Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy bardzo gorąco i serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium i Book Radia. W Radiu Paranormalium na żywo, w Book Radiu ciągle jeszcze z taśmy. Nie wiem, czy właściwie powinienem takie gorące powitania tutaj sączyć z anteny, bo niestety mamy bardzo gorącą aurę w Polsce, ale chłodno nie wypada się witać. Tak że tak czy siak mamy nadzieję, że macie coś chłodnego pod ręką w razie potrzeby. Gorąco zachęcamy do wysłuchania kolejnego odcinka audycji „Bibliotekarium na żywo”. Dzisiaj zahaczymy o kryminały nawiązujące do czasów PRL-u. Naszym gościem będzie obecny już po drugiej stronie połączenia internetowego Igor Friender, a dyskusja będzie się toczyła głównie wokół jego powieści pod tytułem „Mordercza proteza” oraz „Człowiek jatka”. Wspomnimy także o tworzonych przez niego wierszach. Jest ze mną również gospodarz „Bibliotekarium” Marek Żelkowski.
Ja się nazywam Marek Sęk „Ivellios”. Będę tutaj obsługiwał audycję od strony technicznej. Podam jeszcze kontakty do Radia Paranormalium, bowiem audycję realizujemy dziś w całości na żywo. Będzie można dzwonić na nasze numery telefonów: stacjonarny 32 746 00 08, komórkowy 530 620 493, Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium, Bibliotekarium.pl oraz Book Radia. Na grupach Radio Paranormalium i Rubieże rzeczywistości również jesteśmy. Można nam także wysyłać maile na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A tych spośród słuchaczy Radia Paranormalium, którzy chcieliby z kimś czasem podyskutować, a stronią od mediów społecznościowych, zachęcamy do dołączenia do naszego forum pod adresem forum.paranormalium.pl.
Uff, wreszcie mogę spokojnie otworzyć okno i powiedzieć magiczne „halo, halo Bydgoszcz”.
[02:49] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Gorąco jest, ale już nie tak gorąco, jak było, a poza tym myślę, że mogą szybko nadejść czasy, kiedy za tym gorącem troszeczkę zatęsknimy. Zostawmy jednak tematy niebezpieczne, bo dzisiaj w audycji i tak będzie niebezpiecznie, bo w końcu będziemy rozmawiać o kryminale. A tak jak wspomniał Ivellios, naszym gościem jest Igor Wojciechowski, znany szerzej jednak pod pseudonimem Igor Friender. Dzień dobry wieczór.
[03:27] - Dobry wieczór, witam serdecznie.
[03:30] - Tytułem przedstawienia: Igor Friender, z wykształcenia animator społeczno-kulturalny, ale też doktor nauk medycznych. Z zamiłowania powieściopisarz, co dzisiaj dosyć dokładnie sprawdzimy, ale także filmowiec amator, autor pierwszej polskiej powieści z nurtu — nie znam włoskiego, pewno „giallo” się to czyta — „Człowiek jatka”. I od wielu lat aktywista oraz promotor kultury niezależnej. Należy do grupy lirycznej Na krechę. To tyle z nieocenionego „Lubimy czytać”. Jeżeli państwo wyczuli w tym „jest nieocenione Lubimy czytać” pewien sarkazm, to właściwie, ale w tym wypadku „Lubimy czytać” przydało się, bardzo konkretną i rzeczową informację nam sprzedało. Witamy jeszcze raz. Witam cię, Igorze. Zaczynamy od pytania podstawowego. Tworzysz kryminały, ale to są kryminały, które przenoszą nas w czasie.
I powiem tak: kiedy zerknąłem po raz pierwszy do tych książek, to mi się tak tęskno zrobiło. Bo często tęsknimy za naszą przeszłością, a już za młodością to w ogóle pasjami tęsknimy. Ja za chwilę do tego oczywiście dołączę odpowiednią opowieść, ale najpierw pytanie do ciebie: dlaczego akurat ten czas stał się miejscem akcji, czasem akcji twoich powieści?
[05:19] - Dlaczego ten czas? Odbywa się to w ten sposób, że w 1989 roku miałem lat 15 i przez całe dzieciństwo potykałem się o te kryminały, ponieważ moi rodzice namiętnie czytali te powieści kryminalne, które wówczas się ukazywały. Pragnę przypomnieć, że to były wtedy nakłady— 20 000 to było mało. To były takie nakłady tych kryminałów 100 000, więc myślę, że te książki znajdowały się niemalże wszędzie: w bibliotekach, w antykwariatach. Wtedy były takie też dosyć modne, dzisiaj rzadko już spotykane antykwariaty. W mojej dzielnicy na przykład w Poznaniu były aż trzy antykwariaty i można było je kupić. Na początku byłem zafascynowany tymi okładkami, bo też był taki cykl kryminałów Ewa wzywa 07. Te okładki były dosyć ciekawe. Przypominały mi troszeczkę komiksy, bo wówczas też czytałem komiksy. Oczywiście wiemy jakie, to był „Kapitan Żbik”, od którego zaczynałem.
Zawsze w mojej głowie istniało marzenie, żeby samemu napisać typowy kryminał milicyjny. W tym się obracałem. Oczywiście po drodze były książki, powieści kryminalne, bardziej oscylujące w kierunku powieści detektywistycznych, czyli bardziej skomplikowana intryga kryminalna. Bo też trzeba powiedzieć uczciwie, że w tych powieściach milicyjnych, może to nie jest dobre słowo, ale nieczęsto intryga kryminalna była zaskakująca. Natomiast w pozostałych książkach detektywistycznych jednak tak. Chciałem połączyć taką powieść typowo milicyjną z tego typu, ale też po drodze miałem okazję w 2000 roku zapisać się do takiego klubu miłośników powieści milicyjnej i bardziej wdrożyłem się w ten temat. Oczywiście czytałem te kryminały, ale nie byłem kolekcjonerem, tylko jak w domu znalazłem, to po prostu przeczytałem. Bo to, co mówiłem, tych książek było u nas w domu mnóstwo. Nie tylko tych, ale te kryminały mnie zainteresowały i ten klub właśnie powodował, że warunkiem przyjęcia do tego klubu była recenzja książki, właśnie powieści milicyjnej. Oczywiście chciałem zaistnieć w tym klubie i popełniłem kilka recenzji.
To bardziej jeszcze mnie wdrożyło w ten temat. Ci ludzie z Warszawy, Grzegorz Sielecki jest prezesem tego klubu, wykonał ogromną pracę, ponieważ nawet zebrał te wszystkie kryminały. Policzył, ile tych kryminałów w czasach PRL-u wyszło, jakie wydawnictwa istniały wówczas, jakie serie. Czy wydawnictwa to może nie, bo tych wydawnictw było niewiele, ale bardziej serie, jakie były wydawane tych powieści kryminalnych. To mnie bardzo zbliżyło. Kolejnym etapem napisania książki było to, że miałem okazję też poznać w Łodzi człowieka teatru, czyli syna aktora, z którym też żeśmy na ten PRL troszeczkę, na te kryminały. Jego ojciec też w tym siedział, bo ocierał się o taki serial. Wtedy nie występował w tym serialu, ale z racji, że pracował w tym Teatrze Powszechnym w Łodzi, a tam był ten serial kręcony „Kapitan Sowa na tropie”, dosyć chyba wszystkim znany serial z Wiesławem Gołasem i z Szewczykiem. Szewczyk w tym teatrze jeszcze wtedy pracował i postanowiliśmy nakręcić amatorski film. Nie chcieliśmy iść na taki żywioł, że kręcimy film, jak się uda, tylko jednak trzeba było napisać scenariusz.
Napisałem scenariusz. Pomógł mi oczywiście w tym to, że studiowałem animację społeczno-kulturalną. Napisałem scenariusz do tego przedsięwzięcia i nakręciliśmy ten film. Oczywiście co można mówić o filmie amatorskim? Pozostał w czeluściach internetu i niech tam się znajduje, tam mu będzie dobrze. Patrząc na te kryminały, czytając, bo może nie do końca śledzę teraz literaturę kryminalną, bo jest tyle tego w Empiku, że trudno się zorientować, który kryminał jest dobry, który nie. A recenzje nieczęsto są adekwatne do treści, która znajduje się w książce, więc troszeczkę trzeba uważać. Był Marek Krajewski, to jest też chyba mistrz kryminału. Przeczytałem jego książki i powiem uczciwie, wtedy zachciało mi się też coś napisać. Ta myśl we mnie cały czas dojrzewała.
Byłem w takim kole twórczym, odsuwałem się od tej książki, pisałem trochę wierszy, kręciłem te filmy amatorskie, ale ciągle ta książka ciążyła w głowie. W końcu usiadłem i napisałem. Ale prób napisania książki przedtem było wiele. Zaczynałem pisać książkę, napisałem trzy, cztery, 20, nawet 30 stron i oderwałem się, odkleiłem się od tego tematu. Zacząłem coś innego realizować i później nie potrafiłem już wrócić do schematu fabuły, którą wymyśliłem. W tym pomógł mi scenariusz. Scenariusz bardzo mi ułatwił napisanie tej książki. Oczywiście praca nad książką to ma być rozrywka, przygoda. Przygoda nie zawsze jest łatwa. Jest to ciężka praca, takie wchodzenie pod górę troszeczkę.
W ten sposób to wszystko rodziło się we mnie od dłuższego czasu i w końcu po wielu latach zrealizowałem, napisałem książkę.
[10:58] - Obiecałem państwu historię. Paradoksalnie, a nie, to nie paradoksalnie. Nasz gość właściwie uświadomił mi, że ta historia w jakimś stopniu musi być podobna i dlaczego ona jest podobna przede wszystkim mi uświadomił. Otóż rzeczywiście te nakłady kryminałów w tak zwanych tamtych czasach były potężne, czasami ocierały się nawet o 100 000. To Kaw przodował, miał taką swoją różową, ja jej nie potrafię nazwać, różową serię, powiedzmy.
[11:31] - Dobrze, to się tak nazywało. Różowa seria. Dokładnie.
[11:33] - Tak. Rzeczywiście te nakłady tam były przepotężne. Będziemy o tym, kiedy otworzymy rozmowę z Wiktorem Żwikiewiczem, te nazwy padną serii, które się wówczas ukazywały. Też nie wszystkie oczywiście. W każdym razie ta historia obiecana. Otóż ja się wychowywałem w domu poety. Człowieka, który pisał wiersze i to pisał z powodzeniem, wydawał je Ale też był dziennikarzem czynnym, pracującym. A co się czytało w domu? Czytało się różne rzeczy. Ale co leżało na tak zwanym podorędziu, w zasięgu ręki?
Właśnie kryminały. To była lektura, która służyła ojcu do wprowadzenia się w sen, do lepszego zasypiania, do takiego wyluzowania się. Mój ojciec miał zresztą tę przecudowną cechę, że mniej więcej po pół roku mógł czytać ten sam kryminał. Nie wiem, czy nie pamiętał, czy po prostu lubił, ale w każdym razie zupełnie mu to nie przeszkadzało. I tych kryminałów trochę było. Stąd też do dzisiaj pamiętam takie nazwiska, które wówczas mnie fascynowały. Ponieważ ja jeszcze będąc pacholęciem nie sięgałem po te kryminały, raczej podziwiałem okładki. Po kryminały sięgnąłem po raz pierwszy, niektórzy powiedzą o zgrozo, gdy miałem lat 14. Może to nie była lektura dla młodzieży, ale ja rzeczywiście zacząłem wgryzać się w tę literaturę. Ale wcześniej zapamiętałem takie nazwiska, pewno przypadkowo, losowo, Zygmunt Zajdler Zborowski.
To taka ikona tamtejszego kryminału z lat 70. Pojawiały się też oczywiście inne nazwiska. Nie będę ich specjalnie wymieniał, bo ich było bardzo dużo, ale na przykład wiedzcie państwo, że Marek Rymuszko, świętej pamięci, który prowadził przez całe lata miesięcznik „Nieznany Świat", również popełnił w latach 70. kryminał, który wyszedł w serii Ewa wzywa 07. To nie były długie kryminały pełnowymiarowe, niemniej jednak były czytane i rozchwytywane. Tych zeszytów z serii Ewa wzywa 07 wyszło grubo ponad setka. Myślę, że raczej się zbliżyło do 200. Jeśli państwo są ciekawi, to możecie państwo sięgnąć gdzieś tam w odmętach internetu. Znajdziecie to państwo, ile ich było i jakich. Natomiast jeszcze do tej historii.
Otóż było tak ciekawie, że te książki kryminalne były zaczytywane na śmierć. Rozpadały się, ojciec je pracowicie kleił i sczytywał. Częstotliwość tego czytania była coraz rzadsza, bo skoro kryminałów przybywało, to już nie trzeba ich było czytać co pół roku. Co jeszcze jest ciekawe, to że... Ale nie, właściwie o tym będzie w rozmowie z Wiktorem. Powiem tylko jeszcze tyle, że ukoronowaniem tej historii z kryminałami było to, że kiedy przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania na początku lat 80., gdzie toaleta była oddzielona od łazienki, to znalazła się tam szafeczka w tej toalecie, na której stało kilka tak zwanych podręcznych kryminałów. Dalej nie będę tej opowieści snuć. Kto ma odpowiednią wyobraźnię, to sobie jest to w stanie wyobrazić. Wiem, że to wprowadzało w rodzaj szoku gości, którzy odwiedzali nasz dom, ponieważ wchodzili do toalety, a tam wisiała półeczka z książkami. Proszę państwa, dzisiaj to już ekstrawagancje są różne, ale wtedy, na początku lat 80.
to była ewidentna ekstrawagancja. Tak à propos pewno takich historii z kryminałem książkowym w tle dałoby się całkiem sporo jeszcze opowiedzieć, tylko musielibyśmy ściągnąć do audycji jeszcze kilka osób. Igorze, ja mam pytanie takie: czy ty zanim napisałeś pierwszą książkę, pierwszy kryminał, nazwijmy go retro, chociaż on jest lekko retro, bo z kryminałem retro kojarzymy cofnięcie się na przykład do międzywojnia. Ale nie, tu to są takie lekko retro kryminały. Czy ty mocno zgłębiałeś literaturę? Czy przypominałeś sobie? Myślę, że częściowo odpowiedziałeś na to pytanie, mówiąc o recenzjach, które pisałeś. Ale mnie bardziej chodzi o to, czy analizowałeś strukturę, budowę tego kryminału. Bo co jest chyba dla mnie ważne, ja lubię takie rzeczy śledzić, te kryminały, które się ukazywały wówczas, troszeczkę inaczej były pisane niż te kryminały, które pisane są dzisiaj, na przykład te modelowe kryminały skandynawskie. To teraz już ci oddaję głos.
[17:22] - Tak, oczywiście, że studiowałem. Takim modelowym kryminałem tamtej epoki, w ogóle całej epoki. Chciałbym powiedzieć czy też przypomnieć może, że u nas na Uniwersytecie Poznańskim pani Olga Stokarczuk właśnie też napisała o tych kryminałach. Robiła na podstawie tego pracę habilitacyjną „Otwierać milicja!" i ona podzieliła na etapy tę powieść milicyjną, prawda? Czyli powieść taką stricte oscylującą w kanonie propagandy komunistycznej i później bardziej się rozwijającą. Takim pisarzem można tu też wymienić Jerzego Ligę, a pisarką bardziej propagandową była tak zwana królowa ówczesnego kryminału, Anna Kłodzińska. I ona wydała taką powieść bardzo krótką, bo to 130 stron. Bo pytałeś o taki model, czy śledziłem to, czy na podstawie tego jakoś tworzyłem fabułę. To jest „Śledztwo prowadzi porucznik Szczęsny” i to jest taki modelowy kryminał. Oczywiście ona tego stylu nie wymyśliła, ale przez to, że ten kryminał był w miarę skondensowany, tam nie było opisów, co bohater przeżywa, bo dzisiaj mamy kryminały, które mają po czterysta, pięćset stron, to też trochę może człowiek się zgubić w tej fabule.
Natomiast była to taka esencja w ten sposób tego kryminału i pisała w dosyć prosty sposób, bo na początku jest ta zbrodnia, później śledztwo i zakończenie. Ale w tych kryminałach Kłodzińskiej zawsze był dodany element propagandowy. Tam akurat była na przykład kradzież mięsa ze sklepu, z jakiejś rzeźni. Było też takie poboczne śledztwo przeprowadzone. Oczywiście prowadziło do zakończenia fabuły, ale nie wpływało na główną intrygę kryminalną, która była podstawą. I w ten sposób ten kryminał się rozwijał. Zawsze u Anny Kłodzińskiej był element propagandy spekulantów, bo tak nazywano tych ludzi, spekulantami, kwiaciarzy, czyli tego interesu prywatnego, który ona nie wiem, czy nie lubiła, ale w każdym razie wplatała to w te książki. I to tak się odbywało w tych kryminałach na początku. Ja to śledziłem. W moim kryminale też oczywiście jest coś takiego, ale jest to z przymrużeniem oka, bo moim założeniem naprawdę było napisanie kryminału właśnie w takiej konwencji, czyli tak, jak Anna Kłodzińska napisała.
Ale nie dałem rady, bo mnie to zaczęło śmieszyć w pewnym momencie i musiałem dodać jakiś tam humor, różne rzeczy. O tym będziemy pewno rozmawiać. Ale oczywiście śledziłem nie tylko Annę Kłodzińską, bo drugim takim pisarzem, też schematycznym był Jerzy Edigey. Wielka zasługa dla kryminału PRL-owskiego. Bardzo skrytykowany przez Stanisława Barańczaka, że pisze właśnie takie mydło typowe, że coś się rozwija i nie wiadomo, co z tego wynika. W ogóle Stanisław Barańczak troszeczkę krytykował tę serię kryminałów, ale on też takim schematem. Aczkolwiek on próbował troszeczkę tych bohaterów rozwijać. Te książki, jakby ktoś chciał sobie na przykład przypomnieć, to może serial „07 strzały na dancingu” właśnie na podstawie tej powieści Edigeya jest. Natomiast Kłodzińskiej to jest bodajże „Złocisty” też w serialu „07”, bo potem te kryminały przecież były w tym serialu. I trzecim pisarzem, to go wymieniłeś, był Zborowski.
Aczkolwiek Zborowski nie był polonistą z wykształcenia i on już bardziej opisywał pewne sytuacje, były opisy miasta. Jemu zawdzięczamy, że wchodzimy w ten PRL, bo to też na tym polegało, że kochamy te kryminały w tym klubie za to, że można wejść w ten PRL. U Kłodzińskiej można było, u Edigeya też, ale było wielu pisarzy, którzy tylko wymienili restaurację, jakaś tam „U Maksima” i koniec. To trochę słabe, więc na tym to polegało.
[21:38] - Do dzisiaj pamiętam tytuł jednej z powieści Zborowskiego „Alimitis pije słoną wodę”. Niesamowicie mnie ten tytuł fascynował. Rzut oka na czat, który towarzyszy naszej audycji. Henryk Golonka pisze: „U mnie do dzisiaj na półce PRL-owskie kryminały z kluczykiem i seria z jamnikiem”. Patrzę w tej chwili na swoją półkę i też cała półka zajęta jest przez tamte odratowane z PRL-u kryminały. Ja myślę, że to jest w tej chwili dobry czas, ponieważ tak jak napisałem w zapowiedzi audycji, dzisiaj zrobimy postęp. To znaczy, ponieważ Wiktora nie ma z nami od jakichś dwóch miesięcy, to czas by było powoli pomyśleć o powrocie Wiktora. Na razie zrobimy to w dawce homeopatycznej, 12-minutowej. Ale zapraszam naszego gościa i państwa do wysłuchania tego, co o kryminale, szczególnie tym PRL-owskim kryminale, ma do powiedzenia nasz drogi nieobecny współprowadzący, czyli Wiktor Żwikiewicz. To jest ten czas.
Zatem słuchamy. Wiktorze, po długiej nieobecności witam cię w „Bibliotekarium” w trochę niedobrych okolicznościach w sensie technicznym, bo troszeczkę nam tu trzeszczy na linii. Miejmy jednak nadzieję, że będziesz słyszalny.
[23:20] - Nie wiem, czy to linia trzeszczy, czy ja już trzeszczę w szwach, ale zobaczymy. Dogadamy się.
[23:27] - Tak. Dzisiaj tematem głównym za sprawą naszego gościa, pana Igora, są kryminały, ale takie kryminały, których dzisiaj już jest bardzo mało. Takie kryminały, jakie czytano w czasach PRL-u. Czy ty pamiętasz te czasy? Czy wówczas czytałeś takie kryminały?
[23:46] - Dosyć dziwne pytanie, bo kiedy ja zaczynałem czytanie, to mojej później ukochanej, czyli science fiction tak bogiem a prawdą nie było. Ledwo dopiero rozwijał skrzydła gdzieś z jakimiś astronautami i Edenem. Natomiast amerykańska zachodnia science fiction, która też w tym okresie szalała, do Polski nie docierała. Coś trzeba było czytać, a
[24:20] - Jakby to powiedzieć? Kiedy człowiek ma do wyboru książkę sensacyjną, czyli kryminalną albo jakieś romanse, to nie wiem. Romanse bardziej mi przypominają czytanie książki kucharskiej. Bardzo fascynująca, ale wolałbym coś zjeść, a nie czytać. Natomiast kryminałów było oczywiście tych wszystkich dziwnych w tamtych czasach. Polskich też było bardzo niewiele. Natomiast oczywiście zaczynało się zawsze od Conan Doyle’a, od Sherlocka Holmesa, od Agathy Christie, aż się docierało w końcu do Joe Alexa, do polskiego i tak dalej. Przeczytałem wszystko z wielką chęcią i na tym się wychowałem. Po prostu dlatego, bo to jest literatura kształtująca inteligencję, myślenie, a poza tym we współczesnym świecie literatura jasno stawiająca sprawę, że my wszyscy nie jesteśmy zaczytani. My jesteśmy po prostu policjantami oraz bandytami.
Co prawda policjanci bywają upaprani, ale tym niemniej są policjantami, a nie bandytami. I tutaj równości nie było i nigdy nie będzie na szczęście. Czyli pochwała bandytów.
[25:51] - Tak, ale kiedy powiedziałeś o tych pierwszych lekturach, o Agacie Christie, o Conan Doyle’u czy o Joe Alexie, to powiedzmy sobie szczerze, nawet te kryminały Joe Alexa, czyli Słomczyńskiego, one się działy w innych okolicznościach przyrody, a w każdym razie gdzieś bardzo daleko. Tymczasem w PRL-u pojawiło się sporo kryminałów, które działy się w tamtych czasach, w tamtym państwie. Głównymi bohaterami byli milicjanci, którzy tam mieli różne problemy, ale akcja była bardzo gęsta, bo te kryminały nie były tak opasłe jak te, które się w tej chwili pokazują i są made in Skandynawia, tylko były nieco cieńsze. Akcja była zagęszczona, trup ścielił się gęsto, zresztą w zależności od kryminału. I do takich kryminałów nawiązuje swoimi książkami nasz dzisiejszy gość. To są też kryminały, które dzieją się w PRL-u i dużo się w nich dzieje — może tak. Czy do tych kryminałów tą ścieżką dotarłeś?
[26:56] - Docierałem, chociażby przez to, że dłuższy czas mieszkałem piętro w piętro z rysownikiem komiksów Jurkiem Wróblewskim, który przecież bardzo podobne, co prawda nie powieści kryminalne, ale bardzo podobne tematycznie komiksy robił, jakimiś przez „Kapitana Żbikaf” i inne. Już alleskiego tego nie pamiętam, ale on się pasjonował tą literaturą, robił tego typu komiksy i tego typu tematy były. Muszę ci powiedzieć, że to, że się pojawiły tego typu kryminały, to ja przez perspektywę science fiction zwróćmy uwagę na jedną rzecz, że myśmy, kiedy science fiction się pojawiła w Polsce, to wszystko też działo się w jakichś Amerykach, tego nie było na początku naszej normalności, normalnej, średniozbieżnej, PRL-owskiej. Bardzo rzadko takie coś się pojawiało. Dopiero po wielu latach, a właściwie po kilkudziesięciu latach, kiedy przyszły nowe, młode pokolenia i nagle zaczęły pisać fantastykę, gdzie bohaterowie już się nie nazywali Joe Alex albo Conan jakiś tam, tylko nazywali się właśnie Kowalski, Niemczyński, Bóg wie jak jeszcze. To się stało bardzo późno. Pod tym względem właśnie kryminały, te tak zwane socrealistyczne, zdecydowanie wyprzedziły o całą epokę rozwój science fiction polskiego. Do tego myśmy w science fiction długo nie dorastali, że można mieć bohatera, który się spotyka z Marsjanami i ma Remik na imię na przykład. Jakoś to nam nie pasowało. Oczywiście musiał być tam jakiś John Tomala.
[29:07] - A w tym przaśnym PRL-u tych kryminałów wychodziło całkiem sporo, bo była seria z jamnikiem, była seria z kluczykiem, była różowa czy też jakaś taka seria kawu, ale było też „Ewa wzywa 07”, takie zeszyty formatu A4, więc tych kryminałów to się na kopy ukazywało w PRL-u i było jak było. Tego się naprawdę i produkowało dużo, bo to nakłady w PRL-u, wiadomo, ogromne, ale też czytało się sporo. Ja mam inne pytanie do ciebie, bo w jednym z kryminałów pana Igora, naszego dzisiejszego gościa, pojawia się nazwisko Wiktor Żwikiewicz. Jesteś tam wymieniony w jednym zdaniu ze Stanisławem Lemem. Otóż Stanisław Lem to ten konkretny fantasta. Wszyscy pisarze SF chcą być jak konkretny Stanisław Lem albo rozwlekły Wiktor Żwikiewicz. Tak cię podsumował nasz dzisiejszy gość.
[30:11] - Bardzo słusznie, bo dzisiaj też mam takie samo spojrzenie na swoją szlakowatość w swojej literaturze science fiction.Wlekła się za mną kilometrami jak szlak jakieś, ale to inna bajka. Przypomniałeś mi bardzo dużo rzeczy, o których zapomniałem. Tę serię z Kluczykiem czy serię z Jamnikiem przede wszystkim. Muszę powiedzieć, że był okres, kiedy czytałem wszystko z tej serii. Tyle że dosyć szybko wtedy zaczynała wchodzić na polski rynek fantastyka naukowa i ona stała się moją pasją. Gdyby fantastyka się nie pojawiła, to prawdopodobnie pisałbym kryminały, powieści sensacyjne właśnie z tym wątkiem kryminalnym, bo w tym jest zawarta intryga. Jasna, prosta, oczywista intryga, a nie prustowskie bleblanie i ciachanie dewo raj. Intryga zawsze mnie pasjonowała i prawdopodobnie gdyby nie amerykańscy autorzy w latach 50. i gdyby nie Stanisław Lem, to prawdopodobnie pisałbym kryminały.
[31:37] - Coś jest w tym, co mówisz, ponieważ warto sobie uświadomić, że tacy pisarze zajmujący się fantastyką naukową, ale fantastyką przygodową, tacy pisarze jak chociażby Bohdan Petecki — pod pseudonimem, ale Petecki napisał kilka kryminałów. One się ukazały i były jak najbardziej zaczytywane na śmierć. W związku z tym to powinowactwo pomiędzy literaturą SF a kryminałem na pewno istnieje. A jeszcze powiem tylko tyle, że kryminały napisane przez naszego dzisiejszego gościa zawierają w sobie pewien element niesamowitości. Żeby nie zdradzać słuchaczom intrygi, to nie mogę powiedzieć za dużo, ale elementy przynajmniej nawiązujące do SF zdecydowanie w tych kryminałach się pojawiają. Czyli, Wiktorze, powinowactwo pomiędzy SF i kryminałem. Tak to mniej więcej należałoby ująć?
[32:35] - Zdecydowanie tak. Po prostu to jest podobne rozwiązywanie zagadek. Prowadzenie śledztwa i rozwiązywanie zagadek jest podstawową cechą każdego dobrego opowiadania czy powieści science fiction. Bez rozwiązywania problemów, zagadki i tak dalej nie ma tego. W ten sposób patrząc, można powiedzieć, że na przykład moja uwielbiana powieść Stanisława Lema „Głos Pana” to jest w pewnym sensie kryminał. To jest dochodzenie, próba rozwiązania zupełnie taka jak u Sherlocka Holmesa, rozwiązanie zagadki dotyczącej całego wręcz wszechświata i tak dalej. Zresztą Stanisław Lem przecież napisał — oczywiście można mówić, że to wcale nie jest kryminał, ale chociażby przez tytuł — powieść „Śledztwo”, która przynajmniej w ubraniu jest również kryminałem. A też ma ten element niesamowitości, o którym ty mówisz, u naszego dzisiejszego gościa gdzieś tam w tle. Normalnie ja znam ludzi, którzy czytali „Śledztwo” Stanisława Lema wyłącznie jako zwykły, normalny kryminał.
[34:08] - A gdzieś w tle jeszcze był „Katar” przecież, który też takie elementy kryminalne zawiera.
[34:14] - Tak.
[34:15] - No cóż, Wiktorze, dziękuję ci bardzo za dzisiejszą wizytę w „Bibliotekarium”. Mam nadzieję, że od czasu do czasu wpadniesz na antenę, żeby się jakimiś krótkimi refleksjami ze słuchaczami podzielić. Teraz to już nie wiem. Może jakieś słowo do słuchaczy jeszcze na pożegnanie?
[34:35] - Na pożegnanie to może nie do słuchaczy, ale do dzisiejszego autora. Wielkie dzięki za to, że pan osadza fabułę właśnie w takim okresie. Był to wielki okres w historii Polski, wspaniały, bardzo ciekawy okres i tak dalej. W tamtych czasach u niektórych ludzi budził przerażenie, ale dzisiaj to ze mnie bardziej współczesność budzi przerażenie polska. Ale bardzo dobrze, że pan tę klimatę odkurza. Warto chyba. Dziękuję, do widzenia.
[35:18] - Tak, proszę państwa, to była rozmowa z Wiktorem Żwikiewiczem. Miejmy nadzieję, że te rozmowy z czasem się będą wydłużać. Chociaż jak sobie słucham jakości dźwięku tej rozmowy, w czym i ja maczałem niestety swoje palce, to te wizje science fiction roztaczane przez Wiktora wydają się bardziej odległe, niż to sobie pierwotnie wyobrażałem. Skoro my dzisiaj nie potrafimy w obrębie jednego miasta rozmawiać w miarę bezproblemowo i bez przesterów i innych towarzyszących temu dźwięków, to znaczy, że jeszcze jakieś kroki musimy wykonać. Być może to ja powinienem te kroki wykonać. W każdym razie nagranie było takie, jakie było. Za wszystkie jego niedogodności przepraszam, ale myślę, że treść była całkiem ciekawa. Tu tylko rzut oka na czat. Redox pisze złośliwie, ale w sumie celnie: „SF i kryminał. W takim razie pan Wiktor musi lubić modyfikowany węgiel”.
A nie, chwileczkę. Przepraszam. Nie, przepraszam. Nie ma, to już ja dodałem. No tak, Wiktor nie lubi węgla modyfikowanego. Zostawmy jego pasje. Igorze Troszeczkę tematów Wiktor poruszył. Szczególnie to powinowactwo pomiędzy kryminałem a SF bardzo mnie interesuje. Sam wywołałeś temat, bo gdzieś tam się Wiktor Żwikiewicz rzeczywiście w jednej z książek pojawia.
[36:57] - Nie zgadzam się z tym, że można było znak równości zrobić pomiędzy powieścią ówczesną, fantastyczno-naukową a kryminałem. Kryminały były dużo gorzej pisane. To jest chyba największa wada tych kryminałów. Jak czytam fantastykę lat 80. Są różne nazwy, pana Szabłowskiego, Wiktora Żwikiewicza. To jest zupełnie inny styl. To jest pisane ze swadą, z bogactwem języka. Ta rozwlekłość to nie był zarzut do pana Wiktora Żwikiewicza, raczej komplement w ogóle, że jest umieszczony koło Lema. Dla mnie ci dwaj pisarze przede wszystkim wówczas istnieli, bo fantastyka przecież też była w tych nakładach wydawana i te okładki w ogóle. „Delirium” Tarsys.
Ta okładka była fascynująca. Już nie pamiętam, czy wtedy ją czytałem, ale na pewno miałem w domu tę książkę.
[38:00] - Ja tylko wtrącę, że ta okładka była dziełem Wiktora Żwikiewicza.
[38:06] - Tak, właśnie dziełem Wiktora Żwikiewicza. Ja tę książkę miałem. Nawet nie czytałem wtedy, tylko patrzyłem na tę okładkę. Fantastyka była świetnie wydawana, dużo lepiej chyba niż ten kryminał. Ten znak równości, oczywiście, jeżeli chodzi o intrygę, bo przecież tu było wspomniane o śledztwie. Dla mnie to jest wybitny kryminał, który zamknął w ogóle powieści detektywistyczne. Uciął temat. Lem dokonał mistrzostwa. Ale jeszcze chciałbym tę książkę braci Strugackich. Też był Teatr Telewizji.
„Sprawa o morderstwo”. Tu można postawić znak równości pomiędzy Lemem. Asimov przecież też napisał ciekawy kryminał. Już nie pamiętam. „Pozytonowy robot” czy coś takiego. To też było wydane chyba.
[38:54] - „Pozytronowy detektyw”. Wtedy to się jeszcze nazywało pozytronowy, a dzisiaj już to pozytonowy detektyw.
[39:01] - Tak. I to czytałem właśnie z wielkim zainteresowaniem.
[39:06] - Jeszcze wtrącę, bo ja już taki jestem, że wtrącam się bez przerwy. Wyszedł też klasyczny kryminał Asimova w serii „Z jamnikiem”. To się nazywało „Powiew śmierci”. Dzieje się w środowisku chemików, ponieważ Asimov też troszeczkę wspólnego z chemią miał. W związku z tym wiedział, o czym pisze. To był klasyczny, już w ogóle niezwiązany z fantastyką kryminał. Też się ukazał. Asimov był zresztą bardzo wszechstronny. Notabene ta seria „Z jamnikiem” to była bardzo dziwna seria, bo wspomniałem w rozmowie z Wiktorem o książkach Petyckiego pisanych pod pseudonimem, ale już nie pod pseudonimem ukazała się książka jak najbardziej SF. Nosiła ona tytuł „W połowie drogi”.
[40:01] - „Powrót z gwiazd” chyba też się ukazał w serii „Z jamnikiem”. „Powrót z gwiazd” Lema.
[40:06] - Tego akurat nie wiem, ale już sam fakt, że był „Pozytonowy detektyw” i Petycki „W połowie drogi” świadczy o tym, że już wówczas... Być może to było działanie instynktowne, ale w tej serii, teoretycznie kryminalnej, ukazywały się powieści, które ewidentnie można zaliczyć do gatunku SF. „W połowie drogi” to już jak najbardziej. Zresztą „Pozytonowy detektyw” jak najbardziej też.
[40:39] - Notabene bardzo dobra książka, właśnie ten „Pozytonowy detektyw”. Natomiast jeśli można, to chciałbym powiedzieć, bo tu też było takie pytanie pierwsze, z czego czerpię inspirację, w jaki sposób buduję książki. To właśnie te science fiction bardziej, bo to, co powiedziałem, że to bogactwo języka, pisanie ze swadą, duża wiedza przekazywana w tych książkach zdecydowanie przewyższały kryminał. W kryminale to mogłem sobie zrobić tę konwencję, natomiast dużo rzeczy nauczyłem się na tych powieściach fantastyczno-naukowych.
[41:23] - Teraz mam pewną trudność polegającą na tym, że tak jak wspomniałem w rozmowie z Wiktorem, twoje powieści są bardzo gęste. Zgodnie z tym przepisem z lat 70. i 80. To jest bardzo gęsta proza. Gęsta w sensie wydarzeń. Tam się dużo dzieje. Mam takie pytanie dotyczące stricte warsztatu pisarskiego. Jak ty opanowujesz taką liczbę wydarzeń? Czy ty sobie budujesz jakąś drabinkę scenariuszową? Czy też troszeczkę idziesz na żywioł?
Chociaż ja sobie tego żywiołu nie wyobrażam. Czy też to jest, tak jak wspomniałem na początku, bardzo szczegółowo rozpisana intryga? W tym miejscu wchodzi to, w tym miejscu wchodzi tamto. Dla mnie to jest zagadka. Nigdy tego rodzaju prozy, tak gęstej, jeśli chodzi o wydarzenia, nie pisałem. W związku z tym oddaję ci głos.
[42:38] - Dobrze. To było w ten sposób, że oczywiście w pierwszej powieści, czyli „Człowiek jatka”, miałem troszeczkę zadanie ułatwione z racji tego, że wcześniej powstał scenariusz. Oczywiście w tym scenariuszu były tylko dialogi, resztę musiałem dopisać. Też dodałem parę postaci. Chyba nawet kilka postaci zostało dołożonych do tego, bo taka książka wówczas mogła być nieco schematyczna. Natomiast jeżeli chodzi o drugą powieść, to oczywiście jakiś konspekt na początku jest. Nie chcę tego nazywać procesem twórczym, nie przesadzajmy, że jest to jakiś postawiony cel. Potem są cele dodatkowe. To nie w ten sposób, nie tą drogą, ale faktycznie jakaś koncepcja powstaje. I powiem to w ten sposób, że moja powieść się zaczyna od końca, czyli od samej intrygi, od wyjaśniania intrygi.
W ten sposób morderca zabił swoją ofiarę i w jaki sposób zdobył alibi. Od wyjaśnienia. Później oczywiście powstaje konspekt, ale nie jest to jakiś szczegółowy konspekt. Może trochę zaskoczyć. Nie jest on specjalnie rozbudowany. Można powiedzieć, że jest nawet troszeczkę chaotyczny. Jakby ktoś to zobaczył, to w ogóle by nie był w stanie tego odczytać, bo są różne dopiski. Najtrudniej jest, to chyba też przyznasz, usiąść i po prostu napisać, bo człowiek książkę tworzy w głowie i to wszystko wygląda, jest poukładane, wszystko się zazębia, ta cała fabuła, intryga kryminalna pasuje do siebie. Natomiast jak zaczynamy pisać, to widzimy, że dochodzi do tak zwanej szczegółowości, czyli te szczegóły jednak nie do końca pasują. I wówczas trzeba to budować.
Najtrudniejsze jest zbudowanie książki, bo samo wymyślenie intrygi, to wiadomo. To, co powiedział Joe Alex, że on tę intrygę w każdej chwili ma w głowie i może ją przelać na papier. Natomiast samo budowanie książki jest trudne. Tu też to nazwisko było wymieniane Joe Alexa. Też pisał powieści milicyjne właśnie pod pseudonimem Kazimierz Kwaśniewski. Jedne z najlepszych w ogóle, bo to były takie typowo detektywistyczne, z intrygą kryminalną. Takie książki czytałem i też moim zamiarem było napisać taki kryminał. Podobnie Kłodzińska też, ale nie zagłębiałem się później w dalsze książki Kłodzińskiej. Przeczytałem kilka, ale to mi wystarczyło, bo jednak ten schemat cały czas był, nie chcę mówić topornie, bo to brzydkie słowo, ale cały czas był powielany. Tak to było przedstawiane, aczkolwiek powiem, że niektóre były zaskakujące zakończenia.
I to jest najważniejszym elementem kryminału. Czyli mi się wydaje, że budujemy kryminał właśnie od tej intrygi kryminalnej. Nie wiem, czy to wystarczy.
[45:33] - Zobaczymy. Ja sobie w tej chwili, w czasie twojej wypowiedzi przypomniałem jeszcze taki kryminał, który był, nadużywane w tej chwili słowo kultowy, ale on rzeczywiście mógł nosić takie miano. Zresztą później też trafił do serialu „07”. Ten kryminał to „Bardzo dobry fachowiec”.
[45:55] - Tak.
[45:56] - To był kryminał, który był oprócz tych zachodnich, bo w tej serii różowej. On się ukazał w serii tej różowej kawowskiej. Tam się ukazywały powieści Alistaira Macleana i na przykład Jacques'a Marda. A on zupełnie dobrze się bronił ten „Bardzo dobry fachowiec”. I rzeczywiście pewna adaptacja znalazła się w „07”. Zatem tych twórców w latach 70. i 80. piszących naprawdę porywające kryminały kilku było. Oczywiście była też ta, o czym mówisz, toporna taka propagandowo-pulpowa literatura. Ale byli też tam wśród tych pisarzy, bo musieli być ludzie, którzy czuli, byli ukąszeni przez jakiegoś takiego upiora pisarskiego i oni potrafili zamienić opowieść dziejącą się w PRL-u w rzecz, która porywała.
Co prawda bohater chodził po Warszawie, nocował w hotelu Forum, ale człowiek to czytał jak zachodni kryminał. Z jednej strony miał Jacques'a Marda i „Requiem dla króla zbrodni”, z drugiej strony miał „Bardzo dobrego fachowca” i w tym przypadku nie czuło się jakiegoś dyskomfortu. To były rzeczy porównywalne. A zatem ta powieść lat 70. była nierówna, bardzo nierówna. Ale to już mówiliśmy właściwie.
[47:36] - Tak, można też dodać, że dużo było takich topornych kryminałów, ale ładnie to ujęła właśnie pani profesor Skotarczuk, mówiąc, że przecież te kryminały były pisane i wydawano od razu. Była oczywiście jakaś weryfikacja, bo nawet w tej publikacji są pokazane, jak działała cenzura, że ta książka nie zaszkodzi nikomu, jest średnia czy nawet słaba, ale wydamy. Tak było pisane dosłownie. Ci recenzenci, że to jest słaba książka, ale wydajemy. Natomiast proszę zwrócić uwagę, że jak były wydawane kryminały zachodnie, to była literatura z pierwszej półki, a myślę, że na Zachodzie też powstawały właśnie to, co mówisz, takie pulpy, prawda? Takie miałkie kryminały. I to samo było tutaj. Z tego, co pamiętam, to chyba 3000 wyszło tych kryminałów w różnych seriach. To jest spora ilość. I to, co powiedziałeś, że paru pisarzy można naprawdę tutaj wymienić jako kultowych.
Te powieści są i myślę, że w ogóle pisząc kryminały, można się z tych powieści uczyć. Właśnie z Kazimierza Kwaśniewskiego, z Borowskiego tutaj, może trochę z Edigeya, też z Kłodzińskiej, tylko żeby taki, znaczy nie tylko przepraszam, ale żeby tutaj wyłapać ten schemat taki typowy. I jeszcze paru było, ale to byli pisarze tacy jak na przykład Ziurski. Wiem, że popełnił dwa kryminały świetne. Tak samo Korkozowicz pisał przecież powieści kryminalne. To byli pisarze z tej tak zwanej literatury dziecięcej. Literatura prawie piękna. Było paru. Też wiem, że Kieślowski napisał kryminał dosyć ciekawy. Iredyński przecież też napisał powieść kryminalną, więc tych pisarzy było wielu.
Jednak Kieślowski i Iredyński bardziej posługiwali się tutaj... Akcja się działa na Zachodzie po prostu.
[49:36] - Ja jeszcze nie wspomniałem o jednej serii, która się wówczas ukazywała i ta była ewidentnie propagandowa. Już tak właściwie książka w książkę.
[49:46] - „Labirynt”.
[49:47] - „Labirynt”. Dokładnie. To były powieści teoretycznie szpiegowskie, warto przeczytać, ale w takich celach bardziej literaturoznawczych to za duże słowo, a w każdym razie poznawczych. Ponieważ to było, nasuwa mi się słowo kuriozum, ale dobrze, darujmy sobie słowo. To była czysta propaganda. Naprawdę czysta propaganda, ale miała swój urok, przynajmniej chwilami. To była ta ostatnia, chyba niewymieniona wcześniej seria, która funkcjonowała w PRL-u. I to było ewidentnie propagandowe. To już tak programowo propagandowe.
[50:30] - Tak, w tej serii były też publikowane pisarze. Właśnie Kłodyńska wydała tam pierwszy kryminał. Taki, co mówiłem, „Śledztwo prowadzi porucznik Szczęsny”. To wydawnictwo miało przebłyski i czasami wydawali naprawdę dobre kryminały. Ale to, co powiedziałeś, że w większości jednak wręcz kipiało propagandą. Przede wszystkim wiadomo, na początku „Werwolf”, czyli ta organizacja niemiecka. Różne takie typowo propagandowe kryminały, przepraszam, powieści sensacyjne bardziej, które trudno się czyta. Powiem szczerze, z racji tego, że literaturą się interesuję, tym kryminałem, to parę książek przeczytałem i jest to wysiłek z tej racji, że przewidujemy, co się wydarzy. Tam nie ma jakiegoś zaskoczenia, to jest po prostu typowa propaganda. Jeżeli się pojawi bohater z Polski Ludowej czy bohater ze Związku Radzieckiego, to wiadomo, że wręcz świeci dobrocią w ten sposób.
To powoduje, że te książki są bardzo schematyczne, trudno je się czyta, aczkolwiek przypomnę, że było parę nawet tych sensacyjnych ciekawostek dobrze napisanych, ale to oczywiście były sytuacje incydentalne.
[51:53] - Ja znowu rzucam okiem na czat, który towarzyszy audycji. Redox dodaje: „To taka uszczypliwość z sympatii. Oby jak najwięcej pana Wiktora na antenie”. Ale ja inaczej tego nie odczytałem i myślę, że Wiktor, kiedy będzie odsłuchiwał audycję, to również w ten sposób to odczyta. Cóż, czasami mamy swoje plusy dodatnie albo plusy ujemne. Jedne książki lubimy, drugich nie lubimy. Wiktor tak akurat ma, że modyfikowanego węgla nie lubi ze względów, jakie wcześniej podał. Wróćmy do kryminałów naszego gościa. Wspomniałem przynajmniej kilka razy o tym, że mamy taką przaśną, to jest takie słowo łatwe, rzeczywistość lat 80. Niełatwą.
I ty robisz coś, co w tamtych kryminałach wydawanych podówczas nie występowało. Ale u ciebie się pojawiają te wątki, które ja nazywam paranormalnymi, chociaż pewno by mnie puryści tacy związani z paranormalnością jakoś tam wypunktowali. W każdym razie ze względów takich, żeby nie zdradzać fabuły, to nie będę wchodził głęboko w to, ale na przykład w jednej z tych książek, które wymieniliśmy, pojawia się cały ustęp dotyczący na przykład badacza UFO. Notabene z Bydgoszczy, którego książkami zaczytywali się wszyscy, który był bardzo takim drobiazgowym badaczem. Pierwszym chyba takim drobiazgowym badaczem. Pojawiają się, tak jak powiedziałem, nawiązania do fantastyki, ale pojawiają się też wątki takie prawie w jednym z tych kryminałów, właściwie w obu, jak z „Archiwum X”. Proszę państwa, proszę docenić w tej chwili, jakie wygibasy wykonuję językowe, żeby nie zdradzić za dużo. Staram się bardzo. Ale pytanie jest: czy to tak z przekory do tego PRL-u te wątki, zostańmy przy haśle paranormalne, umieszczałeś, czy to jakiś inny wzgląd tobą kierował?
[54:35] - W pierwszym kryminale „Człowiek Jadka” ten wątek właśnie nie powstał. Ten wątek już w scenariuszu. Chciałem zrobić coś innego. To, co powiedziałem, że na początku chciałem napisać kryminał według schematu, ale nie udało się tego zrobić. I dobrze w sumie, bo to wszystko rozwinąłem. To spowodowały też filmy giallo. Właśnie tutaj chciałbym też powiedzieć o tych filmach giallo włoskich. To był nurt w kinie włoskim Który się rozwijał w latach 60., 70., 80. i troszeczkę na początku lat 90. Później zniknął.
Bardzo ciekawy nurt, bo Włosi, w ogóle reżyserzy włoscy potrafią operować kamerą. Zresztą mają piękny kraj, gdzie filmowanie jest też ułatwione. I to były kryminały, w których były bardzo brutalnie przedstawione zbrodnie, ale pokazane w sposób bardzo estetyczny, czyli te ujęcia były wysmakowane. Wiem, że to trochę brzmi tutaj kryminalnie wręcz, ale tak. To było wszystko tak pięknie ujęte, wysmakowane i zamknięte na ostatni guzik. Tam była też zagadka kryminalna, często ocierająca się o zjawisko paranormalne, o którym tutaj mówisz. Aczkolwiek też oni się posiłkowali tutaj tym słynnym suspensem Hitchcocka, czy też czerpali z książek Johna Dicksona Carrra, niestety u nas niewydawanego. Te filmy spowodowały, obejrzałem parę takich filmów, żeby takie wątki też dodać do tych książek. Natomiast w drugiej powieści, nie chcę zdradzać tego, ale te wątki, które są przedstawione, chociaż mogę powiedzieć, Lucjan Znicz, to też postać, która co powiedziałeś, chyba z Bydgoszczy. Wszyscy się zaczytywali.
Ja nie wiedziałem, że jest z Bydgoszczy, ale wszyscy się zaczytywali w tych książkach. Ja też przecież te książki kupowałem wówczas, czytałem i do dzisiaj nie rozstrzygnąłem, czy to istnieje, czy nie. Ale to nie o tym jest teraz ten program. Przeczytałem w internecie o tej tak zwanej, nie wiem, czy to jest do końca prawda, ale tej prowokacji, która się odbyła właśnie w Emilcinie. Możemy to różnie rozpatrywać, ale może tam jednak doszło do jakiejś manipulacji z tym człowiekiem. Ja zmieniłem oczywiście jego nazwisko w książce. Też chyba zmieniłem datę wydarzenia. Nie pamiętam teraz, ale wydaje mi się, że zmieniłem te wydarzenia. Tam jest teraz pomnik, wiem, że też postawiony, ale ta prowokacja, po prostu wpadłem na taki artykuł, bo też pisząc książkę dużo czytam. Wybieram się na przykład do biblioteki, pisząc na przykład, bo tam w tej „Morderczej protezie” jest przedstawiona prawdziwa historia zbrodni, czyli „Sprawa czterech”, gdzie zabójca zabija bez skrupułów cztery osoby.
To były wydarzenia autentyczne, które stały się właśnie na szosie w stronę Kalisza. Bardzo wtedy straszna historia, która odbiła się echem w całej Polsce i też postawiła, to jest prawda, milicję obywatelską na nogach i chcieli znaleźć tych przestępców. Tego przestępcę dosyć szybko znaleźli. To jest wydarzenie prawdziwe. I co ciekawe, jak byłem w bibliotece i śledziłem te zdarzenia, to tam normalnie z imienia i nazwiska wtedy podawano te osoby. Oczywiście ja to zmieniłem to nazwisko, ale nie bardzo nawet, bo czytając później też taki kryminał pod tytułem „Notatnik oficera milicji”. Już tytułu nie pamiętam dokładnie. To tam też ta sprawa była pokazana. I ta sprawa w tej książce jest przedstawiona, oparta jest po prostu na faktach. Tutaj nic specjalnie nie zmieniłem.
Natomiast te wątki medyczne, tak powiem, wiadomo skąd się wzięły, prawda? Z mojego wykształcenia. Dlaczego tutaj to się wydarzyło. Nie będę też zdradzał fabuły, ale bardzo lubię właśnie takie sytuacje. To, co napisałem właśnie związane z Lucjanem Zniczem, czy później właśnie z tym wydarzeniem w Emilcinie. Takie coś mnie też fascynuje i dlatego do tych książek staram się je przedstawić, pokazać, że coś takiego kiedyś się wydarzyło. I na tym budować fabułę, bo ta fabuła jest troszeczkę oparta na tych wydarzeniach też.
[58:59] - Dla mnie szczególnie fascynujące w tej drugiej książce, mówimy o „Morderczej protezie”. I tu nie zdradzę, tu mogę spokojnie o tym powiedzieć. Była idea, właściwie obraz przedstawiony pewnego programu badawczego, który miał stwierdzić, trochę nawiązuje, taki był film w swoim czasie o podobnej tematyce. Badano w czasie tego programu badawczego, o którym pisałeś w książce, życie po śmierci. W marksisto-leninowskim kraju takie rzeczy. Ale z historii wiemy, że kraj był być może materialistyczny, materializm był i w ogóle wszelkie lampasy i wszystkie takie rzeczy związane z komunizmem jak najbardziej. A jednak czasami służby specjalne czy też różni inni ludzie interesowali się zjawiskami, które poza materializm, ideologię marksistowską wykraczały. I ty o tym piszesz. I dla mnie tak naprawdę o samym tym programie badawczym można by napisać osobną książkę. Może już nie kryminalną, ale sensacyjną.
Powiem szczerze, że niesamowicie podekscytowany się czułem, kiedy ten wątek wychwyciłem w książce.
[01:00:33] - Dziękuję bardzo. Związek Radziecki, wiemy o tym, że przegrywał, jeżeli chodzi troszeczkę o technologię, albo w każdym razie tak się czuł, że przegrywa, bo do końca nie wiemy. Ale przegrywał, jeżeli chodzi o technologię trochę z Amerykanami. I też gdzieś przeczytałem, że mieli taki program właśnie badania życia po śmierci. To się troszeczkę inaczej nazywało. Wiemy, że w Związku Radzieckim jednostka raczej wtedy nie liczyła się, prawda? I też badano śmierć kliniczną. Badano, tworzono z tego całą historię. I takie badania odbywały się, to jest chyba potwierdzone już teraz. Natomiast czy w Polsce coś takiego się mogło dziać?
Wydaje mi się, że też to jest możliwe, bo przecież długo myśleliśmy, że Polacy nie tworzyli bomby atomowej. A się okazuje teraz, taki serial „Pętla” jest oczywiście fikcyjny, ale w pewnym sensie przedstawia też prawdę, który można obejrzeć, że jednak były jakieś próby. Może to jest bardzo górnolotne, ale jakby uniezależnić nasz kraj od Związku Radzieckiego, bo takie projekty były, bo powiedzmy sobie uczciwie, że ci dygnitarze partyjni niespecjalnie lubili się z dygnitarzami radzieckimi. To jest oczywiste. I wydaje mi się, że takie badania mogły być przeprowadzone. Może nie w tych latach, o których ja mówię, bo tutaj jest w latach 80. jeszcze mogło to być, natomiast już w 86. roku, żeby przywrócić te badania, czy tam siódmym, ósmym, to raczej takiej możliwości nie było. To jest zupełna fikcja. Natomiast myślę, że coś takiego mogło się dziać, szczególnie właśnie badania życia po życiu.
Wiemy, że naukowcy radzieccy mieli różne pomysły. Tam nie tylko jest to opisane, ale też różne takie założenia, że można stworzyć człowieka. Próbowali stworzyć człowieka. Takie koncepcje, które dzisiaj wywołują śmiech, a kiedyś były kultowe, czyli kiedyś taki naukowiec zdobył różne tytuły dzięki takiej publikacji. Dzisiaj to jest śmieszne, to jest wszystko obalone, ale wiemy też, że była taka książka, niestety nie pamiętam autora, ale pisarza radzieckiego, rosyjskiego może powiedzmy, bo to było chyba w latach 30. pisane, że żyła sama głowa. Czyli zostało ciało oddzielone i żyła sama głowa. Nawet komiks chyba był w fantastyce, pojawił się z tą samą głową, jakby to był profesor, który żył bez swojego ciała. Oczywiście w Związku Radzieckim też takie badania prowadzono. Może nie na ludziach, ale na psach.
Sam program kosmiczny dzisiaj jest zagadkowy Rosjan przecież też, jeżeli na to spojrzymy bardziej dogłębnie, co tam się działo wówczas, że to wszystko było może nie do końca dopięte na ostatni guzik, po prostu się udawało w dużej skali. Myślę, że w tej książce właśnie „Mordercza proteza”, ten wątek, fajnie, że go przedstawiłem w ogóle i myślę, że jest racjonalny.
[01:03:52] - Ja mam kolejne pytanie natury warsztatowej. Tym razem zapytam o postacie, które konstruujesz, bo w obu kryminałach, o których dzisiaj rozmawiamy, czyli kryminału „Człowiek jatka” oraz „Mordercza proteza” jest para bohaterów. Pan, który jest milicjantem, niestety już pewne naleciałości mam, więc jest milicjantem. I pani, bo to napięcie w tym wypadku jakieś tam natury seksualnej występuje. I bardzo dobrze, że ono występuje. Powiem, że znowu jest taka sytuacja, że ty bardzo dobrze grasz tym napięciem, bo mamy pierwszą książkę, gdzie oni się właściwie poznają. Może nie poznają w sensie, że oni się już znają z pracy, ale w sensie takim mężczyzna, kobieta poznają się. W drugiej książce już to wygląda zupełnie inaczej, ale to też jest jeden z tych elementów książki, dzięki któremu my się z tą książką związujemy. To zupełnie dzieje się poza nami, ale mamy parę bohaterów. My albo kibicujemy, albo nie.
To już w zależności od jakiejś wrażliwości, ale rzeczywiście mam takie wrażenie, zaraz to sfalsyfikujesz albo potwierdzisz, że ty dosyć misternie konstruujesz te postacie.
[01:05:35] - Może coś w tym jest. Natomiast mi się wydaje, że jednak w pierwszej części postać kapitana Jedyny, Jana Jedyny jest trochę papierowa. Jest taka typowo schematyczna.
[01:05:47] - Milicjant.
[01:05:48] - Tak, typowy milicjant. Użyjmy tego terminu za komuny.
[01:05:55] - Znowu przerwę, ale tam jest genialna postać jego przełożonego, który wykonuje rzeczy, które na początku wydają się jakimś kompletnym wariactwem. I wierzcie mi państwo, znowu nie zdradzając fabuły, że człowiek, który wydaje się kompletnym kretynem, w dodatku alkoholikiem, jest zupełnie kimś innym. To tylko tyle tytułem zachęcenia. Już oddaję głos gościowi.
[01:06:23] - Można powiedzieć, że jest, bo to jest pułkownik Wiktor Jeleń, takim adwersarzem może. Może nie do końca, ale można tak powiedzieć. Kapitan Jedyny ma zupełnie inne koncepcje śledztwa i raczej prezentuje taką postawę milicjanta, umówmy się, zbliżonego do prawdziwego obrazu, który w tych książkach oczywiście kryminałach, powieściach milicyjnych nie istniał wtedy. Tylko mam tutaj przed sobą taką gazetę „W służbie narodu”, gdzie na zdjęciu mamy milicjantów, którzy są w teatrze, w mundurach i oglądają spektakl. Mi się wydaje, że może 2% tych milicjantów tak naprawdę chodziło do teatru. I zupełnie inne koncepcje śledcze ma ten pułkownik Jeleń. Ale wracając do postaci kapitana Jedyny To jest postać zbudowana typowo na schemacie milicjantów ówczesnych. Czyli u Kłodzińskiej był porucznik Szczęsny, później na końcu był już majorem. U Zborowskiego był major Downar. I tak to było budowane w ten sposób.
Oczywiście ja tej postaci dodałem troszeczkę charakteru, żeby to nie był taki typowy schemat. Natomiast mi się wydaje, że w drugiej książce tę postać bardziej rozwinąłem. Tutaj miałem takie trochę zarzuty, że jest zbyt papierowy. Ale też o to mi chodziło, bo to miał być taki właśnie bohater. Natomiast Milena Milewska to jest już postać zupełnie inna. Można wyczytać w tej książce, że jest też z wykształcenia muzykiem. Ten romans, ten wątek też powiem uczciwie, że powstawał podczas pisania książki. To nie było tak, że ja od razu założyłem, że tutaj pomiędzy nimi coś zaiskrzy, tylko podczas powstawania książki stwierdziłem, że to będzie dobre dla fabuły i dlatego tak pokierowałem tą fabułą. Na początku miałem scenariusz i w tym scenariuszu były rozpisane dialogi, natomiast resztę budowałem. Milewska istniała w tej książce troszeczkę pobieżnie.
Zresztą w kryminałach milicyjnych te kobiety są troszeczkę na drugim planie. Dlatego wbrew temu chciałem też tę postać wysunąć na pierwszy plan. Milewska jest postacią pierwszoplanową. Kapitan Jan Jedyna jest postacią pierwszoplanową. Ten pułkownik Wiktor Jeleń też jest postacią pierwszoplanową, drugoplanową, ale też postacią, która uczestniczy w rozwiązaniu tej zagadki kryminalnej. Jest też Jacek Żenad. On tam też troszeczkę pomaga. I na początku też istnieje między nimi konflikt jakiś. Pułkownik Jeleń to w ogóle jest postać, która została stworzona w teatrze, bo miałem też okazję, pisząc ten scenariusz w 2004 roku, być w Teatrze Powszechnym. Tam sobie kręciliśmy ten nasz amatorski film i wówczas ta postać była rozpisana w dialogach, ale jej zachowanie było kreowane właśnie w tym teatrze.
Oczywiście to nie było na scenie, to było w garderobie. Mieliśmy dostęp do teatru, ponieważ mojego kolegi ojciec był aktorem i wprowadzał nas wieczorem do tego teatru i mogliśmy tam sobie siedzieć, filmować, bawić się kamerą. To bardziej polegało właśnie na zabawie i ta postać została rozwinięta. W ten sposób działało.
[01:09:55] - Pan pułkownik to jest postać, żeby znowu nie zdradzić, dosyć demoniczna. Okazuje się, że ma swój plan i go dosyć drobiazgowo realizuje. Z jednej strony nie boi się ośmieszać wszem i wobec kolegów, a z drugiej strony robi to nie tak, żeby dać się ośmieszyć, tylko ma swój bardzo konkretny plan. Muszę przyznać, że to jest jeden z tych wątków, który też mnie w jakiś sposób urzekł. Wiedząc, co się działo później w latach 90. — to się ciągnie do dzisiaj — ale w latach 90. taki wątek w tej powieści, która dzieje się w latach 80., jest intrygujący. Gdzieś tam dotyka tego, co my wszyscy wiemy albo przynajmniej podejrzewamy.
[01:11:05] - Tak. Końcówka książki jest troszeczkę, mam nadzieję, zaskakująca. Też nie powiem oczywiście jaka jest, ale ciągnie się do dzisiaj przecież ten wątek. Cały czas ta walka istnieje, więc to też powstawało podczas pisania książki w ten sposób.
[01:11:27] - Ja mam taką propozycję. To, myślę, jest dobry czas. Już troszeczkę o książce, o książkach opowiedzieliśmy. To dajmy teraz szansę słuchaczom, żeby posłuchali pierwszego fragmentu książki. A zatem Marku, odpalaj pierwszy odcinek.
[01:11:49] - „Człowiek Jatka”. Fragment pierwszy. Ubiór Jedyny trochę zirytował pułkownika. Nie lubił, kiedy jego podwładny kreował się na zachodniego bohatera, który w sposób mało racjonalny próbuje ratować ludzkość przed szaleńcem. Szaleńcem, który jedną ręką głaska białego kota, a drugą trzyma na przycisku bomby atomowej o wielkości pudełka zapałek. Na przykład taki James Bond to dla Wiktora bohater filmów pozbawionych logiki. Kretyn, który ma więcej szczęścia niż rozumu. W Polsce Ludowej filmy nie były dopuszczane do oficjalnego obiegu. Można było je zobaczyć tylko na wideo podczas prywatnych pokazów. „Tylko że Bond chyba nie nosił czarnej skórzanej kurtki” — pomyślał i wreszcie, odłożywszy słuchawkę na widełki aparatu, skasał kapitanowi krzesło.
„Oto dokumentacja, którą udało nam się dotychczas zgromadzić, pułkowniku”. Jan wręczył Wiktorowi szarą wiązaną teczkę. Jeleń skrupulatnie czytał zgromadzone raporty ze śledztwa. Dwa razy spojrzał na kapitana, opuszczając okulary na nos, co miało uzewnętrznić jego zdziwienie. Jedyna tymczasem uporządkowywał w głowie fakty, które pragnął przedstawić. Wraz z odnalezieniem poszarpanych zwłok wędkarza jego hipoteza legła w gruzach. Dwie zbrodnie następujące po sobie niemalże w tym samym miejscu powinno coś łączyć. Teren. Tak, teren to był jedyny punkt, który spajał zaistniałe zdarzenia i nic więcej. Sytuacja stała się skomplikowana i tajemnicza.
W pewnym momencie, nie pukając do pokoju, śmiałym krokiem wszedł podporucznik Jacek Żenad. Fakt ten trochę zaskoczył Jana, który wymownie potrząsnął głową, ale Jacek nie zwrócił na ten gest uwagi i jak gdyby nigdy nic, lekko unosząc rękę na powitanie, usiadł obok niego. Teraz wyglądał zdecydowanie inaczej. Miał na sobie dobrze skrojony, dokładnie wyprasowany mundur i umyte, lśniące włosy. Ale było coś jeszcze. Coś, co Jan zlokalizował dopiero, gdy dokładniej przyjrzał się twarzy Jacka. Pod jego nosem rysował się nieukształtowany, ale już wyraźny wąs. Jedynie zachciało się śmiać. Zasłonił nawet usta dłonią, lecz nim parsknął śmiechem pułkownik Jeleń rzucił ostentacyjnie dokumenty na biurko, aż spowodowany tym ruch powietrza wyrzucił z popielniczki popiół. Pułkownik pochylił głowę i natychmiast go zdmuchnął.
Potem żwawo wstał i jednym zdecydowanym szarpnięciem klamki uchylił okno, zaciągając się rześkim powietrzem. Rozpiął koszulę pod szyją i rozciągając kołnierzyk na boki, poczuł znaczną ulgę. Z pewną dozą wyniosłości, zacierając wysoko brodę, wolnym krokiem wrócił na miejsce. Witam panów. Przeczytałem dokumentację. To frapujące, a nawet budzi zdumienie. Pokiwałem głową z niedowierzaniem. Teraz jednak chciałbym się dowiedzieć, jak wam idzie śledztwo, panowie. Wyprężył się jak struna, otwarte dłonie kładąc na biurku. Proszę o rzeczowe wyłożenie sprawy.
W jego głosie czuć było nakaz. Jacek wyprostował się na krześle i odruchowo wygładził kanty munduru, jakby był przywoływany w szkole do odpowiedzi. Sprawa jest prosta jak linijka. Po prostu kumpel zabił kumpla. Pułkownik ponownie rozsiadł się wygodnie w fotelu. Zachowywał się protekcjonalnie, co w szczególności można było wyczuć w jego głosie. Kumpel zabił kumpla. Przesadnie zdumiał się, podrapał za uchem i utkwił wzrok w suficie. Trwał w takiej pozie przez moment. No właśnie.
Kumpel wypił za dużo i zabił swojego kumpla, a on też wypił. Żenad gestykulował, jakby chciał odegrać opisywane zdarzenie. Wiktor rozważał przez chwilę jego słowa, a potem opuścił gwałtownie głowę i spojrzał na niego spod opadłych na czoło jasnych włosów, wydymając policzki. A czy wy też wypiliście? — zadrwił. Żenad śródręczem przetarł mocno powieki. Nie, ja nie. A dlaczego? Sprawiacie takie wrażenie, panie Żenad. Ja?
Ależ… Pułkownik zdjął okulary, skierował spojrzenie na dotąd milczącego kapitana i zapytał: Czy on coś bierze, kapitanie? Wskazał srebrnymi zausznikami okularów na Żenada. Jedyna zmierzył wzrokiem speszonego Jacka, na którego uszach pojawiły się czerwone plamy i odwrócił się na krześle do pułkownika. Tego nie wiem, pułkowniku. Głos jego był zrównoważony. Ale prawdopodobnie w grę wchodzą tabletki poszerzające percepcję. Żenad zareagował natychmiast i impulsywnie uderzył dłońmi w kolana. Ja stanowczo protestuję! — zacietrzewił się podporucznik.
Potem dwiema rękami chwycił się za skronie i dodał: Bez drwin, proszę. Jan kopnął w nogę od biurka. To pan sobie drwi! — huknął. Jacek posłał mu piorunujące spojrzenie i skrzywił się, jakby dostał patykiem przez plecy. No nie, pan sobie stroi żarty, a tu zamordowano ludzi. Kiwa głową rozgniewany. Jedyna rozejrzał się dookoła, niedowierzając. Gdzie? Tu?
— poderwał się. Może tam. — Pokazał palcem pod biurko. Żenad opanował emocje, ale jego głos nie był jeszcze całkowicie pewny. To znaczy tam nad jeziorem i przed kawiarnią. — Zmitygował się. Pułkownik niespecjalnie interesował się tą wymianą zdań. Nie miał ochoty na czczą gadaninę. W tym czasie pozwolił sobie nawet dyskretnie zajrzeć do swojej szuflady. Jednak po chwili zdiagnozował, że jako zwierzchnik musi zareagować.
Uniósł dłonie ze złączonymi palcami i kciukiem nad biurkiem. Stosował ten gest, gdyż sądził, że tym sposobem uwierzytelnia swoją władzę. Dość tego, panowie. Proszę o rzeczowe sprawozdanie, panie kapitanie. Podniósł głos i energicznie zamknął szufladę, by definitywnie zakończyć żenujący dialog. Wyprostował się na krześle i ponownie wysunął palce przed siebie. No proszę, kapitanie — zachęcił, poruszając rytmicznie dłonią. Cała rozmowa z jego perspektywy toczyła się tak, jakby miał do czynienia z uczniami na egzaminie. Jan Jedyna obdarzył Żenada szyderczym uśmieszkiem. Ten momentalnie odwrócił wzrok i poirytowany splotł ramiona na klatce piersiowej, gniotąc przy tym kieszenie munduru.
W miasteczku, jak panu wiadomo, doszło- Nic mi nie wiadomo – przerwał mu niemalże wytwornie pułkownik, a jego twarz pokrył grymas. Ponieważ wczoraj po południu tak się załatwiłem u majora Koteckiego, że musiał wezwać po mnie samochód służbowy. Uśmiechnął się tak, jak gdyby zapomniał, że trzeba unieść kąciki ust. Kadr się zerwał, taśma się wkręciła. Roześmiał się sztucznie, co miało na celu rozładowanie sytuacji. Starość nie radość. Nie ma się już tęg głowy do picia – konkludował, a z jego twarzy zniknął uśmiech, zastąpiony grymasem pełnym skupienia i powagi. Rozumiem, panie pułkowniku. W miasteczku doszło do podwójnego morderstwa. Jedyna udawał, że pojmuje i wyrażał to potakiwaniem głowy.
W międzyczasie pułkownik pewnie oparł łokcie o biurko. Nie odrywał wzroku od twarzy Jana. Podwójnego? Zachrypiał. Wnioskuję z tego, że zostały zamordowane dwie osoby. Wysunął dumnie brodę do przodu. Za oknem zaszumiały gałęzie drzew. Żenada był skonfundowany. Nie orientował się w tym dialogu i nie wiedział, co tutaj jest żartem, a co jest mówione na poważnie. A może to nie są żarty?
Może to jakaś wyrafinowana gra? Zastanawiał się. Jedyna usłyszawszy słowa pułkovnika, zmarszczył czoło i pokiwał z uznaniem głową. Bardzo dobrze, panie pułkowniku – pochwalił, a w głosie jego czaiła się drwina. Pierwszym zamordowanym był Zdzisław Kostyr, a drugą ofiarą był miejscowy wędkarz Leon Ptasi Łepek. Pierwszy z nich, jak wskazują wstępne analizy, został zabity tępym narzędziem. Że co? Wykrzyknął zaskoczony pułkownik i żeby zamanifestować swoją konfuzję, stuknął palcem w teczkę. Ale debil z tego mordercy. Zamiast wcześniej naostrzyć narzędzie zbrodni, to on wali tępym.
Rozsiadł się dumnie na krześle i sondował oczami Jedyne i Żenada. Jacek zdawał się jeszcze bardziej zdezorientowany i zalękniony zarazem. Przyłożył nawet palce do oczu i dalej wsłuchiwał się w tę dramatyczną wymianę zdań. No właśnie, mamy jeszcze jeden problem – kontynuował Jedyna. Ciało wędkarza było zmasakrowane, jakby je jakieś zwierzę zaczęło konsumować. Pułkownik był już bardzo przejęty. Wyciągnął zapalniczkę z kieszeni i przybliżył twarz do Jana. Jakiś miejscowy pies? Zapytał natychmiast rzeczowym, lecz nieco agresywnym tonem. Nie, nie.
To musiało być coś większego. Jeleń lewą ręką wygrzebał z pogniecionej paczki papierosa, a drugą, niespecjalnie spiesząc się, go zapalił. Potem założył nogę na nogę i trzymając pretensjonalnie papierosa na wysokości twarzy, dedukował niczym wytrawny detektyw. A może jakiś dziki kot? Zapiął, a Jacek zażenowany przełknął nerwowo ślinę. Opuścił głowę i przyglądał się zielonej wykładzinie. Jego usta wykrzywił grymas, jakby żuł cebulę od dłuższego czasu. Wyglądał teraz jak człowiek pozbawiony sensu życia. Jedyna pokiwał przecząco głową. Raczej nie.
To coś musiało mieć ogromne zęby. Rozerwało mu klatkę piersiową i odgryzło dłonie. O kurwa! Podskoczył na krześle przerażony pułkownik. Jego twarz pokryła kredowa bladość, a na czole znienacka pojawiły się niebieskawe żyłki pokryte kroplami potu. To naprawdę musiało być jakieś wielkie, ogromne bydle. Proszę o szklankę wody, panie kapitanie. Czystą czy kolorową? Zapytał z udawanym przejęciem Jedyna. Wolę żytnią.
Pułkownik otworzył z rozmachem szufladę biurka, z której wyciągnął jakąś apteczną buteleczkę i bez żadnego skrępowania pociągnął z niej kilka głębokich łyków, przesadnie zacierając przy tym głowę. A może to była jakaś ryba? Trudno powiedzieć. Ofiara miała oderwaną głowę. O do chuja! Szok! To prawdziwy szok! Po otrzymaniu tej informacji wystrzelił z krzesła jak z procy i odbił się brzuchem o blat. Wtedy, wypuszczając powietrze, jakby dmuchał w trąbę, wyłuskał kolejną butelkę z szuflady i w mgnieniu oka opróżnił jej zawartość. A może to był jakiś wąż?
Wążojad? Albo ten wążojadolud? Ciągle stał, przytrzymując się biurka, aż nagle uniósł pustą butelkę przed siebie. Drżącą ręką wymierzył i cisnął o ścianę. Na dźwięk tłuczonego szkła roześmiał się głośno, niczym ożywiona marionetka, która szarpana wewnętrznym konfliktem uświadomiła sobie, że jest zniewolona. Oszołomiony Jacek chwycił się za głowę i osłupiał. No nie wiem, panie pułkowniku, ale może wskazywać na to brak rąk – kontynuował niezrażony Jedyna. A Żenada miał ochotę wydostać się z tego absurdalnego stanu rzeczy, choć ciekawość mu na to nie pozwalała. Co kurwa? To nie miał nawet rąk.
Kirwaksy. Szok! No po prostu szok! Wydarł się pułkownik i zatoczywszy się za biurkiem, całym ciężarem ciała wpadł plecami na ścianę. Wytarł spocone czoło w rękawy od munduru. Szok. Szok! Prawdziwy szok. Zaledwie po kilku sekundach już wlewał w siebie z kolejnej butelki alkohol, który spływając mu po czerwonych policzkach i brodzie, pomoczył kołnierzyk koszuli. A może to był jakiś wampir, kurwa, jakiś pojebany wilkołak?
Bełkotał. Po tych słowach, odbiwszy się od ściany, chciał usiąść, jednak mimo tego, że otarł się pośladkami o siedzisko, nie trafił w krzesło i wówczas, rozdziewiając szeroko usta, upadł prosto na dywan. Leżąc tam z uniesionymi, podkurczonymi nogami, mamrotał, że jest to zwykłe nieporozumienie, a nawet skandal z tymi samoistnie przesuwającymi się krzesłami. Po krótkiej chwili podniósł się i nagle wyprostował jak sprężyna. Jeszcze przez moment, mrużąc przekrwione oczy, patrzył intensywnie, jakby chciał w ten sposób zarejestrować wszystko wyraźniej. Jeszcze nie rozumiał albo nie chciał zaakceptować faktu, że jest kompletnie pijany oraz rozedrgany z uniesioną głową i jakby z pieczastym podbródkiem uderzył pięścią w stół. Słuchawki telefonów poruszyły się, a z popielniczki na stół i podłogę wysypały się niedopałki papierosów. Otrzepał mundur i zapragnął usiąść. Przed tym wykonał serię niezrozumiałych gestów i obróciwszy głowę, ponowił próbę. Mocno rękoma chwycił podłokietniki, wydął policzki i chybocząc się, wreszcie znalazł się na krześle.
Potem trochę uspokoiwszy się, wypuścił głośno powietrze, jakby wykonał jakąś skomplikowaną operację. Ależ panie... Nie dokończył Jedyna, gdyż pułkownik wytrwale kontynuował swoje wnioskowanie. Opuścił okulary na nos i mówił dalej, niemalże nieprzytomnie bełkocząc. Wiem, sprawa jest bardziej zagmatwana, niż myślimy. Wstał ponownie, wywracając krzesło i chwiejąc się, barkiem wpadł w szafę. To może być mysz, która udaje tygrysa. Dwoma rękoma owiesił się na wgniecionych drzwiach od szafy i po kilku szarpnięciach wreszcie wyrwał je, a potem unosząc nad głowę, rzucił w kąt pokoju. Tak, tak to musi być, no nie? Jestem tego niemal pewny na dziewięćdziesiąt dziewięć procent.
Szok! Zapiszczał i potknąwszy się o własne nogi, osunął się twarzą na biurko. Szok! Prawie zaśpiewał i szamocząc się z własnym ciężarem głowy, próbował ją podnieść. Kurwa, kirwaksy, kirwi. To jest jakieś pojebane. Dajcie mi gorzały. Jego twarz, jakby pozbawiona mięśni, opadła prosto w popielniczkę. Nastąpiła cisza. Po chwili jednak usłyszeli nasilający się z sekundy na sekundę świszczący oddech Jelenia, który przysnął z twarzą i brzuchem na blacie.
Nogi natomiast zwisały mu wzdłuż biurka, nie dotykając podłogi. Jan i Jacek spojrzeli na siebie w taki sposób, jakby nawiązała się między nimi nić porozumienia, po czym wstali równocześnie. I wtedy Jedyna, przyglądając się twarzy Jelenia, stwierdził: No, pułkownik wyraźnie chce zapalić. Co to miało być, kapitanie? Zapytał Żenad, ignorując dowcipną uwagę Jana. Nie był już przejęty, ale wręcz rozbawiony. I niech kurwa kirwaksy naprawią te jebane drzwi od szafy. Jeszcze mamrotał jakby przez sen podpułkownik Wiktor Jeleń, komendant wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej.
[01:28:57] - Halo?
[01:28:58] - Halo, Marku, czy się słyszymy? Halo, halo.
[01:29:02] - No słyszymy się. Niestety coś się stało z internetem i nie jestem w stanie przywrócić połączenia internetowego. Czyli co? Będziemy kontynuować przez telefon w takim razie.
[01:29:15] - No chyba nie mamy innej opcji, skoro takie rzeczy się zadziały. Ale to pokazuje, proszę państwa, że Radio Paranormalium już nie takie rzeczy przechodziło i jesteśmy gotowi dosłownie na wszystko.
[01:29:28] - To prawda. Od mniej więcej pięciu minut próbuję. Teoretycznie internet mam, ale jak się próbuję połączyć, to niestety nie.
[01:29:41] - Właśnie zauważyłem, że tutaj dosyć dużo na Google Meet narosło klonów Marka Żelkowskiego i nie wiadomo już, który to ten właściwy. I wszystkie milczą, także chyba rzeczywiście będziemy musieli troszkę tą audycję przez telefon pociągnąć.
[01:29:57] - Dobrze. W takim razie wchodząc płynnie w ten nurt telefoniczny. Ja mam pytanie do naszego gościa, takie na rozgrzewkę po tej pewnej zapaści komunikacyjnej. Czy ten człowiek, którego nazwisko gdzieś nawiązuje do żenady, to jest świadomy zabieg?
[01:30:28] - Tak, to jest świadomy zabieg. Jacek Żenad, czyli krótko rzecz ujmując żenujący milicjant. Oczywiście ta postać troszeczkę się rozwija, dostaje ogłady, prawda? I też zmienia swoje myślenie. W gruncie rzeczy można powiedzieć, że staje się kolegą. Może nie przyjacielem, ale kolegą kapitana Jedyny. To też jest taka postać zupełnie drugo-, trzecioplanowa, która w toku pisania jakby się rozwijała. I troszeczkę też nie chciałem zrobić z tego kompletnego, że tak powiem, kretyna z tego milicjanta, więc troszeczkę tą postać rozwinąłem. Tam jest wątek oczywiście też bardzo odległy, ledwo zauważalny, ale też jest wątek jakiegoś romansu. On też poznaje kobietę.
Oczywiście jest to wątek w tle się rozwijający. Znaczy tej konkretnej fabuły. W tle rozwija się ten wątek Jacka Żenady. On jest tam zaledwie ujęty w kilku zdaniach, ale jednak jest i zabieg tego nazwiska Żenada jest świadomy.
[01:31:41] - Ja tylko jeszcze nawiążę do tego fragmentu, którego końca nie słuchałem, że przecież jeśli państwo z tego fragmentu odnieśli takie złudzenie albo wrażenie, że pułkownik to jest jakiś tępy kretyn, który nie wie, co robi i że się pyta o to tępe narzędzie na przykład. To jesteście państwo, jak to płynnie ujmowała jedna z bohaterek literackich telewizji, nie wymienię nazwy telewizji, jesteście państwo w mylnym błędzie.
[01:32:28] - Wiemy, jaka telewizja.
[01:32:30] - Tak. Niestety pan pułkownik nie jest kompletnym kretynem. Natomiast robi wszystko i to może państwa zainteresować, robi wszystko, żeby za takiego kretyna, a w dodatku alkoholika wszyscy go uważali. Zastanówcie się państwo. Lata 80., druga połowa. Dlaczego on to robi? Jeśli nie znajdujecie państwo jakiegoś takiego płynnego przejścia, to zachęcam do lektury. Ja natomiast mam takie pytanie dotyczące znowu pewnych spraw warsztatowych. Otóż PRL to było miejsce, to był czas, który z naszymi czasami ma niewiele wspólnego. Albo trzeba te czasy dobrze pamiętać, albo te czasy trzeba dobrze odtworzyć.
Trzeba zrobić dobry research. Ty wspomniałeś, że miałeś lat 15, kiedy PRL się kończył. Której z tych metod używałeś i jak to zrobiłeś, że ten PRL, który w książce się pojawia, jest dosyć wiarygodny? Co prawda ja w kilku miejscach miałem różne wątpliwości, ale później się łapałem na tym, że ja co prawda może mam wątpliwości, ale dotyczą mojej pamięci i być może tak mogło być. Tylko ja po prostu mam inną ścieżkę, inaczej coś pamiętam albo nie byłem w tych okolicznościach i po prostu coś pamiętam inaczej. Nawiązując do początku, jak ty ten PRL odtwarzałeś?
[01:34:26] - Oczywiście z własnej autopsji, ale też mam tu troszeczkę gazet Głos Wielkopolski na przykład z tamtych lat 80. Tak się złożyło akurat, że zdobyłem zupełnym przypadkiem i to też spowodowało, że miałem ochotę napisać tę powieść. Mam mnóstwo gazet. Też pisząc książkę wspomniałem już tutaj, że bywam w bibliotece w Poznaniu, gdzie dzisiaj jest to udostępnione za darmo. Przegląd prasy z PRL-u, czyli Głos Wielkopolski, później jest Gazeta Poznańska i tam można z tego czerpać informacje też ze zdjęć, jak to naprawdę wyglądało, ten PRL. Ale dużo rzeczy pamiętam też właśnie z własnego doświadczenia. Natomiast oczywiście nigdy nie wszedłem w struktury milicji, nie miałem takiej możliwości, nawet nie miałem znajomego milicjanta, ponieważ mój tata był w Solidarności wówczas i raczej milicja była niemile widziana. Nawet jak kolega był milicjantem, to raczej nie pojawiał się u nas w domu. Takie były realia. Milicji wówczas się bano.
To nie tak jak dzisiaj, że możemy podejść. Chociaż trudno powiedzieć, czy dzisiaj. Może kiedyś tak, kilkanaście lat temu można było podejść, zapytać się o ulicę. Bo to oni służyli, byli na służbie. Natomiast wtedy to pojęcie tylko figurowało teoretycznie. Oni byli na służbie, ale wiadomo jakiej. I to tak w ten sposób. Najbardziej pomagało mi jednak tutaj czytanie tych gazet. Oczywiście też tych kryminałów z tej epoki. Zborowski to jakby takie smaczki.
Restauracje jak wyglądały wówczas, czy tamte saturatory różnego rodzaju na pływalniach. Dzisiaj mamy takie rowery stojące, sprzedające kawę. Wtedy to były saturatory, to takie smaczki PRL-u. Ale też zrobiłem research w internecie, co było najbardziej popularne w tamtych latach 80. Jakie samochody. Człowiek niby pamięta samochody w Polsce wówczas nie jeździły tak jak dzisiaj kilka lat, tylko lat kilkanaście. Ten samochód był całkowicie wyeksploatowany i to mi też pomogło. Właśnie taki research internetowy. Oczywiście mundur milicjanta mam do dzisiaj w domu, bo zakupiłem sobie na Allegro, jak kręciliśmy film. Takie szczegóły właśnie wpływały na to, że mogłem wejść w tą przestrzeń epoki minionej.
W sumie słusznie minionej, ale jednak jeżeli chodzi o literaturę, to niekoniecznie. I tak właśnie to działa. Pisząc historię kryminalną, intryga oczywiście istnieje, ale są też wątki poboczne. I te wątki poboczne staram się tworzyć właśnie w kontekście typowego, głębokiego PRL-u, żeby pewnych rzeczy nie przekłamywać. Bo w tych książkach, kryminałach milicyjnych nie ma opisanych kolejek, że walczono wówczas o cukier czy o kawę, że kawy nie było. Chociaż nie, były takie kryminały. To był pisarz ze Szczecina, Czerniawski. Przypomniałem sobie, Czerniawski. On takie szczegóły, takie smaczki, może cenzura to pominęła, a on to wymieniał, jakie były trudne czasy w Szczecinie w latach 70., bo to były kryminały z lat 70. I w ten sposób buduję.
Czyli intryga, a wątki poboczne muszą się zgadzać z epoką, z wydarzeniami, które wówczas się działy.
[01:38:36] - Okej, ale ja jeszcze mam takie pytanie dotyczące znowu dekoracji troszeczkę. Kiedy się podąża z tobą przez ulice Wielkopolski, Poznania, ale też miasteczek, to jest bardzo wiarygodne. Kiedy czytałem obie książki, to miałem takie wrażenie, że rzeczywiście wehikuł czasu zadziałał, że przeniosłem się do tego PRL-u, bo on, szukam dobrego słowa, jest tak inny od tego, co mamy dzisiaj, że pewne rzeczy mogą się wydać osobom na przykład urodzonym 20 albo nawet 30 lat temu zupełnie egzotyczne. I to takie zupełnie codzienne rzeczy. Jak ty sobie z tym radziłeś? Nie miałeś takiej pokusy na przykład, żeby dopowiadać? To jest bardzo częsty zabieg, niekoniecznie dobry wśród pisarzy, żeby pewne rzeczy na siłę koniecznie tłumaczyć. „To było tak, dlatego, że...” i tak dalej. U ciebie tego nie ma. Raczej jest taka praca kamery, odnotowywanie tego, że coś było.
Jeśli nawet was to dziwi, to po prostu przyjmijcie. To jest taka metoda, która moim zdaniem się sprawdza. Prosiłbym cię o komentarz, bo to nie jest takie oczywiste wcale.
[01:40:35] - Dobrze. To jest tak, że miałem okazję mieszkać w Łodzi. Łódź długo się zmieniała. To był 2003 chyba czy 2004 rok i Łódź całą przemianę w dzisiaj piękne miasto, miasto kultury i sztuki, tak jak Wrocław. Ale jednak rozwój tego miasta trwał. Miałem okazję obejrzeć sobie to. Poznań dużo szybciej przeszedł przemianę. Łódź pozostała troszeczkę w tyle. Dzisiaj jest sytuacja zupełnie inna. I tymi uliczkami chodziłem.
Nie chcę nazywać siebie absolutnie fotografem czy jakimś kamerzystą, natomiast miałem w ręku kamerę i opisując jakieś miejsca, oczywiście na tych miejscach bywałem. Jeżeli u mnie akcja się dzieje nad jeziorem w Kiekrzu i tam jest kościół i ośrodek, to w gruncie rzeczy taka jest rzeczywistość. Ten ośrodek istnieje. Co prawda został zbudowany nieco później, ale jest coś takiego i ja po prostu odwiedzam te miejsca. Jakieś miejsce mi się spodoba, opisuję. Troszeczkę miałem zarzut przy tej książce, że ona jest za gęsto napisana. Że ja nie daję możliwości czytelnikowi samemu coś dopowiedzieć, bo wszystko jest w tej książce dopowiedziane. Ubiór bohatera, jak on wygląda, jak wygląda ulica. I to były troszeczkę zarzuty, że za gęsto jest napisana. Ale to jest moja książka i piszę zgodnie ze swoim założeniem.
Ja tworzę ten świat i chcę, żeby osoba czytająca weszła w ten świat, tak jak tobie się to udało zrobić, a nie sobie dopowiadała. Oczywiście drugą książkę pisałem nieco lżej, czyli tego natłoku gęstego pisania jest nieco mniej. W trzeciej, o której może powiemy, jest troszeczkę inaczej. Nie chciałem znowu budować tej książki, bo ktoś mi zarzucił, że jakby te opisy się wyrzuciło, to być może z 300 stron, które są w książce, zostało 220. Ale to było moje założenie. Ja chciałem zbudować to, że występuje na początku kruk nad tym jeziorem. Jest on wymieniony na stronie pierwszej trzy razy. To jest moja koncepcja. Założenie, że tak miało być, żeby ten kruk wbił się w pamięć, że ja go raz wymienię, to niekoniecznie wejdzie. To takie troszeczkę, można powiedzieć, nawiązanie do Edgara Allan Poe, ale w pewnym sensie oczywiście, tylko żeby taką wywołać grozę.
I to jezioro, ten ośrodek PRL-owski. Też tam są rysunki takie dosyć sugestywne, Marku. Miałem takiego rysownika i te rysunki oczywiście też robiłem, zdjęcia miejsc i wysyłałem. Natomiast postacie oczywiście dorysowywał Ten rysownik, Krzysztof Kałucki z Warszawy, bo z nim współpracuję, te rysunki robi. Natomiast miejsca, które są pokazane, te ośrodki są prawdziwe. I w ten sposób pracuję. Też rozmawiam czasami z moim tatą na ten temat, jak te czasy były. Oczywiście ja pamiętam, ale z perspektywy dziecka to raczej bardziej zabawy. Stan wojenny jak był, to ja się cieszyłem, że nie idę do szkoły. Nie rozumiałem tego dramatu, który się wówczas rozgrywał.
Więc troszeczkę inne. Zadałeś mi pytanie, dlaczego wchodzę w tę epokę. Bo jednak dzieciństwo jest czymś fajnym, prawda? Odtwarzając ten świat, znowu staję się tym małym dzieckiem, które uczestniczyło w życiu PRL-u. W pewnym sensie nawet jest to ciekawa rzecz, że mieliśmy możliwość troszeczkę poznać PRL i teraz tej współczesnej epoki. Kolejna rzecz: współczesnego kryminału jakoś nie chciało mi się napisać. Nie wiem dlaczego. Te telefony komórkowe, ta komunikacja zaburza śledztwo. Dzisiaj rozwiązanie zbrodni polega na tym, że troszeczkę przerysowuję sytuację, ale że jest nagrany morderca na kamerze albo jest zdjęcie zrobione. To zupełnie inne niż wtedy.
Tam jednak inne metody śledcze były. Jeżeli też mogę powiedzieć o metodach śledczych, to też zakupiłem sobie taki podręcznik. Sprawa o zabójstwo czy badania laboratoryjne zabójstwa, coś takiego. Radzieckiego pisarza. To jest podręcznik z lat 60. „Oględziny w sprawie o zabójstwo”. Dokładnie to się tak nazywa. I tam jest po kolei napisane, w jaki sposób przeprowadzano oględziny, jak się pobiera odciski palców. Przygotowywałem się do tego. Oczywiście to nie jest tak, że rzuciłem się na książkę i zacząłem pisać książkę.
Być może w tej książce nie widać tego tak mocno, że są przeprowadzone jakieś badania, ale wielokrotnie sprawdzałem, czy jest to napisane odpowiednio. W drugiej może troszeczkę więcej jest tego. W trzeciej jest, przepraszam, w trzeciej jest troszeczkę więcej tego opisane. Czyli to był Mirnow. Imienia nie pamiętam. Mirnow. Kupiłem na Allegro za 50 złotych, bo to jest taki rzadki egzemplarz z lat 60. To był w ogóle podręcznik dla milicjantów. Oczywiście tych milicjantów śledczych.
[01:45:57] - Ja mam takie pytanie. Zastanawiam się, jak to ująć, ale ujmę to najprościej, nie owijając w bawełnę. Jak to się dzieje, że te kryminały z czasów PRL-u i twoje kryminały objętościowo są umiarkowane. To już częściowo było powiedziane troszeczkę w naszej audycji, ale proponuję to rozwinąć. Natomiast te kryminały, które w tej chwili są lansowane, zarówno te skandynawskie, ale i polskie, są jednak rozdmuchane. I teraz pytanie, czy to jest taka próba zrobienia z tego literatury za wszelką cenę? Literatury, tu może weźmy cudzysłów albo nie, bo teraz w kontekście tego, co powiedziała Tokarczuk, to aż strach mówić pewne rzeczy. W każdym razie literatura. Czy to jest kwestia tego, że coś rozdmuchujemy na siłę, staramy się psychologizować, staramy się pewne wątki za wszelką cenę podkręcić? To mówię o współczesnej literaturze, czy to skandynawskiej, czy polskiej.
Czy też ta metoda właśnie z PRL-u, którą chyba wydajesz się stosować, że to jest jednak literatura rozrywkowa i niekoniecznie musimy poznawać głębię bohatera, żeby bawić się rozgrywką psychologiczną, ale z drugiej strony bawić się po prostu tym, że ktoś kogoś zabił. To troszkę strasznie brzmi, ale w gruncie rzeczy przecież na tym kryminał polega, że rozwiązujemy zagadkę, jak ktoś kogoś pozbawił życia. To jak to jest w ogóle z tym kryminałem retro i z tym kryminałem PRL-owskim i z tym kryminałem współczesnym?
[01:48:12] - Dobrze, że ten wątek jest poruszony, Marku, ponieważ jest to dosyć istotne. Przecież pierwsze kryminały, tutaj też Wiktor Żwikiewicz wspomniał o Sherlocku Holmesie, to były krótkie opowiadania albo jeżeli powieść była wydana, dla mnie kultowa w ogóle „Pies Baskerville'ów”, to miał zaledwie 150 do 200 stron. W takiej książce tak sugestywnie był przedstawiony bohater, że to nam zupełnie wystarczyło. Nie musieliśmy wiedzieć, co on tam je na obiad. Druga rzecz, właśnie w tych kryminałach PRL-u, tak samo w tym kierunku te książki szły, że one były krótkie, rzeczowe. Może nie rachityczne, tylko takie skondensowany był ten kryminał. Oczywiście dowiedzieliśmy się, kim jest ten bohater. I to szło tą drogą. Zresztą Agatha Christie podobnie pisała. John Dickson Carr, król powieści kryminalnej, również w ten sposób działał.
I wielu autorów. Natomiast kryminał skandynawski troszeczkę rządzi się innymi prawami. Bo kryminał skandynawski też na początku, z tego, co pamiętam, była taka spółka autorów, nie potrafię wymienić nazwisk, ale też był krótki, rzeczowy. Dopiero tak, powiedzmy tutaj Zaczął się rozwijać i objętościowo stawał się coraz większy. Mistrzem tego został pisarz norweski Jo Nesbø, który buduje świetne fabuły, bo miałem okazję przeczytać. Natomiast przepraszam, ale tracę zainteresowanie wątkiem kryminalnym, kiedy opisuje przeżycia swojego bohatera. Jest taka próba stworzenia z tej literatury czegoś więcej, nie takiej typowej rozrywkowej literatury, tylko można to nazwać kryminałami obyczajowymi. Czyli jest dużo obyczajów w tych kryminałach i takie powieści powstają. Nie wiem, czy to jest dobry kierunek. Natomiast porównam jeszcze do fantastyki, tych książek fantastyczno-naukowych, które mieliśmy.
Takie Wydawnictwo Poznańskie, które wydawało. I tutaj ta fantastyka naukowa oczywiście też jest wykreowany bohater i te książki nieraz są znacznej objętości, ale jednak tam jest to, co powiedziałem, piękny język. Te zdania są pięknie budowane i to jest fascynujące w tym też troszeczkę. Może to się trudno czyta, że są takie zdania rozbudowane na pół strony, ale to jest język polski. Natomiast w kryminałach, gdzie budujemy fabułę, ona ma 500 stron, budujemy to krótkimi zdaniami. Nie chcę powiedzieć, że to jest złe. Absolutnie. Są ludzie, którzy uwielbiają te kryminały. Nie będę tu autorów wymieniał, bo chyba nie ma takiej potrzeby, ale wiemy. Wejdziemy do Empiku, widzimy, że objętościowo te kryminały wzrastają, nie pomniejszają się, tylko wzrastają.
Wręcz jak wejdziemy do jakiejkolwiek księgarni, zobaczymy krótki kryminał, to ja jestem zaskoczony. Kto to napisał takie krótkie dzieło? Oczywiście mam zamiar zaraz to kupić. Natomiast te dłuższe kryminały niekoniecznie, aczkolwiek myślę, że one mają dużo odbiorców. Są ludzie, którzy to czytają i się fascynują tymi historiami. Są fankluby tych potężnych kryminałów. Trzeba powiedzieć, że Tokarczuk napisała świetną powieść kryminalną, którą zekranizowała pani Holland. Oczywiście to jest właśnie coś więcej niż powieść. To jest literatura piękna, kryminalna. I podobnie uczyniła druga pani, Joanna Bator, „Ciemno, prawie noc”.
Obie książki czytałem, są rewelacyjne i ten wątek kryminalny jest bardzo rozbudowany. Są rozbudowane postacie i to jest, można powiedzieć, coś więcej niż kryminał. To jest literatura piękna. Natomiast pozostałe nie odniosę się, bo nie czytam takich typowych. Jeżeli coś leży w Empiku na brzegu, to raczej nie sięgam po taką książkę. Myślę, że to by było wystarczające, aczkolwiek zobaczymy.
[01:52:29] - Tak. Powiem tak, że mam takie nieodparte wrażenie, zresztą potwierdzone przez literaturoznawców, z którymi rozmawiam, że tak zwany skandynawski kryminał coraz częściej staje się rzeczywiście powieścią obyczajową. W tle natomiast rozgrywa się jakaś akcja kryminalna, ale właściwie bardzo w tle. Nawet wspomnijmy komisarza Wallandera. Właściwie czym tam się zajmujemy? Tak naprawdę problemami, które ma komisarz. A to pije, a to ma problemy z żoną, a to problemy z córką i tak dalej. Ale tu jest paradoksalnie pewna zbieżność z tym, co się działo w czasach PRL-u. Otóż ci milicjanci, którzy wówczas występowali, przynajmniej w niektórych kryminałach, to byli też ludzie, których starano się jakoś uczłowieczyć. W związku z tym oni albo mieli jakiś problem z żoną, albo z córką, albo z synem, albo w ogóle jakiś problem mieli.
I to w jakiś sposób miało ich uczłowieczać, że już są nie tylko funkcjonariuszami, ale również są ludźmi, mają jakieś problemy, mają takie same, jakie mają wszyscy. Powiem tak, znowu całkiem fajnie wyszło w twoich powieściach, że właściwie do tego nawiązujesz. Twoi bohaterowie też, poza tym, że rozwiązują sprawę kryminalną i tym się właściwie powinni niby zająć, ale jednocześnie coś tam przeżywają, jakieś życie wewnętrzne mają. Z tym że, co uważam za zaletę, ty tych wątków nie rozbudowujesz ponad miarę. One są, bo w każdym z nas są. Natomiast one są podawane w stopniu umiarkowanym. Czy ja mam dobrą obserwację, czy gdzieś błądzę? Czy może akurat uznasz, że to ci się nie udało na przykład? Może tak.
[01:55:11] - Zgadzam się. Może pierwsza powieść moja jest troszeczkę, bo tu robię może pewien zarzut, że są zbyt grube. Dużo jest treści w tej książce. Bohaterowie są rozbudowani, ale mi się wydaje, że jednak umiarkowanie. To jest zbudowane w sposób taki, żeby przedstawić tego bohatera jakoś rzeczowo, że kim jest. I to w gruncie rzeczy nam wystarczy. Też jakieś tam małe relacje pomiędzy rodzicami są też przedstawione, ale to jest skondensowana forma i w ten sposób jest to budowane. Natomiast Wątki poboczne, komiczne sytuacje to jest też dodatek do tych kryminałów i myślę, że troszeczkę to wyróżnia. Aczkolwiek wiemy, że była pani Chmielewska, był Boszkowicz, mogłem pomylić nazwisko, który humorystycznie przedstawiał tych kryminalnych. U mnie jest raczej humor bardziej absurdalny i to jest istotny wątek w moich książkach.
Ten humor absurdalny i też fabuła jest na granicy absurdu, czyli powstaje z paradoksu, że niemożliwe w gruncie rzeczy na końcu staje się rzeczą możliwą. Mówisz o zarzucie do tych kryminałów, w których jest tak potężnie fabuła rozbudowana. Być może jest to zarzut, ale jednak może to też być zaletą tych kryminałów. „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator to powieść gęsta fabularnie, dosyć długa, ale czyta się świetnie. Tak samo kryminały skandynawskie. Camilla Läckberg to jest pisarka, która pisze dosyć długie kryminały, serię kryminałów, ale to też jest tam zawarta świetna fabuła. Tyle bym chciał powiedzieć na ten temat.
[01:57:22] - Proponuję, żebyśmy sobie zrobili chwilę przerwy, my od gadania naszego. Natomiast słuchaczom proponuję, żebyśmy posłuchali kolejnego fragmentu jednej z twoich powieści.
[01:57:36] - „Człowiek jatka” fragment drugi. Pułkownik Wiktor Jeleń zdezorientowany wszedł, a raczej wdrapał się po drewnianych, skrzypiących schodach na piętro, na którym znajdowała się sala restauracyjna. W nocy dobrze spał, jednak ciągle czuł się wczorajszy, bo alkohol skonsumowany w nadmiernych ilościach wywołał ból głowy, który pułkownik próbował zniwelować, zażywając dwie polopiryny S. Tabletki trochę pomogły, dodały mu energii i ból owszem, zamarł. Ogólne samopoczucie jednak nie uległo diametralnej zmianie. Cały czas doskwierała mu postawa na tak zwanego spłoszonego ptaka, jak zwykł nazywać stan kaca jego wieloletni przyjaciel, major Kotecki. Pomacał kieszenie i kategorycznie stwierdził, że dzisiaj już nie zapali żadnego papierosa. Miał dość posmaku tytoniu w ustach. Odsunął rękaw munduru i spojrzał na ręczny zegarek Poljot. Jeszcze około 20 minut pozostało do spotkania.
Ucieszył się. Był zadowolony ze swojego zwyczaju przychodzenia przed umówioną godziną spotkania. Szanował czas innych i wymagał również, by szanowano jego czas. Pojawiał się wcześniej nie dlatego, by bezmyślnie czekać, lecz zlustrować miejsce i przyzwyczaić się do zastanej sytuacji. W jego zawodzie to było niezwykle ważne. Nie mogło być mowy o żadnym błędzie. Postanowił, że na początku napije się herbaty. Wkroczył do mnie na salę i usiadł przy stoliku stojącym w rogu, nieopodal wejścia. Leżący tam talerzyk z monetami trochę go zaskoczył, ale postanowił nie zawracać sobie głowy drobiazgami. Względna izolacja w jego stanie była wskazana i postanowił nie przesiadać się.
Czekał aż któryś z kelnerów, ale nie kelnereK, bo w obecności ładnych kobiet w stanie tak zwanego spłoszonego ptaka zachowywał się irracjonalnie, raczy go obsłużyć. Jednak już po kilku sekundach zamiast kelnera pojawiła się najmniej oczekiwana osoba, czyli starsza, otyła kobieta o platynowych blond włosach i czymś wyraźnie zbulwersowana. Zmierzyła jego sylwetkę niechętnym wzrokiem, co pułkownika zaskoczyło, ale też w równym stopniu speszyło. Miał jednak na sobie mundur, więc musiał godnie reprezentować władzę ludową. Wyprostował się i przygładziwszy klapy munduru, spojrzał kobiecie w niezadowolone oczy. Po sali przebiegł szmer. „Przepraszam, a pan w jakiej sprawie?” zapytała, opierając dłonie na brutalnie tłustych biodrach okrytych białym fartuchem. Pułkownik przewrócił oczami niezadowolony. „Przepraszam, ale pani chyba nie jest z obsługi”. „Słuszna uwaga” zadrwiła kobieta i spojrzała na stojącego za barem kelnera, jakby od niego oczekiwała pomocy.
Pułkownik siedział niezrażony, a nawet odzyskał już swój władczy ton i zarządził: „Proszę wezwać kelnera”. Kobieta mlasnęła nieprzyjemnie, jej oczy rozbłysły przepełnione irytacją. „A po co?” „Bo chcę zamówić herbatę, do cholery!” nie wytrzymał. Taksujący wzrok kobiety doprowadzał go do szału. „Ale przecież to jest mój stolik”. Kobieta patrzyła na Wiktora jak na intruza. Pułkownik zdenerwował się jeszcze bardziej. „A co ten stolik to pani własność, czy jak?” Dopiero teraz dostrzegł, że kobieta ma na sobie fartuch. „Pan pomylił stolik. Ja tu pracuję” niemal krzyknęła.
Pułkownik zacisnął zęby i ostatnim tchnieniem kultury wstał, a następnie wymownie prychnął. Postanowił, że z racji funkcji, którą pełni w społeczeństwie, ustąpi tej zdziwaczalej babie o wyglądzie przekupki na targu. Skonfundowany udał się do baru. „Czy ten stolik to własność tej pani?” – zapytał głośno, tak, aby wszyscy mogli go usłyszeć. Chudy i łysy kelner zwrócił głowę w stronę problematycznego stolika. „Nie, to nie jest tej pani własność, ale ona jest tutaj babcią klozetową, a tam jest wejście do toalety”. Pułkownik nie powiedział nic, tylko zamruczał coś pod nosem i opuściwszy głowę poczuł napływające ciepło, które pokryło jego uszy czerwienią. Dopiero teraz skojarzył fakty. Talerzyk z pieniędzmi, ubiór kobiety i umiejscowienie stolika. Swoją niedyspozycją umysłową ośmieszył milicję, która chciała wypić herbatkę koło kibla, siedząc na miejscu babci klozetowej.
Kac jednak ciągle go męczył, przez co zmącił jego logiczne myślenie, zamykając w bańce banałów i udziwnionych sytuacji, które sam prowokował. Wstyd to mało powiedziane. To było po prostu żałosne. Od tego czasu stał nieruchomo, obmyślając plan załagodzenia blamażu. Jednak nic konkretnego nie przychodziło mu do głowy. Pułkownik był wyraźnie wczorajszy i nie do końca mógł sprostać rzeczywistości. W domu wyperfumował się mocno, uczesał umyte wcześniej włosy i skrupulatnie ogolił, ale mimo to czuł dyskomfort spotkania na kacu. Niepotrzebnie przed wyjściem wypił wodę po ogórkach. Po kilkunastu minutach dalej siedział w restauracji Magnolia, jednak tym razem w obecności profesora Marcina Krysty i swojego zastępcy, podpułkownika Piotra Czai. Spotkali się tutaj, gdyż profesor, człowiek o wielkiej kulturze i dbałości o obywateli, pragnął wdrożyć sztukę w szeregi milicji.
Na okrągłym stole stała butelka wódki, trzy napełnione nią literatki, ogórki kiszone przecięte na pół i śledzie pokryte pokrojoną cebulą. Jeleń opuścił nerwowo okulary, poprawił kołnierzyk niebieskiej koszuli i poluzował krawat. Mundur w takich sytuacjach go krępował. „No to zdrowie, profesorze, za nasze spotkanie” – rzekł, co jednak zabrzmiało bardzo oficjalnie. „A dziękuję bardzo” – powiedział profesor. Miał na sobie dobrej jakości garnitur i na tle mundurów obu milicjantów wyróżniał się. „Myślę, że koncepcja, którą wam przedstawiłem, jest słuszna. Zapraszamy do naszego teatru”. Jeleń otarł zroszone potem czoło. Naprawdę nie czuł się jeszcze najlepiej po wczorajszej libacji.
„No pewnie. Bardzo nam miło, że pan nam to proponuje. A jaka będzie pierwsza sztuka?” – zapytał i odkładając opróżnioną literatkę, zadowalająco kaszlnął. Ale zaledwie po sekundzie czuł, że coś mu zabolgotało w żołądku. Stawało się niepokojące i podążało dalej. „Proponuję kartotekę. Aktualnie ta sztuka jest wystawiana w naszym teatrze”. Na moment zapanowało milczenie. Pułkownik wygładził obrus i uśmiechnął się szeroko. „Kartoteka?” – zastanowił się.
„No tak, my przecież siedzimy w kartotekach”. Roześmiał się szyderczo, co zabrzmiało zresztą żenująco i dodał: „Kartoteka. Trochę dziwny tytuł, jakby nawiązujący do teczek obywateli, które są gromadzone w archiwach. Przepraszam, a kto spłodził ową sztukę? Bo jakoś mi uleciało z głowy. Wie pan, czas robi swoje” – ponownie wydając z siebie charchot, który w pierwotnym zamiarze miał być śmiechem. Czaja dyskretnie spojrzał na profesora i speszony palcami wytarł usta. „To trudna sztuka Tadeusza Różewicza” – odezwał się, kierując słowa bezpośrednio do profesora. – „Ale myślę, że przełomowa. Chociaż kolejne dramaty, takie jak Grupa Laokona czy Starakobieta wysiaduje to obraz współczesnego, zakomanego społeczeństwa, które pogrążone w samozadowoleniu zatraca moralność.
Moim zdaniem przedstawia szablonowe myślenie ludzi, którzy uważają, że z wiekiem zmądrzeli, a w gruncie rzeczy nie wyzbyli się schematu, który dalej ich ogranicza i wywołuje strach przed innowacjami. Przemądrzali nie potrafią pojąć podstawowych krzywd, które człowiek czyni, rozwijając cywilizację, ulepszając swój byt, gdyż w swoim zadowoleniu pogodzili się z losem i wręcz z zaciętrzewieniem bronią tego stanu rzeczy. Ci wielcy mądrzy wyśmiewają bunt ludzi młodych, kiwają głowami, jęczą z pełnymi jedzenia buziami, na które zarzucili maskę samozadowolenia. Uwięzieni w regulaminach i schematach wyhamowują postęp, trując społeczeństwo jadem”. „Dokładnie, panie...?” – zawahał się profesor, który był pod wrażeniem monologu Czai. Piotr wyprostował się na krześle. „Czaja. Piotr Czaja”. Profesor pokiwał głową z uznaniem. Wziął do ręki kieliszek i upił niewielką ilość.
„Czy zna pan poezję Różewicza?” Zastępca pułkownika rozpromienił się. Położył dłonie na stole i rzekł: „Ależ oczywiście. Wiersz Ocalony stąd mój niepokój deklamowałem już w liceum”. Tymczasem pułkownik czuł się wykluczony z dyskusji, przez co stał się niepewny. Wiedział, że musi przejąć inicjatywę, pokazać elegancję, a przede wszystkim przywrócić nadszarpnięty respekt. Ten młody milicjant za dużo sobie pozwalał. Ostatecznie przecież to on tutaj rządzi. „Morda Czaja” Powiedział głośno, przybliżając usta do ucha Czai, który poczuł kropelki jego śliny na policzku. Teatr jest ważną dziedziną życia każdego z nas -- wydukał farmazon. Profesor był zaskoczony zachowaniem Jelenia, ale nie na tyle, by unikać odpowiedzi.
Oczywiście profesor nawet na niego nie spojrzał, tylko zwrócił się do Czai. Kartoteka i główny bohater to jakby człowiek także z dzisiejszych czasów. Nie sądzi pan, panie Piotrze? Ten ożywił się wyraźnie. Przechylił się w stronę profesora, ukazując pułkownikowi swoje plecy. Myślę, że tak. Wiek bohatera w gruncie rzeczy nie jest precyzyjnie określony i to czyni tę sztukę doskonałą. Wypowiedział ostatnie słowa z estymą. Oczy pułkownika przy słabym świetle kawiarnianych lamp były żółte oraz mokre. Wyglądały jak dwie nadgryzione mirabelki.
Otworzył usta i wówczas przypominał osłupionego człowieka, który właśnie dowiedział się, że nie jest hetmanem, ale zwykłym pionkiem na szachownicy. I to na dodatek zbitym pionkiem. Ścisnął pod stołem rozedrganymi palcami kolano swojego zastępcy i rzekł mu do ucha: morda. Po tym słowie wypił jednym łykiem wódkę z literatki i następnie ocierając wytwornie usta chusteczką, zwrócił się do profesora. Sztuka tego Różańskiego jest bardzo interesująca. Nie wiedziałem, że on po służbie pisał. A może... Błysnął sztywnym uśmiechem. Alkohol zaczął działać z podwójną mocą. Teatr to nośnia naszego bytu.
Prawie bełkotał. Przybliżył twarz do profesora, wyraźnie naruszając jego przestrzeń osobistą. Tylko dyletanci i bumelanci nie dostrzegają jego wartości. To wrogowie kur... naszego kraju, profesorku. Szkodnicy na usługach alkoholu. Klepnął przyjaźnie profesora w plecy, a Czaja kopnął pod stołem w kostkę, chociaż miał ochotę zgnieść mu jądra, uchwycić je w dłoń i zmiażdżyć jak kurze jajka. Zrobi to kiedyś, po prostu nie wytrzyma i myśl wprowadzi w czyn. Profesor zgarbił się i próbował uśmiechnąć. Nie wiedział, co ma powiedzieć.
Patrzył na Piotra skonfundowany. Zdjął okulary i począł czyścić szkła chusteczką. Czaja nie przejął się zachowaniem pułkownika i powiedział: profesorze — tu skłonił lekko głowę — myślę, że naszą rozmowę dokończymy innym razem, w bardziej sprzyjających okolicznościach. Jeleń chwycił łapczywie butelkę wódki. Morda! — krzyknął do Czai. Morda — powtórzył, tym razem jednak do profesora, który otworzył usta, chcąc zaprotestować. Pułkownik wypił wódkę prosto z butelki i odłożywszy na talerz widelec, który dotąd trzymał w lewej dłoni, ponowił swoją już niezbyt wyraźną mowę. Są w społeczeństwie abnegaci o kulturze psa na łańcuchu, który strzela do przechodniów z dupy jak z automatu. Profesor dostrzegł, że cała sytuacja wymyka się pułkownikowi spod kontroli.
Poczuł wewnętrzną ulgę i rozbawienie. Nagle podjął decyzję. Morda — powiedział prosto w twarz Jeleniowi i głośno się roześmiał. Po twarzy pułkownika spłynęło zdumienie, lecz bezzwłocznie też próbował wybuchnąć śmiechem. Niestety krzesło, na którym siedział przechyliło się i aby uratować się przed upadkiem palcami uczepił się końcówki obrusa niczym tonący brzytwy. To w żadnym razie nie pomogło. Pułkownik przewrócił się na podłogę wraz z całą zawartością stołu. Hałas tłuczonego szkła rozniósł się echem po restauracji. Ludzie na sali przerwali swoje czynności i skonsternowani zaistniałą sytuacją patrzyli teraz nieruchomo w ich stronę, jakby zastygając w zdziwieniu. Kiedy Wiktor uniósł głowę, w jego włosach tkwiły jeszcze kawałki śledzia i cebuli.
Twarz natomiast nabrzmiała czerwienią i przypominała napęczniałą buzię klauna, a ociekające wściekłością oczy patrzyły niespokojnie i badawczo. Przy ich stoliku błyskawicznie pojawił się kelner i przejęty zapytał, czy ma w czymś pomóc. Pułkownik na początku nie zwrócił uwagi na jego słowa, ponieważ był zajęty doprowadzeniem się do względnego porządku. Dopiero po otrzepaniu włosów, które jednak ciągle pozostawały w nieładzie, spojrzał na kelnera spode łba i krzyknął: morda! Następnie odwrócił się do ludzi, którzy dalej z otwartymi ustami wpatrywali się w jego postać i co sił wrzasnął: morda! Na tym okrzyku zakończyło się spotkanie w sprawie zakorzenienia kultury w szeregach Milicji Obywatelskiej. Do teatru udali się tylko nieliczni i to po wyraźnym zarządzeniu Piotra Czai.
[02:13:23] - Tak, kolejny fragment już za nami i po tym fragmencie nie sposób nie zadać pewnego pytania. Co czytasz, Igorze? Jaka jest twoja ulubiona lektura? Jakie klimaty lubisz, jeśli chodzi o literaturę?
[02:13:46] - Może tak powiem tylko, zaraz odpowiem na to pytanie, ale tylko powiem, na podstawie czego ta scena powstała. Kiedyś właśnie wpadło mi. Byłem na takim targu i wpadło mi do ręki takie
[02:13:57] - Tygodnik to był chyba „W służbie narodu” i tam właśnie są milicjanci, którzy są zachwyceni sztuką teatralną. Jest opisane, jak tam pięknie odebrali tą sztukę teatralną. No i taką zrobiłem parodię z tego wdrażania kultury. Jaką literaturę czytam? Różną. Oczywiście literaturę kryminalną, ale współczesną bardzo rzadko. Czytałem Krajewskiego, Małeckiego Roberta też przeczytałem. To są takie nazwiska, które gwarantują nam dobrą literaturę kryminalną. Natomiast zachwyciłem się książką, właśnie już ją wymieniłem nawet „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. Teraz czytam „Gorzko” też Joanny Bator.
Jest to pisarka, która w sposób fascynujący opisuje pewne postaci, buduje te postaci. To jest książka, która mnie zachwyciła. Ale też czytam Stephena Kinga. Ostatnio przeczytaną książką to było „Dallas 63”. Rewelacyjna powieść przygodowa. Bardzo długa, ale w ogóle nie nużąca, w którą można się zagłębić, aż żałowałem, że już się skończyła. Z takiej literatury może pięknej to dla mnie jest pisarzem, który zbudował mój światopogląd, to jest Stanisław Lem oczywiście. „Solaris”, „Śledztwo”, „Katar” czy inne powieści. I też taka fascynująca książka „Wywiad-rzeka ze Stanisławem Lemem”. Też tą książkę dostałem kiedyś i wracam do tej książki po prostu.
Te odpowiedzi Lema są tak fascynujące. Tyle potrafi wypowiedzieć, że lubię czytać. Już kilka razy przeczytałem tą książkę. Co jeszcze? Teraz zabrałem się troszeczkę za fantastykę. Czytam Szabaszkiwicza „Stan zagrożenia”. Zakupiłem też Czesława Chruszczewskiego. Nie wiem, czy przeczytam, ale lubię też kolekcjonować książki. To nie jest tak, że ja kupuję książki, od razu je czytam. Te książki muszą troszeczkę poleżeć u mnie w domu, jakby dojrzeć do ich przeczytania.
Mam taką możliwość, że... Proszę? Halo? Mam taką możliwość, że posiadam bibliotekę w domu. Akurat taką dużą biblioteczkę w jednym pokoju i tam gromadzę książki. Czytam również kryminały milicyjne. Do tej literatury zawsze wracam. Kolekcjonuję ją troszeczkę, mam kilkadziesiąt pozycji, aczkolwiek teraz też korzystam z czytnika i na tym czytniku też mam kilkanaście powieści. To też ułatwia troszeczkę zadanie, bo gromadzenie książek jest bardzo interesujące, ale te książki zajmują dużo miejsca i raczej z tych książek nie zrobię mebli, więc trzeba troszeczkę ograniczyć zbieractwo. Dlatego też zakupiłem sobie czytnik i tutaj mam też kilkadziesiąt powieści do przeczytania.
Czytam też powieści detektywistyczne. Widzę, że-
[02:17:27] - Niestety Marka nam znowu wywaliło. Próbujemy się połączyć. Halo, Marku, czy się słyszymy?
[02:17:34] - Jesteśmy tak. Znowu technika płata figle. Ja powiem tak z tego fragmentu ostatniego, który słyszeliśmy, ja widzę, że ty lubisz bawić się jednak tak czasami wprost, a czasami nie wprost. Tutaj ta zabawa pomiędzy Różewiczem a Różańskim. Ja myślę, że to nie jest zabawa dla wszystkich, a jednak wprowadzasz tego rodzaju wątki, czyli to takie różne poziomy w tej książce się pojawiają. Tak, pisanie książki ma być rozrywką, prawda? Pisząc książkę oczywiście ten wątek został rozbudowany podczas pisania. Oczywiście tutaj też dwa nazwiska Różewicz i ten Różański. To jest taka rozrywka bardziej już historyczna, prawda? Bo wiemy, kim był Różewicz i wiemy, kim był Różański, trzeba zajrzeć po prostu w informacje.
Różewicz myślę, że nie ma problemu z tym nazwiskiem, natomiast drugie nazwisko może wywoływać jakiś tam kłopot z namierzeniem tej postaci. Tak, lubię takie coś tworzyć podczas pisania książki właśnie to mi się rozwija, bo zaczynam coś pisać i później oczywiście to rozbudowuję. To jest jakby pewnego rodzaju dla mnie radość z tego pisania, ta przygoda, którą przeżywam, budując ten świat. Myślę, że to jest bardzo ważne podczas pisania, żeby właśnie mieć taki schemat fabuły, prawda? Ale też różne wątki rozbudowywać. Nie można mówić, że książka powstaje w jakimś tam chaosie, prawda? Że zaczynam coś pisać i później zupełnie ta książka się przemienia w coś innego, bo w ten sposób nie piszę. Raczej te założenia, które sobie wymyśliłem, to one istnieją w tej książce, natomiast ona oczywiście podczas pisania się rozbudowuje, powstaje dużo dodatkowych wątków, pobocznych wątków. Też można zauważyć w tych powieściach, że próbuję czasami wpleść swoje własne poglądy w niektóre postacie i oczywiście jakieś tam dzieła literackie. ...
które lubię. Książki, które wywołały u mnie duże wrażenie, też próbuję przemycić do tej powieści. Tam też jest nawiązanie, na przykład czytałem książkę Tokarczuk i jest to nawiązanie, chociaż chyba wcześniej to już nawiązałem, o myśliwych. Tam jest taka obustronnie opisana sytuacja. Nie będę o tym mówił, ale takie moje poglądy też są przemycane do tych książek. Postać pułkownika jest postacią specyficzną i myślę, że mam jakieś poczucie humoru. Zresztą lubię się śmiać w towarzystwie. Takie troszeczkę absurdalne poczucie humoru i tą postać buduję w ten sposób. Aczkolwiek to, co powiedziałeś, ona nie jest do końca taka śmieszna, jak nam się wydaje.
[02:20:41] - Ja państwu wytłumaczę, skąd się wzięły te zakłócenia, ponieważ już po godzinie udało mi się z powrotem wrócić na łono Internetu. Już w tej chwili mówię do państwa nie przez telefon, tylko z pomocą Internetu. Nie wiem, czy tego nie wypowiadam w złą godzinę, bo zaraz się może rozłączyć, ale jednak się udało. Okej, ale to wątek zupełnie poboczny. Wróćmy do twórczości naszego gościa. Ja powiem tak: gdzieś tu się już kilka razy pojawił wątek trylogii trzeciej książki. To jest chyba ten dobry moment, żebyśmy o tej książce tyle, ile możemy, powiedzieli. A właściwie to nie powiedzieli, tylko liczba pojedyncza, czyli żebyś powiedział.
[02:21:35] - Tak, dobrze. Dwie książki „Człowiek Jad” i „Mordercza proteza” i też chciałem napisać taką trylogię kryminalną, żeby dopełnić wszystkich założeń, jakie miałem podczas budowania tych postaci. Powstała trzecia książka, już jest skończona, pod tytułem „Upiór w masce”. Troszeczkę inaczej jest napisana, jest książką może nieco łatwiejszą, bo ten wątek kryminalny idzie jednotorowo, prawda? Te książki moje jednak zawsze miały kilka wątków kryminalnych, które na końcu się zazębiały i to mogło troszeczkę utrudniać czytelnikowi. Aczkolwiek wiadomo, że lubuję się w intrydze kryminalnej i ona też jest skomplikowana w tej książce. Książka już jest u wydawcy. Też oczywiście dzieją się różne zjawiska, jest wiele wątków. Akcja odbywa się tym razem w Kruszwicy, czyli przy Mysiej Wieży. Między innymi oczywiście w Kruszwicy, troszeczkę w Inowrocławiu i częściowo, rzecz jasna, w Poznaniu.
Postacie są dalej rozwinięte. Jest wątek rozwinięty pułkownika Jelenia, jest rozwinięty wątek Mileny Milewskiej i również kapitana Jedynek. Nie chcę opowiadać, co tam się wydarza do końca, ale dochodzi też do brutalnej zbrodni. Może taki paradoks, ale osoba zostaje zamordowana trzykrotnie, co brzmi może dziwnie, ale jest to potem umotywowane.
[02:23:14] - W tym drugim kryminale, w „Morderczej protezie” pojawia się para nastolatków. Ja mam tę przewagę, że w przeciwieństwie do naszych słuchaczy, przynajmniej większości naszych słuchaczy, jestem po lekturze i rozumiem ze względów konstrukcyjnych, dlaczego pojawia się ta para nastolatków. Ale czy cię korciło albo może nie korciło zupełnie, żeby tę parę nastolatków też przedłużyć do nowej książki?
[02:23:50] - Nie, nie zrobiłem tego, ponieważ akcja dzieje się w Kruszwicy, w innym mieście zupełnie. Były takie myśli, ale myślę, że wątek jest zakończony. To są dwie postacie, które... Powiem tak: czytałem kiedyś taką powieść „Pan Samochodzik i Niesamowity Dwór” i tam też występuje na początku, ale tylko na dwóch czy czterech stronach, para nastolatków. Później już oni się nie pojawiają. Natomiast rozwinięcie tych nastolatków u mnie też było tylko na czterech stronach i powiem, że podczas redakcji książki, ta książka była oczywiście redagowana, redaktor zwrócił uwagę, żebym rozbudował ten wątek, bo jest fajny, tych nastolatków. Oczywiście to uczyniłem. Rozbudowałem ten wątek i myślę, że on był zamknięty. Aczkolwiek jak teraz to mówisz, to można było rozwinąć ten wątek, ale jednak w tej ostatniej powieści, ona jest najkrótsza, nie zrobiłem tego, bo chciałem jednak zrobić taki kryminał może nie prostolinijny, ale jednotorowy, prawda? Czyli to jest jedna zbrodnia i ten kryminał idzie jednotorowo do rozwiązania intrygi.
Aczkolwiek to, co powiedziałem, że tam się dzieją też różne rzeczy, bo jest to wszystko w klimacie możliwości wybuchu bomby atomowej. To troszeczkę brzmi dziwnie, ale tak właśnie się dzieje. Ta świadomość ludzi właśnie jest tutaj taka: może nastąpić wybuch jądrowy i to powoduje, że dzieją się różne rzeczy w tej powieści.
[02:25:36] - Nawiązując, padło tu nazwisko Sarneckiego. On w latach 80. napisał książkę, która mówiła o wybuchu wojny. To w ogóle był taki czas, w którym ludzie mniej lub bardziej Mniej lub bardziej świadomie czuli, że ta wojna może wybuchnąć. Kiedy się dzisiaj czyta papiery, bada pewne źródła, to okazuje się, że rzeczywiście było kilka takich momentów w latach 80., kiedy mniej lub bardziej przypadkowo ta wojna mogła wybuchnąć. Gdzie ona była, przynajmniej na początku lat 80., wręcz planowana. Może nie atomowa, ale bardziej konwencjonalna, z nadzieją, że się nie przekształci w atomową i tak dalej. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do odpowiednich źródeł. Myślę, że to wątek ciekawy. Pamiętam z lat 80., że towarzyszyło mi poczucie bardzo często powtarzających się słów, gdzieś na pograniczu podświadomości: „Wojna, wojna, wojna”.
Niby to był kraj pokojowy, PRL, mlekiem i miodem płynący, przynajmniej według propagandy PRL-owskiej, ale gdzieś podświadomie ludzie czuli, że to się może skończyć całkiem nieciekawie. Zresztą, jak później, po latach, byłem w dawnej bazie radzieckiej, w której prawdopodobnie przechowywano broń jądrową, głowice jądrowe, wtedy poczułem, że to mogło być zupełnie inaczej. Zupełnie inaczej mógł się potoczyć los. Kiedy później rozmawiałem z kolegą, który służył w jednostce szczecińskiej, która była wprost przygotowywana do zajęcia Danii, której tłumaczono, że przeżywalność czołgu na ówczesnym polu walki była liczona w bardzo krótkim czasie istnienia takiego czołgu. Nie znam książki, ale jeśli piszesz o tej bombie jądrowej, to był taki czas, te lata 80. Z jednej strony niby ten komunizm się kruszył, chociaż wierzcie mi państwo, że do połowy lat 80. jakoś ludzie niespecjalnie to czuli. Jakby mi ktoś w 85. roku powiedział, że komunizm się rozleci i zawali, to bym w życiu nie uwierzył. A jednak kilka lat później to się stało.
Natomiast ludzie czuli, że gdzieś ta wojna atomowa, broń jądrowa się skrada. Myślę, że bardzo dobrze nawiązałeś do pewnego poczucia. Zresztą nie wiem, jak to zrobiłeś i pewno się tego nie dowiemy, bo to w końcu książka, która ma dopiero się ukazać. Ale to znowu jest temat, który był przynajmniej dla nastolatków albo dla takich nastolatków jak ja wówczas niesłychanie istotny. To było bardzo ważne dla mnie.
[02:29:13] - Marku, ja tylko pozwolę sobie zauważyć, że podobnie zresztą jak pewnie wielu słuchaczy sądzi, z tym rozpadnięciem się komunizmu to nie tak znowu. Te twoje obawy, twoja niewiara była chyba słuszna, tak mi się wydaje.
[02:29:34] - Tak, też to potwierdzam, bo przecież nikt się za bardzo nie spodziewał, że nagle komunizm upadnie. Zresztą nawet po upadku w latach 90. ciągle istniał taki przedmiot: przysposobienie obronne. Na tym przysposobieniu obronnym dalej uczono nas, jak zakładać maski, jak uzyskać odpowiednią pozycję w razie wybuchu bomby jądrowej, czy się przykryć kocem. Coś takiego cały czas było. Nawet w 2000 roku, kiedy zacząłem uczyć w szkole, taki plakat wisiał. To się cały czas przewijał ten wątek i tej wojny atomowej. Oczywiście każdy z tego żartował, to było wypowiadane w formie żartu, ta obawa, ten strach był przykryty poczuciem humoru. Różne kawały przecież krążyły też na ten temat.
[02:30:26] - Ja powiem, że zacząłem chodzić do technikum w 2004 roku i gdzieś tak do końca technikum cały czas ten przedmiot pod tytułem „przysposobienie obronne” i straszenie wojną atomową jakoś tam to istniało.
[02:30:46] - Tak, to taki paradoks, że to z nami zostało. Zresztą à propos końca komunizmu i tak dalej, nie bez przyczyny mówiłem o pułkowniku i myślę, że nie bez przyczyny autor o tym pułkowniku pisał. Ja nie wiem, czy kiedykolwiek Igor będzie pisał kontynuację dziejącą się później, ale pan pułkownik to jest facet, który myślę, że w naszych czasach, a w każdym razie w latach 90. i na początku XXI wieku był bardzo ważną osobą w tej takiej wyimaginowanej literackiej III Rzeczypospolitej. To był facet, który miał wiedzę, miał dokumenty, który wiedział, za jakie sznurki pociągać.
[02:31:51] - Odpowiednio się ustawił, że tak powiem. Raczej nie planuję kontynuacji już w latach 90. Te czasy są już takie troszeczkę Bardziej zagmatwanym. Lata 90. to jest bardzo trudny okres do opisania. Myślę, że jeżeli wchodzimy w lata 80., w ten komunizm, to jest łatwiej to opisać. Lata 90. to dla mnie jest troszeczkę chaos. Oczywiście można z tego stworzyć też powieść rozgrywającą się na tle lat 90., ale dla mnie momentem kończącym wątek kryminalny jest przejście milicji w policję. Oczywiście nie twierdzę, że się wiele zmieniło przez ten czas, ale to zamyka dla mnie ten etap.
Już nie będę pisał o policjantach, bo chcę pozostać w PRL-u, więc bardziej bym się cofnął.
[02:32:40] - O, właśnie! Kolejne pytanie, czy cię nie kusiło, żeby się cofnąć do lat 70.?
[02:32:49] - Tak. Jedyna ma 36 lat, więc może bardziej pułkownik Jeleń. Jeżeli miałbym cofnąć się, to w lata 70. Raczej z tą powieścią bym się przesunął w stronę głębszego komunizmu niż wyszedł do lat 90. Raczej w ten sposób myślę. Wiadomo, że po napisaniu książki człowiek myśli o następnej. To jest rzecz oczywista, bo można powiedzieć, że istnieję w twórczym kole, że muszę coś cały czas robić. Oczywiście to, co na początku powiedziałeś, że to jest sprawa mojej pasji, że w wolnym czasie bywam pisarzem i to pozostaje, bo oczywiście czynny zawodowo muszę być. Natomiast napisanie następnej książki jest kolejnym etapem mojego rozwoju. Mówiłeś o warsztacie.
Warsztat cały czas się rozwija. Przecież nie kupowałem żadnych podręczników, jak napisać powieść, bo teraz można wejść i coś takiego kupić i tam po punktach jest rozpisane, jak budować fabułę. Nie, w takie rzeczy się nie bawiłem. Mój warsztat polega na tym, że czytam książki i to jest punktem wyjścia do budowania fabuły.
[02:34:07] - Przyznam się, że idea kryminału napisanego w XXI wieku, opowiadającego o latach 70., o epoce gierkowskiej i o śledztwie, które się wówczas toczy. Myślę, że jestem klientem i jestem człowiekiem, który taką książkę by na pewno kupił. Specyfika i oczywistość tego jest taka, że to były czasy, gdy byłem bardzo młody. Byłem wtedy człowiekiem, który poznawał pierwsze kryminały. Świat jest tak skonstruowany, że my rzeczywiście lubimy się cofać. Spora część tego, co było kiedyś, było piękne, wspaniałe. Nawet nie dlatego, że było piękne i wspaniałe, tylko dlatego, że byliśmy młodzi. To truizm, banał, ale w gruncie rzeczy tak funkcjonujemy. Jeśli nawet tego nie dopuszczamy i się oburzamy na różne rzeczy, to w gruncie rzeczy tak jest. Dlatego szczególnie jestem zainteresowany, trudno powiedzieć kontynuacją, raczej takim spin-offem, prequellem, czymś takim.
[02:35:42] - Jeżeli można coś dodać, to myślę, że literatura kryminalna w gruncie rzeczy się nie starzeje, bo przecież Agatha Christie do dzisiaj jest czytana. Tacy najwięksi twórcy, John Dickson Carr oczywiście, niestety w Polsce zaledwie cztery książki wydano. Zresztą Agatha Christie mówiła, że on jest królem kryminałów, niekoniecznie Conan Doyle, ale u nas niewydawany, więc trzeba po angielsku czytać. Ta literatura się nie starzeje, te wątki kryminalne. Ja z chęcią wracam na przykład do takiej literatury typowej powieści detektywistycznej. Wydawnictwo CM, które wydaje moje książki, stwarza nam możliwość, że możemy się zapoznać z takimi twórcami. Oczywiście niektóre kryminały PRL-u się zestarzały. To, co powiedziałeś, to wydawnictwo, seria „Labirynt”, to oczywiście jest już dzisiaj, nie chcę używać mocnych słów, ale trudne w ogóle do przeczytania, bo trzeba wejść w te realia i mocno się zagłębić.
[02:36:51] - Ciężkostrawne.
[02:36:54] - To jest odpowiednie, adekwatne słowo. Tak, właśnie ciężkostrawne. Natomiast taka dobrze napisana literatura kryminalna Anny Kłodzińskiej czy Edgy Geya, czy też mówiłeś, Borowskiego raczej pozostanie i to będzie czytane. Aczkolwiek z drugiej strony proszę zauważyć, że mamy zalew kryminałów teraz. Oczywiście są inne, lepsze księgarnie, ale w Empiku mamy przecież osobne półki, które się uginają od tych kryminałów. Tych twórców powieści kryminalnych jest wielu.
[02:37:29] - Tak, to prawda. Niemniej jednak wiem o wydawnictwie, które nawet robi reprinty wydawnictw z lat 70. i to się też sprzedaje. Co ciekawe, zwróćcie państwo uwagę, że kryminały przywoływanej tutaj Agathy Christie też nie były olbrzymie. To nie były dość wielkie książki. To były nowelki, to były długie opowiadania. Dzisiaj to przyjmuje formę książek, ale w gruncie rzeczy to nie były wielkie objętościowo dzieła. A jednak to wciągało jak dobre bagno, w tym najlepszym pojęciu tego słowa. Czyli trudno się było oderwać. I to nie objętość decyduje o tym, czy jesteśmy z jakimś kryminałem, z jakąś książką w ogóle związani.
Tylko to, co w środku.
[02:38:38] - Dokładnie. Właśnie tak jest, bo Agatha Christie stworzyła wyrazistą postać. Podobnie uczynił to Arthur Conan Doyle czy Dixon Ku. Dużo zależy od wyrazistości postaci. Jak ją zbudujemy. I wtedy faktycznie ten kryminał nie musi mieć 400 stron, żeby ukazać głównego bohatera, żebyśmy go zapamiętali. Wszyscy pamiętamy Herkulesa Poirota czy Sherlocka Holmesa. Z tym nie ma tutaj jakiegoś kłopotu, żeby tą postać w ogóle nawet powiedzieć, jak wygląda, czym się zajmował hobbystycznie Herkules Poirot czy Sherlock Holmes. Na tym to troszeczkę polega. Budowanie postaci.
[02:39:20] - Ja jeszcze dodam tak tytułem takiej poprawności, że jeszcze panna Marple też szalała na stronach kryminałów, które wyszły spod pióra Agathy Christie. Cóż, ja myślę, że w tej chwili posłuchajmy jeszcze jednego fragmentu twojej prozy. Tym razem druga książka „Mordercza proteza”. No cóż, Marku, słuchamy.
[02:39:53] - „Mordercza proteza”. Fragment. „Cyjanek” oznajmił doktor, nie patrząc już na skurczone ciało, tylko na stojące na stole kieliszki. „Oczywiście, żeby to potwierdzić w 100%, otworzę go. Czas zgonu nastąpił godzinę temu, czyli o 10:00. O której mogę być jutro u ciebie? Powiedzmy jutro po południu o 16:00. Wówczas być może będę mógł opowiedzieć więcej. Rozkroję go i dowiemy się, co spożywał”. Podali sobie dłonie przyjaźnie.
Po wyjściu lekarza inicjatywę przejął kapitan Jan Jedyna z Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Poznaniu. Doświadczony i bardzo zdolny oficer. Miał na swoim koncie wiele rozwiązanych spraw o morderstwo. Uważany był za specjalistę od rozwikływania trudnych i wielowątkowych zagadek kryminalnych. Na jego niewątpliwie przystojnej twarzy pojawił się drewniany uśmiech, który był pełen drzask. „Dzień dobry państwu. Nazywam się Jan Jedyna i jestem kapitanem milicji. Zadam teraz państwu kilka rutynowych pytań, a potem przejdziemy do rzeczy. Proszę, żeby odpowiadała jedna osoba. Na przykład pani”.
Wskazał ręką na Alicję, która stała w lekkim rozkroku. Obok niej zgarbiony Lucjan Jaroszewski otarł dłonią czoło pokryte kroplami potu. Doktor Piotr rozglądał się niespokojnie. Każda z tych osób minione zdarzenia przeżywała na swój sposób. „Czy zwłoki są ułożone w takiej samej pozycji, jak w momencie śmierci?” Kiedy otrzymał potwierdzającą odpowiedź, zadał kolejne pytanie. „Czy układ rzeczy w tym pokoju jest taki sam, jak w momencie zgonu tego człowieka?” „Nikt niczego nie przestawiał ani nie dotykał” odpowiedziała Alicja. Jan spojrzał na nią z nieskrywanym zaciekawieniem i potem przeszedł przez cały pokój. Gdy w końcu znalazł się w pobliżu okna, odwrócił się. Jeden z żółto-czarnych numerków przewrócił się i oparł na rękawie koszuli denata. Błysnął flesz aparatu.
„Czyli jak państwo wcześniej stwierdzili, to manekin zabił medium”. Jego głos był spokojny, dyplomatyczny. Doskonale ukrywał zdumienie. „Na to wygląda, panie kapitanie” potwierdziła Alicja. „Nikogo oprócz naszej trójki w momencie zbrodni w tym budynku nie było”. Drewniany uśmiech ponownie zagościł na jego twarzy. „Nikt nie mógł tutaj wejść?” „Nie ma takiej możliwości. Skrzydło budynku jest zamykane od wewnątrz” oświadczyła Alicja, teraz już z naciskiem. Lekko zacisnęła usta. Poruszyła żuchwą.
Długie, proste włosy przykryły jej połowę twarzy. Jan nie spuszczał z niej wzroku. „Twierdzi pani, że dzisiaj rano po przeciwległej stronie pokoju znajdowały się trzy manekiny. A teraz, jak widzimy, mamy dwa. Jeden zniknął? Wyparował? Ulotnił się?” Alicja nie miała zamiaru ulegać jego presji. Również patrzyła mu prosto w oczy. „Proszę sobie nie żartować” zatrzepotała długimi, gęsto pokrytymi tuszem rzęsami, obracając w palcach na wysokości kulistych piersi niezapalonego papierosa. Jan twierdził, że wszystko ma pod kontrolą.
Palił papierosy, ale bardzo sporadycznie. Raczej tylko w towarzystwie. Pił też tylko w towarzystwie. Wiedział, że jeżeli złamie jedną z tych zasad, będzie musiał podjąć wobec siebie radykalne kroki. Teraz na kilka sekund zamilkł. Kobieta, z którą właśnie rozmawiał, była bardzo podobna do niezwykle pięknej piosenkarki Dalidy. Nie mógł oderwać od niej oczu. Jej oryginalna uroda rozpraszała go. „Jeżeli jeszcze coś powie po francusku, to uwierzę jej we wszystko” pomyślał. „Tak, morderca widocznie ucharakteryzował się na manekina.
Wyczekał na odpowiedni moment, dosypał cyjanku do kielicha i potem uciekł przez okno” kontynuowała niezrażona. Na jego szczęście ciągle wypowiadała się po polsku. Jan w końcu skierował oczy na stolik, potem na skulone zwłoki. Ktoś przebrał się za manekina. Czy pani siebie słyszy? Alicja schowała papierosa do kieszeni. Tak, słyszę. Słuch i wzrok mam doskonały. Wiem, że brzmi to irracjonalnie, ale jednak niech pan nie wątpi w to, co powiedziałam. Ja jednak wątpię — prychnął zbyt głośno Jan.
— Przecież to wielka bzdura, szanowna pani. Absurd. Kobieta wyprostowała się. To pan tak uważa. Fakty jednak wskazują na to, że mam rację. Zamyślony Jedyna odwrócił się na moment, lecz zaraz ponownie spojrzał na Alicję. Wolno przetarł dłonią brodę, następnie trochę nieświadomie zmierzwił palcami włosy i dopiero wówczas zaczął mówić. No tak, fakty. Bardzo ciekawe i niezwykłe. Jakiś typ przebiera się za manekina, czyli smaruje się jakąś cielistą mazią, przyodziewa perukę, nieruchomo czeka pół dnia albo i więcej, a potem zabija i wyskakuje oknem.
Niebywałe. Tu został odegrany jakiś spektakl, w którym on był głównym aktorem? Jan, kiwając głową, podszedł do manekinów i dokładnie je obejrzał. Jednego z nich dotknął. Z waszych relacji wynika... — spojrzał na doktora Piotra, który miał na nazwisko Piszon. „Szkoda. Zdecydowanie lepiej brzmiałoby Małpiszon” — zransumował w myślach Jan. — Z waszych relacji wynika, że przeprowadzaliście tutaj eksperyment, którego celem było zdyskredytowanie medium. Czy dobrze zrozumiałem?
Można tak powiedzieć — zabrał głos Lucjan. — Lecz raczej chodziło nam o zbadanie kompetencji Pancewicza w zakresie zjawisk paranormalnych. Powstała koncepcja przebadania wszystkich ludzi w kraju zajmujących się zjawiskami paranormalnymi. Pancewicz był jedną z ostatnich osób i jak dotąd każdy z nich okazał się konfabulantem, to znaczy człowiekiem, który... Spokojnie — przerwał mu Jan i przymykając oczy, dodał odrobinę impertynencko: Wiem, co to słowo oznacza. Jaroszewski nie powiedział nic, za to leciutko skinął głową. Jego wzrok powędrował na białą ścianę. Z całych sił starał się, by pomimo okoliczności zachowywać się z umiarem. Zajmująca praca — skwitował nieco kpiarsko Jan i dostrzegł na podłodze ślady różowego proszku. W jakim celu prowadzicie te badania?
— zapytał, ale jego twarz nie wyrażała żadnego zainteresowania. Chcemy dowiedzieć się... Zastanawia mnie jedno: w jaki sposób ten manekin wydostał się z tego pokoju? W ogóle ze szpitala? — wpadł mu w słowo kapitan i nie zwracając uwagi na odpowiedź, sam zaczął mówić dalej. Pojawia się tutaj morderca przebrany za manekina, czyli jest rzeczą oczywistą, że musiał znać to miejsce. A tak naprawdę co tutaj robią te manekiny? Kiedyś prawdopodobnie były wykorzystywane do rekonstrukcji morderstw, po prostu do wizji lokalnej — powiedziała szybko i gładko Alicja. Jan nie spojrzał w jej stronę, tylko dalej chodził po pokoju. Podłoga jękliwie skrzypiała.
Jeszcze raz zbliżył się do manekinów i stwierdził, że były doskonale i bardzo szczegółowo wykonane. W niezwykłym stopniu przypominały człowieka. Czy w tym domu przez cały czas przebywali tylko państwo? Tak. To znaczy nie. Wcześniej był w placówce także Jerzy. Znaczy ordynator Jerzy Drzewiecki. Co tutaj robił? Odpowiadał za organizację eksperymentu. Jest szefem tej placówki — odpowiedział natychmiast doktor Piszon.
A dlaczego go nie ma? Musiał nagle pojechać do miasta. Do domu. Kiedy opuścił teren szpitala? Doktor Piszon spojrzał na wiszący na ścianie zegar. Jakieś dobre dwie godziny temu. Jan zawiesił wzrok na stoliku z ciemnego drewna. Kto z państwa podał koniak? — rzucił nagle pytanie kapitan. Ja — rzekł Piotr i rozłożył ręce na wysokości oczu.
Pójdzie pan z nami w takim razie. Piszon uniósł ramiona. Pokręcił niedowierzającą głową. Że co? Jan przez chwilę milczał. Jeszcze raz przyjrzał się swoim rozmówcom, po czym idąc w stronę okna, wysunął dłoń przed siebie i zaczął mówić. Powiem tak: sam pomysł z manekinem wydaje się nie najgorszy, ale niestety po głębszym rozważeniu nieprawdziwy — oświadczył niemal uroczyście i przystanął. Po pierwsze nie było tutaj żadnego mordercy przebranego za manekina, tylko morderca, który jest nadal wśród nas. I to jest pan, doktorze Piszon. Protestuję — wychrypiał Piszon.
Jan nie odwołał się do niego słów. Po drugie, kiedy został pan sam, wyrzucił pan manekina przez okno, by mogła powstać teoria o mordercy, czyli człowieku upozorowanym na manekina. Były trzy manekiny. Nagle są dwa. Proste. I pani Alicja najwyraźniej dała się na to złapać. Kobieta otworzyła usta, lecz Jan uprzejmie pokiwał głową na znak, by mu nie przerywała. Po trzecie, w tym pomieszczeniu zawsze ktoś się znajdował, więc logicznie rzecz biorąc, ten tak zwany ludzki manekin nie mógł niezauważony dosypać cyjanku do kieliszka medium. Chyba że sam Pancewicz na moment stracił świadomość. A po czwarte, był pan tak pewien swojej koncepcji zbrodni z manekinem, panie doktorze, że sam pan nawet poczęstował Pancewicza kieliszkiem zatrutego koniaku.
I właśnie ta pycha, przekonanie o własnej nieomylności zgubiła pana. Kapitan Jedyna łagodnie pokiwał głową i nawet uśmiechnął się do zdezorientowanej Alicji, która dotykając palcami brody, kręciła się przy stole. Jej włosy ułożyły się w fale nad czołem, ujawniając piękno jej twarzy. Doktor Piotr stał przez dłuższą chwilę zaszokowany i patrzył na kapitana jak zahipnotyzowany. W końcu się odezwał: „Wie pan, do kogo pan mówi? To jest kompletna, wręcz skandaliczna umysłowa aberracja! Przecież manekin mógł wcześniej niepostrzeżenie dosypiać trucizny.” Wyraźnie rozjuszył się doktor. Jego głos się załamywał. „Ja też mogłem wypić ten koniak. Zresztą zapewne został zatruty wcześniej.” Jan jeszcze raz dokładnie zlustrował stolik.
„Nie interesuje mnie to. Pana kieliszek jest pełny i wszystkie nici prowadzą do pana.” „Jak to pana nie interesuje? Jakie nici? To ma być śledztwo? Co to w ogóle ma znaczyć?” Mówił z nieskrywanym wyrzutem. „Ma znaczyć to, że pan stał się właśnie głównym podejrzanym. Czy jeszcze czegoś pan nie rozumie?” Doktor Piszczon wydął policzki, a potem głośno i przerywanie wypuszczając powietrze, nerwowo odchylał głowę na bok. „Nie no, ręce opadają. Pan jest niekompetentny, by prowadzić jakiekolwiek śledztwo. Kurwa, ludzie!
Ścigajcie prawdziwego mordercę. Ja nie mam z tym nic wspólnego, do cholery!” Krzyczał zajadle doktor Piotr, szukając zmężonymi oczami pomocy u współtowarzyszy. Jego twarz pomarszczył gniew. Ciałem zawładnął strach. „Proszę się uspokoić” powiedział spokojnie Jan i otworzył drzwi. Wprowadził do pomieszczenia dwóch rosłych milicjantów. „Zaraz zapewne znajdziemy leżącego w błocie pod oknem pańskiego pomocnika zbrodni, a mianowicie owego manekina. Jeżeli go tam nie będzie, to znaczy, że musiał mieć pan wspólnika. I nietrudno wywnioskować, że byłby nim człowiek, który wyszedł dwie godziny temu i zabrał z podwórza manekina.” Spojrzał do notesu i wolno przeczytał: „Ordynator Jerzy Drzewicki. O ile dobrze zapisałem.” „Dobrze pan zapisał, ale niewiele zrozumiał” powiedziała hardo Alicja i z wyraźnym wyrzutem spojrzała mu prosto w oczy.
Zza okien z podwórza dolatywały odgłosy pracy kilku milicjantów. Połyskiwało odbite w szybach słońce. W chwilowej ciszy wyraźnie zabrzęczała mucha. „Słyszy pan tę muchę? Skąd się tutaj wzięła? Ktoś musiał otworzyć okno i ją wpuścić. Niech pan nie opowiada bzdur. Rozmawiajmy konkretnie.” „Ale kiedy ten manekin naprawdę się poruszał! Naprawdę” warknął nerwowo doktor. Jego uszy i policzki pokryły buraczane rumieńce.
Wokół ust pogłębiły się bruzdy. Na twarzy momentalnie osiadło zmęczenie. „Naprawdę. Tak, widziałem” zachrypiał jeszcze i zaciskając zęby, otarł przedramieniem czoło. „Przepraszam, ale mi też się zdawało, że jeden z manekinów się poruszał i miał w pewnym momencie takie błyszczące oczy” wtrąciła głosem niestosującym sprzeciwu Alicja. Lucjan Jaroszewski nie powiedział nic. Jan stanął obok niej i mrugnął przyjaźnie okiem. Wyciągnął dłoń przed siebie. Poczuł do tej kobiety wyraźną sympatię. „Właściwie pani to ujęła.
Mi też się zdawało. Zdawało. Właśnie. Zdawało. To słowo klucz. Aresztuję pana, doktorze Piotrze Piszczon. Możecie go zabrać” zwrócił się do funkcjonariuszy i jeszcze raz przyjrzał się pięknej twarzy kobiety. Była niesamowita. Mógłby na nią patrzeć godzinami. Nie tylko patrzeć, ale zapamiętywać, malować, fotografować.
„Pan wykazuje się kompletną niekompetencją, nieudacznictwem, idiotyzmem.” Wraz z tymi słowami z ust Piotra wylatywały krople śliny, które przecięły powietrze. Jan nie zdążył powiedzieć nawet pół słowa, kiedy Piszczon wpadł na niego całym ciałem i próbował go odepchnąć. Wtedy dwóch rosłych milicjantów chwyciło go pod ramiona. Unieśli go. Doktor wierzgał nogami i wykrzykiwał obelgi, wyciągając zaciśnięte pięści, lecz już po chwili zniknął za drzwiami. Na twarzy Jana nie drgnął żaden mięsień. „Mam jeszcze trzy pytania do pani.” Alicja poruszyła długimi rzęsami. Jaroszewski oparł się ramieniem o ścianę. „Ja też mam do pana pytanie, ale pan pierwszy, proszę.” Przeczesała palcami bujne włosy, które przykryły ramiona, odsłaniając wyraźny dekolt. Piękno nie przemawiało tylko z jej twarzy, ale z całej sylwetki gestów, aparycji, jej niepowtarzalności.
„Czy stolik, na którym znajdował się koniak i kieliszki, był ustawiony tak przez cały czas? To znaczy, czy stał przy oknie obok tych nieszczęsnych manekinów?” Alicja najpierw zrobiła zdziwioną minę, a potem ponownie na jej ustach zagościł ten delikatny uśmiech. „Tak, bez wątpienia tak.” „I drugie pytanie: czy doktor Piotr Piszczon pije alkohol?” Nie, nie piję już od kilkunastu miesięcy. Jan zadumał się przez moment. Po raz kolejny dokładnie obejrzał pokój i potem, uśmiechając się do Alicji, zapytał: Czy zna pani może język francuski? Kobieta lekko się skłoniła. Oui, je parle très bien dans cette langue. Odpowiedziała niemal wesoło i z lekkim uśmiechem dodała: Po co panu akurat ta wiadomość? Jest pani podobna do pewnej francuskiej piosenkarki. Kobieta teatralnie przysłoniła dłonią usta.
Jan stwierdził, że nie jest Alicją z Krainy Czarów, lecz raczej Alicją z krainy perfekcyjnej urody oraz figury. Milena Milewska również. Aż tak, że myślał pan, że jestem nią? Jan objął jej twarz szybkim, trochę speszonym spojrzeniem, po czym uczynił lekceważący ruch dłonią. A czy bywa pani w restauracji Magnolia? Alicja położyła ręce na biodrach. Przepraszam, ale to już jest czwarte pytanie. Teraz moja kolej. Jan uniósł brwi oraz kąciki ust. W takim razie proszę, proszę, pani pyta.
Alicja splotła ręce na piersiach i przechyliwszy głowę rzekła: Powie mi pan, kapitanie, jaki jest motyw tego morderstwa? Bo chyba pan o tym zapomniał. Kapitan ponownie się uśmiechając, skłonił się lekko i odezwał dopiero po chwili. Szanowna pani, najważniejszy jest fakt, że udało nam się odtworzyć zbrodnię. A jeżeli chodzi o motyw, to rzecz jasna zostanie on w sposób niemalże natychmiastowy odnaleziony, zlokalizowany. Szanowna pani, najważniejszy jest fakt, że udało nam się odtworzyć zbrodnię, a jeżeli chodzi o motyw, to rzecz jasna zostanie on w sposób niemalże natychmiastowy odnaleziony, zlokalizowany. Mówił wolno, niskim głosem. Wiedział, że nie do końca jest autentyczny, ale tego wymagało dalsze śledztwo. Działając tylko w ten sposób, jego plan miał szansę powodzenia.
[02:58:39] - Kolejny fragment prozy naszego gościa za nami. A ja mam tak zwany dysonans poznawczy, bo za chwilę zaczniemy mówić o poezji. Jaki jest łącznik pomiędzy kryminałami, które piszesz, a poezją?
[02:59:05] - Dosyć trudne pytanie. Kryminał się pisze oczywiście zupełnie inaczej niż poezję. To jest rzecz oczywista. Poezja istniała we mnie już od lat licealnych. W ogóle moja przygoda z pisarstwem zaczęła się od poezji. Oczywiście zacząłem pisać wiersze. Specyfiką poezji jest to, że jeżeli napiszemy jakiś wiersz, to zazwyczaj oczywiście możemy go poprawiać, ale Charles Bukowski mówił, że jeżeli napisze się wiersz i on jest kłamstwem, to po co dobijać? Oczywiście troszeczkę parafrazuję tutaj, ale po co dobijać trupa i poprawiać to? A jeżeli jest prawdą, no to nie ma sensu tego wiersza zabijać, więc wiersz jakby rządzi się innym prawem. Jest napisany raz i ewentualnie możemy jakieś tam inwersje w zdaniu troszeczkę zmienić.
I na tym polega wiersz. Jest to jakby, nie chcę tu używać tego słowa „twórczy”, ale jakaś istniejąca chwila, prawda, która powoduje to, że piszemy wiersz. Natomiast książkę poprawiamy wielokrotnie. No i często możemy wpaść w coś takiego, że tą książkę możemy poprawiać bardzo długo, prawda? Dopóki jej nie wydamy. Nie ma tu chyba łącznika pomiędzy poezją a kryminałami. Łącznikiem może być to, że zaczytuję się w poezji również. Lubię poezję. Mam też taką biblioteczkę tutaj. Jest to poezja raczej takich outsiderów jak właśnie, to chyba nazwisko wszystkim znane, Bruno Miłczewski, prawda?
Czy tutaj też Witold Różański, nasz poznański poeta, który był przyjacielem Bartosza Zahury. To raczej taka poezja tego XX wieku mnie interesuje. We współczesnej się nie znam na poezji. Oczywiście zaczynałem od takich poetów jak Kamil Baczyński, prawda? Czyli taka postać już dla mnie kultowa. No ale ta poezja jest troszeczkę inaczej pisana. Poezja tego XX wieku też zupełnie inna. Helena Raszka też taka poetka właśnie ze Szczecina, bardzo popularna. No było tych poetów dużo. Stanisław Grochowiak.
O, właśnie takie postacie mnie inspirowały. Piszę wiersze proste, mi się wydaje. I w wierszu najważniejszy jest punkt wyjścia, prawda? I jakby puenta. Takie wiersze piszę, znaczy staram się pisać z zaskakującą puentą i może też robię to w kryminałach, że końcówka tego kryminału też jest zaskakująca i to może być jakiś łącznik. Natomiast tak poza tym nie widzę łącznika. Zupełnie inną rozrywką jest pisanie kryminału. Zupełnie inną rozrywką jest pisanie poezji. Poezja jest tak bardziej na poważnie, prawda? Jest tak zagłębiona trochę w takim pesymizmie, bo nie widzę sensu pisania fraszek, prawda?
Że jestem wesoły i wspaniały, bo to przeżywam. Natomiast ten pesymizm oczywiście istnieje i jest przelewany na papier. Oczywiście są też wiersze troszeczkę bardziej dające jakieś tam nadzieje, powiedzmy. Natomiast kryminał to jest taka typowa rozrywka, że mogę rozwijać wątki i budować postacie. Poezja jest jakby
[03:02:30] - Bardziej taką esencją wyrażenia jakiegoś poglądu. To są te łączniki.
[03:02:38] - Czyli dwa zupełnie osobne światy?
[03:02:41] - Myślę, że tak. Chociaż znam pisarzy, którzy popełniają kryminały i też piszą poezję, ale nie jest to chyba zjawisko często występujące. Powszechne to za dużo powiedziane, ale często występujące raczej. Jeżeli ktoś się zajmuje poezją, to potem pisze też literaturę piękną i idzie w tym kierunku. Natomiast może byśmy znaleźli jakiegoś pisarza, który pisze kryminały i pisze wiersze.
[03:03:13] - Miałem tego pytania nie zadawać, ale tak to jest, że jak człowiek sobie solennie obieca, że jakiegoś pytania nie zada, to musi je zadać, bo inaczej pęknie. Nie kusiło cię trochę, żeby któryś z bohaterów kryminałów, które piszesz, miał artystyczną duszę, był pisarzem, był poetą? Przynajmniej poetą. To jest pytanie z tezą, bo ja doskonale wiem, jaka będzie odpowiedź, ale tobie zostawię tę odpowiedź. Dobrze, odpowiedz.
[03:03:49] - Być może miałem takie myśli, żeby wprowadzić jakieś wiersze do literatury kryminalnej, ale to nie jest adekwatne do tej powieści. To jest zupełnie coś innego. Myślę, że jakbym wprowadził poezję, to bym zakłócił cały schemat konwencji tego kryminału. Oczywiście pisząc kryminał, załóżmy, że piszę dla siebie. Nie piszę tego, bo ktoś to będzie czytał, tylko piszę dla siebie. Piszę książkę, którą miałbym z chęcią przeczytał. I to jest najważniejsze dla mnie. Natomiast jakbym dodawał poezję, to nie do końca byłbym sobą w tym. Oczywiście tam jest taki moment, że-
[03:04:35] - No właśnie.
[03:04:35] - ... Milena Milewska jest muzykiem. I tam jest tekst piosenki, ale to jest tekst piosenki tylko takiej buntowniczej, nawiązującej bardziej do festiwali jarocińskich niż do poezji. Raczej nie chciałbym do bohaterów wprowadzać poezji. Być może kiedyś napiszę książkę bardziej obyczajową, wtedy taka postać może się pojawić. Ogólnie poezja jest dla mnie odrębną rzeczą. Może trochę zaryzykuję tym twierdzeniem, ale wydaje mi się, że poezję jest łatwiej napisać niż kryminał. Może to brzmi dziwnie. Dla mnie w każdym razie tak to wynika, że kryminał jest ciężką pracą. Siedzenia w ogóle nad powieścią jakąkolwiek.
Natomiast poezja wypływa z człowieka. Jeżeli ktoś ma ochotę napisać, to oczywiście wiersze mogą pisać wszyscy, prawda? Nie ma problemu z tym. Natomiast musi być jakieś takie, nie chcę używać tego słowa natchnienie, czy jakiś akt twórczy, bo to jest bez sensu, ale coś musi wynikać z powstania takich wierszy.
[03:05:52] - Ja tylko wspomnę, że jeden z twoich bohaterów, tu mówię jeszcze o powieści, co prawda nie pisze poezji, ale jednak zajmuje się twórczością, bo pisze opowiadanie, powieść, w każdym razie tworzy prozę. To tak, żeby jeszcze do kryminału nawiązać. A wracając do poezji, mówisz, że to osobne światy. Wiem, to trudne pytanie, ale gdybym miał je sformułować, to mniej więcej tak: co cię pcha w tym kierunku? Jakieś takie słowa zebrane, trudne. Trzeba się skupić. Trzeba jakiś wysiłek włożyć w to, żeby odczytać, żeby zrozumieć. Ludzie tego naprawdę chcą w tej chwili? To oczywiście jakiś rodzaj sarkazmu z mojej strony, ale jestem ciekawy, jak odpowiesz.
[03:06:51] - To jest tak, że w liceum już zaczytywałem się poezją i w liceum już pisałem. Pierwsze próby poetyckie powstawały. Oczywiście napisałem, wydałem też tomik, trochę niezależnie wówczas. Wiadomo, to było kserowane. Z kolegą tworzyliśmy pismo literackie „Na bezdrożach”, w którym były umieszczane wiersze różnych autorów. Ten mój ówczesny bunt z przebywania w Jarocinie czy w tym środowisku powodował to właśnie, że chciałem się wyrazić poprzez poezję. Niewyobrażalne było dla mnie, żeby napisać powieść wówczas. Oczywiście próby też podejmowałem. Natomiast jeżeli chodzi o poezję, to jest specyficzne, prawda? To jest to, co powiedział Zbigniew Herbert, że poezję czytają tylko w sumie poeci, czyli ludzie, którzy potrafią pisać wiersze i ludzie, którzy by chcieli napisać wiersze, ale jakieś okoliczności powodują to, że nie piszą tych wierszy, ale umieją je odczytać.
Wydaje mi się, że to warunkuje poezję, bo czytacz typowy kryminałów raczej nie sięgnie po poezję, bo poezja może go nudzić, może być dla niego w jakimś sensie zbyt skomplikowana, czy może nawet banalna. I to powoduje. Wydaje mi się, że ludzie na przykład chodzą do galerii, oglądają obrazy. Jakiś obraz się nam podoba. To nie jest wynikiem tego, że... oczywiście jest wynikiem wrażliwości na sztukę, ale też podświadomie. Wyobrażamy sobie, jakbyśmy malowali ten obraz. To jest trochę ze sobą połączone. I tutaj upatruję to odczytywanie poezji.
[03:08:46] - To ja mam teraz tak zwaną propozycję nie do odrzucenia. Posłuchajmy trzech wierszy twojego autorstwa.
[03:08:57] - „Kobieta za ladą”. A oni ciągle nie chcą, bo za drogo. Do sklepów rzucono kilogramy wolności, setki masek i garście charakterów. Nikt nie kupuje, nie ma kolejek. Wszystko to do końca tygodnia zgnije i trzeba będzie wyrzucić. Szkoda, żeby nie powiedzieć, że to jawna głupota. Ale przecież dziś dopiero poniedziałek. Nikt się nie spieszy, nawet nie patrzy. Jakby nie było już w człowieku ciekawości. Tylko czarny kot krąży przy sklepie.
Pręży grzbiet i z podniesionym ogonem obwąchuje osobowości. Widać, że on jest zainteresowany. Wewnątrz, za kratą dyszy otyła sprzedawczyni. Ma twarz boksera. Nie zachęca. Bez rękawic zawija wolność w szary papier i rzuca na ladę nową tożsamość z kroplami potu. „Tropami”. Wyruszyliśmy razem. Dwie pary oczu śladami anatomii charakteru, korytarzem wiwisekcji parujących pozorów, tropem pana z nożem, który w imię własnej wygody oskalpował sumienie. Szliśmy krok po kroku, słownymi zakrętami, budową zdań.
Wcale nie po cichu. I w końcu jesteśmy na głównej ulicy miasta, nieopodal rynku. Tam jego głowa na wystawie sklepowej błyska w neonach szklanym okiem. Nie sposób nie zauważyć. Już nie ma noża, ale też i sumienia. „Miłość”. Zasyp piaskiem miłość. Potem przyklep łopatą. Na kolacji powiemy, że nic się nie stało. To nasz wybór.
Powinniśmy nie kochać się. Tak będzie łatwiej. I proszę, tylko bez łez. Sama zobacz. Już nie będziesz martwić się, o której godzinie wrócę. A ja nie będę gnał przez miasto, by ujrzeć twój uśmiech. Osobno staniemy się szczęśliwi. Osobno bezpieczni. Tak naprawdę będzie łatwiej. Każdy w swoją stronę.
Idźmy. Poczekaj. Daj rękę. Jeszcze podotykam sobie twoje palce, policzki, włosy, usta. Zaraz, zaraz. Czy ty chciałaś mieć psa? Nie no, tak się nie da żyć. Kochanie, bierz łopatę. Odkopujemy miłość.
[03:13:30] - Mam takie wrażenie zawsze, kiedy słucham poezji, że kiedy się potem zaczyna mówić, to zakłóca się ciszę, która powinna się po tej poezji pojawić. Ten czas na zastanowienie się, na pomyślenie. Ale taka już specyfika audycji, że cisza w radiu to nie jest efekt pożądany. To porozmawiajmy trochę o tej poezji. Czy ukoronowaniem tych prób poetyckich był jakiś tomik poetycki?
[03:14:09] - Tak, ale właśnie zauważyłem teraz, słuchając swojej poezji, że tam jest troszeczkę kryminału w tym.
[03:14:15] - Tak.
[03:14:15] - Odrobinę jest. Tak, jednak jest. Właśnie teraz do tego dotarłem. Tak, oczywiście. Wydałem tomik poezji w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. To jest taka grupa FONT, czyli Fundacja Otwartych na Twórczość. I ze współpracą z Łucją Dudzińską wydałem tomik pod tytułem „Idziemy stromo”. Zawiera on 56 wierszy, które były napisane w ciągu pół roku przed wydaniem. Stworzyłem je, miałem taką potrzebę i tymi wierszami wyrażałem to, co się dzieje. Oczywiście trzeba też zaznaczyć, bo to jest istotne w poezji, że wiersz powstaje z jakichś doświadczeń, natomiast później żyje własnym życiem.
To, że przedstawiam jakieś sytuacje w tym wierszu, to niekoniecznie musiałem je przeżyć. Tworzę wiersz, natomiast później ten wiersz już, to, co powiedziałem, rozwija się sam, żyje swoim życiem. O poezji trudno się w ogóle rozmawia, bo trzeba by było analizować każdy wiersz. Ale to, co powiedziałem na początku, czyli przy tej mojej poezji, że chcę ją spuentować w jednym zdaniu, to myślę, że tutaj jest to widoczne.
[03:15:41] - W dodatku przy rozmowach o poezji istnieje to niebezpieczeństwo, że autor przedstawiwszy swoją wizję, może się spotkać z odbiorcą, który powie: „Ale ja to widzę zupełnie inaczej”. W dodatku ten odbiorca będzie miał trochę racji, bo kiedy poeta stawia ostatni wyraz, stawia kropkę, to właściwie to dzieło, ja to często powtarzam, przestaje już należeć do niego. Staje się własnością tych wszystkich, którzy czytają. I czasami trudno polemizować, czasami trudno dyskutować z odbiorcą, bo może on to widzi nawet lepiej niż sam autor.
[03:16:31] - Tak często jest. To jest bardzo dobrze powiedziane, że faktycznie ta poezja żyje później własnym życiem. Wielokrotnie byłem na takich spotkaniach, gdzie poeci przedstawiali swoje wiersze, czytali je i później była dyskusja na temat tych wierszy. I powiem tak, że najmniej do powiedzenia miał właśnie autor. Dyskusja wynikała pomiędzy widzami. Oni dyskutowali między sobą na temat tego wiersza, a autor tylko dodatkowo powiedział, o czym był ten wiersz, ale niekoniecznie uczestniczył w tej dyskusji. To właśnie jest specyfika poezji, że jest to dyskusja, ale raczej dla czytelnika niż dla twórcy. Bo ja bym nie chciał opowiadać. Mogę opowiedzieć oczywiście, co chciałem wyrazić w tym wierszu, ale to może być zupełnie inna wizja niż odbiór tej poezji. To, co powiedziałeś, Marku, to jest bardzo słuszne.
[03:17:35] - Ponieważ zbliżamy się już do końca audycji, to musi paść to sakramentalne pytanie o plany. Jak widzisz swoją przyszłość zarówno jako pisarz, jak i poeta? To chyba jest to pytanie i tę odpowiedź chcielibyśmy usłyszeć.
[03:17:54] - Plany to jest wydanie tej trzeciej powieści, która myślę, że jest już w redakcji. Następnie drugi tomik wierszy chciałbym wydać. Też jestem w trakcie tworzenia tego tomiku, kontynuowania pisania wierszy. A przyszłość to zobaczymy. Mam kilka projektów na fabułę. Nie wiem, czy to będzie kryminał. Być może to będzie książka bardziej w stronę fantastyki, bo myślę, że w tym nurcie też można się wykazać i może nawet bardziej niż w kryminale, ale nie takiej fantastyki stricte naukowej, tylko raczej fantastycznych wydarzeń, które mogą zaistnieć. W ten sposób chciałbym się rozwijać, a być może napiszę też kolejny kryminał. To są te moje plany na przyszłość.
[03:18:41] - No cóż, pięknie dziękujemy za dzisiejsze spotkanie. Polecamy się na przyszłość. Jeśli, Igorze, chcesz jeszcze coś słuchaczom przekazać, powiedzieć, to właśnie to jest ten moment. To jest dokładnie ten moment.
[03:18:59] - Chciałem bardzo podziękować za obecność, za wysłuchanie tutaj. I tobie, Marku, że tutaj miałem możliwość wystąpienia. Jestem bardzo mile zaskoczony, że to w ten sposób przebiega i tak jest dobrze to wykonane. Dziękuję bardzo za możliwość zaprezentowania się.
[03:19:17] - To jeszcze raz pięknie dziękujemy! A ja zaproszę naszych słuchaczy na przyszły tydzień na audycję „ABW”. Tym razem „Antologia Bibliotekarium. Wakacje”. Kolejne opowiadania z konkursu „Rubież rzeczywistości”. Za dwa tygodnie również „ABW” i również opowiadania z konkursu. A kolejna audycja to znaczy się za trzy tygodnie to będzie „Bibliotekarium” i to będzie pewna niespodzianka. Tym wszystkim, którzy ostatnimi czasy narzekali na brak Wiktora, obiecuję, że jeśli nie będą mieli przesytu, to na pewno będą usatysfakcjonowani i na pewno dostaną dużo Wiktora. W ciągu bodajże pięciogodzinnej audycji Wiktor powie bardzo dużo, a nawet bardzo, bardzo dużo. Ale niech to pozostanie niespodzianką i spotkamy się za trzy tygodnie, to dowiecie się państwo, o co tak naprawdę chodzi.
A za tydzień i za dwa tygodnie opowiadania z konkursu „Rubież rzeczywistości”. Pięknie państwu dziękuję. Dobrej nocy życzę i do usłyszenia za tydzień.
[03:20:43] - Dziękuję bardzo.
[03:20:45] - Mówili te słowa do państwa przed chwilą gospodarz Bibliotekarium Marek Żelkowski oraz nasz dzisiejszy gość Igor Friender. Był z nami co prawda trybem taśmowo-telefonicznym, ale jednak również Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień i za dwa tygodnie, tym razem w ABW. I ponownie na żywo w tym Bibliotekarium normalnym już za trzy tygodnie.
[03:21:23] - Ono nie do końca będzie na żywo, ale o tym się państwo dowiecie.
[03:21:28] - Ale w jakiejś części podejrzewam, że jednak jakieś krótkie wejście na żywo będzie.
[03:21:36] - Tak jest.
[03:21:37] - A więc dobranoc i do usłyszenia ponownie już niedługo.
[03:21:42] - Pozdrowienia dla ciebie Marko, pozdrowienia dla Wiktora i dla prowadzącego. Dziękuję bardzo.
[03:21:51] - Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.