Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. W Radiu Paranormalium piątek, godzina 20:00 przed chwilą minęła, 10 grudnia 2021 roku. A skoro minęła godzina 20:00, to znaczy, że czas najwyższy rozpocząć kolejne wydanie „Bibliotekarium” na żywo. Dzisiaj w bardzo dużym składzie. Dzisiaj punktem wyjścia do dyskusji i punktem centralnym całej audycji będzie powieść Jakuba Turkiewicza pod tytułem „Chciej mnie zawsze”. Niepozbawiona humoru przygodówka o dystopijnym świecie przyszłości, kosmosie i tęsknocie, która skłania do refleksji o współczesnej kulturze. Będą nam towarzyszyli również podczas audycji Luiza Dobrzyńska oraz Jacek Choręzga. Jak najbardziej panowie z „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję od strony technicznej będę obsługiwał ja, Marek Sęk "Ivellios". Tradycyjnie, zanim przekażę głos na drugi koniec połączenia internetowego, podam jeszcze tylko kontakty do Radia Paranormalium.
Będzie można dzisiaj dzwonić oraz pisać. Nasz numer telefonu to stacjonarny 32 746 00 08. Pod numerem komórkowym chwilowo odbieramy tylko SMS-y, ale jak najbardziej je czytamy, także można pisać 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Gadu-Gadu 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium, Bibliotekarium.pl oraz Book Radia, na grupach Radia Paranormalium i Na Rubieżach Rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A więc teraz czas na magiczne „halo, halo Bydgoszcz”.
[02:36] - Halo, halo! Proszę państwa, jeżeli ta audycja się dzisiaj uda, to już uda nam się wszystko, bo takiego składu ilościowego jeszcze nie było. Jako człowiek mało techniczny cały czas mam taką obawę gdzieś z tyłu głowy, że to wszystko zaraz się rozpłynie i nie będzie z tego nic. W związku z tym korzystajmy z okazji, póki jeszcze się rzecz nie stała. Marek już przedstawił naszych dzisiejszych gości, ale ja i tak muszę powtórzyć. Trochę złamię etykietę, ale autorem książki, o której będziemy dzisiaj mówić, zatytułowanej „Chciej mnie zawsze” jest Jakub Turkiewicz. Witamy.
[03:21] - Dzień dobry, witam wszystkich słuchaczy także.
[03:24] - Poza tym będą nam towarzyszyć znana państwu z anteny, całkiem niedawno rozmawialiśmy o jej książce, Luiza Dobrzyńska.
[03:35] - Dzień dobry, witam państwa.
[03:38] - I człowiek, bez którego książka, o której wspomniałem na początku, chyba by się nie pokazała. Człowiek pełen energii, pełen inicjatywy. Człowiek, który ruszył nowe przedsięwzięcie wydawnicze, o którym pewno dzisiaj powiemy. A tym człowiekiem jest Jacek Choręzga.
[03:59] - Dobry wieczór wszystkim. Dobry wieczór zespołowi. Dobry wieczór państwu słuchaczom. Troszeczkę to jest chyba za bardzo przejaskrawione. Gdyby nie wiele osób, wiele spotkań, wiele wydarzeń. Ja tu byłem tylko jakimś takim procesorem, który pomógł w tym wszystkim. Ale dziękuję.
[04:20] - To ja bym chciał zobaczyć taki komputer, któremu wyjęto procesor, żeby działał.
[04:25] - Dziękuję.
[04:27] - Niestety nie da się. W związku z tym taki człowiek gdzieś tam musi funkcjonować zawsze i to on jest tym jądrem krystalizacji, bez którego później byłoby ciężko. Okej.
[04:39] - Jeśli będzie taka możliwość, to chciałbym tutaj później-
[04:43] - Jasne
[04:43] - ... oddać należne pokłony osobom, które się do tego też przyczyniły, w tym osobom obecnym. Oddaję głos.
[04:51] - Czasu mamy sporo. Cóż, zacznijmy jednak od tego, co robimy w tej audycji na okrągło, czyli od przesłuchania autora. To zaczynajmy. Ja zacznę od pytania takiego, za które później dziennikarze gdzieś w zaciszach różnych pokojów dostają baty od autorów, bo autorzy nie lubią takich pytań. Ale muszę takie pytanie zadać na rozkręcenie audycji. To pytanie brzmi w ten sposób: w jakim wieku jest ta powieść, którą dzisiaj my, a mam nadzieję nasi słuchacze całkiem niedługo, w każdym razie gdzieś w rękach ją my mamy, a słuchacze za jakiś czas. Ile ona sobie liczy lat?
[05:44] - Troszeczkę sobie liczy, ale żeby to ja pamiętał. O ile dobrze pamiętam, skończyłem ją pisać w 2017 roku.
[05:55] - Myślałem, że ona bardziej leciwa. Cztery lata to nie jest... Wiktora powieść „Kosmodrom Machu Picchu” już ze 40 lat leży. Także czym to jest wobec wieczności? Okej.
[06:15] - Powieść jest młoda, ale ja już nie jestem młody. Także to dosyć późny debiut.
[06:21] - Nigdy nie jest za późno na debiut, także to sobie odpuśćmy. Okej. Zapytam w takim razie. Odpowiedź była lakoniczna, ale jaka miała być? Powstała powieść, to powstała. Znowu pytanie z gatunku tych prostych pytań. Dlaczego akurat autor postanowił zadebiutować fantastyką naukową?
[06:49] - Bo autor nie potrafi napisać nic innego. Autor wychowywał się w otoczeniu kulturowym takim, które jest nasiąknięte fantastyką. I chyba taką mam wyłącznie potrzebę wewnętrzną, aby zajmować się właśnie fantastyką. Być może, kiedy autor będzie jeszcze starszy, zapragnie napisać coś innego. Ale w tej chwili, tak jak mówię, fantastyka. Chociaż napisałem jeszcze książkę naukową czy też popularnonaukową, która za chwilkę zostanie opublikowana przez wydawnictwo Instytut Kultury Popularnej. Ale jej tematyka dotyczy fantastyki i to bardzo, bo jest na temat genezy polskiego fandomu „Gwiezdnych Wojen”.
[07:36] - A skoro przy „Gwiezdnych Wojnach” jesteśmy, bo rzecz nam się jawi dosyć ważna. Otóż autora mamy takiego dzisiaj multimedialnego. To znaczy książka jedna, książka druga, ale nasz dzisiejszy autor, nie sam, ale jednak, ma coś wspólnego z filmem. To zapytajmy w takim razie, co ma wspólnego z filmem i dlaczego znowu to się jakoś tak łączy z fantastyką naukową?
[08:08] - Tak jak mówiłem, jestem przesiąknięty fantastyką naukową i zawsze pragnąłem w jakiś sposób to uzewnętrznić. Zależało mi na tym, aby dzielić się tym, jak to nazwać, bo nie chodzi tu tylko o wiedzę, ale tym przekazem, który w sobie noszę. I tak jak państwo wiecie, nie jestem znanym pisarzem ani popularnym autorem. Cały czas poszukiwałem tych dróg, którymi można do odbiorcy dotrzeć. Gdzieś tam publikowałem troszeczkę w czasopismach, kilka opowiadań moich się ukazało. Jedno w Fantastyce, trzy, zdaje się, w Science Fiction & Fantasy Horror. Pisałem też rozmaite artykuły, zawsze dotyczące fantastyki. Pisałem o filmach fantastycznych, na przykład na łamach Sfery. I szukałem cały czas tego kanału, którym mógłbym ten przekaz nieść. I jednym z nich okazał się film.
Nakręciłem więc film dokumentalny z moim kolegą Radkiem Salamończykiem. Tam przedstawiłem tę swoją wiedzę na temat fandomu „Gwiezdnych Wojen”, bo tym się od lat zajmowałem, od bardzo dawna. Jeśli chodzi o te kanały różne, którymi usiłowałem dotrzeć, to jeszcze jest przecież internet i strony internetowe. Też prowadziłem swoją stronę internetową pod tytułem Star Warsy, gdzie także na temat „Gwiezdnych Wojen” się wypowiadałem.
[09:47] - Okej, to na chwilę dajmy odpocząć autorowi. Zapytajmy drugiego z naszych gości, co ma wspólnego z książką, o której dzisiaj rozmawiamy, „W cieniu zawsze”. A to pytanie kieruję do pani Luizy. Pani Luizo, co pani ma wspólnego z rzeczoną książką?
[10:09] - Miałam honor być redaktorką tej książki. Tyle mam wspólnego, można powiedzieć. Z tym że trzeba wziąć pod uwagę, że ja nie jestem redaktorem profesjonalnym. Moja rola ograniczyła się do wyłapania niezręcznych sformułowań, które się zdarzają każdemu autorowi. Sam autor ich nie widzi. Dopiero wtedy, kiedy ktoś mu je pokaże. I ewentualnie do skorygowania interpunkcji. Nie ingerowałam w żaden sposób w treść książki. W ogóle nigdy bym tego nie robiła, niezależnie od tego, z jakim autorem bym nie współpracowała. To jest już rola redaktora, który rzeczywiście jest profesjonalnym redaktorem.
Ja po prostu chciałam trochę pomóc, ale niewiele tam było do pomocy. Książka jest wyjątkowo dobra i prawdę mówiąc obyłaby się beze mnie.
[11:20] - Ale się zarumieniłem.
[11:24] - Okej. Ponieważ już tak musimy naszych gości przesłuchiwać, to z racji ilości ludzi na łączach. Zresztą słyszycie państwo, mówię tu do naszych słuchaczy, że się pojawiają na tych łączach różne dziwne dźwięki. Ale technika techniką, jakoś damy radę. Trzeciego naszego gościa zapytam, co, Jacku, masz wspólnego z książką Jakuba Turkiewicza „W cieniu zawsze”? I to będzie chyba dosyć długa odpowiedź.
[12:01] - Tak, na pewno jest długa i podejrzewam, że nie jestem w stanie zwerbalizować tego tak ad hoc w jakiejś uporządkowanej wypowiedzi.
[12:15] - To ja ci to ułatwię. Sekundę. To najpierw powiedzmy: książka wyszła w serii, która nazywa się „Szamani fantastyki”. Dlaczego?
[12:27] - Dlaczego „Szamani fantastyki”? Tutaj też przy okazji już kłaniam się Wiktorowi w jakiś sposób. To jest w zasadzie historia mojego życia, moich doświadczeń, pewnych przejść życiowych i tak dalej. W pewnym momencie swojego życia stwierdziłem, że nie do końca taka ta rzeczywistość, z którą mam do czynienia, z którą obcuję na co dzień, to jest to, co czuję. Zacząłem czuć coś więcej, coś innego. Zacząłem czuć jakąś moc. „Mocno”, żeby to nie zabrzmiało jakoś tak dziwnie. Zacząłem czuć się lepiej w parkach, w lasach. Zacząłem czuć siły życia. Coś, co przenika wszystko, taką tą energię.
Nie nazywałem tego wtedy jeszcze w roborze szamaństwem. Czasami to się pojawiało, czasami znikało. Kolejne doświadczenie, które w jakiś sposób to potwierdziło lub mnie ukierunkowało, to było doświadczenie podjęcia studiów antropologiczno-kulturoznawczych po rozwodzie w wieku trzydziestu kilku lat. I wtedy już też zaczynałem rozumieć, że moje postrzeganie świata, moje rozumienie procesów jest inne niż takie najbardziej rozumiane przez społeczeństwo. Cały czas ten szamanizm był nieoczywisty, nienazwany. Kolejnym takim krokiem była lektura książki Pita Shostaka „Auberki do końca świata”, która w zasadzie zablokowała mnie czytelniczo na dobre chyba na dwa albo trzy lata. Po przeczytaniu tej książki i po napisaniu refleksji z niej nie byłem w stanie przeczytać nic innego. Tak mnie trzymała. Uważałem, że jest to dzieło absolutnie pełne, doskonałe i opisujące procesy, które cały czas są jakoś nieopisane, w tym także naukowe próby czy pseudonaukowe próby opisu rzeczywistości kulturowej i odtwarzania rytuałów kultury tradycyjnej. Kilka lat później kolejnych miałem zderzenie z rzeczywistością, takie bardzo brutalne.
Mój świat się po prostu zaczął sypać. Odwołując się do archetypów, do mitologii, po prostu przeżyłem proces feniksa, czyli upadek i odrodzenie. I wtedy się na mojej drodze pojawiły bezpośrednio już nazwane jakieś takie procesy szamańskie. Szukając ratunku, szukając zrozumienia tego, co się ze mną dzieje, z moją psychiką, jakoś tak intuicyjnie trafiłem na różne warsztaty. I gdzieś ten szamanizm się zaczął pojawiać i artykułować. I równocześnie zacząłem rozumieć też, że szamani, jakkolwiek ich nie rozumieć, bo teraz szamanizm staje się bardzo modny i trudno tutaj o jakąś taką precyzyjną definicję czy o jakieś takie precyzyjne zakreślenie przestrzeni tego zjawiska. Zawsze się to wiąże z jakimś takim oderwaniem od rzeczywistości, życiem na krawędzi, na boku. Zrozumiałem też, że w zasadzie, praktycznie rzecz biorąc, każdy fantasta, przynajmniej fantasta z naszych pokoleń, czyli ci fantasti, którzy czytali i pisali właśnie w latach 70., 80., byli ludźmi wtedy jeszcze postrzeganymi jako jacyś dziwolągi, dziwacy. I tak siłą rzeczy zacząłem postrzegać, rozumieć fantastykę jako swego rodzaju szamanistyczne, że tak powiem, mniej lub bardziej świadome penetrowanie różnych procesów, w tym także jakichś nawet katartycznych, odwołując się tutaj do niektórych książek. Gubię wątek, brakuje mi tego słowa.
W każdym razie pojawiło się to nagle jako takie objawienie, że nasi autorzy są szamanami, ale też dlatego, że są autorami, którzy nie są z topu, prawda? Nie jesteśmy tutaj medialnie w świecie miłośników fantastyki w jakiś sposób brylującymi postaciami na topie. Ci znajomi, którzy się wokół nas, wokół mnie, wokół procesu zaczęli pojawiać, to w większości są ludzie, którzy są może nie marginalizowani, ale żyjący po prostu z boku. Nie są to jakieś gwiazdy, których nazwiska się pojawiają na okładkach fantastyki, a nawet w niektórych wypadkach są problemy, żeby pojawiały się czy to w encyklopedii fantastyki, czy w katalogach książek fantastycznych, pomimo bogatego dorobku. Na przykład jak Luiza, która nie do końca jako hasła słownikowe istnieje w takiej czy innej, już tutaj bez stygmatyzacji, encyklopedii. To tak właśnie jakoś kierowało mnie w przestrzeń tego szamanizmu. Pojawiła się nazwa, została zaproponowana, chyba została przyjęta. To już takie pytanie właśnie jest do Luizy i do Jakuba, i też do was. Jak się wam to podoba? Jak to jest postrzegane?
Pojawiło się credo, które było tekstem natchnionym, nad którym pracowało kilka osób, w tym Jakub.
[18:22] - Ja chciałem, żeby to credo miało dwa wersy albo trzy.
[18:26] - Tak, Kuba tutaj był zwolennikiem prostoty i pomimo pewnej egzaltacji wręcz noszącej znamiona oszołomstwa, bardzo ją lubię i uważam, że jest nośna i określa, może troszeczkę przejawstawiając pewne nasze cechy. Określa usposobienie psychiczne naszych pierwszych autorów, bo pojawili się już nowi autorzy, których mamy w zapowiedziach. W zasadzie też wszyscy się w to credo sami wpisują, twierdzą, że rozumieją. Natomiast powstawało to jako credo dotyczące kilku osób. Jeśli tutaj tylko mogę jeszcze, pojawiła się Luiza, pojawił się Jakub Turkiewicz jako jedna z pierwszych osób, ale już po Luizie. Jakuba znam przede wszystkim z „Gwiezdnych Wojen”. Znamy się od lat dzięki internetowi, dzięki „Gwiezdnym wojnom”. Byłem jednym z trzecioplanowych bohaterów tego fantastycznego filmu dokumentalnego „Wojna Gwiazd”. To nas połączyło. Żeby oddać należny honor Luizie, Luiza wykonała taką pracę, że po prostu przeczytała książkę.
Ja z racji natłoku różnych obowiązków do dzisiaj jeszcze nie jestem w stanie czytać dostarczanych mi materiałów w całości. Znam materiały w całości za pomocą czytników elektronicznych. Przeczytałem w całości „Gdzie ja?” dopiero po wydaniu. Tak sobie zamarzyłem i tak mam. To jest się wydaje też taka cecha, która nas, mnie wyróżnia. Że działamy inaczej. Jesteśmy troszeczkę inni. Stąd ten szamanizm. Może nie jako forma magii, rytuałów. Jakkolwiek dodam, że bezpośrednio przed audycją okadzałem pomieszczenie palo santo, żeby oczyścić energię.
To już tak troszeczkę pół żartem, pół serio.
[20:38] - Jeżeli nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi.
[20:42] - Nie zaszkodzi.
[20:42] - Okej, a teraz proponuję oddać głos Wiktorowi, bo jak Wiktor się wyrywa do mikrofonu, to znaczy, że ma jednak coś do powiedzenia.
[20:49] - Nie do powiedzenia, tylko chciałem zwrócić uwagę à propos tego szamanizmu, że to jest dobry trop do zrozumienia pewnego zjawiska kulturowego, które dotyczy naszej cywilizacji, całej cywilizacji homo sapiens. Otóż szamanizm był w wielu kulturach azjatyckich, amerykańskich również przejawem ogromnego, o czym sobie nie zdajemy sprawy, humanitaryzmu człowieka. Otóż on w dużym stopniu był pewną ścieżką dostępu do tej cywilizacji, do osiągnięć społecznych ludzi niepełnosprawnych albo nie do końca sprawnych albo umysłowo, albo fizycznie. Szamanami większości kultur totemowych byli ludzie nie do końca akceptowani przez zdrowe jądro naszej społeczności. I może to bardzo przypomina współczesnych pisarzy science fiction, którzy są takimi właśnie szamanami. To jest taka moja refleksja, ale coś w tym na pewno jest racji.
[22:25] - Wiktorze, ja nie wiem, czy ty sobie zdajesz sprawę, że w tym, co mówił Jacek, wyraźnie wybrzmiało, że ty jesteś właśnie jednym z tych szamanów.
[22:38] - Jeśli mogę, to bym chciał do tego nawiązać.
[22:41] - Żebyś miał świadomość tego, Wiktorze.
[22:43] - Mogę coś powiedzieć?
[22:45] - Jak najbardziej.
[22:48] - Myślę, że pisanie książek w ogóle, a fantastycznych w szczególności, jest sztuką kompensowania tego, czego nam w życiu brakuje. Tym właśnie są też wynalazki. I bardzo często jest tak, że wynalazca jest osobą w jakiś sposób niepełnosprawną, tak jak na przykład James Watt, który postanowił wykorzystać parę do poruszania kół, ponieważ sam się poruszał bardzo niezgrabnie. Tak samo i sztuka. Wielu artystów miało pewne braki fizyczne, a czasami powiedzielibyśmy, że psychiczne, ponieważ byli trochę inni. Nam ta rzeczywistość nie odpowiada. Właśnie tak, jak wszystkim wynalazcom, ponieważ gdyby wynalazcom rzeczywistość odpowiadała, to by nie było żadnych wynalazków. Bo po co ulepszać to, co jest dobre?
[23:50] - Doskonałe przecież, jasne.
[23:52] - I na tym też polega pisanie książek.
[23:55] - Jacku...
[23:56] - Bardzo słuszna ta uwaga pani Luizy. Bardzo.
[24:00] - Ja jeszcze tylko zanim dopuszczę Jacka do głosu, to powiem tak, że w tej serii, o której mówił, która się nazywa „Szamani fantastyki”, pojawiła się oczywiście książka Jakuba Turkiewicza, ale pojawią się również takie nazwiska jak obecna tutaj Luiza Dobrzyńska, Jacek Izworski, Jacek Inglot, Tomasz Fijałkowski, Adam Pietrasiewicz, Emma Popik Stanisław Karolewski. Chyba nikogo nie pominąłem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Rozumiem Jacku, że to są ci, przynajmniej pierwszy szereg szamanów fantastyki.
[24:49] - Może nie do końca tak. Dobór tych nazwisk może nie jest do końca przypadkowy, natomiast trudno mówić o Jacku Inglocie, że on jest w jakiś sposób inny. Jest to autor topowy, natomiast rzeczywiście jest to autor też w jakiś sposób zadzior. Jest to osoba, która ma swoje zdanie. Zgubiłem słowa, troszeczkę słowo zgubiłem. Jestem wzruszony. Nie idzie z prądem. Potrafi tak samo nawalić lewej czy prawej stronie, jeśli uważa, że coś nie jest w porządku. Ale trudno też powiedzieć o nim, że jest to osoba w jakiś sposób niepełnosprawna. Natomiast chciałem nawiązać, że zarówno spora część autorów, jak i praktycznie rzecz biorąc cały zespół jest w jakiś sposób uwikłany w jakieś formy niepełnosprawności.
Czy na przykład poprzez prawie całkowitą utratę wzroku, czy na przykład tak jak Jacek Izborski, który w tej chwili spędza swoje ostatnie lata zamknięty w domu opieki społecznej, praktycznie rzecz biorąc jest osobą prawie niekomunikatywną, jeśli chodzi o werbalizację. My się komunikujemy bardzo dobrze za pomocą internetu. Adam Pietrasiewicz jest inwalidą na wózku, ale pracuje i tak dalej. Ja mam swoje niepełnosprawności, swoje doświadczenia ze zdrowiem, w tym także wędrówki na tamten świat i to niejednokrotne. Nie będę mówił o innych, bo być może sobie nie wszyscy życzą. Jakub Turkietwicz jest zdrowy, ma chyba tylko ucięty palec. Nie pamiętam czy palec.
[26:49] - Dobra, Jacek.
[26:50] - Ścisnę tę piłkę.
[26:52] - Jestem rzeczywiście pełnosprawny. Nawet maraton przebiegłem w czasie 3,28, czyli bardzo dobrym. Ale jestem przeciwny dorabianiu filozofii do wszystkiego, a zwłaszcza do tego, co ja robię. Zgadzam się z taką sprawą, powiedzmy Jacka czy kogokolwiek innego do oceny. Natomiast gdybym ja sam miał jakoś się ustosunkować do tego szamanizmu, to ja może o tyle bym się wpasowywał, że zawsze się czułem outsiderem wszędzie, tak jak tutaj w tym towarzystwie zgłaszam właśnie pewne votum separatum. Staram się zawsze podążać swoją drogą, czy też może nawet nie tyle się staram, co po prostu podążam i zazwyczaj gdzieś tam się czuję obco, a zwłaszcza w tej rzeczywistości, w której w tym momencie nam przyszło obcować. Nie wiem, czy to już wynika z wieku, ale chyba niekoniecznie, bo zawsze ten świat wydawał mi się jakoś urządzony inaczej, niż ja bym zaplanował go urządzić. I prawdopodobnie to jest ten niedobór, który dostrzegłem i który sprawił, że akurat napisałem „Chcieja”, w którym nie próbuję przedstawić świata idealnego, takiego, w którym chciałbym funkcjonować, tylko w jakiś sposób być może poddaję krytyce poprzez różne metafory tę rzeczywistość, w której w tej chwili się obracamy. Może to by był ten pierwiastek szamański, który można by mi próbować przypisać, jeżeli w ogóle można.
[28:28] - Można.
[28:30] - Dziękuję bardzo.
[28:30] - Ja mam jeszcze teraz pytanie do autora. Znowu mam trudne zadanie dla autora. Bo mytu autorów w ogóle przez maszynkę przepuszczamy w czasie audycji. Zadanie jest niełatwe. Chodziłoby o to, żeby w jakiś sposób, taki autorski właśnie, scharakteryzować, a tylko jeszcze wyjaśnię, że ten „Chciej”, który się pojawił w wypowiedzi autora, to jest taki skrót od „Chciej mnie zawsze” — taki tytuł nosi ta książka, ale już została „Chciejem”, więc się posługujmy właśnie tą nomenklaturą. Natomiast moje pytanie, żeby autor opowiedział, nie opowiadając tej książki, to jest właśnie najgorszy ból, nie opowiadając broń Boże treści, trochę scharakteryzował tę powieść, trochę nam o niej opowiedział, czego się możemy spodziewać. Ponieważ pojawiły się „Gwiezdne wojny”, a tu ktoś na czacie napisał, że jest weteranem Star Warsów, ale broni teraz dzieci przed tą franczyzą, bo to, co oferuje Disney, to jest czysty debilizm. To nam napisał Marek Chmielewski na czacie. W związku z tym moje pytanie.
[29:50] - Również się zgadzam. Pozdrawiam pana Marka.
[29:52] - Ja też się zgadzam. Absolutnie.
[29:55] - Jasne. To teraz wróćmy do autora. Prosimy o krótką charakterystykę powieści „Chciej mnie zawsze”. Co to jest? Od której strony do tego podejść?
[30:09] - Ja po to właśnie wyraziłem wszystko w książce, żebym nie musiał potem opowiadać tego.
[30:14] - Panie, nie, tak łatwo z nami nie będzie. Bardziej scharakteryzujmy to. Broń Boże, nie zależy mi na opowiadaniu fabuły, bo to sobie każdy oczywiście z czytelników wyłowi sam. Dobrze, to zapytam już tak wprost. Czy to jest bardziej właśnie taka space opera, czy może bardziej takie baśniowe „Gwiezdne wojny”, czy może bardziej w stronę Lema? Science fiction to jest pojęcie, które jest niezwykle pojemne. Teraz spróbujmy nadać mu granice w przypadku powieści „Chciej mnie zawsze”.
[30:52] - A może to by Luiza opowiedziała?
[30:56] - No proszę.
[30:57] - Widzę, że autor się-
[30:59] - Ja się do tego ustosunkuję później. To na pewno jest jakiś taki koktajl z wszystkiego, co we mnie dojrzewało bardzo długo. Tego, czym nasiąkłem. Dzisiaj tego Jacek nie mówił, ale przy różnych okazjach to podkreślał, umieszczając rozmaite okładki. Ja nasiąkłem tą fantastyką, tak jak już mówiłem, od najmłodszych lat tym się interesowałem. Tutaj chyba największy wpływ będzie jednak Zajdla widać, ponieważ powrót do Zajdla po wielu latach spowodował, że zapragnąłem znowu coś napisać. Jako dziecko czytałem te wszystkie „Zeszyty Iskier”, tę antologię Jamesa Guna i w ogóle wszystkie fantastyczne książki, które mi wpadły w ręce. I z tego doświadczenia, z tych wszystkich obserwacji, z tego, co mi gdzieś tam się zakodowało, stworzyłem ten cały sztafaż. Można nawet podejrzewać w pewnym momencie, że to będzie jakaś space opera, chociaż chciałem troszeczkę połamać pewne schematy. Nie wiem, na ile mi się to udało.
Ja jestem zadowolony i jestem przekonany, że tak jest, ale autor zawsze przecież inaczej postrzega dzieło niż ci, którzy to później czytają. Bo pisanie to jest... Nie wiem, jak to postrzegają inni pisarze. Zakładam, że ja w ogóle jestem pisarzem, ale dla mnie to jest chęć wyrażenia jakiejś myśli, opisu świata, ale nie wprost, w sposób artystyczny. Bo ja aspiruję do tego, przynajmniej przed sobą, aby być w pewien sposób artystą, czyli taką osobą, która nie mówi wprost tego, co chce wyrazić, tylko buduje jakąś wypowiedź, w której można znaleźć coś więcej niż słychać w pierwszym planie. Także chciałem, żeby ta książka była z jednej strony komentarzem do rzeczywistości, jaką w tej chwili obserwuję. Chciałem równocześnie, żeby była wciągającą — nie wiem, na ile to mi się udało, to raczej powinni się wypowiedzieć czytelnicy — wciągającą historią, jakąś wciągającą opowieścią, która w jakiś sposób zainteresuje czytelnika tą fabułą całą. Chciałem też chyba złożyć hołd tym wszystkim pisarzom, których zawsze szanowałem. Na pewno jest wśród nich też Wiktor Żwikiewicz, który wywarł tutaj, muszę powiedzieć, duży wpływ na to, w jaki sposób postrzegam fantastykę, bo jako dziecko chwyciłem „Imago”. To jeszcze było w podstawówce.
Nie do końca rozumiałem, o czym to jest, ale bardzo mnie zafascynował taki sposób opowiadania historii. Zawsze Wiktora bardzo szanowałem i cieszę się, że mogłem go kiedyś spotkać. Wypowiedział się wtedy na temat moich wczesnych opowiadań i zachęcił mnie do dalszego pisania. A kiedyś też napisał do mnie taki króciutki list w odpowiedzi oczywiście na kontakt z mojej strony na temat opowiadania „Jakieś oko” i tam mi udzielił pewnych wskazówek. I muszę powiedzieć, że to też brałem pod uwagę, pisząc wszystkie swoje kolejne teksty i między innymi „Chcieja”. Nie wiem, czy Wiktor przeczytał tę książkę i jak ją w ogóle ocenia. Bardzo bym się cieszył, gdyby ją przeczytał.
[34:44] - Przeczytę.
[34:46] - To słucham opinii, nawet jeżeli będzie strasznie krytyczna, to i tak się cieszę. Także to też jest część „Chcieja”. Zwłaszcza to miało wpływ chyba na jedną z końcowych scen. Tak, widać to?
[35:07] - Tak mi się wydaje, tak.
[35:11] - No i kurczę, chyba tyle. Bym potrzebował teraz pewnie jakieś pytanie pomocnicze jeszcze.
[35:16] - Okej, to teraz oczywiście podstępnie tego pytania nie zadam, a zwrócę się do pani Luizy, która przez autora została wywołana troszeczkę do tablicy. Jakby pani próbowała charakteryzować „Chcieja”, to na co by pani położyła nacisk przede wszystkim?
[35:33] - Przede wszystkim na to, że jest to książka niezwykła, jeżeli weźmie się pod uwagę, że napisał ją mężczyzna. Nie, naprawdę. Kiedy rozmawialiśmy na temat mojej książki, padło pytanie o różnicę między literaturą męską a kobiecą. Tutaj doszło do nieprawdopodobnego połączenia jednego z drugim. Z jednej strony mamy zagadkę przede wszystkim postawioną, zagadkę kryminalną. Też nie chcę za dużo mówić, ale rzeczywiście ona jest obecna. Ona jest osią tego utworu. Mamy tę całą dekorację przyszłościową, całą fantastykę, ale tam w środku chodzi przecież o coś zupełnie innego. To, co jest najważniejsze, naprawdę zostało przedstawione w taki sposób, że moim zdaniem każda dama, która sięgnie po tę książkę, to się w pewnym momencie popłacze. Mimo że jest ona pisana w bardzo zabawny sposób, to w pewnym momencie ten humor, którym operuje autor, uległ nagłemu zwrotowi.
Mnie to chwyciło za serce w niemożliwy sposób, a mnie niełatwo jest wzruszyć.
[37:08] - Okej, to już wiemy coś więcej i Wiktor zgłasza chęć wypowiedzi.
[37:13] - Ja mam tylko propozycję drobnej rozrywki dla słuchaczy, którzy niespecjalnie wiedzą, w jakiej materii my się obracamy. Otóż chciałbym zwrócić uwagę na takie zjawisko jak promocja tej książki. Na razie, Marku, milczałeś na ten temat. Weź opisz, w jaki sposób ona została przeprowadzona.
[37:39] - Jeden z elementów promocji powiedziałbym, że ten element był niezwykle słodki.
[37:45] - Bardzo jestem ciekaw, kto osobiście odpowiada za ten pomysł.
[37:49] - Tak. Właśnie. To zapytajmy w takim razie Jacka o dwie rzeczy. Właśnie o to, o co pyta Wiktor. O elementy promocji tej książki. To pierwsze pytanie. Drugie pytanie, takie bardzo techniczne: gdzie tę książkę taki spragniony słuchacz, spragniony tej książki, może drogą kupna nabyć? I trzecie pytanie, a właściwie powinno być pierwsze to to samo, na które wcześniej odpowiadał autor i odpowiadała pani Luiza.
[38:26] - To może zacznijmy od tych słodkości. Oczywiście mogę tutaj dużo opowiadać. Promocja książki praktycznie rzecz biorąc jeszcze nie ruszyła. Bardzo dużo różnych wątpliwości mieliśmy, mamy cały czas. Może inaczej. Wydanie tej książki trwało około półtora roku, prawda? Wynikało to z różnych rzeczy, nabierania chyba wzajemnego zaufania do siebie. Zaczynaliśmy nie z własnych pieniędzy, tylko czekaliśmy na starta. Pisaliśmy, pisałem przede wszystkim ja, akurat to jest moja chyba największa rola w całym tym przedsięwzięciu. Wnioski o jakieś tam dotacje.
Te pieniądze raz się nie pojawiły, drugi raz się nie pojawiły. Pojawiły się w końcu, zaczęło to powoli iść. W związku z tym, że jest to w tej chwili na razie tylko jedna książka, w związku z tym, że rynek w tej chwili przeżywa gorączkę przedświąteczną, w pewnym momencie stwierdziliśmy, że nie ma sensu teraz próbować się przebić z czymś więcej, gdyż kampanię reklamową w ogóle wydawnictwa i też książki „Chciej mnie zawsze” i książek Luizy mamy przewidzianą troszeczkę bardziej spektakularną, czyli na przykład są tam na horyzoncie najbliższym jakieś kubki promocyjne, torby, koszulki i tak dalej. Cała ta gadżeciarń, która towarzyszy teraz. Książka w tej chwili stała się gadżetem popkultury też i też jest towarem, prawda? Zawsze w jakiś sposób była. Teraz jest jeszcze bardziej towarem niż kiedyś. Ale gdzieś te krówki się po prostu pojawiły. W naszej najbliższej okolicy funkcjonuje manufaktura produkująca krówki dla lokalnych rzemieślników, już nie tylko dla lokalnych przedsiębiorców. I po prostu nagle zapaliła się kontrolka.
Kuba podchwycił i po prostu zamówiliśmy. Idą w dużych ilościach, brakuje ich i tak dalej. Mam nadzieję, że pojawią się też w sprzedaży w naszym sklepie internetowym. I tutaj właśnie odpowiedź na drugie pytanie, gdzie można książkę w tej chwili kupić: w naszym sklepie internetowym. Adres internetowy www.odeswa.pl od wydawnictwa i to jest w tej chwili jedyne miejsce, w którym książkę można kupić. Jest to swego rodzaju premedytacja wynikająca właśnie z tego, o czym mówiłem, że nie do końca się chcemy jeszcze z jedną książką przebijać do księgarni. Chcemy tą-
[41:19] - Halo, halo. Oj, chyba nam się coś urwało.
[41:26] - Tak. Po prostu to dokończę może. Jackowi chodziło o to, że wejść na ogólny rynek chcemy dopiero wtedy, kiedy tych książek będzie już kilka i dopiero wtedy rozpocząć akcję promocyjną szerzej zakrojoną.
[41:46] - Okej.
[41:49] - Ja tylko zwrócę uwagę tutaj koledze Jackowi Frankiewiczowi, że ten kapitalny pomysł na krówkę, która odpowiada zresztą dla mnie, widok krówki zawsze, nie wiedziałem, że sam na to nie wpadłem, że jak widzę krówkę, to powinno się pojawiać natychmiast hasło „Chciej mnie zawsze” przecież. Natomiast jeżeli pójdziecie dalej i przy następnej promocji pojawi się przy jakiejś książce mała whisky, to już w ogóle będzie prze-
[42:30] - To na pewno.
[42:34] - Tylko trzeba będzie książkę wybrać do tej whisky.
[42:38] - Pani Iza.
[42:39] - Nie chcąc tutaj za dużo powiedzieć, mogę powiedzieć, że przy okazji promocji mojej książki, która ma niedługo wyjść w jednej z serii wydawnictwa Akurat whisky byłaby dobra, a bimber jeszcze lepszy.
[43:01] - Mówimy o książce "Dusza", prawda?
[43:04] - Nie, tym razem nie chodzi o "Duszę".
[43:07] - A to wiem. Czy mówimy o "Poltreku"?
[43:10] - Tak, dokładnie.
[43:12] - Tak jest. Już państwo widzicie, że plany pani Luizy, plany wydawnicze są rozbudowane. Gratulacje.
[43:25] - Dziękuję.
[43:26] - Zniknął nam Jacek. To ja mam teraz taką dobrą propozycję. Rozmawiamy już 45 minut, to proponuję, żebyśmy zaserwowali słuchaczom pierwszy fragment książki "Chciej mnie zawsze".
[43:49] - Po wyjściu z doku trafiłem prosto do windy, która zawiozła mnie na główny pokład Uklei. Wychodząc z niej, zostałem zaskoczony widokiem przechodniów mających na sobie ubrania, jakie z pewną dozą wyrozumiałości można by uznać za typowe dla czasów, kiedy żyłem i pracowałem na Ziemi. Mężczyźni nosili spodnie i koszule albo T-shirty w różnych kolorach. Niektórzy z nich ubrani byli w marynarki, a większość kobiet miała na sobie spódnice i sukienki o kroju, który wcale nie kojarzył mi się z futuryzmem. Jeżeli różniły się czymś od tych noszonych w XX wieku, to mógłby to zauważyć jedynie ktoś, kto interesuje się modą, a ja nie jestem nawet pewien, czym różni się garsonka od beretu. W każdym razie nikt nie nosił tu typowych dla pasażerów Szczupaka kombinezonów. Sam pokład również wyglądał inaczej. Wydawał się bardziej przyjazny, choć z grubsza prezentował się podobnie. Tak samo rozmieszczono galerie i windy. W taki sam sposób wchodziło się do mieszkań.
Były nawet wąskie uliczki, jak ta, w której spotkałem bandę Zanettiego, ale na całej długości korytarza rozmieszczono tutaj dużych rozmiarów klomby z zielenią, co całkowicie zmieniło charakter miejsca, odbierając mu obcą sterylność. Gdzieniegdzie rosły nawet spore drzewa, choć nie tak gęsto jak w kopule botanicznej. Witryny sklepów też wyglądały inaczej. Były bardziej kolorowe i na pierwszy rzut oka odniosłem wrażenie, że więcej w nich towaru. Przed lokalami gastronomicznymi urządzono ogródki, w których siedzieli ludzie popijający kawę. Czasem śmignął jakiś dzieciak na deskorolce albo na wrotkach. Poczułem się prawie swojsko, więc zamiast szukać siedziby admirała, postanowiłem posiedzieć chwilę przed którymś z ładniejszych lokali. Spojrzałem na zegarek i przekonałem się, że do spotkania zostało jeszcze około 45 minut. Akurat w chwili, gdy zacząłem się rozglądać, usłyszałem znajome dźwięki klasycznych instrumentów. Nie była to muzyka, ale odgłos strojenia.
Wzniosłem głowę i dostrzegłem na drugim piętrze zawieszony pomiędzy galeriami ogromny plac. Urządzono tam jakiś robiący solidne wrażenie lokal z tarasem i ogromnym ogrodem w pełnym tego słowa znaczeniu. Jak miałem okazję przekonać się kilka minut później, rosła tam nawet roślinność, przede wszystkim trawa i trochę kwiatów, a dookoła placu niewysokie krzewy. Teren bezpośrednio przylegający do restauracji ogrodzono niewysokim murkiem z cegły. Bardzo mi się to spodobało. Po niespełna pięciu minutach siedziałem przy stoliku i czekając na kelnera obserwowałem poruszone sztucznym wiatrem korony sięgających do połowy piętra, na którym się znalazłem drzew. Kontemplacja zieleni zawsze sprawiała mi przyjemność, toteż z wielkim zadowoleniem przeniosłem wzrok na trawę i otaczające parkowy basenik zarośla. Było ciepło, a powietrze ładnie pachniało wodą i promieniami słońca. Była to niestety ułuda, bo w roli słońca występował wielki reflektor umieszczony pod sufitem, ale tak pięknie zamaskowany odpowiednią szybą, że nie dostrzegałem elementów jego budowy, a jedynie jasną żółtą pseudosłoneczną tarczę. "Czy mogę przyjąć zamówienie?" — zapytał kelner, schylając się usłużnie nad stolikiem i wyrywając mnie gwałtownie z błogiej bezmyślności, w której trwałem, obserwując okolicę.
Przed tarasem należącym do lokalu na trawniku stało kilkadziesiąt plastikowych krzeseł przeznaczonych dla ludzi niekorzystających z jego kulinarnej oferty, ale pragnących posłuchać muzyki. Stworzono w ten sposób coś na kształt zaimprowizowanego amfiteatru, gdyż w ogrodzie odbywał się koncert orkiestry kameralnej. Miejsca na tarasie należały do restauracji i aby je zająć, należało zamówić przynajmniej coś do picia. Na tym samym tarasie znajdowało się podwyższenie zajmowane przez orkiestrę. Napoje okazały się dość drogie, więc założyłem, że siadając na terenie lokalu, zapewnię sobie spokój oraz przestrzeń odgrodzoną fragmentem umownie wynajętego powietrza od obcych ludzi. Nie przepadam za towarzystwem tłumu. Zanim zjawił się kelner, nie zdążyłem przejrzeć leżącej na stoliku karty, ale i tak nie zamierzałem nic jeść, więc bez zastanowienia zamówiłem dużą czarną kawę wzmocnioną espresso. Kelner z neutralnym profesjonalizmem wyszczerzył zęby w uśmiechu, ukłonił się i odszedł, by wrócić z filiżanką zamówionego napoju oraz kostką czekolady firmowej. Czekoladka zsunęła się nieco z pochyłej powierzchni ronda podstawka i oparła się o filiżankę, skutkiem czego zmiękła tak, że nie udało mi się wyjąć jej z papierka. Tymczasem orkiestra rozpoczęła koncert, więc rzuciłem okiem na leżącą obok karty program i zorientowałem się, że utwór otwierający imprezę to Largo z Sonaty g-moll na wiolonczelę i fortepian Opus 65 skomponowane przez Fryderyka Chopina.
Bardzo się ucieszyłem, że po tysiącu lat Chopin jest wciąż pamiętany, a dźwięki jego muzyki rozbrzmiewają w tak odległym od miejsca narodzin ludzkości punkcie kosmosu. Zadumałem się nad problemem nieśmiertelności sztuki, ale po chwili zamyślenie przerwał mi nieprzyjemny dźwięk. Podniosłem wzrok i zauważyłem, że jakaś młoda kobieta odsunęła nieco ciężką drewnianą ławkę na stalowych nogach przypisaną do zajmowanego przeze mnie stolika. "Można?" — zapytała zbywająco i nie czekając na odpowiedź, pomogła usadowić się na ławce jakiejś staruszce w słonecznych okularach i wielkim słomkowym kapeluszu. Nie spodobało mi się to, ale jako dżentelmen udałem, że nic się nie stało, a nawet uśmiechnąłem się do staruszki, udając życzliwe zainteresowanie. Nie lubię patrzeć na starość, zwłaszcza teraz, kiedy wiem, że już kiedyś ją przeżyłem, więc przymknąłem oczy, ponownie zapadając się w kojące duszę tony muzyki. Niestety już po chwili oprócz jakiegoś mazurka moich uszu dobiegły odgłosy cichego, lecz wyjątkowo intensywnego mlaskania. Otworzyłem oczy. Okazało się, że babcia poruszała szczęką, jakby coś ssąc. Od czasu do czasu z zadziwiającą regularnością uchylała lekko usta i rozlegało się pojedyncze, nadspodziewanie wyraźne mlaśnięcie.
Po chwili do bodźców dźwiękowych dołączyły i zapachowe, ponieważ ciepły, lekki wietrzyk przyniósł typowy dla zadbanych starych ludzi intensywny aromat środków utrzymania higieny. Muzyka zeszła gdzieś na dalszy plan, a mną zawładnęła irytacja. Drażnił mnie fakt, że ktoś narusza swą nachalną fizycznością moją prywatną przestrzeń. Podobne odczucia musieli mieć prawdopodobnie i inni melomani zajmujący miejsca w lokalu, bo dość zaniepokojonym wzrokiem śledzili sytuację poza tarasem. W chwili, gdy zabrakło tam miejsc siedzących, napływający nieprzerwanie przypadkowi spacerowicze, niemający wcześniej pojęcia o odbywającej się w ogrodzie imprezie, zaczęli przystawać na trawniku, a później siadać na pobliskim płotku z metalowych rurek i wreszcie coraz śmielej na niewysokim, otaczającym już sam taras murku. Nie byłoby to pewnie szczególnie przykre, gdyby nie fakt, że wielu spośród spacerowiczów przyprowadziło ze sobą dzieciaki, które w miarę upływu czasu coraz głośniej mlaskały jedząc lody, siorbały popijając przez słomki napoje czy koktajle mleczne, a niekiedy wybuchały niekontrolowanym śmiechem bądź, zwłaszcza te młodsze, płaczem. Jakiś kolarz przystanął nieopodal tarasu i siedząc wciąż na swoim antygrawitacyjnym rowerze, bezmyślnie pobrzękiwał od czasu do czasu dzwonkiem, rytmicznie poruszając przy tym głową, by pokazać, jak bardzo zachwyca go generowana przez orkiestrę muzyka. Próbowałem jeszcze jej słuchać, ale już po chwili pękła kolejna bariera i ludzie niezamierzający za nic płacić zaczęli powoli wdzierać się do sektora nieprzeznaczonego dla nich. Pierwszą kroplą była posadzona obok mnie staruszka. Później niepewnie weszło kilka młodszych kobiet, a wreszcie wlała się taka liczba osób, że na tarasie zabrakło miejsc siedzących, zaś pochyleni nad zamówionymi przez siebie napojami lub posiłkami klienci lokalu zostali zepchnięci w najmniej komfortowe zakątki swoich stanowisk, gdzie przyszło im kończyć konsumpcję przy akompaniamencie cudzego siorbania, smarkania i kompletnie ignoranckich komentarzy.
Nie byłem już w stanie kontemplować muzyki, więc z uwagą obserwowałem rozwój wydarzeń. Nie mogłem się nadziwić, jaki powstał tłok. Jakaś młoda dziewczyna dosiadła się do starszego melomana w garniturze i karmiła piersią dziecko. Z kolei siedzący naprzeciw niej grubas w wysmarowanych farbą ogrodniczkach palił trzymanego pomiędzy środkowym a wskazującym palcem papierosa, podczas gdy kciukiem o dawno nieobcinanym paznokciu dłubał bezceremonialnie w nosie. Troje małych dzieci biegało pod sceną bawiąc się w berka i piszcząc z radości, a ich fantazyjnie uczesane matki krążyły dookoła prowadząc ożywione rozmowy przez jakieś komunikatory i zerkały od czasu do czasu z nieskrywaną dumą na swoje pociechy. Zasłaniały przy tym występujących artystów, lecz zupełnie tym niespeszone uśmiechały się do publiczności w przekonaniu, że dzieli ona z nimi radość z faktu, że jakieś dzieciaki potrafią popiskiwać głośniej niż gra orkiestra. Wyjąłem z kieszeni kilka monet i położyłem je na blacie. Myślałem tylko o tym, by jak najprędzej pierzchnąć z tego uroczego pierwotnie miejsca, które zmieniło się nagle w piekło. Ostrożnie przeszedłem przez murek, a oddalając się od tarasu zdążyłem jeszcze zauważyć kątem oka, że siedząca przy moim stoliku niemrawa babcia, zachowująca się do tej pory, jakby była w letargu, stała się nagle energiczna i szybkim ruchem sięgnęła po pozostawione pieniądze, by błyskawicznie schować je do swojej portmonetki. Nie zareagowałem i poszedłem dalej.
Po chwili jednak, gdy dotarłem do ostatniego rzędu krzeseł, zatrzymałem się zdumiony, jak dobrą odnalazłem tam akustykę. Zdecydowałem, że na odchodnym posłucham jeszcze przez moment zaczynającej się właśnie melodii. Zerknąłem na zabrany ze stolika program, by przekonać się, że kompozycja nosi tytuł „Oblivion”, a za jej powstanie odpowiada niejaki Astor Piazzolla. Orkiestra wykonała ją wyjątkowo na skrzypcach, a nie, jak to podobno jest w zwyczaju bandoneonie. Utwór poraził mnie stopniem nasycenia melodii emocją, która wydała mi się dziwnie bliska, ale zanim zdołałem ją rozpoznać i nazwać, doświadczyłem przedziwnej traumy. Muzyka obezwładniła mnie całkowicie do tego stopnia, że nie byłem w stanie poruszyć nawet dłonią. Stałem bezradnie, kierując niewidzący wzrok w stronę, z której dobiegał dźwięk, a w głębi mojej duszy rozszalało się prawdziwe tornado sprzecznych uczuć. Radość, smutek, pasja, szczęście, rozpacz brały mnie we władanie niby jacyś oszalali baletmistrze, z których każdy co rusz wyrywał mnie z objęć poprzednika jak nieświadomą swego losu tancereczkę, po to tylko, by po chwili szalonego wirowania porzucić i wepchnąć w ramiona następnego tancerza. Utwór zdawał się rozpaczliwie krzyczeć ze sceny wprost do mnie, omijając innych słuchaczy. Wydzierał z głębi mego serca wspomnienie o targających nim kiedyś namiętnościach.
Czułem miłość, strach, rozpacz i przemożną chęć odwrócenia tego, co się wydarzyło. Ale czego? Czego, do cholery? Co się wydarzyło? Nie wiedziałem. Nie potrafiłem pojąć, co się stało. W głowie miałem pustkę, jakby jakiś upiorny odkurzacz wyssał z niej wszystkie wspomnienia, a równocześnie reszta ciała informowała mnie, że stało się bardzo wiele i że muszę w związku z tym podjąć natychmiast jakieś działanie. Ale jakie? Poczułem, że do oczu napływają mi łzy, więc szybko odwróciłem się plecami do tarasu i idąc coraz szybszym, zmieniającym się momentami w trucht krokiem, wyszedłem z ogrodu. Na korytarzu puściłem się biegiem, a kiedy trafiłem na pierwszą lepszą windę, szybko do niej wskoczyłem.
Byłem sam. Przywarłem plecami do ściany i ciężko oddychałem, czując, że oddech staje się rwany i niewiele brakuje, bym stracił nad nim kontrolę. Przed oczami pojawiła mi się twarz Madeleine Fleximind. Ale ona nie miała na imię Madeleine. Przez chwilę pamiętałem jej prawdziwe imię i nawet poruszyłem ustami, wypowiadając je bezgłośnie. Gest ten przywołał wizję szarych kaczek pływających po marszczącej się lekko tafli jeziora, obraz małej drewnianej ławeczki i wrażenie, że słyszę szum poruszonych bryzą liści. Pojawiło się wspomnienie. Zapach jej włosów i ciepło ciała, kiedy przytuliła się do mnie, mówiąc: „Chciej mnie zawsze”. Przypomniał mi się też stół w zacisznej kafejce, w którym ktoś wyskrobał niewielkie wgłębienie, a ja bezmyślnie grzebałem w nim palcem, dopóki zgrabna dłoń o wypielęgnowanych paznokciach nie przysunęła się na tyle blisko, bym mógł jej po raz pierwszy dotknąć. Pamiętałem to tylko przez sekundę.
Kucnąłem wciąż oparty o ścianę i chwyciłem się za głowę, wplatając palce między włosy. Obrazy zaczęły blaknąć, wrażenia słabnąć i wreszcie pozostało tylko zdziwienie. „Co to było?” — spytałem. Nie potrafiłem odpowiedzieć, ale wiedziałem, że czymkolwiek by nie było, już przeszło. Zanim winda wjechała na ostatnie piętro, całkiem się pozbierałem i nawet miałem ochotę z tego pożartować. Niestety nie było z kim, więc uśmiechnąłem się tylko pod nosem i poszedłem szukać admirała Molibtena. To był fragment powieści „Chciaj mnie zawsze”. W międzyczasie wrócił do nas pan Jacek. Ja bym tylko prosił o wyłączenie kamerki i włączenie mikrofonu. Tak jest.
[58:55] - Jest.
[58:57] - Tak, niezwykle szybka. A to korzystając z okazji, że Jacek jest ponownie z nami, to wrócę do pytania sprzed przerwy o odbiór powieści „Chciej mnie zawsze”.
[59:15] - Przede wszystkim przepraszam za to nagłe zniknięcie. Tak byłem zaangażowany w swoją wypowiedź, że nawet nie zauważyłem, że mnie wywaliło. Nawijałem chyba sobie do wyłączonego mikrofonu. Wracając do tematu, do pytania. W jakiś sposób zacytowany przed chwilką fragment książki jest też dla mnie bardzo ważny z przyczyn osobistych. Nawet nie wiedziałem przed przeczytaniem, że Kuba odwoła się do Astora Piazzolli, do „Mistrza tanga”. Cytowany utwór „Oblivion” i w ogóle Astora Piazzolli. Miałem okazję tańczyć osobiście podczas swojej kilkuletniej przygody z tangiem argentyńskim. Ta przygoda też jest częścią doświadczeń poniekąd szamańskich, ale to jest temat na kiedy indziej. Jaki jest odbiór książki?
To, co mówiła Luiza, to co mówił Kuba, to co zapewne powie jeszcze Wiktor i Marek. Kuba chyba troszeczkę uprościł ukorzenienie tej książki. Osoby, które już przeczytały książkę, w większości kobiety, robią coś, co jest rzadkie albo nawet niespotykane przeze mnie do tej pory wśród ludzi komentujących obcowanie z książką, z literaturą science fiction. Najczęściej miłośnicy fantastyki, czytając jakąś książkę, porównują ją z innymi książkami fantastycznymi czy fantasy, czy science fiction. Tutaj pojawiają się odwołania na przykład do takich rzeczy jak film „Most Waterloo” znany chyba w Polsce pod tytułem „Ostatni walc” albo „Pożegnalny walc”.
[01:01:09] - „Pożegnalny walc” Vivien Leigh.
[01:01:12] - Vivien Leigh, dokładnie. Pojawia się odwołanie do „Colombo”, pojawia się odwołanie do „Casablanki”. To się pojawiło u mnie i u kilku innych osób. Pojawiło się też odwołanie, którego na przykład ja nie zidentyfikowałem do filmu „Willow”. Samą książkę określiłem jako elegancki kryminał science fiction. Pisana tak jakby w stylu czerpiącym trochę ze stylu Chandlera, którego czytałem w latach 80. i 90. poprzedniego wieku. Ale wydaje mi się, że to wszystko, o czym mówimy, czy mówi, czy Kuba, czy Luiza, czy ja, to jest jedynie część tych wszystkich poznań, wrażeń, tych wszystkich aspektów, które w jakiś sposób Kuba zawarł w tej książce. I pomimo tego, że on stwierdził, powiedział, że jest to forma takiego jakby katharsis, oczyszczenia się z pewnych narosłych różnych refleksji czy też wrażeń, czy też takich rozliczeń Ze światem, z rzeczywistością, z przeszłością.
To jest dopiero początek czegoś jeszcze większego, jest to preludium do kolejnych spojrzeń na wszystko. W mechanizmy nas, którymi się świadomie lub nie nami steruje.
[01:02:41] - Tak, bo jeżeli ja tu się mogę wciąć.
[01:02:44] - Właśnie. Może jeszcze jedno zdanie, ale przede wszystkim jest to dobry kryminał, dobra intryga z wątkiem miłosnym. Tak bym to określił.
[01:02:52] - Cieszę się, że tak to postrzegasz. Jeżeli mogę się wciąć, to ja tutaj nawiążę jeszcze raz do pytania, które się pojawiło na samym początku. Ile lat ta książka ma? Nawiązując do szamaństwa, gdzie była mowa o ludziach upośledzonych. Mam takie upośledzenie psychiczne, że wolno trawię różne bodźce, które przychodzą z zewnątrz i dopiero później mi się przypomina, co mógłbym powiedzieć. Tak jak w „Zmiennikach” na przykład Jacek Żytkiewicz, który później sobie wyobrażał, jak odpowiada o tych kółkach metalowych, które można sobie wsadzić na głowę. I tak samo teraz mi się przypomniało, co ja mógłbym odpowiedzieć na to pytanie, ile czasu ta książka powstawała. I ona ma lat. Kurczę, tak naprawdę to ma pewno mniej więcej tyle lat, ile mam ja. Teraz, słuchając tego fragmentu, zdałem sobie sprawę z tego, jak ona jest skonstruowana, bo tutaj pojawiają się pewne elementy humorystyczne.
To dla mnie jest bardzo typowe, że ja podchodzę do rzeczywistości z dosyć dużym dystansem i te wszystkie teksty, które pisałem od zarania dziejów, kiedy jeszcze sobie wyobrażałem, jakim to kiedyś zostanę nierada pisarzem i pisałem jakieś tam błahostki, to zawsze towarzyszył mi ten humor. Nawet nie starałem się, ale tak mi wychodziło. Po prostu pewien dystans. I nawet jak mi przychodzi do głowy jakaś intryga, jakiś tekst, to nagle zauważam w tym jakiś banał, zauważam jakieś słabości i to przekształcam w taki sposób, jakbym sam z siebie kpił. Tutaj, nawet w tym fragmencie było dosyć dużo momentów, które można postrzegać jako humorystyczne. Z tą babcią, która nagle schowała pieniądze i tak dalej. I tutaj o co chodzi? O to, że ja o Michale Karolu pisałem już bardzo dawno temu. Ja jeszcze w XX wieku pisałem jakieś opowiadanie o Michale Karolu. To był chyba jeden z pierwszych bohaterów, którzy się u mnie pojawili.
Co prawda ja tego nie publikowałem, bo jak mówię, opublikowałem raptem cztery czy pięć opowiadań i potem jakieś inne teksty publicystyczne, ale ten Karol był postacią dla mnie bardzo ważną. Ja go budowałem i to był taki papierowy detektyw. Taki macho, który wyrósł z tego, czym nasiąkałem, a nasiąkałem tymi kryminałami Chandlera na samym początku.
[01:05:21] - Czyli dobrze.
[01:05:24] - Czyli dobrze. Ostatecznie to się sprowadza do tego wszystkiego, co powiedziałem w tej lakonicznej wypowiedzi wtedy. Ale chodzi o to, że ta książka tutaj, jest też w pewien sposób podsumowaniem, tylko bardzo już przekształconym tego, co ja robiłem wcześniej. Bo ten bohater, który występuje w tej książce, to jest zmieniona wersja bohatera, którego ja już miałem w głowie dużo wcześniej i którego przygody opisywałem i którego charakter był mi znany. Stąd też można powiedzieć, że tę książkę zacząłem pisać bardzo dawno temu. I to całe pochłanianie kultury popularnej, bo co tu ukrywać, ja wyrosłem z kultury popularnej, pochłaniałem. To była fantastyka przecież. W zasadzie ona jest kulturą popularną, bo wyszła z takich czasopism groszowych czy z tych paperbackowych i była adresowana początkowo do niewymagającego czytelnika. Ja tym wszystkim nasiąkałem, nasiąkałem tymi wszystkimi filmami. Jacek zwracał uwagę, że tam jest i „Blade Runner”, i jakieś filmy, i ta literatura.
To wszystko w jakiś sposób mi się układało. Ja to sobie przetwarzałem w różnych opowiadaniach. I też na przykład, który to był rok? Nie pamiętam, czy 2010, czy 2012. Takie opowiadanie pod tytułem „Bańki mydlane” się ukazało w science fiction, fantasy, horror. I ta akcja rozgrywa się właśnie na Szczupaku. Tam jest opisane to, co się wydarzyło przed wydarzeniami z Chcieja. Czyli to też można jakąś tutaj datę postawić, że w tym momencie zacząłem już budować to uniwersum. Bo tutaj Jacek zwraca uwagę, że tutaj powstaje pewne uniwersum, w którym można by osadzać jakieś inne opowieści, prawda? Mam dwa opowiadania z tego uniwersum już napisane.
I tak to wygląda. I z tej przyczyny można powiedzieć, że ta książka już ma swoje lata.
[01:07:32] - Teraz ty, Wiktorze.
[01:07:34] - Ja może dołożę troszeczkę do tematu takiej refleksji. Otóż autor miał wątpliwości, czy ja przeczytałem tę książkę. Przeczytałem, ale mam tutaj pewne refleksje. Nie będę tej książki oceniał, bo jestem skromny. Natomiast mam taką uwagę. Otóż ja dzisiaj dosyć dobrze postrzegam ludzi piszących. Mniej więcej wiem, do jakiego sportu mają predyspozycje, w czym mogą być naprawdę dobrzy, a co powinni sobie darować. Otóż zacznę od tego, że ja jestem bardzo, ale to bardzo przywiązany do moich młodzieńczych grzechów. I nie za bardzo lubię, jak ktoś mi odbiera palmę pierwszeństwa w tym grzeszeniu. Otóż moim ulubionym grzechem było pisanie w pierwszej osobie.
Może to być dyskusyjne, czy to jest plus, czy to jest minus, ale po jakimś czasie, jakiejś dojrzałości może nie pisarskiej, ale w ogóle ludzkiej, człowiek dochodzi do wniosków, że być może jednak „my” jest ważniejsze od „ja”. I ta młodzieńcza chęć wyrażania siebie w tekście, komentowania, pisania przez pierwszą osobę była moim ogromnym grzechem, bo można było wiele rzeczy sprzedać dużo lepiej, dużo lepiej zorganizować, gdybym patrzył na to wszystko tak, jak dzisiaj patrzę. I takim samym grzechem według mnie trochę ta książka posiada. Otóż pisanie. Ja mówię o tym autorze. Ten autor dla mnie dużo lepiej by się, to znaczy nie dużo, ale jeszcze lepiej sprawdził w powieści obyczajowej. O wiele bardziej, gdzie obyczajówka jest właściwie wątkiem głównym, a ta science fiction jest w tle głębokim, przymglonym, niedostrzegalnym być może. I nie w pierwszej osobie. Ale to trzeba umieć zorganizować. To trzeba przemyśleć, trzeba to zrobić.
Ja myślę, że w pisaniu w pierwszej osobie pojawia się takie niebezpieczeństwo, że coś może być czterystustronicowym monologiem. A to jest ciężkie do przełknięcia dla czytelnika. Pisanie przez pryzmat „my”, to znaczy nie „my”, ale rozbicie tego na osoby, na bohaterów, na to, że tych bohaterów obserwuje czytelnik. Pewna grupa ludzi, która ma różne charaktery i ona będzie tym „ja”. Brezge.
[01:11:10] - Nie, ja to myślę-
[01:11:11] - Ale coś w tym takiego jest. Ja bym naprawdę radził autorowi, żeby próbował przynajmniej, bo w tych fragmentach, właśnie takich obyczajowych, bywa bardzo błyskotliwy, bardzo dobry. Nie mówię, że w czym innym nie. Natomiast to bym oceniał całość, nie oceniałem całości książki. Natomiast te wątki obyczajowe potrzebują ironii. One potrzebują właśnie dystansu, pewnej zgryźliwości, uśmiechu, szyderstwa czasami.
[01:11:52] - To jest dopiero moja pierwsza książka cała. Ale jeśli można tutaj. Ja świadomie napisałem w pierwszej osobie. Sobie zdaję sprawę z tego niebezpieczeństwa, bo tam nawet kiedyś w fantastyce, chyba jeszcze w latach 80., było tam „Siedem grzechów fantastyki”, coś takiego i tam była mowa o tym pisaniu w pierwszej osobie. I ja sobie zdawałem sprawę z tego, że to jest niebezpieczne, bo ja właśnie zaczynałem od pisania w takiej osobie. Później zdałem sobie sprawę z tego, że się rzeczywiście za bardzo identyfikuję wtedy z tym bohaterem, a to nie o to chodzi. Natomiast później napisałem dosyć dużo opowiadań, gdzie starałem się wprowadzać narratora, który nie jest zaangażowany w żaden sposób i wydaje mi się, że ja już umiem to robić. Może jeszcze nie na tyle, żeby napisać książkę taką długą. Natomiast tutaj świadomie się zdecydowałem na tą pierwszą osobę, ponieważ chciałem, żeby to była taka konwencja. Taki Frank Drebin, który opowiada, co widzi.
Albo taki właśnie ten Marlowe chandlerowski. Taką chciałem przybrać konwencję, bo ja w ogóle chciałem początkowo, taka była moja idea, ale zmieniłem i nie zastosowałem takiego rozwiązania, bo chciałem, żeby się okazało, że ten główny bohater tak naprawdę nie był żadnym detektywem, że jemu spisano takie wspomnienia sztucznie stworzone, wzięte z różnych powieści. Bo po prostu, o co chodzi? Ja się w ogóle nie identyfikuję z tym bohaterem. Ja tego nie pisałem po to, aby jakieś swoje refleksje przedstawić jako ten bohater albo jakieś swoje losy opisywać. Pisząc w pierwszej osobie cały czas świadomie zachowywałem do tego dystans. Może to nie wyszło do końca tak, jak powinno, ale jak-
[01:13:54] - Chyba się do końca nie udało. Tyle mojego.
[01:13:58] - Są takie fragmenty z tymi gwiazdami na przykład. Ale gdybym pisał w trzeciej osobie, to też bym pisał po prostu, że główny bohater sobie myśli, że to i to, i te gwiazdy. Może jeszcze doświadczenie przyjdzie z czasem, jeżeli jeszcze trochę pożyję. Mam nadzieję. Będę teraz jadł dużo witamin i znowu tę uwagę Wiktora wezmę sobie do serca. Jeżeli powstanie dalszy ciąg, też już planowałem go napisać zupełnie inaczej, z innej zupełnie perspektywy. Zobaczymy. W każdym razie nie do końca mi chodziło o to, żeby jako zupełnie niedoświadczony autor bezrefleksyjnie zdecydować się na to, żeby pisać w pierwszej osobie. Przemyślałem to i akurat zdecydowałem się na taką konwencję. Zobaczymy, może kiedyś napiszę powieść obyczajową, tylko trzeba na to znaleźć czas.
[01:14:54] - Mogę małą dygresję tutaj do tego?
[01:14:56] - Jak najbardziej.
[01:15:00] - Chodzi o to, o czym mówił Wiktor i o to, o czym mówił Kuba. Kuba wspomniał o Blade Runnerze, który moim zdaniem jest nierozłączną częścią tej książki. I tu, jeśli chodzi właśnie o filmową wersję, o Blade Runnera filmowego, istnieje pewna analogia, ponieważ Blade Runner istnieje w kilku wersjach. W wersji, gdzie ten głos lektora, czyli bohatera z offu jest i w wersji, gdzie tego głosu lektora z offu nie ma. Ja osobiście jestem miłośnikiem, zwolennikiem tej wersji z lektorem, z tym Frankiem Drebinem z offu.
[01:15:39] - Ja powiem, że też. Chociaż to było wprowadzone dla tego mniej wymagającego widza, prawda?
[01:15:48] - Tak.
[01:15:49] - My widocznie jesteśmy mniej wymagający i musimy jeszcze dojrzeć.
[01:15:53] - Ja bardziej potwierdzam to, że długo do tego filmu dojrzewałem. Byliśmy zafascynowani „Gwiezdnymi wojnami” zanim się Blade Runner zinternalizował.
[01:16:02] - My wolno dojrzewamy, nie?
[01:16:07] - Tak jest.
[01:16:07] - Trochę jesteśmy nierozwinięci.
[01:16:10] - Wiecznie młodzi. Dobra.
[01:16:11] - Musimy żyć 130 lat, żeby coś kiedyś dojrzałego stworzyć.
[01:16:17] - Chyba tak. Dobra, oddajemy głos.
[01:16:19] - Ja mam teraz pytanie. Tak naprawdę nie wiem, do kogo z państwa, bo uśmiechnąłem się, kiedy państwo dyskutowali tutaj, to ja doszedłem do wniosku, że człowiek ma jednak ograniczoną percepcję. W każdym razie, jeśli ja jestem człowiekiem, to ja mam ograniczoną percepcję. Otóż zdołałem przeczytać książkę, o której dzisiaj rozmawiamy, ale nie udało mi się do momentu audycji przeczytać skrzydełek. Proszę państwa, tu apel do wszystkich słuchaczy. Czytajcie państwo skrzydełka.
[01:16:51] - Nie czytajcie tylko skrzydełek.
[01:16:53] - Bo na skrzydełkach są rzeczy ważne, bo ja tutaj nieopatrznie gdzieś na początku audycji zapytałem o tych szamanów fantastyki i tak dalej. Tymczasem to, kim są szamani fantastyki, jest świetnie wytłumaczone na skrzydełku okładki. Powiem, że jestem pod wrażeniem tego tekstu. I teraz pytanie kontrolne: kto za to odpowiada? Bo to jest niezwykle plastycznie i niezwykle wprost napisane, o co w tym wszystkim chodzi. O co z tymi szamanami? Ja na przykład zacytuję tylko: „Żyją na granicach kultur i światów”. Albo drugie: „Przemierzają pustkowia, bezdroża i leśne ostępy, penetrując mroczne i chłodne przestrzenie nieznanego. Wyznawcy słowa tłoczonego drukiem na pergaminach. Są wśród nich filozofowie i mędrcy, sprzedawcy marzeń i uzdrowiciele, strażnicy tradycji, posłańcy przodków i wizjonerzy”.
To tylko fragment tego, co się na skrzydełku znajduje. Ale jeśli się tę lekturę zaliczy, to wtedy już nie będzie pytań takich, jakie zadał Żelkowski na początku. Kim są ci szamani fantastyki? A teraz to pytanie, które już padło: kto odpowiada za to skrzydełko?
[01:18:21] - Jacek jest winny.
[01:18:22] - Nie, nieprawda. Ja użyję tutaj wykrętu. Mi się wydaje, że jest to tekst natchniony i on spłynął na nas z góry, wszyscy chyba w jakiś sposób. Pracowało nad nim kilka osób i nawet jeśli ja artykułowałem coś, to nie było to do końca moje, tylko wynikające z obcowania.
[01:18:48] - Jacek napisał.
[01:18:48] - No nie, zostaw trochę mnie.
[01:18:51] - Jacek napisał. Ja bardzo skróciłem. Jacek znowu rozciągnął. I tak to wygląda. Ja tutaj tylko powiem, że ja tam się nie identyfikuję z tym wszystkim. Ani jestem mędrcem, ani filozofem. Jestem jakimś tam adeptem. Ale z kolei tak jak Jacek to opisał, postrzegam w zasadzie pisarzy, bo pisarze to są ci ludzie, którzy tam wchodzą, gdzie normalnie-
[01:19:13] - Pozwól, że wtrącę, bo każdy z nas w jakiś sposób nie musi spełniać tych wszystkich kryteriów. Natomiast dopisek o przemierzaniu leśnych ostępów jest dedykowany właśnie Wiktorowi Żwikiewiczowi, którego wypowiedź pamiętam sprzed kilku lat, jak spędzał po kilka dni w lesie, nawiązując metafizyczny kontakt z naturą. A dopisek o filozofach powstał w momencie, o czym oczywiście wszyscy w zespole wiedzą, gdy miały się pojawić też książki jednego z bardziej znanych autorów polskich.
[01:20:01] - Hamuję cię, żebyś czasem nie powiedział kogo.
[01:20:03] - Nie powiem kto. Który jest też filozofem i to było dedykowane przede wszystkim jemu i miało zapowiedzieć też jego nadejście. Ten autor niestety się już nie pojawi, ale filozofowie zostają.
[01:20:17] - A może jeszcze jakiś filozof się trafi, kto wie?
[01:20:20] - Znaczy ja miałem psudo-filozof na studiach, to już tak na marginesie.
[01:20:23] - Musisz opublikować jakąś swoją powieść.
[01:20:26] - Ja może wtrącę się na sekundę, bo rozbawiło mnie to przypisanie mnie do wędrującego po lesie, bo w ostatnich latach takie zdarzenie mnie dotknęło. Otóż moja córeczka z pierwszą swoją kapelą – bo ona śpiewa, pisze teksty i robi muzykę – z pierwszą kapelą, z którą śpiewała i grała i komponowała muzykę, to się nazywa kapela Blackberry Hill, zrobiła klipa ze mną w roli głównej.
[01:21:07] - Wędrującym po lesie.
[01:21:08] - Tak, kazali mi chodzić po lesie. W lesie było zamontowane chyba 20 kamer. I potem się pojawił klip. Jest dostępny. Blackberry Hill, klip nie pamiętam, jak się nazywa, ale od razu widać Żwikiewicza łazącego po lesie.
[01:21:29] - Wiktor, nie wiem, czy pamiętasz, podczas koncertu Blackberry Hill w Nidzicy siedziałem za twoimi plecami, koło ciebie siedział Jarek Boris z Brzegu, mój kolega. Kupiłem płytę tego zespołu. Gdzieś tam w planach była później organizacja spotkania Brzegu i koncertu Brzegu. Ale to było właśnie w tym okresie, kiedy ta moja osobowość, moja tożsamość zaczęła się po prostu sypać. I te plany na razie może nie spaliły na panewce, ale może właśnie wrócą. Może w tym momencie właśnie jest to dobry moment, żeby zapowiedzieć coś, że jeśli się sytuacja pandemiczna troszeczkę poprawi, to gdzieś na wiosnę spróbujemy zrobić jakieś spotkanie. I ten pomysł, ten plan, żeby też ciebie i twoje dziecko zaprosić do Brzegu na nasz zamek w jakiś sposób z koncertem uda się zrealizować. Serdecznie zapraszamy, Wiktor. Jesteś jedną z naszych inspiracji i słuchałem ciebie w Nidzicy, może nie z rozrzewnioną mordą, ale doskonale rozumiejąc, albo przynajmniej tak mi się wydawało, że odczuwając empatycznie pewne takie połączenie z osobą, która doświadcza pewnych procesów, których też ja doświadczam. I tyle ode mnie, bo bohaterem dnia jednak jest książka Jakuba.
[01:22:51] - Jak najbardziej.
[01:22:52] - Ja pozwolę sobie jednak trochę przygasić męski żywioł i zwrócić się do pani Luizy, ponieważ mnie niezwykle zafrapowało to, co pani mówiła na temat odbioru książki, ten motyw o kobiecości i męskości w literaturze i te pani refleksje dotyczące Chcieja. Czy zechciałaby pani jeszcze to rozwinąć? Bo to mi się wydaje niezwykle ciekawe w kontekście tej powieści.
[01:23:25] - Początkowo wydawało mi się, że pan detektyw to będzie właśnie ktoś kimś w rodzaju Marlowa powiedzmy. Taki typowy macho w kapeluszu, w garniturze, który lubi tęgo popić, lubi pożartować, a kobieta to dla niego jest ładny dodatek. Tymczasem w pewnym momencie człowiek odkrywa, że to tylko poza, że za tym coś się kryje. I w tym momencie następuje niejako przeniknięcie się dwóch światów. Spojrzenie takie typowo maczystowskie i ten delikatny kobiecy pierwiastek, który się ukazuje. To jest coś niesamowitego dla mnie, ponieważ mówiąc szczerze, ja tego wcale nie oczekiwałam. Bardzo dobrze się bawiłam początkowo czytając tę książkę, bo trzeba przyznać, że autor ma duże poczucie humoru i w dodatku, co warto podkreślić, nie jest to poczucie humoru prostackie, które teraz niejako święci triumfy. Na przykład mianem kabaretu określa się występ kilku panów, którzy zachowują się jak wypuszczeni z tworek, bo to trudno inaczej określić. I wszyscy ha, ha, ha. Chociaż tam naprawdę nie ma się z czego śmiać, ponieważ większość dowcipów kręci się wokół kibla.
Humor autora Chcieja jest dużo bardziej subtelny.
[01:25:14] - Wytworny.
[01:25:14] - On jest lekki i można powiedzieć nie jest wulgarny, nie jest prostacki, a to bardzo wiele. Dlatego właśnie, kiedy w pewnym momencie okazuje się, że Karol nie jest do końca taki, jak myśleliśmy, że w jego postaci początkowo nie dostrzegaliśmy pewnego komponentu, z którego on sam nie zdaje sobie sprawy w tym momencie i to z pewnego powodu, który mnie samą bardzo zaskoczył. To zaskakuje. Można powiedzieć, że z takiego uśmiechu, z dobrego humoru, ponieważ ta książka naprawdę, przynajmniej do pewnego momentu wprawia w dobry humor. Nagle przeszłam wręcz do dramatu, do czegoś, co jest absolutnie ponadczasowe. To, co było, kiedy wyłaziliśmy z jaskiń i to będzie, kiedy polecimy do gwiazd. To, co jest najistotniejsze To nie są statki kosmiczne, to nie są wszelkie możliwe wynalazki, to nie jest to, do czego możemy dojść w sensie technicznym czy w sensie materialnym. Tylko to jest to, co my mamy w sobie. To jest najistotniejsze, bo to właśnie czyni nas ludźmi. Chyba lepiej tego nie potrafię wyrazić.
[01:26:55] - Mogę wtrącić coś?
[01:26:59] - Tak.
[01:26:59] - Nawiązując i do szamanizmu, i do tego, o czym mówi Luiza. Bardzo dużo mówi się w tym szamanizmie rozumianym kolokwialnie, ale też w psychologii archetypów o jednoczeniu przeciwieństw. O tym, że nasze osobowości są niejako skomponowane z animusa i animy, czyli części żeńskiej i części męskiej. I chyba w jakiś sposób do tego też nawiązuje Luiza. Do tego, że „Chciej mnie zawsze” nie jest książką jakąś nacechowaną pewną pozowaną męską brutalnością, bohaterem, który jest na miarę Conana. Jest właśnie bohaterem innym, w którym gdzieś ta druga część, ten pierwiastek postrzegany jako kobiecy, czyli ta wrażliwość, też jest postrzegana. I do końca. Bo też w jakiś sposób smutek Tanga jest też częścią tej książki, co Kuba wyraził bezpośrednio, nie wiem, czy świadomie nawiązując do Astora Piazzolli. I tyle. Dziękuję.
[01:28:18] - Mogę, szybka wkładka, bo ja przede wszystkim chciałem podziękować Luizie za to, że takie piękne rzeczy mówi. Jackowi zresztą też. Bo o to mi chodziło. Ja chciałem tutaj zrobić jakieś przełamanie. Chciałem, żeby ta książka, ona początkowo wyglądała na jakąś sztampę, na jakieś schematy. Chciałem, żeby czytelnik się spodziewał po prostu tego, czego można się spodziewać i chciałem to wszystko przełamać. Jakby chciałem uczłowieczyć nagle tego bohatera, jak jakiegoś Tytusa de zoo. I wydaje mi się, że rzeczywiście udało mi się tutaj troszeczkę. Jeżeli mogę w ogóle o sobie mówić, że mi się coś tam udało i oceniać swoją. Chyba mi się to udało.
Pewnie dzięki temu damskiemu pierwiastkowi, który we mnie też gdzieś tam chyba musi być, bo ja już dobiegam pięćdziesiątki, a mi jeszcze broda nie rośnie, to chyba
[01:29:13] - Tak, ale jeszcze chciałam powiedzieć jedno. Również bardzo dobrze jest nakreślone tło polityczne. Ono tam jest niby mimochodem, ale widać to w nim, co możemy sobie zaobserwować na co dzień. To się niby dzieje te kilkaset lat do przodu. Dzieje się w zasadzie na ograniczonej przestrzeni, ponieważ mamy do czynienia ze statkiem kosmicznym. Ale problemy są te same, które mamy dookoła siebie dzisiaj. To samo całkowite uprzedmiotowienie jednostki. To, że ktoś, kto ma trochę więcej władzy, od razu zaczyna innych postrzegać jako narzędzia do celu i nic więcej. To zostało pokazane w bardzo zręczny sposób, nienarzucający się. Ale czytelny.
Odniesienia do sytuacji współczesnej można łatwo wyłapać. Także naprawdę szczerze polecam tę książkę.
[01:30:32] - To teraz Wiktor.
[01:30:33] - Ja bym chciał tylko zwrócić uwagę, że czasami my odkrywamy Amerykę, bo dyskutujemy o pewnych rzeczach tak, jakbyśmy w tej Europie się nagle pojawili znikąd. A przecież 5000 czy 10 000 lat temu, to à propos tych całych damsko-męskich koligacji i tych filozofii. 10 000 lat temu filozofowie albo etycy, albo pisarze Dalekiego Wschodu stworzyli taki symbol jak yin i yang.
[01:31:12] - Oczywiście.
[01:31:13] - W czym jest zawarta istota rzeczy, tego wszystkiego, o czym my mówimy i do czego powinniśmy dążyć i w odbiorze literatury, i w pisaniu, i we wszystkim. I tak dalej.
[01:31:25] - Wszystkie kultury takie coś tworzą. Zawsze zamierzam powiedzieć o tej istocie jednej na przykład, która się rozpadła na dwie.
[01:31:32] - Człowiek koło w Grecji, tak.
[01:31:37] - Okej, a ja teraz mały rzut oka. Nie może być małego rzutu oka. Czyli ja po prostu rzucę okiem, jakkolwiek to zabrzmi, na czat i przeczytam, że o 35 pisze, że teledysk Blackberry Hill z panem Wiktorem jest nadal na głównej stronie kanału youtubowego zespołu, więc kto zainteresowany jak Wiktor hasa po lesie to właśnie ten adres.
[01:32:04] - Polecam moją córkę, a nie mnie, bo ja tam wyglądam jak karakan.
[01:32:09] - Ja widziałem ten teledysk nawet niejednokrotnie jakiś czas temu.
[01:32:13] - Ale ja chcę powiedzieć jeszcze coś. Zabawiła mnie pewna harmoniczność wydarzeń, o których pani Luiza powiedziała, o tych kabaretach. Mówię o tej harmoniczności, bo ja nic innego nie robię od dobrego tygodnia, tylko oglądam taki zapomniany już pewno dzisiaj kabaret, który nosił nazwę Potem. Bo on dokładnie był zupełnie inny niż te kabarety, które są w tej chwili.
[01:32:45] - Dokładnie tak.
[01:32:46] - Nie było tam żadnych przekleństw, żadnej polityki. Była literackość, i to najlepszej próby literackość, ale z drugiej strony było to po prostu śmieszne. Nie w sposób ani polityczny, ani wulgarny. Tak jak powiedziałem, nie miał ten kabaret tych grzechów, które mają współczesne kabarety, przy których też się śmiejemy. Oczywiście mniej lub bardziej nas śmieszą. Jedne są już w ogóle nie do oglądania, bo zajmują się głównie, tak jak pani Luiza to powiedziała, albo sprawami damsko-męskimi w wydaniu mało akceptowalnym, albo w wyzywaniu się od najgorszych, albo w pokazywaniu nędzy ludzkiej, która ma być niesamowicie śmieszna. Tymczasem kabaret Potem, tak sobie go tu poreklamuję chwileczkę, to był kabaret, który właśnie nawiązywał do tradycji literackich.
[01:33:49] - Dokładnie tak.
[01:33:49] - Oni mieli nawet jakiś program Żeromskiego nawiązywali.
[01:33:52] - Tak, Zielona ryś.
[01:33:54] - Tak. To więc już ewidentnie tradycja. Ale mieli też Bajki dla potłuczonych.
[01:33:59] - Tak.
[01:34:00] - I to się wydawało w tych potłuczonych, co to za słowo? To sobie państwo posłuchajcie kabarety.
[01:34:09] - Ja jako człowiek jeszcze starszej daty niż mój przyjaciel Marek Żelkowski przypomnę, że istniał kiedyś taki Kabaret Starszych Panów.
[01:34:18] - O rety, to jest jeden z moich ulubionych.
[01:34:21] - Absolutna genialność.
[01:34:23] - Tak, ale dlaczego tak się zachwycamy? Bo on też był kabaretem czerpiącym garściami z literatury. Ci panowie starsi i Jeremi Przybora, i Wasowski to była znowu zharmonizowana para, która jeden pisał świetne teksty, drugi potrafił do tego dołożyć muzykę. Ale to była całość. I znowu nie idąc w kierunku gładkich komplementów, to ja myślę, że autor powieści, o której dzisiaj rozmawiamy, raczej nawiązuje do tych tradycji. Tak bardzo przez ogródki. Ja to mówię tak bardzo naokoło, ale raczej do tych tradycji nawiązuje, o których teraz mówimy w swojej twórczości, niż do tych współczesnych kabaretów. To tak naokoło, ale powiedziałem, co chciałem.
[01:35:19] - Zwrócę uwagę, że nawet jak jakiś bohater chce zakląć, to nawet nie używa słowa „cholera”, tylko pisze je w cudzysłowie, że tak powiem, tylko jest to napisane, natomiast niewypowiedziane. Mam propozycję, żeby w ogóle we współczesnym czasie używać słowa, bo „cholery” to już nikt nie wie, co to było.
[01:35:41] - Nie, to w ogóle słowo nieznane.
[01:35:43] - Covid używać jako przekleństwo przecież, to się aż prosi.
[01:35:47] - Bardzo jest niewykluczone, że po jakimś czasie stanie się takowym przekleństwem. Chyba kogoś nie dopuściliśmy do głosu. Czyżby?
[01:35:55] - Tak, autora.
[01:35:56] - Autor albo... Tak, to słuchamy.
[01:35:59] - Ja chciałem powiedzieć, że oczywiście ja się wychowałem na Kabarecie Starszych Panów. Ja bardzo lubię tego typu humor. I chciałem podkreślić, że właśnie nawiązywanie do kultury jest bardzo ważne i to, co tutaj Wiktor stawia może jako zarzut, że tutaj odkrywanie Ameryki, to właśnie jest to nawiązywanie do kultury, do Ingiana i tak dalej. Warto od czasu do czasu to przypomnieć w momencie, kiedy ta kultura zaczyna się rozłazić, bo w tym momencie, przynajmniej w tym najszerszym nurcie kultura się rozłazi, stąd te kabarety wychodzą. Nie wiem, czy to wypada oceniać, czy nie w taki sposób. Ale wychodzi jakaś grupa rozdziewów i zaczyna wygłupiać. Oni się po prostu wygłupiają tak jak niegrzeczne dzieciaki się kiedyś wygłupiały. I to zawsze cieszy.
[01:36:48] - Robiąc małpie miny przy okazji.
[01:36:51] - Panie Jacku, pan zwrócił uwagę na to, że są rzeczywiście pewne rzeczy, panie Jakubie, pewne rzeczy, których nigdy nie jest dosyć powtarzać, nigdy dosyć przypominać. Tak jak na przykład nie kradnij, nie zabijaj, nie cudzołóż i tak dalej.
[01:37:19] - Panie Jakubie, ja tak mówiłem Wiktor, bo jak ja powiedziałem, panie Wiktorze, jak byliśmy w Bydgoszczy, to dowiedziałem się, że mamy ulicę Partynt. Dlatego tak sobie pozwoliłem, to przepraszam jeszcze, jeśli tutaj popełniłem nietakt.
[01:37:30] - Nie.
[01:37:32] - Także uważam, że warto to przypominać i warto do tej kultury właśnie nawiązywać, bo mi się wydaje, że taka jest rola pisarza, żeby przejmować to, co już zostało powiedziane i to bez przerwy przypominać, w jakiś sposób to przetwarzać. Ja mówię, ja nie jestem doświadczonym pisarzem, może to niekiedy jeszcze nieporadnie robię, ale w tym kierunku zmierzam, dążę i chcę to właśnie w taki sposób robić, bo dla mnie ta kultura jest ważna. Tak jak mówię, ja wyrastam z popkultury. Dla mnie ważna jest ta popkultura, która była jakościowa, bo jednak to, co pojawiało się w telewizji, to raczej jest kultura popularna. Ale kiedyś kultura popularna staje się tą kulturą wyższą także, prawda? Kabaret Starszych Panów bardzo sobie cenię. Było dużo różnych innych pozytywnych zjawisk i ja staram się do tego nawiązywać tutaj i tą muzykę staram się jakoś wskazać nie po to, żeby uczyć, bo też się nie poczuwam do tego, ale poruszyłem te wątki, które są dla mnie ważne i bardzo chętnie się dzielę tym z czytelnikami, którzy jakoś się stroją z tym brzmieniem tej struny, którą akurat poruszam. Tak to wygląda z moją strony.
[01:38:42] - Mogę teraz wejść?
[01:38:43] - Proszę.
[01:38:46] - Ja bym to skonkludował w ten sposób. Uciekło mi to przedtem. Książka „Chciej mnie zawsze” jest też w związku z okolicznościami, o których mówił Kuba czy pan Wiktor, filmem drogi, czyli powrotem do czasów dzieciństwa, do czasów dorastania, do czasów odkrywania różnych mechanizmów. I stąd chyba też ta nostalgia, którą odkrywają chyba jednak dojrzalsi czytelnicy. Tutaj problemem z recepcją części przekazu książki może mieć czytelnik młodszy, niepamiętający czy nieznający tych ikonicznych, kultowych czy kabaretów, czy filmów. I jeszcze bym chciał jako kulturoznawca, antropolog kultury dodać, że oprócz tej kultury wyższej i popularnej mówi się teraz o kulturze masowej. I chyba te kabarety, o których mówiła Luiza czy Marek, czy Kuba, to już jednak jest kultura masowa.
[01:39:53] - Kultura taka, do której nawiązujemy, którą sobie cenimy, cały czas tak naprawdę istnieje. Nakręciłem ten film „Wojna gwiazd”. On był teraz pokazywany na przykład na festiwalu offowych filmów w Gnieźnie i tam oglądałem różne filmy, które chyba nie trafiają do szerokiego obiegu. I tam na przykład był bardzo dobry, moim zdaniem, film pokazany w reżyserii Marka Grabie. I tam występowała Joanna Kołaczkowska w małym epizodzie, ale Joanna Kołaczkowska była właśnie w kabarecie Potem.
[01:40:36] - Kabarecie Potem, tak.
[01:40:37] - Jak najbardziej. I tam w tym filmie właśnie taki humor się pojawia. I kurczę, też to jest ciekawe, że ten film ma duże kłopoty z trafieniem do szerokiego obiegu. Na razie go nigdzie w zasadzie nie można obejrzeć, jak powiedziałem, tylko na festiwalu. Chodzi o to, że to zjawisko jest. Ta kultura, którą sobie cenimy, jest cały czas niesiona, tylko że jakoś się zawęża ten krąg odbiorców. Ale ci odbiorcy są i są też cały czas tacy twórcy, którzy to wszystko robią z finezją.
[01:41:09] - Jeżeli mogę się wtrącić, to jest to efekt zmiany. Chodzi o to, że kiedyś kultura szeroko pojęta miała pewne zadanie: ludzi kształcić i niejako wpływać na ich wrażliwość artystyczną. To tak, jakby ktoś na przykład próbował przekonać do wykwintnego jedzenia, uważając, że w ten sposób ukulturalnia kogoś. Tymczasem obecnie kultura, w tym też kabarety, po prostu przypominają McDonalda. To się dobrze sprzedaje, więc po co pchać ludziom coś, czego nie zrozumieją? Więc coraz więcej jest takiego właśnie śmieciowego, duchowego jedzenia.
[01:42:10] - I tu znowu można wrócić do tych „Gwiezdnych wojen”, które tak samo działają.
[01:42:14] - Czymże były dla nas „Gwiezdne wojny”? Przecież ja na samym „Powrocie Jedi” byłam 27 razy. Objechałam, obleciałam wszystkie kina, nawet studenckie przybytki, gdzie w zasadzie jeszcze nie miałam prawa wstępu, ale wpuścili mnie tylnymi drzwiami. To było coś cudownego. To było wspaniałe. Ale dlaczego? Warto by się zastanowić dlaczego. Bo jak teraz mamy na przykład to, co zrobił Disney i zestawimy to z tą oryginalną trylogią, to to jest niebo a ziemia.
[01:42:52] - A to też była popkultura i to też była kultura masowa, bo jednak producenci dlatego dawali pieniądze, że to trafiało do szerokiego kręgu odbiorców.
[01:42:59] - Tak, ale to widać, jak upada coś, co się nazywa smakiem odbiorcy.
[01:43:06] - To teraz ja sobie pozwolę. Najpierw powiem o tym nawiązaniu do różnych spraw, o których mówił autor, nawiązaniu do literatury, w ogóle do kultury. Powiem tylko, że jest bardzo duża grupa osób, czytelników, którzy z zapałem, ale takim dobrym zapałem śledzą tego rodzaju tropy w książkach. Ja, mówiąc szczerze, też do takich osób należę i niesłychanie dobrze się bawią, kiedy znajdują takie tropy. I to jest w książce, o której dzisiaj mówimy, widoczne, że tam są nawiązania. Zapewne nie wszystkie da się wyłapać. Jedna osoba nie wszystkie te tropy jest w stanie wyłapać. Ja lubię takie książki. To jest jedna rzecz, o której chciałem powiedzieć. A druga to jest próba pewnej analizy tego zjawiska, o którym przed chwilą była mowa.
Czyli dlaczego tak to wszystko, użyjmy tego słowa, schamiało. Ja sobie przypominam opowieść Wiktora, którą mnie kiedyś poczęstował i ona mi dobrze zapadła w pamięć. Powiedział Wiktor kiedyś, że kiedyś było tak, że najpierw był jeden kanał telewizyjny, później były dwa kanały telewizyjne. I Wiktor był wtedy mierniczym. Kim ty byłeś? Geodetą. Geodetą. I chodziłeś ze swoimi mierniczymi. Jak to powiedział Wiktor, to byli prości ludzie. Ale o czym mierniczy rozmawiali we wtorki o poranku?
Otóż we wtorki o poranku ci, jak to Wiktor powiedział, prości ludzie rozmawiali o na przykład sztuce Becketta.
[01:45:02] - Jak najbardziej.
[01:45:04] - Dlatego, że byli nią zainteresowani? Niekoniecznie. Natomiast ta sztuka była poprzedniego dnia w Teatrze Telewizji. Nie było nic innego do oglądania, to oni to oglądali.
[01:45:17] - Cała ludzka Polska to oglądała.
[01:45:18] - Tak. Tylko teraz jeszcze jedna rzecz. Wtedy pewnym zadaniem, pewnym autozadaniem było to, żeby spróbować chociaż to zrozumieć. Człowiek drapał się w głowę, mówił: „Głupie, nic nie rozumiem, ale chociaż spróbuję”. Dzisiaj nastąpiło natomiast zjawisko odwrotne. Dzisiaj nikt nie chce spróbować czegokolwiek zrozumieć. Bierzemy to, co jest łatwe, takie mcdonaldowe. Jak nie rozumiem, to przełączam kanał. Po co mi wiedzieć coś albo choć spróbować coś zrozumieć? Troszeczkę w takiej kulturze w tej chwili żyjemy i to jest nawet taka prosta, nawet prostacka chwilami odpowiedź między innymi na to, dlaczego te „Gwiezdne wojny” się zmieniły.
Bo wtedy to była pewna baśń, w której też można było szukać tropów. Robił to Kałużyński w Polsce, który usiłował to jakoś porządkować. Mniej lub bardziej mu się to udawało.
[01:46:18] - Kałużyński powiedział o „Gwiezdnych wojnach”, że trudno patrzeć, kiedy defiluje przed nami ten spektakł debilizmu .
[01:46:26] - Tak, ale też w innych wypowiedziach próbował to jednak rozstawić na szachownicy, bo to był prowokator, ale jednak prowokator myślący. Nie wystarczało mu, że coś obrzucił błotem. Jeszcze starał się to zrozumieć i to też cenne. W każdym razie wtedy to była baśń, która miała szereg nawiązań. Dzisiaj odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z popłuczynami troszeczkę. To się sprzeda.
[01:47:01] - Nie troszeczkę, a w ogóle.
[01:47:03] - Staram się być delikatny w wypowiedziach, żeby mnie tu zaraz ktoś żądząco... Żeby mnie koncern wielki disneyowski w kajdany nie zakuł i gdzieś na Alaskę wywożą albo coś takiego.
[01:47:18] - Ja mam uwagę tutaj do Marka wynurzeń, bo chcę zwrócić wszystkim uwagę, że kultura, nauka, tak samo jak pieniądz, podlega tym samym prawom i inflacja jest podstawowym zjawiskiem, które nie tylko dotyczy pieniądza, ale również kultury, nauki, sztuki i tak dalej. Jesteśmy w okresie akurat inflacyjnym. Trudno. Zobaczycie, że za parę lat jeszcze naprawdę, tak jak pani Luiza à propos kultury mówiła, tak samo będą wszyscy ludzie starszej daty wspominali: „Ach, kiedyś szkoła służyła do tego, żeby kogoś czegoś nauczyć”.
[01:48:08] - Coś niesamowitego.
[01:48:11] - Ja wiem, że to już jest. Dlatego mówię.
[01:48:14] - Dzisiaj szkoła nie wiem czemu służy. Może chwilami uczeniu czegoś, ale tak nie do końca. Ja się boję, że audycja zamieni się w narzekanie, jak było kiedyś fajnie, a jak strasznie jest dzisiaj.
[01:48:30] - Kiedyś było też strasznie.
[01:48:32] - Staram się.
[01:48:32] - Nie, nie chodzi o narzekanie, tylko trzeba jakoś opisać rzeczywistość, że kiedyś było inaczej. O Jezu, co to? Co to za dźwięk? Chodzi o to, że my wtedy żyliśmy w kulturze niedoboru i to wywoływało konieczność podejmowania pewnych czynności-
[01:48:51] - Wysiłków
[01:48:51] - ... które wymagały wysiłku. Tak jak w przypadku tych „Gwiezdnych wojen” było trzeba podjąć pewien wysiłek, żeby na przykład przeczytać książkę, bo trzeba znać język angielski albo było trzeba na przykład poznać jakichś ludzi, było trzeba włożyć wysiłek, żeby znaleźć wydanie klubowe tej książki, żeby się czegoś dowiedzieć, było trzeba poznać kogoś, było trzeba może przeszukiwać.
[01:49:12] - Tak. Pamiętam, jak kiedyś całe wakacje pracowałam, żeby kupić na stadionie Skry pirackie, jak by się teraz powiedziało, tłumaczenie „Gwiezdnych wojen” odbijane na sitodruku.
[01:49:31] - Właśnie.
[01:49:32] - Po polsku. Kosztowało obłędnie, ale to był mój skarb.
[01:49:37] - I to wszystko kosztowało. Takie rzeczy, które kosztują, się bardziej ceni niż te, które są łatwe do uzyskania, a jeszcze bardziej niż te, które się pchają drzwiami i oknami. A w tej chwili te „Gwiezdne wojny” się pchają drzwiami i oknami. Ja byłem kolekcjonerem figurek „Star Wars”. Było 107 figurek z „Gwiezdnych wojen” produkowanych w latach 70. i 80. W Polsce to było w ogóle nieosiągalne. To były polskie podróbki. Ale na Zachodzie było 107. I to ludzie jakoś gromadzili.
A teraz, w dzisiejszych czasach, kiedy pisałem książkę o „Gwiezdnych wojnach” i sprawdzałem, ile tego jest, to wtedy już było ponad 3000 figurek produkowanych w dzisiejszych czasach, od '95 roku. I tak jest z wszystkim. I te „Gwiezdne wojny” też. Teraz są seriale, te filmy, to wszystko się po prostu pcha, atakuje ze wszystkich stron i aż by się chciało już bronić w tym momencie.
[01:50:29] - Zwróćcie państwo uwagę, jak bardzo trzeba uważać na swoje marzenia. Bo kiedy byliśmy w kulturze niedoboru, kiedy były dwa programy telewizyjne, o czym marzył przeciętny nastolatek? O tym, żeby było jak w Ameryce 20 kanałów czy nawet 30, że to wtedy będzie Super.
[01:50:53] - Tak, taka była piosenka. Nie pamiętam kogo. Bruce'a Springsteena albo Dire Straits, że coś tam, ileś tam channels and nothing on.
[01:51:00] - Tak. Myśmy tego nie rozumieli.
[01:51:03] - Co za idiota marudzi, że ma za dużo kanałów w telewizji, prawda? Pamiętam, jak pojechałem do Niemiec w chyba 1984 roku z rodzicami, to mi się tam nawet podobały reklamy. Ja sobie myślałem: „Kurczę, dlaczego w Polsce nie ma reklam?” One były takie fajne. Na przykład ludzie wchodzili do windy i nagle śpiewali, że jakieś cukierki im smakują, Haribo czy coś takiego. I sobie myślę, przecież to jest fajne. To jest taki fajny zachodni, kolorowy świat. I teraz, kurczę, tylko można załamać ręce, co się stało, jak to do nas przyszło. Ale to już są marudzenia.
[01:51:38] - Czyli uważajmy, proszę państwa, na marzenia, bo się mogą spełnić i wcale nie będziemy zadowoleni. To jest teraz dobry moment, żebyśmy posłuchali drugiego fragmentu powieści „Chciej mnie zawsze”.
[01:51:55] - „Niespodziewanie przyszedł mi do głowy pomysł, żeby zagrać va banque i sprawdzić jedną ze swoich teorii, wykorzystując zamieszanie i słabość admirała do córki, która odwróci jego uwagę. Porozmawiałem więc chwilę o nieistotnych szczegółach i poczekałem na moment tuż przed jej wejściem do pokoju. Stało się to chwilę po tym, jak ponownie przymknął oczy i wezwał ją za pomocą opaski. Kiedy otwierały się drzwi, zapytałem: „A gdzie trzymane są dane z teleportów?” „Jakie dane?” – zapytał. „Chodzi o pliki ze skanami mentalnymi”. Spojrzał na mnie z wyższością. „Skany mentalne? Skąd pan wytrzasnął tę nazwę? Mówimy na to pliki psychiczne. Nie ma mowy o ich udostępnieniu”.
Nagle zamarł na moment w bezruchu, a potem spojrzał na mnie z wściekłością. „No ładnie” – powiedział. „Gratuluję”. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale Madeleine była już w pomieszczeniu. „Dzień dobry” – przywitała się, a ja uległem wrażeniu, że słyszę znajomy, bliski mi głos. Rozkojarzyłem się kompletnie i zrozumiałem, że gdyby teraz Molibden wpadł na pomysł, by przechytrzyć mnie w rozmowie, dałbym się ograć jak bezradny uczniak. Tymczasem Madeleine wyciągnęła w moją stronę dłoń, mówiąc: „Flexi Mind”. „Karol. Michał Karol” – odpowiedziałem szybko i wyciągnąłem rękę w jej stronę. Dotyk jej ciała wydał mi się dziwnie znajomy.
Miałem wręcz wrażenie, że dotykam sam siebie. Odpowiednia temperatura, miękkość skóry, siła uchwytu, wszystko znajome i dziwnie bliskie, budzące uczucie, że tak właśnie powinno być, że powinienem cały czas trzymać tę dłoń. Odniosłem wrażenie, że i ona coś poczuła, bo spojrzała na mnie z trudnym do opisania wyrazem oczu. Wydała mi się równocześnie wesoła i smutna, a także jakby czymś zaskoczona. Miałem nadzieję, że tym samym, co zaskoczyło mnie. „Miło mi” – powiedziała, uśmiechając się ledwie kącikiem ust. „Dość już tych ceremonii powitalnych” – wtrącił się admirał. „Siadajmy i proszę rozmawiać”. Usiedliśmy i już otwierałem usta, żeby zadać pytanie, gdy niespodziewanie odezwał się interkom. „Panie admirale, charo...
brr. Przepraszam. Na pokładzie jest delegacja robotnicza. Właśnie zmierza w pana stronę”. Madeleine spojrzała na mnie zaniepokojonym wzrokiem, po to tylko, by od razu przenieść spojrzenie na ojca. Admirał tymczasem zerwał się na równe nogi i wdusił przycisk umieszczony w blacie tuż przed nim. „Gdzie są?” „Przed chwilą wyszli z windy”. „Cholera jasna, tylko tych to było trzeba” – warknął pod nosem i w kilku nadspodziewanie sprawnych susach dopadł biurka. Otworzył szufladę i wyjął kaburę z przypominającą pistolet bronią. Odpiął zabezpieczający pasek i podał mi niewielką spluwę.
„Patrz pan, to jest pistolet laserowy. Używa się go dokładnie tak samo jak pistoletów w pana czasach. Tyle że zamiast naboi jest magazynek elektryczny. O, tu się go wkłada. Widzisz pan? Wyjął baterię, wcisnąwszy odpowiedni przycisk, a po chwili włożył go z powrotem i wskazał na niewielki przełącznik. „Tu się go odbezpiecza i odwrotnie. Nie ma wielkiej filozofii. Magazynek starczy na kilkaset strzałów. W tej chwili jest w pełni naładowany”.
Odruchowo sięgnąłem po podaną mi broń, równocześnie główkując, co też się stało. Nie zadawałem pytań, bo spodziewałem się jakichś pobieżnych wyjaśnień i nie przeliczyłem się. „Nie mam czasu tłumaczyć, o co chodzi. Może przyjdzie na to odpowiedni moment nieco później albo Madeleine panu zaraz powie, co jest grane. Póki co mam wielką prośbę, aby pan zechciał się nią zaopiekować w najbliższych minutach”. Spojrzał na mnie z wyjątkowo szczerym wyrazem twarzy. – Ci dranie mają zwyczaj włazić tam, gdzie nikt ich nie zaprasza. Spróbuję temu zapobiec, ale gdyby się nie udało, proszę za wszelką cenę uniknąć spotkania z nimi. Madeleine zna kilka sposobów na wydostanie się stąd w niekonwencjonalny sposób. W ostateczności proszę użyć tego.
Kiwnął głową w stronę broni. – Niech pan nie pozwoli zrobić się krzywdy. Przyjrzałem się pistoletowi, po czym zabezpieczyłem go i wsunąłem za pasek. – Niech się pan nie martwi. Ostry ze mnie zawodnik – powiedziałem wesoło. – W poprzednim życiu kropnąłem paru drani i ani mi powieka zadrżała. – Wiem. – A teraz szybko zmiatajcie. Ruszyłem w stronę drzwi. – Nie przez wejście, do diabła.
Oni zaraz tędy przyjdą. Idźcie do tyłu. Nie za bardzo wiedziałem, co to może znaczyć, ale Madeleine najwyraźniej wiedziała, bo ruszyłem w stronę ściany za biurkiem. Przyłożyła do niej dłoń i po chwili pojawiło się przejście. Weszliśmy do niewielkiego pomieszczenia wyposażonego w szereg monitorów, na których wyświetlały się obrazy z różnych pomieszczeń. Na największym z nich widać było ujęte z czterech różnych kamer biuro Molibdena. Przed monitorami stały dwa fotele, a w głębi mały stolik, barek i jakaś szafka. Zajęliśmy miejsca w fotelach. – Niech się pan nie martwi – szepnęła Madeleine. – Ojciec jak zwykle przesadza.
Już kilka razy przeczekałam tu podobną wizytę i nigdy nic się nie stało. Uśmiechnąłem się do niej, by pokazać, że rozumiem, co do mnie mówi i przy okazji udowodnić, że jestem oazą spokoju, a później rozejrzałem się dookoła. – Czy tutaj również można znaleźć takie tajne przejście otwierane pani dłonią? – Niestety nie. Gdyby coś się stało, trzeba będzie dać nogę przez system wentylacyjny. – Nieźle – powiedziałem. – Jeszcze nigdy tego nie robiłem, ale na filmach to zawsze ładnie wygląda. Położyła palec na ustach, bo do dużego pokoju weszli robotnicy. Kiedy ich zobaczyłem, zdębiałem, a mój wzrok przykleił się do rozdzielonego na cztery równe części ekranu z taką siłą, że przez kilka minut nawet nie próbowałem myśleć o jego oderwaniu. Ci tak zwani robotnicy nie wyglądali jak normalni ludzie.
Byli niezwykle wysocy. O ile Molibden miał na oko ze 170 centymetrów wzrostu, to oni musieli mieć co najmniej ze 2 metry 20. Byli bardzo silnie zbudowani. Ich bicepsów nie powstydziłby się Arnold Schwarzenegger. I to nie prawdziwy, tylko taki z filmu, w którym grał największego twardziela, dopompowany odpowiednią pracą kamery i sztuczkami charakteryzatorów. Byli diabelnie szerocy w barach, mieli grube uda, wielkie stopy i silne, zakończone szponami dłonie. Nie nosili ubrań. Ich ciało pokrywał gruby pancerz, który skojarzył mi się ze zbroją rzymskich legionistów, bo z przodu wyraźnie odwzorowywał mięśnie brzucha i klatki piersiowej. Twarze budziły grozę. Wyglądały jak wyciosane z drewna – dzikie i drapieżne, choć mimo wszystko ludzkie.
Nie mieli kłów ani jakiegoś zwierzęcego zarostu czy owłosienia. Przeciwnie, ich nieproporcjonalnie małe głowy, osadzone na wyjątkowo grubych karkach, były całkowicie łyse, a skóra odbijała refleksy padającego spod sufitu światła. Podeszli do admirała, który prężył się przed nimi jak struna i bogato gestykulując, prowadzili ożywioną dyskusję. Molibden wyjął z biurka jakieś papiery. Jeden z gości wyrwał mu je w pewnej chwili z ręki. Zerknął na nie i odrzucił do tyłu, tak że rozsypały się po całym pomieszczeniu. Podszedł bliżej i chwycił go jedną ręką za ramię, a drugą przysunął w okolice szyi. Madeleine pomanipulowała przy pulpicie i zobaczyłem zbliżenie dłoni tej istoty. Spomiędzy kciuka i palca wskazującego wysunął się powoli sporej wielkości kolec, na który Molibden chłypnął z przerażeniem, a Madeleine szepnęła: „O Boże”. Po chwili jednak kolec schował się, a robotnik poklepał admirała po plecach, po czym przygarnął go prawie że przyjaźnie ramieniem.
Chwilę coś mówił, a później wszyscy roześmiali się, przy czym założę się o swoje biuro przeciw butelce piwa, że nie wszyscy szczerze. O ile w ogóle któryś z nich był w tym momencie szczery. Usiedli przy stoliku, a robot przyniósł dwa duże kieliszki. Napili się wódki i teraz już rozmawiali spokojnie. Potrwało to może z 15 minut. Wreszcie goście wstali, a admirał zaraz po nich. Podali sobie dłonie, a mi wydało się, że pożegnalny uścisk trwał trochę dłużej, niż powinno to potrwać. Podejrzewam, że miało to coś wspólnego z faktem istnienia owego dziwacznego klucza, który miałem wcześniej okazję zobaczyć. Wreszcie wyszli, a Molibden ciężko opadł na fotel. Wtedy dopiero zdołałem oderwać oczy od monitora i czym prędzej przeniosłem wzrok na twarz Madeleine.
Patrzyła na mnie. – Niezłe widowisko, prawda? – zapytała, a ja natychmiast zapomniałem o treści jej słów, uwiedziony brzmieniem głosu. Uśmiechnąłem się zamiast odpowiedzieć, ale zaraz przypomniałem sobie, co mówiła i odezwałem się trochę nienaturalnym tonem. Chciałem chyba brzmieć męsko albo inteligentnie, a wyszło, jakbym się wygłupiał. – Rzeczywiście. Może mi pani trochę wyjaśnić, o co tu chodziło? – To była delegacja robotników ze Szprotki. – Ale jak to? Czy to są ludzie?
Trudno w to uwierzyć, ale owszem. Pewnie pracują przy jakimś stosie atomowym albo w pracowni rentgena. Spróbowałem błysnąć poczuciem humoru. Madeleine uśmiechnęła się wyrozumiale. Rozumiem, że chce mi pan dać do zrozumienia, że uważa ich za mutantów. Rzeczywiście to zmodyfikowani genetycznie ludzie. Chodziło o to, aby mogli wydajnie pracować. Zauważył pan zapewne, że w warunkach niewielkiej grawitacji, jaką mamy na naszych statkach, członkowie załogi i pasażerowie nieco się zdegenerowali fizycznie. Nie są kalecy, ale w porównaniu do pana, w porównaniu do ludzi z pana czasów – poprawiła się szybko, przykrywając zmieszanie uśmiechem Mony Lisy – są słabi i rachityczni. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że i Madeleine wyróżnia się na tle kobiet, które widziałem do tej pory.
Jej ruchy wydawały się sprężyste, a ona sama sprawiała wrażenie pełnej energii. Czy pani uprawia sport? Zapytałem, zdając sobie sprawę, że podświadomie zakodowałem w swych słowach komplement, który zauważyła, o czym poinformowały mnie jej wesołe oczy. Owszem, trochę ćwiczę, ale nie tyle, by... Zastanowiła się chwilę nad doborem słów i porzuciła rozpoczęte zdanie, by zacząć od początku. Krótko mówiąc, też zauważyłam, że jestem dość dobrze zbudowana, jakby moją rodzinę ominęło kilkaset lat ewolucji. Bardzo cenny dar, prawda? Szczerze mówiąc, jestem sprawniejsza i mam więcej siły niż wielu mężczyzn. Ale dość tych przypisów. Aby robotnicy mogli dobrze wykonywać swoje obowiązki, poddano ich pewnej mutacji.
Nie znam szczegółów, ale wiem, że wydarzenia te miały miejsce jakieś 100, 150 lat po opuszczeniu przez Ławicę orbity okołoziemskiej. Czyli dawno – podsumowałem. Czyli dawno – potwierdziła Madeleine Fleximind, podczas gdy admirał Molibden kończył rozmowę przez interkom, co odnotowałem kątem oka. Byłem pewien, że dowiadywał się od swoich ludzi, czy robotnicy opuścili już pokład Sielawy albo przynajmniej słuchał raportów agentów śledzących ich ruchy. Jak pan wiedział, wyposażono ich nie tylko w bardzo silne mięśnie, ale i szereg innych cech, które mogą być przydatne w rozmaitych warunkach. Ich ciało pokryte jest chitynowym pancerzem, który dość dobrze chroni przed pewnymi rodzajami promieniowania. Mówiąc o tych atomowych stosach i rentgenie, nie był pan wcale daleki od prawdy. A ten kolec? To kolec jadowy. Nie mam pomysłu, do czego zdaniem genetyków miał być przydatny.
Stawiam na skutek uboczny. Prawdopodobnie programując ich kod genetyczny skorzystano z DNA jakichś jadowitych owadów i kolec pojawił się niejako przy okazji. Rzuciła okiem w stronę monitora i zauważyła, że Molibden intensywnie gestykuluje, usiłując zwrócić na siebie uwagę. Oj, chyba ojciec nas woła. Zdaje się, że możemy już wejść. Ruszyłam w stronę tajnego przejścia. Przepraszam – zatrzymałem ją. Odwróciła się i spojrzała na mnie pytająco. Obawiam się, że nie będziemy mieli okazji porozmawiać przy panu admirale naprawdę szczerze, a przyznam, że dosyć mocno mi na tym zależy. Czy nie byłoby niewłaściwe, gdybym zaproponował spotkanie przy jakiejś kawie, gdzie moglibyśmy dokończyć temat zmutowanych robotników albo porozmawiać o czymś...
– zawahałem się, szukając właściwego słowa. A że nie zdołałem takiego znaleźć, użyłem pierwszego lepszego, jakie przyszło mi do głowy. Ciekawszym? Ciekawszym, mówi pan. Wyglądała na rozbawioną, ale jej nastawienie zinterpretowałem jako zadziwiająco życzliwe. Położyła torebkę na pulpicie przed monitorami i zaczęła w niej czegoś szukać. Nie chciałbym sprawiać kłopotu – powiedziałem. Przepraszam za śmiałość. Wszystko w porządku. Szukam kalendarza.
Muszę tylko sprawdzić, kiedy nie mam żadnych zajęć, których niestety nie mogłabym odwołać. Jak rozumiem, lepiej znaleźć taki moment, kiedy nie będę musiała nikomu tłumaczyć, dokąd idę? Skinąłem głową. Wyjęła kalendarz i chwilę przeglądała go uważnie. Może pojutrze o 17:00? Oczywiście. Odpowiada mi ten termin. Poczułem, że odpowiadam trochę zbyt entuzjastycznie, ale nie byłem w stanie nic na to poradzić. Tak się składa, że ja nie muszę nic sprawdzać w kalendarzu. Mam wolny zawód, więc i ja jestem wolny, choć w razie potrzeby potrafię też być szybki.
Plotłem trochę od rzeczy, ale niespecjalnie się tym przejmowałem, rozumiejąc, że przepięknej kobiecie może się to zdarzyć każdemu, nawet takiemu rasowemu detektywowi jak ja. Tymczasem Madeleine Fleximind wyrwała z notesu karteczkę i coś na niej zapisała. Przyjdę tutaj – powiedziała i podała mi ją. Podziękowałem. A teraz chodźmy, bo jeszcze ojciec zacznie się zastanawiać, co tu robimy i strzeli do pana z dubeltówki solą.
[02:07:38] - Wracamy. Czyli cała załoga gotowa do lotu dalszego. Ja tylko tak tytułem obowiązków gospodarza wspomnę naszym słuchaczom, że stały felieton Tomka Fąsa, już trochę tradycyjnie na końcu audycji Wtedy ponownie-
[02:08:04] - Jako gwóźdź do trumny.
[02:08:06] - Nie wiem, czy gwóźdź do trumny. W każdym razie zabierze państwa Tomek Fons w świat fizyki. Mamy głosy, że tak zwana fiza z Fonsem bije rekordy popularności. Ci, którzy tego nie lubią, będą się mogli utwierdzić w tym, że nie lubią, a ci, którzy bardzo lubią, jeszcze też się będą mogli utwierdzić na końcu audycji. Wtedy zapraszamy. A teraz wracamy do rozmowy o książce Jakuba Turkiewicza „W cień nie zawsze”.
[02:08:43] - Póki pamiętam, jeszcze mała refleksja dotycząca tego credo, o którym wspominałeś i o jego korzeniach. Przypomniało mi się, że swego czasu, dawno temu czytałem książkę, która zaczynała się od słów, o ile dobrze pamiętam: „Z ognia był i z czeluści piekielnej”. Myślę, że chyba w jakiś sposób język autora tej i innych książek miał wpływ, o czym mówił Kuba, na to credo i na to, co Kuba napisał w swojej książce.
[02:09:26] - Mam teraz pytanie do autora książki, ponieważ powieść, jak bardzo wielu autorów podkreśla, to jest działanie długodystansowe. Człowiek siada, pisze, wstaje. Napisał trzy tysiące znaków, siedem tysięcy znaków, dziesięć tysięcy znaków. Ale to w stosunku do całości w dalszym ciągu jest malutki fragmencik i trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby powieść w ogóle napisać. Znam takich ludzi, którzy są fizycznie niezdolni do napisania powieści. Nie dlatego, że brakuje im talentu, tylko dlatego, że nie są w stanie wytrzymać oczekiwania na efekt końcowy. Bo efekt końcowy to są dni, tygodnie, właściwie miesiące, jeśli czasami nie lata żmudnego rzeźbienia w słowie, pisania. I tu jest pytanie do autora: jak długo powstawała książka i jak sobie radzi z tym rzeźbieniem, że to trwa? Czy to go motywuje, czy demotywuje? Jak to w ogóle wygląda od strony warsztatowej, pisarskiej?
[02:10:45] - To jest ciężka sprawa, bo ja nie żyję z pisania i muszę chodzić do pracy. Tak że pisać można dopiero w określonych godzinach, a niestety różne pomysły przychodzą do głowy wtedy, kiedy przychodzą, a nie wtedy, kiedy człowiek sobie tego zażyczy. Rzeczywiście to jest dosyć żmudny i muszę powiedzieć, że wyczerpujący proces. Tę książkę pisałem dwa lata. Pisałem ją w domu, pisałem ją później w czasie wakacji nad morzem i pisałem ją znowu w domu. Starałem się do tego podejść systematycznie. Ustaliłem sobie godziny, w których będę pisał, ale tak naprawdę pisałem w różnych momentach coś na karteczkach albo sobie nagrywałem na dyktafon i później to jakoś przetwarzałem. Rzeczywiście to jest wyczerpujące, bo człowiek wpada w swoisty cug. Istnieje potrzeba napisania tego i cały czas to wszystko przetwarza się w głowie. Ja przez te dwa lata rzeczywiście żyłem tą powieścią.
Tę historię miałem w głowie, ona zdominowała moje myśli i naprawdę muszę przyznać, że mnie to fizycznie czasami męczyło. A najgorsze w tym pisaniu jest to, że tak naprawdę to nie jest wielka frajda i przygoda z pisaniem, że sobie siedzę i jakieś pomysły nagle przelewam na papier i że to wszystko jakoś płynie. Najgorsza jest ta dłubanina, czytanie później tych rozdziałów, przetwarzanie tego. Najprostsze sprawy – nagle na stronie, która wydawała mi się idealnie napisana, widzę, że co chwilkę się pojawia słowo „który”. To trzeba uporządkować. Trzeba jakoś te wszystkie wątki ze sobą powiązać tak, żeby się po prostu trzymało razem, żeby to wszystko miało sens i było logiczne. Różni pisarze, którzy ewentualnie słuchają tej audycji, mogą się pewnie ze mnie śmiać, bo to są wynurzenia nowicjusza, bo to jest moja pierwsza powieść. Jak mówię, była to swego rodzaju praca. To znaczy było kilka takich wątków, bo równocześnie z jednej strony to była pewna przygoda, coś mi się działo w głowie, gdzieś wyświetlała mi się ta historia, pojawiały się nowe pomysły i to mnie cieszyło. Chyba to było najbardziej stresujące czy w jakiś sposób frustrujące, że nie zawsze w momencie, kiedy to przyszło do głowy, można było to przelać na papier.
Bo jeszcze wcześniej, kiedy pisałem swoje opowiadania, takie błahe, czasami mi się zdarzało, że potrafiłem usiąść i w godzinę napisać cztery strony. To wszystko było sensowne i dosyć zabawne. W przypadku powieści tak nie było. Zdarzało się, że w cztery czy pięć godzin napisałem raptem jedną stronę, a później jeszcze to przetwarzałem i sobie wdrożyłem taki plan, że siadam o godzinie 20.00 i do 24.00 piszę, a później nagle Okazywało się, że jest już piąta i wypada się chociaż na dwie godzinki położyć, żeby w pracy wiedzieć później, co się dzieje. Przejęła w pewnym momencie ta powieść nade mną kontrolę i bywały takie momenty, że chodziłem jak zombie. A najgorsza była końcówka, bo najgorzej było to zakończyć w taki sposób, żeby to mi samemu dało satysfakcję. Chociaż ja wiedziałem, jak to się skończy, ale chciałem, żeby to wszystko płynnie było opowiedziane. I to wcale nie jest takie łatwe, bo ja się spotykam czasami z opiniami, że to moje pisanie jest takie lekkie, że humor jest lekki, że mam lekkie pióro, a tymczasem to się bierze z ciężkiej momentami harówy i z naprawdę intensywnego zastanawiania się nad tym, jak dane zdanie powinno wyglądać, a co gorsza, jak ono wygląda na tle jakiegoś zdania, które było napisane wcześniej.
[02:15:20] - I tak ma być.
[02:15:22] - Tak ma być.
[02:15:24] - Ja rzucę takim stereotypem. Jak każdy stereotyp to jednak spłaszcza problem, ale powiem tak, że dosyć często zdarza się, że jak autorowi idzie płynnie, szybko i potoczyście, to później ciężko to czytać. A jak człowiek się męczy, dłubie i dłubie, i dopisuje te wyrazy i ma człowiek wrażenie, że to się właściwie nie posuwa naprzód, to później to się dopiero naprawdę fajnie czyta. Mówię, to stereotyp, ale bardzo często prawda.
[02:16:03] - Ale tak jest, bo to też w przypadku filmów się sprawdza, bo chodzi o to, żeby się nie bawili twórcy, tylko ma się bawić odbiorca. A tu teraz znowu nawiązując do tych „Gwiezdnych wojen”, to jak one powstawały i była ta kampania reklamowa, to pokazywano to, jak oni się świetnie bawią na tym filmie, jak się śmieją, jak nagle tańczą. I potem mamy takie filmy, że trudno na nich wytrzymać.
[02:16:24] - Dokładnie.
[02:16:26] - To prawda. Ale ja jeszcze do tego poprzedniego pytania chciałbym nawiązać, bo jednak mnie coś z tego pisania interesuje. Kiedy autor mówił o tym, że to jest jednak praca nad tekstem, dosyć żmudne rzeźbienie. Myśmy mieli kiedyś tutaj autora, który powiedział coś, co nieczęsto zdarza nam się słyszeć, bo bardzo wielu autorów zapewnia czytelników oraz nas, że uwielbiają pisać, że to jest niesamowite, niemal mistyczne przeżycie i że to jest świetne i że świetnie się bawią. Natomiast mieliśmy autora, który powiedział: „Tak naprawdę to ja nie lubię pisać. Nie lubię pisać. Ja lubię, jak jest napisane”. To jak jest z autorem „Chciej mnie zawsze”? Który z tych obrazów jest mu bliższy?
[02:17:28] - To jest chyba ten element szamanizmu, że ja wpadam w trans i jestem dwoma różnymi osobami. Jestem osobą, która nie lubi samego procesu pisania. Nie, to jest nieprawda. Lubię pisać. Nie wiem, z jakiego powodu wydaje mi się, że powinienem pisać i to jest jakiś taki zew. Wiem, że to jest cecha charakterystyczna grafomanów, bo to grafomani przede wszystkim muszą pisać i potem się sami zachwycają tym, co napisali. Ale ja po prostu nie potrafię. Jest to elementem mojego życia, że ja zawsze piszę. To pewnie też się wzięło z tej kultury, w której się wychowałem, gdzie czytanie było czymś ważnym. Bo jak ja byłem małym dzieciakiem i rodzice czytali książki jeszcze zanim sam się nauczyłem czytać, potem sam dużo czytałem i w ten sposób ten świat obserwowany przeze mnie to był świat, w którym się czyta i w którym ktoś to, co się czyta, pisze.
I tak jak małe kotki, które się bawią, a potem naśladują te starsze koty albo jakieś lwy czy tam inne stwory, to ja zacząłem w pewnym momencie naśladować już z tej potrzeby takiej, którą nasiąkłem, tych ludzi, którzy pisali książki. Ja tak naprawdę pisałem od dawna, zawsze coś tam sobie skrobałem, już w zerówce pisałem jakieś kiepskie opowiadanka, że UFO wylądowało na dachu i tam „Cześć Jarek” powiedział Marek. Takie nieudolnie pisane historie, ale to mi się zakodowało i to we mnie jest. I teraz im jestem starszy, tym bardziej się staram, żeby to, co piszę, miało jakiś sens i żeby było czymś więcej niż opowiadaniem jakiejś historii. Potrzeba pisania jest elementem mojego charakteru. I teraz czy to jest łatwe? Ja też na przykład jestem maratończykiem, co prawda od paru lat już nie biegam, ale na przykład sam udział w maratonie też nie jest wielką przyjemnością, bo to się jednak te cztery godziny, akurat miałem rekord 3,28, ale to tyle czasu się biegnie. I to jest męczące. To jest w sumie, jak się tak nad tym zastanowisz, to co w tym jest przyjemnego? W zasadzie nic.
Zmęczenie, słabną mięśnie, ale też jest wielka satysfakcja z dobiegnięcia do mety. A potem też jest miłe wspomnienie tego, co się na trasie działo. I chyba tutaj można pisanie książki do tego porównać, bo zmierzamy do jakiejś mety, równocześnie czerpiąc przyjemność z tego, co się dzieje w międzyczasie, choćby to było i męczące.
[02:20:10] - To opisałeś właśnie dobry seks.
[02:20:15] - Nie. O seksie to ja bardzo chętnie porozmawiam. Już jest taka godzina, że można.
[02:20:23] - Tak mi się skojarzyło.
[02:20:25] - W końcu się zaczyna coś ciekawego dziać w tej audycji.
[02:20:28] - Ale właśnie dzięki bieganiu maratonów zawsze byłem dobrze kondycyjnie do tego przygotowany. Także tutaj o meczach mowy nie ma. Nie, ale sam proces zawsze jest w jakiś sposób przyjemny i daje satysfakcję. Ten proces twórczy dla mnie. Ja teraz bardzo dobrze wspominam pisanie „Chciej”, bo co innego można w życiu robić? Można kabarety jeszcze oglądać albo można siedzieć w knajpie i rozmawiać sobie.
[02:21:00] - Nie, mój drogi, podchodzisz do tego w niewłaściwy sposób. Mówisz: co innego można w życiu robić? Ale to właśnie cechuje artystę, że on jest przekonany, że w życiu może robić tylko tę jedną rzecz. Malarz na przykład, że maluje. Nawet jeżeli zdycha z głodu, to za ostatnie grosze kupi kawałek płótna, żeby móc go zamalować. To samo rzeźbiarz, to samo właśnie pisarz.
[02:21:29] - Pisarze to są tacy, którym Bozia poskąpiła talentów innych i nie mogą tego, co chcą wyrazić, namalować ani zapisać w formie muzyki. To, co nam pozostaje, możemy tylko opisywać to słowem.
[02:21:41] - Malowanie słowami. Też jest piękne.
[02:21:45] - Należy dążyć do tego, żeby to robić jak najlepiej.
[02:21:49] - Oczywiście.
[02:21:49] - Staram się.
[02:21:52] - To ja mam teraz pytanie jeszcze do autora odnośnie emocji, bo była mowa o tym, że w tej książce jest sporo różnych emocji. Chciałem zapytać, jak się pisze o emocjach. Czy autor przeżywa nad tym nośnikiem, czy to kartką papieru, czy komputerem — na pewno raczej komputerem — czy przeżywa i wzrusza się oraz przeżywa te emocje, czy też pisze na chłodno, ale wtedy emocje są prawdziwe w tym, co napisał?
[02:22:33] - Ale trudne pytanie, bo tutaj teraz nie chcę być jakimś ekshibicjonistą, który się odsłania.
[02:22:37] - To jeszcze pytanie pomocnicze, bo ja już kiedyś na antenie wspominałem o filmie „Szmaragd i krokodyl”. Co tam jeszcze było?
[02:22:49] - „Miłość”.
[02:22:50] - „Miłość”.
[02:22:50] - „Szmaragd i krokodyl”. I tam jest niezapomniana scena, kiedy główna bohaterka pisze któreś z kolei romansidło, bo jest pisarką, która pisze romansidła i strasznie płacze przy tej maszynie wzruszona i kończy właśnie to. Ten film dawno powstał, w związku z tym ja też zaczynałem wtedy swoją przygodę z pisaniem i wydawało mi się, że jak człowiek pisze o emocjach, to tak właśnie powinien pisać. Ryczeć nad tą maszyną albo śmiać się, w zależności od tego, jakie emocje opisuje. Później doszedłem do wniosku, że to jest zupełnie bezsensowne, ale używane często słowo, w związku z tym zrozumiałe, przeciwskuteczne. Ponieważ jak człowiek się za bardzo wzrusza przy pisaniu w jakąkolwiek stronę, to rzeczywiście ma takie tendencje do robienia bigosu w tym, co pisze. Natomiast jak sobie dobrze zdefiniuje, co chce napisać, o jakich emocjach chce napisać i robi to troszeczkę z boku, to te emocje wydają się później prawdziwe. Ale jak to jest w pisarstwie bardzo często to, co dla jednego jest dobrą receptą, dla drugiego dobrą receptą nie jest. I stąd moje pytanie, jak to robi autor „Chciej mnie zawsze”?
[02:24:11] - Muszę przyznać, że ja dosyć z tą historią jestem zżyty, bo ja ją długo wymyślałem i ją solidnie przetrawiłem. I w pewnych momentach, kiedy znajdowałem rozwiązanie akcji, rozwiązanie jakiegoś wątku, to tak szczerze mówiąc czułem pewną satysfakcję. Cieszyłem się, że to zrobiłem tak, a nie inaczej. I tam jest taki moment w tej książce, który mnie teraz, już po napisaniu, wzrusza. Nie wiem, czy to wypada się własną twórczością wzruszać, ale jeden taki moment jest, bo się tam w jakiś sposób identyfikuję. Potrafię się z tym głównym bohaterem jakoś zidentyfikować.
[02:24:59] - A w momencie pisania?
[02:25:02] - W samym momencie pisania to raczej nie, bo ja starałem się to napisać w taki sposób, żeby z tego nie wyszedł jakiś banał i żeby z tego nie wyszedł jakiś kicz. Starałem się to, co sobie wcześniej wymyśliłem, bo ja sobie wymyśliłem tę historię Karola, wyobraziłem sobie to wszystko, co go spotkało. Wiedziałem, że to jest rzecz emocjonalnie dosyć poruszająca, ale nie chciałem tego opisywać za bardzo wprost. Ja w ogóle staram się delikatnie pisać i sugerować różne rzeczy i chciałbym, żeby to czytelnik sobie gdzieś tam poczuł. Raczej z kontekstu. Nie chcę mówić rzeczy wprost, chociaż tam w tym momencie troszeczkę wprost jest powiedziane. Pisząc ten rozdział, który jest z tego, co słyszałem od odbiorców, najbardziej wzruszający i ja go też tak postrzegam, to ja przede wszystkim starałem się go okroić z tego kiczu. To była praca. Pisząc go na pewno nie płakałem i nie czułem jakiegoś wzruszenia, bo ja to wszystko przeżyłem sobie wcześniej, wyobrażając sobie tę całą historię. Stworzyłem to nie do końca na zimno, bo jakąś więź z tym swoim bohaterem czułem.
Wiedziałem, że to w jakiś sposób jest poruszające, ale starałem się to jak najzręczniej, na miarę swoich możliwości, ująć w słowa w taki sposób, żeby nie popaść w śmieszność. Na tym się koncentrowałem. To był jeden z tych trudniejszych momentów. Okrawanie z tego wszystkiego, co można by powiedzieć, czy co chciałoby się powiedzieć, żeby to w jak najprostszy sposób ująć w słowa. Teraz, kiedy to czytam po jakimś czasie, ta cała wyobraźnia zaczyna znowu pracować i muszę powiedzieć, że to nie jest tak, że ja czytam ciągle swoje książki, ale na przykład jak mi Luiza pięknie ją zredagowała, to musiałem to jeszcze raz przeczytać. I ten moment jest poruszający, przynajmniej dla mnie.
[02:27:28] - Ja mam tutaj parę drobnych uwag do tego, co w tej chwili, drogi Kubo, mówiłeś, bo analizowałem tę książkę również pod tym kątem i te wynurzenia do mnie przemawiają. Ja rozumiem, skąd się pewne rzeczy wzięły. Otóż samokontrola bywa bardzo pozytywną cechą, ale nie do końca. Czasami warto się dać ponieść. Dlaczego to mówię? Oczywiście, że wyzwalanie uczuć czy emocji nie musi dotyczyć autora. To jest coś, co powinien w sobie, że tak powiem, odbiorca, czytelnik. To wiadomo. Natomiast ta pełna samokontrola i kontrolowanie całości po to, żeby nie było śmiesznie, żeby nie było przesadnie, żeby nie było kiczu, nie było szmiry, bywa błędem. Dlaczego?
Jeśli się stopniuje napięcia, stopniuje się pewien postęp tego, można dojść do groteski, do szmiry, ale ona będzie piękna, tak jak puenta. Może być śmirowata, ale jeżeli jest to stopniowane bardzo dobrze, to jest pewna kontrola. Może się posłużę takim przykładem. Najlepsze z mojego życia. Kiedyś, jak pisałem „Kostnoznam Machu Picchu", dałem przyjacielowi chyba 40 stron jakiegoś tekstu, takiemu, który tam mnie kopał za młodu, do przeczytania. On wziął te 40 stron, przeczytał. Ja pytam go po dwóch dniach: „No i jak tam?” On mówi: „Wiesz, czytałem”. W nocy czytał, bo przy lampce nocnej te kartki przewracał. Mówi: „Akurat doszedłem do tego, jak oni weszli do knajpy jakiejś i tam sobie jedli i dyskutowali o filozofii strasznej. Oni dyskutowali o filozofii, a ja się kręciłem w tym łóżku i w pewnym momencie nie wytrzymałem.
Zerwałem się, rzuciłem te kartki na podłogę, pobiegłem do kuchni i musiałem sobie zrobić ogromny obiad”. Dlaczego? Bo tak podprowadziłem, naprowadziłem odbierającego, w pełni świadomie na to, żeby pobudzić w nim głód do jedzenia. On mówi: „No dobrze, ale to nie jest koniec komplementu. Wróciłem i czytałem dalej. Już wyszli z tej knajpy, bohater wrócił do domu. Czytam dalej. Nie wytrzymałem. Musiałem obudzić żonę”.
[02:30:39] - Ciekawy efekt. Ja widzę, że temat tak zwany po 22:00 rozwija się nam całkiem nieźle. Czyli rozumiem, konkluzja, Wiktorze.
[02:30:53] - To znaczy, że w tej książce trochę brakuje takiego balansowania napięciem, tymi troszeczkę może hollywoodzkimi schematami wzrostu i upadku, że tak powiem, tempa i tak dalej. Wyczuwa się tą pewną, cały czas kontrolę nad tekstem autora. Kiedyś, jak jechałem z przyjacielem do Anglii, jak robiliśmy program mój komputerowy, przy którym zbankrutowałem, on jeździł straszliwie szybko, a ja zwróciłem uwagę na jedną rzecz. Otóż kierowca, jak jedzie nawet bardzo szybko, nie ma gorszego kierowcy niż ten, który bez przerwy próbuje kontrolować samochód. To znaczy, dla pewności ściska mocno kierownicę. To jest coś takiego jak kiedyś jazda na koniu. Koniowi należy dać pewną wolną rękę. Podobnie jest z tekstem. Żeby sobie po prostu sam pobrykał. Oczywiście w ramach pewnej kontroli.
[02:32:32] - Ale co to jest-
[02:32:33] - Tak.
[02:32:35] - Bo to jest pytanie, kto sobie na to może pozwolić, bo taki Wiktor Żwikiewicz to sobie już może na wszystko pozwolić.
[02:32:40] - Dzisiaj. Ale jak pisałem, to nie mogłem jeszcze.
[02:32:43] - No właśnie, a taki na przykład Picasso też, zanim zaczął malować jakieś takie rzeczy, za które dziś ceniony, to musiał udowodnić, że potrafi namalować konia albo po prostu normalny obraz.
[02:32:58] - Zgadza się, ale to trzeba ćwiczyć.
[02:33:01] - No właśnie, ale ja teraz będąc mimo wieku gdzieś na początku swojej drogi, to najpierw muszę udowodnić, że potrafię napisać książkę, która jest w pełni kontrolowana, a kiedyś będę sobie mógł pozwolić, bo ja-
[02:33:13] - O jakim wieku mówimy?
[02:33:16] - Dwudziestym pierwszym.
[02:33:18] - Ale wypadku autora?
[02:33:20] - Słucham? Wypadku autora? Już dobiegam pięćdziesiątki, kurczę.
[02:33:25] - Przypomnę jedną rzecz z lat jeszcze siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Otóż ja zapamiętałem bardzo dobrze, że były zrobione kiedyś analizy rynku wydawniczego światowego w tamtych czasach i stwierdzono, że debiuty prozatorskie pisarzy zdecydowanie po czterdziestce. Poeci zaczynali zawsze wcześniej, bo poeta potrzebuje po prostu emocji i bigla do tego, żeby coś swojego wyrzucić z siebie. Natomiast pisarz potrzebuje dużo więcej rozumu i chłodnego umysłu, i również pewnej życiowej mądrości.
[02:34:17] - Pani Luizo, ja mam jeszcze teraz pytanie do pani, bo niech pani wprowadzi do tej rozmowy o emocjach i o tym wszystkim, o czym rozmawiamy, pierwiastek żeński. Jak to wygląda z pani strony?
[02:34:34] - Takie pytanie do mnie to dość trudno. Dość trudno mi zadać takie pytanie, bo ja akurat, szczerze powiedziawszy, całe swoje życie serdecznie nie znosiłam książek i filmów, w których szlochała nieszczęśliwa miłość.
[02:34:54] - Tak, to prawda.
[02:34:57] - Po prostu to było coś, co doprowadzało mnie do szału. Natomiast sama ten pierwiastek żeński pojmowałam po prostu jako coś będącego antytezą typowo męskiej brutalności. Przy czym nie robię wcale zarzutu mężczyznom z tego, że mają w sobie ten pierwiastek. Muszą taki mieć, ponieważ takich stworzyła natura z jakiegoś powodu. Z jakiego, to oczywiście wszyscy wiemy, za wyjątkiem tych, którzy w ogóle są zdania, że nie ma czegoś takiego jak mężczyzna i kobieta. Ale mniejsza o to. O co mi chodzi? Porównajmy sobie chociażby właśnie takie książki jak „Lalka” czy „Nad Niemnem”. Widać w nich bardzo dobrze, co jest ważne dla mężczyzn, a co dla kobiet. I to mamy do tej pory.
Dlatego kobieta, która nie usiłuje udawać mężczyzny, tylko pisze tak, jak rzeczywiście jej dyktuje ta typowo kobieca natura, to będzie pisać w sposób łagodniejszy. Będzie widać, że dla niej jest ważne coś innego niż na przykład opanowanie wrogiego terenu, rozwalenie komuś łba maczugą albo wypicie piwa w barze z kolegami i pochwalenie się przy okazji nowymi podbojami. Po prostu kobiety do życia podchodzą inaczej. Dla nich bardzo ważna jest otoczka spraw. To, że ktoś, kogo kochają, mówi im o tym, że ponad nami świecą gwiazdy, ale ty jesteś najpiękniejszą ze wszystkich gwiazd. To brzmi cholernie banalnie, ale kobiety to naprawdę lubią. Po prostu takie już są. I próba tuszowania tego, także w literaturze, według mnie wyrządza ogromną krzywdę kobietom, ponieważ one powinny iść za własnym instynktem, a mężczyźni za własnym. I dopiero wtedy będzie można się spotkać i wymienić ze sobą te doświadczenia. I mogą powstać właśnie takie książki jak „Ciemnie zawsze”, gdzie istnieje jeden pierwiastek i drugi.
Znam pewnego pisarza, nie będę tutaj wymieniać nazwiska. Jest to pisarz z młodszego pokolenia, ogromnie utalentowany, który jednak swój talent bardzo źle zużytkowuje, ponieważ to, co pisze, jest doskonale napisane pod względem literackim, ale jednocześnie w zupełnie bezsensowny sposób brutalne, pozbawione właśnie tego pierwiastka żeńskiego. To taki maskulinizm w najgorszym wydaniu. Natomiast wszelkiego rodzaju harlekiny to jest z kolei Taki feminizm, może nie feminizm, bo feminizm teraz kojarzy się z czymś zupełnie innym. Ale taka kobiecość też w najgorszym wydaniu, bo w takim niewnoszącym zupełnie nic do świata. Tutaj bardzo trudno byłoby powiedzieć, czy na przykład mężczyzna nie może pisać prozy typowo kobiecej. Może, jeżeli tylko potrafi zrozumieć ten kobiecy pierwiastek. Są tacy. A z kolei kobieta może pisać w sposób, który może być odczytany jako męski i jeżeli nie poda swojego prawdziwego imienia i nazwiska, może być wzięta za mężczyznę. Jak najbardziej.
Oczywiście powstaje pytanie: po co? Po co mieszać jedno z drugim? Po co kobieta ma udawać mężczyznę albo mężczyzna kobietę? Jesteśmy różni i nie ma w tym nic złego. Przeciwnie, właśnie dlatego jesteśmy różni, żebyśmy się mogli dopełniać. Lepiej tego nie potrafię wyjaśnić.
[02:39:56] - Okej. Widzę, że Jacek ma wyłączony mikrofon. Jacku, jesteś z nami?
[02:40:02] - Tak, słucham, ale w związku z tym, że w moim mieszkaniu są różne dźwięki, wyciszam jednak, żeby nie zakłócało.
[02:40:10] - To ja z tym samym pytaniem o tę wrażliwość. Ponieważ zrobił nam się całkiem udany panel dyskusyjny odnośnie wrażliwości i sposobu jej postrzegania. Jak ty na tę sprawę patrzysz?
[02:40:29] - Jak zwykle będę miał problemy z wyartykułowaniem tego, co mi tutaj-
[02:40:33] - W duszy gra.
[02:40:35] - W duszy gra, ale też nawiązując, Luiza, do tego, co powiedziałaś i do moich osobistych doświadczeń życiowych czy relacji z kobietami, czy też nawet lekturowych. Moje doświadczenie, moja refleksja nad tą delikatnością kobiecości i tym maskulinizmem męskim jest troszeczkę inna, że jednak nawet w „Lalce” kobieta jest przedstawiona, chyba nawet kiedyś sama z tym polemizowała, że to nie do końca jest właściwie obraz jako kobieta próżna, jako gracz, kobieta, która wybiera, która szuka. Przy czym mówimy oczywiście o Izabeli Łęckiej, prawda? O kobiecie-
[02:41:22] - Tak, pisałam kiedyś o niej
[02:41:24] - ... z pewnej sfery społecznej, umocowanej w pewnej kulturze. Nawiązując do tego, co wspomniałaś o mężczyznach, którzy się, że tak powiem, przy piwie czy tam gdzieś dzielą wrażeniami z podbojów seksualnych. Ja znam osobiście kręgi kobiece, które robią to, i które z łamania, że tak powiem, serc męskich czy zdobywania sobie mężczyzn na tak zwane mięso robią też sport.
[02:41:51] - Oczywiście.
[02:41:54] - Jeśli możemy mówić o jakichś rolach płciowych, to się jednak w tym czasie zaciera. Wydaje mi się, że jednak właśnie to, co w jakiś sposób próbujemy wyartykułować chyba coraz bardziej świadomie, to, co chyba ty najbardziej podkreślasz, że tutaj ten aspekt dwóch pierwiastków, czyli wrażliwości kobiecej i jednocześnie silnego mężczyzny, za którym tęskni kobieta. Chyba nawet w cytowanym przez Ivelliosa fragmencie był taki podziw Madeleine dla kontraefektu Michała Gerola. Że to jest jednak silny mężczyzna. Tęsknota za silnym mężczyzną, który jest oparciem dla kobiety, jest też chyba częścią tej książki. I chyba to jest też jej atut. Przy czym chciałbym tutaj w jakiś sposób też przypomnieć, że mówimy cały czas o dobrej książce, która nie jest traktatem filozoficznym ani analizą psychologiczną.
[02:43:01] - Nie, to prawda.
[02:43:03] - To jest coś, co wynika z lektury bardzo dobrze napisanej, moim zdaniem oczywiście, mi się to bardzo dobrze czytało. Też ze wzrokiem w oczach książki. Nie wiem, czy tutaj odpowiedziałem na pytanie, bo oczywiście zacząłem skakać po tematach, Marku.
[02:43:19] - Myślę, że jak najbardziej. Myślę, że całkiem udana wymiana myśli pojawiła się. A ja mam teraz propozycję, żebyśmy posłuchali trzeciego fragmentu książki „Chciej mnie zawsze”.
[02:43:38] - Zamieniamy się w słuch. Ja wyłączam oczywiście mikrofon.
[02:43:44] - Przyszedłem 20 minut przed czasem, a że kapitana jeszcze nie było, pokład widokowy zamknięty był na cztery spusty. W przylegającym do pomieszczenia pokoiku siedziała hostessa w towarzystwie dwóch strażników. Kiedy zorientowała się, kim jestem, ucieszyła się i chwilkę zabawiła mnie rozmową. Strażnicy również byli pod wrażeniem. Jeden wpadł nawet na pomysł, aby poprosić o autograf. Niewątpliwie stanowiłem tutaj ciekawostkę i zaczynałem zastanawiać się, czy kiedy umrę, nie wepchają mnie przypadkiem trocinami i nie postawią w jakimś gabinecie osobliwości. Kiedy wyczerpały się tematy do rozmowy, co nastąpiło dość szybko, hostessa zaproponowała, że wpuści mnie już do, jak to nazwała, widokówki. Tylko zastrzegła, że nie może włączyć światła, bo przed 18:00, kiedy to lampy zapalają się automatycznie, potrzebny jest do tego identyfikator kapitana. Spodobała mi się jej propozycja i po chwili znalazłem się w przestronnym, ale ciemnym pomieszczeniu. Jego rozmiary bardziej wyczuwałem, niż miałem szansę widzieć.
Może trafniej byłoby powiedzieć, że byłem ich świadom z tej prostej przyczyny, że poprzednim razem zapamiętałem sobie mniej więcej wygląd tego miejsca. Podszedłem do iluminatora i stanąłem oko w oko z kosmosem. Oczywiście oko kosmosu było tylko symboliczne, a poza tym nie cierpię na taką manię wielkości, by sądzić, że gdyby przypadkiem było prawdziwe, kosmos znalazłby motywację, by skierować na mnie wzrok. Może lepiej powiedzieć, że oto znalazłem się sam, malutki w obliczu potęgi wszechświata. Ale to też tylko metafora i do tego trochę nazbyt trącąca patosem. Po prostu stałem sobie przed wielkim iluminatorem i widziałem kawałek wszechświata. Akurat tyle, ile były w stanie dostrzec moje oczy. Ludzki sprzęt umożliwiający dostrzeżenie czegokolwiek. Zdaje się, że nie jedyne, bo w tym momencie miałem wrażenie, że doświadczam kosmosu całym sobą, także zmysłami, z których istnienia nie zdaję sobie sprawy, choć intuicja podpowiada mi, że istnieją. Nie rozpoznawałem konstelacji.
Z miejsca, w którym znajdował się podróżujący od 600 lat szczupak, gwiazdozbiory musiały wyglądać inaczej niż z Ziemi. A nawet gdyby wyglądały tak samo, nie byłem w końcu astronomem. Szczerze mówiąc, jeszcze na Ziemi z trudem znajdowałem inne układy niż Mały czy Wielki Wóz albo Orion. Zresztą czy gwiazdozbiory realnie istnieją? To tylko motyw opowieści człowieka o niebie. Zadumałem się nad pojęciem opowieści, bo czerń kosmicznej próżni nastrajała mnie filozoficznie. Jak wyglądała opowieść o gwiazdach, w którą wierzyłem? Usiadłem w fotelu, na który wcześniej wpadłem, posuwając się po omacku w stronę iluminatora. Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z istnienia gwiazd. Mam kilka wczesnych wspomnień, ale które z nich jest pierwsze?
Może piękne, rozgwieżdżone niebo, przecinane często przelatującymi meteorami podczas wakacji nad morzem, kiedy udawało mi się zostać na dworze trochę dłużej, bo dziadkowie, z którymi tam jeździłem, zabalowali u gospodarzy wynajmujących domki. Biegałem z kolegami przejęty tym, że po raz pierwszy mogę swobodnie poruszać się w tym tajemniczym, obcym mi do tej pory świecie ciemności. Wyłączaliśmy latarki, aby było bardziej niesamowicie, a je oddychałem niosącym zapach roślinności albo odległego ogniska przybierającym formę ciepłego, ledwie poruszającego włosami wietrzyku. Starsi koledzy opowiadali treść filmów, które należały wtedy do obcego mi świata, do którego miałem wielką ochotę wejść, by napatrzeć się do syta, gdy trochę podrosnę. Słuchałem o obcych, o pojazdach, o laserach, czasem o potworach. Później ktoś opowiedział prawdziwą historię o kosmonautach, którzy spłonęli podczas próbnego startu. O Rosjanach, którym nie udało się wrócić na Ziemię, a w nocy, przykryty po szyję kołdrą, mimo wysokiej temperatury powietrza bałem się zasnąć, wyobrażając sobie dryfujące w międzygwiezdnej przestrzeni szkielety i nie miałem odwagi odwrócić głowy w stronę okna w obawie, że za chwilę mogę jeden z tych szkieletów zobaczyć. Niebo fascynowało mnie nie tylko w nocy. W dzień zachwycałem się czystym błękitem. Wieczorem podziwiałem zmieniające się kolory od czerwieni, przez fiolet aż po granat.
Często wyobrażałem sobie, że chmury to statki kosmiczne lub odległe, orbitujące wokół planety bazy. Kiedy indziej ciągnięty przez ojca na saneczkach w czasie powrotu z górki, gdzie zaskoczył nas wczesny zmrok, wpatrywałem się w migające punkciki, jeszcze lepiej widoczne niż latem, ale bardziej rozedrgane i migocące rozmaitymi kolorami, z których starałem się wyłowić te bardziej nietypowe, jak zieleń albo purpura. Początkowo gwiazdy były dla mnie tylko ozdobnikiem nieba, atrakcyjnym wzorem. W pewnym momencie zrozumiałem, że to wielkie kosmiczne ciała poruszające się z ogromną prędkością w przestrzeni. Później pod wpływem obejrzanych filmów, przeczytanych komiksów, książek i opowiadań science fiction jawiły mi się jako odległe, tętniące życiem światy, gdzie doświadczający przygód szczęśliwcy wiodą życie poszukiwaczy przygód. A teraz? Teraz mogę powtórzyć wszystkie definicje znane z podręczników i ze szkoły. Po głowie kołacze mi się też kilka teorii i sensacyjek podanych przez autorów popularnonaukowych programów, które oglądałem na Ziemi. Jakże miło było poznawać świat, doświadczać rozmaitych wrażeń po raz pierwszy, budować krok po kroku swoją opowieść o rzeczywistości, dopóki owa opowieść nie zaczęła wypełniać się informacjami, których wcześniej mojemu młodocianemu umysłowi oszczędzano. Świat wydawał się wtedy uporządkowany i bezpieczny, a z drugiej strony magiczny.
Cudownie było usłyszeć po raz pierwszy o UFO, zobaczyć pierwsze zdjęcia i uwierzyć, że oto odsłaniają się kulisy tajemnej wiedzy. Pamiętam wciąż ciepło własnych policzków, kiedy czytałem pierwszą książkę o duchach i seansach spirytystycznych. Moją pierwszą solidnie zilustrowaną książką o historii kina grozy nie byłem w stanie jej przeczytać, bo okazała się zbyt długa. I choć znałem już wszystkie litery, męczyłem się szybko, skonsternowany ilością słów, jakich znaczenia jeszcze nie rozumiałem, bo w zerówce, do której wówczas chodziłem, wymagano jedynie rysowania szlaczków Wierzyłem wtedy, że w opowieściach, z których pochodziły czarno białe, trochę niewyraźne, co nadawało im jeszcze bardziej upiorny charakter zdjęcia, tkwią jakieś ziarna prawdy. Opowiadano mi wtedy i inne historie, okazujące się później tubami smalonymi. O tym, jak to władza dba o ludzi. Jak pan milicjant strzeże bezpieczeństwa, lekarze leczą, lekarstwa pomagają, a szczepionki rozwiązują wszelkie problemy. O tym, że uczciwość popłaca, dobro zwycięża, a zło zostaje zawsze ukarane. Wierzyłem w to i w wiele innych banialuk, a później przyszła kolej na dorosłe życie i konfrontację z rzeczywistością. Teraz znów czułem się trochę jak dziecko.
Narodziłem się w nowym świecie i poznawałem dopiero zasady nim rządzące. Miałem spory zapas doświadczenia życiowego, ale na ile mogło ono być przydatne w nowych warunkach? Znowu stałem się podatny na oszustwo, bo ponownie, tak jak wtedy, gdy wymagano ode mnie jedynie rysowania szlaczków, swoją wiedzę o rzeczywistości muszę opierać na treści czerpanej z opowieści innych ludzi. A oni mówią mi tylko to, co ich zdaniem powinienem usłyszeć. Jestem pewien, że wizja życia na Szczupaku, jaką przede mną kreślą, to jedynie fasada, za którą kryją się mechanizmy, jakie dopiero przyjdzie mi rozpoznać. W niezwykłym, kierującym myśli w stronę transcendentu anturażu oddałem się refleksji, która nijak się miała do prowadzonej przeze mnie sprawy, ale wykwitła nagle samoczynnie w moim umyśle. Zniewolony przez wszechogarniający respekt dla oglądanej potęgi kosmosu, będący chyba wynikiem działania jakiegoś atawistycznego mechanizmu, nie byłem w stanie jej się oprzeć. Pomyślałem, że siedzę wpatrzony w gwiazdy tak, jak miliony lat przed naszą erą mógł wpatrywać się w nie jakiś hominid, którego widok gwiazd skłaniał do czegoś, co być może nie było jeszcze zadumą, ale wywoływało niepewność i budziło ciekawość. Wyobraziłem go sobie, jak siedzi wśród sawanny i zadzierając głowę obserwuje dokładnie te same gwiazdy, na które i ja patrzyłem, choć z nieco innej perspektywy. Nie mógł rozumieć fenomenu, który objawiał mu się co noc, bo dopiero jego potomkowie mieli zacząć zadawać pytania, a później udzielać odpowiedzi, najpierw wyssanych z palca, a w końcu popartych obserwacjami dokonywanymi za pomocą coraz to doskonalszego sprzętu.
Kiedy po raz pierwszy ludzie spojrzeli w niebo? Najstarszy ślad świadczący o obecności dwunożnej istoty na Ziemi pochodzi sprzed trzech i pół miliona lat, a znaleziono go w Letoli w Tanzanii i należał do australopiteka. Czy australopiteka można nazwać człowiekiem? Jeśli patrzył w gwiazdy i doświadczał wzruszeń takich jak te, które stały się w tej chwili moim udziałem, to nie znał słów, którymi mógłby je opisać. Nie potrafił stworzyć swojej opowieści ani o emocjach, ani o obserwowanym świecie, bo w mózgach tych prymitywnych istot nie wykształcił się jeszcze ośrodek Broca, którego funkcjonowanie umożliwia posługiwanie się językiem. Nie miał szansy podzielenia się refleksją o pięknie gwiazd. Śladom jego stóp odciśniętym w mokrym wulkanicznym osadzie, który zastygł konserwując je prawie po wieczność, towarzyszyły jednak mniejsze odciski stóp istoty idącej obok. Najprawdopodobniej była to kobieta. Odległość pomiędzy tropami zdaje się sugerować, że ci przodkowie ludzi trzymali się za ręce, a być może nawet obejmowali się. Jest zatem wielce prawdopodobne, że znali niewerbalne sposoby dzielenia się emocjami.
Tymczasem ja siedziałem w widokówce sam i mogłem jedynie zapamiętywać swoje wrażenia po to, by ewentualnie opowiedzieć je komuś kiedyś w przyszłości. Pomyślałem o Madeleine Fleximind. Dlaczego właśnie o niej? Zabrakło mi czasu, aby się nad tym zastanowić, bo bez najmniejszego ostrzeżenia zapaliły się wszystkie znajdujące się na pokładzie widokowym światła. Zamknąłem gwałtownie powieki, by złagodzić niespodziewany ból oczu. Potrwało chwilę, zanim mogłem je ponownie otworzyć. Kiedy to zrobiłem, przez chwilę nie widziałem zbyt dobrze, a jakiś metr przede mną majaczyła granatowa plama, która dość szybko przybrała postać kapitana Nuevo. „Witam” — powiedział, wyciągając w moją stronę dłoń. Uścisnąłem ją. „Dzień dobry” — uśmiechnąłem się sympatycznie, po czym przedstawiłem cel swojej wizyty.
„Myślę, że najlepiej zrobimy, jeżeli przejdziemy do sali audiowizualnej” — oświadczył kapitan. No i powracamy. To był ostatni przygotowany na dzisiaj fragment powieści „Chciej mnie zawsze”. Zachęcam oczywiście do komentowania. Czy się państwu podoba? Czy się państwu nie podoba? Czy macie jakieś spostrzeżenia na temat tej literatury?
[02:56:15] - Pytasz nas czy słuchaczy?
[02:56:18] - Słuchaczy, głównie słuchaczy, ale tutaj słuchacze jak najbardziej komentują też. Wszystkie komentarze są przekazywane Markowi Żelkowskiemu.
[02:56:28] - Skomentuję ten fragment, a raczej relację cytowanego właśnie fragmentu z tym, co mówił Kuba gdzieś na początku. To jest właśnie fragment, który jeszcze nie znając całości „Chciej mnie zawsze” wyłowiłem z książki podczas procesu przygotowywania do druku, kiedy sprawdzałem chyba drugą wersję składu książki i od razu napisałem do Kuby, że jest to Że jest to fragment bardzo ekshibicjonistyczny, że po przeczytaniu tej książki będę go znał na wylot. I tu się chcę podzielić taką refleksją. Dopóki nie przeczytałem tej książki, postrzegałem Kubę jako kumpla, kolegę czy przyjaciela, z którym łączą mnie „Gwiezdne wojny”. Natomiast wiele spraw rozumiemy inaczej. Po przeczytaniu książki zrozumiałem, że jesteśmy do siebie bardzo podobni, prawda? I to Kuba chyba potwierdzi, że w jakiś sposób jest. Teraz nie wiem, czy to dotyczy większej ilości na przykład mężczyzn, ludzi, że mamy bardzo podobne doświadczenia.
[02:57:38] - Ludzi, którzy wyrastają z tego pnia, którzy czytali te książki, którzy oglądali te filmy i-
[02:57:45] - Którzy pozwolili sobie tutaj, podajmy ubolewam, Luizie, że tak powiem, na dopieszczenie tego elementu kobiecego, rozwijać się temu pierwiastkowi kobiecemu w duszy, prawda? Którzy nie pozwolili na stłamszenie go, na wciśnięcie go w rolę płciową silnego mężczyzny, który gdzieś tam później na jakichś kręgach męskich czy na terapiach psychoterapeutycznych wybucha płaczem i sobie nie radzi z rolą mężczyzny i tak dalej. No chyba tak.
[02:58:15] - No cóż, tutaj tak naprawdę dochodzi do pewnego zafałszowania. Taki podział na literaturę kobiecą, literaturę męską i w ogóle. Po prostu tracimy niejako z oczu to, że tak jak z yin i yang te dwa pierwiastki przenikają się ze sobą.
[02:58:41] - I uzupełniają.
[02:58:42] - Tak, bo jeżeli do tego nie dochodzi, otrzymujemy coś, co nie jest rzeczą wartościową, ponieważ sam pierwiastek męski wtedy jest tym pierwiastkiem w najgorszym wydaniu, to znaczy takim, który może zdobywać, może burzyć, może niszczyć, może zabijać. Z drugiej strony sam pierwiastek kobiecy będzie po prostu zbyt miękki i nie zdoła przetrwać. Obie płcie muszą mieć w sobie równowagę tych pierwiastków. Inaczej się po prostu nie da.
[02:59:30] - Mogę, Luizo, teraz wtrącić?
[02:59:32] - Naturalnie.
[02:59:33] - Właśnie w tym momencie poruszyłaś i cały czas uciekają pewne refleksje, ale w tym momencie mówimy, mówiąc o tych rolach płciowych i o przypisywaniu nam pewnych cech czy mężczyznom, czy kobietom. Zwróćmy uwagę na taką rzecz. Zarzuca się, chyba troszeczkę słusznie i poniekąd też to wynika z treści naszej lektury, która jest tematem dzisiejszego spotkania, że mężczyźni są coraz słabsi, prawda? I teraz ta równowaga, o której mówimy w kontekście czy yin i yang, czy w ogóle. Zauważmy procesy. Im bardziej kobiecość staje się wulgarna, wojownicza, ekspansywna, tym męskość jest coraz słabsza, prawda? Nie wiem, kto tutaj jest winien. Może nie w kontekście winy, ale który proces był bardziej, jest, która część tych lub zanik, osłabnięcie których cech, której z płci tutaj jest temu winne? Ale właśnie wydaje mi się, że już dziewiętnastowieczne niedźwiedź w cienie, że tak powiem, mężczyzn wynikające z tego, że zostali oni oderwani od ojców, którzy musieli chodzić na przykład do kopalni po 30, po 40 kilometrów, czasami nawet pieszo. Zaczęli czerpać wzorce tylko z będących obecnych kobiet, czyli matek, babek.
Tak samo, prawda? Plus w naszym konkretnym wypadku w kulturze polskiej, gdzie mężczyźni poszli na wojnę lub zostali zesłani, gdzie kobiety musiały przejmować, że tak powiem, te stereotypowe role męskie, czyli zarządzać majątkiem i tak dalej. Powoduje to, o czym mówimy, nie?
[03:01:19] - Tak.
[03:01:20] - I brak tej równowagi jest tutaj, czy też potrzeba właśnie tego równoważenia, o którym wspominasz, jest chyba też treścią, tą podświadomą mniej lub bardziej też naszej lektury.
[03:01:34] - W wielu kulturach kobiety mogły wychowywać chłopca tylko do pewnego wieku. Zwykle to było około siedmiu lat.
[03:01:42] - Tak, dokładnie siedem lat.
[03:01:44] - Potem przechodził on pod opiekę mężczyzn w rodzinie.
[03:01:47] - Słusznie.
[03:01:48] - Tak, ponieważ właśnie z tego powodu, żeby mógł czerpać wzorce z mężczyzn. Dlatego na przykład, znaczy może tutaj poruszę rzecz, która obecnie budzi ogromne kontrowersje. Czy pary jednopłciowe mogą wychowywać dzieci? Otóż. No, w momencie, kiedy dziecko ma do wyboru niejako, to jest taki komunistyczny wybór, tylko jeden wzorzec. Coś mu ucieka. Najzwyczajniej w świecie wiem, co mówię, ponieważ byłam dzieckiem wychowywanym przez samotną matkę, właściwie bez kontaktu z ojcem. I to bardzo zaważyło na moim życiu. Mimo że dziewczynki w zasadzie były zawsze wychowywane przez kobiety, ale miały przed oczami jednak ten wzorzec męski. Jeżeli się go nie ma, wtedy człowiek wyrasta na swego rodzaju psychicznego kalekę.
Czegoś ma za dużo, a z kolei czegoś drugiego za mało. Musi być ta równowaga zachowana. Teraz jej nie ma. Rzeczywiście jest ten zarzut, że mężczyźni babieją, a kobiety robią się coraz bardziej męskie, ale to jest kwestia jakiegoś źle utrwalonego społecznego wzorca. Najpierw były sufrażystki. Chciały, żeby kobiety miały prawa wyborcze. Zresztą stąd się wzięła ich nazwa. Ale nie chodziło tutaj tylko o samo prawo wyborcze. Tu chodziło o prawo do równego wynagrodzenia za podobną pracę, prawo do dostępu do nauki i tak dalej. Wszystko pięknie, wszystko ładnie.
To prawda. Ale z biegiem czasu to się przerodziło w cel sam w sobie, ciągłego udowadniania: my jesteśmy lepsze, nam się więcej należy. Wy nas tłamsicie. Chociaż już nie ma właściwie żadnego powodu, żeby to mówić, to jednak mówi się to ciągle. W związku z czym, chcąc ciągle udowadniać, jakie są dobre, kobiety zachowują się jak mężczyźni. Po co?
[03:04:29] - Jeśli mogę się wtrącić, bo pani Luiza parę razy wyskoczyła z takim tekstem akurat słabości kobiecej. Walczę z tym wzorem totalnie.
[03:04:42] - Nie chodzi o słabość.
[03:04:44] - Pani Luizo, spoko, ja wiem, że to było w przenośni. Natomiast ja nigdy w życiu nie spotkałem tak twardego mężczyzny, jak potrafią być twarde kobiety, pozostając jak najbardziej kobiecymi istotami, a nie przejmując roli męskiej.
[03:05:04] - Tak.
[03:05:05] - Właśnie siła kobiet się bierze stąd, że są kobietami.
[03:05:08] - Tak, dokładnie.
[03:05:09] - Nie ma sensu udawać kogoś innego.
[03:05:11] - Dokładnie o to chodzi, ale teraz właśnie wiele kobiet nie chce tego zrozumieć, jakby się wstydziły, że są kobietami. Dlaczego? My powinnyśmy być z tego dumne, tak jak mężczyźni powinni być dumni ze swoich męskich cech.
[03:05:28] - Już taką refleksję też miałem. Kobieta zaakceptuje ewentualnie brutala, nie zaakceptuje chama. A to jest duża różnica.
[03:05:41] - Zaakceptuje to, zaakceptuje.
[03:05:43] - Ja nie wiem, jakim słowem to zaakceptację. Natomiast przełknie, nie? Dobrze.
[03:05:52] - Szanowni państwo. Przepraszam, to jest jeszcze pytanie, czy tutaj rzeczywiście można mówić o większości kobiet czy o kobietach, że one tak się zachowują? Czy to się naprawdę dzieje, czy to jest po prostu taki przekaz medialny?
[03:06:02] - No właśnie.
[03:06:04] - Osobiście znam takie kobiety, które nagle doszły do wniosku, że muszą pokazać, jakie to one są silne i przebojowe, i robią sobie tym ogromną krzywdę, ponieważ tracą właśnie to, co jest w nich najpiękniejsze. Kobieta może być silna, ale czy ona jednocześnie musi udawać mężczyznę? Na tym to rzecz polega. Najlepiej to widać w serialu, który jest emitowany na kanale Epic Drama, „Detektyw Murdoch”. Tam jest też dużo mowy właśnie o sufrażystkach, ale tam jest postać patologa policyjnego, doktor Julie Ogden. Ukończyła akademię medyczną w czasach, kiedy rolą kobiety było w zasadzie tylko siedzenie w domu. Została patologiem i jest w tym bardzo dobra. Jest też osobą silną fizycznie, umiejącą sobie dać radę, ale jednocześnie jest po kobiecemu urocza, delikatna i dobrze wychowana. Jest kulturalna. Teraz kulturę uważa się za niepotrzebną.
Trzeba powiedzieć „wypier...” i wtedy jest się od razu we wszystkich gazetach. Dlaczego? Ja się pytam: dlaczego? Dlaczego nagle uznano, że kultura, dobre wychowanie to jest coś przestarzałego, z czym trzeba zerwać?
[03:07:46] - Bo najlepiej się sprzedaje to, co jest krzykliwe i hałaśliwe.
[03:07:49] - Pani Luizo, dam jeszcze jeden przykład, mój rodzinny. Otóż moja druga córka jest bardzo dobrze wychowana. Jest prześliczna, wykształcona, bo medycynę skończyła i jest niezłym lekarzem, ale jej pasją jest chodzenie po górach, a właściwie nie tyle po górach, co łażenie po tych, co dzisiaj ci wariaci robią, czyli-
[03:08:13] - Skałkowe.
[03:08:14] - Tak, łażenie po tych ścianach. I teraz ostatnio przy wizycie, rozmowie ze mną powiedziała, że brała udział w jakichś prawie mistrzostwach Polski, w których były dwie wspinaczki. Pierwszy dzień i drugi dzień. Pierwszego dnia była prawie ostatnia w tym wyścigu wspinania się po ścianach. Następnego dnia była pierwsza, a resztę zostawiła o dwie trzecie ściany w ogóle. Ja mówię: jakim cudem? Ona mówi: bardzo prosto. Robili to bardzo dobrzy trenerzy, dobrzy instruktorzy, że tak powiem, tego całego. Pierwszy test był budowany pod względem siły.
[03:09:12] - Trzeba się było posługiwać siłą, żeby być sprawnym na wspinaczce. I tam poległa. Natomiast drugiego dnia był test, który preferował zręczność.
[03:09:26] - No tak.
[03:09:27] - I tam pobiła wszystkich mistrzów Polski.
[03:09:30] - Mnie się to nie przydarzyło, chociaż mogę się do tego przyznać. Jako nastolatka uprawiałam karate przez pięć lat.
[03:09:40] - To teraz rozumiemy skąd ta umysłowość.
[03:09:47] - Nie, to wcale nie dlatego, że chciałam być chłopakiem albo kogoś pobić. Tylko chciałam udowodnić, że ja też mogę. Naprawdę zawsze byłam osobą wątłą i słabą. Niestety jestem upośledzona fizycznie w pewien sposób. Ogromna krótkowzroczność. Mimo to uparłam się, a jak się nastolatka uprze, wiadomo, to już nie ma siły. I udało mi się przez pięć lat jednak ćwiczyć. Może dlatego właśnie się zorientowałam, ile można osiągnąć, kiedy człowiek nie przyjmuje do wiadomości, że czegoś mu nie wolno z punktu widzenia fizycznego, że coś się nie da. Otóż da się, bo najczęściej brakuje nie tyle sił fizycznych, co brakuje siły ducha.
[03:10:54] - Tak, to dzisiaj bardzo częste jest wśród młodych ludzi płci obojga. Takim ulubionym zwrotem jest: „Tego się nie da zrobić, nie mogę, nie mam siły, nie potrafię”. To bardzo często jak mantra jest powtarzane. I próba pokazania, że jednak się da, ale to nie ja.
[03:11:16] - Ale z drugiej strony też jest jak mantra powtarzane takie hasło, że wszystko z kolei się da, jeżeli uwierzę. I w tej chwili funkcjonuje wiele osób, które gdzieś tam się pchają, ponieważ uwierzyły, że jeżeli w coś wierzą, to mogą to zrealizować. A tutaj tak naprawdę jest potrzebna wola plus pracowitość. Trzeba się przygotować do tego, aby gdzieś wystąpić, aby w tym karate osiągnąć wyniki, trzeba najpierw wiele lat ćwiczyć.
[03:11:43] - Podnoszę tutaj rękę do góry. Chciałbym głos zabrać na chwilkę, mogę?
[03:11:47] - Oczywiście.
[03:11:50] - Chciałbym naszym słuchaczom przypomnieć, że mimo wszystko, zgodnie z tym, co jest napisane na tylnej okładce, cały czas mówimy o książce. A dlaczego? Na tylnej okładce jest napisane: „Lektura „Chciej mnie zawsze” skłania do refleksji nad współczesną kulturą”, co się właśnie chyba cały czas dzieje, prawda?
[03:12:09] - No właśnie.
[03:12:10] - A ja teraz mam dla wszystkich komunikat, który zawsze w każdej audycji w pewnym momencie pada. On właśnie pada w tej chwili, że zbliżamy się do końca audycji. Czas na jakieś podsumowania. Chciałbym państwa w kolejności do tych podsumowań namówić. A może takim starszym zwyczajem zaczniemy od kobiety. Pani Luizo, niech pani spróbuje podsumować dzisiejszą audycję, a później panowie.
[03:12:45] - Rozmawialiśmy tutaj o różnych rzeczach, ale tak naprawdę one wszystkie wiązały się z książką „Chciej mnie zawsze”. Jakub Turkiewicz stworzył dzieło, które skłania do wielu przemyśleń. On ich nie wykłada kawa na ławę. On je tylko podsuwa. To, co ludzie zaczną myśleć, czytając jego książkę, to już jest tylko ich własnością. On daje surowiec, my go musimy przetworzyć. I to jest właśnie największą wartością tej książki. Właściwie polecałabym ją wszystkim, bo każdy w niej znajdzie to, co lubi, a przede wszystkim na pewno nikt się nie będzie nudził. A to jest bardzo istotne, ponieważ niestety książka nawet najwartościowsza, jeśli jest nudna, to zażyna samą siebie. Absolutnie tutaj nie można tego powiedzieć.
[03:14:00] - Dziękuję bardzo. A Jacku, teraz ty.
[03:14:07] - Podsumowując, wydaje mi się, że zupełnie nieświadomie podsumowałem przed chwilką audycję. Jeśli mogę, korzystając z tej chwili tutaj na łączach, podziękować ludziom, których dzisiaj nie ma w audycji, a którzy się do książki i do wydawnictwa przyczynili, czyli Jackowi Zworskiemu, Dominice Świątkowskiej, Joannie Fabik, Ani Szwajgier. Całemu zespołowi, który na co dzień z nami tutaj w ten czy inny sposób pracuje. Pracujemy często jeszcze nie znając się osobiście. Luizy do dzisiaj nie widziałem w realu.
[03:14:55] - Już mnie zmęczyłeś.
[03:14:58] - Nie przesadzaj, Luiza. Chcemy to przy okazji nadrobić. Chciałem podziękować wam, Markowi, Wiktorowi i Beriosowi. Pół roku temu chyba jeszcze bym nie powiedział, że będziemy rozmawiali o Z Wiktorem Żwikiewiczem, jednym z moich guru, ikon przeszłości. Z takiej pozycji, w jakiej w tej chwili, w takich rolach
[03:15:30] - Przepraszam, ale muszę przerwać. Dobry pisarz nigdy nie staje się przeszłością.
[03:15:36] - Dziękuję.
[03:15:40] - Może nie mówiłem w kontekście pisarza, tylko mówiłem w kontekście ikony przeszłości. Dobra, proszę bardzo. Wydaje mi się, że przede wszystkim dziękuję Kubie, że jednak czekał, bo jednak ten proces był długi i gdzieś tam pewnie wielu z nas już wątpiło. Może jeszcze inaczej. Błogosławieni ci, którzy ciągle wierzyli, kiedy ja już tą wiarę traciłem. I dziękuję za głos.
[03:16:08] - Wiktor i ja życzymy, żeby to przedsięwzięcie, ta seria „Szamani fantastyki” rozwijała się pięknie, jak najpiękniej. Okej, a teraz jeszcze oddajmy głos autorowi.
[03:16:23] - Przede wszystkim muszę podziękować tu wszystkim. Wiktorowi Żwikiewiczowi za bardzo konstruktywną krytykę. Oczywiście wszystko wezmę pod uwagę, chociaż nie do końca się ze wszystkim zgodziłem, bo wydaje mi się, że na tym etapie nie na wszystko mogę sobie pozwolić pisząc. Luizie dziękuję przede wszystkim za te wszystkie piękne słowa, które wypowiedziała na temat książki. Wydaje mi się, że moje intencje zostały przez nią dobrze zrozumiane i cieszę się, że ta książka jest odebrana w taki sposób choćby przez jedną osobę. To już sprawia, że warto było ją napisać. Dziękuję za zaproszenie do audycji. Jackowi oczywiście dziękuję za wszystko. I tu jeszcze takie podsumowanie, że otóż w tej dyskusji, która zabrnęła w różne strony, pojawił się wątek przy okazji rozmowy o kobiecości i męskości, poszukiwania tożsamości. Kim naprawdę jesteśmy, kim są kobiety, kim są mężczyźni.
I ta książka chyba też jest o poszukiwaniu tożsamości. Bo ten Kerrol, który szuka samego siebie, który czuje jakiś brak, jego losy mogą stać się przyczynkiem do refleksji na temat nie tylko ludzkiej tożsamości, ale także równowagi tych pierwiastków, z których jeden bez drugiego nie może funkcjonować. I sądzę, że warto zachęcić czytelników, żeby zapoznali się z tym tekstem.
[03:18:08] - Mogę jeszcze?
[03:18:10] - To teraz jeszcze ja. Jeszcze jedno pytanie do autora. Jakieś plany odnośnie dalszych czy jakieś dalsze pisarskie wyzwania?
[03:18:22] - Zobaczymy, jakie będzie zainteresowanie tą książką. Jeżeli się okaże, że jest zapotrzebowanie, to chętnie pociągnąłbym tę historię, bo tak jak Jacek zauważył, pewien świat tam powstaje i ja ten świat w głowie mam. Historię Kerrola chętnie bym dopowiedział. Oprócz tego, tak jak powiedziałem, za chwilkę na rynku pojawi się książka „Wojna gwiazd”. Mam też dalsze plany badawcze. Chciałbym jeszcze troszeczkę opowiedzieć, troszeczkę chciałbym zbadać historię fandomu fantastycznego i tą swoją wizję gdzieś tam przedstawić.
[03:18:59] - Jacku?
[03:19:03] - Chciałem tylko dodać, jeszcze wspomnieć o Maćku Parosku, któremu dedykujemy tę książkę. We wstępie powiedzieliśmy, że w treści tej książki znów wybrzmiewa to pytanie o tożsamość. Kim jestem? Skąd przychodzę? Dokąd zmierzam? I zgubiłem w międzyczasie to, co chciałem powiedzieć przedtem. Może jeszcze podziękujmy też ludziom, którzy już tę książkę przeczytali i dzielą się z nami refleksjami, z których wyławiamy cytaty nadające się na blurby, na kolejne ekskluzywne wydania w twardej oprawie. Dodam też, że mam podpisaną z Kubą umowę na dwa zbiory opowiadań, których częścią są też dwa opowiadania, o których Kuba wspominał, i liczymy też na więcej ze świata „Chciej mnie zawsze”. Dziękuję wszystkim. Dzięki Przeświatowi za to wszystko, co się dzisiaj stało i za to, żeśmy mogli porozmawiać.
Dziękuję.
[03:20:08] - My też dziękujemy. A teraz głos ma Wiktor. Ja jeszcze chciałbym zwrócić wszystkim uwagę na pewien pomysł nie mój, ale Jakuba Turkiewicza. Otóż jeżeli tym burłakom ciągnącym barkę tych szamanów uda się tą barkę pociągnąć, czyli jakoś przetrwać to wydawnictwo, to Jakub Turkiewicz podpowiedział im najlepszą rzecz, jaką mogą mieć na promocję wszystkich innych książek. Otóż nieważne, czy ta książka Jakuba Turkiewicza jest genialna, czy jest kiepska, czy jest siaka owaka. Ważne, że ona wpadła na kapitalny patent, w jaki sposób promować wszystkie książki tej serii. Taki jej tytuł. „Chciej mnie zawsze” to jest patent na to, żeby stworzyć ogólnopolską markę, żeby się wszystkie książki odbiegały od takiej-
[03:21:18] - Wiktor, zdradzasz moje plany. Jest przewidziana rejestracja znaku towarowego. „Chciej mnie zawsze”. Dzięki bardzo.
[03:21:28] - Bardzo proszę.
[03:21:30] - Dzięki.
[03:21:31] - Tymi samymi drogami wędrujemy.
[03:21:34] - Wiem, tymi samymi lasami. Dlatego pozwolę sobie, Wiktor, jeśli mogę, bo zaplanowaliśmy już jakiś czas temu, chyba z półtora roku temu, kiedy się pojawiła idea Szamana Fantastyki, byłeś pierwszą osobą, która się rysowała jako ten Szaman Fantastyki. Jesteś naszym mentorem i pewnikiem już wiesz, o co chodzi. Chcemy to w jakiś sposób za jakiś czas zaakcentować. Może jeszcze nie przedajmy faktów. Poczekajmy do nowego roku. I niech się dzieje. Niech szamani fantastyki i niech „Chciej nie zawsze” wejdzie w naszą nową rzeczywistość w Nowy Rok. Dzięki piękne.
[03:22:16] - My też pięknie dziękujemy naszym gościom. Myślę, że ta dzisiejsza dyskusja na długo zostanie z naszymi słuchaczami. Dotyczyła różnych rzeczy, ale w gruncie rzeczy ani na chwilę nie odeszliśmy, chociaż czasami się tak mogło wydawać, ani na chwilę nie odeszliśmy od powieści „Chciej nie zawsze”. Super. Myślę, że taka wzorcowa dyskusja. Teraz już jeszcze raz pięknie dziękujemy słuchaczom. Pięknie dziękujemy naszym gościom. Zapraszamy wszystkich słuchaczy za tydzień na wydanie „ABW”, takie przedświąteczne. Będzie sporo opowiadań, niezgodnie z ostatnią tradycją, ale to będą dosyć krótkie opowiadania, bo ku naszej radości sporo opowiadań krótszych, dłuższych nadeszło już na konkurs i tak jak obiecaliśmy, będziemy te opowiadania wspólnie z Wiktorem testować. To za tydzień.
„A co dalej?” ktoś zapyta. Dalej mamy piątki, które wypadają. To są świąteczne piątki, bo raz mamy Wigilię, później mamy Sylwestra. Coś przygotujemy, ale to będą takie audycje, w których damy znać, że jesteśmy. Ale to nie będą typowe wydania ani „Bibliotekarium”, ani „ABW”. Więc w kolejnym „Bibliotekarium” spotykamy się dopiero w nowym roku i niech na razie pozostanie tajemnicą, co to będzie, co się będzie działo w tymże nowym roku. A teraz już pięknie państwu wszystkim dziękujemy i przypominam, że za chwilę fizyka, a właściwie wykład o fizyce prowadzony przez Tomka Fąsa.
[03:24:01] - Szkoła w upadku, ale Fąs się trzyma.
[03:24:04] - Tak jest. A więc fiza z Fonsem.
[03:24:09] - Do zobaczenia.
[03:24:10] - Do zobaczenia. Dziękuję bardzo.
[03:24:11] - Dziękuję uprzejmie.
[03:24:13] - Dziękujemy.
[03:24:16] - O mrocznym obliczu tlenu. Dobiega końca nasza podróż przez pięć żywiołów Arystotelesa. I przyszła pora, by opowiedzieć sobie o ogniu. Ogień o tyle jest niezręcznie tutaj wstawiać w towarzystwo pozostałych żywiołów i w ogóle dysputy nasze o charakterze raczej fizycznym, że ogień, spalanie, jak zapewne państwo wiecie, to jest w zasadzie proces chemiczny, proces łączenia ciała palnego z tlenem w sposób spektakularnie niszczycielski. Andrzej Dragan w swoim kwanteizmie zwracał, zdaje się, uwagę na ten paradoks, że pierwiastek tlen, pierwiastek, który uważamy za życiodajny i bez którego nie byłoby w znanej nam formie życia, przynajmniej zwierzęcego, na Ziemi. Ten sam pierwiastek jest jedną z bardziej niszczących sił w przyrodzie i przeważnie ma efekty destrukcyjne, tak jak reakcja spalania. Bardziej fizycznym zjawiskiem czy elementem fizyki jest związane jakoś z ogniem pojęcie ciepła, pojęcie energii termicznej. Chociaż oczywiście ciepło nie musi się wydzielać ze spalania. Jest to jeden ze sposobów tworzenia ciepła. Może przecież ciepło pojawiać się także poprzez tarcie na przykład o siebie różnych rzeczy, które nie muszą się wcale palić, poprzez sprężanie gazu też podnosi się temperatura.
Podczas jakichś naszych dysput radiowych padło pytanie od słuchacza, czy to jest prawda, czy to jest tak, że temperatura to prędkość powietrza, prędkość atomów. Więc nie temperatura i nie prędkość, ale tak, to prawda, ponieważ w fizyce musicie państwo zwrócić uwagę na to, aby jednostki się zgadzały. Temperaturę wyrażamy w jakichś tam możemy stopniach, na przykład Celsjusza czy Kelwina, właśnie czy Fahrenheita, albo też jak chce układ SI w kelwinach. Kelwiny już nie są stopniami od jakiejś tam konferencji, tylko po prostu kelwinami, jednostką temperatury. Natomiast prędkość znowu w oparciu o te podstawowe jednostki układu SI, to prędkość wyrażamy w metrach na sekundę na przykład. Więc nijak się te metry na sekundę mają do temperatury, oczywiście do kelwinów. Ale faktycznie jest tak, że temperatura wiąże się nie tyle z prędkością, co z energią z kolei kinetyczną, średnią energią kinetyczną cząstek w gazie czy w innej materii. I teraz, jeżeli my sobie z jednej strony postawimy energię kinetyczną, to możemy ją jakoś porównywać z energią termiczną. Tu i tu mamy jednostkę energii dżul na przykład. I wówczas możemy sobie tak to przekładać, tą średnią energię ruchu na coś, co generalnie wyraża się jako ta, powiedzmy, energia cieplna, energia termiczna.
I tu nam się ta jednostka zgadza. Temperatura natomiast, o ile dobrze pamiętam, wiąże się jakoś z potencjalną zdolnością do przekazywania tejże energii termicznej, ponieważ ta energia ma to do siebie, że Przemieszcza się wyłącznie z góry na dół, z ciał cieplejszych do ciał zimniejszych, gdzie tej energii jest mniej. Istnieje oczywiście zero absolutne, jak państwo wiecie, to jest zero kelwinów, czyli jakieś tam -273 i z kawałkiem stopnie Celsjusza. Zimniej już nie będzie, czego byśmy nie wymyślali. Wszelki ruch materii ustaje w tej temperaturze. Istnieją dwa sposoby przekazywania energii znane fizyce. Jeden to jest właśnie przepływ ciepła, drugi to jest praca. Możemy zamieniać energię cieplną na pracę na przykład poprzez silnik parowy czy w ogóle dowolny silnik, ale szczególnie w silniku parowym jest to jasne, że tam grzejemy wodę za pomocą spalania na przykład węgla w lokomotywie. Woda się podgrzewa, a więc się rozpręża i napędza jakiś tam mechanizm, na przykład lokomotywę. Najprostszą chyba, czy najstarszą znaną w historii wersją silnika parowego była turbina Herona, gdzie po prostu z bani wydobywała się para pod odpowiednim kątem i wprawiała tę banię w ruch obrotowy.
Do dzisiaj na podobnej zasadzie, zdaje się, działają turbiny elektryczne, ale to już nie jestem taki pewien do końca. Pewnie zależy jaka. Przy okazji warto być może zwrócić uwagę, jak blisko jesteśmy w sumie zera w tej skali termicznej. A w naszym przypadku oczywiście optymalna temperatura to jest raptem gdzieś między 20 a 30 stopni Celsjusza, czyli bardzo wąski próg, bardzo bliski zerowemu poziomowi energii cieplnej, co po raz kolejny zwraca tylko uwagę na to, jak wąski jest zakres warunków, w jakich my możemy normalnie funkcjonować i jak wielki, niesamowity zbieg okoliczności musi zaistnieć, aby życie w znanej nam postaci mogło się pojawić i przetrwać. I tak na marginesie, kiedy snuję ten wywód, pojawiają się już pierwsze pogłoski, sugestie, jakoby projekt SpaceX Elona Muska miał zbankrutować. Ojej, któż mógł się tego spodziewać? Ale jakoś tak mam wrażenie, że może nie byłem aż tak daleki od prawdy, kiedy sugerowałem, że cały ten pomysł z podbijaniem Marsa to w istocie bardzo kreatywny sposób reklamy osoby i twórczości Elona Muska. I między innymi sprzedaży samochodów elektrycznych. Tymczasem cykl poświęcony pięciu żywiołom Arystotelesa dobiega właśnie końca, a ja muszę się poważnie zastanowić, czy, a jeżeli tak, to o czym będę do państwa mówił następnym razem.
[03:30:19] - I tym oto felietonem Tomasza Fąsy kończymy kolejne wydanie Bibliotekarium na żywo. Byli z nami dzisiaj oczywiście Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz, a także Jakub Turgiewicz, autor błyskotliwej powieści pod tytułem „Chciej mnie zawsze” oraz towarzyszący nam podczas audycji Luiza Dobrzyńska oraz Jacek Horęska. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień, tym razem w ABW. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[03:31:23] - Who knows what tomorrow brings. In a world few are surviving. Oh, I know it's the way I feel. But it's real, keep alive. The road is long. There are mountains in my way. But we climb a step every day. Nothing but up where we belong. Where the eagles cry on a mountain high. Nothing but up where we belong.
In a world we know with a clear and strong. Sometimes all you used to be. Lives up in the hills. All we have is here and now. All our lives up on a mountain. The road is long. With mountains in our way. But we climb a step for- Love lift us up where we belong. Where the eagles cry on the mountain high. Love lift us up where we belong.
From the world we know to the clear wisdom. Time goes by. No time to cry. Life is you and I. And life today. Love lift us up where we belong. Where the eagles cry on the mountain high. Love lift us up where we belong. We belong. From the world we know to the clear wisdom.
Love lift us up where we belong. Ooh yeah. Where the eagles cry on the mountain high. Love lift us up where we belong. From the world we know to the clear wisdom. Love lift us up where we belong.