Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Piątek, 30 grudnia 2022 roku, a tu znowu zjazd w AWF. Akademia Wszelkiej Fikcji. Bibliotekarium 2.0. Czas zacząć. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:39] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Marek państwa nastraszył, że tu kolejny zjazd w AWF-ie. I tak, i nie. Mamy audycję lightową, wakacyjną, międzyświąteczną. Nie będę państwa dzisiaj katował wykładami, prelekcjami i tak dalej. Niemniej myślę, że będzie dosyć ciekawie. Rozbudowany kącik literacki, nawet bardzo rozbudowany. Ivellios, mówiąc krótko, musiał się naczytać, ale myślę, że warto. O tym opowiadaniu za chwilę.
Najpierw, żeby wytworzyć pewną nową świecką tradycję, powiem państwu o nowości na rynku. Tą nowością jest „Widok z Wysokiego Zamku”. Pamiętacie państwo, we wrześniu naszym gościem był Grzegorz Kosubski, jeden z wydawców, jeden z pomysłodawców fanzinu. Ale to jest właściwie coś więcej niż fanzin. Bardzo profesjonalnie wydawane czasopismo „Widok z Wysokiego Zamku”. Ten „Widok z Wysokiego Zamku” właśnie obchodzi 25-lecie. Okazja godna, jubileusz jak najbardziej znaczny. Z tej okazji ukazał się numer jubileuszowy. A w tym numerze, proszę państwa, ciekawostki, ciekawostki i jeszcze raz ciekawostki. Sporo opowiadań pisanych specjalnie na to wydanie fanzinu.
Znajdują się w tym wydaniu takie nazwiska jak Paweł Majka, Andrzej Pilipiuk, Katarzyna Szywioła i moja zupełnie nieskromna osoba. Przepraszam, jest jeszcze astronom, doktor habilitowany Leszek Błaszkiewicz, też z opowiadaniem, bo Leszek Błaszkiewicz opowiadania pisuje niezwykle sprawnie. Tak jak powiedziałem, moja skromna osoba też tam jest, więc czuję się we wspaniałym towarzystwie, czemu dałem zresztą wyraz na Facebooku. Myślę, że warto po ten numer sięgnąć, bo Pilipiuk wstawia, a jakżeż by inaczej, ulubioną postać, czyli Wędrowycza. I to jest Wędrowycz taki unikalny, bo zamieszczony nie w żadnym kolejnym tomie, tylko w „Widoku z Wysokiego Zamku”. Myślę, że to kolekcjonerska gratka. Powtarzam: „Widok z Wysokiego Zamku”. Wygooglujcie to sobie państwo, gdzieś tam w sieci znajdziecie. Jubileuszowy numer 3/4, 2022 rok, ogólnie numer 93, 94. Ale przede wszystkim 25 lat minęło.
To jeśli chodzi o nowości. A cóż teraz? Proszę państwa, nie będę państwa dzisiaj, tak jak powiedziałem, katował jakimiś specjalnie rozbudowanymi wykładami, swoimi przemyśleniami nie wiadomo jakimi. Ale tak ostatnio, nie wiem, czy ten czas wakacyjny, troszkę więcej wolnego czasu, tak się zastanawiam i dochodzę do wniosku, że świat wydawców, świat rynku książki jest chyba bardziej absurdalny, niż mi się od dawna wydawało. Co mam na myśli? Jestem po kilku rozmowach zarówno z wydawcami, jak i z osobami piszącymi, autorami, ale też ludźmi, którzy żywo się interesują rynkiem księgarskim. I cóż, tak jak powiedziałem, jest to rynek absurdalny. Dlaczego? Pierwsza z brzegu sprawa, o której kiedyś wspominał w swojej audycji geopolitycznej Piotr Plebaniak i podawał to jako przykład absurdu, który wszyscy stosują. Wszyscy się przeciwko niemu buntują, a i tak na całym świecie nie znaleziono lepszego rozwiązania.
O co chodzi? Otóż autorzy podpisują z wydawnictwami – sam o tym wiem, bo jestem trybem w małym, ale jednak wydawnictwie – podpisują z wydawcami umowy, w których najczęściej jest zawarta klauzula, że rozliczenie z autorem nastąpi na podstawie sprzedaży. Czyli od każdego egzemplarza autor otrzymuje jakiś procent, jakąś sumę. To w zależności od tego, jaka jest umowa. Do czego, proszę państwa, dochodzi? Do tego, że autor nie ma innego wyjścia, tylko musi zaufać wydawcy, że ten będzie mu raportował właściwą sprzedaż. To znaczy, że tyle, ile sprzeda, tyle zaraportuje, że rzeczywiście zostało sprzedane i Jakoś to będzie klepnięte, rozliczone. Ktoś powie: „No dobrze, ale skąd ten autor ma wiedzieć, czy rzeczywiście ten wydawca nie wali go w rogi?” Mówiąc tak zupełnie obrazowo i niespecjalnie parlamentarnie. Właśnie znikąd, bo żaden wydawca nie pozwoli sobie na to, żeby mu autor kontrolował księgi rachunkowe czy w ogóle rachunkowość. Dlaczego?
Dlatego że w tej rachunkowości są informacje zarówno dotyczące firmy, ale też innych autorów. Wyobraźmy sobie, że autor chcąc sprawdzić, ile tej książki zostało naprawdę sprzedane, przy okazji rozgląda się, jak jego literacka konkurencja, co tam sprzedała, czego nie sprzedała, ile sprzedała i dlaczego sprzedała i tak dalej. Czyli rozwiązanie niemożliwe. Ale gdyby ten autor miał na przykład możliwość ograniczonego zajrzenia do tych „ksiąg rachunkowych”, wtedy to się, proszę państwa, mija z celem. Bo wystarczy, że taki wydawca zrobiłby dwa konta albo zrobiłby podwójną sprzedaż i przedstawił autorowi tylko jeden słupek z tej sprzedaży, a drugi by zataił. I wówczas autor byłby przekonany, że sprawdził księgowe rozliczenie, księgowe stany, a tymczasem na drugim, już tym nieujawnionym koncie rachunkowym miałaby też jego książka, tylko tam jakoś inaczej oznaczona. Czyli tak naprawdę to się nie sprawdza. I mnie się wydawało, proszę państwa, w jakimś takim naiwnym szale, głupawym przyznaję, że to jest specyfika polskiego rynku i w ogóle my tacy prymitywni i głupi i musimy w takiej prowizorce żyć. Tymczasem okazuje się, że to tak wygląda, proszę państwa, na całym świecie. I na całym świecie wydawcy robią autorów w jajko, w jajo, w każdym razie jak chcą, to robią.
To oczywiście nie dotyczy tuzów. Nie robi się Stephena Kinga w konia, nie robi się poważnych autorów w konia. Chociaż wiecie państwo, czy temu Stephenowi Kingowi, czy oni mu wykażą, że sprzedali 100 000 książek jego mniej czy więcej? Czy jemu to specjalnie coś robi? Nie wiem. Być może tak. Być może jakby się dowiedział, to by go szlag na miejscu trafił, ale nie bardzo ma szansę się dowiedzieć. Wydawnictwo ma się wywiązać ze swoich zadań, ma reklamować książkę, ma ją promować, ma w ogóle kręcić się, żeby sprzedaż była jak największa. Autor z tego dostaje niezłą kasę, a wtedy kilka tysięcy w tę czy w tamtą to nie ma większego znaczenia. Ale sprawa się zmienia, kiedy autor jest debiutantem, kiedy autor zaczyna dopiero swoją drogę pisarską.
I wtedy co? Wtedy każda ilość sprzedana to jest niezwykle cenna dla autora. I to nie chodzi już o pieniądze. To chodzi po prostu o to, czy książka trafia do ludzi. Wierzcie mi państwo, trudno jest znaleźć taką drogę sprzedaży, która byłaby kontrolowalna z punktu widzenia autora. Więc jesteśmy w pacie. Wydawnictwa robią, co chcą, z autorem robią, co chcą i nie bardzo jest z tej pułapki jakieś wyjście. Chyba że państwo znacie. Ja nie znam i zdaje się, że na Zachodzie też za bardzo nie znają. Ale powtarzam, uruchomcie państwo wyobraźnię.
Może to zadziała. Tak, powiedziałem o rynku książki w ogóle i powiedziałem o wydawnictwach, że autorzy mają ciężko. Ale ja odnoszę, proszę państwa, wrażenie, dzisiaj przeprowadziłem niezwykle ważną dla mnie rozmowę. Muszę sobie ją przemyśleć i dlatego nie dzielę się z państwem tą rozmową, a właściwie wnioskami z tej rozmowy tak na bieżąco, raczej napomknę. Otóż prowadziłem rozmowę właśnie na temat autorów i o ile to zjawisko, które opisałem przed chwilą, czyli rozliczania się z autorami, w jakiś sposób jawi mi się jako nie do końca normalne, to rynek autora, tak to określmy, też normalny do końca nie jest. Już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż jest coś takiego, że autorzy, szczególnie debiutanci albo tacy, którzy aż się trzęsą, żeby wydać swoją pierwszą książkę, swoje pierwsze opowiadanie zobaczyć drukiem, oni są, i tutaj szukam słowa, dosyć niekonsekwentni. Tak to określę. Dlaczego? Tak jak powiedziałem, rozmawiałem z kilkoma wydawcami.
Sam też jakieś tam doświadczenia mam. I wyobraźmy sobie, że któreś z wydawnictw ogłasza, że niedługo ukaże się antologia. Przysyłajcie opowiadania, które będzie fajne, to je wydrukujemy w tej antologii. I co robią autorzy? Autorzy opowiadania przysyłają. Co więcej drżą, czy się jednak dostanie to opowiadanie do finału, czy się nie dostanie, czy w rezultacie zostanie wydrukowane w takim zbiorze opowiadań, czy nie zostanie wydrukowane. Ale następuje ogłoszenie wyników konkursu. Sami to państwo wiecie, „Rubieże rzeczywistości”, chociażby czwórka niedługo Pomknie, już na szczęście niedługo pomknie do drukarni. Trochę się to opóźniło, ale nie czuję się winny specjalnie. O tym za chwilę powiem.
Natomiast rzeczywiście do drukarni już trafi i niedługo „Rubież rzeczywistości” pojawi się na rynku. Ale to, co za chwilę powiem, co za chwilę opiszę, jest charakterystyczne dla zbiorów opowiadań początkujących autorów w ogóle. Cóż się dzieje? Otóż następuje etap redakcyjny. Opowiadania są mielone przez redaktorów, czyli po prostu pracują nad nimi ostro. Zgłaszają się do autorów. I co jest rzeczą dosyć częstą, nie mówię, że nagminną, ale dosyć częstą. Redaktor wysyła opowiadanie do autora. I proszę państwa, jak w czarną dziurę. Autor nie widzi potrzeby, żeby reagować na propozycje redaktorskie.
Mija tydzień, mija drugi, mija trzeci, mija czwarty. Redaktor w końcu zaczyna się dopytywać: „Co tam panie z tym opowiadaniem, którego wersję zredagowaną podesłałem?” albo „Cóżeż tam pani wymyśliła, jeśli chodzi o proponowane przeze mnie poprawki?” I wtedy dzieje się coś takiego: „Faktycznie, a to już miesiąc minął? To ja szybciutko siadam i odsyłam.” I tak mija tydzień, drugi, czasami trzeci i dalej czarna dziura. Nic. To się redaktor przypomina. Czasami wzywa na pomoc redaktora prowadzącego albo w ogóle ludzi, którzy trzęsą, w każdym razie potrząsają tym projektem. I oni łaskawie proszą autora, żeby może jednak zajął stanowisko, co tam z tym dalej robić. Po wielkich bojach w końcu się udaje. Odsyła. Książka się ukazuje.
Wszyscy się cieszą. Przynajmniej deklaratywnie się cieszą. Wydawca się cieszy. Drukarz się cieszy, bo zarobił. Redaktor też się cieszy, bo nie dość, że się napracował, zrobił kawał dobrej roboty, to też zarobił, a właściwie nie i tak, a również zarobił. Więc właściwie wszyscy zadowoleni. Autorzy troszkę mniej, bo jak debiutanci, to wiadomo, że wydawca nie jest taki wyrywny, żeby im natychmiast płacił. To zresztą zależy od wydawcy. I cóż, ukazuje się książka. I rzecz niezwykle charakterystyczna.
Autorzy otrzymują te swoje tomy, które im autorsko należą, egzemplarze autorskie. I spora część z nich nawet się nie zająknie na Facebooku, że właśnie ukazała się książka, w której jest ich opowiadanie, jakby się wstydzili. Co więcej, upływa kilka lat i autorzy piszą, że może by tę książkę jednak schować, bo to było pierwsze opowiadanie. Ono takie było debiutanckie i dzisiaj oni się tego wstydzą. Czyli tak naprawdę nieważne, co zdecydowało szanowne jury, nieważne, co zdecydował redaktor. W ogóle wszystko jest nieważne. Otóż ten młody autor stał się w tej chwili alfą i omegą i w ogóle decyduje o tym, czy jego opowiadanie może być pokazane światu, czy nie może. Nie daj Boże, żeby na przykład zostało przerobione na audiobooka. Przecież to wstyd na cały świat. To ja się pytam, po co wysyłał to opowiadanie, które jest marne i niedorobione i głupie?
Takie głosy słyszę. To jest cytat właściwie, tylko taki zebrany cytat. Po co je wysyłał? Po co się podejmował tego, że wyśle opowiadanie na konkurs, skoro dzisiaj się go wstydzi? Proszę państwa, ja wiem, że to jest dzisiaj powszechne. Zbiory opowiadań wychodzą i masy ludzi wysyła. Nie wiem. Po to, żeby się sprawdzić. Ale to tak nie działa. Jeśli już, szanowny autorze, podejmujesz wysiłek, a potem podejmujesz ryzyko, że to opowiadanie puszczasz do ludzi, to tak jak często to powtarzam, przestajesz być właścicielem owego opowiadania.
W pewnym sensie, bo w dalszym ciągu oczywiście twoje imię i nazwisko zawsze tam będzie do niego przywiązane, ale przestajesz być właścicielem, ponieważ ono trafia do ludzi i nie da się go zapomnieć, nie da się go odzobaczyć. Ono już poszło do ludzi i ktoś sobie powie, słyszę te głosy również, powie mi: „No tak, ale to był taki nieudany debiut. On się nie liczy. To ja teraz nowy debiut zrobię.” Tak, proszę państwa, można debiutować przez całe życie, bo droga pisarza to jest droga. Właśnie droga. To jest pewna ewolucja. Rzadko który pisarz pisze w sposób doskonały na początku. To jest na ogół praca. To jest na ogół proces, który przebiega z różną intensywnością. Jednym to idzie szybciej, drugim wolniej.
Ale to chyba nie oznacza, że to, co kiedyś zostało napisane, jest gorsze, jest głupsze, jest niegodne tego, żeby pokazać to ludziom. A tymczasem spora część autorów tak właśnie się zachowuje. Nie pochwali się tym, że kiedyś coś wydała. Nie uważa za stosowne, żeby gdzieś o tym wspomnieć. To znaczy, jeśli podaje swoją biografię, gdzie to nie publikował, to wspomni. Ale już żeby to, proszę państwa, ujawniać, żeby robić dodruki, żeby robić audiobooki, nie, to broń Boże! Bo to było, proszę państwa, takie pierwsze opowiadanie. Ono było bardzo nieudane. Udajmy, że zapomnieliśmy, że tego opowiadania nigdy nie było, bo teraz jest nowy, wspaniały debiut i za rok będzie nowy, wspaniały debiut, i za dwa lata również będzie nowy, wspaniały debiut. Tak to, proszę państwa, naprawdę nie działa.
Więc się zastanawiam, czy ten świat związany z pisaniem, związany z książkami naprawdę jest taki absurdalny i naprawdę tak głęboko dotyka ludzkiej psychiki. I mógłbym tak, proszę państwa, mówić jeszcze bardzo długo, ale zdaję sobie sprawę, że to nie czas i nie miejsce. Tych absurdów jest sporo zarówno po stronie wydawców, jak i po stronie osób piszących. Ja tylko przypomnę państwu dawne wydania ABW, w których Tomek Fąs wspominał o różnych absurdach właśnie związanych z byciem pisarzem i z byciem wydawcą. Właściwie trzeba powiedzieć, że spora część z tego, nie mówię, że wszystko, ale spora część z tego, o czym Tomek Fąs mówił, to w jakimś stopniu jest prawda. Wyobraźcie sobie państwo, jest autor, który tworzy, który czyta audiobooki i przeczyta utwór młodego pisarza, młodego obojętnie czy wiekiem, czy stażem literackim, bo to nie zawsze idzie w parze. Przeczyta ten utwór i zamiast jakiegoś prostego „Dziękuję”, jakiegoś prostego „Fajnie wyszło” słyszy: „O Jezu, to takie moje wczesne opowiadanie. Po co pan to przeczytał?” Czy szanownym autorom naprawdę wydaje się, że zrobienie półgodzinnego audiobooka to aktorowi, lektorowi przychodzi tak o, jak pstryknięcie palcami? To jest, proszę państwa, wysiłek, który razem z obróbką tego materiału nagranego da się porównać z jakimś cyklem na siłowni. Wcale nie przesadzam.
Żeby dobrze coś przeczytać, pomijam to, że trzeba mieć głos i pewne umiejętności. Tu ewentualnie Ivellios może mnie poprzeć, ale też trzeba w to włożyć swój czas, który można by spożytkować zupełnie inaczej. Trzeba włożyć pewien fizyczny wysiłek. To tak, wiecie państwo, nie przychodzi zupełnie bezobjawowo, bezproblemowo. A tymczasem czasami mam wrażenie, że niektórzy autorzy mają właściwie za złe zarówno wydawcy, jak i tej osobie, temu lektorowi, który to czytał, że w ogóle to przeczytał, że w ogóle to wyciąga na światło dzienne. Przecież to jest taki stary debiut! Teraz jest nowy debiut i proszę państwa, z tym nowym debiutem to jest absurd sam w sobie, mniej więcej porównywalny z tym, jak w „Mistrzu i Małgorzacie” była ta ryba drugiej świeżości. Nie ma ryb drugiej świeżości. À propos „Mistrza i Małgorzaty”, to w jednym z komentarzy pod bodajże ostatnim odcinkiem „Bibliotekarium 2.0” przeczytałem, że „Mistrz i Małgorzata” to ciężkie i w ogóle się nie chce tego czytać. Cytuję z pamięci, więc absolutnie niedokładnie.
I proszę państwa, to tak jest z literaturą, że jednym się podoba jedno, drugim się podoba drugie. I ja wcale nie uważam, i chyba tak nie mówiłem, mam nadzieję, że tak nie mówiłem, że wszystkie książki są dla wszystkich i że Słowacki wielkim poetą był — to cytat — i że wszystko się musi państwu podobać i że „Mistrz i Małgorzata” to jest wielkie dzieło i wszystkim się też musi podobać. Nie. Tak to jest z tymi książkami, że o jednej i tej samej książce przeczytacie państwo skrajnie różne opinie. I to chyba dobrze tak naprawdę, bo kiedy się pojawi książka, która będzie się podobała wszystkim, to ja się takiej książki chyba będę bał. Więc może takie rozedrganie po stronie czytelników jest dobre. Tak powinno być moim zdaniem, że książka, którą ja się tutaj na antenie zachwycam, może państwu nie pasować. Co więcej, piszcie państwo, że się państwu nie podoba albo dlaczego. To może nawet ważniejsze, dlaczego się państwu nie podoba. Bo opinie typu nie podoba mi się i już mało są interesujące, ale każda opinia, w której usłyszę, dlaczego „Mistrz i Małgorzata” czy dowolne inne dzieło uważane jest przez czytelnika za słabe, stare, przereklamowane, przegadane i tak dalej, ja to chętnie przeczytam, bo chyba będę ostatni.
Sam zachwycając się na przykład Dostojewskim, będę ostatnim chyba człowiekiem, może na szczęście nie ostatnim, który będzie państwu wmawiał, że Dostojewskiego mus jest koniecznie czytać nawet na siłę. Będę zawsze mówił, że warto go przeczytać. Ale mus? Nie. Literatura się starzeje, jak wszystko na tym świecie, jak my i w ogóle. Wiecie państwo co? Mam wrażenie, że jak na odcinek związany z feriami, związany z przerwą wakacyjną, to strasznie dzisiaj narzekam i strasznie dzisiaj marudzę. Dajmy sobie z tym po prostu spokój. Ja państwa teraz zapraszam na długie opowiadanie autora amerykańskiego z tej serii dawnej fantastyki naukowej. To jest dzieło ze złotej ery science fiction, dzieło autorstwa — i tu jak zwykle będę miał problemy z wymówieniem nazwiska — Murray Leinster albo Leinster, jak sobie państwo życzą.
Różne na ten temat opinie słyszałem. Będzie prościej, jak powiem, że to jest pseudonim autora. Autor tak naprawdę nazywał się William Fitzgerald Jenkins. Urodził się jeszcze w XIX wieku, w 1896 roku, zmarł w 1975 roku. Dzisiaj państwo usłyszycie opowiadanie „Piaszczysta zagłada”. A wracając do autora, to jest autor, który specjalizował się w gatunku zwanym historią alternatywną. To opowiadanie takie nie będzie. To będzie opowiadanie o eksploracji kosmosu. Ale ciekawe. Wiecie państwo dlaczego ciekawe?
Dlatego, że ono mi bardzo przypominało pewną konstrukcją, pewną ideą, która stała za tekstem, powieść Juliusza Verne'a zatytułowaną „Tajemnicza wyspa” czy „Wyspa tajemnicza”, to w zależności od tłumaczenia. Otóż mamy taką sytuację, żeby państwu za dużo nie opowiedzieć, że pojawiają się na pewnej planecie kłopoty. Kłopoty związane z odlotem z tej planety. Wszystko wydaje się beznadziejne, nie do przezwyciężenia. Tak jak na tej wyspie tajemniczej. Okazuje się jednak, że człowiek potrafi, że tak jak w powieści Verne'a ci rozbitkowie potrafili się tam całkiem nieźle zorganizować i potrafili całkiem nieźle urządzić się tak czysto fizycznie, materialnie na tej wyspie. Podobnie w opowiadaniu, które dzisiaj państwo usłyszycie, które jest bardzo science fiction, takim hard science fiction. Ci bohaterowie również urządzają się na tej planecie, ale również znajdują sposób, żeby z tą planetą w jakiś sposób współżyć, w jakiś sposób z nią zawrzeć pewien rodzaj przymierza. I tak już państwu powiedziałem za dużo, ale wszyscy ci z państwa, którzy lubią starą fantastykę, dzisiaj będą mieli myślę, że całkiem niezłą ucztę. „Piaszczysta zagłada” przed państwem, a ja tylko wspomnę, że po „Piaszczystej zagładzie” powiem państwu troszeczkę o serialach.
Miał być dzisiaj Piotr Cielebiaś, który serdecznie państwa pozdrawia, ale zaniemógł. Chory. Zgodnie z obecnym trendem wszyscy chorują, wszyscy w jakiś sposób przeżywają grypę. Piotra też dopadła grypa. Dlatego nie będzie dzisiaj jednego z ulubionych państwa punktów programu, czyli rozmowy o filmach, rozmowy o tym, co tam było fajne w kinie, co tam było fajne w telewizji czy na platformach streamingowych. Będzie mój monolog na temat seriali. Ale myślę, że warto. Można się czegoś dowiedzieć. Okej, ale to za jakieś dwie i pół godziny, bo teraz przed państwem „Piaszczysta zagłada”.
[28:32] - Murray Leinster „Piaszczysta zagłada”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Już w chwili, kiedy statkiem zaczęły wstrząsać dotkliwe, nieprzyjemne wibracje i poczuł uderzenia ciągu odpalanych rakiet, Boardman zorientował się, że dzieje się coś złego. Ponieważ w dzisiejszych czasach rakiety stały się urządzeniami wykorzystywanymi wyłącznie w sytuacjach alarmowych. Tak więc ich użycie oczywiście musiało oznaczać jakiś nagły wypadek. Nadal jednak siedział spokojnie na miejscu. Właśnie oddawał się lekturze w salonie pasażerskim Warlocka. Był to, tak prawdę mówiąc, bardzo mały salon, ale jako wyższy funkcjonariusz misji kolonialnej był dostatecznie doświadczonym obieżyświatem, aby wiedzieć, kiedy sprawy nie idą dobrze. Jego wzrok nieustannie unosił się ponad ekranu książki w oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków. Nikt jednak nie pojawiał się z żadnymi wyjaśnieniami na temat tak dziwnego zdarzenia, jak fakt, że statek kosmiczny musiał użyć rakiet.
Na regularnym liniowcu reakcja załogi byłaby niemal natychmiastowa, ale Warlock był praktycznie trampem. Podczas tej podróży przewoził na pokładzie jedynie dwójkę pasażerów. Transport pasażerski dla planety, która była ich najbliższym celem, nie został jeszcze zatwierdzony i nie będzie, dopóki Boardman nie sporządzi raportu, do którego właśnie się przygotowywał. W tej chwili jednak ponownie poczuł szarpnięcie odpalanych rakiet. Na chwilę ciąg ustał, a potem kolejne uderzenie. Definitywnie działo się coś bardzo niedobrego. Drugi pasażer Warlocka wyszedł ze swojej kabiny. Wyglądała na kompletnie zaskoczoną całą sytuacją. Nazywała się Aleta Czerwone Pióro i była niezwykłej urody Indianką. Nadzwyczajne było, że dziewczyna w czasie tej nudnej podróży kosmicznej mogła być tak samowystarczalna i niekłopotliwa, co Boardman wielce sobie chwalił.
Udawała się na Xosa II jako reprezentantka Towarzystwa Historycznego Amerindów i zabrała ze sobą własne szpule z książkami i jakąś strasznie skomplikowaną robótkę ręczną, którą, jak to kobieta, zajmowała sobie ręce. Nie okazywała żadnych oznak niepokoju. Spoglądając pytająco na Boardmana, przechyliła lekko głowę na jedną stronę. „Też się zastanawiam, co się tam dzieje” — powiedział jej dokładnie w chwili, gdy szczególnie długotrwała i gwałtowna wibracja impulsu rakietowego aż zagrzechotała nogami jego krzesła. Przez dłuższą chwilę mieli trochę spokoju, potem jednak poczuli kolejne gwałtowne, ale dużo krótsze szarpnięcie. Następnie kolejne, jeszcze krótsze. Niemal natychmiast kolejne półsekundowe pchnięcie, najwidoczniej pochodzące tylko z jednej dyszy, ponieważ wygenerowało dosyć łagodne wstrząsy. Po jego zakończeniu kolejnych już nie było. Boardman zmarszczył brwi, próbując jasno pomyśleć. Wcześniej przypuszczał, że lądowanie na powierzchni planety powinno być tylko kwestią kilku godzin.
Dlatego właśnie uważnie przejrzał swoje materiały i odświeżył informacje na temat prac, jakie miał skontrolować na Xosa II. Była to zupełnie normalna i często spotykana planeta o gospodarce nastawionej przede wszystkim na wydobycie minerałów i jak oczekiwał, powinna otrzymać ocenę PZ w pełni zagospodarowana, a prawdopodobnie również PT i NK, co oznaczało pozwolenie na wjazd turystów bez konieczności odbywania kwarantanny. Biorąc pod uwagę suchy klimat planety, nie oczekiwał, by występowały na niej jakieś zagrożenia bakteriologiczne i jeśli tylko turyści mieliby ochotę oglądać monstrualne pustynie i przywodzące na myśl piekielne katusze skalne rzeźby wietrzne, nie widział powodu, żeby nie mogli być mile widziani. Statek jednak użył napędu rakietowego w najbliższym sąsiedztwie planety. Nagły wypadek. To było śmieszne. Podróż należała do gatunku w pełni rutynowych. Jej celem było dostarczenie ciężkiego wyposażenia, przede wszystkim pieca hutniczego i wyższego oficera misji kolonialnej, który miał zatwierdzić zakończenie wstępnego etapu zagospodarowania planety. Aleta czekała przez chwilę, jak gdyby na kolejne odpalenia rakiet. Zaraz jednak uśmiechnęła się do jakiejś myśli, która przyszła jej do głowy.
„Gdyby to był film przygodowy — powiedziała z humorem — teraz usłyszelibyśmy głośnik oznajmiający, że statek wszedł na orbitę wokół dziwnej, nieznanej planety, którą po raz pierwszy zobaczono trzy dni temu, oraz że potrzebni są ochotnicy, którzy wylądują na dole szalupą.” Boardman zapytał z niecierpliwością: „Naprawdę ogląda pani filmy przygodowe? Przecież one nie mają najmniejszego sensu. Czysta strata czasu.” Aleta ponownie się uśmiechnęła. „Moi przodkowie — odpowiedziała mu — mieli w zwyczaju urządzać szczepowe tańce, uprawiać czary i przechwalać się, jak wiele zdobyli skalpów i w jaki sposób tego dokonali. To sprawiało im satysfakcję i miało walory edukacyjne dla młodego pokolenia. Młodzieńcy zapoznawali się z ideą tego, co obecnie nazywamy przygodą. Kiedy więc faktycznie ją napotkali, byli do niej już częściowo przygotowani. Podejrzewam, że pańscy przodkowie opowiadali sobie historie o polowaniu na mamuty i podobnych sprawach. Tak sobie więc myślę, że zabawne byłoby usłyszeć, że weszliśmy na orbitę i mamy przygotować się do lądowania w łodzi.” Boardman chrząknął. Nie było już przygód.
Wszechświat został zasiedlony, ucywilizowany. Oczywiście ciągle istniały planety pograniczne. Jedną z nich była Xosa II, ale pionierom przytrafiały się jedynie niewygody, nie przygody. Głośnik systemu łączności wewnętrznej statku kliknął. Szorstko wygłosił: „Uwaga! Przybyliśmy na Xosa II i weszliśmy na orbitę wokół planety. Lądowanie odbędzie się przy pomocy łodzi.” Boardman niezbyt mądrze wyglądał z ustami rozdziawionymi tak szeroko. „Co to, u diabła, ma znaczyć?” — zapytał. „Być może to przygoda” — powiedziała Aleta. Gdy uśmiechała się, wokół jej oczu powstawały bardzo sympatyczne zmarszczki.
„Założyłam współczesny strój Amerindów, oznakę dumy z dziedzictwa, które w obecnych czasach miało poważny wpływ na tak rozmaite dziedziny, jak montaż międzygwiezdnych konstrukcji stalowych, gospodarka zwierzęca czy kolonizacja planet pustynnych.” Jeżeli to miałaby być przygoda, jako jedyna dziewczyna na statku muszę być w zespole lądującym, aby podczas nudnego oczekiwania na orbicie nie wzbudzać — jej uśmiech rozciągnął się od ucha do ucha — gwałtownego fermentu wśród kłopotliwych elementów w załodze. Głośnik statku kliknął ponownie. Panie Boardman, panno Czerwone Pióro. Zgodnie z informacjami z dołu statek być może będzie musiał przez dłuższy czas pozostać na orbicie. W związku z tym wylądujecie państwo promem. Prosimy, aby państwo przygotowali się i zgłosili do komory promu. Głos na chwilę przerwał, ale zaraz dodał: wyłącznie ręczny bagaż, proszę. Oczy Alety pojaśniały. Boardman poczuł zaszokowane niedowierzanie człowieka przyzwyczajonego do rutyny, która zostaje rozbita w stopniu trudnym do wyobrażenia. Oczywiście statki badawcze wykonują lądowania z orbity przy użyciu łodzi, a statki kolonialne opuszczają na rakietach roboty, jednak tylko do chwili, kiedy nie zostanie zbudowana sieć lądownicza, która może zająć się samym statkiem.
Nigdy jednak dotąd, w całym swoim długim doświadczeniu nie spotkał się z przypadkiem, by zwykły frachtowiec podczas rutynowej podróży do kolonii przygotowanej do końcowego przeglądu w celu uzyskania stopnia ostatecznego zatwierdzenia, musiał wysyłać pasażerów na powierzchnię łodzią. To śmieszne — rzucił Boardman z wściekłością. Być może to jednak przygoda — powiedziała Aleta. Idę się spakować. Znikła w swojej kabinie. Boardman zawahał się przez chwilę. Potem również udał się do własnej. Kolonię Naxos Advan założono dwa lata temu. Minimalne warunki komfortu zostały zapewnione już po sześciu miesiącach. Tymczasowa sieć lądownicza dla lekkich statków dostawczych była gotowa po roku.
Pozwoliła ona na szybkie nagromadzenie większej ilości materiałów i wkrótce rozbudowano ją do stałej sieci wystarczającej do wszelkich możliwych zastosowań. Osiem miesięcy, jakie upłynęło od lądowania ostatniego statku, całkowicie wystarczyło do zbudowania gigantycznej pajęczej konstrukcji o wysokości pół mili, która była w stanie poradzić sobie z całym handlem międzygwiezdnym tej planety. Nie było żadnego wytłumaczenia dla tej dziwnej sytuacji. Lądowanie przy użyciu łodzi było po prostu nonsensem. Przejrzał jednak zawartość swojej kabiny. Większość ładunku Warlocka stanowiło wyposażenie pieca hutniczego, który miał uzupełnić sprzęt kolonii. Powinno ono zostać rozładowane jako pierwsze. Do czasu całkowitego opróżnienia ładowni statku piec powinien już działać. Statek miał poczekać na pełny ładunek surówki metalowej. Boardman oczekiwał, że podczas prac nad przeglądem, które miał do wykonania, będzie mieszkał w tej kabinie, a potem wróci razem ze statkiem.
Teraz miał polecieć na dół, i to promem. Nieco go to strapiło. Jedynym wyposażeniem awaryjnym, jakiego prawdopodobnie mógłby potrzebować, był skafander termiczny. Wątpił jednak w pilną potrzebę jego użycia. Spakował jednak trochę ubrań do wyjścia na zewnątrz, a potem buntowniczo dodał jeszcze swoje materiały i grube tomiszcza zawierające dane normatywne, do których zawsze odwoływały się specyfikacje regulacji i postanowień kolonialnych. Miał zamiar przystąpić do prac nad raportem natychmiast po wylądowaniu. Wyszedł z salonu pasażerskiego w kierunku komory łodzi. Z jej włazu wystawały nogi inżyniera. Wycofywał się właśnie rakiem, trzymając pasek taśmy z komputera pokładowego. Porównywał go zawzięcie z podobnym paskiem z maszyny obliczeniowej statku.
Boardman świadomie zachował się zgodnie z najlepszymi tradycjami pasażerów. W czym problem? — zapytał. Nie możemy wylądować — krótko odparł inżynier. Odszedł również zgodnie z tradycją, według której załogi statków zawsze zachowują się pogardliwie wobec pasażerów. Boardman powiódł za nim groźnym wzrokiem. Wkrótce pojawiła się Aleta, niosąc niezbyt ciężką torbę. Boardman włożył ją do łodzi, z dezaprobatą przyglądając się ciasnocie panującej we wnętrzu pojazdu. To jednak nie była nawet szalupa ratunkowa. To był zwykły lądownik.
Szalupy ratunkowe wyposażone są w napęd Lowllora i mogą pokonać całe lata świetlne, ale zamiast rakiet i paliwa rakietowego mają układy oczyszczania powietrza, odzyskiwania wody i magazyny z żywnością. Nie są w stanie wylądować bez sieci lądowniczej, ale za to mogą dolecieć do cywilizowanej planety. Ten lądownik mógł znaleźć się na dole bez sieci lądowniczej, ale jego zapasy powietrza nie starczały na zbyt długo. O cokolwiek tu chodzi — ponuro powiedział Boardman do siebie — musi kryć się za tym czyjaś niekompetencja. Nadal jednak nie mógł tego do końca zrozumieć. To był statek towarowy. Statki towarowe nie startują ani nie lądują o własnych siłach. Kosztowałoby to zbyt dużo paliwa, które przecież musiały przewozić sobie same. A więc do wynoszenia statków w przestrzeń kosmiczną stosowano sieci lądownicze wykorzystujące miejscową energię, która nie musiała być transportowana na orbitę i ponownie wykorzystywały miejscową energię do sprowadzania ich na siebie. Dlatego statki zabierały ze sobą paliwo jedynie na sam lot kosmiczny, co było dużo bardziej ekonomiczne.
Sieci lądownicze nie miały żadnych ruchomych elementów, chociaż były monstrualnymi konstrukcjami ściągającymi energię z jonosfery planety. A więc skoro nie miały one żadnych ruchomych części, które mogłyby ulec zwamaniu oraz biorąc pod uwagę faktyczny brak możliwości zniszczenia źródła zasilania, sieć lądownicza po prostu nie mogła ulec żadnej awarii. W konsekwencji niemożliwy był więc żaden nagły wypadek, który zmusiłby statek do krążenia po orbicie wokół planety wyposażonej w sieć lądowniczą. Inżynier powrócił. Przyniósł ze sobą worek pocztowy pełen taśm z listami. Już z daleka machnął na nich ponaglająco ręką. Aleta wczołgała się do włazu lądownika. Boardman udał się za nią. W małym stateczku zmieściłaby się czwórka ciasno stłoczonych ludzi. Trójka wypełniała go już w całkiem poważnym stopniu.
Inżynier obszedł jako ostatni i uszczelnił właz. „Uszczelnione” – powiedział do mikrofonu znajdującego się przed jego ustami. Wskazówka ciśnienia zewnętrznego przesunęła się na pół drogi w dół skali. Ciśnienie wewnątrz statku pozostało bez zmian. „Wszystko szczelne” – powiedział inżynier. Wskazówka ciśnienia zewnętrznego spadła raptownie na zero. Rozległ się metaliczny dźwięk. Długie połowy pokrywy komory łodzi ruszyły na boki, powoli się otwierając i nagle lądownik znalazł się w podłużnym zagłębieniu w pancerzu kadłuba, a nad nim połyskiwało omrowie gwiazd. Zza kadłuba wpłynął w ich pole widzenia olbrzymi dysk pobliskiej planety. Był naprawdę monstrualny i oślepiająco jasny.
Na jej tarczy dominował brązowawy kolor z wielkimi, nieregularnymi żółtymi obszarami poznaczonymi niebieskawymi łatami. W większości przypadków były to różnokolorowe piaski. Wszystkie kolory dysku planety mieniły się różnorodnymi odcieniami. Niektóre miejsca były jaśniejsze, inne ciemniejsze, a w górnej jego części, tuż przy samej krawędzi błyszczała w oczy oślepiająca biel, która nie mogła być niczym innym, tylko czapą lodową. Boardman jednak wiedział, że na całej planecie nie było morza ani oceanu, ani nawet jeziora, a czapa lodowa była raczej niemal szronem, a nie grubym na mile lodowcem, jaki zazwyczaj można znaleźć na biegunach światów zapewniających bardziej komfortowe warunki klimatyczne. „Zapnijcie się” – powiedział inżynier przez ramię. „Przez moment będziemy w stanie nieważkości, a potem mamy pchnięcie ciągu rakietowego. Ustawcie zagłówki swoich foteli.” Boardman ze zdenerwowaniem przypiął się pasem. Widział, że Aleta zajęła się tym samym zadaniem z jaśniejącymi oczyma. W pewnej chwili, bez najmniejszego ostrzeżenia pojawiło się uczucie dotkliwego dyskomfortu.
Lądownik odłączył się od transportowca i poczuli osłabienie ciasno opinającego ich pola sztucznej grawitacji statku. Nagle pole zupełnie zanikło i Boardman poczuł chwilowy zawrót głowy, jaki zawsze powoduje zawirowanie grawitacji. Jednocześnie serce zatrzepotało mu mocno w klatce piersiowej w zakodowanej w pamięci genetycznej instynktownej reakcji na uczucie spadania. W tym momencie ryknęły silniki. Siła ciągu wepchnęła go gwałtownie w fotel. Język próbował wślizgnąć mu się z powrotem do gardła, a klatka piersiowa została ściśnięta przez nieznośny ciężar. Stwierdził, że zaczyna wpadać w panikę jak nowicjusz. Jednocześnie wizjery pokryły się ochronną czernią, ponieważ wyszli z cienia statku. Lądownik odwrócił się. W ogóle nie poczuli działania siły odśrodkowej i znaleźli się w głębokiej ciemności z ledwie widocznym cieniem przydymionej powierzchni planety.
Jednak znajdujące się za nimi niebiesko-białe słońce świeciło straszliwie. Jego promieniowanie było ciepłe, a nawet gorące, pomimo że docierało do nich przez polaryzujące osłony wizjerów. „Czy nie wspominał pan czasami czegoś o tym – wysapała ze szczęściem Aleta, nie mogąc złapać oddechu z powodu przeciążenia – że przygody podobno już się nie zdarzają?” Boardman nie odpowiedział. Osobiście nie myliłby jednak przygody z niewygodą. Inżynier nie miał czasu, aby wyglądać przez wizjery statku. Obserwował znajdujący się przed nim ekran. Cały blok podświetlonego dysku przecinała pionowa linia. Wzdłuż niej stopniowo ku dołowi ekranu poruszał się punkt wskazujący ich wysokość w tysiącach mil. Po pewnym czasie punkt dojechał do dolnego krańca linii, która zmieniła się w podwójną, a wzdłuż niej zaczął zsuwać się kolejny punkt. Ten mierzył wysokość w setkach mil.
Na drugim boku ekranu pojawił się jasny obszar. Kwadrat. Jakiś metaliczny głos wymamrotał kilka słów. Nagle odezwał się głośniej, jakby pokrzykując, a potem ponownie zaczął mruczeć. Boardman wyjrzał przez jeden z ciemnych wizjerów i zobaczył planetę, która wyglądała, jakby była oglądana przez przydymione szkło. Sprawiała wrażenie czegoś upiornego, czerwonawego, wypełniając sobą niemal połowę kosmosu. Cała jej powierzchnia poznaczona była cętkami. Brzegi wyraźnie się zaokrąglały. To musiał być horyzont. Inżynier poruszył przyrządami sterującymi i biały kwadrat nieco się przesunął.
Ruszył w poprzek ekranu. Pilot dotknął kolejnych przyrządów i kwadrat ustabilizował się w centrum. W międzyczasie punkt wskazujący wysokość w setkach mil ponownie znalazł się na samym dole i pionowa linia zmieniła się w potrójną, a w dół ekranu popełznął wskaźnik wysokości w dziesiątkach mil. Nagle lądownikiem zaczęło gwałtownie rzucać. Uderzył w skrajny brzeg zewnętrznych warstw atmosfery. Z ust inżyniera wydobyły się słowa zdecydowanie nieodpowiednie dla uszu Alety. Szarpnięcia stawały się coraz gwałtowniejsze. Boardman, trzymając się kurczowo fotela, w przeciwnym razie rozleciałby się chyba na kawałki, pomimo zapiętych pasów, wpatrywał się w przyciemnioną powierzchnię planety. Zdawało się, jakby uciekała przed nimi, a oni próbowali ją dogonić. Stopniowo, bardzo powoli lądownik zaczął zwalniać.
W międzyczasie zeszli już na wysokość 20 mil. Zupełnie niespodziewanie lot lądownika ustabilizował się. Kwadratowa plama lekko jedynie poruszała się w pobliżu środka ekranu astrogacyjnego. Inżynier delikatnie manipulował przyrządami sterowniczymi, aby ustabilizować ją zupełnie i utrzymać w jednym miejscu. Wizjery nieco się rozjaśniły. Boardman dużo wyraźniej mógł zobaczyć rozciągającą się pod nimi powierzchnię ziemi. Oznaczona była łatami we wszystkich możliwych odcieniach, jakie tylko mogły dać kolory różnorakich minerałów. Widać było olbrzymie łachy płowego piasku. W chwilę później pojawiły się cienie gór. Zauważył, że pomiędzy ich zboczami, tam, gdzie normalnie powinny znajdować się urwiste doliny, widoczne były zamiast nich płowe, płaskie obszary.
To, jak wiedział, były piaskowe płaskowyże, które można było zobaczyć wyłącznie na tej planecie, a wyjaśnienie ich powstania ciągle pozostawało przedmiotem zażartych dyskusji i sporów. Oprócz piasku dostrzegał również obszary błyszczącej żółci, brudnej bieli, rozbryzgi różowego, smugi ultramaryny, szarości i fioletu oraz łaty niewiarygodnie intensywnej czerwieni tlenku żelaza pokrywającego całe mile kwadratowe terenu. Olbrzymie, niemal nie do uwierzenia. Rakiety lądownika umilkły. Teraz leciał wyłącznie siłą bezwładu. Niemal natychmiast horyzont zakołysał się. Cała mieniąca się różnymi kolorami Ziemia powolnym ruchem zakręciła się pod nimi. Z głośnika komunikatora dobiegło całe staccato różnych instrukcji, natychmiast wykonywanych przez inżyniera. Lądownik ślizgał się przez jakiś czas nisko nad ziemią, poniżej poziomu szczytów gigantycznych różowo-liliowych gór, za którymi znajdował się piaskowy płaskowyż, a potem jego dziób poszedł w górę. Pilot nieco go przeciągnął.
Wtedy jednak ponownie ryknęły rakiety. Teraz w gęstym powietrzu i po chwilowej przerwie wydawały się być przeraźliwie głośne i lądownik opadał w dół coraz niżej na kolumnie ognia wyrastającej z rufy. Dookoła kotłowała się całkowicie nieprzejrzysta masa pyłu i oparów paliwa rakietowego, uniemożliwiająca zobaczenie czegokolwiek. W pewnej chwili rozległ się chrupiący trzask i inżynier ze złością zaklął pod nosem. Ponownie wyłączył rakiety, tym razem już na dobre. Boardman stwierdził, że spogląda prosto w górę, mimo że nadal jest przypięty pasem do swojego fotela. Lądownik usiadł na płatach ogonowych, tak więc jego stopy znajdowały się w tej chwili wyżej niż głowa. Poczuł się dosyć głupio. Zauważył, że inżynier jakoś się już odpiął i zabrał się za swoją robotę. Wzmógł więc wysiłki, ale wydostanie się z fotela okazało się absurdalnie trudną sprawą.
Aletcie udało się to zrobić dużo zgrabniej. Nie potrzebowała żadnej pomocy. „Poczekajcie” burknął niegrzecznie inżynier. „Aż ktoś po was przyjdzie.” Czekali więc, używając oparć foteli jako siedzeń. Inżynier przesunął jakiś przełącznik i okno rozjaśniło się jeszcze bardziej. Zobaczyli w końcu powierzchnię Xosa 2. W zasięgu wzroku nie było widać żadnej żywej istoty. Sam grunt był jałowy i kamienisty. Dookoła pełno było niewielkich skał i leżących głazów. Wyraźnie stoczyły się ze zboczem wspaniałych gór rozciągających się po jednej stronie lądowiska.
Były to olbrzymie, wielokolorowe ściany opadające z płaskowzgórzy, całe starte i ponadżerane, niewątpliwie przez erozję wietrzną. Poprzez rozcięcie w znajdującej się przed nimi ścianie góry widać było dziwną, wachlarzowatą, jakby zamarzniętą formację skalną. Gdyby to było do pomyślenia, Boardman powiedziałby, że to strumień piasku udający wodospad. Zewsząd lała się oślepiająca jasność i uczucie parzącej wręcz powodzi światła słonecznego. Jak okiem sięgnąć nie było widać nawet pojedynczego liścia, gałązki czy też źdźbła trawy. To była prawdziwa pustynia. To była Xosa 2. Aleta podziwiała widok rozjarzonymi oczyma. „Pięknie” powiedziała ze szczęśliwą miną. „Nieprawdaż?” „Osobiście muszę powiedzieć” powiedział Boardman, „że nigdy chyba nie widziałem miejsca, które wyglądałoby mniej przyjaźnie i atrakcyjnie.” Aleta roześmiała się.
„W moich oczach wygląda tutaj zupełnie inaczej.” Co było prawdą. W obecnych czasach przyjmowano, że rodzaj ludzki stanowi jeden gatunek, ale o wielu rasach, z których każda postrzegała kosmos na swój własny sposób. Na Kelmed III dominowało gęste zaludnienie, przeważnie pochodzenia azjatyckiego. Tak więc jego mieszkańcy dla celów rolniczych pokryli zbocza swoich gór tarasami i zręcznie przemieszali nowoczesną technologię ze zwyczajami społecznymi niespotykanymi, powiedzmy, na Demeter I, gdzie dla odmiany można było znaleźć wiele miasteczek pełnych płytek z czerwonego stiuku i mnóstwo gajów oliwnych. Na stepowych planetach skupiska Equus Amerindowie, tacy jak Aleta, z zamiłowaniem podróżowali konno poprzez równiny pocentkowane potomkami bawołów, antylop i bydła przywiezionymi ze starożytnej Ziemi. W oazach na Rustum IV rosły palmy daktylowe, jeżdżono na wielbłądach i większość dyskusji dotyczyła tematu, jaki kierunek należy wybrać podczas modlitwy zamiast kierunku do Mekki. Podczas gdy obszary Canna I pokryte były polami pszenicznymi, a wysoce cywilizowani emigranci z kontynentu afrykańskiego na Ziemi gromadzili w magazynach swojego miasta otaczającego port kosmiczny Timbuk kauczuk i błyszczące klejnoty. Było więc całkiem naturalne, że Aleta patrzyła na to poryźbione przez wiatr pustkowie zupełnie inaczej, niż robił to Boardman. Jej rasowi współplemieńcy byli pionierami tych czasów i zdobywcami gwiazd. Ich dziedzictwo powodowało, że zupełnie nie cenili sobie życia miejskiego.
Co prawda wrodzony im brak lęku wysokości uczynił ich ludem budowniczych konstrukcji stalowych w kosmosie i ponad dwie trzecie sieci lądowniczych w całej galaktyce na kluczowych podporach i belkach sygnowane było symbolami ich piór. Ale rząd planetarny na Algonka V rezydował w białym kamiennym tipi o wysokości trzech tysięcy stóp, a najlepsze znane ludzkości konie hodowane były przez rancherów o brązowej skórze i wystających kościach policzkowych na stepowej planecie Chaga. Po pewnym czasie siedzący w lądowniku warlocka inżynier parsknął śmiechem. W pobliżu pojawił się jakiś dziwny pojazd wyłaniający się spoza krawędzi skalistej ściany, pobrzękujący w charakterystyczny sposób kołami napędu gąsienicowego, który nowo założone kolonie uważają za tak bardzo przydatne. Pojazd lśnił w słońcu. Pełzł poprzez potrzaskane głazy i spływające osuwiska piargów. Energicznie zmierzał w ich kierunku. Inżynier parsknął ponownie. „To mój kuzyn Ralph” oznajmiła Aleta z radosnym zaskoczeniem w głosie. Boardman mrugnął powiekami i przyjrzał się ponownie.
Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Nie było jednak wątpliwości, że mówiły prawdę. Postać kierująca samochodem terenowym to był Indianin, Amerind. Ubrany wyłącznie w przepaskę biodrową, grubo podzolowane sandały i trzy wąskie pióra umocowane na opasce wokół głowy. Ponadto nie jechał w zwykłym fotelu. Siedział okrakiem na jakimś zaokrąglonym elemencie terenówki, przez który przerzucona została jaskrawo zdobiona derka. Inżynier ze statku zdegustowany zamruczał coś pod nosem. Boardman jednak zdążył już zauważyć, że był to całkiem sensowny sposób jazdy. Przynajmniej tutaj. Pojazd terenowy szybko się przechylał i kołysał, zataczając się i niemal przewracając podczas jazdy po nierównym gruncie.
Siedzenie w czymś takim jak fotel byłoby po prostu głupotą. Podczas szarpnięcia do przodu oparcie mogłoby wręcz wyrzucić kierowcę przed pojazd, nie dając dostatecznej podpory przy silnych przechyłach wstecz. Również przechyły boczne mogłyby spowodować wyrzucenie z fotela. Tak więc jazda pojazdem terenowym przy użyciu czegoś w rodzaju siodła naprawdę miała sens. Co do ubioru Boardman nie był już taki pewien. Inżynier otworzył właz i przemówił z niego nieprzyjaznym tonem. „Czy wie pan, że w środku czeka na pana kobieta?” Młody Indianin wyszczerzył zęby w uśmiechu. Pomachał ręką do Alety, która przycisnęła nos do wizjera. I właśnie wtedy Boardman zrozumiał powód założenia przez niego takiego stroju, a raczej jego braku. Przez otwarty właz wyjściowy buchnęło powietrze.
Było niesamowicie gorące i kompletnie suche. Poczuł się jak w piecu. „Hej, Aleta” krzyknął jeździec z rumaka na gąsienicach. „Ubierz się bardziej stosownie do klimatu albo załóż kombinezon termiczny, zanim tu wyjdziesz”. Aleta zachichotała. Boardman usłyszał za sobą jakieś tajemnicze szelesty. Następnie Aleta wspięła się do wozu wyjściowego i wyskoczyła na zewnątrz. Inżynier zamruczał coś ponuro pod nosem. Boardman zobaczył, jak dziewczyna wita się z kuzynem. Jedynie minimalnie wyszła poza konwencjonalny ubiór Amerindów, do którego Boardman był przyzwyczajony.
Wyglądała jak normalna anglosaska dziewczyna na plaży na planecie o nieco chłodniejszym klimacie. Pomimo że jego oczy chronione były nadal przed częściowo przefiltrowanym światłem słonecznym, Boardmanowi natychmiast przyszła do głowy myśl o porażeniu słonecznym. Typowy dla Amerindów barwnik skóry Alety był jednak doskonale dostosowany do silnego nasłonecznienia nawet przy takiej przerażającej intensywności. Wiatr owiewający jej ciało powinien obniżyć temperaturę powierzchni naskórka. Jej grube, proste, czarne włosy stanowiły niemal tak dobrą ochronę głowy jak kask z izolacją termiczną. Oczywiście mogło być jej gorąco, ale powinna być zupełnie bezpieczna. Mogłaby chyba nawet trochę się poopalać. Ale on, Boardman, z ponurą miną rozebrał się do bielizny i nałożył kombinezon termiczny, który miał w torbie. Napełnił jego zbiorniczki z rezerwuarów z wodą w lądowniku. Włączył małe, bateryjnie zasilane silniczki.
Kombinezon napełnił się powietrzem. Przeznaczony był przede wszystkim do stosowania podczas krótkich okresów silnego gorąca. Silniczki utrzymywały w środku podwyższone ciśnienie, dzięki czemu kombinezon w dodatku odsuwał się nieco od powierzchni skóry i chłodziły wnętrze, wykorzystując pot pozyskany z organizmu oraz wodę ze zbiorniczków. Był to więc swego rodzaju miniaturowy system klimatyzacyjny przeznaczony dla jednego człowieka, który powinien pozwolić mu na zniesienie temperatur, jakie w przeciwnym przypadku byłyby śmiertelnie niebezpieczne dla człowieka o jego pochodzeniu i kolorze skóry. Zużywał jednak mnóstwo wody. Wcisnął się do wozu wyjściowego i niezdarnie zszedł na dół po drabince zawieszonej na zewnętrznej stronie płetwy ogonowej lądownika. Skorygował ustawienia swoich gogli. Podszedł do paplających młodych Indian, młodego mężczyzny i dziewczyny. Wyciągnął rękę w grubej rękawicy. „Nazywam się Boardman” — powiedział z trudem.
„Przybyłem tutaj, aby wykonać inspekcję dla potrzeb określenia stopnia zakończenia prac przygotowawczych dla kolonii. Co się stało i dlaczego musieliśmy lądować przy pomocy statku?” Kuzyn Alety serdecznie uścisnął mu rękę. „Nazywam się Ralph Czerwone Pióro” — przedstawił się. „Jestem inżynierem projektu. Jeśli chodzi o to, co się stało, to padła nasza sieć lądownicza. Nie mogliśmy skontaktować się w porę z waszym statkiem, aby go ostrzec. Zanim odpowiedział, znalazł się w polu grawitacyjnym planety i nie mógł się wycofać przy użyciu napędu Laulura. Nie działał już właśnie z powodu pola grawitacyjnego. Nasze źródła energii oczywiście znikły razem z siecią lądowniczą. Statek, którym pan przybył, nie może odlecieć, a my nie jesteśmy w stanie wysłać wiadomości alarmowej.
Tak więc najbardziej optymistyczna ocena sytuacji mówi, że kolonia ulegnie zagładzie z głodu i pragnienia w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. Bardzo mi przykro, że pan i Aleta wpadliście razem z nami w poważne kłopoty.” Potem zwrócił się do Alety i powiedział przyjaźnie: „Leta, co słychać u Mańka Chmury Burzowej, Sali Biały Koń i ogólnie reszty ferajny?” Warlock przesunął się na nowo obliczoną orbitę wokół Xosa II. Lądownik ciągle pozostawał na dole po odesłaniu obu pasażerów. Powinien wkrótce wrócić. Nikt z załogi nie miał ochoty lecieć na planetę, ponieważ znali sytuację i warunki panujące na dole. Nieznośne gorąco i kompletny brak nacieli. Nikt jednak nie miał zupełnie nic do roboty. Podczas dwumiesięcznej podróży z Trenda statek utrzymywany był w standardowych warunkach eksploatacyjnych. Nie było więc obecnie potrzeby wykonania żadnych napraw ani kompleksowych przeglądów. Nie było żadnych prac eksploatacyjnych, o których warto byłoby wspominać.
Pełniono jedynie wachty, tak na wszelki wypadek, gdyby stało się coś niespodziewanego. Na samych wachtach zresztą też nie było nic specjalnego do roboty. Ponadto pozostawał cały czas wolny między wachtami, 21 godzin z każdej 24-godzinnej doby i żadnej sensownej rzeczy, która mogłaby wypełnić choćby pół godziny z tego okresu. Po kilku prawdopodobnie latach Warlock powinien doczekać się jakiejś pomocy. Zostanie odholowany z zajmowanej orbity głębiej w przestrzeń kosmiczną, w miejsce, gdzie jego napęd Laulura będzie już działać albo po prostu zdejmie się z niego załogę. Tymczasem jednak ludzie na pokładzie byli równie mocno sfrustrowani, jak sama kolonia. Nie byli w stanie niczego zrobić, aby pomóc sobie i innym. W pewnym sensie członkowie załogi byli nawet w gorszej sytuacji niż koloniści. Ci ostatni mieli przynajmniej przed sobą kolorową perspektywę zgonu. Mogli się na niego przygotować na kilka sposobów.
A na marynarzy z Warlocka nie czekało nic oprócz nudy. Kapitan spoglądał w przyszłość z maksymalnie ponurym przygnębieniem. Podróż do kolonii była męczarnią. Aleta jechała za swoim kuzynem na jego pokrytym derką siodle i ewidentnie jakoś specjalnie nie cierpiała, jeżeli w ogóle. Boardman jednak musiał podróżować na platformie ładunkowej terenówki razem z workiem i przesłaną ze statku pocztą. Teren, po którym jechali, był nieprawdopodobnie nierówny i niemiłosiernie nimi trzęsło. Ale przede wszystkim panowało dosłownie mordercze gorąco. Na metalowej platformie ładunkowej temperatura osiągała 160 stopni Fahrenheita w słońcu, a przy dostatecznie długim czasie oczekiwania w temperaturze wcale nie wyższej od tej można było ugotować jedzenie Oczywiście wiadomo, że człowiek jest w stanie wiele wytrzymać. Może wejść nawet do gorącego piekarnika, poczekać w nim na upieczenie pieczeni i jeszcze do tego wyjść ze środka żywym. Ale piekarnik nie rzucał nim gwałtownie dookoła ani nie powodował dociskania kombinezonu termicznego do jego ciała przez rozgrzany na biało-niebieskim słońcu metal.
Kombinezon pozwolił mu przeżyć, ale to wszystko. Zawartość zbiorniczków z wodą wyczerpała się tuż przed ich dotarciem do kolonii i na szczęście tylko przez krótki czas kombinezon Boardmana musiał działać, wykorzystując wyłącznie jego pot. Utrzymał go przy życiu dzięki wymuszonej wentylacji, ale do kolonii Boardman dotarł w stanie zapaści. Wypił mrożoną słoną wodę, którą mu podano i natychmiast poszedł do łóżka. Odzyskał siły wraz z właściwym poziomem jonów sodu we krwi. Przespał jednak 12 godzin bez przerwy. Kiedy wstał, fizycznie czuł się już zupełnie normalnie. Dręczyło go jednak głębokie zażenowanie. Nie pomagało nieustanne przypominanie sobie, że Exosa 2 został przydzielony najniższy stopień dostosowania dla ludzi: klasa D, niebiesko-białe słońce i średnia temperatura na poziomie 110 stopni Fahrenheita. Afrykanie mogliby taki klimat zaakceptować, zwłaszcza w lżejszych godzinach nocnych, a Amerindowie byli w stanie wykonywać pracę przy konstrukcjach stalowych na otwartej przestrzeni, chronieni jedynie przez specjalne obuwie i rękawice izolacyjne.
Boardman jednak nie powinien ryzykować wycieczki na zewnątrz, chyba że w kombinezonie termicznym. Nawet wtedy nie mógłby pozostawać tam zbyt długo. To nie była żadna słabość, to po prostu kwestia genetyki. Mimo wszystko jednak czuł się zażenowany. Kiedy znalazł biuro inżyniera projektu, przywitała go siedząca w środku Aleta. Biuro zajmowało jeden z kadłubów statków wykorzystywanych kiedyś do transportu z orbity materiałów niezbędnych do założenia kolonii przy użyciu siły rakiet. Po tym dziewiczym okresie pozostało do dyspozycji około 40 takich kadłubów, które opróżniono i rozmieszczono w trzech różnych skupiskach połączonych ciągami komunikacyjnymi. Tak, by od czasu do czasu każdy mógł zmienić swoje mieszkanie, sąsiadów i codzienne otoczenie. Dzięki temu minimalizowano zagrożenie gorączką kolonijną – chorobliwą nerwicą wywołaną nieustannym towarzystwem tych samych ludzi. Aleta siedziała przy biurku, pracowicie sporządzając notatki na podstawie leżącego przed nią segregatora wypełnionego jakimiś luźnymi kartkami.
Ściana za biurkiem była niemal całkowicie zawalona podobnymi segregatorami. „Zrobiłem z siebie spektakl” – kwaśnym tonem stwierdził Boardman. „Wcale nie” – zapewniła go Aleta. „To mogło przytrafić się każdemu. Ja na przykład nie mogłabym zbyt dobrze funkcjonować na Timbuk”. Na to nie było żadnej odpowiedzi. Timbuk był planetą niemal w pełni porośniętą dżunglą, ledwie wychodzącą z okresu węglowego. Położone na niej kolonie rozwijały się, ponieważ przodkowie mieszkańców pochodzili z wybrzeży Zatoki Gwinejskiej na Ziemi, ale Anglos uważali jego klimat za bardzo niezdrowy, podobnie jak i wiele innych ras, a Amerindowie umierali tam szybciej niż większość pozostałych. „Ralph już tu idzie” – dodała Aleta. „On i doktor Czuka poszli gdzieś, aby znaleźć miejsce na przechowanie rejestrów kolonii.
Wie pan przecież, że te piaskowe wydmy są naprawdę straszne. Kiedy przyleci tu statek badawczy, aby sprawdzić, co się z nami stało, budynki, w których jesteśmy, mogą być już pokryte głęboką warstwą piasku. Muszą więc znaleźć jakieś inne miejsce, które by się do tego nadawało. To nie takie łatwe znaleźć taki magazyn na rejestry, który na pewno zostanie odnaleziony”. „W dodatku w sytuacji” – sceptycznie wtrącił Boardman – „gdy nie pozostanie nikt żywy, kto mógłby go wskazać. Czyż nie o to chodzi?” „Tak, dokładnie o to” – zgodziła się Aleta. „To wszystko dookoła to niezłe bagno. Nie planowałam tak wczesnej śmierci”. Jej głos brzmiał absolutnie normalnie. Boardman parsknął.
Jako wyższy oficer misji kolonialnej bywał tu i tam, ale nigdy jeszcze nie widział ludzkiej kolonii, która zostałaby zniszczona wtedy, gdy była już kompletnie wyekwipowana i właściwie przeszła przegląd preosadniczy. Widywał już nieraz różne zagrożenia, ale nigdy prawdziwego powodu do faktycznej akceptacji zagłady. Na zewnątrz, za ścianą kadłuba statku, w którym mieściły się biura inżyniera projektu, rozległ się jakiś brzęczący odgłos. Ponieważ wizjer ustawiony był na filtrowanie światła słonecznego, Boardman nie mógł wyraźnie dojrzeć, co się tam dzieje. Sięgnął ręką ponad framugę i otworzył właz. Panująca na zewnątrz jasność uderzyła go jak błysk eksplozji. Zamrugał powiekami, zamknął natychmiast oczy i odwrócił głowę w drugą stronę. Przez mgnienie oka dojrzał jednak, jak nieopodal wejścia zatrzymuje się błyszczący gąsienicowy samochód terenowy. Stał właśnie, wycierając łzy z oślepionych przez jaskrawe światło oczu, kiedy z zewnątrz doleciał odgłos czyichś zbliżających się kroków. Po chwili wszedł kuzyn Alety, prowadząc ze sobą olbrzymiego mężczyznę o niesamowicie ciemnej skórze.
Ciemnoskóry człowiek nosił okulary z dziwacznie grubymi, wyglądającymi na korkowe noskami, izolującymi metalową oprawkę od skóry jego twarzy. Gdyby okulary dotknęły gołej skóry, mogłyby spowodować oparzenia. „Przedstawiam doktora Czuka” – uprzejmie powiedział Czerwone Pióro. – „Panie Boardman, doktor Czuka jest naszym dyrektorem Departamentu Górnictwa i Mineralogii.” Boardman podał rękę człowiekowi o hebanowej skórze. Czuka uśmiechnął się, pokazując śnieżnobiałe zęby. Potem zaczął się trząść. „Tu w środku jest jak w zamrażalniku” – powiedział głębokim głosem. – „Założę tylko coś na siebie i zaraz wracam.” Zniknął za drzwiami wyjściowymi, wyraźnie szczękając zębami. Kuzyn Alety wziął kilka afektowanych, głębokich oddechów i wykrzywił się teatralnie. „Sam niemal trzęsę się tu z zimna” – przyznał.
– „Ale Czuka naprawdę dobrze zaaklimatyzował się na Xosa. Dorastał na Timbuk.” Boardman szorstko wyjaśnił: „Przepraszam. Po wylądowaniu miałem małą zapaść. To się już nie powtórzy. Przybyłem tutaj, aby dokonać inspekcji w celu przyznania stopnia zagospodarowania, który powinien otworzyć kolonię dla normalnej działalności gospodarczej, pozwolić na sprowadzenie na planetę rodzin kolonistów, turystów i tak dalej. Ale musiałem lądować statkiem zamiast w normalny sposób i poinformowano mnie, że kolonia skazana jest na zagładę. Chciałbym otrzymać oficjalne informacje na temat stopnia zakończenia realizacji infrastruktury kolonii i wytłumaczenia niezwykłych faktów, o których przed chwilą wspomniałem.” Indianin zamrugał w jego stronę oczyma, potem lekko się uśmiechnął. W tym momencie wrócił ciemnoskóry człowiek, dopinając wykorzystywane przez niego w budynkach ciepłe ubranie. Czerwone Pióro sucho wprowadził go w rozmowę, powtarzając to, co przed chwilą powiedział Boardman. Czuka uśmiechnął się i rozsiadł się wygodnie w krześle.
„Można by powiedzieć” – zauważył z humorem swoim zadziwiająco niskim głosem – „że nasypało nam się w tryby piasku. Nam i naszej kolonii, i sieci lądowniczej. Na Xosa jest całe mnóstwo piasku. Nie uważa pan, że to jest pewien kłopot?” Indianin wtrącił ze specjalnym naciskiem: „Oczywiście wiatr też miał coś tu do powiedzenia.” Boardman poczuł wzbierającą złość. „Mam nadzieję, że panowie wiecie” – powiedział z rozdrażnieniem – „że jako wyższy funkcjonariusz misji kolonialnej mam prerogatywy, aby wydawać wszelkie polecenia niezbędne do wykonania mojej pracy. W związku z tym jedno wydaję właśnie teraz. Chciałbym dokonać inspekcji sieci lądowniczej, jeżeli nadal tam stoi. Rozumiem, że nie spadła na ziemię?” Czerwone Pióro w widoczny sposób, pomimo dużej zawartości brązowego pigmentu w jego skórze, zrobił się czerwony. Trudno było bardziej obrazić specjalistę od konstrukcji stalowych, niż sugerując, że jego dzieło nie dało rady ustać. „Zapewniam pana” – oznajmił z lodowatą uprzejmością – „że się nie przewróciła.
Pańska ocena stopnia zaawansowania jej budowy?” „80%” – formalnie określił Czerwone Pióro. „Zatrzymał pan prowadzone nad nią prace?” „Prace nad nią zostały przerwane” – zgodził się Indianin. „Pomimo że kolonia nie może otrzymać żadnych dostaw, dopóki nie zostanie ona ukończona?” „Dokładnie tak” – odparł Czerwone Pióro z kamiennym wyrazem twarzy. „Wydaję więc formalne polecenie, aby natychmiast zawieźć mnie do miejsca położenia sieci lądowniczej” – gniewnie zażądał Boardman. – „Chcę zobaczyć, czyja i jakiego rodzaju niekompetencja odpowiedzialna jest za ten stan rzeczy. Czy zorganizuje pan to natychmiast?” Czerwone Pióro powiedział kompletnie wybranym z emocji głosem: „Chce pan zobaczyć miejsce położenia sieci lądowniczej. Bardzo dobrze. Natychmiast.” Odwrócił się i wyszedł na niewiarygodnie oślepiające światło słoneczne. Boardman mruknął zaskoczony uderzeniem światła i zaczął przechadzać się po biurze w tę i z powrotem. Jego gniew nie malał.
Nadal odczuwał zażenowanie spowodowaną gorącym zapaścią podczas podróży z miejsca, w którym wylądował lądownik rakietowy do bazy kolonii. Dlatego był przewrażliwiony i miał skłonności do irytacji. Jednak polecenie, które wydał, było całkowicie uzasadnione. Usłyszał z tyłu jakiś dziwny odgłos. Odwrócił się na pięcie. Doktor Czuka, wielki czarny człowiek w okularach, kołysał się w swoim fotelu do przodu i do tyłu, dusząc w sobie śmiech. „A co to, u diabła, ma teraz znaczyć?” – Boardman podejrzliwym tonem zażądał wyjaśnienia. – „Z całą pewnością nie ma nic śmiesznego w tym, że żądałem obejrzenia konstrukcji, od której w końcu zależy życie całej kolonii.” „Nie, to nie jest śmieszne” – odpowiedział doktor Czuka. – „To jest komiczne.” I wybuchnął niepowstrzymanym śmiechem w biurze o zaokrąglonym suficie, przerobionym z kadłuba statku robota. Aleta uśmiechnęła się razem z nim, ale jej oczy były ciągle poważne.
„Lepiej niech pan założy kombinezon termiczny” – powiedziała do Boardmana. Ponownie ogarnął go gniew popychający do przeciwstawienia się tej w końcu rozsądnej radzie, aby udowodnić, że jego nakazy mogą przełamać wszelkie przeciwieństwa. Wyszedł jednak z biura, idąc z powrotem do kącika, w którym się obudził. Z gniewem założył kombinezon termiczny, który wcześniej co prawda nie ochronił go w dostatecznym stopniu od gorąca, ale z pewnością uratował mu życie. Napełnił zbiorniczki po brzegi z czubkiem. Podejrzewał, że przedtem nie zrobił tego tak dokładnie. Wrócił do biura inżyniera projektu z poczuciem brzemienia i absurdalności całej sytuacji. Przez filtr okienny zobaczył, że przy samochodzie terenowym pracują jacyś ludzie o skórze tak samo ciemnej jak doktora Czuki. Instalowali na nim osłonę przeciwsłoneczną i dziwaczne płaty podobne do skrzydeł. Ktoś podjechał w ich kierunku czymś w rodzaju pojazdu gąsienicowego.
Do bagażnika przełożono ciężkie zbiorniki. Doktor Czuka zniknął gdzieś, a Aleta z powrotem zagłębiła się w pracy, robiąc notatki na podstawie kartek z leżącego na biurku segregatora. „Czy mógłbym wiedzieć – z pewną dozą ironii spytał Boardman – jaka to pilna praca pochłania panią właśnie teraz?” Podniosła na niego wzrok. „Myślałam, że pan wie” – powiedziała z zaskoczeniem. „Przybyłam tu na polecenie Towarzystwa Historycznego Amerindów. Mam uprawnienia do poświadczania zasług za wybitne wyczyny. Przygotowuję zapisy zasług dla towarzystwa. Zostaną one umieszczone w schowku z rejestrami kolonii, które przygotowują Ralph i doktor Czuka. Tak więc niezależnie od tego, co stanie się z kolonią, zapisy zasług również nie zaginą.” „Zasługi?” – dopytywał się Boardman. Wiedział, że Amerindowie na najważniejszych filarach budowanych przez nich konstrukcji stonowych malowali pióra i wiedział również, że możliwość umieszczenia takich znaków zasługi była cenionym przywilejem, który niewątpliwie przetrwał albo został reaktywowany jako echo jakiejś starej tradycji Indian amerykańskich z Ziemi.
Nie miał jednak pojęcia, co to może oznaczać. „Zasługi” – rzeczowo powtórzyła Aleta. – „Ralph ma prawo do noszenia trzech orlich piór. Widział pan je przecież. Ma trzy zasługi. Za każdą jedno pióro. Budował sieci lądownicze na Nurolat i... O, pan nic nie wie.” „Nie wiem” – przyznał Boardman nieco opryskliwie, ponieważ wszystko to, co go spotkało na Xosa 2, wydawało mu się otoczone zbyteczną protekcjonalnością. Aleta wyglądała na zaskoczoną. „Za dawnych czasów – wyjaśniła – jeszcze na Ziemi, jeśli mężczyzna oskalpował wroga, zaliczał wspaniały wyczyn i zasługę za niego.
Pierwszy, który uderzał na wroga, także zaliczał wyczyn, nieco mniejszy. W obecnych czasach mężczyzna może zaliczać wyczyny za różne sprawy, ale trzy orle pióra Ralpha oznaczają, że należy mu się taki sam szacunek jak wojownikowi z dawnych lat, który trzy razy zabił i oskalpował wrogiego wojownika w środku jego własnego obozu. I tak właśnie jest.” Boardman chrząknął. „Powiedziałbym, że to barbarzyństwo.” „Pańskie prawo” – stwierdziła Aleta. – „Ale jest to coś, z czego można być dumnym i nie można zaliczyć zasługi za zarobienie nawet całej góry pieniędzy.” Na chwilę przerwała, a potem dodała szorstko: „Określenie snobizm pasuje do tego znacznie lepiej niż barbarzyństwo. Jesteśmy snobami, ale kiedy głowy klanu stają na radzie w dużym tipi na Algonka, reprezentując swój klan i muszą założyć przebrania głowy z piórami zdobytymi za wszystkie zasługi członków swojego klanu, wszyscy są dumni, że należą do tego klanu. – dodała wyzywająco – Nawet jeśli oglądają to tylko na ekranach wizyjnych.” Doktor Czuka otworzył zewnętrzne drzwi. Buchnęło z nich oślepiające światło. Nie wszedł do środka, a jego ciało błyszczało od potu. „Jestem gotów do pańskich usług, panie Boardman.” Boardman skorygował ustawienia gogli i włączył silniczki kombinezonu termicznego.
Wyszedł na zewnątrz. Gorąco i jaskrawe słońce na zewnątrz były wręcz powalające. Jeszcze mocniej przyciemnił gogle i ruszył ospale do czekającego teraz już zacienionego samochodu terenowego. Oprócz osłony przeciwsłonecznej zauważył również inne zmiany. Znikła pokrywa platformy ładunkowej, a zamiast niej z tyłu pojawiły się cylindryczne siedzenia w kształcie siodeł. Tuż ponad gąsienicami do boków pojazdu przymocowano dziwaczne, sterczące na boki osłony. Nie potrafił domyślić się ich przeznaczenia i denerwowało go, że nie miał nawet siły, by o nie zapytać. „Wszystko gotowe” – chłodno powiedział Czerwone Pióro. – „Pojedzie z nami doktor Czuka. Proszę, niech pan wejdzie tutaj.” Boardman niezgrabnie wgramolił się na pudołkowaty tył samochodu.
Usiadł okrakiem na jednym z cylindrycznych wynalazków. Pokryty siodłem stanowił bez wątpienia w miarę wygodny sposób na przemieszczanie mechanicznym pojazdem obrzydliwie przykrego terenu. Siedział więc i cierpliwie czekał. Dookoła wszędzie widać było przysadziste kadłuby kosmicznych kryp, które zostały tu przeciągnięte przez statek kolonialny i wylądowały przy pomocy jednorazowych silników rakietowych. Opróżnione z przywiezionego ładunku zostały potem zebrane w trzy odrębne kompleksy połączone między sobą podziemnymi przejściami. Znajdowały się w nich oddzielne kwatery dla wszystkich, jadalnie i pomieszczenia rekreacyjne. Każdy z kolonistów mógł sobie wybrać kompleks, w którym mieszkał. Miał przy tym całkowitą swobodę ewentualnych zmian, wizyt, jak również zapewnioną prywatność, gdy chciał pozostać sam. Dla zachowania zdrowia psychicznego ludzie muszą być pewni, że mają swobodę wyboru, a wszelka nadmierna reglamentacja jest szkodliwa w każdej społeczności. W przypadku ludzi, których profil psychologiczny najlepiej odpowiada potrzebom kolonizowania nowych światów, skutki mogłyby być fatalne.
Ponad nimi, ale w pewnej odległości rozciągało się monstrualne urwisko górskie mieniące się jaskrawymi i nienaturalnymi barwami. Wszędzie wokół widać było gołe skały. Były one perfekcyjnie wygładzone, tak jakby ziarenka piasku szlifowały je przez niezliczone eony i dokładnie starły każdy ślad nierówności. Po lewej stronie, pół mili dalej zaczynały się wydmy ciągnące się daleko aż po sam horyzont. Te najbliższe były niewielkie, ale nabierały wysokości wraz z rosnącą odległością od gór, co w istotny sposób wpływało na ruchy powietrza w okolicy, tak że linia widnokręgu była wyraźnie postrzępiona. Wydmy w oddali musiały więc być olbrzymie, ale oczywiście na świecie o rozmiarach równych starożytnej Ziemi, który był niemal zupełnie pozbawiony wody poza niewielkimi pokrywami śniegu na biegunach, wielkość, do jakiej mogły urosnąć piaskowe wydmy, była niemal nieograniczona. Powierzchnię Xosa II stanowiło morze piasku, na którym jedynym niewielkim urozmaiceniem były wyspy i niewielkie kontynenty smaganych wiatrem skał. Doktor Ochuka pokręcił niewielkim, trzymanym w ręku metalowym przedmiotem. Wystawała z niego jakaś rurka. Wspiął się na platformę ładunkową i przymocował ją do jednego z dwóch załadowanych wcześniej zbiorników.
„To dla pana” powiedział Boardmanowi. „Te zbiorniki wypełnione są powietrzem sprężonym pod dosyć wysokim ciśnieniem, kilka tysięcy funtów. To jest zwór redukcyjny wykorzystujący rozprężanie adiabatyczne, aby zasilać pański kombinezon termiczny dodatkowym powietrzem. Ponieważ rozpręża się ono pod tak wysokim ciśnieniem, będzie więc dość zimne, co pozwoli obniżyć nieco temperaturę kombinezonu.” Boardman ponownie poczuł się upokorzony. Rasa Czuki i Czerwonego Pióra pozwalała im na poruszanie się pod gołym niebem tej planety, pomimo że w 90% byli nacy. Mogli więc tu swobodnie funkcjonować. On jednak, aby wytrzymać gorąco, potrzebował specjalnego, chłodzącego stroju. Więcej, zbudowali dla niego osłonę przeciwsłoneczną i przygotowali schłodzone powietrze, którego sami nie potrzebowali. Musieli troszczyć się o niego jak o dziecko. Był tak daleko poza swoim środowiskiem w miejscu, do którego oni dostosowani byli doskonale, jakby dokonywał przeglądu stopnia zagospodarowania projektu podwodnego.
Aby przetrwać, musiał zakładać na siebie coś, co praktycznie było niemal kombinezonem do nurkowania i korzystać ze specjalnych zapasów powietrza. Zdusił w sobie irytację powodowaną własnym brakiem przystosowania. „Mam nadzieję, że teraz możemy już wyruszyć” powiedział tak chłodno, jak tylko mógł. Kuzyn Alytyn zasiadł w siodle kierowcy, chociaż w zasadzie był to zwykły koc, a doktor Ochuka wszedł na platformę obok Boardmana. Pojazd terenowy ruszył w drogę. Zmierzali w stronę gór. Gładkość skalnego podłoża okazała się nieco zwodnicza. Pojazd gąsienicowy przechylał się, podskakiwał, trząsł i kołysał na wybojach. Toczył się, nurkując co chwila w zagłębienia i ciężko się zataczając. W takim terenie nikt nie zdołałby wysiedzieć w normalnym fotelu, ale z powodu tego dziwacznego siodła Boardmana prześladowało wrażenie, że cała ta impreza w niepoważny sposób przypominała coś w rodzaju konnej przejażdżki.
W dodatku z powiewającą w górze osłoną przeciwsłoneczną irytująco wyglądało to jak koń na karuzeli. Ponieważ siedzieli razem we trzech, widok musiał być nawet jeszcze bardziej idiotyczny. Rozglądał się więc dookoła, starając się oderwać umysł od dręczącego go uczucia absurdu. Gogle sprawiały, że jasność światła stała się możliwa do zniesienia, ale powiększało to tylko jego uczucie zażenowania. „Te sterczące na boki płetwy” uprzejmie poinformował go Ochuka swoim głębokim głosem. „Te pod spodem są po to, aby panu pomóc. Cień nad głową osłania pana przed bezpośrednim światłem, a one chronią przed promieniowaniem odbitym. U osoby o pana karnacji światło mogłoby spowodować oparzenia, nawet gdyby nie wystawił pan skóry na bezpośrednie oddziaływanie słońca.” Boardman nic nie odpowiedział. Dziwaczny pojazd gąsienicowy sunął dalej. Dotarli do łachy piachu.
Ciemny piasek, mocno nasycony minerałami. Dalej rozpoczynał się stok wydmy. Jak na Xosa II nie była nawet specjalnie duża. Miała nie więcej niż sto stóp wysokości. Ruszyli w górę po jej zawietrznym, stromo nachylonym spoczu. Cała planeta wydawała się coraz bardziej szaleńczo przechylać w miarę kolejnych obrotów kół napędowych gąsienic. Dotarli w końcu pod sam szczyt, który sprawiał wrażenie, jakby zawijał się nad ich głowami i zaraz miał uderzać jak wodny grzywacz. Gąsienice musiały zmagać się z piaskiem grożącym osunięciem się w dół. Boardmanowi nagle przyszło do głowy skojarzenie piasków Xosa II z oceanami, którymi przecież w zasadzie były. Wydmy były w końcu czymś w rodzaju fal, które poruszały się z niesamowitą powolnością, ale z taką samą nieodpartą siłą jak te na burzliwym morzu.
Nic nie było w stanie się im oprzeć. Absolutnie nic. Przez kolejne dwie mile pokonywali wydmy podobne do tamtej. Później zaczęli wspinać się na podnóże gór. Boardman ponownie mógł zobaczyć, za pierwszym razem było to przez wizjerę lądownika, miejsce, gdzie w górskiej ścianie znajdował się rozstęp, z którego piasek spływał jak potężny wodospad, tworząc na wprost niskiego urwiska piękny, symetryczny kopiec w kształcie stożka. Takich wodospadów było wiele. W jednym miejscu spadający piasek uformował całą kaskadę. Piach zsuwał się po serii skalistych stopni, gromadząc się na każdym z nich i przesypując się w końcu przez jego krawędź tak, by opaść na następny. Ruszyli w górę po mocno nachylonej kamiennej ostródze, której zbocza były zbyt strome, aby mógł zbierać się na nich piasek i tylko wąski grzbiet pokryty był cienką warstwą proszku. Krajobraz wyglądał nieomal jak z sennego koszmaru.
W miarę jak pojazd wjeżdżał coraz wyżej, kołysząc się na boki, przechylając i rzucając do przodu i do tyłu, rosnący bezmiar przepaści po obu stronach trasy powodował, że Boardman zaczął odczuwać pierwsze objawy zawrotów głowy. Jak okiem sięgnąć barwy otaczających ich skał były wręcz niesamowite. Coraz bardziej jednak rzucała się w oczy, tworząc wstrząsający, jałowy krajobraz, spieczona, wysuszona ziemia oraz kompletny brak oznak jakiegokolwiek życia. Boardman zauważył, że mimowolnie wytęża swój wzrok i całą uwagę, by dojrzeć najmniejszy choćby skrawek krzaczka, czy też najmniejszą, najbardziej nawet izolowaną kępkę trawy. Podróż trwała jeszcze mniej więcej godzinę. W końcu dotarli do zdeformowanego i wygładzonego przez piasek zbocza zerodowanej góry, a następnie wjechali na jej najwyższy punkt. Pojazd terenowy pokonał może jeszcze ze 100 jardów i zatrzymał się. Dotarli do szczytu pasma górskiego, za którym bez wątpienia musiało znajdować się kolejne. Musiało, tyle że zupełnie go nie było widać. Za miejscem, na które się wspięli, nie było już żadnych skał.
Nie było opadającego w dół zbocza. Nie było pod nimi żadnej doliny. Był tylko piasek. Był to jeden z piaskowych płaskowyżów, które były wyjątkowym zjawiskiem spotykanym wyłącznie na Xosa II, a Boardman mógł naocznie się przekonać, że spośród licznych rozważanych wyjaśnień sposobów ich powstawania prawdziwy mógł być tylko jeden. Szalejące nad górami wiatry unosiły ze sobą piach, tak samo jak na innych światach przenosiły parę wodną, pył, nasiona roślin czy deszcz. W miejscu, w którym w poprzek trasy nieustannie dmących wiatrów przebiegały dwa pasma górskie, nad znajdującą się między nimi doliną powstawały potężne zawirowania, co z kolei powodowało opadanie piasku do wnętrza doliny. Coś w rodzaju pasatów, pomyślał Boardman. Po dłuższym czasie mogło to wypełnić całą dolinę aż po same szczyty otaczających ją gór. Tyle że wiatry równikowe, takie jak pasaty wiejące na innych planetach, dostarczają równie dużych ilości tylko że wody, którą mogą wykorzystywać powstające na nich cywilizacje. Ale...
A więc? Wyzywająco rzucił Boardman. Tu właśnie jest miejsce położenia sieci lądowniczej oznajmił Czerwone Pióro. Gdzie? Tu sucho stwierdził Indianin. Jeszcze kilka miesięcy temu w tym miejscu była dolina. Sieć lądowniczą rozbudowano do wysokości 1800 stóp. Miało być jeszcze 400 stóp, ale ponieważ w górnej partii konstrukcja powinna być lżejsza, tak więc uzasadniało to moje oszacowanie zakończenia nad nią prac w 80%. Potem jednak przyszła burza. Było gorąco, straszliwie, potwornie gorąco, nawet tutaj, na płaskowyżu, na wysokości szczytów gór.
Doktor Ochuke popatrzył Boardmanowi w twarz i schylił się, sięgając ręką gdzieś do środka pojazdu. Przekręcił zawór regulatora na jednym ze specjalnie przywiezionych dla niego zbiorników powietrza. Natychmiast zrobiło mu się chłodniej. Na skórze oczywiście nie było nawet śladu wilgoci. Krążące powietrze osuszało pot natychmiast, jak tylko się pojawił. Przez cały czas prześladowało go jednak otępiające, drażniące wrażenie człowieka zamkniętego w sztucznie podgrzewanym piekarniku. Walczył z tym już od pewnego czasu. Teraz chłód rozprężonego powietrza był prawie delirycznie orzeźwiający. Doktor Ochuke zaimprowizował bufet. Boardman pił spragniony.
Woda była nieco słonawa, tak by uzupełnić braki utraconej razem z potem soli. „Burza? Co?” — zapytał Boardman, kiedy uporał się już ze swoim organizmem i mógł przyjrzeć się dokładniej rozciągającej się przed nim scenerii kompletnej katastrofy. Nawet niewielka część tego płaskowyżu to było parę setek milionów ton piasku. Nie było co myśleć o jakiejkolwiek możliwości jego usunięcia, chyba że pomogłoby tu długotrwałe działanie pasatów, jeśli zmieniłyby kierunek na równoległy wzdłuż grzbietu doliny. Ale jak burza mogła spowodować coś takiego? „To była burza piaskowa” — chłodno powiedział Czerwone Pióro. — „Prawdopodobnie spowodowana rozbłyskiem plam słonecznych. Nie wiemy, ale badania prekolonizacyjne wspominają o burzach piaskowych. Zespół badawczy wykonał nawet oszacowania opadu piachu w różnych miejscach, oceniając je na wiele cali rocznie.
Tutaj wszystkie burze powodują opady piachu zamiast deszczu. Ale w tym przypadku to musiał być rozbłysk plam na Słońcu, ponieważ ta burza szalała.” — jego głos stał się stanowczy i przemyślany, ponieważ wygłaszał rzecz, wydawałoby się z gruntu nieprawdopodobną — „Przez dwa miesiące. Przez ten czas nie widzieliśmy nawet śladu Słońca. Naturalnie nie mogliśmy również pracować. Piasek obdarłby człowieka ze skóry w ciągu kilku minut. Musieliśmy więc ją przeczekać. Po jej zakończeniu w miejscu, gdzie misja zamówiła budowę sieci lądowniczej, znajdował się ten usypany z piasku płaskowyż. Sieć znajdowała się pod nim. No i oczywiście ciągle tam jest. Wierzchołek konstrukcji stalowej o wysokości 1800 stóp pogrzebany jest pod dodatkowymi dwoma setkami stóp piachu, jak pan sam zresztą widzi, a nasze niewykorzystane jeszcze zapasy stali budowlanej leżą ślicznie zebrane i gotowe do jej zakończenia pod dwoma tysiącami stóp piasku.
Ponieważ nie mamy żadnych zapasów zmagazynowanej energii, tak więc z dużą nadzieją.” — ton Czerwonego Pióra stał się sardoniczny — „Możemy myśleć o próbie odkopania konstrukcji. Tutaj leżą setki milionów ton materiału, który należałoby gdzieś wywieźć. Gdyby udało nam się zabrać stąd ten piach, moglibyśmy skończyć sieć. Gdybyśmy mogli skończyć sieć, mielibyśmy wystarczająco dużo energii, żeby zabrać stąd ten piach w ciągu kilku lat. I gdybyśmy mogli zastępować maszyny, które zużyją się podczas tej operacji. No i oczywiście, jeśli nie przytrafiłaby się kolejna taka burza piaskowa.” — przerwał. Boardman wziął kilka głębokich wdechów chłodniejszego powietrza. Dzięki temu był w stanie myśleć nieco wyraźniej. „Jeżeli zaakceptuje pan jako dowód zdjęcia” — uprzejmie powiedział Czerwone Pióro — „Może pan sprawdzić, że właściwie to wykonaliśmy naszą robotę.” Boardman dostrzegał konsekwencje obecnego stanu rzeczy. Kolonia została utworzona przez Amerindów wykonujących konstrukcje stalowe i Afrykanów wykonujących prace, do których Amerindowie mieli dziedziczną awersję.
Obsługę działających pod ziemią skomplikowanych maszyn górniczych i sterowanie nowoczesnymi urządzeniami do szybkiego wytopu metali. Ludzie obu ras byli w stanie znieść klimat planety i w nim pracować pod warunkiem, że mieli zapewnione klimatyzowane kwatery do spania. Musieli więc mieć energię. Energię potrzebną nie tylko do pracy, ale po to, by w ogóle przeżyć. Klimatyzatory, które umożliwiały im sen, oziębiając powietrze, kondensowały także znajdujące się w nim śladowe ilości pary wodnej. Ich funkcjonowanie było więc niezbędne także do produkcji wody do picia. Bez energii wkrótce zacznie dręczyć ich pragnienie. Bez sieci lądowniczej i energii, jaką pobierała ona z jonosfery planety, nie mogli odbierać dostaw od reszty wszechświata. Wkrótce zaczną więc także głodować. Ponadto Warlock krążący teraz gdzieś wysoko w górze na orbicie, wszedł za głęboko w pole grawitacyjne planety i nie mógł użyć swojego napędu Laulura, aby odlecieć stąd z wieściami o ich kłopotach.
Przy normalnym biegu wydarzeń miną lata, zanim zostanie tu wysłany jakiś statek kolonialny po to, by sprawdzić, dlaczego z Xosa 2 nie docierają żadne nowe informacje. Statek zdolny do lądowania przy pomocy siły rakiet lub wyrwania się w ten sposób z uwięzi pola grawitacyjnego planety. Z oczywistych powodów coś takiego jak sygnalizacja alarmowa o zasięgu międzygwiezdnym po prostu nie istniało. Same statki podróżują szybciej niż jakikolwiek sygnał, jaki mógłby być przesłany w tego typu sieci, a odległości są tak olbrzymie, że przesłanie komunikatu zwykłymi środkami zabierałoby olbrzymie ilości czasu. Także w obecnych czasach wiadomość wysłana na Ziemię z pogranicza potrzebowała 10 lat na pokonanie tej drogi w jedną stronę i kolejnych 10 na odpowiedź. Nawet dużo mniejsze odległości w porównaniu z trudnym położeniem Xosa 2 przekreślały wszelkie nadzieje na pomoc. Kolonia była zdana wyłącznie na własne siły. Boardman ciężko westchnął. Zaakceptuje dokumentację fotograficzną. Muszę przyjąć do wiadomości nawet stwierdzenie, że kolonia skazana jest na śmierć.
Przygotuję mój raport do umieszczenia w skrytce, którą, jak mi mówiła panna Aleta, przygotowujecie. I chciałbym przeprosić za wszystkie afronty, jakie musieliście panowie znosić z mojej strony. Doktor Oczuka pokiwał głową z aprobatą. Przez cały czas traktował Boardmana z życzliwością i ciepłem. Ralph Czerwone Pióro powiedział również dosyć serdecznym tonem: „Absolutnie wszystko w porządku. Nic się przecież nie stało.” „A teraz” – krótko stwierdził Boardman – „na podstawie moich uprawnień do wydawania wszelkich poleceń niezbędnych podczas realizacji powierzonego mi zadania, chciałbym przebadać kroki, jakie pan podjął, aby zrealizować odpowiednią część pańskich instrukcji dotyczącą sytuacji alarmowych. Bezzwłocznie proszę o informację o tym, co zostało zrobione, aby zaradzić istniejącemu stanowi rzeczy. Zdaję sobie sprawę, że na tę katastrofę nie można było nic poradzić, ale zamierzam zostawić raport w sprawie podjętych przez pana działań.” Warlock krążył w próżni wokół planety Xosa II. Znajdował się zaledwie 5000 mil ponad powierzchnią, tak więc nieustannie przepływała pod nim szybka rzeka pocynkowanych, pustynnych krajobrazów suchej planety. Nie miało się nawet wrażenia, że leżą one tak daleko w dole.
Po prostu wyglądało to, jakby wypływały niemal spod statku. Na samym statku działała sztuczna grawitacja i oświetlenie. Słychać było pomruk pomp utrzymujących cyrkulację powietrza tak, by mogło przepływać przez urządzenia oczyszczające. Była również żywność, właściwej jakości woda, odpowiednio dostosowana temperatura. Tyle że kompletnie nic się nie działo. Co więcej, nie można było oczekiwać, że cokolwiek się wydarzy. Załoga składała się z ośmiu ludzi, którzy byli przyzwyczajeni do podróży kosmicznych trwających od jednego do trzech miesięcy. Jednak od ostatniej wizyty w porcie podróżowali już ponad dwa miesiące. Do tej pory wyczerpali posiadane zasoby nowych szpul wizyjnych, odtwarzając je w kółko i w kółko aż do chwili, gdy ich oglądanie stało się już nie do zniesienia. Przeczytali już raz, a potem drugi wszystkie taśmy z książkami, jakie mieli na pokładzie.
Podczas poprzednich podróży tyle razy grali już ze sobą w szachy i inne podobne gry, że stało się całkowicie przewidywalne, kto kogo zwycięży w każdej możliwej konkurencji. Obecnie w przyszłość spoglądali jedynie z rozgoryczeniem. Statek nie był w stanie wylądować, ponieważ na znajdującej się pod nimi planecie nie było żadnej działającej sieci lądowniczej. Nie mogli odlecieć, ponieważ na planecie o grawitacji zbliżonej do ziemskiej napęd Laulora po prostu nie działa w odległości mniejszej niż pięć średnic planety. Słabe pole generowane przez silniki statku jedynie w niestacznym stopniu ogina przestrzeń, ale aby utrzymać to ogięcie, napęd Laulora potrzebuje przestrzeni niemal pozbawionej naprężeń grawitacyjnych. Nie mieli dostatecznie dużo paliwa, aby pokonując grawitację planety, odlecieć na silnikach rakietowych na odległość tych 30 kilku tysięcy mil. Z tych samych powodów bezużyteczne były ich szalupy ratunkowe. Nie mogli uciec, korzystając z silników rakietowych, a ich napędy Laulora także nie działały. W dodatku załoga Warlocka była znudzona. Najgorszą rzeczą w tej nudzie było to, że miała ona trwać bez końca.
Mieli żywność, wodę i komfort fizyczny, ale znajdowali się w dokładnie tej samej pozycji, co ludzie skazani na uwięzienie przez nieznany z góry, ale bardzo długi okres czasu. Nie było żadnej możliwości ucieczki, nie było żadnej możliwości złagodzenia kary. Jawiące się przed nimi perspektywy wręcz zapraszały do szaleństwa. Bijatyka w kwaterach załogi wybuchła, zanim jeszcze nie minęły dwie godziny od ustabilizowania Warlocka na orbicie, jako pierwsza reakcja na katastrofę, która ich spotkała. Kapitan sprawdził statek i starannie skonfiskował wszystko, co mogłoby posłużyć jako broń. Zamknął solidnie wszystkie znalezione rzeczy. Sam już zaczynał odczuwać dokuczliwe efekty rozstroju nerwowego. Nie było nic do roboty. Nie wiedział również, kiedy będzie można cokolwiek zrobić. Były to warunki prowadzące prosto do rozwoju psychozy.
Panowała głucha noc. Na dworze, ponad zabudowaniami kolonii, na niebie błyszczały niezliczone miriady gwiazd. Nie były to oczywiście te same gwiazdy, które można było zobaczyć na ziemskim firmamencie, ale Boardman nigdy nie był na Ziemi. Ponadto przyzwyczajony był do oglądania coraz to innych, nieznanych konstelacji. Spoglądał przez wizjer w niebo i zauważył, że nie widać żadnego księżyca. Zamyślony zarejestrował w pamięci informację, że Xosa II nie ma księżyca. Zza pleców dolatywał do niego od czasu do czasu szelest papieru. I właśnie teraz Aleta Czerwone Pióro przewróciła kolejną stronę w segregatorze i starannie coś zapisała. Na półkach na znajdującej się za nią ścianie stało dużo więcej takich ksiąg. Można było w nich znaleźć szczegółową historię każdego, najdrobniejszego nawet zadania wykonanego przez przygotowujące kolonię załogi.
Poszczególne, zwięźle opisane punkty miały potem zostać zebrane w całość, tak by utworzyć rejestr działalności każdego z ludzi. Przede wszystkim zawierały one opisy niewiarygodnych trudów i wysiłków, również bohaterskich czynów. Próbowano przetransportować zapasy wody samolotem prosto z bieguna. Nie zdało to jednak egzaminu nawet na tyle, by znacząco zwiększyć istniejące rezerwy płynów. Wiatry, które na innych planetach unosiły ze sobą drobiny wilgoci, tutaj zamiast nich niosły drobinki piasku. Samoloty podczas lotu były wręcz ścierane w oczach. Ostatnia działająca maszyna została zmuszona do awaryjnego lądowania 500 mil od kolonii. Zorganizowano wyprawę na pojazdach gąsienicowych i uratowano załogę. Terenowe pojazdy gąsienicowe miały pancerze z silikonowych tworzyw sztucznych odporne na ścieranie, ale mimo tego po powrocie z ekspedycji musiały zostać załomowane. W księgach opisywano również przypadki zaginięcia ludzi w nagłych piaskowych szkwałach i bohaterskie akcje poszukiwawcze, które raz czy dwa doprowadziły do ich uratowania.
Zdarzały się także zawały w kopalniach. Były wypadki. Pełno było wspaniałych czynów świadczących o wytrwałości ludzi i uporczywej walce z przeciwnościami. Boardman podszedł do drzwi wyjściowych kadłuba, w którym znajdowało się biuro inżyniera projektu Ralfa Czerwone Pióro. Otworzył je i wyszedł na zewnątrz. Było to jak wejście do piekarnika. Piasek był ciągle nagrzany przez promieniowanie słońca, które zaszło dopiero przed chwilą. Powietrze było tak kompletnie suche, że Boardman natychmiast poczuł, jak wysysa mu wilgoć z nozdrzy. Już po 10 sekundach stopy, na których miał obuwie przeznaczone do chodzenia wewnątrz pomieszczeń, poczuły gorąco nie do zniesienia. Po 20 wydawało mu się, że czuje, jakby podeszwy stóp zaczęły pokrywać się obarzeniami.
Nawet w nocy umarłby tu z gorąca. Być może zdołałby przetrwać na zewnątrz tuż przed świtem, ale ta myśl obudziła w nim tylko wściekłość. Tutaj, gdzie Ameryndowie i Afrykanie swobodnie mogli mieszkać i działać, on bez ochrony był w stanie przeżyć może godzinę czy dwie i to tylko podczas jednej konkretnej pory obrotu planety. Wrócił szybko do środka, nieco zawstydzony swoim brakiem odporności na dyskomfort stóp i gniewnie mając ochotę raczej pozwolić się przypiec, niż przyznać się do tego. Aleta przewróciła kolejną stronę. „Proszę na mnie popatrzeć” — gniewnie rzucił Boardman. — „Nieważne, co pani powie, wraca pani na pokład Warlocka zanim…” Podniosła na chwilę wzrok. „Tym będziemy się martwić w odpowiednim czasie, ale nie wydaje mi się. Raczej chyba zostanę tutaj. Na razie, być może” — warknął Boardman.
— „Ale zanim sytuacja tu na dole stanie się naprawdę zła, wraca pani na statek. Mają wystarczająco dużo paliwa rakietowego na kilka kursów lądownikiem. Zabiorą panią stąd na górę.” Aleta wzruszyła ramionami. „Po co miałabym przenosić się stąd na pokład tego wraku? Przecież Warlock praktycznie już nim jest. Niech pan uczciwie przyzna, na ile lat szacuje pan czas potrzebny na wyekwipowanie i przybycie tutaj statku, który mógłby nas stąd zabrać?” Na to pytanie Boardman nie znalazł żadnej odpowiedzi. Myślał już nad tym. Czas podróży z Trend, najbliższej bazy misji tutaj na Xosa 2, wynosił około dwóch miesięcy. Spodziewano się, że Warlock pozostanie na orbicie, dopóki przywieziony przez niego piec hutniczy nie zdoła wypełnić ładowni statku wyprodukowanym metalem. Mógł to być krótki okres, jakiś dwóch tygodni, ale nie byłoby dla nikogo zaskoczeniem, gdyby zamiast tego produkcja trwała nawet i dwa miesiące.
Tak więc statek na Trend nie będzie traktowany jako opóźniony jeszcze przez cztery miesiące. Co najmniej przez dwa kolejne opóźnienie to nie będzie traktowane jako poważne. To daje jakieś sześć miesięcy, zanim ktokolwiek w ogóle zastanowi się poważnie, dlaczego statek jeszcze nie wrócił z ładunkiem. Będą czekać na przybycie łodzi ratunkowych tak, jakby to się stało w przypadku wypadku w przestrzeni. Ewentualnie wysłany zostanie raport o braku kontaktu do kwatery głównej misji kolonialnej na Canna 3, ale zanim raport ten zostanie odebrany, miną kolejne trzy miesiące, a nawet sześć, jeśli weźmiemy pod uwagę konieczność jego potwierdzenia. I to tylko, jeśli statki dokonają przelotu w najbardziej optymistycznych interwałach czasowych, a nawet wtedy oczekiwane będzie przynajmniej jakieś wołanie o pomoc lub wiadomość alarmowa z kolonii. Na dole, na powierzchni Xosa 2 stało kilka łodzi ratunkowych przeznaczonych do komunikacji w sytuacjach alarmowych i jeżeli nie przyniosą one wieści o jakimś planetarnym kryzysie, nikt nie będzie nawet przypuszczał, że taki kryzys zaistniał. Nikt nawet nie był w stanie wyobrazić sobie możliwości awarii sieci lądowniczej. Być może mniej więcej za rok ktoś pomyśli, że trzeba sprawdzić, jak wygląda sytuacja na Xosa 2. Upłynie jeszcze więcej czasu, zanim ktoś położy na czyimś biurku odpowiednią notatkę sugerującą, że kiedy już się tak przytrafi, że jakiś odpowiedni statek przelatywać będzie w pobliżu Xosa 2 albo będzie akurat dostępny wolny statek do takiej misji kontrolnej, warto byłoby może zainteresować się tym tajemniczym milczeniem planety.
Tak właściwie to należy szacować, że przy najbardziej optymistycznych założeniach upłyną co najmniej trzy lata, zanim przyleci tu jakiś inny statek. „Jest pani cywilem” — krótko odparł Boardman. — „Kiedy zaczną kończyć się zapasy żywności i wody, wraca pani na statek. Przynajmniej pozostanie pani przy życiu, kiedy ktoś przybędzie, aby zobaczyć, co się tu stało.” Aleta delikatnie odpowiedziała: „Być może pozostanę przy życiu, być może nie. A czy pan wróci na statek?” Boardman poczerwieniał. Nigdy by tego nie zrobił, ale odpowiedział z zawziętością: „Mogę wydać rozkaz, aby odesłać panią z powrotem na pokład, a pani kuzyn z pewnością go wykona”. „Bardzo w to wątpię” spokojnie odpowiedziała Arleta. Wróciła do swojej pracy. Na dworze, koło kadłuba, w którym siedzieli, zachrząkał pod czyimiś nogami piasek. Boardman skrzywił się nieco.
Nawet za dnia, przy rozjarzonym słońcu koloniści mogli swobodnie przechodzić pod gołym niebem z jednej części kolonii do drugiej i to tylko w sandałach izolujących. On, Boardman, nie był w stanie wytrzymać na zewnątrz nawet w nocy. Jego wargi wykrzywiły się z goryczą. Weszli jacyś ludzie. Wszyscy mieli ciemną karnację. Ich mięśnie rysowały się wyraźnie pod błyszczącą skórą i brązem Amerindów. Mieli grube, proste włosy. Razem z nimi przyszedł również Ralph Czerwone Pióro. Na samym końcu za całą grupą pojawił się doktor Czuka. „Jesteśmy” – powiedział Czerwone Pióro.
„Oto nasi kierownicy. W tym gronie, jak myślę, będziemy mogli odpowiedzieć na wszystkie pytania, jakie zechce pan zadać”. Po kolei przedstawił wszystkich. Boardman nawet nie próbował zapamiętać nazwisk. Ade Okuta, Północny Wiatr, Sutata, Wysoka Trawa, Tka, Plamisty Koń i Levenica. Takie nazwiska zebrane razem można było znaleźć tylko w bardzo surowej, nowej kolonii. Ale ludzie, którzy stłoczyli się w biurze, zachowywali się całkowicie swobodnie, zarówno pomiędzy sobą, jak również i w obecności wyższego oficera misji kolonialnej. Po wymienieniu nazwiska każdy z nich skinął głową, a ci stojący bliżej niego podali mu rękę. Boardman uzmysłowił sobie, że w innych okolicznościach ten widok bardzo by mu się spodobał. Mniej podobało mu się jednak coś innego.
Warunki życia panujące na tej planecie jego tłamsiły i upokarzały. Ich nie. A tymczasem to według nich wszyscy już zostali skazani na śmierć. „Muszę sporządzić i pozostawić raport” – krótko oznajmił Boardman i sam się nieco zdziwił myślą, jaka go nawiedziła, że oczekuje raczej konieczności pozostawienia raportu niż jego przekazania. Zaakceptował więc mimowolnie brak nadziei na pomyślne rokowania co do przyszłości kolonii oceniające stopień ukończenia prowadzonych tutaj prac. Ponieważ jednak najwyraźniej kolonia stanęła wobec trudnej sytuacji, musi również pozostawić raport w sprawie wszelkich działań podjętych, by ją rozwiązać. Taki raport oczywiście będzie tylko próżnym gestem, tak samo jak jedynie gestem są rejestry zasług kompilowane przez Arletę, które zostaną przeczytane dopiero wtedy, gdy wszyscy na planecie dawno już będą martwi. Boardman wiedział jednak, że go napisze. Wręcz nie do pomyślenia było, że mógłby tego nie zrobić. „Pan Czerwone Pióro przekazał mi” – dodał znów zwięźle – „że zapasów energii używanej do chłodzenia kolonii, jak również do kondensacji wody pitnej z powietrza, wystarczy jedynie na około 6 miesięcy.
Żywności mamy również na mniej więcej podobny okres. Jeśli dla zaoszczędzenia paliwa pozwolimy budynkom nieco się nagrzać, nie będziemy mieli wystarczających ilości wody do picia. Jeśli nawet przejdziemy na połowę racji żywnościowej, aby starczyło na dłużej jedzenia, to i tak w końcu zabraknie nam wody, a energia tak czy inaczej się wyczerpie. Nic nam to nie daje”. Dookoła potwierdzające skinięcia głową. Sprawa była rozważana wielokrotnie, już na długo wcześniej. „W warlocku na górze jest żywność” – Boardman chłodno kontynuował dalej – „ale nie mogą wylądować więcej niż kilka razy. Lądownik nie może korzystać z paliwa statku. Nie ma agregatów chłodzących, które utrzymywałyby jego stabilność. Wszystko to oznacza, że nie mogą przewieźć na dół więcej niż tonę zapasów.
Jest tutaj 500 osób. Nie mogą nam pomóc”. Popatrzył po kolei na każdego z nich. „A więc żyjemy sobie wygodnie” – powiedział im ironicznie – „dopóki nie wyczerpią się jednocześnie żywność, woda i minimalne warunki komfortu w nocy. Wszystko, co spróbujemy zrobić, by coś zaoszczędzić, będzie bezużyteczne, ponieważ w takim przypadku braknie nam czego innego. Pan Czerwone Pióro powiedział mi, że przyjęliście do wiadomości tę sytuację. Co więc zrobiliście od tego czasu?” Doktor Czuka powiedział przyjaźnie: „Wybraliśmy miejsce przechowywania naszych rejestrów, a górnicy przy pomocy materiałów wybuchowych wysadzają komorę, w której będziemy mogli umieścić zapisy naszych działań oraz aktualizować je do ostatniej chwili. Magazyn będzie odpowiednio uszczelniony i nie będzie przepuszczał piasku. Nasi mechanicy budują nadajnik, na potrzeby którego zaoszczędzimy troszeczkę paliwa. Będzie działał dwadzieścia parę lat, wskazując położenie, tak więc będzie można go znaleźć niezależnie od tego, jak bardzo teren zostanie zmieniony przez nanoszony piach.” „I biorąc pod uwagę” – wtrącił Boardman – „fakt, że nie będzie tutaj nikogo, kto mógłby go wskazać.” Czuka łagodnie dodał: „Dużo czasu poświęcamy także na śpiew.
Jesteśmy, yy, religijni. Kiedy, yy, nas już tutaj nie będzie, otrzymamy nagrodę za to, że będziemy dobrze wyćwiczonym chórem gotowym do podjęcia pracy na drugim świecie.” Białe zęby rozbłysły w szerokich uśmiechach. Boardman prawie z zazdrością patrzył na ludzi, którzy mogli śmiać się z takich myśli. On jednak ponuro wszedł w słowo. „To rozumiem, że dużą popularnością cieszy się także sport?” Czerwone Pióro odparł: „Mieliśmy sporo czasu na niego. Zespoły wspinaczkowe zaliczały zasługi na wszystkich najgorszych górach w promieniu 300 mil. Ustanowiliśmy nowy rekord w rzucie oszczepem, skorygowany o wartość tutejszego przyspieszenia grawitacyjnego, a Johnny Comstock przebiegł 100 jardów w 8,4 sekundy. Aleta ma zapisy i je poświadcza.” „Bardzo, bardzo przydatne” – sardonicznie stwierdził Boardman. Mówiąc to, sam siebie bardzo znielubił, nawet zanim jeszcze twarze brązowoskórych ludzi zastygły w wystudiowanym grymasie niewzruszenia. Czuka pomachał ręką.
„Zaczekaj, Ralph. Siostrzeniec Levannika pobije to w ciągu tygodnia.” Boardman znowu poczuł wstyd, ponieważ Czuka powiedział to tylko po to, aby zakamuflować jego paskudny charakter. „Dobrze, cofam to, co powiedziałem” – rzucił z irytacją. – „To było niestosowne. Nie powinienem tego mówić, ale przybyłem tutaj, aby dokonać przeglądu zakończenia prac. A to, co mi dajecie, to są materiały dla oceny morale. To nie jest moja specjalność. Ja jestem inżynierem przede wszystkim i po pierwsze. Stoimy tutaj wobec problemu technicznego.” Nagle spoza jego pleców odezwała się Aleta. „Ale przede wszystkim i po pierwsze to są ludzie, panie Boardman, a oni stoją naprzeciw bardzo ludzkiego problemu – jak godnie umrzeć.
Jak dotąd wydają się być w tym całkiem dobrzy.” Boardman zazgrzytał zębami. Ponownie został upokorzony. Na swój własny sposób próbował przecież tego samego, ale tak samo, jak genetycznie był niezdolny do zniesienia klimatu tej planety, nie był również zdolny do fatalistycznej albo religijnej akceptacji tej katastrofy. Amerindowie i Afrykanie byli podobni do siebie. Ci ludzie instynktownie trzymali się swoich własnych koncepcji tego, co nazywane było przez nich godnością człowieka w sytuacji, kiedy nie mógł on już zrobić niczego więcej i musiał umrzeć. Ale koncepcja godności człowieka zgodna ze światopoglądem Boardmana wymagała, by walczyć do końca, ciągle rzucać się do gardła losowi i przeznaczeniu dążącemu do twojej śmierci. Miał to we krwi, w swoich genach i było to zakodowane przez lata szkolenia. Po prostu nie był w stanie, zachowując szacunek dla samego siebie, uznać żadnej fizycznej sytuacji za beznadziejną, nawet jeśli cały jego umysł zapewniał go, że taką była. „Zgadzam się” – powiedział zimno. – „Ale nadal muszę myśleć w kategoriach technicznych.
Podsumowując więc, można by powiedzieć, że musimy umrzeć, ponieważ nie jesteśmy w stanie wylądować Warlockiem z jedzeniem i wyposażeniem. Nie możemy wylądować Warlockiem, ponieważ nie mamy sieci lądowniczej. Nie mamy sieci lądowniczej, ponieważ ona sama i cały materiał niezbędny do jej dokończenia pogrzebane są pod milionami ton piasku. Nie możemy zbudować nowej sieci lądowniczej, choćby takiej dla lekkich statków dostawczych, ponieważ nie mamy pieca hutniczego, aby sporządzić elementy konstrukcyjne. A nawet gdybyśmy go mieli, to nie mamy energii do jego uruchomienia. Z drugiej strony, gdybyśmy mieli elementy konstrukcyjne, moglibyśmy zdobyć energię do uruchomienia pieca, którego nie mamy, co pozwoliłoby nam wyprodukować elementy konstrukcyjne. A więc nie mamy pieca, stąd nie mamy elementów konstrukcyjnych. Nie mamy energii, widoków na zdobycie pożywienia lub pomoc, ponieważ nie możemy wylądować Warlockiem. Jak widać, to jest idealny przykład problemu cyklicznego. Jeżeli w którymś punkcie przerwiemy cykl, to wszystko się rozwiąże.” Jeden z ciemnoskórych ludzi wymamrotał coś szeptem do znajdujących się blisko niego.
W odpowiedzi rozległy się chichoty. „Jak pan Łuczák” – wyjaśnił mężczyzna, kiedy spoczął na nim wzrok Boardmana. – „Kiedy byłem małym chłopcem, popularna była historyjka opowiadająca o podobnej sytuacji.” Boardman powiedział lodowatym tonem: „Problem chłodzenia wody i żywności należy do tego samego rodzaju. W ciągu sześciu miesięcy moglibyśmy zwiększyć nasze zapasy żywności, gdybyśmy mieli energię do kondensacji pary wodnej. Mamy odpowiednie nawozy i chemikalia dla upraw hydroponicznych, ale nie jesteśmy w stanie ochronić roślin przed usmażeniem, zanim urosną. Problem chłodzenia wody i żywności jest praktycznie kolejnym problemem cyklicznym.” Aleta zgłosiła propozycję. „Panie Boardman?” Odwrócił się w jej kierunku z rozdrażnieniem. Aleta powiedziała niemal przepraszającym tonem: „Na Sagan kobiecie, którą znam, została kiedyś przyznana, można by powiedzieć, kobieca zasługa. Jej mąż hoduje konie. Ma kompletnego bzika na ich punkcie, a tymczasem oni mieszkają w czymś w rodzaju domu na kołach na stepowych równinach.
Czasami pozostają całe miesiące z dala od osad ludzkich. Ona uwielbia lody, ale ich mrożenie nie jest rzeczą łatwą. Ma jednak doktorat z historii, specjalizuje się w historii cywilizacji. Mąż zrobił jej więc izolowaną termicznie puszkę na dachu ich przyczepy i ona właśnie przy jej użyciu robi swoje lody.” Wszyscy popatrzyli na nią ze zdziwieniem. Jej kuzyn stwierdził z rozbawieniem: „No, coś takiego rzeczywiście należy uznać za jakiś rodzaj technicznej zasługi, za którą należy się pióro.” Rada przyznała jej mosiężny puchar. Oficjalnie – odparła Aleta – osiągnięcie naukowe w dziedzinie gospodarstwa domowego – wyjaśniła dokładniej, zwracając się do Boardmana. – Jej mąż umieścił puszkę na dachu na podkładzie izolacyjnym, tak by nie ogrzewała się od ciepła przenikającego z domu. W czasie dnia na wierzch kładzie pokrywę izolacyjną tak, by chronić zawartość przed ogrzaniem przez słońce. W nocy zdejmuje tę pokrywę i wlewa do puszki słodką masę na swoje lody, rozprowadzając ją niezbyt grubą warstwą na dnie. Potem idą spokojnie spać.
Musi wstać przed świtem, by przykryć puszkę, ale do tego czasu lody są już kompletnie zamrożone nawet podczas ciepłej nocy. – Popatrzyła na nich po kolei. – Szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego. Powiedziała, że to zostało wymyślone na Ziemi, w miejscu nazywanym Babilonią wiele tysięcy lat temu. Boardman zamrugał oczyma, potem zawołał zdecydowanym tonem: Do diabła! Kto wie, jak bardzo opada tutaj temperatura gruntu przed świtem? Ja wiem – odparł słabo kuzyn Alety. Temperatura wierzchnich warstw piasku spada o czterdzieści kilka stopni. Oczywiście pod spodem jest dużo cieplejszy, ale podczas wschodu słońca powietrze staje się niemal zimne. A dlaczego pan pyta?
Noce są chłodniejsze na wszystkich planetach – wyjaśnił Boardman – ponieważ każdej nocy ciemna strona wypromieniowuje ciepło w przestrzeń kosmiczną. Gdyby Ziemia nie zgromadziła ciepła podczas dnia, każdego ranka wszędzie panowałby potężny mróz. Jeżeli zapobiegniemy akumulacji ciepła podczas dnia, izolując spłachę Ziemi przed świtem i trzymając go pod przykryciem przez cały dzień, a odkrywając i chroniąc przed wpływem ciepłych wiatrów podczas nocy, to mamy chłodzenie. Nocne niebo to przecież próżnia kosmiczna. Dwieście osiemdziesiąt stopni poniżej zera. Najpierw zaczęli coś szeptać i mamrotać między sobą. Potem śmielej dyskutowali i wymieniali argumenty. Kierownicy zespołu przygotowującego kolonię na Xosa II byli ludźmi z praktyki, ale potrafili ocenić, czy pewne propozycje są możliwe do realizacji i dlaczego tak jest. Nie buduje się nowoczesnych konstrukcji stalowych w pogardzie dla teorii ani nie korzysta się z nowoczesnych narzędzi górniczych bez wiedzy o tym, jak oraz na jakiej zasadzie one działają. Ta propozycja brzmiała tak, jakby oparta była na zdrowym rozsądku.
Powinno to do pewnego stopnia działać, ale jak dobrze? Ktoś rzucił domysł, że powinno to obniżyć temperaturę przynajmniej dwa razy tyle, co normalny jej spadek w czasie nocy. Ale ktoś inny wytknął temu rozumowaniu błędy i biegle zaczął wykonywać obliczenia. Ze zdumieniem ogłosił otrzymane przez siebie wyniki. Inni kwestionowali pewne ich elementy, a potem weryfikowali swoje uwagi. Nikt nie zwracał specjalnej uwagi na Boardmana, ale zapanował szmer zawziętej dyskusji, do której natychmiast włączeni zostali Czerwone Pióro i Czuka. Po wykonaniu obliczeń z zaskoczeniem zorientowali się, że jeśli atmosfera na Xosa II była rzeczywiście tak przejrzysta, jak wskazywała na to jasność gwiazd i intensywny kolor dziennego nieba, zjawisko promieniowania ciepła w przestrzeń międzygwiezdną powinno zapewnić uzyskanie co noc spadku temperatury w wysokości stu osiemdziesięciu stopni. Gdyby nie było prądów konwekcyjnych, a ich wystąpieniu można przecież zapobiec. Problem prądów konwekcyjnych podzielił członków zebrania na kilka grup proponujących różne rozwiązania. W końcu doktor Czuka huknął na wszystkich, aby wypróbowali wszystkie trzy proponowane podejścia tak, by były one gotowe przed świtem i zebrani opuścili kadłub, ciągle dyskutując z entuzjazmem.
Ktoś nawet przypomniał sobie, że na suchych obszarach planety Timbuk stosowano oparte na tej zasadzie zraszacze, a ktoś inny pamiętał, że również w podobny sposób zrealizowano system irygacyjny na Delmos III. Przypominali więc sobie, jak to zostało zrobione w tamtych miejscach. Głosy zaczęły cichnąć w oddali, w mrokach gorącej jak w piecu nocy panującej na zewnątrz. Boardman skrzywił się i ponownie powiedział: Do diabła, dlaczego sam o tym nie pomyślałem? Ponieważ – z uśmiechem odparła Aleta – nie ma pan doktoratu z historii rozwoju cywilizacji ludzkiej, jeżdżącego konno męża i słabości do lodów. Tym niemniej inżynier też był tu również potrzebny, aby rozbić problem na naprawdę proste składniki. Potem dodała jeszcze: Myślę, że Bob Biegnąca Antylopa mógłby pana zaaprobować, panie Boardman. Boardman nadal był zły sam na siebie. A to znowu kto? I co ma oznaczać cały ten komentarz?
Powiem panu – enigmatycznie stwierdziła Aleta – kiedy rozwiąże pan jeszcze jeden lub dwa problemy. Jej kuzyn wrócił do pokoju. Z widoczną satysfakcją oznajmił: „Czuka twierdzi, że może wyprodukować izolację z wełny silikonowej. Mamy tu całe mnóstwo tego surowca, a do otrzymania niezbędnego ciepła wykorzysta zwierciadło słoneczne. Mamy więc również mnóstwo energii cieplnej do produkcji silikonów. Jak dużą powierzchnię ziemi musimy pokryć, by otrzymać 500 galonów wody na noc?” „A skąd ja mam to wiedzieć? ”Odparł Boardman. „Jaką macie tu zawartość pary wodnej w powietrzu? ”Potem dodał z rozdrażnieniem: „Proszę mi powiedzieć, czy używacie wymienników ciepła do oziębiania powietrza, które tłoczycie do budynków, zanim wykorzystacie do jego chłodzenia energię? To pozwoliłoby zaoszczędzić nieco energii.
”Indiański inżynier projektu powiedział z zainteresowaniem: „Weźmy się do pracy nad tym. Ja osobiście jestem facetem od stali”, ale usiedli razem. Aleta zaś przewróciła kolejną stronę. Warlock kręcił się wokół planety. Członkowie jego załogi zamknęli się w swoich kabinach. Już w czasie dwumiesięcznej, rutynowej, nudnej podróży na tę planetę dawało się wyczuć początki irytacji z obostkami i dziwactwami innych ludzi. Teraz miało to potrwać przez lata. Początkowo każdy z nich starał się unikać pozostałych, aby jak najbardziej odsunąć w czasie chwilę, kiedy znienawidzi swoich kolegów ze statku. Monotonia już wcześniej stała się czymś tak zwykłym, że jej kontynuacja była tylko znanym złem. Załoga Warlocka z góry wiedziała, jak trudni do zniesienia staną się niebawem dla siebie nawzajem i wiedza ta już teraz skłaniała ich do nienawiści w stosunku do wszystkich poza własną osobą.
Po dwu dniach od wejścia na orbitę Warlock obsadzony był już przez ludzi chorobliwie dotkniętych oczekującym ich przeznaczeniem, charakteryzujących się psychiką więźniów skazanych na zamknięcie przez nieokreślony, ale strasznie długi czas. Trzeciego dnia odbyła się kolejna bijatyka na pięści. Bardzo żałosna. Bójki na statku kosmicznym nie są zdrowym symptomem, zwłaszcza na takim statku, który jeszcze przez całe lata nie może mieć nadziei na zawinięcie do portu. Większość ludzkich problemów ma charakter cykliczny i znikają one same dzięki rozwiązaniu jednego niewielkiego i zazwyczaj trywialnego z ich elementów składowych. Typowym przykładem jest wrogość między rasami spowodowana różnicami między nimi, a różnice powstają, ponieważ rasy były sobie wrogie, co powodowało pogłębianie się wrogości. Potężnym problemem w rozwoju lotów międzygwiezdnych był fakt, że nic nie mogło poruszać się szybciej niż światło, a nic nie było w stanie poruszać się szybciej niż światło, ponieważ masa rosła wraz z szybkością. Masa rosła wraz z szybkością oczywiście, ponieważ statki pozostawały w tej samej szczelinie czasowej, a statki pozostawały w tej samej szczelinie czasowej jeszcze na długo po tym, gdy odkryto zjawisko sekundowego przesunięcia, ponieważ nikt nie był w stanie wyobrazić sobie tego, że oznaczało to poruszanie się szybciej niż światło. A nawet później, po pojawieniu się możliwości podróży międzygwiezdnych, handel między planetami praktycznie nie istniał, ponieważ start i lądowanie wymagały zbyt dużych ilości paliwa. Jeszcze większych ilości paliwa wymagało wyniesienie w górę paliwa potrzebnego do lądowania i ponownego startu, a jeszcze większych wymagał start i lądowanie z tą dodatkową masą paliwa.
Dopóki ktoś nie użył do wyniesienia statku energii naziemnej, zamiast nim startować i do sprowadzenia go na ziemię, zamiast lądować. Wtedy dopiero statki międzyplanetarne mogły zacząć przewozić ładunki. Niebezpieczna sytuacja Naxosa II powstała, ponieważ burza piaskowa pogrzebała niemal ukończoną sieć lądowniczą pod kilkoma milionami ton piasku i nie mogła ona zostać ukończona, gdyż kolonia dysponowała jedynie niewielką ilością zmagazynowanej energii. Kolonia nie miała energii, ponieważ prace nad siecią lądowniczą nie zostały ukończone. Prace nie mogły zostać ukończone, ponieważ kolonia dysponowała jedynie niewielką ilością zmagazynowanej energii. Jednak aż trzy tygodnie zabrało, zanim zorientowano się, jak bardzo prostą kwestią był ten cały problem. Boardman nazwał go problemem cyklicznym, ale nie do końca dostrzegł naturę cyklu leżącego u jego podstaw. W gruncie rzeczy był to, jak w przypadku wszystkich problemów cyklicznych, z natury niestały zbiór warunków. Problem zaczął się rozlatywać, kiedy dostrzegł, że prosta kwestia chłodzenia powinna rozbić jego strukturę. Tydzień zabrało pokrycie dziesięciu akrów pustyni wielkimi pasami z wełny silikonowej.
Za dnia odwrócone były one do góry powierzchnią odbijającą. O zachodzie słońca ciągniki gąsienicowe zahaczały je linami holowniczymi i sprawnie odwracały na drugą stronę, wystawiając czarną, posiatkowaną stroną na światło gwiazd. Siatka była precyzyjnie zaprojektowana tak, że wiatry wiejące przez pasy wełny nie powodowały zawirowań w oczkach siatki i znajdujące się w tych swoistych kieszeniach oziębione powietrze pozostawało nienaruszone. Eliminowało to również zjawisko przewodzenia ciepła w dół przez prądy powietrzne, zawirowań występujących podczas jego emisji w przestrzeń kosmiczną. Było to normalne zjawisko występujące po nocnej stronie każdej planety, tylko nieco bardziej efektywne. W ciągu dwóch tygodni osiągnięto produkcję wody wielkości 3000 galonów na noc, a po trzech tygodniach podobne siatki pokrywały wszystkie zabudowania kolonii i zaczęto wykorzystywać potężne dachowe zbiorniki oziębiające do wstępnego obniżenia temperatury powietrza wykorzystywanego w samym systemie chłodzenia. Okres, na jaki powinny wystarczyć zapasy paliwa zmagazynowanej energii, wzrósł dzięki temu trzykrotnie w stosunku do poprzednio szacowanych możliwości. Sytuacja przestała być opisywana przez proste, oczywiste i bezlitosne równania rozpaczy. Potem zdarzyło się coś innego. Jeden z asystentów doktora Czuki zainteresował się pewnym minerałem.
Stopił go przy użyciu pieca słonecznego wykorzystywanego do produkcji wełny silikonowej. Doktor Czuka zauważył to. Po chwili zaskoczenia wybuchnął śmiechem i pobiegł porozmawiać z Ralphem Czerwone Pióro. W konsekwencji amerindieńscy monterzy pocięli jeden z kadłubów automatycznych statków transportowych wykorzystywanych wcześniej jako zbiornik paliwa, który obecnie po jego wyczerpaniu stał pusty i zbudowali przenośne lustro słoneczne o średnicy jakichś 60 stóp. Afrykańscy mechanicy odpowiednio je podłączyli i nagle na powierzchni planety Xosa 2 pojawił się jaskrawy punkt, jaśniejszy nawet niż Słońce. Skierowany został na zbocze górskie pełne minerałów, powodując powstanie gigantycznych płomieni, których jasność spowodowała, że nawet afrykańscy technicy górniczy nałożyli gogle. Wkrótce w dół zbocza zaczęły niepewnie płynąć nitki stopionego metalu i kapiącego żużlu, rozdzielając się coraz bardziej, w miarę jak spływały coraz niżej. Doktor Czuka rozpromienił się cały i aż klepał się rękoma w spocone uda, a Boardman, ubrany w kombinezon termiczny, wyszedł z ciągnika gąsienicowego i przyglądał się wszystkiemu przez 20 minut. Po powrocie do biura inżyniera projektu wypił mrożoną wodę z solą i zaczął przekopywać książki, które przywiózł ze sobą na dół ze statku. Był to przede wszystkim opis warunków na Xosa 2 oraz inne tomy zawierające standardy i leksykony wydane przez misję kolonialną.
Zawierały one szczegółowe definicje terminów i warunków użytych w krótszych specyfikacjach dla elementów wyposażenia zamawianego czasami przez biuro kolonii. Kiedy wkrótce potem do biura przyszedł Czuka, w założonej na dłoń rękawicy trzymał pierwszą bryłę surówki żelaznej otrzymanej na Xosa 2. Wręcz napawał się jej widokiem. Boardmana akurat nie było, a Ralph Czerwone Pióro gorączkowo pracował przy swoim biurku. „Gdzie jest Boardman?” — zapytał Czuka swoim dudniącym basem. — „Gotów jestem zgłosić punkt do raportu na temat stopnia zagospodarowania, mówiący, że przedsiębiorstwa górnicze na Xosa 2 od dnia dzisiejszego przygotowane są do dostarczenia surówki żelaza, kobaltu, cyrkonu i berylu w ilościach handlowych. W chwili obecnej, ponieważ mamy za mało sprzętu do rozpoczęcia dostaw wymienionych metali innych niż żelazo, wymagamy zawiadomienia o zapotrzebowaniu z jednodniowym wyprzedzeniem. Możemy również uruchomić dostawy chromu i manganu, lecz z dwudniowym okresem wyprzedzenia, ponieważ ich złoża położone są w większej odległości od bazy.” Rzucił bryłę metali na drugie biurko, przy którym siedziała Aleta z leżącymi przed nią jej nieśmiertelnymi tomiszczami segregatorów pospinanych kartek. Metal dymił i zaczął przypalać blat biurka. Podniósł więc bryłę ponownie i zaczął przerzucać z rękawicy założonej na jednej ręce do drugiej.
„Popatrz, Ralph” — przechwalał się. — „Twoi Indianie biegają za zasługami. Tę zasługę musisz przypisać mi. Bez paliwa i żadnego sprzętu, poza tą własnej roboty. Przyznaję wam punkt za pomoc przy lustrze, ale to wszystko. Jesteśmy przygotowani, aby wypełnić ładownię każdego statku, jaki przybędzie tutaj po towar. A ty co robisz dla naszych rejestrów? Mam nadzieję, że to, czego dokonaliśmy, obetrze ci trochę łezki z oczek.” Ralph tylko na moment podniósł wzrok. Jego oczy jaśniały. Boardman pokazał mu coś wcześniej, a on teraz gorączkowo przepisywał liczby i formuły z jednej sekcji z podręczników standardów misji kolonialnej.
Książki rozpoczynały się od specyfikacji antybiotyków i wyposażenia do hodowli ich kultur dla kolonii mających problemy z miejscowymi bakteriami. Kończyły się specyfikacjami wymaganych wytrzymałości materiałowych i zasadami projektowymi dla klatek w ogrodach zoologicznych dla żywej fauny, podzielonej na stworzenia latające, pływające i naziemne, rozbite dalej na zwierzęta mięsożerne, roślinożerne i wszystkożerne. Ze specjalnymi specyfikacjami dla aneksów do przechowywania stworzeń głębinowych wymagających ekstremalnych ciśnień oraz wyposażenia utrzymującego przy życiu zwierzęta oddychające trującą atmosferą planet metanowych. Czerwone Pióro korzystał z tomu trzeciego, który był otworzony na rozdziale „Sieci lądownicze. Najlżejsze. Schroniska alarmowe. Faktorie handlowe. Do użytku w...”. Wzdłuż najbardziej uczęszczanych szlaków kosmicznych na kilkudziesięciu nieskolonizowanych planetach utrzymywano schroniska dla ewentualnych rozbitków ze statków kosmicznych. Obsadzały je niewielkie siły spośród personelu patrolu.
Obsługiwane były przez kosmiczne szalupy ratunkowe. Miały jedynie minimalne instalacje pobierające energię z jonosfery swoich planet i przeznaczone były do sprowadzania na ziemię łodzi ratunkowych nie większych niż 20 ton, a specyfikacje sprzętu dla takich właśnie schronisk włączone zostały do książek ze standardami wykorzystywanymi przez Boardmana podczas przeglądów i inspekcji kolonii. Zastawione zostały na potrzeby kontraktorów, którzy chcieliby składać oferty na przetargi na instalacje dla misji kolonialnej oraz aby wspomagać pracę ludzi takich jak Boardman, których zadaniem była kontrola realizacji tych kontraktów. Zawierały więc wszystkie niezbędne dane do tego, aby w razie potrzeby zbudować sieć lądowniczą najlżejszą do użytku w schroniskach i faktoriach handlowych. Czerwone Pióro gorączkowo je przepisywał. Czuka przerwał swoje przechwałki, ale nadal uśmiechał się szeroko. „Wiem, że jesteśmy utopieni, Ralph” — powiedział przyjaźnie. „Ale to jest sympatyczna rzecz, którą można umieścić w rejestrach. To szkoda, że nie mamy rejestrów zasług jak twoi Indianie.” Kuzyn Alety, inżynier projektu, odparł mu dosadnie: „Odczep się. Kto zrobił to twoje lustro słoneczne?
To było coś więcej niż tylko pomoc. Idź pomyśleć, jak odlać dla nas belki, dźwigary. Mam zamiar wysłać na górę i dalej na Trend łódź ratunkową. Zbudujemy sieć lądowniczą o jak najmniejszych rozmiarach. Zaalarmujemy ich, żeby przysłali nam statek kolonialny z zapasami. Jeżeli nie trafi się żadna nowa katastrofalna burza piaskowa, która zasypałaby chłodnice radiacyjne pomysłu Boardmana, może uda nam się przeżyć na hydroponice, zanim nie przybędzie statek z niezbędnymi rzeczami.” Czuka stał z wytrzeszczonymi oczyma. „Nie chcesz chyba powiedzieć, że mamy jakąś szansę na przeżycie. Naprawdę?” Aleta spojrzała na nich obydwu z bezdenną ironią. „Panie doktorze” — powiedziała mu najdelikatniej, jak potrafiła. — „Dokonał pan rzeczy niemożliwej.
Ralph tutaj ma zamiar spróbować czegoś, co wydawałoby się wręcz absurdalne. Czy nie przyszło panu do głowy, że Boardman zadręcza się, by osiągnąć coś niepojętego? To trudne do wyobrażenia nawet dla niego samego, ale próbuje to zrobić.” „A co takiego próbuje zrobić Boardman?” — zapytał Czuka z ostrożnym, ale widocznym rozbawieniem. „On próbuje” — wyjaśniła Aleta — „udowodnić sam sobie, że jest najlepszy na tej planecie, ponieważ fizycznie przystosowany jest do życia tutaj najgorzej z nas wszystkich. Jego próżność bardzo poważnie ucierpiała. Nie lekceważcie go.” „On niby ma być tutaj najlepszy?” — z pustką w głowie dopytywał się Czuka. — „Na swój sposób jest całkiem niezły. Udowadnia to choćby ten pomysł z chłodzeniem, ale nie może się nawet ruszyć na zewnątrz bez kombinezonu termicznego.” Ralph Czerwone Pióro stwierdził sucho, nie przerywając swojej gorączkowej pracy. „Nonsens, Aleta. Jest odważnym człowiekiem.
Muszę mu to oddać, ale nie byłby w stanie chodzić po belce 1200 stóp nad ziemią. Na swój własny sposób tak, to zdolny człowiek, ale najlepszy?” „Och, jestem pewna” — zgodziła się Aleta — „że on również nie potrafi śpiewać nawet tak dobrze, jak najgorszy z pańskiej śpiewającej ekipy, doktorze Czuka. A każdy Amrynd jest w stanie prześcignąć go na dowolnym dystansie. Pewnie nawet ja dałabym mu radę. Ale chociaż posiadamy także inne zdolności, których on nie ma, to z kolei on ma coś, czego nie mamy my. Jesteśmy zadowoleni w nasze umiejętności. Wiemy, co możemy zrobić i także co możemy zrobić lepiej niż jakaś...” — jej oczy zaiskrzyły ironią — „blada twarz. On natomiast cały czas w siebie wątpi. Bez przerwy i na wszystkie sposoby. I właśnie dlatego może zostać najlepszy na tej planecie.
Mogę się założyć, że wkrótce to udowodni.” Czerwone Pióro rzucił lekceważąco: „To przecież właściwie ty zasugerowałaś metodę chłodzenia z wykorzystaniem radiacji nocnej ciepła.” Co niby ma udowodnić fakt, że on ją zastosował? „To” odparła Aleta, „że on organicznie nie jest w stanie stać z opuszczonymi rękoma wobec katastrofy, jaka nas czekała, nie próbując czegoś zrobić w tej sprawie, nawet kiedy wydawało się to niemożliwe. Nie potrafi pogodzić się z faktem nieuchronności śmierci. Musiał zamęczać sam siebie rozważaniami, że być może nie jest ona taka nieuchronna, jeśli tylko to lub tamto troszeczkę się popchnie. Jego próżność ucierpiała, ponieważ natura zmogła człowieka. Jego godność została obrażona, a człowiek, którego godność tak łatwo zranić, być może nigdy nie będzie szczęśliwy, ale może być całkiem dobry.” Czuka podniósł swoje chyba nowicielsko z krzesła, na którym siedział, ciągle przerzucając swoją bryłę żelaza z jednej rękawicy do drugiej. „Jest pani bardzo uprzejma” powiedział, chichocząc. „Za uprzejma. Nie chciałbym urazić jego uczuć. Ba, nie zrobiłbym tego za żadne skarby świata, ale naprawdę nigdy jeszcze nie słyszałem, żeby człowieka chwalono za jego próżność albo podziwiano za to, że jest przewrażliwiony na punkcie własnej godności.
Jeżeli ma pani rację, no cóż, to było dla nas bardzo przydatne. Nawet być może otwiera to nadzieję na przyszłość. Ale czy chciałaby pani poślubić takiego człowieka?” „Niech mnie wielki Manitou broni” zdecydowanie odparła Aleta. Skrzywiła się na samą nawet myśl. „Jestem Amerindem. Chciałabym, żeby mój mąż był zadowolony z życia. Chcę być z niego zadowolona razem z nim. Pan Boardman nigdy nie będzie szczęśliwy ani zadowolony. Żadna blada twarz nie nadaje się na mojego męża, ale wydaje mi się, że on tutaj jeszcze nie skończył. Nie zadowoli go tylko wezwanie pomocy.
To w dalszym ciągu będzie raniło jego próżność. Uzna siebie za nic niewartego, jeśli nie udowodni samemu sobie, że człowiek jest silniejszy od natury.” Czuka wzruszył swoimi masywnymi ramionami. Czerwone Pióro znalazł ostatnią rzecz, której potrzebował i energicznie zerwał się na nogi. „Jak dużo żelaza jesteś w stanie wyprodukować, Czuka?” Zapytał. „Co możesz zrobić w sprawie sposobu odlewów? Jak dużo jest w tym żelazie węgla i kiedy mógłbyś zacząć produkować odlewy, zwłaszcza dużych elementów?” „Chodźmy pogadać z moimi kierownikami” powiedział z samozadowoleniem w głosie Czuka. „Zobaczymy, jak szybko moje mineralne źródełko może produkować strumienie metalu na zboczu góry. Jeżeli rzeczywiście dasz radę wysłać łódź ratunkową, moglibyśmy doczekać się jakiejś pomocy w ciągu półtora roku zamiast pięciu lat.” Razem wyszli z kontenera. Z sąsiedniego biura dobiegł jakiś cichy stuk. Aleta nagle stanęła nieruchomo.
Nawet nie drgnęła przez dobre pół minuty. Potem odwróciła głowę. „Jestem panu winna najszczersze przeprosiny, panie Boardman” powiedziała z żalem w głosie. „Oczywiście mojego impertynenckiego zachowania nie da się już cofnąć, ale naprawdę bardzo mi przykro.” Boardman z sąsiedniego pokoju przeszedł do biura. Był wyraźnie blady. Cierpko odparł: „Wścibscy ludzie nigdy nie dowiadują się niczego dobrego o sobie, co nie? Właściwie to właśnie tu szedłem, kiedy nagle usłyszałem pewne wypowiedzi na swój temat, które wprawiłyby Czukę i pani kuzyna w zakłopotanie, gdyby się dowiedzieli, że doszły do mych uszu. Tak więc stanąłem na boku nie po to, żeby podsłuchiwać, ale po to, by oni nie dowiedzieli się, że poznałem ich prywatne zdanie o mojej osobie. Będę zobowiązany, jeśli pani im o tym nie powie. Mają prawo mieć swoją opinię na mój temat.
Ja również mam swoją odnośnie ich samych” dodał poważnym tonem. „Widocznie ja myślę lepiej o nich niż oni o mnie.” Aleta powiedziała ze skruszoną miną: „To musiało być okropne. Ale oni, my wszyscy myślimy o panu lepiej niż pan sam myśli o sobie.” Boardman wzruszył ramionami. „A już szczególnie pani. Czy poślubiłaby pani takiego człowieka jak ja? Wielki Manitou, nie.” „Do tego akurat mam dobre powody” twardo odparła Aleta. „Kiedy wrócę stąd do domu, jeżeli wrócę stąd do domu, to wyjdę za mąż za Boba Biegnącą Antylopę. To bardzo miły człowiek. Podoba mi się pomysł ślubu z nim. Chcę tego.
Chcę jednak od życia nie tylko szczęścia, ale również zadowolenia. Dla mnie to bardzo ważne. Pańskie cele są inne i takie same powinny być cele kobiety, z którą się pan ożeni. A ja, cóż, ja po prostu panu nie zazdroszczę ani troszeczkę.” „Tak, rozumiem” oznajmił Boardman głosem ociekającym ironią. Nie rozumiał. „Życzę pani całej masy zadowolenia, którego pani szuka. Potem warknął: „Ale czego więcej ten cały kramik dookoła oczekuje jeszcze ode mnie? Jaki to niby spektakularny pomysł mam teraz wyciągnąć z rękawa zgodnie z pani oczekiwaniami, ponieważ niby to jestem takim szaleńczo próżnym człowiekiem?” „Nie mam zielonego pojęcia” – spokojnie odparła Aleta. „Myślę jednak, że wyskoczy pan z czymś, czego my nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. I wcale nie powiedziałam, że zrobi to pan dlatego, że jest pan próżny, ale dlatego, że jest pan z siebie niezadowolony.
To pańska wrodzona cecha, a pan po prostu już taki jest”. „Jeśli chciała pani powiedzieć neurotyczny” – warknął Boardman – „to grubo się pani myli. Nie jestem neurotykiem. Nie, jestem tylko wściekły z powodu tego całego bałaganu. Beznadziejnie wypadłem z rozkładu i to wszystko”. Aleta wstała i przepraszająco skinęła ramionami. „Powtarzam jeszcze raz, że przepraszam” – powiedziała do niego. „I zostawiam panu całe biuro do dyspozycji. Chciałabym jednak powtórzyć, że według mnie wykręci pan coś, czego nikt jeszcze nawet nie oczekuje. I nie mam pojęcia, co to będzie.
I zrobi pan to już wkrótce, po to, aby udowodnić, że mylę się w mojej opinii o tym, jak pracuje pański umysł”. Wyszła. Boardman mocno zacisnął szczęki. Odczuwał to niesamowicie natrętne wrażenie niepokoju wynikające z podejrzenia, że ktoś tu wygłosił kilka słów o nim, które przypadkiem mogą być prawdziwe. „To idiotyczne” – wściekał się w samotności. „Ja neurotykiem? Ja niby to miałbym chcieć z czystej próżności udowodnić wszystkim, że jestem najlepszy?” Wydał z siebie pogardliwe prychnięcie. Z niecierpliwością usiadł na biurku. „Absurd” – wymamrotał ze złością. „Dlaczego to niby miałbym sam sobie udowadniać, do czego jestem zdolny?
Tym niemniej, gdybym kiedykolwiek odczuł taką potrzebę, to co powinienem zrobić?” Groźnym wzrokiem wpatrywał się w ścianę. To było irytujące. To był bardzo dokuczliwy rodzaj pytania. Co by zrobił, gdyby miała rację? Gdyby faktycznie potrzebował nieustannie udowadniać samemu sobie? Nagle cały zesztywniał. Na jego twarzy pojawił się wyraz kompletnego, całkowitego niedowierzania. Rozmyślał o tym, co taki nieustannie wątpiący i niezadowolony z siebie człowiek mógłby spróbować zrobić w tej sytuacji. Właśnie tu, na Xosa 2, podczas tego kryzysu. Zaskoczeniem było to, że wymyślił także, jak można by to zrobić.
Warlock obudził się do życia. Jego kapitan przyjął wezwanie alarmowe z powierzchni Xosa 2 początkowo z ponurą miną. Wysłuchał go do końca, a następnie kliknięciem przełącznika wyłączył komunikator i pospieszył do zewnętrznego wizjera, mocno przyciemnionego, aby zabezpieczyć się w okresach, gdy niebiesko-białe słońce Xosa świeciło z tej strony kadłuba. Przesunął ręczną dźwignię tak, by wizjer stał się bardziej przeźroczysty. Wpatrywał się w dół, w monstrualną, śniado nakrapianą powierzchnię planety odległą o 5000 mil. Szukał wzrokiem punktu, w którym – jak wiedział nawet aż za dobrze – znajdowała się kolonia. Zobaczył dokładnie to, co mu powiedziano. Z powierzchni planety strzelał niesamowicie delikatny, nitkowaty ślad, jakby eksplozji czy też wybuchu. Wznosił się pod ostrym kątem, odchylając się ku zachodowi planety. Jednocześnie rósł i rozszerzał się do góry, aż w końcu przyjął niezwykły kształt zbliżony do grzyba, co wydawało się zupełnie niemożliwe.
Zjawisko nie mogło mieć materialnego charakteru. Ludzie nie potrafią tworzyć widocznych z orbity obiektów o wysokości 20 mil, których wierzchołek rozkłada się jak kapelusz muchomora stojącego na niezwykle długim i wysmukłym ogonie, które w dodatku dryfują w kierunku zachodnim, strzępią się i wydłużają, ale są nieustannie odtwarzane. Nie ulegało jednak wątpliwości, że obiekt był prawdziwy. Kapitan Warlocka przyglądał mu się, dopóki nie był zupełnie pewien. To nie mogła być bomba atomowa, ponieważ zjawisko ciągle trwało. Miejscami fragmenty grzyba rozpraszały się, ale przez cały czas były uzupełniane. Coś takiego po prostu nie miało prawa istnieć. Przeszedł przez statek, pokrzykując na wszystkich i stawiając czoła buntowniczym pomrukom. Kiedy jednak Warlock po okrążeniu planety ponownie znalazł się na tej samej stronie, cała załoga również mogła obejrzeć to dziwne widowisko. Badali je przy pomocy teleskopów.
Powszechnie rósł nastrój histerycznego szczęścia. Wszyscy szaleńczo rzucili się w wir pracy, aby usunąć ślady trwającego przez półtora miesiąca buntu i braku nadziei. Trzy dni zajęło im doprowadzenie statku do jego poprzedniej schludności, a przez cały ten czas dziwny, śniady wytrysk ciągle pozostawał widoczny. Szóstego dnia wytrysk wydawał się słabnąć. Siódmego jednak był większy niż przedtem i stawał się coraz większy. Pracujące na największych powiększeniach teleskopy weryfikowały dokładnie to, co przekazywały im komunikaty alarmowe z powierzchni. Wtedy załoga zaczęła odczuwać szaleńczą niecierpliwość. Oczekiwanie przez ostatnie trzy, cztery dni było nawet gorsze niż poprzednio przeżywany czas bez nadziei. Tym razem jednak nie było powodu do wzajemnej nienawiści. Kapitan odczuwał naprawdę olbrzymią ulgę.
Prosto nad ich głowami wisiało 1800 stóp kwadratowych stalowej kratownicy. Uformowana była z ożebrowania w kształcie pierścienia i miała wysokość ponad jednej czwartej mili, sięgając niemal do wierzchołków otaczających ją gór. Dolina, w której się znajdowali, nie była jednak tak zupełnie zwyczajna. W zasadzie obecnie było to coś w rodzaju krateru. Stożkowaty lej z piasku o stromych zboczach, gładko opadających w kierunku błyszczących czerwienią zewnętrznych dźwigarów stalowej konstrukcji. Kolejne belki uzupełniające konstrukcję kratownicy zamontowane tuż poza półmilowym obwodem leja wysuwały się już z piasku, a w samym środku sieci lądowniczej znajdował się jakiś mniejszy, wymyślny, otoczony dźwigarami obiekt. Spoczywał na gołej skale. Był obdarty, niepomalowany, a w dodatku z rozmiarami całej konstrukcji wydawał się mały i nieposorny. Miał może ze 100 stóp wysokości i nie więcej niż 300 średnicy. Wyraźnie wyglądał na miniaturę właśnie odkopanej i ponownie odmalowanej sieci lądowniczej, która była w stanie obsługiwać olbrzymie międzygwiezdne statki towarowe i cały ruch kosmiczny planety spełniającej rolę kolonii wydobywczej.
W dół ściany leja zjeżdżała ciężarówka gąsienicowa, przechylając się, zataczając i grzmiąc silnikiem. Wyposażona była w osłonę przeciwsłoneczną i skrzydła zabezpieczające przed promieniowaniem odbitym od ziemi, a na siodle do jazdy konnej w tylnej części ładunkowej pojazdu z trudem siedział wyczerpany Boardman. Oczywiście miał na sobie również kombinezon termiczny. Ciężarówka dotarła na dół leja. Na samym jego dnie stała szopa na narzędzia. Ciężarówka dotoczyła się aż do niej i zatrzymała. Boardman wygramolił się z pojazdu, wyraźnie sponiewierany przez pełną wstrząsów, szarpnięć i wyczerpującą dla nieprzywykłych mięśni jazdę. „Czy chciałby pan na chwilę wejść do szopy i nieco się ochłodzić?” Bez ogródek zapytał Chucka. „Ze mną wszystko w porządku” – szorstko odparł Boardman. „Jest mi całkiem wygodnie, dopóki pompuje mnie pan tym sprężonym powietrzem.” W oczywisty sposób było widać, że konieczność korzystania ze specjalnie przygotowanego powietrza odczuwał jako obraźliwą.
„O co chodzi z tym całym cyrkiem? Ściągamy na dół Warlocka? Dlaczego panowie nalegaliście na moją obecność?” „Ralph ma problem” – uprzejmie wyjaśnił Chucka. „Jest tam na górze. Widzi pan? Potrzebuję pana. Tu jest winda. Przecież i tak ma pan sprawdzić stopień ukończenia prac. Kiedy będzie pan tam na górze, może pan rozejrzeć się nieco po terenie. Chciałbym też, aby pan coś zobaczył.
To tam, gdzie widać tę małą grupkę ludzi. No, jest platforma.” Boardman skrzywił się nieco. Kiedy już ktoś brał się za robotę w misji, musiał się przyzwyczaić do wysokości, głębin i środowisk najróżniejszego typu. Ale on nie wjeżdżał na szczyt konstrukcji stalowej sieci lądowniczej już od dobrych paru miesięcy, od czasu inspekcji na Kalka 4 prawie rok temu. Przede wszystkim będzie więc miał zawroty głowy. Podszedł razem z Chucką do miejsca, w którym z cieniutkiej, niemal niewidocznej belki, hen wysoko w górze zwisała stalowa lina. Na dole umocowana do niej była absolutnie niebudząca zaufania, prowizoryczna klatka. Zwykła platforma złożona z paru desek na podłodze i chybotliwej poręczy, która mogła pomieścić czterech ludzi. Wszedł do niej, a doktor Chucka stanął obok niego. Chucka pomachał ręką.
Klatka ruszyła w górę. W miarę jak ziemia pozostawała coraz bardziej w dole, Boardman zaczynał czuć się coraz gorzej. Zwisanie w takiej pustce było dla niego wręcz koszmarem. Najchętniej w ogóle zamknąłby oczy. Klatka jechała w górę, coraz wyżej i wyżej. Minęło wiele bardzo długich minut, zanim dotarła na sam szczyt konstrukcji. Na wierzchołku sieci znajdowała się platforma, świeżo wykonana. Promieniowanie słoneczne było oślepiająco jaskrawe. Krajobraz wokoło wręcz płonął blaskiem nie do zniesienia. Boardman ustawił swoje gogle na maksymalne zaciemnienie i ostrożnie dał kroka z kołyszącej się klatki na nieco bardziej solidnie wyglądający podest.
Był tu, w samym środku przestworzy, na platformie mającej ledwie 10 stóp kwadratowych. Znajdował się nad ziemią na wysokości chyba ze dwa razy większej niż wysokość metropolitalnego drapacza chmur. W gruncie rzeczy nawet znajdujące się pół mili stąd grzbiety górskie nie były dużo większe. Boardman miał poczucie ostrego dyskomfortu. Powinien już się do tego przyzwyczaić, ale A więc? Zapytał z rozdrażnieniem. Czuka powiedział, że potrzebuje mnie pan tutaj. O co chodzi? Ralph Czerwone Pióro bardzo formalnie skinął głową. Była tu również Aleta, dwóch z kierowników Czuki.
Jeden z nich również nie wyglądał na szczęśliwego i czterech Ameryndiańskich budowniczych konstrukcji stalowych. Uśmiechali się w stronę Boardmana. Chciałem pana zobaczyć — odparł kuzyn Alety — zanim włączyliśmy zasilanie. Nie wyglądało na to, aby ta mała sieć mogła dać radę tej ilości piachu, która była dla nas problemem. Ale Levanik chciałby złożyć raport. Ciemnoskóry człowiek podwładny Czuki, właśnie ten, który wyglądał, jakby czuł się lepiej na stałym lądzie, ostrożnie oznajmił: Odlaliśmy belki dla małej sieci lądowniczej, panie Boardman. Wytopiliśmy metal ze zbocza górskiego i kiedy spływał w dół, skierowaliśmy go do form — przerwał. Jeden z Indian podjął wątek. Wykonaliśmy szkielet konstrukcji małej sieci lądowniczej. Niepokoiło nas to, ponieważ budowaliśmy ją na piasku, który pogrzebał dużą sieć.
Nie rozumieliśmy, dlaczego polecił pan zrobić to właśnie tutaj, ale zbudowaliśmy ją. Drugi z ciemnoskórych ludzi powiedział ze śladem zuchwałości w głosie: Wykonaliśmy uzwojenia, panie Boardman. Przygotowaliśmy małą sieć tak, by mogła ona pracować tak samo jak duża po jej ukończeniu. A ponadto zbudowaliśmy dużą sieć skończoną czy nie. Boardman przerwał ze zniecierpliwieniem. W porządku. Bardzo dobrze, ale co to ma być? Jakaś uroczystość? Dokładnie tak. Uśmiechając się potwierdziła Aleta.
Trochę cierpliwości, panie Boardman. Jej kuzyn kontynuował uroczystym tonem. Zbudowaliśmy małą sieć na szczycie góry piasku i ściągnęliśmy energię z jonosfery. Wtedy nie brakowało już nam energii i ustawiliśmy małą sieć tak, by wysyłała w górę piasek, a nie statki. Nie tak, aby wysłać go w kosmos, ale tak, by nadać mu pionową prędkość mili na sekundę. Potem ją włączyliśmy. A potem wbiliśmy ją w ziemię, tę małą sieć — zawołał jeden z pozostałych Indian, szczerząc zęby. Ale zabawa! Manitou. Czerwone Pióro spojrzał na niego groźnie i podjął opowiadanie.
A ona zaczęła wyrzucać ze środka piasek. Dokładnie tak, jak pan powiedział. Wymiotła piasek w powietrze, utworzyła trąbę powietrzną podnoszącą piasek z zewnątrz małej sieci, zagarniając go do swojego pola. Aby go poruszyć, potrzebny był wir powietrza wytworzony przy pomocy energii o mocy 15 megawatów. Część piachu uniosła się nawet na wysokość 20 mil. Potem utworzył się grzybiasty kapelusz i wiatry w górze zdmuchnęły go na zachód. Wylądował daleko stąd, panie Boardman. Stworzyliśmy nowy obszar wydmowy 10 mil poza Wietrznej, a mała sieć lądownicza zapadała się w miarę, jak piasek wokół niej odlatywał do góry. Trzykrotnie musieliśmy przerywać pracę, ponieważ maszyna przechylała się na bok. Musieliśmy kopać pod jej elementami, aby ją ponownie wyprostować, ale w końcu dotarła na dno doliny.
Boardman podkręcił silniczki swojego kombinezonu termicznego. Czuł niesamowite gorąco. W ciągu sześciu dni — kontynuował Ralph w prawie ceremonialny sposób — odsłoniliśmy niemal połowę oryginalnej części, którą zbudowaliśmy. Wtedy mogliśmy ją również włączyć tak, by wyrzucała piasek i pobierała energię z jonosfery. Dzięki temu do unoszenia piasku mogliśmy użyć dobre kilka razy więcej energii, niż mogła dać mała sieć lądownicza. Po kolejnych dwóch dniach cała duża sieć lądownicza została oczyszczona. Dno doliny zostało opróżnione. Przy pomocy sieci lądowniczej przesunęliśmy setki milionów ton piasku i teraz możliwe stało się sprowadzenie na ziemię Warlocka tak, byśmy mogli odebrać przewiezione przez niego zapasy. Piec napędzany energią słoneczną już wytapia surówkę, którą wypełnimy ładownie statku. Chcieliśmy, aby pan również zobaczył, co zrobiliśmy.
Kolonia nie jest już zagrożona i zanim statek będzie gotowy do powrotu, ukończymy sieć lądowniczą tak, by mógł pan dokonać jej odbioru. Boardman powiedział z udręką: To bardzo dobrze. To wręcz doskonale. Umieszczę to w moim raporcie z przeglądu. Ale — powiedział Ralph jeszcze bardziej ceremonialnym tonem — mamy prawo, by zaliczyć zasługi dla członków naszego plemienia i klanu. Teraz na moment zapanowało zmieszanie. Kuzyn Alety wypowiedział kilka słów, które nic zupełnie nie znaczyły. Inni Indianie włączali się w określonych miejscach, niezrozumiale bełkocząc. Oczy Alety jasno świeciły i ona wyglądała na niesamowicie zadowoloną i usatysfakcjonowaną. Ale co?
Co to znaczy? Kiedy w końcu przestali, Boardman domagał się wyjaśnień. Aleta przemówiła dumnie. Ralph właśnie formalnie zaadoptował pana do plemienia, panie Boardman i do swojego oraz również mojego klanu. Nadał panu imię. Zapiszę panu jego dokładne brzmienie, ale oznacza ono mniej więcej człowiek, który sam nie wierzy w swoją mądrość. A teraz Ralph Czerwone Pióro, dyplomowany inżynier międzygwiezdny, absolwent najbardziej szacownej politechniki w tym regionie galaktyki. Człowiek noszący trzy orle pióra i ubrany w parę grubych sandałów i spódniczkę biodrową, wyciągnął skądś mały kubełek z farbą i pędzel i zaczął uważnie malować część konstrukcji przygotowaną na następną warstwę stali. Na metalowej belce namalował pióro. To jest zasługa — powiedział przez ramię do Boardmana — pańska zasługa.
Umieszczona tam, gdzie została zdobyta. Tutaj w górze. Aleta jest upoważniona, by ją poświadczyć, a wódz klanu Do Pióropusza, który nosi na radzie w dużym tipi na Algonka, doda nowe orle pióro i pańscy bracia klanowi będą dumni. Później wyprostował się i wyciągnął rękę. Czuka dobrodusznie dodał: Będąc ludźmi cywilizowanymi, panie Boardman, my, Afrykanie, nie dajemy żadnych niecywilizowanych piór, ale my, mm, raczej także pana zaaprobujemy i planujemy korobori w kolonii, gdy Warlock już wyląduje na dole, na którym będzie mnóstwo doskonałego śpiewania. Jest już, mm, pieśń, rodzaj chóralnego calypso o tej, mm, przygodzie, którą pan doprowadził do tak satysfakcjonującego zakończenia. To całkiem dobre calypso prawdopodobnie stanie się popularne na całkiem wielu planetach. Boardman przełknął ślinę. Czuł się bardzo nieswojo. Wiedział, że powinien coś powiedzieć, ale kompletnie nie miał pomysłu co.
Na szczęście dokładnie wtedy w powietrzu rozległ się basowy pomruk. Był to wibrujący dźwięk przepojony nieokiełznaną mocą. To była tysiąc ośmiuset stopowa sieć lądownicza, która podczas pracy wydawała taki basowy, wibrujący odgłos. Boardman spojrzał w górę. Warlock schodził w dół. Koniec.
[02:57:44] - Tak, proszę państwa. I znowu pewno jest tak, że niektórzy w tej chwili mówią sobie: rany, ale knot, jakie to stare i głupie i w ogóle takich rzeczy nie powinno się już dzisiaj czytać ani serwować. Ale myślę, że są też inni, którym taki staroć, ale taki hard science fiction przypadł do gustu. Ja lubię to opowiadanie. Lubię też inne opowieści utrzymane w tym klimacie. Rzecz gustu. O tym mówiliśmy jeszcze przed opowiadaniem. No a teraz? Teraz, proszę państwa, zapowiadany przeze mnie przegląd seriali. Seriali nie z zeszłego roku.
Będą tam i takie, ale ja sobie ten rok 22. wykorzystałem na nadrobienie różnego rodzaju zaległości, które miałem w życiu serialowym i dlatego tych seriali trochę się naoglądałem. To będzie taka moja bardzo subiektywna, bardzo woluntarystyczna lista dotycząca seriali, no, przynajmniej z ostatniego dziesięciolecia. Tak jak powiedziałem przed opowiadaniem to w miejsce rozmowy z Piotrem Cielebiasiem, który niestety był nam zaniemógł, ale pozdrawia serdecznie. No to jedziemy, proszę państwa, jedziemy z serialami. Pierwszym serialem, który chciałbym państwu polecić, jest „Fundacja”. „Fundacja” serial zrealizowany na podstawie powieści, a właściwie cyklu powieści Isaaca Asimova. To gatunek science fiction, wiadomo. Produkcja serialu USA. Jego premiera miała miejsce we wrześniu 2021 roku.
Mówiąc szczerze, ja się bardzo zastanawiałem, znając cykl powieściowy Asimova, jak to zostanie sfilmowane. Dlaczego? Otóż, no, jakby to powiedzieć państwu delikatnie. Otóż ta proza Asimova, nie mówię, że każda, ale ta akurat opowiadająca o losach Fundacji, no jest bardzo mało taka narracyjna. Tam się w gruncie rzeczy mało dzieje. No dzieje się, owszem, jakaś fabuła występuje i to nie tylko w formie szczątkowej, ale tam jest bardzo dużo przemyśleń, bardzo dużo kombinowania, takich ogólnych rozważań i tak dalej. To nie znaczy, że to jest nudna piła. Wręcz przeciwnie. Całkiem się to nieźle czyta. Niemniej jednak uważałem, że to jest absolutnie afabularna książka.
No i stąd ta moja ciekawość, jakżeż sobie scenarzyści, reżyser, a właściwie reżyserzy, bo poszczególne odcinki były reżyserowane przez różnych reżyserów, bodajże pięciu ich tam było. W każdym razie tak powstał pierwszy sezon. Bodajże dziesięć odcinków. Od razu powiem, żeby nie trzymać państwa w niepewności, że eksperyment był udany, ponieważ przewidują, internety przewidują, że w pierwszej połowie 2023 roku pojawi się sezon drugi. Ja, mówiąc szczerze, bardzo na ten sezon czekam A teraz troszeczkę o serialu. Otóż głównym bohaterem zarówno powieści, jak i serialu, a właściwie jednym z głównych bohaterów jest Hari Seldon. To jest taki wybitny umysł tamtego uniwersum, coś w rodzaju, jak napisano na Filmwebie, taki ludzki komputer. Stoi na czele katedry jednej z uczelni w stolicy Imperium, takiej centralnej planecie, Trantor chyba nazywa. I on na tej katedrze, w której analizuje rzeczywistość, dochodzi do wniosku, że Imperium, które trwa od tysiącleci, w niedługim czasie przeżyje upadek. I to upadek taki cywilizacyjny, w którym to wielkie państwo właściwie rozciągające się w obrębie galaktyki, poszczególne części tego państwa utracą ze sobą kontakt.
Ludzkość pogrąży się w chaosie, nastąpi kolaps cywilizacyjny i w ogóle rety, biada nam, biada. On wymyśla sposób, jak z tego kolapsu wyjść, jak uczynić ten kolaps możliwie znośnym do przeżycia i podejmuje ten wysiłek. Od razu powiem, że jeśli państwo znacie książkę, cykl powieściowy i jesteście państwo bardzo do tej książki przywiązani, to musicie wiedzieć, zanim zaczniecie oglądać serial, że on dosyć szybko odchodzi od pierwowzoru. To jest podyktowane między innymi tym, o czym wspomniałem, że gdyby tak wprost sfilmować powieść Asimova, to by wiało z ekranu nudą. A telewizja, w ogóle platformy streamingowe, seriale mają swoje prawa i trudno je omijać po prostu. W związku z tym pojawia się tu rzeczywiście dosyć taka wciągająca akcja. Oczywiście śledzimy losy Seldona, który zakłada fundację daleko od centrum, żeby tu państwu tego nie opowiadać. W każdym razie mamy takie dwa główne wątki. Jeden to jest właśnie przetrwanie fundacji na drugim końcu galaktyki, gdzieś daleko. To pierwszy wątek, a drugi to są mechanizmy władzy.
Władzy niemalże absolutnej, a w każdym razie takiej mocno centralistycznej. Śledzimy losy władcy, a właściwie władców. To sformułowanie, którego użyłem przed chwilą, zrozumiecie państwo tylko wtedy, kiedy sięgniecie po serial. Nie będę tego bardziej tłumaczył, ale jest to ciekawe rozwiązanie narracyjne. I powtarzam, znowu spotkałem ludzi, którym ten serial podobał się bardzo. Ja do nich należę, ale spotkałem też ludzi, którzy go wdeptali w ziemię, ponieważ uznali, że on absolutnie nie odpowiada pierwowzorowi i w związku z tym nie ma na czym oka zawiesić. Nie zajmuję stanowiska, ponieważ tak jak powiedziałem, jestem w jakiś sposób zainteresowany, a w każdym razie draśnięty tym serialem i byłbym naprawdę bardzo nieobiektywny. W każdym razie, jeśli podobają się państwu rozmowy, które tu w Bibliotekarium 2.0 toczę z Piotrem Plebaniakiem dotyczące budowania i rozmontowywania imperiów, to jest serial dla was. Jeśli lubicie również cykl, który można wysłuchać zarówno w Radiu Paranormalium, jak i w Book Radiu, cykl zatytułowany „Telegram z krańca świata”, w którym omawiamy różnego rodzaju problemy mniej lub bardziej związane z geopolityką, ze sprawowaniem władzy, z pułapkami władzy, to również jest serial dla was. I ja pod tym kątem patrząc, wszystkim miłośnikom takich rozważań, jak przebiegają te wszystkie zakulisowe gry związane ze sprawowaniem władzy, polecam wszystkim tym zainteresowanym serial „Fundacja”.
Mam nadzieję, że nie wyklniecie mnie państwo, kiedy go już obejrzycie. Kolejny serial. No właśnie, motam się, bo ja się motam zawsze wtedy, kiedy pojawiają się problemy drażliwe. Otóż następny serial zrealizowany jest na podstawie powieści. To znaczy, że powieści to jest jednak dobry materiał do tego, żeby na ich podstawie robić seriale. I znowu jest taka sytuacja, że ten serial dosyć szybko od niektórych wątków powieściowych odchodzi. A z jaką powieścią mamy do czynienia? To jest serial zmontowany, wyprodukowany na podstawie powieści Stephena Kinga „Pod kopułą”. Liczy sobie sporo sezonów, bo tych sezonów jest, niechżeż policzę, trzy. Ale długie, tam jest dosyć dużo odcinków.
Światowa premiera tego serialu była już dosyć dawno, bo o ile mnie pamięć nie myli, ale tu proszę mnie ewentualnie nie grillować, bo tu mogę się mylić. Wydaje mi się, że w 2013 roku, w czerwcu pojawił się pierwszy sezon. Sezonów, tak jak powiedziałem, pojawiło się w rezultacie trzy. No i cóż, od czego to się tu zaczyna? Jeśli państwo znacie powieść, to pewnego dnia, nawet ładnego, słonecznego, na amerykańskie miasteczko Chester's Mill opuszcza się niespodziewanie... No właśnie, co się opuszcza? Czy to jest niewidzialne pole siłowe? Czy to jest materialne? Cholera wie. W każdym razie od tego momentu miasteczko zostaje odcięte od świata.
Na początku bardzo spektakularnie, widać to w serialu. Nagle krowa przecięta na pół, bo dokładnie stała w miejscu, gdzie opadła kopuła, to ją przecięło. Tam się notabene wiąże z tą sceną pewien błąd ze strony, nie wiem, chyba scenarzystów, ale tych, którzy odpowiadają za efekty. Są jeszcze inne niepokojące wydarzenia. Samochód, który jedzie, podąża drogą, rozpierdziela się, bo kopuła jest absolutnie nieprzenikliwa, więc samochód rozpierdziela się tam w drobny mak. Wreszcie samolot również uderza w kopułę i spada. Ale to jest początek. To są takie wstępniaki. To jest to, co ma przyciągnąć widza do tego serialu, a później jest różnie. W takim długim serialu trzysezonowym, który ma dużo odcinków, muszą być gorsze i lepsze odcinki.
Tu jest sytuacja taka, że obywatele w tym miasteczku organizują się. I organizują się w różny sposób. Są tam osoby przyjazne, są miejscowi, jest miejscowy szeryf. To jest postać niezwykle ważna w tym serialu, którą, ja już to kiedyś wspominałem na antenie, z jednej strony można bardzo szybko znienawidzić. To jest facet, który idzie po trupach, ale z drugiej strony jego racjonalność, jego dążenie do tego, żeby w jakiś sposób zachować władzę z jednej strony, ale z drugiej strony, żeby społeczność przetrwała. Te motywacje zresztą nie są takie proste. Trochę to jednak spłaszczam. Sam to czuję, kiedy mówię. W każdym razie świetne aktorstwo. Zresztą to są mniej znani aktorzy, w każdym razie dla mnie mniej znani.
A muszę przyznać, że chociażby rola szeryfa to jest rola moim zdaniem wybitna. Tego szeryfa, jak państwo kojarzycie „Pamięć absolutną”, „Total Recall” ze Schwarzeneggerem, to ten aktor jako młody bardzo aktor pojawia się na Marsie. Jest tam jednym z takich miejscowych, trochę zmutowanych tubylców, ale to sobie państwo wygooglacie. W każdym razie ten szeryf, który nie cofnie się przed niczym, żeby zachować władzę, ale z drugiej strony nieobce są mu ludzkie uczucia. Czasami, to tak ujmę. W każdym razie, powiem jeszcze coś takiego. Kiedy już jesteście zmęczeni państwo tym serialem, bo mija pierwszy sezon, mija drugi sezon, to nagle rozpoczyna się sezon trzeci i on się rozpoczyna naprawdę brawurowo. W pewnym momencie nie wiedziałem, co się dzieje. Straciłem orientację. To znaczy wiedziałem, że coś się nie zgadza, bo mamy pierwszy, drugi odcinek, a tu coś nie teges, proszę państwa, nie działa, ale nie wiedziałem co.
Tu jeszcze tyle odcinków przede mną, a właściwie akcja została rozwiązana. Miałem swoje podejrzenia, ale powiem państwu, z jednej strony można ten serial traktować jako rodzaj dreszczowca, ale to jest też rasowe science fiction. Zresztą zakończenie w przypadku tego serialu, moim zdaniem całkiem udane, to jest zakończenie, które robi wrażenie. A poza tym ten serial zachowuje jedną ważną cechę charakterystyczną dla Kinga i w ogóle charakterystyczną dla dobrych dreszczowców, dobrych filmów science fiction. My poznajemy ten świat troszeczkę tak, jakbyśmy obierali cebulę. Mamy cebulę i wydaje się, że wiemy o niej wszystko, po czym zdejmujemy pierwszą warstwę. Zaczyna nas już tym nosie wiercić, łzy nam zaczynają lecieć i już myślimy, że wiemy, jaka jest istota cebuli, ale jedziemy dalej i odkrywamy z każdym zdjęciem kolejnej warstwy, że ten świat, który podawany jest nam od początku, od początku go widzimy i wydaje nam się, że wiemy o nim wszystko, jest zupełnie inny, chociaż tak naprawdę zmienia się tylko punkt widzenia, z którego go obserwujemy. Świat właściwie się nie zmienia. Podobnie jest z zagadką, która związana jest z kopułą, związana jest z całą osią serialu. My też niby czujemy, że to może być tak albo tak.
Później dostajemy nowe informacje. Już wiemy, już wiemy, wiemy jak. A to znowu nie tak. Moim zdaniem udało się utrzymać twórcom serialu pewne napięcie, które w serialu jest niezbędne, bo jak serial zaczyna siadać — o takim serialu dzisiaj będziemy mówić — kiedy zaczyna napięcie w nim siadać, kiedy pewne rzeczy są przewidywalne, to natychmiast traci na atrakcyjności. Moim zdaniem, ale tak jak powiedziałem, to absolutnie subiektywne zdanie, ten serial warto obejrzeć. Warto obejrzeć wszystkie trzy sezony i nawet jeśli w pewnym momencie — jest kilka takich momentów — zaczniecie państwo dochodzić do wniosku: „Oj, że nudzą już, bo już wszystko wiadomo”, to właśnie daliście się państwo, takie jest moje zdanie, złapać w pułapkę. Bo kiedy się takie nudniejsze momenty pojawiają, to one tak naprawdę są osią albo punktem wyjścia do tego, co w tym serialu jest odkryte, co jest nowe, co jest takim wprowadzeniem czegoś, czego jeszcze nie wiedzieliśmy. Trzymając się konwencji, że na razie nie opowiadam seriali, to właśnie tak bym ten serial scharakteryzował i podtrzymuję. Moim zdaniem warto po ten serial sięgnąć, ale nieprzekonanych na pewno nie przekonam. Tych, którzy chcą zrobić eksperyment, a to już na dwoje babka wróżyła.
Albo się to państwu spodoba, albo nie. Jeśli nie lubicie prozy Kinga, to chyba sobie trzeba darować. Zdecydowanie. To był, powiedziałem, serial z 2013 roku. W każdym razie wtedy zaczęła się jego historia. To czas byłoby na coś nowszego. Taką nowością jest serial krótki, jednosezonowy, 10-odcinkowy, a nawet chyba 8-odcinkowy. Ja mnie się zawsze to myli, proszę państwa, wybaczcie, ale to chyba nie jest najważniejsze. Tytuł serialu „Diabeł w Ohio”. Premiera tego serialu to wrzesień 2022 roku.
Wtedy się światowa premiera odbyła. To jest thriller. Komentarze pod filmem: jedni byli zachwyceni — ja to zawsze powtarzam — a drudzy pisali, że na przykład: „Specjalnie założyłem konto na Filmwebie, żeby napisać, jak zły jest to serial, jak jest nudny, jak jest głupi”. Inny komentarz, który mnie zmylił, mówiąc szczerze: „Zainteresował mnie pierwszy odcinek, wciągnął, ale potem jest zdecydowanie gorzej. W ogóle nudy na pudy i bez sensu”. Przyznam się, że na mnie to działa jak płachta na byka. Natychmiast zacząłem oglądać. I proszę państwa, ja doszedłem do wniosku, że ten pierwszy odcinek to w ogóle mnie nie wciągnął. Takie jakieś tam opowieści, coś jakby o diable albo może o sekcie. Jakieś dziwne rzeczy się dzieją, ale żeby tam napięcie jakieś i żeby akcja toczyła się szybko?
Niespecjalnie. Więc nie czułem się zachęcony i pamiętając o tym komentarzu, który przytoczyłem przed chwilą, powiedziałem sobie: „Kurczę, jak ten odcinek został uznany za pasjonujący i wciągający, to co będzie dalej?”. Tymczasem zdaje się, że autor komentarza, który przytoczyłem, zrobił wszystkim psikusa, bo dalej jest zdecydowanie lepiej. Nie mówię, że dobrze w sensie takim, że to jest taki superserial i tak dalej. Czytałem też takie komentarze, które dyskutowały z określonymi rozwiązaniami narracyjnymi, z określonymi rozwiązaniami, decyzjami bohaterów i tak dalej. Proszę państwa, czy naprawdę wierzycie w to, że we współczesnym świecie jakiekolwiek rozwiązanie może być absurdalne? Psychika ludzka jest tak skonstruowana, takie przejawy tej psychiki obserwujemy na świecie, że naprawdę chyba nie ma tak dziwnej sytuacji albo tak niejednoznacznej sytuacji, o której można by powiedzieć, że nie, to się nie mogło wydarzyć. Dlatego też ja tych zarzutów, że tam są pewne mielizny scenariuszowe, nie przyjmuję. Ten film się broni. On się nie broni chyba pod jednym — przynajmniej dla mnie — względem.
Otóż on sugeruje, na początku przynajmniej stara się nas wciągnąć i nie zaprzecza temu tak do końca, że to jest serial o zjawiskach paranormalnych i to takich dotykających zła. Być może tak, ale dla mnie znacznie ciekawsze w tym serialu było to, że to jest też serial o tym, jak sekta może wyprać człowiekowi mózg, jak może go stłamsić, zdusić. Jak może się okazać, że pozornie bardzo taki nabożny — dziwne słowo w tym kontekście — ale powiedzmy nabożny ruch religijny, w tym wypadku odwołujący się jednak do szatańskich wersetów — ale nie myślę o książce — to taki ruch może być jednak przedmiotem Oddziaływań zupełnie nie szatańskich, a powiedziałbym biznesowych wręcz. Pod względem psychologicznym ten serial również może wydać się, przynajmniej niektórym z państwa, interesujący, bo pokazuje jak trauma przeżyta w dzieciństwie zostaje z nami na zawsze. Jeśli sobie przypomnicie państwo gościa Bibliotekarium 2.0, gościa Bibliotekarium starego, czyli Szymona Majcherowicza, który pisał o traumach dziecięcych, ten serial porusza, może w nieco lżejszej formie, ten problem, że trauma zostaje z nami i nie da się jej wyrzucić. Można ją przypudrować, można o niej zapomnieć, można przepracować, można się z nią pogodzić w jakimś tam stopniu, ale ona zostaje. Już się jej nie da wyrzucić, zapomnieć. Nie. I pod tym względem „Diabeł w Ohio” to jest serial, który jeżeli lubicie państwo klimaty, które opisałem przed chwilą, warto obejrzeć. Ale tak jak powiedziałem, są w nim zarówno fajne momenty, jak i takie, które gdzieś tam szorują po dnie.
W każdym razie pamiętajcie państwo, jedni ganią, drudzy chwalą, ale tak jest w przypadku każdego z seriali, o których dzisiaj mówię. Tylko intensywność jest różna. Cóż dalej? Dalej pewno będziemy mówić o serialu, który był dla mnie ważny, bo to był serial związany z takim dosyć twardym science fiction, a jednocześnie serial akcji. Mam na myśli serial, tu proszę państwa uwaga, pięciosezonowy zatytułowany „Wrogie niebo”. Serial ciekawy, ale serial, który powstał w 2011 roku. Pierwszy sezon. Wtedy odbyła się w czerwcu światowa premiera. Ten serial amerykańsko-kanadyjski dlaczego jest ciekawy? Dlatego, że rzeczywiście pokazuje inwazję na Ziemię obcych.
Znowu robi nas w konia, a ja to bardzo lubię, jeśli chodzi o seriale. Czyli świat przedstawiony na początku jest inny. Wydaje się, że wiemy o nim, a okazuje się, że wiemy o nim niewiele. Niestety widać wyraźnie w tym serialu, że im dalej, tym nie tyle gorzej. Do trzeciego sezonu jest całkiem dobrze, ale te dwa sezony, czyli czwarty i piąty, to nie wiem, czy brakowało finansów, czy brakowało pomysłów, czy skoki scenariuszowe musiały być zbyt wielkie, żeby historię zakończyć, ale wydaje mi się, że im dalej, tym gorzej. Z przyjemnością obejrzałem pierwsze trzy sezony, dwa pozostałe obejrzałem z obowiązku. Nie z jakimś wstrętem, czy żebym się musiał przykuwać do miejsca przed telewizorem, ale jednak miałem uczucie niedosytu. Co nie znaczy, że nawet w tych dwóch ostatnich sezonach nie było momentów brawurowych, ciekawych. Jak nie powiedziałem tego na początku, to powiem to teraz: w ogóle wybrałem seriale w miarę przyzwoite moim zdaniem. Nie takie, które szorują po dnie, tylko takie, które z różnych względów można obejrzeć bez bólu.
Przynajmniej ja je oglądałem bez bólu i mam nadzieję, że przynajmniej części z państwa one się spodobają. W każdym razie to „Wrogie niebo”, którego producentem był Steven Spielberg, więc trochę baczenie na to miał. W związku z tym ten serial nie powiela jakichś horrendalnych głupot, ale też momentami przemyka się ta inwazja. Jest taka lajtowa troszeczkę, chociaż rzeczywiście trup ściele się gęsto. Różnie zarówno u obcych, jak i u ludzi. Problemy, które się tam pojawiają, niektóre wydawały mi się rzeczywiste, a niektóre mocno wydumane. W każdym razie ja ten serial państwu polecam, ale pięć sezonów naprawdę trochę potrwa, zanim to państwo obejrzycie. Jaki następny? Następny to był serial, o którym było w swoim czasie bardzo głośno, a konkretnie od września 2021 roku, kiedy się odbyła premiera filmu z Korei Południowej zatytułowanego „Squid Game”. Już państwo pamiętacie.
Dużo dyskusji, dużo gadania, o czym ten serial jest i jak tam w ogóle to wygląda. W skrócie chodzi o to, że kilkaset osób otrzymuje zaproszenia do udziału w takiej tajemniczej grze. Tych ludzi, którzy zostają do owej gry zaproszeni, łączy jedno: jak jeden mają spore problemy finansowe, a stawką w tej grze jest suma niebagatelna, chociaż niewiele mi mówi. W każdym razie zacytuję: 45,6 miliarda południowokoreańskich wonów. Tak czy inaczej, obojętnie jak stoi ta waluta, to sporo pieniędzy. Ta gra, o której wspomniałem, toczy się na zamkniętym terenie. To jest wyspa. Tu nic wielkiego nie zdradzam. To jest gra, której dyscypliny to są tak naprawdę dziecięce, tradycyjne koreańskie zabawy dzieci. Ale tym, którym się w grze nie powiedzie, te osoby czeka coś nieprzyjemnego, bo trudno uznać za rzecz przyjemną natychmiastową egzekucję.
Z tego serialu dowiadujecie się państwo, jaki jest cel tej gry. Spodziewałem się, że to będzie kompletne wariactwo gdzieś na końcu i że to się okaże kompletnie niewiarygodne. Tam pod koniec zależy, który wątek wziąć pod uwagę. Jest tam taki wątek, którego absolutnie nie mogę państwu zdradzić, który mnie rozczarował. Ale jest też ogólny wątek, który kupiłem, który aż zaprasza, żeby nakręcić sezon drugi. Mam nadzieję, że oczywiście sezon nie zostanie nakręcony, bo trudno, żeby ten serial odniósł sukces porównywalny z pierwszym sezonem. Dlaczego? Bo w tym serialu najbardziej zaskakująca jest sama gra, sam mechanizm tej gry, to jak ona się odbywa, co tam się tak naprawdę dzieje, co się dzieje za kulisami, bo mamy okazję to obserwować. Ja się dałem temu serialowi wciągnąć bez bólu, bez żadnych boleści. Nie miałem z tego powodu ani wyrzutów sumienia, że oglądam jakieś barachło, ani też nie miałem ekstarzy, że oglądam dzieło wybitne.
Moim zdaniem film jest przeciętny, ale w tej górnej granicy przeciętności, czyli on naprawdę niesie ze sobą jakieś przesłanie. Na ile będziecie państwo z niego zadowoleni, z tego przesłania, to jest już sprawa dyskusyjna. Natomiast to nie jest film głupi. To jest film, który pokazuje w takiej oczywiście przejaskrawionej formie, ale zacząłem się po tym filmie zastanawiać, po tym serialu, czy my, oczywiście w nieporównywalnej skali, nie jesteśmy poddani tu teraz, rozejrzyjcie się państwo, tak jak zawsze to powtarzam, czy nie jesteśmy poddani podobnemu eksperymentowi. Powtarzam: nieco mniej brutalnemu, ale w gruncie rzeczy eksperymentowi, który prowadzi do podobnych sytuacji, do podobnych przemian, przemian postaw, przemian wartości, postrzegania tego, jak wygląda życie i tak dalej. Moim zdaniem warto. W ogóle po wszystkie seriale, które dzisiaj państwu wymieniam, dzisiaj zrobiłem tak zwaną listę pozytywną, po wszystkie te seriale warto sięgnąć. To jest kwestia państwa wytrzymałości i czasu, bo tak jak powiedziałem, niektóre mają wiele sezonów, tak jak „Wrogie niebo” czy jak „Pod kopułą”. Przecież to sezon sezonowi nierówny, bo są sezony, które mają osiem odcinków, są sezony, które mają tych odcinków naście albo i więcej. To wszystko kwestia tego, jaką ma się państwo wytrzymałość.
Teraz serial, o którym wspominałem już kilka razy na antenie „Bibliotekarium 2.0”. Serial, który nie ma polskiego tytułu, ale angielski jest w pełni zrozumiały. Jest cytatem z pewnej mowy: „For all mankind”. Dla całej ludzkości. To jest przemówienie, które wygłasza radziecki kosmonauta, który wylądował na Księżycu. Tym wszystkim z państwa, którzy znają historię astronautyki i właśnie się pukają w tej chwili w głowę, tym śpieszę wyjaśnić, że tak, to jest, proszę państwa, historia alternatywna, jak najbardziej. Amerykanie w tamtej rzeczywistości nie zdobyli Księżyca jako pierwsi, tylko jako drudzy, a pierwsi byli Rosjanie. I to jest punkt wyjścia do trzech sezonów, dosyć rozbudowanych. Sezonów, w których mamy polski akcent, o którym również wspominałem, a mianowicie polski aktor Piotr Adamczyk, chyba nie pomyliłem imienia, gra radzieckiego naukowca od astronautyki. Przekonująco gra.
I w ogóle cały serial jest przekonujący. Każdy sezon to jest jakby przeskok. W pierwszym mamy próby zdobycia Księżyca przez Amerykanów. To bardziej rozbudowany problem. W drugim sezonie mamy eksplorację Księżyca, pewne odkrycia na tym Księżycu. I trzeci sezon wiąże się z wyprawą na Marsa. Tam już są momenty w tym trzecim sezonie, w których scenarzyści mocno pojechali, ale wszystko się jeszcze trzyma kupy. I oczywiście ogłoszono, że będzie czwarty sezon, więc czekam jednak z pewną niecierpliwością, pomimo pewnego zgrzytu w trzecim sezonie. Ale być może ja tylko ten zgrzyt dostrzegę. Może dostrzegę tylko ja.
W każdym razie sezony, które dotychczas się ukazały, znowu to powtórzę, tak jak to robię od początku tej wypowiedzi, warte są obejrzenia. Tych odcinków w sezonie jest dosyć sporo, ale Proszę państwa, to jest nieco inne spojrzenie na inną rzeczywistość. Tak, właśnie zaplątałem. Tak, ale przez to spojrzenie w inny sposób na inną rzeczywistość my tak naprawdę, jak w każdym dobrym dziele, czy to literackim, czy filmowym, spoglądamy na siebie. Spoglądamy przez pryzmat, który pewne rzeczy załamuje, pewne rzeczy koloruje, czyni je nieco innymi w kształcie, ale to nic nie zmienia. Tak naprawdę oglądamy serial o sobie, o ludzkich wyborach, o tym, jakimi mechanizmami rządzi się władza. I to władza ta polityczna, jak i ta z nadania politycznego. NASA, agencja kosmiczna. Ktoś by powiedział, że to agencja, która nauka, technika i tak dalej. Okazuje się, że nie do końca i nie zawsze i z polityką również ma to sporo wspólnego.
Serial, w którym jest sporo fantastyki naukowej, takiej twardej, ale zrobionej ciekawie. Serial, który nie idzie po linii najmniejszego oporu, czyli nie ma samych happy endów. Wszystko nie kończy się dobrze i przewidywalnie. Nie. Tu są zwroty i zaskoczenia. To nie jest ckliwa amerykańska opowieść o tym, że wszystko będzie dobrze. I to już należałoby jako plus przyczepić temu filmowi. Tych plusów jest zresztą więcej i ten serial również państwu bardzo polecam. Piotr Adamczyk naprawdę rola, warto ją zapamiętać. Premiera tego serialu, to nie jest stary serial.
Premiera pierwszego sezonu 2019 rok. Zważywszy, że mamy rok 2022, to trzy sezony, całkiem niezły wynik, a w przyszłym roku podobno sezon czwarty. Proszę państwa, i teraz jest tytuł, przy którym sobie westchnąłem i mógłbym właściwie zacząć wzdychać tak przez kilka minut, bo to jest serial sezonowany. Tak, cztery sezony „Człowieka z Wysokiego Zamku”. Serial oparty na książce, wybitnej książce moim zdaniem, ale są tacy, co jej oczywiście nie lubią. Książce pod tym samym tytułem „Człowiek z Wysokiego Zamku” pisarza, który zawsze wywołuje emocje, czyli Dicka. Dick to jest, proszę państwa, taka firma, która nie pisała złych książek, ale Dick czasami dla niektórych osób jest zbyt abstrakcyjny. Dick ma to do siebie, że tworzy światy, które w pewnym momencie przekształcają się w światy szalone. Philip Dick to, tak jak powiedziałem, firma, która nie zawodzi. A jak było z serialem?
Serial początkowo stara się trzymać pierwowzoru, ale już na początku od niego odchodzi. To nie jest sprzeczność, bo po prostu w książce napisanej jednak sporo lat temu, kilkadziesiąt lat temu, mamy do czynienia z powieścią „Utyje szarańcza”, która jest takim owocem zakazanym w Ameryce. Ameryka wygląda inaczej. To znaczy wschodnie wybrzeże, tam, gdzie Nowy Jork jest opanowany przez Niemcy, przez Trzecią Rzeszę. Mamy tam rodzaj takiego państwa całkowicie podporządkowanego Trzeciej Rzeszy. Wybrzeże zachodnie, tam, gdzie Los Angeles opanowane jest przez Japończyków, którzy tam twarde rządy sprawują, a środkowa część kontynentu to jest takie państwo buforowe, w którym Amerykanie rządzą się sami. Tam panuje taki trochę Dziki Zachód, tak to najkrócej można określić. Obie organizacje, czyli zarówno Trzecia Rzesza, jak i Cesarstwo Japonii, stara się tam wysyłać swoich agentów, w jakiś sposób kontrolować te tereny. To się udaje mniej lub bardziej. W tym serialu nie ma książki, nie ma powieści „Utyje szarańcza”.
Pojawiają się filmy. Filmy, które przedstawiają inną rzeczywistość. Nie taką rzeczywistość, którą oglądamy oczyma bohaterów, ale rzeczywistość, w której Trzecia Rzesza i Japonia wojnę przegrały. W której to nie Trzecia Rzesza ma bombę jądrową, tylko Stany Zjednoczone uzyskują bombę jądrową i to w jakiś sposób tam załatwia przynajmniej końcówkę wojny. Inna rzeczywistość. I proszę państwa, to tyle, co chciałbym o tym serialu, o jego fabule opowiedzieć. Natomiast cóż, ten serial mnie zawiódł, bo on ma prześliczną piosenkę początkową. Ona nosi tytuł „Edelweiss”, śpiewa Dominic Lewis. Muzykę stworzył Henry Jackman. Cudowna piosenka, pieśń „Edelweiss”, czyli „Szarańka”.
To jest po prostu zjawiskowe. Zresztą zaczyna się od dźwięku odtwarzanej taśmy filmowej na projektorze. Słychać to takie charakterystyczne terkotanie. I od tego startuje ta piosenka Edelweiss, Szarotka. I to jest absolutnie -- wiem, macie państwo dosyć tego słowa -- ale absolutnie zjawiskowe. I z różnym powodzeniem, ale przez trzy i pół sezonu z czterech wszystko jest okej. Mniej lub bardziej wiarygodnie. Tak jak powtarzam przy każdym długim serialu są płycizny i są szczyty i jest lepiej, jest gorzej, mniej lub bardziej wiarygodnie. Z tym że czwarty sezon już od początku widać, że on jest jakby mniej wiarygodny, a przynajmniej nie tak wiarygodny jak poprzednie trzy. Ale jeszcze jest nieźle.
A od połowy czwartego sezonu w scenarzystów, w reżysera, wreszcie w tych ludzi, którzy płacili za serial, jakby jakiś diabeł wstąpił. Tego się nie da odzobaczyć. Ja wiem, że to kuriozalne, co za chwilę powiem i państwo się w głowę popukają, ale jeśli mógłbym coś państwu doradzić, to lepiej się państwo poczujecie, jeśli obejrzycie trzy i pół sezonu i darujecie sobie połowę ostatniego. Zostaniecie ze swoimi wyobrażeniami, ze swoimi fantazjami, a jak zobaczycie to drugie pół, to wyjdziecie z tego seansu serialowego zdruzgotani. Ja mam wrażenie, że w ostatnim odcinku to jest jakieś pandemonium. Nic się tam nie zgadza, wszystko nie przystaje do siebie, jest głupie, nielogiczne. Z bohaterów, którzy wykazywali się jakąś jednak inteligencją ekranową, robi się kompletnych kretynów, którzy działają nieracjonalnie. Ale powiedzmy człowiek może być nieracjonalny, ale oni działają wbrew zdrowemu rozsądkowi, jakby nagle zatracili logikę, jakby zatracili sens istnienia czy też działania. Ale nie chodzi taki ogólny sens istnienia. Chodzi o taki codzienny sens istnienia.
Kiedy mówimy sobie: zrobię coś, żeby uniknąć czegoś. Tego nie zrobię, ponieważ to zagraża mojemu życiu, a to zrobię, ponieważ temu życiu nie zagraża. To tu macie państwo w drugiej odsłonie, w drugiej części sezonu czwartego coś absolutnie idiotycznego. Naprawdę kuriozalny jest ostatni odcinek. Jest moim zdaniem kuriozalny. On się nie broni pod żadnym względem, chyba tylko po to, żeby spierdzielić państwu te cztery sezony. Nie wiem nawet, jak to określić słowami parlamentarnymi, bo gdybym miał użyć innych, to bym sobie poradził. Natomiast kompletnie rozwala to waszą wizję, którą mieliście przez ileś tam odcinków fajnego, spójnego świata, w którym coś się dzieje. Coś groźnego, chwilami groźnego, chwilami takiego uświadamiającego nam, że ludzkie życie to jest coś niezwykle kruchego. To banał, ale też coś, co nie da się zapisać, opisać w sposób prosty.
Scenarzyści doszli do wniosku, że się da i że się da to tak skończyć, żebyście państwo mieli kaca przez długi czas. I żeby się nie znalazł ktoś, kto za kilka lat nakręci sezon piąty. Nie mówię, że się nie da. Da się, ale po tak idiotycznym końcu będą pewne problemy. Czyli tak jak przez cały odcinek tej dzisiejszej polecanki mówiłem państwu, że dobry serial albo mniej dobry, ale warto obejrzeć. Warto obejrzeć, warto obejrzeć. I mieliście państwo wrażenie, że się zaciąłem. To w tym wypadku też warto obejrzeć, ale trzeba się zastanowić nad drugą połową czwartego sezonu. Ja polecam, żeby sobie go odpuścić. Mówię to z pozycji człowieka, który obejrzał cały czwarty sezon.
Naprawdę nic państwo nie stracicie. Szczerze polecam trzy i pół sezonu serialu „Człowiek z Wysokiego Zamku”. A piosenka na początku cudowna, zjawiskowa, monumentalna. Nie wiem jeszcze, jakich słów użyć. W każdym razie to Edelweiss. Cudowny wokal Dominique Lewis. Oglądajcie państwo. I na koniec zostawiłem sobie coś, co obsłużę bardzo szybko. Nie wiem, jak tam u państwa z „Gwiezdnymi Wojnami”. Ja tam lubię, szanuję, może nawet podkochuję się w trylogii pierwotnej, czyli „Nowa nadzieja”, „Imperium kontratakuje” i „Powrót Jedi”, czyli odcinku teraz czwartym, piątym i szóstym, kiedyś pierwszym, drugim i trzecim.
Bo w tak zwanym międzyczasie nakręcono pierwszą trylogię, którą jeszcze z bólem, ale można było obejrzeć, oraz nakręcono trzecią trylogię, której ja już tak naprawdę obejrzałem. Nie będę ściemniał. Obejrzałem, ale było mi coraz trudniej, a już ostatniego odcinka, to już naprawdę musiałem się przywiązywać do fotela, żeby go skończyć oglądać. Miałem wrażenie, że uniwersum „Gwiezdnych Wojen”, które się miało dobrze, jeśli chodzi o książki, komiksy i wszystkie gadżety i tak dalej, Lego, filmy i tak dalej, mocno straciło na tej trzeciej trylogii. Chociaż jeśli się komuś podoba, to okej. Myślę, że za sprawą seriali wyprodukowanych ostatnio, które dzieją się w czasach tej pierwszej trylogii. To są seriale takie jak „Mandalorian”, jak „Obi-Wan Kenobi”. To uniwersum mocno zyskało. Człowiekowi chciało się wrócić do tego świata, bo to znowu był świat taki, jaki pamiętamy właśnie z tej pierwszej trylogii. Zapomniałem oczywiście, tego najnowszego serialu z uniwersum „Gwiezdnych Wojen” nie oglądałem, więc o nim nie wspominam, ale były jeszcze „Księgi” czy „Księga Boby Fetta”.
To też absolutnie polecam. Te seriale z uniwersum „Gwiezdnych Wojen” są chwilami, jak ujął to mój kolega, trochę przewidywalne, ale one są przewidywalne na poziomie kolejnych odcinków. One oczywiście troszeczkę się toczą tak jak opowieść, chociażby „Kosmos 1999”, czyli każdy odcinek to jest jakiś problem do rozwiązania. Na szczęście scenarzyści zastosowali ten myk, który jest w serialach dosyć ważny moim zdaniem, a mianowicie nałożyli na te opowieści taką metaopowieść. Coś się toczy równolegle z odcinkami i to jest ciekawe i toczy się w sposób interesujący. Powtarzam, tych seriali nie trzeba kochać, ale myślę, że dzięki tym serialom to złe wrażenie, które powstało po trzeciej trylogii, lekko się zatarło. Świat „Gwiezdnych Wojen” jest znowu atrakcyjny. Ja od razu państwu zdradzę jak rasowy plotkarz, że jestem po rozmowach wstępnych zupełnie z człowiekiem, z Krzysztofem Kietzmanem, który jest absolutnym ekspertem od uniwersum „Gwiezdnych Wojen”. Jest też tłumaczem, co ważne, książek, które w tym uniwersum się dzieją i za jakiś czas moją rozmowę z Krzysztofem Kietzmanem będą mieli państwo okazję wysłuchać w „Bibliotekarium 2.0”. Już teraz na to zapraszam.
Terminu jeszcze nie podaję, bo z tymi terminami w „Bibliotekarium 2.0” to jest różnie, ale staram się, żeby to, co zapowiem, wcześniej lub później się jednak pojawiło. W każdym razie pamiętajcie państwo o tych serialach, które dzisiaj wspomniałem. O tych serialach związanych z uniwersum „Gwiezdnych Wojen” też. Warto to wszystko oglądać, jeśli macie państwo czas oczywiście, ale o tym „Człowieku z Wysokiego Zamku”, o drugiej połowie czwartego sezonu pamiętajcie państwo łaskawie, nie róbcie sobie tego, bo tego się nie da odzobaczyć. Cóż, proszę państwa, tak jak zapowiadałem w zeszłym tygodniu, dzisiejszy odcinek związany ze świętami, a właściwie poświąteczny, troszeczkę krótszy. Nie będę państwa zwykłym rozmiarem audycji katował, bo w końcu czas świąteczny to jest po to, żeby sobie chociażby seriale pooglądać. Więc w miejsce tego mojego gadania czy też opowieści naszych gości może państwo poszukajcie serialu dla siebie. Może to będzie któryś z tych, o których dzisiaj opowiadałem. A teraz już pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. To już naprawdę koniec.
Wiem, że to zaledwie ten króciutki czas w porównaniu ze zwykłym „Bibliotekarium 2.0”, ale jednak to już naprawdę koniec. Za tydzień też jeszcze takie krótsze „Bibliotekarium”. Mam cały czas nadzieję, że Piotr wyzdrowieje. Mamy dla państwa fajny zestaw filmów. Już się cieszę na ich omówienie. Będzie też oczywiście opowieść, która łączy, tak jak mówiłem w ostatnim odcinku, opowieść sensacyjno-kryminalną z odrobiną fantastyki. To już dzisiaj nie do końca fantastyka, ale kiedyś to zahaczało przynajmniej o fantastykę. Przedwojenna opowieść. Jeśli się państwu spodoba, to mylowymi krokami nadciągają wakacje. Może się kolejne odcinki z tej serii pojawią, ale to tylko wtedy, kiedy to państwu będzie odpowiadało.
A teraz już pięknie państwu dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[03:49:31] - A mówił to chyba do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękując za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.