Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym. Zacząłem widzieć różne światła. Różnokolorowe, w grupach po dwa, trzy i cztery. W sporej odległości wydawały się być ode mnie. Zagadkowe obiekty.
Strasznie intensywne, potężne niebieskie światło. To się wydawało tak, jakby to było-- nad chmurami było jakieś ognisko tego światła, które przebijało się przez-- No, no, do tej pory jestem w szoku, bo to się nie zdarza często, nie? Takie coś zobaczyć. Tajemnicze istoty.
Przyszedł do naszego mieszkania taki obrzydliwy, brązowy szarak obleśny. Jezus Chrystus, aż mnie na rzewniocy zbiera, jak o tym myślę. Ja w tym śnie się schowałam tak jakby pod stół. Niby byłam pod stołem, a nagle byłam na jakimś stole i ktoś mi wbijał igłę w plecy.
Mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów. Budzi mnie skrzypienie drzwi. Znów widzę to światło. Wstaję z łóżka, idę uchylić mocniej te drzwi, zobaczyć co tam jest. I widzę postacie. Ale czuję jakąś grozę sytuacji. Jestem przerażona po prostu.
Biegnę i krzyczę do męża: "Strzelaj!" . Mówią świadkowie w Radiu Paranormalium. Witam bardzo gorąco i serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium zgromadzonych w tę zimną styczniową noc przed komputerami bądź grzejącymi w dłoniach smartfony i inne małe wytwory magii współczesnej, dzięki którym można nas słuchać. Przy mikrofonie Marek Sęk Ivellios. Zapraszam na kolejny, czterdziesty już odcinek podcastu Mówią Świadkowie, który tak jak wszystkie wcześniejsze odcinki zostawi Państwa z mnóstwem pytań o prawdziwą naturę naszej rzeczywistości. Kilka miesięcy temu bardzo żywo zareagowaliście Państwo na odcinek poświęcony spotkaniom z żywym folklorem.
Dziś poznamy kolejną garść historii o spotkaniach z dziwnymi istotami, jak gdyby żywcem wyjętymi z legend i podań ludowych. Szczególnie dużo będzie dziś opisów spotkań z ciemnymi, zakapturzonymi postaciami, które często określa się mianem planetników, chmurników lub obłoczników. Usłyszymy też opis obserwacji zjawy psa, który wskoczył do płytkiej rzeki i... zniknął. Te i wiele innych historii już za chwilę. Wcześniej jednak tradycyjnie małe przypomnienie kontaktów do Radia Paranormalium. Dla tych z Państwa, którzy chcieliby się podzielić swoją historią o spotkaniu z nieznanym.
Tych z Państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć, zapraszamy do kontaktu. Nasze numery telefonów to stacjonarne 32 746 00 08. 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl. Radio.paranormalium.pl.
Numer Gadu-Gadu: 3608 80 02. 3608 80 02. Nasz adres e-mail: Radio@paranormalium.pl. Można również kontaktować się za pośrednictwem fanpage'a na Facebooku pod adresem facebook.com/radioparanormalium. Gdyby przy naszych telefonach nikt nie dyżurował, prosimy o nagranie wiadomości głosowej bądź wysłanie SMS-a. Bardzo prosimy o sprecyzowanie, w jakiej sprawie chcą się Państwo z nami skontaktować.
Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych prosimy ponadto o podanie numeru, na który mamy oddzwonić. Wszystkim świadkom gwarantujemy pełną anonimowość. Na życzenie świadka, w razie wykorzystania zapisu rozmowy w którejś z audycji, istnieje możliwość zmiany barwy głosu.
Dodam jeszcze tylko, że podczas premiery każdego odcinka podcastu Mówią Świadkowie, staram się dyżurować na czacie i przy radiowym telefonie. Jeśli więc ktoś z Państwa chciałby się podzielić jakąś swoją obserwacją trudno wytłumaczalnego zjawiska, to zapraszam do pisania bądź dzwonienia. Dzisiejsza audycja będzie podzielona na dwie części. W części pierwszej przebrniemy przez zawartość naszej skrzynki mailowej i wydobędziemy wszystkie wiadomości odnoszące się do spotkań z żywym folklorem. W drugiej zaś części wysłuchamy zarejestrowanej przez jednego z naszych słuchaczy rozmowy, w której jego dziadek podzielił się kilkoma tego typu zdarzeniami. Zacznijmy zatem od zajrzenia do naszej radiowej skrzynki na listy.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium 28 września 2021 roku. Witam serdecznie. Z racji tego, iż szykuje się odcinek o żywym folklorze, postanowiłem opisać kilka historii, które mi się przytrafiły. Mam trzydzieści pięć lat. Mieszkam w centralnej Polsce, w małej wiosce na trasie Łęczyca-Kłodawa. Jestem żonaty. Prowadzę własną działalność. Odkąd pamiętam, działy się w mojej obecności jakieś dziwne rzeczy. Obecnie, gdy znajduję się w pobliżu, niknie zasięg w telefonach bądź szwankują elektroniczne sprzęty. To w ramach ciekawostki. Postaram się to jakoś po kolei opisać, chociaż pamięć mam niestety słabą, jeśli chodzi o daty, a i znam bardzo dużo takich historii z życia własnego i nie tylko, zatem będzie sporo pisania. Zdarzenie numer jeden. Od jakiegoś 1993 roku, w wieku od jakiejś ośmiu do kilkunastu lat, widywałem w nocy, po ciemku, w pokoju dziwne jakby robaczki świecące, które układały się w różne kształty, jak ławica ryb albo stado szpaków. Świeciło to poświatą koloru żółto-zielonego. Powtarzało się to dość często, aż w końcu, z biegiem lat, ustało.
Wtedy nie interesowało mnie, co to może być, bo widywałem to prawie co wieczór. Myślałem, że każdy tak ma. Nie bałem się tego i zawsze patrzyłem sobie na to, aż zasnąłem. Nie ma tu mowy o jakichś refleksach świetlnych i tak dalej. Muszę mieć do snu bardzo ciemno i do tego zawsze były zasłonięte żaluzje i zasłony. To coś układało się w różne kształty i nie podążało za moim wzrokiem. To znaczy, czasami było umiejscowione w jednym miejscu, a innym razem-- w drugim.Sprawa numer dwa.
1994, może dziewięćdziesiąty piąty rok. Pamiętam, bo miałem już rower po komunii. Pod koniec wakacji pojechałem z rodzicami na rowerach do sadu ich znajomych, do sąsiedniej wsi, po wiśnie. Kiedy już narwaliśmy wiaderka ile trzeba, to ci znajomi zaprosili nas do domu na kolację. Posiedzieliśmy dosyć długo.
Ojciec sobie z kolegą wypił, mama z koleżanką porozmawiała, a ja bawiłem się z ich córką. Gdy się zebraliśmy, było chwilę przed północą. Droga do nich prowadziła przy starej kuźni. Przedworna kuźnia, a w zasadzie już ruina i dalej obok starego dworu, również w ruinie.
Droga była żwirowa, ale utwardzona i sucha. Pamiętam, że było widno jak w dzień. Właśnie mijaliśmy kuźnię, gdy w pewnym momencie mnie i mojej mamie zaczęło się bardzo ciężko jechać. Po kilkunastu metrach moja mama zeszła z roweru, ja chwilę później, a tata jechał bez problemu i się z nas podśmiewał. Musiałem stawać na pedałach, jakbym jechał pod bardzo dużą górę, a i tak nie dawałem rady jechać. Wiśnie mieliśmy w wiaderkach na kierownicach. Ledwo dopchnęliśmy rowery do pałacu, dworu — różnie na niego mówią. Gdy nagle ta dziwna siła odpuściła.
Wsiedliśmy na rowery i jak gdyby nigdy nic dojechaliśmy do domu. Na drugi dzień opowiedzieliśmy tą sytuację babci, a ta, że na pewno duchy czy zmory chciały się przejechać od kuźni do pałacu. I faktycznie mogło tak być. Mój rower i rower mamy miały bagażniki, a rower ojca nie. Może rzeczywiście coś chciało się z nami przejechać. Moja babcia miała dziewięćdziesiąt lat i opowiadała mi, że nieraz jadąc wozem z dziadkiem, miała takie sytuacje. Przejeżdżając obok różnych miejsc, konie stawały dęba, pieniły się, zlały potem i nie chciały dalej iść, albo robiły to bardzo opornie. Jej dziadek wtedy zawsze mówił: "O! Już siedzi!"
Zdarzenie numer trzy. Paraliż senny. Około dwutysięcznego roku. Zaczęło się od tego, że miałem jakiś dziwny sen. Nagle się obudziłem. Czułem czyjąś obecność w pokoju i widziałem dziwną postać, jakby w kapturze przy swoim łóżku. Nie mogłem powiedzieć słowa, a chciałem krzyczeć. Nie mogłem się ruszyć. No, coś strasznego.
Zabrzmi to dziwnie, ale już wtedy czytałem o takich sprawach. Zacząłem odmawiać Zdrowaś Mario, pomimo, że raczej jestem bardziej skłonny do rodzimej wiary czy do reinkarnacji. Ale przyznaję szczerze — pomogło. Byłem przerażony. No więc właśnie. Co do snów, to jeszcze miałem kiedyś taki sen, który mi się często powtarzał. Mianowicie śniło mi się, że potrafię, no, może nie latać, ale skakać na bardzo duże odległości. Odbijałem się i leciałem bardzo wysoko i bardzo daleko. W trakcie takiego snu odczuwałem szczęście, błogość i w pewnym sensie podniecenie.
Bardzo przyjemny sen. I w sumie miałem czasem świadomość, że to sen. Śnił mi się przez parę dobrych lat i nie raz potrafiłem go na zawołanie przyśnić. Zdarzenie numer cztery. Około 2003, 2004 roku. Zima w okolicy 20 grudnia. Mamy na wsi świetlicę po starej szkole podstawowej. Jest w niej stół do tenisa. Bardzo często z kumplami graliśmy do późna. Tego dnia pograliśmy gdzieś do dwudziestej trzeciej, kiedy to pękła nam ostatnia piłeczka. Byliśmy tylko w czwórkę — ja z bratem i sąsiedzi, również bracia. Mieliśmy już założone latarnie na wsi. Było sporo śniegu i porządny mróz. Jedziemy, śmiejemy się, gdy nagle mój brat mówi, że coś słyszy.
Nastawiliśmy uszu i faktycznie, w odległości jakichś piętnastu, dwudziestu metrów od nas słychać było, jak ktoś idzie po zmarzniętym śniegu. Było słychać, ale nic nie było widać w świetle latarni. Zbliżało się to do nas powoli, jednostajnie. Nie wiedzieliśmy co robić.
To coś było coraz bliżej. Ja chciałem zostać i sprawdzić, co to było, ale brat z kolegami stwierdzili, że dajemy nogę. I tak też uczyniliśmy. Do domów wróciliśmy od tyłu przez pola. Zdarzenie numer pięć. 2008 rok. W wojsku byłem w 2007 roku.
Wyszedłem w 2008 na wiosnę. Mieszkałem jeszcze z rodzicami i rodzeństwem. Było lato, wakacje. Rodzice już spali, brat też, a ja z siostrą siedziałem do późna. Zdecydowałem z siostrą, że ona umie się pierwsza. No to ja poszedłem na spacer, bo lubię się szwendać nawet po nocy.
Gospodarstwo moich rodziców ma dwa wyjazdy. Jeden obok nowego domu i jeden obok starego glinianego, który ma chyba z dwieście lat. Szedłem obok starej chaty i sobie myślałem o tym, że nie ma Boga, bo są wojny, chore dzieci i takie tam, że jakby była jakaś dobra siła, to by na to nie pozwoliła. Gdy wyszedłem za starą chatę, zobaczyłem coś dziwnego i poniekąd strasznego. Z tyłu domu jest park, który sadził mój pradziadek. Swoją drogą o nim mógłbym sporo opowiedzieć dziwnych historii. Na dach starej chaty opada żywotnik, tuja i pod tą tują zauważyłem taką postać, jakby w płaszczu. Wyglądał jak płaszcz ze starych jutowych worków od zboża i w kapeluszu o wysokości z dwa, może nawet dwa i pół metra. Na tą postać z tyłu padało lekko światło z przydrożnej latarni, więc było ją widać całkiem dobrze.Zauważyłem ją w okolicy.
Wystraszyłem się i uciekłem do domu. Wbiegłem do kuchni, siostra jeszcze nie zaczęła się myć i pyta mnie, przed czym uciekałem. Ja mówię, że nie uciekałem, tylko sobie biegałem. Ale ona wiedziała, że coś jest nie tak. Posiedziałem chwilę przy stole i sobie mówię "No nie, ty się boisz, niemożliwe". Wziąłem się w garść, złapałem latarkę i wróciłem. Sprawdziłem to miejsce, nie było nic widać. Patrzyłem pod różnymi kątami, świeciłem latarką i nic. Nie mogło mi się wydawać. To coś musiało tam stać. Najlepsze jest to, że jakoś po kilkunastu latach rozmawiałem ze swoim znajomym z moich stron. Jest muzykiem, gra na weselach, po zabawach.
Powiedział, że wcale się nie śmieje, bo jego żona widziała coś takiego. To było ze dwadzieścia lat przed moim starzeniem. Grał wtedy w okolicy na zabawie i poznał swoją aktualną żonę. Jakoś po północy postanowił ją odprowadzić. Przeszli sporą część drogi i on musiał wracać na zabawę, więc się pożegnali. Ona miała już kawałek do domu przez pola. Później, gdy się spotkali, opowiedziała mu, że widziała dziwną postać, jakby w płaszczu i kapeluszu, bardzo wysoką, identyczną w opisie do mojej. Szybko uciekła do domu. W zeszłym roku brałem ślub. Zaprosiłem na niego schorowanego wujka M, chociaż wiedziałem, że i tak nie przyjedzie.
Wujek jest szwagrem mojej babci. Ma teraz jakieś osiemdziesiąt dwa lata. Po weselu wziąłem flaszkę wódki weselnej oraz flaszkę bimberku cytrynowego i pojechałem do niego w odwiedziny z babcią i z bratem. Wujek świetnie opowiada i ma niezłą pamięć. Zepchnąłem więc temat na sprawy paranormalne, które mnie i mojego brata strasznie interesują. Wujek sporo rzeczy nam opowiedział. Nie spodziewałem się, że tak chętnie będzie o tym opowiadał.
Odnośnie tej dziwnej postaci to wujek też coś takiego widział jakieś sześćdziesiąt lat temu. Uczył się wtedy w szkole górniczej na Śląsku i przyjechał na ferie późną jesienią do domu. Z dworca miał kilkanaście kilometrów. Gdy był już dwa, trzy kilometry od domu, zauważył taką samą postać. Wiał wiatr i padał deszcz. Wujek przechodził właśnie przez małe miasteczko.
W pewnym momencie pod lipą przy głównej drodze zauważył wysoką postać w kapeluszu. Na początku pomyślał, że to jego znajomy, co mieszka obok, ale nie. Powiedział do tej postaci "dobry wieczór", ale już wiedział, że coś jest nie tak.
Przestraszył się, oblał potem i nie mógł zrobić żadnego ruchu. Ta postać nie miała pod kapeluszem twarzy, jakby czarna dziura. Wujek nie mógł też krzyczeć. Dopiero pomalutku, po małym kroku, coraz szybciej, aż w końcu biegiem uciekł. Była godzina po dwudziestej trzeciej w nocy.
Dodatkowo, jak się okazało z opowieści mojego taty, jeszcze jedna osoba mogła widzieć to coś, a mianowicie nasz sąsiad, który aktualnie mieszka na Śląsku, gdzie wyprowadził się jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Była późna jesień, lały deszcze i nie było jak zrobić orki na polu.
Nastało parę ładnych dni, no to rolnicy, chcąc pogonić, pracowali do ciemnej nocy. Sąsiad również. Dojeżdżał już do końca pola i miał robić zawrotkę, gdy w światłach zobaczył, jak ktoś idzie przez pola. "Idzie, to idzie" pomyślał i robił swoje. Ale gdy dojechał, to się okazało, że ten ktoś stoi na między i czeka na niego. Zatrzymał się przy nim i pytał, o co chodzi. Nieznajomy, bardzo wysoki, w płaszczu i kapeluszu podał mu rękę, która była podobno lodowata i zapytał "która godzina?". Sąsiad spojrzał na zegarek, podniósł głowę i już chciał powiedzieć, że iloś po pierwszej w nocy, ale nikogo już nie było. Oczywiście zakończył pracę, podniósł pług i gaz do dechy i w kierunku domu. Jego brat opowiadał, że wpadł do domu blady jak ściana. Zdarzenie numer sześć. Chwilę po wojsku założyłem działalność i przeprowadziłem się do Łodzi. Często przyjeżdżałem na wieś, bo czuję bardzo mocną więź z tą miejscowością i z przyrodą. Znów było lato. Przyjechałem na weekend. Całą sobotę pomagałem rodzinie zbierać ogórki. Było strasznie gorąco. Wieczorem po zbieraniu brat szybko zaczął się szykować, bo jechał do swojej dziewczyny. Poprosiłem go, żeby mi pożyczył motor, bo chciałem jechać się wykąpać na żwirownię. On mówi, że ok, ale żebym sam nie jechał, bo jeszcze się utopie. Mówię dobra, spoko, dam sobie radę. Cały dzień tak grzało, że myślałem tylko o tym, żeby się wykąpać. W tym samym czasie, kiedy on się szykował, ja zdążyłem z ojcem zważyć towar i zapakować.
Był już wieczór. Uradowany wsiadam na motor i po ujechaniu kilku metrów- zonk. Brat już się zbierał, ale ogarnęliśmy. W gaźniku wypadała iglica z pływaka. Pokazał mi, jak to naprawić. Mówił, żebym nie jechał, ale ja myślałem tylko o tym, żeby popływać i się schłodzić. A muszę to powiedzieć, że mieliśmy najlepszy motor w okolicy. Bardzo zadbany i nigdy, naprawdę nigdy nie było z nim problemów. Brat pojechał do aktualnej już małżonki, a ja wsiadłem na CZ-kę i jadę. Pojechałem ze sto metrów i znowu to samo. Naprawiłem.
Jadę. I znowu. I tak kilka razy co jakieś sto, dwieście metrów. Aż w końcu zrobiło się ciemno. Musiałem sobie telefonem świecić, żeby naprawić motor. Byłem w połowie drogi na żwirownię, jadąc taką zaniedbaną drogą przez pola. Powiedziałem sobie dobra, nie jadę, bo już ciemno i jeszcze się utopie. Jak to powiedziałem, to motor chodził jak nowy.Od tamtej pory nigdy się nie psuł i to był jedyny taki moment, w którym coś się z nim działo.
Dodam jeszcze coś. Jak byłem dzień wcześniej na tej żwirowni, też pod wieczór, to gdy pływałem, to coś jakby mnie za nogę łapało. Niby jakby coś się obcierało, wodorosty czy coś, ale inaczej. Wydawało mi się, że to ewidentnie czyjaś dłoń. Trochę się bałem, ale popływałem trochę ze strachem. Teraz myślę, że może to był jakiś wodnik albo topielec.
Zdarzenie numer siedem. Po dziesięciu latach postanowiłem wrócić na wieś. Razem z aktualną małżonką kupiliśmy siedlisko na tej samej wsi, na której się wychowałem. Było to pierwszej zimy, jakoś w dwa tysiące szesnastym roku. Gdy szedłem z węglem do kotłowni, kątem oka, z lewej strony zauważyłem jakby skrzata, krasnala, no nie wiem. Postać zgarbiona, z metr dwadzieścia wzrostu. Poczułem strach, dziwny niepokój. Wbiegłem do kotłowni i zamknąłem drzwi za sobą. Generalnie nie należę do osób płochliwych, ale wyczułem, że to coś ma chyba złe intencje. Złapałem siekierkę, którą miałem w kotłowni i mówię sobie idę. Kotłownię mam w piwnicy, a zejście do niej na zewnątrz domu. Obok domu jest budynek gospodarczy zrobiony ze starej obory, pół na pół wymurowanej z kamienia i z cegły. I ten skrzat czy krasnal wbiegł właśnie za ten budynek.
Jeszcze nie zdążyłem wtedy uprzątnąć całej działki, więc za tym budynkiem rosły chaszcze, pokrzywy i akacje. Musiało to wejść właśnie w te krzaczory. Wyszedłem z latarką, poświeciłem, poszukałem, wlazłem w te chaszcze i nic.
Zdarzenie numer osiem. Jeszcze gdy nie mieszkaliśmy na wsi, tylko w Łodzi, to często jeździliśmy do moich rodziców i na nasze siedlisko. Jeździłem zawsze z Retkini przez Konstantynów na Aleksandrów i dalej przez Parzęczew w kierunku Łęczycy. I właśnie za Parzęczewem zauważyłem pewnego razu takiego małego skrzata. Mógł mieć jakieś dwadzieścia, trzydzieści centymetrów wzrostu. Wstał spod miedzy, szybko przebiegł, a raczej przesunął się w powietrzu i schował się w polu kukurydzy.
Zdarzenie numer dziewięć. Odkąd tu mieszkamy, widziałem też kilka razy dziwne światła na niebie. Niby satelita, ale zmieniało kierunki w różnych prędkościach. Teraz mi się przypomniało. Jakoś w któreś wakacje w trakcie szkoły poszedłem na grzyby. W sumie pojechałem rowerem. Mam tu kilka lasków. Wjechałem do lasu, zostawiłem pod starym dębem rower i poszedłem na grzyby. Coś tam znalazłem, ale poczułem dziwny strach i czyjąś obecność. Powoli zmierzałem do roweru, kiedy usłyszałem, jak coś biegnie w moim kierunku przez chaszcze. Wydawało mi się, że biegnie na mnie stado żubrów. Było słychać, jak przedziera się przez las. To musiało być coś dużego. Wystraszyłem się.
Dobiegłem do roweru i uciekłem z lasu. Ale gdy zacząłem się oddalać, strach minął, a wraz z nim hałasy. Teraz wiem albo mi się wydaje, że to był leszy. À propos, w zeszłym roku w te same laski pojechałem na grzyby jesienią. W okolicy było mało i poszedłem w taki brzozowy zagajnik. Zacząłem prosić leszego o jakieś grzyby i ku mojemu zdziwieniu znalazłem dwa wiadra dużych, zdrowych prawdziwków.
Za każdy dziękowałem i cieszyłem się jak dziecko, bo wiedziałem, że coś mi pomogło. Zdarzenie numer dziesięć. W zeszłym roku na Święto Kupały postanowiłem, że zrobię takie małe obchody. Wieczorem przed północą rozpaliłem sobie ogień, poskakałem przez niego, zebrałem trochę ziół, wrzuciłem parę darów w ogień i o północy pojechałem do lasu, żeby poszukać kwiatu paproci. Do tego lasu, który opisywałem wcześniej. Nie boję się lasu, nawet w nocy. Pod koniec roku dwa tysiące dziewiętnastego zacząłem morsować i jakoś w styczniu czy w lutym dwa tysiące dwudziestego poszedłem z moimi psami na nocny spacer. Znalazłem w lesie mały staw i chciałem się w nim wykąpać. Założyłem kąpielówki na siebie, wziąłem sobie ręczniki i bieliznę na zmianę po kąpieli.
Wziąłem grzane piwo w termosie z sokiem malinowym, aroniowym, miodem i przyprawami. Żona miała wrócić z pracy dopiero o dwudziestej trzeciej. Była dwudziesta druga. Była pełnia księżyca, mróz i było po prostu pięknie. Zbiłem lód i wykąpałem się przy pełni księżyca.
Rewelacyjne i szczerze polecam. Wracając do Nocy Kupały. Nie boję się lasu, ale gdy dojechałem na miejsce o północy, jakoś nie mogłem się zebrać w sobie, żeby się zatrzymać i wejść w las. Był jakiś taki dziwnie mroczny i tajemniczy.
Przejechałem przez niego i zawróciłem. Jadąc z powrotem byłem w połowie lasu i już miałem się zatrzymać i wysiąść, gdy nagle w światłach auta tuż nad ziemią przeleciała mi jakaś dziwna, świecąca poświata. Taki dziwny kształt, coś jak chmura. Nie wiem czemu, ale się przestraszyłem. Zamknąłem drzwi od środka, włączyłem długie światła i gest oddechy.
Gdy dojechałem do domu, otworzyłem sobie piwko i na chłodno już rozmyślałem, co to mogło być. Nie mam zielonego pojęcia, ale stwierdziłem, że za rok na bank wejdę do lasu o północy. Może spotkam coś, co da mi odpowiedź na moje pytania co do naszego polskiego, żywego folkloru.Gdy byłem u wujka M., opowiadał nam dużo różnych historii. Włączyłem nawet dyktafon w telefonie, ale tak, żeby nie wiedział i całą prawie rozmowę mam nagraną na telefonie. W naszej okolicy jest takie miejsce, na które starsi ludzie mówią brodek. Pewnie z racji tego, że między dwoma wzniesieniami płynie rzeczka i w dawnych latach, gdy nie było jeszcze melioracji i drogi asfaltowej, tylko brukowana kamieniem, w tym miejscu było małe bagienko i trzeba było po nim brnąć.
Z tym miejscem związana jest historia, że utopiła się w nim kareta z jakąś znamienitą panią, być może jakąś szlachcianką. Pierwsza historia jest związana z moim dziadkiem. Za Niemca moją rodzinę wysiedlili do starego pałacu w sąsiedniej wsi, tego samego, o którym pisałem wcześniej. Nie wiem, kiedy dokładnie to było, ale dziadek miał kilka czy kilkanaście lat, czyli około 1930-40 roku. Była zima.
Ojciec mojego dziadka zachorował i dziadek musiał iść do wsi oddalonej o kilka kilometrów pod znachora, co potrafił stawiać bańki. Szedł późno w nocy i postanowił, że skróci sobie drogę przez brodek. Nie wrócił na noc i rano wszyscy poszli go szukać. Znaleźli go ledwo żywego, niedaleko tego miejsca, pod burtą między schowanego. Gdy już doszedł do siebie, opowiedział, że jak przechodził obok brodka, to na środku bagienka zauważył kobietę ubraną na biało, która mu machała i wołała go do siebie. Dziadek ledwie się oparł i rzucił się do ucieczki.
Odbiegł kawałek i wpadł w bruzdę. I tak już został do rana, trzymając w ręku wisiorek z bosią. Druga historia pochodzi od mojego wujka. Opowiedział mu ją dziadek, czyli wydarzyła się pewnie pod koniec dziewiętnastego stulecia. Jechał drogą z Kładawy na Łęczycę, konno z wozem do Łodzi na targ.
Zabrał też po drodze Żydówkę, która zmierzała do Łęczycy. I w miejscu tego brodka, jak dojechali, koń się wystraszył. Była pełnia. Około północy. Zauważyli razem z tą Żydówką dwóch bardzo dużych mężczyzn całkiem na golasa. Wujek ich określił później jako tęgie byki. Siedzieli na murkach mostku po przeciwnych stronach drogi, cali zasapani i spoceni.
Gdy dojeżdżali do nich wozem, to te postacie podbiegły do siebie i zaczęły się ze sobą balować. Gdy byli już blisko nich, postacie nagle ustąpiły i rozeszły się na boki. Koń ledwo szedł, ale jak tylko ich minęli, to wyrwał jak strzała.
Ujechali kawałek i gdy byli koło lasu, to ta Żydówka powiedziała do dziadka mojego wujka, żeby się na chwilę zatrzymał. Okazało się, że ze strachu aż narobiła w gacie. Ostatnia historia pochodzi od mojej babci. Zdarzyło się to, gdy były jakieś imieniny czy inna rodzinna impreza.
Babcia urodziła się w 1930 roku. Była wtedy już po ślubie, więc było to jakoś około 1950 roku. Wyszła na podwórko, gdzie znajdowało się stado małych świń— prosiaków. Zagoniła je do szopy i zadowolona pobiegła po wszystkich.
Wrócili dosłownie za minutę. Otwierają szopę, a tam pusto. Prosiaki rozpłynęły się w powietrzu. Babcia miała chyba osiem lat, jak umarła jej mama i dzień przed pogrzebem, w środku nocy, babcia się obudziła. Przy toaletce siedziała jej mama i się czesała. Uśmiechnęła się do niej i babcia zasnęła. Mam nadzieję, że przekazane przeze mnie historie okazały się dosyć ciekawe. Jest ich naprawdę sporo i pochodzą one ode mnie oraz od osób dla mnie bardzo wiarygodnych.
Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium 20 listopada 2021 roku. To wszystko wydarzyło się, gdy byłem mały. Miałem około sześciu, siedmiu lat. Kojarzę, ponieważ żyła wtedy jeszcze moja świętej pamięci babcia. Zmarła w 1996 roku, a zdarzenie miało miejsce ze dwa lata wcześniej, gdzieś między 93. A 95 rokiem. Mieliśmy super lato. Kojarzę, że były to wakacje, bo starszy brat i siostra nie chodzili do szkoły. To były czasy całe dnie na dworzu, a nie tak jak teraz syna od kompa i smartfona ciężko odciągnąć. Dla naszego pokolenia siedzenie w domu to była kara. I tak bawiąc się z rodzeństwem w zabawy najróżniejsze, a pomysłów nam nie brakowało, zaczęliśmy bawić się w coś w rodzaju płacenia rachunków. Niby sklep. No nazwijmy to zabawa w sklep. To był pomysł siostry. Na bank. Uwielbiała to. Od najmłodszych lat pomagała cioci w sklepie i zawsze w handlu, aż do dziś. Tak więc ten tak zwany sklep znajdował się w budynku gospodarczym jakieś maksymalnie piętnaście metrów od domowych drzwi. Było tam kilka pomieszczeń po lewej stronie, tak zwana letnia kuchnia, następnie chlewek, gdzie kiedyś koń i świnka mieszkały i dwoje drzwi naprzeciwko okna. Pierwsze nieduże trzy metry. To tam znajdował się nasz wyimaginowany sklep i ściana, która jak pamiętam była niedokończona. Zatkany niewielki otwór zasunięty wielką, ciężką blachą, a na lewo dosłownie jeden metr wejście do dużego chlewka było bardzo wysoki, ciemny. Pamiętam, że zawsze było tam gorąco i z dołu było widać wejście.
Tam kiedyś trzymano siano. Nie można tam było wchodzić wysoko i drabina była chowana i ostatnio były tam kury. W tym pomieszczeniu znajdowała się mała dziurka na wyjście na tyły, czyli ogród i tam też było pomieszczenie bez drzwi. Właśnie to był tył sklepu. Dziś to miejsce jest już zamurowane.Skoro już wiemy, gdzie był sklep, możemy przejść do rzeczy. Bawiliśmy się tak kilka dni. Zawsze rodzeństwo rano mnie budziło i bach! Szybko na podwórko.
I pamiętam, że od razu pobiegli do sklepu, a ja za nimi. A dodam mieliśmy tam jakieś stare, dość masywne biurko. Pamiętające chyba czasy PRL u i coś do siedzenia. Chyba krzesło. Stare, drewniane z oparciem, ale co do tego ręki uciąć nie daje. Gdy pobiegliśmy do chlewka, któreś z nich otworzyło drzwi. Powoli, powoli i nagle jednym ruchem do końca. Daliśmy kilka kroków i zamarliśmy. Tam znajdował się sufit. Niski, bo dziś prawie głową go dotykam. Patrzymy, a tam co? Sterta flaków. Ogromny pęk sinożółtych, lekko pokrwawionych. Wyglądały jak świerzby zmieszane z dużą ilością starych.
Tu chyba autorowi korespondencji uciekło jakieś słówko. Dziś, patrząc na tę część sufitu, zastanawiam się, jak to się trzymało. Jak dziś myślę, że mogło ważyć pod osiem kilogramów. To było wielkie. Dla naszej trójki to był szok. Krzesło, ziemia w chlewku i biurko były w mniejszych i może piętnastu większych kawałkach flaków. Nawet skapywały fragmenty tego czegoś na nasze papiery.
Było ich sporo. Kartki i inne papiery powoli opadały na ziemię, biurko i tak dalej. Wydawało mi się, jakby to żyło i się wiło, ale to grawitacja robiła swoje. Pamiętam jeszcze muchy i że śmierdziało. Brat i siostra też twierdzili, że śmierdziało. To mało powiedziane. A my byliśmy tam i patrzyliśmy na to, dopóki nie spadł na biurko jakiś większy kawałek tego dziadostwa. I wtedy wszyscy biegiem do domu po babcię, która opiekowała się nami. Czas patrzenia na flaki. Myślę, że to było maksymalnie dwanaście, może piętnaście sekund. Bieg do babci, do drzwi pięć sekund, przez kuchnię do pokoju, może dwie, trzy sekundy. Wbiegliśmy wrzeszcząc jak wariaci. Babcia wyszła już ze swojego pokoju i szła przez drugi, słysząc nas, jak się drzemy. Zaczęliśmy opowiadać, co i jak, by poszła z nami.
Dodam, że stojąc w pokoju widziała cały chlewek, a miejscem, w którym umiejscowiliśmy nasz fikcyjny sklep widziała najlepiej. Poszła za nami. Za bardzo zdziwiona nie była. Co mnie zdumiało, droga z babcią mogła trwać dobre dziesięć sekund. Drzwi były w połowie zamknięte. Nie pamiętamy, czy ktoś z nas przymknął te drzwi w panice podczas ucieczki. W momencie uchylenia przez babcię drzwi, ujrzeliśmy... Co? Nic. Ale niby jak? Tu przed chwilą wisiały flaki wielkości trzech ludzkich głów. I nie ma po tym śladu. Kto? Lub co? Kiedy? Babcia wzięła i spojrzała na sufit, a my za nią.
Na suficie została ogromna, tłusta plama. Na ziemi leżały gdzieniegdzie już tylko niewielkie resztki. Na krześle plama. Biurko sprzątnięte, aż nadto zginęły nawet stosy tych kartek. Zostało może ze trzy lub cztery na biurku i jedna na ziemi.
Pamiętam, że one też były tłuste. My nie wiedzieliśmy, co się dzieje, jak to możliwe. A babcia spojrzała na nas i jakby wiedziała już wszystko. Zabroniła nam tam wchodzić i opowiadać komukolwiek. Z lekkim strachem kazała nam wyjść i szepnęła coś pod nosem. Jakby modlitwa.
Ale do dziś nie wiem, co mówiła. Ona wiedziała, o co chodzi, a na pewno się domyślała. Po latach, jak widzimy się we troje, często wracamy do tego. Zdumiewa nas mocno, jak to znikło i miałem już kiedyś momenty, że zastanawiałem się, czy to prawda, czy mój mózg płata fingler. Ale jak się okazuje, to prawda. Nurtuje nas kto bądź, co to było i powiesiło to, i w jaki sposób to wszystko znikło. Tego było zbyt wiele, by zabrać z tymi kartkami naraz. Tym bardziej że babcia widziała chlebek z przodu, a droga trwała dwadzieścia sekund w dwie strony. Kilka krzyków wysłuchanych przez babcię. Całość trwała dwadzieścia pięć do trzydziestu sekund maksymalnie. Gdzie to wszystko znikło? Ślady zostały. Wiedzieliśmy, że to prawda. Po latach, wchodząc tam, czuję dyskomfort. A na sufit w tym miejscu dalej nie da się patrzeć.
Szkoda, że babcia odeszła za szybko. Powiedziałaby nam, ale wtedy nie chciała nas straszyć. Korespondencja nadesłana do Radia Paranormalium w marcu dwa tysiące osiemnastego roku. Trafiłam na Waszą audycję z dwa tysiące szesnastego roku. Debata niekontrolowana.
Odcinek piąty. Żywy folklor i polskie potwory. Wysłuchałem z przyjemnością i w trakcie wróciło do mnie mętne wspomnienie z dzieciństwa. Nie jestem na sto procent pewna, czy to nie był sen, bo byłam bardzo mała i miewałam wówczas dużo dziwnych snów, ale pamiętam, że przez wiele lat byłam pewna, że widziałam krasnoludka.
Zdarzenie miało miejsce w miejscowości Troks koło Olkusza. Miałam wówczas maksymalnie pięć lat. Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty drugi, dziewięćdziesiąty trzeci rok, jak sądzę, więc mogę nie być wiarygodna. Widziałam ową istotę w polu zboża. Jej sylwetka wyraźnie odcinała się na tle żółtych kłosów. Sądzę, że mogło to być sierpień lub wrzesień, bo było ciepło.
Wygląd krasnala pokrywa się z jedną z historii z audycji. Był niewielki, nawet jak na perspektywę dziecka. Mógł mieć około sześćdziesiąt centymetrów. Miał spiczastą czapkę i kurteczkę w kolorach ziemi. Był jakiś taki buro zielony i gburowaty w moim odczuciu. Pamiętam, że zamarł, kiedy odkrył, że jest obserwowany, po czym zniknął w polu. Dzisiaj, z perspektywy lat i wiedzy oraz własnych poglądów, stwierdzam, że samo to miejsce było dziwne energetycznie. Mieszkaliśmy tam krótko, ale z tamtych lat do dzisiaj pamiętam niesamowite sny, w których widziałem diabły, czarciki — dokładnie takie, jakie malują nasze ludowe wierzenia. Ponieważ nie byłam niczym straszona, a moja mama bardzo pilnowała tego, co oglądamy, nie wiedziałam o ich istnieniu, a sny były bardzo wiarygodne.
Istoty tańczyły w kręgu w rytmie bębnów. Pamiętam, że w okolicy domu, w którym mieszkaliśmy, widziałam też żołnierzy, których nikt inny nie widział, a nawet brałam udział w ucieczce partyzantów. Może to wymyśliłam, bo miałam zawsze bujną wyobraźnię, ale sądzę, że to dziwne wizje dla pięciolatki. Pomyślałam, że może zainteresuje Was ta wieść. Moja cicha teoria zakłada, że jest tam jakiś portal albo coś, co sprawia, że granica między światami jest cieńsza. Niestety wyprowadziłam się stamtąd wiele lat temu na północ Polski i nie wiem, jak to miejsce wygląda obecnie. Chociaż teraz, po Waszej audycji rozważam, czy nie wybrać się tam na wycieczkę.Pozostajemy jeszcze przy relacjach, które pojawiły się po emisji wspomnianego odcinka "Debat niekontrolowanych".
Pierwsza korespondencja. Ja miałem parokrotnie kontakt z takimi istotami, na przykład kiedy byłem dzieckiem. Miałem może sześć lat. Nagle obudziłem się w środku nocy i coś kazało mi popatrzeć do okna. Moje łóżko było zaraz przy nim, a dom wzniesiony był na górce, przez co, chociaż był to parter, okna tyłu domu wychodziły jakby na piętrze. Tam też było moje okno. Kiedy więc wyjrzałem przez okno, zobaczyłem bardzo wysokiego, bardzo szczupłego mężczyznę w długim płaszczu i w kapeluszu z ogromnym rondem, które świecił takim blaskiem jak od żółtej żarówki, i który patrzył się na mnie i w moje okno. Wystraszyłem się i przytuliłem do siostry, z którą spałem w jednym łóżku.
Całkiem niedawno rozmawiałem z siostrą i ona mi również powiedziała, że widziała takiego samego mężczyznę. Rozmawiałem też z koleżanką, której córka widuje takiego samego faceta. Co to może być? Takie stworki jak gremliny też widziałem.
Siedziały w sześciu na stole i patrzyły się na mnie z ciekawością. Nie czułem od nich wrogości. Opowiem wam też, co sąsiad mojego teścia przeżył kilka lat temu. To starszy, poważny pan w sile wieku. Udał się pewnego poranka na grzyby ze swoim psem myśliwskim do niedużego zagajnika niedaleko domu. Kiedy szedł przez pola, w krzakach ujrzał faceta w długim czarnym płaszczu, stojącego tyłem. Kiedy się odwrócił z połów płaszcza, lała mu się woda, jakby była wylewana z garnczka ciągłym, nieprzerwanym strumieniem.
Powiedział mu, że w chmurach jest dużo wody i że będzie padało. Sąsiada zamurowało, a pies skomląc schował się za nim. Nic mu nie odpowiedział i uciekł do domu. Mówił, że był to płanetnik. I druga korespondencja. Tę obserwację opisałem kiedyś panu Arkowi Miasce. Było to ponad trzydzieści lat temu na obrzeżach Włocławka, w dzielnicy Michalin. Wracałem późnym wieczorem na przystanek MPK około dwudziestej pierwszej trzydzieści. Moja trasa obejmowała drogę długości półtora kilometra, przy czym odcinek około dwustu metrów przebiegał zupełnie przez las. Było już ciemno. Droga polna, taka złożona z dwóch ścieżek, jakich wiele. W pewnym momencie w tym lesie zauważyłem, że niedaleko mnie, po prawej stronie, na granicy drogi i lasu, w odległości około dwuch, trzech metrów, porusza się jakaś mocno zgarbiona postać. Nie widziałem jej dokładnie z racji ciemności. Pewnie mi się wydaje, ale miała około maksymalnie metr dwadzieścia, może metr trzydzieści wysokości i była raczej wątłej postury.
Nie wydawała żadnego głosu. Nie pamiętam, bym słyszał, że się porusza. Nie wchodziła ze mną w jakikolwiek kontakt. Po jednej, dwóch sekundach uciekła do lasu. Wtedy byłem przekonany, że to jakaś starsza kobieta. Również szła, podobnie jak ja, przez las i po prostu się mnie zlękła.
Jednak jak na kobietę była zdecydowanie za mała. Na pewno nie był to żaden znany mi zwierzak. Wszystko się zmienia, gdy się coś niezwykłego przeżyje. Ciekaw jestem, czy z okolicy Włocławka są również inne podobne relacje. I jeszcze jedna korespondencja, również sporządzona pod wpływem piątej debaty niekontrolowanej.
Wiadomość z roku dwa tysiące dziewiętnastego. Kiedyś, bardzo dawno temu, czterdzieści pięć lat wstecz, gdy miałem około piętnastu lat, brat mojej babci, tak zwany wujek, opowiadał mi historię z czasów jeszcze tuż sprzed Cudu nad Wisłą. Ta gałąź mojej rodziny, pozbawiona już wtedy rodziców, będąc pod opieką dalszej, bliżej przeze mnie nie sprecyzowanej, jako niepełnoletni pracowała w polu z motykami. Mniemam, że były to wykopki ziemniaków. Pustkowie wskazywało, że nic dziwnego nie powinno tam zajść. Nagle pracujący zwrócili uwagę na postać, która poruszała się wzdłuż ściany lasu widniejącej około jednego kilometra od pola. Przypominała zakapturzonego mnicha, który ustawiony był bokiem do obserwatorów. Nie było widać zarysów twarzy. Rękawy ubioru zwisały nieruchomo, nienaturalnie do chodu, a także ewidentnie postać nie posiadała nóg.
Samo pojawienie się tej istoty na odludziu wzbudziło zdziwienie, a co dopiero usunięcie bez kończyn dolnych mniej więcej półtora metra nad ziemią. Historia tej części mojej rodziny z okolicy dzisiejszych Czernihowa i Mochylewa, pogranicze Białorusi i Ukrainy nad Berezyną. Tam zakończyła się wraz z nadciągnięciem wojsk polskich Piłsudskiego. Wydano wtedy ogłoszenie dla ludności lokalnej, że kto czuje się Polakiem, niech cofnie się wraz z armią, która musi skorygować swe położenie według ustaleń rozejmu międzynarodowego. Moi skorzystali z tej propozycji, ale najdziwniejszym było to, że wzdłuż trasy owego mnicha przebiegała dokładnie później tymczasowa granica drugiej RP w tej okolicy. I to już wszystkie przygotowane na dziś relacje tekstowe. Po krótkim przerywniku przejdziemy do zaprezentowania wspomnianego wcześniej zapisu rozmowy z jednym ze świadków. A w czasie przerywnika upewnij się drogi słuchaczu, droga słuchaczko, droga istoto ludzka siedząca przed głośnikiem, czy w tym pokoju, aby na pewno jesteś tylko ty i czy ktoś czasem nie zerka na ciebie przez okno?
Mówią, że włączyć radio jest bardzo łatwo. No tylko, że z wyłączeniem jest już, powiedzmy, troszeczkę gorzej. Posłuchaj nieznanego radio Paranormalium www.paranormalium.pl. Rozmawiaj z prezenterami oraz z innymi słuchaczami na żywo. Wejdź na naszego czata na www.paranormalium.pl.
Mówią, że wejść do archiwum jest bardzo łatwo. No tylko, że z powrotem jest już powiedzmy troszeczkę gorzej. Archiwum Radia Paranormalium www.paranormalium.pl. Pisz artykuły, rozmawiaj z czytelnikami, moderują komentarze i poczuj się jak redaktor. Załóż bloga na Paranormalium.
Więcej dowiesz się w dziale Blogi na www.paranormalium.pl. Dwa miesiące temu był Drop prowadzący do pewnego radia. Czy ktoś o tym słyszał? Podobno jednak potem okazało się, że to radio istnieje tylko w internecie.
Radio Paranormalium. Paranormalny głos w Twoim domu www.paranormalium.pl. Autentyczne historie osób, które przeżyły spotkanie z nieznanym. Zagadkowe obiekty, tajemnicze istoty, mrożące krew w żyłach przeżycia na granicy światów. Mówią świadkowie w Radiu Paranormalium. Zgodnie z zapowiedzią, w drugiej części dzisiejszej audycji wysłuchamy zapisu rozmowy, jaką jeden z naszych słuchaczy odbył ze swoim dziadkiem. Starszy pan podzielił się licznymi historiami o spotkaniach z żywym folklorem, zarówno swoimi, jak i tymi pochodzącymi od bliskich mu osób. Sugeruję w tym miejscu zaopatrzyć się w słuchawki, ponieważ nagranie od strony technicznej jest trochę kiepskie. Musiałem dość mocno podbić głośność i zredukować powstałe w ten sposób szumy. Sam zaś główny bohater tej rozmowy prawdopodobnie siedział w pewnym oddaleniu od smartfonu. Myślę, że takim najciekawszym punktem rozmowy, jaką udało się nagrać, będzie wspomniana wcześniej relacja dotycząca pojawienia się zjawy psa z łańcuchem, który po nagłym pojawieniu się miał z dosyć mocnym pluskiem wskoczyć do płytkiej rzeki i w niej zniknąć.
Zgodnie z informacją zawartą w korespondencji, zdarzenie miało miejsce ponad sześćdziesiąt lat temu. Zdarzenie powiązano ze śmiercią sąsiada, który wcześniej tego samego dnia utonął w błocie. Myślę, że ta moja krótka zapowiedź dała Państwu wystarczająco dużo czasu na znalezienie słuchawek i ewentualne rozplątanie kabelka. Możemy zatem spokojnie przejść do odtworzenia nagrania.
To ja puszczam nagranie. Teraz już możesz. Nie, nie wszystko gadaj. No może powiedzieć byłem na próbie. Szedłem z próby. To będzie nagrane. Nagrywaj. To, to Też, też no tak, jak najwięcej szczegółów mówi jak był, jak go przywieźli, jak się popatrzeć w system.
to możesz opowiedzieć. Ile utopił się w Andrychowie? Tak, tak. Przywieźli sąsiada z Andrzechowa, z basenu, pojechał się ukąpać i utopił się. Musiał skoczyć. No to wszystko będzie nagrane. No tak. No i także ten.
Wyciągli go z tej wody. Już się nie dało uratować, bo uderzył czołem o beton, o dno. A jakbyś mógł powiedzieć kto to jest? Kto to się tam uderzył? To sąsiedzi. No i później, jak przywieźli go z tego basenu do domu, już w trumnie. No i poszedłem się popatrzeć z rodzicami.
I później poszedłem na próbę do szkoły, na dół. To jest kawał drogi. Jest tam trzy kilometry. Pogoda była piękna, Księżyc świecił w pełni. Sucho było. Woda malutko, bo to jakoś było latem. Nie wiem, w którym miesiącu to było. Wracając z tego z próby dwunasta godzina w nocy i kierując się ku domu schodziłem na ławkę. A tu patrzę się z tej górki, tam od jego domu leci straszny pies z łańcuchem. Było wszystko pięknie widać, bo to Księżyc świecił. No i z tej góry przyleciał na tę górkę i do rzeki.
Wskakują, wskakują do rzeki, ale w rzece nie było żadnej głębiny, nic nie było ani zastawu, nic. To była taka malutka woda, żebyś kurde przeszedł włosów jakich nie zamoczył. No a ten pies skoczył w taką głębinę.
Straszną wodę. On się roztrzasnęła. Mnie na włosy na głowę stanęły dęba. Dostałem takiego, takiej tremy czy strachu. Jak to można powiedzieć? Jak ruszył ku domu? Kurwa, nie wiedziałem gdzie ławka, jaki chodnik, albo cokolwiek. No przyszedłem do domu, a nie wstałem w tym starym domu i tam huknął do drzwi. Tak się wszyscy połachocę. Nie pukano do okna. Nie, nie, nie stukał tylko po drzwiach. Kurwa, obudził jak sąsiady tak i u nas wszystko się obudziło. I co się stało? Co się stało? Ja nie mogłem otworzyć, bo to nie z tego strachu, ino z tego, że że leczę. Zmęczyłem się uczyć. Ze strachu też.
Ze strachu też może. No i poopowiadałem to wszystko tak, jak się to było, co to było? No i poszliśmy leżeć. Ja się poszedł umyć. Poszedłem spać. Rano tak do roboty trzeba było wcześnie wstawać. No i na tym by było koniec. No i to jeszcze do tego się pomodliłem za niego. Za jego duszę.
Jeszcze ja doszedł spać przy paciorku. Także potrzebuje sobie myślę pomocy. No to trzeba mu pomóc. No to się mówi. Zawsze trzeba zmówić cząstkę różańca, pieczątkę na tajemnicę. Choćby zdrowaś Mario, to wystarczy.
I wieczne odpoczywanie. I to było w ten sam dzień jak się utopił, prawda? W ten sam dzień. Miał wieczór tak jak go przywieźli z Andżelowa z basenu. Amen. Amen. Taki miał swoje takie. Wiesz, takie takie przysłowie nie mówił odsuń się.
Nie odsuń się, bo. Był tak nauczony. Był nauczony, tam odsuń się. My tak. Kawaler był i jaki tam powód miał? No to już jego sprawa. No pewnie zaskoczył. Że zaskoczył- Bo ile tak się tą ąki ludzi też. To do tej wody. No to ja ci powiem, jest taka sprawa, że trzeba być zawsze odważny, przygotowany też i widzę jak się nieraz te co się idą kąpać czy, czy ratowniki, czy coś, to się pisze: pomoże se ręke w tym wiesz, we wodzie przetrze się trochę tego przeżegna się. No i znak krzyża, ile to idzie później no we wodę. Dużo tam tak stosują i tu jak i chłopaki, tak i dziewczyny tak samo. Te trenery, takimi z na skokach też chyba widzieliśmy nieraz. Nie wszyscy, ale się żegnają.
No tak, zdarza się, że się żegnają. Ja się mogę przeżegnać nawet tam jak, że mnie nie widzą w tym pralni czy tam gdzie tam mają to tam nie. Ty się możesz przeżegnać, widzisz jesteś, ale są tacy, co odważni. Pokazuje, że jest wierzący, że wierzy w Boga i wychodzi na na tą już na ten wyjazd Na na, Czy jak się tam mają naplane.
A jakie tam historie jeszcze opowiadali wcześniej? No różne chłopy, łóżki. Tu przedtem nie było takich mostów, takie ławki były. Wózki jeździły takie różne. Takie diabły jeździły na na beczkach woziły takie różne i takim takich no spódzielcy szkieletów. To zaś...
A to może więźniów przewozili? Kto? Może to, może to ruscy więźniów jakichś przewozili? Czy nie? Hehe Czasem. To świecę takie kurde duże się świeciły. To zaś tu kapliczka była na białej drodze to była siedzeń Od siedzenia była ta kapliczka.
A tu troszkę niżej było to ja tutaj to dekwarczo, bo jest takie tornie. A to wszystko jeszcze jak ta droga taka była polna droga, to nie taka jak teraz, a można powiedzieć. No i jeździli formalnie tędy. No i los nam widzieli, że dziadek siedział, rozumiesz, w kapeluszu, fajkę palił i nie puszczał dymu. No normalnie ogień seło z gęby se poły.
No to wszyscy się kurwa-- ale to nie wszyscy uwierzą. Nie, nie, to się nie działo. Bo ten co się boi strasznie... Boi, to się nie pokorza. Taki to się nie bój, bo to taki mu się pokorza. No cóż, jak to mówi wiele takich innych. Ja mam opowieść, że spamiętać wszystkie chłopie te na ratunek, na wszystko, na ratunek.
No takie baśnie. No ale to była prawda. Teraz wszystko to jest. Jest to jak najbardziej. Więcej jest, jest spowiedzi, więcej Komunii Świętej. Więcej się człowiek spotyka z Panem Jezusem, bo to jest, to jest dar straszny, że spotka Pan taki wielki, to pomóż mi Święty. Przyjmiesz Pana Jezusa? To łączysz się z Panem Bogiem. Masz to zasilenie duże, straszne. I żeby być bez grzechu. Trzeba wierzyć!
Wierzyć. Bez ciężkiego grzechu to jest wszędzie i do Piotra, i do Świętej. No i tak niektórzy tak się pyta, że się nie pytam. Nie chcę słyszeć o takich rzeczach. Bo to jest nieprawda. Widać ty. Ale to prawda.
To prawda. Zdarzają się takie rzeczy. Zdarzają. Niejeden by ci powiedział, jak ktoś takiego widział. Dawno więcej teraz się tak nie zdarza. A tak dawno przed tym to podobno, że dużo, dużo się zdarzało. Dużo.
Kozy tak goniły z wózkiem, rzeką. Też, bo to przedtem nie była taka rzeka. Taki potoczek. I co z tymi kozami? No Później nikły. Widziałeś tam ? na chwilę i później znikły. I nie ma nic. Rzekom sobie biegła normalnie. No..
Rzekom, biegła ta koza? Rzekom, rzekom. Rzekom, rzekom, wszystko rzekom mówię, że nie tak przeważnie, ale przeważnie dwie leciały. Wózek miały za sobą i tak jakiegoś diabła czy jakąś duszę. Nie wiem. A ty takiego wózka nie widziałeś, co z tą kozą?
Nie, to nie to u nas widziała. No moja ciotka, no mamusia ?. Ona chodziła tam po mleku do ?, to szła przez tą rzekę i tam, i tam, gdzie hereta jest. Tam przedtem było wszystko inaczej. Teraz wszystko zmienione, przebudowane. No to tam widziała, jak szła przez tą ławkę. A to właśnie widziała, że te, te, te, te kozy, bo przede ? nie pokazał się konie nie, kozy, a kozy ? mówią diabelskie ?.
No taki jest symbol chyba szatana, że koza albo kozioł bardziej kozioł jakiś. Nieraz i kurde o różnych rzeczach opowiadali ?. Bo u was tamte stare dziadki to co im, co opowiadały? Co wiele ? posodziły. U nas tam zawsze dziadek miał te drzewa, wiesz, takiego długiego pod ogródkiem było zwalone fajnie ostrugali my, elegancko było tako kurwa siedzenie fajne, bo to było, było tak, że na jednym drzewie miały nogi, a tutaj ktoś siedział wyżej. Fajne to było takie do siedzenia. No to- -dziadki się posłodziły.
Posłodzily się fajki, palili, tego, opowiadali. No i opowiadali o tych strachach, o wojnie austriackiej, bo byli na na tej wojnie też. No różne, różne rzeczy opowiadali. No. A drugo u nas też było. Ja to widziałem, a jest ta druga sprawa była. Tylko ja tego nie widziałem, że.No. Kurwa, mamusia przyleciała i kurwa, kurde, straszy to mieli my tak jak tutaj jest otwierane drzwi na na strych, a tam w starej chałturze, tam gdzie jest remontowa ta robimy tam jest tam gdzie mieli konik i konie. Drzwi były otwarte, deska taka do ciasta, wiesz taka bolarnica to nazywali- Mhm. Stolnica no.
Stolnica postawiona była tam za tym i nikt drzwiami nie stuknął, nikt nie strzelił, nic się nie stało, a tą deskę wzięło i strzeliło koło schodów, bo to nie było schody, tylko drabina, tylko grube, grube drzewa. Takie były drabiny, silne drabiny.
I jak krok molnęło chłopie tutaj, a jeszcze w sieni tam nie było nic, bo to były sienie, nie przedpokoje ani nie było korytarze. A sieni jak rąbło tą deską północ była. No i rozleciała się bolanica na, na drobne części. To tam sąsiady, my kurwa narobili szumu. Kto się tak robi?
Sprawdzali, ale gdzie sprawdzić? Świata nie było. Świeczkę, a to są świeczkami. Jak to strach? Wiesz, te latarki były takie. Co mieli ku koniom tego, żeby się świeciło. Latarka akurat też tam jedna była. Dziadek zaświecił latarkę i poszedł patrzeć, czy jest jakiś złodziej albo ktoś go wył. A drzwi są otwarte, nic nie jest ruszone. A co się, co się stało?
No i nic. Poszli wszystko spać, pousypiali trochę. No i przychodzi gdzieś dziewiąta godzina chyba, przychodzi telegram, a tu zabiło w kopalni tego no, bizonia. Jak mu to było, tego, tego kurde no bo jak trzeba, a zabiło tego męża jej.
I że żyje jeszcze no nie? No musiał się on przyszedł z pomocą żeby, żeby- Z pomocą, ale znak- Znak był, że ktoś może został zabity i- pokazać, że żyje. Przyjechać na pogrzeb. Przyszedł telegram. My byli małe takie osady i piski. No ale.
Józka tam łoszczyk. Wszystko po prostu się szykuję na, na Olecka, wiesz. No to odszyk mnie zaczęli, zaczyna strzyc, a mi po połowę głowy mi było przygła. Połowę, ja musiałem mieć do szycia, ale pojechała później na śląskie. To było na Śląsku, więc na Śląsku. Takie się przypomina takie różne rzeczy, ale to było kurde, kiedy to było? Jak ja byłem malutki, kurde, ile miałem? Nie wiem, ile mam. Było tych różnych oznaków, objawów różnych, takich jak i no pewnie, że nie- Strachów, takich no, było, było. Straszyło was?
To nie ty. Cała masa ludzi, tych starszych takich, żeby ci pokazać, żeby coś powiedział. No ale już ich nie ma. A ty babcia niczego nie widziałaś? Nie, nic nie widziałam. Była żyłka w gipsie to się nic nie mogła zrobić.
Ja się boję, to mi się nie podoba. I to już wszystkie przygotowane na dziś relacje. Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie o zaprezentowanych dziś historiach. A jeśli macie jakieś swoje zdarzenia, którymi chcielibyście się podzielić z Radiem Paranormalium, to gorąco zachęcam do kontaktu. Zanim się pożegnamy, pozwolę sobie jeszcze polecić Państwu książkę Arkadiusza Miazgi zatytułowaną "Magiczna rzeczywistość" oraz cykl jego artykułów pod tytułem "Magonia po polsku", w których znajdziecie jeszcze więcej tego typu historii. Mówił do Państwa Marek Sęk Ivellios Radio Paranormalium. Paranormalny głos w Twoim domu. Dziękuję za uwagę i do usłyszenia w kolejnych naszych audycjach. Śledźcie zapowiedzi na naszej stronie www.paranormalium.pl oraz na naszych profilach społecznościowych na Facebooku i YouTube. Tych z Państwa, którzy przeżyli coś nietypowego i chcieliby nam o tym opowiedzieć zapraszamy do kontaktu.
Nasze numery telefonów to stacjonarne 32 746 00 08, 32 746 00 08, komórkowy 530 620 493, 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl. Radio.paranormalium.pl. Numer Gadu-Gadu 3608 80 02, 3608 80 02. Nasz adres e-mail: Radio@paranormalium.pl. Można również kontaktować się za pośrednictwem fanpage'a na Facebooku pod adresem facebook.com/radioparanormalium. Gdyby przy naszych telefonach nikt nie dyżurował, prosimy o nagranie wiadomości głosowej bądź wysłanie SMS-a. Bardzo prosimy o sprecyzowanie, w jakiej sprawie chcą się Państwo z nami skontaktować.
Słuchaczy dzwoniących z numerów zastrzeżonych, prosimy ponadto o podanie numeru, na który mamy oddzwonić. Wszystkim świadkom gwarantujemy pełną anonimowość. Na życzenie świadka w razie wykorzystania zapisu rozmowy w którejś z audycji istnieje możliwość zmiany barwy głosu.