[00:01] - Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym.
[00:07] - Zacząłem widzieć różne światła, różne kolorowe. W grupach po dwa, trzy x teraz w sporej odległości wydawały się być ode mnie.
[00:14] - Zagadkowe obiekty.
[00:16] - Strasznie intensywne, potężne, niebieskie światło. To się wydawało tak, jakby to było nad chmurami było jakieś ognisko tego światła, które przebijało się przez. No, no ja do tej pory jestem w szoku, bo to się nie zdarza często nie takie coś zobaczyć.
[00:28] - Tajemnicze istoty.
[00:30] - Przyszedł do naszego mieszkania taki obrzydliwy, brązowy szarak. Obleśny. Jezus Chrystus, aż mnie na wymioty zbiera, jak o tym myślę. Ja w tym śnie się schowałam tak jakby pod stół. Niby byłam pod stołem, a nagle byłam na jakimś stole i ktoś mi wbijał igłę w plecy.
[00:43] - Mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów.
[00:48] - Budzi mnie skrzypienie drzwi. Znów widzę to światło. Wstaję z łóżka, idę uchylić mocniej te drzwi, zobaczyć, co tam jest. I widzę postacie, ale czuję jakąś grozę sytuacji. Jestem przerażona po prostu. Biegnę i krzyczę do męża: "Strzelaj!"
[01:05] - "Mówią świadkowie" w Radiu Paranormalium. Witam bardzo gorąco i serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium zgromadzonych w tę zimną, styczniową noc przed komputerami bądź grzejącymi w dłoniach smartfony i inne małe wytwory magii współczesnej, dzięki którym można nas słuchać. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios" . Zapraszam na kolejny, czterdziesty już odcinek podcastu "Mówią świadkowie", który tak jak wszystkie wcześniejsze odcinki zostawi Państwa z mnóstwem pytań o prawdziwą naturę naszej rzeczywistości. Kilka miesięcy temu bardzo żywo zareagowaliście Państwo na odcinek poświęcony spotkaniom z żywym folklorem. Dziś poznamy kolejną garść historii o spotkaniach z dziwnymi istotami, jak gdyby żywcem wyjętymi z legend i podań ludowych. Szczególnie dużo będzie dziś opisów spotkań z ciemnymi, zakapturzonymi postaciami, które często określa się mianem planetników, chmurników lub obłuczników. Usłyszymy też opis obserwacji zjawy psa, który wskoczył do płytkiej rzeki i zniknął. Te i wiele innych historii już za chwilę. Wcześniej jednak tradycyjnie małe przypomnienie kontaktów do Radia Paranormalium dla tych z Państwa, którzy chcieliby się podzielić swoją historią o spotkaniu z nieznanym.
Tych z Państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć, zapraszamy do kontaktu. Nasze numery telefonów to stacjonarny trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero zero zero osiem, trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero zero zero osiem. Komórkowy pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy, pięćset trzydzieści, sześćset dwadzieścia, czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Skype radio.paranormalium.pl, radio.paranormalium.pl Numer Gadu-Gadu trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa, trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa. Nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl, radio@paranormalium.pl. Można również kontaktować się za pośrednictwem fanpage'a na Facebooku pod adresem facebook.com/radioparanormalium. Gdyby przy naszych telefonach nikt nie dyżurował, prosimy o nagranie wiadomości głosowej bądź wysłanie SMS-a. Bardzo prosimy o sprecyzowanie, w jakiej sprawie chcą się Państwo z nami skontaktować. Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych prosimy ponadto o podanie numeru, na który mamy oddzwonić. Wszystkim świadkom gwarantujemy pełną anonimowość.
Na życzenie świadka w razie wykorzystania zapisu rozmowy w którejś z audycji istnieje możliwość zmiany barwy głosu. Dodam jeszcze tylko, że podczas premiery każdego odcinka podcastu "Mówią świadkowie" staram się dyżurować na czacie i przy radiowym telefonie. Jeśli więc ktoś z Państwa chciałby się podzielić jakąś swoją obserwacją trudno wytłumaczalnego zjawiska, to zapraszam do pisania bądź dzwonienia. Dzisiejsza audycja będzie podzielona na dwie części. W części pierwszej przebrniemy przez zawartość naszej skrzynki mailowej i wydobędziemy wszystkie wiadomości odnoszące się do spotkań z żywym folklorem. W drugiej zaś części wysłuchamy zarejestrowanej przez jednego z naszych słuchaczy rozmowy, w której jego dziadek podzielił się kilkoma tego typu zdarzeniami. Zacznijmy zatem od zajrzenia do naszej radiowej skrzynki na listy. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium dwudziestego ósmego września dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku. "Witam serdecznie. Z racji tego, iż szykuje się odcinek o żywym folklorze, postanowiłem opisać kilka historii, które mi się przytrafiły.
Mam trzydzieści pięć lat. Mieszkam w centralnej Polsce, w małej wiosce na trasie Łęczyca-Kłodawa. Jestem żonaty, prowadzę własną działalność. Odkąd pamiętam, działy się w mojej obecności jakieś dziwne rzeczy. Obecnie, gdy znajduję się w pobliżu, niknie zasięg w telefonach bądź szwankują elektroniczne sprzęty. To w ramach ciekawostki. Postaram się to jakoś po kolei opisać, chociaż pamięć mam niestety słabą jeśli chodzi o daty, a i znam bardzo dużo takich historii z życia własnego i nie tylko. Zatem będzie sporo pisania. Zdarzenie numer jeden. Od jakiegoś tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku w wieku od jakichś ośmiu do kilkunastu lat widywałem w nocy po ciemku w pokoju dziwne jakby robaczki świecące, które układały się w różne kształty, jak ławica ryb albo stado szpaków.
Świeciło to poświatą koloru żółto-zielonego. Powtarzało się to dość często, aż w końcu z biegiem lat ustało. Wtedy nie interesowało mnie, co to może być, bo widywałem to prawie co wieczór. Myślałem, że każdy tak ma. Nie bałem się tego i zawsze patrzyłem sobie na to, aż zasnąłem. Nie ma tu mowy o jakichś refleksach świetlnych i tak dalej. Muszę mieć do snu bardzo ciemno i do tego zawsze były zasłonięte żaluzje i zasłony. To coś układało się w różne kształty i nie podążało za moim wzrokiem. To znaczy czasami było umiejscowione w jednym miejscu, a innym razem w drugim."Sprawa numer dwa. 1994, może '95 rok.
Pamiętam, bo miałem już rower po komunii. Pod koniec wakacji pojechałem z rodzicami na rowerach do sadu ich znajomych do sąsiedniej wsi po wiśnie. Kiedy już narwaliśmy do wiaderka ile trzeba, to ci znajomi zaprosili nas do domu na kolację. Posiedzieliśmy dosyć długo. Ojciec sobie z kolegą wypił. Mama z koleżanką porozmawiała, a ja bawiłem się z ich córką. Gdy się zebraliśmy, było chwilę przed północą. Droga do nich prowadziła przy starej kuźni. Przedworna kuźnia, a w zasadzie już ruina i dalej obok starego dworu, również w ruinie. Droga była żwirowa, ale utwardzona i sucha.
Pamiętam, że było widno jak w dzień. Właśnie mijaliśmy kuźnię, gdy w pewnym momencie mnie i mojej mamie zaczęło się bardzo ciężko jechać. Po kilkunastu metrach moja mama zeszła z roweru, ja chwilę później, a tata jechał bez problemu i się z nas podśmiewał. Musiałem stawać na pedałach, jakbym jechał pod bardzo dużą górę, a i tak nie dawałem rady jechać. Wiśnie mieliśmy w wiaderkach na kierownicach. Ledwo odepchnęliśmy rowery do pałacu, dworu. Różnie na niego mówią. Gdy nagle ta dziwna siła odpuściła. Wsiedliśmy na rowery, jak gdyby nigdy nic. Dojechaliśmy do domu.
Na drugi dzień opowiedzieliśmy tą sytuację babci, a ta, że na pewno duchy czy zmory chciały się przejechać od kuźni do pałacu. I faktycznie mogło tak być. Mój rower i rower mamy miały bagażniki, a rower ojca nie. Może rzeczywiście coś chciało się z nami przejechać. Moja babcia miała dziewięćdziesiąt lat i opowiadała mi, że nieraz jadąc wozem z dziadkiem miała takie sytuacje. Przejeżdżając obok różnych miejsc konie stawały dęba, pieniły się, zlały potem i nie chciały dalej iść. Albo robiły to bardzo opornie. I dziadek wtedy zawsze mówił: "O, już siedzi." Zdarzenie numer trzy. Paraliż senny. Około 2000 roku.
Zaczęło się od tego, że miałem jakiś dziwny sen. Nagle się obudziłem. Czułem czyjąś obecność w pokoju i widziałem dziwną postać, jakby w kapturze przed swoim łóżku. Nie mogłem powiedzieć słowa, a chciałem krzyczeć. Nie mogłem się ruszyć. No coś strasznego. Zabrzmi to dziwnie, ale już wtedy czytałem o takich sprawach. Zacząłem odmawiać Zdrowaś Mario. Pomimo, że raczej jestem bardziej skłonny do rodzimej wiary czy do reinkarnacji. Ale przyznaję szczerze pomogło.
Byłem przerażony. No więc właśnie. Co do snów, to jeszcze miałem kiedyś taki sen, który mi się często powtarzał. Mianowicie śniło mi się, że potrafię no może nie latać, ale skakać na bardzo duże odległości. Odbijałem się i leciałem bardzo wysoko i bardzo daleko. W trakcie takiego snu odczuwałem szczęście, błogość i w pewnym sensie podniecenie. Bardzo przyjemny sen i w sumie miałem czasem świadomość, że to sen. Śnił mi się przez parę dobrych lat i nieraz potrafiłem go na zawołanie przyśnić. Zdarzenie numer cztery. Około 2003-2004 roku.
Zima w okolicy dwudziestego grudnia. Mamy na wsi świetlicę po starej szkole podstawowej. Jest w niej stół do tenisa. Bardzo często z kumplami graliśmy do późna. Tego dnia pograliśmy gdzieś do dwudziestej trzeciej, kiedy to pękła nam ostatnia piłeczka. Byliśmy tylko w czwórkę. Ja z bratem i sąsiedzi, również bracia. Mieliśmy już założone latarnie na wsi. Było sporo śniegu i porządny mróz. Idziemy i śmiejemy się, gdy nagle mój brat mówi, że coś słyszy.
Nastawiliśmy uszu i faktycznie w odległości jakichś piętnastu, dwudziestu metrów od nas słychać było, jak ktoś idzie po zmarzniętym śniegu. Było słychać, ale nic nie było widać w świetle latarni. Zbliżało się to do nas powoli, jednostajnie. Nie wiedzieliśmy, co robić. To coś było coraz bliżej. Ja chciałem zostać i sprawdzić, co to było, ale brat z kolegami stwierdzili, że dajemy nogę. I tak też uczyniliśmy. Do domów wróciliśmy od tyłu, przez pola. Zdarzenie numer pięć. 2008 rok.
W wojsku byłem w 2007 roku. Wyszedłem w 2008 na wiosnę. Mieszkałem jeszcze z rodzicami i rodzeństwem. Było lato, wakacje. Rodzice już spali, brat też, a ja z siostrą siedziałem do późna. Zdecydowałem z siostrą, że ona umyje się pierwsza. No to ja poszedłem na spacer, bo lubię się szwendać nawet po nocy. Gospodarstwo moich rodziców ma dwa wyjazdy. Jeden obok nowego domu i jeden obok starego glinianego, który ma chyba z dwieście lat. Szedłem obok starej chaty i sobie myślałem o tym, że nie ma Boga, bo są wojny, chore dzieci i takie tam.
Że jakby była jakaś dobra siła, to by na to nie pozwoliła. Gdy wyszedłem za starą chatę, zobaczyłem coś dziwnego i poniekąd strasznego. Z tyłu domu jest park, który sadził mój pradziadek. Swoją drogą o nim mógłbym sporo opowiedzieć dziwnych historii. Na dach starej chaty opada żywotnik, tuja i pod tą tują zauważyłem taką postać, jakby w płaszczu. Wyglądał jak płaszcz ze starych jutowych worków od zboża i w kapeluszu wysokości ze dwa, może nawet dwa i pół metra. Na tą postać z tyłu padało lekko światło z przydrożnej latarni, więc było ją widać całkiem dobrzeWystraszyłem się i uciekłem do domu. Wbiegłem do kuchni. Siostra jeszcze nie zaczęła się myć i pyta mnie, przed czym uciekałem. Ja mówię, że nie uciekałem, tylko sobie biegałem.
Ale ona wiedziała, że coś jest nie tak. Posiedziałem chwilę przy stole i sobie mówię: "No nie, ty się boisz. Niemożliwe". Wziąłem się w garść, złapałem latarkę i wróciłem. Sprawdziłem to miejsce. Nie było nic widać. Patrzyłem pod różnymi kątami, świeciłem latarką i nic. Nie mogło mi się wydawać. To coś musiało tam stać. Najlepsze jest to, że jakoś po kilkunastu latach rozmawiałem ze swoim znajomym z moich stron.
Jest muzykiem, gra na weselach, po zabawach. Powiedział, że wcale się nie śmieję, bo jego żona widziała coś takiego. To było ze dwadzieścia lat przed moim zdarzeniem. Grał wtedy w okolicy na zabawie i poznał swoją aktualną żonę. Jakoś po północy postanowił ją odprowadzić. Przeszli sporą część drogi i on musiał wracać na zabawę, więc się pożegnali. Ona miała już kawałek do domu przez pola. Później, gdy się spotkali, opowiedziała mu, że widziała dziwną postać, jakby w płaszczu i kapeluszu. Bardzo wysoką. Identyczną w opisie do mojej.
Szybko uciekła do domu. W zeszłym roku brałem ślub. Zaprosiłem na niego schorowanego wujka M. Chociaż wiedziałem, że i tak nie przyjdzie. Wujek jest szwagrem mojej babci. Ma teraz jakieś osiemdziesiąt dwa lata. Po weselu wziąłem flaszkę wódki weselnej oraz flaszkę bimberku cytrynowego i pojechałem do niego w odwiedziny z babcią i z bratem. Wujek świetnie opowiada i ma niezłą pamięć. Zepchnąłem więc temat na sprawy paranormalne, które mnie i mojego brata strasznie interesują. Wujek sporo rzeczy nam opowiedział.
Nie spodziewałem się, że tak chętnie będzie o tym opowiadał. Odnośnie tej dziwnej postaci to wujek też coś takiego widział jakieś sześćdziesiąt lat temu. Uczył się wtedy w szkole górniczej na Śląsku i przyjechał na ferie późną jesienią do domu. Z dworca miał kilkanaście kilometrów. Gdy był już dwa, trzy kilometry od domu, zauważył taką samą postać. Wiał wiatr i padał deszcz. Wujek przechodził właśnie przez małe miasteczko. W pewnym momencie pod lipą przy głównej drodze zauważył wysoką postać w kapeluszu. Na początku pomyślał, że to jego znajomy co mieszka obok, ale nie. Powiedział do tej postaci "Dobry wieczór", ale już wiedział, że coś jest nie tak.
Przestraszył się, oblał potem i nie mógł zrobić żadnego ruchu. Ta postać nie miała pod kapeluszem twarzy, jakby czarna dziura. Wujek nie mógł też krzyczeć. Dopiero pomalutku, pomałym kroku, coraz szybciej, aż w końcu biegiem uciekł. Była godzina po dwudziestej trzeciej w nocy. Dodatkowo, jak się okazało z opowieści mojego taty, jeszcze jedna osoba mogła widzieć to coś. A mianowicie nasz sąsiad, który aktualnie mieszka na Śląsku, gdzie wyprowadził się jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Była późna jesień, lały deszcze i nie było jak zrobić orki na polu. Nastało parę ładnych dni. No to rolnicy chcąc pogonić pracowali do ciemnej nocy.
Sąsiad również. Dojeżdżał już do końca pola i miał robić zawrotkę, gdy w światłach zobaczył, jak ktoś idzie przez pola. Idzie to idzie, pomyślał i robił swoje. Ale gdy dojechał, to się okazało, że ten ktoś stoi na miedzy i czeka na niego. Zatrzymał się przy nim i pyta, o co chodzi. Nieznajomy, bardzo wysoki, w płaszczu i kapeluszu podał mu rękę, która była podobno lodowata i zapytał, która godzina. Sąsiad spojrzał na zegarek, podniósł głowę i już chciał powiedzieć, że ileś po pierwszej w nocy, ale nikogo już nie było. Oczywiście zakończył pracę, podniósł pługi, gaz do dechy i w kierunku domu. Jego brat opowiadał, że wpadł do domu blady jak ściana. Zdarzenie numer sześć.
Chwilę po wojsku założyłem działalność i przeprowadziłem się do Łodzi. Często przyjeżdżałem na wieś, bo czuję bardzo mocną więź z tą miejscowością i z przyrodą. Znów było lato. Przyjechałem na weekend. Całą sobotę pomagałem rodzinie zbierać ogórki. Było strasznie gorąco. Wieczorem po zbieraniu brat szybko zaczął się szykować, bo jechał do swojej dziewczyny. Poprosiłem go, żeby mi pożyczył motor, bo chciałem jechać się wykąpać na żwirownię. On mówi, że okej, ale żebym sam nie jechał, bo jeszcze się utopię. Mówię: "Dobra, spoko, dam sobie radę".
Cały dzień tak grzało, że myślałem tylko o tym, żeby się wykąpać. W tym samym czasie, kiedy on się szykował, ja zdążyłem z ojcem zważyć towar i zapakować. Był już wieczór. Uradowany wsiadam na motor i po ujechaniu kilku metrów ząb. Brat już się zbierał, ale ogarnęliśmy. W gaźniku wypadała iglica z pływaka. Pokazał mi jak to naprawić. Mówił, żebym nie jechał, ale ja myślałem tylko o tym, żeby popływać i się schłodzić. A muszę to powiedzieć, że mieliśmy najlepszy motor w okolicy. Bardzo zadbany i nigdy, naprawdę nigdy nie było z nim problemów.
Brat pojechał do aktualnej już małżonki, a ja wsiadłem na CZ i jadę. Pojechałem ze sto metrów i znowu to samo. Naprawiłem, jadę i znowu. I tak kilka razy co jakieś sto, dwieście metrów, aż w końcu zrobiło się ciemno. Musiałem sobie telefonem świecić, żeby naprawić motor. Byłem w połowie drogi na żwirownię, jadąc taką zaniedbaną drogą przez pola. Powiedziałem sobie dobra, nie jadę, bo już ciemno i jeszcze się utopię. Jak to powiedziałem, to motor chodził jak nowy.Od tamtej pory nigdy się nie psuł i to był jedyny taki moment, w którym coś się z nim działo. Dodam jeszcze coś. Jak byłem dzień wcześniej na tej żwirowni, też pod wieczór, to gdy pływałem to coś jakby mnie za nogę łapało.
Niby jakby coś się obcierało, wodorosty czy coś, ale inaczej. Wydawało mi się, że to ewidentnie czyjaś dłoń. Trochę się bałem, ale popływałem trochę ze strachem. Teraz myślę, że może to był jakiś wodnik albo topielec. Zdarzenie numer siedem. Po dziesięciu latach postanowiłem wrócić na wieś. Razem z aktualną małżonką kupiliśmy siedlisko na tej samej wsi, na której się wychowałem. Było to pierwszej zimy, jakoś w 2016 roku. Gdy szedłem z węglem do kotłowni, kątem oka z lewej strony zauważyłem jakby skrzata, krasnala. No nie wiem.
Postać zgarbiona z metr dwadzieścia wzrostu. Poczułem strach, dziwny niepokój. Wbiegłem do kotłowni i zamknąłem drzwi za sobą. Generalnie nie należę do osób płochliwych, ale wyczułem, że to coś ma chyba złe intencje. Złapałem siekierkę, którą miałem w kotłowni i mówię sobie idę. Kotłownię mam w piwnicy, a zejście do niej na zewnątrz domu. Obok domu jest budynek gospodarczy zrobiony ze starej obory pół na pół wymurowanej z kamienia i z cegły. I ten skrzat czy krasnal wbiegł właśnie za ten budynek. Jeszcze nie zdążyłem wtedy uprzątnąć całej działki, więc za tym budynkiem rosły chaszcze, pokrzywy i akacje. Musiało to wejść właśnie w te krzaczory.
Wyszedłem z latarką, poświeciłem, poszukałem, wlazłem w te chaszcze i nic. Zdarzenie numer osiem. Jeszcze gdy nie mieszkaliśmy na wsi, tylko w Łodzi, to często jeździliśmy do moich rodziców i na nasze siedlisko. Jeździłem zawsze z Retkinia przez Konstantynów na Aleksandrów i dalej przez Parzęczew w kierunku Łęczycy. I właśnie za Parzęczewem zauważyłem pewnego razu takiego małego skrzata. Mógł mieć jakieś dwadzieścia, trzydzieści centymetrów wzrostu. Wstał spod miedzy, szybko przebiegł, a raczej przesunął się w powietrzu i schował się w polu kukurydzy. Zdarzenie numer dziewięć. Odkąd tu mieszkamy, widziałem też kilka razy dziwne światła na niebie. Niby satelita, ale zmieniało kierunki w różnych prędkościach.
Teraz mi się przypomniało. Jakoś w któreś wakacje, w trakcie szkoły poszedłem na grzyby. W sumie pojechałem rowerem. Mam tu kilka lasków. Wjechałem do lasu. Zostawiłem pod starym dębem rower i poszedłem na grzyby. Coś tam znalazłem, ale poczułem dziwny strach i czyjąś obecność. Powoli zmierzałem do roweru, kiedy usłyszałem, jak coś biegnie w moim kierunku przez chaszcze. Wydawało mi się, że biegnie na mnie stado żubrów. Było słychać, jak przedziera się przez las.
To musiało być coś dużego. Wystraszyłem się. Dobiegłem do roweru i uciekłem z lasu. Ale gdy zacząłem się oddalać, strach minął, a wraz z nim hałasy. Teraz wiem, albo mi się wydaje, że to był leszy. À propos w zeszłym roku w te same laski pojechałem na grzyby jesienią. W okolicy było mało i poszedłem w taki brzozowy zakajnik. Zacząłem prosić leszego o jakieś grzyby i ku mojemu zdziwieniu znalazłem dwa wiadra dużych, zdrowych prawdziwków. Za każdy dziękowałem i cieszyłem się jak dziecko, bo wiedziałem, że coś mi pomogło. Zdarzenie numer dziesięć.
W zeszłym roku na święto Kupały postanowiłem, że zrobię takie małe obchody. Wieczorem przed północą rozpaliłem sobie ogień. Poskakałem przez niego, zebrałem trochę ziół, wrzuciłem parę darów w ogień i o północy pojechałem do lasu, żeby poszukać kwiatu paproci. Do tego lasu, który opisywałem wcześniej. Nie boję się lasu nawet w nocy. Pod koniec roku 2019 zacząłem morsować i jakoś w styczniu czy w lutym 2020 poszedłem z moimi psami na nocny spacer. Znalazłem w lesie mały staw i chciałem się w nim wykąpać. Założyłem kąpielówki na siebie, wziąłem sobie ręcznik i bieliznę na zmianę po kąpieli. Wziąłem grzane piwo w termosie z sokiem malinowym, aroniowym, miodem i przyprawami. Żona miała wrócić z pracy dopiero o dwudziestej trzeciej.
Była dwudziesta druga. Była pełnia księżyca, mróz i było po prostu pięknie. Zbiłem lód i wykąpałem się przy pełni księżyca. Rewelacyjne i szczerze polecam. Wracając do nocy Kupały nie boję się lasu, ale gdy dojechałem na miejsce o północy jakoś nie mogłem się zebrać w sobie, żeby się zatrzymać i wejść w las. Był jakiś taki dziwnie mroczny i tajemniczy. Przejechałem przez niego i zawróciłem. Jadę z powrotem. Byłem w połowie lasu i już miałem się zatrzymać i wysiąść, gdy nagle w światłach auta, tuż nad ziemią przeleciała mi jakaś dziwna, świecąca poświata. Taki dziwny kształt, coś jak chmura.
Nie wiem czemu, ale się przestraszyłem. Zamknąłem drzwi od środka, włączyłem długie światła i gęsto dychy. Gdy dojechałem do domu, otworzyłem sobie piwko i na chłodno już rozmyślałem, co to mogło być. Nie mam zielonego pojęcia, ale stwierdziłem, że za rok na bank wejdę do lasu o północy. Może spotkam coś, co da mi odpowiedź na moje pytania co do naszego polskiego żywego folkloruGdy byłem u wujka M opowiadał nam dużo różnych historii. Włączyłem nawet dyktafon w telefonie, ale tak, żeby nie wiedział i całą prawie rozmowę mam nagraną na telefonie. W naszej okolicy jest takie miejsce, na które starsi ludzie mówią brodek. Pewnie z racji tego, że między dwoma wzniesieniami płynie rzeczka i w dawnych latach, gdy nie było jeszcze melioracji i drogi asfaltowej, tylko brukowana kamieniem, w tym miejscu było małe bagienko i trzeba było po nim brodzić. Z tym miejscem związana jest historia, że utopiła się w nim kareta z jakąś znamienitą panią, być może jakąś szlachcianką. Pierwsza historia jest związana z moim dziadkiem.
Za Niemca moją rodzinę wysiedlili do starego pałacu w sąsiedniej wsi. Tego samego, o którym pisałem wcześniej. Nie wiem, kiedy dokładnie to było, ale dziadek miał kilka czy kilkanaście lat, czyli około tysiąc dziewięćset trzydziestego, czterdziestego roku. Była zima. Ojciec mojego dziadka zachorował i dziadek musiał iść do wsi oddalonej o kilka kilometrów po znachora, co potrafił stawiać bańki. Szedł późno w nocy i postanowił, że skróci sobie drogę przez brodek. Nie wrócił na noc i rano wszyscy poszli go szukać. Znaleźli go ledwo żywego, niedaleko tego miejsca, pod burtą miedzy schowanego. Gdy już doszedł do siebie, opowiedział, że jak przechodził obok brodka, to na środku bagienka zauważył kobietę ubraną na biało, która mu machała i wołała go do siebie. Dziadek ledwie się oparł i rzucił się do ucieczki.
Odbiegł kawałek i wpadł w bruzdę. I tak już został do rana, trzymając w ręku wisiorek z bosą. Druga historia pochodzi od mojego wujka. Opowiedział mu ją dziadek, czyli wydarzyła się pewnie pod koniec dziewiętnastego stulecia. Jechał drogą z Kłodawy na Łęczycę konno z wozem do Łodzi na targ. Zabrał też po drodze Żydówkę, która zmierzała do Łęczycy i w miejscu tego brodka, jak dojechali, koń się wystraszył. Była pełnia około północy. Zauważyli razem z tą Żydówką dwóch bardzo dużych mężczyzn, całkiem nago lasa. Wujek ich określił później jako tęgie byki. Siedzieli na murkach mostku po przeciwnych stronach drogi, cali zasapani i spoceni.
Gdy dojeżdżali do nich wozem, to te postacie podbiegły do siebie i zaczęły się ze sobą barować. Gdy byli już blisko nich, postacie nagle ustąpiły i rozeszły się na boki. Koń ledwo szedł, ale jak tylko ich minęli, to wyrwał jak strzała. Ujechali kawałek i gdy byli koło lasu, to ta Żydówka powiedziała do dziadka mojego wujka, żeby się na chwilę zatrzymał. Okazało się, że ze strachu aż narobiła w gacie. Ostatnia historia pochodzi od mojej babci. Zdarzyło się to, gdy były jakieś imieniny czy inna rodzinna impreza. Babcia urodziła się w tysiąc dziewięćset trzydziestym roku. Była wtedy już po ślubie, więc było to jakoś około tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku. Wyszła na podwórko, gdzie znajdowało się stado małych świń, prosiaków.
Zagoniła je do szopy i zadowolona pobiegła po wszystkich. Wrócili dosłownie za minutę. Otwierają szopę, a tam pusto. Prosiaki rozpłynęły się w powietrzu. Babcia miała chyba osiem lat, jak umarła jej mama. I dzień przed pogrzebem, w środku nocy babcia się obudziła. Przy toaletce siedziała jej mama i się czesała. Uśmiechnęła się do niej i babcia zasnęła. Mam nadzieję, że przekazane przeze mnie historie okazały się dosyć ciekawe. Jest ich naprawdę sporo i pochodzą one ode mnie oraz od osób dla mnie bardzo wiarygodnych.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium dwudziestego listopada dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku. To wszystko wydarzyło się, gdy byłem mały. Miałem około sześciu, siedmiu lat. Kojarzę, ponieważ żyła wtedy jeszcze moja świętej pamięci babcia. Zmarła w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym roku, a zdarzenie miało miejsce z dwa lata wcześniej, gdzieś między dziewięćdziesiątym trzecim a dziewięćdziesiątym piątym rokiem. Mieliśmy super lato. Kojarzę, że były to wakacje, bo starszy brat i siostra nie chodzili do szkoły. To były czasy. Całe dnie na dworzu, a nie tak jak teraz syna od kompa i smartfona ciężko odciągnąć. Dla naszego pokolenia siedzenie w domu to była kara.
I tak bawiąc się z rodzeństwem w zabawy najróżniejsze, a pomysłów nam nie brakowało, zaczęliśmy bawić się w coś w rodzaju płacenia rachunków. Niby sklep. No nazwijmy to zabawa w sklep. To był pomysł siostry. Na bank. Uwielbiała to. Od najmłodszych lat pomagała cioci w sklepie i zawsze w handlu. Aż do dziś. Tak więc ten tak zwany sklep znajdował się w budynku gospodarczym, jakieś maksymalnie piętnaście metrów od domowych drzwi. Było tam kilka pomieszczeń po lewej stronie tak zwana letnia kuchnia, następnie chlewek, gdzie kiedyś koń i świnka mieszkały i dwoje drzwi naprzeciwko okna.
Pierwsze nieduże trzy metry. To tam znajdował się nasz wyimaginowany sklep i ściana, która jak pamiętam była niedokończona. Zatkany niewielki otwór zasunięty wielką, ciężką blachą, a na lewo dosłownie jeden metr wejście do dużego chlewka. Był bardzo wysoki, ciemny. Pamiętam, że zawsze było tam gorąco i z dołu było widać wejście. Tam kiedyś trzymano siano. Nie można tam było wchodzić wysoko i drabina była chowana. I ostatnio były tam kury. W tym pomieszczeniu znajdowała się mała dziurka na wyjście na tyły, czyli ogród i tam też było pomieszczenie bez drzwi. Właśnie to był tył sklepu.
Dziś to miejsce jest już zamurowane.Skoro już wiemy, gdzie był sklep, możemy przejść do rzeczy. Bawiliśmy się tak kilka dni. Zawsze rodzeństwo rano mnie budziło i bach, szybko na podwórko. I pamiętam, że od razu pobiegli do sklepu, a ja za nimi. A dodam mieliśmy tam jakieś stare, dość masywne biurko, pamiętające chyba czasy PRL-u i coś do siedzenia. Chyba krzesło. Stare, drewniane z oparciem, ale co do tego ręki uciąć nie daję. Gdy pobiegliśmy do chlewka, któreś z nich otworzyło drzwi powoli, powoli i nagle jednym ruchem do końca. Daliśmy kilka kroków i zamarliśmy. Tam znajdował się sufit.
Niski, bo dziś prawie głową go dotykam. Patrzymy, a tam co? Sterta flaków. Ogromny pęk sino-żółtych, lekko pokrwawionych. Wyglądały jak świerzby zmieszane z dużą ilością starych. Tu chyba autorowi korespondencji uciekło jakieś słówko. Dziś, patrząc na tę część sufitu, zastanawiam się, jak to się trzymało. Jak dziś myślę, że mogło ważyć pod osiem kilogramów. To było wielkie. Dla naszej trójki to był szok.
Krzesło, ziemia w chlewku i biurko były w mniejszych i może piętnastu większych kawałkach flaków. Nawet skapywały fragmenty tego czegoś na nasze papiery. Było ich sporo. Kartki i inne papiery powoli opadały na ziemię, biurko i tak dalej. Wydawało mi się, jakby to żyło i się wiło, ale to grawitacja robiła swoje. Pamiętam jeszcze muchy i że śmierdziało. Brat i siostra też twierdzili, że śmierdziało. To mało powiedziane. A my byliśmy tam i patrzyliśmy na to, dopóki nie spadł na biurko jakiś większy kawałek tego dziadostwa. I wtedy wszyscy biegiem do domu po babcię, która opiekowała się nami.
Czas patrzenia na flaki. Myślę, że to było maksymalnie dwanaście, może piętnaście sekund. Bieg do babci do drzwi pięć sekund. Przez kuchnię do pokoju może dwie, trzy sekundy. Wbiegliśmy, wrzeszcząc jak wariaci. Babcia wyszła już ze swojego pokoju i szła przez drugi, słysząc nas, jak się drzemie. Zaczęliśmy opowiadać co i jak, by poszła z nami. Dodam, że stojąc w pokoju widziała cały chlewek, a miejscem, w którym umiejscowiliśmy nasz fikcyjny sklep widziała najlepiej. Poszła za nami. Za bardzo zdziwiona nie była, co mnie zdumiało.
Droga z babcią mogła trwać dobre dziesięć sekund. Drzwi były w połowie zamknięte. Nie pamiętamy, czy ktoś z nas przymknął te drzwi w panice podczas ucieczki. W momencie uchylenia przez babcię drzwi ujrzeliśmy co? Nic. Ale niby jak? Tu przed chwilą wisiały flaki wielkości trzech ludzkich głów i nie ma po tym śladu. Kto lub co? Kiedy? Babcia wzięła i spojrzała na sufit, a my za nią.
Na suficie została ogromna, tłusta plama. Na ziemi leżały gdzieniegdzie już tylko niewielkie resztki. Na krześle plama. Biurko sprzątnięte. Aż nadto zginęły nawet stosy tych kartek. Zostało może ze trzy lub cztery na biurku i jedna na ziemi. Pamiętam, że one też były tłuste. My nie wiedzieliśmy, co się dzieje, jak to możliwe. A babcia spojrzała na nas i jakby wiedziała już wszystko. Zabroniła nam tam wchodzić i opowiadać komukolwiek.
Z lekkim strachem kazała nam wyjść i szeptała coś pod nosem, jakby modlitwa. Ale do dziś nie wiem, co mówiła. Ona wiedziała, o co chodzi, a na pewno się domyślała. Po latach, jak widzimy się we troje, często wracamy do tego. Zdumiewa nas mocno, jak to znikło. I miałem już kiedyś momenty, że zastanawiałem się, czy to prawda, czy mój mózg płata figle. Ale jak się okazuje, to prawda. Nurtuje nas kto bądź co to było i powiesiło to. I w jaki sposób to wszystko znikło. Tego było zbyt wiele, by zabrać z tymi kartkami naraz.
Tym bardziej, że babcia wiedziała chlewek z przodu, a droga trwała dwadzieścia sekund w dwie strony. Kilka krzyków wysłuchanych przez babcię. Całość trwała dwadzieścia pięć do trzydziestu sekund maksymalnie. Gdzie to wszystko znikło? Ślady zostały. Wiedzieliśmy, że to prawda. Po latach, wchodząc tam, czuję dyskomfort, a na sufit w tym miejscu dalej nie da się patrzeć. Szkoda, że babcia odeszła za szybko. Powiedziałaby nam, ale wtedy nie chciała nas straszyć. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w marcu 2018 roku.
Trafiłam na waszą audycję z 2016 roku. Debata niekontrolowana, odcinek piąty, żywy folklor i polskie potwory. Wysłuchałam z przyjemnością i w trakcie wróciło do mnie mętne wspomnienie z dzieciństwa. Nie jestem na sto procent pewna, czy to nie był sen, bo byłam bardzo mała i miewałam wówczas dużo dziwnych snów, ale pamiętam, że przez wiele lat byłam pewna, że widziałam krasnoludka. Zdarzenie miało miejsce w miejscowości Troks koło Olkusza. Miałam wówczas maksymalnie pięć lat. 1992, 1993 rok jak sądzę, więc mogę nie być wiarygodna. Widziałam ową istotę w polu zboża. Jej sylwetka wyraźnie odcinała się na tle żółtych kłosów. Sądzę, że mógł to być sierpień lub wrzesień, bo było ciepło.
Wygląd krasnala pokrywa się z jedną z historii z audycji. Był niewielki, nawet jak na perspektywę dziecka. Mógł mieć około sześćdziesiąt centymetrów. Miał spiczastą czapkę i kurteczkę w kolorach ziemi. Był jakiś taki buro-zielony i burowaty w moim odczuciu. Pamiętam, że zamarł, kiedy odkrył, że jest obserwowany, po czym zniknął w polu. Dzisiaj z perspektywy lat i więcej oraz własnych poglądów stwierdzam, że samo to miejsce było dziwne energetycznie. Mieszkaliśmy tam krótko, ale z tamtych lat do dzisiaj pamiętam niesamowite sny, w których widziałam diabły, czarciki. Dokładnie takie, jakie malują nasze ludowe wierzenia. Ponieważ nie byłam niczym straszona, a moja mama bardzo pilnowała tego, co oglądamy, nie wiedziałam o ich istnieniu, a sny były bardzo wiarygodne.
Istoty tańczyły w kręgu w rytmie bębnów. Pamiętam, że w okolicy domu, w którym mieszkaliśmy, widziałam też żołnierzy, których nikt inny nie widział, a nawet brałam udział w ucieczce partyzantów. Może to wymyśliłam, bo miałam zawsze bujną wyobraźnię, ale sądzę, że to dziwne wizje dla pięciolatki. Pomyślałam, że może zainteresuje Was ta wieś. Moja cicha teoria zakłada, że jest tam jakiś portal albo coś, co sprawia, że granica między światami jest cieńsza. Niestety wyprowadziłam się stamtąd wiele lat temu na północ Polski i nie wiem, jak to miejsce wygląda obecnie. Chociaż teraz po Waszej audycji rozważam, czy nie wybrać się tam na wycieczkę.Pozostajemy jeszcze przy relacjach, które pojawiły się po emisji wspomnianego odcinka Debat Niekontrolowanych. Pierwsza korespondencja: "Ja miałam parokrotnie kontakt z takimi istotami. Na przykład kiedy byłam dzieckiem. Miałam może sześć lat.
Nagle obudziłam się w środku nocy i coś kazało mi popatrzeć do okna. Moje łóżko było zaraz przy nim, a dom wzniesiony był na górce, przez co, chociaż był to parter, okna tyłu domu wychodziły jakby na piętrze. Tam też było moje okno. Kiedy więc wyjrzałam przez okno, zobaczyłam bardzo wysokiego, bardzo szczupłego mężczyznę w długim płaszczu i w kapeluszu z ogromnym rondem, który świecił takim blaskiem jak od żółtej żarówki i który patrzył się na mnie i w moje okno. Wystraszyłam się i przytuliłam do siostry, z którą spałam w jednym łóżku. Całkiem niedawno rozmawiałam z siostrą i ona mi również powiedziała, że widziała takiego samego mężczyznę. Rozmawiałam też z koleżanką, której córka widuje takiego samego faceta. Co to może być? Takie stworki jak gremliny też widziałam. Siedziały w sześciu na stole i patrzyły się na mnie z ciekawością.
Nie czułam od nich wrogości. Opowiem Wam też, co sąsiad mojego teścia przeżył kilka lat temu. To starszy, poważny pan w sile wieku. Udał się pewnego poranka na grzyby ze swoim psem myśliwskim do niedużego zagajnika niedaleko domu. Kiedy szedł przez pola, w krzakach ujrzał faceta w długim, czarnym płaszczu stojącego tyłem. Kiedy się odwrócił, z połów płaszcza lała mu się woda, jakby była wylewana z garczka ciągłym, nieprzerwanym strumieniem. Powiedział mu, że w chmurach jest dużo wody i że będzie padało. Sąsiada zamurowało, a pies skomląc schował się za nim. Nic mu nie odpowiedział i uciekł do domu. Mówił, że był to planetnik." I druga korespondencja.
"Tę obserwację opisałem kiedyś panu Arkowi Miastce. Było to ponad trzydzieści lat temu na obrzeżach Włocławka, w dzielnicy Michalin. Wracałem późnym wieczorem na przystanek MPK około 21:30. Moja trasa obejmowała drogę długości półtora kilometra, przy czym odcinek około dwustu metrów przebiegał zupełnie przez las. Było już ciemno. Droga polna, taka złożona z dwóch ścieżek, jakich wiele. W pewnym momencie w tym lesie zauważyłem, że niedaleko mnie, po prawej stronie, na granicy drogi i lasu, w odległości około dwóch, trzech metrów porusza się jakaś mocno zgarbiona postać. Nie widziałem jej dokładnie z racji ciemności. Pewnie mi się wydaje, ale miała około maksymalnie metr dwadzieścia, może metr trzydzieści wysokości i była raczej wątłej postury. Nie wydawała żadnego głosu.
Nie pamiętam, bym słyszał, że się porusza. Nie wchodziła ze mną w jakikolwiek kontakt. Po jednej, dwóch sekundach uciekła do lasu. Wtedy byłem przekonany, że to jakaś starsza kobieta. Również szła podobnie jak ja przez las i po prostu się mnie zlękła. Jednak jak na kobietę była zdecydowanie za mała. Na pewno nie był to żaden znany mi zwierzak. Wszystko się zmienia, gdy się coś niezwykłego przeżyje. Ciekaw jestem, czy z okolicy Włocławka są również inne, podobne relacje." I jeszcze jedna korespondencja, również sporządzona pod wpływem piątej debaty niekontrolowanej. Wiadomość z roku 2019.
"Kiedyś, bardzo dawno temu, czterdzieści pięć lat wstecz, gdy miałem około piętnastu lat, brat mojej babci, tak zwany wujek, opowiadał mi historie z czasów jeszcze tuż sprzed cudu nad Wisłą. Ta gałąź mojej rodziny, pozbawiona już wtedy rodziców, będąc pod opieką dalszej, bliżej przeze mnie niesprecyzowanej, jako niepełnoletni pracowała w polu z motykami. Mniemam, że były to wykopki ziemniaków. Pustkowie wskazywało, że nic dziwnego nie powinno tam zajść. Nagle pracujący zwrócili uwagę na postać, która poruszała się wzdłuż ściany lasu, widniejącej około jednego kilometra od pola. Przypominała zakapturzonego mnicha, który ustawiony był bokiem do obserwatorów. Nie było widać zarysów twarzy. Rękawy ubioru zwisały nieruchomo, nienaturalnie do chodu, a także ewidentnie postać nie posiadała nóg. Samo pojawienie się tej istoty na odludziu wzbudziło zdziwienie, a co dopiero sunięcie bez kończyn dolnych mniej więcej półtora metra nad ziemią. Historia tej części mojej rodziny z okolic dzisiejszych Czernichowa i Mohylewa, pogranicze Białorusi i Ukrainy nad Berezyną, tam zakończyła się wraz z nadciągnięciem wojsk polskich Piłsudskiego.
Wydano wtedy ogłoszenie dla ludności lokalnej, że kto czuje się Polakiem, niech cofnie się wraz z armią, która musi skorygować swe położenie według ustaleń rozejmu międzynarodowego. Moi skorzystali z tej propozycji, ale najdziwniejszym było to, że wzdłuż trasy owego mnicha przebiegała dokładnie później tymczasowa granica drugiej RP w tej okolicy." I to już wszystkie przygotowane na dziś relacje tekstowe. Po krótkim przerywniku przejdziemy do zaprezentowania wspomnianego wcześniej zapisu rozmowy z jednym ze świadków. A w czasie przerywnika upewnij się, drogi słuchaczu, droga słuchaczko, droga istoto ludzka siedząca przed głośnikiem, czy w tym pokoju aby na pewno jesteś tylko ty? I czy ktoś czasem nie zerka na Ciebie przez okno?
[43:53] - Mówią, że wyłączyć radio jest bardzo łatwo. No tylko, że z wyłączeniem jest już powiedzmy troszeczkę gorzej
[44:04] - Posłuchaj nieznanego. Radio Paranormalium www.paranormalium.pl. Rozmawiaj z prezenterami oraz z innymi słuchaczami na żywo. Wejdź na naszego czata na www.paranormalium.pl.
[44:27] - Mówią, że wejść do archiwum jest bardzo łatwo. No tylko, że z powrotem jest już powiedzmy troszeczkę gorzej.
[44:39] - Archiwum Radia Paranormalium www.paranormalium.pl. Pisz artykuły, rozmawiaj z czytelnikami, moderuj komentarze i poczuj się jak redaktor. Załóż bloga na Paranormalium. Więcej dowiesz się w dziale blogi na www.paranormalium.pl.
[45:03] - Dwa miesiące temu był trop prowadzący do pewnego radia, że ktoś tam słyszał podobno. Jednak potem okazało się, że to radio istnieje tylko w internecie.
[45:14] - Radio Paranormalium Paranormalny głos w Twoim domu www.paranormalium.pl Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym. Zagadkowe obiekty, tajemnicze istoty, mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów mówią świadkowie w Radiu Paranormalium. Zgodnie z zapowiedzią w drugiej części dzisiejszej audycji wysłuchamy zapisu rozmowy, jaką jeden z naszych słuchaczy odbył ze swoim dziadkiem. Starszy pan podzielił się licznymi historiami o spotkaniach z żywym folklorem, zarówno swoimi, jak i tymi pochodzącymi od bliskich mu osób. Sugeruję w tym miejscu zaopatrzyć się w słuchawki, ponieważ nagranie od strony technicznej jest trochę kiepskie. Musiałem dość mocno podbić głośność i zredukować powstałe w ten sposób szumy. Sam zaś główny bohater tej rozmowy prawdopodobnie siedział w pewnym oddaleniu od smartfonu. Myślę, że takim najciekawszym punktem rozmowy, jaką udało się nagrać, będzie wspomniana wcześniej relacja dotycząca pojawienia się zjawy psa z łańcuchem, który po nagłym pojawieniu się miał z dosyć mocnym pluskiem wskoczyć do płytkiej rzeki i w niej zniknąć. Zgodnie z informacją zawartą w korespondencji, zdarzenie miało miejsce ponad sześćdziesiąt lat temu. Zdarzenie powiązano ze śmiercią sąsiada, który wcześniej tego samego dnia utonął w wodzie.
Myślę, że ta moja krótka zapowiedź dała Państwu wystarczająco dużo czasu na znalezienie słuchawek i ewentualne rozplątanie kabelka. Możemy zatem spokojnie przejść do odtworzenia nagrania.
[47:01] - To ja puszczam nagranie teraz?
[47:03] - A tu nie musi być to wszystko gadane. Możesz powiedzieć: byłem na próbie, szedłem z próby.
[47:08] - To będzie nagrane już.
[47:09] - No to nagrywaj.
[47:11] - A to, to też mówić jak był, jak go tu przywieźli, jak tam był patrzeć był czy coś tak? Też, też. No tak jak najwięcej szczegółów to możesz opowiedzieć.
[47:20] - Że utopił się pan Lech. Tak, tak.
[47:23] - Przy-przywieźli sąsiada z Andrychowa z basenu, bo ja się kąpał i utopił się. Musiał ze wskoczyć do tej- to teraz będzie nagrane. No tak. Także ten, wyciągli go z tej wody. Już się nie dało uratować, bo uderzył czołem o beton o ten. A jakbyś mógł powiedzieć, kto to jest ten, kto to się tam uderzył? To, to sąsiad No i później jak przywieźli go z tego basenu do domu już w trumnie. No i poszedłem się popatrzeć z, no z rodzicami. I później poszedłem na próbę do szkoły, na dół. To jest kawał drogi.
Jest gdzieś tam trzy kilometry. Pogoda była piękna, księżyc świecił w pełni. Sucho było woda malutko, bo to jakoś było latem. Nie wiem, który miesiąc to to było. Wracając z tego z próby dwunasta godzina w nocy i kierując się ku domu, stodziłem na, na ławkę. A tu patrzę się z tej górki tam od jego domu leci straszny pies z łańcuchem, bo wszystko pięknie widać, bo to księżyc świecił. No i z tej gó-- przy-przybiegł na tę górkę i do rzeki. Skakuje, wskakuje do rzeki, ale w rzece nie było żadnej głębiny, nic nie było ani zastawy, nic. To była tak malutko woda, że byś kurde przeszedł włosu jakbyś nie zamoczył. No i...
A ten pies skoczył tymczasem w taką głębinę straszną. Woda się ino rozchlasnęła. Mnie na głowę, włosy na głowie stanęły dęba. Dostałem takiego, takiej, takiej tremy czy strachu, jak to można powiedzieć. Jak żem ruszył ku domu, tak kurde nie wiedziałem, gdzie ławka, gdzie jaki chodnik albo, albo coś cokolwiek. Przyszedłem do domu, a mieszkałem pewno wiesz, jak w tym starym domu i tam kurde huknął do drzwi, tak się wszyscy pobudzili. Nie to na, na okna, nie, nie, nie stukał, ino po drzwiach kurde w budę. No i jak sąsiady tak i u nas wszystko po-się pobudziło. I co się stało? Co się stało?
Ja nie mógł słowa z-z-stworzyć, bo to kurde nie z tego strachu, ino z tego, że żem leczył, wiesz? Zmęczyłem się z uczelni.
[49:39] - Ze strachu tym.
[49:40] - Ze strachu też może. No i poopowiadałem to wszystko tak jak, jak się to było, co to było. No i później leżeć. Ja się poszedł umyć. Poszedłem spać. Rano tak do roboty trzeba było wcześnie wstawać. No i na tym by było koniec. No i to jeszcze do tego się pomodliłem za niego, za jego duszę jeszcze jak żem szedł spać. Spać przy ołtarzku. Także potrzebuje sobie myślę pomocy.
No to trzeba mu pomóc. No to się zmówi. Zawsze trzeba zmówić tę cząstkę różańca, tę cząstkę na tajemnice, choćby na-
[50:13] - Choćby Zdrowaś Mario to wystarczy.
[50:15] - No i wieczne odpoczywanie. To było w ten sam dzień jak się utopił, prawda? Samym dniu, wieczór tak. Jak, jak go przywieźli z Andrychowa z basenu. Amen.
[50:25] - Amen.
[50:26] - I taki miał swoje takie wiesz, takie, takie przysłowie nie mówił odsuń się, ino odsuń się łoo.
[50:34] - Bo był tak nauczony.
[50:35] - Tam był nauczony tak. Odsuń się łoo. No tak kawaler był. No i jaki tam powół wziął, no to już jest jego sprawa.
[50:44] - To pewnie zaskoczył.
[50:46] - Zaskoczył.
[50:47] - Bo ile tak się topi ludzi też.
[50:49] - To do tej wody. No to ja ci powiem, jest taka sprawa, że trzeba być zawsze odważny, przygotowany też i nie widzę, jak się nieraz te, co się idą kąpać czy, czy ratowniki czy coś, to się pisze Po-Pomorze, za rękę w ten, w, w wodzie. Przeszedł się trochę tego, przeżegna się. No i na krzyż, albo idzie później do wody. Dużo tam tak stosują i to jak i chłopaki, tak i dziewczyny. Tak samo trenerzy. Takie jest. Na skokach też trzeba widzieć, jak nieraz nie wszyscy, ale się żegnają.
[51:22] - No tak, zdarza się, że się żegnają.
[51:24] - Ja się mogę przeżegnać nawet tam, jak, że mnie nie, nie widać w tej przebieralni czy tam, gdzie tam mają co tam i się możesz przeżegnać i gdzie jesteś. Ale są tacy, co odważni. Pokazuję, że jest wierzący, że wierzmy w Boga i jest godzina na tę, na tą już na ten wyjazd. Dla nas to jest, jak mają nazwane.
[51:48] - A jakie tam historie jeszcze opowiadali wcześniej?
[51:50] - No różne chłopie. Wózki tu... Przedtem nie było takich mostów, nie takie ławki były. Wózki jeździły takie różne, takie diabły jeździły na, na bryczkach, woziły takich różnych, takich, takich no udzielcy szkieletów. To zaś...
[52:06] - A to może więźniów przewozili?
[52:08] - Co?
[52:08] - Może to, może to ruscy więźniów jakichś przewozili, czy nie?
[52:12] - Czasem. To świece takie kurde duże się świeciły. To zaś tu kapliczka była na białej drodze. To była szosa ów, od stawienia była ta kapliczka, a tu troszkę niżej było te, a tutaj to jest kwarcio, były takie tornie. Pamiętam to wszystko jeszcze jak ta, jak ta droga taka tu była polna, że była, wiesz, nie taka jak teraz, audrufta można powiedzieć. No i jeździli furmany tędy, tędy. No i raz tam widzieli, że taki dziadek siedział, rozumiesz, w kapeluszu z fajkę zapalił i nie puszczał dymu, ino normalnie ogień se z gęby sypał. No to wszyscy się kurde, ale to nie wszyscy uwidzą. Nie, nie, to się nie, nie o...
[53:01] - No bo ten, co się boi, strasznie...
[53:03] - Ten, co się boi, to się nie, nie pokaże. Taki, co się nie boi, no to, to takiemu się pokaże, no. Duch, jak się to mówi. Wiele takich innych. Widzą, że ten jedzie z panem za wszystkiego ludzie. Na ratunek. No wszystko na ratunek.
[53:21] - No takie baśnie.
[53:23] - No ale to kurde była prawda. Teraz wszystko to jest. Jest to jak to mówią więcej jest, jest spowiedzi, więcej Komunii Świętej. Więcej się człowiek spotyka z Panem Jezusem, bo to jest, to jest dar straszny się spotkać z Panem takim wielkim po Komunii Świętej przy Panu Jezusie. To jest łączysz się z Panem Bogiem i masz to zasilenie już duże, straszne. Ino żeby być no bez grzechu...
[53:49] - Trzeba wierzyć.
[53:50] - No wierzyć. Bez ciężkiego grzechu to on jest wszędzie i dobry komunie świętej. No i tak niektórzy tak, ty się pytasz o to. Niektórzy się nie pytają, nie chcą słyszeć o takich rzeczach, no to nie problem. Wiesz jak to jest.
[54:05] - No ale to prawda była.
[54:06] - No to prawda.
[54:09] - No zdarzają się takie rzeczy, zdarzają.
[54:11] - Niejeden by ci powiedział, jak coś takiego widział.
[54:13] - Dawno więcej. Teraz się tak nie zdarza. A tak dawno przed tym to podobno, że dużo, dużo się zdarzało.
[54:22] - Dużo, dużo. Kozy tak płynęły z wózkiem rzeką, to jest, bo tu nie była taka rzeka jak potoczek.
[54:30] - I co z tymi kozami?
[54:32] - No to mi nikły. Widziałeś tam na chwilę i później znikły. I nie ma nic.
[54:39] - No.
[54:41] - Rzeką sobie biegła normalnie?
[54:43] - No.
[54:44] - Rzeką biegła ta koza?
[54:48] - Rzeką? Rzeką?
[54:50] - Rzeką. Rzeką. Wszystko rzeką mówię, rzeką. To nie tak przeważnie, ino przeważnie dwie leciały. Wózek miały za sobą i tam jakiegoś diabła wieźć czy jakąś duszę. Nie wiem, jak to tam.
[55:02] - A ty takiego wózka nie widziałeś, co? Z tą, z tymi, z tą kozą?
[55:05] - To jo nie. To u nas widziała no moja ciotka, no mamusia, jak ją znałem. To tam się chowała. Ona chodziła tam po mleko do, do Burzeja. To tu szła przez tą rzekę i tam no, tam, tam gdzie Hereda jest. Tam przedtem było wszystko inaczej. To wszystko zmienione, przebudowane. No to ta, to tam widziała, jak szła przez, przez tą ławkę. No to właśnie widziała te, te, te, te, te kozy, bo to przedtem nie, nie było, nie pokazać się konie, ino kozy, a kozy miały te diabelskie nasinie.
[55:47] - No taki jest symbol chyba szatana, że koza albo kozioł bardziej kozioł jakiś z rogami.
[55:54] - Nieraz mi kurde o różnych rzeczach opowiadali, jak się zachodziło.
[55:59] - Bo u nas tamte stare dziadki to całe to opowiadali.
[56:02] - Co wiesz, że poszły. A u nas tam zawsze dziadek lubił mieć te drzewa, wiesz, takiego długiego pod ogródkiem było zwalone fajnie. Ostrzygali my. Elegancko była taka kurde siedzenie fajne, bo to było, było tak, że na jednym drzewie miałeś nogi, a tutaj ktoś siedział wyżej. Fajne to było takie do, do siedzenia. No to...
[56:25] - Dziadki się pozbędziły i...
[56:27] - Pozbędziły się fajki, palili tego. Opowiadali. No i opowiadali o tych, o tych strachach, o wojnie austriackiej, bo byli na tej, na tej, na tej wojnie też. No różne, różne rzeczy opowiadali. No a drugo u nas też było i to widziałem. A jeszcze druga sprawa była tylko ja tego nie widziałem, ino żeI kurwa mamusia przyleciała i godo: "Kurde — godo — straszy godo". Niemniej tak jak tutaj jest otwierane drzwi na, na strych. No tam w starej chałupie, tam gdzie wymontować to robi my tam, tam będziem mieli konie. Drzwi były otwarte. Deska tako do, do ciasta, nie?
Tako bolanica to nazywali.
[57:12] - Mhm.
[57:12] - Stolnica, no.
[57:13] - Stolnica postawiona była tam za tym i nikt drzwiami nie stuknął, nikt nie strzelił, nic się nie stało. A tą deskę widzisz, wzięło i strzeliło koło słodu koło, bo to nie było z słody, ino drabina, wiesz, tylko grube, grube drzewa takie były zrobione. Się nie dawniej robi. Jak krochmolnęło chłopie, tutaj, aj se w sieni. Tam nie było nic, bo to były sienie, nie, nie, nie przedpokoje ani nie korytarze, a sień. Jak rąbło tą deską, północ była. No i rozleciała się ta bolanica na, na drobne części. To tam sąsiady, my, kurde, narobili szumu. Co się tutaj robi? Sprawdzali, ale gdzie chcesz sprawdzić.
Świata nie było. Świeczkę, a to z tą świeczką wiesz jak to strach iść. I te latarki były później takie, co mieli w kuchniom, tego, żeby się świeciło. Latarka alko też tam jedna u nas była. Dziadek zaświecił na tę latarkę i poszedł paseć się, czy jest jakichś złodziei albo co to, co się godło. Poseć, drzwi są otwarte, nic nie jest ruszane. A to się coś się stało. No i nic. Poszli wszystko sprawdzić se, poupychali trochę. No i przychodzi gdzieś dziewiąta godzina chyba, przychodzi telegram.
A tu zabiło w kopalni tego, no, yyy, Bizonia. Jak mu to było tego imię? No niech było jak chciało, ale zabiło tego męża jej. No on przyszedł z pomocą, żeby, żeby...
[58:44] - Z pomocą, ale znak żeby-
[58:46] - Znak był, że, że został zabity i-
[58:48] - Znak jakiś.
[58:49] - I że żyje jeszcze, no nie? Że chciał się pokazać, że żyje.
[58:52] - Że żeni przyjechać na pogrzeb. Przyszedł telegram. My byli takie małe takie
[59:05] - No ale już ich ni ma.
[59:41] - A ty babcia niczego nie widziałaś?
[01:00:01] - Nie, nic nie widziałam.
[01:00:03] - Była poza moją świadomością. Nic się nie, nie mogła dowiedzieć, ni mów-
[01:00:10] - Ja się boję, to mi się nie ko-
[01:00:13] - I to już wszystkie przygotowane na dziś relacje. Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie o zaprezentowanych dziś historiach. A jeśli macie jakieś swoje zdarzenia, którymi chcielibyście się podzielić z Radiem Paranormalium, to gorąco zachęcam do kontaktu. Zanim się pożegnamy, pozwolę sobie jeszcze polecić Państwu książkę Arkadiusza Miazgi zatytułowaną "Magiczna rzeczywistość" oraz cykl jego artykułów pod tytułem "Magonia po polsku", w których znajdziecie jeszcze więcej tego typu historii. Mówił do Państwa Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium Paranormalny głos w Twoim domu. Dziękuję za uwagę i do usłyszenia w kolejnych naszych audycjach. Śledźcie zapowiedzi na naszej stronie www.paranormalium.pl oraz na naszych profilach społecznościowych na Facebooku i YouTube. Tych z Państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć, zapraszamy do kontaktu. Nasze numery telefonów to stacjonarny trzydzieści dwa siedemset czterdzieści sześć zero zero zero osiem, trzydzieści dwa siedemset czterdzieści sześć zero zero zero osiem. Komórkowy pięćset trzydzieści sześćset dwadzieścia czterysta dziewięćdziesiąt trzy, pięćset trzydzieści sześćset dwadzieścia czterysta dziewięćdziesiąt trzy.
Skype radio.paranormalium.pl radio.paranormalium.pl Numer Gadu-Gadu trzydzieści sześć zero osiem osiemdziesiąt zero dwa, trzydzieści sześć zero osiem osiemdziesiąt zero dwa. Nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl radio@paranormalium.pl Można również kontaktować się za pośrednictwem fanpage'a na Facebooku pod adresem facebook.com/radioparanormalium. Gdyby przy naszych telefonach nikt nie dyżurował, prosimy o nagranie wiadomości głosowej bądź wysłanie SMS-a. Bardzo prosimy o sprecyzowanie, w jakiej sprawie chcą się Państwo z nami skontaktować. Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych prosimy ponadto o podanie numeru, na który mamy oddzwonić. Wszystkim świadkom gwarantujemy pełną anonimowość. Na życzenie świadka w razie wykorzystania zapisu rozmowy w którejś z audycji istnieje możliwość zmiany barwy głosu.