Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. 13 stycznia 2023 roku. Śniegu jakoś tak nie widać. Zimy nie ma, ale za to są książki i ciekawe dyskusje w Radiu Paranormalium i w Book Radiu właśnie teraz. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Cynki Velios, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz Bibliotekarium 2.0 Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:44] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Tak jak odgrażałem się w zeszłym tygodniu, już nie będzie lajtowo. Już nie skończymy przed 24:00. Na pewno nie skończymy przed 24:00. Dzisiaj tych tematów wykładowych, prelekcyjnych jest całkiem sporo, ale tradycję podtrzymam. Tradycję podtrzymam polecajki. Polecajki są dwie, nie jakieś rozbudowane, bo polecę państwu dwie książki, o których za tydzień, za dwa, może za trzy będziemy rozmawiać. W związku z tym te moje polecajki to raczej podanie tytułu, podanie pewnych danych autora, a może jeszcze kilka innych rzeczy. Pierwsza książka, którą chciałem państwu polecić, to wydana pod koniec zeszłego roku w Bibliotekarium, z którym nie ukrywam, mam coś wspólnego.
W Bibliotekarium wydana książka Bogusława Raca „Przypadki Grenziego Bardoca”. To jest, proszę państwa, książka, która zadziwi państwa, jeśli po nią sięgniecie, bo myślę, że miał rację jeden z recenzentów takich wewnętrznych, który mówił, że ona ma cechy oniryczne. Ja wiem, że to państwu niewiele mówi, ale też zanim nie porozmawiamy z autorem, to chyba nie będę zdradzał więcej. Radzę się tą książką po prostu zainteresować. Książka zresztą ma wspaniałą ilustrację na okładce. Również ta ilustracja stwarza pewien nastrój, sprawia, że jesteśmy gotowi na przygodę, która zdecydowanie w tej książce na nas czeka. To oczywiście nie jest przygoda, że się strzelają. Raczej ta przygoda literacka ma inny charakter. I bardzo dobrze. Ja sobie takie książki bardzo cenię.
Już dzisiaj zapowiadam, że spotkanie z autorem Bogusławem Racem będzie na antenie Bibliotekarium 2.0 i może, proszę państwa, do tego czasu warto książkę poznać. Nie będę państwu wskazywał miejsc w internecie, gdzie ta książka jest dostępna. Jesteście państwo dużymi dziewczynkami, dużymi chłopcami. Znajdziecie państwo odpowiednie miejsce. W każdym razie podaję jeszcze raz tytuł: „Przypadki Grenziego Bardoca”. Autor Bogusław Rac, pisany przez dwa „a”, czyli Rac. „Tz” na końcu. Rac. To pierwsza książka. Książka, jak powiedziałem z końcówki zeszłego roku, ale też przede mną książeczka, absolutna nowość.
Jej nawet jeszcze nie ma w sprzedaży, bo dzisiaj przyjechała. Dzisiaj jest czwartek, ale dla państwa piątek. Więc dla państwa wczoraj przyjechała z drukarni. Ona sobie jeszcze musi powędrować do dystrybutora, między innymi do Bonito, które gdzieś tam pod Krakowem sobie urzęduje, więc kilka dni minie. To jest książka autora, którego państwo świetnie znacie. Przynajmniej ci z państwa, którzy śledzili jakiś czas temu audycję ABW, w której prezentowaliśmy teksty różne nadsyłane do audycji. Tym autorem, który wydał książkę zatytułowaną „Upały”, jest Krzysztof Lutowski. Myślę, że już państwu zaczyna świtać, tym, którzy słuchali ABW. Takie dosyć mocne teksty pisane przez tego autora. I zaręczam państwu, że przygoda z tą książką będzie niezwykła.
Na okładce mamy polecajki, między innymi Wiktora Żwikiewicza oraz Jarosława Jakubowskiego, którego możecie państwo znać chociażby z sztuk teatralnych prezentowanych w telewizji, ale również chociażby z książek, których naprawdę wydał sporo. Między innymi wydał też książkę w naszym wydawnictwie, książkę zatytułowaną „Hejter”. Też mocna lektura. Naprawdę polecam. To tyle polecajki i też mogę państwu obiecać, że Krzysztof Lutowski będzie w Bibliotekarium 2.0. Podzieli się z państwem swoimi emocjami. Bo tak, to są emocje, proszę państwa, bo to jest pierwsza książka prozatorska Krzysztofa Lutowskiego. Wcześniej wydawał tomiki poetyckie, więc książka z prozą, książka z opowiadaniami zatytułowana „Upały” jest takim wyczekiwanym dzieckiem, dopieszczonym. Naprawdę te opowiadania są- Tak podkręcone, tak wycyzelowane, że naprawdę polecam państwu tę książkę z czystym sercem. Tak jak powiedziałem, dzisiejsze polecanki to Krzysztof Lutowski „Upały” oraz Bogusław Rac „Przypadki Grendziego Bardocka”.
Będzie truć. To tyle polecanki. A teraz wracamy do naszego cyklu alkoholowego. Ja wiem, że nie we wszystkich z państwa ten cykl budzi entuzjazm, ale ja go robię z pewną premedytacją. Sam uważam, że alkohol nie sprzyja pisaniu. On stwarza iluzję. Być może czasami otwiera wyobraźnię na jakiś czas, a być może w jakichś homeopatycznych ilościach może w czymś pomóc. Nie jestem zwolennikiem tej tezy, ale na zasadzie takiego domniemania dopuszczam. Nie jestem przekonany, bo to jest taka łatwa droga. Czyli zniewolimy się, zdruzgoczemy czy sponiewieramy alkoholem i poezja, proza, czy też to, cokolwiek chcemy tam napisać, wyjdzie z nas samo.
Nie, nie wyjdzie. Tam coś może wyciec z nas, ale to nie będzie na długo. Bardzo często jest tak, proszę państwa, co zresztą któryś ze słuchaczy napisał pod audycją, w której mówiłem o narkotykach w fantastyce. Tam między innymi pojawił się głos, że narkotyki oraz w ogóle wszelkie używki stwarzają iluzję. Wtedy, kiedy ich użyliśmy i zaczynamy coś pisać, wydaje nam się wspaniałe. Kiedy to już czytamy bez dodatku środka zniewalającego, okazuje się, że to, co uważaliśmy za wielkie arcydzieło, co z nas zostało wyrzucone, już takim arcydziełem wcale nie jest. Niemniej jednak uderzę się w pierś. Niemniej jednak wielcy pisarze, których tutaj staram się prezentować, alkoholu używali. I to jest argument dla tych, którzy uważają, iż alkohol może pomagać w pisaniu. Tak, logicznie rzecz biorąc, skoro przytaczam nazwiska tuzów literatury, to widać w czymś im jednak ta używka pomagała.
Trudno z tym dyskutować. Niemniej jednak nie polecam, bo nie mamy jednego oglądu, co stworzyliby ci pisarze, gdyby mówiąc brutalnie czy też ordynarnie nie chlali tyle, tylko zajmowali się pisaniem. Tego nie wiemy i nie dowiemy się. I już po prostu. W związku z tym to takie dzielenie włosa na czworo, co by było gdyby, też się z niego wycofuję i wracam do naszego cyklu, czyli do prezentacji pijaków literatury światowej. Pierwszym z autorów, którego chciałbym dzisiaj przedstawić, jest Scott Fitzgerald. Znacie państwo to nazwisko, chociażby niedawno był film „Wielki Gatsby”. Właśnie, ten tytuł. Z tego tytułu Scott Fitzgerald jest znany, chyba najbardziej jest znany z tego tytułu. I tu paradoks.
Ten pisarz znany z tego tytułu nie zaliczył powodzenia. Ciekawe jest, że kiedy książka została wydana, „Wielki Gatsby”, to chociaż wydawca i sam pisarz pokładali w niej wielkie nadzieje, naprawdę wielkie, to okazała się ta książka kompletną, ale to kompletną klapą. Jej wielki comeback nastąpił dopiero po 30 latach. Wtedy została odkryta na nowo, stała się hitem rynkowym. Więc zobaczcie państwo, jak względne są te rzeczy. Jak mówienie o tym, że ktoś jest wielkim albo niewielkim pisarzem, moim zdaniem ma to czasami wątpliwą wartość. W każdym razie Fitzgerald nie doczekał tego momentu, kiedy „Wielki Gatsby” stał się przebojem rynkowym, byśmy dzisiaj powiedzieli. Wtedy używano nieco innego słownictwa. Fitzgerald zmarł w 1940 roku na atak serca, ale ten atak serca był konsekwencją więcej niż takiego przeciętnego pociągu do alkoholu. I jak napisano w opracowaniu, które przeglądałem, poza pociągiem do alkoholu miał też autor, bardzo to enigmatycznie brzmi, pociąg do rozpustnego życia.
Cokolwiek się za tym kryje, od razu mówię, że nie wiem tak do końca. Źródła tak zwane, jakie to jest dobre słowo, źródło. I nie muszę podawać, jakie konkretnie. Zawsze się mogę wykpić. Więc dobrze. Więc źródła podają, że Scott Fitzgerald wpadł w alkoholizm. To było jeszcze w czasach, kiedy uczęszczał do college'u. Zatem zaczął wcześnie. Wtedy to napisał coś takiego Taką frazę: najpierw zamawiasz jednego drinka, potem ten drink chce następnego, a na końcu drink bierze ciebie. Radzę zapamiętać.
W każdym razie był taki czas w życiu Fitzgeralda, że on chciał odejść od tego hulaszczego życia, od chlania wódy i w związku z tym wyjechał wraz z żoną i córeczką do Europy, konkretnie do Paryża, a potem też na Riwierę Francuską. Proszę państwa, ten wyjazd to nie był dobry pomysł. Nie przyczynił się do uspokojenia trybu życia. Powiedziałbym nawet, że wręcz przeciwnie. Dlaczego? Dlatego, że we Francji nie było prohibicji, bo w tym czasie, kiedy Fitzgerald wyjechał, w Stanach Zjednoczonych zdobycie alkoholu graniczyło z cudem. Trzeba było mieć znajomości, kupować wódę gdzieś pokątnie. Natomiast w Europie, we Francji konkretnie, nie było z tym najmniejszych problemów i wolna od prohibicji Francja generowała nie tylko okazje, ale też kompanów do kielicha. W związku z tym, pamiętacie państwo, jak mówiłem o Ernestie Hemingwayu? Właśnie tam się pojawił Ernest Hemingway i był świetnym kompanem, a że sam za kołnierz nie wylewał, więc obaj panowie ostro pracowali nad przelewem konkretnych ilości alkoholu.
Poza tym wiecie państwo, jak to jest wśród pisarzy. Z jednej strony oni się wspierali i przyjaźnili, ale z drugiej strony rywalizowali ze sobą. I powiem tak, żeby to było jak najbardziej oględnie: rywalizowali ze sobą zarówno na pióra, czyli pisali, starali się prześcigać w ilości napisanych stron na przykład, ale niestety ścigali się również w ilości pochłanianego alkoholu. I wierzcie mi państwo, z tego, co czytałem, to nie przesadzę, kiedy powiem, że te ilości można by określić jako hurtowe. Naprawdę dawali z siebie wszystko. Cóż jeszcze z takich informacji o Fitzgeraldzie? Między 1933 rokiem a 1937 Fitzgerald w wyniku spożycia alkoholu był hospitalizowany osiem razy. Był też stałym bywalcem w areszcie. Wiecie państwo, jak człowiek się napije, to fantazja mu rośnie. Widać Scottowi Fitzgeraldowi szczególnie odpowiadało luźne podejście do rzeczywistości.
Powiem tylko tyle, że miał jeden ulubiony drink. To się nazywało-- oj, nie pamiętam nazwy. W każdym razie składało się, bo to pamiętam, z ginu z sokiem z limonek, lodu i wody sodowej. Bardzo prosty, przyznacie państwo, taki klasyczny wręcz drink, ale jego spożycie uczynił naprawdę sztuką, ale nie tyle jakościową, co ilościową. Rzeczywiście, naprawdę, wierzcie mi państwo, już to mówiłem, więc powtórzę, jakżeby inaczej, to były naprawdę hurtowe ilości. Cofnijmy się troszeczkę w czasie. Przejdźmy do drugiego bohatera mojej krótkiej opowiastki, która wcale krótka nie jest, a mianowicie zatrzymajmy się przy Oscarze Wilde. To była postać, która do dzisiaj fascynuje wielu czytelników, ale też ludzi, którzy interesują się biografiami. Można powiedzieć, że Oscar Wilde był prawdziwą kopalnią różnych błyskotliwych cytatów. Był również poetą, prozaikiem, dramatopisarzem, ale przy okazji był skandalistą.
Takim naprawdę. Zrobić gdzieś rzeźnię czy chlew nie było problemu. Dało się. Wiecie państwo również o jego inklinacjach, które w tamtych czasach nie były pochwalane. Przy okazji Oscar Wilde był również estetą. Był człowiekiem, który powiedziałbym, że cyzelował życie. W dodatku to jest pisarz, o którym nie można powiedzieć, że był takim rasowym alkoholikiem, który łoił tę wódę w sposób nieopanowany. To był raczej człowiek, który od czasu do czasu lubił się napić, tak konkretnie, ale kiedy pił, to sięgał po jeden z takich trunków, które obrosły legendą, które w dodatku zapewniają podobno niesamowite przeżycia. Mam na myśli absynt. I teraz dwa cytaty z Oscara Wilde'a, które sobie nie przeczą, ale mówią różne rzeczy o absyncie.
Wilde mówił: „Pierwsza faza to zwykłe picie. W drugiej zaczynasz widzieć potworne i okrutne rzeczy. Ale jeśli przetrwasz, wchodzisz na trzeci etap, gdzie spoglądasz na rzeczy, które chcesz widzieć. Wspaniałe i ciekawe”. Proszę państwa, z taką motywacją to nic dziwnego, że absynt, powiedziałem nie w ilościach przesadnej, nie w częstotliwości przesadnej, ale jednak absynt stał się czymś niezwykle pożądanym. Jak powiedziałem wcześniej, od czasu do czasu. Ale mam dla państwa jeszcze jeden cytat z Oscara Wilde'a. On również mówi o absyncie, ale mówi coś innego. Mówi o takim bezpośrednim zużyciu, bieżącym zużyciu absyntu. „Po pierwszej szklance absyntu widzi się rzeczy, jakich byśmy sobie życzyli.
Po drugiej widzi się takie rzeczy, jakimi nie są. W końcu widzi się rzeczy takimi, jakie są naprawdę. I to najgorsze uczucie na świecie”. Zwróćcie państwo uwagę, że drugi cytat dotyczy, tak jak powiedziałem, bieżącego spożycia, czyli pierwsza, druga, trzecia szklanka i opisuje tę historię. Pierwszy cytat natomiast odnosił się do długotrwałego spożycia. Czyli jak już państwo używacie, używacie, używacie, to na końcu widzicie rzeczy, powtórzę, które chcecie widzieć. Wspaniałe i ciekawe. Nie wiem, nie będę raczej sprawdzał. Państwu też odradzam. Zresztą absynt to w tej chwili niezwykle drogi alkohol, żeby go tak łoić szklankami, to ja bym się zastanowił.
Co można jeszcze o Wilde powiedzieć? Powiedziałem, że był estetą. Był takim człowiekiem, który cenił sobie na przykład rzeczy piękne i cenił sobie w życiu wszystko, co najlepsze, najładniejsze, najbardziej wysmakowane. To ma oczywiście swoje konsekwencje alkoholowe. Bo poza absyntem rozsmakował się w szampanie i wierzcie mi państwo, słowo rozsmakował się należy traktować bardzo, bardzo szeroko. No i wreszcie postać, która zapisała się złotymi zgłoskami we współczesnej literaturze to na pewno, ale też w literaturze science fiction. Mam konkretnie na myśli Philipa K. Dicka. Philip K. Dick to nie jest postać, która pasowałaby tak stuprocentowo do naszego cyklu o pisarzach alkoholikach czy pisarzach, którzy nadużywali.
To jest raczej postać, która działała totalnie. To znaczy on popijał alkohol, o tym za chwilę. Lubił czerwone wino na przykład, ale używał też wszystkiego, co go mogło sponiewierać, czyli na przykład amfetaminy. Amfetaminy był smakoszem, trudno powiedzieć, ale w każdym razie takim intensywnym użyciem się cieszyła. Dick zaczął przyjmować amfetaminę, aby, znowu nie oszukujmy się, utrzymać dosyć szaleńcze tempo pracy pisarskiej. On, proszę państwa i tu zaskoczenie, potrafił w najlepszym okresie pisać do sześćdziesięciu stron maszynopisu dziennie. To tak państwu z grubsza przeliczając gdzieś jest około stu tysięcy znaków. Czyli taką książkę dziesięcioarkuszową mógł spokojnie napisać w cztery, pięć dni. Jeśli później trochę przy tym podłubał, to troszeczkę wolniej, ale to jednak jest tempo nieprawdopodobne. Myślę, że narkotyki miały w tym swój udział.
Jeśli się pozna życie i to, co się Dickowi przydarzyło, to nie wiem, czy było warto. To znaczy powstały rzeczywiście dzieła, które zostają z nami na długo, które pamiętamy, które są kultowe. Ale pisarz nie żyje i zmarł zdecydowanie za wcześnie. Poza tym zanim zmarł, to przeżył sporo załamań nerwowych. No cóż. I zapaści zdrowotnych. To też miało swoje znaczenie. Amfetamina, o której wspomniałem, zalewana alkoholem różnym. Tu nie było jakichś specjalnych, wyrafinowanych, wybranych drinków. Nie, nie.
Tam byle sponiewierało. Wspomniałem o czerwonym winie. Dick lubił również kobiety. I podobno według jego przepisu alkohol w postaci czerwonego wina dobrze na kobiety działa. I to mniej więcej tyle, co chciałbym na ten temat powiedzieć. Warto podkreślić i tę historię państwo zapewne znacie, że po jednej działce amfetaminy Pewnego dnia Dick ujrzał, jak to sam mówił i tu cytat: „Oblicze zła z pustymi metalowymi oczodołami. A co najgorsze, to był Bóg.” Zaraz potem powstała książka „Trzy stygmaty Palmera Eldricha”. Wspominałem państwu, narkotyki odgrywają dużą rolę w tej powieści. Siła inspiracyjna tego pisarza, którego sylwetkę i biografię można określić, że była hardkorowa, bo alkoholizm, dziwactwa, narkomania, choroba psychiczna to wszystko przerabiał Philip Dick. Jednak to wszystko nie zaszkodziło jego legendzie, wręcz ją wzmocniło.
Wiecie państwo, gdyby inny pisarz twierdził, że Stanisław Lem nie istnieje i samo słowo Lem, to nazwisko to jest akronim kilku pisarzy komunistycznych, którzy dokonują dywersyjnych ataków w stosunku do USA. Chodzi oczywiście o dywersję ideologiczną, bardziej zniechęcającą do państwa pod tytułem USA. On tak sobie mógł sądzić. Różne mamy dziwactwa w życiu. On akurat miał takie. Tylko że on miał to dziwactwo dosyć totalne, bo z takim doniesieniem zgłosił się do FBI. Gdybyśmy czytali to o jakimś innym pisarzu, to prawdopodobnie powiedzielibyśmy sobie: wariat, nie ma co o wariacie specjalnie dyskutować. Tymczasem Dickowi się to wybacza. Mówi się: to takie zabawne, że taki inteligentny człowiek, a mógł do takiego wariactwa się posunąć. Zostawiam to bez komentarza.
W każdym razie w tym wypadku alkohol, narkotyki nie zaszkodziły legendzie pisarza, ale zdecydowanie zniszczyły jego zdrowie. Zarówno to fizyczne, jak i psychiczne. Żeby być w pełni uczciwym, to muszę zacytować kilku autorów. Ursula Le Guin nazywała Dicka amerykańskim Szekspirem. Ktoś inny z tej plejady pisarzy i niestety wybaczcie państwo, nie pamiętam już kto, nazywał go amerykańskim Borgesem, a polski autor, w sumie jeden z największych znawców gatunku, a mianowicie Lech Jęczmyk mówił o Dicku jako o amerykańskim Dostojewskim. Proszę państwa, to tyle tej smutnej dosyć historii alkoholizmu wśród pisarzy. Koniec na dzisiaj. W przyszłym tygodniu znajdziemy kilku następnych, których troszeczkę pooplotkuję. A teraz następna część audycji. Proszę państwa, jest takie miejsce w polskim internecie.
Szukajcie go pod adresem tatamariusz.pl. To jest strona poświęcona bajkom, baśniom, wierszom dla dzieci. Bo ważne jest coś takiego, że literatura dla dzieci to jest w tej chwili ten obszar literatury, który rozwija się bardzo prężnie w Polsce. I ktoś powie: tak, Żelkowski, ale my dzisiaj tutaj w audycji Bibliotekarium 2.0 nie rozmawiamy o bajeczkach, baśniach dla dzieci, tylko o dorosłej literaturze. I tak, i nie. Bo wiecie państwo, z literaturą to jest tak, że czasami w tych, tu cudzysłów, bajeczkach czy też raczej baśniach dla dzieci znajdujemy rzeczy, które są inspirujące i czasami warto po takie książki również sięgnąć. Ale nie oszukujmy się, część z państwa ma dzieci albo zaraz będzie miała dzieci, albo za jakiś czas będzie miała dzieci. I dobrze, że takie strony jak ta strona, którą cytowałem tatamariusz.pl istnieją, bo tam znajdziecie państwo kilkaset, to są godziny nagrań, czasami krótkie, kilkuminutowe, czasami wielominutowe, kilkudziesięciominutowe nagrania czytane świetnym głosem, o czym się państwo za niedługą chwilę przekonacie. Czytane świetnym lektorskim głosem. Człowiek ma misję czytania.
Codziennie wrzuca na tę swoją stronę i w kilka innych miejsc w internecie jakąś krótką powiastkę dla dzieci. To jest wierszyk, to jest baśń, bajka. Różne rzeczy się tam pojawiają, ale są regularnie, codziennie. Macie państwo zatem nieprzebrane, naprawdę, wierzcie mi państwo, nieprzebrane ilości takich opowieści, które można dzieciom puszczać ot tak. Włączywszy komputer macie państwo cudowny głos lektorski, który jest dla dzieci, angielskie słowo, ale go użyję, bo nie mam lepszego, dedykowany wręcz. Tam znajdziecie państwo bajki zarówno dla maluchów, jak i nieco większych dzieci. Zamiast zabawiać się idiotycznie, mogą po prostu tych baśni, bajek posłuchać. Tata. Tata Mariusz to tak dokładnie Mariusz Rzepka. Jak sam o sobie pisze, dumny tata Lilki i Sary.
Za przyczyną pierwszej z dziewczynek powstał projekt Czyta Tata Mariusz. Tata Mariusz, hashtag Tata Mariusz. A dla obu jest teraz kontynuowany. No i wszystko, co z tym projektem jest związane. Ja po raz pierwszy usłyszałem o tym przedsięwzięciu, o tacie Mariuszu, czyli o Mariuszu Rzepce. Usłyszałem po raz pierwszy, i o jego stronie oczywiście, dzięki pisarce i współpracowniczce Book Radia, pani Krystynie Śmigielskiej. To ona w swojej audycji, której inne odcinki znajdziecie państwo chociażby na stronie Book Radia i tam jest zakładka Podcasty. Tam znajdziecie inne odcinki audycji, o której za chwilę powiem. Audycja się nazywa "Tropiciele dziecięcych marzeń" i tam usłyszałem wywiad z tatą Mariuszem. Pani Krystyna ten wywiad przeprowadziła, a ja dzisiaj zapraszam państwa do posłuchania jego fragmentów.
Usłyszycie państwo, jak człowiek z pasją, człowiek z pewną misją pięknie o tym mówi. Po prostu. Zapraszam.
[32:27] - Dobry wieczór, pani Krystyno. Dobry wieczór, słuchacze. Bardzo miło mi, że mogę tutaj gościć i opowiedzieć troszkę na swój temat. Czy "Poczytaj mi tato" od tego się zaczęło? Nie. Zaczęło się w zasadzie od takiej inicjatywy własnej. Zaczęliśmy z moją Madzią, żoną, czytać córkom. W zasadzie na początku to pierwszej córce, a zainteresowanie z jej strony książkami pojawiło się takie żywsze, kiedy przestała je gryźć oczywiście i smakować okładki, co wtedy miała jakieś pół roku. No i zaczęliśmy czytać najpierw wiersze, potem troszkę dłuższe bajki i opowiadania. No i tak jakoś zostało.
I "Poczytaj mi, tato" usłyszałem dużo później, bo ja wystartowałem z projektem w rok po tym, jak córa się urodziła. Czyli to był marzec 2019, jeszcze zanim zaczęła się cała pandemia. I wtedy córa jeszcze nie używała aż tak złożonych sformułowań, ale wybierała już sobie książeczki i pokazywała nam, które mamy czytać. I tak, w zasadzie tak to się zaczęło. Także zanim córa zaczęła mówić pełnymi zdaniami, to tata już czytał. Już czytał najpierw w domu, a potem zaczął nagrywanie. Pierwsze próby i problemy z nagrywaniem. To trochę było tak, że na początku nagrywałem i nagrywałem, i nagrywałem, i nie byłem zadowolony. Ale mam takie wewnętrzne przekonanie, że w pewnym momencie trzeba sobie powiedzieć "pas" i albo w to idziemy, albo nie. Tak jest w wielu przypadkach, między innymi właśnie przy nagrywaniu czy przy początkach projektu taty Mariusza.
No i tutaj też tak było. Pierwsze moje nagrania, jak teraz ich słucham, mogły brzmieć dużo, dużo lepiej. Zaczynałem oczywiście od klasyki, od jakichś krótkich wierszyków i na przykład wiersz "Motyl" Władysława Bełzy nagrywałem kilkanaście razy. Tam są raptem dwie zwrotki. Więc tak, tutaj jeżeli chodzi o problemy, to główna bariera tkwiła we mnie. Tkwiła w mojej głowie, w tym, że chciałem brzmieć dużo lepiej niż potrafiłem brzmieć i chciałem brzmieć zdecydowanie lepiej, niż pozwalały mi na to moje możliwości na tamten czas. Teraz wiem, co robiłem źle, o co nie zadbałem. Wiem, co bym zmienił, startując. No ale już wystartowałem, więc teraz jestem troszkę dalej i te problemy wieku dziecięcego, jak to się mówi, mam za sobą. Jeżeli chodzi o samo udostępnianie, to tutaj nie było żadnych problemów.
Ja na co dzień pracuję w IT i te tematy związane z udostępnianiem różnych treści na różnych kanałach nie są mi obce. Oczywiście nauczyłem się jeszcze dużo, dużo, dużo więcej niż myślałem, że wiem na samym początku, ale to też mam nadzieję przekłada się tylko na moją dostępność dla dzieciaków, no i też dla rodziców, bo w zasadzie ten tata Mariusz może kupić troszkę minut w momencie, kiedy rodzice są zajęci. Z wyborem lektur to w zasadzie zaczynałem całą przygodę z czytaniem dla córek, od tego się przecież zaczęło. Zaczynałem od klasyki. Tuwim, Brzechwa, Konopnicka, Chotomska i to, co było dostępne. Dopiero później, bo jako początkujący rodzice nie wiedzieliśmy, jakie mamy możliwości. Nie znaliśmy tych książek, które są teraz na rynku, nie znaliśmy autorów, więc takimi małymi krokami poznawaliśmy ten książkowy świat, ten bajkowy świat, świat treści, które mogą wnosić coś do świata dzieci. I tak trafiliśmy na różne serie, z których korzystaliśmy. Ale jeżeli chodzi o nagrywanie, to tutaj nie mam specjalnego klucza doboru. Staram się, żeby te treści, które czytam, które przekazuję, były albo uniwersalne, albo dotykały jakiegoś konkretnego problemu.
Stąd teraz też zwiększyła mi się świadomość tego, co czytać, jak czytać i ten przekaz, myślę, jest trochę bardziej skonkretyzowany niż na początku. Na początku chciałem coś zrobić. Na początku chciałem coś dać od siebie tym, którzy może nie mają możliwości, żeby posłuchać, zobaczyć, przeczytać jakąś treść, jakiś wiersz. Z różnych przyczyn. Już tutaj nie wnikając w szczegóły, skąd się to bierze, te braki. Później jeszcze przyszła pandemia, biblioteki pozamykane, ale założenie było takie, żeby czytać coś, co będzie przynosić radość, czasami chwilę refleksji. Moje przygotowanie do czytania to tak naprawdę, patrząc od strony czysto technicznej, żadne przygotowanie, bo ja, Tata Mariusz to przede wszystkim tata, więc kończąc pracę mam możliwość pracy zdalnej już od dłuższego czasu, bo odkąd pierwsza córa się urodziła. Więc pracuję zdalnie i odkąd kończę pracę, to schodzę do moich dziewczyn, do starszej, młodszej i do mojej Madzi. I mój warsztat lektorski, mój warsztat pracy zaczyna się właśnie tam, kiedy cały czas rozmawiamy, czytamy dziewczynom i dopiero jak one idą spać, to zaczyna żyć Tata Mariusz. Rzeczywiście, jak już cały dom i wszyscy są ułożeni do snu, wtedy Tata Mariusz ma swoje pięć minut i wtedy może cokolwiek podziałać.
W ciągu dnia nie ma szans na takie nagrywanie, bo dziewczyny są nad wyraz aktywne i też nie chcę tracić tego czasu z nimi kosztem czegoś, co wiem, że mogę zrobić po godzinach i wtedy to robię. Jeżeli chodzi o lektury, bardzo często czytam teksty, które już znamy, które czytaliśmy dziewczynom, które czytałem też wcześniej, bo zdarzało mi się albo próbowałem bardziej czytać teksty z marszu. Siadam i czytam, ale tekst traci przekaz. Dlatego wolę najpierw sobie przeczytać ten tekst, żeby też wiedzieć, w którym miejscu położyć nacisk na coś, w którym miejscu zrobić dłuższą pauzę. To pomaga w interpretacji i mam nadzieję, że też w odbiorze takiego tekstu i ten przekaz jest zdecydowanie bardziej czytelny dla odbiorcy. Prawa autorskie. Na początku myślałem, że Tuwim i Brzechwa to dobro narodowe, a potem odkryłem, że wcale nie i musiałem się z nagrań Tuwima i Brzechwy wycofać. Zresztą zrobiłem to bardzo szybko. I teraz już tak. Teraz czy wydawnictwa, czy bezpośrednio autorzy, staram się docierać do każdego z zainteresowanych.
Nawet jeżeli podejmujemy współpracę z jakimś serwisem, w którym są udostępniane treści, udostępniane bajki, to staram się kontaktować, bądź za pośrednictwem serwisu ktoś się kontaktuje z tymi autorami, żebyśmy mieli jasność, że te teksty mogą być nagrane i mogą być w ten sposób wykorzystane i puszczone dalej. Wszystko, co znajduje się na stronie tatamariusz.pl jest powiązane ze zgodami, jakich udzielili mi autorzy czy twórcy, bo to przecież też ilustratorzy czy animatorzy, którzy tam się udzielają. To tak, jeżeli chodzi o poszanowanie praw autorskich, to tutaj nie ma ustępstw i tego bardzo pilnuję. W zasadzie jest taka książeczka. Wprawdzie nie czytałem jej Na wizji. Nie czytałem jej w odsłuchu i pewnie nie będę mógł jej przeczytać. Ona jest bardzo krótka, ale jest pełna ładunku, z którym my z Madzią jesteśmy w 100% zgodni, bo my staramy się dziewczyny wychowywać, podążając za nimi w tym nurcie rodzicielstwa bliskości. I ta książka właśnie pokazuje, jak radzić sobie z emocjami. To jest książka „A królik słuchał”. Bardzo proste wydanie, powiedziałbym nawet, że minimalistyczne, ale tam jest pokazany chłopczyk, który chce zbudować coś niesamowitego i w jednej chwili po zbudowaniu to traci.
I przychodzą do niego różne zwierzątka, które pokazują emocje. Przychodzi kurczak, który przyszedł ponarzekać. Przychodzi niedźwiedź, który krzyczy, wyzywa. Przychodzi wąż, który mówi: „Zburzymy też coś komuś”. I kilka innych tych zwierzątek. I na koniec przyszedł królik. I ten królik po prostu był. Nie namawiał chłopca do niczego, nie naciskał, nie przedstawiał swojego planu na naprawę tego, co się stało. Tylko był. Pozwolił chłopcu na przeżycie tych emocji po swojemu.
I ten chłopiec te emocje przeżywa. I później okazuje się, że wyrzuca z siebie te wszystkie emocje, które do niego przyszły pod postaciami zwierząt. A królik słuchał. To jest genialne. To jest książka dla dzieci, a powinna być podręcznikiem dla dorosłych, podręcznikiem dla rodziców, jak obchodzić się z emocjami dziecka. My bardzo często, nawet po sobie patrząc, mamy tak, że chcemy to dziecko zakrzyczeć, że chcemy postawić na swoim. Coś się stało, dziecko nie wie, jak sobie z tym poradzić, to poradź sobie w ten sposób, bo to działa. Ale skąd to dziecko ma wiedzieć, że to działa albo że to działa dla niego? Dlatego ta książka zdecydowanie mnie poruszyła i za każdym razem, jak przechodzę obok regału z książkami, zerkam na ten tytuł i przypominam sobie, jaki ładunek emocji ze sobą niesie. Ja mam takie bardzo głębokie przeświadczenie, że w każdym tekście jest jakaś uniwersalna prawda, choć to może nie jest moja prawda.
Kiedyś w rozmowie z jednym z podcasterów, u którego gościłem, miałem taką refleksję, że kiedyś „Autobiografia perfektu” mówiła do mnie innymi słowami, a dziś, po tych nastu latach mówi zupełnie innymi słowami, chociaż tekst się nie zmienił. I to jest bardzo zależne od tego, w którym momencie trafiamy na dany tekst. Ma to ogromne znaczenie na jego odbiór, na jego przyswojenie, na jego zrozumienie. Także każdy, kto pisze, wkłada swoje serducho, które możemy odebrać, odczytać w dowolny dla nas sposób. Ta interpretacja może być zgoła odmienna, zgoła różna dla każdego z nas. Zdecydowanie nie można mnie nazwać znawcą literatury dziecięcej, chociażby ze względu na to, że nigdy z literaturą nie miałem nic wspólnego. Żeby nazywać się znawcą literatury dziecięcej, trzeba przede wszystkim poznać jej historię, poznać jej całą genezę, poznać możliwości, gatunki tej literatury. Ja po prostu jestem tatą, który czyta. Nie chcę tutaj stawiać się jako znawcę. Dużo czytam, ale to nie znaczy, że jestem znawcą.
Jak każdy mam swoje preferencje, mam swoje typy. Wiem, jakich autorów jeszcze nie miałem okazji przeczytać, a jakich bym chciał przeczytać. Czy nawet dla siebie. Ale nie, na pewno nie nazwałbym się znawcą literatury dziecięcej. Ja trochę wychodzę z założenia, że nieważne, jaki tekst, ważne, żeby czytać go dziecku samodzielnie. Także czy to polski autor, czy zagraniczny autor to jest już kwestia drugorzędna. Te książki bardzo często poruszają te same problemy, ale w różny sposób. I tutaj też wiele zależy od tłumacza, czyli zagraniczna książka, ale polskie tłumaczenie, więc musimy spojrzeć na to nieco inaczej. Moim zdaniem oczywiście, bo dla mnie najważniejsze w całej zabawie z czytaniem jest to, że to jest właśnie zabawa i że ten czas, który poświęcam na czytanie, poświęcam dziecku. I jeżeli przychodzi do mnie starsza i pyta, czy jej przeczytam książkę, to oczywiście, że przeczytam książkę.
I ja bardzo bym chciał, żeby taka sama reakcja była innych rodziców, żeby ten Tata Mariusz, ten mój projekt był tylko wsparciem i taką ewentualnością, która ratuje łyk ciepłej kawy. I to jest cały fundament tego, bo ja nie chcę zastępować rodzica czytającego. Bo to nie o to chodzi. Ja chcę, żeby to rodzice czytali, ale jeżeli będą chcieli napić się tej ciepłej kawy czy w dobie pandemii przeprowadzić jakieś krótkie spotkanie, a Tata Mariusz im w tym pomoże, to zachęcam. Nie uważam, że polskie teksty czy zagraniczne teksty są bardziej godne dla młodego słuchacza. To jest trochę tak, jak wspominałem wcześniej. Nie ma czegoś takiego, że tekst jest niegodny. Tak samo jak nie ma tutaj autora, który jest lepszy lub gorszy, czy polscy autorzy wypadają słabiej na tle zagranicznych, czy zagraniczni wypadają słabiej na tle polskich. Każdy znajdzie coś dla siebie. Jeżeli bardziej odpowiada styl pisania jakiegoś polskiego autora rodzicowi, bo nie oszukujmy się, ale to rodzic w pierwszej kolejności wybiera książeczki dla maluchów, dopiero później one mogą podejmować bardziej świadome decyzje na podstawie własnych preferencji, które gdzieś tam już sobie wypracowały na bazie tych książek, które już znają.
Więc jeżeli któryś z autorów bardziej pasuje mamie czy tacie, to wiadomo, jaki będzie wybór. Dziecko dopiero później będzie miało możliwość decyzji. Także nie, nie wskażę tutaj jednoznacznie: idźmy w polskie bądź idźmy w zagraniczne, ale jeżeli możemy, to wspierajmy polskich autorów. To są naprawdę bardzo wartościowe teksty. Zresztą bardzo dużo można przeczytać też na mojej stronie, bo nie zawsze trzeba słuchać. Zachęcam też do odwiedzania i czytania tych treści, które są na stronie. Słuchanie, tak jak mówię, ma być tylko odskocznią. Z tymi liskami to w ogóle jest ciekawa historia, bo na początku w logotypie była moja córa. Tyłem w lustrze i tam był napis Tata Mariusz. Później stwierdziłem, że jeżeli to się kręci i jesteśmy po tym okresie, gdzie zastanawiałem się po prostu, czy to w ogóle będzie to, to może byśmy zrobili jakieś logo.
I tutaj z moją małżonką szukaliśmy jakiegoś rozwiązania i zainspirowała nas lisia mordka. Jeżeli lisia mordka, to jak można witać się inaczej ze słuchaczami, jeśli nie: „Hej, liski!”? I tak zostało. Hej, liski. Czy liski dają mi znać, czy liski okazują mi swoją sympatię? Tak, choć bardziej przez rodziców czy osoby, które pracują z liskami. Ostatnio nawet dostałem taką wiadomość à propos książki, którą nagrałem, a która niebawem się pojawi też na kanale. „Fajnie, że czyta ten pan profesjonalnie, a nie po prostu pani”. To jedna właśnie z opiekunek dzieciaków, którym na początku ona czytała książkę, a teraz puszczała moje nagrania. Także tak, trafiają do mnie te wyrazy sympatii, za które serdecznie dziękuję, bo to zawsze motywuje do dalszego działania.
Predyspozycje, wiedzę i dykcję to wydaje mi się, że trzeba mieć, żeby ludzie chcieli słuchać, żeby znaleźć swoich odbiorców, bo wiadomo, jeżeli ktoś będzie mówił bardzo albo nieskładnie, albo nie będzie otwierał ust, to będzie ciężko go zrozumieć i to na pewno w kontekście czytania ma ogromne znaczenie. Ale czy ja mam predyspozycje? Bo wiedzy nie mam. Wiedzy jako takiej lektorskiej, przygotowania lektorskiego nie mam. Jestem takim samoukiem. Uczę się na córkach. To im prezentuję wszystkie moje odsłony w pierwszej kolejności. Jeżeli chodzi o predyspozycje, to tutaj pod ocenę zostawiam tym, którzy mnie słuchają, a zakładam, że ci, którzy wracają, to te predyspozycje we mnie widzą, za co serdecznie dziękuję. A co do dykcji, tutaj mam kilka głosów, że ta dykcja faktycznie jest u mnie, więc liczę na to, że faktycznie gdzieś tam się tli ta dykcja i jest z nią okej. Może nie cały czas, ale staram się też ten mój warsztat, ten otwór paszczowo-gębowy jakkolwiek rozwijać w kontekście czytania, bo sprawia mi to dużo frajdy, dużo radości.
Tym bardziej, że robię to od ponad dwóch lat i nie chcę przestawać. Tym bardziej, że literatury przybywa. Aktorem faktycznie w latach dawnych, kiedy byłem małym brzdącem, jeszcze chciałem być. Chciałem być tym panem z telewizora, panem z telewizji i chciałem mówić do wszystkich. Teraz świat się tak rozwinął, że mam możliwość mówienia do wszystkich, a przynajmniej do wszystkich tych, którzy chcą mnie słuchać. Mnogość wyboru jest spora. Także czy spełniam marzenia? Ja dawno temu podjąłem świadomy wybór, że to nie będzie ścieżka, którą pójdę. Zaniechałem dalszych kroków z tym związanych, a teraz robię coś z potrzeby serca, z potrzeby spełnienia kreatywnego i sprawia mi to dużo frajdy. Wydaje mi się, że dzięki temu, że sprawia mi to frajdę, to nie popadnę w rutynę i nie popadnę w wypalenie zawodowe, bo to nie jest mój zawód.
W zasadzie nie zastanawiałem się nad tym pytaniem, czy jest taka bajka, taka książka, którą chciałbym przeczytać, a nie miałem okazji. Ale jak próbuję sobie przypomnieć polecane tytuły, to bardzo zaintrygowała mnie i może dlatego chciałbym ją przeczytać, książka Władimira Sutiejewa „Bajeczki z obrazkami”. To jest bardzo stara książka, która w tym momencie dostępna jest tylko z drugiej ręki i jej ceny są niebotyczne. To chyba byłaby ta książka. To by były te bajeczki, które chciałbym przeczytać, a to z uwagi bardziej na całą aurę wokół tej książki i te opinie, które faktycznie się pojawiają i które przekładają się na moje zaciekawienie tą książką. Także jak kiedyś wpadnie w moje ręce, to na pewno będę chciał zrobić wszystko, żeby przynajmniej jedną bądź dwie bajeczki z tej książki przeczytać na łamach podcastu. Zobaczymy czy mi się uda, bo tak jak wspominałem cena jest zaskakująca. Pani Krystyno, ja bardzo dziękuję za zaproszenie, za możliwość porozmawiania z panią i podzielenia się swoimi refleksjami na te tematy, które poruszyliśmy. A słuchaczy zapraszam na tatamariusz.pl. Liski, dzięki, że jesteście i do usłyszenia.
[58:03] - Jeszcze raz dziękuję pani Krystynie Śmigielskiej, bo to fragment jej audycji był przed chwilą cytowany. Stąd te odniesienia, odwoływania się do pani Krystyny, naszego bohatera. Ale sami państwo przyznacie, że to jest znakomity głos i mam wrażenie, że takie naturalne, świetne podejście do dzieciaków. Jeżeli macie już państwo pociechy, to naprawdę warto odnaleźć stronę Taty Mariusza. Jeszcze raz powtórzę: tatamariusz.pl albo nawet prościej będzie, jak wpiszecie sobie w wyszukiwarkę #tatamariusz i też się to pojawi. Tak jak powiedziałem przed wywiadem, Tata Mariusz prezentuje bajki, baśnie, opowiadania. Cóż, proszę państwa, to ja, żeby tak nie mówić w ciemno, myślę, że to jest najlepszy moment, aby jedną z takich bajek państwu zaprezentować.
[59:11] - Hej Liski! Tata Mariusz zaprasza na niedzielę z serwisem Miastodzieci.pl. Celina Zubrycka „Zając Barnaba”. Zając Barnaba śmiał się i żartował. Opowiadał dowcipy, gestykulował i podskakiwał, gdy trzeba. Inne zabawki podziwiały go i słuchały. Prosiły o coraz to nowe opowieści. Barnaba często długo bawił swoich znajomych. Kiedy brakowało mu pomysłów do wesołych historii, podśmiewał się z tej czy innej zabawki. I tak mu wybaczano, bo przecież śmiech to zdrowie.
„A pamiętacie, jak królik Jan upadł na dywaniku?” – pytał z radością. „Pamiętamy” – odpowiadali słuchacze. „Ale to było śmieszne. Nogi mu się poplątały. Tylna weszła pod przednią i runął jak długi. Ha, ha, ha!” „A wczoraj, jak miś Feliks nie zauważył lalki Mai i zderzył się z nią głową?” – pytał zając Barnaba. „Pamiętamy” – odpowiadały zabawki. „Ale opowiedz nam jeszcze raz. To takie śmieszne!”
[01:00:56] - Dodał Tygrysek Staś, podskakując przy tym do góry jak sprężyna. Zając Barnaba jeszcze raz opowiedział o Misiu Feliksie i jego wypadku. Śmiechom i chichom wprost nie było końca. Tym bardziej że nie słyszał tego ani Miś Feliks, ani Lalka Maja, ani Królik Jan. Zabawki żyły sobie spokojnie w pokoju chłopca o imieniu Ben, czyli Benedykt, który miał prawie osiem lat. Stały na swoich miejscach. Co jakiś czas przybywały nowe, choć już coraz rzadziej. Ben teraz częściej czytał książki, coś rysował albo odrabiał lekcje. Zbliżały się urodziny chłopca. Mieli przyjść goście.
Mogły się pojawić nowe zabawki. Chłopiec jednak niespodziewanie rozchorował się na przeziębienie i dostał gorączki. Urodziny odwołano i tylko jego ulubiony wujek przyniósł mu do łóżka prezent: Klauna Filipa, żeby go rozśmieszał i szybciej wyzdrowiał. „Hej, Barnaba!” – zawołał Tygrysek Staś. – „Widziałeś Klauna? Wygląda komicznie. Ciekawe, czy będzie rozśmieszał nas bardziej niż ty.” „Zobaczymy” – odpowiedział zamyślony Barnaba, któremu, o dziwo, wcale nie było do śmiechu. Szybko jednak oprzytomniał i pomachał niebieskimi uszami. Wywinął żółtym ogonkiem, a potem podskoczył na zielonych nóżkach. „Pewnie tak.
Trzymaj, Barnaba!” – krzyknął Staś i dodał: – „A możemy dziś się spotkać przy szafce? Opowiesz coś śmiesznego. Powiem innym.” „Oczywiście.” – przytaknął Barnaba i znowu wrócił mu dobry nastrój. „Co tam klaun.” – pomyślał zadowolony. Klaun wyglądał jak prawdziwy. Miał kolorowy strój w kropki, kratę i paski. Kiedy się na niego patrzyło, aż kręciło się w głowie. Na głowie podskakiwał sterczący cytrynowy beret, a na nogach wyginały się wielkie buciory z okrągłymi czubami w pomarańczowym kolorze. Słowem – istny cyrk. Gdy go Ben zobaczył, mimo gorączki uśmiechnął się wesoło.
Klaun miał namalowany uśmiech do samych uszu i kartoflowaty, pomarszczony od śmiechu nos oraz wielkie, zdziwione oczy i malutkie, okrągłe brwi. Nic więc dziwnego, że był po prostu zabawny. Leżał na poduszce chłopca i miał mu pomóc wrócić do zdrowia. Przecież śmiech to zdrowie. Tymczasem Zając Barnaba opowiadał wesołe historyjki. Wszyscy pękali ze śmiechu. „Opowiedz coś o tym nowym klaunie.” – prosił Tygrysek Staś. „A co?” – zapytał Barnaba, robiąc tak wielkie usta jak klaun, na co wszyscy gruchnęli głośnym śmiechem, po czym zaczął chodzić jak klaun, podskakiwać jak klaun, fikać jak klaun i śmiać się jak klaun. Nagle wszyscy, zamiast się cieszyć, otworzyli buzie ze zdziwienia. Barnaba nie wiedział, co się dzieje.
Odwrócił się i za swoimi plecami zobaczył prawdziwego Klauna Filipa, nową zabawkę Bena. Stanął jak wryty. Pierwszy raz w życiu nie wiedział, co powiedzieć. Filip płakał naprawdę. Co prawda miał jedną namalowaną łzę, ale teraz z jego oczu płynęły prawdziwe. Było ich coraz więcej, aż nos jeszcze bardziej poczerwieniał, a usta zaczęły drżeć. Nie mógł powiedzieć ani słowa. Z trudem łapał powietrze. Po czym odwrócił się i popędził w stronę śpiącego w łóżku Bena, potykając się co chwila wielkimi buciorami o dywan. Nikt się jednak z tego nie śmiał.
Milczenie trwało pewnie niedługo, ale zabawki miały wrażenie, że całą wieczność. Barnaba nie rozśmieszył Klauna. Płakał przez niego. Co do tego nikt nie miał wątpliwości. Zamiast cieszyć się, że jest bohaterem opowieści Barnaby, płakał jak bóbr i zrozpaczony uciekł od zabawek. Ależ to było dziwne. Śmieszny Klaun Filip nie był śmieszny? „Może jest chory?” – pytał Tygrysek Staś. – „Albo chory i nie zna się na żartach.” „Klaun nie zna się na żartach? Przecież to cyrkowiec.” – dodał Miś Feliks.
– „A pamiętasz, jak Barnaba opowiadał o tobie i o tym, że zderzyłeś się z Lalką Mają?” – zapytał Tygrysek. – „A ty, Króliku, pamiętasz, jak śmialiśmy się, że upadłeś i ledwo się podniosłeś?” – dodał Tygrysek. Miś Feliks, Lalka Maja i Królik Jan pokręcili głowami. Nie słyszeli tych opowieści, ale jakoś wcale nie żałowali. Śmiali się z nich za ich plecami. Zając Barnaba widział ich niezadowolenie. Zaczynał rozumieć, że coś było nie tak, jak powinno. Tylko tygrysek Staś próbował zgadnąć, co się dzieje, ale skakał od tego tylko coraz wyżej i częściej. Pierwsza odezwała się lalka Maja: „Nie wiedziałam, że moje zderzenie z misiem Feliksem było takie śmieszne. Dlaczego mi o tym nie opowiedziałeś, Barnabo?” – zapytała.
„Tak, tak” – dodał zdenerwowany Jan. „To było takie śmieszne!” – usprawiedliwiał tygrysek. Barnaba opuścił głowę i pierwszy raz w życiu nie próbował nikogo rozśmieszyć. „Przepraszam was. Nie można nikogo wyśmiewać. Zrozumiałem to, widząc łzy Klauna. Tylko jak mam go uspokoić, żeby nie płakał i chciał z nami, to znaczy ze mną rozmawiać?” – mówił smutno Barnaba. „Ojej” – zajęczał tygrysek i natychmiast przestał skakać. „Trzeba go przeprosić, tak jak nas” – powiedziała zdecydowanie lalka Maja. „Tak, tak.” – pokiwał głową Jan.
I zając Barnaba wyruszył, by porozmawiać z klaunem Filipem. Nie tak wyobrażał sobie początek ich znajomości, choć bał się, że będzie mniej zabawny niż klaun. Marzył, by być śmieszniejszy od niego. Miał jednak dobre serce i nie chciał, by ktoś przez niego płakał. „Możemy porozmawiać?” – zapytał, widząc smutnego Filipa siedzącego przy poduszce śpiącego Bena. „Oho” – wymamrotał klaun, ale nawet na niego nie spojrzał. „Przepraszam” – powiedział Barnaba. „Źle postąpiłem, śmiejąc się z ciebie. Wybaczysz mi?” „Wszyscy się ze mnie śmieją. Ja jestem śmieszny, czy mi się to podoba, czy nie.
Mam śmieszną minę, śmieszny nos, oczy, beret, strój i buty” – odpowiedział klaun z żalem. „Dużo bym dał, żeby wyglądać tak śmiesznie jak ty. Nie musiałbym wtedy tyle opowiadać. Uwielbiam rozśmieszać innych” – wyjaśniał Barnaba. „A ja nie chcę. Chcę, żeby zobaczyli we mnie kogoś, kto czasem się martwi, ma kłopoty, a nie tylko błaznuje.” „Rozumiem” – odpowiedział Barnaba. „Muszę uważać, o czym opowiadam. Przepraszam. Wybaczysz mi?” „Wybaczę” – odparł klaun, chociaż już mniej żałośnie. Potem jeszcze długo rozmawiali o sobie i o śmiechu, i o przyjaźni.
Obaj coś zrozumieli. Klaun Filip nie rozśmieszał od tej pory zabawek w pokoju Bena, bo tego nie lubił, a zając Barnaba bardzo uważał, aby nie obrazić nikogo, żartując. Śmiech to przecież zdrowie. „Hej, lisku!” czytał tata Mariusz, czyli Mariusz Rzepka. Dzięki, że jesteś i do usłyszenia.
[01:11:16] - Proszę państwa, proza dla dzieci to jest temat rzeka. Ja kiedyś usłyszałem od wydawcy, że istnieją dwa obszary, na których można się wybić w Polsce jako autor. Te dwa obszary to literatura dla dzieci i kryminały. Ja nie wiem, czy to jest prawda. Zakładam, że tak, bo mówiła osoba kompetentna. Ale fakt jest faktem, że mądra i ciekawa literatura dla dzieci, dla najmłodszych i tych starszych to jest naprawdę duża sztuka. Robić to naprawdę dobrze potrafią tylko nieliczni. A wierzcie mi państwo, jak słyszycie często taką frazę, że dla dzieci się pisze trudniej, to nie jest czcza gadanina. Wierzcie mi państwo, to naprawdę wymaga chyba większych umiejętności, bo trzeba być idealnie precyzyjnym, rozumieć, tu cudzysłów, duszę dziecka, pewne jego przyzwyczajenia, pewien sposób myślenia dziecka. I to nie każdemu jest dane.
Ale są tacy autorzy. Więc ja zapraszam państwa na rozmowę. Moim zdaniem niezwykłą rozmowę, bo poznajemy też warsztat pisarski. Bo wierzcie mi państwo, to, czy piszemy dla dorosłych, czy dla dzieci, tak naprawdę nie ma większego znaczenia na pierwszym etapie. Później oczywiście jest, ale na pierwszym etapie trzeba być po prostu dobrym autorem. I ja zapraszam państwa na spotkanie z autorką, która stworzyła to opowiadanie, którego słuchali państwo przed chwilą, czyli Zająca Barnabę. I w interpretacji oczywiście Taty Mariusza. Zatem zapraszam na spotkanie z Celiną Zubrycką. To jest autorka, która debiutowała całkiem niedawno, w roku 2019. Wtedy ukazała się jej pierwsza książka.
Wtedy wygrała ogólnopolski konkurs literacki „Tutaj jestem” i tą nagrodą było właśnie ukazanie się książki. To była bajka, opowieść terapeutyczna, jak mówi autorka. Też państwo się przekonacie, co to jest opowieść terapeutyczna, bo jak pierwszy raz usłyszałem, to chciałem uciekać, bo terapeutyczna jakoś groźnie brzmi. Wierzcie mi państwo, opowieści terapeutyczne to jest to, czego dzieciakom trzeba. Tylko nie mówcie, że to są opowieści terapeutyczne, tylko po prostu dajcie im taką bajkę. Dużo korzyści z tego może się pojawić. W każdym razie to była bajka, opowieść terapeutyczna o niepełnosprawnej dziewczynce, która nosiła tytuł „Królewna na złotym wózku”. A później były kolejne książki. Poza tym ta bajka spowodowała, że autorka rozwinęła się, zaczęła tworzyć nie tylko opowiadania. Tworzenie długich tekstów stało się czymś, co przychodzi autorce w naturalny sposób.
W tej chwili autorka współpracuje nie tylko z wydawnictwami, ale również ze wspomnianym Tatą Mariuszem, z MiastemDzieci.pl, więc kariera pisarska się rozwija. A co tydzień w dodatku w ciągu roku szkolnego autorka bierze udział w spotkaniach autorskich w szkołach, przedszkolach, bibliotekach w województwie podlaskim. A zatem zapraszam państwa na rozmowę z Celiną Zubrycką, a zaraz potem na jeszcze jedną opowieść jej autorstwa w wykonaniu Taty Mariusza. Będzie to historia kota, ale nie w butach. Ale najpierw rozmowa z panią Celiną. Dzień dobry, pani Celino.
[01:15:42] - Dzień dobry panu. Witam serdecznie. Dzień dobry.
[01:15:45] - Naszym gościem jest pani Celina Zubrycka, która debiutowała całkiem niedawno, w roku 2019, książką, która wygrała w konkursie „Tutaj jestem”. Czy o tym ważkim momencie w swojej karierze pisarskiej zechciałaby nam pani opowiedzieć?
[01:16:05] - Tak, bo to był początek. To był taki naprawdę początek mojej przygody z książką na papierze, bo zaczęłam pisać niedługo wcześniej, rok wcześniej, półtora, może niecałe nawet dwa lata wcześniej, podczas zajęć na bibliotekarstwie. Ja tak mówię o tym, bo to był naprawdę zaczarowany czas. Ja postanowiłam sobie coś w swoim życiu zmienić. Prawdę mówiąc, to miałam zamiar więcej czasu poświęcić na malowanie. Do głowy mi nie przyszło, że mogę zacząć pisać książki. Naprawdę. I na zajęciach z bibliotekarstwa była mowa o biblioterapii i trzeba było napisać bajkę terapeutyczną. Mówię o tym, bo wydaje mi się, że to jest dosyć zabawne. I ja ją napisałam po prostu na te zajęcia i to przewróciło całe moje życie.
Ja nigdy tego nie zapomnę, bo napisałam wtedy tych bajek bardzo dużo i od tego czasu zaczęłam swoją przygodę z literaturą i z biblioterapią tak najbardziej, bo sobie popatrzyłam i pomyślałam, że właśnie tego szukałam, chociaż nie zdawałam sobie z tego sprawy. Właściwie to zawsze dochodzimy gdzie indziej niż się chciało, prawda? I to chyba o to chodzi. Na początku pisałam bajki terapeutyczne krótkie. One są w Mieście Dzieci i Tata Mariusz często je nagrywa. One się pojawiają w internecie w różnych miejscach. Ale później pomyślałam sobie, że spróbuję, napiszę książkę, taką dłuższą historię, bo bajki terapeutyczne są krótkie, one mają kilka stron. A książka i historia, która musi się toczyć przez 50 stron, 60, 100 czy 300, jest trochę inaczej pisana i trochę inaczej trzeba do tego podejść. I szukałam dla siebie miejsca i tego, co można by napisać, jak można zadebiutować. Zaczęłam przeglądać internet i różne strony i natknęłam się na konkursy literackie i popatrzyłam, że jest konkurs i to blisko mnie, bo Wojewódzki Ośrodek Animacji Kultury, który teraz się nazywa Podlaski Instytut Kultury, od wielu lat organizuje konkurs literacki i wybiera jeden tekst, który później wydaje w postaci książki.
Ja sobie pomyślałam właściwie, dlaczego nie? To by tak pasowała ta moja historia, którą już zaczęłam zresztą pisać. No i wysłałam ją do nich na konkurs. I pierwszy raz wygrała bajka. W ogóle historia dla dzieci, książka dla dzieci. Dotąd wygrywały reportaże, powieści dla dorosłych, a tutaj takie zaskoczenie. Właściwie ja od początku uważałam, że ta książka jest w sam raz na taki konkurs. I od tego się zaczęło. Ja wtedy sobie po prostu zdałam sprawę, że mogę się tym zajmować, ale to wymaga pracy i to jest w ogóle jakiś zawód. Pisarz to jest dodatkowe zajęcie, dla mnie dodatkowe, dla niektórych Takie, które może zastąpić wszystko.
[01:19:18] - Tak powstała „Królewna na złotym wózku". Co to za książka?
[01:19:24] - Ona powstała tak, że ja po prostu tą królewnę poznałam. Poznałam dziewczynkę, którą uczyłam przez cały rok. Myślę, że rok to jest wystarczający czas, żeby poznać kogoś dość dobrze. Zwłaszcza, że miałam z nią indywidualne zajęcia, bo jestem nauczycielem, a całe życie byłam nauczycielką polonistką. Robiłam różne rzeczy przy okazji, bo ciągle mi czegoś brakowało, aż w końcu postanowiłam, że już nie będę polonistką. Będę nią zawsze prawdopodobnie, i zupełnie czegoś innego szukałam. Zaczęłam się dokształcać, zmieniłam swój profil i teraz uczę dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Uczyłam dziewczynkę na wózku, miałam dużo lekcji z nią, dużo spotkań i rozmawiałyśmy dużo. Ona jakoś skojarzyła mi się z królewną. Jeździła na tym wózku, miała najpiękniejszy uśmiech na świecie.
Jej mama to taka królowa, i tak mi się urodziła taka historia. Na początku urodziła mi się z tytułu, bo wymyśliłam sobie „Królewna na złotym wózku" i ta historia dojrzewała mi chyba w głowie. Potem zaczęłam ją pisać i tak mi się napisało. Najpierw napisałam pół, myślałam, że skończyłam, a później się okazało, że trzeba jeszcze dopisać, bo to było za krótkie, żeby wysłać na konkurs, ale dzięki temu to skończyłam. Powstała historia o dziewczynce, która porusza się na wózku inwalidzkim i mama mówi do niej, że jest królewną, a tak naprawdę to ona myśli, że przecież nie jest żadną królewną. Jest zwykłą dziewczynką, która jeździ na wózku i się zmaga z różnymi problemami, z którymi zmagają się dzieci niepełnosprawne. Z tym, że często nie ma jak wyjść z domu, bo sama nie wyjdzie, musi ją ktoś wyprowadzić, bo dom jest bez podjazdów, bo ma mało koleżanek w małej miejscowości, bo często jest sama i nikt jej nie odwiedza, i dużo różnych problemów związanych z tym, że się jeździ na wózku. I tak powstała historia o dziewczynce i o tym, jak sobie radzić z niepełnosprawnością. Tak naprawdę to ta dziewczynka przeniosła się do świata, w którym nie potrzebowała wózka inwalidzkiego i ja sama się z tym zmierzyłam, co ona ma ze sobą zrobić i co się ma zdarzyć w tej książce. Przyznam szczerze, że na początku napisałam inne zakończenie tej historii.
Jak sobie zdałam z tego sprawę, co ja tam powypisywałam, mówię o samej końcówce, to zrobiło mi się głupio przed samą sobą i zmieniałam zakończenie książki. Wymyśliłam inne, zupełnie prawdziwe. To jest książka o niepełnosprawności, o dziewczynce, która jest niepełnosprawna, o jej trudnym życiu z mamą i różnych kłopotach, z którymi się trzeba zmagać, także zdrowotnych.
[01:22:20] - Chciałbym zapytać, jaka to musi być książka? Czy to musi być książka, która, tu cudzysłów, poklepuje odbiorcę, mówi „Będzie dobrze, na pewno będzie dobrze, bo musi być dobrze", czy też powinna być to książka, która mówi prawdę, ale też daje drogowskaz? Czy błądzę, czy jakoś dotykam prawdy?
[01:22:45] - Tak, to właśnie ten drugi wariant. Co to znaczy dobrze? To pierwsze zakończenie było właśnie takie, że było dobrze. I ja sobie pomyślałam: jak dobrze? Gdzie dobrze? Co dobrze? To nie o to chodzi, że ma być dobrze czy jakoś, tylko trzeba się znaleźć w jakiejś sytuacji, prawda? Trzeba umieć siebie określić, trzeba umieć znaleźć sens w tym, kim jest człowiek. Trzeba umieć zaakceptować, umieć z tym żyć, zdawać sobie sprawę z tego, jak jest i w tym szukać sensu. Nie uciekać, nie budować historii, że może być zupełnie inaczej.
Pierwsze zakończenie było „żyli długo i szczęśliwie i w ogóle wszyscy byli razem". Wstyd mi było, że takie wymyśliłam. Nie, trzeba akceptować, trzeba się nauczyć na to patrzeć. Na swoje życie, takie jakie jest.
[01:23:58] - Po „Królewnie na złotym wózku" były następne książki. Czy o nich zechce nam pani opowiedzieć?
[01:24:05] - Książnica Podlaska wydała mi dwie takie książeczki. Oni mają fajną serię dla dzieci. Seria nazywa się „Bajkowa Książniczka" i dzięki współpracy Książnica wydała mi dwie historie, dwie bajki Osła Mateusza, którym jeżdżę na spotkania autorskie. Gdyby to nie było radio, to bym go pokazała. To taki pluszak zrobiony z włóczki, z nici, kolorowy i duży. I to jest osioł. Właściwie to dzieci zgadują, czy to osioł, czy to koń. Historia o ośle Mateuszu i historia o lalce Lucy, takiej eleganckiej lalce wystrojonej, której wszyscy zazdrościli zupełnie bez powodu. A później została wydana czwarta książka, ale już nie przez Książnicę, tylko przez Fundację Sąsiedzi. To jest książka pod tytułem „Tere-fere, czyli bajki z dziecięcego pokoju".
Taka jest kolejność tych przygód literackich, tego, co powstało.
[01:25:06] - Kiedy pani mówi o swojej twórczości, bardzo często pojawia się fraza „opowieść terapeutyczna”. Co to jest opowieść terapeutyczna? Bo to brzmi bardzo poważnie, a rozumiem, że skierowane jest do dzieci, do młodych czytelników. I tam musi być może poważnie, ale nie może być tak srogo dydaktycznie, tylko musi być to przekazywane w jakiś taki, szukam słowa, łagodny sposób.
[01:25:37] - Tak. To jest cecha literatury dziecięcej. Jest dziecięcy bohater, który patrzy swoimi oczami dziecięcymi, przeżywa świat na swój sposób. Dlatego pisarz, który tworzy książki dla dzieci, musi znać czy czuć, rozumieć świat dziecięcy i sposób myślenia dziecka, sposób przeżywania, rozmawiania. Bohater jest dziecięcy, stąd może też te bajki terapeutyczne są takie przyjemne w odbiorze. I co jeszcze? Bajka terapeutyczna to jest taka opowieść, w której dziecko może się zidentyfikować z bohaterem, który ma podobny problem. Na przykład boi się ciemności – najbardziej typowy problem – czy boi się tego, że pod łóżkiem siedzą potwory. Kto się nie bał, prawda? Chyba że miał łóżko takie do samej podłogi, że się nie zmieścił żaden potwór.
Więc poznaje takiego kogoś, kto jest podobny do niego i widzi go w sytuacji takiej, że jest ciemno, czyli ma kłopoty, widzi, jak się czuje, widzi, że mu to przeszkadza, że to utrudnia życie, że się denerwuje, że ma różne objawy nieprzyjemne, że mu się pocą ręce, bije serce i różne niemiłe rzeczy, które utrudniają życie czy na przykład zasypianie, czy spanie w swoim pokoju. A później się okazuje w tej historii, że na przykład ta ciemność jest pewną częścią życia. Bo trzeba sobie to jakoś wytłumaczyć. Trzeba zrozumieć, skąd się biorą, poznać kogoś, kto jest podobny. To po pierwsze, żeby nazwać swoje problemy, bo to trzeba umieć zrobić, zidentyfikować się z jakąś postacią, a później zobaczyć, skąd się to bierze, jak się to może skończyć. I w przypadku lęku przed ciemnością można sobie wytłumaczyć, że ciemność jest po prostu częścią naszego życia, że jest komuś potrzebna. Trzeba to umieć zracjonalizować, wytłumaczyć i wtedy ta historia pomoże pokonać lęki czy pokonywać lęki. Bajki terapeutyczne. To jest teraz taki czas chyba na biblioterapię. I ja jak zaczęłam się tym zajmować, to postanowiłam się przyłączyć do Polskiego Towarzystwa Biblioterapeutycznego.
I udało się. Powstało u nas, czyli w Białymstoku, koło podlaskie Polskiego Towarzystwa Biblioterapeutycznego, którego jestem przewodniczącą i prowadzimy działania biblioterapeutyczne. Wierzymy w to, że biblioterapia – zresztą to jest sprawdzone – pomaga, że bajki biblioterapeutyczne, te historie o lękach, o różnych problemach, o tym, jak poznać samego siebie, zgłębić tajniki swojej psychiki, mówiąc oględnie, jak taka literatura może pomóc w życiu. Bo bajki są dla dzieci.
[01:28:50] - Jest pani osobą dorosłą. Jak pani znalazła klucz do dziecięcej duszy? Tę znajomość świata, który każdy dorosły już pożegnał i teraz trzeba do niego wracać. Jak pani to robi? Jaki pani ma wehikuł, żeby się do dziecięcego świata przenieść?
[01:29:09] - Ja go pamiętam. Pamiętam swoje myśli, pamiętam swoje przeżycia. Pamiętam, co myślałam, jak byłam dzieckiem. Pamiętam, jak patrzyłam na świat. Ale ja dziewczynką byłam. Mam syna, który ma teraz 12 lat i właściwie to też na pewno miało znaczenie, bo zaczęłam pisać bajki, jak on miał sześć, siedem. Wtedy zaczęłam pisać te historie i chyba najbardziej uderzyła mnie różnica między tym, jak on przeżywa, a jak ja przeżywałam. Jakoś to tak wszystko razem zagrało. Chłopcy dużo częściej są bohaterami moich bajek. Bardzo rzadko opisuję w historiach bohaterki dziewczynki.
Nie mam na to wpływu zupełnie. One się pojawiają jako jakieś postacie drugoplanowe, ale główny bohater najczęściej to jest chłopiec. Ta pierwsza historia, przyznaję, „Królewna na złotym wózku” to była dziewczynka, to jest dziewczynka, ale z tych krótkich bajek terapeutycznych, próbuję sobie przypomnieć, to głównie tam występują chłopcy. Mnie to bardzo zaskoczyło, sposób przeżywania mojego syna. I on zresztą często tam występuje, nawet jego imię występuje w tych bajkach. Takie moje.
[01:30:44] - Muszę przyznać, że rynek, na którym pani się porusza, to jest trudny rynek. Mnie kiedyś jeden z wydawców powiedział, że tak naprawdę w tej chwili w Polsce sprzedają się dwa rodzaje literatury: książki dla dzieci i kryminały. Wszystko inne Nie jestem w stanie w radiu przedstawić miny owego wydawcy, ale wydawca był poważny, więc mu wierzę. To, że rynek jest trudny, mam na myśli między innymi to, że bardzo wielu autorów chce pisać. W związku z tym trzeba się troszeczkę przebijać do głównego nurtu. Czy to jest problem i czy w ogóle z czymś takim się pani zetknęła?
[01:31:27] - Pewnie, że jest to problem. Bardzo szybko człowiek się orientuje, że wymaga to-- to, o czym mówiłam na początku, że pisarz to jest taki zawód, właśnie z tego względu, że trzeba poznać ten rynek, trzeba wiedzieć, jak on działa. Trzeba wiedzieć, co jest ważne, na co zwracać uwagę. Na samym początku to jest dość zaskakujące. Może to dziwne, że zaskakujące. Nie mam pojęcia, ale trzeba się tego nauczyć. Tak, trzeba się nauczyć. Mówi pan też, że to jest trudny rynek, ale jednak jest, prawda? Więc jednak się te książki dla dzieci sprzedają, a później jest różnie. Ja się staram być dobrej myśli.
Staram się nie poddawać, poszukiwać i szukać dla tych swoich bajek. Od samego początku staram się szukać dla nich miejsca. Ja to sobie porównuję z czymś takim, że ja jestem ich matką. Tak sobie myślę o tym, bo te wszystkie spotkania i rzeczy związane z promocją literatury to właściwie tutaj nie chodzi o promocję mojej osoby czy tego, że ktoś zabiega o popularność swoją własną. Tu chodzi o to właśnie, żeby zwrócić uwagę na książkę, na historię, którą się napisało. To właśnie o to tutaj chodzi.
[01:33:03] - Bardzo często bywa pani na spotkaniach w bibliotekach, w szkołach, przedszkolach. Wspomniała pani zresztą również o współpracy z różnymi miejscami w sieci. Czy na tych spotkaniach również rodzą się pomysły do pani książek? Czy rozmowa taka bezpośrednia z młodym czytelnikiem bywa natchnieniem, czy też to zupełnie inaczej działa?
[01:33:28] - Myślę, że byłoby miło, gdyby była natchnieniem. Może by było to dobre, ale w moim wypadku chyba się ani razu coś takiego nie zdarzyło. Może dlatego, że ja pracuję w szkole i ja po prostu te dzieci widzę na co dzień, więc dla mnie spotkanie z czytelnikami różni się tym, że jestem w innym miejscu niż u siebie na pewno. W związku z tym inaczej jestem postrzegana i odbierana. Może tak powiedzmy oględnie, że świątecznie, ale nie zauważyłam, żeby przyszło mi do głowy po spotkaniu coś, co było inspiracją. Dla mnie inspiracją są osoby, które spotykam. Królewna na złotym wózku, którą uczyłam. Taki chłopak, którego uczę teraz, ale nie powiem nic więcej, bo o nim też napisałam historię. No i chyba mój syn, jak był młodszy. Teraz mam takiego kuzyna, który też jest dla mnie inspiracją.
Wzięłam udział w takim projekcie organizowanym przez Up To Date Festival. Bardzo dobry pomysł. Wykonano mural na szpitalu DSK, Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Białymstoku. I na tym muralu jest siedem postaci zwierzątek. Każda ma inną dolegliwość, inną chorobę. I siedmiu pisarzy napisało historię. Siedem zwierzątek, siedem bajek, w których bohaterami są właśnie te zwierzątka, które są na coś chore. Każde jest chore na co innego, a jedno jest zdrowe, bo na środku jest miś, który jest lekarzem i on występuje w bajce każdej. Oprócz tego są chore zwierzątka. I ja napisałam o jednym z tych zwierzątek, ale też chyba nie będę mówiła na razie, o którym.
Także inspiracją był mój kuzyn. On ma pięć lat. Bardzo zabawny, ale też chłopiec. Także ja chyba z życia i z dzieciństwa swojego. Chociaż o sobie samej wprost nie potrafię wymyślić żadnej historii. O sobie samej z dzieciństwa nie.
[01:35:51] - Teraz mam pytanie natury, poważnie zabrzmi, warsztatowej, ale sprowadza się do tego, jak wygląda pani pisarski dzień, taki, w którym pani właśnie pisze. A właściwie szerzej: jak wygląda ta droga od pomysłu, który gdzieś tam się w głowie narodzi, do gotowej książki? Te wszystkie etapy, które pani przechodzi, jak pani siedzi, pisze, czy pani pisze piórem, długopisem, czy nowocześnie na komputerze? O takich szczegółach, jakby pani zechciała.
[01:36:24] - Szczegóły to są takie, że na początku, jak zaczęłam pisać bajki terapeutyczne, pisałam je długopisem na kartce. Pisałam w różnych momentach, miejscach. To jest łatwo dostępne, nie trzeba niczego ze sobą nosić. Ale bardzo szybko przestałam, dlatego, że potem to trzeba przepisywać i po prostu Dla mnie to była strata czasu, więc piszę na laptopie. Dnia pisarskiego to ja chyba nie mam, dlatego, że chodzę do pracy. I tu jest problem duży póki co, dlatego, że cały swój wolny czas, czyli jak nie pracuję, poświęcam na pisanie albo rzeczy związane z pisaniem. Czyli umawianie spotkań, dzisiejsza rozmowa, różne takie rzeczy około, które też się składają na te zajęcie nazywane pisaniem. Ale jeżeli już piszę, to jak ja to piszę? Wymyślam bohatera. Dla mnie to jest najważniejsze, żeby był bohater i historia, o której chcę opowiedzieć w związku z tym bohaterem.
Jaki jest problem? Jaki problem ma ten bohater? O co mu chodzi? A później historia się toczy. Nie robię notatek żadnych, nie robię żadnych tabelek, niczego nie notuję wcześniej. Tak mam. Czy stety, czy niestety? Nie wiem.
[01:37:50] - A ten proces wymyślania długo trwa w pani przypadku?
[01:37:54] - Nie. Ja sobie po prostu myślę o tym i potem wymyślam, że to ma być bohater. On będzie bohaterem. Na przykład osioł Mateusz. Osioł jest tak piękny, uroczy i zachwycający, że on nie tylko mnie zachwycił, on zachwycił całą moją rodzinę i wszystkie dzieci zachwyca, jak jeździ na spotkania. Ja wiedziałam, że ja muszę o tym ośle coś napisać, bo jest naprawdę wyjątkowy. I wymyśliłam historię, że on w mojej historii na początku jest zarozumiały, przemądrzały i myśli, że świat się toczy wokół niego. I ta historia się sama toczy. Ja siadam i piszę. A później przychodzi oczywiście taki moment, że nie wiem, co dalej.
Bo jak nie planuję, to myśli przychodzą w trakcie. I w końcu dochodzę do jakiegoś zakończenia, do konkluzji już po tych wszystkich przeżyciach. Jeżeli bohater się zmienił, przeżył różne przygody, to się uda skończyć tak, żeby to miało sens. Historie, które się toczą i dzieją, i ta cała fabuła, owszem, pisze autor, ale jednak bohater przeżywa. Więc jeżeli bohater przeżywa różne rzeczy, spotyka różne osoby, to nie może być niezgodne z nim. To musi po prostu współgrać, to musi być spójne. I ta historia musi zmierzać w związku z nim do jakiegoś zakończenia. Ja mówię bardzo ogólnie. Ale bohater, który przeżywa, który ma problem, który potem się zmienia w trakcie różnych przygód. Muszą być przygody.
[01:39:43] - A często pani skreśla, kasuje?
[01:39:45] - Na początku właśnie mało skreślałam, ale skreślałam i poprawiałam, a teraz poprawiam więcej. I to jest tak, że piszę, to jednak trzeba napisać. Potem trzeba to odłożyć na jakiś czas, a później do tego wrócić, żeby nabrać dystansu, bo jak się czyta chwila po chwili, to już się potem nie wie, co się czyta. To już się zna na pamięć, więc trzeba trochę o tym zapomnieć, na chwilę to odłożyć dłuższą, krótszą i potem do tego wrócić.
[01:40:18] - A czy zdarzały się w pani pisarskim życiu niepowodzenia? To znaczy historia nie potoczyła się i w związku z tym zarzuciła pani ją.
[01:40:27] - Czy się nie potoczyła? Trudno powiedzieć. Myślę sobie teraz nad jedną historią i nie jestem w stanie wymyślić niczego. Wymyśliłam bohaterkę. To znaczy nie ja ją wymyśliłam, bo właściwie to ja rzadko wymyślam swoich bohaterów. Ja ich po prostu spotykam gdzieś i później robię tak, że z tej osoby, którą znam, tworzę bohatera literackiego. I teraz poznałam taką osobę i nie potrafię napisać historii w związku z nią. Nie potrafię napisać żadnej bajki. I nawet pomyślałam sobie, a może wystarczy zacząć? I nawet zaczęłam i nie.
Nie zawsze chce się historia napisać. A może po prostu czasem jest za szybko, za wcześnie albo czegoś nie wiemy. Bo jednak na przykład, żeby napisać historię o dziewczynce niepełnosprawnej, to ja ją musiałam zrozumieć, poznać, musiałam to też jakoś przeżyć. Więc jeżeli czegoś nie rozumiem albo nie akceptuję, jakoś tak nie czuję, albo nie wiem, dlaczego tak jest, nie umiem się z czymś pogodzić, to nie umiem tej historii. Jest jedna historia, której nie umiem napisać. Ja ją nawet zaczęłam pisać. Nie umiem. To tak. Ale dlatego, że po prostu trudno znaleźć w tym coś pozytywnego, jakiś taki finał wymyślić. To jest taki bohater skomplikowany, więc może po prostu nie na bajkę dla dzieci.
Może do innej książki.
[01:42:17] - Każdego pisarza pytam o jego plany pisarskie. Jakie to plany są w pani przypadku? Co się w najbliższym czasie ukaże?
[01:42:26] - W najbliższym czasie będzie właśnie to, o czym mówiłam, Up To Date Festival i nagranie mojej bajki w audiotekce. Jedna pierwsza już była, jest udostępniona, ale to nie jest moja bajka i teraz czekam, że będzie już niedługo moja. Właśnie o jednym ze zwierzątek z muralu. Także jestem ciekawa i bardzo dumna, że wzięłam w tym udział. A później chciałabym wydać książkę. Tak, w tym roku chciałabym wydać książkę. Najlepiej to dwie, ale to już może być przesada. Ale chciałabym.
[01:43:00] - Jakieś tytuły?
[01:43:01] - Jest taka historia napisana i mam marzenie, że byłoby miło, gdyby wreszcie mogła się ukazać. Nawet wymyśliłam, kto mógłby wykonać ilustracje i nawet się porozumiałam z tą osobą. To by było super. Byłabym przeszczęśliwa, gdyby się nam to udało.
[01:43:22] - Rozmawialiśmy o pani książkach. Rozmawialiśmy również, że czerpie pani z dzieciństwa. A czy w pani dzieciństwie były takie książki, które w jakiś szczególny sposób pani zapamiętała?
[01:43:36] - Tak. „Dzieci z Bullerbyn”, dlatego że jest to przeurocza i cudna książka, ciepła. Nikt nie ma innego zdania na temat tej książki. Ja żyłam w jakichś podobnych okolicznościach. Nie tak sielankowych jak w „Dzieciach z Bullerbyn”, ale to było bliskie, bo ja też pochodzę z małej miejscowości i to czasy były podobne. Pamiętam, przeczytałam „Alicję w Krainie Czarów” i byłam zaskoczona. W ogóle jak czytałam, byłam zaskoczona, że można wymyślić taką historię. Książka jest wybitna, absolutnie. Postawiła mnie na nogi cała ta przygoda Alicji, to co przeżywała. Podoba mi się.
„Alicja” – absolutnie genialna książka. Czytałam na przykład wiersze. Ja nie pochodzę z domu, bo to tak miło, jak pisarz opowie, że miał taki dom, że miał pełno książek i w ogóle wszyscy mu czytali i on czytał, i miał książki na wszystkich szafkach i regałach. U nas książek w domu nie było. Jedyne jakie były, to mieliśmy taką ciotkę, która była siostrą mojej babci, czyli właściwie babcią, i ona przysyłała nam książki po swoim starszym synu i stąd mieliśmy książki. Pamiętam na przykład przysłała nam Konopnicką. Wiem, że mi się podobało i czytałam wiersze Konopnickiej. Siedziałam i czytałam sobie na głos. Ja lubiłam czytać głośno, bo w domu często trzeba było czytać głośno, bo to był mały dom. Wszyscy mieszkali obok siebie.
Ja nie miałam swego pokoju, więc żeby być sama ze sobą i z książką, często czytałam ją głośno. Właściwie do dzisiaj, jak sprawdzam swoje książki, jak czytam je, to też czytam głośno. Ja wtedy lepiej słyszę. Jak piszę na przykład bajki relaksacyjne, to zawsze je czytam potem na głos. Słucham głośno muzyki na przykład, piszę to, co słyszę, a później czytam głośno.
[01:45:56] - A jeśli jeszcze bym dociskał i pytał o książki z dzieciństwa, to jeszcze jakieś tytuły wymieniłaby pani?
[01:46:04] - Ja czytałam wszystkie lektury szkolne. Zawsze byłam pilną uczennicą i co pani powiedziała, co trzeba było do przeczytania, to przeczytałam. Ale czy była jeszcze jakaś książka, która wywróciła mój świat do góry nogami albo w ogóle zmieniła? Pamiętam, później czytałam Martina Edena. Oczywiście „Anię z Zielonego Wzgórza”. To jeszcze też jest dzieciństwo. Ania kochana, najukochańsza bohaterka. Pamiętam swój ból, jak zaczęłam prowadzić lekcje z polskiego, a uczyłam w podstawówce i musiałam omawiać „Anię z Zielonego Wzgórza”. Jak zaszłam na pierwszą lekcję pierwszy raz w życiu i stanęłam z tą Anią przed nimi i zobaczyłam reakcję uczniów – poloniści to wiedzą, jakie są reakcje na lektury, jak to bywa – to zawsze było dla mnie trudne przeżycie. Omawianie swojej ulubionej książki, zwłaszcza „Ani”, bo ją pamiętam.
Nie lubiłam jej omawiać, bo to dla mnie było łamanie moich świętości.
[01:47:10] - Sama pani poruszyła ten problem, więc chociaż nie planowałem, to zapytam. Zdania są podzielone. Jedni mówią, że młodzież nie czyta i już nie będzie czytać i w ogóle koniec, stracone pokolenie. Inni mówią, że nie jest tak źle. Pani to obserwuje niejako na bieżąco. To jak to jest z tym czytaniem i z młodym pokoleniem i w ogóle? Jest bardzo źle, źle, a może całkiem dobrze?
[01:47:35] - Trzeba spojrzeć w statystyki. One zawsze jakoś to oddają. Moje zdanie jest takie: nigdy nie było tak, żeby większość czytała książki. Ja sobie nie przypominam z mojej podstawówki, żeby większość czytała książki czy się zaczytywała. I tak samo jest teraz, że jednak książki czyta mniej osób, to nie jest jednak tak, że wszyscy się zaczytują czy większość się zaczytuje. Tak nie ma. Dzieci czytają książki, często będące poza kanonem lektur szkolnych. I tych książek jest dużo, takich, które się cieszą dużą popularnością. Właśnie jeżeli mówimy o literaturze dla dzieci, przecież zaczytują się w książkach Bednarek, w książkach Kasdepke, Szczygielskiego, Joanny Olech. Jest dużo świetnych pisarzy współczesnych.
Papuzińska oczywiście, niech mi wybaczy, że nie wymieniłam na początku. Zwłaszcza wśród dzieci tych młodszych. Starszych jest trochę mniej piszących i mniej czytających, ale są. Ja uważam, że więcej powinniśmy poświęcać promocji czytelnictwa i animacji czytelnictwa, zachęcaniu dzieci do czytania, jakieś zajęcia czytelnicze, oczywiście spotkania autorskie. Uważam, że najbardziej, bo Nic tak nie zachęca do czytania jak spotkanie z tym, kto tę książkę napisał. To jest jedna z najbardziej skutecznych metod zachęcania do czytania. To trzeba robić, a myślę, że trochę mało się tego robi. Mało się promuje czytelnictwo, za mało się tym zajmują ci, którzy mogliby się więcej tym zajmować z różnych powodów. To w ogóle jest skomplikowana sprawa, bardzo delikatna – zachęcanie do czytania. Ale na pewno można to robić.
Jest wielu bibliotekarzy bardzo zaangażowanych i oddanych tej pracy, którzy współpracują z pisarzami, zapraszają, organizują różne zajęcia, analizują i diagnozują potrzeby czytelników, rozmawiają z nimi, badają. To naprawdę można robić, tylko tego trzeba robić więcej. Więcej czasu trzeba na to poświęcać.
[01:50:08] - Pięknie pani dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Naszym gościem była pani Celina Zubrycka. No i cóż, do usłyszenia następnym razem.
[01:50:16] - Dziękuję bardzo, do usłyszenia. Pozdrawiam bardzo serdecznie.
[01:50:28] - Hej liski! Tata Mariusz zaprasza na niedzielę z serwisem Miastodzieci.pl. Celina Zubrycka: „Historia kota, ale nie w butach”. Basia i Mat. Mijała godzina, a Basia wciąż mówiła o szkole, o koleżankach, o Walerii, która nic nie umie, a w domu we wszystkim wyręcza ją mama. O kopniętej, czyli niezbyt mądrej Joli, o zgubieniu prezentu komunijnego i o poszukiwaniu go, o zabawach brata i jego lenistwie, wygłupach z pewnym kolegą. Ciocia Krysia słuchała tego z uwagą, ale kiedy próbowała powiedzieć, że tak nie można, że trzeba słuchać innych, a nie ciągle ich krytykować, rozgadana Basia zaczynała nową historię. Tym razem już tylko o sobie. Na przykład o tym, że woli sama sobie zrobić kanapki, a nie prosić mamę. Potem następowała seria opowieści kulinarnych, czyli że lubi gotować, ale nie cierpi sprzątać, zwłaszcza po swoim bracie.
Druga godzina wizyty Basi u cioci Krysi mijała pod znakiem opowieści o postępach w nauce, z zaznaczeniem, że jest beznadziejna z angielskiego, a ocenę poprawić może ze wszystkiego, tylko że nie zawsze chce. Ciocia Krysia odbierała swoją siostrzenicę raz w tygodniu ze szkoły, bo jej mama wtedy dłużej pracowała. Słuchała wtedy historii jej krótkiego, dziewięcioletniego życia i opowieści o przeżyciach wewnętrznych oraz przemyśleniach, głównie dotyczących błędów koleżanek i kolegów, szczególnie niejakiej Walerii. Pozostałe dni tygodnia Basia spędzała w domu ze swoim kotem oraz bratem, no i oczywiście z mamą. Czasem z nudów sprzątała swój pokój, czasem głaskała i rozmawiała z kotem. W ostateczności zaczepiała grającego na tablecie Mata, który nim się zorientował, że istnieje coś innego niż wirtualna rzeczywistość, mijała nawet godzina. Potem była krótka kłótnia, a następnie chwila spokoju i ciszy, po czym Basia odchodziła do swojego pokoju i kładła się na łóżko. Najchętniej wtedy patrzyła w sufit i powtarzała znane ze szkoły wierszyki. „Nudzi mi się” – powiedział kiedyś Mat, gdy mama na chwilę wyszła do sklepu na rogu i zostali sami w domu. Nie było to nic nowego, bo potrafił się czymś znudzić nawet w ciągu minuty.
Tym razem jednak jego nuda zapowiadała się jakoś ciekawiej. Przynajmniej tak myślała Basia. „Co ty powiesz?” – odpowiedziała jednak na wszelki wypadek, żeby sprawdzić, czy nuda jej brata jest lepsza niż zwykle. „A tobie się nie nudzi?” – zapytał Mat. I było to co najmniej dziwne, bo nigdy wcześniej go to nie interesowało. „Nudzi mi się jak nie wiem co” – odpowiedziała Basia i aż westchnęła z wrażenia, że mają tę samą nudę. „Może coś wymyślimy?” – zaproponowała. „Ale co?” – zapytał Mat i mocno się zamyślił, a to zdarzało mu się niezwykle rzadko. Prawie nigdy nie miał na to czasu. „Nie wiem” – odpowiedziała Basia i zmartwiła się swoją niewiedzą.
Nie wiedziała też, co powiedzieć, a to nie zdarzało jej się nigdy wcześniej. Może poza pierwszym spotkaniem ze Świętym Mikołajem, który przyniósł prezenty, gdy miała cztery latka. Otworzyła buzię i zaniemówiła. Od tamtego czasu mama wspomina to spotkanie, gdy nie może wytrzymać jej ciągłego gadania. Ciocia Krysia niestety nie pamiętała ani jednej takiej chwili, żeby jej siostrzenica nic nie mówiła. Tamte pamiętne święta spędzała jak zwykle ze swoimi dziećmi i mężem. „Może pójdziemy na rowery?” – zaproponował Mat. „Za zimno” – odparła Basia. „Może przebierzemy się za kogoś?” Te twoje dziewczyńskie pomysły. Wiesz, że nie lubię.
Zdenerwował się Matt. O, to nie wiem. Może będziemy opowiadać zmyślone historie, ale takie bardzo dziwaczne. Mówiła Basia. Tylko byś mówiła i mówiła. Skrytykował ją Matt. O, znalazł się mądry. A ty ciągle tylko byś grał na tym komputerze. Siedzisz przy nim za długo. To ty coś wymyśl, jak jesteś taki mądry.
Nadąsała się Basia i już miała iść do swego pokoju, gdy brat zawołał: Tak, poopowiadajmy zmyślone historie. Może być. Przecież to mój pomysł. Odburknęła Basia. A mówię, że mój. Mam historię. Tylko siedź i nie odzywaj się, czyli słuchaj. Wyjaśnił Matt. To zależy, czy da się tego słuchać. Jak będzie nudna, przegrywasz i ja zaczynam opowiadać.
Wytłumaczyła Basia. Dobra zgoda, ale jak twoja historia będzie nudna, przestajesz opowiadać i przegrywasz rundę. Do trzech razy sztuka. Zobaczymy kto wygra. Podsumował Matt. Pierwsza zaczęła Basia. Za górami, za lasami żyła sobie królewna. Stop! To nudne. Przerwał Matt.
Teraz ja. Dawno, dawno temu w zamku na Wielkiej Górze. Stop! Krzyknęła Basia. Ale nuda. Teraz ja. Miał, miał. Powiedział Mruczek i wypił mleko. Stop! Nuda.
Odezwał się Matt. Teraz ja. Mruczek był zaczarowany. Kiedyś był wielkim bohaterem, a dziś jest zwykłym kotem. Ma szczęście, że mieszka w domu pewnej rodziny, a nie na śmietniku. Męczy go tylko gadanie jednej dziewczyny o imieniu Basia. Stop! Nie zgadzam się. To nie w porządku. Bajki nie mogą być złośliwe.
Sprzeciwiła się Basia. Ale i tak wygrywam, bo dłużej opowiadałem. Tłumaczył Matt. Nie gram. Tylko mi dokuczasz. Idę sobie. Powiedziała Basia i poszła do swego pokoju. Matt leżał i myślał. Dziwna historia o kocie powstała jakby sama. Może to prawda?
Nie wiadomo. Wymyślona historia. Ciocia Krysia ma uczulenie na kota powiedział Matt. Ale nie takiego z bajki odezwała się Basia i dodała: Musimy wymyślić, co się stało z naszym kotem, że pewnego dnia znaleźliśmy go na podwórku. Był głodny. Na pewno spotkała go jakaś przykrość. Mruczek stał przy drodze. Był zmarznięty i piszczał. Ciekawe, kim była jego mama i rodzeństwo. Myślał głośno Matt.
Wymyślimy o nim bajkę. Postanowiła Basia. Będzie miał swoją historię. Kot z przeszłością. Dodał Matt. I trochę się najpierw uśmiechnął, a potem zamyślił. W taki sposób powstała opowieść. A oto ona. Historia kota, ale nie w butach. Za rogiem ulicy, naprzeciwko dużego domu piszczał mały kotek, który nazywał się Mruczek.
Był głodny, zmarznięty i zagubiony. Pewnie myślicie, że stracił rodzinę, że zginęła jego mama i ktoś go wyrzucił. Często tak bywa, niestety. Jednak tym razem było inaczej. Nie próbujcie też zgadywać, bo sami nie odkryjecie jego tajemnicy. Mruczek i jego rodzeństwo tuliły się do mamy, zaczepiały siebie łapkami, przewracały i bawiły całymi dniami. Mama, duża czarna kotka z białymi łapkami i grzywką leżała dumnie na miękkim kocyku i patrzyła z radością na rozkoszne maleństwa. Było im dobrze. Rodzina, z którą mieszkali dbała o nich i kochała kocią mamę oraz jej dzieci. Kocięta różniły się między sobą jak to rodzeństwo.
Jedne wolały skakać, inne przytulać się, a jeszcze inne mruczeć i piszczeć. Mruczek mruczał. Miał siedmioro rodzeństwa, ale tylko on chciał ciągle rozmawiać i opowiadać. Bo gdy koty mruczą, opowiadają różne bajki i historie. Te, które im się przyśniły, albo te, które się komuś zdarzyły albo mogą zdarzyć. Właśnie dlatego koty muszą dużo spać i to na ciepłym posłaniu. Wtedy wymruczane sny są kolorowe, przyjemne i bajkowe. Mruczek był mały i chciał opowiedzieć o czymś wyjątkowym, czymś niezwykłym. Pomyślał, że sny to za mało, żeby o nich mruczeć. Pójdzie w świat i kiedy przeżyje coś ciekawego, wszystkich zadziwi opowieścią.
Dziwne to było marzenie jak na małego kotka, ale różnie bywa. Pomyślał, że następnego dnia zje śniadanko i pójdzie, gdzie go oczy poniosą. Szybko przeżyje ciekawą przygodę i na noc wróci do domu. Pomysł dziwny, a nawet niebezpieczny. Ale to był przecież mały kotek. Świat za rogiem. Mruczek wyruszył, gdy mama i rodzeństwo zasnęli po śniadaniu. Przez chwilę wątpił w swój plan, ale postanowił wytrwać. Wyszedł z pokoju, minął kuchnię, przez szparę w uchylonych drzwiach przecisnął się na dwór. Nigdy tu nie był.
Oślepiło go najpierw wiosenne słoneczko, potem ciepły wiaterek podrapał w nosek tak, że zaczął kichać. W powietrzu aż bulgotało od zapachów, dźwięków i obrazów. „Ale dziwy” – zamruczał kotek. I stał i patrzył, bo chciał wszystko zapamiętać, a potem wymruczeć mamie i rodzeństwu. Na widok małego Mruczka przybiegła gęś i piesek. Krzyczeli na malucha, który się przestraszył i zaczął uciekać. Miał wrażenie, że pędzi jak błyskawica. Nagle znalazł się w miejscu, gdzie nie było już gęsi i psa. Odetchnął z ulgą, ale tylko na chwilę. „O tym nie chcę mruczeć” – powiedział do siebie.
Najgorsze było jednak to, że nie wiedział, gdzie jest. Domu nie widać i wszystko obce, nieznane. „Zgubiłem się?” – wymruczał żałośnie i znowu ruszył przed siebie, bo chciał znaleźć drogę. Marzył, by wrócić do mamy. Długo wędrował. Był zmarznięty, głodny i zmęczony. Skulił się pod płotem i płakał. Znalazły go dzieci i zabrały do domu. Byli to Basia i Matt. Zaopiekowali się małym Mruczkiem.
Pokochali. U nich odnalazł rodzinny dom, który zgubił, bo nie w porę i bez zgody mamy wyruszył w świat. Koniec. Basia i Matt skończyli swoją opowieść. Byli z siebie dumni. Ich kochany kotek ma teraz swoją przeszłość. „A może warto ją zapisać?” – zapytał Matt. „Zaraz przyniosę zeszyt i długopis” – odpowiedziała Basia. „A jak skończymy, wymyślimy następną.” „Pewnie” – powiedzieli prawie jednocześnie. „Hej Lisku!” czytał tata Mariusz, czyli Mariusz Rzepka.
Dzięki, że jesteś i do usłyszenia.
[02:03:58] - Tak, proszę państwa, myślę, że bajka się podobała. Myślę, że rozmowa z panią Celiną również była inspirująca. To jest chyba to słowo, które postawiłbym na pierwszym miejscu. Można naprawdę zainspirować się tym, w jaki sposób autorka podchodzi do pisania, do sposobu, w jaki pracuje się nad tekstem. Dobrze. Zmieniamy obszar tematyczny i ruszamy w kierunku opowieści o filmach. Wiem, że państwo czekacie na „Filmotekarium”, a zatem już teraz zapraszam na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:04:51] - Tradycyjnie dzień dobry wieczór, Marku. Jak się czujesz?
[02:04:55] - Ja się czuję dobrze, ale z tego, co wiem, to u ciebie jakoś ta choroba się przedłuża.
[02:05:02] - Przedłuża się i rzeczywiście końca nie widać, jak to się mówi. Albo raczej nie słychać.
[02:05:10] - Ja się boję, że jak mnie dopadnie to cholerstwo z opóźnieniem, to nie wiadomo, jak mnie wyłomocze. Ale dobrze, nie przewidujmy przyszłości, bo strach. Dzisiaj obiecaliśmy naszym słuchaczom kinematografię, która z punktu widzenia człowieka znad Wisły jest dosyć egzotyczna i która mnie zaskoczyła. Nie do końca będziemy wierni tej obietnicy. Oczywiście filmy made in Holandia, nie wiem, jak to poprawnie należałoby wypowiedzieć. Nieważne. Ale jest śmiesznie. W każdym razie mnie zaskoczyły te filmy, o czym pewno za chwilę powiem. Natomiast jeszcze mamy dokładkę, mamy jeszcze coś ekstra, co co prawda nie pochodzi dokładnie z Holandii czy też z Niderlandów teraz się powinno mówić, ale jest po pierwsze nówką nierdzewką, a poza tym jest niezwykle ciekawe. To takie pogranicze horroru i czarnej komedii właściwie.
Ale zacznijmy od Holendrów.
[02:06:24] - Tak. Na początek może mała retrospekcja. Otóż dziś jest, jak wiecie, nagrywamy wcześniej, nie będę tego ukrywał. Dziś jest 11 stycznia, a my od 11 listopada, bo chyba wtedy była premiera pierwszego odcinka „Filmotekarium”, nagrywamy nasz program o filmach. Zaprezentowaliśmy już wam ich całkiem sporo. Nie ukrywam, że to jest program bardzo subiektywny, czyli te nowości czasami łączą się ze starociami, ale staramy się, próbujemy stawiać na nowości, tak jak będzie dzisiaj. Dzisiaj wszystkie trzy filmy to są świeżynki wyprodukowane w roku 2022 i mające premierę gdzieś tam właśnie pod koniec ubiegłego roku. Co jeszcze jest fajne w tym „Filmotekarium”? Że jest to kontynuacja „Filmoteki z Nieznanego Świata”, czyli takiego zbioru recenzji, który się od lat ukazuje na stronie naszego miesięcznika. Nie możemy tam zaprezentować wszystkiego, co byśmy chcieli z Wojtkiem Chudzińskim, a przedtem- Pisywał tam jeszcze Przemek Nowakowski, miał oczywiście Marek Remuszko.
Ci trzej panowie swego czasu stworzyli nawet książkową kompilację „111 filmów z duszą", która zbierała wszystkiego rodzaju recenzje i była przewodnikiem dla kinomana. My również staramy się skakać po różnego rodzaju, gatunkach może nie, bo my się skupiamy, co też jest ważne w Filmotekarium, na horrorach i filmach science fiction. Natomiast one, jak wiecie, mają wiele podgatunków, mają wiele odgałęzień. Dzisiaj skupiamy się raczej na tym odgałęzieniu narodowym, czyli na filmach holenderskich. Trudny temat. Okazuje się, że kiedy szukaliśmy produkcji holenderskich, to nie ma ich zbyt wiele. Oczywiście są pewne filmy i na pewno je kojarzycie. Wiele z nich było nawet całkiem popularnych. Natomiast jeżeli chodzi o same filmy holenderskie albo dziejące się w Holandii, to raczej to było zawsze tło dla reszty Europy. Ale oprócz tego, że dzisiaj przyjrzymy się dwóm filmom, które zostały albo wyprodukowane w Holandii, albo się tam dzieją, to jeszcze hasłem przewodnim naszego odcinka będzie motyw: robię ci krzywdę, bo mi pozwalasz.
I w każdym z tych filmów, o których dzisiaj powiemy, to w jakiś sposób się przejawia. Co jeszcze można powiedzieć w podsumowaniu o tych firmach holenderskich? Ogólnie, jeżeli się przyjrzycie tendencjom w ciągu ostatnich 10, nawet może 15 lat co do horrorów europejskich, co do kina fantastycznego, to okaże się, że dominują niektóre kraje. Na przykład Wielka Brytania, Irlandia, Hiszpania oczywiście. Zdarzały się bardzo ciekawe filmy belgijskie, na przykład „Vivarium". Niemcy coś wyprodukowali, oczywiście Skandynawowie również, ale jakoś ta Holandia zawsze pozostawała w tyle, gdzieś tam razem z Polską. Ale okazuje się nagle, że pod koniec 2022 roku trafia do kin film po polsku chyba „Goście", a w wersji angielskiej „Speak No Evil".
[02:10:06] - Tak, to jest film, szukam właściwego słowa, który do pewnego stopnia mnie zdruzgotał. O tym zdruzgotaniu za chwilę. Najpierw troszeczkę o filmie powiedzmy. Mnie przede wszystkim w filmach, o których dzisiaj będziemy rozmawiać, zaskoczył aspekt techniczny. Między innymi zaskoczył mnie aspekt techniczny, bo ja sobie kojarzyłem Holandię jako kino, które operuje obrazem oczywiście, jak to kino, ale robi to w sposób prosty, żeby nie powiedzieć prostacki. Tymczasem oba te holenderskie filmy, o których dzisiaj powiemy, są filmowane, ja nie jestem specjalnym znawcą, ja cały czas podkreślam i subiektywność tej audycji oraz to, że nie jestem koneserem kina. Niemniej jednak gdzieś szóstym zmysłem dostrzegam, jak pracuje kamera i jak to wszystko jest poukładane. Pełen szacun. Film „Goście" jest moim zdaniem nieźle sfilmowany. Ja już nie będę szafował pochwałami, bo tak jak powiedziałem, nie jestem ekspertem, ale mnie sposób filmowania, sposób opowiadania historii, to dwie różne sprawy oczywiście, bardzo odpowiadał.
To był dla mnie film, który zupełnie spokojnie mógł powstać w metce kinematografii, czyli w Stanach Zjednoczonych. Uśmiecham się, bo to oczywiście jest taki slogan. Być może tym bardziej jest to subiektywne, co mówię, że ja się od początku temu obrazowi „Goście" dałem porwać. To znaczy ja od początku czułem, że coś w tej historii jest nie tak. Ktoś powie: „Ależ odkrycie, ogląda horror i wie, że coś jest w nim nie tak". Rzeczywiście, to trzeba dużej przenikliwości. Rozumiem tę złośliwość, którą sam sobie wygłosiłem. Natomiast jest coś takiego, że atmosfera tego filmu, która jest początkowo niewinna, bo pierwsze sceny rozgrywają się w Toskanii, więc w miejscu, które jest pełne słońca, pełne życia, pełne świetnych potraw i w ogóle. Nie bez przyczyny różnego rodzaju opowieści romantyczne dzieją się w Toskanii, bo Toskania to jest kwintesencja życia, kwintesencja czegoś pięknego, wspaniałego i tak dalej. Ale od początku czułem, być może to znowu subiektywne nastawienie, że coś tam się po prostu pod powierzchnią kitłasi bardzo niedobrego, podczas gdy sceny oglądane wprost na to zupełnie nie wskazywały.
Poznały się dwa małżeństwa. Jedno małżeństwo z Danii, drugie z Holandii Nieźle im się rozmawiało. Było całkiem, całkiem. Ale właściwie nic podejrzanego się nie działo.
[02:13:46] - Tak, dopóki małżeństwo z Holandii nie postanowiło zaprosić małżeństwa duńskiego do siebie. Nie wiem, ja na pierwszy rzut oka, kiedy ten film się rozpoczynał, to mnie przed oczami stanęła historia Maddie McCann, wałkowana od lat. Też jedna z największych tajemnic ostatnich dziesięcioleci. Nie wiem, dlaczego mi to stanęło przed oczami. Może po prostu okoliczności były podobne, choć nie ten region, nie ten kraj, nie ta riwiera. Znaczy nie ta riwiera, nie ten region turystyczny. Jak powiedziałeś, pary postanawiają zacieśnić znajomość. Goście z Danii udają się na holenderską prowincję do rodziny rzekomego pana doktora, który jak się okazuje troszeczkę kłamczuszy w tej kwestii. I oni tu opowiadają o podobieństwie kultur, o podobnym poczuciu humoru, o braterstwie, jakie łączy te narody germańskie. I okazuje się, że ta rodzina z Danii, wielkomiejska, taka typowa, trafia na tą prowincję holenderską do typowego holenderskiego domku drewnianego.
I okazuje się, że liczą na wypoczynek, na jakieś atrakcje, a tak naprawdę są na głuchej wsi. Zderzają się też z ogromnymi różnicami mentalnymi i kulturowymi, którym oczywiście wcześniej zaprzeczali. Nie chodzi tu jedynie o przyzwyczajenia czy styl życia, ale też wygody i standardy. Pamiętajmy, że istnieją takie obiegowe opinie co do stylu życia. U Skandynawów istnieją takie modele życia szczęśliwego. To się u jednych nazywa hygge, u innych jakoś inaczej. Może oni temu hołdują. W każdym razie Duńczycy są takimi typowymi mieszczuchami, których życie jest bardzo poukładane, a na tej holenderskiej prowincji, podczas gdy liczyli na coś podobnego, okazuje się, że rozwija się bardzo dziwna historia. Mdli Duńczycy w tym filmie są skonfudowani i zagubieni do tego stopnia, że nie protestują, kiedy gospodarze zaczynają działać na ich szkodę. Jak wspomniałem, jednym z motywów dzisiejszego programu jest hasło: krzywdzę cię, bo mi pozwalasz.
I tak jest właśnie we wspomnianym filmie „Spigeognaden” w reżyserii Duńczyka Christiana W. Drupa. Bo to jest oczywiście koprodukcja, ale dla potrzeb dzisiejszego programu zdecydowaliśmy się na pewne skróty myślowe. I ten motyw, to hasło, o którym powiedziałem, jest bardzo mocno zarysowane. Otóż ani ojciec, ani matka, ci Duńczycy nie są przyzwyczajeni do jawnego wyrażania agresji w odpowiedzi na agresję. Społeczeństwo ich nauczyło asertywności, tolerancji, wolności, uśmiechania się, a w odpowiedzi na patologię i zwyrodnienie właściwie nie odpowiadają. Od tego jest policja, natomiast na tym personalnym styku już nie wiedzą, co zrobić. Próbują zachować stoicki spokój i kulturę, natomiast wszystko to prowadzi do nieuchronnej tragedii. Wszystko się powoli eskaluje. Oczywiście tego filmu wam nie opowiemy, tak jak pozostałych dwóch, tak do końca.
Zarysujemy wam tylko pewne wątki, dlatego że w tych nowszych produkcjach szczególnie nie chcemy wam psuć zabawy. Ale ostateczny wniosek z tego filmu brzmi, Marku, po mojemu: do kiedy możemy się zachowywać biernie i zachowywać wspomnianą kulturę? Do kiedy możemy pozwalać sobie wchodzić na głowę? I to ma też moim zdaniem taką wymowę troszeczkę szerszą, społeczną. Myślę, że twórcy mieli tu na myśli trochę więcej niż bardzo swawolnych Holendrów, ale pragnęli uderzyć w trochę czulsze struny związane, może tutaj będą ogromne kontrowersje, ale też z tym pytaniem o zachodnioeuropejskie multikulti. Wątek języka jako organu w tym filmie nie jest moim zdaniem bez znaczenia. Nie wiem, jak to odbierasz.
[02:18:03] - Ten film można odczytywać na wiele różnych sposobów. Jeden za chwileczkę zaproponuję. On może być bulwersujący i może nie być poprawny. Zresztą nie wiem, czy mówienie o poprawności interpretacji ma jakikolwiek sens. Natomiast chciałbym jeszcze o jednej rzeczy powiedzieć. Otóż ta agresja. Inaczej. My bardzo szybko natrafiamy, oglądając film, na to pierwsze zmieszanie Duńczyków, kiedy ojciec Holender traktuje tak dosyć obcesowo, dosyć ostro swojego syna. To chodzi o sytuację na zjeżdżalni. Oni patrzą na to z pewnym przerażeniem wręcz, a chodzi o sytuację bardzo prostą.
Ja tylko dodam, że syn jest w jakiś sposób upośledzony. Nie intelektualnie, raczej fizycznie. Rodzice Holendrzy mówią o tym, że ma wrodzoną wadę polegającą na tym, że nie rozwinął się w pełni język, organ język, ale w związku z tym nie może posługiwać się mową to dziecko. I to dziecko jest potraktowane dosyć ostro przez ojca. I to jest ten pierwszy moment, właściwie pierwszy moment, kiedy dociera do nas, że po pierwsze te różnice pomiędzy jednym a drugim małżeństwem są spore, a poza tym, że dzieje się coś, co jest niepokojące. Na takim słowie poprzestanę. Ty Piotrze powiedziałeś o tym, że to właśnie pewien obraz zachodniej cywilizacji i ten cytat, on tu pada wprost w tym filmie. Dlaczego nam to robicie? W bardzo dramatycznej scenie. Dlaczego nam to robicie?
Dlatego, że nam na to pozwalacie. To pada wprost. I stąd się wzięła pewna interpretacja. Nie ja ją wymyśliłem, od razu to powiem, ale w jakiś sposób trafiła do mnie. Być może to jest nadinterpretacja, ale powiem o niej. Otóż według jednego z oglądaczy tego filmu, już chyba dobrze zamaskowałem, to jest film, ponieważ właśnie z 2022 roku pochodzi, to jest film, który pokazuje relacje Zachód-Rosja, bo coś takiego nawet można w tym wyczytać. To oczywiście jest bardzo odważna interpretacja, ale jeśli się państwo z tym filmem zapoznacie, pewną bezradność, właściwie bezradność tych Duńczyków wobec tego, co się wokół nich dzieje, wobec tego, co serwuje im to małżeństwo Holendrów. Oni są właściwie bezradni i to w taki, tu słowo uroczy sposób nie bardzo pasuje, ale w taki beznadziejny sposób są bezradni. Oni właściwie nie mają sposobu, jak z tego wyjść. Próbują znaleźć taki sposób.
Tym sposobem jest ucieczka. Czyli nie podoba nam się to, spierdzielamy. To nie do końca się udaje. Natomiast ta interpretacja właśnie Zachód a Rosja, ona w kilku miejscach aż przebija. I powtarzam, być może jestem, jak to mawiają niektórzy polscy intelektualiści, w mylnym błędzie. Natomiast jeśli nawet, to można przynajmniej próbować w ten sposób interpretować w ogóle stosunki pomiędzy jednym gatunkiem ludzi. To w ogóle jest jakieś niepoprawne politycznie, a więc stosunki pomiędzy jedną grupą ludzi a drugą grupą ludzi, w których w tych kontaktach, w tych stosunkach jedna z tych grup jest taka correct, nie ingeruje w życie innych, jest poprawna, nie stosuje agresji, a druga wręcz przeciwnie. A dlaczego nie? I pokazuje ten film między innymi to, że ta grupa, która jest taka poprawna, jest taka nieagresywna, jest bezradna, nie potrafi znaleźć sposobu, jak przeciwstawić się złu. I to w gruncie rzeczy jest porażające.
Ten film, jeśli mówimy o trzech filmach dzisiaj, to ten film najbardziej mną wstrząsnął, bo on poza aspektami takimi horrorowatymi, a w każdym razie grozowatymi, on jednocześnie mówi jakąś prawdę o człowieku. I to nie jest prawda budująca, wręcz przeciwnie.
[02:23:16] - Tak. Ja muszę powiedzieć, że oglądając trailery tego filmu, to było dość dawno, to chyba było jeszcze albo jesienią wczesną, albo późnym latem. Ja miałem wrażenie, że to nie będzie horror psychologiczny, tylko że to będzie jakiś tam wątek paranormalny ukryty. No ale dla dobra tego filmu okazało się, że to rzeczywiście jest horrorodramat psychologiczny naprawdę wstrząsający. Taki najbardziej poważny z tych dzisiejszych filmów, o których mówimy i szczerze go polecam. I tych wątków, tych prawd, które sobie można odkryć w scenariuszu i ich przekładania się na naszą rzeczywistość jest wiele. Kwestia Putina i tego, co on sobie tam wyczynia teraz też w jakiś sposób. Chociaż oczywiście nie wiem, jaki był zamiar reżysera i muszę powiedzieć, że tego jeszcze nie zgłębiałem, ale wypisz, wymaluj to, co dzieje się w filmie. Ruski też przyjdzie, powie, że to jego i se zabierze. I w filmie jest bardzo podobnie.
Natomiast tych wątków interpretacyjnych jest dużo i wydaje mi się, że to ostatnie zdanie, o którym powiedziałeś, to, że pozwalacie nam robić sobie krzywdę. To się odnosi do każdego aspektu życia. Ale jest też taki kolejny wątek, dla mnie dość interesujący, to że okazuje się, że ta Holandia, kraj wielkości chyba dwóch polskich województw albo właściwie Niderlandy, bo Holandia to kawałek Niderlandów, ale ten kraj naprawdę maleńki, jest w stanie nie tylko wyprodukować ciekawe filmy, stworzyć drużynę piłkarską całkiem dobrą, ale też nas nieźle zaskoczyć tajemnicami, jakie kryje na swojej prowincji. Bo nagle się okazuje, że taka mała Europa, a ona gdzieś tam na tych podmiejskich, niewielkomiejskich albo tak powiem, obszarach ma jakieś swoje tajemnice. I to też jest bardzo interesujące, bo to jest kolejny raz, kiedy właśnie tam twórcy horrorów szukają dla siebie inspiracji. Może dzisiaj nie będziemy już tego wątku za bardzo rozwijać. Oprócz filmu „Moloch”, o którym za chwilę powiemy, ale tak było w przypadku wielu produkcji, chociażby niemieckich, no i też bardziej znanych filmów, takich jak na przykład „Midsommar”, o którym może kiedyś powiemy. I był też taki film, o którym żeśmy mówili w audycji o trollach, tylko zapomniałem, jak on się nazywał, że oni się tam wybrali tym szlakiem w Szwecji. Teraz już nie pamiętam. W każdym bądź razie-
[02:25:55] - „Łowcy trolli” czy coś takiego?
[02:25:58] - Nie, to miał taki prosty tytuł, ale już nie pamiętam. Ale już jak wspomniałem-
[02:26:02] - Mówisz o tym paradokumencie? O tym filmie?
[02:26:05] - Nie, o tym takim, co grupa przyjaciół się wybrała.
[02:26:11] - A, już wiem! To nie o trollach. Grupa znajomych trafiła do lasu i później się pojawił taki dziwny stwór prosto z mitologii.
[02:26:24] - Tak. Oni też trafili na prowincję europejską i odkryli jej zdumiewające tajemnice. Ale już jak jesteśmy przy tym, to powiedzmy o zupełnie innym filmie, teraz już czysto holenderskim, pod tytułem „Moloch”.
[02:26:39] - Ale sekundę. Jak już chcesz „Molocha”, to jeszcze na chwileczkę do filmu „Goście”. Otóż tak jak zacząłem o tym mówić, z tego filmu między innymi dowiecie się państwo, jak mówiłem o bezradności, to między innymi bardzo często, ja się w każdym razie często z takimi sytuacjami stykam, że człowiek, który styka się z absolutną bezczelnością, ale już taką naprawdę, też jest bezradny. Nie wie, co zrobić, bo właściwie należałoby zareagować siłowo. Ale przecież kultura mi nie pozwala. To zwracam państwu uwagę na ten wątek. I jeszcze jedna rzecz, która w tym filmie mi zaimponowała, bo jest mocny bardzo koniec, w którym padają między innymi te słowa cytowane już kilka razy przez nas, czyli: „Dlaczego nam to robicie? Dlatego, że nam pozwalacie”. I wydaje się, że to jest koniec filmu. Okazuje się, że twórcy filmu jeszcze nas zaskoczą.
Ja państwu nie powiem czym, ale jeszcze państwa zaskoczą jedną krótką sceną, która następuje po tym, o czym opowiedziałem. I to jest, proszę państwa, coś, za co również ten film cenię, bo przechodzimy z absolutnego dołu i mroku do znowu sielskiej sceny, ale przez to ta scena jest jeszcze bardziej mroczna. No i z pozdrowieniami, bardzo państwu ten film polecam. To rzeczywiście jest film, który, jak już powiedziałem, laczki mi kompletnie spadły po obejrzeniu tego filmu. Nie spodziewałem się, że to będzie aż tak przerażający. Ten film dla mnie był przynajmniej przerażający.
[02:28:39] - Tak. Jak już zahaczymy o tego „Molocha”, to może pociągnijmy ten temat. „Moloch”, czyli tutaj, jak powiedziałem, kolejna, tym razem czysto holenderska produkcja. Połączona jest ze „Spigno Evil” taką duszną atmosferą holenderskiej prowincji. I oczywiście tego drewnianego domku, w którym wiele rzeczy mrocznych miało miejsce. To jest horror folklorystyczny, odnoszący się do miejscowych wierzeń, acz moloch jako bóstwo kananejskie bodaj pasuje do tego regionu świata średnio. Niemniej jednak opisana historia jest zwięzła i dość sympatyczna, muszę powiedzieć, dlatego, że przedstawiona tam społeczność jest bardzo wiarygodna i taka jak Dolina Muminków. Fajnie by tam było zamieszkać chyba. Sprawia to, że ten film troszeczkę się wyróżnia na tle innych produkcji. Nie jest sztuczny przede wszystkim.
Tym bardziej że tam się przejawia też wątek kultowy lub sekciarski. A jeżeli jesteście wiernymi widzami horrorów, to wiecie, że jest on nadużywany i w ostatnich latach eksploatowany do granic możliwości. I ta historia, która się tam rozgrywa, nie jest może najbardziej oryginalną ze wszystkich w tym podgatunku horroru. Natomiast, jak powiedziałem, jest to coś przyjemnego dla oka. Jak było w twoim przypadku, Marku?
[02:30:12] - Ja odnoszę wrażenie, że to jest film, który poza pierwszymi scenami, rzeczywiście jak zapomnimy na chwilę o nich, to jest takie miejsce, które tam śledzimy, w którym rzeczywiście chętnie by się zamieszkało. Spokój, cisza, tak jak powiedziałeś, prowincja. W sumie sympatycznie. Co więcej, byłem bardzo zaskoczony grą aktorską. Powtarzam to, ja nie jestem jakimś ekspertem czy wybitnym filmoznawcą, wręcz przeciwnie, raczej na drugim biegunie. Natomiast ta gra aktorska, która została zaprezentowana w tym filmie, nie wiem, czy była dobra, ale mnie bardzo odpowiadała. Uważam, że te postacie były zagrane właśnie wiarygodnie. W ogóle sposób prowadzenia aktorów, sposób opowiadania tej historii, to, co Piotr powiedział, tak jakbym oglądał życie.
[02:31:21] - Takie horrorowate rancho trochę, tylko nieśmieszne.
[02:31:24] - Trochę tak. Ale co jest jeszcze ważne, tylko powiem jeszcze jedną rzecz, taką informacyjną, czysto techniczną. Ten film pojawia się w Polsce pod tytułem „Moloch” albo „Klątwa Molocha”. Pod tymi dwoma tytułami państwo znajdziecie. Pewno są jeszcze jakieś inne tytuły, bo jak się dowiedziałem pod ostatnim „Bibliotekarium 2.0” jeden z filmów, które polecaliśmy, jest dostępny na CD a pod kompletnie idiotycznym tytułem. Ale jest, można go obejrzeć. To tak à propos, radzę sięgnąć i zobaczyć. Natomiast wracając do filmu „Moloch”, to proszę państwa, mamy tam historię. Inaczej, ja bardzo bym chciał, żeby w Polsce kręcono tego rodzaju historie, bo ta historia jest w gruncie rzeczy bardzo prosta, opowiedziana w prosty sposób, a jednocześnie w sposób, może w kontekście gatunku, czyli horroru, słowo urokliwy nie do końca pasuje, ale zostanę przy tym słowie, bo urokliwy i wiarygodny. Mamy historię, że na bagnach, a właściwie na takich łąkach, w każdym razie coś dziwnego się dzieje.
Jakieś wykopaliska, jakaś grupa naukowców, a jednocześnie dzieje się coś. Po pierwszej scenie wiemy, że to tak fajnie nie jest. I proszę państwa, ja miałem też takie wrażenie, że jestem w środku tej historii. Wiarygodne były te kontakty międzyludzkie. Stosunki międzyludzkie też są wiarygodne i to właściwie na każdym etapie. Zarówno na tym, kiedy podziwiamy pewną sielskość prowincji holenderskiej, jak i na tym etapie, kiedy ta sielskość pokazuje zęby. I tu się proszę nie sugerować, to nie jest historia o wampirach. Zęby pojawiają się w tym kontekście zupełnie przypadkowo. Natomiast kiedy ta historia te zęby pokazuje, to ona również jest wiarygodna. I to jest, proszę państwa, w gruncie rzeczy dosyć trudno osiągnąć, bo bardzo często horrory cierpią na taką przypadłość, że póki się dzieją w takich realistycznych plenerach, to wszystko jest okej.
A kiedy zaczynają się wątki jakieś paranormalne, a w każdym razie zahaczające o paranormalność, to czasami zaczyna być śmiesznie, a czasami zaczyna być żenująco. Tu ani śmiesznie, ani żenująco nie jest. I to jest następna zaleta filmu pod tytułem „Moloch”.
[02:34:15] - Tak. Poznajemy tam historię Betrik, chyba tak się to wymawia, nauczycielki muzyki, samotnej matki, która mieszka z rodzicami. Rodzice są w takiej delikatnej separacji. Jej ojciec sobie tam czasem zakropi, jak to się mówi. Matka natomiast choruje. Spokój tej społeczności zakłóca znalezienie na torfowiskach zmumifikowanych ciał. Przybywa grupa archeologów, taka troszeczkę międzynarodowa, można powiedzieć. I tam się wtedy zaczynają dziać dziwne rzeczy. Co ciekawe, jest tutaj, przepraszam, straciłem głos na sekundę. Ciekawe jest to, co powiedziałeś, dlatego że opinie krytyczne odnośnie „Molocha” zwracają uwagę na to, że tam w tej sferze stosunków międzyludzkich i dramatów międzyludzkich, także tego, co ludzie powiedzą, jak to na wsi, gdzieś przykrywa się ta historia paranormalna.
Według mnie jest to nawet sprytnie wymieszane. Nie można się tutaj za bardzo do niczego przyczepić. Ja mówię, to jest jeden z najciekawszych horrorów tego podgatunku w ostatnich latach, bo było naprawdę dużo opowieści o, powiedzmy, przekleństwach, kultach i tak dalej, związanych z jakimiś zamieszkami. Czasami to były rzeczy bardzo nieudane, głównie niestety amerykańskie. Natomiast dla wielu horrorów współczesnych typowe jest to, że właśnie wydarzenia dziwne, straszne rozgrywają się na równi z tymi problemami życia codziennego. I tutaj jest przykładem taki nowy horror. On się nazywa chyba „Abandon”, tak mi się wydaje. I co jeszcze mogę powiedzieć? Chociaż „Moloch” nie jest arcydziełem, to jest to rzecz bardzo klimatyczna, wciągająca. Nawet mnie to jakoś tak urzekło, chociaż jestem bardzo słabo związany emocjonalnie z zachodnią Europą.
Niemniej jednak byli w stanie twórcy reanimować pewne tęsknoty za tajemnicami i za przeszłością wyrugowane przez tą kosmopolityczną współczesność. „Moloch” nam mówi, że dziwne rzeczy mogą dziać się także współcześnie, rzut kamieniem od wielkiego miasta. I że ta linia łącząca dawną Europę z tą dzisiejszą, potężnie różniącą się od tej chociażby sprzed 100 lat, nie jest przerwana. Wciąż gdzieś tam czai się jakiś barbarzyński duch.
[02:36:53] - Ja powiem o tym, że w pewnym momencie powiedziałem, że życzę polskim twórcom filmowym, żeby skręcili takiego „Molocha”, bo ja mam już, mówiąc szczerze, dosyć takiej pseudohorrorowej twórczości, która się w Polsce odbywa. I oglądamy na przykład straszne potwory, które grasują po Krakowie. Zainteresowani będą wiedzieli, o czym mówię. I tam w ogóle jest taka psychologia, że po prostu człowiek marszczy sobie czoło i te fałdy na mózgu mu się prostują, bo to taka psychologia jest. Człowiek się zastanawia, jak to dalej będzie. Tymczasem w filmie holenderskim ta psychologia jest użyta tyle, ile potrzeba. Nie ma jakichś pseudotakich eksperymentów, które mają pokazywać, jak głęboka jest wizja albo jak głęboka jest psychologia postaci, że tam jakieś demony w niej śpią. W tej psychologii oczywiście. Nie, to jest film w gruncie rzeczy pod tym względem prosty, co nie oznacza prostacki. Tu bohaterowie mają swoją psychologię, ale niewydziwioną, niewykoślawioną, niekoniecznie udziwnioną i niesprowadzoną do wariactwa kompletnego.
Nie wiem, czy temu sprzyja właśnie ta prowincja holenderska, bo przecież ten film, w którym potwory grasują po dawnej stolicy Polski, też powinien właściwie interesować, zaciekawiać. We mnie, mówiąc szczerze, budził chwilami zażenowanie, a chwilami to się już nawet zastanawiałem, czy jednak nie należałoby zrobić jakiejś ściepy narodowej, żeby chociażby za efekty specjalne zapłacić, bo widać, że bida panuje. U Holendrów nie ma takich problemów. Okazuje się, że można straszyć bez efektów specjalnych, bez kombinowania, cudowania i wariowania. A jest groźnie i jest naprawdę groźnie. Co więcej, kiedy mówiłem o psychologii, to ktoś by powiedział: „No tak, psychologia”. Właśnie o to chodzi, że kiedy twórca mówi: „A teraz pokażę wam kawałek psychologii”, to ja w tym momencie uciekam sprzed ekranu. Natomiast jak stykam się z psychologią bohaterów podaną w sposób prosty, nienapuszony, nietaki pretensjonalny, tylko po prostu każdy z nas ma swoją, cudzysłów, „psychologię". I kiedy coś podobnego śledzimy na ekranie, niewymuszone, proste, niewydziwione, to nagle nabieramy, przynajmniej ja nabieram szacunku dla twórców i dla tej opowieści, bo to tak naprawdę ją buduje.
[02:40:11] - Jeżeli chodzi o „Krakowskie potwory", do których się to odnosi, to nie wiem, chyba już w „Filmotekarium" albo w którymś tam odcinku „Debat Ufologicznych" padło takie porównanie z mojej strony, jak ktoś pamięta, to pewnie pamięta. Były kiedyś takie produkty linii Krakowski Kredens. Oni sprzedawali kaszankę za 40 złotych. Krakowski Kredens i „Krakowskie potwory" to jest jedna chyba firma, czyli coś, co jest owinięte w fajny papierek, a w środku nadal macie tą kaszankę za kilka złotych. Ten film był okropny. Ja w ogóle mam takie wrażenie, że polscy twórcy często obrażają widza, jego intelekt. Już tu nie mówię o Patryku Vedze, niech on sobie robi te filmy o sobie i tak dalej. Ale chodzi mi o to, że doszło do takiej dziwnej sytuacji, kiedy wiele filmów, te, które nas najbardziej interesują, oczywiście nie chcę generalizować, ale wiele filmów, które powinny nas zainteresować do naszego programu, mają formę jakąś taką zbliżoną do dłuższego klipu. Czyli wyraźne postacie, wartka akcja, jakieś szalone rzeczy, które mogą jakiemuś nastolatkowi zawrócić w głowie. Ale przecież były filmy, pamiętam, Netflix wyemitował dwa takie filmy, które były dla mnie szczególnie obrzydliwe i to było chyba w tamtym roku albo w 2021.
Jeden to był „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” i to był film obraźliwy w ogóle dla intelektu obywatela Polski. A drugi to była druga część „W lesie dziś nie zaśnie nikt” i to był jeden z najgłupszych filmów, jakie widziałem. Szczerze mówiąc, to nawet jakieś tureckie horrory z ludźmi przebranymi za reptilian z lat 70. to jest ta sama klasa. To jest w ogóle śmieszne w tym filmie, że w pewnym momencie im się kończy pomysł na ten film i Julia Wieniawa z jakimś kolesiem przebrani za jakieś stworki chodzą sobie i chodzą, i chodzą, i chodzą i mają jakieś drętwe dialogi w swoim kosmicznym języku. To naprawdę o taką Polskę żeśmy walczyli? Andrzej Wajda się w grobie przewraca. Już nie mówię o innych reżyserach. Powiem tylko, że na początku tego filmu, czyli „W lesie dziś nie zaśnie nikt", mamy Andrzeja Grabowskiego z urwanymi pośladkami. To już jak włączycie i zobaczycie tę charakterystyczną scenę, to dalej to będzie tylko gorzej.
[02:42:46] - Ja jeszcze jedną rzecz muszę dodać. Mam wrażenie, powiedziałeś o obrażaniu intelektu polskiego widza przez polskich twórców seriali czy też filmów. Coś w tym jest, ale to między innymi bierze się stąd, że za produkcję fantastyki i horrorów biorą się ludzie, którzy w gruncie rzeczy tymi gatunkami gardzą. To są intelektualiści, którzy uważają, że filmy prawdziwe to są o czymś takim bardzo poważnym albo bardzo wspaniałym. Trzeba dla tych głupich ludzi coś produkować, to trzeba im horror wyprodukować albo fantastykę, albo antyutopię. I później powstają „Krakowskie potwory” albo serial pod tytułem „Rok 1983", i tu w tym wypadku w grobie się przewraca Janusz Zajdel. Kiedy patrzymy na to coś, na ten utwór, który ma naśladować fantastykę socjologiczną, to jeszcze na początku, może w dwóch pierwszych odcinkach niby jakieś sygnały łapią ci twórcy, a właściwie twórczynie, później to już jest tylko gorzej. Więc o to właśnie chodzi, że w Polsce filmy, które teoretycznie są horrorami albo są fantastyką naukową, albo jakimś podgatunkiem fantastyki naukowej, kręcą ludzie, którzy w gruncie rzeczy gardzą tą- ... tą tematyką, tymi klimatami. W dodatku to są ludzie tak przecież mądrzy, wspaniali i znakomicie zorientowani, że oni nawet nie potrzebują konsultować swoich świetnych pomysłów z twórcami czy to horrorów, mówię o pisarzach, twórcami horrorów, czy też twórcami fantastyki.
Nie, po co? Przecież to wiadomo, że fantastykę i horrory tworzą debile, kretyni, którzy się dorwali do pióra i w związku z tym coś tam sobie piszą. Ale my, wielcy twórcy filmowi, nie będziemy z kretynami współpracować. My sami wiemy, jak to należy nakręcić. Wnioski sobie państwo wyciągnijcie sami, bo jednak nie jestem pewien, kto wychodzi na kretyna tutaj.
[02:45:05] - Tak, jeszcze bym chciał dodać, czasami spotykam się z takimi opiniami, że my w swoich wnioskach na temat polskiej kinematografii, tej szczególnie horrorowej i fantastycznej, pomijamy niektóre filmy. Na przykład „Obi-Oba" pomijamy, pomijamy też „Demona". „Demon" to był taki film, który wielu osobom się podobał. To była taka opowieść o tym, jak Polka żeni się z mężem z Izraela i na weselu odbywa się drugie „Wesele" Wyspiańskiego. I to mnie denerwuje w polskiej kinematografii, taka wyspiańskość, że już jak nie ma o czym powiedzieć, to tak jak było w tym horrorze, który ma nas straszyć, ma opowiadać o opętaniu. Rozgryźmy wszystkie demony narodowe, niech one wyciekną, a w dodatku pokażmy, jak Polacy piją jak świnie. To było straszne. Tak samo dziwny był film pod tytułem „Erotica", który był swego czasu emitowany przez Netflixa i to było reklamowane jako feministyczne science fiction, bo to się działo w jakiejś Polsce przyszłości, ale za Chiny bym nie powiedział, że to jest Polska przyszłości. Tam było to powiedziane tylko w jednym momencie, kiedy twierdzili, że na Warszawę spada jakiś opad atomowy czy coś. Natomiast film nie to, że on był beznadziejny, bo on momentami tworzył pewien klimat.
Natomiast to była seria takich miniatur, powiedzmy nowelek. Jedna była nawet oparta o dzieło Olgi Tokarczuk i niestety to był najgorszy element tego filmu. Ale jeżeli już chcecie od nas tytułów filmów polskich z tych gatunków, o których mówimy, to czasami będziemy wam je podrzucać, bo ja wiem, że myśmy na początku obiecali. Ale program, jego formuła toczy się swoim życiem. Także Marku, po tej tyradzie na temat polskiego kina, to przejdźmy sobie do czegoś smaczniejszego.
[02:47:08] - Tak. I to tak bardzo à propos się wyraziłeś, bo tym trzecim filmem, o którym będziemy dzisiaj mówić, jest film nie holenderski ani mający z Holandią za wiele wspólnego. Film zatytułowany „Menu", który jak najbardziej zza oceanu pochodzi. Co więcej, co warto dodać, to jest film, który nie jest tak chyba do końca dreszczowcem czy też horrorem. Bardzo wielu krytyków określa go jako czarną komedię. Coś w tym jest, chociaż ten film od początku niepokoi. Ja wiem, że to tak wypada powiedzieć, że film niepokoi od początku, w związku z czym go bardzo przeżywamy. Ale uwierzcie mi państwo, że rzecz zaczyna się, nie wiem, czy to można określić mianem portu, ale w każdym razie gdzieś tam nad morzem pewna grupa ludzi nieznających siebie oczekuje na jacht, motorówkę, która ma ich przewieźć na wyspę, bo na tej wyspie jest restauracja bardzo, bardzo ekskluzywna, do której trzeba zostać zaproszonym, a w każdym razie nie można tak sobie przyjechać, przypłynąć i po prostu w niej być. Nie, nie. To jest proces znacznie bardziej skomplikowany.
Już nie mówiąc o tym, że ceny, które są w tej restauracji powalają. Po prostu cena od osoby przekraczająca mocno 1000 dolarów to jest cena konkretna. To jest zawiązanie akcji, ale już od tego zawiązania czujemy niepokój. I znowu powtarzam, nie dlatego, że wiemy, że to czarna komedia i że gdzieś tam horrorowato, a w każdym razie dreszczowato będzie. Tylko dlatego, że aktorzy, którzy to odgrywają, potrafią nam przekazać jakieś napięcie. Czujemy to od początku. Ja przynajmniej to czułem. Nie wiem, jak ty, Piotrze.
[02:49:27] - Tak. Czyli przypomnijmy jeszcze raz, jest to film „Menu" z roku 2022. Dostępny jest między innymi na serwisie Disney. Natomiast z tego, co widziałem, to jest też emitowany w niektórych kinach. Jest to czarna komedia z elementem horroru psychologicznego. Tutaj rzeczywiście opinie co do gatunkowości się różnią. Miał to być hit końca ubiegłego roku. Czy tak było? Opinie są podzielone. Film w reżyserii Mike'a Myloda z plejadą gwiazd, co trzeba podkreślić, przedstawia historię pewnej wysepki, restauracji dla snobów, której twórcą jest kucharz o swojsko brzmiącym nazwisku Julian Słowik.
I choć-
[02:50:13] - Ale nie Polak.
[02:50:15] - Właśnie nie Polak. Słowak bodajże. W każdym razie trzeba tam zapłacić równowartość chyba 5000 złotych, aby zjeść u niego kawałek kiełbasy na udekorowanym elegancko kamieniu. Może nie jest to oczywiście kiełbasa, ale jakiś kawałek mięsa. Wszystko oczywiście podlewane jest filozofią smaku, a dania, patrząc na ogromną cenę tego karnetu, po prostu muszą smakować. Inaczej to by było niedobre i chcę te moje pieniądze z powrotem.
[02:50:48] - A w trakcie seansu przepisy owych dań na ekranie.
[02:50:55] - I tak wśród tych smakoszy jest jeden z głównych bohaterów, Tyler, który przybywa tam ze swoją partnerką. Ona jako jedna z niewielu jest raczej nieoczarowana szefem Słowikiem. Nie robi to jakoś na niej wrażenia. Później się dowiadujemy dlaczego. Wraz z rozwojem sytuacji okazuje się, że nic nie jest tam takie, jak być powinno i oni chyba nie za to zapłacili. Czyli znowu przypomina się hasło cytowane w przypadku pierwszego filmu: dlaczego nam robicie krzywdę? Bo nam na to pozwalacie i jeszcze w dodatku za to płacicie. Film moim zdaniem jest taką satyrą na te wszystkie popularne programy na temat kuchni, których wyróżnikiem jest apodyktyczny kucharz i jego podwładni do znudzenia nadużywający tego sformułowania per szef. I tak się do niego zwracają, krzyczą, ciągle to słyszymy i to doprowadza mnie osobiście do szału. Przypominająca sektę klika Słowika, jakkolwiek to brzmi, bo możecie to skojarzyć z inną osobą, skrywa ponury sekret i jest w stanie zaskoczyć swoich gości nie tylko kulinarnie, bo okazuje się, że na przykład może wyciągnąć im pewne brudy z przeszłości.
[02:52:13] - Tak, ten film rozwija się powoli, ale tak jak powiedziałem, właściwie od momentu, kiedy towarzystwo, bardzo różne towarzystwo, wkracza do sali jadalnej, w której serwowane są potrawy, właściwie od początku wiemy, że wszystko jest nie tak. Jeszcze na początku nie orientujemy się, o co właściwie chodzi, ale bardzo szybko nie tyle zostajemy wyprowadzeni ze stanu tej niewiedzy, co jeszcze nam się utwierdza to przekonanie, że to jest kompletnie odleciany klimat. Tam się dzieją rzeczy nieprawdopodobne. Nie wiemy, dokąd to prowadzi. Czujemy, że nic dobrego się nie stanie. I właśnie tu można zacząć dyskutować, czy to jest taka pseudofilozoficzna powiastka, pseudopsychologiczna powiastka, czy też wykorzystując te dekoracje, o których mówił Piotr, te zachowania względem szefa kuchni Hell's Kitchen. Kojarzycie państwo ten program. Nigdy go nie oglądałem, ale widziałem przynajmniej jego reklamówki, więc widziałem, że cały program opiera się na tym, że jest szef kuchni, który drze mordę, za przeproszeniem, na swoich podwładnych, a oni są szczęśliwi, że mogą z takim wielkim bossem pracować. Tu schemat, tak jak powiedział Piotr, jest troszeczkę powtórzony. Troszeczkę powtórzony, aczkolwiek w takiej aurze niesamowitości, bo kiedy na początku, zanim oni wejdą wszyscy do sali, zwiedzają miejsce, czyli oglądają, gdzie właściwie są i oglądają na przykład miejsce, w którym obsługa restauracji śpi.
Dowiadujemy się pewnych szczegółów o trybie ich życia. To już jest dziwne. To połączenie obozu pracy z... Dobrze, nie uruchamiam wyobraźni dalej, ale zaręczam państwu, że można tę wyobraźnię uruchamiać dalej i dojść do znacznie gorszych wniosków niż ten, który padł przed chwilą. Później trafiamy, tak jak powiedziałem, do tej sali. I właśnie tę frazę, którą zacytował Piotr, warto tu powtórzyć. Rzeczywiście, dlaczego nam to robicie? Bo nam na to pozwalacie. I tak jak dodał Piotr, jeszcze za to płacicie. W związku z tym spotykają was rzeczy niezwykłe?
Nie, one są zwykłe, tylko one są przemocowe. Tylko człowiek się zastanawia właściwie, skąd to się bierze, skąd się bierze jakiś rodzaj agresji. Ale jeśli państwo myślicie, że szef kuchni wychodzi z karabinem i strzela do wszystkich, to nie ten rodzaj przemocy. To jest rodzaj takiej psychologicznej przemocy, bardzo... Nie, chciałem powiedzieć, że bardzo subtelnej. Bym się właściwie rozminął z prawdą. To nie jest subtelna przemoc, ale przemoc psychologiczna, która działa troszeczkę jak szrapnel. To po prostu wali we wszystkich tych gości, sprawiając, że jedni z nich są zakłopotani, a inni zaczynają być przerażeni i jeszcze nie do końca uświadamiają sobie, dlaczego odczuwają dyskomfort, a niektórzy z nich po prostu strach. Ale to ewidentnie się pojawia.
[02:56:18] - Tak. Muszę powiedzieć, że według niektórych film jest satyrą nie tylko na popularne programy, ale też na stosunki społeczne. Tam krzywda dzieje się snobom w tym filmie. Dlatego też niektórych on tak może cieszy. Znajdujemy różnego rodzaju postacie z wyższych sfer, między innymi krytyczkę kulinarną, biznesmena i tak dalej. Oczywiście „Menu” dostarcza rozrywki na poziomie, muszę powiedzieć przede wszystkim za sprawą świetnych aktorów, ciekawego scenariusza. Aczkolwiek końcówka tego filmu, choć też symboliczna, w jakiś sposób nieco mnie rozczarowała. Nie ma to chyba jednak większego znaczenia wobec całości. Twórcy, jak mówię, żartują tu ze snobów skłonnych płacić grube pieniądze za wykwintne dania, drogie, acz mikroskopijne. Koniec końców takie, jak to kiedyś określił jeden ze staropolskich autorów, który krytykował napływ obcej kuchni do Polski, dania, którym tylko imaginacja jakiegoś smaku dodaje.
Ja muszę powiedzieć, że moja babcia była szefową kuchni. Ja tam nieraz byłem i to w żaden sposób nie przypominało ani „Hell's Kitchen”, ani niczego innego, ani tej Magdy Gessler, która tłucze talerze. To była duża restauracja. Babki sobie siedziały, kurały mielone i nikt tam nie myślał o żadnych dramatach. Dlatego myślę, że „Menu” to przede wszystkim satyra na coś, co u nas też jest popularne. Na to wywyższanie czy też pewną idealizację konsumpcji, stawianie jedzenia albo raczej jego, nie wiem, jak to nawet powiedzieć, jego wartości wizualnej, ekstrawagancji, bogactwa ponad przyjemność, jaką się z jedzenia czerpie. Bo okazuje się, że ci ludzie, którzy zawitali na Wyspę Słowika, jak powiedziałem, muszą zjeść parę kawałków jakiegoś ślimaka z kamienia. Podczas gdy te kawałki ślimaka to są dosłownie jakieś płateczki, to kamień jest wielkości głowy. Niemniej jednak film ten polecam. On też, tak jak powiedziałem, spina nam dzisiaj całość hasłem, o którym żeśmy mówili.
Bo w „Molochu” to hasło też niejako się pojawia w tym względzie, bo myśmy tu zatoczyli inną dyskusję na temat krakosći polskiego kina i może tutaj żeśmy też ominęli pewien ważny wątek, ale chodzi mi o to, że tu też pojawia się taka kwestia: dlaczego cierpimy? Bo sobie na to pozwalamy. W „Molochu” mamy podkreśloną kwestię swego rodzaju klątwy, od której też uciec nie można.
[02:59:14] - Trwającej setki lat.
[02:59:16] - Tak. I też w jakiś sposób nam to wszystko jest filozoficzną, może nieco skomplikowaną klamrą, ale spięte.
[02:59:28] - Wiesz co, Piotrze, mówiłeś o końcówce filmu „Menu”. Ja powiem tak: tam są dwie końcówki. Jedna jest rzeczywiście zbyt prosta, natomiast druga, pewne rozegranie psychologiczne, które następuje, mówiąc szczerze, ujęło mnie. Tu rzucę hasło, państwo je rozszyfrują dopiero, kiedy obejrzycie film, ale motyw sporządzania hamburgera i konsekwencje sporządzenia hamburgera. Ja wiem, że słowo „sporządzenie hamburgera” kompletnie nie pasuje, ale przygotowania hamburgera, który jest w jakimś stopniu, przynajmniej dla jednego z bohaterów, ważny. Dla dwójki właściwie jest ważny. Taka gra psychologiczna bardzo mi odpowiadała. Tą sekwencją scen byłem usatysfakcjonowany. To mi się podobało, ale rzeczywiście ten koniec w sensie koniec, być może można było to rozegrać lepiej. I tak jak Piotr powiedział, to być może nie jest film idealny, ale zdecydowanie również go państwu polecam.
Warto ten seans przeżyć.
[03:01:08] - Tak, jest to rozrywka przede wszystkim i to bardzo dobra. Nie są to może krakowskie potwory, ale naprawdę dobra produkcja. Już reasumując, to jak powiedziałem wcześniej, wszystkie te trzy filmy coś łączy. To już powtarzane wcześniej hasło o krzywdzeniu, ale też chodzi tu zarówno o zło wyrządzane przez ludzi, któremu można się przeciwstawić, ale też złu, które jest wyrządzane przez dolę, los, jak sobie to nazwiemy. Czy to szaleniec, czy to klątwa, przeciętny bohater tych trzech filmów, o których powiedzieliśmy dzisiaj, wydaje się skazaną na pożarcie ofiarą ataku. A może jednak nie jest ofiarą? Może to jest takie nawoływanie do tego, żeby się w jakiś sposób przełamać w końcu w tych naszych dość nieciekawych czasach, które serwują nam co dzień bardzo przygnębiające wiadomości tak naprawdę. Taki morał wynikający z tych filmów, to po mojemu, kiedy nas gryzie komar, trzeba go bić.
[03:02:13] - Tak. I nie wahać się, bo może się okazać, że po chwili ten komar się w jakiegoś pterodaktyla przekształci i wtedy już nie będzie można go bić. No cóż, proszę państwa, bardzo polecamy „Klątwę Molcha” czy też „Molcha". Film „Goście” oraz film „Mni”. To filmy z drugiej połowy zeszłego roku. I ja nie spodziewałem się, że my z Piotrem zrobimy taki odcinek, w którym właściwie nie czepiamy się tych filmów. To są filmy, które bardzo polecamy. Przynajmniej ja myślę, że Piotr się podłączy do tego, że się razem wypowiemy. Po prostu polecamy. Te filmy trzeba zobaczyć.
Oczywiście można im jakieś łatki poprzypinać, ale koniecznie państwo poszukajcie tych filmów.
[03:03:15] - Tak, to dlatego, żeśmy się dzisiaj czepiali na przykład Andrzeja Grabowskiego z oderwanymi plecami, bo nie mieliśmy się czego czepiać w omawianych filmach. Rzeczywiście ciekawą rzeczą jest to, że kiedyś mieliśmy taki pomysł, żeby sporządzić dla państwa zestawienie pięciu najlepszych, pięciu najgorszych filmów sci-fi czy horrorów z ubiegłego roku, ale okazało się pod koniec grudnia 2022, że te najlepsze filmy dopiero wchodzą. I tak naprawdę to zestawienie byłoby niepełne albo niewiarygodne. Ale jeszcze jedno dobre pytanie, Marku: co za tydzień?
[03:03:57] - No właśnie, co za tydzień? Tak naprawdę to musimy zrobić przerwę.
[03:04:05] - Tak, tak naprawdę to w poniedziałek zapraszamy państwa o 20:00 na antenę Radia Paranormalium na kolejny odcinek „Oblicz Nieznanego” pod tytułem „Polskie potwory”. I to będzie też audycja niebanalna. Miałem taki pomysł, ponieważ w ostatnich latach pojawiło się wiele filmów z tak zwanych monster movies, z potworami, to może-
[03:04:27] - I po to była ta przerwa?
[03:04:30] - Tak. Może uderzylibyśmy po prostu w mniej znane filmy o potworach, które śmieszą, bawią lub przerażają.
[03:04:42] - I cóż, tym optymistycznym akcentem zapraszamy państwa za tydzień. A teraz już pięknie, Piotrze, dziękuję. Do usłyszenia.
[03:04:51] - Pozdrawiam. Do usłyszenia.
[03:04:56] - Mogę tylko już bez towarzystwa Piotra powiedzieć, że oglądajcie państwo te filmy, bo naprawdę warto. A teraz temat, który myślałem, że będzie smutny, ale właściwie nie jest smutny. Słyszeliście państwo zapewne o śmierci aktora, który był taką ikoną teatru, a w każdym razie pewnego rodzaju teatru. Już państwo kojarzycie. Teatr Kamienica, Emilian Kamiński. Niezwykła strata i uświadomiłem sobie, że w grudniu 2012 roku autoryzowałem z Emilianem Kamińskim wywiad, czyli dokładnie 10 lat temu. Autoryzowałem wywiad, który mówił o rzeczach niezwykłych. Postanowiłem go przypomnieć. To nie jest oczywiście nagranie głosu Emiliana Kamińskiego, ponieważ to był wywiad prasowy, ale dzięki Ivelliosowi poznacie państwo zapis tego wywiadu, a zaręczam, że wywiad warty jest tego, żeby poświęcić mu chwilę uwagi. Przede wszystkim ja do dzisiaj nie mogę się pozbyć uczucia wzruszenia.
Właściwie to łapie mnie za gardło, kiedy go słucham, kiedy go czytam. Bo wiecie państwo, on się zaczyna tak bardzo zwyczajnie. Na początku nic nie wskazuje, że czeka nas naprawdę głębokie przeżycie dotyczące takich spraw, które na przykład w Radio Paranormalium są ważne, czyli właśnie spraw paranormalnych. Na początku, owszem, rozmawiamy z panem Emilianem o duchach, o niesamowitościach, o teatrze, o Bolku. Kim jest Bolek, to się państwo przekonacie. A potem bach! Prawdziwa petarda. Robi się tak, że naprawdę mnie chwyta za gardło. Lepiej tego państwo sami posłuchajcie. Tak jak powiedziałem, wywiad był dla prasy, więc poznacie państwo słowa Emiliana Kamińskiego w interpretacji Ivelliosa.
Ale wiecie państwo, to tylko chyba dodaje ekspresji. Zapraszam.
[03:07:48] - Magiczne miejsce. O magii teatru, czakramie energetycznym, duchu Bolku, dziwnych zjawiskach, rozmowach ze zwierzętami i drzewami, spłacaniu długu oraz medytacji na scenie z Emilianem Kamińskim, aktorem, reżyserem, scenarzystą, założycielem Teatru Kamienica rozmawia Marek Żelkowski. W wielu wywiadach mówi pan, że Teatr Kamienica to miejsce magiczne. Czy ma pan na myśli to, że patrząc na scenę, wchodzimy na chwilę do innego świata? Świata, który wyczarowują aktorzy? Tak, to również mam na myśli. Ale nie tylko. Teatr jest zawsze miejscem magicznym, a Teatr Kamienica stał się w dodatku moim drugim domem. Domem, w którym przebywam dużo więcej niż w domu prawdziwym. Trochę szkoda, bo tamto miejsce również jest magiczne.
Stary budynek z 1900 roku, który udało mi się uratować przed zagładą. Duży ogród, psy, ale przede wszystkim rodzina: żona, dwaj synkowie. Ciągnie mnie tam, ale trudno jest mi zostawić teatr. Można powiedzieć, że jestem człowiekiem rozdartym. Kiedy w sierpniu 2002 roku stanąłem na podwórku kamienicy przy Alei Solidarności, od razu wiedziałem, że tu będzie mój teatr. Pomysł jego założenia narodził się tak naprawdę w 1988 roku. Wówczas nie wyobrażałem sobie, że mógłbym mieć własną scenę lub sceny. Ustrój był nie ten, a i moja świadomość jeszcze wówczas nie do końca do tego dojrzała. Dzięki mojemu teatralnemu tacie Januszowi Warmińskiemu miałem okazję spotkać się z Josephem Pappem, wielkim broadwayowskim menedżerem. Dużo pytałem o amerykański teatr, o jego finansowanie, mechanizmy funkcjonowania.
W pewnym momencie zupełnie niespodziewanie usłyszałem od Pappa: "Emilian, ty załóż teatr". Odpowiedziałem: "Ale panie Josephie, jest PRL." "No to jak się skończy ten PRL, to załóż teatr." Długo chodziłem z tym pomysłem. Przymierzałem się do niego kilka razy. Znalezienie tego wspaniałego miejsca, w którym mieści się obecnie teatr to był przypadek. A może nie? Może nie ma przypadków. Pamiętam dokładnie dzień, kiedy po raz pierwszy trafiłem do kamienicy na Alei Solidarności. Byłem już lekko podłamany. Wszystkie miejsca, które wcześniej zwiedziłem, okazały się, najogólniej mówiąc, marne. Jakieś zamknięte przed laty kina, dawne siedziby banków.
To nie było to. Wiedziałem, że w takich miejscach teatr po prostu się nie uda. Moja przewodniczka z Urzędu Miasta powiedziała w końcu: "Są jeszcze stare magazyny blisko ratusza, ale zalane. Jeden wielki bałagan." Kiedy to usłyszałem, w mojej głowie zabłysła iskierka nadziei. A kiedy tu stanąłem, takiego miejsca jak to szukałem od dawna. Chciałem mieć teatr w tkance architektonicznej starej Warszawy. Przecież po wojnie, kiedy miasto było odgruzowywane, większość historycznych murów została wywieziona z miasta. Część trafiła za Wisłę pod stadion, a część w różne inne miejsca. Prawdziwych starych ścian, w których mieszkają stare energie, duchy miejsca zostało w Warszawie naprawdę niewiele. Poza tym stolica to miasto w przeciągu.
Ludzie przyjeżdżają tu, zarobią, potem wyjeżdżają. Mało jest rzeczy stałych. W Teatrze Kamienica chcę stworzyć ostoję warszawskości, tradycji, dobrze pojętego mieszczaństwa. Jestem typem człowieka, który nie wyobraża sobie teraźniejszości i przyszłości bez przeszłości. Uważam, że każdy człowiek powinien zadawać sobie jak najczęściej pytania: skąd przychodzę? Kim jestem? Dokąd idę? Wcale nie przesadzam, jeśli powiem, że warto zadawać je sobie codziennie. Dla mnie są one podstawą medytacji, które prowadzę. Zaczarowało pana to miejsce?
Oczywiście wszyscy stukali się w głowę. Dlaczego akurat tu? — pytali. A ja poczułem właśnie magię, o którą pan pytał. Magię tego miejsca. Jego genius loci, duch opiekuńczy podziałał na mnie. Tak, teatr sam w sobie jest miejscem magicznym, bo zajmuje się wymyślaniem świata. A to przecież nic innego jak właśnie magia. W dodatku to konkretne miejsce ma swoją tajemniczą, niepowtarzalną aurę. Tu czuje się niezwykłą energię.
Pojawiła się nawet teoria o czakramie energetycznym. A właściwie to już nie jest tylko teoria, bo ma mi potwierdzenie od mnichów tybetańskich. Jak działa ta niezwykła energia, można zaobserwować w trakcie spotkań lub bankietów. Do miejsca, gdzie promieniowanie jest najsilniejsze, schodzą się ludzie. Bywa, że w całym teatrze robi się już pusto, a tam w piwnicy Warsza, gdzie mieści się jedna z trzech scen teatru, spotkać można prawdziwy tłum. To chyba jednak niejedyny przejaw niezwykłych mocy działających w Teatrze Kamienica. Słyszałem, że to miejsce ma swojego ducha, który daje się we znaki pracownikom. Wyczuwam w pana pytaniu pewien sceptyczny dystans. Niesłusznie. Tu rzeczywiście dochodzi do manifestacji dziwnych zjawisk.
Jedni nazwą je duchami, inni cieniami energetycznymi. Ale skoro już personifikujemy teatralnego ducha, cóż, nazywamy go Bolkiem i żyjemy z nim w swoistej symbiozie. Jest cała masa przykładów jego obecności. Zetknęli się z nim zarówno ludzie otwarci na taką tematykę, jak i bardzo sceptyczni. W miejscu, w którym rozmawiamy w przeteatralnej kawiarni Nasza Warszawa na cegłach jednej ze ścian wypisane są nazwiska znanych aktorów, którzy już odeszli. Są tu wymienieni Aleksander Zelwerowicz, Hanna Bielicka, Tadeusz Łomnicki, Jeremi Przybora, Aleksandra Śląska, profesor Aleksander Bardini oraz dziesiątki innych, którzy dla teatru i Warszawy zrobili wiele ważnych rzeczy. Dzień po śmierci Adama Hanuszkiewicza, z którym miałem zaszczyt pracować przez długie lata, siedziałem ze swoją żoną Justynką przy jednym ze stolików i piliśmy herbatę. Była godzina 14.00, a więc żadne nocne klimaty, które ponoć sprzyjają duchom. Rozmawialiśmy. Trzymałem filiżankę w dłoni, a spodeczek stał na szklanym blacie stolika.
Powiedziałem, wskazując na jedną z cegieł: "Justynko, ta będzie dla pana Adama." W tym momencie spodeczek podjechał w moim kierunku o przynajmniej 10 centymetrów. Żona nie zdziwiła się. Ona wie, że tu w teatrze są to zjawiska normalne. Świadkami wydarzenia były jeszcze dwie kelnerki. Jedna z nich powiedziała wówczas: "O, panie Emilianie, a wczoraj to gitara wisząca na ścianie tak tańczyła, że dopiero się przestraszyłyśmy". Takich wydarzeń jest tu naprawdę sporo. Dzień przed katastrofą smoleńską również zdarzyło się coś niezwykłego. Kiedy 9 kwietnia około południa przyszedłem na próbę, zastałem mocno pobladłą Kasię, scenografkę. Trzech maszynistów też miało takie niewyraźne miny. Kiedy zapytałem, co się stało, usłyszałem: "Panie Emilianie, skrajne krzesło w pierwszym rzędzie.
Siedzenie porusza się". Byli naprawdę przestraszeni. Uspokajałem ich, bo dla mnie było oczywiste, że to emanacja energii, które tu krążą. Nie miałem oczywiście świadomości, co wydarzy się następnego dnia. Nie wiem nawet, czy istniało jakiekolwiek powiązanie. Należy jednak pamiętać, że kilkanaście osób z rozbitego samolotu miało być 12 kwietnia na premierze przedstawienia Apel Kadyński. A wracając do tematu duchów, często mówi się o jakimś miejscu, że w nim straszy. Oczywiście przodują pod tym względem stare zamki. W nowych blokach duchy są raczej rzadkością. Z drugiej strony w nowych teatrach nie udają się sztuki.
Natomiast w miejscach z tradycją przedstawienia wychodzą lepiej. Ta kamienica ma 108 lat. Bardzo wiele przeżyła, zwłaszcza w czasie okupacji. Mieszkający tutaj Żydzi zostali wywiezieni do Treblinki, a następnie trafili do komór gazowych. Bardzo możliwe, że ich dusze tu wróciły i na zawsze zostały. Może stąd wziął się Bolek oraz towarzyszące mu hałasy, tajemnicze kroki, cienie w lustrze. Ja również takie cienie widziałem. Jednak w przeciwieństwie do wielu ludzi, mnie takie zjawiska nie dziwią. W swoim życiu miałem sporo przypadków niezwykłych wydarzeń i już dawno przestały mnie one szokować. Przyjmuję je i traktuję jako normalny element naszej rzeczywistości.
Mówi pan o czakramie, o medytacjach. Rozmawiamy o duchach, ale zwrot "zjawiska paranormalne" budzi pana zdecydowany sprzeciw. Dlaczego? Bo nie istnieją zjawiska paranormalne. Absolutnie nie. Nazwa jest błędna i nie oddaje ich istoty. To nie są zjawiska paranormalne, tylko zwyczajna fizyka. Proponuję popatrzeć na rozmaite fenomeny w zupełnie odmienny sposób niż dotąd. Teraz rozmawiamy. Przede mną leży reporterski dyktafon.
Pan ma na ręku zegarek, a na nosie okulary. Czy ja w to wierzę? No wierzę, bo widzę te przedmioty. Ale gdybyśmy żyli w średniowieczu, to prostą konsekwencją pojawienia się dyktafonu byłoby oskarżenie nas o czary i stos za ich uprawianie. Człowiek ma problemy z zaakceptowaniem takich zjawisk, jak opisałem wcześniej. W głowie nie mieści mu się, że manifestacje energii, które my określamy czasami mianem duchów, mogą być czymś zupełnie naturalnym. A moim zdaniem to część naszego świata, która z czasem zostanie opisana przez naukę. Zwierzęta i rośliny nie mają takich problemów jak ludzie. One żyją w świecie telepatii oraz zjawisk, które my określamy tylko z racji nie więcej jako paranormalne. Bociany z jakichś powodów spotykają się w jednym miejscu.
Nie mają telefonów komórkowych, a jednak gromadzą się na swoje przedodlotowe sejmiki. Aborygeni potrafią wysyłać sygnały na odległość kilku tysięcy kilometrów. Ja sam doświadczam kontaktów pozazmysłowych. Zresztą chyba większość ludzi miała w życiu tego rodzaju sytuacje, że w chwili, kiedy pomyśleli o jakiejś osobie, otrzymywali od niej SMS-a albo dzwonił telefon. Moim zdaniem nie ma w takich zjawiskach nic nadzwyczajnego. Wprawdzie nie opisała ich jeszcze nauka, ale to tylko kwestia czasu. Jakieś dwa lata temu ukazała się praca naukowa biologów z Poznania. Można dowiedzieć się z niej, że drzewa mówią, pamiętają, mają pamięć białkową. Porozumiewają się nie tylko z innymi drzewami, ale również ze zwierzętami. Mogą to robić dzięki telepatii.
Cała struktura lasu to wielki, dobrze nastrojony mechanizm. Te wszystkie informacje znajdują się w pracy naukowej. A przecież większość ludzi w dalszym ciągu skłonna jest traktować drzewa jak przedmioty. No, może nie wszyscy. Ostatecznie skądś wzięło się praktykowane przez niektórych przytulanie się do drzew, ale mimo to trochę nie wierzymy temu, co przecież podświadomie wyczuwamy. To tak, jakbyśmy nie w pełni ufali samym sobie. Wielu ludzi nie dopuszcza do świadomości pewnych faktów. A ileż to razy słyszeliśmy w życiu taką frazę: "U tej pani rośliny dobrze rosną, bo ona ma pogodny charakter, a w dodatku z nimi rozmawia". Ale taka rozmowa nie zawsze musi być łagodna. Kiedyś posadziłem w swoim ogrodzie jabłonkę.
Piękna papierówka. Drzewo wyrosło wspaniałe. Problem był jeden. Latami prawie nie miała owoców. Jak pojawiło się jakieś jabłuszko, to marniutkie i małe. Ponieważ kołatał mi się po głowie przykład chłopa bijącego jabłonkę batem, żeby rodziła, to postanowiłem skorzystać z tej podpowiedzi umysłu. Dla zabawy wziąłem do ręki siekierę i podszedłem do drzewa Powiedziałem: "Popatrz co ja tu mam, cholero". Mówiłem nawet gorzej, ale ponieważ wywiad będą czytały również damy, więc daruję sobie szczegóły. W dalszej części mojej rozmowy z jabłonką stwierdziłem: "Dałem ci szansę, a ty co? Widzisz, to jest siekiera.
Jak nie urodzisz mi jabłek w przyszłym roku, to cię zetnę. Z korzeniami wyrwę. Rozumiesz? Uważaj na mnie. Nie żartuję". W następnym roku drzewo było obsypane pięknymi, dorodnymi jabłkami. Można powiedzieć, że to zbieg okoliczności. A może jednak mnie słyszała? Może nie do końca rozumiała, ale mogła wyczuwać zagrożenie. Pojęła intencje człowieka z siekierą, który jej grozi.
Podobnie jest z moimi psami. Miałem psa, Czwartka. Ile razy było tak, że tylko o czymś pomyślałem, a on wykonywał moje polecenie. On odbierał. On ze mną rozmawiał. Zresztą drugi Czwartek, następca pierwszego, zachowuje się tak samo. Jakby dusza z jednego psa przeszła na drugiego. Jeśli kogoś razi słowo "dusza", dobrze, niech będzie "energia". Te psy naprawdę zachowują się identycznie. A wracając do problemu zjawisk paranormalnych.
Uważam, że nazwa jest absolutnie błędna. Powtarzam: to są zjawiska najzupełniej normalne. Najzupełniej. Natomiast to nasze postrzeganie w wyniku ewolucji i rozwoju kulturowego ludzkości przestało być normalne. My już nie kontaktujemy się z naturą w taki sposób, jak to bywało kiedyś. To wygląda tak, jakbyśmy przestali być częścią przyrody. Oczywiście nie wszyscy. Uważam, że mnie udało się utrzymać kontakt z naturą i szczycę się tym. Ale proszę sobie wyobrazić, że są tacy, którzy twierdzą, iż powinienem się tego wstydzić. Nie, nie wstydzę się.
Moimi braćmi są zwierzęta i rośliny. Ludzie oczywiście też, ale specjalnie wymieniam ich w drugiej kolejności. Przyroda jest mi dużo bliższa i chyba bardziej ją rozumiem. Z ludźmi różnie bywa. Nie wszystko jest dla mnie jasne w ich zachowaniu. Zbudowali sobie świat, którego nie są w stanie ogarnąć rozumem. Człowiek, dążąc do szczęśliwości, zaczął robić to za wszelką cenę. Kultura materialna nazwała szczęśliwością pieniądze. To wielki błąd. "Mieć" już dawno przelicytowało w naszym świecie "być".
Bardzo wielu ludzi ma taki właśnie problem ze swoim życiem. Wydaje im się, że gromadząc dobra materialne uzyskają szczęście. Nie. Z całą pewnością nie. To bardzo zła droga. "Mieć" nigdy nie prowadzi do "być". Nigdy. Prowadzi tylko do pozorów "być". A kto wie, czy takie samooszustwo nie jest znacznie gorsze od otwartego powiedzenia sobie: "Stawiam tylko na mieć". Zwierzęta ocaliły pana od śmierci.
Tak. Miałem dwa i pół roku. W Sylwestra uciekłem z domu. Zresztą ja często uciekałem. Taka natura. A wówczas uciekłem dlatego, iż moja babcia powiedziała, że jeśli będę broił, ona za karę wsadzi Babę Jagę do worka, zaniesie ją nad Świder i wrzuci do wody. To była poważna groźba, bo Baba Jaga była moją bajkową ulubienicą. Ta postać po prostu mnie fascynowała. Oczywiście nie wytrzymałem i coś tam zbroiłem, bo ja broiłem okrutnie. Mając poczucie winy poszedłem uwolnić Babę Jagę nad rzekę.
Mieszkałem wówczas z rodziną w Józefowie. Brzeg rzeki to były kompletne ugory, a tu w dodatku wieczór i trzaskający mróz sięgający dwudziestu kilku stopni. Byłem dzieckiem. Moje szanse na przeżycie w takich warunkach były naprawdę niewielkie. Proszę sobie wyobrazić, że para idąca na zabawę sylwestrową do Otwocka dostrzegła w świetle księżyca wielką sforę psów i usłyszała dziecięcy śmiech czy płacz. Zainteresowali się. Ujrzeli dziecko w otoczeniu psów, które grzały malca swoimi głodnymi ciałami. Niesamowite. Przecież sfora bezpańskich psów gromadzi się wówczas, kiedy zwierzaki są głodne. Łatwiej jest im polować, a tu miały smaczny kąsek, bo niewątpliwie tak właśnie mogły na mnie patrzeć.
Jak na dobre, świeże mięsko. Tymczasem one nie zrobiły mi krzywdy. Przeciwnie, ocaliły mnie. Tak naprawdę to dały mi drugie życie. Miałem przecież wszelkie szanse, żeby zamarznąć. Opiekowały się mną tak bardzo, że nie chciały mnie oddać. Mężczyzna musiał podrażnić psy, a kiedy część za nim pobiegła, kobieta zdołała mnie odebrać z sforze. Całe to zdarzenie bardzo trudno wytłumaczyć w sposób wyłącznie racjonalny. Tam, nad Świdrem zdarzyło się coś naprawdę niezwykłego. Co się zadziało w głowach tych zwierzaków?
Kim tak naprawdę były? Głodne psy nie potraktowały mnie jak pokarm. Chroniły mnie. A przecież dzięki mnie mogły zaspokoić swój głód, przeżyć. Nie wiem, co się stało później z tą sforą, ale można powiedzieć, że zaciągnięty wówczas dług spłacam do dzisiaj. Opiekuję się zwierzętami. Opiekuję się również ludźmi. W tej kolejności? Proszę się nie gniewać za takie zestawienie. To naprawdę nie ma znaczenia.
Dla mnie nie ma różnicy pomiędzy żyjącymi bytami. Człowiek, zwierzę, drzewo to są osoby stworzone przez Boga, przez naturę i należy im się szacunek. Uważam, że nie można przejść obojętnie obok człowieka, któremu coś się stało. Ale nie ominę również cierpiącego psa. Nie przejdę obojętnie obok rośliny, którą ktoś porzucił na ulicy. Więcej. Nie odwrócę głowy od zwłok zwierzęcia, które leży na drodze. Ostatnio wracałem z Wilna. Na szosie leżał martwy lis. Siedziały na nim wrony.
Zatrzymałem samochód, wziąłem rudego za wspaniałą kitę i zaniosłem do rowu. Nie chciałem, żeby jego ciało rozjeżdżały samochody. A wszystko to niestety przy akompaniamencie ryczącego klaksonu z samochodu rodaka. Facet stanął za mną i pokazywał, że jestem idiotą. Tak, ale jeśli jestem idiotą, to dla niego. Dla siebie robię to, co każe mi moje sumienie. Opowiem jeszcze jedną historię, która jest dla mnie ważna. Pewnego razu wracałem ze sklepu. Mijałem głęboki dół, z którego wcześniej wybierano piach, a później rzucano do niego różne śmieci. Spojrzałem w tamtym kierunku i pomiędzy odpadkami dostrzegłem leżącego psa.
Zaskoczyłem do niego. Nie wyglądał dobrze. Miał zaropiałe oczy, zmechaconą sierść. Konał. Umierał. Poczułem się bezsilny. Bardzo chciałem mu pomóc, ale nie wiedziałem jak. Miałem ze sobą bułki, ser oraz mleko. Klęknąłem przy nim i zacząłem podsuwać mu pod nos jedzenie. Trochę się obawiałem, bo miał nieco piany na pysku.
Naturalna obawa, czy zwierzę nie jest wściekłe. Ale gdy spojrzałem mu w oczy, były pokorne. Z całą pewnością nie miał wścieklizny. Nie chciał jeść. Wąchał i odwracał głowę. Przez cały czas mówiłem do niego: co ci jest? W pewnym momencie spojrzał na mnie. Położył swoją biedną głowę na moim kolanie. Przez cały czas patrzył mi w oczy. W pewnym momencie westchnął ciężko i umarł.
Długo potem myślałem o tym zdarzeniu. On nie chciał jeść ani pić. Chciał godnie umrzeć. Pragnął umrzeć z człowiekiem. Nie chciał umrzeć w śmietniku, do którego ktoś go prawdopodobnie wrzucił. Chciał poczuć bliskość innej istoty. Ta historia ściśle łączy się z inną, również bardzo dla mnie ważną. Opiekowałem się kiedyś panią Teresą Podwysocką. To była kobieta, której życie stanowiło najlepszy dowód na to, że tak zwana parapsychologia, czy też paranormalność, jest tak naprawdę normalnością. Ona prowadziła w snach rozmowy z mężem, który zmarł wiele, wiele lat wcześniej.
To były rozmowy prorocze. Dzięki nim pani Teresa przewidziała powstanie Solidarności, upadek Związku Radzieckiego. Skąd to wszystko wiedziała? Od męża. Wiele razy słyszałem, jak powtarzała: był Antoni i powiedział to, to i to. Ot tak, po prostu. Traktowała to jako rzecz najzupełniej normalną. Panią Teresą opiekowałem się przez 18 lat, do końca jej dni. Ostatniej nocy, to był luty, czuwałem przy niej. Pisałem sztukę, popijając nalewkę z czeremchy.
Co pewien czas pani Teresa budziła się, siadała i pokazywała mi, żebym włączył światło. Włączałem lampkę, żyrandol. Ale to nie było to. Nie była zadowolona. A potem znowu traciłem przytomność. To powtarzało się ze trzy razy. Umarła o brzasku. Przyjechał lekarz, aby stwierdzić zgon i zapytałem go o zachowanie mojej podopiecznej. Chciałem zrozumieć, o co jej chodziło. Usłyszałem: Emilian, ona pokazywała ci, że jest już gotowa.
Gotowa na śmierć, ale czeka na światło. Gdybyś zapalił lampę za oknem, tworząc sztuczny blask, to umarłaby wcześniej. Ona pragnęła odejść w światło. Nie chciała odejść w ciemność. Nie pierwszy raz spotykam się z takim przypadkiem. I teraz proszę mi powiedzieć, jaka jest różnica pomiędzy pieskiem na dnie dołu i wspaniałą panią Teresą? W obliczu śmierci naprawdę jesteśmy tacy sami. Dlatego czuję, że nie mogę różnicować bytów, z którymi się spotykam. Oczywiście tak jest ułożony ten świat, że zwierzęta są nam, ludziom, podległe, ale to jeszcze nie powód, aby ową podległość bezwzględnie i bezdusznie wykorzystywać. Czy ma pan jakichś przewodników duchowych?
Postacie, które są dla pana ważne? Bardzo ważną postacią jest dla mnie Jezus. Niezwykle interesuje mnie historia tego człowieka i to, co z niej wynika. To był wielki mędrzec, wielki filozof, Syn Boży, tak jak każdy z nas. Jak zwierzęta, rośliny. Jego nauki są dla mnie niezwykle ważne. Uważam, że współczesny człowiek bardzo często zapomina o ich istocie, zadowalając się powierzchowną interpretacją. A że może być ona bardzo myląca, na to wskazuje historia i to, co przez wieki wyprawiano na całym świecie z naukami Jezusa. Nie chcę tego analizować, ale warto nad tym pomyśleć. Bardzo ważnymi osobami są dla mnie święty Franciszek i ksiądz Jerzy Popiełuszko, którego miałem zaszczyt znać osobiście.
Wspominał pan wcześniej o medytacjach. Tak. Medytuję dużo i od dawna, właściwie od dziecka. Medytowałem już wówczas, kiedy jeszcze nie znałem tego pojęcia. Doszedłem nawet do pewnej wprawy. W ciągu kilku sekund potrafię znaleźć się wewnątrz siebie. Nikt nigdy mnie tego nie uczył, a jednak potrafię. Kiedyś z własnej woli zostałem w teatrze na cztery dni i cztery noce. Wymyśliłem sobie taką ascezę o chlebie i wodzie. Wyłączyłem światło.
Paliły się tylko świece. Miałem koc, poduszkę i spałem na scenie. Medytowałem. Uważam, że takie odjazdy od rzeczywistości są człowiekowi potrzebne. Zbyt wielki zgiełk nas otacza. Zbyt wiele wokół nas komórek, telewizorów, tabletów. Czasami warto zanurzyć się w spokoju. Wytrzymałem trzy dni i trzy noce. Potem zemdlałem. Pojawił się Bolek?
Bolek? Cała widownia Bolków. Sam nie wiem, czy to była jeszcze jawa, czy już sen albo wizja. Tłum cieni patrzył na mnie, a kilka z nich pokazało nawet twarze. To właśnie od nich usłyszałem parę bardzo ważnych zdań dotyczących mojego życia, które sprawdziły się i sprawdzają w dalszym ciągu. Nie, nie zdradzę, o czym była mowa. To był przekaz tylko dla mnie. Są rzeczy, których ujawniać nie wolno.
[03:33:45] - Tak, proszę państwa, trzeba przyspieszać, bo już zaczyna robić się późno. I tak pewno nie skończymy zbyt wcześnie, ale się trochę zbierzmy w sobie. Teraz przed państwem Mirosław Gołuński, nasz nieodżałowany recenzent. Tym razem w „Labiryncie książek” posłuchacie państwo o książce „Blizna” China Miéville'a. I cóż, więcej nie będę mówił, bo najlepiej zrobi to Mirosław Gołuński. Zapraszam.
[03:34:38] - Dzień dobry. Może dobry wieczór. W końcu jak zawsze nie wiadomo, kiedy macie państwo czas, żeby tę audycję odsłuchać. Dzisiaj zapraszam państwa w dziwny korytarz mojego labiryntu książek. Korytarz, do którego przyznaję, zaglądam zawsze z uwagą, ale też z dużym napięciem, bo chcę państwu przedstawić powieść pisarza, który jest bardzo specyficzny. Bohaterem dzisiejszego wieczoru albo poranka jest China Miéville. Nim przejdę do powieści, o której będę mówił szerzej, czyli „Blizny”, chciałbym ją i samego pisarza usytuować nieco w pejzażu literatury, zwłaszcza fantastycznej, ponieważ u nas już się zadomowił. Tłumaczony jest regularnie, ale ciągle mam wrażenie, że nie do końca rozumiemy jego prozę. China Miéville urodził się w 1972 roku, jest więc zaledwie rok starszy ode mnie. Jest urodzonym londyńczykiem, socjologiem z wykształcenia, od wielu kadencji radnym miasta Londyn, ale też gejowskim aktywistą.
Bycie aktywistą gejowskim akurat niezbyt wpływa na jego twórczość. Tak naprawdę oczywiście ślady nieheteronormatywności pojawiają się w jego utworach, ale zwykle dyskretnie, w tle. Nie one stanowią kluczowy temat jego opowieści. To, co jest ważne dla China Miéville'a, jak sądzę, interesujące może być dla państwa to, że mimo że jest londyńczykiem uważanym za, obok Zadie Smith, jednej z najlepszych pisarek współczesnych, za przedstawiciela takiej prawdziwej londyńskiej literatury, chociaż bezpośrednio o Londynie napisał tylko „Krakena”, wyśmienitą powieść zresztą, i „Londyn. Londyn”, książeczkę dla dzieci, to on sam pisze powieści z jednej strony mocno polityczne. Przynajmniej jeden, co nie udaje, że politykiem nie jest, co nie udaje, że literatura nie jest polityczna, bo jest. Z drugiej natomiast, mimo że jest londyńczykiem, kocha Paryż. Jego ostatnia powieść z w Polsce opublikowanych, „Ostatnie dni Nowego Paryża”, to prawdziwy hołd dla międzywojennego, a zwłaszcza dla lat 30., dla surrealizmu tamtego regionu. Z kolei powieść, którą dzisiaj będę państwu analizował, bo powoli się do niej zbliżam, jest hołdem dla naszego pisarza Josepha Conrada. Dlatego, że „Blizna” w dużej mierze jest nowoczesnym „Jądrem ciemności”.
Za chwilę do tego dojdziemy. Najpierw usytuowanie samej „Blizny”, ponieważ nie jest to pierwszy tom serii, ale każdy z tomów w tej tetralogii można czytać jako osobną powieść. Tetralogię tworzą po kolei: „Dworzec Perdido”, „Blizna”, czyli drugi tom, „Rada Żelaznej Pięści” oraz „Toromorze”. Tym, co organizuje świat wszystkich tych tomów, jest punkt odniesienia. Jest nim miasto Nowe Corbuson, co oczywiście znów odsyła do Paryża, ponieważ Corbusier to słynny projektant i architekt, który zaplanował Paryż XX wieku i go opisał. Więc znowu mamy takie mocno paryskie reminiscencje w jego twórczości. Sama „Blizna” jednak to opowieść o podróży. Na samym początku powieści Bella Caldwine, Bellis Caldwine — tak dokładnie nazywa się główna bohaterka tej powieści — ucieka z Nowego Corbuson, ponieważ jest przeciwniczką władzy. Corbuson to takie miasto międzynarodowe, a jednocześnie mocno uwikłane we wszystkie możliwe patologie kapitalizmu. China Miéville jest naprawdę mocnym lewakiem, jakbyśmy w Polsce powiedzieli.
Na pewno jest bardziej na lewo niż lejburzyści czy liberałowie. Ucieka z miasta, wypływa na morze i nagle jej okręt, którym płynie, zostaje porwany przez piratów. Ale to nie są zwykli piraci. Wraz ze statkiem zostaje przyłączona do wielkiej pływającej wyspy i w tym momencie zaczyna się jej — i nasza razem z nią i razem ze statkiem i jego załogą — niezwykła, szalona, pełna niespodzianek podróż do jądra ciemności. Tym razem nie jest ono zlokalizowane w głębi Konga. Kurz jest, ale sami będziecie państwo musieli rozpoznać. Natomiast jest ono dosłownie na końcu świata. Morskiego świata. Bellis jest oczywiście Marlowem, oczywiście kobietą. To ma pewne znaczenie, ponieważ tak jak Marlow Musiał radzić sobie w Afryce, co oczywiście dla mężczyzny było łatwiejsze niż dla jakiejkolwiek kobiety.
Przypominacie sobie państwo na pewno jedną z ostatnich scen "Jądra ciemności", w którym Marlow przychodzi do narzeczonej, teraz już właściwie półwdowy po Kurtzu i nie potrafi jej powiedzieć, co stało się z Kurtzem, ponieważ uznaje, że kobieta nigdy nie zrozumie, czym jest obdarcie zachodniej politury kulturowej człowieka Zachodu. Bellis musi to przyjąć na siebie. Musi, tak jak Marlow, rozpoznać własną sytuację egzystencjalną. Oczywiście Marlow natykał się na prawdziwych, w sensie realności, przeciwników, czyli najpierw szefa faktorii handlowej, potem atakujących ich z wybrzeży rdzennych mieszkańców Afryki. Wreszcie musiał się zmierzyć z Kurtzem, być może samym sobą i tym, czym mógłby się stać, gdyby tam dłużej popracował. Bellis nie musi przejść ostatniego etapu. Bellis właśnie jako kobieta nie musi mierzyć się z samą sobą, bo jak pokazuje nie tylko Miville, ale również on, kobiety świetnie się znają i świetnie same siebie rozumieją. A mimo to, by zrozumieć rzeczywistość, musi odbyć tą niezwykłą podróż. Podróż na przedziwnej wyspie złożonej z tratw statków, na której trwa rywalizacja między poszczególnymi częściami okrętu. To jest oczywiście absolutnie część fantastyczna, ale wpisane są w nią bardzo głębokie przemyślenia ideowe.
Bardzo głębokie podziały, którym ulega statek, które trwają na tej wyspie, są podziałami klasowo-społecznymi. Nie tylko dlatego, że mamy mieszkańców, którzy wychodzą się z różnych poziomów społecznych. Mamy tam również ofiary represji z Corbusą. Otóż z Corbusą wyroki były wykonywane w ten sposób — i to jest taki element transhumanistyczny w twórczości Miville'a — że przyszywano ludziom fragmenty maszyny do szycia albo rury. Tworzono ludzi potwory w ramach kary za nawet najdrobniejsze przewinienia. Niektórzy z tych ludzi lądują również na tym statku, bo zostali porwani. Oczywiście największy strach wzbudza jeden statek, na którym żyją wampiry. Bo oczywiście wyobraźnia Miville'a nie zatrzymuje się na ludzkich postaciach, na posthumanizmie. On oczywiście korzysta z całą radością tworzenia, z całego anturażu, jaki może uczynić, wykorzystując i fantasy, i SF. Problem, który zawsze mam z Miville'em, jest taki, że u niego idea i worldbuilding, czyli światotwórstwo, stoją zwykle powyżej akcji utworu.
Dla niego czasami ta fabuła jest trochę pretekstowa. To nie jest tak, że on nie tworzy spójnych opowieści, ale one jakoś czasami kuleją. Ale w "Bliźnie" i w "Ambasadorii", moim zdaniem dwóch najlepszych powieściach Miville'a, tak absolutnie nie jest. W obu tych powieściach, a zwłaszcza w "Bliźnie", mamy pełną akcję napięcia, wiele zwrotów sytuacji. Miville zresztą oprócz tego, że składa hołd Conradowi, odwołuje się w ramach tej niezwykłej podróży, którą odbywa na tym statku-wyspie czy wyspie-statku Bellis, odwołuje się również do całej plejady angielskich pisarzy, zwłaszcza oświeceniowych, ponieważ od czasu do czasu wyspa zbliża się do innych wysp, takich bardziej stacjonarnych i spotkania z mieszkańcami tych wysp są trochę jak, nie przymierzając, podróż Guliwera. Oczywiście nie do końca tak to wygląda. Są aluzje intertekstualne, osoba, która zna erę, a nie tylko te dziecięce, o których zwykle się mówi, bez trudu rozpozna aluzje, ale on też tworzy własne wyspy. Jedna z wysp jest dość niezwykła, ponieważ wychodząc od świata przyrody, co Miville też bardzo lubi, pokazuje, że mężczyźni i kobiety na tej wyspie żyją jakby osobno, dlatego że kobiety są niczym komarzyce. Są to potężne istoty, które fruwają, które ssą krew, dosłownie, również własnych mężczyzn. Natomiast mężczyźni to takie próbujące myśleć, ale kiepsko im to idzie, niefruwające istoty, do których docierają podróżnicy, którzy ostrzegają ich, chociaż też im nie najlepiej wychodzi.
Oni są takimi filozofami, takimi bezradnymi wobec bardzo agresywnych, ale świetnie zorganizowanych kobiet. Oczywiście to odwołanie do świata owadów jest tutaj oczywiste. Nieoczywiste jest to, że kobiety możemy uznać za jakiś rodzaj Amazonek. Natomiast będące myślicielami samce to na przykład mieszkańcy latających wysp z trzeciej podróży Guliwera. Właśnie filozofowie, którzy nie wiedzą, co się wokół nich dzieje. Tak więc nawet już na tym prostym przykładzie państwo widzicie, cała ta wyprawa, w której uczestniczy Bellis, to wyprawa w głąb społeczeństwa. Tym chyba się różni od Conrada, bo jednak gdzieś tam głęboko, poza oczywiście tymi ważnymi wątkami kolonialnymi w "Jądrze ciemności", ważne jest spotkanie i ważne jest ja. Marlow mówi o swojej wyprawie i tak naprawdę Kurtz, do którego Marlow wreszcie dociera, jest bardziej złą i ciemną wersją chyba jednak Marlowa niż samodzielną postacią. Tak to ja przynajmniej postrzegam, niekoniecznie zgodnie z regułami odczytania tej powieści. Natomiast kolejne spotkania, kolejne elementy Bunt na statku, na tej wyspie statku.
Wreszcie zatrudnienie prehistorycznego, ale magicznego stworzenia, które poprowadzi tą wyspę do celu. Na ten kraj świata, do tego jądra ciemności albo serca ciemności, jeżeli odwołać się do angielskiego tytułu, bo w końcu Melville nie zna polskiego i nie musi, tak jak my tłumaczyć owego „Heart of Darkness” jest bardziej społeczne. Melville'a zdecydowanie bardziej w tej powieści interesują ludzie, interesują interakcje między nimi. Zdecydowanie mniej pojedyncze przeżycia. Chociaż tak jak mówię, akcja bardzo sensacyjna całej opowieści jest również tutaj świetna kompozycyjnie. A więc lektura tej powieści zapewni Państwu ładnych kilka godzin, bo to nie jest chuda powieść. Liczy sobie, bagatela, ponad 600 stron, ale przyznaję, że do ostatniej chwili trzymała mnie w głębokim napięciu. I tym zaproszeniem do lektury pisarza, którego uwielbiam, przyznaję bez bicia. Może nie tak jak Bułhakowa, ale uważam go za pisarza zwyczajnie wybitnego. Żegnam się z Państwem do przyszłego tygodnia.
Do widzenia.
[03:47:12] - Tak. To był Mirosław Gołuński i opowieść o bliźniach. Jak już się zrobił taki literacki nastrój, to coś Państwu powiem. W swoim czasie ukazały się antologie „Rubieże rzeczywistości” — jedynka, dwójka, trójka. Na dniach do drukarni powędruje czwórka. To jest, myślę, dobra okazja, żeby zaprezentować Państwu opowiadanie z drugiego tomu „Rubieży rzeczywistości” w interpretacji Reda Haddada. W starym „Bibliotekarium” był gościem, a teraz będzie kolejny raz gościem. „Rubieże rzeczywistości”, tom drugi. Więcej opowiadań znajdziecie Państwo w Book Radio. Tam tych opowiadań już się narobiło coś na pewno ponad 10, a i w każdym tygodniu przybywają.
A ja zapraszam Państwa dzisiaj na opowiadanie Mai Podolskiej. I tu będę miał problem z tytułem, bo tytuł jest częściowo po niemiecku. Nazwiska są po niemiecku. W każdym razie tytuł: „Pan Hamish i doktor Plüschke”. Jakoś tak. W każdym razie zapraszam. Reda Haddad, „Rubieże rzeczywistości”, tom drugi.
[03:48:54] - Antologia. „Rubieże rzeczywistości”. Czyta Reda Haddad. Antologia „Rubieże rzeczywistości”, tom drugi. Maja Podolska, „Pan Hamish i doktor Plüschke”. Tak samo jak nienawidzę podmiejskich autobusów, nie znoszę latać samolotem. Przerażają mnie lotniskowe procedury, kontrole, prześwietlanie bagaży, pytania, skąd jadę i dokąd się udaję. Czy wiozę jakieś płyny, laptopy, bomby i maczety i po co mi wypchana sroka? Nie chcę rozstawać się z moją walizką, bo nie przeżyłabym jej utraty, ani nie chcę nikomu pokazywać mojego paszportu, bo nie. Ale nie mogę się buntować, więc pokornie zdejmuję buty i pasek.
Pozwalam się obmacywać, a gdy mała żarówka zaświeci oskarżycielsko, przepraszam za kilka głupich monet zapomnianych w kieszeni. Cierpię, gdy staję się mimowolnym składnikiem mętnej masy ludzkiej, rozlewającej się powoli po korytarzach i znikającej w ogromnych wnętrzach samolotów. Niczym na autopilocie przechodzę przez kontrolę paszportową, a potem już tylko daję się zagonić do swojego fotela w samolocie. Cholernie niewygodnego. Nigdy w miejscu, które by mi pasowało i zawsze obok niewłaściwej osoby. Do tej pory pocieszałam się, że inwestycja w słuchawki była najlepiej wydaną kasą w całym roku. Jednak tym razem spotkał mnie okrutny zawód, gdyż padła mi bateria w komórce. Siedziałam zakleszczona pasem bezpieczeństwa, zupełnie bezbronna wobec kakofonii dźwięków atakujących mnie z każdej strony. Ze złością wrzuciłam zdradziecki telefon i słuchawki do torby wsuniętej pod siedzeniem przede mną. Moje nerwowe ruchy wywołały zainteresowanie siedzącego obok mężczyzny.
Jakby mało nieszczęść spotkało mnie do tej pory. „Czy wszystko w porządku?” — zapytał uprzejmie. Był już stary. Miał siwe, przerzedzone włosy, wełniany sweter w romby i brązowe spodnie zaprasowane w kant. Pachniało mdląco lawendą i anyżem. Dlaczego ja zawsze muszę mieć do czynienia ze starcami? Pomyślałam, że to będzie bardzo długi lot. Tak, w porządku, dziękuję. Odparłam grzecznie. Samolot właśnie odrywał się od ziemi.
Ciśnienie zatkało mi uszy, a żołądek zacisnął się ze strachu. Bezwiednie sięgnęłam do podłokietnika między moim a jego fotelem, ale zamiast na plastik natrafiłam na dłoń mężczyzny. Suchą i pomarszczoną, jakby była pokryta złuszczoną skórą węża. Przepraszam, nie chciałam. Próbowałam coś powiedzieć, ale nie słyszałam swojego głosu i czułam, że zaczynam. Spokojnie. Proszę się nie bać. Zaraz wejdziemy na nasz poziom lotu. Proszę otworzyć usta i zatkać uszy. Już lecimy.
Jest dobrze. Mówił do mnie jak do dziecka, które nigdy wcześniej nie leciało samolotem. Miał cichy, zachrypnięty głos. Dokładnie taki, jakim mówią bardzo starzy ludzie. Trzymał mnie za rękę i chociaż normalnie nie znoszę takich poufałości, tym razem przyniosło mi to ulgę. Dziękuję. Nie wiem, co się stało. Przepraszam. To się zdarza. Proszę się nie przejmować.
Niech się pani poczęstuje. Bardzo proszę. Uśmiechnął się i wyciągnął w moim kierunku małe pudełeczko z czarnymi cukierkami. Wzięłam jeden z nich i za chwilę tego pożałowałam. Lawenda i anyż wywołały odruch wymiotny, który z trudem opanowałam. Wytarłam usta i niezauważenie wyplułam cukierka do chustki. Nazywam się Gerard Plishke. Miło mi, że spędzimy ten lot razem. Wyciągnął dłoń w moim kierunku i nie miałam innego wyjścia, jak tylko ją uścisnąć i podjąć rozmowę. Jestem Grace.
Po prostu Grace. Mnie również jest bardzo miło. Wymamrotałam, dyskretnie chowając za siebie dłoń. Wytarłam ją w spodnie, udając, że drapię się po udzie. Czy była pani kiedyś w Szkocji? To bardzo ciekawe miejsce. Zupełnie inne niż reszta świata. Zaczęło się. Dziadek już się rozkręcał. Zaraz wyciągnie album ze zdjęciami i będę musiała podziwiać jego wnuki i prawnuki.
Kurwa, ja to mam szczęście. Nie, nie byłam tam nigdy wcześniej. Odparłam zgodnie z prawdą. Ja byłem dawno temu. Poznałem niezwykłego człowieka, który spędził tam całe swoje życie i właśnie lecę na jego pogrzeb. Choć nasze drogi rozeszły się bezpowrotnie, to pisywaliśmy do siebie regularnie przez ostatnie 35 lat. Doprawdy niesamowita osoba. Poprawił się na fotelu, a ja już wiedziałam, że nie wywinę się od wysłuchania całej historii, starając się, żeby nie zasnąć w trakcie. Jednak gdy zaczął mówić, zrozumiałam, że to nie będzie kolejna bełkotliwa opowiastka starego pierdoły, jakich słyszałam dotąd tysiące. Z każdym jego słowem rósł mój niepokój, choć nie wiedziałam jeszcze, skąd się brał.
Całe dorosłe życie pracowałem jako psychiatra i biegły sądowy. Specjalizacja: przestępstwa popełniane w stanie ograniczonej poczytalności, głównie morderstwa. To brzmi strasznie i proszę mi wierzyć, słyszałem wiele okropnych historii. Moi pacjenci, na oko sympatyczne osoby, często popełniali ohydne zbrodnie nawet wobec tych, którym ślubowali miłość i troskę. Pana Hamisha poznałem w podobnych okolicznościach i był on najciekawszym ze wszystkich moich pacjentów. Niestety do dziś nie wiem, jak wytłumaczyć jego objawy. Moi koledzy po fachu stwierdzili, że to niezwykły przypadek schizofrenii krótkotrwałej. Nie wierzę w to. Pan Hamish zachowywał się normalnie przez cały przebieg śledztwa, obserwacji i pobyt w szpitalu. Spędziłem całe lata, próbując znaleźć rozwiązanie tej zagadki, ale nie udało się.
A teraz pan Hamish nie żyje i jego tajemnica już nigdy się nie wyjaśni. Doktor Plishke spojrzał ze smutkiem na swoje dłonie, które leżały nieruchomo na kolanach. Skierowałam wzrok na jego ręce. Przez krótki moment miałam wrażenie, że patrzę na szpony jakiegoś drapieżnego ptaszyska. A tak właściwie to co on zmalował ten pan Hamish? Zapytałam zaintrygowana. Jego historia zaczęła się od tego, że pewnego dnia ocknął się w jakimś hotelu, nie mając pojęcia, skąd się w nim wziął. Tak jakby nagle dopadł go atak amnezji. Przyzna pani, że to chyba najgorsze z możliwych przebudzeń. Przetarł zaspane oczy i usiadł na łóżku, rozglądając się po pokoju.
Z naprzeciwka patrzył na niego nagi mężczyzna o potarganych włosach i głupim wyrazie twarzy. Boże, przecież to ja! Pomyślał tak, jak pomyślałby każdy na jego miejscu. Monstrualne lustro zawieszone na wprost niego powiększało pokój, w którym i tak wszystko było ogromne. Łóżko, skórzane fotele i okna. Zawstydzony swoją nagością otulił się kołdrą i podszedł do okna. Miasto zbudziło się już na dobre. Wszyscy zdawali się mieć jakiś cel, do którego zdążali i tylko on nie był na swoim miejscu. Ogłupiały i bezbronny w obcym pokoju, w jakimś nieznanym hotelu, z dala od domu. Skulił się i mocniej owinął kołdrą.
Pomyślał, że musi jak najszybciej wrócić do siebie i przypomnieć sobie przebieg wczorajszej nocy. Niestety, gdy dotarł do domu, poczuł się bardzo słabo. Z trudem otworzył drzwi i gdy tylko zamknął je za sobą, osunął się na podłogę w przedpokoju. Potem było już coraz gorzej. Dostał gorączki, a po niej pojawił się ostry ból brzucha, po którym nastąpiły nieskończone wymioty. Pan Hamish był przerażony. Nadal nie przypominał sobie poprzedniej doby, a objawy zatrucia wzmagały jego niepokój. Skurcze żołądka niemal pozbawiały go przytomności. Siedział na podłodze łazienki z głową zwisającą nad muszlą klozetową i czuł, że kolejnego ataku nie zniesie. Nie miał już czym wymiotować.
Nie pamiętał nawet, jak długo tu siedział. Wspomnienia wracały do niego w strzępach, nagle pojawiających się chaotycznych obrazach, bez żadnego ładu i sensu. Powtarzała się w nich dziwna kobieta o czarnych, prostych włosach i mrocznym spojrzeniu. Filiżanki z kawą, ostre promienie światła i ciepło rozchodzące się po całym ciele, jakiego nie doznał nigdy wcześniej. Próbował chwytać te strzępy, zatrzymać je i przyjrzeć się im dokładnie, ale żaden z nich nie zostawał w jego głowie dłużej niż błysk. W końcu wyczerpany wymiotami położył się na podłodze, uspokojony myślą, że przynajmniej jest to jego własna łazienka, a nie jakaś obca w dziwnym hotelu, o którym nigdy wcześniej nie słyszał i nawet nie zapamiętał jego nazwy. Zasnął w okamgnieniu. Pewnie popił z kumplami i film mu się urwał. Próbowałam zbagatelizować te straszne objawy. Może ta historia wcale nie jest taka przerażająca, jak doktor Plischke chciałby, żeby była.
To by było najprostsze wyjaśnienie. Problem w tym, że żaden z jego znajomych nie potwierdził, że spotkali się dzień wcześniej. A proszę mi wierzyć, że szkocka policja przeprowadziła śledztwo bardzo dokładnie i nie pominęli żadnej osoby. Nikt go nie widział, nikt z nim nie rozmawiał. Nikt nie miał pojęcia, co działo się z panem Hamishem przez cały dzień i noc. Na domiar złego, oprócz objawów zatrucia doszły inne, kto wie, czy nie bardziej niepokojące. Nagle poczuł, że nie leży już na zimnej posadzce, ale na miękkim materacu. Czyjaś dłoń delikatnie gładziła go po głowie, a każde muśnięcie było jak ciepły kompres na zdrętwiałym z zimna ciele. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek czuł się tak spokojnie i lekko, może nawet szczęśliwie. Próbował sięgnąć pamięcią wstecz najdalej jak to możliwe, szukając podobnej chwili.
A że znalazł ją na samym początku wszystkiego, gdy jako zwinięty w kłębek embrion rósł w łonie matki. Oddałby wszystko, byle wrócić do tego momentu i znów móc pławić się w cieple wód płodowych, bezpiecznie ukryty przed światem pod warstwami matczynych powłok brzusznych. To był najpiękniejszy sen ze wszystkich kiedykolwiek śnionych przez pana Hamisha. Nagle rozległ się dzwonek telefonu. Ciepła dłoń zniknęła i natychmiast zrobiło mu się zimno i niewygodnie. Wciąż leżał na podłodze łazienki, nagi i wyczerpany, z dziurami w pamięci i gardłem zdartym od wymiotów. Zwalczył pokusę, by zignorować dzwoniący telefon i kontynuować piękny sen. Z trudem otworzył oczy. Rozejrzał się dookoła. Telefon stał na stoliku w przedpokoju.
Bo musi pani wiedzieć, droga Grace, że to nie były jeszcze czasy telefonów komórkowych. Doczołgał się do przedpokoju i sięgnął po słuchawkę. Oczywiście, jak to bywa w takich momentach, gdy tylko udało mu się przyłożyć ją do ucha, dzwoniący, zniecierpliwiony oczekiwaniem, zrezygnował. Mógłby wreszcie położyć się do łóżka i odpocząć, ale rzut oka na leżący obok telefonu kalendarz sprawił, że natychmiast się obudził. Już wiedział, że nieodebrane połączenie zwiastuje konsekwencje o wiele poważniejsze, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Musi natychmiast wziąć się w garść i doprowadzić do porządku. Tajemnica ostatniego weekendu, hotel, czarnowłosa kobieta i dziwne sny przestały mieć nagle znaczenie. Musiał szybko wymyśleć, jak wytłumaczyć żonie, że zapomniał o jej powrocie z sanatorium. A więc była też żona. Oczywiście!
Żona pana Hamisha miała na imię Adela i była dość specyficzną osobą. Jedną z tych kobiet, które w młodości są uważane za ślicznotki pełne uroku i powabu. Utrzymują się w tym stanie do momentu zamążpójścia, gdy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle zmieniają się w pospolite hetery. Tyją, brzydną, a ich powab zamienia się w toporność nie do pojęcia. Nie lubią innych kobiet, nie tolerują rodziny męża, nie chcą mieć dzieci i wydaje się, że ich jedynym celem jest uprzykrzanie życia wszystkim dookoła. Taka była Adela, na nieszczęście biednego Hamisha. Tego dnia, gdy tylko dotarła do domu, rozpoczęła drobiazgowe śledztwo. Wystarczyło jej zaledwie pół godziny, żeby Hamishowi zdawało się, iż przesłuchuje go już całą dobę, a co gorsza nic nie zapowiadało, że zaraz skończy. Nie ufała mu za grosz, nie znosiła, gdy cokolwiek działo się bez jej wiedzy. Jak to nie pamiętasz?
Jak można nie pamiętać, co się jadło dzień wcześniej? Darła się nad głową męża, zupełnie ignorując, że biedak ledwie trzymał się w pionie, tak był osłabiony. Nie pamiętam. Już ci mówiłem. Powtórzył słabym głosem nie wiadomo który raz. Wyrzuty sumienia dokuczały mu coraz mniej, ustępując miejsca złości na żonę, na jej świdrujące spojrzenie, na ton głosu i upór, z jakim próbowała wyciągnąć z niego informacje. Drażnił go kolor jej szminki i zapach słodkich perfum, którymi spryskała się dziś wyjątkowo obficie. Żałował, że nie jest w stanie niczego sobie przypomnieć. Już dawno by jej wszystko wyznał, żeby tylko mieć ją z głowy, żeby wreszcie dała mu spokój. Poczuł, że znowu zbiera mu się na mdłości i wstał od stołu.
A ty dokąd? Nie skończyliśmy rozmawiać! — wrzasnęła za nim oburzona Adela. Klęcząc przed muszlą klozetową pożałował, że uciekł do łazienki. Chciałby zobaczyć minę żony, gdyby zamiast do toalety wypuścił pawia w jej kierunku. Umówiłam cię do doktora Kramera na poniedziałek. To się musi skończyć. Im szybciej, tym lepiej. Wyraz obrzydzenia na twarzy Adeli rozwiał nadzieję, że choć raz zrobiła coś powodowana troską o męża. Niestety dla pana Hamisza wizyta u doktora tylko wprowadziła większy zamęt w jego skołowanej głowie.
Wyszedł z gabinetu i wsiadł do auta. Siedział w nim nieruchomo, wciąż powtarzając w myślach, co usłyszał od lekarza. Rozumiał każde z poszczególnych słów. Nie był przecież idiotą, ale ułożone w sentencje, w jedno zdanie rzucone przez lekarza od niechcenia, niczym nietrafiony żart, nagle traciły sens i stawały się tylko natrętnym dźwiękiem w jego głowie. Dziwna sprawa. Gdyby był pan kobietą, to nie miałbym najmniejszych wątpliwości, że jest to wczesna ciąża. No ale przecież to niemożliwe, nieprawdaż? Więc muszę pana wysłać na badania. Proszę, oto skierowanie. Zapraszam za tydzień z wynikami.
Przez ten czas proszę pamiętać o ścisłej diecie. Żadnego alkoholu, kawy, napojów gazowanych. W recepcji dostanie pan wydruk z zaleceniami. W razie jakichkolwiek problemów proszę dzwonić. Ukłony dla małżonki. Gdyby był pan kobietą. Wczesna ciąża. Hamish powtarzał słowa, które pozornie do siebie pasowały, ale wciąż nie tworzyły logicznej całości. Z pewnością nie w odniesieniu do jego osoby. Czuł się jak ryba wyrzucona na brzeg.
Zrobiło mu się duszno. Nagle zaczęło brakować powietrza, a krople potu pokryły czoło i skronie. Do tego ciągle bolał go brzuch. Nie mógł się jednak ruszyć, by włączyć klimatyzację albo chociaż otworzyć okno. Co powie żonie? Czy ta dziwna kobieta z jego snów ma z tym cokolwiek wspólnego? Może powinien wrócić do hotelu i spróbować przypomnieć sobie, co wydarzyło się tamtej nocy. Kobieta. Wczesna ciąża. Powtórzyłam zamyślona.
Historia zmierzała w jakimś dziwnym kierunku, a ja byłam coraz bardziej zaintrygowana. To brzmiało jak zwykły żart, ale pan Hamish nie był w nastroju do żartów. Nie wyjawił lekarzowi wszystkich niepokojących go objawów. Nie wspomniał nawet słowem o snach, w których zdawało mu się, że wraca do hotelu. O obcej kobiecie coraz mu bliższej i jakkolwiek głupio to zabrzmi, swojej tęsknocie za nią. Nie rozumiał, co wyczynia się w jego głowie i dlaczego nieświadomość płata mu tak okrutne figle. Zapamiętał, że nieznajoma miała przyjemny, niski głos i zadziwiająco cichy śmiech, jakby nie chciała zwracać na siebie uwagi. Jednak nie sposób było przeoczyć ją w tłumie. Wysoka, szeroka w ramionach, solidnie osadzona na mocnych nogach, niczym wyciosana z drewna przez rzemieślnika. Jej twarz też wyglądała na wyciosaną.
Kanciasta, o ostrych rysach, z grubą linią ciemnych brwi i niepokojącym meszkiem nad górną wargą. W innej garderobie mogłaby uchodzić za mężczyznę. I mimo że nie przypominała w niczym kobiet, za którymi pan Hamish oglądał się na ulicy, czuł się w jej towarzystwie lepiej niż z kimkolwiek wcześniej. Był pewien, że nigdy nie zwróciłaby mu uwagi, że za dużo pije albo je jak prostak. Słuchaj, dajmy sobie spokój z tą kawą. Nie napiłbyś się piwa? Rzuciła nagle swobodnie, a on pożałował, że nie spotkał jej dziesięć lat wcześniej, zanim Adela wtargnęła w jego życie. Patrzył, jak biała piana powoli wypełnia kufel. Niemal czuł cierpki smak na języku, gdy nagle poczuł ostry skurcz w brzuchu. Ciąża.
W ułamku sekundy zniknęły kufle, bar i ciemnowłosa kobieta. Znowu mu się przyśniła, podczas gdy cały czas leżał w łóżku z Adelą pochrapującą tuż obok. Ostrożnie, by jej nie obudzić, wstał i poszedł do łazienki, zamykając za sobą drzwi najciszej, jak mógł. Wyjął z kieszeni szlafroka trzy tekturowe pudełeczka i ułożył je na umywalce. Wiedział, że to głupie, ale nie umiał się powstrzymać. Nie zamierzał czekać ani jednego dnia dłużej. Natychmiast musiał pozbyć się tego absurdu ze swojego życia. Coś złego się z nim działo. Bóle brzucha nie mijały. Wciąż miał mdłości.
Na szczęście przestał wymiotować. Oczywiście nie wierzył, że mógłby być w ciąży, ale potrzebował dowodu, żeby skończyć z tą paranoją. Szybko rozerwał opakowanie i wyjął test. Już za chwilę wszystko powinno być jasne. Pół godziny później nadal nic nie było jasne, choć zużył wszystkie trzy testy. Niebieskie kreski skakały mu przed oczami. Wciąż było ich za dużo. Po dwie w maleńkich okienkach, a przecież powinna być tylko jedna. Zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Zastanawiał się, czy coś źle zrobił.
Może nie powinien obśkiwać trzech testów równocześnie, tylko poczekać i zrobić to jeszcze raz rano? A może na stacjach benzynowych sprzedają testy ciążowe? Mógłby po trochu. Mógłby się po cichu wymknąć z domu i dokupić więcej. Pomyślał, że skoro mają w ofercie prezerwatywy, to i testy powinni sprzedawać. Nigdy nie wiadomo, kiedy taki test może być potrzebny. Zwłaszcza że kondomy nie były stuprocentowo pewnym zabezpieczeniem przed ciążą. No tak. Poczułam, że moja twarz zaczyna płonąć ze wstydu. Nie przywykłam do tak swobodnego dyskutowania o kondomach, zwłaszcza z nieznajomymi, do tego tak starymi.
Nie takie dialogi prowadziłam dotąd ze staruchami, więc swoboda doktora Plischke wytrąciła mnie z równowagi. Na szczęście on niczego nie zauważył. Zupełnie nieświadomy mojego zażenowania kontynuował opowieść: Pan Hamish był przerażony, wręcz na granicy histerii. Krążył po łazience jak, nie przymierzając, lew w klatce. Gdy nagle zatrzymał się i spojrzał w duże lustro wiszące nad umywalką. Zaraz, ale właściwie to jakim cudem ja miałbym zajść w tę ciążę? Zapytał sam siebie. No tak, to chyba najważniejsze pytanie. Jak facet miałby to zrobić? Prawie krzyknęłam.
Doktor Plischke spojrzał na mnie z tajemniczym uśmiechem. Zdawało mi się, że jakiś niedobry cień przesunął się po jego twarzy. Przez ułamek sekundy nie był tym miłym i dobrotliwym staruszkiem, ale kimś zupełnie obcym. Przerażającym. Nie zwróciłam na to uwagi. Pomyślałam, że to złudzenie. Jego opowieść wciągnęła mnie i chciałam, żeby już dobrnął do końca. Zaszedł w tę ciążę czy nie? Proszę słuchać dalej. Gdy Adela pojechała w odwiedziny do swojej matki, pan Hamish postanowił znaleźć ten tajemniczy hotel.
Długo kluczył po okolicy. Nie znał adresu, nie pamiętał, jak tam trafił. Przecież po tamtej nocy po prostu wsiadł do auta i odjechał. Ale wreszcie mu się udało. Nigdy nie domyśliłby się, że w takim skromnym budynku, otoczony szczelnie wysokimi tujami mieścił się hotel. Stawiałby raczej na jeden z tych prywatnych domów starców dla emerytowanych oficerów albo dyskretnych klinik medycyny plastycznej, w których znane z telewizji twarze są poprawiane, podciągane albo pompowane botoksem. Niewidoczne od ulicy wejście, brak rzucającego się w oczy szyldu. Zdawało się, że hotel został zaprojektowany specjalnie dla tych, którzy unikają zostawiania po sobie jakichkolwiek śladów. Mógł tu trafić jedynie z nią. Z tą dziwną kobietą.
Postanowił, że musi ją odnaleźć, dowiedzieć się, jak się poznali i czy jest choć cień szansy na to, by mogli przenieść tę znajomość do realnego świata. Siedział w aucie i obserwował wejście do hotelu. Nie działo się nic. Nikt nie wchodził ani nie wychodził. Powoli zapadał zmrok i Hamish poczuł znużenie. Nagle ktoś dotknął jego dłoni. To była ona, ciemnowłosa kobieta. Siedziała tuż obok. Nigdy wcześniej nie byli tak blisko siebie. Przynajmniej on nie pamiętał takiej sytuacji.
Chciał jej zadać tak wiele pytań, ale ona tylko położyła palec na ustach i wysiadła z samochodu, dając mu znak, by podążył za nią. Szedł jak zahipnotyzowany. Nieoczekiwanie znaleźli się w hotelu i pan Hamish rozpoznał recepcję i schody. Po chwili weszli do pokoju z ogromnym łóżkiem, fotelami i wielkim lustrem na ścianie. Tym samym, w które spojrzał, gdy ocknął się tamtego ranka. Tak się cieszę, że jesteś! Krzyknął. Wyciągnął ręce w jej stronę, ale zanim zdążył ją objąć, poczuł uderzenie w głowę i upadł na łóżko. Ocknął się w ciemności. Siedział w samochodzie zaparkowanym pod jego i Adeli mieszkaniem, a na kolanach leżał list i jakiś przedmiot zawinięty w aksamit.
Bolała go głowa i chciało mu się pić. Znowu nie pamiętał, co się z nim działo przez ostatnie godziny. W końcu włączył światło i rozerwał kopertę. Dostałeś ode mnie największy dar. Chroń go przed złymi ludźmi, którzy będą chcieli ci go odebrać. A w aksamitnym woreczku znalazł nieduży srebrny sztylet. A od kogo był ten list? Zapytałam. Nie był podpisany. Co gorsza, o liście zeznawał tylko pan Hamish.
Nikt go później nie widział. Nie udało się go nigdy odnaleźć, choć policja przeszukała całe mieszkanie i samochód. Kamień w wodę. Ale to było później. Tymczasem, jak zeznał, dowlókł się do mieszkania, zażył proszek przeciwbólowy, który natychmiast zwrócił i położył się do łóżka. Cały czas myślał o kobiecie i liście, że tym cennym darem jest ich wspólne dziecko. W końcu zasnął, najpierw chowając list i sztylet pod poduszkę. To jego wersja. Niestety sąsiedzi zeznawali coś zupełnie innego. Mówili o trzaskaniu drzwiami, krzykach i przekleństwach, a potem ciszy, jakby pan Hamish rzeczywiście zasnął.
Ranek przyniósł makabryczne odkrycie. Obudził się w łóżku, a obok niego leżała Adela z poderżniętym gardłem, w którym nadal tkwił srebrny sztylet. Jak to? Zabił ją? Ale dlaczego? Nie przewidziałam takiego zakończenia. Myślałam, że go po prostu zamknęli w wariatkowie. Ale żeby zarżnąć żonę we śnie? Patrzyłam na doktora Plischke i nie wiedziałam, czy ze mnie drwi, czy mówi prawdę. Nagle samolot wpadł w turbulencje i zaczęło nim szarpać na wszystkie strony.
Zrobiło mi się niedobrze i z ulgą przyjęłam szarą papierową torbę od stewardesy. Moje wymiociny miały podejrzanie fioletowy kolor i anyżkowy zapach, ale w tamtej chwili nie zwróciłam na to uwagi. Poczułam senność i nie wiedzieć kiedy zasnęłam z głową na ramieniu doktora Plischke. Ocknęłam się, gdy tylko czyjaś dłoń dotknęła mojego ramienia. Nie zauważyłam nawet, że wylądowaliśmy. Doktor Plischke już wysiadł. W samolocie byłam tylko ja i miłe stewardesy, które sprzątały śmieci spomiędzy siedzeń. Szybko złapałam kurtkę, owinęłam się szalikiem i wyszłam na płytę lotniska. Jeszcze tylko kilka godzin w autobusie i dotrę do celu podróży. Czekając na walizkę zobaczyłam doktora zmierzającego raźnym krokiem do wyjścia.
Złapałam bagaż i pobiegłam za nim. Nie dokończył opowiadania. Niech chociaż powie, czy złapano zabójcę żony pana Hamisha. Ale był zbyt daleko przede mną. Straciłam go z oczu i po prostu zniknął. Stałam bezradnie pośród wszystkich podróżnych biegnących w różnych kierunkach, a każdy dokładnie znał cel, do którego zmierzał i tylko ja jedna wydawałam się być zupełnie nie na miejscu. I wtedy usłyszałam za plecami cichy, niski głos. Odwróciłam się i ujrzałam wysoką kobietę o ciemnych, prostych włosach, grubych, czarnych brwiach, niemal zrośniętych pośrodku czoła. Coś jakby ciemny meszek pokrywało jej górną wargę. Stała przede mną i uśmiechała się przyjacielsko.
„Hej, a może masz ochotę na filiżankę kawy?”
[04:16:44] - Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadar. To był kącik literacki w Bibliotekarium 2.0. A teraz mała niespodzianka, bo kiedy skończyła się rozmowa z Piotrem Cielebiasiem na temat filmów, to myśleliście państwo, że dzisiaj kącik filmowy zakończony? No nie. Właśnie nie. Nie wiem, czy państwo wiedzą, ale w Book Radio ukazuje się co tydzień Telegram z krańca świata. On ukazuje się również w Radiu Paranormalium. Też znajdziecie państwo audycje z tego cyklu.
Normalnie to my sobie z Piotrem Plebaniakiem ględzimy o geopolityce, o wielkiej polityce, o tym, jak elity władzy są podstępne i jak nas tam robią w konia. To najdelikatniej, jak mogę to określić, ale też o pewnych przymusach historycznych, o tym, że pewne rzeczy są poza naszą kontrolą, a nawet poza naszą świadomością. Jednak od czasu do czasu rozmawiamy też na inne tematy. One się oczywiście wiążą z tym, co mówiłem wcześniej, czyli z tą wielką polityką czy też geopolityką, ale w taki bardziej subtelny sposób. W zeszłym roku słuchaliście państwo odcinka przeniesionego do Bibliotekarium 2.0, odcinka Telegramu z krańca świata, który traktował o książkach. A dzisiaj wysłuchacie państwo odcinka, który mówi o filmach oczywiście. Tych filmów nie jest dużo, ale zaręczam państwu, że filmy są znaczące. Dla mnie znaczące i dla Piotra Plebaniaka znaczące. I się okazuje na końcu, że każdy z nas zaproponował jeden film, a potem znaleźliśmy jeszcze taki film, który zafascynował nas obu. Zapraszam zatem państwa na bibliotekaryjne wydanie Telegramu z krańca świata.
Piotr Plebaniak i nasza rozmowa o filmach. Dzień dobry, panie Piotrze. Po dłuższej przerwie.
[04:19:25] - Dzień dobry.
[04:19:26] - Czas feryjny, czas wakacyjny. Wakacyjny to nie, taki zimowo-wakacyjny za nami. Czas wrócić do rzeczywistości. Nie wiem, czy szarej, czy kolorowej. Jeszcze się dobrze nie rozejrzałem. Niemniej jednak zaczniemy ten rok 2023, ja wiem, czy lajtowo? Będziemy mówić o ważnych filmach. To jest kolejna audycja w ramach Book Radia, w której rozmawiamy o takiej tematyce filmowej, bo jeszcze w kilku innych audycjach też te filmy się pojawiają. Znaczy się temat ważny, modny. Nie wiem, co jeszcze mógłbym dodać.
Generalnie umówiliśmy się przed audycją, że opowiemy o filmach, które powinien obejrzeć dzieciak albo młody młodzieniec, albo jakiś licealista czy jakiś dzieciak z podstawówki, po to, żeby wyrósł na osobę odpowiedzialną, świadomą swoich wad i zalet i zdolną do pracowania nad tym, żeby się wad pozbyć, a zalety wzmocnić. Także to będziemy dzisiaj opowiadać. Ja opowiem o jednym filmie i pan Marek, mam nadzieję, jeszcze nie potwierdził tak naprawdę, czy się zgodzi. Ja będę opowiadał o filmie „Pani władca na krańcu świata” z Russellem Crowe'em. A pan Marek? A ja to będzie niespodzianka. Film mam już wybrany. No ale jak się rzekło ja drugi. No to pan zaczyna.
[04:20:58] - Inaczej. Zacznę od promocji swojej własnej książki, czyli „Siła psychohistorii”. Tam w paru miejscach jest eksperyment z ptasim mleczkiem. Słynny eksperyment z ptasim mleczkiem polegał on na tym, dla tych, którzy jeszcze nie znają go, że dzieciakowi, który ma pięć, sześć czy nawet cztery lata, sadza się takiego dzieciaka na krześle, przestole, stawia mu się talerz, na talerz kładzie się mu ptasie mleczko jedno i mówi tak eksperymentator badany: „Słuchaj stary, zjesz to ptasie mleczko od razu, to jest twoje i nikt ci tego z żołądka nie wyszarpie ani z pyska nie zabierze jak jakąś tam piłkę psu. Natomiast jak poczekasz, ja wyjdę i w czasie, kiedy mnie nie będzie, jednak nie zjesz tego ptasiego mleczka- To dostaniesz wynagrodzenie drugie. Dostaniesz nagrodę za co? Za zdolność do samokontroli. Tego oczywiście nie mówi, ale zdradzam puentę. Badacze w rozmaitych wersjach tego eksperymentu, to jest na YouTubie, można sobie zobaczyć Marshmallow Experiment po angielsku, po polsku pewnie też jest. Te dzieciaki oczywiście były filmowane, więc na YouTubie jest to głównie w celach humorystycznych, żeby pokazać ludziom, jak te dzieci męczarnie przeżywają, że zjeść czy nie zjeść, bo dwa to jednak jest więcej niż jeden.
Jak to mówił mistrz Sałkowski: nie mieć jednego ptasiego mleczka i mieć jedno ptasie mleczko to razem dwa ptasie mleczka, parafrazując. Do czego służy ten eksperyment? Żeby wykazać, czy dziecko ma wpojone wartości, a konkretnie jedną wartość, zdolność samokontroli. Oczywiście eksperymentatorzy badali potem przyszłe losy, bo to był eksperyment nie tylko jednoposiedzeniowy, ale długofalowy. Badali, jak potoczą się losy takiego dzieciaka w perspektywie 10, 20 czy nawet 30 lat. Okazywało się, że dzieci, które od dziecka miały myk do samokontroli, wiodły nie tyle szczęśliwsze, ile bardziej pełne większych sukcesów życie, osiągały więcej. W maksymalnym skrócie oczywiście. Natomiast do czego zmierzam? To również w „Siłach psychohistorii” było. Chodzi o to i tutaj będę cytował Krzysztofa Karońka, który stwierdził, że współczesne dzieci, współczesna młodzież nie jest uczona pracy pożytecznej dla innych.
Otóż zdolność do samokontroli, która jest wartością wpajaną międzypokoleniowo, czyli musi istnieć przekaz międzypokoleniowy. Dzieciak to z domu wynosi, tą zdolność do samokontroli. To jest sposób na przemodelowanie pracy układu dopaminowego, układu dyrygującego naszą motywacją do tego, żeby wyrzuty dopaminowe i oczywiście różne inne mechanizmy fizjologiczne zachodzą, które nagradzają pewne określone typy zachowań. Chodzi o to, że wyrzuty dopaminowe są inicjowane nie przez przyjemności cielesne, czyli jedzenie i seks, te najbardziej biologiczne, najbardziej podstawowe, najbardziej proste w osiągnięciu. Tylko te nagrody hormonalne są przyznawane za zachowania prospołeczne. Jak stwierdziłem wprost na kartach książki, już nie będę wymieniał tytułu, bo będą protesty słuchaczy, że za dużo gadam o własnych książkach. Natomiast cała cywilizacja, to, co mówiłem z nauki Konfucjusza, to co jest w Nowym Testamencie, nawet częściowo też w Starym, niektóre porady, to powiedzenie tego samego bez wiedzy o tym, że istnieje coś takiego jak hormony, które w odpowiedni sposób sterują naszym zachowaniem poprzez to, że są produkowane przez organizm w danych sytuacjach. Po to, żeby dzieciaka wykształcić, zsocjalizować go czy też żeby przymusić, bo to jest zawsze pod przymusem, proszę pamiętać. To i Karoń mówił, i w opisujących podręcznikach antropologii czy książkach na temat antropologii i psychologii jest to wprost powiedziane, że socjalizacja zachodzi pod przymusem. Dlaczego?
Dlatego, że oduczamy młodego człowieka czy dzieciaka czerpania przyjemności fizjologicznych, a uczymy, żeby się nauczył czerpać przyjemność, dokładnie satysfakcję konkretnie z rzeczy, które są esencją całej cywilizacji, czyli pracę dla innych czy budowanie swoich własnych osiągnięć, budowanie swojej kariery czy zdobywanie umiejętności, szlifowanie tych umiejętności aż do poziomu mistrza, o ile to jest możliwe i ta wytrwałość jest wystarczająco duża, silna w dzieciaku, wpojona. Podsumowując, tak to wygląda w największym skrócie. Wszystkie te starożytne dzieła mówią dokładnie to samo, natomiast nie posługują się językiem współczesnej psychologii czy fizjologii mózgu, znajomością pojęcia hormon, tylko mówią za pomocą pojęć religijnych, że trzeba pomagać innym, że trzeba powstrzymywać się, nie pożądać żony bliźniego swego i tak dalej. Mówiliśmy już wcześniej o religii, że religia ma nieco inną funkcję, niż twierdzą to uczestnicy debaty na temat religii w życiu współczesnym, we współczesnym świecie i po obu stronach tej debaty. Nie rozumieją tego, moim zdaniem, przepraszam, mogę to powiedzieć. Wracając, podsumowując część teoretyczną, jak tutaj słuchają nas rodzice, to należy dzieciaka sprytnie wychować, żeby nauczyć samokontroli. Ja w swoim życiu oglądałem wiele filmów i czytałem wiele książek, nie ja jeden, bo pan Marek na pewno też. Nie wiem, czy czytał pan kiedyś jakieś książki?
[04:27:24] - Zdarza mi się, wie pan. Tak, ale to wie pan, Bóg Radio prowadzę, to muszę coś czytać.
[04:27:30] - Bo nie ma czasu. Właśnie. A to są teraz takie usługi internetowe, że nie trzeba czytać książki, tylko robią streszczenie i zamiast tam marnować parę godzin, to w pięć minut pan wie, co jest w książce. To jakby ktoś nie wiedział.
[04:27:42] - Tak. Wie pan, najbardziej mnie kiedyś rozbawiła rozmowa z pewnym pisarzem, takim aspirującym właściwie do pisania, jak go zapytałem, trochę skonfundowany tym, co napisał, czy on w ogóle coś czyta? Usłyszałem wtedy, że: „Zaraz, zaraz. Przepraszam, ja piszę książki, to nie mam czasu czytać. Jeszcze mam dwie rzeczy naraz robić.” Pomyślałem sobie, że los tego pisarza będzie ciężki. Chyba jest ciężki.
[04:28:15] - Dobrze, wracając, żarty wszystkie na bok. Kiedyś, na początku polskiego internetu, w roku 1997 postawiłem swoją pierwszą stronę internetową. Byłem strasznie szczęśliwy, jak prosie dosłownie. Zbierałem tam różne sentencje i aforyzmy, fragmenty ciekawych książek, między innymi Orsona Scotta Carda i wielu innych. Natomiast znalazła tą stronę i skontaktowała się ze mną Dorota Terakowska. Dorota Terakowska to jest pisarka, która już nie żyje, a która napisała książkę, która ma wyjątkowo pozytywne wartości do przekazania dla dzieciaków. Moją ulubioną jej książką jest „Córka czarownic”. I w „Córce czarownic” bodajże, nie jestem dokładnie pewien, było takie pojęcie jak kamień życia. To znaczy takie zdarzenie albo koincydencja zdarzeń, które sprawia, że człowiek nagle podąża w swoim życiu zupełnie innym, ale w tym o wiele lepszym, wartościowszym kierunku. I teraz ja decydując, czy film jest dobry czy zły, biorę tylko jedno kryterium: czy w tym filmie są kamienie życia, które są w stanie człowiekowi na przykład otworzyć oczy na jakiś zupełnie wcześniej nieoswojony albo wyparty przez jakieś neurotyczne zachowanie, aspekt rzeczywistości albo zdolność do spojrzenia na wydarzenia albo na swoje własne życie z kompletnie nowej strony.
Są czasem takie spotkania z ludźmi, każdemu się z całą pewnością zdarzyło, które nagle sprawiają, że zmuszamy samych siebie do tego, żeby na własne życie spojrzeć zupełnie inaczej. Albo żeby stwierdzić, że do tej pory nie działaliśmy na 100% wydajności tej samodyscypliny, zdolności koncentracji, zdolności poświęcenia teraźniejszości dla tego, żeby zbudować lepszą przyszłość. Mówię w maksymalnym uogólnieniu w tej chwili. I nagle kontakt z taką osobą sprawia, że katalizuje nas, zmusza do większej dyscypliny i sprawia, że nagle okazuje się, że zaczynamy nowe życie. Tak jakbyśmy na przykład wymienili jakiś stary, zdezelowany samochód na jakiś nowoczesny, generalnie działający tak, jak powinien i z należytym przyspieszeniem. I nagle zaczynamy realizować nasze zamiary, plany, aspiracje. I po tym bardzo długim wstępie, za który nie przepraszam, bo był potrzebny i jest potrzebny, mówię jakim filmem będę teraz operował. Właśnie „Pan i władca na krańcu świata”, czyli „Master and Commander: At the End of the World”. Nie wiem dokładnie, czy to jest ten tytuł, z Russellem Crowe'em. Jest to film, który czasem sobie, jak jeżdżę na motorze, puszczam, żeby posłuchać dźwięków.
Jest znakomicie udźwiękowiony, jest przepiękna muzyka, a przede wszystkim jest pokazany, i tu dochodzę do sedna. Russell Crowe jest kapitanem okrętu wojennego, który w 1805 roku, czyli w czasach wojen napoleońskich, ma ścigać na Atlantyku jakąś francuską korwetę czy też francuski okręt liniowy, który ma przepłynąć Cieśninę Magellana po to, żeby na Pacyfiku zwalczać żeglugę angielską czy też brytyjską. Akcja polega na tym, że na tym okręcie jednym z oficerów jest dzieciak, baron, bodajże syn barona, który ma chyba 10 czy 11 lat. Panie Marku, oglądał pan ten film? Bo przepraszam, nie spytałem.
[04:31:50] - Nie. To wzruszenie dopiero przede mną.
[04:31:52] - To chusteczki należy przygotować, bo to bardzo wzruszający film. A poza tym oprócz tego, jak wszyscy wiedzą, jedna z przyczyn, dlaczego mi się ten film podoba, to po prostu u mnie oczywiście flaki latają w powietrzu, także to też jest jedna z podstawowych cech filmu, które sprawia, że Plebaniec go lubi oglądać. Bardzo przepraszam za to. Znaczy nie przepraszam, bo byłbym hipokrytą, a to już wolę oglądać, jak flaki latają niż żeby się okazało, że jestem hipokrytą. Więc jest tam ten mały dzieciak i to jest chłopak, który po prostu dostaje szkołę życia na tym okręcie. Przypomnijmy, jak działają w ogóle okręty na początku XIX wieku czy w XVIII wieku. Otóż taki okręt wypływa na kilka miesięcy w morze, tak jak to czytaliśmy w opisach opłynięcia całego globu przez Magellana czy dalekich wypraw do odległych miejsc, które realizowali Europejczycy. Na parę miesięcy to jest ich dom. I właśnie ten dowódca, stąd tytuł filmu „Pan i władca na krańcu świata”, bo nie ma większego autorytetu niż kapitan takiego okrętu, który po tej pustce wodnej płynie i płynie, i dzieją się różne rzeczy. W filmie oczywiście jest pojedynek tych dwóch okrętów francuskiego i brytyjskiego.
Co się z tym dzieciakiem dzieje? Otóż w czasie jednej potyczki, to zdradzę, bo to na samym początku, dostaje odłamkiem drewna w rękę i ta ręka musi być amputowana. I kto oglądał, to wie. Natomiast kto nie oglądał, to nie chcę za bardzo też zdradzać. Ten dzieciak po prostu zachowuje się jak dorosły, jest małym dorosłym. W niego jest wpojona odpowiedzialność i rozumienie tego, co się dzieje. I nie wyobrażam sobie, żeby młody człowiek, chłopak, mężczyzna, żeby był wychowany w wartościach innych. Natomiast co do pana Marka się zaraz podpytam, żeby nie było tak, że tylko ja gadam. Jakie wartości powinny być wpojone młodemu człowiekowi, który jest szlachcicem, arystokracją i ma objąć jakąś pozycję władzy? Jakie cechy powinien mieć taki człowiek, kiedy dorośnie?
[04:34:23] - Trzy strzały. Pierwsze to umiejętności przywódcze, tak mi się wydaje. Drugie, umiejętność podejmowania decyzji. Nie na zasadzie takiej, że może w lewo, może w prawo, może prosto, może do tyłu, tylko konkretnie podejmuje decyzje, ale racjonalnie je podejmuje, bez rzutu kostką. Trzecie... A trzecie to nie wiem, to pan mi powie.
[04:34:51] - Na mnie zwalił. To zemsta chyba. Miałem nadzieję, że go ten, a tu proszę bardzo. Taki młody człowiek musi być nauczony. W filmie jest to pokazane, że nie działa pochopnie, umie podejmować decyzje i umie za pomocą rozsądku, tak jakby pan oglądał ten film. W pewnej scenie tuż przed bitwą on chciałby koniecznie razem ze wszystkimi iść dokonać abordażu. Natomiast kapitan, pan i władca, czyli Russell Crowe, którego rola w tym filmie jest świetna, naprawdę postać wykrawana jest po prostu arcydzieło 10 na 10 moim zdaniem. To jest model, który wszyscy naśladują, zwłaszcza te dzieciaki. Co się właśnie dzieje w filmie. Dzieciak krzyczy, prosi, że bardzo chce uczestniczyć w abordażu.
Natomiast Russell Crowe mówi prostą rzecz: „Nie możesz”. Nie miał już wtedy ręki. „Nie możesz iść na abordażu, zostajesz na statku i w czasie, kiedy ja będę w abordażu, ty obejmiesz dowództwo nad jednostką”. Proszę zobaczyć, jak ważna rzecz w umyśle tego dzieciaka się dzieje. Chociaż nie może on naśladować tych ludzi, którzy idą na śmierć, stoczyć potyczkę wręcz w walce na broń białą. Natomiast zamiast tego zostaje mu dana odpowiedzialność przywódcza, odpowiedzialność dowódcy. Zamiast robić rzeczy, które rzeczywiście są bohaterskie, bo naraża człowiek swoje własne życie, to zamiast tego dostaje on najwyższą możliwą odpowiedzialność, czyli przejęcie dowodzenia nad okrętem wojennym. Proszę zobaczyć, jak to bardzo ustawia człowieka. W innym dziele popkultury, czyli w książce, o której już kiedyś opowiadałem, że jest moją ulubioną, czyli „Najazd z przeszłości” Jamesa Hogana. Jest taki fragment, który mówi, że dzieci będą się zachowywały tak, jak będziesz je traktować.
Czyli jak dasz im do zabawy tani plastik, to będą się zachowywały jak małe dzieci zachowują się z tanim plastikiem. Zgubią, popsują, rzucą gdzieś w krzaki albo zrobią cokolwiek nie do końca dojrzałego. Natomiast jeżeli dzieciakowi dasz do ręki bardzo drogi sprzęt warty setki tysięcy dolarów, taka scena była opisana właśnie w filmie, to zaczną te dzieci zachowywać się odpowiedzialnie i zachowywać, to też jest dosłownie powiedziane, jak mali dorośli badający świat dookoła nich, a nie jak dzieciaki, którym się daje zabawkę do zgubienia w pięć minut.
[04:37:26] - Komentarz? Tak. Wie pan co? Komentarz to będzie przy okazji filmu, o którym ja będę opowiadał, bo uznając wszystko to, co pan powiedział, coraz częściej nie mogę przetrawić tego, że człowiek jest w gruncie rzeczy jednak istotą pękniętą. Chodzi mi o psychologię człowieka, że on w sobie łączy, jednak musi łączyć na co dzień pewne cechy. Nie chciałbym, przynajmniej na razie, zabierać panu tej części poświęconej filmowi, o którym pan mówi, więc na razie zamilczę. Później dodam coś na temat tego pęknięcia, które obserwuję i które mnie niepokoi, mówiąc szczerze.
[04:38:20] - Dobra, skoro tak niepokoi, to generalnie już nie będę przedłużał, bo powiedziałem to, co było najpotrzebniejsze w tym filmie, co jest esencją tego filmu. On jest po prostu absolutnie fenomenalny. Dzieciaka trzeba po prostu przywiązać do fotela, jak w „Paradezi”. Zapałki na oczy, te plastry jak w „Mechanicznej pomarańczy”, który jest paskudnym filmem. Ja bardzo go nie lubię. Bardzo negatywnie oddziałuje na mnie. Właśnie, nie oglądam horrorów. To wyjaśnimy kiedyś w następnym odcinku. Absolutnie unikam jak zarazy, jak covida mówiąc konkretnie. Natomiast przychodzi teraz czas na pana Marka.
Jaki to film? Już nie przedłużam mojego, bo wszystko powiedzieliśmy.
[04:39:01] - Okej, to mówię o swoim filmie. Z tym że pewne zastrzeżenie na początek. Ja się, mówiąc szczerze, zastanawiam, pan mnie do tego sprowokował, czy ja jestem jednak do końca normalny, bo polecę państwu w tej chwili film. Ja nie lubię, proszę państwa, musicali. Doprowadzają mnie do szału. W dodatku nie za bardzo lubię ideologię, tak, to chyba już można nazwać ideologią, taką hipisowską. Ona ma swoje oczywiście miejsce w historii, ale mówiąc szczerze, przynajmniej po części została wyprodukowana w tajnych gabinetach i przerzucona na kontynent amerykański. Ja sobie z tego wszystkiego zdaję sprawę, że tam poza masą dobra była masa shitu czy jakkolwiek to określimy. Tak było. Niemniej jednak moim absolutnie topowym filmem jest film „Hair”.
Na podstawie musicalu zrobiony przez mistrza kina, czyli Miloša Formana. Dlaczego? I teraz ja sobie bardzo często zadaję to pytanie: dlaczego właściwie? Czy piosenki fajnie grają? Ja jestem dosyć odporny, mówiąc szczerze, na piosenki.
[04:40:18] - Ja tutaj muszę przerwać. Bardzo przepraszam, ale ja przez ostatnie kilka dni słucham w kółko tylko muzyki z „Gwiezdnych wojen” i kto nie słucha muzyki z „Gwiezdnych wojen” codziennie przynajmniej z jednego filmu, nie jest dla mnie istotą ludzką. Przepraszam, że tak żartuję, ale wtrącę, żeby poprzeszkadzać panu Markowi. Wracamy, przepraszam.
[04:40:36] - Jasne. Tak, czasami soundtracków z „Gwiezdnych wojen” słucham. Natomiast rzecz charakterystyczna, potwierdziło się, kiedy pan mówił o tym, że słucha czasami na skuterze muzyki z filmu, o którym pan mówił. Ja mogę rzucić bardzo podobną historię. Ścieżkę dźwiękową z filmu „Hair” miałem nagraną najpierw na kasetach, później na płycie CD. I też w czasie podróży uwielbiałem tego słuchać, całej ścieżki dźwiękowej, łącznie z listą dialogową. To już świadczy o tym, że jestem dobrze walnięty. Ale dobrze, pociągnę rzecz dalej. Film, jeśli go państwo nie znacie, jest dokładnie tym, za czym nie przepadam, czyli musicalem i jest filmem opowiadającym o grupie hipisów z Nowego Jorku. A co dalej, to już tam nie ma co opowiadać.
I się często zastanawiałem, co jest ze mną nie tak, że ja ten film tak polubiłem. Ja ten film w samym kinie widziałem 20 razy, a to, że miałem go wcześniej na kasecie VHS, teraz mam go na-
[04:41:39] - Panie Marku, to trzeba być jakimś wariatem. Jak można film więcej niż 20 razy oglądać? Słuchacze wiedzą, że ja już się przyznałem też. Dobra, przepraszam jeszcze raz.
[04:41:47] - Nie, to wiadomo. Możemy sobie podać rękę. To w samym kinie 20, a już nie mówię na tym DVD czy wcześniej na VHS-ie, to ja już nie wiem. Nie liczyłem, mówiąc szczerze. Co świadczy o tym, że rękę możemy sobie spokojnie podać. Ale wracam do sedna, czyli co w tym filmie takiego ważnego? I najpierw o tym pęknięciu, bo ja tu z panem Piotrem rozmawiamy bardzo pracowicie, rozkminiamy sprawy tego świata na takim poziomie, nazwijmy go geopolitycznym albo takim poziomie wyższym, gdzie masy ludzkie są troszeczkę traktowane jako coś, co się przerzuca z miejsca na miejsce. Znowu upraszczam bardzo, ale coś, czym się steruje, co jest w ogóle istotne dla cywilizacji. A film „Hair” odwołuje się do jednostki, do czynienia jednostki na przykład wrażliwą, na przykład odpowiedzialną w takim sensie, że jak daję ci, człowieku, słowo, to ja tego słowa dotrzymam, choćbym nie wiadomo jakim wariatem był i ćpał, ale dałem ci słowo. I to słowo jest naprawdę ważne, dlatego, że jest pomiędzy nami relacja.
Nie, nie tylko dlatego. Dlatego, że jesteś drugim człowiekiem i ja to szanuję. I nie deklaratywnie, tylko na takiej zasadzie rzeczywiście uważam, że tak powinno być. I ja sobie znowu zdaję sprawę, że ten film, o którym mówię, „Hair”, on idealizuje pewne rzeczy. Że świat hipisów przedstawiony w tym filmie ma się tak do rzeczywistości, nijak się ma po prostu. Niemniej jednak obraz stworzony przez Formana jest w jakiś sposób dla mnie inspirujący, bo mówię o pęknięciu, on mówi właśnie o tym, że człowiek z jednej strony jest członkiem społeczności i powinien się zachowywać tak, jak od niego ta społeczność wymaga, ale też nie przestaje być jednostką. I jeśli przestanie pielęgnować w sobie bycie tą jednostką, swoją wrażliwość, to w gruncie rzeczy te wszystkie wielkie ruchy na scenie politycznej, te ruchy masowe przestaną mieć sens, bo wartości, które wyznaje jednostka, a w konsekwencji społeczeństwo, jeśli się ich broni, to nie można zapominać, czego się broni. Bo jeśli w imię wolności zaczniemy tę wolność deptać, to mamy coś, co w ogóle jest zaprzeczeniem tego, o co walczymy. Dlatego ten film, pewno mógłbym o nim długo opowiadać, ale opowiadanie musicalu to nie jest najlepszy pomysł. On po prostu pokazuje, ten film, ludzką twarz człowieka, jeśli tak mógłbym się wyrazić.
[04:45:02] - Ale jak przeczyta jakiś taki 12-letni człowiek albo człowieczyni, bo teraz feminatywy są, tak? Więc jak obejrzy taki dzieciak, to co jest w stanie dać mu pauzę, że tak przepraszam, lubię to amerykańskie sformułowanie, nie da się go przetłumaczyć. Jak na polski można to przetłumaczyć? To give somebody a pause, czyli dać komuś pauzę w tym sensie, powiedzieć coś na tyle nieoczekiwanego, co zmusi do autorefleksji, właśnie zapauzowania, że chwilę musi zająć mu, żeby przemyślał od nowa jakiś tam aspekt. Mi się to strasznie podoba to sformułowanie, bo w filmie obejrzałem to, w którym to było w bardzo śmiesznym momencie. Ale co będzie, wracając do „Hair”, do tego filmu?
[04:45:45] - Mnie się wydaje, że to, że będąc członkiem społeczności, uprawiając asabijję, o której mówiliśmy, nie powinniśmy przestawać myśleć. Nie powinniśmy przestawać analizować, co nas ktoś wpierdziela. I czasami nawet trzeba spełnić swój obowiązek Ale nie poddać się temu. Tak, poddaję się, bo tak musi być i na zasadzie takiego zwierzątka, które daje się sobą sterować. Tylko jednostka powinna zachowywać się w taki sposób, że rozkminia naszą rzeczywistość. Zdaję sobie sprawę z tego, że cytat, mały cytat rzucę mój ukochany z tego filmu: „Biali wysyłają czarnych na wojnę z żółtymi, aby obronić ziemię, którą zabrali czerwonym”. To jest oczywiście taki bon mot, taki dowcip, ale coś nam mówi o tym, jakim siłom podlegamy. I co? I w związku z tym, zdając sobie z tego sprawę, odmówimy? Może niekoniecznie, ale warto o tym pamiętać na przykład.
Dla mnie to jest w tym filmie ważne, że on uwzględnia, ja nie mam lepszego określenia, to pęknięcie, które jest w człowieku.
[04:47:01] - Dobrze, to w takim razie, jeśli mogę tutaj zrobić konkurs. Akurat robię tak, że czasami robię zupełnie spontanicznie. Coś mi przyjdzie do głowy, to właśnie przerywam panu Markowi, co niniejszym czynię. À propos wojny w Wietnamie, czyli nie wiem, historia propagandy można powiedzieć, jak ktoś zna odpowiedź na zagadkę, na quiz, to będzie wiedział. Plebaniak nakleił raz sobie wewnątrz muszli klozetowej, bardzo przepraszam, że schodzę na takie fizjologiczne tematy, naklejkę z imieniem osoby o poglądach, że tak powiem, antywojennych. I zrobiłem to na wzór weteranów amerykańskich ze wspomnianej przez pana Marka wojny. I proszę o imię i nazwisko uwiecznione na tej naklejce, w którą trzeba celować. I to koniec zagadki i odpowiedzi na kartkach pocztowych albo za pomocą maila. Tak jak zwykle, czyli mamy chiny.pl/telegram albo chiny.pl/konkursy. I tam będzie ta zagadka.
[04:48:06] - Wie pan, na czym polega paradoks? Że ja pewno taką nalepkę też bym sobie umieścił w tym miejscu, o którym pan mówi.
[04:48:14] - A mogę się uprzejmie spytać, czy aby to nie jest z moim nazwiskiem? Za te złośliwości.
[04:48:20] - Nie. Natomiast ja staram się po prostu pokazać to pęknięcie. Mam obsesję dzisiaj, że właśnie z jednej strony ta nalepka, bo przecież ja wcale nie uważam, że to było niepotrzebnie i tam się nie trzeba było mieszać i tak dalej. Nie. Ale z drugiej strony ta moja sympatia dla filmu "Her" pokazuje, że po pierwsze jest ta druga strona, ten ludzki wymiar tego, to pewne zagubienie. Specjalnie używam słowa zagubienie jednostki, która chwilami ma problemy z rozstrzygnięciem, co jest ważniejsze. I ja myślę, że to w sumie dobrze, jeśli ludzie, bo problemy z rozstrzygnięciem wiążą się z myśleniem. W pewnym momencie trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest tak naprawdę ważne, ale żeby na to pytanie odpowiedzieć, to trzeba najpierw o tym w ogóle zacząć myśleć. Ten film, o którym mówię, czyli "Her", on chyba, nie wiem, czy to było intencją w ogóle reżysera czy twórców, ale chyba apeluje do tego, żebyśmy nigdy nie szli w jakąś sytuację bezwolnie i bezmyślnie. Że czasami, nawet jeśli się z czymś nie zgadzamy, to warto wiedzieć, z czym się nie zgadzamy.
Jeśli z czymś się zgadzamy, to też warto wiedzieć, z czym tak naprawdę się zgadzamy, a nie przyjmować, bo ktoś nam powiedział z trybuny czy z jakiegoś innego miejsca: „Patrzcie, to jest ideologia, w nią wierzcie” i my wierzymy. To nie powinno tak być, przynajmniej u człowieka, który jest istotą rozumną. A wie pan, ja się jednak nie powstrzymam. Zakazał mi pan mówienia o filmach science fiction, ale drugim takim filmem, który uwielbiam, ale nie za jego science fictionowatość, tylko za sposób narracji, jest "Atlas chmur". Film lubię, a książkę uwielbiam po prostu. Dlaczego? Może i panu by się to też spodobało, bo on opowiada pozornie niezależne od siebie historie, które też są historie, które w jakiś sposób umoczone są w bieżącej rzeczywistości, w bieżącej dla danej historii. Czyli mamy historię niewolniczego statku, mamy historię z teraźniejszości, z przyszłości, bardzo odległej przyszłości i to za każdym razem w jakimś stopniu jest polityka i widać, jak jednostki troszeczkę są jak te marionetki na scenie. One podlegają takim siłom, pewno psychohistorii dokładnie, które są nie do powstrzymania. Jednostka ma taką tendencję, żeby próbować czasami się czemuś przeciwstawić.
No i widzimy między innymi w tym filmie "Atlas chmur", jak zostaje taka jednostka próbująca, wręcz chwilami zmieciona po prostu przez te siły.
[04:51:28] - Tak, dokładnie tak jest. Ja film oglądałem, ale przyznaję, że książki nie przeczytałem. Zawsze miałem ją na jakiejś tam liście do przeczytania i chyba przeczytam w którymś momencie. Dlatego, że Mitchell, tak? Dobrze pamiętam nazwisko autora książki „Atlasu chmur”?
[04:51:43] - Tak. David Mitchell. Dokładnie.
[04:51:47] - Generalnie właśnie nie jestem pewien, czy to jest takie kółko, tutaj są bardzo brzydkie określenia, samoadoracji. Ja powiem tylko właśnie tak grzecznie, samoadoracji. Natomiast on był uznany tam za jednego z najbardziej wpływowych myślicieli, czy też intelektualistów, czy pisarzy. świata w którymś momencie. Film jest z 2012 roku, z tego, co kojarzę. Książka oczywiście wcześniejsza. Właśnie, reżyserami są bracia Wachowscy, którym trochę odjechało później i stracili pewność, czy są braćmi. Czyli ci od Matrixa. Widać ten wpływ w filmie. Nie wiem, czy w książce tak samo.
Natomiast sama konstrukcja tego filmu jest to absolutnie fenomenalne dzieło sztuki. Jeżeli ktoś lubi bardziej filozoficzne filmy, czyli w Matrixie jest bardzo mocna warstwa filozoficzna, w Matrixie Reloaded i drugiej, trzeciej części, już nie pamiętam nawet tytułu, ale dlatego nie pamiętam, że mi się strasznie nie podobało. Nie podobały te filmy dlatego, że zostały spłycone i po prostu generalnie taka przykra okoliczność jest z sequelami, z kolejnymi częściami pierwszej części, która odniosła olbrzymi sukces, te pozostałe części to jest po prostu zbijanie kasy na popularności tego oryginalnego, pierwotnego dzieła. Wyjątkami są Indiana Jones i Gwiezdne wojny, uznawane wspólnie generalnie przez fanów Gwiezdnych wojen jako taka seria. Przede wszystkim mówię o Imperium kontratakuje, które jest apogeum całej serii, czyli jest sequelem do Gwiezdnych wojen, czyli Nowej nadziei, czwartego epizodu dokładnie, który zrobił olbrzymi sukces i kolejna część nie została zniszczona. To znaczy w podobny sposób jak Obcy, czyli ta pierwsza część Obcy: Ósmy pasażer Nostromo, który odniósł gigantyczny sukces i Cameron zrobił rzecz genialną. Zamiast zrobić drugi horror, to zrobił film akcji, który zmieniał kompletnie konwencję i całą, jak to się mówi, nie konwencję, tylko zupełnie inny film. Nie próbuje zrobić kopii samego siebie, tylko robi coś zupełnie innego w tym samym wszechświecie. Na tej samej zasadzie, co mi się strasznie podobało w Terminatorze 2, to to, że nagle została zrobiona tak zwana, dobrze mówię, subwersja? Czy subwersja oczekiwań?
Tak. Subwersja oczekiwań czytelnika, że nagle, jak ktoś nie oglądał, to bardzo mi przykro, że teraz zdradzę, ale Arnold Schwarzenegger w pierwszej części właśnie był tym złym, który chciał zabić Sarę Connor, czy dokonać aborcji, czyli dla niektórych bardzo pozytywne, ale takiej wstecznej. Natomiast w drugiej części okazuje się nagle, że Arnold się też pojawia, czyli zaraz będzie powtórka z rozrywki, znowu będzie zabawa w berka i Arnold będzie gonił. Ale nagle się okazuje, że Arnold nie goni, tylko właśnie broni tego bohatera ludzkości, Johna Connora. Chciałem powiedzieć o Pawle z wielkiego szacunku do pana osoby, twórczości. Przepraszam, że się wyzłośliwiam, ale trzeba rozbawić słuchaczy, żeby nie zasnęli. I w chwili, w której twórcy filmów, czy też inwestorzy przede wszystkim, bo to oni decydują, gdzie idą swoje pieniądze, czasami są w nieznłości i niszczą te filmy, dlatego że chcą mieć moc decyzyjną co do przebiegu fabuły, co nie powinno mieć miejsca. W sztuce, w tworzeniu sztuki to jest tak, że artysta, który dostaje pieniądze od inwestora, powinien być jak wódz dostający rozkaz od władcy w traktacie Sztuka wojny. Po tym, jak armia wyjdzie do boju, to władca nie ma nic do powiedzenia, a tylko dowodzący tą armią decyduje, co z nią zrobić. Dzięki temu można osiągnąć zwycięstwo.
A jeżeli władca będzie ingerował w zamysł wodza, to dojdzie do klęski. To jest nie tylko w Sztuce wojny, ale w innych traktatach chińskich wprost napisane. Na film to się przekłada tak, jak właśnie powiedziałem. Reasumując, podsumowując ten wątek, który rozciągnęliśmy, wracamy do Atlasu chmur i do Matrixa. Matrix zepsuli niestety. Bardzo nad tym ubolewam. Natomiast Atlas chmur jest jednoodcinkowym dziełem, dlatego że jest właśnie dziełem sztuki przez duże D, bez skojarzeń i przez duże S, czyli dzieło sztuki. Naprawdę jest absolutnie fenomenalnie poprowadzony ten wątek filozoficzny i jeżeli ktoś szuka tego typu filmów, to jest to pierwszy film do polecenia.
[04:56:33] - Tak, to prawda. Książka jest zupełnie inna, ale też jest fascynująca. Inaczej jest skonstruowana, inaczej to jest poprowadzone. Ale to norma. Książka jest bogatsza o pewne przemyślenia, ale to nic nie zmienia. To są dwa osobne już właściwie dzieła sztuki. I tak bardzo musiałem właśnie o tym Atlasie chmur powiedzieć. Na początku się skupiamy na rzeczach, powiem szczerze, wydaje mi się, że mało ważnych. Taka już rola widza, że na początku pewne rzeczy, wątki go interesują, szczególnie ten gdzieś tam dziejący się w przyszłości jeden, drugi, a później zaczyna do nas docierać. Po prostu zaczyna do nas docierać, że tam jest coś więcej.
I dobrze, bo dosyć szybko zaczynamy się orientować, że tu nie chodzi o kolejne gadżety, że nie chodzi o kolejne jakieś tam historie z przyszłości, że rzecz jest taka trochę totalna, ale w tym dobrym pojęciu tego słowa. Czyli obejmuje życie. Chyba tak najogólniej. Już bardziej ogólnie się chyba nie da. Ale właśnie ten wątek filozoficzny, ja staram się tak pomykać troszeczkę nad nim, żeby nie zepsuć państwu zabawy, ale ten wątek filozoficzny Ale też bez przesady, tam nie siedzi żaden facet i nie robi wykładu. Ten wątek filozoficzny jest tam wydaje mi się, że dominujący i jak państwo go dobrze wychwycicie, to jakbyście obuchem w łeb dostali, jak ten film się kończy.
[04:58:19] - Tak, zdecydowanie takie wrażenie jest.
[04:58:21] - Jak ten film się kończy, to człowiek sobie mówi: „Wow, o kurczę, to jest coś nieprawdopodobnego”. Dlatego obejrzyjcie państwo „Atlas chmur”, jeśli go jeszcze nie oglądaliście.
[04:58:35] - Tak, ale oprócz „Atlasu chmur” też trzeba obejrzeć, bardzo za to przepraszam, „Pani władcę na krańcu świata”. Dzieciaka młodego, jak macie dziewczynkę albo chłopca, który dorasta i szuka wzorców, bo dzieci szukają wzorców, naśladują dorosłych. I to już jest ten moment, kiedy następuje tak zwany, proszę użyć tylko w znaczeniu metaforycznym, tak jak ja to w tej chwili robię, następuje fiksacja, czyli jakaś fetyszyzacja. Ja tego użyłem w „Siłach psychohistorii”. Następuje zjawisko podobne do fetyszyzacji, czyli na jakimś bardzo konkretnie skonfigurowanym bodźcu społecznym dziecko się zafiksowuje i to przynosi mu satysfakcję. Rodzic dobrze zrobi, to też często jest kwestią przypadku, więc to nie jest tak, że to jest w pełni kontrolowane, bo nie tylko rodzic kontroluje wychowanie dziecka, ale też otoczenie, rówieśnicy i rodzice rówieśników. Także trzeba pilnować młodego, dorastającego człowieka. Kiedy następuje ta fiksacja na jakimś określonym bodźcu, to nagle się okazuje, że tylko takie bodźce albo przede wszystkim te bodźce dostarczają tej przyjemności hormonalnej. Ja na przykład zacytowałem książkę, która też nawiązuje do tego filmu „Hair”, który pan Marek... „Hair” znaczy włosy, a pan Marek wie, że ja mam nie do końca obfite owłosienie głowowe, więc to pewnie jakiś rodzaj złośliwości był z jego strony.
Mam nadzieję, że nie.
[05:00:03] - Tak, na pewno. Szczególnie, że ja mam wyjątkowo bujną czuprynę, o czym na przykład bywalcy mojego profilu na Facebooku wiedzą. Ja po prostu nie wiem, co z włosami robić.
[05:00:14] - To musimy jakiegoś specjalistę od Freuda się dopytać, jakie to ma znaczenie. Ale wracając już w takim razie do tych dzieciaków. Jak dzieciak się zafiksuje na jakimś momencie, właśnie następuje ten kamień życia. To jest często niedostrzeżone ani przez tego dzieciaka, o którego chodzi, ani przez rodziców, ani przez otoczenie. Ale nagle się okazuje, że taki określony typ bodźca w całym przyszłym życiu zdominuje go. Właśnie będzie tym kamieniem życia. Przepraszam, że powtarzam, ale jestem bardzo przywiązany do tego sformułowania. Cała przyszłość zostanie zdeterminowana przez jakieś pojedyncze zdarzenie. Tak było właśnie w „Córce czarownic” i w innych powieściach Doroty Terakowskiej. I tak było w dziele, które ja cytuję właśnie w „Siłach psychohistorii", podając, że nastąpiło zafiksowanie.
Natomiast był ten pilot, zapomniałem imienia pierwszego w tej chwili, bo się nakręciłem rozmową z panem Markiem. Zumbach, jeden z pilotów Dywizjonu 303, który walczył w bitwie o Wielką Brytanię. On był pokazany na samym początku książki „Sprawa honoru". Nie wiem, czy ktoś czytał. Właśnie Dywizjon 303. Amerykański autor opisuje dzieje całego dywizjonu i ludzi, którzy w jego ramach walczyli z Niemcami nad Wielką Brytanią. Tam było coś takiego, że kiedy Zumbach miał chyba 8 czy 10 lat, do jego wioski czy też pod miasteczko przyjechał taki cyrk. Piloci przylatywali, pokazywali te maszyny, bo przypominam, że w 1903 roku nastąpił pierwszy lot kontrolowany maszyny wyposażonej w silnik, maszyny cięższej od powietrza, czyli braci Wright. Natomiast sprawa rozgrywała się bodajże w roku, nie pamiętam, tuż po I wojnie światowej albo tuż przed I wojną światową. Chyba przed, nie pamiętam.
Generalnie to był ten moment formujący. Jest formative years, jest takie sformułowanie, wiek formujący, mówiąc o dziecku. To jest właśnie ten moment, to znaczy ten okres, w którym taki moment w którymś momencie zachodzi, że pewne wydarzenie, szczególnie jedno wydarzenie, formatuje całą psychikę dziecka i wokół tego często się całe życie toczy jednej osoby. To często jest pokazywane jako wątek w filmach, na przykład, że jakieś wydarzenie jest jako małe dziecko na początku filmu, potem jest przeskok i mamy dorosłego człowieka, który jest zdominowany właśnie przez to wydarzenie. Dokładnie coś takiego było opisane w filmie „Kontakt". Proszę, pamiętajmy, przypomnijmy sobie, kiedy młoda Jodie Foster czy też Ellie Arroway w filmie „Kontakt" sama opowiada, że spytała się ojca, co to jest za jasna gwiazda na nieboskłonie, na nocnym niebie, a ojciec odpowiedział, że to nie jest gwiazda, tylko planeta Wenus. Ja znam ten film na pamięć, więc nie będę wymagał oczywiście, żeby słuchacze, oczywiście, że wymagam, ale nie będę przecież wymagał, żeby znali takie szczegóły, bo nie byliby istotami ludzkimi. Natomiast właśnie to są tego typu momenty. I Zumbach, wracając do tego przykładu z książki „Sprawa honoru", mając właśnie te, powiedzmy, że 12 lat, bo chyba coś mniej więcej było, tyle nie pamiętam tego szczegółu, przepraszam, powiedział coś takiego w swoich wspomnieniach, że kiedy te dwa samoloty uniosły się w niebo, to porwało ze sobą serce tego młodego chłopaka i już w tym momencie wiedział, że zostanie pilotem. To jest coś takiego.
I rodzic, которому uda się zzaformatować tym kamieniem życia swoje dziecko do tego, żeby prowadziło produktywne życie czy zgodne z jakimiś wartościami, które rodzic chce temu dziecku zaszczepić To taki rodzic zrobił dobrą robotę. Po prostu. I szacun.
[05:04:18] - A ja chciałbym jeszcze tylko powiedzieć, że film „Hair”, ja już wspominałem o tym, realizował Miloš Forman. Jeśli nie znacie państwo tego reżysera, to tak tylko wspomnę, że to jest reżyser chociażby innego kultowego filmu, takiego jak „Lot nad kukułczym gniazdem”. I cóż, musical „Hair” mógł być zrealizowany w wersji filmowej dopiero kiedy ten film pierwszy, czyli „Lot nad kukułczym gniazdem”, odniósł sukces. I tak jak piszą w wielu publikacjach ludzie, to są filmy zupełnie różne w środkach wyrazu, w formie, ale opowiadają właściwie bardzo podobną historię. Historię pewnego outsidera i w jednym, i w drugim przypadku, który nie do końca kuma, o co chodzi w rzeczywistości, która go otacza. A już na pewno nie rozumie, że w społeczeństwie istnieją takie granice, których przekroczenie bardzo często okazuje się tragiczne w skutkach. I to tak najkrócej, jakbym jeszcze chciał coś dołożyć, to właśnie o „Hair” można by powiedzieć. No cóż, to tyle o tym „Hair”.
[05:05:43] - No to chyba tak. No to dobra, w takim razie domykamy nasze spotkanie noworoczne na początku stycznia. To podsumowując już dzisiejszy odcinek i się żegnając, polecamy dzieciaków przypilnować. Życzę wam w nowym roku, rodzicom albo przyszłym rodzicom, żeby wam się udało wyłapać ten moment i żebyście to wy byli celowymi sprawcami tego momentu, a nie jakiś nie wiadomo kto, pokazywany chociażby na lips of TikTok. Kilka razy wspominałem o tym profilu. Proszę zobaczyć, co się dzieje w Stanach i to do nas dojdzie, chciałem powiedzieć bardzo brzydko, na pełnym rozpędzie, a teraz jest tylko na pierwszym biegu. Póki co. Zapewniam, że to jest tylko pierwszy bieg, mimo tego, że ktoś może uznać, że to nie jest do końca pierwszy bieg, tylko znacznie wyższy. Natomiast jako ciekawostkę powiem: u mnie w tej chwili jest godzina 18:05. Właśnie się zakończył zachód słońca i nad horyzontem widać gwiazdę Wenus.
Być może to zauważyłem i nieświadomie nawiązałem do filmu „Kontakt”. Na gwiazdę Wenus właśnie patrzę i wspominając moją podróż motorową po Stanach Zjednoczonych w 2013 roku, jednym z obowiązkowych miejsc właśnie tam było VLA, czyli miejsce, gdzie toczyła się częściowo akcja filmu „Kontakt”. I też miałem to niesamowite szczęście i mam z tego zdjęcia. Byłem tam dokładnie wtedy, w 2013 roku, pod koniec czerwca, kiedy akurat było takie ustawienie, że też było po zachodzie słońca widać planetę Wenus nad horyzontem, jak już słońce zaszło. Cały dzień tam spędziłem właśnie na tym VLA. Także miałem szczęście i to zdjęcie umieszczę na Facebooku zaraz. Jak ktoś jeszcze mnie nie ma dodanego na Facebooku, to bardzo proszę dodać, to pokażę to zdjęcie i pokażę też zdjęcie z obserwatorium Arecibo w Puerto Rico. Też tam byłem w moje własne urodziny. Zresztą 15 lipca, jakby ktoś jeszcze nie wiedział, kiedy mi składać życzenia. Panie Marku też proszę pamiętać.
Bardzo uprzejmie dziękuję z góry.
[05:07:38] - Oczywiście.
[05:07:40] - Natomiast udało mi się dogadać z gośćmi. Też miałem bardzo duże szczęście, że wpuścili mnie do pokoju kontrolnego tego Arecibo, gdzie mam zdjęcie. I to będzie drugi konkurs, już taki awansem na przyszły tydzień. To nie będzie łatwy konkurs. Jest przepiękna, najpiękniejsza po „Świecie Rokhanona” książka, jaką w życiu przeczytałem, która rozgrywa się właśnie w tamtym miejscu. I co to jest za książka? Powstrzymam to zdjęcie i jak ktoś odgadnie, to wystarczy, żeby odgadnąć. Jak ktoś zna tą książkę, to z całą pewnością, być może pan Marek już też odgadł. Spytam się po nagraniu, czy odgadł. Zdjęcie pojawi się dopiero wtedy, jak ktoś właśnie odgadnie.
Także to drugi konkurs dnia dzisiejszego.
[05:08:26] - No cóż, panie Piotrze, pięknie dziękuję za pierwsze w 2023 roku spotkanie. No i słyszymy się za tydzień.
[05:08:35] - Tak jest. Do usłyszenia.
[05:08:38] - Tak, to był kącik filmowy numer dwa w Bibliotekarium 2.0. To teraz, proszę państwa, wróćmy do recenzji. Jak wiecie państwo dobrze, recenzaryjną robotą zajmują się dwie osoby, głównie dwie osoby, a mianowicie Mirosław Gołuński, który dzisiaj już pracował. No to teraz zapraszam na recenzarium Evivy. A w tym kąciku interesująca pozycja. Ktoś powie: „Ramotka, stare”. To się zestarzało mniej, niż państwo przypuszczacie. Jaki to tytuł? A to „Pozytonowy detektyw” Isaaca Asimova. Zapraszam.
[05:09:51] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Lubicie androidy? Bo ja tak. Ośmielę się przyznać, że miłością do sztucznej inteligencji zaraziły mnie radzieckie filmy dla młodzieży. No cóż, nie da się ukryć, jestem wychowanką systemu, którego już dawno nie mamy i o którym Młode pokolenie ma raczej mgliste wyobrażenie. Właściwie jedynymi filmami fantastycznymi, jakie wtedy można było oglądać, były te wyprodukowane w krajach bloku wschodniego. Co ciekawe, również z tych terenów pochodzi pisarz, którego wkład w światową fantastykę chyba nie jest przez nikogo kwestionowany: Isaac Asimov. Bo o nim jest mowa. Napisał w swoim czasie książkę pod tytułem „Pozytonowy detektyw”. Jest to bardzo udane połączenie fantastyki naukowej z kryminałem.
O co bowiem tam chodzi? Ziemia przeżywa trudne chwile. Z jednej strony władze chcą utrzymać iluzję, że wszystko jest w absolutnym porządku. Z drugiej strony dla mało kogo jest tajemnicą to, że ziemianie borykają się z wielkimi trudnościami. Wiedzą o tym również tak zwani pozaświatowcy, czyli mieszkańcy dawnych ziemskich kolonii, które już dawno są samodzielne i na Ziemian patrzą ze swego rodzaju obrzydzeniem. Ci kosmici, chociaż w zasadzie nie są kosmitami, tylko takimi samymi ziemianami jak wszyscy inni, ale z pewnych powodów lepiej przystosowanymi do życia na innych planetach. Otóż ci kosmici uważają ludzi żyjących ciągle na Ziemi za zagrożenie. Dlaczego? Dlatego, bo kolonie pozaziemskie już dawno rządzą się innymi prawami. Mieszkający tam ludzie pozbyli się chorób.
Żyją również w porównaniu z ziemianami bardzo długo. Mają jednak swoją piętę achillesową. Nie będę w tej chwili mówić jaką. W każdym razie, mimo wszystko część z nich przebywa na Ziemi. Mieszkają w osobnym mieście stworzonym tylko dla nich i zajmują się pracą naukową. Ich celem jest robotyzacja. Coś, co wielu ziemian postrzega jako zagrożenie, ponieważ roboty zaczynają ich zastępować w wykonywaniu prostszych prac, co powoduje wzrost bezrobocia. W tej sytuacji nikogo nie dziwi, że twórca robotów przybyły z odległej planety został pewnego dnia zamordowany. Śledztwo w sprawie jego śmierci powierza się detektywowi z policji ziemskiej. Jednak jego partnerem ma zostać ktoś od kosmitów.
Ktoś, chociaż wielu by powiedziało, że coś. Jest to bowiem android. Android tak doskonały, że bardzo trudno jest go odróżnić od człowieka. Razem mają rozwiązać zagadkę śmierci doktora Sartana. A jest to dla Eliasa Baileya w pewnym sensie kwestia być albo nie być. Wie bowiem, że jeżeli zawali tę sprawę, prawdopodobnie zostanie zdegradowany, a to bardzo boleśnie dotknie nie tylko jego, ale również jego rodzinę. W tym bowiem świecie, w którym żyje, przywileje związane z pozycją społeczną są czymś niezwykle istotnym, dużo istotniejszym niż to, co znamy z naszych czasów. Jednak nie dlatego Bailey zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby znaleźć mordercę, ale dlatego, bo po prostu jest dobrym, uczciwym gliniarzem. Początkowo nie lubi swojego partnera. Potem jednak spostrzega, że android jest dużo bardziej podobny do człowieka, niż to się z początku wydawało.
Książka pokazuje nam świat, do którego raczej nie chcielibyśmy należeć. Jest to świat, w którym obowiązują ścisłe reguły dotyczące rozmnażania. Można mieć dziecko, owszem, ale tylko wtedy, kiedy władza wyda na to pozwolenie. Poza tym ludzie nie mieszkają tak jak teraz na otwartej przestrzeni, tylko w czymś w rodzaju przeogromnych bunkrów zmienionych na miasta. Są one kryte. Ludzie przeżywają w nich całe życie, nie widząc ani prawdziwego słońca, ani prawdziwego nieba. Stąd też pierwotny tytuł książki: „Stalowe jaskinie”. Powodem tych wszystkich restrykcji jest przeludnienie oraz fakt, że na Ziemi jest coraz mniej pożywienia. A jednak ludzi trzeba jakoś wyżywić. Teoretycznie przybysze z kosmosu mają w tym pomóc.
W praktyce jednak ich cel jest zupełnie inny. Wielu ludzi to czuje i zawiązują silną ligę, która chce zmusić kosmitów do powrotu na ich planety. Jednak nie mają oni pojęcia, jaki tak naprawdę jest ten cel. „Pozytonowy detektyw” jest pierwszą częścią cyklu „Roboty”. Pozostałe książki tego cyklu powstały dużo później, chyba nawet dwadzieścia lat później i czuć różnicę w stylu. Według mnie ten pierwszy tom jest najdoskonalszy ze wszystkich, które powstały. Może dlatego, że stanowi pierwszą wizję autora. Z czystym sumieniem polecam wszystkim miłośnikom fantastyki i miłośnikom androidów oczywiście. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:16:43] - To nie koniec niespodzianek, proszę państwa, w dzisiejszym Bibliotekarium 2.0. W końcu musimy sobie te audycje wakacyjne czy też feryjne jakoś odbić. To ja z marszu niejako zapraszam państwa na spotkanie z Pawłem Majką. To jest spotkanie, które miało miejsce i wiecie państwo, tak to jest, jak człowiek zaczyna już mieć pewien wiek, bo zaczyna go dopadać skleroza. Ale o ile dobrze pamiętam, to było spotkanie zarejestrowane w 2019 roku. Wtedy Sedeńcon odbywał się w Waplewie i Paweł Majka opowiadał o mieście. Nie jakimś konkretnym mieście, tylko o mieście jako pewnym tworze, powiedzmy kulturowym. I to są niezwykle ciekawe przemyślenia. Kilka słów o autorze. Ja już o nim kilka razy mówiłem, ale przynajmniej kilka tytułów z jego dorobku.
„Dzielnica obiecana” z uniwersum „Metro 2033”, „Pokój światów”, „Niebiańskie pastwiska”, „Człowiek obiecany” to też uniwersum „Metro 2033”. „Wojny przestrzeni”, „Bersek”. Dalej tych „Berserków” to jeszcze był „Berserk. Spowiednik”, a później, całkiem niedawno „Czerwone żniwa. Tom pierwszy” i „Czerwone żniwa. Tom drugi”, napisane wspólnie z Radosławem Rusakiem. Tak jak powiedziałem, w tej chwili zapraszam państwa na prelekcję Pawła Majki o mieście.
[05:18:37] - Słuchajcie, to jest w ogóle śmieszna sprawa, ale to jest taki wstęp. Spokojnie. Wstęp to będzie jakieś trzy czwarte, a potem zobaczymy. Śmieszna sprawa, ponieważ kiedy Wojtek mnie spytał o temat, to ja mu wysłałem dwa. Jeden to jest ten, który macie w programie, a drugi to był o wykorzystaniu magii podczas wojny na arenie dziejów, w bardzo różnych tematach wojennych. I ja byłem święcie przekonany, że Wojtek wybierze ten drugi, bo jest ciekawszy. A przynajmniej tak mi się wydaje. Natomiast nie jestem pewien, czy tematu pokrewnego do tego już kiedyś w Nidzicy nie poruszałem. Wojtek mnie oczywiście zaskoczył i wybrał ten. Ten o miastach w fantastyce.
To jest dla mnie o tyle wygodne, że w ten sposób będę mógł przez większą część opowiadać o swojej nowej książce, czyli o tej. Ta książka nosi tytuł „Jedyne”. Jak można wywnioskować z alternatywnej okładki, bo to nie jest okładka, która trafiła ostatecznie do druku.
[05:19:43] - Chcesz pokazać?
[05:19:44] - Bardzo chętnie będę ją pokazywać. Ostatecznie ta okładka wygląda tak. Wiem, że jej nie widać za bardzo. Uwierzcie mnie, jest znacznie mniej szczegółowa. Superszczegółowość tej okładki po prostu by jej nie służyła. Na małym formacie tych wszystkich fantastycznych budynków tutaj nie byłoby widać, a to są wszystko fantastyczne budynki. One zresztą w większości pochodzą z naszej rzeczywistości. To znaczy facet, który to rysował, Marek Rudowski, zgodnie z moją prośbą prześledził ileś tam zdjęć, atlasów i tak dalej, albumów architektonicznych. I praktycznie rzecz biorąc, każdy budynek narysowany na tym obrazku pochodzi z jakiejś rzeczywistości. Oczywiście każdy oprócz tego.
Ten może przypominać troszkę katedrę Notre Dame, ale jest tronem. Taką katedrą Notre Dame przerobioną na tron. Dlaczego tak to wygląda? Tak to wygląda dlatego, że Jedyne to jest nazwa miasta, które jest zbudowane wyłącznie z ukradzionych budynków. Budynków ukradzionych z naszej rzeczywistości najczęściej. Chociaż to jest wieloświat, więc tych rzeczywistości jest tam całkiem sporo. W związku z czym na przykład bodajże gdzieś tu jest zamek w Hunedoarze, tutaj jest kawałek Wawelu i tak dalej. Tak można dosyć dużo znaleźć. To się troszkę powtórzyło na okładce, która ostatecznie trafiła do druku. No ale tam tego nie ma w takiej ilości.
Ponieważ bardzo nam się ten rysunek podobał i nam, czyli wydawcy i mnie, i nie chcieliśmy tak bardzo z niego rezygnować, to on funkcjonuje gdzieniegdzie w formie plakatu. Ja nawet mam taki fajny roler, który planowałem tu przywieźć, ale ponieważ jechałem prosto z pracy, to niestety nie przywiozłem. Bardzo teraz tego głęboko żałuję. W każdym razie od tego się zaczęło. Od myślenia o mieście, które jest stworzone z fragmentów innych miast. I to, że te fragmenty, te budynki z innych miast są kradzione, są do tego miasta przyszywane, przyklejane. Jest dla tego miasta absolutnie kluczowe. Ono by nie istniało bez tego. Herezją w tym mieście jest zbudowanie budynku od podstaw. A to dlatego, że sercem tego miasta jest bóstwo opętane przez człowieka, które stara się wzmocnić swoją władzę właśnie przez to, że przenika przez każdy ukradziony budynek.
Ale tak naprawdę cała ta książka, cała ta powieść- Zaczęła się oczywiście od zamku w Connedoage, w którym byłem jakieś dwadzieścia kilka lat temu, więc podejrzewam, że on w tej chwili wygląda zupełnie inaczej. Ale zaczęła się od tego. To, moi drodzy, jest jeden z wielu planów Urzędu Miasta Krakowa, czyli miejsca, w którym pracuję. To jest parter, pierwsze piętro, drugie piętro, trzecie piętro. Nagle jest jakaś klatka „Tu jesteś”. Uwierzcie mi, żaden z tych planów nie pokazuje całego urzędu. Urząd Miasta Krakowa jest jednym ze znanych mi użytkowych labiryntów. Ludzie, którzy przychodzą do niego z zewnątrz, bardzo często przepadają w nim. To się wydaje teoretycznie bardzo proste, bo zobaczcie, jest tylko dziedziniec, który ma cztery wejścia i te dziwne, jakieś pokręcone klatki schodowe. Ale uwierzcie mi, któregoś dnia odwiedził mnie mój brat, który chciał, żebym mu coś tam dał czy pożyczył.
Dotarł do mojego pokoju na trzecim piętrze, wyszedł z niego, a po pół godzinie otrzymałem telefon: „Rany boskie, nie wiem, gdzie jestem. Pomóż mi stąd wyjść”. I z moich rozmów z panami, którzy pracują przy furcie tu na parterze — tu jest wejście główne, oni sobie siedzą gdzieś tu — wynika, że każdego tygodnia takich zabiedzonych osób jest całkiem sporo. To wynika z kilku przyczyn. Urząd miasta został ulokowany w Pałacu Wielopolskich, do którego potem stopniowo w kolejnych latach dobudowano kolejne fragmenty, kolejne skrzydła, odgałęzienia. To jest do tego stopnia zakręcone, że na wysokości każdego piętra te budynki są do siebie rozmiarowo niedopasowane i w połowie korytarza macie trzy czy cztery schody do góry. Oprócz tego są podziemia oczywiście. Pod tymi podziemiami są drugie podziemia oczywiście. Oprócz tego jest strych. Strych jest absolutnie cudownym miejscem, na które nikt nie wchodzi.
Ono jest permanentnie zamknięte, ale któregoś dnia dostałem do niego klucze. Wszedłem tam i zobaczyłem gigantyczną powierzchnię. To są niesamowicie wielkie metraże, na których nie było nic oprócz kurzu i oczywiście pięknie wpadającego przez szpary w dachu światła. Wtedy z koleżką wymyśliliśmy sposób polegający na tym, że my to wyczyścimy, zainwestujemy tam pieniądze i będziemy podnajmować te pomieszczenia na biura dla czynników zewnętrznych, nic nikomu nie mówiąc w urzędzie, ponieważ pracuje w nim coś koło 2000 ludzi i w tamtych czasach nie było jeszcze elektronicznego systemu wydawania kluczy, więc faceci wydający klucze nie byli w stanie skojarzyć każdej z tych 2000 osób. Stwierdziliśmy, że jeżeli tylko zrobimy to w ten sposób, że będziemy podnajmować te biura od 8 do 16, to zostaniemy milionerami i nikt się nie zorientuje. Teoretycznie było to możliwe, natomiast niestety urząd potem zagrał bardzo nie fair i wprowadził elektroniczny system wydawania kluczy, więc niestety okazało się, że musielibyśmy jako udziałowców naszej firmy wprowadzić tych, co te klucze wydają, co zaczęło się robić trochę mało opłacalne. Natomiast ten budynek to monstrum. On jest naprawdę duży. A czy braliście pod uwagę, żeby ten klucz po prostu dorobić i nadal działać? Nie, to trochę inna sytuacja.
To znaczy, to jeszcze by działało, ale bodajże jakieś trzy miesiące temu jakiś absolutnie przeciwny rozwojowi naszego biznesu facet przysłał naszemu prezydentowi trzy naboje z napisem „Władza albo życie, wybieraj”. I od tej pory wprowadzili gości, którzy stoją i sprawdzają, kto wchodzi. Jeżeli nie macie swojego elektronicznego systemu otwierania, to was nie wpuszczą albo dadzą wam specjalną napinkę z waszym imieniem i nazwiskiem „Gość”. A w tym celu, i to jest, uwaga, super niesamowite zabezpieczenie i pamiętajcie o tym — nie do przejścia — żeby dostać tą przypinkę, musicie podać swoje imię i nazwisko. Nie sprawdzą wam dowodu, bo nie mają takich uprawnień, więc absolutnie system jest superszczelny. Natomiast wracając do budynku, to jest monstrum. To jest gigantyczny, skomplikowany budynek w samym środku miasta. Jest w zasadzie prawie w sercu miasta. Jest bliżej tego serca miasta, niż kiedyś był Wawel. Służy tylko jednemu celowi.
No dobrze, dwóm celom. Pierwszym takim, żeby to miasto było sprawnie zarządzane, a drugim, żeby te trzy tysiące ludzi miało pracę. Jedną z takich pierwszych rzeczy, które zauważyłem po roku pracy w urzędzie było to, że gdyby nastąpił koniec świata, urząd by się nie zorientował. Urzędy są samowystarczalne. Nie w tym znaczeniu fizycznym, że pomarlibyśmy z głodu w pewnym momencie. Natomiast w takim sensie szukania sobie sensu istnienia urząd nie potrzebuje was, czyli klientów zewnętrznych — tak się to u nas teraz nazywa, nie petenci, tylko klienci zewnętrzni — do istnienia. Urząd może być światem samym w sobie i do pewnego stopnia jest. Dokładnie tak, jak to miasto jedyne. Oczywiście ja teraz troszkę przesadzam. Ten urząd robi dużo dobrych rzeczy.
Natomiast jeżeli podchodzimy do niego krytycznie, troszeczkę z taką nutką filozoficznej kpiny, to możemy tak go opisać. I czymś takim jest to miasto jedyne. Miasto, które służy w zasadzie tylko samemu sobie, które pożera coraz większe partie świata, ale jego jedynym sensem istnienia jest ono samo. Ono nie służy jakiemuś rozwojowi. Ono nie służy temu, żeby coś więcej działało. Ono jest, aby być. I troszkę o tym jest ta książka. Nie tylko o tym, bo tam się też strzelają. Zawsze jak mówię za mądre rzeczy o książce, to dodaję: tam się też strzelają pamiętajcie. Strzelają, siedzą sobie po pyskach.
Chyba nawet jest trochę seksu. Czego oczywiście nie ma w urzędzie miasta. To jest poważna książka. Wiadomo, pogorszy się. Kiedy zacząłem myśleć o urzędzie miasta jako budynku, jako mieście w mieście, zacząłem też myśleć, czym jest miasto, zwłaszcza miasto w fantastyce. Warto powiedzieć o tym, że my, nasza cywilizacja, my wszyscy tu jak siedzimy, jesteśmy dziećmi murów. Myśmy się urodzili w jakichś zazwyczaj -- chyba że ktoś jest bohaterem amerykańskiego filmu, to wtedy miał szansę urodzić się w taksówce. Jego powód miał Rambo, w porządku. Ale wszyscy normalni ludzie, większość z nas urodziła się w obrębie jakichś murów. Żyje w obrębie tych murów i umrze w obrębie tych murów.
To nie las, piękne plaże nad jeziorem. Matka natura są naszymi dziećmi, naszymi opiekunami, rodzicami i naszym środowiskiem naturalnym. Naszym środowiskiem naturalnym jest to. Nasza cywilizacja, taka jaką ją znamy, zaczęła się od tego, że ktoś w pewnym momencie zbudował mur. Co więcej, jeden z najstarszych eposów, który o tym opowiada, właśnie tak mówi: hej, zbudowałem mur, jestem świetny! Tak śpiewał w skrócie to mówiąc Gilgamesz. Hej, zbudowałem se mur. Hej! Kto mi coś powie? Chyba że bogowie.
Bogowie faktycznie Gilgameszowi odpowiadają i bardzo nie są zadowoleni z tego, że on- zadowoleni z tego, że on- może by mu trochę odpuścili, ale nie są zachwyceni tym, że on wstaje i zaczyna mówić: słuchajcie, zbudowałem takie mury, że nikt ich nie przebije. Jestem świetny, jestem wspaniały, jestem równy bogom. To jest bardzo ciekawe, bo Gilgamesz to śpiewał dosyć dawno temu, a potem jak o tym dumali filozofowie typu Heidegger czy na przykład Riade. To również przyszło im to do głowy. Nie wiem, czy dlatego, że czytali o Gilgameszu, czy też dlatego zaczęli kombinować. Heidegger w ogóle jest czasem nazywany fenomenologiem mowy. Jest to filozof, który bardzo głęboko cofał się w języku niemieckim i kombinował nad znaczeniami słów gdzieś tam u ich źródeł. On odnalazł właśnie szukając, zgłębiając w języku niemieckim od nas połączenie słowa budować ze słowem mieszkać. On powiedział sobie tu, w tej chwili, gdzie my teraz żyjemy, to jest aktualne nadal, bo on żył jednak kawałek czasu temu, tu, gdzie teraz żyjemy, doszło do rozłamu między tymi słowami. Budujemy, żeby mieć gdzie mieszkać, ale budowanie nie jest jednoznaczne z mieszkaniem.
A kiedyś, w naszym świętym języku niemieckim dawno temu tak było. A to oznaczało, że pewne słowa nabrały nowych znaczeń. Myśmy się oddalili od nich bardzo głęboko i oddaliliśmy się od tego, czym było budowanie kiedyś. Czym było budowanie kiedyś? Kiedyś, jak u Gilgamesza, jak potem w kolejnych eposach budowanie było wchodzeniem na terytorium bogów. Budowanie było tworzeniem. Kiedyś tworzenie było zarezerwowane dla bogów. Myśmy to wyrwali tym bogom. Bogowie zdawali sobie sprawę. Teraz wchodzimy na poziom, w którym przyjmuję, ja przyjmuję, że bogowie są bytami, które mogły sobie kiedyś istnieć i nadaję im taką formę dla dobra tej rozmowy.
Zakładam, że to będzie rozmowa. Możecie się do mnie przyczepić w każdej chwili, a czuję się, powiem wam bardzo, bardzo niekomfortowo, kiedy stoję naprzeciwko grupy ludzi siedzących za zielonymi stolikami. Kiedyś tworzenie, odmienianie przestrzeni, organizowanie śmiertelnym tej przestrzeni należało do bogów. Tylko do nich. Myśmy ganiali od jaskini do jaskini, od zwalonego drzewa do zwalonego drzewa, od krzaka do krzaka, gdzie zjadaliśmy jagody. Jedni od tego umierali, bo okazało się, że były złe jagody. Inni mówili: aha, te możemy jeść dalej. Ganiali za biednymi mamutami. Jak wiemy, to było niedawno. Rzucaliśmy kamieniami w dinozaury i tak dalej.
Ale w pewnym momencie postawiliśmy pierwszy mur, pierwsze ogrodzenie. Powiedzieliśmy sobie: tą przestrzeń my ogradzamy. To jest przestrzeń, która w jakiś sposób jest nazwana przez nas naszą i nie będziemy z niej odchodzić na następną przestrzeń, bo nie po to przez rok budowaliśmy ten stos kamieni, żeby gdzieś tam leźć. Bogowie wiedzieli, że to jest bardzo niedobre. Bogowie wiedzieli, że to jest absolutnie fatalna sprawa. Ponieważ oni zdawali sobie sprawę, co myśmy uczynili. Weszliśmy na ich poletko, stworzyliśmy coś, nazwaliśmy coś, ograniczyliśmy coś. Oni wiedzieli, co będzie dalej. Wiedzieli, że dalej następnym krokiem będzie to, że to my im zbudujemy świątynie. Ich świątyniami przestaną być piękne góry, piękne jeziora, sady, strumienie i tak dalej, i tak dalej.
Lasy. Stanie się coś, co my im zbudujemy. Zobaczcie, jaka to jest niesamowita rewolucja. To bogowie stwarzali, organizowali nam świat, a teraz my im zorganizujemy świat. Kopernik to przy tym mały pik. Zrobiliśmy przez pierwszy mur, zrobiliśmy potworną rewolucję i bogowie nie mogli być tym zachwyceni. Jeżeli przejrzymy sobie mitologię, czy to będzie kwestia Gilgamesza, czy to będzie potem na przykład kwestia Troi, czy to będą mury Jerycha. Zawsze albo prawie zawsze pojawia się jakiś bóg, który mówi: słuchaj, a gdybyś tak zadął w te trąby, to może by się te mury zawaliły. Bogowie nie kochają miast. Bogowie nie kochają murów.
Bogowie wiedzą, co ich za nimi czeka. Dlaczego napisałem tutaj miasta jako rebelia i wskazałem Tolkiena? Ponieważ on to wspaniale wyczuł. To był facet, który studiował całą masę mitologii, więc doskonale wiedział, o czym pisze. Wiemy wszyscy, jak zaczyna się cała historia „Władcy Pierścienia”, jak wcześniej zaczyna się „Hobbit”. W „Hobbicie” są mniej widoczne, bardziej widoczne we „Władcy Pierścieni”. Są te cudowne hobbity, które żyją sobie zgodnie z naturą. Żyją sobie w pagórkach. One nie budują sobie miast, żyją sobie w tych pagórkach, organizują się, dostosowują się do tej rzeczywistości zastanej i w pewnym momencie muszą wyruszyć ze swoich wspaniałych, sympatycznych, zgodnych z naturą, zgodnych z prawdziwym porządkiem naturalnym świata wiosek i trafiają do miast. Każde kolejne miasto, do którego trafiają hobbici we „Władcy Pierścieni” jest gorsze od poprzedniego.
To pierwsze, w którym mieszkają trochę hobbici i trochę duzi ludzie już jest niebezpieczne. Już jest ogrodzone murem. Już są bramy, przez które pierwotnie strażnicy nie za bardzo chcą ich wpuścić, ale idą, aż docierają do Mordoru. Gdzie jest takie super miasto. To jest miasto, które jest wyciągnięte z naszych najgorszych industrialnych koszmarów. To jest miasto całkowicie wydałe w naturze, całkowicie sprzeczne z tą filozofią istnienia wszechświata, jaką przejawia Tolkien. Jest taką rebelią wobec natury, buntem wobec świata. Wyzwaniem rzuconym właściwemu porządkowi świata. Miasto Herezja jest pokrewne temu twierdzeniu. To jest to, co ja mówiłem troszkę wcześniej, czyli w tym wstępie.
Czyli pokazujemy miasto, którym rzucamy w twarz w zasadzie bogom. Kończy się to tak, że potem kolejni władcy żyjący w fajnych twierdzach, fajnych miastach otoczonych murami, miastach, w których zamykają sobie swoich bogów, idą napadać na miasta wrogów. I czy oni tylko burzą ich mury? Czy oni tylko biorą niewolników i tak dalej? Nie. Oni także mówią o tym, że upokarzają bogów, burzą ich świątynie, ich bogowie obracają się w nicość. Oczywiście, że tak. Skoro Bóg przestał być bogiem góry, skoro Bóg przestał być bogiem wiatru i tak dalej, stał się bogiem jednego miasta zamkniętym w konkretnej świątyni, to znaczy jesteśmy go w stanie unicestwić, po prostu burząc tą świątynię. Nic dziwnego, że bogowie się przed tym tak strasznie bronili. W mieście jako herezji i w budynkach jako herezji bardzo mi się podoba kwestia wojny na urbanistykę.
To jest coś, co możemy zauważyć, jeżeli pojedziemy na przykład na wieś w polskie góry. Nie jestem pewien, jak jest na Mazurach, bo tutaj bywam rzadziej, ale w polskich górach łatwo spostrzec pewną prawidłowość, zwłaszcza jeżeli porozmawiacie z mieszkańcami. To polega na tym, że jeżeli Józek spod jedynki postawił sobie jednopiętrową chałupę, to Stasiek nie zdzierży. Stasiek postawi dwupiętrową. Naprawdę tak się dzieje. Tak samo się działo kiedyś w mojej wsi rodzinnej w Gdarowach pod Odrzańskim. Trochę to działa na zasadzie zastaw się, a pokaż się. Czyli ja muszę pokazać, że mój dom będzie większy, będzie wspanialszy i tak dalej. Czy to się jakoś przekłada na większe? Nie przypadkiem wrzuciłem to zdjęcie Hagia Sophi.
Nie chodzi o to, że kiedy tam przybyli muzułmanie, to dorobili rakiety. Bardzo ładnie podjąłeś. Tylko chodzi o to, że wielkie Imperium Tureckie zachowało się dokładnie tak samo jak Stasiek wobec Józka. Przyszło i patrzyło: fajną mają tą świątynię. Przerobiliśmy ją na naszą, ale to znaczy, że oni pokazali, że ich Bóg ich natchnął tak. Ich cywilizacja jest tak silna, że potrafili zrobić świątynię, jakiej innej na świecie nie ma. Ona jest najwspanialsza na świecie. Jest wspaniała. Co my zrobimy? A my sobie postawimy błękitny meczet, który będzie jeszcze większy, jeszcze piękniejszy.
Zresztą jest zaraz naprzeciwko Hagii Sophi. Wasz Bóg mieszkał w waszej fantastycznej, wielkiej świątyni. Przybyliśmy, pokonaliśmy was. To znaczy pokonaliśmy waszego Boga. Znaczy jestem oczywiście bardzo wdzięczny Imperium Osmańskiemu, że nie zburzyło Hagia Sophi, tylko dorobiło rakiety i przerobiło ją na swoje. Natomiast to było za mało. Nie wzięli i powiedzieli: nie, pokażemy, że nasz Bóg, czyli nasza cywilizacja, bo wtedy to było bardzo mocno związane, jest jeszcze wspanialsza i jeszcze większa i jeszcze mocniejsza. Zbudujemy jeszcze większą świątynię, jeszcze piękniejszą. Dziś to się bardzo przydaje, bo z Hagii Sophi do Błękitnego Meczetu jest pięć minut spacerem. Można dwie wspaniałe świątynie, dwa wspaniałe arcydzieła architektury obejrzeć.
No może nie w jeden dzień, bo w Hagia Sophi można spędzić spokojnie pół dnia. Jak się z niej wyjdzie, to się okazuje, że Turcy nawet w muzeach pracują do 16, więc już zamknięte, ale w krótkim czasie. Gorąco polecam swoją drogą fantastyczne przeżycie, mistyczne też do pewnego stopnia. Ktoś wie, co to jest?
[05:40:28] - Mosze. Miasto coś Mosze.
[05:40:31] - Blisko. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z faktu, że w miarę jak rozwijały się nasze cywilizacje i powolutku technologia Coś, co nazwijmy nauka. Nie do końca nauka, ale takie magiczne myślenie naukowe wypierało to religijne myślenie naukowe. Pojawiły się koncepty, żeby w ogóle wyprzeć tę religię, opium dla ludu i straszne przekleństwo z proboszczami, którzy biorą straszną kasę i zastąpić je ideologią naukową. Taką ideologią naukową bez religii mógł być komunizm na przykład. I numer polega na tym, że komunizm dokładnie tak samo jak religie też uwielbia opierać się na monumentalnych budynkach. Jeden znamy z Warszawy. Przy okazji nie wiem, czy się orientujecie, ale były w latach 90. robione badania przez etnografów na temat znaczenia i roli Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. I okazało się, że już w latach 60.
i chyba jeszcze w 80. ludzie składali tam modlitwy w Pałacu Kultury i Nauki. Prośby: zróbcie coś, żeby mi się polepszyło w życiu i tak dalej. Tak jakby Pałac Kultury i Nauki był świątynią, a niemalże bogiem. To oczywiście nie jest Pałac Kultury i Nauki. To jest coś o wiele bardziej obłędnego. To jest Pałac Ludowy w Bukareszcie. Nakazał to zbudować niejaki Nicolae Ceaușescu. Jest to ponoć najcięższy budynek na świecie. Piramidy nie mają skoku.
Zburzył do tego znaczną część historycznego centrum Bukaresztu, co również ma swoje znaczenie, jeżeli popatrzymy, co ludzkość robiła z podbitymi miastami, w których sobie mieszkali jacyś tam bogowie starzy. Parę średniowiecznych, pięknych kościołów też poszło na to. Po czym zbudował coś równie praktycznego jak piramidy, a nawet gorzej, bo nie ostrzy się tu żyletek. W piramidach czasem ostrzą żyletki, tutaj się nie da. Jest to naprawdę przepotworny, gigantyczny budynek. Nie wiem, czy widać tę perspektywę, bo ci ludzie stoją dość daleko. Co więcej, on do tej pory, o ile pamiętam, teraz może skończyli, ale jeszcze 10 lat temu nie był jeszcze ukończony. Cały czas trzeba go było dogbudowywać. Tak więc nawet te systemy organizacji życia społecznego, które mówiły sobie: nie, my nie myślimy poprzez kwestie religijne, my myślimy naukowo. Nawet one potrzebowały swego rodzaju sacrum.
Trochę dziwnego, ale jednak. Nawet one oznaczały swoje miasta poprzez specyficzne budynki, których użyteczność jest łatwo poddać w wątpliwość, których istnienie jest poniekąd irracjonalne. Tak samo jak świątyni. Bo po grzyba budować coś tak potwornie wielkiego? Oprócz tego, że oczywiście w ten sposób Ceaușescu podkreślał swoją wielkość, podkreślał swoje znaczenie i możliwość zdominowania świata i pokazania, co on też nie potrafi. Jeżeli ktoś był w Bukareszcie, warto tam pojechać, stanąć obok tego, zawrzeć głowę w górę i pomyśleć: rany boskie. I sądzę, że to jest wrażenie, jakie mu chodziło. Żeby ktoś, patrząc na jego dzieło, powiedział: rany boskie. On się wtedy poczuł lepiej. Poczuł się rany bosko.
Miasto jako więzienie. To jest bardziej fantastyka. China Miéville, „Dworec Perdido” i tak dalej. To jest bardzo interesujące, ponieważ China Miéville był jednym z tych nielicznych autorów fantastyki, który jest niesamowicie konsekwentny w swojej wizji świata. Facet jest marksistą i to nie jest to, że on ukrywa, tylko on należy do partii marksistowskiej, o ile pamiętam. I jednym z jego celów było zaprzeczenie temu ładowi świata, który przedstawiał Tolkien. Ponieważ stwierdził, że fantasy utknęła w martwym punkcie. Wszyscy odtwarzają albo Tolkiena, albo Howarda. Czasem zdarza się jakiś odstępca od tego, ale również w zasadzie nie ma do zaproponowania nic rewolucyjnego. A jak wiecie, dla marksisty, jeżeli nie ma nic rewolucyjnego, to w zasadzie tekst jest bezwartościowy.
Pozwoliłem sobie na drobną kąśliwość. Nie bierzcie tego zupełnie poważnie. W związku z czym China Miéville usiadł i napisał powieść „Dworec Perdido”, która to powieść ma być takim trochę manifestem. Ma być wprost takim antytolkienem. W związku z tym opisał miasto. Absolutnie fascynujące jest to, że okazało się, że pisanie powieści antytolkienowskiej prowadzi do opisu miasta, które spokojnie moglibyście znaleźć we „Władcy Pierścieni”. Co więcej, kiedy jeden z bohaterów wjeżdża do Nowego Crobuzon, opisuje to miasto. Opisuje to miasto jako ciemne, ponure, dyszące dymem, plujące jadem, pluwającym rzeki, w którym mieszkają zniewoleni mieszkańcy, którzy nie widzą dla siebie sensu. Żyją w pewnym systemie, który jest systemem powszechnego zniewolenia. Tak naprawdę różnice między opisem Nowego Crobuzon Miévilla i Mordoru u Tolkiena są iluzoryczne.
Prawie ich nie ma. Opierają się na opisaniu trochę innym językiem. No i jeszcze Tolkien starał się trochę metaforycznie opisywać przemysł, a Miéville opisuje go wprost. Ale to jest dokładnie to samo miasto. A więc uciekając od Tolkiena, Miéville jednak stosunek do miasta miał podobny, ale w innych sprawach poszedł w zupełnie innym kierunku i opisał tą cywilizację Feudalizmu przechodzącego w kraczkujący, ale już wykoślawiony kapitalizm w sposób, z którym Tolkien by pewnie raczej dyskutował. W związku z czym miasto jest dla niego miejscem zniewolenia. Dla Nevilla miasto to nie jest dzieło bogów. Miasto nie jest nawet buntem przeciw bogom. Miasto jest jednym wielkim więzieniem, w którym ci, którym się udało, ci, którzy mieli szansę, ci, którzy się wzbogacili, stworzyli nieludzki, służący jedynie zniewoleniu ludzi system. Nie tylko ludzi, bo to jest fantasy, tu jest też kilka innych ras.
U Nevilla to jest zniewolenie aż do przesytu. To znaczy miasto wkracza w to, jak wyglądacie. Potrafi urwać wam obie nogi i zastąpić koślawą maszyną parową, która będzie wam dostarczała cierpienia. Wkroczy w wasze pojmowanie sztuki, zniewoli ją, odkształci, zbezcześci. Miasto będzie uciskiem na każdym kroku. Będzie cenzurą. Będzie nieludzkimi podatkami. Będzie wymuszoną pracą dla więźniów. Będzie uprzedmiotowieniem, dosłownie uprzedmiotowieniem robotników. Będzie też olbrzymim zniewoleniem kobiet.
Dlatego miasto u Nevilla aż dyszy żądzą rewolucji, ale ona też jest wykoślawiona i też jest skłumiona. Ponieważ takie mam wrażenie, to jest już teraz moje pytanie, mój pomysł. Dla Nevilla w mieście nie ma szans na ocalenie. Żeby pojawiła się szansa na ocalenie, musi się pojawić antymiasto. Antymiasto u Nevilla pojawia się w drugim tomie, bo to jest trylogia w „Bliźnie”. Tak?
[05:48:36] - Tetralogia.
[05:48:38] - Przepraszam, tetralogia. I w „Bliźnie” pojawia się opis antymiasta. Co znaczy antymiasta? To jest miasto wzniesione ze statków, tratw i tym podobnych na morzu. W przeciwieństwie do miasta zamkniętego w jednym miejscu, ono jest zdolne do poruszania się, czyli jest absolutnym odwróceniem sytuacji miejskiej w „Tu i teraz”. Oczywiście nie ma murów. Rządzone jest przez dobrych, myśmy nazwali ich komunistami, którzy dążą do dobra ludu. Ten lud ucieka do tego miasta. Do tego antymiasta. Nie jest nim zniewolony w murach.
To nie jest to, że próbuje z niego uciec. On ucieka do niego. I tam pojawia się szansa na to, żeby niektórzy bohaterowie, którzy właśnie uciekli z Nowego Krągu Zon, zaczęli odnajdywać swoje miejsce na ziemi, zaczęli odnajdywać trochę wolności. To nie idzie oczywiście bardzo prosto. W tamtym antymieście również są czynniki odśrodkowe, wsteczne i tak dalej. Niemniej tam pojawia się szansa. Dlaczego pojawia się tam szansa? Ponieważ o ile miasta wzrastały, tak jak w przypadku Bukaresztu i Pałacu Ludowego Ceaușescu, żeby pokazywać: ja tu rządzę, ja tu buduję pewną przestrzeń. Nie po to, żeby zapewnić wam bezpieczeństwo, jak wam mówiłem, ale po to, żeby was ograniczyć, zamknąć, żeby wzmocnić swoją władzę. Antymiasto może wzrastać właśnie po to, żeby tworzyć taką może nie pierwotną, ale prawie pierwotną społeczność, która wyrasta na nowych zasadach, która wykracza poza wszystko to, co było.
Absolutnie się przeciwko temu buntuje. Mówi: nie ma bogów, nie ma władców, jesteśmy my. Tu i teraz, a może tam i później, bo możemy się przemieszczać. Będziemy próbować nową społeczność, taką trochę utopię komunistyczną, ale troszkę inna bajka. O, widzicie. Jeżeli chcecie, możecie przeczytać sobie dokładnie ten opis. Dam wam teraz na to 30 sekund, to zobaczycie, że naprawdę bardzo podobnie był opisywany. To jest opis wjazdu do Nowego Krągu Zon zaraz na początku „Władca Pierścieni”. Jest to straszne miejsce. Tam dobiegają z daleka stłumione krzyki, sporadyczne ryki zwierząt.
Wszyscy cierpią, wszyscy są zniewoleni. Wszyscy chcieliby uciec. Na tym zdjęciu widzicie właśnie zamek w Hunedoarze, od którego zaczęło się „Jedyne”. Przeskoczyłem przez kilka slajdów. Potem możemy do tego wrócić, ale akurat tutaj, dla tej rozmowy to jest nieistotne. Natomiast bardzo ciekawą wizję miasta tworzy Pratchett. I o ile z Nevillem zdarza mi się czasem dyskutować wewnętrznie, bo nigdy się nie spotkaliśmy i ja niespecjalnie zgadzam się z jego wizją miasta, cywilizacji i rozwoju. Chociaż ją dość dobrze rozumiem. To uważam, że on troszeczkę zbłądził. O tyle wobec Pratchetta jestem trochę bezbronny.
[05:51:50] - Pratchett słynie z takiej anegdoty, że jakiś inny pisarz opowiadał mu o swoim mieście i ten się go zapytał, jak rozwiązał kwestię kanalizacji w mieście fantasy. Czyli to pokazuje, że być może to byłby strony projekt miasta, ale nawet takimi kwestiami się zajmuje.
[05:52:07] - To jest takie pytanie: czego ty chcesz? Bo jeżeli sobie wrócimy do „Gormenghast”, to jest o tyle ciekawe, że tam pojawia się po prostu miasto. To jest zamek, ale zamek tak rozbudowany, że w zasadzie jest miastem. W „Gormenghast” tak naprawdę fizyka jest zastąpiona przez etykietę. To jest bardzo ciekawy koncept w fantasy. I w takim koncepcie, jeżeli autor nie był zainteresowany opowiedzeniem dosłownym albo rozbudowaniem pewnej metafory, kanalizacja nie jest w końcu potrzebna. Kanalizacja prawdopodobnie przydałaby się Czajni Nevilla, natomiast Pratchettowi już się może przydać. Dlaczego? Dlatego, że moim zdaniem Pratchett napisał jedną z najsmutniejszych historii na świecie z punktu widzenia miłośnika opowieści fantasy. Ponieważ napisał, tak sądzę, głęboko przemyślany cykl, który opowiada o tym, jak miasto zabija magię.
O tym, jak to wszystko, co piękne, lśniące, wspaniałe, niezwykłe i irracjonalne umiera wobec spotkania, zderzenia z cywilizacją. Zdaję sobie sprawę, że kiedy Pratchett pisał „Kolor magii”, to „Kolor magii” jest zupełnie inną powieścią niż na przykład „Straż! Straż!”, „Mort”, że nie wspomnimy o późniejszych tomach. I możemy się zastanawiać, czy on wtedy już kombinował nad swoją wizją. A może nie miał takiej wizji? Może ja to sobie wymyśliłem. Aczkolwiek wychodzę z założenia, że dzieło przestaje być własnością twórcy w momencie, kiedy ukazuje się drukiem. W związku z czym moja wizja jest w związku z tym bardzo prawdopodobna. U Pratchetta wszystko zaczyna się bardzo baśniowo. Mamy bogów, którzy grają w kości ludzkimi losami.
Mamy magów, którzy są dość ważni, przecież tam jest mag, który jednym zaklęciem może obrócić świat w perzynę. Mamy cudowne stworzenia typu bagaż chodzący na nogach i w zasadzie niezniszczalny, zdolny pokonywać całe armie. Mamy nieco zmęczonych, ale wciąż całkiem sprawnych barbarzyńców. Nawet jeżeli srebrna horda nazywa się srebrną hordą od koloru ich włosów, a ich najważniejszymi pragnieniami jest sztuczna szczęka i papier toaletowy odpowiednio miękki, to jednak oni ciągle są w stanie absolutnie heroicznie pokonywać armie. Mamy smoki, mamy całą zoologię fantastyczną, która gdzieś tam się miesza i wszystko działa całkiem nieźle. Ale z tomu na tom Ankh-Morpork staje się coraz bardziej cywilizowane. Poczciwą starą pocztę zastępuje poczta nowoczesna z telegrafem. Pojawia się silnik parowy, pojawia się prasa. Pojawia się coś, co jest w stanie zabić najwspanialszą baśń i najsilniejsze smoki, czyli system bankowy.
[05:55:10] - Już nie wspominając o tym, że te kolejne książki o tym hołdzie staplerze, który wymieniasz, są tak naprawdę o dynamicznym zarządzaniu procesami biznesowymi i optymalizacji biznesowej. Po prostu.
[05:55:22] - Nie wiem, ile jest tomów „Świata Dysku”. Ktoś pamięta?
[05:55:26] - 38? 40?
[05:55:28] - Podejrzewam, że było 44, bo to znacznie bardziej interesujące. Natomiast w moim przekonaniu jest to konsekwentna opowieść o tym, jak coraz bardziej cywilizowanie się oparte na technologii, jak ty mówisz, naukowym zarządzaniu dobrami sprawia, że to wszystko, co nas najbardziej w fantasy cieszyło, obumiera, znika. Im dalsze tomy Pratchetta i „Świata Dysku”, tym mniej jest tam magii, tym mniej jest tam cudów, tym mniej jest tam magicznych przedmiotów i tak dalej. Ewentualnie są skrajnie zutylitarizowane. Oczywiście cudowność nie znika zupełnie. Mamy cudowność uczuć międzyludzkich, cudowność uczuć ojca wobec nowo narodzonego dziecka, cudowność przyjaźni, oddania, lojalności i cudowność kaprala Marchewy, potem kapitana, który jest chyba ostatnim magicznym stworzeniem w historii tego świata i który tą swoją cudowność bardzo chętnie odrzuca. On nie przyznaje tego, że ma magiczny miecz i tak dalej. Sam jest magiczną postacią. Także czytając Pratchetta i doceniając jego społeczne i socjologiczne uwagi, zaśmiewając się czasem do łez z jego coraz rzadszych z tomu na tom żarcików i gier słownych, możemy przegapić fakt, że jest to historia ewolucji cywilizacji w świecie fantasy i o tym, że magia, podobnie jak u Newella, nie jest za bardzo w stanie poradzić sobie z tym cywilizowaniem. Jeżeli czytamy Herberta, to widzimy, że miasto jest okazją dla barbarzyńców, którzy tam chodzą po to, żeby miasto rabować.
Miasto dla barbarzyńców Howard jest jeszcze jednym rodzajem dżungli, tylko fajniejszym, ponieważ można znaleźć w nim rubiny, diamenty, złoto oraz bramki zamiast tylko jedzenia. Miasto dla barbarzyńców, czyli hobbitów Tolkiena, jest czymś straszającym. Machiną, która chce ich zmielić. Jest takim samym wrogiem jak dla barbarzyńców Howarda, tylko inaczej na nie reagują. Miasto dla barbarzyńców Pratchetta jest czymś, co ich połyka. Tutaj znikają bogowie. Ci bogowie, przeciwko którym buntowali się herosi w eposach starożytnych. Ci bogowie, którzy mieli jeszcze dosyć duże znaczenie w powieściach Howarda i w wielu powieściach fantasy później, tutaj całkowicie znikają. Są śmieszni. Są czczeni, owszem, czasami mają swoje świątynie, ale to są świątynie gości, którzy przybyli do tego miasta jako okazji.
Czyli tych, którzy chcą zarobić. To jest miasto jako okazja do zarobku i miasto jako okazja do zdobycia władzy dla kogoś odpowiednio zaradnego i potrafiącego świetnie zarządzać. W tym przypadku jest to Wercynariusz. To przestaje być cud. Nawet jeżeli tutaj mamy wspaniały, niewidzialny uniwersytet, o którym napisali, że Gordmaangast przy nim wygląda jak szopa na narzędzia i musi być naprawdę gigantyczny i co najmniej tak splątany jak Urząd Miasta w Krakowie. Nawet ten uniwersytet traci na znaczeniu, ponieważ magia przestaje być istotna. Nie wiem, co myśleliście o nazwie Niewidzialny czy Niewidoczny Uniwersytet, kiedy czytaliście na początku? Ja myślałem, że to jest takie podkreślenie cudowności magii. W ostatnich tomach zrozumiałem, że nie. On jest niewidoczny, on jest niewidzialny, bo nikomu nie jest potrzebny.
W zasadzie nikt go nie zauważa, dopóki coś tam nie wybuchnie. Ale nawet wtedy machają ręką. To dlatego? To, co powiedziałeś, że zarządzanie stało się ważniejsze od cudów. To jest ostateczny upadek bogów. To jest ostateczny cel, dla którego zbudowaliśmy te pierwsze mury. Pierwszy prosty stos kamieni zbudowaliśmy właśnie po to. Nie, jak napisał Mievile, żeby zbudować więzienie, ale żeby zbudować sprawnie działający mechanizm. I prawdę mówiąc nie wiem, czy to nie jest gorsze od więzienia, bo przeciwko więzieniu możemy się buntować. To ode mnie.
Dziękuję. Teraz możecie mówić. Mam nadzieję, że zrozumieliście, jakim fantasy jest „Smutnym Lądu”.
[05:59:49] - I zbliżamy się, proszę państwa, do końca audycji. A końca audycji bez sposobów niszczenia i budowania imperiów nie ma. Stało się pewną tradycją, że na koniec Piotr Plebaniak mówi o prawidłach. O prawidłach niszczenia i tworzenia imperiów. No cóż, to w takim razie posłuchajmy 13. prawidła. Dzień dobry. Witamy państwa w kolejnym odcinku naszego cyklu, w którym opowiadamy, jak budować i niszczyć imperia. Dzisiaj prawidło 13. To jeszcze raz dzień dobry, panie Piotrze.
[06:00:42] - Dzień dobry.
[06:00:43] - Ja oczywiście zgodnie z tradycją owo prawidło przeczytam. Możliwe jest, poparte całkowitą pewnością, odrzucenie teorii. Jednak nie jest możliwe całkowicie pewne przyjęcie teorii. Mówiąc szczerze, łatwo się zgubić w tej plątaninie słów, ale jak się człowiek zastanowi, to rzeczywiście coś w tym jest.
[06:01:08] - Dzisiaj będziemy mówili o nauce, czyli gmachu, konstrukcie, narzędziu do poznawania świata i rozpoznawania wzorców w tym świecie, który nam, ludziom Zachodu, udało się zbudować przez ostatnie 300, 400 lat. Jest to gigantyczne osiągnięcie cywilizacyjne, z którego powinniśmy być dumni. Ja jestem z tego dumny, że to akurat moja cywilizacja to zbudowała i do tego doszła. To jest kwestia szczęścia. To jest kwestia elementów środowiska, które to szczęście podkręciło i pozwoliło nam zdobyć nadwyżki energetyczne i zbudować takie społeczeństwa, które umożliwiły ten skok koncepcyjny. Mówiliśmy wcześniej o rekonceptualizacjach i konceptualizacjach, czyli o sposobie patrzenia na wydarzenia dookoła w taki sposób, który jest użyteczny, czyli pozwala na zbudowanie narzędzia do ingerencji w bieg zdarzeń i użycie tego narzędzia. Takim zbiorem narzędzi, metanarzędziem jest właśnie nauka. Klucz tego powiedzenia, czyli możliwe jest całkowicie pewne odrzucenie teorii i nie jest możliwe całkowicie pewne przyjęcie teorii, polega na tym, że szukamy, badając poszczególne przypadki, kazusy. To się tak w prawie nazywa. Ja też nazywam kazus, czyli wystąpienie jakiejś sytuacji czy jakiejś prawidłowości.
W amerykańskim angielskim jest takie słowo instance. An instance of Windows 10, czyli to po angielsku znaczy instalacja na danym komputerze pojedynczej kopii systemu Windows 10. Wracamy do kazusa. Mamy jakąś teorię, na przykład taki najczęściej używany przykład. Mamy takie zdanie, że wszystkie łabędzie są białe. Więc co robimy? Idziemy nad staw. Powtarzam niemalże słowo w słowo wykład profesora Jacka Chałupki, który jest genialnym dydaktykiem. Ja na jego zajęcia chodziłem wielokrotnie na wydziale filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. On nie wymyślił tego.
On po prostu w bardzo śmieszny sposób to opowiadał. Nie potrafię tego powtórzyć. Idziemy nad staw, patrzymy, wszystkie łabędzie są białe, prawda? Albo bierzemy, to co Chałupka mówił, bierzemy jednego łabędzia, białego, wyrzucamy. Bez zwracania oczywiście. Bierzemy drugiego, biały. Bez zwracania, prawda? Czyli mamy coraz więcej kazusów, które potwierdzają naszą hipotezę, że wszystkie łabędzie są białe. Natomiast nagle może się okazać, że pójdziemy nad dziesiąty staw albo do jakiegoś innego miasta i w skutek jakiejś mutacji genetycznej, usterki w przekazie genów znajdziemy łabędzia, który jest czarny. Rzeczywiście jest czarny, bo jego pióra są czarne nie dlatego, że oblane smołą albo obrzucone pyłem węglowym, tylko faktycznie barwnik jest produkowany przez tego łabędzia.
I teraz co się dzieje? Wtedy znajdujemy kazus, który zaprzecza tej hipotezie. Czyli nie możemy już powiedzieć, że wszystkie łabędzie są białe albo że nie istnieją czarne łabędzie, inaczej mówiąc. Tylko musimy powiedzieć, że w ogromnej większości przypadków, praktycznie wszystkich. Przepraszam, że tak komplikuję to, bo to niestety jest skomplikowane w gruncie rzeczy. W większości zdecydowanej przypadków łabędzie są białe i regułą jest, że są białe. Rozmaici filozofowie mają tutaj bardzo skomplikowane czasami albo bardzo sprytnie skonstruowane opisy tego, jak definiujemy łabędzia. Czyli na przykład ktoś może stwierdzić nagle, jak przywlecze za szyję czarnego łabędzia, pokaże: „Proszę bardzo, to jest czarny łabędź. Proszę zmodyfikować swoją hipotezę czy też teorię o tym, że istnieją tylko białe łabędzie”. Proszę bardzo.
Istnieje takie pojęcie i też w „Siłach psychohistorii”, z której pochodzi ten cytat, który pan Marek zechciał nam przytoczyć jako te trzynaste prawidło właśnie z tej książki. Istnieją takie sformułowania jak, jak by to powiedzieć, może zacznę od tej właśnie konstytutywna wiązka cech. Taka konstytutywna wiązka cech to jest taka grupa cech jakiegoś zwierzęcia albo jakiejś bakterii, albo jakiejś koncepcji, która pozwoli ją doprecyzować i sprawi, że jesteśmy w stanie w sposób jasny i jednoznaczny wskazać desygnaty jakiejś nazwy, prawda? Czyli proszę zobaczyć, jeżeli ktoś przyniesie czarnego łabędzia i ja się spytam: „Ale to nie jest łabędź, bo zgodnie z definicją na przykład w słowniku łabędzie są białe”, prawda? Czyli ja wyjeżdżam z takiej mąki. Natomiast ten ktoś może odpowiedzieć, że tak, ale ten kolor ze względu właśnie na to, że istnieje coś takiego jak mutacja genetyczna, kolor łabędzia, czyli ten parametr łabędzia, koloru jego upierzenia nie należy do wiązki cech konstytutywnych. Czyli spór trwa dalej. Nie wiem, czy pan Marek lubi ten temat z tego, co mi mówił, więc może ma jakiś komentarz.
[06:06:27] - Komentarz mam taki, że ta opowieść o łabędziach Jacka Hołówki bardzo przypomina, nie jest tożsama, jest taki dowcip o krowach w Szwajcarii, który mogę za chwilę zacytować, który mówi, jak różne jest patrzenie i jak warto w różny sposób patrzeć na pewne zjawiska. Otóż w pociągu jadącym przez Szwajcarię spotkało się trzech naukowców: fizyk doświadczalny, fizyk teoretyk i matematyk. No i przez okno zobaczyli łąkę, na której pasły się trzy łaciate krowy. I fizyk doświadczalny skomentował to w następujący sposób: „No, w Szwajcarii wszystkie krowy są łaciate”. „O, przepraszam” — mówi fizyk teoretyk. „W Szwajcarii istnieją łaciate krowy”. To tyle fizyk teoretyk. Na co matematyk stwierdził tak: „W Szwajcarii istnieją trzy krowy, które są łaciate przynajmniej z jednej strony”. To tak à propos różnego spojrzenia. One się przecież nawzajem nie wykluczają.
[06:07:36] - Tak, dokładnie. I to, co pan Marek właśnie powiedział, ja jednocześnie typałem na klawiaturze, żeby wspomnieć o książce, w której jest to w fenomenalnie śmieszny sposób opisane. Mówię o książce „Obcy w obcym kraju” Roberta Heinleina, w którym istniał taki świat przyszłości. Chyba go dogoniliśmy, jeśli chodzi o datownik lat, czyli połowę XXI wieku. Chodziło o to, że istniała w tamtym społeczeństwie opisanym przez Heinleina w latach 60. Istniała taka profesja jak świadek i właśnie ten świadek, a też taka piękna pani, która była sekretarką jednego z głównych bohaterów. Ten świadek został zapytany, będąc na willi na wzgórzu. W pobliżu były inne wzgórza z pięknymi, drogimi willami. I ten świadek został zapytany, jaki jest kolor tego domu na sąsiednim wzgórzu. I ona odpowiedziała: „Z tej strony jest biały”.
Bo ona nie była z drugiej strony tego domu, więc nie potrafi stwierdzić. I dokładnie o to chodzi, co w tym dowcipie.
[06:08:42] - Tak jest. À propos „Obcy w obcym kraju” to dosyć dawno, 1961 rok, kiedy ta książka się ukazała w Polsce po raz pierwszy w Nowej Fantastyce w trzech numerach z ’90... No właśnie, już nie pamiętam. Z początku lat 90. To na pewno. W każdym razie, jeśli chodzi o tę powieść. Panie Piotrze, okej, to sobie opisaliśmy, o co chodzi w tym prawidle. A jakbyśmy tak mieli zredukować całość do dwóch, trzech zdań, jaka dla nas, jako dla burzycieli tudzież tworzycieli, nie ma takiego słowa, no ale niech będzie, tworzycieli Imperium, jaka nauka dla nas płynie? Taka skondensowana.
[06:09:29] - Nie do końca taka bezpośrednia. Natomiast możemy przełożyć to na bardzo praktyczną poradę, taką codzienną. Jeżeli szukamy jakiejś prawidłowości, to nigdy nie możemy powiedzieć na przykład, że codziennie ktoś, mleczarz przychodzi i zostawia mleko pod naszymi drzwiami. To stare dzieje, ale kiedyś tak było, więc nie mamy pewności nigdy, że następnego dnia nie zdarzy się coś, co sprawi, że ten mleczarz nie przyjdzie, bo może się wydarzyć w jego życiu albo w naszym życiu, albo jakieś inne zdarzenie niezwiązane z tymi dwoma osobami, czyli nami i tym mleczarzem. Może się zdarzyć coś, co mu uniemożliwi przyniesienie mleka, na przykład strajk w mleczarni albo cokolwiek innego. W związku z tym tak naprawdę, co prawda możemy powiedzieć, że z dużą dozą prawdopodobieństwa jutro, tak jak przez ostatni rok codziennie mleczarz przyjdzie i przyniesie to mleko i postawi je pod drzwiami. Natomiast czarne łabędzie, czyli te wydarzenia, do łabędzi specjalnie nawiązałem na początku jako przykład, to są wydarzenia, które są kompletnie nieprzewidywalne w tym sensie, że nie stanowią jakiejś rutyny, jakiejś serii egzemplifikacji czy też właśnie instance, tego instance padło mi słowo, czyli kazusu tej prawidłowości, która zawsze funkcjonuje. Dlatego czarne łabędzie są i to już jest rzeczywiście prawidło wojen, prawidło toczenia wojen, prawidło zarządzania przestrzenią decyzyjną przeciwnika. Sztuką najwyższej rangi, najwyższego poziomu, sztuką wojowania najwyższego poziomu jest zdolność generowania czarnych łabędzi, czyli psucia jakiejś prawidłowości, psucia jakiejś rutyny, która się pojawia w każdym przypadku, w którym jest możliwa do przewidzenia. I co ma to na zasadzie wprowadzić?
Ma to spowodować między innymi na przykład paraliż decyzyjny przeciwnika, który przyzwyczaił się do tego, że następuje jakieś wydarzenie. Na przykład codziennie wstaje słońce i konkretnie ci tak zwani kapłani egipscy, którzy byli w stanie przewidzieć zachód słońca, byli w stanie za pomocą tej swojej wiedzy, za pomocą tej wiedzy matematycznej i astronomicznej wstąpić na najwyższy poziom kontroli populacji. W tym sensie, że potrafili przewidzieć, że słońce nie wstanie teraz albo słońce zamiast świecić, to po prostu zgaśnie na chwilę, dlatego że bogowie są gniewni i musicie płacić podatki bardziej strachliwie i więcej. Jeżeli jest ktoś w stanie przewidzieć ten czarny łabędź, akurat w tym wypadku to nie jest czarny łabędź, dlatego że można go przewidzieć, ale nie jest czarnym łabędziem dlatego, że ci astronomowie i matematycy egipscy potrafili to przewidzieć. Natomiast jest czarnym łabędziem dokładnie to samo wydarzenie, czyli to niespodziewane zaćmienie słońca dla prostego ludu, który nie posiada koncepcji, nie posiada umiejętności astronomicznych i w związku z tym jest rządzony. A ci, którzy posiadają tą wiedzę, którzy potrafią sprawić, że dla nich te czarne łabędzie nie są czarnymi łabędziami, tylko wystąpieniem jakiejś reguły, która jest rzadsza, niemożliwa do stwierdzenia na co dzień, niemożliwa na przykład do dostrzeżenia poprzez codzienną obserwację. Z prostej przyczyny, na przykład tutaj mogę podać ciekawostkę. W Chinach bardzo często jest tak, że niebo jest zasnute taką mgłą, jakby takim smogiem. Po prostu nie widać czystego nieba i niebo gwieździste, niebo, które obserwujemy na przykład na wysokich szczytach gór, nie jest klarowne. W związku z tym proszę zobaczyć, że środowisko geograficzne nie sprzyja obserwacjom astronomicznym i może na przykład nie tylko przeszkadzać zakochanym, którzy pokazują sobie gwiazdki nawzajem późnym wieczorem z łacaniem oczywiście.
Natomiast może to uniemożliwiać dostrzeżenie prawidłowości astronomicznych, które mogą być niemożliwe do odkrycia dla Chińczyków ze względu właśnie na niewyraźność gwieździstego nieba, a bardzo łatwe do odkrycia dla Egipcjan, którzy żyją w środowisku, znaczy tam wtedy nie było takiego zapylenia jak teraz. Natomiast żyją w środowisku, w którym zachmurzenie i opady są na tyle rzadkie, że pozwalają na systematyczne obserwacje nieba.
[06:13:46] - Tak sobie myślę, że to, co pan mówi dzisiaj, jakoś tak mi koreluje z wywiadem z Emilianem Kamińskim, który przeprowadziłem 10 lat temu i on na pytanie, czy istnieją zjawiska paranormalne, odpowiedział mi tak: „Nie, proszę pana, nie ma czegoś takiego jak zjawiska paranormalne. Być może istnieją takie zjawiska, które my dzisiaj określamy tym mianem, ale to miano jest nieprawidłowe, bo za ileś tam lat może się okazać, że jest to część nowej fizyki, tego, co dopiero nadejdzie. My to dzisiaj nazywamy paranormalnymi, a to są zupełnie normalne zjawiska, tylko my ich jeszcze nie znamy”. To myślę dosyć dobrze się wpisuje w to, o czym pan między innymi dzisiaj mówił.
[06:14:33] - Dokładnie tak. Mamy tutaj pełne porozumienie pod tym względem.
[06:14:37] - Super, pięknie dziękuję w takim razie. Słyszymy się za tydzień i za tydzień tak jak zawsze będziemy budować i niszczyć imperia. Jeszcze raz dziękuję.
[06:14:48] - Do usłyszenia. Dziękuję.
[06:14:50] - Tak, proszę państwa, to już naprawdę koniec. Pora już jest słuszna, to znaczy późna. Cóż, na koniec rekomendacje na przyszły tydzień. Otóż za tydzień zapraszam państwa na spotkanie z Wojtkiem Sedeńko. To jest znawca fantastyki polskiej i światowej, o czym się państwo będziecie mieli okazję przekonać. Porozmawiamy o fantastyce, o książkach wydawanych przez Stalker Books. Mówiąc szczerze, proszę państwa, zatkało mnie, jak zobaczyłem najnowszy katalog z pozycjami, które już są wydane albo które lada chwila się ukażą. Wiecie państwo, może Stalker Books to jest wydawnictwo niszowe. Wojtkowi Sedeńce nie zależy na szerokiej dystrybucji w Empikach i w różnych innych miejscach. On sobie doskonale radzi z dystrybucją swoich książek poprzez sklep internetowy.
A to, co ma w ofercie, naprawdę mnie jako takiego starego wyjadacza, który lubi fantastykę zarówno tę nową, jak i tę starą, jak wchodzę na stronę, jak przeglądam katalog, to mam takie uczucie, że to ja to wszystko chciałbym mieć, ale po pierwsze nie mam tyle pieniędzy. Może nie żyję w nędzy, że tak sobie zrymuję, ale tylu pieniędzy, żeby na te wszystkie książki wydać, to nie mam. I jeszcze długo nie. Ale tam są tytuły. Jeśli państwo lubicie te kąciki, w których ja prezentuję stare opowiadania z złotej ery science fiction amerykańskiej, to jest miejsce, które powinniście koniecznie odwiedzić, bo tam jest tego oho ho ho, a może jeszcze i więcej. Więc za tydzień będziecie się państwo spotykać z Wojtkiem Sedeńką. Mam nadzieję, że podobnie jak mnie zaczaruje państwa tym niezwykłym fantastyczno-naukowym światem. W każdym razie ja mam tak, że
[06:17:13] - Ja bym z tego katalogu chciał 99% pozycji, które są tam przedstawione. Maniak, ja mówię o sobie maniak, bo ja mam tak, że jak widzę kawałek fajnej książki, to taka żądza posiadania się we mnie budzi, proszę państwa. I ja wiem, że jestem nietrendy, bo w tej chwili wszystko należy wypożyczać i należy być bardzo ekologicznym. Książka to jest niszczenie lasów, więc najlepiej e-booka. E-booki też są akurat w wykonaniu Stalker Books, więc to akurat jedno drugiemu nie przeczy. Natomiast ja cenię sobie dotyk książki, zapach książki, a przede wszystkim to, co w tej książce się znajduje. Raj, proszę państwa, Stalker Books to jest prawdziwy raj dla moli książkowych. Ale to nie jedyne, na co państwa zapraszam. Będzie jak zwykle bardzo dużo różnych audycji, a wśród nich będzie też mowa o sztucznej inteligencji. Po raz kolejny będziemy rozmawiać o sztucznej inteligencji.
Mianowicie pojawi się rozmowa z Ludwikiem Papajem. Znacie go państwo, bo występował w „Bibliotekarium”, tym starym „Bibliotekarium”. Mówił o swojej książce „Dzieciaki końca świata”, ale też o książce „Kierunek: Kitaj”. Zapytacie: „No dobrze, to dlaczego nam będzie opowiadał o sztucznej inteligencji?” Dlatego, że to jest autor, człowiek, który życie zawodowe spędza w takim właśnie środowisku. Może nie sztucznej inteligencji, ale kabelki, komputery, te rzeczy. Świat komputerów, sieci jest mu bardzo bliski i zaręczam państwu, że wie, o czym mówi. Poza tym ma tę jedną fajną cechę, jest filozofem i patrzy na te problemy związane ze sztuczną inteligencją w bardzo specyficzny sposób. Trzeźwy, ale jednocześnie niepozbawiony szalonej wyobraźni, szalonej w tym pozytywnym znaczeniu tego słowa, takiej nieokiełznanej. Perspektywy, które Ludwik Papaj zarysował, były dla mnie fascynujące. Dla państwa będą fascynujące już za tydzień, bo Ludwik Papaj naprawdę sporo wie, a jeszcze więcej ma przemyślane.
Ponieważ sztuczna inteligencja to jest temat wybitnie filozoficzny, to myślę, że będzie o czym rozmawiać. Ja już tę rozmowę znam. Państwo dopiero za tydzień. Bardzo serdecznie zapraszam. A teraz pięknie państwu dziękuję, że się zdobyliście na odwagę i spędziliście tych wiele godzin z „Bibliotekarium 2.0”. Mam nadzieję, że nie zanudziłem państwa na śmierć. Cały czas mam taką nadzieję, bo ta audycja, proszę państwa, jest przecież dla was. Czekam na uwagi zawsze chętnie. To, że o uwagach nie zapominam, to zaraz dam temu wyraz. Pamiętam na przykład o państwa propozycjach odnośnie omówienia.
Pojawił się wpis proszący o to, żebym powiedział troszeczkę o Bohdanie Peteckim. Była też propozycja, żeby porozmawiać o cyklu. Ona się już nie pierwszy raz pojawia. Porozmawiać o cyklu powieściowym „Niebieski, zielony, czerwony Mars”. Nie ta kolejność, ale o tym cyklu, żeby porozmawiać. To wszystko będzie, ale to wymaga pewnego przygotowania, żeby już nie był takim natrętnym człowiekiem, który truje państwu bez sensu. Jednak staram się te tematy jakoś wzbogacić, znaleźć ludzi, którzy powiedzą może ciekawiej ode mnie czy to o jednej książce, czy o innych książkach. Więc te tematy wrócą. Tak samo jak wróci problem poruszony przez jednego ze słuchaczy dotyczący przekleństw, dotyczący tego, czy używać, czy też nie używać przekleństw w literaturze, jaką to ma rolę, czy warto, czy nie warto. Mam wielką nadzieję, mam to obiecane, że na ten temat wypowie się między innymi Wiktor Żwikiewicz.
Myślę, że te przemyślenia, przynajmniej ich wersję roboczą miałem okazję posłuchać, więc te przemyślenia są ciekawe, nieoczywiste wcale, bo ktoś powie: „No tak, pewno nie należy używać przekleństw” albo „Należy wyłącznie same przekleństwa”. Ja nawet nie wiem, czy to, co zaproponował Wiktor, to jest złoty środek. Chyba nie, ale podszedł do tematu bardzo rozsądnie. Nie wiem, czy będziemy o tym rozmawiać już za tydzień, czy może za dwa, trzy tygodnie. Niemniej mówię to wszystko, żeby dać państwu dowód, że nic nie ginie, tylko czasami jest odsunięte w czasie. Pięknie państwu dziękuję. Do usłyszenia. Do usłyszenia. Do usłyszenia.
[06:22:45] - A mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękujemy za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.