[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Kon'nichiwa. Nie pamiętam, czy to po japońsku jest „dzień dobry”, czy też może „dobry wieczór”, ale w każdym razie witamy w kolejnym odcinku Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:42] - Halo, halo. Ja nie tak światowo. Ja tradycyjnie dzień dobry, wieczór państwu. Zaczynamy dzisiejszą audycję. Od razu powiem, że w przyszłym tygodniu, chociaż wielka majówka, to audycja również będzie. Może z racji tego, że mamy czas wyjazdowo-grillowo jakiś tam, to może ona będzie troszkę krótsza, żeby państwu-
[01:10] - Z akcentem na „może” i na „troszkę”.
[01:12] - Tak. Oba akcenty są dobrze postawione, więc może będzie troszkę krótsza, ale też nie będę się specjalnie rozwijał w tym kierunku. Dzisiaj przed nami normalny format, normalna długość. I zaczynamy. Na początku tradycyjnie nowości. Przejrzałem sobie, nic specjalnie mnie w sercu nie drasnęło. Doszedłem do wniosku, że powtórzymy nie tyle nowości, co polecanki. Polecanki dotyczące książek, które wyszły jakiś czas temu. Znowu z akcentem na „jakiś czas”, bo jeśli książka w Polsce ukazała się w 1989 roku, to już dosyć dawno jednak. Prawie ćwierć wieku.
Niemniej jednak to jest książka, a właściwie trylogia, z tym że kolejne tomy już w latach 90., którą mocno zapamiętałem. Może dlatego, że bardzo długo na tę trylogię czekałem. Zaraz zdradzę tytuł, nie zapomniałem. Ale rzeczywiście czekałem na ten tytuł, na pierwszy tom dosyć długo, bo pierwszy raz przeczytałem o nim w „Fantastyce” w 1982, bo wtedy ukazały się trzy numery. Albo na początku 1983 roku. Wówczas to pisano recenzję. Ta recenzja mówiła o tym, że ukazał się pierwszy tom cyklu, który napisał Brian Aldiss i ten tom nosił tytuł „Wiosna Helikoni”. Powieść science fiction, fantastycznonaukowa. Ten pierwszy tom ukazał się w 1982 roku. Ja zapamiętałem, że czytałem z wypiekami na twarzy takie streszczenie, w którym różne pikantne szczegóły były ujawniane.
Jeszcze zapis jednych bohaterów był taki z angielska, bo tam się pojawiały istoty nazywane Fagorami. Jeszcze były pisane w owej recenzji, czy też może informacji książkowej, były pisane przez „ph”. Później, kiedy się ta książka ukazała, jak państwo dobrze policzycie, siedem lat później, w 1989 roku, Fagory pisano już przez „f”. Cóż o tej książce? Przede wszystkim trylogia, która budzi mieszane uczucia. Z jednej strony uznawana jest za pewne mistrzowskie osiągnięcie Briana Aldissa, chociaż ja wolę inne jego książki. Przyznaję to bez bicia. Moim absolutnym numerem jeden będzie „Non Stop”, później gdzieś „Cieplarnia”. Ale trylogia o Helikoni gdzieś zaraz za tym stoi i to jest naprawdę, dla mnie przynajmniej, świetna książka. Natomiast czytałem w internecie pewne narzekania i kiedy czytałem uzasadnienie, to też właściwie się zgadzałem z autorami owych uszczypliwych, a czasami mniej uszczypliwych uwag, bo rzeczywiście całkiem zgrabnie powyciągali pewne przegięcia pały, które stosował Brian Aldiss.
Niemniej jak mistrz robi przegięcia pały, to i tak to jest mistrzostwo świata. Coś więcej o tej książce. Pierwszy tom się ukazał w serii Fantastyka Przygoda. Kolejne zresztą też. Wydawana ta seria, przypomnę, była przez Iskry. Powieść nagrodzona, przynajmniej z tego, co ja pamiętam. Tu mam oczywiście notatkę, ale pamiętam na pewno, że była nagrodzona Nagrodą Campbella. A z notatki czytam, że była jeszcze nagroda BSFA w 1983 roku oraz nagroda Cruda Lasovica w 1984. Nie wiem, co to za nagroda, ale zawsze można sprawdzić. O czym ta książka opowiada?
Dla tych, którzy nigdy się z nią nie zetknęli. Otóż nad planetą, która nazywa się Helikonia, krąży stacja przysłana przez Ziemian. Nazywa się Avernus ta stacja. Ja nie podaję państwu tej treści w takiej kolejności, jak państwo poznajecie treść w utworze, niemniej ta stacja tam krąży. Jej adresem początkowym jest Ziemia, a tu nad planetą Helikonia Krąży w charakterze obserwacyjnej sondy, która relacjonuje to, co się na tej dziwnej planecie dzieje. Bo dlaczego ta planeta jest dziwna? O tym oczywiście za chwilę powiem. Powiem jeszcze, że Avernus z łacińska to jest zejście do piekieł. Nie bez przyczyny nazywa się ta stacja w ten sposób. Dlaczego ta planeta jest dziwna i dlaczego budzi takie zainteresowanie Ziemian?
Chociaż mówię, ono na początku nie jest tak mocno eksponowane. Otóż Helikonia położona jest w układzie dwóch gwiazd i ma właściwie dwie pory roku, takie główne: zimę i lato. Każda z tych pór roku trwa przez setki lat. Zimą tą planetą rządzi rasa, nazywano ją Fagorami. Te Fagory nie przypominają ludzi, raczej jakieś takie diabelskie stwory. Ale za to latem, które również kilkaset lat trwa, rządzą humanoidy. Ludzie, ale oczywiście nie ludzie z Ziemi, tylko tamtejsze humanoidy. Te dwie rasy, które wymieniłem, one się zaciekle zwalczają. Naprawdę zaciekle i naprawdę się szczerze, właściwie interesownie, nienawidzą, w każdym razie tak bardzo konkretnie. Tak jak powiedziałem, mamy do czynienia z dwiema porami roku, ale oczywiście są pory przejściowe, czyli coś, co można by nazwać wiosną i jesienią.
I właśnie tak rozpoczyna się cykl od wiosny Helikonii. Zaraz powiem, jak ta wiosna powstaje. Chwileczkę, nie dam rady wszystkiego naraz. Wiosną humanoidy czy też ludzie obejmują planetę we władanie, ale zanim tak się stanie, to pewien wirus sprawia, że zapadają ludzie na pewną groźną chorobę, która ich dziesiątkuje, ale jednocześnie w jakiś sposób przygotowuje do tego, żeby objąć planetę we władanie. Ta choroba nazywa się gorączką kości. Ona, tak jak powiedziałem, przygotowuje ich do lata, chociażby przez to, że usuwa większość tłuszczu z tkanek owych humanoidów. Od razu powiem, wyprzedzając pewne wypadki, że ten sam wirus jesienią wtedy się nazywa inaczej, nazywa się tłustą śmiercią i wtedy ludzie gromadzą grubą warstwę tłuszczu, żeby móc przetrwać zimę. Oczywiście nie jako jednostki, tylko jako rasa, bo tak jak powiedziałem, zima trwa setki lat. Takie duże setki lat. W związku z tym trzeba jakoś przetrwać.
Ważne jest to, że ludzie, o których wspomniałem, ci z tej stacji Avernus, oni nie lądują na Helikonii, ponieważ gdyby wylądowali, to ich los byłby marny, ponieważ zapadliby na obie choroby wymienione wcześniej i jednocześnie. A to najczęściej kończyłoby się śmiertelnie. Wśród mieszkańców Helikonii, tak jak powiedziałem, owe choroby zbierają również dosyć duże żniwo. Niemniej ci, którzy przeżywają, ci są gotowi na kolejną porę roku. W każdym razie cóż jeszcze? Fagory wyglądają, powiedziałem, że to dziwna, nieludzka rasa. Wyglądają jak diabły. Ludzie to ludzie, wiadomo, humanoidy. Ale tak naprawdę ludzie są mutantami owych Fagorów. Powstali owi ludzie wtedy, kiedy jedna z gwiazd Helikonii, czerwona gwiazda, czyli tak astronomicznie rzecz ujmując zimniejsza gwiazda.
Kiedy ta gwiazda przyciągnęła do siebie Freya, gwiazdę typu słońca. I tak powstał ten dziwny ruch planety, dzięki któremu albo przez który pojawia się taka sytuacja, że tak zwany wielki rok liczy na tej planecie 1800 krótkich lat. Krótki rok to jest obieg wokół owej gwiazdy, wokół tego czerwonego słońca. A długi rok to jest obieg tego całego układu wokół tego słońca gorętszego. To jest 1800 lat. W książce „Wiosna Helikonii” poznajemy rozwój cywilizacji ludzkiej, bo mamy prymitywne plemienne związki na początku, tuż po zimie. W powolny sposób później te plemiona, które się coraz bardziej konsolidują, zaczynają odkrywać przeszłość. Pozostałości poprzednich cywilizacji, tak naprawdę ich, ludzkich cywilizacji. Ale oni to odkrywają. Śniegi topnieją i spod tych śniegów ruiny, różne takie artefakty zaczynają się pojawiać i powoli przechodzimy wspólnie z bohaterami, bo to jest rozciągnięte na wiele pokoleń, przez różne epoki.
W każdym razie różne dzieje się toczą. Gdzieś dochodzimy w książce do ... społeczeństwa, które przypomina nasze średniowiecze. Muszę powiedzieć, że gdyby nie te wątki związane z ziemską stacją obserwacyjną — o niej zresztą powiem za chwileczkę troszeczkę więcej — gdyby nie te wątki związane z ziemską stacją obserwacyjną, to można by odnieść wrażenie, że ta książka mniej przypomina science fiction, bardziej taką powieść typu fantasy. Mamy tu dziwne stwory, mamy sztafaż barbarzyński. Biegają z bronią, kłócą się, ścierają, toczą wojny. I właśnie, gdyby nie to wtrącanie przez autora, przez Briana Aldissa informacji o owej kosmicznej stacji krążącej po orbicie, to rzeczywiście można by mieć wrażenie, że to fantasy. Tym bardziej, że pojawia się nawet magia albo w każdym razie coś, co przypomina magię. Taki element magiczny w postaci duchów przodków. Ta ziemska stacja kosmiczna, a także przy okazji przemycana niejako w tych momentach, kiedy mówi się o tej stacji kosmicznej, to przemycana jest przyszłość, wizja przyszłości Ziemi.
Aldiss w pierwszym tomie bardzo oszczędnie dawkuje informacje. My tam się za dużo nie dowiadujemy. Wiemy, że coś jest, ale na razie wiemy bardzo mało. W każdym razie trochę dowiadujemy się oczywiście o ziemskiej cywilizacji, o mieszkańcach, ale to, jak wielu autorów pisze, ascetyczne są te opisy, bardzo zdawkowe. I poznajemy też oczywiście, jak Ziemianie komentują to, co się dzieje na Helikonii. Żeby nie wchodzić w szczegóły i nie wchodzić w fabułę, to na razie państwu zarysowałem, jak to się toczy w pierwszym tomie. Przejdźmy zatem do tomu drugiego. Jak była wiosna, to oczywiście musi nastąpić lato i „Lato Helikonii” to jest oczywiście kolejny tom. Tak jak powiedziałem, wyszedł w latach 90. Helikonia zbliża się do tego olbrzyma, do tego ciepłego słońca, gorącego słońca, które nazywa się Frey.
Jak to napisano w jednej z recenzji, cała planeta aż skwierczy od upałów, a przyroda tryska energią. Tak się dzieje, oczywiście przez analogię. Wiecie państwo, wychodziliśmy z takiej sytuacji, gdzie cała planeta była zmrożona i tak naprawdę to zimne słońce dawało przeżyć, ale to jedyne co dawało. To słońce też się nazywa, tylko muszę sobie do ściągi zajrzeć, bo tego zimnego słońca nie pamiętam. Batalixa się nazywa to zimniejsze słońce. Wtedy, gdy ona tylko grzeje, ta Batalixa, to życie prawie zamiera. Ale jak powiedziałem, teraz już mamy lato i oczywiście na orbicie Helikonii od tysięcy lat porusza się owa stacja badawcza Avernus i tam zachodzą powoli zmiany. Oczywiście, żeby nie psuć państwu zabawy, to nie powiem, o co tak naprawdę chodzi, ale zmiany są, i to dosyć istotne. To lato na Helikonii jest równie okrutne, jak zima, o której mówiłem wcześniej. Gorące, palące dwa słońca.
Ale poznajemy cywilizację, która już się naprawdę bardzo mocno rozwinęła od czasów plemiennych skupisk, które poznaliśmy w pierwszym tomie. Fagory, które mówiłem, że diabły przypominają, a może minotaury. W każdym razie te fagory, ponieważ mają ciepło, to słabo im to przeżycie idzie. One są panami zimy i wtedy czują się nieźle. Żeby w ogóle przeżyć, to chronią się w najwyższych górach i jakoś tam próbują przetrwać lato. Ale to nie jest łatwe, ponieważ ludzie zajmują się między innymi oczywiście wyniszczaniem fagorów. Gdzieś tam się przynajmniej nawet niektórym marzy, żeby tak wydusić ich do końca. Dosyć to jest mało możliwe, ale jednak próbują. Druga część, tak jak powiedziałem, czyli „Lato Helikonii” — wędrujemy przez czas i przestrzeń. To opowieść, w której ta cywilizacja się rozwija.
To wszystko trwa setki lat. W pewnym momencie mamy coś w rodzaju starożytnego Egiptu, później mamy średniowiecze, a nawet renesans i oświecenie. Oczywiście patrzcie państwo na to, co mówię, przez pewien pryzmat, przez pewne przybliżenie. Tak, jak sobie to Aldiss wyobrażał. A ta stacja Avernus... Cóż, co mogę jeszcze powiedzieć? Na tej stacji ludzie się radykalizują i coraz mniej przejmują się misją obserwowania planety i wysyłania owych transmisji na Ziemię, a coraz bardziej zajmują się sobą. O tym jeszcze zresztą wspomnę. W książce mamy masę bohaterów, naprawdę masę, ponieważ to się wszystko toczy setki lat. W związku z tym mamy ideologie, systemy polityczne, walkę o przetrwanie.
Nauka, technika walczy oczywiście z Ciemnogrodem. Można cały czas rozmawiać z przodkami. To bardzo ciekawy wątek. Gdzieś tam istnieją w zaświatach ponoć. Religia, polityka, walka o bogactwa. Poznajemy to wszystko przez pryzmat kilku bohaterów. W pewnym momencie pojawia się człowiek z stacji Avernus. Trochę robi za takiego proroka. Tego wątku Aldiss nie rozwija. On tam się pojawia na krótko.
Dzieje się z nim to, co się dzieje. Obiecujący był ten wątek, ale jakoś Aldiss z niego zrezygnował. Koniec owego proroka, jego los był dosyć żałosny. To tyle mogę powiedzieć o drugim tomie. I wreszcie oczywiście trzeci tom. Oczywiście to jest „Zima Helikoni”. Powiedziałem oczywiście, chociaż to nie jest takie oczywiste, bo gdzieś by się przydała jesień, ale tę jesień mamy tutaj zbitą w jednym tomie z zimą, bo właściwie obserwujemy taki schyłek. Ta część wyszła oryginalnie w 85. roku. Też otrzymała nagrodę BSFA dla najlepszej powieści science fiction, ale także nominację do Nebuli, a była też laureatką British Science Fiction Award.
Była nominowana do Nebuli i Locusa. Cóż, niektórzy mówią, że Aldiss nie zaskoczył, bo trudno tu zaskoczyć. Ta historia jest jednak w pewnym stopniu, można ją określić mianem linearnej, więc toczy się tak, jak powinna się toczyć. Mamy opowieść, znowu do pewnego stopnia zwróćcie państwo uwagę, cały czas to podkreślam, rodzaj opowieści fantasy. Oczywiście zmieniają się dekoracje, ale to fantasy tam bardzo mocno czuć, chociaż wiemy, że to fantasy tak naprawdę nie jest. I tą kotwicą science fiction jest oczywiście Avernus. Jesień na Helikoni przychodzi bardzo szybko. Planeta oddala się od gorącego Freya i coraz bardziej widoczne są oznaki nadciągającej zimy. Zimy, która przypomnę należy do Fagorów. Sam bym popadł w przygnębienie, toteż trudno się dziwić ludziom, że w takie przygnębienie popadają.
Mnożą się różnego rodzaju schyłkowe, apokaliptyczne ruchy religijne. Co więcej, radykalizują się te nurty, które chcą eksterminować Fagorów. Tak jak powiedziałem, to się nie bardzo udaje. Cóż, ludzie wmawiają sobie, że jeśli te Fagory wyniszczą, wykończą, to łatwiej będzie przetrwać wielką zimę. Cóż, jedno jest pewne. Tej nadciągającej okrutnej porze roku trudno się będzie przeciwstawić. W dodatku pojawia się wirus, o którym wspominałem. Wirus jesienny, który ma przygotować. Tak naprawdę, widzicie państwo, to jest też ciekawy wątek, kiedy choroba, która morduje ludzi, wyniszcza ich, doprowadza do śmierci i oczywiście to są ludzkie tragedie, ale z drugiej strony przygotowuje rasę, przygotowuje ogół do tego, żeby w ogóle zimę można było przetrwać. Paradoks taki czy taki chichot właściwie tamtejszej przyrody.
Kto przeżyje chorobę tę jesienną, to jest przygotowany na przyjście mrozów. Można by wręcz powiedzieć, że ten wirus zabija, ale jednocześnie daje życie. Ciekawy w tym trzecim tomie jest wątek stacji kosmicznej Avernus, tej ziemskiej stacji kosmicznej, bo tam populacja kompletnie zwariowała. Ja nie wiem, czy zwariowała, ale w każdym razie pogrążyła się w hedonizmie. Z mojego punktu widzenia to nawet zdegenerowała. W dodatku jeszcze weszły tam eksperymenty genetyczne, a i wewnętrznych konfliktów da się znaleźć całkiem sporo. W związku z tym coś takiego jak załoga, oczywiście jednostki istnieją, ale coś takiego jak zwarty zespół, załoga właściwie nie istnieje. Te eksperymenty genetyczne doprowadziły do powstania na przykład wielkich, świadomych wagin, które miały służyć różnego rodzaju orgiom, ale tak naprawdę stały się narzędziami zniszczenia. W ogóle seks odgrywa na Avernusie sporą rolę. W ogóle jakoś tak ta cywilizacja, może nie cywilizacja, ta załoga Avernusa, ona jest jakoś tak mocno skierowana na zaspokajanie różnych zachcianek zboczonych, niezboczonych, perwersyjnych, nieperwersyjnych.
W każdym razie jest ich dosyć sporo i są czasami zaskakujące. Jeśli chodzi o Ziemię, bo o niej też się czegoś dowiadujemy, to Aldiss roztacza taką wizję troszkę inną niż to, co się dzieje na Avernusie. Otóż na Ziemi cywilizacja ludzi odsunęła się od rozwoju technologicznego, połączyła się, powiedzmy mentalnie z Ziemią, z Gają i ludzie wiodą żywot koczowniczy, ale koczowniczy żywot nie oznacza, że jest to żywot prymitywny. Powiedziałbym, że wręcz Wręcz przeciwnie. Tam pojawiły się na Ziemi również nowe istoty, tak zwani geonauci. Nie będę rozwijał tematu. Kto ciekawy, niech zajrzy do książki, do trylogii. Ale z dawnych czasów pozostały też opowieści i legendy jak wyglądała Ziemia wcześniej oraz przekaz w dalszym ciągu nadchodzący z Helikoni, bo ten przekaz wzbudza bardzo żywe zainteresowanie Ziemian. Cóż, to chyba tyle tytułem zachęcajki. Ja mógłbym oczywiście opowiadać o tej książce bardzo długo.
Powiem tylko jeszcze tak tytułem anegdoty, że kiedyś bodajże na antenie Radia Paranormalium opowiadałem o tej trylogii, o „Wiośnie”, „Lecie” i „Zimie Helikoni”. Jeden z bohaterów zarzucił mi, że ja chyba nie czytałem tej książki, bo opowiadam o jakiejś ziemskiej załodze, która tam krąży, a przecież tam nic takiego nie było i że w ogóle źle to przedstawiam. Ja myślę, że bohater tej opowieści, czyli ten słuchacz, był tak mocno zafascynowany tym, co dzieje się na Helikoni, że tych krótkich wtrętów dotyczących stacji Avernus nie zauważył albo nie zapamiętał po prostu, bo one rzeczywiście są króciutkie. To są takie zdawkowe informacje, czasami naprawdę liczące kilkanaście linijek. Może zapomniał po prostu. Ale wierzcie mi państwo, ta opowieść dokądś prowadzi. Jest to ciekawa opowieść, z mojego punktu widzenia bardzo ciekawa. Chociaż powtarzam, żebyście później państwo nie czuli się zawiedzeni. Jeśli lubicie bardzo żywą akcję, pif-paf i się strzelają. Ja taką też lubię.
Nie będę ukrywał, że ja tylko jakieś mądre książki czytam i takie bardzo natchnione. Wręcz przeciwnie, lubię jak się strzelają. W związku z tym, jeśli ktoś kocha tylko takie książki, to może mieć problemy z trylogią Aldissa. Jeśli ktoś natomiast lubi tak troszeczkę pofantazjować w kierunku fantasy, to ta książka jest szansa, że go zachwyci. Nigdy nie ma tak, że wszyscy zachwycają się jedną książką, a w tym wypadku trzema książkami. Dla mnie w każdym bądź razie książka, trylogia godna polecenia. Zainteresujcie się państwo, jeśli nie znacie, a jeśli znacie, to bardzo chętnie poznam wasze zdanie na temat owej trylogii. Teraz to już kończę polecajki. Teraz normalnie powinny być korepetycje filozoficzne, ale nie. Zróbmy dzisiaj tak, że korepetycje filozoficzne będą.
Nie, nie wycofuję się, one będą, ale przeniosę je na późniejszy czas. Najlepiej po „Filmotekarium”. Jeśli ktoś zainteresowany cyklem filozoficznym, to zapraszam po „Filmotekarium” spotkamy się i będziemy rozmawiać. Ale teraz nie „Filmotekarium”. Teraz spotkamy się z Martą Sobiecką. O Marcie Sobieckiej słyszeliście państwo kilka tygodni temu, kiedy polecałem jej nową książkę. Już się nauczyłem nawet wymawiać ten tytuł. Pamiętacie państwo, wtedy miałem spory problem. Teraz wiem, że wymawia się to „Tingdogu”, nawet bardziej miękko. „Tingdogu” chyba.
W każdym razie już umiem. A Marta Sobiecka, ja powtórzę, to jest autorka dwóch książek, a w ogóle również dziennikarka. Studiowała dziennikarstwo i studiowała filozofię. Cóż, co jeszcze? Te dwie książki to „Algorytm życia” i „Tingdogu”. Cóż jeszcze? Ja myślę, że najlepiej będzie, jeśli oddamy głos samej autorce. Zapraszam w takim razie, porozmawiamy o najnowszej książce Marty Sobieckiej. Dzień dobry wieczór, Marto.
[28:50] - Dzień dobry.
[28:52] - Czyli zakładasz, że będą nas jednak słuchać też dniami? Ja jednak mam takie przekonanie i patrzę sobie na YouTube i widzę, że to jednak wieczory są tej audycji poświęcone. Stąd moje podwójne powitanie. Zostawmy. Gościmy cię, bo w 2021 roku, jesienią pojawiła się pierwsza książka „Algorytm życia”. Zbiór opowiadań. Nie minęło wiele czasu, bo mamy wiosnę 2023 roku i mamy kolejną książkę, z której tytułem, jak państwo już wiecie, mam wielkie problemy, żeby to wymówić, ale dowiedziałem się, że to się wymawia „Tingdogu”.
[29:29] - Dokładnie tak. „Tingdogu”.
[29:31] - „Tingdogu”. Okej, to od razu od tego zacznijmy. Co to jest to tingdogu? Zanim ktoś sprawdzi, to może niech uzyska wiedzę od ciebie.
[29:41] - Tingdogu to przedmioty pozornie użyteczne, ale tak naprawdę nieużyteczne, czyli na przykład pudełko do banana. Jest to przedmiot, który może nam się przydać. Możemy donieść banana do szkoły, bo głównie jest on dedykowany chyba dzieciom. Ale z drugiej strony, czy tak naprawdę są nam potrzebne te rzeczy? Moim zdaniem tingdogu to przedmioty, które tylko pogłębiają nasz konsumpcjonizm. Spowodują, że gromadzimy i chcemy mieć jeszcze więcej przedmiotów, które w ogóle na dłuższą metę nie są potrzebne, a jednak trzeba je wyprodukować i trzeba zużyć jakieś takie zasoby, żeby je wyprodukować. A tytuł właśnie książki jest jakby- Trochę takim komentarzem do tego naszego konsumpcjonizmu, że nie tylko chodzi o te przedmioty, ale też o skalę tego zjawiska, żeby się temu przyjrzeć i zastanowić, czy to wszystko jest nam potrzebne.
[30:28] - Ja to ujmuję na tyle brutalnie, że to są po prostu takie pierdoły, duperele, które gromadzimy w domu. One pozornie są nam bardzo potrzebne, a w rzeczywistości coraz mniej miejsca w mieszkaniu mamy. I to mniej więcej jest to „Chindogu”. Dobrze, to jeszcze analizując to, co otrzymaliśmy jako czytelnicy, to jak wziąłem do ręki, wydawało mi się, że to jest zbiór opowiadań, a tymczasem czytam w internecie i nie tylko, że to jest powieść mozaikowa. To co to takiego jest ta powieść mozaikowa?
[31:07] - Tak. Uznałam, że nazwę tę książkę powieścią mozaikową, bo jest to pomysł mojego wydawcy, jeśli ktoś chce na nim psy wieszać. I już tłumaczę, o co mi chodziło. Chodziło mi o to, że zbiór opowiadań to słowo, które nie do końca jest moim zdaniem adekwatne, jeżeli chodzi o zbiory o Kaori Nakamura, czyli mamy jedną bohaterkę, mamy cały czas jeden świat, powtarzających się bohaterów, wątki, które wypływają w jednym tekście i pojawiają się w trzecim i w piątym. I wydaje mi się, że zbiór opowiadań nie jest pełny, bo ludzie, kiedy słyszą zbiór opowiadań: „A, to będą historie o różnych bohaterach, o różnych rzeczach i tak naprawdę jutro albo pojutrze mogę zapomnieć, o czym to właściwie było”. A jednak tutaj „Algorytm życia” i „Chindogu” to są dla mnie powieści mozaikowe, czyli teksty, w których jest rozwój głównej bohaterki, jest poszerzenie widzenia tego świata, pogłębienie i w drugim tomie, czyli właśnie w „Chindogu” widać to jeszcze bardziej, bo to jest tak naprawdę zbiór dwóch tekstów, ale moim zdaniem jeden wynika z drugiego, bo w pierwszym poznajemy wszystkich bohaterów, którzy pojawią się w drugim tekście i rozumiemy ich motywacje dzięki pierwszemu tekstowi, bo widzimy, jak oni sądzili i co z tego dalej wynika. Także zostawiam bardzo dużo śladów w pierwszym tekście, które wychodzą w drugim. I myślę, że nazwać tę książkę zbiorem opowiadań byłoby niepełne.
[32:35] - Poza tym musimy zdać sobie sprawę, że z pracy głównej bohaterki, czyli bycia policjantem, wynika, że prowadzi się różne śledztwa, a żyje się przez cały czas. To mniej więcej tak wygląda. Ona sobie żyje, rozwija się nie tylko jako postać literacka. Nie wiem, czy człowiek się specjalnie rozwija. Człowiek po prostu żyje. W związku z tym ona żyje, ma różne w tym życiu swoje przejścia i nieprzejścia. Okej, ale zanim porozmawiamy dalej o książce, to może będzie dobrze, żebyśmy tym osobom, które książek jeszcze nie znają, trochę przybliżyli ten świat, bo to nie jest świat szalonej science fiction, która odległa jest od nas i trudna do wyobrażenia. To jest świat, który odległy jest od nas o kilkadziesiąt lat?
[33:28] - Tak, dokładnie. To jest wizja Japonii niedalekiej przyszłości. Główna bohaterka, Kaori Nakamura, jest oficerem policji, rozwiązuje zagadki związane z cyberprzestępczością w świecie niedalekiej przyszłości. Chodziło mi o to, że mówi się i ja też tak uważam, że jest to cyberpunk połączony z kryminałem, bo mamy tutaj korporacje, mamy stechnicyzowany świat i tak dalej. Wydaje mi się, że cyberpunk w tych czasach jest na wyciągnięcie ręki, bo to książki, do których jesteśmy przyzwyczajeni, dzięki którym powstało słowo „cyberpunk”, które budowały cyberpunk. One dzisiaj stały się aktualne. Czyli doszliśmy do tego momentu, który wyczytywaliśmy z tych książek. I wydaje mi się, że warto znać te książki o Kaori Nakamura, bo one opisują świat, który jest niby przyszłością, ale tak naprawdę my już w niego wchodzimy. Może jeszcze nie w Polsce, ale jadąc do bardzo rozwiniętych krajów typu Japonia, konkretnie Tokio albo do Seulu, zobaczymy ten rozwój, te wynalazki. I tak naprawdę ta przyszłość jest naprawdę na wyciągnięcie ręki i dobrze byłoby wiedzieć, z czym będziemy się mierzyć, z jakimi problemami, z jakimi dylematami moralnymi i tak dalej.
Więc tak.
[34:54] - O tym, jak jesteśmy blisko tego świata przyszłości, może świadczyć taki przykład. U ciebie w obu książkach pojawiają się hiperhologramy. W każdym razie pewna taka dążność do "wskrzeszenia" zmarłych. Dzięki temu mogą funkcjonować przy osobach żywych. Można się do nich zwracać, można z nimi rozmawiać. To wszystko jest generowane przez sztuczną inteligencję, to modne w tej chwili określenie. W każdym razie przez coś, co sprawia, że te awatary, właściwie brakuje słów, te hiperhologramy normalnie w tym świecie funkcjonują, stwarzają pozór bliskości z osobami, które odeszły. Przed audycją rozmawialiśmy o tym, że właściwie to już się też zaczyna, bo okazuje się, że różnego rodzaju czaty, tak modne w tej chwili w internecie, napędzane sztuczną inteligencją, bywają wykorzystywane do tego, żeby wskrzeszać, znowu cudzysłów, babcię albo dziadka, rozmawiać z nimi. To się staje coraz bardziej popularne. Pamiętam też, że całkiem niedawno oglądałem jeden z odcinków „Black Mirror” i tam też podobny problem był poruszany.
Chyba się szykuje jakiś nowy przemysł, jakaś nowa dziedzina biznesowa, czyli wskrzeszanie osób, które odeszły, chociażby połowiczne. Już mówi się nawet o wskrzeszaniu pupili, czyli pieska, kotka i tak dalej. Zdaje się, że rzeczywistość powoli wypala mi mózg, bo pewnych rzeczy sobie jednak nie potrafię wyobrazić. Wróćmy do książki. Tym razem mamy dwa opowiadania, znacznie dłuższe teksty. Inaczej się to pisze? One też nie były bardzo krótkie, ale krótsze teksty pisze się inaczej niż długie? Zauważasz jakąś różnicę jakościową?
[36:55] - Tak, zdecydowanie zauważam różnicę. Ja jestem wychowankiem starej szkoły, czyli najpierw próbujemy się z krótkimi formami, a przy nabraniu doświadczenia i umiejętności zaczynamy to rozwijać do opowieści. I tak widać przy drugiej książce, że są to teksty znacznie dłuższe. Tych wątków jest więcej, dzieje się więcej. I tak, zdecydowanie myślę, że już trzecia książka, też ze świata Kaori Nakamury, tak mi się przynajmniej wydaje na dzień dzisiejszy, będzie już powieścią pełnoprawną. Ale jest to trudniejsze, bo trzeba więcej wątków pilnować, więcej rzeczy kontrolować, żeby to się spięło, gdzieś coś się nie pogubiło i żeby nie wyszło albo żeby coś się na przykład nie powieliło. Niedawno na spotkaniu autorskim z Krzysztofem Ludowskim, z autorem książki „Upały”, Krzysztof stwierdził, że pisanie opowiadań jest trudniejsze niż pisanie powieści, bo trzeba mieć stale mnóstwo pomysłów na każde kolejne opowiadanie. To chyba tak nie jest, bo żeby napisać powieść, to nie jest tak, że mam jeden pomysł i na tym pomyśle już wszystko mam. Tak naprawdę mam objętość kilkuset stron i muszę czytelnika utrzymać przy uwadze. Więc na pewno ten jeden pomysł, z którym wyszedłem na początku to nie jest wszystko.
Tam trzeba cały czas utrzymywać pewien poziom ciekawości i myślę, że powieść to jest coś trudniejszego niż opowiadanie.
[38:24] - Ja myślę, że w ogóle to przekonanie, że powieść to jest rozdęte do granic opowiadanie jest całkowicie błędne, któremu mogą hołdować tylko ludzie, którzy to obserwują z zewnątrz. W rzeczywistości te dwie formy literackie zupełnie się od siebie różnią. Łączy je to, że są przekazywane słowem pisanym i to właściwie jedna z niewielu rzeczy, które je łączy. Ta dłuższa forma sprawiała ci jakąś trudność? Zostało napisane, w związku z tym, jeśli nawet, to przewalczyłaś. Ale interesuje mnie taka kuchnia literacka, czyli jak to było przy tym pisaniu?
[39:03] - Tak, zdecydowanie tom drugi sprawił mi dużo więcej burzy mózgu, myślenia nad tym, co chcę przekazać. Pierwszy tom pisze się też inaczej, bo tam dopiero zaczynamy, pokazujemy świat, a przy drugim trzeba być konsekwentnym, czyli chcę pokazać coś nowego, ale musi to też grać z wizją pierwszego tomu. Nie mogę nagle teraz odlecieć w innym kierunku. Już są pewne wątki i trzeba się ich trzymać i dokładać kolejne klocki. Więc zawsze łatwiej jest zacząć od początku. Dobudowywanie jest trudniejsze, ale tak to chyba powinno się odbywać, myślę, że to jest rozwój.
[39:41] - Są dwie metody budowania postaci. Albo buduje się ją na bazie własnych doświadczeń, własnych przeżyć, albo buduje się w kontrze. Jak Kaori Nakamura jest budowana przez ciebie? W kontrze, czy jest tam dużo kawałków ciebie w tej bohaterce?
[39:58] - Tak naprawdę i w kontrze, i nie w kontrze. W pewien sposób to jestem ja, ale też tak naprawdę to jest wytwór mojej fantazji. Także tutaj nie będę się doszukiwać i punktować, gdzie jestem ja, a gdzie nie. Jeśli ktoś chce się bawić w takie rzeczy, to może się doszukiwać, a ja nie będę tego zdradzać.
[40:17] - Okej, to jest zawsze prawo autora. To teraz dalej, jeszcze drążmy te wątki. Chciałem powiedzieć powieściowe, ale powieść mozaikowa. Gdzieś to się przewinęło. A co to jest ta powieść mozaikowa? I tu nie tyle chodzi mi o definicję, tylko o taki opis z twojej strony. Na pewno jak ktoś będzie bardzo ciekawy, to sięgnie sobie jak zwykle do internetu, bo tam najprościej i pewno te wątki znajdzie, kto kiedy o tym powiedział. Ale czym ta powieść mozaikowa jest dla ciebie?
[40:51] - Dla mnie powieść mozaikowa jest historią, w której na przykładzie Kaori Nakamury są różne śledztwa Ale świat, bohaterka, a nawet w pewien sposób te śledztwa powielają się, chociaż możemy mieć wrażenie osobnych historii. Ale jeżeli skończymy czytać je wszystkie, to widzimy spójność. Widzimy spójność tak jak mozaika - dokładamy elementy, budujemy obraz całości, ale on składa się z drobnych elementów i na tym polega dla mnie ta powieść mozaikowa. Dlatego zbiór opowiadań jest zbyt mało pojemnym określeniem, bo to jest zbiór tekstów. Najczęściej kojarzy się z tekstami, które nie mają ze sobą wiele wspólnego, a tutaj one mają tak naprawdę ze sobą bardzo wiele wspólnego.
[41:31] - To teraz dotkniemy takiej tematyki, którą ja nie wiem, czy bohaterowie tych spotkań, czyli autorzy, lubią, czy nie lubią, ale chciałbym zapytać o to, jak się konstruuje świat i dlaczego się wybiera taki świat, a nie inny. Twój świat jest, tak jak powiedzieliśmy, dosyć nieodległy, ale znajduje się daleko geograficznie od naszego miejsca, prawie na drugim końcu świata. W związku z tym pytanie pomocnicze: co cię w tej Japonii fascynuje, że skłonna jesteś nie tylko ją opisywać tak bardzo szczegółowo, czasami nawet, ale też umieścić tam swoich bohaterów? Czy to tylko pogoń, rozumiana w dobry sposób pogoń za dziwnością świata, jego egzotycznością, czy też to ma jeszcze głębsze podłoże?
[42:30] - Wiesz co, to jest moja taka gonitwa za Japonią. Ta fascynacja trwa już od wielu lat. Już kiedyś zresztą o tym opowiadałam właśnie w „Bibliotekarium” w Book Radio. Od wycieczki do biblioteki publicznej, gdzie znalazłam zbiór „Ballada o Narayamie i inne opowiadania”. Tak naprawdę mnie zafascynowała ta tajemniczość, która przebija z literatury, bo to jest tak naprawdę moja fascynacja literacka w głównej mierze, jeżeli chodzi o Japonię. Gdzieś tam też coś oglądam, słucham, przyglądam się, ale najbardziej właśnie literatura mnie fascynuje, bo jest zupełnie inna od tej, do której się przyzwyczaiłam. Do tej naszej tak zwanej zachodniej. Ona jest bardziej tajemnicza, bazuje na niedopowiedzeniach, na nieprzedstawianiu wszystkiego tak wprost czytelnikowi. Czytając książki japońskie mam wrażenie, że odkrywam inną cywilizację. To już też kiedyś mówiłam.
To jest pogłębiane. Niedawno czytałam „Kryminał 6/4” bodajże. To jest napisana książka przez dziennikarza śledczego, który zajął się pisaniem w tej chwili i on napisał taki kryminał o tym, jak działa japońska policja. Tak krok po kroku. Jak wygląda śledztwo, co trzeba robić. To jest naprawdę niezwykłe i zupełnie inne od tego, co my znamy. Nie chcę teraz streszczać tej książki, ale dla mnie to jest cały czas fascynujące. Cały czas odkrywam coś nowego. Ta fascynacja nie mija i może gdzieś to mnie tak napędza, że to jest coś zupełnie innego. Jakbym miała pisać książkę osadzoną w naszych realiach, nie wiem, czy miałabym tą parę, bo będąc tutaj mniej więcej jestem w tym i to mnie tak nie fascynuje jak coś, co jest dla mnie odległe i takie jeszcze nieodkryte do końca.
[44:12] - A jakbyś miała przedstawić główną bohaterkę jako koleżankę, jako osobę, którą komuś chcesz opisać, to jaką charakterystykę Kaori Nakamury byś dała?
[44:25] - Kaori Nakamura jest hipokrytką. Jest osobą, która krytykuje postęp i rozwój cywilizacyjny. Nie podobają jej się technologie, które ją otaczają, a z drugiej strony jakby idzie-
[44:40] - Chętnie z nich korzysta.
[44:41] - Chętnie z nich korzysta. Chodziło mi o to, żeby pokazać tutaj, że pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć, że jesteśmy tylko ludźmi i nawet jeżeli rozumiemy, że pewne rzeczy są złe, to mamy też swoje słabości, z którymi bardzo trudno nam się walczy. Szczególnie w świecie takim właśnie przyszłości. Pracując w policji to jest osoba, która spotyka się na co dzień z nieprzyjemnymi rzeczami i jest osobą samotną, więc mogłaby pójść w alkohol, w jakieś dziwne używki, żeby ochłonąć. A ona tak naprawdę wybiera przebywanie z bliskimi, których już nie ma, czyli z tymi hiperhologramami, żeby po prostu odnaleźć się w tym świecie, żeby mieć w kimś jakieś wsparcie, w kimś kogo wydaje jej się, że zna. Bo otaczając się na przykład hiperhologramem brata, który zmarł w dzieciństwie, to tak naprawdę jest twór obcy. Ona to w pewien sposób rozumie i czasami o tym mówi, że przecież ona go nie zna. Przecież to jest taki układ między nimi, że ona go traktuje jak brata, ale tak naprawdę ta iluzja jest tak silna i tak doskonała, że idzie w to, chociaż wkurza się na to też z drugiej strony, że wybiera to ponad życie. Te rozterki są cały czas, gdzieś tam żongluję tym, żeby pokazać, że to jest bardzo trudne być takim człowiekiem w takim świecie.
[45:53] - Wracając do tego świata, to u ciebie stosunkowo niewiele, być może na razie to, niewiele jest świata zewnętrznego. Mamy trochę wspomniane o Chinach. W pewnym momencie się tam pojawia wątek, ale generalnie mam wrażenie, że na przykład Europa, Stany Zjednoczone, one gdzieś tam są, istnieją, ale niewiele o nich wiemy, przynajmniej z perspektywy głównej bohaterki, przynajmniej z perspektywy tego świata, który zastajemy w opowiadaniach. I teraz pytanie, czy to jest zabieg, żeby w przyszłości ten świat nam pokazać, czy też on jako autorkę cię nie interesuje? Ta perspektywa cię nie interesuje.
[46:36] - Wiesz co, to kusi, żeby napisać coś takiego większego, z szerszą perspektywą, ale na razie wystarczy mi to, gdzie jestem, czyli Japonia. Pokazywanie tych relacji międzyludzkich, bo chyba to jest w tym wszystkim najważniejsze. Te relacje międzyludzkie. Nie chcę z tego robić jakichś takich geopolitycznych rozgrywek, bo to zaraz Mam wrażenie, odczłowieczy mi te postaci, bo ta rozgrywka wejdzie na wyższy poziom, a ja chcę się skupić na ludziach i pokazać, jak te technologie na nich wpływają, jak oni je odczuwają, co tu jest problemem, co może być korzyścią. To jest perspektywa zawężona, bliska, bo chodzi mi o relacje społeczne, a nie o międzynarodowe rozgrywki.
[47:16] - A jeśli miałabyś powiedzieć o bohaterce, o Kaori, nie tak recenzencko, że na przykład jest hipokrytką, ale tak jak o człowieku, to jakie dobre cechy tej bohaterki i złe. Żeby była równowaga.
[47:32] - Dobre cechy są takie, że ona podąża za sprawiedliwością. Robi to z pewnych powodów, ale nie chcę tutaj zdradzać. Jest bardzo obowiązkowa. Jeżeli zafiksuje się na jakiejś sprawie, to myśli o niej nieustannie, bo chce dojść do tego, co się wydarzyło, bo ją to męczy. To jej zakłóca życie codzienne, to myślenie o pewnych rzeczach. Chcę tutaj pokazać wyścig szczurów. Pojawiają się nowi policjanci, ona nie może odstawać, więc musi pracować jeszcze ciężej, musi im pokazać, jak to wygląda, obronić swoje stanowisko. Jest też krnąbrna w postępowaniu śledczym. Robi ruchy, których nie powinna robić. Czasami jest zbyt odważna.
Najpierw robi, potem myśli. Przez co kłóci się ze swoim komendantem Toshiro bardzo często, a nawet są takie konsekwencje, że zostaje zawieszona. Stara się, ale stara się na swój sposób. Jeżeli chodzi o złe cechy, to tak jak powiedziałam, ta hipokryzja i pójście w technologię trochę bez opamiętania. Dostaje pomoc z zewnątrz w drugim tomie, bo już widzą ludzie otaczający ją, że coś jest nie tak, że za bardzo w to idzie i ma to swoje konsekwencje prawne, że przesadziła w pewnym momencie.
[48:52] - Powiedz mi, dlaczego ty w ogóle pisujesz fantastykę naukową? Bo jak się przyjrzeć twoim książkom, twoim opowiadaniom, to równie dobrze mogłabyś pisać kawałki obyczajowe i też byłoby dobrze. Niemniej jednak widać, że ciebie ciągnie w kierunku fantastyki naukowej. To może trochę powiedzmy o tym i też o historii, skąd ta fantastyka naukowa się w twoim życiu wzięła.
[49:19] - Czasami sobie o tym myślę, że gdyby wydać tę książkę w Japonii i przetłumaczyć, to być może nie byłaby w ogóle uznana za książkę science fiction, tylko za powieść obyczajową z jakimiś technogadżetami. Myślę, może nie tylko w Japonii, ale i w innych krajach. Jednak mi zależy na tym, żeby pokazywać te technologie i czasami pokazać technologie, których nie ma. I jest to jakiś mój odlot, bo wydaje mi się, że pisanie fantastyki pozwala wyrwać się bardziej z oków niż pisać powieści obyczajowe czy kryminały po prostu takie, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Tutaj jest więcej możliwości. Można pofantazjować, pomyśleć, jak byśmy zareagowali na to, a jak na to. Jest większe pole manewru. I to mi się podoba w tym pisaniu, bo nie widzę tutaj granic, do których mogę dojść i stwierdzić OK, dalej nie mogę iść, bo wyjdę poza obyczaj albo klasyczny kryminał. Pewnie wynika to z moich zainteresowań, czyli tak naprawdę powieści science fiction, w ogóle fantastyka, Klub Fantastyki „Maskon” prowadzony swego czasu przez Tadeusza Krajewskiego. Wyrosłam na fantastyce i nie wyobrażam sobie teraz pójść w innym kierunku, bo to jest mój świat i z tego świata nie chciałabym wyjść.
Chociaż co mogę powiedzieć, kiedy rozmawia się z różnymi wydawcami na temat wydania audiobooka albo nowej powieści. Bardzo przykre jest to, że osoby odpowiedzialne za rozmowy z potencjalnymi autorami sugerują: „Wiesz co, jeżeli chcesz zarabiać na pisaniu, to zacznij pisać książki dla dzieci albo kryminał. Nas fantastyka nie do końca interesuje”. Wydaje mi się, że w Polsce może wydawcy nie do końca potrafią zareklamować fantastykę jako produkt, żeby mogła wybić się trochę dalej niż poza to wąskie grono, które ponoć się kurczy, bo według danych Biblioteki Narodowej sprzed kilku dni niestety czytelnictwo fantastyki polskiej spada bardzo i to jest niepokojące.
[51:16] - OK, ale jeszcze była druga część pytania. Częściowo tylko na nią odpowiedziałaś. Ja doprecyzuję. Mówiłaś o Klubie Fantastyki „Maskon”, więc wiemy, skąd to zafascynowanie. Ale jeśli bym zapytał o fantastykę w twoim życiu, fantastykę naukową, to jakie tytuły się pojawiły w młodości. Nie te bieżące.
[51:38] - W młodości niewiele czytałam fantastyki naukowej, bo wtedy czytałam bardzo dużo grozy i bardzo dużo powieści fantasy. A fantastyką naukową, to zaczęłam się tym interesować dopiero później. To jest moje późniejsze zainteresowanie. Można coś takiego powiedzieć. Pierwsze moje teksty, z którymi się mierzyłam literacko, to też były powieści, bardziej groza. Groza pomieszana z obyczajem, osadzone w Japonii, czyli „Obon Matsuri” publikowane w „Fantastyce”, a później „Żagle na horyzoncie”. To już była bardziej groza, science fiction skręcające ku grozie. Były próby w okolicy strachu, czyli próby pisania grozy, ale mi to nie do końca leżało. Ja się nie czułam w tym nurcie, żeby pisać grozę. Są inni, którzy robią to o wiele lepiej, ciekawiej i dałam sobie spokój.
A gdzieś przy Kaori odnalazłam się w pisaniu science fiction i tu się naprawdę czuję. Czuję się dobrze w tym, co piszę i czuję, że to będzie długa przygoda, że to nie ma końca, że ja się tutaj nie wyczerpuję, a wręcz przeciwnie, że im dalej piszę, tym więcej mam pomysłów. Jak tutaj coś przedstawić, jak pokazać coś fajnego czytelnikowi. Science fiction to jest taka mnie jako człowieka dojrzałego już bardziej fascynacja, bo wcześniej klasyczna fantasy bardziej pociągała.
[52:56] - Ty jesteś również propagatorką literatury japońskiej, w każdym razie dalekowschodniej. Piszesz o tym, mówisz o tym, piszesz chociażby na swojej stronie. To zareklamujmy od razu.
[53:08] - Tak, polecam. MartaSowiecka.pl. Na stronie publikuję teksty publicystyczne, które ukazały się w różnych czasopismach. Chociaż ten dorobek jest naprawdę niewielki w tej chwili. Nie publikuję tam wszystkiego, co pisałam, bo chciałabym, żeby to była tematyczna strona, ale też publikuję recenzje książek autorów z Dalekiego Wschodu. Bo nie tylko Japonii, ale też z Korei Południowej, mają świetne autorki. Już od jakiegoś czasu przestałam, bo przyznam szczerze, że bardzo dużo innych rzeczy piszę i te recenzje mi uciekają. Z drugiej strony publikuję je na przykład w „Nieznanym Świecie” i muszę trochę odczekać, żeby móc je opublikować na swojej stronie. Jeżeli ktoś chciałby zajrzeć, to zapraszam serdecznie na stronę.
[53:51] - Tak, ale wykorzystajmy twoją obecność tutaj, żebyś nam troszeczkę autorów z Dalekiego Wschodu poleciła. Przynajmniej kilku. Jeśli państwo chcecie mieć większy przegląd, to zapraszam jeszcze raz na stronę Marty. Tam można o literaturze dalekowschodniej poczytać. A teraz, Marto, przynajmniej dwa, trzy nazwiska takich pisarzy, autorów, którzy jakoś szczególnie cię zafascynowali, a może tylko zwrócili uwagę.
[54:19] - Tu chyba nawet możemy porozmawiać o jednej książce. Chciałabym powiedzieć o książce Edogawy Ranpo, czyli „Gąsienica”. To jest bardzo dziwny zbiór opowiadań, chyba najdziwniejszy zbiór w tym sensie, że pokazuje japońską dziwność myślenia.
[54:34] - Ja od razu przypomnę, że tydzień temu mogliście państwo w „Bibliotekarium 2.0” wysłuchać relacji z Targów Poznańskich, z Targów Książki. W czasie tej relacji poznaliście państwo nie tylko wydawnictwo, które tę prozę wydaje, ale również ludzi, którzy przy jej wydaniu, przetłumaczeniu, przy jej tłumaczeniu ludziom, czyli opisywaniu tej rzeczywistości brali udział. Teraz już ci oddaję głos.
[55:06] - Tak, to jest jedna z takich książek, które naprawdę mną w pewien sposób wstrząsnęły, bo to jest książka, która pokazuje ludzi, z którymi nie chcielibyśmy mieć do czynienia. To są historie o potencjalnych mordercach, którzy snują potencjalne zbrodnie i być może je realizują, być może nie. I jest to zajrzenie do ich umysłu i zobaczenie, jak oni sobie to wyobrażają. A też wydaje mi się, że ta książka to jest taki uśmiech do czytelnika, bo Japończycy mają taką... Jak by to powiedzieć? Dążenie do perfekcji jest czymś, do czego dążą. Czyli nawet jak jestem sprzedawcą w konbini, w zwykłym sklepie, o czym pisała autorka „Dziewczyna z konbini” Sayaka Murata, to chcę być w tym dobra, najlepsza. Chcę być najlepszym sprzedawcą. I tutaj też oni chcą być doskonałymi mordercami i dokonać zbrodni doskonałej. I mam wrażenie, że to wynika z poczucia perfekcyjności.
Druga książka, którą bardzo lubię i do której wracam, to jest Yoko Ogawa „Grobowa cisza, żałobny zgiełk”. Też książka z pogranicza grozy, chociaż poprzednia była bardziej groza, kryminał. Tutaj mamy do czynienia z grozą, ale powiedziałabym, że to jest książka dla miłośników weird fiction, czyli grozy nieoczywistej, bo są to dziwne opowieści o dziwnych ludziach. Na przykład jest opowiadanie o kobiecie, która co roku przychodzi do cukierni po tort dla syna na urodziny. Zawsze się zastanawia, głowi, który wybrać, po czym wraca do domu i dowiadujemy się, że ten syn już od lat nie żyje, a ona kupuje ten tort i w ten dzień rozmawia z tym synem. Siedzi przy torcie, którego nie je. On później leży na stole i gnije. Coś się za tym dalej idzie i idzie.
[56:49] - Przegnębiające, mówiąc szczerze.
[56:51] - Tak, to jest bardzo przegnębiający zbiór, bardzo niepokojący w ogóle, bo tam są różne dziwne sytuacje. Ale o co chodzi? Chodzi mi też o konstrukcję tego zbioru. To jest coś, co zrobiła też Aleksandra Bednarska w swojej najnowszej książce „Brudne sprawki wujaszka Hana”. Czyli każde opowiadanie jest z pozoru o czymś innym, ale tak naprawdę ci bohaterowie się przeplatają, tylko raz są na przykład w głównej roli, raz pojawiają się jako postać trzecioplanowa, a raz są tylko wzmianką. I tak ci bohaterowie gdzieś przepływają przez wszystkie teksty, ale one tak naprawdę są o czymś innym. I chodzi tutaj o pokazanie perspektywy, że w tym tekście ktoś jest czyimś wujkiem, a w tym tekście jest sąsiadem. I to jest pokazanie, że ludzie tak naprawdę noszą maski i nigdy tak do końca nie wiesz, kto jest kim, bo są tak różnymi postaciami dla różnych osób, jak w teatrze, że cały świat to jest taki teatr. I takie książki bardzo mi się podobają, bo one dają do myślenia. Ale nie to jest założeniem historii.
Historie są o czymś zupełnie innym, ale z tego wypływają takie dziwne myśli. I to jest, mam wrażenie, na potęgę to doszukiwanie się prawdy o osobie, czyli kim ktoś jest naprawdę. I wydaje mi się, że te wszystkie próby mają pokazać to, że my się nigdy nie dowiemy, kto jest drugą osobą, o czym ona tak naprawdę myśli, że to jest coś, czego nigdy się nie dowiemy.
[58:16] - To powtórzmy jeszcze raz ten tytuł.
[58:19] - „Grobowa cisza, żałobny zgiełk” Yoko Ogawa.
[58:22] - I drugi.
[58:23] - Ranpo Edogawa „Gąsienica”.
[58:26] - Teraz chciałbym zadać takie oczywiste pytanie: jakie są plany naszego gościa? Bo był zbiór opowiadań „Algorytm życia”, jest powieść mozaikowa „Cindogu”. Chyba dobrze to wymawiam.
[58:40] - Tak.
[58:41] - Ćwiczę. Jak państwo zauważyli, jest duży postęp. Jeszcze kiedy polecałem państwu książkę Marty, to było trzy tygodnie temu albo dwa tygodnie temu, to miałem duże kłopoty z tym tytułem. Teraz już idzie ku dobremu. Ale pytanie o plany. To następna będzie powieść?
[59:00] - Myślę, że tak, że następna będzie powieść, ale kiedy to będzie naprawdę tego nie wiem. Dopiero co właściwie skończyłam niedawno pracę nad drugim tomem i w tej chwili też piszę opowiadanie, o którym za dużo nie chcę mówić, bo obiecałam wydawcy, że nie będę się tym jeszcze chwalić na tym etapie. Pewnie będę myślała o powieści, ale na razie to są dopiero plany. Jeszcze żadnej konkretnej wizji nie mam. To się na razie kłębi z tyłu głowy, ale jeśli będzie to kolejna książka, to na pewno będzie to już powieść.
[59:32] - Ale rozumiem, że ten świat zostanie zachowany. Futurystyczna Japonia i te klimaty, które do cyberpunku nas wciągają, wpychają.
[59:42] - Powiedzieć na 100% nie mogę, bo nie chcę, ale z dużym prawdopodobieństwem mogę powiedzieć, że tak.
[59:50] - Jeśli zbliżamy się do końca audycji, to chciałbym zapytać również o jakiś przekaz dla słuchaczy. To nie musi być zaraz jakieś wystąpienie natury polityczno-propagandowej. Żarcik taki może nieudany, ale bardziej pytam o takie jakieś literackie zapatrywania, literackie plany. Już nie te pisarskie, tylko takie ogólne, związane z tym, w jakim kierunku będziesz podążać, jakie rzeczy będziesz zgłębiać, co cię tu i teraz fascynuje.
[01:00:25] - Wiesz co, odpowiadając na pytanie, które nie jest pytaniem, czyli zachęcić czytelników do czytania, powiem tak, że książki bez czytelników nie żyją, więc po prostu czytajcie fantastykę, sięgajcie po fantastykę i nie skreślajcie jej dla romansów i kryminałów, które są teraz najpoczytniejsze według raportów, bo one nie dadzą wam tego, co da wam fantastyka, czyli pozwoli wam się wyrwać ze znanego świata i gdzieś zapuścić się w nieznane.
[01:00:53] - Chociaż ty tak naprawdę zupełnie chciałem powiedzieć, że nie zrezygnowałaś, a właściwie od początku w tym kierunku szłaś, czyli w kierunku kryminału, czyli częściowo zupełnie realizujesz to zalecenie jednego z wydawców, żeby się zająć kryminałem. Bo jak napiszesz powieść kryminalną dziejącą się w futurystycznej Japonii, to właściwie gdzieś już przynajmniej w ten rynek kryminału czy powieści sensacyjnej dotkniesz tego rynku.
[01:01:22] - Wiesz co, być może dotknę, ale nie jestem pewna, czy dalsza część zapowiedzi na książce, czyli cyberpunk i science fiction zachęci osoby, które czytają tylko kryminał, bo jednak ludzie siedzą w swoich bańkach, ciężko ich z nich wyrwać. Nie wiem. Być może ktoś się odważy i będzie zaskoczony, a być może ktoś się odważy i w ogóle się odbije od tego. Także nie wiem, jak to jest. Ja nie znam tego rynku, bo mój rynek to jest fantastyka. W ogóle mój świat to jest fantastyka i ja operuję na tym obszarze. Nie wiem, jakby to było, jakby ktoś, kto czyta tylko kryminały, sięgnął po książki o Kaori.
[01:01:56] - Zapowiadałem właściwie koniec rozmowy, ale w pewnym momencie pojawił się wątek, który wydaje się niezwykle interesujący. Te bańki czytelnicze. Czy to naprawdę jest tak, przynajmniej z twojej perspektywy, że dzisiaj ludzie po prostu podejmują w pewnym momencie decyzję: to czytam, tego nie czytam i nawet nie chcę wiedzieć, co tam jest. Naprawdę to tak wygląda?
[01:02:21] - Czasami tak. Wiesz co, mogę ci tutaj przytoczyć przykład z konwentu w Lublinie, na którym niedawno byliśmy. Fancon z Wydawnictwem Dziewięć i pojechaliśmy tam z premierą „Cindogu”. Okładka, jeśli ktoś chce zobaczyć, o co chodzi, to proszę sobie zobaczyć. Pojechaliśmy właśnie z „Cindogu”, bo to był konwent, który był dedykowany osobom lubiącym Japonię, lubiącym mangi, anime, właśnie takie tematy. I stwierdziliśmy, że to będzie dobre miejsce, żeby zaprezentować książkę, której akcja dzieje się w Japonii. Pojechaliśmy tam i okazało się, rozmawiając z młodzieżą, bo w dużej mierze była tam młodzież, że oni w ogóle książek nie czytają, bo oni czytają tylko mangi. Ich książki nie interesują. Śmiali się do nas, machali, mówili, że dzięki, ale my idziemy w komiksy. I trochę ten konwent wyglądał jak konwent w konwencie, czyli było grono czytelników, które też się u nas pojawiło, ale było też grono ludzi, tak zwanych cosplayerów, czyli ludzi poprzebieranych, którzy tak naprawdę chcieli się bawić w swoim gronie przebierańców.
Nie mówię, że to jest coś złego. To jest po prostu inna forma spędzania czasu na takich zlotach fantastycznych. I oni byli zafiksowani na sobie, swoim świecie, właśnie na mangach, na filmach. I jedna jedyna dziewczyna mi się trafiła, z którą rozmawiałam i przegadałyśmy sobie naprawdę dużo czasu, która bardzo lubi mangę, bardzo lubi anime i była w stanie ze mną porozmawiać właśnie o japońskich książkach. Wymieniła mi większość tytułów, właśnie „Tajfunów”. Opowiadałam jej o wydawnictwie Kirin, bo była bardzo chłonna i bardzo ciekawa tego, że jeszcze są jakieś książki japońskie, których nie zna, bo ona to wszystko czyta i bardzo się na to cieszy. Ale pozostałe grono, większość niestety nie była zainteresowana. Mieli swój świat mang i właśnie książki ich nie interesowały, więc myślę, że z ludźmi trochę tak jest. Jeżeli coś wybieram, coś czytam, to ciężko się przełamać, żeby sięgnąć po coś innego. Niestety te bańki chyba nie są taką wcale fikcją.
[01:04:14] - Kiedy jeszcze przed rozpoczęciem audycji rozmawialiśmy o współczesnych technologiach, to musiał się pojawić temat właściwie wałkowany w „Bibliotekarium 2.0” dosyć często. To powałkujmy go troszeczkę. Temat sztucznej inteligencji. To w kontekście twoich książek i tego, co się dzieje ostatnimi czasy, wydaje się szczególnie aktualne. To jakbym cię zapytał o sztuczną inteligencję i o to, jak ona wpłynie na nasze życie w najbliższym czasie, to co byś mi powiedziała?
[01:04:48] - Całe to zamieszanie wokół Chata GPT i tak dalej. Ja do końca za tym nie jestem, bo w pewnym sensie dla grona artystów, powiedzmy, że patrzę na to spod punktu widzenia artystów, czyli na przykład grafików. Niedawno w Fantastyce był wywiad z grafikiem znanym z okładek wydawnictwa MAG, czyli Dark Crayon i dla niego sztuczna inteligencja jest narzędziem, które przyspieszy, usprawni mu pracę, pozwoli mu na realizację projektów, na które nigdy nie miał czasu, bo wymyślił sobie wizję bohaterów owadów czy coś takiego. Mówił, że to jest projekt, który siedzi mu w głowie, ale nigdy na to nie znajdzie czasu. A teraz będzie miał czas, żeby zrealizować coś takiego. Ale takich osób, które posłużą się tym jako narzędziem i może będą bardziej wydajni, będą robić fajniejsze rzeczy, będzie pewnie niewiele. Większość skorzysta z tego, może nie będzie wiedziała do końca, o co im z tym chodzi, może się tym znudzi. Ale niebezpieczne jest to, że może być taka inteligencja samoucząca się wykorzystana do zastąpienia nas w jakiś sposób w pewnych aspektach. Jeszcze nie wiem, w jakich zawodach. Może doradców prawnych, może księgowych.
Trudno mi powiedzieć, ale czuję takie zagrożenie. Nie tylko ja czuję, bo też mój partner Erwin. On jest programistą i też już w pracy zasugerowano, żeby korzystali z tego Chata jako narzędzia, żeby się uczyli z niego korzystać. Czy za tym długoterminowo nie idą zwolnienia? Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że mamy się czego bać i do tych wszystkich problemów o globalnym ociepleniu, o takim przeludnieniu dochodzi widmo, które będzie nad nami wisiało i nie będziemy wiedzieli, co z tym dalej zrobić. Czyli coś, co szybko się uczy. Andrzej Dragan teraz o tym mówił w rozmowie, że ta sztuczna inteligencja w tej chwili ma poziom ośmiolatka, ale rozwiązuje zagadki logiczne, które czasami może studenci szybko rozwiązują, ale na pewno wolniej. Ale młodzież, dzieci w ogóle nie mają szans, żeby rozwiązywać takie zagadki, jakie ona w tej chwili rozwiązuje na takim wczesnym etapie, więc to jest niepokojące. Mam nadzieję, że to się nie rozwinie, że może z tego zrezygnujemy, ale to pewnie jest naiwne myślenie.
[01:07:07] - Ja szczególnie obawiam się drugiej części wypowiedzi Dragana, w której mówi, że bardzo szybko, za kilka lat ona osiągnie poziom geniusza. Ona, czyli sztuczna inteligencja, poziom geniusza. I nawet mówi o tym, że nie sądzi, żeby ta sztuczna inteligencja specjalnie chciała nas wyniszczyć. Ale człowiek podbijający różne kontynenty też nie chciał wyniszczyć wielu gatunków, a zrobił to niejako przy okazji i to wydaje mi się dosyć niepokojąco brzmieć. Czy takie wątki mają szansę pojawić się w twojej twórczości?
[01:07:45] - Takie wątki właściwie już się poniekąd pojawiły w pierwszym tomie „W algorytmie życia”. Nie chcę mówić, w którym tekście, bo może czytelnicy sięgną z ciekawości, ale tak w ogóle takie wątki w książkach mnie fascynują. Taki wątek był poruszony u Petera Watsona w trylogii Rifterów w „Behemocie”, w „Rozgwieździe” i już nie pamiętam trzeciego tomu, ale właśnie tam było coś takiego, że dajemy jako ludzie sztucznej inteligencji prawo wyboru, bo ona jest bezstronna i zadecyduje za nas, nie będzie podatna na wpływy i takie rzeczy. I okazało się, że ją też można oszukać, też jej coś zasugerować i dokonała wyborów, jakich dokonała, gdzie postawiła na mniejszą grupę względem ogromnej grupy ludzi. I to było przerażające, ale z drugiej strony zimno logiczne i czemu nie? I właśnie tak. To, co mówisz, jest niepokojące, że my przy okazji przez przypadek możemy zostać gdzieś w tyle nagle i się obudzić, jak będzie za późno.
[01:08:39] - Dzięki ci Marto za spotkanie dzisiejsze. Jeszcze raz przypomnę. Czytajcie państwo „Algorytm życia” to pierwsza książka i czytajcie „Qing dogu. Chyba się udało”. Drugi tom. Powieść mozaikowa. Dwa teksty, które trudno nazwać tak naprawdę osobnymi opowiadaniami, bo tak jak autorka powiedziała, przenikają się. Cóż, miłej lektury państwu życzę.
[01:09:04] - Dziękuję.
[01:09:06] - Proszę państwa, nie pozostaje nic innego, jak sięgać po książkę, sięgać do komputera, do internetów i zamawiać. Książka jest naprawdę fascynująca. Oczywiście trzeba lubić tę tematykę, trzeba się ekscytować. Jeśli ktoś jest miłośnikiem zupełnie innych klimatów, to tej książki nie polubi. Ale to błąd. Bardzo duży błąd moim zdaniem. Ja nie ukrywam, miałem tę przyjemność, tę okazję czytywać zarówno pierwszy tom, jak i drugi. I powiem państwu, że człowiek wsiąka w ten świat, przyzwyczaja się do bohaterki. To nie jest milusia, fajniusia bohaterka, która żyje bezproblemowo i tropi przestępców. Powiedziałbym nawet, że wręcz przeciwnie, ale to sprawia, że ta bohaterka jest prawdziwa.
Zresztą usłyszeliście państwo i myślę, że to, co powiedziała Marta Sobiecka, to jest najlepsza reklama, więc ja już właściwie tutaj ględzę niepotrzebnie, więc zajmę się tym, czym powinienem się zająć w audycji, czyli zapowiedzeniem następnej części. A w następnej części pamiętacie państwo, w zeszłym tygodniu obiecałem rozmowę o prawie autorskim, bo wśród nas, wśród słuchaczy „Bibliotekarium 2.0” są ludzie, którzy pisują. Czasami pisują opowiadania, czasami pisują dłuższe utwory. I tak to się w życiu plecie, że bardzo często ludzie, którzy coś napisali, wysyłają swoje dzieła, swoje wytwory do wydawnictw i czasami
[01:10:53] - To już w ogóle moment szczęśliwości. Zdarza się tak, że wydawnictwo odpowiada: „Tak, jesteśmy zainteresowani, podpiszmy umowę”. Wydawać by się mogło, że to jest spełnienie wszelkich marzeń i znam bardzo wiele takich sytuacji. Autor wtedy podekscytowany, rozentuzjazmowany pędzi i chce podpisać tę umowę. Jest cały happy. I właśnie powinien w tym momencie uważać, bo okazuje się, że niektórzy wydawcy świadomie, niektórzy nie do końca świadomie, ale zastawiają różnego rodzaju pułapki, czasami na autora, a czasami na samych siebie. W związku z tym zapraszam państwa na rozmowę z Krzysztofem Lewandowskim, dyrektorem generalnym ZAiKSu oraz z doktorem Piotrem Lewandowskim, radcą prawnym z kancelarii MCG Małecki, Chmielowski, Grajzer. Cóż, porozmawiajmy o prawie autorskim. Szanowni panowie, jest tak, że następuje moment, kiedy autor jest szczęśliwy. To jest ten moment, kiedy podpisuje umowę z wydawcą i w tym momencie to chyba wszyscy są szczęśliwi.
Wydawca właśnie złapał autora. Autor jest szczęśliwy, bo za chwilę jego dzieło stanie się własnością publiczną. Ludzie będą mogli to przeczytać. Ale to jest taki moment kluczowy, kiedy zbliżamy się do podpisania umowy. Diabeł tkwi w szczegółach, a w umowach prawniczych to już na pewno. I na co taki autor, szczęśliwy, powinien zwrócić uwagę?
[01:12:31] - Myślę, że na początku można by powiedzieć tak: umowa może być krótka. Umowa może zawierać przedmiot umowy, czyli co autor ma napisać, jaki ma mieć charakter ta publikacja, co wydawca może z tym dziełem zrobić, czyli wydrukować w jaki sposób i jakie za to należy się wynagrodzenie. Bo tak na dobrą sprawę przepisy prawa, przepisy ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, a także kodeks cywilny mogą przesądzić o wszystkim, pomimo tego, że strony się nie umówią. Czyli że prawo ureguluje stosunki między nimi generalnie bez względu na to, czego nie zawrą w umowie. Oczywiście jest tak, że te umowy stają się coraz bardziej rozbudowane. Wydawcy próbują zabezpieczyć swoje prawa i swój sposób funkcjonowania na rynku. Zresztą być może jest nawet takie oczekiwanie, żeby umowa regulowała jak najwięcej. Wtedy pojawiają się pewne problemy.
[01:13:52] - Przede wszystkim musimy zwrócić uwagę na to, jaką umowę zawieramy. Prawo autorskie przewiduje dwa rodzaje: przenoszące autorskie prawa majątkowe lub udzielające licencji. Jeśli przeniesiemy te prawa, autor nie będzie miał już możliwości dalszego dysponowania utworem. Po drugie to są pola eksploatacji, czyli te sposoby, na które ma być to dzieło wykorzystywane. Może być tak, że my przeniesiemy prawo do wydania na przykład książki, ale już nie do jej ekranizacji.
[01:14:29] - Musimy pamiętać, że te pola eksploatacji, które są w ustawie o prawie autorskim w artykule 50, to są pola rodzajowe. Czyli autor powinien dbać o to, żeby były te pola wyraźnie, nie tak jak w ustawie prawniczym językiem, ale mogą być opisane po ludzku, tak jak w danej branży się funkcjonuje, czyli wydanie w postaci książkowej. To powinno być tak wyraźnie opisane i to jest wystarczające. Natomiast ten drugi rodzaj umów, o których wspomniał doktor, czyli umowy licencyjne. Czym są?
[01:15:09] - Są tylko udzieleniem zgody na korzystanie przez określony czas z tych praw. Czyli na przykład wydawca dostanie prawo, żeby przez pięć lat książkę wydawać, ale nie będzie miał tych praw. Czyli po tym okresie pięciu lat te prawa znowu twórca będzie mógł wydawać. Znowu będzie mógł udzielić kolejnemu podmiotowi albo przenieść, jeżeli stwierdzi, że-
[01:15:34] - Czyli warto, aby autor zwrócił uwagę, jak to jest zapisane. Bo jeśli mamy sformułowanie: „autor przenosi autorskie prawa majątkowe”, to wiadomo, że to nie on będzie dalej dysponował prawem do swojego dzieła na tych polach eksploatacji wymienionych. Jeśli będzie sformułowanie: „Zezwala na wykorzystanie utworu w taki i taki sposób przez taki i taki okres”, to wtedy panuje nad tym utworem. To prawo do niego wraca. Istotnymi elementami umowy będą też te kwestie, które regulują na bieżąco stosunki z autorem, czyli kiedy autor ma złożyć dzieło, żeby to było realistycznie opisane czasem. Dalej są te kwestie związane z przyjęciem dzieła, czyli oceną, kiedy wydawca zapoznaje się z dziełem i może się wypowiedzieć wobec autora, czy dostał to, co zamówił, czy nie za grube, czy nie są tam jakieś wątki albo stwierdzenia, które naruszałyby prawo powszechne i nie powinny być publikowane, bo wydawca mógłby również odpowiadać za te kwestie. Jak również dla autora istotny będzie także termin rozpowszechnienia dzieła. Czyli?
[01:16:56] - Czyli czas, w którym wydawca powinien tę książkę wydać i puścić ją w obieg. Bo od tego momentu płyną dla autora pewne uprawnienia, bo jeżeli dzieło nie zostanie rozpowszechnione, to twórca ma możliwość odstąpienia od tej umowy. Czyli skoro umawiamy się na to, że dzieło ma trafić do opinii publicznej, do obiegu publicznego, to jeżeli nie trafi, doszło do pewnego naruszenia tej naszej umowy.
[01:17:31] - I z ustawy autor, chociaż nie muszą być opisane już w umowie, ma prawo wyznaczenia dodatkowego terminu odstąpienia od umowy. Istotne też mogą być, w zależności od rodzaju dzieła, szczególnie w tych dziełach bardziej skomplikowanych, wykonywanie prawa do nadzoru, czyli opisanie w umowie, najlepiej ustalenie, w jaki sposób ten nadzór autorski będzie wykonywany. Że autor ma prawo fizycznego brania udziału, że autor ma taki czas wyznaczony, który pozwoli na weryfikację czy to, co złożył wydawca, to jak opracował, jak dołożył grafiki, jak edytorstwo całe opracował, żeby autor mógł wyrazić pogląd na ten temat, czy to jest to, co zabezpiecza jego idealne interesy.
[01:18:28] - Z takich istotnych kwestii, na które można by tu jeszcze zwrócić uwagę, myślę, że jest problem praw zależnych, bo na to często autorzy nie zwracają uwagi. Istotny szczegół: prawa zależne, czyli prawa do opracowań dzieła. Często w umowach i wydawniczych, i związanych z muzyką następuje przeniesienie praw zależnych. Co to oznacza? Że jeżeli powstaje opracowanie dzieła-
[01:18:54] - Na przykład tłumaczenie.
[01:18:55] - Tak. To już nie twórca decyduje o tym, czy to tłumaczenie będzie dalej rozpowszechnione, bo jeśli przeniósł prawa zależne na wydawcę, to wydawca będzie decydował. Czyli znowu tracimy pewną kontrolę nad naszym dziełem.
[01:19:08] - I wbrew pozorom, chociaż z punktu widzenia autora najistotniejsze może wydawać się wynagrodzenie, określenie tego wynagrodzenia, to wynagrodzenie określone powinno być na samym końcu, bo ono autorowi należy się na pewno. Gdyby nawet nie było ustaleń co do wynagrodzenia w umowie, żadnych, to samo prawo przesądza, że autorowi należy się to wynagrodzenie, a jego ustalenie może nastąpić po wydaniu dzieła. Z tym że wtedy w gorszej nieco sytuacji jest wydawca niż autor. Dlatego wydawcy dążą do tego, autorzy nieświadomie, żeby wiedzieć, ile za to dostaną, dążą do tego, żeby wynagrodzenie zostało w umowie wyraźnie opisane.
[01:19:58] - Wybaczcie panowie, ale ja jednak zadam pytanie z gatunku naiwnych, aczkolwiek myślę, że znaczących dla autorów. Powiedzieli panowie o dwóch możliwościach, czyli o przeniesieniu praw oraz o licencji. Już różnicę panowie podali taką wstępną. Natomiast co się z punktu widzenia autora bardziej opłaca i w których momentach decydować się na jedno, a w których można zdecydować się na drugie?
[01:20:26] - Myślę, że to zależy od sytuacji.
[01:20:30] - I od rodzaju dzieła.
[01:20:31] - Od rodzaju dzieła. Jeżeli mamy do czynienia z twórcą nieznanym, który dopiero rozpoczyna karierę, to myślę, że tutaj zdecydowanie wydawcy na pewno będą dążyli do tego, żeby to była umowa o przeniesienie. Ale czy jest to korzystne?
[01:20:51] - Przeważnie korzystne dla autora to nie jest. Chociaż możliwa jest taka konstrukcja umowy, że właścicielem praw autorskich, czyli decyduje o dalszym rozporządzaniu tym dziełem. Co istotne, bo taki jest skutek. To nie autor będzie decydował o nowych wydaniach, tylko generalnie wydawca może decydować także o tym obszarze praw zależnych. Możliwa jest taka konstrukcja, że właścicielem praw jest wydawca, ale autor od wszystkich dalszych rozpowszechnień ma określone wynagrodzenie. I często tak wielcy wydawcy działają, że stają się właścicielami, natomiast zapewniają autorowi od całej eksploatacji ustalone w umowie wynagrodzenie. Ale zawsze lepiej. Przykładem może być, z tego, co mi wiadomo, autorka najpopularniejszego zagranicznego dzieła i podobno najbogatsza kobieta świata, J.K. Rowling, która prawdopodobnie nigdy na nikogo nie przeniosła swoich praw. Sama zarządza tymi prawami, udziela zezwoleń, jak widać na różnych terytoriach na całym świecie, na wydawanie książek przez określony czas, w określonych warunkach i panuje nad swoją twórczością.
I warto, aby autorzy, jeśli mogą, dbali o to, aby w umowie było wpisane, że zezwala na jednorazowe wydanie albo zezwala na wydawanie swojego dzieła przez okres trzech lat. Żeby to było zezwolenie. Wyraża zgodę. To jest to samo, bo licencja to jest nic innego jak zezwolenie. Może być różnymi słowami opisane. Tak samo przeniesienie autorskich praw może być opisane, na co warto zwrócić uwagę, innymi słowami. Nie musi być „przenosi autorskie prawa”, może być „przenosi prawa do rozporządzania i korzystania swoim dziełem”. Będzie to równoznaczne z tym stwierdzeniem. Czasami takimi kruczkami również próbuje się autora złapać na haczyk.
[01:23:11] - Podali panowie kilka, że tak się wyrażę, pułapek, które mogą wydawcy, od razu podkreślę, że wydawcy to nie jest samo zło, ale jednak, że wydawcy mogą próbować różnych sztuczek. To ja proponuję panom, pójdźmy tą drogą. Jakie jeszcze, z punktu widzenia autora, niekorzystne zapisy w umowie mogą się znaleźć? Na co należałoby zwrócić uwagę?
[01:23:37] - Myślę, że te najistotniejsze to pewnie wymieniliśmy. Na pewno wszystko to, gdzie autor czegoś się będzie zrzekał. Czasami czegoś zrzec się nie może autor, a wydawca czy korzystający, nie zawsze wydawca, wpisuje. Wiadomo, że zrzeczenie się praw osobistych jest nieskuteczne, więc takie zapisy mogą przekonywać autora, że już nic nie może. Tymczasem on ma to prawo przypisane i ono tak długo trwa, jak trwa dzieło. Nie tylko jak autor żyje. Ono trwa razem z tym dziełem, bo nie gaśnie w czasie. Dopóki dzieło jest, to te prawa mogą być wykonywane przez innych, przez najbliższą rodzinę. Spadkobiercy mogą być wykonywane, więc zawsze należy zwrócić uwagę. Autor powinien zwrócić uwagę na to, jeśli gdzieś w umowie jest: „zrzekam się”.
Na pewno to wymagałoby konsultacji, zastanowienia się albo konsultacji z prawnikiem, czy to jest dla mnie korzystne.
[01:24:46] - Mam do panów jeszcze takie pytanie. Ostatnimi czasy jest tak, że właściwie to jest pytanie o spadkobierców, bo ostatnimi czasy dowiadujemy się, że gdzieś za granicą na przykład przerabia się dzieła Dahla, przerabia się dzieła Marka Twaina. Jak to reguluje polskie prawo? Czy rzeczywiście może być tak, że dzieło, które powstało jakiś czas temu, z punktu widzenia autora przestaje już być właściwie jego dziełem, ponieważ wprowadza się tam jakieś zapisy, które są może zgodne z tendencjami obecnie panującymi, ale nie były zamierzeniem autora. Decydują o tym spadkobiercy.
[01:25:30] - Tutaj kolega wspomniał o tych prawach zależnych, bo to jest taki konglomerat praw majątkowych i osobistych w jednym. Rozpowszechnianie tego opracowania, tej przeróbki wymaga zgody autora, a po śmierci autora, tak jak trwają autorskie prawa majątkowe 70 lat od jego śmierci, liczone pełnymi latami, w tym względzie wypowiadają się właściciele praw, czyli bardzo często właśnie spadkobiercy decydują o tej przeróbce. Dopóki jest autor, to autor może reagować, chroniąc swoje prawa osobiste, że nie zgadza się na takie rozpowszechnianie. Potem jest gorzej. Natomiast wielokrotnie przepis artykułu 78, który chroni autorskie prawa osobiste i daje podstawę roszczeń, pisze, że jeżeli twórca nie wyraził innej woli, z powództwem może również wystąpić stowarzyszenie twórców właściwe ze względu na rodzaj twórczości lub organizacja zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, która zarządzała prawami autorskimi zmarłego twórcy. Czyli może zdarzyć się tak, że na przykład Związek Literatów Polskich czy Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, czy Stowarzyszenie Autorów ZAiKS mogą wystąpić, jeśli uznają, że taka przeróbka godzi w interesy zmarłego twórcy, w interesy osobiste, w więź twórcy z utworem i ona jest niegodna, że narusza integralność, dotychczasowe rozumienie tego dzieła, czy takie, jakie autor chciałby, aby było po stronie odbiorców. Czyli to nie jest tak, że autor pozbawiony jest szans, nawet jeśli już nie żyje.
[01:27:34] - A jeśli chodzi o wydawców, bo to też nie jest tak, że są źli wydawcy i dobrzy autorzy. Bardzo często okazuje się, że to również autorzy starają się przynajmniej zastawiać pułapki albo też wyciągać konsekwencje z jakichś zapisów, które znajdują się w umowach, których zasadność, tych roszczeń, tych wymagań, które stawiają, bywa wątpliwa. I tu, jeżeli moglibyśmy posłużyć się jakimiś przykładami.
[01:28:06] - Myślę, że oczekiwanie na przykład w obszarze druku dzieł plastycznych może być wygórowane, dlatego, że techniki drukarskie, chociaż obecnie są doskonałe, ale jednak uniemożliwiają czy nie dają szans na pełne odzwierciedlenie dzieła. Czyli nigdy druk nie będzie przystawał wprost do oryginału i oczekiwanie autora, żeby osiągnąć takie odzwierciedlenie, żądanie od wydawcy może być uznane za nadużycie prawa podmiotowego. Wydawca ma zrobić wszystko, wybrać takiego drukarza, taki sposób opracowania, który druk najbardziej zbliży do oryginału. Na pewno za tę rzetelność odpowiada, bo jest profesjonalistą. Jeśli ją zapewni, to każde działanie autora przeciwko wydawcy będzie nadużyciem prawa podmiotowego.
[01:29:06] - Takie pytanie z życia. Zetknąłem się z wydawcą, który miał z autorem spore problemy, ponieważ dzieło zostało Opracowane zostało poddane redakcji. I autor, wbrew zasadom języka polskiego, nie do końca się z tą redakcją zgadzał. Poszło w tym wypadku na noże. Jak wygląda sytuacja prawna zarówno autora, jak i wydawnictwa w tym przypadku? Czy coś było źle w umowie sformułowane? Nie mamy umowy przed sobą, więc trudno o tym mówić, ale czy raczej wydawnictwo nie potrafiło ze swoich praw korzystać?
[01:29:44] - Naprawdę trudno powiedzieć, co się wydarzyło, dlatego że autor, jak ja to mówię, ma prawo do pewnego szaleństwa, zwłaszcza w obszarze artystycznym, oczywiście nie naukowym i może widzieć różnie to swoje dzieło. Natomiast wydawca zobowiązany jest do rzetelności, do profesjonalizmu i w zakresie, w jakim może oczekiwania autora spełnić, to tak. Natomiast tam, gdzie są obiektywne przesłanki, żeby to był język literacki zgodny z wytycznymi Rady Języka Polskiego, owszem. Ale oczywiście tam, gdzie będziemy mieli do czynienia z literaturą historyczną, na przykład z fantasy historycznym, gdzie bohaterowie będą posługiwać się staropolskim językiem, zmiana przez wydawcę tego języka na literacki współczesny będzie-
[01:30:47] - Rzutowała na odbiór tego utworu. Bo to może być pewien pomysł autora, że stosuje taki język, żeby w konkretny sposób przedstawić postacie, które w tej książce występują i w ten sposób kreować fabułę.
[01:31:04] - Natomiast oczywiście znam taki przypadek, gdzie brak trzech przecinków spowodował pozew przeciwko wydawcy. Ale kiedy? Wtedy, kiedy językoznawca pisze książkę i temu językoznawcy, który pisze książkę o gramatyce, o stylistyce, nagle w jego książce zmienia mu się to, co on postawił. Przecinki tak jak postawił. Wydawca lub redaktor przyzwyczajony do określonego sposobu stawiania przecinków stawia je inaczej. I to się ukazuje. I językoznawca naukowiec mówi: „Zaraz, przecież tak już się teraz nie stawia. Jak ja wyglądam w świecie naukowym? Piszę o tym, jak powinno być. Tu nagle u mnie jest inaczej”.
I to jest zrozumiały spór i oczekiwanie autora, żeby przywrócić stan, który jest właściwy.
[01:32:08] - A gdy przypadek polegałby na tym, że autor domaga się w dziele, gdzie to nie ma uzasadnienia artystycznego, tylko raczej widzimisię autora, domaga się pewnych składni, które w języku polskim nie istnieją. Jak wyglądają wtedy prawa pomiędzy wydawcą a autorem?
[01:32:30] - Tutaj dochodzimy do problemu nadzoru autorskiego nad dziełem, gdzie wydawca jest zobowiązany do uwzględnienia takich zmian, które są niezbędne i wynikają nie z woli twórcy, tylko z jakichś obiektywnych przyczyn. Wydawca może uwzględnić taką zmianę, ale nie wtedy, jeśli to wynika z tak zwanego widzimisię twórcy, nie jest zobowiązany do poniesienia ewentualnych kosztów z tym związanych. W takim przypadku musiałby to wziąć na siebie twórca.
[01:33:07] - Czyli rozumiem, że jeśli to byłaby sytuacja polegająca na tym, że ktoś, w tym wypadku autor, proponuje bardzo udziwnioną gramatykę czy też bardzo udziwnioną składnię, to w ostateczności może dojść do zerwania umowy, czyli autor się nie godzi na żadne zmiany?
[01:33:30] - Ja myślę, że to byłaby kwestia rozmowy z wydawcą, bo wydawca uznawszy, że to jest absurdalne oczekiwanie, zwłaszcza w stosunku do języka, ze względu na charakter publikacji może zdecydować o tym, czy chce się odważyć na coś takiego i na przykład w posłowiu albo we wstępie do książki uzasadnić, bo jednak on też odpowiada za to, jak publikacja wygląda i nie może siebie jako wydawcy narazić na negatywne oceny. Myślę, że w takiej sytuacji, jeśli jednej i drugiej stronie zależy na wydaniu tej publikacji, znajdą rozwiązanie, żeby taką sprawę w sposób polubowny załatwić i taki, który jest korzystny dla obu stron.
[01:34:18] - Pięknie panom dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że z czasem nasi słuchacze, którzy w sporej części są ludźmi piszącymi, znajdą jakieś problemy, które ich nurtują. I wtedy pozwolę sobie zwrócić się do panów z kolejnymi problemami. Ja tylko z problemami przychodzę.
[01:34:40] - Zapraszamy autorów. Zawsze opiekę i informacje w tym względzie znajdą w Stowarzyszeniu Autorów ZAiKS. Jest to przedwojenna sekcja literacka, gdzie wybitni twórcy są jej członkami. Rzeczywiście cała czołówka literacka. Jan Brzechwa był przecież prezesem ZAiKSu przez wiele lat. Prezesem rady był Andrzej Szczypiorski. Brzechwa, który sam będąc adwokatem występował już przed wojną o ochronę praw autorskich, reprezentował autorów i także literatów, dramaturgów, więc znajdą na pewno właściwą opiekę. A w naszym czasopiśmie Wielokrotnie już publikowaliśmy różnego rodzaju przestrogi, na co zwracać uwagę, jakie powinny być różne zapisy. Wystarczy zadzwonić do naszego wydziału ogólnoczłonkowskiego. Zapraszamy.
[01:35:41] - Czy jakiś mail albo numer telefonu. Jak mamy okazję to skorzystajmy.
[01:35:45] - Na stronie ZAiKSu, jak się wejdzie do internetu, to wszelkie odzwierciedlenia będą, a w razie czego to: www.zaix.org.pl i wszystkie informacje się ujawnią.
[01:36:02] - Rozumiem, że tam też można kierować pytania ewentualnie.
[01:36:05] - Absolutnie tak. Jest specjalna ścieżka dla autorów, odrębna i wszystkiego się można dowiedzieć zarówno o członkostwie, jak i o powierzeniu praw, ale również o samym członkostwie. Niekoniecznie autor musi być przez nas reprezentowany w tej sferze majątkowej.
[01:36:21] - Jeszcze raz pięknie panom dziękuję.
[01:36:24] - Prosimy bardzo. Pozdrawiamy autorów i wydawców.
[01:36:28] - Odrobina wiedzy, zastanawiam się jakiej? Fachowej. Praktycznej! O, to lepsze określenie. Praktycznej dla autorów obecnych i przyszłych myślę jak najbardziej na miejscu. I cały czas apeluję do państwa, jeśli macie jakieś bardziej szczegółowe pytania, to, co padło w rozmowie, jeśli takie szczegółowe pytania są, to zapraszam, przesyłajcie je państwo czy to na adres, który podaje Ivellios z Radia Paranormalium, czy na adres redakcja.bibliotekarium@gmail.com, czy też piszcie w komentarzach pod YouTubem, czy gdziekolwiek, gdzie łatwo te komentarze odnaleźć. Piszcie, omawiajcie pewne problemy, które macie, o rozwiązaniu tych problemów chcieliby państwo porozmawiać, chcieliby państwo usłyszeć. Tak jak mieliście państwo okazję wysłuchać, obaj panowie są gotowi odpowiadać na bardzo skomplikowane kwestie dotyczące prawa autorskiego. Myślę, że trudno znaleźć w Polsce nawet osoby bardziej kompetentne. W końcu ZAiKS można lubić, można nie lubić, ale to jest firma jak najbardziej kompetentna, a kancelaria prawna, która w pewnym stopniu specjalizuje się w prawie autorskim, to chyba znakomity adres.
To żeby nie zagadywać państwa na śmierć, zapraszam niejako z marszu na „Filmotekarium”. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór, Piotrze. Dzień dobry wieczór.
[01:38:16] - Dzień dobry wieczór, Marku, jak tam? Co tam? Słyszałem, że się fajnych filmów naoglądałeś i nam opowiesz teraz.
[01:38:24] - O tak! Naoglądałem się masy świetnych filmów. Sam nie wiem, od którego zacząć. Po prostu westchnę sobie, ale dobrze, przystąpmy zatem. Tylko nie wiem, od którego dzisiaj zaczniemy świetnego filmu.
[01:38:42] - Tak ogólnie to w dzisiejszym odcinku znowu garść nowości. Jak wam mówiliśmy, w „Filmotekarium” bardziej będziemy orientowali się na nowości niż na starości, chociaż takie kilkuletnie filmy, powiedzmy do pięciu, siedmiu lat czasami się pojawią. Jeszcze warto wspomnieć o ciekawej rzeczy, bo dzisiaj pod koniec odcinka odniesiemy się do pewnego pomysłu, który pojawił się w komentarzach pod audycją z ubiegłego piątku, a dotyczy on formuły naszego programu. Takiego pewnego eksperymentu, na który może się pokusimy. Nim przejdziemy do sedna, chciałbym tylko przypomnieć o majowym „Nieznanym Świecie”, w który warto zaopatrzyć się przed długim weekendem. Jeżeli ktoś będzie miał w ten weekend dużo czasu, to może też sobie wrócić do naszych audycji poprzednich. Jeżeli nie zdążył czegoś odsłuchać zarówno w ramach „Bibliotekarium”, jak i chociażby „Facta Incognita”, to polecamy. Dzisiaj, jak mówiłem, odcinek z filmami nowymi, które jednakże wywołują pewne déjà vu, jakieś tam reminiscencje. Ale spokojnie, nie będzie powtórek. Ten zestaw, Marku, był dzisiaj całkiem obiecujący, bo wzięliśmy na tapet jak zwykle trzy filmy z gatunku sci-fi i horror.
Niech pierwszy będzie ten, który był najgłośniejszy i który może nawet jeszcze w niektórych kinach gości. A jest to „65”.
[01:40:17] - No tak. Powiem krótko: mam ambiwalentne uczucia. Sam film opiera się na jakimś pomyśle całkiem dobrze rokującym. Ta historia, jakby ją opowiedzieć w skrócie, to też właściwie jest fajna i myślę, że jako short, jeśli chodzi o rzeczy pisane, to by się znakomicie sprawdziło. Natomiast muszę sobie ponarzekać, to ponarzekam z miłą chęcią. Chociaż zaznaczam, że ja nie skreślam tego filmu. To jest film, który oglądało się chwilami całkiem przyjemnie. Niemniej on nie miał tego czegoś, nie miał takiego kopa, którego napędza akcja. Tu się to wszystko toczy dosyć wolno, a idea jest prosta: rozbija się na pewnej planecie, specjalnie nie zdradzę, co to za planeta. Rozbija się statek kosmiczny.
Przeżywają dwa osobniki Ten statek się rozpada w trakcie katastrofy, w związku z tym jedną część od drugiej dzieli pewna przestrzeń, bodajże 15 kilometrów. Te kilometry mnie trochę dziwią, ale dobra, w kontekście tego, jak państwo obejrzycie, to może też się zdziwicie, skąd tam kilometry. Ale okej, trzeba przejść, bo tam w tej drugiej części, odległej o 15 kilometrów znajduje się coś w rodzaju szalupy ratunkowej. Jak państwo widzicie, nawet jak nie zdradziłem tego zasadniczego clou filmu, to rzecz rokuje. Tylko ja odniosłem wrażenie, że ten film mógłby trwać o połowę krócej. Tak, ale wtedy nie spełniałby standardu kinowego i klapa. Natomiast przez to, że jest napompowany, chciałem powiedzieć akcją, ale właśnie nie akcją, takim przemieszczaniem się. Ktoś by powiedział film drogi, tak jakby przez analogię do powieści drogi. Z tym, że problem polega na tym, że ta droga bywa chwilami nie powiem, że usypiająca, ale taka monotonna, tam się mało dzieje. Scenarzyści mieli dobry pomysł, to od razu podkreślam, mieli dobry pomysł, polegał on na tym, że trzeba dotrzeć z punktu A do punktu B.
W międzyczasie poznajemy pewną rzeczywistość, o której właściwie wiemy od początku, tylko nie każdy jest pilnym obserwatorem i krótka przebitka zdjęciowa na niebo tej planety nie wszystkim wszystko powie. Mnie powiedziała bardzo dużo, kiedy sobie na to niebo spojrzałem i okazuje się, że dobrze to przewidziałem, o co mniej więcej chodzi. Chociaż ten film potrafi chwilami zaskakiwać. Skończę myśl. Niemniej ten pomysł był dobry, natomiast chyba nie było pomysłu na to, co pomiędzy punktem A a punktem B. Takie są moje odczucia po dosyć uważnym obejrzeniu filmu „65”.
[01:43:55] - To ja trochę pospoileruję, bo ludzie narzekają, że nie spoilerujemy, to ja pospoileruję. Jak ktoś będzie oglądał „65”, to najwyżej sobie mnie wyciszy teraz.
[01:44:04] - To właśnie uprzedzamy lojalnie, że w tej chwili przynajmniej kilka minut spoilerowania.
[01:44:11] - Tak, dlatego że narzekanie narzekaniem, ale trzeba wiedzieć, dlaczego narzekamy. Początkowo nie wiedziałem w ogóle, po co ten film powstał. Kiedy przed paroma miesiącami widziałem w kinie trailer, to wszystko było okej, ale przez kilkadziesiąt sekund. Napaliłem się, że będzie dobre kosmiczne sci-fi, dopóki nagle na ekranie nie wyskoczyły dinozaury. Może wyjdźmy od tego, że w filmie poznajemy kosmicznego pilota. I nie jest to człowiek. To jest mieszkaniec innej planety, który wyrusza na długą misję. W tej roli Adam Driver. Taki jasny punkt tego filmu. On oczywiście wygląda jak Adam Driver, jak człowiek.
Reprezentuje gatunek homo sapiens jakimś cudem, film nam tego nie wyjaśnia. Przed wylotem w tą swoją długą misję musi przełamać emocjonalne problemy, bo zostawia na swojej planecie żonę z chorą córką. Ale jeszcze większym problemem jest to, że chyba do nich nie wróci, bo nagle podczas drogi tym swoim kosmicznym frachtowcem obrywa od skały, od jakiejś asteroidy. Dochodzi do awarii, awaryjnie ląduje na niedużej skalistej planecie pokrytej po części oceanami, która orbituje wokół średniej wielkości gwiazdy. Na tej planecie królują gady. Tak, dobrze wiecie, chłop trafił na Ziemię. Tylko że trafił tak źle, że trafił w momencie tuż przed uderzeniem tej niszczycielskiej dla pragadów asteroidy. Co ważne, zachowuje się przy życiu on i zachowuje się dziewczynka, z którą on się nie potrafi jeszcze w ogóle dogadać, bo okazuje się, że ona pochodzi z jakiejś innej części jego planety. I tak w zasadzie chodzą, szukają, mówią do siebie. Ona go nie rozumie, ale sobie coś na migi pokazują.
Ona mu ratuje życie, on ratuje życie jej. Dinozaury ich gonią, bo tam jakieś dziwne te gatunki są, nie wszystkie rozróżniłem, ale chyba tyranozaury są na końcu i te tyranozaury też walczą. A jak już powiedziałem, że chłop trafia na planetę, która zostanie niebawem zniszczona przez asteroidę, to chyba się można domyślać, co będzie na końcu. Wracam do tej myśli z początku. Strasznie mnie zdziwiło to, że ten film w ogóle powstał. Po pierwsze dinozaury to już nie jest coś, przynajmniej Marku dla mnie, co przyciąga przed ekran. Może kiedy ta technika się rozwinie, kiedy troszeczkę zaktualizuje się wizerunek ekranowego dinozaura przez dodanie na przykład piór czy jakieś inne elementy typu kolorki, to może nam się ta dinozaurowa filmologia nieco ożywić. Natomiast tu mamy takie połączenie, chciałoby się powiedzieć „Gwiezdne wojny”. No nie, trochę jakiejś takiej ... opowieści kosmicznej z Parkiem Jurajskim.
A co do Parku Jurajskiego, to ponad rok temu czy prawie rok temu trafił na ekrany kin „Jurassic World: Dominion”. Kolejna odsłona serii, prawdopodobnie najgłupsza z możliwych, gdzie raptory ganiały po historycznej dzielnicy, bodajże La Valetty na Malcie. Z kolei główny bohater tego filmu poszukiwał jakiegoś małego raptora, bo obiecał jego matce dinozaurowi, że go dowiezie do domu. Tak głupiej być nie mogło, naprawdę. Ogólnie szok i bagno. Przy czym tam próbowano reanimować ten film, wynajmując aktorów z pierwszej części, między innymi Jeffa Goldbluma i Sama Neilla. Natomiast jeżeli chodzi o „65” to po pierwsze to film o dinozaurach. Co nas to może zaskoczyć? Druga sprawa, ten film jakoś zaskakująco przypomina „Tysiąc lat po Ziemi”, czyli taki najgorszy paździerz science fiction z roku 2013 z Willem Smithem.
[01:48:36] - I jego synem.
[01:48:37] - I jego synem. Oczywiście to się rozgrywa tysiąc lat po Ziemi, tu się rozgrywa trochę wcześniej, natomiast schemat jest bardzo podobny. Jedyne, co ratuje „65” to główny bohater Adam Driver. Adam Driver jako aktor, którego się świetnie ogląda. Natomiast powtarzam jeszcze raz zachodzę w głowę, dlaczego ten film, który nie zaskakuje na żadnym kroku, powstał za tak ogromne pieniądze i dziwi mnie to, że w ogóle trafił do kin.
[01:49:08] - Piotrze, à propos tej serii, o której wspomniałeś Jurassic coś tam World albo coś tam innego, to żebyś się nie zdziwił, bo mówisz, że już głupiej nie można. Zaręczam ci, że nie minie wiele lat i przekonasz się, że można. To tak sobie poprovokowałem troszeczkę.
[01:49:27] - To znaczy można. Zależy co się lubi, bo jeżeli byśmy sięgnęli do filmów klasy B, C czy tych śmiesznych horrorów, to jest taki horror chyba komediowy, który się nazywa „VelociPastor”. To jest, jeżeli dobrze pamiętam, o pastorze, który się zamienia w dinozaura czy coś w tym stylu. Także niektóre rzeczy już były, a my o nich nie wiemy, ponieważ niektórych subgatunków nie dotykamy. Ale drodzy słuchacze, nie zdziwcie się, kiedy traficie na taką perełkę jakąś z tej klasy B czy C. Ale mówiliśmy o tym, że ten film był drogi i był takim eksperymentem dość, powiedziałbym, ryzykownym. Ale jeżeli ten film był drogi, to ponoć kolejny film, o którym mówimy, czyli „Outwaters” również-
[01:50:23] - Poczekaj Piotrze, jeszcze coś muszę powiedzieć o tym filmie, bo już widzę, że chcesz przejść do następnego, a ja jeszcze bym coś chciał powiedzieć. Powiedziałeś o tym, ale jeszcze najpierw o tym pastorze i o tym, co się zamienił w dinozaura. Ja powiem tak, że niestety filmowcy albo scenarzyści to też w sumie filmowcy chyba nie czują pewnych rzeczy, bo ja sobie przypominam, że to, co kiedyś było żartem i to takim żartem zrobionym z dużą klasą i naprawdę to się dobrze czytało. Była taka powieść Gordona Dickinsona „Smok i jeży”, gdzie główny bohater z naszego świata trafia do świata, w którym istotami rozumnymi są smoki i on się zamienia w takiego. On tam w tym świecie jest smokiem i to przynajmniej pierwszy tom jest zabawny. Powieść nosi tytuł „Smok i jeży”. Później ten cykl się ciągnie i ciągnie. I to jest zabawne, bo to jest zrobione od razu z przymrużeniem oka. Natomiast jak jest zrobione właśnie tak na poważnie, to bywa słabo. Ale ja jeszcze wrócę do filmu „65”.
Otóż problem z tym filmem, ja już go zasygnalizowałem, ale to podkreślę. Problem polega na tym, że naprawdę ja odnoszę wrażenie, że zarówno w tym „Tysiąc lat po Ziemi”, jak i w tym filmie to ma coś wspólnego- jest taki dział literatury, nazywa się i pewno źle to wymówię young adult. I to jest taka literatura, która ma korespondować z bardzo młodymi ludźmi, już nie dziećmi, jeszcze nie dorosłymi. I to tak ma im sprzedawać świat. W skrócie bardzo. Ja odnoszę wrażenie, że dwa filmy, o których mówimy, to są właśnie tego rodzaju filmy adresowane do młodych ludzi, którzy te niedostatki filmu nadrobią sobie w swojej wyobraźni, w swoich głowach. Bo jak człowiek już jest starszy, to mu ta wyobraźnia ponoć nie dopisuje. To nieprawda oczywiście, ale myślę, że taki uschematyzowany obraz filmowy, obraz tego świata może przynajmniej niektórym bardzo młodym ludziom odpowiadać. Bo to jest coś nowego, jakiś inny świat. I powtarzam, sam pomysł jest moim zdaniem i w jednym, i w drugim przypadku, czyli zarówno „Tysiąc lat po Ziemi”, jak i „65” jest całkiem niezły, tylko w ani jednym, ani drugim przypadku nie było pomysłu na połączenie początku filmu z jego końcem.
Absolutnie ten motyw drogi zupełnie jest nieinteresujący, ponieważ on nie buduje pewnej opowieści. Nic z tego nie wynika, nic się na bazie tego nie buduje. Widać, że scenarzyści próbowali zacierzgnienia się pewnej więzi sprokurować w tym filmie i tak dalej. Emocjonalnej więzi oczywiście. Ale to nie wychodzi, ponieważ film jest kręcony troszeczkę na zasadzie takiej: idziemy od punktu A do punktu B, to już mówiłem, ale w tak zwanym międzyczasie zdarzają nam się różne bardzo ciekawe przygody. Mówię to z sarkazmem, bo one wcale nie są ciekawe, bo jak nas atakuje jeden dinozaur, drugi dinozaur i jednego pokonują tak, drugiego śmak, jeszcze trzeciego jeszcze inaczej. To nie jest interesujące. Nie tworzy to opowieści, nie tworzy napięcia. Jedyne napięcie to jest, czy oni tam dotrą do tej szalupy. Wiadomo, że dotrą, bo inaczej film by się skończył wcześniej.
Gdzieś tam oczywiście musi główny bohater wpaść do jakiegoś bagna i już utonął, ale jednak nie utonął, bo ktoś tam interweniował. Ktoś, kto mógł interweniować? Oczywiście ta dziewczynka ni stąd, ni zowąd trochę deus ex machina się pojawia i o to właśnie chodzi. Tylko moim zdaniem ten film czerpie najgorsze wzorce z kina pseudoprzygodowego, bo kino przygodowe jednak od palmy grubsze, większe działa. Czyli przypomnijcie sobie Państwo, jak skonstruowana jest opowieść w „Indianie Jonesie” w poszczególnych odsłonach. To jednak wydarzenia nakręcają następne wydarzenia. Problem z tym filmem polega na tym, że kolejne wydarzenia nie nakręcają nic. Nakręcają tylko tyle, że oni dojdą w końcu. To jest trochę za mało. I zarówno w przypadku tego filmu, który wspomniałeś ze Smithami, jak i tego filmu, to jest absolutnie za mało i myślę, że dobrze zapowiadający się film, moim zdaniem spalił na panewce.
A i tak to jest film, który na tle dzisiejszego zestawu będę wspominał z rozrzewnieniem.
[01:55:37] - Tam jeszcze takim dużym problemem jest to, że jeżeli na ten film trafi osoba, która w ogóle nie zna się na science fiction, nigdy nie oglądała żadnego filmu science fiction, kosmici jej nie obchodzą i tak dalej, te wszystkie teorie ma gdzieś, to ona nie zrozumie tego filmu. Bo nagle okazuje się, że leci statek z ludźmi, trafia na Ziemię zanim ludzie się pojawili, tam nic nie jest wyjaśnione. Skąd są ci ludzie? Dlaczego ta dziewczynka tego drivera nie może zrozumieć? Jest tam za dużo wyrwanych z kontekstu rzeczy. Poza tym, jeżeli oglądaliście filmy różnego rodzaju amerykańskie, przygodowe, to wiecie, że zanim nastąpi ten happy end, musi się wydarzyć jeszcze coś złego. I macie tą pewność, że jak oni dojdą do tej kapsuły, to te dinozaury zaatakują i one się będą biły. Są takie rzeczy, które mnie w amerykańskiej kulturze, a jeżeli chodzi o kulturę, to oczywiście też o horror, nie ruszają w ogóle. Przez lata patrzę z takim trochę, można to nazwać szokiem kulturowym na początku zetknięcia z tym zjawiskiem, ale patrzę z taką ciekawością na to, jak bardzo w amerykańskiej popkulturze, w horrorach zakorzenione są takie elementy, takie wątki jak rekiny, dinozaury i zombie. To jest coś, co mnie w ogóle nie rusza, nie interesuje, bo ja wiem, co się tam wydarzy, kiedy jedno czy drugie stworzenie się pojawi.
I tutaj jest tak samo. My wiedząc, gdzie ten facet trafił, jesteśmy sobie w stanie dopisać dalszą część tego filmu. Przy czym tak jak mówię, jeżeli ktoś chce zobaczyć i zapomnieć jako taką czystą rozrywkę, to tak naprawdę nic nie traci.
[01:57:35] - Tylko tak skonstruowane scenariusze, jak gwarantuję to, piszą nastolatki, powiedzmy takie 15-, 16-latki, bo to jest scenariusz, tak jak powiedziałem, skonstruowany na zasadzie: zdarzyła się jakaś przykra przygoda, trzeba ten problem rozwiązać. Ten problem jest oddalony od nas. W związku z tym te dwa punkty trzeba połączyć. I oni idą, i idą i co chwilę spotykają ich niezwykłe przygody. Ach, jakżeż niesamowite te przygody są. Tylko właśnie problem polega na tym, że one w ogóle nie są niesamowite. I to jest zrobione tak liniowo, tak bezsensownie i tak nie wynika jedno z drugiego, że powtarzam: obciąć temu filmidłu gdzieś z połowę czasu i dałoby się to obejrzeć.
[01:58:33] - Ja jestem pewien, że podobne wątki, jeżeli będziemy próbowali się przebić przez różnego rodzaju seriale fantastyczne, na pewno znajdziemy. Także nie jest to nic nowatorskiego. Jeżeli ktoś lubi dinozaury, to pewnie to jakoś przeżyje. Ale dokończ ten wątek o drugim filmie Marku, bo o ile pewnie „65” sporo kosztował, to ponoć „Outwaters” nie kosztował aż tak dużo. Niektórzy twierdzą, że zrealizowano go za równowartość rocznych zarobków obywatela Polski. Oczywiście nie podano z jakiej klasy, ale tak jest. Takie informacje gdzieś tam mi się przewinęły podczas czytania o tym, czyjego ten film jest autorstwa. A jest to niezależny film sci-fi, właściwie ponoć horror sci-fi nakręcony w konwencji found footage, czyli mojej ulubionej.
[01:59:32] - A mojej nie.
[01:59:35] - Na wstępie dowiadujemy się, że bohaterowie filmu zginęli w tajemniczych okolicznościach, o czym świadczy telefon, jaki wykonali na numer alarmowy Oraz zapis z kilku kart pamięci z ich wypadu na pustynię. Poznajemy tam dwóch braci o jakimś południowosłowiańskim nazwisku i dwie kobiety. Jedna jest chyba makijażystką, druga jest kimś w rodzaju artystki początkującej. I to się wszystko kręci wokół tego, że — i tu znowu będę spoilerował, bo tak naprawdę nie jest łatwo się tego domyśleć. Ja ten film oglądałem trzy razy w sumie, tylko że zawsze zapadałem w sen.
[02:00:13] - To jest dobra recenzja tego.
[02:00:16] - Ja przypomnę ci, Marku, że jak oglądałem któryś z nowych filmów Cronenberga, tego młodego, to oglądałem go dwa tygodnie, dlatego że zasypiałem zawsze po około 30 minutach i dopiero gdzieś po dwóch tygodniach udało mi się, i to jeszcze przesuwając do tego momentu, który pamiętałem, dobrnąć do końca. Także to jednak wystawia Outwatersowi nie tak najgorszą opinię. Ale powrócę do tego spoilerowania, bo tutaj trzeba co nieco powiedzieć. Do momentu, w którym zasypiałem, to nie było takie złe. Natomiast chyba w niedzielę postanowiłem zagiąć się i to obejrzeć jeszcze raz. I to był błąd. Ale dobrze, co się tam dzieje? Kilkadziesiąt pierwszych minut zajmuje nam przebrnięcie przez rodzinne historie bohaterów i takie w ogóle banalne, nieznaczące historie. Natomiast do tej mniej więcej — bo ten film jest dość długi — do tej mniej więcej połowy macie wrażenie, że zbliża się jakieś potężne uderzenie, że to coś zostawi daleko w tyle Blair Witch Project, dojdzie do jakiejś kulminacji i będzie naprawdę fajna zagadka. A tymczasem, Marku?
[02:01:31] - A tymczasem, proszę państwa, w pewnym momencie robi się ciemno i zaczyna się darcie mordy. Przepraszam za taką recenzję, ale tak to mniej więcej wygląda. Robi się ciemno i słyszymy, jak krzyczą, jęczą, pohukują i w ogóle jest strasznie. Nic prawie nie widać na ekranie. Gdzieś tam coś miga, strzela, rozbłyska, jakieś się tam wężydła przesuwają, a może nie wężydła, może to zupełnie coś innego. Ale wrzasku jest, mordy drą naprawdę. Od razu sobie przypominamy, że jakąś godzinę wcześniej, może nawet więcej, słyszeliśmy to darcie gęby w tym telefonie alarmowym. Też było nieustanne darcie gęby. Czyli coś złego zaczyna ich spotykać. Problem polega na tym, że to złe, co ich spotyka, nie dość, że się dzieje najpierw nocą, później dniem, później znowu nocą, ale dzieje się i dzieje bardzo długo.
Coś ich tam dręczy. Ten motyw z odwróconą kamerą ni stąd, ni zowąd, bo to takie widowiskowe. I wiadomo, że wyczerpani są. I wiecie państwo, w ogóle nie miałem momentu, właśnie Piotr to bardzo dobrze podkreślił. To trochę tak jak z rekinem w „Szczękach”. Dopóki rekin się tak naprawdę nie pojawił, to było groźnie, a później było różnie. Ja sobie przypominam jeszcze atmosferę lat 70., kiedy opowiadano, jak to ludzie na zawały schodzili podczas seansu „Szczęk”. Jak dzisiaj państwo oglądacie „Szczęki”, to nie sądzę, żeby wam nawet pikawka przyspieszyła specjalnie, a co dopiero o jakimś zawale mówić. Ale rozumiem, że czasy były inne. I tutaj jest tak, że ta pikawka może państwu przyspieszać rzeczywiście na początku filmu, kiedy coś się zbliża.
I to jest chyba zaleta. Jeśli jakieś zalety te filmy kręcone pseudoamatorską kamerą mają, to ta zaleta, że one dobrze podciągają ten klimat, że coś się zbliża, że zaraz nas zje.
[02:03:40] - Tak, ale muszę powiedzieć, że jak w pierwszej części „Blair Witch” mieliśmy takie wrażenie, że oni naprawdę kręcą z kamery amatorskiej, to tutaj już jest to troszeczkę bardziej wymuskane, że to, co dostajemy, to już jednak rękę filmowca widać w tym wszystkim, bo któryś z tych braci prawdopodobnie się zajmował filmem. Ale jak mówię, jak chcecie to obejrzeć, to okej, ale sobie idźcie spać w połowie, bo ta końcówka jest naprawdę zła. Z jakich powodów? Po pierwsze nie wiemy, co się tam dzieje.
[02:04:21] - Nie wiadomo, o co chodzi kompletnie. Mamy się bać, proszę państwa.
[02:04:27] - Tak, chociaż powiem ci, że do momentu kiedy, to może nie jest połowa, to może jest trochę wcześniej, ale kończy się w tym filmie coś fajnego, kiedy oni docierają na tą pustynię i się okazuje, że słyszą jakieś strzały. I to jest naprawdę ciekawe, bo nie wiemy-
[02:04:44] - Później jeszcze ziemia gada do nich, no cudzysłów oczywiście.
[02:04:48] - Czy ktoś strzela, czy to są jakieś suche pioruny, suche grzmoty? Nie wiadomo. Oni tak sugerują. Natomiast potem się pojawiają takie oskórowane węże, które piszczą. Potem się pojawia facet z toporem. Błyski, ciemność, krzyki.
[02:05:09] - Odwrócona kamera.
[02:05:11] - To doprowadza do szaleństwa. Po prostu ile można słuchać, jak się ktoś drze? Przecież raz się podrze i wystarczy. Przecież ja wiem, co się i tak z nim stanie. Może to dla niektórych jest ciekawe i przerażające, natomiast wprowadza taki totalny chaos, takie coś, co znowu widzimy, czyli przedłużenie tego filmu poprzez jakieś bezsensowne ujęcia, bezsensowne wstawki, byle tylko trwał ponad te 90 minut, żeby się go dało puścić na jakimś festiwalu i tak dalej. Po co tam są jakieś, Marku, fragmenty, kiedy oni się tam, nie wiem- Piją wódkę na przykład. Co mi to mówi o tym? Nic to nie wnosi w ogóle do fabuły.
[02:05:59] - Oczywiście, Piotrze, bo to ma pogłębić wrażenie, że film jest absolutnie amatorski. Bo powiedziałeś o tych ujęciach. Rzeczywiście ujęcia może są profesjonalne, ale oczywiście zadbano o to, żeby wyglądały, poza tym, że są dobrze skadrowane, z tym że czasami odwrotnie albo bokiem, ale oczywiście zadbano o to, żeby imitować amatorską jakość sprzętu. Czyli te filmy nie zawsze są dobrze doświetlone albo prześwietlone. Zdarza się to i to ma oczywiście imitować. Więc picie wódki, o którym wspominałeś, ono ma również-
[02:06:40] - To pewnie nie jest jakieś whisky w ogóle.
[02:06:43] - To nieważne, to też wóda w końcu, tylko na myszach. Chodzi o to, że oni tam robią wszystko to, co normalni ludzie robią. Pojechali w trasę, mają zrobić teledysk, ale przy okazji nie zaszkodzi się troszkę sponiewierać przy pomocy rudej wódy. I to też robią. Czyli ma być tak normalnie, tak swojsko i nagle staje się coś strasznego. Tylko problem polega na tym, że to wcale nie jest straszne. Naprawdę, uwierzcie mi państwo, pomimo darcia tej japy, nieustanne darcie japy tam się odbywa. Nie bałem się. Byłem zupełnie spokojny, że to, co ma ich tam zdemolować, to ich na pewno zdemoluje i po prostu zniszczy. Bo wiemy chociażby z tego, że znaleziono karty pamięci i że w ogóle darli się na początku filmu, więc wiadomo, co ich czeka.
W ogóle nie było to ekscytujące, a w dodatku jeszcze człowiek zaczyna w pewnym momencie zachowywać się jak taki maniak przemocy, bo w pewnym momencie się zastanawia, jak już ich coś dręczy, męczy i zabija powolnie, to żeby chociaż pokazali, jak ich to coś ewentualnie doprowadza do końcówki. I tego też niestety nie widzimy. Z pewnym zastrzeżeniem, ale zostawię sobie to na później.
[02:08:06] - Tak. Jeżeli w ogóle uśnięcie na tym filmie i nie zobaczycie końcówki, to potem przewińcie. Ale to tak chyba z pięć minut od końca, bo tam jest taka scena, to już jest kulminacja filmu „Outwaters”, kiedy główny bohater obcina sobie przyrodzenie. Tak, jak to się mówi, beneza. I to jest pokazane w sposób bardzo widowiskowy, kiedy on odpada na to suche dno jeziora.
[02:08:42] - A jest jeszcze fajniejsza scena, jak gubi flaki. Te bebechy z niego wypadają i my to widzimy. On to jeszcze nakręca, wyobraźcie sobie państwo, jak te bebechy z niego wypadają, tak się sypią. Od razu sobie wtedy pomyślałem o Wiktorze Żwikiewiczu, bo kiedyś, pisząc opowiadanie, miał taki właśnie problem: co by się stało, jakby te flaki z człowieka wypadły, a ktoś by musiał biec. I chodził od lekarza do lekarza, wypytując, co by się stało. Lekarze go trochę traktowali jak wariata, bo jak zaczął zadawać pytania, zgłosił się najpierw po poradę medyczną, a na końcu zadawał pytanie: co by się stało, gdyby komuś rozciąć bebechy i te bebechy zaczęłyby wypadać, to czy on by zdołał przebiec ileś tam metrów? I lekarze, a głównie lekarki byli tacy zniesmaczeni w ogóle, że jakiś wariat przyszedł do nich i o takie rzeczy pyta. W końcu Wiktor uzyskał informację, co by się stało i co należałoby zrobić, żeby on te kilkadziesiąt metrów mógł przebiec. Okazuje się, że to rozwiązanie było bardzo banalne, ale to pewno albo już Wiktor państwu opowiadał, albo jeszcze kiedyś opowie. Natomiast tu to mamy po prostu flaki z kogoś wypadają, a on to kręci kamerą.
Fascynujące, po prostu fascynujące.
[02:10:05] - Tak, jeżeli chodzi o skojarzenia, to wiele osób, mówię tutaj po przeglądnięciu komentarzy, odnosi się w jakiś sposób do „Skinamarinka”, którego żeśmy zjechali kilka tygodni temu. Ale to się nie wiąże z podobieństwem scenariusza, raczej z kwestią braku widowiskowości i sensu. Osobiście uważam, że „Outwaters” nie jest tak zły jak „Skinamarink”, bo tam się jednak coś do pewnego momentu dzieje. Jest to co prawda produkcja offowa, ale to nie musi oznaczać, że jeżeli ktoś zajmuje się niezależnym kinem, że będzie kręcił coś, czego się nie rozumie albo coś, co nie ma sensu, bo to się po prostu nie klei. Oczywiście są tacy, co dostrzegą w tym artyzm albo jakieś przedstawienie stadium szaleństwa. Natomiast mówię tak: jest długi weekend. Jak nie będziecie mieli co robić i będzie się wam chciało spać, to „Outwaters” jest doskonałą polecajką, bo będziecie z jednej strony na czasie, jeżeli chodzi o science fiction, a z drugiej strony prześpicie tą najgorszą część.
[02:11:24] - Jeśli państwo lubicie ten typ literatury oraz filmu, który określany jest słowem gore, to to jest film dla was. Chociaż powtarzam, nawet pod tym względem za dużo nie zobaczycie, bo dużo ciemności, dużo błysków i dużo darcia japy. Więc nawet to gore to jest takie sobie po prostu. Nie, to nie było to.
[02:11:54] - Trzeci film, który powoduje jakieś reminiscencje, to jest "Wounded Phone". To jest thriller albo horror psychologiczny i on przywodzi na myśl taki film, Marku, który też żeśmy zjechali prawdopodobnie w tym samym zestawie co z "Kinemanling" albo gdzieś obok. Był to film "Men". Z dwóch powodów. Po pierwsze mamy tam takiego mizoginistycznego mordercę, po drugie film jest obiecujący nawet bardzo i po prostu fajny, ale na samym wstępie, bo po pewnym czasie zaczyna się rozpadać, dezintegrować. Otóż poznajemy tam bodajże kuratorkę muzealną, która zaczyna omawiać się z Brucem, facetem, który działa w branży handlu sztuką. Po kilku spotkaniach zabiera ją do swojej przepełnionej dziełami sztuki posiadłości wiejskiej. I tam się właśnie zaczyna.
[02:12:53] - Piotrze, mówiąc ordynarnie albo prosto: umawiają się na seksa weekendowego. I tak właśnie wyjeżdżają do jego posiadłości. My o tym facecie już coś wiemy na początku filmu i tu znowu będę spoilerował. Wiemy tyle, że gość już wcześniej zamordował pewną panią, która ostro licytowała na licytacji dzieła sztuki. Po tej licytacji, którą wygrała, on się u niej zjawił, zaproponował całkiem korzystne warunki, na których mógłby odkupić to dzieło, które ona wylicytowała. Pani zaprasza go do domu i jesteśmy świadkami, to właściwie pierwsze sceny tak dobrze zapowiadającego się filmu. Pan ją wykańcza bardzo skutecznie zresztą. Z tym że od razu dostajemy sygnał, że coś jest albo z nim, albo z tą rzeczywistością nie teges, bo pojawia się nam takie upostaciowienie czerwonej sowy, ale o takich ludzkich wymiarach ta sowa jest. Kto jest bardzo czujny, to ma już podejrzenia, że to się jakoś wiąże z Grecją, z mitologią grecką. Tam jeszcze inne wskazania są, chociażby przedmiot licytacji, czyli dzieło sztuki.
Ono się też z tą mitologią wiąże. Z czasem zaczynamy rozumieć albo właściwie bardziej nie rozumieć, bo wybaczcie państwo, interesuję się oczywiście różnymi rzeczami, ale specjalistą od mitologii greckiej nie jestem, a w tym filmie dobrze by było być takim ostrym specjalistą. Nie wystarczy klasyczny zestaw mitów z liceum. Raczej trzeba pójść głębiej w mitologię oraz w jej niuanse wielkie.
[02:14:56] - W tragedię antyczną też.
[02:14:59] - Właśnie dokładnie tak.
[02:15:01] - Dlatego że tam się rozpoczyna taka seria surrealistyczno-alegorycznych zdarzeń. I o dziwo to się dobrze ogląda, bo te rzeczy, które tam mają straszyć, straszą. Tak samo jak w filmie "Men", że jeżeli coś wyskakuje i jest to po prostu potwór, powiedzmy, to rzeczywiście jest to zrobione fajnie, nowatorsko, w jakiś taki sposób niesztampowy. Chcemy więcej. Natomiast im to bardziej brnie w stronę thrillera, horroru psychologicznego, tym się robi mniej ciekawie. Początek, jak mówię, robi duże, jeżeli nie ogromne wrażenie i trzeba to przyznać. Jest to bardzo oryginalna, dobra produkcja. I niestety...
[02:15:51] - Film się rozpada, po prostu się rozpada w pewnym momencie.
[02:15:54] - Tak, szuka jakiegoś sensu.
[02:15:55] - Podzielony jest na akty. Tam jest akt pierwszy i on jest w porządku. Natomiast w pewnym momencie zaczyna się akt drugi i zaczyna być gorzej. Nie dość, że aktor grający główną rolę tego-
[02:16:11] - Bruce'a.
[02:16:12] - Psychola, zaczyna być przez nas postrzegany jako postać naprawdę z antycznej tragedii, bo już nawet jego strój zaczyna być taki jakby antyczny. Ta rzeczywistość zaczyna się rozpadać i może dobrze, tylko ona się rozpada w tak totalny sposób, że właściwie trudno jest nam połączyć kropki w pewnym momencie. Nie wiemy, co jest rzeczywistością, co jest imaginacją. To akurat mogłoby świadczyć na plus tego filmu, ale niestety nie wiem, jaki jest powód tego, ale niestety raczej mamy takie wrażenie chaosu. Być może to słusznie, tylko nie potrafimy z tego chaosu wyjść. Ja przynajmniej nie potrafiłem.
[02:17:08] - To też jest tak, Marku, że my patrzymy na te filmy z pewnym takim, nie chcę powiedzieć skrzywieniem, na wszystkie filmy, które omawiamy z pewnym skrzywieniem, że my chcemy historii przede wszystkim do opowiedzenia i zrozumienia. Zgodzisz się chyba ze mną, że akurat mnie i ciebie te alegorie i surrealistyczne przedstawienia średnio bawią. Chodzi o to, żeby fajną historię otrzymać. I tu jest podobnie. Do pewnego czasu mamy bardzo ciekawą historię, chociaż prostą, a potem to wszystko bach, siada i my się musimy zastanawiać, czy jest jakaś symbolika ukryta w tym wszystkim, to przeżywanie i to męczy, po prostu męczy. Kolejny raz się tak dzieje. I tak samo było właśnie w filmie „Men”, że mieliśmy fajną opowieść, fajną historię, a potem to wszystko zaczęło być mądre I się skończyło. Skończyła się zabawa, skończyła się ciekawość. Bo jeżeli ktoś na siłę chce pewne rzeczy do tych filmów wtłaczać, powinien zrezygnować, powinien trochę opuścić ten symboliczny ton, zmniejszyć poprzeczkę, skupić się bardziej na opowiadaniu historii. Bo niedługo dojdziemy do takiego punktu, że będzie nam pokazywany przez 15 minut jakiś symbol i będziemy się musieli domyślać, co się wydarzyło.
To chyba nie idzie w dobrą stronę. Są osoby, które to na przykład kochają, które będą rozpatrywać to potem, dopatrywać się jakichś tam ukrytych znaczeń czy alegorii, analogii, symboli i tak dalej. Akurat mnie to nie bawi, ale rozumiem, jeżeli ktoś będzie miał z tego pociechę, czy nawet radość.
[02:18:59] - Ja być może jestem prostym człowiekiem, a nawet na pewno jestem prosty, przynajmniej jeśli chodzi o kino i odbieram trochę ten film jako taką zabawę w kotka i myszkę. Ja lubię jasne sytuacje, to być może akurat świadczy na moją niekorzyść, ale powiem to: jeśli dostaję film, w którym na początku coś się dzieje, to ja oczekuję, że konsekwentnie będzie się działo do końca. Powiecie Państwo, że to schematyczne myślenie. Być może. Nie będę się odżegnywał, ale jednak tego oczekuję, że jeśli dostaję mocny początek, jakąś taką mocną akcję, to się będzie toczyło i jakieś pojawią się rozwiązania, jakieś fabuły, które będą mnie satysfakcjonowały. W zeszłym tygodniu mówiliśmy o kilku filmach i tam na przykład film „Vivarium”. Od początku było wiadomo, że to nie będzie film akcji, w którym się będzie dużo działo. Raczej widać było już gdzieś od początku, że tu będą jakieś przenośnie, trzeba będzie szukać jakichś znaczeń. No i ja to przyjąłem. Nie musiałem być zachwycony, niemniej przyjąłem pewną konwencję.
Tymczasem tutaj, w tym filmie mamy pomieszanie konwencji, absolutne pomieszanie konwencji, bo na początku dostajemy dosyć mocną akcję. Mamy przekonanie, że to będzie mocny film, a później dostajemy nawiązania do kultury antycznej, do greckiej tragedii. Ja jestem przekonany, że połowy symboliki tej przenośni w ogóle nie odczytałem. To ktoś powie: „Jak jesteś, Żylkowski, prymitywny i niedouczony, to nie odczytałeś”. Tak, tylko że zastanawiam się, czy aby na pewno o to w kinie chodzi, żebyśmy ten film oglądali ze słownikiem symboli, ze słownikami antycznej kultury w dłoniach, wyszukiwali znaczenia, wyszukiwali różne takie smaczki. Być może to kogoś bawi i być może nawet mnie by to bawiło, gdyby ten film nie zaczął się tak obiecująco. Bo gdybym dostał historię, w której od początku byłoby wiadomo, że będziemy podążać labiryntem, w którym trzeba będzie odszukiwać, rozkodowywać znaczenia, bawić się w inny sposób, nie akcją, nie tym, co bohaterowie tam wyprawiają na ekranie, tylko właśnie bawić się w rozkodowywanie znaczeń, w rozkodowywanie takich zagadek kulturowych, rozkodowywanie tego wszystkiego, co widzimy, to może bym podjął tę zabawę. Może by mnie to zaczęło nawet fascynować. A tutaj to ja właściwie czuję się oszukany, bo zapowiadało się fajne kino, takie z akcentem na „fajne”, a tymczasem dostajemy kino zupełnie inne, na które nie byłem przygotowany. Bo umówmy się, jeżeli Państwo chcecie oglądać kino, nazwijmy je rozrywkowe, w którym się będzie działo, a nagle dostajecie pewien traktat etyczny, nawiązujący do pewnych głębokich pytań, nawet natury filozoficznej, to ja nie wiem, czy będziecie się dobrze czuli.
I ja właśnie się tak niedobrze poczułem.
[02:22:50] - Tak, to jest tak, jakby włączyć polską komedię na przykład z Karelakiem albo z Sonią Bohosiewicz i jesteś przygotowywany na dobrą zabawę, na kupę śmiechu, na to, że się tam chłop za babę przebierze, a nagle w połowie wchodzą aktorzy i ci „Hamleta” odwalają na przykład. I koniec. Tak samo jest właśnie w filmie „Wounded Phone”. Przy czym trzeba zaznaczyć, że na plus aktorstwo i oczywiście realizacja. To jest też coś takiego, o czym często mówimy, że nawet para aktorów tak naprawdę jest w stanie w takiej produkcji naprawdę dobrej, z dobrym pomysłem odwalić kawał świetnej roboty, stworzyć atmosferę, że da się to oglądać. Natomiast tutaj coś jednak nie zagrało, ale jak mówię, są osoby, które mogłyby ten film polubić. Ja mam nawet taki pomysł, że „Wounded Phone” powinno być włączone do kanonu może nie lektur, ale filmów w języku polskim, bo to mi się właśnie tak z językiem polskim kojarzy. Trzeba odgadnąć, co autor miał na myśli. Bardzo taki maturalno-licealny film, że musisz go przeczytać według klucza, bo jak nie, to To będziesz głupi. To by było na tyle, drodzy Państwo, jeżeli macie jakieś propozycje, to czekamy oczywiście na nie.
Jedną z takich propozycji otrzymaliśmy w ubiegły piątek pod zapisem „Bibliotekarium” na YouTubie. I tam jeden ze słuchaczy nam zasugerował, Marku, coś mniej więcej takiego, że-
[02:24:26] - To ja odczytam to Piotrze, tak będzie prościej. Nasz słuchacz pod nickiem Indicom zaproponował coś takiego, cytuję: „Rozważcie panowie taki oto eksperyment w „Filmotekarium”. Zapowiadajcie, które filmy będziecie omawiali w przyszłym tygodniu, a w trakcie „Filmotekarium” rozmawiajcie spoilerowo. Myślę, że dyskusje byłyby ciekawsze bez kagańca, bez spoilerowego omawiania filmu. Osobiście gdybym wiedział, jakie filmy będą omawiane, to pewnie starałbym się je gdzieś wygrzebać i przygotować się do zajęć.” W końcu Akademia działa od początku października, Akademia Wszelkiej Fikcji. W związku z tym może rzeczywiście w tę stronę powinniśmy, Piotrze, pożeglować.
[02:25:24] - Tak. Przy czym może będziemy trochę ostrożniejsi, jeżeli idzie o to spoilerowanie, szczególnie w przypadku tych filmów najnowszych, ale zrobimy za tydzień wyjątek. Zresztą dzisiaj też zrobiliśmy, jeżeli chodzi o „Outwaters” D.J. 65. Nie wpadłem na to. Ale dobra, tutaj to akurat nie były takie filmy, które mogą kogokolwiek zaskoczyć. Ale za tydzień weźmiemy na tapetę między innymi „Egzorcystę Papieża”. To jest kolejny film, który prawdopodobnie jeszcze jest grany w kinach i postaramy się coś o nim powiedzieć, ale oprócz niego będą jeszcze dwa.
[02:26:07] - Będzie „Bunkier Strachu”. Będzie coś, co w polskim tłumaczeniu to są „Zjawiska” albo „Phenomenas”. I mam tu jeszcze czwarty film tak naprawdę, tylko jak to przeczytać po angielsku: „Those Who Walk Away”.
[02:26:28] - Dokładnie. W tym ostatnim przypadku interesujące jest to, że chociaż jest to horror, to zaczyna się od rozważań na temat pewnej książki bardzo znanej autorki science fiction. Także jeżeli chcecie się przygotować do zajęć, to właśnie oprócz „Egzorcysty Papieża” będziemy zajmować się tymi trzema filmami, bo są trzy, czyli w sumie cztery. A co do „Egzorcysty Papieża”, to jest film, na który też się musicie przygotować mentalnie, to już mogę zdradzić.
[02:27:09] - Tak, przygotujcie się państwo mentalnie na ten film. Dużo przemyśleń będziecie mieli po tym filmie. To tyle. Mój śmiech powinien powiedzieć państwu wszystko właściwie.
[02:27:26] - Tak. To ja już nic nie powiem. Powstrzymam się naprawdę. A chciałbym. Także do usłyszenia za tydzień w kolejnym „Filmotekarium”.
[02:27:37] - Do usłyszenia, pozdrawiamy. Jak to się mówi, jakiś czas temu w tej audycji obiecałem korepetycje filozoficzne. To jest właśnie ten czas. Ci z państwa, którzy szczerze i z dużym zaangażowaniem nienawidzą filozofii, mogą sobie w tej chwili spokojnie odpocząć. A ci wszyscy, którzy nie spluwają, kiedy słyszą słowo filozofia, a wręcz są nawet zainteresowani, ci myślę, że ciekawe chwile przed nimi. Dzisiaj kolejny artykuł z dwumiesięcznika „Filozofuj” autorstwa Jarosława Skórzyńskiego. Nosi to tytuł: „Filozofia dla ciebie”. Kim jest Jarosław Skórzyński? To jest doktor filozofii, który prowadzi zajęcia z etyki w technikum oraz wykłada logikę, etykę i bioetykę w szczecińskiej szkole wyższej Collegium Balticum. Interesuje się filozofią religii, etyką sztucznej inteligencji, fizyką, astronomią i historią starożytnego Egiptu.
Ja tylko powtórzę, że tekst, który państwu przeczytam, jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Zacznijmy w takim razie zgłębiać tekst Jarosława Skórzyńskiego. Sensem istnienia filozofii jest zadawanie pytań. Czy to znaczy, że filozof nic nie wie o świecie? Z jednej strony tak właśnie jest, ale z drugiej to filozofia dysponuje narzędziami, dzięki którym łatwiej będzie znaleźć odpowiedź na niektóre z pytań o naturę świata, umysłu czy sensu życia. Weźmy na przykład pytanie o istnienie. Co to jest istnienie? Ktoś mógłby powiedzieć: chwileczkę, czy na to pytanie nie odpowiadają takie nauki jak biologia, fizyka czy chemia? Co filozof może wiedzieć o istnieniu? Filozof nie odkrył przecież kwarków, nie przeprowadził eksperymentu, w którym powstają podstawowe cegiełki życia, nie odkrył DNA.
I taki ktoś ma mówić nam, czym jest istnienie? Nie Filozof odgrywa tutaj rolę człowieka, dla którego istnienie jest czymś zadziwiającym. Wyobraź sobie, że ktoś podchodzi do ciebie i mówi: „Słuchaj, powiedz mi, dlaczego istniejesz?”. Powiedzmy, że znasz tego kogoś. Powiedzmy też, że to twój bliski znajomy albo znajoma. Odrzucasz przekonanie, że zaczepia cię wariat i zadaje głupie pytania. W pierwszej chwili prawdopodobnie pytanie twojego znajomego, znajomej wywoła uśmiech na twojej twarzy. Pomyślisz może nawet, że coś się stało. Jednym słowem to pytanie wybija cię z rytmu życia, do którego przywykłeś. Jak często zdarza ci się, że zamiast zwykłego „cześć” ktoś na powitanie częstuje cię pytaniem typu: dlaczego istniejesz?
A jak już ochłoniesz z szoku, że takie pytanie padło, zastanów się, jaką możesz dać na nie odpowiedź. Może inaczej. Jaką dziedziną nauki posłużysz się, aby odpowiedzieć twojemu znajomemu, znajomej? Powiedzmy, że zaczniesz odpowiadać w taki sposób. Moje DNA powstało z genów moich rodziców, natomiast DNA utworzone jest... Prawdopodobnie już w tym miejscu zostanie przerwana twoja argumentacja słowami: to zrozumiałe, że masz taką, a nie inną strukturę biologiczną, fizyczną i chemiczną. Ale czy to jest powodem, że istniejesz? I co teraz odpowiesz? Jeśli będziesz cierpliwy, cierpliwa, to prawdopodobnie zaczniecie rozmowę o istnieniu. Nie będzie to rozmowa o istnieniu chemicznym, biologicznym czy fizycznym.
Prawdopodobnie zaczniecie nawzajem się przekonywać, że istnienie jest albo nie jest czymś więcej niż istnienie biologiczne, fizyczne czy chemiczne. Zaczniecie formułować różne definicje istnienia, zaczniecie wskazywać różne sposoby istnienia. Może nawet spróbujecie sformułować jakieś ogólne zasady dotyczące istnienia. I tak stajecie się filozofami. Spojrzeć inaczej. Filozofia jednak nie żyje samymi pytaniami. Jak na pewno zauważyłeś, zauważyłaś, naturalną potrzebą jest próba odpowiedzi na zadane pytanie. Każdy z nas stawia dziennie mnóstwo pytań. Nie każde pytanie jest pytaniem filozoficznym. Stawiamy jednak pytania po coś, komuś i z jakiegoś powodu.
Chcemy znać odpowiedź. Czasami stawiamy trudne pytania, na które trudno znaleźć odpowiedź. Czasami odpowiedzi szukamy latami. Czasami umieramy, nie poznawszy odpowiedzi. Filozofowie zadając wiele pytań, odsłonili wiele problemów, na które współczesne nauki próbują dać odpowiedzi. Czym jest świat? Dlaczego istnieje świat? Czym jest umysł? Kim jest człowiek? Jak funkcjonuje w społeczeństwie?
Te wszystkie pytania i wiele innych po raz pierwszy zadali filozofowie. Ponieważ na początku dziejów namysłu nad światem nie istniały takie nauki jak biologia, chemia czy psychologia, filozofowie próbowali odpowiedzieć na te pytania za pomocą takiej wiedzy, jaką wtedy dysponowali. Otrzymywali różne odpowiedzi, które często dzisiaj traktowane są z lekkim uśmiechem, ale nie możemy zapominać, że te odpowiedzi dały początek wielu naukom. Abyś jednak zechciał, zechciała w ogóle zadać jakiekolwiek pytanie, musisz zdać sobie sprawę z własnej niewiedzy. Filozofia często pytała i pyta o istotę naszej wiedzy. Czym jest wiedza i jak to się dzieje, że cokolwiek wiemy? I skąd w nas chęć na odkrywanie ciągle nowych i niepoznanych rzeczy? Pytamy dlatego, że chcemy coś poznać. Wyobraź sobie, że żyjesz w zamierzchłej przeszłości. Czym dla ciebie byłaby rzeczywistość?
Prawdopodobnie tym samym, czym jest dzisiaj, ale inaczej tłumaczyłbyś powstawanie niektórych zjawisk. Dzisiaj wiemy, czym są i jak powstają błyskawice. Kiedyś byłyby dla ciebie znakami od kogoś lub czegoś znacznie silniejszego od ciebie. Filozofowie tamtych epok zdali sobie w pewnym momencie sprawę z tego, że tłumaczenie wszystkich wydarzeń kimś lub czymś o potężnej mocy jest niewystarczające i zaczęli formułować inne wyjaśnienia zjawisk. Wyobraź sobie, że zaczynasz w inny sposób tłumaczyć to, co cię otacza. W jaki sposób jest możliwe inne widzenie tego, co jest przed twoimi oczami? Jeśli spojrzysz w niebo, to zobaczysz gwiazdy, planety, księżyc i tak dalej. Ale powierzchni księżyca czy planet nie zobaczysz gołym okiem. Potrzebne do tego jest nowe narzędzie, które działa na podobnej zasadzie jak oko, ale pozwala na dostrzeżenie innych rzeczy w tym, co cię otacza. Przecież nie odkrywasz nowej rzeczywistości.
Zaczynasz jednak w inny sposób patrzeć na tę rzeczywistość, która cały czas była przed tobą. Dla filozofów takimi nowymi narzędziami mogą być na przykład nowe sposoby myślenia. Nowe sposoby badania czy nowe postawy wobec badanej rzeczywistości. Wyobraź sobie, że dysponujesz narzędziem, które potrafi zmieniać sposoby twojego patrzenia na świat. Co byś wtedy myślał o świecie? Co byś wtedy mógł zobaczyć dzięki takiemu narzędziu? I co tak naprawdę masz na myśli mówiąc, że posiadasz takie lub inne narzędzie? Zaczynasz w ten sposób tworzyć nowe metody spostrzegania tego, co istnieje. Filozof nie odkrywa nowych światów i nie przeprowadza eksperymentów w laboratoriach. Zastanawia go natomiast to, co mamy na myśli, używając takich lub innych pojęć.
Na przykład czym jest umysł i dlaczego każdy z nas może mieć inne pojęcie umysłu? Filozof bada pojęcia, dostrzega różne sposoby ich rozumienia. Zwraca też uwagę na sytuacje, w których używamy tych samych pojęć. Badanie pojęć jest pewnego rodzaju narzędziem, dzięki któremu możemy widzieć nasz świat na różne sposoby. Mówiąc inaczej, dzięki różnemu rozumieniu naszych pojęć możemy różnie spostrzegać świat lub to, kim jesteśmy. Stajesz się filozofem wtedy, kiedy zaczynasz dopuszczać do siebie myśl, że świat może wyglądać całkowicie inaczej niż tak, jak nam to mówią inni. Niektórzy, przeczytawszy te słowa, mogą zadać pytanie: dobrze, ale po co nam to wszystko? Czy nie lepiej po prostu przyjąć jakiś obraz świata i tego się trzymać? Zadaj sobie inne pytanie: a kto ma ustalić jeden podstawowy obraz świata? Trudno jest odpowiedzieć na tego typu pytania.
Nie wiemy, czy istnieje ostateczny model świata, a przynajmniej wydaje się, że niektórzy właśnie takie przekonanie utrzymują. Newton twierdził, że przestrzeń i czas są absolutne. Nie zmieniają się, istnieją bez względu na wszystko to, co się w nich znajduje. Einstein jednak dowiódł, że przestrzeń i czas są względne, że nie są absolutne. Zmieniają się ze względu na obserwatora i ze względu na materię. Materię, która istnieje w przestrzeni i czasie. Trudno powiedzieć, czy można ustalić jakiś obraz rzeczywistości. Tym jednak filozofia się nie zajmuje, ale na pewno stawia pytania typu: czym miałby być taki lub inny model świata? Czym w ogóle jest model i w jaki sposób rozumiemy te pojęcia? Jak żyć?
Błędnie się uważa, że filozofia jest tą dziedziną nauki, która ma odpowiadać na pytanie, jak żyć. Filozof nie jest kapłanem, który miałby wskazywać nam drogę słuszną i jedyną. Filozof, jeśli już mielibyśmy się trzymać jakichś porównań, stałby na rozdrożu dróg i wskazywałby kierunkowskaz. Ale nie to, co na nim jest napisane, tylko sam w ogóle kierunkowskaz. Na przykład według Alberta Camus jedynym poważnym problemem filozoficznym jest problem samobójstwa. Innymi słowy, Camus twierdzi, że najważniejszym celem, do którego zmierzamy, jest jak najszybsze odnalezienie sensu naszego życia, a także znalezienie odpowiedzi na pytanie dotyczące tego, czy nasze życie jest warte tego, aby je kontynuować. Camus stawia to samo pytanie, które postawił ci twój znajomy na początku tej opowieści. Dlaczego istniejesz? Tylko teraz chodzi o twoje życie. O to, dlaczego w ogóle chcesz żyć.
Ważne jest nie tyle pytanie o to, jak żyć, ile pytanie o to, skąd w tobie w wielu przypadkach niezachwiana chęć życia. Stajesz się filozofem nie wtedy, kiedy mówisz wszystkim dookoła, jak żyć, ale wtedy, kiedy zastanawiasz się nad sensem życia. Nie daj się zwieść, że filozofia jak lekarz podaruje ci receptę na dobre życie. Filozofia nie wskaże ci też tej jedynej, czyli słusznej drogi, którą powinieneś iść. Kapłaństwo niezbyt dobrze współgra z byciem filozofem. W tym jednak sensie filozofia współdzieli miejsce z nauką, że nie dowodzi istnienia jedynej absolutnej i niezbywalnej prawdy. Filozofia wskaże narzędzia, dzięki którym możesz uzyskać odpowiedzi na niektóre swoje pytania. Czy to dla ciebie za mało? Tak, to był tekst Jarosława Skórzyńskiego „Filozofia dla ciebie”. Ja sądzę, że warto ten tekst przynajmniej jeszcze raz przesłuchać.
On się wydaje bardzo prosty. On się wydaje bardzo podstawowy. Chwilami może ktoś powie nawet kawoławiczny. Ale tak nie jest. W gruncie rzeczy, jak się go przesłucha po raz drugi, może nawet po raz trzeci, to odkryje się w nim pewne nowe sensy. Ale o tym musicie się państwo przekonać sami. Hm. Skoro tak filozoficznie się zrobiło, to ja państwu teraz proponuję, byśmy pożeglowali w kierunku literatury. Zapowiadałem tydzień temu opowiadanie pod tytułem „Bagno”. Jego autorem jest Radosław Olek.
Proszę państwa, sądzę, że przed państwem ponad godzina świetnej prozy. Naprawdę świetnej prozy. Zapraszam.
[02:43:01] - Radosław Olek, „Bagno”. Parostatek. Joszka czuł, że jest gotowy. Ściskając w dłoni twarde jak jego sprzyrodzenie, był pewien, że jest już mężczyzną. Moc przepełniała go całego. Pulsowała w ręku, w piersiach, skroniach. Najbardziej jednak tam, w pięści, która wydawała się teraz młotem, mieczem i lancą. Jak sobie poradzić z tą mocą, która... „Joszka, gdzie się podziewasz, smarku?” Głos macochy spłoszył go. Wyszarpnął dłoń z portek.
W pośpiechu zapiął pasek. „Parostatek na rzece, goście będą” – krzyczała rodzicielka. – „Wracaj tu, a rychło!” Podniósł wzrok. Wartę toczyła leniwie wody. Niczego jeszcze nie było widać, żadnego statku ani łodzi. Z oczeretów po drugiej stronie rzeki poderwało się stado żurawi. Dumnie uniosły się w powietrze, burząc ciszę donośnym klangorem. Po chwili znikły za zakolem rzeki w zalanych wiosennymi roztopami łęgach. Z oddali dobiegł donośny głos syreny pokładowej, po czym wielkie żelazne cielsko ukazało się chłopcu w całej okazałości. Parostatek dobił do brzegu.
Zarzucono cumy. Rozległ się sygnał do wyjścia na ląd. Z pokładu wysunęło się ramię trapu, które połączyło statek ze skarpą nabrzeża. Nieliczni pasażerowie postanowili rozprostować nogi i widząc przy przystani karczmę, skierowali tam spacerowe kroki. Eleganccy państwo w melonikach, płaszczach, jasnych sukniach, paltach, z szykownymi parasolkami w dłoniach, mimo że nie padało. Joszka dotychczas tylko słyszał o takich ludziach z wielkich miast. Miejscowość nazywała się Schwarzsee od pobliskich torfianek wypełnionych czarną, mętną wodą. Parostatek kursował na Wartę od niedawna. Zawijał tu tylko na wyraźne życzenie pasażerów, czyli nigdy. Zwykle na nabrzeżu cumowały barki z węglem albo transporty torfu.
Kto by się chciał zatrzymać w przystani pośrodku bagien uwalonej czarnym błotem, zawalonej drewnem, usmolonej plamami nafty? „Jak się nazywa to miejsce?” – zapytał elegancik w modnym garniturze. „Schwarzsee” – odparła młoda kobieta wsparta na jego ramieniu. „Co za okropna nazwa. Obrzydliwe miejsce” – skomentował urażony faktem, że jego fikuśne trzewiki muszą znosić wilgoć wysokiej, nigdy niekoszonej trawy. – „Jasna cholera” – zaklął brzydko. „Co się stało, Herr Franz?” – zainteresowała się towarzyszka. „Łajno” – odparł, po czym dodał, zorientowawszy się, jak to zabrzmiało: „Wdepnąłem w...” „Gówno” – zaśmiała się szczerze młoda kobieta, nie mogąc powstrzymać radości. – „To wszak nie koniec świata, panie burgrabio. I ludzka rzecz tak wdepnąć.” „Raczej plebejska, verflucht” – odparł naburmuszony.
– „Błagam panią, oddalmy się stąd jak najszybciej.” „Przecież jeszcze nic nie zobaczyliśmy” – odparła, rozglądając się. Jej wzrok padł na smukłego, czarniawego chłopca, który biegiem wypadł zza grabli, zmierzając w kierunku domu. „A co tu jest do oglądania?” – ciągnął z wyrzutem burgrabia. – „Nie zamierza pani chyba wchodzić do środka tej stodoły?” Wskazał na gospodę zbudowaną jak większość okolicznych domów z grubo ciosanych bali uszczelnionych mchem, pokrytą strzechą z trzciny rosnącej w okolicy. „Zaskoczę pana, burgrabio” – odparła, tknięta szaloną myślą. – „Nie tylko tam wejdę, ale nawet zostanę.” „Frau Inge, nie przestaje mnie pani zadziwiać” – zakrzyknął sztucznie, poprawiając binokle. – „Oby nie na długo.” „Jakiś rok, może dwa.” Z satysfakcją dostrzegła, jak junkier się zapowietrza, nie znajdując słów riposty, więc kontynuowała. – „To jest właśnie cel mojej podróży, Herr Koeppke” – skłamała. „Jest pani szalona” – wypalił wreszcie. – „Zdaję sobie sprawę, że to, co mówię, nie jest zbyt uprzejme.” „Istotnie, burgrabio, niezbyt to uprzejme.
Nie dosłyszał pan może, zajęty swoimi myślami” – stwierdziła nie bez złośliwości – „kiedy wspominałam, że uczęszczam na studia z przyrodnictwa. W szczególności zajmuje mnie botanika i ornitologia.” „Toż to pomylenie z poplątaniem.” Burgrabia zatrząsł się cały, zamachał rękoma, zawiedziony w swojej męskiej dumie. „Kobiety przez swą naturę wybuchową i nazbyt uczuciową nie mają predyspozycji...” „Jestem przeciwnego zdania” – odparła twardo Inge, wyswobadzając ramię z uścisku junkra. – „Zresztą tę dyskusję musimy odłożyć na kiedy indziej. Proszę spojrzeć łaskawie, właśnie wynoszą mój bagaż.” Rozejrzała się desperacko, szukając pomocy. Smukły, czarniawy młodzieniec zatrzymał się w pół kroku od drzwi gospody. „Tak, ty. Podejdź, pomożesz z bagażami.” Nie czekając na reakcję chłopca, Inge odwróciła się do pruskiego szlachcica. „A panu dziękuję za towarzystwo i żegnam. Oby na zawsze.” Herr Koeppke tylko prychnął.
Został upokorzony przez dziewczynę, którą zamierzał oczarować i uwieść. Obrócił się na pięcie i wściekle wycierając ufajdany but o trawę, wrócił czym prędzej na pokład parostatku. Inge była wolna, choć po prawdzie nie wiedziała, co z tą wolnością począć. Chłopak stał przed nią w oczekiwaniu na dyspozycje i uśmiechał się szeroko. W przedziwny sposób ten uśmiech rozjaśnił jej myśli i natchnął Inge otuchą. „Jak się nazywasz?” — zapytała. „Joszka, psze pani” — odparł śmiało. „Mów mi Inge.” Wyciągnęła dłoń do uścisku jak mężczyzna. Przyjął ją bez zdziwienia i uścisnął po męsku. „To jest moje miejsce” — pomyślała.
„Nikt mnie tu po rękach całował nie będzie.” „Joszka, baranie!” — zagrzmiało nagle z wnętrza gospody. „Co za durnotę żeś wy...” W drzwiach stanął olbrzymi mężczyzna w roboczej kamizelce obsztrujej tłustymi plamami. „O, przepraszam, najjaśniejszą.” Zaskoczony nie wiedział, co powiedzieć, więc zdjął czapkę i ukłonił się niestarnie. „Panienkę. Dzień dobry, panie...?” „Kotnik. Nazywam się Alfred Kotnik.” „Miło mi pana poznać” — odparła, wyciągając rękę. Kotnik, nie wiedząc, co ma z tą damską dłonią zrobić, ukłonił się raz jeszcze, komicznie dygając przed panną z miasta. „Nie powinna panienka wracać?” — spytał przytomnie, widząc, że marynarze zwijają trap. „Chciałabym zostać na dłużej” — odparła Inge. „Macie tu pewnie kwatery?” „Co?” — zapytał Alfred, nie rozumiejąc, w czym rzecz.
„Czy pokój się znajdzie do wynajęcia, panie ojcze?” Joszka rozumiał więcej. Częściej bywał w Witnic i słyszał o tym, że majstry pracujący w browarze opłacają pokoje gospodarzom w miasteczku. „Sama? Tutaj?” Kotnik nie mógł tego pojąć. Słów Joszki nie dosłyszał albo celowo je zignorował. „Toż nie godzi się. Samotna, niezamężna panna i...” „Zapewniam pana, wszystko jest załatwione w dworze i w miasteczku” — odparła, licząc, że w okolicy jest jakieś miasteczko i dwór. „Płacę z góry” — dodała, sięgając do podróżnej torby. „Nie trzeba. Nie teraz.” — zreflektował się Kotnik.
Oczy zapłonęły mu chciwością na myśl o dodatkowym zarobku. „Skoro wszystko dogadane w dworze i w miasteczku, to czemu nie. Coś się znajdzie. Zapraszam.” „Dziękuję.” — uśmiechnęła się słodko. „Rusz się, smarku!” — huknął gospodarz na Joszkę. Chłopak chwycił za torby, wdzięczny opatrzności za taki obrót wydarzeń. Starał się nie okazywać zbytnio radości, żeby nie rozwścieczyć wiecznie złego Kotnika. W głębi duszy czuł podniecenie na myśl, że ta piękna dziewczyna z innego świata zamieszka z nim pod jednym dachem. „Pana syn, panie Kotnik?” — zapytała jeszcze Inge, wskazując na Joszkę. „A gdzie tam.
Znajdź. Podrzutek. Kundel taki. Widzi pani, jaki czarny. Cygan pewnie. Albo jaki Węgier z cygańskiej kurwy poczęty, jak oni wszyscy.” Spojrzała na karczmarza z odrazą, ale nie zwrócił na to uwagi. „Przygarnęli go z przytułku. Rąk do pracy było trzeba.” „Własnych dzieci nie macie?” — zapytała naiwnie. „Nic wam do tego” — odparł gwałtownie Kotnik, kończąc temat. „Pilnujcie własnych spraw.” Weszli do izby.
„To moja ślubna Elsa.” Krępa kobieta pociągnęła nosem, odcharknęła i splunęła siarczyście na klepisko. „A ta tu czego?” „Lokatorka. Na kwaterę.” — odparł Alfred. „Do wynajęcia.” Po czym dodał, widząc zdumiony wzrok żony: „Z góry płaci.” „Ale...” „Rusz się, babo! Pokój zamieć, siennik naszykuj. A zaraz, żeby nie czekała panienka.” „I jej pieniądze.” — dodała po cichu Elsa. Sarkając na męża, oddaliła się, by poszukać świeżego siana i jedynej zapasowej pościeli, jaką mieli. Joszka radośnie pomknął na górę, prawie nie czując ciężaru walizy, którą pociągnął po schodach. Alfred wyszedł. Dla niego sprawa została załatwiona.
Inge, zostawiona nagle sama sobie, rozejrzała się niepewnie. Zawahała się po raz ostatni. Drzwi na zewnątrz jeszcze były otwarte, a parostatek jeszcze nie odbił od brzegu. Odrzuciła pokusę zmiany decyzji i pewnie ruszyła na piętro, gdzie od dziś miało znajdować się jej małe królestwo. Noc. Było już późne popołudnie, kiedy Inge, zdążywszy się rozpakować, zeszła na dół. Zjadła jakiś marny kęs prostej kolacji przygotowanej przez Elzę i zaraz udała się na piętro. Znużona podróżą prędko zasnęła. Joszka czekał do nocy, czy panienka jeszcze nie zejdzie. Wreszcie kocnik odesłał chłopaka do spania do małej izby na poddaszu sąsiadującej z pokojem wynajętym nowej lokatorce.
Nie było tam zbyt wygodnie. Jedną ścianę zastępowała strzecha, drugą komin z cienką ścianą bieloną wapnem. Przynajmniej było dość miejsca, żeby rozłożyć siennik, zapalić świeczkę i bliżej komina w cieple myśleć o niebieskich migdałach. Zanim zasnął, Joszka utrwalał w pamięci obraz Inge, pięknej, eleganckiej, zwiewnej w miastowych czystych sukniach, kapeluszu z elegancką parasolką. Domyślał się zgrabnej figury, gładkiej skóry kryjącej się pod wykwintną bielizną i kształtów kobiecych, pełnych, tak smakowitych jak na zdjęciu damskiego aktu, które ukradkiem podejrzał w szufladzie u kocnika. W jego życiu dotychczas nie było wielu kobiet. Elsa, żona kocnika, nie była Joszce matką, raczej strażniczką i opiekunką, od kiedy zabrano go z przytułku i oddano torfiarzom na służbę i wychowanie. Nie traktował jej z afektem, za to dorastając, zaczął dostrzegać w niej kobietę. Była wielka, pulchna i wulgarna. Dla Alfreda może pociągająca na jego grubiańską modłę.
Joszce kojarzyła się ze świniami, które trzymali w chlewiku. Tłustymi cielskami ocierały się o siebie, parząc się co jakiś czas. Różowa skóra ich zadów wyglądała dokładnie tak samo jak u Elzy, kiedy dosiadała Alfreda i podrygiwała na nim, sapiąc. Joszka widział ich parę razy, jak się parzą. Jej wielkie piersi falowały i podskakiwały, a kiedy leżała pod mężem, stękała ciężko jak świnia właśnie. Patrząc z zafascynowaniem na akt miłosny tak brzydkich ludzi, nie mógł pojąć jego sensu. Czuł podniecenie i jednocześnie odrazę, widząc, jak plugawią wzniosłą miłość stękaniem, pierdnięciami, brudem i potem oślizgłych, nieforemnych ciał. Dziewczyny ze wsi go nie pociągały. Nie było w nich nic podniecającego, obcego, czego by nie oglądał w swoim krótkim życiu. Nie miały mu też nic ciekawego do powiedzenia.
Rżały tylko głupawą, kiedy się zbliżał albo łączyły w małe grupki jak kuropatwy na łące, kiedy wica wyszła. Chowały głowy w ramiona, zakrywały piersi rękoma i łącząc się w krąg twarzami do siebie, szeptały, pobiskując od czasu do czasu. Kurki bez koguta. Nie to go interesowało. Nocami, gdy wszyscy szli spać, czytał romantyczne powieści o rycerzach, damach, dzielnych bohaterach przymierzających świat dawnych królestw, kawalerach prawych i dostojnych, składających hołdy pięknym i światłym wybrankom szlachetnych serc. O takiej miłości marzył. Idealnej, wzniosłej, wypowiedzianej poezją, karmionej uniesieniem. Taką kobietę wprost z kart powieści zobaczył w Inge schodzącej tamtego popołudnia z parostatku na brzeg Warty. Teraz, leżąc przy świecy, usiłował czytać, ale wciąż miał przed oczami wizję Inge siedzącej obok. Niemal czuł, jak głaszcze go po policzku, jak odgarnia włosy z twarzy, uśmiechając się do niego, jak podnosi spódnicę za kolano, żeby ulżyć gorącu, jak odpina kołnierzyk, odsłaniając szyję i dekolt.
Był tak napięty i twardy tam na dole, że musiał ścisnąć przyrodzenie z całej siły, żeby ulżyć gorącu choć trochę. Pomogło tylko na chwilę, po czym napięcie zwiększyło się jeszcze bardziej, a obraz Inge stał się jeszcze odważniejszy. Nie chcąc dopuścić, żeby jej wizja uleciała albo, co gorsza, przeistoczyła się w falujące kształty Elzy, Joszka wstał i zaczął chodzić po pokoju, zabijając ręce o ramiona. Po chwili jednak przestał w obawie, że zbudzi domowników. Stanął i nasłuchiwał, jak w pokoju obok za cienką ścianą Inge przewraca się z boku na bok. Słuchał tak jeszcze długo, chodząc, leżąc, snując szalone plany. Wreszcie zasnął męczącym snem podobnym do jawy, który nie zna różnicy między rzeczywistością a fantazją. Dom na bagnach. „Frau Inge” szepnął Joszka. „Proszę się obudzić.
Już czas.” „Co?” Zaspana ledwo mogła otworzyć oczy. „Gdzie jestem? Kim ty...?” „Joszka” odparł chłopak, uśmiechając się. Pamiętała ten uśmiech. Kojarzył się z czymś miłym i ciepłym, jak ta czarna czupryna, ledwo widoczna w pomroku poranka. Ach tak, Schwarzsee, dom na bagnach. „Dzień dobry pani. Zaraz świta. Musimy ruszać” dodał, widząc, że gość rozpoznaje otoczenie. „Do Wittnitz, do szkoły, jak pani życzyła.
Łodzią ze mną.” Tak, już się ubieram. Zostaw mnie na chwilę. Tylko proszę się pospieszyć. Macocha już przygotowała śniadanie. Szkoda by było nie zjeść. Naprawdę tak pomyślał. Gdyby nie obecność Frau Inge, dostałby co najwyżej pajdę czarnego chleba i wygnano by go do łodzi. Uczyć się musiał. Władze nie płaciłyby zapomogi, gdyby kocnik o to nie zadbał. Ale przepisy nie mówiły nic szczegółowo o śniadaniach, więc sierota dostawał tylko to, co konieczne.
Z lokatorką pod dachem mógł liczyć na coś więcej. Nie to samo i nie tyle co ona oczywiście, ale zawsze coś ciepłego dla zachowania pozorów. Nie przyznał się, że zanim ją obudził, przyglądał się dłuższą chwilę jak śpi. Oddychała spokojnie, a kołdra unosiła się nieznacznie w miejscu, gdzie mógłby dostrzec piersi, gdyby nie pierze, koszula nocna i półmrok. Musiało mu wystarczyć ramię, które bezwstydnie wyzierało nagością spod zsuniętego ramiączka. Miała jasne włosy, które w nikłym świetle księżyca wyglądały na brązowe. Rozlały się falami po poduszce, odsłaniając spokojną twarz. Uśmiechała się, śniąc o czymś przyjemnym. Jęknęła, przewracając się na bok i zsuwając kołdrę z ramion w dół piersi. Przestraszył się, że odsłoni za wiele i wtedy potrząsnął jej ramieniem.
Wyszedł zaraz potem cały w pąsach i znowu czując to nieznośne napięcie w dole brzucha między nogami. „Dobrze się uczysz?” — zapytała, kiedy już siedzieli w łódce. „Nie bardzo. Sam nie wiem” — odparł chłopak wymijająco. Inge opatuliła się płaszczem. Poranki nad Przednówką były mgliste i chłodne. Zima już dawno odeszła, lody puściły, a ptaki zdążyły się zodomowić w trzcinach i oczeretach. Rankiem po nocy chłód wciąż ciągnął z ziemi i od wody. „A pani, Frau Inge, czego będzie uczyć?” „Przyrody.” Spostrzegła zdziwienie. „To znaczy geografii, biologii, botaniki, zoologii.” Teraz zdziwienie jeszcze się wzmogło.
„Ale że co z tego przyjdzie?” — zapytał. „Dowiecie się o ptakach, gadach, przyrodzie.” „A po co? Przecie my to wiemy wszystko lepiej od pani pewnie. My z bagien.” „Owszem, ale o górach nie wiecie. O lasach innych niż tutejsze. O zwierzętach, które tu nie występują też nie, co?” „Niby nie. A po co nam to wiedzieć?” — zapytał brzydko. „Skoro nigdy ich nie zobaczymy.” „Skąd wiesz, Joszka?” — odparła. „A może inny ci los pisany niż na tych bagnach co dzień wiosłować i torf ładować. Może w świat ruszysz i podróżnikiem zostaniesz.” „Jeszcze czego” — obruszył się.
„Ojczym by mi nie pozwolili. Za bardzo mu pomoc droga. Wciąż o tym gada, ile go kosztuje na moje wychowanie.” „To się okaże. Życie różne płata figle” — pomyślała o sobie. Jeszcze niedawno zwykła córka zubożałego urzędnika z Posen, potem studentka uniwersytetu, asystentka naukowa z szansami na doktorat z botaniki. Co się jeszcze może przydarzyć? „Wiosłować trzeba, ot co” — odparł chłopak. „Żeby łódka dopłynęła do celu, trzeba wiosłować, a nie czekać, aż życie figla spłata.” „Może masz rację” — odparła rozmarzona. „Przede wszystkim warto robić swoje. Ciężko pracować, pilnie się uczyć, twardo dążyć do celu.” „Nie wiem, o czym pani mówi.
Przestał wiosłować na chwilę. Ale Witnic jest o tam, za zakolem kanału.” Rzeczywiście, po chwili dotarli do małej przystani. Joszka złożył wiosła, zacumował łódź i pomógł Inge wyjść na pomost. Kiedy ścisnął jej dłoń i podtrzymał ramię, poczuła, że jest silny bardziej niż na to wyglądał. Mógłby ją pewnie podnieść, gdyby chciał. Dorożka już czekała. Wójt zjawił się osobiście wespół z dyrektorem szkoły. Powitać szanowną praktykantkę. Kukiec przedstawił się wójt. A to pan Zula, dyrektor placówki.
Widząc pytające spojrzenie Inge, wójt dodał: „Wczoraj jeszcze z Parostatku przyszła wiadomość przez umyślnego od grafa Schwerina, że pani nas zaszczyci wizytą. Graf się od kogoś dowiedział, że planuje pani podjąć praktykę w naszej szkole, więc zapraszamy. Podwieziemy panią do miasteczka, Frau...” „Inge Schuster. Bardzo mi miło” — dygnęła. „Cała przyjemność po naszej stronie.” Kukiec szarmancko się skłonił i stuknął obcasami. Zula, wyraźnie onieśmielony urodą nowej podwładnej, podał jej drżącą rękę i pomógł wejść na stopień. Wsiedli i dorożka ruszyła. „Bardzo nam brakowało specjalisty od przyrody. Mamy wakat od zeszłej zimy, kiedy to nasz dobry Herr Broll pechowo wpadł do przerębli, kiedy łowił ryby.” Słowa rozmowy dochodziły do Joszki z oddalającego się powozu. „Tak długo zabiegaliśmy o nowy przydział.
Pisma, petycje, oczekiwanie na odpowiedź. I nagle, tak bez zapowiedzi. Wolelibyśmy prawdziwego nauczyciela, mężczyznę. To jasne. Ale takie czasy, że... Ech.” Brać, co dają, skoro dają. „Wielkie to szczęście, że pani do nas trafiła” – dodał dyrektor Osula. – „Wspaniałe zrządzenie losu.” Joszka został na pomoście sam. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Wrócił do łódki po zeszyty i ruszył raźno w kierunku miasteczka.
Die Lehrerin. Wiosna nadeszła na dobre. Rozkwitła pełnią majowych barw i ptasich śpiewów. Joszka, jak było umówione, codziennie woził Frau Ingę do szkoły w Wittnitz, uparcie wiosłując przez plątaninę kanałów. Kiedy tylko docierali na miejsce, ona stawała się nauczycielką, on zwykłym uczniem szkoły realnej. Chwile subtelnej bliskości i znaczącego milczenia na łodzi musiały zostać zapomniane. Inge była wzorową urzędniczką edukacyjną. Nie traktowała chłopca wyjątkowo, dlatego nikt nie mógł podejrzewać, co naprawdę dzieje się w jej głowie. Popołudniami bywało już całkiem ciepło. Kiedy wracali do domu, Joszka zdejmował mundur, a czasem i koszulę, żeby nie pocić ubrania.
Wiosłował wtedy półnagi, w samych portkach, prezentując ramiona, barki i tors. Wiedział, że to zgorszenie nie uchodzi, ale kto by na bagnach zwrócił uwagę? Inge z pozoru nie zwracała, choć oczywiście powinna. Obserwowała go z początku dyskretnie, potem wprost. Udawała, że nie widzi, jaki jest sprężysty, jędrny, silny młodością, a jednocześnie gładki jak dziecięca skóra rozciągnięta na ciele, które dopiero co stało się męskim, nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Wieczorami, sunąc bezmyślnie ołówkiem po szkicach, łapała się na tym, że myśli o nim. Obrazy bliskości na łodzi zostawały w niej. Kłuły irytująco, a jednocześnie przyjemnie. Chciała ich i nie chciała. Nie mogła sobie z tym poradzić.
Zaczęła go rysować. Nie całego, Boże broń! W kawałeczkach, żeby nie przyznać się, jaka całość chodzi jej po głowie. Mocna, smukła dłoń nakreślona prostą kreską, linia barku i szyja muskana niesfornymi włosami. Napięty biceps dotykający przedramienia, kiedy przeciągał wiosła. Napięte plecy, kiedy się pochylał, żeby je przeciągnąć. Uśmiech, ten pierwszy, bezczelny, gdy ją przyłapał, jak się w niego bezwstydnie wpatruje. Przesuwała ołówkiem po papierze i odpływała w marzenia. Robiła się wtedy mokra. Wiedziała, jak go obejmuje nogami i przesuwa się po biodrach twardych jak olchowa ława przytwierdzona do łodzi.
Najgorzej było, kiedy Alfred i Elza kochali się na parterze, głośno sapiąc. Byli u siebie, robili co chcieli. Rozumiała to. Niemniej ich zwierzęce niemal spółkowanie doprowadzało ją do stanu wybuchowego wrzenia. Słyszała wtedy, jak w pokoju obok Joszka przewraca się na sienniku, nie mogąc spać. Herbata. Rosie była jak stokrotka, wiosennie świeża, nieśmiało piękniejąca wśród większych kwiatów i bujnej zieleni pierwszej łąki po roztopach. Słodko przymykała rzęsy, szukając wielkimi niebieskimi oczami, czy Joszka ją dostrzega. Szczerą twarz zdobiły lające włosy nieokreślonej barwy. Wiosną jasnozielone, latem słomiane, jesienią barwy mchu.
Zimą stawały się szare jak pnie drzew pogrążonych w mrocznym śnie. Uśmiechała się nieśmiało i intrygująco, jednocześnie spuszczając oczy, jakby nie chciała w pełni okazać, co oznacza radość na jej twarzy. Tylko ona miała wiedzieć, co ją tak cieszy. Miała pięknie zaokrąglone, pełne biodra i silne uda, które Joszce wydawały się za grube. Wcześnie rozkwitłe ciało ukrywała skromnie pod obszernymi halkami, spódnicami, koszulami z nieodłącznym kubrakiem ściskającym piersi. Wszystkie te ubrania nie mogły zamaskować wyraźnego kontrastu między opiętą talią a jabłkowym biustem i rozkosznie osadzonej materii w miejscu, gdzie biodra rozszerzały się w kierunku pośladków. Była jak ledwo co rozwinięty kwiat, wyróżniający się białoróżowym kolorem płatków na łące poślednich chwastów. Joszka nie chciał jej widzieć. Celowo nie zwracał na nią uwagi. Nie po tym, co zaszło w karczmie w tamten pamiętny wieczór.
Zresztą zawsze myślał o niej jako tej małej od Glotzników, która biega po łąkach za krowami z wiankiem na głowie i witką w ręku. Co innego graf Schwerin, ten zachwycony romantyczną wizją powrotu do natury, germańską żywotnością przywracającą siły witalne, marzył o pulchnej bielszczce i wspólnych z nią chwilach. Widział ją w swych ramionach. Tym bardziej że coraz częściej grafini odrzucała jego awanse i wyniośle oddalała się wieczorami, żeby skryć się za drzwiami swojej sypialni. Od kiedy zmarła ich córka, ogrom żalu i winy podzielił ich tak bardzo, że każda bliskość wydawała jej się torturą. On, równie zagubiony co ona, starał się z początku. Potem ciskał, walczył, czynił wyrzuty. Z czasem wycofał się w krainę marzeń. Zobojętniał. Przestał się złościć i zabiegać.
Kontakty, z pozoru lepsze i poprawne, ograniczały się do rytualnych cmoknięć w policzek, co najwyżej w rękę. I choć wciąż atrakcyjna hrabina brylowała jak gwiazda na salonach Szczecina i Berlina, jej czar był w istocie pusty i zimny. Była niczym posąg, którego piękno jest bezdyskusyjne, ale nikt nie śmie go dotknąć, żeby nie urazić kunsztu artysty, który go wykonał. Stawiając te dwie kobiety obok siebie, co nie miało się prawa zdarzyć nigdzie indziej niż w wyobraźni hrabiego, to jakby porównywać najpiękniejszą różę niderlandzkiej hodowli, która przetrwa tylko w pałacowym zimowym ogrodzie, do łąki, w której kobiercu jedynie prawdziwy artysta dostrzega najpiękniejszy z kwiatów. Kiedy więc graf wpadł na pomysł zorganizowania wielkiego przyjęcia i ogłosił swój zamiar w okolicy, każdy wyobrażał je sobie inaczej. Joszka marzył, żeby ostatni raz zobaczyć Ingę, zanim zainteresuje się nim armia. Rosie skrycie wierzyła, że Joszka wreszcie ją dostrzeże i uda jej się go do siebie przekonać, zanim pójdzie do wojska i zniknie z jej życia. Grafini czekała, by wreszcie świat wielkich balów dotarł na jej prowincję i dał się oczarować blichtrem i klasą zasobności rodu Schwerinów. Graf skrycie planował zbliżyć się do Rosie, której wizja nie dawała mu spać i która nawiedzała go nocami jako germańska bogini płodności. Podano herbatę.
Hrabina ostrożnie sięgnęła po filiżankę, kontemplując posąg Wiktorii dumnie prezentujący się w oddali pośród zieleni angielskiego ogrodu. Oderwała wzrok tylko na moment i pochyliła się, żeby ująć w dłonie spodek z cennej porcelany. Westchnęła, czując, jak gorset nieznośnie uciska żebra, odbierając oddech. „Pięknie kochana, prawda?” Graf błędnie zinterpretował gest żony. „W istocie” odparła zimno, myśląc, że mężczyźni nigdy się nie nauczą. „W kwestii przyjęcia” zaczął hrabia ostrożnie. „Balu chciałeś raczej powiedzieć.” „Tak, balu. Rzeczywiście, masz rację.” Chrząknęła znacząco na potwierdzenie oczywistości tego stwierdzenia. „Myślałem o szerszej formule” ciągnął graf ostrożnie. „Tak?” Żona nie dawała mu satysfakcji, udając, że czeka na szczegóły nowatorskiego podejścia.
„Modna ostatnio na salonach jest” zaczął graf, wznosząc się na wyżyny podstępu. „Ludyczność, powrót do natury, romantyczne zwrócenie się do korzeni naszej kultury biorącej się z ludu wszak, tych prostych chłopów i mieszczan, którzy na co dzień swą ciężką pracą przysparzają nam tyle radości.” „I zysków” zauważyła przytomnie hrabina. „Naturalnie” przytaknął hrabia skwapliwie. „Pomyślałem zatem, że udział pierwiastka ludowego nadałby balowi kolorytu, egzotyki nawet. Goście bez wątpienia doceniliby taką nowinkę.” Hrabina podniosła brew, odstawiła filiżankę i przeniosła wzrok z pomnika w parku wprost na męża. „Co ty nie powiesz?” „Jestem tego pewien” zapewnił gorąco graf, czując, że traci grunt pod stopami. Był jeden krok od utonięcia. „Bez tego bal będzie nijaki” podjął desperacką próbę. „Jak wiele rautów w sezonie. Tych prowincjonalnych przyjęć bez polotu, na które przychodzą tylko nieproszone ciotki, a prawdziwa socjeta ze stolicy nawet nie raczy obdarzyć ich odmownym komentarzem.” „Jak to sobie wyobrażasz ten bal” skrzywiła się.
„Ludyczny?” „Zaprosimy wybranych gospodarzy, kupców z miasteczka, majstrów z browaru. Z żonami naturalnie” dodał pospiesznie, widząc niesmak na twarzy żony. „Delegacje szkoły, może nawet z paroma uczniami. Tylko tymi wybitnymi, ma się rozumieć.” „A to po co?” Hrabina aż fuknęła. „A żeby pokazać, jak wspieramy mniej zasobnych. To ostatnio modne w stolicy. Wiesz, socjaliści i inni tacy są coraz bardziej popularni. Zdziwiłabyś się, do kogo są zapraszani.” „Do nas ich, mam nadzieję, nie zaprosisz.” „Oczywiście, że nie! Gdzieżbym śmiał. Dlatego właśnie zaprosimy ludzi z gminu.
Pokażemy, że szlachectwo zobowiązuje, a niski stan nie wyklucza. Powiem ci jeszcze, że w zaufaniu konsultowałem ten pomysł z burgrabia von Moltke i uznał, że jest wyborny. A jeśli on tak orzekł, to na pewno przyjmie zaproszenie i jeszcze zachęci przyjaciół. Sukces towarzyski murowany kochana, a na salonach długo będzie się mówiło o balu w Tamsel.” „Skoro tak uważasz.” Hrabina zbyła męża domyślną skotą. Uważała, że sukces przedsięwzięcia był gwarantowany przez sam fakt jej, hrabiny von Schwerin, w nim uczestnictwa. Urodą i stylem olśni wszak każdego — od prostych wieśniaków po książąt krwi. Bal. Znalazła go na przystani. Siedział w słońcu, rozebrany do pasa. Podparty na rękach wystawiał twarz, grzejąc ją majowymi promieniami.
Naprężone ramiona układały się w wyraźne węzły mięśni utwardzonych wiosłowaniem. Klatka piersiowa unosiła się i napinała z każdym głębokim oddechem. Chwilę syciła zmysły wzrokiem. Spostrzegła, że na kolanach chłopaka leżała książka. Czytasz, Joszka? Zapytała, udając, że patrzy na książkę. Nie, tak tylko. Odwrócił się i spojrzał na nią. Nie był zmieszany, raczej zaskoczony. Przeglądasz?
Usiadła obok niego tak blisko, że ich dłonie prawie się dotknęły. Oboje czuli, że dystans jest zbyt mały, ale podobało im się to. Przeglądam, czy rysunki dokładne. Wskazał rycinę ptaków, które znał z okolicznych łęgów. Pochyliła się przy jego ramieniu tak, że mógł poczuć jej zapach. Świeży i subtelny. Nie myślałeś nauki kontynuować po egzaminach? Zapytała poważnie, choć jej gesty wskazywały, że coś innego miała na myśli. Nie wiem. Kocników nie stać, a nawet jeśli chyba nie wierzy pani, że oni...
No tak, rzeczywiście. Egzaminy zdasz na pewno. Zdolny jesteś. Wierzę w ciebie. Tylko co wtedy? Jak to co? Wojsko. Jak wszyscy chłopcy z okolicy w kamasze pójdę. Może to i dobrze. Armia kształci, karmi, odziewa.
Źle ci nie będzie. A może to szansa dla ciebie na nowe życie, zawód. Byle tylko wojna nie wybuchła, bo wtedy... A właśnie, niech wybuchnie. Niemcy są niepokonane. Pogonimy to wschodnie plugastwo za Bug i Niemen. Nie byłabym taka pewna. Poza tym z ciebie taki Niemiec. Trąciła go poufale w ramię. Nie cofnął się.
Jak z nas wszystkich. Zaśmiał się. A za ojczyznę bić się trzeba — dodał poważniej. Lepiej za ludzi, za swoich, za tych, co pracują i ciężką pracą reszcie zapewniają byt. E tam, nie moje to sprawy. Będę w armii, będę się martwił i głowił co i jak. Na razie wiosna się kończy, lato za pasem. U Schwerinów bal się szykuje. W szkole ogłaszali. Wybierasz się?
Wiesz, że bez trudu uda ci się na egzaminach. Czemu nie? Pałac od środka zobaczyć zawsze byłem ciekaw. Zobaczysz, zobaczysz. Angielski ogród lśnił tysiącem świateł. Przyozdobiony girlandami, lampionami przyciągał z publicznych bagien miliony świetlików, które krążyły w mroku między drzewami i krzewami jak małe gwiazdy, rozświetlające dziesiątki pojawiających się znienacka tu i ówdzie nieboskłonów. Rosie nie mogła się nadziwić, jak wspaniały ogród i pałac krył się za żywopłotem okalającym posiadłość Schwerinów w Tämsel. Nie miałaby szansy odwiedzić tego miejsca, gdyby nie szczęśliwe zrządzenie losu. W miesiącach poprzedzających egzamin kończący primę graf Schwerin, piastujący zaszczytne stanowisko członka Królewskiego Kolegium Szkolnego Prowincji, zjawił się w szkole z wizytacją. Dyrektor z dumą przedstawił najstarsze klasy, a graf uprzejmie kłaniał się uczniom, zachęcając do zdobywania najlepszych ocen.
Kto wie, może przed wami wielka przyszłość. Niemiecka armia, przemysł, a nawet uniwersytety stoją otworem — mówił. Ściskał dłonie uczniów klas męskich, uprzejmie kłaniał się w żeńskich. Na koniec ogłosił na wspólnym apelu: najlepsze wyniki egzaminu zostaną docenione zaproszeniem na bal. Dwór Schwerinów w Tämsel oddaje do uznania szkoły sześć zaproszeń dla trzech chłopców i trzech dziewcząt na Mittsommerfest. W szlachetnym gronie uczcimy radośnie prastare germańskie święto nocy letniego przesilenia. Postaracie się, a będzie to dla was jedyna i niezapomniana noc. Rosie wydawało się, że mówiąc to, spoglądał właśnie na nią, ale zganiła się za tę myśl. Jakże to graf Schwerin na nią specjalnie zwróciłby uwagę? Nie może to być.
A ta mała dobrze się uczy? Zapytał hrabia po apelu. Rosie? Ją pan hrabia ma na myśli? Tak, całkiem do rzeczy się wydaje. To prawda. Niegłupia to dziewczyna. Na pewno wstydu szkole nie przyniesie. Dyrektor nie do końca zrozumiał intencje grafa. To pewnie w trójce delegatek się znajdzie.
Najpewniej, hrabio. Zdecydowanie jej wyniki na to wskazują. Z egzaminem nie powinna mieć problemów, jeśli o to pan pyta. O to. Dokładnie o to, żeby nie miała problemów i znalazła się w delegacji. Hrabia zadarł ręce. Gwarantuję, że będzie, jak pan hrabia sobie życzy. Wybornie. Zjawiła się więc na przyjęciu razem z dwoma innymi dziewczętami i trzema chłopcami. Oprócz Joszki nie znała nikogo.
Jego też zresztą słabo. Od czasu przykrego incydentu w karczmie unikał jej i nie zwracał na nią uwagi. Myślała, że tym bardziej powinna być blisko, żeby dać się lepiej poznać, stworzyć okazję. Dlatego zależało jej na balu, od kiedy tylko dowiedziała się, że on też tam będzie. Po co za mną łazisz? Zapytał, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Był zły, że traktują ich jak dzieci, jak lokalną atrakcję dla państwa z wyższych sfer. Pokazują, dyskretnie wskazują palcami, opowiadają sobie, jak to grafowie tyle dobrego dla tych ludzi robią, a przecież nie musieliby. Krążą kieliszki, palą się cygara, stukają obcasy. Ukłon, dygnięcie, uśmiech, kapelusz, parasolka, binokle.
Wszyscy mili, sztywni, sztuczni, ściśnięci konwenansami, srodzy pod wąsem, jałowi w eleganckich garniturach i sukniach. Joszka szukał wzrokiem Inge, a przepałętała się mała Rosa. Daj mi spokój, słyszysz? Tamto to był błąd, rozumiesz? Błąd. Daj mi spokój. Odezwał się do niej po raz ostatni. Rosa poczuła, jak coś w niej pęka. Zalała się łzami od środka, a w gardle urosła jej wielka kula pierza, niepozwalająca oddychać. Chciała go dotknąć, wytłumaczyć, przeprosić.
Skinęła tylko i łykając ból, wybiegła na zewnątrz. O, dobry wieczór! Hrabia palił fajkę na tarasie, kontemplując ogród. To ty. Zrozpaczona wpadła mu w ramiona i rozbeczała się jak dziecko. Dobrze, już dobrze. Niezdarnie poklepał ją po plecach. Nic się nie stało. Rozejrzał się, czy ktoś ich widzi. Byli sami.
W głowie zaświtał mu dawno skrywany plan. Chodźmy stąd, zanim ktoś nam przerwie – powiedział kojąco. Wszystko mi opowiesz, dobrze? Zgodziła się milcząco. Ujął ją pod ramię i rozglądając się dyskretnie, poprowadził do ogrodu. Zgubili się między stuletnimi dębami i bukami, które widziały już niejeden u Saafy dramat. Joszka wypatrzył wreszcie Inge. Szczebiotała radośnie z jakimś paniczykiem w galowym mundurze. Wyraźnie bawiła się świetnie w jego towarzystwie, co niezmiernie irytowało Joszkę. Ignorowała go zupełnie.
Wszystkie chwile intymnej bliskości, jakie spędzili na łodzi, przestały mieć znaczenie, gdy tylko znalazła się wśród swoich. Wyższe sfery, psia mać! – myślał Joszka. Naprawdę taka jest? Co pani sądzi o sytuacji w Europie? – zapytał młody junkier. Rozmawiali już od dłuższego czasu. Był młody, przystojny, świeżo po szkole oficerskiej, na przepustce z jednostki stacjonującej w twierdzy. Z radością przyjął zaproszenie na raut. Z przyjemnością założył galowy mundur i prezentował się paniom.
Starszym się kłaniał, a młodsze czarował rozmową. Inge wydała mu się szczególnie interesująca, zapewne dzięki błyskowi inteligencji w oczach i szczególnej aurze pewności, jaką roztaczała wokół siebie. Och, my tutaj na bagnach, z dala od świata, niewiele wiemy, co się dzieje – odparła wymijająco. Nie czyta pani gazet? Był zamach w Sarajewie. Który to z kolei? – zapytała. Była lepiej zorientowana, niż chciała przyznać. Czyli jednak czyta pani gazety – odparł, uśmiechając się triumfalnie. Tak, wiem – odparła poirytowana, jakby wracała do dawnej rozmowy z kimś, kogo chciała zapomnieć.
Niemcy potrzebują więcej miejsca pod słońcem. Żądamy udziału w koloniach, szacunku, miejsca przy stole. Nasz kraj zwyciężał wszystkie wojny w ostatnim stuleciu, a wciąż nie jest dość poważany. Czas to zmienić. Chcemy grać pierwsze skrzypce w koncercie mocarstw. Czasu nie zostało wiele, bo wróg nie śpi. To chciała pan usłyszeć? Powiedziała to wszystko na jednym oddechu, gorączkowo cytując argumenty i tezy zewsząd uzasadniające potrzebę mobilizacji i wojny prewencyjnej, tak jak ją przewrotnie nazywano. Mniej więcej. Zadziwia mnie pani, Frau Inge.
Skłonił się lekko. Wojna wisi w powietrzu, nie sądzi pani? Niestety. Jak to? – naburmuszył się. Czyżby to była jedna z tych socjalistek wyzwolonych kobiet, które odrzucają prawdziwy patriotyzm w imię marzonek o sprawiedliwym państwie mas, podziale kapitału i podobnych bredniach? Jeśli wybuchnie, to będzie ostatnia wojna naszej cywilizacji. Nic już nie będzie takie samo – dodała. Ale Niemcy będą wielkie. Nie jestem tego taka pewna.
Co pani, prowincjonalna nauczycielka, może o tym wiedzieć? Uderzył w czułe miejsce. Napięta struna była o włos od pęknięcia. Inge odparła gorąco w istocie komuś innemu. A pan oficer piechoty? Jest pan w stanie wygrać wojnę, czy tylko pan wierzy, że damy radę? Spojrzała na niego ze złością. Jednego jestem pewna. Proszę rozejrzeć się po tej sali. Połowa mężczyzn, którzy teraz tak dwornie całują damy po rękach i sączą koniak, będzie się mordować w błocie, konać w męczarniach albo wyć z bólu w salach lazaretów.
Druga połowa nigdy nie wróci. To wiem o wojnie. A pan? Zląkł się jej. On, oficer pruskiej piechoty, musiał przyznać, że nie ma argumentów. Wojna to wojna. Muszą być ofiary. Męska rzecz walczyć, kobiecą biadolić. Dziwaczka z pani, Frau Inge. „Może.
Wspomni pan moje słowa. To jest ostatnie takie lato w Europie.” Odwróciła się na pięcie i odeszła. Stuknął obcasami dla pozoru, żeby nie wyjść na głupka, z którym można ot tak, bez pożegnania zakończyć dyskusję. Inge rozejrzała się po sali. Joszka stał samotnie pod oknem i obserwował ją. Odwrócił wzrok, gdy tylko zorientował się, że to spostrzegła. Podeszła do niego, łapiąc po drodze dwa kieliszki szampana. Podała mu jeden. Nikt z obecnych nie zwrócił uwagi na to faux pas. Ktoś właśnie wznosił toast.
„Dobrze się bawisz?” — zapytała. „Nie” — odparł zgodnie z prawdą. „Pij.” — stuknęła jego kieliszek swoim. — „Na zdrowie. Kim będziesz za chwilę? Pójdziesz do wojska. Wyślą cię, rumiane chłopcze, na front. Zginiesz w pierwszej bitwie. To najlepsze, co możesz zrobić dla ojczyzny. Może jednak przeżyjesz.
Ranny na duszy, nie daj Bóg na ciele. Może wrócisz, a może nie. Raczej nie awansujesz. Nie z tym pochodzeniem. Wojna cię pożre, wypluje, zniszczy. Już nigdy nie będziesz taki sam. Cieszmy się tą chwilą” — dodała. — „To ostatnie takie lato.” „Co pani jest?” — zapytał. Pochylił się z troską. Dotknął jej dłoni.
Po raz pierwszy, od kiedy się poznali. Zarumienił się, onieśmielony tym gestem, ale nie cofnął ręki. „Szanowni państwo!” — rozległ się donośny głos z końca sali. Na podwyższeniu stał burmistrz. — „Z dumą wznoszę toast na cześć Kajzera i Niemiec. Dziś świętujemy otwarcie Kanału Kilońskiego. To wielki dzień dla naszego kraju, przemysłu, a przede wszystkim floty. Kto śledzi wydarzenia, wie, o czym mówię. Niemcy będą wielkie! Prost!” Odwróciła się do niego.
Stanęli twarzą w twarz. Widziała go już w mundurze, umorusanego, prosto z frontu. „Nic” — odparła. Oczy zaszkliły jej się wzruszeniem. „Nic mi nie jest, ale chodźmy już stąd.” Żegnały ich podniesione głosy gości podnieconych perspektywą nadchodzących wydarzeń. Na horyzoncie czerwoną tarczą zachodziło słońce. Od zachodu smoliste chmury rozlewały się na skraju nieba. Z oddali dobiegły pierwsze pomruki nadchodzącej burzy. Kościół. Wracali z przyjęcia przedwcześnie.
Joszka jak zwykle wiosłował. Inge obserwowała go, siedząc naprzeciwko. Czerwiec pachniał wilgocią kwiatów rozkwitających na bagnach w świetle księżyca. Wieczór był parny i gorący. Granatowe niebo rozświetlała jasna twarz miesiąca witającego tysiące gwiazd. Żaby koncertowały tak intensywnie, że nie było słychać plusku wioseł zanurzających się w mętnej wodzie. Joszka wiosłował długimi, mocnymi pociągnięciami. Łódź sunęła przez kanały w kierunku domu po drugiej stronie bagien. Inge przyglądała się chłopakowi z dziwnym wyrazem twarzy. Jakże wyrósł, zmężniał, stężał.
W pewnej chwili chmury przykryły niebo, zasłoniły jasny księżyc i zrobiło się ciemno jak w listopadową noc. Czy to roztargnienie, czy nagły mrok, dość, że Joszka pomylił rozwidlenia strug i zboczyli w część bagien, w których nigdy nie bywali. Kościół i drzewo stały na wyspie od zawsze. Chodziły słuchy, że w prastarych, użyckich czasach była tam pogańska świątynia, gdzie odprawiano rytuały dla młodych, szukających płodności i szczęścia. Połabianie widzieli w uschniętym drzewie bóstwo, które swą moc przekazuje młodzianom pragnącym posiąść wybranki. Za marchii, obok drzewa, którego nikt nie śmiał ruszyć, postawiono kaplicę. Tak zostało przez wieki, aż młody Fryderyk, gdy przebywał na zesłaniu u grafa Schwerina, kazał postawić nowy budynek. Potem wizytował go dyskretnie, by w samotności zażywać przyjemności ze swym sekretnym przyjacielem, oficerem gwardii. Mimo że tak wyjątkowa była to świątynia, a może właśnie dlatego, pastor odmawiał bywania w niej. Z czasem kościół i magiczne drzewo zostały zapomniane.
Trwały samotnie na małej wyspie zalewanej co wiosnę szerokim rozlewiskiem, które cofało się dopiero pod koniec lata. Zimą, kiedy lód skuwał bagna, podchodziły tam wilki, ale przez większość czasu wyspa trwała nienawiedzona przez nikogo. Jakimś cudem kapryśna przyroda nie mogła jej zniszczyć, więc przez wszystkie lata kościół i drzewo pozostały nienaruszone. Para kochanków z różnych światów. Drzwi skrzypnęły złowrogo i ustąpiły. Inge weszła bez wahania. „Piękne miejsce, nie uważasz, Joszka?” Chłopak trochę się bał. Znał legendy powtarzane z trwogą przez starych rybaków. Dotychczas wolał oglądać wyspę z oddali. Sam nie wiem – odparł.
Dziwnie tu jakoś. Rozejrzał się. Na ścianach wiły się ciała półnagich aniołów o wyraźnie męskich kształtach. Gdzieniegdzie można było dostrzec pulchne pośladki dziecięcych kupidynów. We wnękach posągi greckich kapłanek o kształtach ledwo przykrytych fałdami kamiennych tog prezentowały wdzięki, podnosząc amfory z winem, podając sobie do ust owoce, uśmiechając się zalotnie. Całość przypominała niemą rozmowę wielu kochanków. Po kolumnach wspinały się bluszcze, kwiaty, kiście egzotycznych owoców. Co to za kościół? Wnętrze kompletnie nie pasowało do surowej bryły budynku widocznej z zewnątrz. Jakby ktoś celowo zamierzał we wnętrzu ukryć azyl zamaskowany pod surową formą.
Nie było krzyża, za to ołtarz prezentował się okazale. Jasny marmurowy blat wielkości łoża rozświetlany promieniami wpadającymi przez grube witraże. Duszno tu. Inge przeciągnęła dłonią po szyi lśniącej wilgocią. Joszka, zapatrzony w wąskie okna upstrzone fantastycznymi formami, zagapił się i nieomal wpadł na Inge. Zaskoczony był zbyt blisko, by się wycofać. Dotknął ją instynktownie, broniąc się przed otarciem. Cofnął zaraz dłoń, nie wiedząc, co robi, ale został w tym samym miejscu. Blisko. Odwróciła się.
Jej twarz, oczy, oddech mierzyły się z nim. Wyzywały intymnością, a żadne z nich nie chciało się wycofać. Usta zaczęły ciążyć ku sobie. Oddechy połączyły się. Chcesz mnie? Zapytała, przerywając chwilę napięcia i spojrzała na niego z bardzo bliska. Nie był w stanie odpowiedzieć, ale oczy mówiły wszystko. Odwróciła się, nie czekając na słowa. Dotknęła karku, chwytając w palce zapięcie sukni. Wiedziała, że chciałby zrobić to samo.
Pociągnęła nieznacznie. Palce zsunęły się po hafce bez efektu. Pochyliła głowę, odgarniając luźne kosmyki. Odsłoniła szyję. Odepnij – powiedziała, czując jego wzrok na sobie. Zbliżył się tak bardzo, że poczuł ciepło jej ciała. Pociągnął nieśmiało. Haftka puściła. Zaraz potem druga i następna. Drobne włoski na jej karku uniosły się z podniecenia.
Rozchylona suknia ukazała gładki odcinek szyi, karku, pleców. Zbliżył usta. Zaciągnął się powoli jej zapachem. Zakręciło mu się w głowie. Bardziej, niżej – powiedziała. Chwycił dłońmi za zaszywki sukni. Szarpnął niecierpliwie, mocno, aż haftki rozerwały się do samego dołu, odsłaniając całe plecy po linię pośladków. Zakrzyknęła, zdumiona jego gwałtownością. Odsunął się przerażony, że wszystko zepsuł. Odwróciła głowę i spojrzała na niego z ogniem w oczach, jakiego nigdy u niej nie widział.
Zsunęła rękawy, opuszczając suknię na biodra. Stał, patrząc urzeczony na białe ramiona, smukły kark, drobne plecy i nieziemsko meandrującą linię pośladków odsłaniającą przed nim swoje tajemnice kiedy Inge przesuwała dłońmi suknię w dół, coraz niżej i niżej, aż opadła całkowicie. Nigdy nie wyobrażał sobie, że pośladki i nogi mogą łączyć się tak idealnie, tak pięknie i tak bezpośrednio. Objęła ramiona, zza których nieśmiało wyglądały po bokach kształtne piersi. Miał to przed oczami. Mógł dotknąć, poczuć, pieścić i ściskać, ale wciąż wahał się. A co, jeśli to piękno okaże się tylko kształtem, formą jak posągi? Głowa podsuwała mu takie myśli, podczas gdy serce rwało, a żar w lędźwiach rósł do rozmiarów nie dających wytchnienia. Odwróciła się i zbliżyła. Nie było odwrotu.
Co teraz? Co robić? Pomyślał w gorączce. Chwyciła jego dłonie. Objęła się nimi. Przesunęła po ramionach na piersi w dół, na biodra. Bał się ją skruszyć. Tak była delikatna. Musiała przyciskać jego dłonie w miejscach, gdzie żądza paliła ją najbardziej. Podobało się jej, jak się waha, próbuje.
Drżała, kiedy mocniej chwytał nieistotne z pozoru fragmenty jej ciała. Zostawiła dłonie Joszki na biodrach i zbliżając usta do jego ust, zagłębiła dłonie pod koszulę chłopaka. Zaczęła dotykać jego ramion, pleców, boków, zsuwając powoli odzienie. Odpięła pasek. Spodnie, które opadły, zostawiając go w samej bieliźnie. Byli tak blisko, że czuła jego twardą męskość napierającą na nią w miejscu, gdzie pod skórą zaczynał w niej buzować wulkan podniecenia. Przywarła ustami do jego ust. Chwyciła gwałtownie za dłonie obejmujące biodra i poprowadziła je w dół, zsuwając resztki bielizny. Całowali się mocno, gorąco. Wysysali z siebie wszystkie te chwile uniesień, które były ich udziałem przez wszystkie miesiące, jakie doprowadziły ich do tego miejsca.
Ściskali się, wzieli, łączyli jak dwa bluszcze, starając objąć jak najwięcej, jak najmocniej. Pociągnęła go w tył na marmurowy ołtarz. Kiedy oparła się o niego pośladkami, uniosła się na palcach. Joszka naparł na nią, ale opanował się. Ujął jej twarz w dłonie, spojrzał w oczy, ledwo panując nad szaleństwem, które pulsowało między nimi. Przesunął palcami po ustach, brodzie, szyi, piersiach, zmierzając w dół do brzucha. Kiedy był już tak blisko, że była gotowa dalej prowadzić jego ręce, zmienił zamiar i raptownie chwycił ją za biodra. Uniósł ją i posadził na marmurowej płycie. Rozsunęła nogi na boki i objęła chłopaka, przywierając do niego całym ciałem. Na zewnątrz zagrzmiało.
Błyskawica uderzyła wprost nad nimi, aż kościół zatrząsł się w posadach. Błękitny błysk rozświetlił półmrok nawy. Prastare drzewo zajęło się ogniem. Nagie ciała na ścianach poruszyły się w rytm westchnień kochanków. Żar, gorąc, błyski, grzmoty, jęki połączyły się w jeden dźwięk. Deszcz lunął zaraz potem, zalewając dach wściekłym pęknieniem, przez które przebił się przeciągły jęk rozkoszy. Krypta. Sprowadził ją po schodach i weszli do krypty. Ostrożnie zamknął drzwi, kiedy zadziwiona oglądała bogaty wystrój grobowca, kunsztowne lichtarze, lekko oświetlone skąpymi refleksami malowidła na ścianach. Przedstawiały historię rodu.
Opowieść tyleż romantyczną, co zmyśloną. Hrabia kazał ją wymalować w neoromańskim stylu, by sycić pychę teutońską chwałą mitycznych przodków. Graf patrzył na Rosę i widział ją niemal nagą, gdy w skąpym blasku świec zbliża się do niego, rozpościera ramiona i obejmuje mocą germańskiej płodności. „Będziesz moją Freją?” — zapytał. „Co proszę?” — zapytała zagubiona. Nie usłyszała dokładnie, tak była zachwycona wnętrzem kaplicy. Kiedy zapytał, nie zrozumiała. Patrzyła na niego, nie rozumiejąc, co się dzieje. Nie była wszechwiedzącą Freją ogarniającą czarem namiętności, galopującą po bezmiarze rozkoszy. Była chłopką, pospolitą wiejską dziewuchą z głupotą wypisaną na twarzy.
„Rozbieraj się” — rozkazał. „Że co?” Przypomniały mu się młodzieńcze wypady z polskimi przyjaciółmi do Galicji i Lodomerii. Młodzi arystokraci mieli tam używanie na miejscowych chłopkach. Pamiętał je, jędrne, pulchne i charakterne. Pisków i protestów było co niemiara. Niejedna gębę dała, ale za to z jakim efektem! Zawsze się dały okiełznać, diablice. Jak nie po dobroci, to siłą. „Rozbieraj się!” — trzasnął ją w twarz, aż echo zadzwoniło. Spojrzała na niego blada z przerażenia, zagubiona.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, zaprotestować, ale wydobył się z nich tylko jęk. Sięgnął do dekoltu, zerwał bluzkę, piersi rozlały się i opadły. Trzęsła się cała i zakrywała wstyd rękami. Rozsierdziło go to, takie rozczarowanie. Mogła być jego natchnieniem, a jest zwykłą wieśniaczką, nie lepszą od tych z brudnej polskiej prowincji. Uderzył ją raz jeszcze. Wróciły okrutne podniety z młodości. Pchnął ją na sarkofag, roztrącił kurczowo przyciśnięte do piersi ręce, przyszpilił ciałem do granitowej powierzchni. Nawet nie protestowała, kiedy zadarł giezło i rozrzucił nogi na boki. Leżała niema i sparaliżowana, z zamkniętymi oczami.
Rozsierdziło go to jeszcze bardziej, dlatego wszedł w nią mocno, od razu do końca, aż krzyknęła. Tylko raz, za mało, żeby na niego działało. Pchał mocniej i szybciej, licząc na zwielokrotnienie cierpienia, które tak go podniecało. Zaczęła szlochać. Ledwo zdobyła się, żeby uderzyć go w pierś. To nie było to. Osłabł. Uderzył ją jeszcze raz w twarz, licząc, że to pomoże, że wskrzesi w nim iskrę więdnącego pożądania. Wtedy zrozumiała. Było jej już wszystko jedno.
Otworzyła oczy, spojrzała mu w twarz i krzyknęła rozdzierająco. Zaśmiała się upiornie i wydarła raz jeszcze ile sił w płucach. Wrzeszczała wniebogłosy, aż zaczął się wycofywać, niepewny co robić. „Wilhelmie!” W drzwiach krypty stała hrabina. W jej głosie zabrzmiało oburzenie zmieszane z obrzydzeniem. Ziemnym wzrokiem omiotła scenę. Nie mogła mieć żadnych wątpliwości, co się wydarzyło. „Hrabino” — zaczęła Roza przez łzy, myśląc, że jest uratowana, że nadeszło wybawienie. „Z taką wywłoką?” — zwróciła się do męża, zupełnie ignorując zbolałą dziewczynę. — Spodziewałam się po tobie niskich popędów, ale żeby upaść aż tak?
Spojrzała z pogardą na Rosę zbierającą strzępki ubrania z podłogi. Dziewczyna ocierała łzy, próbowała uporządkować włosy i ubrać się, żeby jak najszybciej ukryć uczucie zbrukania. „Irmino” — zaczął graf, podciągając spodnie. „Nie! Nic nie mów” — krzyknęła i odwróciła się do wyjścia. Nie chcę więcej słyszeć ani o tym, ani o niej. Nigdy! Rosa otwarła oczy ze zdumienia. Nie takiego ratunku się spodziewała. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy.
Jeśli chcesz tu mieszkać - kontynuowała hrabina wyniośle - ona ma zniknąć. Ma być nikim i taki wieść żywot. Plugawy i niski jak jej postępek. Zrozumiano? Trzasnęły drzwi. Zapadła głucha cisza. Jedynie za drzwiami słychać było wściekłe kroki hrabiny. Graf dopiął spodnie, chwycił resztę ubrań i wybiegł za żoną. Zbolała i upokorzona Rosa trzęsącymi rękami ubrała się. Dopięła resztki bluzki i kamizelkę.
Wyszła z krypty, nieomal mdlejąc ze strachu, że ktokolwiek mógłby ją zobaczyć i uciekła z dworu. Gdy dotarła do domu, płacząc opowiedziała o wszystkim rodzicom. Nie uwierzyli jej. Ojciec zdjął pas i lał ją tak mocno, że nie wiedziała już, co było gorsze. Gwałt zadany przez hrabiego czy upokorzenie zaznane w domu. Matka przeklęła dzień, w którym urodziła głupią dziewuchę. Wreszcie wygnali ją. Pożegnali słowami, które raniły jak ciernie. Skoro gotowa się puszczać, to i na życie zarobi. Została sama.
Świat przestał się nią interesować. Oprócz hrabiostwa, które zadbało, żeby wieść o niecnym postępku dziewczyny dotarła do miasteczka i obiegła okoliczne wsie. Pomylona młódka, co chciała uwieść szacownego grafa Wilhelma von Schwerin, nie zasługuje na wsparcie i uwagę, jaką hrabiostwo jej okazało. Wszem i wobec ogłasza się, że Rozalia jest kobietą upadłą, której nikt przyzwoity nie powinien udzielać gościny, pomocy ani jakiegokolwiek wsparcia. Powędrowała na północ do Kolberg, gdzie nikt jej nie znał i miała niejaką szansę na normalne życie. Zatrudniła się w gospodzie do podawania piwa za dach nad głową i lichy grosz, byle coś mieć na początek. Miesiąc później spostrzegła, że nie krwawi co miesiąc, jak powinna. Parę tygodni później brzucha nie dało się już ukryć i gospodyni wyrzuciła Rosę na bruk. Nie pomogły płacz i załamywanie rąk. Umiałaś się kurwić, to i na życie zarobisz.
Usłyszała ponownie. Cierń wbił się w serce jeszcze głębiej. Okop. Deszcz padał już trzeci tydzień. Wiedzieliby to, gdyby jeszcze rozróżniali dni od nocy, tygodnie od miesięcy, miesiące od lat. Tkwili tu całą wieczność. Walczyli. Czekali nie wiadomo na co. Mokli. Gnili.
Śmierdzieli. Wszystko śmierdziało. Miliony much zjadały ich codziennie. Fioletowych, tłustych, grubych od mięsa, którym się żywiły. Chyba że padało. Lepiej, gdy lało. Wtedy nie bzyczały. A ta? Ładna, co? Panienka z miasta.
Ło, ci się trafiła. No, no. Żenisz się, Joszka? Nie. To nikt ważny. Chwila zapomnienia. Otarł łzę, udając, że to deszcz. To była nasza ostatnia noc, Joszka. Tak napisała. Jedyna i ostatnia.
Nie jestem ciebie warta. To wszystko, na co było ją stać? Krótki liścik i zdjęcie. Kurwa mać. Odłożył fotografię do koperty. Zalepił nie wiedzieć który już raz. Schował do pamiętnika. Spomiędzy kartek wypadł inny list. Ta ci zdjęcia nie przysłała? Nie twoja rzecz, Fritz.
Daj spokój, Joszka. Skoro pisze, znaczy kocha, nie? Może. Wiesz... Nigdy tak o niej nie myślałem. No mów wreszcie, co to za panna do ciebie pisze? Rosa. Dziewczyna ze wsi. Znamy się jeszcze ze szkoły. Zrobiło mu się głupio.
Pisze do niego po tym, jak ją potraktował. Tyle? Opowiedziałbyś więcej. I tak nie mamy co robić. Krępująca sprawa, Fritz. To przez nią mnie przezywali. A tak, to nieładnie z jej strony. Nieładnie. To nie tak. Zdziwił się, jak bardzo bronił jej w myślach.
Dobra, już ci opowiem. Młody byłem. Z dziewuchami nie miałem nic do czynienia, a ona, no wiesz, chyba się we mnie podkochiwała. Przyjechała kiedyś do karczmy nad Wartę, tam, gdzie mieszkałem. Mówiłem ci. Mówiłeś. Przy torfowiskach. Jeszcze się tam piwa napijemy. Mówiłeś. Właśnie.
I ona z nią, no wiesz, w komórce na butelki. No, całowaliśmy się i ten. Chciałem więcej. Ona też chciała, ale... I? Wyduś to wreszcie! I nie dałem rady. Spuściłem się w spodnie, jak tylko mnie tam dotknęła. Ho, stary! Fritz ledwo powstrzymał się, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
Joszka przejęty opowiadał dalej. Uciekłem od niej. Wybiegłem na salę, ona za mną. I wszyscy nas zobaczyli. Mnie. Ja na nich. Oni na spodnie. I jak nie gruchnęli śmiechem. Smark, smark. Zafajdą se spodnie.
Smark! Ten rechot będę pamiętał całe życie. Fritz nie wytrzymał. Smark? Dobre! Pan kapral Smarkiem spuścił się w spodnie. Rany, trzymajcie mnie. Zabiję cię, Fritz, jak to rozgadasz. Jak Boga kocham, ubiję! Rzucił się z pięściami na przyjaciela i zaczęli się przeciągać w udawanej walce.
Lubili się i ufali sobie bezgranicznie. Kampania na froncie wschodnim, teraz okopy pod Ypres. Byli jak bracia. Czekaj! Fritz odepchnął Joszkę. Nie nabierzesz mnie na ten numer — żachnął się Joszka. Czekaj, mówię. Co tak śmierdzi? Dobiegł ich zapach. Słodki, ciężki, osiadający mgłą od strony zasieków i ścielący się po labiryncie okopów.
Joszce zakręciło się w głowie. Próbował przypomnieć sobie ostatnie odprawy, szkolenia w oficerskiej mesie. Ostatkiem świadomości spostrzegł, że Fritz mdleje. Gaz! Krzyknął i zemdlał. Lazaret. Usłyszał szum morza. Fale wdzierały się w sen i kołysały rozkosznie. Prawie nie czuł bólu rozsadzającego oczy, pulsującego tysiącami gorejących prętów we wnętrzu czaszki. Woda wielką masą przypływała i odpływała.
Głaskała piasek, tuliła pianą resztki świadomości niebędących cierpieniem. Gdzieś przeraźliwie skrzeczały mewy. Chciał do nich strzelać, żeby zamknęły dzioby i dały mu spać. Próbował coś powiedzieć, ale gardło miał przecięte niewidzialnym ostrzem. Myślał o słowach, a z ust wysypywał się piach i kurz. Wody — wyszeptał ledwo. Ktoś litościwy dotknął wyschniętych ust wilgotną materią. Smakowała jak najlepsze lody. Te, których kosztował raz jeden w pamiętne lato w Witnic. Obudziłeś się.
To dobrze. Znał ten głos. Pamiętał. Kim? Nie. Nic nie mów — odparła. Nie powinieneś jeszcze mówić. Wczoraj zdjęliśmy bandaże, ale to dopiero pierwszy dzień. Jej głos był jak balsam. Koił i masował.
Przywoływał wspomnienia ze świata, który już nie istniał. Dotknęła jego twarzy, chropowatej, zarośniętej. Gładziła ją wolno, delikatnie, jakby był dzieckiem. Otworzył oczy. Ból wrócił świetlistą falą. Wbił się długą szpilą w środek głowy, aż od karku przeszedł go dreszcz. Rzucił głową w panice. Jęknął przeraźliwie. Z oczu popłynęły łzy. Już Joszka, już.
Wciąż gładziła jego twarz. Będzie dobrze. Jestem przy tobie — mówiła, a z oczu Joszki leciało coraz więcej łez. Spływały po policzkach, po jej dłoniach. Rozsypywały się po pościeli jak groch rozsypany na stole. Roza. Skowyt zmienił się w szloch. Kocham cię — szepnęła tak, żeby tylko on usłyszał. Stracił przytomność. Głowa opadła bez czucia na poduszkę.
Łóżko obok zaskrzypiało. Panienko, on nie widzi — wycharczał pacjent. Ślepy jest. Co wy tam wiecie, kapralu? — odparła, promieniejąc ze szczęścia. Teraz dopiero przejrzał na oczy. Post scriptum. Bagna zemściły się za krzywdę Różyczki. Graf Schwerin zaginął na wojnie. Widziono go po raz ostatni, gdy prowadził bohaterski odwrót z rosyjskiego okrążenia w wielkiej bitwie pod Brzezinami.
Hrabina Schwerin nie wyszła ponownie za mąż. Kilka lat potem zapadła na dziwną gorączkę. Niektórzy mówili, że to złe powietrze z bagien ją zatruło. Lekarze byli innego zdania. Z początku gorączkowali tylko żołnierze, niedługo potem personel szpitali, wreszcie wszyscy. Prasa nazwała tę gorączkę Hiszpanką. Umierały tysiące. Robotnicy, chłopi, szlachta, żołnierze, cywile, bogaci i biedni. Epidemia nie oszczędzała nikogo. A gospoda na bagnach prosperowała jeszcze jakiś czas, póki był zbyt na torf.
Pamiętnej wiosny, gdy gorączka trafiła okolicę, rzeka zmieniła bieg i karczma została odcięta. Z czasem podupadła i zaraz po śmierci kocników zawaliła się. Zapomniany kościół przez lata też popadł w ruinę. Rozsypał się. Nie został już żaden świadek tamtych wydarzeń. Tylko uschłe drzewo wciąż stoi na wyspie, zalewane co roku roztopami, niepokonane przez wszystkie nawałnice od początków czasu. Koniec. Łagów, Witnica, Komorniki. Maj, czerwiec, lipiec 2022 roku.
[04:01:13] - Proszę państwa, ja wiem, że autor czeka w tej chwili na pewne podsumowanie z mojej strony i to podsumowanie będzie Ale ono będzie bardzo proste. Ja się nie mam do czego przyczepić w tym opowiadaniu. Ktoś powie: „Zawsze jest do czego.” Zapewne tak, ale muszę powiedzieć, że to opowiadanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie pod każdym względem. Pod względem układania tego, co się w tym opowiadaniu dzieje, fabuły, pod względem obrazowania, pod względem doboru pewnych scen. Muszę powiedzieć, że to opowiadanie poza tym wywołało we mnie falę niezdrowej zazdrości. Żartuję. Ona była zdrowa, tylko była też taka samoświadoma. Nigdy nie potrafiłbym tak napisać. I w jakimś stopniu zazdroszczę autorowi. Zupełnie inną prozę pisuję, ale to, co przedstawił państwu autor, zasługuje moim zdaniem na najwyższy szacunek.
To jest świetnie napisana proza i sądzę, że w naszej skromnej audycji pojawił się autor, o którym państwo jeszcze nie raz usłyszycie. Moim zdaniem to będzie autor. Pewno nie pożegluje w stronę fantastyki, ale powieści, utwory literackie, które państwo usłyszycie, przeczytacie, a których autorem będzie Radosław Olek. Naprawdę tyle wzruszeń przed państwem, ale na szczęście również przede mną. Cóż, szanowny autorze, wiem, że zawiodłem cię bardzo, ponieważ powinienem twoje opowiadanie w tej chwili szargać, rozebrać na czynniki pierwsze, pokazać ci miliony błędów, które w tym opowiadaniu są. Ale nie potrafię. Po prostu nie potrafię. Dałem się wciągnąć tej prozie. Dałem się jej całkowicie pochłonąć. I cóż, mogę tylko, powiem tak dobrze, zgryźliwie.
Mogę ci zgryźliwie, szanowny autorze, tylko zazdrościć, że potrafisz tak pisać. Moje pisanie jest inne. Ale i tak ci zazdroszczę. Cóż, proszę państwa. To jedźmy dalej. Zapraszam państwa, tych wszystkich, którzy jeszcze sztukę pisania w dalszym ciągu doskonalą, szlifują, w dalszym ciągu chcą uczynić ją jak najlepszą. Zapraszam na „Alchemię tworzenia”. Katarzyna Prychacz tym razem w 10. odcinku zabierze państwa po raz kolejny w świat zabawy literaturą. Proszę państwa, myślę, że przez tyle odcinków już państwo wyczuli, o co w tej audycji tak naprawdę chodzi.
Ona na początku mogła państwa zaskakiwać, ale w tej chwili intencje są jasne i mam nadzieję, że przynajmniej pewne grono słuchaczy „Bibliotekarium 2.0” bawi się równie dobrze jak ja. A dzisiaj odcinek pod bardzo długim tytułem, ale oczywiście państwu zacytuję ten tytuł: „I dla ciebie zadzwonią podwodne koniki, gdy przejmiesz kontrolę i pozbędziesz się paniki”. Zapraszam na dobrą zabawę.
[04:05:09] - Halo, halo ludności! Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na „Alchemię tworzenia”. To co? Lecimy z dżinglem i lecimy z tematem. Poproszę dżingiel. „Alchemia tworzenia”. Witam was serdecznie w 10. odcinku sezonu drugiego „Alchemii tworzenia”. Jako że mamy dzisiaj jubileusz i ostatnio obiecałam wam, że zrobimy coś innego, coś nowego, a nie ukrywam, że każda nowość, zmiana napawa mnie ekscytacją. A zatem jak obiecałam, tak też się stanie.
Dzisiaj uwaga, słuchajcie, żeby tutaj nikt szoku termicznego nie przeżył, ale nie będzie dalijskiej wizji i dalijskiego przesłania i misji. Na razie Salvador idzie sobie na półeczkę odpocząć. Trochę go już wymęczyliśmy. W dzisiejszym odcinku, oczywiście niezmiennie jak przez te poprzednie dziewięć, będę wymyślać wam tutaj taką jakąś zajawkę historii i tak dalej. Natomiast do tej pory robiliśmy punkt wyjścia, jakieś tam zdanko i coś do tego dobudowywałam na podstawie takich ogólnych pytań odnośnie gromadzenia informacji do fabuły. Natomiast dzisiaj zrobimy fabułę. Parę lat temu zrobiłam planszę, to jest plansza na warsztaty pisarskie, wiecie, takie jakbyśmy sobie tutaj siedli w kółeczku i mieli się tym pobawić. Natomiast myślę, że to nie będzie przeszkadzało, że wy tej planszy nie widzicie. Może nawet to będzie coś ciekawego, może bardziej rozbudzi to waszą wyobraźnię. Oczywiście w razie czego zrobię zdjęcie.
Jakby ktoś z was chciał, to zapraszam tak z ciekawości. Natomiast dobra, słuchajcie, o co chodzi. Oprócz tego, że dzisiaj sięgniemy po ten schemat fabuły, co przez ostatnie dziewięć odcinków, tak żeby doprecyzować parę rzeczy, to będziemy używali mojej planszy, gdzie mam takie kategorie jak bohater. Więc sobie tutaj będę losować zdjęcie czy właściwie ilustrację, na podstawie której wymyślę tego bohatera. Dalej będziemy mieli trójaktową historię. W pierwszym akcie wydarzą się trzy sceny. Nie wiem, czy kojarzycie taką grę. Ja to stosuję jako narzędzie do ćwiczenia kreatywności. To są kości opowieści Story Cubes, czyli w dużym skrócie plastikowe kostki z obrazkami. Ja sobie w pierwszym akcie rzucę trzy i będę mogła do tego dobrać, wymyślić szybkie, krótkie sceny.
Z kolei w akcie drugim rzucę tego typu kością, tylko trochę z innej serii. Ona jest dużo większa. Nieistotne. Niemniej ta kość będzie symbolizowała akt drugi, czyli główną próbę naszego bohatera. Coś, co go zmieni. Jednocześnie wylosuję sobie artefakt. Nie wiem, czy to będzie coś w rodzaju trofeum, coś, co faktycznie nasz bohater po przejściu tej głównej próby zdobędzie. A cóż to będzie? Pomyślałam sobie, że wezmę pionki z „Monopoly” i też pionki z „Cluedo”. To są małe metalowe elementy, które są jakimiś rzeczami.
Kto grał, ten wie. Taka rzecz będzie naszym artefaktem. Też coś do niego sobie wymyślimy. Znaczy ja wymyślę. Ja i mój zespół wewnętrzny. Dalej wracamy jeszcze do tych aktów. Przecież jak już mamy akt pierwszy i drugi, to przydałby się trzeci. Zatem w trzecim akcie ponownie rzucę sobie trzy kosteczki z tych Story Cubes. I na samym końcu mam morał. Jeżeli chodzi o morał, to ja mam karty z grafiką.
To jest grafika, którą możemy sobie oglądać z dwóch stron. Jak odwrócimy kartę do góry nogami, to ta grafika też ma sens. Przy tym każda z tych grafik ma napisane słowo. Oczywiście też wam opowiem w dużym skrócie, co tam będzie i jakie będą słowa. I to w ramach wyzwania właściwie, bo myślę, że to nie będzie spójny morał z całością. Zobaczymy. Ale faktycznie moje zadanie będzie polegało na tym, żeby z tych elementów, czyli z tego, co mnie zainspiruje z tej grafiki, plus przy użyciu tych dwóch słów, które tam są, będę musiała zmontować morał. Zobaczymy, jak to wyjdzie. Sama jestem ciekawa. To zupełnie inaczej wygląda na warsztacie, gdzie działamy grupowo, gdzie jest więcej czasu.
Tutaj jestem ja i moje karty i ograniczony czas. Tak że mam nadzieję, że się bardzo nie rozgadam i że mimo wszystko wy też sobie coś z tego zaczerpniecie. Żeby już się nie rozgadywać, bo trochę mi czasu stuknęło, to ja przechodzę do rzeczy. Tak myślę. Tak od razu. A ja jeszcze taka niegotowa. Dobra, słuchajcie, to wypełnijmy planszę. Wypełnię ją od razu. Albo nie. Żebyście wy się nie pogubili, bo wy przecież nie widzicie.
Okej, pierwszą kategorię mamy bohatera, żebyśmy się trochę więcej o nim dowiedzieli. Tak że ja sobie losuję kartę, grafikę jakąś. Dobra i mamy... Ciekawe, to ciekawe. Mimo że nie będzie z nami cytatów Dalego, to może jednak pójdziemy w dalijskie wizje. Widzę po tych kartach. Zaraz wam opowiem, co tutaj wydobyłam. Natomiast myślę, że jeszcze sobie sięgniemy po archetypy klasycznie, żeby tradycji stało się zadość, bo to nam będzie fajne rzeczy mówiło. Okej. Dobra i nasz dzisiejszy bohater, uwaga, będzie osadzony w archetypie niewinnego.
Zdaje się, że on już też nas nawiedził w tej serii. Zaraz mimo wszystko wam to wszystko przypomnę. I teraz jeszcze sobie patrzę na pytanka. W takim razie róbmy to na zakładkę. Myślę, że to jest dobry plan. Ta historia dzisiaj będzie roboczo, etapami będę opowiadać, co to może być. Tak jak zawsze. Dobra, skoro już mamy jakieś elementy bohatera, to mamy też pytanie w naszym schemacie: kim jest bohater? Myślę, że to jest moment, żebyśmy może sobie coś o nim opowiedzieli więcej. Kartę, którą wylosowałam, to jest ciemny las, trochę światełek w okolicy.
Na pierwszym planie mamy drzewo i ono zamiast liści, koron ma takie, nie wiem, jak to powiedzieć, pianki różowe, śmieszne, jak bezy czasami są. Takie ładne kształty. I to jest różowe, a wokół tego tańczą widelce. I widelec na pierwszym planie ma muchę. Tak się zastanawiam, czy pójść w bohatera, który faktycznie będzie widelcem. To trochę jak z „Pięknej i Bestii”. Ta służba zamieniona w rzeczy. Czy może niech ten widelec będzie symbolem. Ta mucha mogłaby wskazywać na kelnera z ekskluzywnej restauracji. Jeszcze pomyślę.
Zaraz zobaczymy. Może coś nam archetyp podpowie, w którą stronę iść. Nie ukrywam, że intryguje mnie pójście dosłownie w tą ilustrację, czyli w te widelce i jakąś akcję w lesie. Zwłaszcza że pozostałe widelce są widelcami. One sobie chodzą na zębach swoich. A ten jeden, pierwszy widelec, jeden jedyny ma muchę, więc może on by był przywódcą tych widelców? A może to jest jakiś event w widelcowej krainie? Dobra, na razie lecimy z archetypem. Oczywiście archetypy niezmiennie cytuję wam opracowanie Gabrieli Borowczyk. Niewinny, czyli idealista, czasem nadmiernie ufny romantyk, czysty i transparentny, szczery, nie ma nic do ukrycia.
Czasem dziecięco naiwny, bezinteresowny, nieskażony i prostoduszny. Wierzy, że może zmienić świat na lepszy i tą wiarą emanuje dookoła. Jednak jeśli trzeba, będzie bronił swoich ideałów i uniwersalnych wartości. Dobra, mamy niewinnego idealistę, romantyka. Romantyk w świecie widelców. Aż mnie korci, żeby jednak... Wiecie co? Ja sobie wylosuję morał. Teraz tę kartę od morału. Może będzie mi łatwiej zrobić tak, żeby ten morał nam się fajnie zawiązał.
Zaraz wam powiem, bo mam już jakiś pomysł na bohatera. Dobra, jeszcze teraz lecimy z morałem. Dobra, nie patrzę. Karty są dwustronne i z przodu, i z tyłu, i z góry, i z dołu, więc muszę nie patrzeć naprawdę. Dobra, mam coś. Dobra. Okej, jest jakiś hardkor dzisiaj. Większy niż bardziej, powiem wam. Dobra, co my tu mamy? Jeżeli chodzi o słowa, które są napisane na karcie, która będzie nam służyła jako morał, to jest dzwonek i konik morski.
A na grafice mamy dosłownie płynące sobie pod wodą koniki morskie i na tym, jak one mają taki zakręcony ogonek, to tam trzymają sobie te dzwonki. W ogóle bardzo ładna wizja. Zobaczymy może po co te koniki będą dzwoniły. Może to też będzie jakaś scena, takie zakończenie. Dobra. Wiecie co? Może pójdźmy faktycznie w jakąś bajkę, w taką baśń. Zainspirował mnie ten widelec. Już tak jesienno. Chociaż jest ładnie złoto, ale już taki chłodek.
Może pójdźmy w jakieś bajeczne klimaty. Tak sobie myślę, że skoro tu mamy, że taki nadmiernie ufny romantyk, to może ten nasz widelec będzie poszukiwał swojej jedynej prawdziwej miłości. Tak myślę. Dobra, to mamy. Patrzę na pytania. To lecimy chyba już ze scenami, bo właściwie co? O bohaterze. Czyli to jest kraina, gdzie po lesie biegają widelce. To trochę brzmi jak moje miasteczko Bredni. Może wam jeszcze o nim tutaj nie mówiłam.
Nieistotne. Takie uniwersum szkoleniowe odnośnie innych treningów. Każda brednia im większa, tym lepsza. Wszystko w tym miasteczku było możliwe i w sumie takie biegające widelce miałyby tam dużo sensu. Ale dobra, nieistotne skąd są te widelce. Las jest taki piękny, klimatyczny i to drzewo takie cukierkowe z jednej strony ma taki zakręcony, mroczny pień, ale z drugiej strony te bezy, pianki jasnoróżowe robią taki klimat. Jeszcze ta poświata. Ach! Dobra, jest baśniowo. Mamy widelec.
Może to jest jakieś święto. Może święto miłości w tym widelcowym świecie. I może ten nasz bohater jest smutny, ponieważ nie znalazł swojej widelcowej miłości, więc spędza to święto sam i mimo że się wystroił i ubrał tą muszkę, to nie ma tutaj nikogo w otoczeniu godnego jego uwagi. Można powiedzieć, że załatwiłam pytanie „jak jest?” z tego naszego schemaciku. Jak jest, czyli ten moment, w którym poznajemy bohatera, czyli go poznajemy, kiedy trwa ten rytuał, to święto i wszyscy się cieszą i jest ładnie, pięknie, miłość kwitnie wokół nas, a on jest smutny. Dobra i pytanko mamy. Widzicie, zanim zaczniemy, jedziemy ze schematem, żeby to uściślić i zaraz lecimy wtedy z historyjką. Mam tu jeszcze pytanie: jak było? Czyli to jest ten moment sprzed naszego poznania, zanim poznaliśmy bohatera, więc warto byłoby tu jakieś jego backstory wymyślić. Myślę, że dużo to mówi, jeżeli on już wcześniej próbował znaleźć tą swoją wyjątkową — jak mogłaby się nazywać samica widelca?
Widelczynie? — swoją wybrankę serca. Może on zawsze był takim outsiderem. Bardziej obserwował, bo musiał być bardzo uważny, żeby nie daj widelcowy Boże w ich świecie przegapić tej jedynej właściwej. Może taki outsider zamyślony, zawsze na uboczu. Słuchajcie, mam. On nigdy nie lubił tego święta. On wiedział, że na to święto musi przyjść ze swoją wybranką. Natomiast lata leciały i on był coraz bardziej smutny i zdesperowany. Może tym razem przełamał swoją rutynę i postanowił na to święto przyjść.
Jak to w każdej bajce wydarzy się tu jakaś historia. Więc wiemy jak było. Co się zmieniło, to się zaraz dowiemy. Myślę, że odpowiedzią na to pytanie, co się zmieniło, to to, co tutaj namieszamy zaraz. Kości zostaną rzucone i się dowiemy. Tak samo tutaj problem, rozwiązanie. Do tego przejdziemy. Dobra i tu mam jeszcze pytanie, kto pomaga naszemu bohaterowi? Natomiast na mojej planszy nie rozbudowywałam tego o sojuszników, ale możemy to zrobić w sumie będzie ciekawiej. Wiecie co?
Ja sojusznika wylosuję jak będzie główna próba. Może tam mu się właśnie ktoś przyda. Dobra, to lecimy. Kości. Moje pudełko magiczne. I co? Nie przygotowałam się w miseczkę żadną. Dobrze, wylosuję z ręki. Dobra, mamy kości i teraz co? Lecimy.
Scena numer jeden. Mamy tutaj taką zdezorientowaną, przerażoną buźkę, taką niemrawą. Taką na zasadzie: "O kurde, co jest?". Dobra, druga scena. Tutaj mamy olbrzyma. Jest mały ludek, który patrzy do góry i wielki olbrzym, który patrzy zadziwiony na niego z góry. Dobra i trzecia scena aktu pierwszego. Mamy tutaj góry, szczyty gór. Okej, coś tu się nam klaruje. Czyli Willy.
Jeżeli ta pierwsza scena, to się samo układa. Ej, może za szybko to jednak pójdzie. Dobra, ja i za szybko? No way. Okej. W akcie pierwszym scena pierwsza, czy pierwsza część aktu pierwszego, mamy dezorientację. Może ten nasz bohater po pierwsze jest zmieszany i zestresowany, bo przyszedł na to święto po raz pierwszy w życiu i przyszedł sam, więc jest z tego powodu zmieszany. Ale może dorzućmy jeszcze coś takiego, że on od samego początku miał dziwne uczucie w środku. On pewnie by nawet nie przyszedł na to święto, ale obudził się z uczuciem, że musi tam być. Przyszedł tam i patrzy przerażony na to wszystko.
Taki trochę przerażony. Może nie tyle, że go strach obszedł, tylko bardziej zniechęcenie, czy właśnie takie: „O fuu..." i tak dalej. Wszędzie są pary i wszyscy sobie tańczą. Te widelce tańczą wokół drzewa. Ej, ale to byłoby ładne, taka sala balowa i takie piruety, te widelce razem. Dobra, widzicie, ja sobie odpływam w te widelce. Patrzę, tu jeszcze mam archetyp. Wierzy, że może zmienić świat na lepszy. A może on przyszedł na to wydarzenie i stwierdził, że ono jest nudne, że tutaj się nic nie dzieje i że właściwie oni sobie tylko skaczą, tańczą wokół tego drzewa, są jakieś światełka. Pary celebrują to, że są parami i właściwie nie ma pokazanej takiej typowej, prawdziwej miłości, której poszukuje nasz bohater.
Może on zdziwił się i myśli gdzieś tam w tyle głowy: co tu można by zmienić? Jak można by ten ich widelcowy świat zmienić, żeby te inne widelce też doceniły czy zaczęły szukać prawdziwej miłości, a nie tylko takiej powierzchownej. Według naszego bohatera oczywiście, on tak sobie myślał, że to jest powierzchowna miłość u wszystkich, a on jest ten wybrany. Okej, ta druga kość nam pokazuje olbrzyma. Ale teraz myślę, może nie iść w olbrzyma dosłownie, tylko może pójść w kogoś wyższego statusem. Może na tej imprezie podejdzie do niego jakiś mentor czy ojciec rodu, czy ktoś taki. Bo tu jest to patrzenie z góry i tak sobie myślę, może też z wyższością na kogoś. Może ktoś się czuł lepszy. Teraz nie wiem, czy mentor, czy rywal. Wiecie co?
Weźmy mentora, takiego wujko-ojcodziadka, który go będzie pouczał: „Skończ z tymi mrzonkami i twoim naiwnym myśleniem. Znalazłbyś normalną partnerkę, a nie tam wybrzydzasz” i tak dalej. Więc nasz bohater taki zaskoczony, zmartwiony. Chyba że on sobie będzie myślał o tym. Czyli to nie będzie, że on spotkał tego bohate- tylko to będzie taka retrospekcja. O, już wiem. Patrząc na te pary naszemu bohaterowi przypomną się słowa jego dziadka. Nie wiem, jak wyglądają kolekcje rodzinne widelców. Załóżmy, że to był jego dziadek. Ej, w ogóle narodziny widelców.
Jak jakiś złoty człowiek z was, słuchaczy, wymyśli, ja będę wdzięczna. Pewnie sama też zaraz coś mi się w głowie uroi. To jest ciekawe. Jak uważacie, w jaki sposób rodzą się widelce w takim świecie widelcowym? Okej, czyli bohater ogłuszony tymi wrażeniami przypomina sobie słowa swojego dziadka, który mówił, że on jest naiwny i że nie ma czegoś takiego jak prawdziwa miłość, że trzeba się dobrać w pary, że na pewno jest tu pełno fajnych widelcowych dziewczyn, z którymi nasz bohater może się zacząć spotykać, poznać i założyć widelcowe stado. Ale nasz bohater czuł bunt w środku, zawsze jak słyszał, że to jest niemożliwe, że to nie istnieje, coś w środku w nim krzyczało, że to jest możliwe, że to istnieje i że ta miłość na niego czeka, tylko nie wiadomo gdzie. Taki nasz bohater był zamyślony. Tak sobie chodził wokół tego drzewa, bo przechodzę już do trzeciej kości. Tu mamy pasmo górskie. Nawet nie zauważył, kiedy wyszedł z lasu i dotarł do podnóża gór.
Tak to można nazwać? Taka ładna ścieżyna, idąc wzdłuż której można wejść sobie między góry czy nawet w góry bezpośrednio, czy na góry. I tak się zatrzymał. Obejrzał się jeszcze na ten rozświetlony, wesoły las. Muzyka, wszystko jest pięknie. I popatrzył na te góry, które stały takie smutne, opuszczone. Mimo że było tu parę szczytów, to miał wrażenie, jakby były tak samo samotne jak on, więc postanowił tam pójść. Brawo! Koniec aktu pierwszego. Mamy to.
Lecimy teraz z główną próbą. Tutaj miało być też to trofeum i robimy sobie jakiegoś sojusznika. Fajnie byłoby tu kogoś poznać. Dobra, ja sobie tu muszę lecieć tak: graficzkę. Najpierw człowiek czy najpierw... Człowiek. Dajmy człowieka. Bohatera. Dobra, kolejna graficzka. Co my tu mamy?
Ciekawa grafika. Zaraz będziemy sobie wymyślać dalej. Okej, będę musiała tu bardzo w symbolikę pójść, ale od razu sobie jeszcze weźmiemy archetyp i archetyp może nas nakieruje gdzieś. Dobra, to już tasowałam. Archetyp buntownika, moi drodzy. Jeżeli chodzi o grafikę, która tu ma nas zainspirować, to tutaj mamy basen i zegar. Wyobraźcie sobie, że mamy wielki zegar wyrzeźbiony z kamienia. On leży na ziemi i ktoś wlał w tą tarczę wodę. To tak mniej więcej wygląda. A nad tym latają trzy rude ptaki.
Nie znam się na ptakach. Pewnie bym szukała, robiła research. Jedyny rudy, jaki mi się tu od razu do głowy przyszedł, to feniks. Może to jest trop. Może wam akurat inne ptaszorki przyszły do głowy. Feniks. Mamy tutaj zegar, czyli upływ czasu. Dobra, lecimy jeszcze z buntownikiem. Też już tutaj padł nam chyba w jednym z pierwszych odcinków, ale przeczytam wam i zaraz połączymy to sobie jakoś może z tym wszystkim. Buntownik podważa ustalony porządek rzeczy, nie zgadza się i jawnie to manifestuje.
Bywa niepoprawny, nieugrzeczniony i zadziorny. Kwestionuje zastane status quo. Zadaje niewygodne pytania, zmusza do myślenia i rewizji poglądów. Prowokuje, krytykuje, a czasem wręcz ośmiesza zasady krępujące świat. Dąży do wyzwolenia i wolności. Jego drugie imię: Rewolucjonista. Gotów jest iść na barykady za swoje przekonania i ideały. Oki. Feniks, ogień, zmartwychwstanie, nowy początek. Zegar, upływ czasu, czyli właściwie można powiedzieć śmierć, przemijanie.
I ten basen. To może tego sojusznika... Myślę, czy on mu pomoże, czy może jednak z tą miłością? Bo można byłoby już tu zaplanować, że ten sojusznik, ale z drugiej strony mamy jeszcze później główną próbę i ten akt trzeci. Dobra, nie planujmy mu, niech ta miłość sama wyjdzie lub nie wyjdzie. Zobaczymy, czy nasz bohater ją znajdzie. Myślę teraz, czy ta postać... No dobra, on idzie sobie w te góry i co? Tu będzie jakiś strumień. Myślę, że to byłoby fajne.
Może taki strumień górski, on sobie tam spływa i takie może zakole, jeziorko, takie Morskie Oko. I tam może właśnie pośrodku jest taki wielki kamień, na którym siedzi istota bliżej może nieokreślona. Skrzydlata istota. Weźmy tego feniksa i może on tu po prostu zarzuci... Tylko buntownik. Okej, dobra, słuchajcie. Skoro feniks to taki jest ptak ogień, to może nawet jego bunt będzie polegał na tym, że on sobie będzie siedział na środku tego jeziora, czyli właściwie będzie siedział w wodzie. Zegar. Może jakaś magiczna właściwość tych gór, że tam nie można być dłużej. Albo w tym jeziorze.
Dobra, ja zaraz wylosuję główną próbę i myślę, że to może nam się jakoś fajnie zadziać, bo może to po prostu będzie jednocześnie sojusznik i strażnik progu. Kwestionuje. Słuchajcie. Feniks w swoim feniksowym świecie zawsze słyszał, że ma unikać wody, ponieważ woda może mu sprawić, że stanie się śmiertelny. Czyli że jeżeli spłonie, to nie będzie mógł się odrodzić, bo woda go zamoczy. Ten pył, w który on się zamieni, on namoknie, spadnie na dno i feniks nie będzie mógł się odrodzić. A on stwierdził, że to tak być nie będzie, że to wcale tak nie jest i że on udowodni, że tak nie jest. I siedzi dlatego w tym jeziorze i czeka, aż umrze. Żeby sprawdzić, bo on jest przekonany, że on będzie w stanie się odrodzić z tej wody. Dobra, to jest ten bunt naszego feniksa.
Okej, lecimy z główną próbą. Czekajcie, tu muszę się dostać do pudełeczka. Cyk. Wszystko pozamykają taśmami. Dobra, tu mamy nieco większe kości z obrazkami, także zobaczymy. Mam jedną i rzucam. Dobra, co mi wypadło? But. Wypadł mi but. Taki kalosz, walonka.
Nie wiem, jak to powiedzieć. Taki z cholewą. Dobra, już po kaloszu pewnie się zorientowaliście. Okej, reszta kości. Główną próbą będzie but. Dobra, dajmy jeszcze trofeum. Dobra i co mi się tu wylosowało? Okej. Trofeum to jest pistolet z tłumikiem. Nie powiem wam jakiej marki.
Nie pamiętam. Nie znam się aż tak. Nie wiem, czy to była konkretna marka, więc mamy krótką broń ręczną z tłumikiem. To jest trofeum. Co to trofeum może nam zrobić? Może główna próba to jest but i mamy ten strumień. Od razu myślę sobie, bo kalosze są wodoodporne, więc co? A może feniks zacznie umierać i nasz bohater postanowi go uwolnić? Tylko myślę te buty, bo sam but będzie... Chyba że żart będzie polegał na tym, że do tego strumienia można wejść tylko w kaloszach, a nasz bohater nie ma nóg, bo jest widelcem, więc ma trzy metalowe zęby.
Nie ma rąk. To może być wyzwanie. Próba, że będzie musiał wymyślić, jak wejść do tego strumienia. Może już powiedziałam o rozwiązaniu niechcący. Okej, dobra. Ale to nam się w sumie coś fajnego zrobi, bo sojusznik miał być sojusznikiem. Dobra, ale on może umierać powoli, że jeszcze zdąży powiedzieć bohaterowi. Może coś pomóc? A może jego pomoc będzie polegała na tym, że bohater sobie coś uświadomi? Że on sobie coś uświadomi.
Zaraz jeszcze wymyślę co. Dobra, myślę, że będzie to wyglądało tak. Co się zmieniło? Pytania patrzę jeszcze. Co się zmieniło? Wracając jeszcze do tych pytań. Co się zmieniło? Zmieniło się to, że on wyszedł pierwszy raz z tego lasu, poszedł w góry. I tu mamy tą próbę główną. Akurat jak on się pojawił nad strumieniem, który był zegarem jednocześnie i akurat zaczęły bić dzwony.
Wybiła północ. Niech będzie. To też był moment kulminacyjny w tym ich rytuale miłości, w tym świecie widelcowym. Oni odpalali modły wokół tego drzewa w tym czasie, a bicie zegara wydobywało się z tego strumienia z gór. On nigdy się nad tym nie zastanawiał, tylko to zawsze raz w roku biło. I kiedy to wybiło, to ten feniks nagle krzyknął przerażony, ponieważ poczuł, że zaczął umierać i jednak dotarło do niego, że to może być jego koniec. Koniec na amen. Jeszcze jedna sprawa. Dlaczego on by nie mógł wejść? No dobra, bo on sobie tam przyleciał, nie?
A zasada jest taka, że do tego strumienia można wejść tylko w kaloszach. Nie wolno wejść inaczej. Nie da się wręcz wejść inaczej, bo to są magiczne kalosze i one stoją oczywiście przy brzegu gotowe do wzięcia. Natomiast feniks nie może ich wziąć, bo nie może już latać. Możemy ustalić, że jak zaczyna umierać, to traci siłę w skrzydłach i nie może się wzbić w powietrze, więc stoi pośrodku tego jeziora na jakimś kamieniu. Myślę tylko na kamieniu. Może kamień się zapada? Może ten kamień był w wodzie? Może on przysiadł na kamieniu, a przez cały rok wody przybywało, więc on miał zamoczone nogi. Ten kamień już był pod wodą, więc on już stał z nogami w wodzie.
Jak umrze, spali się i rozsypie się w pył, to wtedy faktycznie wpadnie do wody. Dobra, mamy to. Stracił siłę w skrzydłach, więc próbuje i nie może się wzbić w powietrze. Jedyna opcja byłaby taka, żeby na przykład ktoś mu rzucił kalosze, dostarczył te kalosze. I tutaj wchodzimy w pytanie, jakie jest rozwiązanie? Czyli nasz bohater, skoro już tam się pojawił, postanowił, że pomoże temu feniksowi. Tylko problem polegał na tym, że te kalosze były spore. Może nie. Może kalosze się dostosowywały. Może to wyjdzie później.
Dobra, czekajcie. Abstrahując od rozmiaru, czy te kalosze były duże, małe, nieważne. Ważne jest to, że po pierwsze nasz główny bohater, widelec w muszce nie miał stóp, nie miał rąk. Był widelcem, więc miał tylko te trzy zęby. Natomiast był dobrym widelcem, więc uznał, że tutaj jest istota w potrzebie i trzeba mu pomóc. Podbiegł do tych kaloszy i faktycznie te kalosze okazały się za duże. Natomiast w momencie, kiedy on pacnął je jednym ze swoich widelcowych zębów, kalosze się zmniejszyły. Faktycznie zmniejszyły się, ale nie na tyle, żeby on mógł użyć dwóch. I co? Może rozwiązaniem będzie to, że on w końcu jednak wymyśli, że wskoczy w jeden kalosz.
Może on te kalosze rzuci feniksowi jednak? No dobra, główna próba. On może próbować. Patrzę na ten artefakt do zdobycia. Już myślami jestem, gdzie on może go później zastosować i jak. Okej, to myślę, że zrobimy trzy stadia. Pierwszym rozwiązaniem będzie klasycznie panika, więc nasz widelec będzie biegał wokół tych kaloszy, patrzył jak ten feniks umiera i po prostu panikował. A feniks mu krzyknie: „Ej, weź się ogarnij, bo panika nikomu jeszcze nigdy nie pomogła i nigdy nie jest dobrym doradcą”. Więc on się ogarnął i zaczął się zastanawiać. Podszedł do tych kaloszy i mówi: „Przecież one są wielkie, on tu cały w tym zniknie, jak on ma w te kalosze wejść?”.
A czas uciekał, zegar tykał. Fajnie się nam to wszystko łączy. Podoba mi się to. Patrzę na cechy buntownika i mamy coś, że on krytykuje, czy nawet wręcz ośmiesza zasady krępujące świat. Może właśnie tutaj ten feniks przy drugim podejściu, jak ten bohater podejdzie do kaloszy i stwierdzi, że się nie zmieści, że są za duże, powie mu, żeby nie myślał o tym, że się nie zmieści, że nikt mu nie będzie mówił, co ma robić, że to on ma przejąć kontrolę nad swoim życiem, nad swoim światem. I to są tylko jakieś tam zasady, które mają go ograniczać. W momencie, kiedy widelec spróbował pomyśleć, że może ten feniks ma rację, że może jednak potrafi wyzwolić w sobie jakąś magię czy jakoś wpłynąć na te kalosze, żeby się zmniejszyły. I faktycznie kalosze się nieco zmniejszyły. Może pomyślał, że będzie biegał wokół kaloszy, ale nie w panice i je dźgał co jakiś czas. I coś faktycznie się zadziało.
Pojawiła się jakaś magia i kalosze się zmniejszyły. I on wskoczył w te kalosze. Natomiast dalej była lipa, bo nie mógł iść. On się poruszał skacząc na swoich zębach, a w momencie kiedy próbował skakać, to po prostu wyskakiwał z kaloszy, bo kalosze są luźne, zwłaszcza jak ktoś nie ma stopy. Więc trzecie stadium głównej próby. Myślę, że widelec wpadnie na pomysł, żeby kalosze wystrzelić w naszego umierającego sojusznika. Stanie na swojej metalowej główce, nadzieje kalosza i zrobi taką dźwignię, taką katapultę trochę. A feniks jeszcze na tyle miał energię, że mógł podskoczyć czy złapać. Byli w desperacji, to była jedyna opcja, więc postanowili to spróbować. Jak to w każdej bajce bywa.
Może nie w każdej, ale w większości. Oczywiście im się to udało. Dzięki czemu feniks mógł ubrać te kalosze i umrzeć. Korci mnie to, bo z jednej strony prosściej by było jak ubierze te kalosze. Nałoży, przepraszam, nie ubierze. Nałoży je i wyjdzie z tego. Dobra, mam. On nałoży kalosze i zacznie iść, bo już będzie na poły umierał, ale jeszcze będzie mógł iść. Będzie szedł przez to jezioro i zbliży się, że praktycznie już miałby zaraz wyjść i nagle umrze. Będzie samozapłon i on się rozsypie w popiół.
Ale na całe szczęście to były przecież magiczne kalosze, więc on wpadł w te kalosze. Jak się rozsypał w popiół, to jednak kalosze go uratowały. Właściwie to on się znajdował w dryfujących kaloszach. Naciągane, ale niech będzie. Ale one dalej dryfują w tym jeziorze. Mogą być jakieś fale, może być wiatr, może się rozsypać. To jeszcze nie był koniec głównej próby i nasz bohater próbował przyciągnąć te kalosze. Myślę, jak on to zrobi, bo przecież nie można wyjść bez kaloszy. Znajdzie jakiś leżący kij, zaprze się swoją metalową główką o ziemię i zębami widelcowymi złapie kij i nim będzie przesuwał kalosze. Uda mu się ostrożnie, żeby nie rozsypać, wystawić kalosze na brzeg.
Teraz myślę, jak zdobędzie trofeum. Czy zauważy je w jeziorze? Zanim się feniks odrodzi, to trochę potrwa. Chyba że on postanowi znaleźć bezpieczne miejsce dla tego feniksa. Jakąś puszkę albo jakieś miejsce i wysypie jego prochy w jedno miejsce. Dobre jest. On znajdzie krzaczek i postanowi w ten krzaczek, żeby bezpieczne te prochy były, żeby nic ich nie rozwiało, wysypać feniksa, swojego sojusznika, który mu pomógł w próbie swoimi zakrzykiwaniami. Może się okazać, że to mu też pomoże w życiu. Żeby nie panikować i że może sam zarządzać swoim życiem, naginać zasady. Wysypując z każdego kalosza ten popiół, na samym końcu wypadnie broń palna z tłumikiem.
Beretta może jakaś. Tylko jak widelec ma ją użyć? Zaraz pomyślimy. Jest to artefakt Więc może byłby jakiś magiczny. Dobra, słuchajcie, jesteśmy w takim miejscu, że właściwie na razie ta broń jest ukryta razem z tymi prochami w krzakach, a nasz bohater postanowił jednak wrócić na tę imprezę, na to ich święto. I tak wchodzimy do aktu trzeciego. Scena pierwsza, akt trzeci. Mamy tutaj obrazek kaktusa. Dalej. Scena druga.
Chmura deszczowa. I scena trzecia. No nie, jakaś kosmiczna broń. Dużo tej broni dzisiaj. Jakieś nastroje palne mamy. Taka broń laserowa, jak w bajkach kosmity miały. Dobra, to coś się może zmieniło. A może ten feniks umierał tam co roku? Może to była taka magiczna próba, jakiś moment i coś się zmieni, kiedy nasz bohater wróci do swojego miejsca. No dobra, to jedźmy po bandzie.
Było drzewo, takie mroczno-cukierkowe i ono się zmieniło w wielkiego kaktusa. Albo może on wraca i wszystkie widelce są w panice. Biegają w tej panice, takie: „Łooo, co się dzieje?” A to ich piękne drzewo obrosło. Nie że się przemieniło w kaktusa, tylko obrosła je taka kaktusowa powłoka z cierniami. Oczywiście zrobiło się ciemno, szaro. Zrobiło się ciemno, szaro, mrocznie i nasz bohater patrzył przerażony, co to w ogóle jest, co tu się dzieje. On już wrócił po głównej próbie, a tu dalej się dzieją rzeczy, jakieś odstępstwa od rutyny kolejne. Albo zaczął wypytywać inne widelce, czy tak jest zawsze, że nie, to jest coś strasznego. Więc pierwsze, co oczywiście zaczął wszystkim mówić, wszedł na wielki kamień i zaczął przemawiać do tych widelców, że panika nie ma sensu, że jest złym doradcą i że nikomu w niczym nigdy nie pomogła. Więc niech się uspokoją, bo muszą teraz wymyślić, co z tym wszystkim zrobić wspólnie.
Oczywiście nagle pojawiła się chmura deszczowa i zaczął padać deszcz. I naszego bohatera zmroziło, bo w sumie to te prochy feniksa nie były pod daszkiem, tylko w krzaczku i było spore prawdopodobieństwo, że może jednak ten deszcz go rozmyje. I może dlatego ta próba się nie udała. Że mógł go nakryć kaloszem albo go jednak zostawić w tym kaloszu. A może dlatego się zrobiła anomalia? Wiecie co? Tak się trochę miotam, bo z jednej strony mamy tę ostatnią scenę, że mamy ten wystrzał z tej broni laserowej, tą broń kosmiczną. Mamy schowany ten artefakt w krzakach. Już się z wami dzielę pierwszą moją myślą. Po prostu pomyślałam, że będą strzelali do tego drzewa i ta powłoka odpadnie.
Ale on nie wziął tej broni, bo sam jej nie byłby w stanie wziąć. Czyli powiedział: „Dobra, to mamy to rozwiązanie”. Nasz bohater wpadł właśnie na taki pomysł, że może po prostu trzeba rozbić tą cierniową skorupę i zakrzyknął do wszystkich widelców, że mają się uspokoić. I ruszamy po magiczny artefakt, który pozwoli nam uratować nasze drzewo z tej złej powłoki. A jednocześnie zaczął padać ten deszcz, więc oni tam biegli, kicali, skakali bardzo szybko do tego krzaczka. I co? I nasz bohater zdążył, żeby wspólnie z tymi widelcami zagarnęli jednak te prochy do jednego kalosza. I zabrali kalosza? A niech będzie, to magiczny kalosz. A nasz bohater wiedział, że może zaginać czasoprzestrzeń.
Więc zabrali prochy feniksa do kalosza, żeby nie zmokły oczywiście, a jednocześnie też przy współpracy wzięli tą broń, ten magiczny artefakt. I wrócili do swojego lasu. I on część oddelegował, poprosił, żeby postawili w ciepłym, bezpiecznym miejscu ten kalosz z tymi prochami. Natomiast on z inną ekipą ustawili broń, zobaczyli jak to działa i wystrzelili w kierunku tego swojego drzewa. I co? I to się udało. Ta skorupa kolczasta odpadła i drzewo na powrót było takie piękne jak było. Pojawił się na nim nowy pączek. I wszystkie były różowe, a ten nowy pączek będzie żółty. Niech będzie żółty.
I teraz myślałam, czy coś z tego wypadnie. Nie. Dobra, słuchajcie, już jesteśmy na samym końcu i nie będę przedłużać. Ja myślę, że cała ta sytuacja przedstawiła tego naszego bohatera. On wreszcie się pokazał. Nie był outsiderem. Dzięki temu, że był outsiderem, mógł poprowadzić innych, więc stał się takim bohaterem, legendą ich widelcowego świata. Broń oczywiście schowali jako taki święty artefakt i to też oprócz święta miłości to było też święto uratowanej miłości. I on zdobył dzięki temu, myślę, że znalazł tą miłość wtedy, że tak naprawdę on nie mógł tej miłości nigdy znaleźć, bo się nikomu nie pokazał. Wiecie, klasyczny marketing, a właściwie jego brak.
Czyli jeżeli chcemy coś sprzedać, coś upłynnić, pokazać i tak dalej, to musimy powiedzieć to magiczne: „ej, cześć, tu jestem”. A on tego nie robił przez lata. Natomiast tutaj pokazał się od takiej super opanowanej, kreatywnej i bohaterskiej strony. Więc wtedy podeszła do niego Widelcowa niewiasta i teraz jest ten morał z konikami morskimi i dzwonkiem. I patrząc na te koniki, pomyślałam o tym, żeby może w tym jeziorze oni się pobrali. Ślub Widelcowy żeby był i te koniki morskie będą dzwoniły. Jak dzwony kościelne są, to tam będą te koniki dzwoniły. Będzie taka piękna uroczystość. Natomiast to ma być dalej morał. Morał: konik morski i dzwonek.
No chyba że jeżeli zachowasz spokój i przejmiesz kontrolę nad swoim światem, to wtedy rozdzwonią się dzwonki koników morskich. To takie przysłowie, porzekadło, czyli jeżeli zachowasz spokój i zajmiesz się swoim życiem, to wtedy znajdziesz tą miłość, której szukałeś. To nie tak, że ty będziesz za nią biegał, tylko ona wtedy samoistnie do ciebie przyjdzie. Czyli będzie ślub i koniki morskie i dzwonki. Dobra, słuchajcie, myślę, że dałam radę. Na pewno było ciekawie i powiem szczerze, że czuję się usatysfakcjonowana, że mamy tu tym razem więcej akcji. I była historia, i była główna próba. I nawet była broń. Super! Ja jestem zadowolona.
Myślę, że wy też. Albo mam nadzieję chociaż. Fajnie by było. Ja kończę. Odcinek miał być wyjątkowy. Miał być inny. Jest inny. Co do następnego pomyślę. Pomyślę, czy dalej się pobawimy tym, czy może jeszcze coś innego, ale chciałabym dalej utrzymać ten sezon w tej konwencji, że tutaj działamy jeszcze na kreatywność, na inspirację. Także spodziewajcie się.
Spodziewajcie się kreatywności. Może zrobię jakieś combo planszy i tych pisarskich piguł, a może zrobimy same pisarskie piguły następnym razem. Pomyślę. Mam siedem dni na to. Niech to kwitnie w mojej głowie. Oczywiście, jak macie jakieś propozycje, chęci i tak dalej, to namierzajcie mnie w internetach. To nie jest problem. Ja się żegnam. Trzymajcie się cieplutko i dużo inspiracji i niech wam piękne historie kwitną w umysłach. Pa!
[04:53:15] - Obiecałem państwu w zeszłym tygodniu, a właściwie już nawet zacząłem z państwem taki mały przegląd obcych w kulturze. Sięgnęliśmy nawet do antyku, a później się przemknęliśmy przez wieki średnie i później te późniejsze. Dojechaliśmy tak naprawdę do początku XX wieku. Wspomniałem o Howardzie Phillipsie Lovecrafcie, o Burroughsie, wcześniej oczywiście o Jerzym Żuławskim i jego trylogii księżycowej. Wspomniałem również o Gustave Le Rouge, „Więźniu na Marsie” i „Niewidzialnych”. Oczywiście o mistrzu Wellsie, to samo się przez się rozumie. „Wojna światów”, „Pierwsi ludzie na Księżycu” i „Wehikuł czasu”. Już tłumaczyłem, dlaczego „Wehikuł czasu”, chociaż tam obcych tak naprawdę nie ma, ale to sami ludzie stali się obcymi. Dzisiaj druga część tego okrętnego, ale jednak wywodu. Cóż, co było dalej?
Kiedy już tych autorów wymieniłem, to co było dalej? Dalej była amerykańska science fiction. Już w latach 20. pojawiły się tak zwane groszowe magazyny czy też pulpowe magazyny. One wtedy raczkowały. Tak naprawdę rozkwit to były lata 30. i 40. Ale takie na przykład magazyny jak „Amazing Stories” czy inne, tego cała masa była. Ale zerknijcie państwo na okładki, bo początkowo ci obcy to byli humanoidzi, ale później ilustratorzy oraz autorzy poszczególnych opowiadań zaczęli działać w myśl takiej zasady, którą pisarz Ilja Warszawski podsumował w nieco humorystyczny sposób opowiadaniem „Uniwersalny poradnik dla pisarzy fantastów”. Mówi o tak zwanej hybrydyzacji albo dodatkowo jeszcze hybrydyzacji połączonej ze zmianą skali.
Miesza się wszystko ze wszystkim. Powstaje gatunek zwany czymś bliżej nieokreślonym. Czyli łączymy na przykład pająka z krabem, a to blisko, to może nie. Łączymy pająka z wężem i już mamy bardzo obrzydliwą, ale za to bardzo okrutnie inteligentną istotę. I tak mnożymy kolejne. Właściwie wszystkie zwierzęta, które na Ziemi żyją, da się ze sobą zhybrydyzować, połączyć. Może jeszcze człowieka dorzucić i mamy przerażającego obcego, który Wtedy, w latach 30., w latach 20. w Stanach Zjednoczonych ten dziwnie wyglądający obcy marzył, jeśliby przynajmniej część opowiadań wziąć poważnie, głównie o tym, żeby zniewolić nasze ziemskie kobiety. Uznacie państwo, że to głupie? Owszem, głupie, ale wtedy się to dobrze sprzedawało.
W związku z tym trudno. Tak było. Chodziło po części oczywiście o straszenie, ale proszę państwa, to nie było tak prosto, bo jednocześnie mniej więcej w tamtym okresie, czyli lata 30., pojawia się Superman. Często zapominamy, że ten Superman to jest również kosmita zrodzony na planecie Krypton. Te humanoidalne istoty są zresztą wykorzystywane częściej, bo po prostu łatwiej o nich pisać. A więc mamy dwie tendencje. Już je zarysowałem. Albo hybrydyzacja, czyli mieszamy wszystko ze wszystkim, dowolne zwierzaki łączymy, nadajemy im rozum i mamy obcego. Albo mamy obcego w postaci człowieka, tylko troszkę innego, takiego ze specjalnymi cechami. Zróbmy sobie w tej chwili przeskok z lat 30., może nawet początku lat 40.
Przeskoczmy sobie do Polski i do dzieła, które do dzisiaj niektórzy wspominają z rozrzewnieniem. Do nich ja się również zaliczam, a mianowicie do trylogii Borunia i Trepki. Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka. Trylogia składająca się z tomów: „Proxima”, „Zagubiona przeszłość” oraz „Kosmiczni bracia”. Ta trylogia pełna jest obcych. Przesadzam. Pełna to może nie, ale przynajmniej dwie rasy się tam pojawiają. Trzy właściwie. Otóż mamy tam na początku Temian i Urpian. To proste nazwy pochodzące od nazw planet, na których obie te rasy funkcjonują.
Temianie pojawiają się w tomie „Proxima”. Mieszkańcy planety Tema oczywiście. Urpianie pojawiają się dopiero w trzecim tomie, ale ślady ich bytowania, podziemne miasta już w tomie „Proxima” także są. Oni się różnią, ci obcy wymienieni przeze mnie, od ludzi. Mają na przykład Urpianie, ci bardzo inteligentni, którzy posunęli swoją cywilizację bardzo daleko, mają na przykład trzy nogi, mają wielką głowę i mają radiozmysł. To jest jedna wizja, którą znajdziecie państwo w wykonaniu polskich autorów. Trylogia „Proxima”, „Zagubiona przeszłość” i „Kosmiczni bracia”. Zajrzyjmy gdzie indziej. Był taki film na początku lat 50. „Coś z innego świata”.
W filmie z roku 51. obcy jest potworem humanoidalnym, chociaż tak naprawdę wydaje się, że jest warzywem, ale jest trochę taki humanoidalny. Wygląda przynajmniej tak z grubsza jak człowiek. Ale już w remake'u tego filmu w 82. roku, remake z Kurtem Russellem, obcy już jest zmiennokształtny. Potrafi naśladować inne istoty i dostosowywać się, i w ogóle potrafi zaskakiwać. Więc widzicie państwo, że obcego da się pokazać nawet w bardzo podobnym filmie na różne sposoby. Można by zadać w tym momencie pytanie, czy obcy z różnych dzieł science fiction zawsze byli humanoidalni i wiecie już państwo, że nie. Ale jakie były jeszcze obrazy? Zarysowałem państwu Urpiana z trzema nogami i wielką głową.
Zarysowałem te modele hybrydyzacyjne, ale wiecie państwo, każdy sobie swoją hybrydę może złożyć. Ale czy coś bardziej konkretnie? Bądźmy konkretni. Bo czasami autorzy science fiction stosowali takie oto chwyty, że po prostu powiększali jakieś istoty żyjące na Ziemi albo mówili: gdzieś tam na innej planecie nie rozwinęły się małpy, tylko na przykład koty albo na przykład owady i one stały się rasą dominującą. To zajrzyjmy. Dzisiejszy przegląd jest bardzo subiektywny. Chyba nie liczycie państwo, że jestem w stanie przywołać wszystkich obcych. Bardziej w tej chwili rzucam państwu pewne ślady tego, co można znaleźć w literaturze. W tym wypadku własne poszukiwania indywidualne są jak najbardziej trendy. Szukajmy dalej.
Otóż wspomniana już całkiem niedawno przeze mnie „Misja międzyplanetarna” van Vogt, która się ukazała na Zachodzie w 50. latach, chociaż przypominam, że wcześniej ukazywały się opowiadania, które złożyły się na ów tom w Polsce po raz pierwszy w 72. roku i tam się pojawiły istoty kotopodobne. Niejaki Crowell, przynajmniej w jednym z tłumaczeń tak się nazywał. Taka istota. To była zabójcza, bardzo groźna istota, ale kotopodobna istota pojawia się również u Fritza Liebera w książce „Wędrowiec” wydanej na Zachodzie w 1964 roku, w Polsce w 1980 roku. Tam jedna z ras to są właśnie kocice. Nawet jest kocica, która mówi do jednego z bohaterów właśnie per małpo. Nie wiem, czy byłbym specjalnie zadowolony, ale jak państwo poznacie tę historię, to ona bywa zaskakująca. Tyle powiem.
Nie będę dalej wchodził w szczegóły. Mamy też oczywiście w science fiction owady. To bardzo proste. „Kawaleria kosmosu” Heinleina zarówno w wersji książkowej, jak i w wersji filmowej, i to wieloczęściowej. W każdym razie książka jest z roku 1959. Arachnidy, które nazywane bywają robalami w „Żołnierzach kosmosu” - film tak się nazywał. „Żołnierze kosmosu”, książka „Kawaleria kosmosu”. W każdym razie tam państwo owadopodobne istoty spotkacie. Ja tylko przypomnę, że kiedyś w swoim czasie mówiłem o książce niejakiego Czajkowskiego i tam również mamy istoty, które wyewoluowały z owadów. Jedźmy dalej.
Mieszkańcy oceanów na przykład. Tu mamy znowu polskiego przedstawiciela przepraszam, „Planeta zielonych widm”. To nie jest dobra książka. Od razu państwu to powiem. „Planeta zielonych widm” nie zachwyca, ale pojawiają się tam istoty, powiedzmy, takie zielone kijanki. Autorem tej książki jest Zbigniew Prostacki. Książka może nie zachwyca, ale sama idea tych takich kijanek żyjących pod wodą, zawsze to jakiś obraz. Ale podmorskie głębiny kryją również inne istoty. I tu sobie państwo sięgnijcie po film „Głębia”, czy też niekiedy tłumaczony jako „Otchłań” - „Abyss” z 1989 roku i już będziecie państwo wszystko wiedzieli. Zresztą, skoro jesteśmy już przy wodzie, to przypomnę tylko, że same oceany mogą być istotami żyjącymi.
Widzicie państwo, ewolucja postępuje, bo z takich małych istot, czy to owadopodobnych, czy to kijankopodobnych, czy w ogóle do czegoś tam podobnych, mamy też twory takie bardzo nieoczywiste, czyli na przykład oceany. I tu pierwszy typ jest oczywisty. Rok 1961, „Solaris” Stanisława Lema. Ale w roku 1950, czyli 11 lat wcześniej, ukazało się opowiadanie „Alyx”. Ono chyba w polskim języku nosiło tytuł „Samotna planeta”. „Samotna planeta” ukazało się w tomie „Rakietowe szlaki”. Na pewno w tym wydaniu z lat 50. Wydaje mi się, że w tym wydaniu późniejszym z lat 70. również. W „Rakietowych szlakach”, „Samotna planeta”, Murray Leinster.
Nigdy nie wiem, proszę państwa, jak to się wymawia. Zawsze się walnę na angielskim. Trudno. Leinster. W każdym razie takie opowiadanie jest. Jestem ciekawy. Bardzo często mówimy o tym, kto coś Lemowi ukradł. A może to Lem, który znał angielski, zaczytał się w opowiadaniu Murray Leinster i troszkę... niedużo, proszę państwa, bo to opowiadanie „Samotna planeta” jest bardzo optymistyczne, takie bardzo „hej do przodu”, a opowiadanie Lema nie jest optymistyczne. Zupełnie nie jest optymistyczne.
To nawet nie opowiadanie, tylko taka nowelka czy też książka. W każdym razie mamy takie oceanopodobne twory. Mamy też, skoro już jesteśmy przy takich nieoczywistych tworach, zwały materii organicznej, takie galaretowate twory, organizmy olbrzymie. I tu mamy naszego dobrego znajomego Wiktora Żwikiewicza i jego powieść „Druga jesień”. Tam taka czerwona galareta zalewa ziemię, przynajmniej w niektórych miejscach. Ja wiem, proszę państwa, że to miała być taka przenośnia i że to w ogóle czemu innemu służyło, ale chcąc nie chcąc Wiktor powołał do życia taką istotę galaretowatą. Zresztą inny znany autor, George Martin, tak, ten od „Gry o tron”, napisał takie opowiadanie „Pieśń dla Liany”. To chyba tak się wymawia. Jasne, autor „Gry o tron”, fantasy, napisał opowiadanie science fiction. Moim zdaniem świetne.
Jeśli państwa ono interesuje, to można je znaleźć chyba w pierwszym albo w drugim. Chyba w pierwszym, drugim albo trzecim numerze „Fantastyki”. W ogóle pierwszym, drugim albo trzecim. Wydaje mi się, że jednak w pierwszym. Absolutnie fascynujące opowiadanie. Też taki twór galaretowaty, który pochłania kolejnych ludzi. Co więcej, opanował metodę zwabiania ich do siebie, bo to z ich materii organicznej on tworzy swoje ciało, rozszerza się, powiększa. Świetne opowiadanie, naprawdę świetne i zupełnie science fiction. Ale mamy też chmury. Skoro jesteśmy przy takich bezpostaciowych troszeczkę organizmach jak oceany czy zwały materii, to mamy również chmury.
I tu znowu Van Vogt, ja to państwu przywoływałem, „Misja międzyplanetarna”. Van Vogt poszedł daleko, bo opisał pyłowo-mgławicową istotę Anabis. Ona zamieszkiwała przestrzeń kosmiczną w galaktyce M 31 w Andromedzie i tam sobie poczynała... Nie, nie powiem państwu, jak sobie poczynała. Sięgnijcie państwo po „Misję międzyplanetarną” Van Vogta. W każdym razie ona na planetach, które opanowała, utrzymywała zwierzęta różnego rodzaju, takie dinozaury. I one zabijając się, walcząc między sobą, dostarczały tej chmuropodobnej istocie energii życiowej. Ale mamy też powieść „Czarna chmura” Freda Hoyle'a, astronoma. On opisał bardzo dziwny obiekt kosmiczny, troszeczkę taki kłąb żyjącego czarnego gazu. I czarna chmura Hoyle'a miała bardzo dziwną strukturę z cząstek pyłu i molekuł organicznych.
One występowały tam jako takie biologiczne komórki tego tworu i ów niewiarygodny organizm żywił się potokami promieniowania elektromagnetycznego. Z tego powodu cały czas podróżował od gwiazdy do gwiazdy. Ta forma życia była formą życia krzemu organicznego. Olaf Stapledon w „Ostatnich i pierwszych ludziach” - to powieść napisana w roku 1930 - opisał maleńkie obłoczki z Marsa, które mogą się łączyć w większe obłoczki. Państwu się na pewno teraz skojarzyło z „Niezwyciężonym” Lema. Tak, u Lema też były chmury, tylko że chmury mini robotów, jakichś takich organizmów podstawowych, które łącząc się ze sobą tworzyły takie twory, które były w stanie zagrozić ziemskiej wyprawie. A skoro wspomniałem wcześniej o krzemie, to mamy książkę Iwana Jefremowa „Gwiezdne okręty”. Ona była napisana w 1949 roku. Wybaczcie państwo, ale nie pamiętam, w którym roku ukazała się w Polsce, ale się ukazała. I w tej książce dwaj radzieccy uczeni odkrywają szczątki krzemu organicznego kosmity, ale on już jest kompletnie martwy, bo był na Ziemi 70 milionów lat wcześniej.
To jeden ślad. Krzemu organiczne istoty występują również we wspomnianej już trylogii Borunia i Trepki po Ulpianach i Temianach. To jest właśnie ta trzecia rasa. W „Kosmicznych braciach” Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka w 1956 roku nakreślili taką istotę, która zaatakowała i niemal doszczętnie zniszczyła Ziemię. To były takie nieregularne istoty. Te istoty miały nieregularny tułów, rodzaj walca, który miał różne odnóża i miał od 25 do pięciu metrów. Może odwrotnie, od pięciu do 25. W każdym razie w dodatku te istoty kierowały takimi swoimi podistotami. Skomplikowane, ale w gruncie rzeczy fascynujące. Ale to nie wszystko, bo obcy mogą być również istotami, takimi mikroistotami o takiej wielkości mikrobów.
I tu pierwszy ślad znajdujemy. One były oczywiście wcześniej, nie ukrywam, ale podkreślam, że ten przegląd jest ściśle subiektywny, stricte subiektywny właściwie. I ja znalazłem takie istoty mikro w opowiadaniu Franka Russella „W stronę czwartego wymiaru”. „W stronę czwartego wymiaru” to jest tytuł tomu, a opowiadanie nosi tytuł „Impuls”. Mikroby, które tworzą coś w takiej zielonej kałuży, która się dostaje do ciała człowieka i zaczyna nim kierować. Te istoty pochodziły z planety Glantok. Przynajmniej tak twierdzi autor Eric Frank Russell. Mamy też u innego autora. Jeśli państwo sięgniecie do „Bibliotekariów”, ale tych starych „Bibliotekariów”, to mamy całą audycję poświęconą książce Williama Tenna „O ludziach i potworach”. Książka z 1968 roku, gdzie ludzie, tacy pełnowymiarowi ludzie żyją sobie w ścianach domostw olbrzymich istot i pełnią ci ludzie w nich rolę, powiedzmy, porównywalną do mrówek faraona.
Żyją sobie w ścianach, w otworkach i nie są lubiani przez gospodarzy. To jakby skala mocno nam się zwiększyła. Zresztą sięgnijcie państwo, jeśli chodzi o wielkie istoty, to sięgnijcie również do opowiadania Konrada Fijałkowskiego z takiego zbioru "Wróble Galaktyki" pierwszy raz się w tym tomie ukazało, to opowiadanie z 1963 roku. Tam skala jest też nieporównywalna. Opowiadam państwu o różnych przejawach rozumu, przynajmniej rozumu na kartach science fiction i podprowadzam do kolejnego odcinka, bo w następnej audycji będę trochę monotematyczny, ale opowiem państwu o teorii nadistot, bo ona bardzo mocno wiąże się nie tylko z obrazami obcych w literaturze, ale po części wiąże się też z różnymi teoriami, które dotyczą UFO. Teoria nadistot. Teoria sformułowana przez, i tu wątek polski, Adam Wiśniewski-Snerk. Tak mi się wydaje, że po raz pierwszy taką teorię sformułował w książce wydanej w roku 1973, zatytułowanej „Robot”. Niech państwa tytuł nie myli. Będzie mowa o nadistotach, ale to za tydzień.
Za tydzień państwa zapraszam. A teraz jedźmy już dalej. Zapraszam państwa bez żadnej przerwy ani reklamowej, ani muzycznej na „Literackie tête-à-tête”. „Literackie tête-à-tête” to jest audycja tworzona przez Krystynę Śmigielską, a dzisiaj nasza autorka zaproponuje państwu spotkanie z Norbertem Grzegorzem Kościeszą.
[05:16:10] - „Literackie tête-à-tête”. Dobry wieczór. Spotykamy się w „Literackim tête-à-tête”, a moim i państwa gościem jest pan Norbert Grzegorz Kościesza, autor książek dla dorosłych i dla dzieci. Znany przede wszystkim z dwóch pozycji opisujących stosunki panujące w służbach mundurowych, a konkretniej rzecz biorąc w policji. Na myśli mam oczywiście „Psy prewencji” i „Folwark komendanta”. Obie książki ukazały się w 2019 roku. Poza tym nasz gość wydał „Legendę o czwartym królu” jako swój debiut literacki w 2017 roku i ponowił wydanie tej książki w 2021. Ukazały się też „Opowieści Starej Puszczy. Straszne legendy hrabstwa kłodzkiego i okolic”, „W Leśnym Stawie” oraz „Dzielnica cudów. Nasz PRL lat 80.” i to, proszę państwa, jest również książka przeznaczona dla dorosłych czytelników.
Dobry wieczór, panie Norbercie. Bardzo dziękuję, że przyjął pan zaproszenie do tej rozmowy.
[05:17:33] - Dobry wieczór, pani Krystyno.
[05:17:35] - Cieszę się bardzo, że możemy się spotkać i od razu chciałam pana zapytać, jak to jest, bo przedstawiając pana naszym słuchaczom, nie wspomniałam o tym, że zanim stał się pan pisarzem, był pan funkcjonariuszem pracującym w dziale. Proszę nam zdradzić, jakie stanowiska zajmował pan w policji.
[05:18:00] - Służyłem w kilku wydziałach i kilku jednostkach terytorialnych policji. Trzeba pamiętać, że to nie jest praca, to służba. Służba w ruchu drogowym, w patrolówce, w wykroczeniach i również jako profos na tak zwanym dołku, czyli na izbie zatrzymań. Tak samo w jednostce terytorialnej, czyli zaczynając od posterunku policji, takiego malutkiego pięcioosobowego, poprzez komendę, już większą, w Annopolu, później komendę powiatową w Kraśniku i komendę miejską w Białymstoku i komisariaty oczywiście w Białymstoku.
[05:18:29] - „Folwark komendanta”, Norbert Grzegorz Kościesza. Książka od lat 16. Rozdział: Przygody na strzelnicy. Chwila oczekiwania. Ręce drżały i pociły się. W głowach przebiegały myśli: kiedy to nastąpi? Czy trafię w tarczę? Oby tylko ten jebany peszak się nie zaciął. A jak się zatnie, to co zrobić? Żebym nie zrobił tak jak Cap.
Natrętne myśli, drżenie, podniecenie i nagle skok adrenaliny. „Ognia!” — krzyknął instruktor. Szum w uszach. Myśli ustały. Kursanci zrobili to, czego uczyli się przez ostatnie dni. Odbezpieczyli broń energicznym pociągnięciem, załadowali nabój do komory, wyrzut rąk do przodu, mierzenie w tarczę. Jedni zrobili to szybko, inni się skupili. Padały kolejne strzały z broni, która w tym dniu miała już kilka, a może kilkanaście zacięć. „Zacięcie!” — Marta Popławska podniosła rękę. Starszy instruktor podszedł do dziewczyny.
W tym czasie inni przerwali strzelanie. Sadowik złapał peszka, obrócił się bokiem do kulochwytu i stuknął rękojeść w magazynek, chcąc spowodować zamknięcie komory nabojowej. To jednak nie zadziałało. Odciągnął więc delikatnie zamek, patrząc na pistolet. Wystawił język z przejęcia i przygryzł go zębami. Facet był zmęczony. Marzyło mu się pojechać do domu. Pot spływał mu z czoła. Jego palec zsunął się na język spustowy. Skoszony pocisk wrócił do komory nabojowej.
W tym momencie padł strzał i Iza i Andrzej się przewrócili. „Kurwa!” — krzyknął chłopak. „Mamo!” — wydarła się dziewczyna. „Ja pierdolę” — zawołał Chomik. Kadeci stali w półruchu z bronią skierowaną w stronę kulochwytu. Każdy patrzył na leżących. Nogi drżały im ze strachu, ręce latały, jakby trzymali ciężary, a nie pistolety. Sadowik stał z otwartymi ustami, trzymając pistolet Marty w dłoniach. Drugi wypadek w ciągu tygodnia. „Kurwa, tego już nikt nie zatuszuje” — bił się z myślami.
Teraz wszystko działo się w ułamku sekund, a on miał wrażenie, że ludzie poruszają się jak we śnie. „Odłożyć broń!” — krzyknął do kadetów Chomik. Wszyscy położyli peszaki na półeczki przy stojakach. — Ania i Bartek biegnijcie po apteczki, szybko. Wezwani rzucili się do biegu w poszukiwaniu apteczek. Po chwili podali ją instruktorowi. „Kurwa, Mietek, otrząśnij się chłopie” — darł się do kolegi. Wezwany powoli odłożył broń, jakby nie był świadom tego, co się dzieje. Podszedł pod ścianę i usiadł na krzesełku, nie zwracając uwagi na krzyki kolegów. Zza szyby wyglądali wystraszeni kadeci.
Patrzyli na dwoje leżących, pod którymi robiły się kałuże krwi. Oboje wili się w nich jak robaki. Nie wyglądało to dobrze. Chomik się zorientował, że sadowik w niczym mu nie pomoże. Kazał więc poinformować telefonicznie dyżurnego w biurze, aby wezwał karetkę do rannych na strzelnicy. Kiedy jeden z kadetów ruszył do telefonu, on sprawdził, kto jest bardziej poszkodowany. Dziewczyna miała rozwalone biodro. Chomik zawołał dowódcę plutonu, który i tak już przybiegł zobaczyć, co się stało. Tłumcyk widząc krew, osunął się na podłogę. Kadeci zaciągnęli go pod ścianę.
„Kurwa, co się dzieje?” — krzyknął młody instruktor. — Dziewczyny — zawołał Martę i Anię. — Zajmijcie się Izą, tamujcie bandażami krew. Podbiegł natychmiast do chłopaka, który trzymał się za brzuch. „Weź ręce, weź ręce, boli, boli” — jęczał ranny. „Czy ja umrę?” — pytał z płaczem. Chomik spojrzał na niego. Miał łzy w oczach. Nie wiedział, co powiedzieć. Wytarł rękawem nos i oczy.
„Kurwa, jeszcze na weselu będziesz tańczył. Tylko ściśnij jaja i bądź twardy. Zabierz ręce” — rozkazał, po czym odsunął jego dłonie. Krew lała się po moraczu. Instruktor rozerwał guziki, podczas gdy chłopak jęczał z bólu. Chomik dalej szukał wlotu kuli. Podniósł podkoszulek. Jest dziura w brzuchu. Szybko wziął podane gazy i bandaże, przycisnął je do rany. Krew przesączała się przez nie.
Kadeci biegli do następnej apteczki po kolejne opatrunki. Instruktor nadal mówił do wystraszonego chłopaka: „Andrzej, wszystko będzie dobrze. Jesteś twardy”. „Instru…” — jąkał się chłopak. „Mów mi Tomek” — Chomik uśmiechnął się do bladego już kadeta. „Tomek, obiesujesz, że jeszcze będę tańczył?” — ścisnął rękę instruktora. „Obiecuję, Andrzej. Obiecuję”. „To fajnie, bo ja nie umiem tańczyć. Ha ha, he he” — Tomek zaśmiał się wraz z nim, a chłopak zaczął się coraz bardziej krztusić.
„Dobra, daj spokój. Leż spokojnie”. Upłynęło może 10 minut. Na miejsce wpadli przełożeni instruktora, powiadomieni przez dyżurnego, zastępca rektora i kilku innych oficerów, a za nimi ratownicy ze szkoły, wszyscy zziajani od szybkiego biegu. Po 15 minutach przyjechały karetki. Tymczasem ratownicy prowadzący zajęcia w SP zdołali zatamować krwotok u dziewczyny i chłopaka. Teraz pogotowie pędziło na sygnałach do olsztyńskiego szpitala.
[05:22:30] - To trochę dziwne, że w czasach, w których dużym powodzeniem cieszą się książki opisujące mrożące krew w żyłach morderstwa, skomplikowane śledztwa i zawiłości psychiki przestępców, pan, były policjant, staje się autorem bajek i opowieści o funkcjonariuszach troszeczkę jakby z poprzedniej dekady. Dlaczego spod pana pióra nie wychodzą barwne kryminały? Miałby pan przebitkę wśród innych pisarzy, ponieważ sprawy związane z przestępczością zna pan z autopsji. Posiada pan przecież znaczny staż policyjny.
[05:23:09] - Troszkę chciałbym rozróżnić tutaj właśnie te baśnie i legendy, oczywiście publikacje dla dorosłego czytelnika, w tym o patologiach właśnie w tej Policji Polskiej. Dodam, że nie są to opowieści z poprzedniej dekady, a jeśli, to fabularyzowana literatura faktu bardziej w 80% oparta na autentycznych wydarzeniach, które nadal miały miejsce niestety w naszej policji, czyli między innymi właśnie mobbing, molestowania, seksizm. Wiele można tutaj wymieniać. Jako pierwszy policjant w Polsce zresztą poruszyłem takie sprawy w swych książkach. Tutaj policji nie chwalę, nie pokazuję blichtru. Pokazuję otwarcie tą drugą stronę medalu. Z czym się właśnie borykają ci funkcjonariusze. Podkreślę jeszcze raz, że to nie poprzednia dekada, tylko właśnie teraz i tutaj to się wszystko dzieje niestety. A co do kryminałów pani Krystyno, przyznam się, że nigdy nie starałem się płynąć z nurtem. Przeważnie idę pod prąd, stąd książki o patologii w służbach.
Ale faktycznie w policji sytuacje opisane są w wielu powieściach kryminalnych. Miałem z nimi do czynienia, z tymi sytuacjami właśnie podobnymi jak w książkach kryminalnych. Dlatego na razie nie ciągnie mnie w tą tematykę za bardzo, choć też zdradzę tutaj czytelnikom, że powstaje taki kryminał sensacyjny, bardziej oparty i osadzony na Ziemi Kłodzkiej i on tam będzie nawiązywał wówczas do tych poprzednich dekad właśnie, które były na tej Ziemi Kłodzkiej.
[05:24:20] - Czy pan uważa, że jednak ludzie powinni pisać o tym, o czym wiedzą?
[05:24:24] - Pani Krystyno, ma pani sporo racji. To wszystko zostaje. Ja jako policjant prewencji, czyli tego ruchu drogowego oraz patrolówki, miałem również do czynienia z wieloma takimi wydarzeniami. To pozostaje właśnie w człowieku wszystko cały czas, mimo że już kilka lat jestem poza służbą, mam taki ten dryg i tą obawę, że gdzieś tam może będę wzywany, żeby gdzieś tam pojechać. Faktycznie też dlatego nie czytam tych kryminałów, dlatego że większość tych ludzi też może się pogniewają, może nie ci autorzy, bo większość to też moi znajomi, nie wie o czym pisze w ogóle. Więc dla mnie również, tak jak pani powiedziała, powinni mieć jakieś doświadczenia w tym zakresie i trochę o tym wiedzieć. Popularność tych kryminałów w Polsce oczywiście jest bardzo duża, ale faktycznie ich jakość, muszę powiedzieć to z żalem, bardzo słaba. Chociaż jest kilku autorów takich, którzy wiedzą o tym, co piszą. Nie będę tutaj wymieniał jednego z autorów z Opola, który bardzo świetne kryminały pisze i jest policjantem, więc być może czytelnicy wiedzą. Jego kryminały są osadzone właśnie w realiach i on zna tą służbę i wie o czym pisze.
Faktycznie powinno być tak, że ten autor powinien wiedzieć o czym ta książka jest. „Psy prewencji” Norbert Grzegorz Kościesza. Książka wydana bez patronatu Komendy Głównej Policji, dostępna od lat 16. Rozdział czwarty. Swego czasu patrol pieszy pełniący służbę na PKP w Białym godzinę wcześniej stał już na peronie wraz z innymi służbami. I tak staliśmy jak te pierdoły. Plus 30 w cieniu, a my w pełnym słońcu, ubrani na czarno. Zejść nie zejdziesz, bo w krzakach po przeciwnej stronie widać czarne loczki naczelniczka Robaka i łysą pałę jego asystenta Pustostana. Przypomniałem sobie, skąd ten pseudonim. Zaśmiałem się w duchu.
Ten przedupas naczelników sam o sobie mawiał na odprawach przy 60 policjantach, że ma we łbie pusto jak w pustostanie. Jak mawiał kolega w fabryce oficerów głupich nie sieją, sami się rodzą. Teraz obaj z zastępcą naczelnika stoją z kamerą i nagrywają, czy któryś z nas się nie wyłamie, nie zejdzie z posterunku. Oni myślą, że ich nie widać, a my udajemy, że faktycznie ich nie widzimy. Ot, taka częsta zabawa na PKP. „Po co ten cały cyrk?” — pytam Okrasy, chociaż doskonale wiem, o co chodzi. Już mi chłopaki donieśli, co tutaj się wyprawia co weekend. Przed moim urlopem jeszcze tego cyrku nie było. Zaraz zobaczysz, Kurwa, przyjedzie pociąg z Warszawki, a w nim ulubiony minister naszego pryncypała. Stoję i patrzę.
Robię coraz większe oczy. Na peron schodzi się patrol SOK w żółtych oczojebach. Stoją trochę dalej od nas, by kamerka z krzaków ich nie objęła. Chociaż Robakowi z przejęcia dygocą łapy, a krzaki trzęsą się wraz z nim, przez co oko kamery wędruje raz w lewo, raz w prawo. Śmieję się z kolegą, że Robak pieprzy pustostana w krzakach, bo tak się liście tam trzęsą. Później na peron przybywa ochrona PKP, także w oczojebach, ochrona Intercity i jeszcze patrol Straży Granicznej. Postawili samochód na miejscu parkingowym przeznaczonym dla taksówek i przytruchtali do nas, poprawiając pasy z bronią. „A ci to nowi” — mówi Okrasa. — „Oni rzadko przyjeżdżają”. Stoimy więc i patrzymy w prawo, skąd nadciąga pociąg ministra.
15 minut przed przyjazdem pociągu z stacji budynku wybiegają trzy odpicowane stewardesy Intercity. Granatowe mundurki, spódniczki przed kolano, jakaś jasna chusta na szyi oraz śmieszne czapeczki na głowach. Szerokie uśmiechy zawitały na ich ładnych buziach. Wiele ząbków zabłyszczała w słońcu, a czerwień ust kusiła swą krasą. Jedna z nich jeszcze szybko przeczyściła zęby, przejeżdżając po nich palcem. Wyciągnęła tym samym zgrabnym paluszkiem jakąś resztkę jedzenia, którą wypluła spektakularnie na peron i znów gotowa sczeszyła się, patrząc w stronę torów. Jest! W końcu nadjeżdża pociąg. Wtacza się powoli, ociężale na stację, jak w wierszach Tuwima. Sokieści, dziarskie dziadki przed sześćdziesiątką wciągają brzuchy, prężą dumnie piersi.
Ochrona poprawia żółte kamizelki, stewardesy błyszczą perłą białych ząbków i machają rączkami, jakby witały papieża. Tylko my dwaj dalej stoimy jak te pierdoły. Okrasa drapie się po głowie, a ja patrzę na zdziwionych ludzi, którzy zerkają na nas i na pociąg. A oko kamery i czujny zmysł naczelniczka śledzą nas, aż w końcu lokomotywa zasłania krzaki i znikamy z pola widzenia szpicli ludzka. Z wagonu wysypują się ludzie, przepychają między sobą, szturchają, niektórzy wsiadają i nim sterczą w oknach. Krzyczą, płaczą, się śmieją. Nic wyjątkowego. Zwykła proza życia na dworcu. Ale jest jeden wagon, a w nim przedział, gdzie w okienku wisi zielona firanka z malutkimi literkami PK. Zasłonka lekko faluje poruszana wiatrem jak majterkiem.
Okrasa stuka mnie łokciem i wskazuje to okno głową. „To on!” — krzyczy jeden z ochroniarzy. Zaraz przypomina mi się komedia „Nie lubię poniedziałku”, gdy na lotnisku jedna z babek krzyczy podobnie. Tylko tutaj na PKP ktoś widocznie zapomniał jeszcze orkiestrę zamówić, by zagrała marsza powitalnego. Firanka odsłania się bardzo powoli, nieśmiało, jakby zaraz miała pojawić się za nią jakaś księżniczka z „Tysiąca i jednej nocy”. Ale nie. Ku mojemu rozczarowaniu, zza zasłonki wychyla się ciemna męska łepetyna. Widać włoski zaczesane do góry jak u ówczesnego Leonida Breżniewa. Tylko buźka jakaś taka bardziej czerwona, pełna jak księżyc, uśmiechnięta od ucha do ucha. W oknie ukazuje się twarzyczka z miną zadowolonego wiejskiego chłopka, który właśnie zobaczył nagą dziewuchę nad strumieniem.
„Zielinokio” — szeptem mówi mój kolega, jakby klęczał w kościele i do mnie mruga. Spojrzałem i faktycznie w przedziale siedział najważniejszy człowiek na Podlasiu. Szara eminencja ministerstwa MSWiA. To przed nim drżeli komendanci, oficerowie poszczególnych komend miejskich i powiatowych w regionie. To dla niego kilkanaście prawie hawajskich dziewic tańczyło hula. Był to gość, który zmuszał postarzałe gospodynie wiejskie do dziwacznych podrygów przed kamerami telewizyjnymi. W końcu to dla niego Lucio rękami rekrutów wycinał biało-czerwone konfetti, które osobiście z narażeniem życia przypięty stalową linką i asekurowany przez jednego z pilotów zrzucał z helikoptera.
[05:29:46] - Policjant to człowiek, jak już powiedzieliśmy, o specyficznej predyspozycji, potrafiący zapanować nad swoją psychiką. Szkolony jest też w tym, aby nie okazywać własnych emocji. Pisarz z kolei to osoba wrażliwa, często nawet bardzo wrażliwa, nadpobudliwa, odczuwająca nie tylko własne stany emocjonalne, ale i odbierająca również wysyłane przez innych wzburzenia, ekscytacje, wzruszenia. Zastanawiam się, jak pan pogodził w sobie te dwie osobowości i czy jedna z nich nie przeszkadza drugiej.
[05:30:22] - Powiem tak, że to tylko mity i legendy. Policjant jest takim samym człowiekiem jak inni. Z tym że poprzez styczność z brutalnością, tą patologią w jakiś sposób się uodparnia i patrzy na świat chłodniejszym wzrokiem niż przeciętna osoba. Być może. Ale policjanci także okazują emocje bardzo często. Nie wiem, dlaczego jest to spostrzegane negatywnie przez społeczeństwo. Mam nadzieję, że to się zmieni. Znam wrażliwych policjantów i w ogóle niewrażliwych pisarzy. Ale fakt jest taki, że autor musi spojrzeć na świat nieco chłodniej i nieco inaczej. Uważam, że wielu pisarzy patrzy na świat przez różowe okulary niestety i to może być większy problem niż pogodzenie wrażliwości z próbą zapanowania nad nimi.
Taki wybuchowy zestaw, właśnie tak jak pani powiedziała, czyli ten spokój i te emocjonalne stany może być bardzo pomocny w pisaniu, a nie zaszkodzić. Legenda o czwartym królu. Norbert Grzegorz Kościeszak. „A ile są dla ciebie warci?” — odpowiedział pytaniem Szczygulikus. — „Ile możesz mi ofiarować za ponad tysiąc niewolników?” — dodał szyderczo na końcu. „Panie”. Poalans zdał sobie sprawę, że nie posiada już przy sobie wystarczająco dużo złota, by wykupić wszystkich niewolników, ale miał coś, co skrywał w skórzanych sakwach na piersi pod swymi szatami. Sięgnął do jednej z nich i wyjął wielki, przepiękny czerwony rubin, symbol miłości, który miał zanieść małemu dzieciątku. Podniósł go wysoko nad głową, aby wszyscy zebrani na placu mogli go zobaczyć. Jaśniał w słońcu, a jego blask roztaczał czerwone promienie po zebranych ludziach, podium i budynkach wokół.
„Wybacz mi” — pomyślał. — „Wybacz mi, nieznany Boże, że tego daru nie oddam nowonarodzonemu Dziecięciu. Ale ci ludzie bardziej go potrzebują. Bardziej ode mnie i od Ciebie. Wybacz” — wyszeptał. Zaś głośno dorzekł: „Oto drogocenny rubin. Jest warty dziesięć tysięcy niewolników. Daję ci go w zamian za tych oto ludzi, za ich wolność”. Oczy Szczygulikusa zajiskrzyły chciwością O tak, wielki panie, zrobię, jak rozkażesz. Uwolnić tą brudną hołotę!
— krzyknął, po czym rzucił się biegiem do Pohalana, przeskakując, rozpychając brutalnie zebraną gawiedź, która z zaciekawieniem obserwowała rozgrywającą się scenę i która przyciągnęła blask rubinu. Teraz to twoi niewolnicy. Oddaj moją zapłatę. Chwycił oburącz podany mu rubin i całował go, ściskał. Ślina ciekła mu przy tym z ust jak wściekłemu psu, a wzrok zdawał się szaleć. Rubin z jasnoczerwonego, jaśniejącego w blasku słońca, stawał się coraz ciemniejszy. Jego kolor przypominał teraz krew. Widzący to zebrani wokół ludzie odsunęli się z głośnym westchnieniem. Przeklęty. Przeklęty ten, który za niewinnych ludzi otrzymał taką zapłatę.
Przeklęty stał się rubin w jego rękach — szeptali. Ale Szczygulnikus nie zważał na gawiedź i krzyczał: Jestem bogaty, bogaty. Zawsze wiedziałem, że łapanie niewolników przyniesie mi bogactwo. Zarechotał. Zaczął tańczyć na placu. Skakał, pląsał i podrygiwał, głośno się przy tym śmiejąc. Nagle stanął jak wryty. Złapał się za gardło, potem za pierś. Upadł na znak z głośnym plaśnięciem. Z oczu, nozdrzy, ust i uszu pociekła mu krew, ale nie puścił rubinu.
Trzymał go łapczywie w lewej ręce, a prawą przyciskał do serca. Zebranym zdało się, że rubin nie jest już czerwony, a czarny. Szeptano, że serce łowcy niewolników zamieniło się w czerwony kamień. Natychmiast przybiegli do Szczygulnikusa jego poplecznicy, łowcy niewolników, tak samo pazerni jak on, którzy rodzoną matkę sprzedaliby w niewolę za marny ochłap nagrody od swego pana. Rzucili się wszyscy na rubin, turlając, depcząc ciało swego dotychczasowego pana. Wszczęła się bójka na pięści, zęby i kopniaki. Ze wszystkich stron dobiegła straż miejska, uderzając łowców niewolników pałkami gdzie popadnie, rozpędzając tym samym zebrany tłum kapiów. Tymczasem z drugiej strony placu król Pohalan kazał swym żołnierzom otoczyć gromadę uwolnionych ludzi i zaprowadzić do gospody. Za resztę złota kupił dla nich odzież, żywność na drogę.
[05:33:52] - Spotkałam się z wydawnictwem Encore. To jeden z pana projektów. Proszę mi opowiedzieć o jego powstaniu, funkcjonowaniu. Kto panu pomaga w prowadzeniu tego wydawnictwa i czy ono nadal działa?
[05:34:06] - Tak, Encore to jest męskie wydawnictwo, które ma wyjść naprzeciw mężczyznom autorom. Z tego względu, że teraz w większości panie piszą. Moje koleżanki, bardzo dobre zresztą. Mało jest autorów mężczyzn, których znam, którzy chcieliby się przebić. Więc to był projekt razem z moim kolegą, który nie chciał się za bardzo ujawniać. Stworzyliśmy to męskie wydawnictwo Encore. Teraz pomaga mi w prowadzeniu żona. Istnieje nadal to wydawnictwo, oczywiście, choć w zalecie wielu spraw jego prowadzenie jest trudne teraz. Dodam, że obecnie istnieje taki trend, iż wielu autorów odchodzi od dużych wydawnictw, więc to jest wyjście naprzeciw tym autorom. Ze względu na to, że duże wydawnictwa już tak nie szanują pracy pisarzy.
Starają się na nich zarobić jak najwięcej, wycisnąć jak cytrynę. A dla debiutantów nie ma miejsca w dużych wydawnictwach. Umowy są śmieszne i z niską tantiemą. To chyba wszyscy wiedzą. Wiele moich koleżanek i kolegów autorów poszło w self-publishing i zakłada własne wydawnictwa. Zresztą self-publisherzy stowarzyszają się teraz, wzajemnie wspierają, uczą się wzajemnie. Jeśli duże wydawnictwa nie zmienią swojego podejścia, to w Polsce nastanie, moim zdaniem, dobry czas dla malutkich wydawnictw. A męskie wydawnictwo, mam nadzieję, że będzie istniało i że uda się to rozkręcić bardziej, gdyż wydaje mi się, że męskiej literatury brakuje na rynku fantastyki, literatury dziecięcej, młodzieżowej. W ogóle autorów męskich brak, więc mam nadzieję, że w jakiś sposób to zachęca tych autorów.
[05:35:33] - Może jakieś tytuły i nazwiska pan poda?
[05:35:37] - Na razie, pani Krystyno, powiem tak, że to jest głównie wydawnictwo moje, żeby zobaczyć, jak to będzie się rozchodziło. Czyli są moje książki. Powiem, że wydanie „Legendy o czwartym królu” oraz „Opowieści ze Starej Puszczy”, czyli baśni, „Dzielnica cudów”, która była wydana na PRL, to było wszystko wydane przez męskie wydawnictwo Encore. Zobaczymy, jak to się rozkręci. Szukam dobrych ludzi, powiem szczerze. Dobrych korektorów, dobrych redaktorów, którzy by to w jakiś sposób pociągnęli. Więc uczę się, popełniam błędy. Faktycznie, to stanie na takich twardych nogach. Będę myślał wtedy kogo ściągnąć do siebie, z kim współpracować. Zobaczymy, jak to będzie.
[05:36:13] - Dobry korektor, dobry redaktor, to jest podstawa w tej pracy niestety. A rynek jest różny bardzo. Tak że rzeczywiście życzę, żeby pan trafił na dobrych specjalistów, z którymi będzie panu się dobrze współpracowało. Przejdźmy do sztuki pisania, bo tu mówimy o korektorach. Przestudiowałam opinie na temat pana książek na portalu Lubimy Czytać i przyznam, że natrafiłam na sporą ilość uwag mówiących o niedoskonałości pana warsztatu. Proszę mi powiedzieć, czy pan korzystał z kursów pisania, jakiejś pomocy? Próbował pan podnieść swoje umiejętności w kształtowaniu zarówno warsztatu, jak i fabuły? Jaki jest pana stosunek w ogóle do tego typu edukacji?
[05:37:01] - Może zacznę od początku. Powiem tak: nikt nie jest doskonały. Ja także nie. I oczywiście mam tego pełną świadomość. Jestem tylko człowiekiem, uczę się na swoich błędach, jak każdy zresztą. Jednak nie uważam niestety portalu Lubimy Czytać za opiniotwórczy z uwagi na to, iż można tam pisać pod pseudonimem, co naturalnie wiąże się z tym, iż wypowiedzi, delikatnie mówiąc, są różne. Zwłaszcza jeżeli pisze się literaturę, która dla wielu osób jest niewygodna i postrzegana w pewnych środowiskach nie jest pozytywnie. Proszę także spojrzeć na profile innych pisarzy. Te niedoskonałości są wytykane wielu gwiazdom pisarstwa w Polsce, między innymi Bondzie, Mrozowi, Pilipiukowi, Grocholi czy nawet pani Tokarczuk. Więc jestem chyba w dosyć zacnym gronie.
Oczywiście u mnie wszystkie opinie to jest może tysiąc osób, tych opinii może tysiąc, w tym z tego, co pamiętam, może 100 negatywnych. Są one bardziej widoczne niż u takiego autora
[05:37:57] - Który na profilu ma bardzo dużo opinii, kilka tysięcy nawet. Przyznam się też, że nie zaglądam często na Lubimy Czytać. Gdy szukam jakiejś dobrej książki, to szukam opinii na Empiku, na Taniej Książce. Tam można znaleźć mniej anonimowe opinie, za to bardziej konkretne i obiektywne. Kursy pisarskie uważam za bardzo duże zło i jestem ich wielkim przeciwnikiem. Może pogniewają się na mnie ci, którzy prowadzą te kursy. Mówię o tym głośno, choć wiem, że wielu autorów może poczuć się urażonych. Nigdy nie podjąłbym się szkolenia pisarskiego, nawet mając renomę Hemingwaya. A w Polsce mamy do czynienia z kursami prowadzonymi przez osoby, które napisały jedną lub dwie książki. Piszą poradniki jak wydawać, jak napisać, chociaż tak naprawdę nie mają o tym pojęcia.
Uważam, że takie kursy zabijają kreatywność przyszłych pisarzy, wyobraźnię potencjalnego pisarza. Tak samo jak to, że jeśli ktoś nie ma talentu, to taki kurs w niczym mu nie pomoże. Może to brzydko zabrzmi, ale myślę, że zdecydowana większość kursów, o których wiem i o których otrzymuję informacje z zapytań od moich czytelników, bo czytelnicy też do mnie piszą, czy bym poprowadził taki kurs i czy warto za takie kursy w ogóle zapłacić. One są niestety nastawione na zysk, zwłaszcza w tym czasie, w którym stykamy się z inflacją, wojną, pandemią. Każdy chce zarobić. Ci ludzie, którzy te kursy prowadzą również. Moi czytelnicy, powiem szczerze, mogą być pewni jednego: nigdy nie otworzę takiego kursu. Jak też nigdy nie będę głośno recenzował książek innych autorów.
[05:39:23] - „Opowiem ci bajkę. Antologia Grupy Literackiej Rewiwał. Rozdział: Febleland. Bajkowa kraina Norberta Grzegorza Kościeszy. Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, siedmioma rzekami, siedmioma morzami. A nie, przepraszam, to nie ta bajka. Zacznę więc od początku. Takiej bajki jeszcze nie czytał nikt z was, a trzeba wiedzieć, że nie jest ona dla każdego. Dawka humoru może powalić, wywołać silne konwulsje i bóle brzucha, a nawet zabić, pozostawiając uśmiech Jokera na ustach. Znajdziecie w tej opowieści ostre słowa, erotykę, a nawet seks.
Sama opowieść jest wynikiem kompilacji kilku baśni i bajek. Kosztowała autora wiele nerwów, bo postacie nie dawały się w pełni kontrolować i uciekały spod pióra, nie chcąc dać się wrobić w te czy inne pokręcone historie. Starały się ukryć przede mną swoje życie prywatne jak prawdziwi celebryci. Zapewne się domyślacie, że tacy mają całkiem inne życie niż to, które pokazuje telewizja i wielkie ekrany kin. Tym bardziej że w ich krainie doszło do dużych zmian. Od czasu, gdy oglądaliście swoją ostatnią bajkę, nastąpił tam pucz, którego dokonało pewne drobne, dobrze znane od wieków towarzystwo ze Wschodu. Pierwszy padł Za Siedmiu Gór Ogród, a wraz z nim otaczające go miasta, w tym Dulok lorda Farquada. Wielu wielmożów wtrącono do lochu, by nie byli konkurencją dla nowej władzy. Później kolejno padały wszystkie baśniowe i bajkowe królestwa. Dawne baśniowe postaci upomniały się o należne im miejsce.
Obalono wielu królów i książąt na Zachodzie. Władcy, ich dzieci i poddani mieli trzy wyjścia: albo poddać się i służyć wiernie nowym panom, albo przeciwstawić im się i zginąć lub uciec w najdziksze ostępy bajkowych krain. Mogli też zostać strąceni na dno bajkowej hierarchii i pracować w takich zawodach, o jakich nie śnili w najmroczniejszych koszmarach. Księżniczki pozbawione splendoru wychodziły za mąż za nowobogackich przybyszów ze Wschodu, przeważnie starych i brzydkich. Często podejmowały się zwykłej pracy jako szwaczki, tkaczki czy praczki, co nie zapewniało odpowiednich środków na przeżycie. Dlatego, aby utrzymać się i mieć co do gara włożyć, wiele z nich trafiło do night klubów, tak jak księżniczka Fiona, która po rozwodzie ze Shrekiem musiała jakoś utrzymać kilkoro swoich dzieci. Oczywiście mężczyźni mieli łatwiej, jak to w męskiej, szowinistycznej, seksistowskiej, zacofanej jak na obecne, postępowe czasy bajce bywa. Bajkowa płeć męska stała się wyjętymi spod prawa rozbójnikami, rzezimieszkami, bandytami, nicponiami albo też przystępowała do nowego obozu władzy, gdzie żyło im się godnie i wygodnie. Tak, tak, płeć męska z pewnością miała się lepiej. Historia, którą wam opowiem, tak naprawdę dzieje się tu i teraz, obok nas, w krainie zwanej Febleland.
Wiele lat po tym, jak doszło do podboju zachodnich krain przez armię ze Wschodu dowodzoną przez królową Babę Jagę oraz jej męża, barona Wilka von Pogadi oraz nadwornego czarownika Kościeja. Pokonanym nakazano oddać wszelkie różdżki magiczne, pierścienie, zwierciadła, kryształowe kule i wszystkie pozostałe czarodziejskie akcesoria. Zakazano produkcji magicznych naparów, wywarów i napojów. Obcy władcy rządzili twardą ręką, a niepokornych karano śmiercią, torturami i wtrącaniem do lochów. W smutnej krainie, w której obok siebie żyją do tej pory baśniowe stwory, smoki, pluszowe misie, jednorożce i czarownice, ogry, trole, krasnoludy, elfy i ludzie, nastąpił podział nie na złych i dobrych, jak było do tej pory, bo ten był oczywisty albo prosty, jak mówił jeden mądrzec: na głupich i mądrych. Powstały bandyckie ugrupowania, kartele, a szara i czarna strefa rozwijały się w najlepsze. Dlatego nie opowiem wam o tym, czy i jak pokonano złych władców ze Wschodu, ale skupię się na zwykłych, zepchniętych na margines dawnych bohaterów, którym przyszło żyć pod nowym panowaniem w nowych czasach. Historia ta nie ma początku ani końca, jest jakby wyrwana ze środka opowieści.
[05:43:06] - Które z utworów pisze się panu łatwiej? Czy te, które kieruje pan do dorosłego czytelnika, czy może te skierowane do dzieci? Trudne pytanie. Powiem szczerze, każdy rodzaj literatury ma swoją specyfikę i każdy na swój sposób jest trudny. Dzieci inaczej postrzegają świat i życie. Trzeba wejść w ich skórę, postawić się na ich miejscu. Wydaje mi się, że, jak to mówią wszyscy, mężczyzna nigdy nie dorasta. Więc wciąż jestem tym dzieckiem. Może dlatego jest mi jakoś łatwo wejść w ten świat. Ale też trochę trzeba poprowadzić te dzieci za rękę w kierunku bardziej ambitnej literatury.
Takiej, która pobudzi wyobraźnię, rozbawi, rozśmieszy, będzie miała w sobie morał i wskaże, co w życiu jest dobre i pozytywne dla dorosłych. Myślę, że dorośli mają wyrobioną już opinię. Rzadko sięgają po coś nowego. Jeśli to zrobią, to są bardzo krytyczni. Trzeba wtedy zrobić szerszy, głębszy research, by czytelnik dorosły został z nami dłużej i zechciał sięgnąć po kolejną naszą książkę. Z jednej strony trudna jest ta literatura dziecięca, ale bardzo wdzięczna, ale tak samo wychodzi na to, że ta dla dorosłego czytelnika jest bardziej wymagająca, prawda?
[05:44:11] - Powiem panu, też piszę książki i dla dzieci, i dla dorosłych. I rzeczywiście duża różnica jest między pisaniem dla jednej i dla drugiej grupy. To bardzo odczuwam, że trzeba się całkowicie przestawić. Otrzymał pan nagrody za książkę „Dzielnica cudów. Nasz PRL, lata 80.” Proszę mi opowiedzieć o powstaniu tej pozycji. Do jakiego gatunku literackiego ją pan zalicza i jakie zdobyła ona wyróżnienia?
[05:44:38] - Wrócił do tego pytania o negatywnych opiniach, więc jeszcze powiem à propos, gdyby te książki były takie złe, nie byłyby nagradzane. Więc tutaj trochę przytyczek w nos tym, którzy pisali te negatywy. Ale wracając do pani pytania. „Dzielnica cudów. Nasz PRL, lata 80.” to moim zdaniem jest opowieść komediowa i w takim gatunku bym ją osadził. Jest ona oparta oczywiście na faktach, usadowiona w latach, gdy byłem młokosem. Chciałem, by starsi czytelnicy przypomnieli sobie czasy swojej młodości i beztroski, choć był to trudny czas politycznie, zwłaszcza dla ówczesnych dorosłych, czyli dla moich rodziców również. Dla ludzi młodych w tamtych latach ten czas był beztroski. Dla mnie przede wszystkim również. Wielu z nas miało jakieś pojęcie, co się dzieje, ale niewiele nas to obchodziło tak naprawdę.
Mieliśmy swoje troski, zmartwienia oraz radości dnia codziennego. Czytelnikom młodszym chciałem pokazać przede wszystkim, że świat doskonale funkcjonował bez laptopów, telefonów, całej tej nowocześności i że wcale nie było nam nudno. W książce więc staram się pokazać, jak spędzano tamten czas: wakacje, dni szkoły, święta również. Myślę, że udało mi się to na tyle, że książka „Dzielnica cudów. Nasz PRL, lata 80.” była dwukrotnie nagrodzona. Zdobyła Grand Prix w Brakującej Literze, została Polską Książką Roku 2020 i ku mojemu zaskoczeniu dużemu również otrzymała nagrodę Filiżankę Literatury od „Esspresso o książkach” w dziedzinie literatura. Była również nominowana z wielu setek książek w Empiku. Dostała się do pierwszej dziesiątki. Była nominowana do nagrody jako najlepszy audiobook. Historie prawdziwe.
[05:46:12] - A ta książka jest w formie audiobooka czy w takiej zwykłej, tradycyjnej również wydana?
[05:46:18] - Staram się, pani Krystyno, trafić do szerszego grona czytelników i słuchaczy i dlatego wiele moich książek również jest dostępnych w audiobookach i między innymi „Dzielnica cudów” również jest jako audiobook i jako książka pisana i e-book. „Dzielnica cudów. Nasz PRL, lata 80.” Robert Grzegorz Kościesz. Owy facet sterujący pojazdem zwanym furmanką ubrany był w starą, szarą lub czarną poplamioną marynarkę z dwoma kieszeniami po bokach i jedną wewnątrz. Pod nią była jakaś brudna, przepocona koszulka, skórzany, cienki pasek lub często sznur przewiązany na brzuchu jak u ruskiego soldata. Ubrany w kapelusz z rondelkiem na głowie i jakieś skórzane buciory uwalone końską kupą. Taki ni to kowboj, ni to wiochmen. Powożący takim wozem często przeganiali dzieciaki, które chciały pogłaskać koniki, albo też dlatego, żeby nie ciągnęli ojców do domów, bo jak wspominałem, ojcowie z woźnicami wychylili niejedną buteleczkę wina lub wódy. Wtedy pociechy czekały, aż woźnica będzie pijany, aby wyciąć mu jakiś kawał. Prędką w tej zabawie wiedli nasi trzej koledzy.
Zanim konie ruszyły w drogę powrotną z pijaniutkim wozakiem, to chłopaki zdążyli nazbierać końskich pączków, czyli łajna, które walały się pod kopytami i kołami wozu. Zbierali je w papierkowe worki i gdy pijany przewodnik wsiadał na kozła, taką ławę, która pozwalała mu wygodnie siedzieć i sterować lejcami, to koledzy zdążyli wrzucić mu do kieszeni marynarki te końskie pączuszki, czasami jeszcze dość świeże, pachnące i miękkie. Bywało tak, że pijaczyna przebudził się po drodze albo jeszcze przed wyjazdem sięgnął ręką do kieszeni marynarki po papierosy. Będąc pod wpływem często nie zauważył, że ręce miał pełne łajna. Zapalał papierosa, drapał się po gębie lub po czuprynie, roznosząc przy tym końską kupę przeważnie tam, gdzie sięgała jego dłoń. Śmiechu było przy tym co niemiara. Wykładali się dorośli, którzy to widzieli i dzieci dogadujący się przy tym biedakowi, który nie wiedział, o co chodzi. Czasami jak który był trzeźwiejszy, zrywał się z kozła i zeskakiwał za którymś z naszych chłopaków, gdy przyłapał ich na wrzucaniu obornika do kieszeni marynarki. Niejeden raz zafurczał bat i dostał któryś po plecach i łbie. Wtedy śmiechy gasły, a do akcji wkraczał ktoś z dorosłych.
Zazwyczaj ojciec lub matka tego, co oberwał. I tak któregoś razu pijany ojciec stanął w obronie swojej latorośli. Gruby woźnica przystanął naprzeciw chudego, wysokiego faceta z naszej dzielnicy. Wytrząsał przy tym zawartość kieszeni marynarki, klnąc na czym świat stoi. Zaś tato synalka przeklinał wozaka za uderzenie batem syna, który skulił się zaraz za nim. Obaj pijani, obaj chwiejący się na nogach jak stare wielki morskie. Wiadomo, dzielnica kibicowała swojemu. Słychać było krzyki, gwizdy i brawa. Chłopcy złapali się za bary. Nasz nakrył marynarką głowę frajera i zdawał mu haki od dołu, aż dudniło.
Ale gruby nie dawał za wygraną. Podciął nogi chudego i obaj polecieli na węgiel, co to jeszcze nie był wyrzucony do piwnicy. Turlali się po węglu i chodniku, dysząc ciężko, by na chwilę przerwać uścisk. Od razu podbiegli kibice. Naszemu dali piwa do popicia, a i dla wozaka też się coś znalazło. I znów ruszyli na siebie niczym zranione dziki. Bili się zażarcie, już polała się krew pierwsza, aż nagle nie wiadomo skąd wpadła baba chudego i zlała piąchą woźnicę. Wytarmosiła za włosy i pogoniła do wozu. Woźnica uciekał w akompaniamencie wesołych wrzasków, a dzieci rzucały za nim tym, co złapały w rękę. Oprócz drobnych kamyków końskich pączków leciały czarne bryły węgla, które skrzętnie zbierano na zimę.
Bywało i tak, że woźnica dojeżdżał do domu lub na skład, gdzie mądre koniki same go poprowadziły. Tam takiego pijanicę ściągała z wozu rodzina lub współpracownicy i wrzucali do jakiegoś wyra do spania, a spał w opakowaniu, czyli tak, jak był ubrany. Oczywiście jak się obudził, to wysmarowany łajnem i śmierdzący. Nam nie było ich szkoda, bo kręcili na kupionym przez naszych rodziców węglu tak samo jak Janek.
[05:50:04] - A jak się nie pilnowało takich w czasie przyjazdu ze składu, to z wozu znikało zawsze kilka wiader lub nawet worków węgla. Potrafili opchać nasz opał za flachę wina lub wódy. Robili to w ciągu kilku minut na trasie nie dłuższej niż trzy kilometry. Chętnych było wielu, a na miejscu przecież nikt nie sprawdzał, bo nie miał wagi do zważenia opału. Dlatego też często któryś z nas sadzany był na wozie z węglem i jechał z takim wozakiem, by go przypilnować. Groziło to tym, że patrol milicji mógł ściągnąć łebka i ukarać woźnicę lub rodziców. Ale jak było inaczej upilnować takiego złodziejaszka? Poza tym milicja też miała lepszą robotę niż łapanie pijanych wozaków. Przynajmniej tak nam się wydawało. Wtedy przejazdy takich osobników czy kierowców były normą.
Nikt na nich nie donosił, nikt ich nie zatrzymywał.
[05:50:46] - Przed wstąpieniem w szeregi policji ćwiczył pan również sztuki walki. Kulturystyką się pan zajmował, akrobatyką. Interesuje mnie, czy w którymś ze swoich utworów zawarł pan doświadczenia wyniesione z uprawiania tych sportów?
[05:51:01] - Nie wiedziałem, że pani dotrze do takich danych akurat. Bardzo wnikliwa pani jest. Tak, faktycznie za młodu dużo ćwiczyłem. Powoli wracam do kulturystyki ze względu na to, że troszeczkę mam nadwagi, więc chcę zrzucić i wracam do kulturystyki. Mam nadzieję, że to ruszę na większą skalę. I faktycznie w „Psach prewencji” oraz „Folwarku komendanta”, a nawet w jednym z opisów w „Dzielnicy cudów. Nasz PRL, lata 80.” skorzystałem z tej wiedzy. Niektórzy czytelnicy to zauważyli, bo były pytania o te szczegółowe opisy, które zawarłem w tych książkach. Myślę, że jeszcze nie raz wykorzystam to w swoich publikacjach. Jest to jakieś doświadczenie.
„Opowieści Starej Puszczy. Baśnie” Norberta Grzegorza Kościeszy. Trzymajcie się małe szkodniki! Maluchy złapały się sierści na grzbiecie wielkiego kota. Mimo woli przytuliły do jego ciepłego, miękkiego futra, zaś ryś pędził jak wicher przez polanki, lasy. Zataczał koła, poskakiwał, wygłupiał się, strojąc niepoważne miny do małych zwierzaków na swym grzbiecie. Mrugał do nich i krzyczał: „Borsuczku, borsuczku, nie nasiusiaj dziś wieczorem w łóżku”. Wszystkie leśne zwierzątka śmiały się razem z borsuczkiem. Kinguncja biegła z tyłu, a rozwiane włosy zasłaniały jej twarz. Odganiała je i śmiejąc się, patrzyła na rysia i maluchy.
Śmiechuncja doganiała najszybsze zwierzęta. Przecież już nieraz się z nimi ścigała. Teraz biegła równo z wielkim kotem i patrzyli sobie w roześmiane oczy. Kinguncja wsadziła dwa palce do buzi i pokazała długi, czerwony język. Zdzisio nie pozostał dłużny i też pokazał jej szpiczasty języczek i zaczął przy tym wachlować pędzelkami na uszach i krzyknął: „Nie wystawiaj języka, bo ci mały borsuk nasika”. Kiki śmiały się wszystkie zwierzęta. Na to Kinguncja zrobiła zezę, przytknęła ręką do tyłu głowy, wystawiła dwa palce i pokazała śmieszne rogi. Już ryś chciał pokazać coś równie śmiesznego, gdy nagle bach! Wpadł na coś wielkiego i miękkiego. Wszystkie zwierzątka rozbiegły się po lesie, a małe z grzbietu kota poturlały się pod krzaczki i tam schowały.
Śmiechuncja również zderzyła się z wielką, włochatą górą. Przewróciła się na Zdzisia, który skoczył na równe cztery łapy i szykował się do odparcia nieoczekiwanego ataku. Kinguncja, ciągle leżąc na ziemi, spojrzała w górę. Tuż przed jej oczami ukazał się wielki czarny nos. Ten nos dotknął jej noska. Był miękki i cieplutki. Potem powąchał ją i podniósł się do góry. Teraz Śmiechuncja zobaczyła wielkie brązowe oczy, które znajdowały się nad czarnym nosem, wielką białą futrzaną głową z dwoma małymi białymi uszkami. Pod nosem były ciemne usta, a z nich wystawał czerwony języczek, który ją polizał po policzku. Potem wielka głowa się odchyliła i elfka zobaczyła wielkiego białego niedźwiedzia, który stał na dwóch łapach.
Niedźwiedź był cały biały, co w tych lasach było niespotykane. Nawet ryś, który szykował się do walki, ze zdziwienia stanął jak wryty. A przecież niejedno zwierzę już widział w swoim życiu. Wszystko działo się bardzo szybko, jak mrugnięcie oka, choć przyjaciołom wydawało się, że trwa wieki, zanim wstali z ziemi. Kinguncja otrzepała kocyk, który dostała od krasnali, zrzuciła go z grzbietu rysia i wskoczyła mu na plecy. Kot nie protestował. Usiadła wygodnie, pogłaskała go za uchem. Zdzisiek mruknął i zamrużył oczy, patrząc na wielkiego białego niedźwiedzia. Przyjaciele zastanowili się, kto to i co tu robi oraz jakie ma zamiary, bo kot, choć wielki, nie był nawet w połowie gabarytów białej, futrzanej głowy. Nie był też dość silny, by go pokonać w walce.
Nawet gdyby był młodszy, to zapewne nie poradziłby sobie z tym kimś. Patrzyli z ciekawością na niedźwiedzia, a on zdawał się ich nie zauważyć. Rozglądał się wokoło, sapiąc i pomrugując. Podrapał się po wielkim brzuchu, potem po głowie, z której spadło kilka kłaczków białej sierści. Gdy te włosy spadły na ziemię obok Zdziska i Śmiechuńci, wielki niedźwiedź ryknął.
[05:54:26] - Audiobooki, o których pan już powiedział. Czy jest pan zwolennikiem takiej formy wypowiedzi literackiej? Czy pan osobiście zdecydowanie woli książkę tradycyjną?
[05:54:37] - Trzeba pamiętać, że jest wiele osób, które z różnych przyczyn niestety nie skorzystają z książki drukowanej. Na przykład osoby niewidome lub słabowidzące. Dlatego uważam, że audiobooki są doskonałym zamiennikiem tradycyjnej książki. Także kierowcy, bo wśród kierowców mam wielu fanów, którzy zawodowo jeżdżą po całej Europie tirami. Audiobooki to dla nich do słuchania po drodze, do zrelaksowania się. Ale osobiście uważam, że drukowane publikacje, nic ich nie zastąpi. Książka, która trzymana w dłoniach i taka prosto z drukarni, z księgarni pachnąca albo na przykład starodruki. Nic tego nie zastąpi moim zdaniem.
[05:55:14] - Czy wydawnictwo pana samo zajmuje się wytwarzaniem tych audiobooków, czy współpracuje pan z jakimś innym wydawnictwem?
[05:55:22] - Przyznam szczerze, że współpracuję akurat z wydawnictwem, z Empikiem oraz Wydawnictwo Mova. To jest taka córka Wydawnictwa Kobiecego i Empik, taka ich gałąź, czyli Virtualo. Oni zrobili audiobooki „Psy prewencji” oraz „Dzielnicę cudów”. Wydawnictwo Mova wydało „Folwark komendanta” w audiobooku.
[05:55:42] - Na Virtualo też pan jest dostępny.
[05:55:44] - Tak, na Virtualo, na Empiku, na wszystkich portalach ogólnopolskich jestem dostępny.
[05:55:48] - Można pana książkę kupić sobie, ściągnąć, ewentualnie przeczytać czy przesłuchać.
[05:55:54] - Oczywiście polecam. „Rusałka zauważyła, że chłopak się zmieszał ze wstydu, ale nie zamierzała mu tak łatwo wybaczyć. Przynieś mi najpiękniejsze kwiaty ze swej krainy, to może ci wybaczę. Uśmiechnęła się do niego. Dobrze. Bądź tu jutro o tej samej porze, a ja przyniosę ci takie kwiaty, jakich w życiu nie widziałaś. Po tych słowach wstał i już chciał odejść, kiedy Roza zapytała: A jak masz na imię? Nie przedstawiłeś się, a to niegrzecznie. Roześmiała się. Jestem Zdziebełko i mieszkam w puszczy.
Miło było cię poznać, Rozo. Mam nadzieję, że będziemy się częściej widywać. Roza z uśmiechem. Zeskoczył z kamienia i poszedł w stronę drzew, a za nim ruszyli wszyscy, którzy kąpali się i bawili w wodzie. Dziewczynka kilka chwil patrzyła za nim, a później dała nura do jeziora i zniknęła w jego odmętach. Gdy tak płynęła w stronę swego zamku, rozmyślała o świecie, w którym było ciepło i kolorowo. Kiedy dotarła do kamiennej twierdzy obrośniętej szuwarami, mchami i wodorostami, syreni strażnicy rozstąpili się na jej widok i wpuścili ją do środka. Rozalka przepływała przez smutne korytarze i puste sale. W zamku mieszkała sama z ojcem, a poddani króla mieli swe domy jeszcze dalej w głębinach leśnego stawu. Rusałka wpłynęła do swych komnat, które były jedynym kolorowym miejscem w całym wielkim królestwie, nie licząc królewskiego skarbca.
Klasnęła w dłonie i zaraz przy jej boku pojawiły się przyjaciółki: rusałki Kamelka i Zulka oraz syrena Agalope. Dziewczyny zawsze były w pobliżu i czekały na Rozalkę, gdy ta udala się do drugiego królestwa. One nie lubiły słońca. Wystarczyły im tylko te promienie, które przebijały się przez wodną toń. Wolały chłód, ciszę i spokój, pływanie z rybami albo uciekanie przed krokodylami, które im dokuczały. Lubiły pląsanie wśród szuwarów i trzcin czy slalomy pośród wodnych gór i dolin. A ląd? Ziemia nie jest dla wodnych stworzeń, tak mówiły. Roza opowiedziała dziewczynkom o spotkaniu z miłym chłopcem na brzegu jeziora. Rusałki i syreny słuchały jej z otwartymi buziami.
Bały się mieszkańców puszczy. Opowiadano o nich, że polują na ryby, raki, homary i inne wodne stworzenia, by je później zjeść. Bały się, że i je spotka taki los. Z trudem wierzyły, opowiadały swe przyjaciółki, że istoty z lasu nie są groźne. Nie przekonywały ich opowiadania o ptakach, kolorowych motylkach, zbieraniu owoców, zabawach wśród zielonych drzew. Mimo że Rozalka zapraszała je na wycieczkę na brzeg jeziora, koleżanki nigdy się na to nie zdecydowały.
[05:58:08] - Co czyta pan Norbert Grzegorz Kościesza i którego z literatów uważa pan za swojego mistrza godnego naśladowania?
[05:58:17] - Bardzo podoba mi się to pytanie. Obecnie czytam mniej książek niż kiedyś. Niestety z uwagi na to, że jako dorosły mam więcej zajęć, w tym także związanych z pisarstwem. Ale uwielbiam czytać oczywiście i uwielbiam książki, przede wszystkim komediowe. Tutaj moim idolem jest Pilipiuk, jeden z jego bohaterów. Już się uśmiecham na samo wspomnienie. Czytam oczywiście książki historyczne, fantasy, sensacyjne, dokumenty, a nawet poradniki i książki naukowe. A to ostatnie ze względu na to, iż podjąłem w ostatnim czasie studia. Na naukę nigdy nie jest za późno. Moim zdaniem mistrzami do naśladowania, przynajmniej u mnie, to przede wszystkim Sienkiewicz.
Ulubione moje książki: „Potop”, „Ogniem i mieczem”, „Raymont”. Chyba byłem jedynym w klasie, który przeczytał „Chłopów”. Aleksander Dumas, „Trzej muszkieterowie” słynni. Grzesiuk. Bardzo szkoda, że on wydał tylko trzy książki, ale tutaj oczywiście „Pięć lat kacetu”, „Bossu”, „Ale w ostrogach”. Oczywiście mój ulubiony Pilipiuk, „Komuda”. Myślę, że oni są mistrzami do naśladowania, przynajmniej dla mnie. „Straszne legendy hrabstwa kłodzkiego i okolic”. Norbert Grzegorz Kościesza. Rozdział o biedzie.
„Już wiem” — odezwał się Liczirzepa. „Masz ode mnie worek z koziej skóry, a w nim słoninę i bochenek chleba. Gdy zajdziesz do wioski, powiedz ludziom, że masz dla nich jedzenie. Tylko tym razem nie odganiaj biedy od worka. Ją pierwszą poczęstuj, a zobaczysz, co się stanie. Głupi nie jesteś, więc będziesz wiedział, co zrobić”. Duch gór podarował mnichowi duży wór z koziej skóry. Krzyknął jeszcze na odchodne, by przeprosił Chudobian za to, że zapomniał o biedzie i poszedł w stronę Strzelinca. Wojciech zarzucił wór na plecy i czym prędzej wrócił do Chudoby. Mieszkańcy czekali już na niego i bieda wyglądała im zza pleców i ciekawie zerkała, co też ten wredny mnich niesie w wielkim skórzanym worku.
Zaraz Wojciech podszedł do ludzi i powiedział: „Mam dla was dar, wspaniałą, pyszną słoninę i duży bochenchleba”. Ludzie ruszyli do przodu, ale mnich mrugnął do nich porozumiewawczo, a ci przepuścili biedę. Mnich rozwiązał już worek i otworzył go szeroko. „O nie!” — krzyknęła bieda. „Nie dostaniecie tych rarytasów”. I skoczyła prosto do worka. W tym momencie mnich zamknął worek i zawiązał rzemieniem. Ludzie zaś pobiegli po kije i cepy. Zaczęli okładać worek z biedą w środku, aż ta piszczała, płakała i krzyczała z bólu od razu za wszystkie lata nędzy, niedostatku, chorób, głodu i zmartwień. Ponoć właśnie stąd wzięło się przysłowie „Bieda, aż piszczy”.
Chłopi bili ją tak długo, że padli z sił, a bieda, piszcząc i płacząc, prosiła, by ją puścili. To pójdzie sobie gdzie indziej. Już chłopi mieli się zlitować i ją puścić, gdy Wojciech zatrzymał rękę jednego z nich. A jeśli ona kłamie, to demon nieczysty. Ta bieda ona nikomu nie odpuści. Jak na was ukrzywdzi, to innych także. „Ma rację” — mówili chłopi. „Ale co robić, Wojciechu?” „Trzeba w górach wykopać głęboką studnię” — zaczął mówić mnich. „Tam wrzucimy worek i zakopiemy. Potem nakryjemy ziemią, dużym głazem, by nikt jej nie odkopał”.
Jak rzekł, tak zrobiono. W górach, niedaleko Chudoby, wykopano studnię i wrzucono tam wór z koziej skóry, w którym była złapana bieda. Zakopano studnię i nakryto potężnym głazem. W ten dzień, w ramach podzięki, widząc mądrość mnicha, kilka rodzin przyjęło chrzest z rąk Wojciecha. Od tamtej pory w wiosce zaczęło się wszystko rodzić, darzyć i ludzie naprawili swe chaty, zaorali pola i zaczęli żyć dostatnio. Dzieci stały się pulchniutkie, kobiety zaokrągliły tu i ówdzie, co nadało im powabu, a mężczyźni nabrali krzepy. Jeszcze wiele lat Chudową nazywano Chudoba, ale z czasem zapomniano o znaczeniu tego słowa. Wioska przemieniła się w miasto, które żyło bogato i dostatnio. Wojciech krótko zabawił w tych rejonach, gdyż śpieszył się do władcy Polan i opuścił wdzięcznych mu mieszkańców Chudoby. Wiem, że chwilę zabawił w Kłodzku, a później ruszył dalej, ale o tym innym razem.
Tym mnichem był nie kto inny, tylko święty Wojciech, który później zginął z rąk pogańskich Prusów.
[06:01:57] - Czego się pan boi? O czym pan marzy, biorąc pod uwagę swoją literacką twórczość?
[06:02:03] - To dosyć trudne pytanie. Z uwagi na moją twórczość obawiam się, że rosnąca inflacja, bieda niestety przyczyni się do spadku czytelnictwa w całym kraju, a co za tym idzie, to zmniejszy oczywiście zakup moich książek i nie tylko moich. Wzrośnie na pewno piractwo, które jest i tak bardzo duże, czyli nielegalne ściąganie plików z moimi publikacjami. A i tak przecież jest to duża plaga, podkreślam. O czym marzę? Powiem skromnie, że nie marzę o Noblu
[06:02:28] - Czy literackich nagrodach, ale o tym bym mógł pisać jak najdłużej się da i zawsze mieć tak świetnych fanów i czytelników, z jakimi do tej pory się spotykałem na co dzień. Oczywiście jest strona Norbert Grzegorz Kościeszan, profil autorski. Można też na prywatny profil wejść, chociaż tam mniej umieszczam o swoich publikacjach. Znajdziecie mnie również na Twitterze, na LinkedIn, na Instagramie również jestem. Wszędzie występuję pod imieniem i nazwiskiem, a też przyznam się, pani Krystyno, że nie jestem aż takim świeżakiem, bo książki faktycznie wydawałem od 2018 roku, ale wcześniej prowadziłem bloga pod pseudonimem, który nazywał się „Życiem eskimokiem”. Dużo ludzi znało ten blog, więc jakieś doświadczenie było.
[06:03:11] - Więc można jeszcze w głębiach internetu wynaleźć ten pana blog dawny?
[06:03:17] - Właśnie nie wiem, czy jest, bo to Wirtualna Polska odsprzedała ten blog komuś w 2012 roku bodajże albo 2015. Tam była również pani Krystyna Czubaszek na tych blogach. Cała domena została sprzedana niestety. Dlatego musiałem zacząć wydawać książki w tradycyjny sposób. Już pod nazwiskiem oczywiście.
[06:03:35] - Proszę państwa, wysłuchaliśmy rozmowy z panem Norbertem Grzegorzem Kościeszą, byłym policjantem, a obecnie autorem książek dla dzieci i dla dorosłych. Bardzo panu serdecznie dziękuję za opowiedzenie nam o swojej twórczości i perypetiach czasem z nią związanych. Życzymy panu samych sukcesów, żeby pana książki były czytane i dobrze oceniane przez czytelników. Polecamy naszym słuchaczom strony internetowe i zachęcamy do zaglądania na nie. Serdecznie dziękuję, panie Norbercie, za spędzony z nami czas. Państwu bardzo dziękuję za uwagę.
[06:04:13] - Również dziękuję bardzo, pani Krystyno. Dziękuję czytelnikom. Do usłyszenia, do zobaczenia.
[06:04:18] - Dziękujemy bardzo. Dobranoc panu, dobranoc państwu.
[06:04:22] - Dobranoc.
[06:04:25] - Proszę państwa, to ja teraz państwa zapraszam na „Labirynt książek”. Mirosław Gołuński w kolejnym odcinku opowiada o książce Zbigniewa Rokity „Kajś”. Pełny tytuł tej książki „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku”. Ja niekoniecznie zgadzam się z wymową tej książki, ale książka jako pewien utwór literacki, pomijam przesłanie, jest naprawdę interesująca. Ale cóż tam ja. Niech o tym opowie państwu Mirosław Gołuński.
[06:05:21] - Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy odsłuchujecie państwo tę opowieść naszego kolejnego spotkania w moim labiryncie. Tym razem, i to już będzie pewnie coraz powszechniejsze, powracam do jednego z korytarzy, który całkiem niedawno odwiedzałem. To korytarz, nad którym dumnie brzmi napis „Nominacje do Nike”. Trochę się wytłumaczę dlaczego. To, że o nim mówię, to nie jest oczywiście niczym, mam nadzieję, dla państwa dziwnym, dlatego, że chciałbym obok tekstów literatury popularnej opowiadać państwu również, i robię to oczywiście, o literaturze mainstreamowej czy wręcz wysokiej. To akurat dla Nike robię ten specjalny korytarz właśnie dlatego, żeby i państwa, i siebie wprowadzać w to, co w tej chwili w literaturze uważane jest za ważne. Nie wiem, czy te teksty przetrwają. Mam nadzieję, że przetrwa Radek Rak, który w zeszłym roku zwyciężył, w którym słowem Jakub Szeli. Ale te książki, które tutaj będę państwu proponował, które będę opowiadał, mogą państwu czasami się wydać bardzo kontrowersyjne z różnych powodów.
Taką książką jest również ta, o której dziś mówię. Książka Zbigniewa Rokity „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku”. Dlaczego jest kontrowersyjna? Dlatego, że jej głównym motorem jest próba zmiany obrazu Górnego Śląska, a przede wszystkim Ślązaków w Polsce. To książka, którą trzeba rozpatrywać na dwóch poziomach. Zacznijmy od podstaw. To jest non-fiction, a przynajmniej takie mam wrażenie, w której autor opowiada nam głównie w formie dziennikarskiego śledztwa czy reportażu o swoim doświadczaniu Górnego Śląska. I to jest ten pierwszy podstawowy temat opowieści. Ale jest też temat drugi, który się na niego nakłada i bez którego nie zrozumiemy tej książki.
Rokita jest w połowie Ślązakiem. To znaczy, o ile jego rodzina od strony matki pochodząca ze Śląska, o tyle rodzina ojca jest śląską ludnością napływową. Sam autor urodził się w latach 80., więc jest relatywnie młodym człowiekiem nawet dla mnie. I to jest opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości. Czyli nakładają się tutaj dwie narracje. Narracja indywidualna Zbigniewa Rokity, 30-latka, trochę już plus, który od kilku lat albo i kilkunastu szuka siebie, próbuje siebie zakorzenić, odnaleźć własną tożsamość i opowieść reportażysty, który podróżuje po Śląsku, który rozmawia z przeróżnymi przedziwnymi ludźmi i próbuje nam ten Śląsk pokazać z troszeczkę innej perspektywy. Najpierw może o samym bohaterze, który jak sam mówi urodził się na Śląsku, tam się wychował, ale nigdy nie czuł w szkole pozbawiany tej śląskości, bo szkoła oczywiście w Polsce o Śląsku nie chce mówić. Odkrył to, że jest Ślązakiem, gdy poszedł na studia do Krakowa. Okazało się bowiem, że jego język, akcent w Krakowie zostały bezbłędnie i natychmiast rozpoznane jako śląskie. Nie dziwcie się państwo, to jest raptem dwie godziny jazdy autobusem, więc wbrew pozorom to jest bardzo blisko.
I on w tym momencie zaczyna szukać własnej przeszłości. Zaczyna jej szukać- Kim jest? Kim byli jego rodzice, dziadkowie, pradziadkowie? Okazuje się, że jest to historia bardzo złożona. Oczywiście on mówi przede wszystkim o śląskiej części swojej rodziny. Dlaczego złożona? Dlatego, że nic w niej nie jest tak, jak powszechnie się w Polsce uważa. Gdy dociera do wspomnień starych Ślązaków, gdy dociera do notatek o własnej rodzinie, gdy okazuje się na przykład, że w czasie ostatniej wojny mężczyźni z jego rodziny albo byli w Wehrmachcie. Nie musieli podpisywać volkslisty, dlatego, że Śląsk uważany był za niemiecki. Ale on też się urodził w miejscu, które znajdowało się 10 tysięcy kroków po stronie niemieckiej po powstaniach śląskich.
Ta część jego rodziny była po prostu uważana za Niemców. Co więcej, gdy skończyła się wojna, kilkuset mężczyzn, w tym również jego wujowie, zostali wywiezieni do Rosji. Część wróciła, część nie. On jako Ślązak czy jego przodkowie jako Ślązacy służyli różnym panom i nie służyli dlatego, że chcieli. Tylko tak wypadała historia. Nie byli i nie chcieli być ani Polakami, ani Niemcami, ani Czechami. Byli Ślązakami. Tylko co jakiś czas kto inny przejmował nad nimi kontrolę i tak naprawdę ich kolonizował, bo z opowieści starych Ślązaków, z opowieści mieszkańców tego regionu wynika, że wszyscy ich traktowali jako gorszych. Pomyślmy, co dziś myślimy o Ślązakach. Pierwsze, co pewnie przychodzi do głowy, to ukryta opcja niemiecka, prawda?
Tak, bo w Polsce jesteśmy pod wpływem propagandy warszawskiej, a w Warszawie, czyli nasi politycy, obojętnie z której strony. Ukryta opcja niemiecka to jedna, ale gdy prezydentem był Komorowski i jeździł na Śląsk, myślał dokładnie tak samo. I druga, i trzecia, i dziesiąta myślą o Śląsku jako o czymś niepewnym, o czymś, co nie do końca jest polskie i traktują to jak kolonię. Tak samo traktowała kolonię II Rzeczpospolita, bo gdy część Śląska znalazła się w obrębie Polski, to wysłano tam urzędników, nauczycieli, którzy lekceważyli język, lekceważyli ludzi i nie traktowali ich jak swoich. To bardzo bolesna historia, bo tak czują się Ślązacy. Ślązacy czują, że są traktowani jako gorsi. I co z tego, że Śląsk w czasie II Rzeczpospolitej miał swój sejmik własny, skoro per capita oddawał znacznie więcej do budżetu państwa, niż z niego otrzymywał. Oni tak naprawdę się czuli. Co z tego, że nie byli niby Niemcami, skoro jego babka została zgwałcona przez Rosjan w 1945, a jego rodzinie nadciągający Polacy po II wojnie światowej odebrali dom, bo uważali, że tak naprawdę Ślązak jest Niemcem. I my tak do dzisiaj o nich myślimy.
A to wcale nie jest takie proste. Mimo że na Śląsk wysłano setki tysięcy Polaków, by rozwodnić tą śląską nację, w 2011 roku, w czasie poprzedniego spisu powszechnego ponad 800 tysięcy, dokładnie 840 tysięcy mieszkańców Śląska zadeklarowało narodowość śląską. I nagle z niebytu powstała największa mniejszość narodowa w Polsce. Drudzy po nich Niemcy to jest jakieś 350 tysięcy, ale nie ma języka śląskiego jako osobnego. Język śląski uważany jest za gwarę. Rozmówcy autora, również językoznawcy, mają na to zupełnie inne zdanie. Czy gwarą może być język, w którym nie tylko ukazała się Biblia — kiedyś to był taki sygnał, że język jest samodzielny — ale w którym powstaje literatura znacznie obfitsza niż na Kaszubach. A przecież Kaszubi mają swój język. Pod nazwami polskich nazw miejscowości znajdują się nazwy kaszubskie. Na Śląsku tego nie uświadczymy, bo śląski nie jest według polskiego prawa językiem.
Jak więc państwo widzicie, to jest bardzo złożone. Oczywiście Rokita spotyka się z szaleńcem z szalonymi pomysłami. Na przykład z historykiem, który napisał własną historię Śląska z perspektywy śląskości, czyli nie z perspektywy polskiej lub niemieckiej czy czeskiej. Przypominam, że my ciągle zapominamy, że przez wieki Śląsk należał pośrednio do Czech. Dostajemy bardzo ciekawą historię ruchu autonomii Śląska, słynnego RASiu, który rozwinął się po 1989 roku, osiągnął swój szczyt gdzieś około 2006, 2007, by na końcu rozpłynąć się wobec braku sukcesów. W pewnym momencie Ślązacy przez dwie kadencje współzarządzali własnym województwem, bo zdobyli aż tak duże poparcie w sejmiku samorządowym. Ale tak jak powiedziałem, to się nieco rozmyło. Z czego myślę, że Polska również nie zdaje sobie sprawy i to jest wiedza mniej historyczna, o wiele bardziej praktyczna, to Śląsk jest jednym z najbardziej zróżnicowanych miejsc w Polsce. Mamy tam najbogatsze gminy i najbiedniejsze. Mamy tam Bytom, który zawala się, bo pod Bytomiem drąży się od wojny korytarze górnicze, a i przed wojną już Niemcy zaczęli.
To powoduje, że mamy tam dziesiątki mikrowstrząsów dziennie. Po każdym takim mikrowstrząsie mniejszym lub większym chodzi się po domu i sprawdza, czy ściany nie pękły. To nie jest przejazd torowiska obok naszego domu. Nie, to coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Dlatego, że jak anegdotycznie zauważa autor, pewnego razu wiceprezydent Bytomia położył się we własnym ogrodzie na trawie, na kocu i usłyszał rozmowę z dołu. Górnicy rozmawiali pod nim. Było tak płytko, że nawet on ich usłyszał. Jak więc państwo widzicie, to niezwykła książka. To opowieść, w której poszukiwanie tożsamości i rozpisywanie własnej biografii czy drzewa genealogicznego nakłada się na śląskość. Nigdzie indziej chyba nie znajdziemy miłośników chałup.
Na najpiękniejsze zawierzy autora profesor literaturoznawcą z Uniwersytetu Śląskiego i mieszkaniec Pszczyny, Wojciech Śmieja. Dowiemy się, dlaczego tuż przed II wojną światową Ślązacy nie chcieli pomnika Piłsudskiego, a woleliby Korfantego. I o co tak naprawdę chodziło w powstaniach śląskich i dlaczego większość Ślązaków naprawdę miała dziadków w Wehrmachcie. To wszystko w tej książce jest, ale ta książka naprawdę boli. Jej czytanie bowiem zmusza do myślenia. Zmusza do tego, by wbrew panującym narracjom, wbrew panującej wizji Polski uświadomić sobie, że Polska to nie jest aż tak prosty kraj. Kiedyś była jeszcze bardziej złożona. To oczywiste. Przed wojną około 40% obywateli polskich nie uważało się za etnicznych Polaków. Dzisiaj to się zmieniło.
Właściwie pomógł nam w tym przede wszystkim Stalin, przesuwając nasze granice na zachód, ale też zabierając kawał Wschodu. Ale mimo wszystko na tych nowych zachodnich ziemiach znalazł się Śląsk, o którym przez cały PRL mówiono nam, że to powrót do macierzy. Wiecie państwo, problem polega na tym, że Śląsk polski był bardzo krótko. W XIII, XIV wieku właściwie książęta piastowscy, którzy owszem, ostatni umarł bodajże w XVII wieku, ale oni już wcześniej rozmywali się w Niemczyźnie, byli germanizowani, brali niemieckie żony, na ich dworach mówiło się przede wszystkim po niemiecku, a polski prawie nie istniał. A ten język ludu to był język śląski. Jak to oni mówią „ślonsko godko”, które oczywiście jest mieszaniną. Są w nim wpływy i niemieckie, i polskie, ale jest to również ich własny język, związany ze specyfiką uprzemysłowienia tego regionu, z kopalniami, całym językiem związanym z tym, co my w Polsce nazywamy górnictwem, kopalnią etc. Oni mówią o tym zupełnie inaczej i choćby po to, żeby tych wszystkich rzeczy się dowiedzieć, by się z nimi zmierzyć, warto po tę książkę sięgnąć. A ot właśnie, skoro zaczęła się już szkoła, za chwilę zaczną się studia, warto wrócić do tego, o czym nie mieliśmy okazji się dowiedzieć. Zapewniam państwa, że to nie była najbardziej kontrowersyjna książka z korytarza Nike, jaką mam zamiar jeszcze w tym roku państwu przedstawić.
Do widzenia.
[06:18:03] - Proszę państwa, to oczywiste jest, że po Mirosławie Gołuńskim w naszym bloku, nazwijmy to recenzyjnym, musi się pojawić recenzarium Ewiwy. Dzisiaj na tapet powędruje cykl zatytułowany „Siedem zwierząt Railegu”. To jest cykl Nika Pierumowa. Składa się z następujących tomów: „Tern” — o, i znowu tu jest nazwa — „Aliedora” oraz „Imię bestii”. To „Imię bestii” liczy sobie dwa tomy. W każdym razie mamy do czynienia po raz kolejny w dzisiejszej audycji z trylogią. Ale już nie ględzę, oddaję głos Ewiwie, czyli Luizie Dobrzyńskiej.
[06:18:57] - Wita się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska. Fantasy można z grubsza podzielić na taką, która jest choć odrobinę prawdopodobna, i na taką, która w żaden sposób nie przystaje do znanego nam świata. Nawet ta druga dzieli się na pewne frakcje. Ale tutaj zatrzymajmy się na pierwszej z nich. Na takiej, w której mamy świat z grubsza chociaż podobny do naszych wyobrażeń o świecie, w którym rządzi magia. Taki właśnie świat wykreował Nick Pierumow, rosyjski pisarz fantasy. Najbardziej znany jest z książek opartych w pewnym stopniu na trylogii Tolkiena, ale pisał też dużo takich, które nie mają swojego odpowiednika w żadnym z zachodnich dzieł. Do tego należy trylogia „Siedem zwierząt Railegu”. Czymże jest Raileng? To jeden z bardzo wielu światów, jeden z liści na drzewie życia, jak wierzą jego mieszkańcy.
W tym świecie dzieje się źle. Od pewnego czasu pojawiają się w nim wybrzuszenia, które pękają, wyrzucając potoki stworzeń, którym nikt i nic nie może się oprzeć. Te stworzenia żyją tylko do zachodu słońca, ale w tym czasie potrafią wyrządzić naprawdę wiele szkód. Takich przypadków jest coraz więcej. Co gorsza, zaczynają rodzić się dzieci zniekształcone w naprawdę straszny sposób. Poczerniałe, puste w środku, zmienione nie do poznania. Strach ludności jest tak wielki, że zabijają nie tylko tych odmieńców, ale często również ich rodziców. W tym świecie właśnie wędruje Naith, przedstawicielka rodu Sithów, leśnych stworzeń. Straciła cały swój klan i sama tak naprawdę nie wie, dokąd idzie. Po drodze natyka się znienacka na przedstawiciela plemienia Dhusów.
Kim są Dhusowie? Trudno powiedzieć. To istoty człekopodobne, ale nie ludzie. W każdym razie Dhus, którego napotkała Naith, jest odmienny nawet od własnego plemienia. Powstrzymuje leśną czarodziejkę przed zabiciem swego największego wroga, Gończej Nekropolis, zbrojnego ramienia magów rządzących tą częścią kraju. Dziewczyna o imieniu Stein przeszła przemianę w Gończą. Proces niewyobrażalnie bolesny i trudny, który wcale nie każdy wytrzymuje. Jest niezwykle sprawna bojowo, odporna na trucizny i jak powiadają pozbawiona ludzkich uczuć. To ostatnie jednak okazuje się nieprawdą. Straszliwa nienawiść Naith do Stein ma swoje podłoże w tym, że obwinia ją o unicestwienie swego klanu.
Jednak Thern uważa, że nie ma prawa wcielać się jednocześnie w sędziego i kata. Dalej idą razem. Dokąd wędrują? Czy oni sami to wiedzą? Czy zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje z Railegiem? Pierwszy tom sagi „Siedem Zwierząt Railegu” wprowadza człowieka w świat jednocześnie odmienny od naszego i bardzo do niego podobny. Podobny, ponieważ zamieszkują go ludzie i mają właściwie te same dążenia co my. Jednak oprócz ludzi jest w nim wiele innych stworzeń, a także wszechobecna magia, która jednak nie umie sobie poradzić z tym, co niszczy krainę. Kiedy po raz pierwszy wzięłam tę książkę do ręki, byłam zdumiona tym, jakie uczucia ona budzi. Świat, gdzie panuje inne nazewnictwo.
Świat, który nie jest naszą planetą nawet, bo nie wiemy, gdzie tak naprawdę leży Raileng. Na Drzewie Życia? Ale czym jest Drzewo Życia? Gdzie ono się znajduje? Czy to jest planeta, czy tylko wymiar? Naprawdę przy pierwszym czytaniu trudno się połapać w tej książce. Trzeba przestawić się na inny sposób myślenia. Ale kiedy to się już człowiekowi uda, przyjemność jest ogromna. To naprawdę niezwykła książka i wszyscy, którzy chcieliby przeczytać coś odmiennego od dotychczasowych dzieł fantasy, powinni po nią sięgnąć. Na pewno tego nie pożałują.
Postacie, z którymi mamy do czynienia, zazwyczaj nie są w ogóle ludźmi. Nie jest człowiekiem Naith, nie jest człowiekiem Thern tytułowy. Właściwie nie jest człowiekiem również Stein, chociaż była nim kiedyś. A przecież pojawiają się też i inni. Nie zabraknie nawet demona, który skądinąd jest najciekawszą postacią w całej książce. Także z całego serca radzę: sięgnijcie po „Therna” i delektujcie się tą książką od pierwszej strony aż do ostatniej. Dziękuję za uwagę. Żegna się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska.
[06:24:19] - I tak, proszę państwa, nieuchronnie audycja zbliżyła się do końca. A skoro koniec, to musi być oczywiście Piotr Plebaniak. Zapraszam państwa. Znowu będziemy knuć. Znowu będziemy budować nasze imperium, a rozwalać cudze. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:24:45] - Dzień dobry, pozdrawiam jak zwykle z Tajwanu, obok lotniska z F-16, które co chwilę startują, więc zaraz nam będą przeszkadzać.
[06:24:51] - Żeby bronić Tajwanu przed wrażymi siłami z Chińskiej Republiki Ludowej. To pewno przyszłość. Panie Piotrze, dzisiaj taka bardzo poważna teza, bardzo poważne prawidło. Czytam: „Ideologia to pakiet twierdzeń normatywnych lub interpretujących na własne potrzeby prawa naturalne świata zastanego celem usprawiedliwienia stosowania przemocy.” Takie mroczne to mimo wszystko. Ja bym chciał takiego fajnego świata z motylkami, ptaszkami i że wszyscy się kochają i fajnie, a pan tutaj o przemocy. Ale ja wiem, że niestety chyba pan ma rację.
[06:25:40] - Kto ma rację? Mogę zacytować „Cyberiadę” Stanisława Lema, Skobyszcze: „Kto ma rację? Ten, kto zje tego, kto nie miał racji.” Nie wiem, czy pan rozpoznaje albo czy czytelnicy. Za sekundkę to przeczytam w całości. Rozmawiałem z panem, zaraz to znajdę. Natomiast porozmawiajmy o ideologii. Przede wszystkim wyjaśnijmy terminy, które w tym prawidle są po to, żebyśmy wszyscy byli na tej samej stronie. Na stronie 271. „Sił psychohistorii” Doda. Trzeba zawsze swoje książki reklamować.
Natomiast co to jest stosowanie przemocy? To jest wymuszenie na kimś albo komuś danie w łeb, żeby nam nie przeszkadzał. Mówiąc naukowo, to jest wymuszenie na kimś jakiegoś rodzaju zachowania albo posiadania jakichś poglądów, które nam pasują. Czyli jeżeli szukamy, jesteśmy zideologizowanymi maniakami z jakiejś sekty, to chcemy zwalidować swoje własne poglądy. Szczególnie świeży członkowie tych sekt są zatrudniani do konwertowania kolejnych sekt, dlatego że taki mechanizm ma podwójne działanie. Po pierwsze ci nowi są indoktrynowani, a po drugie utrwala się indoktrynacja w tych już, którzy stają się nauczycielami dla tych kolejnych. Więc to jest stała metoda. Można o tym poczytać w książce "Psychomanipulacje" Tomasza Witkowskiego, którą serdecznie polecam. Bardzo miała duży wpływ na to wszystko, co piszę i o czym opowiadamy i tutaj, i w telegramach "Z krańca świata". Natomiast stosowanie przemocy, szerzej to rozumujmy, stosowanie koercji, czyli przymuszenie kogoś do robienia tego, co my chcemy, mówiąc ogólnie.
Przemoc pozornie tutaj znaczy tyle, co przemoc fizyczna. Natomiast te rodzaje przemocy są bardzo różne. Oczywiście od jakiegoś tam wymuszania, że mama groźnym głosem mówi: "Załóż czapkę, jak wychodzisz na dwór", to też jest jakiś rodzaj przemocy, czyli wymuszenia posłuszeństwa. Natomiast skrajnym wymuszeniem posłuszeństwa jest, żeby daleko nie sięgać od Tajwanu, to spuszczenie dwóch bomb atomowych przez Amerykanów na Japonię w 1945 roku, po to, żeby Japończyków zmusić do podpisania kapitulacji, żeby uniknąć kosztownej dla obu stron z całą pewnością przede wszystkim inwazji, a potem okupowania całych wysp zamieszkanych bez tych bomb atomowych przez ludzi zdeterminowanych do bronienia wysp do ostatniej kropli krwi. Więc teraz ideologia to pakiet twierdzeń normatywnych lub interpretujących na własne potrzeby prawa naturalne. Mamy tutaj przykład, o którym rozmawialiśmy tydzień temu w telegramie "Z krańca świata" na temat kwestii tego, co to jest kobieta. Przytaczałem tam przykład nowego premiera Nowej Zelandii, który zaskoczony tym pytaniem po prostu zgłupiał. Mam na to osobne zdanie, które już wyraziłem, także nie będę już tu replikował. Natomiast w ideologii gender czy też gender, z której pochodzi, to są dwie szkoły. Ja bym bardzo chciał, żeby się rzucili na wzajem, czy się wymawia to gender czy gender i efekt byłby na pewno pozytywny dla świata w moim przekonaniu.
Ale to jest moje takie twierdzenie normatywne, bo każdy ma takie twierdzenia, każdy ma jakąś wizję, jak powinien świat wyglądać. No i w mniejszym lub większym stopniu, w zależności od tego, jaką ma siłę sprawczości, czyli zasoby finansowe, takie jak na przykład Soros czy Soros, jak się to wymawia, to nie do końca wiem, bo są dwie wersje. Natomiast każdy ma jakąś formę sprawczości, czyli matka ma nad tym dzieckiem, które wychodzi na dwór: "Zakładaj czapkę, co? Bo chcesz, żebym płaciła za leki znowu?" To jest rodzaj właśnie koercji i to twierdzenie jak gdyby zaszyte w tym nakazie przymuszającym dziecko do założenia czapki jest takie, że dzieci powinny dbać o to, żeby rodzice nie marnowali pieniędzy. Natomiast w ideologii gender osoby mówiące, że nie istnieje coś takiego jak kobieta, bo ideologia ta zawiera jak gdyby twierdzenia ze sobą sprzeczne, bo niektórzy wyznawcy mówią, że nie wiedzą, co to jest kobieta, a drudzy mówią, że jak jakieś dziecko mówi, że lubi kolor różowy, zdarzały się takie absurdalne przypadki albo jakiś rodzaj zachowania przejawia, to znaczy, że płeć tego dziecka nie została należycie przypisana w momencie urodzenia. To jest kompletna oczywiście bzdura z punktu widzenia biologicznego. Natomiast twierdzenia takie jak właśnie: nie ma różnic biologicznych między kobietami a mężczyznami, to też mówiliśmy wcześniej, to też jest twierdzenie, które jest normatywne czy też interpretujące. Trudno nawet powiedzieć, bo to jest takie rozmazane twierdzenie, czy to jest twierdzenie normatywne, czy interpretujące na własne potrzeby prawa naturalne świata. Bo powiedzenie, że nie ma różnic biologicznych między kobietą a mężczyzną nie jest interpretacją praw naturalnych, tylko jest zaprzeczeniem tych praw naturalnych. Czyli mamy tu coś nie do końca ostrego w tej definicji, ale to nie wynika z wady definicji, czyli z tego prawidła, które dzisiaj omawiamy, tylko właśnie z bardzo sprytnego sformułowania tego twierdzenia normatywno-interpretującego.
To też sprytnie połączę, jak widzicie. I teraz do czego służy taka ideologia? Do tego, żeby zdobyć więcej zwolenników czy też więcej wyznawców, czy też więcej, nie wiem, jak to nazwać, akolitów, czy też ludzi, którzy dołączą do nas ze względu na to, że te na przykład poglądy czy te ideologie coś dają tym nowym wyznawcom. Ale co dają? Dają kolektywną siłę. Kolektywną, czyli jako grupa. Bo pamiętajmy, że ludzie homo sapiens, niektórzy nawet są homo sapiens sapiens. Na przykład jak przebiegną szybko 100 metrów, to są chyba homo sapiens sapiens sapiens nawet, bym powiedział.
[06:31:54] - Nie na darmo, panie Piotrze, Tuwim pisał, że homo sapiens to jest człowiek astmatyk.
[06:32:00] - Dokładnie. Więc wracając do tematu, ideologie służą do kolektywnego narzucania innym naszych norm, ale też pamiętajmy, że jesteśmy jako homo sapiens wyposażeni w ten instynkt wymuszania na innych, żeby kopiowali nasze zachowania, nasze wzorce kulturowe. Mówimy tutaj o ewolucji kulturowej i rozmaitych takich zbadanych przez antropologów, teraz podam jeden konkretny przykład, cech naszej psychiki, które są po części wynikiem ewolucji genetycznej, biologicznej, opartej na przekazie genetycznym, ale też celowo na koegzystującej ewolucji, ko występującej ewolucji kulturowej, czyli komplikacji i wytwarzaniu się konkretnych oprogramowań kulturowych, które sprawiają, że jako grupa osobników homo sapiens jesteśmy w stanie skutecznie osiągać kolektywne cele. Do tego służą ideologie, mówiąc w bardzo fikuśny i nie do końca typowy sposób. Natomiast przykładem tego konkretnego mechanizmu, który Który sprawia, że zmuszamy innych do kopiowania. Jest taka cecha przyrodzona. To jest rzeczywiście niewyuczone, ale to jest nasz instynkt. Niewyuczone, podkreślam jeszcze raz. Wykryto w następującym doświadczeniu: otóż bardzo małe dzieci były w rozmaitych wariantach. Ja już nie będę tego dokładnie relacjonował.
Odwołam się tutaj do „Sił psychohistorii”, w której ten eksperyment opisany. Chyba zdaje się w tym eseju „Kopiuj mnie, bo w ryj”. Pamiętam, panu Markowi bardzo się spodobał ten tytuł i rozmawialiśmy o tym już. Natomiast polegało to na tym, że małe dzieci miały taki domek, w którym były w tym domku takie figurki świnek umieszczone i teraz niektóre świnki były umieszczane przez eksperymentatorów na zewnątrz tego domku. I była przy tym zasada, że jak były te świnki na zewnątrz, to wtedy przychodziły wilki i porywały te świnki. Uczono te dzieci, w rozmaitych wariantach przypominam, że nie wolno, jak pojawi się na przykład jakieś światełko albo jakiś inny czynnik, to wtedy wszystkie świnki muszą wejść do domu, dlatego że wilk przyjdzie i je zabierze. I w tym eksperymencie okazało się, że dzieci miały właśnie przyrodzony taki przymus, czy też instynkt po prostu. Mówmy po prostu instynkt, jeżeli przyszło jakieś nowe dziecko, to było te nowe dziecko uczone właśnie, że te świnki szybko trzeba chować do domku, dlatego że przyjdzie wilk i jest źle. I robiono ten eksperyment także w sytuacjach, w których te dzieci jeszcze nie potrafiły ze sobą rozmawiać, dlatego, że były zbyt małe. I okazuje się, że właśnie ten instynkt kopiowania naszych zachowań, bez wyjaśnienia czemu to ma znaczyć, bo potem dzieci zastępowano w rozmaitych wariantach, przypominam po raz kolejny.
Zastępowano te dzieci, którym eksperymentator powiedział, co trzeba robić takimi, które tylko kopiowały to zachowanie. To znaczy nie dostawały tych instrukcji werbalnie, tylko naśladowały tych innych. I okazało się właśnie, że te dzieci zmuszały innych, że jeżeli któreś z tych nowych dzieci nie chowało świnek do domku przed wilkami, to było jakoś karcone albo było w jakiś sposób zmuszane, w rozmaitych wariantach przypominam jeszcze raz, różnie to wyglądało. Fascynujące. Więc wracając już do świata bardziej takiego bez tych motylków, wilczków i świnek, wracając do normalnego świata naszego współczesnego, naszych wojen kulturowych. Ideologia to jest coś, to jest pakiet twierdzeń, przypominam, które mówią, że to jest sprawiedliwe albo to nie jest sprawiedliwe. On zasługuje na karę albo nie zasługuje na karę, albo zasługuje na to, żeby go zdemonetyzować na YouTubie, albo nie zasługuje. Mamy całe spektrum kar, które mają wyegzekwować, mają dokonać koercji, czyli wymuszenia takiego, a nie innego zachowania. W czasie wojny mamy na przykład karę śmierci dla dezerterów albo tchórzy, albo siejących defetyzm. I przypominam z „Wieży jaskółki” Sapkowski świetne przykłady podawał, że wisieli gdzieś tam na drzewach przed tą wielką bitwą kulminacyjną całej sagi za defetyzm, czyli za sianie defetyzmu dokładnie, czyli za rolnictwo to było chyba, o ile pamiętam, dowcip autorski.
Więc proszę zobaczyć, co jest ideologią. Ideologią jest w tym przypadku to, że naszym obowiązkiem jest umrzeć za ojczyznę. Tą ideologię propagowało państwo i propagowała oczywiście działająca w symbiozie z państwem religia, czyli pakiet ideologii opartych na etyce, czyli co jest dobre, co jest złe. Ja pisałem w eseju o asabiji, czyli właśnie o kolektywnym osiąganiu celów w książce „Siły psychohistorii”. To jest generalnie chyba najważniejszy tekst całej książki, chociaż o wielu można z tych tekstów powiedzieć. Asabiya polega na tym, to jest cecha i jednostek, i całych grup społecznych, która składa się z dwóch elementów. Po pierwsze zdolności do osiągania kolektywnych celów i drugie zdolności jednostek należących do tej społeczności do poświęcenia swoich celów indywidualnych na rzecz dobra społecznego, czyli na rzecz dobra czy osiągania celów przez całą grupę. W czasie wojny to jest to, że ludzie się zgłaszają, kobiety też się zgłaszają, bo kobiety to też ludzie przypominam, jakby ktoś miał jakieś wątpliwości w tej kwestii. Ludzie zgłaszają się na ochotnika dlatego, że chcą służyć ojczyźnie, czyli służyć całej społeczności, której odwdzięczają się na przykład za coś, co zostanie im w drodze socjalizacji wdrukowane w głowę, indoktrynowani zostają. My wszyscy jesteśmy indoktrynowani, czyli socjalizowani mówiąc grzeczniejszym, bardziej politycznie poprawnym słowem.
Jesteśmy socjalizowani czy przymuszani do przyjęcia pewnych ideologii, które sprawia, że jako grupa funkcjonujemy, jesteśmy skutecznie w stanie się obronić przed przeciwnikiem, który szykuje na nas wojnę, chce zabrać nam nasze zasoby, naszą ziemię, nasze kobiety czy cokolwiek. Więc na tym właśnie polega ideologia. Ideologia jest wszędzie, wszyscy jesteśmy zaprogramowani rozmaitym pakietem pakietów, czyli pakietem ideologii, a same ideologie są też pakietami twierdzeń bardziej lub mniej sprzecznymi między sobą. Ich wartość polega na tym, praktyczna, że jak dobrze one są skonstruowane czy też zaprojektowane, czy też zsynchronizowane ze sobą, to pozwalają nam przetrwać. A jeżeli są źle zaprojektowane, to nas pokonają, zniewolą albo nam będzie się działo po prostu gorzej.
[06:38:47] - Tak sobie myślę, panie Piotrze, że wszystko jest okej, ja nie wiem, czy to jest dobrze, ale funkcjonuje wówczas organizm społeczny całkiem nieźle jeśli taka ideologia jest dominująca jakaś, nawet nie wyróżniajmy która. Dominuje, to wtedy sobie te ludziki w tym społeczeństwie jakoś działają. Natomiast kiedy pojawia się ideologia konkurencyjna, która chce też ten rząd dusz zdobyć i dochodzi do konfliktu, a myślę, że w tej chwili żyjemy w takich czasach, gdzie potężny konflikt, taki wewnętrzny nastąpił, taka wojna i to jaka kulturowa, to wtedy Członkowie społeczeństwa są biedni, bo oddziaływanie to takie mocne z dwóch stron, przynajmniej z dwóch stron następuje. I wtedy dopiero jest, nawet nie wiem, czy to określić słowem, przenośnie zabawa, ale to jest taka groźna zabawa.
[06:39:48] - Niestety z ideologiami jest to o tyle niebezpieczne, że rzeczywiście zdolność do ideologii, do tego, żeby agregować swoje nośniki w jakieś skutecznie działające grupy, polega na tym, że kosztem innych grup ta grupa, która jest opętana czy zaprogramowana jakąś ideologią, ma lepszą zdolność przeżycia, czyli ma zdolność do zdominowania tych innych. Przykładem takiej ideologii jest tak zwany jingoizm, czyli ideologia usprawiedliwiająca podboje imperialne w Imperium Brytyjskim. Mówiąc w maksymalnym skrócie zastrzegam, bo to nie jest takie proste. Chociaż generalnie to jest dobre podsumowanie moim zdaniem. Inną ideologią są na przykład ideologie rasowe, wedle których można zniewalać czy też uczynić niewolnikami rasy jakieś inne, które wyglądają inaczej, czy też zachowują się inaczej, czy też nie należą do naszego własnego kręgu kulturowego czy cywilizacyjnego. Oczywiście debatę na ten temat mamy w kwestii niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, czy też atlantyckiego handlu niewolnikami. Co jest ciekawe, nie wiem, czy tutaj nasi słuchacze znają Thomasa Sowella. To jest taki murzyński geniusz, moim przekonaniem, autor bardzo wielu książek i moralista, postać publiczna. Na YouTube jest dosyć dużo filmów na jego temat, z fragmentami jego książek, z jego wypowiedziami. I on powiedział coś absolutnie fascynującego, co mi do dzisiaj utkwiło.
Pamiętam, że trzy czy cztery lata temu to wyczytałem w jednym z jego opisów na temat właśnie niewolnictwa. Otóż według niego ideologie rasowe, mówiąc krótko rasizm, czyli traktowanie ludności pochodzenia afrykańskiego na terenie Stanów Zjednoczonych jako grupy niższej kulturowo, rasowo czy niższej po prostu generalnie, to był rodzaj usprawiedliwienia wtórnego. To nie było tak, że wpierw była ta ideologia, a potem: „Aha, ściągnijmy sobie tych ludzi, żeby ich zniewolić i zdominować, i gnębić ich z Afryki”. Tylko istniała potrzeba ekonomiczna zdobycia taniej siły roboczej i żeby usprawiedliwić wyrządzoną krzywdę tym ludziom przywożonym, zniewalanym przez swoich własnych ludzi, dla jasności, czyli przez jakieś sąsiednie plemiona czy państwa, które były lepiej rozwinięte i potrafiły stworzyć sieć handlu niewolnikami, do którego podłączył się dopiero wtórnie jako rozbudowa ten atlantycki handel niewolnikami. Więc ta cała ideologia była usprawiedliwieniem niezbędnym do tego, żeby korzystać bez zysku tych ludzi, do tego, żeby dostarczyć do ekonomii tanią siłę roboczą. A co jest ciekawe, niedawno czytałem świetną książkę, pisaną książkę, bo jeszcze muszę o jednej książce mojej powiedzieć, „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. Kiedy przekopywałem się przez stosy książek, żeby tą książkę własną napisać, natknąłem się na „Imperium bawełny”. Genialną książkę pokazującą właśnie proces ten, w którym Amerykanie produkujący na swoim Południu, czyli w tych stanach, które się zbuntowały, które dokonały secesji w czasie amerykańskiej wojny secesyjnej. Amerykanie zbudowały gigantyczny przemysł produkcji bawełny, który zatrudniał około, może inaczej to sformułuję: 25% mieszkańców Wielkiej Brytanii było w jakiś sposób zaangażowanych w przetwórstwo bawełny i potem odsprzedaż tej bawełny na rynki europejskie. A ta cała bawełna była największym zagłębiem produkcji, dominującym całkowicie, praktycznie monopol.
Cała ta bawełna produkowana była na południu Stanów Zjednoczonych, więc niewolnictwo było niezbędne do tego, żeby to imperium bawełny powstało i od pewnego momentu i do pewnego momentu, po to, żeby to imperium powstało, czyli ta siła gospodarcza, która pomogła całej Ameryce, nie tylko Południu, ale także Północy, dominować w pewnym obszarze gospodarki, czyli mianowicie produkcji tekstyliów, czyli konkretnie bawełny, czyli ubrań, to niewolnictwo po prostu było do tego niezbędne. Dlatego, że nie istniało wtedy źródło energii, czyli źródło siły roboczej mięśni tych zniewolonych, nieszczęsnych ludzi, które pozwalałoby uzyskać status, między innymi oczywiście, bo przypominam, że to jest wielowątkowa sprawa, którą bardzo upraszczam, bo mamy krótki czas paręnaście minut. Cały ten proces był niezbędny do tego, żeby Stany Zjednoczone Ameryki osiągnęły status mocarstwowy. Więc wszystko jest tutaj bardzo niejednoznaczne. Tym bardziej, że przypominam już tak chyba na zakończenie, bo nam się czas kończy, że nie istnieje i nie istniała żadna kultura ani cywilizacja oprócz cywilizacji białego człowieka i Imperium Brytyjskiego, które to imperium instytucjonalnie zniosło instytucję niewolnictwa na przełomie wieku XVIII i XIX i poświęciło masę pieniędzy, środków finansowych, które były chyba do 2015 albo 2005, przepraszam, poleciała mi konkretna data, ale w „Siłach psychohistorii” to opisałem. Imperium Brytyjskie poświęciło własne pieniądze po to, żeby zrekompensować finansowo uwolnienie tych niewolników w zasięgu swojej zdolności legislacyjnej sprawczości i wymusiło na innych ośrodkach imperialnych, mocarstwowych zniesienie instytucji niewolnictwa i z własnych pieniędzy Imperium Brytyjskie finansowało patrole, między innymi swojej floty, mające wyegzekwować ten zakaz. Także proszę zobaczyć, że z jednej strony imperium to jest taki paradoks Już nie będę wspominał, przecież w książce też wspomniałem o tym paradoksie. Paradoks taki, że z jednej strony te Imperium Brytyjskie powinni wisieć tam wszyscy po kolei za wojny opiumowe i za degenerację społeczeństwa chińskiego właśnie za pomocą opium. To był czysty skok na kasę. Imperium Brytyjskie było największym handlarzem narkotyków w historii ludzkości.
A z drugiej strony dokładnie to samo Imperium Brytyjskie dokonało aktu, który jest w moim przekonaniu absolutnie niepowtarzalnym wydarzeniem w całej historii rodzaju ludzkiego, czyli zniesienie instytucji niewolnictwa. Nagadałem się, over.
[06:46:28] - Tak. Od razu jeszcze powiem, że jakby ktoś chciał się doszukiwać w tym, co pan Piotr mówił, pochwały niewolnictwa, to nu, nu, nu. To nie tak. Po prostu pan Piotr mówił o pewnych siłach, które następowały.
[06:46:40] - Tak. Rzeczywiście.
[06:46:41] - Warto to powiedzieć, bo czasami pojawiają się ludzie, którzy słuchają dwóch, trzech zdań, a później wyciągają z tego wnioski. Więc od razu mówię, że nu, nu. To raczej był opis tego, co się działo, a w dodatku jeszcze tak zupełnie na koniec powiem tak: gdzieś na końcu tej drogi pojawiła się w tej chwili ideologia, która mówi, to też uproszczę bardzo, że rasistą to może być tylko biały człowiek, a właściwie czarny człowiek nie może być rasistą, choćby mówił rzeczy niezwykle paskudne. I to jest znak naszych czasów.
[06:47:23] - Niestety.
[06:47:25] - Panie Piotrze, pięknie dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[06:47:28] - Do usłyszenia.
[06:47:33] - Jak to mawiano kiedyś w BBC: „I tym to kończymy hlavné večerné vysielanie britského rozhlasu”. Nie, to już nie dotyczy naszej audycji. Więc tym właśnie akcentem kończymy wydanie 30., w jakimś tam stopniu jubileuszowe, naszej audycji „Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji”. Zapraszam państwa za tydzień. Za tydzień w życiu akademickim przerwa, wielka majówka. W związku z tym zajęcia będą lajtowe, ale już państwo wiecie, że będzie kolejny film w Motekarium, bo zostało zapowiedziane. Nawet tytuły państwu podaliśmy. Będzie teoria nadistot. Będzie w ogóle ciekawie. Prawdopodobnie będzie krócej.
Ale w końcu ferie mają swoje prawa. A ja teraz dzisiaj pięknie państwu dziękuję. Pozdrawiam, polecam się na przyszłość i do usłyszenia.
[06:48:41] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie, podobno bardziej lajtowo i troszeczkę krócej, z akcentem na „podobno” już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.