Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Wygląda na to, drodzy państwo, że przynajmniej część z was dzisiejszy zjazd na AWF zaliczy w kuchni. Mamy nadzieję, że ten zjazd będzie dla państwa przyjemny. Zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:46] - Dzień dobry wieczór państwu. Melduję się jako naczelny wykładowca AWF-u. Czyli rektor. Chyba rektor, ale muszę sam mianować. To jeszcze tak nieśmiało. Jak nabiorę więcej pewności siebie, to wtedy się ogłoszę rektorem, królem Obojga Sycylii i w ogóle władcą wszechświata, ale to jeszcze troszeczkę musi mi woda sodowa do głowy uderzyć. To jeszcze jakiś czas przed nami. Zacznę od remanentów, takich ulubionych moich remanentów książkowych. Otóż wydawnictwo Odessa przysłało dzisiaj jeszcze ciepła, proszę państwa, trzymam w rękach książkę Oksany Usenko „Córka Azrai”. To taka opowieść fantasy, ale opowieść fantasy nacechowana jednak pewnymi głębszymi przemyśleniami.
Takie lubię, chociaż jeszcze nie czytałem, ale mam nadzieję, że opis książki, który znajduję na skrzydełkach będzie się potwierdzał. „Córka Azrai” to według zapewnień wydawcy poetycka, przesiąknięta humanizmem opowieść o młodej dziewczynie z pogranicza dwóch światów, która musi odnaleźć się w zupełnie nowym środowisku i stając się syreną, nie zatracić jednocześnie swego człowieczeństwa. Stopień ogólności opisu jest bardzo duży, co mnie przynajmniej tym bardziej zachęca do tego, żeby po książkę sięgnąć i się z nią zapoznać. Pewno do tej książki, która jak powiedziałem jest jeszcze ciepła, świeżo ją odebrałem z paczkomatu, będziemy jeszcze wracać. Będziemy wracać, będziemy o niej rozmawiać. Ale zajmijmy się tym, co dzisiaj. Bo dzisiaj, ponieważ jeszcze rok naszej uczelni trwa, ferie będą w przyszłym tygodniu i za dwa tygodnie. One będą, ale to nie znaczy, że audycja zniknie. Będzie wydanie feryjne, takie lżejsze, krótsze, ale myślę, że bardziej literackie. Stricte literackie, ponieważ Ivellios zaprezentuje wybraną przez nas prozę.
To teraz jest ten czas, proszę państwa, kiedy normalnie pojawia się i w związku z tym pojawi się nasz cykl, który pozwoliłem sobie nazwać „Pijacy literatury”. Jakoś tak się złożyło, że ciągnie mnie jednak w klimaty takie, nie powiem, patologiczne, ale w każdym razie w jakiś tam sposób używkowe. Kto dzisiaj? Dzisiaj zaczniemy od Edgara Allana Poe. Myślę, że znacie państwo tę postać. To był jeden z najwybitniejszych. Zawsze się trochę kryguje, jak ktoś jest najwybitniejszy, najlepszy i tak dalej. Ale akurat Edgar Allan Poe chyba zasługuje na to miano. Był to jeden z najwybitniejszych pisarzy XIX-wiecznych. Jego twórczością inspirowali się tacy pisarze, tacy twórcy jak Charles Baudelaire, Fiodor Dostojewski czy już chyba najbliższy Edgarowi Allanowi Poe, to taka freudowska pomyłka, Lovecraft.
Uznaje się go też, mówię tutaj o Edgarze Allanie Poe, nie tylko za twórcę takiego, który tworzył w klimatach grozy, ale również za wynalazcę, tu cudzysłów, powieści kryminalnej. To w jego opowiadaniu bodajże po raz pierwszy pojawia się taki detektyw z krwi i kości, który za pomocą, zgadnijcie państwo, tak, dedukcji stara się rozwikłać tajemnicę morderstwa. Ten detektyw, pierwowzór Sherlocka Holmesa nazywał się i tu znowu wybaczcie państwo wszyscy, którzy jesteście purystami językowymi. Ja niestety nie dorastam i jego nazwisko pisane jest Dupin, więc pewno Dupin jakoś tak. Auguste Dupin. Nie wiem. Dupin w każdym razie. To była podobno inspiracja właśnie dla Sherlocka Holmesa czy dla wszystkich późniejszych mistrzów kryminału. Arthur Conan Doyle, Agatha Christie, Raymond Chandler. Myślę, że jakiś mały pomniczek powinni Edgarowi Allanowi Poe wystawić.
Ale wróćmy do uzależnień. Edgar Allan Poe tych uzależnień kilka miał. O alkoholu to rzecz oczywista, ponieważ znalazł się w naszym cyklu, więc będziemy o nim mówić. Ale Edgar Allan Poe był też uzależniony od opium. Często łączył obie pasje, czy też oba uzależnienia. W związku z tym zapijał narkotyk wysokoprocentowymi napojami. Widocznie mu się podobało. Na ten duży wpływ do wszelkiego rodzaju używek Edgara Allana Poe podobno miało wpływ niewesołe dzieciństwo. Wiecie państwo, przypomina mi się zawsze to powiedzenie, że jak pijak szuka powodu, dla którego miałby się napić, to ten powód zawsze znajdzie i usprawiedliwienie też zawsze znajdzie. Jak nie ciężkie dzieciństwo, to na przykład dzieciństwo zbyt lekkie albo jakiekolwiek inne powody znajdzie, żeby się od czasu do czasu jednak napić, czy też, jak mówią mniej dostojni, zalać pałę.
W każdym razie dzieciństwo rzeczywiście było ciężkie, bo gdy Edgar Allan Poe miał rok, ojciec opuścił rodzinę, a rok później zmarła matka pisarza. Chłopiec dorastał w społeczności czarnoskórych niewolników. To pewna ciekawostka. I te opowieści z dwóch kontynentów, a właściwie które przypłynęły z Afryki, miały spory wpływ na twórczość, na sposób wyobrażania sobie tej ciemnej strony. Co warto podkreślić, Edgar Allan Poe był zwolennikiem krótkiej formy i większość jego dzieł ma długość do kilkudziesięciu stron. Dlaczego? Stała za tym pewna filozofia. Może słowo filozofia, nie przesadzajmy. W każdym razie stał za tym pewien zamysł. Otóż Edgar Allan Poe uważał, że długie utwory sprawiają, iż czytelnik nie może z nimi obcować od początku do końca.
Nie może ich przyswoić naraz i przez to, kiedy odrywa się od lektury, wyrywa się również z pewnego nastroju i do pewnego stopnia zrywa tę nić fabularną, bo później przy następnym odcinku musi od nowa zagłębiać się w świat, który został mu przedstawiony przez pisarza. Ile w tym racji? Jedni przyklasną, drudzy powiedzą, że to absolutnie nie ma znaczenia. W każdym razie on tą zasadą się kierował. Bardzo dziwna i tajemnicza pozostaje śmierć pisarza. Ona też wskazuje, przynajmniej po części, na to, jak bardzo potrafił się czasami nasz bohater w tym zapamiętaniu alkoholowym zagłębić. Otóż 3 listopada 1849 roku znaleziono pisarza włóczącego się po uliczkach Baltimore. Miał na sobie cudze ubranie. Bredził w kółko i powtarzał imię Reynolds. A cztery dni później zmarł w szpitalu.
Prawdopodobnie, nie do końca są badacze tego pewni, ale prawdopodobnie z powodu przepicia. A gazety elegancko, eufemistycznie donosiły, że przyczyną jego śmierci było przekrwienie mózgu. Cóż jeszcze? Ulubiony alkohol. Ulubionym alkoholem Edgara Allana Poe był koniak. Kolejny pisarz. Tego pisarza powinniście państwo kojarzyć właśnie z alkoholem. On z tego był znany. To Polak, Jerzy Pilch. Mały cytat: „Piję, bo piję.
Piję, bo lubię. Piję, bo się boję. Piję, bo jestem obciążony genetycznie. Wszyscy moi przodkowie pili. Pili moi pradziadowie i dziadowie. Pił mój ojciec i piła moja matka. Nie mam ani sióstr, ani braci, ale jestem pewien: gdyby byli na świecie, wszystkie moje siostry by piły i wszyscy moi bracia również by pili. Piję, bo mam słaby charakter. Piję, bo coś mi się przestawiło w głowie. Piję, bo jestem zbyt spokojny i chcę się ożywić.
Piję, bo jestem nerwowy i chcę uspokoić nerwy. Piję, bo jestem smutny i chcę rozweselić duszę. Piję, kiedy jestem szczęśliwie zakochany. Piję, bo daremnie szukam miłości. Piję, bo jestem zbyt normalny i potrzebuję odrobiny szaleństwa. Piję, gdy coś mnie boli i chcę ukoić ból.” Piję z tęsknoty za kimś i piję z nadmiaru spełnienia, kiedy ktoś przy mnie jest. Piję, kiedy słucham Mozarta i kiedy czytam Leibniza. Piję z powodu cielesnego uniesienia i piję z powodu seksualnego głodu. Piję, kiedy wypijam pierwszy kieliszek i piję, kiedy wypijam ostatni kieliszek. Wtedy piję tym bardziej, ponieważ ostatniego kieliszka nie wypiłem nigdy.
Tak, proszę państwa, brzmi jeden z chyba najsłynniejszych fragmentów powieści naszego bohatera, powieści „Pod mocnym aniołem”. Jerzy Pilch był z rocznika 1952. Urodził się w Wiśle. Był nie tylko pisarzem. Był również dramaturgiem, felietonistą. Tak naprawdę na pewnej używanej przez pisarza frazie wychowało się pokolenie, może nawet dwa, zarówno polskich pisarzy, jak i przede wszystkim czytelników. Nie wiem, czy państwo to pamiętacie. Był felietonistą w różnych czasopismach, w „Tygodniku Powszechnym”, w „Polityce”, w „Dzienniku”, w „Przekroju”. Debiutował w roku 1988 tomem opowiadań „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej”. Ten tomik został nagrodzony Nagrodą Fundacji imienia Kościelskich rok później, to znaczy w 1989 roku.
Pilch był laureatem Paszportu Polityki za książkę „Bezpowrotnie utracona leworęczność”. To 1998 rok. Był też ośmiokrotnie nominowany do Literackiej Nagrody Nike. Cztery jego książki znalazły się w finale Nike: „Tezy o głupocie, piciu, umieraniu” – 1998 rok, „Bezpowrotnie utracona leworęczność” – 1999 rok, to kiedy startował w konkursie, „Pod mocnym aniołem” – 2001 i „Moje pierwsze samobójstwo” – 2007 rok. Powieść „Pod mocnym aniołem” została laureatką tej nagrody. Cóż powiedzieć? Ja myślę, tak zresztą zacząłem tę wypowiedź, że kiedy w Polsce współczesnej słyszymy słowa „pisarz” i „alkohol”, to właśnie postać Pilcha przychodzi nam do głowy. Ten laureat wspomnianych już nagród literackich pociąg do alkoholu miał ogromny, ale też chyba jak nikt potrafił o tym problemie opowiadać. To było zarówno w książkach, jak i w scenariuszach, które tworzył. Już wspomniane „Pod mocnym aniołem”.
Właśnie, był też scenariusz do „Żółtego szalika”. Jeśli państwo dobrze poszukacie na YouTubie, to tam fragmenty, a może nawet całe przedstawienie się znajdzie. Było kiedyś. Czy jest dalej, nie wiem, ale właśnie „Żółty szalik”, w którym zagrał wybitną rolę Janusz Gajos. W wielu powieściach Pilcha pojawiały się wątki autobiograficzne, a w związku z tym również te dotyczące alkoholu, alkoholowych ciągów, nawet wizyt w izbie wytrzeźwień, a także załamań nerwowych, relacji ze spotkań Anonimowych Alkoholików wreszcie. Wiecie państwo co? Nie chciałbym być trywialny, ale czasami człowiek jak pije, to pije, a kiedy dojdzie do wniosku, że powinien zacząć się leczyć, to wcale nie musi go spotkać nagroda. Tak było właśnie z Pilchem, ponieważ kiedy rozpoczął terapię odwykową, to dowiedział się, że od młodości cierpi na chorobę Parkinsona, że drżenie rąk, które miał od bardzo dawna, miało właśnie taki, a nie inny powód. To wieloletnie picie, czy też jak niektórzy nawet mówią chlanie, pogłębiło jego chorobę. Tak naprawdę chyba przyczyniło się w końcu do odejścia.
Taką wstrząsającą lekturą, o której możecie państwo w internecie również przeczytać, a może po samą lekturę sięgnąć, jest „Drugi dziennik”. Tam macie państwo relację nie tylko o piciu, wychodzeniu z picia, ale również o tej właściwie niemożliwości walki z chorobą, która jest nieuleczalna. Już i tyle. Tu nie będzie ulubionego alkoholu, bo po prostu nie znalazłem na ten temat informacji. Przeskoczmy trochę w tył, jeśli chodzi o czas. Trzecią, ostatnią dzisiaj postacią ze świata literatury oraz ze świata alkoholi będzie postać bardzo znana: William Faulkner. Tak naprawdę dzisiaj dwa razy będę musiał użyć tego powiedzenia, a nawet trzy, bo rzeczywiście był taki czas, kiedy Pilch był uznawany chyba za najlepszego polskiego pisarza. To rzeczywiście zawsze jest nacechowane jednak jakąś tam uznaniowością. W związku z tym Jednemu się to, co powiedziałem spodoba, drugiemu z kolei nie. W każdym razie takie głosy się pojawiały.
Edgara Allan Poe to XIX wiek. Natomiast o Faulknerze mówi się bardzo często, że był jednym z najwybitniejszych pisarzy XX wieku. Co można powiedzieć o jego utworach? Przede wszystkim to, że dużo jest tam takiej emocjonalnej głębi, emocjonalnych konfliktów. Tak naprawdę Faulkner lubował się w wyszukanych, długich, barokowych kompozycjach swoich utworów. I niestety albo stety, właściwie trudno jest zająć stanowisko, bo podobno dzięki alkoholowi właśnie ta misterna konstrukcja, dosyć złożona, jego utworów powstawała. Zabawna historia, która się z tym wiąże, to taka, że w 1937 roku pewien francuski tłumacz rozpracowujący sentencje pisarza zapytał go, wskazując określony fragment tekstu, o co chodzi właściwie, bo miał problemy z przełożeniem. Na co Faulkner powiedział mu śmiejąc się zresztą i do bólu szczerze: „Nie mam pojęcia, o co mi chodziło. Widzisz, zwykle piszę nocami. Zawsze mam swoją whisky w zasięgu ręki.
Tak wiele pomysłów przychodzi mi do głowy, których nie pamiętam rano”. No cóż, skoro ten alkohol sprawiał, że powstawały dzieła tak wielkie, to z jednej strony super, ale chyba dla samego pisarza to nie było super. Tu będzie ulubiony alkohol. Otóż Faulkner najbardziej lubił pić whisky. W dodatku nie tę whisky zza morza, tylko amerykańską, czyli burbon. Dodawał do tego łyżeczkę cukru, listek bądź dwa listki mięty oraz dużo lodu. Zwykł nazywać ten specyfik „miętowym ulepkiem” i mówił: „Nie ma czegoś takiego, czego whisky by nie wyleczyło”. No cóż, proszę państwa, to tyle historii, którą nazywam sobie roboczo „alkoholową historią literatury”, czy też podobnie. Zostawmy te klimaty. Teraz jest czas, wiecie państwo, zbliża się koniec miesiąca.
To jest czas, w którym pojawia się „Nieznany Świat”. A skoro „Nieznany Świat”, to podtrzymajmy tradycję i przedstawmy, co tam w nieznanym świecie piszczy. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem zapraszamy na materiał o tym, co w pierwszym numerze z 2023 roku. Dzień dobry wieczór, Piotrze. Po raz pierwszy dzisiaj.
[22:08] - Dzień dobry wieczór, witam wszystkich.
[22:12] - Cóż, zaczynamy od już właściwie tradycyjnego, bo jak trzeci raz, to już pewna tradycja. Mam nadzieję, że ona się będzie tylko powiększać ta tradycja. Zaczynamy od przedstawienia kolejnego numeru „Nieznanego Świata”. Pojawił się numer przyszłoroczny, pierwszy, styczniowy już w grudniu. To bardzo dobra forma wydawnicza, że numer się pojawia tak wcześnie. I w numerze jak zwykle rzeczy przyciągające.
[22:46] - Tak, numer trafił do sprzedaży 20 grudnia. W kioskach pozostanie przez miesiąc. Zachęcam, by do niego sięgnąć tutaj bez względu nawet na tą przerwę świąteczną, gdyż jak zwykle pełen jest interesujących, unikatowych treści z dziedzin alternatywnych: od ezoteryki po naukę z pogranicza. I tak jak wiele innych numerów z tych 12, które się ukazują każdego roku, ten noworoczny ma coś, co go wyróżnia. I to jest takie skupienie się na przyszłości zawsze, tym, co może przynieść kolejny rok. Często są to jakieś przepowiednie. No i oczywiście tradycyjna prognoza astrologiczna.
[23:27] - No tak, ale ja może mniej ciągnę w kierunku prognoz astrologicznych, bo fajnie poczytać, ale zostawię to dla siebie. Natomiast ja zdecydowanie przykułem się do takiego artykułu, który jest zaraz na początku. Pewno dlatego się przykułem od razu, bo od razu na niego trafiłem. A mianowicie artykuł o wodorze jako takim cudownym paliwie przyszłości. Niby to wszystko wiemy, że wodór to taka alternatywa dla prądu, ale ten artykuł po prostu otwiera oczy, zdejmuje klapki z tych oczu. Nie wiem, jak to jeszcze inaczej określić. Dosyć taki, źle to brzmi, wyczerpujący. On nie jest wyczerpujący. On wyczerpuje temat.
[24:25] - O wodorze często mówi się jako o paliwie przyszłości. Taką jaskółką tego są na przykład obecne w miastach autobusy z napędem wodorowym. Paradoksalnie, na pierwszy rzut oka ma on same zalety. Jest jednym z najpowszechniej występujących pierwiastków. Jest bezemisyjny, czyli nie wydziela toksycznych spalin. Istnieje też już całkiem rozwinięta technologia ogniw wodorowych. Pojawia się pytanie: skoro to wszystko już jakoś funkcjonuje, to dlaczego napędzane wodorem pojazdy nie wyparły coraz bardziej popularnych elektryków? Samochód elektryczny przecież też nie jest bezemisyjny, jakby na to nie patrzeć, bo nawet w krajach wysoce rozwiniętych, jak w Stanach Zjednoczonych, 20% wytwarzanej energii w elektrowniach pochodzi z węgla kamiennego. I tutaj w swoim artykule Marcin Gibas, którego mieliście okazję usłyszeć w debacie ufologicznej poświęconej incydentowi jerzmanowickiemu, zapraszam do niej na kanał Radia Paranormalium, wyjaśnia, że potrzeba czasu na udoskonalenie tych ogniw wodorowych, a także samych źródeł czystego gazu. Na chwilę obecną, jak wyjaśnia, jego produkcja w dużych ilościach pod względem przemysłowym wymaga zastosowania po prostu paliw kopalnych.
I koło się zamyka. Nie bez znaczenia jest też kwestia spalin, czyli w tym wypadku pary wodnej, która też nie jest tak nieszkodliwa, jak by się mogło wydawać. I o innych ciemnych stronach energii wodorowej Marcin pisze w swoim artykule, który otwiera numer styczniowy.
[26:06] - Ja dlatego tak się zafascynowałem tym artykułem, ponieważ on pokazuje, w jakim labiryncie jesteśmy. Bo rzeczywiście pod koniec artykułu autor stawia znak zapytania i pisze o parze wodnej. My w tym szale zwalczania CO2 w ogóle nie zwróciliśmy uwagi, że para wodna, jeśli potraktować ją jako gaz, to jest również gazem cieplarnianym, tak jak to powiedziałeś, Piotrze. I w związku z tym dalsze jej produkowanie, wrzucanie w atmosferę nie sprzyja temu, czego chcemy uniknąć. Powiedziałem o labiryncie, bo lansowana jest teza, że produkujmy w związku z tym samochodziki elektryczne. Tylko ja się pytam, kto te samochodziki, a właściwie z czego te samochodziki będą ładowane? Nie ma tyle prądu w Europie, żeby każdy mógł sobie samochodzik naładować. A wtedy pojawia się pytanie: ale czy każdy musi mieć samochód elektryczny? Może to w ogóle zmierza ku czemuś innemu? To oczywiście nie jest temat tego artykułu, więc sobie odpuszczę na razie ten temat.
Ale to temat zawsze otwarty do dyskutowania dla tych, którzy lubią dyskutować. A myślę, że dostarczy argumentów ten artykuł, o którym Piotr wspomniał. Tam jest kilka mocnych argumentów za tym, żeby się wodorem interesować, ale interesować w sposób taki, jak powiedziałeś, ostrożny. Czyli trzeba to jeszcze przygotować wszystko. A teraz przejdźmy do artykułu, właściwie do wywiadu, który przeczytałem naprawdę z wypiekami na twarzy. Mianowicie to jest wywiad, który ma Boga w tytule. I to tak mocny tytuł, w którym czytamy, że jeśli Bóg istnieje, to jest istotą, która tak naprawdę nie jest dobra. To jest wywiad z pisarzem, jakby mogło w takim razie zabraknąć go w „Bibliotekarium”, z Michałem Stonawskim. Wywiad, który przeprowadziła inna pisarka, która w „Bibliotekarium” gościła już nie raz, a mianowicie Marta Sobiecka. Ale co tam w trawie piszczy?
[28:42] - Jest to wywiad z Michałem Stonawskim, autorem książki „Paranormalne egzorcyzmy. Prawdziwe historie opętań”. On się koncentruje na pytaniu, czy w XXI wieku jest miejsce na dyskusję o opętaniach, ale taką dyskusję poza Kościołem, czyli w sferze świeckiej i w psychiatrii. W naszym kraju działa coraz więcej egzorcystów, nie tylko tych kościelnych, ale i świeckich, oczywiście nieuznawanych przez Kościół, bo ten nieco zmonopolizował dla siebie zjawisko opętania, które budzi oczywiście wiele wątpliwości. Także we mnie budzi pewne uzasadnione pytania. O ile bowiem uważam opętania za stan psychiczny, realny, to nie do końca kupuję wszystko to, o czym mówią egzorcyści w sutannach i związani z Kościołem pisarze. I to samo też dotyczy tych egzorcystów świeckich, którzy często są po prostu mocno skoncentrowani na wzbudzaniu sensacji. Ale zauważmy, że to w większości Kościół wykreował wizerunek współczesny opętania demonicznego. To też jest jeden z niewielu straszaków, działających straszaków na wiernych, jaki Kościołowi pozostał. Księża zdają się sugerować: tak, opętania istnieją, ludzie naprawdę wypluwają szpilki i lewitują, ale tylko my wiemy, jak się przed tym bronić i jak walczyć z szatanem.
Tymczasem opętanie to materia bardzo skomplikowana i moim zdaniem głos w tej sprawie powinni coraz częściej zabierać psychiatrzy i psychologowie. Bo oni często, jeżeli już o tym mówią, podkreślają, że egzorcyzmy to taki rodzaj prymitywnej psychoterapii. Jakiekolwiek siły za tym stoją, to po prostu egzorcyzmy działają i wiele osób może rzeczywiście poczuć ulgę po ich przebyciu, co jednakże nie oznacza wcale, że zostali opętani przez demona. To też jest cała legenda opętań, bo okazuje się, że my często słyszymy historie, ale rzadko widzimy dowody. Wielu księży otwarcie mówi jednak, że nim ktoś podda się egzorcyzmom, powinien odwiedzić lekarza. Sam Michał Stonawski zebrał w swojej książce relacje bardzo wielu osób ze wszystkich stron barykady. Mówię ze wszystkich stron, bo są nie tylko dwie. Nie tylko świeccy egzorcyści i nie tylko ci kościelni, ale jest też szara strefa, różnego rodzaju, nawet nie wiem, jak ich nazwać, ezoterycy samozwańcy, którzy chcą się na własną rękę z tymi demonami rozprawiać. Jest to niezwykle ciekawy temat. Tym bardziej, że Michał Stonawski zetknął się z tym wszystkim osobiście, czego rezultatem i efektem jest wspomniana książka.
Mam nadzieję, że o tym opowie w Bibliotekarium jeszcze.
[31:52] - Pewnie opowie. Natomiast jak tak mówiłeś, przyszła mi do głowy fraza: podziemie ezoteryczne. To by było coś. Zresztą z tej rozmowy wynika, że Michał Stonawski tak do końca przecież nie wyklucza demonów jako źródła tych opętań. On jest po prostu człowiekiem poszukującym. Tak jak zrozumiałem ten wywiad, on nie stawia kropki nad i. Nie stara się przekonywać do tego, że jest jeden obraz tego wszystkiego. W sumie mi bardzo odpowiada w tym, co mówi.
[32:34] - Bo tak jest. Opętania mają też swój odpowiednik w świecie ezoteryki. To są tak zwane opętania duchowe. O nich się mówi mało. To są po prostu przypadki, kiedy mówiąc najkrócej, u kogoś jedna świadomość zostaje zastąpiona drugą. Wiele tego typu przypadków opisał Ian Wilson na przykład i one były czasem poruszające. Zapamiętałem taki jeden, kiedy pewien mężczyzna, bodajże Brytyjczyk, udał się do psychiatry. Po prostu opętywał go raz na jakiś czas duch, z tego, co pamiętam, zabitego dawno zwierzęcia. Dopiero pod wpływem hipnozy udało się w nim pewne rzeczy wyprostować. Na pierwszy rzut oka był opętany, ale kiedy zajęli się nim psychiatrzy, wszystko zostało w jakiś sposób poukładane.
Ale psychiatrzy naprawdę twierdzą, że egzorcyzmy są w stanie pomóc. Pamiętam, jak przeprowadzałem wywiad z takim jednym lekarzem, Stevenem Diamondem, który się tą tematyką zajmował, i on powiedział to wprost, że niekiedy to po prostu jest skuteczne. Pozostaje jeszcze cały nawis, powiedziałbym, ezoteryczno-religijny, bo jakoś sobie to trzeba tłumaczyć. Samo zjawisko jest realne, natomiast zostały do niego dopisane różnego rodzaju wyjaśnienia. I teraz pytanie, za którym się opowiedzieć. To jest wieloźródłowe zjawisko, tak jak wiele innych fenomenów z pogranicza, jak chociażby UFO. Dlatego warto trzymać tutaj jakiś dystans do tego wszystkiego, jednocześnie podchodząc do tego z otwartym umysłem.
[34:16] - Jest w tym numerze artykuł, który nosi tytuł: „Oko, które widzi. Oko, które wie”. Jego autorką jest Joanna Bohaczek-Trąbska, która tydzień temu gościła w naszej audycji. A co tym razem znajdziemy w jej wykonaniu w Nieznanym Świecie?
[34:42] - Pozdrawiamy Joannę serdecznie. Mało kto wie, ale my z Joanną żeśmy się zetknęli dość dawno temu tak naprawdę. Spotkaliśmy się, chociaż żeśmy się oczywiście nie znali. Ja nie wiedziałem, że ona się zajmuje tym, czym się zajmuje. Ona nie wiedziała, że ja się interesuję tym, czym się interesuję. Pracowała po prostu na wydziale tam, gdzie studiowałem. Okazuje się, że to jest bardzo mocno ezoteryczna uczelnia. Dziś to jest Uniwersytet Jana Długosza, bo tam osób zainteresowanych zjawiskami z pogranicza było naprawdę sporo. Ale to już taka mała dygresja. Jest to artykuł, który jako kolejny wpisuje się w symbolikę spoglądania w przyszłość.
„Oko, które widzi. Oko, które wie” analizuje symbolikę oka zarówno w tradycji ludowej, w okultyzmie, jak i w ezoteryce. Symbol ten towarzyszy ludzkości od bardzo dawna i odnosi się zarówno do wszechobecnego boskiego spojrzenia, jak i do drzemiących w człowieku nie zawsze pozytywnych sił. Otóż wiara w złe oko, powszechna do dziś na Bałkanach czy Bliskim Wschodzie, a mająca tutaj wyraz w postaci tego zabezpieczenia, talizmanu zwanego okiem proroka, była popularna także w Polsce. Osoba dysponująca złym spojrzeniem mogła kogoś uroczyć. Wtedy dorosły albo dziecko nagle zaczynał chorować, bolała go głowa, wymiotował. Można ten czar było odczynić. Chyba każdy taki domorosły guślarz wie, jak to się robiło. Ale osoby ze złym okiem mogły też szkodzić na przykład zwierzętom i roślinom. Dlatego w Polsce prewencyjnie małym dzieciom wiązało się i wiąże takie czerwone kokardki.
Ale oczywiście to tylko jeden z wątków w tej niezwykłej sadze o oku, bo równie długą historię mają talizmany na nim wzorowane. Chociażby słynne oko Horusa.
[36:44] - I kolejny artykuł z najnowszego numeru, który nosi tytuł: „Rok Marsa. Obawy i nadzieje”. To jest Prognoza astrologiczna zarówno dla Polski, jak i dla świata na zbliżający się 2023 rok. To jak będzie?
[37:02] - A jak będzie? Wojak Szejk miał takie powiedzenie: „Nigdy jeszcze nie było tak, żeby jakoś nie było. Jakoś to będzie”. Prognoza astrologiczna to stały element wydań noworocznych. Jej autorem jest znany astrolog doktor Piotr Piotrowski, któremu w poprzednich latach udawało się wielokrotnie przewidzieć pewne tendencje. Nie jest to bowiem stricte przepowiednia tego, co się wydarzy, lecz próba wykalkulowania tego, w jaki sposób, w oparciu o pewne zasady astrologiczne, może potoczyć się czyjeś życie albo jakiś proces. Oczywiście w tym przypadku jest tak samo, jak z przepowiedniami Krzysztofa Jackowskiego. Jedni wierzą, inni nie. Choć muszę powiedzieć, że astrologia jest dość skomplikowaną dziedziną i warto mieć w niej pewne rozeznanie, a przynajmniej wiedzieć, na czym to polega i jak to się robi. Horoskopy z pism dla kobiet to tylko nikłe tło tej astrologii prawdziwej, o czym można się przekonać, chociażby oglądając wywiady z doktorem Piotrowskim.
Mało też kto wie, że w Polsce dziedziną tą zajmowało się wielu uczonych, w tym Leszek Weres czy legendarna David Haregray, w rzeczywistości profesor Wioletta Koszewska-Toszewa, językoznawczyni i slawistka. Co się konkretnie wydarzy? Tutaj sobie pozwolę zacytować doktora Piotrowskiego: „Ludzkość rozpoczyna nową erę, a ze światem, który znamy, trzeba będzie się pożegnać”. To oczywiście fundament do dalszych analiz. Najważniejsze z takiego astrologicznego punktu widzenia wydarzenia będą miały miejsce w marcu 2023 roku. Ale co to będzie, to już musicie sobie doczytać w tym artykule.
[38:57] - Ja powiem tak, że jako taki umiarkowany konserwatysta, to jak słyszę o takich radykalnych zmianach, to mi się robi ciężko na duszy. Ale poza tym artykułem, o którym wspomnieliśmy, jest jeszcze horoskop na cały rok. Też tradycyjny element krajobrazu „Nieznanego Świata” na początku roku. Też mamy cały zestaw znaków zodiaku i każdy sobie może znaleźć, co go w przyszłym roku może czekać.
[39:33] - Tak, ale jak powiedziałem, astrologia jest cholernie skomplikowana i im bardziej człowiek w nią wchodzi, im więcej o tym czyta, tym bardziej się dziwi. W takim pozytywnym sensie. Dla mnie niektóre elementy astrologii to czarna magia. Natomiast podziwiam tych astrologów, którzy studiują tą dziedzinę, mają ogromną wiedzę, mają wielu klientów i są naprawdę cholernie trafni. Tylko że to nie jest jasnowidzenie. Jeżeli chcecie się przekonać, to musicie odwiedzić któregoś z dobrych astrologów. Ale co jeszcze w tym numerze? Dwie ważne rzeczy. Bardzo interesujący news, a w zasadzie doniesienie na temat wyników badań medycznych, które potwierdzają obecność komórek grzybowych w nowotworach. Ożywia to krążącą od wielu lat, a nawet dekad hipotezę, że nowotwory mają z grzybami wiele wspólnego.
W styczniowym „Nieznanym Świecie” nie możecie też przegapić pierwszego odcinka nowego cyklu, którego autorem jest Wojtek Chudziński. Analizuje on tam dowody na istnienie świadomości przedurodzeniowej. O tym cyklu jeszcze będziemy mówić, bo to jest niezwykle ciekawy temat. Pisze tam on o wielu badaczach, także tych z nauki mainstreamowej, którzy podczas hipnozy cofali ludzi do momentu przed urodzeniem i osoby te wspominały, że nie tylko przebywały w jakiejś formie świadomości, ale poza ciałem, jednocześnie w bliskim związku z tym rozwijającym się w łonie matki organizmem, ale też mogli odtworzyć swoje wspomnienia na bardzo wczesnym etapie życia. I teraz pytanie, czy to jest dowód na reinkarnację? Czy to jest dowód na to, że tak zwana świadomość to tak naprawdę dusza, która się wciela w ciało? I dlaczego te wspomnienia, skoro da się je odtworzyć i w jakimś stopniu potwierdzić po latach, się u nas zacierają? To znaczy, że nasz mózg jest jakoś zaprogramowany na ich utratę? To wszystko jest bardzo ciekawe. Przypominam, że numer styczniowy „Nieznanego Świata” znajdziecie w kioskach, także na naszej platformie elektronicznej.
Zapraszamy na naszą oficjalną stronę na Facebooku, jak i na grupę dyskusyjną o nazwie Czytelnicy „Nieznanego Świata”.
[42:09] - Pięknie dziękuję, Piotrze. Cóż, czytajcie państwo „Nieznany Świat”, a za miesiąc zapraszamy na kolejną polecankę, tym razem numeru lutowego.
[42:22] - Tak jest. Pozdrowienia.
[42:27] - Tak. To „Nieznany Świat”, tak jak powiedziałem, ze stycznia 2023 roku. Już w kioskach, więc sięgajcie państwo bez opamiętania i bez żadnych oporów. A teraz zacytuję państwu list. To będzie wstęp do ciekawej przygody. List zaczyna się tak: Dzień dobry panie Marku. Teraz będzie odrobina miodu na moje serce, więc pozwólcie państwo, że tak sobie będę bez żenady cytował. Gratuluję i dziękuję za wspaniałe Bibliotekarium 2.0. To jest strzał w dziesiątkę. Bardzo podoba mi się jej eklektyczny charakter.
Zdarzyło mi się raz czy dwa podesłać panu jakieś opowiadanko, ale tym razem mam coś zupełnie innego. Nie wiem, czy śledzi pan rozwój sztucznej inteligencji. Obecnie zachodzą w niej rewolucyjne zmiany. Praktycznie co miesiąc mamy nowe narzędzie, nowe odkrycie. Powstało na przykład narzędzie pozwalające generować obrazy tworzone wyłącznie przez sztuczną inteligencję. Działa to w ten sposób, że jednym zdaniem opisujemy, co chcielibyśmy zobaczyć i resztę robi program. Podobnie przełomowy rozwój dzieje się również w obszarze tworzenia tekstu. To jest powód napisania tego maila. Mianowicie dwa tygodnie temu została opublikowana wysoce zaawansowana sztuczna inteligencja, z którą można prowadzić dialog, ale można też wydać jej polecenie napisania wiersza lub opowiadania na zadany temat. Ja na potrzeby tego maila wydałem sztucznej inteligencji następujące polecenie: „Napisz krótkie opowiadanie typu cyberpunk o Marku Żelkowskim, lat 57 i Wiktorze Żwikiewiczu, lat 72, którzy w trakcie wycieczki wpadają w otchłań, która przenosi ich do innego wymiaru.
Marek jest ostrożny, gadatliwy, pracowity. Wiktor to zawadiaka, leń, łobuz, ale ma dobre serce i jest sprawiedliwy. Niech będzie napisane inteligentnym językiem, niech zawiera dialogi i niech będzie dowcipne. Serdecznie pozdrawiam. Maciej Soiński”. Tak, proszę państwa, to sprawiło, że zacząłem się mocno zastanawiać, bo ze sztuczną inteligencją od jakiegoś czasu rzeczywiście się stykam i to w sposób dosyć intensywny. Poza tym wielu moich znajomych na ten temat rozpisuje się, zachwycając się na przykład obrazami, które tworzy sztuczna inteligencja. Z drugiej strony troszeczkę się frasując tym, do czego to już doszło, do czego sztuczna inteligencja jest zdolna. Ale zanim o tych moich refleksjach, to ja sądzę, że zaprezentujmy to opowiadanie, które dzięki Maciejowi Soińskiemu powstało. To on tak naprawdę był twórcą tego opowiadania, a w każdym razie sprawcą.
Może to lepsze określenie: sprawcą tego opowiadania. Ivellios za chwilę przeczyta państwu ten tekst. Od razu uprzedzę, że on jest jeszcze w jakimś stopniu nieporadny. Lekko, jak na to, co czytałem jeszcze na przykład rok temu, to jest całkiem sprawnie zrobiony. On ma jeszcze pewne zawahania frazy. On ma jeszcze pewne naiwności i to daleko idące. Widać, że to pewne kalkowanie z wielu innych utworów. Ale proszę państwa, jeśli rozwój będzie szedł w tym tempie, to ja nie jestem przekonany, czy za rok, może za dwa, może za pięć sztuczna inteligencja nie przejmie po prostu pisania i to tak już bardzo na poważnie. Ale to ględzenie zostawmy sobie na później. A teraz Ivelliosie zapraszam do prezentacji.
[46:46] - Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz byli zwykłymi mężczyznami, którzy mieli już za sobą swoje lata. Marek był ostrożny, gadatliwy i pracowity. Zawsze zwracał uwagę na szczegóły. Wiktor był zupełnie inny. Był zawadiaką, leniem i łobuzem, ale mimo to miał dobre serce i był sprawiedliwy. Kiedyś obaj panowie wybrali się na wycieczkę, by odpocząć od codziennych obowiązków i zobaczyć coś nowego. Wiedzieli, że w okolicy znajdowała się otchłań, która według legend miała przenosić ludzi do innego wymiaru. Marek był sceptyczny wobec tego typu historii, ale Wiktor postanowił spróbować i namówił Marka, by poszli razem. Gdy dotarli na miejsce, zaczęło się dziać coś dziwnego. Ziemia zaczęła się trząść, a powietrze zrobiło się coraz cieplejsze.
Marek zaczął się bać, ale Wiktor stwierdził, że to musi być to, o czym mówili ludzie. „Chodźmy Marek, pójdziemy tam” — zawołał Wiktor, rzucając się w stronę otchłani. Marek nie chciał iść, ale Wiktor go nie słuchał. Ruszył przed siebie, a Marek musiał go gonić, by go dogonić. Kiedy dotarli do otchłani, zobaczyli coś niesamowitego. Przed nimi rozpościerał się inny wymiar, pełen dziwnych stworzeń i budowli. „O mój Boże, co to jest?” — zapytał Marek, zszokowany widokiem. „Nie wiem, ale wygląda fajnie” — odpowiedział Wiktor z entuzjazmem w głosie. Rozpoczęli swoją wędrówkę po nowym wymiarze, zachwycając się wszystkim, co widzieli. W pewnym momencie Wiktor zauważył jakieś dziwne stworzenie, które szybko zaczęło ich gonić.
Marek zaczął biec jak najszybciej, a Wiktor stanął na jego drodze, by zwolnić je. „Co ty robisz, Wiktor? Uciekajmy stąd!” — krzyknął Marek, próbując go zaciągnąć dalej. „Nie, Marek. Musimy stawić czoła tej próbie. Nie dam się pokonać przez jakieś dziwne stworzenie” — odparł Wiktor z determinacją w głosie. Zaczęli walczyć z potworem, a Marek zdziwił się, jak dobrze radził sobie Wiktor. Okazało się, że był bardziej sprawny i silny, niż mogłoby się wydawać. Udało im się pokonać stwora i ruszyli dalej w swoją wędrówkę. Po kilku godzinach dotarli do miasta pełnego cyborgów i robotów.
Zdziwieni tym, co widzieli, postanowili zwiedzić je dokładniej. Marek był coraz bardziej zaniepokojony tym, co się dzieje, ale Wiktor cieszył się jak dziecko. „To jest niesamowite, Marek! Nigdy w życiu bym się tego nie spodziewał” — mówił z zachwytem. „Wiktor, powinniśmy szukać sposobu, by wrócić do domu. To niebezpieczne tu być” — odparł Marek z niepokojem w głosie. „Spokojnie, Marek, znajdziemy jakiś sposób. Póki co cieszmy się tym, co tu mamy” — odpowiedział Wiktor, uśmiechając się szeroko. Kontynuowali swoją wędrówkę po mieście, zadziwieni wszystkim, co widzieli. W pewnym momencie spotkali grupkę ludzi, którzy wyglądali jak oni.
Okazało się, że byli również przeniesieni do tego wymiaru przez otchłań. „Witajcie. Jesteśmy tu nowi. Możecie nam powiedzieć, jak wrócić do domu?” — zapytał Marek, licząc na pomoc. „Niestety nie ma sposobu, by wrócić do waszego wymiaru. Jesteście tu już na zawsze” — odpowiedział jeden z ludzi smutnym głosem. Marek i Wiktor byli zszokowani tym, co usłyszeli. Nie mogli uwierzyć, że już nigdy nie wrócą do swojego świata. „Co teraz zrobimy?” — zapytał Marek, zaniepokojony. „Musimy zaaklimatyzować się tutaj i znaleźć sobie jakieś miejsce do życia” — odparł Wiktor, zgodnie ze swoim charakterem już zaczynając planować dalsze działania.
I tak Marek i Wiktor zaczęli nowe życie w innym wymiarze. Choć na początku było trudno, z czasem zaaklimatyzowali się i znaleźli sobie miejsce w tym świecie. Nawet Marek zaczął czerpać radość z przygód, które przytrafiały im się w nowym wymiarze. A Wiktor, choć nadal był leniem i łobuzem, okazał się prawdziwym przyjacielem i opiekunem dla Marka.
[51:20] - No i jak się to państwu podobało? Muszę powiedzieć, że my z Wiktorem nieźle się bawiliśmy, słuchając opowiadania i w sumie powód tego uśmiechu był różny. O tym jeszcze państwo usłyszycie. A ja chciałem się na chwilę chociażby skupić na problemach. Otóż w takiej dodatkowej korespondencji z panem Sowińskim jeszcze wymieniliśmy informacje na temat tego, jak ta sztuczna inteligencja się rozwija. No i o czymś takim zaczęliśmy rozmawiać, jak osobliwość, singularity. Mówi się często, że my gdzieś się do tego zbliżamy, ale najpierw odrobina teorii. Co to jest ta osobliwość? To jest taki, proszę państwa, hipotetyczny punkt w rozwoju cywilizacji. Do niedawna jeszcze dodawano „w przyszłym”, chociaż ja nie wiem, czy powoli nie powinno się opuszczać tego fragmentu, bo może on już właśnie następuje w tej chwili, teraz.
W każdym razie to jest taki punkt w rozwoju cywilizacji, w którym wszystkie ludzkie przewidywania dotyczące rozwoju technologii staną się nieaktualne. Pytanie dlaczego? Otóż głównym wydarzeniem mającym doprowadzić do osobliwości byłoby stworzenie takiej sztucznej inteligencji, która nie tylko przewyższałaby tężą inteligencją ludzi. To był punkt wyjścia tylko. Natomiast ta sztuczna inteligencja zaczęłaby opracowywać swoje własne sztuczne inteligencje, zaczęłaby tworzyć swoje własne sztuczne inteligencje. I obawiam się, nie tylko ja zresztą, wielu śledzących ten rozwój obawia się, że wtedy my, o ile jeszcze z tą sztuczną inteligencją, to chociaż tam po trochu da się dogadać, to z tą inteligencją stworzoną przez sztuczną inteligencję mielibyśmy problem, żeby w ogóle wymienić jakieś spostrzeżenia, jakieś refleksje. Zatem gdzieś się zbliżamy naprawdę do tego punktu. Nazwę singularity, osobliwość wprowadził i rozpowszechnił człowiek, który miał trudne imię, a mianowicie Vernor Vinge. W latach 80., więc całkiem niedawno, w latach 80. XX wieku oczywiście.
On zrobił to przez analogię. Porównał niemożność przewidzenia skutków takich wydarzeń, takiego wydarzenia chociażby jak... Inaczej, nie potrafimy przewidzieć zastosowania zaburzenia praw fizyki w osobliwości grawitacyjnej. Tak samo nie potrafimy przewidzieć tego rozwoju, o którym mówiłem. No i przez tę analogię pojawiła się nazwa osobliwości. Tak, ta nazwa padła po raz pierwszy w latach 80., ale już wcześniej zastanawiano się nad samym problemem, nad istotą tego problemu. To w latach 50., a już 60. to na pewno był taki człowiek, który nazywał się Irving Good, ale był też Polak, Janusz Zajdel. No i był John von Neumann. To nie czas i nie miejsce, ale zerknijcie sobie państwo, czym są, czym były, czym będą sondy von Neumanna.
To będzie też ciekawa lektura dla państwa. W każdym razie tych trzech wymienionych wcześniej mówili o tym, zgłaszali swoje obawy, iż takie wydarzenie jak osobliwość, nazywając jej zresztą osobliwością, mogłoby stanowić zagrożenie dla ludzkości, dla istnienia cywilizacji. O tym mówili również tacy ludzie jak Nick Bostrom, to jest szwedzki filozof, kierownik Future of Humanity Institute. Nazwisko znane, jak sobie państwo wklepiecie tego Bostroma, to jest człowiek, który między innymi zajmował się problemem mózgu w naczyniu, o którym kiedyś dawno rozmawialiśmy. Ale był też człowiek, który nazywał się Garriss. Hugo, nieważne. W każdym razie Garriss to Australijczyk z urodzenia, jest naukowcem zajmującym się nową gałęzią sztucznej inteligencji, która bywa określana jako ewolucyjny, ewentualnie ewoluujący hardware. Jest też poza tym futurologiem i zwolennikiem transhumanizmu. Czy sztuczna inteligencja, która dzisiaj jawi nam się jako zabawka do tworzenia niezwykłych obrazów na życzenie, niektóre z nich w wykonaniu niektórych tych sztucznych inteligencji naprawdę zapierają dech w piersiach. Sztuczna inteligencja jawi się jako zabawka do tworzenia tekstów takich, jak mieliście państwo okazję przed chwilą wysłuchać.
Sztuczna inteligencja, jak człowiek o tym dłużej pomyśli, może się jawić jako zagrożenie. I tu jest czas na spotkanie z Wiktorem Żwikiewiczem, które państwu obiecałem, że przynajmniej raz na jakiś czas Wiktor się pojawi. I pojawi się w dzisiejszej audycji, bo Wiktor patrzy, jak zwykle zresztą, na problem sztucznej inteligencji zupełnie inaczej. Taka już jego rola, taka już jego uroda, że Wiktor czasami dostrzega w rzeczach, na które ja patrzę podążając za głównym nurtem: „zagrożenie, zagrożenie i sztuczna inteligencja nas zje”. Wiktor patrzy na to zupełnie inaczej. Zapraszam zatem, posłuchajmy, co ma do powiedzenia Wiktor między innymi o sztucznej inteligencji. Dzień dobry Wiktorze.
[58:26] - No witam. Trudno się mówi.
[58:28] - Mówi się trudno. Wiesz, złożyłeś obietnicę, że przynajmniej raz na kwartał w tym wrażym „Bibliotekarium” się pojawisz. Niniejszym wypełniam zarówno twoją obietnicę, jak i oczekiwania naszych słuchaczy. W dalszym ciągu naszych słuchaczy. Niniejszym się pojawiasz. Grudzień mamy, czas przedświąteczny to dobry czas.
[58:51] - Tak, moje zwłoki bardzo się cieszą z tego powodu.
[58:55] - Jeszcze nie zwłoki, skoro przemawiają. Takie opowieści różnej treści. Trudno powiedzieć, że wyglądasz kwitnąco, bo ja już też w tym wieku nie wyglądam kwitnąco, ale wyglądasz nieźle. Wszelkie pogłoski o twojej rychłej śmierci są mocno przesadzone.
[59:15] - Tylko dlatego dobrze wyglądam, że akurat mam peta w garści.
[59:20] - Jasne. Dlaczego wiedziałem, że zejdzie na to? Wiktorze, całkiem niedawno sobie uświadomiłem podczas rozmów z Piotrem Cielebiasiem, rozmawiamy o filmach w ramach „Bibliotekarium 2.0”. Uświadomiłem sobie, że ja dużo rzeczy o tobie wiem. Jak się prowadziło ileś tam wywiadów z tobą, to trudno nie wiedzieć, ale jednej rzeczy nie wiem na pewno. Jakie ty filmy właściwie lubisz? Jakie są ważne filmy dla ciebie obejrzane w życiu?
[59:49] - To zależy kiedy, bo w dzieciństwie, jak miałem te 20, 40 lat, to namiętnie oglądałem westerny, strzelanki były tam, „Dwa złote kolty”, coś tam tego, takie śmiry. Dzisiaj jak się ogląda, to taka śmira, że się w głowie nie mieści. Ale to było dawno temu. Natomiast ja pamiętam, jeżeliby mnie ktoś tak na trupa zaskoczył pytaniem o filmy, to mi się natychmiast pojawiają obrazy z jednego filmu z dzieciństwa zupełnie. „Aleksander Newski”. Był taki film. Ja pamiętam, jak ci Krzyżacy tonęli na jeziorze. Wspaniały, jeśli chodzi o obrazy i takie wyobrażenia.
[01:00:47] - Ale też okrutny.
[01:00:48] - Okrutny.
[01:00:48] - Tam Krzyżacy wrzucali do ognia dzieci, niemowlaki.
[01:00:54] - Normalnie, tak się zawsze robiło na wojnie, nie?
[01:00:57] - No może.
[01:01:00] - Potem to już był ogromny przeskoki aż od tamtego czasu, aż do właściwie jedynego filmu, który naprawdę by mnie się zakotwiczył. To był „Blade Runner”.
[01:01:17] - Z Harrisonem Fordem.
[01:01:22] - Z Harrisonem Fordem. I to był film, który dlaczego? Bo został zrobiony indywidualnie. To znaczy według książki, ale reżyser po prostu miał swoją własną wizję i ją ciągnął. Czytanie książki to jest jedna bajka, a oglądanie tego filmu to jest zupełnie inna bajka, ale też wspaniała.
[01:01:53] - Tak, ale to dwa filmy? Tylko dwa?
[01:01:56] - Nie no, ja oglądałem namiętnie wszystko.
[01:02:01] - Nie, to ja wiem. To każdy z nas jest takim pożeraczem filmów. Raz to, raz tamto. Ja raczej pytam o te filmy właśnie tej klasy albo tego znaczenia co na przykład „Blade Runner”.
[01:02:12] - Tak. Potem już przeskok do 2000 lat, gdzie właściwie jeden film do mnie przemówił i to straszliwie przemówił ten film do mnie. Zresztą go w czasie audycji bardzo mocno reklamowałem, bo to był film-
[01:02:32] - Dalekowschodni.
[01:02:33] - Tajwański, tak. Z Tajwanu o historii Tajwanu, czyli taki śmieszny tytuł „Wojownicze Tęcze”. Przynajmniej u nas to tak wędruje. Ten przecudowny, absolutnie genialny film, który każdy miłośnik filmu powinien sobie obejrzeć, bo to są cztery godziny, co prawda. On jest piekielnie długi, bo to jest historia całego Tajwanu w czterech godzinach opowiedziana, ale jest tak przepiękna i tak chwytająca za gardło, że dobrze, żebyśmy sobie na przykład tutaj, na tym polskim, europejskim zadupiu uświadamiali, że jakieś tam małe narody, gdzieś tam na Tajwanie też mają wspaniałą historię. Nie tylko my mamy mity historyczne.
[01:03:35] - Ja cię jeszcze chciałem o jeden film zapytać, który na mnie wywarł ogromne wrażenie. Nie wiem, jak na tobie. To był „Obcy” w Polsce nazywany pod tym dziwnym tytułem „Obcy. Ósmy pasażer Nostromo”. Jakby jeszcze był dłuższy, to bym go na pewno zapomniał. Ale dla mnie to był taki przełom w kinie, ponieważ wcześniej nie było udanych horrorów science fiction. Filmy były albo science fiction i to takie mniej lub bardziej cukierkowe, albo były horrorami. A to było moim zdaniem takie dobre połączenie dwóch gatunków. I ten film, nie wiem, jak dzisiaj by było, ale wtedy był naprawdę straszny. Jego się oglądało, walcząc z pokusą ucieczki z kina.
[01:04:23] - Tak. Ja nie wspominałem, bo to już jest taka popkultura. Natomiast film jest absolutnie genialny. To znaczy genialnie zrobiony, po prostu uderza w te bebechy człowiekowi co chwilę i uświadamia nam, że strach, w ogóle emocje, są wyzwalane czasami przez zupełnie dziwne rzeczy, które nie muszą być krwawe, szlakowate, ale po prostu takie chwytające za gardło. To zasługa reżysera znowu, bo genialnie zrobiony, genialnie namalowany. Ale to takie meteory przelatywały i takich filmów trochę było dobrych. Natomiast cóż, dzisiaj to ja też uważam, że już kino zdechło. Tak samo jak literatura. Jakby nie było, wielkie firmy produkujące dzisiaj gry komputerowe budżetem przerastają tysiąckrotnie cały budżet całego Hollywoodu po prostu. No tak, Marku.
[01:05:54] - Nie wiem. Nigdy mnie to specjalnie nie interesowało, chociaż jak sobie patrzę na budżety niektórych produkcji filmowych, to one są monstrualne. Teraz do kin wszedł „Avatar”, druga część „Avatara” i tam pieniądze są naprawdę monstrualne. I już. A za rok będzie trzecia część „Avatara”. A jak druga i trzecia sprzedadzą się dobrze, to będą kolejne części „Avatara”. Dzisiaj pieniądz rządzi absolutnie.
[01:06:29] - Niestety podejrzewam, że to nie będzie w 20 lat później Alexandra Dimma odsłona „Trzech muszkieterów” naprawdę chyba była lepsza.
[01:06:42] - I tu cię zaskoczę. Zdania co do fabuły są podzielone i raczej znawcy kina — ja się nie uważam za znawcę kina — ale znawcy kina, których wysłuchałem, mają sporo do zarzucenia fabule jako historii, że jest w jakiś sposób powtarzalna. Ona jest oczywiście świetnie napisana, ale jest w jakiś sposób powtarzalna w stosunku do innych historii. To już gdzieś widzieliśmy w takiej czy innej odsłonie. Natomiast w warstwie wizualnej efektów specjalnych nowości w kinie to po prostu jest widowisko zapierające dech w piersiach. Dla tego filmu skonstruowano specjalne kamery. Oczywiście nie po raz pierwszy w historii, ale z takim zaangażowaniem. Specjalne kamery, które już z kinem zostaną. Budżet na efekty specjalne, znowu użyję słowa monstrualny, więc w warstwie wizualnej ten film nie wiem, czy zostanie w pamięci jako fabuła, ale na pewno otwiera nowe przestrzenie dla kina.
[01:07:50] - Ja podejrzewam, że rozumiem, dlaczego tak się dzieje, bo każdą odsłonę takiego filmu po latach robi właściwie nowe pokolenie, dla których jest to całe ich życie. To jest pierwszy dowcip, ich dojrzałość, egzamin taki. I oni mają zapał, furię twórczą i dlatego to jest genialne.
[01:08:20] - Od pierwszego „Avatara” minęła ponad dekada.
[01:08:23] - Zgadza się.
[01:08:25] - Zobaczymy. Wiktorze, ale skoro ty już wspomniałeś o umieraniu kina, umieraniu literatury, to ja mam temat bardzo à propos, bo nasi słuchacze w „Bibliotekarium 2.0” mieli okazję wysłuchać opowiadania na nasz temat, które jeden z naszych słuchaczy przesłał. Opowiadania, którego on nie napisał. Zadał po prostu pewne słowa kluczowe, pewien temat sztucznej inteligencji i sztuczna inteligencja wyprodukowała opowiadanie. Trochę się przy nim pośmialiśmy, ale refleksje są głębsze. To znaczy to opowiadanie jest w jakiś sposób nieporadne. Ono jeszcze pewne rzeczy kalkuje, pewnych rzeczy nie dociąga, ale jak to pójdzie w tym tempie, to pisarze naprawdę staną się chyba zbędni.
[01:09:24] - Może tak, a może nie.
[01:09:27] - Właśnie.
[01:09:29] - Ja mam na ten temat inne zdanie. Po pierwsze ja niespecjalnie się zachwycam, nawet nie widzę powodu, żeby się zachwycać nad tym, co wyczynia ta pseudointeligencja współczesna. Z bardzo prostego powodu, że to jest dla mnie oczywista oczywistość. Kiedy zaczęto konstruować komputery, kiedy zaczęto pisać języki programowania, kiedy zaczęto się tym w ogóle zajmować, to było oczywiste dla mnie, że tak to się skończy, że to się skończy jeszcze o wiele bardziej niż w tej chwili. To jest dla mnie absolutnie oczywiste. Dlaczego? Myślę sobie, że my wymyśliliśmy takie słowo jak ewolucja. Natomiast ono zastąpiło właściwie dosyć zręcznie słowo, które zawsze do przyrody przystawało. Roześmiejesz się, jak usłyszysz to słowo: edukacja, Marku.
[01:10:51] - Zawsze na twoje życzenie się śmieję, ale rozumiem dlaczego.
[01:10:55] - Edukacja jest podstawą rozwoju całego wszechświata. Jakaś tam kałuża, mała albo duża, kiedyś wychowała troszeczkę tego kisielu. Troszkę z tego kisielu, ten kisiel wylazł na ląd.
[01:11:18] - I edukował się dalej.
[01:11:19] - I edukował przy pomocy słoneczka, wiaterku, wody, deszczu i różnych innych rzeczy. To wszystko edukowało również później nas. Dalej. Dzisiaj się nikt nie zachwyca tymi milionami kobiet, mamuś, które edukują przecież puste umysły. My jesteśmy zwierzątkami. Rodzą się te małe zwierzątka, małe kartofle, które są pozbawione absolutnie jakiegokolwiek rumanoidealnego temperamentu. O tym świadczy zresztą to, że dzieci wychowane przez zwierzęta pozostają zwierzętami na zawsze. Nigdy nie staną się człowiekiem. To jest również edukacja od samego początku, tak jak pisanie programu w komputerze, tak jak tworzenie tej sztucznej inteligencji w tej chwili. To wykonują zwykłe domowe gospodynie wspomagane przez ojców czasami, jak im się chce.
I tak dalej. I tak to się wszystko rozwija. My dalej edukujemy po prostu coś. Ku czemu to wszystko zmierza? Ta edukacja, ten proces w ramach całego wszechświata? My tego nie wiemy. My nawet przecież robiąc w tej chwili sztuczną inteligencję nie mamy zielonego pojęcia, do czego to zmierza, do czego to posłuży kiedyś. Tak jak pierwszy facet, który wziął patyk i przywiązał do jednego końca kawałek sznurka, nie miał zielonego pojęcia, że jak przywiąże ten sznurek do drugiego końca, to parę milionów istnień ludzkich zginie przeszytych strzałą prędzej czy później. O tym pojęcia nie mamy dzisiaj i nigdy nie będziemy mieli. A my mówimy o świadomości, że my robimy coś świadomie.
Nie, my robimy to Co wszechświat nam przeznaczył. Przejmujemy pałeczkę, uczestniczymy w tej sztafecie edukacji świata.
[01:13:54] - Dobra, ale to tak łatwo nie będzie. Powiem tak albo zapytam cię: a jakbyś jednak spróbował puścić wodze fantazji i powiedzieć nam, jak będzie wyglądało pisarstwo za 10 lat, może 15? Każdy sobie będzie pisał sam opowiadania, zaprzęgając do tego usłużną sztuczną inteligencję? Jak to w ogóle będzie funkcjonowało? Rynek książki zniknie czy też sztuczne inteligencje będą produkowały dzieła na kopy w stylu Dickensa, w stylu, kogo ty tam masz ulubionego, Dime chociażby. Właśnie, wymieniałeś Dime'a. Jeszcze będzie sobie można zaprogramować, że chcesz w takim stylu, w takim smakiem i owakim powstaną 125. części na przykład trylogii Żuławskiego, która już nie będzie wtedy trylogią, tylko niekończącym się cyklem. Jak w ogóle to będzie?
[01:15:03] - Wiesz, Marek, w tym, co mówisz, właśnie w tej chwili pojawia się istota tego, ku czemu zmierza socjologia, nasza społeczność. Marku, przecież ktoś jednak wydaje rozkazy, prawda? Czyli jak ta sztuczna inteligencja zacznie sama sobie wydawać rozkazy, to będzie już zupełnie co innego. Natomiast jak na razie, te wszystkie efekty, które uzyskujemy dzięki posługiwaniu się sztuczną inteligencją, są dlatego do nas przystawalne, że to jeden z nas wydał właściwy rozkaz. Złóż to do kupy i zobaczymy, co wyjdzie.
[01:16:02] - Okej, ale ja cię chcę namówić na rzut oka w przyszłość, bo ja sobie wyobrażam taki świat, w którym sztuczne inteligencje piszą te kolejne tomy. Nawet zakładam, że część ludzi to czyta. Ale co z tym nieustannym pędem niektórych ludzi, żeby pisać kolejne utwory literackie? Jeden z naszych kolegów śmieje się, że w tej chwili większa ilość ludzi książki pisze niż czyta. Tak źle pewno nie jest, ale mimo wszystko takich ludzi, którzy chcieliby pisać, chcieliby pokazywać innym, jak fajnie piszą, jest sporo. I teraz nagle włazi sztuczna inteligencja, która jak się podszkoli, nie wiem, ile lat to zajmie, ale jak się podszkoli, to będzie pisała w sposób równy. Nie wiem, czy lepszy, ale na pewno równy, bo nie będzie miała gorszych dni, nie będzie miała blokad pisarskich. Po prostu w ciągu doby będzie powstawała powieść. Może mniej czasu nawet będzie zajmowało. I pyk, następna i następna.
Człowiek nie jest w stanie konkurować. A czy w ogóle będzie konkurował? Jak to będzie? Jesteś w stanie ogarnąć?
[01:17:15] - Nie. To jest kwestia rynku. Jeżeli masowość sztucznej inteligencji będzie tak wielka, to rynek zdusi odbiorców. Przestanie dobrze funkcjonować, bo po cholerę mam konsumować coś, czego jest powyżej nosa i tak dalej. Nas zawsze frapowały rzeczy, które są wyjątkowe.
[01:17:56] - A wiesz, czego ja się boję? Że będzie jeszcze gorzej. Że ponieważ sztuczna inteligencja będzie to pisała za darmo, nie będzie chciała za to kasy, to autorzy, którzy kiedyś myśleli, że się będą z tego utrzymywać, dostaną pstryczka w nos. Nie będzie za rok, może za 10 lat, może za 15, ale dostaną pstryczka w nos, bo wydawca im powie: "Sorry, panie, panowie, ale wy chcecie za jakąś tam powieść kasa bobu, a sztuczna inteligencja pisze dzień, noc i przez kolejne miesiące coraz to nowe tomy i grosza za to nie chce."
[01:18:35] - Fajnie, Marek. Będziemy prawie ostatni.
[01:18:41] - Tak. Inaczej. Ja oczywiście żartuję, w tej chwili opowiadam różne historie, ale tak naprawdę ja sobie nie do końca to wyobrażam. Werbalnie wyrzuciłem z siebie, co tam się może zdarzyć, ale ty sobie to w ogóle jesteś w stanie wyobrazić, taki przewrót?
[01:18:59] - Nie. To jest kwestia, na co ludzie będą mieli zapotrzebowanie. Książki po prostu dla nas są ważne, bo czytaliśmy jako dzieci książek pełno i tak dalej. Uważamy, że bez książek oddychać nie można. Ale skoro tych książek będzie pełno-
[01:19:27] - Ale wiesz co? Ja się nawet nie upieram przy książkach, bo dzisiaj książki to również e-booki, które ma się w komputerze albo w czytniku. To są również audiobooki namiętnie słuchane. Oczywiście można mówić: "Nie, młodzież nie czyta." Może nie czyta, trzymając książkę w dłoni, ale dużo osób słucha audiobooków. Czy to jest to samo? Nie wchodzę w dyskusję. Natomiast słucha. Ktoś te historie tworzy. Na razie są to ludzie. Później będzie to sztuczna inteligencja.
Zapotrzebowanie na historie jest.
[01:20:04] - Ale ja powiedziałem ci, że ktoś wydaje rozkazy. Ci macherzy, genialni, którzy będą potrafili oryginalnie poskładać punkt wyjścia dla sztucznej inteligencji, to będą jednostki. Będzie bardzo niewielu takich geniuszy.
[01:20:29] - Czyli ty tak przewidujesz, że w przyszłości będzie gość, który będzie dawał maksymalnie dobry wsad. I ten, kto będzie potrafił wsad maksymalnie dobrze skonstruować, będzie święcił triumfy.
[01:20:46] - To będzie na miarę genialnych pisarzy przeszłości. Zwróć uwagę, Marku, na jedną rzecz: my cały czas używamy tego słowa "my". Co my poczniemy, co my będziemy robili. A świat się zawsze dzielił na tych, o których się mówiło "my" oraz na tych, o których się mówiło "oni". A oni dzisiaj tworzą te awatary, piszą te programy wszystkie, tworzą tą inteligencję. My, maluczcy, którzy siedzimy i pierdzimy w te stołki, nie mamy zielonego pojęcia o geniuszach współczesności, którzy rodzą w tej chwili tą sztuczną inteligencję. A oni są przecież. Oni pchają, dmuchają w te żagle. To jest wiatr naszej cywilizacji, a nie my. My się zastanawiamy, co my zrobimy, co my poczniemy i tak dalej.
My poczniemy to, co oni sobie zechcą.
[01:22:07] - Dobrze. Niech i tak będzie. Chociaż kilku pisarzy, trudno powiedzieć, że zmieniało losy świata, bo aż tak nie ufam i nie widzę tak roli pisarza, ale kilku pisarzy w dziejach przestawiało ludziom w głowach.
[01:22:25] - Tak. To samo przestawiają dzisiaj programiści.
[01:22:29] - Okej. Jak ci powiedziałem, przeżyłem przełom, w którym doszedłem do wniosku, że racja jest w tym, że nie można się zasklepiać tylko i wyłącznie na książkach starych, z papieru, że są jeszcze inne formy podawania, ale dla mnie wszystko to są historie. Czy w grze komputerowej, czy w audiobooku, czy w tradycyjnej książce, czy w filmie. To jest historia i historii człowiek pragnie. W dodatku nie tylko historii, bo tu byśmy się ograniczyli tylko i wyłącznie do fabuły. Zwyciężają ci, którzy potrafią na tę historię dać coś, co w analogii do nauk społecznych nazwałbym nadbudową. Czyli z tej historii wynika coś więcej, niż można sądzić tylko z tych obrazków czy z tych słów. Ci wygrywają.
[01:23:24] - Tak, Marku, ale historia jest jak powietrze. Prędzej czy później może historia przejść do historii.
[01:23:31] - Dobrze, zobaczymy.
[01:23:35] - Zobaczymy. Jak myślimy o tym, co będzie jutro, to akurat się robi przełom kolejnego roku. Dla naszych słuchaczy, a moich byłych słuchaczy, ściskam ich serdecznie. Życzę im, żeby jeszcze ktoś coś napisał, zanim ta sztuczna inteligencja się rozpleni i wypełni wszystkie kąty jak pajęczyna, i nie pozwoli oddychać jakimś tam Bruno Kadynom ani innym cudotwórcą słowa, bo oni jeszcze żyją. Jeszcze. Ściskam słuchaczy bardzo mocno.
[01:24:31] - Dzięki Wiktorze i do usłyszenia za kwartał. Tyle Wiktor. Obiecuję państwu, zgodnie z tym, co się odgrażałem w rozmowie, że Wiktor będzie się pojawiał od czasu do czasu w naszej audycji. Jedziemy, proszę państwa, dalej, bo czas pomyka nieubłaganie. A teraz, proszę państwa, Piotr Cielebiaś po raz drugi w tym "Bibliotekarium 2.0". To znaczy, że nadszedł czas, abyśmy porozmawiali o filmach. Tym razem porozmawiamy o filmach świątecznych. Ale nie uciekajcie, nie wyłączajcie państwo odbiorników. To nie będzie o Kevinie, który sam w domu albo w Nowym Jorku. To będą filmy, które zgodnie z tradycją zahaczają o horror albo science fiction.
Więc może udało mi się państwa jednak zatrzymać przy głośnikach. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze, po raz drugi w dzisiejszym "Bibliotekarium".
[01:25:48] - Dzień dobry wieczór.
[01:25:50] - Jeszcze raz wszystkich witamy.
[01:25:52] - Tak. Teraz to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli pogadamy sobie o filmach. O filmach z motywem świątecznym. Dobrze to ująłem?
[01:26:09] - Tak. Zaprezentujemy bardzo subiektywny wybór filmów sci-fi oraz horrorów, które się rozgrywają w Boże Narodzenie albo są skupione wokół świątecznej tematyki. Ewentualnie takich, gdzie święta stanowią ważne tło w rozgrywającej się historii. Jak powiedziałem, to będzie bardzo subiektywny wybór, dlatego, że filmów bożonarodzeniowych jest całe multum. Istnieje nawet taka subkategoria jak horror świąteczny. Ale z tych filmów, przynajmniej jeżeli chodzi o horrory, to większość to są zazwyczaj takie produkcje po części lub w pełni komediowe. Przyznać muszę, że ten podgatunek nie za bardzo mi leży. Niemniej jednak i takowy film, czyli taka troszeczkę horroro-komedia dzisiaj się na naszej liście pojawi. Ale warto zadać pytanie, dlaczego święta w ogóle przerażają, skoro na ich tle osadzonych jest tak wiele horrorów?
[01:27:12] - Myślę, że dlatego, że wśród nas żyją ludzie, którzy nie znoszą sztampy. Święta kojarzą się z taką powszechną dobrocią, uśmiechaniem się do siebie. Wtedy wszystkie spory mają wygasać i w ogóle ma być tak pięknie i cudownie. I tak jak powiedziałem, wśród nas żyją ludzie, którzy nie znoszą czegoś takiego. To jest sztampa i trzeba tę sztampę jakoś przełamać. I stąd bierze się taki zachwyt i taki podziw dla prób rozmontowania tej atmosfery. A właściwie to chyba nawet nie o to chodzi, żeby rozmontować. To chodzi o to, żeby pokazać na tle tej powszechnej dobroci, takiego baraniego zachwytu, jak to jest fajnie. Wiem, znowu brużdżę przeciwko świętom. Po ostatniej audycji poniedziałkowej już się dowiedziałem, że i tak pójdę do piekła, to już chyba sobie mogę pozwolić.
Zatem takie brużdżenie tym radosnym świętom sprawia, że pojawiają się całkiem interesujące obrazy. Ale naprawdę zostałem zobligowany przez jednego z naszych słuchaczy do tego, żeby wspomnieć o filmie kultowym, ale nie w Polsce. Tak jak w Polsce ogląda się od lat w okolicach świąt „Kevina samego w domu” albo w Nowym Jorku też samego, jest taki film, który Stany Zjednoczone oglądają w każde święta i to od lat 40., a konkretnie od 1946 roku, kiedy powstał film „To wspaniałe życie”. On wtedy nie odniósł wielkiego sukcesu. Ale tak to bywa, że czasami jest jak z winem, z filmami, że one z czasem nabierają nie tylko mocy, ale też smaku. To był film w reżyserii Franka Capry i na początku, tak jak powiedziałem, to nie był sukces kasowy. Niby był nominowany do Oscarów, ale żadnego Oscara nie dostał. A jednak to jest film nieodmiennie oglądany przez amerykańskie rodziny. Film, który można by zaklasyfikować właściwie jako taki film fantasy. W każdym razie pojawia się anioł stróż i tam jest bardzo ciekawy element.
Otóż dowiadujemy się, co by było gdyby. Bo główny bohater prowadzi takie życie, trudno powiedzieć, że pełne poświęceń, ale tak trochę mu współczujemy, bo co mu się zaczyna w życiu trochę polepszać, to mu się natychmiast coś spierdzieli. Spierdzieli mu się, bo to jest człowiek, który ma poczucie, że powinien pomagać ludziom, że powinien w jakiś sposób to życie ułatwić. I im ułatwia to życie i pomaga. Ale w związku z tym mogłoby się wydawać, że rujnuje swoje życie. A okazuje się w tym filmie, trudno go nazwać przewrotnym, ale przez to jest ciekawy, że w pewnym momencie ten przywoływany już przeze mnie anioł stróż pokazuje głównemu bohaterowi, jak mógłby wyglądać świat, gdyby on zachowywał się w swoim życiu zupełnie inaczej. I to nie byłby fajny świat. W związku z tym główny bohater uzyskuje jakąś taką dodatkową sankcję, jakieś takie dodatkowe umocowanie, że to życie, które w pewnym momencie, nawet państwu nie powiem, co tam się dzieje, ale może się wydawać mu bez sensu, nabiera sensu ogromnego. To tyle o tym filmie. To klasyk.
Sięgnijcie państwo po niego. Skoro Amerykanie mogą go oglądać od 80 lat, to my też możemy przynajmniej rzucić na niego okiem.
[01:31:44] - Powiem ci, że tak jak słuchałem o tym bohaterze, który żyje i pomaga, i że Amerykanie to oglądają co święta, to Momentami mi się wydawało, że mówisz o znachorze. Tak, tylko tu przewrotność tego filmu polega na tym, że on w końcu dochodzi do wniosku, że furda z tym wszystkim. Może głupio robiłem w swoim życiu. I wtedy pojawia się anioł stróż. Z twarzą Piotra Fronczewskiego i mówi: „Proszę państwa, doktor- O, dokładnie! Tak jest. To jest profesor Wilczur. Tak. A jeszcze może odniosę się do tego, dlaczego święta przerażają i dlaczego są osadzone na ich tle liczne horrory. Pierwsza przyczyna jest bardzo prozaiczna.
Filmy świąteczne dzielą się na te przesłodzone, na komedie, które po prostu nie śmieszą. Ile można oglądać „Kevina”? Szczerze mówiąc, nienawidzę go. Czyli produkuje się filmy, które ogląda się po prostu w tym okresie świątecznym dla pewnego złamania schematów. Nie dla każdego są komedie romantyczne, nie dla każdego są jakieś ckliwe historyjki. I to jest taki prozaiczny powód. Są jeszcze takie kwestie psychologiczne, dlaczego święta nas przerażają? I tutaj warto się nad tym zastanowić. Po pierwsze, to taka wywodząca się jeszcze z czasów pogańskich, przyrodzone nam przeświadczenie, takie trudne do wyzbycia się. Jest to czas, kiedy symbolicznie słońce walczy z ciemnością.
Mamy najkrótsze dni, pogoda jest troszeczkę posępna. Dokładniej o tym opowiedzieliśmy w pierwszym odcinku „Oblicza Nieznanego”, kiedy mówiliśmy o pogańskich korzeniach świąt. I to jest pierwsza z tych psychologicznych pobudek. Za to pójdziemy do piekła oczywiście. Tak. Dlaczego nam się te święta mogą tak troszeczkę mroczniej kojarzyć? Jest też szereg innych czynników. Na przykład taka, jak już powiedziałem, przesłodzona natura świąt sprawia, że chce mi się na chwilę od tego wszystkiego oderwać i zachować odrobinę realizmu w tym wszystkim. Bo w każdym z nas drzemie taki lęk, że w dniu, kiedy wszyscy świętują i wiadomo, jak to ze świętami jest, że wszyscy się troszeczkę rozchocają, to wszystkie więzi ulegają rozluźnieniu. Służby nie działają tak jak zwykle.
I wtedy zło może się czuć bardziej bezkarne i to zarówno zło w postaci człowieczej, jak i w postaci paranormalnej. Kiedy rozum śpi, kiedy wszyscy świętują, budzą się demony. Tak, budzą się. To było piękne podprowadzenie pod pierwszy z tych filmów, a mianowicie pod film „Krampus: Duch świąt”. To jest film w sumie całkiem niestary, bo z 2015 roku. Jego reżyserem jest Michael, jak to wypowiedzieć? Dougherty? W każdym razie, przepraszając za kaleczenie języka, to jest film, który można by powiedzieć, że ten duch świąt brzmi tu bardzo dwuznacznie. Otóż w Niemczech podobno jest tak, że jak dzieci przed świętami nie chcą na przykład sprzątać, okien myć, w ogóle nie chcą porządków przedświątecznych robić, to wystarczy je – teraz to pewno gorzej – ale kiedyś wystarczyło je postraszyć właśnie, że przyjdzie do nich Krampus, taki rogaty jegomość i te dzieci try miga zaczęły podłogi szorować natychmiast i w ogóle brały się do pracy. Ponieważ ten Krampus to była dosyć wredna postać.
No i mamy ją w amerykańskim filmie właśnie „Krampus: Duch świąt”. I to jest film, który ja sobie tak nazwałem po cichu antykevinem, ponieważ tam są nawet sceny, które świadomie bądź nie, w jakiś sposób do „Kevina samego w domu” nawiązują. Otóż główny dziecięcy bohater w pewnym momencie trochę wkurzony – na co i po co, to nie opowiem – ale wyrzuca pewien list za okno. Widzimy księżyc. Przypomnijcie sobie państwo „Kevina”. Tam też jest księżyc. Ten list odlatuje i zaczynają się dziać rzeczy dziwne. Tam zresztą więcej jest scen w jakiś luźny sposób nawiązujących do „Kevina”. Sama sytuacja początkowa, kiedy zjeżdża się rodzina do domu, kiedy dom jest pełen ludzi, jednych witanych radośnie, drugich może mniej radośnie, to są sceny z „Kevina” takie trochę przefiltrowane. Ewentualnie, jeśli pamiętacie państwo taki film świąteczny z Chevy Chase'em, to też takie nawiązania są.
Być może to jest taki schemat, że się rodzina zjeżdża i w tej rodzinie są czasami egzemplarze, które należałoby natychmiast wystrzelić w kosmos. Ale są i trzeba jakoś te święta spędzić. I od tego momentu, kiedy główny dziecięcy bohater wyrzuca ten list, księżyc się tam chmurzy, zaczynają się dziać rzeczy przedziwne Tak, ja się trochę wysprzęgliłem. Powiedziałem, że nienawidzę Kevina. Do samego Kevina nic nie mam. Kevin ma bardzo fajnego brata, aktora, który pojawił się w wielu horrorach. Nazywa się Rory McCauley. O nim będziemy jeszcze pewnie kiedyś mówić. Natomiast sam film: nie rozumiem tej polsatowskiej tradycji puszczania tego Kevina. Ten film po prostu już nie śmieszy.
O ile „Znachor” to jest arcydzieło i on zawsze porusza, tak Kevin po prostu nie śmieszy. Ile można się śmiać z tych samych żartów? To w ogóle już nie są żarty. Dajmy spokój. Jeżeli chodzi o Krampusa, to jeżeli istnieje taki gatunek jak horrory świąteczne, to właśnie „Krampus: Duch świąt” z 2015 jest jednym z takich moich ulubieńszych. Głównie ze względu na to, jak fajna to jest historia, jak jest fajnie opowiedziana. Nawet jeżeli oglądacie to sobie na małym ekranie, to atmosferę tej zamieci śnieżnej, która tam panuje, naprawdę możecie poczuć. Nie jestem miłośnikiem śmiesznych horrorów, ale ten robi wrażenie, dlatego że jest tam w sprytny sposób połączona komedia z takim horrorem pełnokrwistym. No i przede wszystkim ten główny bohater w postaci potwora oczywiście wykonany jest jak na dzisiejsze realia naprawdę w miarę wiarygodnie i to się może podobać. Oczywiście jeżeli chodzi o scenariusz, to „Krampus” obejmuje — pewnie żeście w większości oglądali „Krampusa” — wszystkie te elementy obecne w historiach świątecznych.
Czyli mamy jakąś rodzinę na pewnych poziomach rozklejającą się. Mamy osoby, które wierzą w magię świąt. Mamy osoby, które w magię świąt nie wierzą. Tutaj to wszystko się oczywiście pojawia. Poznajemy historię chłopca, który budzi przypadkowo ludowego demona, który pochodzi ze strony jego niemieckojęzycznej babci. Prawdziwy Krampus to rzeczywiście jest postać z folkloru austriacko-bawarskiego. Niektórzy mówią, że alpejskiego i że ten prawdziwy Krampus to jest jakiś bożek pochodzący z przedgermańskiej kultury, która zamieszkiwała Alpy. Gdzieś tam w średniowieczu on się już mocno zakorzenił w okolicach Bożego Narodzenia. Jego święto obchodzone jest przed Mikołajkami. Natomiast folkloryści dopatrują się zawoalowanych tutaj odniesień do jakichś dawnych przedgermańskich bogów, które pod postacią diabła objawiają się i przypominają o sobie w tym okresie, w grudniu, na jakiś czas przed tymi zimowymi świętami.
Także to jest naprawdę interesujące także pod tym względem. Ta historia Krampusa u nas nie jest znana. Może nawet niektórych szokować ten zwyczaj i takie bezpośrednie diaboliczne odniesienia. Horror naprawdę straszy.
[01:41:12] - Ale tak jak powiedziałem, on w tej niemieckojęzycznej sferze jest bardziej znany i te dzieci straszone — mówię nie dzisiaj, ale kiedyś — straszone Krampusem, że jak nie będą porządków świątecznych robić, to przyjdzie Krampus i odpowiednio je wynagrodzi. Tu cudzysłów. To działało i to było dosyć rozpowszechnione. To, że my nie znamy tego zwyczaju, tej tradycji, tej postaci, to jeszcze wcale nie znaczy, że to nie jest postać popularna. Sądzę, że te sceny, w których się Krampus pojawia, większe wrażenie nawet robiły w niemieckiej części Europy niż w polskiej, bo tam to jest postać — mówię o tej niemieckiej części — która w jakiś sposób jest znajoma.
[01:42:13] - Chociaż ten Krampus filmowy może nie do końca podobny jest do tych przedstawień tradycyjnych Krampusa. Zresztą z tego, co wyczytałem, to pewien renesans zainteresowania tym świętem nastąpił względnie niedawno, to znaczy gdzieś tam po II wojnie światowej. Krampus fajnie wygląda w ikonografii, na widokówkach. Przypomina takiego typowego diabełka. Tutaj może jakieś paralele. Jeżeli kiedyś Polacy zrobią horror świąteczny, to może osadzą w nim analogiczną postać, czyli Turonia. Turań jest prawdopodobnie echem podobnych wierzeń. Oczywiście Turań najprawdopodobniej związany jest z postacią słowiańskiego Welesa, a nie jakiegoś tam przedsłowiańskiego bóstwa. Ale to jest mniej więcej ta sama warstwa kulturowa. Odnosimy się do tych samych rzeczy, czyli zapomnianych pogańskich tradycji, które świętom towarzyszą.
I wtedy, kiedy wszystko śpi, kiedy wszyscy po obfitej kolacji zasypiają, wtedy to zło może sobie w jakiś sposób wypełznąć. Ja pamiętam, że moja babcia też mnie straszyła różnymi opowieściami. To nie tak, żeby mnie do czegoś zmusić, ale poznałem dzięki temu folklor Jury Krakowsko-Częstochowskiej oraz Zagłębia Dąbrowskiego, skąd rodzina babci pochodziła, bardzo dobrze i z wielkim sentymentem to do dzisiaj wspominam. Szkoda, że o niektórych rzeczach mówi się tak mało i zostały zapomniane. I szczerze mówiąc, uważam, że jeżeli chodzi o polski folklor, to jest bardzo duży potencjał, jeżeli idzie o horrory, jeżeli idzie o opowiadania. Chociaż opowiadania i o opowieściach to już jest zupełnie inna sprawa, bo to zostało w dużej mierze wykorzystane. W jakiś sposób, ale inspiracje są i myślę, że kiedyś to się przełoży na jakąś fajną produkcję. Trochę inną niż ta, jak to się nazywało? „Przygody wesołego diabła" chyba, tak?
[01:44:23] - Tak. Ja cały czas będę namawiał jednak, przy okazji niezłej zabawy przy filmie „Krampus. Duch świąt", żeby jednak patrzeć też na ten film jako na takiego anty-Kevina. Te sceny, które opisałem, które w jakiś sposób świadomie bądź nie nawiązują do „Kevina samego w domu". Poza tym zaraz się pojawiają obrazy, bo ten film jest taki, że mamy ciepły dom, spokojny. Oczywiście pojawiają się problemy, bo się pojawia burza śnieżna, ale jest dom, który raczej jest nawet filmowany w ciepłych barwach. I mamy tę przestrzeń zewnętrzną, w której szaleje Krampus. Pojawia się tam wyzwany zresztą przez młodzieńca. I ten świat na zewnątrz zasypany śniegiem i taki obcy, wygaszony wręcz. To jest świat z apokalipsy, z postapo jakiegoś, bo w ten sposób można go postrzegać.
I dzieją się tam rzeczy straszliwe. Oczywiście, jak w klasycznym horrorze dużo się dzieje. Ale powiem ci, Piotrze, że aż boleję nad tym. Zresztą część słuchaczy pisze o tym, żebyśmy wprowadzili w naszej audycji część spoilerową, to znaczy uprzedzali, że teraz będzie spoiler. Ci, co chcą, to wyciszają. Nie wiem, czy to jest dobry pomysł. O tym jeszcze podyskutujemy poza anteną. Natomiast aż żałuję, że nie mamy jeszcze tej części spoilerowej, bo końcówka jest po prostu zaskakująca. Tyle chyba mogę powiedzieć.
[01:46:21] - Tak, to jest też coś, co sprawia, że ten film jest godny uwagi. Nie jest przewidywalny. Trzeba też powiedzieć, że Krampus był reanimowany i to chyba więcej niż jeden raz. Przy czym „Krampus 2" to jest prawdopodobnie jeden z najgorszych filmów, z tego, co pamiętam, wyprodukowanych w ogóle. On ma jakieś mega niskie oceny. Straszne dziadostwo jednym słowem. I to jest przekleństwo zawsze tych dwójek. Tak samo, jak mówiliśmy o „Trollu 2". Tak samo, jak był „ Blair Witch 2". Nie zawsze, często w przypadku horrorów właśnie tak jest, że bierze się za to zupełnie inna ekipa.
Chce to jakoś wykorzystać i powstaje gniot niesamowity, ale „Krampusa" warto obejrzeć, chociaż podejrzewam, że jest to na tyle film popularny, że dużo naszych słuchaczy mogło go widzieć.
[01:47:15] - Tak. Ja powiem, że ja go widziałem dosyć krótko po wyprodukowaniu i byłem wtedy tym filmem-- on mnie tak wziął z zaskoczenia, bo ja szukałem filmów właśnie takich, nazwijmy to radosnych, świątecznych. „Krampus. Duch świąt"? Okej, nie skojarzyłem tej nazwy i zapuściłem, jak to się mówi. I oglądałem. I ten uśmiech mi tak zamierał na twarzy. I byłem niesłychanie zadowolony, że ten film obejrzałem. Dzięki naszej rozmowie mogłem go sobie przypomnieć. Perspektywa naszej rozmowy sprawiła, że obejrzałem go po raz kolejny z równie dużą przyjemnością.
[01:48:05] - Tak, to zdarza się rzadko. Trzeba powiedzieć, że wracamy do czegoś z przyjemnością i robi to na nas wrażenie. Ale tutaj to jest naprawdę dobrze wyprodukowany film i ja go chyba pierwszy raz oglądałem gdzieś na komputerze i pomimo tego malutkiego ekranu, pomimo tych wszystkich mankamentów, ta burza śnieżna, ten świat, w który wchodzimy po tej zamieci, naprawdę robi wrażenie. Co to się tam musiało dziać na ekranie kinowym.
[01:48:39] - Tak. Proponuję, żebyśmy przeskoczyli w tej chwili do kolejnego filmu, nowszego, bo z 2018 roku, a mianowicie on po polsku nosi tytuł „Czekaj na dalsze instrukcje". Jeśli on ma zabrzmieć po angielsku, to zdecydowanie zrobi to lepiej Piotr.
[01:49:03] - Można sobie wpisać „Czekaj na dalsze instrukcje" i tak się go znajdzie. Co o nim możemy powiedzieć? To jest film z 2018 roku. Taki trochę dramat science fiction. Natomiast ja mam wobec niego pewne obiekcje, bo z jednej strony jest to fajny straszak. Tak na pierwszy rzut oka. Jak go się zobaczy: o, jakiś rzeczywiście dość mocny film, ale on ma ukryte przesłanie. I z tymi ukrytymi przesłaniami jest bardzo różnie. Znaczy, ja nie jestem zwolennikiem. Może wspomnienia mnie biorą tutaj ze szkoły średniej na temat rozpatrywania, rozkładania na czynniki pierwsze jakichś dziwacznych wierszy i twierdzenia, co miał na myśli podmiot liryczny.
Uważam to czasami za po prostu daleko idące brednie. Natomiast często jest tak, że rzeczywiście twórcy wplatają takie symboliczne elementy w swój film i chcą nam przez to coś powiedzieć. Ale to za chwilę. Ogólnie rzecz biorąc jest to sci-fi, takie pełnokrwiste. Mało jest filmów- Tego rodzaju, tego gatunku, które się rozgrywają w realiach bożonarodzeniowych. Cóż tutaj możemy powiedzieć? Może „Prometeusz”. W przypadku tego filmu załoga statku wyszła badać strukturę tytanów właśnie w dzień Bożego Narodzenia, z tego, co pamiętam. Natomiast jeżeli chodzi o „Czekaj na dalsze instrukcje”, święta są tam okazją do pewnych gorzkich refleksji, moim zdaniem, na temat kondycji dzisiejszych więzi międzyludzkich, na temat kondycji świata jako takiego, ale też, o czym za chwilę powiem, był to poniekąd bardzo profetyczny film, bo jeżeli go odniesiemy do rzeczywistości chociażby sprzed roku, możemy dostrzec wiele paraleli. Ale co tam się, Marku, w ogóle wydarzyło?
[01:51:11] - Tak. Mamy do czynienia z rodziną, którą chyba najlepiej opisuje słowo „dysfunkcyjna”. Zdecydowanie dysfunkcyjna rodzinka, ale która się jednak na święta spotyka. I zostańmy przy tym. Ci ludzie chyba nie do końca się lubią, chociaż są rodziną. Ojciec, matka, syn z narzeczoną, córka z mężem i z dzieckiem w brzuchu. Spotykają się jednak. Są święta i się spotykają. I bardzo szybko następuje ten moment, kiedy wchodzimy w sytuację, w której okazuje się, że dom został odcięty od świata. W miejscu szyb, w miejscu drzwi pojawia się coś, co odcina dom od tego, co jest na zewnątrz.
Nie można z tego domu wyjść. Co więcej, na ekranie telewizora pojawia się komunikat na wszystkich kanałach, żeby czekali na dalsze instrukcje. I zaczyna być dziwnie, a potem właściwie jest coraz dziwniej. Ty, Piotrze, powiedziałeś o takim pewnym profetyzmie. Tak, bo tam się pojawiają sprawy, które my już właściwie przerobiliśmy. Zaufania, słuchania, słuchania rozkazów, słuchania poleceń, odnośniki do szczepień, do izolacji, przymusowej izolacji. Wiem, że mówię zagadkami, ale trudno, żebym państwu film opowiadał, przynajmniej na tym etapie, na którym jesteśmy. Być może kiedyś zmienimy decyzję co do spoilerów. W każdym razie mamy też takie odniesienia do demokracji. Czym jest demokracja?
Czy to aby na pewno jest tak, że jak większość zdecyduje, to może zdecydować o tym, żeby kogoś zabić na przykład? Nie tak, ale chodzi o pewien mechanizm. Czy to jest demokracja, czy może pseudodemokracja? W pewnym momencie pojawia się coś na kształt, tu cudzysłów oczywiście ogromny, szukania agentów, szukanie zmowy, szukanie ukrytych mechanizmów. To wszystko w tej małej społeczności zaczyna funkcjonować, zaczyna tę społeczność rozsadzać, właściwie ją niszczyć. I pod tym względem, tak jak powiedziałeś, Piotrze, to jest film, skoro powstał w 2018 roku, na swój sposób proroczy. Gdybym ja go widział trochę wcześniej, to może też na pewne sytuacje reagowałbym inaczej. Ta zbieżność jest. W pewnym momencie w tym filmie pojawiają się strzykawki, których należy użyć, bo tak każe telewizor. Spłycam, ale to tak mniej więcej wygląda.
Czy coś się państwu kojarzy? Bo mnie bardzo.
[01:54:33] - Tak. Na chwilkę odejdę od tego wszystkiego, bo tutaj jeżeli się pojawiają rzeczywiście takie głosy, żebyśmy omawiali albo bardziej spoilerowali, albo wręcz opowiadali filmy, przypomina mi się taka scena z serialu „Czterdziestolatek”, zresztą bardzo zabawnego, jednego z moich ulubionych, kiedy inżynier Karwowski gdzieś tam szuka telefonu. Okazuje się, że Maliniak siedzi na tym telefonie i opowiada znajomemu film „Noce i dnie”. One trwały cztery i pół godziny. Jak my pójdziemy tymi śladami, to ta audycja w finalnym oczywiście kształcie „Bibliotekarium” może nie trwać pięciu, sześciu godzin, ale nawet 12. Jeżeli trafimy na coś tak długiego. Ale prawda jest taka, że „Czekaj na dalsze instrukcje” to był film niszowy, zapomniany. Mało osób go zna. On praktycznie chyba był troszeczkę klapą, jeżeli chodzi o względy finansowe. Zupełnym przypadkiem on się wplótł w narrację pandemiczną.
A konkretnie chodzi o ten element, kiedy media prześcigały się w eskalowaniu napięcia, potem w dobrych poradach, potem w kwestii szczepionek i tak dalej. Przecież pamiętacie ten czas. To nie było tak dawno, kiedy przy kolejnej fali mieliśmy w studiu telewizyjnym gadające głowy. Zwykle to byli chyba trzej eksperci, nie będę wymieniał nazwisk, którzy opowiadali: „Tak, szczepcie się. Tak jest tak i tak. Tak, zasłaniajcie usta i tak dalej. Tak, myjcie ręce”. W filmie „Czekaj na dalsze instrukcje” mamy to przeniesione na troszkę inny, bardziej mechaniczny szczebel, ale to było dokładnie to samo. I tutaj tkwi ta symboli- O której mówiłem. Autor chciał nam coś powiedzieć.
Czy był jasnowidzem? Tego nie wiem. Finalnie okazuje się jednak, że technologia przejęła nad naszymi umysłami kontrolę. W tym przypadku jest to telewizor, ale można to rozciągnąć także na smartfony. W dzisiejszym świecie przede wszystkim na medium, którym jest internet. I tak się zacząłem zastanawiać, czy reżyser, scenarzysta próbowali nam odnieść się, bo oni o pandemii oczywiście nie mogli wiedzieć, ale czy oni próbowali odnieść się do rozpadu więzi rodzinnych, międzyludzkich przez internet właśnie? Wyobraźmy sobie przecież tą Wigilię. Oni tam akurat może nie do końca mają taką Wigilię w Wielkiej Brytanii jak my w Polsce, ale chodzi o to, że w takim dużym skrócie, w dużym uproszczeniu, że taką tradycją świąteczną, taką, jaką tradycją jest u nas ten „Pożal się Boże, Kevin", w wielu domach, nie tylko u nas, ale i w innych krajach, stało się takie wspólne przesiadywanie przy telewizorze zamiast przeżywanie tego czasu w sposób głębszy. I tu chodzi zarówno o te względy religijne, ale też te inne, o których mówiliśmy w naszej audycji z poniedziałku, bo przecież dozwolone jest, aby ktoś, kto nie wierzy, kto nie jest katolikiem, mógł świętować Boże Narodzenie i jakoś to przeżywać w zupełnie innym, uzasadnionym zakresie. Także jeżeli chodzi o „Czekaj na dalsze instrukcje", jest to film godny polecenia.
Naprawdę jeden z takich filmów niskobudżetowych science fiction, takich jak „Vivarium", które zrobiły na mnie duże wrażenie. A jeżeli chodzi o COVID, no cóż, w obliczu tego, co się wydarzyło po COVIDzie, po pandemii, to dzisiaj nikt już o nim nie pamięta. Nikt nie pamięta o szczepionkach. Dzisiaj się mówi o inflacji, o wojnie na Ukrainie. Przynajmniej na razie.
[01:58:38] - Tak, Piotrze, ale strzykawki strzykawkami, COVID COVIDem. W tym filmie pokazany jest mechanizm przejmowania kontroli nad grupą przez, w tym wypadku telewizor, ale przez polecenia z zewnątrz, przez tych, którzy wiedzą, bo przecież mylić się nie mogą. To jest trudne. Trudno, żebyśmy oddali w naszej rozmowie, jak to przebiega, ale jest to zrobione wiarygodnie. Kiedy ojciec rodziny dochodzi do wniosku, że tam płynie prawda objawiona z tego telewizora, że to musi być prawda, to wszystko przestaje mieć znaczenie. Wszystko poza tym przestaje mieć znaczenie. W związku z tym znowu znamy tę sytuację i czy to będzie COVID, czy to będzie jakakolwiek inna przypadłość, która nas spotka albo nas spotkała, to właściwie mechanizm jest ten sam. Przychodzi rozkaz, przychodzi polecenie i trzeba go wykonywać i niespecjalnie zastanawiać się, czy to ma sens, czy to nie ma sensu. Nie, nie chodzi o to, żeby to rozkminiać. Chodzi o to, żeby słuchać, bo przychodzi polecenie od kogoś, kto wie.
Skoro wie, to znaczy, że kieruje nas ku czemuś dobremu. Chce nas ocalić. Ten film tak naprawdę gdzieś tam, jak się go obejrzy do końca, pyta, ale czy aby na pewno chce nas ocalić? W dodatku jeszcze w pewnym momencie tego obrazu pojawia się taki wątek wręcz parareligijny, wręcz bożonarodzeniowy. Tu oczywiście znowu cudzysłów stawiam, bo coś się tam jednak pojawia takiego. I to dodatkowo jeszcze wrzuca dodatkowy level do tego filmu, bo to wcale nie musi być prawda, ale użyty jest argument taki parareligijny. Czyli i tym można manipulować, by osiągnąć swój cel. Jaki to jest cel? Tak do końca chyba nie wiadomo. Można się tylko domyślać, ale jest użyty klucz.
Użyty jest mechanizm na tej zasadzie działający. I to jest dodatkowy element, który w tym filmie sci-fi, czy może bardziej już jakimś takim dreszczowcu horrorowym może przerażać. To jest film, który straszy na kilku poziomach. Na takim poziomie wizualnym to on mnie słabo straszył. Aż tak się nie boję takich różnych wizualnych dziwactw, ale na poziomie emocjonalnym czy takim psychologicznym to on był mnie w stanie nastraszyć. Czułem się zastraszony.
[02:01:53] - Tak. Jego się docenia dopiero po jakimś czasie od seansu tak naprawdę. Bo jeżeli podejdziemy do niego tak, że tutaj mamy jakiś nowy film, zobaczmy co to, powiemy: „O Jezus, jaki gniot. To chyba jakiś telewizyjny film brytyjski". Natomiast on jest naprawdę, przy pewnym skupieniu, naprawdę jest niezły. Tak jak powiedziałem, w ostatnim czasie wyszło kilka dobrych, kilka złych filmów, powiedzmy science fiction, takich jak na przykład „Vivarium". Chociaż zrealizowany mniejszym nakładem, robią wrażenie. Bardzo fajnie, że ktoś taką robotę odwala, bo u nas na przykład marnuje się pieniądze, jeżeli chodzi o produkcję filmową. Pamiętam, były takie gnioty. Netflix puszcza te gnioty.
Jak to się nazywało? „W lesie dziś nie zaśnie nikt” chyba. To był jeden z najgłupszych filmów. Ja w ogóle nie wiem, jak ktoś może wydawać pieniądze na coś takiego. Ktoś, kto kręci takie coś, to powinien sobie to „Vivarium” obejrzeć, zobaczyć, jak można człowieka przestraszyć minimalnym nakładem środków, nawet jeżeli stosujemy mniej zaawansowaną grafikę komputerową. Naprawdę Polska odstaje, jeżeli chodzi o różnego rodzaju produkcje. Myślę, że producenci filmowi u nas rzucają pieniądze na jakieś dziwne igrzyska. Pamiętasz, w pierwszym odcinku naszego programu mówiliśmy o polskim horrorze satanistycznym, zapomniałem, jak to się nazywało, z Olafem Lubaszenko. Też totalny gniot. Ale mimo wszystko ktoś to wyreżyserował, włożył ogromne pieniądze.
Nie docenia się inwencji. Chyba też film, o którym mówimy, czyli „Czekaj na dalsze instrukcje” jest dowodem na to, że za granicą może być podobnie. Jest to ogólnie smutny film. Podobnie smutnym filmem jest „Krampus”. Ale przejdźmy do czegoś bardziej komediowego, bo horrory komediowe są specjalnością, jeżeli idzie podgatunek, jakim są świąteczne filmy grozy. Mówię tutaj o filmie „Dead End”, który po polsku się nazywa bodajże...
[02:04:27] - „Droga śmierci”. To stary film z 2003 roku. To nie jest komedia, przy której państwo będziecie się kulali ze śmiechu po podłodze. To jest typowa czarna komedia, ale zrobiona moim zdaniem inteligentnie. Oczywiście znajdą się zawsze malkontenci, którzy powiedzą, że coś im tam nie pasuje. Okej, pewnie tak. Natomiast w dotychczasowym zestawie to jest film, który najbardziej mnie zafrapował, bo jako człowiek doświadczony w śledzeniu różnego rodzaju narracji, przez jakiś czas nie byłem w stanie chwycić, dokąd reżyser, dokąd autor scenariusza chcą nas poprowadzić. Złapałem, ale stosunkowo późno. Co więcej, zdałem sobie sprawę, że właściwie od początku widz dostaje sygnały , dostaje sygnały, o co chodzi. Jak się później wstecznie analizuje ten film, to od początku pełną informację dostawaliśmy, tylko nie potrafimy jej rozkodować.
Ja lubię takie filmy. Dodatkowo jeszcze pewnym plusem dla tego filmu jest to, że on jest niby horrorowatym tworem, ale jednocześnie jest czarną komedią. To moim zdaniem świetne zestawienie. Robili to Amerykanie z Francuzami i to chyba dobrze zrobiło temu filmowi. Tak mi się przynajmniej wydaje.
[02:06:13] - Tak, on balansuje tutaj, równoważy pewną dozę humoru, strachu i elementów zagadkowych. Polega to wszystko na tym, że pewna rodzina wybiera się na święta do bliskich. Tutaj ojciec, chcąc skrócić sobie drogę, nie jedzie autostradą, tylko wybiera się przez wielki kompleks leśny. Po drodze zasypia. Wszyscy się budzą, kiedy hamuje. I od tego czasu rozpoczyna się bardzo dziwny spektakl.
[02:06:45] - Sekunda, tylko przerwę. On hamuje, ponieważ naprzeciw niego jedzie samochód i ten samochód mu błyska światłami, on hamuje i ten samochód znika. Gdzieś się rozpływa. Nie ma go. Wszyscy odetchnęli, bo nie doszło do wypadku. Jest super. Przeżyli. I już milknę.
[02:07:07] - Tak, a potem robi się tylko dziwniej, bo to jest coś, co lubię ogólnie w horrorach, filmach tak zwanych mystery, że ludzie gubią się w swojej rzeczywistości. Lubię też takie historie, jeżeli chodzi o kwestie paranormalne, bo jak wiecie, zbierając w „Nieznanym Świecie”, ale mi się zrymowało, różnego rodzaju paranormalne relacje, zawsze można było coś ciekawego wyłuskać i do moich ulubionych należały historie z takim zagubieniem się w paralelnej rzeczywistości. Słowo „paralelne” używam już chyba któryś raz. Równoległej rzeczywistości. Tutaj jest podobnie. Rzeczywistość kryje luki, furtki, w których można się zagubić. No i cóż, oni się budzą. Mamy tam też rodzinę, jak to w filmach świątecznych z problemami, która się nie potrafi dogadać, bo te problemy cały czas buzują w nich przez 12 miesięcy, aby w chwili zjedzenia opłatka — oczywiście nie jedzą tych opłatków, bo to się u nas tylko robi — powiedzieć sobie słowo prawdy i to wszystko naprawić. To jest takie przekleństwo filmów bożonarodzeniowych. Ale uwaga, tu to wszystko zmierza w stronę bardzo dziwnej kulminacji.
I ten szereg zjawisk paranormalnych i ten szereg przygód po drodze sprawia, że możemy to określić, że główni bohaterowie wpadają w rodzaj pętli. To ma też swoje symboliczne odniesienie. Może troszeczkę za bardzo symbolicznie dzisiaj odjeżdżam, ale zaraz o tym powiem, o co chodzi. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na parę aktorską głównych bohaterów, czyli ojca i matkę, którzy różne rzeczy sobie wyrzucać zaczynają podczas tej problematycznej wyprawy. Jest to Ray Wise znany z „Twin Peaks” oraz jest to aktorka, która znana jest z „Naznaczonego” i ona się nazywa Lin Shaye. Lin Shaye to jest amerykańska aktorka, która pojawiła się w „Naznaczonym”, ale potem też zagrała w różnego rodzaju horrorach. Zwykle gra medium. Pojawia się także w filmie „Jack wraca do domu”, w którym główną rolę grał Rory Culkin, o którym mówiłem. Też bardzo mocny film. Także już od początku wiemy, że to będzie coś dobrego.
Natomiast tutaj nie chcąc wam psuć seansu, nie powiem za dużo, ale gdyby chcieć ten film rozpatrywać od strony symbolicznej, to można zwrócić uwagę na coś takiego. Bo oni tam są uwięzieni, jak powiedziałem, na pewnym odcinku, w pewnej rzeczywistości, w pewnej pętli. Koniec końców się okazuje, że jest zupełnie inaczej. Niemniej jednak święta to też taki coroczny rytuał. Taka pętla grudniowa, na której końcu się wszyscy spotykają. Pomimo wszystko święta nie wszystkim się dobrze kojarzą. Dziś w mediach w okresie świątecznym coraz częściej pojawiają się takie artykuły o zabarwieniu psychologicznym, mówiące o tym, że są osoby, które nie znoszą wręcz świąt, że wolałyby to przespać albo pogrążyć się w lekturze przez ten czas. I tutaj taki wniosek, który się pojawia, ale dość długo po emocjach, które towarzyszą seansowi „Dead End”, że ta pętla, której metą są święta, pokazuje nam, że tak naprawdę celebrujemy ten okres, ale też pojawia się gorzka refleksja, ile razy w życiu mamy okazję go obchodzić. Dobrych kilkadziesiąt razy. O tym smutnym aspekcie zapominamy.
To jest taki bardzo filozoficzny aspekt tego filmu, chociaż on dopiero przyjdzie po jakimś czasie, bo tak naprawdę liczy się tam historia, prawda?
[02:11:35] - Tak, historia jest opowiedziana brawurowo. Tam nie ma żadnych odlotów, żadnego kombinowania z zamgleniami, z kamerą, która jakoś tam dostaje, za przeproszeniem, pierdolca. Tylko nie, to jest wszystko filmowane bardzo realistycznie, a jednocześnie jest coraz dziwniej. Zaczyna się robić coraz dziwniej w tym filmie. Robi się coraz dziwniej, a jednocześnie jeden z głównych bohaterów znajduje bardzo racjonalne wyjaśnienie dla tego wszystkiego. Tłumaczy sobie to pewną drogą wojskową, która jest zamknięta i którą uczęszczają tylko pojazdy wojskowe i wszystko jest w stanie zracjonalizować. No i człowiek tak sobie myśli: „Holender, właściwie nawet rzeczy dziwne da się wytłumaczyć w sposób absolutnie rzeczowy. Nie ma problemu”. Tymczasem, tak jak powiedziałem, ta historia zaczyna się coraz bardziej udziwniać i my sobie z tego zdajemy sprawę. Nie do końca zdają sobie z tego sprawę bohaterowie.
Specjalnie użyłem słowa „nie do końca”, bo oni wiedzą, że dzieje się coś przerażającego, ale cały czas są tak przyklejeni do rzeczywistości, do tego, co ich otacza, że oni, tak jak powiedziałem, bez przerwy usiłują sprowadzić to do pewnych znanych sobie zjawisk. A naprawdę robi się coraz dziwniej. Co więcej, pewnym smaczkiem tego filmu jest to, że gdy się państwo dowiadujecie co i jak, tak jak już mówiłem, sugerowałem to wcześniej, to mówicie sobie państwo: „No jasne, przecież to od początku było wiadomo, że to tak, tylko nie wpadliśmy na to niestety”. A wyjaśnienie tego wszystkiego jest bardzo proste. Co więcej, te wszystkie zagadki, które się pojawiają, tak określę te wszystkie dziwne zjawiska, które mają tam miejsce, postacie, które tam przemykają przez ten film, pewne dziwne obserwacje głównych bohaterów. To wszystko nagle wskakuje jak taki puzzel na swoje miejsce. Mówimy sobie: „Wow, kurczę, to było super”. I to jest dlatego film, który szanuję. Ja powiem, że oglądałem go dzięki Piotrowi. Tak jak już mówiłem w poprzedniej audycji, jeszcze w poprzedniej, tak i powiem w tej.
Ja dzięki Piotrowi i dzięki temu cyklowi o filmach oglądam szereg filmów, na które prawdopodobnie bym nie trafił albo trafiłbym z dużym opóźnieniem. I to jest Może nie najważniejsza, ale jedna z wartości tego cyklu, którą sobie bardzo cenię. Film „Droga śmierci” to taki film, który ze mną zostanie. Zdecydowanie. Ta rzeczowość, z jaką to wszystko zostaje wyjaśnione, rozbroiła mnie. Dla mnie jest to super film, chociaż myślę, że jest to film niskobudżetowy. Nie chcę kalek powielać, w każdym razie to nie jest produkcja za wielkie pieniądze. To jest dosyć kameralny film. Myślę, że zrobiony za umiarkowane pieniądze, a to nic nie zmienia. Siła tego obrazu jest potężna.
Tak mi się wydaje.
[02:15:38] - Tak, on w zasadzie rozgrywa się w samochodzie, w kręgu czterech, pięciu osób, które się zmieniają. Film ten zarobił naprawdę bardzo dużo i to jest jeden z evergreenów tamtego okresu. To jest też oczywiście bardzo określona estetyka tamtego czasu, lat 2000. Dlatego to też trochę trąci myszką już teraz, bo to jest chyba rok 2003 z tego, co pamiętam. Mimo wszystko jest to godne polecenia. Rzadko się zdarza dzisiaj, żeby coś takiego się pojawiało. Nie chcę powtarzać swoich wniosków sprzed chwili. Natomiast co jeszcze warto dodać? Zastanawia mnie to, czy ten humor, który w tym filmie momentami dominuje, czy on jest tam umyślnie dodany. Chodzi mi o to, czy starano się zrobić z tego troszeczkę komedię, żeby wpisać się w ten nurt świątecznych filmów, śmiesznych horrorów.
Mogłoby się okazać, że gdyby zrobić z tego horror pełnokrwisty, to by było trochę za poważne, za ciężkie i tak dalej. Tak, mamy film lekki, przyjemny, ale z drugiej strony wielopoziomowy. Dodajmy, że on bardzo duże zyski przyniósł i że warto zwrócić uwagę na parę aktorską, która tam odgrywa role ojca i matki. Na początku powiedzieliśmy, że filmy bożonarodzeniowe dzielą się na różne kategorie. Dzielą się zarówno na podgatunki, jak i na kategorie. Boże Narodzenie traktowane jest zarówno jako tło, gdzie rozgrywają się główne wydarzenia, jak też jako taki symbol. Jako coś, co ma nas wprowadzać w pewien określony stan emocjonalny. Coś, co ma nas uspokoić, ewentualnie przygotować na nadejście mocnego, emocjonalnego uderzenia. Na koniec chcielibyśmy wskazać na dwa filmy, które może niekoniecznie są filmami świątecznymi, bo chyba nie są. Natomiast Boże Narodzenie zostało tam wykorzystane jako pewien nośnik, katalizator, wzmacniacz doznań.
Wzmacniacz przerażenia. Pierwszy z tych filmów to film „Dzieci" z roku 2008. To również jest produkcja brytyjska rozgrywająca się w okresie świątecznym.
[02:18:47] - Między świętami a Nowym Rokiem oni jadą do rodziny.
[02:18:53] - Tak. Przy czym to jest film dziwny i nie wiem, jak by dzisiaj społeczność odbiorców zareagowała na stworzenie tego rodzaju obrazu, pomimo że minęło tak naprawdę 14 lat od pojawienia się tego filmu w reżyserii Toma Shanklanda. To jest też taki trochę Kevin, tylko w drugą stronę. On opowiada o spotkaniu przyjacielsko-rodzinnym, w którym biorą udział rodziny z dziećmi. Pojawia się problem, dlatego że te dzieci łapią chorobę. To nie jest norovirus, czyli zimowa choroba, która przemienia to wszystko w jakieś piekło związane z wymiotami i biegunką. To jest coś znacznie gorszego. Film jest wstrząsający. Ja miałem bardzo mieszane uczucia, kiedy to obejrzałem, ale znowu, kiedy przeniesiemy wszystko na trochę głębszy poziom, to zaczniemy sobie zadawać egzystencjalne pytania. Nie wiem, czy uzasadnione, ale zaraz o nich powiem.
[02:20:05] - Z tymi egzystencjalnymi pytaniami. Być może, ale ja zwróciłem uwagę najpierw na to, że ten film jednak nie do końca się klei. Już mówię, o co chodzi. Lubię historie, w których pewne rzeczy są prawdopodobne i nie odwołując się do tego, na przykład do końcówki, która mi się podobała z różnych względów, chociaż nie wiem, czy ona dzisiaj mogła być zrealizowana, ale podobała mi się ta końcówka. Natomiast Ja odniosłem wrażenie, że rodzice tych dzieci, które zachorowały i które zaczęły przejawiać takie dosyć makabryczne albo złowieszcze ciągoty, ci rodzice byli cofnięci w rozwoju po prostu. Albo w każdym razie coś im tam nie stykało. Te synapsy w mózgu jakoś nie do końca działały dobrze. Ja rozumiem, że rodzice mogli się nie spodziewać, że dziecko może się przekształcić w jakiś rodzaj potwora. Nie mówimy o przemianie fizycznej, to od razu zaznaczę. Dobrze, pierwszy raz to mogło zadziałać.
Tymczasem to niestety działa przez cały czas. Ci rodzice trochę się zachowują jak takie głupki leśne i cały czas: „Dzieciaczki są wspaniałe, chore, biedne”. Tymczasem te dzieciaczki, na skutek tej choroby, to są takie małe demoniki, które tam szerzą spustoszenie i to czysto fizyczne spustoszenie. Czytałem komentarze, ktoś zresztą zauważył, że z tymi dzieciaczkami, które z rodzicami wyprawiają różne nie do końca fajne rzeczy, z takim dzieciaczkiem to sobie przeciętny nastolatek by poradził, a nie trzeba tu dorosłego. Tymczasem ci dorośli cały czas oczywiście biorą pod uwagę, że to dzieci i przecież nic z nimi nie można zrobić. I w związku z tym te dzieci to są potwory. Ja nie do końca wierzę w tę narrację. Nie do końca wierzę, że tak zachowywaliby się dorośli, którzy stanęli w pewnym momencie w obliczu takiej indywidualnej, to podkreślam, indywidualnej zagłady. Nie, ten film mi się nie klei. To nie jest mój ulubiony film.
[02:22:45] - Jest to jeden z tych obrazów, kiedy w głównej roli stawiany jest wątek rodzicielstwa. Jest to zawsze problematyczne. Ja pamiętam recenzję w Nieznanym Świecie „Vivarium”, którą napisał Wojtek Chudziński i tam też to zostało poruszone. To są zawsze trudne pytania, dlatego że z rodzicielstwem jest trochę jak ze świętami. Musi być dobrze, musi być słodko. Natomiast wszyscy wiedzą, że jest inaczej. W głowach ilu osób kołatają się zupełnie inne myśli. Może jest to takie symboliczne odniesienie też do zupełnie innej kwestii. Nie wiem, czy to jest dobre skojarzenie akurat w tym momencie, czy to chciał powiedzieć reżyser, ale on nas chyba pyta, co stało się z tymi dziećmi, które tak cieszyły się na każdą choinkę, na każde święta i co z nas wyrosło. Bo gdybyśmy odwrócili ten proces i zobaczyli, przynajmniej niektórzy z nas, bo nie mówię, że wszyscy, ale gdyby niektórzy z nas zobaczyli dzisiejszych siebie w swoim odbiciu sprzed lat, byłoby to naprawdę szokujące.
Tutaj chyba chodzi też o taki wyidealizowany obraz świąt, dzieciństwa, rodzicielstwa. Nic nie jest takie, jak chcemy. Nic nie jest nigdy pieprzne albo słodkie. Zawsze te smaki są wymieszane. Zawsze te kolory, odczucia są różne. Myślę, że to jest takie delikatne odniesienie do tego, że my chcemy pewne rzeczy zapamiętać tylko z dobrych stron. Przywołam dzisiaj wojaka Szwejka po raz kolejny. Tam było też tak, już nie pamiętam, kto to był. I on mówił tak: „Wy mnie znacie, ale wy mnie nie znacie, bo wy mnie znacie tylko z dobrej strony”. My chcemy pamiętać tylko dobre strony.
Nie chcemy pamiętać tych złych. To samo się tyczy dzieciństwa. To samo się tyczy świąt. Dzisiaj popłynąłem z tymi symbolicznymi odniesieniami. Pani z polskiego byłaby ze mnie dumna.
[02:24:58] - Też tak myślę, że byłaby dumna, ale akurat panie z polskiego to nie są ulubione bohaterki mojej wyobraźni, ponieważ panie od polskiego mocno nadinterpretowują różne rzeczy. Odnoszę wrażenie jednak, że film, który posługuje się pewną poetyką filmu grozy, dreszczowca, nawet nie wiem, co to jest, horroru powiedzmy. Dobrze, niech to będzie horror. Jednak on sobie ten film tutaj radzi rozmaicie, bo tak jak powiedziałem, o ile ci troszeczkę cofnięci w rozwoju rodzice zachowują się dziwnie i być może można to zgonić na kwestie rodzicielskie, że rodzic się czuje zawsze odpowiedzialny i że dziecko jest takim skarbem i najważniejsze. Okej, dobra. Ale końcówka filmu, której oczywiście państwu nie opowiem, bo jeszcze konwencji nie zmieniliśmy, pokazuje, że jednak można dorzucić do pieca, tak to sobie określę, nawet jeśli mamy do czynienia z dziećmi. Zresztą sam finał finału też pokazuje, że tam naprawdę jest groźnie. Natomiast cały czas pozostanę przy tym, że myślę, Piotrze, że widzisz ten film lepiej niż zrobili go jego twórcy, bo szukasz tam rzeczy i znajdujesz tam rzeczy, których moim zdaniem w zamyśle autorów tam nie było. To oczywiście o niczym nie świadczy, bo skoro da się z tego filmu wyciągnąć takie wnioski, to jest punkt na jego rzecz. Ale myślę, że przy realizacji sporo kulało, a już twórcy scenariusza, a może też scenografii albo rozwiązań czysto narracyjnych, które powstają już na planie, chyba jednak się do pracy nie przyłożyli.
Już pójdę bardzo po bandzie. Trudno mi jest w mechanikę tego filmu w niektórych momentach uwierzyć. Wiem, w przeciwieństwie do Piotra, ja nie idę w interpretacje, tylko w czyste technikalia i w czyste mięso w tym filmie. Po prostu ja lubię, jak historia jest podawana w sposób realistyczny. Ja nie wierzę w realizm tego filmu. To jest historia, przy której trzeba bardzo mocno zawiesić na kołku swoje postrzeganie rzeczywistości, żeby w nią do końca uwierzyć. Co nie zmienia faktu, że ona momentami jednak straszy. Momentami jednak bywa taka, że człowiekowi się robi chłodno. Ale czy to jest argument, żeby ten film wybronić? Dla mnie nie.
Dla mnie to jest film, którego nie lubię. Ale nie słuchajcie mnie państwo tak do końca. Przekonajcie się o tym sami. Czy go warto polubić, czy też warto go jednak na czarną listę?
[02:28:44] - Rasowy krytyk by się bronił i powiedział: „Ale tam było przedstawione zło nieuświadomione”. Ja mówię nie bronię tego filmu, dlatego, że on jest, jakbym miał powiedzieć kolokwialnie, bardzo sztywny. Akcja się toczy dość dziwnie. On nie przyciąga. Ale jeżeli chciałbym znaleźć coś na jego obronę, powiedziałbym, że to, co tam najbardziej mogłoby przestraszyć potencjalnych rodziców i tak dalej, to jest przedstawienie dzieci właśnie w ten sposób. Pomimo wszystko wciągnęliśmy ten film na naszą listę, tak jak wciągnęliśmy „Zmowę”. „Zmowa” to jest film polski. Wielu z was mogło go widzieć. Film z 1988 roku, chociaż prawdopodobnie pierwszy pokaz miał dopiero dwa lata później. Film Janusza Petelskiego opowiada o tak zwanej sprawie połanieckiej.
To jedno z najsłynniejszych morderstw w PRL-u, oparte o książkę, reportaż Wiesława Łuki. Wiesław Łuka był laureatem Nagrody Honorowej Nieznanego Świata. Cóż możemy tutaj powiedzieć? W krótkich słowach: „Zmowa” wyraża to, o czym wspomniałem wcześniej. Gdy czujność wszystkich w świątecznym okresie jest uśpiona, czy to przez atmosferę, czy przez alkohol, mogą wydarzyć się rzeczy naprawdę złe. Mimo wszystko uważam, że „Zmowa” to jeden z najciekawszych polskich filmów tego okresu. Chociaż niektórzy mogą odnieść takie wrażenie, że jemu jest trochę bliżej do dokumentu przez dziwną, dość narwistą rolę narratora. Mimo wszystko bardzo doborowa obsada aktorska. Możemy tutaj powiedzieć: nieodżałowany Jerzy Łapiński w roli głównego badassa, winowajcy, a także Ewa Szykulska, Adam Ferency, Bogusław Sochnacki. Dzisiaj bardzo zapomniany, nieżyjący już aktor, także dubbingowy.
I znowu paralela, synchroniczność. Znany z „Nocy i dni”, dzisiaj już wspominanych, z roli Romana Katelby. I oczywiście Zbigniew Buczkowski w nietypowej roli księdza. I to nam powinno mówić samo za siebie. O czym ta historia w ogóle jest? Jak powiedziałem, to jest bardzo skomplikowana sprawa, do dzisiaj niewyjaśniona. Mamy tam taką historię przedstawioną, że główny bohater, on się bodajże nazywał Jan Sojda. To wszystko w filmie jest troszeczkę inaczej przedstawione. On został skazany na karę śmierci za to, że po prostu w Wigilię zabił trzy osoby na oczach pasażerów całego autobusu. Potem doszło do pewnego rodzaju sprzysiężenia.
Nie wiem, jak to powiedzieć nawet. To jest dosłownie jak jakaś mafia. Oni zastraszali ludzi. Chodziło o jakieś porachunki z przeszłości, nie do końca w sumie zrozumiane. Film naprawdę bardzo dobry, pokazujący nam te święta od zupełnie innej, ale takiej ultrarealistycznej polskiej strony.
[02:32:12] - Tak. To się wydarzyło w '76 roku. Jeśli weźmiemy prawdziwe wydarzenia, które stały się podstawą do filmu, był '76 rok. Po pasterce miało miejsce to, co miało, czyli zamordowanie kilku osób na oczach wielu innych. Przysięganie na krucyfiks i w ogóle to, co Piotr powiedział. Mamy zbiorową winę wsi terroryzowanej przez jedne- Przez jedną rodzinę, a właściwie głowę tej rodziny. Ja myślę, że ten film lepiej można zrozumieć, jeśli sięgniecie sobie państwo, już nie pamiętam, na którym to kanale, ale wydaje mi się, że albo na „Opowiem ci historię” na YouTubie, albo na „Kryminatorium”, na jednym z tych dwóch kanałów ta sprawa jest wyjaśniona od strony faktograficznej. Tam się państwo przekonacie, o co tak naprawdę chodziło w prawdziwym sporze. Zaręczam państwu, że sprawa jest tak banalna, że zamordowanie trzech osób w jej wyniku to jest po prostu coś niewyobrażalnego. A jednak okazuje się, że złe języki mogą zrobić coś takiego, że giną nagle osoby.
Co więcej, w filmie fajnie jest wyjaśnione to, co w tych youtubowych filmikach jest tylko zrelacjonowane, że tak się stało po prostu, że główny bohater kazał przysięgać wielu ludziom. Co więcej, to, że on im kazał przysięgać, dobrze, dokonał morderstwa i później kazał im przysięgać, że niczego nie widzieli. Niezwykłe, to złe słowo, dziwne, wstrząsające w tym filmie jest to, że ci ludzie, którzy przysięgali, tę tajemnicę utrzymują przez długi czas. Ze śledztwem były spore kłopoty. Dlaczego? Dlatego, że przysięgali, wracali po pasterce, przysięgali na krzyż. zmowa milczenia nastąpiła. Tak, zgadzam się, że to jest film ze świętami w tle, ale na tle tych dzisiejszych on jest prawie dokumentalny. Robi wrażenie.
[02:35:10] - Chodzi o to, że to jest w ogóle film ani nie science fiction, ani nie horror, chociaż pod ten drugi możemy go co nieco podciągnąć. Sprawa połaniecka do dzisiaj w zasadzie pozostaje niewyjaśniona. Nie wiadomo do końca, o co im poszło. To znaczy prawdopodobnie motywy, które kierowały sprawcą, ciągnęły się jeszcze z czasów okupacji, niektórzy uważają, że z okresu PRL-u. Co najdziwniejsze, oni wszyscy byli ze sobą, jak to na wsiach, spokrewnieni. Kreacje aktorów. W ogóle jestem małym fanem trochę starszej generacji polskich aktorów i oni tam naprawdę dali popis. To jest film niskobudżetowy. To jest film, który gości w telewizji, ale który pojawia się zwykle po 22:00. Pomimo wszystko jest to przedstawione tak realistycznie, że skóra cierpnie i tam święta są tylko-
[02:36:13] - Pretekstem
[02:36:14] - ... tłem tych wszystkich zdarzeń, bo z tego, co pamiętam, to było tak, że musimy też o jednej rzeczy wspomnieć, że to nie Jan Sojda był głównym sprawcą, bo sprawców było kilka. On stworzył sobie taką konspirację i między innymi chyba dzięki swojemu zięciowi i kilku innym osobom dokonał tego zabójstwa na oczach całej wsi. Potem jeździł do Częstochowy, kupował jakieś medaliki, obdarowywał tymi medalikami te osoby, tych świadków, mówiąc, że nie mogą nic mówić i tak dalej. W filmie to wszystko jest doskonale przedstawione, włącznie z dość nieudolną postawą organów ścigania. Także jeżeli chcecie poznać motywy zbrodni ze Zrębina z roku 1976, to sobie poszukajcie na YouTubie. Ale to jest tak, jak Marek powiedział, że trudno jest zrozumieć tą historię po samej lekturze książki Wiesława Łuki, bo ona nam oddaje pewną atmosferę. Natomiast jeżeli to się wszystko połączy, wychodzi nam naprawdę chyba największy horror z tych wszystkich, które zostały dzisiaj opowiedziane. I to jest horror, który stworzył człowiek dla człowieka.
[02:37:38] - Żeby tak zakończyć, nie wiem, czy optymistycznie, ale jakoś tak mniej ponuro, to powiem tyle, że ten film może dlatego, że zrealizowany w czasach PRL-u, bardzo dobrze pokazuje tamte czasy. Jeśli należycie państwo do młodego pokolenia, które w PRL-u nie żyło albo nie żyło świadomie, to zerknijcie sobie państwo na ten film, bo on jakieś aspekty życia w głębokim PRL-u pokazuje. I to są już dzisiaj rzeczy, które są nie do końca uchwytne nawet, bo to inny świat po prostu, inny, dziejący się gdzieś kiedyś, dawno, dawno, nie w odległej galaktyce, a w Polsce. Ale to zupełnie inne dekoracje, inne okoliczności. Przeczytałem gdzieś na którymś z forów, że to jest film, którego powtórkę, takie odświeżenie mógłby zupełnie spokojnie zrobić Smarzowski na przykład.
[02:38:55] - Ja pamiętam jeszcze taki wątek z tamtych czasów, że przecież byli dziennikarze, którzy uznawali, że o tej sprawie w ogóle nie należy pisać, dlatego że to było coś tak niewyobrażalnie dziwnego w tamtych czasach. W tamtych czasach, kiedy walczono z obskurantyzmem, kiedy walczono z zabobonami, dawnymi tradycjami, mówiono wprost, że ktoś robi pod Tarnobrzegiem drugą Sycylię. A to było tak przerażające. Na szczęście zadziałał wymiar sprawiedliwości i nie jestem pewien, ilu sprawców zostało skazanych na karę śmierci. Na pewno główny tak. Wiem natomiast też, bo się tym interesowałem dość mocno, do dziś w tej wsi ponoć, nie jestem w stanie na 100% powiedzieć, bo tam po prostu nie mieszkam, panuje pewnego rodzaju zmowa milczenia, dlatego że umoczonych w tą sprawę, i może o to chodziło, jest naprawdę bardzo wiele osób. Pośrednio czy bezpośrednio.
[02:40:09] - No tak. I wyczerpała nam się lista filmów, które chcieliśmy państwu przedstawić, polecić na czas świąteczny z motywem świątecznym w tle. Będziemy kończyć. Zapowiemy się tylko, że za tydzień, chociaż Bibliotekarium ma okres ferii uczelnianych, to jednak Bibliotekarium pracuje w wersji bardziej rozrywkowej. Będzie literatura, ale będzie też odcinek filmowy. Zaprosimy państwa na odcinek, w którym będziemy mówić o swoich preferencjach z ostatniego czasu. To, co obejrzeliśmy, co nam się podobało, co nam się nie podobało. To już będzie zupełnie subiektywny odcinek, w którym będziemy dzielić się z państwem refleksjami na temat filmów, na temat seriali. Co tam w ostatnim roku przeżyliśmy, jakie wzruszenia oraz jakie odrzuty filmowe nas spotkały.
[02:41:17] - Dokładnie. Także zapraszamy za tydzień. No i co? Wesołych świąt!
[02:41:22] - Wesołych, wesołych. Tak, proszę państwa, to były filmy świąteczne, ale tak nie do końca. Cóż teraz? Teraz czas, proszę państwa, na „Labirynt książek”. 11. odcinek cyklu Mirosława Gołuńskiego. Tym razem ten odcinek poświęcony jest powieści, z którą trudno mi się rozstać. Czytałem ją w życiu wiele razy. Ta powieść to „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa. A jeśli komuś będzie mało tego, co powiedział o tym dziele Mirosław Gołuński, to ja zapraszam na Bibliotekarium, odcinek 117.
Bibliotekarium to stare Bibliotekarium z 11 czerwca 2021 roku. To całe Bibliotekarium nosiło tytuł „Kod Bułhakowa”, czyli Michał Bułhakow, „Mistrz i Małgorzata”. Tam być może państwo znajdziecie więcej informacji. Chociaż jak znam życie, to myśmy tam gadali i gadali z Wiktorem, a Mirosław Gołuński powie to państwu w sposób skondensowany i kto wie, czy nie lepszy. Zapraszam.
[02:43:13] - Dzień dobry, witam państwa w kolejnym naszym spotkaniu w „Labiryncie”. Dzisiaj skarb my precious. Książka, w której zakochałem się jako szesnastolatek i czytałem ją potem pięć, osiem, może dziesięć razy i nigdy mi się nie znudziła. I za każdym czytaniem odnajduję w niej treści, których bym się nie spodziewał, które są dla mnie nowe i odświeżające. A najlepsze teksty z tej powieści służą mi jako bon moty, powiedzonka, skrzydlate słowa. Czasami robią również jako dobre memy. Myślę oczywiście o genialnej absolutnie powieści Michaiła Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. To powieść, której akcja toczy się w latach 30. Dla tych, co nie czytali oczywiście, a właściwie na przełomie lat 20. i 30.
mamy NEP. Moskwa, Kijów, który był zawsze bliższy tak naprawdę autorowi. I do tego najbardziej ateistycznego wówczas miasta świata przybywa grupa diabła. Woland ze świtą: niezwykłym Fagotem, morderczym Asasellą, czyli bogiem pustyni i kotem Behemotem. Cudownym czarnym kotem, który za nic nie będzie mógł zrozumieć, dlaczego kota nie chcą wpuścić do tramwaju. Miał pieniądze, o co chodzi? Po drugiej stronie tytułowi bohaterowie. Tak naprawdę w powieści pisanej
[02:44:52] - Przez kilkanaście lat, którą Bułhakow zaczyna według różnych zapisków 11 lub 12 razy, pojawili się bardzo późno, bo diabeł był od samego początku. On, pisarz, który porzucił wszystko, by napisać powieść o Poncjuszu Piłacie. Ona zostawiła męża, wygodne życie, by dzielić je z Mistrzem. Tym, którego pokochała. Bo na jednym z poziomów to opowieść o niezwykłej miłości. Takiej, za którą oddaje się życie. W tej powieści dosłownie. I duszę. W tej powieści również dosłownie. Ich losy oczywiście splatają się w powieści, ale to jest jeden z możliwych wątków.
Cztery fragmenty powieści Mistrza tworzą własną narrację. To opowieści o Jeszui Hanokri. Bez trudu można się w niej rozpoznać Jezusa, który staje właśnie przed sądem Piłata. Ale tak naprawdę to jest powieść o poszukiwaniu prawdy. Mówię oczywiście o tej powieści w powieści, o tym, że wielkość jest urojona. Gdy Piłat zadaje Jeszui takie właśnie piłatowe pytanie: „Cóż więc jest prawdą?” Jeszua odpowiada: „Prawdą jest to, że tak bardzo boli cię głowa, że mało dusz nie myślisz o śmierci. Ale to minie”. No właśnie. Prawda bowiem zaczyna się od bólu głowy, czyli od tego, co możemy doświadczyć. Tego, co możemy dotknąć i co możemy zmierzyć.
I to jest prawda. Prawda, której nie chcą zrozumieć komunistyczni władcy, ale i mieszkańcy komunistycznego świata. Gdy w parku pojawia się Woland i toczy rozmowę z Berliozem, szefem Związku Literatów. Berlioz mówi, że wieczorem będzie miał wykład. Na to Woland odpowiada: „Ale to niemożliwe, bo Annuszka rozlała olej”. Oczywiście skracam tę scenę, bo mamy tam cały komunistyczny bełkot, który oczywiście też jest jedną z ważnych składowych tej powieści, które Bułhakow dyskredytuje, rozbija. Mówiąc moim językiem dekonstruuje. Ale dlaczego mówi o tym, że Annuszka rozlała olej? Ano dlatego, że Woland reprezentuje w tej powieści siły ponadludzkie, siły, z którymi człowiek nie może się mierzyć. I w pewnym momencie, w tej samej rozmowie zresztą, Woland mówi: „Ale jak możecie zaplanować cokolwiek, skoro nie dysponujecie żadną perspektywą czasową?
Nie wiecie, co się stanie wieczorem. Bo Annuszka rozlała olej i Berlioz poślizgnie się na tym oleju i wpadnie pod tramwaj. Ale nie może tego wiedzieć, bo jest tylko człowiekiem”. Zwróćcie państwo uwagę, że ja dopiero zaczynam mówić. Ja dopiero jestem przy pierwszym rozdziale, no dwóch. A tych rozdziałów jest w tej powieści 60. A nawet więcej. I każdy z nich wnosi do tej powieści takie niezwykłe przemyślenia. Niezwykłe na kilku poziomach. Przede wszystkim dlatego, że wypowiadane są zwykłym językiem.
Tu nie ma wielkich filozofii, tu jest codzienność, tu jest strach przed władzą komunistyczną. To są mali, śmieszni ludzie, którzy uciekają przed samymi sobą. Jedną z kluczowych scen tej powieści jest występ w teatrze Variété. Po prostu Woland postanowił obejrzeć Moskwiczan, a nie chciało mu się łazić po mieście, więc zaprosił ich sobie na spotkanie. I ta scena jest kapitalna, dlatego że w pewnej chwili diabły zaczynają udawać, że biorą ludzkie słowa na serio. W pewnej chwili oskarżają prowadzącego, konferansjera o kłamstwa. Oczywiście mają rację. To jest oczywiście kolejny przytyk, kolejny atak na propagandową mowę trawy. Bowiem gdy na pytanie Wolanda: „Jacy są dzisiaj Moskwiczanie?” Behemot, błazrzy z Fagotem odpowiadają, że właściwie się nie zmieniają. No i tam tego typu słowa.
Na to oczywiście konferansjer odpowiada, że gość wyraża zachwyt naszym miastem. Przecież kłamie. I wtedy pyta, Behemot chyba akurat, pyta widzów: „Co mamy zrobić?” Na to ktoś mówi: „Urwać mu głowę”. W porządku. Urywają mu głowę. No i biedny konferansjer chodzi potem przez jakiś czas z głową pod pachą. To jest ironia. Groteska. Ja aż bym powiedział, że wręcz dotyka to absurdu, a Bułhakow w całej swojej twórczości absurdu absolutnie się nie bał. Przeczytajcie państwo również inne jego opowiadania i powieści, jak na przykład „Diaboliada”.
On się tego nie boi. On przy pomocy absurdu nie pokazuje jak Beckett, Kafka i Ionesco absurdów świata. On pokazuje przede wszystkim absurdy systemu. On je obnaża. Na przykład, gdy Woland rozmawia z kierownikiem restauracji w tym Variété, w którym występował, i mówi: „Wie pan, ale jak by to panu powiedzieć? Nie ma jesiotra drugiej świeżości. Jesiotr drugiej świeżości jest nieświeży”. A ja czytałem tą powieść pod koniec lat 80., więc dla starszych odbiorców to będzie bardziej nawet zrozumiałe pewnie. Czy my nie żyliśmy w takiej chorej rzeczywistości? Dla młodszych: istniały wtedy na przykład czekolady czekoladopodobne.
Diabli wiedzą, że przywołam akturę, co w nich było. Nikt nie wie. A więc trzeba tą rzeczywistość zdekonstruować i pokazać. Przynajmniej taki był zamiar oczywiście Bułhakowa. Absurdalność tej rzeczywistości. I w takim absurdalnym świecie miłość Mistrza i Małgorzaty jest tym bardziej niezwykła. Tam wszyscy się zdradzają, tam wszyscy walczą o byt. Jak złośliwie snuje opowieść w pewnej chwili znów Behemot, niezastąpiony kpiarz razem z Fagotem, gdy opowiadają o tym, jak pewien mieszkaniec Moskwy znał nie tylko trzy wymiary. Oparując magią trzech wymiarów można było powiększyć lokal na Sadowej, by można w nim było stworzyć bal u Szatana, o którym za chwilę. Władał nawet sześcioma wymiarami, ponieważ dzięki możliwościom zamieniania mieszkania z mniejszego na większe, z większego na mniejsze powiększył swoje pole posiadania.
A potem aresztowało go NKWD. Bo tak się zwykle kończą czary i iluzje w świecie Bułhakowa i w świecie komunizmu. No właśnie, ukoronowaniem i właściwie powodem wizyty diabelskiej świty w Moskwie jest bal. Cowieczny, czyli rozgrywający się co sto lat bal u Szatana. Bal, którego gospodynią musi być kobieta o imieniu Małgorzata. Daleko choćby spokrewniona z królową Margot. I tą kobietą jest tytułowa Małgorzata. To ona uda się na bal, lecąc zresztą na miotle. Bo stanie się na ten czas Regularną czarownicą, bo będzie miała okazję zemścić się na ludziach, którzy nie docenili talentu jej mistrza. Zniszczy parę mieszkań.
W sumie mała kara. To ona będzie przez całą noc uśmiechać się do trucicielek, zabójców, kazirodców, ale też do dzieciobójczyni żywcem wziętej z „Fausta” Goethego i ją zbawi w ramach daru, który otrzymała. To jedna z najbardziej wstrząsających scen w literaturze światowej. Cały bal u szatana. Nieco starsi bydgoszczanie mogą pamiętać przedstawienie, które pod koniec lat 80. wyreżyserował w Teatrze Bydgoskim Andrzej Marczewski. Bal u szatana to jedna z najbardziej wstrząsających scen, jakie widziałem na deskach tego teatru. Jeżeli ktoś z państwa znajdzie w internecie, można sobie poszukać. Jest taka słynna piosenka z „Garnizc światła” Woźniakowskiego. W jednej z wersji teledysku mamy ujęcie z tego balu, bo Woźniakowski napisał muzykę do tego przedstawienia i to jest powalająca rzecz.
Jak więc państwo widzicie, jak każda wielka powieść i ta jest wielowymiarowa. Miłość, ale jaka? Między mężczyzną a kobietą? Na pewno tak, a w pewnym sensie Boga do ludzi? Na pewno tak. Jeszua naprawdę lituje się nad Poncjuszem Piłatem. Opowieść może zbawiać, a rękopisy nie płoną, jak mówi w pewnej chwili Asasello. To oczywiście aluzja do tego, że jedną z wersji swej powieści Bułhakow, przerażony działaniami wobec niego już niemal osobiście Stalina, z którym wszedł w spór osobisty, panicznie się bojąc, spalił jeden z rękopisów tej powieści. Bułhakow umiera w 39. Do końca dyktując, bo oślep, ukochanej drugiej żonie, która porzuciła dla niego męża.
Tak, wszyscy wiemy już, kto jest Mistrzem, kto jest Małgorzatą. Ale to byłoby zbyt proste, proszę mi uwierzyć. Dyktując fragmenty swojej powieści. Oczywiście w Rosji nikt tego nie wyda. Powieść jakimś cudem udaje się przemycić na Zachód. W latach 50. zostaje wydana we Francji. Mija kilkanaście lat od śmierci autora. Prawdziwy triumf zaczyna święcić od lat 80. Wtedy, pod koniec lat 80., miałem okazję sam ją przeczytać.
To wyszło w wydaniu BN-owskim. Najbardziej zaczytana książka w mojej naprawdę dużej bibliotece. Tak, kocham „Mistrza i Małgorzatę” od dnia, w którym przeczytałem pierwsze słowa o spotkaniu pewnego poety Ivana Bezdomnego i Berlioza. O tym, że pili ciepły sok morelowy, bo były upały i tak naprawdę on ich w ogóle nie chłodził. I wtedy zmaterializował się Fagot. Ja wtedy jeszcze nie znałem tak dobrze fantastyki, ale ta scena robi wrażenie. Tak jak motto z „Fausta”: „Jam cząstką tej siły, co wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni”. „Mistrza i Małgorzatę” trzeba czytać bardzo uważnie, spokojnie i bez pośpiechu. Rozdział po rozdziale odkrywać nowe smaki, odkrywać esencję nawet nie literatury, ale esencję duszy. Inaczej to czytałem, mając lat 16, ale żyjąc w realnym socjalizmie, a inaczej ją czytałem 15 lat później, gdy byłem już 30-letnim, w miarę doświadczonym facetem, a jeszcze inaczej po następnej dekadzie, żyjąc w zupełnie innej Polsce, ale mając pamięć własnych doświadczeń.
„Mistrz i Małgorzata”. Michaił Bułhakow. Kongenialne tłumaczenie państwa Lewandowskich. Zapraszam, bo to jeden z moich skarbów mojego labiryntu. Nie Minotaur. Jej nie trzeba zabijać. Ją trzeba chłonąć. Po takie książki wchodzi się bowiem do labiryntu. Po to się czyta, żeby znajdować takie teksty. Dla każdego będzie to inna powieść, bo każdy z nas inaczej czuje świat.
Dziękuję bardzo.
[02:56:03] - Tak. To czas, proszę państwa, teraz na wykład. Wykład Lecha Jęczmyka. Takie inne spojrzenie na świat. Od razu powiem, że Lech Jęczmyk ma bardzo kontrowersyjne poglądy. Nie trzeba się z nim zgadzać, ale moim zdaniem czasami warto jest posłuchać, popatrzeć, jak inni patrzą na problemy, z którymi my się już oswoiliśmy, na które mamy swój pogląd i żadna siła nas nie przekona. Ale inni ludzie patrzą inaczej. Nie musimy się z nimi zgadzać. Warto, żeby posłuchać. W internecie Lech Jęczmyk jest podziwiany, ale też zarzuca mu się i zresztą często słusznie, między innymi coś takiego w internecie napisano w komentarzu do jednej z książek autobiograficznych Lecha Jęczmyka, że ten autor czasami jedzie po bandzie.
No być może. Być może. Ja nie zamierzam z tym polemizować, ale zobaczycie państwo, że to, co mówi, jest ciekawe. Chociażby z tego względu, że można zacząć kombinować, dlaczego się właściwie z tym nie zgadzamy. Takie Nie zamykanie się w bańkach, jak to często bywa w mediach społecznościowych, tylko właśnie otwarcie się, dyskutowanie albo wprost uświadomienie sobie, że nie podoba mi się ten pogląd. A teraz muszę wiedzieć, dlaczego on mi się nie podoba. Bo argumentacja z cyklu „nie, bo nie”, „bo jakoś mi tak to nie pasuje” jest słaba. Lepiej znaleźć tak zwane argumenty miażdżące. Jeśli się państwo z wykładem Lecha Jęczmyka nie zgodzicie, to spróbujcie państwo takie argumenty znaleźć. Życzę owocnych poszukiwań, bo to nie jest tak, że ja wychodzę z założenia, że Lech Jęczmyk głosi jedyną prawdę.
On głosi prawdę ciekawą, swoją prawdę. A jeżeli sobie państwo przypomnicie te moje różne filipiki na temat prawdy o tym, że prawda jest tylko jedna, to już dokładnie wiecie, co mam na myśli, mówiąc o swojej prawdzie. Prawda jest tylko jedna. A czy można ją znaleźć? Chyba nie zawsze albo może bardzo rzadko. Ale to wcale nie znaczy, że nie należy jej szukać. Taki paradoksik. Oczywista oczywistość. Kim jest Lech Jęczmyk? To ja też państwu za długo nie będę opowiadał.
To człowiek, który urodził się w Bydgoszczy w 1936 roku. Jest polskim tłumaczem, eseistą, publicystą, redaktorem, znawcą literatury science fiction, a publikował między innymi felietony w Fantastyce, we Frondzie, a tłumaczył — i to jest ogromny dorobek tego pisarza — książki takich autorów jak Philip Dick, Joseph Heller, Kurt Vonnegut czy też Ballard. Zapraszam państwa serdecznie na wykład Lecha Jęczmyka. O różnych rzeczach państwo usłyszycie. O bardzo różnych.
[02:59:40] - Ja kiedy przyszedłem do pracy w wydawnictwie, to w ciągu pierwszego roku zwiększyłem średni nakład z 10 do 30 tysięcy. Średni nakład książek. Ja wydawałem około 20 książek w roku, więc takie były czasy. Po pierwsze ludzie czytali, a po drugie wszyscy czytali te same książki. W ten sposób się wytwarza kultura. Jeżeli wszyscy czytamy to same, a jeśli każdy przeczyta inną książkę, to co mamy? To mamy chaos i kupę śmieci. Korzystając z okazji, bo to pewnie mój ostatni występ tutaj. Już nie ostatni. Już kilka razy się żegnałem, ale myślę, że dzisiaj...
No bo właśnie. Więc chciałem przeprosić za kłopoty, jakie organizatorzy mieli ze mną. Kilkakrotnie mnie tutaj pogotowie odbierało i jeździliśmy po nocy po Warmii i Mazurach karetką pogotowia. Otóż nie był to tylko skutek pijaństwa. Słuchajcie, jak człowiek po pijanemu się przewraca, to się turla jakoś po ziemi i wstaje. Okazało się, kilka lat zajęło mi wyjaśnienie, że to sprawa serca. Mnie po prostu stawało serce i w tej chwili mam rozrusznik włączony i jestem poniekąd cyborgiem takim częściowym, więc wtedy człowiek się wali jak takie drzewo podcięte przez ministra Szyszkę. Muszę oczywiście podziękować doktorowi Bichmanowi, który kilkakrotnie mnie ratował w tej sytuacji. Także bardzo dziękuję. To jest wielka rzecz.
Dziękuję. Widzisz, ludzie biją brawo za to, że ratowałeś mnie, więc i mnie trochę biją. Chciałem powiedzieć o tym, że fantastyka fantastyką. Z tego się wyrasta z latami. Tam gdzieś po 50, po 60 to już tak człowieka to nie rusza. Natomiast nie rusza co? Ja widzę, że ten świat, w którym my żyjemy, jest fantastyczny. Ja się urodziłem, wychowałem i długo żyłem w zupełnie innym świecie. Dla mnie tutaj wszystko jest nowością. Nie tylko rozrusznik serca, ale dzieją się jakieś rzeczy dziwne.
Kiedy ja byłem młody, to Chiny były takim pośmiewiskiem, prawda? Mówiło się „mowa chińskiego ludu przez biurowy kapelusz” albo śpiewano taką piosenkę, którą wszyscy Chińczycy musieli znać, „Pieśń o Mao Zedongu”. A u nas to śpiewano tak: „ciąg-ha ciąg, ciąg-ha sa”. No więc Chiny to była komedia. Miałem wyjątkowe szczęście spotkać w tym roku jakiegoś Song Hongbinga, który napisał „Wojna o pieniądz” — trzytomową książkę, w której rozrys światowe imperium finansowe i to, co się działo. Chińczyk przyjechał do Stanów Zjednoczonych, zasiadł do pisania, pracował po 20 godzin dziennie jak to Chińczyk i napisał książkę, jakiej nikt przed nim nie napisał. Dwukrotnie był w Polsce, raz w Sejmie i starano się go maksymalnie olać jakby. Przenoszo-przeniesiono godzinę, zmieniano salę. W związku z tym był czas, kiedy go zaprosił wydawca na kawę i mnie również zaprosił. Chwilę z nim porozmawiałem i powiedział rzecz dziwną.
Powiedział: „Pamiętam czas, kiedy po Chinach jeździły tylko polskie samochody”. Wyobraźcie sobie dzisiejsze Chiny i polskie samochody. My zaspokajaliśmy ich zapotrzebowanie na samochody. Jak już zacząłem o Chinach, to powiem. Nie nadążamy. Wiemy, że Chiny się zmieniają, ale nie nadążamy za tym czasem zmian. W tej chwili pracują, kończą właściwie, a może już skończyli budowę największego teleskopu na świecie. Druga rzecz. Najszybszy komputer mają na świecie. Nie Stany Zjednoczone, które osiągnęły bardzo wysoki poziom przodowania w świecie i usnęły na tym poziomie.
Już nie produkują nowych bomb, tylko więcej takich samych. Budują Chińczycy na przykład... Cóż, Amerykanie zajęli na Oceanie Spokojnym wszystkie możliwe wyspy na swoje bazy wojskowe. Chińczycy mają pomysł co na to. Pływające wyspy będą robić. Wielkie wyspy pływające, na których mogą lądować samoloty, do których mogą przybijać okręty i tak dalej. Jakoś nikt przedtem nie wpadł na to. Tak samo wokół Morza Chińskiego. Amerykanie bardzo się denerwują, że Chińczycy coś robią na Morzu Południowochińskim. Tak jakby to było morze amerykańskie, prawda?
Gdyby Chińczycy to budowali w Zatoce Meksykańskiej, to bym zrozumiał. Ale na tym morzu są jakieś małe wysepki i oni je rozbudowują i tworzą tam również właściwie nie tyle bazy wojenne, co postrzegawcze bazy, które uprzedzałyby o zbliżaniu się floty napastniczej. Stany Zjednoczone są ostatnim imperium dawnego typu, które rozstawia bazy po świecie. Wydaje się, że mają ich czterysta osiem czy coś, nawet nie pamiętam, w różnych krajach. Oczywiście jakieś tam tereny wykupują. I cały czas tylko myślą, kogo by tu jeszcze zbombardować. Chińczycy nie tak robią. W ogóle na świecie dzisiaj jest nowy typ działania poprzez pieniądz. Wynajmuje się, dzierżawi się po prostu kawałki obcych krajów. Na przykład Korea Południowa dzierżawi spore tereny na Madagaskarze właściwie i tam sobie hodują żywność swoją, zamiast kupować wyprodukowaną przez innych.
Tam sobie produkują. Oczywiście muszą żyć dobrze z tymi Malgaszami, bo gdyby oni się wkurzyli, że ktoś im tutaj się szwęda po ziemi, to mogliby kłopotu narobić. No to trzeba im część tej żywności oddawać oczywiście. Chiny wynajęły w Rosji, wydzierżawiły teren odpowiadający wielkością naszym Ziemią Zachodnim. Spory, można powiedzieć teren. A oprócz tego przez granicę się Chińczycy przesączają, tak jak to opisał Jack London w powieści „Czerwona dżuma”. Przełażą z jakimiś pakunkami na plecach i po chwili się gdzieś tam osiedlają. Rosjanki chętnie za nich wychodzą za mąż, bo dla Rosjanki najcenniejszym walorem mężczyzny jest to, że nie pije, a Chińczycy nie piją. A jak piją, to im to bardzo źle robi. To tak, w ten sposób wymarły te plemiona zamieszkujące Azję, tą rosyjską, azjatycką część, czyli Indianie azjatyccy.
Jest to w zasadzie mocarstwo lądowe, tak jak Stany Zjednoczone są mocarstwem morskim i jak chcą kogoś zbombardować, to muszą przelecieć przez ocean albo zbudować bazę pod nosem tamtego. Zwróćmy uwagę, jak Rosja jest otoczona łańcuchem baz, począwszy od Estonii, Łotwy, Litwy, Polski, Rumunii, poprzez niektóre byłe republiki, które wynajmują swoje tereny. Rosjanie przeciwdziałają temu w ten sposób, że doradzają tym kacykom republikańskim, żeby podnieśli ceny dzierżawy gruntów za lotniska czy coś takiego. Więc też sprytne metody. Jedną z takich republik jest Kazachstan. My myśleliśmy kiedyś o Kazachstanie. To był taki step, na który zsyłali Polaków. Właściwie taką wizję mieliśmy. Moja ciotka na przykład z Nowogródka wylądowała w Kazachstanie Ze swoją córeczką. Wydostała się prawie cudem, a tak dzięki niezwykłej swojej asertywności, jak to się dzisiaj mówi.
Kiedyś to się nazywało bezczelność. Napisała do armii Andersa. Wiedziała, że jej mąż został zamordowany w Katyniu. Napisała do armii Andersa: „Czy jest tam mój mąż?”. I oni odpisali: „Nie, nie ma tu pani męża”. I ona z tym pismem zaczęła chodzić po instytucjach sowieckich i powiedziała, że jest wzywana do armii Andersa. Ci ani w ząb nie potrafili przeczytać, co jest na tym piśmie, tylko mogli zidentyfikować pieczątkę. W ten sposób do armii Andersa, do Persji, czyli Iranu. Tam zakochała się w Szkocie. Powiedziała, że mężczyźni z owłosionymi nogami w spódniczkach są nieodparci.
Wyszła za tego Szkota i razem wylądowali pod Nowym Orleanem. Taka droga. A moja kuzynka, prawie równolatka, trochę młodsza, była przewodniczącą związku modelek w Nowym Orleanie. Nie słabosza. A dzisiaj Kazachstan jest niezwykle dynamicznie rozwijającym się krajem. Przede wszystkim wykorzystuje swoje bogactwa mineralne, które są nieprawdopodobne. Byłem kiedyś na takim odszczycie, także na BA Kazachstanu, który doskonale mówi po polsku. Ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą. Kiedyś, jak tam wznoszono toasty, to go poprosiłem, żeby po kazachsku wygłosił toast. Więc on nie wygłosił toast po polsku, ale potem zaśpiewał po kazachsku.
Już nie pamiętam, co to było. „Kółeczka” czy coś z repertuaru Śląska albo Mazowsza. Tak kiedyś te nasze zespoły budowały propagandę Polską. Co może dziwić przeciętnego Polaka? Zbudowali nowe miasto, stolicę. Bardzo sprytnie. Jak ja mu powiedziałem, że rozumiem, dlaczego przenieśli stolicę, to on się ucieszył. Widocznie niewiele osób tak rozumie. Otóż północny Kazachstan jest zamieszkały z przewagą Rosjan, Kozaków różnych, którzy gotowi są do powstania, żeby przyłączyć się do Rosji. Nawet jeżdżą gdzieś z II wojny światowej po bojowiskach i wykopują tam broń jakąś i są zawsze przygotowani jak to Kozacy.
Okres mobilizacji do wojny trzy godziny. Sam Sobczak proponował, żeby tę część zamieszkałą przez Rosjan po prostu przyłączyć. On mówi, że Kazachstan, nigdy nie było przecież takiego państwa, nigdy nie miało granic ani nic podobnego, więc może przyłączyć. Na to Kazachowie się oburzyli oczywiście, ponieważ oni go wyleczyli z raka. To jest bardzo mało znany fakt. On miał przecież zaawansowanego raka. Powieść „Rakowi Korpus” to było właśnie z jego doświadczeń. I Kazachom się spodobało, że on jest krytyczny wobec nich. Domaga się likwidacji imperium, prawdę mówiąc. I zaprosili go do Kazachstanu.
Odesłali do swojego najlepszego znachora i ten go wyleczył jakimiś sposobami starymi azjatyckimi. Ta niewdzięczność bardzo ich bolała. W związku z tym co zrobili? Przenieśli stolicę na tereny, gdzie jest większość rosyjska i teraz nie można oderwać od kraju jego stolicy, prawda? To było bardzo sprytne zagranie, takie azjatyckie. Ta stolica dzisiaj, polecam obejrzenie jej w internecie. To naprawdę są jakieś niezwykłe takie prospekty zakończone słynną szklaną kopułą. Jak są egipskie piramidy. Coś takiego zrobią. Oni to nazywają żartobliwie, że to jest torebka herbaty.
Trójkątne. I Kazachowie mają poczucie wyższości wobec Rosjan i mają dużo wyższą stopę życiową dzisiaj. Nie wiedzieliśmy o tym. Dla mnie było to coś nowego. Rosja. Nas tutaj bez przerwy straszą Rosją, ale nie mówi się o tym, że na przykład prezydent Trump, o którym myślano, że będzie taki pokojowy i będzie starał się reprezentować interesy Ameryki w Ameryce, a nie na krańcach świata, podniósł budżet wojskowy o 12%. I to jest więcej, niż wynosi cały budżet Rosji. Rosja w stosunku do Związku Sowieckiego ma połowę ludności i w ogóle bardzo wielkie kłopoty. Chińczycy pod tyłkiem, od południa muzułmanie. Powody same.
Przecież o Krym Rosja walczyła bardzo długo, bo to jest dojście na ciepłe morza. Bez tego mieli tam wszystkie zamarzające porty. Ropa na Krymskim szelfie. Słucham? Na szelfie Krymu jest ropa. Ta umowa ukraińska z roku została tam. No tak. To inna sprawa. A już jechał amerykański wielki okręt, żeby do ukraińskiego portu się przykleić. Ale Rosja jednocześnie jest prawdopodobnie jedynym państwem chrześcijańskim na świecie.
Państwem, nie społeczeństwem, bo tylko niewielki procent Rosjan chodzi do cerkwi, ale państwo przyjęło to jako religię państwową. I co się dzieje? Występują razem prezydent i głowa cerkwi. Jest jedna rzecz, którą bardzo chciałbym wiedzieć. Dużo bym wiedział o świecie, gdybym się dowiedział, dlaczego po spotkaniu metropolity moskiewskiego, rosyjskiego i papieża Franciszka na Kubie, rosyjski metropolita pojechał stamtąd na Antarktydę? Przychodzi nam to do głowy? Mnie jakoś nie. Na Antarktydę. Na Antarktydzie stoi cerkiewka drewniana. Pierwszy kraj, który zbudował na Antarktydzie świątynię.
Takie rzeczy dziwne. Poza tym Rosja budowała również cerkwie w Londynie, w Paryżu. Teraz buduje w Warszawie, niby tej polskiej cerkwi autokefalicznej. Ale to też jest nowa cerkiew. Buduje się w Polsce. Dziwne rzeczy się dzieją. Jeszcze coś tutaj mam takie obrazki. Za brak szacunku, taka wiadomość. A to w prasie katowickiej tylko można znaleźć takie wiadomości. Na 15 000 rubli, około 1500 złotych, skazał sąd w Biełgorodzie 22-letnią kobietę za to, że zapaliła papierosa od świeczki w cerkwi, po czym zamieściła zdjęcia tego w internecie.
Ambasador amerykański w Moskwie zaprotestował przeciwko nieodpowiedniemu traktowaniu kościoła Szatana w Rosji. Zwrócił uwagę, że to jest lekceważenie tego kościoła. Przejdźmy do Stanów Zjednoczonych. W tym kraju niegdyś panowało rozcieńczone chrześcijaństwo. Te różne herezje, kilkaset tych kościołów. Właściwie każdy mógł założyć swój kościół i zaczął w radio ewangelizować po swojemu. Natomiast teraz odbyła się pierwsza msza satanistyczna w budynku urzędowym władz amerykańskich. To było chyba w stanie Ohio. Są posągi, pomniki Lucyfera w Oregonie. Za noszenie w publicznych miejscach krzyża ostrzegają, zwalniają z pracy.
Jedna z dzielnych kobiet powiedziała, że w takim razie będzie nosić rybę. Ale powiedziano, że jeżeli to jest symbol chrześcijański, to ryby też nie wolno nosić na łańcuszku. Tego się nie spodziewaliśmy. Są postępy w tej dziedzinie, że to się staje kraj oficjalnego satanizmu. Słucham uprzejmie. Panie Janku, dlaczego tak się dzieje? Dlaczego akurat chrześcijaństwo jest tak atakowane? Chyba dlatego, że szatan stosuje metodę salami, tak zwaną. Czyli najpierw uderza Kościół katolicki, a inne wtedy jako słabsze będzie łatwo wyczyścić. Jeżeli ktoś widział otwarcie tego tunelu w Alpach.
Ktoś widział? Widzieliśmy? To przecież było nabożeństwo ku czci Szatana, zakończone triumfalnym wjazdem Szatana. I byli tam prezydenci i premierzy krajów Unii Europejskiej. I zwolennicy teorii spiskowych zwracają uwagę na to, że jakoś dziwnie długo ten tunel budowano i nikt nie wie, jak wygląda drugi koniec tego tunelu gdzieś w Szwajcarii. Więc bardzo możliwe, że to są podziemne instalacje mające chronić właśnie głowy państw na wypadek jakiegoś konfliktu, śmierci właśnie. Dlaczego tak się dzieje? Apokalipsa zapowiadała, że będzie okres panowania Szatana na Ziemi. Czyżby to właśnie było? Czyżby to się już zaczęło?
Zło się jakoś panoszy w tym świecie. Nagle jakieś takie dziwne morderstwa złocone, których nie było. Ludzie mówią, że teraz prasa bardziej informuje niż przed wojną na przykład. Nie, tego jest znacznie, znacznie dużo i znacznie więcej. Są dziwne rzeczy, takie nawet krótkie. Czeska Izba Poselska uchwaliła zakaz prowadzenia ferm hodowlanych zwierząt futerkowych. Mają one zostać zamknięte do 2019. No i teraz co mamy? Książkę pokarczu, tak jakby zrealizowaną. Nie wolno farm futerkowych.
Może Polska powinna na tym skorzystać, zwiększyć swoją produkcję zwierząt futerkowych i futer. Ale nie, pewnie będzie za ten szedł zakaz chodzenia w futrach. Kiedyś moja znajoma, zresztą kobieta bardzo uboga na emeryturze, ale miała jakieś stare futro i chodziła w tym. Się do niej ludzie przyczepiali. Ja powiedziałem jej: „Wie pani co? Niech pani powie, jak taki młodziak ekolog przyjdzie i będzie mówił, że nie wolno chodzić w futrze, niech mu pani powie: a ty w jakich butach chodzisz baranie?” No i ona mu tak powiedziała. „W jakich butach chodzisz baranie?” Patrzy, a on ma adidasy. No więc trzeba uważać, zanim się popali tak grama. Jeszcze też o Czechach mam kawałek ładny. Czechy nie przyjmą już żadnych imigrantów z Włoch i Grecji na podstawie ustalonych przez Unię Europejską kwot.
No i prezydent powiedział, że ten system jest bez sensu i że nie ma prawa, które by mogło zmusić Czechów do przyjęcia jakichś imigrantów, których oni nie lubią. Jeszcze jedna też taka ciekawostka, która by była parę lat temu nie do pomyślenia. Przy Parlamencie Unii Europejskiej zorganizowano Dom Europejskiej Historii. Tam się mówi o tym, że panował w XIX wieku złowrogi kapitalizm i największym jego wrogiem, zdecydowanym, był niejaki Marks. Jednak próby zniszczenia komunizmu nie dały skutku i na szczęście on dalej jeszcze istnieje i będzie walczył o poprawę sytuacji w Europie. Jest tam również akcent polski na drugim piętrze. Są na przykład takie historie, że trylogia uczy nienawiści i nacjonalistycznego zaślepienia. Słuszną odpowiedzią na to był manifest komunistyczny. Do dzisiaj Europa... W międzywojniu rządziły w Europie nacjonalizmy i faszyzmy.
Jako przykład faszyzmu jest reżim sanacyjny Piłsudskiego. Wojna pokazana jest od strony cierpienia cywilów, zwłaszcza biednych Niemców, którzy bardzo ucierpieli na skutek tej wojny. Tam wśród zdjęć pokazują właśnie Niemieckich wypędzonych, jak z resztką dóbr gdzieś tam uciekają, ciągnąc za sobą wóz. I wśród tych zdjęć jest elegancka Polka w futrze właśnie, która się tam pokazuje. Ciekawe, że autorem tej wystawy jest Włodzimierz Borodziej, prorektor Uniwersytetu Warszawskiego. Syn pułkownika Informacji Wojskowej z dawnych czasów.
[03:26:15] - Kłopot.
[03:26:16] - Tak jest. No i tak to jakoś wygląda. Jednocześnie ciekawą rzeczą jest zadłużenie, że właściwie każdy człowiek powinien być zadłużony. Wtedy dopiero będzie świat funkcjonował. Ponieważ ten pieniądz, który krąży, jest pieniądzem dłużnym tak zwanym. Czyli tyle jest pieniądza na rynku, ile ludzie zaciągnęli kredytów. Każdy spłacający kredyt robi krzywdę pieniądzowi. W związku z tym wcześniejszy zwrot długów jest karany finansowo. Nie można nagle oddać pieniędzy. Masz być dłużnikiem.
Sao Kong Bin twierdzi, że są trzy możliwości wybrnięcia z tej sytuacji. Albo całkowity kryzys finansowy, który położy pieniądz i wszystkie pieniężne transakcje staną się nieważne. Drugi to jest wojna światowa. I trzeci to jest ten pozytywny przykład, który Chiny nam dają, czyli budowa Szlaku Jedwabnego przez całą Azję do Europy. Co jest ciekawe, to to, że Chińczycy widzą w tym ważną rolę dla Polski, że chcą tu zrobić taki hub, jak oni mówią, czyli . Czyli taką oś, z której by rozjeżdżały towary chińskie na inne strony. W tej chwili już istnieje pod Łodzią jakiś taki duży skład. Podróż z Chin, z Chengdu do Łodzi trwa dwa tygodnie. Ale co z tego, skoro pociąg przychodzi co drugi dzień, to jest tak, jakby jeden dzień trwała podróż. Amerykanie bardzo tego nie lubią, kiedy buduje się taka wspólnota euroazjatycka.
Starają się Chinom i Rosji nabruździć. Właściwie pomysł amerykański na życie w tej chwili polega nie na tym, żeby budować siłę Stanów Zjednoczonych, tylko żeby osłabiać wszystkich innych. Wtedy względna sytuacja Ameryki się poprawia. Czy to będzie możliwe? Jedną z takich historii jest ta wojna przeciwko Syrii, rzecz na zniszczenie Syrii. Amerykanie mówią, że prezydenta Asada trzeba bezwzględnie zamordować, tak jak się zamordowało Kaddafiego w Libii. Zastrzelony gdzieś w jakimś dole, zakłuty bagnetami. Człowiek, który stworzył najbogatsze państwo afrykańskie. Ale naraził się czym? Ponieważ przebąkiwał o wprowadzeniu nowego pieniądza afrykańskiego opartego na złocie.
I druga rzecz to oczywiście ropa naftowa. Amerykanie nie muszą posiadać wszystkich tłuszcz ropy naftowej, wystarczy, że będą posiadać wszystkie rurociągi. Więc kontrola przepływu, a nie posiadanie samego produktu. A ropa libijska akurat jest wyjątkowa, ponieważ nadaje się prawie bezpośrednio do samolotu. Bardzo lekka odmiana ropy. I w Syrii mamy takie rzeczy, które denerwują ludzi próbujących rządzić światem. Bank centralny jest państwowy, sam wypuszcza pieniądze i uznaje, ile powinna być. Polska na przykład, jeżeli chce dodrukować pieniądz, to musi prosić o pozwolenie amerykański Federalny i bank i płaci za to pieniądze. Nie jest zadłużona Syria w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. To jest poważne przestępstwo, ponieważ rządzi się właśnie przy pomocy kredytów i takiego zniewolenia.
Obowiązuje zakaz żywności modyfikowanej genetycznie. Następny błąd, ponieważ wielkie koncerny z tego żyją. W Stanach była taka historia, że jakiś farmer skarżył się, że z takiej olbrzymiej fermy, gdzie produkują tą żywność modyfikowaną, potem przewożą ją ciężarówkami i wiatr zwiewa jakieś części tych produktów na jego pole i w ten sposób jego rośliny zostają zakażone. Firma produkująca tą żywność modyfikowaną odpowiedziała wynajęciem 20 lepszych adwokatów i oskarżeniem go, że podkrada im materiał genetyczny. Takie mamy zabawy. W Syrii chrześcijanie i muzułmanie żyli w pokoju. Tym bardziej że rodzina rządzącego to są Alawici, a więc taki rodzaj muzułmanów, o których nikt właściwie nic nie wie, bo wszystko oni mają tajne i stanowią 10% ludności, więc nie są w stanie terroryzować wszystkich. U nich był ten pokój. Panowała otwarta dyskusja o nowym porządku świata. Można było o tym pisać w gazetach, można było dyskutować, zwoływać jakieś konferencje.
Czy ja nie za długo gadam? Jeszcze trochę?
[03:32:18] - Nie.
[03:32:21] - Zadziwiający w tym wszystkim jest upadek Europy. Nie wiadomo, co się stało z Europą. Zatraciła instynkt samozachowawczy. Nasz zakonnik, dominikanin ojciec Bocheński, niezwykle tęga głowa i mówił krótko: „Jeżeli kobiety nie chcą rodzić, a mężczyźni nie chcą się bić, to ten kraj upada”. Upada kraj, ale upada również cała Europa Zachodnia. W Niemcy ostatnio, znowu wymknęło się do wiadomości publicznej takie oświadczenie, zakaz wspominania o najeźdźcach, że to są najeźdźcy. Nie wolno ich tam wymieniać. Nie wolno mówić, że na przykład jacyś Arabowie tam mordowali czy zgwałcili, czy coś takiego. Zawsze się mówi bez używania imion. Mówi się, że nieznani sprawcy.
To są zawsze. I teraz jesteśmy w takiej właśnie ciekawej historii w Kalifornii. Wyobraźcie sobie, kiedyś to było marzenie świata. Ja, jak byłem w Stanach Zjednoczonych w roku 1978, to zamarzyłem sobie pojechać do San Francisco, żeby obejrzeć to i tak dalej. Zaoszczędzone pieniądze ze stypendium mogłem pojechać zobaczyć San Francisco. Dzisiaj To już nie jest marzenie. Wtedy Kalifornia, gdyby ją ustawić na liście najbogatszych państw, zajmowałaby dziewiąte miejsce na świecie. Kalifornia, jeden stan amerykański. Dzisiaj Amerykanie zaczynają uciekać z Kalifornii, ponieważ na ulicach królują gangi meksykańskie i murzyńskie, które się biją i Europejczyk nie powinien w tym czasie przechodzić ulicy. Kilka dni temu rozmawiałem z Polakiem, miłośnikiem fantastyki, stąd mnie zna i opowiadał mi o tym, że tak się zmienia Kalifornia.
On pracował w Dolinie Krzemowej. Też głowa tęga bardzo. A w Kalifornii w tej chwili mamy 23% analfabetów. Kiedyś w Polsce mieliśmy 23% analfabetów, zaraz po wojnie chyba. Może było tak. Jest około 40 milionów nędzarzy w Stanach, którzy żyją z pomocy społecznej. Jeżeli ci ludzie w drugim pokoleniu są w takiej warstwie, to już nic z nich nie wyrośnie. Ponieważ inteligencja w połowie jest dziedziczna, a w połowie nabyta. Jeżeli ktoś raz, że ma przytłoczoną tą z racji dziedzicznej, ale potem nie wykształci się, zawsze będzie w gorszych szkołach i w gorszej sytuacji i w gorszym towarzystwie się rozwijał. Co z tego wszystkiego?
Wchodzi w grę jeszcze czynnik religijny, o którym nie powinniśmy zapominać. Nawet jeżeli ktoś nie wierzy w Boga albo wierzy, że Boga nie ma, to są dwa różne podejścia. Powinien uwzględniać istnienie religii w życiu społecznym i życiu światowym. Kościół katolicki wciąż jeszcze religia licząca najwięcej członków, choć już mahometanizm dogonił właściwie chrześcijaństwo. Tylko że tam jest więcej odmian, a my mówimy tutaj raczej o katolicyzmie i prawosławiu, które stanowią jądro Kościoła. Też są bardzo poważne kłopoty w Kościele. W szczególności biskupi zaczynają opowiadać dosyć dziwne rzeczy, które kiedyś zapewniły im stanowisko heretyka. Toynbee, taki wielki badacz, napisał 12 tomów o upadku i losach cywilizacji. Mówił, że być może prawdziwymi podmiotami rozwoju ludzkości są religie. Cywilizacje są kołami, na których toczą się rydwany religii.
Jeżeli tak, to nic dziwnego, że to odgrywa coraz większą rolę i że będą walki na styku. Na razie chrześcijanie się nie bronią. Najliczniejszym Kościołem katolickim jest Kościół na Filipinach. Ksiądz wrócił, był na misjach na Filipinach i opowiadał, jak przeszła potworna wichura, tornado i cała wieś została zniszczona, dosłownie wdeptana w ziemię. To nie jest trudno, bo te ich domki są budowane dosyć prowizorycznie. Przyszła do niego delegacja mieszkańców i poprosiła go, żeby odprawił mszę dziękczynną. On się zdziwił trochę. „Jaką dziękczynną? Za co chcecie dziękować?” Oni na to: „Za to, że żyjemy”. Może Filipińczycy powinni do nas przyjeżdżać i tutaj ewangelizować, a nie na odwrót.
Przyznał mi rację. Mówi, że może rzeczywiście tak powinno być. Tak to właściwie wygląda. Na drugie miejsce pod względem ilości katolików wyszły Chiny, o dziwo. Chiny, gdzie Kościół jest uciskany, ale nie mordowany, bo umiarkowany ucisk ogromnie wzmacnia religię. Zawsze tak jakoś jest. Natomiast po przekroczeniu pewnej granicy ona poddaje się, znika. Tak wygląda ten świat. I jest jedna rzecz. Właśnie to, o co pytałeś.
Dlaczego tak się dzieje? Jeżeli rzeczywiście zaczęła się apokalipsa, to ma to również swoje dobre strony, przynajmniej dla tych, którzy są po stronie Boga. Zwróćcie uwagę, jeżeli nastąpi powtórne przyjście Chrystusa i on obejmie władzę nad światem, to wszystkie kredyty zostaną umorzone. Jeżeli ktoś w to mocno wierzy, zaciągać kredyty, zaciągać! Bo nie spłacimy tego nigdy. Dlatego mówię, że jestem optymistą, ponieważ wierzę w bliski koniec świata. Jeszcze przeczytam wam fragment. W Finlandii na zaproszenie tamtejszych Polaków. Okulary przeszkadzają w czytaniu. Po powrocie do Polski otrzymałem taki liścik: „Pozdrawiam serdecznie.
Spotkanie z panem umocniło moją nadzieję na dobrą przyszłość. Pana pogodne spojrzenie na otaczający świat i właściwy dystans pozostawiły mnie pod wrażeniem. Szczęść Boże!” Okazuje się, że można pójść nawet w stronę mimia. Zawsze staram się optymistycznym akcentem zakończyć i teraz też. Takim akcentem jest między innymi to, że cokolwiek się będzie działo, my stanowimy jakiś kryształ. Stanowimy związek ludzi znających się. To jest coś bardzo ważnego. Możemy pomyśleć ciepło o gronie naszych przyjaciół. To jest bardzo ważne, bo walka idzie o to, czy mają pozostać na świecie kryształy. Takimi kryształami są narody, kościoły, rodziny.
Czy też ma z tego pozostać zupa bez żadnej konstrukcji, w której parę osób będzie mogło mieszać. Tych mieszaczy na świecie jest poniżej 200 podobno. Niektórzy już zaczynają korkować, niektórzy udają, że umarli, żeby się schować przed komornikami. W Stanach Zjednoczonych Rockefeller umarł w wieku lat 105 chyba z szóstym przeszczepionym sercem.
[03:42:10] - Ósmy.
[03:42:12] - Słucham? Ósme podobno? Może i ósme. Przez dwie słyszałem liczby. Ja przypuszczam, że on miał specjalny oddział lokajów dobranych pod kątem zdrowia i w razie czego wykorzystywał ich do przeszczepu. W każdym razie znikł facet. David Rothschild, bardzo ciekawa postać, który wydawało się, że jest poza wszelkimi sądami, znikł. Też gdzieś zginął. A to wypadku, a to go potem po dwóch tygodniach widziano w Ameryce Południowej. Takie to są wypadki.
Świat dłużej tego nie wytrzymuje i będzie jakaś spektakularna, jak myślę, końcówka. I tym optymistycznym akcentem kończę. Dziękuję bardzo.
[03:43:10] - Tak, proszę państwa, to był Lech Jęczmyk. To teraz cykl, który już jakiś czas temu dobrze wgryzł się w tę audycję. Cykl „Książki w moim życiu”. Tym razem taka rozmowa, która była dla mnie bardzo wzruszająca. Państwo już kiedyś ją słyszeli w starym „Bibliotekarium”, ale nie mogłem oprzeć się pokusie, żeby państwu w „Bibliotekarium 2.0” nie zaprezentować rozmowy z Maciejem Parowskim o książkach w jego życiu. Kiedy ja sobie przypomnę okoliczności powstania tej rozmowy i treść tej rozmowy, kiedy słucham tej rozmowy, w jakiś sposób chwyta mnie ona za gardło. To są naprawdę ważne wyznania, ważna opowieść o tym, jak czasami literatura może w życiu człowieka zmienić bardzo, ale to naprawdę bardzo wiele. Zapraszam. Dzień dobry. Gościem „Bibliotekarium” jest pisarz oraz redaktor Maciej Parowski.
Dzień dobry.
[03:44:56] - Dzień dobry. Cześć.
[03:44:57] - Macieju. Jesteś człowiekiem piszącym i to piszącym od dawna. Byłeś dziennikarzem, zdobywałeś szlify w politechniku, ale później przez wiele lat dowodziłeś okrętem prozy polskiej w Fantastyce.
[03:45:12] - Później samym miesięcznikiem.
[03:45:13] - Ale przez cały czas tę działkę prozy polskiej trzymałeś pod opieką. Jesteś też człowiekiem czytającym i to czytającym również od dawna. Chciałbym cię zapytać, co cię ukształtowało, jakie książki sprawiły, że jesteś dzisiaj tym, kim jesteś?
[03:45:29] - Pewnie wyłącznie książki mnie ukształtowały. Potem zjawiło się kino, które też kochałem, ale czytałem o kinie. Lepiej rozumiałem kino, które oglądałem dzięki książkom. A to zabawna historia, bo ja mówię niewyraźnie. Miałeś ze mną kłopot dźwiękowcy, ty też będziesz miał kłopot. Ja niewyraźnie czytałem w szkole, kiedy byłem wzywany do odpowiedzi i dostałem czwórkę z polskiego. Co moja mama, krakowiankę z pokolenia przyuczenia podstawowego, licealnego, nauczycielką podstawowego poziomu, strasznie uraziło i powiedziała, że będę w wakacje czytał książkę na głos. Czytanie na głos. Ja umiałem czytać. Czytałem na głos.
Troszkę ten bełkot pokonałem. Ja czytałem chyba jakieś opowieści o zwierzątkach. „Najmilsi”, jeszcze coś. Jakieś coś Grabińskiego o zwierzątkach. I pamiętam, że mnie to tak zainteresowało, a rozdział się skończył, że ja potem przeczytałem co dalej, już po cichu. Jak na drugi dzień mama mówi: „To czytamy ten rozdział", ja: „Ja to już znam". „Jak to?" „Ja to już przeczytałem". „No to następny". I w te wakacje, teoretycznie torturowany lekturą, już złapałem bakcyla i byłem gotów. Przerażenie mnie ogarnia na myśl, że mógłbym nie mówić bełkotliwie i nie zacząć czytać.
[03:46:46] - A ile miałeś wtedy lat?
[03:46:48] - Wakacje pierwsze czy drugiej klasy. Niecałe osiem, bo byłem grudniowy, czyli w drugiej klasie dopiero w grudniu kończyłem osiem. I to była wspaniała przygoda, i właściwie już wszystkie najwspanialsze dni to były z książką. „Pinokio" mnie strzelił między oczy. Pamiętam oczywiście ilustracje Szancera i pamiętam do dziś, że tak fajnie siedziałem na takiej półce przy oknie, oparł tył, łokcie o lastryko tego blatu i czytałem „Pinokia". I przyszli koledzy, żeby mnie gdzieś ciągnąć. I ja w ogóle nie miałem ochoty z nimi nigdzie iść. Nie mieli mi do zaproponowania nic, co byłoby tak dobre jak ta opowieść o Pinokiu. Może to jest opowieść okrutna, są tam te przemiany, ale jest to opowieść wspaniała. Ja przez „Pinokia" zacząłem próbować, jak smakuje ogryzek.
Bo to jest ta słynna historia, że Pinokio jest głodny i je jabłko, i nadal jest głodny. To ojciec mówi: „Zjedz ogryzek". Tego ogryzku nie jada. To ojciec schował ogryzek i Pinokio za jakiś czas ten ogryzek je. I ja pamiętam, że oczywiście nie z głodu, ale to znaczy chyba to jest takie, że ja się słuchałem lektur, wyciągałem wnioski z lektur i byłem czytelnikiem naiwnym, który brał lekcję, jaką niesie proza, jaką niesie słowo do siebie. Traktował słowo serio, bo na pewno było ono ciekawsze od tej zabawy, do której mnie ciągnęli koledzy z bloków za oknem. Ewidentnie nie mogli temu nic przeciwstawić. Podobnie sponiewierała mnie, potem się zorientowałem, że to jest pisarz lewicowy, Gianni Rodari, ale opowieść o cebulku, o dworze, o roślinach. Tam był chyba bakłażan, którego zobaczyłem w życiu 40 lat później. I o tym dworze, na którym pani nie daje cukierków, tylko papierki od cukierków są najwyższym wyróżnieniem.
Dramatyczne przygody, walka, wojna, coś na kształt rewolucji. Zresztą rewolucję popieram, pod warunkiem, że to jest właśnie rewolucja Solidarności, prawda? Ale w każdym razie pewna dawka wiedzy, może nawet podejrzliwości społecznej. Na pewno przygody, na pewno czytelniczego transu. I to było wspaniałe. Było tych dziecinnych lektur więcej. Na pewno tam były bajki z wujka George'a Orwella. Do dziś pamiętam, że robiły na mnie wrażenie. Nie miałem wrażenia, że byłem wtedy indoktrynowany, tylko byłem kontaktowany przez wspaniałą bajkę rosyjską. Były bajki koreańskie, które oczywiście ukazały się mniej więcej wtedy, kiedy trwała wojna koreańska.
To były wspaniałe bajki, z których bezpodstawnie może nauczyłem się nieufności do buddyjskich mnichów, bo oczywiście były tak wybrane, żeby tam była niechęć. Przez to się stałem mniej ekumeniczny. Ale potem już moi koledzy ciążyli do buddyzmu. Pamiętam do dziś, przeczytałem bajki chińskie „Pięciu braci Li". To była dobra, mądra, kulturowo potrzebna i wcale nie stalinowska polityka zapoznawania czytelnika polskiego, w tym przypadku młodego, z innymi kulturami. Bardzo utrwalone są w mojej pamięci te książki i wpływ, jaki one na mnie wywarły. Ta gotowość na krótką formę, bo dziecko może jeszcze jest niegotowe do powieści. Pamiętam, że jak kiedyś poszedłem na Koszykową w poszukiwaniu jakiegoś tytułu, po co by mnie nie wyśmiano, eseju, jak zobaczyłem te wszystkie okładki mojej młodości, to tak jakbym do raju wrócił, z którego zostałem wygnany. Bo oczywiście człowiek, który czyta takie książki, jest młody, nie ma kłopotów, jeszcze mu nie wylatują zęby, jeszcze go nie dotyka starość, jeszcze go nie dotykają kłopoty człowieka dorosłego. Ale chyba te książki trochę przygotowują.
Te chińskie i te koreańskie, i te „Za górami, za lasami", i te bajki, do których trafiałem potem. A potem to już troszeczkę dalej, to był oczywiście „Puchatek", ale był też oczywiście „Guliwer". Jeszcze dalej na pewno lektura komiksów w świecie młodych. Na pewno lektura książek „Tygrysa" o wojnie to już troszeczkę dalej.
[03:51:27] - No właśnie chciałem zapytać, co czytał nastolatek Maciej Parowski? Jaką literaturę?
[03:51:34] - Ja chyba byłem wszystkożerny. Oczywiście czytałem „Winnetou". Ojciec, kiedy byłem chyba w czwartej albo piątej klasie, kupił Sienkiewicza trylogię i ja wpadłem od razu w „Ogniem i mieczem" i mordowałem się trochę. To znaczy to była trochę praca, która często oznaczała, że jestem chory, że leżę w łóżku, jestem przeziębiony, mam dużo czasu i czytam, i pokonuję słabość organizmu, który się ledwo wychłodził z gorączki. I pamiętam, że „Ogniem i mieczem" to jednak było trochę mordowanie, ale też Wspaniałe mordowanie. Potop, który już był u Lot na skrzydłach. Ja to przeczytałem pewnie do szóstej klasy, czyli nie miałem więcej jak 13 lat, jak to skończyłem. Bardzo byłem dumny. Krzyżacy mi się bardzo podobali. Winnetou czytałem w kółko i też jako młody katol czytałem bardzo wiele razy w kółko sceny obrony Częstochowy.
I potem, jak mi młodzi ludzie mówili o Tolkienie, jak ja przeczytałem rozdziałek tu, rozdziałek tu i obejrzałem filmy, to widzę, że oni dostali z Tolkiena dokładnie to, co ja wziąłem z Sienkiewicza i Maya. De facto jest podróż, quest, cel, przeszkody, towarzysze, jakieś terminy ciężkie. Takie parareligijne, cudowne rzeczy u Tolkiena z tą religią taką sarmacką u Sienkiewicza zastąpione. Jeszcze jest jedna rzecz. Ojcze, jak dobrze, że to powiem, bo matka mnie zmusiła do czytania, bo bekotałem, a ojciec wypuszczał sygnały. Opowiedział mi scenę o malowaniu płotu w Tam ku szerzej. Ta scena we mnie była, zanim dostałem tę książkę. Jak dostałem tę książkę, to spotykałem się z przekazem ojca. Ojciec opowiedział mi: „Jam nie babinić chciał Kmicic”. To ojciec powiedział mi prywatnie, a nie posłowi.
Ja to dostałem z wyprzedzeniem. To były takie ojcowskie zwiastuny tego, co mnie czeka w tym wspaniałym świecie lektur. I to było doskonałe. Na tym polega ojcostwo, myślę. Nie tylko na tym, ale mówimy o pisarzu, mówimy o jego rodzinie. I mama, która nie była tak błyskotliwa ani tak wykształcona jak ojciec, jednak odegrała rolę startową, a ojciec potem to wypełnił Konradem. Jak skończyłem 14 lat, ojciec mi dał do przeczytania Smugę cienia. Wchodzę w wiek jakiś tam męski. Był cały mężczyzną. Nawet nie szykowałem się być mężczyzną, ale zostałem potraktowany przez ojca i przeczytałem opowieść o mężczyznach seriach, którzy walczą z oceanem.
Kiedyś ojciec wrócił z kina, mówi: „Maciek, idziesz jutro na film do Wrzosu” - takie kino w pobliżu nas. Ja mówię: „Ojciec, Richard III, ale to jest od 14 lat”. „Na to możesz pójść. Pójdziesz”. I obejrzymy Richarda III z Lawrencem Olivierem i z Vivien Leigh, jego żoną. Straszny garbus czarny do kamery wygłasza szekspirowskie podłości, jakie mu tam zapisał. Zresztą nie do końca słusznie, bo ci Tudorowie szkalowali, a Szekspir pisał pod nimi i musiał. Ale to było przerażające i wspaniałe. Do tego Szekspira nie od razu dotarłem, bo potem, jak byłem rok czy dwa później u rodziny, u dziadków, których Szekspir stał za szkłem, to wyjąłem to i się od tego odbiłem. Nie dałem rady.
Nie byłem gotów. Ale do znakomicie skonstruowanej popkultury całego Szekspira stara się zmieścić nawet literalnie. Oczywiście byłem gotów. A później, późno miałem tego Szekspira. Oczywiście Makbeta przeczytałem w szkole, bo musiałem i podobał mi się. Lady Makbet. Ale już tak zupełnie wyszedłem na swoje, to pierwsza rzecz, jaką zrobiłem, to kupiłem sobie w Świdzie tłumaczenie Burzy. Już się interesowałem fantastyką, już wiedziałem, że to stamtąd jest Nowy wspaniały świat Huxleya. I tę Burzę połknąłem z rozkoszą i stała się ona jednym ze zrębów mojej teorii literackiej, że fantastyka jest wszędzie. Burza jest wspaniałą, fantastyczną opowieścią science fiction o skrzywdzonym magu, który buduje sztuczną wyspę i na nią zwabia swoich wrogów, by móc im wybaczyć.
Jest starcie kultury, natury, Kaliban, te rzeczy. Potem, ponieważ to już wiedziałem, byłem przygotowany. Przygotowany chodziłem do kina. Potem już wiedziałem, że Zakazana planeta to jest opowieść na motywach szekspirowskiej Burzy. To już wiedziałem. I to smakowanie pasji, która jest z literatury, to odkrywanie tych więzi to była, jest i będzie jedną z przyjemności życia wśród książek, co oczywiście odnoszą się nie tylko do książek, ale właśnie odnoszą się do życia, do sztuki, do kultury, do kina. Kino się żywi książkami i książki zaczęły naśladować struktury narracyjne filmu, który jest sporządzony pod ludzkiej antropologii. Świat się nawija na szpulkę. To mówią teoretycy. To mówi McLuhan i mówił mi Jackiewicz Hlebow, z którym robiłem wywiad.
Te światy się zaczęły spotykać, nawzajem zapłynąć. Pamiętam, jak miałem taką fazę. Ona się chyba zaczęła jeszcze w podstawówce. Zacząłem czytać kryminały. Namiętnie. Ja jestem czterdziesty szósty rok. Te kryminały zacząłem czytać około, jak miałem kilkanaście lat, czyli mniej więcej po Październiku. Październik odkrył mi kryminał, odsłonił, zwrócił Polsce jako formułę niezakazaną, jako formułę interesującą. Na pewno rozrywkową, ale też warto sobie robić zagadki kryminalne. Warto tych kryminalistów różnicować.
Chandler się jeszcze nie zdarzył, ale Philip Durdine, Simenon, ci bracia Sapristi, co napisali Przejdzie morderców, to już wiadomo było, że są kryminały dobre i złe, prawda? Ja zacząłem trochę miały czytać po tym, że byłem studentem politechniki. Przeczytałem też „Posesja" Kawki, ale czytałem kryminały namiętnie. I potem trafiłem na jakiś esej, w którym się okazało, że o tych kryminałach mówi się z powagą. Zorientowałem się, że niby oddalając się od uniwersytetu, bo byłem na politechnice, niby oddalając się od humanistyki, siedzę w humanistyce. Poważni humaniści dzisiaj zajmują się kulturą popularną. To było tak, że wiatr przywiał mi na plaży w 1967 roku, jak siedziałem na plaży w Sopocie. Przywiał mi „Przekrój", w którym był esej Różera Cailla „Estetyka i styl". I tam była pierwsza część eseju o powieści kryminalnej. Jak intelekt opuszcza świat, by oddać się czystym igraszkom umysłu, a potem do niego wraca, by wpuścić tam między swoje litery mroki życia zwykłego.
I tam było o tej ewolucji, od tego kryminału Conana Doyle’owskiego do Agathy Christie, gdzie się kombinuje jakieś cudowne wazy egipskie mumie i gdzie się potem przechodzi przez mroki Hammetta i Chandlera z powrosem do rzeczywistości. Większość tytułów, jakie w pierwszej części tego eseju Różer Caillois wymienia, ja czytałem w polskich przekładach oczywiście. No i to było, że dokończenie za tydzień i że ta książka tego autora ukaże się na jesieni w wydawnictwie PIW. Więc kupiłem tą drugą część. Oczywiście byłem zachwycony. Oczywiście dotarłem po raz pierwszy do saloniku PIW na końcu ulicy Foksal, bo w księgarniach tej książki już nie było po wakacjach. Tam tę książkę dostałem i tam był esej o Potockim, o „Modliszce" jako micie i stworzeniu, micie męskości, która się boi kobiety. Tam był esej o Potockim jego „Kopisie", który nie znam wcale. I tam był ten esej, na który potem się fantastyce powoływali. Chyba ja nawet dawałem chłopakom to do zeskanowania.
Nie, nie do zeskanowania. Wtedy się kserowało i to się nazywało „Od baśni do science fiction". Ja taką pigułę dostałem eseju. To był pierwszy tom z serii Biblioteka Krytyki Literackiej. Ja, będąc inżynierem na przedostatnim i ostatnim roku politechniki, zostałem się namiętnym czytelnikiem tej serii krytyki literackiej. Tam była książka Brzozowskiego, tam była książka Sendeatera, ale była książka rewelacyjna, która mnie ukształtowała, która mi powiedziała, jak wygląda ta profesja, którą się zajmuję, jakie będę miał kłopoty z autorami, jakie będę miał kłopoty z czytelnikami. Malcolm Cowley o sytuacji w literaturze amerykańskiej, Edmunda Wilsona szkice. Tam był de Saussure „Krytykie bez światy". Tam po prostu odkryłem świat eseju i zacząłem w nim buszować.
[04:01:32] - Czyli nastała taka faza, w której zacząłeś te lektury bardzo świadomie dobierać na podstawie jakiejś teorii literackiej, na podstawie różnego rodzaju esejów. Zacząłeś już dobierać starannie lektury?
[04:01:49] - To znaczy pozostałem bydlęciem wszystkożernym, ale umiałem odróżnić słodką trawę od gorzkiej. To znaczy ja tak, ale to nie było systematyczne. Ja w dalszym ciągu czytałem różne rzeczy i cieszyłem się, kiedy się znalazło coś. Pamiętam, że zanim przeczytałem nowelę Stevensona „Dr Jekyll i Mr Hyde", wiedziałem, że ona nie opowiada o szalonym chemiku, któremu się skończyły chemikalia, tylko opowiada o duszy, która jest rozdwojona na dobro i zło. To wiedziałem, że to nie jest opowiadanie chemiczne. To nawet nie jest opowiadanie psychologiczne. To jest opowiadanie antropologiczne. Ja to wiedziałem. Takie rzeczy wiedziałem. Wiedziałem też skądś, ale to przeczytałem dopiero w wieku 30 lat, że po tym Conradzie, na którym jeździ samolot „Smuga cienia" przeczytałem oczywiście „Tajfun", bo akurat jeździłem żaglówką.
Przeczytałem metafizyczną i taką znacznie lepszą od „Chmielu i ołowiu" „Człowieka i morze" w której Conrad o kapitanie przytępiałym, który robi to, co do niego należy i dzięki temu wyprowadza statek z burzy i ratuje Chińczyków po pokładzie. No to wiedziałem, że jest takie opowiadanie Conrada, nowela dłuższa „Jądro ciemności". Wiedziałem, że to jest i udało mi się kupić w 1974 roku czy 1975 całego Conrada jakoś tak okazyjnie, bo starałem się o „Księcia z tysiąca i jednej nocy", którą też kupiłem, ale okazało się, że będzie możliwość kupienia Conrada. Kupiłem tego Conrada i w końcu się zebrałem chyba po roku, nie od razu do przeczytania tej „Smugi cienia" i oczywiście byłem zachwycony. Ponieważ próbowałem na Conrada nawrócić moich przyjaciół Marka Romusa, Mirka Kowalskiego. To Mirek Kowalski jak pojechał w 1980 roku do Anglii, to mi stamtąd przywiózł 28. tom tych 27 granatowych tomów, ponieważ ten 28. tom to były wstępy i posłowia Conrada do tomów, które zostały zdjęte przez cenzurę, bo były wyraźnie antyrosyjskie. Pamiętam, jak Mirek Kowalski mi to dał. Oglądałem, oglądałem.
Mówię: „Mirek, słuchaj, ja to przeczytam w ciągu tygodnia, może wcześniej i ci oddam niezkniętą, bo to zaraz oprawię." „Ty się nie wygłupiaj - mówi. - Ja to dla ciebie kupiłem." Dla mnie tego Conrada. Przeczytałem tego Conrada i nie udało mi się ich nim zarazić. Zaraziłem ich Chandlerem. Pierwszy raz odkryłem. A oni mnie zarazili Dickiem, bo już był „Politechnik”, już byli kumple w „Politechniku”, którzy mówili co czytać. Że to jest rewelacyjne, to jest rewelacyjne, to jest rewelacyjne. I oczywiście to działało, ale nie do końca, bo ja się zaraziłem Dickiem czymś tam, a oni się zarazili Chandlerem, a Conradem nie. Moja siostra dostała od koleżanki na jedną noc „Dziennik” Gombrowicza. Przeczytałem pierwszy tom, potem przeczytałem drugi.
Dostała też „1984”. To też przeczytałem bardzo szybko i też oczywiście byłem poruszony strasznie. A potem, jak zacząłem być redaktorem „Politechnika” i tylko felietonistą, to załatwiłem metę, którą wszyscy moi następcy, na przykład Adam Muś-Kowalski, załatwili sobie potem. Załatwiłem sobie, że dostaję gratisy wydawnicze i książki w ogóle przestały prawie nadwyrężać mój budżet, bo sporo książek dostawałem. O nich pisałem albo noty wydawnicze, albo dłuższe recenzje. Pisanie o książkach stało się moim częściowo zajęciem. Wielkim odkryciem, pamiętam, to kolega mi powiedział, bo ja tego nie wiedziałem, że to jest wspaniałe powiększenie Antonioniego. To jest na podstawie noweli Cortázara i raz jest „Babie lato”, a raz „Pamięć o ślinach”. To znaczy jedni tłumaczą tak, drudzy tak. To jest opowiadanie, którego narratorem jest aparat fotograficzny, który podgląda sytuację, w której chłopaka wabi dziewczyna, a z drugiej strony już się czai dandy czterdziestolatek, który chce go uwieść homoseksualnie.
I ten aparat jest przerażony, nic nie może zrobić, tylko rejestruje obrazy. To było opowiadanie zachwycające, opowiadanie o czym innym, ale bez tego opowiadania nie ma tej opowieści o aparacie, który rejestruje zbrodnię, która zostaje schowana. Odkryłem Cortázara. Nigdy się nie zachwyciłem jego grą w klasy. Nigdy jej nie przeciąłem. Ale przeczytałem wszystkie jego opowiadania i byłem nim zachwycony. Teraz jak moją autystyczną wnuczkę sfotografowała synowa na tle akwarium z taką wielką rybą i ta moja wnuczka, która się prawie nie komunikuje, uśmiecha się do tej ryby i mam wrażenie, że być może tymi swoimi mózgami emitują jakieś fale, które pomagają się porozumieć. To ja sobie przypominam opowiadanie Cortázara „Aksolotl”. To jest taka forma płazio-rybia, która nie osiąga stadium dojrzałego, a się rozmnaża i jest ozdobą akwarium. I tam gość przychodzi do akwarium, patrzy na tego aksolotla i czuje, że za chwilę oszaleje.
I patrzy się, zatapia się w oczach i w pewnej chwili jest tak, że raptem się ten gość orientuje, że jest w aksolotlu, a aksolotl jest w nim i odchodzi. Moje spotkanie mojej wnuczki z tą rybą wygląda na bardziej pokojowe, na mniej przerażające. A to zdjęcie, ktoś przeczytał to opowiadanie, to jest nagle zupełnie innego wymiaru. To również trzeba by powiedzieć, że proza, którą czytałem, eseje, które czytałem sprawiały, że patrzyłem na świat inaczej. Były tam różne magiczne podszewki, różne pułapki, jakieś mitologiczne spiętrzenia. Jak dzisiaj mówię autorom, co mają robić, mówię: nigdy nie poprzestawajcie na swoim medium. Oglądajcie się komiksy, zastanawiajcie się, w czym literatura jest lepsza od nich, a w czym one są lepsze od was. Co one mogą podpowiedzieć? Dlaczego wielka sztuka, jaką jest kino, które teoretycznie wszystko może, czasem korzysta z tej sztuki niższej, komiksu, pożycza od niej bohaterów i narrację? Jaka siła tkwi w tych rysunkowych opowieściach?
Jestem namiętnym czytelnikiem gazet. Zawsze radzę ludziom czytać recenzje filmów, które obejrzeli. Przed i po. Ja sam piszę co tydzień recenzje od 12 lat. Zawsze sprawdzam, co inni napisali. Raczej po niż przed, bo ja staram się pisać na styk. Czasem jestem przygnębiony, że ktoś znacznie lepiej sobie poradził albo znacznie ładniejszy piruet wywinął, a czasem jestem zadowolony z siebie. I to kino, i ta recenzja, i ten esej, i ta proza, czasem wiersz. Napisałem teraz wiersz o Breiviku. To są różne formy obsługi widzialnego i niewidzialnego świata, który na nas naciska, który nas kształtuje.
I ja tak się zastanawiam, tak jakby na początku to spytałeś. Bez książek mnie nie ma. One mnie skonstytuowały. Pamiętam, spowiadałem się jako nastolatek i ksiądz wyraził chęć spotkania się ze mną po spowiedzi. Myślałem, że będziemy mówili o grzechach, a mówiliśmy o książkach. Zastanawiałem się, jak on został moim kumplem. Był też moim bibliotekarzem. To on mi wcisnął oczywiście Clive'a Lewisa. Na przykład tę opowieść diabła starego. „Listy diabła starego do młodego”.
On mi dopożyczył Grahama Greena, którego ja już sam odkryłem przez „Trzeciego człowieka”. To genialna książka. Odkrywa mnie i strukturę w swoich innych książkach, tak jakby się zaprogramowała we mnie. Jakieś tam Bernanosy, jakieś książki religijne, ale też „Szkoła przekonywania i dyskusji” Przybosskiego, która jest w całości oparta na Schopenhauerze. Książka wiele książek. Księgarze go znali, te książki wypożyczali i ja zanim wstąpiłem we wspaniały świat książek jako Buszujący w nim zdobywca gratisów. Widziałem wspaniałą bibliotekę księdza, który był buszującym w księgarniach nabywcą. To był wspaniały świat i myśmy to wszystko traktowali bardzo serio. Pamiętam, jak pożyczyłem taką książkę, ona była w sensie lewackich pozycji pisana, szwedzka książka o Egipcie, trochę antyreligijna. „Co ty czytasz takie rzeczy?” I dał mi Herberta „Barbarzyńca w ogrodzie”.
Potem miałem przewodników, którzy mnie naprowadzali na właściwe książki. Ktoś inny pożyczył mi „Myśli nowoczesnego Polaka” Dmowskiego, a ktoś inny mi pożyczył „Na parafii” Wyszkowicza, to w świecie dziennikarskim. „Na parafii” Wyszkowicza, Żeromskiego. Matlewski przychodzi na parafię, chwilę przebywa, zżera go sukienki z chrzcin, bo Polacy się rozwinęli. Znajomy ksiądz mi pożyczył inne książki, z mojego pokolenia, bo tamten był starszy. Pożyczył mi Kościół Lewica Dialog Michnika. Ja tej książce uwierzyłem w pełni. Potem trochę mniej, ale ta książka też we mnie zmieniła. Czytałem też trochę, pamiętam, Tocqueville'a. Borges to było takie odkrycie, że on też mówił o tym, co ja.
On też odwoływał do Stevensona, do Verne’a. To było wkroczenie w zamknięty świat książek. To ubogacanie. Biblioteka Babel. Ja jestem człowiekiem z papieru. Moją to zrobili ludzie z papieru. Na początku ktoś powiedział, że spod mojego pióra, spod mojej ręki wyszli. Leszek Nietzucki mówił coś cwaniej: „Redaktor to jest radość grzybiarza. Idzie i znajduje wielkiego rydza, wielkiego prawdziwka.” Ja nie wymyśliłem Dukaja. On się sam wymyślił.
Przyszedł tekst do redakcji. Sapkowskiego? Ja nie wymyśliłem. Ziemiański? Ziemiański jakiś pierwsze opowiadanie, 1982, 1983 rok prosto z tomu, które Wójcik tam układał. Potem już dęga po 17 latach chyba. Bomba Heisenberga. Rozwalający tekst formalnie, treściowo. Baraniecki, kolega, z którym robiłem politechnik, kierownik działu gliwickiego, przesyła mi rok po powstaniach wojennych, po zamknięciu pisma „Kalendarz. Godzina 18:00”.
Czytamy to z Radkiem, patrzymy na siebie, widzimy, że ziemia trzęsie. Jak to? Przecież się ziemia poruszyła, coś się stało. Jesteśmy w innym miejscu. W mojej redaktorach było pełno takich przygód. Tylko że ja żadnej z tych przygód nie wykreowałem. Czasem coś komuś podpowiedziałem, czasem komuś powiedziałem, żeby skreślił. To musi być. A ja mówię: „Przecież to jest tu i tu. Zauważyłeś?” „Jasne!” „A jak zauważyłeś, to możemy skreślić.” Taka była moja pomoc dla małych geniuszy.
I to się wspaniale sprawdzało, jeśli ktoś te książki kochał. Jak się nie odkochał, to ludzie, którzy umieją pisać, są jego przyjaciółmi. Pamiętam, zadziwiłem paru swoich wielkich wrogów, teraz kumpli, że okazywały się niedobre książki. Poszczekiwali na nich ich rówieśnicy, bo ci młodzi rywalizują ze sobą. Nie ma większego bólu niż to, jak kumpel wyda dobrą książkę. A ja to witałem z radością. I ten kolega mój, mój wróg największy pisze dobrą- co to jest za świat? Ja byłem wielki, podobno, redaktor, guru fantasy dlatego, że byłem w dobrym miejscu, że wszyscy do mnie przynosili teksty, że było ich dużo, było dużo czytelników. No i dlatego na moim płaszczu z orderami redaktorskimi jest przypięta gwiazda Sapkowskiego, Złoty Łuk Dukaja, ale jest Brzezińska. Brzezińska to nie, to była wojna.
Ale Białołęcka, Zarodziński, Kuba Nowac, Jacek Sobota to byli kumple. To było pisanie, wspieranie się, radowanie. Na początku oni ze sobą rywalizowali. Potem jednemu autorowi powiedziałem, że mi jego opowiadanie przypomina figurę dramatyczną. Ta cała historia inne. On mówi: „Jasne, niech pan autorce napisze, że się przyznaję, że tak.” Miłość do słowa, do dobrze zrobionej rzeczy była silniejsza od ambicji stricte rywalizacyjnego. Tam się dokonywały różne spotkania i pojednania dzięki temu podkładowi namiętności do książek, które są oczywiście sztuką, są nazywaniem świata, są wojowaniem ze światem, są wyrzucaniem siebie, swojej prawdy. Nauczyły się też patrzeć na tą fantastykę jako dzieło charakterów. Na pewno nie umiejętności, tylko charakterów. Pamiętam, jak w 1984 roku miałem raptem 38 lat i w dyskusji w Staszowie profesor Handke, wyjaśniając powodzenie fali socjologicznej, ale to dotyczy religijnej, alternatywnej i mistycznej, onirycznej, każdej.
Kiedy człowiek pisze to, co czuje, że musi napisać, wyjdzie mu zawsze lepiej, niż sądził, że potrafi. Kiedy dosiadamy swojej prawdy, to to jest nienarowisty koń. Jak my się słuchamy swojej prawdy i nie zakłamujemy jej, idziemy za nią, to ona nie strąca, nie poprzeczek, nie strąca się, jedzie do celu z dobrym wynikiem.
[04:16:37] - Chciałem teraz na koniec zadać pytanie, które może ci chyba sprawić trudność. Jakich tekstów, jakich książek po prostu nie lubisz? Bo ty jesteś takim łagodnym recenzentem, człowiekiem, który lubi wiedzieć. Więc czasami, tak to widzę, jesteś gotowy przeczytać nawet złą książkę, byle dowiedzieć się czegoś więcej. Ale czy są takie tytuły, takie książki, może takie gatunki literackie, których po prostu nie lubisz?
[04:17:09] - Najprostsza odpowiedź, ale to jest odpowiedź typu replika z „Budda”: nie lubię książek, których nie rozumiem. Bo ja pamiętam, że mogę czytać książki, z którymi się nie zgadzam, bo chcę podpatrzeć tę pokrętną logikę. Ale nie lubię książek, które dostarczają mi wrażenia banału, niepotrzebności. Książek, które nie spełniają tego postulatu, że kiedy piszesz, to, co dla ciebie jest ważne, tylko piszesz o tym, co masz wrażenie, że. To Hemingway powiedział, ja się tego też nauczyłem, że młodemu sprawia trudność odróżnienie tego, co czuje, od tego, co powinien czuć. To gdzieś Hemingway powiedział. Znajdowałem to u innych pisarzy i też to było ważne. Hemingway powiedział też: „Nigdy nie doprowadzaj roboty do końca. Kiedy jesteś w akcji i wiesz co dalej, a jest 1.00 czy 3.00 w nocy, to odłóż to. Po raz drugi zaczniesz od tego miejsca, w którym wiesz co dalej.
Nie dojeżdżaj do momentu, w którym nie wiesz, co dalej, bo potem możesz mieć miesiąc przerwy”. Ja tę myśl znalazłem u Hemingwaya, strasznie mi się spodobała, a potem ją znalazłem u Márqueza. On ją przytoczył. On to wie od Hemingwaya w jakimś słynnym tekście. Ale wracamy do tego, czego ja nie lubię. Nie lubię mętności, nie lubię kłamstwa i nie lubię niezrozumiałości. Wrogość zniosę, gdybym mógł podpatrzeć struktury złości. Kłamstwo też może być interesujące. Nieinteresujące jest kłamstwo bezczelne, na rympał, ale warto się przyjrzeć strukturze kłamstwa, żeby chociażby naśladować dialogu. Jedyny cytat z mojej książki „Twarz na podziemie”, jaki jest w internecie, znalazłem, to jest tam, że gość mówi do gości, że nie ma mowy o drzemce po obiedzie i dyskusjach.
Taka indoktrynacyjna dyskusja, bo bohater się pyta: „Obowiązkowa?” Dyskusja jest dobrowolna, wszyscy w niej uczestniczą. Ten kłamstwo w tym zdaniu jest małą literacką radością i mowa kłamliwa sama na siebie zastawia takie pułapki. Wypatrywanie ich zastępuje udręki niesłusznego poglądu. Więc nie lubię w książkach pewnego typu udawania i nieszczerości, bo nic mi nie dają. Chociaż niektóre nieszczerości bywają interesujące przez to, że można się pod nimi dopatrzeć tego, co próbują zakłamać, ukryć. I przyłapałem się też na tym, że jestem inżynierem i że muszę sam weryfikować autorytety, jakie mi się wmawia. Wiele książek krytycznych, po które sięgnąłem, odkładałem po przejrzeniu trzech, pięciu kartek, bo dochodziłem do wniosku, że to jest, jak się mówi, blagi. Wiatraczek terminów i mądrych pojęć, i słusznych zdań przesłania pustkę, a z pustki nie będę miał żadnego pożytku. Może za szybko zdyskwalifikowałem niektóre książki, niektóre teksty. Pamiętam, nie od razu, ale odkryłem, jak się odzwyczaiłem od pisania Sartra.
Mój kolega, który był człowiekiem trochę mętnym, trochę pokrzywionym, który szedł na różne koncesje, udając, że robi je z ewidentnego moralnego wyboru, polecał mi Sartra i ja się doczytałem w tym Sartre'rze jego mętniactwa i jego nieszczerości, jego kulturalizmu. Ale to być może były zbyt pochopne sądy. Sartre był blagierem. Jak mu mówili o zbrodniach Stalina, to mówił, że nie można o nich mówić, żeby nie odebrać nadziei robotnikom z Milancourt. To była mętna francuska dusza, która mi się nie podoba i z którą jestem w stanie wojny. Z Macronem też. Duchowej wojny. Tego nie lubię. To mnie odstręcza. A to, co ci oznacza po prostu odrzucenie.
Wiesz, czego nie lubię. Parę lat temu moja książka się ukazała. Recenzowałem książkę młodych autorów „Kinomiografia nowego milenium”. Widzę język pokolenia, które ogląda tylko kino swojego czasu i innego kina nie ogląda, które używa języka pressbooków reklamowych, które zastępuje myśl krytyczną sloganami i reklamowymi, i ideologicznymi. Które z tego kina nie wyciągnęło wiele również dlatego, że nie znają poprzedniego kina, którzy strasznie arbitralnie się wypowiadają. Na przykład, że autor zrobił to powodowany chęcią zysku albo żeby wesprzeć system amerykański. Jest system podejrzeń, który uniemożliwia spojrzenie na twórcę jako nosiciela pewnej prawdy intelektualnej, estetycznej, tylko się go po prostu dyskwalifikuje przy pomocy dwóch, trzech formuł, które nic nie znaczą i które nie zostały w żaden logiczny sposób wyprowadzone. Tego nie lubię. Ale czytałem tę książkę z mordegą, z przyjemnością. Marząc po niej ołówkiem zaciekle, bo wiedziałem, że po prostu wyciągnę tę pabolę na wierzch i przedstawię publiczności.
Ja czasem czytam książki złe. Nie zawsze, żeby się nad nimi znęcać, ale zawsze, żeby coś zrozumieć. Ale! I chyba zakończę tym. Przeczytałem taką myśl u Audena, jeden z tomików w Bibliotece Współczesnej. Ona mi się strasznie spodobała. Użyłem tej myśli przeciwko koleżance, która strasznie mnie dojeżdżała i moich autorów. Najpierw się uspokoiła i jużśmy się pojednali, ona już nie atakowała ani mnie, ani moich autorów. Otóż on mówi tak: „Recenzowanie złych książek jest niebezpieczne, ponieważ jeżeli recenzujemy złą książkę, jedyna ciekawa treść, jedyna ciekawa warstwa, jedyna interesująca rzecz, jaką możemy dać, to jest nasza interpretacja, nasza złośliwość. Czyli recenzując złe książki, nieuchronnie popisujemy się i tak recenzowanie złych książek psuje nam charakter.”
[04:23:56] - Bardzo dziękuję za rozmowę.
[04:23:58] - Dzięki.
[04:24:27] - Tak. Mogę tylko powiedzieć jedno: ja nieodmiennie przy tym wywiadzie z Maćkiem Parowskim wzruszam się. Pewno dlatego, że go prowadziłem, ale też dlatego, że Maciej z takiego twardego recenzenta, z człowieka, który selekcjonował opowiadania do Nowej Fantastyki, w tym wywiadzie pokazał swoją twarz człowieka, który czytał i dla którego czytanie było czymś niesłychanie ważnym. Czymś, co go ukształtowało, co go nieustannie kształtowało, co sprawiało, że po prostu był, jaki był. Nie potrafię o tym wywiadzie mówić spokojnie. Stąd takie moje pewne rozedrganie. Pewne emocje, proszę państwa. Zostawmy zatem. Cóż, mieliście państwo dzisiaj okazję posłuchać opowiadania tworzonego przez sztuczną inteligencję, ale trudno nazwać ten element audycji kącikiem literackim. W związku z tym ja państwu zaproponuję opowiadanie Bruno Kadyny „Nie skacze się w kapciach”.
Cóż, to jest opowiadanie, które miało być w tym „Bibliotekarium 2.0”, w którym po raz drugi pojawiło się opowiadanie „Projekcje zawiści”. Tak to już jest, że jak robi się taką audycję składankową, to czasami jakieś pliki się pomylą i to już później leci. Zamiast pliku o tym, że nie skacze się w kapciach, wysłałem po raz kolejny „Projekcje zawiści”. I tak „Projekcje zawiści” znalazły się dwa razy w dwóch różnych „Bibliotekariach”, na co zresztą nasi słuchacze zwrócili uwagę, bo trudno, żeby nie. Odpowiem tylko tak, wymigując się od winy i kary, chociaż wina jest ewidentnie po mojej stronie. Mea culpa, maxima culpa. Natomiast powiem tak: mieliście państwo okazję dwukrotnie posłuchać całkiem niezłego opowiadania, a dzisiaj w nagrodę — żarcik taki — opowiadanie „Nie skacze się w kapciach” i Bruno Kadyna. Zapraszam.
[04:27:03] - Bruno Kadyna. Opowiadania czytane w krzakach.
[04:27:11] - Bruno Kadyna „Nie skacze się w kapciach”. Czyta autor. Noc przez łzy jest nieciekawa nawet na dachu. Skacz. Po to tu przyszedłeś — myślę. To najlepsze wyjście. Gadam do siebie, jakbym musiał się w tym utwierdzić, a to przecież oczywiste. Na co czekasz? To trudniejsze, niż myślałem. Może po prostu jesteś tchórzem.
Siadam. Muszę być pewien. Zaraz przestaniesz myśleć. Wszystko to i tak przestanie istnieć. Jakie znaczenie ma więc całe rozmyślanie i układanie w głowie? Najważniejsze, żeby chłopcy już tego nie przeżywali. Szybko przebolą stratę. Szczególnie że i tak prawie nie ma mnie w domu. Inaczej dawno bym ją zabił. Albo siebie.
I tak sobie siedzę. Czas się zbierać i nie rozwlekać. Już nie myśleć o niczym. Już nie trzeba. Inaczej coś spróbuje mnie powstrzymać. Wstaję. Po prostu to zrobię. Podchodzę do skraju dachu. Co tu robisz, mordo? Słyszę za sobą słowa i się odwracam.
To koleżka. Robi mi się wstyd jak jeszcze nigdy w życiu. Aż w pierwszej chwili mam ochotę się zerwać, żeby skoczyć i uniknąć jego spojrzenia. Ale pojawia się pytanie: co on tutaj robi? Nigdy nie przyjeżdżał bez zapowiedzi. Iza powiedziała, że wyszedłeś. Nie zasłoniłeś wejścia na dach — mówi.
[04:28:52] - Nie gadałem z nim dzisiaj. Wyłania się z dziury. Widzę sylwetkę od pasa w górę. Ten sam wstyd nie pozwala mi się teraz ruszyć. „Przychodzę się tu przewietrzyć” kłamię. Spojrzenie Krystiana mówi, że pierwsze słyszy. Nie wyłazi z dziury. Siada na krawędzi włazu. „To może miasto? Jakiś patrol?” pyta.
Robię ku niemu dwa kroki, ale się zatrzymuję. Nie chcę iść. Nie mogę teraz. Nie mogę też teraz skoczyć ani nawet pokazać, że chcę to zrobić. Chce mnie stąd ściągnąć. Znowu muszę grać, że wszystko dobrze. Zmuszać gębę do uśmiechu. Przecież oczy masz czerwone od płaczu. Wszystko widać. „Może nie dzisiaj stary.
Nie chcę teraz wchodzić do domu, żeby się ubierać. Dopiero stamtąd spieprzyłem” mówię. „To dawaj tak jak jesteś. Nie będziemy wysiadać”. Podejrzewa, że chcę skoczyć. Widać to po nim. „Nie dzisiaj stary. To taka chwila, w której chłop musi zostać sam” mówię. Patrzy na mnie jak na idiotę. „Co ty wygadujesz za głupoty?
Właśnie w takich chwilach chłop nie może być sam. Dawaj, o jakiś McDonald zahaczymy”. Kurde, idź stąd. Nie sądziłem, że wkurzy mnie jego gadanie. „Nie stary, nie dziś. Chcę zostać sam” marszczę mordę. „Pieprzysz jak potłuczony. Dawaj, nie ma czasu”. Racja, nie ma. Nie ruszam się.
„To ja wchodzę do ciebie, ale jedziemy zaraz i koniec” mówi. I włazi. Podchodzi do mnie. Szlag. „Co chciałeś odwalić gamoniu?” pyta i wpatruje się we mnie. Denerwuje mnie to. „Nic” kłamię. Widzę, co mu chodzi po głowie. Stanął blisko, żeby mnie w razie czego złapać za ramię. Nawet się cieszę, że zauważył, że nie żartuję.
Przecież przy nim nie skoczę. Miałby przesrane do końca życia. Nawet jeśli o nic by go nie oskarżyli. Nie zapomniałby tej chwili. Niczego dobrego by nie stworzyła. Dość narobiłem syfu. „Dawaj, siadamy tutaj” pokazuję miejsce przy kominie. Mamy widok na ogrody sąsiadów i las. „Co chciałbyś zrobić?” pyta. Kurde, musisz?
„Nic. Odetchnąć. Przychodzę tu czasem”. Weź skończ. Wiedziałbym, gdybyś tu przychodził. Na bank choć raz byś stąd do mnie zadzwonił. „Jaka dedukcja. Nie złożyło się po prostu pałko. Nie przychodzę tu często” mówię. „Zobacz, nie mam przy sobie telefonu”.
To było przekonujące. Bo ci niepotrzebny i but też. Spoglądamy na moje gołe stopy. „Lubię chodzić boso” mówię. Po papie i smole. Wie, że od początku pieprzę głupoty. Dość pajacu. Przecież zrozumie. „Jak skakać w kapciach?” pytam już normalnym tonem. Za dzieciaka marzyłem, że latam jak Superman.
Nurkuję i odbijam tuż nad ziemią. A teraz miałbym przeżyć coś takiego ostatni raz przed śmiercią w kapciach? Ani trochę to nie było zabawne. „I twoje chłopaki cię znajdą z rozpieprzoną czaszką, mózgiem na wierzchu i rozerwanym bebechem”. Lepiej tak niż wiszącego. Właśnie przypomniałem sobie o złotym strzale. Robi się słodko w ustach i odjazd. I będę w jednym kawałku. I sra, i szcza się w gacie, jak w przypadku każdej innej śmierci. Nie zapominaj o tym.
„Skąd wiesz, że słodko?” Nie wiem. Gdzieś słyszałem. Ale ten sposób wygrywa. Zrobię sobie wcześniej lewatywę. „Weź się lepiej zamknij, bo cię obrzygam”. Zamykam się. Kretyńskie gadanie przyznaję. Milczymy chwilę. Potem Krystian pyta: „Zabijesz się z powodu baby?” O matko, po co męczysz? „Mam dość stary” mówię.
„Nie mogę znieść cierpienia chłopaków. Wpłynie na całe ich życie”. Ile oni mają lat? Nigdy nie pamiętam. „Trzy i pięć. To, co się dzieje między mną a Izą, rozdziera im serca i przez to mnie”. Myślisz, że aż tak to na nich wpływa? „Szczególnie kiedy drzemy na siebie mordy, a oni stoją tacy mali, trzymają się za rączki albo przytulają i nic nie rozumieją. Za to przeżywają gigantyczny stres”. Czuję, jak łzy napływają mi do oczu.
Walczę z tym. Myślisz, że to jej wina? To moja wina. Nie potrafię nad tym zapanować. „Nie tylko ty powinieneś nad tym panować. To moja rola, by znaleźć sposób. Kiedy jest afera, mówię sobie, żeby nie odpowiadać. Podkulić ogon i dać po sobie jechać do czasu, aż wymyślę, jak wszystko naprawić”. „Najważniejsze to zachować spokój” mówi Krystian. Głos mi drży.
Nie chcę się rozklejać. Chrząkam i mówię niższym tonem: Potrafię się do tego zmusić tylko do pewnego stopnia. Ale kiedy ona podnosi głos i dolewa jadu, w końcu toksyna zaczyna działać. „Kobiety jak nikt potrafią świadomie dokręcać śrubkę” mówi Krystian. „Nie wiem, co ja bym zrobił. Pewnie też uciekał”. Cieszę się, że mnie rozumie. Zanim ucieknę albo wybuchnę, proszę, żebyśmy się nie kłócili przy chłopcach. Gdyby ona choć raz poprosiła, a nawet przez zęby, poszedłbym na to natychmiast. Ciężko się nie odezwać, kiedy baby dokładają do pieca.
Gdybym umiał panować nad swoim niewyparzonym ryjem, pewnie i ona nad swoim by zapanowała. Nie wiadomo. Jak zniknę, skończą się problemy. Chłopaki są w takim wieku, że nawet nie będą mnie pamiętać. Myślisz, że będzie im lepiej? Wiesz, co ona będzie o tobie mówić? Postawi mnie w gównianym świetle i o wszystko obwini. Wymyśli jakąś historię i będzie ją powtarzać, aż uwierzą, że jest prawdziwa. Mówię. No właśnie — potwierdza kolega.
Mam to w dupie. Nie możesz wyjechać, popracować za granicą? Jakaś Norwegia, Niemcy? — pyta Krystian. Myślałem o tym, ale męczyłbym się strasznie. Tęsknota by mnie dobiła. Na początku. Potem byś przywykł. Lepiej tak, niż Bartka i Artura pozbawić starego na zawsze. Żadna strata.
Słabo żyć ze świadomością, że ojciec się zabił. Pewnie byłoby im wstyd. Bo kto się zabija? Tylko świr. Przecież Iza nie przyzna, że się do tego przyczyniła. Nawet sama przed sobą. Przepisze ci coś albo wymyśli chorobę psychiczną i na nią wszystko zwali. Dokładnie. To może najpierw spróbujesz wyjechać. Zabić możesz się w każdej chwili i wszędzie.
A tak mógłbyś im pomagać, mieć nad nimi jakąś pieczę, być ojcem, chociaż z daleka. Lepiej tak niż wcale. Albo po samobójstwie zyskać miano tchórza i wariata. Pamiętaj: show must go on. Życie po tobie będzie toczyć się dalej. To wszystko nieważne. O tym wszystkim już myślałem. To co? Chodźmy stąd — mówi. Jeszcze nie.
Źle ci tu? Przejażdżka lepsza. Śmierć wciąż najlepsza. Opieram głowę o komin. Przez chwilę nic nie mówimy. Całe szczęście. Krystian patrzy na las. Cały czas jest skupiony, jakbym wciąż stał nad krawędzią. To nieprawda, że nie pomyślałem o złotym strzale. Po prostu muszę to zrobić znienacka.
Najbardziej boję się, że w połowie drogi w dół zmienię zdanie. Podobno często się to zdarza. Tylko skąd o tym wiadomo? Lot w dół po złotym strzale trwa o wiele dłużej, a co za tym idzie również żal po zmianie zdania. Muszę więc to zrobić nagle, w największej pewności, bo życie jest jak fala. Raz jest dobrze, a raz źle. To dobrze nie jest na tyle dobre, żeby chcieć żyć, ale dobre na tyle, żeby nie móc się zabić. Więc musi to być odpowiedni moment. Jak skoczę, to skulony, z zaciśniętymi powiekami, czekając na uderzenie i koniec. Dawaj mordo, jedziemy.
Szkoda czasu — mówi Krystian. Na co? Siedzę jak zamurowany. Nie mogę się ruszyć. Nie mam siły nawet odrobiny prądu. Gdzie cię tak ciśnie jechać? — pytam. Właśnie nie wiem. Po prostu muszę gdzieś pojechać. Nie chce mi się, stary.
Potwornie. Jedź sam, ja jeszcze chwilę posiedzę i wracam do domu. Nie pękaj. Przecież nie skoczę. Wolę złoty strzał. Krystian się nie śmieje. Żaden taki żart dzisiaj nie wejdzie. Pojadę, jak zejdziesz do domu. Choć wolałbym jechać jak najszybciej. Gdzie pojedziesz?
— pytam. Wsiądę do fury i ruszę po prostu. Czuję, że powinieneś jechać ze mną. Co za natręt. Nie dasz mi posiedzieć samemu? — pytam. Nie. Czemu nie zadzwoniłeś, że jedziesz? I tak byś nie odebrał przecież. Dotykam lewej kieszeni, gdzie zawsze trzymam telefon.
No tak. Może to nie przypadek, że zajechałeś — żartuję. Jakbyś siedział na kiblu, to nie byłoby nic nadzwyczajnego. Przecież tylko przyszedłeś się przewietrzyć podobno. No tak, ale jeśli jednak miałem zamiar skoczyć na łeb, to dziwne, że akurat teraz się pojawiłeś. No dziwne — mówi. Po prostu wyszedłem. I taką trasę sobie wymyśliłeś? Jak wsiadłem do samochodu, pomyślałem o tobie i dzida. Krystian analizuje wszystko, co było wcześniej.
Że po prostu nabrał ogromnej ochoty, żeby wyjść z domu i wsiąść do auta. Naprawdę chciałeś się zabić? — pyta. Naprawdę. Ale już tego nie zrobię — kłamię. Teraz nie. Jutro kurde, co ty Freud? Coś taki podejrzliwy. Nie wiem. Wiem, że musimy zejść stąd razem i ruszyć w drogę — mówi wpatrzony w las, a raczej w czarną ścianę, którą przypomina.
Film złapałeś na jeżdżenie? Wkręcił sobie ratowanie. Sam nie wiem, dlaczego mam takie ciśnienie. Jesteś po prostu porąbany — mówię. Musimy szybko stąd zejść i jechać. Co mi tam. Odłożę skakanie i tak nic z tego teraz. Mam na sobie koszulkę, spodnie dresowe i laczki. Nie wchodziłem do domu, choć miałem odruch, żeby wejść i ucałować chłopców. Nie zdążyłem przed wyjściem na dach.
Zjechaliśmy całą Świętojańską. Wcześniej byliśmy na Polance Redłowskiej i na bulwarze. Zatrzymaliśmy się pod starym dworcem morskim. Krystian zamknął oczy i głęboko oddychał. Ładnie pachniało wodą morską, choć czasami z portu tak wali, że idzie zdechnąć. O nic nie pytam, a Krystian nic nie mówi. Nie wie, gdzie jechać. Jedzie na czuja. Odwiedzamy ulubione kąty. W każdym Krystian kręci nosem, że to nie tutaj i szukamy dalej.
W końcu wyjechaliśmy z Gdyni. Jesteśmy w Pierwoszynie. Skręcamy w boczną ulicę i dojeżdżamy do końca zabudowań. Jedziemy drogą przez łany zbóż. Pachną dziś przytłaczająco. Potem wjeżdżamy w nabrzeżny pas lasu. Jedziemy na urwisko na Mechelinkach. Dawno tu nie byłem. Nawet się cieszę, ale na pewno jeszcze bardziej mnie zdołuje to miejsce. W taką pogodę nie jest wesołe.
„Myślisz, że to tutaj?” – pytam. Krystian nie odpowiada. Uważa, żeby nie rozwalić zawieszenia. Będzie mnie woził bez sensu i pajacował. Wjeżdżamy na wielkie urwisko porośnięte trawą. Bardzo tu nierówno. Toczymy się wolno wytartymi koleinami. Niebo jest złe. Wiatr wygina drzewa, ale najgroźniej wygląda morze. Krystian odwraca moją uwagę od wody.
„Tam ktoś jest” – mówi. „Właśnie o to chodzi. Tu mieliśmy przyjechać.” „Skąd wiesz?” „Nie wiem. Mam takie przeczucie.” Wytężam wzrok. Przed nami widać ciemny kształt. Terenowy samochód. Tutaj częsty widok, nawet o tej porze. „Zepsujemy komuś randkę” – mówię. „Możliwe, ale musimy tam podjechać.” „Co ty?” Patrzę na niego podejrzanie. Wygląda, jakby nie był sobą.
Wkręca mnie. To pewnie Miras i Marian. Wali prosto na ten samochód. Duży, stary Jeep Grand Cherokee. Nie poznaję auta. To żadnego z chłopaków. Chyba że nowy nabytek Mariana. On handluje samochodami. Ustawił się z nimi. Stąd ten pośpiech.
Zapominam, że miałem się zabić. Zatrzymujemy się tuż przed terenówką i świecimy w boczne okna. Wszystkie przyciemnione, ale i tak widać zarys męskiej głowy obróconej w naszą stronę. Nie przypomina żadnego z kumpli. „Typ właśnie z kimś... Wysiadamy!” – przerywa Krystian. Nie wiem, co się dzieje, ale robię, co mówi. Wysiadamy jednocześnie, a mężczyzna w środku wpada w popłoch. Wypada zza samochodu. Jest ubrany w szary dres.
Co jest? Biegnie do lasu w czerni. „Co to za chłop?” – pytam. „Nie mam pojęcia, ale o niego chodzi.” Z Jeepa dobiega dziecięcy głos. „Słyszałeś?” Startuję do auta. Obiegam w koło i już widzę, bo ten typ nie zamknął drzwi. Matko! Na tylnej kanapie leży dziewczynka, jakieś 10 lat. Zaciska oczy i płacze. Stara się nie robić hałasu.
Ubrana jest w legginsy i za dużą bluzę. Ma skrępowane z tyłu ręce. Samochód wygląda i pachnie normalnie. Chyba nie zdążył nic zrobić. Nie chcę nawet zakładać, co zamierzał, jak by to skończył, co z nią zrobił. Czuję przypływ niewyobrażalnej wściekłości. Krystiana też bierze. Zaciska pięści i pompuje. Chce pognać za typem. „Dzwoń na policję” – mówię.
– „Masz jakiś koc w aucie i nóż? Trzeba przeciąć trytkę.” „Tak.” Biegnie. Patrzę na dziewczynkę, a miejsce złości zajmuje współczucie i gorycz. Co ona musi czuć? Chcę ją jak najszybciej uspokoić. Robię wszystko, żeby głos mi nie drżał. „Dziewczynko, tamten człowiek uciekł, kiedy nas zobaczył. Pomożemy ci wrócić do mamy. Już ci uwalniam ręce. Trzeba przeciąć ten pasek.
Jak masz na imię?” Odpowiada dopiero, kiedy uwalniam jej ręce. „Zuzia.” Wybucha płaczem. Też płaczę i żałuję, że się tak na tym dachu grzebałem. Czytał Bruno Kadyna.
[04:44:48] - Tak, to był Bruno Kadyna. „Nie skacze się w kapciach”. To jedziemy dalej. Kolejna część „Bibliotekarium 2.0” to część poświęcona książkom w życiu ważnego autora. Tym ważnym autorem jest tym razem Paweł Majka. Znacie państwo? Pewno znacie, ale i tak wam opowiem. Paweł Grzegorz Majka to rocznik '72. Urodzony w Krakowie polski pisarz, który specjalizuje się w fantastyce, ale przy okazji – albo może nie przy okazji – dziennikarz i pracownik mediów. W internecie używa takich pseudonimów jak Agrafek, Paweł Czerwiec oraz Bosman Plama.
On debiutował – to oczywiście rodzaj żartu – debiutował w „Świecie Młodych” w '87 roku, ale kolejny, drugi debiut – nie wiem, czy może być drugi debiut, wybaczcie państwo – kolejne opowiadanie opublikował blisko 20 lat później, bo w 2006 roku w antologii „Tempus fugit”, która została wydana przez Fabrykę Słów. Później publikował kolejne opowiadania w takich czasopismach jak „Nowa Fantastyka”, „Science Fiction & Fantasy & Horror”, „Fantasy & Science Fiction” – to edycja polska – a również w „Czasie Fantastyki” i w takich antologiach jak „Kanon Barbarzyńców”, „Nie pytaj o Polskę”, „Nowe idzie. Science fiction” oraz „Rok po końcu świata”. Ale publikował także w internetowych magazynach, takich jak „Fahrenheit”, „Esensja”, „Creatio Fantastica”. Jest też stałym współpracownikiem portalu geex.pl. W 2014 roku debiutował powieściowo i to taką powieścią z przytupem, która od razu zyskała status powieści, którą się czyta. To była powieść „Pokój światów”. W jakiś sposób ta powieść nawiązywała do „Wojny światów”. Została wydana w wydawnictwie Genius Creation w Bydgoszczy. To lokalny patriotyzm przeze mnie przemówił.
Paweł Majka jest też autorem pierwszej polskiej powieści umieszczonej w uniwersum „Metro 2033” Dymitra Głuchowskiego. To była powieść „Dzielnica obiecana” i toczy się w krakowskiej Nowej Hucie. Oczywiście później powstały kolejne części, zarówno pisane przez Pawła Majkę, jak i przez innych autorów. Ale Paweł Majka był pierwszy. Poza tym pracował w krakowskich mediach, mediach lokalnych, a także w jednej z ogólnopolskich telewizji. To jest też autor nagradzany. W 2013 roku za opowiadanie „Grewolucja”, które zostało opublikowane w Nowej Fantastyce, został nominowany do Nagrody im. Janusza Zajdla za 2013 rok. Później dostał też nominację w kategorii powieści za powieść „Pokój światów”. Ale taką nagrodą, która zdecydowanie odcisnęła się na karierze pisarskiej Pawła Majki, była Nagroda im.
Jerzego Żuławskiego. W 2015 roku za powieść „Pokój światów” otrzymał tę nagrodę, a potem jeszcze w 2016 za powieść „Niebiańskie pastwiska”. Srebrne wyróżnienie w tej nagrodzie otrzymał za „Wojny przestrzeni” z 2018 roku. Ja państwa zapraszam na „Książki ważne w życiu” Pawła Majki. Dodam tylko, że z nagraniem tego wywiadu wiąże się historia przeraźliwa, ale przeraźliwa ona jest dla reportera, który zbiera materiał. Otóż sprzęt był w porządku, wszystko było w porządku, ale miejsce, w którym przeprowadzany był wywiad, nie było w porządku. Otóż tam stała sobie lodówka. Wiecie państwo, lodówka to jest lodówka. Nic groźnego w niej nie ma, pod warunkiem, że działa sprawnie. Poniewczasie, już po nagraniu wywiadu i kiedy autor pojechał w siną dal i był nie do ściągnięcia, a wywiad był nie do poprawienia, okazało się, że lodówka iskrzy.
Ślady tego iskrzenia znajdziecie państwo w nagraniu. Tam się pojawi takie trzeszczenie. Nie tak, żeby się nie dało słuchać, ale może wkurzać. Mnie na przykład wkurza. Stąd to moje tłumaczenie. Niemniej myślę, że to, co mówi Paweł Majka, nagrodzi państwu odrobinę cierpienia. W końcu odrobina cierpienia w życiu, jak chciał Thackeray w swoim dziele „Pierścień i róża”, podobno przydaje się w życiu. Wiem, popłynąłem. Zapraszam państwa na spotkanie z Pawłem Majką. Dzień dobry.
Gościem „Bibliotekarium” jest Paweł Majka, pisarz, który w ostatnich latach wydał kilka książek, między innymi „Pokój światów”. Także zaistniał w uniwersum „Metro 2033”. Spotykamy się, żeby porozmawiać o książkach. Książkach ważnych. Książkach, które sprawiły, że dzisiaj Paweł Majka jest pisarzem znanym i cenionym. Ale jak to się właściwie zaczęło? Jakie książki sprawiły, że dzisiaj piszesz to, co piszesz?
[04:51:15] - Dzień dobry. Jestem wielkim wielbicielem literatury przygodowej. Ona może nie cieszy się jakąś potężną estymą, nie zdobywa wielkich nagród. Powieści przygodowe nie są oprawiane w skórę i stawiane jako wzorce. Natomiast ja osobiście bardzo lubię i mam nadzieję, że te powieści, które ja piszę, też opierają się na literaturze przygodowej. Jakoś tak się składa, że te najważniejsze książki pod tym względem to są te, które czytałem jako dzieciak.
[04:51:39] - Właśnie, zacznijmy od dzieciństwa. Jaka była taka książka pierwsza, którą zapamiętałeś? Którą może czytała ci mama, babcia? Taka, której jeszcze nie przeczytałeś sam, ale która sprawiła, że poczułeś, że to było coś.
[04:51:51] - Będę miał problem z odpowiedzią na tak zadane pytanie, ponieważ stosunkowo szybko nauczyłem się czytać. Pochodziłem z takiej rodziny, gdzie prawie wszyscy czytali. W związku z czym dorastałem, widząc, jak dorośli trzymają w rękach te tajemnicze książki. Oczywiście każdy dzieciak, jak najszybciej chciał się do nich dorwać. W związku z czym rodzice jak mi czytali książki, to były takie książki typowo dla dzieci i trudno mi powiedzieć, żeby którąś z nich pamiętam szczególnie. Znaczy naprawdę bardzo ważny był dla mnie „Kubuś Puchatek” i „Chatka Puchatka”, ale pamiętam je głównie jako te książki, które już czytałem sam. Miałem cztery lata w szkole, jak się nauczyłem czytać, więc możliwe, że wcześniej też. Prawie na pewno mi tego Puchatka rodzice czytali, ale już tego nie pamiętam. Natomiast jak tylko zacząłem czytać, jak nauczyłem się czytać, zresztą na początku w sposób niesamowicie, niezwykle denerwujący dla otoczenia, bo czytając wyłącznie na głos i zanim przeszedłem do czytania cichego, czytania samymi oczami, to wiem, że moi rodzice byli strasznie poirytowani. Z jednej strony się cieszyli, że dzieciak tak szybko się nauczył czytać, a z drugiej strony bardzo szybko poznali, że to może być udręką, ponieważ nie byli w stanie się skupić na własnych lekturach, jako że dzieciak strasznie dumny z tego, że czyta, biegał za nimi i czytał im na głos, żeby się pochwalić.
[04:53:00] - To co czytałeś?
[04:53:01] - Wszystko, co trafiło w zasięg mojej ręki. Mój dziadek miał swoją własną biblioteczkę. Mieszkaliśmy z dziadkiem, w której trzymał oczywiście wyłącznie dorosłe książki, ale te dorosłe książki miały straszliwie kuszące okładki dla takiego dzieciaka. Na początku rodzice jeszcze panowali nad tym moją dobrą lekturą. Nawet jak czytałem sam, to czytałem wyłącznie książki dla dzieci. To będzie właśnie „Puchatek”. Potem to były powieści Enid Blyton. Mam wrażenie, że obecnie troszkę zapomnianej autorki-
[04:53:25] - „Feniks i dywan” na przykład.
[04:53:27] - Tak, cała trylogia o dzieciach, czyli „Wiedźmo, dzieci”, „Feniks, dywan”, potem „Victoria amuletu”. Absolutnie niesamowite powieści. Przyznam szczerze, że nawet zdarza mi się czasem do nich wrócić. Zwłaszcza do tych spoza trylogii. Jest taka powieść „Zaczarowane miasto”, która jest niezwykła zupełnie. Tam te dzieciaki wręcz tworzą nowe rzeczywistości. Jeden rozdział jest czysto dickowski, kiedy oni stwarzają rzeczywistość, której nie poznają i tylko oni zdają sobie sprawę z tego, że rzeczywistość jest sztuczna, cała reszta świata wierzy, że jest prawdziwa. Niezwykłe elementy zupełnie, ale to były tego rodzaju powieści. Natomiast książki. Jak miałem sześć albo siedem lat, zacząłem sięgać do półki dziadkowej, do półki dla dorosłych i tam mi się przytrafili „Trzej muszkieterowie”, którzy do dzisiaj są dla mnie niesamowicie ważną książką.
Tam mi się potem, troszkę później, przytrafił „Eden” Lema, ale to już miałem nie wiem, z osiem lat. Już byłem dorosłym chłopakiem. Natomiast i „Muszkieterowie” i ten Lem, ten „Eden” przyciągnęły mnie właśnie okładkami. Na okładce starego wydania, tego wydania, które należało do mojego dziadka o muszkieterach byli dwaj walczący ze sobą na szpady faceci. To musiało przyciągnąć uwagę chłopaka. A na okładce „Edenu” Lema była taka mała srebrna rakieta, która odlatywała w atmosferę, pokazana jako taki ciąg czerwonych, ognistych kropek. Byłem zafascynowany tą okładką. Te książki chodziłem latami dosłownie. Przynajmniej tak to pamiętam, bo ta rakieta mnie niesamowicie kusiła. W końcu się odważyłem po to sięgnąć.
Nie było tak łatwo przełamać nieśmiałość i sięgnąć po tą dorosłą książkę. „Muszkieterowie” - wiedziałem, że oni się tam biją, walczą, bo wcześniej widziałem jakiś film na ten temat. Natomiast „Eden” był dla mnie absolutnie tajemnicą. Oprócz tego były też powieści przygodowe podsuwane mi przez rodziców, którzy jednak starali się dbać o to, żeby syn nie sięgał zbyt głęboko. Być może nie zdawali sobie sprawy z tego, co ja robię, kiedy się włamuję do pokoju dziadka i zaczynam grzebać w jego biblioteczce. Więc dostawałem Karola Maya na przykład. Karol May był podsuwany. Zakochałem się w nim natychmiast. Stevenson z całymi jego historiami, „Wybory za młodu”, z „Poskramiaczy”. To też były takie opowieści, w których się absolutnie zatraciłem.
To wszystko przygoda, tajemnica, pewna niezwykłość, głód wiedzy. Ja mam wrażenie, że być może ta literatura przygodowa, właśnie taka oparta na tajemnicy, na niezwykłości, zaprowadziła mnie prawie do fantastyki, która też była oparta na takich założeniach.
[04:55:28] - Aż trochę się boję zadać pytanie, co czytałeś w takim razie jako nastolatek?
[04:55:31] - Jako nastolatek czytałem fantastykę połykałem ją. To jest przerażające, ale ja wtedy czytałem dużo więcej, dużo szybciej niż teraz i zdarzało mi się czytać dziennie dwie książki. Nie jakieś oczywiście wielkie grubaśne tomiszcza, ale jednak. W podstawówce dość szybko przerobiliśmy, miałem takiego przyjaciela, który też dużo i szybko czytał. Właściwie przerobiliśmy całego dostępnego Karola Maya, jakiego mieli w naszym zasięgu i też obaj szybko rzuciliśmy się na Lema. Przeczytałem ten „Eden”, byłem nim zachwycony. Przeczytałem potem wszystkie książki Lema, jakie miałem w domu, a przynajmniej ci moi rodzice mieli w domu. Nie było ich tak wiele, bo rodzice nie byli wielkimi fanami fantastyki. Potem zacząłem korzystać z biblioteki szkolnej i też brałem tego Lema. Dziwił się troszkę panią bibliotekarką.
Dziewięciolatek, który czyta „Śledztwo” i „Katar”. Nie ukrywajmy, ja nic nie rozumiałem z tych książek, albo rozumiałem bardzo niewiele. Natomiast byłem zachwycony samym faktem, że to jest fantastyka. Rzucałem się też na powieści historyczne i na kryminały. Podkładałem mojej mamie kryminały. To już w ogóle, podkładałem je tak, bo szczerze nie powiedziałem, że to nie jest literatura dla mnie, więc tym bardziej miałem ochotę ją czytać. Więc znów pewnie mało z tego rozumiałem.
[04:56:25] - Co to były za kryminały? Pamiętasz jakieś tytuły?
[04:56:27] - Tak, pamiętam tytuły. Znaczy tytuły nie, przepraszam. Może ze dwa. Bardziej autorów. Tam był Jerzy E. Andrzejewski. Jerzy E. Andrzejewski to też jest ciekawostka. On pisał kryminały dla młodzieży. To były bardzo ciekawe kryminały.
Kryminały dla dorosłych toczyły się w PRL-u, jego współczesności. Kryminały dla młodzieży działy się- on osadzał w starożytności, umieszczał ich akcję na terenie na przykład pawilonu starożytnego albo napisał powieść o szpiegach asyryjskich. To były fascynujące historie. Dla mnie to było połączenie dwóch rzeczy, które mnie interesowały, czyli historii, bo byłem zachwycony historią. Uwielbiałem czytać o historii i książki historyczne, a z drugiej strony kryminał. Jeszcze to takie, które też rodzice mogli mi podsuwać, bo dla dzieci. Jeśli chodzi o inne, była taka pisarka Helena Sekuła, bardzo dobra autorka polskich kryminałów. „Ulica Kredyt” mogę przytoczyć tytułem, „Barakuda”. To pierwsza powieść Heleny Sekuły, jaką przeczytałem. Była Chmielewska, którą też mama podsuwała.
Chmielewska była stosunkowo łagodniejsza. I tak na gorąco to były te trzy nazwiska, które mi w tej chwili wyszły. Udało mi się wtedy jakieś przeczytać. Wtedy to mówię w podstawówce, czyli to było między dziesiątym a dwunastym, trzynastym rokiem życia. Tak, takie rzeczy.
[04:57:33] - Czy był jakiś czas przełomu, kiedy zacząłeś w inny sposób dobierać lektury? Bo tu rozumiem z tego, o czym rozmawiamy, to było takie nakierowanie się na kryminał, na literaturę przygodową, na fantastykę, ale to było trochę takie poszukiwanie we mgle. Natomiast jak to się zmieniło, że w pewnym momencie zacząłeś te lektury dobierać zupełnie świadomie? Bo pewno taki moment nastąpił.
[04:57:56] - Nie jestem pewien, czy potrafię go wskazać. Teraz powiem coś, co zabrzmi strasznie i może nie będzie zbyt popularne, ale na pewno mi pomogły lektury szkolne. Te straszne lektury szkolne, które gnębią i sprawiają, że dzieci nienawidzą książki, nienawidzą czytania. One mi pomogły. One mnie prowadziły. Ja miałem bardzo dobrą polonistkę w podstawówce i ona była bardzo mądrą kobietą, która potrafiła bardzo umiejętnie te lektury nam przedstawiać. One nie były dla nas udręką. Potrafiła nas trochę też zarazić taką radością czytania. Pewnie nie wszystkich, bo to wiadomo, klasa liczyła tam dwadzieścia chyba osiem osób. Nie wszyscy kochali czytanie.
Natomiast w efekcie dzięki tym lekturom trafiały w moje ręce książki, fragmenty powieści, opowiadania sięgające poza tą prostą, przygodową literaturę. Prosta, przygodowa literatura. Wspominałem, że czytałem Lema, ale czytałem Lema, nie rozumiejąc. Natomiast te lektury mnie trochę edukowały w kierunku Lema. Oczywiście, kiedy tam w okolicach szóstej czy ósmej klasy okazało się, że „Bajki robotów” Lema są lekturą szkolną, ja to już miałem dawno za sobą, ale też się dowiedziałem czegoś innego. Także ja bardzo sobie cenię kwestię lektur szkolnych. Mam z nią pewien kłopot, bo to jest dyskusja na ten temat, co z tym zrobić. Czy dzieciaki powinny być dręczone tą klasyczną, powieściami z XIX wieku pisanymi językiem, którego nie rozumieją? Z jednej strony to rozumiem, że to może zniechęcać, że dzieciakom się potem czytanie kojarzy z udręką, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie, że ktoś może wejść w czytanie literatury współczesnej bez przygotowania przez całą długą historię literatury. Nie wiem, jaki jest złoty środek.
Nie mam pojęcia, jak to zrobić. Rysowałem komiksy z moim kolegą w szkole. Który się niszczył przez lekturę. Ja rysowałem komiksy prymitywne. Nie mam talentu plastycznego, czyli robiłem takie bryki komiksowe. Może to jest jakaś ścieżka? Nie wiem. Także to wprowadzanie mnie w literaturę to nie było jakieś moje dzieło. To było właśnie dzieło tej polonisty i to było dzieło wybranych przez nią lektur szkolnych. Ja się dzięki temu nauczyłem czytać rzeczy poważniejsze.
[04:59:53] - A co Paweł Majka czyta dzisiaj?
[04:59:55] - Straszna sprawa, ale ja czytam w tej chwili mało fantastyki. Na pewno w porównaniu z tymi czasami młodzieżowymi, kiedy czytałem mnóstwo fantastyki. W tej chwili czytam fantastyki mało dlatego, że piszę i ja uważam, że czytanie tego rodzaju literatury, jaką sam od siebie tworzę, wyjaławia. Czyli jeżeli będę czytał tylko fantastykę i pisał fantastykę, to moja fantastyka będzie od tego gorsza. Nadal lubię tą literaturę, nadal chętnie po nią sięgam, ale na przykład w czasie, kiedy piszę swoją powieść, muszę czytać coś innego. Z jednej strony to są znów oczywiście powieści, które pomagają, służą mi do zbierania materiałów. To może być jakaś książka tematyczna z zakresu fizyki, to może być jakaś książka opowiadająca o historii, kulturze i tak dalej. Ale to nie jest czytanie dla przyjemności. Może być przyjemne, ale nie służy przyjemności. Natomiast staram się czytać jak najwięcej literatów życia literackich, ale z innego względu.
Nawet mam taki zwyczaj, że jeżeli kiedy piszę powieść swoją własną, to co godzinę mniej więcej muszę zrobić przerwę i poczytać coś innego. Czyli nakarmić swój mózg dobrą literaturą. I wtedy na przykład czytam Grossmanna. To jest piękna, świetna literatura, ale w tym przypadku wysiłku, wykonania pracy właśnie samym pisaniem to jest ode mnie pożyteczne. Makartiego czasem czytam też z tego powodu. Oprócz tego najpierw czytam sobie dla przyjemności, a potem to już nie jest czytanie książki od deski do deski, tylko otwarcie na dowolnej stronie i czytanie przez jakieś 15 minut. Właściwie połykanie tekstu, połykanie stylu. W taką mamy pogodę ona mi bardzo pomaga. Pozwala odpocząć trochę od swojego pisania. Co ja tam jeszcze czytam?
Patrzę po swoich półkach. Czasem nadrabiam nowości. Gdzieś usłyszę, że coś jest ciekawego, no to wskakuję w tą powieść. Mogę się od niej odbić. Także to nie jest tak, że udaje mi się być na bieżąco z nowymi powieściami. Bardzo chętnie czytam Grahama Swifta. To jest taki współczesny pisarz brytyjski, którego najwięcej powieści się ukazywało u nas chyba w latach 90. i na początku XXI wieku. Ostatnio zauważyłem, że przestano go wydawać, ale ja wiem o czym. Nie przestał pisać.
Mistrz. Niesamowity facet zupełnie. Jego najbardziej znaną powieścią, którą mogą ludzie kojarzyć, to jest „Kraina wód”. A mogą ją kojarzyć, ponieważ ona została zekranizowana w roli głównej przez Hugh Grant. On pisze w bardzo niezwykły sposób, bardzo chętnie skacze między różnymi wydarzeniami w życiu ludzi. „Kraina wód”, myślę, że by została nazwana realizmem magicznym, gdyby nie to, że jest brytyjczykiem. Bardzo lubię Baricco. To jest włoski pisarz z kolei. On pisze w niesamowicie uroczy sposób i potrafi w uroczy sposób opisywać rzeczy przerażające. Ma taki dar troszkę kreowania światów bajkowych.
Dwie jego pierwsze powieści, jakie czytałem, to było „City” i „Ocean morze”. I „City” opowiada o genialnym dziecku, o którego matce nic nie wiemy. Gdzieś ona zniknęła. Jego ojcem jest zawodowy wojskowy, generał może pułkownik, ale taki naprawdę wysoko postawiony zawodowo wojskowy. I ten dzieciak wychowuje się praktycznie sam. Chodzi na studia, ma pewnie osiem czy dziewięć lat i chodzi na studia, gdzie ma taki indywidualny tok studiowania z wyznaczonymi nauczycielami akademickimi. I kiedy ma wolne, kiedy ma chwilkę wolnego i to się zdarza w łazience, sam sobie opowiada, i to w formie audycji radiowych, historię boksera, syna milionera, bardzo inteligentnego dzieciaka. Znaczy dorosłego człowieka, który postanowił wbrew wszystkim zrobić karierę jako bokser. I obserwujemy walki bokserskie. Ja zacząłem boks oglądać po tej książce, bo on jest tam niesamowicie opisany.
I tenże dzieciak zatrudnia nową opiekunkę i okazuje się, że ta opiekunka z kolei ma ideę fix, aby napisać western. I czytamy historię tej opiekunki i tego dziecka. Czytamy historię tego młodego boksera i czytamy ten western, który pisze ta opiekunka. Jest to najbardziej niesamowity western, jaki w życiu czytałem. Coś wspaniałego. Jest tak poprzetykana ta opowieść. Piękna książka. Baricco naprawdę wspaniale pisze. Czasem pisze rzeczy prostsze. On też był ekranizowany.
Jest jego taka krótka powieść „Jedwab”. Jest zekranizowana. Zekranizowania jednego z jego opowiadań. Giuseppe Tornatore, czyli też wspaniały reżyser, zekranizował to opowiadanie. Tim Roth tam chyba gra. Ono nosi tytuł „1900. Człowiek legenda”. On opowiada o dzieciaku, które się urodziło na transatlantyku. Jest opuszczony na tym transatlantyku i to jest chłopiec, który jest wychowywany w maszynowni, a okazuje się, że ma słuch absolutny. Jest geniuszem muzycznym i kiedy dorasta, zarabia na życie, grając na fortepianie na transatlantyku.
Dzieją się tam różne rzeczy. Jakiś amerykański mistrz fortepianu wyzywa go na pojedynek. Na czym polega numer? On nigdy nie zszedł na ląd, on tylko pływa i w trakcie pływania poznaje kobietę, w której się zakochuje. I romans pięknie kwitnie, tylko ona pływa do Ameryki, ona schodzi na ląd, on nie dotrze. A cały film jest opowiadany przez innego muzyka z tego statku, trębacza, który widzi, że transatlantyk już jest zbyt stary, ma zostać zezłomowany i on wie, że na tym transatlantyku, który za chwilę zniszczą, zatopią, wysadzą, na pewno pływa się gdzieś ten facet. No to jest pomysł. To są właśnie pomysły Baricco. Wspaniały pisarz, naprawdę gorąco polecam.
[05:05:17] - Czytasz bardzo różną literaturę. Czy są jakieś książki, jakiś rodzaj literacki, którego po prostu nie lubisz?
[05:05:24] - Chyba nie. Nie sądzę, żebym mógł powiedzieć, że istnieje rodzaj literacki. Mogę nie lubić czyjegoś podejścia do literatury. Ale chyba wszystko zaczyna się od sposobu, w jaki opowiadamy historię. Niekoniecznie od samej historii. Kiedyś wymyśliłem, że będę zarabiał na życie pisaniem i to było gdzieś w okolicach studiów. I bardzo szybko stwierdziłem, że jedyny sposób, by zarabiać na życie pisaniem to jest pisanie harlequinów. Wtedy był wielki szturm harlequinów na rynek polski. I usiadłem, zacząłem pisać taki harlequin. Właściwie już powinienem był wiedzieć po pierwszym rozdziale, że ta sprawa jest przegrana, ponieważ w moim harlequinie opisywałem romans bizneswoman z prostym robotnikiem, który przyszedł remontować jej kawiarnię.
Tak się nie pisze harlequinów. Ten człowiek był niesamowicie prostym człowiekiem, a w okolicach czwartego rozdziału nie zniosłem tej słodyczy i z piwnicy wyszły potwory, które ich wszystkich pozabijały. I wtedy zrozumiałem, że nie będę mógł pisać harlequinów. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, żeby się przygotować, kupiłem chyba z 10 tych harlequinów. Wszystkie przeczytałem błyskawicznie. To były króciutkie powieści. Szybko odkryłem, że one są nie proste, ale prostackie. Wszystkie się opierają na tej samej zasadzie. Oni się spotykają, ale nie mogą być razem, ponieważ jest jakiś problem.
Dochodzi do kryzysu. Stwierdzą, że nigdy nie będą razem, pomimo że się kochają. Kryzys zostaje zażegnany. Cześć. Mała scena seksu, jeżeli to był harlequin z tej serii, gdzie jest więcej seksu, albo nie ma sceny seksu, jeżeli z łagodniejszej serii. Nie mogę powiedzieć, że cenię tego rodzaju literaturę, ale przecież większość powieści Swiftów, o których wspominałem, opiera się na romansie i to romansie zwykle niemożliwym. Istnieje cała masa pięknie pisanych romansów, których istotą jest tylko ta romansowość i tworzą wspaniałą literaturę. Więc nie mogę powiedzieć, na przykład, że odrzucam romanse. Nie. Nie mogę powiedzieć, że odrzucam sobie tematy.
Czego mógłbym nienawidzić? Nie, są tematy, które mnie rzeczywiście znielicają. Wszystko zależy od tego, jak rzecz jest opowiedziana.
[05:07:19] - I tym optymistycznym akcentem zakończymy naszą rozmowę. Dziękuję bardzo.
[05:07:24] - Dziękuję raz. Do widzenia.
[05:07:52] - Odnośnie tych odgłosów, to ja kiedyś miałem taką sytuację, że podczas którejś debaty ufologicznej u jednego z naszych rozmówców też występowały problemy z dźwiękiem i to chyba rozochociło bardzo mocno jednego ze słuchaczy, bo pisał taki dziwny gość na Gadu-Gadu, że mu się to jakoś tak dziwnie kojarzy z takim czymś rytmicznym.
[05:08:23] - Tak, ale jak sobie przypomnę pewną debatę o fantastyce, w której jednemu z naszych rozmówców co i rusz włączał się w laptopie wentylator i brzmiało to, jakby używał piły łańcuchowej, to powiem, że te odgłosy w nagraniu są dosłownie niewinne.
[05:08:50] - Szkoda, że wtedy jeszcze nie było wtyczki, która mogłaby to w locie usunąć. Dzisiaj coś takiego mam i właśnie dzisiaj w trakcie tego, przy tym nagraniu Pawła Mańki tej wtyczki użyłem, ale wtedy jeszcze nie było takiej AI.
[05:09:05] - Najbardziej mi się podoba pewien fragment. Otóż ten fragment, w którym Paweł Majka opisuje, jak to zamierzał napisać harlequina i pisał, a potem wyszły potwory z piwnicy i wszystkich ich zabiły. Genialne! Już nie mówiąc o tym, że chciałbym takiego harlequina przeczytać. Marne szanse na to, ale przyznam, że pomysł zacny. Cóż, jedziemy dalej, bo pora późna, a jeszcze kilka części naszego programu przed nami. Teraz recenzarium Ewiwy, odcinek 11. „Politycznie poprawne bajki na dobranoc”. Czy ten tytuł państwu coś mówi? Pewnie nie.
A szkoda. Otóż znamy różne bajki. Z dzieciństwa znamy te bajki, opowiadały nam babcie, opowiadały panie w przedszkolu, skąd jeszcze czytaliśmy, czytano nam i tak dalej. W każdym razie te bajki, dobrze wiemy, że ich pierwotne wersje były okrutne. Później je złagodzono. Okazuje się, że ten proces nie ma końca, bo pewien autor, o czym nasza Ewiwa mówi, postanowił jednak zakpić z tego trendu i napisał bajki, idąc z duchem postępu, z tym że on mruży do nas oko ewidentnie. Napisał bajki, które nie wykazywałyby żadnych odchyleń seksistowskich, rasistowskich, kulturowych, nacjonalistycznych, regionalnych, intelektualnych, socjoekonomicznych, etnocentrycznych, fallocentrycznych, heteropatriarchalnostycznych lub innych, tych jeszcze nienazwanych. I w tych bajkach na przykład Czerwony Kapturek niesie do babci zdrową żywność bez tłuszczu i konserwantów w uznaniu jej roli mądrego karmiciela matriarchy. A wilk, tu cudzysłów: „nieskrępowany sztywnymi tradycjami, tradycyjnymi poglądami na to, co męskie i co kobiece, wkłada nocną koszulę babci i włazi jej do łóżka”. I tak dalej.
Myślę, że autor nieźle się bawił, pisząc te bajki, a jednocześnie pokazał Ku czemu to wszystko zmierza? Ale oddajmy głos Evivie. Luiza Dobrzyńska przedstawi państwu tę książkę najlepiej. Warto po nią sięgnąć. Ja to zrobiłem.
[05:12:25] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Poprawność polityczna to coś, co zaczęło nam psuć radość ze wszystkiego, nawet z oglądania bajek. Bo ileż bajek jest teraz pod ogniem krytyki ze strony środowisk skrajnie feministycznych, środowisk związanych z ruchem BLM czy wszelkich innych. Jakby na to nie popatrzeć, wszędzie znajdzie się coś do skrytykowania. Stara zasada: wystarczy znaleźć punkt oparcia, a nawet planetę można poruszyć, co dopiero jakąś bajkę. Tym punktem oparcia jest przekonanie o wyższości pewnych grup społecznych nad innymi. Mieliśmy kiedyś rasizm, teraz trzeba pojęcia odwrócić i mamy antyrasizm, który w zasadzie jest takim samym rasizmem. Tyle że kto inny jest tam ważniejszy i podlegający większej ochronie ze strony prawa. Mieliśmy walkę o prawa kobiet. Teraz jest walka o wszystkie możliwe przywileje i o to, żeby można było nie podlegać w ogóle żadnym obowiązkom prawnym.
To by się najlepiej podobało współczesnym feministkom. Już Bolesław Prus skrytykował je mocno, mówiąc: „Wy byście chciały mieć wszystkie prawa i żadnych obowiązków”. I to prawda. Nie to, że ja bym była jakąś szczególną antyfeministką w sensie, że uważam, że kobiety powinny chodzić w worach pokutnych, milczeć i być podległe mężczyznom przez całe życie. Nie, wręcz przeciwnie. Uważam, że należą się im takie same prawa jak mężczyznom. Takie same prawa, ale nie jakieś większe. I szczerze powiedziawszy bardzo mi się nie podoba ingerencja w klasykę polegająca na zamianie osób pomyślanych przez autorów jako przedstawiciele rasy kaukaskiej na przedstawicieli jakichkolwiek innych ras. Nie podoba mi się to. Jestem zdania, że jeżeli autor wyraźnie określił, jak wygląda i co za tym idzie, do jakiego fenotypu należy dana postać, to psim obowiązkiem jest wszystkich interpretatorów tego dzieła trzymanie się tego.
A co mamy? Wystarczy popatrzeć. Jak już wspomniałam, to samo dotyczy nawet rzeczy tak niewinnych jak bajki. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, czy bajki w ogóle są niewinne, bo w końcu to, co dzisiaj uważamy za klasykę dziecięcą, wyrosło często z opowieści snutych przy domowym ognisku wieczorami między dorosłymi. Tak jak na przykład bajka o Czerwonym Kapturku, która mówiąc szczerze, była dużo bardziej makabryczna niż to, co z niej przetrwało. Ale nie o to mi chodzi. Szerząca się niczym pożar poprawność polityczna skłoniła pewnego pisarza Jamesa Fina Garnera do stworzenia krótkiego zbioru, który zawierał politycznie poprawne bajki na dobranoc. Jest to lektura, którą można z czystym sumieniem polecić każdemu. Zawiera ta książeczka 13 przeróbek. Właściwie nie tyle przeróbek, co właśnie politycznie poprawnego naświetlenia znanych opowieści.
Między innymi jest to właśnie opowieść o Czerwonym Kapturku. Poza tym o Szczurołapie, którego dobrze wszyscy znamy, o trzech koziołkach, o Roszpunce czy też o Kopciuszku. Te wszystkie bajki mają jedną wspólną cechę. Są tak skonstruowane, żeby nikogo nie urazić, a zwłaszcza kobiet czy przedstawicieli mniejszości. Co z tego wynikło? Kupa śmiechu. Trudno to inaczej nazwać. Autor stworzył swe dzieło z samego założenia tak, żeby było satyryczne. Chciał w ten sposób naprawić krzywdy, które zostały wyrządzone, jak napisał. Oczywiście nie wszystko udało mu się tam zawrzeć.
Jak podkreślił w takiej faryzejskiej Kopenhadze Hansa Christiana Andersena nikt nie zawracał sobie głowy niezbywalnymi prawami obywatelskimi sarenek. Przepraszam syrenek. Ale on przynajmniej próbuje uczynić krok we właściwym kierunku. Wymierzył też przeproszenie, jeśli można to tak nazwać dla wszystkich, którzy czytali tę książkę. Jeśli przez przeoczenie lub zaniedbanie niechcący wykazałem jakiekolwiek odchylenie seksistowskie, rasistowskie, kulturowe, nacjonalistyczne, regionalne, intelektualne, socjoekonomiczne, etnocentrystyczne, fallocentryczne, heteropatriarchalistyczne lub inne, jeszcze nienazwane, przepraszam i czekam na wszelkie sugestie dotyczące możliwości naprawienia moich błędów. Myślę jednak, że jeśli coś pominął, to raczej niewiele. I wszystkim polecam zapoznanie się z poprawną politycznie wersją przygód Czerwonego Kapturka, Kopciuszka, Roszpunki i wielu innych. Mogą się z tego bardzo dużo nauczyć. Na przykład tego, jak idiotyczne są wszelkie ingerencje w bajki, zwłaszcza ingerencje czynione z pozycji kompletnie chorych idei, nakazujących dopatrywanie się wszędzie obrazy dla kogoś lub czegoś. Szczególnie tę książkę dedykuję wszystkim tym, którzy krytykują dziś niewinny wierszyk o Murzynku Bambo, dopatrując się rasizmu w tym, że Bambo w żadną cenę nie chce się wybielić i że autor ogromnie żałuje, że nie może on chodzić do szkoły razem z polskimi dziećmi.
W czasach, kiedy w Ameryce wciąż obowiązywała segregacja rasowa i czarne dzieci nie mogły uczyć się z białymi. Myślę, że tym wszystkim bardzo dobrze zrobiłaby lektura politycznie poprawnych bajek na dobranoc. Chyba że wzięliby je na serio, co biorąc pod uwagę ich poziom intelektualny, nie jest wcale wykluczone. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:18:19] - To teraz, proszę państwa, zrobi się poważniej. Naszym gościem jakiś czas temu w Bibliotekarium 2.0 był Wojciech Kunia. Mówił trochę o takiej prozie, którą poleca, ale Wojciech Kunia jest też znanym miłośnikiem prozy Bruno Schulza. I za chwilę posłuchacie państwo prelekcji tegoż właśnie Wojciecha Kuni o Bruno Schulzu, o jego prozie, a właściwie związkach tej prozy z literaturą, z opowiadaniami grozy. Bo Bruno Schulza tak naprawdę nie kojarzy się z grozą, raczej z takimi dziwnymi opowieściami. Tymczasem Wojtek Kunia znajduje tam pewne powiązania. To jest prelekcja wygłoszona w tym roku, w czerwcu na Sedeńkonie. I muszę powiedzieć, że byłem pod dużym jej urokiem. Ta analiza opowiadań Bruno Schulza. Ja nie wiem, czy ona nas prowadzi w kierunku tego, że związki Bruno Schulza z literaturą grozy są ewidentne, ale ja myślę, że ta prelekcja może państwa zachęcić do sięgnięcia po prozę Bruno Schulza w ogóle.
Ja przed naszym spotkaniem przewertowałem sobie tomik. Nie musiałem go czytać, bo już go czytałem wielokrotnie, ale przewertowałem sobie, zatrzymując oko na niektórych fragmentach. Wierzcie mi państwo, to jest trudna proza, ale kiedy człowiek w nią wsiąknie, to naprawdę trudno się oderwać. Ten moment przejścia jest trudny. Ten moment, kiedy państwo poczujecie, że coś was z tą prozą łączy. On nie następuje szybko. Czasami to coś, co czytacie, zaczyna was nudzić. Zaczyna was w jakiś sposób odrzucać. Męczycie się. Wytrzymajcie państwo.
Namawiam do tego, bo proza Schulza, poza tym, że jest kultowa i wszyscy czytają Schulza, a w każdym razie mówią, że czytają, to poza tym wszystkim Schulz to był naprawdę kawał pisarza, jak się dobrze wczytać i tu słowo nieadekwatne, ale bardzo à propos. Jak się dobrze rozkmini to, o czym on pisał, to się okazuje, że to wielki pisarz był. Ale poza tym człowiek wtedy zaczyna się zastanawiać i powoli, może nie do końca i niedokładnie zaczyna dochodzić do bardzo podobnych wniosków jak Wojtek Kunia. No cóż, a jeśli państwu trochę mało Wojtka Kuni, to zapraszam na Bibliotekarium, na stare Bibliotekarium, odcinek 127. Tam nosiło taki tytuł: „Im dłużej to czytasz, tym dziwniej się robi”. No to tam Wojtek Kunia troszeczkę mówi też o swojej prozie. Myślę, że warto się do archiwum udać i sobie tego odcinka, jeśli państwo oczywiście nie słuchali tego odcinka wysłuchać. No cóż, a całkiem niedawno polecanki w Bibliotekarium 2.0. Również zapraszam tych, którzy nie słuchali. A teraz już Wojtek Kunia i Bruno Schulz.
[05:22:15] - Już prezentowałem ten temat kilku odsyła nas już pewne jego wyznanie, które poczynił w liście do Witkiewicza, do Witkacego, kiedy zwierzał się tymi słowami: „Nie umiem. Nie wiem, skąd w dzieciństwie dochodzimy do pewnych obrazów o rozstrzygającym dla nas znaczeniu. Grają one rolę wniknitych roztworze, dookoła których krystalizuje się dla nas sens świata. Do tych obrazów należy jeszcze u mnie obraz dziecka niesionego przez ojca przez przestrzenie ogromnej nocy rozmawiającego z ciemnością”. Ojciec tuli je, zamyka w ramionach, odgradza od żywiołu, który mówi i mówi, ale dla dziecka ramiona to są przezroczyste. Noc dosięga ich i poprzez piersiowy ojca słyszy ono nieustannie jej straszliwy rozpalzuch. I z lękami pełne fatalizmu odpowiada na integrację nocy z tragiczną dojrzałością, całkiem zaprzedane wielkiemu żywiołowi, od którego nie ma ucieczki. Schulz opowiadał tutaj o swoim doświadczeniu z dzieciństwa, kiedy w wieku lat ośmiu po raz pierwszy przeczytał „Króla Olch". Było to dla niego jedno z takich doświadczeń bardzo mocno formacyjnych, które wpłynęły na całokształt pewnej wyobraźni, którą później przepływał, którą później sublimował do postaci swoich tekstów literackich. Żeby sobie natomiast dokładnie powiedzieć, co takiego w prozie Schulza wzbudza grozę, musimy sobie nakreślić pewien kontekst pojęciowy, bo to jest dość ważne, ponieważ ta groza u Schulza oddziaływuje emocjonalnie, ale powiedziałbym, że ona ma bardziej podłoże filozoficzne, ideowe niż opierające się na tym, na czym opiera się klasycznie mechanika straszenia czy niepokojenia w literaturze grozy czy w horrorze.
Takim pojęciem, dość istotnym, jest pan Masquerade. Czym jest pan Masquerade? To również Schulz tłumaczy w liście do Mickiewicza, mówiąc tak: „Nie ma przedmiotów martwych, twardych, ograniczonych. Wszystko wyfunduje poza swoje granice. Trwa na chwilę w pewnym kształcie, ażeby go przy pierwszej sposobności opuścić. W zwyczajach, sposobach bycia tej rzeczywistości przejawia się pewnego rodzaju zasada – pan Masquerade. Rzeczywistość przybiera pewne kształty tylko dla pozoru, dla żartu, dla zabawy. Ktoś jest człowiekiem, a ktoś karaluchem, ale ten kształt nie sięga istoty. Jest tylko rolą na chwilę przyjętą, tylko naskórkiem, który za chwilę zostanie zrzucony. Statuowany jest pewien skrajny monizm substancji, dla której poszczególne przedmioty są jedynie odstępami.
Życie substancji polega na zużywaniu niezmiernej ilości mas. Ta wędrówka form jest istotą życia". Tutaj Schulz w tych słowach zarysowuje pewne credo, przekonanie o tym, co tak naprawdę stanowi fundament i jedyny istotny żywioł tego świata. Tym żywiołem jest substancja. Substancja, czyli materia. Można uznać, że w tym liście do Mickiewicza substancja jest synonimem materii. Ale sama substancja jest wszystkim i tak naprawdę znaczenie ma wyłącznie jej nieustanna zmienność, transformacyjność. To, że ona cały czas przybiera nowe formy, przywdziewa nowe wcielenia. Sposoby, w jakie ona się przejawia, są bez większego znaczenia. Czyli jeżeli substancja jest wszystkim, to forma jest niczym.
Ale co jest tą formą w przypadku Schulza? Formą jesteśmy chociażby my sami. Jeżeli nie ma specjalnego znaczenia, jakiego rodzaju maskę przybierze substancja, możemy uznać, że zostajemy tym samym jako istoty ludzkie, które to swoje człowieczeństwo lubią bardzo podkreślać i uwzniaślać, zrównani z każdym innym przejawem substancji, jakim na przykład będą karaluchy, o których później też troszkę powiemy. Natomiast jakie są dalsze konsekwencje tej zasady pan Masquerade? Jest sadyzm. Może w zasadzie nie tyle sadyzm rozumiany jako rozkosz czerpana z zadawania komuś cierpienia, ale sadyzm rozumiany jako pewna zbieżność poglądów artykułowanych przez Schulza, jego opowiadania z poglądami pewnego słynnego markiza, od nazwiska którego wzięło się to pojęcie. W traktacie o manekinach Jakub wygłasza takie oto zdanie: „Nie ma żadnego zła w redukcji życia do form innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem. Jest ono nieraz koniecznym gwałtem wobec opornych, skostniałych form bytu. W interesie ciekawego i ważnego eksperymentu może nawet stanowić zasługę".
Jak to się ma do poglądów autora filozofii buduaru? Otóż markiz pisał: „To, co nazywamy końcem obdarzonego życiem zwierzęcia, nie jest bowiem końcem prawdziwym, jest transmutacją, która zasadza się na wiecznym ruchu, będącym najgłębszą tajemnicą materii. Śmierć według tych żelaznych zasad staje się więc tylko zmianą form. Raz przyjęwszy te prawdy, trudno będzie jeszcze komukolwiek twierdzić, że zabójstwo jest zbrodnią". Więc można uznać, że Schulz, którego nie podejrzewalibyśmy raczej o tego typu niepokojący pogląd Zbliżał się nim do markizy. Jaka była konsekwencja tak artykułowanych treści? Schulz z tego powodu spotkał się z zarzutami o antyhumanizm. Był to bodaj najczęściej pojawiający się zarzut krytyczny, artykułowany w recenzjach zarówno „Sklepów cynamonowych”, jak i „Sanatorium pod Klepsydrą”, że jest to proza, która całkowicie unieważnia człowieka. Że jest to proza, w której tak naprawdę nie ma ludzi, dla której ludzie są zupełnie nieistotni. Zresztą jedną z osób, które przedstawiały taki pogląd na prozę Schulza, był Kazimierz Wyka, który wprost zarzucał Schulzowi, że w dziełotwórczości ludzie są sprowadzeni do gatunków przedmiotów, więc są odpodmiotowieni.
Schulz poprzez konsekwentne rozwijanie zasady panny skarady, wiecznego ruchu materii dokonuje odpodmiotowienia człowieka. Pozbawia go wzniosłych wartości, atrybutów, dzięki którym jego istnieniu przypisujemy bardzo szczególną wartość. Na tego typu zarzut Schulz odpowiadał, mówiąc, że sztuka operuje w domenie przedmoralnej i jako spontaniczna wypowiedź życia stawia zadanie etyce. Nie odwrotnie, ponieważ jeżeli sztuka powtarzałaby pewne rzeczy, które już zostały ustalone, tak naprawdę nie byłaby do niczego potrzebna. Jakie są konsekwencje tejże panny skarady, antyhumanizmu? Dlaczego to tak naprawdę jest zniepokojące? Ponieważ musimy sobie, moim zdaniem, w miarę logicznie przyjąć, że jeżeli człowiek jako maska substancji jest tymczasowym zjawiskiem, jest czymś nieistotnym, to także równie nieistotna i tymczasowa będzie każda właściwość istoty ludzkiej. Także nasz zdrowy rozsądek, poczytalność, tożsamość i jaźń. Dlatego proza Schulza dotyka tematu ulubionego przez wielu autorów literatury grozy, czyli szaleństwa, rozpadu jaźni. Jest takie piękne opowiadanie Schulza „Samotność”.
Tam jest niesamowita scena, w której bohater próbuje, zamknięty w czterech ścianach swojego pokoju, który nie ma żadnych drzwi, nawiązać kontakt ze swoim spojrzeniem w lustrze, ale mu się to nie udaje. „Nasze spojrzenia przestały się spotykać. Gdy się poruszę i on się porusza, ale na wpół w tył odwrócony, jakby o mnie nie wiedział, jakby zaszedł poza wiele luster i nie mógł już powrócić. Żal ściska serce, gdy go widzę tak obcego i obojętnego. Przecież to ty, chciałbym zawołać. Byłeś moim wiernym odbiciem, towarzyszyłeś mi tyle lat, a teraz nie poznajesz mnie. Boże, obcy i gdzieś w bok patrzący stoisz tam i zdajesz się nasłuchiwać gdzieś w głąb, czekać na jakieś słowo, ale stamtąd, ze szklanych głębi, komu innemu posłuszny, skąd inąd czekający rozkaz”. To jest oczywiście niejedyny przykład, bo o wiele bardziej symptomatyczne pod względem tematu opisów rozpadu osobowości są opisy różnych transformacji, których doznaje ten zmitologizowany ojciec, który raz jest takim Halekim Demiurgiem tworzącym, formującym z żywiołu materii byty drugiego rzędu, a raz zmienia się w karakony, by finalnie przybrać postać skorupiaka, który zostaje ugotowany i podany na rodzinnej kolacji. Jeżeli to nie jest literatura grozy, to nie wiem, co jest. Ale to oczywiście nie byłoby wszystko tak bardzo sugestywne, gdyby nie to, że Schulz bardzo świadomie wtłaczał te idee, te myśli w bardzo konkretne rozwiązania fabularne, stylistyczne, scenograficzne.
Jednym z tych rozwiązań jest noc. Proza Schulza jest prozą nocy z różnych powodów. Na przykład dlatego, że dominuje w niej czerń. Schulz jest uznawany za znakomitego kolorystę. On bardzo często posiłkuje się zarówno opisami kolorów, jak i metaforami, które odsyłają do kolorów. Ale spośród tych kolorów ponad jedną czwartą wszystkich formułek kolorystycznych przypada czerń. Ktoś to policzył. Był ktoś na tyle zdeterminowany, żeby wskazać, ile razy u Schulza pojawia się czerń, odwołanie do czerni, do różnych jej odcieni. I zarówno w „Sklepie cynamonowym”, jak i w „Sanatorium pod Klepsydrą” to jest około 270 razy. To jest jedna czwarta wszystkich określeń kolorystycznych.
Czyli jest to twórczość, która w zasadzie ciemnością ocieka. A tą ciemność z kolei zasiedlają różne istoty nocy. Na przykład karakony. Które pojawiają się tak najbardziej wprost, moim zdaniem najbardziej niepokojącym, by nie powiedzieć przerażającym opowiadaniu Schultza, czyli właśnie w tytułowych „Karakonach", kiedy ojciec narratora pod wpływem pewnej mocy wstrętu odczuwanego wobec inwazji tych jakże uroczych stworzeń, sam zaczyna się w nie zmieniać. W jednego z tych karaluchów. Schulz z dość dużą drobiazgowością zestawia właściwość ludzką kształtu ludzkiego, który zaczyna poruszać się tak, jak porusza się karaluch. I to zderzenie, ten kontrast dwóch nieprzystających do siebie właściwości generuje efekt niesamowity. Tej niesamowitości freudowsko-jentszowskiej, kiedy przedmiot, który jest nam doskonale znany, nabiera zupełnie obcych atrybutów i w ten sposób wprawia nas w ciężki dystans poznawczy. Nie tylko istoty, nosy, karakony, listy i inne robactwo tę noc zasiedla. Noc jest również czasem chaosu pierwotnego.
Musimy tutaj się troszkę odwołać do kwestii filozoficznej. Otóż jeżeli żywiołem jest materia, jeżeli to jest jedyny żywioł, która przybiera różne formy, to tak naprawdę pierwotnym stanem wszystkiego jest chaos. I to właśnie noc jest porą, kiedy zbliżamy się na nowo. Za każdym razem, kiedy wracamy, mamy możliwość doświadczyć tego pierwotnego stanu rzeczy. Ale doświadczenie tego pierwotnego stanu rzeczy wiąże się oczywiście w naszym przypadku, w przypadku ludzi, czy też jakiejkolwiek istoty, ale powiedzmy, że musimy to rozpatrzeć z naszej perspektywy, z degradacją i z regresem. Przecież te wszystkie transformacje w karalucha bądź w kraba. Zresztą w postaci tego kraba ojciec bohatera objawia się już po swojej śmierci. Śmierć, zgodnie z tym, co mówiliśmy wcześniej, nie jest końcem. Ona jest tylko pewnym etapem przepoczwarzenia się. Ten ojciec, ostatecznie nie mogąc umrzeć, objawia się ostatecznie pod postacią skorupiaka, a później zostaje ugotowany.
Ale to nadal nie jest jego koniec, ponieważ rano rodzina, nie mogąc się przemóc do konsumpcji tego ojcowskiego truchła, zostawia je. Rano znajduje jedynie odciśnięty w sosie kształt skorupy i odłamaną kończynę. Wnioskując z tego, że ojciec najwyraźniej wybrał się na swoją ostatnią wędrówkę. Oczywiście, jeżeli zatraca się forma, jeżeli dokonuje się regres, to tym samym dochodzi też do zatraty człowieczeństwa. I to jest wątek, który bardzo silnie zbliża Schultza do pisarza, którego w żadnym wypadku nie posądzilibyśmy o pokrewieństwo jakiekolwiek, czy literackie, stylistyczne, filozoficzne z Schultzem. Mianowicie do Howarda Phillipsa Lovecrafta. Jakkolwiek by się nie wydawało to zaskakujące, między Schultzem a Lovecraftem istnieje mnóstwo punktów zbieżnych. Zaskakująco dużo. Od mniej istotnych do, powiedziałbym, całkiem fundamentalnych. Na przykład to, że obydwaj urodzili się w dość podobnym momencie dziejowym.
Schulz w 1892, Lovecraft w 1890. Obydwaj doznali we wczesnym dzieciństwie czegoś, co bardzo silnie ukształtowało ich wrażliwość. U Schultza była to przywołana lektura „Króla Olch" w wieku lat ośmiu. Z kolei Lovecraft, kiedy miał lat sześć, z czego się zwierzał w swoich listach, był nawiedzany przez wizje czegoś, co sam określał jako nocne zmory. Była to jakaś wyjątkowo silna ekspresja jego wyobraźni, która w zasadniczy sposób wpłynęła na jego rozwój. Można powiedzieć, że w jakiś sposób wypaliła na nim, na jego wyobraźni, na jego wrażliwości piętno. To jest kolejna ciekawostka, że w sumie obydwaj: i Schulz, i Lovecraft mają dorobek epistolarny przekraczający dorobek objętościowo beletrystyczny. Natomiast to, o czym mówiłem wcześniej, jest ciekawe w kontekście tego, że obydwaj żyli w poczuciu psychicznej izolacji, co wynikało oczywiście z uwarunkowań rodzinnych, jak i też geograficznych. Obydwaj byli mieszkańcami małych miasteczek peryferyjnych, z dala od centrum tak zwanego. Być może dlatego ten dorobek epistolarny przekracza objętościowo ich twórczość beletrystyczną, ponieważ dla nich była to tak naprawdę jedyna możliwa forma albo próba przełamania tej okropnej izolacji, której ciężar bardzo dotkliwie odczuwali.
Tym bardziej że obydwaj byli dziećmi psychotycznych rodziców. Opisy różnych zachowań, które znajdujemy w „Sklepach cynamonowych” i w „Sanatorium pod Klepsydrą” dotyczących ojca. Jeżeli potraktujemy to jako sublimację rzeczywistych, własnych doświadczeń, wskazują na schizofrenię. Ojciec Schulza był schizofrenikiem. Ojciec Lovecrafta również nie cieszył się pod tym względem dobrym zdrowiem, ponieważ wskutek kiły trzeciorządowej. Kiła ma tę przykrą właściwość, że powoduje także degradację układu nerwowego, co przełożyło się w tym przypadku na wystąpienie szeregu dość przykrych komplikacji psychicznych. Obydwóch zresztą łączyła jeszcze jedna rzecz, mianowicie wiara w istnienie pewnego świata transcedentalnego poza słowami, poza czasem i przestrzenią. Oczywiście te światy Schulza i Lovecrafta mają zupełnie inne podłoże. Schulz ukuł takie zdanie, że pytanie o świat nie jest pytaniem filozoficznym, ale pytaniem filologicznym, ponieważ świat jest pewnym odpryskiem jakiegoś pierwotnego słowa. Z kolei ów świat poza słowami, poza czasem i poza przestrzenią u Lovecrafta znajduje często ujście w nadużywanej przez niego formie niewyrażalności.
Jeżeli czytamy opowiadania Lovecrafta, to tam jest pełno niewypowiedzianej zgrozy, niewyrażalnego ohydztwa i tego typu innych rzeczy. Zresztą Lovecraft był tego doskonale świadomy, że jest to metoda być może nie najbardziej wyrafinowana, z czego zresztą sam się poniekąd naśmiewał w opowiadaniu ironicznie zatytułowanym „Nienazwane”. To są tego typu ciekawe zbieżności dotyczące także pewnych ograniczeń poznawczych, jakie człowiek żywi wobec tej rzeczywistości, która się cały czas przeobraża, nad którą tak naprawdę nikt z nas nie ma żadnej kontroli. To znaczy nasze wewnętrzne poczucie konieczności pewnego ładu pozostaje wyłącznie w sferze naszych życzeń, ale nie mają żadnego przełożenia na rzeczywistość. Drugim z kolei pisarzem literatury grozy, którego związki ze Schulzem są już o wiele mocniejsze. Jest to zresztą pisarz współczesny, jest amerykański twórca literatury grozy, Thomas Ligotti. Amerykański pisarz urodzony w Detroit w 1954 roku, który do zakorzenienia w prozie Schulza przyznaje się zupełnie wprost. I to jego zakorzenienie odbywa się na kilku poziomach. We wstępie do polskiego wydania „Teatru grotesco” najwybitniejszego magnum Ligottiego. Ligotti pisze: „W 1977 roku szperałem w księgarni i natknąłem się na cienką książeczkę w papierowej okładce, zatytułowaną od jednego z opowiadań »Ulica Grobowi«.
Był to przedruk angielskiego tłumaczenia »Sklepów cynamonowych« z 1963 roku, książki pierwotnie wydanej przez Schulza w 1934. W owym czasie miałem dopiero przed sobą stworzenie opowiadań, które pojawiają się w różnych zbiorach, lecz już kreśliłem w wyobraźni, jak i w postaci niepublikowanych wówczas tekstów pisarskich, szczególny rodzaj zatrważająco podupadłego, zatęchłego małomiasteczkowego świata, który Schulz wykreował wiele dekad przed moimi narodzinami. Mimo że dorastałem w innym czasie i miejscu niż Schulz i nadszedł mój czas, by jak najszczerzej wyrazić architekturę czegoś, co można określić moją duszą, ten czas i miejsce nie miały żadnego znaczenia. Pierwsze, co ujrzałem w tym miasteczku, gdy stanąłem na jego ulicach, to parkan z desek, spod którego wyciekała strużka czarnej, śmierdzącej wody. Żyła gnijącego, pustego głodu. W opowiadaniu »Pan«. W pewien sposób znałem to miejsce, jakby ta widokówka dobrze schowanego zakątka pochodziła z albumu ze starymi fotografiami, który otworzył się w mojej głowie i opowiedział prawdziwą historię mojego życia oraz mojego prawdziwego domu.” Oczywiście moglibyśmy uznać, że Ligotti poproszony o napisanie wstępu do polskiego wydania pokusił się o taki kurtuazyjny gest, nawiązując do polskiego pisarza. Natomiast łączy go z Schulzem także tematyka, którą podejmuje. Już pisząc wprost opowiadania, które przynależą do gatunku opowieści niesamowitej lub horroru. I tą tematyką jest oczywiście ta transformacyjność, ta ciągła zmiana formy, która Ligottiego zdaje się prześladować jeszcze mocniej.
W swoim debiutanckim zbiorze w „Pieśniach chmurowego marzyciela” Ligotti zawarł dwa opowiadania, które wprost odsyłają nas do tematu ciągłej zmienności. To jest „Chemik” i „Wspanialsze święto masek”. Tym pojęciem masek odsyła nas do tego, o czym mówiliśmy na początku. Pozwolę sobie przeczytać kawałeczek z mojego posłowia do tej książki. Albo może zamiast tego sięgnę do tekstu. „Stare święto dobiegło właśnie końca. Wreszcie może rozpocząć się święto wspanialsze. Nikt nie opowie o starych czasach, ponieważ nie ostanie się na ich temat ani jedno słowo. Ale maski tej zamierzchłej epoki, zapomniane przez świat, który niczego tak nienawidzi jak monotonii, będą pamiętać. I być może kiedyś przemówią, opowiedzą o dawnych dniach.
Te maski pękające się u progu wiecznie zamkniętych już drzwi, w ciemności, u szczytu schodów prowadzących do nikąd.” Opowiadanie „Wspanialsze święto masek”, które ma taki mocno schulzowsko-oneiryczny rys, opowiada historię pewnego mężczyzny, który wybiera się do małego, peryferyjnego miasteczka na lokalne święto. Właśnie święto masek. Ale jest to bardzo dziwne, smutne święto, ponieważ im bardziej on się zagłębia w to miasto, tym zabudowa staje się coraz gęstsza, ale ona staje się coraz gęstsza w taki bardzo opresyjny sposób. Staje się coraz bardziej labiryntowa, a jednocześnie coraz bardziej zdewastowana. To jest podróż w głąb bardzo ciemnego labiryntu. I oczywiście tam zaczynają się dziać różne bardzo niepokojące rzeczy, ale ich sednem jest to, że mieszkańcy tego miasta przywdziewają albo i zdejmują różne maski, które zdjęte odsłaniają ich prawdziwą, absolutnie nieludzką naturę. Odsłaniają ten źródłowy chaos ich bytu. Ten temat wraca w opowiadaniu „Chemik”, którego główny bohater, bardzo elokwentny psychopata, przeprowadzając dość zbrodniczy eksperyment na sprowadzonej przez siebie niewieście, wykłada swoją życiową filozofię. Swój życiowy pogląd istnienia tak zwanych wielkich chemików, którzy w tym wielkim alchemicznym laboratorium, jakim jest miasto, jakim jest rzeczywistość, cały czas kreują nowe formy. Doprowadzają do rozpadu jednych form i powstania innych.
I podobnie jak u Schulza, ten rozpad, ta entropia nie ma takiego, powiedziałbym, wektora destrukcyjnego. To nie wiedzie nigdy ku rozpadowi, a zawsze wiedzie ku nowości. Natomiast żeby nowość mogła się wykrystalizować, aby mogła zostać stworzona na krótką chwilę, coś musi zostać zniszczone, coś musi zostać unicestwione. Zarówno Schulza, jak i Lovecrafta, i Ligottiego łączy jeszcze jedna rzecz, jeszcze jedno podejście do materii literackiej. I to jest psychotopograficzność. Opowiadania Schulza, Ligottiego i Lovecrafta to są psychotopografie. Jest to pojęcie wprowadzone przez amerykańską badaczkę Victorię Nelson w książce „Sekretne życie lalek”. Victoria Nelson objaśnia ten termin w ten sposób: „Psychotopografie to takie wewnętrzne rejony duszy, których projekcje zauważamy w świecie zewnętrznym. Psychotopograf to artysta, który poświęca się opisaniu tych właśnie wewnętrznych obszarów psychiki w miarę odkrywania ich w wyobrażonym świecie zewnętrznym, często nie uświadamiając sobie prawdziwej natury podejmowanego wysiłku. Zawartość duszy ulega koncentrycznemu zarzuceniu, niczym siatka, najpierw na najbliższe otoczenie: meble, pokoje, domy, a potem rozszerza się na krajobraz.” Jak to zostaje w praktyce zrealizowane u Schulza?
Na przykład zostaje zrealizowane poprzez tego typu opisy: „Fizjonomia już nieobecnego rozeszła się niejako po pokoju, w którym żył. Rozgałęziła się, tworząc w pewnych punktach przedziwne węzły podobieństwa o nieprawdopodobnej wyrazistości. Tapety imitowały w pewnych miejscach ryzgowaki jego typu, a arabeski formowały się w bolesną anatomię jego śmiechu, rozłożoną na symetryczne członki jak skamieniały odcisk kropel krwi.” W „Jesieni”, zresztą, która akurat nie jest może szczególnie niepokojącym opowiadaniem, ale znajduje się tam z kolei inny wymowny cytat: „Dusza człowieka staje się jak stożek wyklejony skają, jądrem, dookoła którego zagęszczają się wszystkie demony, wszystkie duchy górnych i dolnych sfer.” Do tej metody odwołuje się również Thomas Ligotti. Również projekcja elementów ludzkiej tożsamości na krajobraz, albo może raczej krajobraz jako ekwiwalent stanu psychicznego człowieka, znajduje wyraz w jego opowiadaniu. To jest najbardziej widoczne w opowiadaniu „Cień ciemności”. To jest opowiadanie wieńczące zbiór „Teatru grotesco”. Osobiście uważam, że jest to chyba najlepsze dokonanie tego twórcy. Zresztą po przepisaniu i wydaniu „Teatru grotesco” zresztą już w sumie zamilkł jako prozaik. Oczywiście ukazała się jeszcze później książka eseistyczna „Spisek przeciwko ludzkiej rasie” i chyba jakiś jeden cienki tomik zawierający dwa opowiadania. Natomiast można uznać, że po wydaniu „Teatru grotesco” zamilkł jako pisarz.
Bigotti przywołuje historię w opowiadaniu „Święciemność”. Pewna grupa artystów, którzy zostają zaproszeni na wernisaż stały swojego dawnego znajomego, który to ich dawny znajomy, podobnie jak i oni, był swego czasu dość nieudolnym artystą próbującym bezskutecznie odnieść sukces. Ów człowiek w dziwnych okolicznościach zniknął, a później nagle objawił się światu jako odnoszący ogromny komercyjny sukces artysta. I już właśnie człowiek nazwiskiem Grossvogel zaprasza swoich dawnych druhów do pewnego odległego miasteczka, aby coś tam im zaprezentować, po czym zaczynają dziać się rzeczy straszliwe. Natomiast w finale, kiedy w finale mamy do czynienia z takim opisem: „Uzmysłowiłem sobie, że nagle i nieświadomie znalazłem się wśród pierwszych osób dotkniętych przez zachodzące zmiany, mimo że nie miałem zupełnie pojęcia, co się dzieje, żadnej wiedzy w umyśle, który przestawał funkcjonować w sposób, w jaki funkcjonował ledwie parę chwil wcześniej, porzucając oniemiałe od cierpienia ciało, którego organy odczuwania rejestrowały przerażające widowisko. Widowisko ciał zaciemnianych przez cień kłębiący się pod skórą. Ciał niekiedy mówiących jeszcze tak, jakby były osobami z umysłem i jaźnią i luzoycznymi pytaniami skarżącymi się w ludzkim języku na ból, które dopiero zaczęły sobie uzmysławiać. Pytami wrzeszczącymi o pomoc, stękającymi w samej urojoności, postrzegającymi się za pomocą umysłów do samego końca, do momentu, aż zaczęły się rozpadać, rozwiewać na czynne wrażenia, zdolne powiedzieć tylko, jak wszystko jawiło się ich umysłom, jak kształty miasta za oknami wały, równiały, jak wyciągały ku nim swoje szczyty, jak wzrastały stożkami i rogami pnącymi się ku niebu. Już nie szaronu i blademu, ale kłębiącemu się wszechogarniającym cieniem, poruszającą wszystkim ciemnością, którą teraz wszyscy widzieli tak doskonale, gdyż widzieli ją poprzez ciała, tylko i wyłącznie ciała wypchnięte w nieopisane czarne otchłanie bólu. Rozległo się wołanie, którym jęk przenikał się z kaszlem, że na zewnątrz jest twarz, twarz na całe niebo.
Niebo i miasto były teraz tak ciemne, że jedynie ktoś z obsesją portretowania twarzy mógł dostrzec coś takiego w nieskończonym głębowisku cieni na zewnątrz. Wkrótce słowa zamilkły, wszak pogrążone w prawdziwym cierpieniu ciała nie mówią”. Ta twarz na całe niebo to jest oczywiście, będzie tu mały spoiler. To jest oblicze tego artysty, który poddał się tytułowej właśnie sile cienia i ciemności. To jest taka bigottiańska transpozycja jakiejś schopenhauerowskiej woli albo jakiegoś takiego bardzo odwróconego, ciemnego elandżuka. Więc on, poddając się tej pierwotnej sile animującej świat, zostaje jednocześnie przez nią pochłonięty, pożarty, rozpuszczony. Jakkolwiek to nazwać. Można to podsumować tak: te psychotopograficzne dążenia w przestrzeniach nieokreślonych, deformujących się i coraz bardziej groteskowych wraz z odsłanianiem kolejnych warstw jaźni. Wędrówka następuje nie w górę, ale w dół, wzdłuż rur negatywa. Podróż do świata szaleństwa przybiera formę deformacji ciała, rozpadu języka i jaźni oraz załamania przestrzeni.
W poprzednim cytacie właśnie z Bigottiego mogliśmy zobaczyć pewną formę rozpadu języka. Tak, to jest długi cytat. To były tak naprawdę dwa zdania, jedno bardzo długie, chaotyczne, w zasadzie taki strumień rozpadającej się świadomości. I u Schulza również jego specyficzna konstrukcja językowa, sposób konstruowania metafor próbuje oddać pewne stany derealizacji, którym poddawany jest człowiek. Na ciekawą rzecz à propos Schulza wskazał jeszcze John Updike. Wskazując na wielokrotne metamorfozy fikcyjnego ojca, których kulminacją jest przerażająca postać kraba w ostatnim ujęciu ojca tworzony przez starca genialnym urojonym systemem oraz straszliwa wojna królowacenia i nadmiaru, do jakiej dochodzi przy okazji wypisywania tego bohatera. Wszystko to ma swoje źródło w rzeczywistej metamorfozie, która synowi ofiary musiała się wydawać bardziej przerażająca niż zabawna, bardziej upokarzająca niż poetycka. Jeżeli chcielibyśmy sobie, po nakreśleniu tego w miarę syntetycznego obrazu, przeczytać opowiadania Schulza, kontakt tego, gdzie występują elementy grozy, gdzie ta schulzowska groza się kryje, możemy wyróżnić kilka tekstów, które są pod tym względem szczególnie symptomatyczne. Pierwszym jest bez wątpienia „Sanatorium pod Klepsydrą”, tytułowe opowiadanie drugiego zbioru Schulza, które jeżeli byśmy je sobie spróbowali streścić pokrótce w dwóch zdaniach o bohaterze, który jedzie odwiedzić swojego nieżyjącego ojca, już naprowadza nas bezpośrednio na pewien dość konkretny trop. To jest oczywiście opowiadanie przetwarzające motyw katabazy, zstąpienia do zaświatów w celu ponownego spotkania z utraconą, bliską osobą.
Zresztą na ten trop wskazuje bezpośrednio Schulz, wykorzystując dość rzadką jak na siebie symbolikę roślinną. Kłębiły się tam w parku miejskim, opisując jego przestrzeń miasta. Tego miasteczka, w którym znajduje się sanatorium. Paliły się tam w parku miejskim latarnie ciemnym niebieskawym płomykiem jak żałobne asfodele. Asfodele w starożytnej Grecji były uważane za pokarm umarłych. Homer w „Odysei”, opisując Hades, opisuje łąki asfodelowe. Ta bardzo rzadka jak na Schulza metafora florystyczna odsyła nas bezpośrednio do tego wzoru. Bohater Schulza jedzie odwiedzić ojca, który w jego kraju umarł, ale w innym kraju jeszcze żyje. Do tego innego kraju, w którym śmierć ojca jeszcze nie dosięgła. I w zasadzie on podróżuje tylko i wyłącznie po to, żeby być świadkiem kolejnych procesów degradacji, kolejnych procesów rozpadu świata, który to rozpad świata jest oczywiście ekwiwalentem postępującego rozpadu jaźni jego ojca, tego procesu umierania.
Ta trauma musiała być bardzo silna, ponieważ myślę właśnie o „Karakonach”. To znowu jest opowiadanie o rozpadzie jaźni. Już mówiłem, na czym ten tekst się opiera – na dość przerażającej przemianie, którą przechodzi ojciec bohatera, zmieniając się w karalucha. Ta przemiana jest o tyle bardziej przerażająca, że człowiek w niej ulega regresowi do formy, która wzbudza jego obrzydzenie. Bo przecież to inicjalne obrzydzenie, które skłania ojca bohatera do wypowiedzenia wojny tym karaluchom, w konsekwencji powoduje to, że mocą chorej fascynacji on zaczyna się zmieniać w obiekt własnego wstrętu. Bardzo obfite w sceny niepokojące jest opowiadanie „Sierpień”. W „Sierpniu” z kolei mamy atakujący ni z tego, ni z owego dość ekstremalnym turpizmem obraz upośledzonej umysłowo dziewczyny zostawionej samej sobie w jakimś dziwnym, ciemnym, brudnym zakątku. Schulz nie hamuje się, jeśli idzie o opisy brzydoty cielesnej i umysłowej, zderzając tę brzydotę jednocześnie z seksualnością, ponieważ opisuje dziwaczne ekspresje erotyczne tej upośledzonej dziewczyny. Znowu osiągając efekt niesamowitości, zderzając ze sobą dwie różne kontrastowe jakości. I mamy oczywiście ostatnią „Ucieczkę ojca”.
Opowiadanie, w którym znowu dochodzi do przemiany, do szaleństwa tej substancji, która nie pozwala do końca umrzeć podmiotowi, nie pozwala mu odejść, zmuszając ostatecznie człowieka do przyobleczenia się w dość upokarzającą niską formę, która zostaje potraktowana w dość przykry sposób. I oczywiście mamy jeszcze „Ulicę Krokodyli”. Opowiadanie, które być może pod względem fabularnym nie epatuje jakąś grozą, ale wyciąga z kolei całą transformacyjność przestrzeni. To jest transformacja, powiedziałbym, proto-Lyottianńska. Thomas Lyott też lubuje się w opisywaniu takich peryferyjnych, rozpadających się, odizolowanych miejsc. Takim miejscem jest ulica Krokodyli. Zresztą nastrój tego tekstu doskonale wyczuli twórcy filmowi Paweł i Piotr Kwaj, którzy zrealizowali kapitalną animowaną adaptację. I to jest chyba wszystko, co mam do powiedzenia.
[06:05:06] - Proszę państwa, proza Bruno Schulza w połączeniu z ewidentnym znawstwem prezentowanym przez Wojtka Gunię to temat niezwykle ciekawy. Proszę państwa, gdzieś tam zbliżamy się do końca dzisiejszej audycji, 12. „Bibliotekarium 2.0”. Ale nie ma końca audycji bez Piotra Plebaniaka i jego reguł, jak to należy budować, tudzież niszczyć imperia. Zapraszam. Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:05:54] - Dzień dobry.
[06:05:55] - Spotykamy się w „Bibliotekarium 2.0” po raz 12., a 12. reguła, o której będziemy mówić, brzmi następująco: religia jest w tym sensie zgodna z prawami natury, że jest sposobem grup ludzi na dostrajanie swoich instytucji kulturowych, obyczajów i zachowania do prawideł i okoliczności rządzących przetrwaniem.
[06:06:23] - To jest prawidło, które budzi bardzo wiele kontrowersji, dlatego, że religia zazwyczaj jest utożsamiana z jakimś rodzajem kosmologii, czyli sposobu rozumienia świata i prawideł, jakie w nim zachodzą i ingerencji nadprzyrodzonej w bieg rzeczy.
[06:06:41] - W świecie, który nas otacza. Natomiast tak naprawdę, gdy poczytać książki z dziedziny antropologii, wychodzi na to, że religia jest zespołem instytucji kulturowych i obyczajowych, które mają, jak to powiedzieć dobrze, przymusić, zmusić i zachęcić elementy jakiejś społeczności, czyli poszczególnych ludzi i całą tą społeczność do tego, żeby zachowywała się w jakiś określony sposób. Najczęściej jest tak, że to oprogramowanie kulturowe, religijne działa i jest zaplanowane, bo przecież to nie jest ślepy bieg ewolucji, tylko jakiś rodzaj inżynierii społecznej realizowanej przez ludzi, którzy tą religię zakładają, którzy są kapłanami tej religii. Zawsze jest tak, że ci założyciele i sterujący religią i ta społeczność dzięki religii jest w stanie skuteczniej funkcjonować i skuteczniej realizować swoje najważniejsze zadanie homo ostateczne, czyli przetrwanie. Teraz podam kilka przykładów. Jeden jest moim ulubionym. Otóż był eksperyment, w którym badaczka konstruująca ten eksperyment, projektując eksperyment osobom różnych wyznań primingowała rozmaite słowa związane z odpowiedzialnością. Były to trzy osoby: chrześcijanin, katolik, Żyd wyznania mojżeszowego i osoba niewierząca. Priming polega na tym, że osobie, której ma się zadać te właściwe pytanie, podsuwa się wcześniej jakieś słowa naprowadzające. Widzimy to w grze „Jeden z dziesięciu”, w której prowadzący wyciąga karteczkę i zanim przeczyta pytanie, to mówi na przykład: „geografia” albo „polityka”, albo coś tam jeszcze innego.
To jest właśnie priming. Dzięki temu primingowi człowiek już wstępnie zaczyna sobie w głowie przygotowywać jakąś pulę odpowiedzi albo po prostu poruszać te neurony, które są związane z jakąś dziedziną. On nie wie dokładnie, w którym miejscu są mózgu, ale to się samo znajduje, że tak powiem żartobliwie, nie wnikając w szczegóły. Natomiast wracam do eksperymentu. Ludziom dawano priming, tym trzem delikwentom, którzy byli badani, priming religijny i priming sekularny, czyli niereligijny, czyli odpowiedzialność w czasie tłumaczenia, jaki jest cel eksperymentu. Oczywiście kompletnie zmyślone, niezwiązane z tym, co rzeczywiście było badane. Używano słów takich jak: policja, sąd, Bóg, sąd ostateczny, grzech, odpowiedzialność i tak dalej. Rozmaite pule stosowano w różnych wariantach eksperymentu po to, żeby się przekonać, w jaki sposób funkcjonuje i uruchamia się poczucie winy, poczucie wstydu i inne oprogramowanie psychiczne odpowiedzialne za to, że człowiek decyduje się, aby dokonać jakiegoś czynu albo nie dokonać jakiegoś czynu. Okazuje się, że osoby wierzące reagowały na o wiele szerszy zakres tych słów primingowych. Oczywiście mamy na myśli słowa takie jak Bóg, takie jak grzech, takie jak wina i odkupienie, takie jak żal za grzechy i tak dalej.
W związku z tym wniosek, jaki został wysnuty jest następujący: ludzie, którzy są wierzący, są bardziej etyczni, można im bardziej ufać. To zgadza się na przykład z obserwacjami antropologów czy też historyków badających społeczeństwa starożytne, starożytnej Grecji i Rzymu w tym wypadku. W książce, oczywiście nie obejdzie się bez autoreklamy, w książce „Siły psychohistorii” relacjonuję kilka takich eksperymentów, między innymi z książki Josepha Henricha. Tym razem pamiętam jego imię i nazwisko. Bardzo przepraszam, że poprzednio zapomniałem. „The Weirdest People in the World”, czyli „Najdziwniejsi ludzie na Ziemi”. Tam on opisywał, między innymi przytaczał rozmaite książki. Warto się tym zainteresować. Jak to istniały na targach greckich starożytnej Grecji, starożytnego Rzymu kapliczki z bóstwami uczciwości, przed których obliczem strony jakiejś umowy handlowej przysięgali, że nie oszukają tej drugiej strony. Czyli mamy ten element nadprzyrodzony, czyli w chwili, w której oszukamy swojego partnera jakiejś umowy handlowej, to w tym momencie ściągamy na siebie gniew i nieprzychylność tego bóstwa, przed którym wiarogłwnie przysięgaliśmy.
Natomiast istnieją jeszcze inne aspekty i inne fragmenty, elementy polepszające zdolność kooperacji osób, które są ze sobą niespokrewnione. Czyli mamy znowu te organizacje dobrowolnej przynależności i generalnie społeczności, które są w stanie funkcjonować i skalować się do o wiele większych rozmiarów niż powiązane klanowo i rodzinnie, czyli więzami krwi grupy ludzi. Tak, te grupy ludzi są w stanie się skalować do bardzo dużych liczb dzięki temu, że istnieją pewne reguły religijne właśnie wzmacniające zachowania uczciwe i wzmacniające tą etykę i moralność, która umożliwia to, że jesteśmy w stanie odwrócić do kogoś plecami, zaufać mu przez podanie ręki, na przykład przybić jakiś deal i mieć jakąś pewność większą od zera, że ten deal zostanie dotrzymany. Teraz podaję jeszcze jeden przykład, właśnie religijny. Badano na targu w jakimś kraju muzułmańskim, już nie pamiętam jakim, w Marakeszu chyba. Albo mi się skojarzyło z piosenką Loreny McKenitt „Marrakesh Night Market”. Bardzo piękna. Jak ktoś lubi celtyckie klimaty, to bardzo polecam, jak ktoś nie zna. To jest jedna ze sławniejszych zresztą. Ale wracając, przepraszam.
Był market w jakimś kraju muzułmańskim Powiedzmy, że gdzieś tam w Teheranie, na przykład w Iranie. I co się działo? Tak na marginesie właśnie powiem, znalazłem ciche miejsce, zaczęliśmy rozmawiać i zaraz stanęła ciężarówka na włączonym silniku i tym silnikiem ryczeła obok mnie z jednej strony, a 180 stopni jak się odwrócę, to z drugiej strony gość zaczął operować koparką. I takie jest moje szczęście. Też pan Marek wie lepiej dlatego, że się spóźniłem na nasze nagranie. Także proszę wybaczyć, jak będę się jąkał, bo po prostu rozprasza mnie konieczność odchodzenia od... O, pojechała cholerna ciężarówka. Wracając do tego marketu w Teheranie. Otóż eksperymentatorzy upatrywali sobie siedzących, sprzedających jakieś tam tkaniny, jakieś tam rzeczy handlarzy i podchodzili do nich, prosząc o datki na biednych, ale podchodzili w odpowiednio wybranych momentach. To znaczy albo w największym odstępie między nawoływaniem z tej wieży, która tak nawołuje przez te megafony co pół godziny do modlitwy.
Jak on się nazywa? Mufini? Cholera.
[06:14:11] - Muezin.
[06:14:12] - Muezin. Bardzo przepraszam, bo ja jestem chrześcijaninem, a pan Marek jest, właśnie się wydało, podchwytliwe pytanie przy okazji. Okazuje się, że jest muzułmaninem, bo to świetnie się orientuje w tej kulturze. To na pewno jest jakimś tam szpiegiem, który chce zniszczyć naszą kulturę europejską, cywilizację chrześcijańską.
[06:14:27] - Tak. Przebóg jam rozpoznam.
[06:14:29] - To już nauczył się na pamięć teraz, żeby się wytłumaczyć. Ale wracając do tych handlarzy: albo podchodzili, prosząc o te datki właśnie w odstępach 15 w tą, 15 w tą, czyli w samym środku tej przerwy między modlitwami, albo w czasie modlitwy, albo zaraz po modlitwach. I co się okazuje? Ci ludzie religijni przecież praktycznie w każdym przypadku w czasie modlitwy oddawali całą kwotę, jaka tam była zaprojektowana w eksperymencie, o jaką chodziło, jakąś tam resztę pieniędzy z transakcji czy coś podobnego. W każdym momencie, w każdym wariancie było to troszeczkę inaczej. Natomiast w czasie, w środku tego odstępu między modlitwami, tej pół godziny, jeżeli było w środku tego odstępu, to tam wahało się od 40 do 50, do 60, do 30, w zależności od rozmaitych innych parametrów eksperymentu. Więc proszę zobaczyć, znowu religia sprawia, że zachowujemy się bardziej etycznie i jesteśmy skłonni realizować zachowania charytatywne, czyli wspomagać biednych, czyli okazywać bezinteresowną dobroć. I teraz do czego to chodzi? Dochodzi to do takiego eseju, który jest, tutaj ponownie zrobię autoreklamę, w książce „Siła psychohistorii”. „Zaufanie smardosii tego świata” to jest esej, w którym na rozlicznych przykładach z różnych książek antropologicznych pokazuję, że społeczności, w których funkcjonuje religia o określonych parametrach, przede wszystkim chodzi o wszechmocne bóstwo wszechwiedzące.
Przepraszam, zaplątałem się. Bóstwo wszechwiedzące, czyli takie, które jest w stanie zajrzeć, patrzeć na wszystkie nasze czyny, a także czasami w różnych wariantach religii na nasze myśli. Jeżeli takie bóstwo funkcjonuje w danej religii, to co robią wierzący? Zachowują się bardziej etycznie dlatego, że ich czyny są obserwowane i nagradzane i karane albo na miejscu, za życia, albo w zaświatach. Czyli pójdzie do piekła albo do nieba. I okazuje się, że zasadnicza różnica w ilości i jakości zachowań etycznych i w uczciwości jest spowodowana tym, że istnieje nie tylko niebo, ale także i piekło. Czyli są i nagrody, i kary, a nie tylko nagrody. Czyli religie, które mają i piekło, i niebo, a nie tylko niebo. Przepraszam, że powtórzę się troszeczkę, to trzeba inaczej też wyjaśnić. To okazuje się, że takie religie po prostu sprawiają, że ludzie są względem siebie uczciwsi i więcej rzeczy da się zrobić.
No bo proszę sobie wyobrazić, idziemy na targ, żeby kupić samochód jakiś używany i jeżeli mamy pewność, że ten człowiek jest uczciwy, że jest na przykład Świadkiem Jehowy albo że jest buddystą, albo jest człowiekiem wyjątkowo religijnym i wierzącym i etycznym dzięki temu, no to mamy większą pewność, że ten samochód nie będzie miał jakiejś ukrytej wady. Więc proszę zobaczyć, do jakich konsekwencji to prowadzi. Jeżeli mamy religię, która funkcjonuje w umysłach, jest zaprogramowana w umysłach ludzi, uczestników, członków jakiejś społeczności, to ta religia sprawia, że oni są silni w tym sensie, że wzajemnie mogą sobie bardziej ufać. Czyli jeżeli są jacyś 10- czy 5-procentowa mniejszość w tym społeczeństwie, to ta mniejszość w tym społeczeństwie będzie rodzajem zakłócenia tej atmosfery wzajemnego zaufania ze względu na wyznawanie tych samych wzorców etycznych. I w związku z tym, jaki jest atak, jak można zaatakować taką społeczność i jak można bronić takiej społeczności? Bronić można społeczności właśnie pielęgnując te tradycje religijne, a zaatakować tą społeczność można poprzez zniszczenie tych instytucji obyczajowych, instytucji prawnych i instytucji etycznych sprawiających, że ludzie ufają sobie nawzajem, czy to zastraszeni piekłem albo niebem. Czy też jakimiś innymi konsekwencjami, takimi jak utrata prestiżu, utrata twarzy wobec jakiegoś grona znajomych i tak dalej. W Chinach na przykład mamy niereligijne sankcje poprzez tak zwane guanxi. Kto się interesuje Chinami albo biznesem chińskim, to wie, że guanxi to jest taka sfera znajomych. To jest taki network, taki anglicyzm użyję.
Siatka znajomych, wśród których robi się interesy. A dlaczego się wśród tych znajomych robi interesy? Dlatego, że tak jest bezpieczniej. Bo jeżeli ktoś oszuka kogoś w tej siatce znajomych, to w tej siatce już więcej biznesu nie zrobi, bo zostanie z niej wyostracyzowany, wyrzucony, bo już nie można mu ufać, bo to się natychmiast rozejdzie przez te kanały wewnętrzne, które są o wiele sprawniejsze niż w ogóle społeczności, w których jest takich siatek, tych najbliższych znajomych biznesowych, całym rowie. Tak to wygląda. Czyli religia jest bardzo ważnym czynnikiem zwiększającym zaufanie między ludźmi w jakiejś grupie i atak na religię sprawia, że to zaufanie niszczy się i przestaje być możliwe realizowanie bardzo wielu czynności wspólnych przez mniejsze czy większe grupy należące do tej społeczności, takie podgrupy, co prowadzi do spadku zdolności do zdobywania zasobów czy efektywnego wykorzystania tych zasobów, czy rozwijania sieci handlowych, które też sprawiają, że zwiększa się prosperity całej społeczności. Więc proszę bardzo, możemy doprowadzić do ruiny społeczność, niszcząc zaufanie między elementami, między ludźmi, którzy składają się na tą społeczność. Nagadałem się. Koniec. Over.
[06:20:46] - Ja tylko chciałem na koniec powiedzieć, że udało się panu zrobić program o aspektach religijnych, ani przez chwilę nie odnosząc się — i słusznie, bo mówił pan o bardzo praktycznym wymiarze — do spraw transcendentalnych.
[06:21:03] - Tak, robiłem to celowo.
[06:21:04] - Do tego, czy coś istnieje, czy nie istnieje. No właśnie, bo mówiliśmy o tym, w jaki sposób religia jako pewna instytucja obwarowana zasadami, ale też oblepiona tak zwanymi funkcjonariuszami kultu i tak dalej, w jaki sposób ona funkcjonuje w życiu społecznym. Od początku właściwie pan to podkreślał, że mówimy o religii, a nie o na przykład wierze, a nie na przykład o tych właśnie sprawach transcendentalnych, o sprawie istnienia bądź nieistnienia bóstwa. To w ogóle dzisiaj nas nie interesowało. Interesowała nas religia jako zjawisko, nazwijmy to społeczne.
[06:21:49] - Jako system zarządzania relacjami społecznymi i funkcjonowaniem społeczności. W tym sensie, w takim, jakim cały czas mówiliśmy.
[06:22:02] - Pięknie dziękuję, panie Piotrze.
[06:22:04] - Bardzo proszę. Żegnamy się bardzo grzecznie, bo jakbyśmy się pożegnali niegrzecznie, byśmy poszli do piekła albo byśmy musieli cierpieć w czyśćcu o wiele więcej. W związku z tym z panem Markiem grzecznie zawsze.
[06:22:14] - Tak, to zgodnie z konwencją dzisiejszego odcinka. Ale ja chciałem powiedzieć, że żegnamy się na świąteczną przerwę. Wracamy do państwa w odcinkach „Bibliotekarium 2.0”, które już w nowym roku. Do usłyszenia.
[06:22:34] - Do usłyszenia. Wesołych świąt.
[06:22:52] - Proszę państwa, tak, to już jest koniec. Koniec wykładów, koniec ćwiczeń. Cóż, gdybyśmy byli uczelnią taką z prawdziwego zdarzenia, chociaż jesteśmy, ale tak jednak radiową uczelnią, to za tydzień byłoby cicho w eterze. Ale nie będzie. Za tydzień również zapraszam na „Bibliotekarium 2.0”, Akademię Wszelkiej Fikcji. Będziemy mieli zajęcia na ferie, a w tych zajęciach posłuchamy długiego aż — Ivelliosowi składam przeprosiny, bo go skazałem na długie czytanie, a państwo będziecie mieli długie słuchanie opowiadania, które nosi tytuł „Piaszczysta zagłada”. To jest takie stare, dobre science fiction. Cóż, to nie będzie jedyny punkt programu. Tak jak mówiliśmy w odcinku poświęconemu filmom, będzie również kolejne omówienie filmów, tym razem bardzo stronnicze i bardzo nastawione na własne fascynacje. Porozmawiamy o filmach, porozmawiamy o serialach.
To będzie odcinek za tydzień. Ale będzie też odcinek za dwa tygodnie. To akurat trzech króli, czy też jak chcą niektórzy sześciu. Cały czas kpię z tego. Ten żart mnie nieodmiennie bawi. Wybaczcie państwo, czasami człowiek ma poczucie humoru, które nie do końca przystaje do poczucia humoru innych. Ja już tak mam, trudno. Ale za te dwa tygodnie będzie przedwojenny kryminał. Trochę się chyba to zmieniło, jeśli chodzi o kolejność, ale to nie ma znaczenia. Co miało być, będzie.
Przedwojenny kryminał, przedwojenna powieść kryminalno-sensacyjna właściwie.
[06:25:05] - Zobaczycie państwo, czym się ekscytowali ludzie przed rokiem 39. To była taka powieść. Nie, to nie powieść w odcinkach. To był taki cykl, jak dzisiaj macie państwo sagę o ludziach lodu. Nie, jak macie państwo jakieś przygody Jamesa Bonda chociażby. Przed wojną wychodziły takie zeszyty, w których był jeden główny bohater i on rozwiązywał różnego rodzaju zagadki. W każdym zeszycie inną zagadkę. Jedną z takich zagadek zaprezentujemy państwu za dwa tygodnie. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Co złego, to nie ja.
Wszystkiego dobrego życzę państwu na święta. Obojętnie czy państwo są za, czy państwo są przeciw, to przede wszystkim na te święta spokoju, jakiegoś takiego wyciszenia, takiego poczucia, że jest po prostu okej. Tym wszystkim, którzy ze świętami wiążą jakieś inne emocje, jakieś inne uczucia, to niech im się spełni. Niech to będzie piękny czas, który przeżyją i niech będzie wszystko tak, jak sobie wymarzyli. Pięknie państwu dziękuję. Dobrej nocy.
[06:26:22] - Mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień. A zanim się z państwem rozłączymy, pozwólcie jeszcze tylko, że przekażę pozdrowienia od Kasi dla Madzi i Karola z Krakowa. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.