[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. A więc zaczynamy pierwsze wydanie Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji w 2023 roku. Pierwszy piątkowy zjazd w Radiu Paranormalium i w Book Radiu. Witają państwa za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz Bibliotekarium, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:45] - Dzień dobry wieczór państwu. Zjazd taki bardzo lajtowy, tak jak ten z zeszłego tygodnia. Bo jeszcze jesteśmy w takim czasie, nazwijmy go feryjno- czy wakacyjnym. W każdym razie przerwa świąteczna musi być i musi się dokonać. Musi być do Trzech Króli, czy jak chcą niektórzy – Sześciu Króli. A później, już w przyszłym tygodniu zapraszam państwa z bankiem kawy, bo znowu będzie długo, obficie, ale mam nadzieję, że przede wszystkim będzie ciekawie. Co nie znaczy, że nie będzie ciekawie dzisiaj. Dzisiaj również, chociaż krócej, postaram się, żeby państwa troszeczkę do głośników przykuć jak przykuć. Ale może państwo z zaciekawieniem zastrzygą uchem. Staram się wytworzyć taką nową świecką tradycję w Bibliotekarium 2.0, że na początku audycji polecanki.
Polecam państwu to, co przeczytałem, to co obejrzałem. Dzisiaj mam dwie propozycje polecankowe. Pierwsza z nich to książka Henryka Tura „W sercu otchłani”. Ona jest do upolowania. Empik Go to chyba tam, ale jak wyszukacie państwo ten tytuł „W sercu otchłani”, powtarzam Henryk Tur, to na pewno państwo tę książkę znajdziecie. To jest książka, która jest taką klasyczną science fiction. Twarda science fiction. Ja państwu zarysuję chociażby wstęp do akcji. Wybudzona z hibernacji załoga statku kosmicznego Gandhi dowiaduje się, że statek uległ awarii daleko od Ziemi, a w dodatku znajduje się tuż przed horyzontem zdarzeń czarnej dziury. Nie ma już możliwości, żeby wyrwać się z tej pułapki, z jej przyciągania potężnego.
A zatem dochodzi do prostej konstatacji. Tak naprawdę ludziom, którzy są obecni w tym statku kosmicznym, pozostało kilka dni życia. Bodajże cztery. Dowódca, kapitan Gandhiego, wychodzi z założenia, że najlepiej by było, gdyby załoga wróciła do hibernatorów, a on jako dowódca zostanie tak jak rasowy kapitan, na mostku i będzie trwał do końca. To jest chyba tyle, co mogę powiedzieć, żeby państwu nie zepsuć zabawy. Poczytałem sobie trochę. Mam swoje refleksje, ale one może są najmniej ważne. Szczególnie, że gdzieś tam w planach odległych, a może całkiem nieodległych, mam zaproszenie autora do Bibliotekarium 2.0. Ale czy to się uda, to tak naprawdę zależy od samego autora. Natomiast poczytałem sobie trochę na temat tej książki i opinie są dosyć zgodne.
Przede wszystkim autor jest chwalony za świetny styl, że dobrze napisał książkę. Książka wciąga. Książka właśnie jest taką rasową science fiction. I to jest jej ogromny walor. Dosyć często w takich internetowych komentarzach poruszany jest problem tego, że pod koniec jakoś tak nie do końca autor spełnił oczekiwania czytelników. Tu od razu uwaga, że ja nie jestem do końca przekonany, ale mówię, poddaję to bardziej pod dyskusję, niż wygłaszam jako tezę. Ale nie jestem do końca przekonany, czy autor tak naprawdę jest po to, żeby spełniać oczekiwania czytelników. A może czasami jednak czytelnik powinien podążyć za myślą autora i zobaczyć, o co mu tak naprawdę chodziło. Bo jeśli zarzutem wyczytanym przeze mnie w internecie jest, że dynamika akcji spada i tam się już robi tak, że człowieka tak nie przyciąga do tej książki jak na początku. To wszystko jest możliwe, proszę państwa, ale myślę, że autor na tyle świadomy, co Henryk Tur, a muszę przyznać, że śledzę tego autora od czasów sławnego miesięcznika „Science Fiction Fantasy and Horror” wydawanego przez Roberta Schmidta, więc śledzę i w jego wykonaniu tam pojawiały się naprawdę interesujące, czasami wręcz brawurowe opowiadania.
W związku z tym mam Henryka Tura za autora świadomego, który pewnych rzeczy dokonuje w swojej prozie z jakiegoś powodu. Stąd ja nie do końca zgadzam się z tymi ocenami internetowymi. Ale wiecie państwo, tak jak mówiłem chyba w ostatniej audycji, to nigdy nie jest tak, że literatura zawsze podoba się wszystkim i wszyscy klaszczą, biją brawo. W każdym razie nie wszyscy wyją z zachwytu. Czasami są tacy, którzy mówią: „Nie, mnie to nie odpowiada”. To ani nie dezawuuje takiej prozy, ani jej specjalnie nie wywyższa. To po prostu normalna kolej rzeczy. Tak jak powiedziałem ostatnio, powtórzę to: ja bym bał się takiej książki, którą chwaliliby wszyscy, którą by się wszyscy zachwycali. Już nawet arcydzieła literatury, książki określane tym mianem znajdą swoich krytyków, którzy mówią, że są głupie i się nie da tego czytać i w ogóle. Być może.
Naprawdę literatura to jest po pierwsze pojemny worek, ale po drugie jest to tak subiektywne wszystko, co literatury dotyczy, że taki barani zachwyt w moim czy też w czyimkolwiek wykonaniu byłby z gruntu podejrzany. Więc proponuję, żeby sprawdzić. Książka jest do szybkiego przeczytania. Tak naprawdę ja mam wersję, która ma 156 stron, a zatem do łyknięcia w jedno popołudnie. To słowo „łyknięcie” użyte zostało przeze mnie zupełnie świadomie, bo ja tę książkę łyknąłem. Ale powtarzam, jeśli ktoś później napisze, że się nudził albo że nie spełniła jego oczekiwań, to będzie równie uprawniona ocena jak ta, którą ja przedstawiłem. Książki po prostu w zależności od tytułu są dla różnych ludzi. Proponuję się z tym pogodzić i ja się z tym po jakimś dłuższym czasie pogodziłem. Kiedyś, bardzo dawno temu wydawało mi się, że jak coś jest arcydziełem literatury, to wszyscy muszą przyklęknąć przynajmniej na jedno kolano. Dzisiaj już tak po prostu nie uważam.
Niemniej jednak zapamiętajcie państwo ten tytuł „W sercu otchłani”, Henryk Tur. Ja polecam. A czy państwo później będą wieszali na mnie psy z tego powodu? Nie wiem. Mam nadzieję, że nie, bo to w gruncie rzeczy z mojego punktu widzenia bardzo fajna książka jest. To tyle polecanki książkowe, ale ja mam dla państwa jeszcze jedną polecankę dzisiaj, bo ostatnimi czasy obejrzałem sobie taki film produkcji francuskiej i to może się niektórym wydawać słabą rekomendacją, ale ten film produkcji francuskiej jest na temat znanego pisarza Stephena Kinga i w gruncie rzeczy w większości jest po angielsku. Tylko komentarze są po francusku. Znajdziecie go państwo w internecie. Jak dobrze poszukacie, to znajdziecie. Jest między innymi na CDA.
Nosi tytuł „Stephen King. Zło konieczne”. To jest dokument, który tak naprawdę składa się z fragmentów bardzo wielu wywiadów. Około godzinka, bodajże 50 kilka minut trwa. Spędzicie państwo tę godzinkę naprawdę w towarzystwie pisarza pełną gębą. Można go lubić, można go nie lubić, ale jedno trzeba mu przyznać: ten facet ma świadomość tego, co robił w życiu, co robi w dalszym ciągu. I to nie jest jakieś takie, wiecie państwo, słodkie ględzenie, jak fajnie jest być pisarzem i kosić kasiorę. Tylko to są przemyślenia na pewno kontrowersyjne, ale myślę, że tak wychodzące z brzucha autora, z samego jądra ciemności. Bo Stephen King bardzo dużo mówi na przykład o swoim alkoholizmie. Mówi też o także rzeczach pozytywnych, o miłości do życia, do miłości w ogóle.
Odnosi się do tego, skąd bierze się jego wyobraźnia. Wiecie państwo, ja w końcu czytałem kilka książek tych niebeletrystycznych Stephena Kinga i muszę powiedzieć, że mimo to, mimo tych wszystkich rad, których on udziela w swoich książkach niebeletrystycznych, jak być pisarzem, to ten film zrobił na mnie wrażenie, bo tam King odnosi się do pewnych takich archetypów. To przesadne słowo, ale niech zostanie. Archetypów swojej twórczości. Otóż w pewnym momencie mówi o tym takim cytatem jeszcze niezwiązanym z tymi archetypami. Taki mi utkwił w głowie, że zdolność myślenia rośnie wraz z umiejętnością pisania. Bo on dosyć dużo miejsca poświęca w tym filmie temu, że bardzo często odkrywa swoich bohaterów, że w miarę pisania on się o nich dowiaduje czegoś. Każdy, kto próbował pisać taką metodą podobną do Stephena Kinga wie, że siadając do napisania opowiadania bardzo często wiemy, jak ono się skończy. Wiemy, co się będzie działo. Znamy ogólny zarys, ku czemu zmierzamy.
Dosyć często pisarzom zdarza się, że swoich bohaterów, ich motywacje, ich postępowanie odkrywają w trakcie pisania. To jest niesamowita przygoda, proszę państwa. To jest przygoda na taką miarę prawie mistyczną. Coś państwu powiem. Ponieważ jestem w trakcie pisania drugiego tomu „Wojny cieni”, to całkiem niedawno miałem okazję czegoś takiego doświadczyć. Miałem bohatera, który już pojawiał się w pierwszym tomie i który ogólnie był pozytywny. Nieco chłodny, nieco cyniczny, ale w gruncie rzeczy pozytywny. Chciałem mu taką łatkę przyczepić, pokazać, że ma jednak swoje mroczne strony. I wierzcie mi państwo, chcąc zachować pewną logikę wywodu, chcąc nie sprzeniewierzyć się temu, co już zostało napisane, nie można było tego zrobić. Zarówno pod tym kątem, o którym powiedziałem przed chwilą, czyli nie można przeczyć czemuś, co się napisało wcześniej.
Można by oczywiście napisać, że bohater zwariował, wtedy różne rzeczy się mogą dziać, ale chcąc zachować pewną logikę, tego się nie dało zrobić. Ale to jest jeszcze nic, bo ja mimo wszystko próbowałem. Uparty jestem, przynajmniej czasami, a właściwie bardzo często, jak twierdzi moja żona. W związku z tym próbowałem. I cóż, proszę państwa, tak się zaczęły losy, takie drobne epizody zaczęły się zaplatać, że jak wymusiłem, że bohater jest niefajny, to w ogóle było to nielogiczne. Po prostu głupie było. Trzeba było poświęcić trochę czasu, żeby to wszystko wyprostować, bo gdyby zostało tak, jak zostało, to ja oczywiście dopiąłbym swego. Zrobiłbym z tego bohatera kogoś mało fajnego, ale logika narracji już w tym wypadku mocno by kulała i chyba musiałbym się tego wstydzić. Ale wróćmy do Stephena Kinga. Powiedziałem o tych pisarskich archetypach.
On w pewnym momencie wypowiada się, że horrory, które pisze, to są potwory. Występują w nich potwory oczywiście. A tak naprawdę zaczyna wywód na temat tych potworów tym, że to w jakimś stopniu za każdym razem jest oswajanie śmierci. Że człowiek na poziomie werbalnym bardzo często mówi: „Jedyne, co jest pewne, to śmierć i podatki, a właściwie to śmierć”. Każdy z nas niby zdaje sobie z tego sprawę, ale w gruncie rzeczy słabo to dopuszcza do świadomości. Im jest młodszy, tym słabiej to dopuszcza. Im starszy, tym ta perspektywa się przybliża i człowiek nie bardzo ma gdzie uciec i chyba myśli o tym coraz częściej. King mówi o tym, że potwory pojawiające się w horrorach można oczywiście traktować jako erupcję wyobraźni, ale można je również traktować nieco głębiej, jako takie oswajanie śmierci, oswajanie tego, co w gruncie rzeczy nas czeka. Mówi też King w tym filmie o dzieciach, bo dzieci w twórczości Kinga pojawiają się niezwykle często. I mówi o tym, że z książek, które pisze, można wywnioskować, że dojrzałość, to, za czym każdy dzieciak tęskni, żeby być dorosłym, ma swoją cenę.
To nie jest tak, że stajemy się dorosłymi i już. Mówi między innymi o tym, że dzieci są, i tu cudzysłów oczywiście, szalone. Dzieci potrafią, znowu cudzysłów, przenosić góry, bo nie czują pewnych ograniczeń. A później stajemy się dorośli i coś, co wydawało nam się fajne i wspaniałe, i w ogóle godne tego, żeby zgłębiać, patrzymy na to z pogardą. Mówimy sobie: „Nie, bzdury, to bez wartości jest”. I King zastanawia się tak naprawdę, czy to nie jest tak, że rośnie nasze ciało, a kurczy się wyobraźnia. W bardzo wielu wypadkach odnoszę wrażenie, że tak właśnie jest. Ale wśród tych archetypicznych figur, które się pojawiają w filmie, o którym mówię, przypomnę „Stephen King: Zło konieczne”, są na przykład maszyny. Bo wiecie państwo, opowieść o samochodzie, który szerzy spustoszenie czy kilka innych, w których występują rzeczywiście maszyny, jakieś elementy techniczne, można traktować jako takie: głupoty napisał i King pokazuje to inaczej, że owszem, można tak dosłownie: jeździ sobie samochód i morduje, ale on proponuje inne spojrzenie na to wszystko. Czy jest przekonujący?
Mnie przekonał, ale czy państwa przekona? Proponuję się przekonać. Przypomnę: film dostępny na CDA bez żadnej rejestracji, bez niczego. Po prostu państwo włączacie i oglądacie 50 minut. Zaręczam, że warto. Dalej. King mówi tam o nudzie, która się wkrada w nasze życie, o tym, że literatura się starzeje. O tym starzeniu się literatury będę jeszcze dzisiaj mówił, ale mówi o tym, że na przykład horrory, które przerażały w XIX wieku, dzisiaj już nie działają albo działają znacznie słabiej. Mówi na przykład o Bramie Stokerze i jego „Draculi”, że to w dalszym ciągu jest świetna literatura, ale już nie przeraża, nie współgra z naszym strachem. Co sprawia, że to owszem klasyka horroru, ale boimy się jakby tak nie do końca.
W ogóle mówi o tym, że te starsze powieści grozy trącą myszką i nie straszą już tak, jak straszyły w czasach, kiedy powstawały. To między innymi pewno jest wytłumaczenie tego, dlaczego powstał film, ale wcześniej powstała książka „Miasteczko Salem”. Otóż on w pewnym momencie dokonał rzeczy najprostszej na świecie. Wyobraził sobie, że Drakula ten z powieści Brama Stokera zjawia się pewnego dnia w Stanach Zjednoczonych i powoli, w sposób taki niemal niezauważalny, opanowuje miasteczko. Tworzy wokół siebie swoich braci krwi, inne wampiry. Jeśli państwo nie znacie „Miasteczka Salem”, to po prostu poznajcie. Ale myślę, że tu King chyba mówi prawdę. Ta nowoczesna forma chyba lepiej działa. Zresztą wiecie państwo, od razu sobie to zaznaczmy: powieść „Miasteczko Salem” to też jest rzecz sprzed kilkudziesięciu lat, bo wtedy ją King napisał. Ona się już też lekuchno zestarzała.
A to, co jest pocieszające w prozie Kinga, że on idzie z duchem czasu. To znaczy te powieści, które tworzy współcześnie, one są niezwykle nowoczesne. Nowoczesne to jest złe słowo, bo jak sobie pomyślę o prozie nowoczesnej, to mi się zaraz proza eksperymentalna różnego rodzaju jawi przed oczyma. To nie o to chodzi. Nowoczesne w dekoracjach. King podąża za naszymi czasami. Są komputery, są komórki. Jakżeby inaczej? Zmienia się w ogóle mechanika powieści w związku z tymi wynalazkami. King za tym nadąża.
Co więcej, potrafi z tego wykrzesać prawdziwą literaturę. Ja wiem, że ja nie przekonam nieprzekonanych, tych, którzy Kinga po prostu nie lubią. Trudno mieć o to pretensje, ale ja patrząc na horrory Kinga, nie widzę tam tylko horrorów. Widzę po prostu człowieka, który potrafi pisać, który umie tworzyć literaturę. Już się z państwem kiedyś tym dzieliłem, że ja w ogóle Kinga uważam za pisarza bez przymiotnika, czyli to nie jest pisarz, który tworzy grozę, taki horrorowy pisarz, tylko to jest pisarz po prostu. I to w tym filmie widać. Jego przemyślenia dotyczące życia, dotyczące tworzenia pisania. Naprawdę warto. Myślę, że nie będę topił tego filmu w powodzi słów. To, co powiedziałem chyba wystarczy.
Mam nadzieję przynajmniej, że wystarczy, żeby państwa do tego seansu filmowego namówić. 51 minut. Naprawdę warto. No cóż, proszę państwa, a teraz skoro jesteśmy przy filmach, to zapraszam państwa. Z Piotrem Cielebiasiem przedstawimy państwu kilka filmów. Wiem, że ta audycja, właściwie ta część „Bibliotekarium 2.0”, cieszy się dużym aplauzem wyrażanym we wpisach i w mailach. Czy można się cieszyć aplauzem? Czasami jak człowiek bredzi do mikrofonu, to bredzi na całego. Cieszy się powodzeniem po prostu. A więc, żeby już nie przedłużać, zapraszam na rodzaj seansu filmowego.
Dzień dobry wieczór Piotrze, jak tam twój głos? Jak tam twoja choroba?
[24:07] - Dziękuję. Paskudnie, szczerze mówiąc, ale jakoś udało mi się, że tak powiem, reanimować, bo dzisiaj mamy do opowiedzenia kilka bardzo ciekawych filmów, historii. Także pożarłszy niejedną pastylkę i niejeden cukierek mentolowy — jestem.
[24:31] - Tak od razu właściwie możemy powiedzieć, że nasza rozmowa to jest właściwie suplement do ostatniej audycji, w której- W poniedziałek mówiliśmy o efekcie Mandeli. Przynajmniej częściowo jakoś będziemy nawiązywać do tego.
[24:51] - Tak. Idąc za ciosem postanowiliśmy kontynuować nasze rozważania z ostatniego odcinka "Oblicz Nieznanego" związane z pomieszaniem się rzeczywistości, bo efekt Mandeli to nie jest jedyne zjawisko, o którym dzisiaj powiemy. Przypomnę z obowiązku kronikarskiego, że efekt Mandeli to takie zjawisko, współczesny mit związany z tym, że ktoś ma przekonanie, że jakieś zjawisko, rzecz, miejsce, przedmiot kiedyś wyglądało inaczej niż wygląda obecnie. Oczywiście z tym wiążą się pewne pochodne fenomeny, czyli relacje ludzi, którzy na chwilę znaleźli się w równoległych rzeczywistościach, oglądali tam różnego rodzaju rzeczy i zapamiętali je inaczej niż wyglądają one obecnie. W tym zawiera się podobieństwo efektu Mandeli. Oczywiście znane są historie z Trójkąta Bermudzkiego czy innych zon anomalnych, stref anomalnych, w których również dochodziło do zaburzeń czasoprzestrzeni. I tak naprawdę moglibyśmy snuć nasze rozważania o tym, jak ludzie giną w tym czasie i materii. Natomiast nasz strach przed zagłębianiem się w czasie czy trafieniem do jakiejś egzotycznej odnogi rzeczywistości, która niby jest taka sama jak nasza, ale inna, jest też wykorzystywany w filmach. Najczęstszym motywem, który się pojawia w horrorach albo w filmach science fiction, są tak zwane pętle czasowe. Z kolei skutki związane z zaburzeniem czasu widzieliśmy na przykład w filmie "Interstellar" i tam to było pokazane od strony bardziej naukowej.
Natomiast dziś chcielibyśmy zwrócić uwagę na kilka mniej znanych produkcji oraz może dwie starsze, w tym jedną z tak zwanych produkcji kultowych, w których motyw równoległych rzeczywistości i zagubienia się w nich występuje.
[26:55] - Notabene można by powiedzieć, że jeden z filmów z ostatniej naszej rozmowy sprzed dwóch tygodni w jakiś sposób się kwalifikuje również. Ja oczywiście zgodnie z tradycją nie pamiętam tytułu, ale ten film, o którym mówiliśmy, ten samochód jadący przez opustoszałą drogę. Tam też dałoby się takie innowymiarowe wątki odnaleźć.
[27:24] - Tak. Niestety też zapomniałem tytułu. Nie pamiętam, jak to się nazywało. Pamięć bywa ulotna.
[27:30] - Ale jak państwo sprawdzicie w ostatnim wydaniu, film jest koprodukcją amerykańsko-francuską, więc to jest ten ślad. No cóż, Piotrze.
[27:46] - Może byśmy go zapamiętali, gdyby miał konkretny tytuł. Natomiast to było tak, że tytuł polski był inny od tego oryginalnego i tak dalej. Natomiast kiedy mówimy o efekcie Mandeli, to może wyjdźmy od filmu, który nosi ten sam tytuł.
[28:04] - Tak. Ja już w poniedziałkowej audycji wspominałem, myślę, że mnie pamięć nie myli, że to jest film, który bardzo dobrze porządkuje część wiedzy na temat efektu Mandeli. Tam takie hasłowe rzeczy się pojawiają. Zresztą w związku z poszukiwaniami głównego bohatera, który przetrząsa internet i znajduje różne informacje na temat efektu Mandeli. Co to takiego jest? Jest ten sławny przykład, pojawia się z facecikiem z Monopoly. Czy też ma ten monokl, czy nie ma i tak dalej. Ale w sumie jak się dobrze człowiek zastanowi, to ten film poza różnymi wadami, które ma, ma jedną zaletę, że jest lightowym wprowadzeniem do problemu. I to myślę, jest jego chyba zasadnicza zaleta, bo takich więcej za bardzo nie dostrzegam. Poza tytułem, też nośnym.
[29:11] - Tak, ten film troszeczkę przeszedł bez echa, muszę powiedzieć. Nosi on tytuł "Mandela Effect" albo "Efekt Mandeli", rocznik 2019. Przypomnę, że nazwa ta dotyczy wspomnień o zjawiskach, które sprawiają u świadka takie wrażenie, że coś kiedyś było inaczej, a obecna wersja rzeczywistości różni się od tej, która była. Tak jakby w czasoprzestrzeni zaszło coś, co pozmieniało bardzo czasem drobne detale. Niektórzy twierdzą, że są to po prostu kryptowspomnienia i ja nie ukrywam, że w wielu przypadkach to do mnie przemawia. Natomiast niektórzy idą głębiej, sięgają głębiej i mówią, że prawdopodobnie mamy tu do czynienia na dowód z ingerencji w czasoprzestrzeń albo z naszą rzeczywistością zderzyła się jakaś jej paralelna odnoga i niektóre fakty, mówiąc kolokwialnie, wymieszały się. Albo też naukowcy prowadząc jakieś kontrowersyjne eksperymenty naruszyli tkankę czasu i w sposób dość humorystyczny niektóre rzeczy pozmieniali, żeby zobaczyć, jak to w historii wpłynie na, trudno powiedzieć bieg dziejów, bo co na przykład zmiana logotypu może zmienić w biegu dziejów? Inaczej jest z pogrzebem Nelsona Mandeli, ale to już żeśmy wyjaśnili w naszym odcinku "Oblicz Nieznanego" z poniedziałku 2 stycznia. Jeżeli chodzi o ten film, zwolennikiem opcji, że efekt Mandeli to może być coś więcej niż tylko kryptowspomnienia albo fałszywe wspomnienia, jest jeden z bohaterów, dr Roland Fuchs, fizyk, który zajmuje się hipotezą symulacji. Poznajemy go w tym filmie w momencie, kiedy główny bohater filmu, chyba Brandon, odnajduje jego wykłady w Internecie.
Brandon szuka ukojenia, szuka odpowiedzi z jednej strony na swoją traumę, bo w tragiczny sposób stracił córkę, z drugiej strony zaczyna zauważać, że w jego rzeczywistości coś się nie klei. Zauważa na przykład, że maskotka jego córki, jakaś małpa pochodząca z książki dla dzieci, ma ogon, podczas gdy w oryginale, w wersji książkowej tego ogona nie ma. To samo dzieje się z tytułami niektórych książek, grą Monopoly i wieloma innymi zdarzeniami. Kiedy Brandon odnajduje doktora Fuchsa, okazuje się, że ten pracuje z ogromnej mocy komputerem kwantowym, prawda?
[31:59] - Tak. Bardzo szybko film zmierza w stronę tego, żeby opowiedzieć się po którejś ze stron. Nie tyle którejś ze stron, tylko opowiedzieć się za jakąś teorią związaną z efektem Mandeli. I tak jak wspomniałeś, wybrana jest teoria symulacji i wszystko potem się toczy zgodnie z tą teorią. Chociaż muszę powiedzieć, nie wiem, czy mnie państwo znienawidzą za moje ostre stwierdzenia, ale o ile nie jestem specjalistą od filmów, to czuję się powołany do tego, żeby oceniać spójność historii. I ta historia opowiedziana w filmie nie jest do końca spójna. Ona tylko udaje spójną, bo jak już mamy komputer kwantowy, to się wydaje, że jak się w niego zaingeruje, wpisze jakieś kawałki kodu, to coś może zmienić. Jaki jest związek rzeczywistości z tym komputerem albo przekonanie o tym, że jak się napisze ileś linijek kodu, to się rzeczywistość zmieni, ja tego nie potrafię połączyć. Na bardzo ogólnym stopniu, jakby mi ktoś tę historię opowiadał w pociągu albo w drodze do pracy, to może bym w to uwierzył. Ale na filmie, kiedy śledzimy losy głównego bohatera, jak on to robi, jak się spotyka, jak ten komputer kwantowy w ogóle wygląda.
Mniejsza o to. Robi wrażenie, może tyle. I to jest chyba jego główna rola w tym filmie, żeby robić wrażenie. Natomiast później facet wraca do domu, pisze linijki kodu, pisze tam jakieś czary-mary na komputerze zwykłym, już nie kwantowym, po czym idzie i coś tam manipuluje tym komputerem kwantowym i się rzeczywistość jakoś tak kitłasi. Już nie będę opowiadał bardziej. Jeśli to państwa zachęciło, to dobrze. Jeśli nie, to też dobrze, bo to jest film, i powtarzam, oceniam go tylko pod kątem historii, który moim zdaniem gdzieś w środku, w trzech czwartych zaczyna się po prostu rozklejać. Ma oczywiście swój fajny finał, wszyscy się cieszą, jest super, ale moim zdaniem to sklejenie z rzeczywistością, logiczność wywodu, logiczność historii gdzieś bardzo potężnie w trzech czwartych siada.
[34:45] - Tak. Profesor czy profesor doktor Fuchs ogólnie twierdzi, że wszystkie zjawiska anomalne, wszystkie zaburzenia matrixa związane są z tym, że istnieją twórcy symulacji, którzy próbują zatrzeć po sobie ślady. Tutaj mamy z jednej strony historię ojca, który stracił córkę i to jest taka dramatyczna część tego filmu. On ma oczywiście problemy ze swoją żoną, problemy ze szwagrem. Z drugiej strony ma profesora Fuchsa, którego, możemy to zdradzić, czeka nieszczęśliwy koniec. I gdzieś w to wszystko wplata się efekt Mandeli. Zaczynam się zastanawiać, czy to jest fajne, czy nie. Z jednej strony fakt, że jest to interesujące, to jest coś, o czym może się rzadko mówi w przypadku efektu Mandeli. Tu się raczej zwraca uwagę na bardziej przyziemne aspekty niż coś tak wielkiego jak hipoteza symulacji. Ale w tym filmie mnogość wątków dramatycznych, cierpienia głównego bohatera splata się trochę w sposób koślawy z tym wszystkim.
Nie chciałbym powiedzieć, że to jest bardzo zły film, bo na tle wielu podobnych w tej kategorii nie jest taki zły. To jest coś, co można obejrzeć i ocenić, ale też zadać sobie pytania, czy rzeczywiście efekt Mandeli jest tam przedstawiony w taki sposób, jak ta współczesna miejska legenda egzystuje. Jest pokazanych wiele przykładów, form, także w bardzo popularnych wersjach, jak wspomniane Monopoly. Natomiast wydaje mi się, że troszeczkę to wszystko poszło za daleko. Nie rozumiem, w jaki sposób poprzez błąd w książeczce dla dzieci Ktoś mógłby chciał wskrzesić swoje dziecko. To jest naprawdę karkołomne zadanie dla scenarzysty. Czy to wyszło, czy nie, musicie ocenić sami, prawda?
[37:01] - Tak. Tak jak powiedziałeś, jeśli oceniamy na etapie sprawności zrobienia filmu, to rzeczywiście temu nic nie można zarzucić. Ale nawet jak słuchałem tego, jak opowiadałeś fragment filmu, mnie się za skarby świata nie łączą ci operatorzy symulacji, którzy gdzieś tam są i nie chcą, żebyśmy się dowiedzieli. Czy jesteś w stanie wymyślić, jak to się ma niby łączyć z tym komputerem kwantowym? To, co oni nam wstawili w naszą rzeczywistość, ten komputer kwantowy, żebyśmy mieli z nim ścieżkę łączności? Na takim podstawowym, technicznym nawet etapie ten film wydaje się w jakiś sposób kulawy. Ale tak jak powiedziałeś, jeśli na chwilę zawiesimy swoją wiarę albo uruchomimy pewną naiwność oglądacza, to rzeczywiście ten film, zaraz mi się przypomina takie przedwojenne powiedzenie, że przeczyszcza łagodnie, nie przerywając snu. To mniej więcej jest taki film.
[38:16] - Można tu zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, coś takiego jak komputer kwantowy to jest rzecz na tyle skomplikowana, że u przeciętnego odbiorcy tak naprawdę kojarzy się z magią, z jakimiś niezwykłymi zdolnościami. Zresztą jak wejdziecie w sferę ezoteryki i zobaczycie, to tam też. Jeżeli czegoś się nie da wyjaśnić, to musi za to odpowiadać zjawisko kwantowe, chociaż nikt tego nie rozumie. Może nie nikt tego nie rozumie. Większość ludzi tego nie rozumie. Nie jest to zbadane. Jeżeli coś jest tajemnicze i czegoś nie da się wyjaśnić w trzech słowach, to musi być kwantowe. To jest spuścizna chyba tego rozumowania. Druga kwestia to jest taki przedmiot magiczny, ten lodówko-komputer, który jest tam pokazany.
Oczywiście ktoś ma jakiś pomysł, żeby tą rzeczywistość cofnąć, ale jeżeli interesowaliście się hipotezą symulacji, to wiecie, że twórcy tej symulacji, jeżeli istnieją, nie mogli być tak głupi, że stworzyli symulację, którą da się zhakować na zwykłym pececie poprzez wklepanie kilku linii kodu w zasadzie w nie wiadomo co, prawda? Bo zakładając, że to ma jakąś moc sprawczą, musimy dojść do wniosku, że komputer jest jakąś taką drukarką rzeczywistości i jeżeli to zaczniemy rozbierać na czynniki pierwsze, to ten film rzeczywiście będzie banalnie głupi tak naprawdę. Ale jego wersja, powiedzmy dramatyczna, cierpienie ojca jako ojca i jako męża nie pozwala nam też tak bardzo burzyć jego marzeń i oczekiwań. Gdybym tutaj miał wystawić jakąś ocenę, czy to warto obejrzeć, czy nie? Nie wiem. Trudno powiedzieć. Jeżeli się interesujecie efektem Mandeli, to pewnie warto rzucić okiem. To jest tak jak z filmem o Ranczu Skinwalkera. Historia wspaniała, książka bardzo interesująca, relacje super, natomiast film strasznie badziewny. To jest kolejny przykład tego, że czasami ktoś bierze się za dobrą historię i robi z tego straszną kichę.
Tylko ja się pytam sam siebie, czy w ogóle w oparciu o efekt Mandeli w tej jego takiej popkulturowej formie da się zrobić jakąś ciekawą historię według ciebie, Marku?
[40:30] - Pewno się da. Ja zawsze wierzę w scenarzystów, w ich pomysłowość i w taką potęgę wyobraźni. Natomiast tu coś rzeczywiście nie zadziałało. Z tym że ja podtrzymuję swoje zdanie z początku rozmowy. Jeżeli ktoś w ogóle o efekcie Mandeli nie słyszał albo zetknął się z nim tak po prostu gdzieś w przelocie, to ten film może pełnić rolę taką inicjacyjną, czyli pchnąć nas w kierunku poszukiwań. I to dla mnie to jest i tak dużo jak na to, co ten film prezentuje. Moim zdaniem jest to słaba historia i ja tylko pod tym kątem mogę się nad tym filmem trochę poznęcać. Natomiast na sztuce filmowej się nie znam, ale też myślę, że to jest jednak produkt, który jest bardzo taki popularny. To nawet było ładnie. Jak coś jest popularne, to jest po prostu popularne.
On bazuje po prostu na takich kalkach. Ludzie i tak nie wiedzą. Myślę, że ten przykład z kwantowością, który podałeś, on jest w punkt. Dokładnie, o czymś tam mówimy, a to ludzie i tak nie zauważą. To chyba tak nie działa.
[41:48] - Jeżeli żeśmy zjechali efekt Mandeli, to co z historią okultyzmu, Marku? Ja ten film widziałem w sumie parę razy, muszę powiedzieć. Nie z racji tego, że rozkminiam, rozkładam jakoś na czynniki pierwsze, tylko z racji tak zwanego klimatu, który w jakiś dziwny sposób do mnie przemawia. Jakie były twoje pierwsze wrażenia po zderzeniu z tym filmem?
[42:11] - Zanim powiem o swoich pierwszych wrażeniach, to jedną rzecz muszę powiedzieć naszym słuchaczom. Jeżeli lubicie państwo filmy akcji, jeżeli lubicie filmy, tu zacytuję Pawła Majkę, że się strzelają i jest wtedy dobrze, to ten film państwa nie zachwyci. To jest film, w którym trochę brutalności się pojawia, ale o co innego w ogóle chodzi. I to jest przykład takiej sztuki filmowej, która zwolenników wartkiej akcji, strzelanin, takiego rasowego science fiction, gdzie tam kosmici błyskają oczami, maszyny przedziwne się pojawiają Nie, to nie jest ten film. To jest film przede wszystkim czarno-biały. I to, że on jest czarno-biały ma swoje ogromne znaczenie. Nie mogę państwu powiedzieć dlaczego, ale ma. Bardzo ważne jest to, że on jest czarno-biały. Wiecie państwo, bardzo często w tej chwili różni twórcy robią filmy czarno-białe i to raz ma uzasadnienie, raz nie ma. Wydaje mi się, na ile to wszystko zrozumiałem, że w tym filmie jednak znaczenie jakieś ma.
A teraz o własnych wrażeniach. Ja się wcale nie dziwię Piotrowi, że ten film oglądał kilka razy, ponieważ to nie jest film, po obejrzeniu którego powiecie państwo: „Wow, to ja już wszystko wiem, to rozumiem”. Tam człowiek ma takie niezatarte przekonanie, że powinien cofnąć, żeby się przekonać, czy skojarzenia, które się pojawiają w głowie są słuszne czy nie, czy można pójść tym tropem, czy nie można. Ale jak ktoś ogląda film od początku do końca, to tego nie zrobi. W związku z tym warto później, nastawiając się na pewne momenty, obejrzeć ten film po raz drugi. I to jest taki film, który lubię, ponieważ gdy się go ogląda po raz drugi, zauważa się zupełnie inne rzeczy. Już nas nie interesuje tak bardzo fabuła. Kto kogo, z kim. Nie do końca to jest ważne. Zaczynamy patrzeć, co tak naprawdę dzieje się na ekranie.
Uruchamia się ta część mózgu odpowiedzialna za interpretację, za pewne powiązania różnych elementów. I to jest dla ludzi, którzy lubią tego rodzaju zabawę, świetny obraz. W dodatku on ma swoją atmosferę. To nie zawsze się udaje. Czasami jest film, że się strzelają i jest bardzo dziwnie, a atmosfery jakoś nie ma. Ten film ma swoją atmosferę, ale powtarzam, to jest chyba taki film, który nie wszystkich zachwyci.
[45:08] - Tak. Powiem tak: jeżeli ktoś lubi kino mroczne, jeżeli ktoś lubi kino sensacji, to oczywiście nie zachwyci go to. Natomiast jeżeli szukacie tego obrazu, jego polska nazwa to „Historia okultyzmu", rok produkcji 2020, w oryginale „La historia de lo oculto".
[45:27] - I to jest ważne, bo ja go w polskim tytule nie znalazłem, natomiast w tym hiszpańskim jak najbardziej.
[45:37] - Tak. Co ciekawe, muszę wam powiedzieć, że w momencie, kiedy będziecie słuchali premiery tej audycji, to ten film będzie gdzieś tak na dniach emitowany na kanale Cinemax. I to na pierwszy rzut oka jest niezwykle skomplikowana historia. Osobiście muszę powiedzieć, że stała się jedną z moich ulubionych produkcji ostatnich lat ze względu na taki specyficzny klimat, niebanalność oraz liczne nieoczywistości. Nie chcę się też oszukiwać i powiem wprost, że pierwsza konfrontacja z tym filmem u osób, które szukają rozrywki albo czegoś łatwego i przyjemnego, nie wywoła zachwytu ani pozytywnych emocji. Być może nawet powiedzą, że to jest jakaś totalna szmira. „Historię okultyzmu” dobrze oglądać na spokojnie w weekend, w nocy, z humorkiem i uwagą jednocześnie, a najlepiej z kieliszkiem herbaty w ręce, że tak powiem. Wszystko zaczyna się w Argentynie w latach 80. Ja myślę, że możemy tutaj trochę zaspoilerować, dlatego że to jest film skomplikowany i jeżeli ktoś nie ma czasu tak naprawdę oglądać go dwa razy, to myślę, że będzie to pewna przysługa. Poznajemy tam ekipę dysydentów politycznych skupionych wokół byłego wykładowcy, który jednocześnie pracuje w telewizji i prowadzi program „60 minut po północy", tak się to chyba nazywa.
[46:50] - „Przed północą".
[46:52] - Albo „Przed północą". Wskutek prześladowań politycznych nadają oni ostatni odcinek finansowany przez sponsora, który się nazywa Laboratorium For mens bodaj. Wszystko to jest intrygą, która ma obalić obecnego prezydenta i jego bezpośrednie otoczenie, które jak się okazuje, nie jest zwyczajną grupą trzymającą władzę, ale stowarzyszeniem okultystów czarowników. I ta historia oprócz tego, że jest skomplikowana sama z siebie, to jest też opowiedziana na podstawie pewnego przypadku kryminalnego, od którego się wszystko zaczęło. Czyli nasza uwaga musi być uruchomiona podwójnie. W zasadzie wszystko koncentruje się w studiu telewizyjnym i w mieszkaniu, w którym dysydenci producenci oglądają transmisję ze studia telewizyjnego, próbując skontaktować się z sędzią, który mógłby tego prezydenta czarownika pozwać. W międzyczasie zaczynają się dziać dziwne rzeczy, bo okazuje się, że ten problem, który oni rozwiązują, ma nie tylko nietypowe podłoże, ale też wymaga odpowiednich działań. Okazuje się, że otrzymują substancję psychoaktywną, która ma wprowadzić ich w odpowiedni stan i pozwolić dotrzeć do finalnych odpowiedzi, których oni poszukują, bo nie mają wszystkich elementów tej układanki. Żeby tego było mało, w studiu programu gości pan Marcato, który zna wszystkie tajemnice magicznej kliki i jest gotów je ujawnić, by zapoczątkować zamach stanu. Problem w tym, że gdy wchodzi w szczegóły, okazuje się, że sitwa prezydenta, jak i sam Marcato są w stanie manipulować rzeczywistością.
Są w stanie wywoływać efekt Mandeli, jakby nie było albo coś w rodzaju odwrotnego efektu Mandeli. Oni pamiętają, że coś było inaczej, natomiast ofiara pamięta, że jest tak, jak jest teraz. Wpływają na to, jak ludzie zapamiętują fakty i wydarzenia. Kodują pamięć, kodują rzeczywistość. Brzmi to skomplikowanie, ale okazuje się, że jest to interesujące. To wszystko jest przedstawione w postaci czegoś w rodzaju Może to złe porównanie, ale sprawy dla reportera. Oglądamy z jednej strony program telewizyjny, z drugiej strony reakcje ludzi, którzy wiedzą, z czym ta historia się wiąże, ale nie do końca. Powiedzmy jeszcze to, że ważnym elementem jest tam pewien notatnik, który został zgubiony na miejscu zbrodni i od którego wszystko się zaczyna.
[49:28] - A zanim o tym filmie, to ja pracowicie tutaj, żeby nie zostawiać naszych słuchaczy w polu, pracowicie szukałem, jak się ten film, o którym zapomnieliśmy obaj, nazywał. Jego tytuł to „Droga śmierci”. „Droga śmierci”, „Dead End”. To jeśli chodzi o te remanenty z poprzedniej audycji. Tak sobie to znalazłem. I mówię, ten film w jakiś sposób też dotyka tych tematów, tych klimatów, o których dzisiaj mówimy. A teraz powrót do historii okultyzmu. Otóż to jest film, porównajmy go z poprzednim. Czyli tam wszystko było oczywiste, jasne, proste, toczyło się niezbyt logicznie, ale jednak za to miało być widowiskowo i wszystko się miało dobrze skończyć. Tutaj temu filmowi można różne rzeczy zarzucać.
Ja zresztą czytałem komentarze pod filmem. Proszę państwa, tyle, ile wylano na ten film różnych niepochlebnych opinii. Ale ja rozumiem. Niepochlebne opinie brały się stąd, że nie biegają i nie strzelają. I to dla bardzo wielu ludzi jest wyznacznik tego, czy film jest dobry, czy nie. Żaden potwór nie wypełza. Tu zagadka jest częściowo w samych ludziach. Bo gdzieś tak usiłujemy, słuchając relacji tych z relacji ze studia i słuchając rozmów tych dysydentów, usiłujemy skleić sobie historię. Usiłujemy jakoś podwiązać ją do frapującego początku, bo ten film ma bardzo frapujący początek.
[51:14] - Ja bym też powiedział tak, że to jest zupełnie realistyczna historia-
[51:19] - Tak, jak najbardziej.
[51:21] - Próbująca opowiedzieć rzecz nierealistyczną, bajkową. I to nam pokazuje, w jaki sposób ludzie myślący zupełnie normalnie odwołują się do sprawy, której rozwiązać się w sposób racjonalny nie da. Co do mnie przemawia w tym filmie? Jeżeli ktoś lubi klimat „Człowieka z żelaza”, jeżeli ktoś oglądał, to wie, o co chodzi, nie będziemy tłumaczyć, to dla niego będzie to bardzo ciekawy film. To jest taki delikatny, klaustrofobiczny klimat pewnego psychologicznego zaszczucia, który znamy z filmów PRL-owskich, tych dysydenckich, w których pojawia się jakiś tam wątek, powiedzmy, solidarnościowy. W przypadku historii okultyzmu to wszystko jest przedstawione w sposób bardzo prosty. Tam nie mamy żadnych rozważań na temat natury rzeczywistości i tak dalej. Oni tam próbują rozwiązać konkretny problem, czyli obalić prezydenta, który, okazuje się, uwikłany jest w różnego rodzaju niecne rzeczy. Czyli jeszcze raz, reasumując, to jest tak w przypadku tego filmu, jakbyście oglądali reportaż o sprawie, która ma bardzo dziwne wyjaśnienie.
[52:31] - W dodatku ta wiara w potęgę telewizji, bo przecież tam jest taka sytuacja, że oni coś mają zdemaskować. Notabene w pewnym momencie sygnał zanika czy jest wyłączony. Ale tak naprawdę wiara w to, że jeśli się powie w telewizji, że ktoś jest kimś i że to coś zmieni, też jest w jakimś stopniu naiwna. W każdym razie taka dająca wiarę w ludzi, a ja jej do końca nie mam, mimo wszystko. Natomiast ten film, poza tym nawet format jego i to, że jest czarno-biały, to, co powiedziałem i pewien format taki niekinowy, to wszystko rzeczywiście sprawia, że on ma swoją atmosferę. To jeszcze państwu powiem, że warto wytrwać do końca, bo tam pewne rzeczy się, jak to w filmie, rozwiązują, chociaż też nie do końca. Natomiast nie warto oglądać samej końcówki, bo i tak człowiek nic nie zrozumie wtedy. Jeśli skuszony tym, że coś tam się dzieje ciekawego na końcu przewinie i zobaczy, to absolutnie to nic nie da. No cóż, ja ten film obejrzałem z zainteresowaniem. Co więcej, obejrzałem go, tak jak już powiedziałem, z zainteresowaniem po raz drugi, bo wtedy widzi się więcej.
To jest taki film, takich filmów w życiu kilka już widziałem, w których naprawdę to działa, że człowiek dostrzega na ekranie więcej za drugim razem niż za pierwszym. To tyle. To ja myślę, że więcej chyba nie ma co opowiadać, bo zniszczymy przynajmniej niektórym osobom zabawę.
[54:17] - Tak. Czyli jak mówiliśmy, „La historia del oculto”, albo też „Historia okultyzmu” w polskiej wersji tłumaczeniowej, rok 2020. Polecamy. Jeżeli chodzi o horrory wykorzystujące takie klasyczne pętle czasowe, to jest ich bardzo dużo, ale ja chciałbym tutaj zwrócić uwagę na ewidentny klasyk i kontynuację tego klasyku. Chodzi o „Blair Witch Project”, czyli rok 1999 oraz film „Blair Witch” 2016. I tutaj możecie się zapytać, w jaki sposób to wszystko się wiąże z efektem Mandeli. Może z efektem Mandeli tak nie do końca. Natomiast chodzi o to, że znaczną rolę w tych filmach odgrywa zaburzenie czasoprzestrzeni. Wchodząc głębiej w to, co przeżywają bohaterowie, dochodzimy do wniosku, że oni wpadają w jakąś pętlę czasową, która ma charakter raczej, Marku, negatywny.
[55:19] - Tak, ale zresztą Blair Witch Project to jest taki klasyk, że dziś możemy sobie pozwolić, żeby powiedzieć o nim troszeczkę więcej. Ja nie kupiłem tego pomysłu z kamerą, z filmowaniem z ręki i zaginionymi taśmami, ale to tak czysto estetycznie. Natomiast sam film jest okej. Tam pojawia się motyw, w którym bohaterowie wędrują, wędrują, wędrują i nie mogą wyjść z lasu. Czy to ma związek z tą wiedźmą, czy nie ma, to już sobie państwo rozstrzygnijcie. Chociaż ewidentne ślady się pojawiają. Tam jest bardzo wprost to powiedziane: idąc w jednym kierunku docierają do miejsca, z którego wyszli albo przez które przechodzili w tak zwanym międzyczasie. Więc coś już ewidentnie nie gra. Próbują iść w różne strony i to też nie daje rezultatu. Wyobraźcie sobie państwo, ja się zawsze zastanawiam, dlaczego ludzie gubią się w lesie na przykład w Polsce.
Bo chyba wpadają w panikę i biegają w tę i nazad i we wszystkie strony. Podczas gdy w Polsce tak naprawdę, jak sobie to śledziłem, nie ma tak ogromnych lasów, żeby się w ciągu kilku godzin, idąc konsekwentnie w jednym kierunku, dysponując chociażby kompasem, nie dało z tego lasu wyjść. Nawet takie duże obszary leśne, które gdzieś tu się na przykład nad Notecią pojawiają, które się pojawiają w innych miejscach Polski, to nie są obszary, które są bez wyjścia. Ktoś powie: „No dobrze, dobrze, ale Polska to jest Polska, a w takich Stanach Zjednoczonych to taki lasek może jednak tych kilometrów natrzepać całkiem sporo”. Zgoda, ale nawet wówczas pójście w jednym kierunku, a mają ten kompas bohaterowie, spowodowałoby, żeby się z tego lasu w końcu wyszło albo doszło do miejsca, przez które by się nie dało przejść. Wtedy sprawa jasna, idziemy w innym kierunku, byle konsekwentnie. Tymczasem tu jest ewidentny sygnał dla oglądaczy, dla samych bohaterów zresztą też, że coś z tą rzeczywistością nie dzieje się za dobrze, bo oni korzystając z kompasu, idąc konsekwentnie dalej nie mogą z lasu wyjść. A zatem otwiera się przestrzeń, i tu oczywiście pytanie: albo magiczna, w końcu tytuł zobowiązuje, albo też czasoprzestrzenna. Zresztą jedno nie wyklucza przecież drugiego.
[58:10] - Tak. O ile efekt Mandeli bywa uznawany za wynik działania jakichś eksperymentów naukowych, to anomalie czasoprzestrzenne, tak jak w przypadku wcześniej wspomnianego filmu, bywają brane za efekt działań sił magicznych. I w przypadku Blair Witch mamy bardzo niepokojący wniosek z tego wszystkiego, że można trafić do rzeczywistości, która zaburzona jest wskutek działania zjawisk psi, jakichś anomalii, które są w stanie człowieka uwięzić w tej rzeczywistości i oczywiście zwieść go zupełnie na manowce. Pierwszy Blair Witch to potężny klasyk. Nawet nie będę dyskutował. Jeden z moich ulubionych filmów chyba. Historia ta wykorzystuje element zagubienia się w czasie i w rzeczywistości. Jeżeli chodzi o Wiedźmę z Blair, która jest główną bohaterką tego filmu, jakby nie patrzeć, to choć gościła w dwóch dobrych horrorach i jednym nieudanym, trzeba powiedzieć, że była w stanie zbudować wokół siebie pewną legendę. Legendę też bazującą w dużej części na niedopowiedzeniach. O co mi tutaj teraz chodzi?
Pewnie wielu z was pamięta szaleństwo wokół Blair Witch Project, tego pierwszego. Film zrealizowany niskimi kosztami w formie tak zwanego found footage okazał się nie tylko gigantycznym sukcesem, ale też zrodził legendę sugerującą, że wszystko wydarzyło się naprawdę. Przez pewien czas ktoś w to nawet wierzył. Drugi element był zupełnie nieudany. Był to film fabularny wykorzystujący tę historię. Nawet nie warto go oglądać. Natomiast jest też trzecia część z roku 2016, też oparta o formę found footage. I powiem tak: w pierwszej odsłonie poznajemy trójkę bohaterów, w tym Heather, studentkę, która z kolegami próbuje zrealizować dokument na temat Wiedźmy z Blair i co się dzieje potem, to-
[01:00:10] - Ma ewidentne parcie na szkło.
[01:00:13] - Wielu z was wie. Natomiast w tej drugiej części z roku 2016 poznajemy jej brata, który był kilkulatkiem w momencie, kiedy ona zaginęła, i on wraz z kolegami, którzy działają w sferze filmowej, postanawia się wybrać do tego lasu Black Hills, żeby sobie to wszystko jeszcze raz przeanalizować. Takim asumptem do tej wyprawy jest to, że ktoś znajduje film po raz kolejny i wrzuca do sieci, a na nim widać jakąś kobietę. I on uważa, że to jest właśnie jego siostra. I moglibyście powiedzieć, co to w ogóle wszystko się wiąże z tematem efektu Mandeli? Okazuje się, że jeżeli obejrzycie trzecią część Blair Witcha, w zasadzie część drugą kanoniczną, bo tą drugą należy wyrzucić do sedesu, okaże się, że ten wątek zaburzeń czasowych jest zarysowany coraz bardziej i mocniej. Historia mówi nam o Wiedźmie z Blair. Czyli kobiecie, która wskutek oskarżeń jakiejś grupy dzieci została w sposób dość brutalny uśmiercona. I pomimo, że miało to miejsce w XIX wieku, w latach 40. XX wieku ta Wiedźma z Blair, a właściwie jej duch, opętuje pewnego mężczyznę z okolic Burkittsville, który porywa dzieci.
Już oszczędzę wam tych drastycznych szczegółów. Jeżeli chodzi o tę trzecią część, w której mamy zaakcentowany ten wątek czasowy. Oni tam nie tylko błąkają się w czasie i przestrzeni. Oni dowiadują się na przykład, że godzina wyświetlana na zegarku absolutnie nie odpowiada porze dnia. Po drugie, rozdzieliwszy się, ta grupa spotyka się po pewnym czasie i okazuje się, że dla jednych czas leciał szybciej, dla drugich zupełnie inaczej. Wszystko to pokazuje, że ten las Black Hills jest strefą anomalną i tylko ci, którzy przekraczają pewną granicę, szukając domu wspomnianego złoczyńcy z lat 40. Rustina Parra, wchodzą w inną rzeczywistość i ta inna rzeczywistość deformuje czas. W tej innej rzeczywistości działają już te złowrogie siły i tak dalej. Te policyjne poszukiwania, o których cały czas jest tam mowa, spełzają na niczym, dlatego że one nie przekraczają pewnej magicznej granicy i o tej granicy wiedzą mniej więcej tylko miejscowi. Natomiast ci, którzy poszukują tej tajemnicy, poszukują wiedźmy i nawet są pewni, że trafią na jej trop, mogą nigdy do tej rzeczywistości nie trafić.
Co tak najbardziej straszy w tej sprawie Blair Witch? To, że jest ona bardzo bliska tak naprawdę wielu naszym legendom europejskim także, wielu naszym wyobrażeniom i wielu naszym strachom. Tak jak powiedziałeś, ta kwestia związana z zagubieniem się w lesie, pomimo że w dzisiejszych czasach, kiedy mamy GPS-y i tak dalej, wydaje się, że to w ogóle nie powinno przerażać, polecam każdemu udać się tak na waleta do lasu i zobaczyć, jakie będą nasze wnioski. Mówię to oczywiście w oparciu o jakieś osobiste wnioski, dlatego że niejednokrotnie udało mi się w lesie zgubić i wiem, że strach i panika jest pierwszym, co w tym momencie działa.
[01:03:40] - Ja powiem tak: ja cię uważam w takim razie za szczęśliwca, bo mnie się z kolei nie udało nigdy w lesie zgubić, nawet jak próbowałem. Czasami ludzie tak mają, że się nie dadzą zgubić. Ja widać należę do nich. Może się ciężko mnie pozbyć po prostu. W każdym razie nie miałem takich historii. Zawsze potrafiłem z lasu wyjść.
[01:04:02] - Wyjść to ja też wychodziłem, tylko ja nie wiedziałem gdzie. I w tym cały problem.
[01:04:08] - Jak już wypełzniesz z lasu, to już jest później całkiem nieźle.
[01:04:13] - Wszystko też zależy od twojej percepcji czasu. Jeżeli jesteś niecierpliwy-
[01:04:18] - Tak, zgoda pełna.
[01:04:20] - Wtedy wpadasz w panikę. Natomiast jeżeli podchodzisz do tego metodycznie, tak jak należy, wtedy zgubić się nie da rady. Ale mimo wszystko wydaje mi się, że ten Blair Witch właśnie na tych strunach gra.
[01:04:34] - Strach. Tak, oczywiście.
[01:04:34] - Dlatego, że jeżeli zwrócimy tam uwagę na to, jak oni podchodzą do tego swojego zaginięcia w lesie, czyli po pierwsze tracą wiarę w urządzenia techniczne, potem tracą wiarę we własny rozum, to wpadają w pewną pułapkę. I teraz pytanie: co ich tak naprawdę gubi? Gdzie leży ta granica, która oddziela rzeczywistość, w której funkcjonuje Wiedźma z Blair, od tej realnej? Myślę, że to jest bardzo fajny film. Zarówno ten z 1999, jak i 2016, choć oczywiście ten drugi już jest skażony pewnymi hollywoodzkimi naleciałościami i tam znaczna część tego obrazu rozgrywa się niestety po ciemku i jest taką gonitwą po tym lesie. Ale tak powiedziałbym, że do połowy naprawdę buduje klimat.
[01:05:27] - A ja powiem jeszcze, że to, o czym powiedziałeś, że drugi film, ale w kolejności, czyli ten nieudany, związany z „Wiedźmą z Blair”, to historia kina zna takie przypadki. Żeby nie sięgać daleko, przypomnijcie sobie państwo filmy z cyklu „Nieśmiertelny”. „Nieśmiertelny 1” był naprawdę w porządku. Jeśli ktoś lubi takie kino, to tam klimatyczne sceny, widoki ze Szkocji. Końcówka rozczarowująca, bo trochę błyska i zostaje tylko jeden i właściwie nie ma co, ale dobrze. Większość filmu ogląda się fajnie. Później się pojawiła druga część i ją też można właściwie zamilczeć, bo trzecia nie dość, że w ogóle nie nawiązuje do drugiej, tylko raczej łączy się z pierwszą. I chyba dobrze. Trzecia jest po prostu lepsza, a ta druga gdzieś tam przemknęła i najchętniej trzeba by o niej zapomnieć. Najchętniej ja bym o niej zapomniał po prostu.
Więc to nie jest wyjątek w historii kina. A rzeczywiście jest tak, ja wspomniałem, że ja nie do końca kupiłem tę ręczną kamerę. Ja jakoś tak się nie przekonałem do tego. I kiedy rozmawialiśmy o trollach, tam był też film w ten sposób zrealizowany i ja nie do końca jestem zachwycony tą konwencją, ale tak naprawdę jako człowiek, który mniej zajmuje się filmem jako sposobem kręcenia, a bardziej filmem jako opowiedzianą historią i sposobem jej opowiadania, to już jest zupełnie inna optyka. I „Wiedźma z Blair” w pierwszym i w trzecim wydaniu jest dla mnie również filmem okej i takim filmem, tak jak powiedziałeś Piotrze, który Zadaję pytanie, czy ta inna rzeczywistość nie jest przypadkiem tuż obok nas? Że wystarczy, znowu powiedziałeś, przekroczyć pewną granicę i to niekoniecznie musi być granica fizyczna lasu, ale oddziela nas od tej innej rzeczywistości coś w rodzaju cienkiej błony i czasami jak się ją przebije, to trafia się do miejsca, z którego nie ma ucieczki albo trudno jest uciec. Może tak. Pod tym względem te filmy, o których mówimy, z "Wiedźmą z Blair", trudno się do czegoś przyczepić. Są klimatyczne. Człowiek ma tam wrażenie obcowania z jakimś niebezpieczeństwem.
Szczególnie w pierwszym fajnie to jest podane, bo narasta to. Nie wiemy, o co chodzi i nagle znajdują wokół namiotu jakieś takie z kamyczków poukładane i nic. Człowiek się zastanawia, czy przypadkowo tej wiedźmy gdzieś tam nie pokażą. Na szczęście ktoś, kto robił film, nie wpadł na ten idiotyczny pomysł, bo tak naprawdę znowu z mechaniką horroru to jest związane. Dopóki niebezpieczeństwa nie widać, to ono jest trzy, cztery razy bardziej groźne niż jak się tak naprawdę pojawi. I ktoś tę lekcję znakomicie odrobił i znakomicie grał tym w filmie. To tyle. Też polecam, jak najbardziej.
[01:09:00] - W tej trzeciej części, czyli w "Blair Witchu" z 2016 roku, już niestety trochę widać. Są to krótkie scenki, rozmazane obrazki. Czy psują atmosferę i psują całą zabawę? Trudno mi powiedzieć. Mimo wszystko nie jest to taki zły film. Co jeszcze chciałem powiedzieć odnośnie "Blair Witcha". Za kolejną odsłonę tej historii można uznać grę komputerową pod tym samym tytułem, stworzoną przez polskie wydawnictwo, które bardzo dobrze eksploatuje i ukazuje całą historię. I to, szczerze mówiąc, można by dołączyć do całej sagi zamiast tej nieszczęsnej dwójki, która jak mówię, nawet jest chyba niewarta uwagi. Jestem pewien ogólnie rzecz biorąc, że ta historia znajdzie kiedyś jeszcze swoje rozwinięcie za jakiś czas, dlatego że ona ma bardzo dużo elementów i jest naprawdę niezwykle interesująca. Przenosi nas w świat takiej, jakby to powiedzieć, nieznanej części Ameryki.
Na taką zupełnie zapomnianą prowincję, gdzie dzieją się rzeczy dziwne i one mają przestrzeń do tego, żeby się dziać. Dlatego, że są tam miejsca, są połacie terenu, gdzie jak się okazuje, nie wolno wchodzić po nocy. A jeżeli chodzi o tą przestrzeń, o tą błonę, która oddziela nas od tej niejawnej sfery rzeczywistości, to myślę, że ona jest po prostu bardzo blisko. Chodzi o to, że my jako stworzenia dzienne już trochę zapomnieliśmy, przynajmniej większość z nas, jak wygląda rzeczywistość po nocy, jak wygląda las po nocy. Tam rzeczywiście mogą się budzić zjawiska, bodźce, które są dla nas absolutnie przerażające.
[01:10:59] - Tak. I mamy teraz film, z którym mogą być kłopoty, z jego znalezieniem, bo on ma znowu tytuł nieoczywisty, a w ogóle niezachęcający w języku polskim: "Piąty wymiar". W oryginale on się nazywa "Triangle" i nawiązuje do nazwy jachtu, który się pojawia w tym filmie. I ja nie wiem, czy to też jest dobry tytuł, ale "Piąty wymiar" to zdecydowanie nie zachęcało mnie do oglądania. I tu się, proszę państwa, zdziwiłem i to dosyć mocno. Na kilku poziomach w dodatku się zdziwiłem, bo to jest historia, która się fajnie toczy. To nie jest jakieś dziwadło, tam nikt nie cuduje, ale historia się toczy. Nie wiem, na ile ją opowiemy, ale w każdym razie toczy się dosyć nawet wartko chwilami. A poza tym ogromny szacun ode mnie osobie, która pisała scenariusz, ponieważ ten film bazuje na pętlach czasowych, takich czasowo-wymiarowych. I proszę państwa, jak ta pętla robi się podwójna, to jest jeszcze spoko.
Jak się robi potrójna i dalej się zaczyna później jeszcze mnożyć i mnożyć, to ogarnięcie tego właśnie w scenariuszu, a w konsekwencji w filmie jest już naprawdę trudne i z każdym kolejnym zatoczeniem pętli robi się coraz trudniejsze. Moim zdaniem scenarzyści wywiązali się w tym wypadku perfekcyjnie ze swojej roli.
[01:12:43] - Tak, film "Piąty wymiar" jeden z najlepiej ocenianych horrorów, powiedzmy lat 2000.
[01:12:53] - 2009 rok powstał.
[01:12:55] - Tak. Co tu mogę o nim powiedzieć? W zasadzie powinniśmy zakończyć naszą dyskusję na temat jego fabuły na tym, że tam są pętle czasowe. Ale powiedzmy, że po pierwsze, że to jest dość lecimy film, a po drugie, że chociaż wstęp warto zaznaczyć, to powiedzmy, że opowiedziana jest tam historia pewnej kobiety, młodej, samotnej matki, która wybrawszy się na wyprawę na morze, przeżywa katastrofę. I okazuje się, że pojawia się nagle statek i na tym statku nic nie dzieje się tak, jak powinno. Wręcz Możemy powiedzieć, że z każdą minutą jest coraz gorzej. Jeżeli chodzi o polski tytuł, to go pomińmy. Natomiast jeżeli chodzi o ten angielski, on też moim zdaniem nawiązuje do Trójkąta Bermudzkiego. Co więcej, nie chciałbym za dużo zdradzać.
[01:13:49] - To powiem coś takiego. Dam ci czas do namysłu. Otóż to jest film, dlatego jakoś mnie uszczypnął w głowę, w umysł, w mózg, ponieważ poza tymi zagadkami natury czasoprzestrzennej, my tutaj odkrywamy bohaterkę. My o niej na początku nic nie wiemy. Wiemy, że jest matką. Bierze udział w rejsie ze swoim przyjacielem, facetem, którego poznała w barze, gdzie obsługuje. On przychodzi tam na obiad, zaprosił ją na jacht. Płynął tym jachtem z przyjaciółmi tego człowieka, tego mężczyzny. Ona im towarzyszy, nie do końca pasuje do tego towarzystwa. I później zaczynają się dziać te rzeczy, o których państwu nie opowiemy.
W każdym razie jacht ulega katastrofie, a zaraz potem pojawia się ten statek, dziwny, jakiś taki stary. Nazywa się Eolus, o ile dobrze pamiętam. W każdym razie to jest świadome nawiązanie do boga wiatru greckiego. Przejrzyjcie sobie państwo historię, tą mityczną, bo to też jest jakiś klucz do tego filmu, przynajmniej częściowy. Ale wrócę do przerwanej myśli. My poznajemy bohaterkę, coraz więcej się o niej dowiadujemy. To, co zaczynamy wiedzieć na końcu, zupełnie zmienia obraz tej dziewczyny, którą widzieliśmy na początku. Chyba tu się zatrzymam, bo jakbym zaczął opowiadać dalej, to byłby problem. A warto ten film obejrzeć na świeżo, to znaczy bez takiego natrętnego opowiadactwa z naszej strony, ponieważ ten film ma szansę w kilku przynajmniej miejscach państwa zaskoczyć. W dzisiejszym kinie to nie jest oczywiste, że gdzieś ktoś kogoś zaskakuje.
Tym bardziej, że temat wydaje się w jakimś stopniu przynajmniej zgrany zarówno przez literaturę, jak i przez filmy, bo rozmaite pętle czasowe już się w filmach nieraz pojawiały. Pewno bardziej w science fiction niż w horrorze. Tu mamy do czynienia jednak z taką horrorowatą wersją rzeczywistości i z pętlami, które w tej horrorowatej rzeczywistości się pojawiają. Ale to jest moim zdaniem zagrane i pod względem aktorskim i jeśli chodzi o scenariusz, w sposób taki, że naprawdę budzi to mój szacunek.
[01:16:36] - Tak, tam dość szybko pojawiają się takie sugestie, pewne sceny, które nam pokazują, że mamy do czynienia z anomalią czasową. I powiem tak, że był taki okres w kinie, kiedy tak zwane time loopy, czyli te czasowe pętle, były bardzo często wykorzystywane przez twórców. Teraz to jakoś troszeczkę ustało. Może dlatego, że wszystko spopularyzowało się, ale „Piąty wymiar” czy „Triangle", jak się ten film nazywa, jest godny uwagi, jeżeli ktoś go nie widział oczywiście, bo często jest tak, że te filmy są znane właśnie pod jakimś innym tytułem albo że popadły w niepamięć. Niestety z filmami z lat 2000 jest tak, że to był taki dziwny trochę okres. Z jednej strony powstawało bardzo dużo dobrych produkcji, dobrych pomysłów, ale ta ich realizacja już dzisiaj troszeczkę trąci myszką. Ja też nie ukrywam, drodzy państwo, że każdy ma w kinie swoje ulubione elementy, wątki, okresy i tak dalej. Ja może nie jestem fanem filmów retro. I tu mówiąc o filmach retro, mam na myśli okres przed rokiem 2000. Są osoby, które twierdzą, że dla science fiction, dla horroru właśnie wtedy był złoty okres, a potem już nie ma co oglądać.
Ja uważam, że jest wręcz inaczej. My powinniśmy iść z duchem czasu, nie ograniczać się do tego, co było. Dla niektórych może to zabrzmieć jak herezja, ale wydaje mi się, że trzeba postawić tam taką grubą kreskę. Nie jestem zwolennikiem gloryfikowania dużej części dorobku lat 80., 90. To wszystko było dobre na tamte czasy. To, co mamy teraz, jest wyrazem naszych czasów, jest czymś nowym, może czasem odtwórczym, ale mimo wszystko nowym. Pozwala na wniesienie nowego powietrza, jakiegoś świeżego powiewu czegoś nowego. I dlatego mam nadzieję, że w „Filmotekarium" będziemy odnosić się w dużej mierze do filmów może z ostatniego 10-, 15-lecia. Takich, które może nie są za bardzo znane, ale też nie są jakimiś strasznymi klasykami. Bo po co słuchać o klasykach, skoro można posłuchać o filmach, które gdzieś tam są zagrzebane i o których nikt nigdy nie mówił?
Jeżeli chodzi o „Triangla", co mogę tutaj powiedzieć? To nawiązanie do Trójkąta Bermudzkiego moim zdaniem jest nadzwyczaj wyraźne. Pytanie, czy przez ten czas, przez te kilkanaście lat, które minęły od czasu premiery tego filmu, coś się zmieniło w legendzie samego Trójkąta Bermudzkiego? Otóż się zmieniło, ale to już jest temat na „Oblicza Nieznanego". Moim zdaniem ta legenda wygasa. Niestety wygasa. I co jeszcze mógłbym tutaj powiedzieć, co sobie odnotowałem w głowie? Między innymi to, że jest pewne podobieństwo między serialem „1899” a tym elementem, kiedy wchodzą na ten dziwaczny statek. Także horrory marynistyczne cały czas trzymają się mocno. Ale po tej mojej tyradzie, Marku, na temat istoty horroru, to może zaznaczmy, co za tydzień.
Czy my mamy już jakieś koncepcje?
[01:20:02] - Mamy i to zgodne z tym, co przed chwilą powiedziałeś, żeby nie cofać się za bardzo. Odwołamy się do filmów w miarę świeżych, chociaż z kierunku, z którego... To nie jest kinematografia, która jest rozchwytywana, szczególnie w Polsce, gdzie się ludzie pchają drzwiami i oknami, żeby te filmy oglądać. A tymczasem zaprezentujemy państwu filmy ciekawe, z klimatem, z obszaru, z którego byście państwo nie podejrzewali, że tam w ogóle można jakieś ciekawe filmy robić. Czasami popadamy w takie tunele myślowe, że na przykład gdzieś tam w Holandii filmów się robić po prostu nie da. Da się i to w całkiem udany sposób.
[01:21:03] - Tak. My mamy taką dość sporą rozpiskę tematyczną, która nas inspiruje w kolejnych odcinkach „Filmotekarium” i pewnie kiedyś wybierzemy się w jakieś bliższe sąsiedztwo i powiemy wam, dlaczego na przykład nie warto oglądać horrorów niemieckich, a warto czasem zajrzeć do Słowacji, na przykład do Szwecji. Ale tym razem wybierzemy się do Holandii i to będzie taki roboczy tytuł: „Horror w domku holenderskim”. Tak to sobie nazwałem. Dlaczego tak? Dlatego, że pod koniec roku 2022 pojawiły się dwa bardzo interesujące filmy. Zupełnie inne, absolutnie do siebie niepodobne, natomiast związane z obszarem kulturowym. Związane z obszarem kulturowym, bo produkcja, reżyseria, umiejscowienie to też są różne rzeczy. Natomiast warto o tym powiedzieć. Co je łączy, to ten holenderski domek.
Ale o tym już za tydzień. Chciałbym was jeszcze zaprosić na audycję „Oblicza Nieznanego” w poniedziałek najbliższy, gdzie podejmiemy temat polskich legend miejskich. Oczywiście legendy miejskie to jest też dobry temat na „Filmotekarium”, ale też bardzo rozległy.
[01:22:21] - Tak, ale czasu jest dużo, odcinków „Bibliotekarium 2.0” zapewne, miejmy nadzieję, będzie również dużo, tak że będzie o czym rozmawiać. A teraz już pięknie państwu dziękujemy. Zapraszamy za tydzień na „Horror w holenderskim domku”. Dobrze, przyswoiłem ten tytuł? Chyba dobrze. No to cóż, dziękujemy państwu pięknie i naprawdę filmy z dzisiejszego „Filmotekarium” polecamy. Po prostu polecamy nawet ten o efekcie Mandeli. Proszę państwa, czasami trzeba zobaczyć, jak się to robi w Hollywood i że czasami Hollywood jakieś tam drobne klęski ponosi. Jakoś nie polubiłem tego filmu.
[01:23:09] - Ja też polecam styczniowy numer „Nieznanego Świata”. Szukajcie, czytajcie, jak zwykle. Zobaczcie, jaki tam film polecamy. Czekamy na wasze sugestie też i na wasze komentarze, bo wiemy, że niektórzy z was piszą pod filmami na YouTubie. Także pozdrowienia i do zobaczenia za tydzień w holenderskim domku wybitym boazerią od środka.
[01:23:37] - Tak. To tyle o filmach. Będzie oczywiście zapowiadana część literacka, ale to za chwilkę. Najpierw, wiecie państwo, chciałem luźno nawiązać do naszego cyklu alkoholowego. A wiecie państwo, że w tych normalnych „Bibliotekariach 2.0” niezwiązanych z przerwą świąteczno-świąteczną. Zawsze mam problem, jak to tak naprawdę nazwać. Po prostu przerwa jest i koniec, jak na prawdziwej uczelni. A w przyszłym tygodniu wrócimy do cyklu alkoholowego, ale dzisiaj tak dla przerywnika postanowiłem zagłębić się z państwem w świat narkotyków. Ale nie, nie będziemy śledzić narkotycznych losów poszczególnych pisarzy. To byłoby proste powtórzenie.
Ja państwa chciałbym zabrać w taki krótki spacerek po fantastyce naukowej i narkotykach, które tam się pojawiają. Jakbyście państwo sięgnęli gdzieś wstecz, pomyśleli sobie o fantastyce, a szczególnie fantastyce naukowej, to jaki pierwszy tytuł przyszedłby państwu do głowy? Mnie przychodzi taka powieść Roberta Louisa Stevensona „Dr Jekyll i pan Hyde”. Tam pojawia się przecież eliksir, który zmieniał nie tylko fizyczny wygląd postaci, ale również zmieniał jej osobowość. Więcej, zmieniał nawet postrzeganie świata. W wyniku zażywania owego specyfiku główny bohater z szanowanego obywatela przemienia się w ucieleśnienie zła. Zaryzykowałbym, że narkotyki zmieniające postrzeganie rzeczywistości zawsze fascynowały twórców fantastyki naukowej. To było właśnie przy doktorze Jekyllu i panu Hyde'ie, ale też w późniejszych latach. Dla niektórych twórców to były bramy do innych światów, do innych wymiarów, do innych rzeczywistości. Dla innych takie narkotyki były elementami kontroli społeczeństwa.
Przypomnijcie sobie państwo „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya. Notabene jest serial, ale ja go nie mogłem zdzierżyć. Zupełnie mi nie podchodził. Możecie państwo tę dygresję wykreślić. Narkotyk, który się pojawia w powieści „Nowy wspaniały świat” to soma. Ta antyutopia została wydana w 1932 roku po raz pierwszy. I to jest ponura wizja, gdzie ludzie praktycznie od okresu niemowlęcego poddawani są warunkowaniu zarówno psychologicznemu, jak i biologicznemu. To warunkowanie ma sprawić, że kiedy będą już w wieku dojrzałym, staną się trybikami kastowej społeczności. Ale co warto powiedzieć, ona się składa z jednostek, które właściwie pozbawione są wyższych uczuć. Huxley opisuje świat, w którym de facto wyeliminowano wolność, indywidualność, ale wyeliminowano również sztukę, miłość.
Mam wrażenie, że wyeliminowano większość wartości, które dla nas ciągle są jeszcze ważne. Ludzie żyją w takim schemacie życia. Ten schemat jest wpajany już praktycznie płodom, a później uniwersalnym regulatorem wszelkich nastrojów jest wspomniany już przeze mnie narkotyk soma. On pozwala pogrążać się w absolutnym szczęściu. To jest oczywiście pseudoszczęście, ale gdyby zapytać bohaterów, postacie występujące w powieści, czy są szczęśliwe, otrzymaliby państwo jedną odpowiedź: oczywiście, że tak. Tu muszę powiedzieć to, co powtarzam tak często. Rozejrzyjcie się państwo, czy przypadkowo gdzieś wokół was rodzaj takiego oddziaływania, może jeszcze nie narkotycznego, ale rodzaj takiego oddziaływania już się przypadkiem nie pojawił. Warunkowanie oraz środki zmieniające świadomość, a także coś, co się nazywa czuciofilmy, tak naprawdę mają służyć podtrzymywaniu powszechnego szczęścia. Łatwego życia. Bo taki człowiek jest łatwy do kontrolowania.
Konsumuje, spełnia oczekiwania tych, którzy chcą wymagać i mają prawo wymagać, bo w tym społeczeństwie nie ma równości, ale to jest oczywiście zamilczane. Teoretycznie jest. Takie zaprogramowane szczęście wcale nie idzie w parze z postępem, bo w świecie Aldousa Huxleya wprowadzanie nowych wynalazków tak naprawdę traktowane jest jako rodzaj zagrożenia dla życia społecznego. To szczęście nie idzie też w parze na przykład z samodoskonaleniem się, bo jednostki są przydzielane do określonych kast, a więc nie ma mowy w ogóle o samodoskonaleniu się, o poznawaniu czegoś, o rozwijaniu pasji. Narkotyk soma pozwala kontrolować emocje. Ten postczłowiek teoretycznie jest obdarzony wolnością, ale ponieważ kontroluje swoje emocje, tak naprawdę nie ma wolności. Łatwy jest do nadzorowania. Jeśli skojarzycie państwo to, o czym mówię w przypadku Aldousa Huxleya i „Nowego wspaniałego świata” z tym, co przedstawia Lem w „Powrocie z gwiazd”, to skojarzenie będzie bardzo proste. Świat bez uczuć, tych dobrych i tych złych, a jednych od drugich chyba nie da się oddzielić, to świat bez uczuć jest również światem, w którym nie ma wolności. Bo jeżeli musimy wszystkich kochać, jeżeli musimy wszystkich szanować, to tej wolności już nie ma.
Soma to tak naprawdę rodzaj narkotyku o działaniu psychotropowym. Z jednej strony otępia postrzeganie rzeczywistości i przytępia emocje. Tak naprawdę o to chodzi. Huxley opisuje somę jako – tu zacytuję: „Soma to narkotyk mający wszystkie zalety chrześcijaństwa i alkoholu bez ich wad”. Myślę, że dosyć znaczący ten cytat. W niewielkich dawkach ów narkotyk działał uspokajająco, w większych odurzająco. Moglibyśmy powiedzieć, że soma pomagała ludziom uniknąć bólu świata i niepotrzebnych rozmyślań egzystencjalnych. Jak to jest z tym życiem? Czy warto, czy nie warto? A może nie warto cierpieć?
A może warto? Nie. Dzięki somie nie stawiali bohaterowie tego rodzaju pytań. Teraz przeskoczmy od prozy na chwilę do filmu. Nie wiem, czy kojarzycie państwo taki tytuł „Equilibrium”. Tak naprawdę ten film „Equilibrium” zapożyczył ów pomysł od Aldousa Huxleya. W filmie nie ma somy, jest lek, który nazywa się – żebym teraz nazwy nie przekręcił – prozium. On również tłumi negatywne emocje, wszelkie inne, które byśmy nazwali pozytywnymi, zagłusza, wygłusza czy jakkolwiek to nazwiemy. Zażywanie prozium jest obowiązkowe w świecie „Equilibrium”. To jest państwo, które powstało po trzeciej wojnie światowej.
Chodzi o to, żeby ludzie już przestali być agresywni, aby ta trzecia wojna była wojną ostatnią. Chodzi o wyeliminowanie ze świata ludzkiego wszelkich emocji. Świat widziany z takiej perspektywy wygląda zupełnie inaczej niż nasz świat, świat ludzi nam współczesnych. Ale dzięki wyeliminowaniu emocji, przytłumieniu ich ma być bezpiecznie. Takie ujednolicenie jednostek. A to ujednolicenie prowadzi do tego, że nie ma o co rywalizować na przykład. Jest fajnie, bo jest równo. Jest równo, jest bezpiecznie. I tak by można mnożyć, turlać to kółko i właściwie może to byłby świat harmonijny. Ale czy chcieliby państwo w nim żyć?
Ja nie chciałbym. Jakieś kilkadziesiąt lat po Huxleyu polski autor, którego mieliście państwo możliwość słuchać w tej audycji, nieżyjący już Maciej Parowski, napisał powieść „Twarzą ku ziemi”. W tej powieści przedstawił społeczeństwo, które jest sterowane przez skorumpowaną elitę władzy. Ale jak jest sterowane? Troszeczkę inaczej niż w przypadku „Nowego wspaniałego świata”. Książka Parowskiego to jest skrzyżowanie fantastyki naukowej z negatywną utopią. Przy okazji rodzaj przypowiastki moralnej. Ale żeby nie popadać w takie wysokie tony, to od razu powiem, że jest to też barwna powieść natury sensacyjnej. To, co interesuje mnie najbardziej, być może państwa również zainteresuje, to wątek mówiący o kontroli nad społeczeństwem, nad społecznością. Świat w tej powieści przepełniony jest erotyzmem.
Wszechobecne są różnego rodzaju akty, wiszą wszędzie. Filmy pornograficzne to norma, swoboda obyczajów jak najbardziej. Można odnieść wrażenie, że seks jest osią napędową całego życia społecznego. To na początku wydaje się pewną przesadą. Ukazanie takiego świata zerotyzowanego. Człowiek sobie myśli: „Nie no, Maciej miał chyba wtedy jakiś kryzys w życiu czy co, bo aż tak?”. Okazuje się, że Maciej był pisarzem świadomym. Dzisiaj jakoś tak to często powtarzam, ale był pisarzem świadomym i użył tej przesadni w bardzo konkretnym celu. Co więcej, kiedy poznajemy przyczynę, okazuje się, że to miało sens. Otóż my na początku, tak jak powiedziałem, możemy wątpić w realność tego, co autor przedstawia w swojej wizji, a potem dostajemy między oczy, bo okazuje się, że władze, administracja tamtego świata znalazły dosyć nietypowy sposób na okiełznanie społecznych niepokojów czy też niezadowolenia.
Za pomocą środków chemicznych, które dodawane są do wody pitnej, do wodociągów po prostu, energia ludzi jest kierowana na Wyuzdane życie płciowe, czyli wali się jakieś środki podniecające czy też wzbudzające wzmożony popęd płciowy. Ludzie piją wodę z wodociągów i świat się kręci. W dosyć specyficzny sposób, ale jednak się kręci. Ci ludzie nie mają czasu ani chęci buntować się, organizować strajków, pochodów, wieców. Ich życie polega po pierwsze na zdobywaniu kolejnych dóbr i kolejnych partnerów. Ci nowi partnerzy seksualni są najważniejsi. Ten wszechobecny erotyzm to tak naprawdę sposób na spacyfikowanie społeczeństwa. I w ten sposób troszeczkę autor zagra nam na nosie, jeśli daliśmy się zwieść temu, że to niemożliwe. Okazuje się, że... Ale zostawmy ten erotyzm, bo tak naprawdę niektóre fragmenty powieści Parowskiego to znakomita ilustracja tezy stawianej przez Ericha Fromma w książce „Mieć czy być”.
Teraz muszę znaleźć cytat, bo sobie przygotowałem cytat Ericha Fromma. Już. „W egzystencjalnym modus posiadania istotne nie są rozmaite przedmioty, które zawłaszczamy, lecz całościowe nastawienie. Dokładnie wszystko może stać się przedmiotem pragnienia. Rzeczy, których używamy w codziennym życiu, wszelka własność, rytuały, dobre uczynki, wiedza i myśli. Wszystkie one, choć same w sobie nie są złe, ostatecznie złe się stają wtedy mianowicie, kiedy desperacko się ich trzymamy, kiedy stają się łańcuchami hamującymi naszą wolność, kiedy stają na drodze samorealizacji”. Mówiąc szczerze, trochę przygnębiające. Jedźmy dalej. Narkotyki w literaturze science fiction nie zawsze pełnią mroczną rolę, taką jak dotychczas przedstawiałem. Na przykład w książce „Diuna” Franka Herberta narkotyk, rodzaj narkotyku melanż to jest substancja nazywana przyprawą albo melanżem.
W tej powieści pełni rozmaitą rolę. Pozwala między innymi na podróże międzygwiezdne, gdyż wspomaga umysły ludzi kierujących statkami kosmicznymi. W świecie Diuny komputery i sztuczna inteligencja niemal nie występują. To jest skutek wojny, jaką dawno temu ludzkość stoczyła z rozumnymi maszynami. A ponieważ nie ma tego rodzaju sztucznej inteligencji, to umysł człowieka wspomagany melanżem, mózg, po prostu biologiczny twór wspomagany melanżem zaczyna mieć te same możliwości co mózg sztuczny. Kiedy Herbert napisał tom otwierający cykl „Diuna”, to była chyba pierwsza połowa lat 60. To było już po tym, kiedy angielski biolog Julian Huxley – zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa z Aldousem Huxleyem, to był starszy brat słynnego pisarza. Julian Huxley opublikował esej, w którego tytule pojawił się termin transhumanizm. Przeglądając cele, jakie stawia przed sobą ów transhumanizm, można podziwiać śmiałość niektórych wizji, które przytacza Julian Huxley. Ten postczłowiek ma dysponować nadzwyczajnymi zdolnościami umysłowymi, ultraszybkim myśleniem, fotograficzną pamięcią, zdolnościami do błyskawicznego chłonięcia informacji.
A przy okazji takiego postczłowieka powinna cechować nienaganna budowa fizyczna. Powinien być piękny. W dodatku piękno, posągowość ów człowiek będzie zachowywał bez względu na wiek, w którym będzie. Ile by nie miał lat, zawsze będzie piękny. Co więcej, tam się pojawiały jeszcze bardziej śmiałe prognozy. Taki postczłowiek miał być wyposażony w nowe narządy, w nowe zmysły. Dzisiaj macie państwo możliwość postrzegania tego, co postrzegacie. A gdyby to rozszerzyć? Gdyby widzieć zakresy fal, których człowiek normalnie nie widzi, gdyby skonstruować zmysły, których człowiek nie ma? Takie wizje się pojawiały.
Ale wróćmy do cyklu powieściowego „Diuna”. Wiele z tych postulatów z „Diuny”... Inaczej, zaplątałem się. Wiele postulatów zgłaszanych przez Juliana Huxley'a w „Diunie” jest realizowanych. Ta zbieżność czasowa nie sądzę, żeby była przypadkowa, aczkolwiek dowodów na to żadnych nie mam. Te wizje narkotyków, nie narkotyczne na szczęście. Wizje narkotyków, które można spotkać w utworach science fiction, książkach czy filmach, które przedstawiłem do tej pory, pełnią w utworach science fiction ważną rolę, ale warto powiedzieć, że nie są halucynogenami. Udało się. Nie zacierają granicy pomiędzy rzeczywistością a ułudą. Proszę państwa, spojrzymy w takim razie na te narkotyki, które to robią, które sprawiają, że widzimy coś, czego nie ma, że żyjemy w świecie swoiście pojętej, ale halucynacji.
Tak naprawdę warto też to rozróżnić, że każdy halucynogen jest narkotykiem, ale nie każdy narkotyk jest halucynogenem. We współczesnym świecie warto chociażby o tym pamiętać. Halucynacje w literaturze fantastycznonaukowej są wykorzystywane też od dawna. Jeśli sobie państwo przypomnicie „Kongres futurologiczny” Stanisława Lema, to tam macie państwo ewidentne halucynogeny. W „Kongresie futurologicznym” zastosowanie owych halucynogenów sprawiło, że bohaterowie nie potrafili odróżnić świata realnego od wytworów swojego mózgu. Za każdym razem ci bohaterowie są zaskoczeni, gdy okazuje się, że kolejna rzeczywistość jest tylko fikcją. Wizje narkotyczne pojawiające się w opowiadaniu to nie są wizje proste do zidentyfikowania. To nie są proste halucynacje, tylko idealne odwzorowanie rzeczywistości. Dziwnej, czasami bardzo dziwnej, mrocznej czasami, ale jednak rzeczywistości. Porządek społeczny, który Lem przedstawia, utrzymywany jest przy użyciu środków halucynogennych.
To one wytwarzają w umysłach obywateli taki obraz rzeczywistości, jakiego życzy sobie władza. To działanie nie ma jednak na celu wyłącznie utrzymania rządów, bo w finale powieści czytamy coś takiego: „Przynosimy spokój, pogodę i ulgę w jednym. Utrzymujemy na skraju równowagi to, co bez nas runęłoby w agonię powszechną. Jesteśmy ostatnim atlasem tego świata. Chodzi o to, że jeżeli już musi ginąć, niechaj nie cierpi. Jeśli nie można odmienić prawdy, trzeba ją zasłonić. To ostatni jeszcze humanitarny, jeszcze ludzki obowiązek”. Wiecie państwo, spośród bardzo wielu problemów, które poruszane są w „Kongresie futurologicznym”, myślę, że za coś niezwykle ważnego należy uznać taką refleksję nad ułomnością ludzkiego postrzegania. To postrzeganie musi zaufać zmysłom, a w rezultacie powiedzielibyśmy biochemii neurotransmiterów, tego, co mamy w mózgu. Kiedy pojawiają się w fabule środki halucynogenne, to one sprawiają, że układy nerwowe bohaterów zostają wprowadzone w błąd, a w wyniku działania tej chemii nie mają szans.
To, że nie potrafią, nie mają szans zorientować się nasze mózgi, że tkwią w ułudzie. Co więcej, nie są w stanie zorientować się, jaki poziom ułudy jest przedstawiany. Halucynogeny to są środki, które zmieniają percepcję, czyli zdolności postrzegania. Pod ich wpływem mózg pracuje zupełnie inaczej niż w warunkach normalnych. Wszelkie sygnały wysyłane przez zmysły są interpretowane w odmienny sposób niż zwykle. I tu może jeszcze jeden cytacik by się przydał. Tylko muszę go jak zwykle jeszcze odszukać. W takim piśmie „Filozofuj”, które bardzo państwu polecam, w artykule znalazłem taki oto fragment: „Zawodność zmysłów jest kluczowym elementem myśli Platona, ponieważ zmysły mogą wskazywać, że dana rzecz posiada sprzeczne cechy. Na przykład wiatr jest dla jednej osoby zimny, dla drugiej ciepły. Poznania prawdy należy szukać poza nimi, poza zmysłami, a więc w rozumie.
Krytyka percepcji zmysłowej jest zatem punktem wyjścia do wprowadzenia teorii form czy idei. Pomimo niskiej oceny wartości poznawczej zmysłów, a może właśnie przez nią, Platon rozwija jednak teorię percepcji, doskonaląc ją pod względem prostych koncepcji presokratyków. Argumentuje on w szczególności, że zmysły nie postrzegają, a raczej my lub nasza dusza, psyche postrzegamy przez zmysły, gdyż inaczej istniałoby w nas wiele podmiotów postrzegających. Myśl tę rozwinął Arystoteles, wprowadzając centralny ośrodek percepcji zmysłowej, która to koncepcja w filozofii łacińskiej, zwłaszcza scholastycznej, zrobiła wielką karierę jako sensus communis”. Historia, którą państwu przedstawiam, a mianowicie Kongres Futurologiczny, została stworzona, tak jak powiedziałem, przez Lema i ona została stworzona niezwykle sugestywnie. Lem w ogóle był mistrzem opisu, ale jeszcze lepszym mistrzem, dziwne, ale tak, jeszcze lepszym mistrzem takich halucynogennych opisów był znany państwu Philip Dick. Jest taka powieść „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”. W 1964 roku po raz pierwszy ta powieść została wydana. Autor przedstawia tam dosyć ponury świat, w którym ludzie zmuszeni są opuścić Ziemię. Żyją w koloniach na innych planetach.
I te trudne warunki egzystencji na owych planetach sprawiają, że masowo zażywany jest w tych koloniach środek halucynogenny, który pozwala uciec od rzeczywistości, uciec od tych codziennych trosk, codziennych niebezpieczeństw do wykreowanego sztucznego świata. Co ciekawe, u Dicka ten świat dla wszystkich jest taki sam. Różne osoby zażywają narkotyk, ale trafiają do pewnego stopnia w to samo miejsce. Firma, która tę substancję wprowadza, w pewnym momencie orientuje się, że na rynku pojawia się nowy specyfik, który reklamowany jest, to jest piękne hasło: „Bóg obiecuje życie wieczne. My je dajemy”. Bo ten nowy narkotyk sprawia, że wizje mają charakter indywidualny, a urojone światy wydają się w pełni realne. Więcej, można przeżywać po raz kolejny swoje szczęśliwe chwile pod wpływem tych narkotyków, a wizje wydają się trwać bardzo długo, podczas gdy w realnym świecie upływają zaledwie sekundy. Proszę państwa, to jest sposób na wydłużenie sobie życia. Może niedosłowne, ale jednak, skoro można tyle przeżyć w kilka sekund, okazuje się, że żyjąc tyle samo, ile byśmy żyli, żyjemy znacznie dłużej. Wiem, to strasznie potrafię wszystko skomplikować, ale tak mniej więcej dałoby się to opisać.
Mniej więcej w tym samym okresie co „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha” ukazuje się inna powieść Dicka, „Marsjański poślizg w czasie”. Bohaterem tej powieści jest między innymi chłopiec cierpiący na autyzm. Ten chłopiec potrafi przepowiadać przyszłość. Innym bohaterem jest mężczyzna chorujący na schizofrenię. Ważnym wątkiem owej powieści, przypomnę, „Marsjański poślizg w czasie”, są fałszywe rzeczywistości psychotyczne. Autor przedstawia wszechświat, który składa się z wielu warstw rzeczywistości. Na przykład autyzm czy schizofrenia pozwalają na dostęp do różnych strumieni czasowych. To taka kolejna forma znalezienia się w świecie, który tak naprawdę nie istnieje. 10 lat albo coś około 10 lat po „Trzech stygmatach Palmera Eldritcha” i „Marsjańskim poślizgu w czasie”, w roku 1974, tak, to 10 lat, ukazuje się powieść „Płyńcie łzy moje, rzekł policjant”. Ja bardzo lubię tę powieść.
Główny bohater jest osobą publiczną. W pewnym momencie zostaje uwięziony w innej rzeczywistości, w której- Nikt go nie zna. Wyobraźcie sobie państwo celebrytę z naszych czasów, który przyzwyczajony jest do tego, że oblegają go tłumy, selfie sobie z nim robią i tak dalej. I pewnego dnia wychodzi na ulicę i nic. Myślę, że w naszym świecie to załamanie gotowe. Zdradzę państwu trochę z tej powieści. Osobą, która odpowiada za przeniesienie go do innego wszechświata, do innej rzeczywistości, jest jedna z jego fanek. Cóż jeszcze? Główny bohater wraca do swojego świata. Ale dlaczego wraca?
Sięgnijcie państwo po książkę. Pomieszanie realności z ułudą jest w książce „Płyńcie łzy moje” posunięte tak daleko, że w gruncie rzeczy nawet po przeczytaniu trudno jest ją do końca zinterpretować. Ta książka wyślizguje się takiej prostej interpretacji. A jednak przynajmniej dla autora było oczywiste, że oba te światy przenikają się i tak naprawdę nie da się ich rozdzielić. To takie dosyć charakterystyczne dla Dicka. Dickowskie właśnie. Inną ważną książką Dicka, która również dotyczy narkotyków i zaburzonego postrzegania rzeczywistości, jest „Przez ciemne zwierciadło”. W tej książce Bob Arctor jest członkiem grupy narkomanów, ale tak naprawdę to jest agent specjalny, który ma informować lokalne władze o poczynaniach swoich kumpli narkotyzowanych. Bo w tym czasie na rynku pojawia się nowość: substancja A. W wersji angielskiej to jest substancja D.
Tu pasuje w polskim języku lepiej substancja A. Główny bohater zażywa ją w dużych ilościach. To powoduje, że jego umysł rozszczepia się na dwie części. Mamy Boba i mamy Freda. Bardzo szybko stają się oni dwiema odrębnymi osobowościami. I znów mamy ten sam problem, bo książka Dicka de facto dotyczy iluzorycznej natury rzeczywistości. Ta postać żyjąca w dwóch odrębnych stanach świadomości tak naprawdę jakby żyła w dwóch światach. Co więcej, rozdziela się na dwie części. Kwestia tego, co jest rzeczywiste, a co iluzoryczne, z mojego punktu widzenia jest fascynującym rozważaniem na temat granic zdrowia psychicznego i obłędu. Wiele osób pewno zadaje sobie w tym momencie pytanie, czy pisząc o halucynogenno-narkotycznej twórczości Dicka, różni autorzy uwzględnili chociażby „Ubika”.
Uwzględnili. I tu dla państwa mam kolejny cytacik zaczerpnięty z internetu, a konkretnie ze strony paradox.net.pl. W ogóle niezwykle ciekawa strona, bardzo ją państwu polecam. Taki cytacik: „Na pytanie, czym jest Ubik, nie da się odpowiedzieć w sposób jednoznaczny. Za każdym razem jest on zupełnie czymś innym, ale też zawsze jest on produktem idyllicznym, miażdżącym konkurencyjne wytwory. Raz jest to maść, raz aerozol, czasami suszarka lub maszynka do golenia. W każdym razie wydaje się być złotym środkiem leczącym wszystkie dolegliwości, zarówno te cielesne, jak i duchowe. Koniec końców Dick zostawia duże pole do manewru dla czytelnika, aby on sam odgadł, czym może być Ubik. Ubika ciągle się szuka, a on jest stale niedostępny. Niby na wyciągnięcie ręki, a jednak nam ucieka”.
To był, proszę państwa, cytat z Konrada Kilima Kowalskiego, z jego artykułu „Philip K. Dick. Ubik. Recenzja”. Powtarzam: ze strony paradox.net.pl. Jeśli mówimy o narkotykach, to nie można nie wspomnieć o powieści Jeffa Nuna. To są powieści „Wurt” i „Pyłki”. Tam, w tych powieściach rozdzielenie halucynacji od realności jest szczególnie trudne. Otóż sny, mitologie oraz zbiorowa wyobraźnia ludzkości ni stąd, ni zowąd stały się prawdą. Rzeczywistością obiektywną, która nazywana jest wurtem.
Podobną, a właściwie taką samą nazwę nosi narkotyk, który stanowi wrota do tamtej rzeczywistości. Można się do tamtej rzeczywistości dostać dzięki temu narkotykowi. Ten świat Ten świat jest połączeniem wirtualnej rzeczywistości oraz — nic innego nie przychodzi mi do głowy — snu. Nikomu jednak w powieści nie przyjdzie nawet na myśl, aby kwestionować jego realność. Tak naprawdę można w tym świecie nie tylko pozostać na zawsze, ale również zginąć. I zginąć naprawdę. Jeśli tam nie zachowa się czujności, no to c'est la vie. Kończy się życie. Wurt jest alternatywą dla rzeczywistości. Tam, tak jak powiedziałem, można się do tej rzeczywistości dostać, ssąc kolorowe piórka nasączone halucynogenem oczywiście, halucynogennym narkotykiem, który wysyła nas do wirtualnego, alternatywnego, czy jak byśmy to nie nazwali, świata.
Chwilami można się zastanawiać, czy tym narkotykiem jest związek chemiczny, a może rodzaj, cudzysłowu postawmy, tym narkotykiem jest przede wszystkim możliwość wspólnego doświadczania przygód. Doświadczania przygód w świecie, w którym przygód jest mniej, jest mało. To możliwość ich przeżywania, kto wie, czy nie jest równie pociągającym narkotykiem jak sama substancja chemiczna. Jeśli państwo sięgniecie daleko wstecz pamięcią, to był taki serial „Babylon 5”. Tam przedstawione są losy stacji kosmicznej, która jest miejscem dyplomatycznych spotkań różnych ras. I na tej stacji również jest narkotyk. Nazywa się Pył. To narkotyk niezwykle popularny w owej wielokulturowej społeczności, bo pozwala wnikać w cudzą świadomość, oglądać świat oczyma innych. Takie telepatyczne wtargnięcie do umysłu drugiej istoty to jest jednak proces bolesny, szczególnie dla ofiary wykorzystywanej do spoglądania na świat. Ale ten narkotyk ma jeszcze jedną cechę: dosyć często wzbudza zdolności telepatyczne u niektórych gatunków, które z natury telepatyczne nie są.
Ludzie akurat podlegali temu procesowi w sposób mało stabilny i bardziej się czuli na haju niż w rzeczywistości doświadczali zjawisk telepatycznych. Niemniej jednak jakiś tam spacerek czy też przejażdżkę można było odbyć. Wreszcie mamy taki film „Dredd”. Nie mylić z Sędzią Dreddem. Otóż w filmie „Dredd” przedmiotem nielegalnego handlu jest narkotyk, który przyspiesza stukrotnie pracę mózgu, a jednocześnie wyczula zmysły. Po zażyciu tego narkotyku człowiek ma wrażenie, że rzeczywistość wokół zwalnia, nabiera też tęczowych barw. Cóż, świat halucynacji w fantastyce można powiedzieć, jak przy każdym podsumowaniu, jest niezwykle bogaty, a tematyka różnego postrzegania rzeczywistości, realności w gruncie rzeczy — nie wiem, czy państwo już chwytają, o co chodzi — pociąga za sobą szereg ważnych pytań. Człowiek zaczyna szukać odpowiedzi na te pytania. Wielu pisarzy wychodzi bowiem z założenia, dobrze czy źle, to pewno pole do dyskusji by się otworzyło, że już samo stawianie problemów jest ważne. Kto wie, nawet czy nie ważniejsze niż odpowiedzi, bo odpowiedzi poszukamy w sobie.
Ważne, żeby nas ktoś do tego po prostu sprowokował. No cóż, to taki mały spacerek, który z państwem wykonałem po fantastyce naukowej oraz po różnych takich substancjach psychoaktywnych. Albo nie. Jeszcze kilka przykładów. Tu już bardzo skrótowo. Istnieje taka powieść Fredericka Browna „Ten zwariowany wszechświat”. Tam występuje narkotyk Moon Juice i ten księżycowy sok powoduje bardzo realistyczne i przyjemne halucynacje. Z jego pomocą bez opuszczania Ziemi można odwiedzić chociażby ukochaną na Księżycu. A to wszystko odbywa się w dodatku w ciągu kilku sekund czasu realnego. Chociaż ten czas realny to kilka sekund, a czas subiektywny, z którym ma do czynienia zażywający, bywa bardzo różny.
Raz jest dłuższy, raz jest krótszy. To taka przyczynkarska moja uwaga dotycząca narkotyków. Powieść dosyć stara, ale jest coś, co się nazywa w innej powieści pangalaktyczny dynamit pitny. Piękna nazwa. Któż by mógł ją stworzyć inny? Tym kimś jest Douglas Adams. W książce „Autostopem przez galaktykę" ten narkotyk się tam pojawia. To ja państwu przeczytam, co Adams na ten temat pisze. Efekt wypicia tego trunku można opisać jako zmiażdżenie mózgu plasterkiem cytryny owiniętym wokół wielkiej cegły ze złota. Podaje też, na jakich planetach może zostać najlepiej zmiksowany pangalaktyczny dynamit pitny, jakiej ceny należy się spodziewać i jakie organizacje charytatywne zajmują się pomocą przy późniejszej rehabilitacji.
Przewodnik podaje nawet przepis na ów koktajl: porcję Old Daru Sprit wlać do jednej porcji wody z mórz San Traginiusa V, dodać trzy kostki mega ginu i wymieszać, aby roztopiły się w roztworze. Ja już nie będę państwu dalej cytował. W każdym razie jak zwykle u Adamsa lekko szalone. Kolejnym rodzajem narkotyku jest coś, co nazywa się ryba Babel. To również oczywiście Douglas Adams. To taka forma życia, która została stworzona właśnie przez wspomnianego Adamsa. Wiecie państwo, kiedy się szykowałem do tego mini wykładu, z jednej strony trudno jest uznać rybę za narkotyk, ale skutki działania ryby Babel są zadziwiające. Jeśli zadomowi się w mózgu nosiciela, umożliwia zrozumienie wszystkich języków. I tu znów krótki cytacik: „Ryba Babel – powiedział spokojnie przewodnik autostopem przez galaktykę – jest mała, złota i przypomina pijawkę. Jest to prawdopodobnie najdziwniejsza rzecz we wszechświecie.
Żywi się energią fal mózgowych, lecz nie swojego nosiciela, ale istot go otaczających. Pochłania wszelkie nieświadome częstotliwości umysłowe fal mózgowych, którymi się odżywia. Wydala następnie do mózgu nosiciela telepatyczną matrycę utworzoną z kombinacji częstotliwości świadomych myśli i sygnałów nerwowych odebranych z ośrodków mowy mózgu, który je dostarczył. Praktyczny rezultat tego wszystkiego jest taki, że jeśli ktoś włoży sobie rybę Babel do ucha, może natychmiast rozumieć każdą wypowiedź w jakiejkolwiek formie języka". Miał człowiek wyobraźnię, powiedziałbym nieokiełznaną. Narkotyk pojawia się również w uniwersum „Gwiezdnych wojen". Narkotyk, który nazywa się Glitterstim był pozyskiwany na planecie Kessel i z sieci tamtejszych pająków. Ta substancja była fotoaktywna, mogła być zbierana tylko w całkowitej ciemności, bo w przeciwnym razie traciła swoje właściwości. Ten narkotyk umożliwiał przede wszystkim epizody telepatyczne i bardzo szybko uzależniał. Nawet jeśli ktoś używał go okazjonalnie, groziło to pełnym uzależnieniem.
Kolejny narkotyk to tasp. Znowu nie do końca narkotyk. To urządzenie wystrzeliwujące wiązkę indukcyjną i ta wiązka stymuluje ośrodek przyjemności w mózgu oraz wywołuje uczucie natychmiastowej ekstazy. W Świecie Pierścienia opisanym przez Larry Nivena ten tasp występuje. On służył do obezwładniania groźnych przeciwników. Mógł powodować zarówno uzależnienie psychiczne, jak i uczynić z zaatakowanej postaci niewolnika. Tasp może powodować uzależnienie psychiczne i uczynić z Porażonego, powiedziałem, że niewolnika, ale to nawet coś więcej. Taką kukłę, którą można sterować trochę jak samochodzik mieliście państwo i nim sterowaliście, to troszeczkę takie zjawisko występuje. No cóż, proszę państwa, jest jeszcze oczywiście „Zamieć". To jest książka Neila Stevensona.
Ona została wydana w Polsce Pod dwoma tytułami. To jest ta sama książka, tylko występuje w zależności od wydawcy pod dwoma tytułami: albo „Zamieć”, albo „Śnieżyca”. „Snow Crash”. Tam awatary ludzi w wirtualnej rzeczywistości zażywają cybernarkotyk znany pod nazwą zamieci albo śnieżycy. Problem polega na tym, że jest ona zarazem wirusem komputerowym. Ale to nie wszystko, bo kiedy zarażone zostają awatary, zostają również zarażeni ci, którzy wysłali owe awatary, czyli ludzie w realu. Można powiedzieć, że w tej powieści narkotyk wirtualny zaczyna przeciekać do naszej rzeczywistości. Tak sobie myślę, pewno tych narkotyków jeszcze bym kilka znalazł, ale to w sumie nie o to chodzi. Jeśli znacie państwo jakiś ciekawy, to podzielcie się gdzieś tu pod audycją tymi ciekawymi narkotykami. To zawsze dla mnie rzecz cenna.
Sporo książek znam, sporo filmów, ale nie znam wszystkich filmów, nie znam wszystkich książek. Być może od państwa dowiem się o kilku ciekawych, bo pewno jeszcze mógłbym wymienić kolejne, takie jak Nexus. To też narkotyk z powieści. Dalej sleg, to jest narkotyk z powieści Arkadija i Borysa Strugackich. Pewno jeszcze jakbym zaczął dłubać w swojej pamięci, jeszcze coś by się znalazło. Zapraszam państwa do takiego dialogu, czy też podzielenia się swoimi informacjami, co w literaturze SF ciekawego odnośnie narkotyków państwo znaleźli. Zapowiedziałem część literacką. To czas na tę część literacką. Muszę powiedzieć, że to jest opowiadanie czy też powieść sprzed wojny, z takiego przedwojennego zeszytu to opowiadanie pochodzi. Te zeszyty były reklamowane jako powieść co tydzień chyba, czy co dwa tygodnie, już nie pamiętam, ale często się ukazywały.
Wiecie państwo, powieść to duże słowo. Będziecie państwo, jeśli wytrzymacie, słuchać tego przez 80 minut. Czy to jest powieść? Powiastka, nowelka, opowiadanie tak naprawdę. Wiecie państwo, gdzieś tam w pierwszej części audycji mówiłem o starzeniu się literatury. To jest przykład tego, jak literatura może się starzeć. Czy starzeć się dobrze? Nie wiem. Mnie się wydaje, że to, co państwo za chwilę usłyszycie, da się posłuchać. To jest nawet historia ciekawa, z tym że dla mnie wydaje się nieco naiwna.
Może będziecie państwo mieli inne zdanie, ale użyłem jej specjalnie. Po pierwsze dlatego, że jest takim rodzynkiem, taką próbą pokazania przeze mnie, jak wyglądała proza sensacyjna jakieś 80, 90 lat temu. Zobaczycie państwo tę różnicę. Poczujecie, jak bardzo zmienia się literatura. Nie wiem, czy dzisiaj tego rodzaju opowieść przeszłaby w ogóle przez sito wydawnicze. Też wiecie państwo, nie oszukujmy się, to jest opowiastka, która usiłuje naśladować prozę Maurice'a Leblanca, którą znacie państwo. Arsène Lupin to jest klasa sama dla siebie. Nawet specjalnie przed naszą audycją sięgnąłem po kilka tomów. Przerzuciłem tomy Maurice'a Leblanca, kolejne przygody dżentelmena włamywacza. Muszę państwu powiedzieć, że kiedy Słonimski zachwycał się prozą Maurice'a Leblanca, to miał rację, bo proza Maurice'a Leblanca zestarzała się mniej.
Te przygody w innym świecie. Tego świata już nie ma. Świat dżentelmena włamywacza Arsène'a Lupina po prostu nie istnieje. Nie ma takich kontaktów międzyludzkich, nie ma takich zależności międzyludzkich. Po prostu ten świat nie istnieje, ale czyta się to w dalszym ciągu z dużą przyjemnością. Proza, którą państwo za chwilę usłyszycie, jest taką podróbką troszkę prozy Maurice'a Leblanca. Znajdujemy tu podobną sytuację. Może to nie jest dżentelmen włamywacz, ale taki człowiek, taki cwaniak, który usiłuje zarobić, ale się nie narobić i wymyśla różne sposoby, żeby zarobić. W tym odcinku, w tej opowiastce, którą usłyszycie państwo za chwilę, wymyśla sposób specyficzny: robi idiotę z policjanta. Wszystko oczywiście bardzo przyjemne dla serca.
Ale mam uczucie niedosytu. I powiecie państwo: „Żelkowski, jak masz uczucie niedosytu, to czemu nam serwujesz tego rodzaju prozę?”. Już odpowiadam w takim razie. Uważam, że wszystkiego warto dotknąć po to, żeby zobaczyć, jak to jest. Odwrócę sytuację z początku audycji. To, że ja tę prozę, którą za chwilę państwo usłyszycie, nie darzę entuzjazmem — nie mówię, że ją wyklinam — ale nie darzę jej entuzjazmem wielkim, wcale nie oznacza, że tego się nie da czytać. Myślę nawet, że dla niektórych będzie to sentymentalna podróż w przeszłość i może na tym polega jej największa wartość. Bo, proszę państwa, magicznym wehikułem przenosimy się kilka dziesiątków lat wcześniej. Nikt nie słyszał o II wojnie światowej, nikt nie słyszał o zbrodniach Stalina, o komunizmie, o naszym świecie. Tamten świat wydaje się beztroski, inny.
Może dlatego, że nie do końca potrafimy go sobie wyobrazić. On zaczyna wkraczać w te same rejestry — może państwo będziecie mieli inne obserwacje — w które czasami wkracza fantastyka. Może niekoniecznie ta naukowa, ale fantastyka. Mamy tutaj kilka takich sytuacji, które o fantastykę zahaczają, a o fantastykę naukową zahacza też, przynajmniej tak się na początku wydaje, pewien wynalazek, który pojawia się w tej opowieści. Zapraszam państwa na prozę „Bibliotekarium 2.0”.
[02:22:32] - Lord Lister tajemniczy nieznajomy. Cudowny automat. Tajemnicza trąba. Metaliczny, głośny dźwięk trąbki rozlegał się z okien pięknej willi położonej na Cumberland Street. Przechodnie zatrzymywali się, zadając sobie pytanie, kto mógł grać na podobnym instrumencie w tak wytwornie wyglądającej willi. Mężczyzna, który zabawiał się w ten sposób, od czasu do czasu spoglądał ironicznie zza firanki na przechodniów, po czym znów zabierał się do gry na dziwacznym instrumencie. Mężczyzną tym był sam John Raffles, tajemniczy nieznajomy. Raffles posiadał na Cumberland Street pięknie urządzoną willę i mieszkał w niej razem ze swym sekretarzem, Charlie Brandem. „Brawo, Edwardzie” — zawołał Charlie Brand. „Jeszcze trochę, a będziesz mógł publicznie koncertować.
Zostanę wówczas twoim impresario”. „Czyżbyś już miał dość spokojnego żywota, który tutaj pędzimy?” — zapytał z uśmiechem lord. Raffles zapalił papierosa. Charlie tymczasem wyjął z szuflady mały czarny notes. „Mamy już zaledwie kilka funtów na naszym koncie” — rzekł smutnie. „Otóż to. Gdy je zjemy, zostaniemy bez grosza” — mruknął lord Lister i znów zabrał się do wygrywania jakiejś popularnej melodii na trąbce. „Nie rozumiem, Edwardzie, że jeszcze masz ochotę do żartów. Mnie ta sytuacja spać nie pozwala. Przeczuwam jednak, że zajęty jesteś konstruowaniem nowego planu, który wypełni nasze konto w banku”.
Raffles znów sięgnął po trąbkę. „O drogi mój, jakiś ty naiwny” — zagrał. „Wcale nie jestem tak naiwny, jak ci się wydaje” — rzekł Charlie. „Pamiętam o tym, że Baxter jest na naszym tropie”. „Niech cię to nie martwi. Zajmuje się on mną tylko dlatego, aby nie utyć. Czuję potrzebę ruchu. Dużo jednak wody upłynie, zanim zdoła mnie schwytać”. „Nie rozumiem tylko” — odparł Charlie — „dlaczego wybrałeś tak dziwaczny instrument. I co to wszystko ma znaczyć?” „Czy widziałeś kiedy, abym coś robił bez powodu?
Wierz mi, że nie jest to strata czasu. Wpadłem właśnie na pewną myśl w związku z tym wspaniałym instrumentem”. „Domyślam się” — przerwał mu Charlie. „Ale powiedz wreszcie, o co chodzi”. „Jest to bardzo proste. Za pomocą tej trąbki uzdrowię nasze nadwątlone finanse. Zrozumiesz to lepiej, gdy przeczytasz ten piękny urywek”. Lord Edward Lister wyciągnął z szuflady złożoną w czworo gazetę. Na pierwszej stronie widniało ogłoszenie następującej treści: „Międzynarodowa Wystawa Instrumentów Automatycznych i Muzyki Mechanicznej. Wystawa odbędzie się w wielkim holu hotelu Atlantic od 15 do 30 października.
Wszyscy fabrykanci tego rodzaju instrumentów proszeni są o wzięcie w niej udziału. We wszystkich sprawach należy zwracać się do dyrekcji, którą stanowią Lord Clive, prezes honorowy i James Baxter, prezes rzeczywisty”. „Oczywiście, jakżeby się obeszło bez Baxtera?” — zawołał Charlie, odkładając gazetę. „Mam zamiar wziąć udział w tej wystawie, mój chłopcze. Moja automatyczna trąba będzie ósmym cudem świata. Czyś mnie zrozumiał wreszcie?” „Nie zamierzasz chyba...”. „Właśnie, że zamierzam” — rzekł lord Lister z uśmiechem. „Tak, mój drogi. I zamiar ten nie tylko przyniesie nam dużo pieniędzy, ale dostarczy Londynowi nowego tematu do śmiechu”. „Ale jeżeli cię złapią?”.
„Nie uda im się, jeżeli dobrze odegrasz swoją rolę”. „Ja?”. „Tak, mój drogi” — rzekł lord Lister z uśmiechem. „Rola twoja jest tak łatwa, że nie masz powodu do obaw”. O co chodzi? Przed chwilą chciałeś być moim impresario. Staniesz się więc impresariem mego automatu. Jeszcze niewiele rozumiem. Niewiele rozumiem? — zawołał lord Lister.
Przecież małe dziecko zrozumiałoby to od razu. Jeżeli mówię o automacie, to jasne jest, że automat ten zostanie przesłany na wystawę. Musi być więc ktoś, kto będzie znał się na obsłudze tego automatu. Czy zrozumiałeś wreszcie, zakuta głowo? Wybacz mi Edwardzie, ale twoje pomysły czasami są tak dziwne, że z trudem przychodzi mi podążyć za biegiem twoich myśli. Oczywiście zgadzam się na wszystko. A więc w porządku — odparł Lister. Mam wielki respekt dla policji londyńskiej oraz dla jej szefa Baxtera, ale nikt nie zdoła rozwiązać zagadki, którą wymyśliłem. Czy nie obawiasz się niebezpieczeństwa? — zapytał sekretarz.
Nie ma mowy o niebezpieczeństwie, choć zawsze trzeba liczyć się z możliwością nieszczęśliwego wypadku. A więc jestem gotów na wszystko. Doskonale. Będziesz inżynierem, mechanikiem i wynalazcą. A teraz do pracy. Trzeba będzie wyjąć z banku około 300 funtów szterlingów. Wstępne koszta będą bowiem dość wysokie. Śpiesz się. Ja tymczasem każę spakować walizy. Spotkamy się na Waterloo Station.
Czy ruszamy w podróż? Tak. Nie możemy przecież budować naszego automatu tutaj, w Londynie. Nie moglibyśmy się opędzić od reporterów. Charlie wziął od lorda Listera czek i opuścił willę. John Sirafo po jego wyjściu zaciągnął się dymem wonnego papierosa. Poczciwy chłopak z tego Charliego, lecz trochę lękliwy. Tym razem plan mój się powiedzie z pewnością. Zbyt dobrze obmyśliłem wszystkie szczegóły. Lister wstał, owinął starannie swą trąbę, kazał spakować rzeczy i wypił jeszcze jedną filiżankę herbaty.
Gdyby w czasie mej nieobecności nadeszła jakaś poczta, proszę ją przesłać dalej w zamkniętej kopercie do Woodford na Post Restant dla inżyniera mechanika Johna Selfara. Gdy wraz z bagażami przyjechał na Waterloo Station, zastał tam już Charliego Branda. Najbliższym podmiejskim pociągiem wyjechali w stronę Woodford. W wagonie Charlie Brand pod kierunkiem swego mistrza przebrał się i ucharakteryzował. Nikt nie poznałby w starszym jegomościu o siwiejących skroniach młodego, jasnowłosego Charliego Branda. W ten sposób Brand stał się Johnem Selfarem, inżynierem mechanikiem i wynalazcą w jednej osobie. Zajechali do małego hoteliku. W podłożu był tam nieużywany garaż. Wynajęli część tego garażu i założyli w nim pracownię. Początkowo mieszkańcy małego miasteczka zaintrygowani byli pracą przybyszów.
Nikomu jednak nie wolno było przestąpić progu garażu. Gruchnęła wieść, że obydwaj mechanicy pracują nad jakimś wynalazkiem. Powoli jednak ciekawość gasła. Nowo przybyłych nazwano oryginałami i dano im spokój. Doniosły list. Nasz dzielny inspektor Baxter żył od pewnego czasu jak gdyby zawieszony między ziemią a niebem. Godność prezesa Międzynarodowej Wystawy Muzyki Automatycznej i Instrumentów Mechanicznych mile łechtała jego dumę. Natomiast mniej mu się podobały stosy listów, które otrzymywał i na które musiał odpowiadać w związku z tą nową godnością. Do diabła z całą tą szatańską wystawą! — ryknął wreszcie Baxter.
Mark Holm, zwany przez swych kolegów Pchłą, nie przestawał palić spokojnie swej fajki. Znał dobrze swego szefa. Wziął numer Timesa i począł czytać z zainteresowaniem. Do pioruna, Mark Holm, moglibyście mi przecież pomóc! Mark Holm, udając, że nie słyszy, ćmił w dalszym ciągu fajkę i nie przerywał swej lektury. Kilkanaście listów wyrzuconych tłustą ręką Baxtera sfrunęło na wielką płachtę gazety. Mark Holm odłożył dziennik i spokojnie zabrał się do czytania listów, jak gdyby chodziło po prostu o zmianę lektury. A więc czytacie wreszcie — rzekł Baxter z zadowoleniem. Mhm — mruknął sekretarz. Wszystkie zaadresowane są do pana prezesa Baxtera.
Ani jednego nie ma do pana inspektora Baxtera, szefa Scotland Yardu. Przykro mi, inspektorze, ale cała ta bazgranina nic a nic mnie nie interesuje. Przerwał i obojętnym ruchem odsunął od siebie listy. To impertynencja! — ryknął Baxter. Uderzył potężnie pięścią w stół. Możliwe — odparł Mark Holm. Choć nie jestem tak popędliwy jak pan, nie lubię załatwiać cudzej roboty. Baxter spojrzał nań kwaśno i zabrał się do czytania listów. Nagle w gabinecie zjawiło się dwóch agentów prowadzących przed sobą jakiegoś osobnika o podejrzanym wyglądzie.
Czego chcecie? — zapytał ostro szef Scotland Yardu. Podejrzany osobnik widocznie nie stracił animuszu, gdyż skłonił się głęboko przed inspektorem i rzekł: bardzo przepraszam, panie prezesie, ja tylko chciałem... Na dźwięk tego tytułu Baxter skoczył jak oparzony. Czego pan tu chce? — ryknął na całe gardło. Co za odwaga, żeby przychodzić tu i zanudzać mnie osobiście! Proszę zwrócić się do lorda Cliffa. Wynosić mi się i to zaraz! Zrobiłbym to z wielką chęcią, panie prezesie.
Nie byłbym tu przyszedł, gdyby ci dwaj – tu wskazał na eskortujących go policjantów – nie zaciągnęli mnie tutaj wbrew mej woli. Ależ inspektorze! – zawołali jednocześnie obydwaj policjanci. Ten człowiek ma zajączki w głowie. Sam to widzę – wrzasnął Baxter. To wariat. Wynosić mi się razem z nim. Precz! Młody człowiek wyrwał się z rąk zdumionych policjantów i jednym skokiem znalazł się na korytarzu. Dziękuję panu, panie prezesie.
Dziękuję panu z całego serca. W tej samej chwili na korytarzu rozległy się jakieś kroki. Drzwi gabinetu otwarły się po raz wtóry i mały, okrągły jak kula człowieczek wpadł do środka. Do wszystkich diabłów! – krzyknął. – Cóż to? Czy to centrala policji, czy też dom wariatów? Jak się pan wyraża? – zgromił go Baxter. Markham, spisać natychmiast protokół o tym zajściu.
Będzie pan pociągnięty do odpowiedzialności za znieważenie policji angielskiej. Markham uśmiechnął się pod nosem i zabrał się do pisania. Nazwisko pana? – zapytał tłuściocha. Ralph Houston. Czego pan sobie życzy? Znowu nam zacznie opowiadać niestworzone historie – zawołał Baxter, uderzając pięścią w stół. Wyrzućcie go od razu za drzwi. Diabli nadali tę wystawę. Kpię sobie z pańskiej międzynarodowej wystawy – zawołał człowieczek.
Żądam mego zegarka i dewizy, którą mi zabrał złodziej. Tu Houston wskazał na dwa ogniwa łańcuszka zwisające u marynarki. Dewiza została odcięta przez wytrawnego kieszonkowca. Czego on chce? Co panu skradziono? – zapytał Baxter. W jasny dzień? Toż to prawdziwa bezczelność. Tak, to bezczelność – jęknął tłuścioch, ocierając pot z czoła. Na szczęście pańscy agenci schwytali złodzieja na gorącym uczynku.
Ale gdzie on jest? Przecież go tu przyprowadzili. Rozejrzał się dookoła. Czyżby to był ten człowiek, którego spotkałem na korytarzu, a który uciekał śpiesznie? To był właśnie on – wmieszał się Markham. Nie mógł się powstrzymać i wybuchnął głośnym śmiechem. Od razu widać było, że to złodziej kieszonkowy. To był Nicker Johnny! – zawołał jeden z tajnych agentów. Co?
Nicker Johnny? – zawołał inspektor. Nareszcie schwytaliśmy tego bandytę. A wy – tu rzucił się ku jednemu z agentów z zaciśniętymi pięściami – i wyście pozwolili mu umknąć? Przecież pan inspektor sam kazał go wypuścić – wmieszał się Markham. Prawda. Zdawało mi się, że ten człowiek przychodzi. Ale dlaczego, u licha, nie powiedzieliście mi tego od razu? Ponieważ nie dał pan dojść do słowa agentom – rzekł Markham. – To pańska wina.
Nic mnie to nie obchodzi – zawołał Houston. – Żądam w pieniądzach równowartości mego zegarka i dewizy skradzionych mi przez kieszonkowca, którego pan był łaskaw wypuścić. Zadowolę się 12 funtami i nie pisnę o tym nikomu słowa. Gdy dostanę z powrotem zegarek, oddam chętnie pieniądze. Biedny Baxter zbladł. Dalej! – zawołał na agentów. – Czego tu stoicie? Biegnijcie za Nicker Johnnym i przyprowadźcie mi go tutaj żywego czy umarłego. Należałoby najpierw zapłacić tym ludziom pensje za trzy miesiące z góry – zawołał Markham.
Baxter zamilkł. Zaschło mu w gardle tak, że z trudem przełykał ślinę. Agenci opuścili biuro. Powiedziałem 12 funtów szterlingów – przypomniał Houston. Dobrze – odparł Baxter, wzdychając. – Zaraz je panu daję. Położył na stole kilka banknotów. A więc sprawa pozostanie między nami – rzekł. Mhm – rzekł Houston. – Co prawda o tym nie pomyślałem.
Gdybym opowiedział dziennikarzom o mej przygodzie, dostałbym o wiele więcej. Mógłbym przynajmniej przez cały miesiąc dzień w dzień opijać się szampanem. Ależ pan tego nie zrobi, drogi panie Houston – rzekł inspektor przymilnie. Houston zorientował się od razu, że z obawy inspektora można wyciągnąć niezgorsze korzyści. Powróćmy jeszcze do tego przedmiotu. Jak pan wie, posiadam w pobliżu Strandu małą kawiarnię. Niestety, pańscy policjanci nie dają mi żyć. Gdy tylko mamy lokal otwarty minutę po przypisanej godzinie, w tej chwili łupią mi karę. Gdyby pan od czasu do czasu zechciał zamknąć oczy, to jest... Pan mnie rozumie.
Ale oczywiście, drogi panie Houston. A więc sprawa załatwiona. Będę milczał jak grób. Houston, kłaniając się uprzejmie, szybko opuścił gabinet. Dzięki Bogu, że się to skończyło – westchnął Baxter z ulgą. Ta przeklęta wystawa kosztuje mnie już 12 funtów. Chciałbym to wszystko rzucić do diabła. Do licha! – zawołał głośno, rzucając Markhamowi na biurko list. – Przeczytajcie to.
Można skonać ze śmiechu. Markham chwycił list w powietrzu i zabrał się do czytania. Rzecz w każdym razie niecodzienna – mruknął. Automat, który gra na trąbce, jest równie łatwy do skonstruowania jak lalka, która mówi "papa" i "mama". Ale żeby maszyna spełniała życzenia ludzi znajdujących się w pobliżu, oto rzecz niecodzienna. "Znów jakiś wariat!" - zawołał Baxter. "Mhm" - mruknął Marholm. "Nie widzę w tym nic niemożliwego. Ja na pańskim miejscu nie odrzuciłbym oferty, nie sprawdziwszy, o co chodzi. List jest napisany rozsądnie i trudno podejrzewać autora o szaleństwo.
Radziłbym panu wezwać tutaj autora." "Jak on się nazywa?" "Selfar. John Selfar. Jeżeli przekonamy się, że to wariat, to zatrzymamy go natychmiast." "Słusznie, inspektorze. Właśnie w ten sposób należy działać. Może byście, Marholm, wystosowali ten list w moim imieniu. Bardzo wam będę za to wdzięczny." Załatwiwszy w ten sposób sprawę, szef Scotland Yardu podniósł się, zapiął mundur i wyszedł z biura. Zaledwie zamknęły się za nim drzwi, Marholm wybuchnął długo hamowanym śmiechem. Z listem w ręce począł tańczyć dookoła swego biurka. "Hip, hip, hura!" - wołał. "Niech żyje inżynier John Selfar alias John C.
Raffles!" Usiadł w fotelu i raz jeszcze przeczytał uważnie list. Oto człowiek genialny ten Raffles. Zawsze potrafi coś nowego i zabawnego wymyśleć. Uwaga, inspektorze! Mam wrażenie, że nie zapomni pan tak szybko o pańskiej międzynarodowej wystawy muzyki automatycznej. Wziął kartkę papieru i począł redagować list do Johna Selfara, inżyniera mechanika i wynalazcy. W liście tym prosił uprzejmie wynalazcę, by zechciał w ciągu najbliższych dni zademonstrować swój automat w Scotland Yardzie. "Sam nadam ten list na poczcie" - szepnął do siebie. Występ w Scotland Yardzie. Już cały dzień nie słychać było hałasu piłki i młotków z pracowni Johna Selfara.
Obydwaj mężczyźni włożyli do wielkiej skrzyni rezultat swej mozolnej pracy. Był to automat z trąbką. "Wszystko jest w porządku i sprawa jest na jak najlepszej drodze" - rzekł tego poranka Raffles do Charlie Branda. "Mamy dziś pierwszy października. Praca nasza jest gotowa. Na domiar wszystkiego otrzymałem list od Baxtera, w którym prosi nas o zjawienie się z naszym arcydziełem w Scotland Yardzie." "Dlaczego w Scotland Yardzie?" "Z rozumu. Baxter pragnie okazać, że jest nie lada personą. Czy znasz tego poczciwca?" "Czy jesteś pewny, że w tym zaproszeniu nie tkwi jakiś podstęp?" "Jestem tego pewny. Poczciwy Baxter nie przeczuwa, że inżynier John Selfar i jego osobisty przyjaciel John C. Raffles to jedna i ta sama osoba.
W każdym razie jest ktoś, kto domyślił się prawdy. To Marholm." "Widzisz, mógł on powiedzieć wszystko Baxterowi." "Nie ma obawy. Baxter jest zbyt głupi, aby w to uwierzył." Jeszcze tego samego dnia Raffles wraz ze swym sekretarzem opuścili Watford. Baxter niecierpliwie spoglądał na zegar. Przechadzał się wzdłuż i wszerz po swym biurze. Na korytarzu rozległ się nagle jakiś hałas. Drzwi gabinetu inspektora Baxtera otwarły się i w ich obramowaniu ukazała się nagle dziwaczna postać. Był to automat kroczący sam, ciężko i sztywno. Za nim kryła się drobna figurka wynalazcy Johna Selfara. Automat wypracowany był dokładnie w najdrobniejszych szczegółach.
Miał postać rycerza odzianego w zbroję. U boku jego wisiała szpada, a na nogach miał buty przybrane ostrogami. Pod każdym jego krokiem uginała się podłoga. W ręce dzierżył trąbkę. Twarz jego zdobiła krótka broda i wąs zasłaniający wargi. Górna część twarzy zrobiona była z wosku, oczy zaś z przezroczystej emalii. Inspektor policji Baxter z podziwem spoglądał na tę niezwykłą maszynę. "Ojej!" - jęknął, cofając się wstecz i kryjąc za biurkiem. Automat, posuwając się ciągle naprzód, nadepnął mu na nogę swym potężnym butem. Przed biurkiem zatrzymał się nagle.
Dał się słyszeć lekki trzask. Jedno ramię podniosło się powoli i schwyciło szyszak z piórem. Rycerz z trąbą, zupełnie jak żywy człowiek, wykonał powitalny gest. "Do licha, panie Selfar" - rzekł Baxter, rozcierając swą lewą nogę. "Czy nie mógłby pan nauczyć swego automatu, aby nie właził ludziom na odciski?" Wynalazca John Selfar, czyli inaczej Charlie Brand, we własnej osobie zbliżył się do swej maszyny i dotknął jej pleców. Rycerz zesztywniał i zatrzymał się. "Zechce mi pan wybaczyć, panie inspektorze." "Dobrze, już dobrze" - rzekł Baxter. "Musi pan jednak uważać. Pańska maszyna roztrąca wszystko, co stoi na jej drodze." Wynalazca począł zasypywać Baxtera potokiem niezrozumiałych wyrazów mających mu wyjaśnić zasady funkcjonowania robota z trąbką. W plecach maszyny znajdowała się tabela rozkazów zawierająca szereg przekładni i guziczków przeznaczonych dla regulowania ruchów.
Selfar zaprezentował Baxterowi cały mechanizm. Baxter rzekł tonem znawcy: Wszystko to zrobione jest doskonale. Czy pan sam wykonał całą tę pracę? Tak, panie prezesie. Jest to rezultat przeszło dwudziestoletniej pracy. Mam wrażenie, że dzisiaj nareszcie próby moje zostaną sowicie wynagrodzone. Oczywiście, oczywiście, drogi panie Selfar. Zasługuje pan na nagrodę w zupełności. Jest to niesłychanie doniosły wynalazek. Cóż wy na to, Marholm?
Nie zdaję sobie jeszcze z tego sprawy – odparł sekretarz. Jakkolwiek Marholm roześmiał się serdecznie, widząc, jak automat nastąpił Baxterowi na nogę, nie był mimo to zbyt zadowolony. W wynalazcy Johnie Selfarze nie znalazł ani śladu podobieństwa do Johna C. Rafflesa. Przykro mu było, że widział przed sobą kogoś zupełnie nieznajomego. Drogi przyjacielu – odezwał się Baxter. Otwarcie wystawy nastąpi za kilka dni w hotelu Atlantic. Czy zechciałby pan zrobić tu niewielką próbę i pochwalić się przed nami zdolnościami muzycznymi swego robota? Z prawdziwą przyjemnością. Co chciałby pan usłyszeć, panie prezesie?
Baxter stał przez chwilę z otwartymi ustami. Jego wykształcenie muzyczne ograniczało się jedynie do znajomości kilku piosenek ludowych. Pozostawiam panu wybór, panie Selfar. Charlie Brand zbliżył się do automatu, otworzył drzwiczki znajdujące się na jego plecach, nacisnął kilka guziczków i przesunął dźwignię. Baxter siedział w swym fotelu, Marholm zaś, nie wypuszczając fajki z ust, zginął prawie w obłokach gęstego dymu. Automat podniósł powoli do góry ramię trzymające trąbkę. Usta jego otwarły się i trąbka zajęła miejsce pomiędzy puszystą brodą a opadającymi na wargi wąsami. Nagle z głębi dały się słyszeć ostre dźwięki popularnej piosenki ludowej. Obecni w pokoju drgnęli i omal nie zatkali uszu przed powodzią ostrych, nieprzyjemnych dźwięków. Inspektor policji śmiał się jak szalony.
Marholm natomiast spoglądał na automat ze zdziwieniem i nieufnością. Brawo, brawo! – śmiał się zadowolony inspektor. Gdybym nie wiedział z całą pewnością, że jest to automat, podejrzewałbym, że kryje się ktoś w środku. Ale to nie wszystko – rzekł Charlie. W każdym człowieku kryją się silne prądy elektromagnetyczne. Jest na niebie i ziemi wiele rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom – powiedział Szekspir. Jedną z największych tajemnic jest energia magnetyczna. Mój automat jest zastosowaniem mych zdobyczy w tym kierunku. Odpowiada on na wyładowania elektryczne osób znajdujących się w pobliżu.
To ciekawe, to ciekawe – powtarzał Baxter, udając, że zrozumiał choć słowo z tej pseudonaukowej prelekcji. Marholm zamknął oczy i zamyślił się. To jednak musi być Raffles – rzekł do siebie. Nikt nie potrafiłby wpaść na taki pomysł, ani też doprowadzić go do końca. Muszę to zbadać. Widzę, panie Selfar, że to naprawdę zadziwiająca maszyna – rzekł głośno, zwracając się do wynalazcy. Sądzę, że mógłby pan na niej zarobić majątek. Słusznie, zupełnie słusznie – rzekł Baxter. Czy ta siła magnetyczna emanuje w równym stopniu ze wszystkich ludzi, panie Selfar? – zapytał Marholma.
Czy w równym stopniu to trudno stwierdzić. W pewnym jednak stopniu istnieje u wszystkich. Doskonale – rzekł Marholma. Chciałbym zrobić doświadczenie i przekonać się, czy ze mnie również emanują elektryczne prądy w stopniu dostatecznym, abym mógł oddziaływać na pańskiego robota. Niechże pan spróbuje, panie sekretarzu – rzekł Charlie Brand. Widzi pan, procedura jest bardzo prosta. Naciska pan na ten guziczek, przekręca tę dźwignię, ot tak i nasz robot już podnosi ramię. Marholm zbliżył się do automatu. Wykonał to, co mu polecił Selfar, po czym stanął twarzą w twarz robota. Widział, jak usta rozchyliły się.
Robot gotów był do grania na trąbce. Cóż on teraz zagra? – pomyślał Marholm. Czy będę mógł poznać, że to Raffles? Nagle rozległy się dźwięki znanej piosenki. „Czy poznajesz mnie, mój stary, dobry przyjacielu?” Hip, hip, hura! – zawołał na cały głos Marholm. Omal nie wyrwało mu się niebacznie „Niech żyje John Raffles”. Opamiętał się w porę i chwycił tylko starego Selfara w ramiona. Doskonale to pan urządził, drogi panie Selfar – rzekł.
Już teraz, nawet bez żadnych dokumentów, wierzę, że jest pan znanym inżynierem mechanikiem Johnem Selfarem. Czy chce pan również spróbować, panie Baxter? – zachęcał uprzejmie Charlie Brand. Mechanizm jest niesłychanie prosty. Pokażę panu, jak należy się z nim obchodzić. Niech pan tego nie robi, inspektorze – rzekł Marholm, udając przerażenie. Automat gotów jeszcze zagrać panu marsza Rafflesa. Marsz Rafflesa była to piosenka satyryczna, ośmieszająca dzieje walki policji londyńskiej z tajemniczym nieznajomym. Śpiewano ją na wszystkich podwórkach i ulicach, co doprowadzało Baxtera do wściekłości. Wstrętne bydle – mruknął Baxter, spoglądając na Marholma.
Nie znam tej piosenki – przyszedł mu z pomocą Charlie Brand. Mój sekretarz nie jest zupełnie normalny, drogi panie Selfar. Ciągle błąkają mu się w głowie jakieś dziwaczne urojenia. Dlaczego go pan nie zwalnia? – rzekł Selfar niewinnym tonem. Pracuje już u nas bardzo długo. Zresztą nieźle wywiązuje się ze swych obowiązków. Od dawna już nie zwracam uwagi na jego wybryki. Chciałbym, aby mnie pan wreszcie zwolnił – przerwał mu Markholm, którego scena ta znakomicie bawiła. Gotów jestem się założyć, że gdybym odszedł, można by zamknąć cały Scotland Yard na cztery spusty.
Znowu zaczynacie Markholm! – ryknął Baxter. Kiedyż wreszcie nauczycie się szanować swoich przełożonych? Nie wiadomo, do czego by doszło, gdyż Baxter z zaciśniętymi pięściami rzucił się na swego sekretarza, gdyby nagle automat nie rozpoczął nowej piosenki: „Grunt się nie przejmować i wygodne buty mieć”. To prawda – rzekł Baxter, zatrzymując się. Po cóż miałbym się przejmować? Czeka mnie jeszcze dzisiaj dużo pracy. Sądzę, że pragnie pan wystawić swój automat z trąbką na wystawie w Atlantic Hotelu, mój drogi panie Selfar. Jeśli to tylko jest możliwe, panie prezesie. Ależ oczywiście!
Postaram się dla pana o honorowe miejsce. Jakże będę panu wdzięczny, panie prezesie. Czy pragnie pan sprzedać swój automat? Oczywiście. Obawiam się jednak, że amatorzy uważać będą cenę za zbyt wygórowaną. Jakkolwiek obliczam sobie tylko moje koszta własne. Ile pan żąda? 25 000 funtów szterlingów. Co? Tylko 25 000 funtów szterlingów za ten cud?
Jest pan chyba osłem – dokończył smutnym głosem Markholm. Tak, osłem. Kwadratowym osłem – zaperzył się Baxter. Radzę panu, aby zażądał pan przynajmniej dwa razy tyle. Już ja panu znajdę kandydatów. Oczywiście zastrzegam sobie zwyczajowo ustaloną niewielką prowizję. Ależ bardzo chętnie, panie inspektorze. Jeśli pan osiągnie 50 000 funtów, zgadzam się dać panu nawet 10% prowizji. Zadowolę się 3% – rzekł Baxter. Markholm, spiszcie umowę.
Z największą przyjemnością – rzekł Markholm, który z trudem tylko powstrzymywał się od śmiechu. Zaczął pisać. Pomiędzy panem Johnem Selfarem, inżynierem i panem Jamesem Baxterem, inspektorem policji stanęła umowa następującej treści: Pan John Selfar oddaje do dyspozycji panu Baxterowi na czas trwania Międzynarodowej Wystawy Muzyki Automatycznej w Hotelu Atlantic swój automat z trąbką za cenę 100 funtów dziennie. Stop! – zawołał Baxter. Kto to powiedział? Nikt – odparł Markholm. Ale to się rozumie samo przez się. Nie wystawia się za darmo podobnie cennego instrumentu. To prawda, panie prezesie – wtrącił się do rozmowy Charlie.
Liczyłem zresztą na tę niewielką sumkę przy obliczaniu odszkodowania za wyłożone przeze mnie koszta. Dobrze, zgadzam się – rzekł Baxter. Piszcie dalej Markholm. Mister James Baxter zobowiązuje się sprzedać automat po zamknięciu wystawy za 50 000 funtów szterlingów, przy czym John Selfar bierze na siebie wypłatę 3% prowizji z osiągniętej ceny kupna Jamesowi Baxterowi. To wyniesie 1500 funtów – obliczył z zadowoleniem Baxter. Dajcie mi umowę Markholm. Zaraz ją podpiszę. Chwileczkę, inspektorze. Jeszcze nie skończyłem. Co tam takiego?
Chodzi o koszta pobytu pana Johna Selfara. Licząc od dzisiaj, wyniosą one po pięć funtów dziennie. Wystarczy mi 10 szylingów dziennie – rzekł skromnie Charlie. Zamieszkam w małym hoteliku. O nie, mój drogi panie Selfar. Przez czas trwania wystawy musi pan mieszkać w pobliżu swego automatu. Zarezerwujemy panu apartamenty w Hotelu Atlantic. Zgoda – rzekł Baxter po chwili wahania. Zaraz panu dam 80 funtów na koszta pobytu. Prócz tego poślę 12 agentów policji, którzy będą strzegli automatu.
Czy są jeszcze jakieś inne warunki kontraktu? Tak. Trzeba ubezpieczyć automat od kradzieży, uszkodzenia, ognia i wszelkiego innego ryzyka. Trudno. Gdy skończycie, dacie mi umowę do podpisania. Markholm wypisał szybko ostatnie warunki i wręczył dokument Baxterowi, który opatrzył go pieczęcią wystawy i podpisał. Wówczas sekretarz dał kontrakt Johnowi Selfarowi, zwracając mu uwagę, aby przechował go w całości. Poczciwy Baxter położył na biurku 80 funtów szterlingów. Selfar szybko schował je do kieszeni. Wyjściu wynalazcy wraz z robotem towarzyszył wybuch śmiechu Markholma.
Biedny sekretarz śmiał się tak serdecznie, że łzy spływały po jego tłustej twarzy. Korzystna transakcja. John S. Raffles, tajemniczy nieznajomy i jego sekretarz Charlie Brand zainstalowali się wygodnie w Atlantic Hotelu na koszt Baxtera. Charlie oczywiście zameldował się jako John Selfar, Raffles zaś podał się za finansistę z Bostonu, Charlesa Browna, przybyłego ostatnim okrętem z Ameryki. Ponieważ John Selfar stał się niebawem sławny dzięki swemu wynalazkowi, obydwaj panowie szybko zawarli znajomość. Od tej chwili ciągle widywano ich razem, co zresztą nie dziwiło nikogo. Wszyscy podejrzewali, że Amerykanin pragnie ubić z wynalazcą interes W pokoju Rafflesa Charlie przeglądał rachunki. Raffles, a właściwie Mr Brown palił doskonałego papierosa. „Jak sądzisz, Edwardzie, czy odbijemy sobie naszych 160 funtów zainwestowanych w materiał oraz koszta pobytu w Wolfordzie?” - zapytał Charlie ze śmiechem.
„Jeśli wszystko się uda, powinniśmy przede wszystkim otrzymać 63 500 funtów, a mianowicie cenę kupna i opłatę za wystawienie po odliczeniu prowizji Baxtera. Trzeba będzie dać 500 funtów naszemu przyjacielowi, Markholmowi” - rzekł Charlie, poczuwając się do wdzięczności. - „Ułatwił nam zadanie ten poczciwy detektyw. Co sądzisz o samej sprawie?” „Przerosła moje oczekiwania” - odparł Raffles. - „To nie do wiary, jak łatwo można ludzi oszukać. Trzeba po prostu znaleźć coś, na czym się zupełnie nie znają. Są przeważnie zarozumiali i nie chcą przyznać się do tego, że o czymś mogą nie wiedzieć. Czy przyniesiono już gazety? Chciałbym wiedzieć, czy Baxter zabrał się już do kampanii reklamowej.” Sekretarz położył przed nim plik gazet. Zaledwie Raffles rzucił okiem na pierwszą stronę, wybuchnął serdecznym śmiechem.
„To przekracza wszelkie granice!” - zawołał. - „Posłuchaj. »Międzynarodowa wystawa instrumentów muzycznych w hotelu Atlantic. Dzięki niezwykłym wysiłkom i staraniom udało się niżej podpisanemu zdobyć dla wystawy cud techniki. Rewelacyjny, najnowszy wynalazek w dziedzinie muzyki. Jest nim automat, który porusza się i myśli jak człowiek z krwi i kości. Wynalazca interesujący się kwestią telemechaniki od lat przeszło 20 dokonał dzieła niezwykłego. Automat posiada trąbę, która również będzie zaprezentowana na wystawie. Grając na tej trąbie, udziela on równocześnie odpowiedzi na wszelkie zadawane mu pytania. Rychło nie trzeba już będzie artystów.
Wszyscy zostaną zastąpieni automatami. Przybywajcie tłumnie, oglądajcie i podziwiajcie. Wystawa trwać będzie od 15 do 30 października. Cena biletu wejścia: 1 funt. Odbędzie się ona w hotelu Atlantic. Prezes Baxter, inspektor policji Scotland Yardu«.” Charlie wybuchnął serdecznym śmiechem. „Ale to nie wszystko. Oto ciąg dalszy, mój drogi przyjacielu. Redakcja dziennika spostrzegła się widocznie i zaopatrzyła odezwę Baxtera dopiskiem następującej treści: »Zwracamy uwagę naszych czytelników, aby nie przywiązywali zbytniej wagi do wyżej podanych faktów. Jakkolwiek skonstruowanie tego przedziwnego robota nie jest rzeczą niemożliwą samą w sobie, to jednak osoba informatora każe nam odnosić się do tej wzmianki z pewną rezerwą.
Wystarczy wspomnieć, ile razy inspektor Baxter dał się podejść niezrównanemu Rafflesowi«.” W trakcie dyskusji, która wywiązała się między przyjaciółmi na progu pokoju hotelowego stanął Baxter. W ręku trzymał gazetę. „Czy pan to czytał, Mr Selwyn?” - zawołał. - „Wspaniałe! Znakomite! Zrobimy na tym majątek. Lord Cleeve i Lord Rogers dowiedzieli się już o tej nowinie i postanowili pierwszym pociągiem powrócić do Londynu. Dzisiejszego wieczora odbędzie się u lorda Cleeve'a wielkie przyjęcie. Można zarobić ekstra 300 funtów, jeśli tam pan zjawi się ze swym automatem.” Baxter wypowiedział to wszystko jednym tchem. Zdjął palto i usiadł w fotelu.
„Ta reklama jest naprawdę doskonała. Ba!” - rzekł inspektor. - „To nie ma najmniejszego znaczenia.” „Jak to, panie prezesie? Przecież mój automat należy chyba do mnie.” „Słusznie, ale pan sam znajdować się będzie pod moją opieką. Jest pan kąpany w zbyt gorącej wodzie. Jestem zadowolony, że przybył pan wreszcie do Londynu z tego małego miasteczka Woodford. A pan jak się miewa?” To ostatnie pytanie zwrócone było do Rafflesa alias Browna, którego inspektor dopiero co spostrzegł. „Niech mnie pan wysłucha, inspektorze” - odezwał się Amerykanin. - „Praca w policji i bezowocny pościg za Rafflesem to nie dla pana. Angażuję pana natychmiast jako szefa reklamy jednego z mych przedsiębiorstw.” Lord Lister wyciągnął rękę do inspektora.
Inspektor nie uścisnął wyciągniętej ku niemu dłoni i z uśmiechem rzekł do Charleya: „Pański przyjaciel nie zdaje sobie widocznie sprawy, że jestem wysokim funkcjonariuszem państwowym i że moje zaszczytne stanowisko stanowi dostateczną rekompensatę. Ale to nic nie szkodzi. Musi pan, Mr Selwyn, przygotować się na dziś wieczór. Jest pan zaproszony do lorda Cleeve'a punktualnie na godzinę 9.00.” Inspektor podniósł się. „À propos, chciałbym, żebyście panowie wyświadczyli pewną przysługę. Lady Rogers, która jest moją dawną przyjaciółką, od czasu do czasu odwiedza mnie. Wizyty te nudzą mnie i sam nie wiem, jak się mam ich pozbyć. Gdyby pan zapytał o radę automatu, może znajdzie on jakieś wyjście z tej sytuacji. Sądzę, że…” Mówiąc to, inspektor wyszedł śpiesznie z pokoju. Obydwaj przyjaciele, zdziwieni zachowaniem się Baxtera, wybuchnęli śmiechem.
„Baxter stał się jeszcze głupszy, niż myślałem” - rzekł Lister. W kilka minut po tym w pokoju wynalazcy zjawił się nowy gość. Był to lord Cleeve. „Uwaga” - rzekł Raffles do Charleya. - „Znam tego lorda. Ma on o wiele więcej pieniędzy niż inteligencji.” Lord skierował się bezpośrednio do Charliego i zapytał: „Czy pan jest Johnem Selfarrem?” Charlie skinął potakująco głową. „Do pioruna, drogi panie, dlaczego nie zwrócił się pan do mnie w sprawie pańskiego automatu? Jestem przecież honorowym prezesem. Mam wielką ochotę zaanulować pański kontrakt zawarty z Baxterem.” Charlie zorientował się od razu w sytuacji. Stosunki pomiędzy Baxterem a lordem nie musiały należeć do najlepszych.
„Proszę zrobić, co będzie pan uważał za stosowne, milordzie” — rzekł Charlie. — „Ja oczywiście zabieram swój automat i wyjeżdżam. Mój przyjaciel, mister Brown, siedzący w tym oto fotelu, zaofiarował mi 60 000 funtów szterlingów, gdyby zechciał udać się z nim do Bostonu i odbyć następnie tournée po Ameryce.” „Przeklęty Amerykanin” — szepnął do siebie lord, spoglądając niechętnym okiem na Browna. Wyjął z kieszeni książeczkę czekową. „Zgoda. Daję również 60 000 funtów, lecz w zamian za to staję się wyłącznym właścicielem automatu.” „Przecież tę samą sumę proponował mi mister Brown” — odparł Charlie spokojnie. — „Powinien mi pan zaofiarować więcej, milordzie.” „65 000 funtów!” — zawołał nagle Brown. „Daję 70” — ryknął lord. — „Byłby pan zdrajcą ojczyzny, gdyby pan sprzedał za granicę swój niezwykły wynalazek.” „Podzielam pańskie zdanie” — rzekł Charlie. — „Sprzedam panu mój automat pod dwoma warunkami.” „Nawet pod 12 warunkami, jeśli pan chce” — rzekł lord Cliff.
„Przede wszystkim mój automat przejdzie w pańskie posiadanie dopiero po zamknięciu wystawy.” „To rozumie się. Przyjąłem.” „Po wtóre, nie wolno panu zdradzić się przed Baxterem, że nabył pan prawo własności automatu, obalając tym samym zawartą między nami umowę.” „Z największą przyjemnością” — rzekł lord. — „Rozumiem pana. Baxter zastrzegł sobie prawdopodobnie prowizję od sprzedaży.” „Tak jest. Nie chciałbym zaczynać ze Scotland Yardem.” „Zupełnie słusznie” — odparł lord. — „A więc wszystko ustalone. Do zobaczenia dziś wieczorem w moim pałacu. Baxter zapewne uprzedził już panów.” „Tak, milordzie.” „Gdyby pan mógł przy tej okazji usadzić trochę na miejscu tego durnia inspektora, byłbym zachwycony.” „To da się zrobić, milordzie.” „Doskonale. Żegnam panów.” Lord Cliff wypełnił czek na 70 000 funtów szterlingów i wyszedł z pokoju. „Winszuję ci, Edwardzie” — rzekł Charlie.
„Nawzajem, mój chłopcze. Zachowałeś się niesłychanie sprytnie. Zarobek w tej chwili wynosi około 75 000 funtów.” „Sumę tę wyciągnęliśmy od ludzi, którzy mogą sobie na to pozwolić. Może będziemy mieli innych nabywców tego kalibru.” „I co wówczas?” „Wówczas ruszymy w daleką podróż. Czuję już mrówki w nogach.” W tej chwili drzwi wejściowe otwarły się znowu i jakaś przedziwna postać na krótkich nóżkach wtoczyła się do pokoju. „Lord Rogers” — przedstawił się nowo przybyły. — „Czy nie było tu lorda Cliffa parę minut temu?” — rzucił z miejsca pytanie. „Tak, milordzie. Był.” „Przyszedł tu bez porozumienia się ze mną” — ciągnął lord. — „Po cóż jestem wiceprezesem, skoro uważa się mnie za kukłę?” W krótkich słowach Charlie Brand wyjaśnił lordowi Rogersowi, o co poszło Cliffowi.
„Ho, ho!” — odparł lord. — „Teraz wiemy, czego się mamy trzymać. Czy Cliff oprócz zaproszenia was na wieczór czynił wam również jakieś inne propozycje?” „To sekret” — odparł Charlie. „Rozumiem. Gotów jestem założyć się, że kupił od was wasz automat z trąbą.” „Ależ to nic nie ma do rzeczy, milordzie” — rzekł Charlie, udając zakłopotanie. „Jakże to? Chcę koniecznie, aby to cudo stało się moją własnością. Ile Cliff wam daje?” „70 000 funtów, milordzie.” „70 000 funtów! Pozwoliliście się nędznie oszukać, mój przyjacielu. Ja daję panu 80 000 funtów.” „Naprawdę nie wiem, czy...” „Możecie się uwolnić od obietnicy danej lordowi Cliffowi, czy tak?
Ależ to dziecinna sprawa, drogi panie Selfarrze. Po zamknięciu wystawy odeślecie pieniądze lordowi Cliffowi, wyjaśniając, że zawarliście transakcję korzystniejszą. Ja będę już wówczas właścicielem automatu i załatwię wszystko.” „Mm, bardzo chętnie. Jeśliby pan zobowiązał się do zachowania tajemnicy.” „To się rozumie, panie Selfarrze.” Lord Rogers wypełnił czek i z królewskim gestem wręczył go Selfarrowi. „Chciałbym jeszcze” — dodał lord Rogers — „aby pan zrobił mi maleńką przyjemność. Chciałbym, abyś pan dzisiaj wieczorem ośmieszył nieco lorda Cliffa. Jeśli to się panu uda, zapłacę dodatkowo. Będzie pan zadowolony ze swego automatu. A więc wszystko w porządku. Dziękuję.” Po jego wyjściu Charlie i Raffles zatarli ręce.
„Mam więc teraz 150 000 funtów” — obliczał Charlie. „Zobaczysz, że przed zakończeniem wystawy dojdziemy do 200 000 funtów” — rzekł Raffles. „Teraz musimy jak najszybciej zainkasować czeki i podjąć gotówkę, aby uniknąć możliwych niespodzianek.” Raffles, wyszedłszy z hotelu, udał się do swej willi. Charlie pospieszył do banku. Dopiero po kilku godzinach powrócili do hotelu Atlantic, gdzie oczekiwała ich nowa niespodzianka. Baxter, bardzo wzburzony, chodził tam i z powrotem po holu. Na widok Johna Selfar'a skoczył ku niemu jak tygrys. Gdzie pan był, panie Selfar? Czekam już na pana od dawna. Czym mogę panu służyć, panie prezesie?
Przynoszę panu 48 000 funtów szterlingów. Jak to? Już pan zdążył sprzedać mój automat? To się nazywa szybka praca. Nie darmo jestem inspektorem Scotland Yardu – rzekł Baxter. Jedno moje słowo wystarcza, aby skłonić do kupna najbardziej niezdecydowanych ludzi. Wiem, że byli u pana Lord Cliff i Lord Rogers. Czy nie zdradzili ochoty nabycia wynalazku? Nie, panie prezesie. To chyba dlatego, że go jeszcze nie widzieli.
Dziś wieczorem zobaczy pan, że obydwaj będą chcieli go nabyć i zaczną licytować się wzajemnie. Kto przychodzi pierwszy, ten wygrywa – wtrącił Brown swym amerykańskim akcentem. To prawda, Mister Brown. Dlatego też postanowiłem działać jak najszybciej. Czy można wiedzieć, kto nabył za pańskim pośrednictwem automat? Nie mogę chwilowo zdradzić tej tajemnicy. Oto 48 000 funtów szterlingów. Baxter powoli odliczył pieniądze i położył je na stole. Może pan je włożyć do kieszeni, panie Selfar. Należą one do pana.
Czy to nie nadzwyczajne? Przyjęcie u lorda Cliff. Nadszedł wieczór. Lord Cliff przysłał swe własne auto po automat, w którym krył się oczywiście Raffles. Transportowi temu towarzyszył oddział policji. Automat umieszczono w niewielkiej salce przylegającej do sali przyjęć. Oczekiwano sygnału Baxtera. Sam Baxter wygłosił coś w rodzaju wykładu o właściwościach automatu. Przez cały czas jego przemówienia Lord Cliff gryzł niecierpliwie paznokcie. Gdy Baxter przeszedł do wynoszenia pod niebiosa swojej roli jako odkrywcy automatu, Lord Cliff nie wytrzymał i wybuchnął.
Panowie! – zawołał gardłowym głosem. Przyznaję, że winniśmy wdzięczność inspektorowi Baxterowi za położone dla wystawy zasługi. Tym niemniej ja jestem honorowym prezesem wystawy. A ja wiceprezesem – zawołał Lord Rogers. Postanowiłem uczynić z dzisiejszego wieczoru coś w rodzaju próby generalnej. Zobaczycie państwo mój automat. Nasz automat – zawołali razem Baxter i Lord Rogers. Zobaczycie państwo, że mój automat istotnie zasługuje na pochwały. Uwaga!
Panie i panowie, gdy zadzwonię, ujrzycie cud. Lord chciał chwycić za dzwonek, lecz uprzedził go Baxter. Było już za późno. Automat z trąbką ukazał się w całej swojej okazałości. Ciężkim krokiem podszedł wprost w kierunku trzech prezesów wystawy, roztrącając ich na prawo i lewo. Baxterowi nadepnął na prawą nogę. Lord Cliff otrzymał uderzenie trąbką w plecy. Lord Rogers pchnięcie szpadą w wystający brzuch. Następnie automat zatrzymał się w miejscu. Każdy z obecnych obejrzał z bliska automat i począł rozpływać się w pochwałach.
John Sira Full tymczasem obejrzał sobie dokładnie towarzystwo przez oczy z emalii. Znał prawie wszystkich gości lorda Cliffa. Nikt z nich nie odznaczał się wybitną inteligencją. Wszystko układało się doskonale i nie groziło żadną wsypą. Charlie wprawił maszynę w ruch. Ręka podniosła się do góry i automat zatrąbił: „Gin, będziemy pili gin”. Zgromadzonych wprawiło to w doskonały humor. Pierwszy postanowił poddać się próbie Lord Hampshire, stary matoł, który słynął z rozwiązłego życia. Lord Lister znał oczywiście wszystkie plotki kursujące na jego temat. Lord wykonał posłusznie wszystkie polecenia Charliego i kontakt magnetyczny rozpoczął swe działanie.
Jedno ramię automatu podniosło się i wśród ciszy rozległa się piosenka: „Do wuja starca rzekło dziewczę raz”. Biedny Lord otworzył szeroko oczy i ze wstydem pognał na swoje miejsce. Na twarzach zgromadzonych gości pojawiły się dyskretne uśmieszki. Następną osobą pragnącą poddać próbie swoje właściwości elektromagnetyczne była podstarzała dama, o której wiedzieli wszyscy, że daremnie usiłuje od dłuższego czasu wyjść za mąż. Z uśmiechem zabrała się do puszczania w ruch automatu. Trąbka zabrzmiała po raz wtóry. „Mam już lat sto, przyjaciele”. Wywarło to piorunujące wrażenie. Dama cofnęła się i zniknęła w tłumie. Z kolei zbliżył się Lord Cliff.
„Skąd znam tę głupią twarz?” – zabrzmiał automat. Lord Cliff drgnął. Machinalnie powiódł ręką po twarzy i ustąpił miejsca Lady Rogers, dawnej przyjaciółce naszego poczciwego Baxtera. Daremnie inspektor, chcąc ją uchronić przed kompromitacją, uczynił ostrzegawczy ruch ręką. Za późno. Lady Rogers wprawiła już w ruch mechanizm. „Mąż często bywa rogaczem” – zagrał automat. Teraz z kolei stanął przed automatem Baxter. Wiedział on, że mechanizm ten reaguje w sposób często dość przykry. Jako inspektor generalny policji nie mam prawa powierzać mych myśli maszynie – rzekł.
Wśród zgromadzonych rozległ się pomruk niezadowolenia. Naprzód, Baxter! Odważnie. Jesteśmy tu sami swoi. Nie było rady. Baxter zbliżył się do automatu. Automat podniósł rękę do połowy wysokości, po czym opuścił ją. Baxter winszował sobie w duchu, że udało mu się tanim kosztem uniknąć przykrej próby. Radość jego okazała się przedwczesna. Ramię podniosło się po raz wtóry i rozległy się tony znanej piosenki.
„Jestem szalony, zupełnie szalony i nie wiem, dokąd mam pójść.” Baxter osłupiał. Wszyscy zgromadzeni wybuchnęli śmiechem. Markholm się bawi. W nie najlepszym humorze inspektor policji wszedł nazajutrz do swego biura w Scotland Yardzie. Markholm zagłębiony był w lekturze „Timesa”. Dzień dobry, inspektorze. Jakże tam było wczoraj u lorda Cliffa? Automat funkcjonował podobno znakomicie. Jestem szalony, zupełnie szalony. Ha, ha, ha, ha, ha.
Zamilkł, spoglądając na zmienioną twarz swego szefa. Uprzejmie proszę, abyś pan zamknął buzię – rzekł Baxter. Przecież to publiczna tajemnica, inspektorze. Przeczytałem to właśnie w „Timesie”. W jaki sposób dowiedzieli się o tym dziennikarze? Mhm – ciągnął dalej Markholm. Czy to prawda, że był pan kiedyś bliskim znajomym Lady Rogers? Cóż mnie obchodzą obce żony? – rzekł Baxter, wzruszając pogardliwie ramionami. – Zechce pan respektować moje życie prywatne.
Przepraszam – rzekł Markholm. – Zależy mi przede wszystkim na dobrej reputacji mojego bezpośredniego szefa. My tutaj w Scotland Yardzie powinniśmy innym świecić przykładem. Ale, ale... Ale co? Automatyczna trąbka miała rację. Jestem szalony, jestem szalony i nie wiem, dokąd mam pójść. Baxter znieruchomiał. Po chwili groźnego milczenia oświadczył: Markholmie, ptaku złowróżby. Czasami mam ochotę zabić was jak prawdziwą pchłę.
O, inspektorze, pan pierwszy bolałby nad moją śmiercią. Tam w szafie przechowuję rękopis, w którym sam własnoręcznie opisałem wszystkie pańskie przedziwne awantury. Nie omieszkam ogłosić ich drukiem, gdy tylko opuszczę Scotland Yard. Sparcie go raczej – odparł Baxter spokojniejszym już tonem. Nigdy was nie wydalę ze służby. Nigdy. To tylko pragnął usłyszeć Markholm. Włożył manuskrypt do szufladki, z której go wyjął. Czuł, że zyskał prawo mówienia wszystkiego bez ogródek. Jakże tam było wczoraj wieczorem?
– zapytał. Dajcie mi spokój. W tym tkwi jakieś oszustwo. Ale ja je wykryję. Czyżby? A więc sądzi pan, że ludzka siła magnetyczna jest czczym wymysłem? Najwięksi profesorowie i uczeni przyjmują istnienie tej siły za pewnik, ponieważ sami są skończonymi durniami. Ja już się porachuję z tym Selfarrem. Sparzy pan sobie palce, inspektorze. Jesteście dureń, Markholm.
Gdybyście mieli tyle rozsądku co ja... Bardzo dziękuję. Wolę już swój rozum. Selfarr mi zapłaci za wszystko. Niezbyt w to wierzę, inspektorze. Obraził urzędnika państwowego. Czy sądzi pan, że niewinna piosenka może stanowić kamień obrazy? Będę zadowolony, gdy pozbędę się tego człowieka. No, no, inspektorze. Jeśli to Raffles, nie pozbędzie się go pan tak prędko.
Raffles? Kto mówi o Rafflesie? Selfarr nie ma z nim nic wspólnego. Raffles umarł od dawna. Od dłuższego czasu nie daje znaku życia. Musi bawić się gdzieś nad brzegiem morza, na jakiejś modnej plaży. Powróci, gdy tylko braknie mu pieniędzy. Mam nadzieję, że nie. Ten Raffles przyprawi mnie o utratę zmysłów. W tym samym czasie Raffles siedział wraz ze swym sekretarzem w jadalni pięknie urządzonego mieszkania znajdującego się na Cumberland Street.
Skończyli właśnie lekki posiłek i palili papierosy. Tuż przed nimi leżały na stole rulony złota oraz paczki banknotów. Ile tego wszystkiego będzie razem? – zapytał Lister. Od Baxtera czterdzieści osiem tysięcy funtów, od Cliffa siedemdziesiąt tysięcy, od Rogersa osiemdziesiąt tysięcy i paręset funtów drobnymi. Wyniesie to razem około dwustu tysięcy, mój drogi. Cała ta sprawa nie przyniosła mi dotychczas zadowolenia, ponieważ udała mi się zbyt łatwo. Jestem pewny, że biedacy londyńscy wyjdą na tym nie zgorszej, ale ja nie osiągnąłem z tego żadnej satysfakcji. Będziesz ją miał, gdy ci trzej durnie zaczną się kłócić między sobą, kto jest właścicielem automatu. Tak, ale do pełnego zadowolenia potrzeba mi, aby cały świat wiedział o tym, że to ja, Raffles, byłem autorem tego kawału.
Edwardzie, Edwardzie – rzekł młody sekretarz z wyrzutem. – Nie igraj z ogniem. Lord Lister począł nerwowo przechadzać się po pokoju. Mam dosyć trzymania się w cieniu jak zwykły przestępca. Wolałbym stanąć przed Baxterem i krzyknąć mu prosto w twarz: "Otóż jestem, inspektorze. Nazwisko moje jest John C. Raffles." Charlie Brand przerażony zagrodził mu drogę. "Nie zamierzasz chyba – rzekł – oznajmić inspektorowi Baxterowi, że wróciłem do Londynu?" "Otóż właśnie, że tak. Zamierzam to uczynić." John C. Raffles powiedział to tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Sekretarz zrozumiał, że wszelki opór chybi celu. Lord Lister usiadł przy biurku, skreślił śpiesznie na kartce papieru kilka słów i włożył do koperty zaadresowanej do inspektora policji Baxtera. Czuję się tak, jak gdyby zdjęto mi ciężar z piersi. Mogę teraz spojrzeć prosto w oczy nie tylko tobie, ale i innym ludziom. Inspektor Baxter po sutym obiedzie spożytym w restauracji wrócił na służbę do Scotland Yardu. Był on w doskonałym humorze. "Co nowego, Markholm?" – zapytał. "Jakiś list nadszedł do pana – rzekł. – Chciałem go posłać panu natychmiast, lecz przyszedłem do wniosku, że zdąży się pan z nim zapoznać po obiedzie." "Na złe wiadomości zawsze jest czas. Trzeba mi było go przysłać natychmiast." – rzekł z namaszczeniem Baxter.
"Zaniedbujecie swoje obowiązki Markholm. Zwłaszcza że..." Zatrzymał się. Zbladł jak ściana i z otwartymi ustami spoglądał w milczeniu na list wyjęty z koperty. "I cóż z tego?" – zapytał niewinnym tonem Markholm. "Mi, mi..." "Co?" "Milczeć!" – zawył Baxter, odzyskując nagle mowę. "Ja nic nie mówiłem." – rzucił Markholm. "Czy nie widzicie, że dostałem list?" "Sam go przecież panu dałem, inspektorze. Czy zawiera coś aż tak bardzo przykrego?" "To okropne." – jęknął Baxter. "Należałoby mi więc podziękować, że nie posłałem go panu przed obiadem. Jakie nowiny?" "Raffles wrócił do Londynu.
Raffles, tajemniczy nieznajomy. Ostatni gwóźdź do mej trumny. Doskonale się składa." "Jak to?" "Przybywa akurat w porę." "W porę? Czyście oszaleli? Markholm, co to ma znaczyć? Przybywa akurat w chwili, gdy jestem przeciążony pracą w związku z międzynarodową wystawą." Uderzył tak silnie pięścią w stół, że rozlał atrament. Wielka fioletowa plama zjawiła się również na rękawie pana inspektora. Markholm był ostrożny. Spojrzał na charakter pisma, odnalazł odpowiednie akta, w których znajdowały się listy Rafflesa i porównał charakter pisma. "Wszystko w porządku." – rzekł.
– "List pisany jest ręką lorda Listera alias Rafflesa." Markholm odłożył akta na miejsce, usiadł wygodnie za biurkiem i zabrał się do czytania listu. "Mój drogi inspektorze. Wczoraj miałem przyjemność widzieć pana. Uderzył mnie pański zły wygląd. Tyje pan przeraźliwie, drogi inspektorku. Przydałoby się panu więcej ruchu. Sądzę, że małe polowanie na Rafflesa przywróci panu normalną wagę, która jest konieczną dla utrzymania zdrowia. Chwilowo znajdzie mnie pan co dzień w pobliżu automatu z trąbką. Interesuję się niezwykle tym instrumentem. Przenoszenie fal elektromagnetycznych jest istotnie wynalazkiem niezwykłym.
Jeśli ten mechanizm osiąga tak niezwykłe rezultaty w pańskiej obecności, cóż dopiero będzie ze mną. Mam nadzieję, że zdołam go wkrótce wypróbować. Ze swej strony radzę panu mniej się nim zajmować. Nie należy igrać z ogniem. Proszę przyjąć tę szczerą i przyjacielską radę od Johna C. Rafflesa. Post scriptum. Proszę pozdrowić ode mnie sekretarza Markholma." "Dziękuję panu." – rzekł Markholm, wkładając list do koperty. "I cóż wy na to?" – zapytał Baxter. "Nic, inspektorze." "Jak to nic?
Krew się we mnie burzy. Wyobraża on widocznie sobie, że zdobycie automatu dostarczy mu pieniędzy. Nic z tego. Daję wam na to moje słowo. Każę pilnować maszyny we dnie i w nocy. Niestety nie mogę się rozerwać i być jednocześnie wszędzie. Co zrobić?" "Zgłosić dymisję ze stanowiska prezesa wystawy." "Ależ to niemożliwe. Powstałby skandal. Jeżeli nie macie innej dla mnie rady..." "W takim razie trzeba pozostawić rzeczy własnemu losowi." "Co? Mam pozwolić, aby Raffles wypłatał mi nowego figla?
Aby skradł mi milion?" "Dlaczego nie? O ile mnie pamięć nie myli, nigdy dotąd nie pytał pana o pozwolenie. Moim zdaniem najlepiej nie wtrącać się do niczego. Jeśli pan zacznie działać, znowu się pan ośmieszy." "Któż was o to pyta, wstrętna pchło?" – zawołał Baxter, nie mogąc pohamować się dłużej. "Zobaczy pan, że wkrótce Raffles uniemożliwi panu pobyt w Scotland Yardzie, a może nawet w całym Londynie. Cóż pan pocznie, gdy straci pan swoje stanowisko? Będzie pan sprzedawał zapałki na ulicy? Jeśli to mówię, to tylko dla pańskiego dobra." Baxter usiadł za biurkiem. Grube krople potu spływały mu z czoła. "Właściwie to niezły z was chłop, Markholmie.
Dziękuję wam. Wasza rada, abym zrezygnował z prezesury wystawy nie jest tak całkowicie pozbawiona sensu, jak mi się to początkowo zdawało." "Brawo, inspektorze! Pierwsze rozsądne zdanie. Gotów jestem założyć się, że w najbliższej przyszłości zostanie pan najlepszym przyjacielem Rafflesa." "Nie miałbym nic przeciwko temu." – szepnął Baxter z westchnieniem. – "Byłbym przynajmniej spokojny." Raffles bawi się. Wystawę otwarto w oznaczonym terminie. Markholm miał rację. Prawie cały Scotland Yard zmobilizowano dla utrzymania porządku. Cały Londyn chciał ujrzeć sławny automat, o którym szeroko rozpisały się gazety z okazji przyjęcia u lorda Cliffa. Baxter nie posiadał się z radości i dumy.
Powodzenie wystawy uważał za swój osobisty sukces. Jedyna rzecz psuła jego radość. Były to krótkie liściki Rafflesa adresowane do Scotland Yardu, w których Raffles straszył mu dokładnie wypadki dnia, a które kończyły się niezmiennie następującymi słowami: „Czy jesteś ślepy, drogi Baxterku, czy też nie chcesz w żaden sposób mnie widzieć?”. Biedny inspektor cierpiał za każdym razem niewysłowione męki. Daremnie jednak wytężał wzrok. Zbliżał się koniec wystawy. Jak zwykle Baxter znalazł tego ranka list od Rafflesa na swym biurku. Wręczył go z uśmiechem Markholmowi. Biedny Raffles spostrzegł się widocznie, że jeszcze daleko do zrealizowania jego planu. Kilka dni temu powziąłem decyzję, aby zawiadomić wszystkich wystawców o obecności Rafflesa.
Od tej chwili mają się na baczności. Do licha! Oby tylko Raffles się nie obraził. Trudno. Nie dla zabawy jestem inspektorem Scotland Yardu. Gdy jakiś przestępca zjawia się, muszę czynić wszystko, aby go schwytać. Życzę powodzenia, ale nie bardzo w to wierzę. Baxter w międzyczasie otworzył list. Zaledwie zdążył rzucić nań okiem. Zaklął siarczyście.
„Cóż się stało?” — zapytał Markholm. Przeczytajcie. „Drogi i szanowny Baxterze. Od dawna zadaje pan sobie pytanie, czego szukam w Londynie. Odpowiedź jest prosta. Szukam czegoś, co mogłoby w krótkim czasie przynieść mi sporo pieniędzy, ponieważ gonię chwilowo resztkami. Od kilkunastu dni studiuję automat z trąbką inżyniera Selfara i jestem przekonany, że dzięki temu automatowi można dokonać niezwykłych rzeczy. Ponieważ wiem, że automat jest już sprzedany, postaram się zdobyć go dla siebie jeszcze przed końcem wystawy. Nie mogę niestety ustalić dokładnie daty, kiedy to się stanie. W każdym razie chciałem uprzedzić pana o tym.
Przesyłam panu najserdeczniejsze pozdrowienia. Szczerze panu oddany John C. Raffles.” „Oto co znaczy grać w otwarte karty” — rzekł Markholm. — „Raffles sam oddaje się w pańskie ręce. Cóż zamierza pan uczynić, inspektorze?” „Tym razem już mi nie ujdzie” — odparł Baxter. — „Co za radość mieć go u swych stóp związanego, żebrzącego o litość.” „Co za osioł” — szepnął do siebie Markholm. Inspektor Baxter zwołał szybko walną naradę ze swymi najbliższymi współpracownikami. Wybrał 24 najzdolniejszych detektywów, którzy mieli sprawować w dzień i w noc straż w pobliżu automatu. Podczas dnia straż nie była potrzebna, ponieważ automat nie mógł zniknąć. Na tym właśnie opierał Raffles swoje wyliczenia.
Dyrekcja hotelu Atlantic nie szczędziła wina i wódki ludziom Baxtera. Poczciwi agenci chętnie korzystali z tej doskonałej okazji. Baxter sam zainstalował się w hotelu Atlantic i nie ruszał się zeń ani na krok. Jadał razem z Johnem Selfarem i z Amerykaninem Brownem. „Czy jesteście zadowoleni, panowie, z opieki, jaką nad wami roztoczyłem?” — zapytał. „Przynosi pan zaszczyt policji brytyjskiej” — odparł Brown. „Raffles musiałby zawrzeć pakt z diabłem, aby w tych warunkach ukraść automat” — rzekł Baxter, szczerze zadowolony z pochwały. „Możliwe” — odparł Brown. — „My, Amerykanie, nie znieślibyśmy jednak tak ścisłego nadzoru. Pańscy agenci wchodzą wszędzie, nawet do toalety.
To naprawdę przykre.” „Czyżby ktoś sprawił panu jakąś przykrość?” — zapytał Baxter. „O nie, jeszcze nie. Nie radziłbym nikomu, ponieważ…” „To się nie zdarzy” — odparł uspokajająco Baxter. — „Musimy oczywiście mieć się na baczności. Aby uniknąć nieporozumień, dam panom znaczek policyjny, aby mogli wchodzić i wychodzić z hotelu, kiedy zechcą.” Baxter w swojej naiwności wręczył Johnowi Rafflesowi oraz Charleyowi Brandowi odznaki tajnych agentów. Wieczorem tego dnia, w którym wystawa miała być zamknięta, Charley oświadczył Baxterowi, że Brown wyjechał rano do Liverpoolu, gdzie miał wsiąść na okręt. „Szkoda” — rzekł Baxter. — „Taki miły człowiek.” Godziny wlokły się powoli, nie przynosząc żadnych zmian. Wystawę zamknięto. Wielka sala i hol opustoszały.
Tylko w końcu sali na specjalnej estradzie stał nieruchomo automat. Raffles, tak jak każdego wieczora, wyszedł z wnętrza automatu i ukrył się za ciężkimi czerwonymi portierami znajdującymi się w końcu sali. Wiedział, że lada chwila do sali mogą wejść agenci policji i nie chciał wpaść w ich ręce. Po chwili do sali wszedł Baxter na czele specjalnej brygady. Inspektor nie miał żadnego planu co do sposobu ujęcia Rafflesa. Czuł jednak, że tego wieczora dojdzie do generalnej rozgrywki. Rozkazał swym detektywom ukryć się w niszach okiennych i w najbliższym sąsiedztwie automatu. Rozmieściwszy w ten sposób swych ludzi, powrócił do Johna Selfara, z którym miał tego wieczora zjeść kolację. Po dłuższym namyśle zabrał ze sobą również Marholma. Wieczorem postanowił udać się do sali, w której stał automat.
Gdy stanął na progu, w umyśle jego, przyćmionym przez opary alkoholu, powstał genialny plan. Postanowił na czworakach prześlizgnąć się aż do automatu. Gdy zjawi się Raffles, skoczy nań znienacka i hop, już go mam w swoim ręku. Nagle zapaliło się światło, rozległ się alarmowy dzwonek. "Raffles! Raffles!" — poczęli krzyczeć dookoła detektywi i rzucili się na Baxtera. Grad silnych uderzeń posypał się na głowę nieszczęsnego inspektora. Daremnie Baxter tłumaczył policjantom, że jest ich szefem. "Nie może pan być Baxterem" — rzekł szef brygady. — "Baxter jest na górze, gdzie wraz z wynalazcą Selfarem je kolację.
Mamy wreszcie Rafflesa." Dookoła poczęły dzwonić przeraźliwie dzwonki alarmowe. Wreszcie Marholm, osłabiony hałasem, zdołał przedrzeć się przez tłum policjantów. "Szybko! Mamy go wreszcie. Mamy Rafflesa." Marholm zrozumiał w lot, o co chodzi. "Mam nadzieję, żeście go nie pobili dotkliwie, bo wasz Raffles to Baxter." Następnego dnia dzienniki przyniosły sensacyjną wiadomość: "Nowy figiel Rafflesa. Scotland Yard wyprowadzony w pole. Inspektor Baxter pobity przez swych własnych ludzi." Na ogół artykuły w pismach tchnęły niepohamowaną wesołością. Wszystkie jednak kończyły się dość charakterystyczną uwagą. Należy zaznaczyć, że automatu z trąbką nie skradziono.
Dziwi nas to niezmiernie, gdyż Raffles z pewnością zdołałby to uczynić, gdyby chciał. Niewątpliwie kryje się w tym jakaś tajemnica, którą postaramy się wyjaśnić. Cela, którą przeznaczono w Scotland Yardzie dla Rafflesa w dalszym ciągu jest wolna. Gdyby nie interwencja Marholma, zająłby ją niewątpliwie sam szef Scotland Yardu, Baxter. Po południu tegoż dnia przetransportowano automat do specjalnego pomieszczenia w Scotland Yardzie. Rzecz dziwna, że tegoż dnia wynalazca John Selfar zniknął bez śladu i nie zjawił się więcej w Atlanticu. Nic więcej nie usłyszano o wynalazcy i o automacie. "Pewny jestem, że ten automat to tylko kupa bezużytecznego żelastwa" — rzekł do siebie Marholm, zacierając ręce. Tajemnice te mogliby wyjaśnić tylko dwaj ludzie: mister Brown, który z pewnością był Rafflesem i John Selfar, jego najbliższy współpracownik i przyjaciel. Ale ci dwaj ludzie, o których z takim podziwem rozmyślał nasz poczciwy Marholm, od dawna znajdowali się już daleko poza Londynem.
Na pokładzie luksusowego okrętu płynęli w stronę Hamburga. Kartka z notatnika Rafflesa. Po kilku dniach inspektor Baxter otrząsnął się ze skutków tęgiego lania, które otrzymał w hotelu Atlantic i rozpoczął urzędowanie. Był jeszcze dość słaby i na twarzy jego widniały liczne ślady i sińce. Na nosie spoczywał plaster potężnych rozmiarów. Mimo wszystko Baxter był zadowolony. Udało mu się ocalić cudowny automat. Lord Clive i Lord Rogers usiłowali daremnie zobaczyć się z nim w ciągu ostatnich kilku dni. Obydwaj bowiem chcieli jak najprędzej wejść w posiadanie automatu. Baxter wyznaczył im spotkanie w Scotland Yardzie.
Z chwilą, gdy poczuł, że automat znajduje się w bezpiecznym miejscu, nie spieszył się do tej rozmowy. W biurze Marholm przyjął go serdecznie. Baxter ze zniecierpliwieniem oczekiwał momentu, w którym będzie mógł zakończyć urzędowanie. Co chwila jednak rzucał spojrzenie na telefon. Wreszcie odezwał się dzwonek. Baxter, uprzedzając swego sekretarza, chwycił słuchawkę. "Zostawcie lepiej, Marholm. Dość mieliście pracy w czasie mojej nieobecności. Halo? Tu inspektor policji James Baxter.
Tak. Doskonale, doskonale." Po skończonej rozmowie odłożył słuchawkę i usiadł w fotelu. Telefon zadźwięczał po raz wtóry. Tym razem Baxter nie ruszył się z miejsca. Sekretarz podniósł słuchawkę. "Halo? Co takiego? Dwa auta jadące z niedozwoloną szybkością potrąciły policjanta regulującego ruch oraz wieśniaczkę niosącą dwie kopy jaj? Dobrze." W minutę później dwa auta pełnym gazem zajechały na podwórze Scotland Yardu. Prawie jednocześnie lord Rogers i lord Clive wpadli do biura inspektora policji.
"Dzień dobry, inspektorze. Jak się pan czuje?" — zawołali zgodnie. "Doskonale, panowie. Marholm, proszę mi przynieść protokół przesłuchania." "Po cóż to?" — zapytał lord Clive dumnie. "Jechaliście panowie z niedozwoloną szybkością" — rzekł Marholm ze śmiechem. — "Zmuszeni jesteśmy spisać protokół za potrącenie policjanta podczas pełnienia funkcji urzędowych." Przewrócenie kobiety z dwiema kopami jaj oraz przejechanie psa. Za policjanta otrzymacie panowie po 15 funtów, za kobietę 10 funtów. Za dwie kopy jaj dodatkowo dwa funty. Pies darmo. Z twarzy lordów wyczytać można było konsternację.
„Dlaczego, u licha, jechaliście tak szybko?” – zapytał Baxter. „Spieszyliśmy się po nasz automat. Przyjechaliśmy go odebrać.” „Zapłaćcie najpierw karę, potem pomówimy o automacie.” Obydwaj lordowie wyciągnęli pieniądze z portfelu. Zainkasował je Marholm i z powagą włożył je do kasety. „Możemy wreszcie mówić o automacie.” „O moim automacie” – sprostował Cliff. „O moim” – przerwał mu Rogers. „Bardzo przepraszam” – odparł Baxter. „Kupiłem go sam za cenę 60 tysięcy funtów.” Mówiąc to, Baxter przesadził o jedną trzecią. „Ja zapłaciłem 70 tysięcy.” „A ja 80 tysięcy funtów. Oto pokwitowanie.” Zapanowała cisza.
Trzej mężczyźni spoglądali na siebie w osłupieniu. Pokwitowania obu lordów oraz umowa Baxtera sporządzone były w naniesiony sposób. „Zapłaciłem 50 tysięcy funtów” – jęknął Baxter, zapominając, jaką sumę wymienił przed chwilą. „Jest pan oszustem, inspektorze!” – ryknął lord Cliff. „Przed chwilą powiedział pan 60 tysięcy.” „Panowie” – przerwał Baxter. „Widzę, że wszyscy zostaliśmy oszukani. John Selfar jest zwykłym oszustem, a my zaś wszyscy...” „Naiwnymi głupcami” – skończył za niego Marholm. „Wyrzuciliście 200 tysięcy funtów szterlingów w zamian za zabawkę z aluminium i szmat.” „Musimy obejrzeć automat!” – zawołali lordowie, czepiając się ostatniej deski ratunku. Baxter wskazał im drogę. Marholm poszedł wraz z nimi.
Automat złożono w pomieszczeniu przeznaczonym na skład dowodów rzeczowych. Trzej panowie przystąpili do otwarcia klapy mieszczącej się na plecach automatu. Wówczas dopiero poznano się na sprytnym kawale. Ukazał się system kółek i dźwigni oraz lusterek odbijających obraz. Baxter stał jak rażony piorunem. Po chwili począł nerwowo obmacywać metalową figurę. W pewnym momencie nacisnął na guziczek mechanizmu, za pomocą którego figura otwierała się. Tędy Raffles wchodził do wnętrza automatu. Na domiar wszystkiego ujrzał umocowaną do podstawy figury kartkę. „John C.
Raffles przesyła najserdeczniejsze pozdrowienia swemu przyjacielowi Baxterowi i wszystkim tym, którzy dali się wziąć na kawał. John C. Raffles.” Kolejno powtarzali to magiczne nazwisko. Stracili resztki nadziei. Już nigdy w życiu nie ujrzą swych 200 tysięcy funtów. W odruchu wściekłości rzucili się na automat i zdemolowali go. W kilka dni później w gazetach berlińskich ukazały się artykuły o następujących tytułach: „Jeszcze o londyńskim automacie z trąbką. Genialna transakcja Johna C. Rafflesa. Tajemnica indukcji elektromagnetycznej zwykłego żelaza.
Żelazo i szmaty sprzedano za 200 tysięcy funtów szterlingów.” Pod tymi tytułami następował opis historii automatu, podając szczegóły znane już publiczności angielskiej. Dopiero potem grubymi literami wypisany był nowy tytuł: „Kartkę z notatnika Johna Rafflesa”. Rozdział ten mieścił w sobie dokładny opis konstrukcji maszyny, transakcje zawarte w czasie wystawy międzynarodowej oraz dokładne wyszczególnienie sum, które Raffles zarobił na automacie. Marholm nie posiadał się z radości. Wyciął starannie artykuł z gazety i wlepił go do akt dotyczących Rafflesa. Koniec.
[03:44:51] - Tak, proszę państwa. No i jak wrażenia? Pewno niektórzy siedzą śmiertelnie znudzeni, inni pukają się w czoła: „Żelkowski już kompletnie oszalał.” Mam nadzieję jednak, że przynajmniej kilka osób czerpało z tej ramotki pewną przyjemność. Ja przy wszystkich swoich uwagach, które wygłosiłem przed opowiadaniem, to teraz się mogę państwu przyznać. Ja jednak przy wszystkich, tak jak powiedziałem, jakichś takich niedoróbkach tej prozy, nie mogłem się jednak pozbyć tego takiego sentymentalnego nastroju, jakiegoś takiego zapatrzenia w przeszłość. Czasami dla odtrutki po kolejnych książkach sensacyjnych dziejących się współcześnie, czasami dla odtrutki warto sięgnąć również po taką prozę. Tak mi się przynajmniej wydaje. Proszę państwa, „Bibliotekarium 2.0”, kolejny odcinek niniejszym dobiegł końca. Jest krótszy niż te, do których jesteście państwo przyzwyczajeni. Całkiem świadomie.
W końcu ja, przynajmniej ja, zażywam jeszcze wakacyjnej przerwy, czego i państwu życzę. Przynajmniej jeszcze weekend przed nami, a później wracamy. Ja do kieratu codziennej pracy w Book Radio, państwo do swojej pracy. No ale spotykamy się już za tydzień. „Bibliotekarium 2.0” i tak jak powiedziałem wcześniej, dzbanek kawy oraz dobry nastrój niezbędne. Do usłyszenia za tydzień.
[03:46:40] - Mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Paranormalny Głos w Twoim Domu i Book Radio oczywiście również. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.