[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy bardzo gorąco i serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium i Book Radia. W Radiu Paranormalium na żywo, a w Book Radiu jeszcze, z tego, co się orientuję, jesteśmy, ale w każdym razie nas słychać. Zaczynamy kolejne wydanie „Bibliotekarium” na żywo. Tym razem gościem naszej audycji ponownie będzie znany już państwu Ludwik Papaj, a rozmowa będzie się toczyła wokół jego książki podróżniczej, ale chyba nie tylko. „Kierunek: Chiny”. Będzie zatem dużo o Chinach, ale nie tylko. Zahaczymy również o różne okolice ościenne. Są z nami również panowie z Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. A ja oczywiście, Marek Sęk „Ivellios” będę się tutaj opiekował audycją od strony technicznej.
Będzie można do nas dzwonić i pisać. Nasze numery telefonów tak jak zawsze: stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku na profilach Radia Paranormalium, Bibliotekarium.pl oraz Book Radia, na grupach Radio Paranormalium i Rubieże rzeczywistości. Czekamy także na komentarze drogą e-mailową na adres radio@paranormalium.pl. A tych z państwa, którzy stronią od serwisów społecznościowych, zachęcamy do zajrzenia i zarejestrowania się na forum Radia Paranormalium pod adresem forum.paranormalium.pl. I oczywiście do dyskutowania, dyskutowania i jeszcze raz dyskutowania.
A więc teraz czas na magiczne „halo, halo Bydgoszcz”.
[02:35] - Halo, halo. Tradycyjnie zaczniemy od powitania naszego gościa. Dzień dobry, panie Ludwiku.
[02:43] - Witam z Krakowa po raz kolejny. Cześć.
[02:47] - Ja od razu podzielę się informacją, że o ile wcześniej rozmawialiśmy o książce stricte literackiej, to znaczy książce, która jest owocem przemyśleń pewnej która pewne rzeczy kumuluje, pewne rzeczy syntetyzuje, jest literaturą po prostu. Pewno można by długo mówić. Książka, o której porozmawiamy dzisiaj, jest podróżnicza. Książka, która w latach 50. dosyć. I właśnie zapominam, jak ona się nazywa. „Dookoła świata” czy „naokoło świata”? Nie. Jeszcze się inaczej nazywała. W każdym razie to była seria, w której rzeczywiście książki podróżnicze się ukazywały.
I podkreślam, w czasach zgrzebnego PRL-u to się czytało, bo to było takie okienko na świat. I tak jak czytałem książkę pana Ludwika „Kierunek: Chiny”, to jest fajna literatura. Ja tylko powiem, że nasz dzisiejszy gość podróżował autostopem, jak to się często określa niskobudżetowo, czyli niespecjalnie się przygotowywał, gromadził nie wiadomo jaką kasę i później machał, że tu płacił. Nie, to się odbywało zupełnie inaczej, o czym zresztą pewno gość nam opowie. Ale dzięki tej podróży podróżujemy w książce przez Rosję, Mongolię, docieramy do Chin tytułowych, ale jedziemy dalej. Jedziemy do Laosu, Tajlandii, czyli właściwie kawał świata oglądamy wspólnie z autorem. Przeżywamy rzeczy i wielkie, i takie codzienne. Ta codzienność jest bardzo ciekawa w tej relacji z podróży. Zapytam w ten sposób: panie Ludwiku, kiedy ta podróż się odbyła i co pana podkusiło, żeby w taki sposób na drugi koniec świata jechać?
[04:59] - Podróż odbyła się w 2015 roku, czyli już minęło ponad sześć lat. Niedługo będzie siedem. Chwila minęła. Co mnie podkusiło? Czasami trzeba mieć pewne szalone plany. Zależy wszystko od sytuacji życiowej. Moja była taka, że miałem więcej czasu niż pieniędzy, więc łatwiej było mi pojechać na długi okres za symboliczną sumę, którą można łatwo zdobyć, niż na jakiś krótki, ekskluzywny wypad do Dubaju, do Nowego Jorku na tydzień czy dwa. Jak niektórzy mają ludzie, którym się powodzi w jakichś korporacjach na przykład. Więc to były takie podstawowe bodźce, że po prostu się dało, bo się miało tego czasu więcej pewnie niż na przykład teraz. A druga rzecz taka, że podróżowałem autostopem i byłem w środowisku autostopowiczów.
Tam miałem wielu przyjaciół. Razem się rozmawia, poznaje się różnych ludzi w podróży, znajdziesz szybko kompana raczej częściej. On nie podróżował autostopem do samych Chin, ale jak zobaczyłem te wszystkie różne ciekawe nagrania, to pomyślałem sobie, że chciałbym tam pojechać. I tak mi to siedziało. Miałem taką motywację. Kuba Radkodym rok, bo dwa razy to robił. On dojechał do samego Pekinu i wrócił samolotem, więc tylko w jedną stronę. Ale fajne było to, że on zrobił taki krótki bardzo film, który tam oglądałem i na pace mongolskim małp, jedzenie jakiegoś chraboszcza usmażonego gdzieś już, jak dotarł do Chin. Różne ciekawe sceny gdzieś tam w Azji Środkowej. Film, który zapada w pamięć, ma obrazy.
I te dwie rzeczy chyba zaważyły, że chciałem pojechać. Ja też miałem taki epizod. Już podejmowałem tę decyzję i miałem taką, można to nazwać manię, taką sytuację, kiedy porywamy się na rzeczy szalone i okazuje się, że one jeszcze wychodzą. Ja zrobiłem takiego sylwestra w domyśle dla autostopowiczów, ale oczywiście nie tylko dla nich. Zrobiłem taką imprezę sylwestrową. To może nie brzmi jakoś szczególnie głośno czy jakoś wyjątkowo. Natomiast to była impreza dla zupełnie obcych ludzi. Ja tam prawie nikogo nie znałem. Zrobiona na ostatnią chwilę i tam łącznie było na samej imprezie sylwestrowej 150 osób. To trwało kilka dni, więc straszne szaleństwo.
Udało się to zorganizować bardzo spontanicznie, głównie siłą woli. Wymagało to pracy oczywiście, nawet dużo czasu trzeba było spędzić, ale taka dość szalona idea. Jak się porywam na coś takiego nietypowego, to nawet najbliżsi pukają się w głowę, po co to robić. Tylko ryzyko, że stracisz na tym pieniądze, ośrodek się spali, coś innego, prawda? A tutaj się to udało. Poszedłem za ciosem. Jak myślałem o tych Chinach, to skoro jedna taka nietypowa rzecz spontanicznie się udała, to mam więcej doświadczenia w podróżowaniu, bo już jeździłem autostopem wtedy też za granicę. Mam więcej doświadczenia w autostopie niż w organizacji, więc to powinno być dosyć łatwe potencjalnie. To nie jest trudne do wykonania. Trzeba załatwić parę dokumentów, zgromadzić jakąś niedużą ilość gotówki i po prostu wyjść na ulicę i opaść stopa, spakować się, a potem sobie radzić, jakby jakieś przyszły dziwne przypadki.
Takie motywacje tutaj jeszcze raz powiem, czyli jedna prezentacja, potem jeden film innego podróżnika. I ta impreza, którą zrobiłem, która mi dała taką wiarę w możliwości robienia rzeczy takich trochę szalonych. I doświadczenie oczywiście, bo ja byłem wcześniej autostopem i na Ukrainie byłem chwilę i do Francji jeździłem autostopem i w Serbii byłem wcześniej. Już w paru miejscach byłem, do Hiszpanii pojechałem też raz. Już miałem doświadczenia trochę podróżowania autostopem. W Gruzji jeszcze byłem wtedy. To były te moje doświadczenia. Już przejechałem wiele dziesiątek tysięcy kilometrów autostopem, a czekało mnie prawie drugie tyle, bo przez całą Azję, prawda?
[10:13] - Tak. Nie chcę trywialnie nawiązywać, ale to prawie podróż życia. Chociaż jak przebuszowałem sobie internet, to wiele osób w różnych miejscach wręcz domaga się, żeby pan jeszcze gdzieś pojechał i napisał podobnie pasjonującą relację. I to dosyć zgodnie to podkreślają, że ma pan barwny styl. Fajnie pan to opisuje, nie przeładowuje tekstu jakimiś „zbędnymi" to wartko. Właściwie same pochwały się sypią i takie niedwuznaczne domaganie się, żeby pana jeszcze gdzieś wysłać i żeby pan podobną relację napisał. Ja się uśmiecham, bo człowiek podąża ze swoim życiem i pewno dzisiaj o takiej podróży akurat nie myśli, ale na przyszłość może kiedyś. Nie wiem, to proszę powiedzieć.
[11:22] - To wszystko zależy, że tak powiem. Najpierw znaleźć się w trochę podobnych warunkach jak wtedy, żeby dało się powtórzyć to, czyli mieć taką iskrę naiwności, takiej jak to było chwilę temu, gdy jechałem. Takiej ignorancji, naiwności, otwartości na to, co będzie. I właśnie na czas też. Jeśliby te warunki się zdarzyły, to oczywiście. Z drugiej strony pytanie, czy można wejść dwa razy do tej samej rzeki? Jeślim by pojechał drugi raz do Chin na przykład, to już by nie było to samo. Nie zmienia faktu, że bym się bawił świetnie prawdopodobnie, chociaż jechałem przez Rosję, to może nie. Musiałbym poczekać chyba dekadę co najmniej, biorąc pod uwagę sytuację, wojnę na Ukrainie. Natomiast Można też pojechać trochę inaczej.
Da się, nie jadąc przez Rosję oczywiście. Chociaż wtedy trzeba przekroczyć granicę Indii i Pakistanu, co jest równie problematyczne.
[12:27] - No tak.
[12:28] - Więc pytanie, czy by się dało taką podróż zrobić? Może tak, ale musiałyby być te warunki. A drugi raz pytanie, czy się da, jak się już pewne doświadczenie zebrało, jeszcze raz być tak otwartym na to samo. Wydaje mi się, że jednak mając te parę lat więcej i już taką podróż za sobą, byłoby trochę inaczej. To już byłaby inna podróż. Niestety.
[12:53] - Panie Ludwiku, ja mam pomysł. Jak pan to mówił, to wpadłem na pomysł. Ja bym to zrealizował, gdybym był młodszy, ale pan jest w stanie to zrealizować. Zamiast autostopem wybrać się w świat statkostopem i dopłynąć, przesiadając się ze statku na statek do jakichś Aborygenów w Australii i pogadać z nimi, zobaczyć jak oni żyją.
[13:23] - To by trzeba znaleźć statek. Moja wiedza na temat łapania czy okrętowania się nie jest zbyt duża. Ja tego nie robiłem. Kilka osób to oczywiście robiło z tego środowiska autostopowego. Najczęściej chyba, że ma się jakieś inne znajomości. Najłatwiej się znajdzie na Gibraltarze. Ale pytanie, czy one by aż dopłynęły. Na Karaiby można, tam chyba najłatwiej, wydaje mi się, albo jakieś lokalne w Europie się zaokrętować. Czy akurat do Australii? Nie wiem.
Problem jest inny, bo jak się jedzie autostopem, to nie ma się auta, cały czas się jest z jakimiś ludźmi, bo kawałek się gdzieś przejdzie pieszo, ale większość się jedzie z jakimś kierowcą, więc próbuje się chociaż z nim rozmawiać, nawet jeśli nie zna się języka. Ci ludzie cały czas się zmieniają. Oprócz kompana, z którym się jedzie, chyba że się jedzie samemu. A na jachcie sytuacja wygląda zupełnie odwrotnie, inaczej. Bo tam jesteśmy cały czas w jednej załodze. Jak trafimy jeszcze, co gorsza, na jakiegoś kapitana, który jest narcyzem zupełnym, ma jakieś ego, to jest zupełnie co innego. W tej mojej podróży, i to teraz najbardziej w skrócie jak mogę. Tam były trzy wielkie, może cztery, zmiany pejzaży i też sposobu patrzenia na podróż. Pierwszy to taki najbliższy Polsce, ale też troszkę taki wrogi, bo to była Rosja, czyli taka polska wersja takiej trochę pijanej. Potem była Mongolia i Chiny jako świat taki egzotyczny, w tym sensie niezrozumiały.
Taka bardziej misja badawcza, coś takiego. I na końcu Laos, zwłaszcza Tajlandia. Tam jest jednak dużo turystów, więc to jest taka egzotyka, ale bardziej taka rajska wyspa. Tak jakby się dojechało do jakiegoś Edenu, coś w tym guście. I tak wyglądała ta moja podróż. I to się bardzo mocno czuło, bo ja byłem w Rosji prawie miesiąc, w Chinach ponad miesiąc i tak dalej, więc już człowiek się przyzwyczaja. Po tygodniu już człowiek zapomniał. Już rozumie, że ludzie mówią w tym języku. Jak się tam słówka się nauczy, już wie, jak wyglądają twarze, jaki jest krajobraz. A na jachcie cały czas woda.
Nie zmienia się nagle kolor. Kolory się nie zmieniają nagle wody dookoła nas. Wysp nie ma na przykład na Atlantyku cały czas jednej za drugą, na środku zwłaszcza. Więc to inna podróż, myślę inna podróż.
[15:56] - Tak, to prawda. A swoją drogą wspomniał pan o swojej podróży przez Rosję. To w jednym z komentarzy przeczytałem, że to był ten fragment, osoba napisała, który był absolutnie pasjonujący. I rzeczywiście to jest inny świat, jednak naprawdę inny świat. Szczególnie im pan dalej w tą Rosję wjeżdżał, to on jest rzeczywiście inny. Jakby pan zechciał to skomentować, bo ja to robię nieudolnie bardzo. To pan tam był, a ja tylko czytałem o tym.
[16:30] - A panowie może byli kiedyś? Z ciekawości tutaj.
[16:33] - Ja nie byłem.
[16:34] - Na Dalekim Dzikim Wschodzie.
[16:36] - Ale Wiktor ma większe doświadczenie.
[16:39] - Parę razy byłem i to głęboko dosyć w Azji. Właśnie. Kwestia jest taka jednak, że to się trochę zmienia i trochę nie zmienia. Ja się czułem jednak po rosyjsku. Ja nie mówię po rosyjsku tak za bardzo. Natomiast ja już jakieś słówka znałem. Cyrylicę coś tam trochę się nauczyłem i potem już jadąc próbowałem do puli, powiedzmy 40 słów czy 30 dołączyć kolejne 10, więc jakoś tam byłem w stanie się dogadać i to było dosyć fajne, bo tam po angielsku to raczej mało kto mówi. Czy jest tak bardzo dzika? Tam są czasami dziwne sytuacje, dziwni ludzie gdzieś tam mogą być poukrywani. To jest wielki świat, tam musi być dużo podróżników, bo wielki świat, ale nie takich, o których będą pisać w National Geographic, bo oni podróżują tylko po swojej wielkiej Rosji.
Tam mogą podróżować przez większość swojego życia, odkrywając nowe jakieś góry, spędzając jakieś surwiwale gdzieś w tundrze, tajdze. Nie wiem. Dojechać mogą sobie do Oceanu Arktycznego. Tam jest dużo atrakcji, tam myślę, że dużo też pustelników. Tam dużo dziwaków przez to. Też jest ta różnica, że na przykład my jechaliśmy można powiedzieć bardzo cywilizowaną Syberią, czyli między tymi miastami, ale tam jest mało wiosek dosyć. Więc jak ktoś mieszka na takiej wiosce, to już naprawdę jest koniec świata. Tam rzeczy dojeżdżają na pewno nie dwa razy dziennie dostawy, tylko trochę rzadziej. Tam już na pewno jest Odcięte od świata, więc wszyscy ludzie żyją po swojemu. A im ludzi mniej, tym bardziej są dziwaczni.
Myślę, że tak jest. Natomiast duże miasta dużo rzeczy przypomina Polskę czy Ukrainę. Oczywiście mówię o tym sprzed paru lat. Teraz jest wojna, natomiast to jednak przypomina. Czuje się dużo podobieństw. Wszystko jest bardziej rozciągnięte, w trochę gorszym stanie. Więcej jest Lenina oczywiście, natomiast jest trochę podobieństw. Myślę, że jest to dla Polaka co najmniej tak bliskie jak Niemcy, bo w Niemczech mamy infrastrukturę, którą znamy, sieci sklepów, cywilizację, którą też znamy z naszych dużych miast, ale nie mamy słowiańskości, a tam gdzieś mamy słowiańskość i mamy podobną przyrodę, bo ona podobnie wygląda, tylko jest jej dużo więcej. Rzeki są szersze, dłuższe i płyną z północy na południe. Wszystkie tereny zalesione są dużo rozciągnięte i tam nikt nie mieszka prawie.
Taka pijana Polska. Myślę, że coś tutaj takie jest skojarzenie.
[19:38] - Drugi raz pan to podkreśla o tej pijanej Polsce.
[19:41] - Tu nie chodzi o to, że oni dużo piją, choć w książce pojawia się, że jacyś pijani ludzie. To niewątpliwie. Ja jestem z środowiska autostopowego. Poznałem tych podróżników i mam wrażenie, że akurat polscy podróżnicy piją raczej najwięcej. Nie wiem, aż tylu Rosjan może nie poznałem podróżników, bo tam widziałem trochę, ale mam wrażenie, że pijany jako taka metafora, która ma opisać to, że tam jest wszystko troszkę wykrzywione, troszkę nierealne, troskę bez sensu. Tam jest dużo abstrakcji.
[20:18] - I wszystko jest dużo większe. Odległości są większe.
[20:22] - Tak. A też chodzenie na szpilkach. Pięknie umalowane kobiety, które nie mają się po co malować, bo te malciki to nie ten poziom. No to one wymalowane. I to jest w całym ruskim mirze, bo w innych krajach też się zdarza. Tak samo szpilki. Chodzimy w szpilkach, ale nie po kostce brukowej, która jest krzywa i ma nie wiadomo ile lat. A w Rosji jak najbardziej. To są tego typu miejsca.
[20:58] - Ja mam, uwaga, takie pytanie z tezą, dla mnie ono jest tezą, bo ona mi się wydaje oczywista, a u pana będę konfrontował z rzeczywistością. Albo to jest po prostu pytanie naiwne. Czy tego rodzaju podróże, taka jaką pan odbył na drugi koniec świata, uczą tej podstawowej tolerancji, a właściwie nawet nie tolerancji, akceptacji innych ludzi i ich dziwactw? Bo z książki wynika, że chyba tak, ale ja bym chciał to od pana usłyszeć.
[21:35] - Znowu i tak, i nie. Łatwo coś zaakceptować na chwilę. Jak mamy dziwnego kierowcę, ale nie jest on groźny, po prostu jest dziwnie ubrany albo gada jakieś głupie rzeczy, ale to nie jest jakieś groźne, to nie ma problemu. To jest rodzaj atrakcji. Przyjęcie tego, że po prostu rzeczy mogą wyglądać inaczej niż nam się zdaje. Przykładowo, tak szukam metaforę. Załóżmy ci kierowcy, okazuje się, że kierowcy tirów i to fakt, że wyglądają dość nędznie, to będzie troszkę stereotyp, bo nie wszyscy tak wyglądają, ale jednak spotkałem takich wielu. Taki rumuński kierowca z wąsem na przykład bez jednego zęba z przodu nie wygląda zbyt życzliwie i niezbyt atrakcyjnie, godnie zaufania. Natomiast ci ludzie zatrzymują się, pomagają, podwożą dużo częściej niż na przykład osoba z jakiegoś zachodniego kraju. Tak to wygląda.
Muszę zaznaczyć może tego, że nie do końca ma znaczenie tak, jak ktoś wygląda, bardziej po prostu czy chce współpracować. Bo i tak zazwyczaj mała szansa, że utrzymamy kontakt z tym człowiekiem na długo. Zdarzało mi się już jakieś kontakty utrzymywać, spotkać się po podróży raz, drugi z kimś, ale to jednak jest rzadkość mimo wszystko. Jeśli coś, to jeśli się korzysta z couchsurfingu, czyli się śpi u kogoś w gości i zwłaszcza jeśli tam jesteśmy dłużej niż jedną noc. Na przykład mieliśmy taki przykład w Moskwie, gdzie mój kompan się porozumiał z taką Saszą koleżanką, która przyjechała do Moskwy. Spędziliśmy u niej trzy, cztery noce. Zwiedziliśmy dzięki temu Moskwę. Ona nam towarzyszyła i potem utrzymaliśmy kontakt, bo okazało się, że ona pracuje w Chinach, uczy języka angielskiego, więc przyjechaliśmy potem do niej do Chin, do Shenzhen. Tu się udało podtrzymać kontakt, ale już się potem nie spotkaliśmy. Wymienialiśmy jakieś przez media społecznościowe informacje, ale już się nie spotkaliśmy.
Natomiast w ten sposób można kontakt utrzymać, bo jak się z kimś spędziło chwilę czasu, było się w gości w domu, wypiło lampkę wina, pooglądało się jakieś miejscowe miejsca się odwiedzało, to tam się buduje jakaś relacja. Natomiast z kierowcami rzadziej. Ja odkryłem inną rzecz. Ta różnorodność, tolerancja, akceptacja dziwności jak najbardziej, ale też drugi kierunek, czyli nacjonalizmy, symbole narodowe, flagi, poglądy. Dla mnie osobiście nigdy nie miało znaczenia, jak byłem młodym człowiekiem. Wychowałem się w centrum Krakowa, może trochę izolowana przestrzeń. Nie miało dla mnie dużego znaczenia, skąd ktoś pochodzi. Naprawdę. Nie miałem znajomych z zagranicy, z wyjątkiem jednego Francuza. Natomiast nie miało dla mnie znaczenia, skąd ktoś pochodzi.
Ma taki paszport czy jest ze Śląska. I dopiero potem się to zauważa, jak się wchodzi w relacje z ludźmi, zwłaszcza jak się podróżuje, że to ma znaczenie. Religia buduje kulturę, inaczej wyglądają państwa z kulturą arabską. Od architektury, po myśl, po zwyczaje. Inaczej wygląda z myślą chrześcijańską, powiedzmy zachodnią. Tak samo potem te symbole narodowe, na przykład flaga Polski. Nigdy bym się nie obnosił z nią. Nie miałem takich zwyczajów. Natomiast jak najbardziej zawsze flagę mam. Nawet mam orzełka i flagę obecnie przyszytą do plecaka.
Dlaczego? Bo można pokazać, to jest symbol. To jest fajna rzecz. Polskich kierowców jest dosyć dużo. Akurat nie na wschodnich kierunkach, bardziej w Europie. W Europie machając flagą można nawet znaleźć podwózkę, bo będzie jakiś Polak jechał albo Ukrainiec będzie chciał podwieźć, bo widzi swojego. I okazuje się, że to ma znaczenie nagle, że te symbole, skąd ktoś pochodzi, to ma duże znaczenie. Ja to odkryłem trochę dzięki podróżom, prawdę mówiąc. To było jedno z takich. Dało się znać, bo ludzie są zainteresowani inną kulturą.
Raczej animozje inne to raczej rzadko. Bardziej są zainteresowani i chcą wiedzieć coś. Pamiątkę możesz czasami mieć. Coś takiego.
[26:32] - Ja mam taką refleksję, że jako dziecko Marek mówił, co za książki czytał. Natomiast ja jako niemowlę czytelnicze zaczytywałem się podróżami Marco Polo. Minął tysiąc lat i okazuje się, że z takim współczesnym Marco Polo się spotykam i że ten proceder, bo Marco Polo również odbył niskobudżetową podróż, czyli od-do, stąd-dotąd i tak dalej wędrował. Nie stać go było na pełną. Natomiast od miejsca do miejsca, od zamku do zamku, od władcy do władcy, że tak powiem. I została z tego absolutnie przewspaniała książka z tamtych czasów. Ale minęło tysiąc lat i mamy dalej ten sam etos, że tak powiem, takich wędrowców.
[27:35] - Marco Polo jechał tą trasą nie przez dzisiejsze terytorium Rosji, tylko bardziej chyba-
[27:42] - Południową, bardziej południową trasą.
[27:45] - Marco Polo. Podróżnik, chyba kupiec nawet. Nie wiem, czy to właśnie czasem nie Marco Polo. Trzeba by sprawdzić. Ale to w bardzo dawnych czasach, późnośredniowiecznych powstało to słowo Kitaj. Ja mam w tytule książki „Kierunek: Kitaj", ponieważ jedno z tych imperiów na północy Chin bodajże miało podobną nazwę i w średniowieczu, ponieważ tam dotarł albo to był jakiś mnich, albo Marco Polo pod koniec średniowiecza, używali tego terminu, bo tam dotarli i tak to zapamiętali, że dla nich całe Chiny to był Kitaj. Chociaż to tak, jakby ktoś powiedział, że w Polsce panuje Mazowsze albo coś takiego. Nie do końca, prawda? Natomiast się przyjął ten termin. On się przyjął zwłaszcza u naszych sąsiadów na Wschodzie.
Po rosyjsku, po ukraińsku to jest Kitaj. Ja tak książkę nazwałem też dlatego, że jak kiedyś podróżowałem po Ukrainie, to powiedziałem, że jadę na Wostok, na wschód. To oni się mnie pytali: „To co? Na Kitaj?" I zapamiętałem, bo to było specyficzne, że jak już pojechałem na ten Kitaj, to tak poprawie nazwałem, bo tak to słowo we mnie wyszło. I to jest ciekawe słowo, bo ono dobrze oddaje Chiny, wydaje mi się, bo to jest słowo takie, że nie do końca ludzie wiedzą, co to jest ten Kitaj. My też nie wiemy, co to są te Chiny, więc to dość dobrze oddaje ten stan niewiedzy. Nam się wydaje, że my wiemy. Mao Zedong, czerwone kolory, teraz wielki handel. Ale to tak nie jest. To jest ten Kitaj.
To jest taka wielka, nieznajoma rzecz, której nawet nie wiem, jak nazwać. Czy ktoś może wie, jak się nazywają Chiny po chińsku?
[29:39] - Ale pan nam zaraz powie.
[29:41] - Mogę powiedzieć.
[29:43] - Proszę.
[29:44] - To jest bodajże Zhōngguó.
[29:47] - Wow.
[29:48] - Zhōngguó. To nie jest podobne.
[29:51] - Zupełnie nie. A ja sobie szybciutko sprawdziłem ten Kitaj. Rzeczywiście w średniowieczu ta nazwa się pojawiła. Odnosiła się zwłaszcza do północnej części Chin.
[30:04] - Tak.
[30:04] - I wspomniany już Marco Polo nawet używał jej do odróżnienia Chin północnych od Chin południowych, które u niego się nazywały, i pewno znowu pomylę się w nazwie, Mangi, o ile dobrze to odczytuję. Także rzeczywiście coś takiego się pojawia. Skoro zabieramy się za Rosję
[30:33] - Ja sobie to tak wyobrażam, ale tak jak powiedziałem, nigdy w głąb Rosji nie podróżowałem. Wspomniał pan, że jest do pewnego stopnia przynajmniej swojsko, czyli pan się czuł tak, jakby Słowianie, Europejczycy. Ale czy w miarę, jak pan oddalał się od Europy, to dalej było takie europejskie? Czy było widać, że w pewnym momencie te kultury się przenikają, że wpływ Dalekiego Wschodu jest jednak większy? Czy widać było zmiany? Czy w trakcie tej podróży pan tę zmianę obserwował, czy też niekoniecznie?
[31:12] - Oczywiście było pewne zmiany widać. Pierwsza rzecz, którą można zauważyć, że już w pewnym momencie, bardziej okolice Jeziora Bajkalskiego, tam już zdecydowanie ludność ma rysy azjatyckie, centralnoazjatyckie. Jest to rasa żółta. Ludzie mają inne rysy, drobne oczy, troszkę niższy wzrost, chociaż nieznacznie, prawdę mówiąc. To widać na pewno, bo takich ludzi jest coraz więcej. Tam też są te narody, Buriaci, którzy teraz walczą między innymi na Ukrainie, co tam zrobili dużo niedobrych rzeczy w Buczy. Właśnie z tamtych rejonów wzięli tych żołnierzy, którzy tam jakieś masakry robili. Z tamtych rejonów. Ja poznałem jednego Buriata. Nie będę spoilował może na razie, który był szalony.
Może nie przemocą, ale bardzo szalony człowiek. To był kierowca, który zatrzymywał się autem, żeby ulżyć swoim potrzebom seksualnym. I miał bardzo mocny charakter, więc mogę sobie wyobrazić, że to nie są tacy ludzie, jakich my znamy. Inaczej wyglądają. Faktycznie w tych rejonach, daleka Syberia to jest duża różnica. Natomiast Moskwa to jak najbardziej się czuje człowiek jak w europejskim mieście, przynajmniej w centrum na pewno. Wszystko też zależy, kogo się spotka, bo mam wrażenie, że ludzie w Polsce są wszyscy bardziej do siebie podobni. My jesteśmy wszyscy tacy cywilizowani. Jesteśmy bardziej uśrednieni, powiedzmy, w pozytywnym sensie. A tam jest większy rozstrzał.
Tam jest pewnie dużo geniuszy, oryginalnych postaci, pustelników, podróżników, ludzi zamkniętych na końcu świata. To jest ta różnica, że tam można spotkać dziwniejszych ludzi po prostu. Na pewno. Wszystko zależy gdzie. Ale nawet małe miasteczka jeszcze w Europie mogą mieć jakieś. Zresztą chyba przeczytamy teraz ten kawałek.
[33:47] - Tak. Już możemy w tej chwili państwu ten fragment zaprezentować. Marku, prosimy.
[33:57] - Duże atrakcje, małe horrory oraz uralski monsun. Mariuszowy GPS kieruje nas do stacji benzynowej gdzieś na obrzeżach miasta. Z przerażeniem obserwujemy toczące się ponad nami chmury. Niebawem będą tak gęste i upiornie ciemne, jakby miały załamać swoim ciężarem nieboskłon i spaść nam na łeb, skręcając kark. Nasza przygoda nie kończy się śmiercią na wylotówce, lecz dopiero tu się zaczyna. W końcu stoimy przy „Szose Entuzjastów” na drodze, którą kiedyś skazańcy jechali na Sybir. Sekundy zamieniają się w minuty, minuty w godziny. Próbujemy złapać okazję przed stacją. Auta pędzą zbyt szybko lub skręcają do magazynów. Pytamy tankujących kierowców, czy by nas podwieźli, ale każdy jest lokalsem i nie oddala się od miasta.
Wszystko na nic. Zła miejscówka. Towarzyszy nam mżawka i skłonności depresyjne. Niebawem dołącza do nas Marcin z Kamilem, którzy zdecydowali się opuścić miasto tego samego dnia. W czterech to już absolutna kaplica, a do tego zaczyna zmierzchać. Pracujący na stacji Chińczyk proponuje, abyśmy wskoczyli do pociągu na gapę. Opowiada, jak poradzić sobie z kontrolerami biletów. Chce nam pomóc. W końcu celem naszej wyprawy jest jego ojczyzna. Nieopodal ogorzały, niezbyt trzeźwy jegomość w spodniach w kant wszczyna awanturę.
Chwilę po jej zakończeniu oddaje mocz bezpośrednio na autostradę. Witamy w Rosji. Na autobusy należy machać, inaczej te nie zatrzymują się na przystankach. Poznane Rosjanki łapią nam autobus, którym planujemy przejechać odpłatnie do następnego miasta, aby tam kontynuować autostopowanie. Nasz projekt wyprawy do Azji do tego stopnia spodobał się grubemu pilotowi wycieczki, że mogliśmy się z nimi zabrać, nie dopłacając aż na koniec trasy do Czeboksary. Sporą grupę pasażerów stanowią pijani Czuwasze. Czuwasze to dwumilionowy, charakterny naród zamieszkujący teren Rosji, do którego właśnie zmierzamy. Jednego z przedstawicieli tej grupy już poznaliśmy. To ogorzały przyjaciel w portkach w kant. Ten sam człowiek, który paręnaście minut temu sikał na poboczu, teraz zaprasza nas na weekendową libację do stolicy republiki.
Nad ranem nic nie pamięta. Jego kolega rozmawia tak głośno, że gdy metody pokojowe nie wystarczają, pilot ucisza go uderzeniem w twarz. Inny osobnik próbując zasnąć opiera swoją głowę na moim ramieniu. Wierci się przy tym tak, że spodnie zjeżdżają mu z tyłka aż do kolan. Wygląda teraz, jakby sen zaskoczył go na sedesie. Budzi się z pijanego letargu z głupią miną i podciąga portki. Dnieje, gdy autobus pauzuje w anonimowej wiosce, jednej z wielu podobnych miejscowości przy drodze. Z pubu przy parkingu, w Rosji lokale często otwarte są do białego rana, łomocze pęk rok i wytaczają się ostatni klienci. Gość w bieliźnianym podkoszulku ciągnie za rękę zupełnie pijaną dziewczynę. Pozostali towarzysze zabawy idą pod ramię ławą, aby zachować pion.
Przy autobusie czuwasz, który dostał w twarz opowiada zgromadzonym na papierosie pasażerom o skandalu i o tym, że pilot wyląduje w ciurmie. Grubas nic sobie z tego nie robi. Stoi pięć metrów dalej. Podobne historie muszą być codziennością na trasie do Czeboksary. Gdy wyskoczyłem o szóstej rano z busa, nie byłem szczególnie wyspany. Nabazgraliśmy mazakami na tabliczce Kazań, lecz nie mieliśmy okazji długo z niej korzystać, ponieważ lunęło. W takich sytuacjach po prostu chowaliśmy się pod dach i pochłanialiśmy zapisane na dyskach książki. Nieboskłon rzygał wodą, która otaczała i podmywała suchą wyspę naszego przystanku. Czekało nas jeszcze sporo czytania. W końcu zatrzymało się auto.
Żółty van z Ormianami, którzy transportowali wykonane na zamówienie stół z samego Kaukazu. Szanowni państwo, podczas audycji na żywo coś tam nie do końca zagrało i od razu po fragmencie pierwszym poszedł fragment drugi. Zatem w zapisie audycji teraz również przechodzimy do fragmentu drugiego. Autostopowicze lubią robić sobie pamiątkowe zdjęcia z kartonami, takimi jak ten, z którym fotografowaliśmy się nad Bajkałem z przejechanym dystansem i nazwą miejsca. Gdy pierwszy raz zobaczyłem zdjęcie podróżnika pozdrawiającego z Wielkiego Muru z podobną tabliczką w garści, wydawało mi się, że to fotomontaż. A teraz to ja trzymam podobną tabliczkę i chwalę się, że plan minimum naszej misji został osiągnięty. Było wczesne popołudnie, gdy pojawiliśmy się na murze wraz z tłumem zwiedzających. Teraz już się wyludnia, bo czas odwiedzin zbliża się ku końcowi. „Mariusz, a gdyby tak rozbić gdzieś tu namiot?” — zapytałem. „Nie ma szans” — odpowiada.
„Popatrz tam, przypatruje się strażnicy. W rogu znajduje się jakaś elektronika. Nawet jeśli to nie jest kamera, to na pewno nocą chodzą tędy ochroniarze. Na samym murze nie ma sensu się rozbijać” — mówię. „Ale możemy postawić namiot tuż pod nim. To też byłoby coś”. Wychylamy głowy przez blanki. Góry porasta las, ale pod samym murem widać nieliczne, bezdrzewne kawałki ziemi. Tam jest na tyle płasko, że namiot może by nie zjechał. Tylko jak tam zejść?
Patrzymy w dół muru. „Nic z tego” — mówi Mariusz. Wykarczowali drzewa, żeby gałęzie nie wchodziły w światło reflektorów. Wielki Mur w Badaling jest podświetlony nocą. Cholera, Mario! Trzeba było pojechać na mniej uczęszczaną część zabytku. Marcin i Kamil spróbowali szczęścia i musieli zbierać namiot, zanim zdążyli zasnąć. Ponoć w oczach strażników widać było jednak satysfakcję i radość, że Europejczycy próbują takich fanaberii. My postanawiamy szukać miejsca noclegu gdzie indziej. Akademia Policyjna.
Przegoniły nas małpy. Odpuszczając nocowanie na murze, rozpoznaliśmy, że w okolicy znajduje się sztuczne safari, czyli atrakcja dla turystów o zasobnych portfelach i małej wyobraźni. Rekonesans wykazywał, że było ono na tyle niestrzeżone, że warto było ryzykować pokonanie siatki, aby spać w nietypowym miejscu. Liczne stado nudzących się małp w roli naturalnej ochrony ośrodka momentalnie wybija nam z głów głupie pomysły. Namiot rozbijemy na dachu galerii handlowej. Azjaci są w stanie postawić betonowy kompleks handlowy nawet w miejscu, do którego prowadzi jedna droga i które otoczone jest bezmiarem lasu. W oddali dostrzegamy nitkę muru wijącą się po spiętrzeniach i tnącą zielone wzniesienia, a nieco bliżej spomiędzy drzewnej powłoki wyrasta piękny hotel stylizowany na klasyczną chińską architekturę. Powoli zapada zmrok, a my jesteśmy zmęczeni i leżymy na wygrzanych słońcem kamiennych płytach. Jutrzejszy dzień będzie diabelsko gorący. Czeka nas chińskie piekło, dosłownie i w przenośni.
Wysiadamy z auta w Pekinie. Kierowca wskazuje nam wejście do metra. Znajduje się ono po drugiej stronie alei i momentalnie rozumiemy, ile mamy szczęścia, że dowiózł nas do miejskiego pociągu. Słońce w zenicie pali takim żarem, że powietrze jest aż ciężkie. Każdy oddech to wysiłek, a poruszanie się przypomina pływanie w gorącej masie. Jesteśmy mokrzy już po stu metrach, więc schowanie się przed temperaturą w podziemiach wydaje się nam wielkim sukcesem. Będzie to jednak pyrrusowe zwycięstwo. W metrze w Chinach można spotkać punkty kontroli, na których trzeba przepuścić bagaż przez detektor metalu. Podczas gdy Mariusz ubiera na barki sprawdzony już plecak, ja nadal czekam. Panie przy skanerze uśmiechają się, ale nie pozwalają mi zabrać mojego z taśmy.
Niestety coś się nie zgadza. Problemem okazuje się mój sprężynowy nożyk. Musimy dalej czekać. Po długich minutach w towarzystwie milczących Chinek w końcu zjawia się człowiek w mundurze i prowadzi nas do malutkiego biura za bramkami metra. Swego czasu w Pekinie grasowały gangi nożowników, które rabowały pasażerów kolei miejskiej i dlatego obecnie kontrola jest zaostrzona. Przez pewien okres obowiązywało nawet prawo ograniczające posiadanie noży przez mieszkańców. Tego dowiedziałem się od młodziutkiego policjanta w podziemnym komisariacie, bo właśnie tam trafiliśmy za próbę przemytu broni do środka komunikacji publicznej. Stosując tłumacza w telefonie objaśniam, że nóż służy wyłącznie do otwierania konserw i smarowania chleba, ale mogę go oddać, jeśli stanowi to problem. Mój błąd. Bierzcie nóż i zapomnijmy o sprawie.
Niestety sytuacja okazuje się poważniejsza i nasza nieoczekiwana przygoda nie kończy się w kwadrans. Szacunek dla hierarchii sprawia, że funkcjonariusze boją się podjąć jedyną sensowną decyzję, czyli puścić nas wolno. Oficjalnie nie mają uprawnień, aby zajmować się przemytem broni, więc musimy czekać na przełożonego. Aby zmniejszyć stres śmiejemy się z Mariuszem z paradoksu, że mój kozik został wyłapany przez kontrolę, a Mariusza nóż o rozmiarze małej maczety pozostał niezauważony. Może to dobrze, bo skoro za rozkładany nożyk z parocentymetrowym ostrzem musimy się gęsto tłumaczyć, to za większy rozmiar trafilibyśmy chyba do kryminału. W rzeczywistości nie jest nam do śmiechu, gdy pojawia się długo wyczekiwany funkcjonariusz i wykrzykuje w naszą stronę niezrozumiałe pytania. Przybył wraz ze stażystą, który nagrywa nas na kamerę. Chłopak zna angielski, ale wyższym stopniem nie uważa, aby tłumaczenie było konieczne. Niebawem wciąż filmowani prawdopodobnie będziemy wydarzeniem dnia na komendzie. Zwiedzamy dzielnicę, jadąc radiowozem, który zawozi nas z klatki w metrze do wielkiego, przeszklonego komisariatu.
Siedzimy w przestronnej policyjnej poczekalni, objadając się ciastkami i krusząc na kanapy. Jako petenci obserwujemy zamieszanie, jakie sprawiliśmy stróżom prawa. Za okienkiem krząta się kilka osób. Urywają się telefony, fruwają papiery, a grupka pięciu mężczyzn wertuje na zmianę nasze paszporty i poświęca grubo ponad godzinę swego życia banalnej sprawie obecności noża w plecaku cudzoziemca. Czy policjanci dodzwonili się do państwa Xu, z którymi wjechaliśmy na teren miasta? Mam nadzieję, że nie i że para nie miała przez nas nieprzyjemności. Po pewnym czasie emocje opadają. Grupa operacyjna staje się mniej liczna, aż w końcu jesteśmy prowadzeni po labiryncie komisariatu do pokoju zeznań. Zostawiają nas z grupą rozkosznie nieletnich stażystów. Poczęstowano nas herbatą w oczekiwaniu na dalszy rozwój akcji.
Witamy w Akademii Policyjnej. Młodzi znają garść angielskich słówek, lecz procedury graniczą ze śmiesznością. Przesłuchujący mnie policjant jąka się i stresuje, bo pierwszy raz rozmawia z osobą spoza Chin. „You're doing fine” — mówię i klepię go po łokciu. Instytucja wstydu jest w Azji bardziej rozbudowana niż u nas i pucołowaty chłopak z niemowlęco gładkimi policzkami jest wcieleniem nieśmiałości. Walczymy dzielnie, aby zachować powagę i powstrzymać się od śmiechu. W języku mandaryńskim nie da się przeliterować polskich imion. Gramatyka nie daje takiej możliwości. O ile dźwięk „Marius” zdaje się wybrzmiewać zrozumiale dla Chińczyków, to próba fonetycznego zapisania mojego imienia wykracza poza zdolności lingwistyczne przyszłych oficerów i przypomina kabaret. Nie poznaję swojego imienia, ale na wszelki wypadek nie każę im już więcej go czytać i przytakuję.
Mijają długie minuty, w trakcie których trzech Chińczyków wertuje wielką, pokrytą hieroglifami księgę. Starają się znaleźć w kodeksie wykroczeń coś, co można przepisać do protokołu. Liczba okienek i zakładek w komputerowej aplikacji dokumentu jest proporcjonalna do populacji kraju, a co najmniej jeden z policjantów ma znaczny problem ze zrozumieniem sensu znaków atakujących jego oczy. Zgodnie z moim przewidywaniem zamieszanie kończy się zarekwirowaniem nożyka i wypuszczeniem nas na wolność. Przed wyjściem udaje nam się przekonać wstydliwego stażystę do wspólnego zdjęcia. Gdy opuszczamy komisariat, ze śmiechem przyznajemy, że wynieśliśmy jedną korzyść z zaistniałej sytuacji. Dzięki podwózce radiowozem w stronę centrum mniej zapłacimy za metro, gdyż w Pekinie płaci się za dystans między przystankami. I tak oto chochlik nam coś pomieszał. Zaraz po fragmencie pierwszym poszedł fragment drugi. Teraz przechodzimy do dalszej części audycji.
[48:18] - Poleciał pierwszy z drugim, więc-
[48:19] - Tak, pierwszy z drugim poleciał.
[48:20] - Można powiedzieć mamy Rosję i mamy tutaj tą historię w Pekinie, którą przygotowałem, bo tu zdradzę taką tajemnicę. Ja wybierałem fragmenty z książki, które wydawało mi się, że mogą fajnie ilustrować to, co przeżyłem, to co jest też w książce.
[48:40] - I mieliśmy idealny przeskok ze świata Rosji do świata Chin. Może się i dobrze stało, ale od razu się rodzi pytanie
[48:52] - Ile razy... Nie, to złe pytanie. Może tak: czy często się pan bał w czasie tej podróży? Bo ta sytuacja, chociażby z chińskimi policjantami, ona się może dzisiaj z perspektywy czytelnika czy też z pańskiej perspektywy po wielu latach może się wydawać zabawna czy taka do opisania na zasadzie pewnego bon motu. Ale jednak myślę, że wtedy wesoło nie było, jak człowieka o prawie terroryzm posądzają, bo z nożem to nie wiadomo, co można zrobić. Czy pan się często bał w czasie tej podróży, czy też pan był odporny?
[49:33] - Takich sytuacji, że naprawdę czułem, że coś się może mi stać, to nie za bardzo miałem. Bardziej na końcu był problem z plecakiem. Taką już prostytutkę się bałem. Co ciekawe, w tym fragmencie o Rosji, to zaraz po tym fragmencie, kiedy jechaliśmy w autobusie, gdzie byli pijani Czuwasze, to jak wyszliśmy z tego auta, to następny autostop złapaliśmy. Tam było ciekawie, bo tam jechali bardzo charakterni Ormianie, którzy myśleli, że im ukradłem paszport i tam było jakieś spięcie. Więc jakieś takie pojedyncze sytuacje były, ale ja nie pamiętam takiego momentu, żebym naprawdę... Ja przyznam, to jest trochę indywidualne. Ja się nie bałem o to, że zachoruję za bardzo. Przeziębiony byłem w trakcie przez chwilę, ale to nie było nic wielkiego. Ja się nie bałem za bardzo w takich sytuacjach.
Na samym początku, może w tej chińskiej sytuacji z policjantami, ale wydawało mi się, że jesteśmy po pierwsze w miejscu jednak na tyle bezpiecznym, że policjanci mogą coś wymyślić, ale mimo wszystko my jesteśmy obywatelami innego kraju, więc też nie mogli nam nic złego zrobić. Mogliby nam mandat może wystawić. Mogliby nam prawdopodobnie, jak byłaby korupcja wysoka, jakiś mandat dać, żeby od nas jakieś pieniądze wyciągnąć. To było tego typu, jakbyśmy mieli dużego bardzo pecha, ale nie wiem, czy akurat w takiej sytuacji, przy tylu świadkach to by chcieli robić. Ja się najbardziej bałem czegoś innego, ale to jest indywidualne, bo inni tego nie mają. Ja się boję biurokracji trochę. Ja się bałem bardziej tego, że na przykład zgubiłbym paszport. Tego się troszeczkę bałem. Albo że będzie problem z lotem powrotnym, że utknę gdzieś na lotnisku. Ja nie miałem internetu, to prawdopodobnie to by kosztowało dużo pieniędzy.
Ja się bardziej tego bałem chyba najbardziej z wszystkiego, przyznam, a nie tych sytuacji tutaj. Ale to trochę indywidualne. Tak jak mówię, niektórzy by się bali w ogóle wsiąść do auta z obcym człowiekiem. Tak się mówi nawet: „Nie wsiadaj do auta z obcą osobą”. A my tak przejechaliśmy 27 000 kilometrów.
[52:09] - Panie Ludwiku, jak pan to opowiada, to ja taki śmieszny wtrąt będę musiał wrzucić, bo ja przypominam sobie, co opowiadały moje córki, które też wędrowały do jakiegoś Kazachstanu. W tej chwili siedzi jedna w Nepalu gdzieś i tak dalej, łazi po górach. W każdym razie ten inny świat, inna obyczajowość ludzi. Pan był jednak mężczyzną, a one mi opowiadały, jak jadą we dwie. One są bardzo ładne, więc zatrzymują jakiś samochód. Jacyś Ormianie czy Czuwasze ich gdzieś wiozą, podwożą, docierają do miejsca, po czym tamci natychmiast spuszczają spodnie i oni nie chcą ich gwałcić. Nie, broń Boże, tylko że skoro ich podwieźli, to teraz przecież to normalne chyba, nie? Ona mówi, że nawet chyba taką fotkę miała, jak oni stoją z tymi opuszczonymi spodniami. Takie rozczarowane miny, zdziwione, nie rozczarowane. Dlaczego one nie chcą?
[53:39] - Tak. Oczywiście na pewno kobiety, jak jeżdżą autostopem, zwłaszcza pojedyncza kobieta, bo tam dwie to już trochę inaczej jest, to na pewno mają, jak to się mówi, high risk, high reward, czyli więcej się dzieje na pewno jeszcze trochę i pytanie, co z tym zrobić, bo nikt się nie chwali, co się dzieje. Natomiast jak chodzi o mężczyzn, to raczej na takie rzeczy rzadko można liczyć, żeby kierowca płci tej czy tamtej miał jakieś dziwne tego typu pomysły. Chociaż może się to zdarzyć raczej w krajach arabskich, tam prędzej ludzie mogą. Mi się zdarzyło, przyznam się, uwaga, mi się zdarzyło, że mi puszczali pornografię kierowcy, ale to nie Rosjanie, tylko w krajach arabskich bardziej gdzieś tam czy w Turcji. Coś takiego. Do dalszych etapów nie doszło na szczęście. Natomiast wszystko jest możliwe, jak w życiu. Trzeba sobie radzić, cokolwiek ktoś inny ma w głowie. Póki nie używa przemocy, to raczej nie ma problemu.
Też dużo zależy, jakim się jest człowiekiem. Ja tu podaję przykład. Zresztą na początku książki jest taka moja koleżanka, z którą w zasadzie pierwszy raz pojechałem autostopem gdzieś dalej. Taka Kaja, która Posiadająca atrybut urody. To była osoba, która miała taki charakter, że byłaby w stanie podejść do większego od siebie człowieka, spojrzeć na niego i go sparaliżować samym tym spojrzeniem spod włosów blond. To wszystko zależy od tego, jaki kto ma charakter i tak dalej. Myślę, że pojedyncza kobieta nie powinna jechać przez Rosję takich dużych dystansów, bo tu spotka Czuwasza, tam spotka Buriata, jeszcze jakiegoś Ormiana albo Serba. Serbowie też są bardzo ochotni.
[55:48] - Barbara.
[55:52] - Na Barbara, tak.
[55:55] - Ja mam teraz pytanie nie podróżnicze, a techniczne, związane z pisaniem. Ile czasu upłynęło od podróży do momentu, w którym pan zaczął to spisywać, ale już w takiej formie zbliżonej do tego, co później ujrzało światło dzienne w postaci książki?
[56:18] - Zasadniczo ja miałem plan i to był dobry pomysł, żeby pisać od razu, bo notatki miałem już przygotowane. Miałem 40 stron bardzo chaotycznych notatek, często słów albo pojedynczych zdań, niezbyt gramatycznych. Samo pisanie zacząłem dosyć szybko po powrocie, bo miałem plan, żeby napisać tę książkę. Zależało mi. Od motywacji się zaczyna oczywiście. Pamiętam, że pojechałem na Ukrainę, żeby tam pisać tę książkę, ale okazało się, że ciężko się pisze w namiocie na przykład. A ponieważ podróż trwała trzy miesiące i chyba jeden dzień, skończyła się w październiku, to jak pojechałem na Ukrainę chwilę potem, zaczęło się robić zimno, więc też nie było tak, że człowiek sobie siedzi. To szło dosyć powoli. Starałem się pisać prawie od razu po powrocie. Z tym, że nie pisałem codziennie, miałem takie przerwy.
Pisałem, to trwało mniej więcej rok i niedużo tego powstało. Może półtora roku. Potem oglądałem, już nawet nie pamiętam tego kanału. To był jakiś kanał na YouTube, gdzie bardzo młody chłopaczek założył kanał bardziej motywacyjny, ale strasznie młody gościu. Nie był niesłychanie dobry w niczym, ale miał taką energię. Posłuchałem takiego wideo, gdzie gość opisał, jak to wyglądało. Wymyślił, że napisze, napisał, wydał i do pierwszych klientów książka dotarła w dwa miesiące, może trzy. Jakiś taki bardzo krótki czas. Oczywiście on sam sobie wydawał, więc mógł sam się tym zająć. Nie zależało to od innych ludzi.
Natomiast jak sobie pomyślałem, że jakiś chłopaczek, który jest ode mnie jednak młodszy sporo i jest w stanie się zmobilizować, to ja też muszę, może nie w tym tempie, nawet niech będzie to pięć razy wolniej, ale zrobić i dokończyć. I wtedy nagle zacząłem pisać codziennie. Ten chłopak opisywał, że on siedział ogólnie pracując przy książce, pisząc, edytując, zastanawiając się, bo on sam wydawał to, więc też jakieś inne procesy robił wydawnicze. Tak po 10 godzin dziennie czy tam sześć. To było jego główne zajęcie przez ten okres, przez ileś tam tygodni. Większość ludzi nie jest w stanie tak dużo robić, zwłaszcza intelektualnie, bo pisanie jednak wymaga pewnej świeżości. Ale w takim razie godzinę dziennie i codziennie. I się da osiągnąć sukces wtedy jakiś.
[59:00] - Tak. Przejdę do tego drugiego fragmentu, kiedy się pojawiają Chiny. Nawiązując do książki, czy istnieje jakaś taka granica, w której pan sobie powiedział: „O, już jestem w Chinach”. Wiem, to jest pytanie naiwne, ale właśnie takie miało być, więc może w ten sposób.
[59:27] - Czy była granica? Nie, w tej podróży nie było granicy. To był plan. I nie było planu robić nic poza planem, tylko że plan był taki, że kupiliśmy bilet. I to dokładnie tak brzmiało. Żeby nie brzmieć abstrakcyjnie, ale dokładnie tak było. Kupiliśmy bilet wspólnie z kolegą powrotny z Bangkoku do Oslo. Mieliśmy datę. To był ostatni dzień września chyba. I trzeba było w takim razie od czasu, kiedy kupiliśmy ten bilet, wystartowaliśmy troszkę później, bo tam miałem problem.
Niestety musiałem paszport rosyjski wyrabiać jeszcze raz, był zalany wodą i straciliśmy niestety co najmniej tydzień czasu. Tydzień czasu więcej byśmy mieli czy w Chinach, czy w Tajlandii. Trochę żałuję, ale trudno. Błąd. Więc mieliśmy około trzech miesięcy, żeby po prostu dotrzeć na samolot, a samolot był w Bangkoku. Plan był bardzo prosty. Czasu było dosyć mało. My sobie liczyliśmy to, można sobie policzyć, jaki jest dystans, że to trzeba codziennie robić 200 kilometrów, więc jak się przez tydzień nie zrobi nic, to potem trzeba to nadrabiać gdzieś. I o ile w Europie na przykład jeździ się z Polski do Francji, ja tak jeździłem często. Wiele razy w życiu przyjechałem autostopem właśnie w stronę Francji.
Można bardzo szybko przemieścić się duże dystanse, bo są fantastyczne autostrady, zwłaszcza w Niemczech, ale w Polsce już też, we Francji jak najbardziej. A w tych innych miejscach niekoniecznie są, a nawet jeśli są, to problem z poruszaniem się autostopem po autostradach jest taki, że trzeba wiedzieć, gdzie można wysiąść, gdzie należy, gdzie wolno i z jakiego punktu do jakiego. Wielu autostopowiczów, którzy jeździli na zachodnie Niemcy czy do Holandii, już dokładnie wie, na których stacjach benzynowych muszą wysiąść, żeby tam dalej złapać, jak już kilka razy przejechali. Z Chinami jest gorzej, bo w Chinach są gigantyczne miasta i trzeba się z niego wydostać, jak się jedzie. To są tego typu problemy. Poza tym nie ma słowa „autostop" w języku chińskim, więc tu się robią te problemy. Nie wiem, czy odpowiedziałem na pytanie.
[01:01:42] - Ja mam pytanie od razu nawiązujące do tego. Jak się już panowie znaleźli w Chinach, to co było taką rzeczą, chciałem użyć słowa „dziwną", ale to nie o to chodzi. Taką, która natychmiast uświadomiła panom, że jesteście w Chinach i to jest zupełnie inna cywilizacja, zupełnie jest inaczej i pojawiają się w związku z tym inne problemy. Już o jednym zaczął pan mówić właśnie takim, że powiedzmy autostop, ale co to jest właściwie? Jak to wyglądało w Chinach? Bo Rosja, tak jak pan powiedział, to jeszcze świat, który w jakiś sposób bardziej lub mniej nawiązuje do Europy. Ale Chiny to są już Chiny. Jak to było?
[01:02:33] - Sam pierwszy kontakt z Chinami na granicy już był ciekawy i zaraz też po granicy, niewiele dalej. Nawet zastanawiałem się, nie włączyć tego fragmentu tutaj do tego, co będzie czytane, ale nie włączyłem tego. Gdy przekraczałem granicę, to proszę sobie wyobrazić, że my przekraczaliśmy z Rosji przez Mongolię i potem do Chin. Czyli mamy Rosję, gdzie mamy te wielkie autostrady, drogi i tym podobne. Potem Mongolia, gdzie jest jedno wielkie miasto i w zasadzie oprócz tego nic szczególnego i drogi już są nieduże i ogólnie raczej biednie i raczej brudno trochę. I nagle wchodzimy do Chin, które wyglądają zupełnie inaczej. Już sama granica właśnie taka była, że tam jest granica z jednej strony, z drugiej i ta część, fragment chiński to jest wielki biały budynek, dziesiątki okienek, wszystko czyściutkie, wypucowane. Taki bardzo duży porządek, taki właśnie dalekowschodni, taki jak w Chinach czy Japonii, w Korei to wszystko takie bardzo zorganizowane. I ja tam jeszcze jak przeszedłem przez granicę, to jeszcze nagle zorientowałem się, że zgubiłem gdzieś saszetkę. Tam akurat był chyba nie paszport, tylko komórka taka rezerwowa i parę innych rzeczy jakichś.
I stwierdziłem, kurczę, wszedłem do Chin i już zgubiłem jakieś dokumenty. Okazało się oczywiście, to już czekało na roztrzęsionego turystę z Zachodu, ale był taki strach i w ogóle to wrażenie tej granicy, gdzie było właśnie tak kilka okienek, wszystko białe, czyste, bardzo szerokie, w ogóle niepotrzebnie wielkie. Takie było wrażenie takiego panoptikonu, takiego więzienia. Chiny są krajem pod wielką obserwacją, wszędzie jest monitoring. Śledzone są za pomocą botów też wszystkie grupy wewnętrzne w serwisach społecznościowych. To jest kraj kontrolowany. Taki kraj obserwacji ciągłej. I ja już to czułem na samej granicy. I to było takie trochę dziwne. I kawałek dalej pierwsze miasteczko, jakieś totalnie miasteczko, o którym żadnych Chińczyk nigdy by nie słyszał, chyba że mieszka tam albo pięć kilometrów dalej czy 10.
To chyba Erenhot, jakoś tak mogę zniekształcać nazwę. Pierwsze miasto za granicą mongolską to kurczę, człowiek ma wrażenie, jakby był w stolicy Mongolii od razu. A to jest jakaś wiocha prawie, że tam nagle autostrada, trzy paski, w tym jeden dla skuterów, jakieś wielkie budynki, takie naprawdę monumentalne w porównaniu z jedną ścieżką, która leciała do granicy z Mongolii. Nagle taka różnica w ogóle nie pasuje. Takie dość zabawne. To takie rzeczy czasami się obserwuje. Na przykład Bułgaria i Rumunia jak się przekracza, Bułgaria jest wiadomo biedniejsza od Rumunii, więc tam jest taka różnica. Oprócz tego nie ma wielkich różnic. Tam jakieś psy biegają wszędzie to tak. A tam różnica taka, że od strony rumuńskiej są światła.
Przynajmniej wtedy, kiedy ja tam byłem dwa razy tak się zdarzyło. A od strony bułgarskiej nie ma światła. Są wyłączone, bo oszczędzają pieniądze. Taka jedna różnica, że tu się świeci, a tam jest ciemno. Tutaj jakaś mała dróżka, jakaś wioseczka po drugiej stronie. W sumie wioska to małe miasto, a takie monumentalne, z jakimś parkiem w środku. Tutaj jakaś droga, trzy paski w jedną stronę, trzy w drugą. To takie pierwsze rzeczy. Od razu się widzi tą skalę taką.
[01:06:05] - Panie Ludwiku, ja mam takie pytanie dosyć tego. Otóż jak pan skomentuje taki tekst pewnego mojego znajomego, przyjaciela nawet prawie, polityka polskiego, ale takiego, który dużo wędruje po świecie, również ze względów politycznych, który mi kiedyś powiedział-
[01:06:29] - Chyba wiem który.
[01:06:30] - Nie, nie, raczej nie, bo ja nie użyję tego jego imienia. W każdym bądź razie on powiedział, że Wiktor świat jest absolutnie inny niż to wygląda w telewizji.
[01:06:48] - Zasadniczo świat wygląda... Oczywiście skomentować. Na pewno telewizje budowane są albo na sensacji, albo na przekazie propagandowym. A jeśli nie? A jeśli już nawet nie to, to są budowane tak jak książka w najlepszym wypadku, chociaż prawie nigdy. Czyli zbiera się tą śmietankę. Ja nie opisuję za bardzo o tym, chociaż gdzieś tam się zdarzyło, bo to było śmieszne to pisałem, że biegłem do toalety, prawda? To są elementy życia, o których nie pamiętamy, które są codziennie. Zbieramy tylko te ciekawe elementy i na tym się skupiamy. W najlepszym przypadku telewizja jest taka jak książka, ale dużo częściej jest też czy nośnikiem propagandowym, czy komercyjnym, czy jakoś w tym kierunku.
Albo budowana na sensacji, bo to się sprzedaje. Co się pokaże w telewizji chińskiej na przykład? Pokaże się super aleja, jak ta droga wylotowa z miasta. Na samym początku trzy paski, skuterki jadą, wszystko czysto. I jakiś żywopłocik przycięty idealnie, bo to jest aleja ważna dla miasta i wygląda super. Ale żeby tam dojść, to trzeba było z jakiegoś rynku czy jakiegoś miejsca jednego wyglądającego świetnie przejść skrótem. Przeszliśmy po prostu, bo na mapie ten. Między jakimś blokiem i okazało się, że tam są jakieś kontenery, gdzie ludzie na jakimś klepisku może nie jedzą ze śmietnika, ale tego typu obrazki. Smutno, ciemno, brzydko, ludzie źle ubrani. A dosłownie 100 metrów dalej z jednej strony jest to centrum z tymi sklepami, po drugiej stronie jakaś super aleja, a gdzieś pomiędzy mały zaułek, gdzie idziemy.
Tam jest klepisko, jakaś kostka, tutaj ludzie w kontenerze jakimś brudnym mieszkają. I co pokaże telewizja albo oficjalny przekaz? Pokaże raczej to, co fajnie wygląda. I ja się nie dziwię zupełnie, bo każda osoba, która podróżowała prawie, czytałem trochę książek albo jakichś opinii, postów, w Afryce była albo w Azji, w wielu miejscach, Indie, cokolwiek. Ogólnie we wszystkich biednych krajach to pierwsze skojarzenie, jakie człowiek ma i jak ktoś ma inne, to mu nie wierzę. To jest to, że tam jest brudno, wszędzie jest potwornie brudno, wszędzie leżą śmieci. Ja byłem w Indonezji. Nie jest aż tak źle, ogólnie w porównaniu do Polski jest brudno. A w Polsce jest brudno w porównaniu do na przykład Japonii, gdzie jest bardzo czysto. To jest też tak.
I pytanie, czy my chcemy pisać, opisywać, robić zdjęcia tego, co jest brzydkie, tego, co jest gorsze? Nie, prawda?
[01:09:32] - À propos zdjęć, jeśli się pojawiały jakieś zarzuty odnośnie książki, to właśnie takie, że w niej nie było zdjęć. I to było powtarzane. Natomiast czy to była kwestia techniczna wydawcy, czy świadomie pan z tego zrezygnował?
[01:09:56] - Ogólnie na pewno tutaj wydawnictwo. To są normalnie koszty dla wydawcy.
[01:10:02] - Oczywiście.
[01:10:03] - Dużo kosztują i to ma znaczenie. Natomiast ja, chodzi o moją podróż, ja się skupiłem na tym. Ale był też pewien problem, ja nie miałem aż tylu fantastycznych zdjęć. Wiadomo, znalazłoby się trochę zdjęć, żeby wrzucić, ale ja nie byłem fotografem, który jedzie z Canonem oraz z rozkładanym statywem. Są tacy ludzie, którzy to robią nawet autostopem. Spotkałem. Ja miałem taki plan, że kupiłem sobie taką, ale niestety bardzo tanią. Przypominam, ja jestem z Krakowa, więc to jest ta kwestia. Ja kupiłem takie tanie GoPro, które przetrwało całą podróż mniej więcej, ale nie robiło na jakiś prosty filmik zwłaszcza. Już teraz on by był troszkę może...
Tam jakość była 720, więc to na tamte czasy było okej, a teraz już jest taka dość słaba, prawdę mówiąc. Ja nie miałem aparatu. Ja przyznam, ja nawet nie miałem telefonu w całej podróży. Miałem jeden telefon, którego nie używałem, taki rezerwowy i to nie był smartfon nawet. Proszę sobie wyobrazić. To jest też ciekawe. Smartfon jest bardzo przydatny, bo tam można mieć tłumacza, można mieć mapę offline i dużo innych aplikacji. Tylko mój kompan miał smartfona. Był moment, że się ten smartfon zepsuł na sekundkę troszeczkę. Na szczęście tylko trochę.
To jest problem, zwłaszcza w Chinach, bo gdzie indziej byśmy sobie poradzili. Więc ja skupiłem się na tym, żeby napisać posty na moją Ludwiką Tour się nazywa, taki fanpage mam, prowadziłem i żeby zbierać tam notatki na książkę i żeby zrobić trochę nagrań, jakichś ujęć prostych w paru miejscach, żeby dało się zmontować filmik. To był mój cel i ten filmik jest. Można go oglądnąć. Jest zabawny, trwa sześć, siedem minut. „Kierunek: Kitaj”, tak jak książka, jest na YouTube. Polecam. Przezabawny. Udało się zrobić. Natomiast tak się wydaje, ale te rzeczy zajmują czas.
Trzeba siąść gdzieś tam w nocy, napisać parę zdań, co się danego dnia działo, nawet parę zdań o jakimś człowieku, który ciekawie wyglądał. Bo jak nie, to te rzeczy uciekną. Już nie będzie o czym napisać w książce. Żeby nakręcić, zwłaszcza jak się tego nie umie robić i robi się to pierwszy raz, żeby przygotować materiał na minutę filmiku, trzeba nakręcić czasami 10 minut. Więc to też nie jest takie proste, żeby w dobrym momencie wyjąć. Trzeba gdzieś się zatrzymać. Więc to jest cały czas takie lekkie obciążenie, że coś trzeba robić podczas podróży i to zabiera tą energię takiej spontanicznej radości. I teraz jeśli do tego trzeba robić dobre zdjęcia, czyli jakieś statywy rozkładać, myśleć na przykład, że mam już fajne zdjęcia w tym kraju, mam tyle i tyle dobrych zdjęć, a tu akurat nie mam żadnego zdjęcia ze zwierzęciem albo z ludźmi, z twarzy ludzi, bo też takie zdjęcia się robi. To jest dużo pracy. Dołożyć do tego jeszcze to, to by z tego była regularna praca i też ciężko to robić.
Jeśli ktoś tutaj może śledził, ogląda jakieś kanały YouTube podróżników, którzy się z tego utrzymują, to ja im przyznam, przynajmniej części z nich głęboko współczuję. Bo jeśli oni muszą podczas podróży zbierać materiał, opisywać coś, publikować jakieś informacje, posty, kontaktować się ze swoją grupą docelową, z rodziną, do tego przygotowywać takie rzeczy biurokratyczne typu kupowanie biletów, noclegi, kontakty z jakąś instytucją, sponsorzy. To jest strasznie dużo roboty i to wszystko w podróży w złych warunkach, na jakimś laptopie, który się rozpada, na kolanach, który się trzyma. To jest dużo. I teraz jest problem taki, jak to wypośrodkować, żeby mieć tą spontaniczną radość i zrobić wszystko z życia. Przecież weźmy taką aktywność człowieka jak uprawianie miłości. Jeśli do uprawiania miłości dodawać te wszystkie elementy, to by już nie działało. Tam musi być pewna wolność i spontaniczność. Jak do podróży się dało aż tyle obowiązków, to z tego już nie było żadnej radości.
[01:14:30] - Coś jest w tym, co pan mówi, bo trzeba też podkreślić, że książka jest napisana niezwykle barwnie, więc coś za coś. Może nie ma zdjęć, ale książkę, i to też z kolei wielu czytelników podkreśla, tę książkę się czyta, ona się po prostu czyta. I rzeczywiście człowiek ma momentami wrażenie, że to pisał taki rasowy podróżnik. Bardzo ciekawe rzeczy pan wyciąga z tej podróży. I to jest zasadnicza zaleta. Myślę, że trudno o lepszą pochwałę dla książki podróżniczej niż to, co przed chwilą powiedziałem, ale może ktoś jeszcze jakąś lepszą pochwałę wygłosi. Natomiast ja chciałbym pociągnąć ten wątek, bo już pan wjechał do Chin. Był pan w pierwszym miasteczku, ale ja sobie to tak wyobrażam, że im dalej się pan zagłębiał w ten kraj, o którym niektórzy mówią, że to już nie jest kraj, to jest właściwie osobny kontynent w ramach Azji, że było coraz dziwniej. I pytanie, czy pan to potwierdza? Czy rzeczywiście było coraz dziwniej?
Słowo „dziwniej” rozumiane w ten sposób, że coraz dalej panu było do pewnych zwyczajów, do pewnych zachowań i tak dalej.
[01:15:54] - Na pewno. Takie proste rzeczy. Jak się w języku polskim pokazuje jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem? Na palcach ręki, prawda?
[01:16:04] - No jasne.
[01:16:06] - Właśnie nie. To się wydaje logiczne, bo to taka wyliczanka dla dzieci, to jest ilość tych paluszków. Ale dzieci też niekoniecznie tak wyliczają po palcach. Jak się nauczą, to tak, a jak nie, to mogą inaczej machać. I w Chinach nie tak się wylicza jeden, dwa, trzy. Jeden, dwa, bo jest tak samo, ale już trzy to się jakoś dotyka, czy palce jeden łączy z drugim. Inaczej zupełnie. Więc nawet takie gesty są inne. Oczywiście tej egzotyki jest dużo. Trochę jest pytanie bardziej takie, czy to jest więcej im dalej.
Sam wjazd do Chin, od razu ten panopticon na granicy, potem to małe miasteczko przy granicy jak jakaś aglomeracja gigantyczna. Więc już od samego początku było to wejście do innego świata. Rzeczywiście, jak w Mongolii jeszcze można było próbować po rosyjsku, można było próbować po angielsku. Niby dało się, a po chińsku nie. Też ciężej napisać te napisy, bo akurat Mongołowie mają swój alfabet. To jest też ciekawe. Mongołowie mają swój alfabet, który się używa tylko w Chinach. I w ogóle więcej Mongołów żyje w Chinach niż w Mongolii. To też inna sprawa. A Mongolia przyjęła wersję cyrylicy, alfabetu wschodniego.
Tego, co Rosjanie. To chyba sowieckie czasy, wydaje mi się. A ich alfabet przetrwał jako relikt i on nawet na znakach jest w tej prowincji chińskiej, która się nazywa Mongolia Wewnętrzna chyba. O ile w Mongolii jeszcze się da, choćby można przeczytać nazwę miejscowości, jak się człowiek bardzo postara i nie jest bardzo długa, to już w Chinach się nawet nie da się przeczytać nazwy miejscowości, bo nikt tego nie zrozumie. Albo się nie da, bo jak się przeczyta jakąś wersję angielską z mapy, to się tego nie umie wymówić i miejscowy tego nie zrozumie, a w języku chińskim to tym bardziej się nie przeczyta, bo domek, daszek, dwie kreski. To są tego typu kwestie. Tam już cały czas ta dziwność z nami pozostaje, tylko trzeba się nią bawić, nie stresować się. Akurat my się nie stresowaliśmy. To było dla nas świetne, że aż do końca, przez miesiąc w zasadzie cały czas czuliśmy się, jakbyśmy doświadczali nowych rzeczy. Każda wizyta w sklepie była jednak dość zabawna.
Tam zawsze jakieś nowe produkty, jakieś gigantyczne półki z sosami sojowymi. Takie śmieszne rzeczy, które cieszą. Więc nie wiem, czy dalej tym dziwnie. Po prostu wchodzimy w inny świat i akceptujemy, że jest inaczej, że tak musi być. Tutaj to robią w ten sposób. Też się da.
[01:18:49] - Ja jak słucham pana, to tak straszną nostalgię w sobie budzę, bo to jest takie coś, co zawsze najbardziej mnie pasowało, kiedy byłem młodym człowiekiem, czyli pasja. Z pasji się pisze, z pasji się wędruje, z pasją się kocha. Pasja jest rzeczą niezbędną do tego, żeby coś było dynamiczne, barwne, żeby to wszystko w ruchu. Z latami to wszystko zdycha i zostaje skorupa. Natomiast jak pan to mówi, to bardzo się cieszę. No cóż, po mnie jest pan, a po panu będą inni też z pasją prawdopodobnie.
[01:19:48] - Nas po prostu zjada życie, bo robimy pewne rzeczy, bo ciężko ich nie robić i przyzwyczajamy się. Wchodzimy w pewne rytuały. Jesteśmy w nich zazwyczaj dosyć dobrzy, bo robimy je wiele razy i już nas to nie wzrusza. Idąc w parku nie zastanawiamy się, jak niesłychanie wysokie są te drzewa i dlaczego liście są zielone, a nie migają na niebiesko, prawda? A to pytanie można zadać. Wystarczy mieć na przykład w moim wypadku trzydzieści parę lat mniej albo oczywiście zażyć jakieś dziwne substancje.
[01:20:27] - Zawsze jest jakaś droga. Panowie, tak trochę o poezji. A ja mam bardzo praktyczne pytanie. Jedzenie. Kuchnia chińska przez jednych jest wychwalana, przez innych z kolei bywa przynajmniej stawiana w wątpliwość. Przypomnę ten sławny dowcip, który ja już tu nieraz przytaczałem o tym, że pewien człowiek nie mógł się w Chinach odnaleźć, jeśli chodzi o jedzenie, bo oni tam praktycznie wszystko jedzą. W związku z tym nie mógł się przełamać, żeby pewne rzeczy zjadać. I w pewnym momencie ucieszył się, bo zobaczył rosół. To szybko go zamówił i zaczął.
[01:21:11] - Czy rosół szczekał? Przepraszam bardzo.
[01:21:13] - Rosół nie szczekał, ale historia była taka, że ten rosół, jak on go już zjadł mniej więcej w połowie, już jak był nasycony, to zaczął się temu rosołkowi przyglądać i zauważył, że każdy makaronik ma parę takich czarnych oczek. I przestał jeść rosół. Nawiązując do tego zapytam właśnie o jedzenie. Jak tam było z jedzeniem w Chinach? Jak pan to przeżył i czy w ogóle to był jakiś problem?
[01:21:48] - Podróżnicy nie mają problemów, raczej mają tylko przygody. Myślę, że to jest dobre podsumowanie, ale u nas była sytuacja taka, że zasadniczo były fragmenty drogi takie, gdzie chcieliśmy szybciej podróżować, to byliśmy na autostradzie. Niestety ciężko, jak się z autostrady zjedzie do miasta, to dla autostopowicza wyjść z dużego miasta w Chinach naprawdę, jak ktoś nie wierzy, to można sprawdzić w Google. Chiny mają całkiem duże te miasta, więc jak się już wjedzie do miasta i nie wiadomo jak z niego wyjść, to jest duży problem. Więc były fragmenty, gdzie kilka dni byliśmy pod rząd na autostradach poza miastami, to my tam mieliśmy naszykowane jakieś takie zupki chińskie, bo oni faktycznie Chińczycy jedzą zupki chińskie, tylko one są często w takich plastikowych, wielkich kubkach wystających naprawdę dużych, 20 centymetrów czy tam 15. I też nawet widzieliśmy, jak to Chińczycy jedzą. Do tego mieliśmy jakieś takie dziwne paryweczki, bo to były najtańsze rzeczy i do tego owoce oczywiście. Jakieś tam różne rzeczy łączyliśmy bardziej fast foodowo powiedziałbym. Więc jeśli nie zaskoczyłem nikogo chyba tutaj albo właśnie zaskoczyłem tym, że takie jedzenie proste. Oczywiście w Chinach jest fajne to, że tam się da jeść w restauracjach i tam zwykli ludzie jedzą w restauracjach regularnie, bo to jest tanie.
Nawet dla Chińczyka jest to wydatek, który można ponieść. Wyobraźmy sobie, że człowiek tutaj w dużym mieście chce jeść codziennie w restauracji obiad. To powiedzmy 40 złotych razy 20, 30, to z tego się robi za duża suma po prostu. Tak się nie da. Przynajmniej mało kto sobie na to może pozwolić. A w Chinach jest to dość proste. Można jedzenie mieć za cztery złote. Chińczycy zarabiają pewnie dwa razy mniej średnio, ale to dalej jest ta suma, którą spokojnie można przeskoczyć. Nam się zdarzało zamówić w jakiejś restauracji, ale też był problem, mówię o takich tanich jadłodajni za parę złotych. Problem jest taki, że jest taka tablica i pytanie tylko polega, jest tablica ze znaczkami i pytanie, czy przy znaczkach są jakieś obrazki?
Bo jak to jest tylko tablica ze znaczkami, to my nie wiemy, czy zamawiamy zupę, czy herbatę. A to jest duża różnica, bo herbatą ciężko się najeść. Więc tak to wygląda. Dlatego woleliśmy trochę w sklepach nakupować rzeczy, bo tam widzieliśmy zazwyczaj, co to jest. Chociaż jest dość duża mania w ogóle w Azji i też w tej bardziej zachodniej ideologii czy bardziej uzachodniony świat, czyli Korea i Japonia. Tam straszne, zwłaszcza chyba w Japonii najbardziej, bardzo duże jest nastawienie takie marketingowe na opakowania, na te błyszczące kolory, więc czasami były jakieś opakowania. Kupiliśmy raz takie dziwne, fajnie wyglądało. W środku były jakieś sosy. Nie dało się tego jeść w ogóle. Czasami były zapakowane, nie było wiadomo, co w środku, ale zazwyczaj wiadomo, że to będą kluski, to będzie coś tam innego, to jakieś kurze łapki.
Tylko tam nie jedzą chleba znowu, więc nie zrobi się konserwy z chlebem. To taki prosty pokarm podróżnika na czarną godzinę. Jakiś kawałek chleba i suchar i konserwa, bo konserwę to jeszcze by się znalazło, chociaż jakieś tam kupiliśmy, ale niezbyt często. Ale już chleba nie. Tam się nie je chleba za bardzo. Tam w ogóle mało pszenicy. Pszenica sprowadzana z Iranu z tego, co wiem głównie. Pieczywo jest droższe dużo i mało popularne, więc się tego nie je. A z drugiej strony ryżu nie zrobimy takiego instant, bo za długo się gotuje. A za to w wielu miejscach, na stacjach benzynowych na przykład, ale też uwaga w hipermarketach są dystrybutory wrzątku, więc można zalać sobie zupkę chińską raz, dwa i gotowe.
Ale teraz nie było aż tak źle. Zdarzało nam się być w restauracjach i zwłaszcza w południowych Chinach. Byliśmy w restauracjach trzy, cztery razy pod rząd. Dlaczego? I się tak najedliśmy, że to był jeden posiłek dziennie, bo nas zapraszali ludzie, kierowcy jacyś, żeby zrobić sobie zdjęcia. Nie pogadaliśmy zbyt dużo, ale porobić zdjęcia, pośmiać się razem. A dlaczego nas zapraszali? Z gościnności. Ale uwaga! Mieliśmy taką karteczkę, gdzie było napisane, co my robimy i mi ją napisał kolega Chińczyk tutaj w Polsce.
Ale my tą kartkę zgubiliśmy bardzo szybko i miałem kopię. Kopię zgubiliśmy tydzień później. Pierwszą zgubiliśmy chyba drugiego dnia, a drugą niewiele potem, więc nie mieliśmy tej kartki już. I my tam coś napisaliśmy z translatora Google. Ja mówię o sobie cały czas, ale jechałem z kolegą. Kolega kompan, tak dobrze zorganizowany inżynier miał smartfona, miał tam tłumacza. I takimi bardzo krótkimi zdaniami angielski, mandaryński tłumaczył właśnie, żeby napisać na kartce, że jesteśmy podróżnikami, że jesteśmy z Polski, że zwiedzamy Chiny, ale napisał tam, że podróżujemy bez pieniędzy. Coś tego typu. Dokładnie już nie wiem, co tam napisał, bo nie mogłem za bardzo odczytać, bo mój chiński jest tak samo zaawansowany przed podróżą jak po. Dopisał tam coś typu, że nie mamy dużo pieniędzy, więc ludzie parę razy nam dali pieniądze.
Może trzy, cztery razy, ale za to trochę częściej zapraszali nas na obiad. Zwłaszcza w południowych Chinach. Nie wiem, czy przez tą karteczkę, czy po prostu z jakichś innych względów, ale właśnie w południowych Chinach, jak bardziej już kończyliśmy podróż po Chinach, niż zaczynaliśmy, to nas zapraszali. I naprawdę to były takie uczty, bo to nie była taka restauracja, jak byśmy poszli tutaj u nas. Często bardzo restauracje i jeśli to nie są jadłodajnie, mają taką zasadę, że tych dań jest bardzo wiele. Na jednym półmisku jest pół sałatki, na drugim drugie pół, na trzecim jest mięso, na czwartym są jakieś koreczki z czymś tam. My byliśmy w kilku różnych restauracjach, byliśmy w hotelowych restauracjach, byliśmy w jadłodajni, byliśmy w jakichś takich miejskich. Bardzo wiele zobaczyliśmy tych restauracji, pewnie z 20 różnych i różne klasy tego, ale już te takie niepodstawowe jadłodajnie wszystkie miały takie dania podawane, że można sobie nabierać. Więc to jest bardzo ciekawe. My zawsze zjadaliśmy tego dużo i to był sposób, jak się karmiliśmy w Chinach.
Ale ja nawet nie wiedziałem, co ja jadłem do końca często. Nie zawsze znałem nazwy tego wszystkiego, więc tak to wyglądało.
[01:29:01] - Ale smaczne to było?
[01:29:05] - Lepsze niż kluski codziennie na pewno. Ja raczej nie wybrzydzam, więc mi smakuje. Jeśli się nie mylę południowe Chiny chyba tam było dość pikantnie. Teraz nie wiem, czy południowe, czy północne, bo też nie ma czegoś jak kuchnia chińska. To się różni. Na pewno to, co było, ale to bardziej na północy było takie więcej tego, jak pamiętam. I to bułeczki też jedliśmy dosyć często, bo sobie kupiliśmy tego tyle nam zgniło w plecakach pamiętam. Takie te bułeczki na parze, nie na parze. Tam dwa rodzaje były baozy i jakieś dziaodzy już troszkę nazwy mylę. To są takie chlebopodobne rzeczy, więc dla nas to było bliskie.
Jedno było takie troszkę jak pieróg bardziej, drugie bardziej jak bułka po prostu z jakimś farszem. To też jedliśmy i to było dosyć popularne. Po prostu taka właśnie przekąska. Bardziej taka przystawka to była często. Zresztą na pewno w Polsce widziałem teraz tego siebie sporo. Jest takich dużo azjatyckich, chińskich kuchni albo właśnie azjatyckich stricte z tymi pierożkami na parze. W którejś z tych wersji to jest dość popularne. I to my jedliśmy też tak. Więc tak to wyglądało, jak chodzi o pokarm. I to jest ciekawe, bo jak jechaliśmy przez Rosję, to jedliśmy konserwy i chleb głównie, nie tylko.
Czasami coś innego, ale najczęściej. I mieliśmy wspólnie to jedliśmy ja z moim kompanem, ale jak wjechaliśmy do Chin czy tam w Mongolii, to się rozdzieliliśmy i to była dobra decyzja, bo ja ważę bardziej 60 kilo, a mój kompan bardziej 100, więc jakbyśmy się dzielili, to kompan byłby stratny. A ciężko dzielić się też oczywiście miskami klusek, bo to tak nie działa. Więc tak wyglądało to z jedzeniem. Ale ponieważ nam ci ludzie stawiali to jedzenie, a ogólnie jedzenie jest tanie i my dość mało chodziliśmy do jakichś zabytków. Tam byliśmy na Murze Chińskim, to trochę kosztowało, ale dostaliśmy parę razy jakieś pieniądze. Same te pieniądze, które my wydawaliśmy na bieżąco w Chinach, to bardzo niedużo było prawie zero, bo bardzo mało wydaliśmy akurat i jakieś drobne pieniądze dostaliśmy i to się prawie zrównoważyło. Byliśmy w hotelu, nocowaliśmy nawet dwie albo trzy noce. Trzy noce tak. Trzy noce w hotelu nocowaliśmy.
Uwaga, dlaczego ja się nie bałem chińskiej policji w Pekinie? Bo słyszałem, że chińska policja bywa różna, ale bywa gościnna. I nam się zdarzyło wcześniej, że nam chińska policja zagwarantowała nocleg. Gdzie indziej. Liczyłem na to, że może będzie akurat życzliwa dla podróżników. Okazało się, że akurat w Pekinie to wyglądało inaczej. Jeszcze przyszła mi taka myśl, dlaczego się różnią Chiny Południowe od Północnych. To było już przy Marco Polo wspomniane, że Chiny ogólnie kulturowo czy regionami, tam jest wiele regionów, ale największy podział z wszystkich to jest podział historycznie na północ i południe, bo kiedyś stolicą było inne miasto na południu. Tam była rewolucja Tajpingów, a z północy teraz Pekin. Ostatnia dynastia była dynastia mandżurska, która przyjechała z terenów dzisiejszego Władywostoku.
Są te różnice, Chiny się różnią mocno i albo się dzieli na bogate wybrzeże i biedny zachód, albo kulturowo na południe i północ, bo to zawsze były rywalizujące ośrodki z sobą. Chyba Nanking i Peking.
[01:33:14] - Ja chciałem podłączyć się do tych noclegów, bo jak to wyglądało w Chinach? Wspomniał pan o policji. Mnie jako Europejczykowi, który do Chin się nawet nie zbliżył za bardzo, to jednak mam bardzo proste pojęcie, że Chiny to jednak kraj w jakiś sposób policyjny, totalna inwigilacja i tak dalej. Tu już nie będę opowiadał, bo każdy mniej więcej sobie jest w stanie to wyobrazić, co w tej chwili w mojej głowie siedzi. Właśnie pod tym kątem chciałem zapytać o te noclegi. Jak to w takim kraju wygląda? Czy można wszędzie, gdzie się chce, czy to jest nieco bardziej skomplikowane?
[01:34:03] - Wiadomo, gdy jest się na prowincji, to można co się chce robić, tak jak wszędzie. Im mniej ludny teren, tym wszystko jest spokojniejsze, a im bardziej w centrum miasta, tym jest to trudniejsze. Ja mogę powiedzieć, gdzie nocowaliśmy. Pierwsze noclegi, które mi przychodzą, to jedno nocowaliśmy przy historycznym murze w Xi'an. Tam nas obudził jakiś człowiek o szóstej nad ranem, jakiś strażnik. W tym samym mieście nocowaliśmy potem na dachu wieżowca. Jeszcze łaziliśmy po tym dachu wieżowca, trochę się tego bałem tak na samej granicy chodzić. Tam nocowaliśmy i jeszcze nocowaliśmy w tym samym mieście, niedaleko obok w parku, takim olbrzymim parku, gdzie nie wolno było nocować. I nawet strażnicy biegali za nami, ale nie wiedzieli, gdzie mam namiot. Namiot mieliśmy w kąciku z bambusami, zupełnie ukryty.
A to był gigantyczny park, który był zamykany na noc i tam się ukryliśmy. Strażnicy gdzieś nas szukali, to pamiętam, bo ja tam odprowadzałem koleżankę Chinkę, która nam towarzyszyła akurat tego wieczoru. Jedyna osoba z Chin przez miesiąc ponad, która się z nami spotkała na couchsurfingu. To była jedna jedyna Chinka w Xi'an, która tam z nami spędziła. Spędziliśmy ze dwa wieczory i chwilę. Jakie jeszcze inne noclegi w Chinach? Dobre pytanie. Pomyślę. Gdy byliśmy na autostradzie, to gdzieś tam na uboczu zawsze się dało znaleźć jakieś miejsce. W Shenzhen nocowaliśmy u naszej koleżanki Saszy, Rosjanki.
Nocowaliśmy trzy razy w hotelu, bo nas zaprosili raz bogaci bliźniacy biznesmeni, raz policja i raz menedżer restauracji nam dał też pokój. Z tego typu noclegi różne. Kiedyś rozbiliśmy namiot też i to w dużym mieście akurat, ale na takim deptaku, na bulwarze powiedzmy, przy rzece, dość blisko centrum. Nie było problemu, tylko tak musieliśmy się rozbić. Baliśmy się tego, że ludzie będą chodzić obok, nadepną nam na głowę czy coś takiego. Ale tam ogólnie już tak dużo ludzi nie bawi się o dziesiątej w nocy, więc nie było problemu. W Pekinie na przykład nocowaliśmy tylko jedną noc. W ogóle byliśmy w Pekinie. Krótko, wyjechaliśmy na wylotówkę ostatnim metrem i spaliśmy, bo tam cała dzielnica była wyburzana i była taka postapokaliptyczna dzielnica, gdzie tylko fronty budynków były. I tam nocowaliśmy w takim brudowisku.
Było bardzo gorąco. Było tak gorąco, że nikt nie mógł spać prawie w ogóle. Szukaliśmy miejsc zależnie od możliwości i sytuacji. To jest spontan. Mieliśmy namiot, w Chinach było ciepło tam, gdzie byliśmy, więc to było o tyle wygodne. Natomiast oczywiście centra dużych miast są problematyczne, bo nie można po prostu i tyle.
[01:37:29] - To ja to skomentuję. Niestety my żyjemy w centrum naszej zachodniej cywilizacji i tu już niewiele można.
[01:37:40] - Czy ja wiem? Nie. W Polsce na przykład Kraków ma dość mało zieleni, ale mamy takie parki dwa w centrum w miarę i myślę, że gdybym tam rozbił namiot, nie mógłbym go rozbić w ciągu dnia, bo ktoś by się do mnie przyczepił. Jakbym rozbił w nocy Jak było się ściemniło, to myślę, że okej. Ja też spałem na przykład jak byłem w Budapeszcie pod samym zamkiem. Tam jakiś zielony teren, rozbiłem namiot, nie było problemu. Więc jak najbardziej się da. Bo wrażenie w Chinach jest takie, że to jest państwo kontrolowane mocno. Jest bardzo dużo ochrony w wielu miejscach. Jest sporo policjantów.
Żeby używać internetu trzeba mieć VPN, bo są zablokowane większość słów. Nie ma w ogóle aplikacji zachodnich praktycznie też. Chińczycy nie mogą za bardzo tego używać, a te lokalne są bardzo mocno filtrowane. Każda grupa, która ma powyżej parudziesięciu osób, automatycznie ma włączone boty, które filtrują treści. Takie odczucie jest. Tam jest też drugie odczucie. Tylko pamiętajmy, że to było parę lat temu. Takie rzeczy się mogą zmieniać przez parę lat. Widać było, że państwo ma pewne nadwyżki finansowe, które pozwalają na zatrudnianie ludzi w takich mało przydatnych pracach. To byli właśnie ci ochroniarze, których było naprawdę dużo w różnych miejscach i oni spali gdzieś w kącie albo siedzieli na telefonie i nie wyglądali tak, żeby mogli przed czymkolwiek kogokolwiek ochronić.
[01:39:32] - Ale byli.
[01:39:34] - Ale byli. Ogrodników było bardzo dużo takich, którzy dbali o zieleń przy autostradzie na przykład, która nie jest taka ważna. Tam też spaliśmy przy jakichś takich parkach przy autostradzie raz czy drugi. Super wygląda zieleń jak jedziemy przy autostradzie wyjeżdżając z miasta jakoś fantastycznie, ale tam dosłownie miałem wrażenie, że prawie że z pinniczkiem do paznokci ktoś przycina tą trawkę. Widzieliśmy tych ludzi jak pracują i to były zespoły 15-osobowe, które siedziały gdzieś i dopieszczały po prostu jakiś żywopłocik. Takich ludzi było bardzo dużo i takie wrażenie miałem, że naprawdę dużo takiej pracy prostej dla ludzi powstało po to, żeby ludzie mieli zajęcie, a nie po to, żeby coś dodawało.
[01:40:27] - Jeszcze à propos Chin chciałem zapytać, bo znowu to w ramach walki z pewnymi stereotypami, bo do Europy docierają te informacje, które do Europy mają dotrzeć. Wielkich, nowoczesnych Chin, które są stechnicyzowane i tak dalej. Chciałbym o to zapytać, na ile te Chiny wyglądają tak jak w tych przekazach telewizyjnych, że one są nieustannie i praktycznie zawsze nowoczesne w każdym miejscu. Ja wiem, że to jest mit, ale chciałbym od pana jakiś taki obrazek uzyskać. Czy to rzeczywiście jest nieustające pasmo takiego techu, który właściwie ciągnie się przez całe państwo, czy też jest bardzo podobnie, że gdzieś tu są wielkie wieżowce, wielkie inwestycje, a pomiędzy tym bieda, kontenery, jakaś rzeczywistość, która skrzeczy. Ale tak jakby podsumować to. Chiny są takim wielkim, nowoczesnym, niezwykłym krajem, czy też to jest taki kraj pełen kontrastów? To pytanie z tezą.
[01:41:39] - Z tezą, ciężko temu zaprzeczyć. Niewątpliwie też wydaje mi się wszystkie państwa, które są bogate, bogactwo nigdzie się nie dystrybuuje po równo, tak się nie da. Im większe bogactwo, tym widać te sprzeczności. Jak najbardziej. Widać było takie też wielkie inwestycje. W jednym z północnych miast wjeżdżamy, a tam taka dzielnica bloków pustych, która czeka na ludzi, którzy przyjadą gdzieś z prowincji, żeby tam żyć i pracować. Też to się na pewno widziało. Sinciang chyba jest najbiedniejszy i w ogóle taki bardzo smutny rejon. To będzie prowincja, mogę nawet znaleźć na internecie. To jest prowincja na północy i tam przyznam mi to trochę przypominało jakieś tereny może bardziej jak Turcja na przykład czy Rumunia.
To było mniejsze miasto i tam wędrowaliśmy i było brudno trochę i już była cała dzielnica. Było to mniejsze miasto. Była dzielnica jakaś motorowa, techniczna i tam widać było warsztat za warsztatem skuterów i motorów, bo tam wszyscy na motorach jeździli, bo nie było metra. I korzystali z tego, bo gdzieś drogi dalej były gorsze i oszczędzali na paliwie. Gdzieś dalej było centrum, gdzie były jakieś restauracje. Było tak wyzielone. Trochę tak jak w Afryce czy gdzieś. Czuło się ten smar, że na ulicy leży tak w ten sposób. Natomiast drugą rzecz, którą widzieliśmy na przykład, to będzie raptem siedem lat, to nawet już kupę czasu temu. Technologia zmienia się szybko, a tam ludzie już wtedy mieli smartfony.
Naprawdę większość ludzi, którzy nas wiozła, miała dobry sprzęt. I też mnie zastanawiało, jaka technologia musiała zostać stworzona, żeby dało się chińskie znaki w ogóle rozumieć, tłumaczyć i wykorzystywać. Bo sprawa jest dużo- Trudniejsza niż z naszym alfabetem, bo niemalże nie ma analfabetów, każda osoba zna literki, nawet małe dziecko. A w Chinach nie ma osoby, która zna wszystkie znaki. Więc sposoby wyszukiwania. Niektórzy widziałem mieli taką aplikację, która pozwalała im rysować palcem jak rysikiem i to potem im sczytywało to do znaku. Rysowali palcem i to im odczytywało, który to jest znak, żeby było szybciej. Bo nie da się tego przypisać w telefonie do przycisku, bo tych sylab jest 20 tysięcy na przykład. Jeśli byśmy przypisali do jednego klawisza, to byśmy mieli ile? Ileś tysięcy znaków.
Ciężko by było, prawda? Więc różne sposoby, technologie jak to zrobić. Czy na przykład mówione było. Bardzo wiele różnych technologii widziałem. Był też taki słownik T9, że pisali jakiś kawałek z tych znaków i im to pasowało. Potem wybierali z listy siedmiu znaków ten, który chcieli. Różne technologie widać było, jakie musiały powstać, żeby ten język dało się w jakiś sposób w ogóle wpisać. Bardzo ciekawe. To już było parę lat temu, a technologia się rozwija szybko, więc tam technologia stoi dobrze. Tylko znowu duże różnice między ludźmi.
Autostrady są tam płatne. Przeciętna osoba zarabia jednak sporo mniej niż w Polsce cały czas, a autostrady kosztują więcej. Osoba, która jeździ autem po prostu jest zamożna bardzo. I tak to wygląda mniej więcej z tego, co obserwowaliśmy. Tak jak mówię, nam się nie udało. I to jest właśnie ten problem, że warto mieć przyjaciela Chińczyka, bo on opisze, pokaże, pójdzie. Takiego, który zna lepiej angielski czy jakiś tam inny język, w którym się możemy porozumieć. A jeśli nie, to ta nić porozumienia jest po prostu słaba. Tak jak mówię, mieliśmy jedną postać tak naprawdę, jedną Chinkę, przez Couchsurfing mieliśmy na nią namiar i z nią chwilę czasu spędziliśmy. A tak to z żadnym Chińczykiem nie spędziliśmy więcej czasu, jakichś dłuższych rozmów.
Był Chińczyk, który znał Kraków na przykład i mówił po angielsku. Z nim pojechaliśmy kawałek, ale stworzenie tej więzi nie jest łatwe i ogólnie to jest też pewien problem, który mają te kraje Dalekiego Wschodu. Nie bez powodu są nazywane rasistowskimi krajami, bo nigdy prawie nie zostaniemy uznani za swoich. Nawet gdybyśmy nauczyli się idealnie języka, to zawsze będziemy traktowani jako obywatele drugiej kategorii. Tak to wygląda mniej więcej. I to są opinie nawet ludzi, którzy żyją wiele lat tam i mówią, że cały czas ludzie ich traktują albo jako zwierzęta w zoo, jako atrakcję, albo właśnie jako trochę trendowatych wręcz. Mieliśmy też taką historię. Jeszcze skończę ten wątek. To był Pakistańczyk, którego poznaliśmy w Shenzhen, który prowadził restaurację w Chinach, w mieście Shenzhen. Shenzhen jest blisko Hongkongu.
To jest takie miasto bardzo zaawansowane technicznie, dość bogate i stosunkowo międzynarodowe jak na chińskie możliwości przynajmniej. I on tam żył i mówił, że on tam żył siedem lat bodajże czy coś takiego. Prowadził restaurację i mówił, że w zasadzie nie ma ani jednego chińskiego przyjaciela tak naprawdę, bo tak to nie działa. On się zadawał głównie, a przez tyle lat w zasadzie ze znajomymi nauczycielami angielskiego albo innymi zagranicznymi ludźmi. To był zresztą przyjaciel naszej koleżanki Rosjanki. I to był człowiek, który mówił płynnie po mandaryńsku.
[01:48:08] - Myśmy się... Tak, proszę, proszę.
[01:48:11] - Wydawał się ekstrawertyczny. Był fajnie ubrany. To nie był jakiś mruk, który siedzi i czyta książki, tylko nie. To był człowiek, który żyje, opowiada, ubrany był ciekawie, a mimo to.
[01:48:24] - Z tym, o czym pan mówi, myśmy się zetknęli przy okazji naszych rozmów. Jak to powiedzieć? Z naszym człowiekiem na Tajwanie. Ponieważ Piotr Plebaniak, z którym rozmawialiśmy tu kilka razy oraz z którym mam przyjemność prowadzić audycję „Telegram z krańca świata", mieszka na Tajwanie i mówił bardzo podobną rzecz, że właściwie Chińczycy, w tym wypadku ci z Tajwanu, oni też są rasistami. I że niby jest tam ten człowiek, mówi po chińsku, zna chiński, tłumaczy „Sztukę wojny" na polski i w ogóle całkiem się nieźle dogaduje. Ale on zawsze jest kimś z zewnątrz, kimś takim nieswoim. Może już nie białą małpą, ale w gruncie rzeczy to nie jest swój. Widać, że to jest problem, który jest taki ogólnochiński chyba.
[01:49:20] - Tak, długonosy albo różowoskóry, prawda?
[01:49:24] - No tak.
[01:49:25] - Ja się uśmiechnąłem też jeszcze, jak pan mówił à propos tej technologii przetwarzania tych wszystkich znaków i kwestia zrozumienia tych dwóch stron, czyli Chińczyków a nas. Ale w tym momencie rozbawiły mnie meandry polskiego języka w pana wykonaniu. Otóż kilkakrotnie użył pan takiego sformułowania. Ja sobie wyobraziłem, jak go można przetłumaczyć nie tylko na chiński, ale na jakikolwiek język. Proste pytanie, tylko że nikt tego nie... Rozbić namiot.
[01:50:04] - No tak.
[01:50:05] - Co to znaczy?
[01:50:07] - No ale to już specyfika polska.
[01:50:08] - Tutaj zaskoczę. Ciąpo. To było jedyne słowo praktycznie, które nauczyłem się, bo chciałem umieć to powiedzieć. To bardzo celne. „Tiānpáng”. Tylko że jak powiedziałem to w innej prowincji jakimś innym ludziom, może byłem zmęczony, to nie zrozumieli. Musiałem pokazać rękami taki szpic. „Tiānpáng” i potem zamykam oczy, że śpię. „Tiānpáng” to jedno z tych słów, których się nauczyłem. Trzech.
„Tiānpáng” to jest ważne słowo, żeby opisać, że gdzie my śpimy to „tiānpáng”, bo faktycznie ludzie o to pytają. O co oni się pytają najczęściej?
[01:50:41] - Może po prostu nie zrozumieli dialektu, bo te dialekty chińskie potrafią być wzajemnie niezrozumiałe. Pismo tak, sama wymowa w różnych częściach Chin jest zupełnie inna.
[01:50:54] - A na pewno już moja wymowa. Ja wiem, że są cztery, ale problem jest taki, że jak osoba niezorientowana i na pewno nieskupiona bardzo mocno usłyszy cztery akcenty, to usłyszy cały czas powiedziane to samo. Nie ma różnicy. Jest słynny wierszyk, można sobie posłuchać. Brzmi on tak bardzo upraszczająco, oczywiście złośliwie. „Ma ma ma ma ma ma ma ma ma” z różnymi tonami. I to jest cały wierszyk, który opowiada o tym, że matka, bo „mama” to też jest matka, ma konia, który ma marchew czy coś tam. Na dole jest tam koń, na dole jest tam matka. I to jest taka żartobliwa, jak łamańce językowe polskie.
[01:51:44] - Inny klasyk, który mi się kojarzy, to „shi shi shi shi shi shi shi”. Słynne „shi shi shi”.
[01:51:52] - Może. Tego nie znam, ale nie wykluczam. Nawet ciężko to ocenić, bo my nie wiemy nawet, co ta sylaba znaczyć może.
[01:52:02] - Ja z kolei słyszałem właśnie od Piotra Plebaniaka, że my sobie nawet nie wyobrażamy. Słyszymy chiński język, to on brzmi dla nas tak samo. Tymczasem on powiedział, że różnice są takie tej miary, gdybyśmy porównywali dla Chińczyka język niemiecki, polski i włoski. Brzmi właściwie tak samo. Dla nas brzmi zupełnie inaczej. I podobno podobnie bywa z Chińczykami, że poszczególne prowincje tak bardzo różnią się. Zapis czasami graficzny bywa podobny, ale ta wymowa, te różne dialekty naprawdę potrafią mocno się od siebie różnić. Podobno. Mówię to na licencji.
[01:52:58] - Ja mogę uprościć tutaj, panie redaktorze Marku, ten przekaz. Jak Chińczyk myśli o tym, że te języki są podobne? Nie, on rozumie tak: biały człowiek mówi po angielsku.
[01:53:09] - Aha, no tak. Jasna sprawa. No tak.
[01:53:13] - Ja na przykład zrobiłem jakiś tam żart. To było gdzieś chyba na wybrzeżu i była restauracja jakaś. Small Paris czy tam Little Paris. I wszedłem i zacząłem po francusku mówić dwa, trzy słowa. I ci ludzie tacy zdziwieni. Biały, ale co on gada w ogóle? Ale mieli nawiązanie do Francji. Więc tak, biały człowiek gada po angielsku. Co się dziwić, wszyscy ludzie, którzy tam przyjeżdżają, raczej gadają po angielsku. Okej, może Rosjanie.
My spotkaliśmy też autostopowiczów Rosjan, którzy też jechali. To oni mówili chyba po rosyjsku za bardzo. A może gadali, może jeden z nich gadał albo ona. W każdym razie dla nich gadają po prostu raczej po angielsku, bo tam jest naprawdę bardzo mało osób z zagranicy. Nam robili zdjęcia przecież.
[01:54:02] - Jako atrakcja.
[01:54:03] - O tak. Jak są tam zagraniczni ludzie, to są jacyś biznesmeni może czasami, to raczej umieją się dogadać. Jak z filmów. To mówi się po angielsku. A inne osoby to właśnie jakiś nauczyciel angielskiego, który mówi po angielsku. Zresztą ci wszyscy ludzie zamożni, którzy tam te dzieci posyłają na lekcje angielskiego. Też chodzi o to właśnie, żeby to dziecko spotkało osobę z tej innej kultury, która jest taka bardziej wolna. Tam nie ma tej siermiężnej propagandy, bo tam przecież ta propaganda jest tak tępa i siermiężna. Wiem, do czego porównać. Obecnie na przykład nasza władza też tak próbuje przekaz ustawiać.
Tam jest jeszcze gorzej. Bardzo to opakowuje i przekazuje ludziom, żeby weszło. Tam tworzył się cały na przykład fake nagrania, że ludzie opowiadają, jak im się fantastycznie mieszka gdzieś, na przykład powiedzmy w tym Sindziangu, tej prowincji tam, która jest zupełnie na wschód, która jest muzułmańska, gdzie ogólnie są może nie obozy koncentracyjne, ale ogólnie ludzie wysiedleni wszyscy, bo są uważani za terrorystów w zasadzie. Ale całe te TikToki są zalewane opłacanymi za pieniądze, zupełnie nieautentycznymi nagraniami. Niby tak, że opowiada mieszkaniec, jak mu się wspaniale żyje i jak jest dobrze. Tak jak w Polsce z czasów jeszcze poprzedniej epoki przed '89. Tam to jest. I dlatego wysyłają na lekcje angielskiego i biały człowiek oznacza nauczyciela angielskiego, który jest zazwyczaj młody, zazwyczaj otwarty na świat i coś może pokazać takiego. Och! Nawet użyłem tego w książce.
Jest zwierzęciem znanym z internetu dla wielu ludzi, zwłaszcza w mniejszych miastach, jest zupełnie obcy. I tak samo dlaczego te języki są tak podobne te zachodnie? One się wodzą z Część z nich z podobnych źródeł. Korzenie chrześcijańskie, korzenie greckie i tak dalej. Z tego to rośnie.
[01:56:22] - Niemniej porównywanie języka włoskiego z niemieckim i na przykład rosyjskim to odważne. Dla nas w ogóle niepojęte.
[01:56:33] - Ale jaka jest szansa, że się źródłosłowy się powtórzą? Powtórzą się.
[01:56:44] - Ogromna.
[01:56:45] - Ogromna. Na przykład mówi się, że technicznie polski język jest podobny. Jakieś źródłosłowy. Oczywiście one są na tyle akcentem choćby zmienione, że my ich nie wyczuwamy, ale do jakiego języka na przykład? Ponoć do farsi, do perskiego.
[01:57:03] - Tak, to znana sprawa. Rzeczywiście mówi się o tym dosyć często. Ja mam propozycję. Zanim zabrniemy w takie lingwistyczne rozważania, to mam propozycję, żebyśmy posłuchali dalszej części pana relacji z podróży do Chin, czyli trzeciego fragmentu. Jeszcze zanim ten fragment się pojawi, to pragnę uspokoić wszystkich, tradycyjnie w każdej audycji, że felieton Tomka Fąsa tradycyjnie na koniec audycji się pojawi. Także niech się państwo nie niepokoją. A teraz kolejny fragment książki Ludwika Papaya.
[01:57:51] - Jazda autostopem w mniej zamieszkałych regionach Chin jest przezabawna. Pod prąd autostrady drepcze babcia w kapeluszu przywalona ogromnym koszem chwastów. Kierowca, gadając ze współpasażerem, przypadkowo opluwa podobiznę małą w serduszku, która to dumnie dynda pod lusterkiem. A ja śpiewam polskie piosenki, próbując zainteresować dziewczynę siedzącą po mojej lewicy. Kiedy indziej na środku autobusu lądują wielkie torby orzechów włoskich. Dziadek, który je rzucił, zasypia na workach, telepiąc się w rytm górskich zakrętów. Najbardziej niezwykłe wydarzenie nie było związane ze zwyczajami, ale z szokiem poznawczym. Na drodze do miasteczka Shipping zatrzymuje się auto, w którym zza kierownicy wystaje niepozorna głowa chłopaka w okularach. Wsiadamy. „Świetnie mówisz po angielsku" — rzucam po chwili rozmowy.
„Dziękuję" — odpowiada. — „Jestem absolwentem Uniwersytetu Rolniczego Yunnan i właśnie zacząłem pracę w lokalnym banku." Chwilę później dodaje: „Na razie zarabiam mało, bo mam najniższe stanowisko." „Ile to znaczy mało?" — pytam. „Niewiele ponad 2000 juanów" — mówi biały kołnierzyk. 1200 złotych. „W Kunming dostałbym co najmniej dwa razy tyle, ale pracuję w mniejszym mieście." Nie wydaje się zakłopotany, mówiąc o zarobkach, ale mimo wszystko zmienia temat. „Chłopaki, wiem już, że jesteście z Polski, ale z jakiego miasta?" „Kraków" — uprzedzam Mariusza. „To duże miasto na południu." „Wiem. Kraków to stara stolica waszego kraju, prawda?" „Stary, skąd ty wiesz takie rzeczy?" — wyrzucam z siebie. „Interesuję się trochę historią. Lubię czytać." Polska jest mniejsza i mniej ludna niż sama prowincja Yunnan, więc cieszyło mnie, jeśli ludzie odróżniali Poland od Holland.
Mogłem sobie też wyobrazić, że podczas lekcji geografii młodzi Chińczycy musieli uczyć się kojarzyć nazwy nieznanych europejskich państw z ich stolicami. Ta żmudna i sprawiająca wiele cierpienia aktywność umysłowa mogła przyczynić się do znajomości słowa Warszawa. Ale żeby facet z miasteczka w południowych Chinach wiedział coś o Krakowie? „Czytałem, że mieliście rozbiory" — kontynuuje. — „Wiem, że jesteście małym, ale bardzo walecznym narodem." Zawstydzam się, bo biały kołnierzyk wie więcej o jednym państwie we wschodniej Europie niż my o istniejącej tysiąclecia cywilizacji, z której pochodzi. Jadąc drogą pełną wiraży, kolejny raz podziwiamy widoki, którymi przyroda raczy nas nader obficie. Jesteśmy już w Azji Południowo-Wschodniej. Mknie my wzdłuż bambusowych lasków i roślin o gigantycznych liściach. Pomiędzy górkami, których szczyty nieraz są owiane chmurami, rosną sady płożących się kaktusów zdobionych czerwonymi plamkami orientalnych owoców. Z braku płaskiej ziemi część upraw znajduje się na stokach, otoczona ze wszystkich stron drzewami i dziką roślinnością.
Południowe Chiny to rejon, gdzie wreszcie można powszechniej spotkać kojarzony z Kitajem ryż. Zapamiętamy go jako gościnne miejsce, gdzie kierowcy zapraszali nas na wspólne obiady. W jadłodajniach za równowartość sześciu złotych można dostać pożywną porcję makaronu lub ryżu. Chińczycy prowadzili nas jednak do prawdziwych restauracji. Okrągłe stoły pokrywały się daniami, które wcześniej wspólnie zamawialiśmy. Z półmisków wybieraliśmy to, co szczególnie nam smakowało, dając rękoma znaki współbiesiadnikom, co polecamy. Zdarzyło się, że gorsze danie spróbowała tylko jedna osoba. Kiedy indziej żona kierowcy całe pozostawione mięso spakowała do woreczka. W Chinach nikt nie płaci za siebie. Rachunki reguluje zazwyczaj ten, kto zaprasza.
Dziękujemy więc dobrodziejom uśmiechami i pamiątkowymi zdjęciami. Będzie to też jedno z ostatnich wspomnień z Chin, które opuszczamy po 35 dniach peregrynacji. Wyjeżdżamy ze świata pełnego niesamowitości. Składają się na nią liczne drobnostki, które nie dają zapomnieć, gdzie jesteśmy. Plucie na posadzkę w wykwintnej restauracji. Komiczna muzyka disco słychana w samochodach. Międzymiastowe autobusy z kuszetką tak małą, że nie sposób w niej zasnąć. Kilkuletnie dzieci w śpioszkach z fabryczną dziurą wentylującą pupę, umożliwiającą wypróżnianie w dowolnym miejscu. Mężczyźni odpoczywający, przykucając z rękami do przodu. Tłumy w supermarketach przepychające się w walce o luksusowy towar, jakim są ziemniaki.
Zapamiętamy też męczące „ni ga, ni ga" dobiegające ze wszystkich stron i w każdej możliwej sytuacji. Słyszymy je, gdy ktoś wskazuje coś palcem: „to tamto" lub poszukuje właściwego słowa: „yyy". Nawet gdybyśmy nauczyli się mandaryńskiego, ciężko byłoby nam tu żyć.
[02:03:15] - Powiedziałem, że to było dobre podsumowanie tego, o czym rozmawialiśmy. Taka zbiorcza pigułka. Chyba, panie Ludwiku, że coś się panu jeszcze przypomniało z Chin, bo proponuję, żebyśmy płynnie pojechali dalej. Ale jeśli coś z Chin, to proszę w tej chwili.
[02:03:37] - Już dużo gadaliśmy o Chinach, to może teraz zmieńmy klimat, bo sytuacja zmienia się błyskawicznie. I znowu jest ten szok, taki jak ta Mongolia, granica, cyrk i nagle panopticon i potem już chiński ład, inne rzeczy w sklepach, wielkie drogi, inny język i napisy wszędzie, których nie da się odczytać. W chwili, gdy przekraczamy granicę chińską na południu i wjeżdżamy do Laosu. Laos to jest takie małe państewko. Ono nie jest jakoś bardzo mocno zamieszkałe. Tam bardzo dużo jest dżungli zasadniczo, to jest dość dziki jednak kraj. Na pewno ta północna część, w której byliśmy przynajmniej. I jaka różnica? Wchodzimy do Chin, znamy już te produkty, wiemy, jak Chiny wyglądają. Wyjeżdżamy z tych Chin.
I nagle oczywiście droga zamienia się w jeden pasek. Oczywiście znowu wszędzie dżungle coraz większe. Jeszcze ostatnie takie było obozowisko przy granicy. Widać było tam jakieś produkty z Chin dotarły i to było ostatnie miejsce. A potem już kawałek dalej, w następnej wiosce nie było nic z Chin praktycznie. Oprócz jakichś chińskich turystów, którzy tam przyjechali akurat sobie pozwiedzać. Dlaczego? Bo okazuje się, że ogólnie Laos nie lubi Chin. Myślę, że z tego względu, że był zbyt otwarty, to został po prostu skolonizowany. Więc nagle mamy kraj, gdzie po chwili okazuje się, że prawie nie ma dróg, bo ta droga, która wiedzie, sam początek jest okej, ale jeden pasek wiedzie przez dżunglę gdzieś tam pod jakimiś wzgórzami, która potem wiedzie aż do stolicy, to się okazuje, że w pewnym miejscu już nie ma asfaltu na przykład jakiś kawałek i te 300 kilometrów jedzie się cały dzień na przykład.
Więc ogólnie zupełna zmiana i nagle jak w Chinach można być cały czas, mając to na uwadze, że są te wielkie drogi, że się jedzie do wielkiego miasta, w którym się utknie, że można zawsze wejść do hipermarketu, gdzie można siąść w Starbucksie czy gdzieś, poczytać książkę na przykład albo zalać sobie zupkę, kluski gorącą wodą. I to był tego typu klimat. Jeszcze na południu trochę motorów się pojawiło, ale niedużo, bo w większości było metro w tych większych miastach. A tutaj wjeżdżamy do miasta, gdzie nagle nie ma tego wszystkiego. Motorki wszędzie się pojawiają, jeśli w ogóle cywilizacja, bo tam były fragmenty dżungli. Nagle motorki, wąska droga, sklepy bardzo słabo zaopatrzone. Ale jest inna rzecz, która była bardzo ciekawa, bo w Chinach, tak jak na całym Zachodzie, mamy jakieś katedry czy tam gotyckie kościoły, ale na Zachodzie my nie mamy tej religii wszechobecnej, prawda? I w Chinach tak samo, nawet jeszcze tego jest mniej. A już w Laosie to jednak są te świątynie buddyjskie i rzecz, którą ja zapamiętuję z Laosu i Krueng Thak od razu, to są te świątynie buddyjskie, jest dżungla i zupełnie inny świat. Taki świat można powiedzieć wiejski w zasadzie.
W porównaniu, tak metaforę, Chiny to w zasadzie w większości jedno wielkie miasto, gdzie dużo się rzeczy dzieje, wszystkiego jest dostatek i wszystko jest niezrozumiałe. I dużo ludzi też. Jednak w miastach oczywiście. To nagle wjeżdżamy do świata, gdzie zasadniczo jest taki, można powiedzieć, swojsko się życie toczy, dość powoli. Ale jest jedna duża różnica: są turyści. I to naprawdę w Laosie. Ja nie wiem, czy wy znacie to państwo. To nie jest jakaś stolica, to nie jest wyspa Bali, prawda? To nie są Hawaje. A tam jest kupa turystów.
Taki gość jak ja był w Chinach przez miesiąc i ja gadałem tam z jednym białym dosłownie czy dwoma przez ten miesiąc i z moim kompanem, bo ich tam prawie w ogóle nie ma. Raz patrzę, jakiś biegacz biegnie w parku. Myślę: „O kurczę, biały człowiek". I tyle. A tutaj nagle wjeżdżam do tego kraju. No i pojawiają się turyści. Pierwsi pojawili się kawałek za granicą, za przejściem granicznym, kilometr czy 500 metrów. To byli autostopowicze, którzy przyjechali tak jak my z Rosji. To byli Rosjanie. Przyjechali autostopem przez Chiny i jechali do Malezji.
Już zaraz za granicą. Przez cały miesiąc ja spotkałem jedną Rosjankę w Shenzhen, którą znałem. I tak jak mówię, jednego joggera gdzieś w parku, jednego gościa w jakimś sklepie, który nagrywał coś kamerką, białego i prawie nikogo więcej.
[02:08:19] - Ja tu nagle zaraz za granicą i autostopowicz jakiś się pojawia. Kawałek dalej jest bazar i okazuje się, że jakaś starsza pani umie liczyć po angielsku. Taka babuszka zupełna. Ja potem gadam z jakimś turystą gdzieś i mam taką autentyczną radość, że mogę z kimś pogadać. Oni tak na mnie patrzą jak na jakiegoś chorego psychicznie. Bo oni przylecieli samolotem przecież dwa dni temu, mieszkają w hostelu gdzieś tam kawałek dalej i wynajęli auto i sobie jeżdżą. A przychodzi jakiś gościu z plecakiem i się dziwi, że może z białymi sobie pogadać. Absurd, prawda? Bo tak to wygląda.
[02:08:57] - Panie Ludwiku, ja przypomniałem kiedyś w audycji, jak ja trafiłem do miasta Osaka w Japonii w czasach jeszcze komuny, bardzo, bardzo dawno. To był koniec 60. lat w ogóle ubiegłego wieku. To ja byłem tam absolutnie samotnym człowiekiem. Byłem jedyną białą osobą. Nie to, że białą, to mnie robi, natomiast oni wszyscy sięgali mi do podbródka. Było ich setki, tysiące tych samych, tak samo ubranych, bo jeszcze to były czasy, kiedy się wszyscy tak samo ubierali, czyli jak za komuny w drelichach i tak dalej.
[02:09:42] - Nie, to w Chinach się ubierali.
[02:09:44] - Nie, w Japonii również.
[02:09:45] - Też? A ja powiem jeszcze tylko jedno. Muszę. Wybacz Wiktorze, ale ty nie należysz do wielkoludów, więc jak ty opowiadasz, że ci do brody sięgali, to jakby się jakiś taki postawniejszy ktoś znalazł, to naprawdę.
[02:09:57] - Słuchaj dalej. Otóż i tak brnąłem przez to miasto Osaka, poszukując drogi do mojej narzeczonej, którą wtedy miałem w Osaka. I w pewnym momencie, gdzieś daleko na horyzoncie, w jakiejś bocznej ulicy zobaczyłem coś takiego białawego, wystającego o pół ciała nad ten cały tłum, taki czarnogłówkowy.
[02:10:24] - Wzruszyłeś się.
[02:10:26] - Nie. Zaczęliśmy do siebie biec. To był jakiś biały facet. Po prostu biegliśmy, przepychaliśmy się przez ten tłum, rzuciliśmy się na szyje i zaczęliśmy się ściskać i gadać jak opętani do siebie.
[02:10:41] - Każdy w swoim języku.
[02:10:42] - W swoim języku. Okazało się, że to był Australijczyk, który również był wręcz porażony, ale jak później żeśmy się dogadali i tak dalej, to takich białych było mnóstwo tam w tym Osaka. Tylko że przy tej masie ludzkiej, japońsko-chińskiej czy tej żółtej my giniemy zupełnie, my przestajemy tam istnieć. Tak jak pan mówi, te Chiny są tak wielkie, że jak nawet tam przyjedzie milion turystów, to i tak każdy się będzie czuł, jakby był sam.
[02:11:20] - Nie wiem, jak jest w Chinach, ale pan to zresztą na początku audycji podkreślił. Bo jak jesteśmy gdzieś tu w Laosie, to gdzieś w pobliżu jest już za chwilę, za następną granicą jest Tajlandia. A Tajlandia to jest w ogóle taki wielki park rozrywki dla Europejczyków. Tam się jeździ. To zależy od nacji. Niektórzy jeżdżą na dziewczyny, inni jeżdżą na chłopaków, inni jeszcze jeżdżą dla trochę egzotyki. To już w zależności od tego, jak to wszystko wygląda. Niemniej w związku z tym, jak w Tajlandii są, to i ten Laos oglądają sobie z zaciekawieniem, może nawet z taką nutką właśnie egzotyki. Bo rzeczywiście dżungla, świątynie i to stare świątynie. Jest co oglądać.
Tak to sobie wyobrażam, ale to pan tam był, to proszę nam o tym opowiedzieć.
[02:12:18] - Przede wszystkim te świątynie są funkcjonujące i one faktycznie jakoś tam spajają te społeczności. Ja nie byłem oczywiście tak długo w Laosie, bo tak jak mówię, tydzień za późno wyjechaliśmy albo i 10 dni. I tak sobie wyliczyliśmy, że musimy jeszcze mieć dwa tygodnie na ten ostatni etap, czyli Tajlandia i Laos. Ale w jakieś tam świątyni zahaczyliśmy i faktycznie te świątynie żyją. To jest ciekawe. Ale tak, o ile Tajlandia to jest park rozrywki, to jest model biznesowy, że tam to tak działa, to Laos to jest, powiedzmy, taki dużo młodszy brat czy siostra, bo tam tych turystów też trochę jest i to widać. Zwłaszcza dla nas, jak my byliśmy w Rosji, gdzie byli Rosjanie, ale tam nie ma turystów takich klasycznych. Potem byliśmy w Chinach, gdzie są ludzie zupełnie nam kulturowo obcy. Ja nie miałem akurat tego wrażenia co tutaj współrozmówca, że wystawała mi głowa, bo ja jestem takiego wzrostu, że Chińczycy są wyżsi ode mnie. Bo w ogóle to też jest tak oczywiście, my tak bardzo to uśredniamy, ale różnica jest taka, że ci Azjaci, którzy mieszkają bardziej na północy, są wyżsi, a ci, którzy mieszkają na południu są niżsi.
Więc właśnie Tajlandia, tam są ci ludzie niscy, a w Chinach oczywiście od tych, których my znamy z Polski czy zwłaszcza jakiejś Szwecji, natomiast ta różnica już nie jest taka duża. Więc ja zauważyłem tyle, że tam jest mniejsza dysproporcja między płciami, czyli u nas jest większa różnica między mężczyzną a kobietą, a u nich troszkę mniejsza. Ja to zauważyłem. Więc taka rzecz. W Tajlandii są ludzie faktycznie mniejsi, a też szczuplejsi, może i bardziej wysportowani, ale są raczej chudsi troszkę. I faktycznie są nieduzi. Tam był na przykład gość, który ja mam metr sześćdziesiąt trzy wzrostu, czyli niedużo, taki bardziej rozmiar średniowiecznego człowieka niż współczesnego. A tam to Tajlandia to już
[02:14:39] - Geograficznie dosyć blisko kulturowo. Tam nas gościł człowiek, który miał myślę, że 1,50 maksymalnie, bo był prawie głowę ode mnie niższy. Może poniżej 1,50. A w Chinach to takich ludzi raczej nie widziałem. W Laosie są te świątynie buddyjskie. To jest atrakcja, unikalna rzecz, która jest fajna. Natomiast da się dogadać też po angielsku. Jaki tu jest problem? Jak się da dogadać w języku Zachodu, to nagle okazuje się, że języka laotańskiego czy tajskiego my się już nie nauczyliśmy. Dlaczego?
Bo nie musieliśmy. Jak rosyjskiego mogliśmy i chcieliśmy i coś tam uznaliśmy. Ale to też łatwo się nauczyć, bo język bliski, słowiański. O ile chińskiego to trzy, cztery słowa, ale chociaż tyle, to ja przyznaję, w tym momencie nie pamiętam nawet jak powiedzieć dzień dobry po laotańsku czy tajsku. Niestety. Wiem, że na S było chyba, ale nie wiem i przyznam, że ja już zapomniałem to tam będąc, bo nie musiałem tego używać. Po prostu tak mocno już tam ten język angielski się pojawia, że nagle z mnichami mogę dogadać po angielsku. Może nie z każdym, ale to zabija tą całą magię, bo nagle zaczynamy rozumieć wszystko. Alfabet laotański nie do końca. Oni mają swój alfabet, taki, który przypomina coś między chińskim a arabskim.
Natomiast wiele rzeczy jest napisane też w alfabecie, który my znamy, więc już wtedy nie ma problemu. Co jeszcze ciekawego? W tych krajach jest ciepło, jest słonecznie, kokosy pojawiają się. I tam jest ogólnie taka dzikość, że my tam na przykład sobie wynajęliśmy rowery, rowerami gdzieś tam przejechaliśmy dookoła wioski, zostawiliśmy rzeczy w świątyni buddyjskiej i sobie rowerkami jeździliśmy przez cały dzień gdzieś tam po wioskach dookoła miasta na przykład coś takiego. W Chinach bym się bał zostawić plecaka, bo też ciężko by się dogadać, żeby to wytłumaczyć komuś. To w ogóle jest taki ogólny problem podróżnika. Co zrobić z rzeczami? To jest dość duży problem. On może być nawet największy, bo jeśli mamy plecak na plecach taki malutki jakiś, jakiś tornister, to możemy z nim chodzić wszędzie. Ale jeśli mam tam namiot, laptopa na przykład i różne inne rzeczy, to nagle okazuje się, że on waży za 15 kilo i z tym już nie można tak skakać jak kozica.
I to jest pewien problem. Fajnie wymyślić na to sposób. Jeden sposób jest taki, żeby się spakować w jakiś bardzo mały plecak i tak podróżować bez namiotu na przykład. To jest taka klasyka, ale to jest też trudne. Wiem, że niektórzy tak robią. Inny sposób jest, żeby wszędzie gdzie się da zostawiać plecaki. Nam się zdarzało oczywiście zostawiać na przykład w Xi'an. Pamiętam, jak teraz pieszo przychodzi mi do głowy, to tam była jakaś informacja turystyczna, więc tam zostawiliśmy. Raz zostawiliśmy w hostelu, raz zostawiliśmy w krzakach. W ten sposób jakoś.
Ale czasami jest strach. Czasami jest strach. I właśnie to jest ten problem.
[02:18:20] - Panie Ludwiku, myśmy się już zapuścili do Laosu. Tymczasem pojawiły się na czacie pytania. Pojawiły się pytania dotyczące muzyki. Karol Lipiński pyta, czy w Chinach słucha się Chopina tak jak w Japonii, ewentualnie czy słucha się też bluesa, jazzu, punk rocka? W ogóle czego się słucha, jeśli chodzi o muzykę? Czy zechciałby pan powiedzieć?
[02:18:46] - Jasne. Spróbuję sobie teraz przypomnieć mniej więcej różne klimaty. Jedna rzecz była już nawet w fragmencie, była ta muzyka disco, która się gdzieś pojawiła. To było w jednym z regionów, z tego co pamiętam w południu, właśnie w górach. Tam ludzie jakąś strasznie dziwną muzykę puszczali. Prawdopodobnie to była jakaś muzyka albo lokalna, to była lokalna podróbka to, co wtedy leciało, tego K-popu. Na pewno w Chinach jest popularny K-pop. Ta rzecz w ogóle jest nieznana. Ja tego doświadczyłem przy znajomych w Indonezji, że poszedłem na karaoke. Mamy karaoke, czyli jest wielka maszyna, która ma bardzo dużą ilość ścieżek, z których można zaśpiewać z tekstami.
I teraz my sobie wyobrażamy, że tam będą takie klasyki Beatlesi, jakieś Beyoncé współczesna bardziej i tak dalej. Ale okazuje się, że w takiej Indonezji na przykład to większość tej muzyki była muzyka zachodnia, ale większość to była muzyka właśnie K-pop, czyli pop koreański i jakieś pokrewne gatunki. Tak, więc coś takiego gdzieś słyszałem.
[02:20:06] - A co z tym Chopinem?
[02:20:08] - Właśnie myślę, jak to jest z Chopinem. Nie przypominam sobie, przyznam. Nie przypominam sobie.
[02:20:19] - A te inne gatunki?
[02:20:20] - Zastanawiam się. Przyznam tak: w miejscach publicznych co tam będzie leciało? W dużych sieciach handlowych będzie leciała muzyka, która będzie nam dosyć bliska. Tam będzie leciała też muzyka zachodnia czasami, przynajmniej w niektórych tych lokalach, bo po prostu inaczej bym to zapamiętał. Na pewno jak się gdzieś na mieście spotka jakąś muzykę, tam może być dziwna muzyka, zwłaszcza w jakichś parkach. To też widziałem na placach. Tam ludzie czasami tańczą wieczorem jacyś ludzie po czterdziestce, czasami dzieci też. Do jakiejś lokalnej regionalnej muzyki na pewno. Ale mam wrażenie, tak jak teraz zastanawiam się, ciężko mi odpowiedzieć na to, że tam po prostu nie ma kultu muzyki, że to nie jest tak ważny element rzeczywistości jak dla nas. Może się mylę, ale wydaje mi się, że to po prostu nie jest aż tak ważne.
Tak samo tam nie jest ważna anatomia na przykład, kult ciała. Takie rzeczy nie są ważne. Wydaje mi się, że muzyka nie jest aż tak ważnym elementem rzeczywistości, jak nam się wydaje tutaj. Takie ja mam wrażenie.
[02:21:44] - To bardzo prawdopodobne, ale à propos tego pytania Marka o Chopina, to ja jestem raczej do wytłumaczenia. Otóż ja mam w rodzinie Chińczyka, który przyjechał kiedyś na Konkurs Chopinowski do Polski. Zajął chyba trzecie miejsce w Konkursie Chopinowskim. Kiedy wracał do Chin, to były dawne czasy. Akurat w Chinach wybuchła rewolucja kulturalna, więc po drodze zatrzymał się w Petersburgu, wtedy jeszcze w Leningradzie. Jako naprawdę dobry muzyk, chopinista, bo Chopina przecież grał, trafił do konserwatorium w Leningradzie. Tam poznał kawałek mojej rodziny, czyli Ałłę Żwikiewicz. W tej chwili mam w rodzinie Igora Wang Żwikiewicza, pół Chińczyka, pół Polaka, pół Rosjanina.
[02:22:55] - Żeby było śmieszniej, to jeszcze w Odessie mieszka.
[02:22:58] - Już dorosłą mieszka w Odessie. Jeśli chodzi o Chopina, to wystarczy prześledzić, kto bierze udział w Konkursie Chopinowskim. Mnóstwo Japończyków i mnóstwo Chińczyków. Chopin rzeczywiście fascynuje tamte narody jako wyjątkowa muzyka. Oni są tak sprawni, nigdy wielkimi pianistami prawdopodobnie nie będą, natomiast genialnie potrafią precyzyjność potrzebną do Chopina sami z siebie wykrzesać, bo to jest taka rzecz-
[02:23:50] - Palcówki, jak to się nazywa, że palcówki mają dobre.
[02:23:53] - Tak, oni to potrafią.
[02:23:56] - W ogóle Polska ma dosyć dobrą renomę tam i wydaje mi się, że to dotyczy i Chin, i Japonii. Jeśli ktoś wie coś na temat tego państwa, bo to jest taki kawałek Europy na przykład Polska, że ona nie jest zbyt znana, bo każdy widok Wieży Eiffla gdzieś tam, a tutaj nikt nie wie, czego spodziewać się w takiej Polsce. Dla przykładu w Japonii naprawdę jest pokrewieństwo, może to też historyczne. Jak była wojna japońsko-rosyjska, to przecież Piłsudski z Dmowskim pojechali do Japonii. Chińczycy za to z drugiej strony w podobnym okresie przeżyli podobne rzeczy jak Polacy, bo ich wielki świat, który miał jakąś kulturę, został zawalony przez mocarstwa Zachodu. Nie mieli fizycznie rozbiorów, ale zostali upokorzeni. Więc ta historia jest trochę podobna i się odbudowują. To trwa bardzo długo. Może dlatego takie podobieństwa. Na przykład nawet był taki serial polski „Korona królów", to wiem, i on na przykład został kupiony właśnie przez Japończyków jeden pierwszy sezon i był puszczany, prawda?
[02:25:28] - Tak, ten sławny serial, z którego dowiedzieliśmy się, że ponieważ przybywała delegacja węgierska na dwór Kazimierza Wielkiego, to na pewno lubią paprykę.
[02:25:39] - Tak, papryka była.
[02:25:41] - Tak, uśmiałem się wtedy, skąd oni tę paprykę dla tego Kazimierza Wielkiego wyciągnęli. Ale było, to był tej klasy serial. Ale dobrze, że Japończycy oglądają, przynajmniej coś będą. Japończycy, Chińczycy coś oglądają.
[02:25:56] - Japończycy akurat.
[02:25:57] - Japończycy. To Japończycy oglądają, przynajmniej coś będą na temat Polski wiedzieć.
[02:26:03] - Ale wiesz, ja chciałbym zapytać Japończyka, jakie ma zdanie na przykład o filmie „Szogun", nie?
[02:26:13] - Oj, wiem, że nie lubisz tego filmu, a książki jeszcze bardziej. Wróćmy do podróży pana Ludwika, bo-
[02:26:19] - Ja „Szoguna" nie czytałem, ale czytałem „Taipana", który jest wcześniejszą częścią chyba.
[02:26:25] - Tak?
[02:26:27] - Tak. To jest też paradoks właśnie, że ja pewne rzeczy o Chinach czytałem już po wyprawie.
[02:26:36] - Wiktor bardzo „Szoguna" nie lubi. Nie lubi tej książki.
[02:26:40] - „Szoguna" nie wiem, bo nie czytałem, bo to jest o Japonii. Czytałem tą część, która była wcześniej, opisywała to, co się działo, wojna opiumowa, powiedzmy ten okres. I przyznam, tam było jedyneczkę, bardzo fajnie było przedstawione, wydaje mi się dość autentycznie. Mianowicie tam była postać kobiety, która chińskiego nauczyła się polskiego. Nauczyła polskiego, nie, angielskiego się nauczyła. Została tam kochanką jednego z bohaterów, ale były doskonale pokazane dialogi, jak ona łączyła pewne swoje nawyki z językiem angielskim. Bardzo to autentycznie zostało stworzone. Nie wiem, czy tak to wyglądało faktycznie, ale miało się wrażenie, że wyglądało autentycznie. To w ogóle problem, jak te języki, nawet nasz polski, ten staropolski jakiś, nie ma dokładnych dowodów, jak to brzmiało. Bardzo niedużo tego jest.
To wszystko jest stylizowane tak naprawdę. Ale drugi paradoks taki z mojej wyprawy. Zacząłem o Chinach więcej czytać, jak już wróciłem. Może dlatego, że chciałem mieć trochę takiej spontaniczności, ignorancji. Ale potem człowiek wjeżdża w jakieś historyczne miasto, w którym dynastia Ming na przykład miała swoją siedzibę. Wymyślam teraz, bo akurat nie wiem. Nawet tego nie wiedziałem. Mamy piękne budynki, ale nie wiemy, z czym one się wiążą. Nie czujemy magii po prostu. Musimy mieć magię tej opowieści.
Historia opowieścią w końcu i wtedy dopiero doceniamy.
[02:28:34] - Te tropy językowe to bardzo dobrze by było czasami pogadać z naprawdę dobrymi językoznawcami, bo się nagle okaże, a na pewno, że w polskim języku są całe tony słów chińskich. Nasz język wywodzi się stamtąd, bo kiedyś żeśmy tam byli razem.
[02:29:03] - To cały gatunek ludzki się wywodzi może z tego samego miejsca. Może i tym tropem można iść, jakieś gramatyki generatywne Noama Chomsky'ego, ale nie wiem, ciężko byłoby mi się to dostrzec.
[02:29:20] - Nie, pardon, nie tak ciężko. Ja przypomnę taką zabawną rzecz z mojej jednej ulubionej gry komputerowej. Akurat „Cywilizacja V". Walczę z wszystkimi nacjami z całego świata.
[02:29:37] - Znam tę produkcję.
[02:29:39] - Warto tam zobaczyć jeden filmik. Spotyka się Chińczyków. Można jakoś tam w pokoju żyć, ale ja ich natychmiast atakuję. Co się dzieje? Pojawia się filmik, animacja cesarzowej Chin, która z wściekłością tupie nogą i krzyczy do mnie: „Go von!" Ja od babci słyszałem zawsze po rosyjsku mówione: „Pożał woń", a się okazuje, że to jest po chińsku, a nie po rosyjsku.
[02:30:19] - Powiem tak, padło tu nazwisko Chomsky'ego. Już sama ta idea Chomsky'ego jest mocno dyskusyjna i nie zaczynajmy dyskusji, bo skończymy gdzieś o trzeciej nad ranem. To proponuję nie. Natomiast jeśli chodzi o te wszystkie przenikające się języki i tak dalej, jest taka koncepcja. Też bym się na niej nie skupiał. Ja to strywializuję wszystko. Podobno, nie biorę za to odpowiedzialności, najbardziej ludy całego świata łączą przekleństwa różnego rodzaju, takie prastare, najbardziej parszywe wyrazy, jakie państwo znacie, takie ze starym źródłosłowem. To są bardzo stare słowa, które łączą wiele nacji. I tyle na ten temat. Myślę, że nie rozwijajmy go specjalnie.
Tu ktoś napisał, konkretnie Szary napisał, że Japończycy to cywilizacja z innej planety. Też nie ruszajmy tego tematu. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to chyba bodajże pierwsza, druga, trzecia audycja, która w ogóle w cyklu „Bibliotekarium" się pojawiła. Przypomnę, że teraz jesteśmy gdzieś na etapie 140. To pierwsza, druga albo trzecia audycja była poświęcona właśnie książce omawiającej japońską cywilizację, „Chryzantema i miecz". Starej książce, ale jarej w dalszym ciągu. Zresztą literatury na temat Japonii jest w tej chwili naprawdę bardzo dużo. To nasza koleżanka Marta mogłaby na ten temat sporo powiedzieć, bo ona nic innego nie robi, tylko o Japonii czyta, co zresztą owocuje całkiem fajnymi książkami. Też polecamy. A teraz wróćmy do Laosu, a może już przenieśmy się do Tajlandii.
[02:32:14] - Jeszcze mam pytanie, bo padła, co mnie zaskoczyło, nazwa „Cywilizacja V". To takie pytanie, jaką jednostkę specjalną mają Chińczycy w tej grze?
[02:32:25] - Kuszników.
[02:32:27] - O kurczę, brawo! Nie spodziewałbym się, że jest tak dobrze. Zwłaszcza że to jest ta część piąta, a nie wcześniejsze, bardzo słynne, prawda? Akurat ta czwarta zwłaszcza jest słynna. Mam już wśród moich znajomych, którzy są jednak nie to pokolenie, mam graczy, którzy są ortodoksyjnymi zwolennikami tej wcześniejszej wersji, że piątka to już główny problem jest taki, na przykład zaburzenie dystansu, że tam można parę pól strzelać, że to już odrzucić, to jest niekanoniczne. Proszę, zostałem zaskoczony, przyznam. Ale pozytywnie.
[02:33:11] - Wiktor, jeśli chodzi o granie, to naprawdę on rozpracowuje te gry Nie wiem, czy tak można powiedzieć, ale tak do spodu.
[02:33:22] - Nie, po prostu zacząłem 50 lat temu.
[02:33:26] - Tak, szczególnie piątkę oczywiście.
[02:33:29] - Zacząłem od tego, jak się ten mały Gugienk nazywał?
[02:33:33] - Od Chińczyka. Od Chińczyka. Od tego zacząłeś, tak.
[02:33:37] - Przed Chińczykiem jeszcze była gra Go.
[02:33:41] - Właśnie. Panowie, ja proponuję, żebyśmy jednak gdzieś w okolice Laosu, a tak jak powiedziałem, może już Tajlandii wrócili do podróży pana Ludwika. Co tam, panie Ludwiku, na granicy Laosu, Tajlandii, a może już samej Tajlandii? Bo ja sobie tak wyobrażam, jak już pan wyjechał z tych Chin, później przez ten Laos, to jak pan wjechał do Tajlandii, to tak jak powiedziałem, taki park rozrywki, wszystko dla turystów, wszystko z myślą o turystach, uciechy tego świata i tak dalej. Czy trochę inaczej? Jak to było?
[02:34:26] - Niewątpliwie coś jest na rzeczy. Tylko że ja traktuję w zasadzie w tej podróży Laos, Tajlandię jako jedno, bo te rzeczy są tak podobne, zwłaszcza po tym długim bycie w Chinach, że Tajlandia to w zasadzie jest taka bardziej zagospodarowana, większa jeszcze, ludniejsza część dokładnie tego samego. Ja tak to odbieram. Natomiast z Tajlandią ja mam może taki pomysł. Przepraszam, że się narzucam, ale mamy tu jeszcze jeden fragment, który jest właśnie o Laosie. Można by go teraz puścić, myślę.
[02:35:05] - Właśnie. W takim razie-
[02:35:07] - To jest ten moment. On jest o Laosie, a nie o Tajlandii, więc to można teraz, bo Tajlandia jest większym tematem, mimo wszystko. Większe państwo. Byliśmy w niej dłużej też, nie?
[02:35:17] - Okej, w takim razie Marku, prosimy ostatni fragment.
[02:35:22] - Jesteśmy bezdomni, więc zamiast adresu hostelu wpisuję: świątynia na wzgórzu. Kopiuję dane z dokumentu tożsamości i uiszczam niewielką opłatę wynoszącą tyle, co jedno piwo marki Leo w sklepie. W przybliżeniu pięć złotych. Wsiadam na wypożyczony rower i niebawem mkniemy po prowincji rudawymi bezdrożami. Gdy jedziemy terenami zamieszkalnymi, to oprócz licznych tragarzy, którzy na własnych barkach dźwigają ogromne ciężary, dostrzegamy biegające po drodze świnie. Gubimy się na trakcie prowadzącym przez dżunglę, aby chwilę później jechać czerwoną drogą na złamanie karku, po czym znów wracamy do cywilizacji. Naszą uwagę zwraca szkoła na południowym przysionku miejscowości. Jest ogrodzona i zadbana. Trochę tu nie pasuje. Grupki młodzieży opuszczające jej teren trafiają do innego świata, w którym jasne mundurki szkolne, relikty kolonializmu kontrastują z robotnikami pracującymi dookoła, straganami i tropikalną roślinnością.
Jedynie klapki na nogach uczniów i ich brudne stopy wskazują, że wyrośli w kurzu wiosek graniczących z puszczą. Eskapadę rowerową kończymy nieopodal okolicznego wodospadu. Zastanawiamy się, co zrobić z rowerami, skoro zgubiliśmy zapięcie, a trzeba zabezpieczyć sprzęt. Postanowiliśmy schować maszyny w dżungli. Las tropikalny znajduje się metr od nas, zamykając murem zieleni prawą stronę traktu. Przebijamy się rękami przez gąszcz, rwiemy liany, depczemy krzewy wiążące nasze nogi przy każdym kroku. Zanim schowamy rowery w roślinnym labiryncie, minie kwadrans. Tyle nam zajęło ukrycie ich półtora metra od granicy dżungli. Podczas tegoż procederu mijają nas chłopcy niosący na rękach czarnego koguta o wyjątkowo długiej i słabo opierzonej szyi. Nie minie kilka minut marszu, gdy dogonimy młodzieńców i dowiemy się, po co nieśli ze sobą trup.
Na koguta na środku bitej drogi czeka już przeciwnik z czerwonym grzebieniem, przytrzymywany przez miejscowych podrostków. Pierzaści wojownicy rzucają się na siebie i przez dwie minuty skaczą i wściekle się dziobią. Bój się kończy, gdy jeden z ptaków daje za wygraną, odwraca się i pędzi przed siebie wzdłuż drogi. Zwycięski czarny kogut, ten sam, którego widzieliśmy już wcześniej, puszcza się za nim w pościg. Za zwierzętami pobiegną ich właściciele, a my popędzimy nad wodę. Przed nami pierwszy wodospad w Laosie.
[02:38:11] - Tak, to był fragment dotyczący tego, co wydarzyło się w Laosie. Czy coś jeszcze tam takiego typu walka kogutów? Znowu Europejczykowi to się wydaje dosyć okrutne, ale to może jest jedyna rozrywka.
[02:38:33] - Tam się jeży blisko natury, bo krajobraz wiejski, zwłaszcza po tych Chinach, to już cały czas. Wodospady, dżungle. Tam zasadniczo przyjeżdżają też turyści po prostu na, ja bym nazwał safari. Po prostu wejście do jakiejś dżungli, może jakiś kawałek spłynięcia jakąś dziką rzeką. To jest płacone w dolarach. Dla takich klasycznych turystów widzieliśmy tam takie reklamy i się na to nie zdecydowaliśmy. Myślę, że byłoby to warte swojej ceny prawdopodobnie, ale sam fakt, że my mieliśmy rozbite namioty gdzieś pod właśnie świątynią buddyjską, wpisywaliśmy jako nasze miejsce, że tak powiem, adres: świątynia na wzgórzu. Na pewno nie byliśmy klasycznymi turystami, więc tu bardziej te kierunki w Laosie. I drugie to, co już opowiadaliśmy, świątynie buddyjskie. Wydaje mi się też, że można połączyć to z Tajlandią, bo w Laosie byliśmy łącznie bodajże pięć dni.
W Namta, potem byliśmy w Wientianie przez moment. Byliśmy tam dosłownie pięć dni, więc ja nie wiem, czy lepiej nie pojawić się w Tajlandii. Tajlandia jest bardziej znana. Na pewno każdy słyszał jakieś dowcipy o Tajlandii, które dotyczą tego, że jest tam też kultura transwestycka i można pomylić czasami płeć osoby, bo ciężko rozróżnić. I coś w tym jest.
[02:40:23] - Właśnie pytanie, czy ta kultura, którą pan określił transwestycka, jest tam dlatego, że jest, czy to jest bardziej na zamówienie Europejczyków, którzy przyjeżdżają?
[02:40:39] - Tu by trzeba było jakieś traktaty socjologiczne poczytać albo pomieszkać dużo, ale wydaje mi się, że to jest na tyle różne jednak od tego, co się dzieje na Zachodzie, jak to tutaj się rozwija, że to po prostu jest ich lokalne i dość autentyczne. Zresztą jakby się tak zastanowić, tutaj już trzeba by analizować, ale zawsze były takie tendencje wśród ludzi, zwłaszcza wśród mężczyzn, żeby w jakiś sposób wyjść poza swoją płeć i stać się kobietą, albo po prostu być czymś pomiędzy. I z tego, co wiem, to w niektórych kulturach szamani mieli taką rolę. Do dzisiaj księża katolicy noszą czasami suknie do ziemi i nie mogą też brać żon. To naturalne dla ludzi, że szuka się takich dróg. Kwestia teraz taka i to jest ciekawe, że na Zachodzie ostatnio się to odwróciło i obecnie to kobiety zmieniają płeć na męską, co jest bardzo rzadkie. To chyba historycznie nie występowało zbyt często. I to się dzieje na Zachodzie. Też występowało. Mamy słynną Nawojkę w Krakowie, która się przebrała za mężczyznę i udawała go.
Żyła jako mężczyzna, żeby móc studiować. Też się zdarzało w drugim kierunku. A w Tajlandii są ci ladyboye. Osoby, które wyglądają jak modelka stricte. Bardzo zadbany image, bardzo kobiecy. Zazwyczaj dość wysoki wzrost, troszkę ponadstandardowo szerokie barki, bo te rzeczy zostają. Oczywiście testosteron zmienia barwę głosu już na zawsze. Bardzo ciężko to cofnąć, przynajmniej w pełni. O ile ta osoba się nie wyćwiczyła bardzo i nie jest skupiona na tym, to będzie mówiła męskim głosem. Tak to wygląda.
I te słynne dowcipy, że jak się pójdzie do nieodpowiedniego baru i się wypije trochę za dużo, to można się obudzić obok osoby, która jest nie do końca tak zbudowana, jak sobie myśleliśmy wcześniej. To myślę, że znane historie. Ale coś jest w tej Tajlandii, że ona jest taka seksualna. Wiadomo, tam jest ciepło, chodzi się lżej ubranym. Ale proszę sobie wyobrazić teraz tę historię, że złapaliśmy stopa na granicy. Przejechaliśmy kawał kraju, bo przejechaliśmy wiele godzin aż do oceanu, nie na południe kraju, ale prawie że. Spory kawał kraju, paręset kilometrów przejechaliśmy. I tacy spoceni jeszcze ja wyszedłem w taki mały hipermarket i skierowałem się do toalety, żeby tam się odświeżyć, myć ręce chociaż, cokolwiek. I za mną jakiś się gość skierował. Taki szczupły, wyglądający chłopaczek.
Wiem, że to brzmi absurdalnie, ale to jest pierwsza osoba oprócz kierowcy, z którym jechałem. Ja w takim stanie naprawdę wiele godzin zmęczony w aucie. I ten gość patrzył mi na pisuar, po czym coś do mnie szeptał. Był sporo wyższy i chciał mnie zaciągnąć potem za rękaw do kabiny. To było moje pierwsze wrażenie po wyjściu z pierwszego auta w Tajlandii. I do tego najabsurdalniejsze było to, że byłem taki totalnie świeży i się aż sam źle z tym czułem. I jakiś gość korzysta z toalety obok mnie i potem próbuje mnie lekko zaciągnąć, ewidentnie widać było, o co mu chodzi, do kabiny. Niesłynna sprawa, więc coś w tym jest. To miejsce jest dziwne, ale dzięki temu mamy takie anegdoty. Trzeba się tylko cieszyć.
Trzeba się tylko cieszyć, że takie miejsca są. I dlatego ci sportowcy, co jeżdżą sobie na zgrupowanie do ojczyzny muay thai potrenować muay thai, potem mogą wejść do baru. Na przykład są takie koktajle, nazywają się blowjob. Tak napisane jest. Taki koktajl bar i jest blowjob jako jedna usługa. Takie miejsce na Ziemi, dlatego tam ludzie przyjeżdżają i się kręci wszystko, prawda? Wszystko się kręci już od dekad.
[02:45:35] - À propos tej mentalności Laotańczyków czy Tajlandczyków, w ogóle tych wschodnich. Obserwowałem, kiedy mieszkałem w akademiku Riviera w Warszawie, akademiku Politechniki Warszawskiej, kiedy pojawili się tam studenci. Przyjechali prosto do Polski, pierwszy raz w ogóle na świat się pojawili Wietnamczycy. Mili, grzeczni, uśmiechnięci. Natychmiast absolutnie wszyscy oni pracowali dla tego odłamu męskiej rasy w akademiku Riviera. Błyskawicznie zostali zdominowani.
[02:46:37] - Mam rozumieć, że jakieś homoseksualne historie?
[02:46:40] - Tak. Oni natychmiast posłużyli jako materiał, bo byli prawdopodobnie, jak ja tłumaczę, tak grzeczni, że nie odmawiali.
[02:46:51] - Już tego nie wiemy. Nie wiem, czy w Wietnamie tak to wygląda, bo w Laosie ciężko mi powiedzieć. Z tym, że my nie byliśmy w miejscu, gdzie jest też ocean, to było takie trochę mniej. Pamiętajmy, że Wietnam to jednak nawet dla Polski PRL-owskiej oni wyjechali w wielki świat mimo wszystko.
[02:47:19] - Tak.
[02:47:21] - Tego też warto być świadomym. Słyszałem od kolegi Tunezyjczyka, że takie rzeczy to jest branża, czyli homoseksualna prostytucja akurat, którą się młodzi Tunezyjczycy parają we Francji. Tam przyjeżdżają, bo tak to wygląda.
[02:47:44] - À propos takich mniejszości, mogę taką tezę też wysunąć, że oni się zachowują tak, jak chcą tego turyści.
[02:47:57] - I to jest może ciekawe, bo kiedyś miałem okazję oglądać taki film dokumentalny na temat Tajlandii i to właściwie sprowadzono, w tym przynajmniej obrazie, właśnie do „przemysłu seksualnego”, który prosperuje świetnie w Tajlandii i on właściwie obsługuje wszystkie sektory tej seksualności. Czyli właściwie to taki raj seksualny dla świata. Właściwie każdy znajdzie tam to, czego szuka. Może tak to podsumuję.
[02:48:34] - Przyjeżdża na przykład klient, naśmiałam się. Przyjeżdża klient i szuka karlicy. I też znajdzie.
[02:48:42] - Coś w tym jest. Pewne obrazy, nawet z tego, co widziałem, nawiązują do tego, co pan właśnie mówi. Ja teraz rzucam okiem na czat, który nam towarzyszy i Karol Lipiński pyta. To jest pytanie do pana, panie Ludwiku: czy dzisiejszy gość nie myślał, żeby za jednym zamachem zwiedzić również Tybet? To ja rozszerzę to pytanie. Czy może to jest jakiś przyszły cel podróży? Rozmawiamy o marzeniach.
[02:49:16] - Rozmawiamy o marzeniach. Jak chodzi o tą podróż jako taką, to Tybet był dosyć daleko, bo my akurat byliśmy, tak jak mówiłem, plan był prosty. Kupiliśmy bilety z Bangkoku, czyli współczesnej stolicy Tajlandii.
[02:49:33] - I trzeba było tam dotrzeć po prostu.
[02:49:35] - Tak. Mieliśmy dość mało czasu wbrew pozorom, więc to nie znaczy, że jechaliśmy prostą drogą, bo tam w Chinach zrobiliśmy zygzaki. Byliśmy na wybrzeżu i wróciliśmy pod Mongolię i potem gdzieś tam. Natomiast jednak zobaczmy sobie, gdzie na mapie jest Tybet. To jednak jest kawałek. I pamiętajmy, że nie zawsze to, co jest na mapie to jest to samo, więc nie sądzę, żeby do Tybetu prowadziły takie dobre autostrady. Drogi są zrobione nieźle, bo Chińczycy już o to dbają, żeby mieć dobry kontakt z Tybetem, żeby mieć na niego wpływ. Ale jeśliby pojechać do Tybetu, to by trzeba, myślę wtedy te różne kilka innych państw, Bangladesz na przykład, wjechać, który jest dość dużym, bardzo biednym państwem. W tej wyprawie nie było takiego pomysłu w ogóle, bo po prostu byliśmy ograniczeni tym, że mieliśmy bilet. Przyznam, że ja nie pracowałem wtedy, byłem już po studiach, więc ja bym mógł dłużej nawet podróżować, ale mój kompan wracał na ostatni rok studiów na politechnikę i po prostu i tak już miał tam trochę w plecy z czasem.
Nie mógł już dłużej podróżować, więc dlatego taka data. Co mogliśmy teoretycznie zrobić, jakbyśmy bardzo chcieli tak najbardziej dojechać, to mogliśmy dojechać do równika, bo mogliśmy do Malezji wjechać. Dojechaliśmy do centralnej, centralno-południowej Tajlandii. Już tam jak jest ten półwysep, zaczęliśmy tam zjeżdżać kawałek, ale tam dalej moglibyśmy pojechać może aż do Singapuru chyba. Tak, Singapur tam jest. To byłoby realne, jakbyśmy chcieli, ale Tybet nie. Jak chodzi o Tybet, Nepal, takie rzeczy, to Tutaj kwestia tego, czy chcę chodzić po górach. Moja rodzina to są ludzie gór, więc oni teraz będą po Indiach chodzić, gdzieś po Himalajach od tej strony. Natomiast ja na razie górami się nie zajmuję. Myślę, że jakbym tam był mocno nakierowany, to tak.
Ja też nie jestem człowiekiem uduchowionym, więc Nepal, Tybet, nawet Indie. Dla ludzi, którzy czy to buddyzm, czy hinduizm, są mocno nakierowani na medytację, to wtedy bardzo chcą tam. Czytają książki Osho. To najbardziej zależy. Ja zupełnie z drugiej strony na to patrzę. Nie mam tego jako taki właśnie, żeby takie medytacje. Oczywiście przyroda jest wszędzie i fakt, że w Tajlandii ona już jest aż za mocno cywilizowana. Dość dużo ludzi jest po prostu. Ale w Laosie, dlatego te świątynie są takie przekonujące, bo tam one są wśród dżungli czasami postawione i to jest super. Daje taki właśnie moment refleksji nad wszechświatem, jacy jesteśmy mali i tak dalej.
Czy moja podróż do Tybetu kiedyś? Raczej nie. Ja nawet nie byłem w Indiach, to ja wolę do Indii pojechać, mimo że Indie mają swoje wady, czyli przestępczość choćby. Ale wybrać jakieś dwie prowincje, dwa miejsca w Indiach, może trzy, a dopiero potem Tybet.
[02:53:04] - Panie Ludwiku.
[02:53:09] - Ludwiku, tak.
[02:53:12] - Ja mam takie głupie pytanie, bo jak pan mówił o swojej mentalności, to przez tą podróż z Polski aż do Chin czy znalazł pan, spotkał tam pan gdziekolwiek takie miejsce? Nasz przyjaciel Piotr Plebaniak siedzi na Tajwanie na przykład i tam sobie żyje już od wielu lat.
[02:53:37] - I jest mu tam dobrze.
[02:53:38] - I jest mu tam dobrze. Czy znalazł pan miejsce, w którym mógłby pan żyć poza Krakowem?
[02:53:46] - Ja bym chciał. Ja bym zdecydowanie chciał, ale fakt, że ja jestem związany. Ja sporo podróżowałem, natomiast na stałe żyłem tylko w Krakowie, chwilę w Warszawie i jeszcze miałem epizody we Francji i w Indonezji. Jakiś taki okres stałego pobytu, dłuższy okres czasu. Natomiast tu wszystko zależy. Jak się jest dorosłym człowiekiem, to trzeba być za siebie i często za wiele innych osób odpowiedzialnym, więc trzeba mieć pracę. Jeśli będzie możliwość pracowania w jakimś miejscu, to tak. I przyznam, mój plan jest taki następny gdzieś, w którym mi zależało właśnie, żeby pojechać, ale już nie podróżować tak zwyczajnie, tylko żyć. W sensie pracować, no i wiadomo, w miarę możliwości coś zobaczyć, ale też z taką misją. Bo to jest zupełnie inna rzecz.
Ja przyznam, czułem słabość sam do siebie, że ja widziałem, że niektórzy ludzie są w stanie wyjechać na Erasmusa na przykład, znaleźć pracę, wyjechać za pracą do Anglii, znaleźć tam pracę i się tam osiedlić na przykład, po prostu wrócić. Jakby tą rzeczywistość umieli okiełznać. A ja umiem tylko na nią spojrzeć, coś zanotować, coś zobaczyć. To takie są czasami rzeczy, że na przykład trzeba. Bardzo ważna rzecz w obecnych czasach to jest komunikacja, czyli trzeba mieć lokalny numer telefonu. To jest ciekawa rzecz. Mieliśmy w Rosji, załatwiliśmy ten numer telefonu, ale w Chinach to już było trochę trudniejsze. Bez znajomości jakiegoś chińskiego przyjaciela wiedzieć, jak to zrobić, to mogło być trudno. Na przykład takie rzeczy. Trzeba mieć numer telefonu.
Potem może trzeba wiedzieć, z jakich aplikacji ludzie korzystają. Jak byłem w Iranie, to faktycznie tam korzystałem z WhatsAppa po raz pierwszy. To są takie rzeczy. Tylko jak się tam mieszka zwłaszcza, to tych rzeczy jest bardzo dużo. W Indonezji na przykład musiałem mieszkanie wynająć. Okazuje się, że mają super rozbudowaną, niesłychaną w ogóle aplikację do wynajmowania mieszkań studentom, bo to było studenckie miasto tam, gdzie żyłem, Yogyakarta. Takie rzeczy na przykład. Tych elementów jest naprawdę bardzo dużo, więc myślę, że bym chciał kiedyś żyć gdzieś w innym miejscu niż Kraków, niż Polska w ogóle. I to byłoby ciekawe wyzwanie, zwłaszcza jeszcze z rodziną, żeby więcej osób było.
[02:56:00] - Ale czy w czasie tej podróży, którą pan odbył, miał pan taki moment-
[02:56:05] - Żeby tam się dało gdzieś mieszkać?
[02:56:06] - W którym pan pomyślał: „O!"
[02:56:09] - Tak, miałem. Miałem jak najbardziej, bo ja wtedy nie pracowałem i miałem bardzo dużo możliwości życiowych i też szukałem inspiracji, przyznam, co też ważne dla mnie było egzystencjalnie po prostu, nawet duchowo w jakimś tam stopniu, mimo że jestem ateistą zupełnym. Ja miałem fajny kontakt z koleżanką Saszą, która właśnie była w Moskwie i potem w Shenzhen. Tam u niej przebywaliśmy i był wstępny plan. Tylko że inaczej się losy moje skierowały, bo ona była chętna, żeby mi trochę pomóc, bo ta pomoc jest trochę potrzebna na początku, żeby wrócić do Chin jako nauczyciel języka angielskiego. Zresztą mieliśmy nawet taką możliwość w trasie. Gdzieś tam nas zatrzymywali jacyś ludzie i bardzo chcieli, żebyśmy lekcje angielskiego prowadzili. Ja bym chciał, ale mój kompan nie chciał. My trochę mieliśmy za mało czasu. Tam moglibyśmy jeden dzień zostać, dwa dni, ale nie moglibyśmy tydzień zostać gdzieś, bo za mało czasu mieliśmy.
Ale tak, była taka misja, żeby zostać nauczycielem angielskiego w Shenzhen albo prawdopodobnie tam. Ale znowu tylko dlatego, że tam miałem osobę, która by mi pomogła wystartować. Bo na przykład tam ciężko mieszkanie wynająć dosyć, jak się nie zna języka zwłaszcza. Nie wiadomo, ile to kosztuje do końca. Mogą rzucić dwa razy wyższą stawkę. A może wystarczy powiedzieć i się uśmiechnąć do nauczyciela tej szkoły i on wynajmie za darmo dla swojego nauczyciela. Na początku przynajmniej jakiś pokój. Różne możliwości. Taki był plan, ale to nie wyszło. Natomiast była spora szansa, żeby to mogło wyjść.
Jakby się pewne rzeczy inaczej w życiu ułożyły i ten kontakt mocniej przypilnował, to myślę, że nawet chciałem wrócić do Chin, bo mnie to interesowało. Mnie obecnie dalej Chiny interesują, bardziej kultura i jakieś książki czytam. Jest to bardzo ciekawe miejsce. Nawet chciałbym się języka nauczyć, tylko że nie ma na to za bardzo miejsca i czasu już, bo to są bardzo skomplikowane rzeczy, czasochłonne.
[02:58:15] - Panie Ludwiku, bardzo mi się spodobała ta kwestia, którą pan powiedział, że tak jak mówiłem na początku, pasja mnie w panu fascynuje, o tyle chwała temu odrobinie tej szczypty rozsądku.
[02:58:33] - Ja nie wiem. Ja na przykład mam książki do chińskiego w domu, bo się wymieniłem za kawę i mam książki do chińskiego. Jakby mieć jakiegoś nauczyciela i dużo czasu, to można by się uczyć.
[02:58:47] - Ale wie pan, z czym chciałem to porównać? Bo taki polski bard, Jacek Kaczmarski zawsze marzył całe życie swoje, żeby pojechać do Australii. Pojechał tam. Tylko że tam w Australii nikt go nie chciał słuchać, więc i tak musiał wracać do Polski, żeby pracować na życie.
[02:59:09] - To nie zawsze się uda. To jest inna kwestia. Trzeba się umieć odnaleźć. Dlatego dla mnie to było wyzwanie. Zamieszkać w jakimś kraju odległym i się tam sprawdzić. To jest piękne wyzwanie i moim zdaniem trudniejsze niż podróż. Więc taka rzecz. A z językiem chińskim to marzenie chińskie jest. Ja bym też chciał kiedyś wrócić do Chin. Pewnie drugi raz takiej podróży się nie zrobi.
Jest myśl o podróży, żeby zrobić podróż ameryką z Północnej Ameryki do Południowej albo odwrotnie. Tam fragment trzeba statkiem pokonać nieduży, ale tam są inne problemy. Mianowicie ja nie znam języka hiszpańskiego, a wypadało znać, bo jak się nie zna języka, to niedużo można. Więc trzeba by się tego nauczyć, chociaż troszkę. Język hiszpański jest dosyć prosty, więc jakieś słówka to by się mogło udać. Ale tam jest przestępczość. To są takie rzeczy. Chiny moim zdaniem to jest dużo bardziej fascynujące, bo to jest totalna egzotyka albo misja na Marsa. Coś wielkie, nieznane i nie ma takiego drugiego miejsca na świecie wydaje mi się.
[03:00:32] - Panie Ludwiku.
[03:00:35] - A może za mało wiem o świecie jeszcze.
[03:00:38] - Wszystko przed panem. Natomiast my zbliżamy się już powoli do końca audycji i to jest taki zwyczaj wprowadzony przeze mnie dosyć woluntarystycznie, ale jednak chciałbym pana namówić. Cała nasza dzisiejsza audycja to jest właściwie jedna wielka zachęta do sięgnięcia po pana książkę. Przypomnę, że książka nosi tytuł „Kierunek Kitaj, czyli autostopem do Chin i dalej...”. Ale jednak zawsze mnie korci, żeby namówić autora na koniec, żeby wygłosił mówionego blurbu książkowego. Coś w stylu: „Czytajcie, ponieważ...”. Jakby pan miał takiego blurb wygłosić, to co by pan w tym blurbie wygłosił?
[03:01:31] - Moja sytuacja po studiach była taka, że nie wiedziałem, co chciałem robić zasadniczo w życiu i stałem w miejscu. I zacząłem podróżować. Najpierw mniejsza podróż, potem większa, potem do Chin. I w moim wypadku zostawiło mi to świetną pamiątkę na całe życie. Pozwoliło mi to poznać świat. Więc co ja mogę zrobić? Ciężko samemu przejechać, zwłaszcza teraz, bo jechałem przez Rosję, a przez Rosję nie pojedziemy teraz autostopem ani nawet autem, bo się nie da. Więc co można zrobić? Można książkę „Kierunek Kitaj” zdobyć albo porwać, albo pożyczyć i poczytać o tym, co dwóch gości, bo nas było dwóch. Przypominam, cały czas zapominam o moim kompanie, ale on też tam był.
Bez niego byłoby ciężko. Ja nawet nie miałem komórki przecież. Co my zrobiliśmy? Przejechaliśmy przez Rosję, przez Mongolię, przez Chiny aż do Laosu i Tajlandii, wjeżdżając w trzy światy, czyli w świat pijanej, szalonej, dzikiej, wielkiej słowiańskości. Potem do nieznanych wielkich stepów Mongolii, aż do zupełnie niepojętych już językowo i zwyczajami Chin, gdzie byliśmy etnografami, poznawaliśmy kulturę, z której dalej nic nie rozumiemy. Ale zupełnie nam to nie przeszkadza, bo była to wspaniała przygoda. I na końcu wjeżdżamy do Edenu. Taką podróż ja przeżyłem. I jeszcze bonus na koniec, bo nam się wydaje: „No dobra, gość dojechał na końcu do tego Bangkoku”. To jest spoiler.
Przeżyliśmy, nawet nas nie okradli. Ale my polecieliśmy samolotem do Oslo. I okazuje się, że z Oslo jeszcze potem trzeba było. Wyobraźmy sobie to po przejechaniu całej Azji, Eurazji w większej części. Już na sam koniec, już po podróży, o czym się nie pamięta, my jeszcze musieliśmy przejechać z północy Skandynawii aż do Polski autostopem 2 tysiące kilometrów. Tak, więc ja to przeżyłem. I fajnie jakbyś może zobaczył, jak to wygląda, jak wygląda świat. Jeśli nie możesz tak pojechać, bo to będzie już powtórzyć bardzo ciężko w najbliższych latach.
[03:03:37] - Panie Ludwiku, to była piękna podróż z panem. Myślę, że to moje zdanie z początku audycji, w którym mówiłem o nostalgii za serią podróżniczą, jeszcze bardziej się potwierdziło. Utwierdziłem się w tym przekonaniu. Naprawdę, proszę państwa, po książkę naszego dzisiejszego gościa warto sięgnąć. To jest książka, która tak jak powiedział, otworzy państwu oczy przynajmniej na część tego świata. Przypomnę „Kierunek: Kitaj, czyli autostopem do Chin i dalej”. Autorem jest nasz dzisiejszy gość Ludwik Papaj. Pięknie jeszcze raz dziękujemy za dzisiejszą audycję.
[03:04:24] - Może to Ludwik Papaj, ale ja mu dziękuję za spotkanie z Marco Polo.
[03:04:32] - Tak. Ja jeszcze przypominam, że po tym, jak już my zejdziemy z anteny, to czeka na państwa Tomasz Fąs ze swoim felietonem. I ja oczywiście jeszcze muszę napomknąć, co w następnym „Bibliotekarium”. Przypomnę, to następne „Bibliotekarium” już za tydzień. Tak się nietypowo złożyło, że za tydzień będziemy gościli autora niezwykłej książki. Będzie tym autorem Szymon Majcherowicz, autor książki „Otwieram oczy”. Ogólna kwalifikacja to groza, ale to jest niezwykła groza, która zachwyca. To na razie tyle. To na pewno będzie wspaniałe spotkanie, bo oprócz nas niegodnych drugim gościem poza Szymonem Majcherowiczem będzie państwa ulubiony człowiek od fantastyki, nasz ekspert, którego bardzo często zapraszamy, kiedy mamy jakieś problemy z literaturą, a mianowicie Tadeusz Krajewski. Jeszcze raz pięknie zapraszamy.
Za dwa tygodnie oczywiście „ABW” i kolejna porcja opowiadań, ale za tydzień Szymon Majcherowicz i „Otwieram oczy”. A teraz jeszcze raz pięknie dziękujemy naszemu gościowi. Dobrej nocy życzymy.
[03:06:07] - Dobrej nocy. Dzięki wszystkim.
[03:06:10] - I zapraszamy na felieton Tomasza Fąsa.
[03:06:18] - Jak to było, jak to jest, jak to będzie? W mijającym tygodniu po raz kolejny obchodziliśmy rocznicę katastrofy w Czarnobylu. Wydarzenia na pewno ważnego, do dzisiaj przywoływanego, obecnego w naszej świadomości, w naszej kulturze. Wydarzenia, które ukształtowało naszą świadomość, nasze wyobrażenia na temat energetyki jądrowej. Zresztą w sposób kontrowersyjny, bo i sama liczba ofiar do dzisiaj jest bardzo dyskusyjna. Tak naprawdę poniżej chyba 40 osób na miejscu poniosło śmierć wskutek napromieniowania, a cała reszta jest bardzo dyskusyjna. To, czy rzeczywiście ten opad po katastrofie był tak śmiercionośny, jak to wielu przypuszcza, to jest dyskutowane. Jednak to bardzo rozrzedzone promieniowanie i fakt, że nawet gdzieś, powiedzmy w Polsce, można było te odczyty podniesionego promieniowania zarejestrować, to nie znaczy, że na całym tym obszarze faktycznie ludzie byli narażeni na jakieś większe niebezpieczeństwo. Do dzisiaj też samo wydarzenie jest postrzegane, zdaje się na Ukrainie jako rodzaj tragedii narodowej. Ukraińskie studio wydało serię gier, które wiązały katastrofę w Czarnobylu z prozą braci Strugackich.
Powstała seria gier „Stalker”, ciesząca się dosyć dobrym odbiorem. Już sprawdziłem, szczęśliwie, że to studio było ukraińskie. Gdyby było rosyjskie, to być może w ogóle wspominanie o tym już byłoby rażące w świetle obecnych sankcji. Ale na szczęście produkcja ukraińska, więc jak najbardziej warto wspominać. Zresztą tak na marginesie to, co znamy jako katastrofę w Czarnobylu, to jest tak naprawdę jedna z co najmniej kilku poważnych awarii tych reaktorów wiążących się ze stratami. Być może też z jakimiś ofiarami, już nie jestem pewien, ale tych katastrof było kilka. W Leningradzie, w Ignalinie, w pierwszym bloku czarnobylskim też były poważne awarie reaktorów. Zresztą Anatolij Diatłow, autor książki „Czarnobyl. Jak to było”, do której się tutaj odwołałem na wstępie, bardzo krytycznie się do tej konstrukcji odnosił. On oczywiście jest głównym oskarżonym w tej sprawie, bardzo negatywnie przedstawianym często, ale ma też swój punkt widzenia i wiele zastrzeżeń do samej konstrukcji reaktora, do różnych wad.
Niemniej chciałem wspomnieć dzisiaj troszeczkę może od innej strony. Przypomniała mi się sytuacja sprzed dobrych kilku lat, kiedy w Bydgoszczy funkcjonowała, chyba już zamknięta obecnie, restauracja, bar, który jakoś na tej popularności próbował się wybić. Mianowicie bar nazywał się właśnie Czarnobyl. I znajomy Ukrainiec pracujący wówczas w innym lokalu jako barman opowiadał, że jest to dla nich nieprzyjemna sytuacja, bo jednak Czarnobyl to jest wielka katastrofa narodowa i wielka tragedia dla nich i jest to nie w porządku jego zdaniem, że w ten sposób nazywa się lokal o charakterze rozrywkowym. I to jest może dobry temat pod rozwagę, na ile w ogóle szerzej w kulturze, w sztuce, w jakimś dyskursie można się odnosić do wydarzeń tragicznych i na ile można to robić, jeżeli w ogóle można, to czy można też robić to w sposób ironiczny, krytyczny? Czy to jest dopuszczalne? To jest pytanie szczególnie mocne dzisiaj, bo wydaje się, że kiedyś taki rodzaj dialogu, dyskursu, kiedy społeczeństwo było może bardziej werbalne, bardziej zdolne do jakiejś dyskusji, do różnych punktów widzenia, do pewnego filozofowania, to może łatwiej było te tematy podejmować, łatwiej było rozmawiać, łatwiej było wyrażać te różne spojrzenia. W Ameryce rozwijał się stand-up. Taki rodzaj sztuki, ekspresji kabaretowej, gdzie więcej było wolno, gdzie ludzie wchodząc na tego rodzaju spektakl czy odtwarzając go tak jak do dzisiaj się te programy nagrywa i udostępnia, to odbiorca tego rodzaju przedstawienia ma świadomość, że godzi się na jeżdżenie po wszystkim, na bardzo mocną, bardzo agresywną formę dowcipu, bez uszanowania wartości, świętości. W Polsce też były przypadki, gdzie stand-uper żartował sobie na przykład z papieża i to było oczywiście obiektem krytyki, wręcz sądowych spraw.
Dzisiaj coraz bardziej zmierzamy w stronę społeczeństwa, jak powiem społeczeństwa pierwotnego, to może będzie to zbyt mocne stwierdzenie, ale jednak odchodzimy od społeczeństwa werbalnego, dyskursywnego w stronę kultury obrazu, kultury uproszczenia, kultury prostej, jednoznacznej emocji, która nie może być niejasna, nie może być kontrowersyjna. Zawsze jest pewien jasny przekaz i jak ktoś się wyłamuje, ktoś na przykład ma inne zdanie, to już podlega wręcz cancel culture. Nie dopuszcza się do głosu ludzi, którzy coś mówią niezgodnie z przyjętą konwencją, bo potrzebujemy raczej prostego przekazu, prostej emocji, utwierdzenia się w tym, co powinniśmy myśleć, sądzić, a nie chcemy innego punktu widzenia czy nawet innego sposobu wyrażania stosunku do czegoś. Nawet jeżeli opinia jest ta sama, to jeżeli już zbyt ironiczna, zbyt żartobliwa, to się zaraz obrażamy. Z jednej strony część prawa, że tak uproszczę, będzie się obrażać o szkalowanie ich uczuć religijnych, o szkalowanie wartości tradycyjnych, o szkalowanie modelu rodziny. Część lewa znowu o jakieś nietolerancyjne się będzie obrażać, o używanie niewłaściwych słów. Tak jak funkcjonuje na przykład dzisiaj ten przyimek, zdaje się: w Ukrainie czy na Ukrainie. To jest temat, gdzie już człowiek się określa. To, czy on powie „w” czy „na”, to już jakoś wyraża jego stosunek reformatorskiego podejścia do języka. Swoją drogą ciekawe, że wojna jest w Ukrainie, a na tej samej stronie na przykład wybory odbyły się na Węgrzech.
Czy gdyby władza węgierska była jednak bardziej prozachodnia, lewicowa i tak dalej, to czy wówczas wybory już odbywałyby się w Węgrzech? Może dobrze, że nie, bo faktycznie byłaby to trudniejsza językowo konstrukcja niż w Ukrainie. Może w tej sytuacji, skoro forma „na” jest ironiczna czy dezawuująca, atakująca, poniżająca, to może należy w tej sytuacji mówić o wydarzeniach na Rosji? Że na Rosji dzieje się źle ostatnio ze względu na sankcje, bo tej Rosji aktualnie się nie szanuje, się z nią walczy. Nie wiem. Zostawiam to państwa decyzji i być może znów niedość szacunku tą wypowiedzią okazuję. Jeśli kogoś uraziłem, przepraszam. Niestety, proszę państwa, świat wydaje się, zwłaszcza dzisiaj w sytuacji napiętej, agresywnej, wojennej, tych naszych jakże wzniosłych, jakże wartościowych analiz nie szanować. I wdziera nam się prawda na wschód z agresją, z barbarzyństwem. „Idą barbarzyńcy” jak śpiewał Przemysław Gintrowski do słów Jerzego Czecha.
I ci barbarzyńcy właśnie z piosenki z albumu „Kamienie” nie szanują świętości. Są obrzydliwi, są parszywi, są agresywni, tak jak to się dzieje obecnie. I oto kultura Zachodu nie wie, jak sobie z nimi poradzić. Bo jak to u nas pewnych rzeczy się nie robi, pewnych rzeczy się nie mówi. Staramy się kreować na tych lepszych, a tu niczym Edek z dramatu „Tango” Mrożka udowadnia nam, że oto wszystko już było, kultura już była, już popadamy w pewien marazm, w pewną sytuację mało motywującą do wysiłków. I oto wchodzi człowiek z bronią. I być może właśnie w tej sytuacji podejście ironiczne, podejście szydercze, podejście być może bez należnego szacunku jest jedyną obroną umysłu w sytuacji nie do przeskoczenia. Z jednej strony grozi nam lęk, tak jak lęk przed atomem ustanowiony przez tragiczną radziecką technologię, a którą się gdzieś do dzisiaj straszy, mimo że już czasy inne, technologia inna. Lęk pozostał, a jeżeli nie chcemy tego lęku, to być może właśnie śmiech, ironia, szyderstwo będzie naszą obroną. Trudny to temat, proszę państwa, trudny do przeskoczenia, trudny do realizacji.
Być może warto jeszcze przytoczyć znów z Jacka Kaczmarskiego puentę: „Jest śmiech i śmiech jak ból, jak grzech, a ja się będę śmiał za trzech. Z wściekłego psa, co kąsa w oku, zanim zdechnie. Lecz jest i łza, i nad nią ja nie parsknę, póki boleść trwa i pierwszy palnę w pysk, kto przy niej się uśmiechnie.”
[03:15:38] - Felietonem Tomasza Fąsa kończymy kolejne wydanie Bibliotekarium na żywo. Byli z nami oczywiście panowie z Bibliotekarium: Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość, pan Ludwik Papaj, autor książki „Kierunek: Kitaj”. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Najmocniej przepraszam za małą wpadkę w środku audycji z fragmentami pierwszym i drugim. Mam nadzieję, że będzie mi to wybaczone. Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień, znów w tym normalnym Bibliotekarium, oczywiście na żywo. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium, www.paranormalium.pl.