[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy bardzo gorąco i serdecznie na żywo wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium, a też słuchaczy Book Radia. Rozpoczynamy kolejne „Bibliotekarium” 1 lipca 2022 roku. Dzisiaj mamy gościa. Naszym gościem jest Łukasz Kucharczyk, autor powieści w sześciu częściach zatytułowanej „Granty i smoki”. Jest z nami także prowadzący „Bibliotekarium” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługuję ja, Marek Sęk „Ivellios”. Zanim przekażę głos na drugi koniec połączenia internetowego, pozwolę sobie jeszcze przypomnieć kontakty do Radia Paranormalium. Nasze numery telefonów: tak jak zawsze stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493.
Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Z pełną niechęcią, ale jednak tych z państwa, którzy korzystają także z Facebooka, zachęcam do zajrzenia na fanpage’e Radia Paranormalium i Book Radia oraz na fanpage bibliotekarium.pl. Ta niechęć spowodowana jest którymś już w tym roku banem. Zastanawiam się, czy w ogóle nie skasować konta, tak szczerze mówiąc, ale póki co jeszcze tam jestem. Zachęcamy także do dołączania do grup Radio Paranormalium i Rubieże rzeczywistości. Można nam również wysyłać maile na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. A tych z państwa, którzy chcieliby z kimś podyskutować, a stronią od mediów społecznościowych, zachęcamy do zajrzenia na forum Radia Paranormalium pod adresem forum.paranormalium.pl. Marku, Łukaszu, oddaję wam głos.
[02:34] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Po upalnym dniu. Już teraz wiem, jak Beatlesi śpiewali „Noc po ciężkim dniu” – „A Hard Day’s Night”. Już teraz wiem, o czym śpiewali, bo dzisiejszy dzień był ciężki. Nie dość, że gorący, to w dodatku zakończony, przynajmniej w Bydgoszczy, ulewą i to taką konkretną. Ale dobrze, zostawmy zjawiska pogodowe. Dzisiaj najważniejszy jest gość. Witam jeszcze raz. Przed państwem znany już, bo uczestniczył w jednej z poprzednich audycji, Łukasz Kucharczyk.
Dobry wieczór.
[03:12] - Dobry wieczór, Marku. Dobry wieczór państwu. Bardzo dziękuję Radiu Paranormalium za zaproszenie.
[03:18] - I Book Radiu jeszcze, tak nieskromnie dodam. Okej, dzisiaj przed nami, mówię o sobie, ale mówię też o naszych słuchaczach, piękna podróż. Piękna, ale wesoła, bo często kojarzymy, jak coś jest piękne, to musi być patetyczne. A mamy podróż, która jest piękna i jednocześnie uśmiechnięta zarazem. A ta podróż za sprawą naszego dzisiejszego autora i jego książki zatytułowanej „Granty i smoki”. Ivellios mówił o powieści. Ja jednak się będę upierał, że to są opowiadania, chociaż połączone. Rzeczywiście coś tam się dzieje w tle, jedno do drugiego nawiązuje. To może od razu, korzystając z okazji, zapytamy u źródła. Autorze szanowny, co to jest?
To jest zbiór opowiadań czy co to jest? A pytamy osobę jak najbardziej kompetentną. Bo w końcu człowiek, który na co dzień zajmuje się literaturą i dużo przy niej majstruje w sensie naukowym jak najbardziej.
[04:29] - To jest bardzo dobre pytanie. Taka dyskusja się wywiązała kiedyś pod postem Anny Traut-Szreliki. Jacek Falenczyk pytał, czy to zakwalifikować w tym „Zewie Zajdla” jako opowiadanie, czy jako powieści. Tam parę osób wzięło udział w tej dyskusji. Ja wcześniej byłem przekonany, że piszę cykl opowiadań. I oczywiście znam najnowsze terminologie dotyczące powieści, na przykład mamy taki termin jak mikropowieść. To jest dzisiaj bardzo modny, nośny termin. Prawdę mówiąc, jeśli mam być szczery, a raczej z reguły jestem, to nadal widzę w tak zwanej mikropowieści po prostu opowiadanie wydane pojedynczo. I tutaj też bym się przychylał do tego, że to cykl opowiadań. Bo powieść to jest jednak rzecz większa, bardziej pejzażowa, z jakimś tłem epickim albo pseudoepickim.
Więc cykl opowiadań połączonych bohaterem i obszarem tematycznym to jest chyba pasujący termin.
[05:45] - Ja od razu dodam, że jeśli chodzi o kwestie terminologiczne, to z uśmiechem dodam, że z punktu widzenia strategicznego lepiej by było nazywać to jednak powieścią, ponieważ wydawcy audiobooków Mocno się krzywią na cykle opowiadań, natomiast powieści przyjmują z dziką rozkoszą i chęcią. Więc jak się zgłaszamy do wydawcy audiobooka, to koniecznie trzeba mówić, że to powieść, chociaż i tak byłby zbiór opowiadań. Niestety nie pałają miłością wydawcy audiobooków do opowiadań. Podobno się nie sprzedają.
[06:34] - Nie ma się co dziwić. Wydawcy to też są firmy, które walczą o przeżycie. Natomiast wydaje mi się, że wyjściem pośrednim jest nazywanie tego opowieścią. To jest termin wiele mówiący, więc jest dość bezpieczny.
[06:55] - Okej, czyli już pewne kwestie terminologiczne mamy ustalone. Idźmy dalej. To jest książka, tak jak o tym mówiła Marta Kładź-Kocot w swoim podcaście. Ja tego oczywiście dokładnie nie zacytuję, ale myśl była taka, że tę książkę można czytać na wielu poziomach. Ktoś powie: „Ale coś to! To też powiedział strasznie mądre rzeczy”. Właściwie o każdej książce można powiedzieć, że można ją czytać na wielu poziomach. Ja teraz doprecyzuję. Tę książkę można czytać na poziomie czysto przygodowym. Oczywiście są historie.
O tym pewno za chwilę powiemy. Nawet się strzelają. Co prawda nie tak jak u Pawła Majki, że z pistoletów, ale się strzelają. W każdym razie jakaś broń furczy tam. Myślę, że świetnie można się bawić przy tych historiach. Z tym że kolejny poziom to jest poziom, który jest dostępny już dla ludzi, którzy są głęboko zanurzeni w fantasy. W tej książce, o czym też będziemy pewno mówić, jest tyle odwołań, odniesień do rozmaitej literatury fantasy, że się można naprawdę zdziwić. Ale to jeszcze nie jest ostatni poziom, bo ja tylko te główne zarysowuję. Jest jeszcze jeden poziom, z odniesieniami do życia, które nasz gość tak naprawdę pędzi, bo jest człowiekiem z uczelni, żyjącym życiem akademickim. W związku z tym ociera się o to całe środowisko i ślady tego w opowieści „Granty i smoki” widać.
Już sam tytuł „Granty i smoki”, a w samej treści nieprzebrane bogactwo różnych odniesień do tego, jak życie akademickie płynie. Wiem, że nasz gość jest w sytuacji niezręcznej, bo w końcu, tak jak powiedziałem, życie akademickie to jest jego biosfera, to jest to, w czym żyje. Ale czy mógłbyś się, gościu, odnieść do ostatniego wątku, czyli do życia akademickiego w opowieści „Granty i smoki”?
[09:41] - Oczywiście. Jeszcze tylko bym chciał nawiązać do poziomów odbioru. Dziękuję, ta opinia jest bardzo miła i coś w tym faktycznie jest, bo z jednej strony mamy na przykład interpretację Marty Kładź-Kocot, która mówi o różnych rzeczach z postmodernizmem w tle, a na przykład była też opinia na LubimyCzytać, że nadaje się do czytania dla dzieci, bo humor jest mniej brutalny niż w „Shreku”. Jakoś tak to biegło.
[10:13] - No proszę. Czyli to również powieść dla dzieci i młodzieży. Gratulacje. Idźmy dalej.
[10:20] - Jasne. Oczywiście, że „Granty i smoki” powstały, inspiracją były oczywiście moje studia doktoranckie, które mi upłynęły na zbieraniu mitycznych zaświadczeń do stypendiów, bo stypendia pozwalały się utrzymać. Zbieranie wszystkich zaświadczeń potrzebnych do stypendiów czasem odkładały bardzo w czasie pisanie samej rozprawy. Tak było. System po reformie ministerialnej nie ma takiego stypendium. Jest chyba czymś z urzędu, o ile się dobrze orientuję. Ale odnosiłem się do własnych doświadczeń i na pewno jest tam wiele rzeczy oczywiście w krzywym zwierciadle, wyolbrzymionych, bo „Granty i smoki” są groteską, więc wiele tych doświadczeń jest wpuszczonych do gabinetu luster, w którym nie ma okien i są one wykrzywiane, pomniejszane, defragmentowane i tak dalej. Przepraszam, a jakie było dokładnie pytanie?
[11:35] - Pytałem o odniesienia do życia akademickiego, a w każdym razie uczelnianego. To chyba bardziej precyzyjne pytanie. Właściwie częściowo odpowiedź padła, a ewentualnie możemy się zagłębiać w jakieś mniej lub bardziej drastyczne szczegóły. Ewentualnie bym zaproponował.
[11:58] - Sam bohater, który nie jest wojownikiem, nie jest bohaterem, tylko jest teoretykiem bohaterstwa. Ten pomysł wywodzi się z tego, że ja swoją rozprawę, ale też magisterkę pisałem w katedrze teorii literatury. Tak samo mi przyszło na myśl, że odpowiednie napięcie komediowe być może uzyskam, tworząc nie bohatera, a akademika, który jest zajęty teorią wojowania. Stąd tam mamy sceny odczytywania zdarzeń i interpretowania ich, a nie uczestniczenia w nich i działania, jak to robił Hebkon z Cymerii. Tak samo mam nadal wiele doświadczeń związanych z organizacją różnego typu wydarzeń, czy to konferencji, czy kwerend, czy składania tych tytułowych grantów. Tylko że patrząc po recenzjach, wydaje mi się, że opis biurokracji, opis przerostu biurokratycznego jest naszym rodzimym doświadczeniem wspólnym, bardzo uniwersalnym, który wykracza poza te ramy akademickie.
[13:21] - Może w tych murach akademii on bywa szczególnie bolesny, bo człowiek sobie wyobraża, a w każdym razie chciałby sobie wyobrażać uczelnię jako miejsce, w którym ludzie kompetentni i ludzie poświęcający się nauce nie robią nic innego, tylko zgłębiają pewne zagadnienia. Nauką się właśnie zajmują, a tymczasem okazuje się, że zajmują się – szukam słowa delikatnego, żeby tu nie zabrzmieć zbyt brutalnie – zajmują się czasami pierdołami, ale bardzo ważnymi z punktu widzenia urzędników, którzy świat akademicki obsługują. Powiedziałem to najdelikatniej, jak mogłem, więc proszę docenić. Niech wszyscy słuchacze docenią, że się dzisiaj nie wyrażam, niczym nie rzucam. Ograniczam się w każdym razie.
[14:18] - Ale to jest prawda, jeśli mogę wtrącić. Zgadzam się, jest bardzo duży przerost. Jakby to powiedzieć metaforycznie – jest bardzo duży przerost istotności kształtu formularza jakiegokolwiek nad treścią, ten formularz wypełniającą. I tu mówię o wielu polach, czy to o projektach naukowych, o wnioskach grantowych, czy o kartach przedmiotów, które prowadzone są na uczelniach. Jest to oczywiście spowodowane szerszym problemem, jaki jest ogólnie. Wiem, że to zabrzmi bardzo gładko i może obchodząco temat, ale jest to spowodowane kształtem naszej współczesności w dużej mierze nastawionej na pragmatyzm. Współczesności, w której humanizm jako idea nie jest czymś do końca poważnie traktowanym.
[15:27] - To zdecydowanie prawda i to troszeczkę z tej książki wynika. Ale tych wszystkich, którzy już sięgają do wyłącznika, żeby się z dzisiejszej audycji wymiksować, śpieszę zapewnić, że to nie jest książka, która rozbebesza problemy administracyjne uczelni. Nie. To jest książka, która o nich czasami mówi w prześmiewczy sposób, ale jednak to jest książka, w której się dzieje. „Się strzelają”, tak jak powtarzam za Pawłem Majką, a może właściwie biją bardziej od czasu do czasu. Książka, która ma szereg zabawnych zwrotów akcji, która mnie zaczęła w pewnym momencie wpędzać w kompleksy, ale tylko przejściowo. Spokojnie, proszę państwa. Dlaczego w te kompleksy? Ponieważ tam jest tyle nawiązań różnego rodzaju, na różnych poziomach, że w pewnym momencie, przy trzecim, czwartym opowiadaniu zwariowałem do tego stopnia, że czytałem te zdania, patrząc, w którym miejscu autor zastawił na mnie pułapkę. Kolejną, bo już nie pierwszą.
Im bardziej szukałem tych pułapek, tym bardziej je znajdowałem i tym było ich więcej. Zdaję sobie sprawę, że czasami to ja je po prostu wynajdowałem, ale ich tam jest sporo zastawionych. Słowo „pułapka” możemy skreślić, bardziej to są odniesienia na różnych poziomach, bo nagle znajdujemy słownik symboli niejakiego Kopala, już bez szczegółów, ale też znajdujemy wielkiego Kopala. Jak myślicie państwo, czy dobrze skojarzyłem, że to chodzi o Kopalińskiego, który ten słownik wyrazów obcych, potężny, wielgachny i tak dalej stworzył? Bo tak sobie skojarzyłem, że to wielki Kopal. Ale słownik symboli, z którego korzystałem namiętnie w swoim czasie, również stworzył. Mitów chyba i symboli, o ile dobrze pamiętam. Skoro to się dzieje na takim poziomie, to wyobraźcie sobie państwo odwołania do różnego rodzaju scen, do klasyki fantasy tak naprawdę. Dość powiedzieć, że dwa z tych tekstów, które są zamieszczone w książce, zaczynają się nawiązaniami do klasyki literatury. W jednym wypadku fantasy, bo to bardzo przypomina początek historii o „Wiedźminie”, tej jeszcze w opowiadaniach.
Mamy też nawiązanie żywcem wzięte z „Ogniem i mieczem”. I tak dalej. Na pewno dzisiaj nie raz będziemy mówili o tych odwołaniach, które stosuje nasz gość. Ale wierzcie mi państwo, zabawa jest przednia. Polecam podcast Marty Kładź-Kocot. Te próby rozkodowania albo te próby, które się kończą sukcesem, to jest przecież najważniejsze. To jest niesamowita przygoda, na którymś z poziomów. Już się teraz wygadałem, myślę, dosyć obficie. To teraz, szanowny autorze, troszkę nam o tym opowiedz, jak się pisze tego rodzaju tekst tak najeżony albo tak upakowany rodzynkami, tego rodzaju smaczkami, jak te teksty w „Grantach i smokach”.
[19:19] - Jasne. Przyznam szczerze, że moja metoda była podobna do tej, którą stosuję, pisząc jakiś artykuł dotyczący zjawiska literackiego czy jakiejś konkretnej powieści. Notowałem sobie, co do każdego opowiadania muszę przeczytać, jeśli czegoś nie pamiętałem albo nie znałem. Plus bardzo chciałem, żeby każde opowiadanie mniej więcej odwoływało się do innego gatunku czy podgatunku fantastyki, który zostałby sparodiowany i też do innego rdzenia mitologicznego. Czytałem też różne mity chińskie. Czytałem „Wędrówkę na Zachód”, na bazie której powstał kultowy „Dragon Ball”. Czytałem trochę literatury grozy, bo przyznam się, to nie jest moja mocna strona. I oczywiście różnego rodzaju baśnie, legendy, podania.
[20:29] - Ale i filmy z klasyki kina SF.
[20:35] - Oczywiście. Tam pojawiają się moje ukochane „Gwiezdne wojny”, gry komputerowe, które bardzo lubię, jak kultowy już „Wiedźmin”, ale też gry mojego dzieciństwa, czyli „Baldur's Gate”, „Diablo”, „Warcraft 3”. Na tym się wychowałem i uwielbiam je. A w niektórych momentach stosowałem zabieg, który można by nazwać samplingiem. To robią niektórzy poeci współcześni. Tak postępują, że sklejają i przetwarzają różne kawałki. Wspomniane rozpoczęcie opowiadania pierwszym akapitem czy pierwszymi akapitami „Ogniem i mieczem” było takim samplingiem, bo jest to zmapowanie wstępu do „Ogniem i mieczem”. Z tym że ten wstęp jest ufantastyczniony, czyli znaki na niebie to są jakieś drakkary stworzone z paznokci nieumarłych, oczy są zwrócone ku siedzibie nekromanty i tak dalej. Przyznam szczerze, że ten świat można by nazwać, że jest ulepiony z literatury, bo tam nie ma światotwórstwa jako takiego. Jest tam takie imitowanie, przywoływanie kawałków różnych innych światów w zasadzie.
[22:10] - To ja zacytuję. W tytułowym opowiadaniu „Granty i smoki” ono się tak zaczyna: „Rok 1293 był osobliwy. Rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały nadejście klęsk i zdarzeń o nadzwyczajnej naturze. Współcześni kronikarze wspominają, że wiosną w niesłychanej ilości wyroiła się plaga kikomor ze wschodnich kurhanów. Maszkary niszczyły zasiewy i trawy, co było przepowiednią najazdów goblinów z Szarych Pieczar na wolne ludy kontynentu”. To nawiązanie do „Ogniem i mieczem”. Ale jest jeszcze jedna rzecz, która mnie bawiła, a jednocześnie pełniła rolę drogowskazu. Otóż w książce jest cała masa cytatów prawdziwych i pewno mniej prawdziwych, bo są oczywiście odwołania do konkretnych osób. Jest cytat z Ursuli Le Guin, jest chociażby Tolkien. W innych miejscach pojawiają się mniej lub bardziej prawdziwe, nieprawdziwe.
Takie odwołania do prawdziwych autorów, a czasami do tych mniej prawdziwych. Czy dobrze się, autorze, bawiłeś, serwując jeszcze te dodatkowe drogowskazy?
[23:52] - Jasne. Chciałem tymi cytatami trochę może podkreślić właśnie to, że jest to taka plastelina cytatów pomieszana. Bawiłem się dobrze, może też dlatego, że ja bardzo lubię gry komputerowe, które w dużej mierze oparte są na tak zwanych easter eggach, czyli na mruganiu okiem do odbiorcy, do gracza. Wydaje mi się, że jednym z takich bardzo ważnych czynników sukcesu „Wiedźmina” Studia CD Projekt tej gry, to była właśnie masa takich easter eggów. Mruganie okiem czy przetwarzanie jakichś znanych bajek, cytatów, ale też wielu różnych postaci czy sytuacji z naszej rzeczywistości. Zamarzyłem sobie coś takiego easter eggowego stworzyć i napisałem. Także nie mogę powiedzieć, bawiłem się bardzo dobrze.
[25:01] - À propos dobrej zabawy, to w jednym z opowiadań dostajecie państwo nagle ostrzeżenie. Słyszycie albo czytacie o malinowym chruśniaku. Ostrzeżenie padło. Ci, co wiedzą, o co chodzi, to wiedzą. Ci, co nie wiedzą, to też się dalej dobrze bawią. Po czym bardzo niedaleko od tego miejsca, gdzie ostrzeżenie padło, pojawia się Leśmian. Trudno powiedzieć, że we własnej osobie, w każdym razie we własnym utworze. I zabawa trwa dalej. To znowu nie jest jakiś wymęczony, nudny wykład z literatury, z historii literatury, tylko to znowu pasuje. I to jest kolejny element zabawy.
Ja tę zabawę podkreślam w naszej rozmowie, ponieważ troszkę autorowi zazdroszczę, bo ja mam taki obraz, może fałszywy, to zaraz nam autor powie. Mam taki obraz, że właściwie autor się przez większość czasu spędzonego nad książką, nad pisaniem książki uśmiechał. To tak było? Czy może jakoś inaczej?
[26:20] - Nie, naprawdę tak było. Strasznie ta tematyka, ta formuła. Przyznam szczerze, że bardzo mi lekko przychodziło pisanie tych historii. Inaczej mam pisząc na przykład opowieści cyberpunkowe czy science fiction. Trudniej mi to przychodzi, a tu czułem, że te korki, które zakładam na nogi, są już rozegrane i rozbite, i od razu pasują, mówiąc metaforycznie.
[26:55] - Przygotowując się do audycji, w pewnym momencie otworzyłem sobie jedną z książek, całkiem niedawno wydanych. Właściwie pierwszy tom poświęcony Lemowi. I patrzę, patrzę i kogo znajduję? Znajduję tam artykuł naszego dzisiejszego gościa. Jak najbardziej poważny, jak najbardziej naukowy, zupełnie inny w nastroju. Siłą rzeczy, oczywista sprawa. Także zważcie państwo przy głośnikach, że nasz dzisiejszy gość jest bardzo wszechstronny. To znaczy z jednej strony mamy prace naukowe, chociażby z tego tomu, o którym mówię, praca poświęcona Lemowi, a z drugiej strony mamy naprawdę lekkie, zabawne na różnych poziomach zabawne opowiadania z niesamowitymi czasami zwrotami akcji. Więc autorze, jesteś niezwykle wszechstronny. Wiem, że kadzę w tej chwili.
Pewno za chwilę powinienem cię atakować, przynajmniej próbować gdzieś coś znaleźć, że niedobrze, bo właściwie jak cię za dużo będę chwalił, Łukaszu, to dojdzie do tego, że sami nasi słuchacze będą mówili: „O coś! Nie wiem, ile ten Żelkowski wziął za zachwalenie książki”. Więc za chwilę przejdziemy do jakichś prób zeskrobania tych tekstów, odskrobania tam jakichś rzeczy, które może się nie zgadzają komuś albo zgadzają. Ale na razie chwalimy. Czy czujesz się w tej chwili dostatecznie pochwalony?
[28:45] - Oczywiście. Bardzo dziękuję. Ja jeszcze publicznie chciałem tu państwu wszystkim powiedzieć, że nie ma żadnej sponsorowanej współpracy. Jestem bardzo wdzięczny za zaproszenie. Dziękuję. Ja przyznam szczerze, to jeszcze powiem o tych artykułach. To jest zupełnie inna praca. Ja to lubię oczywiście bardzo, natomiast szybkość pisania, poziom zmęczenia, możliwość skupienia się jest u mnie, to nie ma co nawet porównywać do „Grantów i smoków”. To zupełnie inna robota i niekoniecznie zawsze z uśmiechem na twarzy.
[29:25] - Żartujemy oczywiście z tym sponsoringiem. Ja po prostu, proszę państwa, zupełnie szczerze powiem. W tym potoku rzeczy, które czytam na co dzień, poważnych, mniej poważnych, jakichś całkowicie śmiertelnie poważnych. Jak się trafi na taką książkę, która łączy w sobie różne poziomy z jednej strony zabawności, ale z drugiej strony sprawnej opowieści, to człowiek ma taki moment oddechu i może z tej wdzięczności, ja tak tutaj autorowi kadzę. Postaram się poprawić, bo my w tej chwili rozmawiamy bardzo na sucho, czyli mówimy teoretycznie troszkę tak jak bohater tej opowieści. On też był teoretykiem. W toku opowieści stał się bardziej praktykiem, ale na początku rzeczywiście poznajemy go jako człowieka, który pewne rzeczy opanował, ale właśnie teoretycznie. Więc żebyśmy nie byli na podobnym poziomie, to ja proponuję, żebyśmy posłuchali pierwszego fragmentu Tejże opowieści. O ile sobie dobrze przypominam, to jest fragment właściwie z samego początku, kiedy głównego bohatera poznajemy. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Marku, prosimy.
[30:55] - Łukasz Kucharczyk, fragment opowiadania „Stypendia i olbrzymy”: „Później, gdy wspominaano całe zajście, mieszkańcy nie potrafili sobie przypomnieć, skąd dokładnie nadeszli wędrowcy. Odpowiedź jednak nie mogła być zbyt trudna. Do Wielkich Lip prowadziła tylko jedna wysłużona drewniana brama. Ewentualnie można było próbować przedostać się od strony lasu. Groziło to jednak bliskim spotkaniem z wilkami, niedźwiedziami, kotołakami i Gildą, żoną sołtysa, przeszukującą krzewy w trosce o cnotę wielkolipskiej młodzieży, równie opiekuńczą, co srogą i skorą do używania rózgi. Przyjmijmy więc rozwiązanie bezpieczniejsze. Pierwsze, wedle którego opowieść rozpoczęła się tuż za wiekowymi, zawsze otwartymi i nigdy niepilnowanymi wrotami wraz ze stukotem kopyt na wiejskiej drodze. Zdumieni mieszkańcy odrywali się od ciężkiej pracy przy pługu, od tradycyjnego targowania się nad straganami pełnymi mięsa i warzyw, od popijania pokrzepiającego samogonu. Goście trafiali się w wiosce rzadko, tym bardziej tak osobliwi. Dzieląca ich różnica wzrostu była chyba tym, co dziwiło najmniej.
Przybysze zatrzymali się przy chacie z łupanym gontem. Takiej, o której mówił list trzymany przez tego wyższego. Jako że wszystkie inne pokryte były słomianą strzechą, o pomyłce nie mogło być mowy. Na schodach siedział człowiek wyglądający na gospodarza, wyraźnie zmartwiony. Przepraszam, czy mam przyjemność z Wotanem, synem Boltana? — zapytał przybysz, wpatrując się w list. Tak. A wy, panie to...? — bąknął chłop. Bohater — odparł dumnie zapytany, podnosząc głowę zza pergaminu.
Nie było to pierwsze określenie, które przychodziło Wotanowi na myśl, gdy patrzył na młodzieńca. Bo rozmówca był młody, nie ulegało wątpliwości. Był też niesamowicie szczupły, wręcz wychudzony. Noszony przez niego stanowczo za duży hełm z wielkimi rogami biesa z pewnością zakryłby mu całą twarz, gdyby nie powiększające oczy szkła złączone drutem, rozpaczliwie podtrzymujące go na poziomie czoła. Zbyt obszerna kolczuga przypominała bardziej prześcieradło ze stalowej plecionki, które ktoś złośliwie zarzucił mu na ramiona. W dodatku chłop zawsze uważał, że legendarni herosi z opowieści, których słuchał z wypiekami na twarzy jako dziecko, powinni mieć bujne brody. Przynajmniej tak sobie ich wyobrażał. Twarz chłopaka, a i owszem, była bujnie pokryta, lecz nie brodą, a licznymi krostami. Kolejnym objawem niedojrzałości. Wybaczcie, panie — podjął niepewnie — ale nie bardzo rozumiem.
Przybywam z Uniwersytetu Wielkobohaterskiego imienia Kaenta Niezwyciężonego, dokładnie z Wydziału Nauk Barbarzyńskich, Katedra Literatury Hebryjskiej — oświadczył chłopak i pomachał Wotanowi przed twarzą listem. Wysłaliście do nas gońca z prośbą o pomoc, prawda? Macie tu jakieś problemy, które może rozwiązać tylko bohater? No ta, ta, ale myśmy myśleli bardziej o... Prośba o pomoc była co prawda adresowana do Ulryka Mężnego — kontynuował młodzieniec — ale profesor prowadzi obecnie kwerendę archiwów w Galeonii. Oddelegował więc swojego najlepszego doktoranta, czyli mnie — dodał szybko na wypadek, gdyby chłop miał wątpliwości, o kim mowa. Ulryk Mężny? Toż on naprawdę istnieje? — wykrzyknął mężczyzna, gdy odżyły w nim dziecięce wspomnienia. — A Phoba Bet?
Colen Łasica? Gerau z Malory? No, profesor Bet właśnie kończy swoją monografię o dostanie ośmiopalcym. Profesor Łasica przeniósł się na inny uniwersytet, a profesor Gerau jest zaangażowany w duży grant. Prawdę mówiąc, to nie wiem dokładnie, o co w nim chodzi, ale zdaje się, że dużą rolę odgrywają w nim szczurołapy z Huxley. Poza tym teraz jest sezon urlopowy. Na wydziale zostałem tylko ja. Odrobinę się zaczerwienił, gdy wypowiadał ostatnie zdanie. Poza studiami doktoranckimi pracuję też w antykwariacie na terenie kampusu, więc zawsze jestem pod ręką.”
[35:36] - I to był pierwszy fragment ze zbioru opowiadań naszego dzisiejszego gościa. Ten fragment nie zdradza, w jakim kierunku pójdziemy, ale dobrze charakteryzuje bohaterów, z którymi stykamy się w opowieści. W tym pierwszym opowiadaniu bawisz się, Łukaszu, opowieścią o fasoli, która wyrosła i pojawił się olbrzym. Specjalnie mówię tak ogródkami, ale już państwo zapewne rozpoznali tę opowieść, a ty ją podajesz na nowo.
[36:23] - Tak. Ja bardzo lubię ten zabieg retellingu, opowiadania na nowo dobrze znanych baśni i legend. Oczywiście to można robić na dwa sposoby. Można to robić w stylu Sapkowskiego, czyli jakoś tak umrocznić tę opowieść, urealnić w cudzysłowie. Mamy na przykład u Słapowskiego Królewnę Śnieżkę, która zakłada bandę z krasnoludami i terroryzuje okoliczną ludność. Mamy szlachcica, który wcale nie był piękny jako człowiek, tylko zaczął mieć powodzenie, jak już został bestią. Sama przemiana nie wynikała z niewpuszczenia wróżki na dwór, tylko z powodu wykorzystania seksualnego. Albo można zrobić taki retelling w stylu „Shreka”, czyli w stylu komediowym. I przyznam szczerze, że ta strategia jest mi bliska. Bardzo to lubię.
Pomysł właśnie się chyba wziął stąd pierwszy. Czego mógłby chcieć doktorem za pokonanie olbrzyma? Wiadomo, zaświadczenia do stypendium. Najlepiej z pieczątką i podpisem sołtysa. Też proszę pamiętać, każde zaświadczenie musi mieć pieczątkę i podpis.
[37:51] - Wiadomo. Natomiast ta historia opowiedziana o tym olbrzymie i o jego motywacjach, bo te mnie najbardziej rozbawiły, jest niesamowicie prawdziwa. A wszystkie osoby, które żyją w szczęśliwych związkach małżeńskich, nawet te, które nie będą tego potwierdzać, gdzieś tam w duchu sobie pomyślą: „Coś w tym jest. Jakaś cząstka prawdy to z całą pewnością”. Bo kto był takim motywatorem działania olbrzyma, którego przedstawiłeś, który żył tam sobie bardzo wysoko?
[38:35] - Żona olbrzymka, która nigdy nie była zadowolona ze swojego męża. W związku z czym on postanowił, ten nasz olbrzym, ją udobruchać, zadziwić, uszczęśliwić.
[38:51] - Tak, to prawda. Całkiem niedawno w jednej z audycji ABW rozmawiałem z naszymi słuchaczami na temat tego, jak bardzo trudno mówić jest, czysto teoretycznie, o rozśmieszaniu. Czyli o tym, co jest śmieszne albo nieśmieszne. Bo kiedy zaczynamy w sposób naukowy albo nawet taki pseudonaukowy analizować dowcip, to on przestaje być śmieszny. Bardzo szybko przestaje być śmieszny i wszelkie próby, może nie wszelkie, ale bardzo często próby takiego teoretycznego opisania zabawności kończą się niepowodzeniem. I ja sobie zdaję sprawę, że kiedy my dzisiaj opowiadamy o naprawdę zabawnej książce, tak teoretycznie opowiadając na przykład o olbrzymach i olbrzymie i jego żonie, to nasi słuchacze mówią: „Ale to w ogóle nie jest śmieszne”. Jedyna rada to sięgnąć po prostu po książkę Łukasza Kucharczyka. A ja powiem tak: że warto po tę książkę sięgnąć, mówi o tym chociażby zestaw nazwisk, które się pojawiają na okładce z tak zwanymi blurbami albo zachęcajkami, jakkolwiek to nazwiemy, to zawsze wiadomo, o co chodzi. Bo pojawia się grono-
[40:26] - Z tymi dowcipami, z tym analizowaniem dowcipów skojarzyło mi się to z takim śmiesznym czasem efektem, który występuje, gdy ktoś czepia się jakichś szczegółów i próbuje udowodnić, że dowcip jest bez sensu, nie działa, bo nie zgadza się z faktami naukowymi przedstawionymi w Wikipedii.
[40:45] - Tak. Wtedy się robi tak zabawnie, że po prostu boki zrywać.
[40:51] - Jest takie stare przysłowie, że dowcip, który wyjaśnimy, przestaje być śmieszny.
[40:56] - Dokładnie. A ja nawiążę do myśli, którą rozpocząłem, że zestaw osób, które polecają książkę, jest naprawdę imponujący. I ktoś powie: „A, bo autor zapłacił”. Myślę, że nie, bo chociażby wystarczy te blurby przeczytać. A piszą te blurby pisarze. I jest tłumacz też i znawca literatury SF oraz fantasy. Więc wymieniam po nazwiskach: Dominika Węcławek, Romualda Pawlaka, akurat tłumacz, Krzysztofa Sokołowskiego. Mamy również Michała Stonawskiego. Kogoś pominąłem? Chyba nie.
A jeszcze oczywiście... Kogoś pominąłem. Cały czas mam takie-
[41:52] - Iza Grabda.
[41:53] - Właśnie, dokładnie. Wszyscy to ludzie, którzy parają się pisaniem na co dzień. Po prostu piszą i to piszą w taki sposób, że ludzie ich czytają. Co by nie powiedzieć, chyba dobre rekomendacje.
[42:13] - Ja bardzo wszystkim wymienionym osobom jestem wdzięczny i mogę powiedzieć, jak było z tymi blurbami, bo-
[42:21] - Tak, proszę. Czasami się pojawiają tego rodzaju hałasy na linii. Proszę się nimi nie przejmować.
[42:29] - Dobra. To było tak, że ja prawie nikogo nie znałem z fandomu. Dużą bardzo rolę tu odegrał Krzysztof Kietzman, też znany chyba w środowisku fantasy. Chyba? Na pewno znany w środowisku fantasy. Między innymi tłumacz wielu książek ze świata „Gwiezdnych wojen”, ale nie tylko.
[42:51] - Przerwę na momencik. Tytułem takiej reklamy: jesteśmy wstępnie z Krzysztofem Kietzmanem umówieni na audycję. Jeszcze nie ma jej terminu, ale na audycję właśnie o- O roli tłumacza oraz o tych uniwersach, w których Krzysztof Kietzman się porusza niezwykle sprawnie, o których wie bardzo dużo i o których umie opowiadać. To przed państwem, ale jeszcze terminy muszą zostać dograne tak, żeby naszemu gościowi pasowało. Ale teraz dobrze, ponieważ przerwałem, to oddaję głos na drugą stronę.
[43:29] - Krzysiek, ja nie znałem. Krzysztofa Sokolskiego, to faktycznie ja go z dawnych lat z jakiegoś spotkania poznałem i to do Krzyśka Sokolskiego sam wysłałem książkę. Natomiast, jak by to powiedzieć, jestem pewny, że opinia była obiektywna, bo po prostu gdyby mu się nie spodobała, to pewnie bym usłyszał, że mu się nie spodobała. Natomiast do wszystkich innych osób Krzysiek Kietzman wysłał „Granty i smoki” i ja dopiero poznałem Michała, Romualda, Izę, Dominikę, gdy już poprzez Krzyśka dostałem blurb, za który bardzo chciałem podziękować. To w ogóle było dla mnie niezwykłe doświadczenie, bo na przykład Romka Pawlaka czytałem jeszcze będąc studentem. Michał Stanowski też jest przecież uznanym reportażystą fantasy, jakkolwiek to zabrzmi w fandomu. Można go tak skategoryzować. A też pisarzem grozy. Mega mi miło było i to wszystko działo oddolnie. Ja to bardzo często podkreślam i to wszystko działało i działa do tej pory za sprawą dobrych ludzi wokół.
[44:44] - Okej, ale ja mam takie pytanie drążące, bo właściwie już o tym mówiliśmy, ale skoro drążę, to drążę. Kiedy siadasz raczej przed ekranem komputera, chciałem powiedzieć przed kartką, ale przed ekranem komputera i kontynuujesz pisanie albo zaczynasz pisanie, to najpierw powstaje fabuła, czyli to skąd bohater idzie, poprzez jakie miejsca i dokąd dochodzi. Czy najpierw powstają, i tu cudzysłów ogromny, te gagi, które się w poszczególnych opowieściach pojawiają, te nawiązania. Wiesz, że w tym opowiadaniu musisz mieć dwa kilo nawiązań literacko-naukowych, półtora jakiegoś kilograma innych nawiązań, czy też to zupełnie inaczej wygląda? Czy to się pojawia w trakcie? W ogóle troszeczkę bym chciał ciebie namówić, żebyś opowiedział o swojej metodzie pisarskiej.
[46:02] - Przyznam się, że metoda pisarska na początku była żadna, tak samo jak i przy tych poważnych tekstach. Ja nigdy nie robiłem w życiu notatek. Na studiach też nie. Jeśli chodzi o „Granty i smoki”, to tylko szkicowałem sobie konspekt poszczególnych zdarzeń fabularnych i listę rzeczy, które muszę przypomnieć albo sobie przeczytać, żeby móc do nich nawiązać w pełni świadomie. Natomiast nie wiedziałem, w którym momencie dokładnie to nawiążę i w jaki sposób. Podobnie te gagi. One pojawiały się zewsząd. Czasem są rzeczy, które po prostu wymyślam podczas pisania. Czasem są to rzeczy gdzieś dawno temu przeczytane, czasem są to rzeczy zasłyszane od innych osób. Tak jak pojawia się w jednym opowiadaniu wtrącenie o panu, który zwomitował na własne plecy i powstaje pytanie, czy to jeszcze menel, czy już wolny człowiek.
To jest taka opowieść mojego kolegi ze studiów. Kiedyś na papierosie, pamiętam, to opowiadał i tak mi się to spodobało, że utkwiło mi to w pamięci. Więc gagi powstają naturalnie, natomiast same schematy fabularne i lista lektur jest projektowana wcześniej. Teraz, pracując nad czymś większym w tym świecie, pierwszy raz w życiu coś takiego zrobiłem, ale pobrałem sobie tak zwaną mapę myśli na komputer i to wszystko zapisuję, bo bym tego nie spamiętał już po prostu.
[47:34] - Okej, ja teraz chciałbym zapytać. Mówiliśmy o „Gwiezdnych wojnach”, to powiedzmy trochę o tym. Jedno z opowiadań zawiera sporą dawkę, i to taką naprawdę sporą dawkę nawiązań właśnie do „Gwiezdnych wojen”. Tam pewna próba jest dokonywana. Naprawdę, jak czytałem, to mówię sobie: „Piękne cytaty, ale jednocześnie czemuś służące, mocno przerobione”. To właśnie na tym polega i zabawność, a z drugiej strony taki element, który przyciąga do tych opowieści, że to jest wszystko przetworzone, przerobione. Widać od razu, że to nie jest proste kopiuj, wklej, tylko to ma jakąś swoją rolę odgrywać. Dobrze, na przykładzie tego nawiązania do „Gwiezdnych wojen”, do próby, którą tam jeden z bohaterów przechodzi, która ewidentnie nawiązuje do tego, co widzieli w tej pierwszej klasycznej trylogii „Gwiezdnych wojen”. Znowu zapytam ciebie, Łukaszu, o twoją metodę pisania, w tym wypadku dotyczącą właśnie tego rodzaju nawiązań.
[49:10] - Tak. Gwiezdne wojny. Ja się wychowałem na Gwiezdnych wojnach. Uwielbiam Gwiezdne wojny. Pamiętam, jak miałem osiem lat, byliśmy u brata z rodzicami w Warszawie. Kupili mi rodzice — do tej pory żałuję, bo to jest chyba dzisiaj bardzo trudno dostępna rzecz, chyba bym musiał pożyczyć — atlas postaci z Gwiezdnych wojen. U nas nie było wtedy jeszcze tak wszystko tłumaczone, nie wszystko było dostępne. Nie można też sobie było zamówić przez internet rzeczy, tylko jak się było na przykład w Warszawie, to było dostępne, te wszystkie książki czy komiksy. Więc wiele rzeczy się z tego świata dowiedziałem. Grałem też w gry, oczywiście standardowo kupowane na Stadionie Dziesięciolecia, ze świata Gwiezdnych wojen.
A w 2015 roku, kiedy Disney wykupił prawa do Gwiezdnych wojen, z całą mocą powróciłem do tego świata. Zresztą ta przerwa nie trwała jakoś strasznie długo i Gwiezdne wojny musiały się tam znaleźć, tak samo jak musiały się znaleźć odniesienia do różnych gier, chyba też do piosenek jakichś, nie pamiętam już. Dlatego też się to przyjemnie pisało, że w dużej mierze korzystałem z bagażu rzeczy, które poznawałem przez całe życie, bo bardzo to lubiłem. Tak jak powiedziałem, kocham Gwiezdne wojny. Kocham to uniwersum. Nie tylko oczywiście czytanie jakichś rzeczy, ale też przyswajanie różnych sfer popkultury. Przez całe życie to robię, bo jestem geekiem, nerdem, jakkolwiek to się kategoryzuje. Bardzo to lubię, bardzo się z tego cieszę i chyba — o ile mogę w ogóle mieć jakieś prawo do samointerpretowania — też w „Grantach i smokach” moja geekowatość, nerdowatość wybrzmiała w jakiś sposób. Tak mi się wydaje.
[51:23] - Okej. Ja chciałbym zapytać... Powiedziałem, że będę drążył, bo dzisiaj jest co drążyć. Mówiliśmy o tym poziomie, na którym mocno nawiązujesz już nie tylko do konkretnych utworów fabularnych, ale są takie fragmenty twojej opowieści, w której aż oczywiste było dla mnie, że gdzieś tam jest Campbell i jego „Bohater o tysiącu twarzy”. W dodatku w opowieści, w której ten bohater się pojawia. I to są takie zabawy, w których ty, opowiadając pewną historię, jednocześnie dopowiadasz ją z tej strony, nazwijmy to, teoretycznej. Ale to żaden wykład oczywiście nie jest, tylko w jakiś sposób to nawiązuje. Ja miałem — i to powtórzę po raz kolejny podczas dzisiejszej audycji — nie tylko ja się dobrze bawiłem, ale miałem takie głębokie przekonanie, że w tym aspekcie, w tym segmencie również autor się dobrze bawił. Bo już mówiliśmy o różnych zabawach na różnych poziomach, czyli te nawiązania do literatury, ale też w tym wypadku mówię o nawiązaniach do teorii literatury. Jest takie opowiadanie — w tej chwili oczywiście zapomniałem, które to opowiadanie — gdzie Campbell to oczywista oczywistość.
[53:15] - Tak, jasne. Coś w tym może jest, że w jednym opowiadaniu mocno się inspiruję Campbellem i też „Morfologią bajki” Władimira Proppa, bo fajnie Propp w swojej „Morfologii bajki” wymienia poszczególne elementy tego, co się dzieje w bajce i funkcje poszczególnych postaci. Tylko ja sobie zrobiłem z tego nie morfologię bajki, tylko zrobiłem sobie podręcznik, z którego korzystają w czasie swojej podróży bohaterowie. I to się nazywa morfologia rzeczywistości. Bo wszystko, co u nas jest teorią, jest czymś nierealnym, to tam jest właśnie tym, co się dzieje tu i teraz naprawdę. A jeśli chodzi o „Gwiezdne wojny” Campbella, to faktycznie w tym tytułowym opowiadaniu „Granty i smoki” pojawia się wiele schematów z „Bohatera o tysiącu twarzy”. I jednym z takich schematów jest oczywiście udanie się tytułowego bohatera do donatora, pomocnika czy mistrza. Mój tytułowy bohater, Silgeran, przechodzi taki trening i to jest zlepka Campbella, zlepek wymieszany oczywiście z „Jodą” z Gwiezdnych wojen, ale też z „Genialnym żółwiem”, czy też „Mutant Roshin” w innym tłumaczeniu, pierwszym mistrzem głównego bohatera „Dragon Balla”. I z tego wychodzi mi profesor Deeps, akademik nad akademikami, mistrz wszechstyli, wielki znawca wszystkiego.
[55:07] - Ja teraz zapytam o coś takiego, co mnie przez cały czas nurtowało. To nie jest zbyt głębokie pytanie, ale muszę je zadać, bo bym się tutaj ugotował, gdybym go nie wypowiedział. Ta opowieść o troszkę uczelnianym doktoranckim życiu, nawet jest takie opowiadanie, które mówi o tej uczelni bardzo dokładnie. Dramatyczne rzeczy się dzieją na tej uczelni, ale gdzieś takie skojarzenie z Harrym Potterem, to jakaś szkoła średnia albo w każdym razie jakaś przedstudyjna szkoła. Miałem duże skojarzenia, że to po prostu taki bardziej — oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji — jakiś taki bardziej dojrzały Harry Potter, który już tu właściwie rozpoczął studia doktoranckie i teraz wszedł w kolejny etap. Być może mnie ta uczelnia tak zaczarowała, która została w dramatycznych okolicznościach opanowana, ale na szczęście później odbita. I tak dalej. To pytanie, konkretyzując, czy gdzieś tam w tle Harry Potter się pojawiał?
[56:34] - Wiesz co, nie myślałem o Harrym Potterze akurat, ale bardzo lubię cały cykl, zarówno powieści, jak i cykl filmów. W ogóle całe uniwersum. Wychowałem się na tym, bo „Kamień filozoficzny” przeczytałem mając chyba 10 lat, czyli tyle, ile Potter idąc do Hogwartu. Więc akurat się wbiłem w taką lukę tego pokolenia, które dorastało w każdym kolejnym książką. Pewnie jakieś tam odniesienia siłą rzeczy, bo mocno mi przeformatował swego czasu, mówiąc językiem Dukaja, mózg Harry Potter. Pewnie się pojawiają, chociaż powiem ci szczerze, że ja sobie tak myślałem teraz, projektując coś dalej, że właśnie jakbym tak nawiązywał wprost do Harry'ego Pottera, to właśnie tak sobie widzę takiego Dumbledore'a, który na koniec każdego roku szkolnego zmienia tą punktację i przyznaje te wszystkie punkty Gryffindorowi. I ja widzę po prostu jego proces w kuratorium za złamanie wszelkich zasad.
[57:37] - Może to jest całkiem dobry fabularny pomysł na może nie fanfika, ale taką parodię bez odwoływania się do konkretnych nazw, ale i tak wszyscy będą wiedzieli. To uważam za świetny punkt, nie wiem czy punkt wyjścia, ale świetną oś, wokół której jakiś tekst można by okręcić. Przyznam się, że problemy z kuratorium w świecie czarodziejskim to jest jednak coś, co wydaje mi się kuszące jako czytelnikowi.
[58:18] - Odpowiedzialny dyrektor pozwoliłby na trzymanie potwora w zamku. I tych przykładów na wszystkie przytyczki, które można wypunktować Dumbledore'owi jako temu nieskazitelnemu pomnikowi i ostoi dla wszystkich uczniów, to fajnie można tym grać i fajnie to można parodiować, tak mi się wydaje.
[58:43] - Tak, okazuje się, że gdzieś tak czasami w trakcie audycji rodzą się jakieś idee, to je państwo łapcie przy głośnikach i do piór. A myślę, że zaserwujmy sobie kolejną dawkę w tej chwili. To będzie drugie opowiadanie w kolejności z tomu „Granty i smoki”. Marku, prosimy.
[59:16] - Łukasz Kucharczyk, fragment opowiadania „Kilgeran i czterdziestu plagjatorów”. Nad potężnym i bezkresnym lasem Utaputa rozległy się doniosłe krzyki. Szybko, sprawnie i bez sentymentu, przeganiając kryjącą się wśród gęstych krzaków, nieśmiało spoglądającą zza rozchylonych gałęzi, otuloną spokojnym powietrzem baśniową i magiczną ciszę. Zgubili się. Tego byli już pewni. Na nic zdała się pożyczona od profesora Pollo słynna mapa kontynentu, zwana też głównie przez niego samego opisaniem świata. Profesor zapomniał wspomnieć, że sporządzono ją w czasach jego akademickiej młodości, jakieś 600 lat temu, gdy wiele krain było jeszcze nieznanych. Położona na Dalekim Wschodzie Agrabia była jedną z nich. Profesor nigdy nie miał z tym najmniejszego problemu. Zawsze z lekceważeniem odnosił się do dorobku młodszych kolegów, uznając ich odkrycia za konfabulacje.
Twardo stał na stanowisku, że świat kończy się właśnie tam, gdzie on kończył badania. Dlatego teraz, doświadczając pełnej materialności owych konfabulacji, przepełnieni goryczą i rezygnacją wędrowcy bohatersko stawiali kolejne kroki na oślep ku nieznanemu. Raz po raz ostrymi maczetami torując sobie drogę przez wszechobecne zarośla. Niestety również i takie rzeczy wiązały się z próbą organizacji konferencji naukowej na Wydziale Nauk Barbarzyńskich Uniwersytetu Wielkobohaterskiego imienia Kelta Niezwyciężonego. Jak do tego doszło? Rozpocząć należy, jak zawsze w takich sytuacjach, od wniosku stypendialnego. Wszystko zaczyna się od wniosków stypendialnych. Stypendium doktoranckie dawało dochód, dochód dawał czas, czas dawał możliwość pisania rozprawy doktorskiej. Owszem, pewien problem stanowił fakt, że działania potrzebne do uzyskania stypendium skutecznie uniemożliwiały sam proces pisania, ale tym absolutnie nikt nie zawracał sobie głowy. Przynajmniej do momentu rozpoczęcia ostatniego roku studiów.
Organizacja konferencji naukowej dawała dużo punktów we wniosku, dlatego Kilgeran nie mógł przepuścić takiej okazji. Gdy tylko uzyskał błogosławieństwo profesora, z błyskiem w oku zabrał się do dzieła. Zorganizował piękne ryciny reklamujące wydarzenie. Gnomią pocztą rozesłał zaproszenia na wszystkie wydziały nauk barbarzyńskich, a także na zaprzyjaźnione wydziały skrytobójcze, łotrzykowskie i rycerskie w całej Kambrii. Za catering konferencyjny miały odpowiadać leśne skrzaty, gości witać specjalnie zamówione golemy, a pokonferencyjną kolację planowano uświetnić koncertem popularnego zespołu Kirke, słynącego z tego, że składał się z samych syren. Prelegentów zapobiegawczo planował przywiązać do krzeseł na czas występu, gdyż nieopodal stołówki znajdował się uczelniany basen. Temat konferencji również wydawał się gwarancją sukcesu. Otóż brzmiał on: „Bazyliszki wobec wyzwań współczesności. Ontologia, genealogia i ucinanie łbów przy samej szyi”. Kilgeran nie wyobrażał sobie, żeby ktoś nie mógł skusić się na tak uniwersalnie skonstruowane zagadnienie badawcze.
Podczas przygotowań popełnił tylko jeden, jedyny błąd. Zupełnie malutki. Tyci, tyci. Uzupełniając formularz zamówieniowy o odpowiednie kody w podpunkcie dotyczącym materiałów gospodarczych zamiast XYZ.JH.IK1 wpisał XYZ.HJ.IK1. Był to błąd zarazem przedszkolny, jak i kardynalny. Pod pierwszym hasłem krył się po prostu dywan, a pod drugim dywan latający. Pani Halinka z działu zamówień publicznych była nieubłagana. Doktorant miał do wyboru albo ponownie wypełniać wszystkie dokumenty i jeszcze raz starać się o podpisy przełożonych na czele z dziekanem i rektorem, lub też udać się w niebezpieczną i grożącą śmiercią podróż na Daleki Wschód. To właśnie tam roiło się od najróżniejszej maści potworów, a szlaki pełne były zbójców czyhających na życie niewinnych wędrowców. Lecz to w tym samym miejscu, według przeprowadzonej w bibliotece kwerendy legend i podań, miały znajdować się ostatnie na świecie latające dywany.
Wybór nie był więc trudny i wydawał się całkiem rozsądny. W wędrówce towarzyszył mu sekretarz konferencji, pan Rorty Pragmatickback, któremu obiecał zaświadczenie do stypendium studenckiego. Wszelkie stypendia, jak widać, są czymś na wzór naczyń połączonych i polegają na spykologicznym podziale obowiązków.
[01:04:19] - To był drugi fragment z książki „Gram ty i smoki”. A ja tytułem uzupełnienia przeczytam ostatni akapit z tego opowiadania: „Panie w dziale zamówień publicznych były bardzo zadowolone z Kilgerana. Konferencja udała się nad wyraz dobrze, a jego referat nagrodzony został burzą oklasków. I tylko syreny były nieco rozczarowane.” Przyznam się, że mnie to bawi. Być może dlatego, że jestem człowiekiem, który słabo znosi urzędniczość. Tak sobie to wykreowałem, takie słowo. Mnie wszelkie przejawy bycia urzędnikiem czy też zmuszania mnie do wypełniania jakichkolwiek dokumentów doprowadzają do stanu rozpadu. Najbardziej lubię, jak mój szef przychodzi i mówi: „Marek, przeczytaj, bo tu jest taki jakiś dokument i trzeba go przeczytać i zrozumieć w dodatku”. To ja się zawieszam mniej więcej po jednej trzeciej strony. Po prostu w ogóle przestaje do mnie docierać, o czym ci ludzie do mnie piszą.
Mówię o tekstach właśnie tego rodzaju, urzędniczych tekstach, z których coś trzeba wyciągnąć, ale ja nie bardzo wiem co. Czy ty, Łukaszu, też masz tak, że to cię też zawiesza?
[01:05:59] - Tak, właśnie słuchałem twojej wypowiedzi i kiwałem głową cały czas. Ja mam identycznie. Mając przed sobą jakieś te dokumenty, formularze, które muszę zrozumieć, wypełnić, czasem zaprojektować w ogóle, nie śpię po nocach i odczuwam panikę po prostu i stany lękowe, więc utożsamiam się w pełni z tym, co powiedziałeś.
[01:06:25] - Gdzieś tak podczas naszej rozmowy przebijało się nieśmiało — chyba rymuję, ale to naprawdę niezamierzone — przebijały się informacje dotyczące tego, że powstaje coś. No właśnie. A co powstaje?
[01:06:46] - Mogę powiedzieć, że tak już po publikacji i ochłonięciu, zajęciu się czymś innym, tak sobie pomyślałem, że w sumie książka opisuje losy doktoranta, a nie ma tam ani słowa o obronie tego doktoratu. I stwierdziłem, że sama obrona to już jest temat — oczywiście w cudzysłowie, z przymrużeniem oka — epicki, więc jestem w trakcie projektowania i jak uporam się w najbliższych trzech, czterech tygodniach z innymi zobowiązaniami zawodowymi, to właśnie chcę napisać powieść w tym świecie. Tytuł roboczy to „Dotacją i mieczem” albo „Kwerendą i mieczem”. Nie wiem, co lepiej brzmi.
[01:07:32] - A to będzie powieść, bez zdradzania pikantnych szczegółów, o obronie doktoratu, czy o pisaniu doktoratu, czy o czym?
[01:07:45] - O obronie doktoratu, w bardzo dosłownym sensie. Oczywiście się to będzie znowu wiązało z całą tą poetyką drogi, powieścią drogi, z wieloma przekrzywionymi motywami literackimi, filmowymi czy nawiązaniem do jakichś znanych z popkultury i z telewizji osób. Ta rozprawa zostanie po prostu wykradziona. To mogę powiedzieć. I zobaczymy, co już udało mi się w tej wspomnianej mapie myśli zapisać, zostanie przelane już nie na papier, ale na plik wordowy.
[01:08:33] - Ja mam pytanie wynikające z tego, co powiedziałeś przed chwilą. Wcześniej już próbowałem się dowiedzieć, ale może się teraz uda. Jak ty piszesz? Autorzy się dzielą na autorów, tu wszystkich przepraszam, maniackich, którzy codziennie coś piszą, chociażby pół strony, ale piszą. I takich autorów z doskoku, którzy jak piszą, to piszą, a jak nie piszą, to w ogóle nie piszą. Ty z racji zobowiązań, chociażby naukowych czy jakichś innych, rozumiem, że masz to pisanie, nazwijmy literackie pisanie, w jakimś stopniu rwane. Czy też wyciągam pochopne wnioski?
[01:09:25] - Nie, jest dokładnie tak, jak mówisz. Ta grupa ludzi piszących, o której powiedziałeś najpierw, czyli tych, którzy codziennie coś piszą. Ja ich bardzo podziwiam. Ja nie umiem tak. Nie jestem systematycznym człowiekiem. Jestem dość rozlazłym człowiekiem. Plus nie mam zupełnie opanowanego, tak modnego dzisiaj i koniecznego w zasadzie multitaskingu, czyli robienia kilka rzeczy naraz. Mój mózg przepala się przy więcej niż dwóch rzeczach naraz. To jest raz. A dwa, jednak ta praca zawodowa moja w dużej mierze też się opiera na pisaniu różnych rzeczy.
Artykułów czy jakichś esejów. I najpierw muszę to zrobić. Dużą część dnia przeznaczam na pisanie, nazwijmy to zawodowe. A jak już piszę, to piszę. Obecnie jestem na takim etapie, te najbliższe kilka tygodni to jest dla mnie czyszczenie pola w cudzysłowie, żeby móc ze spokojną głową usiąść do, szumnie to nazwijmy, opowieści.
[01:10:42] - Czy ja dobrze odczytuję? „Granty i smoki” to jest twój literacki debiut.
[01:10:49] - Tak. Nic wcześniej nie publikowałem.
[01:10:54] - To było pytanie podchwytliwe, bo chciałbym zapytać jako debiutant, co mógłbyś powiedzieć o przebijaniu się na rynek książki? Mówiąc najprościej, napisałeś opowiadania. One się ułożyły w pewien cykl. Masz gotową książkę. Masz gotową, ale właściwie książka wtedy ma pełen sens, kiedy dociera do czytelnika. I stajesz w tym osobliwym momencie, kiedy powinieneś zdobyć jakiegoś wydawcę. To jak to się robi? Bo książka jest wydana przepysznie, ma świetną okładkę. Wydawnictwo nie jest jakieś ogromne. Ale to już nie uprzedzajmy.
Jak się szuka wydawcy?
[01:11:58] - To małe wydawnictwo. Natomiast pan Adam Cedro, który nim zawiaduje, jest strasznie serdecznym człowiekiem, pomocnym człowiekiem. Ono jest też skupione raczej na nowelianach, chociaż też ukazały się tam rzeczy prozatorskie. Natomiast nie ze „Świadka Fantastyki”, ale na przykład ukazał się zbiór opowiadań „I co dalej?” Wojciecha Kudyby, który zdobył nagrodę imienia Marka Nowakowskiego. Historia polegała na tym, że Instytut Literatury w Krakowie ogłosił tarczę tak zwaną dla literatów. Ja po prostu napisałem wniosek, w którym właśnie Pewne zgodziło się wydać ten zbiór, na dofinansowanie tego wydania. I udało się to. Więc ja nie szukałem szczególnie wydawcy przy debiucie, bo po prostu to było wpisane w ten, znowu słowo klucz, wniosek i formularz. I tak to zostało wydane. Natomiast okładka, o której wspomniałeś.
Ja też między innymi przez tę drogę debiutu całego uważam, że nie ma przypadków, bo jakoś z Vivi Eckhart, ilustratorką, sypnęliśmy się na Facebooku. Nie wiem, czy ona mnie przypadkowo nie zaprosiła wtedy. W każdym razie zrobiła tę okładkę. Jest to świetna praca. Ona teraz ilustruje wiele rzeczy, ale teraz na przykład też w nadchodzącym „Sine qua non. Lewi Salka z grzywą” Magdaleny Świerczek-Gryboś też ma tam cykl ilustracji. Plus mój kolega grafik Jan Giemza. Dostosował to wszystko graficznie, te ilustracje i taki jest efekt końcowy. Potem trzeba było z tym wyjść do czytelnika. To znowu pomógł Krzysiek Kietzman i Iza Grabda, która też mnie uczyła, jak wygląda promocja literacka.
Ostrożnie mówię, bo nie chcę kogoś pominąć, bo punktem jest to, o czym mówiłem wcześniej, że dość sporą liczbę recenzji czy to, że na przykład tu jestem teraz, zawdzięczam dobrym ludziom. Na przykład tutaj jestem dzięki Jackowi Horence, któremu bardzo dziękuję. I Marta Kładź-Kocot sama z siebie nagrała ten podcast czy napisała coś o „Grantach”. To docierało takim, jakbyśmy mieli to specjalistycznie nazwać, marketingiem szeptanym. Ale widzę, że ludziom podobają się te „Granty i smoki”. Chociaż miałem wiele wątpliwości, bo dostrzegam wiele wad, ale mogę się tylko cieszyć. Wiem, że nie w pełni odpowiedziałem na twoje pytanie, tylko to nie było klasyczne poszukiwanie wydawcy, tak jak bardzo często się to robi.
[01:14:59] - Czyli nie stanąłeś przed tym, jak to nazwać, problemem.
[01:15:06] - Zupełnie eksperymentalnie wysłałem to do dwóch wydawnictw i spotkałem się z tym, z czym często ludzie spotykają się w słynnych aplikacjach randkowych, czyli z ghostingiem. Mówiąc krótko, nikt nie odpisał.
[01:15:22] - No tak. Nie będę komentował, bo właściwie nie ma co komentować. Natomiast chciałbym w tym momencie zapytać. Cały czas mnie to w jakiś sposób intryguje. Kiedy tak gęstą literaturę się sporządza – przepraszam za to słowo – mam przekonanie, że jest rodzaj magii w tym wszystkim. Uwierzcie mi państwo, mówię w tej chwili do słuchaczy, że kiedy czyta się fragmenty książki „Granty i smoki”, to człowiek ma takie wrażenie, że humor humorem, odwołania do naszej rzeczywistości odwołaniami do naszej rzeczywistości, ale jednak ten poziom komizmu nie bierze się z tego, że tak jak na przykład w tych fragmentach, które państwo słyszeli, pojawiają się jakieś nazwy. On po prostu jest w tym tekście i to wszystko gra ze sobą. I te odwołania literackie, i te odwołania do pewnych sytuacji z naszego świata współgra ze sobą. I ja drążę, ale cały czas usiłuję się dowiedzieć od naszego gościa, jak to się robi. Wiem, że odpowiedź na to pytanie to albo będziemy siedzieć tutaj, proszę państwa, do 24.00, albo autor wybrnie szybko z tego.
Ale ja jednak to pytanie zadam. Ono się już niby przejawiało, ale dobrze, zadam je po raz kolejny. Jak to się robi?
[01:17:18] - Oprócz literatury fantastycznej i innego typu różnych literatur, dorzucałem tam całymi garściami popkulturę, czy to komiksów, gier, mang, filmów i gier zarówno tych najnowszych, jak i tych z mojego dzieciństwa. I to wszystko okraszałem dużą porcją sytuacji i osób znanych z telewizji, z internetu, różnych zjawisk, które dzisiaj dotyczą czy internetu, czy naszego życia społecznego. Po prostu mieszałem. Wydaje mi się, że to mnie najbardziej pociągało w tego typu pisaniu, że swoje ulubione motywy, doświadczenia lekturowe mieszałem z parodysticznymi parodiami naszego życia codziennego czy w kraju, czy na świecie. U mnie się nie wykluczały te nawiązania zarówno z poziomu szeroko rozumianej fikcji, jak i z poziomu życia codziennego.
[01:18:29] - Powiem tak: to bardzo gładko i płynnie przeszło. To jest pytanie o pasje naszego gościa, pasje literackie. Już to zaczęło się pojawiać. To znaczy „Gwiezdne wojny”, „Harry Potter”, ale najprościej rzecz ujmując: co, Łukaszu, czytasz? Co cię kręci? Zarówno kiedy cofniemy się, sięgniemy po historię literatury, ale też z literatury współczesnej. Czy to jest tylko fantasy? Czy to jest science fiction? W ogóle co? Myślę, że teraz jest dużo czasu przed tobą i mów, bo to jest zawsze pasjonujące.
[01:19:15] - Jasne. Dzięki. Ja pracuję w Katedrze Literatury Współczesnej i to jest fajne, że zawodowo mogę czytać to, co lubię. Oczywiście nie zawsze, ale często. Jeśli chodzi o rzeczy historyczno-literackie, to bardzo lubię lektury z naszego 20-lecia międzywojennego.
[01:19:45] - Bardzo lubię taką klasykę jak Gombrowicz. Jeśli zaś chodzi o fantastykę czy science fiction, to oczywiście wszystkie te legendy nasze, jak Lem, Dukaj, Sapkowski, ale bardzo też lubię mniej rozpoznawalnych twórców. Na przykład ten cykl „Granty i smoki” powstał pod wpływem inspiracji „Cudami i dziwami mistrza Haxerlina” autorstwa Jacka Wróbla. Można powiedzieć, że lektura tego zbioru zachęciła mnie do tego, by samemu spróbować. To też są takie groteski. U nas, wydaje mi się, w Polsce nie mamy w ogóle strasznie dużej tradycji groteski fantastycznej. Na przykład bardzo sobie ceniłem „Kłopoty w Hendryholm” Świdzińskiego. Tak samo bardzo lubię też twórczość Anny Schumacher. Oczywiście być może wszystkiego też nie znam, ale u Sapkowskiego wiadomo, też jest sporo tego humoru. Ciężko mi tak jednym tchem wymieniać, co ja lubię czytać, bo sporo tego było.
Oczywiście te lektury się zmieniały z biegiem lat, natomiast na przykład wydaje mi się, że dużo zawdzięczam takim młodzieńczym fascynacjom właśnie powieściami ze świata „Gwiezdnych Wojen” czy ze świata „Warcrafta”, które pochłaniałem. Tak jak wspominałem wtedy to nie było takie łatwo dostępne jak dzisiaj. Plus oczywiście komiksy. Uwielbiam komiksy. Znam na pamięć wszystkie te komiksy, które wychodziły u nas jeszcze w latach 90. w TM-Semic, więc całe to uniwersum Marvela, DC też oczywiście. I wydaje mi się, że na „Granty i smoki”, jeśli mogę tak znowu sobie pozwolić na autointerpretację, duży wpływ miała moja fascynacja i ogromna miłość do „Asterixa i Obelixa” Reného Goscinnego. Ja uwielbiam ten typ humoru, który właśnie Gosciny na kartach „Asterixa i Obelixa” prezentuje. Zresztą padały jakieś porównania, że humor w „Grantach i smokach” jest dużymi partiami dość komiksowy i chyba mógłbym się z tym zgodzić.
[01:22:08] - Będę drążył. Sorry. A jeśli chodzi o taką literaturę science fiction, taką twardą science fiction, to czy też wchodzi coś w pole twoich zainteresowań, czy ty jednak pozostajesz bardziej wierny tej konwencji fantasy? „Gwiezdne wojny”, co poniektórzy – nie mówię, że zaraz ja – ale niektórzy też bardziej do fantasy przyrównują niż do science fiction.
[01:22:41] - Nie, no jasne. Ja napisałem swoją książkę o twórczości Stanisława Lema, ale takie symptomatyczne jest chyba to, że najdłuższy rozdział tej książki jest o grotesce w twórczości prozatorskiej Lema, bo właśnie tę część jego twórczości najbardziej lubię. Też mi się wydaje, że poprzez lekturę „Dzienników gwiazdowych”, „Cyberiady”, „Bajek robotów” też w jakiś sposób moje patrzenie na groteskę i na własne próby literackie wpłynęło. No i też to, że Lem miał taką dużą skłonność do autointerpretacji swojego dzieła. I właśnie te autointerpretacje lemowskie naprowadziły mnie na trop takich mistrzów groteski, jakimi byli Jonathan Swift, autor „Podróży Guliwera”, i też na cykl „Przygód barona Munchausena”, które są właściwie takim zbiorem, ja to nawet nazywam takim poradnikiem, jak pisać groteskę literacką, bo tam mamy wszystko: mamy rozciąganie, defragmentację, zmniejszanie, stłuszczanie, powiększanie i to wszystko w oparach absurdu. A jeśli chodzi – bo znowu ja uciekam trochę od tematu – o taką twardą science fiction, ja powiem bez bicia: pisałem, piszę o Lemie, teraz też o Dukaju. Natomiast o tych rzeczach, które nie wchodzą w taką poetykę hard science fiction, bo już się od tego odbijam. Brak mi chyba trochę i wykształcenia, ale też po prostu takiej wyobraźni technicznej. Mówię to szczerze.
[01:24:22] - Czyli jednak bardziej fantasy.
[01:24:26] - Jeśli chodzi o takie moje preferencje czytelnicze, to tak, to zdecydowanie bardziej czysta fantastyka.
[01:24:36] - Rozumiem. To kolejna propozycja nie do odrzucenia dla naszych słuchaczy. Posłuchajmy trzeciego fragmentu książki „Granty i smoki”.
[01:24:49] - Łukasz Kucharczyk, fragment opowiadania „Granty i smoki”: „Rok 1293 był osobliwy. Rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały nadejście klęsk i zdarzeń o nadzwyczajnej naturze. Współcześni kronikarze wspominają, że wiosną w niesłychanej ilości wyroiła się plaga kikimor ze wschodnich kurhanów. Maszkary zniszczyły zasiewy i trawy, co było przepowiednią najazdów goblinów z Szarych Pieczar na wolne ludy kontynentu. Latem zdarzyło się wielkie zaćmienie obu słońc, a wkrótce potem na niebie pojawiły się dzikie zastępy nieumarłych, płynąc w przestworzach na drakkarach wykonanych z paznokci nieboszczyków. W Galancie widywano też nad miastem ognistą koronę w obłokach. Odprawiono więc posty i dawano jałmużnę, gdyż niektórzy twierdzili, że czarny cień spadnie na kraj i zgubi wszelkie istnienie. Wreszcie zima nastała tak lekka, że najstarsi czarnoksiężnicy i mędrcy nie pamiętali podobnej. W zachodnich krainach lody nie spętały wcale wód, które podsycane topniejącym każdego ranka śniegiem wystąpiły z łożysk i pozalewały brzegi, co przypisywano złośliwości wodników i bagienników. Padały częste deszcze, ziemie rozmokły i zmieniły się w wielką kałużę.
Słońce zaś w południe dogrzewało tak mocno, że być nie może w lesie elfów i na ziemiach Królestwa Galli zielona ruń okryła wszystko już w połowie grudnia. Roje po pasiekach zaczęły się burzyć i huczeć. Bydło ryczało po zagrodach. Gdy więc porządek natury zdawał się kompletnie odwrócony, wszyscy na kontynencie, oczekując niezwykłych zdarzeń, zwracali niespokojne umysły i oczy, szczególnie ku Dormitonowi, staremu zamczysku, siedzibie nekromanty, od której to najszybciej mogło przyjść niebezpieczeństwo. I właśnie wtedy na Uniwersytet Wielkobohaterski imienia Kenta Niezwyciężonego dotarły nowe rozporządzenia z Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego Sztuk Wojowniczych i Czarodziejskich. Profesor Huxley Bury był sędziwym czarodziejem na Katedrze Zaklinania Izomorfizmu. Do emerytury pozostały mu już niecałe dwa lata. Rada wydziału była idealnym momentem na drzemkę. Nieszczególnie obchodziły go jałowe spory o złudną władzę, towarzyskie niesnaski i sztucznie zaogniane konflikty. Zwłaszcza teraz, gdy dożywotnie wakacje na wyspie Dryad były już tak nieodległe.
Ze snu, w którym bardzo istotną rolę odgrywała pewna leśna nimfa, wyrwały go niespodziewanie słowa dziekana. „I pamiętajcie państwo o konieczności złożenia wniosku grantowego. W innym wypadku będę zmuszony rozwiązać z państwem umowy” — wyrzekł, usiłując zrobić przy tym zbolałą minę. Jednak raczej wyszło mu coś pod tytułem: będzie mi bardzo wszystko jedno z tego powodu. „Liczy się samo złożenie. Wcale nie musicie go otrzymać” — dodał pocieszająco. Profesor Bury zbladł. Wydawało mu się, że odkrył już wszystko, co tylko w swym życiu mógł odkryć. Pomógł ocalić wioski i królestwa, doradzał na dworach monarchów, którzy przeszli do historii kontynentu, a teraz mają go wyrzucić, jeśli nie złoży głupiego świstka. Ich niedoczekanie.
W postaci czapli wylądował tuż przed drzwiami swojego gabinetu, ulokowanego w wielkim starym dębie. Huknęło, błysnęło i tam, gdzie przed chwilą jeszcze stała czapla, pojawił się czarodziej. Wiewiórka, która przycupnęła na gałęzi, pomyślała, że to chyba znak, aby rozpocząć poszukiwania nowej dziupli do zamieszkania. Mag zastukał dwa razy w pień. W drzewie ukazał się otwór, za którym znajdował się gabinet. Wypełniony był regałami z książkami, starymi pergaminami i butelkami z magicznymi miksturami. Zaczarowane miotły same zalewały podłogę wodą i czyściły ją. Wśród czarodziejów zaklęcie to uchodziło za dziecinne, ale profesor Huxley bardzo je lubił, choć nie przyznawał się do korzystania z niego. Zasiadł za wysłużonym biurkiem. Jego wierny puchacz Ozymandias przyniósł mu w dziobie własnoręcznie zaparzoną herbatę.
Pole magiczne wytwarzane przez wszechobecne w gabinecie czarodziejskim precjoza było tak silne, że filiżanka ze śmiechem zaczęła podskakiwać i pląsać po stole, aż w końcu spadła i się rozbiła. Czarodziej machnął ręką i począł wertować woluminy. Jak najszybciej chciał napisać swój wniosek grantowy. W historii ogroznawstwa w ujęciu synchronicznym nie znalazł nic, co by go zainspirowało. Lektura zarysu metodologii badań teoretyczno-wilkołackich była równie bezowocna. Wielka księga o tytule „Czarny Nurt. Ruryk Małodobry i krytycy, których nie zdążył ściąć” nie powiedziała mu nic nowego. Sięgnął po stary i zakurzony wolumin. Tytuł pod wpływem nieubłaganego czasu całkowicie się zatarł. Na oprawionych w czerwoną skórę stronach zapisana była dawna legenda mówiąca o wyprawie gromadki krasnoludów po skarb, którego we wnętrzach podziemnego królestwa strzegł ostatni żyjący smok.
Jej autorstwo przypisywano niejakiemu Dantemu Sowiszdralowi. Był on niziomkiem ze Złotopola, który podobno miał towarzyszyć krasnoludom w wyprawie. Wszyscy badacze literatury starokontynentalnej zgodnie twierdzili jednak, że to niemożliwe, by ktokolwiek z małego ludu się na to zdobył i uznawali twór za czystą konfabulację spowodowaną chęcią uatrakcyjnienia fabuły i zbyt częstym popalaniem fajkowego suszu. Prawda czy nie, historia natchnęła profesora. Wszak nie chodziło o to, aby grant zdobyć, lecz aby skonstruować sam wniosek. Co więcej, stary mag nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że komisja mogłaby mu grant przyznać. Zbyt dobrze znał trud i znój, które towarzyszyły realizacji badawczych celów, udrękę labiryntowych wymogów administracyjnych i ciężar odpowiedzialności, które niosły za sobą przyznane środki. Należało je wszak rozliczyć co do ostatniego mieciaka. Zadowolony czarodziej przejrzał kilkukrotnie wniosek. Formalnie nie było do czego się przyczepić.
Jeśli zaś chodzi o merytorykę, nikt będąc przy zdrowych zmysłach nie przyznałby profesorowi Buremu pieniędzy na poszukiwania smoka. Wszyscy wiedzą, że smoków nie ma. Mag zakleił kopertę z dokumentem i podał ją Ozymandiasowi. Wierny puchacz kłapnął dziobem i pofrunął na pocztę. Sen szybko zmorzył starego czarodzieja. Znów pojawiła się w nim leśna nimfa. Gdy na kolejnej radzie wydziału dziekan gratulował profesorowi Hexleyowi wyboru znakomitego pomysłu badawczego i skonstruowania wzorowego wniosku grantowego, dzięki czemu EJKSNNW, czyli Elitarna Jaśnie Komisja do Spraw Najwyższej Naukowej Wagi przyznała magowi środki na realizację zadania badawczego, profesor nie mógł powstrzymać łez, które wiwatujący członkowie rady błędnie interpretowali jako znak wzruszenia i radości. „Należało się staruszkowi na koniec kariery” — mówili, szeroko się uśmiechając. Wszyscy wiedzą, że smoków nie ma. No, prawie wszyscy.
Poza Ministerstwem Szkolnictwa Wyższego Sztuk Wojowniczych i Czarocielskich.
[01:32:47] - Tak. I to był kolejny fragment książki „Granty i smoki”, kolejnego opowiadania. A ja taką mam refleksję po tym fragmencie, że tym wszystkim, którym wydaje się, że autor przesadza w jakiś sposób, piętnując pewne urzędniczo-administracyjne odchylenie, które się gdzieś pojawia w tym świecie grantów i smoków, to spieszę poinformować, że mógłbym się nawet z tym zgodzić do momentu, kiedy nie usłyszałem, że w naszym świecie funkcjonuje coś takiego jak dotacje na pisanie wniosku o dotacje. I wiecie państwo, zamarłem, a później mi to jeszcze wyjaśniono. Nie wiem, czy można jeszcze bardziej zamrzeć. W każdym razie jak się dowiedziałem, że wniosek o dotację na dotację, tym razem druga dotacja, to jest europejska i ten wniosek składa się w Polsce, żeby dostać dotację europejską i trzeba napisać wniosek o dotację i tam załączyć wszystkie plany, wszystkie wyliczenia i tak dalej. I kiedy ten wniosek, który się już sporządzi w wyniku tego, że się posiądzie tę dotację, dostanie minimum, powiedzmy, 50 punktów na 100 możliwych, to się dostaje zwrot kosztów tej dotacji i wcale nie trzeba tej dotacji europejskiej realizować. W ogóle nie trzeba. Wiem, że to mętnie tłumaczę, ale chodzi o to, że w ogóle ten świat urzędniczych wniosków jest tak pokręcony i tak... Dobrze, tu już zbliżamy się do 22, więc mogę powiedzieć: popierdzielony kompletnie, że moim zdaniem autor opisując to, co opisuje, w ogóle nie przesadza, raczej traktuje świat urzędniczy łagodnie.
Tak bym to wyraził. Łukaszu, co ty na to? Bo to ty jesteś wywołany do tablicy.
[01:35:20] - No tak. Cóż, ja też znam jakoś ten świat urzędniczy. Całe dorosłe życie jakoś z uczelnią byłem związany, bo oprócz tego, że byłem studentem i magistrem, potem na doktoracie pracowałem w bibliotece wydziałowej i tam też miałem do czynienia z wieloma różnymi zadaniami administracyjnymi. I to jest tak, jak powiedziałem wcześniej, że wydaje mi się, że nie tylko na uczelniach, ale ogólnie żyjemy w świecie, gdzie kształt formularza jest ważniejszy niż treść tego formularza. I to jest raz. A dwa, do każdego formularza mamy 50 załączników i mamy jeszcze formularze odnoszące się do innych formularzy. I jeszcze jest plus oczywiście 50 pieczątek. Także tak, żyjemy w świecie przerostu biurokratycznego i wręcz tejże biurokracji stalowych zasad. Mogę się z tym zgodzić zupełnie.
[01:36:25] - Tak. Żyjemy też w świecie, w którym nie jest ważne, co się mówi, ale jak się mówi. Można mówić pięknie bzdury i to jest zdecydowanie bardziej wartościowe, przynajmniej według niektórych, niż mówienie rzeczy mądrych, ale na przykład zacinając się. I jeśli ktoś się zacina i jąka, to wtedy wiadomo, że nic to wartościowego nie jest. Natomiast jak mówi płynnie, potoczyście i w taki sposób uznawany za elokwentny, to wówczas cokolwiek by mówił, choćby to były nieprawdopodobne bzdury, to wiadomo, że jest wartościowe. To tak mniej więcej taka krótka i bardzo niesprawiedliwa, przyznaję, charakterystyka tego, co się wokół nas dzieje, naszej cywilizacji. Nie popadajmy w jakieś patetyczne tony, ale coś w tym wszystkim jest. Kolejne pytanie, Łukaszu, do ciebie. Ja nie jestem wielkim fanem literatury fantasy. To przyznaję i doceniam jej wkład czy jej wkłady w literaturę w ogóle i również fantasy.
Znalazłem kilka takich tekstów, za które dałbym się pokroić. Ale mnie zastanawia i tu pytanie chyba bardziej do ciebie jako do naukowca zajmującego się literaturą niż do autora. Co sprawia, że literatura fantasy, która w sporej części i znowu tu ja nie chcę być niesprawiedliwy czy jakoś tak głupio populistyczny, ale w sporej części literatura fantasy to jest chłam składający się z cyklów po 10 tomów każdy, który te 10 tomów by się dało zamknąć w jeden, a mimo wszystko jest to niezwykle popularne. To ja mam takie, nawet nie wiem, czy to jest literaturoznawcze pytanie, ale co stanowi o popularności fantasy we współczesnym świecie?
[01:38:42] - No to jest bardzo dobre pytanie. Mi się wydaje, że tutaj eskapizm gra dużą rolę, czyli pragnienie ucieczki od tego naszego świata, tych problemów, tego naszego świata. Chociaż to nie zawsze się we fantasy znajdzie, bo w tych dobrych, wartościowych pozycjach, one bardzo często po prostu w sposób metaforyczny o tym, co tu i teraz o naszym świecie opowiadają. To na pewno. Plus wydaje mi się, że literatura fantasy w dużej mierze przyswoiła sobie takie cechy charakterystyczne dla literatury, którą Jacek Dukaj nazywał literaturą Google'a, czyli taką literaturą, która już bardzo mało różni się w swoich różnych strategiach cięć, retrospekcji, punktów widzenia od serialu na Netflixie. Myślę, że w dużej mierze też, szczególnie może ci tacy komercyjni twórcy bardzo szybko dostosowywali się do tej zmieniającej się takiej perspektywy odbiorcy i tych takich gustów odbiorczych. To jeśli chodzi o taką oczywiście masowość zjawiska fantastyki. Takie jakieś moje luźne, jak ja to mówię, z piwnicy prosto czy z kanapy przemyślenia. Nie wiem, co jeszcze. Wydaje mi się, że tu kluczowym jest ten eskapizm po prostu.
[01:40:16] - A tak troszeczkę plotkując, to powiedz mi, jak twój debiut literacki został w twoim uniwersyteckim środowisku przyjęty?
[01:40:30] - On się w ogóle zaczął od mojego kierownika katedry, który też jest pisarzem, Wojciech Kuzuba, tylko poetą i pisarzem historycznym. I to było bardzo ciepłe przyjęcie i raczej tylko z czymś takim się spotkałem. I mówię to nie lukrując, tylko serio, bo też mi się wydaje, że jasne, absurdy biurokratyczne są tam wytykane, natomiast ta nauczania mi się wydaje, że ta groteska jest taka raczej ciepła, nie taka jakaś gombrowiczowska, taka jakaś smagająca batem, tylko raczej wynika z takiej mojej sympatii i jakiegoś takiego dziwacznego sposobu wyrażenia tejże sympatii. To mówię, naprawdę nie mam tu na celu lukrowania, tylko było to dobrze przyjęte, chociaż już po fakcie, bo ja zawsze jestem człowiekiem, który dopiero zaczyna myśleć po fakcie. Zacząłem się zastanawiać, czy to nie zostanie jakoś źle odebrane i czy ja mogę nieść przez to problemów, ale dzięki Bogu nic takiego nie zdarzyło.
[01:41:25] - To dobrze się stało. Ja tutaj rzut oka na czat, który towarzyszy naszej audycji. Vema pisze i ja nie wiem, czy to jest prawda, ale to, co pisze Vema, dobrze charakteryzuje to, co powiedziałem wcześniej. „Mój przyjaciel nie dość, że się jąka, to jeszcze jest narkoleptykiem. Rozmowy co prawda trwają długo, ale człowiek na wysokim poziomie. Warto poczekać.” To jest właśnie coś takiego, o czym myślałem, że niepotoczystość rozmów decyduje o tym, czy one są wartościowe, czy nie są. I to myślę, że warto z tego taki wniosek wyciągnąć. Ja teraz dalej postaram się pójść w takim pudelkowym rytmie, czyli takich ploteczek troszeczkę. Chciałbym zapytać o to, czy pomysły do opowiadań albo być może cząstkowe pomysły do poszczególnych utworów to jest owoc pracy twojego mózgu, Łukaszu, czy też jesteś bacznym obserwatorem? To jest pytanie z tezą.
Ja sobie zdaję sprawę, ale zadam je. Czy jesteś bacznym obserwatorem rzeczywistości? I jeszcze na dodatek, żeby nie było, że tak prosto, czy też dobrze podsłuchujesz pomysły innych?
[01:43:02] - Tak. Nie podsłuchiwałem pomysłów innych, bo nawet nie miałbym kogo słuchać, bo tak jak powiedziałem, jeszcze nikogo nie znałem wtedy z szeroko rozumianego fandomu.
[01:43:13] - Nie, ja bardziej myślę o takich prywatnych rozmowach, że ludzie rozmawiają nawet nie o literaturze. Nie, to nie chodziło mi o jakieś tam plagiatowanie, broń Boże, to absolutnie nie o to chodzi.
[01:43:28] - Aha, to prywatne rozmowy. Tak, to nawet powiedziałem, że jakaś tam historia mojego kumpla ze studiów z tym alkoholikiem, który na własnej plecy wyrzucił, co mu tam leżało na wątrobie. Więc trochę na pewno podsłuchiwania. Od zawsze miałem z kolegami jakieś takie tendencje do absurdyzowania rzeczywistości i to mi chyba do dzisiaj zostało, bo jakby najlepiej się bawię we własnej głowie. Nie wiem, jeśli mam opowiadanie olbrzymie, ten wniosek stypendialny, to to jest tak jakby Historia wzięta z tego mojego latania z wnioskami stypendialnymi, organizacja konferencji. Też organizowałem konferencje, chociaż niekoniecznie nikt mnie nie wysyłał na Daleki Wschód, żebym poszukiwał latającego dywanu. W akademikach też spędzałem jakieś tam noce. Jasne. A w ogóle cały pomysł na cykl też się wziął od tego motywu, który się pojawia w tytułowym „Grantach i smokach”, bo było coś takiego faktycznie, że przez moment było straszne ciśnienie, że mamy składać wnioski grantowe. Samo złożenie jest ważne, nieważne, żeby było je dostać.
Właśnie wtedy wymyśliłem historię o czarodzieju, który składa wniosek na zabicie smoka. Smoki już dawno wyginęły. No i niestety dostaje ten grant i wysyła na niego swojego doktoranta. Później to się jakoś tak przerodziło w cały cykl. Zarówno ten mój taki dziwnymi drogami podążający, dziwnymi drogami podążająca głowa, jak i takie doświadczenie dnia codziennego, plus jakieś właśnie rozmowy, które prowadziłem czy nawet słyszałem różne historie i opowieści. Właśnie wszystko tam zlało. Tak jak mówiliśmy, że w sumie cała strategia polegała na mieszaniu i zlewaniu w kotle różnych rzeczy. Tak samo i te inspiracje były czymś takim zlanym i zmieszanym.
[01:45:31] - Pozostając w tym rytmie, czy też w takiej poetyce pudelkowej i jeszcze ploteczkowej. Mam pytanie i obiecuję, że nie będę pytał o szczegóły, ale czy zdarzyło ci się, planując utwory do „Grantów i smoków”, narzucić sobie autocenzurę na zasadzie: „Nie, to prawda, ale o tym nie napiszę, bo to już byłoby przegięcie pałki i troszeczkę za głęboko bym wszedł w świat, w którym przecież żyję i w związku z tym o tym nie napiszę”. Czy coś takiego ci się zdarzyło?
[01:46:11] - Było. Wiadomo, że nie powiem szczegółów.
[01:46:15] - Nawet nie będę pytał. W trosce o dobrostan twój na pewno nie będę pytał.
[01:46:23] - Dziękuję. Miałem takie pomysły, tylko bardzo je szybko rzucałem, bo myślę sobie: „Nie, no ale człowieku, nie możesz”. To były pomysły natury też jakieś tam, umówmy się, wiadomo jakiej, czyli personalnej. Ale nie zrobiłem tego po prostu z wielu powodów. To nie skończyłoby się dobrze. Więc dobrze, że chociaż jakiś tam mózg jeszcze w sobie autocenzurę zachowuje.
[01:47:00] - To ja teraz podstępnie zapytam. Pytanie właściwie już padło, ale życie mnie nauczyło, że czasami należy drążyć temat, więc będę drążył podstępnie, bo w pewnym odstępie czasowym. Jeszcze raz zapytam o tę planowaną powieść, bo już wiemy, jaka będzie to jądro krystalizacji, czyli że tam kwestia doktoratu i obrony tego doktoratu i pewnych komplikacji związanych z wykradzeniem. No właśnie, ponieważ jesteś przed pisaniem tego, sam powiedziałeś, że to kwestia najbliższych tygodni, kiedy zaczniesz. Jak ty się spinasz do tego skoku? To znaczy co w tej chwili obkładasz się notatkami, bo już powiedziałeś o mapie myśli, ale czy jakieś fiszki sobie robisz? Taki czysty warsztat mnie interesuje. Tak dokładnie jakbyś miał udzielić porady początkującemu pisarzowi, to co byś mu powiedział? Właśnie szykuję się do skoku, szykuję się do napisania powieści i robię... No właśnie, co robisz?
[01:48:14] - Ta mapa myśli to w sumie są takie fiszki, bo tu po prostu od tego hasła kluczowego, czyli tytułu właśnie odchodzą kolejne gałęzie, a zapisuję tam wszystko, zarówno jeśli chodzi o poszczególne motywy, jak i poszczególne jakieś wydarzenia fabularne, jak i na przykład też sobie zapisuję, czego robić więcej albo co dodać w ogóle. Tutaj na przykład mogę przeczytać trochę parodii Lema, na przykład „Solaris”, bo akurat to otworzyłem, przed oczami to mam. Czy na przykład jakieś takie upomnienia do samego siebie, więcej techniki punktu widzenia. Więc jest to wszystko w tej mapie myśli. Natomiast tak jakby treningowo, co prawdę mówiąc mam teraz czas tylko przy takiej lekturze do snu ostatnimi tygodniami czy nawet miesiącami. Ale dużo czytam Pratchetta, czego wcześniej tak nie robiłem aż, ale teraz przypominam sobie. Na pewno nie czytałem go pod kątem tego, że bym chciał jakoś w tej stylistyce pisać. Natomiast dwie rzeczy bardzo chcę się tego nauczyć i dlatego tak to kłaniam. Czyli pierwszą byłaby umiejętność rozciągania, nie wiem, jak to nazwać, żartu, dowcipu, sytuacji komicznej na taki dłuższy okres fabularny. Na przykład to, co on robi w tej jednej ze swoich najsłynniejszych powieści „Straż!
Straż!”. To jest scena, w której smok terroryzuje miasto. Dzieci tytułowi strażnicy tam zaczają się na dachu. No i chcą go ustrzelić. Tylko że jak wiadomo, zgodnie z powszechnymi legendami to musi być taka jedna jedyna strzała. Smok ma jedno słabe miejsce i to się musi udać. Czyli to musi być szansa jedna na milion. A oni się tak zaczynają zastanawiać. No to jak jedna na milion, no to kurczę, to przecież to nie wystarczy chyba z kogo strzelić. No i tam związują nogi temu facetowi, który trzyma łuk, zakładają mu jakieś majtki na głowę.
On musi podskakiwać i tak oceniają, czy to już jest dostatecznie nieprawdopodobieństwo jest duże, żeby z tej pozycji mógł spróbować strzelić. Oczywiście jak to jest w zastawiam, jak to opowiadam, to nie jest takie śmieszne, jak to wtedy, kiedy się to czyta. I drugą rzeczą jest też na pewno nałożenie tła socjologiczno-filozoficznego. Filozoficznego to duże słowo. Zresztą to Marta Kładź-Kocot wspomniała w tym wspomnianym podcaście, że u Preczeta mamy takie tło socjologiczne, filozoficzne. Tu z racji przyjętej strategii też nie było na to miejsca, a poza tym być może nie umiałem tego jeszcze. Natomiast teraz chciałbym spróbować chociażby odnieść się do aktualnych dwóch wielkich wydarzeń, czyli pandemia i agresja rosyjska na Ukrainę.
[01:51:01] - Ale w „Grantach i smokach” odwołania do filozofii, takiej stricte filozofii, się tam pojawiają. Są bardzo wyraźnie zaznaczone. Mam teraz pytanie troszeczkę odbiegające od linii, którą prowadzimy w czasie audycji. Pytanie od Jakuba F. Lubeckiego z czatu: czy studia powinny być płatne? Ja wiem, zmiana tematyki jest ogromna, ale czasami tak się na czacie dzieje, że pojawia się pytanie bardzo konkretne, odwołujące się jednak do środowiska, w którym nasz gość się obraca.
[01:51:51] - Nie, ja nie uważam, żeby studia powinny być wyłącznie płatne, bo to jest siłą rzeczy wtedy, gdy nie dajemy żadnych szans osobom zdolnym, chcącym się rozwijać, a może najbiedniejszych środowisk. Tak że nie. Zresztą i tak zazwyczaj jest tak, umówmy się, pamiętajmy o tym, że te osoby zazwyczaj nie są w wielkich ośrodkach, więc i tak płacą horrendalne ceny za mieszkanie, za przeżycie. Nie, nie uważam tak.
[01:52:27] - Ja już zapytałem wcześniej o lektury gatunkowe. I zapytałem w ogóle o fascynacje literackie. A trzecim logicznie nasuwającym się pytaniem jest pytanie o lektury związane z rozumieniem literatury. Nie wiem, czy to dobrze wyrażam, ale w każdym razie jest w tej chwili na rynku dosyć sporo takich książek, które dają jakieś klucze do ręki. Klucze, które pozwalają rozkodować niektóre teksty, pozwalają wejść w nie głębiej. Czy są jakieś takie teksty? Jeden z tych tekstów już padł tutaj, jego tytuł. To tekst, który liczy sobie sporo lat i być może — znaczy na pewno — pojawiły się już bardziej znaczące czy nowsze teksty. Ten tekst, o którym mówię, to jest „Bohater o tysiącu twarzy”. No właśnie, to jakie teksty byś polecił z tego klucza?
[01:53:41] - Takie teksty, które przedstawiają jakiś pogląd na literaturę w sposób przystępny, bo to też jest ważne. Wspomniany Terry Pratchett opublikował też całkiem fajne pozycje. Mówię tu o „Folklor Świata Dysku” i „Nauka Świata Dysku”. To są takie pozycje, w których on opisuje w przypadku folkloru różne postacie, bestie, zwierzęta zaczerpnięte z folkloru i od razu opisuje, jak on to przetransformowuje na kartach tego swojego cyklu Świata Dysku. Podobnie jest z różnymi teoriami, zjawiskami naukowymi i opisuje je, po czym sam wyjaśnia, w jaki sposób to transformuje. Tu też przy okazji teraz czytam, że tak powiem, w tym trybie, na tym obozie przygotowawczym do pisania. I Stanisław Lem „Mój pomysł na literaturę” to jest też bardzo wartościowa pozycja, bo oprócz różnych opublikowanych wcześniej przedmów i posłów, posłowie do różnych znanych dzieł, jak na przykład „Wojny światów”, czy do opowiadań Stefana Grabińskiego, też tam są takie całkiem oryginalne teksty Lema, jak na przykład ten świetny tekst, w którym on analizuje właśnie poetykę bajki poprzez teorię gier. I Lem wyjaśnia tam, dlaczego w ostatecznym rozrachunku plany tego złego w bajkach są absurdalne, bo one by się kończyły ostatecznie tym, że musiałby ten zły znaleźć jakiś sposób na masowe zabijanie i ciągłe zmartwychwstawanie tych wszystkich ludzi na ziemi. Oczywiście ja to w bardzo skrótowej formie mówię, natomiast ta analiza jest genialna lemowska. Z takich rzeczy typowo fantastycznych jeszcze znany też wszystkim „Rekopie znalezione w smoczej jaskini” Andrzeja Sapkowskiego, który w bardzo przystępny sposób różne definicje gatunkowe, jak i po prostu fabularne czy dotyczące bestiariuszy fantastykę wyjaśnia.
Jest jeszcze też, tylko żebym przypomniał sobie tytuł, Milan Kundera „Sztuka powieści” to jest taki zbiór esejów Kundery na temat tego, jak pisać. To jest też bardzo wartościowe i nie mogę zapomnieć, bo to też mi bardzo pomogło, chociaż jestem jeszcze w trakcie lektury. Jest to rzecz ciężko dostępna, ale warto to zdobyć. Chodzi mi o Feliksa Kreta „Galerię złamanych piór”. To jest też świetna rzecz.
[01:56:22] - Tak. W pewnym momencie naszej rozmowy wspomniałeś o Jacku Dukaju.
[01:56:30] - Mhm.
[01:56:33] - Dlaczego tak bardzo cię ten pisarz zainteresował? Zdaję sobie sprawę z tego, że pytanie brzmi nieco idiotycznie. Dlaczego interesujemy się pisarzem, który jest taki, jaki jest i który jest rodzajem wzorca dla przynajmniej bardzo wielu ludzi piszących? Jednak zostanę przy tym pytaniu. Dlaczego ten Dukaj i co cię w nim tak bardzo ujęło, że postanowiłeś się nim zająć na poważnie?
[01:57:04] - Parę lat zajmowałem się Lemem, a Dukaj jest takim naturalnym, on się sam do tego przyznaje, późnym dzieckiem Lema, następcą Lema. Przy czym Dukaj ma też takie obszary tematyczne, w których on przekracza Lema. Lem by nie napisał „PC” czy takiego wielointerpretacyjnego dzieła, które też ma jakieś nuty teologiczne, mi się wydaje. W ogóle teologia jest u Dukaja takim obszarem, o którym Lem bardzo mało mówił w ogóle. Drugą rzeczą jest zaangażowanie Dukaja w media społecznościowe, w gry i to widać wszystko. Ja bardzo lubię Dukajowy zbiór „W kraju niewiernych” i właśnie tam jest to opowiadanie „Irehary”, które rozgrywa się w świecie gry, w której ludzie zostali uwięzieni. A to opowiadanie przypomnijmy, wcześniejsze niż został nakręcony „Matrix”. Także nieprawdopodobna jest ta biegłość myślowa pisarza, o którym mówimy. I kolejny podgatunek. Lem siłą rzeczy z racji generacyjnej też się nie mógł nim zajmować.
Nie sądzę nawet, żeby go to interesowało. W każdym razie Dukaj też się świetnie odnajduje w historiach alternatywnych, które ja bardzo lubię i kilkukrotnie czytałem jego „Ksawerosa Bilżeryna”, w którym Dukaj tworzy taki świat postapokaliptyczny, w którym Polska przegrała wojnę z bolszewikami. Chyba można powiedzieć, że ten wachlarz gatunkowy i podgatunkowy Dukaja jest szerszy niż jego wielkiego poprzednika. Bardzo mi się to czyta, bo znając Lema, też ciekawie czyta się Dukaja na zasadzie takim porównawczym trochę. Ta lektura trochę też naturalnie wynikła po prostu z wcześniejszych lektur pisarza, którego w cudzysłowie oczywiście Dukaj powstał.
[01:59:03] - Nie mogę nie zadać tego pytania, bo ilekroć o Jacku Dukaju rozmawiałem z różnymi osobami, to ono się wcześniej czy później pojawia. Jak ty oceniasz ten zbiór tekstów już nie literackich, ale zbiór, który nosi tytuł „Po piśmie”?
[01:59:25] - Jasne. Miałem problem, bo ja teraz przygotowuję książkę o Dukaju. Właśnie to jest ta rzecz, która mnie jeszcze przed tą powieścią będzie zajmowała lipiec i tam też pisałem o „Po piśmie”. To też jest właśnie na zasadzie takiej porównawczej do Lema trochę, bo Lem napisał swoje takie, można powiedzieć, kolosalny esej „Filozofia przypadku”. Był to esej w dużej mierze skupiony na tej teorii literatury Lema, chociaż takiej literatury, którą Lem sobie gryzie różnymi drogami, czy to nauk ścisłych, czy nawet chemii i tak dalej, ale tekst literat jest w centrum. I mi się wydawało, że Dukaj też będzie chciał coś takiego zrobić. Ale nie. To jest w ogóle taka wizja świata i wizja przyszłości według Dukaja. Ja też nie będę cudował rzeczywistości. Ja też nie wszystko pewnie rozumiem w „Po piśmie”.
Natomiast bardzo ciekawie Dukaj tam pisze o tej trzeciej wojnie ciała z umysłem. Bardzo ciekawie pisze o tych wszystkich przepowiedniach futurologicznych, które już się ziszczają. Natomiast to, co Dukaj nam proponuje, czyli właśnie ten człowiek tego transferu bezpośredniego, czyli tej koncepcji Dukaja, według której my już nie będziemy czytać literatury, tylko my będziemy po prostu ją przeżywać bezpośrednio podłączeni do mózgu. W ogóle nie tylko literaturę, w ogóle świat tak będziemy odbierać. To jest ciekawe, mi się wydaje o tyle, o ile uznamy, że Dukaj pisząc o tym pokoleniu, o tych następnych generacjach, czyli tej generacji przeżywaczy, tych, którzy będą żyli tym myślumkiem, tak to Dukaj nazywa. Jeśli to uznamy, że to Dukaj pisze o jakimś obcym gatunku, jeśli to trochę uznamy za taką eseistykę science fiction. Natomiast jeśli faktycznie to bierzemy tak zupełnie na serio jako przepowiednię najbliższych kilkudziesięciu lat ludzkości, to jest wizja przerażająca. Dukaj pisząc o tym, to też sam rozbraja i od razu w tym pojedynku bokserskim z czytelnikiem, tak to metaforycznie mówiąc, to też się chowa za podwójną gardą, bo on tam mówi, że dla człowieka wychowanego w kulturze pisma to wszystko, o czym on pisze, to będzie barbarzyństwo. Bo tak, nie da się tego inaczej odebrać niż jak barbarzyństwo, że my nie będziemy mieć takiego jakiegoś kompletnego ja, że będziemy cały czas przeżywać, wchodzić w nowe stany doznania. Największym problemem czy rzeczą do rozwiązania będzie poszerzenie granic tego życia, bo po prostu będziemy nieśmiertelni i będziemy się nudzić.
To są rzeczy, które nam się w głowie nie mieszczą. I cóż, pozostaje mieć nadzieję, że nie do końca tak będzie, bo jeśli byśmy to wszystko brali w takiej ramy science fiction, to jest jakiś straszny dystopijny świat dla człowieka wychowanego tak jak my, w kulturze pisma. Tutaj mamy natomiast bardzo dystopijny powrót, co też Dukaj o tym pisał, do tych zmysłów małpy. Że to pismo jest na spoczone przemocą, a właśnie widzenie, to, że my widzimy, że my słuchamy, że my czujemy, to są te nasze naturalne zmysły i mielibyśmy do tego wrócić. Czy ja bym tego chciał? Nie potrafię sobie tego wyobrazić i raczej bym nie chciał.
[02:02:57] - Tak, ten tom Dukaja widzę, że wzbudza nieodmiennie emocje, a w każdym razie żywe reakcje wśród osób, które o tym tomie mówią.
[02:03:15] - Bo to jest krew człowieka. To się mogłoby też nazywać „krew człowieka” moim zdaniem.
[02:03:19] - Tak, dokładnie. A szczególnie u ludzi, którzy są zanurzeni właśnie w czytaniu i w pisaniu. Oni w sporej części bardzo źle odebrali ten tom. Z jakimś takim buntem się spotkałem, takim niedowierzaniem. „Jak to? Ale naprawdę tak ma być?” Powiem tak: brakuje mi troszeczkę mojego partnera tutaj w audycji, Wiktora Żwikiewicza, bo on by to wyraził znacznie lepiej, ale to on od dawna, tak jak go znam, przynajmniej od 10, a kto wie, czy nie od 15 lat głosi nieodmiennie, że skończyło się. Już nie będzie pisania, nie będzie czytania. Trywializuję, ale coś mniej więcej bardzo podobnego głosi i w związku z tym też zawiesił na kołku swój warsztat pisarski i w ogóle chęć pisania, ponieważ według niego to po prostu nie ma sensu. No cóż, jeśli się to mówi w audycji, która poświęcona jest czytaniu i pisaniu, to taki dysonans się pojawia. Ale padło jeszcze jedno ciekawe stwierdzenie.
Powiedziałeś o tym, że uwielbiasz historie alternatywne. Dukaj, to sztandarowe dzieło pod tytułem „Lód”, który wszyscy chwalą, ale rzadko kto przeczytał, bo to w końcu grube jest i ciężko przez to przebrnąć, a w dodatku jeszcze napisane językiem dukajowskim, więc niepłynnym, nie czyta się tak lekko. W związku z tym to jest taka książka, na której się można czasami nieźle bawić, bo można się zorientować, czy ktoś ją czytał, czy nie czytał. Ale i tak jest zabawnie. To ja chciałem o te historie alternatywne zapytać. Co cię w nich pociąga i czy mógłbyś kilka takich historii alternatywnych wymienić?
[02:05:48] - Nie wiem. Zawsze lubiłem takie rozważania tego typu: co by było, gdyby? Też mi się to podoba, że nie zawsze te historie są takie, ten podgatunek rządzi się takimi twardymi, logicznymi prawami, tylko mamy też tam jakieś elementy metafizyczne, elementy cudu. „Próż” jest za długi trochę, ale jest świetnie napisany. Bardzo uznaję to, w ogóle te zabiegi finkowania różnych innych gatunków literatki, jak taka powieść sensacyjna XIX wieku, jakieś takie nawiązania do klasycznych kryminałów, które się rozgrywają w tle, np. „Morderstwo w Orient Expressie”. Tam też mamy ten pociąg, który jedzie na Syberię. „Chrabąszcza żona” mi się dużo przyjemniej czytało. Poza Dukajem to bardzo lubię „Burzę” Macieja Parowskiego. Chociaż tam fabuła jest w zasadzie minimalna.
To są bardziej takie jakieś widokówki z tej historii alternatywnej. Widokówki to nie jest to, żeby to źle brzmiało. Takie różne przebłyski z tej historii alternatywnej Polski, która nie przegrała w 1939. Lubię też „Widma” Łukasza Orbitowskiego za tą koncepcję, taką przeprawę trochę Łukasz poprzez ukazanie pokolenia Kolumbów jako pokolenia, które paradoksalnie przegrało, przeżywając powstanie warszawskie, bo nie było powstania warszawskiego w „Widmach”. To jest bardzo ciekawy pomysł. Co bym mógł jeszcze dodać z historii alternatywnych? „Wochom” w zasadzie Jacka Komudy też w pewnym sensie jest historią alternatywną, bo on tam ukazuje bitwę pod Batohem, do której nie doszło i tam nie doszło w ogóle. To jest w ogóle studium alternatywnej historii na temat sojuszu polsko-ukraińskiego w XVII wieku, do którego nie doszło za sprawą nomen omen Rosji. To tak na szybko mógłbym wymienić właśnie te pozycje.
[02:08:04] - Ale jeszcze została druga część pytania: ale dlaczego właściwie?
[02:08:09] - Aha. Może dlatego, że prywatnie też lubię, po prostu interesuję się trochę historią i bardzo hobbystycznie oczywiście. I to chyba też jest takie dla ludzi żyjących w świecie różnych wyobrażeń, to pytanie: co by było, gdyby? to jest bardzo często zadawane na różnych poziomach, od tych poziomów prywatnych do tych właśnie jakichś takich poziomów Uniwersalnych, wspólnotowych, globalnych. To chyba w tym jest takie pociągające.
[02:08:55] - Okej, a teraz pytanie, za które właściwie większość gości naszej audycji nie za bardzo mnie lubi. Gdybyś miał, Łukaszu, zrobić kolejnego blurb na okładkę „Grantów i smoków”, czyli oprócz tych pięciu, które już są, miałbyś sam napisać blurb, taką polecajkę dla ludzi, którzy mają książkę przeczytać. To co byś tam wyeksponował?
[02:09:33] - Zrobiłem, co mogłem. Jeśli ktoś potrafi lepiej, niech zrobi.
[02:09:41] - Idea blurba spełniona, czyli dosyć lapidarnie to ująłeś. A gdybym drążył, to co byś jeszcze wyeksponował ewentualnie? Już nie w blurbowym stylu, ale w nieco bardziej opisowym.
[02:10:03] - Ciężko mówić o tym-
[02:10:06] - Wiem! Za to mnie właśnie nie lubią. Za to mnie wszyscy nie lubią, kiedy drążę ten temat. Ale spróbujmy. Czytajcie. Dlaczego czytajcie?
[02:10:25] - Wydaje mi się, że trochę to już poniekąd partiami padało w naszej rozmowie. Jeśli sam miałbym takiego blurba, pseudoblurba opisać, to na pewno można byłoby wyeksponować te różne poziomy odbiorcze i to, że wszystkie te nawiązania lekturowe, popkulturowe, growe, mangowe i tak dalej, to jest wszystko, co utkane jest, pozawieszane jest na takiej linii przygody, takiego questu fantastycznego, to się wcale ze sobą nie gryzie. I może ostatnie zdanie byłoby coś, co mi powiedział Krzysiek, jak już przeczytał w końcu, że w tym szaleństwie jest metoda.
[02:11:18] - Po samym brzmieniu pytań nasi słuchacze zorientowali się, że zmierzamy już do nieuchronnego końca audycji, ale na sam koniec zostawiłem sobie jeszcze jedno pytanie. Ono poniekąd nawiązuje do tego, o czym mówiliśmy — głównie ty mówiłeś — przy okazji Jacka Dukaja i jego „Popiście”. Troszeczkę to jest odpowiedź również dla wielkiego nieobecnego tej audycji, czyli Wiktora Żwikiewicza. Czy pisanie jeszcze ma sens w ogóle?
[02:11:58] - Tak jak tu wspomnieliśmy, książka Dukaja mogłaby się też nazywać „Kres człowieka”. Mieliśmy już tyle różnych kresów, tyle razy już to miał być koniec. „Koniec historii” przypomnę, jeszcze niedawno był bardzo modny, a dzisiaj widzimy na naszych oczach, że nie ma nic takiego jak koniec historii. Wydaje mi się, że oczywiście, że ma sens, bo to, co dzisiaj tak popularne, czyli seriale, gry, to też ma swoje źródła w pisaniu, bo to wszystko najpierw powstaje w formie scenariuszowej. Zresztą często mamy do czynienia z różnego rodzaju adaptacjami, tak jak na przykład też wielokrotnie dziś wspominany „Wiedźmin”. Więc oczywiście, że ma sens.
[02:12:50] - Ja bardzo-
[02:12:51] - Tym, nad czym możemy się zastanawiać, to jak sprawić, by pisanie, ale czytanie też miało sens.
[02:13:05] - Bardzo dziękuję za tę odpowiedź. To jest mniej więcej to, o czym ja myślę bardzo często, kiedy o pisaniu sobie rozmyślam, kiedy zadaję sobie to właśnie pytanie, na ile to ma sens. To tak, jakby to powiedział Wiktor: gdzieś tam zawsze opowieść z nami była, od czasów, kiedy jeszcze nie było pisma, kiedy ludzie opowiadali sobie różne historie przy ogniskach, kiedy pojawiał się mit, kiedy pojawiała się ta opowieść i później szła z nami. I dzisiaj to jest kolejny etap. Być może to się wszystko przekształca, przepoczwarza. Być może to nabiera innych form, takich bardzo nowoczesnych, ale w gruncie rzeczy istota jest w ludzkiej kreatywności, w ludzkiej pomysłowości, w ludzkiej dążności do układania fabuł i do tego, żeby przekazać je komuś innemu jeszcze, żeby posłuchał, żeby ocenił, żeby w jakiś sposób odniósł się do tej fabuły. I dlatego to, co powiedziałeś, jakoś tak mi jest bliskie, że gdzieś tam zawsze fabuła nam towarzyszy. Czy to będzie książka, czy to będzie audiobook, czy to będzie film, czy to będzie gra komputerowa, to gdzieś tam u podstaw tego wszystkiego jest jakaś myśl, jakiś właściwie tekst literacki albo taki nawiązujący przynajmniej do literatury, który to wszystko zaplanował. Ta opowieść jest z nami przez cały czas. Łukaszu, kończymy audycję, ale tak na koniec zawsze oddaję głos naszym gościom, bo zapewne wśród tych wielu pytań mniej lub bardziej dociekliwych są takie, których nie zadałem albo są takie, które czegoś nie uwzględniały.
Co byś jeszcze na koniec chciał naszym słuchaczom powiedzieć?
[02:15:18] - Wydaje mi się, że wszystko, co miało wybrzmieć w tej rozmowie, wybrzmiało. Ja tylko chciałbym jeszcze raz gorąco podziękować tobie za zaproszenie. Jest to dla mnie mega miłe, bo rok temu pewnie marzył o takich rzeczach. I to znowu nie jest żadne wyniosłość, tylko jest mi mega miło i dziękuję tobie. Dziękuję drugiemu Markowi, dziękuję całemu radiu Book Radio i wszystkim, którzy poświęcili czas, żeby posłuchać naszej rozmowy.
[02:16:02] - Wbrew pozorom podziękowania należą się również wielkiemu nieobecnemu, bo on, chociaż nie jest tu obecny ani duchem, ani ciałem. Duchem, to może po części, ale kiedy przygotowuję audycję, to on się dopytuje o to, o czym będzie, o co będę pytał. Czasami jakieś tematy podrzuca do zapytania się. Ten wielki nieobecny jakiś wkład w naszą audycję ma. Tu jakieś podziękowanie również dla niego.
[02:16:39] - Jasne. Wielkie podziękowanie i pozdrowienia dla pana Wiktora.
[02:16:44] - Ja niniejszym bardzo dziękuję tobie, Łukaszu. Naprawdę czytajcie państwo „Granty i smoki”. Nie dość, że się naprawdę uśmiejecie w kilku momentach, a przynajmniej ci wszyscy bardzo odporni na humor się uśmiechną, jestem o tym przekonany, to jednocześnie jest to taka kopalnia. Ja żartuję bardzo często w ten sposób przy takich książkach, które mocno nawiązują do naszej kultury, do naszej literatury, ale tak szeroko bardzo pojętej, że to jest właściwie test na inteligencję, a właściwie bardziej nie na inteligencję, tylko bardziej na oczytanie. Bo macie państwo, czytając tę książkę, wielkie możliwości kombinowania, skąd coś pochodzi, do czego coś nawiązuje, z czym można to połączyć. Wierzcie mi, państwo, zabawa jest przednia, a przy okazji fajna proza. Coś się dzieje. Może nie strzelają się, a przynajmniej się biją. Jeszcze raz wielkie dzięki, Łukaszu. Wszystkiego dobrego na tej drodze literackiej.
Podziękowania wielkie. A teraz już zbliżamy się do końca audycji. Ja tylko zapowiem, że przez dwa najbliższe tygodnie będziecie państwo śledzili opowiadania w audycji „Antologia Bibliotekarium”. Tym razem wakacje, nie warsztaty. „Antologia Bibliotekarium Warsztaty” zamienia się w „Antologię Bibliotekarium Wakacje” i tam pojawią się opowiadania z naszego konkursu Rubieże rzeczywistości. Właściwie to będą ich premiery na antenie. To przez najbliższe dwa tygodnie. Trochę tam sobie jeszcze pogadam, ale w gruncie rzeczy państwa kontakt z prozą będzie ewidentny. Natomiast 22. data nie jest przypadkowa wbrew pozorom.
22 lipca, jeszcze nie wchodząc w szczegóły, bo na to przyjdzie czas, porozmawiamy sobie, proszę państwa, o kryminale i to kryminale PRL-owskim. Dlatego to nawiązanie do 22 lipca. W piątek 22 lipca porozmawiamy sobie o takim kryminale, który nawiązuje do PRL-u, który czerpie z czasów PRL-u i porozmawiamy sobie trochę o pisaniu wierszy. Ja wiem, że to brzmi tajemniczo, ale im bliżej będzie audycji, tym więcej państwu rozszyfruję. A zatem do usłyszenia za tydzień w audycji ABW w pierwszym opowiadaniu wakacyjnym. Do usłyszenia właściwie za dwa tygodnie również w ABW. 22 lipca będziemy się pogrążać w PRL-owskim kryminale. Dobrej nocy zatem życzę wszystkiego dobrego. A teraz felieton Tomka Fąsa. Zapraszam.
Dobrej nocy.
[02:20:09] - Kryzysy, refleksje i końce. Nagrywam dla państwa tę wypowiedź bezpośrednio po powrocie z występu Wojciecha Cejrowskiego, na którym byłem i o czym też wspominałem w poprzednim materiale. Występ udany. Część tekstów historii już kiedyś słyszałem. Część nowych. Wszystko jakoś tam fajnie połączone. Natomiast na co zwróciłem uwagę, to że jakoś panu Wojciechowi chyba trochę brakowało dawnej werwy, bezkompromisowości, pewnej takiej konfliktu nastawienia. Tak mi się wydaje. Jakby troszeczkę stonował na stare lata, że tak powiem. Nie było rundki pytań.
Kiedyś, dawno temu, jak na takich występach bywałem, to zawsze były pytania na koniec od publiczności i jakoś tam siłą rzeczy trochę konfrontacyjnie to wychodziło. Było widać, że pan Cejrowski się nastawia Na walkę. A teraz widziałem starszego człowieka, trochę ugodowego, na spokojnie opowiadającego o starszych czasach, o swoim dzieciństwie, o którym też już nieraz wspominał, ale teraz w tonie bardziej nauki dla kolejnych pokoleń, być może rodziców i tak dalej. To było ciekawe. Przy okazji załapałem się na autograf bez czekania w ogromnej kolejce, bo przeważnie po takim występie, jak już te podpisy są, to ogromna sala czeka w kolejce i nieraz do godziny wręcz trzeba na swoją kolej oczekiwać. Zwłaszcza jak ktoś z pierwszych rzędów idzie na koniec, to jest dramat. Natomiast załapałem się przed występem. Okazało się, że byłem tam trochę wcześniej i już prelegent był. Czekał i kto wcześniej był, to się załapał w dużo krótszej kolejce, żeby móc dostać autograf czy zdjęcia. Ja akurat nie przepadam, bo to nie w moim stylu, żeby z obcym człowiekiem się fotografować, że niby się strasznie znamy czy lubimy, jak się pierwszy czy drugi raz na oczy widzimy.
Nie lubię tego, mi się to sztuczne wydaje. Ale autograf siłą rzeczy jakaś pamiątka ze spotkania to jest. I tak mnie w tej refleksji, w odczuciach melancholijnych państwo spotykacie. Tym bardziej, że pora końcowa, bo wakacje się zaczynają po tym materiale i być może generalnie, myślę sobie, domykam jakiś etap tego do państwa gadania. Być może ostatni. Takie mam odczucie. Przychodzi w życiu człowieka taki moment, to się nieładnie nazywa bezsensownym tłumaczeniem kryzysem wieku średniego. Co to jest ten wiek średni? Middle age crisis to jest kryzys połowy życia i tak to należałoby powiedzieć. Gdzieś koło czterdziestki, jak to się przyjęło uznawać.
Jeżeli statystycznie mężczyzna, swego czasu się mówiło, 75 lat żyje. Nie wiem, jak to teraz wygląda. Więc gdzieś koło czterdziestki ta połowa przypuszczalnego czasu życia przychodzi. I to jest faktycznie taki czas, kiedy trzeba sobie powiedzieć na przykład to, że nie jestem pisarzem, nie jestem znawcą literatury i co tam miałem do wymądrzania się, to się nawymądrzałem. Wydaje mi się, że już trochę wtórne i mało odkrywcze są te moje wywody. Jak sobie słucham po czasie, to nawet myślałem, żeby to może wstawiać gdzieś na YouTube'a jakoś wtórnie, ale ani to aktualne, ani to tak odkrywcze czy kreatywne, żeby tutaj miało sens jakiejś szerszej publiki szukać. Zwłaszcza że pewnie publika nie byłaby jakaś szeroka. Zawsze ktoś trafi, ktoś się strasznie czepia, atakuje. Po co mi te stresy i tak dalej? Steve Jobs też miał taką podobną maksymę, żeby zamykać projekty, które nie rokują.
Jeżeli coś się nie rozwija, jeżeli coś tkwi w pewnym punkcie, obracamy się wokół tych samych tematów, koło podobnej liczby wyświetleń, żadnych wielkich reakcji nie ma. Z całym szacunkiem dla państwa, którzy tego słuchacie, którzy jakoś bierzecie w tym udział, reagujecie. To oczywiście zawsze miłe, fajne, ale umówmy się, że jest to takie towarzystwo wzajemnej adoracji, których strasznie nie lubię. Szczególnie właśnie w środowisku pisarskim. I to widać, co też może czasem wspominałem, w gronach lokalnych często poetów, bo pisanie dużych książek to jednak sporo roboty, a wiersze to każdy może sobie coś tam wypić, parę zdań, czasem bardziej sensownych, czasem słów po prostu. Wiadomo, jak ta poezja współczesna wygląda. Jakieś takie słowa się rzuca, jakiś to sens czasem ma, czasem nie ma i przeważnie większego odbioru na to nie ma. Ale ludzie chcą być pisarzami i tak się czują pisarzami. Są członkami klubów pisarskich. Czasami sobie te strony na Facebooku, jak są młodsi, zakładają, że są pisarzami i strona na ten temat, że oni są pisarzami i w gronie przeważnie dość wąskich odbiorców, a jeszcze częściej innych autorów, którzy też się czują pisarzami i wspólnie występują i nawzajem siebie podziwiają, się zrzeszają, spotykają, mają wieczorki autorskie.
Czasem były na to jakieś fundusze miejskie, bo przecież od czytelników przeważnie tych funduszy jest mało. Nie wiem, proszę państwa, jakoś nigdy mnie to nie pociągało. Taka kariera wspieranego przez środki kulturalne autora czy człowieka, który w towarzystwie wzajemnej adoracji tkwi, się próbuje prezentować. Jak nawet coś tworzyłem dawniej, jakieś rymowane utwory, to przeważnie takie teksty, że może byśmy pana zaprosili, jak gdzieś byłem posłuchać. Może byśmy pana zaprosili, ale najpierw pan musi jeszcze trochę pochodzić, frekwencji im narobić i wtedy być może też zaproszą. Dadzą się pokazać, coś zarobić z tego funduszu za udział czasem, a czasem nie. I przyznaję, że trochę mi się to smutne wydawało, takie udawane, jakby pewna dziedzina sztuki, aktywności, która nie rozumie, że już nie istnieje, że już nie ma odbioru, a mimo to dla własnej satysfakcji autorów próbuje tkwić, trwać. Co kto lubi, proszę państwa, różne hobby można mieć. Ja lubię puzzle układać, mniej roboty i nie trzeba jakoś tego potem na siłę ludziom wciskać. Więc może lepsze, ale z całym szacunkiem dla wszelkich aktywności.
Co tam kto lubi. Trzymam kciuki, życzę wszystkiego dobrego. Może więcej czytajcie niż piszcie. To zawsze dobrze wpływa nawet na ewentualną twórczość. Jeżeli ona mimo wszystko potem następuje, to na pewno warto. Jak to się kończyła jedna z moich ulubionych w dzieciństwie serii komiksowych „Transformers”, kiedy już pokonali tego głównego wroga i to był akurat w polskim wydaniu ostatni tom, potem w oryginale chyba jeszcze trochę ich wychodziło, ale gdzieś na koniec było takie zdanie: „Ale życie trwa i historia Transformerów jeszcze się nie skończyła”.
[02:26:43] - Miejmy nadzieję, że historia felietonów Tomasza Fąsa również jeszcze nie skończyła, również jeszcze troszkę się pociągnie. A tymczasem kończymy kolejne wydanie „Bibliotekarium na żywo”. Byli z nami dzisiaj prowadzący, Ameryk Żelkowski oraz nasz dzisiejszy gość Łukasz Kucharczyk, autor opowieści „Granty i smoki”. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia, tym razem w ABW już za tydzień. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.