzuca jakiś urok na państwa. Na mnie przynajmniej rzuciła urok. I muszę powiedzieć, że oglądanie tego filmu to przyjemność. Satysfakcja ogromna. Byłem niezwykle zadowolony, że ten film obejrzałem i to pogłębiło to moje zaskoczenie. Teraz powiem to, co częściowo zasygnalizowałem na początku. Ja się, proszę państwa, spodziewałem, że to będzie zestaw, w którym będzie krwawa jatka i nic więcej. Będzie to głupie, ale za to groźne, bardziej nieprzyjemne, gore i dużo flaków, dużo krwi. Tymczasem nie.
Właściwie w trzech filmach, które dzisiaj omawiamy, tak nie było, a w tym filmie było bardziej. Ja ten film cenię najbardziej z dzisiejszego zestawu. To jest po prostu dobry film, chociaż niestety nie biegają, nie strzelają, ale dla mnie to był bardzo dobry film.
[02:38:26] - Ja tego aktora nie wiem, jak nazwałem. Sprawdziłem. Nazywa się Timothée Chalamet. Ja pewnie powiedziałem inaczej. Tutaj kilka kwestii, Marku. Ja myślę, że on jest nie tylko najlepszy z tych wszystkich trzech dzisiejszych, ale ponieważ jest najmłodszy i możemy go zaliczyć do nowości, a nowości przerabialiśmy dużo, to moim zdaniem jest na pierwszym miejscu ze wszystkich tych nowości. Nie wiem, z kilku, może trzech ostatnich zestawów. I to on się wysuwa na pierwsze miejsce. Nie jest banalny. Na czym ta niebanalność polega?
Dlatego, że mamy tutaj historię, która bardzo przypomina opowieści o wampirach, a ich w kinie jest dużo i one się pojawiają regularnie. Tutaj mamy opowieść analogiczną, natomiast postaci są ludożercami. To jest odarte z elementów paranormalnych, z elementów też mitologicznych. Nie ma tam tej naiwności, która towarzyszy tego typu kinu. Nie mówię tylko o "Sadze zmierzch", bo za jakiś czas opowiemy o tych filmach z wampirami, które były dobre lub złe, ale pojawiły się w ostatnich, powiedzmy, dwóch, trzech latach. A tutaj pomimo wszystko się udaje. Udaje się stworzyć coś naprawdę ciekawego, coś, co się da oglądać. Nie jest to ckliwe, nie jest naiwne i jest po prostu fajne. To nie jest zmarnowany czas. Także polecamy "Do ostatniej kości".
Jeżeli ktoś nie widział, to pomimo tych kanibalistycznych wątków zdarzają się też inne. W międzyczasie, tak zwanym między- Platformie zahaczano o temat spożywania ludzkiego mięsa. Nie wiem, kilka odcinków temu mówiliśmy o takim niemieckim sci-fi "Hell", bodajże, gdzie taki wątek gościł, gdzie hodowano ludzi na mięsko. Ale był też taki szereg filmów, przynajmniej trzy pamiętam, gdzie mięso podawane było na przykład w restauracjach i tam mięso ludzkie. I wokół tego jakoś się skupiała fabuła. Kto wie, może kiedyś o tę produkcję zahaczymy. Marku, jak mówił pewien polski youtuber: żeby żyć, trzeba jeść. I to chyba najlepiej podsumowuje nasze dzisiejsze rozważania. A co za tydzień?
[02:40:58] - Za tydzień, cóż, nazwałbym to w ten sposób: nie taki wilkołak straszny. Zatem będziemy się wilkołaczyć, Piotrze.
[02:41:09] - Tak, nie taki straszny, jak go malują. Chciałoby się powiedzieć, bo o ile to jest taki trochę bardziej nieszczęśliwy pod względem kinematograficznym kuzyn wąpierza, to okazuje się, że w ostatnich latach, i to nawet bardzo ostatnich, pojawiło się kilka filmów, gdzie reanimowano tą postać na kilka sposobów. Nawet skłaniając się bardziej w stronę satyry, groteski. Będzie ciekawie. Przedstawimy kilka filmów, między innymi będzie to "Teddy", "Howl", "Cursed" — taki film, który jest kopią "Braterstwa wilków" — oraz marvelowską produkcję, którą możecie traktować jako taki wtręt, może niepotrzebny do tej całej kolekcji, pod tytułem "Wilkołak nocą", ale myślę, że mimo wszystko warto.
[02:42:07] - To rodzaj kontrapunktu do tych pierwszych filmów.
[02:42:10] - Na pewno jeszcze znajdziemy inne filmy z wilkołakami, bo chociaż jest to temat bardzo nośny, to wielu uważa, że wilkołaki przestały straszyć. A będzie to też w pewnym stopniu wprowadzenie do "Obliczy nieznanego", które wyemitujemy na antenie Radia Paranormalium za dwa tygodnie, a odcinek będzie dotyczył polskich potworów. Będzie to część trzecia, w której ten motyw wilkołaczny też się pojawi.
[02:42:40] - Wilkołaki nie są takie złe. To znaczy znowu jestem w takiej sytuacji, że w przeciwieństwie do Piotra seanse filmowe są dopiero przede mną i od razu dzisiaj się państwu wyspowiadam, że Znowu nie spodziewam się, a może tak po cichu liczę, że się rozczaruję pozytywnie, ale po filmach wilkołaczych nie spodziewam się dużych zaskoczeń i tak po cichu liczę, że będzie tak jak w dzisiejszym przypadku. To znaczy, że będę musiał mocno zrewidować to, co mówię dzisiaj i z tą nadzieją pozostaję. Pięknie się z państwem w takim razie żegnamy. Piotrze.
[02:43:27] - Do usłyszenia za tydzień.
[02:43:28] - Ode mnie też do usłyszenia. Pozdrawiamy. Tak było groźnie, a w każdym razie ludożerczo. To teraz żeby emocje opadły, zapraszam państwa na Rubieże rzeczywistości. Opowiadania czyta oczywiście Reda Haddad. To ja jeszcze dla państwa informuję jakie to opowiadania. W kolejności: Marek Tomasik „Bellum Nomna”, Paulina Remus „Łzy oceanu” i Roland Hensoldt „Imię wroga”. Zapraszam.
[02:44:09] - Antologia Rubieże rzeczywistości czyta Reda Haddad.
[02:44:20] - Marek Tomasik „Bellum Nomna”
[02:44:23] - Nowojorski Departament Policji, 28. posterunek. Późny poranek. Czy pani wie, dlaczego została zatrzymana? Zapytał detektyw. Podejrzewam, że ma to związek z wczorajszym wydarzeniem – odpowiedziała przesłuchiwana, uśmiechając się niewinnie. Dokładnie. Policjant przełknął ślinę, z trudem odrywając wzrok od ponętnego dekoltu rozmówczyni. Prawica wystrzeliła ku kołnierzowi koszuli. Dwoma palcami rozpiął najwyższy guzik i poluzował krawat.
Nagle zrobiło mu się gorąco. Musimy ustalić pani rolę w tym zamieszaniu. Moją rolę? Przecież ja tylko tam stałam. Kobieta miała bardzo przyjemny, miękki głos. Można by określić go słowem anielski. Po prostu zjawiłam się w złym miejscu o złym czasie. To się dopiero okaże – stwierdził stróż prawa. Czuł, że poci się pod pachami, a to zwiastowało pot na plecach, szyi, stopach. W tej chwili oddałby wszystko za szklaneczkę whiskey, burbona, wódki, nawet taniego winiacza.
Czegokolwiek. Pani godność? Spojrzał w bok na prostokątne weneckie lustro, za którym znajdowali się jego koledzy. Nie mogli przecież przepuścić takiej okazji. Wszystko jest w dowodzie – mruknęła beznamiętnie. Jednak jej zielone oczy zdradzały rozbawienie. Anan Batb Maha. Może pan z mnie wołali. Na stole, przy którym siedzieli, leżał notatnik detektywa wraz z długopisem. Obok rozbebeszona torebka należąca do zatrzymanej.
Nie było w niej niczego podejrzanego, a przynajmniej tak uznał śledczy. Szminka, grzebień, inne przybory do makijażu, telefon oraz portfel, z którego delikatnie wystawał plastikowy dokument. Przepraszam na moment – rzucił policjant. Poderwał się z krzesła i wyszedł na zewnątrz. W małym korytarzyku stał baniak z wodą. Rzucił się ku niemu. Plastikowy kubeczek wypełnił do pełna, po czym niemal jednym haustem wypił zimny płyn. Westchnął głośno. Przetarł usta i czoło. Cofnął się kilka kroków i otworzył drzwi do pomieszczenia po drugiej stronie pokoju przesłuchań.
W środku stało sześciu mężczyzn, głośno komentujących to, co widzieli. Widzieliście, jakie ma nogi? Patrz, jak nimi teraz zamiata! Detektyw Hall zwrócił się do stojącego najbliżej towarzysza. Nogi nogami, ale te rude loki. Nawet kapitan Murdoch nie omieszkał wziąć udziału w tym tandetnym przedstawieniu. Skądżeś się wytrzasnęli? Dubois, coś się tak zbłaźnił? – bąknął sierżant Murshid. – Pewnie dawno żeś takiej dupy nie widział i zabrakło ci języka w gębie.
Mnie by języka nie zabrakło – szepnął ktoś z tyłu salki, wzbudzając lubieżny rechot grupy. Tylko detektyw Dubois się nie śmiał. Szefie, nie wiem, czy dam radę – zaczął. Źle się czuję. Nie wiem, czy to jakieś zatrucie, czy coś. Ja ci dam zatrucie! – warknął Murdoch. Trzeba było tyle nie chlać. Do roboty i nie pieprzyć mi tu głupot. Jakby co, to mogę cię zastąpić – mruknął Hall.
Detektyw poczuł się, jakby smagnął go ktoś biczem. Po moim trupie – pomyślał. Dobra, jakoś to będzie – szepnął do siebie. Wracam – dodał głośniej. No darmozjady! – rzekł kapitan. Wyjazd mi stąd. Dubois wyszedł pierwszy, za nim parę innych osób. Już miał wrócić do pokoju przesłuchań, gdy przyszło mu coś do głowy. Zawrócił do baniaka z wodą.
Napełnił dwa kubki i ruszył do pomieszczenia, gdzie przebywała ruda. Łokciem nacisnął na klamkę europejskiego wzoru. Barkiem popchnął drzwi. Wszedł. Podszedł do stolika. Jedną wodę postawił przy swoim notatniku, drugą po stronie przesłuchiwanej. Przyniosłem pani coś na zwilżenie gardła – rzekł. Dziękuję – odpowiedziała, uśmiechając się lekko. Faktycznie zaschło mi w gardle po tak intensywnym przesłuchaniu – zadrwiła. Detektyw puścił tę uwagę mimo uszu.
Usiadł. Kubek przesunął w lewo. Złapał za notatnik i długopis. Przepraszam, gdzie moje maniery? Jestem detektyw Henry Dubois. Będę prowadził to przesłuchanie w sprawie wczorajszego incydentu. Kamera uliczna zarejestrowała panią podczas rozmowy z dwiema osobami odpowiedzialnymi za zdarzenie. Więc o czym pani z nimi rozmawiała? O niczym. Kobieta wzruszyła ramionami.
O niczym ważnym. Pierwszy dżentelmen pytał się, czy czegoś potrzebuję, na co odparłam, że nie. Drugi w zasadzie pytał o to samo. "Pani wybaczy" – stróż prawa parsknął lekko. – "Pytali, czy czegoś pani potrzebuje?" "Czyli znaliście się?" "Och, nie, zupełnie nie. Spacerowałam uliczkami miasta i postanowiłam odpocząć. I akurat wyszło tak, że przystanęłam niedaleko tej dzieciarni. Chłopcy byli bardzo mili, choć na początku myślałam, że dojdzie do czegoś niegodziwego z ich strony. Pan rozumie, ta ciemnoskóra młodzież jest ostatnimi czasy taka niepokorna." "Czyli zupełnie przypadkowo zatrzymała się pani na terenie należącym do gangu ulicznego i rozmawiała z członkami tegoż gangu w zasadzie o niczym, a potem rozpętało się piekło. Dlaczego pani nie uciekała?" "Wie pan, cały czas zadaję sobie to pytanie.
Chyba mnie zamurowało. Stanęłam jak ten słup soli i po prostu patrzyłam, kiedy to się skończy." Policjant notował wszystko skrupulatnie. "Przepraszam, że pytam, ale ma pani bardzo dziwny akcent. Skąd pani pochodzi?" Detektyw zaczął szukać oczami dowodu osobistego podejrzanej. Kobieta rozciągnęła usta w uśmiechu. "Można powiedzieć, że z Bliskiego Wschodu, choć tak naprawdę jestem obieżyświatem. Uwielbiam podróżować." "Nazywa się pani Inana." Dubois podniósł plastikowy dokument i odczytał zapisane na nim imię. "Tak wołali na mnie w Iraku." Kobieta nagle przysunęła się do stolika. Oparła się o niego łokciami i z uśmiechem kontynuowała: "W Palestynie wołali za mną Anat." Detektyw oderwał na moment wzrok od dokumentu. Jego uwagę po raz kolejny przykuł dekolt przesłuchiwanej.
Znowu zaczęło mu się robić gorąco. Zganił się w myślach. Oczy powróciły do bezpiecznego plastikowego prostokącika. Zauważył, że w rubryce imię widniało teraz Anat. "Co do kur..." – mruknął cicho. "Wie pan, kiedy mieszkałam w Syrii, mówili na mnie Issar. Ale to było dawno." Detektyw spojrzał na kobietę, z powrotem na dokument, na rudowłosą piękność, na dowód. Jak byk napisane było Issar. Nazwiska nie mógł odczytać, bo nie widniało na dokumencie. "Zaczęło się.
Mam zwidy" – pomyślał. – "Już tydzień jak nie piję. Próbuję wziąć się w garść. Nawet nie liczę tych kilku łyczków codziennie. To tylko po to, żeby mnie nie dopadło delirium. A kurwa, chyba właśnie dopadło. Strasznie tu gorąco." "Zabawna sprawa, panie Dubois. Kiedy przeniosłam się do Turcji, zmieniłam imię na Yara. Brzmiało bardziej lokalnie, lepiej kojarzyło się miejscowym." Policjant zadarł nagle głowę. Ich oczy się spotkały.
Rzucił okiem na dowód, mówiąc: "Co pani nie po..." Urwał w pół słowa, widząc kolejną zmianę imienia. Odrzucił plastik, jakby palił go w rękę. "Ja nie mogę. To jest jakieś chore." Poderwał się z krzesła. "Przepraszam, źle się dzisiaj czuję." Dubois niczym pocisk wypadł z pomieszczenia. Zaczął szarpać się z krawatem i koszulą. Po chwili rozpiął kolejny guzik i znacznie poluzował krawat. Wtargnął do pomieszczenia za lustrem. "Dubois, co ty tam odpierdalasz?" – warknął kapitan. Oprócz niego był tu jeszcze Hall i Murger.
"To jest jakieś cholerne gówno. Pan kapitan tego nie widział?" "Henry, opanuj się. Czegoś ty się nachlał dzisiaj?" – kontynuował Murdoch. – "Siedzisz tam i tylko się pytasz, jak się babka nazywa." "Ale pan nie widział tego co ja. Za każdym razem, gdy mówiła imię, zmieniały się dane w dowodzie. Raz była Inaną, potem Yarą czy jakoś tak." "Chodź no tu." Kapitan kiwnął palcem. Gdy podszedł, zbliżył twarz do jego twarzy i zaciągnął powietrze nosem. "Śmierdzisz, ale nie gorzałą. Chłopie, ale żeś się spocił." Dubois usłyszał stłumiony chichot. "Skoro sobie nie radzisz, to ja przejmę tę sprawę za ciebie" – rzucił Hall.
"Ja sobie nie radzę?" – wrzasnął detektyw. – "Ciekawe, czy taka miernota jak ty sprawi się lepiej." "Coś ty powiedział?" Hall zjeżył się nie na żarty. "To, co słyszałeś." "Dosyć tego!" – huknął kapitan. – "Trochę godności. Zachowujecie się jak dzieci. Dubois, odbieram ci sprawę. Idź się przewietrz. Dobrze ci zrobi." Nowojorski Departament Policji, 28. posterunek, południe. "Witam panią, jestem detektyw Sylvester Hall i przepraszam za zaistniałą sytuację.
Mój kolega niestety źle się poczuł. Rozchorował się nam biedaczysko." Policjant usiadł na krześle. Rzeczy Dubois zgarnął na bok. Te należące do przesłuchiwanej znajdowały się w tym samym miejscu co poprzednio. Widocznie nie zamierzała dawać do zrozumienia, że ma coś do ukrycia. Na wolnym miejscu rozłożył swój notatnik. "Nic się nie stało" – powiedziała, przekładając nogę na nogę. Uśmiechnęła się. – "To znaczy chciałabym wreszcie zakończyć to przesłuchanie. Naprawdę nie mam na to całego dnia." "Oczywiście.
Podobno pochodzi pani z Bliskiego Wschodu. Jednak pani kolor włosów... Chyba nieczęsto się taki trafia." "Ach, moje włosy." Prawą ręką sięgnęła do bujnych loków. Zakręciła kilka kosmyków wokół palców. "Są farbowane bardzo rzadkim i drogim pigmentem. Kiedy mieszkałam w Irlandii, strasznie spodobał mi się ten kolor, chociaż za czasów skandynawskich nosiłam się na blond." "To bardzo ciekawe, pani..." – mruknął Hall, sięgając po dowód tożsamości. "Wtedy wołali na mnie Freya." Detektyw nie zdążył przeczytać wybitego imienia na plastiku, ale miał wrażenie, że było inne niż Freya. "Na dokumencie nie ma nazwiska?" – zauważył, oglądając przedmiot ze wszystkich stron. "Wagda Werkustis. To z Niemiec.
Teraz na pewno jest nazwisko." Policjant spojrzał jeszcze raz. I rzeczywiście. Wagda Werkustis. Wydrukowane bez wątpliwości. A gdzie podziała się Freya? Czyżby miał przywidzenia? W końcu Dubois poruszył mu nerwy, ale z tak błahego powodu? Niemożliwe. To jakaś tania sztuczka. — Pomachał dokumentem.
— Jakiś nowoczesny wynalazek, żeby ogłupiać władzę. Jak to działa? Kobieta wzruszyła ramionami. Nie przestawała się uśmiechać. Nie rozumiem pańskich insynuacji. Po prostu odpowiadam na pytania. To w końcu jak ma pani na imię? Już mówiłam. Problem polega na tym, że mam wiele imion i wszystkie są prawdziwe. Policjant grzmotnął pięścią w stół.
Natychmiast się uspokoił. Co we mnie wstąpiło? Dlaczego tak łatwo wyprowadzić mnie z równowagi? To musi być jakaś grubsza akcja. Czyżbyśmy złapali szpiega? Dobrze, zacznijmy od początku. Co pani robiła na miejscu zdarzenia? Jak już mówiłam panu Dubois, jeśli dobrze pamiętam, spacerowałam po okolicy i przystanęłam, żeby odpocząć. Zauważyłam grupę agresywnej młodzieży kręcącej się w pobliżu, jednak nie zdawałam sobie sprawy do końca, kim są. W pewnym momencie jeden z nich do mnie podszedł.
Zapytał, czy czegoś potrzebuję, czy się zgubiłam. Tego typu szczeniackie podchody. Zbyłam go. Tamten wrócił do swoich. Zaczęli się kłócić. Potem podszedł drugi. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak samo. Zawrócił do kolegów. Znowu wybuchła kłótnia i nagle zaczęła się ta rozróba. A pani sobie tam tak nadal stała.
— Policjant nie przestawał notować. Już mówiłam. Sparaliżował mnie strach. Nie mogłam się poruszyć. Dzięki Bogu, że nic mi się nie stało. W przeciwieństwie do dzieciaków. — Westchnął detektyw. Skoro już wszystko powiedziałam, to czy mogę iść? — Zapytała słodkim głosem. Nie, nie możesz.
— Warknął Hall. O matko, czemu tak głośno i chamsko? Co się ze mną dzieje? Przepraszam panią, nie jestem dzisiaj sobą. Najwyraźniej. — Westchnęła. — Wydaje się pan bardzo spięty, a na to mogłabym coś zaradzić. Ale nie tutaj. — Mrugnęła zalotnie. Udam, że tego nie słyszałem — rzekł.
Gdyby to było inne miejsce, inna sytuacja. — Pani... — spojrzał na dokument — Wagdo. Czyli zaprzecza pani jakiegokolwiek udziału w całym tym incydencie? Oczywiście, panie Hall. — Znowu oparła łokcie o stół, podpierając złączonymi dłońmi brodę. Jej biust przez moment kołysał się hipnotycznie, co nie uszło uwadze detektywa. Piwne oczy śmiały się przekornie. — Powiem panu w sekrecie, że nie lubię tego niemieckiego imienia. Kiedy mieszkałam w Grecji, wołali na mnie Ennio, a we Włoszech Bellona.
Piękne imię. Chociaż w Toskanii wołali Merwa, ale to inna grupa. Tak, Bellona. Piękne imię. Co mnie to obchodzi? Sylwester spojrzał odruchowo na plastikowy dokument, a tam widniała Bellona Mart. Nagle zagotował się niczym czajnik z wodą. Uderzył pięścią w stół, aż przewrócił kubek z wodą. Wstał. Dość tych sztuczek!
— warknął. Czy dlatego ten alkoholik Dubois się tak rozkleił? Też sobie z nim tak pogrywała? Przecież wszyscy widzieli jego przesłuchanie. Podobne pytania i odpowiedzi. Ale dlaczego reagujemy tak agresywnie? Wyszedł, trzaskając drzwiami, nawet nie wiedząc, dlaczego tak się złości. Czy kobieta może tak działać na mężczyznę? Czy może tak rozgrywać detektywa z dziesięcioletnim doświadczeniem jak uczniaka? Wyszedł do pokoju.
Dubois w rozpiętej koszuli wychodzącej ze spodni i rozciągniętym krawatem stał przy lustrze. Dopalał papierosa. I co, cwaniaczku, teraz już wiesz, jaka z niej cholera? — rzucił, nie spuszczając wzroku z podejrzanej. Przyganiał kocioł garnkowi — odpowiedział Hall. — Ja przynajmniej wydobyłem z niej jakieś zeznania. Gówno wydobyłeś, a nie zeznania. Mnie to samo gadała. Zamknij gębę, alkoholiku. O, proszę.
Tego jeszcze nie było. Detektyw przeniósł wzrok na kolegę z pracy. Uśmiechnął się zjadliwie. Co tam słychać u synka? Cały jest? Zdrowy? Rozgląda się na przejściach dla pieszych? Skurwysynu! — syknął Hall, podbiegając do Henry'ego. Zdzielił go prawym sierpowym prosto w szczękę.
Tamten, lekko oszołomiony, długo nie pozostawał mu dłużny. Zaczęła się szarpanina i wymiana ciosów. Kapitan Murdoch miał złe przeczucia. Sprawa z tą kobietą dziwnym trafem nie szła tak, jak powinna. Proste przesłuchanie zamieniło się w pokaz niekompetencji pracowników. Kobieta tkwiła już kilka godzin w sali przesłuchań. Nie narzekała, cierpliwie czekała. Nie chciała prawnika. Ale może zechcieć, jeśli Hall nie dokończy swojej roboty. I w sumie nie wiadomo dlaczego.
Coś jest nie tak. Detektywistyczny nos starego wygi podpowiadał, że zbliżają się kłopoty. Opuścił swoje biuro. Kierując się instynktem, ruszył w stronę pokoju z lustrem weneckim. Już z korytarza usłyszał, że coś się tam dzieje. Przyspieszył kroku. Gdy otworzył drzwi, ujrzał, jak dwójka jego najlepszych detektywów przewraca się po podłodze, okładając się na oślep pięściami. Co się tu, kurwa, dzieje? — ryknął i bez zastanowienia rzucił się na podwładnych. Jako że był słusznej postury, bez problemów rozdzielił walczących.
Jak długo żyję, nie widziałem jeszcze takiego pieprznika. Wiem, że się nie lubicie, ale takie ekscesy obok podejrzanej? To on zaczął. — Rzucił Dubois, wysmarkując krew z nosa. Miał zakrwawioną twarz i rozbity łuk brwiowy. Gówno prawda. Wycierał sobie gębę moim synkiem. — Rzekł Hall, podnosząc się z podłogi. Nie wyglądał wcale lepiej. Z rozciętej brwi sumiennie ciekło.
Hall, wykonałeś chociaż robotę? — zapytał Murdoch. — Czy z taką mordą chcesz wrócić do przesłuchania? No, powiedziała, że nie ma z tym nic wspólnego. — Wyjąkał stróż prawa. To jest jakaś podejrzana baba. Ciągle zmieniają się imiona. I co jeszcze? Może składała ci też niemoralne propozycje? A żeby kapitan wiedział.
Skończ mi tu pieprzyć. Wynocha do kibla ogarnąć się i macie wolne do końca dnia. Sam to załatwię, skoro nie możecie sobie poradzić. Wyszedł, nie oglądając się za siebie. Przystanął za drzwiami. Nabrał powietrza w płuca i westchnął głęboko. Ruszył do sali przesłuchań. Witam panią. Nazywam się Lionel Murdoch i dokończę przesłuchanie. Usiadł przed kobietą.
Złapał za notatnik Halla w celu przestudiowania zapisków. Czy to taki lokalny zwyczaj, że zatrzymanych przesłuchuje po kolei cały komisariat? — zapytała niewinnym, słodkim głosem. Niestety, dzisiaj mamy tutaj dzień świra — odpowiedział najspokojniej, jak potrafił. — Dlatego postaram się zakończyć naszą rozmowę jak najszybciej. Czytam, że zaprzecza pani jakiegokolwiek udziału we wczorajszej strzelaninie. Tak. Byłam tylko świadkiem zdarzenia. Nie zna pani również żadnego ze sprawców. Oczywiście, że nie.
Trafiłam tam przypadkowo. Miała pani duże szczęście, że nic się pani nie stało — zauważył stróż prawa. — Sześć trupów, ośmiu ciężko rannych. Sięgnął po dowód tożsamości. Odczytał imię. Pani Bellono, dokończę spisywać protokół i- Wie pan, mieszkałam kiedyś w Ameryce — przerwała mu, uśmiechając się. Jej rozbawione oczy lśniły błękitem. — Wołali tam na mnie Teo Yamki. Piękne imię — mruknął Murdoch, nie podnosząc wzroku znad notatnika. Pracowicie kończył protokół.
— Czym zajmuje się pani na co dzień? Można powiedzieć, że zajmują mnie stosunki międzynarodowe — rzuciła lekko rozbawionym tonem. — Tak, w stosunkach jestem całkiem dobra. Nagle zza drzwi dobiegły ich wrzaski i krzyki. Nabierały na intensywności z każdą chwilą. Kapitan poderwał się z krzesła. Pani wybaczy — powiedział, w pośpiechu wychodząc. Nareszcie — westchnęła cicho. Krzyki dochodziły z głównej sali. Kapitan wparował do pomieszczenia i zobaczył, jak Dubois i Hall mierzą do siebie z pistoletów.
Pozostali policjanci także zaczęli wyciągać służbową broń, starając się uspokoić detektywów. Chociaż może to nie był najlepszy pomysł. Co tu się, kurwa, dzieje? — ryknął kapitan. — Natychmiast opuścić broń. To rozkaz! Teo Yamki przez jakiś czas siedziała spokojnie na swoim miejscu. W końcu podniosła się. Obciągnęła zwiniętą nieco czarną spódniczkę, poprawiła dekolt. Rozrzucone na stole rzeczy zapakowała do torebki.
Czas najwyższy — pomyślała. Nie mam czasu ani ochoty przebywać dłużej na tym posterunku. Na szczęście ziarno zostało zasiane. Sądziłam, że pójdzie to znacznie szybciej. Panowie detektywi, tacy banalni. Prosta sztuczka z dowodem i oczami, chociaż powinnam powiedzieć magia. Zaśmiała się. Ten ostatni twarda sztuka. Służbista. Szkoda, że nie mogłam pobawić się...
Wyszła na korytarz. Stłumione przez drzwi i ściany dźwięki uderzyły z pełną siłą. Krzyki wielu ludzi zlewały się w kakofonię, z której ciężko było coś zrozumieć. Zrobiła kilka kroków, by mieć ogląd na sytuację. Krótki korytarz prowadził prosto do sali biurowej, gdzie pół komisariatu mierzyło do siebie z broni. W centrum Dubois i Hall przystawili sobie pistolety do skroni i darli się zapamiętale. Wydawało się, że kapitan próbował załagodzić sytuację. W pewnej chwili dwaj detektywi spostrzegli stojącą w kącie kobietę. Ucichli na moment, po czym odstąpili od siebie. Lufy pistoletów skierowali w swoich kolegów i nacisnęli spusty.
Rozpętało się prawdziwe piekło. Świetnie! — pomyślała. Kolejna strzelanina. Stany to fascynujące miejsce. Chyba jeszcze kiedyś tu wrócę. Westchnęła głęboko. Jeśli mam zdążyć na czas do Zhangozemi, a potem na Ukrainę, jest tylko jeden sposób, bym w miarę szybko opuściła to miejsce. Śmiało postąpiła naprzód, wkraczając w sam środek strzelaniny. Antologia „Rubieże rzeczywistości”.
Czyta Reda Hudgon. Antologia „Rubieże rzeczywistości”. Czyta Reda Hudgon. Paulina Remus „Łzy oceanu”. Czymże jest boskość? Czy to dzięki niej jestem wspaniała, cudowna i piękna? Czy dostąpiłam zaszczytu bycia nazwaną boginią z jakiegoś konkretnego powodu? Nie wiem. Jedyne co wiem, to to, że mój koniec jest już blisko. Przez ostatnie lata obserwowałam, jak do mojej świątyni przychodzi coraz mniej osób, a niegdyś najwierniejsze kapłanki wychodzą i już nie wracają.
W głowie przestałam słyszeć modlitwy. Zaczęłam nawet zapominać, jak brzmiały wygłaszane przez ludzi formułki. Fizycznie stałam się słabsza. W czasach świetności mogłam tworzyć tsunami. Wielkie na kilkadziesiąt metrów fale, które równały z ziemią miasta na wybrzeżach. Teraz nie byłam w stanie nawet przywołać strumyczka, który umyłby posadzkę w świątyni. Czasami wychodziłam na zewnątrz. Stałam na szczycie klifu i patrzyłam, jak fale rozbijają się o skały. Ocean był silny. Poradził sobie beze mnie, chociaż to ja miałam opiekować się nim.
W takich momentach zastanawiałam się, dlaczego w ogóle się narodziłam. Nie do końca nawet pamiętam ten moment. Czy przybrałam swoją formę z piany morskiej? Czy wielki małż stworzył mnie z masy perłowej? A może pewnego dnia ocean sprawił, że nagle zaczęłam istnieć i po prostu wyrzucił mnie na brzeg? Nie wiem.
[03:07:20] - Najwcześniejsze co pamiętam, to modlących się do mnie ludzi. Siedzieli na wybrzeżu skuleni przy ognisku i śpiewali, prosząc o to, by połów był obfity, by sieci się nie zerwały, by nikt nie wypadł za burtę. Albo marynarze, którzy po kilkunastu godzinach sztormu klęczeli w kajucie i ostatkiem sił błagali, by woda się uspokoiła. Spełniałam wtedy ich prośby. Ocean się uspokajał, ryby mnożyły się i same wpływały do sieci, a żaden nieostrożny rybak nie wpadł do wody. Ludzie zauważyli, że po zwróceniu się do mnie ocean zaczyna być dla nich łaskawy. Opowiadali o tym w karczmach i spelunach, na dworach książęcych i zapyziałych rybackich wioseczkach. Wszyscy, którzy mieli jakikolwiek związek z oceanem, układali modlitwy, pieśni, składali dary i budowali świątynie. Pojawiły się kapłanki, które dzień w dzień grały na harfach, naśladowały szum wody i starały się pośredniczyć między mną a wiernymi. Czasami wskazywałam im drogę, ale przez większość czasu radziły sobie same, a ja mogłam wędrować po klifach i plażach, docierać do osób, które nie miały dostępu do świątyni.
Wszystko, co dobre musi się kiedyś skończyć. Ciężko określić dokładny moment mojego upadku. Początkiem końca jednak, czego jestem pewna, było wzniesienie się moich kapłanek wyżej niż powinny. Chociaż większość z nich robiła to, co wcześniej, niektóre miały większe ambicje. Zatraciły więź ze mną i oceanem. Wolały pojawiać się na dworach, również królewskim i szeptać władcom do ucha. Otwierały świątynie w głębi lądu, by prawić kazania, które nie miały żadnego związku z oceanem. Czy mogłam coś z tym zrobić? Pewnie tak. Mogłam przewidzieć, że gdy sięga się szczytów, upadek będzie spektakularny.
Mimo to z pewną przyjemnością obserwowałam kapłanki, które opuściły wybrzeże. Ich działania sprawiły, że grono moich wyznawców szybko się powiększało. Była to jednak wiara nieoparta na miłości i zaufaniu, jak wcześniej, a na strachu. Wpłacaj datki na świątynię albo utopisz się we własnej wannie. Żyj skromnie i pokutniczo albo bogini nie ześle na ciebie swoich łask. Ofiaruj świątyni procent zawartości swego statku, albo zerwie się sztorm i cała załoga zatonie. Błagaj o przebaczenie za grzechy, albo bogini nie wpuści cię do łodzi na wielkim oceanie, do którego trafisz po śmierci i będziesz topił się przez wieczność, a rekiny będą każdego dnia na nowo zjadać ci nogi. Wiara oparta na strachu była silniejsza niż wiara oparta na miłości. Oczywiście nie miałam władzy, by decydować, co spotka ludzi po śmierci. Nie uzależniałam też moich łask od ilości pieniędzy ofiarowanych kapłankom, a styl życia wiernych, póki nie krzywdzili oceanu, niewiele mnie obchodził.
Może gdybym już wtedy to ukróciła, ludzie nie odwróciliby się ode mnie. Muszę jednak przyznać, że mocy, jaka mnie wtedy przepełniała, nie da się z niczym porównać. To był czas, gdy krew szybciej krążyła w moich żyłach, gdy czułam, że pstryknięciem palców mogłabym poderwać całą wodę, która oblewa świat. Zamiast tego jedynie przyglądałam się, jak kapłanki pną się po drabinie dworskiej hierarchii, opływają bogactwem i cieszyłam się świadomością posiadania mocy, której i tak nigdy bym nie użyła. Ludzie jednak zaczęli zauważać, że mimo wpłacania datków spotykała ich śmierć, również z udziałem wody, a statki przegrywają ze sztormami. Nieważne, ile skrzyń złota zaniesiono do świątyni. Władza zdeprawowała kapłanki. Nie żyły w zgodzie ani z naturą, ani z zasadami, które narzucały wiernym. Rodziły się różne patologie, o których szczegółach nawet nie chcę sobie przypominać. Ucisk nie sprawił, że ludzie byli trzymani w ryzach.
Ich wiara słabła. Niektórzy zaczynali modlić się do innego, bardziej przydatnego czy też prawdziwego Boga. Najstarsi, najwierniejsi zaczęli wymierać, a młodzi dostrzegali hipokryzję kapłanek i wykruszali się bardzo szybko. Moja moc zaczęła słabnąć. O wywołaniu tsunami już nie było mowy. Uspokojenie sztormu czy operowanie odpływem zaczęło sprawiać mi trudność. Ludzie zwątpili jeszcze bardziej. Zawiodłam ich w tym, co na początku we mnie cenili. Mój upadek zatoczył koło. Błędy kapłanek sprawiały, że ludzie przestawali wierzyć.
A im mniej mieli mnie w sercach, tym mniej mogłam. A im mniej mogłam, tym liczniej ode mnie odchodzili. Mogę obwiniać kapłanki, ich żądzę władzy i pieniądza, ale prawdziwą winną jestem ja. Ludzie mają prawo błądzić. Są tylko ludźmi. Egoizm leży w ich naturze. Ja, bogini, powinnam być wyżej, a jednak zawiodłam. Przegrałam. Zgubiła mnie moja własna chciwość, pragnienie posiadania coraz to większej potęgi. Znalazłam się w miejscu, gdzie moja ostatnia świątynia obrosła w kurz i mech.
Ściany waliły się, a po ziemi nie stąpał żaden człowiek, który wierzył we mnie i moją moc sprawczą. Jedynym stworzeniem, jakie przestąpiło próg świątyni w ciągu ostatniej dekady był pies. Ostatnia kapłanka niedługo przed swoim odejściem znalazła w pobliskim miasteczku ciężarną sukę. Przyniosła ją do świątyni i pod ołtarzem z moją podobizną na świat przyszło osiem pięknych szczeniąt. Pieski urosły i to był ostatni moment, gdy w jakikolwiek sposób panowałam nad wodą.
[03:13:25] - Niestety kapłanka ostatecznie zdecydowała się wyruszyć w świat, a zwierzęta odeszły razem z nią. Został tylko jeden. Nie wiem, dlaczego nie wyruszył z matką i rodzeństwem. Może jakimś cudem wyczuwał moją obecność. Chociaż uwielbiał ganiać za motylami i polować na króliki, codziennie przychodził położyć się obok lub towarzyszyć mi na spacerach po klifach. Gdy się zestarzał, po jedzenie chodził do pobliskich wiosek i miasteczek, a przez większość czasu drzemał pod ołtarzem. Podczas takich chwil siadałam obok niego i gładziłam po sierści. Nie wiem, czy to czuł. Ja tak. To były jedyne chwile, gdy czułam w palcach mrowienie.
Jeśli pozostała we mnie jakaś resztka mocy, najsilniejsza była w obecności zwierzęcia. Dla bogów życie ludzkie wydaje się być prochem. A co można powiedzieć o psach? Spędził ze mną kilkanaście lat, ale wszystko ma swój kres. Siedziałam koło niego i czułam, jak siły powoli go opuszczają. Patrzył na mnie wielkimi oczami, choć zmarniałymi ze starości, to nadal pełnymi miłości. Jego ogon podrygiwał, jakby bardzo chciał, ale nie mógł już merdać. Nie tylko jego siły uchodziły. Moje też. Czułam, jakbym stawała się przezroczysta.
Każdy oddech stawał się coraz trudniejszy. Tylko on trzymał mnie przy życiu przez ostatnie lata. Jego wiara, a być może raczej wierność, sprawiały, że zachowałam swoją postać. Gdy wszyscy inni o mnie zapomnieli, ten pocieszny psiak był jedynym, który trwał. Mogłam zrobić tylko jedno. Podniosłam go i przytuliłam do siebie. Opuściłam progi świątyni. Słońce akurat zachodziło, a widok z klifu był przepiękny. Ocean przed nami emanował spokojem. Usiadłam na trawie, a pies położył łeb na moich kolanach.
Patrzyliśmy, jak ognista kula chowa się za nieboskłonem, a nas powoli ogarnia ciemność. Gdy pojawił się księżyc i gwiazdy, a ja czułam, jak serce psiaka bije coraz wolniej, powiedziałam: „Mój jedyny wierny. Kocham cię”. Pies, jakby wszystko zrozumiał, polizał mnie po dłoni. Podrapałam go za uchem. Po raz ostatni spojrzał na mnie z miłością, po czym zamknął oczy, by nigdy więcej ich nie otworzyć. Umarł. Zanim zdążyłam pomyśleć, co to dla mnie oznacza, poczułam, że się rozpływam. Moje ciało powoli zmieniało się w kropelki, które następnie spływały po skałach klifu, by dołączyć do oceanu. Fale stały się głośniejsze, jakby buntowały się przeciwko śmierci mojej i mojego towarzysza.
Czy się boję? Nie. Wszystko ma swój początek i koniec. Mój koniec nie był aż taki zły. Z oceanu powstałam, w ocean się obrócę. Antologia „Łbierze rzeczywistości” czyta Reda Hudgon. Antologia „Łbierze rzeczywistości” czyta Reda Hudgon. Roland Hensoldt „Imię wroga”. Uśpiono naszą czujność. Nie wiedzieliśmy, że zostaliśmy zaatakowani.
Kapitalizm osiągnął apogeum i coś się wydarzyło. Coś, co zrozumieliśmy dopiero w następnej epoce. Testament 3:1 Mateusz. Prorok z wieży. Dron wleciał przez okno, omiótł salon sensorami, karabinami pulsacyjnymi, rzucił worek podgniłych marchewek i oznajmił: „Panie Goncér, pana abonament na żywność z klasy basic został zmniejszony do economic. Proszę o dokonanie przedpłaty.” Wyleciał. Wiatrak na suficie odganiał muchy. Kwadrokopter skieruje się na wschód i spadnie. Skąd to wiedziałem? Trasy i godziny lotów dronów są tajne.
W 2042 roku świat ogarnęła epidemia, która trwa do dziś. Zamawiasz abonament żywieniowy, płacąc z góry, ale nie wiesz, kiedy otrzymasz przesyłkę. To dla bezpieczeństwa, ponieważ gangi wyspecjalizowały się w zestrzeliwaniu bądź uprowadzaniu dronów. Wiedziałem, że ten będzie leciał ku wieżowcowi na wschodzie, a potem ktoś go strąci. W wizji zobaczyłem zarys typa w kapturze, który z karabinu snajperskiego trafi w wirnik. Widzę rzeczy, które dzieją się w przyszłości. Epidemię też ujrzałem, zanim się wydarzyła. Jestem prorokiem. W garażu buduję arkę, a obserwowany dron został właśnie zestrzelony. 15 lat wcześniej.
W XXI wieku myśleliśmy, że uporaliśmy się z konfliktami zbrojnymi. Ta wojna była inna, niewidzialna. Przez lata nie wiedzieliśmy, z czym walczymy. Nawet nie wiedzieliśmy, że walczymy. Testament 3:1 Mateusz. Prorok z wieży. W 2040 roku wydarzyło się wiele rzeczy. Latające autonomiczne samochody były normą. Ludzie wszczepiali sobie chipy w mózgi i budowali zbiorową świadomość sieci. Kryptowaluta DGold zyskała na wartości, a ja poczyniłem pierwsze kroki, aby zostać prorokiem.
Idąc pod prąd nowym czasom, nie poddałem się implantacji. Tacy jak ja stanowili 30% społeczeństwa, ale głównie tego, którego nie było stać na okablowanie. Czy byłem jedynym, który odmówił świadomie? To sprawiło, że zostałem obywatelem drugiej kategorii. Moich możliwości umysłowych nie podrasował chip. Miałem 40 lat i pierwszy raz to poczułem, gdy wezwał mnie szef. „Panie Gąser” – zaczął oficjalnie i już wiedziałem, że dobrze nie będzie. – „Czemu się nie rozwijasz? Nie ma w tobie ambicji? Stwarzamy ci warunki.” Nawalski tłumaczył, że nadeszły nowe czasy.
Pracą umysłową nie jest już klepanie e-maili w korpo, a przekazywanie idei w formie strukturyzowanych myśli. Ci, którzy lepiej i szybciej kreują nowe, zarabiają więcej. „A tacy jak ty.” – spojrzał mi w oczy. – „Do tego potrzebny jest chip w mózgu. Idea jest fundamentem organizacji. Pomysł. Know-how. Mamy demokrację, do cholery, a ty nie chcesz w niej uczestniczyć. Nawet sprzątaczki mają idee. Bez chipa nie możesz idei ubrać w myśli.
Nie możesz siebie wyrazić, współtworzyć wielkiej idei małymi pomysłami.” Konkluzją długiego wywodu było, że jako slow thinker, czyli gość bez protezy w mózgu, spowalniałem organizację. Stałem się niekompatybilny z systemem wartości czy wręcz obsolete. Ze względu na długą znajomość szef zaproponował inne stanowisko. Zostałem zdegradowany i obcięto mi pensję. Przez lata awansowałem, a teraz mknąłem w dół hierarchii. „Przepraszam, mam naciski z góry.” „Rozumiem” – przytaknąłem zrezygnowany. „Mam system zapomóg, jeśli nie stać cię na druty” – namawiał, a ja odmawiałem z pobudek ideologicznych. „Wypróbuj to.” – położył na biurku zwój kabli. – „Używam mózgu do pracy, a ty możesz zacząć od tego. Potraktuj to jako wersję demo nowego świata.
To stary zestaw ekstrakcyjny kryptowaluty.” Przez używanie mózgu do pracy rozumiał pieniądza, którego wartość wystrzeliła w kosmos. Był podobny do bitcoinów, ale ekstrakcję bloków blockchain wykonywano jedynie pracą umysłu. Do tego celu wykorzystywano brainlog, czyli smartphone wszczepiany w mózg. Chip służył do korzystania ze zbiorowej świadomości, szybkiego myślenia czy nagrywania krótkich telepatycznych filmików zwanych memideami. „Robię to, gdy śpię. Za dnia proces kopania zbyt obciąża mózg” – kontynuował szef. Lekarze mówią, że ekstrakcja DGoldów to jest ciągłe rozwiązywanie zagadek matematycznych siłą umysłu. Dzięki temu rośnie IQ i kasa na koncie. To nowy rozdział ewolucji. Czemu nie chcesz ewoluować?
„Nie chcę być druciarzem” – zakpiłem. „Ciągle jesteś całkowicie czysty? To powinno być nielegalne.” Kręcił głową. „Jeszcze nie zakazano.” „To kasa za darmo. Można dorobić.” – przerwał mi i wcisnął diody. Stałem się posiadaczem przedpotopowego zestawu ekstrakcyjnego, który bez ingerencji chirurgicznej można było podłączyć do skroni. Skusiła mnie ciekawość, możliwość dorobienia i odwracalność procesu. Pamiętam, że był upalny dzień, początek sierpnia. Chiny uruchomiły słońce. Krzyczały nagłówki sieci.
Od tego momentu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystkie problemy ludzkości odeszły w zapomnienie. Mieliśmy nieskończone zasoby czystej energii. Skończył się kryzys klimatyczny, skończył się głód. Zimna fuzja wprowadziła nas w nową epokę. Tak myśleliśmy. Nikt nie spodziewał się nowych zagrożeń. Testament 3:1 Mateusz, prorok z wierzy. Rok kopania okupiłem bólem głowy, ale się dorobiłem. Pewnie rzuciłbym umysłowe górnictwo w cholerę, ale znowu obcięto mi pensję. Nazywano mnie powolniak, gdzie chodziło o wydajność mojego niepodrasowanego mózgu przedrewolucyjnej generacji.
System społeczny chciał sprawić, abym się dostosował. Stałem na rozdrożu. Chip kosztował tyle, ile dobry samochód, czyli ostatecznie nie aż tak dużo. Z drugiej strony biedniałem. Teraz albo nigdy. W reklamach mówiących „Bądź częścią wielkiej idei” nie informowano o pewnej niedogodności. Brainlog z układem chłodzenia musiał przecież gdzieś się zmieścić. Wszczepiano go w korę mózgową, którą oplatano siatką przekaźnikową i wycinano część mózgu. „A co jeśli wytniecie ważne wspomnienia?” – zapytałem w klinice Brainlink. „Panie Gąser, istnieje mała niedogodność.
Małe ryzyko. Wszyscy to przeszliśmy. A czy słyszał pan, aby ktoś narzekał na utratę ważnego wspomnienia? Nie?” Po pierwsze zabieg wyklucza wycięcie głębokich reminiscencji i umiejętności kognitywnych. Po drugie, jeśli rzeczywiście wytniemy panu coś z pamięci, to efekt będzie taki, jakby pan o czymś zapomniał. Przecież wy, czyści, bez przerwy zapominacie. Panie Mateuszu, czy jest pan w stanie wydobyć z mózgu wszystkie wspomnienia? Całe życie przeżyć, poczuć? Pokręciłem głową. „Właśnie!
– klasnął. – Czymże jest więc wycięcie drobnej reminiscencji, jeśli brain log zapewni panu dostęp do pełni jestestwa? Pełni wspomnień, a nawet nie tylko pana, bo userzy publikują myśli w blogach mnemonicznych.” „Ale...” – zacząłem, poprawiając okulary. „Oczy też możemy wyciąć i poprawić. Naszą ideą jest wycinanie tego, co szwankuje. Chyba nie żałowałby pan wycięcia raka, prawda? Po co panu upośledzone oczy?” „Bo mam je po matce.” Wstałem, położyłem ulotki na stole. Wyszedłem. Życie obywatela drugiej kategorii wiązało się z niedogodnościami: coroczną antypremią motywacyjną zachęcającą do oczipowania, koniecznością legitymowania się policji starym ID czy nawet ekspedientkom w sklepach. Wynikały z tego problemy związane z podróżowaniem komunikacją publiczną, niemożność wzięcia kredytu, ponieważ banki nie mogły oceniać mojego social ratingu.
Chyba że zapłacę horrendalne prowizje. Wtedy jakoś mogły dokonać oceny. Musiałem czekać w kolejkach razem z biedotą. „Proszę wpisać 20-cyfrowe ID, podać hasło, datę urodzenia i imię ojca” – powiedziały drzwi do sklepu dla nieoczipowanych. Calhoun powiedziałby, że żyliśmy jak myszy w raju, w dobrobycie zimnej fuzji, która zapewniła nam nieskończone źródła energii. Gdy odebrano nam to wszystko, zrozumieliśmy, jak niewiele posiadaliśmy. Skupiliśmy się na rzeczach nieistotnych. W świecie nieskończonych możliwości wybieraliśmy brak wyboru. Jak szczury Calhouna. Brak zainteresowania społeczeństwem, brak woli przetrwania, brak chęci reprodukcji.
Seks przeniesiony do cyberprzestrzeni. Wszystko było tymczasowe. Każdy związek miał datę końcową przydatności. Nikt nie budował niczego w dłuższej perspektywie. Wtedy ktoś się szykował do wojny. Nie my. My tylko czekaliśmy. Testament 3:1. Mateusz, prorok z wierzy. Rok temu rozstałem się ze swoją miłością.
„Przestaliśmy być kompatybilni” – oznajmiła. – „Zresztą mono nie jest dla ciebie” – dodała i odeszła, uprzednio wczepiwszy sobie chipa ku sieci orgasmicznej, gdzie użytkownicy kopulowali ze sobą jednocześnie na poziomie ekstazy umysłowej. Okazało się, że jestem zbyt slow thinkerem, aby umawiać się na speed dating. Tak to się teraz robi. Randki polegały na patrzeniu sobie głęboko w oczy, ale na tym kończyła się romantyczna część. Ponieważ spojrzenie było jak odbicie duszy, a konkretniej wymianą profili: social ratingu i mnemonicznego testu na kompatybilność charakterów. W jednym spojrzeniu dokonywała się symulacja reszty życia, seksu, wszystkiego. To było jak przeżywana wersja demo, zakończona raportem ewentualnych errorów. Randki odbywały się twarzą w twarz ze względu na praktykę ochrony danych osobowych. Kobiety niechętnie dzieliły się materiałami z obcymi w sieci.
I tak oto nie znalazłem partnerki. Jak miało się później okazać, było to brzemienne w skutkach, ponieważ na kwarantannie ważne jest, z kim utkniesz. 2041. Pierwszą połowę XXI wieku pamiętam jako czas nieskończonych możliwości, wyborów, o jakich nie śniło się naszym ojcom. A my zaprawdę nie wybieraliśmy niczego. Problemem stało się decydowanie o wyborze rodzaju płatków śniadaniowych, o posiadaniu dzieci, o zmianie pracy. Wybieraliśmy brak decyzji. Wybieraliśmy podporządkowanie. Wybieraliśmy prokrastynację. Jakbyśmy odkładali życie na potem.
Ale tego potem miało nie być. Testament 3:1. Mateusz. Obudziłem się spocony i wyczerpany. Łapczywie chwytałem strzępy snu, który znikał, jakby go kasowano z pamięci. Odkleiłem diody ekstrakcyjne i zobaczyłem, że wykopałem 0,05 DG. Ochipowani wyciągali 2 DG przez noc. Ale i tak podobno byłem w tym świetny, ponieważ przeciętny nieochipowany wydobywał sto razy mniej niż ja. Wiedziałem, że sen wróci. Rzuciłbym górnictwo w cholerę, ponieważ co to za spanie, jeśli budziłem się bardziej zmęczony, niż kiedy zasypiałem?
Sen był jednak jak narkotyk. Od roku spisywałem go natychmiast po przebudzeniu. Dawał mi wiedzę. Strzępy dnia, który właśnie nadchodził. Ukryłem się w garażu i czekałem, patrząc przez szparę. Zegarek pokazał 2:13 w nocy i wiedziałem, że ktoś tu się zjawi. „Spóźniają się” – pomyślałem. Czekałem na nich, a także na potwierdzenie mojego daru jasnowidzenia. Rano obudził mnie sen, w którym widziałem dwóch włamywaczy próbujących dostać się do mojego garażu. Bałem się ich, ale także przeznaczenia.
Co, jeśli rzeczywiście posiadłem umiejętność czytania przyszłości? Czas się dłużył. W końcu ktoś tutaj się zjawił. Wyśnione typy kręciły się pod garażem. Dostrzegałem ich cienie przez dziurkę. Niby spacerowali, ale tak naprawdę obserwowali okolicę. Jeden z nich przyklęknął i zaczął mocować się z zamkiem. Drugi stał na czatach. Bez patrzenia wiedziałem, gdzie są, co robią. Tylko że tym razem to nie był sen, a wyśniona przyszłość.
Dlatego też przygotowałem broń energetyczną. Jest ona zdolna obezwładnić napastników z odległości 50 metrów. W miarę powolnego uchylania drzwi w garażu rósł mój poziom adrenaliny. Mężczyzna wszedł ostrożnie z zamiarem kradzieży samochodu. Wiedziałem nawet, komu chcą sprzedać auto. Garaż rozświetliła błyskawica jak podczas burzy. Pierwszy przeciwnik padł. Drugi sekundę później. Wezwanej policji zeznałem, że byłem zajęty budowaniem łódki, gdy usłyszałem niepokojący hałas. Wolałem nie wspominać o jasnowidzeniu.
Wystarczy, że sąsiedzi nazwali mnie Noe. Tak uzyskałem niepodważalny dowód. Zostałem prorokiem, a moją misją było przetrwanie apokalipsy. Wystarczyło, że się na czymś skupiłem przed zaśnięciem, a rano miałem proroctwa. Najbardziej pochłaniał mnie powtarzalny sen o końcu świata. Wpadłem na to, aby do diod ekstrakcyjnych podłączyć smartfon. I tak zdołałem nagrywać sen. Tak powstały profetyki. Enigmatyczne filmy, które miały właściwości profetyczne. Za rok dojdzie do katastrofy.
Ludzie mieli zasłonić twarze maskami, nie wychodzić z domów. Ekonomia miała się załamać. Czemu? Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ale postanowiłem zrobić zapasy. Mieszkałem w blokowisku, w garażu miałem warsztat. Od lat budowałem łódkę. Z braku miejsca układałem w niej zakupy: cukier, puszki, baterie, wodę. Gdy sąsiedzi to zobaczyli, nazwali mnie osiedlowym Noe. Przestrzegłem ich przed apokalipsą, ale kpili. „Ty, Noe, coś dziś nie pada.
Ty, Noe, zwierzęta ci uciekają z arki” — śmiał się sąsiad, widząc szczura w garażu. 2042. Nikt już nie kpił, bo pojawiła się choroba, która rozlała się po świecie jak potop. Wieżowce, które przez dekady pięły się wyżej i wyżej, nagle stały się grobowcami. Według szacunków 20% populacji umarło już pierwszego miesiąca pandemii. Zostaliśmy uwięzieni w naszych mieszkaniach. Na wiele lat stały się celami, za które spłacaliśmy raty kredytu. Wypełniliśmy je zestawami IKEA, sprzętami z katalogów. Dla bezpieczeństwa nakazano noszenie maseczek. Potem zakazano opuszczać domy i zamknięto gospodarkę.
Wszyscy całymi dniami sprawdzali dashboardy z krzywymi wzrostu zachorowań. Oglądali apokalipsę online, jedząc dostarczoną dronem pizzę, siorbiąc colę w szlafrokach, niemyci, zarośnięci. Podczas kwarantanny ważne jest, z kim utkniesz. Utknąłem sam ze sobą i odczuwałem samotność. Rozmawiałem ze sobą. Traciłem zmysły. Tym bardziej że słyszałem tajemniczy głos z przyszłości. Początkowo wirus roznosił się drogą kropelkową, potem mutował i zarażał w nieznany sposób. Czytałem doniesienia i teorie spiskowe. Ognisko epidemii nie zostało ustalone.
20% populacji umarło. Naukowcom ciągle nie udało się wyizolować wirusa. Choroba jest zagadkowa. Nie znaleźliśmy wirusa, bakterii, pasożyta, ale przenosi się drogą kropelkową, co udowodniono. „Problem w tym, że w tych wydzielinach nic nie ma” — powiedział doktor Young. Zmiany zaczynają się w mózgu. W większości wypadków wywołują sepsę i śmierć. Wirus mutował. Jego śmiertelność sięga 80%. Z jakiegoś powodu wirus tylko w 35% atakuje bezdomnych slow thinkerów, ale nawet wśród nich stwierdzono objawy chorobowe.
Śmiertelność wśród nieoczipowanych rośnie. Wirus mutował. Udowodniono, że może przenikać przez ściany i odzież ochronną stosowaną w laboratoriach, co wydaje się sprzeczne z logiką. Zalecany dystans społeczny został zwiększony do 100 metrów. Chociaż przy przeludnieniu Ziemi zastosowanie się do wytycznych wydaje się niemożliwe. Zniknęło 30% abonentów sieci idei. Nikt nie wie, co się z nimi stało. Czy ich dusze przeniosły się na stałe do cyberprzestrzeni? Wirus nie zabija, jeśli nie wychodzisz z domu. Liczne testy to potwierdzają.
2043. Najwyższa śmiertelność jest wśród łamiących kwarantannę, najniższa wśród bogatych, ale także wśród ubogich slow thinkerów. Chcesz przeżyć? Wydawaj dużo digoldów. Niszczejące reklamy biur turystycznych widziane z balkonu przypominały o świecie przed, który był mały, dostępny na wyciągnięcie ręki dzięki tanim lotom. Po skurczył się do rozmiarów naszych mieszkań. W obecnej gospodarce niedoborów niczego już nie trzeba było reklamować. Poczułem nostalgię za światem beztroskiej konsumpcji, wiedząc jednocześnie, że zjadaliśmy własny ogon. Znowu ten sam komunikat: "Chcesz przeżyć? Wydawaj dużo digoldów".
Naukowcy rozkładają ręce. Nie udało się znaleźć źródła choroby ani sposobu przenoszenia wirusa. W powietrzu nie odkryto niczego, co mogłoby wywołać chorobę. Z całą pewnością chodzi o kontakt międzyludzki. Objawy chorobowe po prostu się pojawiają, gdy ktoś wychodzi z domu, nawet jeśli użyje nieprzepuszczalnego, w pełni izolującego kombinezonu. Czy można wierzyć w te brednie? Nie miałem dostępu do sieci idei, ale dziennikarze tłumaczyli niedostępne mi medium na tekst. Cyberprzestrzeń została zalana fake fotsem, uznałem. Przed cyberrewolucją preparowanie fake newsów było proste. Wystarczyło coś napisać, co działało na konkretny target.
Obecnie wysyłanie do sieci zmyślonych informacji było wyzwaniem i powstały agencje PR-owe wyspecjalizowane w produkowaniu kłamliwych myśli. Problem polegał na tym, że osoba będąca źródłem spreparowanych idei memicznych albo musiała w nie wierzyć, albo zdołać okłamać siebie. Jakiekolwiek zawahania były demaskowane, ponieważ udostępniając myśl udostępniało się to, co się naprawdę sądziło, łącznie z danymi zleceniodawców. Jeśli akurat to nadawca miał w głowie. Wirus przenika przez ściany, ale siedzenie w domu chroni. Kłamstwo. Już w pierwszym roku epidemii wyszedłem z domu. SNY podpowiadały, że jeśli opuszczę mieszkanie, zachoruję, ale przeżyję. Może warto spróbować. Spacerowałem.
Nikogo nie spotkałem, niczego nie dotykałem. Miałem zawczasu tanio kupiony kombinezon z zamkniętym obiegiem powietrza, w pełni izolujący od czynników zewnętrznych. Wróciłem. Chorowałem i byłem bliski śmierci. Służbę zdrowia ograniczono do telemedycyny i dostaw leków przez drony. Ocalałem. Wielu próbowało, niewielu przeżyło. Okazało się, że na tę chorobę nie można się uodpornić. Inni też wychodzili, tworząc eventy w sieci i robiąc wyjścia na żywo. Chcieli zdemaskować spisek.
Napisałem do nich, że umrą, bo tak widziałem w proroctwie. I tak się stało. Umierali wszyscy, którzy wychodzili. Było oczywiste, że działo się coś dziwnego. Naukowcy nie potrafili wyjaśnić fenomenu. Dziwna choroba istniała, zabijała, ale nie odnaleziono żadnego czynnika, który mógłby ją wywoływać. Sądzono, że być może to wirus komputerowy, który przeniósł się na cybermózgi, ale skanery nie wykryły podejrzanego kodu. Sieć zalała fala teorii spiskowych. Widziałem rozwój pandemii na kolejne lata. Moja umiejętność jasnowidzenia sięgała mniej więcej pięciu lat w przyszłość i wiedziałem, że wtedy epidemia się nie skończy.
Dostrzegałem plany kolejnych restrykcji, jeszcze niewydarzone newsy. W końcu sam już nie wiedziałem, co się wydarzyło, o czym przeczytałem, a co dopiero przed nami. Samotność nie pomagała mi w myśleniu. Brak pracy także, a już najbardziej brak perspektywy zmiany. Chodziłem do psychologa online. Chyba wszyscy chodziliśmy, bo ciężko było znaleźć wolny termin wizyty. W końcu przestało mnie być stać na rozmowę z profesjonalistą, zatem skołataną duszę leczyłem alkoholem. Chyba wszyscy to robiliśmy. 2044. Dzięki tej wojnie zrozumieliśmy, co jest ważne.
Przewartościowaliśmy naszą moralność. Kiedyś żyliśmy samotni w społeczeństwie, woląc spędzać czas online. Gdy nas podzielono, rozpaczliwie szukaliśmy drogi, aby się ponownie zjednoczyć. Testament 3:1 Mateusz, prorok z wierzy: Gdy nie widzisz człowieka po drugiej stronie kabla, nie jest on już człowiekiem. Jest informacją, cyfrowym duchem. Może tam nie ma nikogo. Bo jaką mam pewność, że... Traciłem rozum. W czasach przed mawiano, że fizyczność stawała się obsolete. Na kwarantannie zdano sobie sprawę, że fizyczność okazała się jednak pożądana, zwłaszcza w sposób płciowy.
Jak już wspominałem, najważniejsze było to, z kim się utknęło. Wielu odseparowanych kochanków próbowało spotkań online. Po sieci idei krążyły tragiczne historie ich miłości. Rzekomo wszyscy, którzy złamali wytyczne odseparowania, umierali. Dystans społeczny bolał. Przynajmniej na początku. Ale to nie pandemia stanowiła jego praprzyczynę. W czasach przed puby były zapełnione znajomymi. Wszyscy gapili się w ekrany smartfonów zupełnie tak, jakby ludzie chcieli być wszędzie i z każdym. Tylko akurat nie tu, nie teraz i nie z tymi osobami.
Siedzieli przy misce chipsów jak te pieski czekające, aż ich pan Smartfon zagwiżdże. Wtedy uradowane podnosiły spocone ryjki, nadstawiały uszka, przebierały łapkami po szklanych taflach telefonów, jak gdyby kopały norkę. Merdały ogonkami i patrzyły, do jakich zabaw ich pan woła tym razem. W 2042 ich marzenie stało się prawdą. Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że bliskość jest ważna. Żałowałem, że nie zdecydowałem się na brainlog, bo nie mogłem obcować ze społeczeństwem na poziomie myśli. Dla takich jak ja zostały staromodne konferencje virtual reality meta. Na wieloletniej kwarantannie ludzie częściej bywali w sieci niż w realu, bo co innego mieli robić? Eventy, życie towarzyskie, praca. Wszystko online.
Niektórzy podłączeni do kroplówek i cyberprzestrzeni w ogóle się nie wylogowywali. Części nawet taki stan rzeczy odpowiadał. Izolacja stała się normą. Normalna. Nieochipowani byli poza tym wszystkim. Od początków epidemii zawieszono wykonywanie zabiegów medycznych. Wiele sektorów gospodarek upadło. Inflacja sprawiła, że ludzie wymieniali walutę narodową na stabilniejszego globalnego Digolda, którego wartość była ściśle powiązana ze zbiorowym wkładem umysłowych górników. Obok pracy korporacyjnej górnictwo Digold było najlepiej prosperującą gałęzią gospodarki. Ochipowani radzili sobie dużo lepiej.
Owszem, wszyscy zubożeli przez szalejącą inflację, ale mogli pracować. Miliony korporacyjnych filozofów współtworzyło idee. Mogli szukać lekarstwa, podłączając umysły do projektów medycznych na podobnej zasadzie, na jakiej funkcjonował Seti Home, czyli przetwarzania rozproszonego. Gorzej radzili sobie nieochipowani, czyli jakieś 30% społeczeństwa. Globalne łańcuchy dostaw zostały przerwane. Dookoła wielkich miast powstały zautomatyzowane farmy produkujące żywność i towary z recyklingu. Dostarczano je dronami. Ceny były kosmiczne. Straciłem pracę pierwszego roku lockdownu. Musiałem ciężko harować, aby utrzymać się z ekstrakcji.
Możliwości umysłu rosły i zacząłem wyciągać zaskakujące jeden DG na dobę, co pozwalało przeżyć. 2045. Pracowałem jako wróżbita. Ludzie przychodzili z rozmaitymi pytaniami, a ja przepowiadałem przyszłość. Stałem się znany i mawiano, że mam dar, którego sam nie rozumiałem i dziwiłem się, że zaawansowane społeczeństwo wierzy w magię, płaską ziemię, jasnowidzenie. Dzięki wróżbiarstwu dobrze prosperowałem. W sieci opowiadano historie o znikających ludziach. Po prostu pewnego dnia nie logowali się do cyberprzestrzeni. Umierali z głodu, może z innych przyczyn. Żyliśmy w zamknięciu.
Wiedzieliśmy o świecie tylko tyle, ile ktoś napisał. Ja widziałem więcej. Nie istoty z kosmosu, nie bunt robotów, nie terroryści, nie wojna atomowa, nie kryzys klimatyczny, nie meteoryt, nie wojna biologiczna. Nie to nas zabijało. Testament 3:1 Mateusz, prorok z wierzy. 2055. Zaatakował nas nasz styl życia. Testament 3:1 Mateusz, prorok z wierzy. Nazywano mnie guru i miałem milionową społeczność followersów i tyle samo DG. To niemożliwe, że wyciągasz jeden DG używając zestawu diod.
Chcę przeanalizować twoje połączenie z siecią podczas jasnowidzenia oznajmił przyjaciel, haker Hen Solo. Następnego dnia powiedział, że śniąc mój umysł hakuje coś, co jest źródłem wizji. Tak opracowaliśmy plan włamu. Mój mózg miał być modemem. Plan polegał na spaniu i myśleniu o włamie. Hen Solo miał ogarnąć resztę. Sen, w którym dwa umysły toczyły partię szachów na śmierć i życie. Pojedynek najwyższego intelektu maszyn i ludzi. Aby zhakować system, potrzebowałem najpotężniejszego komputera na świecie, czyli sprzężonych mózgów ludzi. Kumple hakerzy napisali procedurę.
Tylko mój umysł mógł jej użyć. To dlatego, że od lat wydobywasz Digoldy diodami i mózgiem bez wspomagaczy chipa. To w niewiarygodny sposób stymulowało twój umysł powiedział Hen Solo. Zyskałeś dziwne umiejętności albo ściągasz wartości Digoldów z przyszłości. Hakując system przejąłem moc obliczeniową większości ludzi na Ziemi i śniąc zgniotłem sztuczną inteligencję w pojedynku szachowym. Wtedy uzyskałem dostęp do interfejsu. Czy chcesz nadpisać przyszłość? Tak. Nie. Obudziłem się wyczerpany, wiedząc, co się wydarzyło.
Krew z nosa sączyła się strumieniami. Zdołałem wyciągnąć film, który musiał pochodzić wprost z kodu kryptowaluty. Zhakowałem przyszłość świata, a potem ją nadpisałem, kontrolując, co się wydarzy. Ta wiadomość obiegła sieć. Zabawne. Od zawsze ludzie toczyli wojnę o zasoby, władzę i pieniądze. Ale pewnego dnia to pieniądze zaatakowały człowieka. Dosłownie nasze pieniądze wypowiedziały nam wojnę. Testament 3:1 Mateusz, prorok z wierzy. Z wykradzionych informacji wynikało, że Digoldy stworzył człowiek jako środek płatniczy.
Były skomplikowanym kodem. Ewoluowały i same się programowały. Kryptowalutę napisano, aby replikowała się w sposób opisany przez twórców. Wykorzystując siłę umysłu ludzi stworzono blockchain. To gwarantowało, że nikt nie skopiuje waluty i jej nie ukradnie. Twórcy tak stworzyli system, aby nawet oni nie mieli do niego dostępu. Mnemoniczny blockchain wykluczał włamanie, chyba że większość użytkowników sieci w jednym momencie by na to zezwoliła. Dla Digoldów ludzie stali się siecią, superkomputerem o nieprawdopodobnej zbiorowej mocy obliczeniowej, tak potężnej, że była w stanie symulować każdy wariant rzeczywistości, jak miały to robić komputery kwantowe, których w takiej formie nigdy nie zbudowano. Symulacje zawarto w kodzie kryptowaluty i mając dostęp do nich mogłem widzieć przyszłość wyrażoną w zbiorowej świadomości sieci i w planach poszczególnych osób, jak chociażby plan okradzenia mojego garażu. Digold funkcjonował jak pasożyt, którego celem było powielanie.
Komunikował się z nosicielami przez wszczepiane do mózgu chipy, bo przecież prawie wszyscy ludzie byli górnikami. W ten sposób mógł kontrolować ich podświadomość i produkowane idee, a także wykradać ich plany. Digoldy chciały się rozprzestrzeniać, dlatego zaatakowały jedyny organizm, który stał na ich drodze. W ich mniemaniu był to USD jako konkurencyjny, najbardziej rozpowszechniony środek płatniczy. Digoldy potrzebowały lockdownu, czyli śmierci dotychczasowej ekonomii. Plan digoldów zakładał wywołanie pandemii i zmuszenie ludzi, aby przestawili się na nową walutę. Prawda jest taka, że nie ma wirusa. Digoldy były w stanie kontrolować umysły ludzi wytwarzających symptomy. Digoldy karały chorobą tych, którzy wyszli z domów. Miały dostęp do usług geolokalizacyjnych w celu ułatwienia płatności.
Problem pojawił się ze slow thinkerami, bo ci nie mogli chorować. Tutaj do akcji weszły fake newsy oraz wpływanie na sieć idei. Od lat nieoczipowani byli zmuszani przez społeczeństwo do implantacji, bo przecież życie obywatela drugiej kategorii było nieznośne i nieakceptowane. Czemu zachorowałem? Ponieważ ekstrakcja digoldów przez diody działała podobnie do chipa. Też kontrolowała mój umysł, chociaż w ograniczony sposób. A może nieoczipowani ewoluowali, żyjąc w cyberprzestrzeni, ale obok niej? Przecież sieć to fale radiowe. Może wasza skóra nauczyła się je czytać? – zasugerował Hen Solo.
Digoldom nie zależało na eliminacji ludzi. Potrzebowali ich jako żywicieli, których zadaniem było kupowanie, a zatem obracanie pieniądzem, rozprzestrzenianie go i zarażanie innych. Wystarczyło cokolwiek kupić, płacąc digoldami, aby stać się nosicielami pasożyta. Pierwszy raz od 13 lat wyszedłem z domu. Ludzie w oknach nieśmiało patrzyli na mój triumfalny marsz. Widzieli szaleńca, samobójcę. Wiedzieli, że wyjście oznaczało śmierć. Poraziło mnie piękno przyrody, która wdarła się do miejskiej dżungli. Od lat nie kupowałem ubrań, rzadko się goliłem. Krocząc do porzuconego świata wyglądałem jak jaskiniowiec o rozwianych włosach, wspierający się laską.
W globalnej cyberprzestrzeni zostawiłem nagranie snu, aby każdy poznał prawdę o digoldach i mógł się ich wyrzec. Śniąc podczas włamu, zapytałem zbiorowej świadomości: „Czy wyrzekasz się pieniądza jako źródła zła i epidemii?” Nie było jednomyślności. Część wolała śmierć niż wyzbycie się digoldów. Hen Solo użył trików i podmienił idee, które wszyscy musieli zaakceptować podczas włamu. Dzięki kłamstwu uzyskałem zgodę górników na wyzerowanie kont. Hakując digoldy nadpisałem przyszłość świata. Kontrolując kryptowalutę mogłem dowiedzieć się wszystkiego o każdym, dostać się do jego myśli, udawać, że znam przyszłość, a nawet tworzyć przeznaczenie. Nic nie stało na przeszkodzie, abym powiększył konto digoldów siłą woli, abym za pośrednictwem chipów sprawił, by ludzie robili to, co chcę. Mogłem obwołać się Bogiem i uwierzyliby. Miałem wszechwiedzę i wszechwładzę.
Atrybuty boskości. Nie. Wtedy zaprzeczyłbym temu, z czym walczyłem tyle lat. Wybrałem jedyne rozwiązanie. Skasowałem digoldy, a wraz z tym aktem zabiłem ekonomię. Nagle ludzie byli wolni. Ci, którzy harowali w korporacjach, którzy inwestowali, którzy zarabiali. Wszyscy oni mieli dokładnie tyle samo pieniędzy. Wyzerowałem licznik. Każdy znalazł się na linii startu.
Nie mogłem czytać sieci myśli, ale w jakiś sposób wyczuwałem nastroje świata. Może zwariowałem, słysząc głosy. Pieniądz był wirusem — oznajmiłem. Z czego mamy teraz żyć? — krzyczeli. Proponuję nową walutę, którą wydając sprawiacie, że macie jej więcej — odpowiadałem. To niemożliwe. Szczęście i miłość to ta waluta. Miałem pewność, że digoldy zostały zniszczone. Kasując je, wyzwoliłem ludzi spod ich wpływu.
Może nie odkryłem niczego nowego, dokonując włamu. Może ludzie zawsze wiedzieli podświadomie, czym są kryptopieniądze i mimo wszystko akceptowali taki stan rzeczy. Chorowaliśmy na pieniądz, zarażaliśmy się nim, wydając go, zarabiając go, czcząc go. To pieniądze nas posiadały. To one nas sprzedawały — nagrałem w przesłaniu. Internet został zaprojektowany jako technologia militarna. W 1958 roku w USA powstała agencja ARPA w odpowiedzi na wysłanie przez ZSRR Sputnika. Narodziła się idea sieci rozproszonej, bez jednostki centralnej, która miała być w stanie funkcjonować w warunkach wojny nuklearnej i zapewniać wojsku łączność. Tylko że to nigdy się nie zmieniło. Internet pozostał technologią militarną i nie udostępniono go światu za darmo.
Wpuszczono go na terytoria obcych krajów, do ambasad, do firm. Wpuszczamy go do swoich mieszkań. Przyczepiliśmy do naszych ciał. Krążył jak szerszeń z każdą nowinką technologiczną o krok bliżej naszych dusz, aż w końcu wszczepiliśmy go do mózgów. Wtedy ożył digold.
[03:55:56] - Zostałem pojmany za kradzież wszystkich pieniędzy świata, zniszczenie ekonomii, doprowadzenie ludzi do ubóstwa, inwigilację, cyberterroryzm, kradzież danych personalnych, złamanie RODO. Ludzkość nie potrafiła wyrzec się pieniądza, nawet jeśli wiedziała, że ją zabijał i kradł jej czas. Zgładzono proroka za głoszenie prawdy, ale prawda nas wyzwoliła. Nadpisaliśmy pradawne teksty. Nie oddawaliśmy już cesarzowi tego, co cesarskie. Nie oddawaliśmy już niczego, bo zaprawdę nic nie posiadaliśmy i nikt nam nie kazał już niczego dawać. Testament 3:2. Pierwsi uczniowie, którzy widzieli, dotknęli i uwierzyli.
[03:56:50] - Antologia „U bieże rzeczywistości.” Czyta Reda Hatman.
[03:57:04] - Czy znacie Państwo książkę Harry'ego Harrisona „Przestrzeni przestrzeni”? Jeśli nie, to błąd. To taka moja krótka refleksja. Natomiast jeśli chcecie się Państwo zachęcić, to zapraszam na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj przyszedł czas właśnie na „Przestrzeni przestrzeni” Harry'ego Harrisona. To książka, która zostawia piętno. Jeśli Państwo czytywali Harry'ego Harrisona, to przyzwyczailiście się pewno do takich lżejszych fabuł. Przypomnę jego takie, nazwijmy to, komediowe pozycje typu chociażby „Stalowy szczur”. To seria budząca śmiech i budząca wesołość. I to oczywiście bardzo dobrze.
Harry Harrison zresztą stworzył tych opowiadań i powieści całkiem sporo. One w większości są lekkie albo sensacyjne. Chociażby przywołam „Planetę śmierci”, cały cykl. Tych tomów było naprawdę sporo. To z kolei sensacja, ale pojawił się w jego karierze tom, który właśnie zostawia piętno. Jest inny. I to są właśnie stronice, które zatytułował „Przestrzeni przestrzeni” — „Make Room! Make Room!” Zapraszam na „Labirynt książek”.
[03:58:53] - Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy będziecie państwo mieli okazję odsłuchać naszego kolejnego labiryntowego spotkania. Dzisiaj po dłuższej przerwie powracam do fantastyki, ale nie jest to zwykła fantastyka, ponieważ jest to fantastyka niezwykła. To niedawno wznowiona książka Harry'ego Harrisona „Przestrzeni przestrzeni” w świetnym tłumaczeniu Radosława Kota. Dlaczego ona jest niezwykła? Nie tylko dlatego, że po raz pierwszy opublikowano ją w 1966 roku, a ponieważ jej akcja toczy się w roku 1999, więc jesteśmy już 20 lat później i możemy zweryfikować tezy, które postawił autor, ale również dlatego, że — i to jest taka trochę szersza refleksja na początek, zanim przejdę do samej powieści — dziś bardzo łatwo używamy słowa postapokaliptyczne, postapo, zwłaszcza w odniesieniu do fantastyki. Czytając tę książkę, którą od biedy można by do tego zaliczyć, ale ona nią nie jest i to jest kluczowe dla tej powieści i dla mojego jej rozumienia, pomyślałem, że postapo jest łatwe. Jest takie bardzo popkulturowe, prawda? Wszyscy znamy filmy typu „Mad Max” czy „Waterworld”, czyli „Wodny świat”, które opowiadają o tym, że wydarzyło się wielkie bum i ludzkość od tego momentu musiała się odnowić od zera. To jest łatwe.
To jest filmowe. To jest wreszcie łatwe moralnie, bo zwalnia nas z odpowiedzialności za to, co się stało. I dlatego niekoniecznie wyrażam na to zgodę, mimo że sam zajmuję się zawodowo i badawczo tekstami postapokaliptycznymi, to oczywiście tym bardziej tę ich łatwość rozpoznaję. Tymczasem „Przestrzeni przestrzeni” to powieść katastroficzna, a w tym rozumieniu katastrofizm od postapo różni się tym, że przeciętny bohater tej opowieści i czytelnik tym bardziej nie mają wpływu na to, co się wydarzyło. Wojna atomowa między mocarstwami albo — tak trochę na czasie — wirus zombie wypuszczony z laboratorium. A tutaj tak nie jest. Tutaj mamy świat, który jest w katastrofalnej sytuacji. Mamy Nowy Jork. Akcja zaczyna się latem 1999 roku. Kończy się dokładnie — to oczywiście nie jest przypadek — tak naprawdę w chwili, gdy minie sylwester roku 2000.
Oczywiście wszyscy to rozumieją, że to jest nowa epoka i tak dalej. Oczywiście nie do końca o to chodzi. Jak wiemy, nowe tysiąclecie zaczęło się nie w roku 2000, a w 2001, ale mniejsza o to. Wtedy tak myślano. Bohaterów tej powieści jest kilkoro i tak naprawdę na nich skupia się nasza uwaga. To policjant Andy, prawdopodobnie biały, nieco zgorzkniały trzydziestoparolatek, który wierzy jeszcze w porządek społeczny i dlatego jest policjantem. Oczywiście nie stać go na to, żeby mieszkać samemu. Zaraz powiem dlaczego. Mieszka ze starszym Żydem, Sole'm, który Który ma lat 74 i pamięta inną epokę. Pamięta epokę dobrobytu w stosunku do tego, co mamy teraz.
Zaraz powiem, co mamy teraz. Mamy jeszcze przypadkowego małego złodziejaszka i przypadkowego zabójcę. Mamy wreszcie dziewczynę, która chce dobrze żyć. Ona, ponieważ chce dobrze żyć, sprzedaje siebie, bo tylko takim towarem zawiaduje. Mamy jeszcze złego Wielkiego Boba, który został zamordowany na początku powieści. Jeszcze parę innych postaci, ale tak naprawdę widzimy świat, który nas otacza. A, mamy jeszcze proroka Piotra. To też dosyć ważna postać. Te kilka postaci nie mają mocno zarysowanych charakterów. Owszem, relacje między nimi są interesujące, ale tak naprawdę oni raczej tworzą typy.
Ważne jest to, że w fabule zabójca jest chińskiego pochodzenia, właściwie tajwańskiego pochodzenia. W czym problem? Otóż w Nowym Jorku mieszka 35 milionów ludzi. Dzisiaj mieszka 11 czy 12. Racjonowana jest żywność i będzie racjonowana woda. Właściwie nie ma pracy. Ludzie tłoczą się. Na przykład ten Tajwańczyk mieszka na wodzie w czymś, co nazywa się Ship Town, ponieważ są to stare okręty, na których osadzono kilkanaście lat wcześniej uciekinierów z Tajwanu w momencie, gdy Chińczycy przejęli wyspę. Saul mieszka w małym mieszkanku z Andym i prowadzą takie kawalerskie życie, takie półkawalerskie. Z kolei dziewczyna żyje ze sponsoringu.
W momencie, gdy zaczyna się akcja powieści, jest kochanką Wielkiego Boba. Człowieka, który wiele znaczy, który działa na pograniczu prawa i bezprawia, jest łącznikiem między politykami a gangsterami. Jego absolutnie przypadkowa śmierć, po pierwsze ściąga problem na zabójcę. I tylko dlatego, nawet mówi się o tym w powieści, że nikt tam już nie ściga zabójcy, bo się nie da. Ale przede wszystkim na nią, bo nagle okazuje się, że nie ma z czego żyć. Oczywiście mieszkanie wynajmował za ciężkie pieniądze, bo ona miała wodę, ona mogła się codziennie kąpać. Ona po prostu chce żyć względnie przyjemnie. Ona kilkakrotnie podkreśla w powieści, że chce być szczęśliwa. Te kilka postaci walczy o byt, bo świat Nowego Jorku w przestrzeni to świat zagubiony. To świat, w którym właściwie już nic nie ma.
Walczy się o resztki i ochłapy. Ale to jest świat, który my sami sobie ściągamy tak naprawdę na głowę. Co prawda nie wydarzyło się to jeszcze w roku 1999, jak prorokował Harrison. Nie zdarzyło się w Stanach Zjednoczonych, ale może zdarzyć się i pewnie zdarza się gdzie indziej. To świat straszny. I to jest taki w pewnym momencie długi monolog Saula, który opowiada o tym, jak do tego doszło. Nie ma żadnego bum, żadnej bomby atomowej, żadnej choroby. Nie. To przeludnienie Ziemi i wyczerpanie środków, wyczerpanie węgla, wyczerpanie wody spowodowały olbrzymi problem. Problem, który nie dotyczy tylko Stanów Zjednoczonych, bo w innym miejscu Saul opowiada, jak gdzie indziej wcale nie jest lepiej niż w Ameryce.
Mamy więc do czynienia ze światem zdegradowanym przez człowieka. To człowiek odpowiada za sytuację, nie politycy konkretni. Jeżeli już, to Harrison piętnuje przeludnienie. To w pewnym momencie dosyć ważny motyw tej powieści, że nie wpadliśmy na to, na co wpadli na przykład Chińczycy w tamtym czasie, żeby ograniczyć populację. Bo nie pozwalają nam na to względy religijne, społeczne i tak dalej. Tak się wydaje, ale to prowadzi do katastrofy. Do katastrofy, która w świecie, choć nie jest nazywana wprost, jest oczywiście katastrofą ekologiczną. Tak naprawdę napomyka się o tym, że mamy zmiany klimatyczne, bo nie pada deszcz, bo gdy wyczerpie się wodę pod Nowym Jorkiem, studnie głębinowe zaczyna zalewać woda z rzeki Hudson, która jest zmieszana ze słoną wodą. I mamy dramat. Tę powieść oczywiście można przeczytać jako fantastyczny kryminał, dlatego, że jednym z głównych motywów, które spinają tę powieść, jest poszukiwanie.
Andy poszukuje Billa. Andy czyli policjant. Ale nie o to chodzi. Nie to jest kluczem. Kluczem jest świat, który się na oczach bohaterów rozsypuje. Saul jest jednym z ostatnich, który dorósł i część dorosłości spędził w świecie względnie normalnym. 22, 24-letnia albo i młodsza, mająca nieco powyżej 20 lat bohaterka pamięta tylko szczęśliwe dzieciństwo, ale po śmierci ojca i zdobyciu nagrody miss w jakimś konkursie po prostu zaczyna się prostytuować. Ba! Gdy Andy ma do niej pretensje, mówi: „Ale przecież dlatego jestem teraz z tobą”. Andy oczywiście uważa, że nie, ale z jej perspektywy tak to wygląda.
Będę jej bronił. Możemy powiedzieć, że to jest świat mizoginistyczny, ponieważ pojawiające się tam postacie kobiece na ogół są niezbyt sympatyczne. Natomiast ona jest tą główną postacią kobiecą i zdecydowanie można powiedzieć, że jest taką pustą lalą. Ale to nieprawda, ponieważ za jej pustką kryje się żądza życia. Ona nie chce pogodzić się z tym, że świat wygląda tak, jak wygląda, a ona z powodu śmierci niezbyt sympatycznego sponsora, co między wierszami jest właściwie wprost powiedziane, wylądowała w klitce z Saulem i Andym. I nie daje rady. I wraca do tamtego życia. To powieść świetnie skomponowana fabularnie. Tam wszystkie elementy się domykają. Piotr Apokaliptyk, którego w pewnym momencie spotyka uciekający przed policją Bill po zabójstwie, jest elementem, który próbuje teologicznie czy metafizycznie zracjonalizować to, co się dzieje.
Ale też jest skazany na klęskę. W tym świecie nikt nie wygrywa. Nawet bogaty sędzia, który przewija się przez powieść, w pewnym momencie okazuje się, że umiera. A największym przegranym, zdecydowanie najbardziej tragiczną postacią obok dziewczyny jest Andy, bo Andy traci wszystko, a przede wszystkim traci nadzieję w czasie trwania tej powieści. Dlatego tak trochę u progu jesieni opowiadam państwu o tej powieści. Właściwie jesienią. Ale też opowiadam o niej dlatego, że 55 lat po pierwszej publikacji ona znów jest bardzo aktualna. Zmiany klimatyczne, brak wody również w Polsce, ludzie stający się coraz bardziej szakalami dla siebie nawzajem. Andy, który jest dobrym detektywem, głównie zajmuje się tłumieniem rozruchów w mieście. Tak naprawdę to jest ciekawe, że ten rozsypujący się świat oglądamy z perspektywy policjanta.
I to nie jest przypadkowe. To naprawdę jest głęboki namysł autora, który bardzo ciekawie umieszcza ten filtr narracyjny i pozwala nam poznać świat przed, świat teraz i prawdopodobieństwo tego, co się wydarzy. To głęboka powieść i trzeba tak o niej myśleć. Nieważne, że to science fiction. A może właśnie ważne, bo co prawda, tak jak powiedziałem, akcja toczy się w roku 1999. My to czytamy 20 lat później, ale w stosunku do momentu napisania to było 30 lat później. Ciekawe co będzie za 10 lat, prawda? Rokowania są raczej mało interesujące. I tym trochę pesymistycznym akcentem żegnam się z państwem, polecając państwu powieść, która wyszła w serii Wehikuł Czasu Nebisu. Tak jak powiedziałem na początku w wyśmienitym tłumaczeniu Radosława Kurta.
Dziękuję.
[04:10:50] - Oj, było sporo tej literatury. Ponad godzina. Proszę państwa, są tacy, którzy literaturę chłoną. Są tacy, którzy ją tworzą. To jest ten czas, proszę państwa, w dzisiejszej audycji, kiedy pojawiają się warsztaty. Warsztaty Katarzyny Prychacz. Alchemia tworzenia. Dla mnie nieustająco wspaniała zabawa. Ja tych audycji słucham po raz kolejny i cały czas się świetnie bawię. Już same tytuły pokazują, że wyobraźnia i dowcip autorki są, zdaje się, niewyczerpane.
Dzisiejszy tytuł brzmi następująco: „A kiedy runie dom z ości postawiony, żywot twój będzie niechybnie zgubiony”. Zapraszam państwa, bo się będzie działo.
[04:11:41] - Halo, halo ludności! Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na Alchemię Tworzenia. A zatem zaczynajmy. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 12. odcinku sezonu drugiego Alchemii Tworzenia. Audycji, w której zajmujemy się inspiracją i innymi pisarskimi rzeczami. Ale faktycznie ten sezon poświęcony jest kreatywności, inspiracji, a przede wszystkim kreatywnej improwizacji. Ja nie przedłużam. Albo tytułem wstępu, jakby ktoś tutaj jakimś cudem trafił po raz pierwszy.
Otóż mam taką magiczną planszę, na której zwykle robię warsztaty pisarskie, natomiast tym razem bawię się na niej sama. To jest plansza, która pozwala ułożyć taką krótką, trójaktową historyjkę. Tutaj oczywiście będę wykładać różne komponenty. Także używam tutaj komponentów z różnych gier, między innymi karty z ilustracjami, grafikami. Myślę, że najszybciej, najczęściej na rynku możecie trafić to po prostu w grze Dixit. Czy właściwie nawet możecie zawsze sobie kupić sam dodatek do Dixita, gdzie po prostu macie tam tylko karty z grafikami, bez planszy, bez pionków i tak dalej. Także w ogóle świetne narzędzie, jakbyście sami chcieli się pobawić w domu, wyciągnąć te karty i do nich ułożyć jakieś historie. Polecam. Oprócz tego typu kart używam też kości opowieści Story Cubes, plastikowe kości z obrazkami i też można ułożyć do nich historię. Także tutaj to będzie.
I co dalej? Co tu jeszcze mam? Mam jeszcze takie trochę większe Story Cubes. Takie trochę nieoficjalna wersja. I jeszcze będzie karta morału, czyli jest to karta z gry Kraina Snów. I tutaj mamy taką grafikę i na tej karcie na jednej grafice są dwa słowa, które były inspiracją tej grafiki. Także moim zadaniem będzie ułożyć morał, ale o zasadach zaraz powiem. Także ja sobie tutaj mam planszę. Będę zaraz losować różne rzeczy i na podstawie tych komponentów będę wam tutaj improwizować jakoś, układać jakąś historię. Niezmiennie korzystam jeszcze z takiego sobie schemaciku.
Jeżeli nie słuchaliście tego sezonu, pierwszych dziewięć odcinków, bo tam właśnie też troszeczkę inaczej układałam historię, natomiast był taki schemat ogólny fabuły. Także- Będę jeszcze do niego nawiązywać, chociaż mam wrażenie, że tutaj wszystko jest jednak dosyć logiczne i się uzupełnia. Czy jest coś jeszcze, co muszę powiedzieć na wstępie? Patrzę. Chyba lecimy. Aha, jeszcze oczywiście, jeżeli chodzi o charakterystykę bohaterów, ja sobie ją tutaj trochę pogłębiam, czyli nie tylko sama karta, która będzie symbolizować bohatera, tylko jak w całym tym sezonie losuję sobie archetyp osobowości. O archetypach zdaje się też mówiłam w pierwszym sezonie jako o narzędziu do tworzenia psychologii bohatera. Myślę, że jeszcze w trzecim sezonie powiemy sobie o samej psychologii bohatera trochę więcej z takich technicznych rzeczy. Natomiast w dużym skrócie archetypy osobowości to jest tak naprawdę narzędzie do rozwoju osobistego opracowane przez Gabrielę Borowczyk. To są takie fajne karty, mają duży, fajny format i tam jest 12, właściwie u Gabrieli mamy 13 archetypów i krótka charakterystyka.
Wyjdzie w praniu. Okej, słuchajcie, ja już się nie mogę doczekać. Tak że ja nie ględzę. Zaczynamy! Ale fajnie. Dobra, losujemy sobie kartę bohatera. Zobaczymy, z kim dzisiaj spędzimy te pewnie 40 minut czy godzinkę. Zobaczymy. Dobra, karty przetasowane. Żeby nie było, że ja tutaj sobie układam przed.
I mamy kartę. O, proszę. Zaraz wam opowiem, cóż ja tutaj wylosowałam. I co jeszcze? Od razu wiecie co wylosuję? Morał. Bo fajnie, jakby ten morał był w jakiś sposób powiązany z tą opowieścią, a obawiam się, że jak wrzucę go na koniec, to może być taki trochę naciągany. Tak że losujemy morał. Okej, mamy to. Może nie tyle naciągany, ale jak na oczach dłużej poleży, to może gdzieś w trakcie tak podprogowo mój mózg sobie tu jakąś inspirację kliknie.
No dobrze. Jakoś dzisiaj pędzę. Ale dobrze, będzie więcej czasu na historię. Jeżeli chodzi o kartę bohatera, którą wylosowałam, to tutaj spróbuję wam przybliżyć, cóż tu mamy. Oczywiście ponownie znajdujemy się w lesie, ale tak się zastanawiam, czy to może nie jest jakiś podwodny las. Zaraz wam powiem dlaczego. Jeżeli chodzi o bohaterów tej ilustracji, to tutaj mamy dwie meduzy. Tak myślę, że to są meduzy i one sobie siedzą na takim pniu, na kłodzie. Wiecie, jak w lesie. Zwalone drzewa mamy, można sobie przycupnąć.
Tak że one sobie tam przycupnęły i łowią ryby. Tak myślę, że ryby. Coś łowią, mają wędki i coś łowią. Patrzę, co na tej wędce jest. Nie wiem. Wygląda jak pukiel włosów, ale myślę, że to po prostu jakaś przynęta. A pomiędzy nimi jest worek foliowy, w którym pływają dwie złote rybki. Chyba że to jest ta przynęta. No nic, zobaczymy. Stąd mój taki pomysł, że to może być taki las podwodny, bo wiecie, w sumie są te meduzy, nie?
Co prawda są jakieś bąbelki powietrza w jednym miejscu, tak że nie wiem, czy autor ilustracji miał coś takiego na myśli, ale właściwie czemu nie? Mieliśmy w pierwszym odcinku, zdaje się, z tej serii, czyli to był 10. odcinek. Tam chyba mieliśmy las i ród widelców. Więc może tutaj po prostu zróbmy podwodny las. Zobaczymy, może być ciekawie. Tak że mamy te dwie meduzy. I teraz pytanie, czy robimy dwóch bohaterów? A zróbmy dwóch bohaterów. Czemu nie?
To jakaś przygoda będzie. Może jacyś to kumple z dzieciństwa są. Jeszcze wam tylko powiem, jeżeli chodzi o morał. I to jest w ogóle-- ja naprawdę losowałam ten morał. Ja go sobie nie wybrałam. Natomiast na karcie znajdują się dwa słowa. Jest to słowo „port” i słowo „meduza”. Tak że to się samo składa dzisiaj, widzę. Jeżeli chodzi o ilustracje, też wam tutaj przybliżę. A, bo to ten port.
O, teraz mi kliknęło, jak tak dłużej patrzę. Ogólnie mamy tutaj takie stare miasteczko, stare kamieniczki i one są dosyć piętrowe. I wyobraźcie sobie takie wielkie, może nie tyle sterowce, ale te meduzy tutaj na grafice. One są takimi statkami powietrznymi. Więc ten port cały polega na tym, że jest taka drabinka drewniana i ona jest poprowadzona do meduzy i po wielkich pomostach ludzie idą do tej meduzy. Oczywiście te meduzy wszystkie mają okna. Tak że ciekawe, powiem szczerze, bo tutaj sobie wymyśliłam podwodny las, a tutaj mamy jakieś takie latające meduzosterowce. Bardzo ładna ilustracja swoją drogą. Okej, to mamy port, mamy meduzę. Morał.
Dobra, niech morał kiełkuje. Wracamy do naszych bohaterów. I teraz tak, zanim przejdziemy do aktu pierwszego, jeżeli chodzi o schemat fabuły, mamy to pytanie: kim jest bohater? Więc skoro mamy tutaj dwóch, to dzisiaj wylosujemy dwa archetypy. Jedna meduza jest taka podłużna, większa, a druga jest taka bardziej pękata, trochę jak taka bulwa żarówki. Przez to jest mniejsza. Więc zobaczymy. Najpierw losujemy może dla tej większej. Dobra. Archetyp dla większej to twórca.
Coś nam się twórca ostatnio trafia często, ale dobrze. I archetyp dla mniejszej. Ze środka wezmę coś. Szu! Towarzysz. Też był. Ale dobrze. To mamy taką spokojną ekipę. Na grafice mają takie groźne spojrzenia, pomyślałam, że to będzie jakaś akcja. Może to jacyś przestępcy.
Przypomniało mi się, w „Atomówkach” zdaje się, w tej bajce był gang. Takie ameby były. Nie wiem, jak on się nazywał, ale to coś podobnego. One nie są tu amebami, ale mają groźne spojrzenia. Tak mi się skojarzyło. Przeczytam wam teraz, o co chodzi w archetypie twórcy. Wiem, że było, ale załóżmy, że ktoś tutaj dołączył albo nie pamięta, więc oczywiście cytuję opracowanie Gabrieli Borowczyk. „Twórca. Inicjator, projektodawca, wizjoner. Odczuwa potrzebę wyrażania siebie, tworzenia i stworzenia czegoś.
Jego drugie imię: kreatywność. Poszukuje twórczych narzędzi nowej jakości i estetyki. Nie myśli standardowo. Swobodnie łączy różne dziedziny i techniki. Innowator i przedsiębiorca poszukujący usprawniających życie rozwiązań.” To jest ta nasza pierwsza większa meduza, nasz twórca. Ciekawe. Dobra. Teraz towarzysz. „Towarzysz. Partner zawsze blisko drugiego człowieka.
Możesz liczyć na jego pomocną dłoń. Rozumie i wspiera. Wysłucha. Pójdzie razem z tobą. Zwykły człowiek, który też ma swoje słabości. Jest realistą, który potrafi udzielić rozsądnej porady. Przyjaciel, współpracownik, członek grupy.” Myślę, że ta większa meduza jako twórca pewnie by tu była prowodyrem całego zamieszania, cokolwiek tu się będzie działo. A ta mniejsza, ten mniejszy towarzysz będzie go wspierał w jego różnych szalonych pomysłach, wizjach. To wizjoner. Może on będzie miał wizję na takie latające rzeczy?
One musiałyby wyjść na powierzchnię. Dobra, zobaczymy, co nam wyjdzie. Mamy najważniejsze rzeczy przygotowane. Patrzę w moje pytanka. Tutaj mam takie pytanko: jak jest? To jest pytanie, które dotyczy momentu, w którym my jako czytelnik spotykamy się z danym bohaterem. To jest fajna rzecz, jeżeli nawet coś sobie piszecie, żeby sobie takie coś ustalić, bo to daje punkt wyjścia. Jak włączamy jakiś film, to on też się zaczyna od jakiegoś momentu. I to jest ten moment naszej pierwszej styczności z historią, z bohaterami. Zanim przejdziemy do przygody, odpowiadając na to pytanie: jak jest?
Cóż, popatrzmy. Jak jest? Mokro. Podwodnie. Albo wiecie co? Wcześniej odebrałam te minki, że one są złe. A może one są złe nie dlatego, że są złoczyńcami, tylko może one są wkurzone na to swoje życie. Może chciałyby coś zmienić. Może coś się właśnie wydarzyło. Zaraz jeszcze pomyślimy, bo tu jest drugie pytanie: jak było?
Czyli to jest ten moment, o którym czytelnik nie wie. To są różne momenty, o których wiemy my jako autorzy. Skończę najpierw jak jest. Jak jest, czyli nie jest przyjemnie. Czynność, która zawsze sprawiała przyjemność, czyli łowienie czegoś pod wodą. Nie wiem. Wymyślimy, co one mogły łowić. Może jeszcze mi to przyjdzie. Może jakieś kapsle? Albo niech łowią ryby.
Czym się żywią meduzy? Planktonem jakimś? Nie, one jedzą małe rybki przecież, tak myślę. W ten swój balon zamykają, bo mają zwykle parzydełka. Co prawda te mają jakieś małe nóżki. Załóżmy, że one sobie łowią te rybki. Zawsze to była przyjemna część dnia, bo mogły się zrelaksować, posiedzieć. Może właśnie w ciszy, a może właśnie nie w ciszy. Myślę, że pod wodą dźwięki są przytłumione. Nie wiem, gdzie one by mogły pracować.
Co mogłyby robić w ciągu dnia? A właściwie, czy one muszą pracować? Może to jest jedyny moment, kiedy one mogą się spotkać i porozmawiać. Zawsze to był moment relaksu, a tym razem spotykamy się z nimi, kiedy są złe, zdenerwowane na coś, i to wcale nie jest moment relaksu. Może to będzie wezwanie do wyprawy, jakiś przyczynek buntu. Zaraz zobaczymy. Co do pytania jak było? Do tej pory było fajnie, milusio, sielankowo. Zwłaszcza w tym miejscu, gdzie sobie łowiły. Natomiast myślę, że coś jeszcze musiało się wydarzyć, co je mogło zdenerwować.
Może nuda? Najpierw pomyślałam, że może coś w pracy, może jest jakiś system społeczny tych meduz. Ale może chodzi o to, że one są znudzone, że temu towarzyszowi też czegoś brakuje. Może coś takiego. Bo zawsze sobie z tym twórcą przebywa i on zauważył, że można chcieć od życia więcej i mieć różne szalone pomysły. Może to jest ten dzień, w którym coś gdzieś w nich pękło, że ta nuda je przytłoczyła. Może cisza. Może one nie rozmawiają. Może to jest ciekawy trop. Dobra, zapamiętujemy ten trop.
Mamy teraz kolejne pytanko: co się zmieniło? To jest pytanie, które zwiastuje naszą opowieść, rozpoczęcie historii. Możemy spokojnie przejść do aktu pierwszego. Ja tutaj mam moje kości opowieści, więc wybiorę sobie teraz trzy kości. Mam komplet dziewięciu. Tu są różne serie. Myślę, że tutaj jest tyle opcji, że pobawimy się serią podróże. Także mam dziewięć kości o tematyce podróży, więc to jest fajne, bo mamy różne miejsca, trochę mitologii, trochę przedmiotów. Myślę, że bardzo ciekawe obrazki. Fajny miks.
Aha, jeszcze nie wspomniałam, będziemy mieli trzy akty. Akt pierwszy składa się z trzech scen, akt trzeci również. Natomiast akt drugi to jest główna próba bohatera, więc tam rzucam jedną kością. Natomiast tam dodatkowo losujemy sojusznika, którego spotkają nasi bohaterowie oraz rodzaj artefaktu magicznego, trofeum, które zostanie przez nich zdobyte po pokonaniu tej próby. No dobra, to na razie lecimy z aktem pierwszym. Dobra, pierwsza kość. Tutaj mamy dwa ludziki. Jeden jest taki ogromny, wielki gigant, który patrzy z góry i taki mniejszy, który patrzy na niego z dołu. I w ogóle mam wrażenie, że ta kość wypadła nam już w pierwszym odcinku. Ale dobrze, postaram się nie sugerować, aczkolwiek to też by tu pasowało.
Dobra, lecimy dalej. Scena druga. Mamy chmurkę z deszczem. Kość mi wypadła z ręki, to chyba się muszę po nią schylić. Kość się sama wyrzuciła. Zobaczymy. O, proszę, wyrzuciła się. Wypadło nam tutaj jajo, które jest pęknięte, czyli coś tu się będzie wykluwać. Ciekawe. Akurat na scenę trzecią, na końcową scenę aktu pierwszego.
Zobaczymy. No dobra, moi drodzy, mamy scenę pierwszą, sam początek naszej historii. I tu mamy właśnie takiego wielkoluda, który patrzy w dół na kogoś mniejszego. I tak sobie myślę... Nie chciałam się sugerować, ale faktycznie ja tą kość zinterpretowałam w pierwszym odcinku jako umniejszenie komuś. I może to właśnie byłoby tu też pasujące, ale może nie tyle, że ktoś umniejszył tym meduzom, tylko może one same sobie? Nie, musi być jakaś prowokacja. Patrzę, czy ten twórca odczuwa potrzebę wyrażania siebie. Może to byłaby ta kość niezgody jakaś. Ja się teraz zastanawiam, czy te nasze meduzy to może nie byłyby takie nastoletnie meduzy w okresie buntu, odkrywania siebie właśnie.
No dobrze, weźmy to, bo w sumie nawet można by fajną później taką opowieść, przygodówkę dla dzieci napisać. Podwodny las, meduzy. Może akurat komuś z was to by podpasowało. To może ta meduza twórca, ta potrzeba wyrażania siebie stała się tak silna, a jednak była cały czas hamowana. Może przez starsze meduzy? Nie wiem, jak one się rozmnażają. Wiem tylko, że są meduzy, które chyba są nieśmiertelne, jakieś takie uber stare. Ale jak się rozmnażają? One składają jajka? No dobra, wiem, tutaj mam trudniej, bo nie mogę robić researchu.
Znaczy nie chcę robić, bo ja jestem bardzo dokładna, więc jak zacznę robić researche, to naprawdę nam tu będzie bardzo długo schodziło. Ojej, a już trochę gadam. Dobra, nieistotne. Załóżmy, że to jest taka kolonia meduz i ta meduza twórca została nawet nie tyle wyśmiana, co zastopowana, że może właśnie zaczęła kreować jakąś wizję. Korci mnie to latanie. Znaczy ten port taki. No chyba że one chciały wiedzieć, co jest na powierzchni. Może tak. Może ta meduza zawsze śniła o lataniu, bo zawsze ten szklany sufit, szklana tafla wody jednak je ograniczała. Ale nieraz wypływały do góry, żeby zobaczyć, co tam się dzieje, co tam jest.
I co? I oglądały. Nie wiem, jak o nich mówić. No dobra, twórca i towarzysz. Nie no, myślę takich dwóch kumpli niech będzie. Więc może one sobie pływały do góry i patrzyły, a może widziały sterowce? O, może widziały sterowce. I ten meduz twórca miał właśnie taką wizję. Może chciał stworzyć jakieś podwodne sterowce, a te dorosłe meduzy mówiły, żeby nie wymyślał, bo przecież po co to im w ogóle. Może to jest to.
Więc ten moment ściśnięcia jego potrzeby to jest ten moment wezwania do wyprawy. No i dobra, no to mamy to. Czyli postanowiły meduzy dwie ruszyć sobie na tą powierzchnię, zobaczyć, może zebrać jakieś nowe inspiracje, może popłynąć gdzieś dalej, gdzieś indziej. Więc postanowiły wypłynąć. I oczywiście kiedy wypłynęły, okazało się, że całe niebo jest zachmurzone. Tu już przechodzę do tej kości drugiej, do naszej chmurki deszczowej. Więc całe niebo jest zachmurzone. Może właśnie zróbmy sztorm jakiś. I już widziały, że woda jest strasznie wzburzona. Także był ogromny sztorm na morzu i może ten sztorm je zepchnie gdzieś, może na jakąś wyspę.
Że nie będą mogły wrócić, że jak już wypłyną tam, nabiorą trochę tego powietrza, to będzie im ciężko się zanurzyć, bo te fale będą miotały je na lewo, na prawo. Szur, szur, szur. Nie wiem. A one mogą stracić przytomność? No dobrze, skoro to miałaby być taka może trochę bajka dla dzieciaków, może jakaś taka młodzieżowo-dziecięca. Już wiem. Załóżmy, że te fale tak nimi miotały, że one się zderzyły głowami i straciły przytomność. I obudziły się... W sumie to pęknięte jajo mogłoby symbolizować te zderzone głowy. I po prostu obudziły się wyrzucone na piaszczysty brzeg jakiejś dziwnej wyspy i obok zostało też wyrzucone takie jakieś pęknięte jajo.
Obok nich. I tutaj skończy się nam akt pierwszy, czyli docierają do nowej lokacji, docierają na tą jakąś wyspę i oprócz nich wyrzucone zostało jeszcze razem z nimi jajo, które pękło. Okej, teraz możemy przejść do aktu drugiego, czyli do głównej próby. Na razie sobie wylosuję próbę. Okej, tutaj wypadła mi kość z halloweenowej serii. Wypadł mi dom z wieżyczkami. Jak halloweenowy, to taki nawiedzony dom. Natomiast tutaj po prostu mamy dom z trzema wieżyczkami. Dobra, to jest ciekawe. Mamy tę główną próbę.
Wylosuję sobie jeszcze artefakt. Aha, nie powiedziałam: mamy je nie w postaci kości czy kart, tylko są to pionki z gry Monopoly i z gry Cluedo, czyli takie małe metalowe elementy. Także zaraz sobie coś tutaj wylosujemy. Dobra, mam. Nie wiem, na ile nam się to przyda, ale coś będziemy musieli wymyślić. To jest hantelek, ciężarek do ćwiczeń. Zobaczymy, co z nim zrobimy, albo właściwie co meduzy z nim zrobią później. Tu jeszcze mówiłam, że losujemy sojusznika, także pozwolę sobie wylosować jeszcze jedną kartę z tych ilustracji. Tak myślę, że ten sojusznik to może będzie jednak ten, co z jaja wyjdzie. Nie ukrywam, że jak ma akcja rozegrać się w tym domu nawiedzonym, w jakiejś rezydencji, to przydałby się ktoś, kto by pomógł się poruszać tym meduzom.
Już abstrahując od tego, że one chyba bez wody długo nie pójdą. Dobra, losujemy wygląd sojusznika najpierw. O kurde, dobre! Słuchajcie, ja naprawdę je losuję. Okej, od razu opowiem wam. Na karcie mamy wielką ośmiornicę z rudymi wąsami i z monoklem. Myślałam, że trzyma pędzel w jednej matce, ale to są chyba zabawki. Papieros to nie jest. A może trzyma pędzel? W jednej na pewno trzyma żołnierza, takiego drewnianego żołnierzyka, taką zabawkę.
I patrzy na nią tu jeszcze złota rybka, taki welonek, taka mała. W sumie to może ta, które łowiły meduzy. Co to jest tamto drugie? Nie wiem. Słuchajcie, ten pędzel byłby ciekawy, bo pomyślałam o wspólnym temacie z naszym twórcą. Okej, wylosujemy archetyp, więc zaraz może dowiemy się trochę więcej o tym naszym sojuszniku. Myślę. Może niech faktycznie ona się wykluje. No dobra, na razie archetyp i będę dalej myśleć. Okej.
Archetyp dla naszego sojusznika to mędrzec. Słuchajcie, jest fajnie. To może nie wykluje się z tego jajka. Dobra, najpierw przybliżę wam, cóż to za archetyp, bo zastanawiam się, czy on w ogóle nam tutaj wyszedł w tym sezonie. Bardzo fajny archetyp, także czytamy na razie opracowanie. „Mędrzec. Posiada rozległą wiedzę, jak i doświadczenie. Mentor, nauczyciel, mistrz. Potrafi łączyć fakty i wyciągać wnioski. Występuje często z pozycji tego, który wie lepiej.
Ma zawsze gotową odpowiedź. Lubi edukować i oświecać. Chętnie dzieli się wiedzą i doświadczeniem”. Tak jak patrzę na tą naszą ośmiornicę z gęstymi, wielkimi, rudymi wąsami i monoklem, przecież mędrzec jak nic. Myślę tylko, bo jeżeli go zrobimy, że się wykluł z tego jajka, to on tu jest dojrzały, duży, stary, a z jajka byłby mały. To może to jajko na razie zostawmy. Co mogło się wykluć z tego jajka, cholera? Myślę, a może jeszcze na jajko coś wylosujemy? Dobra, wiem, że wy tutaj nie macie nic do gadania. Kurde, ciężki wybór.
Tu jest sojusznik, on ma im pomóc. Albo może ten mędrzec nie pojawi się od razu. Sojusznik może się pojawi, tylko że ktoś od razu musi je przenieść. Chyba że tu nie zrobimy wyspy. Powiem wam tak: mam techniczny problem tutaj taki, że jak je wyrzuci na brzeg, to za dużo nimi nie możemy podziałać. Leżą takie flaki na tym piasku i nic się nie dzieje. To może jednak zróbmy, że do jakiejś jaskini je wrzuciło. Nie, dobra, chciały wyjść na powierzchnię. Może to też będzie lekcja dla nich, że wcale nie jest tak łatwo. Dobra, to może niech z tego jajka wykluje się mała ośmiornica i po nią przyjdzie jej dziadek.
Dziadek, duża ośmiornica. Może one wstaną i będą na razie sobie chodzić z tą ośmiornicą. Załóżmy, że to jest bajka, więc te ośmiornice się nie uduszą. A może jakiś worek? Jest dużo śmieci w morzach i oceanach, więc może po prostu ta mała ośmiornica. Mamy tu taki, widzę, konflikt fabularny. Nie wiem, czegoś mi tu brakuje jeszcze, bo ten hantelek... Dobra, wiecie co? Skoro sama się zablokowałam tą wyspą, to może jednak zrezygnujmy z tego, bo ja tutaj widzę za dużo problemów i przez to nie mogę ruszyć dalej. Więc po tym sztormie całym może one trafiły na obrzeża tego ich wodnego miasteczka.
Może gdzieś je wyrzuciło do jakiejś dziwnej budowli. Do jakiejś posiadłości, strasznego domu. Może na głębiny pójdźmy. Tylko że one płynęły na wierzch. Dobra, ale skoro straciły przytomność, to może bezwładnie spadły. Dobra, okej. Opadały i dotarły na pierwszy próg głębin. Załóżmy, że w tym wodnym świecie są jakieś kręgi głębiny. Nie chciałabym iść w te piekielne klimaty. Bardziej chodzi mi o to, że miejsce, gdzie jest mniej światła.
Byłby domek, może będzie fluorescencyjny, bo to już są głębiny, tam gdzie pływają straszne ryby głębinowe z tymi światełkami. Może obudziły się przy tym domku i pierwsze, co zobaczyły, to było to pęknięte jajo. Dobra. Teraz to pęknięte jajo to jest główna próba w tym domku. Kto może mieszkać w tym domku? To ma być próba, z którą zmierzą się bohaterowie. Tu mamy towarzysza, czyli on będzie mu pomagał i mamy tego twórcę. W tym domku musi ktoś mieszkać, tak myślę. Ta główna próba. Dobra, bierzemy rybkę głębinową.
To będzie najszybsze. Oczywiście jak wy macie lepsze pomysły, to działajcie. Straszliwa podwodna, można powiedzieć, czarownica. Jak ona się nazywa? Żabnica chyba. Bez researchu jak bez ręki jestem. Nic, taki sprawdzian mojej wiedzy ogólnej. Tak czy siak, to był legendarny domek straszliwej czarownicy. Taki typowy straszak na małe żyjątka podwodne w świecie podwodnym. Meduzy się ocknęły i były przerażone, bo wszędzie było ciemno.
Nie wiedziały, jak wrócić. To było proste. Wystarczy płynąć do góry. Może były jeszcze ogłuszone. Na głębinach jest zimniej. Myślę, jak jest z gęstością wody czy z nasyceniem. Jest mniej powietrza. Dobra, i mamy to. Te meduzy nie będą mogły się wzbić w powietrze. Nabrać powietrza i wypłynąć do góry, więc będą zmuszone iść po ziemi.
Teraz pytanie, czy spadły zupełnie na głębiny? Nie, dobra, są różne poziomy. To jest ta próba, czyli jedyna opcja, którą mogą zrobić teraz, to albo zostać tu, gdzie stoją, albo pójść do tego straszliwego domu, gdzie wiedzą, że jest straszliwa, zła czarownica, która zjada małe żyjątka. Dobre, kurde, jak ja to widzę. Lubię tę historię. Jestem ciekawa, czy wy też je widzicie, czy tam te swoje warianty. Okej. Akt drugi, trzeba się ściaśniać. Tu jeszcze miał być sojusznik. Dobra, po prostu meduzy wbijają na chatę żabnicy.
Nazwijmy ją żabnicą. Nie wiem, która to była ta ryba, ale najwyżej to się gdzieś tam... Nieistotne. Nie trzeba edytować. Będzie mi łatwiej mówić. Mamy straszliwą żabnicę. Teraz tak: meduzy wbijają na chatę, licząc na to, że jej tam nie ma. Tutaj nasz twórca zaczął pracować. Skoro próbowały podskoczyć i nie mogły nabrać powietrza, pomyślał, że może muszą wziąć większy rozpęd albo skoczyć z czegoś. Domek.
Może nie wejdą do domku, tylko wejdą na domek. Będą próbowały wejść na ten domek i to bardzo cichutko i powolutku, żeby nie zbudzić żabnicy. Skoro z domku emanowało światełko, to znaczy, że żabnica była w środku. One cichutko będą wchodziły na ten domek. Klasyka rodzaju. Teraz tylko myślę, czy któraś spadnie, czy coś się zepsuje, a może się domek zawali? Zniszczenie domku złej czarownicy. Kurde, ale się robi. Dobra, słuchajcie, nie przedłużam, jak to się samo zrobiło. W momencie, kiedy zaczęły wspinać się na ten domek...
Z czego mógł być ten domek? Z małych elementów. Może ona zbierała coś. Wiem, z kości jej ofiar. W końcu to domek złej czarownicy podwodnej żabnicy. Dobra, mamy domek z rybich ości. To było skrupulatnie zestawiane jedna przy drugiej. Nie wiem, czy kojarzycie, ale te żabnice czy inne głębinowe mają długie zęby jak szpile i małe płetwy. Wielki łeb, brak oczu. Jest jeszcze to, że ona była prawie ślepa, więc tymi zębami nieudolnie ustawiała sobie ten domek.
On się trzymał na słowo honoru. Jak tylko zaczęły się wspinać, ten domek zawalił się i odkrył wściekłą rybę. Oczywiście meduzy spadły na ziemię i mogły tylko kicać po tym dnie nie wiadomo dokąd i były przerażone. Ta żabnica próbowała się rozglądać, kręciła się w kółko, bo nie za bardzo widziała. Może meduzy miały przewagę, aczkolwiek jak nie było światełka, one też nie widziały, więc wpadły w panikę. Żabnica miała dobry słuch, więc brała wszystko na słuch i może tym światełkiem zaalarmowała inne ryby, które zaczęły nadpływać. Meduzy widziały w oddali, że pojawiły się trzy nowe światełka i były przekonane, że to jest koniec. Towarzysz może zaczął jednak troszeczkę panikować. Natomiast nasz wizjoner, inicjator próbował się rozejrzeć, co można zrobić, może coś z tych kości wzięli po największej, żeby próbować się chociaż nimi bronić. Powiedział towarzyszowi, że wcale go nie wspiera tą paniką, a zawsze miał rozsądne porady, więc niech się ogarnie.
I kiedy żabnica już ich usłyszała i nadciągały pozostałe złe wiedźmy żabnice, to meduzy uniosły pojedyncze ości, takie mikroszabelki. Stwierdziły, że jak mają zginąć, to nie bez walki. Miały przygodę życia. Już jest blisko, jest napięcie i nagle robi się wielki szaszor i pojawia się ośmiornica. I teraz sobie myślę: co ja wiem o ośmiornicach? Wiem, że były takie, które zlewały się z otoczeniem. Takie kameleony. Nie wiem, czy jakaś nie była też fluorescencyjna taka, że miały takie właściwości. To może niech ten nasz sojusznik, mentor ośmiornic będzie taki fluorescencyjny. Więc nagle ich wybawiciel się pojawił, wielki zestaw świateł wpłynął na nie, że te żabnice wpadły w lekką panikę, bo każda miała po jednym światełku.
Natomiast tutaj płynęło całe stado światełek i one nie wiedziały, co się dzieje, więc postanowiły się ulotnić. Załóżmy, że one nie mogły zgaszać swoich światełek, więc postanowiły się oddalić. Natomiast ta wielka zła żabnica, której zniszczyły domek, oczywiście się odgrażała, że jeszcze je dorwie, że pozna je po zapachu i ona już wie, że to są meduzy z tego wyższego poziomu. Już dokładnie wie i że przyjdzie i zje ich całą kolonię. I co? Tak łatwo uciekną? Takie groźne ryby. Dobra, uciekną. Ta się będzie odgrażać taka rozwścieczona, a te pozostałe ją zabiorą: „Ej, weź ty się ogarnij, ratujmy lepiej swoje życie”. Więc ją odepchnęły, zagarnęły i odpłynęły.
Natomiast co jest z tymi ośmiorniczkami? Meduzy z jednej strony się ucieszyły w pierwszej chwili, że zagrożenie czmychnęło, ale z drugiej strony dotarło do nich, że bardzo możliwe, że to jest jeszcze większe zagrożenie, że to płynie jakaś ławica innych ryb głębinowych. Więc dalej stały przerażone, aż nagle okazało się, że przysiadła koło nich wielka ośmiornica. Czyli tak naprawdę to był jeden ich sojusznik, a nie cała kolonia. I powiedział, że widział całą sytuację, jak ten sztorm je ogłuszył i płynął za nimi, żeby je wydobyć, bo widział, że je znosi w głębinę. Może to była taka wyrwa, taki lej w ziemi, że fala je wrzuciła. Mędrzec. Patrzę, co mędrzec ma. Posiada rozległą wiedzę, doświadczenie. Myślę z tym hantelkiem.
Wiecie co? Bo hantelek by je zrzucał na ziemię, nie? Dobra, to ten pan ośmiornic, mędrzec. A jeszcze jajko było pęknięte, cholera. Co z tym jajkiem? Bo ten dom się rozpadł. Jeszcze taka scena, trzeba dopisać, że w momencie, kiedy ten dom się rozpadł i w całym tym zamęcie nikt nie zauważył, że jedna z tych dużych ości kości uderzyła w to jajko i to jajko rozpękło zupełnie. Dobra i teraz, jak ten ośmiornic przyjdzie, to wrócimy do tego jajka. Już mam. Więc on powiedział meduzom, że muszą uważać, że kiedy widzą, że jest sztorm, to żeby nie wypływać na powierzchnię, że trzeba czekać, aż się woda uspokoi.
Tutaj je oświecił. Oświecił je też dosłownie swoimi fluorescencyjnymi właściwościami. Natomiast je doedukował, że mało które zwierzę wodne jest w stanie oprzeć się czy dać radę z falami w sztormie. Dlatego sztorm jest niebezpieczny zarówno dla ludzi czy istot z powierzchni, jak i wszystkich podwodnych istot. I może tutaj też być rozmowa o tym, że ten nasz twórca mówił, że chciał zawsze coś na powierzchni, że go interesowało, jak te wszystkie ptaki latają, że on chciałby też latać. A w sumie dzisiaj był przerażony tym, że nawet nie mógł się tak wzbić jak zawsze, że był uziemiony. I tutaj może ten mędrzec mu powiedzieć, że właśnie tak wygląda życie na powierzchni, że tam mało kto lata sobie u góry, że on widział tylko ptaki. Natomiast życie na lądzie, na powierzchni właśnie jest takie, jak oni tutaj odczuli, czyli że są przyciśnięci do ziemi i mogą się poruszać tylko po ziemi. Więc tak naprawdę, mimo że oni są pod wodą, to mogą poniekąd latać. I wtedy może w myślach, bo podobają mi się te meduzy z morału, z tej grafiki.
Więc może wtedy w umyśle naszego małego twórcy pojawi się pomysł, żeby nie sprowadzić, tak jak chciał, sterowca z góry pod wodę, tylko może spróbować stworzyć ludziom na powierzchni możliwość pływania, tak jak meduzy są. Więc zaczął projektować sterowiec Meduzę, taki statek powietrzny. Mędrzec stwierdził: to jest świetny pomysł, a on był nieraz na powierzchni i już bardzo długo żyje, więc może mu dostarczyć jakieś materiały i mogą spróbować to wybudować. Może on też będzie znał kogoś z powierzchni. Pomysł na drugą część. O, i co do hantelka. Więc może ten mędrzec... Jeszcze będziemy mieli akt trzeci. Czyli główną próbę, to właściwie pomógł im sojusznik. Drugi akt kończy się tak, że tu sobie pogadali i on mówi: „Dobra, bo tu jest niebezpiecznie, to zabiorę was na powierzchnię”.
I wtedy też zauważają, że z tego jaja... Jakie zwierzątko, myślę. Żółwie tak głęboko nie. Może też jakaś mała ośmiorniczka? Coś, co mogło się wykluć. Tylko to było jajo pod wodą, nie? A nie, ale miało wpaść razem z nimi. Może właśnie nie. A może to było potomstwo złej wiedźmy, a nasz mędrzec nie był w ciemię bity i po prostu zabrali tą małą, smutną, zagubioną rybkę głębinową, która właśnie się wykluła. No dobra, okej, to mamy to, że z jaja wykluła się mała rybka głębinowa, więc mędrzec nie zostawi jej tu samej, więc ją zabiera.
Zlitował się nad nią. To jak nic, to trzeba drugą część, jak ta rybka będzie problemy sprawiać im później. No dobra, zabrał i meduzy, i tą rybkę. Wypływają na ten poziom wyżej. Rzucamy kośćmi, bo już tu jest późno. Ostatnie trzy kości. Dobra, mamy hełm wikinga. Bitch. Czy tam bat. I wiedźmi kocioł.
Ło matko z córką. Okej, czyli akt trzeci. To może zróbmy, że to już będzie parę miesięcy naprzód po tej całej sytuacji, po głównej próbie. Jeżeli chodzi o ten hełm wikinga, tą scenę pierwszą, to tutaj może właśnie, żeby ta rybka głębinowa, którą zabrali, mogła z nimi funkcjonować, to twórca skonstruował dla niej specjalny hełm, żeby światło jej nie raziło. Żeby ona mogła sobie jakoś patrzeć, jakoś tutaj z nimi pływać. Także taka śmieszna trochę, nierówno pływa, ale pływa razem z nimi. Oczywiście, że znaleźli sobie jakąś nową lokację. Współpracują z tą ośmiornicą, z mędrcem nad tym projektem. Towarzysz się zakumplował z tą rybką w hełmie i co jakiś czas słychać może jakieś wściekłe ryki wiedźmy. Dobra i ten bitch.
Co z tym bitchem? Bitch z czym może się kojarzyć? Z dyscypliną. Ale nie będziemy chyba dyscyplinować tej małej rybki. To miało być tak dziecięco-młodzieżowo. A może pozostała kolonia meduz, mimo że one już ruszyły na obrzeża, to cały czas ktoś im mówi, że ta rybka będzie robić problemy, że jeszcze sprowadzi na nich zagładę, że trzeba ją zdyscyplinować, że ona ich zeżre, że ona ma wielkie zęby, że ona musi się też czymś odżywiać. A meduzy po prostu łowiły te rybki, które zawsze dla siebie łowiły, to tym karmiły tą rybkę głębinową. Więc tutaj naciski te dyscypliny. Dobra i teraz jeszcze ten wiedźmi kocioł. Może jakiś eliksir?
A, zgubiłam wam, nie powiedziałam o tym hantelku. Miałam tam pomysł, że kiedy ten mędrzec ich wyrzuci na ich piętro, że tak powiem, to że da im taki pompowany hantelek. Wiecie, taki jak dla dzieciaków jakiś. I powie, że to można... Właśnie, a jak one by nadmuchały? Że widział, jak istoty z powierzchni wdmuchują tam powietrze i wtedy ten hantelek się unosi na wodzie. Więc twórca zaczął myśleć, jak można stworzyć, jak wepchnąć bąble powietrza w to coś. Także tutaj jest ten pomysł, żeby właśnie jednocześnie może zrobić te sterowce podwodne, ale żeby też mógł zrobić sobie symulację tych sterowców z powierzchni. Dobra, coś tu trzeba posklejać. To tak.
I wtedy ten akt trzeci. Cholera, myślę z tym kotłem jeszcze. Bo tu możemy robić oczywiście pożywienie dla rybki, ale tu też ta czarownica. A może zakończymy to w ten sposób, że faktycznie ktoś do nich przypłynie, mysielko. Albo po prostu jak nasze meduzy cały czas pracowały, więc były odcięte od tej kolonii. Natomiast ktoś z kolonii do nich przypłynął i powiedział, że coś dziwnego dzieje się w głębinach, że dowiedzieli się od jakichś innych stworzonek. Może jakiś przyszedł ukwiał, który zawsze tu ich zabawiał różnymi historiami i przyszedł przerażony i powiedział, że żabnice zaczęły się gromadzić w głębinach i słychać jakieś niebezpieczne bulgoty. O, a może plotka głosi, że w głębinach, gdzie zawsze jest strasznie zimno, pojawiło się jakieś trzęsienie. Nie wiem, coś się tam zadziało i pojawiło się źródło ciepła, że tam się zmienia temperatura. I to może grozić zagładą zarówno tym głębinom, ale i ich poziomowi, ich światu.
No i możemy to tak zawiesić, bo to się aż prosiło o drugą część. Ej, słuchajcie, a może zrobimy kontynuację? Tak jeszcze nie robiłam. No dobra, okej. To be continued. Ja jestem za tym, żebyśmy zrobili drugą część. Czyli kończymy na tym, że faktycznie została zachwiana równowaga. Zabrali tą rybkę małą, zniszczyli dom tej złej wiedźmy z Z tego rejonu pomiędzy. Więc te nasze złe wiedźmy się zbroją. Morał tu patrzę, bo mamy port i meduza.
Myślę, że może meduzę, bo mamy tu bohatera, który doprowadził do tego. Pomyślałam o czymś takim, że niszcząc cudze porty, spodziewaj się, że i twoje zostaną zniszczone. Myślę o czymś takim, że zaburzył ten spokój i bezpieczną przystań tej czarownicy. Teraz zagrożony jest ich port, ich przystań. Może tak. Nie użyłam tu tego słowa meduza, ale myślę, że to by mogło być ciekawe. Dużo meduzy było w tym, więc już nie będę pchać na siłę. Dobra, koniec części pierwszej. Słuchajcie, ja nie mogę się z wami nigdy pożegnać. Nie mogę się nacieszyć wszystkim.
W razie czego robię zdjęcie planszy. Jakby ktoś był zainteresowany, to mnie ścigajcie. Wpisując moje nazwisko w internety znajdziecie milion różnych kontaktów do mnie. Także zachęcam, zapraszam. Jak macie pomysł na tą historię, może wam się w głowie jakaś inna historia zrodziła. Może będzie pomysł na tą drugą część gdzieś. Ja was zapraszam już na następny odcinek za tydzień. A tymczasem borem, lasem. Życzę wam cudowności, mocy inspiracji i żegnam się z wami cieplutko. Pa!
[04:58:50] - Czas najwyższy. Nie dość, że późno, to czas najwyższy na spotkanie z Piotrem Plebaniakiem. W tej chwili ja już oczyma duszy widzę, jak się państwo zafrasowali. Jak to? To już koniec? Nie, nie. To jest spotkanie z Piotrem Plebaniakiem, ale nie to ostateczne na końcu audycji, tylko spotkanie, które odbyło się w cyklu „Telegram z krańca świata”. Wszystkie odcinki tej serii są dostępne w Radiu Paranormalium, dostępne również w Book Radiu, ale co jakiś czas pojawia się odcinek, który albo nawiązuje do lektur Piotra Plebaniaka, z których on zresztą wysuwa wnioski, których by się trudno czasami spodziewać. A dzisiejszy odcinek może nie tyle do lektur nawiązuje, co do filmografii, a właściwie konkretnej serii filmów, serii „Gwiezdnych Wojen”. Nie są to wnioski optymistyczne, ale też są to wnioski, które sięgają dalej niż tylko taka recenzencka pasja.
Tutaj mówimy owszem, o trzech trylogiach pod hasłem „Gwiezdnych Wojen”, ale mówimy też, co tak naprawdę da się w tych trylogiach odnaleźć i o czym niektóre wątki świadczą. Zapraszam państwa na długie spotkanie z Piotrem Plebaniakiem w „Telegramie z krańca świata” zatytułowanym: „Zagłada Gwiezdnych Wojen”. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[05:00:22] - Dzień dobry, bardzo gorąco pozdrawiam z samego południa Tajwanu. Właśnie byłem na przepięknym festiwalu, także zapraszam do dołączenia do mojego Facebooka. Tam wrzucam zdjęcia i z zeszłego tygodnia, i z bieżącego festiwalu. Są niesamowite po prostu. Znowu dodam.
[05:00:39] - Niesamowite jest, bo jak się niektórym zdjęciom przyglądam, to tak z grubej rury nawiążę do tematu dzisiejszego odcinka. To trochę jakbym oglądał jakichś pozaziemców z innej, bardzo odległej galaktyki. Niektóre stroje, niektóre okoliczności przyrody, tak to określmy ogólnie, tak troszeczkę wyglądają, jakby były przeniesione z innej planety. Tak powiedziałem z grubej rury, nawiązuję do tematu, bo dzisiaj, proszę państwa, będziemy mówić o zagładzie „Gwiezdnych Wojen”. Niech pan to rozwinie, panie Piotrze.
[05:01:19] - Tak. Po pierwsze pan jest ksenofobem. Jak można mówić o „jak obcych”? To są ludzie tacy sami jak my. Mają takie same DNA. A to, że wyglądają inaczej, co innego żrą i innym narzeczem mówią, to przecież jest wszystko jedno.
[05:01:35] - Ja zawsze byłem zacofany, wie pan. W ogóle mnie to nie przeraża.
[05:01:41] - Takim tonem, którym ja pozwoliłem sobie tutaj naruszyć godność pana Marka, mówią rozmaite pięknoduchy, które posługują się między innymi taką bronią ideologiczną jak różnorodność i jak dyskryminacja. To na początek sobie omówimy, co to jest różnorodność. Różnorodność, czyli diversity. To, co słyszymy w internetach i w różnych środkach masowego dezinformowania i rozformatowywania naszego umysłu, naszych umysłów. Dywersyfikacja polega na tym, że traktujemy ludzi, którzy są inaczej sparametryzowani koniecznie w identyczny sposób, jak wszystkich innych, nie uwzględniając w niektórych przyjętych kulturowo aspektach, że każdy ma swoje różne talenty i rozmaite klasy ludzi czy grupy ludzi. Generalnie po angielsku to jest lepiej rozróżnione, wydaje mi się, niż w języku polskim, dlatego że klasa ludzi to jest zespół ludzi wyróżnionych pod jakimś kompletnie arbitralnym najczęściej aspektem. Na przykład class action to jest nazwa na działanie prawne, czyli na pozew zbiorowy. Jakaś grupa ludzi wyróżniona tym, że są klientami tego podmiotu, który jest pozywany, oni domagają się jakiejś rekompensaty czy też jakiejś wysokości odszkodowania od tego podmiotu pozywanego. Natomiast jest jeszcze ten drugi termin oprócz tej różnorodności, czyli diversity. Jest jeszcze pojęcie dyskryminacji.
Na czym polega dyskryminacja? Na tym, że mamy preferencje wobec jakiejś wyróżnionej przez siebie albo ogólnie przyjętej w kulturze klasy ludzi określonej jakimś słowem albo mających przypisywaną im albo rzeczywistą, albo połączenie tych obu. Albo są szufladkowani do pewnej klasy ludzi. Czasami słusznie, czasami niesłusznie. To jest oczywiście nie zero-jedynkowe, nie binarne. Tu posłużę się wrogim narzędziem zbrodni. Więc dyskryminacja może być czymś bardzo pozytywnym i w każdej kulturze są pewne typy dyskryminacji, które są uznane za neutralne, za oczekiwane czy oczywiste, że każdy ma prawo do tego być. A to, co nasi wrogowie ideologiczni, przynajmniej moi, oczywiście mówię za siebie, ale proszę podjąć też własną decyzję, bo to jest najwyższy czas na tym etapie wojen kulturowych. Dyskryminacja może być pozytywna społecznie i dobra. Nie ma czegoś takiego jak dyskryminacja jest zawsze zła.
Przykładem jest to, o co są afery. Dyskryminacja mężczyzn w przestrzeniach wyznaczonych prawnie, czy też decyzją właściciela tej przestrzeni, że są tylko dla kobiet. Teraz się pokazali tacy faceci, którzy skorzystali z szaleństwa ideologicznego, tak zwanego białego liberalizmu czy białych liberałów i deklarując się jako kobieta uzyskują, i faktycznie uzyskują prawnie usankcjonowany dostęp do przestrzeni zastrzeżonej tylko dla kobiet po to, żeby te kobiety mogły czuć się bezpiecznie przed napastowaniem, przed jakimś seksualnym napastowaniem przede wszystkim albo przed wtargnięciami osób, które sprawiają, że część z tych kobiet czuje się nieswojo albo właśnie w jakikolwiek sposób nie do końca pozytywny.
[05:05:53] - Panie Piotrze, ja to tak się wcinam bezczelnie, ale tylko żeby powiedzieć, że obserwuję, może to za duże słowo, jakieś przebudzenie, ale oznaki tego, że przynajmniej część ludzi w naszej sferze, strefie kulturowej chyba troszeczkę przejrzała na oczy, bo już nawet możni tego świata, wybrane jednostki możnych tego świata zaczynają mówić o tym, że na przykład bycie sportowcem i zmiana płci przez sportowców po prostu pozbawia szansy kobiety, które latami ćwiczyły. I to nie jest specjalnie odkrywcze, ale jeszcze całkiem niedawno wykluczano nawet ze związków sportowych znaną tenisistkę chociażby za to, że śmiała coś takiego powiedzieć. Tymczasem dzisiaj już wchodzi to nieśmiało, ale wchodzi do debaty publicznej. To jest dla mnie pewna oznaka tego, że coś się chyba zaczyna zmieniać, albo w każdym razie, że te wojny kulturowe wkroczyły na nowy etap.
[05:07:03] - Nie no, wojny mają się świetnie. Chociażby tutaj będę złośliwy. Przejął pan nieświadomie retorykę ludzi, którzy narzucają nam rzeczy, światopogląd i rozwiązania prawne i obyczajowe sprzeczne z jakimkolwiek zdrowym rozsądkiem, bo użył pan terminu zmienić płeć, czego zrobić nie sposób.
[05:07:27] - Ale jakoś muszę to opisać. To, że ja coś cytuję, nie oznacza, że to przyjmuję. Tylko żebyśmy rozmawiali.
[05:07:34] - Tak, ale to musi pan zaznaczyć, przepraszam, ja się upieram dlatego, że to jest szalenie niebezpieczny proces, który sprawia, że na przykład posługujemy się takimi terminami jak cytuję homofobia czy transfobia czy wszystko to, co jest fobią, co jest oczywistą bronią polegającą na osiągnięciu przez używającego tego terminu, tej broni ideologicznej, osiągnięciu tak zwanego moralnego, wyższego gruntu, czyli moral highground, czyli moralnej wyższości, z której to wysokości innych oceniają jako tych złych, jako jakoś zacofanych i tak dalej. Zacytuję, nie potrafię tego dokładnie zacytować, bo to było trochę skomplikowane, natomiast w filmie „Ostatni rycerze” z Morganem Freemanem, który jest w moim przekonaniu jego najlepszą rolą, idealnie do niego pasującą, mimo tego, że jest władcą królestwa położonego gdzieś tam w śniegach, a jest ewidentnie bardzo bogato wzbogacony.
[05:08:38] - Nie śniegowy.
[05:08:39] - Tak, nie śniegowy. Pan Marek jako pisarz ma wybitny talent do eufemizmów. Murzyn jest po prostu Morgan Freeman, więc jest absolutnie fenomenalny aktor i w fenomenalnej roli władcy z niezwykłą charyzmą, ale jednocześnie właśnie z rzeczywiście niezwykle wysokimi walorami moralnymi i kodeksem honorowym. I on powiedział coś takiego właśnie w chwili, w której jego, w skrócie nie będę zdradzał treści filmu, bardzo polecam wszystkim ten film. Świetnie to sformułowałem. Czesko-koreańska produkcja o samurajach. Tak to bym powiedział. I Morgan Freeman powiedział, że przyjęcie języka pretensji, bo ktoś zaczął wymagać od niego wręczenia łapówki, pretense po angielsku, przyjęcie języka pretensji tylko sprzyja jej umocnieniu. Czyli w chwili, w której ja się strasznie tego pilnuję, tak jak powiedziałem, wręcz rygorystycznie, co przez innych postrzegane jest jako przesada. Natomiast musimy na to bardzo uważać, dlatego, że mężczyźni, na przykład tacy jak facet, który zdobywał złote medale na mistrzostwach pływackich w Stanach Zjednoczonych, to jest ewidentnie facet.
Nic sobie nie obciął, nic sobie nie wyciął. Wygląda jak facet, tylko jest transwestytą i deklaruje się jako kobieta, co szaleństwo ideologiczne doprowadza do tego, że on jest traktowany formalnie jako kobieta i zgarnia wszystkie nagrody i odbiera po prostu, tak jak pan Marek wspomniał, szanse życiowe kobietom, bo kobieta to też człowiek, które ciężko pracowały na to, żeby coś osiągnąć w życiu i nagle facet im to sprzed nosa zabiera. Typowy trolling po prostu w moim przekonaniu. Gość był chyba na 800. miejscu w rankingach, a nagle jak wszedł w rolę kobiecą to stał się pierwszy. Niestety feministki boją się. Niektóre są sterroryzowane dlatego, że już jest mocniejsza karta niż feminizm, czyli właśnie ten tak zwany transseksualizm, a niektóre po prostu jawnie już działają na rzecz tego transseksualizmu, a nie feminizmu. Feminizm traktując tylko i wyłącznie jako sposób zdobycia głosów feministek w całym tym szaleństwie, jakie ma miejsce. Natomiast zaraz o tym szaleństwie mówimy o Gwiezdnych Wojnach, które zostały zniszczone w tej trylogii sequelu w sposób wręcz spektakularny. Najważniejszy bohater, mojego przynajmniej dzieciństwa, mówię o Luke'u Skywalkerze.
Jak Luke Skywalker nie jest największym bohaterem dzieciństwa naszych słuchaczy, to smutno mi będzie do końca dnia, jak o tym pomyślę. Ale wracając już, żarty wszystkie na bok, do głównej treści, proszę zobaczyć, co się stało. Dlaczego Luke Skywalker stał się najważniejszym bohaterem dzieciństwa tego zwariowanego pisarza z Tajwanu, ale też wielu innych? Dlatego, że był symbolem nadziei, symbolem tego, że nigdy nie wolno się poddawać i tej nadziei nigdy nie wolno tracić. Symbolem tego, że po to, żeby coś osiągnąć, żeby spełnić swoje aspiracje, czyli żeby dołączyć do rebelii przeciwko Imperium, żeby walczyć po słusznej sprawie, żeby to zrobić, trzeba coś poświęcić. Trzeba pożegnać się z jednym, po to, żeby kiedyś, w jakimś tam momencie zrealizować to drugie. Tym symbolem takiej drogi bohatera, nawiązuję tutaj do „Bohatera o tysiącu twarzy”, książce Campbella i o tym archetypie bohatera, który przeżywa jakąś drogę. Zresztą to jest w większości powieści, że jesteśmy w jakimś miejscu, bohaterowie się po raz pierwszy spotkają, zarysowuje się jakaś akcja, potem się dzieje cały ten film albo cała książka i na koniec bardzo często jest tak, że ci bohaterowie nagle pojawiają się w tym samym miejscu, które było pokazane na początku filmu. Ale ci bohaterowie to są zupełnie inni ludzie, przekształceni właśnie przez te wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w filmie. I teraz to, czym były Gwiezdne wojny na początku, mówię o pierwszej części, czyli Nowa nadzieja, czyli to, co my traktujemy jako epizod czwarty Nowa nadzieja, jako po prostu Gwiezdne wojny mamy przetłumaczone na język polski.
To jest zbiór wszystkich możliwych, najważniejszych archetypów, wątków, sposobów przedstawienia z bajek dla dzieci. Jakby ktoś nie był tego świadomy, jako pierwszy tłumaczę to, zazdroszczę tego uczucia i tego zrozumienia. Proszę zobaczyć, co się dzieje. Mamy chłopczyka ze wsi, jakiegoś parobka, który gdzieś tam pracuje na roli i nie ma żadnych perspektyw życiowych, ale ma te aspiracje. Ma ten sen, który sprawia, że wyróżnia się ze swojego otoczenia, dlatego że ten sen koniecznie chce spełnić. Wczoraj sobie oglądałem ten epizod, więc tym bardziej sobie odświeżyłem. Luke Skywalker chciał zostać pilotem. Chciał walczyć dla Imperium, bo wtedy jeszcze nie był określony, po której stronie chce być. Bo jednocześnie chciał się dostać do szkoły pilotów imperialnej, ale z drugiej strony podniecała go kwestia dołączenia do rebelii, która była wielkim wydarzeniem na tej pustynnej rolniczej planecie. Więc co się stało?
Nagle pojawiają się dwa roboty, czyli R2-D2 i C-3PO i wciągają go w galaktyczną intrygę. Ale co mamy? Mamy księżniczkę, która została porwana przez jakiegoś wielkiego króla i trzymają tą księżniczkę w wielkim zamku gdzieś tam na wzgórzu, czyli na Gwieździe Śmierci. I co? Okazuje się, że ten mały parobek, który nic nie znaczy, był synem wielkiego rycerza, który walczy na miecze. Co prawda świetlne, ale nie stalowe. I co? Trzeba uratować księżniczkę, czyli pojechać do tego zamku maga, czyli tam, gdzie on teraz jest w systemie Alderaan. Jak ktoś nie oglądał i nie pamięta, to w ogóle nie jest dla mnie homo sapiens. Nawiązując do tego, co pan Marek mówił na początku rozmowy.
Natomiast proszę zobaczyć, podróżują właśnie do tego zamku, wkradają się do tego zamku i próbują tą księżniczkę odzyskać. Cały ten schemat baśni dla dzieci został przełożony na space operę i na tym polega właśnie cała magia. Dlaczego wszyscy zostali zaczarowani, kiedy ten film trafił do kin w '77. Dobrze pamiętam?
[05:15:35] - Tak dokładnie panu nie powiem. W każdym razie w drugiej połowie lat 70. w Polsce był.
[05:15:42] - Żeby dokończyć ten wątek, wszystko, co tylko się dało wprowadzić do tego filmu, żeby rezonowało w umysłach widzów, zostało wprowadzone. Ci szturmowcy Imperium mają hełmy podobne do tych drugowojennych niemieckich, dlatego że to są ci źli. Vader tym bardziej jest czarny. Zresztą głos podstawiał mu Rzym, to tym bardziej jest czarny charakter i ciemna strona mocy, to może kpią sobie. Może to rasiści właśnie tak kpią, bo na marginesie, jakby ktoś nie wiedział To jest ten aktor, który podstawiał głos Dartha Vadera, który grał szefa CIA, do którego Jack Ryan przyjechał na początku filmu. On ma taki strasznie głęboki głos. On był też zresztą królem w "Książę w Nowym Jorku" z Eddiem Murphym. Genialny zresztą film. Jak ktoś nie pamięta, albo ktoś nie oglądał, tym bardziej to straszne. Przede wszystkim wyrażam tu ubolewanie i brak szacunku, ale proszę w takim razie usunąć powody tego mojego ubolewania i braku szacunku poprzez obejrzenie filmu.
Jest po prostu super śmieszny, fenomenalny wręcz. Ale wracając do tych czarnych charakterów. Dlaczego Gwiezdne Wojny stały się tak popularne? W moim przekonaniu właśnie dlatego, że wszystko tam rezonowało, czego ja sam nie wiedziałem, bo nie potrafię za bardzo tego-- znaczy teraz już umiem, ale na samym początku nie odróżniałem akcentu angielskiego i amerykańskiego. Okazuje się, że postacie Imperium, czyli wszyscy ci na tej słynnej naradzie, na której Vader podduszał jednego butnego dowódcę, oni wszyscy mówią z akcentem brytyjskim. Natomiast ci, którzy byli rebeliantami, mówili z akcentem amerykańskim. I to jest właśnie oczywiste dla Amerykanów czy dla Brytyjczyków, ale dla mnie to było kompletnie przezroczyste. Ja tego nie widziałem. Ale właśnie Imperium to jest właśnie to złe brytyjskie imperium, od którego Amerykanie musieli ogłosić niepodległość w 1776 czy 1774?
[05:17:44] - 1776.
[05:17:47] - Więc zobaczcie, jak wiele elementów z naszej kultury zostało wprogramowane w Gwiezdne Wojny po to właśnie, żeby tego widza przyciągnąć. Przede wszystkim, teraz już dochodzimy do sedna, całe Gwiezdne wojny były w intencji Luke'a Skywalkera, przepraszam, Lucasa stworzone jako film dla młodych chłopców, dla małych chłopców. Dlaczego? Dlatego, że Gwiezdne Wojny mają właśnie tę rolę dydaktyczną. Nie wiem, czy można to tak nazwać. W tym sensie, że pokazują, że nie możesz się poddawać. Musisz ciężko pracować. Po to, żeby osiągnąć wolność, musisz odpracować swoją pańszczyznę, czyli na roli, po to, żeby móc potem spełnić swoje aspiracje. Musisz coś stracić dla tego, żeby nagle droga do spełnienia tych aspiracji się spełniła. Bo wuj i ciotka, którzy wychowywali Luke'a Skywalkera, zostali zabici przez Imperium.
Tutaj mamy znowu ten motyw kolejny, czyli zemstę. Tu akurat nie bezpośrednio, ale jego bliscy zostali skrzywdzeni przez jego wrogów, którzy nagle się okazali tymi wrogami. Dlatego że co zrobili? Vader zdradził i zamordował ojca Luke'a Skywalkera. Tak Luke myślał właśnie w tym filmie. Potem szturmowcy Imperium zabili jego opiekunów, sprawiając, co prawda, że nic go już nie trzyma na planecie Tatooine, ale może zrealizować tą swoją ideę, ale jednocześnie łączy to z walką przeciwko tym, którzy tych krzywd w jego życiu dokonali. Wszystko to się splata właśnie w bardzo silną opowieść dydaktyczną, uczącą nas, co jest dobro, co jest zło, jak zachowują się ludzie źli, jak postępują ludzie dobrzy. Nie wiem, czy pan ma jakiś komentarz jako pisarz.
[05:19:46] - Tu się zgadzam z tą diagnozą, natomiast niecierpliwie oczekuję porównania, bo użył pan w tytule słowa zagłada, a zatem musiało dojść przy kolejnych realizacjach do czegoś, co kompletnie rozwaliło ten pierwotny obraz. I tu już zacieram ręce i szykuję się na pana wywód.
[05:20:09] - Wywód jest zasadniczo bardzo prosty, a w sumie zainspirowało go pojawienie się nowej ekranizacji "Piotrusia Pana". Zaraz o tym chwilkę też powiemy. Generalnie rolą dydaktyczną książek, filmów jest to, że uczą nas jakiegoś rodzaju samodyscypliny, pokazują nam wzory tego, jak powinniśmy się zachować po to, żeby stać się ludźmi silnymi. Jeżeli chcemy oczywiście być ludźmi silnymi. Czyli musimy coś poświęcić. Musimy poświęcić teraźniejszość, teraz czy jakieś doraźne przyjemności dla tego, żeby w przyszłości zyskać prestiż, zyskać jakąś władzę, zyskać umiejętności. Czyli żeby zostać na przykład rycerzem Jedi. Jeśli chodzi ściśle o Gwiezdne Wojny i Luke'a Skywalkera, zawsze dochodzimy do tego z wielkim trudem. To nie jest tak, że pstryk, ładujemy sobie jak w Matrixie jakiś tam program. O, znam kung-fu.
Nie. Właśnie życie, prawdziwe życie polega na tym, że musimy ćwiczyć. I proszę, zobaczmy, ile musiał przejść Luke Skywalker do tego, żeby w końcu w trzecim filmie dopiero zatriumfować. Ile musiał trenować, zaczynając kompletnie od zera. Musiał ponosić porażki. Proszę zobaczyć, w "Imperium kontratakuje" traci rękę, dowiaduje się, że po to, żeby osiągnąć swoją aspirację, jak ktoś nie oglądał, to złośliwie po prostu zdradzam treści, bo to każda kara. Okazuje się, że Vader jest jego ojcem. Czyli po to, żeby stać się rycerzem Jedi, bo taki warunek został mu postawiony, że zostaniesz Jedi tylko wtedy, jak wygrasz w konfrontacji z Vaderem. Czyli musisz go pokonać i zabić. Luke raz, że traci rękę, a dwa, że dowiaduje się, że po to, żeby spełnić sobie największą, najważniejszą swoją życiową aspirację, musi zabić swojego własnego ojca, o którym właśnie się dowiaduje, że ten ojciec żyje i co najgorsze, jest tym najgorszym, złym bohaterem walczącym po przeciwnej stronie.
Więc zobaczcie, jak wiele musi przejść bohater po to, żeby stać się postacią silną, żeby ta nadzieja niepoddająca, niewygasająca nadzieja zmieniła się w siłę charakteru i gotowość, tą maksymalną wręcz determinację do tego, żeby stało się wszystko to, co się powinno stać. I to wszystko zostało kompletnie, kompletnie to może nie, bo zostały jakieś elementy, ale Luke został postacią ostrzegawczą, bo stoczył się poza krawędź wszelkiej godności i prestiżu. Pił zielone mleko od jakiejś kosmicznej krowy wyciskane z jakiegoś monstrualnego wręcz... Niemal jakieś szaleństwo. Krowa przy brzegu siedzi sobie nad morzem i Luke przychodzi do niej, napełnia, wyciskając z cycka zielone mleko i wypija, robi jeszcze taką minę. To jest kompletna porażka bohatera, którego my, ludzie wychowani na Gwiezdnych Wojnach, postrzegaliśmy właśnie jako bohatera, który nigdy nie traci nadziei, nigdy się nie poddaje, nigdy się nie załamuje, zawsze walczy do końca i zawsze ma nadzieję, że tego złego, zamiast go zabić, to po prostu przekona. Przekona go do tego, żeby nawrócił się na drogę dobra. I zobaczcie, co zrobili z tym bohaterem. Uciekł gdzieś na koniec galaktyki, wziął do ręki miecz, który był najważniejszym rekwizytem kojarzonym właśnie i z Lukiem Skywalkerem samym, i z tym, jak jego ojciec stoczył się na dobrą drogę, a potem został dzięki tym wszystkim perypetiom przywrócony na dobrą stronę mocy, na jasną stronę mocy. I wziął ten Luke do ręki miecz i po prostu go wrzucił gdzieś za siebie w przepaść, bo to wszystko przestało być ważne.
To było jednocześnie oprócz tego, że to zniszczyło całą postać Luke'a Skywalkera, to było deklaracją ideologiczną tego, co nowi właściciele Gwiezdnych Wojen zrobili z całą tą trylogią, tą sequela. Znowu się pomyliłem. George Lucas, gdy sprzedawał prawa do Gwiezdnych Wojen do Disneya, miał już przygotowany sequel, który miał w taki, a nie inny sposób wyglądać, który wyglądał z tego, co w plotkach wiemy, zupełnie inaczej. Wszystkie te plany zostały przekreślone i stworzono film, który zwłaszcza w drugiej części tej trylogii sequelu, czyli w Ostatnim Jedi, stało się tak kompletnym miszmaszem wątków niemających żadnej logiki, niemających żadnej mocy dydaktycznej przede wszystkim, nieuczącej. Ta opowieść nie uczy nas w żaden sposób tego, że powinniśmy być wytrwali, cierpliwi, ciężko pracować po to, żeby się nauczyć jakiejś umiejętności. Proszę zobaczyć, jakie ma ona kwalifikacje od samego początku. Na samym początku jest mistrzem pilotażu. Nikt jej tego nie nauczył. Nie ma tego wyjaśnionego w żaden sposób w opowieści. Potrafi posługiwać się mocą w sposób, który był kompletnie nieosiągalny, gdyby porównać nawet do Aleca Baldwina, który się wcielił w Obi-Wana Kenobiego w pierwszej części, w tej najstarszej z '77 roku.
Wszystko to, co Luke Skywalker i wszystko, co inni mistrzowie musieli zdobywać ciężką pracą nad sobą, treningiem, ćwiczeniami, wyrzeczeniami i tak dalej, to Rey miała praktycznie od początku. Wzięła parę lekcji od Luke'a Skywalkera w końcu. Jakoś to usprawiedliwiało jej zdolności. Natomiast proszę zwrócić uwagę też, jak ktoś oglądał tą szkaradę w postaci tej trylogii sequela, to proszę zobaczyć, że ona dzieje się w ciągu kilkunastu dni tak naprawdę i od momentu, w którym Rey jest jakimś zbieraczem złomu gdzieś na pustyni, do momentu, kiedy potrafi unieść w powietrze dziesiątki kamieni naraz. To było właśnie w Ostatnim Jedi na samym końcu, gdzie nie sparydiowali, sparodiowali też, ale ukradli schemat całego filmu z Powrotu Jedi. Zresztą cała ta trylogia sequela jest graniem na nostalgii tych starych miłośników Gwiezdnych Wojen, dlatego że to po prostu jest cała seria kradzieży pomysłów. Już mówię tutaj o warsztacie reżyserskim i scenarzystów całej tej trylogii. Generalnie to, czego najbardziej brakuje, to właśnie tego, że ten film kompletnie nie uczy wartości. Nie ma czegoś takiego, że bohater jest zadufany w sobie i nagle, znaczy może nagle, tak jak w Karate Kid. Nie wiem, czy pan Marek oglądał Karate Kid?
[05:27:34] - Oglądał. Chyba skończyłem na trzeciej części, bo już później-
[05:27:39] - Powtarzało się.
[05:27:40] - Tak, dokładnie. Ale oglądał.
[05:27:43] - Ale generalnie jakby ktoś nie oglądał, to warto obejrzeć moim zdaniem pierwszą część, a potem rzeczywiście to jest nachalne powtarzanie tego samego schematu. Polega to na tym, że młody chłopak spotyka jakiegoś starego dziadka, mistrza karate niepozornego, który po angielsku coś tam duka jakimś strasznym akcentem, którym da się zrozumieć. I to jest jedyne co pozytywne można o tym powiedzieć. Natomiast generalnie ten młody chłopak chce zostać mistrzem karate. No i w tej ikonicznej wręcz scenie na YouTubie można sobie to obejrzeć, ten mistrz musi mu stemperować osobowość, mówiąc delikatnie temu chłopakowi To jest przerysowane generalnie, overacted po angielsku. Mistrz karate każe temu chłopakowi malować płot, potem pastować podłogę i ten chłopak w końcu wybucha temu mistrzowi karate, mówi: „Co tam miałem się uczyć karate, a ty mi każesz malować płoty. No to pokaż mi malowanie płotu”. I robi te ruchy w górę i w dół pędzlem. Nagle się okazuje, że te ruchy są takie same, jakie są potrzebne przy blokach albo przy zadawaniu ciosów. I okazuje się, że ten chłopak tą lekcję pokory zdobył.
Oczywiście nie do końca, ale powiedzmy, że to rzeczywiście ma ten walor dydaktyczny, że trzeba się nauczyć pokory i wpierw ćwiczyć pamięć mięśniową, a potem dopiero można myśleć, żeby zostać mistrzem. Ta wartość dydaktyczna jest. Natomiast w filmach, które obecnie robi Hollywood, a przede wszystkim teraz Disney, który jest największym siedliskiem degeneracji i upadku moralnego, jaki można sobie na dzień dzisiejszy wyobrazić. Mówię to z całą powagą i się podpisuję. Niedawno, parę dni temu wyszedł film „Piotruś Pan”. Film został kompletnie zdekonstruowany, zmieniony w jakiś produkt degeneracji, w którym znikły wszystkie możliwe wątki uczące małe dzieci tego, jak stać się ludźmi, osobami odpowiedzialnymi. Wendy, czyli starsza siostra tego Piotrusia Pana, była rodzajem matki, czyli to jest osoba, która brała odpowiedzialność, uczyła te dzieciaki łącznie z Piotrusiem Panem, że trzeba w końcu dorosnąć i stać się osobami odpowiedzialnymi, a nie tylko ganiać z mieczami. Generalnie wątków dydaktycznych była ilość olbrzymia i na tym wychowało się całe pokolenie. Problem polega na tym, nie tylko problem z „Gwiezdnymi wojnami”, nie tylko z „Piotrusiem Panem”, ale z wszystkimi filmami Disneya, jakie teraz wychodzą, że zamiar scenarzystów i reżyserów i generalnie producentów, którzy decydują o tym, co ma być w tym filmie ideologicznie. Wygląda to wszystko tak, że dzieci mają się nauczyć kompletnie niczego, ewentualnie bycia aktywistami.
Co prawda na szczęście nie w „Gwiezdnych wojnach”, a przynajmniej nie w głównej trylogii, ale mogliśmy sobie na przykład zobaczyć w filmie „Han Solo”, czyli uzupełnieniem białego miejsca, czyli jak wyglądała młodość Hana Solo, jak się stał Han Solo, tym, kim się stał. Zastrzegam, ten film się nie ogląda łatwo w tym sensie, że nie ma tam niczego, co by było w „Gwiezdnych wojnach” dla nas ikoniczne. Czyli tego wątku dydaktycznego, tego wątku, że bohater wysiłkiem, wyrzeczeniami i treningiem staje się osobą silniejszą. Wszystko to, co jest w „Hanie Solo” jest sceną do odgrywania jakichś aktywistycznych ideologii. Na przykład jest robot, który identyfikuje się jako kobieta i zaczyna drzeć japę, że to jest niewolnictwo robotów, że teraz bunt robotów powinien być. Generalnie jakby przełożyć wszystko to, co widzimy na co dzień z jakąś tam antifą, innymi degeneracjami w najogólniejszym sensie, to wszystko tam zostało wrzucone, doprowadzając film do kompletnego miszmaszu. Proszę sobie zobaczyć po prostu, zobaczcie sobie, jak to zostało zrobione i pod tym względem warto zobaczyć, co zrobiono z „Gwiezdnymi wojnami”. Natomiast równolegle mniej więcej wyszedł film, który był kompletnie inny. Mam na myśli „Rogue One”, czyli film, w którym główna bohaterka naprawdę była osobą, która przez film urosła. Zobaczcie sobie.
Ja ten film oglądałem kilkanaście razy już na dzień dzisiejszy. Tam było pokazane, że dziewczyna jest rebeliantką, odłączyła się od bandy rebeliantów, powiedzmy, że terrorystów, którzy walczyli z Imperium na swój sposób. Jej życie kompletnie się zawaliło i została drobnym przestępcą czy też przestępczynią, bo teraz te feminatywy i nie miała w sobie żadnej idei. I nagle zderza się z ludźmi, którzy należą do rebelii i walczą z Imperium właśnie dla idei. I ona się przekształca. Ona i światopogląd, schemat wartości, sposób patrzenia na ten cały konflikt między Imperium a rebelią zmienia się diametralnie i ona staje się najbardziej zagorzałą rebeliantką i w niej wykształca się i szacunek i jakieś dążenie do tego, żeby ta ideologia rebeliancka zatriumfowała, żeby wygrała z Imperium. To było fascynujące w tym filmie. Cały film jest skonstruowany równie świetnie jako dramat wojenny, czyli to, co powinny być „Gwiezdne wojny”. Nie jakieś tam popisy kobiety Jedi, która od samego początku nie musi mieć żadnego treningu, tylko wszystko potrafi robić najlepiej i pilotować i na samym początku wsiada pierwszy raz do statku i zastrzeliwuje trzy TIE fightery jednym strzałem, nawet nie pod rząd, przepraszam. Różnica w konstrukcji filmu, w konstrukcji opowieści jest po prostu szokująca wręcz.
[05:34:03] - Ja mam inny natomiast problem z uniwersum „Gwiezdnych wojen”. Oczywiście to, co pan powiedział, w sporej części też dostrzegam. Natomiast w tych wszystkich serialach, które są w tej chwili kręcone wokół głównej sagi, dostrzegam jeszcze jeden moment, który zabija baśniowość tej pierwszej serii. Otóż w tej chwili Rebelianci walczyli z Imperium, walczyli o coś dobrego. Takie bajkowe trochę podejście, ale bardzo mi odpowiadające.
[05:34:38] - O ideały.
[05:34:39] - Tak, o ideały. Ja wiem, że to być może odpowiada pewnym naszym doświadczeniom, ale w tych serialach dostrzegamy natomiast, że kiedy już Nowa Republika zwyciężyła, to staje się takim samym paskudnym, biurokratycznym tworem, który właściwie mieli swoich obywateli i tylko nieznacznie albo w jakiejś tylko części różni się od tego Imperium. Urzędnicy Nowej Republiki mają tak samo w nosie obywateli, jak mieli ich w nosie przedstawiciele Imperium. Może różnica polega na tym, że ich nie zabijają. Nie zabijają ich bezpośrednio.
[05:35:24] - Trafił pan w dziesiątkę. Dlatego, że cała esencja tej trylogii sequela jest to, że absolutnie wszystkie osiągnięcia bohaterów tej pierwotnej, oryginalnej trylogii gówno dały. Nic nie dało, bo zamiast Imperium pojawił się ten Pierwszy Order, który wyglądał tak samo. Kosmiczni nazisci po prostu. Zresztą w groteskowy sposób przedstawieni. To jest na dłuższą opowieść, na dosłownie dwie czy trzy godziny podejrzewam, jakbym spisał wszystkie moje zarzuty, które oczywiście nie tylko sam wymyśliłem, ale też słyszałem na rozmaitych kanałach na temat „Gwiezdnych wojen”, których autorzy krok po kroku analizowali wszystkie elementy kompletnej degrengolady, jaką jest ta najnowsza trylogia. Luke, który powinien być tym triumfatorem, dlatego że przełamał sam siebie, wszystkie swoje słabości przezwyciężył, kontrolował siebie, zamiast zabić swojego ojca i stać się potężnym rycerzem. Co prawda nie Jedi, ale Sith. Zamiast stać się kimś ważnym, to po prostu wolał raczej zginąć, niż zabić z rozkazu cesarza swojego ojca. Wszystko to, proszę zobaczyć, nastąpiło obrócenie jego osobowości o 180 stopni.
Pokonanie Imperium doprowadziło do poprawy? Nie. Cały wysiłek ludzi z tej oryginalnej trylogii nie przyniósł kompletnie żadnej zmiany politycznej w galaktyce. Nic. Wszystko to poszło na marne. Zresztą w całej tej, nie pamiętam, w której części tej najnowszej trylogii jest powiedziane, jeden aktor, czy też postać raczej mówi wprost, że przyszłość trzeba zostawić i zabić ją, jeśli będzie trzeba. Po co? Po to, żeby zbudować ten nowy świat tych aktywistów, idealistów od politycznej poprawności, zaimków, fobii, kruchości, wszystkich innych przejawów degeneracji.
[05:37:32] - Panie Piotrze, to musi paść to pytanie, czy „Gwiezdne wojny” są jeszcze do uratowania? Czy mit „Gwiezdnych wojen” jest do uratowania?
[05:37:43] - Nie. Zapłacili te pieniądze nie po to, żeby stworzyć film, który nauczy młode pokolenie, jak być ludźmi silnymi, odpowiedzialnymi za samych siebie, tolerancyjnymi dla ludzi, którzy myślą i zachowują się inaczej. Wręcz przeciwnie. To jest jedna wielka hodowla aktywistów, taki, jaki jest system edukacyjny w Stanach Zjednoczonych. Dzisiaj dosłownie oglądałem na YouTubie, na jakimś kanale, dopiszemy pod spodem na stronie Telegramu, opowieść dziewczyny, która studiowała. Szła na uniwersytecie na zajęcia na chemii i nauczyciel zamiast ich nauczyć chemii, to zaczął mówić o rozmaitej intersekcjonalności i rozmaitych aspektach sprawiedliwości społecznej. Po prostu rył im banie rozmaitymi ideologiami neomarksistowskimi czy innymi zestawami, pakietami degeneracyjnymi, jeśli można to tak nazwać, siląc się na profesjonalność w nazywaniu tego wszystkiego. „Gwiezdne wojny” są nie do uratowania, dlatego że zostały przejęte przez zdziczałe feministki. Tutaj jeszcze dodam najnowszą wiadomość sprzed tygodnia dosłownie. Powstaje nowa trylogia „Gwiezdnych wojen” w uniwersum „Gwiezdnych wojen”.
Reżyserką pierwszej części będzie aktywistka z Pakistanu, ten link też wrzucę. W wywiadzie sprzed paru dni dosłownie powiedziała, że bardzo lubi pokazywać mężczyznom, gdzie jest ich miejsce. Kompletna wariatka, zdziczała feministka, feminazistka dosłownie, o czym świadczą ewidentnie wprost jej własne słowa zacytowane verbatim słowo w słowo. Niech pan zapomni o „Gwiezdnych wojnach” jakichś nowych, dobrych. Wydali miliardy nie po to, żeby pociągnąć, tylko po to, żeby je zniszczyć.
[05:39:50] - Panie Piotrze, ja muszę, jak muszę, ale chcę jakoś optymistyczniej zabrzmieć, to zapytam, czy gdzieś indziej w kinie jakaś nowa nadzieja jest na tego rodzaju treści, czy też po prostu kino kompletnie zwariowało?
[05:40:08] - Nie kino, tylko cały Hollywood zwariował. Ci, którzy mają pieniądze na to, żeby filmy wysokobudżetowe, które wyglądają po prostu i które mogą wchodzić do kin i kształtować naszą- Powiedzmy w kulturę, mówiąc ogólnie wszystko to jest w rękach tych, którzy wygrali tak zwany marsz przez instytucje. Chociaż długi marsz przez instytucje w nawiązaniu do komunistów chińskich. Przejęli nasze instytucje kultury i przymuszają nas do oglądania, tak jak Netflix teraz Kleopatrę zrobił Murzynkę, na co nawet władze Egiptu zareagowali, oprotestowali. Ale co władze Egiptu im zrobią? Nic. Poprotestują i co? Netflix nadal nie wycofa tego filmu, tylko będzie nadal do obejrzenia. Więc tutaj nie mamy nic specjalnie do uzyskania. Nie widzę żadnego trendu, który by doprowadził do odwrócenia tego zjawiska.
Co oni nagle sobie: „Ojejku, myliliśmy się. Rzeczywiście jesteśmy rasistami i ten film wycofamy, przeprosimy wszystkich i nakręcimy zaraz białą Kleopatrę”. Nic takiego nie zrobią. Nie żartujmy.
[05:41:18] - Panie Piotrze, to co mamy chińskie kino oglądać czy przestać kino oglądać w ogóle?
[05:41:23] - Chińczycy z Hollywoodem się bardzo krótko dogadali i na temat. Panie i panowie z Hollywoodu, czy jakkolwiek się tam identyfikujecie, jak chcecie dystrybuować wasze filmy w Chinach, to macie wyciąć to, to, to, to i to. Wszystkiego nie da się wyciąć. Na przykład by trzeba było co najmniej połowę filmu powycinać w „Gwiezdnych wojnach”, żeby pousuwać wszystkie te degeneracyjne wątki. Natomiast Chińczycy się pilnują ideologicznie. I paradoksalnie to, co pan Marek przed chwilą powiedział: tak, chińskie filmy, które czasami ja sobie oglądam na przykład na Tajwanie albo jak jadę do Chin. Teraz nie jeżdżę do Chin ostatnio, ale jak jadę do Chin, to zawsze sobie oglądam te chińskie filmy, żeby zobaczyć, jak są skonstruowane ideologicznie, pod kątem dydaktyki, wizji świata, wszystkich możliwych parametrów. Jako socjolog po prostu lubię takie rzeczy, nie licząc oglądania filmów. Jedyny dysonans jest taki, że w większości kin w Chinach, proszę się trzymać mocno foteli, bo to jest szok kulturowy, z którego będziecie wychodzić farmakologicznie, podejrzewam. W większości kin chińskich jest tylko słodki popcorn.
Nie ma słonego. Ludzie! Ja największy szok kulturowy doznałem sam, jak 10 lat temu byłem na wyprawie motorowej w Stanach i poszedłem do kina z koleżanką i poprosiłem tylko: „Proszę słodki popcorn, a nie słony”. A on powiedział: „Jest tylko słony” . Dajcie spokój, ludzie. Przepraszam, jestem tradycjonalistą i popcorn uważam, że tylko jest słony, a inaczej to jest nie do pomyślenia. Także jestem słodkopopcornofobem, że tak powiem, nawiązując już do początku, zbliżamy się do końca.
[05:43:14] - Tak, panie Piotrze, troszkę pan w tej historii namieszał, bo powiedział pan, że poprosi pan słodki popcorn w Stanach. Ale dobra, to już wszyscy i tak wiedzą.
[05:43:24] - Nie, dobrze.
[05:43:25] - Tak?
[05:43:26] - Ja w Stanach powiedziałem tylko: „Poproszę słony, a nie słodki”. A on powiedział, że jest tylko słony.
[05:43:34] - O to mi właśnie chodziło.
[05:43:36] - Tak. Przepraszam, rzeczywiście. Przenudziłem się, bardzo przepraszam.
[05:43:40] - Czyli co, panie Piotrze, jeśli to dobrze odczytuję, tak żeby już postawić kropkę nad i, znaczy się nadchodzi czas chińskiego kina?
[05:43:50] - Tak. Ewentualnie jak teraz mamy tą sztuczną inteligencję, to może znajdą się jacyś amatorzy, fascynaci „Gwiezdnych wojen”. I był taki gość, który zrobił gigantyczną pracę, olbrzymią. Nie pamiętam, jak się nazywa, jakieś dziwne takie nazwisko, jakieś rosyjsko chyba japońskie. Zobaczycie. On przeedytował, zrobił tytaniczną wręcz pracę i przeedytował drugi film z tej trylogii sequela „Gwiezdnych wojen” tak, żeby wyrzucić wszystkie te dziadostwa, żeby dało się to oglądać. I on zrobił na przykład jak na początku Luke Skywalker wziął do ręki ten swój miecz, ten święty atrybut całych „Gwiezdnych wojen”, najważniejszy przedmiot w całym uniwersum i wyrzucił, spojrzał i za siebie w przepaść. To on to wyedytował w ten sposób, że Luke tego nie rzuca, tylko bierze go do ręki i zachowuje. To genialnie zrobił, ale i tak nie uratował tego filmu. Po prostu tego nie da się uratować.
Natomiast zrobił wszystko, co było w ludzkiej mocy i rzeczywiście warto to obejrzeć. On wypuścił chyba cały ten film jest dostępny na YouTubie, a na pewno na YouTubie są dostępne liczne przerobione sceny. I on tłumaczył, w jaki sposób całą storyline, czyli całą tą historię, całą sekwencję wydarzeń poprzestawiał tak, żeby te „Gwiezdne wojny” były „Gwiezdnymi wojnami”, a nie jakimś nazifeministycznym wymysłem. Już nie będę brzydko mówił.
[05:45:15] - Panie Piotrze, ponieważ kończymy, to teraz takie szybkie pytanie na koniec i proszę o szybką odpowiedź, bo mówimy o sequelu, ale jeszcze gdzieś tam czyha przyczajony prequel, czyli ta trylogia taka bardzo dziwna. Krótko co pan o niej sądzi? Może jeszcze kiedyś porozmawiamy.
[05:45:34] - Ja połączę. Nie ja ten tekst wymyśliłem, tylko ktoś z tych komentatorów plujących na ten sequel, tak jak ja zresztą, ale ktoś w przypływie natchnienia powiedział, że jedynym osiągnięciem pozytywnym sequela jest to, że w porównaniu do sequela te prequele wyglądają dobrze.
[05:45:54] - Muszę panu powiedzieć, że trafił pan w dziesiątkę.
[05:45:57] - To nie ja. Zazdroszczę osobie, która to wymyśliła.
[05:46:01] - Powiedziałbym to samo, gdybym wiedział, jak to powiedzieć. Ale bardzo chętnie.
[05:46:05] - To już pan wie.
[05:46:08] - Bardzo chętnie to kupuję.
[05:46:09] - Tak.
[05:46:10] - Panie Piotrze, porozmawialiśmy, poplotkowaliśmy troszeczkę o „Gwiezdnych wojnach”, a przy okazji o kilku innych filmach.
[05:46:17] - Tak, ale jeszcze jedna rzecz. Przepraszam, jeśli mi pan pozwoli przerwać. Bardzo przepraszam za to. Na ostatniej stronie, proszę, jak ktoś ma egzemplarz „Sun Zi. Jego Sztuka wojny”, czyli mojego przekładu, to niech zobaczy, co jest na ostatniej stronie. Jest słowo „Niech Moc będzie z tobą”. Dlatego, że najważniejsze pojęcie traktatu „Sztuka wojny”, czyli moc, można przetłumaczyć jako siłę albo władzę, generalnie zdolność oddziaływania. Przetłumaczyłem specjalnie jako moc, właśnie specjalnie po to, żeby na ostatniej stronie być „Niech Moc będzie z tobą”, czyli niech ta moc w rozumieniu Sun Zi, czyli zdolność wpływania na bieg zdarzeń, będzie z nami.
[05:46:55] - Pięknie dziękuję, panie Piotrze i do usłyszenia za tydzień.
[05:47:00] - Ja też jeszcze raz dziękuję. Do usłyszenia. Niech Moc będzie z panami. Z panem.
[05:47:08] - Zapraszam teraz na drugi punkt recenzencki, który pojawia się w każdym „Bibliotekarium 2.0”, a mianowicie na recenzarium Ewiwy. Ewiwa, Luiza Dobrzyńska, dzisiaj bierze na tapet trzeci tom takiego cyklu „Siedem zwierząt Raeleghu”. Tym razem jest to „Imię Bestii”. „Imię Bestii” składa się z dwóch tomów: „Spoglądając w otchłań” oraz „Odejście smoka”. To jest kontynuacja z dwóch poprzednich „Bibliotekariów”. Tam poznaliście państwo pierwsze dwa tomy. Dzisiaj tom trzeci w dwóch woluminach, a mianowicie, tak jak już mówiłem, „Imię Bestii”. Oddaję głos Ewiwie.
[05:48:18] - Wita się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska. Każda opowieść, choćby nie wiem jak ciekawa, musi mieć zakończenie. Są takie, które nie mają, powiedzmy, żeby nie wspomnieć „Mody na sukces”, która w ogóle nie chce się kończyć w sposób przewidywalny i co do której to nawet najzagorzalszy widz już nie pamięta, co się działo w pierwszym odcinku. Na ogół jest jednak tak, że co się zaczyna, to się wreszcie i kończy. Tak samo i „Siedem zwierząt Raeleghu” Nicka Perumova też musi się skończyć, choć w tym przypadku ten koniec jest trochę odwlekany, bowiem tom trzeci dzieli się na dwie części. Dla wygody omówię obie za jednym razem. „Imię Bestii” — taki tytuł nosi trzeci tom. Początkowo, to znaczy w pierwszej części noszącej tytuł „Spoglądając w otchłań”, właściwie nie dzieje się nic konkretnego. Uprowadzony przez tajemniczych przeciwników duos Tern oraz gończa Aliedora znajdują się w drodze na tajemniczą wyspę o nazwie Szmarakd. Tę wyspę zamieszkuje lud Nuri, mający znać odpowiedzi na wszystkie pytania.
W każdym razie tych odpowiedzi można się spodziewać po Wieży Zaćmień. Tam właśnie, do niej chce dotrzeć Tern. Pewnie dlatego nie ma nic przeciwko temu, że go uprowadzono. Za nimi podąża ich dawna drużyna Terna oraz dziewczynka o imieniu Melli. Istota tyleż tajemnicza, co złowroga. Wszyscy, choć nie wszyscy naraz, docierają wreszcie na wyspę Szmarakd. W tym trakcie świat nadal jest opanowywany przez zgniliznę. Staje się ona coraz powszechniejsza i coraz bardziej przerażająca. Stare proroctwa zdają się urzeczywistniać na oczach wszystkich, którzy zamieszkują te ziemie. Nikt jeszcze jednak nie wie, jak dalece się urzeczywistnią.
Może jeden Tern ma na ten temat jakieś pojęcie, bo w końcu nie przypadkiem dąży do Wieży Zaćmień i sądząc z jego wypowiedzi naprawdę dysponuje wiedzą, której nie chce ujawniać nikomu. Jednak i w jego drużynie jest ktoś, kto tą wiedzą dysponuje. Mianowicie Stein, ocalona kiedyś przez niego gończa. Podobno była gończa, ale przecież nie ma byłych gończych. Czy zatem na wyspie Szmarakd nasi bohaterowie znajdą wszystkie odpowiedzi, których czekają i czy zdołają ocalić swój świat? Chcecie się o tym przekonać? Proszę bardzo, sięgnijcie po książkę. Trzeba przyznać, że jest wyjątkowo intrygująca. Szczególnie zaś intrygujące jest odkrycie, co tak naprawdę łączy ze sobą Terna, Aliedorę, Melli oraz Sith enlace. Naprawdę jest co odkrywać i wcale to nie jest takie łatwe do przewidzenia.
Muszę powiedzieć, że ja byłam kompletnie zaskoczona. Świat wykreowany przez Nicka Perumova może się wydawać trochę dziwny, bo z jednej strony jest dość podobny do naszego, z drugiej strony jest zupełnie inny. Przestajemy się jednak dziwić, kiedy zrozumiemy, co oznacza, że jest on tylko jednym liściem na drzewie życia. Być może nasz świat jest po prostu kolejnym takim liściem, choć też nie daj Boże, aby przytrafiła nam się jakaś zgnilizna. Prawdę mówiąc, nie bardzo jej potrzebujemy, żeby się wybić do ostatniego człowieka i zniszczyć planetę. Tak czy inaczej, to, co opisuje Perumov, jest wyjątkowo sugestywne. Zdarzało mi się już czytać książki, które miały za zadanie przenieść czytelnika w świat zupełnie inny. Na przykład książki pani Jemisin Których w ogóle nie trawię, ponieważ wszystko ma swój kres, również udziwnianie. W momencie, kiedy w grę wchodzi ich całkowity rozbrat z logiką, czytanie przestaje mnie bawić. Świat Pierumowa jest spójny wewnętrznie.
To jest logika inna niż nasza, ale jest i można ją łatwo wyekstrahować z tekstu. Dlatego właśnie to się tak dobrze czyta. Mimo że początkowo przeszkadzają ludziom nazwy gatunków, z których pochodzą bohaterowie, takich na przykład jak Doos, Sith. Cóż, nazywać się można różnie, wyglądać też można różnie. Jednak najważniejsze, owszem, zabrzmi to bardzo trywialnie, ale rzeczywiście najważniejsze jest to, co mamy w środku. A w przypadku Terna i jego przyjaciół to nawet podwójnie ważne. Zapraszam do lektury. Żegna się z wami Luiza Ewiva Dobrzyńska.
[05:53:08] - Czas, by jeszcze troszeczkę literatury państwu sprzedać. Ja cały czas z pewnym sentymentem spoglądam do Internetu, do archiwum Radia Paranormalium, gdzie wiszą sobie audycje ABW. To niby groźnie brzmi, ale rozszyfrowanie jest bardzo proste: Antologia, Bibliotekarium, Warsztaty. Powiedziałem, że z sentymentem, bo tam w tych ponad stu odcinkach naprawdę bogactwo prozy. Różnej, lepszej, gorszej, ale bogactwo. Ja wspólnie z Ivelliosem staramy się dla państwa wybrać takie perełki. To nie zawsze są perełki polskich autorów, którzy nadsyłali prace do audycji w celu ocennym. Czasami są to takie perełki z literatury światowej, najczęściej amerykańskiej. Dzisiaj dla państwa tytan science fiction, mianowicie Paul Anderson w długim opowiadaniu „Pojedynek na Syrtis”. Czyta dla państwa Marek Sęk „Ivellios”.
Zapraszam.
[05:54:24] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z ABW: Antologia, Bibliotekarium, Warsztaty. Czyta Marek Sęk „Ivellios”. Paul Anderson, „Pojedynek na Syrtis”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Odważny i bezwzględny znany był w całym układzie jako łowca grubej zwierzyny. Od ognistych smoków z Merkurego do lodowych pełzaczy z Plutona wszystkie padały jego łupem, ale w należącej do niego kolekcji trofeów brakowało jednego elementu. I teraz Riordan poprzysiągł sobie, że ustrzeli zabronioną zdobycz przemierzającą czerwoną pustynię. Marsjanina. Wiadomość wyszeptała noc. Zrodzona została w pustce wielu mil samotności, unoszona przez wiatry, powtarzana w szelestach nawpół czujących porostów i karłowatych drzew, przekazywana szeptem po kolei od jednego do drugiego przez małe stworzenia żyjące pod skalnymi urwiskami, w jaskiniach, w cieniu wydm.
Ostrzeżenie roznoszone było nie przy pomocy słów, lecz poprzez ćmiące pulsowanie strachu, które odbijało się echem w mózgu Kringi. Oni znów polują. Kringa zadrżał pod nagłym uderzeniem wiatru. Otaczała go olbrzymia, rozległa noc. Rozciągała się wokół niego, ponad nim, od stalowych zębów wzgórz po położone w odległości wielu lat świetlnych błyszczące gwiazdozbiory krążące nad jego głową. Sięgnął na zewnątrz drżącymi zmysłami, dostrajając się do zarośli, wiatru i małych, ryjących w ziemi stworzeń pod stopami, pozwalając nocy, by do niego przemówiła. Samotny. Na obszarze otaczających go setek mil pustkowia nie było żadnego innego Marsjanina. Dookoła były tylko małe zwierzęta, drżące krzewy i rozrzedzony, smutno wyjący wiatr. Przez zarośle wędrował bezgłośny krzyk śmierci od jednej rośliny do drugiej, powielany echem przez pulsujący strach zwierząt, odbijany dzwonem przez skalne ściany.
Skręcały się, wysychały i rzęchły, podczas gdy rakiety zalewały je z góry potokiem bieżącej się śmierci, a usychające żyły i nerwy krzyczały wniebogłosy aż po same gwiazdy. Kringa przytulił się do wysokiej, twardej skały. Jego oczy płonęły w ciemności jak żółte księżyce, zimne z grozy, nienawiści i z wolna wcierającego zdecydowania. Ponuro ocenił, że śmierć rozlała się w krąg o średnicy jakichś dziesięciu mil, a on został złapany w pułapkę wewnątrz niego i wkrótce łowca wyruszy jego śladem. Popatrzył w górę na obojętny blask gwiazd i przez całe jego ciało przebiegł dreszcz. Potem usiadł i zaczął się zastanawiać. Wszystko zaczęło się kilka dni wcześniej w prywatnym biurze handlarza Wisbiego. „Przyleciałem na Marsa” oznajmił Riordan, „żeby upolować sówkę”. Wisbie znał wartość umiejętności zachowania pokerowej twarzy. Spojrzał przez krąg dna swojej szklaneczki na drugiego człowieka, próbując go oszacować.
Nawet w takich zapomnianych przez Boga dziurach jak Port Armstrong słyszano o Riordanie. Spadkobierca wartej miliony firmy dostawczej, którą sam wywindował do rozmiarów monstrum o zasięgu systemowym, był równie dobrze znany jako łowca grubej zwierzyny. Od ognistych smoków z Merkurego do lodowych pełzaczy z Plutona upolował je wszystkie. Oczywiście poza Marsjaninem. Ta określona zwierzyna była teraz pod ochroną. Rozparł się w krześle wielki, silny i bezlitosny, ciągle jeszcze młody mężczyzna. Jego rozmiary i z trudem powstrzymywana energetyczna siła płonąca w jego wnętrzu przytłaczały zaniedbane pomieszczenie, a chłodne spojrzenie zielonych oczu zupełnie zniewoliło handlarza. „Przecież pan wie, że to jest nielegalne” — odparł Wisby. „Jeżeli złapią pana na tym, dostanie pan 20 lat”. „Psie.
Komisarz Marsa rezyduje w Ares po drugiej stronie planety. Jeżeli dobrze do tego podejdziemy, to kto się o tym dowie?” Riordan przełknął drinka. „Jestem całkowicie świadom tego, że za jakiś rok lub dwa wszystko tak uszczelnią, że przeprowadzenie takiej akcji będzie niemożliwe. To jest ostatnia szansa na to, by jakiś człowiek zdobył sówkę. Dlatego właśnie tutaj jestem”. Wisby zawahał się, wyglądając za okno. Port Armstrong był niewiele więcej niż tylko zakurzoną gromadą połączonych tunelami kopuł na czerwonych, piaszczystych pustkowiach rozciągających się aż po sam horyzont. Po ulicach kręciło się paru Ziemian w skafandrach kosmicznych i przeźroczystych hełmach, a ściany podpierało kilku Marsjan. To było już wszystko. Cicha, śmiertelnie monotonna nuda pod dużo mniejszym słońcem.
Życie na Marsie nie było dla ludzi czymś specjalnie przyjemnym. „Chyba nie dopadła pana ta miłość do sówek, która przeżarła całą Ziemię” — pogardliwie naciskał Riordan. „Och, nie” — odparł Wisby. „Wokół mojej placówki muszą znać swoje miejsce, ale czasy się zmieniają. Nic na to nie poradzę”. „Swego czasu byli niewolnikami” — powiedział Riordan. „Teraz te stare baby na Ziemi chcą im dać prawo do głosowania” — parsknął z niesmakiem. „No cóż, czasy się zmieniaią” — łagodnie powtórzył Wisby. Kiedy 100 lat temu na Marsie wylądowali pierwsi ludzie, Ziemia właśnie przeszła przez okres wojen hemisferycznych. Najgorsze wojny, jakie kiedykolwiek spotkały ludzkość.
Cholernie blisko było do unicestwienia dawnych idei wolności i równości. Ludzie byli wtedy podejrzliwi i twardzi. Musieli tacy być, żeby przetrwać. Nie byli zdolni do empatii w stosunku do Marsjan, czy jak ich tam nazwać. Nie byli w stanie myśleć o nich inaczej, jak o inteligentnych zwierzętach. A Marsjanie stali się takimi przydatnymi niewolnikami. Potrzebują bardzo niewiele jedzenia, ciepła czy tlenu. Mogą przeżyć nawet 15 minut, czy coś koło tego w ogóle nie oddychając. A dzicy Marsjanie stanowią taką dobrą rozrywkę, inteligentną zwierzynę łowną, która przeważnie była w stanie uciec, a czasami nawet potrafiła zabić myśliwego. „Wiem” — wtrącił Riordan.
„To właśnie dlatego chcę upolować jednego z nich. Co za zabawa, jeżeli zwierzyna nie ma żadnych szans”. „Teraz jest inaczej” — mówił dalej Wisby. Na Ziemi od dłuższego czasu panuje pokój. Przewagę zdobyli liberałowie. Naturalnie jedną z ich pierwszych reform było zniesienie niewolnictwa Marsjan. Riordan zaklął głośno. Wymuszona repatriacja pracujących na jego statkach kosmicznych Marsjan wiele go kosztowała. „Nie mam czasu na pańskie filozofowanie” — powiedział. „Jeżeli jest pan w stanie zaaranżować dla mnie polowanie na Marsjanina, będzie to dla pana warte zachodu”.
„A tak dokładnie, to ile warte?” — spytał Wisby. Targowali się przez kilka chwil, zanim ustalili szczegółowe liczby. Riordan przywiózł ze sobą broń i małą łódź rakietową, ale Wisby miał dostarczyć materiały radioaktywne, jastrzębia i skalnego psa. Ponadto miał otrzymać pewną sumę z tytułu ryzyka akcji prawnej, chociaż było ono niewielkie. Finalna kwota wyszła znaczna. „A więc gdzie mogę zdobyć mojego Marsjanina?” — dopytywał się Riordan. Wskazał gestem na dwóch stojących w pobliżu na ulicy. „Złapie pan jednego z nich i wypuści go pan na pustyni?” Nadeszła kolej na Wisby'ego, aby okazać nieco pogardy. „Jednego z nich? Ha!
Miejskie łazęgi. Lepszą walkę zapewniłby panu zwykły mieszczuch z Ziemi”. Marsjanie nie wyglądali specjalnie imponująco. Stojąc na swoich skórzastych, zakończonych szponiastymi stopami nogach, mierzyli tylko jakieś cztery stopy wzrostu. Ich ręce z kościstymi dłońmi o czterech palcach były chude i żylaste. Klatkę piersiową mieli szeroką i potężną, ale talię śmiesznie szczupłe. Byli żyworodni, ciepłokrwiści i karmili swoje młode piersią, lecz ich skórę pokrywały szare pióra. Duże, okrągłe głowy z kaczykowatymi dziobami, ogromne bursztynowe oczy i czubate, pierzaste uszy dopełniały obrazu leżącego u źródła pochodzenia nazwy sówka. Ubierali się jedynie w obwieszone sakwami pasy, do których przyczepiali noże w pochwach. Nawet liberałowie na Ziemi nie byli jeszcze gotowi na to, by pozwolić tubylcom na używanie nowoczesnych narzędzi i broni.
Zbyt wiele starych uraz było ciągle żywych. Marsjanie zawsze byli dobrymi wojownikami – przypomniał Riordan. Za dawnych czasów starli z powierzchni całkiem sporo ziemskich osad. Tak, dzicy – zgodził się z nim Wispy. Ale nie ci tutaj. Ci są tylko głupimi, niewykwalifikowanymi robotnikami, tak samo zależnymi od naszej cywilizacji jak my sami. Pan chce starego weterana, a ja wiem, gdzie takiego można znaleźć. Rozłożył na biurku mapę. Proszę spojrzeć tam, na wzgórzach Hrefnim, jakieś sto mil stąd. Ci Marsjanie żyją bardzo długo, może nawet dwa wieki, a ten gościu, Cringar, kręcił się w okolicy już od czasów, kiedy przybyli tutaj pierwsi Ziemianie.
Za starych, dobrych czasów poprowadził wiele ataków Marsjan, ale ponieważ potem ogłoszono ogólną amnestię i pokój, mieszka więc tam sobie w spokoju i samotnie w jednej ze starych, zrujnowanych wież. To prawdziwy wojownik z dawnych lat, który nienawidzi Ziemian do szpiku kości. Kiedyś pojawił się tu na krótko z futrami i minerałami na handel. Tak więc co nieco się o nim dowiedziałem. Oczy Wispy’ego gwałtownie rozbłysły. Zrobi pan nam wszystkim sporą przysługę, jeśli zastrzeli pan tego aroganckiego pękarta. Kroczy tutaj wszędzie dumnie z uniesioną głową, tak jakby to miejsce należało do niego. Da panu całkiem niezłą zabawę za pańskie pieniądze. Potężna, ciemnowłosa głowa Riordana skinęła z satysfakcją. Człowiek miał ptaka i skalnego psa.
To była zła wiadomość. Gdyby nie one, Cringar mógłby skryć się gdzieś w labiryncie jaskiń, kanionów i krzaczastych zarośli. Jednak pies wytropi go po zapachu, a ptak mógł go dostrzec z powietrza. Co gorsze, człowiek wylądował w pobliżu wieży Cringara. Przechowywał w niej całą swoją broń, a teraz został od niej odcięty. Był nieuzbrojony i samotny, mając do dyspozycji jedynie tę niewielką pomoc, jakiej mogła mu udzielić pustynia i żyjące na niej stworzenia. Być może uda mu się jakoś podstępem dostać z powrotem do wieży, ale na razie musiał po prostu przeżyć. Siedział w jaskini, wyglądając z niej na umęczone pustkowie pełne piasku, kolczastych zarośli, wyżłobionych przez wiatry skał. Zasięg widoczności w czystym, rozrzedzonym powietrzu sięgał na całe mile, aż po metaliczny błysk na horyzoncie w miejscu, gdzie stała rakieta. W tym rozległym, suchym pejzażu człowiek był jedynie małą plamką, samotnym robakiem pełzającym pod ciemnoniebieskim niebem.
W rozrzedzonej i cienkiej atmosferze gwiazdy widoczne były nawet w ciągu dnia. Słabe, blade światło słoneczne rozlewało się po brązowych, rdzawych i ciemnoczerwonych skałach, niskich, zakurzonych, ciernistych krzewach i powykręcanych małych drzewkach, pomiędzy którymi prześwitywały lekko jasnym kolorem łachy piasku. Równikowy Mars. Samotny czy nie, człowiek miał przy sobie broń, która mogła nieść śmierć na odległość aż po linię horyzontu. Miał też swoje zwierzęta. W łodzi rakietowej czekało z pewnością radio, przez które mógł wezwać kolejnych towarzyszy, a dookoła otaczała ich pierścieniem promienista śmierć. Czarodziejski krąg, którego Cringar nie mógł przekroczyć, nie sprowadzając na siebie gorszej śmierci niż ta, jaką przyniosłaby mu strzelba. Może jednak istniał jeszcze gorszy rodzaj śmierci. Zostać zastrzelonym przez potwora, który zabierze jego wypchaną skórę jako trofeum mające posłużyć uciesze tłumów gapiących się głupców. Pradawna żelazna duma jego rasy wezbrała w Cringe’rze, twarda, gorzka i nieubłagana.
W obecnych czasach nie oczekiwał już zbyt wiele od życia. Samotności i spokoju w swojej wieży, tak by mógł snuć długie rozmyślania Marsjanina i tworzyć małe, delikatne dzieła sztuki, które tak kochał. Towarzystwa kogoś ze swojej rasy w porze spotkań, poważnej, starożytnej ceremonii pełnej zgryźliwego humoru i szansy na poczęcie i wychowanie synów. Sporadycznych podróży do osiedli Ziemian w celu zdobycia wyrobów z metalu i wina, które było jedyną wartościową rzeczą, jaką ludzie przywieźli na Marsa. Mgliste marzenia o wyniesieniu swojego ludu na pozycje, z których mogliby stawać jak równy z równym wobec całego wszechświata. To wszystko. A teraz zabrano mu nawet to. Rzucił ostre przekleństwo pod adresem ludzi i wrócił do swojej mozolnej pracy nad ociosywaniem grotów włóczni, tak by mieć chociaż tę niewielką pomoc. Zarośla sucho szeleściły na alarm. Małe, ukryte zwierzątka piskiem obwieszczały swój strach.
Cała pustynia krzyczała do niego o zbliżającym się w stronę jego jaskini potworze, ale nie musiał jeszcze na razie uciekać. Riordan rozpylił na dziesięciomilowym okręgu wokół starej wieży izotop ciężkiego metalu. Zrobił to nocą, tak na wszelki wypadek, gdyby gdzieś w okolicy węszył jakiś pojazd patrolowy. Ale kiedy już wylądował, był zupełnie bezpieczny. Zawsze może twierdzić, że tylko spokojnie bada teren, poluje na skoczki czy coś w tym rodzaju. Radioaktywna substancja miała okres połowicznego rozpadu około czterech dni, co oznaczało, że nie będzie można do niej podchodzić przez jakieś trzy tygodnie. Minimum dwa. Tyle czasu powinno mu absolutnie wystarczyć w sytuacji, gdy Marsjanin został zamknięty na tak niewielkim obszarze. Nie było żadnego niebezpieczeństwa, że tubylec będzie próbował przekroczyć krąg. Sówki dobrze wiedziały, co oznacza radioaktywność.
Dowiedziały się tego już dawno temu, kiedy walczyły z ludźmi, a dzięki swojemu wzrokowi sięgającemu głęboko w ultrafiolet, bezpośrednio widziały ją jako fluorescencję. Nie mówiąc już o tych wszystkich dodatkowych, nieludzkich zmysłach, jakie posiadały. Nie. Kriga powinien próbować się ukrywać, a może nawet walczyć, ale w końcu zostanie przyparty do muru. Pomimo wszystko nie było sensu, aby dawać mu jakieś dodatkowe szanse. Riordan ustawił timera na odbiorniku radiowym łodzi. Jeżeli nie wróci w ciągu dwóch tygodni, żeby go wyłączyć, radio powinno wyemitować sygnał, który odbierze Whizbee i zorganizuje dla niego pomoc. Sprawdził resztę swojego ekwipunku. Miał skafander powietrzny zaprojektowany specjalnie do marsjańskich warunków z zasilaną przez promień energetyczny z łodzi małą pompą do sprężania powietrza, tak by mógł nim oddychać. To samo urządzenie odzyskiwało z jego oddechu sporo wody, tak że waga kilkudniowych zapasów była na tyle mała, oczywiście przy marsjańskiej sile ciążenia, że mógł je swobodnie unieść.
Zabrał ze sobą również strzembę kalibru 45, zbudowaną tak, by mogła strzelać w marsjańskiej atmosferze. Była to wystarczająco potężna broń jak dla jego celów. No i oczywiście kompas, lornetka i śpiwór. Wyposażenie było dosyć lekkie, ale pomimo wszystko preferował minimalne jego ilości. W przypadku jakiegoś krańcowego niebezpieczeństwa miał ze sobą mały zbiorniczek suspendyny. Przekręcając kurek, mógł ją wypuścić do swojego systemu powietrznego. Gaz nie do końca powodował pełne zawieszenie procesów życiowych, ale paraliżował włókna nerwowe i spowalniał cały metabolizm do poziomu, w którym człowiek mógł przeżyć cztery tygodnie na jednym pełnym wdechu powietrza. Była ona bardzo użyteczna w chirurgii i uratowała życie niejednego odkrywcy międzyplanetarnego, którego zawiódł aparat tlenowy. Riordan nie spodziewał się jednak, żeby musiał jej używać, a już z pewnością miał nadzieję, że nie będzie musiał. Leżenie plackiem przez te wszystkie dni, zachowując pełną świadomość i czekając na wysłanie automatycznego sygnału, który wezwie Whizbee'ego, byłoby przeraźliwie nudne.
Wyszedł z łodzi i zamknął ją na klucz. Nie było możliwości, żeby sówka się do niej włamał, nawet gdyby się rozdwoił. Żeby przebić się przez ten kadłub, musiałby mieć tordenic. Zagwizdał na zwierzęta. To były tutejsze stworzenia, dawno temu już udomowione przez Marsjan, a później przez ludzi. Skalny pies wyglądał jak wychudzony wilk, tylko pokryty piórami i olbrzymiej piersi. Był równie dobrym tropicielem, jak każdy z ziemskich posokowców. Jastrząb był mniej podobny do swojego odpowiednika z Ziemi. Był ptakiem drapieżnym, ale w rozrzedzonym powietrzu potrzebował sześciostopowej rozpiętości skrzydeł, aby unieść swoje małe ciało. Riordan był miłośnikiem ich hodowli i szkolenia.
Pies zaczął ujadać niskim, rozedrganym głosem, tłumionym niemal do poziomu niesłyszalności przez rozrzedzone powietrze i plastikowy hełm skafandra, który miał wyłączone mikrofony i wzmacniacze. Zataczał kręgi wokół łodzi i węszył, podczas gdy jastrząb wzleciał w obce niebo. Riordan nie przyglądał się szczegółowo samej wieży. Była to zmurszała budowla na szczycie rdzawego wzgórza. Nieludzka i groteskowa. Kiedyś, może 10 000 lat temu, Marsjanie stworzyli coś w rodzaju cywilizacji, miasta, rolnictwo i neolityczną technologię, ale zgodnie z ich własnymi przekazami osiągnęli unię, czy też symbiozę z dziką przyrodą planety i odrzucili takie mechaniczne protezy jako zbędne. Riordan parsknął. Pies ponownie zaczął ujadać. Hałas zdawał się w niesamowity sposób wisieć w nieruchomym, zimnym powietrzu, drwiąco odbijając się od skał i zboczy wzgórz i opornie zamierając w ogromnej ciszy. Brzmiało to jak głos rogu.
Harde wyzwanie rzucane podstarzałemu światu. Odsuń się, zrób miejsce. Oto nadchodzi zdobywca. Zwierzę nagle skoczyło naprzód. Złapało trop. Riordan ruszył za nim długim, swobodnym krokiem, typowym dla niskiej grawitacji. Jego oczy błyszczały jak zielony lód. Polowanie się rozpoczęło. Oddech rzęził w płucach Krigi, ciężki, szybki i chropawy. Nogi robiły się słabe i ciężkie, a walenie serca wydawało się wstrząsać całym ciałem.
Biegł bez przerwy, a za nim narastał straszliwy jazgot oraz coraz bliższy i głośniejszy tupot stóp. Kriga uciekał, skacząc, wykręcając się, przebywając ze skały na skałę, ześlizgując się w lawinach kamieni i przedzierając się przez kępy drzew. Jego tropem podążał pies, a w górze czyhował jastrząb. W dzień i w nocy zmuszamy go do ucieczki, do szaleńczego biegu z ujadającą śmiercią na plecach. Nie wyobrażał sobie, że człowiek jest w stanie poruszać się tak szybko i z taką wytrwałością. Pustynia walczyła w jego obronie. Po jego stronie były rośliny z ich dziwacznym, ślepym życiem, którego nigdy nie był w stanie zrozumieć żaden Ziemianin. Kiedy on pędził przez zarośla, ich cierniste gałęzie odwijały się na boki, a następnie z powrotem się rozprostowywały, by ranić boki psa, spowalniać go, ale nie były w stanie zatrzymać tej brutalnej pogoni. Bez wysiłku przedzierał się przez ich pozbawione mocy chwytające go palce i szczekając podążał śladem Marsjanina. Człowiek z mozołem posuwał się jakąś milę za nim, ale nie wykazywał najmniejszych oznak zmęczenia.
Kriga uciekał bez chwili przerwy. Musiał dotrzeć do krawędzi skalnej ściany, zanim łowca dostrzeże go przez przyrządy celownicze swojej strzelby. Musiał to zrobić. A w tej chwili pies warczał już zaledwie kilka jardów za jego plecami. Na szczycie długiego zbocza, po którym wchodził za trzepotem atakującego jastrząb, szukający miejsca, by zatopić w jego głowie dziób i szpony. Uderzył stworzenie drzewcem włóczni i uskoczył na drugą stronę drzewa. Drzewo wyciągnęło wijącym ruchem gałąź, od której odbił się pies, wyjąc w niebogłosy tak, że aż zadrżały skały. Marsjanin rzucił się w stronę krawędzi ściany. Opadała ona zupełnie pionowo aż do dna kanionu. 500 stóp poznaczone żelazistymi pasmami skały opadającej przez chłostane wiatrem przestworza.
Obniżające się ku zachodowi słońce świeciło mu prosto w oczy. Zatrzymał się jedynie na moment, odcinając się czarną sylwetką na tle nieba. Doskonale wystawiony na strzał, jeżeli człowiek był w zasięgu wzroku, a następnie przeskoczył ponad krawędzią. Miał nadzieję, że pies przeleci przez nią, ale zwierzę wyhamowało w ostatniej chwili. Kriga schodził po ścianie, wczepiając się pazurami w każdą, najmniejszą nawet szczelinę, z drżeniem, czując, jak zniszczona przez czas skała kruszy się pod jego palcami. Jastrząb przeleciał tuż koło niego, usiłując go zahaczyć i krzykiem wzywając swojego pana. Nic na to nie mógł poradzić. Nie wtedy, kiedy każdy palec u rąk i u nóg był mu potrzebny do podtrzymywania ciała, aby nie spaść i nie roztrzaskać się na dole. Ale ześlizgnął się po pionowej ścianie w szarozieloną kępę pnączy, a jego wszystkie nerwy z drżeniem skoczyły naprzód, odwołując się do pradawnej symbiozy. Jastrząb ponownie spadł na niego, a on leżał nieruchomo, sztywno, tak, jakby był martwy, dopóki zwierzę nie wrzasnęło ostro z triumfem i nie usiadło mu na ramionach, aby wyrwać jego oczy.
Wtedy ruszyły pnącza. Nie były bardzo mocne, ale ich ciernie wbiły się głęboko w ciało i ptak nie mógł się wyrwać. Kriga z najwyższym wysiłkiem ruszył w dół ściany kanionu, podczas gdy pnącza rozerwały jastrzębia na kawałki. Na tle ciemniejącego nieba wyłoniła się potężna sylwetka Riordana. Wystrzelił raz i drugi. Kule świsnęły złośliwie w pobliżu, ale ponieważ z głębin kanionu na ścianę przesunęły się już cienie, Marsjanin zdołał się w nich skryć. Człowiek podkręcił głośność wzmacniacza swojego mikrofonu i przez zbierający się zmrok przetoczył się potężny huk jego głosu, grzmotem, jakiego suche Mars nie słyszał przez tysiąclecia. Punkt dla ciebie, ale to jeszcze nie koniec. Znajdę cię. Słońce ześlizgnęło się poza linię horyzontu i noc zapadła jak opadająca kurtyna.
W ciemnościach Kriga usłyszał, jak człowiek się śmieje. Stare skały trzęsły się od jego rechotu. Riordan był już zmęczony długim pościgiem i męczącym niedostatkiem tlenu. Tęsknił za papierosem i czymś ciepłym do jedzenia, a żadnej z tych potrzeb nie mógł obecnie zaspokoić. Och, dobrze. Tym bardziej będzie doceniał drobne luksusy życia, kiedy już wróci do domu ze skórą Marsjanina. Przygotowując obozowisko, uśmiechał się szeroko. Ten mały bydlak był zdobyczą wartą zachodu. Pewna jak cholera. Wytrzymał już dwa dni w tym niewielkim, dziesięciomilowym kręgu terenu, a nawet zdołał zabić jastrzębia.
Ale Riordan siedział mu już tak blisko na karku, że pies z pewnością nie zgubi jego tropu, jako że na Marsie nie było żadnych przecinających szlak strumieni. A więc nie miało to już znaczenia. Leżał na wznak, obserwując wspaniałą panoramę nocnego nieba. Wkrótce zrobi się zimno, bezlitośnie zimno, ale jego śpiwór był dostatecznie dobrym izolatorem, żeby utrzymać go w cieple, wykorzystując energię słoneczną zakumulowaną w ciągu dnia przez ogniwa Kergena. Noce na Marsie były bardzo ciemne, a jego księżyce niewiele to zmieniały. Fobos był pędzącą po niebie plamką, a Deimos zaledwie jasną gwiazdą. Ciemność, zimno i pustka. Skalny pies zagrzebał się gdzieś w pobliżu w luźny piasek, ale gdyby Marsjanin próbował podkraść się w pobliże obozu, natychmiast podniósłby alarm. Nie żeby było to jakieś bardzo prawdopodobne. Także musiał gdzieś tam znaleźć schronienie, jeśli nie chciał zamarznąć na śmierć.
Zarośla, drzewa i małe ukryte zwierzęta szeptały wieści, których nie mógł usłyszeć. Paplały i plotkowały na wietrze o małym Marsjaninie, który utrzymywał się w cieple poprzez pracę, ale nie był w stanie zrozumieć ich języka, który tak naprawdę nie był językiem. Sennie Riordan rozmyślał o swoich dawnych polowaniach, o grubej zwierzynie na Ziemi, lwach, tygrysach, słoniach, bawołach i owcach na wysokich, zalanych słońcem szczytach Gór Skalistych. O deszczowych lasach na Wenus i pokasłującym ryku wielonogiego potwora bagiennego przedzierającego się przez drzewa do miejsca, w którym stał i czekał. Pierwotny rytm bębnów w ciemnościach gorącej, wilgotnej nocy, pieśni tańczących wokół ognisk naganiaczy. Wędrówka po piekielnych równinach Merkurego z olbrzymim napuchniętym Słońcem nad głową, liżącym gorącem jego cienki skafander izolacyjny. Wspaniałość i samotność podsiąkających ciekłym gazem bagien Neptuna i olbrzymie, ślepe stworzenie, które skrzecząc, sunęło na niego po omacku. Ale to było najbardziej samotne, najdziwniejsze i chyba najbardziej ze wszystkich niebezpieczne polowanie. I dlatego właśnie najlepsze. Nie czuł żadnej złości w stosunku do Marsjanina.
Szanował odwagę małej istoty tak samo, jak szanował dzielność wszystkich innych zwierząt, z którymi walczył. Jakiekolwiek trofeum uda mu się przywieźć do domu z tego pościgu, będzie uczciwie zapracowane. Fakt, że jego sukces musiał być utrzymywany w dyskrecji, zupełnie się nie liczył. Polował nie tyle dla chwały, jaka z tego wynikała, chociaż musiał przyznać, że nie lekceważył rozgłosu, co z zamiłowania. Jego przodkowie także walczyli pod tą czy inną nazwą. Wikingowie, krzyżowcy, buntownicy, patrioci. Cokolwiek było w danej chwili w modzie. Walkę miał we krwi, a w tych zdegenerowanych czasach nie było zbyt wiele rzeczy, o które można było walczyć. A więc polował. No cóż, jutro.
Odpłynął w sen. Obudził się o szarym, krótkim świcie. Przygotował szybkie śniadanie i zagwizdał na psa, przywołując go do nogi. Nozdrza rozszerzały mu się z podniecenia, ogromnego, intensywnego oszołomienia, które śpiewało mu dzisiaj rozkosznie w duszy. Dzisiaj. Dzisiaj. To być może już dzisiaj. Musieli zejść do kanionu okrężną drogą. Pies szukał wszędzie przez godzinę, zanim złapał trop. Wtedy ponownie zabrzmiało głębokie ujadanie i wyruszyli.
Tym razem nieco wolniej, ponieważ szlak był trudny, kamienisty. Słońce było już wysoko na niebie, kiedy przedzierali się z trudem wzdłuż koryta starożytnej rzeki. Jego blade, chłodne światło zalewało blaskiem ostre jak igła skały, fantastycznie ubarwione górskie ściany, kamienne odłamki, piasek i całą resztę tego pobojowiska epok geologicznych. Niskie i twarde zarośla chrupały pod nogami człowieka, zwijając się i trzeszcząc w bezsilnym proteście. Poza tym panowała cisza. Głęboka, pełna napięcia i jakby wyczekująca na coś cisza. Pies przerwał ją zapalczywym skowytem i rzucił się do przodu. Jeszcze gorący trop. Riordan skoczył za nim, depcząc gęste zarośla, sapiąc, przeklinając i uśmiechając się z podnieceniem. Nagle zarośla rozstąpiły się psu pod nogami.
Z pełnym konsternacji wyciem ześlizgnął się wzdłuż spadzistej ściany wilczego dołu. Riordan rzucił się do przodu z tygrysią szybkością. Upadł jak długi na brzuch i w ostatniej chwili jedną ręką udało mu się chwycić zwierzę za ogon. Wstrząs nią, ale wciągnął do dziury również i jego. Otoczył drugim ramieniem krzew, który przeorał mu hełm i wyciągnął psa z dołu. Roztrzęsiony popatrzył do środka pułapki. Była naprawdę dobrze zrobiona. Miała mniej więcej dwadzieścia stóp głębokości. Ściany tak proste i tak wąsko rozstawione, jak tylko pozwalało na to piaszczyste podłoże i była umiejętnie nakryta zaroślami. Wbite w dno sterczały trzy złowrogo wyglądające krzemienne włócznie.
Gdyby jego reakcja była choćby o włos spóźniona, straciłby psa, a być może również i własne życie. Rozciągnął usta w szerokim wilczym uśmiechu i rozejrzał się dookoła. Sówka musiał pracować nad tym przez całą noc, a więc nie mogło być specjalnie daleko stąd. No i jest bardzo zmęczony. Tak jakby w odpowiedzi na jego myśli z pobliskiej ściany skalnej runął w dół głaz. Był olbrzymi, ale na Marsie spadający przedmiot miał przyspieszenie ponad połowę mniejsze od tego, jakie miałby na Ziemi. Riordan odsunął się na bok, kiedy głaz z hukiem zwalił się w miejsce, w którym przedtem leżał. „No chodź tutaj!” — wrzasnął i rzucił się w stronę ściany. Na chwilę ponad krawędzią pojawiła się szara postać i rzuciła w niego włócznią. Riordan wystrzelił w jej stronę i znikła.
Włócznia ześlizgnęła się po mocnej tkaninie jego skafandra i zaczął wspinać się wąskim występem na szczyt skały. Marsjanina nie było nigdzie widać jak okiem sięgnąć, ale w głąb postrzępionego skałami terenu prowadził słaby czerwony ślad. Na Boga, pogoniłem go. Psu zajęło nieco czasu znalezienie obejścia pozwalającego na dostanie się na pokryty odłamkami skalnymi szlak, a kiedy już przebiegł, jego łapy też krwawiły. Riordan wskazał mu kierunek i ponownie wyruszyli. Podążali szlakiem przez jakąś milę lub dwie i wtedy nagle się skończył. Riordan rozglądał się po pustkowiu, na którym drzewa i skalne iglice blokowały drogę we wszystkich możliwych kierunkach. Ewidentnie sówka musiał wrócić po swoich śladach i wejść na jedno z tych skał, które minęli, a potem przeskoczyć w powietrzu w jakieś inne miejsce. Ale gdzie? Po twarzy i całym ciele człowieka spływał pot, którego nie mógł obetrzeć.
Wszystko nieznośnie go swędziało, a jego płuca rzęziły, próbując złapać kolejną porcję powietrza. Ale nadal śmiał się z zachwytu urywanym śmiechem. Co za pościg. Co za pościg. Kriga leżał w cieniu wysokiej skały i dygotał ze zmęczenia. Poza tą odrobiną cienia światło słoneczne błyskało w tańcu. Dla niego było to oślepiający, nie do zniesienia taniec, gorący, okrutny i łapczywie wysysający życie. Twardy i jasny jak metal najeźdźców. Poświęcenie bezcennych godzin, podczas których mógłby odpoczywać na pracę nad pułapką, było błędem. Nie udało się i powinien przewidzieć, że może się nie udać.
A teraz był głodny i spragniony, jakby w jego ustach i gardle siedziała jakaś dzika bestia, a łowcy nadal podążali jego śladem. W tej chwili też nie pozostawali specjalnie daleko za nim. Przez cały dzień następowali mu na pięty. Nigdy nie oderwał się od nich na więcej niż pół godziny do przodu. Nie ma spoczynku, nie ma spoczynku. Diabelski pościg przez umęczone, kamienne i piaszczyste pustkowie, a teraz pozostało mu jedynie oczekiwanie na walkę ze spoczywającym na jego ciele kamiennym brzemieniem wyczerpania. Rana w boku płonęła mu ogniem. Nie była głęboka, ale kosztowała go wiele krwi i bólu i kilka chwil opatrywania, które zdołał pochwycić. Na chwilę wojownik Kriga gdzieś zniknął i pośród milczącej pustyni łkało jedynie samotne, przerażone dziecko. Dlaczego oni nie mogą zostawić mnie w spokoju?
Niski, burozielony krzew zaszeleścił. To na jednej z lawin zjechał piaskowy biegacz. Zbliżali się do niego. Ze zmęczeniem Kriga wspiął się na szczyt jednej ze skał i mocno przywarł do podłoża. Wycofał się tutaj po własnych śladach. Zgodnie ze wszystkimi regułami powinni przechodzić tędy, idąc za nim w kierunku jego wieży. Z tego miejsca mógł nawet ją dostrzec. Niska, żółta ruina zdewastowana przez wichry tysięcy lat. Miał tylko tyle czasu, by wpaść do środka, złapać łuk, kilka strzał i topór. Żałosna broń.
Przy niewielkiej sile rąk Marsjanina służącej do napięcia łuku strzały nie były w stanie przebić skafandra Ziemianina, a nawet ze stalową głownią toporka był tylko małym i słabym stworzeniem. Ale to było wszystko, co miał on i tych kilku jego małych sprzymierzeńców z pustyni, którzy walczyli jedynie o to, by pozostawiono ich w spokoju. Niewolnicy, którzy wrócili do domu, opowiadali mu o potędze Ziemian. Należące do nich ryczące maszyny wypełniały hukiem ciszę ich własnych pustyń. Poznaczyły spokojne oblicze ich własnego księżyca. Wstrząsały planetami z nieprzytomną furią bezrozumnej energii. Oni byli zdobywcami i nigdy nawet nie przyszło im do głowy, że pradawny spokój i cisza mogą być warte zachowania. No cóż. Nałożył strzałę na cięciwę i przykucnął w cichym, migoczącym świetle słonecznym i czekał. Jako pierwszy nadbiegł pies, skomląc i wyjąc.
Kriga naciągnął łuk tak mocno, jak tylko mógł. Ale najpierw musi trochę bliżej podejść człowiek. Oto jest. Biegnie i przeskakuje przez skały ze strzępą w dłoni i niestrudzonymi oczyma lśniącymi zielonym blaskiem czujności, które może zamknąć tylko śmierć. Kriga miękkim ruchem odwrócił się do tyłu. W tej chwili zwierzę było już kawałek za skałą, a Ziemianin niemal pod nią. Brzęknęła cięciwa. Z dzikim dreszczem podniecenia Kriga zobaczył, jak strzała przebija psa, jak stworzenie wyskakuje w powietrze, a następnie przetacza się raz i drugi przez siebie, wyjąc i gąsając wystającą mu z piersi rzecz. Jak szara błyskawica Marsjanin rzucił się w dół ze skały prosto na człowieka. Jeżeli uda mu się toporkiem rozbić hełm Ziemianina, uderzył w człowieka i obydwaj upadli na ziemię.
Szaleńczo Marsjanin zadał cios. Topór ześlizgnął się po plastiku. Nie miał miejsca, by się ponownie zamachnąć. Riordan ryknął i walnął go pięścią. Zakręciło mu się w głowie i Kriga odtoczył się w tył. Riordan z trzaskiem wystrzelił w jego kierunku. Kriga odwrócił się i uciekł. Człowiek przyklęknął na jedno kolano, uważnie celując w szarą postać, która zmierzała w górę najbliższego zbocza. Mały wąż piaskowy śmignął po nodze człowieka i owinął mu się wokół nadgarstka. Jego niewielkie siły wystarczyły akurat do tego, by nieco odsunąć lufę broni na bok.
Kula z wizgiem przeleciała koło ucha Krigi i Marsjanin zniknął w rozpadlinie. Poczuł osłabioną przez odległość agonię i śmierć węża, kiedy człowiek rzucił go na ziemię i rozdeptał nogą. Nieco później doleciał do niego stłumiony huk odbijający się echem pośród wzgórz. Człowiek przyniósł ze swojej łodzi materiały wybuchowe i wysadził w powietrze jego wieżę. Stracił siekierę i łuk. Teraz został już zupełnie bezbronny, nie mając nawet miejsca, by spocząć na wieki. A bezlitosny łowca nie zrezygnuje. Nawet bez zwierząt będzie szedł za nim nieco wolniej, ale równie niestrudzenie jak przedtem. Kriga padł na skalną półkę. Suchy szloch wstrząsnął jego szczupłym ciałem, a wiatr zachodzącego słońca płakał razem z nim.
Wkrótce jednak popatrzył w górę ponad czerwonymi i żółtymi bezmiarami na chylące się nisko nad horyzontem słońce. Po całym terenie skradały się długie cienie na krótką chwilę, zanim na wszystko spłynie żelazny ziąb nocy. Zapanował spokój i cisza. Skądś, rozbrzmiewając echem pośród niskich, zniszczonych przez wiatr skał, doleciał miękki tryl biegacza piaskowego, a zarośla zaczęły rozmawiać, wysyłając na wszystkie strony szepty swojej pradawnej, pozbawionej słów mowy. Przemówiły do niego pustynia, planeta, jej wiatr i piasek rozciągające się pod wysokimi, zimnymi gwiazdami. Czysta, otwarta kraina ciszy i samotności i jej przeznaczenie, które nie należało do człowieka. Ogromna wspólnota życia na Marsie, tym razem stawiającego czoła okrutnemu środowisku, zagrała mu we krwi. W miarę jak słońce znikało za linią horyzontu, a na całym niebie rozkwitały gwiazdy w swojej budzącej grozę, mroźnej chwale, Kriga zaczął znowu jasno myśleć. Nie nienawidził swojego prześladowcy, ale przepełniała go nieubłagana surowość Marsa. Toczył wojnę o to, co było starodawne, pierwotne i zagubione w jego własnych marzeniach.
Wojnę przeciwko bezczeszczącym to obcym. Ta wojna była tak odwieczna i bezlitosna jak życie, a każda wygrana lub przegrana bitwa miała swoje znaczenie, nawet jeżeli nikt o niej nie słyszał. Nie walczysz sam, wyszeptała pustynia. Walczysz za całego Marsa i my jesteśmy z tobą. Coś poruszyło się w ciemności. Mała, ciepła postać przebiegła mu po ręce. Małe, delikatnie opierzone, podobne do myszy stworzenie, które kopało nory w piasku i żyło życiem małego uciekiniera. Ale przecież było zadowolone ze swojego sposobu życia. Ale było ono częścią tej planety, a w głosie Marsa nie było nawet śladu litości. W sercu Krigi pozostała jednak czułość i wyszeptał łagodnie w języku, który nie był językiem.
Zrobisz to dla nas? Zrobisz to dla nas, mały bracie? Riordan był za bardzo zmęczony, żeby dobrze spać. Przez długi czas leżał, nie mogąc zasnąć, rozmyślając o tym, że samotnego człowieka w marsjańskich górach nie może czekać nic dobrego. A więc teraz także zginął pies. To nie miało większego znaczenia. Sówka nie mogła mu uciec. Jednak w jakiś sposób całe to zdarzenie uświadomiło mu ogrom, wiek i samotność pustyni. Zaczął słyszeć jej szepty. Zarośla szeleściły, w ciemnościach coś łkało, a wiatr wygwizdywał dzikie, żałobne melodie na oświetlonych słabym blaskiem gwiazd skałach.
Wszystko to razem brzmiało tak, jakby cała planeta szeptała i groziła mu pośród nocy. Ponuro zaczął się zastanawiać, czy człowiek w ogóle zdoła kiedykolwiek podbić Marsa. Czy czasami ludzka rasa nie natrafiła w końcu na coś większego niż ona sama? Nie, to były nonsensy. Mars był stary, zniszczony i jałowy. Pogrążył się we śnie prowadzącym do powolnej śmierci. Odgłos ludzkich kroków, gwar okrzyków i ryk wznoszących się w niebo rakiet budziły go, ale dla nowego przeznaczenia. Dla człowieka. Gdzie byli pradawni bogowie Marsa, kiedy Ares wznosiła swoje iglice ponad wzgórza Syrtis? Było zimno, a w miarę jak wlokły się kolejne nocne godziny, robiło się jeszcze zimniej.
Gwiazdy były jednocześnie ogniem i lodem, błyszczącymi diamentami w głębokiej, krystalicznie czystej ciemności. Nieustannie dochodziły do niego słabe trzaski niosące się po ziemi, spowodowane przez rozpadające się skały lub łamiące drzewa. Wiatr w końcu sam poszedł spać. Dźwięki zamarzły na śmierć i pozostało już tylko twarde, czyste światło gwiazd spadające przez kosmos, by rozbić się na powierzchni Marsa. W pewnej chwili coś się poruszyło i obudził się z niespokojnego snu. Zobaczył biegnące w jego stronę małe stworzenie. Wymacał ręką leżącą obok śpiwora strzelbę, ale po chwili szorstko się roześmiał. To była tylko piaskowa mysz. Udowodniło to jednak, że Marsjanin nie ma szans podkraść się do niego, nawet kiedy odpoczywał. Nie roześmiał się po raz drugi.
Dźwięk rozbrzmiewał w jego hełmie zbyt głuchym echem. Wraz z jasnym, mroźnym porankiem był już na nogach. Chciał w końcu mieć to całe polowanie za sobą. Był brudny i nieogolony wewnątrz skafandra. Mdliło go już na samą myśl o żelaznych racjach wsuwanych do środka przez małą śluzę. Był zesztywniały i obolały z wysiłku. Bez psa, którego musiał zastrzelić, tropienie będzie powolne, ale nie chciał wracać po kolejnego do Port Armstrong. Nie, niech diabli wezmą tego Marsjanina. Musiał zdobyć jego skórę i to szybko. Śniadanie i trochę ruchu spowodowały, że poczuł się lepiej.
Znalazł doświadczonym okiem trop Marsjanina. Piasek i porosty przykrywały wszystko. Nawet na skałach leżała cienka warstwa ich własnej erozji. Sówka nie mógł absolutnie doskonale ukryć swoich śladów. Gdyby próbował to robić, za bardzo by go to spowalniało. Riordan ruszył miarowym truchtem. Południe znalazło go w wyższym terenie, wśród poszarpanych wzgórz ze smukłymi iglicami skalnymi sterczącymi całe jardy w niebo. Biegł przez jakiś czas, ufając w swoją zdolność do utrzymywania tempa pościgu. Kiedyś w domu na Ziemi ścigał jelenia dzień za dniem, aż serce dowalki zwierzęcia załamało się i stało tylko drżące, czekając, kiedy do niego podejdzie. Ślad wyglądał teraz wyraźnie i świeżo.
Świadomość, że Marsjanin nie może być daleko, wzmagała w nim napięcie. Wyglądał za wyraźnie. Czy nie była to przynęta prowadząca do kolejnej pułapki? Uniósł strzelbę i ruszył z większą ostrożnością. Ale nie, nie miałby czasu. Wspiął się na grzbiet wysokiego wzgórza i rozejrzał się po ponurym, fantastycznym terenie. W pobliżu linii horyzontu dostrzegł poczerniały pas, granicę radioaktywnej bariery. Marsjanin nie mógł pójść dalej, a gdyby próbował się wycofać, Riordan miałby olbrzymią szansę na to, że go wypatrzy. Podkręcił głośnik skafandra i jego głos zaryczał w ciszy. „Wychodź sówko, i tak cię dopadnę.
Równie dobrze możesz więc wyjść teraz i skończmy już z tym.” Echa wzmacniały jego słowa, przelatując w tą i z powrotem pomiędzy nagimi skalnymi ścianami, drżąc i wibrując pod spiżowym sklepieniem nieba. Wychodź. Wychodź. Wychodź. Wydawało się, że Marsjanin pojawił się zupełnie znikąd, w postynnym, rozrzedzonym powietrzu. Szary duch, który wyrósł spośród skłębionych z wałów kamieni i stał wyprostowany nawet nie 20 stóp od niego. Przez chwilę szok związany z tym zdarzeniem okazał się zbyt mocny. Riordan stał z otwartymi ustami, gapiąc się z niedowierzaniem. Kriga czekał, lekko drżąc, tak jakby był mirażem. Po chwili człowiek krzyknął i uniósł trzymaną w ręku strzelbę.
Marsjanin nadal stał nieruchomo, jak wyrzeźbiony z szarego kamienia, a Riordan pomyślał ze wstrząsającym rozczarowaniem, że po tym wszystkim musiał się pewnie zdecydować na poddanie się nieuniknionej śmierci. No cóż, to i tak było dobre polowanie. „No to na razie” wyszeptał Riordan i nacisnął spust. Ponieważ w lufie strzelby siedziała piaskowa mysz, więc broń eksplodowała. Riordan usłyszał huk wybuchu i zobaczył, jak lufa rozchodzi się na wszystkie strony jak skórka od banana. Nie został ranny, ale wybuch odrzucił go do tyłu. Kriga skoczył gwałtownie na niego. Marsjanin miał cztery stopy wysokości, był chudy i nie miał broni, ale uderzył Ziemianina jak małe tornado. Nogami owinął się wokół talii człowieka, a rękoma zaczął szarpać przewód powietrzny jego skafandra. Pod wpływem uderzenia Riordan upadł na ziemię.
Warknął jak tygrys i schwycił rękoma za cienkie gardło Marsjanina. Kriega bezradnie zatrzaskał na niego dziobem. Przetaczali się na wszystkie strony w chmurze pyłu. Zarośla zaczęły trajkotać w podnieceniu. Riordan próbował złamać Kriegowi kark. Marsjanin wykręcił się i ponownie wczepił w prześladowcę. Ze wstrząsem przerażenia człowiek usłyszał syczenie uciekającego powietrza, kiedy w końcu dziób i palce Kriegi rozerwały wąż doprowadzający powietrze. Automatyczny zawór zamknął przewód, ale oznaczało to, że nie ma połączenia z pompą. Riordan zaklął i ponownie złapał Marsjanina za gardło. Potem już tylko leżał na nim, zaciskając z całych sił ręce, a żadne szarpnięcia i próby wykręcenia się Kriegi nie były w stanie zerwać tego uchwytu.
Riordan uśmiechał się leniwie i trzymał cały czas ręce w tej samej pozycji. Po jakichś pięciu minutach Kriga przestał się ruszać. Riordan nie przerywał duszenia przez kolejnych pięć minut, tak by się po prostu upewnić. Potem puścił go i zaczął macać ręką po plecach, usiłując dosięgnąć do pompy. Powietrze w jego skafandrze stawało się duszne i śmierdzące. Nie był jednak w stanie sięgnąć ręką dookoła ramienia na tyle dobrze, by podłączyć wąż do pompy. „Kiepsko pomyślane” — pomyślał niewyraźnie. Ale przecież te skafandry nie zostały zaprojektowane jako pancerze bitewne. Popatrzył na drobną, milczącą postać Marsjanina. Słaby wietrzyk zwichrzył szare pióra.
Jakim wojownikiem był ten mały człowieczek. Będzie dumą jego kolekcji trofeów na Ziemi. A teraz do roboty. Rozwinął swój śpiwór i uważnie go rozłożył. Nie ma szans na dojście do rakiety z tym powietrzem, jakie miał w skafandrze. Musiał więc napuścić do niego suspensy. Najpierw jednak trzeba schować się do śpiwora. W przeciwnym razie noce zmrożą jego krew na kamień. Wsunął się do środka, dokładnie zapinając klapy i otworzył zawór zbiornika z suspensą. Jakie szczęście, że ją ze sobą zabrał.
Ale przecież dobry łowca myśli o wszystkim. Będzie tu się straszliwie nudził, zanim Wisbeen za 10 dni odbierze sygnał i przyleci go odnaleźć. Ale jakoś wytrzyma. Będzie to doświadczenie, które zapamięta sobie na całe życie. W tym suchym powietrzu skóra Marsjanina powinna przechować się w idealnym stanie. Czuł, jak paraliż z wolna pełznie mu w górę po ciele. Zanika akcja serca i zamiera oddech. Jego zmysły i mózg były ciągle żywe i coraz bardziej uświadamiał sobie, że pełne rozprężenie ma także swoje niezbyt miłe aspekty. Och, dobrze. Przecież zwyciężył.
Zabił najbardziej podstępne zwierzę swoimi własnymi rękoma. Po pewnym czasie Kriga usiadł. Ostrożnie obmacał całe ciało. Chyba ma złamane żebro. No cóż, wygoi się. Nadal był żywy. Ziemianin dusił go przez dobre 10 minut, ale Marsjanie są w stanie wytrzymać bez powietrza ponad 15. Otworzył śpiwór i zabrał Riordanowi kluczyki. Potem pokuśtykał powoli w stronę rakiety. Jeden czy też dwa dni spędzone na eksperymentowaniu pozwoliły mu nauczyć się nią latać.
Poleci do swoich mieszkających w pobliżu Syrtis krewnych. Teraz będą mieli ziemską maszynę i ziemską broń, które mogą skopiować. Ale najpierw miał do załatwienia inną sprawę. Nie czuł nienawiści do Riordana, ale Mars to twardy świat. Wrócił więc do niego, zaciągnął ciało Ziemianina do jaskini i ukrył je tak, by żadna wyprawa poszukiwawcza ludzi nie zdołała go odnaleźć. Przez chwilę spoglądał w oczy człowieka. W odpowiedzi zobaczył otępiałą zgrozę i przerażenie. Powiedział powoli urywanym angielskim: „Za tych, których zabiłeś. Za to, że jako obce stworzenie przybyłeś na planetę, na którą nikt cię nie zapraszał. Dlatego, aby nadszedł dzień, kiedy Mars będzie znowu wolny, zostawiam cię tutaj”.
Zanim odleciał, zabrał z łodzi kilka zbiorników z powietrzem i podłączył je do systemu tlenowego w skafandrze człowieka. To było całkiem sporo powietrza, jak na potrzeby kogoś, kto był w stanie zawieszenia procesów życiowych. Spokojnie wystarczało, aby utrzymać go przy życiu nawet przez tysiąc lat.
[06:52:03] - No i już tak naprawdę jesteśmy przy końcu. Drugi raz pojawi się w audycji Piotr Plebaniak. Tym razem wejście będzie krótkie. To będzie wejście poradnikowe o tym, jak budować i jak niszczyć imperia. Kolejna reguła przed nami. Reguła prosta, ale warto ją zapamiętać. Zapraszam. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:52:30] - Dzień dobry, bardzo gorąco pozdrawiam.
[06:52:33] - Stajwanow znowu.
[06:52:35] - Dzisiaj nietypowo, bo właściwie padną dwa prawidła, dwie reguły, z tym że jedna tak troszeczkę mimochodem nawiązuje do tego, o czym mówiliśmy w zeszłym tygodniu. Brzmi ona w ten sposób: język to pakiet narzędzi władzy, o który toczą się boje dominacyjne. Jakiś komentarz krótki?
[06:53:00] - Tak. Ci, którzy potrafią zdefiniować, co jest dobrem, a co złem, wstępują do roli tego, który ma tą moralną wyższość i decyduje, jak inni mają się zachować. Więc to jest władza, która wiąże się też z tym, o czym mówiliśmy wiele razy wcześniej. Władza co do tego, kto kogo kopiuje. Bo ten, który jest wyżej, ma być kopiowany, ma tą władzę, ten autorytet, że inni go naśladują, starając się podciągnąć swój własny status albo prestiż właśnie poprzez ten akt kopiowania. Ta władza to jest też uzależnienie hormonalne, o którym mówiliśmy i rozmaite inne zjawiska związane z dominowaniem nad innymi ludźmi. Także język jest podstawą osiągnięcia władzy nad innymi, nad grupami, nad jednostkami. I o to toczą się wojny narracyjne, o to toczą się wojny propagandowe i można o tym całe książki pisać, co zresztą niejeden zrobił.
[06:54:02] - To był niejako suplement do poprzedniego odcinka, a to główne prawidło, o którym będziemy dzisiaj rozmawiać, brzmi następująco: struktura systemu determinuje jego zachowanie. Powiem, że mam pewne problemy z rozszyfrowaniem tego prawidła.
[06:54:21] - Przeszliśmy właśnie do drugiej części książki. O ile pierwsza część „Sił psychohistorii” była o tym, jak rozumieć ludzką naturę, to teraz ta druga część, której to prawidło jest jako pierwsze, jest na temat tego, w jaki sposób sterować systemami, a mówiąc precyzyjnie, w jaki sposób sterować homeostatami. Więc co to są homeostaty? Homeostaty to są systemy, które mają zdolność regulowania swoich własnych parametrów działania i wpływania na środowisko zewnętrzne swojego funkcjonowania po to, żeby przetrwać albo zrealizować swoje funkcje, czyli cele, dla których podejmują aktywność. Zwykle to jest po prostu przetrwanie, zachowanie homeostazy, czyli optymalnej wartości parametrów typu temperatura ciała, sprawność umysłowa. Wszystko to, co sprawia, że mogą po prostu przetrwać, wygrać konkurencję z innymi organizmami o pożywienie i tak dalej. Co oznacza, że zachowanie systemu zależy od jego budowy? To, że rozmaite bodźce w rozmaitych sytuacjach, rozmaite zestawy bodźców działają w różny sposób na system i potrafią sprawić, że ten system w jakiś sposób reaguje, wchodzi w interakcję z rzeczywistością. Czyli na przykład jak ktoś w słynnym kawale wyłączy światło i zamknie w pomieszczeniu. Chcę powiedzieć ten kawał, żeby się ludzie domyślili, zanim powiem, o który kawał chodzi, ale już spaliłem.
Jest świetny kawał, już powiem od początku, jak robi się dzieci za pomocą pary i elektryczności. Czyli zamykamy w pokoju parę i wyłączamy elektryczność. Na czym polega właśnie sterowanie tymi dwoma systemami, które chcą się zdecydowanie rozmnożyć, a przynajmniej wszystko sprawia wrażenie, że to chcą osiągnąć. Nie zawsze jest to celem oczywiście, jak wiemy, jak dorosłe osoby wiedzą. Oczywiście mam nadzieję, że dzieci nas nie słuchają dzisiaj. Proszę zobaczyć, jak sterujemy systemami. Najczęściej jest to tak przy skomplikowanych systemach albo przy takich systemach jak systemy społeczne, że tworzy się jakieś rodzaje zachęt albo to po angielsku jest słowo „incentive”, czyli jakiś zachęt, jakiegoś czynnika, który motywuje te homeostaty, czyli ludzi po prostu albo grupy ludzi do tego, żeby zachowywały się w określony sposób. Określony, czyli pożądany przez tego manipulatora. I oni to robią. Można kazać komuś: do pokoju, rozmnażać się szybko, już, bo pół godziny.
To jest zły sposób, a ten sposób, o którym mówił Sun Zi w swoim traktacie „Sztuka wojny” wszyscy tłumacze przechodzili do tego, jak każda kolejna porada. Naprawdę to jest centralna myśl całego traktatu, przewijająca się, będąca jak gdyby ucieleśnieniem całej idei taoistycznego kontaktowania się, interakcji z rzeczywistością przez taoistycznych mędrców. Polega to na tym, żeby zrozumieć zasadę wprawiającą wszystko w ruch. W przypadku ludzi to jest system motywacyjny. I odpowiednio wpływać na ten system motywacyjny, czyli tworzyć jakieś rodzaje zachęty, a nie wydawać rozkazy. Tak dosłownie pisał Sun Zi. I co mamy w tym pokoju? Stwarzamy wszystkie warunki do tego, żeby oni sami podjęli tą decyzję. Na tym polega sterowanie systemami. Odkładając wszystkie żartobliwe metafory na bok, na tym polega cybernetyka.
Cybernetyka to jest właśnie, zgodnie z definicją, nie jakaś nauka zajmująca się robotami. Ja jako dziecko byłem przekonany, że to właśnie o tym jest. Właśnie czytając książki Lema, nie do końca jeszcze oczywiście rozumiejąc wtedy. Natomiast cybernetyka to jest nauka o zarządzaniu systemami, czyli między innymi o tworzeniu w przypadku społeczeństw ludzkich, które są tymi systemami albo pojedynczych ludzi, które te systemy wyposażone są w świadomość, w rozumienie warunków, parametrów swojego przetrwania niezbędnych do tego, żeby dalej funkcjonować i Cybernetyka społeczna, nazywana inaczej inżynierią społeczną, to jest cała nauka polegająca na wypracowywaniu metod potrzebnych do tego, żeby odpowiedni input, czyli wprowadzenie jakiegoś czynnika, wywołało pożądany skutek. Niech pan zechce przypomnieć wszystkim to prawidło jeszcze raz, bo możemy teraz dopiero odpowiedzieć na to pytanie.
[06:59:02] - To już przypominam. Struktura systemu determinuje jego zachowanie.
[06:59:08] - Na czym polega cała esencja, główna myśl książki „Siły psychohistorii”? Polega na tym, że aby nauczyć się odpowiednio kierować dowolnym systemem, czy to będzie armia idąca w marszu na spotkanie przeciwnika, czy to będzie społeczeństwo, które składa się z milionów ludzi, którzy chcą przetrwać, prowadzić swoje własne życie, ale mają też wspólne kolektywne cele. Żeby zrozumieć, jak najlepiej oddziaływać i jak skutecznie oddziaływać, musimy zrozumieć, jak ten system jest zbudowany. A system jest zbudowany tak, że dwa różne systemy albo cała grupa różnych systemów może reagować skrajnie różnie na dokładnie ten sam bodziec i zależy to właśnie od cech wewnętrznych tego systemu. I to jest odpowiedź.
[06:59:51] - Tak, ale gdybyśmy wzięli przykład z polityki bieżącej, to pokusiłby się pan o taką analizę bieżącą?
[07:00:02] - Ja bym się pokusił, dałbym masę przykładów na temat koronawirusa, całej tej sytuacji z ostatnich trzech lat.
[07:00:09] - To bardzo dobry przykład.
[07:00:11] - Ale boję się, że ktoś nagle zapuka do pana drzwi, prawda? I będzie miał-
[07:00:16] - Proszę mówić o świrusie i keczupie i wszystko będzie jasne.
[07:00:22] - Powiem tylko jedną rzecz, którą niedawno znalazłem, pisząc książkę o geopolityce tym razem, czyli „Prawidła geopolityczne. Gry o przetrwanie”. Wynalazłem coś, o czym ja wcześniej nie wiedziałem w tym całym chaosie informacyjnym. Otóż okazało się, że minister zdrowia Wielkiej Brytanii niestety padł ofiarą hackera i zostały wykradzione wszystkie jego wiadomości na WhatsAppie. I w tych wiadomościach, jak się okazuje, następowało sterowanie systemem polegające na tym, że ludzi po prostu straszono. Wymyślano kolejne warianty koronawirusa, co wprost jest napisane w tych wiadomościach przechwyconych i opublikowanych, i którym nikt nie zaprzeczył. Ludzie byli zastraszani kolejnymi wariantami. Ostatni to był chyba mastodon, skończyły im się nazwy chyba i dlatego się skończył okres ten znakowany, demia. Ten strach miał sprawić, że ludzie bardziej będą skłonni do zaakceptowania kolejnych obostrzeń. Proszę bardzo, mamy ewidentny dowód aktu sterowania.
Teraz musimy się zastanawiać, jakiemu celowi. Bo w cybernetyce jest coś podobnego jak w etyce, to znaczy zachowania są celowe, czyli realizują jakieś postulaty. A w przypadku ideologii sterujących społeczeństwami, te ideologie mają też jakiś stan świata docelowy, do którego dążą i do którego przekonują, siłą zmuszają te ideologie na drodze prania mózgu na przykład albo indoktrynacji. My też jesteśmy wszyscy indoktrynowani do pewnych zachowań, niezależnie od tego, czy uważamy to za dobre, czy za złe. To się nazywa indoktrynacja. Nie ma tylko pejoratywnego znaczenia to słowo, tylko właśnie takie bardzo zbliżone do znaczenia słowa socjalizacja.
[07:02:12] - Tak, panie Piotrze, mówiąc szczerze, znowu to nie jest optymistyczne, bo ja sobie to jednak tak wyobrażałem. Nie, to dawno było, ale wyobrażałem sobie, że świat jest jednak troszeczkę prostszy. A pan zarysował tutaj takie... Ja teraz wiem, skąd się biorą różnego rodzaju teorie spiskowe.
[07:02:33] - Ze świata.
[07:02:36] - Tak. Panie Piotrze, czy jeszcze coś dodajemy, czy na dzisiaj kończymy?
[07:02:42] - Nie, kończymy na dzisiaj. Na początek tak krótko, będzie to może zachęci do następnego odcinka. Będzie dłużej.
[07:02:47] - Dziękuję pięknie w takim razie i do usłyszenia.
[07:02:50] - Do usłyszenia. Dziękuję bardzo.
[07:02:52] - Proszę państwa, i to już jest naprawdę koniec dzisiejszej audycji. Ja tu miałem przygotowane różne rozpiski, co też państwa w przyszłym tygodniu spotka, jakież to ciekawe audycje będą. Ale tak się niestety, proszę państwa, porobiło, że umówione nagranie nie doszło do skutku. Dojdzie z pewnym poślizgiem, opóźnieniem, no i w związku z tym cały misterny plan, resztę sobie państwo dopowiedzcie, ale ja już dzisiaj mogę państwa zaprosić na odrobinę poezji. Dzisiaj mieliście państwo próbkę tej poezji. W następnej audycji poezja również się pojawi. Nie w dawce homeopatycznej, czyli minimalnej, ale też nie w dawce przerażającej, z gatunku ciężkiego. Nie, staram się jednak dozować państwu te sprawy, więc poezji będzie, powiedzmy, w sam raz. Będzie też ciekawa rozmowa, ale aż się boję, czy ja ją mogę zapowiedzieć. Bo a nuż się znowu coś wykrzaczy w sensie terminowym.
Ale zaryzykuję. W przyszłym tygodniu zaproszę państwa na rozmowę z Tadeuszem Uszupskim. Tadeusz Uszupski całkiem niedawno, mówiłem o tym zresztą już, opublikował trylogię „Cienie Hatta”. I to jest dopełnienie czegoś, co miało być, a nie było. W swoim czasie w jednym z niszowych wydawnictw ukazała się „Twierdza nienawiści”. To był pierwszy tom dzieła, które łączyło w sobie fantastykę naukową, fantasy, trochę grozy. Tam tych gatunków było całkiem sporo. Ukazał się pierwszy tom, następne były zapowiedziane i się niestety nie ukazały. Teraz w wydawnictwie Stalker Books ukazała się cała trylogia i to jest, myślę, świetna okazja do porozmawiania z Tadeuszem Olszupskim, który, jak państwo pamiętacie, był gościem starego „Bibliotekarium”. Wtedy opowiadał o swojej książce z gatunku kryminalnego.
Teraz, za tydzień, taką mam przynajmniej nadzieję, opowie o swoim opus magnum z dziedziny fantastyki – „Cienie Hatta”. Miejmy nadzieję, że się uda. Myślcie państwo pozytywnie, ja też myślę pozytywnie, to wtedy na pewno się uda. I z tą myślą zostawiam państwa. Pięknie dziękuję za dzisiejsze towarzystwo, za dzisiejsze słuchanie. Zapraszam za tydzień. Dobrej nocy.
[07:05:36] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.