Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy bardzo gorąco i serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium na żywo i Book Radia. Jeszcze jesteśmy. Rozpoczynamy kolejne wydanie „Bibliotekarium” w piątek 13 maja 2022 roku. Dzisiaj mamy dwóch gości, proszę państwa. Jednym z nich będzie Szymon Majcherowicz, autor zbioru opowiadań „Otwieram oczy”. Będzie z nami także Tadeusz Krajewski. No i oczywiście panowie z „Bibliotekarium”: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję od strony technicznej będę obsługiwał ja, Marek Sęk "Ivellios". Zanim przekażę głos na drugi koniec połączenia internetowo-telefonicznego, podam jeszcze tylko kontakty do Radia Paranormalium.
Audycję realizujemy w całości na żywo. Będzie można do nas dzwonić i pisać. Dzwonić pod numer 530 620 493. Przy odrobinie szczęścia można też próbować pod numer stacjonarny, pod którym mamy podłączonego Wiktora Żwikiewicza: 32 746 0008. Można także do nas dzwonić na Skypie: radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także na GG pod numerem 36 08 80 02. To nasze gadu-gadu to właściwie taki stały już element gotycki naszej audycji, bowiem komunikator niby martwy, ale czasem jeszcze się odzywa, proszę państwa. Na pewno żywe są nasze czaty na www.paranormalium.pl oraz czaty towarzyszące naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku na fanpage’ach Radia Paranormalium, Book Radia i Bibliotekarium.pl, na grupach Radio Paranormalium i Robieże rzeczywistości. Można wysyłać nam również e-maile pod adres radio@paranormalium.pl.
A tych z państwa, którzy stronią od mediów społecznościowych, a chcieliby czasem z kimś podyskutować, zachęcamy do zarejestrowania się i udzielania na forum Radia Paranormalium pod adresem forum.paranormalium.pl. A więc czas najwyższy na magiczne „halo, halo” Bydgoszcz. Halo, halo! Czyniąc honory domu, witam naszego gościa.
[02:56] - Dobry wieczór panom.
[02:59] - Dobry wieczór. Ten wieczór zapowiada się dzisiaj tak grozowo, ale to jest banał. Tak naprawdę będziecie państwo mieli do czynienia z literaturą przez duże „L”. Bo tak się mówi, że groza. Tę książkę, o której dzisiaj będziemy mówić, zbiór czterech opowiadań czyta się z zapartym tchem – to jest złe sformułowanie. Czyta się po prostu całym sobą. Czyta się totalnie, a w dodatku jeszcze jak człowiek odłoży tę książkę, bo już ją skończy, to ta książka zostaje z człowiekiem na długo. Długo o niej myśli, długo ją przeżywa. Wszystko po prostu na długo zostaje. Czy ja coś mówię błędnie?
Zwracam się tu w tym wypadku do mojego siedzącego po lewej stronie Tadeusza Krajewskiego, bo wiem, że ty mocno przeżyłeś tę książkę.
[04:06] - Tak. W ogóle podpisuję się pod wszystkim, co powiedziałeś. Dodam tylko tyle, że proza Szymona Majcherowicza to jest właściwie proza mainstreamowa. Można to ująć. I Szymon Majcherowicz udowodnił tę książką, podobnie jak wcześniej zrobił to Wojciech Gunia czy Marta Kładź-Kocot, czy Radosław Rak, że można pisać fantastykę, która jest wybitną literaturą, która absolutnie powinna być omawiana, interpretowana i badana przez naukowców, teoretyków literatury. Wydaje mi się, że dzięki takim pisarzom jak Szymon Majcherowicz ten podział absurdalny, który do dziś jeszcze trwa na fantastykę, czyli literaturę gorszego sortu i literaturę mainstreamową, ten podział już nie ma w tym momencie najmniejszego sensu. A jeśli chodzi o przeżycia, powiedziałeś, że to jest rzecz, którą się przeżywa i która zostaje na długo i czyta się całym sobą. Zgadzam się z tym. Ja już powiedziałem kiedyś Szymonowi i mogę to teraz powtórzyć. Powiem to może mniej subtelnie, że ta książka zrywa mi mózg.
Po prostu bardzo długo nie mogłem dojść do siebie i właściwie przy całym podziwie dla kunsztu pisarza mogę powiedzieć, że książkę tę znienawidziłem. Tak bardzo była zła w swej wymowie dla mnie prywatnie. Myślę, że jeszcze będzie okazja o tym porozmawiać. Niemniej bardzo się cieszę, że ją poznałem i że mogłem tych najbardziej takich – nie życzę tego nikomu – ale takich bardzo mocnych doznań, że mogłem ich doświadczyć po prostu. Także tego nie żałuję, naprawdę.
[06:01] - Tak. Ja jeszcze dodam, że prawdopodobnie tego absurdalnego rozwarstwienia na literaturę głównonurtową i fantastyczną w szerokim pojęciu najprawdopodobniej głównonurtowi krytycy jeszcze chyba nie dostrzegli. Jeszcze do nich to nie dotarło. Myślę, że powoli będziemy w tej branży, takiej związanej z fantastyką szeroko pojętą, działać w tym kierunku. A teraz pytanie do naszego gościa. Panie Szymonie, pan dosyć oszczędnie pisze o sobie czy mówi o sobie, bo na przykład na skrzydełku książki, tam, gdzie zwykle znajduje się biogram z różnymi fajerwerkami literackimi i nie tylko, tu są raptem cztery linijki. To jakby pan zechciał coś na swój temat jako człowiek opowiedzieć, zanim zaczniemy zagłębiać się w literaturę. Ja wiem, to jest najgorsze pytanie, jakie można zadać.
[07:09] - Powiedz trzy słowa o sobie. Przyznam, że ten biogram jest dla mnie wciąż najbardziej problematycznym elementem książki. Elementem, który wywołuje we mnie największy dyskomfort. Sam fakt jego istnienia. Ja rzeczywiście nie za bardzo lubię mówić o sobie publicznie inaczej niż w formie zapośredniczonej przez użycie narzędzi literackich, czyli poprzez narrację zmedyatyzowaną, literacką. Nie jest tajemnicą, że „Otwieram oczy” to jest mój debiut literacki. Jestem z wykształcenia polonistą, zajmuję się komunikacją i promocją w instytucjach kultury. Nie konkretyzowałem tu jakich, bo ich było kilka już w mojej karierze zawodowej. Resztę musi pan skonkretyzować jakimiś zawężającymi problematykę pytaniami.
[08:24] - Rzecz jest oczywista. O co zapytam najpierw, to o te instytucje kultury. Jakby pan zechciał wymienić takie przykładowe?
[08:33] - W chwili obecnej na przykład pracuję już ponownie po krótkiej, rocznej przerwie w jednym z największych muzeów warszawskich. Takich, które można zobaczyć na każdej pocztówce z Warszawy. Tam zajmuję się komunikacją i promocją. Wcześniej też pracowałem w takiej instytucji, która zajmowała się realizacją różnych projektów związanych z polityką pamięci w wymiarze międzynarodowym i ogólnoeuropejskim. To chyba nudny temat.
[09:18] - Okej, to dobrze. Nie ciśniemy już, bo czuć wyraźnie, że autor nie do końca ma ochotę tą ścieżką podążać. Okej, przejdźmy zatem do książki. Cztery opowiadania. Cztery w gruncie rzeczy bardzo różne opowiadania, chociaż łączą je pewne elementy. O nich pewno będziemy mówić. Ale kiedy się czyta te opowiadania, to ja przynajmniej miałem takie wrażenie, że to są opowieści, które brzmią — pomijam oczywiście wątek fabularny, czyli wszystkie inne rzeczy, które z daną opowieścią się wiążą — ale one wybrzmiewają zupełnie inaczej, tak jakby były chwilami pisane innym językiem. Przy kilku opowiadaniach z tych czterech na przykład tak skrajnie pierwsze opowiadanie i opowiadanie czwarte to jakby inna partytura była zupełnie. Może nieco pokrętnie, ale tak bym to ujął. Trudno tak się zmienia skórę pisarską czy nietrudno?
[10:33] - W tym przypadku był to proces naturalny i nie towarzyszył temu skonkretyzowany zamiar. Po prostu chciałem, żeby ten zbiór jakoś oscylował pomiędzy spójnością a zróżnicowaniem, żeby był rozpięty na tych dwóch biegunach. Żeby był z jednej strony spójny, a z drugiej, żeby nie był jednolity i jednostajny. Więc rzeczywiście na poziomie języka są tutaj różne perturbacje i popadanie od wzniosłego stylu, trochę zahaczającego o styl gotycki, po narrację bardzo emotywną, rwaną i bardzo współczesną, pełną potocyzmów, wulgaryzmów i będącą zapisem stanu umysłu bohaterki.
[11:45] - Ponieważ my dzisiaj jesteśmy połączeni w taki skomplikowany sposób — Wiktor nadaje z domu, bo go choroba rozłożyła. W szczegóły się nie będziemy wdawać, ale od czasu do czasu jakieś jęki się mogą do państwa, do słuchaczy docierać. Póki nie docierają, to ja Wiktorze ciebie zapytam o jakieś refleksje. Odpowiedz. Daj znać, że jesteś po drugiej stronie.
[12:17] - Jestem, jestem. Natomiast gdyby szukać jakichkolwiek refleksji, bo miałem je również przy lekturze, to one są takie odskoczniowe, dosyć daleko od tej literatury, od wszystkiego. Bo na tym polegają refleksje. One nie muszą być związane z tekstem. Miałem takie dziwne wrażenia. Wy mieliście własne przeżycia. Mnie się pojawił taki problem: skąd się to wszystko wzięło? Co się porobiło, a może tak zawsze było ze światem człowieka? Zaraz będę konkretniejszy. Otóż zobaczcie, że dotykanie zła jest fascynujące dla nas.
Dotykanie dobra jest nudne, obojętne. Warte właściwie wzruszenia ramion, bo jest mało emocjonujące. My w całej historii naszej kultury, mówię naszej, europejskiej, wszystko rozpoczęliśmy od tego jabłka w rajskim ogrodzie, którego nie należy dotykać, ale fascynujące jest dotknięcie. I tak to się ciągnie. Tak to się dzieje. Są oczywiście wyjątki. Dotyk dobra, jego namacalność pojawia się właściwie, szukam przykładu, ale dajmy na to w tekstach księdza Bocheńskiego, kapelana z Monte Cassino. Wtedy, gdzie jest zło naokoło, gdzie jest wojna, gdzie jest totalny rozpierdol, to tam świadectwo dobra jest piękne. Dotknięcie takiego dobra, tego, co się w człowieku z natury pojawia nagle, wyłania. Natomiast my w naszej mentalności jesteśmy chyba tak dobrzy, że nas fascynuje wyłącznie coś, co z naszą naturą nie ma nic wspólnego, czyli wyłącznie zło.
A jeżeli sytuacja się zmienia, jeżeli zła jest więcej naokoło nas niż dobra, wtedy zaczyna nas fascynować jakiś element ognisty, błysk, bardzo rzadki i tak dalej, ale dobra. Miałem taką refleksję. Ta książka jest właśnie takim dotykaniem rzeczy. Nie wiem, czy autor tak myślał, czy nie myślał, to nie ma znaczenia. Jest takim obrazkiem tego, o czym ja mówię. Naszą fascynacją w świecie, w jakim żyjemy, gdzie jest właściwie wszystko jasne, smaczne, w miarę ciepłe, w miarę chłodne. Wszystko jest fajne, więc należy tę naszą pragność zepchnąć czymś, co jest odmienne. Cóż, literatura ma do tego prawo, jeśli się to robi dobrze. A pan Szymon Majcherewicz robi to kapitalnie zupełnie, bo to jest, tak jak już Marek męczył, to jest literatura naprawdę bardzo fajna, bardzo dobra, bardzo dobrze skonstruowana, bardzo ładnie. Na marginesie, jak rozmawiałem po raz pierwszy na temat tej książki, to też wyszedł mi taki śmieszny problem.
Rozmawiałem pierwszy raz na temat tej książki z naszą przyjaciółką wszystkich chyba tutaj obecnych, Martą-
[17:28] - Martą Sowiecką.
[17:31] - Sowiecką. Ona powiedziała taką śmieszną rzecz. Autorzy się dzielą. Nie wiem, czy akurat mówiła o aktualnym naszym rozmówcy, czy ogólnie, ale chyba mówiła o nim. Że autorzy dzielą się, można przynajmniej podzielić w zależności od doboru słów, jakich używają. Otóż są autorzy, którzy mają określoną pulę dźwięków, które wydają, oraz autorzy, którzy właściwie posługują się pełnym słownikiem języka polskiego. Oczywiście żebrie można tu wystrugać i jasno i prosto. Natomiast niewielu jest ludzi, którzy w miarę swobodnie operują pełną gamą naszego języka. To akurat było w naszym rozmówcy, co jest dla mnie ogromnym, ze strony Marty, komplementem, ale również i moim. Bo tak jak powiedziałem, można się obejść i można powiedzieć piw, paw, paw, ale można też to wszystko przeskać tak, że staje się gęste i piękne w tej warstwie języka.
[19:11] - Jeśli mogę się od razu odnieść ad vocem. Oczywiście na wstępie bardzo panom dziękuję za te kilka ciepłych słów na temat mojej książki. To jest dla mnie ogromnie ważne, że ta książka ma swój rezonans i że ona rzeczywiście rezonuje z pewną grupą odbiorców w pewien sposób uwrażliwionych na taką propozycję estetyczno-artystyczną, jaka w tej książce jest zawarta. Bardzo byłem przed wydaniem tej książki niespokojny o to, jaka będzie jej recepcja i czy rzeczywiście ta książka zostanie zrozumiana, czy po prostu czytelnicy się od niej nie odbiją. Byłoby to pewnie dla mnie dużym dramatem i pewnie postawiło pod znakiem zapytania moje dalsze pisanie. Natomiast rzeczywiście odzew na tę książkę trochę mnie zaskoczył. Jest w dużej mierze pozytywny i to, że panowie podzielają tę opinię, jest dla mnie bardzo ważne. A odnosząc się do wypowiedzi pana Wiktora, jeśli chodzi o tę fascynację złem, która jest być może zawarta w mojej książce. Kiedyś rzeczywiście zastanawiałem się nad tym, skąd taka fascynacja się bierze, bo ona rzeczywiście u mnie była. Ja się od dziecka fascynowałem między innymi złem.
Później, już na studiach będąc, bardzo dużo czytałem na przykład o zagładzie, o totalitaryzmach, o masowych mordach, o tym wszystkim, co było najgorsze w XX wieku. I zawsze mnie interesowały różne aspekty zła w świecie. I wydaje mi się, że ta fascynacja ma źródła lękowe. Ona jest przynależna osobom, które mają w pewien sposób naturalny poziom lęku nieco podwyższony, a do takich osób pewnie się zaliczam. I strategią tych osób jest śledzenie przejawów zła w świecie, przyglądanie się im. Próba ich analizy, zrozumienia, dekonstrukcji w taki sposób, aby spróbować te bomby rozbroić, ażeby spróbować uprzedzić spodziewany atak tych elementów rzeczywistości. Wydaje mi się, że to ma w gruncie rzeczy taki charakter. I kiedy przyglądamy się złu w sposób bezpieczny, kiedy widzimy je zamknięte w takich ramach, w których ono nam nie zagraża, w jakiś sposób zdobywamy nad nim przewagę, która nas wzmacnia. Ale też próbujemy to zło zrozumieć, aby móc się przed nim bronić, bo spodziewamy się ataku, bo ten atak być może już kiedyś nastąpił i nas straumatyzował, i to zostało już w jakiś sposób zapamiętane na poziomie ciała, podświadomości i spowodowało, że ten poziom lęku jest wyższy i poziom uprzedzającej postawy, ten model postawy się wytworzył. Jeśli chodzi o taką sytuację wojny na przykład, wydaje mi się, że oczywiście w sytuacjach, kiedy jest wojna, kiedy dzieją się rzeczywiście kataklizmy, kiedy jesteśmy zmuszeni do ucieczki, walki, do działania natychmiastowego, to rzeczywiście jest to inna sytuacja egzystencjalna.
I wtedy wszystkie te traumy, które w sobie mamy, jakieś lęki, które w nas pobytują, pozostają latentne. One zostają wyparte, bo one w tym momencie nie mogą dojść do głosu. Te lęki, te demony, te traumy, one się budzą na powrót, kiedy wraca pokój, kiedy wracamy do naszego życia, które jest uładzone, jest w nim jakiś współczynnik przewidywalności. Możemy zakładać, że jesteśmy w sytuacji bezpiecznej. Mamy to elementarne, może nie poczucie bezpieczeństwa, ale sytuację, która obiektywnie jest niezagrażająca. Wtedy nasza psychika zaczyna swoją ofensywę i wtedy dopiero te traumy do nas powracają. W sytuacji, kiedy jesteśmy zmuszeni przetrwać One na szczęście często po prostu śpią. Cieszę się, że przywołał pan Martę Sobiecką. To jest osoba, która rzeczywiście jest odpowiedzialna za to, że moja książka się ukazała. Jestem jej niezmiernie wdzięczny.
Wspaniale mi się z nią współpracowało jako redaktorką, bo jest świetna w swoim fachu. Muszę też powiedzieć, że trochę darliśmy koty, bo ja mam swoją wizję artystyczną. Ona też miała zastrzeżenia do niektórych fragmentów, analiz. Szukaliśmy kompromisu i najczęściej udawało nam się go znaleźć. Ale wspomniałem też bardzo dobrze, bo miałem obawy zawsze przed współpracą z redakcją i tutaj naprawdę trafiłem tak, że lepiej nie mogłem trafić. Trafiłem na redaktorkę, która ma wysoki poziom empatii i duży szacunek dla autora. A to pewnie dlatego, że Marta sama jest autorką. I to naprawdę niezłą, bo wydała też świetną książkę w zeszłym roku, „Algorytm życia”, którą bardzo polecam. Panowie pewnie już ją znają, bo była już omawiana, prawda?
[25:54] - Zgadza się.
[25:56] - Ja odniosę się do wypowiedzi zarówno twojej, Wiktorze, jak i twojej, Szymonie, dotyczącej zła i jego atrakcyjności. Zgadza się, w popkulturze zło jest atrakcyjne i estetycznie opakowane. W związku z tym tak naprawdę go nie zauważamy i przy okazji dobrze się bawimy, bo jest dynamiczne. Dobro wydaje się takie, jak to Wiktor powiedział, byle jakie. Natomiast w przypadku książki Szymona Michrowicza jest dokładnie odwrotnie. Tam jest, jak już powiedziałem wcześniej, zawarte zło. I tutaj się usprawiedliwię, żeby słuchacze nie myśleli, że krytykuję książkę z tego powodu. Absolutnie. To zło nie jest opakowane w tej książce. Czytelnik otrzymuje z tej książki pewne informacje, które budzą w nim uśpione lęki.
Szymon Michrowicz powoduje, że wychodzą one na zewnątrz, opanowują nas, przypominają nam o pewnych sprawach, o których chcieliśmy zapomnieć. Teraz czy to dobrze, czy nie? Czy to jest dobra metoda docierania do czytelnika? Tak, jeżeli pisarz jest szczery, jeżeli nie ma zamiaru czytelnika kokietować, jeżeli nie ma zamiaru czytelnika głaskać po głowie. Szymon Michrowicz tego nie robi. Szymon Michrowicz uderza prosto między oczy swoją książką. Tak się składa, że — nie wiem, tak myślę, tak sądzę, nie mam prawa w ogóle takich sądów wydawać — każdy z nas przeżył w życiu jakieś mniej lub bardziej przykre momenty, które czasami mogły wywołać traumy, których sobie nawet nie uświadamiamy, których interpretowanie zajęłoby na pewno wiele sesji terapeutycznych. Podczas czytania tej książki właśnie te traumy się odzywają. Odzywają się i w związku z tym stawiamy sobie pytanie, czy ja przypadkiem gdzieś tam nie żyłem sobie w bezpiecznym świecie pełnym iluzji? Książka otwiera oczy.
Rzeczywiście otwiera oczy, bo ukazuje, że fałszowałem rzeczywistość, że udawałem sam przed sobą kogoś innego. Dzięki książce Szymona Michrowicza przestałem tak myśleć, bo po prostu nie mogłem tak myśleć. Ja nie mówię, że to był pierwszy autor, który u mnie spowodował takie autorefleksje. Nie, ale już dawno takiego autora nie czytałem. Podoba mi się u Szymona Michrowicza głównie to, że odskakuje od obecnie panującego trendu w literaturze nie tylko fantastycznej, ale w ogóle mainstreamowej, całej literaturze. Od tego trendu postmodernistycznego, gdzie jest wiele różnych poziomów odczytań, gdzie czytelnik ma się przede wszystkim dobrze bawić, poszukując różne znaczenia i odkrywać w ten sposób gdzieś tam być może zakopaną głęboko swoją własną erudycję. Nie, tutaj tego nie ma. Wydaje mi się, że Michrowicz — przepraszam, Szymonie, że tak mówię, ale jak mówię o autorze, to używam od razu nazwiska — wydaje mi się, że autor tutaj po prostu z tego całkiem rezygnuje. Mówi wprost. Oczywiście są tutaj pewne odniesienia do literatury w ogóle, po prostu niemożliwe, żeby ich nie było.
Ale nie na tym polega wartość tej książki. To, co jest w niej złe, to jest właśnie to, że niestety podczas czytania tej książki czytelnik cierpi. Także, drodzy słuchacze, jeżeli chcecie sobie zafundować taką bolesną terapię, która wydaje mi się, że jest każdemu z nas potrzebna, to tak, warto po tę książkę sięgnąć. To tyle na temat zła i jego atrakcyjności, bo na pewno u Szymona Michrowicza zło nie jest pokazane atrakcyjnie. Absolutnie. Tam jest po prostu jego prawdziwe oblicze.
[30:04] - Jeśli mogę tutaj wskoczyć słowo wam wszystkim, to kiedy autor mówił o tym podwyższonym poziomie pobierania lęku, to mi się zapaliła w głowie taka śmieszna lampka, że jakbym odkrył, zobaczył na nowo naturę człowieka, jaki powinien być. Nigdy tak nie myślałem, a chyba to jest istota rzeczy. Słowo, które użyję, ma troszeczkę pejoratywne znaczenie, ale to jest akurat moment kulturowy. Otóż, żeby sprecyzować, o czym myślę. Człowiek może być dobry, może być rozumny, może być sprawiedliwy, może być nie wiem jaki czacy, ale zawsze powinien być wielkim inkwizytorem. Czyli kropić, dostrzegać to zło, o którym autor mówi. To, które być może istnieje, a być może już zaistniało, a być może dopiero zaistnieje kiedyś. Rola wielkiego inkwizytora to jest chyba posłannictwo dla każdego człowieka sztuki w ogóle, bo ludzie zaczynają zapominać o tym, że w tym pięknym, słodkim czy jakimś tam pastecie jest zawsze jakaś kropla jadu. Wielki inkwizytor do tych kłania.
[31:53] - Okej, a teraz ja na chwileczkę rzut oka na czat, który towarzyszy audycji. Mister Stranger pisze w ten sposób i myślę, że to ważny głos. „Witam prowadzących i słuchaczy. Chciałbym podzielić się swoją opinią. Wczoraj zacząłem czytać, ale nie jestem w stanie jednym haustem połknąć tej książki. Muszę robić sobie przerwy. Będąc osobą po kilku traumach i lekko znerwicowaną, ciężko mi przebrnąć przez taką narrację, przez tak skomponowany świat, przesączony fatalizmem. Dlatego jest mi ciężko czytać, ponieważ tak mocno odzwierciedla te lęki, które targają duszami w prawdziwym życiu. Boli to, jak bardzo pragniemy bliskości człowieka i jak drugi człowiek może również niszczyć. Mimo to myślę o tej książce.
Chcę do niej wracać. Świat w niej, pomimo że mroczny do bólu, jest intrygujący. Postaci bardzo prawdziwe. Chcę czytać dalej, chociaż szybko mnie przygniata. Nie żałuję, że kupiłem. Świetna proza.”
[33:07] - Bardzo dziękuję za tę opinię. Jeżeli mogę się już odnieść do tego wszystkiego, co było mówione. Jakoś postaram się, bo już tutaj chciałem się do kilku rzeczy odnieść. Jeśli chodzi o to zło, to może tylko tak króciutko, bo wydaje mi się, że w mojej książce nie ma takiego zła w wymiarze moralnym. Ono właściwie nie funkcjonuje. Bardziej jest to chyba zło w znaczeniu egzystencjalnym, czyli jakiś zespół czynników zagrażających istnieniu podmiotu. To jest trochę taka książka o traumie, a więc książka trochę o takim rozpadzie, rozpadającym się podmiocie, o doświadczeniu wewnętrznego rozpadu i pogrążania się w chaosie, o wewnętrznym poczuciu słabości i nieumiejętności scalenia rzeczywistości wokół siebie i przywrócenia wewnętrznej integralności. Oczywiście czynniki zewnętrzne są tutaj katalizatorami tego procesu. Natomiast ja chyba nie poświęcam wielkiej uwagi w tej książce jakimś figurom zła moralnego. Ta książka właściwie nie jest moralitetem.
Ona jest opisem podmiotu pogrążonego w stanie wiecznego rozedrgania. Ona obrazuje w pewien sposób uwarunkowaną percepcję, w pewien sposób taką psychikę wysadzoną z siodła. Ona oczywiście tworzy sobie pewne obrazy zła, ale to jest często takie zło, które to są jakieś wyobrażenia zła, które są w niej samej. Na przykład w tekście „Sąsiadka” to właściwie zło jest projekcją tego, co jest wewnątrz bohatera. Tak samo w „Kuli” jest też negatywna postać. Nie chcę tutaj oczywiście narzucać pewnej interpretacji, natomiast są przesłanki do tego, żeby twierdzić, że to jest projekcja własnego wyobrażenia zła, a więc własnego lęku. Po prostu boimy się tego, co nam zagraża i w odpowiedzi na ten lęk kreujemy sobie w głowie jakąś wizję zła, które na nas czyha w świecie zewnętrznym. I trochę bardziej o tym jest ta książka. Ona nie bardzo analizuje zło w znaczeniu moralnym i dlatego też nawet jeżeli tam są postaci, które czynią zło, one też w jakiś sposób są uwikłane w sytuację, w której mają wewnętrzny przymus tego czynienia zła. Trochę w tej książce pod znakiem zapytania stoi taki jasny, binarny podział na dobro i zło.
Ta oś moralna, która obowiązuje w społeczeństwie. Trochę na to starałem się patrzeć w sposób nieuprzedzony pewnym systemem ocen moralnych. Nie wiem, czy panowie też to tak odbierają. Jeszcze odnosząc się do tego, co napisał szanowny internauta. Zawsze jest też tak, że rezonans, jaki wywołuje literatura, uzależniony jest od tego, na jakie podglebie trafi narracja. To jest pewne ziarno, które musi trafić na odpowiednią glebę, aby w niej wykiełkować. Osoba, która jest w takiej sytuacji, że czuje się wolna od obciążeń traumatycznych, czuje się mocno usadzona w siodle życia, czuje się pewna siebie i zadowolona ogólnie ze swojego losu. Czuje, że jej życie biegnie po właściwym torze. Ta osoba nie przejmie się tak głęboko tą książką. Może ją przeczytać i w jakichś aspektach docenić, ale chyba przejdzie nad nią do porządku dziennego, bo nie stanowi tak naprawdę targetu tej książki.
Ta książka raczej adresowana jest do osób, które mają problem ze swoim obciążeniem traumatycznym i mi nie przyświecała taka intencja, żeby w kimkolwiek ten stan dyskomfortu utwierdzać, umacniać. Mam wrażenie, że tego rodzaju literatura też jest w stanie dostarczyć pewnego poczucia ulgi, poczucia partycypacji w jakiejś wspólnocie doświadczenia, która sprawia, że ze swoim indywidualnym doświadczeniem nie jesteśmy tak samotni, jak mogłoby nam się wydawać.
[38:47] - Szymonie, zgadzam się z tym, że książka twoja nie jest w najmniejszym stopniu moralitetem i od strony etycznej chyba rozpatrywać jej nie należy. Chociaż oczywiście można i tak ją interpretować. Jednak myślę, że książka ta jakąś odpowiedź daje tym wszystkim, którzy podobnie jak ja afektywnie ją czytają i w związku z tym przeżywają ją mocniej od tych, dla których wszystko w życiu jest pozornie uporządkowane. I to jest tylko przykład prozy, którą można zanalizować albo odłożyć na bok i jakoś ją ocenić. A więc wszyscy ci, którzy przeżyli tę książkę, przeżywają w tej chwili, tak jak jeden z naszych internautów, dla tych wszystkich też masz odpowiedź. Ja dopiero tę odpowiedź znalazłem jakiś czas po przeczytaniu, bo z traumami można próbować sobie radzić na różne sposoby. Przeważnie to nic nie daje, bo przeważnie to jest tylko i wyłącznie próba interpretowania przeżycia, które traumę wywołało. Później jakaś reinterpretacja tej traumy, później próba ucieczki albo próba dojścia do źródła i rozstrzygnięcia tego problemu. Wszystko to kończy się w mniej lub bardziej udany sposób. Czasami kończy się tragicznie.
A ty proponujesz co innego. Mówisz właściwie o tym, że tak naprawdę musimy zaakceptować to, co przeżyliśmy i wziąć to na klatę i z tym po prostu sobie na co dzień radzić. Czasami ulegamy, czasami wpadamy w złe stany psychiczne, czasami wpadamy w depresję, czasami uciekamy od rzeczywistości. Ale gdy uświadamiamy sobie, że nie ma innego wyjścia, jak tylko i wyłącznie z tym dalej przez życie brnąć, wracamy do rzeczywistości i to, żeby akceptować to, co się przeżyło i to, co z tych przeżyć dla nas wynikło. Właśnie o tym jest twoja książka, żeby to zaakceptować, żeby nie ulegać pokusom łatwych terapii, gdzie po trzech, czterech spotkaniach niczym za pstryknięciem palców, od razu, bez żadnych specjalnych komplikacji można było od tego uciec i można było poczuć się dobrze. Nie, takich ulgowych taryf w życiu nie ma i każdy, kto mówi, że może je zaproponować, moim zdaniem jest oszustem. I o tym jest twoja książka. Pokazujesz drogę jakąś, tylko że rzeczywiście trzeba przez nią samą przejść i trzeba ją po prostu przeżyć.
[41:26] - Tadeuszu, to jest twoje odczytanie. Ono jest bardzo ciekawe. Z mojego punktu widzenia trochę dyskusyjne. Moim zdaniem tego rodzaju przesłanie nie jest zawarte w tej książce explicite, ale to jest jedno z możliwych odczytań. Myślę, że żadnego odczytania tej książki nie uznałbym za definitywne, za ostateczne. Myślę, że można tę książkę przeczytać też inaczej, ale na pewno pamiętasz, jak rozmawialiśmy ostatnio. Przywołałem książkę Tomasza Stawiszyńskiego „Ucieczka przed bezradnością”. Ja tę książkę „Ucieczka od bezradności” przeczytałem dopiero długo po napisaniu swojej książki i znalazłem w niej pewien rzeczywiście wspólny mianownik dotyczący sytuacji, w jakiej znajdują się bohaterowie mojej książki. Jest to sytuacja właśnie osoby straumatyzowanej, która nie godzi się. Jest to pewien taki rys tej psychiki, brak zgody na bezradność.
Te osoby kompletnie nie godzą się na tę sytuację bezradności, nie są w stanie jej przeżyć. Desperacko szamoczą się, próbując zdobyć poczucie siły wewnętrznej, wzmocnienie swojej podmiotowości za pośrednictwem na przykład świętej misji, jak bohater „Sąsiadki”, czy w postaci szalonej interpretacji tego, co się dzieje na świecie poprzez szalone teorie spiskowe. To wszystko są próby wzmocnienia się podmiotu w sytuacji, w której boryka się on z traumą i kiedyś doświadczył w bardzo dojmujący sposób radykalnej, totalnej bezsilności. Bo trauma jest doświadczeniem, które sprawia, że wszystkie nasze ewolucyjne, adaptacyjne mechanizmy naszej psychiki zawodzą w radzeniu sobie z kryzysową sytuacją i stajemy w obliczu sytuacji totalnej bezradności, która warunkuje nas w ten sposób, że naprawdę wszystko zrobimy, aby tej bezradności już nie odczuwać. I dopóki nie pozwolimy sobie poczuć tej bezradności, dopóty nie zaczniemy sobie radzić z naszym traumatycznym obciążeniem. To jest coś, o czym myślę jako prywatna osoba. Nie suszę tutaj jakichś wykładni czy definitywnych odczytań.
[44:19] - Pamiętam, jak mówiliśmy o Stawiszyńskim. Tak się składa, podobno przypadków nie ma, że przeczytałem z kolei inną książkę Stawiszyńskiego „Co zrobić na koniec świata?” przed zbiorem opowiadań. Dlatego pewne rzeczy mi się połączyły. Też, jak powiedziałeś, miałeś tam fragment, kilka felietonów poświęconych trendowi we współczesnej kulturze, którym usiłują nas wszyscy przekonać twórcy billboardów, reklam, a także różnych innych produktów popkulturowych, że tak naprawdę takie zjawisko jak śmierć, starzenie się, gnicie ciała nie występują, ich nie ma. A jeżeli nawet coś się pojawi, to można to bardzo szybko i bardzo łatwo naprawić za pomocą prostych terapii, za pomocą prostych środków.
[45:15] - Albo zasłonić. Zasłonić, żeby tego nie było.
[45:18] - Nie, trzeba po prostu o tym w ogóle nie-
[45:21] - Zasłonić, żeby nie mówić.
[45:22] - Tak, albo zasłonić. Chodzi też o to, żeby używać innych słów. Nie mówić o tym, że ktoś umarł, tylko że ktoś odszedł i tak dalej, jakby to było rzeczywiście normalne, że później się spotkamy i nie ma kłopotu. Tymczasem Stawiszyński mówi wyraźnie o tym, że śmierć to jest coś, czego się bardzo boimy. To jest coś, co nas przeraża i udawać, że tego nie ma i chować się za zasłoną iluzoryczności, którą się nam wpaja, to jest chyba jedna wielka kulturowa tragedia. I jeszcze o jednej tragedii Stawiszyński mówi i wydaje mi się, że ty świetnie ten problem wyeksponowałeś, a mianowicie, żebyśmy koncentrowali się tylko na tym, co jest tu i teraz. Czyli popularna książka Eckharta Tolle „Potęga teraźniejszości”, rozpopularyzowana na różne sposoby. Ba, nawet widziałem w jakimś filmie z cyklu „Avengers” bohater medytację według Tolle'go sobie uprawia. Ja tę książkę przeczytałem, żeby nie było, i mogę na jej temat parę zdań powiedzieć, ale wydaje mi się, że najgorsze w niej jest to, że rzeczywiście Tolle zupełnie serio i niektórzy naprawdę zupełnie serio do tego podchodzą, proponuje nam odcięcie się od przeszłości, niemyślenie o przyszłości. Czyli praktycznie proponuje nam, żebyśmy byli takimi, wiem, że to strasznie upraszczam, ale żebyśmy byli po prostu warzywkami, które można sobie hodować i które nawet jeżeli zwiędną, to i tak zostaną usunięte, zasłonięte, jak ty to, Marku, powiedziałeś.
I właśnie ty, Szymonie, otwierasz oczy ludziom, mówiąc, że nie można się odciąć od przeszłości, bo, do cholery, to jest po prostu niemożliwe. To jest sztuczne. Jeżeli to nawet zrobimy, to to do nas wróci, wybuchnie w nas na różne sposoby, które będą dla nas tylko i wyłącznie destrukcyjne. To moja dopowiedź do tego, co powiedziałeś, Szymonie.
[47:18] - Odnosząc się najpierw do śmierci, wydaje mi się, że dla bohaterów moich tekstów śmierć nie jest prymarną rzeczą, której się boją. Oni się boją znacznie bardziej innych rzeczy niż śmierci. Są rzeczy gorsze od śmierci, na przykład upokorzenie dla kogoś, kto przeżył traumę upokorzenia radykalnego. Wydaje mi się, że w przypadku straumatyzowanej psychiki czepianie się życia pazurami stoi trochę pod znakiem zapytania. Ten mechanizm jest troszeczkę już upośledzony. Wydaje mi się, że chęć ocalenia własnej godności, własnego poczucia sprawczości jest czymś, dlaczego podmiot jest w stanie zaryzykować wszystko w zasadzie, czyli własne życie. Jest w stanie postawić stan zagrożenia, żeby odzyskać wewnętrzną integralność, bo wewnętrzny rozpad za życia jest czymś gorszym od śmierci. Natomiast potem przeszedłeś do tego tematu, jakbyś mógł mi przypomnieć?
[48:56] - No tak. I teraz mamy dwóch panów, którzy nie pamiętają.
[49:01] - Ja jestem usprawiedliwiony, bo ja mam 65 lat, wiek emerytalny, mam prawo już zapomnieć o tym, o czym mówiłem przed chwilą.
[49:09] - Nie, to było coś bardzo ważnego. No dobrze, to może wrócimy do tego.
[49:16] - Pewnie się przypomni. Natomiast ja znowu rzucę okiem na czat, bo to jest taka moja rola. Rafał Krajewski pisze w ten sposób: „Ta książka będzie dla nielicznych, ale konkretnych ludzi. Do kogo ma trafić, tak będzie. Proszę być dobrej myśli”. To takie życzenia dla autora.
[49:36] - Dziękuję serdecznie.
[49:37] - Jeszcze chcę coś przeczytać. Kosarz: „Wspomniane zostało, że książka Szymona śmiało może stanąć na półkach obok książek mainstreamowych. Jest kilka książek na naszym rynku, które dotykają podobnego tematu, ale chyba »Otwieram oczy« to książka zdecydowanie najbardziej dekonstrukcyjna wobec nich”. To głos z czatu, a ja mam taką refleksję, że pan tą swoją książką musi strasznie wkurzać takich mainstreamowych recenzentów z gatunku tych, którzy lubią mieć wszystko poukładane, lubią sobie pointpretować, a jak już mają problemy z interpretacją, to wtedy im to nie pasuje, bo nie da się zaszufladkować, nie da się wstawić w odpowiednie ramki tego autora. I to bywa dla takiego recenzenta wkurzające. Nie będę specjalnie szukał słów. Wkurzające właśnie. A tymczasem ta proza, którą pan pisze, była już o tym mowa, ona się wymyka takiej prostej interpretacji. Sam pan wspominał o tym, że to jest interpretacja Tadeusza. On to tak widzi, ale równie dobrze można pójść zupełnie inną drogą interpretując tę prozę.
I tu zbliżam się do tego pytania w końcu, czy w każdym razie do problemu. Jest pierwsze opowiadanie „Zaćmienie”. Opowiadanie, które wymyka się tej prostej interpretacji. My przeczytawszy to opowiadanie niby wszystko wiemy, ale jak zaczynamy sobie zadawać pytania szczegółowe, to nagle uświadamiamy sobie, że gdzieś coś jest nie tak, czegoś nie wiemy. I właściwie dlatego to opowiadanie później na długo zostaje, bo myślimy od różnych stron. Zaczynamy snuć pewną nitkę interpretacyjną. No i właśnie chciałbym zapytać o tajemnicę pierwszego opowiadania.
[52:01] - Ja tylko dodam, że w tych wszystkich koszmarach Szymona Majchrowicza to opowiadanie jest najpiękniejsze i jakoś najbardziej barwne. Takie mam odczucie. To jest jedyny tekst, którego nie mogę do dziś tak odczytać.
[52:18] - Do końca.
[52:20] - I świetnie, bo zakotwiczył się mocno w mojej wyobraźni, w moim umyśle.
[52:25] - Powoli myślisz o tym. No właśnie, o tajemnicy pierwszego opowiadania.
[52:33] - Za chwilę opowiem o „Zaćmieniu”. Jeszcze tylko odniosę się do tego słowa mainstream, które padło, bo nie bardzo wiem, czy rozumiemy je w ten sam sposób. Ja absolutnie nie jestem pisarzem mainstreamowym. Ja jestem autorem offowym. To jest nisza w obrębie niszy i to nie funkcjonuje w takim obiegu mainstreamowym, więc nie mogę, nawet gdybym chciał wkurzać mainstreamowych krytyków. Nie miałem nigdy recenzji ze strony mainstreamowego krytyka. To jest raczej w obrębie blogosfery, w obrębie krytyków, którzy funkcjonują w niszy fantastyki i grozy. Oczywiście bardzo bym chciał, żeby któryś z mainstreamowych krytyków wziął pod lupę moją książkę i bardzo by mnie interesowało, co by miał o niej do powiedzenia. Natomiast na razie jeszcze takiego przypadku nie było, ale być może coś się kroi, bo koresponduję z takimi osobami. A teraz odnośnie do „Zaćmienia”.
Cieszę się, Tadeuszu, że powiedziałeś, że to jest tekst, który ci jakoś najbardziej przypadł do gustu, bo to też jest chyba mój ulubiony tekst i dałem go na początek tego zbioru. Mimo że jest to tekst najkrótszy, jeśli chodzi o ilość stron, to jest to tekst, który być może zajmuje czytelnikowi więcej czasu i energii, takiego wysiłku interpretacyjnego. I on właśnie uchodzi za taki tekst bardziej problematyczny. Oczywiście trochę niejasny, enigmatyczny, wieloznaczny i tak dalej. On w gruncie rzeczy aż tak bardzo nie jest taki mglisty, aczkolwiek rzeczywiście mam pewien niedosyt, jeśli chodzi o te sygnały, które do mnie docierają, jeśli chodzi o recepcję tego tekstu, bo chyba ten tekst nie został rzeczywiście poddany, przynajmniej w wymiarze publicznym, czyli gdzieś w jakimś tekście, w jakiejś publikacji, analizie. Może kiedyś czas na to nadejdzie. Zyskam więcej czytelniczego zaufania i czytelnicy dojdą do wniosku, że warto się jednak być może w to zagłębić, że to nie jest tekst, w którym można tylko zatrzymać się na powierzchni tekstu czy tylko impresyjnie. W jakiś sposób być może zachwycić się narracją, która jest nieco stylizowana, nieco gotycka, nawiązująca do tradycji literatury grozy spod znaku Edgara Allan Poe na przykład. Ten tekst jest dla mnie ważny, jeśli chodzi o sens, który jest w nim zawarty. Pojawia się też odnośnie do tego tekstu i powraca właściwie jak bumerang zarzut błędnie skonstruowanej narracji w tym tekście.
Ja już to słyszałem kilka razy. A właściwie błędnie skonstruowanego narratora. Jest to narrator dziecięcy, który posługuje się dorosłą frazą, wręcz erudycyjną, złożoną i posiadającą pewien naddatek estetycznego uporządkowania. Więc chciałbym tylko tak na wstępie zaznaczyć, że jest to zabieg oczywiście jak najbardziej celowy i musiałbym chyba być naprawdę idiotą, żeby popełnić nieświadomie taki błąd — włożyć dorosłą frazę w usta dziecka.
[56:35] - Ale to jest zabieg, Szymonie, który stosowało już wielu pisarzy przed tobą. Ja dziwię się, że ktoś z tego czyni jakiekolwiek zarzuty.
[56:43] - Niemniej istnieją recenzenci omawiający książkę, którzy uważają, że to opowiadanie w ogóle się w tym zbiorze nie powinno znaleźć, a już jak się znalazło, to roi się od błędów. Można i tak, ale oddajmy głos autorowi.
[57:01] - Myślę, że każdy, kto ten tekst przeczytał i doczytał do końca wie, że to nie jest narrator dziecięcy i że to jest narrator dorosły, który po prostu powraca pamięcią do świata dzieciństwa i przyjmuje tamtą perspektywę, aby pewne rzeczy przeżyć jeszcze raz i w ten sposób zneutralizować traumę. Wydaje mu się, że to będzie droga, żeby ten cel osiągnąć. Narracja jest w pewnym sensie wzniosła, mityczna, trochę schutzowska. Zresztą Bruno Schulz stosuje identyczny zabieg. W „Sklepach cynamonowych” bohater jest dzieckiem, które też posługuje się mową, która nie jest właściwa dziecku.
[57:40] - A w popkulturze robi to chociażby Stephen King.
[57:45] - Tak. Cóż, jeśli chodzi o zaćmienie, to zawiązaniem akcji w tym utworze jest — żeby rzucić trochę światła na ten mroczy, nieprzejrzysty tekst — sednem tej opowieści jest rozpad rodziny nuklearnej. Czyli sytuacja, w której w miejsce biologicznego ojca wkracza ojczym, który jest bardzo silną figurą męską, atawistyczną, archetypicznie męską figurą, bardzo imponującą bohaterowi. Bardziej niż własny biologiczny ojciec. Oczywiście jest też tym rodzajem mężczyzny, samca, który wzbudza zachwyt u matki, czyli odblokowuje w niej pewne ukryte pokłady jej energii erotycznej przez lata tłumionej. Zawiązaniem akcji jest konflikt, zawiązująca się rywalizacja dziecka z matką o względy ojczyma. Pojawia się w tym tekście pewna figuracja, alegoryczna reprezentacja pewnej siły związanej z rozbudzoną seksualnością matki i z pożądaniem, które może być siłą niszczącą, bardzo pierwotną, amoralną, destrukcyjną i rzucającą cień. Stąd też tytuł. Tytuł odnosi się trochę do takiej sytuacji zaćmienia. Taka sytuacja, kiedy trzy ciała niebieskie ułożą się w takiej konstelacji, że ciało X przez jakiś czas absorbuje światło, które normalnie jest zarezerwowane dla światła Y.
Dla dziecka matczyna miłość to jest coś w rodzaju energii słonecznej, od której to dziecko jest całkowicie uzależnione w swoim rozwoju emocjonalnym. W momencie, kiedy następuje zaćmienie, sytuacja wzajemnego uwarunkowania się tych dwóch ciał jest zakłócona. I tutaj wkrada się pewnego rodzaju cień, ciemność, która rozbija tą sytuację, która w swojej idealnej realizacji byłaby zdrowa. Cały dramat rozgrywający się w tym opowiadaniu dotyczy dziecka, które zostaje wrzucone w to piekło biologii i instynktów, nad którymi nikt nie panuje. Bo przecież ta matka nie jest złą osobą, tylko jest osobą niedojrzałą do macierzyństwa. Czy w jakiś sposób jej instynkt zostaje zaćmiony. Pojawiają się różne sytuacje związane właśnie z freudowską sytuacją pierwotną, czyli nagie ciało rodziców w sytuacji seksualnej. I ta sytuacja, która potem ma miejsce w toalecie, w której pojawia się też jakaś figuracja czegoś, dojmującego doświadczenia związanego z rozbudzonym u dziecka seksualizmem, a jednocześnie z sytuacją bycia wykluczonym z relacji seksualnej, która też jest traumatyczna dla kształtującego się podmiotu. Więc mamy matkę, która jest matką wyrodną, która być może żałuje, że tego syna urodziła albo że powinna była go urodzić z innym mężczyzną. Ten syn staje się dla niej przeszkodą, a obiektem całej uwagi jest ojczym, który wyzwolił tą tłumioną kobiecość i to autentyczne pożądanie, którego nie odczuwała w stosunku do swojego poprzedniego partnera i które przez wiele lat tłumiła i wypierała.
Partner matki ostatecznie zraża się do niej przez tą wystawę i udziela wsparcia temu chłopcu, ale też nie jest w stanie do końca stanąć na wysokości zadania jako ten opiekun, który mógłby zapełnić lukę po dwojgu niedojrzałych rodzicach. I to jest właściwie ta opowieść. Nie wiem, czy panowie też to w podobny sposób zrozumieli.
[01:02:55] - Jeśli mogę tutaj wskoczyć, bardzo chętnie skomentuję całą pana wypowiedź. Otóż bardzo często krytycy mają dylematy takie, jak my mamy przy wszelkiej nadinterpretacji. Otóż ja z zachwytem słuchałem, w jaki sposób pan jasno i prosto wyłożył zasady konstrukcyjne tego opowiadania. Tu nie ma nadinterpretacji powziętego. Po prostu chciałem zrobić to i to. Zrobiłem to, skonstruowałem to z takich elementów i tak dalej. Każdy może mieć jeszcze swoje nadinterpretacje, ale ta autorska jest tak prosta i jasna i właściwie wyjaśnia nam całe opowiadanie. Oczywiście nie ujmując napięcia podwójnych i wszystkich smaków, że tak powiem. Bardzo ładny przykład jasnego postawienia sprawy.
[01:04:11] - No tak.
[01:04:12] - Proszę.
[01:04:13] - Generalnie nie lubię wyjaśnień z tekstów. W ogóle nie wychodzę z założenia, że autor jest depozytariuszem ostatecznej, definitywnej wykładni utworu. Uważam, że każdy ma prawo do swojej interpretacji i ja też mam tylko swoją interpretację tego utworu. To nie jest interpretacja, która jest wyjaśnieniem, bo ja nie panuję nad wszystkimi sensami, które się generują w tekście i nad wszystkimi sprzężeniami, w które te teksty wchodzą między sobą. Odczytań może być więcej i można też tekst odczytać głębiej niż autor o tym tekście myślał i można za pomocą swojej interpretacji tekstu autora zanalizować, zdiagnozować i powiedzieć coś mu na jego temat, czego on sam nie wie, ale być może chce albo nie chce się dowiedzieć.
[01:05:20] - To taki drobny przykład tego, że tam w pewnym momencie pod koniec, chyba na początku też, ale na pewno na końcu jest mowa o tym, że bohater stoi na brzegu, patrzy w wodę, na pograniczu stoi dokładnie. To też są takie figury, które jakby się chciało interpretować. Wodę w takiej symbolice też się na przykład interpretuje jako macierzyństwo, jako odniesienie się do macierzyństwa i można brnąć w tego rodzaju. To nawet jest fascynujące, ale ja chciałbym zapytać zupełnie o inną sprawę. O zabawę jednak pewną językową, bo ten tytuł „Zaćmienie” ma przecież odniesienie jeszcze inne. Tam się pojawia ćma. Pojawia się ćma i czy ten tytuł to zaćmienie? I ta ćma, żeby już nie opowiadać wszystkiego, w pewnym momencie jest kulminacyjny. Może nie kulminacyjny, ale taki ważny moment się pojawia i ona tam odgrywa swoją rolę. To jest pewien dosyć mocny obraz, który się tam nagle staje nam przed oczyma.
Właśnie o tę ćmę chciałem zapytać i o odniesienie do tytułu.
[01:06:40] - Dobrze. Ja powiedziałem, że jest tam pewna figuracja tej siły rozbudzonej, dzikiej seksualności matki. Nie chciałem już precyzować, że tu chodzi właśnie o tę ćmę tytułową, która jest pewnego rodzaju alegorią tego. Jest alegorią tego, jest pewnego rodzaju eksterioryzacją tej matczynej energii, która staje się wroga dla tego dziecka. Jak już jesteśmy przy „Zaćmieniu”, to może pokrótce opowiem genezę tego tekstu. Ten tekst powstał na konkurs. To był konkurs organizowany przez pismo „Histeria”, cały czas, nieprzerwanie, jako jedno z najdłużej ukazujących się pism i periodyków poświęconych grozie. To pismo przez pewien okres swojej działalności regularnie organizowało konkursy na opowiadanie, w którym był w jakiś sposób zawężony temat. Był temat narzucony i trzeba było coś na ten temat napisać. Jeden z tych tematycznych konkursów dotyczył malarstwa Beksińskiego i trzeba było napisać opowiadanie, dla którego punktem wyjścia byłby dowolny obraz Beksińskiego.
Znalazłem obraz Beksińskiego, który kiedyś jako dziecko znalazłem u siebie w domu rodzinnym. Pojawił się jakimś przypadkiem album Beksińskiego. Mówię przypadkiem, bo w mojej rodzinie nie za bardzo ceniono Beksińskiego jako artystę i chyba byłem jedynym entuzjastą w tamtym wieku, kiedy miałem osiem lat, tego albumu. Ktoś go po prostu przyniósł jako prezent. Jak zacząłem oglądać te obrazy, to jednym, którym byłem zachwycony tą niesamowitością, głębią, która wtedy na mnie ogromnie mocno działała, bo bardzo pobudza wyobraźnię dziecka. Wtedy zapamiętałem obraz, który przedstawiał dwie postaci, jedną dorosłą, drugą postać dziecka stojących naprzeciwko tafli ciemnej, stojącej wody. Wydało mi się to niezwykle poetyckie i bardzo pobudzające wyobraźnię. Ten tekst potraktowałem jako swoją prusztowską magdalenkę do rozpoczęcia narracji tego opowiadania. A że Beksiński później nie był dla mnie interesujący jako twórca, a bardziej jako pewnego rodzaju myśliciel i teoretyk sztuki, bo czytałem różne jego ciekawe wypowiedzi na temat jego metody twórczej. Ta jego metoda twórcza była dla mnie w jakimś sensie inspirująca, bo Beksiński miał w zwyczaju stawać przed swoją zagruntowaną płytą i zaczynać malować coś, co przychodziło mu do głowy, ale jeszcze nie wiedział dokładnie, co rysuje.
Po prostu malował jakieś kształty. Nie miał żadnego szkicu ani gotowego projektu tego obrazu, tylko zaczynał malować kształt i nie wiedział, czy ten kształt będzie twarzą, czy będzie skałą, czy czymkolwiek innym. Dopiero w toku nakładania kolejnych warstw klarowało mu się, jaką formę on zdobywa z swojej wyobraźni. Tak postanowiłem to opowiadanie napisać. To opowiadanie miało pierwotnie mieć tytuł „Bez tytułu”, czyli w hołdzie Beksińskiemu. Wziąłem ten obraz. Na początku zacząłem opisywać, co jest w tym obrazie, a potem poleciałem całkowitym automatyzmem. Miałem doświadczenie pewnej erupcji treści i sensu, która wtedy miała miejsce. Ten tekst, miałem wrażenie, w całości został mi podyktowany. Ja go po prostu tylko zapisałem.
Pisałem go bardzo krótko i to była bardzo intensywna praca. Ten tekst powstał w ten sposób. Jeszcze raz, gdybyś pan mógł przypomnieć to pytanie, które było.
[01:11:58] - Pytanie jak pytanie, bardziej zagadnienie o element ćmy, który się tam pojawia.
[01:12:05] - Później, kiedy byłem już rozpędzony w tym akcie twórczym, przypomniałem sobie wydarzenie, które miało miejsce, kiedy byłem dzieckiem zupełnie, czyli miałem może sześć lat. Byłem z rodzicami na wakacjach w takiej wsi pod Kazimierzem Dolnym i tam rzeczywiście w letnim domku miałem spotkanie z taką ćmą, która wydawała mi się absolutnie gigantyczna, monstrualna. To było jakieś zawisakowate coś. Nie wiem dokładnie, jaki to mógł być gatunek i czy to rzeczywiście było tak wielkie, jak to zapamiętałem, ale pamiętałem, że to było ogromne. Była tam pewna figura kobieca, dorosła, którą pytałem, co to jest, czy to gryzie. Ten dialog wyglądał mniej więcej podobnie jak ten dialog miał miejsce w tym opowiadaniu. Uznałem, że niech to będzie taka Taka alegoria mojego dziecinnego lęku. To, co wtedy zrobiło na mnie takie wrażenie, że miałem oczy jak spodki i nie mogłem oderwać wzroku od tego zwierza, jakiegoś takiego kosmatego, który był uwięziony w tym oknie, potem posłuży jako punkt wyjścia dla alegorycznego rozbudowania tej sytuacji, w której bohater jest atakowany przez jakąś wrogą mu, zagrażającą siłę. I ta siła właśnie taką formę przyjmie.
[01:14:03] - Jeśli mogę zadać pytanie do Tadeusza Krajewskiego. Jak się mówi o interpretacjach, Tadeuszu, to wpadłbyś na to, że sztuka posiada jakieś takie kody genetyczne, o których my pojęcia nie mamy? Bo czytaliśmy to opowiadanie, a ja na własne oczy widziałem Beksińskiego, kiedy stawał przed lejtrinem, wszyscy naokoło popijali whisky, a on tam bazgrał coś niestworzonego i z tego dopiero po tygodniu wychodziło coś. Wpadłbyś, Tadeuszu, na to, że to jest Beksiński? Na samym początku, w pierwszych słowach od razu wiem.
[01:14:50] - Wiktorze, nie wpadłem na to na pewno. Tylko że nie dziwię się, że ty mogłeś to od razu zauważyć, bo ty przecież jesteś malarzem, nie tylko pisarzem. Nie „ha, ha, ha”? Wpadłeś na to, tak?
[01:15:05] - Nie, nie wpadłem.
[01:15:06] - Ach nie?
[01:15:07] - Mówię, że też nie wpadł. Bo w sumie trudno, ale na szczęście.
[01:15:11] - Przepraszam, coś mam na swoją obronę. Najbardziej barwne opowiadanie z całego zbioru.
[01:15:16] - Prawda, ale tak jak zresztą autor powiedział, to, że nie znaliśmy tej historii, naprawdę w niczym nie przeszkadza przy odbiorze.
[01:15:25] - Szymonie, tylko taka propozycja. To, co nam powiedziałeś, interpretację swojego tekstu. Napisz to pod pseudonimem i wyślij, puść w sieć i zobaczymy.
[01:15:35] - Czy sieć się zgodzi.
[01:15:38] - Tak.
[01:15:39] - Nie, to już poszło w eternat.
[01:15:40] - Poszło w eternat. No tak.
[01:15:43] - To ja znowu rzucę okiem na czat, a potem mam propozycję dla słuchaczy i dla wszystkich, którzy biorą udział w audycji, żebyśmy posłuchali pierwszego fragmentu prozy. Ale najpierw ten czat. Mister Stranger pisze: „Może warto, żeby w końcu mainstreamowi krytycy zainteresowali się, ponieważ książka dotyka poważnych problemów współczesnego świata, zwłaszcza ostatnich lat, gdyż zaburzenia na tle psychicznym narosły ostatnio lawinowo, a mainstreamowy świat zaczyna być coraz bardziej odklejony od rzeczywistości, przepuszczając wszystko przez coraz bardziej różowe okulary.” To jest, myślę, niezły głos w całej naszej rozmowie.
[01:16:29] - Dziękuję za ten głos. Tak właśnie uważam. Myślę, że to jest duży temat. Zagadnienia psychopatologii to jest temat obecnie duży i stale rosnący, niestety.
[01:16:42] - A teraz już zapraszam wszystkich na pierwszy fragment prozy naszego gościa.
[01:16:49] - Szymon Majcherowicz, „Sąsiadka”, fragment: „Słój, w którym Piotr dusił swoje fermentujące emocje, ni stąd, ni zowąd pękł jak wrzód. Wszystko się rozlało. Kulącego się w ciemności pod przepoconą kołdrą przykryła fala narastającego bólu. Nie potrafił nijak dać jej odporu. Wszelkie szanse na powrót do równowagi, na jakkolwiek rozumianą normalność, stabilność nagle wydały się pogrzebane nieodwracalnie. Przyszłość jawiła się wieczną zmarzliną, której nie rozkuje żaden kilof. Wokół głowy zaciskała się stalowa obręcz. Czy ból ten był wyłącznie reakcją na utratę najbliższej osoby? Nie, w ten sposób Piotr nawet nie próbował siebie okłamywać. Śmierć Sylwii spowodowała po prostu poluzowanie zaworu, przez który prosto w sferę świadomości pod ogromnym ciśnieniem zaczęła wtryskiwać czarna zawiesina uogólnionej, pierwotnej grozy, której bulgoczące pokłady gdzieś na głębszych kondygnacjach psyche wyczuwał już od dawna.
Właściwie zawsze. Teraz nieodwołalnie tracił powłokę ochronną, filtr cenzorski percepcji właściwy każdemu zdrowemu organizmowi. Ujrzał w pełni ostrości słabowitość i szpetną nagość człowieka. Miękkiego, wilgotnego, białoróżowego chłapu materii, wytrącającego ciepło i indygoczącego żałośnie pośród bezmiaru czarnej, lodowatej próżni. Każdym z milionów niezdrowo pobudzonych włókien nerwowych boleśnie odczuwał traumatyczną potworność i inherentny tragizm życia, najbardziej absurdalnego z fenomenów we wszechświecie. I cały czas nacierały nań kolejne zimne fale. W końcu podjął heroiczną próbę wyrwania się z objęć tego stanu. Wymacał włącznik lampki i spojrzał na smartfon. Dochodziła trzecia. Pora, można by rzec, nieludzka.
Bardzo późno czy bardzo wcześnie? Tak czy inaczej bardzo. Wydawało mu się, że od napierającej z zewnątrz ciemności drżą szyby w oknach. Nie wiedział, skąd przyszedł impuls, aby wyjść z domu. Ubrał się, nie zapalając górnego światła i ze zduszonej o głuchą ciszę swego mieszkania wyszedł na klatkę, po której niosło się dudniące echo.” Zszedł schodami na parter, by po chwili zanurzyć się w inną ciszę, zimną i otwartą, czekającą tuż za frontowymi drzwiami. Pewnym krokiem ruszył przed siebie, kierując się w stronę podwórek, z dala od świateł latarni. Jakby penetrując najciemniejsze obszary, próbował tę ciemność oswoić, obłaskawić, rozgościć się w niej. Okazało się to zaskakująco łatwe. Nie bał się tak jak kiedyś, jako dziecko. Właściwie to bardziej przestraszył się braku tego strachu.
Czuł, że oznacza to, iż utracił bezpowrotnie tę odrobinę zbawczej naiwności ustawiającej go dotąd po stronie światła. Ciemność nie była już obca. Już na poziomie głębokiej esencji stanowił z nią jedność. Groza pierwotna, osnowa wszechrzeczy okazała się stokroć bardziej potworna, gdy z fascynującego odkrycia stała się truizmem. Kiedyś metafizycznym dreszczom towarzyszyła młodzieńcza egzaltacja. Poza, która dopieszczała ego, dając przyjemną iluzję górowania za cenę wszystkich tych udręk nad tępą i nieczułą tłuszczą, a więc zdrową większością ludzkiej gromady. Teraz już po tej gratyfikacji nie pozostał ślad. Był tylko surowy absurd obnażony w swej oczywistości. Piotr zataczał kręgi po okolicznych osiedlach, brnąc bocznymi przesmykami, aż sam nie wiedział, kiedy zniosło go w końcu nad Wisłę. Było to jedno z tych rzadko uczęszczanych zejść, o których wiedzą głównie wędkarze.
Zaczął przedzierać się przez porośnięte gęstymi, zdziczałymi chaszczami nadbrzeże i po kilkunastu minutach błąkania się odnalazł niewielki cypel. Przycupnął na nim, by pokontemplować nocną panoramę lewej strony miasta, której refleksy lśniły na delikatnie rozpolowanej powierzchni wody. Kucał tak w ciszy dość długo, a przez jego umysł przelewał się strumień bezładnych, niedorzecznych myśli i parzących niekiedy wspomnień. Potem wstał, nie chcąc dopuścić do zdrętwienia nóg. Spojrzał w dół i błądzącym wzrokiem natrafił na coś, co momentalnie, jak gdyby obcęgami pochwyciło i przyciągnęło do siebie jego uwagę. Nieco na prawo, w odległości mniej więcej półtora metra, tuż przy samej linii wody zalegał trudny do zdefiniowania obiekt. Z początku Piotr myślał, że to kawał żelastwa, porzucony silnik motocykla czy coś podobnego. Słabo było widać w spowijającym ten obszar cieniu. Potem wydało mu się, że to fragment szkieletu klatki piersiowej z obnażonymi żebrami. Gdy zbliżył się o krok, stwierdził, że to istota żywa.
To znaczy żywa wcześniej, bo w tym momencie ewidentnie martwa. Wyglądem przypominało to trochę wywróconą na grzbiet monstrualną stonogę, taką wielkości piłki do rugby albo nawet ciut większą. Masywny pancerz zagrzebany był w piachu, do góry zaś wystawione zostało wrażliwe podbrzusze, wokół którego sterczało bezwładnie siedem par grubych jak ludzkie palce odnóży, pozaginanych do wewnątrz, jak gdyby w daremnym geście obrony. Piotr wpatrywał się osłupiały w te osobliwe zwłoki, nie będąc w stanie nijak dopasować tego elementu rzeczywistości do swojego względnie ustabilizowanego do niedawna obrazu świata. Trochę obawiał się zbliżyć, bo wchodząca na coraz wyższe obroty wyobraźnia, ukształtowana w pewnej mierze przez filmy Ridleya Scotta, już suflowała mu wizję, w której odnóża ożywają i zaczynają piekielnie szybko przebierać w powietrzu. Otwór gębowy kreatury zaś rozwiera się, a z jego wnętrza w kierunku Piotra pod ogromnym ciśnieniem wystrzeliwuje żrąca substancja ze złowieszczym sykiem, wypalająca głębokie dziury w żywej tkance. Co za bzdury! Smętny zewłok niezdolny był już do niczego. Piotr zrobił mu zdjęcie komórką, by potem móc sprawdzić, co to za cudaczny gatunek zwierza zalęgł się w Wiśle. Może to jakiś mutant popromienny albo efekt tajnych eksperymentów.
Skoro w Polsce mogły istnieć więzienia CIA, w których torturowano ludzi, czemuż nie miałyby istnieć laboratoria, gdzie hodowano by takie kreatury drogą jakiejś modyfikacji genomu z użyciem promieniowania jonizującego na przykład? Stary już i nie najwyższej klasy telefon Piotra nie radził sobie jednak z robieniem zdjęć po ciemku i ostatecznie uwieczniony został tylko ledwie widoczny ziarnisty zarys utopiony w czerni. Osoba niewtajemniczona nie dopatrzyłaby się w tym absolutnie niczego. Po chwili uszu Piotra dobiegły jakieś wrzaski. Szybko zorientował się, że oto od strony Mostu Łazienkowskiego nadciąga banda nawalonych typów. Normalnie wystraszyłby się takiej konfrontacji. W przypływie ułańskiej fantazji mogliby go przecież skopać na śmierć, ciało wrzucić do rzeki i kto by ich znalazł? Pewnie nikt by nawet specjalnie nie szukał. Ciekawe, ilu takich umrzyków odławia się dziennie spośród szuwarów. Byli już blisko.
Coraz głośniejsze stawały się ich gromkie okrzyki, jakieś kibolskie skandowania i soczyste bluzgi ciskane na ślepo w mrok. Gdy znajdowali się już na jego wysokości, zauważył, że było ich czterech. Mógłby przykucnąć w ciszy i liczyć na to, że go nie zauważą. Zrobił jednak coś dokładnie odwrotnego. Sięgnął po leżący obok duży, obły kamień, zamachnął się i pchnął nim wprost w taflę wody. Przystanęli. Jeden z nich wycelował w Piotra palec wskazujący i przepitym głosem wrzasnął: "Ej, a ta kurwa to co tam robi?" Wyglądało na to, że już się zbiera, by ruszyć ku Piotrowi. Jednak przytrzymał go kompan. "Zostaw, zostaw". Towarzystwo wymieniło się jeszcze kilkoma uwagami, których Piotr już nie dosłyszał.
I wszystko wskazywało na to, że postanowiły jednak ruszyć dalej w swoją stronę. Piotr stał dumnie wyprostowany placami do nich, zapatrzony w nurt lśniącej czerni, zerkając co rusz kątem oka w stronę trupa wodnej kreatury. Po kilkunastu sekundach w odległości jakichś piętnastu centymetrów od jego lewego ucha przeleciała ze świstem ciśnięta z całej siły butelka po piwie, która z głośnym chlupotem wpadła do wody. Piotr poczuł, jak napięły się wszystkie mięśnie w jego ciele, jednak stał dalej niewzruszony jak kamienny posąg. Tamci w końcu się zmyli. Po upływie około kwadransa zmył się i on. Gdy wstukiwał kod do domofonu, ciemność wokół rozrzedzona była już bladą poświatą wstającego świtu. Dwoma susami przeskoczył te kilka stopni pomiędzy wejściem do bloku a poziomem parteru i wcisnął przycisk przywołujący windę. Wyglądało na to, że na klatce szlag trafił całą instalację świetlną. Winda na szczęście jednak działała.
Usłyszał jej zgłuszony szczęk gdzieś w górnej części szybu i cierpliwie czekał, aż wysłużony dźwięk, poskrzypując, zstąpi jak łaska pańska. Po kilku sekundach z góry do dołu rozwinął się przed Piotrem rozświetlony pas zbrojonej szyby. Skoro wewnątrz windy paliło się światło, oznaczało to, że ktoś był w środku. Odsunął się od drzwi, chcąc umożliwić osobie z wewnątrz windy swobodne wyjście. Nikt jednak nie wychodził. Piotr chwycił więc za żelazną gałkę, energicznie otworzył drzwi i aż odskoczył na pół metra do tyłu. W środku stała ona, Teresa, brudna i odrażająca jak nigdy. Twarz jej pokrywały jakieś bure zacieki, a fetor wewnątrz był niemal nie do wytrzymania. Piotr zauważył, że skóra na jej czole nad prawym okiem była rozcięta i nieznacznie krwawiła, jak od uderzenia głową w twardą powierzchnię. Plecami zapierała się o tylną lustrzaną ścianę windy i najwyraźniej nie zamierzała wysiadać.
Na jej pomarszczonej, ciopatej twarzy malował się najstraszniejszy, najbardziej obłąkany uśmiech, jaki Piotr widział w życiu. W pierwszej chwili Piotr chciał odwrócić się na pięcie i ruszyć po omacku schodami. Jednak tak ostentacyjne okazanie lęku wydało mu się po pierwsze nieco żenujące, po drugie w dalszym planie mogące przynieść niepożądane skutki. Burknął więc ze skrzywioną miną: „Dzień dobry”. Wsiadł i wcisnął czwórkę. Nie otrzymał odpowiedzi, toteż nie przejmując się dobrymi manierami, odwrócił się do współpasażerki tyłem, aby przynajmniej oszczędzić sobie przykrego widoku, skoro zapach był nie do uniknięcia, i schował nos w kołnierzu. Zaczął już nerwowo odliczać sekundy do końca tej jakże dolegliwej przejażdżki. Jednak gdy tylko dźwig ruszył w górę, Piotr poczuł, jak wokół jego ramienia, tuż nad łokciem, mocno i kurczowo do granicy bólu zaciska się koścista, powykręcana dłoń obsypana gęsto plamami wątrobowymi. Gwałtownie się odwrócił i spojrzał z bliska wprost w żarłoczną pustkę tych żołbiastych, przekrwionych gałek ocznych o zwężonych źrenicach. Ze spojrzenia tego biła śmiertelna powaga, więc towarzyszący mu uśmiech zupełnie do niego nie pasował i robił wrażenie doklejonego, a może wręcz wyrżniętego nożem.
Z owej otwartej rany po chwili wyciekły słowa, które miały już nigdy nie opuścić Piotra głowy. „To ja to zrobiłam tej kurwie”. Po nich zaś przetoczyła się długa lawina histerycznego, świńskiego chichotu. Piotr stracił pewność, czy to się dzieje naprawdę. Gdy winda w końcu zatrzymała się, wystrzelił z niej jak z katapulty i w kilku susach dopadł swoich drzwi. Przez chwilę mocował się z zamkiem. Wreszcie zatrzasnął się w mieszkaniu i zasunął obie zasuwy. Następnie wyjrzał przez wizjer i stwierdził, że winda cały czas stoi na piętrze. Z jej wnętrza zaś nadal wydobywa się światło. A więc Teresa nie wyszła za nim, pomimo iż jej mieszkanie znajdowało się na tym samym piętrze.
Co, do diabła, jeździ tak w tę i nazad całą noc? To musi być najkoszmarniejszy przypadek pojeba, na jaki Piotr miał okazję w życiu się napatoczyć. Do wyjścia do pracy pozostały niecałe dwie godziny. Nie było sensu się już kłaść, zwłaszcza że czuł się niezdrowo pobudzony. Włączył więc ekspres i zrobił sobie kubek zawiesistej czarnej kawy, po czym usiadł z nim na parapecie w kuchni i na spokojnie już zaczął zastanawiać się nad tym kuriozalnym tête-à-tête. Dopiero teraz zaczynało docierać do niego, co ta zgrzybiała plugwa w istocie powiedziała. Wprawdzie nie mógł wiedzieć na pewno, co i kogo miała na myśli, ale nader oczywistym wydało mu się, że chodziło o Sylwię i jej śmierć. „To ja zabiłam twoją ukochaną”. Tak brzmiał ten przekaz. Piotr nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
[01:31:03] - I to był pierwszy fragment prozy naszego dzisiejszego gościa. Ja tylko powiem, że tym wszystkim, którzy czekają na felieton Tomka Fąsa, mówię, że będzie, ale pod koniec audycji, a właściwie zupełnie po naszym pożegnaniu. To tyle, jeśli chodzi o Tomka Fąsa. A teraz znowu rzucę okiem na czat. Wera pisze w ten sposób: wymienia tytuły, które jakiś czas temu omawialiśmy w „Bibliotekarium”, a więc było „Homo Enter” Było „Kiedy odchodzą”. To były dwie książki pana Daniela Dziwita, w których w drugiej z nich omawiał traumy rodzin osób, które popełniły samobójstwo. W pierwszej natomiast, „Homo enter”, to była analiza tego, co nam robią w głowach media społecznościowe i w ogóle internet. Teraz czytam wypowiedzi Bema. Było „Homo enter”, było „Kiedy odchodzą”. Teraz ta lektura.
Gdyby takie pozycje były znane powszechnie, nie wciśnięto by ludziom fikcyjnych „problemów społecznych”, które są, używając tu słowa, które nie kojarzy się z ozdobnymi nazywankami i faktami instalowanymi przez różne agendy. To tyle, jeśli chodzi o komentarze z czata. Natomiast ja mam pytanie do naszego dzisiejszego gościa dotyczące zmysłu obserwacji. Otóż jako człowiek, który coś tam w życiu wspólnego z dziennikarstwem miał, czasami jeszcze nawet miewa, zauważam, że nasz dzisiejszy gość jest niezwykle bacznym obserwatorem. To dotyczy takich szczegółów, ale też całych sytuacji, które są opisane w książce. To wręcz jest tak, że chwilami jakbyśmy wertowali książkę i otwierali ją tak na chybił trafił, to owszem, moglibyśmy trafić na takie momenty, z których wieje grozą taką egzystencjalną albo całkiem realną. Moglibyśmy trafić na fragmenty jakieś takie dziwne, ale moglibyśmy też trafić na fragmenty, które mogłyby nam się pomylić z prozą obyczajową, współczesną prozą obyczajową i to taką dziejącą się tu i teraz. Bo jeśli się sięgnie po książkę, to mamy takie wrażenie, że część sytuacji to właściwie jesteśmy w stanie zaobserwować na co dzień. I o ten zmysł obserwacji naszego dzisiejszego gościa chciałbym zapytać. Jak to się robi?
Może tak najprościej.
[01:34:08] - Dziękuję za taką opinię. Wydaje mi się, to jest takie moje intuicyjne przeczucie, że jeżeli rzeczywiście mogę się pochwalić jakimś zmysłem obserwacji, to on także jest zakorzeniony w byciu osobą o nieco zwiększonym poziomie lęku odczuwanego na co dzień. To też jest, wydaje mi się, strategią adaptacyjną. Wydaje mi się, że osoby, które doświadczyły jakichś sytuacji lękowych wcześniej i zostały tak uwarunkowane, a nie inaczej, na przykład osoby z DDA. Nie mówię tutaj, że to jest mój przypadek, ale osoby, które w jakiś sposób zostały wcześniej straumatyzowane czy spotkały się z sytuacją doświadczenia jakiegoś zagrożenia, rozwijają w sobie ten zmysł obserwacji. Psychika jest w dodatkowy sposób zmotywowana do tego, żeby ten zmysł rozwinąć, żeby uprzedzić ewentualne zagrożenie ze świata zewnętrznego. Wydaje mi się, że to jest ten mechanizm działania i ja jako osoba, która w jakiś sposób reprezentuje taką osobowość trochę lękową, siłą rzeczy rozwinąłem takie cechy. Wydaje mi się, że najważniejszą siłą, jaką autor może dać tekstowi, to jest uziemienie tekstu poprzez odwołanie do jego osobistego doświadczenia, czyli nasycenie tekstu odwołaniami albo wprost, albo w formie zawoalowanej do swojego osobistego doświadczenia. To jest po prostu prąd, który płynie przez tekst tak jak prąd, który płynie przez urządzenie. Może być jakieś urządzenie elektryczne, elektroniczne i ono jest, ale nie działa, jeżeli nie ma tego prądu.
Tym prądem jest właśnie to odwołanie do swoich własnych przeżyć. Nie trzeba tego robić wprost. Można o tym mówić w sposób zapośredniczony, ale ta energia płynąca z osobistego doświadczenia musi być w tym tekście obecna. Ona jest takim reaktorem, który napędza turbiny narracji. Tak bym to nazwał. Jeśli chodzi o podbudowę obyczajową tego tekstu, ona jest tak samo ważna jak te momenty, w których uobecnia się to, co decyduje o przynależności gatunkowej tekstu, czyli jakieś elementy grozy. I uważam, że groza działa tylko wtedy, kiedy jest odpowiednio dawkowana, że proporcje są jakimś tutaj kluczem. Zachowanie proporcji jest pewnym kluczem do tego, żeby osiągnąć efekt suspensu i osiągnąć efekt zaangażowania emocjonalnego ze strony czytelnika. Bo tylko wtedy czytelnik jest w stanie przejąć się tymi elementami grozy, jeżeli empatyzuje z bohaterem, czyli jeżeli ten bohater jest po prostu Osobą z krwi i kości. Ona nie musi być ani dobra, ani zła.
To może być wszystko. To najlepiej, żeby była osobą, która nie jest ani dobra, ani zła. To jest, że ona jest po prostu żywym człowiekiem, jest po prostu pełnym niedoskonałości. Natomiast właśnie z takimi postaciami jesteśmy w stanie empatyzować, bo sami tacy jesteśmy. I w momencie, kiedy zostanie zbudowana więź między czytelnikiem a bohaterem czy bohaterami, którzy po prostu są jakoś dobrze zaobserwowani, być może są postaciami wykreowanymi, ale stworzonymi, są na bazie jakichś pierwowzorów, często wymieszanych ze sobą, ale tworzą jakąś logiczną, wewnętrzną całość, spójną i są przekonujące jako postacie. Wtedy dopiero elementy grozy mogą zaistnieć samą sobą. Kiedy już zostanie zawiązana akcja, kiedy już bohaterowie wchodzą ze sobą w interakcje, kiedy zarysowuje się tło jakiegoś-- jakieś zawiązanie akcji następuje i ten komponent obyczajowy tekstu nie jest po prostu zabiegiem retardacyjnym. On jest po prostu czymś, co przygotowuje grunt, na którym dopiero może rozkwitnąć konwencja grozy. To, co przynależy konwencji grozy.
[01:39:19] - Ja muszę tutaj wskoczyć w słowo i pana, i Marka Żelkowskiego. Otóż Marku, ja przypomnę naszą poprzednią audycję, w której rozmawialiśmy na pewien temat, a kiedy zapytałeś, skąd się bierze ta perfekcja postrzegania i bystrość pewna i tak dalej, to ostatnio w naszych audycjach dyskutowaliśmy nad istotą ludzką jako zwierzęcia. Otóż my w historii całej naszej, naszego gatunku byliśmy zwierzyną łowną, a z tego, co mówił autor, wynika jasno. Antylopa ma perfekcję naprawdę troszeczkę lepszą niż tygrys na przykład. Myśmy byli jako gatunek zwierzyną łowną, taka, która musi przemykać, uciekać, uwzględniać niebezpieczeństwo na każdym kroku. Zmieniło się to na Ziemi w ten sposób, że część naszego gatunku albo część nas samych stała się drapieżnikiem. I stąd chyba może się brać kapitalny problem oglądu naszej współczesnej rzeczywistości. My nie byliśmy drapieżnikiem, ale czy staliśmy się nim w całości, czy tylko częściowo? Z tego, jak wygląda nasza cywilizacja, wynika raczej, że jest taki podział. Są w naszym gatunku drapieżniki, zwierzyna łowna oraz ta hodowlana, bydle najzwyczajniej.
[01:41:20] - W opowiadaniu „Sąsiadka” są takie fragmenty, gdyby tak zupełnie je wyciągnąć z całości, które można odczytać jako klasyczne weird fiction, a momentami nawet fantastykę gorczy, też ewentualnie urban fantasy. Gdy przypominam sobie scenę, w której bohater Piotr obserwuje takie trochę szamańskie zachowanie sąsiadki, która rozebrana naga, całym starczym ciałem smaruje się fekaliami i jednocześnie wypisuje jakieś dziwne runy, to właściwie można powiedzieć, że ona jest jakby prekursorką jakiegoś kultu, który można spokojnie wykorzystać w różnych opowiadaniach grozy. Przypomina mi to nawet momentami prozę Clive'a Barkera, ale rzeczywiście to są te fragmenty. Tak można fragmenty „Sąsiadki” odczytać. Natomiast Marek wspominał o tej prozie obyczajowej. Ja powiem tylko, że inne fragmenty „Sąsiadki” są po prostu, krótko mówiąc, z życia wzięte. Myślę, że każdy z nas z jakąś podobną sąsiadką miał do czynienia. Ja mieszkałem w trzech różnych miejscach w Bydgoszczy, w różnych dzielnicach i muszę powiedzieć, że w każdym domu, w którym mieszkałem, właściwie w każdej klatce, w której mieszkałem, takie postaci były. Także nawet niektóre sytuacje były dosłownie jakby żywcem wyjęte z twojego opowiadania, Szymonie. Łącznie z tym, że ktoś fekaliami obsmarował klamkę.
Były to postaci, które, ja tutaj oczywiście rzucam hasło, może tobie to kiedyś pomoże w tworzeniu jakiejś innej historii. Bardzo niezwykłe, chociaż nietrudno było u nich zdiagnozować jakąś chorobę psychiczną. W jednym przypadku, moim zdaniem skromnym oczywiście, była to czysta schizofrenia. Mówię to na podstawie lektury Andrzeja Kepińskiego „Schizofrenia”. Kobieta, która potrafiła wychodzić na ulicę. Podam tutaj jedno nazwisko niewinnego człowieka, ale muszę, bo z tym nazwiskiem robiła różne ciekawe rzeczy. Z jakichś niewiadomych powodów nienawidziła proboszcza swojej parafii. Proboszcz nazywał się Berka, więc wychodziła i śpiewała głośno, krzycząc: „Ty Berko!”
[01:44:04] - Tyberio, Syberio. Czyli dla niewtajemniczonych mówię Beria-
[01:44:11] - Wspaniałe.
[01:44:13] - Beria, kat Rosji, wiadomo. A jak kat Rosji, to i Syberia od razu. Czyli po prostu-
[01:44:19] - Ciąg skojarzeń i logiczny, i w pewnym sensie genialny.
[01:44:24] - I poetycki. Miron Białoszewski tu się pojawia.
[01:44:27] - Dokładnie.
[01:44:28] - To jedno. Druga sąsiadka, też ciekawa postać. Ona miała z kolei problemy, miała fiksację seksualną nieprawdopodobną. Nie wiem, wzbudzałem chyba u niej zaufanie, tak że mi się zwierzała z różnych historii. Opowiadała o swoich sąsiadach, głównie o jednym sąsiedzie, który żyje ze swoim psem. Mało tego, od czasu do czasu zapraszał jeszcze kilka innych osób, z którymi jakąś orgię sodomicką odprawiali, po czym tego psa zabijali. Tłumaczyłem tej pani, mówię: „No wie pani co, chyba jednak może nie, bo ja tego pana widzę, jak on ze swoim psem wychodzi na spacer już od kilku lat. I cały czas ten sam pies. Trochę się zdarza”. „Ale proszę pana” mówi do mnie.
„To jest człowiek, który dba o takie szczegóły. On co tydzień kupują nowego psa. Mają specjalną siatkę hodowców, od których kupują psa wyglądającego identycznie. Natomiast mogą swój proceder bezkarnie uprawiać, ponieważ ten człowiek jest oficerem policji. Przychodzi do niego jeden sędzia i jeszcze ktoś z magistratu.” Użyła takiego słowa. Krótko mówiąc, takie panie spotykałem w trzech różnych miejscach. Nie będę o wszystkich mówił, ale gdy czytałem twoje opowiadanie, to od razu one stawały mi przed oczami.
[01:45:57] - Powiem ci, że wspaniałe jest to, że odkąd ten zbiór się ukazał, ciągle ktoś raczy mnie jakąś opowieścią o swojej sąsiadce. I to już jest któraś opowieść z kolei. Zawsze jak ktoś już spożył moje książki, to ma mi do opowiedzenia jakąś historię. „Ja też miałem taką sąsiadkę. Miałem, miałam.” Ostatnio na przykład na Festiwalu Pros i Fantastyki, w którym miałem przyjemność brać udział, organizatorka tego festiwalu, Ania Dzięgielewska, też mi opowiedziała świetną i mocną historię o swojej sąsiadce. Także ten tekst budzi też taki rezonans. Dodam też od siebie, że zawiązanie akcji w tym utworze jest z życia wzięte. Też miałem taką sąsiadkę i do pewnego momentu ona właśnie robiła to, co jest w tym tekście opisane. Także nie jest to tajemnica. Od pewnego momentu oczywiście zacząłem z tym tekstem, z tą historią sobie pogrywać po swojemu, natomiast do pewnego momentu to jest po prostu zapis tego, co miało miejsce, kiedy mieszkałem wraz z moją dziewczyną w pewnym bloku na warszawskim Mokotowie.
[01:47:20] - Ale jest jeszcze jedna sprawa związana z tym zmysłem obserwacji, bo zarówno w tym opowiadaniu „Sąsiadka”, kiedy pan charakteryzuje młodych ludzi, takich korpoludków pracujących od rana do nocy, oglądających seriale, od czasu do czasu uprawiających seks. Ci ludzie lubią to, co należy lubić, nie lubią tego, czego nie należy lubić. Oni są zdecydowanie mainstreamowi, a w każdym razie starają się być mainstreamowi. To jest pierwsza grupa. W ostatnim opowiadaniu „Kula”, kiedy przeczytałem, jedna bohaterka, jest to w polu jej zainteresowania teoriami spiskowymi. I kiedy słuchałem tego, co ona ma do powiedzenia na różne tematy, wygłasza albo myśli o różnych rzeczach, to tak jakbym rozmawiał z osobami, które tymi teoriami się niezwykle fascynują. To ten sam sposób argumentowania. Albo też tam jest przedstawiony taki specyficzny sposób, gdzie właściwie zawsze wszystko pasuje. To są takie elementy, które ja uznaję za rodzaj, może to złe nazwanie, ale pewnej syntezy. I to, że jest to synteza dobra, to właśnie ten odzew w postaci tych sąsiadek mnożących się w kolejnych opowieściach, a chociażby z mojej strony ta obserwacja osób zafascynowanych teoriami spiskowymi, które mają dosyć, chcę tu delikatnie powiedzieć, specyficzny sposób myślenia, specyficzny sposób kojarzenia faktów.
To dla mnie jest też taki dowód albo kolejny dowód na taką trafną obserwację. Nie tylko zaangażowaną w tym sensie, że bardzo szczegółową, ale właśnie trafną, potrafiącą pewne rzeczy syntetyzować z tych obserwacji. Taka moja refleksja.
[01:49:40] - Dziękuję. Przyznam, że ten temat miałem rzeczywiście zaobserwowany i też z pierwszej ręki. To było jakieś zagadnienie, które mnie już od dłuższego czasu fascynowało. Zagadnienie tych właśnie teorii spiskowych i istnienia tego, że jest pewna kategoria osób, która jest niezwykle podatna na tę interpretację rzeczywistości, taką właśnie szaloną. I ja miałem tutaj już- Naprawdę całkiem sporo materiału surowego do tego, żeby się nim zajmować, żeby go spróbować opisać. Wiedziałem, że będę . Nawet zaczynając „Kuli”, nie wiedziałem, że to będzie tekst o tym, ale potem doszedłem do wniosku, że to musi być tekst o tym, bo to jest niezwykle ważne zjawisko współczesności. Jest to, moim zdaniem, w swojej istocie zjawisko, które polega też na pewnym rodzaju radzeniu sobie umysłu straumatyzowanego z sytuacją, w której jest on zatopiony w rzeczywistości, którą postrzega jako wrogą, chaotyczną i cały czas zagrażającą. Desperacko stara się zyskać nad nią jakąś iluzję dominacji, iluzję górowania nad innymi.
[01:51:20] - Próbuje zracjonalizować w jakimś stopniu ten chaos.
[01:51:25] - Próbuje bardzo podbudować swoją samoocenę, bo to też jest w tym zakorzenione. W tym poczuciu upokorzenia, na które odpowiedzią jest próba samowywyższenia się, aby to upokorzenie traumatyczne nie było już więcej możliwe, ażeby ta sytuacja nie powracała. Muszę zyskać jakąś przewagę nad innymi ludźmi, nad ludźmi, którzy mnie otaczają, żebym zawsze czuł nad nimi jakąś formę wyższości. Doskonałą odpowiedzią na taką potrzebę jest teoria spiskowa. To jest narracja, do której taka osoba lgnie, która w momencie, kiedy już przyklei się do jego umysłu, to już koniec, jest pozamiatane. To już się scala z jego poczuciem własnej wartości i jest mu tak desperacko potrzebne do tego, żeby kultywować tę opowieść dla samego siebie o samym sobie, że ja jestem tym jedynym, który nie dał się zrobić w konia, w przeciwieństwie do wszystkich innych. Nie ma z tym dyskusji. Jest całkowita odporność na argumentację i ostatecznie kończy się to tym, czego ta osoba się najbardziej boi, czyli upokorzeniem, sytuacją, w której ta osoba wychodzi ostatecznie na frajera. Mimo że to jest ten cały paradoks, że ona tak bardzo nie chce wyjść na frajera, że w końcu na niego wychodzi. Albo to zrozumie i wtedy to bardzo tę osobę może zaboleć, albo nigdy tego nie zrozumie.
Ale zawsze to tak wygląda, że ta osoba jednak ląduje w pewnej społecznej izolacji, bo już wiadomo, że osoby z zewnątrz nie chcą z nią poruszać pewnych tematów, bo wiadomo, że to eskaluje w niebezpieczną stronę i rozmowa ma jakieś dziwne konsekwencje. Ta osoba w pewnym sensie zaczyna być izolowana społecznie. Będąc izolowaną społecznie, jeszcze bardziej okopuje się na swoich pozycjach i ten proces właściwie nie ma końca. To jest proces totalnej alienacji, której podłożem jest głęboka trauma, nieustanne poczucie zagrożenia i nieustanne projektowanie własnej wrogości na inne osoby, które tę osobę otaczają. Osoby z najbliższego otoczenia i wszystkie inne, i wszystkie media mainstreamowe i w ogóle wszyscy, którzy nie należą do tej niewielkiej spiskowej bańki społecznej, która komunikuje się ze sobą najczęściej za pośrednictwem internetu.
[01:54:43] - Tak. Jeszcze tak sobie pomyślałem, kiedy o teoriach spiskowych była mowa w ostatnim opowiadaniu w „Kuli”, że to jest rodzaj takiego sprzężenia zwrotnego. Pan przed chwilą to przedstawił. To sprzężenie zwrotne, które coraz bardziej napędza, tu się waham, rodzaj szaleństwa pewnego, w które ci ludzie powoli zapadają, bo właściwie im więcej jest tej izolacji, o której pan wspomniał, tym oni się czują bardziej strażnikami prawdy. Tej jedynej prawdziwej, przed którą wszyscy uciekają. Dlaczego uciekają? Ponieważ nie rozumieją. Są głupi, ogłupieni i w ogóle nic nie wiedzą. A jest ten strażnik prawdy, który wie. To jest rodzaj takiego sprzężenia zwrotnego.
[01:55:32] - Ja tylko dodam, bo wspominałeś nazwisko Tomasza Fąsa, więc powiem, że w jego zwierzęcym opowiadaniu „Cyberdogaj” jest taka dość prosta odpowiedź na dylemat, który tutaj poruszamy. Czyli z tymi ludźmi nie można rozmawiać, ponieważ nie można dyskutować, nie można podjąć dyskusji, ponieważ oni wszystko wiedzą i w związku z tym jakakolwiek próba przekonywania ich jest skazana na niepowodzenie. Ja tylko dodam, że świetnie pokazałaś postać tej dziewczyny, Shannon, i ona rzeczywiście była wyalienowana na różne sposoby, bo sama się odcięła od życia w społeczności.
[01:56:17] - Ale ja miałem okazję spotkać wielokrotnie całe grupy ludzi, którzy spotykają się niekoniecznie w świecie. Oni się spotykają naprawdę fizycznie i przekazują sobie swoje przemyślenia na temat rzeczywistości. Co jest ciekawe, wszyscy się ze sobą zgadzają. Tam nie ma dyskusji, tam są tylko zadawane pytania prelegentowi. Tam ludzie sobie zapisują jakieś dodatkowe informacje, które im są potrzebne do tego, co już wiedzieli. Ewentualnie pojawia się ktoś, kto jest bardziej charyzmatyczny, chwilowo przyjmuje rolę guru, który coś tam prostuje i mówi, że już od tej pory na przykład Davida Icke nie czytamy, bo David Icke się już skompromitował gdzieś. W związku z tym prawie wszyscy-
[01:57:12] - Pełno popłaczonych i pełno nadziei.
[01:57:17] - Może. W każdym razie chodzi o to, że ja nie mam prawa diagnozować ludzi, ale z drugiej strony nie trzeba być chyba ortopedą, żeby stwierdzić, że ktoś nie ma nogi. W związku z tym ja widziałem rzeczywiście ludzi bardzo zdenerwicowanych, sfrustrowanych, którzy nie potrafili porządnie do końca się wypowiedzieć dlatego, że gubili gdzieś wątek, rwały im się słowa, wpadali co chwilę w jakieś dygresje niezwiązane z tematem. I czasami nie ukrywali tego, że cierpią na bezsenność, że często boli ich głowa. Oczywiście tłumaczyli to na różne sposoby, ale to już nie o to chodzi, bo faktycznie wierzyłem na pewno w jedno, że rzeczywiście źle się czują i czemu czasami dawali wyraz na tych spotkaniach. Miałem okazję to kilka razy zaobserwować, także są to już nawet całe mikrospołeczności, niekoniecznie jednostki wyalienowane.
[01:58:25] - Bywa. Ja mam teraz propozycję, bo chciałem jeszcze zapytać o kulę, ale to może po fragmencie kolejnym. Kolejny fragment pochodzi z opowiadania tytułowego „Otwieram oczy” i posłuchajmy go, a potem jeszcze pytanie. Marku, prosimy.
[01:58:46] - Szymon Majcherowicz „Otwieram oczy”. Fragment: Otwieram oczy. Czarno-biały telewizor jest włączony. Obok mnie przykryta buraczkową narzutą kanapa, pode mną wzorzysty dywan, naprzeciw niski, podłużny stół z płyty paścieżowej, blat na wysoki połysk, na nim biała, choć nieco pożółkła ażurowa serweta, na niej kryształowy wazonik bez kwiatka, w połowie wypełniony brudną, zaglonioną wodą. On zalega dwa metry dalej w wysłużonym fotelu z popękaną tu i ówdzie tapicerką i wyzierającą spod niej żółtą gąbką. Za jego plecami lampa na wysokiej drewnianej nodze rzuca wątłe światło zza brudnego seledynowego abażuru z frędzlami. On gapi się w telewizor nieobecnym wzrokiem. W jednej ręce trzyma nadpitą puszkę niemieckiego piwa z Pewexu, w drugiej żarzącego się klubowego, na którego końcu niestrzepiwany popiół utworzył już szary ogon o długości około czterech centymetrów. Nie widzi mnie. Nie widzi mnie, bo mnie tam nie ma.
Otwieram oczy. Nie ma go. Telewizor wyłączony. Meble milczą jak zawsze. Lampa i żyrandol uśpione w półmroku. Wkradający się przez okno poblask wschodzącego niemrawo słońca sprawia, że niektóre kształty są na wpół widoczne. Trzy, może cztery metry ode mnie pod ścianą w kącie coś drży. To jest postać. Ach, to Żołnierz. Płacze, jak zwykle.
Stoi twarzą do ściany i aż nim telepie od niemego szlochu. Ma około stu centymetrów wzrostu i pękatą, okrągłą głowę wielkości małego arbuza, dźwiganą przez wątłe, wychudzone ciałko i bezładnie kiwającą się przy każdym ruchu na wszystkie strony. Na czaszkę wciśnięty jest żelazny hełm. Żołnierz nie może go zdjąć. Kiedyś próbował, ale straszliwy ból wzbronił mu podejmowania dalszych prób. Hełm go ciśnie. Zdarza się, że spod jego rantów wypływają strużki krwi. Jedna lub kilka, tu i ówdzie, od czasu do czasu. Twarz Żołnierza poprzecinana jest gęstą siecią głębokich bruzd. Jego oczy są duże, czarne i wiecznie wilgotne, wydatny zaś nos sterczy zadarty niczym ryjek prosięcia.
Teraz prawdopodobnie jego czubek styka się ze ścianą. Ja jednak widzę tylko pancerny tył lekko rozedrganej głowy. Wtem Żołnierz sięga do kieszeni i wyjmuje białą chustkę, w którą wysmarkuje nos, po czym chowa ją w to samo miejsce, a następnie robi w lewo zwrot i wzdłuż linii ściany, wzdłuż parapetu i kaloryfera z błędnym spojrzeniem i nad wyraz przejętą miną rusza krokiem reprezentacyjnym, zadzierając bardzo wysoko swoje komiczne, krótkie nóżki. Dochodzi do ściany przeciwległej i zatrzymuje się wpatrzony w nią niczym w bezkresną dal. Znów płaczliwie pociąga nosem. Po chwili wyciąga jedną ze swych krótkich rączek i lesie ją w górę jak uczeń zgłaszający się do odpowiedzi i zaczyna podskakiwać, jakby chciał doskoczyć do jakiegoś zwisającego z drzewa owocu, choć nad jego hełmem wisi tylko nagi sufit. Podskakuje bez przerwy i jest w tym podskakiwaniu coś rozpaczliwego i chorobliwego. Otwieram oczy. Żołnierz siedzi obok mnie i obgryza ulęgałkę, głośno chrupiąc. Cierpki miąższ wykrzywia mu pyszczek w dziwacznym grymasie.
Siedzimy na tarasie. Jest wczesny, dżdżysty i mglisty poranek. Opowiadam mu coś, ale nie wiem co. Nie słyszę własnego głosu. On jednak kiwa głową na znak, że rozumie. Żołnierz potrafi tylko kiwać lub kręcić głową. Jego mowa jest „tak, tak, nie, nie”. Jest też bezgłośna. Żołnierz jest niemową. Pokazuję mu palcem wróbla, który przysiadł na balustradzie tarasu.
Żołnierz mruży oko, po czym ciska w ptaka resztką niedojedzonej dzikiej gruszki. Trafia. Wróbel w popłochu odfruwa. Wstajemy obaj. Robimy zwrot o 180 stopni. Biorę żołnierza za małą, pomarszczoną rączkę i przez przeszklone drzwi tarasu wchodzimy do dużego pokoju na dole. Zasłony w oknach zaciągnięte szczelnie, jak zawsze w tym pokoju. W najciemniejszym kącie stoi fotel z poprutym obiciem. Na nim drobne ciałko kuli się pod kocem z kolanami podciągniętymi pod brodę. To księżniczka.
Myślę, że jest nieznacznie wyższa od żołnierza, ale nie wiem tego na pewno, bowiem księżniczka nigdy nie wstaje. Jej kruche kości nie wytrzymałyby nawet tak niewielkiego ciężaru, jaki stanowi reszta filigranowego ciałka. Podchodzimy obaj w pobliże tronu i klękamy. Spod puszystego koca księżniczka wyciąga ku nam na powitanie jedną ze swych wątłych nóżek, zakończoną maleńką stópką, na której kolejno składamy pocałunek. Reszta jej jestestwa póki co wciąż skrywa się przed naszym wzrokiem w balsamicznym azylu cienia. Kończyna opięta jest cienką jak bibuła białą skórą, spod której prześwituje sina plątanina miejscami wypukłych żył. Gdy syta adoracji stópka w końcu z powrotem wędruje pod koc, mój wzrok przyzwyczaja się do rozrzedzonego półmroku i dostrzegam resztę majestatu monarchini. Pulsujące fioletowe oploty podskórnego bluszczu uwidaczniają się na całej powierzchni półprzezroczystej skóry. Przekrwione i podkrążone oczy patrzą surowo i oceniająco spod burzy nastroszonych włosów koloru sadzy. Na czole połyskuje różowy plastikowy diadem.
Koszula nocna usiana kwietnymi falbanami zwisa swobodnie, czyniąc biust ontologiczną zagadką. Chcę wstać, ale oburzone spojrzenie księżniczki zmusza mnie do powrotu na kolana. Ten sam władczy wzrok nakazuje żołnierzowi powstać i stanąć po prawicy tronu niczym Cerber. Żołnierz wyjmuje z kieszeni maleńki scyzoryk, którego ostrze rozbłyska gniewnie w półmroku. Wiem, że gotów jest dźgnąć mnie w każdej chwili, jeśli naruszę dworską etykietę. Wiem, jak powinna wyglądać pozycja ciała, której się ode mnie oczekuje. Unoszę ręce do góry i trzymam je nad głową. Będę je tak trzymał, aż zaczną boleć i omdlewać. Wtedy będę trzymał dalej resztkami sił, choćbym miał paść na twarz. Ciszę zakłóca szum krwi w moich uszach.
Po kilku dłuższych chwilach żołnierz podchodzi do mnie i scyzorykiem rozcina mi ubranie, obrażając toros. Wtedy księżniczka wydobywa skrywane pod kocem okrągłe puzderko. Krzywi się, mocując przez moment z wieczkiem. Wreszcie zrywa je z głuchym pyknięciem, a w jej oczach odbija się metaliczny, migotliwy błysk. Księżniczka telepatycznie nakazuje mi podpełznąć na kolanach jak najbliżej. Nachyla się ku mnie i wpierw prawą dłonią głaszcze moją skórę, miejscami delikatnie uciskając, jakby poszukując odpowiednio unerwionego miejsca, a następnie lewą ręką sięga do puzderka, w którym znajduje się stosik szpilek krawieckich. Wyjmuje szpilkę, przekłada do prawej dłoni i precyzyjnie nakłuwa wyznaczone miejsce tak, że prąd przechodzi przez wszystkie tkanki. Wiem, że nie mogę wydać z siebie nawet najcichszego stęknięcia. Byłoby to obrazą majestatu. Mam milcząco nakazane milczeć.
Początkowo zaciskam zęby i wstrzymuję oddech, gdy szpilka po szpilce nurkuje w rozdrganym mięsie aż po samą szklaną główkę. Potem rozsmakowuję się w tym akcie pokory, a z rozsianych po ciele ziaren bólu kiełkuje słodycz i rozrasta się bujną siecią kwitnących pnączy. Gdy puzderko w końcu opróżnia się, na powrót znika gdzieś w mroku, zaś trupia blada twarz księżniczki przybliża się do mojej. Wielkie, szkliste oczy spłoszonej sarny w oprawie głębokich, nabiegłych krwią cieni ciągną mnie w swą toń. Ręce wciąż trzymam w górze w oczekiwaniu łaski. To jest ten moment, kiedy łaska nadchodzi. Księżniczka zaplata mi swoje ramiona wokół szyi. Moje zaś, umęczone, mogą w końcu opaść na jej biodra. Księżniczka wtula się jak koala. Wstaję, unosząc ją.
Koc ześlizguje się i opada częściowo na siedzisko fotela, częściowo na podłogę. Rachityczne nóżki obejmują mnie na wysokości talii kurczowym uściskiem. Ciałem księżniczki zaczynają wstrząsać spazmy suchego szlochu. Stoimy pośrodku pokoju. Jest jak huba, która pragnie wrosnąć w moje ciało i utworzyć z nim jednię. Nie ma mowy, by rozluźniła objęcia. Chodzę po domu z nią na piersi. Tulę, grzeję, ale wiem, że to wszystko na nic, gdyż ją głodzę.
[02:08:32] - Moje gruczoły są niedoczynne. Po jakimś czasie czuję, że ciężaru z wolna ubywa. Idę w stronę drzwi wejściowych, wychodzę na ganek i zsuwam się po czterech schodkach w dół do ogrodu. Gdy przystaję w promieniach słońca oczyszczającego mnie z dusznej i ciemnej aury wnętrza domu, zauważam, że księżniczka jest już zwiędniętym płatem skórnym, pomarszczonym woreczkiem zwisającym bezwładnie. Zdejmuję go z szyi i odkładam na ławkę pod jabłonią. Sypie się z niego szary pył. Wygląda jak znoszona rękawica robocza i jest porównywalnej wielkości, niewiele większy. Trudno by nawet przypuścić, że w tym zasuszonym pęcherzu jeszcze przed chwilą tliło się jakieś życie. Szklane łebki od szpilek wciąż sterczą rozsiane po powierzchni mojej skóry. Stały się wrażliwe jak nabrzmiałe brodawki sutkowe i połyskują w słońcu niby krople rosy.
[02:09:37] - Tak jak państwo słyszeliście pewnie przed fragmentem, niestety wywaliło nam w jakichś dziwnych okolicznościach Wiktora Żwikiewicza, więc teraz spróbujemy się z nim połączyć raz jeszcze. Wiktor, próbowaliśmy się połączyć podczas emisji fragmentów, ale Wiktor chyba uznał, że zrobi sobie przerwę. Spróbujemy teraz.
[02:10:05] - Poczta głosowa. Zostaw wiadomość po sygnale.
[02:10:11] - No cóż.
[02:10:14] - To może spróbujemy za chwilę. A teraz pytanie do pana Szymona. Jeszcze nie o ten fragment, jeszcze nie o to opowiadanie, ale tak jak powiedziałem przed fragmentem o „Kule”. Otóż kiedy słuchałem jednej z recenzji czy jednego z omówień w internecie, powiedziano w tym omówieniu, że opowiadanie „Kula” zahacza o science fiction. Ja nie odniosłem takiego wrażenia, ale ponieważ mamy teraz autora tutaj na antenie, postanowiłem zapytać tu i teraz, jak to jest z tym opowiadaniem? Czy ja mam złe czucie? Jak to jest z tym science fiction w „Kuli”?
[02:11:12] - Powiem, że kwestia przynależności gatunkowej moich tekstów jest dla mnie kwestią drugorzędną i jeżeli ktoś dopatruje się znamion jakiegoś gatunku czy podgatunku, to oczywiście ma do tego prawo. Ja myślę, że science fiction to jest gatunek, który jest dość jasno zdefiniowany i on czegoś wymaga. I nie ma na celu odnoszenia się do tego rodzaju problematyki, czyli jakiegoś, która jest obszarem zainteresowania science fiction. Rzeczywiście pojawia się jakieś futurystyczne urządzenie, które może naprowadzać na takie skojarzenie, ale myślę, że to wszystko. To chyba za mało, żeby to nazwać sci-fi.
[02:12:28] - A nawet jakby się ktoś bardzo uparł, to może zastanawiać się, na ile to urządzenie jest urządzeniem realnym.
[02:12:38] - Dokładnie.
[02:12:39] - Istniejącym.
[02:12:40] - Tak.
[02:12:43] - Także okej. Dostałem już odpowiedź porządkującą, bo rzeczywiście niektórzy mają potrzebę klasyfikowania, szufladkowania wszystkiego. Ja nie mam, ale czasami lubię skonfrontować to, co mi się objawiło przy czytaniu z jakimiś innymi, a tu miałem okazję, to skorzystałem.
[02:13:10] - Ja prowadzę bibliotekę literatury fantastycznej i w tej bibliotece nie robimy tam podziałów gatunkowych, ale oprócz literatury fantastycznej, oprócz samej beletrystyki fantastycznej mamy też taki dział specjalny, w którym znajduje się właśnie anomal SF, jak bym to nazwał, czyli po prostu paleoastronautyka i ufologia. I anomal WF, czyli weird fiction, czyli krótko mówiąc, tam już jest parapsychologia, ezoteryka i temuż podobne.
[02:13:44] - Widziałem na własne oczy, robi wrażenie. Kolekcja.
[02:13:48] - Dziękuję. Dwa dni temu byłem z wizytą z moim kolegą bibliotekarzem w Warszawie u jednego z najsłynniejszych polskich ufologów, pana Krzysztofa Piechoty. Dostaliśmy całą masę materiałów, także ledwo to się zmieściło nam w bagażniku. Zobaczymy, jaką to będzie miało wartość nie tylko dla miłośników tego typu spraw, ale także dla czytelników fantastyki oraz potencjalnych pisarzy. Bo tak się złożyło, że parę razy debiutanci do nas przychodzili i siedzieli w czytelni i przeglądali właśnie tego typu literaturę, żeby z niej znaleźć dla siebie jakąś- ... inspiracji. Ale skoro już mówiliśmy o gatunkowych sprawach, to z drugiej strony. Otóż Szymonie, mówiłeś- Odkrywaliśmy z Markiem też innych pisarzy.
[02:14:57] - To będę pytać.
[02:15:00] - Dobrze. Do tych innych to za chwilę, bo ja chciałem tylko skończyć pytanie. Odkryliśmy oczywiście tutaj- ... jako trzymówkę, bo ja- Czyli opowiadanie, z tytułem „Otwieram oczy”. Ale ja spytam o innych pisarzy właśnie z innej półki, że tak powiem, bo jesteś klasyfikowany jako twórca weird fiction. Słusznie, niesłusznie to już może jest inny temat i ewentualnie to skomentujesz. Ale odwołujesz się też do twórców, którzy w tej literaturze mają już swoje osiągnięcia. Jednym, z tych wysoką sobie cenisz polskich twórców jest Wojciech Gunia, a z kolei z twórców już tych takich klasycznych, zdaje się, jeśli się nie mylę, H. P. Lovecraft.
I w związku z tym, czy mógłbyś uzupełnić tę listę? Czy są jeszcze jacyś inni twórcy, którzy w tej niszy weird fiction, bo o tych poważniejszych twórcach to za chwilę Marek będzie mówił. Czy właśnie z tej niszy weird fiction jeszcze kogoś byś wyróżnił? Jakiegoś twórcę, o którym warto wiedzieć i który miał wpływ na twoją prozę?
[02:16:44] - To może ja zacznę od takiej deklaracji, że ja, ogólnie rzecz biorąc, nie za bardzo lubię rzucać nazwiskami w kontekście tego, co sam piszę i powoływać się na jakieś źródła inspiracji. Nie lubię tworzyć takiego pryzmatu porównawczego już na początku dla czytelników. I chyba przyznam, że najbardziej jednak, jeżeli miałbym szukać jakichś realnych inspiracji swoich, to jednak chyba bardziej interesowali mnie i inspirowali mnie twórcy spoza tej niszy, czyli spoza w ogóle gatunku grozy. Natomiast jeżeli już tak dopytujesz to weird fiction, to na pewno Thomas Ligotti jest pisarzem, który jest moją wielką fascynacją. Bardzo polecam jego kanoniczny zbiór opowiadań „Teatro Grotesco”, a szczególnie jego tekst-manifest, czyli „Cień ciemności”. To w ogóle jest jakiś obłęd literacki.
[02:17:55] - On chyba najbardziej jest popularyzowany przez Wojciecha Gunia w Polsce.
[02:17:59] - Tak, to jest w ogóle Wojtka ogromna zasługa, że Ligottiego, że tak powiem, ofiarował nam, czytelnikom w Polsce. Ja oczywiście go poznałem przez Wojtka. Wojtek to jest w ogóle oprócz tego, że to jest najważniejszy pisarz polskiej grozy, to tak obiektywnie to jest w ogóle też człowiek instytucja, więc my wszyscy z niego, parafrazując klasyka. Więc Thomas Ligotti był dla mnie takim spotkaniem z grozą po latach, bo może tak pokrótce rozwinę. Ja w ogóle zaczynałem swoją przygodę z literaturą grozy, tylko innej zupełnie. Bo ja jakoś tak zacząłem czytać intensywniej książki jako dziecko dopiero kiedy zetknąłem się z czarną serią Amber, czyli taką serią komercyjnych horrorów z rynku brytyjskiego, które były wydane w Polsce na samym początku lat 90. w takich czarnych, kieszonkowych formatach z krzykliwymi okładkami. I pamiętam, że czytałem tego sporo wtedy właśnie w latach 1991-1994. Potem to już całkowicie się wymiotło z rynku i to właściwie mnie ukształtowało jako czytelnika na samym początku mojej przygody z literaturą, bo ja w ogóle jako dziecko nie za bardzo garnąłem się do książek. To był jakiś problem w moim domu.
Ja nie czytałem tej całej literatury, na której wychowywał się mój ojciec. On trochę sobie rwał włosy z głowy, bo zupełnie nie chciałem sięgać po „Tomka na wojennej ścieżce” czy jakiegoś tam Juliusza Verne'a. Chociaż to wszystko było i leżało u mnie w domu na wyciągnięcie ręki, ale jakoś zupełnie nie miałem do tego głowy. Zupełnie inne formy rozrywki zawsze zwyciężały i dopiero wciągnąłem się w ten horror taki niski, komercyjny. Potem już z tego punktu wyjścia przeszedłem już do jakichś tam poważniejszych rzeczy. Natomiast potem na długi czas odkleiłem się w ogóle od grozy literackiej i ona mi się jakoś tak spetryfikowała w świadomości, w dwóch stereotypach. Czyli jako takiej grozy, która reprezentuje taki niski rejestr komercyjny i jest taką trochę generyczną pisaniną. Oraz takiej grozy, która jest już ramotą, czyli klasyką grozy, która oczywiście jest wspaniała i pod względem literaturoznawczym jest bardzo ciekawym zjawiskiem. Natomiast nie dostarcza takiego intensywnego przeżycia czytelniczego współczesnemu czytelnikowi w moim odczuciu. I to był ten moment, kiedy zetknąłem się z Wojtkiem Gunią i przez niego z Ligottim.
Dopiero moment zaledwie kilka lat temu, kiedy mi się odblokowało myślenie na temat grozy, zupełnie nastąpił jakiś klik, po którym zacząłem postrzegać grozę jako zupełnie coś innego, jako narzędzie, za pomocą którego można opowiedzieć poważną historię. Zawsze mnie ciągnęło do grozy w jakiś sposób, ale ta groza była dla mnie zawsze rozczarowaniem przy kontakcie z tą literaturą. Była w niej jakaś obietnica, która się nie ziszczała. Była obietnica doświadczenia spotkań czy transcendencji, metafizyki. Tak uobecniał się w jakiś sposób mój metafizyczny głód, pewnego rodzaju pragnienie doświadczenia bojaźni towarzyszącej obcowaniu z czymś, co człowieka przerasta, co zmusza do pokory i tak dalej. Lęk był zawsze osiowym doświadczeniem mojego życia, więc to było coś, co chciałem przeżywać poprzez literaturę. W ogóle uważam, że lęk to jest najważniejsza emocja w życiu człowieka, jak najbardziej kształtująca jego życie, działania i tożsamość. Więc tak naprawdę wtedy dopiero zrozumiałem, że chcę tę grozę potraktować po swojemu, czyli opowiedzieć grozę w sposób poważny. Potraktować ten gatunek poważnie w taki sposób, żeby wyjąć go z tych gatunkowych cudzysłowów i zapośredniczeń i tego wszystkiego, co sprawia, że nie możemy się przejąć do końca tą narracją, że zbyt jasne są reguły gry, że zbyt duży dystans ta narracja pozwala zachować już na wstępie czytelnikowi. I takie doświadczenie miałem dopiero przy lekturze Thomasa Ligottiego.
Oczywiście trochę wcześniej Lovecrafta, ale Lovecraft już się zestarzał. On ma te swoje niektóre święte, wspaniałe teksty, jak „Kolor z tworzyw”, ale część jego tekstów to już są też ramoty. Dopiero z Ligottim i właśnie Wojtkiem miałem takie olśnienie i oczywiście później poznałem też innych autorów polskiej grozy. Już też kiedyś wymieniłem w wywiadzie Pawła Mateję, którego zbiór przeczytałem już po napisaniu swoich tekstów, więc nie mógł być siłą rzeczy dla mnie inspiracją. Ale to też fantastyczny autor, niesamowitej wyobraźni i wspaniałej frazie. Jego zbiór jest czymś, co naprawdę pozamiatało tą naszą lokalną scenę grozy. Mógłbym jeszcze kilka nazwisk wymienić, ale nie chcę tego robić. To jest taka sytuacja trochę, wiecie panowie, to jest mała bańka, wszyscy mamy się znajomych na Facebooku i wszyscy gadamy na tych samych grupach i forach, więc nie chcę tutaj, żeby ktoś poczuł się pominięty czy nieprzygotowany.
[02:24:37] - Ja tylko skomentuję to bardzo krótko. Gdy spytałem Andrzeja Sapkowskiego o innych polskich pisarzy fantasy, to odpowiedział: „Nie mówię o konkurencji”. Czyżbyś to miał na myśli?
[02:24:49] - Nie postrzegam innych autorów jako konkurencji. Myślę, że my się nawzajem wzmacniamy w jakimś sensie przez to, że tworzymy dla siebie kontekst i każdy tę grozę chce ugryźć po swojemu. Nie ma mowy o tym, żeby ktoś od kogoś zgapiał czy starał się naśladować, bo to nie daje żadnej satysfakcji.
[02:25:12] - Nie może dać. To jasne. Gdy czytam „Dom wszystkich domów” i czytam „Otwieram oczy”, to widzę dwóch różnych pisarzy, jednak spokrewnionych i to jest bardzo ważne, ale zupełnie różnych. Dziękujemy wam, panowie, za tę różnorodność.
[02:25:30] - Jest nas tam więcej. I to są nie tylko panowie. Naprawdę też jest bardzo mocna żeńska reprezentacja w tej literaturze, naprawdę mocna. To są srogie zawodniczki. Bardzo polecam się zapoznać. Myślę, że obecnie polska groza staje się pewnego rodzaju zjawiskiem, które nabiera pewnego momentu, impetu, pędu. Bardzo czekam na rozwój wypadków. Wydaje mi się, że tworzy się pewna nowa jakość i coś, co będzie zjawiskiem, o którym będzie się też pisać w jakiś sposób z perspektywy czasu jako o pewnej fali, która zaistniała.
[02:26:24] - Podejmijmy teraz próbę ponownego skontaktowania się z Wiktorem. Może się tym razem uda.
[02:26:31] - Może.
[02:26:33] - Napięcie jak w „Milionerach”.
[02:26:38] - Trzynastego, piątek.
[02:26:43] - Telefon do przyjaciela. Czy przyjaciel odbierze?
[02:26:49] - Poczta głosowa. Zostaw wiadomość po sygnale.
[02:26:54] - No chyba jednak nie.
[02:26:54] - Pewnie pan Wiktor pozostanie wielkim nieobecnym dzisiaj już.
[02:26:59] - To może być wynik choroby, którą akurat przechodzi. Mógł pogrążyć się już na przykład we śnie. Ale okej.
[02:27:12] - Właśnie, bo nie poruszyliśmy tematu piątku 13, prawda? A z tego, co wiem, to pierwsza audycja z cyklu „Bibliotekarium” też się odbyła w piątek 13. Więc to swego rodzaju jubileusz.
[02:27:27] - Tak, coś w tym jest. Mówiąc szczerze, nie pamiętam już, jak było, ale być może.
[02:27:35] - Posłuchałem tej pierwszej audycji wprowadzającej, więc jestem na świeżo.
[02:27:42] - Okej. Natomiast ja chciałbym nawiązać do tego fragmentu opowiadania, który był przed chwilą, bo można odnieść takie wrażenie, że to opowiadanie — z tego fragmentu oczywiście — toczy się w jakichś iluzorycznych przestrzeniach. Mamy jakiegoś żołnierza, księżniczkę, dobrze pamiętam. Okej, natomiast ono się toczy w jak najbardziej codziennych naszych przestrzeniach.
[02:28:17] - Małomiasteczkowych.
[02:28:18] - Tak, dokładnie. To tylko tak tytułem informacji dla naszych słuchaczy. Natomiast ja mam pytanie związane z tą opowieścią, bo tam jest dla mnie absolutnie genialny dialog toczony dla potrzeb audycji, to nazwijmy go, szatanem, złym czy kimś, kto się wciela w ciało pewnego obywatela tego miasteczka. Niezbyt zresztą ciekawego, z niezbyt ciekawą przeszłością. I to jest absolutnie genialny dialog.
[02:28:54] - Bardzo spektakularnie zakończony.
[02:28:57] - Tak.
[02:28:58] - Niesamowicie. To taki najbardziej filmowy fragment z całej twojej prozy.
[02:29:02] - Tak, ale też sam ten dialog dosięga takich tematów, takich rejestrów, że po prostu, będąc banalnym, mózg się lasuje po prostu. To jest naprawdę taki fragment, że już nie mam słów, to oddam głos autorowi.
[02:29:28] - Strasznie miło mi to słyszeć, zwłaszcza że od niektórych beta readerów otrzymywałem taki feedback, żeby tę scenę w ogóle albo bardzo skrócić, albo lepiej ją w ogóle usunąć, bo jest nudna, bełkotliwa i po prostu jakaś taka zarzucająca czytelnika jakimś nadmiarem dywagacji, które donikąd nie prowadzą, a skutkują tylko tym, że czytelnik jest zirytowany. Więc cieszę się, że ta scena też ma inny odbiór. Uważam, że to jest oczywiście bardzo ważna i kluczowa scena w tym opowiadaniu. Jest to taka scena, która jest to pewnego rodzaju sytuacja takiej jakby diabolicznej hierofanii. Tylko że rzeczywiście tam jest taka sugestia, że tutaj bohater, który jest w pewnym stanie umysłu, w pewnym momencie próbuje rozbić ramy tej rzeczywistości naturalistycznej i przebić się do jakiejś transcendencji. Chce się zwrócić w stronę transcendencji jako jakiegoś takiego wymiaru, który mógłby go uratować od tej rzeczywistości, w której jest zanurzony i tego stanu, w którym jest zanurzony. Jest to rodzaj takiej ucieczki, chce wyłupać pewnego rodzaju szczelinę w rzeczywistości, przez którą coś miałoby wniknąć, co miałoby mu przynieść jakąś ulgę, jakąś obietnicę usensownienia tego całego jego doświadczenia. I po prostu składa ręce do modlitwy. I ten szatan jakoś tam zjawia się, przychodzi. I oczywiście nie jest rozstrzygnięte, czy on rzeczywiście jest, czy to jest po prostu jakaś jego projekcja, czy to jest jakaś eksterioryzacja jego monologu wewnętrznego.
Ale rzeczywiście uobecnia się szatan, jest tam diaboliczna hierofania. Tylko ten szatan jest właśnie specyficzny.
[02:31:51] - Nałożyłeś na to wszystko filtr groteski w tym fragmentem.
[02:31:58] - Tak, bo nie chciałem lecieć w banał. Ten szatan jest w pewnym sensie rozczarowaniem i dla bohatera, i dla czytelnika. Dla czytelnika, który oczekuje jakiegoś wejścia księcia ciemności z przytupem. Jest w pewnym sensie nieoczywisty. Reprezentuje jakieś spektrum wartości, które niekoniecznie są kojarzone akurat z szatanem, ale przecież mogą być. Więc reprezentuje Jakąś formę rozsądku, który bazuje na akceptacji absurdalności świata, na pewnej elementarnej akceptacji absurdalności świata i proponuje zaniechanie desperackiego poszukiwania sensu. Czyli kiedy bohater marzy o tej transgresji, transcendencji, szatan objawia się ze złą nowiną i mówi, że transcendencja nie jest możliwa. To jest coś, co nie wpisuje się w oczywiste polaryzacje w dyskursie teologicznym.
[02:33:29] - Zwrócę uwagę, że owszem, tam się pojawia element groteski, ale nie śmieszności, bo tu jest pewna misterność w skonstruowaniu tej sceny. Przecież można by tę scenę skonstruować w taki sposób, że objawia się diabeł i coś takiego. Ale to zupełnie nie pasowałoby do tego opowiadania.
[02:33:52] - Na tym polega siła groteski. „Mechaniczna pomarańcza” jest groteskowa, ale nie śmieszna.
[02:33:56] - Właśnie o to chodzi, że tu jest ten element groteski, ale nie śmieszności. Powtarzam, tę scenę można by zrobić wręcz komediową, gdyby tam się objawił jakiś nawet pan w czarnym cylindrze. Tak jak diabła się przedstawia w kulturze popularnej. On jest zawsze diabelski w sposób oczywisty. Tymczasem ten zły, który się tu pojawia, nie jest taki oczywisty wcale, a to wcale nie przeszkadza w przekazywaniu tego, co autor chce przekazywać. Dlatego między innymi to jest scena, którą zapamiętam na długo. To jest taka scena, którą się pamięta. Zmieniając na chwilę temat, Karol Lipiński na czacie pisze, nawiązując do wcześniejszej wymiany zdań à propos teorii spiskowych, pseudonauki i innych alternatywnych rzeczywistości: „Proszę nie zapominać, że właśnie korzystamy z gościny Radia Paranormalium”. Ależ my nie zapominamy i nawet o tym nie mówiliśmy, bo o różnych rzeczach można rozmawiać. Myśmy raczej mówili o pewnej konstrukcji psychicznej, która charakteryzuje niektóre jednostki, które dają się porwać temu i już patrzą na różne zagadnienia w sposób bezkrytyczny.
To raczej o ten format chodziło. Nie po to, żeby zdyskredytować jakieś teorie, które bywają, one się pojawiają. Raczej chodzi chyba o to, żeby nie przestać patrzeć na świat w sposób jednak zniuansowany, żeby się nie dać porwać, bo ci porwani przez te teorie są właśnie specyficzni. Jeśli chcecie państwo wiedzieć, jak to wygląda, to proza naszego dzisiejszego gościa jest jak najbardziej à propos. Dokładnie widać, szczególnie w ostatnim opowiadaniu, co się z człowiekiem robi, jak się za bardzo przejmie tymi teoriami.
[02:36:05] - Skoro wchodzimy już na grunt trochę metafizyczny, to chciałem tutaj zwrócić uwagę na to, że zbiór opowiadań Szymona Majchrowicza „Otwieram oczy” to są opowiadania, które jakąkolwiek metafizykę wykluczają. Ja odnoszę jako czytelnik wrażenie, że są to opowiadania mówiące głównie o człowieku ograniczonym swoją cielesnością. Jakby właściwie wszystko, czego on doznaje, co on przeżywa, związane jest z jego ciałem i od tego się nie można oderwać. Ciało jest to siedlisko bólu, cierpienia, a jednocześnie każda próba jego zlekceważenia musi się na człowieku zemścić. Próba natomiast ucieczki do umysłu to jest właśnie taka próba zwodnicza. Umysł jest czymś zwodniczym w twojej prozie, Szymonie, ponieważ ten umysł albo skazuje cię na ponowne przeżywanie wszystkich cierpień, na próbę ich interpretowania i ewentualnie jakieś ucieczki od nich, albo gdy to się nie udaje, umysł kieruje nas w świat urojeń, co oczywiście też musi kończyć się tragicznie. W związku z tym pytanie bardzo ważne właśnie na antenie Radia Paranormalium: czy całkowicie odrzucasz możliwość innego niż cielesne postrzegania człowieka?
[02:37:49] - Odpowiem na to w ten sposób. Ja nie formułuję żadnego programu filozoficznego w swojej książce. Ja się nie wypowiadam jako ja. Ja w ogóle nie używam sądów. To są tylko i wyłącznie quasi-sądy według Ingardenowskiego rozróżnienia, więc jest to wypowiedź o obniżonej asercji. Więc ja nie prezentuję swoich poglądów. Za moim pisaniem nie stoi żadna agenda. Ja nie stoję na straży żadnej ideologii. Ja przyglądam się temu, co mnie zajmuje, czyli umysłowi, który znajduje się w określonym stanie, stanie pewnego wewnętrznego rozedrgania. Dlatego ja nie formułuję żadnych rozstrzygających sądów na temat rzeczywistości.
Nie zabieram ... w tej książce swoich osobistych poglądów. Nie rozstrzygam, czy doświadczenie metafizyczne jest możliwe, czy niemożliwe. Można moje teksty starać się odczytać w sposób odczarowany, naturalistyczny, tak jak Lem odczytywał „Kocham Wieszamoty”. Można je jednak odczytać dopuszczając możliwość, że istnieje jakaś ingerencja sił nadprzyrodzonych. Nie rozstrzygam, które z tych odczytań jest poprawne, bo jedną i drugą formę odczytania starałem się trochę zawirusować, żeby ona nie była do końca logicznie możliwa. Żeby te teksty były tak skonstruowane, żeby ani jedno odczytanie, ani drugie nie było do końca przekonujące. Żeby nie dać czytelnikowi poczucia komfortu, że on wszystko tu już rozgryzł. Tylko w ten sposób mogę odpowiedzieć na to pytanie. Nie rozstrzygam tego.
[02:40:12] - Myślę, że to się doskonale udało, bo mówiliśmy już o tym, że te opowiadania można odczytywać na różne sposoby. Rzeczywiście, z jednej strony jako zagłębienie się w umysł człowieka, w to, co w nim siedzi w środku. Ale tak jak to nasz gość powiedział, uprawniona, albo w każdym razie dopuszczalna jest interpretacja, że dzieje się coś paranormalnego wokoło. Albo połączenie jednego i drugiego.
[02:40:46] - Chciałem po prostu połączyć dwie przeciwności. Żeby te opowieści były z jednej strony emocjonalnie angażujące i wciągające, ale też takie, które nie dawałyby się łatwo posiąść, to znaczy przyszpilić ujednoznacznieniem, odnalezieniem jedynej słusznej wykładni. Każdy ten tekst ma zaszyty w narracji przekaz pod tytułem: zaakceptuj tajemnicę, pewną dozę chaosu i pewną dozę niezrozumiałości świata. Chodziło mi o wysadzenie czytelnika z siodła poczucia komfortu panowania nad tekstem jako swoją domeną, bo mój tekst jest dla mnie żywiołem, nad którym ani czytelnik, ani ja nie jestem w stanie w pełni zapanować. Nad całą tą wielością, kalejdoskopem generowanych sensów i wzajemnych sprzężeń tych sensów.
[02:41:41] - Chciałbym teraz zapytać. Jesteśmy w audycji, której słuchają zarówno ludzie, którzy dużo czytają albo czytają wybrane przez siebie książki, ale są też ludzie, którzy pisują od czasu do czasu prozę. Pierwsze pytanie dotyczące warsztatu brzmiałoby mniej więcej tak: czy nasz gość postępuje trochę jak wspomniany już dzisiaj Beksiński, czyli siada nad kartką papieru i nie wie, czy to będzie bryła, czy to będzie twarz, czy to będzie kamień? Czy też swoje opowiadania, swoje teksty w jakimś stopniu planuje? A jeśli planuje, to w jakim stopniu? Bo tu też odpowiedzi mogą być różne. Są tacy pisarze, którzy szczegółowo rozpisują sobie drabinki scenariuszowe. Są tacy, którzy mają ogólny zarys i dają się ponieść. Pan, panie Szymonie, w której grupie jest?
[02:42:50] - Jedną nogą w jednej grupie, a drugą w drugiej. Trochę faktycznie „Zaćmienie” było takim tekstem, który rzeczywiście się ze mnie wylał przy zastosowaniu takiej metodologii, jaką stosował Beksiński. I to było bardzo ciekawe doświadczenie, bo przy tego rodzaju pisaniu sam proces pisania jest niezwykle ciekawy, bo człowiek nie wiedząc, co ma do powiedzenia, dowiaduje się w toku pisania, co tak naprawdę ma do powiedzenia. Przez to dokonuje eksploracji, która mu bardzo wyjaśnia, na czym stoi i co jest dla niego ważne. Zawsze staram się, żeby na takie doświadczenie było miejsce we wszystkich tekstach, które piszę i staram się być na to otwarty. Ale na przykład w przypadku „Sąsiadki” miałem duży materiał bazowy wynikający z osobistych przeżyć, które dopiero potem potraktowałem jako punkt wyjścia dla nadbudowy, pewnej takiej niesamowitej. Natomiast na przykład w przypadku tekstu „Otwieram oczy”, on jest bardzo nasycony realnymi szczegółami, bo uważam, że realne szczegóły ze spektrum doświadczenia osobistego autora bardzo wzmacniają ten tekst. W jakiś magiczny, niewytłumaczalny sposób nadają mu większą wiarygodność. Czasem jest tak, mój umysł działa w ten sposób, że jeżeli miałbym czekać na wenę, to bym prawdopodobnie się nie doczekał nigdy. W momencie, kiedy zaczynam pisanie, mój umysł trochę przestawia się na inny tor i zaczyna działać w inny sposób.
Zostaje spięty ostrogami i dopiero w momencie, kiedy ten wysiłek związany ze zmuszeniem swojego umysłu do ukierunkowania na cel Powoduje, że dostępne stają się treści, które są gdzieś we mnie, ale są ukryte i na co dzień są niedostępne. Otwierają się po prostu jakieś zapadnie, jakieś szufladki, z których coś wypełza. To jest coś, co w jakiś sposób wypełza i wpełza do mojej prozy. To jest coś, czego ja nie jestem w stanie przywołać tak na pstryknięcie palcem, tylko to się pojawia wtedy, kiedy się pojawia. Nie mam nad samym procesem pełnej kontroli. Z drugiej strony był kiedyś taki przypadek, kiedy jechałem pociągiem i akurat nie miałem nic do czytania i padł mi telefon. Nie miałem załadowanego jakiegoś audiobooka, więc miałem kilka godzin do pobycia ze swoimi myślami. Wtedy przyszła mi do głowy pewna fabuła, która stała się domkniętą fabułą. Miała swoje punkty węzłowe, miała swoją kulminację. Zyskała jakąś wewnętrzną integralność i była właściwie gotową do zapisania taką fabułą.
To było, zdaje się, jakoś trzy lata temu, w pociągu na linii Budapeszt-Warszawa. Do dzisiaj nie zapisałem tego, więc nie jestem w stanie zmusić się do tego, żeby usiąść i to napisać. Mimo że ta fabuła już istnieje w mojej głowie. Kiedy zaczynam pisać, to zaczynam pisać coś, co nagle się robi w tym momencie, w momencie chwili. Nie coś, co już jest jakoś gotowe. Taka ciekawostka.
[02:46:46] - Tak. A jeszcze dopytam, jeśli chodzi o konstruowanie opowiadania czy też pisanie opowiadania. Jak było z „Kulą”? Bo tam jest połączenie. Z jednej strony jest pewien rodzaj nieznanego, ale z drugiej strony są takie bardzo szczegółowe informacje dotyczące teorii spiskowych, iluminatów czy jakichś innych tego rodzaju pokrewnych rzeczy. Jak „Kula” była pisana?
[02:47:21] - Powiem tak, że nie chciałbym za bardzo tego tematu drążyć, ponieważ musiałbym za wiele szczegółów zdradzić z mojego życia osobistego.
[02:47:29] - Okej, jasna sprawa. To ja mam teraz propozycję taką, żebyśmy wysłuchali trzeciego fragmentu wybranego z prozy naszego dzisiejszego gościa. To będzie właśnie fragment „Kuli”. Marku, prosimy.
[02:47:48] - Szymon Majcherowicz, „Kula”, fragment: Był to dziwny poranek. Choć z nieba spłynęła jasność, próżno było wypatrywać słońca zasnutego gęstą jak mleko mgłą. Ewa otworzyła drzwi na taras, by po ciężkiej nocy zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Choć jeszcze dzień wcześniej doskwierała gorąc, teraz do mieszkania wdarł się przenikliwy chłód. Było to tym bardziej zastanawiające, że z żadnej strony nie dało się wyczuć najlżejszego choćby powiewu wiatru. Zimne powietrze stało jak woda w akwarium i nic nie zapowiadało, że może to ulec zmianie bliżej południa. Prócz zaskakująco niskiej temperatury powietrza coś jeszcze w świecie za oknem wydało się Ewie nie takie, jak być powinno. Kolory wszystkie wyblakły. Kontemplując rozpościerającą się przed oczyma panoramę, wyobrażała sobie, że ktoś wyedytował ją w Photoshopie i za pomocą odpowiedniego suwaka drastycznie obniżył nasycenie wszystkich barw. Ale to nadal nie było wszystko.
Coś podpowiadało Ewie, że rzeczom na zewnątrz trzeba przyjrzeć się z bliska. Zeszła więc do ogrodu, spojrzała pod nogi i od razu stwierdziła, że coś się stało z trawą. Była na pół wysuszona i cała poskręcana w serpentyny, lecz dopiero zetknięcie z gałęzią jabłonki sprowokowało bezgłośne wyartykułowanie przekleństwa. Wszystkie liście były chore, powykręcane, pozwijane i w całości pokryte odrażającymi purchlami, na widok których Ewę zaczęła swędzieć skóra. Ta sama dziwna przypadłość dotknęła wszystkie okazy flory w ogrodzie. Nie było liścia ani płatku, który wolny byłby od zabarwionych na żółtaworcowy kolor nieregularnych wypukłości. Trędowate kwiatostany ciążące ku ziemi całymi kiśćmi chorobliwych pęcherzy robiły upiorne wrażenie, jakby poprzez tę pozę chciały wyartykułować rozpaczliwą skargę pod adresem świata, w którym przyszło im wyłonić się z niebytu. Świata, który był w stanie tak skandalicznie zepsuć się na poziomie swojej najgłębszej osnowy. Bo ta przyczajona w każdej komórce roślinnej niepojęta choroba ewidentnie była ekscesem wykraczającym poza ramy czystej biologii. To się czuło.
Ewa czuła to całą sobą. Zbliżyła się do ogrodowej sadzawki. Woda w niej stała się jakby bardziej mętna i gęstsza, wręcz lepka. Tę zmianę konsystencji dało się dostrzec w układzie kręgów, gdy Ewa cisnęła w gładką taflę kawałkiem żwiru. Z powierzchni bił przykry zapach, jak gdyby zgnilizny z kontenera na odpady organiczne wymieszanej z rozkładającą się masą rybną. Po paru minutach tuż pod powierzchnią Ewa dostrzegła pojawiający się co rusz jasny, ruchliwy kształt, jak gdyby grzbiet ryby wielkości karpia. Wkrótce to coś zaczęło kręcić się wokół własnej osi prędzej i prędzej, tworząc coraz bardziej zauważalny wir, aż wreszcie jakimś sposobem wynurzyło się ponad powierzchnię. Nie, nie była to ryba. Ewa zaczęła wrzeszczeć, a jej przerażenie natychmiast dodatkowo spotęgował fakt, że zamiast własnego głosu usłyszała coś, jakby ryk zranionego słonia. A więc w tym eterze wszystko ulegało niezrozumiałej metamorfozie, jak gdyby zniekształcane przez jakiś ukryty, nienaturalny pryzmat.
Ewa nie miała pojęcia, czym było to, co wyłoniło się spod powierzchni zbiornika cuchnącego śluzu, ale skojarzenie z ludzkim płodem było nieuchronne, choć ów atrybut ludzkości z miejsca aż krzyczał o zakwestionowanie, choćby ze względu na gabaryty. To, co brała za rybi szkielet, miało okazać się czubkiem opuchniętej, nieproporcjonalnej, bezkształtnej mózgoczaszki, która natychmiast po wynurzeniu uniosła się i odchyliła do tyłu, odsłaniając skondensowane horrendum fizjonomii owej niezdefiniowanej istoty. Jej dominantę stanowiło centralnie osadzone wyłupiaste i przekrwione oko, pozbawione jednak źrenicy, zasnute bielmem, najprawdopodobniej ślepe. Resztę czegoś, co trudno nazwać twarzą, określał nieregularny układ fałd skórnych, kształtem przypominający rozgwiazdę, zogniskowany wokół punktu sugerującego istnienie szczątkowego otworu gębowego, choć nie sposób było ocenić, czy jest on w ogóle drożny. Po całej powierzchni oślizgłej, kredowobiałej skóry porozsiewane były rozległe fioletowe kępy gęstych i nieregularnych rozgałęzień popękanych naczyń krwionośnych. W ślad za głową wkrótce ujawnił się korpus owego, jak się miało okazać bezrękiego quasi płodu. Cała figura wprawiona była w stan jakiejś chorobliwej wibracji, jak gdyby zamknięta w niej żywotna energia, niemogąca urealnić się w prawidłowym rozwoju, dążyła do gwałtownego rozładowania na zewnątrz, napotykając opór zwyrodniałych tkanek. Mechaniczny aspekt owego wynurzenia wyjaśnił się, kiedy absurdalny czerep wraz z tułowiem zaczął wznosić się wyżej i wyżej, odsłaniając dolną partię ciała. Stanowił ją długi i elastyczny, gęstożołbkowany odwłok podzielony na segmenty po obu stronach zakończone rytmicznie wyginającymi się niczym ludzkie palce mikroodnóżami. Pierścieniowaty walec ten, tworzący coś w rodzaju postumentu dla owego rozedrganego bożka, patronującego chyba każdej formie upośledzenia, zwyrodnienia i niedorozwoju w przyrodzie, długo wyrastał spod powierzchni powolnym, jednostajnym tempem, połyskując od spływającego po nim śluzu.
Amorficzny łeb wkrótce zaczął górować nad głową Ewy, widokiem swym paraliżując niemal metabolizm jej komórek. Czuła, jak traci władzę w mięśniach i kamienieje, a w jej głowie gwałtownie narastać zaczyna przenikliwy, pulsujący ból. Wrażenie déjà vu było nieodparte. Po chwili była pewna, że z tego bólu za moment straci przytomność, jak to miało miejsce wtedy, podczas spotkania z kulą. Tak się jednak nie stało. Pozostała przytomna. I to na tyle, by zrozumieć, że ból ten był rezultatem próby nawiązania telepatycznego kontaktu. Poczuła, jak osuwa się na kolana. Pojęła, że to był on, prawdziwy adwersarz Boga. Boga, który tak haniebnie zawiódł.
Prawdziwy oskarżyciel, jedyny szatan, pan wszego schorzenia. Ewidentnie chciał jej coś powiedzieć, przekazać, ale żadnych słów znaleźć nie mógł, bo najwyraźniej ich nie znał. Ewa nie była w stanie wyczuć, o co może mu chodzić, choć bardzo się starała. Wzmożona intencja kłębiła się, puchła i napierała na ścianki jej świadomości, ale pozostawała nieczytelna. Cyklopowe oko zaczęło więc płakać, a konkretniej kipieć i spływać karmazynową pianą. Choć niemy, byt ów w samej swej istocie zdawał się być czystym wrzaskiem obleczonym w fizyczną formę, w niej zamkniętym, przez nią upokorzonym. Wibracja, w jaką wprawiony był cały kadłub, przybierała na sile. Towarzyszyło temu coraz głośniejsze, przeciągłe buczenie o niskiej częstotliwości, które po pewnym czasie osiągnęło natężenie podobne intensywnej pracy motoru spalinowego napędzającego czołg. To wewnętrzne napięcie kumulowało się dobrych parę minut, aż rumor stał się nie do zniesienia, a rozedrganie zaczęło udzielać się wszystkiemu wokół. Ewa poczuła je w całym ciele, od łoskotania w podbiciach stóp po dzwonienie zębów.
Wtem całe cielsko po kraki rozerwane zostało z ogłuszającym hukiem i momentalnie zniknęło w chmurze rozbryzgującego się w promieniu kilku metrów skroplonego wrzącego szkarłatu. Ewa zdołała odwrócić się plecami do kierunku eksplozji, ale nie miała szans uchronić się przed falą uderzeniową. Zbryzgana od stóp do głów niemal natychmiast poczuła niemożliwy wprost do wytrzymania świąd. Zrywała z siebie nerwowo kolejne części garderoby, by odkryć, że cała powierzchnia skóry zaczęła już zakwitać purchlami, bardzo podobnymi w swej morfologii do tych, które znalazła na liściach. Jedynie kolor się różnił. Był pąsowy. Wrzeszczała ile sił w płucach, na przemian zawodząc łamiącym się głosem i ku jeszcze większej rozpaczy słysząc w miejsce własnego tembru jakiś animalno-mechaniczny skowyt.
[02:57:07] - Trzy metry od niej, niczym wielki wypatroszony jesiotr, zalegał rozerwany na kilka mięsistych płatów korpus robako-płotu.
[02:57:17] - Tak, to był trzeci fragment z prozy naszego dzisiejszego gościa Szymona Majchrowicza. Fragment pochodzący z opowiadania „Kula”. Ponieważ żeglujemy w stronę końca audycji, jednak nie mogę się powstrzymać, żeby nie zadać pytania dotyczącego częściowo warsztatu. Jakim pan jest pisarzem w sensie na przykład regularności pracy? Czy pan codziennie odrabia szychtę, czy też pisze pan wtedy, kiedy się panu zachce? Czy też ma pan okresy, w których pan pisze, a później pan porzuca? Różne bywają szkoły. Jak to jest u pana?
[02:58:02] - Oczywiście pracuję zrywami, więc jest to proces bardzo chaotyczny, nieuporządkowany. Potrafię napisać bardzo dużo w bardzo krótkim czasie, następnie zaciąć się na wiele miesięcy i kompletnie zablokować się na możliwość jakiejkolwiek pracy twórczej. Oczywiście muszę pisanie godzić z moją pracą zawodową, więc siłą rzeczy mogę pisać tylko w czasie wolnym, co jest oczywiście problematyczne. Nie ma w tym żadnej ani logiki, ani jakiegoś uporządkowania, ani systematyczności, która być może byłaby zbawienna dla mnie. Jest działanie pod wpływem impulsu. Ale też czasem kiedy miałem wygospodarowany czas na to, to wiedziałem, że muszę w tym czasie napisać coś, bo potem już tego czasu nie będzie. Więc nie mam tego komfortu, że mogę wstać rano, zrobić kawę i usiąść przed pustym arkuszem, niestety.
[02:59:25] - Tak, ale tu się rodzi kolejne pytanie, pewno już ostatnie w dzisiejszej audycji, ale ono jest takie naturalne, że je muszę zadać. Co się teraz pisze? Albo jaka będzie następna książka? Proszę sobie wybrać wariant.
[02:59:47] - Postanowiłem nie zdradzać moich planów wydawniczych, ponieważ one są bardzo niepewne i nie chcę czynić zobowiązań, których potem nie będę w stanie spełnić. Oczywiście mam rozgrzebanych kilka tekstów i w przypadku niektórych sprawa posuwa się naprzód, ale nie jestem w stanie dać żadnych wiążących obietnic co do przyszłości. Na pewno jeżeli będzie już skonkretowana jakaś kolejna pozycja moja i będę już wiedział, że stuprocentowo stoję za tymi tekstami i chcę, żeby się ukazały, to po prostu je zapowiem w social mediach i w jakiś sposób to ogłoszę. Może jakąś minimalną kampanią wizerunkową nową, bo też lubię trochę pograć wizerunkiem.
[03:00:51] - Ale rozumiem, wyciągając logiczne wnioski, że to jednak raczej będą opowiadania niż dłuższe formy.
[03:01:00] - Tutaj też nie mogę dać wiążących zapewnień, ponieważ w każdej chwili może się tak zdarzyć, że jakiś tekst wyewoluuje w tak dużą formę, że stanie się powieścią. To się zawsze może stać. W momencie, kiedy ta akcja się zawiązuje i generują się pierwsze teksty, punkty węzłowe, to czasem to może urosnąć na tych drożdżach. Idę trochę na żywioł. Nie mam tego stuprocentowo zaplanowanego. Ja bardzo nie lubię wodolejstwa i nie lubię tekstów, które są napompowane jakąś zbędną treścią. Więc dla mnie forma przedłużonego opowiadania, czyli takiej w zasadzie mikropowieści w odniesieniu do gatunku, który ja reprezentuję, wydaje mi się optymalna. I wydaje mi się, że to jest ten rodzaj opowieści, który lepiej przeczytać za jednym razem, za jednym posiedzeniem teksty można przeczytać i wtedy one najmocniej działają. Tak mi się wydaje, że w takim wymiarze najłatwiej stworzyć angażującą, wciągającą narrację, w której nie ma zbędnych partii i idzie to odpowiednim tempem w stronę kulminacji.
[03:02:44] - Coś panu przeczytam z naszego czata. Wema pisze: „Autor dobrze zachęcił. Szkoda mi czasu na książki, które nie sprawiają kłopotów ze zrozumieniem. Nie czytam, żeby pobudzać znane już emocje, a po to, żeby się samemu zaskoczyć we własnych odczuciach”.
[03:03:05] - Dziękuję za ten głos.
[03:03:07] - Myślę, że pan przeprowadził dobrą kampanię. Nie wiem, czy ona jest wizerunkowa, ale na pewno w jakiś sposób dobrze prezentująca swoją twórczość.
[03:03:20] - Szymonie, ponieważ już kończymy, tak?
[03:03:23] - Jeszcze mam jedno pytanie, takie na koniec.
[03:03:27] - Dobrze, to może ty zadasz pytanie na koniec, a ja z kolei powiem swoje ostatnie słowo. Szymonie, po raz drugi z tobą rozmawiam i po raz drugi jestem pod wielkim wrażeniem twojej postawy artystycznej, bo w swoich tekstach mówisz prawdę, która jest nam dzisiaj bardzo potrzebna. Mam nadzieję, że twoje słowa dotyczące nowej fali polskiej weird fiction będą prorocze i że całkiem niedługo teksty przedstawicieli new wave Polish weird fiction, jeśli tak można powiedzieć, będą poddawane egzegezie przez znawców literatury, czego wam wszystkim, pisarzom tej nowej fali, życzę. Chociaż Polska to dziwny kraj. Przypomnę tutaj słowa Stefana Grabińskiego, który powiedział pod koniec życia, że gdyby żył w Danii, to już za życia postawiliby mu pomnik, a tutaj przychodzi mu umierać w nędzy i upokorzeniu. Oczywiście przepraszam za pesymizm.
[03:04:38] - Ładna perspektywa. Optymizmem nie powiało.
[03:04:42] - W takim razie zakończę bardzo optymistycznie.
[03:04:45] - Dziękuję ci, Tadeuszu. Ja wiem, jakie intencje za tym stoją, więc...
[03:04:50] - Szymonie, po prostu życzę literackiego spełnienia w każdym pisanym przez ciebie tekście.
[03:04:54] - Bardzo ci dziękuję za wspaniałą rozmowę i tą, i poprzednią. I w ogóle, że się poznaliśmy. Myślę, że wypiliśmy już bruderszaft, więc jesteśmy na ty, tak gwoli wyjaśnienia.
[03:05:09] - A ja się muszę zachować wrednie i w związku z tym zadać pytanie. To się nazywa pytanie kończące, ale nie przywiązujmy się do tego rodzaju określeń. Mianowicie, zaraz zostanę znienawidzony, ale to trudno. Jakby miał pan zareklamować swoją książkę i takiego blurbu krótkiego stworzyć pod tytułem: „Czytajcie, czytajcie”. To właśnie jakby pan miał tę książkę zareklamować, to co by w tym blurbie się pojawiło?
[03:05:46] - Ten blurb już jest na okładce. Ja przecież to napisałem. Nie wiem, czy ten blurb ma walory promocyjne. Trochę narzuca pewne ramy interpretacyjne. Miałem cel taki, żeby pobudzić ciekawość i powiedzieć, że to jest ważny temat współczesności i taką informację przemycić. Na ile mi się to udało, nie wiem. Wiem, że w momencie, kiedy pisałem tego blurba, to jeszcze nie było w mojej głowie tak ugruntowane, że to jest po prostu zbiór, temat, jakiś taki koncept, zbiór, którego tematem przewodnim jest trauma. To dopiero wtedy do mnie dotarło. Także nie wiem, nie potrafię zareklamować już inaczej swojej książki. Mam nadzieję, że ta rozmowa miała jakiś walor promocyjny, chociaż nie będę ukrywać, że nie cierpię gadać, więc miałem pewne obawy, bo zdecydowanie pisanie to jest mój żywioł.
Nie mówienie i nie żywioł mowy, nad którym nie panuję. Myślę, że nie wyszło najgorzej. Myślę, że to była bardzo ciekawa rozmowa, za którą panom bardzo dziękuję i proszę też bardzo serdecznie pozdrowić pana Wiktora.
[03:07:34] - Na pewno to zrobimy. My z kolei w imieniu słuchaczy bardzo serdecznie dziękujemy i w swoim własnym również. Tak jak pan powiedział, fajnie się rozmawiało. To już mój komentarz. Bardzo dziękujemy. Do usłyszenia, miejmy nadzieję.
[03:07:55] - Dziękuję wszystkim obecnym na czacie i wszystkim, którzy nas słuchali na żywo i wszystkim, którzy nas posłuchają już post factum.
[03:08:04] - Tak jest. A teraz ja zapraszam wszystkich na tradycyjny felieton Tomka Fąsa. Dobrej nocy.
[03:08:18] - Porozmawiajmy o niczym. Przeglądając serwisy z wiadomościami, szukałem jakiegoś tematu. Przyznam, że nie miałem do końca pomysłu, o czym właściwie miałbym państwu dzisiaj opowiadać. I jak tak sobie przeglądałem, klikałem po tym internecie, doszedłem nagle do wniosku, że właściwie poza wiadomą sytuacją wojenną na Wschodzie nic kompletnie się nie dzieje. To znaczy ja oczywiście przesadzam i upraszczam. Można znaleźć informacje ze świata sportu, z plotkarskich serwisów. Jak się trochę głębiej poszuka, to i naukowe ciekawostki. Zdaje się, że nowy teleskop zaczyna pracować powoli. Różne ciekawe zdjęcia wszechświata do nas dochodzą, ale nadal niewiele jest tu dla mnie tematów, które mógłbym jakoś z państwem poruszyć. Ta pustka jest trochę niebezpieczna, a przynajmniej niepokojąca.
Zastanawiać się można, jak wiele rzeczy dzieje się tak naprawdę, a z różnych względów one do nas nie docierają. Bo tak naprawdę jak wiele człowiek współczesny jakoby przyzwyczajony, że informacje są mu serwowane, są mu wciskane, są mu podawane na każdym kroku. Jak wiele rzeczywiście ma kontaktu z rzeczywistością poza pewną przestrzenią medialną, a więc jednak Matrixem, nawet jeżeli opartym o fakty, to jednak kreowanych subiektywnie, wybieranych subiektywnie i istniejących tylko wówczas, kiedy zostaną dla niego wybrane i w odpowiedni sposób podane. I to jest trochę, proszę państwa, jak z protezą, jak z wózkiem inwalidzkim. Często człowiek niezdolny do samodzielnego poruszania się musi z różnego rodzaju protez korzystać, ale jednocześnie w sytuacjach pośrednich, gdzie ta zdolność jest być może możliwa do odzyskania na skutek pracy, rehabilitacji, to im dłużej korzystamy ze wsparcia, im bardziej uzależniamy się od różnego rodzaju protez, tym mniej jesteśmy samodzielni i tym mniejszą szansę mamy, by jakiejś niezależności próbować się ponownie dorobić. Trochę jak ze zwierzęciem wychowanym w niewoli, które wypuszczone zbyt późno w środowisko naturalne prawdopodobnie nie przeżyje, nie będzie w stanie się schować czy też zdobywać pożywienia. Teraz wyobraźmy sobie, proszę państwa, takie ćwiczenie umysłowe, że oto ta przestrzeń medialna znika. Nie ma jej. Tracimy prąd, wysiada i oto znajdujemy się w próżni. Przypomina mi się taka anegdota z jakiegoś polskiego filmu dla młodzieży.
Taki rodzaj rozmowy, zabawy intelektualnej. Brzmiało to mniej więcej tak: co by było, gdyby nic nie było? Nic. Pustka, próżnia. A gdyby nie było próżni? Wydaje się, że ten nadmiar, ta wszechnewsowość, to przebodźcowanie pozbawia nas ciszy. Pozbawia nas pewnego stanu umysłu, który przez wiele lat był obecny w naszej kulturze, w naszej cywilizacji, w naszej wręcz fizjologii. Stanu konfrontacji z pustką, z ciszą, z pewną być może nudą, być może brakiem bodźców, które skłaniają do refleksji, do transu, być może do jakiegoś rodzaju wpatrywania się w przestrzeń, że tak powiem. Gdzie ocieramy się już o refleksję, być może głębszą, być może oderwaną od spraw doczesnych, być może trochę religijną. My bardzo łatwo dzisiaj wobec różnych błędów, win organizacji religijnych, różnego rodzaju zwierzchników, my bardzo lekką ręką, zwłaszcza młodzi ludzie, odrzucają w ogóle ideę religijności.
Jest to trochę wylewanie dziecka z kąpielą w mojej ocenie, ale też konsekwencja różnego rodzaju przemian, pewnej multimedialności, pewnej wszechinformacyjności. Odrzucamy to, co mnie osobiście na przykład w tym szeroko rozumianym świecie religijnym ciekawi najbardziej, czyli konfrontacja z kresem możliwości poznania ludzkiego, z tym wpatrywaniem się w przestrzeń, które zresztą pojawia się gdzieś na przykład u lama jako taka forma religii bardzo ogólnej. Wiarę w to, że Bóg jest albo go nie ma. I nawracanie poprzez wpatrywanie się w przestrzeń, poprzez konfrontację z bezkresem, konfrontację z pustką. I wydawać by się mogło, że literatura grozy, o której jak rozumiem, trwa rozmowa w dzisiejszej audycji. Literatura grozy też trochę porusza się w tym obszarze. W obszarze nieznanego. Bo nic tak nie straszy, nie przeraża jak nieznane. Nieznane, które czasem w najprostszej formie wyskakuje nam nagle z ciemności i atakuje. Takie jump scare, jak to się mówi z amerykańska, a czasem w horrorze, w literaturze grozy lepszej właśnie wciąga nas w pewien mrok niepewności, w pewne głębokie obszary naszego umysłu, naszych niepokojów, ale też zawiera w sobie pewną otwartość.
Otwartość na tę eksplorację ciemności. A może czasem w bardziej japońskich formach, raczej wizualnych podaje tutaj innego rodzaju bodźce, jakieś techniczne, jakieś dziwne, jakieś wynaturzone, jak to obserwujemy na przykład w pierwszych częściach serii gier „Silent Hill”, gdzie ten mrok, ta nienaturalność, ta pewna być może też techniczność ma w umiejętny sposób pobudzać niepewność u odbiorcy. A więc co by było, gdyby nic nie było? Gdyby nie było nawet próżni? Zostawiam państwa z tym pytaniem.
[03:14:26] - Felietonem Tomasza Fąsa kończymy kolejne wydanie „Bibliotekarium na żywo”. Byli z nami dzisiaj Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz nasi dzisiejsi goście Szymon Majcherowicz i Tadeusz Krajewski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios", Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień, tym razem w ABW no i za dwa tygodnie w tym normalnym „Bibliotekarium”. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl Something out there making chaos for the soul. Going crazy, crazy. You can smell the blood. All the power broke, faith without control. By the liar, liar, triggering the flood.
Decorating like Atlantis. Civilization is facing mortality. Gods and angels dancing madly. Loving agony. From the cosmic race, the wrecking out of sight. Coming at me, at me. Distort reality. Everything at night was going to shine a light. In the fire, fire. This planet's decree.
Decorating humanism. Your salvation is facing cataclysm. Saints and sinners in his shadow. Riding into the deep. 1999 secrets object . Reborn Messiah, savior of the coming age. 1999 secrets object . Fallen pariah in eternity. Decorating like Atlantis. Civilization is facing mortality.
Gods and angels dancing madly. Loving agony. 1999 secrets object . Making this planet a desolate and living grave. 1999 secrets object . Reborn Messiah, savior of the coming age. 1999 secrets object . Fallen pariah in eternity. Praise the Lord! Praise the Lord!