Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, tyle mrożonej kokainy za oknem, a wciągać nie ma komu. Chyba dlatego, że bardziej wciągająca od tej kokainy mrożonej za oknem okaże się dzisiejsza audycja. Kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Właśnie tutaj, właśnie teraz w Radiu Paranormalium i w Book Radiu startuje. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:55] - Halo, halo, zgłasza się Bydgoszcz. Witam państwa bardzo serdecznie. I cóż, zaczynamy kolejny dzień wykładów, ćwiczeń i tym podobnych. Chociaż mam mały dylemat, bo właściwie zaczniemy od pijaństwa. Obiecałem państwu, że prześledzimy losy wielu pisarzy, którzy mieli ten zaszczyt, tę przyjemność albo ten problem, że na równi z literaturą fascynowała ich wóda czy też jakieś odmiany alkoholowe. Dzisiaj druga część cyklu i potraktujmy to jako analizę przypadków, jako próbę zorientowania się, czy to pomaga, czy to przeszkadza, czy też po prostu nie ma większego wpływu, a niektórym ludziom sprawia przyjemność, a niektórym ludziom robi masę kłopotów. Nie chcę tego oceniać. Każdy sam sobie tym przysłowiowym sterem, żeglarzem, okrętem. Ja uważam, że pisanie pod wpływem przynosi marne efekty. Przynajmniej w moim przypadku.
Unikam. Wolę, jeśli już mam coś wychylić, to po, a nie w trakcie albo przed. Bo tak jak powiedziałem, efekty są marne. Jeśli ktoś uważa inaczej, albo to może nie jest nawet kwestia uważania, tylko jeśli ktoś wypraktykował inaczej, to cóż, może próbować, ale te przypadki, które za chwilę przywołam, pokazują, że czy to się robi w słusznym celu, czyli żeby poprawić swoją wydajność, swoje pisarskie możliwości, to jednak to prowadzi do pewnych problemów. Szczególnie, że pisarz musi pisać dosyć często, a jeśli to jest powiązane z łojeniem wódy tym przysłowiowym, to ta ilość wlewanego w siebie alkoholu musi wcześniej czy później zaprocentować czymś przykrym, czego dzisiejsi bohaterowie będą przykładem. Od kogo zaczniemy? Nie wiem, czy jest państwu znany, bo ten pisarz w Polsce nie jest jakoś tak szczególnie rozchwytywany. Jack Kerouac z pokolenia bitników. To takie specyficzne pokolenie w Stanach Zjednoczonych, ale sam Kerouac był akurat pochodzenia kanadyjskiego, chociaż tamta granica to dosyć umowna pomiędzy Kanadą a Stanami Zjednoczonymi. To był jeden z najwybitniejszych członków i twórców tak zwanej beat generation.
W tym beat generation był między innymi Allen Ginsberg. Tego powinniście państwo kojarzyć. Taki zbuntowany poeta. Zresztą naprawdę duże nazwisko. I był też William Burroughs. Proszę nie mylić tego Williama Burroughsa z innym Burroughsem, Edgarem Rice'em Burroughsem, tym od „Księżniczki Marsa”. To dwie zupełnie różne postacie. Tak jak powiedziałem, William Burroughs, kumpel Kerouaca, to był z pokolenia bitników. Wszyscy oni prowadzili takie, jakbyśmy to powiedzieli, szalone życie, bardzo wyzwolone. Cokolwiek państwu przyszło w tej chwili do głowy, to macie rację.
Wszystko powinno być w życiu spróbowane. Przynajmniej taka była dewiza tego pokolenia. Sam Kerouac w swoich książkach zawierał wątki autobiograficzne. On opisywał swoje podróże, swoje przygody, swoje doświadczenia, refleksje, przemyślenia. To wszystko, do czego doszedł w swoim życiu. Ktoś powie: „To taka marna literatura”. Nie zgadzam się. Naprawdę przemyślenia miał bardzo takie, jak powiem, że głębokie, to państwo wzruszycie ramionami. Ja nie wiem, czy one były głębokie. One były przede wszystkim takie przykuwające uwagę, takie, że rzeczywiście człowiek chce to czytać i ma wrażenie, że obcuje z czymś, co nie zawsze przyjmuje.
Bo powiem państwu od razu, że Kerouac, niektóre jego poglądy wydają mi się na przykład dziwne. Niemniej nie są głupie. To znaczy to wszystko rzeczywiście jest owoc pewnych przemyśleń. Tak jak często o tym mówię, możemy się z kimś nie zgadzać, ale szanujmy to, że myśli samodzielnie i nie powtarza jak papuga czegoś, co zasłyszał. To zdecydowanie u Kerouaca widać. Jego najbardziej znana powieść nosi tytuł „W drodze”. Z różnych dziwnych, interesujących przemyśleń, to Kerouac stwierdził kiedyś, że nie może popełnić samobójstwa, ponieważ jest głęboko wierzący. Ale znalazł pewne wyjście. Otóż po prostu zapije się na śmierć. Połączenie celu, czyli żeby przestać istnieć, z odrobiną przyjemności, przynajmniej według tego, jak on na to patrzył.
I wierzcie mi państwo, słowa dotrzymał. Rzeczywiście zapił się na śmierć. Zmarł w roku 1969. Pewnego dnia dostał ostrego bólu brzucha, zabrała go karetka. A cóż stwierdzono w szpitalu? Rozległy krwotok wywołany marskością wątroby. A od czego się dostaje marskości wątroby? Od długotrwałego, uporczywego picia. Myślę, że jeżeli państwo lubicie literaturę pełną refleksji, pełną takiej tęsknoty, ale nie do końca wyrażonej, pełną myśli rozbieganych, ale jednocześnie zmierzającą w kierunku pytań o sens, o to, czy warto żyć na przykład, czy to w ogóle ma jakieś pozory sensu, tak jak powiedziałem, to sięgnijcie państwo po prozę Kerouaca. Ona nie jest swobodnie dostępna w Polsce i to żadna cenzura.
Po prostu myślę, że czas pokolenia tych autorów już minął, ale nie minął zdecydowanie dla ludzi zainteresowanych. To jest w dalszym ciągu lektura, która może zachwycić. Myślę, że przynajmniej kilka utworów tego autora ze mną pozostanie. I jeszcze się należy państwu bardzo ważna informacja. Ulubionym drinkiem Kerouaca była margarita. To następny pisarz. Kojarzycie państwo Trumana Capote? Jakoś tak się to wymawia. Jeśli to nazwisko państwu nic nie mówi, to może mówi państwu-
[08:56] - U mnie w szkole, w podstawówce bodajże, kazali nam to czytać jako Capeuti.
[09:02] - Capeuti, okej.
[09:03] - Tak przynajmniej było w książce do polskiego. Pamiętam.
[09:06] - Okej.
[09:07] - Truman Capeuti.
[09:10] - Okej. Milczę we wszystkich nieznanych sobie językach. Teraz już nie będę kaleczył, ale nie wiem, czy jestem w stanie powtórzyć. Natomiast ten Capote napisał książkę, którą już państwo powinniście kojarzyć, a mianowicie „Śniadanie u Tiffany'ego”. Kto nie czytał, to nie jest gruba książeczka. Sama książeczka mówi, że nie jest gruba, ale jest też film. Dla samego filmu warto się z tą twórczością zapoznać. W każdym razie Truman Capote był pisarzem, scenarzystą i pochodził z południa USA. Dzieciństwo spędził w Missisipi, Luizjanie, Alabamie. Więc rzeczywiście w takich stanach, które są ostoją pewnego konserwatyzmu.
Te opowiadania, które tworzył, czy też powieści, sztuki, to dzisiaj tak naprawdę klasyka światowej literatury. Ale zaczynał od posady gońca w redakcji „New Yorkera”. Tak naprawdę okazuje się, że czasami zaczynanie od dołu drabiny rzeczywiście sprzyja przyszłej twórczości, bo tam on nawiązał pierwsze literackie kontakty, uchylił przynajmniej drzwi w stronę ludzi, którzy mu później w pisaniu czy też w promowaniu swoich dzieł pomogli. I tu znowu szczere wyznanie tegoż autora. Otóż autor „Śniadania u Tiffany'ego” podobno mówił o sobie, że jest alkoholikiem uzależnionym od narkotyków, a poza tym homoseksualistą i geniuszem. Czy koniecznie trzeba być skromnym? Dlaczego właściwie? Kiedy pewnego dnia został aresztowany za jazdę pod wpływem czegożby innego, alkoholu oczywiście, udał się na leczenie do kliniki odwykowej. To leczenie przyniosło efekty połowiczne. Mówiąc wprost, wytrzymał kilka miesięcy, a potem wrócił do swojej ulubionej używki.
Tak naprawdę to chyba nawet pół roku nie minęło. Tak bym powiedział, że całe jego życie było poza tym geniuszem czy poza tworzeniem wielkich dzieł, które rzeczywiście zostały z nami, rzeczywiście naznaczone alkoholizmem. Zmarł w domu swojej przyjaciółki, a przyczyną śmierci była oczywiście związana z przypadłością alkoholową choroba wątroby. Więc mamy już kolejną ofiarę. Jego ulubiony drink nosił nazwę „Śrubokręt”. Już podaję państwu skład. Otóż „Śrubokręt” składa się z wódki, soku pomarańczowego z lodem i dekoracją w postaci cząstek pomarańczy. Zawsze można sobie przyrządzić, byle nie do końca życia. I ostatnią przygotowaną dzisiaj personą literacką jest znany państwu dobrze Stephen King. To już pokolenie, właściwie które następowało po tych dwóch tuzach literackich.
King jest z nami do dzisiaj. Pisze i to bardzo intensywnie. Zdecydowanie jest to pisarz chyba jeden z najbardziej rozpoznawalnych w tej chwili na świecie. Zauważcie państwo, ja nic nie mówię na temat jakości tego, jak pisze, bo tak naprawdę gdybyśmy zaczęli dyskutować, czy Stephen King wielkim pisarzem jest, to ta dyskusja nie miałaby końca. Stephen King ma tyle samo przeciwników, ilu zwolenników. Jedni wychwalają pod niebiosa sposób jego narracji, inni uważają, że jest przegadana i tak dalej. Nie mnie to rozstrzygać. Ja państwu natomiast służę informacjami o ulubionych nałogach tegoż pisarza. Tylko jeszcze powtórzę, że poza tym, że pisuje pod nazwiskiem Stephen King, pisywał jeszcze jako Richard Bachman i mniej znany jego pseudonim John Swithen. Z tego, co znalazłem, jego powieści, książki w ogóle rozeszły się w nakładzie kilkuset milionów egzemplarzy na świecie.
Kilkuset to raczej zbliżamy się gdzieś do pięciuset milionów, ale jeszcze chyba nie, tej pięćsetki nie osiągnął. Ten wynik czyni go tak naprawdę jednym z najchętniej czytanych autorów na całej kuli ziemskiej. Znacie państwo te wszystkie. Ile bym nie wymienił tytułów, to zawsze państwo dodacie nowe, więc wymienię już tak dla porządku: „Lśnienie”, „Carrie”, „Miasteczko Salem”. Może jeszcze na przykład „Szkieletową załogę”. Może jeszcze „Cudjo” czy „Cujo”. Nie wiem, jak się to czyta. W każdym bądź razie to się jeszcze nam przynajmniej ten tytuł dzisiaj przyda. Warto też powiedzieć, że Stephen King to wielokrotny laureat nagrody imienia Brama Stokera oraz British Fantasy Award. No i cóż, to, że pisarz zmagał się przez wiele lat z uzależnieniem od alkoholu, to właściwie chyba wiedzą już wszyscy.
W latach 80. podobno pił tyle, że prawie nie pamięta. To jedna wersja. Druga mówi, że w ogóle nie pamięta pisania powieści „Cujo”. Jakkolwiek to się czyta, to nie pamięta. A poza tym w ogóle nie mógł sobie przypomnieć jakichkolwiek poprawek, które by nanosił na maszynopis, na pierwszą wersję w każdym razie wydruku. Używał alkoholu, ale później jeszcze dorzucił kokainę i przez jakiś czas te dwie używki odgrywały w życiu Kinga rolę równie ważną co jego twórczość. W dodatku niektórzy twierdzą, że to widać przynajmniej w części jego twórczości i na przykład w „Lśnieniu” Jack, który tam w tym hotelu przebywa, jest niepijącym i odciętym od zewnętrznego świata alkoholikiem, który tak naprawdę bardzo by się chciał napić. Zresztą jak to podobno u alkoholików. Tylko ma tam pewne problemy z tym.
Podobno podczas pisania „Lśnienia”, żeby wczuć się w rolę, żeby dobrze oddać pewne przemyślenia, czy też pewne zachowania głównego bohatera, King pił tak samo dużo, jak potencjalnie pił bohater, czyli Jack. Pisarz sam mówił o tym, że w pewnym momencie życia Jack Torrance był dla niego najbliższą postacią. To już państwo czujecie, jaki to klimat. W każdym razie warto powiedzieć, że autor „Lśnienia” udało mu się przestać pić. W przeciwieństwie do bohatera „Lśnienia” właśnie. Taką inną książką, znacznie późniejszą jednak, w której został zaakcentowany problem alkoholizmu, jest „Doktor Sen”. Tam jest sporo odniesień do Anonimowych Alkoholików, do terapii alkoholowych, antyalkoholowych właściwie. Proszę państwa, tak naprawdę Kingowi chyba życie, a w każdym razie jego karierę pisarską uratowała rodzina. Kiedy zaczął przychodzić podpity albo pijany na wywiady, wydawcy i ludzie w ogóle zaczęli na niego patrzeć tak: stacza się gość. Po prostu się stacza.
Jego rodzina zachowała się inaczej niż teraz to w zwyczaju bywa. Otóż rodzina, zamiast go zostawić, niech sobie pija gdzieś tam dogorywa, to zarówno dzieci, jak i żona po prostu zadbali oni wszyscy, żeby on zaczął się leczyć. To właśnie Tabitha King, żona naprawdę włożyła sporo, ja wiem, czy serca, wysiłku, po prostu takiego zwykłego życiowego wysiłku, żeby Kinga od wódy odciągnąć. Cóż, według tego, co przeczytałem, Stephen King jest dzisiaj niepijącym od dawna alkoholikiem, a według mnie jest w dalszym ciągu naprawdę wspaniałym pisarzem. Wiem, to już jest moja ocena. Nie musicie jej państwo podzielać. Ja uważam, że on ma w swoim dorobku naprawdę kilka wybitnych książek. Ma też książki słabsze, ale daj Boże wszystkim pisarzom, żeby pisali na tym poziomie słabszych książek Kinga. Cóż, jeszcze się państwu należy informacja o ulubionym alkoholu Kinga. Otóż żadna tam mocna wóda, jakieś tam drinki.
Nie. Stephen King uwielbiał piwo. Cóż, to przerywamy. Przerywamy naszą podróż po świecie alkoholizmu pisarskiego. Czas byłoby się zabrać za wykłady, tym razem wygłaszane już przez ludzi, którzy nie będą mówić do państwa o wódzie, piciu czy jakichś innych używkach. Ale żeby tak zupełnie od tematu spożywania nie odejść, to porozmawiamy z Joanną Bohaczek-Trąbską. To jest autorka książek... Dobrze, o tytułach za chwilę. Najpierw przedstawmy naszego gościa. Otóż Joanna Bohaczek-Trąbska to częstochowianka, ale w połowie góralka.
To od strony taty. Tata był zakopiańczykiem. Absolwentka częstochowskiego plastyka oraz częstochowskiego Uniwersytetu Jana Długosza. Jest doktorem nauk humanistycznych z zakresu historii i politologii. Jest też autorką kilku monografii oraz kilkudziesięciu artykułów naukowych i popularnonaukowych. Jest też członkiem częstochowskiego Stowarzyszenia Plastyków imienia Jerzego Dudy-Gracza, uczestniczką wielu wystaw indywidualnych i zbiorowych. Prowadzi warsztaty plastyczne dla dzieci i młodzieży, a z zamiłowania jest malarką. W ostatnich latach zajmuje się głównie akwarelą, ale też malowaniem akrylem na płótnie. Obok takich lirycznych pejzaży maluje również mandale, a w swoich pracach chętnie sięga po bogactwo symboli kultury Wschodu i Zachodu. Jest miłośniczką podróży, pasjonatką historii i kultury starożytnych cywilizacji, w szczególności Egiptu, Grecji i Indii.
A te książki, o których powiedziałem, o których dzisiaj będziemy rozmawiać, to „Magiczna książka kucharska, czyli kulinarny tarot” oraz drugi tytuł: „Talerz z runami”. Ja zapraszam państwa w tej chwili na fragment jednej z książek. Później będę miał tę przyjemność porozmawiać z naszym dzisiejszym gościem. A po rozmowie jeszcze jeden fragment autorstwa pani Joanny. Zapraszam.
[22:48] - Joanna Bohaczek-Trąbska, „Kulinarny tarot”. Tarot jest jak księga tajemnic odkrytych i nieodkrytych, niewyczerpanym źródłem inspiracji dla wróżbitów, artystów, osób potrzebujących jego wsparcia i tych po prostu ciekawych jego wiedzy. Rzeczywistość jawną i ukrytą można poznawać na wiele sposobów, by rzec najprościej: zmysłowo i pozazmysłowo. Celem tej książki nie jest opisywanie kolejnych kart, bo zakres fachowej literatury na ten temat jest niezwykle szeroki. Ale czy komuś przyszło na myśl poznawać tarota zmysłem smaku i węchu, czasem dotyku? Zmysł wzroku świadomie pomijam, gdyż jest to oczywiste. Zabierałam siebie w tę kulinarną, magiczną podróż niemal codziennie, gotując, piekąc, tworząc i odtwarzając nowe, stare dania, aromaty, nowe struktury i czynię to do dziś, starając się daną potrawę kojarzyć poprzez jej wygląd, zapach, smak, konsystencję, wspomnienia, czy wreszcie poprzez sposób jej wykonania z konkretną kartą tej pasjonującej talii. Na potrzeby tego opracowania, ale i mojej wrażliwości powstały satyryczne rysunki poszczególnych kart, a tym samym kulinarne zbiory wizerunków 22 Wielkich Arkanów.W ten oto sposób powstało coś na miarę kuchennego tarota właśnie. Niezwykle subiektywnego, ale na tyle dostępnego, że postanowiłem przynajmniej część tych estetyczno-smakowych doznań spisać i spiąć je klamrami książki.
[24:30] - Dzień dobry Joanno.
[24:31] - Dzień dobry Marku. Witam serdecznie.
[24:34] - Ja przypomnę, że naszym gościem jest Joanna Bohaczek-Trąbska, autorka książek, które mówiąc szczerze, kiedy po raz pierwszy się z nimi zetknąłem, to mnie zadziwiły. Bo takie tematy jak tarot albo runy to się zawsze z czymś mrocznym kojarzą. A tymczasem pojawiły się książki, wymienię tytuły: „Magiczna książka kucharska” i ona się wiąże bezpośrednio z tarotem oraz „Runy”. I to też się wiąże z kuchnią. To jak to w końcu jest z tymi runami i z tym tarotem? To jest mroczne, poważne i takie odstraszające, czy też fajne i zapraszające do kuchni?
[25:19] - W zasadzie ja nawet nie myślałam w kontekście właśnie odczarowywania run, ale czy tarota z takiej mrocznej mgły. Przyszedł w momencie pomysł, żeby coś takiego połączyć i ja nie wiem, skąd to się wzięło. Czasami mówię, że takie iskierki Boże na człowieka spływają i to się pojawia, a później gdzieś człowiek za tym podąża. W każdym razie było tak w moim przypadku. Tarotem fascynowałam się od dawna. W zasadzie tajemnica i tajemniczy świat, który nas otacza, zawsze mnie fascynował. Zalewałam mojego tatę morzem pytań: co to są piramidy, co to są karty w ogóle, co to są duchy? W związku z powyższym przyszłam na świat, chcąc chociaż rąbek tajemnicy tego świata odkryć. Tak jak mówię, tarot interesował mnie od zawsze. Ja nawet nie wiem tak na dobrą sprawę, kiedy ja się o tym tarocie pierwszy raz dowiedziałam.
Nie wiem, kiedy te runy się pojawiły. Trudno mi w ogóle taki moment wychwycić. Natomiast one przyszły i to się zadziało. Kupiłam swoje pierwsze karty tarota. Zaczęłam tworzyć najpierw na kamykach wyłowionych z Bałtyku pierwsze runy i zaczęłam się w to wszystko wczytywać, a więc w symbolikę tych kart, w historię tych kart. Pierwszą moją książką dotyczącą dziejów kart tarota była pozycja pani Starowiejskiej. Później się pojawiły gdzieś pozycje pana doktora Jana Witolda Suligi, ale proszę mi wierzyć, jako nastolatka ja nic z tego nie rozumiałam. Kompletnie nic. Więc zaczęłam praktykować, właściwie terroryzować wszystkich dookoła. Proszę bardzo, zadaj mi pytanie, ja będę się starała odpowiedzieć.
I tak się tego tarota nauczyłam. Natomiast później, naprawdę później, ja tego tarota i symbolikę run zaczęłam dostrzegać praktycznie wszędzie. W relacjach międzyludzkich, w kuchni, jak już zostało to powiedziane, idąc drogą dwie drogi krzyżowały się na kształt runy Gebo, prawda? Makaron, który był nawijany na widelec, też mi się z jakąś runą kojarzył. I tak właśnie pojawiła się iskierka, żeby zrobić coś, czego nikt wcześniej nie zrobił, a więc połączyć jedną pasję z drugą. Ponieważ ja również bardzo lubię gotować. Zawsze towarzyszyłam najpierw mojej babci, później mojej mamie w kuchni, także czasami i tacie. I mówię, czemu nie dokonać takiej fuzji, zrobić coś takiego? Rysunki tak jakby powstały same. Nawet nie wiem, kiedy to się zadziało.
Po prostu wzięłam kredkę, wzięłam ołówek, wzięłam mazaki i zaczęłam tworzyć. Po czym mówię: no tak, taka runa czy taka karta tarota kojarzy mi się z taką i taką potrawą. Robię to. Poszłam za tym. To naprawdę proszę mi wierzyć, że chyba miesiąc czasu, mając jeszcze małe dziecko. Ta książka pierwsza, „Magiczna książka kucharska” powstała, a później jeśli książka ta tarotowa osiągnęła jakiś sukces, jeśli ona została zauważona na targach kulinarnych we Wrocławiu, mówię, to czemu nie zrobić tego samego z runami? No i właśnie poszłam też za tym głosem. No i mamy ten drugi efekt finalny. Mamy „Talerz z runami”. No i wcześniej tą „Magiczną książkę kucharską”.
Tak to mniej więcej wyglądało.
[29:01] - Ja chciałbym dzięki tobie troszeczkę odczarować pewne sprawy. Bo jednak nawet w tym pierwszym pytaniu, które zadałem, pobrzmiewała taka tendencja, która jest dosyć rozpowszechniona, mianowicie, że tarot, runy to są rzeczy niebezpieczne, to są rzeczy, które prowadzą nas ku ciemności. Mówi się często o tarocie, że to Biblia szatana. Jak z tym polemizować? Jak z tym w ogóle toczyć jakąś debatę?
[29:38] - Myślę, że przede wszystkim wszystko jest dla ludzi i wszystko, co jest dobrze wykorzystywane w dobrym celu, tarot będzie służył. Będzie służył radą, będzie wskazywał drogę. Ale tarot użyty w czarnej magii temu człowiekowi nie będzie służył. Ani temu, któremu jakieś złe zaklęcie będzie kierowane. I ta osoba, która będzie takie złe rzeczy czyniła, również będzie działała przeciwko sobie. Takie jest moje zdanie na ten temat. Natomiast ja się na przykład nigdy tarota nie bałam, nigdy nie bałam się run. Ja wiem, że na przykład pan doktor Suligan określił tarota mianem Biblii szatana. Ja nigdy do tego nie podchodziłam w ten sposób. Studiując jeszcze na historii, kierunek historia, na pierwszym roku mieliśmy odgórny nakaz przeczytania Starego Testamentu.
Przeczytałam pięć razy. Przeczytałam Nowy Testament, ale dla równowagi przeczytałam też Biblię szatana. Więc tak na dobrą sprawę ja tego tarota właśnie tak nie postrzegam. Czy on jest dobry, czy jest zły, czy jest mroczny, czy jest jasny. Tak jak mówię, on został stworzony po coś, czyli z jakiejś potrzeby i żeby tym ludziom służyć. Tak jak mówię, wszystko nam może służyć albo w dobrym kierunku, albo w złym kierunku. Runy są bardzo pomocne zarówno w zdrowiu, zarówno odpowiedni znak umieszczony w odpowiednim sektorze mieszkania będzie sprzyjał koncentracji, nauce, co praktykuję na moim dziecku. Inny znak będzie działał wspaniale, przynosząc nam obfitość, fortunę i dobrostan. Natomiast tak jak mówię, owszem, na pierwsze słowo „tarot” niektórym może cierpnąć skórka. Zresztą miałam parę osób, które korzystały z moich usług, którym stawiałam karty tarota.
One tak właśnie: „Ale ja nie chcę wiedzieć, ja się tego boję”. No ale mówię: „Karty cię zjedzą. Przecież to jest przedmiot. Zależy, jaką wartość temu przesłaniu nadasz”. Moja rola to również ważyć słowa jako osobie kładącej karty, żeby w sytuacji takiej, że przychodzi do mnie osoba naprawdę bardzo ciężko chora, a miałam wielokrotnie z takimi osobami do czynienia, żeby dać im nadzieję, żeby ta nadzieja właśnie płonęła w sercu, żeby tej nadziei i wiary w to wyzdrowienie, pomimo że wiedziałam, że jest kiepsko, nigdy nie odbierać. Także ja myślę, że nawet nie samo słowo „tarot”, samo słowo „runy”, tylko co my z tym słowem tak na dobrą sprawę zrobimy, bo słowo lubi naprawdę być przewrotne, czasami nam umyka, czasami się przeinacza w inną wersję znaczeniową i możemy mieć z tego tytułu jakieś problemy. Coś źle zinterpretujemy. Natomiast same karty jako przedmiot nikomu nic nie zrobią. Ale człowiek i słowa, które się wydobywają z jego ust, jak najbardziej. Czasami mówi się, że słowa tną jak brzytwa albo ranią bardziej niż doznania cielesne.
Także takie jest moje zdanie. Nie bać się kart, podchodzić do nich z szacunkiem i one wtedy też będą świetnie z tą osobą współpracować. Nie wolno kłaść kart, zarówno i tarota, i posługiwać się runami, zresztą innymi technikami dywinacyjnymi również, na przykład po alkoholu, po jakichś używkach. Naprawdę trzeba podchodzić z szacunkiem do nich, do samego siebie i do osoby, z którą się wymienia poglądy, której się doradza. I wtedy jest wszystko w porządku. Myślę, że w ten sposób tego tarota i te karty, runy czy po prostu znaki runiczne można by było odczarować. Tak uważam.
[33:41] - Ja w tej chwili chciałbym się odwołać do książki „Kulinarny Tarot”. Właściwie powiedziałaś już o tym wstępnie, jak była ta książka układana. To ja jednak dopytam. Mamy w tej książce poszczególne karty tarota i przypisane im przepisy. Ale jak to się odbywało? Czy wszystko ci się kojarzyło? Czy to trzeba było jakichś zabiegów? Jak ta książka powstawała? Mnie bardzo interesuje w tym wypadku ta praca u podstaw, ta, która była już tą czystą techniką tworzenia książki.
[34:24] - W zasadzie ja tak na dobrą sprawę nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie, bo jedyne, co bym mogła mądrego powiedzieć i spójnego ze mną i zgodnie z prawdą, to to, że po prostu ta książka się wydarzała, ta książka się działa. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację. Mamy kartę Cesarzową. Cesarzowa to wiadomo, piękna kobieta, obfitująca w piękne niewieście kształty. Ona jest dorodna, ona jest pięknie ubrana. Ona mi się po prostu z kaczką skojarzyła, którą jemy na niedzielny obiad. Tak to się działo. Najczęściej po prostu rodziło się jakieś skojarzenie. Nie wiem, skąd ono się brało. Natomiast ja od razu brałam kartkę, zapisywałam.
O kurczę, dobrze. Czyli taka potrawa, tak będzie. Na przykład karta Umiarkowanie. To jakaś beza, jakaś lekkość, przelewanie wody, jakiś anioł, puch. Tak to się działo. Po prostu działa się magia w kuchni, działa się magia w mojej głowie, w mojej właśnie takiej przestrzeni emocjonalnej. To się po prostu wydarzało. Bardzo trudno mi jest na to pytanie odpowiedzieć, bo tak jak mówię, nie działał tu absolutnie rozum. Tutaj działało serce. Tutaj działała taka magia skojarzeń.
Tak bym to mogła określić. Nie wiem. Pustelnik kojarzył mi się ze śledziem. Skąd takie skojarzenie przyszło mi w życie? Ja nie wiem, ale ostatecznie stwierdziliśmy z mężem, z moją mamą, że to jest całkiem niezłe. Ale tak jak mówię, absolutnie nie był to proces racjonalny. Racjonalnie mogłam tworzyć recepturę, bo w większości, w zasadzie tak 90% tych przepisów zarówno w jednej książce, jak i w drugiej książce To są przepisy sprawdzone, przepisy z mojej rodziny, z najbliższego otoczenia, nawet z władz dziekańskich, bo śledź jest tutaj absolutnie wymysłem naszego ukochanego pana dziekana Przemka Sznurkowskiego. Pozycja Diabeł. Diabeł z czymś ostrym. Oczywiście ogień, chili i tak dalej, czyli konkarne chociażby dobrze doprawiane, prawda?
Ostra papryczka. Weźmy kartę Księżyc. Rogal. Wiadomo, że rogaliki, ale też będzie runa gdzieś urósł z tą rogatizną, co się później jeszcze przełożyło na tę drugą książkę. Także mówię, nie było tu krzty rozumu, nic absolutnie. To działało serce, działały emocje i taka potrzeba chwili, bo to też było troszeczkę z doskoku robione. Absolutnie też nie był to proces wymuszony rozumem, planowany. To się po prostu wydarzało.
[37:17] - Ja tylko przypomnę, mamy trzy książki: „Talerz z runami”, „Magiczna książka kucharska” oraz „Kulinarny tarot”. Te wszystkie książki to rzecz dla ludzi, którzy lubią w kuchni przebywać. Może nie tylko przebywać, ale także coś tam czynnie wykonywać. To myślę nie lada gratka. Ale chciałem zapytać o taką rzecz, skoro magia odbywała się w okolicach kuchni. Skądinąd wiem, że w twoim życiu magia w szerokim rozumieniu tego słowa to jest coś, co jest obecne mniej lub bardziej, ale obecne. Czy na ten temat zechciałabyś coś powiedzieć?
[38:04] - Magia otacza mnie od dzieciństwa i w zasadzie pcha się nawet mysią dziurą. Idę do pracy rano, patrzę na magiczny wschód słońca, jeśli jest. Szaleństwo wiewiórek, które gonią się. Naprawdę jest ciemno, a one mają tyle energii. Biegają po drzewie, goni jedna za drugą. Magia jest jesienią, kiedy szłam po przepięknym złoto-żółtym dywanie liści. Mówię: „Kurczę, ile natura nam daje obfitości”. Magia jest w tym, że mam czajnik i woda bulgocze. Dla mnie to też jest magia. Te bąbelki, one też mi się z czymś kojarzą.
Magia jest w tym, jak ostatnimi czasy piekłam z moim dzieckiem naprawdę wielkie ilości pierników. To też było magiczne, że on sobie polukrował, że on sobie wyciął jakiś kształt, że on sobie coś stworzył samemu. Magia jest naprawdę zewsząd. Magia jest w piramidach. Magia jest w śpiewie ptaków, w porannej kawie, w zapachach kadzideł, w tym, że mogę wyjechać za granicę i pachnie mi absolutnie eukaliptus przepięknie, drzewo eukaliptusa. Ja się po prostu zachwycam życiem. Zachwycam się naturą.
[39:26] - Ten poetycki obraz, który nakreśliłaś, jest mi bliski, ale jak znam przynajmniej niektórych słuchaczy, oni by chcieli, żebyś powiedziała coś o takich twardych przejawach magii. Czy czegoś takiego doświadczyłaś? Czy coś takiego cię spotkało?
[39:47] - Doświadczyłam wielokrotnie rozmowy z duchami. Kiedyś, ponieważ było mi dane swego czasu uczęszczać do szkoły właśnie pana Jana Suryki, do kabalistycznej szkoły tarota. On kiedyś powiedział: „Wiecie państwo, ja kiedyś tam komuś kładłem karty i miałem ducha w kartach”. Ja mówię: „Ale boskie, jak można mieć ducha w kartach?”. Proszę mi wierzyć, można. Zdarzyło mi się dwukrotnie rozmawiać z duchem przy pomocy kart. Wielokrotnie widziałam ducha bądź duszę, bądź byty, energie, w zależności jak to ktoś umie, bo duch to jest takie dość ogólne, nawet troszeczkę infantylne pojęcie. Ale najbardziej jaskrawy przykład właśnie, że naprawdę nie jesteśmy sami, że jesteśmy otoczeni zewsząd opieką. Wystarczy się zwrócić do tych naszych duchów opiekuńczych, aniołów, Stwórcy wszechświata. Tak jak mówię, każdy musi sobie sam to dookreślić.
Była sytuacja dla mnie niezwykle wzruszająca po śmierci mojego taty. Mój tata umierał długo i umierał w cierpieniu. Walczył z życiem, walczył z sobą. To są naprawdę bardzo trudne jeszcze emocje, nie do końca przeze mnie przepracowane. Ale proszę sobie wyobrazić taką sytuację. Środek lata. Tata już wiadomo, nie żyje. Mąż wyjeżdża na konferencję. Ja się boję. Mieszkam na parterze.
Boję się otworzyć okno. Tak jak mówię, mam małe dziecko. Jeszcze nie do końca emocjonalnie to wszystko sobie w głowie i w sercu poukładałam. Boję się otworzyć okno. Ktoś wejdzie, włamie się. Tak jak mówię, kotłują się złe myśli w głowie. Wstaję, patrzę, czy to moje dziecko śpi, czy ładnie oddycha, czy wszystko jest w porządku. Ale boję się. Otwieram okno, zamykam. Szarpią mną niesamowite emocje.
Wychodzę do łazienki po coś. Wracam i coś się dzieje. Mianowicie jest to absolutnie trudne dla mnie do opisania słowami, bo one tego nie oddadzą. Ale proszę sobie wyobrazić taką sytuację. Pokój zalewa morze miłości, morze ciepła. Nie umiem tego dookreślić. I cóż ja widzę? Przy firance stoi jak żyw mój tata. Taki naprawdę cudowny, zdrowy człowiek. Odwraca się do mnie.
Proszę wyobrazić sobie jeszcze nawet to, że on jest umorusany węglem, bo mój tata akurat węgiel przynosił z piwnicy. Wiadomo, stare czasy. Ale takiego, jakiego go zapamiętałam. Zdrowy, silny mężczyzna obraca się w moją stronę. I on tak jakby zupełnie komunikuje się ze mną niewerbalnie. On mówi sercem: „Nie martw się, ja tu jestem. Ja tu czuwam nad tym oknem, tu się nikt nie włamie”. Obudziłam się rano. Nie wiem, czy śniło mi się, czy mój mózg spłatał takiego figla, ale sądzę, że nie, że to było jak najbardziej realne. Po prostu ten tata przyszedł, przekroczył tę dla nas niewidzialną granicę i powiedział mi: „Ja tu jestem, nie martw się”.
Także miałam, nie mogę powiedzieć, że namacalny dowód tego, że ten świat poza tym, co my tutaj mamy, tu i teraz, w tej mocno głębokiej materii, że jeszcze coś poza tym światem właśnie istnieje. Miałam parę takich przypadków, oczyszczając na przykład mieszkanie po zmarłych rodzicach mojej bardzo bliskiej przyjaciółki. Widziałam duchy. Widziałam duchy, które były wręcz zaniepokojone tym, co ja tutaj robię i w zasadzie co ja od nich chcę. One ze mną rozmawiały. Także to były takie największe, może najjaskrawsze przejawy tego, że faktycznie ten świat pozaziemski istnieje. A poza tym jeszcze, tak jak mówię, chciałabym powiedzieć: podszepty intuicji, która prowadzi. Wystarczy poprosić też swoje wyższe ja, swoją nadświadomość, Boga, wszechświat, anioł o prowadzenie. I naprawdę dzieją się w życiu takie historie, gdzie rozum absolutnie by nie wpadł, że można tak problem rozwiązać i że można tak podejść do sprawy, że jeszcze znajdzie się taka ścieżka, przez którą można przejść i naprawdę wybrnąć z sytuacji nieciekawej wręcz w magiczny, cudowny sposób.
[44:13] - Powiedziałaś o takich pozytywnych przejawach kontaktu z drugą stroną, czy jakkolwiek będziemy określać tamten świat. Ale czy zdarzyły się takie przypadki, w których ta druga strona pokazała złą twarz? Mogłaś to obserwować.
[44:35] - Zdarzało się, ale mój tato zawsze powtarzał: „Duch ci nic nie zrobi, bo duch się manifestuje”. Znowu używam tego niewidzialnego słowa, ale już tak zostawmy. Duch się manifestuje po coś, żebyś się pomodliła za niego, żebyś mu pomogła przejść. Żeby go ten anioł stróż wziął za fraki i pokazał wreszcie tę właściwą drogę. Idź w kierunku światła. Natomiast faktycznie zdarzają się sytuacje nieciekawe. Ja padłam ofiarą, co tu dużo mówić, czarów i to w takiej wersji najczarniejszej, takiej czarnej magii. Wzięło się to naprawdę z głębokiej niechęci jednej pani, która, w zasadzie trudno mi mówić, czy zazdrościła mi pewnych predyspozycji, być może trochę młodości, bo duża różnica wieku jest między nami. Zaczęły się dziać w moim życiu rzeczy bardzo nieciekawe. W sensie nie mogłam nic zrobić, naprawdę tak, jakby mi ktoś związał nogi.
Nie mogłam wydać żadnego artykułu, tak jakbym utknęła w miejscu. Nie kleiło się absolutnie nic, aczkolwiek dzięki Bogu nie zadziało się nic z moim fizycznym zdrowiem. Jedynie coś się działo. Ja nie wiedziałam, o co chodzi. Znalazłam tutaj częstochowską jasnowidzką, którą będę polecać każdemu. Jestem jej wdzięczna do końca życia, że ona mnie z tego uwolniła. Mówię tutaj o mojej kochanej Marzenie Gęsiarz, która naprawdę pomogła, jeśli nie setkom, to tysiącom osób, które się garną do niej z całej Polski. Częstochowianka z krwi i kości. Ona mi pomogła z tego wyjść. Ponieważ dysponuje takim cudownym darem jasnowidzenia, ona mówiła o rzeczach, o których nie miała prawa wiedzieć i pokazała mi to, to i to.
I mówi: „Zobacz, do czego może prowadzić nienawiść. Zobacz, do czego może prowadzić zazdrość”. I pani ta posługiwała się czarną magią ukraińską. I faktycznie te odczucia, które ja miałam, ale takie mentalne, bo na pewno nie w ciele, że ktoś mi związał nogi, że ktoś mi związał ręce, że ktoś tak jakby założył mi jakąś ciemną zasłonę na moją w zasadzie całą percepcję, postrzeganie świata, na moje zmysły, które zostały niejako przytępione. Ona mówi: „Zobacz, do czego to wszystko może prowadzić”. Ona mnie odczarowała i proszę mi wierzyć, wszystko, co utknęło w martwym punkcie, ruszyło jak szalona lokomotywa. Poszły artykuły, rozwiązały się inne sytuacje, które ugrzęzły ponad rok i to było wręcz nieprawdopodobne, że w zasadzie jakaś błaha sprawa jest nie do przejścia przez jedną osobę, przez drugą osobę. I to mnie tylko utwierdziło, że jest coś takiego jak właśnie ta ciemniejsza strona mocy, że ta czarna magia użyta przez osobę niewłaściwą, w zasadzie żadna normalna osoba się takimi rzeczami nie posługuje, to trzeba chyba sobie wyraźnie powiedzieć. Ona może strasznie drugiemu, w zasadzie nieświadomemu jeszcze wówczas człowiekowi zaszkodzić. Jeśli chodzi o inne sytuacje z jakimiś duchami, bytami, ja czegoś takiego nie doświadczyłam.
W zasadzie tak jak tutaj Marku wspomniałeś, były to tylko naprawdę jakieś, nie powiem, że przyjemne relacje, ale przyjemne doznania. Tak jak mówię, doświadczyłam głębokiego prowadzenia, głębokiej miłości właśnie. Ewentualnie zadziało się coś takiego, żeby mi zwrócić uwagę, że może nie tędy droga, że trzeba zweryfikować swoje myślenie. Natomiast tutaj był to taki właśnie rok bardzo trudnych emocji, próbowania zrozumienia, co się w ogóle ze mną dzieje. Później takie oświecenie, które przyszło od Marzeny Gęsiarz, która mówi: „Słuchaj, zostało zrobione z tobą to, to i to. Ja to zrobię, bo to nie jest jakaś poważna sprawa”. I faktycznie człowiek wie, że coś takiego istnieje i że naprawdę prawą, lewą ręką, nogą, wszystkimi kończynami trzymać się od takich rzeczy z daleka. Nie wywoływać niepotrzebnie duchów, nie zajmować się czarną magią, nie szkodzić myślom przede wszystkim, ponieważ mnie się również, ja jestem tylko człowiekiem, popełniam mnóstwo błędów na swojej drodze rozwoju, że czasami coś powiem nie tak. I proszę wierzyć, że myśl nie tylko rąbie w tę osobę, do której jest skierowana, ale również ja na tym cierpię. Więc naprawdę starać się, żeby źle mimo wszystko w tych trudnych czasach też o ludziach nie myśleć, bo to szkodzi.
Naprawdę szkodzi. Co mogę jeszcze powiedzieć? To, że jest to bardzo dobre sformułowanie, że myśl tworzy świat. Faktycznie tak jest. Nie czyny, bo czyny też wiadomo, że wykluwają się z myśli. Także to mogę powiedzieć z całą pewnością.
[50:02] - Przy okazji kuchni mówiliśmy o tarocie. Troszkę wspomniałaś o runach, ale jak znam życie, to część naszych słuchaczy runy kojarzy z tajemniczymi znakami gdzieś z przeszłości. Jak one dzisiaj działają? Jak to współcześnie działa? Dlaczego runy mogą być ważne i w jaki sposób mogą być ważne?
[50:27] - Runy są przede wszystkim wspaniałymi znakami dane nam, ofiarowane nam przez boga Odyna, a tak na dobrą sprawę stworzone prawdopodobnie z jakiejś, być może boskiej iskierki przez człowieka. I one naprawdę mają wielką moc. Ja się wielokrotnie o tym przekonałam. I też bym chciała tutaj odczarować, że one są właśnie jakimś mrocznym alfabetem, bo oczywiście były, są alfabetem, to jest poza dyskusją. Natomiast świetnie działają. Może podam przykład, będzie zdecydowanie łatwiej to zrozumieć. Jest sytuacja taka: idę, użądliło mnie coś w palec i ja nie wiem, coś dotknęłam, czegoś, coś dotknęło mnie. Patrzę, jestem na spacerze z dzieckiem, z mężem. Co ja mam zrobić? Patrzę, palec mi w sekundach puchnie.
Nie wiem. Tak jak mówię, nie wiem, co to było. Nie wiem, co się zadziało. Ja widzę tylko już skutek. Mogę jedynie wyciszyć ból, który się pojawił w ciele. Pojawił się w palcu, oddechem. I przyszła mi taka myśl do głowy. Isa. Isa to jest lód, to jest zimno, to jest zamrożenie różnych sytuacji życiowych, ale w sensie ogólnym Isa znaczy lód. I ja sobie tę Isę wyrysowałam na palcu.
Nie wiem, czy minuta minęła. Palec się stał normalny. Nie wiem, czy to jest moja sugestia, czy to jest magia run, ale chcę wierzyć, że absolutnie to drugie. Brakuje czasami pieniędzy. Co by tu zrobić? Potrzebne są pieniądze, bo akurat chcemy gdzieś wyjechać, mamy jakąś sprawę do załatwienia czy jakiś poważniejszy zakup się szykuje. Rada dla wszystkich. Wziąć czerwoną kartkę i z namaszczeniem, naprawdę z pełną intencją, aby mieć pieniądze, które wyobrażamy sobie, że one już są. Narysować złotą kredką, złotym nosakiem runę Fehu. Zadziała od razu.
To mówię, bo to mam tak przetestowane. Runa Odala cudownie chroni dom. Czasami mamy taki problem. Wyjeżdżamy gdzieś na przykład na wakacje czy idziemy na jakąś zabawę. Niedługo Sylwester, prawda? Wiadomo, że złodzieje też idą, ruszają do pracy, ruszają na swoje łowy. Na pięknej czerwonej kartce wyrysować sobie, namalować, wyciąć, to jest ogrom możliwości. Runę Odala. Fenomenalnie chroni dom. Także ja przede wszystkim oprócz tej wiedzy, którą posiadam i pomieszania jeszcze, wymieszania tych run w garze jednym, w saganie i zrobienia z tego dobrej potrawy.
Mówię tak oczywiście kontrastowo i prześmiewczo. Wykorzystuję runy w praktyce, bo one naprawdę działają. Ta symbolika jest naprawdę też prosta do ogarnięcia. Ale runy też trzeba poczuć. Myślę, tak samo jak tarota. I jeśli faktycznie da się im uwagę, poświęci się trochę serca, poświęci im się trochę czasu. One wspaniale z człowiekiem współgrają. One wspaniale ochraniają przestrzeń, w której się człowiek porusza. One będą człowiekowi sprzyjać. Tak jak mówię, będą sprzyjać nauce.
Będą sprzyjać, tak jak mówię, świetnym rezultatom finansowym, prawda? Czasami albo podwyżka. Weźmy sobie lewą rękę, którą na przykład chwytamy, prawą oddajemy. Oczywiście mówię to w odniesieniu do osób praworęcznych. Wyrysujmy sobie palcem na dłoni runę Fehu. Zobaczmy, jak to działa. A daję państwu gwarancję. Przynajmniej zawsze w moim przypadku to działa. To nie są jakieś astronomiczne kwoty, ale jeszcze się nie zdarzyło tak, żeby do trzech dni jakieś pieniądze się właśnie nie pojawiły. A najczęściej jest to dokładnie taka kwota, która mi była potrzebna.
Także nie bać się tych run, zaprzyjaźnić się z nimi i wykorzystywać je w praktyce, bo naprawdę one cudownie człowieka wspierają i to na każdej płaszczyźnie, także i zdrowotnej. Mamy z czymś problem? Rysuj sobie na ciele w miejscu, gdzie cię boli runę Uruz. Ona ma absolutnie fenomenalny potencjał. Daje siłę, daje kopa do działania, daje zdrowie. Także wczytać się troszeczkę w te runy i szeroko je wykorzystywać. W praktyce.
[55:12] - Trochę już o tym powiedziałaś. Chciałbym troszeczkę uporządkować. To, co mówisz, to jest ogromna wiedza. Oczywiście pozyskana z lektur, z poszukiwań, ale czy w jakiś specjalny sposób systematycznie studiowałaś te sprawy związane z tarotem, czy też z runami? Mówiąc studiowałaś, mam na myśli jakieś kursy, jakieś kontakty z mistrzami. Brak mi trochę słów, ale tak naprawdę myślę, że chodziłoby mi o jakiegoś przewodnika, który cię poprowadził tą drogą.
[55:51] - Czasami jest tak, że człowiek jest dla siebie naprawdę najlepszym przewodnikiem. Śmielę się to mówić, ponieważ my jesteśmy bardzo często zakopani w jak sieni, a wystarczy naprawdę głęboko wsłuchać się w siebie i my znamy odpowiedzi na bardzo wiele pytań. Natomiast moje początki z tarotem wyglądały tak, jak już wspomniałam, pojawiła się książka Haliny Starowieyskiej, później pana Witolda Suligi. Ja je przeczytałam z wielkim namaszczeniem. Efekt był taki, że być może jeszcze to nie był mój poziom intelektualny, być może to nie była jeszcze taka pogłębiona wrażliwość na odbiór, na relacje większe, głębsze z tymi kartami. Ale ja czytałam absolutnie wszystko, co się pojawiało na rynku. To były wczesne lata 90. i mam wrażenie, że ten tarot dopiero gdzieś tak nieśmiało wychodził właśnie z piwnicy, bo były lata, gdzie ten tarot w ogóle nie było publikacji, zdobywało się albo od kogoś, albo w antykwariatach. Generalnie dostęp do tego typu literatury był utrudniony. W związku z powyższym tak, moja droga była taka, dzisiaj z perspektywy czasu powiedziałabym czysto naukowa.
W sensie biorę książkę, studiuję, nie rozumiem nic i to mnie bardzo zasmucało. Dlatego tak jak mówię, ja chodziłam do liceum plastycznego i w pewnym momencie oprócz Marcina Piernikarza, założyciela Cedrowych Wzgórz i mojego serdecznego kolegę, ja stanowiłam taką osobę etatowej wróżki u nas w plastyku. Można wierzyć czy nie, ale bardzo dużo nauczycieli również zgłaszało się do mnie. I ja tak jakby trochę tutaj szlifowałam swój talent, ten potencjał, bo wiadomo, że człowiek się rodzi z jakimś talentem, ale trzeba bardzo dużo pracy włożyć, żeby były później jakiekolwiek z tego efekty. W związku z tym czytałam, a później, ponieważ z tym zrozumieniem było kiepsko, nie wiedziałam, co to znaczy w ogóle archetyp. To były dla mnie słowa jakieś jeszcze zaczarowane zupełnie. Posiłkując się oczywiście słownikiem Kopalińskiego, też czytałam, ale to ciągle nie było to. Więc zaczęłam po prostu praktykować bez zrozumienia. Odkładam całą tę wiedzę, którą zgromadziłam, z której nie umiem korzystać i zaczęłam odbywać jakąś taką formę jakby medytacji. Jeszcze nie wiedziałam, że to jest medytacja, bo nie znałam do końca takiego słowa, że coś takiego właśnie jest, że jakieś wyciszenie, ale z perspektywy czasu tak myślę, że to była taka właśnie forma zadumy, medytacje.
No dobrze, wezmę sobie taki obrazek, wezmę sobie taką kartę i co ja widzę? Jak ja to czuję? I każdą tę kartę przepracowałam. Mówię tylko o wielkich arkanach. I te obrazy zaczęły do mnie mówić. Potem zaczęłam praktykować właśnie na mamie, na najbliższej rodzinie. Okazało się, że lepiej jest właśnie stawiać karty osobom, których ja nie znam albo które znam mniej, ponieważ tak jakby ja się też nie identyfikuję z tym, ja nie znam tych problemów, że jest to lekcja trudniejsza, ale bardziej owocna. Więc pomału zaczęłam rozumieć właśnie, o co w tych kartach chodzi, co autor chciał powiedzieć, używając takiego i takiego sformułowania. Albo się z tym zgadzałam, albo nie. Tym, że myśl kreuje świat, to już się tutaj podzieliłam.
To jest nic nowego, aczkolwiek to są naprawdę wielkie słowa. I tak jest. Można sobie wierzyć albo nie. Ja sobie taką myśl stworzyłam w moim umyśle, jak ja bym strasznie chciała iść studiować tarota, ale tak jak mówię, to byłam nastolatką, więc gdzie tam w ogóle jakakolwiek szkoła tarota, jakaś literatura. Ale ja tak strasznie chciałam. Mówię: „Ja chcę mieć właśnie takiego mistrza, który mi pokaże, który będzie mi mówił, co ta karta znaczy”. Bo wszystko to, co ja robię, to jest to coś, ale to nie daje mi takiego pełnego obrazu. I zadziała się niesamowita rzecz. Ja już parę lat temu dobrych faktycznie uczęszczałam do kabalistycznej szkoły pana Jana Witolda Suligi. Nie wiem, jak to też opisać słowami, ponieważ jest to dla mnie trudne.
Jest taka sytuacja: szukam kurs tarota, wpisuję podstawowe dwa słowa w Google i nagle co ja widzę? Otwiera się ta szkoła pana Suligi. Jest nabór na pierwszy semestr. Patrzę, nie wierzę. Mówię, czyli coś, co wykreowałam, będąc jeszcze nastolatką, właśnie się teraz materializuje. Zadzwoniłam do jednej Ani, do drugiej Hani. Mówię: „Dziewczyny, ja strasznie chcę. Ja jestem z Częstochowy, ja Warszawy nie znam, ale to jest na pewno dla mnie jakieś wyzwanie. Słuchajcie dziewczyny, pomóżcie mi przejść przez ten proces”. Była to jedna z lepszych rzeczy, która mi się w życiu przytrafiła.
Pana Witolda Suligę darzę olbrzymim szacunkiem, ponieważ on dał mi podstawy takie nie tyle praktyczne, ale teoretyczne. On nam przewspaniale opowiadał o historii tarota. On ma niesamowity dar słowa, erudycji. Jego można słuchać godzinami i on pokazał, że tego tarota stworzył człowiek, że żadni kapłani egipscy, że to jest proces czysto racjonalny, pragmatyczny, że ten tarot był po coś. I właśnie on tego tarota, paradoksalnie nazywając tarota Biblią szatana, w pewien sposób odczarował, że to jest taka rzecz, która ma człowiekowi służyć, żeby mu się lepiej żyło, żeby umiał może trafniejsze decyzje podejmować. Ja nie powiem, że to był mój mistrz, ale to był na pewno bardzo wspaniały nauczyciel, z którym było mi dane się spotkać i doświadczyć tej edukacji. Natomiast jeśli chodzi o runy, nie chciałam się zanudzać historią run. Przyznam uczciwie, ja nie lubię akurat tego działu historii. Jestem historykiem z wykształcenia. Nigdy do Wikingów mnie nie ciągło.
Wolałam korzystać z tego, co oni stworzyli. Run kompletnie nie rozumiałam. Zaczęłam czytać i sytuacja się powtórzyła. Dobrze, jest ta runa i co z tego, że ona znaczy to i to, jak ja w ogóle tego nie czuję? Po prostu przełączyłam się na kanał serce, wyłączyłam rozum i znowu zaczęłam praktykować. Wyłowiłam sobie ponad 20 kamyków z naszego cudownego Bałtyku, zaczęłam sobie malować na nich odpowiednie znaki i zaczęłam praktykować. Nie ukrywajmy, też na pewno czytać, bo ta wiedza też musiała w jakiś sposób przyjść. Przyszedł taki moment, on w zasadzie miał miejsce parę lat temu, że ja te runy dokładnie widziałam wszędzie. Po prostu tak, jakby ta brama, która była może nie zamknięta, ale ona była nawet nie do połowy otwarta, ona się otwarła i mówi: „Masz. To jest moment.
Czerp z tego”. I faktycznie coś się we mnie odblokowało, że ja te runy wykorzystuję, że z tych run czerpię inspirację, bo bardzo często też wprowadzam je na tło płótna. Czyli ktoś ma problemy ze zdrowiem, mówi mi: „Słuchaj Asia, potrzebuję mandali”, więc ja ten symbol runiczny także wplatam. Tutaj nie było żadnego mistrza, nauczyciela. Tę drogę wydeptałam sobie pomalutku sama.
[01:04:16] - Kiedy mówiliśmy o magii w twoim życiu, doszedłem do wniosku, że trzeba też powiedzieć, że ta magia sięga również poprzednich pokoleń. Wiem skądinąd, to taki świetny zwrot dziennikarski, żeby nie przyznać się skąd. Wiem skądinąd, że rzeczywiście było tak, że magia, rzeczy takie niezwykłe działy się w twojej rodzinie od dawna.
[01:04:45] - Zgadza się. Zresztą moje imię drugie, Maria, nie wzięło się znikąd. Odziedziczyłam je z jednej strony po jednej prababci, z drugiej strony po drugiej prababci. Ono brzmi Maria. Uważam, że jedno z najpiękniejszych imion, które człowiek wymyślił, nakreślił, stworzył. Niepotrzebne skreślić. Z jednej strony, ze strony mojej mamy babci, moja prababcia Marianna, Maria, bo tak ją nazywali, miała nie tyle dar jasnowidzenia, ale ona była taką zielarką, bioenergoterapeutką. Niestety wiem o niej bardzo mało. Ona dość wcześnie zmarła. Babcia moja mówiła o niej niezbyt chętnie, niezbyt dużo.
Natomiast zdecydowanie więcej wiem o mojej drugiej ukochanej prababci, prababci Marii Żebrowskiej, która właściwie to też nie wiem, jakiego słowa użyć, ponieważ prababcia jedna i druga pozostawiła po sobie więcej pytań niż odpowiedzi. Mój tato, jak miał dobry humor, opowiadał o niej, ale też będąc dzieckiem, nie za bardzo jeszcze ją pamiętał. Jakieś strzępy zapisały się w jego pamięci. Prababcia Maria Żebrowska osiadła w Zakopanem. Nie wiem z jakich przyczyn, w jakich okolicznościach zamieszkała w Czerwonym Dworze. Żadna tablica, która jest przy tym budynku, nie wspomina jej nazwiska, co nas jako rodzinę całą dziwi. Natomiast przechodząc już do plus sprawy, moja prababcia umiała fenomenalnie nawiązywać kontakt z duchami. Była bardzo osobą medialną, wrażliwą, a jeszcze wpasowała się w tę wspaniałą epokę dwudziestolecia, gdzie ten spirytyzm kwitł chyba pod każdą strzechą i pod każdym dachem. Prababcia wywoływała duchy. Prababcia mówiła w językach.
Bazuję na relacji mojego taty. Języka, z którym nigdy nie miała styczności. Prababcia tańczyła, prababcia wchodziła w trans. Z tego, co tata mówił, zamykały się okna, trzaskały drzwi, huśtały się gdzieś lampy. Działy się rzeczy absolutnie nieprawdopodobne, ponieważ moja prababcia była z krwi i kości szlachcianką. Była osobą dobrze urodzoną, była prawdziwą damą, więc też miała coś takiego w sobie, że przyciągała do siebie taką śmietankę towarzyską. Ona się właśnie w takich kręgach obracała i z tego, co wiem, bywał u niej pan Stefan Żeromski. Bywał u niej Witkacy, bardzo prężnie działający i związany silnie z Zakopanem artysta Młodej Polski. I właśnie z tym Witkacym wiążą się różne takie historie, że on wywoływał z prababcią duchy. Podobno z dobrym skutkiem.
Niestety w 1939 popełnił samobójstwo, jak wszyscy wiemy. Natomiast w 1939 roku urodził się mój tato, więc absolutnie nie ma żadnej możliwości, żeby tata pamiętał to wszystko. Natomiast nawiązując do czasów już po II wojnie światowej, moja prababcia straciła w wojnie, do dzisiaj niewyjaśnionych do końca okolicznościach, syna. I to tylko spotęgowało u niej potrzebę nawiązywania kontaktu z zaświatami. Dlatego, że nie była to już taka rozrywka towarzyska. Nie było telewizji, nie było innych atrakcji, nie było internetu. W związku z powyższym ci ludzie też jakoś próbowali sobie zorganizować w miarę fajnie, w miarę ciekawie czas, spotykając się, rozmawiając, a przy okazji jeszcze nawiązując kontakt z nieznanym. Natomiast tutaj doszedł taki czynnik naprawdę tragiczny, ponieważ prababcia do swojej śmierci poszukiwała ciała, poszukiwała jakichś informacji o śmierci swojego syna. Ona, tak jak mówię, do końca swoich dni odpowiedzi na to pytanie nie znalazła. Są pewne poszlaki, ale to wszystko takie troszeczkę na wodzie pisane.
W związku z powyższym, z takiej czystej rozrywki, troszeczkę zabicia czasu i tak dalej, przerodziło się to w takie próby nawiązania ze swoim synem jakiegoś kontaktu. Czy to się udało? Nie wiem. Moja mama nie była mi nic na ten temat w stanie powiedzieć. Po prostu nie wiedziała. A tato po prostu też nie wiem, czy nie wiedział, czy nie chciał mówić, czy była to też jakaś tajemnica rodzinna. Trudno mi teraz to wyjaśnić. Natomiast sam fakt, że prababcia jedna i druga niewątpliwie posiadały jakąś taką nadwrażliwość, że jedna umiała spojrzeć na człowieka i widzieć w nim choroby, zastosować odpowiednie zioła, przyłożyć ręce, żeby przynajmniej, jeśli nie wyleczyć, to przynieść komuś ulgę. A druga posiadała taką medialność i taką wrażliwość, że naprawdę umiała takowy kontakt z nieznanym nawiązać. Gdzieś prawdopodobnie to się u mnie przejawiło też w takiej wrażliwości, ponieważ ja pracuję z tarotem, pracuję z runami, pracuję właśnie w technikach artystycznych, czyli chociażby w mandali.
Gdzieś to się musiało przejawić. Moja siostra ma bardzo dużą intuicję, aczkolwiek ona ma fenomenalną głowę do zdobywania, poznawania języków obcych, co całkowicie wzięła po swoim, po naszym dziadku. Natomiast u mnie tego nie widać. Ale tak jak mówię, Pan Bóg nas obdarzył po równo. Ja mam wrażliwość artystyczną, mam wrażliwość czytania między słowami, czytania z kart, posługiwania się symbolem czy posługiwania się odczytywaniem jakiejś okoliczności, prawda? Bo wiadomo, czasami spotykasz osobę, która mówi, a ty szukasz odpowiedzi na jakieś pytanie i ona w tej swojej wypowiedzi użyje jakiegoś sformułowania, użyje jakiegoś zdania, które stanowi dla ciebie odpowiedź. I gdzieś akurat ja mam taką predyspozycję, że umiem to odczytać, czytać między słowami. Jakieś takie może kreatywne myślenie w tym wszystkim się włącza. Także niewątpliwie słyszałam jeszcze takie stwierdzenie, że dzieci, może osoby po prostu, nie wiem, jak to dokładnie ująć, żeby to ładnie i precyzyjnie zabrzmiało, że to się ujawnia takie predyspozycje w co drugim pokoleniu. No i faktycznie tata miał niesamowitą intuicję.
To był psycholog bez bezeki, który chyba był jakimś dowódcą rzymskim, ponieważ mój tato patrzył na człowieka tak, jakby na ciebie, Marku, spojrzał i on za chwilę umiał określić, co ty powiesz, jaki ty ruch wykonasz. Albo jesteś w jakiejś sytuacji, on tak jakby znając cię choć troszeczkę, on umiał przewidzieć, jaką ty decyzję podejmiesz. Tata miał naprawdę bardzo dobrze rozwiniętą intuicję. Właśnie myślę, że po swojej babci. Natomiast gdzieś to mocno się skumulowało akurat we mnie. We mnie to walnęło i może jak ja kiedyś się wnuków doczekam, to być może będę obserwowała, że u nich, też nie wiem, czy one w ogóle się pojawią, jaką płeć tutaj będą reprezentowały. Czy u nich się takie predyspozycje odezwą? Na pewno widzę po synu, że mój syn jest bardzo wrażliwy, jest bardzo empatyczny, ale czy widzący więcej? Nie wiem. Nie zaobserwowałam na razie u niego takich predyspozycji.
[01:13:40] - Mówiliśmy o książkach. „Magiczna książka kucharska", „Kulinarny tarot", „Runy na talerzu". Nie mogę nie zapytać o plany związane z kolejnymi książkami.
[01:13:52] - Plan pojawił się wczoraj. Takie dziwne sytuacje mnie czasami spotykają, że szukam jakiegoś tematu na artykuł, ponieważ zazwyczaj pracuję słowem i pracuję obrazem. Jest to absolutnie spójne w moim życiu, że najpierw coś piszę, a pisząc pokazują mi się przed oczami w sercu jakieś obrazy, że ja na przykład chciałabym akurat taki obraz popełnić, coś takiego stworzyć. I tam, gdzie jest woda, gdzie jest przepływ wody, to jest może naprawdę ironiczne, śmieszne. Czasami przy myciu rąk dostaję inspirację. Nie wiem, jak ważną rolę pełni woda w moim życiu, a niewątpliwie istotną, o czym za chwileczkę powiem. Wczoraj wpadłam na pomysł, żeby stworzyć... Nie do końca bym chciała mówić, co bym chciała stworzyć, ponieważ ja już to widzę. Widzę gotowy produkt, ale wiem, że przede mną jest naprawdę bardzo dużo pracy. Książkę bardzo kolorową, bardzo taką...
Też nie umiem tego za bardzo jeszcze określić, ująć dobrze w słowa, ale powiem tak: bardzo kolorową, bardzo moją, bardzo asiową i mam nadzieję, która będzie przydatna, będzie jakimś drogowskazem na takie trudniejsze dni, na takie trudniejsze sytuacje w zasadzie dla wszystkich. Nie kieruję tej książki dla dzieci, dla jakiejś określonej grupy społecznej, tylko dla wszystkich. Tak jak mówię, wczoraj coś drgnęło, coś ruszyło. Nie wiem, kiedy to powstanie, ale mam pomysł. Nie będzie to książka kulinarna, nie będzie to książka stricte naukowa. Będzie coś z przesłaniem na trudny czas, jeśli mogę to tak ująć. Natomiast wracając do tematu wody. Wychowała mnie rzeka Warta. Ja tak się troszeczkę śmieję z tego, że to jest taka moja druga mama. Mój tato zmęczony po pracy przychodził i jedziemy nad wodę.
Rzeka, która nigdy nie zrobiła mi krzywdy. Rzeka, która otoczyła mnie swoją opieką, pomimo że gdzieś tam jakiś wir, jakaś gałązka, jakiś konar był. Rzeka, która się mną opiekowała. Ja potrafiłam jako dziecko pod na pewno czujnym wzrokiem taty spędzać czas w tej wodzie, bawiąc się, budując zamki, rozmawiając z rybami, bo miałam taką wrażliwość i bawiąc się na różne sposoby, rozmawiając również z roślinami. Ta rzeka, ta woda mnie po prostu wychowała, w jakiś sposób ukształtowała i ona się również bardzo często przekłada na to, co ja maluję, bo gdzieś ta Warta się często u mnie, zwłaszcza w akwareli, pojawia. Moja ukochana rzeka. I tak jak mówię, ta woda jest dla mnie. Woda generalnie jest żywiołem oczyszczania. Podobnie zresztą wiadomo jak ogień i tak dalej, tylko już zupełnie inaczej to robi. Być może troszeczkę łagodniej.
Ja to tak przynajmniej rozumiem. Ja to tak kojarzę i odczuwam, że zawsze jak poszukuję odpowiedzi, mam jakąś trudną sytuację życiową, mam trudne pytanie, nie wiem, jak sobie poradzić. Mówię: „Boże, prowadź", bo jako człowiek nie wymyślę jakiegoś sensownego rozwiązania. Zawsze idę na jakąś taką relaksacyjną kąpiel i proszę mi wierzyć, ilekroć proszę o to prowadzenie, nie zdarzyło się tak, żebym ja takiej odpowiedzi nie dostała. I wczoraj mówię tak do męża: „Wiesz, Maciej, to są takie iskry Boże, które zawsze gdzieś, gdzie ta woda się u mnie w życiu pojawia, nawet w kranie, zwyczajna woda przy myciu rąk, gdzieś pojawia się odpowiedź". I ja nie wiem, może to jest szaleństwo, co ja w tym momencie opowiadam, ale faktycznie tak jest. Wczoraj taka inspiracja również przyszła tutaj. Mówię: „Kurczę, co się ja znowuż ładuję, ile pracy przede mną. Maciej, ja coś takiego stworzę. Będzie dużo kolorów, będzie dużo rysowania, dużo malowania i będę musiała naprawdę bardzo prosić Stwórcę o naprawdę mądre pokierowanie mną i później jeszcze, żeby znalazł się jakiś wydawca, który chciałby w ogóle taki produkt, też mówię od nieładne, dość mocno niewdzięczne słowo, przyjąć ode mnie, zaakceptować i to wydać.
Ale myślę, że taka książka jeszcze nie powstała. Nie będzie to nic absolutnie stricte naukowego, nie będzie to również książka kulinarna, nie będą to karty, nie będą żadne tutaj takie sytuacje dywinacyjne, nie będą to opowiadania. Nie chcę zdradzać. Ja ufam, że w przyszłym roku uda mi się zadzwonić do ciebie, Marku, i mówię: „Zobacz, to jest to, o czym rok temu rozmawialiśmy".
[01:19:02] - Muszę jeszcze zapytać o inne książki w twoim życiu.
[01:19:06] - Jest to pytanie zasadne, Marku, ponieważ jestem zodiakalnym bliźniakiem, a więc na dwie nogi. Jedna nóżka zawsze idzie w lewą, druga w prawą i oprócz takiej tutaj, nie chcę używać, bo bardzo szafowany jest ten termin i nadmiernie wykorzystywany, rozwój duchowy. Ja tego bardzo nie lubię, ale właśnie oprócz takiej ścieżki mojej duszy, która mnie prowadzi, jest ścieżka bardzo racjonalna. Ja zajęłam się już w 2008, 2009 bardzo mocno pracą naukową, jako że pracuję w ośrodku uniwersyteckim. Pisałam artykuły naukowe, a później przystąpiłam do obrony, wcześniej oczywiście pisania dysertacji doktorskiej związanej z asem wywiadu polskiego, majorem Janem Henrykiem Żychoniem. Więc to pytanie jest jak najbardziej zasadne, ponieważ popełniłam na ten temat dwie książki. Później, jak się okazuje, było bardzo duże zapotrzebowanie. Wydawnictwo do mnie zadzwoniło z prośbą o uaktualnienie i wydanie drugie właśnie tego Żychonia. Ponieważ ja uwielbiam podróżować i z tych moich podróży małych i dużych po świecie i po naszej przepięknej ojczyźnie staram się wyciągnąć jak najwięcej. Inspiruję się na przykład jakimś motywem, tym, co usłyszałam i na przykład napisałam książkę o książce w starożytnej Grecji.
Także tak jak mówię, oprócz drogi mocno racjonalnej jest droga taka ezoteryczna. To jest wszystko we mnie spójne. Nie wiem, co jeszcze przede mną. Może jakiś ciekawy temat wpadnie w moje ręce, coś mnie zainspiruje. Zresztą artykuły dzięki wielkiej życzliwości pana Łukasza Kierusa, pani Małgorzaty Sapińskiej, Piotra dobrze ci przecież znanego i na pewno twojego dobrego znajomego, kolegę Cielebiasia. Mam szansę pokazywać troszeczkę swojego talentu, pisząc o różnych aspektach ezoterycznych mocno osadzonej historii. Co ciekawe, próbuję nawet odczarować inkwizycję. Popełniłam ostatnio taki troszeczkę kontrowersyjny artykuł. Także w moim życiu się wszystko splata i ta droga ezoteryczna i rzeczy ezoteryczne, które mają uzasadnienie na przykład i osadzenie w faktach historycznych. Jest to absolutnie ze sobą spójne.
[01:22:01] - To na koniec chciałbym jeszcze zapytać, ponieważ mówiłaś i można się o tym przekonać, że tworzysz poza książkami również dzieła plastyczne. Czy gdzieś w sieci, w realu można twoje obrazy zobaczyć?
[01:22:18] - Można i w realu, i w sieci. Ponieważ mam bardzo dużą potrzebę wyrażania się właśnie też obrazem. Maluję praktycznie codziennie coś. Jeśli to nie są dwa maźnięcia pędzlem, to chociaż szkic, żeby po prostu ta ręka też pracowała. Jeśli chodzi o sieć, proszę wygooglować moje imię i nazwisko. Na pewno pojawią się jakieś mandale, pojawią się inne obrazy. Staram się dużo przedstawiać, prezentować mojego malarstwa. Najczęściej jest to akwarela szalenie trudną techniką. Natomiast ja ją tak umiłowałam. Nie wiem, czy z wzajemnością, bo wiadomo, że ten warsztat jest jeszcze nie na tyle doskonały, jak ja bym chciała.
Cały czas pracuję nad tym, ale bardzo lubię poruszać się i wyrażać w tej technice oraz właśnie w technice akrylu na płótnie. To są różne takie pstrokate obrazki. Kochana pstrokatyzna bez świadomego użycia światłocienia. To są bardzo często również mandale, które mają odpowiednie symbole, również runiczne, o czym wcześniej wspomniałam, wpisane, które mają na nas w określony sposób oddziaływać. Natomiast ponieważ jestem członkiem Częstochowskiego Stowarzyszenia Plastyków imienia Jerzego Dudy-Gracza, parę dni temu mieliśmy 41. odsłonę naszej działalności. Wystawa w ratuszu częstochowskim akurat ma miejsce dzisiaj, a więc 9 grudnia. Jako że jestem pracownikiem biblioteki uniwersyteckiej, jestem kuratorem wystawy „Zima w krajobrazie”, gdzie ponad 30 osób z naszego stowarzyszenia, również mój obraz będzie tam prezentowany, wystawia swoje prace zimowe. Ponieważ jeszcze tak wspomnę nieskromnie w przyszłym roku, dokładniej w styczniu, będziemy mieć taką ładną 60. rocznicę śmierci Louisa de Funèsa.
Zresztą którzy z nas Louisa de Funèsa nie pamięta i nie uwielbia? Jest to mój szalenie ukochany aktor. W związku z powyższym, panie Marku, 22 lata nie rysowałam. Sięgnęłam po ołówek i zaczęłam rysować jego portret z wielkiej miłości i z wielkiego szacunku do tego człowieka. To, co on zostawił i że ten żandarm szalony nas ciągle doprowadza do łez, do śmiechu. Chciałam po prostu tą rocznicę uczcić. Chciałam taki, chociaż z mojej strony mały hołd temu człowiekowi oddać i zaczęłam rysować, co jest w ogóle dla mnie rzeczą nieprawdopodobną, że ja po skończeniu liceum plastycznego chwyciłam za ołówek i zaczęłam rysować. Dla mnie coś bardzo trudnego, bo portret. Ja nigdy czegoś takiego od tych 22 lat nie robiłam. Także serdecznie zapraszam.
Będzie relacja na pewno w sieci na stronie i Biblioteki Uniwersyteckiej i naszego Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego imienia Jana Długosza w Częstochowie. Zawsze tutaj mój kolega Marek i twój imiennik, z którym mi się bardzo wspaniale współpracuje, taką relację umieszcza. Także zapraszam i do sieci, i w realu tak na dobrą sprawę.
[01:25:51] - A wystawa czynna jest do kiedy? I pierwsza, i druga.
[01:25:55] - Pierwsza i druga. Dzisiaj będzie oficjalne otwarcie. Wystawa będzie czynna do końca grudnia. Wystawa w ratuszu, jak śmiem twierdzić, też przynajmniej ze trzy tygodnie. Nie jestem tutaj pełna daty, nie przygotowałam się, co się od razu przyznaję. Natomiast to, co popełniamy, wszelkie ekspozycje w Bibliotece Uniwersyteckiej, tak jak mówię, nadzoruję tą galerią, mniej więcej miesiąc czasu. Serdecznie zapraszam w imieniu dyrekcji i pracowników biblioteki. Przez miesiąc. Ale tak jak mówię, fotorelacja jest zawsze też dostępna w sieci w tych dwóch miejscach. A jak ktoś ma tylko okazję, serdecznie zapraszam.
Jest kolorowo, jest magicznie. Jest pokazana magiczna, piękna zima, która wcale nie jest czarno-biała, jak się okazuje.
[01:26:52] - Joanno, pięknie dziękuję za rozmowę.
[01:26:54] - Ja również. Było mi przemiło.
[01:26:56] - I do usłyszenia.
[01:26:58] - Do usłyszenia. Serdecznie dziękuję. Pozdrawiam wszystkich serdecznie i wszystkiego dobrego.
[01:27:05] - Joanna Bohaczek-Trąbska, „Talerz z runami”. Pieśń Odyna niesie się siłą tradycji, trwale zapisana na arkuszach dziejów kultury, w księgach archetypów samego wojownika światła. W centrum zawisł Odyn na kosmicznym drzewie. Niczym tarotowy wisielec świadomie przygląda się światu. Nad nim łuk niebiańskiego horyzontu, pod nim Matka Ziemia. Przewodzony otrzymał dar niezwykły i w mocy swej potężny. Spłynęła jasność z góry, by zamanifestować się w dole. Jak bowiem na górze, tak i na dole. Jeżeli jesteś gotów zanurzyć się w tych głębinach, pozostaw bagaż umysłu daleko na lądzie. Wejdź w przestrzeń serca, pozostaw ograniczające słowa i kalejdoskop myśli.
Odsłonią się wówczas szerokie horyzonty wewnętrznych krajobrazów. Odczuwaj, doświadczaj, smakuj każdą chwilę. Masz w sobie moc, siłę, by stać się władcą i zarządcą wszystkich swoich emocji na oceanie życia. Niech ich wachlarz rozpościera się dumnie, z gracją i roztropnie. Runy mówią do każdego z nas, przejawiając się w kartach, symbolach, kolorach przestrzeni. Wsłuchaj się w ich głos. Jeśli szukasz tutaj typowej treści dotyczącej runicznej dywinacji, zawiedziesz się. W tym ujęciu działam poza ich hierarchią, historyczną głębią i innymi aspektami formalnymi. Ta książka powstała z pasji i potrzeby zbaczenia z wydeptanych dawno dróg. Osadzona na nowych płaszczyznach ery Wodnika eksploruje temat z zupełnie innej perspektywy.
Nie moim zadaniem jest bowiem powielać opisy poszczególnych run według określonego porządku w sztywnych ramach konwencji. Pragnę poznawać je w zupełnie innym kontekście, kulinarnym, aby było ciekawiej, a z wrodzonej potrzeby wyrażania się poza słowem za pomocą obrazu okraszę wszystko rysunkiem. Kuchnia jest pasją, tak jak fascynujący jest świat run. Spójrz wokół, usłysz ich pieśń w szumie wiatru, odkryj je na rozstajach i skrzyżowaniach dróg. Poszukaj w kwiecie słonecznika, zapachu truskawek, w pachniaku chleba o świcie, gdy dzień kłania się nocy. Runy to przestrzeń życia. Są absolutnie wszędzie. W kształcie widelca, dzbanka na mleko, rogatych ciasteczek, przepychu wonnych przypraw, zmrożonych owocach. Uruchom zmysły, doświadczaj ich obecności, łap z nimi kontakt, gdziekolwiek się znajdziesz. Korzystaj z nich o każdej porze pełnymi garściami.
Czerp z ich nieopisanej mocy. Bierz, co najlepsze, gdyż po to zostały nam dane. Zapraszam zatem do świata run pełnego kolorów, zapachów, aromatów i nieoczywistych połączeń. Tak, proszę państwa, to dawka tarota i runów. Myślę, że całkiem potężna. I jak się okazuje, nie trzeba się ani tej symboliki, ani tych przedmiotów, kart, runów, nie trzeba się koniecznie bać. Okazuje się, że to może być rzecz przyjazna, służąca tak naprawdę na co dzień. A myślę, że te wątki, o których pani Joanno mówiła, związane z pewnymi kontaktami ze światem duchowym. Jesteśmy między innymi w Radiu Paranormalium, więc to są wątki jak najbardziej à propos i przyznacie państwo, że niezwykle ciekawe. To biegniemy dalej, bo dzisiejsza audycja jak zwykle będzie długa.
Państwo specjalnie nie narzekacie. I tak wiem, że odsłuchujecie państwo audycje w kawałkach, więc w niczym państwu długość nie przeszkadza. Nawet kilka pochwał dostałem, że tyle różnych ciekawych wątków. Jedne są ciekawe, drugie są mniej ciekawe. To normalne, że nie może wszystko wszystkich interesować i że ta formuła jest jak najbardziej okej. Czyli lekko uspokojony. Idziemy dalej. A dalej będzie kolejny gość, Piotr Cielebiaś. To znaczy, że rozmawiać będziemy o filmach. To ja państwa zaskoczę.
Dzień dobry. Dobry wieczór. Żeby nie było sztampowo. Dzień dobry. Dobry wieczór, Piotrze.
[01:32:01] - Witam wszystkich, choć ponoć nie powinno się tak mówić.
[01:32:06] - Ale jako gospodarz audycji jak najbardziej możesz. Gdybyś był w innej pozycji, to nie, ale jako gospodarz masz prawo i tak jak najbardziej.
[01:32:16] - Bardzo się cieszę, że tak jest, bo często słyszę, że takie używanie słowa „witaj” jest niekulturalne.
[01:32:27] - Może w różnych sytuacjach, ale jak szlachcic stawał przed swoim dworkiem, to witał gości i mówił: „Witam”. My tutaj troszeczkę może dworku nie przypominamy, ale jesteśmy na swoim. W związku z tym jak najbardziej możemy naszych słuchaczy powitać. Notabene jest taka anegdota: pewien bardzo znany tłumacz spotkał się z innym bardzo znanym działaczem fandomu science fiction. Było większe towarzystwo i działacz fandomu przyszedł i powiedział: „Witam wszystkich”. Ten bardzo znany tłumacz starszego pokolenia w kilku żołnierskich słowach wytłumaczył temu działaczowi fandomu, że „witam” w tym wypadku było jak najbardziej nie na miejscu. Dobrze, darujmy sobie już ten savoir-vivre. W każdym razie słowa „witaj” w niektórych sytuacjach warto unikać. Lepsze jest „dzień dobry”, natomiast my możemy sobie pozwolić. Dobrze, Piotrze.
Dzisiaj rozmawiamy o czymś, co sobie scharakteryzowaliśmy ogólnie jako „nieświęte objawienia”. Dobrze to charakteryzuje?
[01:34:06] - Tak, to jest kolejny termin, który żeśmy sobie ukuli z naszymi kolegami paranormalistami, osobami zajmującymi się tą tematyką. Odnosi się on do tych objawień, które mają charakter pośredni. To jest w ogóle skomplikowana bardzo sprawa. My dzisiaj będziemy mówić o objawieniach natury religijnej tak naprawdę, o filmach z wątkiem objawień natury religijnej bądź paranormalnej. Natomiast jeżeli byśmy chcieli wchodzić w szczegóły, to jest o czym posłuchać i jest się czego przestraszyć. Mówiąc prościej, w pewnych przypadkach objawienie konwencjonalne trudno jest odróżnić od manifestacji parapsychicznej lub po prostu tak zwanego opętania. Nie jest to filmowa kreacja. W przypadku najgłośniejszych objawień XX wieku, ze szczególnym naciskiem na Medziugorie, mamy do czynienia z przypuszczeniami, że chodziło o manifestacje szatańskie. To się wszędzie pojawiało. Zawsze, gdzie było jakieś duże objawienie, takie wieloosobowe, jak chociażby Fatima, Garabandal, tam zawsze pojawiał się jakiś adwokat diabła w postaci zazwyczaj księdza, który wynajdował różne drobne wątki, wskazując, że nie może tak być, żeby to było objawienie boskie, bo na przykład tak jak w takim jednym niemieckim objawieniu, zapomniałem, jaka to była miejscowość.
Heroldsbach. To było zaraz po wojnie i nie mogło to być objawienie już uznane przez Kościół, bo okazało się, że dzieci, które tego objawienia doznały, chwilę wcześniej kradły owoce z sadu. U nas się to nazywało „dziorga”. Dzisiaj przyjrzymy się trzem filmom, względnie nowym, które pokazują nam różne oblicza tego objawienia. Będzie to film „Saint Maud”, „Święta Maud” z roku 2019, obraz „Bankiet” lub „Naznaczona” — to jest jego polskie tłumaczenie — z roku 2021 oraz film „Koniara” z roku 2020. O ile dwa pierwsze filmy nie do końca są dostępne dla widza przy pierwszym podejściu, „Koniara” możecie sobie zobaczyć na Netflixie. Łączą te filmy dwie rzeczy. Pytanie, czy w przypadku tych bohaterek mają one kontakt z transcendencją czy czymś bardziej złowrogim, oraz fakt, że niestety w przypadku wspomnianych filmów nie możemy wam za dużo powiedzieć, by nie spoilerować, dlatego że to są dość proste pomimo to konstrukcje.
[01:36:51] - Tak. Ja na chwileczkę odwołam się do historii, bo po raz pierwszy z tą tematyką na gruncie literackim zetknąłem się — a może i dłuży — w powieści Jamesa Herberta „Święte miejsce”. Jamesa Herberta proszę nie mylić z Frankiem Herbertem, tym od „Diuny”. To był James Herbert, taki całkiem sprawny autor horrorowatych książek. I to „Święte miejsce” to jest opowieść zaczynająca się od takiej sceny, w której mała dziewczynka— zobacz, Piotrze, to jest też dziwne, że same kobiety dzisiaj będą głównymi bohaterkami. Ta mała dziewczynka, przyszła kobieta, ma objawienie jak najbardziej boskie. Co się później dzieje w tym bardzo klasycznym, horrorowatym przedstawieniu historii, to państwo musicie sięgnąć po książkę „Święte miejsce”, powtarzam. To był mój pierwszy kontakt z tymi nieświętymi objawieniami. Jak najbardziej nieświętymi. A teraz filmy.
Najpierw taki wniosek ogólny, jeden już wyciągnąłem: same kobiety. A drugi to wszystkie te filmy mają coś takiego, co jest trudno opisać, ale spróbuję mimo wszystko. Coś, co nazwałbym, przynajmniej na początek, duszną atmosferą. Te filmy się ogląda i człowiek patrzy na zegarek: „O rany, to dopiero 10 minut minęło. Dopiero 20. Niby się nie nudzę na tym filmie”. Nie, to nie o to chodzi, ale upływ czasu jest jakby spowolniony. A dzieje się... Jedni powiedzą, że mało, drudzy, że dużo. To nie są akcyjniaki, proszę państwa.
Te filmy, które Piotr wymienił, to nie są akcyjniaki. Tu akcja toczy się powoli, ale zdecydowanie wchodzimy w klimat. Te filmy mają swój klimat. Ten klimat nie zawsze musi każdemu odpowiadać. To jest inna sprawa. Natomiast zdecydowanie, nawet jak ocenimy te filmy: złe, dobre, średnie, jednego się nie da im odmówić. Mają swój klimat. Dla mnie on był duszny. Być może to wynika z jakichś preferencji. Duszny, ale przyciągający.
To jest paradoks. Mnie było trudno oderwać się od tego filmu. Z jednej strony patrzyłem na ten zegarek: 20 minut, teraz 30, a to dopiero jedna trzecia filmu. Ta ambiwalencja polegająca na tym, że z jednej strony chciałbym, żeby już ten film się skończył, bo jest ciężki. Z drugiej strony chwilo trwaj. Jak najbardziej. Pewna opowieść porywa za sobą. Tu musicie się państwo z tym liczyć, że to nie jest film, w którym gdzieś obcy wyskoczy zza rogu albo coś się nagle dynamicznie dzieje. Nie, one, te filmy mają swoją bardzo swoistą narrację, a właściwie tempo narracji. Ale w gruncie rzeczy, jak już człowiek otrząśnie się z tego, że nie będą się strzelać, to ma swój urok i wtedy dokładnie widać, że film to jest jednak sztuka.
[01:40:45] - Tak, to są historie przede wszystkim dość realistyczne. To znaczy, one poza ekranem mogły się wydarzyć w rzeczywistości. I na tyle, na ile znam różnego rodzaju opowieści o zjawiskach z pogranicza, dam sobie rękę uciąć, że przynajmniej część z nich mogła się z lekkimi wariacjami rozegrać gdzieś w rzeczywistości. Osobiście powiem, że ta trójka dzisiejsza to jest moim zdaniem najbardziej ambitne i najciekawsze zestawienie filmowe, jakie żeśmy w Filmotekarium poruszali. Co jeszcze chciałem dodać? Czasami trudno może określić, do jakiego gatunku dany film z tej dzisiejszej trójki należy. Dlatego, że to są i horrory, i dramaty psychologiczne, i tak samo filmy tak zwane mystery. I to jest bardzo dobre połączenie. Współczesny horror już chcąc wyjść troszeczkę z tej pułapki powtarzalności, poszukuje z jednej strony nowych, interesujących rozwiązań, a z drugiej strony też oszczędności. Dlatego wiele współczesnych filmów, tak jak te trzy, które dzisiaj będziemy omawiać, rozgrywa się w bardzo określonych, wąskich lokalizacjach.
Nie są to jakieś bardzo kosztowne produkcje, natomiast są godne uwagi. Ale chciałbym jeszcze odnieść się do tak zwanej teorii objawień. Jak wszyscy wiecie, mogą one mieć charakter wieloosobowy, jak na przykład w Medjugorie czy w Fatimie. I te historie, chyba usłyszał o nich każdy. Natomiast są też objawienia osobiste i w tym drugim przypadku, jak chociażby objawień Zakity czy też doznań Faustyny Kowalskiej. Tych spraw jest znacznie więcej. One nie wszystkie wychodzą na jaw. Dotyczą zarówno świeckich mistyków, jak i na przykład zakonnic lub zakonników. Moglibyśmy tutaj wymienić bardzo wiele nazwisk. Jeżeli chodzi o tych świeckich mistyków, to chociażby Therese Neumann, stygmatyczka niemiecka.
Ale są też współczesne wizjonerki, na przykład Myrna czy Gisella Kardia. To drugie nazwisko swego czasu było bardzo głośne, dlatego że to była taka mieszkająca w okolicach Rzymu katolicka wizjonerka, nieuznawana przez Kościół, ale uznawana przez wielu katolików, która miała przepowiedzieć pojawienie się COVID-19. To znaczy odebrała sygnał od Matki Boskiej, która przestrzegała przed pojawieniem się nowej choroby z Chin. To jest bardzo ciekawa rzecz. Odsyłam was do „Nieznanego Świata”. Kiedyś napisałem o niej artykuł i muszę wam powiedzieć, że byłem zaskoczony, bo ona prowadzi bloga i te swoje wizje spisuje. Nie powiem, żebym w to wierzył w 100%, dlatego że zwykle wizje, orędzia i wszelkie przekazy podczas objawień, które są otrzymywane przez wizjonerów, są bardzo ogólnikowe. Natomiast coś w tym jest mimo wszystko. Zachęcam do zapoznania się z tą postacią. Ona ma swoje oczywiście plusy i blaski i cienie, ale mimo wszystko jest to ciekawe.
W przypadku Kościoła, jak jest, jeżeli chodzi o objawienia? Jest tak, że Kościół zazwyczaj się albo dystansuje, albo
[01:44:13] - Czeka
[01:44:13] - Albo czeka. Zatwierdza rzadko, ale tak naprawdę często bywa tak, że na przykład lokalny biskup zatwierdzi, nie zatwierdzi Watykan albo lokalny biskup zatwierdzi kult. I tak naprawdę wiele objawień, które nie są uznane przez Watykan, jest jakoś czczona na tym poziomie lokalnym. Chociażby Skioga, chociażby wspomniane Medziugorie. Nie zapomnijmy, że parę lat temu biskup Mostaru powiedział, że w przypadku właśnie Medziugorie mieliśmy do czynienia z kuszeniem szatańskim tak naprawdę. To takie teoretyczne wstawki. Nas dzisiaj interesują tak naprawdę te objawienia osobiste.
[01:45:03] - Tak, ale nie da się ukryć, że przy takim bardzo pobieżnym spojrzeniu na te trzy tytuły, o których rozmawiamy, można by przy złej woli powiedzieć, że to są filmy o wariatkach. Jednej, drugiej i trzeciej odbiło na jakimś tam punkcie i po prostu oglądamy historię pogrążania się w tym szaleństwie. Tylko myślę, że by trzeba sporo złej woli, żeby w ten sposób do tego filmu podejść. Podaję to jako oczywiście jedną z możliwości. Jak już ktoś się bardzo zdenerwuje, że to tak szybko nie dzieje, to może do takich wniosków dojść. Ja myślę, że owszem, mając z tyłu głowy tego rodzaju interpretacje, warto tym filmom się dobrze przyglądać, bo one się tak toczą. My podążamy z tymi bohaterkami i z jednej strony sobie mówimy: „Nie no wariatka, ewidentna wariatka”, a z drugiej strony tam się dzieją rzeczy, które owszem, zawsze możemy interpretować na niekorzyść, czyli że wariatka. Ale możemy też interpretować jako rzeczy dziwne, które się wydarzają, które nie są codzienne, które układają się w pewien ciąg dziwny. Bardzo często taki ciąg, którego logiki nie odgadujemy, nie jesteśmy w stanie rozszyfrować. Niemniej jednak zachowanie bohaterek pokazuje nam, że jakiś logiczny ciąg one przynajmniej tam dostrzegają.
To chyba w przypadku wszystkich trzech tytułów właściwie funkcjonuje.
[01:46:59] - Tak, ale kiedy spojrzymy na ten problem trochę szerzej, to zauważymy, że takie postaci jak dzisiejsze bohaterki miały ogromny wpływ na dzieje cywilizacji. Od Mahometa przez Joannę d'Arc, po w zasadzie wszystkich proroków, wszystkich autorów ksiąg objawionych. Dzisiaj tacy ludzie również się pojawiają, tylko że dzisiaj mają znacznie trudniej. Dzisiaj im się jest trudniej przebić. Natomiast Jezus, Mahomet, jak mówię wielu innych, Joseph Smith na przykład, zgromadzili jakichś wyznawców wokół siebie, ale oni tak naprawdę działali według tego samego mechanizmu. Mieli pewne objawienia, rozmawiali z jakimiś nadprzyrodzonymi istotami, ale gdyby wokół nich pojawił się sceptyk, a takich oczywiście nie brakowało, też by powiedział to samo: „Tutaj ten i ten oszalał albo udaje”. To jest bardzo symptomatyczne, bo my czasami się śmiejemy, że ktoś jest nawiedzony, że opowiada jakieś dziwne historie, ale nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo tego typu przekazy wpływały nawet na naszą historię czy też historię religii. Na przykład historię religii głównie tutaj.
[01:48:18] - Ja jeszcze tak się zastanawiam, kiedy mówimy o tych filmach, staram się jakoś je połączyć i tym, co łączy wszystkie trzy tytuły, jest pewien... Napisałem sobie w notatkach „brud”, ale chodzi o to, że wszystkie te filmy operują taką poetyką pewnego bałaganu. Te bohaterki to nie są gwiazdy hollywoodzkie. Tam nie jest wszystko piękne, ładne. One żyją w mieszkaniach, które są zagracone, w których są niepoukładane rzeczy. Jakieś takie to wszystko jest, nie podoba się i one są jakieś takie nieporządne. Poza tym jest drugi element, który tam się pojawia bardzo często: choroba. Ona gdzieś wokół bohaterek jest blisko. Albo one są chore, albo wokół nich jest choroba. Ta choroba jest gdzieś tak bardzo krążąca wokół wszystkich właściwie tytułów.
To też jest taki element wspólny, bo i w „Naznaczonej”, i w „Koniarze”, i w „Pierwszym” również to wszystko funkcjonuje w zetknięciu z chorobą. W jednym z filmów mamy dawną gwiazdę baletu. Dobrze chyba pamiętam. Baletową gwiazdę, która jest terminalnie chora. Główna bohaterka się nią opiekuje. Chyba już więcej nie mogę mówić. Już nie będę opowiadał dalszych wydarzeń. Ale przecież w „Koniarze” również jesteśmy skłonni uważać, że bohaterka też cierpi na jakąś chorobę. Ma krwotoki z nosa, coś jest z nią nie w porządku. W „Naznaczonej” również choroba się pojawia.
Więc nie wiem, Piotrze, to moje pytanie bardziej niż stwierdzenie: czy w przypadku takich objawień różnego rodzaju to też jest rzecz charakterystyczna?
[01:50:57] - Trudno mi powiedzieć, dlatego że musielibyśmy prześledzić historie wszystkich wizjonerów właściwie, a jak wiemy na przykład w przypadku Fatimy taki wątek się pojawia. Dwójka z nich zmarła potem na tak zwaną hiszpankę. Ale widzę tutaj bardziej taką symbolikę, odniesienie do pewnych przekonań związanych z tym, że osoby, które są chore, nawet terminalnie chore, są bliżej tego momentu ostatecznego spotkania z Bogiem i też widzą więcej rzeczy. Przecież wszyscy znamy opowieści o tym, że ludzie na łożu śmierci mieli wizje przychodzących do nich zmarłych i tak dalej. Mówiąc zupełnie krótko i prosto, zdaniem niektórych badaczy tuż przed śmiercią otwiera się jakaś brama łącząca te dwa różne wymiary. Oczywiście te bohaterki nie były śmiertelnie chore, główne bohaterki we wspomnianych filmach, chociaż nie, w „Naznaczonej”... Tutaj nie powiem.
[01:52:05] - No właśnie.
[01:52:06] - Tak.
[01:52:07] - To jest ten problem.
[01:52:08] - To jest problem tych filmów.
[01:52:09] - Ale „Święta Maud”, ona się opiekuje właśnie tą baletnicą, taką podstarzałą, śmiertelnie chorą.
[01:52:20] - Śmiertelnie chorą. I może skupmy się na właśnie tym filmie. „Święta Maud” z roku 2021, jak powiedziałem. Mówiąc krótko, film o dziewczynie, która doznaje prywatnych objawień. Obraz ten był debiutem młodej reżyserki Rose Glass, która troszeczkę podkręcała atmosferę przy tym filmie. Starała się taką feministyczną narracją troszeczkę uderzać w środowiska katolickie. Opowieść ta skupia się na pielęgniarce wspomnianej Maud. To jest jej, jak się dowiadujemy, pseudonim. W roli głównej występuje Galadriel, to znaczy aktorka, która się nazywa Morfydd Clark. Ma takie bardzo charakterystyczne nazwisko.
I tutaj takie pytanie, bo tam pewnie rzuciłeś okiem, Marku, i wielu z was też widziało tego nowego „Władcę Pierścieni” na Amazonie. I ona tam gra tak samo. Tak jakby w tej „Saint Maud” grała tą elfitkę. Myślę, że to się na tej dziewczynie odbije. Ciągnie się za nią taka charakterystyczna ekspresja, która jednych troszeczkę zniesmacza, innych może przyciąga. Natomiast w tej „Świętej Maud” grała tak samo, jakby była elfem, Galadriel i tak dalej. Ale co się tam dzieje dalej? Otóż po pewnych niemiłych przygodach ona trafia do tej pielęgniarki, którą próbuje osobiście zbawić po prostu.
[01:54:08] - Tak. Stara się ją przekonać, że Bóg ją kocha. Mówimy o tej baletnicy. Że nie powinna się źle prowadzić, że nie powinna pod koniec życia dawać upustu swoim różnego rodzaju zachciankom wszelkiego rodzaju, że powinna jednak zachować godność osoby ludzkiej. Czujecie państwo, że właściwie w tej chwili przemawiam nie swoim językiem, ale coś w tym jest. Z tych moich sformułowań wynika sposób, w jaki ona się zachowuje. Ona rzeczywiście przypisuje sobie prawo, przypisuje sobie takie posłannictwo, tak jak to Piotr powiedział, zbawienia kogoś, kto stoi w obliczu śmierci. Nie ma już złudzeń, nikt nie ma złudzeń, że ona odchodzi. I ona ją, tak jak Piotr powiedział, usiłuje naprostować. Ponieważ była baletnica, prowadzi się, ja wiem, czy źle.
Prowadzi się nie tak, jakby to nakazywały pewne kodeksy. Po swojemu. I główna bohaterka dochodzi do wniosku, że tak nie powinno być, szczególnie, że owa baletnica ma się za jakiś czas przenieść na drugą stronę. To już jest właściwie niedaleko. I trzeba coś z tym jej życiem zrobić. Trzeba je uporządkować. Trzeba wyzbyć się chociażby kontaktów seksualnych, tak to określmy. Trzeba się w ogóle wyzbyć jakichś używek, trzeba się wyzbyć hulaszczego życia i tak dalej. My to sobie obserwujemy. Co więcej, ja miałem takie przez chwilę wrażenie, że ja rozumiem główną bohaterkę.
Ona jest tak wciągnięta przez pewien system wartości. dany jej, przekazany, objawiony, tu sobie państwo wstawcie odpowiednie słowo, że ona ma poczucie misji. To przez bardzo daleką analogię. Pamiętam, uwielbiałem w swoim czasie rozmawiać ze Świadkami Jehowy. Zapraszałem, rozmawialiśmy godzinami. Oni często wychodzili ode mnie bardzo zdenerwowani, bo rozmawialiśmy bardzo konkretnie. Ale kiedyś pamiętam, i to się nadaje do podsumowania jednego z tych obrazów, jeden z nich mi powiedział: „Proszę pana, jakby pan widział, że sąsiadowi pali się dom, to by pan nie interweniował? Pański dom się pali, pańskie życie się pali”. Podobnie się zachowuje główna bohaterka. Ona widzi, jest przekonana, że to ziemskie życie baletnicy rzutowane później na wieczność, jest kompletnie rozwalone i w związku z tym trzeba je naprawić.
Staram się państwu, jak mogę przekazać pewną ekspresję tego filmu. Ona naprawdę stara się zbawić tęże baletnicę, która jest niechętna temu zbawieniu, mówiąc między nami. Ona w pewnym momencie daje taki sygnał, że może jednak, ale niekoniecznie. Tak jak współczesny człowiek, raz ma ochotę się nawrócić, później już nie ma ochoty. Pomińmy to. W każdym razie to poczucie misji głównej bohaterki, które obserwujemy na ekranie, może człowiekiem wstrząsnąć, bo można je rozpatrywać zarówno jako takie czysto religijne działanie w kierunku drugiego człowieka, ale też można pójść dalej. Można powiedzieć sobie o tym obrazie, że to jest pokazanie, w jaki sposób człowiek, który ma poczucie misji, ma głębokie przekonanie, że ma rację, może nie zważać na innych, może im po prostu pewne rzeczy narzucać w imię tego przekonania, że przecież ma rację. Wiem, idę bardzo daleko, ale nawet pod tym kątem ten film można oglądać.
[01:58:49] - Nie oszukujmy się, Maud jest po prostu fanatyczką religijną.
[01:58:53] - Ale to ty powiedziałeś.
[01:58:57] - Ten film dla Polaków jest jak najbardziej zrozumiały, bo my się spotykamy z takimi postawami w życiu codziennym. Nie chcę tutaj nikogo stygmatyzować, obrażać. Było tak, że wszyscy moi najlepsi znajomi mieli zawsze inne poglądy niż ja i myśmy się potrafili dogadać. Natomiast w przypadku tego filmu jest tak, że to też nie bierze się znikąd. Okazuje się, że za nią się ciągnie jakaś mroczna przeszłość. Nie dowiadujemy się, co się stało. Nawet jakbyśmy się dowiedzieli, to i tak bym wam nie powiedział. Ale ona ma objawienia. I to nie takie byle jakie. Gdybym ja takie miał, to bym się zaczął zastanawiać, co do mnie mówi.
Ale powiedzmy, że ona jest przekonana, że to jednak Allach. Oczywiście, że nie Allach, tylko Bóg katolicki, ale tak mi się powiedziało. Co jeszcze można tutaj powiedzieć? W tym filmie zauważyłem pewne bardzo głębokie nawiązania do historii objawień rozpatrywanej pod kątem naukowym. Nie wiem, czy to wyniknęło przypadkiem ze scenariusza, czy to było umyślne, czy to było tak skonstruowane. Wątpię, żeby było tak skonstruowane. Może po prostu tutaj wzorowali się twórcy scenariusza na pewnych postaciach. Trzeba powiedzieć, że znamy przecież dobrze taki film „Matka Joanna od Aniołów”. Ta historia była oparta na wybuchu masowej histerii w jednym z żeńskich zakonów we Francji. To był film polski, jak pamiętacie.
Mógłby być dzisiaj w zasadzie rozpatrywany też. Przez długi czas uważano, że za wszelkiego rodzaju objawieniami, histeriami kryje się aspekt seksualny. Z tego powodu wiele kobiet miewało tego typu doznania, wiele zakonnic miało tego typu doznania, a niektóre z nich szły w bardzo dziwną stronę. Jeżeli zapoznacie się z przypadkiem świętej Teresy z Awili, to daje to srogo do myślenia. Chciałem zacytować jeden fragment z jej pamiętników, ale chyba się powstrzymam, dlatego, że to są tak głęboko zawoalowane, erotyczne rzeczy, jakoś skomasowane z przesłaniem religijnym, że dzisiaj jest to po prostu niesmaczne. Ale w czasach, kiedy nie istniała psychologia ani psychiatria, próbowano sobie to jakoś tłumaczyć. Zwykle w grę wchodziły albo duchy, albo Bóg, albo szatan. Tak samo jest w filmie „Święta Maud”. Mamy tam pewne przesłanki pozwalające nam stwierdzić, że to jest też jakiś rodzaj histerii, ale z drugiej strony ona te doświadczenia ma. Ale też było tak, drodzy państwo, że wiele tych rzekomych histeryczek, i tutaj już parapsycholodzy wcześniej się tym zajmowali, one też czasami wykazywały szereg właściwości, zachowań, nie chcę powiedzieć mocy, które byśmy dziś uznawali za nadprzyrodzone.
Przykładem takim jest na przykład pewna polska stygmatyczka, która akurat wyjechała z kraju i mieszkała w Australii. Była badana przez tamtejszych parapsychologów. Ona potrafiła manifestować stygmaty, może nie na żądanie, ale w momencie dużego uniesienia emocjonalnego na przykład. Jeżeli sobie poczytacie o tych historiach- Polecam książkę „Krwawiący umysł”, bardzo ciekawą, wydaną przed laty chyba przez Limbusa i redagowaną przez Wojtka Chuzińskiego, jeżeli sobie dobrze przypominam.
[02:02:49] - Wracając jeszcze do matki Joanny od Aniołów, u podstaw legła wielka proza Jarosława Iwaszkiewicza, więc film miał dobre zakorzenienie. Świetni aktorzy. Przypomnę: Mieczysław Fojt, Lucyna Winnicka. Warto ten film obejrzeć, ale od razu powiem, że to nie jest film rozrywkowy. Zdecydowanie nie jest to film rozrywkowy, ale chyba jednak warto. Przyszło mi do głowy, że kiedy mówimy o świętej Maud, ja nigdy tego nie potrafię wypowiedzieć odpowiednio, to mi państwo wybaczcie. Natomiast charakterystyczna jest końcówka, o której państwu nic nie powiem oczywiście, ale powiem tak ogólnie: pozwala zrozumieć, że często spotykamy się z takimi sytuacjami w życiu. Jakieś doniesienia prasowe nam mówią o podobnych sytuacjach. Ktoś gdzieś coś zrobił i mówimy sobie: „Nie, jak to w ogóle możliwe? Jak to możliwe, żeby coś takiego zrobić?
To niepojęte”. Tymczasem cały film i finał, który się tam pojawia, czyni całą sytuację jak najbardziej zrozumiałą, czytelną. I te nasze powszednie zdziwienia, że tak sobie to określę, odklejają się zupełnie od rzeczywistości. To jest spojrzenie człowieka, który jest syty, zadowolony, oczytany, w ogóle niczego mu nie zbywa i patrzy na doniesienia agencyjne, ogląda jakiś program informacyjny i dowiaduje się o jakimś wstrząsającym wydarzeniu. Mówi sobie: „Nie, absolutnie, to wariat był jakiś”. Optyka filmu pokazuje, że kimkolwiek była główna bohaterka, to wydarzenia mają swoją logikę. I ja za to cenię ten film, że on jest logiczny. To nie jest historia kompletnie od czapy, która gdzieś tam pokazuje zachowania wariackie kompletnie. Jeśli nawet przyjmiemy tę interpretację, że to jakieś zaburzenie, to jednak ten film kieruje się swoją logiką, taką, powiedziałbym, totalną logiką. Jemu trudno cokolwiek zarzucić właśnie pod tym względem takiej narracyjnej logiki.
Dla mnie szacunek za ten film.
[02:06:02] - Ja powiem tylko tyle: każdy z nas zna osoby nastawione do religii bardzo, albo inaczej, takich delikatnych terlikowskich. Dzisiaj terlikowski to już jest grzeczny.
[02:06:16] - Zmienił się zupełnie, to już jest inny człowiek.
[02:06:19] - Ale kiedyś to był żarłoczny. I każdy zna takiego dawnego terlikowskiego. Oczywiście każdy ma prawo do wyrażania swoich poglądów i swojego życia, dopóki nie wchodzi z butami albo na głowę komuś innemu. Natomiast odniosę się do tego, co mówiłem wcześniej. Historia w dużej mierze została ukształtowana przez osoby, które miały jakieś wizje. Jeżeli sobie zobaczycie życiorysy polskich literatów, tych naprawdę największych, to każdy z nich miał jakiś aspekt paranormalny lub jakieś doświadczenie wizyjne. A czy one były wzmagane narkotykami, czy nie? Tego nie wiem. Ale warto się z tym zapoznać. Jest taki fajny cykl „Salon ezoteryczny nieznanego świata” w Nieznanym Świecie oczywiście i pani Maria Roye, która napisała bardzo dużo tekstów na temat literatów polskich i nie tylko, dawała temu wyraz.
Ale do czego zmierzam? Otóż wizjonerzy kształtują nasze życie duchowe, kulturalne, religijne. Jest ich mnóstwo. Nie powiem, że każdy się do tego przyznaje. Ale przypomnijmy sobie chociaż Swedenborga, szwedzkiego oświeceniowego polityka, myśliciela, wynalazcę, naukowca, który nagle doznał tak wstrząsającej wizji Pana Boga, że zmienił radykalnie swoje życie. Stał się mistykiem, zaczął poszukiwać prawdy na temat, dzisiaj powiedzielibyśmy, zjawisk z pogranicza, ale na tematy, które wtedy też nie funkcjonowały, które były nacenzurowane. I tak jak święta Maud, tak on znalazł się pod ogromnym wrażeniem tych swoich doświadczeń. Wiem, co mówię, bo pisałem o nim magisterkę. Ale z drugiej strony oprócz Joanny d'Arc, Mahometa i tych wszystkich wizjonerów, którym się udało, bo na przykład napisali świętą księgę albo podyktowali raczej świętą księgę, mają jakichś wyznawców do dzisiaj, tak są pamiętani, to są tacy wizjonerzy podwórkowi. Dam taki przykład, bardzo zabawny, a może i nie.
Bo kto wie, kto to był? To było dobrych kilka lat temu. Wracałem ze studiów i poszedłem na dworzec PKS. Stoję tyłem do ławek na peronie i nagle czuję, że mnie ktoś ciągnie za szelkę. Miałem duży wojskowy plecak i ktoś mnie ciągnie za szelkę. Odwracam się, patrzę, taki chłop zwykły. Ja się nachylam, bo chcę mu zwrócić uwagę, dlaczego mnie szarpie. I nim cokolwiek powiedziałem, on się patrzy na mnie i mówi tak: „Panie, to wszystko kiedyś spłonie”. Niestety jechał mój PKS, musiałem wsiąść, bo tak zapoznałbym się bliżej z tym, co miał do powiedzenia. I to jest chyba dobra puenta.
Wizjonerzy wizjonerom nierówni. Raz się to kończy wielkim sukcesem, stworzeniem wielkiej religii, stworzeniem wielkiego ruchu społecznego, jak w przypadku Joanny d'Arc. Czasami kończy się to niestety tylko pomieszaniem w głowie. Pytanie, które się rodzi, dotyczy tego, skąd te wizje się biorą i czy to tylko przypadłość psychiczna.
[02:09:58] - Tak. À propos tej historii, którą opowiedziałeś, chyba każdy kiedyś w życiu czegoś takiego doznał. Ja pamiętam, jak jadąc autobusem na początku lat 90. spotkałem człowieka, który wyglądał, jakby wypełzł ze śmietnika. Tak pachniał i tak wyglądał. I on mruczał pod nosem takie rzeczy, że ja po prostu oszalałem, bo mówił o kultach solarnych. Wymieniał nieprawdopodobne rzeczy. Dla mnie to był jakiś akademik upadły. W każdym razie mówił rzeczy nieprawdopodobne. Część sobie musiałem sprawdzić później, bo nie miałem takiej wiedzy.
To à propos takich dziwnych spotkań. A wspomniałeś o Teresie z Àvili. Wspomnę, mistyczka, nauczycielka Jana od Krzyża. Ja pamiętam, na swoich studiach filozoficznych mieliśmy cały przedmiot, który mówił o mistyce, ale nie analizował mistyki pod kątem religijnym, tylko pod kątem filozoficznym. I to były całe opowieści, które miały swoją ogólną narrację, które rządziły się pewnymi prawami. Te opowieści mistyczne, te przekazy mistyczne mają swoje prawa. Nie będę państwa zanudzał, bo to nie czas i nie miejsce, ale kiedy wspomniałeś o Swedenborgu, to od razu mi się pojawił obraz: z jednej strony mistyczne przekazy, z drugiej strony opowieści o istotach z innych światów, z innych planet. To nieprawdopodobne w ogóle. To nie wszystko łączy.
[02:11:53] - Ze Swedenborgiem jest tego typu problem, jak z Williamem Blake'iem, którego „Święta Maud” w filmie studiowała.
[02:12:02] - Odważnie.
[02:12:03] - Podziwiała jego obrazy. Jeżeli chcecie wiedzieć, kto to był William Blake i jak wpłynął na myśl ezoteryczną, to was odsyłam do „Nieznanego Świata” z listopada tego roku. Tam jest o nim naprawdę dużo. Swedenborg miał ten problem, że był strasznie płodnym twórcą i jeżeli chciałoby się to wszystko przeczytać, brakłoby życia. Przede wszystkim jest to ciężka literatura. Natomiast podsumowując, on rzeczywiście twierdził, że spotykał mieszkańców innych światów. Ba, on ich nawet opisywał. On podał opisy kilkudziesięciu. Może nie, ale pamiętam, że tych ras było bardzo dużo. Tylko że on nie nazywał ich kosmitami.
Mówił o nich „duchy”. I nie twierdził, że dostawał się tam poprzez UFO, jakieś uprowadzenia czy portale czasoprzestrzenne. On to robił, opuszczając swoje ciało. On podróżował po prostu w tak zwanej projekcji astralnej.
[02:13:07] - Mówiliśmy dużo o filmie „Święta Maud”, ale chociaż trochę poświęćmy czasu dwóm pozostałym, czyli „Naznaczonej” i „Koniarzy”. To są różne filmy, ale cały czas mamy tę ciężką atmosferę. Tak ja sobie określam. „Naznaczona” to jest z kolei film, który... Jak to powiedzieć, żeby dobrze państwa oszukać i nie powiedzieć tego, o czym ten film jest? To jest znowu film, w którym stykamy się z takim nieznanym, ale mamy wrażenie, że z jednej strony jest bardzo obce, że to nie dotyczy naszego świata absolutnie. A z drugiej strony te wszystkie osoby, które tam się poruszają, przewijają nam przez ekran, sama główna bohaterka, to właściwie takie osoby spotykamy na co dzień. I to mnie w tym filmie w jakimś stopniu, jak we wszystkich tych filmach, ale ponieważ mówimy o tym, to w jakiś sposób mnie fascynowało w tych filmach, że to są filmy o nas. Może nie o nas, ale w każdym razie o tym, co Właściwie z czym się na co dzień spotykamy. I to jest coś takiego, co w tych filmach jest chyba cenne.
[02:14:52] - Tak, to przeraża. Kolejny raz powiemy motto naszej serii, czyli „Realistyczny horror straszy dwa razy”. W filmie „Naznaczona”, którego oryginalny tytuł to „Banquet” — uwielbiam, jak polscy dystrybutorzy tłumaczą tak dosadnie i dokładnie tytuły filmów zagranicznych — a więc mamy „Naznaczoną”. Podejrzewam, że tutaj chodziło o to, ponieważ jest to film dość niszowy, ale doskonale zrealizowany. Chodziło o nawiązanie do „Naznaczonego”, takiego popularnego horroru sprzed kilku dobrych lat i może to miało na celu przyciągnięcie ewentualnych widzów, którzy mogli sobie pomyśleć, że to jakaś kontynuacja. Mnie „Naznaczona” podobała się dużo bardziej niż „Święta Mот”, dlatego że jest to film bardziej realistyczny i zawierający dużo większą dozę zagadek i tajemnicy. Chociaż po pewnym czasie możecie dojść do wniosku, że być może troszkę przesadzono z ilością wątków. Złapano zbyt wiele srok za ogon. Wyszedł nam taki, jak na początku mówiłem: i horror, i dramat, i film typu mystery. O co tam chodzi?
Mówiąc najprościej, jest to film o nastoletniej jasnowidzce. Też wam za dużo nie powiem, ale trochę powiem. Mamy tam zaprezentowaną taką historię, że w pewnej rodzinie umiera ojciec. Dobrze sytuowanej rodzinie. Pozostaje matka i dwie córki. Starsza żyje sobie normalnie. Zresztą one wszystkie sobie żyją normalnie do pewnego dnia, kiedy na imprezie dochodzi do dziwnej sytuacji, bo ona ma coś w rodzaju objawienia i nam nie jest to pokazane dosłownie, ale możemy to wyczuć i możemy się tego domyślać, że ona wchodzi w pewnym momencie do lasu. Podejrzewam, że twórczyni filmu Ruth Paxton miałaby nam tutaj coś do powiedzenia, jeżeli chodzi o symbolikę, bo ten film jest przepełniony symboliką i to już jest coś, co powiem szczerze, nie zawsze mnie fascynuje i pociąga. Lubię przede wszystkim dobre historie i lubię się pobawić. Może nie pobawić.
Lubię się zastanowić, odnieść to do rzeczywistości. To się pomimo tej ilości symboli zakręconych w tym obrazie udaje. To znaczy z tą dziewczyną dzieje się coś dziwnego. Otóż przestaje jeść. I tutaj więcej chyba wam powiedzieć nie możemy, jak się to wszystko skończy. Ona oczywiście prorokuje o końcu świata, o gwiazdach, o ciemności, która ma zapaść i to staje się coraz bardziej intensywne. Do tego stopnia, że jej matka, która jest zupełnie bezradna, prosi o pomoc specjalistów. W końcu też pojawia się sceptyczna babka. Ale tu już naprawdę nic więcej nie powiem.
[02:18:12] - Ale jeszcze coś dopowiem. Oprócz tego wątku takiego, nazwijmy prorocko-mistycznego, to jest historia, która przeraża również tym, że ona jest osadzona dosyć mocno w rzeczywistości, bo dziewczę przestaje jeść, ale nie traci na wadze. Co więcej, matka czujnie zastawia pułapkę w kibelku w pewien taki charakterystyczny sposób naznaczając papierek toaletowy i się okazuje, że papierek nie jest używany. W związku z tym dalsze konsekwencje sobie już państwo sami wyobrażą. Natomiast ten film pomimo takiej ciężkiej atmosfery podobał mi się dlatego, że rozpada się... Nie, nie rozpada się. On równolegle podąża w dwóch kierunkach. W tym samym kierunku się podąża równolegle. Już bredzę, proszę państwa, ale chodzi o to, że z jednej strony mamy wątek bardzo taki realistyczny, w którym właśnie są: brak utraty wagi pomimo niejedzenia i wszystkie konsekwencje z tym związane. Z drugiej strony mamy ten wątek taki właśnie, o którym Piotr wspomniał.
Jakieś przepowiednie, jakieś ciemności. Tam jest charakterystyczna scena spotkania. Przychodzi chłopak do tej dziewczyny i wychodzi od niej wstrząśnięty. Znowu więcej też nic nie powiem, ale to się przeplata ze sobą. Pewna taka twarda, realistyczna rzeczywistość z tą rzeczywistością nie do końca uchwytną. I to jest miks, który robi wrażenie.
[02:20:14] - Tak i to jest mocno zaakcentowane, szczególnie jeżeli chodzi o pewne sceny i ujęcia. To znaczy, to jest jeden z tych wielu współczesnych filmów, gdzie mamy zwróconą uwagę na jedzenie. Nie wiem, co to jest za mania, ale w wielu filmach, nie tylko tych kanibalistycznych, bo kanibalistyczne horrory też były i to całkiem nowe i całkiem dobre, ale także w innych produkcjach pojawia się taki wątek mlaskania, gotowania jedzenia. Tu też jest tak, ale w tym przypadku jestem w stanie to wybaczyć, dlatego że jest to odniesienie do tej- Zupełnie normalnej roli matki, która stara się zapewnić dziecku byt, wikt i opierunek, a temu, co się dzieje z Betsy, czyli odleceniu w jakieś transcendentalne doznania. Tylko że tutaj muszę powiedzieć, że jej objawienia nie mają charakteru religijnego. Tam się Bóg nie pojawia. To po prostu jest doznanie paranormalne. My do końca nie wiemy, co to jest, co ona widzi, co się stanie. Natomiast jej matka stara się zachować zimną krew i przede wszystkim wypełnić swoją rolę w swoim posłannictwie. Ostatecznie chyba ugina się pod ciężarem tego zadania.
[02:21:32] - No i ostatni film, „Koniara”. Ja uważam, że absolutnie z tej trójki najlepszy film, ale to jest moje prywatne zdanie. Nie musicie się państwo z nim zgadzać, ale pod kątem realizacji pewnej fabuły, pewnych myków filmowych uważam, że to jest film, który wymiata. I tu musicie mi państwo wierzyć na słowo, bo tak się boję cokolwiek więcej powiedzieć, bo on z jednej strony ma mistyczne odesłania niby religijne, ale później się nagle okazuje, że może jednak nie do końca to jest religijne. Może bardziej teoriowo-spiskowe, jeżeli istnieje takie słowo. Absolutnie, absolutnie, absolutnie ulubione moje słowo ostatnio. W każdym razie człowiek ma wrażenie, że nie ogląda czegoś wydumanego. To znaczy nie żebym spotykał takich ludzi na co dzień, ale uwierzyłem reżyserowi, uwierzyłem scenarzyście, że mógłbym kogoś takiego spotkać i nawet bym się specjalnie nie zdziwił. Powiem tak: nie żebym był jakimś ekspertem czy jakimś specjalnym autorytetem od tych spraw, ale wydaje mi się, że wpuszczenie mnie w tego rodzaju stany, czyli że ja akceptuję ten obraz, że to nie jest do końca film. Dobrze, film jest, ale że on jest bardzo realistyczny.
To jest jakaś sztuka mimo wszystko. Nie mówię, że wielka, ale jednak.
[02:23:33] - W tym przypadku poznajemy historię dziewczyny o imieniu Sara, która jest dość specyficzna. Jedni by powiedzieli, że jest takim typowym nerdem, drudzy, że introwertyczką, trzeci, że dziwaczką. Ma pewne życiowe przejścia związane ze śmiercią matki. I tutaj też nie dostajemy finalnej odpowiedzi, czego ona w zasadzie doświadcza. Czy to jest choroba, czy to jest jakieś doświadczenie innowymiarowe, czy też porwanie przez kosmitów i tak dalej. Ona ma pewne wizje i te wizje mocno odbijają się na jej rzeczywistości i na codzienności. Reżyser tego filmu, a prawdopodobnie nawet dwójka reżyserów, bracia Duplass. Powiem Duplass, bo to się pisze Duplass i to po polsku brzmi śmiesznie. Otóż jeden z tych braci był reżyserem i głównym aktorem w filmie „Freak”. Nie pamiętam, jak on się nazywał po polsku.
„Freak” był dość popularny. Opowiadał historię takiego nie do końca zrównoważonego człowieka, mordercy. Ten film był bardzo, bardzo wieloznaczny. Wpuszczał widza w pewne pułapki i tutaj też to odnajdujemy. Do końca nie wiemy, co się z tą koniarą dzieje. Dlaczego koniara? Też wam nie powiemy. Chodzi oczywiście o miłość do koni, ale to też ma pewne w tym filmie znaczenie. Film ten, jak powiedziałem, można sobie znaleźć chyba jeszcze na Netflixie. Z pozostałymi dwoma mogą być problemy, jeżeli ich poszukujecie wiadomymi kanałami, ale mimo wszystko warto sobie czasami zapłacić za ten moment przyjemności.
[02:25:26] - Coś jeszcze chciałem powiedzieć. Absolutnie, powtarzam moje ulubione słowo ostatnio, absolutnie świetnym wątkiem jest wątek romantyczny, a już pewno jego ukoronowanie, kiedy ona spotyka się z chłopakiem i zaczynają rozmawiać na temat szeroko pojętych teorii spiskowych. I oni przez chwilę wydaje się, że nadają na tych samych falach. Świetnie się dogadują, ale wszystko ma swój kres. Znowu państwu nie zdradzę, jak to przebiega, ale nagle z wątku romantycznego, takiego pełnego zjednoczenia się umysłowego, nagle robi się totalny paraliż. Totalny bałagan po prostu emocjonalny i nie tylko zresztą. Przyznam, że lubię w tym filmie tych kilkanaście minut, bo to tyle mniej więcej trwa, kiedy oni Pozornie się dogadują, pozornie są jednym, są świetną parą. I nagle to wszystko inaczej zaczyna wyglądać. Powiem, że są w tym filmie naprawdę momenty, i to nie jest jedyny ten, który wymieniłem, który opisałem. Są takie momenty, przy których chce się klaskać.
Ale ja cały czas powtarzam, żeby być uczciwym, jeśli państwo lubicie kino akcji, to dzisiejsze filmy nie są dla was. Zdecydowanie nie.
[02:27:24] - Jeżeli interesujecie się, dla przykładu, jakimiś skrajnymi zachowaniami i różnymi freakami, jak to powiedziałem, to absolutnie tak. To nam pokazuje, te filmy opowiadają nam o ludziach często marginalizowanych, uważanych za dziwaków i tak dalej. W przypadku „Koniary” ten wątek, o którym wspomniałeś, rzeczywiście jest dość i zabawny, i taki podskórnie niepokojący. Zresztą ten film jest w ogóle niepokojący. Niepokojąca jest sama aktorka. To nie jest produkcja klasy B, jak niektórzy mogą pomyśleć. Zresztą te wszystkie dzisiejsze filmy to są bardzo ambitne produkcje. Ambitne i nieamatorskie. Chociaż nie są bardzo znane, są godne uwagi i jak powiedziałem, są przykładem nowego typu filmów grozy lub horrorów, które rozgrywają się w wąskich środowiskach, ale mają mocne przesłanie, mocny scenariusz. Także ta trójka, jak mówiłem wcześniej, chyba jest jedną z mocniejszych zestawień filmów w Filmotekarium, jakie żeśmy prezentowali w czasie ostatnich tygodni.
[02:28:50] - I tym optymistycznym akcentem żegnamy się z państwem i zapraszamy na kolejne wydanie naszej audycji. A następna audycja będzie jak najbardziej à propos czasu, w którym będzie nadawana.
[02:29:09] - Tak, przyjrzymy się horrorom i filmom science fiction z wydatnym wątkiem świątecznym.
[02:29:18] - No cóż, Piotrze, pięknie dziękuję za dzisiejszy dialog.
[02:29:22] - Ja również dziękuję. Pozdrawiam.
[02:29:24] - Pozdrawiam. Do usłyszenia. To teraz, proszę państwa, zmieniamy tematykę. Radykalnie zmieniamy tematykę. Zadam takie pytanie retoryczne: czy marzyli państwo kiedyś o dalekich podróżach? Myślę, że powiedziałem, że pytanie retoryczne, bo ja nie znam osoby, która chociaż kilka razy w życiu nie marzyła, nie myślała sobie: „Ach, porzucić to wszystko i ruszyć gdzieś w daleki świat”. Nie każdemu jest to dane, nie każdy lubi. Ja mam na przykład fobię samolotową i jest mi ciężko ruszyć się poza obręb Europy. Natomiast o czym myślimy bardzo często? O tym, że kiedyś, kiedy świat był jeszcze nieodkryty, to dopiero były podróże pełne ryzyka, pełne takiej niewysłowionej wręcz tajemniczości, pełne przygody.
O czym chcę państwu powiedzieć? Otóż jest takie wydawnictwo, które sięga bardzo głęboko w przeszłość. Na czym to sięganie polega? Na tym, że wydaje, powiedzielibyśmy reprinty. Ja nie wiem, czy to jest dobre określenie. Wydaje takie niemal idealne kopie. Panowie, którzy będą naszymi gośćmi, powiedzą o tym, ale wydaje idealne kopie dzieł, które powstawały setki lat temu. Dzisiaj konkretnie porozmawiamy o tym. Nazywa się rzecz „Dotknąć historii”. To jest audycja, która na antenie BookRadia miała premierę ponad rok temu.
Dlatego tam nie wszystkie daty się będą zgadzać, ale mając tę świadomość, uwzględnijcie to sobie państwo. Będziemy rozmawiać o projekcie Krzysztof Kolumb. Otóż to wydawnictwo, dbając o te same materiały, nie tylko materiały te, na których wykonywano mapy, czy też te stare księgi, ale też dbając nawet o zapach, o wszystko inne. To usłyszycie państwo w rozmowie. To są fascynujące sprawy. W każdym razie to wydawnictwo wydało przedmioty, bo to są mapy i są księgi związane z wyprawą Krzysztofa Kolumba. Kiedy pierwszy raz wyruszyły trzy statki: Santa Maria, Pinta i Niña. Wyruszyły na zachód. To miała być droga do Indii. Do Indii się dopłynąć nie udało.
Do Ameryki też tak naprawdę nie, bo zatrzymali się na wyspach. Ale pierwszy krok został zrobiony i o tym właśnie za chwilę z naszymi gośćmi będę rozmawiał. Wierzcie mi państwo, ja sobie nie wyobrażałem, że można tak głęboko Wejść w materialną historię. Kiedy państwo usłyszycie, jak odtwarza się te stare dzieła, to wielki szacunek. Projekt Krzysztof Kolumb to księgi, mapy, druki wydawane w trochę homeopatycznych nakładach, ale też nie są tanie. To nie jest na moją kieszeń, na państwa kieszeń. Raczej to jest lokata kapitału, o czym zresztą mówią nasi goście. Ale sam fakt, że zostaje coś odtworzone jeden do jeden budzi najwyższy szacunek i ten projekt Krzysztof Kolumb to nie jest jedyne przedsięwzięcie, które wydawnictwo reprezentowane przez naszych gości podejmuje. Tych różnych starych ksiąg, bo tak to sobie określmy bardzo ogólnie, w tym wydawnictwie powstaje naprawdę sporo. Ale ja już czuję to dokładnie, że za dużo gadam, więc oddajmy głos naszym gościom.
Zapraszam państwa serdecznie. 8 września światło dzienne ujrzał zbiór faksymilów „Krzysztof Kolumb. Odkrycie Nowego Świata”. Stworzono jedynie 300 sztuk wyjątkowego dziennika pokładowego Krzysztofa Kolumba, uzupełnionego o list Kolumba do króla Ferdynanda Aragońskiego i królowej Izabeli Katalońskiej, mapę świata Krzysztofa Kolumba sprzed odkrycia Ameryki oraz mapę świata z 1500 roku. Jest to wyjątkowa gratka dla kolekcjonerów, miłośników sztuki, bibliofilów oraz pasjonatów historii. Po raz pierwszy w historii będzie można zobaczyć tak niezwykłe i dokładnie odtworzone dokumenty z pierwszej podróży Krzysztofa Kolumba. Faksymile to wierne kopie bibliofilskich cymeliów skrywanych w muzealnych sejfach, a ich nakład jest ściśle limitowany. W przypadku publikacji „Krzysztof Kolumb. Odkrycie Nowego Świata” zespół naukowców, specjalistów oraz artystów z Polski i Włoch poświęcił ponad półtora roku pracy na to, by jak najwierniej oddać wygląd, strukturę, a nawet zapach pierwowzoru czy szelest papieru. Dziennik w oprawie jubilerskiej jest zdobiony ośmioma kolumbijskimi kopalami oraz niezwykłej urody kamieniem Atlantydy, występującym endemicznie na karaibskiej wyspie Dominikana.
Na szczególną uwagę zasługuje dołączony do faksymile dokumentów naukowy wywód o prawdziwym pochodzeniu Krzysztofa Kolumba jako potomku polskiego króla Władysława III Warneńczyka autorstwa Manuela Rosy z Duke University w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Zapraszamy na spotkanie z Bartłomiejem Felusiem i Arturem Sobolewskim, współzałożycielami Domu Emisyjnego Manuscriptum, oficyny, która jest wydawcą faksymile dokumentów upamiętniających wyprawę Krzysztofa Kolumba.
[02:35:46] - Artur Sobolewski, współzałożyciel Domu Emisyjnego Manuscriptum, związany z branżą wydawniczą od ponad 20 lat. Pracowałem w największych firmach w świecie książki należącej do koncernu Bertelsmanna i w Klubie dla Ciebie należącej do koncernu Bauer Welt Bild Media. Wieloletni incydent również w świecie numizmatyki i kolekcjonerskich ksiąg Mennicy Polskiej, która bije polskie monety. Od siedmiu lat w Domu Emisyjnym Manuscriptum, tak jak wspomniałem, jako współwłaściciel. Nasza firma od wielu lat stara się iść drogą wyjątkowych pozycji wydawania kopii naukowych, wyjątkowych pozycji faksymilowych, które są niedostępne dla oczu i nawet nie można ich bardzo często zobaczyć. Z racji tego, że w tym roku obchodzimy siedmiolecie założenia firmy, wpadliśmy na taki niezwykły pomysł, żeby zaprezentować szerokiej publiczności w Polsce i na świecie kolekcję siedmiu wydawniczych cudów literatury światowej. Ta kolekcja jest bardzo obszerna, dlatego że obejmuje ona pozycje od czasów Ramzesa II, czyli Księgi Umarłych, aż po czasy Rzewuskiego, czyli XIX wiek, który to Rzewuski popełnił wyprawę na Bliski Wschód, kupując konie arabskie i stworzył jedno z najbardziej niezwykłych dzieł w historii literatury dotyczącej Orientu, a napisanej przez Europejczyka. Cechą wspólną tych wszystkich siedmiu rzeczy jest to, że każda z nich jest na swój sposób naj. Mamy tam najcenniejszą księgę świata, najbardziej tajemniczą księgę świata, mamy najpiękniejszą księgę umarłych, mamy matkę wszystkich książek, czyli Biblię Gutenberga. Mamy najważniejszą księgę naukową świata, czyli naszego rodzimego Mikołaja Kopernika, bo mamy też w naszym portfolio rękopis, autograf Kopernika De revolutionibus.
Ostatnią kropką nad i była najważniejsza podróż człowieka. Dlatego, że bezsprzecznie jest to ta podróż Kolumba, która skutkowała odkryciem nowej drogi do Indii, tak jak myślał Kolumb, a faktycznie odkryciem nowego lądu dla świata, dla starego kontynentu, czyli dla Europy. Miała znamienne skutki dla przyszłości nie tylko w historii podróż, ale przede wszystkim gospodarczych, tworzenie nowych państw. Też smutne te wydarzenia, konsekwencje związane z relacjami z ludnością. Natomiast bezsprzecznie była to bardzo ważna część i kolejne naj w naszym portfolio. Ta kolekcja, dodam, była już zaprezentowana w czasie targów w Abu Dhabi w czerwcu. To był przedpremierowy pierwszy pokaz tej naszej kolekcji Siedem cudów świata, a teraz w Krakowie w najbliższych dniach będzie można po raz pierwszy zobaczyć ją w Polsce.
[02:38:37] - Bartłomiej Feluś. Jestem współzałożycielem Domu Emisyjnego Manuscriptum. W branży wydawniczej od siedmiu lat. Wcześniej w zarządzaniu spółkami prywatnymi, spółkami sprzedażowo-produkcyjnymi. W doradztwie od ponad dwudziestu lat dla firm z różnych branż. Z pasji i zamiłowania do historii książek, literatury od wielu lat. To jest zbiór dokumentów. Nie chcieliśmy poczynić tylko jednej kopii naukowej, jednego dokumentu, bo uważamy, że przedstawienie tej niezwykłej wyprawy w historii ludzkości to jest przedstawienie całego tła historycznego związanego z wyprawą Kolumba. W zestawie mamy kilka pozycji. Tą najważniejszą pozycją jest oczywiście dziennik pokładowy.
Dziennik pokładowy przepisany ręką Bartolomeo de las Casa, czyli syna towarzysza podróży Kolumba z pierwszej wyprawy. Bartolomeo de las Casa to jest rzeczywiście niezwykła osobowość. To jest dominikanin, który potem przyczynił się bardzo mocno do obrony praw mniejszości, do obrony praw rdzennej ludności Ameryki. Z konkwistadora przeistoczył się w ciągu kilku lat w niezwykłą osobowość, bardzo znaną na całym świecie, która na dworach Hiszpanii i potem Portugalii zabiegała bardzo o prawa ludzkości. To był pierwszy obrońca praw człowieka w historii. Tak jest zresztą odbierany. Ten dziennik jest niezwykłą pozycją. Wydaliśmy go w oprawie artystycznej, jubilerskiej. Zdobiony jest dziewięcioma kopalami, czyli bursztynami kolumbijskimi i kamieniem zwanym Kamieniem Atlantydy. To jest kamień, który się nazywa larimar.
On endemicznie występuje tylko na Dominikanie, więc znowu tutaj mamy Karaiby i miejsce, gdzie lądował Kolumb w czasie swojej pierwszej wyprawy. Kamień Atlantydy dlatego, że niektórzy twierdzą, że to właśnie Dominikana była częścią archipelagu zaginionej Atlantydy. Dziennik jest poczyniony w bardzo niezwykły sposób, bardzo pracochłonną i oddającą wszystkie aspekty samego oryginału metodą. To jest metoda rzeźby w papierze opracowana przez naszego włoskiego pracownika. Ponieważ do akurat tego dziennika zatrudniamy naszego włoskiego pracownika, który opracował tą metodę. To jest bardzo pracochłonna metoda. Ten manuskrypt, który widzimy przed oczami, działa na nasze wszystkie zmysły. Zresztą staramy się w ogóle, żeby wszystkie nasze dzieła rzeczywiście były bardzo interaktywne, jeśli można tak to nazwać, z odbiorcą. Czyli działa na zmysł wzroku, ponieważ wygląda tak jak oryginał. Dokładnie tak jak oryginał.
Zmysł słuchu, ponieważ karty szeleszczą jak w oryginale. Na zmysł dotyku, ponieważ i faktura papieru i technologia, którą zastosowaliśmy do wytworzenia samego faksymile oddaje również papier, oddaje szelest, który oddziałuje na zmysł słuchu, ale również pachnie jak oryginał. Karty są specjalnie preparowane w odpowiednich płynach, nasączane odpowiednimi substancjami, które powodują, że nasze faksymile również pachnie tak jak oryginał. Już nie wspomnę o tym, że to jest oczywiście ręczna oprawa, ręczne szycie, oprawione w specjalną skórę tłoczoną ręcznie. Projektowane tłoczenia, złote tłoczenia przez nas, które nawiązują bezpośrednio do oryginału i do czasów, w których ten manuskrypt się ukazał. To jest pierwsza najważniejsza część, która pokazuje podróż Kolumba dzień po dniu, trudy walki z nieznanym, z żywiołami, ale również niepewność. Pamiętajmy, że czas, w którym Kolumb wypłynął ze swoją załogą na trzech statkach: Niña, Pinta i Santa Maria to są czasy, kiedy wszyscy twierdzili, że Ziemia jest w centrum wszechświata. Być może jest płaska, a być może to morze czy ten ocean, który widzimy, za chwilkę skończy się wielkim wirem, który pochłonie statki, które udają się na kraniec świata. Dziennik w bardzo plastyczny i jasny sposób przedstawia tą niezwykłą podróż i to jest główna część całego zestawu. Oprócz tego mamy list Kolumba.
To jest inkunabuł, czyli wersja drukowana z około 1494, 1497 roku, która przedstawia list Kolumba do władców Hiszpanii. Tak jak powiedziałem, to jest wersja drukowana, więc charakterystyczną cechą jest to, że kiedyś te inkunabuły drukowano w połączeniu z jakimiś innymi tekstami, więc dopiero od 58. strony tego inkunabuł zaczyna się list Kolumba z pięknymi zresztą grafikami, pięknymi litorytami. Wcześniej inkunabuł zawiera list. To taka Część pochwalna dla władców Hiszpanii, dla samego Ferdynanda. Więc całość to niezwykła książeczka, której rzeczywiście jeszcze niedawno jeden z oryginałów został sprzedany za niebagatelną kwotę prawie miliona dolarów. Oprawiony jest w ręcznie wytwarzany papier marmurkowy z pięknym herbem Kolumba. I to jest druga istotna rzecz przedstawiająca podróż Kolumba. Ponieważ w tym liście Kolumb chwali się, czy przedstawia swoje osiągnięcie władcom Hiszpanii. Kolumb bardzo dbał o marketing.
W związku z tym rzeczywiście jego powrót z pierwszej podróży to był dobrze zaaranżowany przez niego pochód, który prowadził na dwór władców, uprzedzony orszakiem, który niósł papugi i który niósł zdobycze z Nowego Świata. Tutaj akurat w tym incunabule nie znajdziemy tych szczegółów, natomiast znajdziemy szczegóły dotyczące odkrycia nowej drogi do Indii, bo przecież taki był cel podróży Kolumba. Towarzyszą temu również dwie niezwykłe mapy. Pierwsza mapa to jest mapa autorstwa samego Kolumba. Przypisuje się autorstwo rzeczywiście Kolumbowi i jego bratu Bartolomeo. Ta mapa z 1490, najprawdopodobniej roku, czyli tuż przed odkryciem Ameryki, to jest mapa świata, która przedstawia oczywiście trzy kontynenty, czyli przedstawia Europę, Afrykę i Azję bez kontynentu amerykańskiego. W lewej części tej mapy mamy miniaturkę czy mapa mundi, czyli mapa świata, gdzie w środku mamy, tak jak to wtedy przedstawiano, Jerozolimę i dziewięć sfer, które otaczają nasz świat, te trzy kontynenty. Mapa jest wykonana na pergaminacie, jest troszkę przeskalowana, natomiast przedstawia rzeczywiście jeden do jeden oryginał tej mapy. Ta mapa dzisiaj znajduje się w Paryżu, w Bibliotece Paryskiej. Druga mapa, która uzupełnia ten zestaw, to jest mapa autorstwa Jose de la Cosa, czyli tak naprawdę właściciela statku Santa Maria, na którym Kolumb popłynął w swoją pierwszą wyprawę i towarzysza podróży Kolumba.
Jose de la Cosa towarzyszył Kolumbowi. Piękna mapa, bardzo bogato zdobiona, iluminowana, przedstawiająca po raz pierwszy w historii nowy kontynent. Ten kontynent jest przedstawiony w kolorze zielonym. Tak potem przedstawiano przez długi czas nowo odkryte lądy. W lewej części tej plamy, która zwie się nowo odkrytym kontynentem, jest postać świętego Krzysztofa, nieprzypadkowo umieszczona. Kolumb nazywał się Krzysztof, a Krzysztof w tłumaczeniu Cristoforo, tak jak wtedy z portugalskiego wymawiano jego imię, to jest niosący Chrystusa. Więc tutaj mocny przekaz, który był rzeczywiście początkiem również konkwisty. Pamiętajmy, że jest biała i czarna strona wyprawy Kolumba. Odkrycie Ameryki to oczywiście odkrycie dla Europy nowych lądów i niezwykłych możliwości i rozwój świata od tego momentu, który nie miał sobie równych. Te wyprawy, które kolonizowały obie Ameryki, były niezwykłe w historii świata.
Ale również ta smutna strona, ta ciemna strona, czarna strona wypraw Kolumba, czyli konkwista, której Kolumb był tym zarzewiem tej iskierki dla niegodziwych czynów, których Europejczycy dopuszczali się na tubylczych ludach. Ta mapa, oprócz tego, że jest piękna, jest rzeczywiście skomplikowana. Wytworzyliśmy ją na pergaminacie. Ona jest ręcznie wycinana. Tam jest sporo pracy takiej ręcznej. Ona jest nalepiona na skórę. Oryginalnie to też tak wygląda, że oryginał jest oprawiony w skórę. My też oprawiliśmy tą naszą mapę w skórę. Całość mieści się w takiej zaprojektowanej, stylizowanej na czasy Kolumba tubie, etui tłoczonej z dwóch rodzajów skóry, wytwarzanej z pieczęcią lakową oczywiście naszego wydawnictwa. Całość zamknięta jest w przeszklonej szkatule.
Mówię o manuskryptach. A uzupełnieniem oczywiście całego zestawu jest suplement. Suplement, który wyjaśnia tło historyczne samego wydania, ale również opisuje wyprawy, opisuje postaci, które pojawiają się również w mojej wypowiedzi tutaj. Jest również tłumaczenie na język angielski obydwu dzieł. Pamiętajmy, że to jest projekt międzynarodowy, który w swoim zasięgu rzeczywiście będzie napotykał klientów przede wszystkim-- trudno powiedzieć, czy przede wszystkim, ale rzeczywiście jest ogromne zainteresowanie, jeśli chodzi o kolekcjonerów z Azji, Singapuru, ale również Stany Zjednoczone, również z Europy Zachodniej. Więc dlatego uznaliśmy, że pierwsze to tłumaczenie będzie tłumaczeniem anglojęzycznym, czyli tłumaczymy na język angielski cały ten zestaw. To chyba tyle. Można by wiele mówić jeszcze o szczegółach, ale to jest zestaw, który zdecydowaliśmy się przedstawić publiczności. Całość oczywiście jest certyfikowana. To jest nakład limitowany, bardzo niewielki nakład jak na świat, trzysta egzemplarzy.
Całość jest certyfikowana notarialnie i całość jest oczywiście numerowana. Staramy się w naszych projektach wydawniczych wyłuskać gdzieś ten wątek Polski, Polaków czy naszego wkładu w światowe dziedzictwo literackie czy w ogóle historyczne. Tutaj wątek pochodzenia Kolumba pojawia się w odniesieniu do niezwykle dobrze udokumentowanej i przeanalizowanej teorii Manuela Rosy. Manuel Rosa to jest amerykański badacz portugalskiego pochodzenia, który nie ma związków z Polską, nie ma tutaj żadnych konotacji, więc jego motywacja do tego, żeby wyłuskać polski wątek, jest żadna. Wysnuł on teorię już ponad dwadzieścia pięć lat temu, że Kolumb najprawdopodobniej jest potomkiem polskiego króla Władysława III Warneńczyka, który nie zginął w bitwie pod Warną, ale dzięki swoim dobrym koneksjom na wielu dworach europejskich udało mu się przedostać czy zbiec z pola bitwy. W niechwale, niestety. Przedostał się do Paryża, a z Paryża jego przyjaciele pomogli mu przedostać się na Maderę, na portugalską Maderę, gdzie przybrał nowe nazwisko Enrique Alemão, czyli Henryk Niemiec. Ożenił się z księżniczką portugalską, a owocem jego związku był nie kto inny, tylko sam Krzysztof Kolumb, który zresztą przez całe swoje życie stara się ukryć swoje pochodzenie. Rosa ma bardzo wiele teorii dotyczących tego, dlaczego tak się stało. One są dosyć przekonujące.
Zresztą Manuel Rosa wydał dwie książki, w zasadzie już trzecią. Trzecia w tej chwili wyszła w 2020 roku, w której jednoznacznie stwierdza, już nie stawia znaku zapytania nad tym, czy był Polakiem. Rzeczywiście rozprawia się już głęboko nad tym faktem. Natomiast wiele wskazuje na to, że jego teoria ma sens i rzeczywiście jest coś na rzeczy. Dużo szczegółów, analizuje bardzo wiele momentów z życia samego Kolumba. Dochodzi do wniosku rzeczywiście, że tak było. Historia wskazuje na to, że głowa samego Warneńczyka przyniesiona w beczce miodu tureckiemu władcy przez posłańca była przez tegoż władcę rzucona w złości, ponieważ nie wyglądała na głowę Władysława III Warneńczyka, polskiego króla, który zginął pod Warną. Innymi słowy, ciała Warneńczyka nie odnaleziono. Natomiast elementy całej układanki, którą układa sam Manuel Rosa, rzeczywiście są bardzo przekonujące. To, że sam Krzysztof Kolumb nie był Włochem i nie był synem genueńskiego tkacza, to raczej naukowcy ku temu się przychylają bez wątpienia.
Obecna historia wskazuje, że tak było. Natomiast fakty wskazują, że absolutnie było to niemożliwe, żeby pochodził z Genui. Żadne ślady w Genui nie pozostały po rodzinie Kolumba czy samym Kolumbie. Nie ma żadnych dowodów na to, że pochodził z Genui. Mało tego, jego łatwość prezentowania się na największych dworach europejskich: portugalskim, hiszpańskim, możliwość docierania do władców, obcowanie, w końcu ożenek jego z błękitnej krwi szlachcianką wskazuje na to, że nie było takiej możliwości, żeby człowiek z plebsu, syn tkacza mógł rzeczywiście na tych najznamienitszych dworach europejskich przebywać i mieć posłuch u władców Hiszpanii czy Portugalii. W związku z tym ta teoria również natknęła nas do tego, żeby wyłuskać ten wątek i wskazać na możliwość taką, że rzeczywiście Krzysztof Kolumb ma polskie pochodzenie. Należy dodać, że w tym roku powstał zespół badaczy, którzy mieli wskazać, może nie jednoznacznie, ale przynajmniej wskazać po badaniach genetycznych na to, skąd Kolumb mógł pochodzić. Czekamy na wyniki tych badań. Miały się ukazać teraz, na dniach. W październiku miały się ukazać te badania.
Czekamy. Nic się nie ukazało. W związku z tym najprawdopodobniej dalej nic nie wiemy albo ta informacja niekoniecznie jest ciekawa z perspektywy historycznej. Ciekawa, czyli być może, że ta optyka, jeśli chodzi o pochodzenie Kolumba, dalej w interesie wielu ludzi ma pozostać niezmieniona. Jak będzie? Nie wiemy. My przedstawiliśmy jedną z lepiej udokumentowanych teorii i wydaje nam się, że warto o tym wspomnieć przy okazji jednego z ważniejszych projektów naszego wydawnictwa w tym roku. Staraliśmy się wejść w taki alians z jednym z najstarszych, najlepszych producentów rumów na świecie, z destylarnią Dictador z Kolumbii. To jest coś, co rzeczywiście nadaje dodatkowego smaczku tej historii i temu wydaniu. Nasze wydawnictwo stara się łączyć rynki kolekcjonerów, inwestorów z różnych światów.
Łączymy kolekcjonerów monet, medali z kolekcjonerami faksymile, inwestorów, którzy inwestują w srebro, w złoto z tymi, którzy kolekcjonują drogie pozycje wydawnicze, faksymilowe pozycje wydawnicze, w które inwestują pieniądze. Ten alians, który podjęliśmy z Dictadorem, zaowocował rzeczywiście wydaniem zestawu, który łączy w sobie oczywiście te pozycje faksymilowe, które wymieniliśmy przed chwilą, ale również butelkę unikalnego rumu, który jest niezwykłym blendem. Blendem ikonicznego 40-letniego rumu Dictadora. Niezwykłego w smaku, niezwykłego w barwie, w zapachu. To jest rzeczywiście arcydzieło, jeśli chodzi o rum. Został on zblendowany, i tutaj uwaga, z najstarszym odnalezionym rumem świata. To jest rum z 1870 roku. Rum Harewood. Rum, który powstał na Barbados, został następnie przywieziony do Wielkiej Brytanii i tam w piwnicach jednego z hrabstw któregoś pięknego dnia odnaleziono w czasie robienia inwentaryzacji piwnic czy win, które się tam znajdowały i przednich alkoholi, między innymi whisky, odnaleziono kilkadziesiąt butelek rumu, który wydatowano już bardzo specjalistycznymi metodami na rok 1870, co czyni z tego rumu najstarszy odnaleziony rum na świecie. Ten blend to jest blend unikalny.
Butelka rumu Dictadora, którą nazwaliśmy Iconic 1980 1870, czyli od dat powstania składników tego rumu, stanowi dodatkowy element w naszym zestawie, również certyfikowany notarialnie. Każda butelka jest oczywiście numerowana, każda posiada certyfikat notarialny i czyni to rzeczywiście z tego zestawu gratkę nie tylko dla kolekcjonerów faksymilów, bibliofilów, ale również dla kolekcjonerów rzadkich alkoholi. Kolekcjonerów i inwestorów, którzy inwestują pieniądze w rzadkie alkohole. Bardzo często zdarza się, że ci, którzy badają nasze faksymile czy spędzają czas na porównywaniu tekstów w starych manuskryptach, bardzo często robią to w towarzystwie szklaneczki przedniego trunku. To była nasza pierwotna koncepcja i to dało nam impuls do tego, żeby nawiązać ten niezwykły alians bardzo znanej, szanowanej destylarni na świecie z rynkiem faksymilowym, z rynkiem starych manuskryptów, z rynkiem kolekcjonerów tych manuskryptów. Owocem tego aliansu jest rzeczywiście unikalny zestaw w skali świata. Chyba pierwszy taki w ogóle kiedykolwiek w historii wydany. Jesteśmy dumni, że mogliśmy go zaprezentować po raz pierwszy w Polsce i że możemy o tym państwu dzisiaj opowiedzieć.
[02:56:58] - Zainteresowanie jest bardzo duże, co odczuliśmy już będąc w Emiratach Arabskich. Tam pokazywaliśmy oczywiście bez trunku sam zestaw faksymile. I faktycznie zainteresowanie jest bardzo duże, bo Arabowie kochają mapy. I faktycznie to spowodowało oblężenie w czasie targów w Abu Dhabi, gdzie zostaliśmy niemalże gościem honorowym. To spowodowało, że za chwileczkę zgłosiła się kolejna instytucja i mieliśmy okazję tydzień temu pokazać ten sam zestaw na kolejnych targach w Abu Dhabi. Tym razem targach poświęconych jeździectwu i sportom myśliwskim, ale też jachtowym, bo były też tam jachty i łodzie. Natomiast my przymierzamy się tak naprawdę do pierwszego pokazu w Polsce. Mamy już sporo zamówień na nasze zestawy złożonych przez naszych dotychczasowych klientów. Natomiast pierwszy pokaz planujemy na dzień rozpoczęcia imprezy targowej Targi Książki w Krakowie, gdzie po raz pierwszy zostanie on w Polsce pokazany. Ze względu na moce przerobowe, bo tutaj niestety musimy bardzo mocno to podkreślić, produkcyjne, czyli niemożność zrobienia wielu możliwości czy wielu elementów kolekcji jednocześnie.
My musimy też bardzo ostrożnie podchodzić do samej promocji. Nie chcemy, żeby nasi klienci czekali, aby ta kolejka była zbyt długa. Już w chwili obecnej klienci czekają na zamówione przez siebie zestawy, więc nie chcemy, aby zbyt dużo się to gromadziło. Dlatego jeszcze jesteśmy przed startem światowej premiery. Jeszcze dystrybutorzy, chociażby w Azji, która jest największym rynkiem tego typu produktów. Mówię tutaj o alkoholach kolekcjonerskich, inwestycyjnych. Oni jeszcze o tym produkcie nie wiedzą. Tak naprawdę trudno określić, jakie są jednoznaczne motywacje klientów. Mamy klientów takich, którzy zamawiają na przykład dwa zestawy naszych produktów. Jeden chcą sobie zostawić do własnej biblioteczki, a drugi kupują właśnie na inwestycję, czyli po to, aby można było kiedyś w przyszłości to sprzedać.
To jest dosyć istotny walor współpracy z naszą firmą, bo my opiekujemy się rynkiem wtórnym, czyli klient, który kupił coś inwestycyjnie w momencie, kiedy nakład zostanie wyczerpany. A stało się tak na przykład z Biblią Lutra, z niektórymi bibliami, które mieliśmy. Klienci, którzy teraz przychodzą i proszą nas o to, że chcieliby taki produkt zdobyć. My kontaktujemy się z naszymi dotychczasowymi klientami, wiedząc, że niektórzy z nich kupili inwestycyjnie i pośredniczymy w tej transakcji, w tej sprzedaży do nowego klienta. Więc to jest dosyć istotne, że my również bardzo mocno dbamy o klientów w procesie posprzedażowym. Dlatego też ci nasi klienci, którzy podchodzą do tego typu produktów jak nasze, jako produktów będących swego rodzaju inwestycją alternatywną, czują się z nami bezpiecznie i z nami bardzo ściśle współpracują. Mamy takich klientów, którzy biorą wszystko, co wyemitujemy. Naszym niespełnionym jeszcze marzeniem, ale wciąż marzeniem jest wydanie arcydzieła literatury średniowiecznej Polski. Pracujemy cały czas nad technologią, bo będzie to niezwykle skomplikowane zadanie. Chcielibyśmy wydać w przyszłości Psałterz floriański królowej Jadwigi.
Bezsprzecznie najpiękniejszy manuskrypt, jaki znajduje się w polskich zbiorach narodowych.
[03:00:27] - Warto byłoby dodać również dwie rzeczy, które są ciekawostką z perspektywy naszej tutaj w Europie. Tę kolekcję, o której mówiliśmy na początku, Seven Wonders of the Literature World, czyli Siedem cudów świata literatury, której częścią jest Kolumb i zestaw dokumentów Kolumba, przedstawiliśmy po raz pierwszy w Emiratach Arabskich. Ona weszła w skład takiej wystawy, którą proponowaliśmy miejscowym instytucjom, ale również instytucjom rządowym oczywiście. I stało się tak, że całą tą wystawą, oczywiście Kolumb jest bardzo atrakcyjną częścią tej wystawy, zainteresowało się Ministerstwo Edukacji Emiratów Arabskich, ponieważ my współpracujemy i z Ministerstwem Edukacji, i z Ministerstwem Kultury i Turystyki Emiratów Arabskich i Abu Dhabi. Ministerstwo Edukacji i minister edukacji zdecydowali o tym, że ta wystawa, te Siedem cudów świata literatury będzie prezentowana w szkołach i uczelniach Emiratów Arabskich. W tej chwili jesteśmy na etapie dogadywania szczegółów tej wystawy i cyklu prezentacji dla uczniów i studentów z Emiratów Arabskich. To jest powód do dumy, ponieważ rzeczywiście tam jest spory pierwiastek polskości w tych dziełach, które prezentujemy. A oprócz tego, ponieważ byliśmy również na otwarciu polskiego pawilonu Expo Dubai w ubiegłym tygodniu, jesteśmy zresztą partnerem polskiego pawilonu. W polskim pawilonie można zobaczyć w salach meetingowych jedno z naszych dzieł, czyli manuskrypt Rzewuskiego, ale również wyposażamy polski pawilon w elementy artystyczne. Z Expo ruszyliśmy na zaproszenie Ministerstwa Kultury do Arabii Saudyjskiej, do Rijadu.
Tam odbywały się w ubiegłym tygodniu największe dotychczas targi książki w Rijadzie. Byliśmy chyba jedynym wydawnictwem z Europy, takim core'owym wydawnictwem z Europy, które zajmuje się tego typu publikacjami. Zresztą to był nasz drugi raz w Arabii Saudyjskiej. Zainteresowaliśmy na tyle świat arabski i Ministerstwo Kultury Królestwa Arabii Saudyjskiej, że zorganizowano dla nas specjalne miejsce na targach, gdzie prezentowaliśmy manuskrypt Rzewuskiego. Natomiast Ministerstwo Kultury wyraziło chęć również, żeby przyjechać do Arabii Saudyjskiej z wystawą, z ekspozycją Seven Wonders, której częścią znowu przypomnę, jest Krzysztof Kolumb. Pewnie trudno nam będzie przemycić w cudzysłowie oczywiście przemycić zestaw z alkoholem. Czyli pokażemy same
[03:03:13] - Same faksymilia, ale to też dla nas powód do dumy. Jesteśmy chyba jedynym wydawnictwem na świecie, które dostąpiło takiego zaszczytu i które po raz kolejny dostało zaproszenie na udział w tych niezwykłych targach książki w Arabii Saudyjskiej. W kraju, który naprawdę otwiera się na świat i zmienia swoje oblicze. Tam się w tej chwili dzieje rzeczywiście rewolucja kulturalna. My to odczuwamy. Pierwszy raz byliśmy tam trzy lata temu. To jest nasz kolejny raz. Dla nas ogromna przyjemność, ogromna wartość i to jest chyba też powód do dumy polskiego wydawnictwa, jedynego takiego w tej części Europy, które z sukcesem, ściga się to chyba złe słowo, ale stanęło w szranki z największymi wydawnictwami faksymilowymi świata. Odnosimy swoje sukcesy i dzisiaj wydaje nam się, i to są głosy obiektywne, że jesteśmy jednym z najlepszych wydawnictw butikowych, niewielkich, ale topowych, jeśli chodzi o świat faksymile w Europie i na innych kontynentach.
[03:04:24] - Przyznacie państwo, że jak się słyszy o takich przedsięwzięciach, nawet związanych, cóż, ja się chyba nie wyrwę spod tego wpływu, ale tu nawet pewne wątki alkoholowe się pojawiały. Przyznacie państwo, że ten czar działania na różne zmysły jest zaiste... Ja w każdym razie składam wielki szacun. Wiecie państwo, to naprawdę wygląda, jakby powstało setki lat temu. Niesamowite, naprawdę niesamowite. Ale zgodnie ze zwyczajem naszej audycji robimy teraz ogromny przeskok i oddajemy głos. Zresztą zapowiadałem ten wykład już w zeszłym tygodniu. Oddajemy głos Jackowi Inglotowi. Człowieka państwo znacie. Na pewno niezwykle elokwentny.
Na pewno człowiek, który lubi prowokować. Uwielbiam po prostu to, jak on bez mrugnięcia okiem potrafi wpuszczać niektórych ludzi w dyskusję i świetnie się przy tym bawić. Potrafi bronić swoich poglądów, ale widzę też bardzo często, że prowokuje tak, jakby sprawdzał, w którą stronę pójdzie dyskusja i troszkę tak jakby oceniał, z kim ma do czynienia. Jeśli dyskusja idzie w durną stronę, to myślę, że Jacek wyciąga wnioski. To jest moja luźna interpretacja. Ja nie wiem, jak jest naprawdę. Nie traktujcie tego państwo jako sposób, taki modus operandi działania Jacka Inglota. To jest raczej moja interpretacja jego działań. Ale takie odnoszę wrażenie, że Jacek Inglot po prostu uwielbia niektórymi tezami prowokować. Uwielbia takie szpile wbijać.
I dzisiaj będzie miał okazję, bo dzisiaj to jest nagranie z Kapitularza z września tego roku 2022, kiedy to Jacek Inglot wygłosił prelekcję zatytułowaną „Koniec religii. Religia Star Wars. Gwiezdne wojny”. Cóż, ja państwu tego nie streszczę. Musicie tego państwo wysłuchać, jeśli w ogóle temat was interesuje, ale zaręczam, że warto. Zapraszam.
[03:07:06] - Ja lubię punktualność. Punktualność jest notą królów, a obowiązkiem maluczkich.
[03:07:13] - Bym ci dał radę nie pukać.
[03:07:14] - A ja lubię takie belferskie pukanie w biurko. Jak byłem belfrem, to jedyna rzecz, jaka mi się podobała w szkole, to że mogłem sobie w biurko pokukać przy uczniach.
[03:07:26] - No to tutaj.
[03:07:28] - Nie tu nie mogę, bo mi Żelkowski zabronił.
[03:07:31] - Wiedziałem, że się stukało uczniami na ławkach sobie to zamiast braw.
[03:07:38] - Aha, a to takie bardzo staroświeckie. Tego już się chyba nie robi.
[03:07:42] - Robiło się tak.
[03:07:43] - Ale towarzysz Stalin to by raczej tego nie preferował. On lubił jak mu tam małacy bili brawo i to nawet 15 minut.
[03:07:52] - Towarzysz Stalin to był ten dosyć pochwalony.
[03:07:57] - To znaczy?
[03:07:58] - No jak to właśnie Stalin sobie przemawia, nagle słychać gdzieś z tyłu, prawda? Kto to zrobił? Cisza na sali. Pierwszy szereg rozstrzelać. Padło wojsko, zabrało pierwszy szereg. Słychać strzały. Pytam ponownie, kto to zrobił. Dalej cisza. Drugi szereg rozstrzelać. Wojsko wpadło, strzelało.
Ponownie pytam, kto to zrobił? Jakiś tam z tyłu dziadek 80-letni: ja, towarzyszu. Na zdrowie dziadku.
[03:08:31] - Tak. To był dowcip w stylu Stalina. Tak, ten człowiek miał naprawdę przewrotne poczucie humoru, co wielu zauważa. Potrafił na przykład swoich największych zwolenników wysyłać do łagrów i trzymać zarazem przy życiu swoich największych wrogów, na przykład tego autora „Doktora Żywago”, Pasternaka Borysa bodajże, o którym wiedział, że jest to wróg systemu, a mimo to zasadniczo nic mu się nie stało. Pasternak nawet się nie otarł o łagry, a raz nawet Stalin do niego wykonał osobiście telefon z pytaniem o Mandelsztama, czy to wielki poeta. Pasternak potwierdził, że wielki poeta. W związku z tym Mandelsztam poleciał do łagru w nagrodę.
[03:09:24] - Za wielkość poetycką, 10 lat Workudy, proszę państwa. Rosja taka była i taka została. Ale nie o Rosji będziemy mówić, bo Rosja na szczęście to nie jest wszystko i nie jest to jedyny problem. O Rosji było wczoraj. Kto był wczoraj, to doznał już oświecenia na temat ogólnego końca świata. I od razu chcę uprzedzić, jak ktoś będzie na innych moich prelekcjach, niech przyjmie tę tragiczną świadomość, że będę już pierdzielił do końca życia o końcu świata we wszystkich możliwych aspektach. Jest to mój konik, moje szaleństwo i już się nie wyleczę.
[03:10:06] - Może kiedyś nastąpi przełom.
[03:10:08] - Nawet mi Staniewski nie znajdzie takiego psychiatry, który mnie z tego wyleczy.
[03:10:11] - Tak jak święty Paweł na drodze do Damaszku.
[03:10:13] - Będziemy mówić o końcu religii. Panie Staniewski, nie wiem, czy pan jesteś katolik, czy protestant, czy rodzimowierca. Tutaj się akurat zajmiemy religią chrześcijańską jako religią dominującą. Jak z kolegami się zastanawialiśmy jeszcze w latach 80., gdzie już w kościach się czuło koniec komunizmu, kiedy zastanawialiśmy się nad tym, co będzie po komunizmie, bo wiedzieliśmy, że to pierdyknie, to nie ma możliwości, żeby nie pierdyknąć. A od roku '85, '86 zwłaszcza, jak już wyskoczył Gorbaczow z tą własnością, to już było oczywiste, że jak system się zaczyna reformować, to znaczy, że będzie zaraz koniec. I co dalej? Była taka modna wśród politologów teza, że wiek XX będzie końcem wieku ideologii, że wielkie ideologie się skompromitowały. Na początku skompromitował się faszyzm, wyrodziwszy się w nazizm i zaowocowawszy gigantycznymi zbrodniami. I po padliśmy. Drugą wielką ideologią XX wieku był komunizm, który rozleciał się w latach 80.
czy też na przełomie lat 80., a ideologicznie murszał znacznie wcześniej. Ja podejrzewam głęboko, że na dwa miliony członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej to wierzących komunistów może było 10 000. Takich prawdziwie wierzących. I też nie wiem, czy nie przesadzam z tą liczbą. Także to już wcześniej murszało. No i co dalej? Taka modna teza krążyła, że wiek XXI, który już migotał nam na horyzoncie, to będzie wiek religii. Skoro odejdą ideologie, to religia wypełni pustkę myślową, można by powiedzieć, pustkę mentalną po wielkich ideologiach.
[03:12:22] - Religia to nie jest ideologia?
[03:12:25] - Staniewski, przybliż się. Powiedzmy, że nie jest jednak. Albo że jest ideologią inaczej. Można by powiedzieć, że przynajmniej przejściowo tak się stało. To zwłaszcza widać dość spektakularnie w Polsce, że po upadku komunizmu, po roku '89 rola Kościoła katolickiego i to we wszystkich wymiarach życia społecznego i gospodarczego, jakiego tam chcecie, gwałtownie wzrosła. Do tego stopnia, że w latach 90. Polaków, ludzi określających się jako osoby wierzące, to było chyba 93% czy coś takiego. Powyżej 90%.
[03:13:20] - Except.
[03:13:20] - Except Staniewski. Staniewski się nie zadeklarował. Wtedy on był w tych 7% bezbożników.
[03:13:24] - Ja jestem tylko niesinformowany.
[03:13:28] - Tak jak my wszyscy, proszę pana. Właśnie o tym też będzie.
[03:13:32] - Ale jestem ateistą.
[03:13:33] - I proszę państwa, wydawałoby się, że jest wszystko jasne. Zarazem w latach 90. mieliśmy straszliwą modę na New Age, o której jeszcze powiem i wydawałoby się, że jeśli nawet nie chrześcijaństwo, bo nie każdemu przecież pasuje do końca i tak dalej, to ta cała paleta ruchów newage'owych dla całej reszty i to religia, i to religia. I w związku z tym XXI wiek będzie wiekiem religii. I tutaj chrześcijaństwo, Kościół katolicki jako ten pogromca komunizmu wysuwał się na plan pierwszy. I proszę państwa, to, co się dzieje ostatnio, zwłaszcza w ostatnich latach, od można by powiedzieć, tego momentu triumfu Kościoła, czyli od lat 2000, zauważamy jakiś taki proces wybitnie niepokojący i możemy wręcz powiedzieć, że Kościół katolicki znajduje się w głębokim kryzysie. Czyli ten zwycięzca komunizmu, ten, który miał ideowo nam zastąpić ideologię komunistyczną, jest w potężnym kryzysie. Chyba największym od czasów Lutra, ale być może w ogóle w swoich dziejach. Ja się zastanawiam, czy to nie jest największy kryzys chrześcijaństwa w jego dwutysięcznych dziejach. I ten kryzys pociąga oczywiście za sobą też inne Kościoły, choć możemy powiedzieć, że wyznania protestanckie mają się jednak nieco lepiej.
Nie słyszymy o zapaści kościołów protestanckich, choć to też różnie wygląda, bo Kościół anglikański też się zapada. Ludzie odchodzą od Kościoła katolickiego i nie słychać, żeby zasilali szeroką falą Kościoły protestanckie jako te dobre. Można by powiedzieć, że Kościół katolicki jako ten największy okręt flagowy chrześcijaństwa Ciągnie za sobą całą resztę floty na podobieństwo krążownika Moskwa, który jak wiadomo, pociągnął. Jest tam jeszcze jakaś flota czarnomorska, ale się kompletnie nie liczy. Okazuje się, że Moskwa to była główna siła. Bez Moskwy ni ma Moskwy.
[03:15:51] - Proszę.
[03:15:51] - Proszę. I co dalej? Co dalej to nie mogę przeczytać, bo mam złe okulary. Kurczę, co za dziadostwo, że człowiek już musiał mieć okulary do czytania. Proszę państwa, ta sytuacja poniekąd przypomina sytuację, która zaistniała we wczesnych wiekach chrześcijaństwa, kiedy obumierało pogaństwo. Mieliśmy właśnie sytuację taką, że pogaństwo umierało, obumierało też w sferze duchowej. Całe to wielobóstwo było coraz bardziej nonsensowne, coraz bardziej niedorzeczne. Ten świat antyczny był ogarnięty właśnie niepokojem i kryzysem. Polecam książkę Gibbona „Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego”, bardzo pouczająca. I w tę pustkę, w ten rozpad wkraczało właśnie chrześcijaństwo, co tłumaczy jego fenomenalny wówczas sukces.
Gibbon to tłumaczy tak, że ludzie koniecznie w coś muszą wierzyć, inaczej bowiem szaleją. Tak to ujął po prostu. Czyli wiara jako antidotum, jako odtrutka, jako konstrukt, który chroni człowieka przed szaleństwem. Jest to jakaś taka poręczna definicja. W każdym razie wówczas rosnący Kościół katolicki ocalał tych pogan od tej duchowej pustki, od tego szaleństwa świata na zewnątrz. I on był tą siłą, która niejako pożarła pogaństwo, w sensie wręcz dosłownym, bo od edyktu o tolerancji. To był edykt o tolerancji wydany przez Konstantyna Wielkiego. Proszę sobie wyobrazić, że katolicy tę tolerancję zrozumieli w ten sposób, że się w wielu miejscach cesarstwa zaczęło prześladowanie pogań, palenie świątyń pogańskich po ogłoszeniu słynnego edyktu tolerancyjnego. Tam nie było ani słowa, że chrześcijanom wolno teraz robić z poganami, co się chce, a prześladowania pogaństwa praktycznie zaczęły się, można by powiedzieć, wręcz nazajutrz po decyzji Konstantyna. W tej chwili mamy sytuację, gdzie doszło do oczekiwanej, nieoczekiwanej, to zależy, jak na to spojrzeć, zamiany miejsc.
Mianowicie to Kościół katolicki staje się czy stał się siewcą duchowej pustki, zwłaszcza wśród młodego pokolenia, które jak wiemy, sekularyzuje się z prędkością światła. To widać gołym okiem nawet w tym katolickim kraju naszym, który był 30 lat temu w 93% katolickim i w tymże kraju po 30 latach, zwłaszcza w dużych miastach, to jest proces lawinowy. Jak tylko młodzież się może wypisać z lekcji religii, bo to trzeba chyba mieć pełne 18, to się natychmiast wypisują. W klasach maturalnych w dużych miastach zostaje na religii 30% z pierwotnego składu. Co więcej, rodzice, bo rodzice też mogą wypisać z lekcji religii, wypisują też swoje dzieci masowo, na co jaśnie oświecony minister Czarnek zareagował tym, że religia i etyka będą obowiązkowe. Religia albo etyka. I uwaga etyki będą uczyć katecheci, którzy się uczą etyki na kolegiach utworzonych przez Instytut Ordo Iuris. Cieszycie się? Oczywiście pomoże im to tak, jak komuchom pomogły kursy partyjne dla swoich różnych ideologów. Ja pamiętam, że w liceum ja, koledzy, koleżanki byliśmy indoktrynowani na różne sposoby przez tamtejszych czerwonych czarnków i nic to nie dało.
Po prostu spływało to po nas jak woda po kaczce. Więc to nie jest ta droga. Co więcej, nawet tacy publicyści katoliccy, bardzo wierzący, bijący się w pierś szeroko jak nadpapież Terlikowski. Ja go nadpapieżem nazywam, bo on jest mądrzejszy od papieża. Nadpapież Terlikowski pisze wręcz otwartym tekstem o irlandzkiej drodze Kościoła i mówi wręcz, że za 20 lat to z Kościoła zostanie jakiś taki ogryzek, jakaś taka sekta paromilionowa. A jak już oni zaczynają to mówić otwartym tekstem, oczywiście ci bardziej światli z nich, to żeby było śmieszniej mówią to świeccy związani z Kościołem, świeccy chrześcijanie. Żaden biskup tego nie mówi, bo być może jest to też kwestia perspektywy. Czyli żyjemy w świecie, gdzie nauki Kościoła zaczynają być powszechnie odrzucane, co powoduje, że jak coś wyrzucimy, to zostaje co, panie Staniewski? Pustka duchowa zostaje. Ty też odczuwasz tę duchową pustkę, aczkolwiek się do niej nie przyznajesz.
Ale niektórzy się przyznają. I powiedzmy sobie szczerze taka duchowa pustka nie jest opcją dla każdego. Staniewski sobie daje tutaj z nią radę, ale większość z nas, jak powiada Gibbon, musi koniecznie w coś wierzyć, bo inaczej może dostać szmergla. Potrzebny jest Staniewski nowy wypełniacz, bo jak się wylało jedno, to trzeba napełnić czymś innym. I tak jak w roli pogaństwa następcy pogaństwa wystąpiło z sukcesem chrześcijaństwo, zaznaczam, prawie dwa tysiące lat temu. Tak teraz możemy zakładać, że chrześcijaństwo też zostanie czymś zastąpione i że czeka nas w tej chwili epoka religii, nazwijmy ją na wstępie X. Co nią zostanie? Co będzie religią przyszłości, czyli religią powiedzmy X. U schyłku ubiegłego wieku wydawało się, po rozkwicie tych kultów newage'owych, że to właśnie te synkretyczne kulty przejmą schedę po chrześcijaństwie. Co więcej, newage'owcy sami głosili, że to już jest po chrześcijaństwie, że era Ryb się kończy.
Tutaj oni są Age of Aquarium, czyli ta era Wodnika i zaraz pozamiatają. Lata 90. minęły, minęła moda na New Age i w tej chwili z tego New Age'u i tych buńczucznych zapowiedzi powiedzmy sobie niewiele zostało. New Age jest częścią popkultury, ewentualnie folkloru miejskiego. W każdym razie okazał się bardziej modą niż żywotnym ruchem religijnym, duchowym i tak dalej. Wydawało się przez moment, że może islam, ponieważ islam ma bardzo istotną zaletę, gdyż jest to religia o bardzo nieskomplikowanej, wręcz prostackiej teologii, co powiedzmy sobie szczerze, w naszych czasach nastawionych na uproszczoną informację jest dość istotną zaletą i atrakcją dla całkiem sporych rzeszy Europejczyków, zwłaszcza tych bardziej damoniomaty. Ale wydaje się, że jednak islam nie ma szans na większy sukces poza jakimiś wąskimi grupami osobników nastawionych na jakąś dziwną przygodę z nim. Po pierwsze ma niewzruszoną ortodoksję i surowe zasady, zwłaszcza szariat. To prawo obyczajowe uznawane przez większość islamu jest wyjątkowo przykre. I one, powiedzmy sobie szczerze tak na zdrowy rozum, to, co głosi islam, to, co praktykuje islam, to się ma nijak do tego, co idzie przez Europę i też z sukcesem się już zaczyna przetaczać przez nasz kraj, czyli rozluźnienie obyczajowe młodzieży.
To właśnie profesor Roszkowski w hicie-kicie grzmi, że to właśnie młodzież się rozluźniła i trzeba ją z powrotem związać, żeby się tak już nie rozluźniała. Oczywiście chodzi też o związane z tym rozluźnieniem ruchy LGBTQ++CCC i tym podobne rzeczy. I to wszystko towarzyszy oczywiście dechrystianizacji, jest jej skutkiem, przyczyną. To niech Terlikowski się w to bawi. Nas powinno raczej zajmować to, że to się ma nijak do zasad islamu. Co więcej, na zdrowy rozum należałoby oczekiwać konfrontacji islamu z tą właśnie tęczowo-wolnościową falą, tęczowo-liberalną falą. Moim zdaniem pierwszą jaskółką, pewnie nie zwróciliście na to uwagi, ale wiosną przez moment zaistniał taki news, że islamski ekstremista podłożył bombę, zaatakował klub gejowski. Już nie pamiętam, czy bombę podłożył, czy wpadł tam z pistoletem. W Oslo było i to się zdarzyło. To przeleciało oczywiście migiem.
A ja się zastanawiam, czy to nie jest pierwsza jaskółka. Bo proszę państwa, religia Mahometa nie pozwala na swobodną realizację potrzeb jednostki, a to jest istotą tej nowej rewolucji, że po prostu jestem, kim chcę. Nie obowiązują mnie żadne reguły. Realizuję wewnętrzne potrzeby bez zwracania uwagi na jakiekolwiek konwencje kulturowe, w których do tej pory funkcjonowałem ja, moje środowisko, mój naród, moje społeczeństwo, mój kontynent. Przeciwnie, islam głosi coś przeciwnego. Islam ujmuje potrzeby w żelazne reguły. Można je spełniać tylko w zgodzie z regułami określonymi tak w islamie, jak w szariacie i przekroczenie tych reguł owocuje bardzo surowymi konsekwencjami, zwłaszcza z tym szariatem, ze śmiercią włącznie. Apostazja w islamie jest karana śmiercią. Seks pozamałżeński też się może skończyć śmiercią, zwłaszcza dla kobiety. Te zbrodnie honorowe polegające na kamienowaniu niewiernych córek i tak dalej.
[03:26:18] - W islamie tylko w niektórych krajach islamskich.
[03:26:22] - Ale w chrześcijaństwie to się nie zdarza. Wyobraź pan sobie. Cokolwiek byśmy złego o chrześcijaństwie nie powiedzieli, kamienowanie należy jednak w tej religii do historii, a jak zauważyłeś słusznie, w wielu krajach islamu jest normą życia codziennego. I to oczywiście także wywodząca się z islamu krwawa idea dżihadu też raczej odstręcza szeroką publiczność na Zachodzie niż zachęca. I powiedzmy sobie dla laicyzującej się i chcącej żyć na luzie młodzieży, czyli głównej klienteli potencjalnej religii X, bo przecież ci starzy raczej się na nią nie nawrócą i umrą sobie spokojnie w Panu. Ale tu chodzi głównie właśnie o młodzież. To po prostu jest żadna alternatywa, bo oni nie po to odrzucają normy narzucane przez chrześcijaństwo, zwłaszcza obyczajowe, żeby przyjąć znacznie bardziej opresyjne normy islamu. W związku z powyższym islam raczej nie zostanie następcą chrześcijaństwa, bo jest w kontrze do tego głównego nurtu kulturowego, który zamiatając chrześcijaństwo, zarazem jest w głębokiej niezgodzie z islamem. Pytanie, co będzie religią X, którą świat Zachodu przyjmie po ostatecznym załamaniu się chrześcijaństwa? Moim zdaniem, i to głoszę, wielką szansę na objęcie schedy po chrześcijaństwie ma niezmiennie modny od dekad twór popkultury, a właściwie element tego tworu.
Myślę oczywiście o uniwersum „Gwiezdnych Wojen”, a dokładniej chodzi mi o religię rycerzy Jedi, którą nazywam w spolszczeniu jedizmem. Nazywa się to różnie: jedaizmem, jedizmem i tak dalej. W Internecie spotkałem różne formy. Ja to nazywam jedizmem, spolszczając całkowicie i literując to. Nie wiem, jak to będzie ostatecznie nazwane. A jak?
[03:28:30] - Czy Imperator dostanie nowego miecza?
[03:28:33] - Zaraz, niech pan nie wybiega do przodu, bo to jest na piątej stronie referatu. Nazwijmy to, że chodzi mi o jedizm. Jest to, jak wiadomo, religia wymyślona na potrzeby scenariusza filmowego, co nie przeszkadza jej zdobywać coraz liczniejszą rzeszę wyznawców. W związku z tym zadajmy sobie pytanie: czy popkulturowy mit stworzony przez George'a Lucasa, on za to odpowiada, za ten konstrukt myślowy, ma szansę zastąpić mity zrodzone w starożytności? Powiedzmy sobie szczerze: skoro zastąpiliśmy kulturę popkulturą, to jest rzeczą logiczną, żeby zastąpić religię popreligią. Nie widzę tu żadnej wady w tym rozumowaniu. Nie wiem, co by na to Terlikowski powiedział. Proszę państwa, mówię to, co mówię, ponieważ moc rośnie w moc, bo to jest naprawdę wielki kulturowy fenomen, te „Gwiezdne wojny”. To rzecz, która już dawno wyszła spoza filmu. Ten fenomen trwa niezmiennie od połowy lat 60.
To jest chyba najdłużej trwający i tak potężny fenomen kulturowy w dziejach kultury, a w dziejach popkultury na pewno.
[03:29:56] - W latach 60. to przesadzam od „Gwiezdnych wojen”. To 1977 rok.
[03:30:00] - Pierwszy film to jest odpalenie tego. I jak odpaliło, tak płonie dalej. Będziemy mieli czterdzieści parę lat, tak? Jest to uniwersum w nieustannej fazie rozwoju, pragnę zwrócić uwagę, ponieważ cały czas wychodzą nowe książki. Są już setki książek o „Gwiezdnych wojnach”, gry komputerowe, filmy, seriale, gadżety, konwenty i co tam tylko chcecie. Cały ruch fanowski, który wokół tego cały czas rośnie. Właściwie można cały dzionek nic nie robić, tylko czytać, oglądać, grać w GW i jeszcze się potem poudzielać na forach internetowych im poświęconych. To świadczy o tym, jak to jest silne, jak to jest żywotne, jak to jest atrakcyjne. Co więcej, od pewnego czasu zjawisko to zaczęło, właśnie w formie tego jedizmu, przybierać wymiar kultowy, ale już w znaczeniu bardziej religioznawczym, czyli w sensie pewnego rodzaju religii. Świadczą o tym newsy prasowe, które się co jakiś czas pojawiają o tej religii rycerzy Jedi, czy też o tym jediźmie, jediizmie, jedaizmie, czy jak to zwał.
Zjawisko się rozszerza i silne jest zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, bo tam istnieje ruch nie tyle fanów, tak jak u nas, tam już to jest wszystko zorganizowane w świątynie i zakony. Te grupy są bardzo aktywne i ludzie ci piszą książki rozwijające teologię Mocy, prowadzą obrzędy, oferują szkolenia, które obejmują 10 stopni wtajemniczenia. Zjawisko tego jedizmu funkcjonuje w różnych środowiskach i nawet dotknęło policję, zwłaszcza szkocką, bo natknąłem się na taką notę sprzed kilkunastu lat, że ośmiu policjantów w jednym z oddziałów szkockiej policji przyznało się, że jest wyznawcami religii Jedi. A jak jeszcze sprawdzili do końca ankiety, to okazało się, że dwóch cywilnych pracowników też. Czyli w sumie ich się tam 10 znalazło i w aktach osobowych, gdzie trzeba zaznaczyć religię, oni wpisali po prostu Jedi. Wpisali i zadowoleni z życia.
[03:32:34] - To ma związek z tym, co działo się w Australii.
[03:32:38] - To w następnym akapicie, kolego. W świetle brytyjskiego prawa jednak nie są żadnymi wyznawcami, ponieważ tam Kościół nie został zarejestrowany, mimo że próbowali zarejestrować wyznanie. Władze brytyjskie chyba w 2017 się nie zgodziły, ale jestem przekonany, że oni nie ustaną w wysiłkach. Oczywiście na tego typu zachowania czy akcesy mają wpływ publikacje, w sensie premier filmowych, kolejnych części sagi. Do prawdziwej eksplozji, tutaj kolega wspomina o tym zjawisku, doszło w 2001 roku po sukcesie kolejnej edycji filmu. Chodziło o „Przebudzenie mocy”. I wtedy w Anglii, w Wielkiej Brytanii w ogóle, przeprowadzono spis powszechny i, proszę państwa, ową religię Jedi w rubrykach wpisało 290 000 mieszkańców Anglii i Walii oraz 14 000 Szkotów. Czyli w sumie w Wielkiej Brytanii przeszło 400 000 by się ich zebrało. Oczywiście należy się zastanowić, czy to były poważne deklaracje, czy sobie nie robili jaj. Zwłaszcza że wcześniej były podobne zjawiska i po mailowej kampanii w internecie namawiającej do dokonania odpowiedniego wpisu w urzędowym formularzu w innych krajach anglosaskich podczas spisów powszechnych doszło do tego, że ów jedizm w Australii zadeklarowało 70 000 osób, w Nowej Zelandii 53 000, a widocznie w sceptycznej Kanadzie tylko 20 000.
Potem rzecz się przeniosła do Wielkiej Brytanii i już był huczek wokół tego i być może ludzie zareagowali troszeczkę na zasadzie stadnej. Ale jeżeli to nawet moda była w pierwszym momencie, to ona się okazała dość trwała, ponieważ ten ruch dalej się rozwijał. Być może już nie w takich masowych liczbach, ale w 2008 roku brytyjskie media doniosły o dwóch braciach, zwali się Dameyu i Danielu Jonesie, którzy otworzyli pierwszy na wyspach kościół wyznawców Jedi. Przybrali na wzór postaci z „Gwiezdnych wojen” odpowiednie imiona. Damey się nazwał Jon Ba Hehol, a jego 20-letni brat został Mordą Heholem. Tak w internecie napisali. Ulokowali kościół na działce w pobliżu swojego domu w Anglesey. Z tego, co wiem, czytałem o nich, działają do tej pory. Daniel uważa się za główny autorytet w kwestiach teologicznych, wydaje książki objaśniające różne tajniki mocy, udziela się medialnie i tak dalej, i jakiś ruch wokół tego kościoła jest. Proszę państwa, rzecz przeszła też na wschód, czyli do nas.
Okazało się całkiem niedawno, bo w 2011 roku, że wyznawców jedizmu w Czechach jest więcej niż Romów, ponieważ wedle wyników urządzonego spisu zwolennikami filozofii czy też wiary rycerzy Jedi uznało się 15 070 mieszkańców Czech, a Romów akurat jest tam 13 150. Przynajmniej tyle się wpisało do ankiet. Najwięcej rycerzy Jedi jest w Pradze, proszę państwa: 3977, prawie 4000. Zatem pierwsze kroki zostały tam poczynione. W Polsce, ale to są też wyniki z 2011 roku, słabiej. Dlatego, że przynależność do wyznawców Mocy zgłosiło 1343 osoby. Powiem szczerze, że jak na najbardziej katolicki kraj Europy to całkiem nawet sporo. Trzy lata wcześniej, choć z drugiej strony oczywiście mało w porównaniu choćby z Czechami, który jest narodem cztery razy mniej licznym, tak na oko, doszło do pewnego incydentu na jednej ze stron poświęconych „Gwiezdnym wojnom”. Na tej stroniczce osobnik posługujący się nickiem Darth Kamil zamieścił wpis proponujący założenie polskiego kościoła Jedi, ale jego wezwanie, sądząc po komentarzach pod wpisem, których nie było dużo, a te, które były, to były dość sceptyczne, nie spotkało się z entuzjazmem i chyba się nikt do tego kościoła specjalnie nie zapisał. Ale proszę państwa, od tego czasu, jak wiemy, sytuacja zmieniła się mocno, a może i diametralnie.
Na wyniki najnowszego spisu w kwestiach religijnych musimy poczekać do września 2023 roku. Przypominam, był niedawno spis powszechny w zeszłym roku. Być może czekają nas niespodzianki w tym spisie. Ja tam się wpisałem jako bezwyznaniowiec. Religia Jedi została uznana tylko i wyłącznie w USA, ale jak wiadomo, co w Ameryce wymyślą, to reszta świata prędzej czy później pokocha. Z „Gwiezdnymi wojnami” jako popkulturowym fenomenem poszło jak z płatka. Podbili świat od brzega do brzega. No właśnie, dlaczego religia rycerzy Jedi czy też jedizm ma szansę? Dlatego ma szansę, ponieważ my potrzebujemy opowieści o bohaterze. Istota ludzka posiada tę egzystencjalną właściwość, że musi funkcjonować w kulturze, musi być osadzona, jej funkcjonowanie musi być osadzone w kulturze.
Tym się różnimy od zwierząt. Przypominam: zwierzęta nie mają żadnej kultury, nawet rudymentów.
[03:39:10] - Koty mają.
[03:39:16] - Będziesz pierwszym fanem na tym konwencie, który wyleci stąd przez okno. I ten konwent przejdzie do historii. Przyczynisz się do tego. Nie słuchać, proszę, tych bredni tego tutaj. A to, że funkcjonujemy w kulturze, że musimy funkcjonować w kulturze, bo inaczej będziemy zwierzętami, jeżeli Staniewski chce być zwierzęciem, to jest jego indywidualna sprawa, to oznacza to, że musi istnieć uniwersum wartości określanych przez systemy mitologiczne, bo kultura musi mieć jakiś konstrukt myślowy, na którym będzie oparta Bez tego po prostu nie ma kultury. Problem polega na tym, że już od dłuższego czasu dochodzi do dezaktualizacji starych systemów mitologicznych. W tym momencie chrześcijaństwa, oczywiście nie pogaństwa, które już dawno się zdezaktualizowało, i dotyczy to oczywiście cywilizacji Zachodu i to konstatuje od bardzo wielu lat, właściwie od dekad, badacze i antropolodzy kultury. Powołam się tutaj na jednego z najsławniejszych, czyli Johna Campbella, autora monumentalnych monografii „Bohater o tysiącu twarzy”. Ja się odwołam do „Potęgi mitu”, gdzie on się zajmuje funkcjonowaniem mitów we współczesnych społeczeństwach. „Potęga mitu” wyszła w połowie lat 80.
już po zaistnieniu fenomenu „Gwiezdnych wojen”. I tam o tym jest dużo. Campbell o tym mówi dużo, o „Gwiezdnych wojnach”. To jest zapis wywiadów przeprowadzonych z Campbellem na farmie Skywalker właśnie, gdzie on gościł i ekipa telewizyjna go nagrała i z tego potem powstała książka „Potęga mitu”, z zapisu tych rozmów z Campbellem. Campbell zauważał, że rytuał dotychczasowy, on cały czas się odnosi do chrześcijaństwa, staje się coraz bardziej pusty i nic nieznaczący, a kościoły pustoszeją. Mówił to w Ameryce w połowie lat 80. Wprost stwierdził, cytuję: „Rytuał utracił swoją siłę. Obrzęd, który kiedyś przekazywał jakieś treści wewnętrzne, dzisiaj jest już tylko formą. I jest tak zarówno w dziedzinie obrzędów społecznych, jak i tych osobistych, dotyczących małżeństwa i religii”. Potem stwierdza, że człowiek, żeby istnieć w przestrzeni kulturowej, czyli żeby poniekąd świadomie istnieć w ogóle, potrzebuje mitu jako struktury porządkującej systemu odniesienia wobec świata.
Campbell: „Mit otwiera świat na wymiar tajemnicy, na zrozumienie, że ta tajemnica leży u podłoża wszelkich form. Jeśli tracisz ten wymiar, tracisz mitologię”. To zawarta myśl w „Potędze mitu”. A to jest właśnie przypadek cywilizacji Zachodu, która traci swoje mity i rytuały, co ładnie się dziś nazywa sekularyzacją i się dopełnia nawet w arcykatolickiej Polsce. Campbell zauważa też, i tu już przypominam, że połowa lat 80., coś, co być może już wszyscy sobie poniekąd mniej lub bardziej świadomie uświadamiamy. Zauważa, że mitologia, którą mamy na Zachodzie, oparta jest na Biblii, a więc na światopoglądzie z pierwszego tysiąclecia przed naszą erą. Nie zgadza się on z naszym wyobrażeniem o wszechświecie ani z naszym pojęciem godności człowieka. Przynależy do zupełnie innego świata. Tak jakbym słuchał jakiegoś tęczowego działacza, bo to mniej więcej byłaby jego argumentacja. Nie opowiada się oczywiście po żadnej ideologii.
On po prostu stwierdza jako antropolog stan świadomości społecznej i stan świadomości religijnej w danym momencie, który uchwycił. I to przypominam, są to cały czas ekspertyzy z połowy lat 80. I ta ekspertyza tylko zyskała na aktualności, bo już kilkadziesiąt lat temu ogłoszono otwartym tekstem, że chrześcijaństwo jest kompletnie démodé albo i passé, nie przystaje do współczesności, co obecnie staje się, jak wspomniałem, coraz powszechniejszym poglądem. Zatem potrzebujemy jako cywilizacja nowej mitologii, bo bez niej świat się rozpadnie, jak rozleciał się pogański Rzym zwątpiwszy w swoich bogów. To też mówi Campbell. Jego zdaniem źródłem nowej mitologii dla zachodniego świata może być popkultura i jej wytwory. Campbell wprost wskazuje na „Gwiezdne wojny” Lucasa jako nową propozycję mitu o bohaterze. Chodzi mu o Luke'a Skywalkera, a nie jakiegoś tam Dartha Vadera. Luke Skywalker ma być tym bohaterem, bo musi być pozytywny, bohater niosący pozytywne wartości, który walcząc z siłami zła dąży ku swemu przeznaczeniu jak niegdyś Gilgamesz, Herakles, Achilles, Roland. Czyli on jest kolejnym wielkim bohaterem.
Luke Skywalker jako następca Jezusa Chrystusa? Nie śmiej się, obyś nie śmiał się ostatni. Moim zdaniem religią przyciągającą adeptów do nowej wiary jest niewątpliwie teologiczna prostota koncepcji Mocy. Co ważne w epoce maksymalnego upraszczania wszystkiego, bo co się da, to ma być przyjazne użytkownikowi, a chrześcijaństwo na pewno nie jest przyjazne użytkownikowi, a jeszcze mniej islam. A jeśli chodzi o jedizm, no proszę. Przede wszystkim jest to religia dość ogólnikowo określona, bo podstawowe jej zasady zostały już określone w pierwszym filmie i to się da streścić w kilku zdaniach. Moc, zgodnie ze słowami Obi-Wana Kenobiego wypowiedzianymi do głównego bohatera, czyli naszego Luke'a, jest polem energii żywych istot, która nas otacza i przenika i spaja galaktykę w jedną całość. Dlaczego tylko jedną galaktykę? Galaktyk to mamy od groma. Ale mniejsza z tym.
Poza tym pojawia się wzmianka o tym, że Moc posiada swoją ciemną stronę, której Jedi się powinni strzec. Jest również stwierdzenie, że człowiek tego Zachodu powinien kontrolować Moc przez niego przechodzącą. No i mamy tam, pamiętamy dwie scenki, gdzie demonstruje się nam w praktyce Moc. Ciemną stronę Mocy pokazuje nam tutaj Darth Vader, którego fana mamy. Ja sam też jestem fanem Dartha Vadera, bardzo sympatyczny człowiek. I ten Darth Vader, jak wiemy, na odległość dusi oficera, który mu podpadł i ten oficer, on tam tylko robi coś takiego i ten oficer umiera. Słyszymy, jak mu chrupie chrząstka Drugim przykładem jest bohater pozytywny Obi-Wan Kenobi, który potęgą Mocy skłania patrol gwardzistów, żeby nie reagowali, po co przybyli do tego miasta. Tylko wpływa na tok myślenia dowódcy gwardii, którym pozwala przejechać bez względnych pytań. Także mistrz Yoda wrzuca w kolejnych filmach swoje trzy grosze. Poza tym wiadomo, że prawdziwy rycerz Jedi używa Mocy, by zgłębić wiedzę.
Stosuje ją do obrony, nigdy do ataku. Yoda mówi tak: „Moc tworzy życie, sprawia, że wzrasta. To energia otaczająca nas i łącząca nas. My również jesteśmy jej częścią. Jedi musi ją odnaleźć. Wiara w Moc zapewnia sukces. Sama Moc pozwala również zobaczyć inne miejsca, przyszłość i przeszłość”. Mniej więcej tyle o tym nowym bogu można się dowiedzieć z filmów. Do tego dochodzą jeszcze różne powiedzonka Yody, na przykład: „Rób albo nie rób, prób nie ma” i tak dalej. Na stronach poświęconych religii Jedi podaję za Wikipedią takie jej wyznanie wiary, motto, a właściwie credo.
Równoważne Credo nicejskiemu w katolicyzmie. Podaję za Wikipedią: „Nie ma emocji, jest spokój. Nie ma ignorancji, jest wiedza. Nie ma namiętności, jest pogoda ducha. Nie ma chaosu, jest harmonia. Nie ma śmierci, jest Moc”. Proste, łatwe i przyjemne. Czego chcieć więcej? To jest panteistyczna koncepcja, która zakłada podstawowy dualizm dobra i zła, i proponuje nam naprawdę nieskomplikowaną etykosferę. To jest struktura na tyle niesprecyzowana, pojemna, że można sobie na jej temat do woli fantazjować, bo ten konstrukt jest opracowany na potrzeby filmu.
Lucas nie pisał Biblii Mocy, tylko napisał parę zdań do fabuły, żeby mu się fabuła spinała. Też chciał mieć wymiar duchowy tej historii, to sobie tam majznął kilka myśli. Pachnie nam to new age'em, buddyzmem trochę. Powiedzmy sobie szczerze, rzesze wyznawców zdają sobie sprawę, że w źródle, czyli w filmach, jest bardzo mało o tej Mocy, więc oni sami piszą książki, tworzą szkoły teologiczne, urządzają szkolenia i tak dalej. Czyli oni sami robią robotę. Skoro Lucas nie napisał nam Biblii, to ją sobie sami napiszemy, o czym za chwilę też będzie mowa. I możemy powiedzieć, że to jest merytoryczna słabość tej religii, ale z drugiej strony to jest jej siła, gdyż ten typ religii otwiera ją na proces samotworzenia. Jedizm to religia nowej, cywilizowanej ery, żywa i plastyczna, w nieustannym rozwoju. Ona jest tworzona przez swoich wyznawców na podobieństwo oprogramowania typu open source, tak jak system operacyjny Linux na przykład. To znaczy, że każdy może dorzucić swoje trzy grosze do doktryny i jeśli większość tych programistów użytkowników się zgodzi, to rzecz zostaje usankcjonowana i wchodzi do uznawanego kanonu.
Ale to nie znaczy, że nie może wypaść przy kolejnej aktualizacji. Tak jak w Linuxie pewne rzeczy wchodzą, pewne rzeczy wypadają. Czyli mamy religię w nieustannej fazie tworzenia. Jedizm ma szansę stać się religią zupełnie nowej generacji, którą każdy wystarczająco kreatywny wyznawca, zgodnie z modnym interakcjonizmem może tworzyć i przykroić do swoich potrzeb jak komputerową aplikację zawierającą moc opcji do wyboru. Z Biblią czy z Koranem, tekstami kanonicznymi, niewzruszonymi, spetryfikowanymi tysiącami lat tradycji taka zabawa by się nie udała. Ale tu proszę, mamy współczesny konsumpcjonizm. Stara zabawka nam się znudziła, to mamy nową. Dla każdego coś miłego. Temu procesowi z punktu widzenia przyszłości Jedizm ma same zalety. Jest związany z fenomenem „Gwiezdnych wojen”, z uniwersum, które jest cały czas żywe, cały czas wrzuca nowe wytwory, które dodatkowo napędzają fanów.
Jest ich w tej chwili około pół miliona. Oblicza się, że tych wszystkich nie tyle fanów, co wyznawców deklarujących się jako wyznawcy religii Mocy jest około pół miliona na całej planecie. Objawienie ma postać takiej supersagi filmowej, perfekcyjnej kulturowej powieści przemawiającej do wyobraźni i chwytającej za serce. Czy chrześcijaństwo komukolwiek przemawia do wyobraźni i chwyta za serce? Raczej przeciwnie, bo jak ostatnio byłem w kościele, to nie mogłem już znieść tego kleszego ględzenia, cały czas grożącego i straszącego karą za rozliczne grzechy i każącego odbywać nieustanną pokutę. W nowej religii głównym obrzędem jest odświeżający i sympatyczny efektunek miecze świetlne. Żadnych pokut i tak dalej. I przy tym mamy ten open source'owy charakter, że możemy się aktywnie w to włączyć, pobawić, zaproponować, skreślić i tak dalej. Poza tym jedizmowi pomaga wracająca poniekąd moda na religie przedchrześcijańskie, odwołujące się wprost do sił natury. Można by powiedzieć, że poniekąd jedizm może pozgarniać resztki po New Age'u, ponieważ Moc można definiować jako duchową stronę natury, co w dobie ekokalipsy, wczoraj o tym mówiłem, zyskuje na znaczeniu.
Świat potrzebuje ekoreligii, proszę państwa, zanim umrze. Campbell powiada: „Obecnie musimy się nauczyć, jak odzyskać harmonię z mądrością natury i znów uprzytomnić sobie nasze braterstwo ze zwierzętami, wodą i powietrzem”. A to jest właśnie Moc, bo Moc przenika nas wszystkich i twojego kota też. Skostniałe w martwym punkcie, wydrążone z żywego ducha chrześcijaństwo tego nie umożliwia, bo przestało widzieć rzeczywistość taką, jaką się staje. By odwołać się do słów świętego Pawła, który mówił o przemijaniu postaci świata, ale odnosił tą przemijalność do umierającego pogaństwa. Teraz świat przemija chrześcijański. Dobrze, że święty Paweł tego nie dożył. Powieść, pomysł dodatkowo sprzyja jedizmowi to, że on jest taki teologicznie enigmatyczny, ponieważ jego niedookreśloność pozwala mu włączać w swój obręb różne zjawiska i prądy, bo niewiele w nim zakazu i na przykład jedizm nie ma nic przeciwko ideologii LBGTQ, bo w kwestii praktyk seksualnych tam w ogóle o nim nie ma mowy, ani on nie jest za, ani przeciw. Właściwie rób co chcesz. Ci teolodzy Mocy mówią, że- co?
[03:54:36] - Dlatego, bo większość aktywności seksualnych wymaga jakiegoś połączenia uczuciowego, a to według samych Jedi jest błędem, bo to buduje związki, które później prowadzą do ciemnej strony Mocy. Nie zgodzę się.
[03:54:55] - Ja osobiście uważam, że być może-
[03:55:00] - Jeden z niewielu złamał zasadę. Był w związku z Padmé i co z tego wyszło wszyscy wiedzą. Cała saga dziewięciu filmów.
[03:55:10] - Osobiście uważam, że sprawa jest otwarta, zwłaszcza że jeżeli zostanie, a już jest uruchamiana procedura open source, więc oni to prawdopodobnie sobie kiedyś uregulują, prawdopodobnie dostosowując się do nadchodzącej zmiany.
[03:55:29] - Czemu naszego wyznawca może sobie robić co chce, tak? Kapłan nie.
[03:55:34] - Być może będzie to dotyczyło tylko kapłanów wyższego szczebla. Przypominam jest 10 stopni wtajemniczenia. Nie każdy musi dotrzeć do dziesiątego. Proszę zwrócić uwagę, że to jest fajne w tej religii, że to my, nie tyle wyznawcy, co pogranicznicy i użytkownicy tej religii decydujemy, jakie zasady akceptujemy. Nie papież, nie sobór, nie Biblia, nie Koran. My sami jesteśmy papieżem, soborem, Biblią i Koranem. Dla ludzi, którzy spędzają większość czasu w necie i wchodzą w tym necie w nieustanne interakcje, to jest właśnie to. To może być to. To czego oni chcą.
[03:56:20] - Tak jak na przykład w chrześcijaństwie był Stary Testament i Nowy Testament, to w Star Wars jest kanon i to, co jest niekanoniczne, więc to byłoby-
[03:56:29] - Powtarzam, kanon jest otwarty. Ja mówię pewne rzeczy, które być może obecnie, powiedzmy sobie szczerze, dużo jest prostaków w tym ruchu Jedi. Jak się naczytał „Gwiezdnych Wojen”, to wiadomo, że tam ludzi na miarę Campbella nie ma. Ich dopiero czeka zbudowanie tej religii, bo stan obecny to są pierwociny. Przypominam, że tylko w Stanach Zjednoczonych jest to uznane, gdzie indziej nie. Oni się dopiero budują, oni nawet sami nie wiedzą, co zbudują. Ja tylko wskazuję ścieżkę, którą mogą podążyć, jeśli chcą zwyciężyć. Bo proszę państwa, stawiam też tezę, że niekoniecznie jedizm musi być popkultura, ma szereg innych wytworów i jedizm może trafić na konkurentów. Ja sobie wyobrażam różne religie oparte na przykład o treści w kultowych grach komputerowych, bardzo popularnych, że stamtąd mogą wyrosnąć na podobieństwo jedizmu inne religie konkurujące w stosunku do jedizmu. Ale pytanie oczywiście, czy jedizm sobie poradzi w tej konkurencji.
Moim zdaniem brakuje tam jednak postaci guru, czyli takiego autorytetu, bo nawet w religii typu open source jest zawsze ten główny programista, którego głos może tam przeważyć. Zawsze musi być ktoś, kto nawet w takiej demokratycznej strukturze zaprowadza pewien porządek. Dla niektórych tym guru jest Yoda i oni w swoich książkach zwracają się do Yody jak do rzeczywistej osoby, jakby naprawdę istniał. Mimo że z drugiej strony zapewniają, że wiedzą, że to są fikcyjne postacie i fikcyjna historia Wydaje się, że naturalnym prorokiem powinien zostać Lucas jako twórca samej idei. I on się powinien ogłosić prorokiem, ale ja nie natknąłem się na żadne informacje, że byłby tym zainteresowany. Zdaje się, że jemu to wisi, ponieważ nie ma w tym chyba interesu. Jak znam tego typu układy, to gdyby Lucas odkrył, że może zarobić znaczące pieniądze ogłaszając się prorokiem tej religii, jak Mahomet, to pewnie by to zrobił. Ale widocznie nie widzi sensu finansowego w takim ruchu albo ma to gdzieś. Obawiam się, że jak umrze, to mogą go zrobić przymusowym prorokiem, bo wtedy już nie będzie nic w stanie zaprzeczyć, zaprotestować i tak dalej. Jak wiadomo, nieboszczyk zgodzi się na wszystko.
Pod tym względem jest pewien problem. Tradycyjne religie wymagają też sacrum. To znaczy poświadczenia, że doktryna, słowo jest słowem Bożym. O Biblii przecież mówimy: „O, to jest słowo Boże" w Ewangeliach. Tak samo Koran został Mahometowi podyktowany przez Allaha. Nie napisał go sam, tylko Allah mu go dyktował.
[03:59:38] - Anioł Gabriel.
[03:59:38] - Anioł Gabriel, ale czy Anioł Gabriel by bez akceptacji Allaha coś dyktował Mahometowi? Oczywiście, że nie.
[03:59:46] - No tak.
[03:59:46] - W związku z powyższym trudno powiedzieć, że Lucas jest Archaniołem Gabrielem czy Mahometem będącym w nieustannym kontakcie z Archaniołem Gabrielem i tej sankcji sacrum nie mamy w przypadku jedizmu. Choć z drugiej strony, jak myślę sobie o tym Yodzie, który jest całkowicie fikcyjny i do którego się zwracają jako do postaci rzeczywistej, to może wskazywać, że w nowej epoce tradycyjne pojęcie sacrum już nie działa czy też nie będzie działać, a właściwie już nie działa.
[04:00:25] - Pisma jak najbardziej się pojawiają. Od pewnego momentu w „Andor” jest standard Universe, a nawet tak naprawdę już w tych nocnych filmach pojawiają się holocrony, pojawiają się elementy, w których wiedza i cały ten mistycyzm jest gdzieś spisany w naszym pojmowaniu.
[04:00:48] - Ja myślę, że on się pojawi prędzej czy później, zostanie do tego dorobiony. Trudno powiedzieć, w jaki sposób. Żeby rzecz zakończyć, to ja mam taką wizję, że jedizm ma potencjał, żeby zastąpić chrześcijaństwo jako jego prostsza i atrakcyjna alternatywa dostosowana do współczesności. Dlatego, proszę państwa, zapewne msze przyszłości będą przypominały konwenty i za kilkadziesiąt lat, zamiast tam tkwić i słuchać klechy grożącego piekłem za wszystko, będziemy, ci, którzy dożyją oczywiście, ja chyba już nie i Staniewski na szczęście też nie, będziemy odbywać obrzędy religijne, czcząc Moc piwem i kiełbaskami z grilla. Od czasu do czasu niezbyt intensywnie dumając nad jej potęgą. I być może już za 100 lat, nie skończyłem, Staniewski, być może już za 100 lat ludzie na naszym kontynencie będą nabożnie wymawiać uzgodnioną przez ogół formułę w procedurze open source, formułę wyznania wiary głoszącą na przykład: „Moc i Lucas, Yoda lub, niepotrzebne skreślić, jest jej prorokiem".
[04:02:09] - Ale jak wczoraj mówiłeś, za 100 lat-
[04:02:11] - Niech Moc będzie z wami. Dziękuję. Koniec i bomba, kto słuchał ten trąba. Pytania, ale krótkie. Co?
[04:02:21] - Za 100 lat nikogo nie będzie w Polsce.
[04:02:24] - Proszę pana, wczoraj to było wczoraj. Teraz jest inna prelekcja o czym innym.
[04:02:30] - Teraz jest ta pozytywna.
[04:02:32] - Teraz jest ta pozytywna. Być może, jeżeli wszyscy przejdziemy na tę Moc, to może się Moc zlituje i nie będzie ekokalipsy.
[04:02:43] - Tak myślę, że optymizm jest na szybszym końcu.
[04:02:46] - Ale jestem święcie przekonany, że na pewno nie będzie chrześcijaństwa. Czy będzie jedizm? Ma szansę.
[04:02:56] - Samą religią, która się najszybciej rozwija, ma obecnie 390 000 wyznawców, bo dwa jeszcze są po kolei, są Amiszowie. To jest najmłodsza religia, jest to 70. sekta, która jest zdecydowanie nie-
[04:03:13] - Ale Amiszowie to są chrześcijanie przecież, to jakaś taka sekta.
[04:03:17] - Sekta.
[04:03:17] - Sekta. Oglądaliśmy „Świadka” wczoraj. Chciałbyś pan mieszkać w wiosce Amiszów?
[04:03:28] - Jeżeli trend się utrzyma, to za sto lat będzie ich więcej niż-
[04:03:31] - Jeżeli trend się utrzyma, to być może jedynymi ludźmi, którzy przetrwają, będą Amiszowie.
[04:03:37] - Tak, bo nie potrzebują technologii.
[04:03:39] - Tak jest, bo oni nie potrzebują żadnej technologii i sami zawsze coś zasieją i zjedzą to, co wyrosło. Dziękuję. I znowu zmiana tematu. Wiem, że, jak to się tak ładnie mówi, dzisiaj po raz drugi to powiem: wiem skądinąd. Jak państwo słuchali wywiadu z panią Joanną, to wiecie, że to jest taki zwrot, który załatwia wszystko. Więc wiem skądinąd, że ten cykl, który sobie tak roboczo zatytułowałem „Książki w moim życiu"
[04:04:17] - Cieszył się powodzeniem. W związku z tym dzisiaj następna część tego cyklu: książki w życiu Bartka Biedrzyckiego. Bartek Biedrzycki to człowiek instytucja. Kto z państwa interesuje się komiksem, temu zapewne to nazwisko, to imię obiło się o uszy. Ale też ludzie zainteresowani fantastyką naukową, takim post-apo również z tym nazwiskiem zapewne się zetknęli. Bartek Godaj Biedrzycki to rocznik ’78. Młody człowiek. Mieszka w Konstancinie-Jeziornej. Urodził się w Warszawie. Jest polskim scenarzystą, publicystą komiksowym, podcasterem, autorem fantastyki, redaktorem, wydawcą.
Kimżeż nie był w życiu? To jest wywiad, który przeprowadziłem kilka lat temu. Wtedy jeszcze wychodził „Feniks. Antologia”. Niestety „Feniks” po raz kolejny padł, ale jak to feniks pewno się wcześniej czy później odrodzi. W każdym razie wówczas Bartek Biedrzycki był redaktorem naczelnym tego periodyku. Dzisiaj go nie ma, ale przyszłość jest nieodgadniona. Bartek Biedrzycki jest absolwentem Kolegium Nauczycielskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Przez ponad dekadę pracował przy produkcji telewizyjnej, a obecnie zajmuje się IT. Tak naprawdę to jeszcze w liceum zainteresował się zinami.
Utrzymywał bliskie kontakty z takimi ekipami, które tworzyły ziny: „Łomiarz”, „Pętla”. Był redaktorem zinu Proletariat w ’95 roku. Tak lewicowo zabrzmiało. Ale spokojnie, to nie tak. Przyczynił się do założenia takiego zinu, który się nazywał „Ektopia”. Nie pisał tam, ale się przyczynił. W latach ’97–98, a później w 2019 roku był redaktorem naczelnym zina „Manga Rider” oraz publikował w innym zinie „Życie do Życi” grupy Altair. Wraz z Janem Mazurem i Robertem Sinickim był jednym z założycieli i redaktorów istniejącego od 2008 roku wydawnictwa Dolna Półka, które zajmowało się publikacją komiksów polskich twórców. W latach 2007–2012 redaktor magazynu komiksowego „Kolektyw”, a w latach 2018–2020 naczelny redaktor reaktywowanego „Feniksa” oraz od 2019 roku zinu czy zina „Żartak”. Po zamknięciu „Feniksa.
Antologii” założył „Rocznik Fantastyczny”. Jego najbardziej znane, wydawane i takie dosyć rozpowszechnione książki to: „Kompleks 7215”. Drugi tytuł to „Stacja Nowy Świat”, trzeci „Dworzec Śródmieście”, a poza tym jeszcze „Po sezonie”, „Pod niebem obojętnego bawołu”. I to wszystkie, mówiąc szczerze, które pamiętam, bo mi akurat zginęła ściąga i muszę liczyć tylko na własną pamięć. Ale te na pewno. No to cóż, proszę państwa, przed nami wywiad z Bartkiem Biedrzyckim i sięgnięcie do wspomnień, do książek, które dla Bartka Biedrzyckiego były ważne w jego życiu. Zapraszam. Gościem „Bibliotekarium” jest Bartek Biedrzycki. Właściwie człowiek orkiestra, bo z jednej strony człowiek, który jest dobrym duchem polskiego komiksu, ale też jest człowiekiem związanym z filmem. Jest wreszcie pisarzem.
Wreszcie jest niedobrym słowem, bo jest także redaktorem naczelnym odrodzonego „Feniksa”. „Feniks” się odrodził, jak to ma w zwyczaju. Mamy teraz „Feniks. Antologię”, ale teraz zapytamy naszego rozmówcę o książki, które były ważne w jego życiu. Jakie były te książki? Zacznijmy może od dzieciństwa.
[04:09:38] - Wiesz co, Marku? To stwierdzenie, że wreszcie pisarzem też ma sens i zaraz do tego dojdę. Myślę, że jedną z pierwszych ważnych książek była „Wyspa tajemnicza” Verne'a. To było pierwsze moje zetknięcie. Oczywiście różne rzeczy czytałem. Trudno jest mi powiedzieć, ile miałem lat, kiedy „Wyspę” przeczytałem. Prawdopodobnie około ośmiu. Wcześniej czytałem też trochę innych rzeczy, ale to był chyba pierwszy Verne. Przedstawienie etosu, który oni stworzyli: poskromienia całego świata z niewielką, prawie boską pomocą przez grupę ludzi było naprawdę świetne. To jest książka, która zawiera w sobie wszystko: walkę człowieka z przeciwnościami, która dzieje się w pojedynczej lokalizacji.
Coś, co potem bardzo mi się spodobało w rzeczach dotyczących kosmosu i samotność człowieka przeciw przeciwnościom. A poza tym Verne, jakby nie patrzeć, jest prekursorem fantastyki, jej ojcem chrzestnym. Wszystko to, co tam się wyprawiało: i kapitan Nemo, i Nautilus, i cała reszta to jest absolutny fundament. Drugą rzeczą, już taką rasowo fantastyczną, były opowieści o Pilocie Pirxie, które przeczytałem w ramach lektury. Myśmy w ramach lektury mieli tylko fragment tego opowiadania o polowaniu. Ja przeczytałem wszystko i powiem ci szczerze, że jak teraz, po bardzo wielu latach powtarzałem sobie Pirxa, to całe zdania, całe akapity wręcz zapalały mi się w głowie i znowu czułem się jak ten dzieciak. Lem był o tyle ważny, że ja wcześniej znałem oczywiście fantastykę dla dzieci, różne rzeczy. Natomiast Lem był już taki poważny. On był taki na serio. To była taka fantastyka stara, twarda, kosmiczna, ten „Personel gwiazdowy” i cała reszta.
I ja po lekturze Pirxa zacząłem sam pisać swoje opowiadania. Miałem wtedy, nie wiem, która to była klasa szósta, siódma. Nie pamiętam. Mogłem mieć powiedzmy ze 12 lat i wtedy zacząłem pisać. Więc w jakiś sposób była to rzecz kształtująca mnie pod tym względem. Z rzeczy, które jeszcze bardzo wpłynęły na mnie, to były powieści Dicka, które czytałem w liceum. Najpierw czytałem Dicka. Przeczytałem praktycznie wszystko, co wtedy w Polsce zostało przetłumaczone i wydane, więc tego było dużo. Potem się przerzuciłem na Pielewina, który pod wieloma względami Philipa przypomina. Przynajmniej jeśli chodzi o sposób zabawy z czytelnikiem, o to, w jaki sposób jego narracja robi czytelnikowi sieczkę z mózgu.
I również w liceum przeczytałem „Listonosza” Brina. To jest powieść, która jest bardzo dobrym przykładem fantastyki postapokaliptycznej, czyli czegoś, czym ja ostatecznie debiutowałem bardzo wiele lat później. I kiedy myślę, dlaczego napisałem swoją trylogię, to zawsze ten listonosz mi się zapala. Ten samotny człowiek, który znowu występuje przeciwko całemu światu. Ale człowiek, który tak naprawdę nie jest challengerem. To nie jest gość, który rzuca wszystkiemu wyzwanie. To jest oszust. To jest zwykły hochsztapler, który wykorzystuje trochę przypadkowy łut szczęścia do tego, żeby sobie zrobić lepiej, popłynąć. Jego tak naprawdę ci ludzie na początku nie obchodzą. Jego nie interesuje ani cała ta poczta, ani to wszystko, co to dla nich znaczy.
On leci na tej fali i staje się mimo woli bohaterem, który tak naprawdę zaczyna mieć znaczenie. Więc to też taki monomit trochę bohatera mimo woli.
[04:12:46] - Książka „Listonosz” była sfilmowana. Co było dla ciebie ważniejsze, ponieważ jesteś człowiekiem związanym z filmem. Więc co było ważniejsze, ta książka czy film?
[04:12:54] - Bardziej z telewizją tak naprawdę niż z filmem. Wiesz co? Książka na pewno. Film jest niezły. Na pewno jest lepszy niż „Wodny świat” z tym samym odtwórcą głównej roli, czyli z niezapomnianym „Tańczącym z wilkami”. Natomiast książka ma więcej wątków. W książce to jest jednak trochę inaczej przedstawione. Film to mimo wszystko jest już takie trochę od zera do bohatera bijatyki. On jest też dobry. Oczywiście, że tak.
Ja go wspominam miło, mimo że nie widziałem go już od wielu lat. Może dlatego go miło wspominam. Natomiast tak, stanowczo książka. Jakbym miał domknąć zestaw tego, co było ważne, to w zasadzie popełniłbym bardzo duże faux pas, gdybym nie powiedział o „Ołowianym świcie” Michała Gołkowskiego. To jest książka, która otworzyła w Polsce uniwersum „Stalkera”, tej ukraińskiej gry dziejącej się w Czarnobylu. Dostałem książkę od kolegi. Michał napisał przygodówkę, taką fajną, rasową przygodówkę z bohaterem, który też trochę bierze się ze światem za bary. Po przeczytaniu tej książki pomyślałem sobie: „Do diabła, ja od wielu lat nic nie napisałem. Nie napisałem żadnego opowiadania, nic nie napisałem. Przecież skoro to jest takie proste, że Michał siadł i napisał książkę, to może ja też mógłbym”.
Ja usiadłem i napisałem. Objętościowo to była mikropowieść, bo to miało gdzieś ze 150 tysięcy znaków. Napisałem „Kompleks 7215” i tutaj znowu Michał wchodzi w grę, ponieważ on wziął ode mnie rękopis, pokazał go w Fabryce Słów. Z Fabryki Słów ktoś zadzwonił, powiedział: „Słuchaj Bartek, weź przyjdź, pogadamy o tym”. I ostatecznie po pół roku pracy redakcyjnej i pisarskiej wyszła z tego powieść, moja debiutancka, do której potem dopisałem jeszcze dwie kolejne rzeczy. Gdyby nie książka Michała, to prawdopodobnie ja swojej bym nie napisał. Ona była takim katalizatorem, dlatego że ja przez całe życie pisałem. Tak jak mówię, zacząłem po tym Lemie, potem pisałem w liceum, potem miałem trochę przerwy, potem się przerzuciłem na pisanie scenariuszy komiksowych, więc to też inaczej. Tak na dobrą sprawę, jeśli chodzi o komiksy, to mógłbym drugą listę złożyć, ale to chyba temat już na inną zupełnie sytuację.
[04:14:51] - Chciałbym zapytać. Spośród książek, które wymieniłeś, większość z nich to były książki związane z fantastyką, szeroko pojętą. A czy jakieś książki wspominasz, które z fantastyką nie są związane, które były dla ciebie ważne, coś zmieniły w twoim życiu, zmieniły postrzeganie twojego świata, były takim kamieniem milowym i tak dalej. Na pewno mógłbym to mnożyć, ale już wiadomo, o co chodzi.
[04:15:12] - Wiem, o co chodzi. Wiesz co? Nie. Jest coś takiego. Ja rzeczywiście bardzo mocno siedzę w fantastyce i z tak zwanego mainstreamu czytam rzeczy stosunkowo niewiele i też raczej gatunkowych, bo prędzej sięgnę po jakieś nowe wydanie Chandlera niż na przykład po Tokarczuk. Nie, ja jestem dosyć, jeśli chodzi literacko ograniczony, przynajmniej jeśli chodzi o sferę beletrystyczną, bo ja czytam też dużo rzeczy, które trudno jest nazwać książkami. Na przykład znam na pamięć taki kilkusetstronicowy dokument opracowany przez NASA, który nazywa się Mir Hardware Heritage. Jest to historia od samego początku do prawie końca eksploatacji bazy orbitalnej Mir. Misje załogowe, to co mówili, myśleli, czuli i badali członkowie załóg, w jaki sposób zbudowany jest ten sprzęt i cała reszta. Ja czytam bardzo dużo tego typu rzeczy, opracowań technologicznych.
W ogóle lubię wiedzieć, jak świat wygląda. Jak człowiek pisze jakieś rzeczy, czy to scenariusze komiksowe, czy książki, to dobrze by było, żeby się chociaż trochę na czymś znał. Do tego są ludzie, z którymi ja się konsultuję, którzy mi pomagają. Robert Adler na przykład, który się świetnie zna na broni, ale w pewnym momencie zacząłem tworzyć taką serię tekstów, które dzieją się w kosmosie w latach 80. Jest taka książka, która mnie zaorała. Miałem pewnie osiem lat i to się nazywa „Na progu kosmosu” Bohdana Artsta. To jest stara książka i ona już była stara i nieaktualna w momencie, kiedy ja miałem osiem lat. Ale ona opowiada o tych pierwszych pionierskich lotach w kosmos, głównie radzieckich, amerykańskich trochę mniej, ale również do momentu, kiedy Leonow wyszedł w przestrzeń kosmiczną, czyli do ’65 roku. I to jest książka, która w nieuświadomiony dla mnie sposób zaszczepiła mi miłość do kosmosu. Miłość, która wylała się ze mnie jakieś pięć, sześć lat temu i zaowocowała tym, że prawdopodobnie połowa artykułów o rosyjskiej i radzieckiej kosmonautyce na polskiej Wikipedii jest mojego autorstwa albo przynajmniej poprawianych przeze mnie oraz tym, że właśnie pracuję teraz nad tekstami.
I wiesz, kiedy chcesz napisać space operę, która osadzona jest w takiej bardzo realnej sytuacji, która dzieje się w latach 80. Chcesz, żeby oni latali w kosmos na tym, co naprawdę wtedy działało. My sobie nie zdajemy sprawy z tego, co ci ludzie tam wyprawiali. To, co się działo czasem na orbicie, jest lepsze niż niejedna fabuła. Zresztą nie bez powodu Rosjanie w ciągu ostatnich kilku lat nakręcili dwa filmy. Jeden na podstawie misji Leonowa „Wrjemia pierwych”, bardzo dobry i bardzo rzetelnie zrealizowany, a drugi troszkę fabularyzowany, ale tak naprawdę niewiele „Saliut-7” na podstawie misji Sojuza T-13 z misją ratunkową na stację Saliut 7, która w pewnym momencie zepsuła im się na orbicie. I tam poleciało dwóch ludzi. Otworzyli stację, która była całkiem martwa w środku, pokryta lodem, bez żadnego zasilania, bez tlenu, bez niczego. I oni przez tydzień próbowali ją w rękawiczkach i w wełnianych czapkach naprawić tym, co mieli. I zrobili to.
I zrobili to mimo tego, że mnóstwo przeciwności napotkali. I widzisz, ja czytam właśnie w związku z tym przez ostatnie lata bardzo dużo opracowań na temat misji kosmicznych, na temat tego, co się działo. Ja wiem, kto utknął gdzieś w kosmosie, kto zaciął się w łazie. Ja wiem, kto wylądował na zamarzniętym jeziorze Tengiz, poszedł pod lód i siedem godzin trwała akcja ratunkowa. Jak ich wyciągnęli, to wszyscy byli zdziwieni, że chłopaki jeszcze żyją. Oni byli tylko trochę zmarznięci, bo stwierdzili, że odetną trochę zasilania, żeby oszczędzać, bo nie wiadomo, kiedy ich wyciągną. I wiem dużo na ten temat. Więc pod tym względem tak, ja mało czytam beletrystyki głównonurtowej, dlatego że nie ma tam fabuł, nie ma tam narracji, których ja już bym nie dostał od fantastyki. Teraz sięgnąłem po Nienackiego, po „Dagome Iudex”. Bardzo fajny przyczynek.
Po pierwsze, w jaki sposób sięgać po władzę, w jaki sposób rządzić ludźmi. Super wprowadzenie do socjotechniki na każdym poziomie. A po drugie, jak się zestawi to, co Nienacki wtedy wykonał w „Dagome Iudex” z tym, co na przykład odwala teraz Zbierzch w tych swoich turbosłowianach i w tych pseudonaukowych książkach o bzdurach, że to 10-tysięczne letnie imperium, to Nienacki jednak zrobił to lepiej. Oprócz tego, że wymyślił wszystko. Aż korci wziąć Nienackiego jako źródło i napisać taką książkę, sprzedać to Bellonie i zobaczyć, czy oni tego trolla łykną. A prawdopodobnie tak. I potem śmiać się z całej bandy ludzi w internecie, którzy w to uwierzą. Fantastyka daje mi w zasadzie te narracje i te wzruszenia, których ja potrzebuję. Mogę sięgać i po Gibsona i po Haldemana. Z Haldemanem osobiście zresztą jest mi po drodze, bo ja też służyłem w armii.
Na szczęście nie walczyłem nigdzie, ale większość mechanizmów absurdu, które on tam opisywał, które armie tworzą i konstytuują, to ja też zaliczyłem jako pisarz kompanijny. Dużo jest rzeczy tak naprawdę, trudno jest mi powiedzieć. Lubię też sięgać po całkiem nowe, po całkiem nowych autorów. Skończyłem kilka dni temu książkę, która jeszcze nie została wydana. Jeszcze nawet nie jest klepnięty wydawca o kosmicznych bobrach i szarańczy z Księżyca. Absolutnie przepiękna przygodówka, ale niepozbawiona też takiego rysu politycznych intryg. I jest problem rasowy i jest zarysowane tło jakichś takich nierówności społecznych. Autor bardzo fajnie sobie poradził. Po co ja mam czytać mainstream, jak ja to wszystko mam?
[04:20:30] - Dziękuję za rozmowę. No i zgodnie z nowym świeckim zwyczajem naszej audycji absolutnie zmieniamy kierunek, zmieniamy tytuł, zmieniamy tematykę naszych prelekcji. Otóż zapraszam państwa w tej chwili na „Labirynt Książek”. To już dziesiąty odcinek, a dzisiaj Mirosław Gołuński. Tak jak zawsze to mówię człowiek, którego Naprawdę brak. Czasami łapię się na takiej myśli: co by o tej książce powiedział Mirek? I wiem, że się już tego nie dowiem. Ale dzisiaj przed państwem omówienie książki autora, który pochodzi z zupełnie innego kręgu kulturowego. Chińczyka. To się chyba czyta Lianke.
Chyba tak. Myślę, że Mirek to najlepiej przeczyta. Jedną z jego książek znaną w Polsce i tą, którą omawia Mirek Gołuński, jest książka „Czteroksiąg”. Kilka słów o autorze. Otóż Lianke urodził się w 58. roku w ubogim rejonie, ale 58. rok w Polsce a 58. rok w Chinach to zupełnie inne lata. Chiny to był i chyba do dzisiaj jest kraj wysokiej dziwności. Lianke urodził się w prowincji Henan w rodzinie rolników.
To już w ogóle przerąbane być rolnikiem w Chinach. Ze względu na brak środków na studia zaciągnął się do wojska. To jest jakaś droga. Zaczął pisać dla wojska teksty propagandowe, a jego wytwory zaczęły zdobywać popularność i różnego rodzaju wyróżnienia krajowe oraz uznanie przełożonych. W Chinach, w systemie komunistycznym czy udającym komunizm, czy też udającym kapitalizm, uznanie przełożonego to naprawdę rzecz nie do przecenienia. W każdym razie na początku szło dobrze, ale po jakimś czasie wobec tekstów pisanych przez Lianke zaczęły się pojawiać zarzuty, że jest tam za dużo treści politycznych. Gwoździem do trumny był seks pojawiający się w twórczości autora. W Chinach nie ma seksu, proszę państwa. Nie wiem, jak oni ten ponad miliard zrobili, ale oficjalnie seks nie istnieje. A już na pewno nie w literaturze.
W każdym razie w 2004 roku w wyniku useksualnienia swoich tekstów został wydalony z wojska. Poradził sobie. Zaczął pracować na uniwersytecie i tak naprawdę z Uniwersytetem Renmin jest związany podobno do dzisiaj. Ale to są takie dane biograficzne. Fura z tym. Teraz oddajemy głos Mirkowi. On państwu opowie o prawdziwej literaturze.
[04:24:50] - Dzień dobry albo dobry wieczór. Nie wiadomo, kiedy państwo tego odsłuchujecie. Zapraszam po raz kolejny do mojego labiryntu książek. Tym razem będzie to dość smutny korytarz i bardzo trudna książka, choć z zupełnie innego świata. Może dlatego była taka zaskakująca. Ale zacznę od innej książki, bo będzie ona wprowadzeniem w temat. Słynna dziś książka fantastyczna SF „Problem trzech ciał” Cixin Liu zaczyna się od scen z okresu rewolucji kulturalnej. Nie chodzi mi o to, co dzieje się w mieście, ale o to, że po jej zakończeniu znaczna część ludzi wykształconych, studentów i ludzi, którzy te studia skończyli, trafia do tak zwanych obozów reedukacyjnych. U Cixin Liu jest to pokazane jako duży wysiłek fizyczny, ale z pewnymi elementami donosów i tak dalej. Oczywiście jest to wątek marginalny w powieści, jednak nie jest aż tak groźny, jak chyba był.
O takim obozie, już tylko o obozie, traktuje powieść Lianke „Czteroksiąg” i na niej przede wszystkim chciałbym się skupić, ponieważ przyznaję, że ta książka mną wstrząsnęła. Mamy właśnie taki obóz reedukacyjny nad Żółtą Rzeką. Obóz 99, ostatni w tamtym regionie. Łącznie mieszka w nim 127 kobiet i mężczyzn. Kobiety znacznie mniej, zajmują mniej więcej jedną czwartą grupy. Rządzi nimi Dziecko pisane wielką literą. Tam w ogóle nie padają imiona. Głównym narratorem powieści, nawet jeżeli jest to trzecia, to wiemy, że on pisał te cztery księgi, jest pisarz. Oprócz niego w powieści pojawiają się pianistka, uczony, teolog, technik. Mamy więc rodzaj przypowieści.
Skoro nie pojawiają się imiona, mamy tutaj przypowieści. Ludzie ci trafili tam z różnych powodów, przede wszystkim jako podejrzani ideowo. Ktoś za to, że raz spóźnił się na zebranie partyjne. Pianistka na przykład zagrała niewłaściwy utwór, a technik trafił tam, ponieważ wiedział, że jego profesor nie przeżyje pobytu w tym obozie, więc zgłosił się zamiast niego. W obozie jednak tak zwanym reedukacyjnym, ale bądźmy szczerzy, niewiele on się różni od obozów w gruncie rzeczy koncentracyjnych, zmieniają się zasady. Co więcej, absurdalności całej tej sytuacji dodaje to, że ludzie, którzy tam się znajdują, muszą Głosić hasła wierne partii i Chinom. Partii Komunistycznej oczywiście. Jesteśmy na początku lat 70. To jest raptem 50 lat temu. Sytuacja jest wręcz porażająca.
Porażająco brzmi to, że bardzo dobrze wykształceni, utalentowani ludzie kłaniają się w pas, podlizują się, donoszą szefowi tego obozu, który nawet nie był w większym mieście. To chłop, który co prawda umie czytać, ale niespecjalnie rozumie, co czyta. A do tego obozu reedukacyjnego intelektualiści przywieźli swoje książki, więc on je konsekwentnie rekwiruje i pali nimi w piecu. Powieść rozpada się na trzy części. Co prawda nie są one odnotowywane tak bezpośrednio, nie jest to wyznaczone w tekście, ponieważ rytm tekstu wyznaczają te cztery księgi, które głosi tytuł, lecz tak naprawdę życiem tego obozu kolejno będą poruszały trzy wydarzenia. Pierwsze to uzyskanie zbiorów kukurydzy kilkanaście razy większe, właściwie kilkadziesiąt razy większe z hektara niż zwykle udawało się to zawodowym rolnikom. I ten motyw będzie ciągnął się przez większą część powieści. Ale zimą, gdy wiadomo, że nie dało się pracować na polu, wymyślono, że w Chinach zabrakło stali, metalu. W związku z tym wszyscy przetapiali wszystko na stal. I to jest bardzo ciekawy moment, ponieważ w pewnym momencie, gdy już spalili właściwie wszystko, zostawili po jednej łopacie, po jednej szpadzie, po jednych grabiach na zespół, który miał uprawiać od wiosny kukurydzę.
Nagle skończył się metal. To oczywiście wywołało wściekłość dziecka, które bardzo chciało się zasłużyć i dostać kolejne nagrody. W związku z tym technik, który miał sporą wiedzę metalurgiczną, wymyślił, że można metal uzyskiwać z piasku znad Żółtej Rzeki. W związku z tym obóz przeniósł się nad brzeg rzeki i przy pomocy magnesów wydobywał z piasku drobne fragmenty metalu, które potem przerabiał, przetapiano na bardzo niskiej jakości zresztą metal. No właśnie, bo największym marzeniem bycia w obozie było z niego wyjść. Można było zrobić to właściwie tylko w jeden sposób. Uzyskać pięć dużych gwiazd. Co to oznacza? Za pojedyncze czynności można zdobyć małą gwiazdę. Za pięć małych gwiazdek można było zdobyć średnią gwiazdkę.
Za pięć średnich gwiazdek można było zdobyć jedną dużą gwiazdę. Jak więc widać, by wyjść z obozu, by opuścić obóz i wrócić do domu, trzeba było zdobyć równowartość 125 małych gwiazdek, a technik za to, że pomógł dziecku w wymyśleniu tej metody, dostał pięć wielkich gwiazdek i opuścił obóz. Ale te wydarzenia z zimy, czyli kompletne zrycie brzegów Żółtej Rzeki, łącznie z wałami przeciwpowodziowymi, spowodowało, że w następnym roku i to jest trzecia część powieści, trzecie ważne wydarzenie w życiu obozu zalało pola i nastąpił nieprawdopodobny głód, prawdopodobnie nie tylko w tym obozie, ale w całych Chinach. Poza tymi wydarzeniami zewnętrznymi obserwujemy upadek mieszkańców obozu. Na początku uczony wchodzi w zakazaną na terenie obozu relację erotyczną z pianistką. Pisarz na nich donosi. Dziecko wykorzystuje ten donos, by ratować swoją skórę. Uczony i pianistka zostają zabrani. Po jakimś czasie wracają do obozu. On utyka, jest pobity, ona również ma poszarpaną odzież.
Ale gdy zaczyna się głód, rozpadają się już w ogóle więzi społeczne. Pianistka zaczyna się prostytuować za jedzenie. Uczony o tym wie, ale w rozmowie z pisarzem mówi wprost: „Jeżeli przeżyjemy, ożenię się z nią, bo rozwiodę się z żoną, którą mam gdzieś tam w Pekinie i ożenię się z nią, bo oboje daliśmy siebie sobie”. Najbardziej niezwykłą postacią, dziwną i bardzo dwuznaczną w tej powieści jest sam pisarz, ponieważ od początku donosi. Z jednej strony pisze raporty, z drugiej chce napisać powieść. Pisze raporty, bo chce wrócić do domu. Pisze wszystko o wszystkich. W pewnym momencie wszyscy orientują się, co zrobił. Nie pozwalają mu opuścić obozu, bo w pewnym momencie zdobywa te pięć wielkich czerwonych kwiatów, które są przepustką do wolności, ale trzeba je pokazać po wyjściu z obozu, po wyjściu ze strefy reedukacyjnej. Zostaje złapany, pobity, a jego czerwone wielkie kwiaty uroczyście spalone z zemsty mieszkańców.
Wtedy jeszcze ludzie mają jakiś zmysł moralny. Ten zmysł moralny ostatecznie odbierze im głód. Pierwsi kanibale po zjedzeniu fragmentu ludzkiego ciała powieszą się. Potem wszystko będzie wyglądało inaczej. To wstrząsająca powieść. Przyznaję, że gdy ją czytałem, zaczynałem jej czytać, spodziewałem się ironicznej opowieści o świecie obozów, chińskich obozów. Nie miałem na ich temat żadnego wyobrażenia. No bo właśnie nieużywanie nazwisk, tylko tytułów związanych z ich zawodem, który mieli poza obszarem reedukacyjnym. To dziecko, które nimi rządzi. Przecież on nie ma żadnego wykształcenia w porównaniu z nimi.
A jednocześnie oni z czasem okazuje się, że ten system ma sens. Ci ludzie dają się złamać. Nie to, że zaczynają wierzyć w komunizm. Może niektórzy. Też nie sądzę. Nie to jest istotą tej opowieści. Ona jest o wiele bardziej dramatyczna, o wiele bardziej okrutna i wstrząsająca. Niezwykła jest droga teologa, który zabrał ze sobą Biblię i Dziecko traktuje go jak swojego błazna i dla rozrywki każe mu opowiadać sobie tę Biblię. Oczywiście zgodnie z wytycznymi partii, wskazując jej słabe punkty. Ale w pewnym momencie, gdy już zaczynał się głód, ponieważ teolog był katolikiem, nakazuje mu nasikać na obraz Matki Boskiej.
Na początku teolog tego nie potrafi zrobić. Zostaje za to potwornie ukarany, ale nie umie się złamać, nawet gdy dziecko obiecuje mu wielki czerwony kwiat. Jest sobie wierny. Każda z tych historii uczonego dziecka, pisarza, pianistki, teologa biegną przez powieść i układają się w obraz tego, kim jesteśmy. Co można zrobić z człowiekiem systemowo? Co można zrobić z ludźmi, którzy są naszymi współbraćmi czy współsiostrami w języku? Wszyscy byli Chińczykami. Im dłużej wczytywałem się w te słowa, które przebiegały mi przez głowę, tym bardziej Yan Lianke uderza nieprawdopodobnie mocnymi obrazami, a zakończenie jest porażające. Tym bardziej byłem wstrząśnięty. Naprawdę ostatnio takie rzeczy czytałem przy okazji opowiadań obozowych Borowskiego.
A może jeszcze bardziej i to będzie chyba bardziej adekwatne przy „Innym świecie” Herlinga-Grudzińskiego. Różnica polega tylko na tym, że to jest tekst wewnątrz. Lianke, pisarz, czyli narratorem pisarza donosiciela. Ci ludzie tracą wszystkie zmysły moralne. Dziecko zdaje się bardzo długi czas tego nie rozumieć. W pewnym momencie pisarz opuszcza sam obóz i sam uprawia ziemię po to, żeby wyhodować największe kolby kukurydzy. By to uczynić, zupełnie zresztą przypadkowo orientuje się, co jest oczywiście wyłącznie narracją bajkową w tym jednym miejscu. Bajkową to może złe słowo, trochę fantastyczną. Używa do tego własnej krwi jako rodzaju nawozu. Dzięki jego krwi te kolby kukurydzy robią się nieprawdopodobnie wielkie, ale nawet to mu nie pomaga.
Zapraszam państwa do tej lektury, ostrzegając jednocześnie, że nie jest to lektura ani łatwa, ani lekka, ani tak naprawdę przyjemna. Ale to wielka literatura. Dziękuję państwu.
[04:36:30] - Tak. No to, proszę państwa, czas by troszeczkę zakosztować literatury. Tu specjalistą jest nasz nadworny. Śmieję się. Wybaczcie państwo, ale audycja już trwa sporo czasu, więc zbiera mi się na durne żarty. Już się prostuję, przybieram odpowiednią postawę uniwersytecką. Przed państwem Bruno Kadyna i jego opowiadanie czytane w krzakach. Opowiadanie zatytułowane „Choroba”.
[04:37:12] - Bruno Kadyna. Opowiadania czytane w krzakach. „Choroba”. Zostań ze mną. Ostatnio znikasz coraz częściej. To nie zależy ode mnie. Wrócę najszybciej jak się da. Wiem. Kocham cię tak bardzo. Nie chcę, żeby widziała smutek w moich oczach, ale nie mogę przestać na nią patrzeć.
Nienawidzę się z nią rozstawać. Nie masz pojęcia, jak bardzo ja kocham ciebie. Jestem tu tylko z twojego powodu — mówię. Więc zostań ze mną. Wiatr rozwiewa jej włosy zupełnie jak na filmie. Odgarnia je palcami. Piękność. Na tle urwiska wygląda jak bogini. Bardzo bym chciał. Bardzo.
Niedługo będę z tobą cały czas. Przygryza wargę. Robi to specjalnie. Każdy jej ruch ma mnie uwodzić. Ciężko mi się powstrzymać, żeby znów nie przyssać się do jej ust. Wytłumacz mi, od czego to zależy. Dlaczego nie możemy być już zawsze razem? — pyta cicho. Smutnieje. Teraz mogę oderwać od niej wzrok.
Sam opada na ziemię. Oglądam źdźbła trawy. Jestem pewien jej miłości jak niczego na świecie i chciałbym to w końcu wytłumaczyć tak, żeby nie kłamać. Ale prawda może ją zasmucić. Wiem, że zasmuci. Nie jestem jeszcze gotowy, żeby ją wyjawić. Muszę pracować, Marta. Ogarniać życie, ale tylko po to, żeby znowu być z tobą — mówię. Nie mogę ci pomagać? Być przy tobie?
No jak? To niemożliwe. Obiecuję, że kiedyś wszystko ci wytłumaczę, jak już nie będę musiał cię opuszczać. Szybciej niż myślisz. Chciałbym jeszcze z nią zostać, ale muszę już spadać. Szlag by to trafił. Czas na mnie, kochanie — mówię. Nie, proszę, Bartek. Połakać mi się chce. Kocham cię.
Czekaj na mnie — mówię. Dzwoni budzik. Łeb mi pęka. Sam nie wiem, jak mogę spać z takim bólem głowy. Coraz ciężej wstawać z łóżka. Szlag! Przydałby się zastrzyk mocy. Czuję się fatalnie. Zaraz puszczę pawia. I puszczam.
Ledwie zdążam do kibla na tych chudych szczudłach. Trzęsę się i z trudem podnoszę z kolan. Opieram się o umywalkę. Amancie, wyglądasz jak gówno. Uśmiecham się do trupa po drugiej stronie lustra. I tak się czuję. Ale to nieważne. Tak jest od dawna. To minie, jak tylko znów będę z Martą. Jak najszybciej do niej.
Odrywam się od umywalki i wchodzę do wanny. Muszę się doprowadzić do porządku, wyglądać jak najnormalniej w tej durnej robocie, żeby te pajace bez życia i marzeń niczego nie zauważyli. Ruszam się wolno jak we śnie, kiedy kończyny są z ołowiu i każdy ruch okupiony jest nadludzkim wysiłkiem. „Marta” — szepczę. Nawet brzmienie jej imienia dodaje energii. Nienawidzę życia bez niej. Ona jest moim życiem. Jak się nie pośpieszę z przeprowadzką, to mogę już nie zdążyć. Zdechnę w tej norze na własne życzenie. Patrzę na zasyfiałą łazienkę.
Mieszkanie wygląda jak melina. Nie mam siły ani chęci sprzątać. Dobrze, że ona tego nie widzi. Wiem, że sam jestem sobie winien. Już się nie okłamuję i niczego nie odkładam na później. Mam to po prostu gdzieś. Dzięki Marcie niczego nie żałuję, bo ona jest celem. Powiem jej o wszystkim, jak już będę mógł z nią zostać. Kocha mnie i zrozumie. Kończę się oporządzać w łazience i ubieram garnitur.
Nie muszę, ale strój dobrze kamufluje gównianą kondycję. Im bardziej elegancki, tym lepiej. Kiedy wiążę krawat, skręca mi żołądek. Ból sadza na dupę. Muszę przeczekać. „Szlag by to” — cedzę przez zęby. Powinienem coś zjeść, ale najpewniej znowu bym się porzygał. Będę popijał wodę i po południu coś przegryzę. Marta. Skurcz długo trzyma.
W końcu puszcza. Nie mam czasu. Czuję to. Staję powoli. Jeszcze raz widzę Martę, zanim się przeniosę na dobre. Mam już uzbierane prawie dwa tysiące. To trochę za mało na przeprowadzkę do niej, ale jestem dumny z siebie, że mam taką silną wolę, że tego nie rozpieprzyłem. Pieprzony szmalec. Zapytam dziś kierownika, czy jak się zwolnię w trybie natychmiastowym, to dostanę jakąś odprawę. Może nie będę musiał brać chwilówki.
Wzdycham. Przeszło. Jest okej. Ubieram buty w przedpokoju, prostuję się i gładzę ciuchy, patrząc na siebie w brudne lustro, które komentuję: „Jak zarzygane. Muszę je wytrzeć w końcu”. Po co się jeszcze okłamuję? I tak tego nie zrobię. Muszę się stąd po prostu wynieść jak najszybciej. Jak zdobędę resztę szmalu i złapię Pawła, zorganizuję wszystko błyskawicznie. Umawiałem się z nim.
Ma być czujny, ale na takich jak on nie można liczyć. A na ciebie można liczyć, wymoczku? Marta może na mnie liczyć. Cieszę się, że mogę usiąść w tramwaju. Rzadko można o tej porze. Chociaż zachodzi obawa, że zasnę, a tego bym nie chciał raczej. W największe upały zasłabłem dwa razy. Patrzę za okno, jak przesuwa się miasto, ale cały czas czuję na sobie wzrok jakiegoś dzieciaka. Wkurza mnie to. Co robi w tym tramwaju.
Dzieci nie jeżdżą tą linią o tej godzinie. Tylko ludzie do roboty w Mordorze. Chcę speszyć go wzrokiem, ale ubiega mnie jego matka. „Martuś, nie można się tak przyglądać”. O proszę. Takie wkurzające, a ma tak samo na imię jak ja. Nie lubię dzieci. Brzydzą mnie. Dobrze, że Marta nie porusza tego tematu, chociaż jeszcze z nią o tym nie rozmawiałem. A kobiety zazwyczaj chcą dzieci.
Jest jeszcze młoda. „Szlag” — szepczę trochę za głośno. Gówniarz znowu się na mnie patrzy. Ciekawe, czy ja też byłem taki wkurzający jako szczeniak. Nie pamiętam. Często dostawałem wpierdziel od ojca. To chyba byłem. „Bartek” — matka chłopaka zwraca mu uwagę. Większości życia nie pamiętam. Przez zasraną ciotkę Helenę.
Wszystko przez nią. Nienawidzę jej i kocham jednocześnie. Ale gdyby nie ona, nie spotkałbym Marty, mojej wymarzonej ukochanej. „Czemu ten pan ma takie dziwne okulary?” Okulary? Co on pieprzy. „To nie są okulary, synku. Przestań się przyglądać.” Głupio jej za niego. Jakie okulary? Ach, sińce pod oczami. Co za gnojek, ale wymyślił.
Gówniarze mają wyobraźnię. Teraz matka trzyma mu głowę, bo chłopak chce sprawdzić, co to jest, skoro nie okulary. Niedobrze. Muszę źle wyglądać. W szybie się nie przejrzę. Jest za jasno. Zresztą mam to gdzieś. Patrzę na nich i przypominam sobie swoją mamę, jak trzymałem się jej spódnicy i chowałem za nią, kiedy stary chciał mnie zlać. Broniła mnie i często przez to obrywała. Nie pamiętam.
Nic nie widziałem. Byłem niżej i chowałem gębę w spódnicę, żeby nie patrzeć. Pamiętam tylko, że mocniej się wtedy trzymałem, bo spódnica próbowała się wyszarpać. Przystanek Taśmowa. Wysiadam. Jak mi się nie chce już tu być. Śmierdzi betonem i kurzem. W ogóle śmierdzi w Warszawie. Gdyby nie Marta, szybciej bym rzucił tę korpo zabawkową pracę dla debili. Dziś po robocie odwiedzę ją i powiem, że pewnie już jutro przeniosę się do niej na stałe.
Cieszę się. „Co takiego?” — pyta ochroniarz przy bramkach w biurowcu. „Dzień dobry” — mówię. Kiwa na przywitanie i patrzy podejrzliwie. Jakiś stary zomowiec pewnie. Gdzieś oni wszyscy się przecież podziali. Wszyscy mi się przyglądają. Niektórzy ze współczuciem. Przecież tylu jest chorych ludzi. Już się przyzwyczaiłem.
Większość nie wie, jak zareagować i udaje, że mnie nie widzi. To odpowiada mi najbardziej. Szczególnie kiedy odsuwają się ode mnie w windzie byle jak najdalej. I niech nikt ze mną nie gada. Chcę mieć spokój i jakoś przetrzymać dzień. „Siemanko, jak tam dzisiaj stary?” — pyta Mariusz, kiedy wchodzę na oddział. — „Nie wyglądasz najlepiej”. „Siemka, jak zawsze przecież.” Podaję mu rękę. „Słabo dziś, dobrze się czujesz?” Myślę, czy nie powiedzieć, że miałem chemię, ale olewam to. „Słabo.
Ale co zrobić?” — odpowiadam. Mariusz jest kierownikiem. Spóźniam się codziennie, ale jest dla mnie wyrozumiały, bo wyglądam, jakbym miał zaraz umrzeć, a ja tu wciąż jestem. Chcę iść do swojego kąta, ale zapytam go od razu. „Masz chwilę, żeby pogadać?” „Jasne. Idziemy do socjalu. Mów, co się dzieje.” Przygląda mi się uważnie. „Muszę się zwolnić jak najszybciej. Nie dam rady dłużej pracować.” Rośnie zmartwienie na jego twarzy i wyobrażenie choroby w głowie. „Rozumiem.
Mogę ci jakoś pomóc?” „Potrzebuję pieniędzy. Należy mi się jakaś odprawa?” „Jasne. Zrobimy zwolnienie za porozumieniem stron. Należy ci się trzymiesięczna odprawa, stary.” Kurde, dziewięć tysięcy ponad, więcej niż potrzebuję. To będzie przeprowadzka w pięknym stylu. „Super. Co mam zrobić?” — pytam. Już samo to pytanie mnie zmęczyło. „Ja się wszystkim zajmę. Zostajesz dziś jeszcze w pracy?” Jednak wyjadę z tą chemią.
„Jeśli nie muszę, to chętnie pojadę do domu. Zawsze po chemii czuję się jak gówno.” „Widać stary. Okej, nic się nie martw. Zdanie sprzętu, obiegówka. Zajmę się wszystkim. Podejrzewam, że nie możesz czekać miesiąc na pieniądze.” „Potrzebuję jak najszybciej. Na już najlepiej.” Widzę w jego oczach, jak wyobraża sobie, że umieram w tej chwili. Kurczę, chyba się przeliczyłem. Przecież nie dostanę dziś pieniędzy. Jednak wezmę tę chwilówkę.
Jeden pies zresztą. Później szybko spłacę. „Okej, nic się nie martw. Leć.” „Dzięki.” Czuję się tak źle, że nie widać po mnie, jak się cieszę. Mam nadzieję, że nie zaczną mnie pytać o szczegóły leczenia albo co gorsza poproszą o jakieś kwity, żebym to udowodnił. „Po co?” — mówię na głos. Jestem w windzie sam. Kiedy wychodzę z biurowca i idę na przystanek, świadomość, że niedługo znowu poczuję to cudowne uczucie i spotkam się z Martą, dodaje mi energii. Wszystko inne schodzi na bardzo odległy plan. Nie ma już perspektywy całodziennej męczarni w pracy, w sztucznej atmosferze, udawać kogoś innego i starać się trzymać fason.
Yes! Radość zaczyna rozpierać mi serce. Napływa jak fala. Uwielbiam to uczucie. Jak dziecko czekające na prezent albo wycieczkę. Flaki jakby mniej bolą i drżenie w środku słabnie. Musisz coś zjeść. Wcale mi się nie chce, ale mówię to przez ten entuzjazm, niby przywołując się do porządku, bo przecież jestem poważnym, dorosłym człowiekiem. Ponad dziewięć koła. Coś pięknego.
A potrzebuję tylko dwóch. W tej euforii chcę zadzwonić do Pawła, żeby się przygotował, bo jutro załatwię szmal. Szlag mnie trafi, jeśli będę musiał na niego czekać. Szukam w komórce jego numeru, kiedy dzwoni mama. Przewracam oczami. Nie ma kiedy. Będzie mi truć i pytać, co się ze mną dzieje, dlaczego jej nie odwiedzam, a ja zwyczajnie nie mogę patrzeć na jej zmartwiony wzrok. Ale mama to mama i tak się nacierpiała. Będę miał to za sobą. „Cześć mamo.” „Bartuś, co się z tobą dzieje?
Dlaczego nie odbierałeś? Nawet wczoraj nie oddzwoniłeś.” Jak mnie męczy to jej zmartwienie w głosie. Mam ochotę odpowiedzieć, żeby się w końcu odpieprzyła i pojęła, że nie jestem dzieckiem i wiem, co robię. „Nie miałem ze sobą telefonu. Byłem u swojej dziewczyny.” „Masz dziewczynę?” „Tak, mamo. Ma na imię Marta i jest wspaniała. Chciałbym, żebyś ją poznała.” „To cudownie synku. Zaproś ją na obiad. Może dziś?” Wzdycham, bo krzyżuje mi plany. „Nie dziś, mamo.
Muszę z nią najpierw porozmawiać.” „Nie możecie przyjechać na obiad? Może być nawet kolacja.” Myślę, jak się jej pozbyć, żeby nie męczyła i wiedziała, że nas nie będzie. „Dobrze, porozmawiam z nią, ale nie obiecuję. Jak się nie odezwę, znaczy, że innym razem.” „Bardzo mi zależy. Postarajcie się. Czuję od kilku dni jakiś niepokój i obawy.” Przewracam oczami. „Spróbuję, ale to nie zależy ode mnie. Porozmawiam z nią i jak się nie da dziś, to dam znać kiedy.” „Bardzo dobrze. Odezwij się jak najszybciej. Zrobię coś pysznego.” „Dobra, dam znać.
Muszę kończyć. Pa.” „Pa synku.” Nie chce mi się jeść i z nią siedzieć. Nie znoszę czuć cały czas jej wzroku na sobie i oceniania mojego wyglądu, gadania o moim życiu, planach i tak dalej. Mam wrażenie, że stary wciąż tam jest, a nie w piachu. Siedzi w swoim pokoju, żeby nagle wypaść z niego wkurzony i drzeć mordę. To pamiętam dobrze. Jak w małym pokoju przylegającym do salonu, gdzie nikt nie mógł wchodzić, siedział ciągle i oglądał telewizję. Kiedy niespodziewanie coś mu do łba strzelało i wyskakiwał stamtąd z rozdartym ryjem. Czuję się gorzej w naszym starym domu niż w tej durnej robocie. Dobra, spokój.
Przecież i tak nigdzie nie pójdę. Teraz zadzwonię do Pawła. Wybieram numer. Jest sygnał. Połowa sukcesu, bo często ma wyłączony telefon. Nie odbiera. Nie, tylko nie to. Już czuję strach. Wiedziałem, że tak będzie. Dobra, spokojnie.
Może jest w kiblu. Spokojnie. Ale uspokoję się dopiero, kiedy odbierze i będzie miał dobre wieści. Nie mogę wytrzymać i dzwonię co chwilę. Na przystanku ze dwa razy. Potem piszę wiadomość. „Odezwij się”. Mam wrażenie, że mijają całe wieki, a on nie odpisuje. Mam ochotę zadzwonić znowu, ale przecież nawet tramwaj nie przyjechał, a kursuje co kilka minut. Uspokój się, durniu.
Jakaś kobieta patrzy na mnie. Usłyszała, że gadam do siebie. Mam to w dupie. Co on robi, do jasnej cholery? Ile można srać? Warczę przez zęby. W końcu przyjeżdża tramwaj. Wskakuję do niego i siadam szybko, żeby zadzwonić. Wciąż cisza. Jak mnie to wkurza.
Nie mogę usiedzieć. Jestem pobudzony, jakbym za dużo wychlał yerba mate. Chciałbym już być spokojny, żeby radość wróciła, ale niepokój, że on już może nigdy nie odebrać. Tak to jest być zależnym od czyjejś pomocy. Wchodzę do domu i przebieram się w luźne ciuchy. Wybieram najmniej śmierdzący dres. Już dawno nie robiłem prania. W dupie mam to. Muszę się opanować. Oddzwoni, a ty jesteś głupkiem.
Może nie wziął komórki do sklepu. Cokolwiek. Uspokój się, kretynie. Siadam na kiblu. Napiszę do niego. „Halo, Paweł, jesteś tam? Zadzwoń jak najszybciej”. Nie kończę wiadomości, kiedy dzwoni. Z ekscytacji prawie mi telefon wpada do kibla. „Siema, siema, jestem” — mówię.
„Witam, co tam?” „Słuchaj, będę miał jutro siano. Ogarniemy temat?” „Jasne. Jutro?” „Tak. Załatwisz? Pamiętasz ile?” „Pamiętam”. „Rewelacja. Daj znać. To na razie”. „Narka”. Prawie zgniatam telefon ze szczęścia.
Yes! Uwielbiam mieć powód do radości. Aż mi się chce śpiewać. Marta na mnie czeka, czeka, czeka, czeka. Wstaję z kibla, myję ręce i idę do kuchni. Ciociu Helenko, gdzie jesteś? Nie pamiętam, kiedy miałem tak dobry humor. Aż mam ochotę tupać w miejscu nóżkami, jakby to był najlepszy dzień w moim życiu. Otwieram szafkę nad blatem i sięgam po małą puszkę po kawie. Z szuflady biorę łyżkę stołową, folię aluminiową i siadam przy stole.
Wyciągam z puszki plastikowy woreczek zamykany na żyłkę i szklaną rurkę. Heluniu, cioteczko najdroższa. Mam jakieś trzy gramy kryształów heladoiny. To całkiem niezły zapas i kupa szmalu, bo nie ma droższego narkotyku. Jednak najważniejsze jest to, że ten naprawdę przenosi w inny wymiar. To nie jest zwykły haj. Nie wiem, czy ktoś to odkrył, czy robią jakieś badania, ale hela otwiera jakiś portal i autentycznie przenosi świadomość do innego świata. Nie znam nikogo, kto bierze oprócz mnie. Paweł mówił, że tylko dla mnie to ściąga. Niestety trochę kopie zdrowie.
Ciało nie jest przystosowane do odrywania jaźni i przenoszenia do innego wymiaru. To za każdym razem duży wstrząs. Dlatego chcę się przenieść do Marty raz na zawsze i już nie męczyć organizmu podróżą ani serca rozłąką. Ukochana też cierpi, kiedy mnie przy niej nie ma. Już za chwilę, malutka. Odwijam kawałek folii i urywam. Formuję małą cebulkę, w którą wsadzę rurkę. Otwieram woreczek i wrzucam do foliowego kokonu pierwszy kryształek. Potem zaciskam folię na szklanej rurce. Zafunduję sobie dziś porządny, długi pobyt.
Nie muszę już oszczędzać, skoro jutro Paweł załatwi mi heli, ile trzeba. W końcu będzie czas na zwiedzenie świata Marty. Ciekaw jestem, jaka jest ziemia w jej wymiarze. Jak bardzo różni się od tego nędznego padołu tutaj. To, co widziałem do tej pory, wydaje się rajem. Potrzebuję 10 gramów, żeby przenieść się na zawsze. To pewna ilość i ponad 5000 złotych. Trzy już mam. Na resztę wezmę chwilówkę. Będziemy już zawsze razem.
Będę mógł Marcie wszystko wytłumaczyć, przestać ukrywać prawdę o tym, czego używam, żeby z nią być. Na razie boję się, że uzna mnie za narkomana. Ćpuna. Tak jak ludzie tutaj by uznali. I mogłaby zwyczajnie mnie zostawić. Świat jest podły, pełen niezrozumienia. Paweł cię rozumie. Uśmiecham się. Nie, nie rozumie. Chodzi mu tylko o szmal.
Przekręcam i wciskam kurek kuchenki. Gaz zaczyna płonąć. Jedną ręką trzymam nad płomieniem łyżkę, na niej aluminiową cebulkę z zawiniętym krysztalem. Nie grzeję bezpośrednio folii, bo lubi się przypalić. Zaciśnięta jest na końcu szklanej rurki, którą trzymam w drugiej ręce. Heladoina rozpuści się jak żywica i zacznie parować. Nie trzeba niczego dodawać, tak jak do heroiny. Biorę w usta rurkę i wciągam cały opar. Wiem już, ile go będzie z takiego kawałka kryształu. Jak są za duże, kruszę je, żeby móc wciągnąć wszystko na raz i nie marnować.
Za drogie to jest, żeby puścić bokiem choć małą strużkę. Po chwili biorę kolejny kryształ, a potem jeszcze trzy. Ponad dwa razy więcej niż zwykle. Będę miał dziś dla Marty dużo czasu. Idę do łóżka, zanim hela zacznie działać. Już kładąc się, czuję, jak obejmuje umysł. Zaraz zacznie go teleportować. Robi się niesamowicie kolorowo, bardziej niż zwykle. Marta. Jest mi cudownie błogo.
Czuję ciepły podmuch. Nie leżę już w zasyfiałej norze. Wciągam świeże morskie powietrze. Czuję trawę pod głową i pod dłońmi. Otwieram oczy. Oślepia mnie jasność. Unoszę się na łokciach. Zaczynam widzieć kształty. Znów jestem w raju. Słyszę szum morza w dole i mewy.
Żadnego miasta, żadnej cywilizacji. Błękit nieba jest nieprawdopodobny, a trawa tak soczyście zielona, że zawsze skubnę źdźbło i zjem. Jestem ubrany na biało w lekki len. Zawsze tak samo. Widzę ją. Stoi i patrzy na mnie. Jest blisko krawędzi urwiska, tam, gdzie zawsze się spotykamy. Wiatr rozwiewa jej czarne włosy i białą sukienkę, tak samo cienką jak moje ubranie. Powiedziała kiedyś, że wie, kiedy do niej przychodzę. Miłość mnie rozpiera i z radości natychmiast czuję mrowienie w całym ciele i w kroczu.
Dobre, stare pożądanie. Wstaję i ruszam do niej, a ona do mnie. Do mieszkania Bartka wchodzi jego matka. Dał jej kiedyś klucze. Kobieta zasłania ręką usta. „O Boże” szepcze, widząc zapuszczoną norę. „Jak tu śmierdzi”. Idzie przez przedpokój. „Bartek!” Długo tu nie była. Nie zapraszał jej.
Jest tu przez matczyne przeczucie, które nie dawało jej spokoju. Podchodzę do Marty. Ależ ona jest śliczna. Za każdym razem mam wrażenie, że pod sukienką dostrzegam linie jej nagiej sylwetki, jej piersi i brodawki. Idealne ciało. Stajemy naprzeciw siebie, a ona nie wytrzymuje i rzuca mi się na szyję. „Kochany.” Całuję ją po twarzy, szyi, wącham włosy. Potem wpijam się w jej usta. Ależ ona pachnie i smakuje. „Tak tęskniłam” mówi pomiędzy pocałunkami.
Ja nic nie mówię. Sycę się nią. Tak wyrażam swoją miłość. Cieszy ją moja erekcja. Mnie też. Nie miewam jej od dawna w moim świecie. Siadamy na trawie. Świat dookoła jest idealny, jasny i kolorowy. „Zostaniesz ze mną?” pyta Marta. Wiesz, że tak.
Ale jeszcze nie dzisiaj. Smutnieje. „Ale dziś będę z tobą długo, moja śliczna.” Pocieszam ją. Dziś jest piękniejsza niż kiedykolwiek. Widzę wyraźnie nawet fakturę jej skóry, drobne włoski. Skupiam się na każdym najmniejszym szczególe. Podziwiam każdy milimetr. Matka wchodzi do sypialni i znajduje syna rozwalonego na łóżku. Podbiega. „Synku, synku.” Zaczyna nim potrząsać.
„Obudź się, co ci jest?” Jest blady jak kreda i oblany zimnym potem. Od potrząsania zaczyna wymiotować. Dużo tego nie ma. Nic nie jadł. „O Boże, Bartuś.” Kładzie syna na bok. Kobieta ma już swoje lata, ale wciąż pracuje jako pielęgniarka. Sprawdza puls. Jest słabo wyczuwalny. Wyciąga z torebki telefon i dzwoni po karetkę. „Wytłumaczysz mi, dlaczego znikasz?” Marta mnie lekko odpycha.
„Nie chcę teraz” mówię. Chcę się z nią tylko kochać, a nie gadać o głupotach. Ale ona mi nie pozwala. Patrzy w niebo. „Zobacz. Nadciągają ciemne chmury” mówi. Zadzieram głowę. Widzę je tutaj pierwszy raz. Nie wiem, skąd się wzięły. „Tutaj pada?” pytam.
Myślałem, że w raju nie pada deszcz. Co za głupota. Przecież musi padać. „Zabierzesz mnie do siebie? Pokażesz, gdzie mieszkasz?” pytam. Nigdy mnie nie odprowadzałaś. Uśmiecha się. Od razu pcham dziób do całowania. Dostaję buziaka i Marta się odzywa: „Myślałam, że nigdy nie zapytasz.” Wstajemy i idziemy w stronę lasu. Jest niesamowicie gęsty i ciemny.
Widać tylko kilka pierwszych rzędów drzew. Dalej ciemność. Dziwne, ale nie czuję się już tak cudownie błogo, jak na początku. To pewnie przez pogodę. Niebo błyskawicznie robi się stalowe. Jest chłodniej, aż dostaję gęsiej skórki. Marta trzyma mnie za rękę i idzie przodem, jak na tych zdjęciach z różnych stron świata, gdzie dziewczyna ciągnie za sobą chłopaka. Patrzę na jej pupę. Niesamowicie nęcą mnie jej pośladki. Zbliżamy się do linii lasu.
„Mieszkasz w lesie?” „Zobaczysz.” Matka czeka na karetkę i wciąż próbuje obudzić syna. Co chwilę sprawdza tętno. „Synku, co ty wziąłeś? Obudź się.” Klepie go po twarzy. „Co wziąłeś? Co ty zrobiłeś?” Bartek oddycha coraz płycej. Kobieta w desperacji bije go po twarzy. „Bartek, obudź się.” Jej syn przestaje oddychać, a serce staje. Matka wpada w panikę, ale zaczyna reanimację. Lata praktyki.
Słyszy już karetkę. Ten sygnał daje jej nadzieję, ale stan Bartka ją odbiera. Kobieta potrafi rozpoznać zapaść. Zrywa się silny wiatr. „Ale wieje. Dobrze, że się schowamy” mówię tuż przed linią najczarniejszego lasu, jaki w życiu widziałem. Marta się odwraca. „O tak, schowamy się.” Uśmiecha się. Wcześniej jej oczy tak nie błyszczały. Ją pierwszą wchłania lodowata czerń, z głębi której dobiega wrzask, jakiego nie da się udać tak przekonująco, jakby kogoś tam autentycznie obdzierano ze skóry.
Robię wielkie oczy i chcę się zatrzymać, ale Marta ciągnie mnie dalej. Trzyma tak mocno, że nie mogę wyrwać ręki. Odwracam się jeszcze i widzę, jak ciemność się za mną zamyka.
[05:03:58] - No tak, przerywnik literacki za nami. Dalej będzie literacko, z tym że w tej chwili recenzencko. Zapraszam do recenzarium Evivy, a w recenzarium Evivy dzisiaj „Powrót z gwiazd” Stanisława Lema. Ktoś powie: „To ramota”. Może jest i to ramota, ale naprawdę jak napisana. Poza tym, wiecie państwo, to może jest nudne i może jest już oklepane, ale mam wrażenie, że to w dalszym ciągu nie do wszystkich dociera, że budując świat taki upudrowany, taki bez agresji, bez przejawów na przykład złości, taki upudrowany, spetryzowany, w którym nikt nikomu krzywdy nie zrobi, tak naprawdę budujemy świat nieszczęśliwy. To jest też, owszem, świat bez agresji. Zobaczcie państwo, rozejrzyjcie się. Kilku ludzi na tym świecie postuluje, żeby taki świat stworzyć. Świat, w którym nie będzie agresji.
Rzeczywiście szczęścia może byłoby trochę więcej. Ale czy aby na pewno? I czy ta góra szczęścia przypadkowo nie doprowadziłaby również do nieszczęścia? Bo świat, w którym wszyscy są mili dla siebie, nie ma agresji. Jak nie ma agresji, to nie ma też silnych emocji, nie ma uczuć, a w każdym razie nie ma takich silnie nacechowanych uczuć. To są ludzie, którzy, wszystko na to wskazuje i chyba Lem też się tego obawiał, nie będą w stanie podjąć decyzji o tym, że na przykład trzeba się za kogoś poświęcić. Tak jak to zrobiono z węzłem gordyjskim, trzeba go po prostu przeciąć. Musimy być łagodni, spokojni, dobrzy. To chyba nie jest, proszę państwa, sposób na świat. Świat nie jest łagodny, świat nie jest przyjazny.
Wystarczy się po przyrodzie rozejrzeć i ktoś powie: „No tak, ale przecież my tylko częściowo należymy do przyrody. Mamy umysł, który nas wyróżnia i powinniśmy tego umysłu używać”. Zgoda, ale czy wycięcie sobie z tego umysłu jakichś elementów związanych nawet nie z agresją, tylko z takim twardym stąpaniem po ziemi, to jest na pewno dobry sposób na budowanie szczęścia i budowanie wspaniałej cywilizacji? Podobnie jak Lem nie chcę odpowiadać na to pytanie. Zresztą gdzież mi się tam równać z mistrzem, ale myślę, że Lem zadał te swoje pytania w punkt. A teraz już przed państwem Luiza Dobrzyńska i recenzarium Evivy.
[05:07:39] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Zdarzyło mi się kiedyś spytać pewnego dość doświadczonego na rynku księgarskim człowieka, co myśli o Stanisławie Lemie. Odpowiedział krótko: „Komuchów nie czytam”. Było to podsumowanie z gruntu niesprawiedliwe w stosunku do pisarstwa Lema, bo kim on był z poglądów, to już jego prywatna sprawa. Natomiast pisał wspaniale i temu zaprzeczyć nie można. Natomiast czy był komunistą, czy nie był komunistą, to sprawa dyskusyjna. Jedno jest pewne, że musiał pewne odniesienia do komunizmu zawierać w swoich książkach. Po prostu inaczej by się w tamtych czasach nie przebił. Niewykluczone zresztą, że pewnymi aspektami tego ustroju mógł być zauroczony. Ale o to mniejsza.
Pierwszą z książek Lema, którą zamierzam przedstawić, jest „Powrót z gwiazd”. To była chyba w ogóle pierwsza jego książka, którą przeczytałam. Powieść jak na dzisiejsze standardy krótka, ale naprawdę fascynująca i zawierająca bardzo ciekawe spostrzeżenia nie tylko społeczne, ale i technologiczne. Jakaż więc jest jej treść? Hal Bregg wraca z wyprawy badawczej do gwiazdozbioru Fomalhaut. Wyprawa trwała 10 lat, ale tylko dla członków zespołu. Na Ziemi minęła ponad setka. Okazuje się, że społeczeństwo, które Bregg zastał, jest zupełnie inne niż te, które pamięta. W czasie jego nieobecności dokonał się przewrót społeczny polegający na tym, że cała ludzkość została niejako zaszczepiona przeciwko złym odruchom. Złym w sensie kryminalnym.
Znalazłszy się na Ziemi Bregg i jego koledzy z wyprawy, ci, którzy przeżyli, nie są w stanie zrozumieć otaczających ich ludzi. Nie są też zrozumiani przez nich. Raczej traktowani są podejrzliwie, ponieważ w odróżnieniu od nich są zdolni zabić. Świat, który zastali, pozbawiony jest takich ludzi. Kosmonauci są reliktami dawnej epoki, o której współcześni najchętniej by zapomnieli. Mimo to Drek musi się jakoś przystosować do tego społeczeństwa, ponieważ chciał nie chciał, musi w nim żyć. Okazuje się, że wyeliminowanie agresji, można powiedzieć zwierzęcych popędów, stworzyło zupełnie nowy świat. W pewnym sensie ten świat jest idealny. Można żyć, jak długo się chce, bez żadnych pieniędzy, ponieważ wszystko, co konieczne do życia, jest za darmo. Płacić trzeba tylko za dobra luksusowe.
Ludzie przestali się rozpychać łokciami, nie napadają jeden na drugiego. Nie ma tragedii, nie ma nieszczęść. A mimo to ten świat jest niemal nie do przyjęcia. Drek potrzebuje rozpaczliwie kogoś, kto pomoże mu go zrozumieć, kto pomoże mu się z nim pogodzić. Obraz społeczeństwa nakreślony przez Lema może się wydawać wyidealizowany i to w większym stopniu niż to, co przedstawił Gene Roddenberry w „Star Treku”. Ponieważ mamy do czynienia ze społeczeństwem złożonym niemalże z aniołów. Ludzi, którzy nie potrafią kogoś okraść, nie potrafią kogoś pobić, nie potrafią w ogóle nikogo skrzywdzić. Ale jak sam Lem napisał w jednym z opowiadań z „Cyberiady”: „Jeżeli człowiek nie jest zdolny do zła, to dobra w nim tyle, ile w tramwaju, który nie przejedzie cię, kiedy stoisz na chodniku, bo z szyn wyskoczyć nie może.” I chociaż docenia komfort życia, w jakim się znalazł, z pewnymi rzeczami pogodzić się nie może. Na przykład z tym, że cała wyprawa, wszystko, co musieli znieść on i jego towarzysze, śmierć przyjaciół, w tej chwili jest przez ludzi traktowana jako coś, co należy jak najszybciej zapomnieć. Jako szaleństwo ludzkości.
Należałoby zadać sobie pytanie: czy chcielibyśmy znaleźć się w takim świecie? Oczywiście wszyscy chcielibyśmy żyć bez trosk, bez zmartwień dnia codziennego. Wiedzieć, że nikt nas nie napadnie. Wiedzieć, że będziemy mieli to, na czym nam zależy. Że stosunki międzyludzkie, także damsko-męskie, będą ułatwione do maksimum. Jednak punkt widzenia weterana wyprawy kosmicznej jest bardzo logiczny, ponieważ w tym świecie zabrakło tego, co zwykle było bardzo ludzkie. Tej dążności do okiełznania nieznanego, która wywiodła człowieka w kosmos. Choć może nie do końca. A dlaczego? Żeby się o tym przekonać, trzeba książkę przeczytać.
Warto zaznaczyć, że w tej właśnie książce Stanisław Lem w latach 60. zeszłego stulecia opisał czytnik e-booków, a właściwie połączenie czytnika e-booków z czytnikiem audiobooków. Jak napisał, był to rodzaj książki o tylko jednej grubej stronie, na której po dotknięciu palca pokazywały się kolejne strony tekstu. Ewentualnie ten opton, jak go Lem określił, mógł pełnić funkcję lektona. To znaczy nastawić tak, żeby czytał tekst. Z ustawieniem barwy głosu, szybkości i tak dalej. Wtedy to było właściwie nie do pomyślenia. A teraz można powiedzieć, że Lem tutaj okazał niezwykłą przenikliwość technologiczną. Nie jest to jedyna rzecz, którą opisał, a którą teraz mamy, choć kiedyś wydawała się niemożliwa. Szukamy wizjonerów w literaturze amerykańskiej, anglosaskiej, francuskiej, nawet hiszpańskiej.
A może warto poszukać ich u nas? Naprawdę nie jesteśmy gorsi. Mówiła Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:14:28] - A teraz zapraszam państwa na kolejną część „Bibliotekarium 2.0”. To będzie część, za którą odpowiedzialność ponosi mój szef. Waldemar Milstein mniej więcej rok temu przeprowadził wywiad z Przemysławem Żarskim. To jest pisarz, który napisał trylogię, ale będziemy rozmawiać. Siadła mucha i tak dalej. Mój szef, Waldemar Milstein będzie rozmawiał o książce „Cierń”. Przemysław Żarski to jest absolwent Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Jest dziennikarzem, specjalistą do spraw marketingu, miłośnikiem rockowych brzmień, górskich szlaków, ale i koszykówki. Ta miłość do koszykówki to jakoś tak nie rozumiem. Ja rozumiem, do piłki nożnej, ale to banalne.
Do zjeżdżania na nartach, ale do koszykówki? Wiem, że są miłośnicy. Spokojnie, to tylko moje fobie. Nigdy nie umiałem tego dwutaktu wykonać. Zawsze dostawałem pałę albo tróję najwyżej. To pewno dlatego. To jakaś trauma z młodości. W każdym razie dwutakt mi nie szło zupełnie. W każdym razie wracając do naszego gościa. Przemysław Żarski najlepiej wypoczywa u boku żony i córki.
Jest to nie byle kto, nie byle jaki autor, bo jest laureatem nagrody Kryminalna Piła dla najlepszej polskiej powieści kryminalnej w roku 2020. To chodziło o powieść „Blizna”. Ta powieść, o której powiedziałem, „Cierń”, jest ostatnią częścią serii z komisarzem Robertem Kreftem. Seria wtedy, kiedy wywiad był prowadzony, miała trzy tytuły: „Ślad”, „Blizna” i „Cierń”. Przemysław Żarski jest też autorem powieści kryminalnej „Umwelt”. Cóż, proszę państwa, zobaczmy zatem, jak się sprawował w czasie wywiadu mój szef, którego państwo znacie, bo już się na antenie Bibliotekarium i Bibliotekarium 2.0 pojawiał. Więc zobaczmy, jak sobie poradził w przypadku wywiadu z Przemysławem Żarskim. Zapraszam serdecznie.
[05:17:38] - W styczniowy wieczór w pobliżu kapliczki i metalowego krzyża śledczy znajdują rozkopany dół, a w nim ludzkie kości. Kilka dni później w drugim końcu miasta samobójstwo popełnia młoda kobieta. Robert Kreft wraca do pracy i mierzy się z dramatycznymi wydarzeniami ostatnich tygodni, kiedy to znalazł się o krok od rozwikłania tajemnicy samobójczej śmierci matki. 25 lat wcześniej Anna Kreft odebrała sobie życie, skacząc z balkonu na oczach dziesięcioletniego syna. Kobieta spotkała na swojej drodze pewnego człowieka, który wbił cierń w tkankę ich ustabilizowanego życia, niszcząc spokój, zatruwając relacje i popychając Annę w ramiona obłędu. „Cierń” to historia o tym, że wspomnienia potrafią uwierać jak tkwiąca w skórze zadra. To bolesna, jątrząca się opowieść o dążeniu do prawdy, która nie zawsze prowadzi do zagojenia blizn i ukojenia bólu. Brawurowy finał cyklu z komisarzem Robertem Kreftem w roli głównej.
[05:19:12] - Dzień dobry państwu. Przed mikrofonem Waldemar Milstein, a naszym gościem w Book Radio będzie Przemysław Żarski, dziennikarz i specjalista do spraw marketingu, miłośnik rockowych brzmień, górskich szlaków i koszykówki. Autor powieści „Cierń”, która ukazała się niedawno na księgarskim rynku. Dzień dobry, panie Przemysławie.
[05:19:34] - Dzień dobry, witam wszystkich.
[05:19:36] - „Ślad”, „Blizna”, „Cierń”. Bohaterem tej powieści jest komisarz Robert Kreft. Nasłuchując w internecie dowiedziałem się, że to już koniec. Naprawdę zamierza pan rozstać się z tą postacią?
[05:19:52] - Ta postać była przewidziana na trzy tomy i póki co udało mi się je zrealizować, więc w tym momencie mogę powiedzieć, że ta trylogia się domknęła. Te główne wątki, które sobie zaplanowałem, zrealizowałem i Robert Kreft rozwiązał zagadkę, która nurtowała go od wielu lat. Czy to jest koniec Roberta Krefta? Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że w tym momencie mogę tak powiedzieć. Jednak nie zamykam tej historii na klucz i zostawiam sobie otwartą furtkę. Jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy jakiś pomysł, który byłby w stanie rozwinąć zarówno postać, jak i fabułę, jeśli w jakimś momencie uznam, że warto do Roberta Krefta i jego zespołu z komendy wrócić, to pewnie tak zrobię. Natomiast plan był taki, by to była opowieść rozłożona na trzy tomy. Spójna opowieść, ponieważ rzeczy, które rozgrywają się w „Śladzie”, znajdują swoje odzwierciedlenie w „Bliźnie” i w „Cierniu”. Chciałem, żeby to tak wyglądało, żeby miało taką formę, można powiedzieć, serialową, czyli kiedy kończy się jedna część, to tak naprawdę już myślimy o drugiej.
Natomiast „Cierń” jest finałem tej historii i tutaj wszystkie, a przynajmniej większość zdecydowaną wątków musiałem zamknąć. Oczywiście zostawiłem sobie pewne niedopowiedzenia na deser, ale tak jak mówię, stanowi to dla mnie pewną furtkę fabularną w przypadku, gdybym chciał wrócić do tej postaci.
[05:21:33] - Czy „Cierń” różni się od dwóch poprzednich powieści? Czy pana bohater, i tu teraz będzie trudne słowo, wyewoluował? Czy postacie w wielotomowych historiach naprawdę się zmieniają? Czy może jest to tylko złudzenie czytelników, którzy coraz częściej przywiązują się do wybranej postaci?
[05:21:50] - Myślę, że Robert Kreft jest postacią, która od samego początku jest nakreślona bardzo precyzyjnie. On nie do końca się zmienia, natomiast zmieniają go na pewno okoliczności i to, w jakim kierunku to śledztwo i ta tajemnica, nad którą pracuje od lat, zmierza. Więc wydaje mi się, że to jest postać, która od początku w mojej głowie zrodziła się i miała pewną formę, pewien kształt, pewien kręgosłup. I ten kręgosłup i ta forma dotrwały do końca. Natomiast emocjonalnie na pewno zafundowałem moim bohaterom rollercoaster emocjonalny, ponieważ przeczołgałem ich, mówiąc kolokwialnie, bardzo. Nie mam tu na myśli wyłącznie Roberta Krefta, który oczywiście dźwiga na swych plecach największy bagaż doświadczeń i traum, ale także pozostałe postaci. Więc jeżeli czytelnicy przeczytają tę serię, to zobaczą, jak wiele ci ludzie musieli przeżyć na kartach tych powieści. I to jest zabieg zamierzony. Dla mnie kryminał to nie tylko intryga, to nie tylko zagadka, które są oczywiście bardzo ważne, ale przede wszystkim emocje, relacje między bohaterami, nawiązania do przeszłości i ta nić, która łączy te wszystkie wydarzenia.
[05:23:10] - Ale komisarz Kreft nie jest typowym bohaterem współczesnego kryminału. Pisarze skandynawscy oraz wielu polskich stawia na postacie bardziej skomplikowane i niejednoznaczne. Tymczasem bohater „Ciernia” to postać raczej wyważona, spokojna, zupełnie inna niż postacie, do jakich przyzwyczaiła nas współczesna literatura czy film.
[05:23:31] - Nie do końca się zgodzę z tym stwierdzeniem. Na pewno Robert Kreft jest bardzo złożoną postacią, natomiast nie jest postacią sztampową i nie jest postacią, którą spotykamy na kartach kryminałów tych najczęściej spotykanych. Czyli nie jest ani alkoholikiem, ani osobą, która nadużywa innych używek, która odreagowuje na swoich podwładnych, która jest szorstka w obyciu, która jest zimna i wyrachowana. To jest człowiek, któremu starałem się przekazać cechy najbardziej zbliżone do normalnych ludzi. Chciałem, żeby on był zwykłym człowiekiem, który pracuje jako policjant i rozwiązuje trudne sprawy kryminalne, ale niekoniecznie odreagowuje w taki standardowy sposób. Bym powiedział sztuczny, ponieważ znam też policjantów i wiem, że to nie zawsze są ludzie, których sobie wyobrażamy. To po prostu jest normalny zespół. To są normalni ludzie, którzy pracują, żyją i łączą te dwie sfery, ponieważ to jest zawsze najtrudniejsze. Wiadomo, że te trudne sprawy kryminalne, te zbrodnie i inne rzeczy odciskają na nich pewne piętno. Jedni sobie z tym radzą lepiej, inni sobie z tym radzą gorzej.
Natomiast w przypadku Krefta interesowała mnie jego przeszłość. Interesowało mnie to, w jaki sposób ona ukształtowała tego człowieka, dziś blisko 40-letniego, i to, jak wielki bagaż traum, blizn, cierni, nie tylko tych fizycznych, ale przede wszystkim mentalnych ten człowiek dźwiga i jak trudno mu uporać się z tym wszystkim. Te rzeczy na niego oddziałują. On nie potrafi budować relacji na przykład z kobietami. To pewnie też w jakimś stopniu to widać. Chciałem to przynajmniej pokazać, ponieważ w bardzo młodym wieku stracił matkę, więc uznałem, że te doświadczenia na pewno zmienią go, zmienią jego całe dotychczasowe życie. I tę przemianę i te ciernie, blizny, które nosi na sobie, chciałem jak najbardziej w tych powieściach pokazać.
[05:25:41] - Zostawmy na razie komisarza Krefta. Wróćmy do samej książki. W „Cierniu” akcja rozgrywa się w dwóch planach czasowych. Przeszłość bardzo wyraźnie oddziałuje na teraźniejszość. To ostatnio bardzo modny trend w powieściach kryminalnych i sensacyjnych. A może to po prostu patent na dobrą, wciągającą historię?
[05:26:01] - To już nie mnie oceniać, czy ta historia jest dobra i wciągająca. Na pewno starałem się, żeby taka była. Natomiast jeśli chodzi o te dwie strefy czasowe, dwie przestrzenie czasowe, może inaczej to określę. Rzeczywiście od początku tej serii założyłem sobie, że część wydarzeń będzie się działa w latach 90., a część wydarzeń będzie się działa współcześnie. Bardzo lubię tego typu zabiegi, gdy te wydarzenia z przeszłości wypływają i oddziałują na rzeczywistość. Tym bardziej, że znam lata 90. bardzo dobrze. Też wówczas dojrzewałem. Jestem w podobnym wieku do głównego bohatera. Zrobiłem to celowo.
Chciałem po prostu pokazać, jak funkcjonowaliśmy w latach 90. jako młodzi ludzie, jak dojrzewaliśmy w tych trudnych przecież czasach, choć z drugiej strony bardzo barwnych. Myślę, że te wiele barw lat 90. ukazałem w swoich powieściach. Tak jak mówię, założyłem sobie taki zabieg i trzymałem się go ściśle przez wszystkie trzy powieści.
[05:27:04] - Mam tu przed sobą książkę i krótki cytat: „Złożony i mroczny. Żarski wie, co robi. Świetny kryminał”. Na pewno pan wie, kto to napisał. I czy autorka tych słów jest pana adwersarzem? Już się pan uśmiał.
[05:27:21] - To znaczy nie, nie uśmiałem, ponieważ bardzo oczywiście szanuję wszystkie osoby, które polecają moje powieści i uśmiałem się dlatego, że tak naprawdę gdyby ich wymieniać, to jest czołówka polskiego kryminału, bo zarówno Wojciech Chmielarz, Robert Małecki, Maciej Siembieda, Vincent Sywierski czy Katarzyna Puzyńska, o której mówimy, to tak naprawdę czołówka dzisiaj polskiego kryminału, więc zastanawiałem się, gdybym pociągnął ten cykl, kto tak naprawdę mógłby jeszcze polecić moje książki. Jestem bardzo zadowolony z tego, że osoby, które znają się na kryminale, które potrafią tworzyć fascynujące powieści i takie wciągające czytelników, na czym nam wszystkim przecież zależy, doceniają wartość mojej twórczości. To jest dla autora równie istotne, jak odbiór czytelników.
[05:28:12] - Rozumiem, że Katarzyna Puzyńska jest jednym z pana idolów, ale czy tylko ona?
[05:28:19] - Wie pan co? Jeśli chodzi o Katarzynę Puzyńską, to nie jestem specjalistą od literatury, którą tworzy, ponieważ nie przeczytałem oczywiście wszystkich pozycji i całego „Lipowa”. Natomiast na pewno Robert Małecki, bo z nim mam najlepszy kontakt jeśli chodzi o te osoby. Uważam, że jest w tej chwili chyba najlepszym polskim autorem kryminałów. To oczywiście subiektywna opinia. Wojciech Chmielarz to uznane nazwisko. Tak samo tutaj nie ma w ogóle o czym mówić. Maciej Siembieda klasa. Tak jak mówię, cieszę się, że te osoby dostrzegły to, że moja twórczość nie polega wyłącznie na tym, żeby szokować czytelników i zalewać ich brutalnością, która jest moim zdaniem bolączką dzisiejszego polskiego kryminału, tylko skupić się na emocjach i tworzyć fabuły, które docierają do czytelników, którzy chcą te historie przeżyć, przemyśleć i wyciągnąć jakieś wnioski.
[05:29:17] - Przywołał pan tutaj kilka nazwisk, głównie jeżeli chodzi o kryminał i sensację, ale gdybym zapytał o literaturę ogólnonurtową, to kogo pan by wymienił?
[05:29:27] - Wie pan co? Od lat zdecydowanie moim ulubionym autorem jest Cormac McCarthy. Tak naprawdę jego powieści mogę polecać z czystym sumieniem. Oczywiście tych autorów jest mnóstwo. Jeśli wymienię teraz 10 nazwisk, to po naszej rozmowie pewnie przypomnę sobie kolejnych 10, które mógłbym wymienić i też bym się nie pomylił. Natomiast na pewno Márquez, na pewno Cormac McCarthy. Jeśli chodzi o literaturę rozrywkową, to wiadomo Stephen King. Jeśli chodzi o kryminały, to na przykład francuskie kryminały, czyli Lemaitre czy Grange. A jeżeli mówimy o Polakach, to tak jak wspomniałem Robert Małecki. Jest tego bardzo dużo.
Zabrakłoby nam pewnie tutaj czasu, by wszystkich wymienić. Ja staram się w trakcie pisania nie czytać kryminałów właśnie po to, żeby się nie sugerować rozwiązaniami fabularnymi. Natomiast czytam wówczas literaturę piękną i w tym momencie czytam na przykład książkę „Shuggie Bain” Douglasa Stuarta, która zdobyła bardzo wiele nagród i jest znakomitą powieścią. To samo mogę powiedzieć o książce „Wierzyliśmy jak nikt”, więc samo moje Wydawnictwo Poznańskie wydaje tyle fantastycznych powieści, że zabrakłoby nam pewnie całego roku, żeby je przeczytać. Jest tego sporo.
[05:30:53] - Panie Przemysławie, teraz takie pytanie, które przewija się w licznych wywiadach, których pan udzielił, ale nie mogę nie zadać tego pytania, czyli ile autora jest w postaciach, które pan kreuje? Na ile praca zawodowa, wykształcenie, miejsce zamieszkania, doświadczenia życiowe przekładają się na to, co pojawia się później na stronach pana powieści?
[05:31:15] - Pewnie starałbym się powiedzieć, że nie ma tego wiele, ale wiadomo, nasiąkamy relacjami z ludźmi, nasiąkamy tym, w jakim środowisku funkcjonujemy, tym, czym się interesujemy i później te doświadczenia w jakimś stopniu przelewamy na karty powieści. Więc tutaj nie będę uciekał od tego, że Robert Kreft jest zupełnie różnym człowiekiem ode mnie. Na pewno ma jakieś moje cechy, ale starałem się je rozdzielić równo między wszystkie postaci, bo Robert być może jest charakterologicznie najbardziej do mnie zbliżony, ale Uryga też posiada cechy, na przykład zamiłowanie do koszykówki, które też jest we mnie od dziecka. Nie wiem, czy da się stworzyć postaci zupełnie oderwane od tego, kim jesteśmy i co przeżyliśmy, więc uważam, że to, jak pracujemy, to co robimy, to z czym się spotykamy, jest naszą siłą i powinniśmy też oczywiście w rozsądnych proporcjach w tej literaturze to umieszczać. W moim przypadku jest to dziennikarstwo i myślę, że nie ma tego aż tak wiele. Natomiast na pewno można dostrzec pewne elementy, które starałem się odwzorować.
[05:32:23] - No właśnie, ale tutaj krótko pan powiedział o tej pracy zawodowej, natomiast jest pan z wykształcenia?
[05:32:30] - Ja ukończyłem Uniwersytet Śląski, Wydział Nauk Społecznych, politologię i europeistykę. Tak się chyba nazywał wówczas ten kierunek. Oczywiście z dziennikarstwem tak samo jestem związany od samego początku mojej kariery zawodowej, więc nie wiem, politycznych rzeczy jakoś niespecjalnie w książkach chyba moich znajdziemy, ale to wynika też z tego, że ja pracuję w biurze prasowym Urzędu Marszałkowskiego. Ja się na co dzień z tym spotykam i tak naprawdę książki są po to, żeby odreagować i w jakimś stopniu przenieść się do trochę równoległej rzeczywistości. Może dlatego nie piszę political fiction ani tego typu książek póki co, gdyż ta tematyka zajmuje mnie w pracy, a niekoniecznie w literaturze.
[05:33:16] - No tak, ale bardzo ważne miejsce w pana książkach zajmuje też miasto.
[05:33:21] - Tak. Na pewno nie jest bohaterem moich powieści, natomiast jest takim żywym tłem tych wydarzeń. Starałem się przedstawić Zagłębie Dąbrowskie, bo nie mówię tutaj wyłącznie o Sosnowcu z takiej perspektywy może nie turystycznej, bo to za duże słowo, tym bardziej że kryminał jednak ma w sobie sporo mroku, ale chciałem pokazać, że tutaj też można stworzyć taki wiarygodny kryminał miejski, taką powieść, w której możemy towarzyszyć bohaterowi, podróżując i przemieszczając się po realnych ulicach, w realnych miejscach. To jest w kryminale moim zdaniem dosyć istotne, ale też wiadomo, dzisiaj są takie możliwości technologiczne, że w zasadzie możemy napisać powieść, która dzieje się w zupełnie odległym zakątku świata i nawet nie wychodząc zza biurka, jeśli nam się włączy tryb lenia. Ale ja uważam, że jednak warto tymi uliczkami się przespacerować, ten klimat poczuć. Stąd wybór był naturalny. Zagłębie i miejsca, które są mi bardzo dobrze znane. I tak jak mówię, bardzo wiele osób odkrywa te miejsca. Przyjeżdża do Sosnowca albo do Dąbrowy Górniczej czy do Katowic, gdzie też się oczywiście fragmentarycznie te powieści toczą. Wysyła mi zdjęcia i to jest bardzo miłe, bo podróżują szlakami Roberta Krefta.
Fajne to. Zawsze jest taki element, który czytelnikom pozwala jakoś odnaleźć się w fabule.
[05:34:45] - Panie Przemysławie, jaki styl pisania pan preferuje? Czy drobiazgowo rozpisuje pan akcję, tworząc rodzaj drabinki scenariuszowej, czy też może zna pan punkt wyjścia, punkt docelowy i kilka stacji pośrednich? A może pana pisanie wygląda zupełnie inaczej?
[05:35:03] - Zawsze sobie zakładam, że chciałbym taki plan szczegółowy stworzyć i staram się go jednak tworzyć, ponieważ przy moim trybie pisania, który jest jednak ograniczony przez pracę zawodową i tak naprawdę piszę po godzinach i w weekendy, jest dużo łatwiej, jeżeli wiem, co chcę napisać w kolejnym rozdziale, niż jeżeli siedzę pół tego czasu, który mi pozostał i wymyślam fabułę. Więc fajnie byłoby taki plan mieć i może nie tworzę go od A do Z. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że ktoś jest w stanie to zrobić, ponieważ ta historia ewoluuje. Ona ciągle się zmienia w mojej głowie. Ja mam kilka zakończeń, kilka rozwiązań poszczególnych wątków. Nigdy nie wiem, na które się zdecydować. Bardziej powiedziałbym, że tworzę taki plan na dwa, trzy rozdziały do przodu. Oczywiście znając, tak jak pan wspomniał, punkt początkowy, punkt końcowy i kilka stacji pośrednich.
[05:35:56] - Przeglądaliśmy oczywiście pana stronę na Facebooku i tam przeczytałem, że rozmyśla pan już nad nową książką. Stąd moje pytanie: ile czasu mija u pana od pierwszej myśli pomysłu do postawienia ostatniej kropki? Czyli kiedy możemy spodziewać się nowej książki? I czy to będzie również kryminał?
[05:36:15] - Wie pan co? To jest bardzo trudne pytanie, ponieważ ciężko znaleźć na nie odpowiedź. Łatwiej byłoby mi, gdybyście mnie panowie zamknęli na przykład na pół roku w jakimś pokoju. Wtedy bym rozpoczął pisanie i je zakończył i wiedzielibyśmy, ile to potrwa. Natomiast wiadomo, życie jest zmienne i dzisiaj przychodząc z pracy, rozmawiam z panem. Jutro przychodząc z pracy będę pisał, a pojutrze być może wrócę z pracy tak późno, że już nie będę miał sił. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jak to wygląda, ale chętnie bym to sprawdził. Natomiast jest to pewna pula godzin, którą trzeba w klawiaturę wstukać. Ja nie wiem, jaka ona jest. Pewnie plik by mi pomógł, gdybym spojrzał w statystyki.
Jeśli zaś mówimy o nowej powieści, rzeczywiście pracuję nad nią i ona ukaże się w przyszłym roku. To na pewno. Natomiast do końca tego roku myślę, że może uda mi się wcześniej ją skończyć, więc taki jest plan. A co przyniesie rzeczywistość, to zobaczymy.
[05:37:10] - Czyli prace dziś trwają około roku?
[05:37:13] - Mniej. Myślę, że mniej, ale na pewno około od ośmiu do dziesięciu miesięcy.
[05:37:18] - A jak to wyglądało w przypadku właśnie tej trylogii?
[05:37:21] - Różnie wyglądało, dlatego że „Ślad” na początku miał być trochę inną powieścią, w trochę innym kierunku miał się rozwinąć, ale po rozmowie z moim znakomitym redaktorem Adrianem Tomczykiem doszliśmy do wniosku, że fajnie byłoby stworzyć właśnie trzy części, więc dużo czasu zajęło mi przerabianie tej powieści i tworzenie jej. Może nie od podstaw, bo wiadomo, ten rys fabularny już był, więc ona trwała dłużej. Natomiast najszybciej chyba udało mi się stworzyć „Cierń”, ale to wynika wyłącznie z tego powodu, że miałem trochę więcej czasu, ponieważ wiadomo, to był okres pandemii, więc ja pracowałem normalnie, ale nie było tylu nadgodzin i nie było tylu wyjazdów w dni dla normalnych ludzi, czyli takie wolne, weekendowe. Ja też wtedy pracuję, więc ciężko mi powiedzieć, jak to wygląda. Nie znam harmonogramu na najbliższe pół roku mojej pracy, więc nie wiem. Ile uda mi się uszczknąć z tego wolnego czasu, tym szybciej mi to idzie. Ale faktycznie „Cierń” najszybciej. „Blizna” z kolei bardzo długo końcówkę męczyłem, dlatego że miałem, tak jak wspomniałem wcześniej, kilka rozwiązań, jak tę historię zamknąć i cały czas się zastanawiałem, którą z nich wybrać, po drodze wyrzucając mniej więcej jedną trzecią tekstu, więc różnie z tym bywa. To zależy od powieści.
[05:38:43] - Wiele autorów wydawnictwa Czwarta Strona przechodzi na zawodowstwo. Czy gdyby pojawiła się taka możliwość, to byłby pan gotowy, by porzucić pracę i poświęcić się tylko pisaniu? A może to nie są pana klimaty?
[05:38:57] - Wiadomo, że każdy, przynajmniej tak mi się wydaje, że każdy z autorów chciałby poświęcać na pisanie jak najwięcej czasu. Nie wybiegam aż tak daleko w przyszłość. Jeśli się uda i jeśli będę miał możliwość utrzymywać się wyłącznie z pisania, to pewnie zarówno książek, jak i innych aktywności związanych z pisaniem byłoby więcej, co jest na plus na pewno dla mnie. Nie wiem, jak dla czytelników, nie wiem, jak dla wydawcy, ale na razie o tym nie myślę. To też nie jest tak, że ja się zamykam na takie rozwiązanie. Póki co łączę pracę zawodową z pisaniem i traktuję to bardziej hobbistycznie, choć nie ukrywam, że momentami jest ciężko właśnie z tego powodu, że po prostu brakuje czasu. Człowiek wypada z historii i ciężko mu wrócić na te właściwe tory, więc myślę, że przy odrobinie-- gdybym miał tego czasu więcej, to pewnie byłoby z tym łatwiej.
[05:39:49] - Ma pan na koncie kilka książek. Pana pozycja jako autora rośnie. Ale zacznijmy od początku. Od czego pan zaczął swoją przygodę z pisaniem? Od konkursów literackich na opowiadania czy coś może innego?
[05:40:02] - Wie pan co? Jak rozmawiam z innymi autorami, to właśnie ta droga jest bardzo popularna. Albo kurs takiego pisania, albo jakieś konkursy związane z opowiadaniami. Natomiast w moim przypadku rozpoczęło się od gotowej historii. To znaczy ja napisałem po prostu powieść od razu. Nie pisałem nigdy wcześniej opowiadań, ale tłumaczę to sobie w ten sposób, że ja jestem na co dzień związany z pisaniem jako dziennikarz, czy wcześniej, czy obecnie jako pracownik biura prasowego. Ja ciągle piszę, więc ta rozbiegówka w moim przypadku nie była może potrzebna po prostu. Zmieniłem tylko charakter tego pisania z tego, co się dzieje, na fikcję literacką. Oczywiście pierwszą powieść „Umwę”, która się ukazała w 2018 roku, pisałem zdecydowanie dłużej, ale To było pisanie z doskoku, nazwałbym to w ten sposób. Pisałem dwa razy w tygodniu, poprawiałem sobie.
Nie myślałem o tym, że to się ukaże. Chciałem sprawdzić, czy jestem w stanie zrealizować to zadanie, doprowadzić je od punktu A do punktu Z. Wtedy dopiero zastanawiałem się, czy coś z tego będzie. Nigdy nie marzyłem o tym, żeby zostać pisarzem, a przynajmniej te marzenia nie były dla mnie oczywiste. Może podświadomie faktycznie chciałem. Trudno mi nawet określić to, czy w tym momencie, kiedy mam na swoim koncie cztery powieści, mogę się już nazywać mianem pisarza, ponieważ uważam, że pisarz to jest ktoś, kto wykonuje to na pełen etat, a ja jednak robię to hobbystycznie i staram się wkładać w to maksimum pracy, zaangażowania i serca. Ale w wyścigu z zawodowymi autorami moja pozycja jest znacznie trudniejsza, ponieważ tego czasu zawsze brakuje.
[05:41:52] - W jednym z wywiadów powiedział pan, i tu cytuję: „Największą wartością kryminału nie jest moim zdaniem epatowanie zbrodnią, ale konsekwencje, do których owa zbrodnia prowadzi. Mocno wierzę w to, że prawda zwycięża i choć dobro nie zawsze triumfuje, to ślad zostaje w każdym z nas”. Nadal by się pan pod tym podpisał?
[05:42:12] - Tak, zdecydowanie. Od początku mojej przygody z kryminałem tę zasadę wyznaję. Wiem, że czytelnicy lubią bardzo krwawe historie i mocno dynamiczne, bardziej powieści sensacyjne niż kryminalne. Istnieje spore grono czytelników, którzy takie wybierają, ale moim zdaniem, tak jak napisałem w tych słowach, to nie jest dla mnie największą wartością kryminału. Dla mnie relacje międzyludzkie, związki, ciąg przyczynowo-skutkowy, to wszystko jest zdecydowanie ciekawsze. To, jak ktoś kogoś pozbawił życia, nie jest dla mnie na tyle fascynujące, jak dlaczego to zrobił i co go pchnęło ku tej decyzji, jakie ma cechy psychologiczne, które go do tego predysponują. Każdy pewnie ma swój własny obraz kryminału i swój podgatunek, który najbardziej lubi. Ja zawsze stawiałem na emocje i uważam, że one są w kryminale najważniejsze, ponieważ dodają mu wiarygodności i budują klimat tajemniczości, na którym najbardziej mi zależy. Więc tutaj chyba nie będzie wolty w moim przypadku. Tym bardziej że zawsze powtarzam, że epatowanie brutalnością, rozlewanie hektolitrów krwi jest tak naprawdę tanim sposobem na zwrócenie uwagi autora, jeśli nie do końca potrafi żonglować słowami.
Bo sztuką nie jest to, by czytelnikowi podać wszystko na tacy, tylko by zmusić go do refleksji, by sam do pewnych wniosków doszedł i pewne rzeczy sobie uzmysłowił. Czytelnicy i autorzy są różni, więc różne są pewnie drogi, które prowadzą do kryminału i tutaj nie ma się na co obrażać. Każdy wybiera swoją.
[05:43:56] - W tym samym wywiadzie mogliśmy też przeczytać o tym, co pan myśli na temat ekranizacji swojej prozy. I tutaj znowu cytat: „Uważam, że «Ślad» ma potencjał w tym zakresie. Pisząc, myślę obrazami. Ta historia ma odpowiedni klimat i tempo, by móc zaistnieć na szklanym ekranie”. Koniec cytatu. Czy coś już wiadomo? Czy zobaczymy Krefta w wersji filmowej?
[05:44:20] - Na pewno bardzo bym chciał, natomiast to jest zdecydowanie za wcześnie na takie deklaracje. Jeśli o to chodzi, wydaje mi się, że cała seria doskonale nadaje się na serial, ponieważ moim zdaniem zawiera wszystko, co dobry serial zawierać powinien. Oczywiście to jest po raz kolejny subiektywna opinia. Każdy pewnie oczekuje czegoś innego. Jeśli mówimy o strzelaninach, pościgach i różnych tego typu rzeczach, które są charakterystyczne dla filmów sensacyjnych, to tego tu nie znajdziemy, ale bardziej jest to kryminał, który opiera się na emocjach i na nucie tajemniczości. Ja lubię takie seriale, ale tak jak mówię, każdy ma swoje preferencje w tym zakresie również. Nie wiem, nie zastanawiałem się, kto mógłby zagrać poszczególne postacie. Pewnie niektórzy autorzy o tym myślą. Ja nie myślę o tym. Co ma być, to będzie.
Jeśli ktoś zdecyduje się te powieści zekranizować, to myślę, że przy dobrym opracowaniu tych źródeł jesteśmy w stanie coś fajnego z tego zrobić.
[05:45:26] - Chciałem jeszcze zapytać, czy widziałby pan w roli Krefta jakiegoś aktora?
[05:45:31] - Właśnie nie. Nie zastanawiałem się. Nawet nie myślałem o tym, kto mógłby zostać Kreftem albo poszczególnymi postaciami. Nie wiem. Nie odpowiem panu.
[05:45:42] - Rozumiem. Na koniec zostawiłem sobie pytanie z gatunku tych, których pisarze oczywiście nie lubią. Jest pan marketingowcem, więc pytanie właśnie z tej półki. Gdyby miał pan polecić swoją książkę, jaki to byłby blur?
[05:45:55] - Pewnie skomplikowany. Nie jestem w stanie go wymyślić teraz na miejscu, ale te opisy, które mamy na moich książkach z tyłu, też w jakimś stopniu są moje, więc one bardzo dobrze oddają klimat. To jest gęsta mieszanka nie tylko kryminału, ale także powieści psychologicznej. I chciałbym, żeby tak były odbierane, bo wszyscy tak naprawdę zmierzamy w tą samą stronę, jeśli chodzi o kryminał, mimo że nam się wydaje, że jest ich wiele. Ale każdy przede wszystkim stawia na emocje i na to, jak te emocje rozegrać, jak zwieść czytelnika, ale w przypadku autorów także jak zwieść samego siebie, bo to jest jednak długa podróż od pomysłu do realizacji i czasami napotykamy na niej wiele ciekawych zwrotów.
[05:46:42] - Ale ja jeszcze podrążę. A gdyby miał pan polecić „Cierń” swojemu najlepszemu koledze, jakimi słowami?
[05:46:49] - Powiem szczerze, że jest to trudne pytanie po raz kolejny. Nie wiem. To jest tak, jak właśnie napisałem, czyli- To jest taka bolesna historia, która tkwi w skórze, tkwi w świadomości jak zadra. Rozrywa, rozszarpuje trzewia i zmusza nas do tego, byśmy sięgnęli wstecz, byśmy wrócili do naszego dzieciństwa i po drodze przekonali się, co tak naprawdę nas ukształtowało. Bo zbrodnia, intryga kryminalna to jedno, ale to, jak ukształtowało nas życie, jest dla każdego z nas zdecydowanie bardziej istotne. Nie wiem, czy łatwo byłoby mi przekonać kolegę do tego, natomiast wydaje mi się, że kobiety są zdecydowanie bardziej empatyczne i dostrzegają wiele rzeczy, na które ja nawet nie zawsze zwracam uwagę. Odbiór czytelników jest naprawdę bardzo głęboki. Mnie to strasznie cieszy, ponieważ najbardziej zależy mi na tym, żeby ludzie nie płynęli po tych powieściach po łebkach, mówiąc kolokwialnie, tylko wyciągali z nich pewne smaczki, które starałem się gdzieś ukryć. Za każdym razem, gdy dostaję informację, że pewna relacja, pewien wątek trafił do czytelników i oni go zinterpretowali tak, jak ja bym chciał, żeby go zinterpretowali, to jest mi szczególnie miło. Nie lubię takiego powierzchownego czytania, po którym odkładamy książkę i mamy ją gdzieś i nie zastanawiamy się nad niczym, bo włożyłem w to naprawdę dużo emocji.
Te książki kosztowały mnie bardzo dużo zdrowia i chciałbym, by ktoś to dostrzegł. Cieszę się niezwykle. Zwykle, tak jak mówię, są to kobiety. Nie wiem, z czego to wynika. Nie mam zupełnie pojęcia. Może z tego, że kobiety mają większą odwagę w pisaniu do autorów. Trudno mi powiedzieć. Natomiast bardzo się cieszę, że ludzie dostrzegają te zależności, na których najbardziej mi zależało.
[05:48:48] - Panie Przemysławie, bardzo dziękuję za rozmowę. A państwa i moim gościem, przypomnę, był Przemysław Żarski. Dziękuję bardzo.
[05:48:56] - Dziękuję.
[05:49:26] - Tak, to był mój szef, Waldemar Milstein i nasz gość Przemysław Żarski. Sięgnijcie państwo, jeśli macie oczywiście ochotę, jeśli lubicie tego typu literaturę, sięgnijcie państwo po te książki, bo jest coś takiego w tym pisaniu Przemysława Żarskiego, co wciąga. Nie od razu, od razu. Nie od razu od razu. Nie od razu wciąga. I powiem to państwu, że ja, żeby dać się wessać, musiałem tych stron przewrócić chyba ze 100. Ale jak zassało, to ziúúú i poszło. Naprawdę szybko skończyłem. Także próbujcie państwo. Może to jest akurat ten polski pisarz, który państwu podejdzie.
Może nie tylko Mróz, nie tylko inni autorzy i autorki, ale również Przemysław Żarski. Okej. A teraz już to, na co czeka bardzo wielu naszych słuchaczy. Wiele osób przyzwyczaiło się, że rozmowy z Piotrem Plebaniakiem o tym, jak budować i niszczyć imperia, to jest koniec naszej audycji. Tradycyjnie rzeczywiście 11. rozmowa, 11. prawidło, 11. reguła o tym, w jaki sposób postępować z imperiami i po co, dlaczego. I tu sobie państwo wstawcie dowolne pytanie. W każdym razie zapraszam na spotkanie z Piotrem Plebaniakiem.
[05:51:22] - Prawidła wojny. Jak tworzyć i niszczyć imperia.
[05:51:32] - Dzień dobry, panie Piotrze.
[05:51:35] - Dzień dobry. Pozdrawiam, Stefan.
[05:51:38] - Zaczynamy kolejny odcinek, w którym uczymy, jak rozmontowywać oraz budować imperia. Dzisiaj mamy prawidło 11., bardzo krótkie. Stanie się pewno moim ulubionym. Teoria ma dawać moc predykcyjną. Ale zanim ono się stanie moim ulubionym prawidłem, to mi je pan dogłębnie wytłumaczy.
[05:52:04] - Tak jest. Po pierwsze, czym krótsze prawidło, tym lepsze. Zgodnie z tym, co Stanisław Jerzy Lec powiedział: „Z genialnej myśli można usunąć wszystkie słowa i pozostają tylko na scenie tajemniczo uśmiechający się święci mężowie”. Natomiast święci mężowie to są tacy ludzie, którzy rozumieją prawa natury. Tu mówimy o kosmonautice chińskiej, tej wypracowanej od czasów neolitu do czasów starożytnych. Święci mężowie to są ludzie, którzy pojmują Dao, czyli prawidła natury, które decydują o cyklach, w jakich rozmaite zjawiska oscylują od swojego największego do najmniejszego natężenia. O tym wszystkim już mówiliśmy wielokrotnie. Jest to wszystko omówione we wstępie do mojego przekładu „Sztuki wojny”. Natomiast czym są teorie? Dlaczego teoria ma dawać moc predykcyjną?
Przede wszystkim ta sentencja, to prawidło jest moim zdaniem idealnym wręcz mottem do wyrycia w granicie nad drzwiami wielkiego gmachu nauki, który zbudowaliśmy 400 lat temu, przez ostatnie cztery stulecia. Teoria. Co to jest? To jest model mentalny, który w jakiś sposób pokazuje nam, jakie prawa natury decydują o tym, co się dzieje i jakie oddziaływania, także oddziaływania istot świadomych, czyli nas zmieniających konfigurację i nateranie różnych parametrów przez podgrzewanie czegoś. Tu mówię o banalnych eksperymentach naukowych. Natomiast żeby zrozumieć, czym jest teoria, musimy zrozumieć, czym jest model mentalny. Ja mam tutaj jedną z moich ulubionych sentencji, którą zaraz odczytam. Sentencja jest sformułowana przez Alfreda Korzybskiego, filozofa, natomiast ona pojawia się w dziełach Roberta Heinleina, jednego z moich ulubionych pisarzy science fiction. Brzmi ona mniej więcej tak. Odczytam ją w całości.
„Człowiek żyje w świecie idei. Każdy fenomen jest tak złożony, że człowiek nie jest w stanie zrozumieć go w całości. Wyodrębnia więc pewne cechy danego zjawiska, tworząc nową ideę, a potem przedstawia ideę jakimś symbolem, słowem lub symbolem matematycznym. Ludzkie działania są niemal całkowicie reakcją na symbole. Kiedy myślimy, pozwalamy symbolom działać na inne symbole w pewien ustalony sposób, zgodnie z zasadami logiki lub matematyki. Jeśli symbole zostały wyodrębnione tak, że pod względem budowy są podobne do fenomenu, który reprezentują i jeśli działania na symbolach są podobne do budowy i porządku działań tego fenomenu w rzeczywistym świecie, jesteśmy psychicznie zdrowi. Jeśli zaś nasze logiczno-matematyczne lub słowne symbole zostały źle dobrane, nie jesteśmy psychicznie zdrowi”. Koniec cytatu. Oczywiście to nie dotyczy tyle ściśle nauki, czyli poznawania praw natury, ile zachowania funkcjonowania w świecie społecznym, w świecie ludzkim, gdzie o pomyłkę w kwestii praw natury ludzkiej jest bardzo łatwo. Natomiast łapiemy już zasadę, prawda?
Musimy zbudować system opisu, który jest adekwatny do tego, co opisuje. Nawiązuje to do semantycznej definicji prawdy Alfreda Tarskiego. Dobrze, nie pomyliłem się? Polega to na tym, że język, który opisuje rzeczywistość, musi w jakiś sposób być w interakcji z tą rzeczywistością, to znaczy opisywać w należyty sposób to, co jest tą rzeczywistością. Stąd na przykład właśnie ta definicja prawdy Tarskiego brzmi mniej więcej tak: zdanie P jest prawdziwe wtedy i tylko wtedy, gdy P. Na początku to pierwsze P jest w cudzysłowie. O co chodzi? Czyli na przykład jeżeli ja wygłoszę zdanie „jabłko jest czerwone”, to to zdanie jest prawdziwe wtedy i tylko wtedy, kiedy jabłko jest czerwone, prawda? To jest prawda. To jest właśnie ta definicja prawdy i przykład do tej definicji.
W związku z tym na przykład są inne definicje. Nie tyle zdania są prawdziwe bądź fałszywe, czyli mają wartość logiczną prawdziwości bądź fałszywości, ale wypowiedzenia zdań w danym konkretnym kontekście. Na przykład zdanie „król Francji jest łysy” jest prawdziwe wtedy i tylko wtedy, kiedy. I jest kilka zdań podrzędnych, które muszą być jednocześnie prawdziwe. Czyli następuje, nie wiem, czy dobrze to mówię, koniunkcja tych zdań prawdziwych. Wtedy i tylko wtedy, kiedy król Francji istnieje. Czyli na dzień dzisiejszy zdanie „król Francji jest łysy” jest nieprawdziwe, dlatego że jeden z członów tego zdania podrzędnych jest nieprawdziwy. Nie istnieje król Francji. Natomiast drugą częścią „król Francji jest łysy” już jest ta druga, właściwa, która zasłania tą poprzednią, cząstkowy opis rzeczywistości. Więc proszę zobaczyć: jeżeli wygłaszamy jakieś twierdzenie i mówimy językiem nieprecyzyjnym albo inaczej mówiąc, nie precyzujemy kontekstu, w jakim twierdzimy, że coś jest prawdziwe albo nie jest prawdziwe, czyli jakiś stan rzeczy ma miejsce albo nie ma.
Jesteśmy nieprecyzyjni, to nie jesteśmy w stanie dobrze opisać tej rzeczywistości. A jeżeli nie jesteśmy w stanie opisać tej rzeczywistości, to albo nie jesteśmy psychicznie zdrowi, albo musimy siąść z powrotem do papierów i tak długo główkować, aż wymyślimy prawidłowy opis rzeczywistości. Na tym w takim absolutnie maksymalnym skrócie polega budowanie nauki, czyli pakietu instrumentów. Instrumentu służącego do budowy teorii czy też obrazów mentalnych, które pozwalają nam co zrobić? Odnaleźć jakąś prawidłowość. Natomiast po odnalezieniu prawidłowości mielibyśmy zdolność, za pomocą na przykład wzorów matematycznych albo za pomocą algorytmów, przewidywać przyszły stan rzeczy, prawda? Jeżeli nasza teoria, możemy ją sprawdzić do rzeczy, które już miały miejsce. Jeżeli mamy dwa zdarzenia w przeszłości A i B, i jeżeli mając A i przy użyciu naszej teorii jesteśmy w stanie przewidzieć zdarzenie B, a ponieważ możemy stwierdzić, czy B nastąpiło albo nie nastąpiło, możemy stwierdzić, czy teoria jest prawdziwa. Następnie ten wzorzec, tą teorię, czyli algorytmy, jakieś wzory matematyczne, wzory fizyczne i tak dalej przenosimy do przyszłości. Czyli mamy stan teraźniejszy i próbujemy za pomocą odpowiednich przekształceń modeli mentalnych przewidzieć, jaki będzie stan rzeczy w punkcie C, który jest w przyszłości.
Teoria jest dobra, teoria jest prawdziwa. Teoria jest użyteczna, można tak najcelniej powiedzieć wtedy, kiedy ma moc predykcyjną, czyli jest w stanie przewidzieć gdzie w- W jakim momencie nastąpi takie, a nie inne zdarzenie. Na przykład mamy teorię Newtona, która opisuje między innymi ruchy ciał orbitalnych w Układzie Słonecznym czy na przykład satelitów krążących wokół Ziemi. Jesteśmy w stanie w miarę przewidzieć, kiedy i w jakim miejscu się one pojawią. To było robione jeszcze zanim pojawił się Einstein, ale bez teorii Einsteina, czyli bez teorii względności i bez ogólnej i szczególnej, nie jesteśmy w stanie zbudować systemu GPS, dlatego, że predykcje czy też wyliczanie pozycji tych satelitów musi uwzględniać efekty relatywistyczne, które istnieją nawet przy tak małych prędkościach jak prędkości satelitów wokół Ziemi. I na tym właśnie polega w największym skrócie ta moc predykcyjna.
[05:59:53] - A ja sobie tak pomyślałem, że pod jedną z audycji „Bibliotekarium 2.0”, w której nadajemy ten właśnie odcinek, ktoś kiedyś napisał, że przecież GPS nie jest na satelitach. To przecież jest taki system za pomocą telefonii komórkowej. I ja właściwie wtedy nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć. No bo co właściwie odpowiedzieć? Można pogratulować. Panie Piotrze, to była taka zupełnie refleksja niedotycząca tematu dzisiejszej rozmowy. Natomiast ja miałbym takie pytanie. Teoria ma dawać moc predykcyjną, czyli przewidujemy przyszłość, jesteśmy w stanie posługiwać się tą teorią. A gdzie w tym wszystkim jest miejsce na to, o czym mówiliśmy w poprzedniej audycji, czyli na zdarzenia niespodziewane? Czy takie zdarzenia niespodziewane burzą nam tę teorię, czy nie?
[06:01:00] - One się właśnie wmykają teoriom. Bo teoria na czym polega? Polega na indukowaniu wiedzy pełnej z wiedzy niepełnej, czyli wiemy coś o przeszłości, ale nie wiemy, czy odkryliśmy prawidłło, które pozwoli nam odkryć, jaka nastąpi przyszłość. Najłatwiej to sprawdzić na podstawie rozmaitych ciągów arytmetycznych bądź innych, w testach inteligencji chociażby należy zrozumieć, jaka jest zasada, jaka będzie kolejna liczba i jakim przekształceniom należy poddać tę poprzednią parę liczb. Na przykład jeżeli mamy ciąg liczb jeden, dwa, cztery, osiem, 16, 32, 64 i tak dalej, to oczywiście mamy kolejne kwadraty liczby dwa, prawda? Czyli dwa do drugiej to jest cztery, dwa do trzeciej to jest osiem i tak dalej. Natomiast są ciągi, które są pozornie niezrozumiałe i właśnie w teście inteligencji, a przypominam, że inteligencja to jest zdolność dostrzegania wzorców. W teście inteligencji mamy jakiś ciąg i musimy odgadnąć, że na przykład to jest poprzedni element ciągu podniesiony do trzeciej potęgi odjąć jeden. Taki przykład podaliśmy w „Siłach psychohistorii”, w książce, polecam oczywiście. Na czym polega budowanie teorii, które mają moc predykcyjną?
Należy odnaleźć tą prawidłowość, ale może się na przykład okazać, że jakiś ciąg na bardzo krótkim swoim odcinku można na podstawie tych kolejnych elementów wysnuć kilka teorii konkurencyjnych. Na tym polega właśnie budowanie gmachu nauki, budowanie całych kolejnych hipotez, które zmieniają się z czasem, zmieniają się z modą i tak samo, prawda? Ale mamy ciąg jeden, dwa, cztery, osiem, 16, 32 i tak dalej. Czyli te kolejne potęgi liczby dwa. Natomiast gdy widzimy tylko jeden ułamek, jeden fragment, sekcję tego ciągu, czyli jeden, dwa, cztery, to możemy stwierdzić, że następnym będzie siedem, prawda? Bo między jedynką a dwójką jest jedynka, między dwójką a czwórką to jest dwójka, czyli następna różnica będzie trzy, czyli cztery plus trzy to jest siedem, prawda? A powinno być ile? Osiem. Już nie będę męczył pana Marka zgadywaniem, bo się streszy. Natomiast widzicie, czym więcej mamy danych wejściowych, tym większą mamy szansę na odnalezienie tego prawidłowego wzorca, czyli prawidłowego przekształcenia, czyli prawidłowej teorii naukowej, która pozwoli nam przewidzieć, bo na tym właśnie polega zdolność predykcyjna, kolejny znak ciągu.
To najprostszy możliwy przykład. Właśnie te ciągi liczbowe powiedziałem, a teraz proszę sobie to przełożyć na przewidywanie działań wroga, przewidywanie jakichś trendów rynkowych i tak dalej. I do tego jeszcze nakładają się te czarne łabędzie, o których też mówiliśmy. Czy powiemy?
[06:03:53] - Nie. Mówiliśmy. Ale wie pan, ja mam jeszcze pytanie poza konkursem. Czy pan ma taką wiedzę dotyczącą testów na inteligencję? Bo właśnie przed chwilą pan powiedział, że przy krótkich odcinkach, a tam właśnie na testach są stosunkowo krótkie odcinki, na ogół tam jest sześć, czyli szósta do zgadnięcia, czasami więcej, czasami mniej, różnie. Ale czy pan ma taką wiedzę, czy te testy są robione w taki sposób, że rzeczywiście różne możliwości, różne ciągi można podać?
[06:04:24] - Nie. One chyba, z tego, co wiem, nie są złośliwe. To znaczy istnieje tylko jedna prawidłowa odpowiedź. Ja dałem przykład uproszczony, który pokazuje, że taka możliwość istnieje.
[06:04:33] - Ale ja się zastanawiam, czy tego rodzaju testy, które prowadziłyby w różne strony, nie powiedziałyby, ale to jest tylko hipoteza robocza, czy nie powiedziałyby o tej testowanej osobie więcej, czyli pokazałyby, jaki rodzaj ciągów on wybiera, w jakim kierunku idzie jego myślenie, co jest dla niego bardziej atrakcyjne. Mogłyby też nic nie mówić, ale być może dałoby się uchwycić jakąś prawidłowość.
[06:05:03] - Świetny pomysł do opowiadania fantastycznonaukowego. Pewnie Marek Żelkowski szybciej napisze niż ja.
[06:05:11] - Zobaczymy. Ale wie pan, jak znam życie, to powstałyby dwa równie fajne opowiadania, które tylko częściowo zbliżałyby się do siebie, a każde opowiadałoby swoją własną historię.
[06:05:26] - Nie wiem, czy to byłoby możliwe w związku z tym, że w ostatnim „Telegramie z końca świata” pan Marek obciął mi obie ręce. To tak jeszcze nawiążę do drugiego podcastu.
[06:05:36] - No tak. No cóż, zdarza się. Ale wie pan, teraz są świetne protezy. W ogóle wchodzi taka nauka, że dzisiaj pan będzie miał lepsze ręce po protezowaniu niż wcześniej. Okej, panie Piotrze, pięknie dziękuję za dzisiejszy odcinek, a za tydzień po raz kolejny będziemy budować i niszczyć imperia. Po raz dwunasty. Trochę powiemy o religii w przyszłym tygodniu.
[06:06:06] - Świetnie. Do usłyszenia.
[06:06:08] - Do usłyszenia. No cóż, proszę państwa, godzina jak zwykle późna. Wykłady kończą się w Akademii Wszelkiej Fikcji naprawdę w hardkorowych porach. No cóż, zawsze można odsłuchać później. W każdym razie tym z państwa, którzy dotrwali, serdecznie gratuluję. Zapraszam oczywiście za tydzień, bo za tydzień normalne wydanie „Bibliotekarium” z normalnym metrażem. Nie metrażem, długością. Z normalną długością, czyli taką hardkorową, jak już powiedziałem. Później mamy czas świąteczny i nawet na najbardziej kategorycznie postępujących ze studentami uczelniach jest tak, że przerwa świąteczna jest honorowana. Zatem pomiędzy świętami i Nowym Rokiem będzie audycja specjalna, bardzo literacka.
Jak spierdzielić zachęcajkę? Powiedzieć, że jest literacka i wyłącznie literacka? Nie, proszę państwa, pokażemy wspólnie z Ivelliosem między innymi powieść sensacyjną, ale przedwojenną. Ivellios przeczyta taką nowelkę kryminalną. Wierzcie mi państwo, jeśli lubicie klimaty starej prozy sensacyjnej, to będziecie państwo zachwyceni. Przedwojenna rzecz. Może państwo zatęsknicie za więcej? To już będziemy wtedy rozmawiać z Ivelliosem. To między świętami a Nowym Rokiem. A Trzech Króli — nie mylić z sześcioma królami, pewien specjalista na ten temat się wypowiadał — więc w Święto Trzech Króli również audycja będzie i również będzie to audycja z przechyłem na prozę.
Tym razem będzie to długie opowiadanie. Ivellios już je zaczyna nagrywać. Bo jest co nagrywać. Będzie dużo słuchania. I cóż, to są plany na ten czas świąteczny. Przypominam: za tydzień normalne „Bibliotekarium 2.0”, potem dwa odcinki wakacyjne, tak je określmy, a potem w Nowym Roku wracamy do „Bibliotekarium 2.0”, do wykładów, do różnego rodzaju ćwiczeń. I pamiętajcie państwo, w lutym będzie sesja. Będziemy odpytywać, a co bardziej aktywnych studentów będziemy nagradzać całkiem konkretnie i całkiem ciekawie. No to cóż, ale to będzie w lutym i to gdzieś tak w połowie. Wtedy przeprowadzimy sobie tutaj w Akademii Wszelkiej Fikcji „Bibliotekarium 2.0” sesję egzaminacyjną.
A teraz już pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Żegnam się z państwem pięknie. Zapraszam za tydzień, za dwa tygodnie, za trzy tygodnie i w ogóle zapraszam. Dobrej nocy życzę. Do usłyszenia.
[06:10:01] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.