[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. No to co? To kolejny piątek, weekendu początek. A skoro piątek i skoro weekendu początek, to najlepiej go rozpocząć z ciekawymi książkami, ciekawymi filmami i ciekawymi gośćmi oczywiście, czyli z Bibliotekarium 2.0, Akademią wszelkiej fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:49] - Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór. Święta, święta i po świętach. Nie wiem, czy można jeszcze bardziej banalnie zagadać, więc sobie już daruję. Zaczynamy kolejne Bibliotekarium 2.0. I tradycyjnie zaczynamy od polecanek książkowych, a właściwie zapowiedzi książkowych. Dzisiaj na tapet bierzemy propozycję wydawnictwa Zysk i Spółka. 9 kwietnia tego roku pojawi się na rynku książka zatytułowana „Dlaczego narody przegrywają?”. Jej autorami są Daron Acemoglu – to chyba się tak czyta – i James Robinson. Kilka słów o książce.
Dlaczego niektóre narody są bogate, a inne biedne? Dlaczego takie różnicują majętność i ubóstwo, zdrowie i choroba, a dostatek i głód? Błyskotliwa i niesłychanie inspirująca książka światowych ekspertów problematyki rozwoju wzywa do otrząśnięcia się ze złudzeń. Kraje wzrastają, kiedy budują sprzyjające rozwojowi instytucje polityczne i ekonomiczne, a upadają często w spektakularny sposób, gdy instytucje te kostnieją lub przestają działać. Wówczas naród pogrąża się w zastoju i upadku. Swoją argumentację autorzy wspierają niezwykle bogatym, zebranym w trakcie wieloletnich badań materiałem historycznym sięgającym od Cesarstwa Rzymskiego, poprzez miasta państwa Majów, średniowieczną Wenecję, Związek Sowiecki, Amerykę Łacińską, Anglię, Europę kontynentalną, aż po Stany Zjednoczone i Afrykę. I na tej podstawie budują nową teorię ekonomii politycznej, która podejmuje wielkie kwestie współczesne. „Dlaczego narody przegrywają?” to książka, która zmieni wasze spojrzenie na świat i sposób jego rozumienia. To, proszę państwa, była pierwsza nowość: „Dlaczego narody przegrywają?”. Kolejna nowość pojawi się na rynku 16 kwietnia.
Tytuł tej pozycji: „Loki. Poradnik złego boga. Jak wziąć na siebie winę?”. Autor: Louis Stowell. I to jest, proszę państwa, propozycja dla nieco młodszych czytelników, a konkretnie kontynuacja przygód Lokiego uwięzionego na Ziemi w ciele 11-latka. Loki dostał kolejną szansę, aby udowodnić, że jest godny Asgardu. Jednak kiedy ginie ulubiony młotek Thora, wszyscy myślą, że to właśnie on za tym stoi. To takie niesprawiedliwe. Przecież teraz Loki jest dobry. Aby oczyścić swoje imię, Loki musi: jeden – znaleźć ulubiony młotek Thora.
Dwa – odkryć, kto go ukradł. Trzy – zmusić wszystkich do przyznania się, że nie mieli racji. To ostatnie jest oczywiście najważniejsze. Łatwe zadanie dla kogoś tak przystojnego i sprytnego jak Loki. To była druga propozycja. 16 kwietnia, a więc pod tą samą datą pojawi się również trzecia książka. Nosi ona tytuł „Żywe trupy”. Ale żeby się państwu jeszcze lepiej kojarzyło, to współautorem tej książki jest George Romero. Powinien być państwu znany z kinematografii. A drugim autorem jest Daniel Kraus.
Cóż czytamy na temat tej książki? Przerażająca opowieść grozy i hołd złożony geniuszowi makabry. Historia zaczyna się od pojedynczego ciała. Para lekarzy sądowych walczy z martwym mężczyzną, który nie chce pozostać martwy. Zaraza szybko się rozprzestrzenia. W przyczepie kempingowej na Środkowym Zachodzie czarnoskóra nastolatka walczy ze świeżo zmartwychwstałymi przyjaciółmi i rodziną. Na amerykańskim lotniskowcu żywi marynarze ukrywają się przed martwymi, podczas gdy fanatyk tworzy nową religię śmierci. W stacji telewizyjnej ocalały prezenter kontynuuje nadawanie, podczas gdy jego ożywieni koledzy próbują go pożreć. W Waszyngtonie pracownica federalna monitoruje wybuch epidemii, zachowując dane na przyszłość. Przyszłość, która może nigdy nie nadejść.
Wszędzie wokół ludzie stają się celem zarówno dla żywych, jak i martwych. Grady Hendrix, autor książki „Jak sprzedać nawiedzony dom” Napisał o prezentowanej pozycji w następujący sposób: „Każdy film o zombie żyje w cieniu George'a Romero, podczas gdy on sam nigdy nie otrzymał budżetu na pracę w skali, na jaką zasługiwał. Na szczęście Daniel Kraus dostarcza nam teraz epicką księgę nieumarłych, którą rozpoczął sam mistrz horroru”. I to, proszę państwa, była trzecia pozycja. Normalnie w tym miejscu skończyłbym i byłyby to trzy propozycje na najbliższy tydzień. Ale w propozycjach wydawniczych, w tym, co będzie wydawało wydawnictwo Zysk i Spółka, pojawia się jeszcze jedna pozycja, której ominąć po prostu nie mogę. 23 kwietnia pojawi się na rynku nowa edycja „Gry o tron”. Pierwszy tom, właśnie tak zatytułowany, autorstwa oczywiście George'a Martina. Powiedzieć, że powieść ta zmieniła oblicze literatury fantasy, to właściwie nie powiedzieć nic nowego ani mądrego. Serial o tej samej nazwie, na podstawie książki, to jest zjawisko, które zmieniło oblicze telewizji.
To też właściwie truizm. A teraz w wydawnictwie Zysk i Spółka niezapomniana „Gra o tron” powraca w nowej odsłonie. Może kilka słów zachęty dla tych wszystkich, którzy jeszcze „Gry o tron” nie znają albo na przykład nie polubili filmowej, serialowej adaptacji. Może książkowa wyda się państwu bardziej ciekawa? W Zachodnich Krainach o ośmiu tysiącach lat zapisanej historii widmo wojen i katastrofy nieustannie wisi nad ludźmi. Zbliża się zima. Lodowate wichry wieją z północy, gdzie schroniły się wyparte przez ludzi pradawne rasy i starzy bogowie. Zbuntowani władcy na szczęście pokonali szalonego Smoczego Króla zasiadającego na Żelaznym Tronie Zachodnich Krain, lecz obalony władca pozostawił po sobie potomstwo równie szalone jak on sam. Tron objął Robert, najznamienitszy z buntowników. Minęły już lata pokoju i oto możnowładcy zaczynają grę o tron.
George Martin jest jednym z najbardziej cenionych pisarzy fantastyki. Dzięki swej wielotomowej sadze pozyskał miliony oddanych fanów i odrodził tradycję epickiej fantasy w stylu tolkienowskim. To już, proszę państwa, zdecydowanie wszystkie polecanki na ten tydzień. A teraz tradycyjnie sięgamy po artykuł filozoficzny. I tradycyjnie będzie to artykuł z dwumiesięcznika „Filozofuj”. Dzisiaj zainteresował mnie artykuł z zakresu filozofii prawa. Domyślcie się państwo dlaczego, szczególnie kiedy podam tytuł. Można się z tym tekstem zgadzać albo nie zgadzać, albo nawet nie zgadzać, ale myślę, że warto posłuchać. Tytuł zaraz podam. Autorem tego tekstu jest Brian Orend, a tytuł: „Czy wojna może być sprawiedliwa?”.
Myślę, że większość z państwa już wie, dlaczego taki, a nie inny temat. Tekst ukazał się, tak jak wspomniałem, w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2018 roku, w numerze trzecim. Na język polski artykuł został przełożony przez profesora Artura Szutę. Tekst jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Tak jak powiedziałem, dwumiesięcznik „Filozofuj”, 2018 rok. Autor artykułu, Brian Orend, jest profesorem filozofii na Uniwersytecie Waterloo w Kanadzie. Zajmuje się prawami człowieka, sprawami międzynarodowymi oraz etyką wojny. Jest autorem książki „The Morality of War”. Lubi spędzać czas ze swoim nastoletnim synem, słuchać Drake'a i oglądać „Arrow”. Czy wojna może być sprawiedliwa?
W tej sprawie są trzy możliwe odpowiedzi. A) wojna sprawiedliwa to pojęcie sprzeczne. B) na wojnie wszystko ujdzie. C) jest możliwa wojna sprawiedliwa, ale pod pewnymi warunkami. Wojnę określa się mianem intencjonalnego, szeroko rozpowszechnionego konfliktu zbrojnego pomiędzy określonymi grupami ludzi. Jest to prawda niezależnie od tego, czy grupy te znajdują się w granicach jednego państwa – mówimy wówczas o wojnie domowej – czy w różnych państwach – wówczas mówimy o wojnie na skalę międzynarodową. Jest to również prawda niezależnie od tego, czy grupy te stanowią rządy państwowe – mówimy wówczas o wojnie symetrycznej – czy też jedną ze stron są grupy pozapaństwowe, tacy jak rebelianci czy terroryści – wówczas mówimy o wojnie asymetrycznej. Istnieją trzy podstawowe teorie zajmujące się kwestią tego, czy wojna w jakiejkolwiek formie może być sprawiedliwa. Dwie z nich uznają zwrot „wojna sprawiedliwa” za oksymoron. Wojna ich zdaniem jest czymś złym i niewłaściwym zarówno konceptualnie, jak i w praktyce.
Trzecia z nich natomiast dopuszcza możliwość wojny sprawiedliwej. Contradictio in adiecto. Zgodnie z pierwszą teorią nigdy nie powinniśmy prowadzić żadnej wojny, szczególnie w świetle historycznej wiedzy o tym, jak jest brutalna i kosztowna. Teoria ta odwołuje się także do odwiecznie uznawanych zasad etycznych głoszących, że nie powinniśmy zabijać naszych bliźnich, tym bardziej na masową skalę, jak to dzieje się na wojnie. Jest to oczywiście doktryna pacyfizmu i znajduje się ona na idealistycznym, czy też optymistycznym krańcu spektrum poglądów na temat wojny, zgodnie z którym zawsze istnieje lepsze rozwiązanie niż wojenne starcie, zaś wojna sama powinna być zakazanym aktem bezprawia. Prosty slogan pacyfizmu w odniesieniu do wojny mógłby brzmieć: „Nic nie ujdzie”. Wojna sprawiedliwa to contradictio in adjecto. Realizm co do wojny. Na drugim, ciemniejszym i pesymistycznym końcu spektrum mamy realizm. Postrzega on wszelkie sprawy międzyludzkie, przynajmniej te międzynarodowe, jako niekończącą się walkę o władzę, dominację.
Z tej perspektywy wojna to jedynie dająca się przewidzieć konsekwencja tego stanu rzeczy. Przemożne narzędzie zdobywania i praktykowania dominacji. Nie możemy nic z tym zrobić, a przynajmniej historia nie daje żadnych powodów, aby myśleć, że można skutecznie zabronić stosowania machinerii wojny. Realiści wierzą, że można uciekać się do wojny jedynie wówczas, gdy domaga się tego interes własny oraz że jej jedynym sensownym celem jest zwycięstwo. Historia często pokazuje, jak tragiczne są skutki przegrania wojny. Dlatego wszystko, co prowadzi do zwycięstwa, jest dopuszczalne w ramach reguł gry. Stąd uproszczona wersja sloganu realistów w odniesieniu do wojny brzmiałaby: „Wszystko ujdzie”. Z tej perspektywy pomiędzy wojną a sprawiedliwością nie ma żadnego pojęciowego powiązania. Takie powiązanie istnieje jedynie pomiędzy wojną a egoistyczną strategią. Złoty środek.
Pozostaje jeszcze opcja zajmująca środek omawianego tu spektrum. Opcja, którą można scharakteryzować za pomocą zwrotu „Czasami ujdzie, czasami nie”. Jest to rdzeń stanowiska zwolenników teorii wojny sprawiedliwej, który dopuszcza możliwość wojny moralnie usprawiedliwionej, leżący u podstaw tak zwanych praw konfliktów zbrojnych, na które przystała większość rządów państwowych, opartych właśnie o ideę wojny sprawiedliwej i związane z tą ideą wartości. Jednym z przykładów takich praw jest konwencja genewska. Ogólnie rzecz biorąc, zgodnie z tym stanowiskiem wojna sprawiedliwa może przyjmować postać wojny obronnej, obrony własnej lub innych, skierowanej przeciwko wcześniejszemu agresywnemu atakowi. Dobrym przykładem takiej wojny jest obrona Polski przed najazdem nazistowskich Niemiec w 1939 roku. Polska i jej sojusznicy mieli prawo odpowiedzieć, podejmując działania zbrojne. Moralna ocena wojny jest zatem uwarunkowana koniecznością obrony bezbronnych ludzi, szczególnie nieuzbrojonych cywili, przed atakami przemocy, jak i groźbą podbicia i zniewolenia przez łamiący prawa obywateli reżim. Tego rodzaju działania, jak się uważa z tej perspektywy, nie są jedynie sprytną strategią, ale moralnym prawem, a nawet moralnym obowiązkiem. Powyższe uwagi dotyczyły jedynie faktu podjęcia wojny.
Tymczasem wspomniane prawa określają także zasady prowadzenia konfliktu zbrojnego, sposoby postępowania żołnierzy w trakcie wojny, na przykład zakazujące używania określonych rodzajów broni, takich jak bomby chemiczne, których niedawno użyto na terytorium Syrii, i zasady kierujące procesem podejmowania decyzji po zakończeniu wojny. Ciekawym przykładem zastosowania takich praw było podejście aliantów do karania Niemiec pod koniec II wojny światowej, a także próby przywrócenia sprawiedliwych instytucji w Niemczech, w Niemczech Zachodnich i Japonii po wojnie. Niemniej, chociaż tego rodzaju zabiegi dadzą się obronić we wspomnianych dwóch przypadkach, podobne działania w Iraku i Afganistanie nie okazały się już tak udane. Teoria wojny sprawiedliwej bierze takie przypadki i okoliczności pod uwagę oraz próbuje rozumowo wytyczać, na ile to możliwe, ścieżkę sprawiedliwości wewnątrz pełnego przemocy konfliktu zbrojnego. Tak, proszę państwa, to koniec tego artykułu. Tak się zamyśliłem w tej chwili, bo po kolejnej lekturze tego tekstu dochodzę do wniosku, że zarówno państwo, jak i ja gdzieś właściwie doskonale to wszystko wiemy. Może trzeba było tego artykułu, żeby nam to uświadomić, a może wcale nie. Może współczesny człowiek już bardzo dobrze wie, jaka wojna może być i za którym z tych stanowisk się opowiada. Nie wiem. Sami to państwo oceńcie.
Słyszałem już na temat tego tekstu taki głos, że to jest właściwie skatalogowanie tego, co każdy z nas doskonale wie. Ja przychylam się do tego zdania. Wygłoszonego przez mojego kolegę, ale może państwo macie na ten temat inne zdanie. Moim zdaniem, uważam, że nic odkrywczego tutaj nie znaleźliśmy. Natomiast czasami dobrze jest, jeśli ktoś porządkuje wiedzę. Takie mam przynajmniej wrażenie. Proszę państwa, zawsze kiedy filozofia dotyka bardzo realnych pojęć, jak na przykład prawo, to chyba nie do końca się sprawdza. Wolę tę filozofię, która zajmuje się sprawami bardziej abstrakcyjnymi. Ktoś powie: ale wtedy filozofia jest mniej realna, mniej osadzona w naszej rzeczywistości. Bardziej jest to bujanie w obłokach i dlatego filozofia ma złą prasę, bo filozofia kojarzona jest najczęściej z dzieleniem włosa na czworo, a właściwie może nawet na więcej części.
Nie wiem. Czasami mam wątpliwości, czy filozofowie powinni się wypowiadać na każdy temat. Cóż, jedźmy dalej, bo Bibliotekarium nie może stanąć w miejscu. Zapraszam państwa na Filmotekarium. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy film „W mrocznym lesie". Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[19:50] - Witam serdecznie.
[19:51] - I filmotekaryjnie. Zaczynamy kolejny odcinek Filmotekarium. Powiem ci, Piotrze, ach, rozmarzyłem się. Świetna fucha na tym filmie, który poleciłeś. Ja tak chcę. Powiem ci, że największa, najwspanialsza rzecz, którą z tego filmu wyniosłem, to marzenie, żeby taką pracę zdobyć, jaką zdobyła główna bohaterka. Rozmarzyłem się naprawdę. Fenomenalne. Ja tylko jedno uzupełnienie. Ja bym tam chciał mały panelik słoneczny i laptopika i byłbym w raju.
[20:34] - Właśnie o tym ci miałem powiedzieć, że jeżeli jakby miała prąd, to by było tam super. Dzisiaj zacznę trochę inaczej niż zwykle i dzisiaj też nieco inne Filmotekarium, bo zamiast na filmie skupimy się na tym, czy zawsze coś, co jest hitowe jako książka, temat czy historia, która krąży, jest przekładalne na język filmowy. I kiedy żeśmy się dowiedzieli o tym, że powstał film wykorzystujący wątek z serii „Missing 411", to byliśmy wniebowzięci. Będzie co obejrzeć. Chodzi o film „Lovely Dark and Deep", a on po polsku nosi tytuł „W mrocznym lesie". Jak widzicie, te tytuły są praktycznie identyczne. Oczywiście żart. Produkcja miała premierę w ubiegłym roku, natomiast kinowa premiera odbyła się w lutym 2024. Jeżeli nie wiecie co to jest „Missing 411", to w krótkich słowach o tym powiem za chwilę. Rzeczywiście, ja z początku nie wierzyłem, że ten film jest oparty o tą kultową serię.
Ale tak. Widzimy, mamy tam przybitki, że bohaterka czyta książkę. W tle są charakterystyczne fragmenty audycji mówiące o przebiegu anomalnych zaginięć w parkach narodowych. Wreszcie ona sama jest uwikłana w zagadkę zniknięcia swojej siostry w bardzo podobnych okolicznościach i to w lesie, w puszczy, w Parku Narodowym, gdzie ona zaczyna tę wymarzoną pracę. Nie wiem, czy najpierw zrobić jakieś wprowadzenie do serii „Missing 411" dla tych, co nie wiedzą, czy przejdziemy do masakrowania tego filmu, bo nagle się okazuje, że coś, co jest oparte o rzecz tak niesamowicie popularną w internecie na YouTubie, już w formie filmowej trochę kuleje, prawda?
[22:39] - Oj, kuleje. Ale myślę, że wprowadzenie do „Missing 411" chyba się przyda.
[22:47] - Tak. Ja myślę, że wielu z was nie trzeba tej serii przedstawiać. Jest to bardzo popularna seria książkowo-filmowa, której autorem jest David Paulides, były policjant amerykański, który się postanowił przyjrzeć zagadce tajemniczych zaginięć ludzi w parkach narodowych w Stanach Zjednoczonych. To ponoć się zaczęło od tego, że on odwiedził kiedyś park narodowy, zgadał się z takim strażnikiem jak nasza bohaterka i ten ktoś mu powiedział, że są dziwne sprawy, zaginięcia, których się wyjaśnić nie da. Na pozór to jest nic tajemniczego. Parki narodowe w Stanach, w Kanadzie, w Rosji, w porównaniu z naszymi parkami narodowymi to są giganty. To nawet jest trudno porównać. Ja chyba kiedyś to przeliczałem, to wyszło, że taki park narodowy, chyba największy, to jest wielkości naszego województwa. I teraz sobie wyobraź taką połać dziczy. Nie mówię, że to było w Stanach Zjednoczonych, to chyba było w Rosji albo na Alasce, czyli jednak w Stanach.
W każdym razie ten Paulides zebrał relacje o ludziach, którzy zaginęli w tych parkach narodowych. Stwierdził, że wielu zdarzeń się nie da wyjaśnić. I tutaj są takie charakterystyczne elementy, o których jest mowa w tym filmie. Na przykład ciała zaginionych osób są często znajdywane bardzo daleko od miejsca zaginięcia. Nie wiem, tam chyba było coś wspomniane w tym filmie, że kilkadziesiąt kilometrów kogoś znaleźli dalej.
[24:20] - Tak, to prawda.
[24:21] - Tak. Po drugie, na przykład szczątki są znajdowane w miejscach, i to też było w tym filmie wspomniane, które były uprzednio przeczesane przez ekipy poszukiwawcze. Czyli ekipa szła, nie znalazła nic, a potem wracali i się okazywało, że ten ktoś tam jednak leży. No i jest trzecia opcja, która mówi, że często jeżeli ktoś zaginął w tej głuszy, to potem znajdywano jego buty ułożone obok siebie albo nawet poskładane ubranie. To też było bardzo ciekawe. Oczywiście osoby nie znajdowano. Pierwsza książka z tej serii się ukazała, z tego, co pamiętam, w roku 2012. Ja miałem okazję czytać pierwsze dwie książki Paulidesa. Pisałem o nich do Nieznanego Świata, mówiliśmy o nich w Radiu Paranormalium. I cóż muszę powiedzieć?
Wtedy on się trochę wystawił na krytykę, bo on po prostu wypisał wszystkie zaginięcia w okolicach parków. Oczywiście powstało pytanie, czy one są wszystkie tajemnicze. W kolejnych książkach się koncentrował na innych sprawach, acz nadal się pojawiały głosy, że przecież nie wszystkie zaginięcia są anomalne, tajemnicze. Czasami jest tak, że jak się ominie, Marku, jakiś szczegół w tych opisach, to mamy taką sytuację, że nam się robi sprawa niesamowicie tajemnicza, a potem docieramy do oryginalnej historii, do akt policyjnych i się okazuje, że nie do końca, bo na przykład zaginiony cierpiał na demencję. Niemniej jednak, jakkolwiek by nie było, Paulidesowi się udało stworzyć wręcz kultową serię. Kultową pod tym względem, że ciągle się o niej mówi w internecie, nie tylko polskim. Każde dziwne zaginięcie w Stanach i gdzie indziej jest teraz automatycznie przypisywane do zbioru Missing 411. I to się na tyle wyryło w zbiorowej pamięci, że koniec końców powstał nam w oparciu o to rzeczony film „W mrocznym lesie”. Tutaj się niestety zaczynają schody.
[26:36] - Ale najpierw jest sielankowo. Już państwo słyszeli w moim wykonaniu to rozmarzenie. Bo proszę państwa, fucha życia. Dostajecie państwo etat, wywożą was śmigłowcem w urokliwe miejsce, aczkolwiek oddalone od cywilizacji. Dostajecie domek, a właściwie rodzaj namiotu opartego o szkielet. Najważniejsze w tym namiocie są drzwi. Drzwi są, a poza tym jest namiot. Żartuję, ale mniej więcej tak to wygląda. Skromne wyposażenie, brak prądu. Stąd to moje marzenie o malutkim paneliku, który zasilałby laptopika.
Macie też obowiązek patrolowania bezdroży tudzież tego miejsca, w którym jesteście. Takich strażników jak wy jest całkiem sporo na terenie parku. Macie swój obszar, który macie kontrolować, badać. Czasami wyruszacie na trzy dni, czasami na jeden dzień. To pewno można sobie różnie zorganizować. Czyli idąc za śladem klasyka, jesteście w pięknych okolicznościach przyrody. Zmęczycie się. Zdrowo, świeże powietrze. Tak naprawdę tak jak powiedziałem, praca życia naprawdę wymarzona. Spokój, cisza, brak ludzi.
Praktycznie rzecz biorąc brak ludzi. Ja się naprawdę rozmarzyłem. Uwierzcie mi państwo, że kiedy zobaczyłem początek filmu, to mi się wydało to sielankowe. Oczywiście nie byłem naiwny. Wiedziałem, że zaraz się rozpoczną rzeczy niekoniecznie sielankowe, ale ten początek, na którym się skupiam naprawdę jakoś tak mnie rozmarzył, dobrze nastawił do tego filmu. Niesłusznie. Absolutnie niesłusznie, bo film niekoniecznie mnie porwał. O ile sama idea bycia strażnikiem w parku narodowym amerykańskim wydała mi się ciekawym wyzwaniem, to już sam film, a właściwie sposób przedstawienia historii niekoniecznie, bo ten sposób przedstawienia historii jest taki, że po pierwsze może ja jestem jakiś chory, ale nie wywołał we mnie grozy żadnej. Co więcej, żadnego napięcia nie poczułem. Obserwowałem to tak, wiecie państwo, jest ciekawie?
Niekoniecznie, ale może dziwnie jest. Czasami bywało dziwnie w tym filmie, ale to nie był ten rodzaj dziwności, którego byśmy oczekiwali po filmie, który jakoś z tym 411 kojarzymy. Nie możemy go nie kojarzyć, bo sam film naprowadza nas na tę ścieżkę. W związku z tym wiemy, na co się decydujemy, a dostajemy coś, co nieustannie, przynajmniej na początku nas zaskakuje. Pewne obrazy. Nie chcę ich opisywać, bo też mam nadzieję, że przynajmniej część z państwa ten film obejrzy, chociażby po to, żeby wiedzieć, jaki jest. Ale te obrazy są dziwne, ale nie są groźne. W dodatku wiem, że ileś razy można powtórzyć „ale”, ale nie należy przesadzać. One nie tworzą, nie budują atmosfery grozy. Jeśli mogę sobie tak pozwolić, to powiem, że budują może nastrój dziwności, pewnej niepewności.
Co jest fikcją, co jest prawdą, co jest snem i tak dalej. To owszem, jest w tym filmie, ale grozy według mnie zero. Czasami się tam jakaś obrzydliwość pojawi, ale dla mnie tam nie ma grozy.
[30:37] - Tak, żeby było jeszcze gorzej, to powiem, że to wszystko jest takie zwyczajne do bólu. Ale dobrze, przejdźmy dalej. Co się w tym filmie dzieje? Poznajemy w nim strażniczkę parkową Lennon. Lennon tak ma na nazwisko, jak John, nie ma z nim nic wspólnego. Ona dostaje wymarzoną pracę w Parku Narodowym Arvores. Jednak już na początku widzimy, że coś tam jest nie tak. Wszyscy jej dają do zrozumienia, że coś o niej wiedzą. I okazuje się, że w tym lesie przed laty, w tej puszczy zaginęła bez wieści jej siostra. Lennon musiała tam pracować w innym charakterze wcześniej i się dochrapała tej posadki, jak mówisz Marku, w tej melaminie, w tym lesie.
Ona jest bardzo sumienna, udaje się na tą placówkę i pełni dyżur w tej chatce w dziczy, bez prądu, bez bieżącej wody. Powiem ci, że tam by jeszcze się przydała toaletka i można by tam spędzać dużo czasu, prawda? Co jest jej zadaniem? Pomagać turystom w potrzebie. Dużym mankamentem mieszkania w tej chatce jest fakt, że ona chyba nie ma zamka. Tam może wejść każdy, łącznie z bigfootem i z niedźwiedziem. I słuchajcie, ona wyrusza na tą placówkę. Siedzi, siedzi, siedzi, chodzi, chodzi, chodzi. Siedzi, siedzi, siedzi. I w sumie tyle do pierwszego przypadku zaginięcia.
Okazuje się, oczywiście z czasem, że dezorientacja, utrata podstawowego osprzętu to nie są jedyne przyczyny zaginięcia. Że kiedy człowiek wchodzi w ten las, to może przepaść też z innych powodów. Wkrada się nam czynnik niezwykły, niesamowity, anomalny. Jest las i ten las wymaga ofiar. I to nie jest żadna tajemnica wśród jej współpracowników. Ona wpada potem w wir dziwacznych wydarzeń. Sama dotyka, nie wiem, Marku, czy tak można powiedzieć, drugiej strony tego lasu, gdzie się dzieją rzeczy tajemnicze, anomalne. I tutaj jest strasznie dziwna sprawa, bo ten film już w pewnym momencie nam przestaje pokazywać realia zaginięć rodem z „Missing” 411. Tam mamy takie dziwne sceny, które dryfują nie wiadomo gdzie. I chociaż się zdaje, chociaż możemy mieć takie wrażenie, że my tam sięgamy kwintesencji wydarzeń opisanych przez Paulidesa i że to wszystko w pewnym momencie nawet jest przedstawione nienagannie, to tam nie ma emocji.
Tam nie ma strachu. Nie wiem, czy to zauważyłeś. Tam są bardzo sugestywne często sceny o charakterze jakimś artystycznym, które mają w nas wzbudzać określone emocje. Nie ma tych emocji, jakby ktoś je wyprał w Vizirze. Dziwne to jest. Ten film jest mdły, bezbarwny. Trafiamy na paradoks, o którym będziemy za chwilę mówić, że nagle hitowa opowieść, hitowa seria, historie, które po prostu budzą grozę, ludzie się tego boją, od 15 lat o tym mówią. Nagle się okazuje, że się filmu zrobić nie da albo że jest to bardzo trudne. Dziwne.
[34:01] - Dziwne, ale ja myślę, że mam tak zwane mieszane uczucia. W tym filmie nawet niektóre sceny takiej wysokiej dziwności są nawet udane. Ale tu wychodzi ze mnie brak profesjonalizmu, jeśli chodzi o język kina, czy też w ogóle o produkcję filmową. Ja się po prostu na tym nie znam. Jestem szarym odbiorcą produkcji filmowych, tak jak myślę, że większość naszych słuchaczy i ja nie wiem, z czego się to bierze, ale właściwie powtórzę za tobą: zero emocji. Nawet te sceny dziwne, które się pojawiają, tam naprawdę są chwilami mocno rozbudowane. I ja nie wiem, albo ja jestem absolutnie odporny, albo coś z tym filmem jest nie tak. Zero emocji, naprawdę. No dzieje się, no tak, no dziwnie jest. Sięga po pistolet.
No dobra, bo już chciałem państwu opowiedzieć, co tam się dzieje. Pistolet jest w robocie, ale dobrze, oglądam, oglądam. No tak, zrobiła to albo tamto i co? I nic. Emocji zero. Raczej próba jakiejś racjonalizacji, czyli próbuję sobie zrozumieć, dokąd to prowadzi, co z tego wynika. Ja rozumiem, że czasami niekoniecznie coś musi wynikać, ale tutaj ja w pewnym momencie zacząłem mieć wrażenie, że scenarzysta i reżyser postanowili zbombardować mnie taką ilością dziwności, żebym w końcu pękł i pomyślał sobie: „Wow, super film, po prostu arcydzieło”. Nie, tak to nie działa. Może ja nie znam języka filmu, może niekoniecznie znam się na produkcji filmowej. Nawet na pewno się nie znam.
Ale jestem odbiorcą, rasowym odbiorcą i mnie to nie brało zupełnie. To były jakieś takie sceny, dziwne. Coś się wydarzyło, a później jakby się nie wydarzyło albo nie miało w ogóle miejsca. I co z tego wynika? Gdzieś tam się pojawia zaginiona siostra. Cały czas się muszę pilnować, żeby nie opowiedzieć, ale pojawia się gdzieś tam jakiś obraz tej siostrzyczki, a staramy się: ale coś się stało. Jak to było? Ja wiem, w pewnym momencie, powiem ci szczerze, Piotrze, stało mi się to dokładnie obojętne, co się wydarzyło przed laty, co spotkało naszą panią strażniczkę, bo ja po prostu miałem problemy z rozszyfrowaniem tego, co się stało. Zaginięcie ewidentne, ale czy idziemy w kierunku jakiegoś wyjaśnienia? Ktoś może powiedzieć: ale zaraz, zaraz.
Czy każdy film musi kawałowicznie przedstawić wyjaśnienie? Zgoda, nie musi, ale żeby dał do myślenia. Ale ten film nie daje do myślenia. On nam przedstawia szereg, zgoda, ciekawych albo mniej lub bardziej ciekawych scen, ale to się nie układa w spójną całość. Może nie chodzi o spójność, może bardziej chodzi o coś, co pobudza wyobraźnię, co sprawia, że staramy się ułożyć klocki według jakiegoś wzoru. Naszego oczywiście wzoru, ale spróbować chociaż je ułożyć. Mnie się nie udało. Mnie się w tym filmie nie udało klocków ułożyć w żaden sposób w żadną w miarę spójną historię. Moją, wyobrażoną na podstawie tego, co w filmie zobaczyłem. Absolutnie, tego tam nie znalazłem i ja nie wiem, czy państwo znajdą.
[37:56] - No tak, z emocjami w tym filmie jest tak sobie. Wszystko jest niby okej od strony konstrukcji tej opowieści, natomiast film jest beznamiętny, po prostu nie budzi emocji. Mamy gdzieś, co się stanie, co się stało też. Zacząłem się zastanawiać czemu. Tym bardziej że mamy podstawę, która jest niezwykle mocna. Doszedłem do takiego wniosku, że mamy do czynienia z debiutem reżyserskim i tutaj widać te mankamenty z tego wynikające. Po pierwsze jest smętna i nudna główna bohaterka. Ona nie okazuje emocji, nie wchodzi w głębsze interakcje prócz wewnętrznego świata. To się po prostu nie może udać. Z drugiej strony tam próbowano przełożyć te zagadki z „Missing 411” na język filmu, ale się okazuje nagle, że nie da się tak łatwo, że trzeba wejść w jakieś abstrakcje, w jakieś sceny, które są pozbawione sensu i które nie straszą przede wszystkim.
Scenariusz jest trochę tak jak rodem z „Blair Witch Project”, tylko 10 razy gorszy. I powiem ci tak, że Paulides powinien się obrazić na twórców tego filmu, bo tam mamy pokazaną tylko jedną interpretację. W sumie to nawet nie wiadomo, co tam się wydarzyło. Myślę, że tutaj sobie możemy pozwolić na trochę spoilerowania. Tam i tak się nie dowiadujemy, dlaczego ten las wymaga ofiar. Paulides, jeżeli chodzi o serię swoją, to wskazuje na inne możliwości. Od Bigfoota przez dzikich ludzi. Dziki człowiek to nie jest Bigfoot, tylko to jest człowiek zdziczały, kosmitów i tak dalej. Natomiast tutaj jest to bzdura, taka jakby im po prostu brakło pomysłów w środku filmu. Tutaj dochodzimy do sedna.
Jak mówiłem, seria „Missing 411” jest niesamowicie popularna. To się też odnosi do polskiego YouTube'a. Możemy się natknąć co chwilę na różnego rodzaju omówienia, reinterpretacje i tak dalej. Ale film cóż, nie wyszedł. Nie oszukujmy się. Powiem ci tak, że nawet dziwi mnie to, że tamte przeżycia głównej bohaterki to jest jedno. To może nawet nas nie powinny byłyby obchodzić, bo tam mamy historię bazową, że mamy zaginięcie dziecka, poszukiwania w lesie, szok z tym związany. Nie wiem, czy ty pamiętasz „Blair Witch”, odcinek pierwszy i trzeci. W sumie ten trzeci. Tam poprzez kilka scen dosłownie były pokazane w sposób bardzo emocjonujący podobne poszukiwania.
A tutaj co? Jakieś duchy przeszłości? Nic, totalnie nic. Pasztetówa jednym słowem. Nie ma temperatury, nie ma emocji. To jest kolejny przypadek, Marku, kiedy wielka historia z gatunku paranormalnych, o jakich wszyscy mówią, o jakich wszyscy słyszeli, nie znajduje przełożenia na język filmowy. To znaczy przełożenie znajduje, tylko że efekt jest opłakany. I żeby nie być gołosłownym, to wiesz co? Przypomnę podejścia filmowców do dwóch innych czołowych zagadek: Rancza Skinwalkera i Przełęczy Diatłowa. Słyszeliśmy o tym wszyscy.
Wałkowane jest od lat, podejrzewam, że kilka razy w tygodniu na polskim YouTubie nawet. Oba te zdarzenia przerażają, są wręcz idealnymi kanwami do scenariuszy filmowych. Tymczasem zobacz, co się dzieje. Tak samo jak w przypadku „Missing 411” Paulidesa. Wszystkie filmy fabularne opierające się o Diatłowa i Ranczo są albo słabe, albo są po prostu cholernymi niewypałami.
[41:53] - Głupie są po prostu.
[41:56] - I tutaj wiesz co? Pytanie do ciebie jako do literata, jakby nie było. Zobacz, do czego dochodzi. Rzeczywistość, proste historie okazują się nieprzekładalne na język filmowy. Ewentualnie może być też tak, że one są po prostu nieprzekładalne, bo scenarzyści są, jacy są. Nie są wykwalifikowani. Natomiast nie musimy sięgać wcale po jakieś dzieła fantastyki, bo o tym żeśmy też kiedyś mówili, że nie każda fantastyka jest do sfilmowania, tylko sięgamy do historii bardzo prostych, które się rozgrywają po prostu w kilku aktach i się okazuje, że się z tego nie da skręcić czegoś, co by było dla widza zajmujące czy szokujące. Dziwne, prawda?
[42:45] - Piotrze, dziwne dlatego, że ktoś zdecydował się taki scenariusz wypuścić. To dziwne, ale nie dziwne. Mnie nie dziwi, bo być może coś tam w życiu napisałem, ale ja nie podjąłbym się napisania scenariusza do tego filmu czy do podobnego, ponieważ moim zdaniem to się filmowo nie sprawdzi. Już nie mówię o tym, że film rządzi się swoimi prawami, które w ostatnim czasie zdołałem troszeczkę poznać. I nie wszystkie te prawa, weźmy to w cudzysłów nawet, te prawa dla mnie są logiczne, spójne i zgodne z tym, co widzowie chcieliby oglądać. Język filmu, taki wewnętrzny język filmu ma swoje ograniczenia i mówiąc szczerze, czasami ciągnie go w kierunku głupoty. To znaczy filmowcy chcą być tak ambitni, że starają się, szukam takiego słowa, które by nie za bardzo obrażało. Starają się być tacy correct, ale jednocześnie, żeby było dziwnie, ale nie za dziwnie. Bełkoczę w tej chwili. Od innej strony to spróbujmy.
Otóż język filmu ma swoje ograniczenia, że w tej i tej minucie powinno być to i to, a w tym i tym kwadransie powinno być to i to. I nieważne, jak to się ma do treści, co tam się naprawdę dzieje, tak powinno być i tak musi być. I to czasami decyduje, czy dany scenariusz przechodzi, czy nie, czy jest rozpisany według pewnego algorytmu scenariuszowego, czy też nie jest rozpisany. Jak nie jest rozpisany, to sobie może być jakimś filmem niszowym ewentualnie, ale duża wytwórnia czy też średnia wytwórnia w niego nie zaangażuje swoich pieniędzy, bo scenariusz powinien być od centymetra napisany tak jak należy według szkoły scenariuszowej. Moim zdaniem to jest strzał w stopę, bo pewne historie, szczególne historie wymagają szczególnego języka. Tak jak powiedziałem, nie podjąłbym się napisania scenariusza odwołującego się do historii, o której dzisiaj rozmawiamy. Nie potrafiłbym tego zrobić. Zastanawiałbym się, czy potrafiłbym napisać książkę. Być może byłoby łatwiej, bo tam pewne rzeczy da się opisać językiem wewnętrznym, a więc nie językiem wprost, tylko przez przeżycia bohatera, ale bardzo dogłębnie. W filmie to nie funkcjonuje, chyba że coś z offu idzie, ale to z kolei jest marny zabieg, głupi.
W związku z tym w książce można spróbować, ale też nie wiem, czy bym się podjął. To wymaga jednak pewnego pazura. Trzeba to umieć robić po prostu. I myślę, że w przypadku książki, jakby ktoś był naprawdę sprawnym pisarzem, to by się mogło udać. Ale w języku filmu nie wiem, ja sobie tego nie wyobrażam. Chociaż widziałem już takie filmy, w których pozornie nic się nie działo, a człowiek miał ciarki na plecach i nie tylko. A zatem można, tylko trzeba w to włożyć masę talentu i literackiego, i reżyserskiego. I to się może udać. Nie musi, ale może. Natomiast jeżeli ktoś próbuje napisać scenariusz właśnie według tego algorytmu, o którym wspomniałem, czyli od tej do tej minuty to, od tamtej minuty do tamtej tamto i to musi być ściśle przestrzegane.
Tu napięcie, tu spadek napięcia, tu jeszcze większe napięcie i znowu spadek i tak jedziemy, to to się nie uda. Ja myślę, że tego rodzaju tematyka wymaga podejścia specjalnego, wyważonego. To tak głupio brzmi. Chodzi o to dostosowanego do tematyki, którą się porusza. Piotr powiedział o Przełęczy Diatłowa. Widziałem kiedyś straszliwy anglosaski film o Przełęczy Diatłowa. Ja przecierałem oczy. Mówię: „Nie”. Po prostu ludzie nie mogą być tak głupi, żeby taki film nakręcić. A jednak nakręcili.
To się, proszę państwa, chciałem jakoś tak brzydko powiedzieć, niczego nie trzymało. Absolutnie bez sensu. Włącznie z tym, że tam w pewnym momencie wymyślono... Dobra, nieważne, nie reklamujmy filmu, który na to nie zasługuje. Podsumowując, język filmu, takiego prostego, pisanego według algorytmu, moim zdaniem nie jest w stanie oddać historii, oddać grozy, która w tej historii mogłaby być. Jeśli taki film o takiej tematyce, strażniczka w parku narodowym i różne jej przeżycia miałby powstać, to myślę, że wymagałby indywidualnego podejścia, ale indywidualnego w sensie specjalnego przedstawienia tej historii. Spójnego nie na zasadzie takiej: tu wam pokażemy obraz dziwny, tu wam pokażemy dziwny obraz i jeszcze tu i tu, i tu. Dziwicie się? Strasznie jest, nie? No nie.
No właśnie nie jest strasznie. I to najbardziej boli po obejrzeniu tego filmu. Nie boicie się państwo. Mieliście się bać, a się nie boicie w ogóle. Czasami jest dziwnie. I tak niekoniecznie za bardzo. To są oklepane sceny. To, co widzicie państwo na ekranie, to już widzieliście w kilku filmach przynajmniej. Jeśli oglądacie i lubicie taką tematykę, to już widzieliście to przynajmniej raz, jeśli nie więcej. To jaki miałby być powód, żebyście sięgnęli po ten film?
Chyba taki, że czasami warto obejrzeć słaby film po to, żeby tym bardziej docenić jakiś dobry. Ale to naciągana teza.
[49:03] - Tak, masz rację, gdyby nam zaprezentowano historię ze wszystkimi emocjami, z postaciami, to by to wyglądało zupełnie inaczej. Zresztą jak zajrzycie do Blair Witcha, to będzie doskonały przykład. Ktoś zaginął, ktoś ma z tym związane jakieś przeżycia. A tutaj mamy takie przeskok: tu to, tu tamto. W końcu nie wiadomo, o co chodzi. Chyba tutaj jednak brak doświadczenia ze strony scenarzystów, reżyserki o tym przesądził. I nie chcę powiedzieć, czy się boję, bo tak naprawdę mnie to nie ziębi, nie parzy. Tylko czy to nie będzie kolejny stygmat założony na tematykę, że nikt się więcej nie podejmie Missing 411, bo po prostu nie wyszło. Trzeba zrobić coś takiego, żeby tą historię z reinterpretować, ukazać nieco inaczej, bardziej personalnie. A wiesz jak jest w Ameryce, jeżeli coś nie wypali, to potem się boją.
Zauważ jeszcze jedną rzecz, że mówiliśmy o wielu filmach, gdzie las był tym elementem kluczowym. W tym przypadku puszcza nie przeraża, nie poraża w ogóle. Mamy absolutnie ambiwalentne odczucia. Po prostu las w Ameryce. Jeszcze jak na słabym filmie przyrodniczym. Nie będę tego tutaj komentował, ponieważ na sztuce operatorskiej się nie znam. Natomiast mogę powiedzieć to, co ty powiedziałeś, że jeżeli nie porywa, jeżeli jest mało interesująca, to ktoś chyba zrobił jakiś błąd. Zatem reasumując, "W mrocznym lesie" film, który powinien być hitem. Hitem opartym o złotą historię, okazuje się niewypałem. Czy to dowód na to, że nie wszystkie historie nadają się na wielki lub mały ekran?
Osądźcie sami. Czekamy na wasze komentarze, także na wasze komentarze odnośnie serii Missing 411, czy jak to się tam wymawia. Davida Paulidesa. Wszystko jedno. Film i tak się nie udał.
[51:16] - A ja powiem jeszcze jedną rzecz. Tak na koniec, zupełnie do przemyślenia dla Państwa. Czy aby na pewno warto kręcić film, którego myślę sam reżyser nie rozumiał? Scenarzysta chyba też. Czy nie lepiej ułożyć sobie w głowie historię, która jest spójna nawet tylko dla samego scenarzysty? On ją rozumie i wówczas prowadzi pewne obrazy, pewne sceny w jakąś spójną historię. Ja mam wrażenie, że nie tylko Państwo tego filmu nie zrozumiecie. Tego filmu nie zrozumiał Piotr. Nie zrozumiałem ja, ale mam głębokie podejrzenie, że co naprawdę się stało w tym świecie filmowym, to tego nie rozumieli ani reżyser, ani scenarzysta. Wiem, to okrutne co mówię, ale nie mogę się pozbyć tego wrażenia i tym mało optymistycznym akcentem pięknie się z Państwem żegnam.
[52:19] - Ja dodam tylko post scriptum. Jedynym plusem tego filmu jest to, że uniknęli obecnej wszędzie, teraz dosłownie w każdym gatunku postępowości, prób ukazania tego i owego. Dobrze wiecie, o czym mówię. Także to jest przynajmniej jeden jedyny plus. Trzymajcie się. Czekamy na Wasze sugestie odnośnie kolejnych odcinków Filmotekarium.
[52:48] - Proszę Państwa, to czas teraz na Alchemię Tworzenia. Katarzyna Prychacz opowie dzisiaj o mundurze kapitana. Zapraszam. Na pewno będzie zabawnie.
[53:02] - Dobry wieczór, z tej strony Katarzyna Prychacz, a Wy przybyliście na Alchemię Tworzenia. Alchemia tworzenia. Witam w piętnastym odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia Tworzenia. Będziemy sobie dzisiaj niezmiennie wymyślać i niezmiennie w tej formule, w której lecimy teraz już od jakiegoś czasu, żeby mieć wszystkie formalności za sobą. Myślę, że chyba dzisiaj polecę na wynik czasowy, chyba że nas historia pochłonie. A więc co ja dzisiaj będę robić? Jak zawsze cztery karty z klubu detektywów, karty z grafiką. Pomiędzy nimi zmieszczę sześć kości z gry Story Cubes. Dzisiaj na tapecie mamy dwie serie tych Story Cubes, czyli tutaj mamy trzy kości z serii sport i trzy kości z serii medycyna, więc brzmi dzisiaj bardzo przyziemnie, aczkolwiek znając mnie i moje tutaj zakamarki niekoniecznie będziemy przyziemni. No dobra, tak naprawdę nie wiem co, nie wiem jak.
Nie mogę się doczekać jeszcze, żeby tutaj formalności stało się zadość, to oczywiście dzisiaj, jak w każdą środę możecie sobie słuchać premiery na Book Radio PL. Natomiast popremierowo w każdą sobotę o godzinie 20.00 również na YouTubie, moim osobistym YouTubie. To się nazywa osobisty? Ja właśnie nigdy nie wiem, bo to nie jest prywatny, bo jest publiczny. Osobisty. Generalnie Katarzyna Prychacz albo wpiszecie Alchemia Tworzenia czy tam podcast Alchemia Tworzenia i powinno was przekierować. Powinniście znaleźć. Cały trzeci sezon jest na YouTubie i nie tylko do posłuchania, ale i do pooglądania. Oczywiście z góry studzę radość. Nie nagrywam wideo.
Natomiast jak najbardziej wszystkie karty, które wyciągam są tam wmontowane. Macie zdjęcia tych kart, więc też możecie się bawić w ten sposób, że pauzować. Jak ja wyciągam jakąś kartę, to zanim ja zacznę ględzić i ją interpretować, możecie zrobić pauzę i sami pomyśleć, co według was tutaj można byłoby z tego wydziergać. Dobra, formalności zaproszeniowe też mamy. Oczywiście, że zapraszam też na fanpage'a naszego podcastu. Co prawda na razie tam wrzucam informacje o odcinkach czy przypominam, gdzie jeszcze możecie znaleźć ten podcast. Ostatnio na Walentynki wrzuciłam ćwiczonko, jak macie ochotę oczywiście można tam sobie coś podziałać. Wylosowałam karty, właściwie cztery historie o miłości. Każda z tych historii składa się z trzech kart z Dixit, więc jak najbardziej można w komentarzach sobie powymyślać, co tam mogło się zadziać, o czym ta miłość mogła być i tak dalej. Dobra, no to lecimy.
Na początek wylosuję karty, ale nie będę odwracać. Przetasuję. Dobra. Karta jeden. Karta dwa. Karta trzy i nasze podsumowanko karta numer cztery. Karty odkładam, żeby mi nie przeszkadzały. Okej, teraz kości. Dobrze, że mają podobny kolor, to jest szansa, że je dobrze pomieszam. Dobra, biorę pierwsze trzy, a nie, jeszcze nie biorę, bo przecież musimy odkryć kartę.
Dobra, wybaczcie. Jakaś jestem dzisiaj taka trochę rozkojarzona, ale czasem trzeba. Zaraz myślę, że przekieruję umysł na nasze wymyśleniowe tory, więc zaraz będę skupiona. Dobra, lecimy. O czym tutaj nam mówi pierwsza karta? No dobrze, mamy tutaj. Oj, dużo tu mamy. Marynarza, a tak naprawdę mundur po marynarzu porzucony gdzieś w jakiejś lodowej krainie. Ale w pierwszej chwili wygląda to jak człowiek, który opiera się plecami o lodową skałę. Trzyma wędkę i coś sobie łowi w przeręblu.
Ale paradoksalnie to tak trochę wygląda jak jakieś załamanie czasoprzestrzeni, bo niby koniec sznurka, który widzimy jest pod wodą, ale jednocześnie wisi z nieba taki sznurek z haczykiem. W tle możemy się dopatrzeć jeszcze zatoniętego, zniszczonego statku, który właściwie na jakiejś mieliźnie osiadł, bo został. W sensie część statku jest na powierzchni, jeden z masztów jest na powierzchni, jeden złamany. Pogoda całkiem sympatyczna, bardzo błękitne niebo, trochę chmurek w tle. Jeszcze na wędce trzymanej przez ten pusty mundur siedzi sobie jakieś ptaszydło. Nie wiem, czy to jest jakaś mewa. Nie chyba. Nie wiem, czy to jest w ogóle istniejący gatunek. Ma taki jakiś pomarańczowy dziobek, biały z pomarańczowym dziobkiem i jeszcze ma główkę szarą, więc wydaje mi się, że to tak do końca nie jest mewa, albo przynajmniej jakieś to malutkie, bo rybitwa jest mniejsza, ale ona nie ma jakichś kropek. Nieistotne.
Krajobraz taki pogodny, ale też dający do myślenia, bo właściwie mamy tutaj już tylko pusty mundur. Biały mundur, bo też nie wiem, czy to powiedziałam, ale chyba marynarze zwykle mają jasne mundury, co? Tu jest jeszcze jakiś order. Czapka. Nie wiem, taka czapka z daszkiem, taka śmieszna. Jak z munduru. Nie wiem, może to jakiś kapitan tego statku był? A może słuchajcie, bo mówi się, że kapitan ostatni ucieka z tonącego statku. Czy to nie razem ze statkiem? Może to jest kapitan, który uciekł?
Ciekawy ten mundur. Myślę, o czym to by mogło świadczyć, że jest pusty w środku, czy że na przykład jedyny, który przetrwał. Tu innych ludzi nie widzimy, nawet innych mundurów, więc ewidentnie jest to mundur człowieka, który przetrwał. Najwidoczniej sam. Ciekawy temat. W sensie ciekawe, bo tak myślę, jak to ugryźć. Pomyślałam, tak mi się skojarzyło, że mundur pusty w środku, więc trochę jak człowiek pusty w środku i tak smętnie łowi te ryby, czyli mimo wszystko walczy o przetrwanie. Skoro łowi ryby i to, co tu widzimy, nie wiem, może to jest takie zobojętnienie. To nie jest chęć umierania, ale jednocześnie to też nie jest chęć życia. To jest taka trochę wegetacja, tak jakby może właśnie miał pretensje do siebie, że doszło do katastrofy i tylko on przeżył.
Ten mundur jest oparty o tą skałę w sumie w pewnym sensie trochę beztrosko. Ma te nogi zagięte, nogawki, a ta czapeczka jest tak przytwierdzona, jakby faktycznie na głowie była. Dosłownie jakby człowiek zniknął z tego munduru. W sumie nawet go do końca nie wypełnia. Ale myślę o tym, że jest rodzaj takiej beztroski, takiej obojętności, ale w sposób pozytywny. Nie wiem, kłóci się to, dużo mam sprzecznych emocji, bo z jednej strony jest to smutne, że został sam i pusty w środku, to mógłby się zadręczać, ale z drugiej strony ta pozycja, wyobrażam sobie jakby człowiek był w tym mundurze, to ta mowa ciała to jest jakby ulga, nawet coś na zasadzie relaksu. Nie wiem, czy wy to też zobaczycie w tej karcie. Dajcie znać w komentarzu na YouTube, bo to tylko tam będziecie mogli zobaczyć. Myślę, czy to był samotny rejs, czy może w tej całej tragedii jednak zobaczył coś dobrego, że może wreszcie odpocznie. Może uświadomił sobie, że był ciągle w tej swojej robocie i nawet nie miał czasu łowić ryb.
Myślę o jakimś duchu albo o czymś takim. A wiecie co? Jeszcze przypomniał mi się, nigdy nie pamiętam, czy to była liga, chcę powiedzieć, że loża niezwykłych dżentelmenów. A teraz nie wiem, czy liga, czy loża. Nieistotne, ale był tam przezroczysty bohater. Niewidzialny. Bo to tak trochę wygląda, jak taki niewidzialny. A może to jest coś, co zabrało z tego statku mundur? Może to jest jakiś duch, który może był wiele lat samotny albo był zaklęty w lodową skałę, którą ten statek roztrzaskał i uwolnił tego ducha. Ale ten duch może nie wie, jak się ma przedostać gdzieś dalej, bo tu nie ma żywej duszy w tych odległych lodowych krainach.
Ten statek zabłądził, więc ten duch właściwie wziął sobie mundur, ubrania, wędkę i udaje, że jest człowiekiem. Może to coś takiego. Dobra, rzucam kostką i zobaczymy. I znowu niechcący. Słuchajcie, ja naprawdę chwyciłam te kostki, pomieszam je jeszcze raz, bo widzę, że chwyciłam oddzielną serię. Którąś jedną. Dobra, nieistotne. Już mam trzy różne. Miałam rzucać nie na tej podkładce. Dobra, kość numer jeden.
Mamy tutaj szermierza? Aha, no tak, bo seria sport. Czyli taki ludek w masce i ze szpadą. Podoba mi się ten duch zaklęty w skałę lodową, więc przy tym zostańmy. I może on sobie tutaj łowił te ryby, znaczy udawał, że jest człowiekiem i łowi. Może umie te przedmioty lewitować i tak sobie to lewituje. I może trzymając tę wędkę przypomniał sobie, jak za czasów młodości uczył się szermierki na przykład. Czy tam w ogóle fechtunku, bo nie wiem, jak stary mógłby być. Więc może sobie leży i wspomina. Dobra, kolejna kość.
To jest chyba też sport. Co to jest? Wygląda, jakby jeden ludek popycha drugiego, a ten drugi jest taki zaskoczony. Nie wygląda to jak sztuki walki. Dziwna kość. Zastanawiam się, czy ja jej nie zabłądziłam z jakiejś innej serii. Będę musiała później to sprawdzić. Nieistotne. Tak jakby ten jeden ludek podstawiał nogę i właściwie nawet jeszcze popychał tego drugiego. Może za to został zamieniony w tą skałę.
Tylko kogo mógł popchnąć? Może to w ogóle był taki całkiem młody człowiek i był paskudny. Może nawet nie szanował ludzi. Ten ludek tutaj jest taki zaskoczony, tak jakby się nie spodziewał. Myślę, czy na przykład może siostrę swoją albo kogoś bliskiego, że może tyranizował wszystkich dookoła. Z bogatego domu, wszystko miał, tylko właśnie niekoniecznie ogarnął empatię na czas. Więc może w tych rozmyślaniach zaczął dopiero teraz tak naprawdę odbierać tę lekcję. Bo może dopóki był górą, to był zły, nawet był taki bezruch, bo te góry lodowe pływają czasem, w sensie się mimo wszystko trochę potrafią przemieszczać, a tutaj może nawet się w ogóle nie przemieszczał i był wściekły, że był uziemiony, że nie może się ruszać i tak dalej. I teraz niby odzyskał wolność, ale jednak siedzi tam dalej w bezruchu. I może dopiero teraz pozwolił sobie na taką autorefleksję, na którą miał te wszystkie lata w tej skale, a poświęcił je na gniew.
I dopiero teraz, jak zaczął sobie wspominać swoje życie To przypomniało mu się, że z perspektywy czasu to on faktycznie był paskudnym człowiekiem. Trzecia kość. Co my tu mamy? Strzykawicę mamy. Strzykawicę. Znaczy strzykawkę. Co to by mogło być? A może tutaj strzykawka jako symbol uleczenia, że może on postanowił, że się zmieni? Że pewnie jego rodzina już nie żyje dawno, ileś pokoleń na przykład, ale że może skoro został przywrócony jako ten duch, może postara się w jakiś sposób zadośćuczynić temu światu całemu. Zobaczmy na drugiej karcie, jak to się tam będzie nam objawiało.
Powiem wam szczerze taki klimat zimowy, że aż trochę zmarzłam, gdzie nie jest aż tak zimno. Druga karta. Cyk! Lubię tą kartę. Jest taka melancholijna. W ogóle ciekawa karta. Mamy tutaj morze i w tym morzu pływają butelki. Co prawda jedna jest pusta i dryfuje, natomiast w jedną jest włożona róża, ale właściwie to wygląda jakby ta róża urosła w tej butelce, bo kwiat róży jest w butelce. Nie tak jak zwykle, że się trzonek wkłada do wazonika, tylko tutaj jest to zupełnie odwrotnie. I widzimy też inne róże, które pływają łebkami do góry przy tej pustej butelce.
Trochę jak listy w butelkach. Tutaj takie róże w butelkach. Tym razem postanowiłam, że się powstrzymam, bo bardzo często trafiamy na jakieś elementy w tych naszych historiach, które mi się kojarzą gdzieś tam z „Piękną i Bestią". W którymś poprzednim odcinku też chyba o tej klątwie zaczęłam wspominać, mimo że to wcale nawet nie miało związku z tą klątwą. I tutaj pomyślałam, tak jak ten gościu zaklęty w tą skałę za to, że był niefajnym człowiekiem, tak jak tamten zamieniony w bestię. I ta róża była tam też takim elementem. Jeszcze ta róża pod tym kloszem, a tu mamy różę w butelce. Więc powstrzymałam się z komentarzem przy pierwszej karcie, a cholera druga mnie zmusiła. To tylko takie luźne skojarzenie, bo myślę teraz co tu się może dziać. A może to też jest jakieś wspomnienie, że zadał sobie pytanie jak miałby zadośćuczynić, jak miałby uleczyć świat ze swojego zła, które kiedyś robił?
A może właśnie tutaj, bo róża też kojarzy mi się z emocjami, nawet nie z miłością samą w sobie, tylko w ogóle z tym, co odczuwamy w stosunku do innych ludzi. I pomyślałam właśnie tutaj o tej empatii, że może spróbuje zrozumieć, czym jest empatia. I może właśnie tutaj to jest to wspomnienie, o którym ktoś może kiedyś mówił, że to jest taki piękny kwiat, ale ten kwiat można podziwiać patrząc od zewnątrz. Tak myślę sobie, jaka mogłaby być metafora empatii, że tak jak zwykle róże czy kwiaty piękne umieszcza się w wazonie, więc widzimy nawet te ich najpiękniejsze części, najbardziej ozdobne. Możemy to podziwiać i to jest takie łatwe. Po prostu patrzymy na ten wazon i są. Natomiast tutaj mógł ktoś mu tłumaczyć, że empatia to jest jakbyśmy zrobili właśnie coś odwrotnego, czyli włożyli ten kwiat tą piękną stroną do wazonu, a tymi na przykład trąkami, matko z córką, łodyżkami do góry. I tutaj, że może empatia jest pięknem, którym wcale nie trzeba, a może nawet nie należy się obnosić, nie należy emanować. To jest piękno, o którym ty wiesz, że ono jest. Że jest to tak jak ta róża z tą główką w butelce.
I że to też może być piękne. I że to właśnie chodzi o to, żeby to powodowało, żeby to piękno było na zewnątrz. Może coś takiego. Jakby nie patrzeć jak jest przezroczysta butelka, to zobaczymy tą różę w środku. Prześwięćmy tą kartę właśnie myśleniu o empatii, o innych ludziach, o uczuciach. Że może on tego nie rozumiał i dopiero teraz, jak pozwolił sobie, zdjął ze swoich oczu klapki gniewu na przykład na tą górę. Czy wcześniej może to był po prostu gniew na ludzi i dlatego lubił ich krzywdzić? To może dopiero teraz mógł spojrzeć na to wszystko z dystansu. Może też na tym statku się coś takiego wydarzyło. Może on widział, że na przykład w tej panice-- bo jest ten mundur kapitański.
Dlaczego on w ogóle wziął ten mundur? Może właśnie naprawdę na tym statku ten kapitan przetrwał ostatni A ten duch już był uwolniony. Już nie był tą skałą i właściwie to się cieszył, że ci ludzie giną. Na przykład na początku, że ten statek uderzył. Ale może jak obserwował tę akcję ratunkową, to jak do ostatniej chwili ten kapitan walczył i nawet narażał swoje życie, próbował uratować załogę, próbował zrobić cokolwiek, wezwać pomoc, rozdawał zdania. Wiecie wszystko. To może wtedy po latach dotarło do niego, dlaczego warto dbać o ludzi i że można to robić nawet w ostatnich chwilach swojego życia, zamiast próbować ratować tylko siebie. Może pierwszy raz widział taką postawę, taką klasyczną rycerską postawę i wtedy przyszło mu do głowy, bo tak myślę sobie, że to mógł być dzieciak albo taki wiecie, prawie dorosły nastolatek, który może też nie miał właśnie tych autorytetów i może właśnie ten kapitan stał się jego bohaterem, jakimś jego takim wzorem. Może właśnie pomyślał, że chciałby być taki jak on i dlatego, mimo że jest duchem, wziął ten mundur, ubrał na siebie, założył na siebie ten mundur i może właśnie próbował zrozumieć, jak tak można. W sensie poświęcać swoje życie dla innych.
Skąd to się bierze w człowieku? Zaczął sobie zadawać te wszystkie pytania. Zamyślił się z tą wędeczką nad przeręblem i może te odpowiedzi zaczęły przychodzić. Patrzy jeszcze na ten haczyk, który wisi z nieba, ale może się nam jeszcze przyda. Myślę, czy tu wiecie, brać poprawkę, że się czai tu jakieś zło, czy może właśnie ta sytuacja zahaczyła naszego bohatera? Zahaczyła, skupiła jego uwagę na sobie. Dobra, a już chciałam lecieć do trzeciej karty, a tu jeszcze kosteczki przed nami. Dobra kość numer cztery. O, idealnie. To jest seria sportowa.
Mamy tutaj postać w kajaku. To tu by się przydała jakaś tratwa. Może jednak przepłyniemy tym morzem? No tak, bo jak ten duch ma ćwiczyć empatię, skoro tutaj nie ma oprócz tej mewy czy tam rybitwy, która tu się zabłąkała, może tu nie ma innych żywych postaci? Tu nawet tych ryb z przerębla nie łowił. To nie wiem. Może na statku po prostu wziął jakąś deskę. To jest w ogóle ciekawe, bo myślę sobie, czy to od nas zależy, jakie zasady tego świata ustalimy? Myślę nad tym po prostu, czy duch będzie w stanie, czy on może po prostu latać albo się teleportować? A może właśnie będzie płynął na tej jakiejś desce?
Może tak zróbmy. Może jakiś element tego statku i on w mundurze tego kapitana. A może ten kapitan? Się zastanawiam, pomyślałam o tym, że może ktoś by płynął na jakimś pontonie i może po prostu nie dopłynął. Nie no dobra, weźmy sobie deskę. To jest też jakieś morze. No to też woda ma większą wyporność. On i tak jest duchem, to jemu tak naprawdę ta temperatura wszystko nie robi. Więc po prostu w tym mundurze z tej wędki zrobił sobie jakiś kij, takie wiecie, jakieś wiosełko i może właśnie płynie na jakiejś desce. Postanowił wyruszyć do jakiegokolwiek miejsca gdzieś.
Albo może, żeby w ogóle spotkać jakąś żywą istotę i na przykład zrobić jakiś dobry uczynek. Dobra, kolejna kość. Mało się potoczyła, ale tej serii nie było. Tutaj mamy lekarstwo, syrop i łyżkę z tym syropem. No i dobra, tam już widzieliśmy to jako metaforę, a tu może wtedy jakiś syrop. Tylko co by to mogło być? Kurczę, bo już tak zaraz jedna kość, dwie karty to jakaś konkluzja by się przydała. Może musiałby kogoś jednak spotkać na tej trasie. Kurczę, myślę. Oczywiście, że mogłabym pójść w kolejną retrospekcję, że sobie coś tam może wspominał, jak jego mama się nim opiekowała, czy nawet może właśnie nie mama, tylko niania.
Albo może, że zawsze się musiał sam sobą zajmować. I ten syrop. No chyba, że zatruł syrop. Tylko po co? Kurde. Dobra, rzucam następną kością, bo tutaj nie wiem, a najwyżej dopowiemy. Może to się jakoś fajnie połączy. Dobra, ostatnia kość. No nie ułatwiła. Mamy tutaj człowieczka w kropkach.
Jakaś ospa albo jakaś taka choroba. Może, bo tak myślę jak wypłynął, mógłby spotkać jakąś osobę. Nie wiem. Chorą na jakiś trąd czy tam szkorbut to chyba czekajcie, zęby wypadają. A w szkorbucie może też skóra gniła, co? Nie pamiętam, co tam się działo z człowiekiem oprócz tych zębów. Bo może on na swojej drodze wypłynął z misją pomocy komuś. Właśnie może też uleczenia kogoś. Tak patrzę na ten syropek. Tak jak on sam siebie próbuje uleczyć mentalnie, nie leczyć ciała.
Tutaj wypłynął tą deską z tą misją, żeby też kogoś uleczyć I może faktycznie spotkał osobę chorą. Może też jakiegoś rozbitka. Nie z tego statku, bo tutaj by nie przeżył, ale już może wypłynął na rejony, gdzie ta woda się robiła cieplejsza i może już tam było więcej ryb czy żółwi i tych innych cudaczków, pięknych stworzonek podwodnych. I spotkał może osobę, która z kolei uciekła od ludzi, żeby ich nie uśmiercić. Może była chora na jakiegoś strasznego zaraźliwego wirusa. A tutaj spotkają się. Oczywiście ta osoba będzie przekonana, że ma jakieś majaki, bo widzi puste ubranie bez człowieka, że to już choroba postępuje. No dobra, on się nie będzie bał, że się zarazi, bo nie ma ciała. Myślę o tym, że mógłby w tym mundurze znaleźć lekarstwo może dla tej osoby. Patrzę jeszcze na tę strzykawkę, która wypadła.
Może w tym mundurze by było. No chyba że ustalimy, że on wziął jakieś rzeczy jeszcze z tego statku, skoro ten statek nie zatonął albo znalazł tam jakąś łódkę właśnie. No dobra, to może tak. Weźmy ponton ratunkowy, pagaj i może weźmy apteczkę albo jakiś ładunek. Może oni przenosili coś, przewozili coś tym statkiem. Może właśnie jakieś leki eksperymentalne, coś niesprawdzonego. Jakieś radioaktywne fiolki. No dobra, weźmy to. To jest ciekawe. Skoro i tak już przyjmujemy, że ten duch może przesuwać przedmioty, to mógł to równie dobrze wszystko wziąć, załadować i tak dalej.
I napotyka tego rozbitka. Może po prostu na jakiejś tratwie. Może naprawdę jest zagłodzony, ma ten szkorbut i może ten nasz duch jest zły na siebie, że nie pomyślał o czymś do jedzenia. Ale z drugiej strony przypomniał sobie o tym, że zrobił już raz z tego swojego wiosła wędkę, więc może postanowił złapać coś dla tego człowieka, żeby go nakarmić. Skoro ten już i tak wiedział, że umiera, że nie ma nic do stracenia, to może ten mu zaproponował, że zajrzy do tego kartonu. Może niech sobie weźmie to coś, ten lek. Dobra, abstrakcyjna jak zawsze ta historia, ale w sumie ciekawa. Jak sobie to wyobrażam, to jest trochę jak „Stary człowiek i morze”. Większość akcji się dzieje na tym morzu i tak naprawdę to są te zmagania wewnętrzne naszego bohatera. Owszem, on tam wracał w międzyczasie, ale to była taka życiowa walka.
I tutaj życiowa misja. Może właśnie po wypełnieniu tej misji nasz bohater zniknie. W sensie będzie mógł odejść w zaświaty. No dobra. To jest naprawdę fajne, kurde fajne. I naprawdę czytałabym, bo ja to widzę scenami to wszystko już jakby to tutaj żyło i w moim mózgu to wszystko żyje i się porusza i w ogóle. Wyobrażam sobie te puste morze, ducha w stroju kapitana, w stroju takiego marynarza. Płynie na jakiejś desce i spotyka ziomeczka. Może właśnie ten ziomeczek będzie w pontonie. A może tak: to ten płynął na desce, wziął jakieś tam pierdolety albo jakaś tam drewniana łódeczka, a ten płynął na pontonie i się spotkali.
No i dobra. I ten mu organizuje jedzenie i dał mu te leki dziwne. Zobaczymy. Trzecia karta. Powiem wam, że zostajemy w morskim klimacie. Mamy tutaj kartę, która przedstawia okręt. Nie wiem, czy to jest szkicownik. To są jakby mapy. I ten okręt jest uzbrojony w armaty, które strzelają i one strzelają kulami do kręgli. Właściwie dosłownie do kręgli, że wokół tego statku są poustawiane kręgle i ten statek tymi kulami strzela w kręgle.
Nie wiem, czy to jest jak sztaluga. To jest takie coś otwarte i jakbyśmy tam zajrzeli do jakiegoś bloku i widzimy ten statek. Więc to może by mogło nam pokazać... No właśnie, może nasi rozbitkowie jednak zostaną uratowani. Że będzie jakiś statek, przypłynie. I myślę teraz, pierwsza moja myśl była taka, że nasz bohater tutaj by się kończyła ta historia, że wypełnił tę misję, uleczył tego człowieka, że może te leki pomogły temu człowiekowi faktycznie, że on się zaczął czuć lepiej. Ten go nakarmił trochę, pogadali i tak dalej. A może tak naprawdę te leki to nie było nic konkretnego, ale jednak pożywienie i rozmowa, czy bardziej ta psychika, to, że ten rozbitek miał do kogo w ogóle rozmawiać, że nasz bohater faktycznie był szczerze zainteresowany tym człowiekiem i jego historią i może właśnie zadawał pytania, gdzie nigdy ludzie go nie obchodzili nigdy wcześniej. I pomyślałam o tym, że po prostu tutaj nasz duch zniknie A ten człowiek zostanie, będzie miał ten mundur na pamiątkę. Właściwie jedyny dowód, że to nie były zwidy.
Ale z drugiej strony korci mnie ten statek i to, że nasz bohater mógłby tu się sprawdzić jako kapitan. Marzył o tym, żeby być jak ten kapitan. Tylko co to by był za statek? Bo on tutaj taki rozgniewany, strzelający. Nie osadziłam tego w czasie, cholerka, więc ciężko mi pomyśleć. Ten okręt akurat jest taki... Co on ma? Dwa maszty, jakąś flagę czerwoną u góry, takie żagle, taki trochę starszy typ okrętów, chociaż taki prosty jest w formie. Na kogo oni mogli trafić? Mogli trafić na jakichś tam łowców potworów podwodnych.
Nie wiem. W sumie ten motyw z tym zniknięciem byłby bardziej poetycki, bo tutaj z kolei jakbyśmy go mianowali kapitanem, to może on by tutaj jednak... My musimy kończyć historię, a tu tak, jakby się przygoda zaczynała. Dobra, niech on zniknie, bo wykonał swój cel. Ten rozbitek został uleczony. A może właśnie trafili na ten statek, z którego ten rozbitek musiał uciekać, a tu został uleczony. Dobra, zobaczymy co jest na czwartej karcie, która będzie takim podsumowaniem. Zobaczymy, które zakończenie będzie bardziej pasowało. Czy ducha znikniemy, czy może tego ducha zostawimy? Będzie jak w „Piratach z Karaibów” ten statek.
To był Latający Holender dosłownie, czy on miał inną nazwę? Dobra, ostatnia karta. Cyk. Tutaj mamy na pierwszym planie żurawie z origami i mamy też taką, wiecie, jak się robi plansze, jak się śledztwo prowadzi. Wbija się coś pineską, te czerwone nitki prowadzić, co się z czym łączy, jak na filmach o detektywach. Tutaj też nawet sam ten żuraw z origami to jest jakaś kartka z jakimś... Sorry, szklaneczka zadzwoniła. Toast wzniosła za nas. Kombucha, także zdrowy toast. Na tej kartce mamy jakieś matematyczne wzory.
Co prawda mamy tutaj niby matematyczne wzory, ale składające się tylko z liter, a nie z liczb. Mamy jakieś X zaznaczone, więc mamy tutaj jakąś taką mapę i mamy pozaznaczane pinezkami w oddali jakieś miasta, jakieś punkty po prostu na mapie. I co to by mogło być? To by pasowało do tej przygody jednak. A może oni zrobili jakiś chachmęt i ten duch oddał ubrania kapitana temu rozbitkowi, żeby nie straszyć ludzi, więc tamten rozbitek się ubrał w te ubrania albo w ogóle może wcześniej już mu je oddał, bo on był pewnie zmarznięty i tak dalej. I ten duch po prostu był obok niewidzialny. Patrzę, bo jak on się uczył fechtunku, to może on też się mógł uczyć strategii i może oni po prostu stwierdzili, że będą udawać kapitana jakiegoś z innego okrętu, więc zostali wyłowieni przez tą załogę. I może się okazać, że to była jakaś taka młoda załoga. Że ten lider tej załogi wcale nie był jakimś tam liderem albo ich wkurzył i go wyrzucili za burtę. To w sumie też byłoby zabawne, jakby oni wyrzucili kapitana i właściwie zostali tacy zdezorganizowani na tym statku, a z kolei znaleźli sobie na desce dryfującego jakiegoś innego kapitana.
Win-win. Oni nie mieli kapitana, kapitan nie miał statku. Bo tutaj ta kolejna karta mogłaby zwiastować jakieś super przygody, jakieś takie śledztwa czy może jakieś rzeczy, że ten nasz duch tego nastolatka jednak zaznałby trochę życia. Może właśnie dopiero poznał te emocje i może on po prostu sam może postanowić, kiedy chce odejść. To nie jest tak, że go nagle zaświaty zabierają, tylko kiedy on już postanowi, że „dobra, idę”, to idzie. Tylko może jeszcze o tym nie wie. Może jeszcze właśnie myśli, że musi jakąś misję wykonać. No dobra, historia była na tyle abstrakcyjna, że myślę, że motyw z wyrzuceniem kapitana i znalezieniem nowego albo go poświęcili, słuchajcie. Może tamta załoga złożyła w ofierze swojego kapitana jakiemuś Krakenowi czy innemu stworowi, modląc się o to, żeby bóstwa zesłały im nowego kapitana, bo tamten się nie nadawał. Albo może naprawdę zginął.
Jak oni tutaj strzelają na tym obrazku tymi kulami, to może właśnie kapitan zginął w walce i może oni naprawdę dryfowali po tym morzu, nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. A tutaj dwóch ziomeczków się pojawiło. Właściwie oni myślą, że jeden. No dobra, ciekawe. I mamy happy end, że potem we dwóch zdobywali, odkrywali nowe lądy. O, to jest super. Mapa, tutaj zaznaczone pinezki. Także ruszyli na wyprawę dookoła świata. Może tamten miał jakąś smykałkę do biznesu. Ten nasz umiał strategię, nasz duch.
I razem tworzyli zgrany zespół, mimo że nikt tak naprawdę nie wiedział, że to jest zespół. Wszyscy myśleli, że to jest taki jeden cudowny, idealny kapitan i dzięki temu też upamiętnili tamtego kapitana. Może właśnie ten duch uczył z kolei tego człowieka, opowiadał mu o tamtym kapitanie i powiedział, że trzeba dbać o załogę, że ludzie to jest bardzo ważne. I przekazał dalej, kultywował chwałę tego kapitana, tego munduru, który był. Przekazał dalej i to jeszcze przez lata żyło. No dobra, słuchajcie, mamy to. Nie wiem, czy dzisiaj będzie lepszy czas. Zobaczymy. Fajna historia, naprawdę. Poszło szybko.
Mam wrażenie, że albo ja dzisiaj jestem jakaś nakręcona, albo to wszystko poszło szybko, aż przez moment się bałam, że za szybko, ale naprawdę fajnie się wszystko składa. Fajny klimacik. Szczerze to od takiego zimowego po prawie „Piratów z Karaibów”. Czemu nie? Jest fajnie. Jest nawet to przejście temperaturą, tak jakby w tle było to serce naszego bohatera, które było totalnym lodem, beznamiętną bryłą lodu, która gdzieś tam jeszcze w jakiejś burzy, przy tych różach, tych falach się roztapiała, aż w końcu trafiła na wyprawę dookoła świata, czy na te wszystkie piękne, ciepłe miejsca. Wow, fajnie naprawdę. Super. Wiecie co? Ja się cieszę, że mogę ten podcast nagrywać.
Nie wiem, ile was tutaj mnie słucha, ale się cieszę, że jesteście, że właściwie to dzięki wam, dzięki temu, że nagrywam ten podcast, to mam motywację, żeby jednak ruszyć swój szanowny z krzesła i siąść na inne krzesło i sobie powymyślać dla was. Naprawdę dużo fajnych historii uważam. Oczywiście przypominam, że one są do wzięcia. Jak wam się podobają te historie, jak one was inspirują, czy chociaż jakieś postaci, które tu się pojawiają, to czerpcie z tego. Czerpcie, bo ja nie jestem w stanie tego wszystkiego spisać. Sama nie jestem w stanie dokończyć jeszcze swoich starszych projektów. W tym roku jest plan, żeby to zrobić wreszcie konkretniej, chociaż jeden albo dwa. Ale te historie, które powstają, to potem jeszcze kończę nagrywanie podcastu i jeszcze tak nie mogę głową wrócić do codzienności. Także mam nadzieję, że wy się też dobrze bawicie słuchając tego, że wasza głowa też wtedy odpływa i że ta szara codzienność, jeżeli na przykład taką macie, to że chociaż może na chwilę dzięki mnie nie jest szara albo po prostu jest bardziej kolorowa niż zwykle. Dobra, trzymajcie się cieplutko, słyszymy się za tydzień.
Także ja się odmeldowuję. Pa.
[01:34:50] - Państwo już doskonale wiecie, że Piotr Cielebiaś nie ewakuuje się po jednej części audycji, po części filmowej. Zawsze zostaje i albo jest sentymentalnik, albo pojawiają się „Książki z pogranicza”, czyli ma upa. Dzisiaj czas na sentymentalnik i czas na „Fikcje i fakty”. Mam tu napisane, że czasopismo, chociaż i o tym trzeba będzie z Piotrem porozmawiać, bo ja tak do końca nie jestem pewien, czy to było czasopismo i czy spełniało wszelkie wymogi, aby tak właśnie nazywać ten... Czy nawet periodyk był, bo to się bardzo nieregularnie ukazywało, chociaż oczywiście przypisane było kolejnym miesiącom w roku. Ale PRL miał ten urok, że jak coś było przypisane na przykład do marca, to się mogło ukazać w maju i to nie miało większego znaczenia. Naprawdę. Tak się troszeczkę działo z czasopismem albo z tym magazynem, albo z tym czymś, co nosi tytuł „Fikcje i fakty”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:36:12] - Witam serdecznie Marku.
[01:36:14] - Sentymentalnie przy okazji też cię witam, bo sentymentalnik czas rozpocząć.
[01:36:21] - Tak. I powiem ci, że dzisiaj jest dla mnie osobiście bardzo sentymentalnie, bo o ile sam produkt jest dla mnie czymś nieznanym, to jednak budzi on pewne nostalgiczne uczucia odnośnie przeszłości, odnośnie epoki, w której jeszcze niedawno byliśmy osadzeni. Ale o tym za chwilę. Jak powiedziałem, dzisiejszy temat, dzisiejszy obiekt naszych rozmów jest dla mnie zagrzebany totalnie w mule niepamięci. Chodzi o „Fikcje i fakty”.
[01:36:53] - Tak. Czasopismo. No właśnie, cały czas mam problem, czy to było czasopismo, bo niby teoretycznie ukazywało się raz w miesiącu, ale właśnie tu mamy początek fikcji, bo jak to w socjalizmie, jeśli coś nie miało takiej metki, że to naprawdę jest miesięcznik, tylko deklaratywnie ukazywało się raz w miesiącu, to była duża różnica. Miesięcznik, wiadomo, ukazywał się Czasami z większym, czasami z mniejszym poślizgiem, ale w okolicach miesiąca, w którym miał się ukazać. „Fikcje i fakty" ukazywały się, co było kuriozalne, z zaznaczeniem, że są za drugi miesiąc, co sygnalizowano na przykład na okładce, że to luty wielką dwójką albo w ilustracji na czwartej okładce wielka jedynka, czyli styczeń. Ale to wcale nie oznaczało, że ukazywały się w miesiącach, w którym były przypisane. Wręcz przeciwnie. Czasami się ukazywały po dwa w miesiącu, na przykład w marcu jedynka, dwójka, pod koniec marca trójka. To przykład wymyślony, ale bardziej chodzi mi o mechanizm. Ów periodyk, który może periodykiem nie był, nie miał oznaczeń typowych dla prasy.
A tak jak powiedziałem, przynajmniej deklaratywnie ukazywał się raz w miesiącu. Ja do dzisiaj mam egzemplarze z lat 1985, 1986, to na pewno. O ile tam więcej jeszcze, to nie wiem. I to był bardzo dziwny twór, bo jak powiedziałem, jest problem z rozpoznaniem, czy to było czasopismo. Moim zdaniem nie. Nawet nie miało ISSN-u. Miało gigantyczny nakład, bo proszę państwa, czy są dzisiaj miesięczniki, które osiągają nakład 150 tysięcy egzemplarzy? Jakoś nie kojarzę. Być może jestem w błędzie, ale nie kojarzę takich miesięczników. Co więcej, to było pismo wykupywane na pniu.
To nie leżało w kioskach, to znikało. Dlaczego? O tym pewno jeszcze powiemy, ale to był jakiś fenomen. Czy to pod względem nakładu, czy też pod względem treści. Bo treści były, powiem tak delikatnie, to było pomieszanie z poplątaniem, ale atrakcyjne. Każdy element tego wydawnictwa, poszczególnych wydań był atrakcyjny czytelniczo, atrakcyjny poznawczo. I zapomniałem oczywiście dodać, że wydawcą była Krajowa Agencja Wydawnicza, a zatem koncern partyjny RSW. I to po prostu tak sobie partia trzepała kasiorę na społeczeństwie. No cóż Piotrze, to tak starałem się przybliżyć, jak mogłem.
[01:40:11] - Tak. W ogóle rzeczywiście jest taka egzotyka, kiedy się trzyma to czasopismo w rękach. Ja bym to określił mianem serii wydawniczej bardzo specyficznej, bo jeżeli ktoś tego nigdy nie widział, to mu skojarzą się takie zeszyty o historii Polski. Natomiast to było coś zupełnie innego. To jest tak ni pies, ni wydra. Czasopismo w formie zeszytów, warto dodać multitematyczne, niebojące się tematów z pogranicza i nas to dzisiaj najbardziej interesuje. Ale nie myślcie sobie, że „Fikcje i fakty" to był taki nieznany świat w PRL-u. Nie, to jest coś trudnego do opisania tak naprawdę. O dziwo, dzisiaj jest to materiał dość poszukiwany i nadal cieszący się sporą popularnością. W przeciwieństwie do wielu innych pism PRL-owskich, które po prostu pokryły się kurzem na zawsze.
Natomiast udało mi się gdzieś tam z odmętów internetu wygrzebać coś à la prezentację „Fikcji i faktów" dla czytelników. To prawdopodobnie się ukazało w pierwszym numerze. Otóż tak. Po pierwsze dowiadujemy się, że zakres tematyczny to jest historia, sensacja, groza, parapsychologia, paranauka, horror, romans, kryminał i gdzieś tam jeszcze pewnie fantastyka. Dowiadujemy się, uwaga, że „Fikcje i fakty" powstały w odpowiedzi na oczekiwania czytelników, którzy często poszukują tekstów, artykułów albo też krótszych form literackich, których już nie można dostać. To był więc tak, po pierwsze jakiś taki przegląd tekstów i nieprzegląd jednocześnie, czyli coś jakby tygodnik Forum. Ale nie, coś zupełnie innego. Tam było miejsce na zapowiedzi wydawnicze KW. Tam było miejsce na powieści w odcinkach i tam można było znaleźć Agathę Christie, kung-fu, radiestezję, zombie, broniarka i tak dalej. Powiem ci, kiedy się to czyta, to mam takie wrażenie, że to jest taka specyfika epoki.
Taka trochę bajaderka, coś ze wszystkiego posklejane, a jednak coś niezwykle popularnego. Coś, co było taką perełką w tych nudnych czasach. Bo to było czasopismo, które się ukazywało w zasadzie w samej końcówce PRL-u. Z tego, co wiem, chyba od roku 1984.
[01:42:49] - No tak, atrakcyjnie było. Ja, idąc twoim śladem, przygotowałem sobie, bo w numerach były też zachęty do kupowania następnych numerów i czytamy w jednym z nich: w następnym zeszycie „Fikcji i faktów" będziecie mogli przeczytać o pierwszej wojnie atomowej, o miłości w świecie antycznym, o miłości współczesnej, o pasjach myśliwskich i wędkarskich, o brunatnej eminencji, o cudownych rękach. A całość lektury umilą wam horoskopy przygotowane przez najlepszego astrologa. A w numerze mamy też Księgę Przemian, całą rozpisaną z poszczególnymi grafikami dotyczącymi Księgi Przemian. Tłumaczenie. Wtedy, kiedy nie było na rynku nic i kiedy zainteresowanie Dalekim Wschodem, ale w ogóle tymi wszystkimi dziwnymi sprawami z pogranicza sięgało już wówczas zenitu, to takie informacje, gotowa Księga Przemian do użytku niejako, to było coś! Może ja w tej chwili brzmię nieco kpiarsko, ale to w sposób niezamierzony. Naprawdę, mamy na przykład w jakimś numerze informację o tajnych archiwach Nagrody Nobla albo mamy Ilię Erenburga i pierwszą z trzynastu fajek, a później fajki kolejne. Tak jak Piotr powiedział, mamy Agathę Christie z dwunastoma pracami Herkulesa Poirot i tak dalej. Przynajmniej na początku były gry.
Na twardej okładce pojawiały się gry różnego rodzaju, z planszami nawet, do szybkiego rozegrania z zasadami tychże gier. To było naprawdę pismo multi. Właściwie nie wiem jakie multi. Wszelkie multi, bo na przykład oprócz wspomnianego Ilii Erenburga mamy Alistaira Macleana, „Złote rendez-vous”. To się jakiś czas potem ukazało w formie książkowej. A wierzcie mi państwo, Alistair Maclean w czasach PRL-u, jeden z niewielu pisarzy zachodnich piszących sensację, dopuszczanych na polski rynek, piszący atrakcyjnie. Te książki się pochłaniało. Miał oczywiście lepsze i gorsze, ale wrzucenie go do tego zeszytu to było rozsądne posunięcie. Jak sobie przeglądam w tej chwili te numery, to na przykład krzyczy tytuł: „Sekrety jaspisowej alkowy”, „Promieniowanie kształtów”, „Zbrodnia i kara wynalazcy”, „Wielkie mecze”, „Udany podstęp”, „Król Hollywoodu”, „Błazen królewski”. To było coś, co przyciągało ludzi.
„Walka ze śmiercią”, „120 sekund generała de Gaulle'a”, „Swawole kobiet zamężnych”. Widzicie już państwo z tego, że to było pomieszanie z poplątaniem. „Michał Romański. Roztargnienie”, „Tajemnicza śmierć Marilyn Monroe”, „Przybysze z zaświatów”. Myślę, że starczy, bo chyba udowodniliśmy, że ta multi... Szukam słowa, Piotrze. Nie mam. Multitematyczność, ale też zakres był bardzo szeroki. Od literatury i literaturki, ale to nie ma obrażać tej literatury, ma odróżnić jedno od drugiego, bo była literatura naprawdę z wysokiej półki i była literatura rozrywkowa. Sami państwo wiecie, że ja tę literaturę rozrywkową bardzo cenię, więc nigdy bym sobie nie pozwolił na to, żeby ją obrażać słowem literaturka.
Raczej podałem to dla odróżnienia. Natomiast ta mnogość: literatura, literaturka, sprawy niezwykłe. Pamiętam do dzisiaj artykuł o końcu świata, a właściwie o końcach świata, jak to w historii bywało. Rozpisane dosyć szczegółowo wydarzenia, które towarzyszyły przełomowi pierwszego i drugiego tysiąclecia. Rok tysięczny. Szaleństwo, które ogarnęło ludzi, ale też moment oddechu, kiedy koniec świata nie nastąpił. I tak dalej. Coś było w tym czasopiśmie, w tych zeszytach, że one wryły się w pamięć ludzką i dzisiaj być może dlatego są takie popularne, bo działają troszeczkę jak sentymentalnik. Ludzie lubią wracać do tego, co kiedyś było dla nich ważne. I ja się wcale nie dziwię.
Dzisiaj to czasami może być, jak to z sentymentalnikiem i z sentymentami bywa, może być chwilami rozczarowujące, bo sporą część tych dzieł, które tutaj w kawałkach były możliwe do poznania, my już znamy i to dla nas jest codzienność, to jest normalność. Wtedy to nie była normalność, wtedy to były rzeczy pożądane. I dostawaliśmy je. Co więcej, to czasopismo się zmieniało i to in plus, bo na początku to były takie okładki, nazwijmy je kartonowe, czyli taki szary papier zadrukowany na kolorowo. Szary był, ale przede wszystkim miał taką fakturę dosyć nieprzyjemną w dotyku. To taki półkarton. Grube to było, nieprzyjemne w dotyku, to jedno pamiętam. Ale od pewnego momentu pojawiły się okładki kredowe. Przede wszystkim znacznie lepiej się prezentowały, były przyjemniejsze w dotyku, a zawartość się nie zmieniała. Dalej była taka multi i to było chyba coś, co przyciągało, bo oczywiście miłośnicy fantastyki mieli wtedy swoje czasopismo „Fantastyka” i nakład „Fantastyki” był ogromny.
Chwilami sięgał dwustu tysięcy, ale Ale to jednak było czasopismo, które przyciągało tylko niektórych. Całą rzeszę, ale niektórych. Niektórzy mówili tak z przyzwyczajenia, a czasami nawet z przekonania, że nie lubią fantastyki i nie będą czytać. To dla nich właśnie były „Fikcje i fakty”, bo tu tej fantastyki było niewiele. Raczej to było przedstawione w takim sosie, nazwijmy to, rzeczy ciekawe, godne poznania, tajemnicze, a jednocześnie literatura, tak jak powiedziałem, z różnych półek. I bardzo dobrze, bo to też znowu podstępne działanie, bo oprócz takich chodliwych towarów typu kryminałów czy też powieści sensacyjnych pojawiały się kawałki takiej naprawdę literatury przez duże L. I ludzie to z rozpędu czytali, a czasami im się zaczynało podobać. I to też było takie dosyć przewrotne działanie, ale skuteczne. Rozgadałem się.
[01:50:42] - Tak. Co mnie najbardziej zainteresowało w „FiF” to jest coś takiego, zacytuję: „Będziemy także pisać o sprawach do tej pory niewyjaśnionych, od których odżegnują się autorytety oficjalne. Takich, którymi jednak pasjonują się zwykli zjadacze chleba”. I to jest właśnie chyba klucz do zrozumienia fenomenu tego czasopisma, bo tam były rzeczy, o których zazwyczaj nie to, że się nie pisało, ale one zostały wyłożone w sposób taki ciekawy. Zaraz przejdę, jak bym w ogóle sklasyfikował „Fikcje i fakty”. Natomiast tutaj się mówi o tej astrologii, radiestezji, parapsychologii i wspomnianych horoskopach. I rzeczywiście ja bym tutaj jeszcze dodał do tych tytułów, do tych wyrzutów z okładek coś takiego jak „Godzina duchów”, jak wspomniane zombie, ale mamy też na przykład „Mężczyznę w ciąży”. Czyli widzimy, że tutaj czasopismo nam przewidziało trochę przyszłość. Ale to wiesz, kung-fu, kosmici, Agatha Christie. Ja mam wrażenie, ale to jest taka moja hipoteza.
Czy to nie był taki moment w ogóle w historii PRL-u, że postanowiono trochę przybliżyć świat? Napisać o rzeczach, które fascynują ludzi. Może nie do końca w sposób tabloidowy, ale jednak ciekawy. Czy to nie było sondowanie miejsca pod takie publikacje, które były jednocześnie popularnonaukowe, a z drugiej strony bardziej oscylowały w stronę paranauki na przykład? Bo dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do takiego segmentu, inaczej do takiego układu, że jak jest czasopismo, to ono o czymś jest albo jest dla kogoś. Jest dla kobiet, mamy określone tematy, jest o czymś, mamy określony zakres artykułów. Natomiast jeżeli się przyglądamy „FiF”, to powiem ci, że rzeczywiście to jest miszmasz. To jest coś, co z dzisiejszego punktu widzenia nie ma prawa bytu, bo to jest zlepek, absolutny zlepek. Ale jednak w tamtych czasach zobacz, jaki był wygłodniały czytelnik, że coś takiego wydawało się absolutnie atrakcyjne, prawda? Czyli nie wiem, czy dobrze odczytałem tą intencję, ale że to była taka próba stworzenia albo sondowania gruntu pod zupełnie nowy rodzaj publikacji prasowych.
Polski „Daily Mail” na przykład.
[01:53:26] - Być może, ale jeszcze o jednej rzeczy zapomniałem, bo redaktorzy tego tworu zwanego „Fikcje i fakty” mieli też absolutnie niekłamaną zdolność ściągania nie tylko atrakcyjnych powieści, opowiadań, literatury, ale ściągania świetnych nazwisk. Bo proszę sobie wyobrazić, pojawiły się na łamach „Fikcji i faktów” takie nazwiska, jak chociażby Jerzy Prokopiuk, który pisał o procesie templariuszy. Proszę państwa, tym wszystkim, którzy kojarzą nazwisko, które wymieniłem, dla nich jest oczywiste, że to musiała być instytucja. KAW, RSW to były instytucje, które dużo mogły, dużo płaciły i dużo wszystkiego, i jak najbardziej. Ale jednocześnie, pomimo że to był koncern partyjny, wiecie państwo, materializm, dialektyka, te rzeczy. Co z drugiej strony? Pojawia się Jerzy Prokopiuk, pisze o procesie templariuszy, ale pojawiają się opowieści o duchach, pojawiają się analizy właśnie zombiaste albo jakieś inne. Więc Piotr bardzo słusznie zauważył, że to było po pierwsze jakieś sondowanie rynku, czego ci ludzie chcą, a właściwie takie próby wstrzelenia się w oczekiwania. Ale ja też wyczuwam w tym piśmie taką próbę wprowadzenia formatu, rodzaju zapowiedzi tego, co wydamy. No bo zobaczcie państwo, pojawia się Aleister Crowley ze „Złotym rendez-vous”.
Ja pamiętam „Złote rendez-vous”, a zaraz się skompromituję. W drugiej połowie lat 80. było wydane, raczej '87, może '88. I oni to podali wcześniej. Było do przeczytania. Ktoś by powiedział: bez sensu. Najpierw ktoś czytał w czasopiśmie, a w 150 tysiącach, czyli to trafiło do szerokiego odbiorcy, to co? Potem kupował książkę? Tak, takie były czasy, proszę państwa, że jak człowiek miał to w czasopiśmie, to czasami sięgał po książkę, żeby znajomym polecić. To czasopisma czy jakiegoś zeszytu to się nie zawsze chętnie oddawało, bo się miało kolekcję i tak dalej.
Dzisiaj już nie trafimy za motywacjami z lat 80. One się mogą wydawać tak egzotyczne i czasami tak dziwne, że dzisiaj chyba już ciężkie do odtworzenia. Ale to była próba odpowiedzi, nie tylko sondowania rynku, ale próba odpowiedzi na oczekiwania rynku. Piotr to powiedział. I moim zdaniem próba udana. Moim zdaniem nie tylko koncern RSW zarabiał na tym periodyku, ale też w jakiś sposób badał, co jest chodliwe, co idzie i czy naprawdę ludzie się na to rzucą. Bo gdyby tam zaczęły pojawiać się materiały, które nie grały z oczekiwaniami ludzi, to bardzo szybko by zwiędło i umarło. Takich inicjatyw trochę w końcu w PRL-u było. Zresztą też nie musiało tak być, bo jak za tym stały pieniądze koncernu partyjnego, to można to było pompować sztucznie. Dla mnie lepszym sygnałem tego, że to było pismo wstrzelone w rynek bardzo dobrze, było to, że to nie leżało w kioskach.
Absolutnie, uwierzcie mi państwo, rzadko leżało kilka dni. To się rozchodziło, a zatem było ssanie rynku. To cóż, proszę państwa, moim zdaniem było to przedsięwzięcie udane. A to, że dzisiaj je wspominamy i przypuszczam, że wielu naszych słuchaczy, którzy sięgają pamięcią do tamtych czasów, również sentymentalne odczucie się u nich pojawiło. Właśnie, bo „Fikcje i fakty” rządziło wtedy na rynku ogólnodostępnej prasy, ogólnie dostępnych periodyków, w których można było poczytać coś ciekawego.
[01:58:16] - Mówiłem, że w „Fikcjach i faktach” jest coś głęboko sentymentalnego. I jest, pod tym względem, że kiedyś, ja jeszcze pamiętam nawet te czasy, kiedy coś takiego jak wyemitowany w telewizji publicznej film, artykuł prasowy były przedmiotem dyskusji ludzi. Dzisiaj jest tak, że mamy 100 kanałów, mamy YouTube z setkami tysięcy też kanałów. Wchodząc w przeglądarkę, odpowiednio dobierając frazy, możemy dotrzeć do każdej informacji. Trochę się tęskni za czasami, kiedy człowiek był ciekawszy świata. Dzisiaj ten świat z jednej strony mamy na wyciągnięcie ręki i coraz trudniej jest nam znaleźć w nim coś, czego jeszcze nie było, prawda? Natomiast tego typu periodyki jak FiF, ale wspomniałem też między innymi tygodnik Forum, one przybliżały świat ludziom w czasach przedinternetowych. I to było fajne. Często robiły to w taki sposób, że ich misja, nie wiem, jak to nawet powiedzieć, edukacyjna, oświeceniowa, przybliżająca świat była w 100% wypełniana. Pamiętam, że przecież wiele rzeczy ja jeszcze czytałem z wypiekami na twarzy i tęskni się do tych czasów, kiedy coś jeszcze takiego było, że się czekało na jakieś informacje, na jakieś publikacje.
I to jest ten sentyment. A dzisiaj, jeżeli chciałbym porównać „Fikcje i fakty” do czegoś, albo inaczej, powiem tak, że ich duch żyje nadal na tym ledwie dyszącym rynku prasowym, tylko że on jest rozproszony po różnego rodzaju publikatorach, od Detektywa przez Nieznany Świat, przez Świat Wiedzy i wiele innych podobnych. Takie mam wrażenie, że koncepcja FiF wcale nie umarła i ona trwa, ona żyje. Tylko chyba jeszcze wtedy, na pewno wtedy nie przewidziano, że będzie coś takiego jak internet.
[02:00:32] - Tak, na pewno nie przewidziano tego. I w związku z tym dwie takie anegdotyczne opowieści. Pierwsza z nich to stwierdzenie Lecha Jęczmyka, nieżyjącego już nestora znanego ze świetnych tłumaczeń prozy i to fantastycznej nie tylko fantastycznej. Człowieka, który dużo dla tłumaczeń literatury zrobił. I on powiedział kiedyś tak, że w PRL-u były dwa kanały w telewizji. Jak książka wychodziła, to w ogromnym nakładzie i ludzie czytali te same książki i mieli o czym dyskutować. A dzisiejsze czasy są takie, że książki wychodzą po pierwsze w mniejszych nakładach, ale też każdy kupuje swoją książkę i każdy zna swoją książkę. To oczywiście weźmy w cudzysłów i ciężko się dyskutuje, bo ja znam taką, a ty znasz taką i możemy sobie porozmawiać, jakie fajne książki przeczytaliśmy, ale już nie ma dyskusji. PRL Ja nie wiem, czy to była przewaga, ale rzeczywiście coś takiego było. Zaraz dam coś na potwierdzenie tego zjawiska, że wszyscy czytali, oglądali to samo i dyskutowali.
To Piotrze powiedziałeś, a ja dam przykład z życia. Wiktor Żwikiewicz opowiadał kiedyś historię. On, kiedy pracował jako człowiek zajmujący się geodezją, miał swoich mierniczych i ruszali w teren i mierzyli tam, fachowego języka nie znam, coś tam odmierzali w terenie. I on mówi, że pewnego dnia był wtorek, a to zapamiętał dlatego, że poprzedniego dnia był teatr w telewizji zawsze w poniedziałek. Jeżeli nic nie przekręciłem i dobrze pamiętam, to poprzedniego dnia, w poniedziałek była emitowana sztuka Becketa. Dosyć ciężka sprawa i on zjawił się rano na tym polu, które mieli obmierzać, a jego mierniczy, ludzie, jak sam powiedział prości, to naprawdę byli prości ludzie bez wielkich szkół. Siedzieli na bruzdach i dyskutowali o tym, co wczoraj widzieli w teatrze telewizji. Ja nie wiem, jak ta dyskusja przebiegała, na ile ona była głęboka i czy była głęboka, ale to nawet nie ma większego znaczenia. Oni to po pierwsze obejrzeli, po drugie rozmawiali o tym. I jeśli nawet nie była to głęboko filozoficzna czy głęboko literaturoznawcza dyskusja, to jednak sam fakt, że o tym rozmawiali, dla mnie jest znaczący.
Dzisiaj tego rodzaju zjawisk się praktycznie chyba nie spotyka i ja nawet nie wartościuję, czy to było dobrze, czy źle. Nie odważę się tego zrobić. Niemniej to pokazuje, jak inne czasy wtedy się toczyły przez świat, jak inny był kraj, w którym żyjemy, jak inne miał problemy. Fikcje i fakty troszeczkę na te problemy odpowiadały. Znowu dostawaliśmy pewien pakiet kontrolny. O tym ludzie też rozmawiali. Wierzcie mi państwo, jak się pojawiła „Księga przemian”, to nagle ta chińska sztuka wróżenia, czy też może obrażam, przepowiadania, porady odnośnie przyszłości nagle stała się niezwykle popularna. I znowu nie dlatego, że ludzie się jakoś głęboko uduchowili, tylko dlatego, że przeczytali, że coś takiego można zrobić, że można się w ten sposób... Dla jednych to była zabawa, dla innych bardzo poważne przepowiadanie przyszłości, jakieś opieranie się na czymś bardzo materialnym i czymś, powiedzmy, zaufajmy „Księdze przemian”, może ona nam coś o naszej przyszłości powie. Dzisiaj się można uśmiechnąć przy tym, ale jednak coś takiego zdarzało się.
Moim zdaniem to świadczy o tym, że czasy były naprawdę zupełnie inne i to, że my sobie tak dzisiaj stwierdzimy, to wierzcie mi państwo, to nie oddaje inności owych czasów.
[02:05:11] - Ja powiem ci tak, może to będzie taka konstatacja dość pesymistyczna niestety, ale tak naprawdę zmieniło się dużo, ale i niewiele. Dlatego, że każdy z nas w tym pakiecie telewizyjno-internetowo, powiedzmy medialnym, otrzymuje też kulturę wysoką, sensację, kulturę wysoką, każdy rodzaj. I zobacz, że ona się jednak cieszy ta kultura wysoka. Dam tutaj przykład TVP Kultura, Radiowa Dwójka jednak z znacznie mniejszą popularnością niż reszta. To nam chyba dużo mówi o nas samych.
[02:05:49] - Nie brzmiało to optymistycznie Piotrze. Ja w każdym razie, żeby już tak nie było dołująco na koniec powiem, że jeśli macie państwo dostęp do „Fikcji i faktów”, a o to nie jest aż tak trudno, ponieważ ten nakład 150-tysięczny sprawia, że te zeszyty funkcjonują po dzisiejszy dzień i w związku z tym są do dostania. Zajrzyjcie państwo tak właśnie z sentymentu do tego. Może w części domów one jeszcze funkcjonują owe zeszyty. Zajrzyjcie państwo, bo to będzie naprawdę sentymentalna podróż. Z jednej strony do młodości, do tego, jacy byliśmy, a z drugiej strony to taka podróż troszkę sięgająca naszych umysłów z tamtych czasów. My sobie bardzo często nie zdajemy z tego sprawy, jak bardzo się zmieniamy, jak bardzo zmienia się nasz system wartości, nasz system postrzegania różnych rzeczy. To zajrzyjmy, jeśli pamiętacie państwo „Fikcje i fakty” i jak wtedy was to ekscytowało. Zajrzyjcie dzisiaj. Ja nie mówię, że to będzie rozczarowanie.
Czasami wręcz przeciwnie, ale dzisiaj to już naprawdę trochę trąci myszką. Dzisiaj chyba takie czasopismo, takie zeszyty by się nie utrzymały. Jednak wszystko zmierza ku temu, o czym Piotrze mówiłeś, takiej tematyce. Jedni czytają detektywa, inni czytają jakieś inne czasopisma. Nie wiem, czy takie multi by się utrzymało, ale nieważne. Było w latach 80. i zgodnie z ideą sentymentalnika staraliśmy się państwu o tym przypomnieć. Proszę państwa, teraz czas na tę część, która z korespondencji wiem, jest, jak mawiał Arnold Boczek, ulubiona dla sporej części słuchaczy, a mianowicie Bez Tajemnic. Bez Tajemnic. Spirytyzm, mediumizm sensytywny.
Nazwa skomplikowana, aż się wyłożyłem na niej oczywiście, ale mam w związku z tą audycją Bez Tajemnic jedną informację dla państwa. Dzisiaj to jest pierwsze wydanie Bez Tajemnic. Będzie jeszcze część druga z zupełnie innym tematem. Zapraszam zatem na spirytyzm, mediumizm sensytywny.
[02:08:44] - Podejrzewam, że jeżeli nie wszystkie, to zdecydowana większość osób, które interesują się przynajmniej teoretycznie kontaktami z zaświatami, chociaż raz zadały sobie pytanie, czy one same są mediami, czy posiadają zdolności medialne. I tutaj osoby, które zgłębiają temat, osoby, które już zgłębiły temat, wiedzą, że rodzajów mediumizmu jest wiele i w zasadzie mamy tak dużo różnych rodzajów mediów, ile istnieje sposobów komunikowania się z zaświatami. Dlatego mówi się o mediach do efektów fizycznych, o mediach piszących, o mediach mówiących, słyszących, mediach widzących. Są także media, które potrafią pisać na komputerze, więc otrzymują komunikaty i od razu są w stanie przelać je na język cyfrowy. Są także media sensytywne. I tutaj właśnie, w tym momencie chciałbym się troszeczkę skupić na tego rodzaju osobach, na mediach sensytywnych, ponieważ jest to mediumizm, który jest dosyć powszechny. I tutaj w zasadzie powinienem był zacząć od innej informacji. Mediumizm jest bardzo powszechny wśród wszystkich ludzi żyjących, ponieważ mediumizm stanowi część człowieczeństwa po prostu. Każdy z nas rodzi się medium, jednak te zdolności medialne są w większym lub mniejszym stopniu rozwinięte. I tutaj Allan Kardec w „Księdze Mediów” w zasadzie można powiedzieć, że jedynie wspomniał o tego rodzaju mediumizmie, gdyż chciał zaznaczyć, że takie umiejętności istnieją, nie są niczym nadzwyczajnym.
Jednak zastrzegł, że osób, które są mediami sensytywnymi, nie chce nazywać mediami po to, aby uniknąć pomyłek. To znaczy dla Allana Kardeca medium to jest osoba, która potrafi odebrać konkretny komunikat i przekazać go dalej dla pozostałych kolejnych osób, które byłyby tym komunikatem zainteresowane, do których ten komunikat byłby adresowany. Więc Allan Kardec mediumizm sensytywny w pewnym sensie wyłączył spośród sposobów odbierania komunikatów, ale nie znaczy, że go zanegował lub zupełnie go przekreślił. I teraz, czym jest ten mediumizm sensytywny? Mediumizm sensytywny polega na odbieraniu, na identyfikowaniu ducha, który nas nawiedza. Więc osoba, która posiada tego rodzaju zdolność, jest w stanie wyczuć obecność jakiejś duszy, jakiegoś ducha osoby zmarłej na przykład w pomieszczeniu. Jest taka osoba, potrafi się przebudzić w nocy z przekonaniem, że obok łóżka stoi zmarły dziadek, zmarły rodzic, brat, siostra, a może nawet sąsiad. Nie wiadomo skąd to wiemy. Dana osoba, dany duch nie przekazuje jakiejś konkretnej informacji, poza tym, że w jakiś taki sposób wyczuwalny potrafi się przedstawić, potrafi coś o sobie powiedzieć. Na przykład taki duch może przekazać emocje.
Może przekazać może niekoniecznie jakąś myśl, ale jakiś ładunek energetyczny przekazujący napięcie. Już tutaj wspominałem wcześniej o emocjach, ale to właśnie emocje, stan emocjonalny, na przykład zdenerwowanie, zadowolenie, szczęście, niepokój. Więc osoby uzdolnione sensytywnie są w stanie właśnie tego rodzaju komunikaty odbierać. W cudzysłowie komunikaty, ponieważ nie są to żadne informacje pisemne lub nie są to media malujące, które potrafią naszkicować coś, co duchowi chodzi po głowie, że tak powiem. Więc jest taki bardziej ogólnikowy odbiór. Wiele osób, które nie zna, osoby, które nie znają spirytyzmu, osoby, które nie interesują się bliżej ezoteryką, zrzucają tego rodzaju przeczucia Dochodzące z zewnątrz do nich na wyobraźnię, na zmęczenie, na działanie mózgu, neuronów w czasie snu. Ale jeżeli człowiek otworzy się troszkę bardziej na ten drugi świat, zorientuje się na własnej skórze, że tak naprawdę człowiek cały czas pozostaje w łączności z tym światem niewidzialnym. Można to porównać do fal magnetycznych, do fal radiowych. Niektóre osoby są na przykład bardzo czujne na różnego rodzaju fale. Ktoś przejeżdża koło jakiejś anteny, ktoś przejeżdża koło linii wysokiego napięcia i od razu zaczyna odczuwać jakiś dyskomfort.
Więc nie jest to rzecz, która nam wszystkim jest obca. Mówię tutaj o zwykłych, normalnych falach radiowych, które urządzenia, z których korzystamy codziennie emitują. Tak samo jest z zaświatami. Ezoterycy mówią, że cały świat, wszystko, co nas otacza, to jest energia skondensowana, energia, która oddziałuje, która funkcjonuje, jest emitowana na różnych częstotliwościach i my także składamy się z energii. Więc człowiek cały czas gdzieś tę energię z zaświatów odbiera i osoby uduchowione, które są bardziej otwarte na zaświaty, na kontakt z osobami znajdującymi się już w tym świecie niewidzialnym, osoby, które zmieniły, jak to się ładnie mówi, stan świadomości, takie osoby mogą odbierać informacje, komunikaty, coś, co gdzieś tu wokół nas krąży, na co materialiści są zamknięci. Więc w zasadzie chciałem tylko tyle powiedzieć, że mediumizm sensytywny jest rzeczą jak najbardziej normalną i każda osoba, która jest troszkę bardziej rozwinięta pod tym kątem, może te informacje z zaświatów odbierać, nawet jeżeli nie są to informacje takie bardzo konkretne, które można by spisać i przekazać dalej. Tutaj na koniec jeszcze chciałbym tylko dodać, że najbardziej rozpowszechnioną formą mediumizmu i w pewnym sensie można to podczepić pod mediumizm sensytywny, ale tylko w pewnym sensie, są nie tyle marzenia senne, co komunikaty, informacje odbierane w trakcie snu. Wtedy, gdy dusza człowieka jest bardziej swobodna, kiedy duch nie musi zajmować się ciałem materialnym, ciałem biologicznym, ponieważ ciało biologiczne jest w stanie snu, w standby. Człowiek jest na standbyu w nocy, kiedy śpi. Oczywiście w korze mózgowej różne procesy zachodzą, ale generalnie człowiek śpi, ciało jest wyłączone.
Dusza ma wtedy możliwość, żeby się troszeczkę uwolnić, żeby komunikować się, spotykać się, też w cudzysłowie, z innymi istotami duchowymi. I tutaj po przebudzeniu albo nic nie pamiętamy, albo pozostają nam bardzo często tylko jakieś szczątkowe informacje, które próbujemy w jakiś logiczny sposób połączyć. Jednak najczęściej, jak doskonale wiemy, jest to po prostu niemożliwe. I jak to spirytyści powiadają, są to resztki spotkań z zaświatami, które duch człowieka odbył w trakcie snu. Więc tutaj, tak jak już wspomniałem, można to podczepić poniekąd pod mediumizm sensytywny, chociaż jest to zupełnie normalny środek komunikacji między istotami myślącymi. Tymi, które są jeszcze na tym świecie i tymi, które już zmieniły swój stan świadomości. Natomiast mediumizm sensytywny jest to już jakiś rodzaj mediumizmu bardziej rozwiniętego w stronę komunikacji, lecz tak jak podkreślam, jest to bardziej szeroki, ogólny sposób komunikowania się. I tutaj w zasadzie na ten temat już chyba nie ma sensu, abym się bardziej rozwodził. Myślę, że w kolejnych odcinkach powiem coś więcej na temat mediów jako takich.
[02:18:45] - Zapraszam na recenzarium Evivy. Nie wiem, czy państwo w dzieciństwie czytali książki o Mary Poppins. W polskiej wersji, w pewnym tłumaczeniu ona, zdaje się, nosiła imię Agnieszka, ale cała seria to rzeczywiście Mary Poppins. Jeśli nie albo jeśli tak, to zapraszam na recenzarium Evivy, bo Eviva dzisiaj o tej książce będzie opowiadała. I znowu muszę dodać taką małą uwagę, bo dzisiaj taki specjalny, zwariowany trochę odcinek. Dzisiaj Luiza Eviva Dobrzyńska pojawi się w audycji jeszcze raz z jeszcze jedną recenzją. Ale na razie Mary Poppins.
[02:20:00] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Nie ma dziś chyba na świecie człowieka, który by nie słyszał o Mary Poppins. Twórcą postaci niezwykłej niani jest Pamela Travis i nie da się ukryć, że stworzyła postać, która wywarła ogromny wpływ na całą literaturę dziecięcą. Stała się też również pierwowzorem innych tego typu postaci, jak choćby niania McPhee. Kiedyś, kiedy sama byłam dzieckiem, dosłownie szalałam za książkami o Mary Poppins. Ujrzenie musicalu na podstawie tej książki niestety wtedy nie było proste. Panował bowiem głęboki PRL i dzieła ze zgniłego Zachodu bardzo rzadko do nas przeciekały. Jednak nie stanowiło to dla mnie czegoś aż tak strasznego. Nie żebym nie lubiła telewizji, ale zawsze wolałam czytać niż oglądać. Gdy usłyszałam o pojawieniu się nowej ekranizacji przygód niezwykłej niani, postanowiłam odświeżyć sobie oryginał.
Nie oczekiwałam, że odbiorę te książki tak, jak odbierałam je, kiedy byłam dzieckiem. Nie spodziewałam się jednak, że spojrzę na nie diametralnie innym okiem. O czym jest ta książka? Otóż jest sobie pewna mieszczańska rodzina w wiktoriańskiej Anglii. On jest urzędnikiem bankowym. Ona, można powiedzieć gospodynią domową, chociaż nie odpowiadałoby to prawdzie. Jest panią domu. Ma trójkę dzieci. Przepraszam, czwórkę dzieci, a w toku akcji pojawia się jeszcze piąte. Trudno powiedzieć tak naprawdę, co pani Banks robi poza rodzeniem, albowiem ma kucharkę, pokojówkę i chłopca do posług oraz oczywiście nianię.
No jakżeż by inaczej? Co zatem robi po całych dniach? Naprawdę jest wielką zagadką. Jeśli chodzi o pana domu, jest to przeciętny Anglik pracujący na urzędzie. Jest przekonany o tym, że zaharowuje się na śmierć i nikt go nie docenia, co oczywiście ma pewne pokrycie w rzeczywistości, niewielkie. W każdym razie jest to osobnik skwaszony i niemiły. Jego żona jest istotą tak infantylną i pustą, że trudno drugą taką. Wszystko, co potrafi, to jęczeć nad tym, że chudnie i traci urodę. Oraz oczywiście potrafi jeszcze rodzić dzieci. Kiedy w domu pana Banks pojawia się piąte, pan Banks jest bardzo niezadowolony z tego i robi żonie wymówki, zapominając, że miał w tym dziele swój pewien udział.
Już samo to dużo o nim mówi. Ale zejdźmy już z państwa Banks. Otóż pewnego dnia pani domu jest doprowadzona do ostateczności, albowiem odeszła niania do dzieci i ona zupełnie nie wie, co ma zrobić. Myśl o tym, żeby sama się zająć swoimi pociechami, oczywiście nawet nie postała jej w głowie. W związku z tym próbuje zaangażować nową. Nie jest to proste, jak się okazuje, ale nareszcie pojawia się pewna kobieta, która przyjmuje jej warunki. Może nie do końca. Trochę tam wywalcza sobie coś więcej, ale w sumie się godzi. Jest nią Mary Poppins. Angażując ją, państwo Banks nie mają pojęcia nawet, komu oddają pod opiekę swoje dzieci.
Mary Poppins jest bowiem czarodziejką i pod jej opieką maluchy na pewno nie będą się nudzić. No, tak to z grubsza wygląda. Jednak muszę przyznać, że po tylu latach, które upłynęły od czasu, gdy dosłownie zachłystywałam się tymi książkami, nabrałam zupełnie innego spojrzenia na świat. O państwu Banks już wspomniałam. Zupełnie nie pojmuję, jak kobieta, którą służba wyręcza absolutnie we wszystkim, nie może znaleźć w sobie choćby tyle energii, żeby się swoimi dziećmi zająć. Do tego stopnia, że po urodzeniu najmłodszej pociechy natychmiast oddaje ją pod opiekę Mary. Noworodka. Nie pojmuję tego. Po prostu nie jestem w stanie tego zrozumieć. Że jeszcze była trochę milsza, ale jest to osoba w najwyższym stopniu odpychająca, szczerze przekonana o tym, że jest ósmym cudem świata.
Niemiła, apodyktyczna, sarkastyczna. Osobiście nie dopuściłabym, żeby ktoś taki choćby zbliżył się do mojego dziecka. Ale wiele można tłumaczyć tym, że w wiktoriańskiej Anglii życie wyglądało inaczej niż dzisiaj i że pani domu wiele rzeczy na przykład nie wypadało, choćby zająć się własnymi dziećmi, nawet tym nieszczęsnym noworodkiem, który dopiero co przyszedł na świat i już został rzucony w ramiona obcej osoby. Co do pana Banks, który wiecznie narzeka i oczywiście narzekał też na urodzenie piątego dziecka, to to, że wszyscy go lekceważą, to sam sobie na to zarobił. Jak wspomniałam, jest człowiekiem po prostu niemiłym, nieprzyjemnym, caluteńki czas jęczącym. Nic mu się nie podoba. No poza wszystkim jego wieczne powtarzanie, że on musi na to wszystko zarobić. No to, na miłość boską. Potrzebna mu jest piątka służby? Naprawdę nie wystarczyłoby, żeby jeżeli już tak musi być, mieli jakąś służącą do wszystkiego?
Mówiąc szczerze, taką mentalność trudno pojąć z naszego punktu widzenia, ale była ona czymś bardzo symptomatycznym w czasach, w których książka powstawała i w czasach, o których opowiada. Mniej tym razem zainteresowała mnie postać samej Mary. Odczuwam po prostu do niej silną niechęć. Tak, wiem. Była czarodziejką. Pokazywała dzieciom inny świat, ale jednocześnie była zimna, oschła, wyniosła, niemiła i mówiąc szczerze, niezależnie od jej magicznych mocy, ja bym ją po prostu wystawiła już w pierwszej godzinie zajęć. Nie mówiąc już o tym, że gdybym była na miejscu pani Banks, to w sytuacji, w której nie muszę ani sprzątać, ani gotować Ani załatwiać drobnych sprawunków. Choćby z nudów zajęłabym się wychowaniem swoich dzieci. W dzisiejszych czasach ta powieść jest z powodów, które wymieniłam, ogromnie archaiczna, nawet niezrozumiała. Dziś inaczej pojmujemy świat, tak samo jak inaczej pojmujemy obowiązki kobiety.
Na pewno naszej sympatii pani Banks nie wzbudzi. Tym bardziej pan Banks, bo dzieci, no cóż, dzieci jak dzieci. Takie same jak każde inne. Potrafią być miłe, czasami wykazują złe skłonności, czasem są bardzo nawet niegrzeczne, ale w końcu wszystkie dzieci są takie. Nie potrzeba osoby obdarzonej magicznymi mocami, żeby sobie z nimi poradzić. Tak naprawdę wystarczy trochę serca i zrozumienia. Zimny wiktoriański wychów tak naprawdę nic dobrego nie przynosił i Mary Poppins tutaj niestety wpisywała się w to. Nie miała ani odrobiny serca dla tych dzieci tak naprawdę. Dużo więcej ciepła miała w sobie epizodyczna postać Jakubowej, czyli kucharki. Ta dobra kobieta była tam jedyną ciepłą osobą.
Prócz niej jeszcze występuje służąca Helenka, ale ona niestety była zahukana dosłownie przez wszystkich, zmęczona trapiącą ją wiecznie siennym katarem. I niestety trzeba przyznać, że dzieci też ją traktowały źle. Wtedy nie było nic dziwnego, że dzieci zwracały się do służącej w sposób, można powiedzieć, naprawdę naganny. Wtedy było to uważane za coś normalnego. Jednak we współczesnym czytelniku, który podejmie się próby analizy tej książki, cały obraz domu Banksów będzie wyglądał jak ciężka, patologiczna, dysfunkcyjna rodzina, a sama Mary Poppins łatwo może sprawić wrażenie nie wróżki, tylko raczej złośliwej czarownicy. I to by było na tyle. Można jeszcze dodać, że pierwszy musical z Julie Andrews w roli głównej, chociaż zestarzał się straszliwie, ma jednak trochę wdzięku. Współczesna próba adaptacji książki jest niestety porażką, jak wiele innych. Z dwojga złego już książki są lepsze, chociaż szczerze mówiąc, dzisiaj swojemu dziecku nie dałabym ich do ręki. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:28:37] - Czas, proszę państwa, na Władysława Satkę. Goście z Marsa. Tak, dzisiaj skończymy książkę. Proszę, proszę, jak to szybko poszło. Skończymy książkę, ale ten odcinek, który usłyszycie państwo za chwilę, to odcinek przedostatni. Księga trzecia, rozdział dziewiąty. A dziesiąty przygotowuje się.
[02:29:01] - Władysław Satker. Goście z Marsa. Czyta Rafał Pacar.
[02:29:22] - Jakże się czujesz dzisiaj? Bardzo jestem osłabiona, ale ponieważ mój towarzysz wcale dziś mówić nie może i niewiele nam już dni pozostaje do życia, przeto wysilę się, by doprowadzić do końca nasze przygody. O jedno tylko cię upraszam, byś nie przerywał już pytaniami mego opowiadania, chociażbyś nie rozumiał czego, bo mącisz tok cały. Na czymże to skończyłam wczoraj? Przypominam już sobie. Rzuciłam się więc z całym zapałem do pracy. Od świtu aż do późnej nocy pomocnicy moi przez siedem dni dostarczali mi fotografii, a ja z drżeniem i obawą rzucałam się na nie i szukałam mego domku nad rzeką. Codziennie ich widziałam i szpiegowałam każdy ich ruch, każde drgnienie twarzy, każdy połysk ich oczu. Odkryłam w sobie dla nich jakieś dziwne uczucie, którego dotąd nie znałam, o którym dotąd nigdy nie słyszałam. Dopiero później przekonałam się, że to uczucie nie było znane na Marsie.
Jak córka Ziemi, a nie Marsa, pokochałam ich. Współczułam z nimi i pragnęłam ich szczęścia. Byłam po raz pierwszy zadowoloną z życia, choć drżałam często z obawy o moją młodą parę. Patrzyłam na nich przez siedem poranków, bo zwykle po upływie dwu do trzech godzin rozchodzili się. Ona kryła się w swym pokoju. Jego widziałam długo jeszcze w noc przechadzającego się wzdłuż brzegów rzeki lub okrążającego samotny domek, jakby czuwał nad skarbem jakim. Ach, co za szczęście, co za zachwyt malował się w jego twarzy, kiedy po schadzce wznosił oczy do księżyca, jakby się modlił do niego lub mu błogosławił. Zwykle pojawiał się młodzieniec, gdy zmrok już zapadł głęboki. Zapewne obawiał się, by go nie spostrzeżono. Następnie, upewniwszy się, że go żadne oko nie śledzi, przeskakiwał niski płotek i ukrywał się w gąszczu krzaków, gdzie się znajdowała darniowa ławeczka.
Długo tu musiał czekać i niecierpliwić się, zanim przybyło dziewczę. To klękał, to znów stawał, to podchodził, to się cofał, znów się zbliżał i przez gąszcz liści spoglądał niecierpliwie ku oknu. Dopiero po jakimś czasie, gdy wszystkie światła pogaszono w domku, dziewczę wystakiwało oknem i ostrożnie zbliżało się do krzaków, a gdy w nie weszło, podchwytywały je dwa silne ramiona, unosiły w górę i sadzały na ławeczce darniowej. On usiadł tuż obok niej i poczynały się pieszczoty, których nikt prócz mnie jednej nie widział na całym świecie. Młodzieniec chwytał wreszcie dziewczynę, sadzał na swych kolanach, tulił do piersi, przyciskał usta jej, oczy, twarz, włosy pokrywał tysiącami pocałunków. Nie wiedział, co począć z sobą, co zrobić z dziewczyną, jakby jej okazać, wyrazić swe najwyższe przywiązanie
[02:32:13] - A czy i ona nie była automatem w jego objęciu? Bo i ona oplótłszy ramiona około jego szyi, oddawała mu pocałunki, kryła twarz swą na jego piersi lub przymknąwszy oczy, jakby w omdleniu rozkosznym, zwisała głowę na jego ramieniu i ciężko oddychała, aż nowe pieszczoty przywołały ją do rzeczywistości. Schadzki te tajemne trwały zwykle aż do północy, po czym się rozchodzili. Ona do pokoiku swego, by śnić i marzyć. On nad brzeg rzeki, by żyć wspomnieniem chwil upłynionych. Tych siedem dni wpłynęły na całą przyszłość moją. Dłużej obserwować pary tej nie mogłam, gdy księżyc wschodził coraz później, tak że oświetliwszy znany mi domek, zastał już okienko zamknięte i gąszcz krzaków próżną. Pierwsza obserwacja zajęła mnie, ale byłam jeszcze prawie obojętną na widok ich uczucia i zdołałam nawet wieczorem rozgłosić wszystkim cały przebieg ich schadzki. Drugiego dnia żal mi się zrobiło tej pary, że odkrywam to, czego oni pragnęli tak usilnie zachować w tajemnicy przed okiem ludzkim. Mimo to przedstawiłam jeszcze i tego wieczoru wszystkie obrazy.
W nocy, rozmyślając nad tym i przypominając sobie ich zachwyt, ich rozkosz, uczułam jakieś niewyraźne pragnienie doznania tego nieznanego mi uczucia. Wieczorem dnia następnego ogłosiłam, iż z powodu chmur nagromadzonych nad miasteczkiem nie mogłam dojrzeć schadzki. Skłamałam po raz pierwszy w życiu, bom przez trzy godziny wpatrywała się w gorączce na ich pieszczoty. Jam zapragnęła miłości i popełniłam już zbrodnię. Odtąd zanurzałam się coraz więcej w zbrodniczych zamiarach. Nie tylko sama budziłam w sobie uczucia wzbronione, ale chciałam roztlić ogień miłości w moim mężu. Chciałam go kochać i być kochaną, a nie być tylko żoną. Ale mąż mój, typ prawdziwego Marsjanina, w którym wygasły już do szczętu wszelkie uczucia, nie zrozumiał moich pragnień gorących i ogłosił mnie za obłąkaną. Jam nią była istotnie, bom nie mogła nigdzie i w niczym znaleźć spokoju. Marzyłam tylko we śnie i na jawie o moich Ziemianach młodych.
Zapragnęłam uścisków i pocałunków. Usychałam z miłości. Kochałam już, nie znając jeszcze przedmiotu mej miłości. Cierpiałam, już nie kochając jeszcze nikogo. O, co za rozkoszne, co za przykre uczucie! Od kilku dni zauważałam już, że mnie wszyscy obserwują i badają, z czym się wcale nie ukrywali, bo u nas wszystko dzieje się jawnie. Chcąc się pozbyć tego niemiłego mi otoczenia, zwłaszcza męża, którego o zgrozo! Poczęłam już nienawidzieć, spodziewając się nadto, iż między innymi ludźmi napotkam przecież na miłość wzajemną. Zaczęłam się skarżyć na ból w piersiach i żądałam przeniesienia do innego klimatu. Zgodzono się tym chętniej na mą prośbę, iż się spodziewano wyleczyć mnie przy zmianie stosunków i zajęcia.
Przeniesiono mnie więc do Fu-Chan pod równik i uwolniono na rok jeden od wszelkiej pracy, zrywając zarazem me małżeństwo. Rok ten nie uspokoił mnie prawie wcale, nie wyleczył z gorączki, która mną owładnęła. Doświadczenie nauczyło mnie jednak przebiegłości, z jaką zdołałam udawać zupełny już spokój, a ukrywać uczucie wzrastające coraz bardziej we mnie, zwłaszcza że i w Fu-Chan nie znalazłam mężczyzny, który by podzielać chciał mego uczucia. Rok ten pobytu pod równikiem był dla mnie jednym ciągiem męczarni. Ucieszyłam się więc niezmiernie, gdy wreszcie postanowiono przenieść mnie do Ach-King. Zezwolono na dalsze studia Ziemi i oddano mi znajdujące się tamże obserwatorium historyczne do rozporządzenia. Nie mogę skończyć opowiadania, choć tak pragnęłam. Nadto słabą jestem. Władysław Stan. Goście z Marsa.
Czyta Renata Dancewicz. Zanim pojawi się ostatni odcinek Gości z Marsa, to ja państwa zapraszam na cykl, który rozpoczął się w zeszłym tygodniu. Kamila Ciołko-Borkowska mówiła państwu o swoich doświadczeniach, o swoich przejściach związanych z pisaniem. No to ciągniemy, ciągniemy cykl Pisząca z fiordami. Odcinek drugi. Odcinek o kolejnych doświadczeniach. Kiedyś była młoda lekarka, to to jest absolutnie młoda pisarka, która dzieli się swoją wiedzą nabytą w boju, pisarskim boju. I myślę, że to jest wiedza, którą należy sobie cenić. Jeszcze raz zapraszam.
[02:37:06] - Dzień dobry, wieczór. Pisząca z fiordami zaprasza do siebie. Dobry wieczór. Zapraszam dziś na kolejne spotkanie z warsztatem pisarza, ponieważ będę dziś mówić znowu o początkach tejże czynności. Dlaczego? Dlatego, że słusznie doszliśmy do wniosku podczas poprzedniego spotkania, że żeby zacząć pisać, trzeba zacząć pisać. Jest to wniosek o tyle logiczny, o ile bardzo skuteczny. Znaczy realizowanie go jest bardzo skuteczne. Jednak jest jedno małe jednak. Sam proces pisania to wiele drobnych rzeczy, które musimy wykonać, żeby to pisanie miało sens, było logiczne, jakoś zainteresowało czytelnika, ponieważ samo pisanie dla samego pisania to wiecie, to jest jednak za mało.
Trzeba włożyć w to trochę więcej pracy i zrobić też kilka innych rzeczy Które samym pisaniem jednak nie są. Dlatego znajdują się w tej audycji, ponieważ są to rzeczy okołopisarskie, jednak związane ewidentnie z tą czynnością. Tyle tytułem wstępu. Nie będę przedłużać. Zajmę się konkretami, ponieważ o konkrety tu chodzi. Kiedy nagrałam poprzednią audycję, dotarło do mnie, że to jednak trochę za mało na temat samego początku pisania. Dlaczego? Dlatego, że czytałam wiele artykułów w internecie dotyczących właśnie rozpoczęcia zabawy z pisaniem, z tworzeniem historii. I powiem wam, że te artykuły bardzo często określają masę innych rzeczy, które należy zrobić jako pierwsze, zaczynając przygodę z tym hobby. Nie ze wszystkimi podpunktami się zgodzę, nie ze wszystkim, co w tych artykułach jest napisane mogę się zgodzić.
Ano dlaczego? Ano dlatego, że po pierwsze część artykułów napisana jest w stylu takim: „Pisarzu, ty musisz coś zrobić”. Guzik prawda. Pisarz nic nie musi, zwłaszcza jeśli chociaż trochę zna warsztat i wie, jak się pisze, jak się tworzy zdania, jak się używa ortografii, jak się używa interpunkcji. To wcale nic nie musi. Nie musi sobie odpowiadać na jakieś pytania. Nie lubię takich artykułów, ponieważ to jest wciskanie wszystkich w ten sam worek. A każdy z piszących jest zupełnie inny, ma swój zupełnie inny system, ma swój zupełnie inny sposób pisania i zupełnie indywidualne podejście do tworzenia. I nie możemy, pisząc jakiegokolwiek artykułu, ujednolicać systemu pracy, ujednolicać kolejności i kazać wszystkim pisać tak samo. Są pisarze, którzy na przykład piszą książkę ciurkiem od początku, od pierwszej litery do ostatniej kropki.
Mają jeden plik i w tym jednym pliku piszą całą historię. W porządku. Ale są też pisarze inni. Ja na przykład do takich należę. Każdy rozdział piszą, każdy epizod czy rozdział, bo to zależy z tym wymyślaniem jakichś tam etapów pisania. Ale każdy rozdział, każdy epizod, każda scena na przykład rozpisana jest w oddzielnym pliku. To jest już zupełnie inne pisanie. Zupełnie inaczej wygląda tworzenie drobnych scen niż tworzenie całości. I lecimy z tym koksem. Są też pisarze, którzy tworzą sceny nie po kolei i na przykład obudzą się i mają pomysł na scenę środkową, więc oni ją piszą.
Oni wiedzą, że oni to później będą poprawiać, bo każdy poprawia tekst, ale oni siadają i piszą tą jedną scenę ze środka, bo oni wiedzą, że tak musi być. Ta scena tak musi wyglądać, więc oni ją napiszą, oni ją potem poprawią, przeredagują, zmienią całkiem. Ale ta scena musi być. I najpierw na przykład piszą początek, później wracają, piszą trochę z końca i jak ich natchnie, będą mieć jakiś pomysł jak napisać, więc napiszą jakąś scenę ze środka. Później znów wrócą do początku i taki mają miszmasz. Ale oni się w tym orientują. I teraz słuchajcie: pisać artykuł, jak powinna wyglądać praca każdego z tych autorów, ujednolicając to i dając im te same rady. Nie zawsze to się sprawdzi. Owszem, sprawdzi się to do spraw warsztatowych. Przyda się to przy redagowaniu, przy pisaniu, takim stricte pisaniu, przy klikaniu w klawiaturkę czy mazaniu długopisem.
Jednak to, o czym będę za moment mówić, to jest sprawa zupełnie indywidualna. I na te pytania, na te kwestie odpowiedzieć należy indywidualnie i niekoniecznie na samym początku tworzenia, ponieważ w sumie to wiecie, ja nawet nie wiem. Tak się zastanawiałam nad tym. Kiedy można nazwać człowieka pisarzem? Kiedy można go nazwać tym początkującym pisarzem, tego człowieka? Czy kiedy on dopiero zaczyna, czy może jak ma już jedną książkę? A kiedy w ogóle można nazwać pisarza średniozaawansowanym? Bo to też jest istotne przecież, prawda? I ja teraz tak się zastanawiam dodatkowo, kim ja jestem w tych kategoriach pisarskich. Czy ja jestem początkującym pisarzem?
Bo wydając jedną książkę, tomik wierszy, biorąc udział w kilku antologiach, pisząc drugą książkę, to może ja już jestem średniozaawansowanym pisarzem. A może tak w ogóle to ja jestem pisarką tylko trochę średniozaawansowaną, ale bardziej początkującą. Rozumiecie, o co mi chodzi? Mam nadzieję. Tak więc według mnie pisarz to osoba, która przelewa na papier czy do pliku komputerowego historię w sposób spójny, logiczny, który zachęca czytelnika, który powoduje, że czytelnik wtapia się w tą historię i nie może się od niej oderwać. To powoduje, że człowiek staje się pisarzem. Ponieważ jeśli ja napiszę sobie artykuł czy esej i człowiek zacznie go czytać, to ja mogę się nazwać eseistą czy na przykład dziennikarzem. A jeśli napiszę książkę czy opowiadanie, bo opowiadania to też takie historie przecież. Jeśli napiszę opowiadanie i czytelnik powie: „Wow, to był kawał dobrej historii. Wciągnęło mnie i miałem ochotę nie kończyć”, to wtedy już można tego człowieka nazwać pisarzem.
Nawet jeśli zaczyna i widać jakieś postępy, widać jakiś sens w tym, co robi. Jak najbardziej możemy nazwać go pisarzem, ponieważ on wkłada w swoje zdania życie. On powoduje, że zwykłe wyrazy, które Tworzą zdania i zdania, które tworzą historię. One ożywają w głowie czytelnika. To jest naprawdę super rzecz i jeśli człowiek zrobi coś takiego, to znaczy, że możemy nazywać go pisarzem i bez żadnego tutaj dzielenia na pisarzy początkujących, średnio zaawansowanych i zaawansowanych. Ponieważ mnie takie dzielenie naszej gromady pisarskiej trochę smuci. Nawet bardzo. Wracając do tego, co według tych cudownych artykułów, które czytałam. Bo nie był to jeden artykuł, nie były to dwa artykuły. Spotkałam się z tym wielokrotnie i teraz spisałam sobie mniej więcej, czego dotyczyły te podpunkty i teraz będę o tym mówić.
Mam nadzieję, że was nie zanudzę, a jeśli zanudzę, to możecie mi napisać, że was zanudziłam, to staram się następnym razem bardziej skondensować to, co chcę przekazać. Dobrze, wracając ad rem. Bardzo dużo osób, które zajmują się szkoleniem pisarzy, szkoleniem warsztatu czy pisaniem o pisaniu, bo są i tacy przecież, którzy piszą o pisaniu. Bardzo dużą rolę przykładają do pierwszego zdania i według niektórych początkujący pisarz powinien skupić się na pierwszym zdaniu. Wiecie, takie nadawanie magicznego znaczenia pierwszemu zdaniu to dla mnie jest magia czysta, ponieważ owszem, pierwszy rozdział, pierwsze strony mogą zafascynować czytelnika, ale samo pierwsze zdanie nie spowoduje, że kupi książkę i że powie, że ta książka będzie super. Owszem, pracując nad pierwszymi zdaniami i dobierając słowa właściwie i doszlifowując ten warsztat, spowodujemy, że czytelnik bardzo zainteresuje się daną historią i będzie chciał czytać ją dalej. Ale powinniśmy to zrobić nie tylko z początkowymi stronami i rozdziałami, ale z całą książką, ponieważ nie może być tak, że czytelnik zafascynuje się pierwszym, drugim i trzecim rozdziałem, a później się okaże, że to jest nie dość, że groch z kapustą, to jeszcze napisany po prostu słabo. Z szacunkiem dla czytelnika, który jest w tym całym pisaniu najważniejszy, ponieważ pisarz pisze dla czytelnika. To on jest ostatnim odbiorcą naszego dzieła, to on to ocenia i to on to będzie czytał. Czasem nawet kilkakrotnie.
Ja powiem wam, że ja na przykład mam coś takiego, że kilka razy czytałam już „Mistrza i Małgorzatę” i mam nadal taką ochotę, żeby raz na jakiś czas przeczytać ten utwór. Ponieważ mnie on fascynuje. To, jak jest zbudowana fabuła, to jak zbudowani są bohaterowie. I chciałabym, żeby każdy pisarz spotkał taką grupę ludzi, która jego książkę, jego opowieść będzie traktowała jak ja „Mistrza i Małgorzatę”. To jest naprawdę niesamowita rzecz, żeby wracać do książki i się nią zachwycać. Tak więc nie tylko pierwsze zdanie jest takie ważne, ale wszystkie zdania w książce powinny być dopracowane. Powinny być zrobione perfekcyjnie. I nie można nigdy nadawać magicznej mocy któremukolwiek ze zdań w książce. Wszystkie są tak samo ważne. Nie ma mniej albo bardziej ważnych zdań.
Dobra i teraz przeczytam wam jedno zdanie, które mnie kiedyś bardzo zafascynowało i z tym się zgodzę jak najbardziej. To jest odnośnie właśnie pierwszego zdania. Artykuł jest ze strony Zarabiaj na pisaniu i bardzo mi się spodobało to zdanie i ono jest naprawdę w 100% prawdziwe. Teraz muszę się rozczytać. Poczekajcie. Do pierwszego zdania będziesz wracał wielokrotnie i ostatecznie wywrócisz je do góry nogami. Tak więc nie należy skupiać się na początku na tym pierwszym zdaniu, ponieważ i tak, i tak będzie ono ulegało zmianom. I wiecie, nie ma sensu marnować czasu na pracę nad pierwszym zdaniem na samym początku, kiedy nie dość, że nie wiemy, jak ta książka będzie dokładnie wyglądała, na czym się dokładnie skupimy. Bo możemy mieć plan, ale on może ulec lekkiej zmianie. Jeśli na przykład piszemy książkę.
Teraz taka hipotetyczna książka. Jeśli zaczniemy pisać książkę dla mężczyzn o połowie szczupaka, to pierwsze zdanie będzie jakieś konkretne odnośnie tego, jak wygląda połów szczupaka albo na przykład dane statystyczne. Spoko, ale jeśli w trakcie tego pisania stwierdzimy jednak, że w sumie to nie. To, co napisaliśmy bardzo dobrze pasuje do książki, do poradnika dla kobiet. Ten poradnik mówi, że powinny puszczać swoich mężów na ryby. To pierwsze zdanie będzie już musiało brzmieć zupełnie inaczej, ponieważ to nie będzie zdanie dotyczące danych statystycznych. Bo to nie to jest ważne dla kobiety, która nie chce puścić męża na ryby. Dobra. Następny punkt, który według niektórych, masło maślane, według części artykułu jest bardzo ważny i czytelnik i pisarz powinien skupić się właśnie na tym, kiedy rozpoczyna pracę nad swoją historią. Jest to określenie celu.
Tak wiecie, też niekoniecznie, bo to jest tak samo, jak przed chwilą mówiłam z tą książką o rybach. Ja chcę na początku napisać książkę dla mężczyzn, ale w trakcie dochodzę do wniosku, że jednak lepiej będzie napisać poradnik dla kobiet. No więc co? Myślenie, marnowanie czasu na określenie celu książki to też tak trochę psu na budę. Zresztą odpowiadanie sobie na pytanie za każdym razem, dlaczego chcę napisać książkę. Wiecie, mi osobiście ta odpowiedź będzie łączyła się z odpowiedzią na pytanie, dlaczego chcę pisać. I to przy każdej książce będzie taka sama odpowiedź, ponieważ bardzo rzadko motywacja związana z pisaniem książek tak szybko się zmienia. Najczęściej jest to przez dłuższy czas ta sama motywacja, a nawet jeśli ona się zmieni, to pisarz będzie miał tego świadomość w trakcie tej zmiany. Odpowiadanie sobie za każdym razem na pytanie, jaki jest cel napisania tej książki, też jest trochę bez sensu. Wiem, że jeśli zdecyduję, że będzie to książka dla mężczyzn dotycząca połowu szczupaka, to będę ją pisać zupełnie inaczej.
Ale to wyjdzie w praniu albo w trakcie wymyślania książki. To nie musi być od razu pierwszy krok, który muszę wykonać. To może być któryś z kolejnych kroków. Ewentualnie to wyjdzie samo, ponieważ kiedy myślę sobie nad realizacją książki, nad pisaniem jej, to z automatu wymyślam też cel. On powstaje w międzyczasie, kiedy myślę o tej książce. Przynajmniej tak mi się zdaje. Mogę się mylić, ale jeśli się mylę, dajcie znać. Nie ma problemu. Mogę dowiedzieć się, dlaczego nie mam racji. Powiem wam, że tak samo jest z ustalaniem odbiorcy.
Wracamy znowu do przykładu naszej książki z rybami. Jeśli zacznę pisać dla mężczyzn, to pisanie będzie wyglądało zupełnie inaczej niż pisanie dla kobiet. Ale nie ma co się martwić nad tym, bo jeśli sobie nie usiądę i nie wymyślę: „Dobra, ta książka będzie dla mężczyzn”, nie muszę tego robić, ponieważ jeśli będę używać konkretnych określeń i danego stylu, to grupa odbiorców znajdzie się sama. Nie muszę jej sztucznie dobierać. Fakt, że jeśli mam świadomość, dla kogo piszę, ta grupa odbiorców może być większa, ponieważ jeśli siadam do pisania i robię to świadomie, to na pewno będzie to o wiele lepiej, niż jak usiądę i zacznę klikać w klawiaturę i tworzyć historię, nie myśląc o tym, dla kogo ją piszę. Chociaż powiem wam, że ja o tym, dla kogo napisałam tę książkę, świadomie pomyślałam dopiero na końcu, kiedy postawiłam ostatnią kropkę i książka poszła sobie leżakować. Dopiero wtedy stwierdziłam, że książka jest dla kobiet. Jednak nie myślałam o tym wcześniej. I to wcale nie jest źle. Ja nie muszę.
I inni pisarze nie muszą robić tego na samym początku. Nie muszą określać celu, nie muszą określać odbiorców. To nie jest obowiązek. Dobrze jest to wiedzieć, ale bardzo często to przychodzi do pisarza automatycznie. On już wie, że chce napisać kryminał i będzie pisał ten kryminał dla osób, które te kryminały lubią, czyli ogólnie dla kobiet i dla mężczyzn. Dla przykładu: kryminały Agathy Christie czytają mężczyźni i kobiety. Czytają młodzi i starzy. Tak samo jest z kryminałami, książkami Joanny Chmielewskiej. Czytają młodzi, czytają starsi, czytają mężczyźni, czytają kobiety. Dlatego nie ma obowiązku ograniczać swoich odbiorców do jakiejś wąskiej grupy, ponieważ mogę dla nich pisać jak najbardziej, ale nie muszę podczas pisania mieć tego cały czas w głowie i nie muszę na to pytanie odpowiadać na samym początku.
Powiem wam, że zgodzę się co do jednej kwestii, która bardzo często się pojawia. Otóż należy ustalić najpierw, o czym piszę. Logiczne, prawda? Wymyślić sobie plan. Nie trzeba z planem, ale mieć chociaż zarys historii w głowie. Czyli taki plan: co się stanie z moim bohaterem, kto będzie jego antybohaterem, gdzie się będzie wszystko działo. I to wszystko muszę mieć już w głowie przygotowane. Najczęściej to jest właśnie ten pierwszy etap. Czyli powinno się najpierw wymyślić, co będę pisał, o czym to będzie, jaki będzie kierunek zachowań mojego bohatera, jak będzie się rozkręcała historia, w którą stronę to wszystko pójdzie. A później muszę też zastanowić się, jaki gatunek będzie dobry, czyli jaki rodzaj, gatunek będzie dobry dla mojej historii.
Czy to, co ja napiszę, to mogę zrobić z tego na przykład kryminał? A może lepiej będzie komedia? Chociaż z drugiej strony tak się teraz zastanawiam, że w sumie nad tym też się niekoniecznie należy zastanawiać na samym początku, ponieważ gatunek czasami wychodzi automatycznie. Zaczyna się pisać, pisać, pisać i na przykład widać, że wyszła komedia kryminalna albo lekka komedia. Nie można sobie też na siłę narzucać stylu utworu, gatunku, rodzaju. Jeśli zaczęliśmy pisać i bardzo ładnie nam wychodzi w jakimś konkretnym, a my sobie postanowiliśmy, że napiszemy kryminał, a wyszła komedia. I teraz co z tym zrobić? Skreślić, wywalić i napisać od nowa? Nie. Kontynuować, ponieważ jeśli brzmi to bardzo fajnie, to nie ma sensu rezygnować z tego.
Należy kontynuować, ewentualnie później wprowadzić jakieś poprawki, żeby brzmiało to jeszcze lepiej. I nie spinać się za bardzo, bo nie wyszedł nam kryminał, tylko wyszła komedia. A dlaczego by nie? Czytelników komedii też jest sporo. Nie tylko trzeba czytać kryminały albo rzeczy poważne. Komedie też są w życiu potrzebne. Tak więc to też nie jest pytanie, na które należy odpowiedzieć na samym początku. Owszem, na samym początku należy sobie odpowiedzieć na pytanie, co ja tak właściwie chcę napisać, jak to będzie wyglądało i jak będę to realizował. To są najważniejsze elementy, nad którymi należy się zastanowić. Czyli taki plan, nie wydarzeń, tylko plan mojego pisania.
Jak wygląda mój bohater? Jakie miał życie dotychczas? Co go popchnęło? Muszę wymyśleć bohaterów. Muszę dać im życie. To powinien być początek. To powinna być praca, która rozpoczyna pracę samego tworzenia historii, samego pisania. Ponieważ to, że ja zacznę pisać, to jest niewielki procent tego, co ja mam w głowie na temat mojej książki. Ponieważ ja muszę znać historię mojego bohatera, historię całą, która będzie miała miejsce. Historię wszystkich bohaterów dookoła drugoplanowych, którzy też są i którzy są bardzo ważni, ponieważ jeśli stworzymy płaskich bohaterów drugoplanowych, to książka będzie po prostu słaba.
Będzie się ją kiepsko czytało i nie wciągnie wcale czytelnika. A jeśli będę pisać i moi bohaterowie będą mieli faktycznie spójne życiorysy, tak samo z głównym bohaterem i drugoplanowymi, to uwierzcie mi, tę książkę czyta się naprawdę z zapartym tchem. Nie trzeba tego rozpisywać w formie planu. Tego nie trzeba tworzyć na papierze jako planu konkretnego. Jedynka, dwójka, trójka, czwórka. Nie! To trzeba mieć w głowie, żeby podczas pisania pamiętać o tym. Można to sobie spisać. Jak najbardziej. To jest chwalebne, ponieważ jeśli zapiszemy i nawet jeśli to gdzieś zmienimy w międzyczasie, to co jest, będziemy mogli do tego wrócić, do tego, co sobie zapisaliśmy.
To jest, to sobie tkwi tam na papierze i czeka. Bo jeśli w którymś momencie zapomnimy, co tak właściwie daliśmy temu bohaterowi, co zrobił tam kiedyś, to możemy wrócić do tego, co jest napisane i być spójnymi z tym, co pisaliśmy na początku. A to jest bardzo ważne. Spójność w historii jest naprawdę bardzo istotna. Spójność fabuły to jest najważniejsza rzecz, która powoduje, że czytelnik nie odkłada książki i nie rezygnuje z czytania w połowie. Tak więc, jak już powiedziałam wcześniej, to jest najważniejsze podczas pisania. Ja muszę tą historię wymyśleć. Ja muszę wymyśleć fabułę, historie bohaterów. To wszystko musi być uklepane, ugładzone i dopiero wtedy mogę usiąść do pisania. Ja tak mam.
Najpierw chodzę z historią tydzień, dwa w głowie. Obmyślam z każdej strony historię, fabułę. Jak takie budowanie z gliny. Doklejam kawałek, ładnie ugładzam, potem odejmuję, bo coś mi nie pasuje. I dopiero jak już mam taką pierwotną wersję tej mojej historii, z tej gliny, siadam do pisania. I ja wtedy dodaję ostatnich szlifów podczas pisania, a później podczas poprawek. I mam gotowy produkt. Mam gotową historię, która bardzo często naprawdę interesuje czytelnika. Mam przynajmniej taką nadzieję, że interesuje czytelnika i to, że ludzie mówią, że to jest interesujące, jest prawdą. Mam taką nadzieję.
W każdym razie to powinno być najważniejsze. Najbardziej, teraz powiem głupotę, ale najbardziej pierwsze ze wszystkich pierwszych rzeczy, jakie się robi podczas pisania. Później już mamy te wszystkie edycje tekstu, redakcję. To jest dopiero później. To jest za jakiś czas. Najpierw musimy historię wymyśleć, ładnie ugładzić, ładnie ją uklepać i dopiero potem ubrać w słowa, ubrać w ortografię, w interpunkcję odpowiednią, później poprawić i wysłać w świat. I to jest według mnie najważniejsze, bo całą resztę, o której mówiłam, możemy wymyśleć w trakcie. To wszystko może nam się zrodzić gdzieś tam w połowie książki. Ba! To się może jeszcze zmienić.
I nie ma w tym nic złego, że obmyślamy część rzeczy w trakcie, w połowie, pod koniec pisania. Naprawdę. To wszystko ma prawo trwać. Nie musimy od tego zaczynać. Tak samo pierwsze zdanie. Ja nad pierwszym zdaniem myślałam dopiero na koniec, jak już miałam napisaną książkę i była ona w moich autorskich poprawkach. Robiłam poprawki i w międzyczasie poprawiałam pierwsze zdanie. Zmieniało się ono chyba z pięć razy. Naprawdę. Tak samo było z celem.
W sumie celu to ja nie miałam na początku żadnego. Pisałam, bo mnie pisanie tej książki naprawdę bawiło. Ja miałam z tego naprawdę nieziemski ubaw. To była taka zabawa, ja byłam zafascynowana tym. Cel książki wymyślił mi się dopiero pod koniec. Tak samo jak odbiorcy. Wszystko dopiero stworzyło mi się w głowie pod koniec. Fakt, że historię miałam obmyślaną już od samego początku i później tylko realizowałam plan, który miałam w głowie. To jest moja wizja pisania. Jak najbardziej, jeśli ktoś ma zupełnie inny pomysł i uważa, że pisanie pierwszego zdania jest najważniejsze, ewentualnie ustalenie celu, proszę bardzo, nie będę się bić.
Jednak to jest moje zdanie, a to jest moja audycja i mam prawo w niej mówić swoje największe herezje. Dziękuję najmocniej za uwagę. Do usłyszenia następnym razem.
[03:02:12] - No cóż, proszę państwa, to czas na drugie wydanie „Gości z Marsa” Władysława Sadkę. Ostatnia część tej powieści, która naprawdę wyprzedziła „Wojnę światów”. Może nie jest tak wybitna, może nie jest tak wypełniona akcją, a nawet trochę czasami- Tu tej akcji brakuje, ale pewne filozoficzne, a właściwie teozoficzne ujęcie zastosowane przez Władysława Satkę może przynajmniej do niektórych z państwa trafić i stać się przyczynkiem do zainteresowania się czy to samą teozofią, czy może pogłębieniem swoich studiów, swoich rozważań nad kondycją człowieka, nad jego przyszłością, nad tym wszystkim, co może się wydarzyć. Nad tym przydługim wstępem zapraszam państwa na ostatni rozdział „Gości z Marsa”. Księga trzecia, rozdział dziesiąty.
[03:03:21] - Władysław Satke. „Goście z Marsa”. Czyta Reda Paweł Hadar. Dziś spożyliśmy ostatni nasz zapas pokarmu. Trzeba więc kończyć opowieść naszą i życie. Obaj psychologowie z Fuchan i A-King uznali mnie za chorą na miłość i z tego powodu wzbronili mi powtórnego wyjścia za mąż z obawy, abym nic przelała swej choroby na potomków. Miałam więc odtąd być zupełnie swobodną, z czego wyznam, byłam zupełnie zadowoloną, gdyż małżeństwo marsowe stało mi się tak znienawidzonem, iż byłabym w tej chwili zażyła truciznę, gdyby do mnie zbliżył się mężczyzna przeze mnie nie ukochany. Jam była już dla Marsa straconą. Jam stała się już ziemianką. Czułam nawet, iż dłuższy mój pobyt wśród tego otoczenia bez czucia stał się niemożebnym, iż należało mi jak najrychlej zginąć.
Psychologowie niechętnie też zgodzili się na dalsze me zajmowanie się Ziemią, gdyż słusznie wnosili ze wszystkich oznak poprzednich, iż tylko Ziemia mogła mnie zarazić tą chorobą niebezpieczną, na którą nie ma lekarstwa na Marsie. Bez zajęcia jednak nie mogli mnie nadal pozostawić. Ponieważ przez rok pobytu mego w Fuchan wcale nie oglądałam żadnych fotografii i nic nie wiedziałam o losie mych Ziemian młodych, przeto zaraz po objęciu obserwatorium historycznego w A-King pospieszyłam do fotografii przez rok ostatni tu nagromadzonych. Były to tylko fotografie zdejmowane jak zwykle u nas co godzina, a toli w tych spodziewałam się znaleźć moich Ziemian. Niestety, nadzieje moje zawiodły mnie po części. Znalazłam moją parę ulubioną tylko na jednej fotografii. Fotografię tę zdjęto na kilka dni przed przybyciem mojem jeszcze do Fuchan. Ujrzałam ich przechadzających się nad brzegiem rzeki, a za nimi postępowała starsza już kobieta, zapewne jej matka. Z opisu zwyczajów tej epoki wnoszę, iż moi młodzi przyjaciele byli już małżonkami. Uderzyło mnie jednak nieprzyjemnie, iż na twarzach ich nie spostrzegłam tego zachwytu.
Nie widziałam tego uczucia miłości, jakie przebijało się wówczas, gdy się spotykali w gąszczu krzaków. Czy już zobojętnieli względem siebie? Czy może krępowała ich obecność ich matki? Nie wiem i nie rozumiem. Jakkolwiek śledziłam pilnie wszystkie dalsze fotografie, nie znalazłam ich nigdzie. A to z tego powodu zapewne, że w A-King zdejmowano tylko w ciągu dnia. Położenie zaś obu planet było w tym czasie takie, że Europa odkrywała się naszym oczom tylko w nocy. Straciłam była już nawet wszelką nadzieję spotkania się z moją ulubioną parą, kiedy odkryłam ją znowu na fotografiach już za mnie w A-King zdejmowanych. Z jaką radością powitałam ich znowu! Trudno ci oddać to w słowach, tym bardziej, że podobnego uczucia nie doznawałam nigdy poprzód.
Na pierwszej z nich ujrzałam jego podnoszącego małe dziecię w górę, które się wdzięcznie do niego uśmiechało, trzepocąc rączkami i nóżkami. Ona stała tuż obok niego z wyciągniętymi ramionami, jakby się obawiała, by nie opuścił skarbu jej najdroższego. Na następnej ujrzałam ją siedzącą na znanej mi ławeczce darniowej i trzymającej uśpione dziecię na łonie. On zaś klęczał obok niej. Jedną ręką objął ukochaną, złożył głowę na jej piersi i z rozkoszą spoglądał na dziecię. Dalszych fotografii już nie oglądałam, bo szał mnie ogarnął. Co za miłość wielka musiała rozwinąć się w tym mężczyźnie, jeśli on mógł cieszyć się swym dziecięciem, pokochać i wraz z matką je pieścić. U nas czegoś podobnego nikt nigdy nie dożył. U nas rzadko nawet matka kocha swe dziecię, bo staje się matką nie z miłości, ale z obowiązku. Odtąd straciłam spokój na zawsze, a dawna choroba pojawiła się w stopniu spotęgowanym.
Nie wypełniałam już swych obowiązków, nie zajmowałam się ziemią ani nawet moją parą ulubioną, bom oszalała prawie zupełnie. Wiedziałam, iż mnie śmierć oczekuje niechybnie, ale pragnęłam jeszcze zaznać miłości prawdziwej, choćby na dzień jeden, choćby na jedną godzinę. Otoczenie moje zauważyło stan mój niezwykły. Rada była już powiadomioną o wybuchu dawnej mej choroby, lecz ze względu, iż nie wciągałam nikogo jeszcze do zbrodni, nie pociągano mnie do odpowiedzialności. Szał mój okazał się głównie w ten sposób, iż oczy moje pałały jakimś dziwnym ogniem. Twarz co chwili to rumieniła się, to bladła, a w czasie wspólnych wzlotów naszych oddzielałam się od reszty, unosząc się w powietrze jak najwyżej. Nadto sen miałam niespokojny, ruchy dziwaczne, a co gorsza zbyt często mijałam się z prawdą. Uczuwałam jakiś wstyd, który u nas zupełnie jest nieznanym i ukrywałam się ze swymi czynnościami i myślami, co znowu u nas równa się prawie zbrodni. Trwało to kilka dni. Jednego dnia jednak zauważyłam, że oczy pewnego mężczyzny ustawicznie za mną biegają, czy to w czasie uczt naszych, czy też wspólnych wzlotów.
Odpowiedziałam mu wzrokiem i porozumieliśmy się łatwo. Zaraz przy następnym wzlocie ujrzałam drugi balon obok siebie w najwyższych sferach. I tu dowiedziałam się, iż on pragnie miłości od dawna, iż bez niej nie chce dalszego istnienia, raczej śmierci. A ponieważ wszyscy wiedzą o tej chorobie, więc szukał mnie w nadziei uzyskania wzajemności. Co ci będę długo opowiadała, zwłaszcza że mi niewiele już starczy czasu. Pokochaliśmy się w jednej chwili. Umówiliśmy o schadzkę, która też istotnie nastąpiła tejże nocy. Zażyliśmy oboje szczęścia i oczekiwaliśmy już tylko śmierci. Nazajutrz powołano nas przed radę. Przyznaliśmy się natychmiast do zbrodni.
Nie zaprzeczyliśmy niczemu i wkrótce ogłoszono na nas wyrok śmierci. Jak to? Miłość jest u nas jedyną zbrodnią, którą trzeba śmiercią okupić. A to z tego powodu, że potomkowie takiej pary niewątpliwie także zbrodniarzami będą i mogliby w ten sposób najszkodliwsze dla mieszkańców Marsa rozpowszechnić uczucie. Kto u nas kocha, ten musi zginąć i nic go od śmierci nie uwolni. Wiedzieliśmy o losie naszym przedtem, jednak za chwilę szczęścia prawdziwego gotowiśmy byli dać życie. Dlaczegóż nie karzecie zakochanych, podobnie jak leniwych kobiet i obdarzonych miłością macierzyńską? Bo tych może społeczeństwo przypilnować i nie dopuścić do wejścia w ponowne związki małżeńskie, ustrzec się przed szkodliwymi osobnikami. Ale para zakochanych, mimo oczu argusowych znajdzie zawsze sposobność schadzki. Dano nam zatem 24 godziny czasu celem doboru śmierci, bo u nas i w tym wypadku istnieje tylko samobójstwo.
I puszczono wolno, wiedząc, że na godzinę oznaczoną nie omieszkamy się stawić dobrowolnie. Wybraliśmy sposób u nas już kilkakrotnie używany: przedsięwzięcia podróży do Ziemi. Co mówisz? Sposób kilkakrotnie już używany? Tak jest. Pierwszy nasz pocisk wpadł w Ocean Spokojny, drugi ugrzązł w lodach bieguna południowego, a trzeci w grenlandzkich. Czwarty tkwi dotąd w mule Oceanu Atlantyckiego, a piąty z rzędu jest nasz, którym do was przybyliśmy. Głównym powodem wyboru tego rodzaju śmierci była ta okoliczność, iż w ten sposób zachowaliśmy sobie wspólne życie przynajmniej na jeden jeszcze miesiąc, w ciągu którego stać się można z Marsa do Ziemi. Gdyby zaś nam wszystkie okoliczności sprzyjały na ten czas, moglibyśmy i tu jeszcze miesiąc przeżyć. Co za rozkosz móc żyć razem dwa miesiące jeszcze!
Rada nasza zgodziła się na ten wybór śmierci bardzo chętnie. Zwyczajom przyjętym stało się bowiem w ten sposób zadość. Bo Mars pozbył się osobników mu szkodliwych, a nadto w razie dogodnym mieszkańcy Marsa daliby o sobie wiadomość Ziemianom. Ponieważ nadto astronomowie uznali tę porę za najodpowiedniejszą do tego rodzaju podróży z powodu najmniejszego oddalenia obu planet, przeto postanowiono natychmiast przystąpić do wykonania. Doniesiono więc o tym wszystkim miastom, a w kilka godzin później byliśmy już na równiku w Schi-Chang, gdzie od wieków znajduje się kilka stale wybudowanych moździerzy olbrzymich. Stąd bowiem wysyłamy nasze pociski do Fobosa i Dejmasa, z którymi jesteśmy w nieprzerwanej styczności. Czy asteroidy są zamieszkałe? Nie. Daruj, nie mam siły na dalszą rozmowę. Może mój towarzysz.
Żegnam cię. Śmierć się zbliża. A na waszych księżycach są ludzie? Nie. Z jakiej masy są wasze pociski? Magn, aluminium i cintium. Jak wyrabiacie tlen? Za pomocą elektryki. Cóż to za płyn, który wypełnia wasze ściany? Jest to fileter, który posiada szczególne własności.
Jest dość gęsty, a przy tym elastyczny. Nadto... Cóż jeszcze? Nadto używamy go jako materię wybuchającą, bo prężność jego jest ogromna. Podczas gdy wasz proch strzelnicy po przejściu w gaz rozszerza się tylko cztery tysiące razy, nasz fileter rozszerza swą objętość osiemset tysięcy razy. Co? Co mówisz? Żegnam. Bywajcie zdrowi. Ukochana!
Luby mój! Bathurst, 25 października 1892. Kochany redaktorze! By mieć taki pech, trzeba chyba być twoim korespondentem. Słuchaj, podziwiaj i lituj się nade mną. Wczoraj wysłałem ci ostatnie sprawozdanie, a jak wiesz z listów mych poprzedzających, miały się wydarzyć dzisiaj dwa ważne fakty. Uniwersytet z Sydney miał zabrać zwłoki Marsjan, a twój niżej podpisany i spragniony widoku twego korespondent miał dziś wyjeżdżać już do ojczyzny. Ani pierwszy, ani drugi wypadek nie zaszedł, a z jakiego powodu dowiesz się w dalszym ciągu. Poprzód jeszcze muszę uzupełnić i poprawić niektóre wiadomości w poprzednich sprawozdaniach umieszczone, które wówczas uważałem za nieprawdopodobne, a które jednak okazały się teraz prawdziwymi. Skoro Shawmani dowiedział się, iż znajduje się w wulkanie, który by go mógł rozszarpać na drobne atomy, natychmiast poodsuwał zasuwki drżącą ręką.
Nagromadził tym sposobem tyle powietrza, aby mógł odchylić pokrywę pocisku i wyszedł. Nie! Mylę się. Wyskoczył, wyleciał z niego, zapominając nawet spuścić na powrót pokrywę. Zresztą było to już zbyteczne, bo Marsjanie, wymówiwszy ostatnie wyrazy, skonali równocześnie. Pomyśl sobie, jakie przerażenie w całym mieście wywołały słowa Szomaniego, skoro oznajmił, że w środku ich miasta znajduje się materia mogąca przy lada sposobności obrócić w perzynę wszystkie ich domy. Nikt odtąd nie chciał się zbliżyć nawet do szopy, w której przechowywano pocisk z Marsjanami. Wszyscy wybiegli z domów i rozłożyli się obozem za miastem, biadając i narzekając na los, który im takiego figla wypłatał, drżąc ze strachu, iż mogli przez miesiąc cały żyć w sąsiedztwie takiego potworu. Radzono gromadnie, co teraz z tym fantem począć. Zastanawiano się również, jak Marsjanie mogli przebywać wśród takiego niebezpieczeństwa, a znalazło się nawet kilku, co sądzili, iż Marsjanie chcieli tylko przerazić Szomaniego.
Temu ostatniemu przypuszczeniu sprzeciwiała się atoli okoliczność, iż Marsjanie nigdy nie mijali się z prawdą i nigdy nie żartowali. Jakże więc zabezpieczyli się od wybuchu tej materyi, skoro pocisk, przerzynając powietrze, musiał się ogrzać do bardzo wysokiej ciepłoty? Na to znaleziono by zapewne odpowiedź przy rozbieraniu pocisku, ale któż się obecnie odważy przystąpić do tej czynności? Tak obradowano. Zastanawiano się, rozprawiano pod gołym niebem, poza obrębem miasta, wśród rozgłośnego płaczu i krzyku kobiet i dzieci, skarg i narzekań mężczyzn. Nikt nie odważył się wejść do domów położonych w śródmieściu. Nawet major z aldermanami obradowali na polu. W końcu ogłoszono następujący wynik obrad. Ponieważ Marsjanie czuli się przez dwa miesiące bezpieczni w swym pocisku i nie okazywali żadnego przerażenia, ponieważ pocisk ten od miesiąca już przebywa w Bathurst i nic nie świadczy o grożącym niebezpieczeństwie, ponieważ nadto przypuścić można, iż Szomani albo nie słyszał, lub nie zrozumiał dobrze słów Marsjan, a ci znajdowali się w przedśmiertnej gorączce, przeto Rada Miasta postanawia, iżby mieszkańcy się uspokoili i zajęli na powrót swe mieszkania, z wyjątkiem kamienic w najbliższym sąsiedztwie pocisku się znajdujących, jako też samego gmachu magistratu. Natomiast magistrat zobowiązuje się przestrzegać ściśle, by nikt z ogniem nie zbliżył się ani do szopy, ani do pocisku i nadto postara się, aby na czas przebywania jeszcze Marsjan w mieście wybudowano jak najrychlej nową szopę poza miastem, dokąd pocisk się przeniesie.
Ogłoszenie tego wyniku obrad uspokoiło mieszkańców, zwłaszcza że magistrat istotnie przedsięwziął wszelkie środki ostrożności celem zabezpieczenia miasta od grożącego mu niebezpieczeństwa. Doniesiono o tym gubernatorowi w Sydney, który też zatwierdził przedsięwzięte środki, upominając jednak zarazem magistrat, aby w myśl zawartej umowy niezwłocznie przystąpił do wypompowania powietrza z pocisku celem zabezpieczenia zwłok od zepsucia. Mimo strachu rozrzedzono powietrze do możliwych granic, otoczono szopę silną strażą, a odwiedzających przestrzeżono przed używaniem ognia w pobliżu szopy. Przystąpiono też natychmiast do budowy szopy na polach poza obrębem miasta się rozciągających, dokąd też przeniesiono po dniach kilku pocisk wraz z Marsjanami, chociaż w tym celu musiano sprowadzać robotników z okolicy, bo tutejsi nie mieli odwagi przystąpić do tak niebezpiecznej roboty. Po dniach więc kilku nastał już spokój zupełny i nikt nie myślał nawet o jakimś fileterze, a coraz głośniej poczęto szydzić z Szomaniego. Stan ten spokojny trwał aż do dnia wczorajszego, w ciągu którego przybyli już delegaci Uniwersytetu Sydneyowskiego. Natłok do szopy był wczoraj przeogromny, bo wszyscy chcieli po raz ostatni obaczyć gości pozaziemskich. Zaledwie około ósmej wieczorem udało się wyprosić ciekawe tłumy i zamknąć szopę. W godzinę później cisza głęboka zaległa całą okolicę. Tylko z dala od miasta dolatywał gwar i hałas tłumów przybyłych ze wszystkich stron świata.
Wreszcie i miasto uspokoiło się powoli około północy. Na fermie Malczyckiego spoczywali już wszyscy oprócz mnie i samego gospodarza. Ja bowiem zbierałem i pakowałem rzeczy, a uprzejmy gospodarz zabawiał mnie rozmową. Już od pół godziny przeszło zauważyliśmy grzmoty i dalekie błyskawice, ale nie zwracaliśmy na to uwagi, gdy nagle szalony wicher wraz z gwałtowną ulewą począł wstrząsać drewnianym domem naszego rodaka. Przyznam się, iż mnie niepokój ogarnął, zwłaszcza gdy piorun po piorunie uderzał i sprawiał nieustanne prawie drżenie ziemi. Gospodarz mój, przywykły do takich burz podzwrotnikowych, śmiał się z mego przerażenia i starał się mnie uspokoić, co mu się też wkrótce udało. Rozmawialiśmy dalej swobodnie i już mieliśmy się udać na spoczynek, gdy nagle bliskie uderzenie piorunu, a chwilę później detonacja ogłuszająca, jakby naraz sto armat zagrało, przerwały nam w połowie wypowiedziane już słowa. Stanęliśmy jak wryci i po upływie dopiero dobrej minuty skoczyliśmy oba równocześnie do drzwi i wybiegli na podwórze. Tu zastaliśmy już zgromadzonych ludzi z fermy, oniemiałych ze strachu. Ze słowami: „To pocisk Marsjan!” popędził Malczycki naprzód ku miastu.
Za nim ja ruszyłem i parobcy. Ciemność głęboka otaczała nas zewsząd. Tylko krzyk, gwar, hałas dobywający się z miasta kierowały naszymi krokami. Biegłem już tak z kwadrans, nie widząc nic przed sobą, gdy nagle wpadłem w jakiś rów niezbyt głęboki. Podniosłem się natychmiast, by dalej biec za Malczyckim, ale dotkliwy ból w lewej nodze zmusił mnie do położenia się na mokrej ziemi, a wnet potem straciłem przytomność. Przebudziwszy się, obaczyłem siebie na łóżku w mym pokoiku na fermie dotąd zajmowanym. Wkrótce nadszedł Malczycki i opowiedział, jak wracając z miasta już o świcie znalazł mnie omdlałego na polu i kazał zanieść do domu. Opatrzył mą nogę i znalazł ją w kostce spuchniętą, co świadczy o wywichnięciu lub złamaniu. O wyjeździe dzisiaj nie można zatem myśleć nawet, gdyż lekarze zarządzą zapewne kilkutygodniowy spoczynek. Oto los, prawda?
Następnie oznajmił, iż piorun w nocy uderzył istotnie w szopę i zapewne w pocisk, co wcale nie jest nic nadzwyczajnego, gdyż szopa stała w czystym polu. Skutkiem atoli piorunu nastąpił wybuch filuteru, który rozszarpał na atomy zwłoki Marsjan, ich pocisk i to tak dalece, że najskrupulatniejsze poszukiwania przez tysiące ludzi w całym otoczeniu przedsiębrane nie odniosły żadnego skutku. Dotąd nie znaleziono nigdzie ani odrobiny z pocisku, ani kawałeczka z ciał Marsjan. Eksplozja strasznej materii rozdrobiła wszystko w pył drobniutki, a wicher rozniósł go na wsze strony świata. Prócz hałasu i krzyku wywołanego przybyciem Marsjan, prócz tysięcy arkuszy papieru zapisanego i zadrukowanego rozlicznemi sprawozdaniami i prócz mej nogi zbolałej, przykuwającej mnie na kilka tygodni do łóżka, nie pozostało z Marsjan nic. Ani ślad najdrobniejszy, który by świadczył o ich istnieniu na Ziemi. Gdyby nie te przedmioty wokoło przypominające mi co chwila, że się znajduję na fermie Malczyckiego w Bathurst, gdyby nie ból w nodze świadczący o nocnej wycieczce i upadku, miałbym wielką ochotę uważać cały ten wypadek z Marsjanami za bajkę lub fantazję wyległą w mej rozgorączkowanej mózgownicy. Pal licho Marsjan z ich pociskiem razem. Ja tu leżeć muszę, a tam mój okręt ukochany pruje bezdenne tonie oceanu i unosi szczęśliwych do ojczyzny. Bądź zdrów.
Kłaniam ci się. Twój W. Koniec. Władysław Szaperew. Goście z Marsa. Czyta Rafał Ada.
[03:23:48] - Cóż, proszę państwa, trzeba wypełniać obietnice. Tak się to teraz złożyło, że podwajamy w dzisiejszym odcinku rozmaite audycje. Teraz czas na podwojenie recenzarium Ewiwy. Tak, kolejny odcinek recenzarium Ewiwy. Teraz książka już nie dla dzieci. Książka zatytułowana „Rozkład i rozkosz”.
[03:24:21] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Czy znacie państwo taki schemat: straszliwa wojna, rzeź, zgliszcza, niezidentyfikowani wojownicy, którzy wszystkich mordują oraz jedna osoba, która cudem ocalała. Dziecko. Chłopiec, który oczywiście musi zostać mścicielem, wybrańcem mocy. Mieliśmy to w wielu książkach i w filmach, nawet w Gwiezdnych wojnach. Trzeba powiedzieć, że w tej chwili w zasadzie nie ma tematu, który w fantasy nie zostałby już zmiędlony przez kilkunastu albo kilkudziesięciu autorów. Trzeba więc po prostu brać co jest i nadać temu własny kształt. Innego wyjścia, bo już nic nowego się w fantasy nie wymyśli. Dlatego też pisarz chce czy nie chce, musi operować pewnymi schematami. Zostaje tylko pytanie, jak mu to wyszło?
I właśnie na to pytanie trzeba sobie odpowiedzieć, kiedy się bierze po raz pierwszy do ręki nową książkę. Trzeba przyznać, że współczesna fantasy wcale nie budzi we mnie entuzjazmu. Wręcz przeciwnie. Za dużo tam jest brutalności, za dużo leje się krwi i za wiele seksu dookoła. Po prostu jedno z drugim stanowi niestrawną papkę, która jednak ma swoich zwolenników. W związku z tym najlepiej sprzedają się te książki, które dosłownie ociekają i krwią i seksem. Spodziewałam się czegoś właśnie na kształt takiej papki, kiedy wzięłam do ręki „Rozkład i rozkosz” Henryka Tura. Jest to książka z gatunku, którego nie lubię. Właśnie takiej bitewnej fantasy. Jednak muszę przyznać, że zaciekawiła mnie.
Wydaje mi się, że nie tyle temat wzbudził moje zainteresowanie, co raczej sposób, w jaki pisze autor. Albowiem czytając, zagłębiając się w stworzony przez niego świat, nagle zorientowałam się, że zaciekawił mnie. A tego się zupełnie nie spodziewałam. O czym więc jest ta książka? Klemens Kreiler jako jedyny ocalał z rzezi swojej wioski. Niezidentyfikowani wojownicy zabili wszystkich, łącznie z jego rodziną i puścili wieś z dymem. Chłopiec ocalał, jednak jeden z wojowników rzucił na niego klątwę. Klemens dobrze zapamiętał każde słowo. Jednak nikt ze spotykanych później ludzi nie umiał mu wytłumaczyć, co właściwie znaczy owa klątwa. Dorastając chłop-Chłopiec postanowił, że zostanie łowcą nagród.
Jest to zajęcie niezbyt bezpieczne, ale dochodowe i pozwalające włóczyć się od miasta do miasta w poszukiwaniu odpowiedzi na swoje pytania. Tak też robi. Któregoś dnia zdarza się tak, że baron Necke proponuje mu, żeby sprowadził do miasta zbiegłą z lochów więziennych nekromantkę Dagmarę Leibniz, która ma być wyjątkowo niebezpieczną osobą. Klemens podejmuje się tego zadania, nie przypuszczając, że przyjdzie mu się zmierzyć zarówno z akolitami odrażającego kultu Pani Rozkładu, jak i z wyznawczynią Pana Rozkoszy, która sprawianie sobie przyjemności pojmuje w sposób tak spotworniały, że ludzki rozum tego nie ogarnia. Właśnie u niej znalazła schronienie zbiegła nekromantka, która w walce, jaką przyjdzie stoczyć Klemensowi, jest najmniej niebezpiecznym przeciwnikiem. Henryk Tur ma doskonałe pióro, lekkie i zgrabne. Chociaż tematyka, którą obrał, należy do tych, których nie lubię, to jednak zdołał mnie zainteresować swoją powieścią, a to już znaczy bardzo wiele. Jego bohater przypomina tak jakby skrzyżowanie Wiedźmina z Lucky Lukiem. Ma swojego wiernego konia i nic właściwie poza tym. Jest nieustraszony, obdarzony swego rodzaju mocą i ma swoje przeznaczenie, które rozciąga nad nim skrzydła.
Znajduje się w kraju, w którym mamy full różnej maści kapłanów, mnóstwo dziwnych kultur oraz sekty takie właśnie jak czciciele Pani Rozkładu, które usiłują doprowadzić do rozkładu wszystko dookoła. Wychodząc z założenia, że i tak wcześniej czy później to każdego czeka, więc po co zwlekać? Odrobinę przypomina mi ta książka powieści Terry'ego Goodkinda, przy czym czyta się ją znacznie lepiej, ponieważ Terry Goodkind, zresztą w mojej opinii tak samo jak George Martin, jest nudny. O ile Terry'ego Goodkinda jeszcze dałam radę przeczytać, o tyle George'a Martina w ogóle nie, bo jest nudny, rozwlekły i bezsensowny. Henryk Tur, chociaż tworzy w podobny sposób, charakteryzuje się jednak brakiem czegoś, co nazwałabym laniem wody. Jego powieść jest odpowiednio zwięzła na to, żeby człowiek nie miał czasu się nudzić. Nie jest przegadana, nie ma w niej przydługich opisów, tylko to, co powinno być. Bardzo mi się to podoba. Myślę, że głównym grzechem, jeśli można tak powiedzieć, tego autora jest fakt, że w odróżnieniu od tych, których wymieniłam, nie stoi za nim wielkie wydawnictwo pakujące miliony w reklamę. A w tej chwili reklama jest właściwie wszystkim.
Jeżeli tabloidy, internet i telewizja wmówią ludziom, że coś jest genialne, jest arcydziełem, to choćby to była kupa shitu, ludzie w to uwierzą i będzie schodzić milionowy nakład. Tak już jest, nic na to się nie poradzi. Tak jak powiedziałam, Henryk Tur ma nie mniejszy talent, równie dobre pióro, a według mnie pisze lepiej. W tym momencie niejeden się zaśmieje, a niejeden wręcz oburzy, jak ja śmiem dokonywać takich porównań. Pisarz z małego polskiego wydawnictwa, o którym prawie nikt nie wie oraz wielkie tuzy literatury. Tak tylko, że te wielkie tuzy zostały nadmuchane przez propagandę sukcesu i przez reklamę. Gdyby to, co napisał Goodkind albo to, co napisał Martin, stworzył jakiś nikomu nieznany pisarzyna z Polski, nie zwróciłby na to uwagi pies z kulawą nogą. Dlatego pozwalam sobie zachęcić państwa do zapoznania się nie tylko z „Rozkładem i rozkoszą”, ale w ogóle z pisarstwem Henryka Tura i niesugerowanie się tym, że daje on w jakichś ogromnych wydawnictwach, które stać na pakowanie milionów w reklamę, że nikt za nim nie stoi. Ponieważ dla merytorycznej wartości dzieła nie ma to znaczenia. Ma znaczenie dla czytelników, niestety.
Ale tak jak powiedziałam, próbujcie jego książkę przeczytać tak, jakbyście czytali bardzo poczytnego zachodniego pisarza. Tylko dla niepoznaki przybrał polskie imię i nazwisko. Zobaczymy, jak wyjdzie wam ten eksperyment. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:31:54] - Obiecałem zdublowanie bez tajemnic. To właśnie słowo staje się ciałem. Dublujemy. To teraz odcinek zatytułowany: Podświadomość u duchów.
[03:32:18] - Jeden z czytelników Gazety Spirytystycznej zadał mi pytanie drogą mailową dotyczące podświadomości u duchów. Nasz czytelnik zasugerował się tym, iż mózg człowieka zapamiętuje tylko pewną ilość informacji. Te najważniejsze, które wydają się najbardziej potrzebne, a także funkcjonuje na zasadzie schematów, uproszczeń i stereotypów. Stereotypy po to, aby człowiek mógł szybko odnaleźć się w terenie, którego nie zna. Także uproszczone schematy. Jeżeli na przykład obserwujemy półksiężyc, od razu automatycznie dostrzegamy w nim koło, chociaż tego koła tak naprawdę nie ma. Jest kształt kulisty, ale nie ma koła. Tak samo, jeżeli na przykład obserwujemy kwadrat, gdzie wszystkie cztery rogi będą zamazane Również zobaczymy w tym układzie linii kwadrat, chociaż tego kwadratu de facto nie będzie. W ten sposób działa mózg. Upraszcza po to, aby łatwiej nam było zapamiętać niektóre elementy, sytuacje, twarze, generalnie całe otoczenie.
Jak to wygląda u ducha? Duchy nie mają organów takich, jakie znajdują się w naszych ciałach biologicznych, ale jest coś takiego jak dusza, która jest tym najważniejszym elementem centralnym. Dusza to jest ten element u ducha, który przechowuje świadomość. Tak naprawdę należałoby powiedzieć, że każdy z nas jest duszą, że to nasza dusza widzi, to nasza dusza czuje i to nasza dusza dopiero posiada ciało duchowe, a także ciało biologiczne. My jesteśmy duszą, która posiada kolejne elementy, a nie na odwrót. To w duszy zapisywane są wszystkie informacje, które duch zbiera w trakcie swojego życia i tego cielesnego, materialnego tutaj na ziemi, a także tego w zaświatach, w świecie niewidzialnym. Skoro ta podświadomość u ducha istnieje, co jest faktem, jest coś takiego jak podświadomość u ducha, to znaczy, że duch nie ma możliwości sięgnięcia po te wszystkie informacje, które zostają gdzieś w duszy zapisane. O co chodzi? W zależności od rozwoju ducha, w zależności od stanu jego czyszczenia, duch może mieć, obrazowo to ujmę, może mieć lepszą lub gorszą pamięć, chociaż tak naprawdę wszystkie te informacje gdzieś zostają zapisane. Duch wcielony, duch inkarnujący się jest ograniczany przez ciało biologiczne.
Ten duch nie jest w stanie wykorzystywać wszystkich swoich możliwości. I tak samo jest później, w momencie, kiedy duch odinkarnuje się, w momencie kiedy opuści swoje ciało biologiczne i przejdzie w zaświaty. Tak samo dusza jest w pewnym sensie ograniczona przez ciało duchowe. To ciało duchowe zmienia się w zależności od tego, w jakim świecie akurat duch się znajduje. Mamy tutaj też do czynienia z oczyszczeniem duszy. Czym bardziej dusza w trakcie kolejnych inkarnacji oczyszczy się, tym będzie miała, ja to cały czas obrazowo staram się ujmować, lepszy dostęp do tych zapisanych gdzieś informacji. Z przekazów spirytystycznych wiemy, że duchy wysoko rozwinięte mają lepszą pamięć, a duchy nisko rozwinięte siłą rzeczy mają tę pamięć bardziej osłabioną. Mamy tutaj także element, który dotyczy, nie wiem, jak to ująć, prawa karmy. Każdemu człowiekowi po jego śmierci, każdemu duchowi zostaje odsłonięte to, czego akurat w tym momencie potrzebuje. Samobójca na przykład może nie być w stanie przypomnieć sobie tego, co działo się jakiś czas przed samobójstwem, przed zakończeniem życia.
Człowiek, który był zły, albo człowiek, który był notorycznym palaczem, albo ktoś, kto prowadził jakiś żywot, który był daleki od żywota świętych, że tak powiem, także może zaraz po śmierci znajdować się w stanie, w którym będzie miał możliwość tylko przerabiania tych najważniejszych informacji, które są mu potrzebne, najważniejszych doświadczeń, doznań, które są mu potrzebne do tego, aby poczynić krok naprzód we własnym rozwoju. Taka osoba po śmierci, dajmy na to człowiek, który zamordował kogoś, na przykład zastrzelił kogoś, po swojej śmierci może być uwiązany do miejsca, w którym dokonał zbrodni przez jakiś czas. I on może cały czas tę zbrodnię od nowa przeżywać i przeżywać w kółko, dopóki coś w jego psychice się nie zmieni. Inne duchy mogą być na przykład uwięzione też w jakimś pomieszczeniu albo w jakimś otoczeniu mniej lub bardziej sprecyzowanym. Na przykład ktoś może cały czas błądzić we mgle i może się cały czas zastanawiać, co się z nim stało, co się z nim dzieje. Podczas gdy na przykład duchy wyżej rozwinięte, wysoko rozwinięte duchy, które prowadziły życie na Ziemi bardziej szlachetne, które były bardziej uduchowione i tak dalej, nawet po swojej śmierci są w stanie zajrzeć, jak w cudzysłowie, w szereg swoich wcześniejszych inkarnacji. Taki duch jest w stanie powiedzieć na przykład, co robił kilka wcieleń wcześniej, pięć wcieleń wcześniej albo i więcej. To też trudno jest w tym momencie jednoznacznie określić. Po co duchom ta podświadomość? W jaki sposób to funkcjonuje?
Można to porównać nawet do sytuacji człowieka. Człowiek nie pamięta wszystkich elementów swojego życia, każdego szczegółu. Wie, gdzie w życiu coś robił, ale mimo wszystko całe jego doświadczenie składa się na jego osobowość. Ja nie wiem, co robiłem 5 marca 1985 roku, ale z całą pewnością zdarzenia, które miały miejsce w moim życiu w tamtym okresie, w jakiś sposób wpływają na to, kim jestem dzisiaj. Jak widać duchy, nawet te, które nie są w stanie przypomnieć sobie kilku chwil przed śmiercią, które nie pamiętają całego swojego ostatniego żywota, jednak gdzieś tam z tyłu mają te informacje z tego swojego żywota zapisane. Ponieważ to doświadczenie, które one zdobyły w trakcie życia, nie może się zatracić. W innym przypadku to życie byłoby kompletnie bez sensu. A jak wiadomo, nawet jeżeli człowiek w trakcie swojego biologicznego, swojego ziemskiego żywota, jeżeli obiera sobie najbardziej łatwą drogę, która najmniej sprzyja jego rozwojowi, to jednak to też jest jakiś sposób rozwoju. To też zawsze jest jakiś kolejny krok w ewolucji, nawet jeżeli te kroki są bardzo małe. Więc ta podświadomość gdzieś tam istnieje i ta podświadomość duchów wpływa na to, jakimi są istotami.
Czy są dobre, czy są złe, czy są bardziej lub mniej pomocne i tak dalej. Jak to później wygląda? To też jednoznacznie trudno jest określić, ale skoro u duchów, których rozwój jest przybliżony do naszego ziemskiego poziomu, ta pamięć jest lepsza lub gorsza, możemy sobie wyobrazić, że u tych duchów naprawdę bardzo rozwiniętych ta pamięć jest jeszcze bardziej doskonała. Jak daleko te duchy mogą sięgnąć swoją pamięcią w te swoje początkowe fazy istnienia? Tego nie potrafię powiedzieć, ale wydaje mi się, że ta pamięć może mieć jakieś swoje ograniczenia, ponieważ nie wiem, czy dla ducha tak już wysoce rozwiniętego miałyby jakąś wartość informacje, które uzyskał gdzieś tam na samym początku swojego istnienia. Nie wiem, czy miałoby to jakieś znaczenie. Może ma, może nie ma. W każdym razie podświadomość u duchów istnieje i taka jest moja odpowiedź na pytanie, które zadał mi nasz czytelnik. Dziękuję.
[03:42:05] - No i proszę państwa, czas na to, co niektórzy bardzo lubią, a niektórzy bardzo nie lubią, bo napisaliby lepiej. Notabene zapraszam, jeśli ktoś ma opowiadanie, które powinno, przynajmniej jego zdaniem, zasilić audycję „Bibliotekarium 2.0”, może nawet być poddane ocenie mojej nieskromnej osoby, a w każdym razie być zaprezentowane to opowiadanie, to zapraszam. Wystarczy przesłać na adres czy to Radia Paranormalium, czy adres „Bibliotekarium”. Nie ma żadnego problemu. Czekam na tego rodzaju przesyłki. A to, co mówię, to jest widomy znak tego, że za chwilę pojawi się na antenie „Archiwum ABW”. Tak, „Archiwum ABW”, czyli audycji, która już właściwie nie istnieje, ale cały czas jest dostępna w archiwum Radia Paranormalium. Można sobie wyguglać, można sobie wyszperać na samej stronie w podcastach, czyli szukamy ABW: Antologia, Bibliotekarium, Warsztaty. Dzisiaj dosyć długi kawałek, ale proszę państwa, z pewnym rarytasem. Dzisiaj w tej składance opowiadań pojawi się tekst Wiktora Żwikiewicza.
Tekst już liczący sobie sporo lat, ale jednak cały czas frapujący i tekst, który dostarcza sporo emocji. O nim zresztą wiele osób wypowiadało się, że to taki rodzaj próbki Wiktora Żwikiewicza, wyobrażenia sobie świata wirtualnego, kiedy na początku lat 70. niewielu pisarzy, niewielu badaczy, niewielu filozofów nawet o świecie wirtualnym myślało. Ten tekst to oczywiście „Wołanie na Mlecznej Drodze”. A tym wszystkim, którzy teraz zaprotestowali, że przecież był Stanisław Lem i on już w latach 60. o wirtualu myślał bardzo intensywnie, rację przyznaję, oczywiście. No to Wiktor Żwikiewicz był drugi. To żarcik był oczywiście. Zapraszam państwa na „Archiwum ABW”.
[03:44:30] - Robert Zawadzki: „Wydaje mi się”. „Wydaje mi się, że wyglądam gorzej. Stała tyłem do mnie, a przodem do lustra. Dzięki odbiciu mogłem podziwiać całość jej perfekcyjnej figury. Na pewno nie widzisz różnicy, Misiu? Wstałem z łóżka i przytuliłem ją od tyłu z pobłażliwym uśmiechem, który mogłem obserwować w lustrzanej tafli. Jesteś moją ślicznotką i z dnia na dzień tylko piękniejesz. Pocałowałem ją w szyję. Nie wydaje mi się. Zwiesiła głowę.
Jej dłonie cały czas krążyły po podbrzuszu w poszukiwaniu niedoskonałości. Jesteś pewien, że nic się nie zmieniło? Byliśmy po seksie i leżałem wtulony w jej krągłe piersi. Pytanie pojawiło się niespodziewanie i minęło kilka chwil niezręcznej ciszy, zanim zrozumiałem, co dokładnie ma na myśli. Jestem całkowicie, absolutnie, definitywnie, niepodważalnie pewien. Ani ton mojego głosu, ani buziak za uchem nie rozśmieszył jej tak jak zwykle. Wiesz, wydaje mi się, że to przez to, że ostatnio za dużo czasu spędzam w domu. Powinnam więcej wychodzić, oddychać świeżym powietrzem, ruszać się. Spokojnie odpowiedziałem, że więcej ruchu na pewno jej nie zaszkodzi. Od kiedy straciła pracę, faktycznie siedziała w domu dłużej niż zwykle, ale to jeszcze nie usprawiedliwiało tych chorobliwych kompleksów, których nabawiła się z dnia na dzień.
To było tak irracjonalne, że kiedy próbowała mi wytłumaczyć, co naprawdę budzi jej niezadowolenie, nie potrafiła nawet wyraźnie opisać tego niepokojącego ją defektu, którego ja nie dostrzegałem. „Za bardzo się tym przejmujesz, Myszko. Przestań o tym myśleć, ciągle dotykać i przeglądać się w lustrze. Za parę dni sprawdzisz i zobaczysz, że nic tam nie ma.” Powoli zasypiałem, ale cały czas czułem, jak niespokojnie wierci się pod moim ramieniem. Rano nie zastałem jej w łóżku. Zdziwiło mnie to, ale po zejściu na parter zobaczyłem zapalone światło w łazience i usłyszałem płynącą wodę. Uznałem więc, że wszystko jest w najlepszym porządku. Poszedłem do sklepu, zamieniłem parę słów ze sprzedawcą i wyszedłem z reklamówką pieczywa i gazetą pod pachą. W domu przygotowałem sobie śniadanie i rozsiadłem się w salonie. Zjadłem kanapki i przeczytałem parę stron dziennika, a potem włączyłem telewizor.
Leciał akurat jakiś stary akcyjniak z Seagalem. Nie zaczął się dawno, więc stwierdziłem, że spokojnie mogę oglądać. Tym bardziej, że nie spodziewałem się zawiłej konstrukcji fabularnej. Nie zawiodłem się. Film był lekki i niewymagający. W sam raz na niedzielny poranek. Minęło pół godziny, kiedy pojawiły się pierwsze reklamy. W samą porę. Musiałem opróżnić pęcherz. Nieprzyjemne myśli zaczęły powstawać w mojej głowie, kiedy już w korytarzu ponownie usłyszałem szum odkręconej wody.
Szybkim krokiem ruszyłem do drzwi łazienki i otworzyłem je. Siedziała w wannie. Mimo obfitej piany widziałem wyraźnie łuszczącą się skórę, małe i większe ranki oraz otarcia zdobiące jej ciało niczym wyjątkowo silna wysypka. Woda w wannie była czerwona od krwi. Słysząc otwierane drzwi, odwróciła się w moją stronę. Miała łzy w oczach. „To nie chce zejść. Wygląda jak brud, ale nie chce zejść. Pomóż mi się tego pozbyć.” Stałem jak skamieniały, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. Powtórzyła swoją prośbę jeszcze raz, a potem kolejny.
Cały czas nie przestawała trzeć okaleczonej skóry szorstką gąbką. „To się musi skończyć.” Nie hamowałem nerwów. Wiedziałem, że boi się mnie w gniewie. Chciałem to wykorzystać, wpłynąć na nią i zatrzymać ten obłęd. Siedziała skulona na łóżku. Nie odzywała się. Nie patrzyła nawet w moją stronę. Kiedy zrezygnowany zbliżyłem się do niej, podniosła oczy i spojrzała na mnie zrozpaczonym wzrokiem. „Jak możesz tego nie widzieć? Całe ręce, całe nogi, brzuch.
To jest obrzydliwe. Jak możesz nie widzieć? To chyba jakaś choroba. Może powinnam iść do lekarza. Lekarz na pewno to zobaczy.” Miałem ochotę krzyczeć i płakać jednocześnie, ale stałem tylko i patrzyłem na nią w osłupieniu. Ciągle się poruszała. Wodziła ręką po podbrzuszu, wyciągała przed siebie kończyny i badała je po kolei. Sprawdzała wzrokiem i dotykiem, mimo że każdy nacisk na zaczerwienione, obdarte z wierzchniej warstwy skóry ręce i nogi musiał sprawiać jej niewyobrażalny ból. Nie histeryzowała już jak wcześniej, ale jej stan psychiczny wcale się nie poprawił. Wtedy zdecydowałem.
Chociaż z początku chciałem tego uniknąć, teraz wiedziałem, że muszę zadzwonić po lekarza. Obszedłem łóżko i dotarłem do stolika, gdzie leżała moja komórka. Sięgnąłem po telefon, a jej dłoń drapieżnie chwyciła za mój nadgarstek. Palce zacisnęły się pewnie. Uścisk był znacznie silniejszy niż zwykle. „Przepraszam, że tak wyglądam, kochanie. Wybaczysz mi?” – powiedziała swoim słodkim głosem. – „Wstydzę się tego przed tobą. Muszę się tego pozbyć. Może powinnam umyć się jeszcze raz.
Po tej kąpieli rano chyba trochę zeszło z nóg. Może jeśli poszoruję jeszcze trochę, to całe uda będą z powrotem zwyczajne.” Osunąłem się na podłogę, oparłem plecy o ścianę i schowałem twarz w dłoniach. Płakałem. Nie potrafię wytłumaczyć, czemu w końcu nie zadzwoniłem po lekarza. Chyba nie chciałem upokarzać jej jeszcze bardziej. Widziałem, jak każde spojrzenie sprawia jej ból. Starałem się uniknąć dłuższego lustrowania jej wzrokiem, nawet powodowanego troską o jej bezpieczeństwo. Szybko jednak okazało się, że wywołało to skutek zupełnie odwrotny niż ten, na którym mi zależało. Uznała, że wzbudza we mnie odrazę. Zaczęła zachowywać się jak wystraszone dziecko.
Na mój widok chowała się za meblami albo pod kołdrą. Wziąłem wolne w pracy. Siedziałem cały czas przy niej, bojąc się, jakie irracjonalne myśli nawiedzają jej umysł i do czego może się posunąć bez mojej opieki. Chodziłem z nią nawet do łazienki. Mogło to uwłaczać jej godności, ale nie chciałem ryzykować, że ponownie zrobi sobie krzywdę. Rany na jej ciele goiły się dziwnie powoli. Prawdopodobnie drapała je i pocierała, kiedy akurat nie patrzyłem. Nie wiem, czy skłaniało ją do tego swędzenie, czy obsesja, która z czasem ogarniała ją coraz bardziej. Tłumaczenia nie odnosiły żadnego skutku, a próby uspokajania prowokowały tylko gwałtowniejsze wybuchy. Dlatego przestałem tłumaczyć i uspokajać.
Z czasem oddaliliśmy się na tyle, że codzienne pytania o to, jak się czuję, zaczęły wydawać mi się sztuczne i nie na miejscu. Nigdy nie otrzymywałem też żadnych odpowiedzi. W końcu przestałem pytać. Najbliższa mi osoba we wszechświecie teraz z dnia na dzień stawała się coraz bardziej odległa. Wspomnienia jej zwyczajnego zachowania i głosu bledły we mnie, aby w końcu zniknąć zupełnie. Zastąpiło je codzienne szaleństwo, nieustający krzyk, wrzask i płacz nienależące już do nikogo. Zdepersonalizowany koncert obłędu. W tej kakofonii nie było żadnych muzyków, jedynie autonomiczne emocje. Nie wywoływał ich już żaden wewnętrzny czynnik. Po prostu zaczęły funkcjonować samoistnie, niezależnie od nas.
Rozpacz stała się swoim własnym prowodyrem, trzecią osobą dramatu. Sprowadzała ze sobą bezsilność, której żadne z nas nie mogło przemóc i cierpienie, które w żaden sposób nie mogło zostać ukojone. Spajał je ślepy gniew. Napędzały się i zaogniały nawzajem. Wnikały i przepełniały nasze wnętrza, z których pierwotnie wydawały się pochodzić. Jeśli tak było, to wykorzystywały nasze lęki i problemy, aby się uwolnić. I teraz, niezależnie od niczyjej woli, zdobyły władzę nad naszym życiem. Stały się panami własnych stworzycieli, bezpostaciowymi rządcami naszej codzienności. A może raczej ich codzienności, bo my już dawno przestaliśmy się liczyć. W tym pierwotnym, bezosobowym obłędzie zostaliśmy zepchnięci i przytłoczeni.
Wszystko rozgrywało się obok i pomimo nas. Świadomi własnej niemocy kryliśmy się przed emocjami, które zajęły nasze miejsce, chowając jak najgłębiej te resztki siebie, które jeszcze nie zostały wchłonięte przez otaczający nas chaos. Nic nie wskazywało na to, żeby nasza gehenna miała się zakończyć. Powoli brakowało mi sił. Był środek nocy, a ja wpatrywałem się w jej nieruchome ciało. Pogrążona we śnie wydawała się taka spokojna. Ten widok odrealniał koszmar ostatnich wydarzeń. Degradował go do rangi złego snu, odległego wspomnienia. Bardzo pragnąłem, żeby zostało tak jak najdłużej. Pogładziłem ręką śnieżnobiały policzek.
Jej błogie oblicze nie nosiło znamion żadnych trosk. Stanowiło obraz szczęścia i beztroski. Tylko tego dla niej chciałem. Wytchnienia od wszelkich zmartwień. Patrząc na przymknięte powieki, w końcu zrozumiałem, jak mogę jej pomóc wyzwolić nas oboje. Przemysław Cichoń „Tam i z powrotem”. Jak co dzień rano wylazłem spod kołdry, namacałem stopami klapki i poszedłem się odlać. Na dworze było może 15 stopni. Wyszedłem w samych gaciach. Zawsze rano odlewam się na Mańkowe porzeczki.
Rosną zaraz za płotem. Cóż, Maniek nie jest zbyt bystry, ale może to i dobrze. W końcu walę go w rogi od kilku lat, a on się nawet nie domyśla. To jak naszczam mu pod porzeczki, to chyba też się nie zorientuje. Nie to, żebym go nie lubił. Do kibla mam daleko, a nogi już nie te co kiedyś. Co do reszty to jeszcze działa i dlatego od czasu do czasu bzykam jego Zenię, jak on w robocie bąki spija. Stróżem nocnym jest. Zenia jeszcze całkiem, całkiem kobitka i potrzeby ma. A Maniek wróci rano z roboty pod sklepem browara wypije, uwali się do wyra i gnije do południa, a kobita obiad ugotuje, chałupę sprzątnie, pranie zrobi, to też jej się coś od życia należy, no nie?
No ale leję ja sobie na te porzeczki, a tu nagle słyszę, jak Zenia strasznie na kogoś pomstuje. Myślę sobie może to znowu Ciechoji, ale tak z samego rana? No chyba nie na Mańka. Ten już smacznie chrapie od godziny. Skończyłem, schowałem i zapierniczam naokoło, żeby zobaczyć co się tam u Mańków wyrabia. Jeszcze z pięć lat temu to pewnie bym przez płot przeskoczył, ale już mówiłem, nogi nie te co kiedyś, więc zziajany wpadam ja na Mańkowe podwórko. Patrzę, a tu Zenię jakieś kurduple do takiego helikoptera bez śmigła pakują. Już miałem jej ruszyć na ratunek, kiedy jeden z nich wymierzył we mnie z obrzyna. Właściwie to była jakaś taka dziwna strzelba. Wolałem go nie prowokować.
Było ich pięciu i wszyscy byli ubrani na biało, w takie kombinezony. Prawie jak te babki, co to przy krewetkach robią u Goldsteina. Twarze też mieli dziwne, jakieś skośnookie i blade. Chińczyki! Pomyślałem w pierwszej chwili. Ale po jakiego grzyba Chińczykom Mańkowa Zenia? Ufoki. Dotarło do mnie po chwili. No tak, to na pewno ufoki. I ten helikopter też był jakiś dziwny.
Gdy tak rozmyślałem, a trwało to kilkadziesiąt sekund, ufoki zapakowały Zenię do środka i fruu. Odlecieli, zostawiając po sobie tylko tuman kurzu. I wtedy właśnie w drzwiach do chałupy pojawił się Marian. Pięściami przetarł oczy, przeciągnął się, splunął treściwie pod nogi i spytał, widząc mnie na środku podwórka: Kaj ty ciulu liżiesz do jasnej Anielki to po nagu szukosz guza na moim placu? Bo zapomniałem wam powiedzieć, że Marian to Ślązak jest. Przyjechał tu jakieś 10 lat temu z kobitą i synem, ale syn stąd uciekł po roku. Do miasta wyjechał i od tamtej pory się nie pokazał. A Marian nie jest zły człowiek, tylko cholernie wyrywny, a przy tym kawał chłopa. A jak jeszcze wypije, to lepiej mu w drogę nie wchodzić. Starej mojej nie widziałeś?
Nikaj ty gizdy nieumiaznolyść. Widziałem – odpowiedziałem niepewnie. – Przed chwilą się zabrała na stopa z jakimiś ufokami. Maniek spojrzał na mnie badawczo, zmierzył wzrokiem od stóp do głów i odparł: Tyś chyba ociulał albo się z ciulem na głowy pomieniał. Nie chlej już tej gorzoły od ruskich. Rozejrzałem się dookoła. Rzeczywiście byłem sam. Stałem jak słup soli w samych gaciach i pewnie miałem nietęgą minę. Postanowiłem darować sobie tłumaczenie Marianowi całego zajścia, bo sam zaczynałem wątpić, czy naprawdę to widziałem. Żartowałem.
Nie wiem, gdzie jest twoja żona. Przyszedłem pożyczyć... Tu się zawahałem, bo to Maniek zawsze wszystko ode mnie pożyczał. Tego słapca na gołębie, co to go nie używasz – wybrnąłem. Po kiego ci ten pieroński słapiec? Gołębie będziesz trzymał? Nie. Jakaś kuna chyba u mnie grasuje po strychu. Zastawię pułapkę, może się złapie. Kiera ci potrzeba, to bierz se chłopek ze szranku.
Jo ida spać. A jakbyś widział kajś moja staro, to do chałupy mo wracać. Odwrócił się na pięcie i zniknął wewnątrz, po czym trzasnęły drzwi i tyle go widziałem. Wróciłem do domu, usiadłem przy stole i zacząłem myśleć. Jednak już po chwili wiedziałem, że niczego nie wymyślę. Trzeba się napić. Nalałem sobie jednego, potem drugiego, a potem jeszcze jednego i jeszcze. Obudziłem się następnego dnia. Namacałem stopami klapki i już miałem iść się odlać na Mańkowe porzeczki, kiedy potknąłem się na flaszce leżącej na podłodze. Wywinąłem takiego potrójnego telupa w kombinacji z podwójnym ritbergerem, że sam Pluszczenko by się nie powstydził, a wszystko zakończyłem wspaniałym axlem, po czym runąłem na podłogę.
Dodam, że nigdy nie miałem na nogach łyżew. W tym momencie także. Było bardzo jasno. Nie mogłem otworzyć oczu, bo jak tylko uchyliłem powieki, światło wbijało mi się w źrenice jak milion małych, ostrych igiełek. Było cicho, chociaż z oddali jakby słychać było jakąś miłą dla ucha muzykę. Co to, do jasnej cholery? – pomyślałem. I to chyba była zła myśl. Piekący ból przeszył mi czaszkę. Boże, za co?
– znów pomyślałem. Teraz jakby ból troszkę ustał. Gdzie ja jestem? W poczekalni, że tak powiem. Usłyszałem wyraźny męski głos. Jego ton był spokojny, a barwa miła dla ucha. Tylko jego pochodzenie nie było zupełnie oczywiste. Czy dochodził z zewnątrz, czy raczej rozbrzmiewał tylko w mojej głowie? Jesteś w obozie przejściowym. Za chwilę będziesz mógł otworzyć oczy.
Niestety mamy pewne problemy techniczne i nie zdążyliśmy jeszcze wygenerować dla ciebie subrzeczywistości. Musisz nam wybaczyć. Mieliśmy ciężki okres. Trzy katastrofy lotnicze, zatonięcie promu i trzęsienie ziemi. Zresztą mamy braki kadrowe. Nie pozbieraliśmy się jeszcze po World Trade Center. Czy ja nie żyję? – spytałem nieśmiało. Przecież mówię, że jesteś w obozie przejściowym. Zaraz moja asystentka wszystko ci wyjaśni.
Musisz nam wybaczyć. Straszny młyn dziś mamy. Możesz już otworzyć oczy. Otworzyłem. Znajdowałem się w przestronnym, dość dobrze oświetlonym holu. Mościłem się w wygodnym fotelu, a naprzeciwko mnie siedziała cudna blondynka o olbrzymich niebieskich oczach. Jej boskie, pełne i czerwone usta uśmiechnęły się do mnie, a w policzkach robiły się jej takie przeurocze dołeczki. Witamy w obozie przejściowym. Jest pan zakwalifikowany do sekcji fioletowej A43. Pański identyfikator.
Wyciągnęła do mnie szczupłą dłoń, której palce obejmowały czule kawałek plastiku wielkości karty kredytowej. Delikatnie, dwoma palcami wyjąłem przedmiot z jej kruchej dłoni. Prawdopodobny czas na rozpatrzenie sprawy to... Spojrzała na srebrny zegarek na misternie wykonanej bransoletce, delikatnie opinającej jej filingranowy nadgarstek. Jakieś 72 godziny. Ale czy ja nie żyję? – próbowałem się w końcu czegoś dowiedzieć. I tak, i nie. Jest pan w obozie przejściowym. Decyzja w pańskiej sprawie zapadnie w ciągu 72 godzin.
Mam nadzieję – dodała. Jaka decyzja? Decyzja w sprawie A43. No czy na górę, czy na dół, czy może z powrotem. Hi hi. – Zachichotała uroczo. Żart taki. Przepraszam. Jestem przepracowana. Ale ja nie chcę.
Wiem, wiem – przerwała mi. Nikt nie chce. Ale takie procedury. Nic nie poradzę. To znaczy, że mogę wrócić? Owszem, jeśli on tak zadecyduje. A teraz muszę lecieć. Mam jeszcze trzech nowych. Wypadek komunikacyjny. Powiedz chociaż, jak masz na imię?
– rzuciłem jeszcze w jej kierunku. Angel. Oczywiście, że Angel. Zrobiła w moim kierunku jeszcze zdawkowy gest dłonią, coś à la pa pa i odeszła, kołysząc biodrami, jakby płynęła w powietrzu, a nie stąpała po ziemi. Rozejrzałem się po holu. Było tu jeszcze parę osób. Siedzieli tak jak ja w fotelach przy innych stoliczkach. Wyglądali raczej normalnie, ale sprawiali wrażenie zaniepokojonych. Kurde, to mi się przecież do cholery tylko śni. To też była zła myśl.
Ból przeszył czaszkę jak strzała jabłko na głowie Waltera, syna Wilhelma Tella. To trwało ułamki sekundy, ale było tak dobitne i realne, że byłem pewien, iż nie śnię. Umarłem albo nie całkiem umarłem. Ale nie żyję. To trudne, ale skoro mam szansę wrócić, to może nie jest aż tak źle. Wtedy przypomniały mi się słowa Angel. „Jeśli on tak zadecyduje…” Kurde, to nie przelewki. A jeśli on to Bóg? Co, jeśli będzie mnie sądził według moich uczynków? Nie byłem zbyt bogobojny.
Mogą być problemy. Zaczynałem się martwić i w myślach robić rachunek sumienia oraz wymyślać plan, jak się z tego wszystkiego wyłgać. Po pięciu minutach przysiadł się do mnie pewien sfrustrowany jegomość. Miał na oko z 60 lat. Był w popielatym, eleganckim garniturze. Przywitał się i opowiedział mi historię swojego życia i śmierci oczywiście. Gdy skończył, byłem tak zdołowany, że nawet nie chciało mi się oddychać. Czułem się tak, jakby na moich oczach walec rozjechał mojego ulubionego pieska, chociaż nigdy nie miałem psa. Obóz przejściowy? Gdzie ja właściwie jestem?
Tu musi być jakaś informacja. Rozejrzałem się po obszernym holu. Przypominał trochę hotelowy, ale nigdzie nie było recepcji, tylko stoliczki i fotele. Kątem oka spostrzegłem, że w moim kierunku zmierza starsza pani w jasnoszarej sukience. Przeraziłem się, że i ona będzie chciała się ze mną podzielić swą historią. Wstałem z fotela i szybkim krokiem ruszyłem w głąb korytarza, którym odeszła Angel. Gdybym tak ja miał opowiedzieć komuś swoje życie, co bym powiedział? Było przecież krótkie i nudne, a śmierć idiotyczna. Czyż nie? Wypierdzielić się na pustej flaszce pogorzale.
Korytarz wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Po obu stronach co pięć kroków znajdowały się drzwi. Znów na myśl przyszedł mi hotel. Na drzwiach nie było jednak żadnych numerów. Na żadnej klamce nie wisiała wywieszka „Nie przeszkadzać”. To nie był hotel, a przynajmniej nie taki normalny hotel, o jakim myślałem. Nagle, jakby spod ziemi wyrosła przede mną Angel. „Co pan tu robi? To część nieprzeznaczona dla oczekujących. Proszę wrócić do poczekalni.” „No ale Angel, nie będę tam czekał 72 godziny.” „Już niedługo będzie pan wzywany na rozmowę.
Tu czas płynie trochę inaczej.” „To znaczy, że minęły już trzy dni?” „Proszę wracać do poczekalni i czekać na wezwanie.” Odwróciłem się i zobaczyłem, że poczekalnia jest tuż za mną. Widocznie przestrzeń też tu jest jakaś inna. Wróciłem grzecznie i usiadłem w wygodnym fotelu. Ową inną przestrzeń wypełniała spokojna muzyka bez konkretnego źródła. Po prostu była w powietrzu. Odpłynąłem. Z zamyślenia wyrwał mnie spokojny męski głos rozbrzmiewający jakby w mojej głowie. „Jesteś proszony na rozmowę kwalifikacyjną.” Nie wiem dlaczego, ale pomimo że mężczyzna o ciepłym głosie nie wymienił mnie z imienia ani z nazwiska, wiedziałem, że chodzi o mnie. Usłyszałem znajomy dźwięk. Dochodził z konkretnego miejsca.
Spojrzałem w tym kierunku. Drzwi windy rozsunęły się, a stojąca wewnątrz Angel patrzyła na mnie zapraszająco swymi ogromnymi błękitnymi oczyma. Wstałem i podszedłem do windy. Dziwne, że wcześniej jej nie zauważyłem. Mógłbym przysiąc, że jej tu nie było. Oczywiście windy, nie Angel. Wszedłem do wewnątrz. Niebieskooka spojrzała na zegarek. „Już czas” – powiedziała. Miałem wrażenie, że chce mnie uspokoić, ale ja byłem spokojny.
Nie wiem, czy jechaliśmy windą w dół, czy w górę. Po chwili drzwi się rozsunęły. Wyszła pierwsza, ja za nią. Miała idealne kształty. Pomieszczenie było przestronne i jasne, choć nie było tu okien. Na wprost stało olbrzymie biurko, całe zastawione stertami teczek z dokumentami. Wyglądały jak akta, tylko teczki były w kolorze fioletowym. Za biurkiem siedział mężczyzna, można powiedzieć sędziwy. Jego siwa, długa broda prawie spoczywała na blacie biurka. Zza grubych okularowych szkieł łypały na mnie bystre jeszcze oczy.
„Sprawa A43” – powiedziała stojąca nadal przede mną Angel. „A, tak, tak. A43. Proszę podejść” – zwrócił się do mnie sędziwy urzędnik. Angel zrobiła dwa kroki w tył, tak że teraz była za mną i nie mogłem już podziwiać jej boskiej figury. Skoncentrowałem wreszcie uwagę na mężczyźnie za biurkiem. „Proszę podejść” – powtórzył. Teraz trochę bardziej stanowczo. Podszedłem trzy kroki. „Bliżej.
Ja nie gryzę.” Stanąłem przed nim na odległość wyciągniętej ręki plus blat biurka. „A43. No tak. Przejrzałem pańskie akta. Nie widzę wniosku.” „Jakiego wniosku?” – spytałem zaskoczony. „Wniosku WOP1. Ale dobrze, załatwmy to od ręki.” Wysunął olbrzymią szufladę i zanurzył w niej ręce. „No jest. Wiedziałem, że mam jeszcze jeden taki formularz. Więc o co pan wnioskuje?” – spytał, trzymając dłoń dzierżącą pióro zawieszoną nad wyjętym z szuflady formularzem.
„Jak to o co?” „Gdzie się pan wybiera?” „Przepraszam, ale nie rozumiem.” „Ach, te aniołki” – westchnął ciężko i kontynuował. – „Pan wybaczy. Mamy straszne braki kadrowe. Większość asystentek jest słabo wyszkolonych, a reszta jest przepracowana i wypalona. Pańska Angel 133 pracuje tu już dłuższy czas, a nie poinformowała pana o konieczności wypełnienia wniosku o obowiązujących procedurach. Będę musiał pozbawić ją premii.” Może to nie będzie konieczne. Postanowiłem wziąć Angel w obronę. Jest przepracowana. Mimo wszystko była bardzo miła i oczywiście pouczyła mnie o wszystkim. To ja nie wziąłem sobie tego do serca, a formularz wniosku po prostu zgubiłem.
Proszę jej nie karać. No tak. Kłamca nałogowy. Dobrze, że chociaż kłamie pan z dobrych pobudek. A wracając do sprawy, o co pan wnioskuje? Reinkarnację, return z resetem, czy może WO? Że co? Rozdziwiłem gębę skonsternowany. Skąd ja znam takie słowa? No powiem najprościej jak potrafię.
Chce pan zacząć od nowa, czy może kontynuować swoją dotychczasową egzystencję po wykasowaniu części pamięci? Czy może wolałby pan przejść na WO – wieczny odpoczynek? Pański wniosek będzie rozpatrywany pod kątem pańskich oczekiwań. A mogę się zastanowić? — spytałem nieśmiało. Owszem, byle nie za długo, bo mam już półgodzinny poślizg. Starałem się zebrać myśli. Może... A nie! — prawie krzyknął siwy jegomość zza biurka.
To już nieważne. Nie zauważyłem, przepraszam. Sprawa ma klauzulę RN13. Wniosek wcale nie jest potrzebny. Wraca pan z powrotem po resecie. Dziękuję za poświęcony czas i jeszcze raz przepraszam za to niedopatrzenie. Przywalił w blat wielką pieczątką i zamknął z impetem fioletową teczkę. Może pan już iść. Ale... W tym momencie usłyszałem za plecami ten znajomy dźwięk.
Odwróciłem się i w otwartej windzie zobaczyłem Angel. Pozwoli pan ze mną. Musimy jeszcze załatwić reset i do domu. Hi hi. Znów to zrobiła. Zachichotała. Znów jechaliśmy windą. Nie mam pojęcia, czy w górę, czy w dół. Na nieskazitelnie białych ścianach nie było żadnych przycisków czy wyświetlacza informującego o jej położeniu. Po chwili drzwi się rozsunęły i Angel wyszła pierwsza, zachwycająco kołysząc biodrami.
Podążałem za nią. Teraz korytarz, którym szliśmy, przypominał szpitalny. Co jakiś czas mijaliśmy przeszklone drzwi, które znajdowały się po obu jego stronach. Niestety szyby były matowe, także nie można było zobaczyć, co jest wewnątrz pomieszczeń. Za to na szybach znajdowały się napisy. Zatrzymaliśmy się właśnie przed drzwiami z napisem „Terminal 412”. To tu. Uśmiechając się przepięknie, wskazała mi klamkę. Sięgnąłem do klamki i wtedy drzwi się otworzyły, a przede mną stała Angel. To znaczy, to nie mogła być Angel, najwyżej jej siostra bliźniaczka.
Była ubrana w bielutki lekarski kitel, pozbawiony przynajmniej trzech guziczków pod szyją. Biustonosz pod spodem też miała śnieżnobiały. Zmierzyłem ją wzrokiem. Kitel kończył się sporo przed kolanem. Włosy miała ciasno upięte w kok. Odwróciłem się, by porównać siostry, ale Angel już tam nie było. Proszę wejść. Zaprosiła mnie głosem prawie tak słodkim jak Angel, jednak bardziej stanowczym. A43, tak? Skinąłem głową i wszedłem do gabinetu.
Bo to był chyba gabinet. A siostra Angel? Proszę usiąść. Wskazała krzesło z białego tworzywa. Tu wszystko było białe i było jasno jak w słoneczny dzień. Jednak też nie było okna. Siostra Angel usiadła za biurkiem i otworzyła fioletową teczkę z dokumentami. O, RN13 – powiedziała z przekąsem. Jakiś czas wertowała papiery wewnątrz teczki, coś mrucząc pod nosem. Jest pani siostrą Angel?
— spytałem, by jakoś nawiązać rozmowę. Podniosła wzrok znad papierów. Spojrzała na mnie jakby troszkę zakłopotana. Można tak powiedzieć – odparła w końcu. Można wiedzieć, jak ma pani na imię? Usiłowałem pociągnąć rozmowę, kiedy znów zanurzyła wzrok w dokumentach. Oczywiście, że Angel – odpowiedziała, nie podnosząc wzroku. Jak to? — rzuciłem zdziwiony. Podniosła wzrok i ciężko westchnęła.
No chyba mogę panu powiedzieć. I tak zaraz pana zresetuję. Mam wiele sióstr. Angel, która pana tu przyprowadziła, to Angel 133. Ja jestem Angel 342. Jest nas tu kilkaset, a i tak się ledwie wyrabiamy. Namnożyło się was na tym świecie. Z dnia na dzień coraz więcej roboty, a każdy chce być profesjonalnie i miło obsłużony. Nieraz nawet anielska cierpliwość nie wystarcza. Wiele z nas się wypaliło, nie wytrzymały i odeszły do konkurencji.
Jest nas coraz mniej, a pracy coraz więcej. Sama nieraz się zastanawiam, czy nie odejść, ale żal mi sióstr. No i kocham szefa. Jest boski. Wstała zza biurka. Wszystkie wyglądacie tak samo? Desperacko próbowałem podtrzymać rozmowę. Przeczuwałem, że zaraz coś się stanie. To tak jak podczas wizyty u dentysty. Gadu, gadu, ale wiemy, że za chwilę i tak będzie borowanie.
To, jak wyglądamy, zależy od tego, jaką subrzeczywistość wygenerowali dla pana nasi informatycy. To bardziej skomplikowane, ale nie mam niestety czasu, by to panu tłumaczyć. I tak już za dużo z panem konwersuję. Poprawiła niesforny blond kosmyk, który jakimś cudem wysunął się jej spod spinek kontrolujących jej kok. Proszę za mną. Ruszyła w stronę drugich drzwi, których do tej pory nie zauważyłem. Kitel miał z tyłu dość głębokie rozcięcie, tak że kiedy szła, pojawiało się w nim to jedno, to drugie udo Angel. I to prawie do pośladka. Posłusznie poszedłem za nią, nie mogąc oderwać od niej oczu. Otworzyła drzwi.
Stanęła z boku, by mnie przepuścić. Wszedłem, przechodząc obok. Poczułem zapach jej perfum. Anielski. Proszę usiąść i się odprężyć. Wskazała mi fotel z wysokim, regulowanym oparciem. Usiadłem i ostatnie, o czym pomyślałem, to to, że mają zdolnych informatyków. Oślepiło mnie jasne światło, jakby ktoś wyłączył subrzeczywistość. „Słyszy mnie pan? Jak się pan nazywa?” Jakby z daleka dobiegało mnie pytanie.
Banalne, bo przecież wiedziałem, jak się nazywam. Ale czy na pewno? No właśnie, jak ja się nazywam? Gdzie jestem? Gdzie Angel? Jaki mamy dziś dzień? Co za idiotyczne pytanie. Jasne, że czwartek. Ale zaraz, czwartek był wczoraj. A może przedwczoraj?
Zaraz, 72 godziny to 3 dni, czyli dziś jest... „Czy pan mnie słyszy?” No kurde, jasne, że słyszę. Drzesz mordę, że bębenki pękają. Boli mnie głowa. Moja głowa! Ból jest w środku i zaczyna rozsadzać mi czaszkę. Dajcie mi spokój, chcę spać. Jednak damski głos nie dawał za wygraną. Poczułem czyjąś dłoń w mojej. „Jeśli mnie pan słyszy, proszę ścisnąć moją dłoń”.
To zrozumiałem. Świadomość powoli wracała. Ścisnąłem. „W porządku. Podłączcie mu płyny i 200 kalium chloratum. I obserwujcie. Jutro morfologię, elektrolity i markery. Z samego rana. Chcę zobaczyć wyniki, zanim jeszcze wyjdę do domu. Pilnujcie go.
Miał wiele szczęścia”. Odpłynąłem ponownie. Nie wiem, ile spałem, ale obudził mnie chłodny dotyk między nogami. Angel? Otworzyłem oczy. Nawet nie przypuszczałem, ile wysiłku może kosztować utrzymanie powiek w górze przez kilkanaście sekund. Ale to wystarczyło, żeby stwierdzić, że to nie Angel majstruje przy moich klejnotach. Były dwie. Ta bliżej to brunetka. Zauważyłem, że otwieram oczy.
„Niech pan nie próbuje wstawać. Jest pan po operacji. Musimy pana umyć. Proszę się nie krępować. Robimy to codziennie od tygodnia. Jest pan w dobrych rękach”. „Od tygodnia?” – pomyślałem. To by się mniej więcej zgadzało. Ale jaka operacja? Po kolejnej drzemce – nie mam pojęcia, ile trwała – miałem już na tyle siły, by utrzymać powieki nieco dłużej.
Okazało się, że leżę w sali z dwoma oknami, białym sufitem, na którym zainstalowano dwie jarzeniówki i ktoś właśnie coś kombinuje przy moim lewym przedramieniu. To pielęgniarka podłączała mi nową kroplówkę. Czułem się podle. Tak też pewnie wyglądałem. Operacja? Musiałem mieć jakiś wypadek. Wieczorem poczułem się już dużo lepiej. Nie wiem tylko, czy to był ten wieczór, czy może któryś z następnych. Przez ciągłe drzemki całkowicie straciłem rachubę czasu. W każdym razie czułem się nieźle.
W sali panował półmrok, dzięki czemu objawy światłowstrętu całkowicie ustąpiły. Mogłem wreszcie dokładnie się rozejrzeć. Oprócz mojego w sali stało jeszcze tylko jedno łóżko. Spał na nim jakiś pacjent. Nic się nie stało. Wcisnąłem jeszcze raz. W drzwiach pojawiła się pielęgniarka. Zapaliła boczne światło. Zakłuło, ale dało się wytrzymać. „Co się stało?
Dlaczego pan nie śpi? Coś pana boli?” – zadawała pytania, nie dając mi szansy, bym odpowiedział. – „Może chce pan pić?” Pokiwałem głową i już miałem otworzyć usta, by o coś zapytać, kiedy odwróciła się na pięcie i pośpiesznie wyszła z sali. Wróciła po jakiejś minucie. W ręku trzymała kubek ze słomką. Podała mi słomkę do ust. To woda. Nigdy nie przypuszczałem, że woda będzie mi kiedyś tak smakować. Wypiłem trzy łyki, może cztery. Niewielkie.
„A teraz niech pan już śpi. Sen to najlepsze lekarstwo” – powiedziała szeptem. „Co mi się stało? Co to za operacja? Miałem wypadek?” – wypowiadałem słowa, ale ich brzmienie nie było dla mnie oczywiste. Jakbym miał w ustach knebel. „Jeśli jutro będzie się pan czuł lepiej, lekarz panu wszystko wyjaśni”. Odwróciła się i chciała wyjść. Udało mi się złapać ją za rękaw. „O, widzę, że wraca pan do formy.
To dobrze. Było z panem krucho”. „Co to za operacja?” – wybełkotałem. „Miał pan operację mózgu, ale szczegółów dowie się pan od lekarza. A teraz proszę już spać”. Zrobiłem, jak kazała. Ta cała dyskusja strasznie mnie wyczerpała. Obudził mnie jakiś hałas. Otworzyłem oczy. Przy moim łóżku stało kilka osób.
Szczupła młoda kobieta o rudych, spiętych w kitkę włosach odezwała się do mnie, widząc, że już nie śpię. „Przenosimy pana z erki na zwykłą salę. Proszę leżeć spokojnie, zaraz będzie po wszystkim”. I było. W ciągu kilku minut przetransportowano mnie długim korytarzem do czterołóżkowej sali. Dostało mi się łóżko przy oknie. Poodpinano mi większość kabelków i wężyków, które do tej pory łączyły mnie z aparaturą i zaopatrywały w płyny i leki. Po kilku minutach przyszła ta ruda. „No, bardzo się cieszę, że jest pan z nami i to w tak dobrej formie. Miał pan wiele szczęścia.
Powiedziałabym nawet, że szczęścia w nieszczęściu. Nie wiem, ile pan pamięta, ale miał pan wypadek. Dość kuriozalny. Trafił pan do nas ze wstrząśnieniem mózgu i narastającym krwiakiem podpajęczynówkowym. I to był los na loterii. Wygrany los. Zgarnął pan całą wygraną – życie”. Zrobiła krótką pauzę i mówiła dalej. „Zrobiliśmy panu tomografię komputerową głowy. Jednak to, co zobaczyłam na obrazie z tomografu, było tak niewiarygodne, że zrobiliśmy jeszcze rezonans magnetyczny.
Okazało się, że trafił pan do nas w ostatniej chwili. I nie chodzi mi tu o wypadek czy krwiak. Miał pan guza mózgu. Takiego olbrzymiego oponiaka to jeszcze nigdy nie widziałam”. Poprawiła się na krześle i założyła nogę na nogę. „Oponiak to niezłośliwy nowotwór. W pańskim przypadku był już tak duży, że zagrażał pańskiemu życiu. Aż dziw, że nie miał pan żadnych objawów. No wie pan, bóle głowy, halucynacje, bezsenność. Gdyby nie trafił pan do nas z powodu wypadku, prawdopodobnie zabiłby pana w przeciągu miesiąca.
Także widzi pan, że mam rację, mówiąc, iż miał pan wiele szczęścia w nieszczęściu. Guza udało się całkowicie usunąć i będzie pan żył. A wszystko z powodu półlitrowej butelki po wódce. Jak się pan domyśla, przez dłuższy czas nie napije się pan alkoholu. Będzie pan przyjmował leki i regularnie się badał. Oponiaki mają tendencję do odnawiania, dlatego badania są ważne”. W szpitalu zostanie pan jeszcze jakiś czas. Potem, jeśli wyniki będą zadowalające, wypiszemy pana do domu. I zapomniałbym powiedzieć, że odwiedzała pana pewna kobieta. Twierdzi, że jest pana sąsiadką.
Myślę, że jutro też przyjdzie z kolejnym słoikiem rosołu. To jednak zeń nie porwani kosmici. Słucham? Nie, nic. Tak tylko sobie pomyślałem, że to mogły być te halucynacje, o których pani doktor mówiła. Han Solo. „Wieczność”. Podeszła do ekspresu i operując sprawnie przyciskami wybrała rodzaj i wielkość kawy. Podstawiła papierowy kubek i po chwili z wnętrza urządzenia usłyszała szum młynka mielącego ziarna. Przyglądając się w międzyczasie swojemu odbiciu w błyszczącym panelu maszyny, zauważyła przekrzywioną plakietkę ze swoim imieniem.
Widniejące na niej tłuste, czarne litery informowały klientów stacji o tym, że obsługuje ich Maja. Natychmiast odpięła i poprawiła identyfikator. Wizerunek firmy to przede wszystkim schludnie wyglądający pracownik. Tak zawsze powtarzał jej ajent, który zarządzał stacją. Czarny płyn zdążył już niemal całkowicie wypełnić papierowy kubek. Maja podniosła go do ust i pociągnęła zachłannie spory łyk, parząc sobie przy tym przełyk. Miała nadzieję, że kofeina postawi ją na nogi i odegna koszmar, który przyśnił się jej przed chwilą. „Co się ze mną dzieje?” — pomyślała. — „Chyba jestem przemęczona. W końcu to trzecia nocka w tym tygodniu.” Doszła do wniosku, że musiała zasnąć za ladą na stojąco.
Nie na długo, co prawda, ale wystarczająco głęboko, aby śnić. Właściwie to już nie pamiętała, o czym śniła, lecz musiało to być coś strasznego, gdyż obudziła się zlana zimnym potem, stojąc na zewnątrz stacji i czując spływające po twarzy łzy. Nawet nie pamiętała, kiedy i jak wyszła. Musiała zrobić to przez sen. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest lunatyczką. Nocną ciszę przerwał odgłos podjeżdżającego pod dystrybutor czarnego BMW. Przez otwarte na oścież sklepowe drzwi wyraźnie było słychać drażniący uszy warkot stuningowanego silnika. Z auta wyszedł potężnie zbudowany mężczyzna z grubym złotym łańcuchem na szyi. Otworzył wlew paliwa, włożył końcówkę pistoletu do środka i zaczął tankować auto. Młoda kobieta, która próbowała wysiąść od strony pasażera, natychmiast została przez niego brutalnie skrzyczana.
Maja wyraźnie słyszała bluźnierstwa i groźby wykrzykiwane pod adresem dziewczyny, która ostatecznie schowała się we wnętrzu auta. Po tej krótkiej scence można było się domyśleć, jakie relacje łączą tę parę. Ten wielki facet zapewne był sutenerem i wiózł dziewczynę gdzieś do domu publicznego w Niemczech. Zgadzał się kierunek jazdy, typ auta oraz wygląd oprycha i jego towarzyszki. Maja, pracując od kilku lat na stacji, widziała wiele podobnych par. Byś skończył już tankować swoją beemkę i ruszył żwawo w kierunku wejścia do sklepu. Bestialomanialnie rzucił na ladę zwinięty banknot stuzłotowy i wychodząc warknął na pożegnanie: „Weź pani tu, kurwa, skasuj i bez reszty, kurwa.” Następnie wybiegł na zewnątrz i z zadziwiającą wręcz zwinnością wbił swoje wielkie cielsko do wnętrza auta. Po chwili samochód ruszył z piskiem opon. Maja jeszcze przez chwilę stała ze wzrokiem utkwionym w puste miejsce przy dystrybutorze, rozmyślając nad losem współpasażerki troglodyty. Dziewczyna w aucie nie wyglądała na zadowoloną ze swojego życia i układu, w jakim tkwiła z kierowcą BMW.
W takich chwilach Maja zwykle doceniała swoje życie. Było dalekie od doskonałości, a praca, jaką wykonywała, nie była szczytem jej marzeń. A jednak, mając niespełna 30 lat, mogła jeszcze wszystko zmienić na lepsze. W każdym razie bardzo głęboko w to wierzyła. W porównaniu z nią dziewczyna z beemki miała naprawdę przechlapane. Maja pociągnęła kolejny łyk kawy, myśląc jednocześnie, co zrobić, aby za nią nie płacić. Dwugroszowy napiwek, tak wspaniałomyślnie podarowany jej przez oprycha z beemki, był jednak zbyt skromny. Licznika w ekspresie nie da się oszukać lub przestawić, a szef bardzo się denerwował, gdy okazywało się przy inwentaryzacji, że ilość sprzedanych kaw jest mniejsza od zaparzonych. Pomyślała, że zrobi jak zawsze. Dobije kawę do rachunku jakiemuś staremu Niemcowi jadącemu wcześnie rano na bazar albo przeliczy mu euro po swoim kursie.
Helmut na pewno się nie skapnie. Czasami bliskość granicy miała swoje plusy. "Ej, śpiąca królewno, długo będziemy tu czekać, aż nas obsłużysz?" Męski głos wyrwał ją nagle z zamyślenia. Po drugiej stronie lady stało trzech młodych mężczyzn w stanie wyraźnie wskazującym na spożycie. Ich debilne, pijackie twarze zdobiły rubaszne uśmiechy. Zaczęła się zastanawiać, jak to możliwe, że nie zauważyła, kiedy weszli do środka. Znów zasnęła? "Słuchaj mała, daj nam najtańszą flaszkę i spadamy. Potem możesz sobie dalej marzyć i popijać z kubeczka" – powiedział mężczyzna wyglądający na najstarszego z nich. Maja postawiła butelkę wódki na ladzie i zaczęła inkasować należność.
Nie bała się takich jak oni. Byli to uczciwie pracujący faceci, którzy dzisiaj, w sobotnią noc chcieli trochę zaszaleć. Czasem tacy jak oni pozwalali sobie na niewybredne żarty pod adresem dziewczyn pracujących na stacji. Dlatego też Maja, wiedziona doświadczeniem, obsłużyła ich w najbardziej chłodny i profesjonalny sposób, na jaki było ją stać. Nie reagowała na zaczepki i chamskie żarty. Jeszcze długo po tym, jak wyszli na zewnątrz, słychać było ich głośne śmiechy i rzucane w ciemność wulgaryzmy. Gdy już zniknęli za zakrętem, dziewczyna usiadła na krzesełku za ladą i rozłożyła kolorowe czasopismo, fundując sobie chwilę zasłużonego relaksu. Śledziła właśnie scenki z życia pięknych i bogatych, gdy otwarły się drzwi i do wnętrza wszedł szybkim krokiem wysoki, zakapturzony mężczyzna. Nie patrząc w jej stronę, otarł się biodrem o dzielącą ich ladę. Potem uderzył kolanem o podest, na którym stały butelki z piwem, aby po chwili zniknąć w ciemnym korytarzyku prowadzącym do toalety.
"Pewnie naćpany" – pomyślała Maja, patrząc na poprzewracane butelki na podeście. Instynkt wykształcony przez lata nocnej pracy podpowiadał jej, że z tym klientem mogą być kłopoty. Położyła palec wskazujący na przycisku cichego alarmu. Po krótkim zastanowieniu sięgnęła jednak po telefon i wybrała numer ochrony. "Słucham?" – spytał zaspany głos dyspozytora. Maja poznała po głosie, że dyżur pełni Tadeusz, emerytowany policjant. "Tadek, mam tu jakiegoś ćpuna na stacji. Może przyślij mi tu kogoś". "Rozrabia?" Ochroniarz próbował wyciągnąć od Mai więcej informacji. "Nie, ale nie podoba mi się.
Trochę się go obawiam". "Słuchaj, jest lipa, bo nie mam nikogo wolnego. Obydwa patrole pojechały na interwencję. Jest sobota. Sama zrozumiesz. Jak nic złego nie robi..." "Tadek" – przerwała nerwowo Maja. "Ja ciebie, kurwa, nie proszę o oddział komandosów. Przyślij mi tu jakiegoś leśnego dziadka z napisem ochrona na uniformie. Czasami to wystarczy". "A coś się w ogóle stało?
Gość groził ci albo coś?" Tadeusz drążył temat. "Nie. Gdyby tak było, włączyłabym alarm napadowy. Facet jest po prostu dziwny, a ja mam złe przeczucia. Teraz siedzi w sraczu. Pewno wciąga prochy nosem albo cholera wie, co on tam kombinuje". "Okej, mam patrol na interwencji w markecie kilometr od ciebie. Nic takiego. Włączyła się czujka ruchu. Pewno bezpański kot albo jakieś inne dzikie zwierzę.
Wyślę tych chłopaków do ciebie". "Dzięki. Masz u mnie browara". "Ciągle tylko obiecujesz Maja, a jak przychodzi co do czego, to nie chcesz się umówić". Maja odłożyła słuchawkę. Tadeusz często próbował się z nią umówić, lecz ona nie była aż tak zdesperowana, aby iść na randkę z podstarzałym ochroniarzem, który nie grzeszył urodą. Pieniędzy zresztą też nie miał. Czas oczekiwania na przybycie patrolu dłużył się Mai niemiłosiernie. Zajęła się więc liczeniem pieniędzy w kasie. Nie było takiej potrzeby w samym środku zmiany, lecz dzięki temu nie myślała o ćpunie siedzącym w ubikacji.
Cały czas starała się nie spoglądać w stronę ciemnego korytarzyka, w którym zniknął. Jakby bała się, że może przywołać go wzrokiem lub myślami. "Przecież nic się nie stanie" – myślała. "Walnie sobie działkę i pójdzie dalej. Może przy okazji coś wywróci na sklepie i to wszystko. Jak zwykle skończy się tylko na strachu". "Dawaj kasę szmato!" – usłyszała nagle chrapliwy głos tuż nad swoją głową. Zamarła. Kątem oka ujrzała przed sobą zarys ogromnej postaci trzymającej w ręku jakiś przedmiot wyglądający na pistolet. Bała się spojrzeć, by to sprawdzić.
Nie mogła uwierzyć, że ziścił się czarny sen każdego pracownika stacji. Napad z bronią w ręku. Teraz trzeba sobie szybko przypomnieć, co radzono w takiej sytuacji na szkoleniu. Na pewno należy zachować spokój, nie stawiać oporu, wykonywać polecenia napastnika i nie patrzeć mu w oczy. Wtedy weźmie szmal i pójdzie sobie. "Nie próbuj wzywać policji albo ochrony, bo cię, kurwa, zajebię. Dawaj kasę!" – znów usłyszała nad sobą śmiertelnie poważny charkot. "Dobrze, spakuję ci pieniądze do reklamówki" – wysapała, z trudem panując nad sobą. Drżącymi dłońmi włożyła pieniądze z obu kas do plastikowej torby. Podając po chwili częściowo napełnioną reklamówkę, odruchowo spojrzała w stronę twarzy napastnika.
W jego oczach tkwiących głęboko w pooranej bruzdami twarzy ujrzała czysty obłęd. Jednocześnie było w tym spojrzeniu coś znajomego, choć trudnego do określenia. Maja rozpoznała w oczach mężczyzny błysk szaleństwa, z którym zetknęła się już wcześniej. Tylko kiedy? Niespodziewanie pod oknem stacji przejechał samochód ochrony. Żółte i czarne pasy przyklejone na bokach auta mignęły w sklepowej szybie. Ryknąć płonę. Wezwałaś psy? Zapierdolę cię! Nie!
Prawie krzyknęła Maja. To nie tak. Nie jestem głupia. Próbowała się tłumaczyć. Ręka napastnika, w której trzymał pistolet, zacisnęła się mocniej na rękojeści. Maja chciała jeszcze coś powiedzieć w swojej obronie, lecz zamiast tego patrzyła jak zahipnotyzowana w oczy mężczyzny. Wiedziała już, że to się skończy tak samo jak zawsze. Jak milion razy wcześniej. Stała teraz już tylko bez ruchu, pogodzona z nieuchronnością tego, co ma się stać. Widziała jakby w zwolnionym tempie, jak palec napastnika naciska spust i po chwili rozlega się huk wystrzału.
Ciemność. Gdy się ocknęła, stała wciąż za ladą. Była sama. Bandyta gdzieś zniknął, tak samo jak auto ochrony. Dotknęła drżącą ręką czoła, w które celował napastnik. Ze zdziwieniem stwierdziła brak jakichkolwiek śladów krwi na dłoni. Wszystko wskazywało na to, że nie ucierpiała w żaden sposób. Przez moment zastanawiała się, czy można z takiej odległości spodłować. Nieważne. Żyła i to było najważniejsze.
Ukryła twarz w dłoniach. Poczuła, jak do oczu napływają jej łzy. Szlochając wybiegła z budynku, czując, że musi stąd wyjść, uciec z tego okropnego miejsca. Stanęła przed wejściem i głęboko wciągnęła powietrze do płuc. Raz, potem drugi, potem dziesiąty. Delektując się chłodnym, nocnym powietrzem czuła, jak wraz z każdym oddechem koszmar, jaki dopiero co przeżyła, odpływa w niebyt. Szczegóły zdarzenia zacierały się coraz bardziej, znikając w odmętach niepamięci. Po pewnym czasie z całego zajścia pozostało tylko niewyraźne, na wpół oniryczne wspomnienie czegoś bardzo nieprzyjemnego. Jeszcze przez kilka minut patrzyła na rozgwieżdżone, bezchmurne niebo, aby w końcu wejść do wnętrza budynku, nie pamiętając już zupełnie nic. Wycierając łzy, przeszła wzdłuż sklepowych regałów, kierując się w stronę kącika gastronomicznego.
Podeszła do ekspresu i operując sprawnie przyciskami wybrała rodzaj i wielkość kawy. Podstawiła papierowy kubek i po chwili z wnętrza urządzenia usłyszała szum młynka mielącego ziarna. Przyglądając się w międzyczasie swojemu odbiciu w błyszczącym panelu maszyny zauważyła przekrzywioną plakietkę ze swoim imieniem. Widniejące na niej tłuste, czarne litery informowały klientów stacji o tym, że obsługuje ich Maja. Natychmiast odpięła i poprawiła identyfikator. Wiktor Żwikiewicz „Wołanie na Mlecznej Drodze”. Szedł w cieniu murów z przewieszonym przez ramię blasterem. Szedł miarowym, dobrze wyćwiczonym krokiem, nie oglądając się za siebie, ani też zbytnio nie wybiegając spojrzeniem do przodu i próżno zwierciadła ścian zapalały w czarnej glazurze refleksy szkarłatnego nieba, usiłując ożywić źrenice jego oczu, wygładzić rysy twarzy, której czas przypisał maskę o wyrazie doskonałego znużenia. Zatrzymaj się, Rudier. Poddany inercji ruchu szedł jeszcze chwilę na kamiennych płytach, coraz wolniej wybijając rytm kroków podkutymi obcasami.
Wreszcie zatrzymał się i spojrzał za siebie. Pusto. W bezwietrznym spokoju powietrza kanion ulicy zwężał perspektywę narosłymi wysoko skarpami domów bez okien, bez drzwi. To nie złudzenie, Rudier. Słyszysz nas. Stał nieruchomo z palcem na spuście blastera i kolbą mocno przywartą do piotra. Wiedziałem, że jesteście – powiedział. Milczenie, jakby ktoś niewidzialny rozważał sens jego słów. Wiedziałeś, że jesteśmy? Od dawna.
Postąpił krok do przodu, bacznie wpatrując się w czerwonawy półmrok. Szeregi ścian załamywały się, wyznaczając krawędziami bloki domów i w szklistych płaszczyznach, mnożąc zdeformowane odbicia jego twarzy. Wykonał gwałtowny skręt tułowia, jednym rzutem oka usiłując ogarnąć przestrzeń za sobą. Nic. Pusto. Znowu żadnego szmeru, najlżejszego powiewu, który zdradziłby czyjąś obecność. Przecież przyszedłem tutaj tylko po to, żeby odszukać tych, którzy zostali. Wierzyłem, że znajdę. Kogo? Was.
Spod przymrożonych powiek obserwował nawisłe nad głową krawędzie ścian. Odcinały się na tle nieba, nieskazitelnie czystą linią rysunku, bez jednej skazy w monolicie murów. Mylisz się, Rudier. Nie jesteśmy tymi, których szukasz. Zdziwiony spojrzał w głąb ulicy. Chwilę wahał się, potem wyciągnął rękę, wskazując pięcioma palcami promieniste rozwidlenie zaułków. Szukam tych, którzy zbudowali to miasto – powiedział. Nie było nas wtedy. Kim więc jesteście? Czemu ukrywacie się przede mną?
Trochę cierpliwości, Rudier. Niedługo nas zobaczysz. Cierpliwość. Jakie to proste po tylu latach oczekiwania. Urwał. Poczuł, że wilgotnieje mu dłoń zaciśnięta na kolbie blastera. Gdzieś w głębi piersi wzbierał nagły lęk przed tym kimś niewidzialnym, a zarazem obawa, aby nie pierzchło złudzenie głosu i by znów nie został sam w półmroku wymarłego miasta. Skąd... Powiedział marszcząc brwi. Skąd znacie moje imię?
Wiemy o tobie wszystko. Kim wy jesteście? Cofnął się, znajdując plecami chłodne wsparcie muru. Jestem Nezer. Orst. Pandan. Jest was trzech? Gdzieś. Nie wiadomo gdzie. Chwila wahania.
W pewnym sensie. Dlaczego nie mogę was widzieć? Dzielą nas dwie godziny lotu. Zachwiał się, jakby trafiony pięścią w brzuch prosto w słoneczny splot. Wy jesteście w przestrzeni? Odepchnął się od ściany i wyszedł na środek ulicy z zadartą do góry głową i szeroko rozpostartymi rękami. Tutaj. Słyszycie? Jestem tu. Ulice podchwyciły rozdzierający ciszę krzyk.
Wplątały go w labirynt kamiennych arkad i gasnącym echem wyniosły wysoko pod prześwit nieba, szkarłatną blizną rozdzielającego ciągi ścian. Jestem tutaj. Słyszycie? Zabierzcie mnie stąd. Odbezpieczył spust blastera i drżącymi rękoma wprowadził celownik w szczelinę między murami. Seria świetlnych impulsów rozwinęła w zenicie pęcherz fioletu prześwietlonego od środka ogniskiem trupiej bieli. Blask przewiercał mu powieki gorącym podmuchem lgnął do twarzy i rąk, lecz on nie ustawał, szeregując błyski w sygnał dawno zapomnianego kodu. W kaskadzie iskier sypnęły na ziemię płonące bryzgi, igłą promienia wyłuskane z krawędzi muru. Szarpnął się oślepiony, z kręgami czerwieni kołującymi w oczach. Spróbował wydostać się spomiędzy ścian, które promieniowały gorącem, lecz nogi w czymś ugrzęzły i daremnie ponaglał mięśnie.
Stopy jakby przyrosły do ziemi, oplatane niewidzialną siecią. Zatrzymał się bezradnie i stłumiwszy oddech czekał, aż ustąpi purpura krwi pulsującej pod powiekami. Wreszcie niepewnie, z lękiem spojrzał przed siebie. Zniknęła czerń kamienia. Zamiast niej gąszcz bladoróżowych pnączy oplótł mury. Wrósł w chodniki rozplenionym błyskawicznie kobiercem. Niesamowita ekspansja z martwego kamienia kiełkujących roślin zdawała się ogarniać całą przestrzeń. Lecz wystarczył jeden rzut oka wstecz i Rudir zrozumiał, że to wyzwolenie utajonego potencjału życia. Jakaś siła ogranicza do znikomej w skali miasta powierzchni, poza którą nadal trwa niewzruszenie mroczny, niby w bryle kamiennego węgla wykuty kanion ulicy. Opuścił rozgrzaną lufę blastera.
Stał w centrum kręgu zakreślonego przez żar wypromieniowany z jego własnej broni. Stał wielki i niezgrabny w obwisłym na wychudzonym ciele skafandrze, obszarpany i śmiertelnie znużony. Powoli, z niechęcią począł rozgarniać sięgające już piersi łodygi. Były miękkie i ciepławe w dotyku. Ustępowały pod naciskiem dłoni, większy opór stawiając dopiero tuż nad ziemią, gdzie nogi jego uwięzły w gęstwinie opadłych pnączy. Na ścianie przeoranej promieniem blastera krzepły nie sięgnąwszy ziemi ciężkie, pomimo żaru sczerniałe już krople. Upodabniały kamienny blok do zgasłej gromnicy, która zdążyła wysączyć łzę przykopconego wosku nim ostygła podmuchem zbłąkanego wiatru pozbawiona płomienia. I tylko u samego spodu tężejących soplí czerń matowiała, blakła coraz bardziej, aby w miejscu największego zaszklenia wyzwolić na zewnątrz ogromny pąsowy kwiat. Słuchasz nas, Rudir? Drgnął mimowolnie, choć oczekiwał tego głosu.
Tak — powiedział, pokonując skurcz gardła. Jesteście z Ziemi? Z Układu. Nie rozumiem. Jesteście ludźmi? Od czasu, gdy opuściłeś Ziemię, minęło wiele lat. Prawda. Najpierw anabioza. Potrząsnął głową. Potem przez tyle lat włókłem się z miasta do miasta w nadziei spotkania kogoś, kto pomoże mi wrócić.
Powiedzcie, jaka ona dziś jest. Ziemia. Nie wiemy, Rudir. Cofnął się poza bladoróżowy krąg, który osiadał w oczach, więdnąc równie szybko, jak szybko niedawno wyrósł z kamienia. Co to znaczy? — zapytał. Skąd wy jesteście? Układ to setki zamieszkanych planet, pośród których Ziemia jest jedną z wielu. My nie byliśmy tam nigdy. Absurd!
Przecież jesteście ludźmi. Przecież się nie mylę. Nie. Lecz różnimy się trochę. Jacy jesteście? Milczeli. Rozumiem. Czas wszystko zmienia — podjął na nowo, byle zagłuszyć kiełkujący w piersi niepokój. Ja sam nie jestem tak twardy jak kiedyś. Rozkleiłem się na tej planecie i wszystkie moje marzenia to raz jeszcze zobaczyć step i prawdziwy las.
Usiąść nad brzegiem rzeki, jeśli cokolwiek zostało z tego. Tak, każdy człowiek starzeje się i szuka odpoczynku. Każdego przecież czeka zwykłe zmęczenie życiem. Nas nie. Pozostajemy zawsze sprawni do końca. I na tym polega różnica między nami? Dla ciebie środowiskiem warunkującym prawidłową egzystencję była biosfera Ziemi oraz wyizolowane jej pochodne, od przestrzennych stacji począwszy, na hermetycznym skafandrze kończąc. Dla nas zakres ograniczeń dawno przekroczył te bariery. Jesteśmy mieszkańcami morskich głębin i metanowych oceanów. Zaludniamy światy nigdy przedtem nietknięte nogą człowieka.
Jesteśmy wszędzie, nawet w kosmicznej przestrzeni. Jak wy wyglądacie? — zapytał wbrew własnej woli, gdyż nie chciał, za nic w świecie nie chciał tego wiedzieć. Niepotrzebnie się lękasz. Zewnętrznie niewiele różnimy się od ciebie. To tylko poddany rekonstrukcji organizm ma diametralnie różną strukturę biomolekularną i mechano-cybernetyczną. Jak mogliście to zrobić? Kierują tobą kryteria etyki twoich czasów, Rudier. Zapominasz, że nauka i technika w rękach istot rozumnych to tylko narzędzie ewolucji. Świat roślin i zwierząt ma do dyspozycji miliardy lat oddanych na loterię ślepej gry rozsądku.
Lecz z chwilą pojawienia się rozumu ewolucja musi zmieniać taktykę. Już nie wystarczy po prostu czas pozwalający bez pośpiechu szukać nowych rozwiązań. Istoty rozumne są niecierpliwe, same zmieniają swoje środowisko. Ale wiedza i zdolność świadomego działania jest płodem rozumu, którego środowiskiem jest zarówno biosfera całej planety, jak i organizm istoty żywej będącej jego bezpośrednim nośnikiem. Czyż może więc przekształcać jedno, a wzdragać się przed ingerencją w drugie? Nie, nie przekonacie mnie – powiedział, zaciskając zęby. Twierdzisz tak, choć zdajesz sobie doskonale sprawę, że podobne zależności można ekstrapolować w nieskończoność. Przecież nawet mózg jako naczelny motor świadomości w pewnym momencie nie może więcej akumulować zasobu informacji warunkujących dalszy rozwój osobowościowy i społeczny oraz zwiększyć wydolności myślowych operacji. Aby na tym etapie nie nastąpiła stagnacja postępu, trzeba szukać nowych rozwiązań. I wy znaleźliście?
W naszym świecie problem ten rozstrzygnięto przez zwrotne sprzężenie psychiki poszczególnych jednostek gatunków w układ nadrzędny, umożliwiający momentalne dysponowanie zasobem informacyjnym całej cywilizacji i dający szansę rozwiązywania takich zagadnień, którym podoła tylko sumaryczna zdolność logicznego rozumowania, wyobraźnia czy też wypadkowa tego, co przywykliśmy nazywać intuicją. Chwileczkę – przerwał Rudier. Usiłował coś sobie przypomnieć. Kilka kroków od niego topniał wchłaniany przez jezdnię brunatny krąg w miejscu niedawnej eksplozji wzrostu różowych pnączy. Kamień pozornie martwy, a przecież zakwitający pod termicznym udarem, wygładzał swoją powierzchnię. Nie zostawiał na swej płaszczyźnie nawet resztki liści. Więc dlatego, gdy zapytałem, czy was jest trzech – rzekł wreszcie – odpowiedzieliście: „W pewnym sensie tak”. Oczywiście mógł z tobą nawiązać kontakt jeden z nas, lecz wygodniej chyba, gdy dokona tego układ określony tutaj, w przestrzeni, przez funkcje psychiki każdego z naszej trójki. Czyli ja cały czas rozmawiam nie z kimś konkretnym z was, lecz z układem? Oczywiście.
Rudier stał przygarbiony nad doskonale już gładką płytą chodnika. Nawet pąk czerwonej orchidei zniknął bez śladu. Masz jeszcze jakieś pytanie? – usłyszał. Zrazu chciał zaprzeczyć, lecz tylko wyżej podniósł głowę. Może ostatnie – powiedział powoli. Kim wy jesteście? Nie rozumiemy cię, Rudier. Przecież nie będąc ludźmi, musicie kimś być. Jesteśmy ludźmi, Rudier.
Dziwne. Kim zatem ja jestem? Prócz zewnętrznego wyglądu, jak twierdzicie, nie mamy ze sobą nic wspólnego. Jeśli więc wy jesteście ludźmi, to ja nie mogę być człowiekiem. I odwrotnie. Okręcił się na pięcie i szybkim krokiem poszedł przed siebie, nie bacząc na dźwięczące w nim dopiero co usłyszane słowa, nawet nie starając się ich zagłuszyć. Wystarczyło zresztą, żeby nie myślał o nich, a rozpadły się w ledwie słyszalny szelest, jakby wiatr przegarniał po piasku liście tak suche, że prawie nieważkie. Wiatr, którego nie znał ten świat i cienie zetlałych liści. Szedł środkiem pustej ulicy, korytem jezdni między blokami budowli rozwierających coraz to nowe przesmyki, lecz on nie zawahał się ani na moment w swojej wędrówce do krańca tego miasta. Wreszcie spomiędzy skarlałych nagle gmachów wyłoniła się niebotyczna ściana lustrzanej czerni.
Mur otaczał miasto zakolem karbowanego grzbietu, niczym średniowieczną warownię, gdzie brzask nieba z trudem prześlizguje się między szczerbami blanków. Budowle miasta stały w pewnym oddaleniu od ściany i szklista płyta, z której wyrosły, podnosiła wklęsły menisk, przechodząc bezpośrednio w pionową stromiznę bez bram i naturalnych szczelin. W jednym tylko miejscu mury jakby osunęły się pod własnym ciężarem. Nie runęły jednak z walizkiem luźnych głazów, lecz dziwnie rozmiękły, podcięte wewnętrznym bezwładem zachwianej struktury kamienia i otworzyły dostęp do martwego miasta od zarania dziejów wzniesionego bez bram. Rudier ruszył do tego wyjścia, wzbijając butami obłoki pyłu. Ziemię pokrywała warstwa najdelikatniejszej sadzy, czarnymi jęzorami sięgająca pobliskich domów. Odruchowo obejrzał się przez ramię. Jednym spojrzeniem ogarnął miasto. I na ciebie przychodzi kolej – szepnął i brnął dalej w osypisku murów. Kiedy stanął po przeciwnej stronie, starannie ostukał buty w kępie suchej trawy.
Niebo stapiało swój szkarłat z liliowym buszem wszerz i wzdłuż porastającym płaską równinę. Tylko dlatego na horyzoncie ciemnawe pasmo zdradzała położenie jeszcze jednego miasta. Poza tym jednolita równina nakrywała monolit kamienia liliowym pokrowcem porostów, jak kożuchem pleśni rozdartym od spodu przez wierzchołki samotnych miast wysp. Dokąd chcesz iść, Rudier? – usłyszał. Stanął wyprostowany, niewidzącymi oczyma wpatrzony w nagle wyrosłą przeszkodę. Dokąd? Milczał. Przecież słyszysz nas i rozumiesz. Czy tego nie starczy, aby pojąć, że znów nie tak wiele nas dzieli?
Gdziekolwiek jesteśmy, jacykolwiek jesteśmy, wszyscy jesteśmy ludźmi, dopóki się rozumiemy. Czego chcecie ode mnie? Informacji. Przeżyłeś tu długie lata. Musiałeś wiele poznać i wiele zrozumieć. Cóż dacie mi w zamian? Będziesz mógł wrócić, dokąd zechcesz. Tak sądzicie? Tego miejsca już nie ma. Sam zdecydujesz.
Nas interesuje ta planeta. Nie zjawiliśmy się tu przypadkowo. Co chcecie znaleźć? Ruiny miast? Czyżbyście nie znali reguły kosmosu, według której obok planet martwych od początku świata najczęściej spotyka się właśnie ruiny? Jednak to nie są ruiny. Naprawdę? Może nie ja, tylko wy spędziliście tu kilka lat. Posłuchaj, Rudier. Niedawno sam szukałeś ich mieszkańców.
Nie byłeś pewien ostatecznego wyludnienia miasta. Szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Może udzielilibyście mi zbawiennej rady, co można robić po katastrofie statku, jeśli nie szukać pomocy u potencjalnych mieszkańców planety. Tym bardziej że cywilizacja istniała tutaj naprawdę. Dlaczego mówisz w czasie przeszłym? Mamy dowody działalności tych istot w celu nawiązania kontaktu z innymi cywilizacjami wszechświata. Bieżącej działalności. Skąd to przekonanie? To proste. Istnieje pewien nośnik energetycznego potencjału czy też kwantowy przejaw biogenezy.
Nie potrafimy sprecyzować zależności, co jest jego przyczyną. Czy życie jest wynikiem owego kwantu życia, czy na odwrót. Ogólnie przyjęliśmy, że podobnie jak charakterystyczne procesy wzrostu, rozmnażania lub dostosowywania się do warunków środowiskowych są przejawem życia w ujęciu makroskopowym, tak występowanie kwantu życia towarzyszy na poziomie submolekularnym tym specyficznym reakcjom fizykochemicznym, które uważa się za symptomy życia w ogóle. Dysponując odpowiednią aparaturą rejestracyjną, wyodrębniliśmy w kosmicznym szumie pasmo promieniowania będącego pochodną procesów organizacji materii na tym właśnie poziomie. Domyślam się, że rozporządzając tego rodzaju aparaturą jeszcze w przestrzeni stwierdziliście występowanie życia na tej planecie. Więcej. Odkryliśmy działalność istot rozumnych. W jaki sposób? Promieniowanie tego globu jest świadomie modulowane. Niemożliwe.
Raczej nieprawdopodobne. Co nie zmienia faktu, że cywilizacja tej planety stworzyła jedyną w swoim rodzaju stację sygnalizacyjną, wprzęgając w mechanizm modulujący promieniowanie biosferę całego globu, żywą materię wszystkich mikroorganizmów, roślin i zwierząt. Nie istnieje bardziej uniwersalny sposób przesłania informacji o swoim istnieniu niż włączenie systemu znaków poddających się matematycznej analizie w puls promieniowania, które już samo w sobie jest emisją życia. Więc oni — Rudier spojrzał w stronę miasta — od wielu, może od tysięcy lat usiłują nawiązać łączność z istotami rozumnymi z innych światów? Dlaczego więc ja przez osiem lat nie mogłem dobić się kontaktu, bodaj śladu zainteresowania z ich strony? Nawet nie widziałeś ich nigdy? Nie wiesz, gdzie mogą być? W tym rzecz, że nie mogę ich znaleźć. Wbrew podświadomemu przekonaniu, iż nie mogli odejść stąd ot tak sobie, zostawiając wszystko. Wiem na pewno, że jeszcze jakieś sto, dwieście lat temu ulice tych miast tętniły życiem.
Oni byli tu i nagle gdzieś zniknęli, ale nie w przestrzeni. Oni nigdy nie wyszli poza atmosferę planety. Kierunek rozwoju ich cywilizacji jest wręcz obcy człowiekowi. Nie zdołałem zrozumieć symboliki ich nauki i kultury. Gdybym choć potrafił przeniknąć we wnętrza budowli ich miast... Dlaczego nie mają wejść? Nie wiem. Może kiedy oni zniknęli, wszystkie otwory zabliźnił ten przeklęty żywy kamień. Dziwny świat. Zobaczycie jeszcze jak bardzo dziwny — powiedział Rudier.
Nie ma tu wiatrów, gdyż nie ma nocy, pór dnia, wahań temperatury. Przecież planeta krąży wokół czerwonego karła niedającego światła ni ciepła. Szkarłatna luminescencja sączy się nieprzerwanie z niskiego pułapu obłoków, które przesłaniają niebo szczelną powłoką, a ciepło wydziela tu sama ziemia. Lecz z chmur nie pada deszcz, nigdzie nie płyną rzeki. Rośliny wyrastają tu z nagiego kamienia, jak gdyby były jego częścią, a zwierzęcą padlinę czarna skała wchłania prędzej niż tlen powietrza dokona jej rozkładu. Gdybym mógł zajrzeć w głąb ziemi, przeniknąć ściany... Po co zbudowali miasta bez bram? Spróbujemy razem, Rudier. Może wam się poszczęści, ale musicie się spieszyć. Ten kamień, on się rozpada.
Kruszeje z każdym rokiem, z każdym dniem. W zupełnej ciszy lekki szmer, jakby nieśmiałego tchnienia wiatru, poruszył powietrze i znowu wrócił spokój. To dziwne, Rudier. Ten głos odebrany przez nas z odległości kilku parseków, modulowany przez rozumne istoty sygnał biosfery całego globu, też osłabł wyraźnie. Prowadziliśmy obserwacje i stwierdziliśmy, że wygasa od kilku lat. Rudier z lękiem obejrzał się na spiętrzony za jego plecami głuchy i posępny masyw muru. To koniec — powiedział. Kiedy będziecie tutaj? Już jesteśmy. Odwrócił się gwałtownie i postąpił krok do przodu, w niemym geście wyciągając broń.
Pośród pasm mlecznego różu, które rozdzielało nieruchome morze traw, stały trzy wysokie postacie, jakby nagie w opinającym ciała lśnieniu żywego srebra. Chciał dojrzeć twarze tych ludzi, lecz z niecierpliwego wzruszenia zaszkliły mu się oczy i nie mógł w szkarłatnym zarzewiu nieba rozróżnić ich rysów. Gwiazdy znowu odnalazły swoje miejsce. Rozpięły w przestrzeni zawój Mlecznej Drogi. Sięgając ich chciwym spojrzeniem, czuł się jakby bliżej domu pod błękitnym niebem. Bliżej tego miejsca, które gwiazdy usiłowały zagubić w swym mrowiu. A przecież nie zmalał szmat wiodącej tam drogi. Wobec dziesiątków świetlnych lat nic nie znaczył ten pierwszy krok spod okapu szkarłatnych obłoków, które teraz snuły się w dole, wyginając nalany purpurą owal globu. „Słyszysz nas, Rudier?” To głos stamtąd. „Słyszę.
Czekałem cały czas.” Leży nieruchomo na dnie gigantycznej czaszy, po brzegi wypełnionej perspektywą kosmicznej przestrzeni. Szczęście, że nie ma tu wiatrów. Kruszeje wszystko. „Co z wami?” Przenikamy w ich świat. To ostatnia szansa kontaktu. „Idziecie wszyscy trzej?” Tylko Orst i Paldan. Wystarczy dwóch. Rudier obraca się w ognisku kryształowej sfery, każdym ruchem, każdą myślą przemieszczając wypustki srebrzystej przędzy, która napiętymi strunami nanizuje elementy przestrzennej konstrukcji. Nie czuje własnego ciała. Jest w jednej chwili wszędzie, jak wypreparowany z czaszki mózg włóknami neurytów sięga najdalszych zakamarków kosmicznego statku.
W obwodach niewidzialnych maszyn znajduje nieomylność matematycznych abstrakcji, ulegając jednocześnie ludzkim niepewnościom. Mógłby nie pytać o nic. Układ zawiera jedną świadomość, lecz to coś, co ma na imię Rudier, broni się jeszcze. Usiłuje zachować odrębność w kręgu mechanizmów przeistoczonych w zmysły. Zachować miraż świata, którego już nie ma i lęk przed rzeczywistością obnażoną w świadomości układu. Próbuje zmienić tok myśli, rozpinając coraz to nowe spirale anten w paraboloidy czujników, zagarniając szept gwiazd. Elektronowe źrenice błądzą wzdłuż galaktycznego równika. Daremnie poszukują drugiego źródła głosu podobnego do wołania, jakie przywiodło tutaj ten statek. Przybył, lecz zbyt późno, aby powstrzymać zmierzch szkarłatnej planety, więc odleci równie niespodzianie. Zniknie po trajektorii określonej przez miejsce obecnego postoju i przez to drugie, niebędące nawet mityczną Ziemią, lecz układem.
„Nic, Rudier?” Nic. Szukam dalej. Ci trzej, którzy są w dole, niedługo wrócą i odlecą wraz ze statkiem. Przed siebie. Oni nie cofają się nigdy. W hierarchii społecznej ich cywilizacji są oddziałem dalekosiężnego zwiadu torującym drogę kolejnej fali kolonizacji przestrzeni. Tego wymaga dynamika kosmicznej ekspansji. W mechanizmie układu obowiązuje odśrodkowa interferencja działań z jednym czynnikiem zabezpieczającym zwrotne sprzężenie, jakim jest dwustronny opiek informacji. Dla nich nie ma odwrotu. Są forpocztą zwiadu.
Potem przychodzą inni, lecz kosmiczny zwiad jest już krok dalej. Krok mierzony dziesiątkami lat mozolnego biegu światła. I nic, że ślepy traf postawi na ich drodze kogoś takiego jak on, Rudier. Oddadzą mu komórkę swego statku, autonomiczną cząstkę, samą w sobie będącą całym statkiem. Niech łamiąc prawa czasoprzestrzeni, prześcigając światło, zaniesie go w miejsce, skąd kiedyś wyszedł on sam i ich ojcowie. Rudier czeka, kołując w przestrzeni. Rozpostarty na dziesiątki kilometrów każdym atomem ciała statku wchłania promieniowanie gwiazd. Przeczesuje ostatnią pięć nieba w nadziei przechwycenia promieniowania niosącego choć jeden jedyny kwant życia. To wszystko, co może dla nich zrobić. Odszukać następny cel ich nieskończonej wędrówki.
Lecz niebo milczy. W wołaniu cefeid, pulsarów, w zapadniach czarnych gwiazd zaginął szept znamionujący życie. Przecież i oni szukali przez wiele lat, nim znaleźli jedno wysychające źródło. Dlaczego jemu miałoby sprzyjać szczęście? Przepływający dołem ocean szkarłatu jakby przymblał, poszarzał. Orst i Paldan poddali się transformacji. Poznaje głos Nezzera, tego, który został. „Jeśli chcesz, patrz.” Rudier boi się, lecz pragnienie ostatecznego zrozumienia świata, który zabrał mu tyle lat życia, przezwyciężyło lęk i wyobcowany ze zmysłów wzrok jego zapada się w dół, na wskroś przenikając grząski obwał chmur i znowu sięga powierzchni planety przez źrenice człowieka, który stoi przed kamienną ścianą. „To ty, Nezzar?” „Tak, ja.” Naprzeciw niego pionowa płaszczyzna muru. Przywarte do czarnego lustra stoją dwie ludzkie postacie z szeroko rozkrzyżowanymi ramionami.
Jedna twarzą w głąb ściany, druga na zewnątrz. Przećmiony blask niskiego pułapu chmur wyświetla z półmroku dwa ciała na wpół zanurzone w kamieniu, jakby ktoś pionowym cięciem rozpłatał na połowy i ustawił obok siebie wsparte o mur części jednego człowieka. Rudier chce szarpnąć się do tyłu, cofnąć przed nieobecnym spojrzeniem twarzy, która została, lecz Nezzar stoi twardo. „Spokojnie” — odzywa się w zupełnej ciszy. — „Wiesz przecież...” Spokojnie. Jakby cokolwiek znaczyła wiedza wobec zakorzenionego w podświadomości lęku przed czarną magią, o której ci trzej nie słyszeli nawet. To prawda, że ich ciała potrafią przenikać kamień, a świadomość może wchłaniać w siebie inne osobowości lub wędrować sama neuronowym labiryntem cudzych zmysłów, transformować się w elektroniczne obwody i monokrystaliczne struktury maszyn. Lecz trzeba czasu, aby przywyknąć, przyjąć za swoje te zmiany wynikłe w trakcie wielowiekowej ewolucji całego społeczeństwa. Takie są zresztą koleje rozwoju każdej kultury. Czymże innym są mury miast, z którymi obcował przez tyle lat, jeśli nie gigantycznym układem fantomaszyny wyhodowanym z kamienia monokrystalicznym homeostatem, który wchłonął w siebie miliardy istot, transformując ich psychikę w molekularne obwody fantomatycznego świata.
To tylko dwa skrajne modele cywilizacji: ludzka, swoją ekspansją obejmująca sferę makrokosmosu, nieustannie rozprzestrzeniająca się na tysiące świetlnych lat, oraz cywilizacja tego globu przekraczająca submolekularny próg materii w poszukiwaniu warunków sprzyjających dowolnej kreacji światów modelowanych przez mechanikę i elektrodynamikę kwantową. I jedna tylko istnieje zasadnicza różnica: człowiek zdołał asymilować nowe środowisko w kategoriach psychicznych i materialnych, natomiast istoty tej planety nie uwzględniły elementu doskonałej symbiozy, który zamknął ich świat, każdą roślinę, zwierzę, nawet kamień w precyzyjny mechanizm przemiany materii zazębiającej poszczególne ogniwa biosfery. Wystarczył brak jednego trybu, aby rozpadła się reszta. Dlatego odchodząc do ziemi obiecanej, wymodelowanej w kwantowym homeostacie fantomatycznego świata, skazały na zagładę pierwotny jego obraz, a z nim siebie, gdyż nie zdołały całkowicie zerwać więzów mikro i makroświata uosobionych w strukturze kamienia. Jeśli więc dzisiaj żywy kamień kruszeje za najlżejszym dotknięciem, stanowi to prawo zdeterminowanej histerezy i dwie postacie rozpięte w jednym z niewielu ocalałych zwierciadeł to ostatni układ wejść i wyjść na granicy dzielącej dwa bieguny świata. Ten, który został twarzą na zewnątrz, to Orst. Możesz połączyć się z Paldanem. „Nie, nie” Rudier boi się ciągle. „Mów lepiej. Oni są?” Tak.
Paldan usiłuje nawiązać kontakt. Jak wygląda ich świat? Patrz sam. Twarz w ścianie otwiera oczy o źrenicach głębokich jak studnie ciągnących w otchłań bez dna. Wylot tunelu przenikającego przestrzeń ucieka na stronę i wzrok sięga śnieżnej równiny. „To ty, Paldan?” Tak, ja. Nawarstwiają się kataraktami prześwitujących od wewnątrz perspektyw. Formują w pełnym krysztale rozczłonkowane muszle gigantycznych perłopławów. W zawrotnej inscenizacji tańca białych zamgleń padają na wznak, rozpościerając skrzydła jak oślepione światłem śnieżne ćmy o skrzydłach-ramionach, skrzydłach-oczach, skrzydłach-twarzach. I nie ma już nic prócz tych twarzy i wyciągniętych rąk.
Prócz bladych widm korowodem cieni ciągnących spoza przełęczy horyzontu. „Przecież oni mają ludzkie twarze.” Nie, Rudier. Cokolwiek widzisz, wszystko jest wykładnią antropomorfizmu twojej wyobraźni. Tutaj nie ma kształtów. „Pomimo to sprawiają dziwnie ludzkie wrażenie.” Woskowe postacie kołują w opętańczym transie absolutnej bieli, która gęstniejącą śnieżycą zasnuwa świat i wciąż nowymi falami nadlatują spośród wielowarstwowych pasm przestrzeni. Z jakąś niesamowitą, ślepą determinacją dążą dalej, przed siebie, gdzie w posiniałej pętli horyzontu krzewi się jeszcze wyblakły gejzer barwnej zorzy. I choć w tym fantasmagorycznym kalejdoskopie kształtów trudno dopatrzyć się czegoś ludzkiego, to jednak mimika gestów, ruchów. „Przecież oni uciekają, Paldan.” Wiem. Ich świat ginie. Oni uchodzą przed próżnią.
Nagły niepokój zaćmiewa wzrok. Impuls biegnie stamtąd, gdzie w komorze zawisłego nad planetą statku został prawdziwy Rudier. Nakazuje wracać, wyrwać wzrok z molekularnej struktury kamienia spod pokrowca chmur. „Ich świat ginie równie szybko, jak kruszeją wiązania kamienia” – twierdzi głos Paldana. Gdybyśmy wiedzieli dlaczego, może zdołalibyśmy im pomóc. „Paldan, Paldan, coś się stało. Słyszysz?” Może zdążę zrozumieć. „Wracaj, Paldan!” Czarna studnia uskakuje wstecz. Czyjeś oczy rozwarte szeroko. Pionowa ściana i w niej dwie rozkrzyżowane postacie.
Szkarłatny wir przewierca powietrze, w dole zostawiając ziemię. I znowu iskra rybiej łuski trzepocze we wklęsłej czaszy nieba. I nagle w zapadłej ciszy raz po raz odzywa się ledwie słyszalny jęk, jakby ktoś miedzianym młoteczkiem trącał widełki kamertonu. To wychwycony z kosmicznego szumu sygnał nadajnika biosfery. Jego gasnącemu rytmowi wtóruje cichsze, ale jakby mniej zmęczone echo. Rudier nie rozumie jeszcze, lecz bio prądy układu obiegają mechanizm statku, przesiąkają bloki radiolokacyjnych zespołów i nieomylny zmysł wskazuje kierunek, wybierając jedną z miliarda gwiazd. „Jest, znalazłem.” Chce zawołać, podzielić się nowiną z tymi trzema w dole, gdy spojrzenie jego zamiera na dysku planety i Rudier pojmuje nagle właściwą przyczynę powrotu. To nie tamten głos. Wystarczy spojrzeć w dół. Trwalszy od kamienia masyw obłoków pękł.
Obnażył powierzchnię planety w rozjątrzonej strzępiastymi plamami obłoków ranie spływającego na boki bielma. Na zbrunatniałej równinie wykwitły kratery miast. Pozornie trwały w bezruchu, lecz idący od równika szkwał skotłowanej atmosfery rozmywał je i dziwnie rozciągał w kierunku wiatru. Gęstniejące czernią smugi wyciągały nad martwą równiną ramiona miecionego wiatrem pyłu, w który rozpadały się mury miast. Rudier patrzy otępiały. Nie widzi już nic prócz woskowych twarzy, prócz pielgrzymki istot przez siebie samych zaklętych w rozwiewane wiatrem kryształy. Korowód wyblakłych cieni i Paldan. Paldan. Paldan. Nad powierzchnią planety skręca się oko cyklonu.
Czarne smugi pełzną wciąż szybciej jak wypustki szukającej schronienia Amery. „Nezer, Orst, dlaczego nie każecie mu wracać?” W potężniejącej zanieciek kruszeje zwarty masyw miasta. Topnieje dom po domu płatami sadzy frunących w powietrzu. Lawina rozkładu sięga ostatniej lustrzanej ściany i jednym podmuchem odbiera jej nieskazitelną gładziznę. Wystawia na wiatr jeszcze jeden garbaty kurhan czerni. „Nie oni. Słyszycie?” Czyjś głos grzęźnie w jęku chmury. „Nic nie wiedzą o sygnale. Rozumiecie? Oni go nigdy nie modulowali.
Nie wiedzą nic o promieniowaniu żywej materii. Pamiętajcie, to bardzo ważne. Oni nigdy nie wysyłali żadnego sygnału. Nie oni.” Rudier rzuca się w wir atmosfery i rękoma Nezera wyrywa spod pękającego muru jedyne ciało, które razem z osypiskiem nie rozpadło się w pył. Potrząsa nieprzytomnym. „Dlaczego on został?” Orst bezdźwięcznie porusza zbielałymi wargami. Artykułowane słowa odzywają się szmerem bioprądów w świadomości układu. Tak chciał. Nie mógł zostawić ich samych. Magnetyczny pęcherz statku układu ramieniem siłowych pól zagarnia dwóch ludzi z powierzchni planety i wiatr zmiata ślady ich stóp, jakby tu nigdy nikogo nie było.
Tylko pył ściele się nad ziemią strugą ciężkiego, czarnego dymu. Po burzy wraca spokój. Absolutny bezruch i cisza niczym nie zakłócona, gdyż nikt nie zdoła czegokolwiek zmienić, nic dodać, nic ująć ze scenariusza odgrywanego przez prawa natury. Cisza jest nieubłagana dla tych, którzy przetrwają. Można tylko w milczeniu, pustymi oczyma patrzeć w przestrzeń, która uściskiem martwej próżni przywitała jeszcze jeden martwy świat. Rudier nasłuchuje. Gdzieś w drugim końcu statku podświadomie wyczuwa obecność tych dwóch tworzących samodzielny układ. Bez niego. Ich drogi rozchodzą się w przeciwne strony. Niedługo korpus statku wydzieli z siebie szklistą kulę, jakby rybią ikrę, miniaturkę macierzystego statku, którą on poprowadzi, dokąd zechce, czyli tam, gdzie lęka się wracać, lecz i tak wróci.
Wbrew niepewności przyspieszającej rytm serca na wspomnienie imienia tej planety. Nezer i Orst polecą dalej. Oni nie wracają nigdy. Ich w zamiecie Mlecznej Drogi woła dziwny głos. Gdzieś pośród gwiazd umiera jeszcze jeden świat nieznanych kwiatów, drzew, ptaków. Może tym razem zdążą. Zdołają rozwiązać zagadkę ostatnich słów Paldana. Oni nigdy nie wysyłali żadnego sygnału. Jeśli nie istoty rozumne tej planety modulowały promieniowanie żywej materii, to któż zostaje? Kto jeszcze posiadał władzę nad głosem całej biosfery, symbiotycznymi więziami nadającej wszystkiemu, co żywe, podobieństwo świadomości układu?
Żadna z komórek ciała człowieka, nawet jego mózgu, sama w sobie nie jest rozumna. Nie ma też świadomości żaden liść, kwiat, kamień. Szkarłatny glob nie zdradzi już niczego. Odpowiedzi trzeba szukać dalej w płaszczyźnie galaktycznej ekliptyki, skąd woła jeszcze jeden dziwny głos. Gdzie też umiera świat morze amarantowych łąk, bajecznych ptaków i grających drzew. Rudier potrząsnął głową, odganiając natrętne myśli. Już czas. Już we wnętrzu statku zaczyna się ruch. Nowe prądy przełamują synchronizację siłowych pól we wręgach szklanych sfer. Budzą przeciągłe stęknięcia jak miarowy stuk zbliżających się kroków.
Drgnął. Dwie pary oczu jednakowym spojrzeniem patrzą na niego z półmroku. „Przyszliście” — powiedział. „Nie lubię pożegnań, ale dziękuję wam.” Jakby usprawiedliwiając się, wyciągnął do nich rękę. „Wybaczcie. Nie mogę iść z wami. Tacy jak ja muszą kiedyś wracać.” Uśmiechnął się blado. „A wam, cóż, życzę powodzenia. Może kiedyś...” Chciał powiedzieć: spotkamy się jeszcze. Lecz wiedział, że widzi ich po raz ostatni.
Dwóch ludzi naprzeciw niego stało w błękitnej poświacie pod przenikającym ściany wzrokiem gwiazd i w niepewnym świetle nie mógł rozróżnić ich twarzy. „Przyszliśmy ci powiedzieć, dlaczego właśnie ty znalazłeś kolejny cel naszej drogi.”
[05:18:29] - Usłyszał. To nie los szczęścia, choć my szukaliśmy dłużej. Przypadek. Ktoś musiał. Prędzej czy później i wy... Nie, my nigdy nie spoglądamy wstecz. Spojrzał zdziwiony. Wracamy z tobą, Rudier. Dokąd? Zapytał, nie rozumiejąc jeszcze.
Wracamy na Ziemię. Podniósł głowę, szukając oczyma wstęgi Mlecznej Drogi. A tam... Nie wiedział, co mówić. Tam ktoś... I nagle umilkł. Zrozumiał. Znowu było ich trzech.
[05:19:14] - Proszę państwa, to już koniec Bibliotekarium 2.0, wydanie 79. To wskazuje, że w przyszłym tygodniu pojawi się osiemdziesiątka. Czy to jest okrągła liczba? Moim zdaniem tak. Ja w ogóle lubię wszelkie jubileusze, a 80. odcinek zawsze można poświętować. Pomyślę nad tym, w jaki sposób poświętować. W każdym razie czujcie się państwo zaproszeni za tydzień na 80. Bibliotekarium 2.0. Proszę, jak to szybko leci.
A jeśli dodamy do tego jeszcze 150 audycji z Wiktorem, to się robi poważna liczba, proszę państwa. Jakoś się czuję nią lekko przygnieciony, przyduszony, przytłoczony. To zdecydowanie. Nie tak mocno. Pomyślę, tak jak powiedziałem, tak jak sobie pomyślałem, pomyślę, jak świętować w przyszłym tygodniu. A teraz już pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Mam nadzieję, że się państwo nie nudziliście. Jeśli tak, to przepraszam. Jeśli nie, to czuję jakiś rodzaj satysfakcji. Tak jak powiedziałem, pięknie dziękuję.
Życzę dobrej nocy, dobrego weekendu. Wypoczywajcie państwo. No i za tydzień jesteśmy umówieni.
[05:20:42] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.