Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Dosłownie parę sekund temu minęła godzina 20:00 w piątek, 29 października 2021 roku, a to oznacza, że czas najwyższy rozpocząć kolejne wydanie „Bibliotekarium na żywo”, które ujmę tak: dzisiaj będziemy mieli gościa, który specjalizuje się w tak zwanym weird fiction, a więc można się spodziewać, że im dłużej będziemy dzisiaj czytać, tym dziwniej będzie się robić. W nasze radiowe progi zawitał dzisiaj laureat wielu nagród, między innymi Nagrody imienia Żuławskiego, Wojciech Gunia, a rozmowa będzie dotyczyła jego twórczości, ze szczególnym uwzględnieniem jego nadchodzącej książki „Złe wszechświaty”. Zaprezentujemy również oczywiście fragmenty wybranych opowiadań jego autorstwa. Są z nami także gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Uprzedzamy, że im dłużej się czyta, tym dziwniej się robi. Jak bardzo dziwnie, to się państwo dzisiaj przekonacie kilkukrotnie. Ja jeszcze tylko podam kontakty do Radia Paranormalium. Audycję obsługuję oczywiście od strony technicznej ja, Marek Sęk „Ivellios”. Witamy także słuchaczy Book Radia z lekkim jeszcze poślizgiem, co prawda z taśmy, ale gwarantujemy, że będzie bardzo dziwnie i będzie bardzo ciekawie.
Nasze numery telefonów, tak jak zawsze, stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium, Bibliotekarium.pl oraz na profilu Book Radia. Zachęcamy także do dołączania do grup Radio Paranormalium oraz Rubieże rzeczywistości. To bardziej grupa dla początkujących pisarzy, ale tam też warto zajrzeć. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Oczywiście nie pogardzimy także feedbackiem w komentarzach, gdy już audycja będzie udostępniona do odsłuchania i pobrania. Tak więc po takim małym wstępie czas na magiczne halo, halo Bydgoszcz.
[03:00] - Halo, halo! Dzień dobry wieczór.
[03:02] - Dobry.
[03:04] - Przedstawmy od razu naszego gościa. Państwa gościem jest Wojciech Gunia.
[03:10] - Dobry wieczór państwu.
[03:13] - Troszeczkę słychać odgłosy z domu, ale od razu powiedzmy, że nasz gość dzisiaj w warunkach polowych, a właściwie domowych do państwa mówi. Trochę tych odgłosów będzie, ale to chyba w niczym nikomu nie przeszkadza.
[03:30] - W razie czego przeprowadzę ich pacyfikację, ale mam nadzieję, że nie będzie to konieczne.
[03:34] - Nie, chyba nie ma takiej potrzeby. Krótkie przedstawienie. Nasz gość to absolwent wydziału polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, prozaik i, jak często mówi, okazjonalnie publicysta i tłumacz. Debiutował w 2013 roku w antologii „Po drugiej stronie. Weird fiction po polsku”. Później były kolejne publikacje, ale ja przejdę do tego, co nie wiem, czy najważniejsze, ale zawsze miło się słucha, do nagród, bo tych nagród nasz dzisiejszy gość zebrał całkiem sporo. W 2017 roku to była Nagroda imienia Grabińskiego za tom wydany rok wcześniej, a w tym roku to już w ogóle sypnęło nagrodami, bo najpierw była Nagroda imienia Parowskiego związana z fantastyką, z miesięcznikiem „Nowa Fantastyka”, a zaraz później nagroda, tak to się mówi, profesjonalistów. W każdym razie bardzo zacna Nagroda Żuławskiego za „Dom wszystkich snów”. Ja oczywiście siłą rzeczy mówię to wszystko bardzo skrótowo, bo myślę, że nie rzecz w tym, żeby wygłaszać w tej chwili notki biograficzne, które sobie każdy może sam sprawdzić. Myślę, że o wiele ciekawszych rzeczy powie nam dzisiejszy gość niż jakąś swoją historię.
Chociaż być może jest taka rzecz, o której chciałby pan powiedzieć w jakiś specjalny sposób i w jakiś specjalny sposób ją podkreślić.
[05:14] - Czy jest jakaś taka specjalna rzecz? Nie wiem. Wydaje mi się, że tego typu historie i anegdoty zawsze wychodzą w trakcie, więc być może coś takiego się wydarzy. Natomiast zawsze starałem się robić w ten sposób, żeby to raczej twórczość mówiła sama za siebie, żebym nie musiał do niej dopowiadać jakichś specjalnych szczegółów i anegdot. Ale zobaczymy, w jaką stronę nas skierują słowa.
[05:48] - To ja powiem w ten sposób. Myśmy już z Wiktorem próbowali w różny sposób rozpoczynać audycję. Staraliśmy się być oryginalni albo zabawni, albo ponurzy. W różny sposób zaczynaliśmy. Dzisiaj Postanowiliśmy, że zaczniemy do bólu konwencjonalnie. Dlaczego konwencjonalnie? Już tłumaczę. Przygotowując się do dzisiejszej audycji, przeczytałem sporo wywiadów, których pan udzielił, które dostępne są w internecie. I to, co mnie uderzyło, uczynię rozpoczęciem dzisiejszej audycji. Niemal w każdym wywiadzie pada gdzieś na początku pytanie: co to jest ten weird fiction?
Co to jest? I pan to tłumaczy. Wie pan co? Niech pan jeszcze raz u nas to wytłumaczy. Co to ten weird?
[06:43] - Im częściej odpowiadam na to pytanie, tym lepiej zdaję sobie sprawę z tego, że troszkę mogę wprowadzać mętlik w głowy ludzi, którzy tych odpowiedzi słuchają. Weird fiction ma swoją definicję, która jest ujęta w Wikipedii. Jest to rodzaj fantastyki, grozy, który nawiązuje do Lovecrafta, troszkę nawiązuje do fantastyki naukowej i operuje na zjawiskach nadnaturalności, nadnaturalnej grozy z kosmosu. Definicję z Wikipedii uważam za, nie że śmiechu wartą, ale taką niewyczerpującą tematu, bardzo delikatnie mówiąc. Natomiast osobiście, jeżeli próbuję w najprostszy sposób wytłumaczyć komuś, czym jest ta literatura, to posługuję się dwoma kategoriami, ponieważ uważam, że dwie kategorie są tutaj dość istotne, o ile nie fundamentalne. Otóż pierwszą jest niesamowitość, ale taka niesamowitość rozumiana w sensie psychologicznym. Doznanie niesamowitości, o którym się rozpisywał Freud, Nietzsche czy Jung. Kiedy rzeczy, które są nam w jakiś sposób znane, oswojone, zyskują jakiś obcy atrybut, przez co nagle z rzeczy znanych stają się rzeczami obcymi i w ten sposób wzbudzają u nas różne negatywne stany. Ponieważ ta oswojona rzeczywistość nagle przestaje być taka zupełnie oswojona, wręcz staje się obca. I w tym momencie, w takim punkcie poznawczym jednak tracimy komfort i troszkę grunt pod nogami.
Natomiast druga kwestia, która wydaje mi się jest dla weird fiction fundamentalna, dotyczy tego, co uznajemy za zło. Ponieważ kiedy mamy standardową, typową literaturę grozy, to zaistnienie tego zła zawsze wynika z tego, że dochodzi do jakiejś intruzji, jakiegoś zaburzenia ładu. Najpierw jest to zaburzenie ładu moralnego. Takim najbardziej sztandarowym przykładem jest „Potwór” Frankensteina. Kiedy człowiek sobie uzurpuje prawa demiurgiczne, tworzy sztucznego człowieka i ta etyczna katastrofa prowadzi do zaistnienia tej intruzji w postaci monstrum. W weird fiction jest inaczej. O ile w literaturze grozy, w horrorze dążymy do tego, żeby usunąć tę intruzję ze świata, żeby przywrócić ład światu, o tyle w weirdzie jest raczej tak, że powoli odkrywamy to, że tak naprawdę ład, w który wierzyliśmy, był fikcją i to, co uznawaliśmy za intruzję, to wtargnięcie zła czy nadnaturalnego w nasz świat wcale nie było wtargnięciem nadnaturalnego w nasz świat, tylko obaleniem pewnej iluzji porządku, w który wierzyliśmy. I to są dla mnie dwa główne wyznaczniki tej literatury. To znaczy i niesamowitość i z drugiej strony dość specyficzne opisanie ontologii zła w świecie.
[10:18] - Wiktorze, teraz ty.
[10:20] - Ta definicja do mnie przemawia, szczególnie w tej drugiej części, czyli definicji zła. Natomiast co do niesamowitości to mam drobne zastrzeżenia, bo po prostu dla mnie każda sztuka od teatru, muzyki po literaturę musi być niesamowita. Nie w sposób fascynujący czy interesujący, ale dokładnie niesamowita. Dobra literatura zawsze była niesamowita. Ten pierwiastek niesamowitości się ujawniał w jakiś sposób. Dla mnie jako dziecka niesamowita była tajemnicza „Tajemnicza wyspa” Juliusza Vernego. Odbierałem ją tak, jak mniej więcej dzisiaj prawdopodobnie odbierają ludzie literaturę fantasy czy horroru. Ja ją odbierałem w taki sposób. Czyli to jest cecha literatury. Bez tej niesamowitości to na szacht.
Po prostu wyrzucić do kosza całe pisanie, bo jest to nic niewarte. Pisanie, jeśli nie budzi w nas .
[11:52] - Czyżby pojawił się jakiś spór definicyjny? Czy ja to dobrze rozumiem?
[11:56] - Nie, pan Wojciech dosyć precyzyjnie, bo zresztą on tym się zajmuje. Natomiast ja mam taki stopień ogólności bardzo szeroki.
[12:10] - Nie, nie sądzę, żeby to był spór, bo ja z chęcią przykłasnę temu, że ten czynnik, który wprawia nas w to specyficzne pomieszanie zachwytu i trwogi, które nas tak bardzo przyciąga do danego utworu. To jest coś koniecznego, żebyśmy chcieli w tym świecie czy tekstu, czy utworu muzycznego uczestniczyć. Natomiast są też różne oblicza tej niesamowitości i doznanie niesamowitego mamy wtedy, kiedy oglądamy manekiny na przykład. Zresztą manekin to jest taka weirdowa figura, już ograna na sto tysięcy różnych sposobów, ale kiedy widzimy kształt humanoidalny z mniej więcej ludzką twarzą, ale o którym wiemy jednocześnie, że stanowi materię nieożywioną. I gdzieś tutaj się pojawia taki bardzo silny dysonans, że z jednej strony widzimy coś, co jest nam doskonale znane, a z drugiej strony coś, co jest absolutnie obce. I to jest takie bardzo nieprzyjemne oblicze niesamowitości. I ta literatura weird fiction się dość lubi na tym bardzo nieprzyjemnym aspekcie skupiać. Natomiast ja się absolutnie zgodzę z tym, że literatura czy sztuka w ogóle musi być niesamowita, żeby w ogóle poświęcać jej czas. To jak najbardziej.
[13:54] - Ja mam pytanie. Bardzo często, nie wiem, czy to jest specyfika polska, czy może jakaś szersza, ale oprę się na tym, co wiem. W Polsce groza kojarzona jest raczej z opowiastkami tego pierwszego rodzaju, czyli właśnie monstrum, jakieś flaki, jakieś obrzydlistwa, przerośnięte kraby i tak dalej. To jest groza. Tymczasem to, co pan pisze, to jest zupełnie inny rodzaj straszenia człowieka.
[14:36] - To nie jest, Marek, straszenie, to jest wzruszanie człowieka.
[14:40] - Tak, ale zostańmy przy tych złych rzeczach. Więc powiedzmy jakiegoś rodzaju straszenia. Ja obawiam się, dlatego poprosiłem o definicję gatunku, że za mało się dzieje. A w tej chwili wielu czytelników oczekuje, że ma się dziać dużo i ta akcja musi gnać. Tymczasem te opowieści, które pan snuje, one są stonowane. Tam następuje zmiana, śledzimy jakiś proces i to jest tak naprawdę chyba ten element grozy. Jak błądzę, to proszę mnie poprawić.
[15:27] - Nie, jak najbardziej. Staram się zawsze ujmować grozę w sposób troszkę bardziej psychologiczny. To znaczy ci bezimienni bohaterowie na ogół się znajdują w takich sytuacjach, że punktem wyjścia jest sytuacja, rzeczywistość, która jest zupełnie normalna. Natomiast krok po kroku gdzieś ta rzeczywistość się w tych szwach zaczyna rozłazić i okazuje się, że wcale nie jest ani tak oswojona, ani znana, ani tak przyjazna. Jak i też sam status ludzi, którzy w tej rzeczywistości uczestniczą, nie jest tak oczywisty. Wydaje mi się, że oczywiście ja nie mam absolutnie nic przeciwko straszeniu monstrami i potworami. To jest fajne i to bywa przyjemne. To może dać tę przyjemność lektury. Natomiast myślę, że to też zależy dużo od celu, w jakim się wchodzi w ogóle i od intencji, z jaką się przystępuje do pisania. To nie było tak nigdy, że ja postanowiłem zostać pisarzem horrorów, że obudziłem się pewnego ranka i pomyślałem sobie: „Słuchaj, Gunia, będziesz pisał horrory” i że zacząłem.
Raczej to wyglądało w ten sposób, że opowieści, które tam sobie wbijałem w klawiaturę, wbijałem dlatego, że to był jakiś sposób, żeby mógł z siebie wyrzucić jakieś stany mentalne czy emocje, które były dla mnie po prostu dokuczliwe. Albo w jakiś sposób mi przeszkadzały, albo miałem taką silną potrzebę, żeby w taki czy inny sposób się jakoś z nimi rozprawić. I tak przy okazji wyszło, że to bywa dość niepokojące. Natomiast raczej tak, ja się staram skupiać na tej bardziej egzystencjalnej, a nie materialnej stronie lęku czy strachu. Więc pewnie ukazanie tego procesu, który prowadzi do zaistnienia tego stanu niepokoju czy lęku, jest konieczne dla takiej formy opowieści.
[17:45] - Ja tylko przytoczę jeszcze z jednego z wywiadów, moim zdaniem świetne podsumowanie gatunkowości. Otóż mówi pan coś takiego, że jak już ktoś bardzo chce się posługiwać takiej terminologii związanej z fantastyką albo z fantastyką grozy, może sobie nazywać weird fiction mrocznym realizmem magicznym. Bardzo mnie to ujęło, mówiąc szczerze.
[18:20] - To znaczy tak, jak najbardziej. Realizm magiczny ma bardzo dużo wspólnego z realizmem magicznym. Aczkolwiek ja też ostatnimi czasy staram się troszkę podkreślać odrębność tej literatury, ponieważ zauważyłem taką tendencję, która osobiście mi przeszkadza jako twórcy fantastyki, zadeklarowanemu twórcy fantastyki, że jeżeli coś jest taką właśnie literaturą grozy, która nie wykorzystuje akcesoriów związanych z potworami czy flakami i dużymi wiadrami krwi, które się rozlewają na wszystkie strony, tylko podchodzi od strony bardziej egzystencjalnej, to już się mówi, że to już nie jest horror, to już nie jest literatura grozy. To jest realizm magiczny, taki troszkę mroczny, ale to już jest coś więcej niż horror i coś więcej niż fantastyka. Mi to bardzo przeszkadza, bo to jest umniejszanie fantastyce i różnym gatunkom, które można wspaniale zacząć do opowiadania o różnych ludzkich stanach. Więc tak, to ten mroczny realizm magiczny, tak pół żartem, pół serio. Natomiast myślę, że jednak ta tożsamość weirdu dość mocno już się odseparowała.
[19:48] - Na chwilę zrobi się bardzo poważnie, bo troszkę wyszło to w trakcie naszej rozmowy. Dlaczego to jest tak? Ja często to pytanie zadaję wielu autorom, ale dlaczego to jest tak, że w Polsce są tak silne, głębokie podziały pomiędzy literaturą głównonurtową a każdą literaturą z jakimś tam przymiotnikiem, z jakimś tam określenikiem. I ta głównonurtowa literatura broni się po prostu i broni tej swojej niezależności jak niepodległości, podczas gdy na przykład w innych krajach, tak to ogólnie powiedzmy, pisarze nie mają problemu z przeskakiwaniem od głównego nurtu do fantastyki. Później powroty i nikt im nie wyrzuca: „A ty tam w swoim czasie zszedłeś na złą drogę i pisałeś science fiction albo cokolwiek innego z fantastyką związanego”. Tymczasem w Polsce, pewno nie wszyscy, generalizacje zawsze są krzywdzące, ale spora część głównonurtowych pisarzy, jak słyszy, że ktoś pisze grozę albo pisze fantastykę, to się tak wstrząsają z obrzydzeniem i od razu mają poczucie, że nie rozmawiają z jakimś prawdziwym pisarzem, kolegą swoim, tylko z jakimś tam takim.
[21:12] - A jeśli popełnili w czasach młodości ten grzech, że się parali taką literaturą-
[21:19] - To już zapomnieli.
[21:20] - Wstyd. Za nimi się czołga.
[21:25] - No tak. A jeszcze tylko jedno, zanim dopuszczę pana do głosu, to jeszcze tylko jedna rzecz. Tymczasem ja mam nieodparte wrażenie, czytając to, co pan pisze, że to jest głównonurtowa literatura, i to pełną gębą. To teraz proszę.
[21:45] - Dziękuję. Ja się zgadzam z tym, że ten podział na fantastykę i literaturę głównonurtową to jest jakiś taki bardzo sztuczny podział. Takie trochę taksonomiczne zombie, które jest reanimowane przez różne instytucje i różnych ludzi, żeby trwało. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo to jest kompletnie bez sensu. Skończyłem jednak studia filologiczne i z punktu widzenia filologa również nie widzę dla tego żadnego sensu. Jeżeli miałbym szukać jakiejś przyczyny tego uprzedzenia, to prawdopodobnie pokusiłbym się o takie stwierdzenie, że literatura gatunkowa ma taką cechę — jakby to ująć w miarę zgrabnie i syntetycznie — że powtarza, używa swoje atrybuty. Powtarza swoje atrybuty dla samego faktu, dla samej przyjemności używania tych atrybutów. To znaczy, że być może pokutuje gdzieś taka opinia, że jeżeli coś wykorzystuje akcesoria fantastyki naukowej czy horroru, to już w ogóle jest szczególnie brzydkie słowo na „H”, to nie mówi nic serio, nie mówi nic wartościowego o świecie. Jest skupiona na samej sobie, na powtarzaniu i odtwarzaniu swoich własnych schematów. I oczywiście okej, takie utwory w obrębie każdego gatunku się zdarzają i być może nawet stanowią większość korpusu, ale trwanie w poglądzie, że literatura gatunkowa jest gorsza ze względu na to, że ma jakieś, powiedzmy, bardziej skodyfikowane schematy czy ramy, i wyciąganie z tego wniosku, że przez sam fakt istnienia tych ram ta literatura nie może mówić nic poważnego albo ma mniejszy potencjał do mówienia jakichś ciekawych i ważnych rzeczy, to jest uprzedzenie, które wydaje mi się, wynika przede wszystkim z dość dużego nieoczytania tej literatury.
Taką anegdotkę przytoczę. W 1995 roku wychodził taki film „Ksiądz” o księdzu homoseksualiście i pamiętam, gdzieś mignęła rozmowa z takim bardzo oburzonym człowiekiem, który tak intensywnie protestował przeciwko Wprowadzeniu tego filmu do dystrybucji kinowej i się go zapytali: „Dlaczego pan tak bardzo protestuje?” „Bo to jest straszliwie zły i amoralny, oburzający film”. „Ale co jest takiego złego w tym filmie?” „A nie wiem, bo nie widziałem.” To jest chyba podobnie troszkę z fantastyką. Myślę, że najbardziej krytykują ją ludzie, którzy przede wszystkim mają z nią najmniejszy kontakt. Chyba tak mogę podsumować.
[24:52] - To ja podsumuję jeszcze. Odskoczę od literatury, od sztuki, od wszystkiego, czyli prozaicznie potraktuję cały problem. W moim dzieciństwie było podwórko oraz ulica. Ta literatura gatunkowa jest po prostu podwórkowa dla mnie trochę. Natomiast nigdy sam jako uczestnik podwórka i absolwent tego podwórka nie uważałem swojego podwórka za coś gorszego od ulicy. Chociaż ulica bardzo chętnie uważała, że podwórka to są psiaki, gówniarze i tylko kopią piłkę i nic innego nie robią. Tak.
[25:47] - A i podwórka i ulica to jest jedna ekosystem.
[25:50] - Dokładnie.
[25:54] - To prawda. Natomiast ja chciałbym jeszcze zdradzić pewną tajemnicę. Wiktor nie jest taki wyrywny, to ja zdradzę tę tajemnicę, że Wiktor w pewnym momencie, kiedy czytał fragmenty pana prozy, tak się zadumał i powiedział: „To jest mi bliskie. Ten sposób pisania jest mi bliski”. Ja oczywiście mówię to po to, żeby teraz Wiktora wkręcić, żeby trochę powiedział na ten temat.
[26:27] - To znaczy jest mi bliski tylko w marzeniach, bo chciałbym tak pisać.
[26:34] - Wstydzacie mnie panowie, naprawdę. Dziękuję.
[26:38] - Sorry, to nie jest tak. Ja do tego dążyłem po prostu, ale w międzyczasie mi się odechciało, mówię prawdę, pisać. Natomiast dążyłem do czegoś takiego jako miłośnik od dziecka Grabińskiego, Żuławskiego i wszystkiego innego, do czego pan się chętnie na pewno przychyla. Po prostu dążyłem do tego, żeby w ten sposób mniej więcej pisać. Z całą pewnością bym szukał innych dróg jeszcze, bo jak już Marek mnie wychylił, to będzie w tej chwili czytany ten fragment. Chętnie się do niego odniosę z tym kombinatem. Otóż zaskoczę pana chyba, jak ja sobie wyobrażałem ten fragment, jakbym go sam pisał. To znaczy może nie sam pisał, ale co mi się pojawiło w głowie, kiedy słuchałem, nie czytałem, a nie słuchałem Ivelliosa. Czytałem to na żywo i byłem totalnie zauroczony. Tylko że kombinat to była tylko dla mnie taka dźwignia, przykładnia do tego, do czego mi się odnosiła głowa.
Nie wiem, jak to wyrazić w ogóle. Otóż wie pan co ja widziałem? Ja zobaczyłem wtedy autentycznie Mur Hadriana, gdzieś jakichś tam Brytów, którzy się snują, bo Rzymian już nie ma. Rzymianie odeszli, tylko jest ten Mur Hadriana, coś takiego. To wszystko jest w tym opowiadaniu, tylko nie ma akurat odniesienia. Tych odniesień może być bardzo dużo. Akurat to nie jest żaden grzech, bo jest to odniesienie do tego kombinatu. Czyli jest to wszystko w porządku. Natomiast chcę podkreślić, że właśnie w tego typu pana wizjach może być dużo więcej odniesień takich historycznych albo współczesnych. Jak tłumaczyłem Markowi, jak żeśmy rozmawiali tutaj z człowiekiem, który ostatnio ze starochińskiego tłumaczył „Sztukę wojny” z Plebaniakiem, to ja byłem zachwycony jedną rzeczą w jego komentarzach właściwie towarzyszących temu tłumaczeniu.
Otóż bez przerwy, na każdym kroku on się w jakiś dyskretny sposób albo brutalnie odnosi do współczesności, do rzeczywistości. Co jest fascynujące, bo przecież mamy tam dwa, trzy tysiące lat do tyłu jakąś tam filozofię wojny i tak dalej. Nie. Mamy tu dzień dzisiejszy, problemy absolutnie aktualne, zupełnie inny wymiar uzyskujące. Dlaczego mówię? Bo do tego, co czytałem z pana, to wystarczy odrobina jeszcze takiej przyprawy. Ja nie wiem. Szczypta soli, szczypta pieprzu, szczypta czegokolwiek.
[30:14] - Dziunowskiego melanżu.
[30:16] - Chociażby. Też się tak wychyliłem, ale po prostu naprawdę byłem fascynowany. Czytając tekst, miałem również swoje zupełnie wyobrażenie sytuacji, w której się znajdują ludzie czy jaki świat pan opisuje, że podobna sytuacja mogła zaistnieć kiedykolwiek.
[30:44] - Gdzie indziej, w innych okolicznościach, w innych szatach, w innym ubraniu albo zaistnieje kiedyś w przyszłości. Być może. Sorry.
[30:56] - To znaczy tak, ja też staram się te swoje teksty w taki sposób troszkę konstruować. To znaczy staram się. To jest coś, co wydaje mi się najbardziej naturalne, ale ja to bardzo lubię. Ja tego też szukam w literaturze. To znaczy ja szukam tekstów, które są w jakimś takim bezczasie zanurzone, przez co one się dzieją i zawsze, i nigdy, i wszędzie, i nigdzie. To jest coś, co ja sobie wyniosłem i od Kafki, i od Becketta, bo to jednak są bardzo ważni dla mnie pisarze i staram się też tego szukać. Ta perspektywa, która się gdzieś właśnie rozszerza na takie jakieś czasy wieczne, na jakąś taką nieskończoność historyczną, to jest coś, co zawsze do mnie najbardziej przemawia. Więc jeżeli mi się udaje to wzbudzić, zawrzeć w tekście, to ja się mogę tylko bardzo cieszyć z tego. I dziękuję.
[32:04] - Ja nawiążę do tego Kafki, który tu się pojawił, bo my jakiś czas temu, pół roku to już chyba minęło, omawialiśmy w „Bibliotekarium”, a właściwie to był punkt wyjścia do naszych rozmów, „Proces” Kafki. Kiedy pan mówił o weirdzie i o pewnym klimacie, to pierwsze, co się kojarzy, to właśnie ten kafkowski klimat, konkretnie „Proces”. Czy to też jest weird?
[32:37] - Dla mnie osobiście Kafka, jak i Schulz to są pisarze, którzy dla tego współczesnego weirdu są absolutnie fundamentalnie ważni, nawet jeżeli ich samej twórczości nie nazwalibyśmy w ten sposób. Także ja osobiście uważam, że „Sanatorium pod Klepsydrą” Schulza to jest absolutnie najdoskonalsze polskie opowiadanie grozy. Inaczej, najdoskonalsze opowiadanie grozy napisane w języku polskim kiedykolwiek. Natomiast uważam Schulza i Kafkę za takich dwóch pisarzy, bez których tej literatury współczesnej już być by nie było. Znaczy może by była, ale wyglądałaby zupełnie inaczej. I wydaje mi się, że to oni zakreślili takie ramy dla tej literatury współczesnej. Tak więc absolutnie nie zamierzam się od Kafki w żaden sposób odżegnywać. Wprost przeciwnie.
[33:31] - To skoro jesteśmy przy pewnej tradycji związanej z weird, to może powiedzmy o tej tradycji, bo w wywiadach często odwołuje się pan do Lovecrafta. Znaczy mówi o Lovecrafcie. Może nie odwołuje. Mówi o Lovecrafcie, mówi o Grabińskim. Jakieś jeszcze nazwiska?
[33:55] - Z takich oczywiście Edgar Allan Poe to jest również-
[33:59] - Oczywiście.
[33:59] - To jest ta jakby żelazna trójca. Zresztą Grabiński ma to do siebie, to jest też ciekawy przypadek. Wydaje mi się, że za oceanem on ma dużo większy wpływ i troszkę dużo lepsze rozpoznanie jakości jego pisarstwa niż w Polsce. Bo w Polsce, kiedy mówimy Grabiński, to myślimy sobie horror kolejowy, bo te wszystkie niesamowite pociągi i stacje opuszczone i tak dalej. To jest w jakimś sensie oczywiście prawda tylko częściowo, bo ta wielka zasługa Grabińskiego dla rozwoju tej literatury wynika też z tego, że Grabiński jako pierwszy chyba tak silnie i tak sugestywnie opisał pewną inwazję technologii na ludzkiego ducha. Bo przecież tam wcale nie chodziło u niego o pociągi, o stacje kolejowe, tylko przecież wtedy, kiedy on tworzył te swoje opowiadania, to rozwój tego masowego transportu kolejowego to był taki wręcz skok cywilizacyjny. I to w jakimś sensie też łączy Grabińskiego troszkę z fantastyką naukową. To znaczy on właśnie pokazywał tę bardzo złożoną relację technologii z ludzkim duchem. Natomiast to już taka dygresja oczywiście. Więc Grabiński jak najbardziej jest bardzo ważny, natomiast jego waga jest większa niż troszkę nam się wydaje.
Ale kto jeszcze? Oczywiście Schulz, Kafka, Edgar Allan Poe, Lovecraft oczywiście, ale też Arthur Machen. Albo powiem jeszcze inaczej. Tych autorów klasycznych, którzy wywarli wpływ na gatunek, jest tak wielu, że kiedy próbuję sobie ich uporządkować, to wszyscy mi się pchają na język i ostatecznie żaden nie dochodzi do głosu. Natomiast jeżeli miałbym ja osobiście wybrać tych, którzy są absolutnie najważniejsi i tych, którzy uformowali tę literaturę, to już w kolejności losowej byliby ci, których wymieniłem. To są na pewno nazwiska, które ukształtowały tę literaturę i ją kształtują dalej.
[36:19] - Ja powiem tak. Będę ciągnął temat, bo w jednym z wywiadów znalazłem odwołanie do literatury science fiction, a konkretnie do Lema, co było dla mnie zaskoczeniem. Inaczej, tak trochę jak to Sztyrlica, materiałem do przemyślenia. A jakby pan mi teraz jeszcze tego materiału dostarczył, to będę bardzo wdzięczny.
[36:45] - O tak, jak najbardziej. Właśnie Lema nie wymieniłem i troszkę tak postąpiłem wbrew sobie. Uważam Lema za największy nieodkryty skarb polskiej literatury grozy w ogóle. Chociaż oczywiście nie myślimy o tym w ten sposób wymawiając nazwisko Lem. Ale jeżeli sobie weźmiemy na przykład „Śledztwo”, które z jakiegoś dziwnego powodu ma opinię dziwacznego kryminału, to nie powiedziałbym, żeby tam kryminał był wątkiem wiodącym. Raczej wątkiem wiodącym jest historia samoczynnie znikających z kostnicy zwłok. I to wszystko w bardzo labiryntowej, mglistej scenografii. Jeżeli to nie jest wprost odwołanie się do literatury grozy, to już nie wiem, czym miałoby to być. Pamiętam, że zacząłem myśleć o „Śledztwie” jako o utworze grozy po zobaczeniu adaptacji teatralnej i teatru telewizji. Bo wcześniej faktycznie mając w głowie to, że jest to kryminał, czytałem to jak kryminał, ale dopiero ta adaptacja pozwoliła mi zobaczyć, że tak naprawdę tam pod kryminałem rozgrywa się filozoficzno-egzystencjalny horror.
Więc Lem jak najbardziej. Zresztą jeżeli sobie weźmiemy inną jego książkę „Solaris”. „Solaris” przecież to jest horror gotycki, tylko że przeniesiony w kosmos. Strukturalnie mamy zachowane wszystkie elementy tego typu utworu. Bo przecież zamiast udręczonego bohatera mamy Kelvina, zamiast ducha ukochanej mamy fantoma, zamiast złowieszczego lasu mamy Ocean Solaryjski, zamiast nawiedzonego zamczyska mamy nawiedzoną poniekąd stację kosmiczną. I również w tej powieści jest mnóstwo scen grozy. Lem fantastycznie potrafił grać grozą i robił to bardzo świadomie. Zresztą, o ile dobrze pamiętam, on w tej serii „Stanisław Lem poleca” próbował troszkę reanimować zainteresowanie „Grabińskim” i bardzo interesujący wstęp napisał do tej książki. Więc oczywiście Lem tak. Nie wiem, na ile wpływ Lema na współczesną weird fiction jest dostrzegalny.
Na pewno Lem wpłynął na mnie jako na twórcę tej literatury.
[39:21] - Jeśli mogę tutaj dołożyć odrobinę wspomnień z dawnych czasów, bo pamiętam, niewiele przeprowadziłem, ale parę rozmów z Lemem miałem. Teraz, jak mi pan to powiedział, zrozumiałem dlaczego. Otóż Lem był dosyć negatywnie ustosunkowany do fandomu science fiction. Nie lubił tego zjawiska, nie lubił tych ministrantów, którzy biegają naokoło i dzwonią wokół niego, a on ma to kazanie, że tak powiem, wygłaszać, to nabożeństwo prowadzić dalej. Zrozumiałem teraz, dlaczego on tego nie lubił. Bo ci ministranci go przyszywali do ołtarza science fiction. Siłą rzeczy on zawsze musiał być dla tych ludzi pisarzem science fiction, a on wcale nie chciał. On chciał pisać zawsze to, co mu ślina na bogie naprawdę na język przynosiła. Być filozofem. Może miał takie ambicje.
Na pewno miał. Być uczonym. Również je miał. Być pisarzem po prostu. Natomiast ten fandom go, że tak powiem, przyklejał jak ślimaka do jednego listka, do literatury fantastyki. Ja w tej chwili z takim zdziwieniem, bo przecież dla mnie całe życie „Solaris” to była powieść science fiction, a nagle się okazuje, że pan Wojciech ma rację.
[40:57] - Można patrzeć inaczej. Ale ja zapytam jeszcze o jedną rzecz, bo wśród tytułów wymienianych w wywiadzie pojawia się jeszcze jeden „Pamiętnik znaleziony w wannie”. Jakby pan troszeczkę o tym powiedział.
[41:13] - Tak. To jest również przecież w swojej konstrukcji, strukturze całkowicie kafkowska literatura. Fantastyka kafkowska, fantastyka psychologiczna, gdzie drążymy ten świat przesiąknięty do ostatniego atomu, do ostatniej głoski słowa — bo przecież tam się wszystko wokół słów rozgrywa — przenikliwą, absolutnie nieznośną paranoją. Pamiętam, że „Pamiętnik znaleziony w wannie” zrobił na mnie naprawdę przytłaczające wrażenie. To była już taka moja troszkę późniejsza lektura Lema. Pamiętam, że też zachwycałem się elementami grozy w „Niezwyciężonym”, bo przecież tam również jest sporo scen, które są dość przerażające. Ale faktycznie „Pamiętnik znaleziony w wannie” pod względem zgrozy egzystencjalnej, która jest tam oczywiście ukryta pod lemowską ironią, która się tam rozlewa wiadrami z kart tej powieści, było naprawdę dojmujące i przytłaczające. Ten gmach niezgłębiony, który w zasadzie nie daje się poznać i nie daje się w żaden sposób zrozumieć. Zresztą cała idea świata, którego się nie da nazwać, którego się nie da zrozumieć i którego nie da się opisać tak naprawdę, bo słowa nas zawodzą przy każdej okazji. Wyprowadzają nas w pole, bo okazuje się, że znaczenia, które im przypisywaliśmy, to są tylko znaczenia, które my im przypisaliśmy.
To jest
[43:00] - Wydaje mi się to bardzo mocno weirdowy z punktu widzenia filozoficznej podbudowy tej literatury, bardzo ważny punkt. To jest absolutnie wspaniała powieść i uwielbiam ją pasją.
[43:24] - Proponuję w tej chwili, żebyśmy posłuchali fragmentu utworu naszego gościa. Damy gościowi odpocząć, a państwa zapraszamy na fragment prozy.
[43:41] - Wojciech Gunia, fragment opowiadania „Kombinat” ze zbioru „Powrót”. Czasem, kiedy nadejdzie wieczór, a chłodne podmuchy wiatru wymiotą ulicę, kiedy zmierzch zaciąga nad horyzontem czarną kurtynę, przez którą przebijają ostatnie promienie czerwonego słońca, a kiedy ono zajdzie, widmowa łuna jego dalekich zimnych płomieni. Właśnie wtedy niektórzy szepcą w swoich domach, w swoich małych sarkofagach, wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, czynią wobec siebie dziwne gesty, którymi pragną powiedzieć, że coś wiedzą, ale woleliby tego do końca nie ujawniać. Woleliby to przemilczeć, zepchnąć to wszystko pomiędzy wymuszone uśmiechy, pomiędzy sztywne okładki nigdy nieczytanych książek, pod zniszczone dywany do piwnic, graciarni, cisnąć w wyschnięte studnie. Pomrukują wtedy nieśmiało, że niespodziewany dreszcz wyrwał ich poprzedniej nocy ze snu i nie mogli później zmrużyć oka. I wówczas usłyszeli dochodzące z kombinatu echa odległych uderzeń stalowych młotów, szczęku obracających się wielkich zębatek, jednostajnego szumu pasów, pras, tłoków, zgrzytu dźwigni. „Ktoś tam pracuje” — mówią, zakrywając usta dłońmi, jakby wymawiali właśnie okropne kłamstwo, jakby bluźnili przeciwko wszystkim istniejącym i nieistniejącym bogom. „Słyszymy ich” — syczą, zasłaniając uszy. Widzimy ruch, kiedy wyglądamy przez okno, a z kominów, których szczyty kryją się w chmurach, spełza ciężki dym i dopiero po chwili dochodzi do nas, że chmury, całe nasze niebo to dym z pracującego pełną mocą kombinatu. Szemrają zasłaniając oczy.
Ich nozdrza rozszerzają się wtedy i widać, że usiłują pochwycić aromat tego dymu, wyłapać dyskretną woń spalenizny. Po chwili jednak milkną i nie ma sensu zadawać już pytań. Od czasu do czasu tylko idąc jedną z prostych ulic naszego miasta, jedną z tych ulic, które ujawniają początek zrodzony w pustce wielkiej równiny i koniec niknący w tej samej pustce tej samej wielkiej równiny. Właśnie wtedy, gdy ich stopy szukają oparcia płyt chodnikowych, spomiędzy których wyrastają krótkie, ostre źdźbła szarej trawy. Wówczas nieśmiało spoglądają w jego stronę. Za każdym razem widzą to samo. Wielkie, pozbawione okien ściany kolejnych sekcji, niebotyczne kominy, tunele, pasy transmisyjne. Widzą to i oddychają głęboko, opuszczając ramiona. Wloką się następnie przed siebie, czekając chwili, gdy słońce wzejdzie nad kombinat i rzuci na nas wielki cień jego bryły. Czasami, kiedy przestrzeń nad równiną aż po sam horyzont, aż po same krańce świata wypełnia się szarą masą burzowych chmur, które zaciągają nad ziemią parny, duszny kir nocy, a błyskawice w sekundowych rozbłyskach przeszywają niebo, podświetlając monument kombinatu.
Właśnie wtedy wydaje się, że potężne, niebotyczne kominy falują, wiją się niczym maski potężnej ośmiornicy, że z ogromnych bloków, z gargantuicznych ścian wyrywają się w niebo tysiące monstrualnych węży kłębiących się wściekle, kąsających ziemię i niebo. Są też tacy, którzy chodzą do kombinatu, odrzucają całe swoje życie, wyrzekają się wszystkiego, łączą w gromady, które niczym bezdomne psy włóczą się po mieście, koczują na wysypiskach, w piwnicach domów, w ciemnych, ślepych uliczkach, po czym wyruszają na wędrówkę w jedną stronę. Zazwyczaj dzieje się to w niespodziewanych momentach, w porze wieczornej herbaty, kiedy opierając się o parapet otwartego okna, oczekujemy na powiew nocnego chłodu, w porze popołudniowej sjesty, kiedy miasto zapada w bezruch i przypomina porzuconą scenografię nieukończonego filmu. W porze porannej toalety, kiedy zmęczone ciała usiłują się rozruszać, rozgrzać, wyrwać z rozadrgania gwałtownej pobudki po śnie, w którym mijały całe stulecia. Można wtedy zobaczyć procesję nędzarzy idących środkiem ulicy, niosących powoli na barkach wszystko, co wydawało im się w jakiś sposób ważne. Niosą tak stare ramy zdezelowanych rowerów, połamane krzesła, zużyte narzędzia, pojedyncze elementy zniszczonych urządzeń. W kombinacie potrafią je naprawić. Mówią, kiedy schwyci się ich za łachmany i samym spojrzeniem zada pytanie o cel wędrówki. „Będą jak nowe i my też będziemy jak nowi” — dodają z dzikim przejęciem podnieceni i śmieją się, wypluwając z zagniłych dziąseł krople cuchnącej śliny. Niekiedy ciągną za sobą wózki, w których spoczywają martwe zwierzęta, uszkodzone manekiny, sterty szmat.
Obserwuję ich, jak idą powoli w milczeniu w stronę Kombinatu. Idą, idą, aż ich powykręcane kalekie sylwetki nikną gdzieś na horyzoncie. Stapiają się z szarym tłem równiny gdzieś na drodze do Kombinatu, który pnie się ponad chmury w samo niebo, w pustkę gwiazd. Nie wracają nigdy. Przynajmniej na ogół. Istnieją niepotwierdzone pogłoski, że z Kombinatu powrócił co najmniej jeden człowiek. Niestety, ze względu na jego stan nigdy nie udało się wydobyć od niego jednoznacznej relacji, która rozjaśniłaby wszystkim temat. A skoro tak, pogłoska nigdy nie wyszła poza ramy niej samej i obumarła tak jak obumierają plotki, kiedy ich siła życiowa wyczerpie się wraz z ostatnimi śladami echa, którymi rezonują wśród pustych ścian, wśród ludzkich głów. I wreszcie te, nie mogąc zaspokoić rozbudzonego tymi pogłoskami apetytu, postanawiają dla własnej ulgi o nich zapomnieć. Ile można wydobyć z ekshumowanego truchła takiej plotki?
Ogólny kształt, jego sugestię pozbawioną treści. Tyle, ile z pośmiertnej maski, pod którą zabrakło ciała przemielonego na proch. Podobno znaleziono tego człowieka gdzieś pośrodku równiny znajdującej się między miastem a Kombinatem. Odnaleziono go pełznącego przez szare źdźbła, płynącego wpław przez morze suchej trawy. Podobno nie miał oczu. Z jego uszu płynęły czarne rzeki skrzepów, a język zamienił się w mięsną brunatną miazgę. Podobno jego palce były unurzone w starej krwi, w resztkach tkanki, być może jego własnej. Nikt już nigdy niczego odeń nie usłyszał na temat Kombinatu. Jedynie bolesne westchnienie udręczonego ciała dążącego do chwili ostatecznej ulgi w śnie bez końca, gdzie życie przekracza samo siebie, stając się swoim zaprzeczeniem. To jedyny ślad i jako taki nie jest wart dużo.
Zbyt wiele budzi pytań. Zbyt wiele rzeczy przemawiających na niekorzyść wywodzonych z tej tezy. Nikt nie znał wcześniej tego człowieka. Nikt nie widział go wśród pielgrzymów wyruszających na spotkanie Kombinatu. Być może przywędrował z odległych obszarów świata, w których rozgrywają się inne nieszczęścia i różnorakie tragedie spędzają ludziom sen z powiek. Być może w swym kalectwie zbłądził w naszą równinę, przepełzając przez połacie obcej przestrzeni, w którą zaprowadził go zupełny przypadek. Takie domniemania nakazują oczywiście zastanowić się, jak to jest istnieć w świecie nieciążącym ku Kombinatowi. Jak to jest istnieć w świecie, którego słoneczne miejsca nie zapadają się pod ciężarem spojrzeń niebotycznych kominów, gigantycznych ścian, monstrualnych pasów transmisyjnych i nieskończonych kłębowisk kabli. Następnie jak to jest ujrzeć Kombinat po raz pierwszy, dostać się pod jego wpływ, zostać przechwyconym przez jego pole tak, jak kosmiczne śmieci zostają przechwycone przez siłę gwiazd i planet bezrozumnie toczących się przez kosmos. Nikt z nas tego nie wie i nawet nie usiłuje się domyślać, albowiem wszyscy wyrośliśmy pod jego pustym spojrzeniem, od pierwszych dni zginając karki w jego stronę.
W tę samą pochylają się nasze domy. To doświadczenie, ta niemożność nakazują niektórym spośród nas twierdzić, że tak naprawdę cały świat ciąży ku Kombinatowi. Że nie ma na tym świecie miejsca, którego pejzaże są wolne od twardych kształtów jego potężnych brył. Jeszcze inni twierdzą, że każde z miejsc ma swój własny Kombinat i te domniemania warte są dokładnie tyle samo co pozostałe. Wszystko albo nic. Kiedy odnaleziono tego człowieka – o ile go odnaleziono, bo i o fundamentalną prawdziwość przytoczonej anegdoty należy zapytać – pojawiły się teorie, że jest to posłaniec Kombinatu zrodzony wśród zimnych ścian Mesjasz, sfabrykowany obróbką w potężnych prasach, kadziach pod uderzeniami wielkich młotów. Jednakże żaden z głosicieli tych poglądów nie był w stanie powiedzieć, czego Mesjaszem miał być ów człowiek. Z czego miał nas wyzwolić i ku czemu poprowadzić. Ich koncepcje były wybrakowane, wyzute ze spójności właściwej jednak o prawdzie i szaleństwu. Choć niektórzy twierdzili, że koncepcje te są jak oblicza skryte pod lodem przebijającymi przez przejrzystość tafli fragmentami jakiejś całości, której jednakże nie widać poprzez zgrubienia, szramy i śnieg pokrywający lodową powierzchnię, przez którą dopiero należy się przebić, by dostać się do ciała poniżej.
Usiłują zatem zgadywać. Mógłby nas wyzwolić od zmysłów, aby nie przygniatała nas obecność Kombinatu, byśmy bez lęku byli jak żywe cegły w jego ścianach – mówią. Być może przybył, aby zaprowadzić nas w jego przestrzeń, gdzie dołączymy do tych, którzy zdecydowali się wyjść mu na spotkanie. To wszystko jest jednakże zupełnie nieistotne. Raz na jakiś czas pojawia się plotka szerząca się w porannych kolejkach, w zatłoczonych autobusach, w pierwszych danego dnia rozmowach, że chmura z Kombinatu kształtuje nasze sny. Że te wszystkie tłoki, przekładnie, prasy i zębatki wybijają swoją potężną siłą kształty naszych marzeń, które następnie płoną w przeznaczonych do tego komorach, a ciężki dym rozciąga się nad miastem. Wtedy śnimy o zimnych labiryntach wąskich korytarzy, o ciemnych chodnikach melancholii, przez których ściany przenikają metaliczne, rytmiczne uderzenia i zgrzyty. W których czyhają ciche, nienawistne stworzenia. W ciemnościach labiryntów świecą tylko ich oczy, świszczą ich chrypiące oddechy, a zimne posadzki rozbrzmiewają stukotem szponów. Czasami śnimy o tym, że te oczy, ten oddech, te szpony się zbliżają, ale nie widzimy skąd.
Raz są przed nami, po czym znikają. Chwilę później są tuż obok. Podchodzą do nas z góry, a gdy odwrócimy głowę, wytężając wzrok w nieprzeniknionej ciemności, już ich tam nie ma. Po chwili słyszymy tylko przeciągły charkot za plecami. Odwracamy się i widzimy nasze własne, wykrzywione w gniewie twarze. Twarze przemienione w rozwścieczone mordy bestii, które spoglądają na nas, wgryzają się w nasze ciała, rozszarpują je żywcem. Budzimy się wtedy z krzykiem i w takich chwilach wiem dobrze, że tak jak te istoty ze snów chłepcą naszą krew, tak Kombinat Strach syci się naszym strachem, a każde mocne uderzenie serca, czy to we śnie, czy wyniesione poza bramy snu, to kolejna cegiełka w jego wielkim musze. Być może przesadzam. Zapewne tak jest, ale nie potrafię myśleć i mówić inaczej. Wyobrażam sobie, jak Kombinat może wyglądać w środku.
Wydaje mi się, że możliwe są dwie opcje. Jest wewnątrz pusty. Jest jedną potężną, pustą bryłą, w której unosi się gęsty pył, gęsta mgła skrywająca wielkie mechanizmy. Zdaje mi się, że jeśli zanurzyć się w tej mgle, jeśli sięgnąć dłońmi do samej ziemi, da się wyczuć sterty kości odzianych w zetlałe łachmany. Skoro Kombinat istnieje od zawsze, od zawsze musieli być pielgrzymi, którzy w jego czeluściach postanowili szukać swojej szansy. A może wnętrze Kombinatu przypomina labirynty z naszych snów? Niezmierzone korytarze przecinające się ze sobą na wielu poziomach, na długości setek i wysokości dziesiątek kilometrów, a może nawet w samą nieskończoność. Ciasne, ledwie starczające na to, by pełznąć w nich, przeciskać się przez całe swoje życie w chaotycznym doborze kierunków ze świadomością, że pod i nad naszymi głowami spoczywają miliardy ton zimnego kamienia. Że nie starczy ciał, aby wypełnić ten monstrualny krwiobieg. Być może Kombinat jest fasadą, za którą rozciągają się zielone pola, a niebo ma kolor, jaki niektórzy przywołują w osobistych mitach.
A może prawdziwe są wszystkie wersje? Trzeba wpierw przemierzyć olbrzymią, mglistą halę Kombinatu, następnie przecisnąć się przez jego najmniejsze korytarzyki. Być jak kropla wody przesączająca się przez skały, by po latach odkryć nikłe światełko wiodące na drugą stronę tych potężnych ścian. Zostać nagle oślepionym mnogością barw, jasnością, zapachem lasów i rwących czystych rzek. A może nic z tego nie jest prawdą? Kombinat może po prostu jest i nie ma żadnego celu, zaś ci, którzy dochodzą do jego wielkich bram, zastają jedynie echo własnych, coraz bardziej rozpaczliwych uderzeń wzywających nieistniejących odźwiernych. Być może zostają tam i zasypiają w cieniu wielkich ścian. Teraz stoję wpatrzony w szarość nieba, w głębokie cienie, w olbrzymią bryłę wyrastającą na linii horyzontu po samo niebo. Ogarniam spojrzeniem potężną równinę, która powoli zapada się pod ciężarem Kombinatu. Stada ptaków krążą gdzieś w oddali.
Ich czarne kadłuby zataczają powolne kręgi, a wszystko to w doskonałej ciszy naszego miasta, które jest jak dziecko bawiące się samotnie w opuszczonym domu, gdzie wysokie ściany i ciemne, przepastne pokoje kryją w sobie spokój, którego pod żadnym pozorem nie wolno zakłócać. Spoglądam na Kombinat i wiem, że niebawem sam do niego wyruszę. Że nie ma innego sposobu, abym przestał zadawać pytania, na które nie uzyskam nigdy od nikogo odpowiedzi. Tylko w ten sposób uniknę tego przykrego mezaliansu głodu z zasnuceniem. Zbiorę gromadę sobie podobnych. Odnajdziemy rzeczy, które miały kiedyś dla nas znaczenie. Te wszystkie mniejsze i większe graty, w których rozpuściła się nasza pamięć, nasze szczęścia i marzenia i wyruszymy dowiedzieć się, czy kiedykolwiek było po co iść.
[01:00:17] - Ja tylko jedna, nie do końca związana z tematem dzisiejszej audycji uwaga moja do autorki pewnego maila. Tak, Tomek Fąs ze swoim felietonem, czwartą opowieścią o fizyce będzie. Na koniec dzisiejszej audycji się pojawi. To chyba już taka powoli zaczyna być nowa świecka tradycja, że felieton Tomka finalizuje Bibliotekarium. Wróćmy do tematu. Panie Wojtku, czy jest pan po drugiej stronie?
[01:00:52] - Jestem.
[01:00:53] - Super. Wrócimy jeszcze do samego gatunku, do weird, ale ja chciałbym teraz troszeczkę porozmawiać o pana twórczości.
[01:01:05] - Sorry, Marek.
[01:01:06] - Tak?
[01:01:06] - Ja się wtrącę.
[01:01:08] - Wtrącaj się.
[01:01:09] - Skoro nasi słuchacze są akurat świeżo po tym fragmencie Kombinatu. Otóż ja wystrzeliłem na początku audycji z takim skojarzeniem do tego muru Hadriana i losu czy sytuacji Jakiegoś resztkowego Bryta, który pozostał w cieniu. Ale chyba z życiowej praktyki znalazłem lepsze odniesienie.
[01:01:38] - Tak czułem.
[01:01:39] - Otóż kto lepiej od Wojciecha Guni w tym momencie opisał sytuację, która się rozgrywała, zresztą na moich oczach, u podnóża Stonehenge, gdzie na ziemi walali się hipisi, którzy już nie odróżniali ćpania od kopulowania. A nad nimi ciążył ten wielki monolit. I te wszystkie rozważania, wszystkie dygresje, które w tym fragmencie autor odnosi, doskonale pasują do tego ogromu poza współczesnością, która nam została po tym neolicie. To już tak na marginesie.
[01:02:36] - Wiesz co, Wiktorze, a dla mnie ten fragment był najlepszą ilustracją tego, że groza w wypadku tego rodzaju prozy się czai poza słowami. Ona wyskakuje spoza tych słów i jest obezwładniająca.
[01:02:53] - To tak samo jest z każdym uczuciem. Mówiliśmy o tym wiele razy, że o miłości najpiękniejszą powieścią jest taka, w której słowo miłość nigdy nie pada. To samo z nienawiścią, to samo z grozą. Czy Stephen King kiedykolwiek się odnosi do strachu?
[01:03:21] - Ze Stephenem Kingiem to jest różnie. Okej, to ja teraz do twórczości naszego gościa. Był rok 2014 i zbiór opowiadań „Powrót”. Później był rok 2016 i pokazała się powieść „Nie ma wędrowca”. Dwa lata później „Miasto i rzeka” to kolejna powieść. Później mieliśmy nagradzany — i o tym warto wspomnieć — „Dom wszystkich snów”. O wszystkich tych tytułach warto porozmawiać, szczególnie o tym obsypanym nagrodami. Ale dosłownie na dniach czy w najbliższym czasie ukazuje się kolejna książka „Złe wszechświaty”. I to nie jest taka zwykła książka. To zacznijmy od niej, jakby pan trochę o niej opowiedział.
[01:04:21] - To znaczy, nie jest to zwykła książka, o tyle że ona łączy dwa różne media: medium tekstowe, ale też medium wizualne, ponieważ forma książki jest inna, albumowa, ponieważ tam się znajduje ponad 100 zdjęć. Ponad 100 fotografii, które korespondują z warstwą tekstową. Ale skąd się ten pomysł wziął? Otóż to są teksty, które pisałem już od dość dawna. One tak się składały do takiego zbioru. Powoli to sobie narastało. Natomiast po „Domu wszystkich snów” poczułem, że to jest dobry moment, żeby z tym troszkę ruszyć dalej i mocniej. A to wszystko dlatego, że „Dom wszystkich snów” jest dla mnie taką książką, po której napisaniu i wydaniu miałem takie poczucie, że w jakimś sensie w konwencji literatury niesamowitej czy science fiction troszkę doszedłem do ściany. Bardzo bym nie chciał jako autor stać się niewolnikiem swojego idiolektu twórczego, żeby to było powtarzanie czegoś, co już powiedziałem. I miałem silną potrzebę, żeby spróbować jakiegoś nowego środka wyrazu, ale żeby to nie była wyłącznie ucieczka w inny gatunek literacki, ale troszkę inna forma, trochę inna ekspresja.
I tak się właśnie urodził pomysł, żeby te zbierające się od jakiegoś czasu teksty połączyć z moją drugą pasją, jaką jest bieganie z aparatem i spróbować z tego zrobić w miarę spójną rzecz. I zobaczymy, jak się ten eksperyment powiedzie. Krzysiek Biliński z Wydawnictwa IX zgodził się na tę moją fanaberię. Stwierdził, że jak najbardziej zaryzykujemy. I ryzykujemy i zobaczymy, co z tego wyjdzie.
[01:06:37] - Okej, a ile możemy powiedzieć, to zaraz nam autor powie. A jakiego rodzaju teksty znajdują się w tym zbiorze i jaka jest łączność? Nie wiem, to klimat łączy teksty i obrazy czy jeszcze coś? Może sięgam zbyt płytko. Autor ma głos.
[01:07:02] - To są teksty w zasadzie afabularne, poza kilkoma dłuższymi tekstami. Przy czym dłuższe w tym przypadku to jest troszkę duże słowo, bo one są dość krótkie, nawet bardzo krótkie. Chyba ich długość się waha od jednego zdania do chyba ośmiu stron maksymalnie. Natomiast są to teksty, oprócz tego, że są w większości afabularne, są to takie miniatury, powiedziałbym medytacyjno-poetycko-filozoficzne. Które ze zdjęciami zostały połączone i troszkę na prawach klimatu, nastroju, ale też takich bardzo luźnych skojarzeń, które gdzieś tam mi się pojawiały w głowie podczas ich pisania. To znaczy, kiedy później przeglądałem ten materiał zdjęciowy, który chciałem włączyć, starałem się szukać jakichś skojarzeń łączących dany tekst z danym zdjęciem albo zestawem zdjęć. Tam się oczywiście pojawiają pewne stałe leitmotivy, ale one pojawiają się i w tekstach, i w fotografiach, więc chciałem też zrobić takie troszkę kłącze estetyczno-myślowe, że tak to górnolotnie ujmę. Więc to była taka kompozycja, która się rodziła dość długo, ale ona jest oparta w dużej mierze o taki bardzo swobodny ciąg skojarzeń.
[01:08:34] - To teraz zapytam o poprzednią książkę, która zyskała dwie nagrody. I na początek pytanie idiotyczne. Ja sobie zdaję sprawę i teraz oczywiście będę tłumaczył, dlaczego ono jest idiotyczne, że aż taki głupi to ja nie jestem. Ale zadam to pytanie. Chodzi mi o to, jak się czuje autor, którego książka zgarnęła dwie nagrody. Czy ma poczucie siły, takiego poweru pisarskiego oczywiście? W ogóle co to za uczucie?
[01:09:07] - To jest szalenie miłe uczucie. Nie będę kokietował, że nie zrobiło to na mnie wrażenia albo że mnie to nie obeszło. Wprost przeciwnie. To była bardzo duża satysfakcja i bardzo duża radość. Po prostu. Zresztą chyba zawsze, kiedy nasza praca zostanie doceniona, to jest powód do radości. I tak też było w moim przypadku, więc po prostu się bardzo ucieszyłem. Tym bardziej, że „Do wszystkich snów” miał swoje różne przygody wydawnicze, począwszy od tego, że sam proces przygotowania książki do wydania się troszkę przeciągnął ze względu na różne, bardzo niefortunne okoliczności. Później, kiedy książka się ukazała, najpierw w wersji e-bookowej i potem troszkę wyszedł audiobook, później zaczęliśmy przygotowywać wersję do druku. Ta wersja drukarska, wersja fizyczna również miała swoje przygody, takie czasami prozaiczno-głupie, czasami już w tej swojej kumulacji groteskowe i tragiczne.
Kiedy najpierw się okazało, że pandemia dość mocno uderzyła w drukarnie, później, kiedy drukarnia się otworzyła, okazało się, że nie ma papieru, który był zamówiony, a później, kiedy już była załoga i był papier, doszło do awarii sprzętu. To był generalnie cały ciąg nieszczęść, który wokół tej książki się dział. A później, kiedy ona wyszła, to ona się spotkała oczywiście z bardzo pozytywnym odzewem środowiskowym, ale miałem wrażenie, ponieważ miałem oczywiście cały czas tę świadomość, że to jest książka, w którą włożyłem wszystko, co mam najlepsze, ale gdzieś ona medialnie nie mogła zaistnieć, co wynikało troszkę z tego, że ona nie była być może kierowana tak bardzo wprost do tego, nazwijmy to fandomu horrorowego czy fandomu grozy. Z wydawcą mieliśmy jednak taki pomysł albo myśl chociażby, żeby spróbować troszkę poza to getto, poza to środowisko z tą książką wyjść. Ale ta książka nie chciała troszkę wyjść poza to środowisko. To znaczy, trudno było wydawnictwu kojarzonemu z fantastyką czy z literaturą gatunkową zainteresować te salony tego typu literaturą, więc książka medialnie troszkę wpadła w taką czarną dziurę. Ale później okazało się właśnie, że karta się troszkę odwróciła i nagrody, które udało jej się zdobyć, troszkę sytuację poprawiły. Więc to taka troszkę sinusoida różnych emocji z nią związana była.
[01:12:08] - Ja może polecę jeszcze dalej z paskudnymi pytaniami od Marka. Otóż zadam naprawdę przewrotne pytanie. Jak autor uważa, dlaczego ta książka została nagrodzona?
[01:12:28] - No tak, to jest rzeczywiście przewrotne pytanie, bo musiałbym tutaj sobie troszkę pogadzić. Wydaje mi się, że przede wszystkim dlatego, że jest dobra. Ale co to znaczy dobra książka? Dla mnie to jest przede wszystkim książka, która jest uczciwa i wydaje mi się, że literatura, która jest pisana w sposób uczciwy, zawsze prędzej czy później jakąś formę nagrody odbierze. Ona jest uczciwa w tym sensie, że pisząc te teksty nie kalkulowałem tego, do kogo one mają być skierowane, komu mają się spodobać, w czyje oczekiwania mają się wpasować. Po prostu napisałem to, co mi w danym momencie życiowym dyktowały szare komórki i serducho. I być może podejrzewam, że z tej szczerości, z tej intensywności pewnych przeżyć i uczuć, i myśli, które stały za całym procesem twórczym, być może to się złożyło na jakąś siłę oddziaływania tej książki, która znalazła uznanie u recenzentów, u jurorów konkursów. Ale nie chciałbym wchodzić w ich buty. To jest naprawdę bardzo niekomfortowo zastanawiać się, dlaczego się zostało nagrodzonym. Przyjmuję to z całym dobrodziejstwem inwentarza.
[01:13:57] - Ale odpowiedź mnie satysfakcjonuje, bo na tym polega właśnie pisanie, że się pisze w obiema prawdą dla siebie z pełną całością wypowiedzi.
[01:14:09] - Zawsze tak robiłem i nie zamierzam tej metody zmieniać.
[01:14:16] - A ja wrócę do swojego researchu, który zrobiłem odnośnie wywiadów z Panem i tam odnośnie książki „Dom wszystkich snów” znalazłem niezwykle ciekawe rozważania dotyczące domu, który nie zawsze okazuje się azylem i bardzo bym-
[01:14:38] - Jako były redaktor pisma „Dom” mówisz?
[01:14:42] - Tak, ale to zupełnie inna bajka. Natomiast dom nie zawsze okazuje się azylem i te rozważania niesamowicie mnie wciągnęły. Jakby dał się pan namówić na odtworzenie tej wypowiedzi, czy w każdym razie omówienie tego problemu. Dom, który nie musi być azylem, to przyznam fascynująca wypowiedź i bardzo o nią poproszę.
[01:15:11] - Dom jak najbardziej nie musi być azylem. To jest pewien odruch myślowy, że dom, ta zamknięta przestrzeń, w której odgradzamy się od świata, że my się odgradzamy od wszystkich problemów, które są na świecie tak, że zostawiamy je za ścianami. Ale to jest złudzenie, takie dość powiedziałbym złudzenie z gatunku takich bardzo przewrotnych i objawiających swój złowieszczy charakter w najmniej odpowiednich momentach. Ponieważ co my tak naprawdę zostawiamy na zewnątrz ścian domu? Co my zostawiamy na zewnątrz tego azylu? Albo inaczej, z czym my tak naprawdę się zamykamy w tym azylu? Z czym zostajemy uwięzieni? Zostajemy uwięzieni z całym bagażem problemów, które nosimy w sobie. I tu się nie da od tego odgrodzić. I dopiero w momencie, kiedy odcinamy się od świata, obciążeni tym całym bagażem jakichś rzeczy, które nas dręczą albo nas ograniczają, albo w jakikolwiek inny sposób zatruwają nam życie.
Nie tylko nam zresztą, bo też mogą zatruwać życie naszym bliskim. I dopiero wtedy, kiedy zostajemy sam na sam z tymi wszystkimi problemami nierozwiązanymi, to wtedy możemy sobie zdać sprawę z tego, że tak naprawdę to nie świat na zewnątrz jest naszym problemem, nie jest naszym kłopotem i nie jest źródłem zagrożenia, tylko my sami. To wszystko, co w sobie nosimy. I dlatego ten dom z „Domu wszystkich snów” nie jest azylem. Nie może być azylem, bo ludzie, którzy się chronią w tych przestrzeniach, tak naprawdę rzeczy, które ich ścigają, które ich dręczą, to są rzeczy, które oni mają wpisane w swoje DNA. I tutaj nie da się od samego siebie odseparować murem. Człowiek jest zawsze sam ze sobą i jest na siebie skazany. I niezależnie od tego, w jakim miejscu się znajduje, cały czas nosi ze sobą ten sam bagaż. Myślę, że to jest najbardziej zwięzłe w tej chwili, jakie mogę przedstawić wytłumaczenie tej całej idei domu, który nie jest właśnie azylem. Przynajmniej tak mi się wydaje.
[01:17:49] - Okej, a gdybym zapytał, czego boi się Wojciech Gunia, to jaką odpowiedź bym uzyskał?
[01:18:01] - Czego ja się boję? Moje strachy są bardzo przyjemnej natury tak naprawdę. 90% moich strachów jest związanych z rodzicielstwem, z ojcostwem. Przede wszystkim boję się o moje dziecko, które musi powoli w ten świat wchodzić i się uczyć jakoś w nim odnajdywać, w tym niekoniecznie przyjaznym miejscu. Więc myślę, że to jest taki lęk, który absorbuje mnie najbardziej obecnie. Z lękami innymi, zdrowotnymi powiedzmy, bo przecież wszyscy się boimy albo choroby swojej, albo ludzi, których kochamy, to oczywiście to jest też zmaganie, które cały czas jakoś wewnątrz siebie prowadzę, bo to jest też lęk, któremu bardzo łatwo ulec i któremu bardzo łatwo jest pozwolić zawładnąć naszym życiem. I to też nie jest lęk, od którego się odseparujemy i który sobie zostawimy właśnie za drzwiami domu. Z lękami takimi, powiedzmy bardziej egzystencjalnymi, jak lęk o to, że to wszystko niekoniecznie musi mieć sens, już jakoś sobie mniej więcej poradziłem. Natomiast oczywiście bardziej się obawiam tego, że ta cała bezpieczna przestrzeń, w której funkcjonujemy, bo funkcjonujemy we względnie komfortowej i bezpiecznej przestrzeni. Ale oczywiście cały czas towarzyszy mi lęk o to, że Ten ład i bezpieczeństwo są tak naprawdę bardzo kruche i wystarczy bardzo mało, bardzo niewielki nacisk odpowiedniej siły w odpowiednie miejsce, żeby to się w sposób dość szybki i drastyczny rozpadło.
I to jest również taki rodzaj lęku, który ja w swoich tekstach dość często przywołuję.
[01:20:08] - A powiedział pan w jednym z wywiadów, że horror, groza, którą się pisze, jest wtedy prawdziwa, kiedy pisarz wkłada własne lęki w utwór.
[01:20:29] - Tak. To było zdanie zresztą nie moje, tylko Thomasa Ligottiego, który ukuł taki bon mot, że nie napiszesz dobrego horroru, jeśli nie jest to twój własny horror. I być może jest faktycznie tak, że ja sobie radzę z różnymi rodzajami lęków — lęku o bliskich czy lęku o potencjalny brak stabilności środowiska, w którym funkcjonuję. Jakoś sobie radzę z nimi w ten sposób, że je wkładam do swoich tekstów. Wydaje mi się, przynajmniej na ile mogę sam sobie zdiagnozować swoją pisaninę, że ona się jednak wokół tego typu tematów dość często obraca, zwłaszcza wokół tematu jakiejś opresji, kontroli czy władzy, która burzy ten ład i bezpieczeństwo człowieka, bardzo drastycznie ingerując w jego podmiotowość. To jest też coś, czego się bardzo obawiam — że ktoś, kto ma nade mną władzę, na kogo nie mam żadnego wpływu, zacznie bardzo silnie ingerować w moją podmiotowość i nie będę mógł się przed tym w żaden sposób obronić ani temu przeciwstawić. Więc jak najbardziej tak. Wkładam swoich lęków dużo w swoje teksty.
[01:21:56] - Jeszcze jedno pytanie dotyczące warsztatu pisarskiego. Bo jedną z cech charakterystycznych literatury weirdowej jest taki motyw, że świat, który jest przedstawiony, jest nieco inny, niż nam się wydaje. To tak w skrócie. Czy rzeczywiście ma pan wrażenie czasami, że tak właśnie jest? Że chodzimy po ulicach, przyjmujemy, że ten świat mniej więcej mamy opanowany. Wiemy co, gdzie i jak. A tymczasem jest zupełnie inaczej. Czy ma pan czasami to poczucie? A jak już zapytam o przejawy, to już w ogóle odwaga z mojej strony.
[01:22:52] - Czy mam to poczucie? Myślę, że na co dzień trudno byłoby żyć z takim poczuciem, które byłoby permanentne. To byłoby coś absolutnie nieznośnego. Zresztą jest takie opowiadanie Stefana Grabińskiego „Spojrzenie” właśnie o człowieku, który żyje cały czas przeświadczeniem, że świat nie jest tym, czym on uważa, że jest. I że kiedy wyjdzie kiedyś za róg i spojrzy w odpowiednim momencie, to zobaczy tę prawdę o rzeczywistości. I istotnie, w końcu tę prawdę dostrzega i wtedy pada jak rażony gromem. W rzeczywistości wygląda to nieco inaczej. Nie aż tak barwnie i nie atakuje aż takim odczuciem zgrozy jak w opowiadaniu Grabińskiego. Natomiast nie da się ukryć, że funkcjonując w rzeczywistości jako istoty wyposażone w pewien aparat zmysłowy i w pewną aparaturę służącą do interpretacji tych wszystkich danych wejściowych, zmysłowych, jednak tworzymy sobie bardzo uproszczony model świata, w którym funkcjonujemy. I oczywiście ten model, który my mamy wszyscy w głowach, jest bardzo funkcjonalny.
Pozwala nam przeżyć. Ale z drugiej strony jesteśmy przecież ślepi i głusi na bardzo wiele aspektów świata, w którym musimy funkcjonować. Bardzo fajnie, znaczy dotkliwie i bardzo przenikliwie opisywał ten problem Peter Watts w „Ślepom widzeniu”. To jest również powieść o tym przecież, że żyjemy w jakiejś takiej iluzji, którą sobie zbudowaliśmy w głowach. I ta iluzja oczywiście ma swoje walory, spełnia swoje funkcje, ale mogą się zdarzyć okoliczności, w których pewność odnośnie do tego, że to, czego doświadczamy, jest tym, co istnieje, może nas bardzo zawieść. I oczywiście to jest też może nie lęk, który mi towarzyszy, ale pewna świadomość tego, że muszę sobie zdawać sprawę, że znaczna część mojego osobistego doświadczenia rzeczywistości czy doświadczenia świata to nie jest prawda o tej rzeczywistości, tylko to jest moja projekcja moich oczekiwań, obaw, lęków, nadziei, chęci czegokolwiek. Ale to się niekoniecznie musi przekładać na to, jaki ten świat jest naprawdę. Wydaje mi się, że nie mam tutaj bardzo barwnych opowieści o tym, jak rzeczywistość się rozłazi w szwach. Chociaż parę razy w stanie dość silnego zmęczenia zdarzało mi się poczucie lekkiej derealizacji, ale to bardziej wynikało ze zmęczenia niż jakiejś złowieszczej epifanii. Natomiast wydaje mi się, że bardzo często w ciągu całego życia doświadczamy takich sytuacji, w których dochodzi do kolizji naszych projekcji na rzeczywistość.
To są, wydaje mi się, momenty wszystkich fundamentalnych życiowych rozczarowań. Kiedy plany, jakie mieliśmy, czy nadzieje, jakie żywiliśmy wobec samych siebie, innych ludzi, rzeczywistości, naszej przyszłości czy teraźniejszości, ludzi wokół których funkcjonujemy, okazywało się, że nie jest wcale tak fajnie, jak się nam wydawało. I nasze ścieżki, które sobie wytyczaliśmy w stronę jakiegoś celu, w ogóle do tego celu nie prowadzą. Prowadzą za to w bardzo dziwne, nieprzyjemne, ciemne miejsca. Wydaje mi się, że każdy człowiek, który doświadczył dużego życiowego rozczarowania, chociażby to było rozczarowanie samym sobą i swoim znaczeniem dla świata wokół, doznał tego zderzenia projekcji z rzeczywistością, tego tarcia.
[01:27:26] - Jeszcze może odniosę się, lubię postarać się wyobraźnią na tej ściółce, którą pan Wojciech nam ścieli. Otóż jak pan mówił o pewnych okolicznościach, w których my... i tak dalej, skojarzyła mi się jedna rzecz, że my nieoczekiwanie jesteśmy w takim punkcie historycznym, w bardzo specyficznym miejscu, bardzo dziwnym miejscu, w którym się może z naszym światem stać coś dziwnego. Otóż przypomnę, że wszystkie nauki matematyczno-przyrodnicze zostały stworzone po to, żeby nam ten świat oswoić, czyli opisać, żebyśmy się poczuli jak w domu. Wszystko jest zrozumiałe. Geografia jest, granice są, państwa są, narody są, języki są, kultura jest.
[01:28:33] - Jest fizyka. Opisuje nam świat.
[01:28:35] - Opisuje nam świat. Jak się nam te nauki sprawowały z tym opisywaniem? Bardzo różnie. Natomiast zobaczcie, w jakim punkcie my w tej chwili jesteśmy. W tej chwili mapa świata, którą możemy sobie wrzucić w internet i obejrzeć, jest już dla mnie mapą historyczną. To jest nieaktualna mapa. Chciałbym zobaczyć mapę aktualną, czyli gdzie są prawdziwe granice. Na przykład nie państw, bo państwa już nie mają wielkiego znaczenia, nie narodów, bo one też nie mają wielkiego znaczenia, ale na przykład granice korporacji, granice polityki, granice ideologii, granice światopoglądów. Wszystko, co jest związane z internetem na przykład, z tym narzędziem i tak dalej. Pojawia się potrzeba nowego opisu świata, a on jest absolutnie nieuchwytny, bo tym siłą, które w danym momencie rządzą światem tak, jak Rzym rządził światem, wcale nie jest po drodze z tym, żeby jacyś barbarzyńcy znad Renu opisywali ten Rzym.
Mieli go w małym palcu przecież, nie?
[01:29:59] - I to przerażające poczucie, które ma większość ludzi, że coś się dzieje, tylko zupełnie nie wiedzą co.
[01:30:07] - A dzieje się. Dzieje się w tej chwili.
[01:30:10] - Tak, jak najbardziej można powiedzieć, że rzeczywistość się stała, w sensie gospodarczym, politycznym czy ideologicznym, bardzo amorficzna i tak naprawdę każda próba uchwycenia tego obrazu oczywiście zamraża pewną stopklatkę, ale ta stopklatka dezaktualizuje się w chwili wypowiedzenia. I rzeczywiście to może być bardzo dojmujące uczucie, że chcieliśmy znaleźć metody opisania sobie tego świata właśnie w celu oswojenia go. Ale im lepsze mamy narzędzia do opisywania tego świata, tym bardziej sobie zdajemy sprawę właśnie z tej zmienności świata, w którym funkcjonujemy i z tego, że tak naprawdę nie da się tego świata tak do końca opisać. To znaczy można go sobie opisać, można go sobie zamrozić, ale to jest właśnie wiedza zawsze historyczna.
[01:31:12] - Rozumiem, że to są świetne warunki dla takiej literatury, jaką pan uprawia. To znaczy dla tego weirdu, bo tego rodzaju atmosfera...
[01:31:28] - Atmosfera jest piękna.
[01:31:30] - Tak, ona jest stworzona dla tego gatunku.
[01:31:34] - Tak, jak najbardziej. To poczucie, które często się w tej literaturze pojawia, poczucie bohaterów, że ten świat przestaje być dla nich zrozumiały i oswojony, że ten wektor jedzie w stronę jakiegoś Trudnego do opisania i zrozumienia, ogarnięcia chaosu. To jest zjawisko, które musi w jakimś stopniu, w jakimś punkcie rodzić trwogę w człowieku. Jak najbardziej to jest wręcz idealne, bym powiedział, motyw dla literatury weirdowej. Nie tyle opisywać świat, którego się nie da opisać, ale opisać człowieka wobec tego nieopisywalnego świata. Myślę, że to jest dobre zadanie dla tej literatury.
[01:32:25] - Okej, dajmy teraz odpocząć naszemu gościowi, a my posłuchajmy kolejnego fragmentu jego prozy.
[01:32:36] - Wojciech Gunia, fragment opowiadania „W oczekiwaniu na powrót morza”: „Kiedy nawiedzają mnie sny o powrocie morza, idę do tego, który je pamięta. Pytam o ich znaczenie, czy może być w nich coś proroczego, czy obraz morza jako wzbierającej fali połyskliwej czerni niosącej chłód jest choć trochę prawdziwy, czy ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Ale on nie wie. Posyła mi dziwne spojrzenia, jakby coś w moich słowach go bardzo bawiło albo wprawiało w zakłopotanie. Wstydzi się okazać mi to rozbawienie, tak jak nie okazujemy go dziecku, które plecie entuzjastycznie bzdury, składając sobie pierwsze obrazy świata i wyciągając z nich swoje pierwsze wnioski. To tylko sen – mówi. Skąd twoja głowa miałaby wiedzieć, jak wygląda nadejście fali, narodziny morza? Odpowiadam, że w ciągu całej historii świata morza rodziły się i umierały niezliczoną ilość razy, więc może gdzieś głęboko we mnie, tak jak zresztą w każdym z nas, jest jakiś ślad pamięci ziemi, jakieś ukryte znamię odciśnięte w gęsto splątanych łańcuchach genów. Czy te sny mogłyby być prorocze? – ponawiam, gdy on ogląda kolejny kawałek blachy odłamany od jednego z wraków.
Czyli czy mogłyby dotyczyć tego, co się stanie, tak? – upewnia się. Tak. Podobno nie ma na świecie żadnej nowej rzeczy. Są jedynie te, o których wszyscy już zdążyli zapomnieć. Kiedy śnisz przyszłość, śnisz jedynie to, co zdążyło się wydarzyć na tyle dawno, by nikt o tym nie pamiętał. W tym jest, jak podejrzewam, źródło jego spokoju. Być może wie, że doświadczy morza jeszcze nieskończoną ilość razy. Doświadczy zdumienia morzem jako dziecko, doświadczy jego śmierci jako dorosły i doświadczy tęsknoty i nadziei jako starzec. Moje sny są tylko snami.
I choćbym próbowała wierzyć w pamięć świata, która wniknęła także we mnie, muszę przede wszystkim wiedzieć, a nie wierzyć, że sny to jedynie zdeformowane wyobrażenia, gra karmiącej się bodźcami wyobraźni i pamięci uprawiającej sztukę kolażu. Nic ponadto. Jakichkolwiek nadziei czy wspomnień nie przyniosłyby moje słowa. Są to tylko moje słowa i rezonans, który wzbudzają w moim starym towarzyszu. Reakcja niezależna od żadnego z nas. A jednak nie potrafię uwolnić się od obrazów ludzi odchodzących w dal ku nieobecnemu morzu. I nie potrafię też uwolnić się od obrazów ludzi, którzy próbują porzucić swoją formę, widząc powrót wody. Trzymają mnie z jednakową siłą i wspomnienia, i sny. Ale czy wspomnienia i sny czymkolwiek się od siebie różnią? Czy wspomnienia nie są formą snu?
A zatem nie potrafię się uwolnić od snów skoncentrowanych wokół morza, wokół jego nieobecności albo jego apokaliptycznego powrotu. Z tego też powodu nigdy nie odważyłam się wyruszyć dalej w równinę. Wiele razy pojawiała się we mnie myśl, aby spakować plecak i ruszyć przed siebie, aby zobaczyć, gdzie kończy się wyschnięte dno. Jednak zbyt przeraża mnie myśl, że ono może tam gdzieś jest i czeka, by wypełznąć z ukrycia. Nie zdążę wtedy wrócić. Choćbym nie wiem jak mocno ganiła się za absurdalność tej myśli, za to, że daję się sterroryzować czemuś, czego nie ma, nie potrafię jej pokonać. Kiedy w domu kładę się spać i przed zaśnięciem wpatruję się w okno otwarte na ciemny, pusty bezmiar, kiedy wciągam w płuca nocne powietrze pachnące nieobecnością morza, kiedy nie mogę spać i staję w oknie i wypatruję, obejmując spojrzeniem niekończącą się ostrą linię wielkiego klifu jak monstrualnej krawędzi osuszonego basenu, wzbiera we mnie poczucie, że powrót morza jest czymś więcej niż możliwością. Jest konieczny, albowiem wszystko w formie świata zdaje się wręcz nienaturalne, przetrącone u samych podstaw przez ten jeden brak. Nigdy nie widziałam morza, ale jego brak odczuwam jako coś przerażającego zarówno przez ogrom nieobecności, ale i przerażającego przez to, jak całkowicie określił przestrzeń i prawa mojego funkcjonowania. W takich chwilach przytłaczającego przerażenia widokiem bezkresnej postaci rozciągającego się za wysokim, ostrym klifem wzmaga we mnie uczucie, że prawdziwa boskość tworzy i modeluje nawet po swojej śmierci.” Wpływa nawet przez swoją śmierć.
Oddziałuje mimo tego, że jej nie ma. I właśnie dlatego jest boskością, ponieważ jej niebyt waży tyle samo co byt. Jak czarna dziura, o której mi opowiadał. Jak osobliwość. Punkt o nieskończenie wielkiej grawitacji. Coś, czego nie ma, a wokół czego obracają się niezliczone światy. Lubię spoglądać w słońce zachodzące nad równiną i wsłuchiwać się w szum wiatru, który nad jej ziemią rozpędza się do niesamowitych prędkości. Wyobrażam sobie wówczas, że te skorodowane giganty ze stali, którymi kiedyś mieliśmy gdzieś popłynąć, są wobec tego wiatru jak palące się papierowe łódeczki, które prądem powietrza oddają czarną materię ze swoich tlących się kadłubów. To wyobrażenie nie przeraża mnie. Wprost przeciwnie, w jakiś sposób uspokaja.
Pustynny wicher nie przynosi żadnych zapachów. Wznieca jedynie unoszące się ponad klif tumany pyłu, którymi chłoszcze okna domostw i zabarwia nasze domy na kolor równiny oraz nieba nad nią. Tak stajemy się coraz bardziej częścią świata nieobecności morza. A więc pokazuje mi wraki dawnych statków i mówi, że nigdy nie będziemy w stanie ich naprawić. Nie wytopimy już tyle stali. Kładę dłoń na jego chudym, kruchym ze starości ramieniu i mówię, że przyroda tak oszczędza nam rozczarowania. Przecież te statki nigdy by nie odpłynęły, skoro morze nie wróci. Jeśli wróci, to dlaczego mielibyśmy rozpoczynać jakikolwiek exodus? Zbudowaliśmy te wielkie pomniki klęski w kaprysie przezwyciężenia morza, ale morze pokazało nam, że nawet w swojej nieobecności jest nieprzezwyciężone. Jeśli kiedykolwiek by wróciło, musielibyśmy nauczyć się znów żyć obok niego.
Potem pytam, gdzie mieliśmy odpłynąć? Po co? Kiedy mówi, że w poszukiwaniu lepszego świata, parskam śmiechem i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę z niestosowności tej reakcji. Więc tłumaczę: lepszego świata nie było, nie ma i nie będzie. Nie ma sensu nigdzie uciekać. Przeniesiesz się o kilka kilometrów dalej, ale to wciąż będzie miejsce rządzone tymi samymi prawami. Dokąd byś nie poszedł, spotkasz wciąż te same prawa. Prawo morza albo prawo nieobecności morza, które są dwoma rewersami jednej monety. Miejsce, z którego nie można odejść, a z tego świata nie można odejść ku żadnemu lepszemu, jest więzieniem. Jeżeli nie możesz skądś odejść, to jest to więzienie.
Nie przeszkadza ci, że żyjesz w więzieniu? Wzruszam ramionami i spoglądam na równinę. To nie ma znaczenia. Świat jest więzieniem. Nie można z niego odejść ku żadnemu lepszemu miejscu. Ale mówię mu, kiedy dostrzegam, że moje słowa go zraniły: być może nie w tym rzecz, aby próbować uciekać. Pragnęliście odejść. Chcieliście szukać. Gdyby się to udało, gdyby te kolosy wypłynęły, gdyby te arki ruszyły napędzane ropą, żaglami i waszym pragnieniem, gdybyście znaleźli nowe miejsce i w nim rozpoczęli wszystko od nowa, to jak uważasz, ile czasu by upłynęło, zanim opadłby na was, być może na któreś kolejne pokolenie, ten kior smutku, ta żałość zniewolenia? Jak szybko znów zapragnęlibyście się wyrwać gdzieś dalej?
I co by się stało, gdybyście po przeżyciu iluś tam cykli poszukiwań, stabilizacji i buntu odkryli, że zatoczyliście koło i dotarliście do miejsca, z którego rozpoczęliście podróż? Gdybyście uznali je za miejsce szczęśliwe, wymarzone, ziemię obiecaną. Sam mówisz: nie ma rzeczy nowych. Są tylko te, o których zdążyliśmy zapomnieć. Do czego zmierzasz? Morze uczy nas. Nauczyło mnie. Mówię wolno, ważąc słowa. Nauczyło, że można pokochać własne więzienie. Tak zwróciło mi wolność.
Wiem, że nie zgodzi się ze mną. Gdyby się zgodził, nigdy by tego nie przyznał. Musiałby przyznać tym samym, że morze, odchodząc, obdarowało go czymś najcenniejszym. A przecież kiedy pokazuje mi wraki, mówi, że tam rozpadają się jego marzenia. Korodują powoli, odsłaniając swoje wnętrze tak, jakby każdy dzień miał być wnikliwą lekcją anatomii przegranej sprawy. Spoglądam na jego twarz. Na głębokie bruzdy, czarne, głębokie kaniony, srebrzysty zarost, duży bulwiasty nos. Blisko osadzone, wciąż szkliste oczy. Cienkie, szerokie usta. Opowiedziały mi tyle rzeczy, przekazały tyle faktów, tyle idei tylko po to, abym stworzyła sobie z nich zupełnie inny świat niż oni.
Ma rację. Nie jestem jeszcze obca, ale jestem inna. Kocham go tak, jak można kochać inną istotę ludzką, mimo tego, że go nie rozumiem. Albo wydaje mi się, że rozumiem i w tym rozumieniu głęboko nie skaczę. To nie jest zresztą ważne. Pokazywał mi świat, który sam widział zupełnie inaczej i tak nauczył dostrzegać więcej odcieni. Lub nie dostrzegać, ale po prostu przeczuwać, że mogą być.
[01:44:00] - Jutro znów tu przyjdziemy. Przyprowadzę go. Jego ciało słabnie i potrzebuje mojego wsparcia. Zejdziemy po wysokich schodach wykutych w klifie i pójdziemy powoli przed siebie tam, gdzie spoczywają statki. Oboje jesteśmy satelitami świata morza. On obecności, a ja nieobecności. Wpatrujemy się w różne strony tego świata, ale to wciąż jeden świat. Kiedy on odejdzie, kiedy w końcu wyczerpie się jego energia życiowa i ciało stopi się z równiną wyschniętego morza, tak jak stapiają się wraki statków, będę musiała zachować to spojrzenie na inną stronę. Zapamiętać kilka kadrów, widoków, otoczyć je kokonem pamięci i szacunku. Chociaż tyle mogę dla niego zrobić, nie będąc w stanie tego spojrzenia odeń przejąć.
Jutro znów tu przyjdziemy. Będziemy przechadzać się między wielkimi wrakami. Później wpatrzymy się w horyzont. Czy gdzieś na nim nie rozwijają się chmury? Czy nie rozciąga się i nie pogrubia czarna kreska zwiastująca powrót tego, co tak bardzo nas oddziela i tak bardzo spaja? Jutro znów tu przyjdziemy.
[01:45:26] - To był kolejny fragment prozy naszego gościa. Trochę pobrzmiewał w tym fragmencie Leibniz. „Żyjemy w najlepszym z możliwych światów.” W pewnym fragmencie oczywiście. Wcześniej, kiedy rozmawialiśmy, pojawiało się także sporo filozofii. Czy to jest pana pasja?
[01:45:56] - Czy to jest pasja? Raczej troszkę tak. Ja się akurat filozofią zawsze dość mocno interesowałem. Natomiast to też nie jest tak, że ja się staram pisać z taką intencją tworzenia tekstu filozoficznego. Raczej ten język filozofii dość dobrze wyraża pewne stany emocjonalne, które we mnie są i które domagają się wypowiedzenia. Więc ta filozofia wychodzi troszkę przy okazji. Zresztą bardzo mi się podoba w tekstach filozoficznych ich warstwa językowa. Ich słownictwo, składnia, ale też rytmika zawsze robiły na mnie bardzo duże wrażenie i uważałem je za bardzo estetyczny, ciekawy kierunek i rodzaj prozy. Więc z takich względów pragmatyczno-estetycznych ta filozofia faktycznie u mnie wychodzi. I faktycznie filozofowie różni, którzy próbowali mi objaśnić świat albo w zasadzie naświetlić mi nieobjaśnialność tego świata, byli dość ważni dla mojego osobistego rozwoju.
I pewnie w jakiś sposób to później przenika do tej twórczości.
[01:47:28] - Żeby pociągnąć klimat refleksyjny tego opowiadania i to, co Marek zauważył, tych koligacji z filozofią, to ja może wygłoszę rzecz cholernie trywialną, ale my przy wszystkich takich projekcjach pisarskich czy analizie świata wychodzimy z punktu widzenia osób w miarę dojrzałych, w miarę świadomych, w miarę ukształtowanych. Natomiast powinniśmy pamiętać o tym, że przy momentach największego horroru, największego lęku i strachu, katastrofach i tak dalej, te punkty to są również punkty, w których się toczy życie najpiękniejsze, najszczęśliwsze. Najszczęśliwsze dzieciństwo jakiegoś dziecka, pierwsza miłość jakichś młodych ludzi, pierwsza praca, pierwsze dzieło to są najcudowniejsze chwile. Podejrzewam, że najpiękniejsze życiowe swoje chwile przeżyły również niektóre dzieci w getcie, kiedy już płonęło w środku tej Warszawy. Trzeba o tym pamiętać, że świat dzieli się właśnie na tych, którzy zawsze będą postrzegać ten moment w historii jako najpiękniejszy w swoim życiu. Zupełnie anegdotycznie można mówić, że ten nasz COVID, który nas tutaj tępi jako dorosłych, mamy z nim problemy. Przecież te czasy będą kiedyś wspominać ludzie.
[01:49:26] - Którzy w tym czasie się zakochali po raz pierwszy.
[01:49:29] - Tak, jako cudowny moment historii po prostu.
[01:49:35] - Tak. To powiedzmy tak bardzo filozoficznie. Natomiast ja bym chciał teraz troszkę obniżyć poziom naszej dyskusji. Może nie tak zupełnie, ale chciałbym zapytać o rzeczy bardzo proste. Kiedy Wojciech Gunia poczuł albo zapragnął być pisarzem?
[01:49:59] - To nieproste pytanie. Matka Boska bierze się wtedy.
[01:50:03] - Tak, ale to różnie bywa, bo niektórzy wiedzą od dziecka, że chcą być pisarzami, a na niektórych to spływa później. Jak to było u naszego gościa?
[01:50:14] - U mnie to było dość późno. Często spotykam się albo w rozmowach, albo w wywiadach z opowieściami kolegów o tym, że pierwsze opowiadania pisali mając lat sześć, siedem, osiem. W zasadzie zaraz, kiedy tylko nauczyli się pisać, te historie im się zaczęły układać w głowach. Oczywiście na miarę wieku. U mnie to było troszkę inaczej, bo ja dopiero zacząłem pisać bardziej na poważnie po skończeniu studiów. Nawet kończąc studia nie miałem oczywiście planu, że będę pisał cokolwiek. Po prostu tak się złożyło, że spotkałem się z tekstami, które szczególnie były dla mnie stymulujące. To była twórczość Thomasa Ligottiego, która wstrząsające wrażenie na mnie zrobiła. Ona syntetyzowała bardzo dużo tropów literackich, które zawsze były dla mnie ważne i ona to syntetyzowała w formie jednego spójnego tekstu, który na mnie bardzo mocno wpłynął. Wtedy pomyślałem, że to jest może sposób, żeby spróbować coś wyrazić, coś pójść w tę stronę.
A może nawet nie była to intencja. Po prostu w tym momencie dopiero zaistniała potrzeba, żeby usiąść do klawiatury i zacząć wbijać znaki. Więc to nie był element szerszego planu czy marzeń, czy zamiarów, bo ja ani nigdy nie planowałem bycia pisarzem, ani nigdy nie marzyłem o byciu pisarzem. Po prostu w pewnym momencie jakieś zapadki w głowie mi przeskoczyły, jakieś tryby zatrybiły i to się zaczęło dziać. Nie mam tutaj żadnego innego wytłumaczenia ani historii. Po prostu się tak stało.
[01:52:15] - A co czyta Wojciech Gunia? Wiemy już, że na pewno weird, i o tym pewno jeszcze powiemy. Natomiast z tak zwanych mainstreamowych pisarzy, a może niekoniecznie mainstreamowych, może z innych gatunków literackich. Co nasz gość czyta?
[01:52:36] - W zasadzie staram się, może to będzie dziwne wyznanie dla twórcy beletrystyki, ale ja czytam bardzo mało beletrystyki. Czytam głównie literaturę naukową, filozoficzną, ewentualnie literaturoznawczą. Co wynika troszkę z mojego wyuczonego zawodu. Natomiast kiedy już sięgam po beletrystykę, to staram się nie narzucać sobie żadnych ram. Powiem panu, co czytam obecnie. Co mam otwarte. To jest książka z pasującym optymistycznym tytułem „Scenariusze końca. Zmierzch vs Apokalipsa”. To jest zbiór esejów literaturoznawczych pod redakcją Dariusza Czai. To sobie akurat zabrałem teraz na urlop.
Bardzo sobie lubię rzucić czworaka kawałki, bo bardzo dobrze na mnie działają. Regularnie wracam do „Księgi Niepokoju” Fernanda Pessoi, który również przenika troszkę do mojej twórczości. Staram się natomiast unikać i unikam jak ognia w miarę możliwości fantastyki, która polega na mnożeniu i dmuchaniu kolejnych tomów, kolejnych sag. Ten nurt beletrystyki fantastycznej to jest coś, co dość dogłębnie mnie odrzuca. Tutaj niestety czuję się często troszkę na własne życzenie towarzysko wykluczony, kiedy towarzystwo prowadzi rozmowę o przygodach jakiegoś bohatera w którymś tam tomie sagi, a ja nie jestem w stanie się do tego odnieść, bo po prostu nie jestem w stanie się zmusić do sięgnięcia po tego typu lekturę. Natomiast zauważyłem taką tendencję, że im starszy jestem, tym coraz częściej wracam do literatury, którą już zdążyłem poznać kiedyś. Tylko że teraz nadszedł taki etap, żeby ją troszkę poodkrywać na nowo i spróbować jeszcze raz ją sobie w głowie poukładać. Dlatego cały czas, może nie cały czas, bo jak się człowiek cały czas kręci w katalogu jednych nazwisk, to troszkę zaczyna intelektualnie obumierać. Ja bym nie chciał zacząć obumierać tak wcześnie. Natomiast mam grono pisarzy, do których wracam regularnie i to są właśnie Kafka, Pessoa, Samuel Beckett oczywiście z jego genialnymi powieściami i dramatami.
Do Andrzeja Busry, którego uważam za o wiele lepszego i ciekawszego prozaika niż poetę. I oczywiście do Lema, który bardzo mocno na mnie wpłynął. To w zasadzie była taka pierwsza, bardzo intensywna fascynacja czytelnicza. I to są rzeczy, które cały czas wracają, przetykane nowymi bodźcami, że tak powiem.
[01:56:06] - A jak to jest z literaturą? Bo niektórzy skłonni są traktować literaturę jako taką ... świetną rozrywkę i taką funkcję widzieć. Inni natomiast mówią: „Nie, literatura to jest misja.” Czy to się wzajemnie wyklucza i czy w ogóle tego rodzaju próby skatalogowania, czyli literatura jest po coś, w ogóle mają sens?
[01:56:35] - Nie, absolutnie nie mają żadnego sensu. W momencie, kiedy ktoś próbuje uczynić ze swojej indywidualnej racji, ze swojej potrzeby względem literatury jakąś zasadę ogólną, to nie chcę powiedzieć, że wykazuje się tym samym dogłębnym niezrozumieniem tego, czym literatura jest. Co po prostu zabija sam fenomen literatury. Ja absolutnie wyrosłem już z tego etapu, kiedy jako młody, gniewny polonista uważałem, że literatura to jest misja, że literatura musi być sztuką. Każdy człowiek, my wszyscy mamy swoje zestawy bardzo indywidualnych potrzeb, które spełniamy w bardzo różny sposób. I nie widzę absolutnie sensu odmawiania komukolwiek prawa do korzystania z takich bodźców, zaczerpnięcia przyjemności z takich bodźców, jakie mu odpowiadają. I też nie widzę absolutnie sensu zakazywania nikomu tworzenia tego typu historii. Jeżeli ktoś przystępuje do procesu twórczego z taką intencją, z zamiarem, że chce po prostu dostarczać ludziom rozrywki, to okej, to jest super. Jeżeli później faktycznie tym ludziom dostarcza rozrywki, to jest to wręcz wspaniałe, ponieważ wszyscy potrzebujemy tych wspaniałych bodźców w naszym życiu. Ja akurat tej literatury mniej potrzebuję, ale nie mam zamiaru absolutnie sekować ludzi, którzy ją tworzą i którzy ją czytają.
Myślę, że to byłoby wyjątkowo głupie. Po prostu głupie. Myślę, że każde podejście jest dobre. To znaczy każde podejście niewykluczające jest dobre. Wszyscy mamy swoje literatury, wszyscy mamy swoje potrzeby. Nie widzę potrzeby i sensu jakiegoś religijnego czy ideologicznego ograniczania komukolwiek jego praw twórczych czy czytelniczych.
[01:58:52] - Ale panie Wojciechu, jako były bokser złapałem pana na wykroku. Otóż niechcący zupełnie pan strzelił tekstem, że jako młody człowiek uważałem, że literatura powinna być sztuką. To znaczy tak, jakbym dzisiaj już tego nie uważał. Literatura niestety powinna być sztuką, tak samo jak każdy dobry obiad. Obiad jest po to, żeby się nażreć, prawda? Ale poza tym również powinien pachnieć, wyglądać i jeszcze powinno do niego pasować jakieś dobre wino, nie? Wtedy to jest prawdziwy obiad. Czyli to jest sztuka kulinarna, a to jest sztuka literacka. Ale sztuka jednak.
[01:59:38] - Tak, jak najbardziej. Pod tym względem okej. Możemy przyjąć, że jest to z nami ścisłość, bo faktycznie danie jakkolwiek przyrządzone, jakiekolwiek danie by to nie było, czy jest to fast food, czy nie jest to fast food, ono jednak musi smakować w jakiś sposób. Musi być satysfakcjonujące. Faktycznie jest sztuką coś takiego skomponować. Natomiast powiedziałbym inaczej. Kiedy byłem troszkę młodszy, miałem taką bardzo radykalną wizję tego, jakie funkcje literatura ma spełniać. Nie ukrywam, miałem w sobie dość dużo bardzo niezdrowej pogardy do literatury stricte rozrywkowej, ale też troszkę do ludzi, którzy ją czytają. I zupełnie nie wiem, z czego się to wzięło. Być może z tego, że na jakimś etapie życia wszyscy, przynajmniej niektórzy z nas muszą przejść przez jakiś taki snobizm czy elitaryzm, żeby poczuć jakąś swoją odrębność od świata i od innych ludzi, żeby się jakoś lepiej zaakcentować.
Natomiast wydaje mi się, że im starszy jestem i im, wydaje mi się, trudniejsze albo mniej przyswajalne teksty tworzę, tym o wiele więcej mam i szacunku, i wyrozumiałości, i bardziej ciepłych uczuć do ludzi, którzy sięgają po zupełnie inne książki niż te, po które ja sięgam. Staram się to zostawić w sprawie zupełnie indywidualnych oczekiwań każdemu, jego własnych potrzeb, jego własnego oczekiwania radości, jakkolwiek to nazwać.
[02:01:40] - Wróćmy do weird fiction. Poza tym, że jest pan kreatorem dobrze przyjmowanych tekstów literackich, to jest pan również kreatorem pewnego środowiska, właśnie tego weirdowego. Człowiekiem, który sporo dla tej literatury zrobił, który wyszukuje, a w każdym razie znajduje ludzi, którzy tworzą w tym właśnie klimacie. Proszę o tym troszeczkę opowiedzieć.
[02:02:17] - Faktycznie jest tak, że pełnię funkcję. Jestem redaktorem prowadzącym rocznika „Weird Fiction Snu Marłych” i teraz już przygotowujemy czwartą edycję. A dlaczego? Musiałbym tutaj troszkę wrócić do historii swojego pisania. Kiedy zaczynałem pisać i faktycznie te pierwsze historie już wypłynęły na klawiaturę, starałem się uzyskać jakiś, jak to się mówi dzisiaj ładnie, feedback ze strony ludzi, którzy już coś tam napisali i być może już coś tam wydali. Z pełną świadomością tego, że ta moja literatura jest troszkę inna od tego, co się pisze, przedstawiłem takim osobom swoje teksty i faktycznie spotkałem się z opiniami, że: „Panie Wojtku, to oczywiście wszystko bardzo ładne, ale tak się nie robi dzisiaj. Bo mało dialogów, bo za dużo opisów, bo za dużo tych monologów wewnętrznych, za dużo filozofowania. Ludzie tego nie lubią”. Ja niestety lub stety jestem bardzo upartym człowiekiem. Upartym i konsekwentnym.
I zawołałem się w tym momencie i pomyślałem sobie, że jeżeli faktycznie piszę, już zacząłem pisać i jeżeli dążę do tego, żeby jakoś te teksty wydać i jakoś jako twórca zaistnieć, to ja nie chcę tego robić tak, jak się tego ode mnie oczekuje. Ja to chcę robić tak, jak ja tego chcę. I w momencie, kiedy faktycznie okazało się, że ta metoda w jakiś sposób działa, to znaczy, że są ludzie, którzy zgadzają się czytać tego typu historie i co więcej, aprobują je i reagują na nie entuzjastycznie, to naturalne wydało mi się to, że trzeba spróbować jakoś stworzyć przestrzeń dla ludzi, którzy być może również mają jakiś taki bardzo indywidualny, własny sposób ekspresji, swój pisarski dialekt i szukają takiej przestrzeni, w której ten język mógłby zaistnieć właśnie na niwie fantastyki grozy, tej specyficznie rozumianej, weirdowej. Bo to jest taka fantastyka grozy, z którą bardzo jest łatwo zrekonstruować swoją indywidualność z całą jej złożonością, nieprzewidywalnością. I stąd wzięła się też ta funkcja animatora tego środowiska.
[02:04:59] - A czy ten projekt związany z rocznikiem to jest projekt, który jest kontynuowany? To tak, ale jak pan widzi jego przyszłość? O to tak naprawdę.
[02:05:17] - Ja mam co roku tutaj dość duże obawy o jego przyszłość ze względu na to, że jest to jednak rzecz dość czasochłonna, ponieważ tych tekstów w naborach przychodzi dość dużo i niestety to w naborach bywa. Nie zawsze te teksty przedstawiają poziom albo charakter, bo to też z poziomem bywa różnie. Czasami się zdarzają bardzo dobre teksty, które nie są weirdowe albo mają jakieś tam inne niedomagania, powiedzmy formalne, ale jednak jest to dość duża praca, którą trzeba wykonać. Niestety życie ma swoje ograniczenia i tego czasu jest coraz mniej, więc co roku się zastanawiam, czy jeszcze będę chciał to kontynuować. Ale i tak się jakoś tak zawsze zabawnie składa, że zgadzam się jak najbardziej i chcę, i brnę w to, więc zakładam, że podobnie będzie w przypadku kolejnych naborów. To znaczy ja się będę wahał. Będę marudził Sebastianowi Sokołowskiemu, który jest wydawcą. Będę narzekał, że nie mam już na to czasu, nie mam zdrowia, nie mam siły, a potem zrobię kolejne antologie i ostatnio tak to będzie trwało jeszcze przez jakiś czas. Ale jak długo? Nie wiem ile.
Kiedy zaczynaliśmy, też nie zakładaliśmy cykliczności tego rocznika. To znaczy nie zakładaliśmy, że on przetrwa tak długo, że to już będziemy robić czwartą edycję. A tymczasem się udało. Okazało się, że jest dużo osób, bardzo dużo osób, które są zainteresowane ekspresją w tym gatunku i też jest wystarczająco dużo nabywców, żeby kontynuowanie tej antologii miało sens. I tak się bawimy w to, nie robiąc jakichś wielkich planów na przyszłość.
[02:07:03] - Porozmawiajmy teraz o Wojciechu Guni jako o pisarzu. Trochę o kuchni. Tak naprawdę trochę o kuchni pisarskiej. Jak się wpada na weirdowe pomysły?
[02:07:19] - W zasadzie ile opowiadań, tyle różnych pomysłów i impulsów, które się zdarzały i które jakoś tam później przerodziły się w tekst. Nie mam na to jakiejś jednej metody. Albo powiem inaczej: metodą, na którą ja się zdaję najczęściej i która w moim przypadku się sprawdzała najlepiej, jest przypadek. To znaczy otworzenie się po prostu na jakieś zupełnie przypadkowe bodźce z otoczenia. I one czasami jakoś tak, powiedzmy, we mnie rezonują, że tekst w zasadzie układa się w głowie wokół jakiegoś motywu. Tak miałem właśnie z opowiadaniem, którym zadebiutowałem w 2013 roku, właśnie w antologii „Po drugiej stronie”, opowiadaniu „Wojna”. Pamiętam, że jechałem do pracy tramwajem i to była jakaś dość wczesna godzina, we wczesnych godzinach porannych. I na którymś z przystanków na dość długiej trasie siedzieli młodzi ludzie ubrani w mundury. Nie wiem, czy to byli harcerze, czy jakaś Liga Ochrony Kraju, czy coś takiego. W każdym razie byli brudni, zmęczeni i bardzo zniechęceni życiem.
I tak sobie jechali w tym tramwaju. Ja tak na nich patrzyłem i zaczęła mi kiełkować w głowie taka myśl: a co, jeśli to są faktycznie jacyś młodzi żołnierze, którzy pomiędzy kolejnymi przystankami w mieście przemieszczają się w ramach misji bojowej? Bo wokół mnie toczy się jakaś wojna, o której nikt nie ma pojęcia. I z tego pomysłu później wykluł się cały tekst. Bardzo często w ciągu całej mojej, nazwijmy to, kariery pisarskiej zdarzało mi się, że widziałem jakąś scenkę, rozmowę, widok, dom, budynek, który później stanowił punkt zapalny. Taki zapalnik dla tekstu, dla całej historii. I to jest proces, który tak naprawdę nie ma żadnych reguł. Jego natura dla mnie samego jest dość nieprzewidywalna. To się po prostu czasami dzieje. Natomiast kiedy muszę faktycznie usiąść i wymyślić tekst, bo mam zadany termin albo zgodziłem się coś napisać, co zdarza mi się dość często, ponieważ z natury nie jestem zbyt asertywnym człowiekiem i łatwo mnie zadzmawiać, to wtedy faktycznie często jest tak, że siadam nad klawiaturą i nic na tę klawiaturę nie chce spłynąć i dopiero muszę się znaleźć w jakiejś takiej sytuacji, w której w ogóle nie myślę o tym, że mam coś napisać.
I wtedy najczęściej jakieś olśnienie przychodzi z zupełnie nieoczekiwanej strony.
[02:10:10] - Okej, a skoro jesteśmy przy kuchni pisarskiej, to jak to jest dalej? Jest już klawiatura, jest pomysł. To jak to się odbywa? Czy jest jakiś rytuał pisarski Wojciecha Gunii? Wszystko to, co z pisaniem związane. Jak to się odbywa?
[02:10:34] - Dużo się tych rytuałów pisarskich nasłuchałem, że każdy pisarz powinien mieć swój rytuał, który umożliwia mu pisanie. Dla mnie w zasadzie jedynym warunkiem absolutnie koniecznym do tego, żebym mógł coś skutecznie napisać, jest odpowiednie nastawienie psychiczne, które jest zupełnie ode mnie niezależne. Zdarzało mi się już pisać teksty w fantastycznym nastroju, jak i w wyjątkowo podłym nastroju i narzędzie, na którym mogę to zrobić. Nie mam żadnych innych rytuałów. Po prostu potrzebuję impulsu i chwili czasu, żeby móc ten impuls przerobić na znaki. Więc nie mam tutaj żadnych mądrych uwag, które adepci sztuki pisarskiej mogliby sobie zaadaptować. Raczej bym polecił, jeżeli wolno mi cokolwiek polecać, żeby się starać otworzyć na te różne dziwne sygnały z zewnątrz, na rozmowy ludzi w autobusie, na widoki przypadkowych budynków, które się mija i których czasami się nie zauważa. Bo przecież możemy codziennie powtarzać jakąś trasę i zupełnie nie dostrzegać tego, co się znajduje po drodze. Więc żeby się otworzyć na rzeczywistość. Oczywiście wydaje mi się, że warunkiem absolutnie koniecznym dla każdego, kto chce pisać, jest jednak to, żeby czytać możliwie dużo.
Wydaje mi się, bo nie mam żadnej statystyki i badań, którymi mógłbym się podeprzeć. Wnioskuję to na podstawie tekstów, które czasami oceniam jako redaktor „Strumy Małych”, że mamy troszkę wzrastający problem z ludźmi młodymi, którzy bardzo chcieliby być pisarzami, bardzo chcieliby pisać, ale niekoniecznie lubią czytać. I niestety to po tym widać bardzo boleśnie.
[02:12:38] - Dobrze. Ten manifest bardzo mi się podobał, ale podejrzanie mi brzmi trochę. To znaczy żadnego piwa ani muzy na horyzoncie nic, tylko literatura, sztuka, czytanie?
[02:12:54] - Jeśli chodzi o piwo, to nie powiem. Sporo tekstów zdarzało mi się napisać w stanie dalekim trzeźwości. Zwłaszcza jeżeli był to piątek i wiedziałem, że na następny dzień nie muszę iść do pracy i mogę sobie spokojnie pofolgować i posiedzieć przed komputerem. Wtedy faktycznie człowiek nie zauważa tego, że jedna butelka się kończy i druga się zaczyna, i jakoś tak to idzie. Te znaki coraz lżej spływają na klawiaturę. I to faktycznie, nie ukrywam, zdarzało mi się wiele razy, ale też zdarzało mi się pisanie tekstów, które są, uważam, udane. Dobrych tekstów w okolicznościach, w których niestety nie mogłem sobie na żaden życiowy luz pozwolić. I one też jakoś wychodziły. Nawet wydaje mi się, że jeżeli używka w rodzaju alkoholu pomaga w pisaniu, to może dlatego, że otwiera człowieka na jego emocje. Emocje są ważne w pisaniu.
Pamiętam, że jeden z tekstów, który napisałem najszybciej, w największych emocjach, napisałem w ciągu chyba pięciu czy sześciu godzin w pociągu relacji Warszawa – Bielsko-Biała. Miałem wtedy życiowo dość nieciekawą sytuację i pamiętam, że wsiadałem do tego pociągu w wyjątkowo podłym nastroju. I faktycznie te emocje były na tyle silne, nie byłem w stanie ich w żaden sposób w sobie stłumić, że Ich efektem był tekst, który się wylał ze mnie dość szybko. Faktycznie, kiedy człowiek w sobie zniesie wewnętrznego cenzora przy pomocy jednego piwa czy dwóch, trzech, czy czterech — tak długo, aż jest jeszcze w stanie uderzać w klawiaturę — to jak najbardziej może to pomóc. Byle tylko nie robić z tego reguły, żeby się to nie skończyło gorszymi problemami niż opowiadania, których nikt nie chce wydać.
[02:14:55] - Ja często przytaczam anegdotę o Stephenie Kingu, że zdecydował się na odwyk, kiedy wręczono mu książkę, którą podobno napisał, a on w ogóle tego nie pamiętał.
[02:15:08] - Tak. No właśnie.
[02:15:11] - A ja jeszcze z kuchni pisarskiej ostatnie pytanie: kiedy Wojciech Gunia wie, że tekst jest skończony? Tak naprawdę skończony, wygładzony, gotowy dla czytelnika.
[02:15:27] - Nie wie tego nigdy. To znaczy, u mnie proces pisania tekstu w zasadzie się nie kończy. Kończy się o tyle, że książka idzie do druku i ja wiem, że musi trafić do druku i że już nic absolutnie nie mogę tam zmieniać. To jest coś, z czym sam u siebie walczę, bo kiedy później wracam do tekstów już niegdyś napisanych, mam nieraz bardzo silną ochotę, żeby je przepisać, dopisać coś, wykreślić, dodać, odrzucić. Tekst nigdy nie jest u mnie zamkniętą, skończoną całością. To, że on jest skończoną i zamkniętą całością, wynika bardziej z pewnych prawideł rynkowych czy wydawniczych niż z tego, że ja wewnętrznie czuję, że to już jest gotowe. Oczywiście jest tak, że kiedy stawiam ostatnią kropkę na końcu, wtedy faktycznie jest we mnie takie uczucie, że sprawa jest zamknięta. Ale to jest uczucie bardzo krótkotrwałe i zazwyczaj przechodzi mi już w momencie pierwszego czytania tekstu, który napisałem. Najgorsze, że ono tak naprawdę nigdy się nie kończy. Gdyby nie to, że ja muszę te teksty składać i ktoś musi się zająć ich dalszą obróbką i przygotowaniem do wydania, to prawdopodobnie byłbym w stanie rzeźbić je w nieskończoność.
Zresztą w „Domu wszystkich smów” jest jedno opowiadanie, które pisałem przez sześć lat. To daje pojęcie o tym, ile jestem w stanie czasu zmarnować na napisanie jednego opowiadania, zanim uznam, że jest jako tako skończone. A teraz, kiedy do niego wracam, widzę, że pewne rzeczy oczywiście zrobiłbym inaczej.
[02:17:13] - To ja proponuję, żebyśmy teraz posłuchali ostatniego fragmentu prozy Wojciecha Guni.
[02:17:20] - Wojciech Gunia, fragment opowiadania „Pokój Anny” ze zbioru „Dom wszystkich smów”. „Nasz pobyt u ciotki Anieli w roku następnym również przebiegł pod znakiem sezonowej pomocy. Wbrew przewidywaniom dziecko żyło, choć wymagało ciągłej opieki. Wszystko powoli odzyskiwało swój rytm, a dom wypełniony samotnością i obezwładniającym ciepłem, niczym statek po burzy, wrócił na swój szlak leniwego dryfu. Za każdym razem przypominano mi, że pod każdym pozorem, chyba że zostanę wyraźnie poproszony, nie mogę wchodzić do pokoju Anny i dziecka. Tak minęły te wakacje, tak mijały następne, a my, jak wszystko, zyskiwaliśmy lata. Właśnie upływem lat i związaną z nim entropią tłumaczyłem sobie dziwaczne rozprężenie, które podówczas zaczęło ogarniać dom. Pierwsze dni naszego pobytu naznaczała bowiem jeszcze jakaś regularność, lecz szybko, niczym wspomnienie mżawki poprzedzającej upał, rozpraszała się ona pośród bałaganu obejmującego nie tylko wnętrze domu, ale i nas samych, nasze tożsamości. Tak jakby niekontrolowany upływ czasu, którego rzeka rozszczepiała się na coraz mniejsze i coraz bardziej meandrujące odnogi, pod władzą gorąca wykolejał z torów nasze osobowości. Rozbijał je na różne warianty.
Nasze istnienia, wyrzucone z kolein, zawrócone ze znanych ścieżek, rozpełzały się w nieprzewidywalnych kierunkach. Jakby pozbawione władzy obrony niegdyś drogi decydowały się przymierzyć jak najwięcej kostiumów i masek. Nieraz po leniwie spędzonym dniu, kiedy obudziłem się w środku nocy przejęty poczuciem zgrozy i samotności, rozpoczynałem wędrówkę po domu, przystając zawsze na chwilę pod drzwiami Anny i dzieciątka. Za każdym razem były zamknięte i nigdy nie dało się niczego za nimi usłyszeć. Jednakże dalsze wyprawy w odległe rejony domu ujawniały mi sceny zdumiewające i gorszące. Oto w jednym z pomieszczeń, na którymś z wyższych pięter, w zapomnianym składzie pościeli moja matka jawnie spłukuje z gromadą obcych mężczyzn. Przerażony, wstrząśnięty i obrzydzony dogłębnie tym widokiem zbiegam, by odnaleźć ojca. Tego jednak nigdzie nie ma i dopiero po dłuższej chwili słyszę jego ciężkie kroki zmierzające po schodach na górę. Ojciec, cuchnący alkoholem i tytoniem, przechodzi obok, nie zwracając na mnie uwagi, po czym wszedłszy do pierwszego pokoju, wali się z łoskotem na łóżko zaścielone jaśniejącą w ciemnościach puszystą kołdrą i w mig zasypia, dobrawszy do portu po błędnej odysei po pijackich archipelagach.” Widząc jego obojętność wybiegam, by samodzielnie przywołać matkę do porządku. Ona wszelako, jak gdyby nigdy nic, siedzi już w salonie ubrana w koszulę nocną i czyta książkę.
A kiedy mnie zauważa, ze skargą w głosie narzeka, że ojciec znika na całe dni. Łajdaczy się po mieście z panienkami do towarzystwa, że odrzucił ją, odepchnął i teraz pożąda już tylko młodych ciał. Kiedy oburzony jej wyznaniem wracam do pokoju, w którym zasnął ojciec, zastaję nienagannie zaścielone łóżko, a samego ojca poszukuję, podążając za brzdąkaniem gitary i rzewnego głosu wyśpiewującego w noc pełną smutku pieśń. W końcu odnajduję ojca w tym samym salonie, w którym przed kilkoma momentami spotkałem matkę. Siedzi na krześle przed pustym audytorium utworzonym z krzeseł, foteli i sof i wygrywa przed niewidzialnym towarzystwem duchów pełną boleści pieśń porzuconego mężczyzny. W jej akordach i słowach nostalgia za dawnymi czasami przenika się z bólem upokorzenia. I choć nie widzę twarzy ojca, jestem pewien, że płyną po niej łzy. Poruszony, nie mogąc dłużej znieść tego żałosnego widoku, zamierzam odnaleźć matkę i zażądać wyjaśnień. Jednakże ona śpi mocno w swojej sypialni, a kiedy ją z najwyższym wysiłkiem budzę, spogląda na mnie z wyrzutem. Coś się stało dziecko, że mnie budzisz?
Zasnęłam tak dawno, tak mocno. Sen był mi tak bardzo potrzebny po trudach dnia, a ty po prostu mnie budzisz. Zapewne bez wyraźnego powodu. Twój ojciec załatwia ważne sprawy w sąsiednim mieście. Musiał przerwać urlop. Dołączy do nas za dwa dni. W tym czasie jestem skazana na samotność i wyczerpującą pracę dla Anny i jej dziecka. Popatrz, od prania pieluch mam spękane dłonie. Woda w tych stronach jest fatalna — mówi z półprzymkniętymi oczyma, pokazując mi w ciemnościach zmizerowane, żylaste ręce. Zdezorientowany wybiegam, by kilka pomieszczeń dalej natknąć się na ojca, który w towarzystwie szemranej kompanii, w kłębach papierosowego dymu i oparach alkoholu gra w karty na pieniądze piętrzące się brudną, pomiętą górą na stoliku.
Kiedy podbiegam do niego i proszę, aby się opamiętał, że nie jesteśmy u siebie, by spraszać obcych, każe mi iść precz i zająć się sprawami właściwymi dla mojego wieku. Upokorzony znów odnajduję na schodach matkę w bezwstydnie miłosnych uściskach z jakimś obcym mężczyzną. Matka, przyłapana na in flagranti z głosem ciężkim od bólu mówi, abym nie patrzył na nią z takim wyrzutem, gdyż ojciec lata temu, tuż po moich narodzinach, wzgardził nią, a ona przecież nie jest jeszcze taka stara i ma jeszcze prawo do tego, by czuć się pożądaną przez mężczyznę. Jej adorator nie zwraca na mnie uwagi. Skoncentrowany na rytmicznych ruchach lędźwi. Odchodzę bez słowa i kiedy wkraczam w korytarz wiodący obok pokoju Anny, widzę ją, jak wychodzi, starając się zachować ciszę i zamyka za sobą drzwi. Kiedy mnie zauważa, zbliża się. Czuję od niej ten sam co niegdyś zapach. Chwyta mnie za rękę i gdzieś prowadzi. Przemierzamy bez słowa korytarze, a ja, wpatrując się w jej rozkołysane biodra, znów odczuwam to dziwne drżenie całego ciała.
Wchodzimy po kolejnych schodach, mijamy otwarte drzwi, w których rozgrywają się sceny, na które nie mogę patrzeć bez niepokoju. W jednym z pokojów dostrzegam ciotkę Anielę w jej szarym fartuchu, grającą samotnie w klasy, w innym udający psy dziwaczni ludzie, których twarze wydają mi się w jakiś sposób znajome, szarpią między sobą trzymaną w zębach nogę lalki w dziwacznej parodii psiej walki o kość. Jeszcze gdzie indziej dostrzegam liczne manekiny o sylwetkach i obliczach przypominających moich rodziców. Wchodzimy na strych. Stamtąd, przebiwszy się przez tumany kurzu, przedarłszy się przez sterty gratów, szkielety mebli, trupy szaf, stosy popękanych zastaw i zaśniedziałych sztućców wydostajemy się na dach. Droga przez brud i zapomnienie, parodia wniebowstąpienia staje się dla mnie fascynującą przygodą, gdy Anna pokazuje mi rozświetloną, rozległą panoramę miasta, w którym znajduje się jej dom, a którego to miasta nigdy nie oglądałem, zawsze spędzając wakacje pośród ścian w granicach wyznaczonych przez blaszany płot i rzeczkę. Kiedyś to miasto było moim prawdziwym domem. Było moim przyjacielem i kochankiem — mówi do mnie. Ale jego bezkształt zapłodnił mnie innym bezkształtem, któremu musiałem poświęcić życie. Takie są koleje losu.
Karmię dziecko tego miasta. Moje piersi pełne mleka tłoczą w nie życie, a ono budzi się i zasypia świadome własnej inności. Opowiadam mu historie z życia rodziny. Opowiadam mu bańki, które pamiętam. Opowiadam mu o ludziach, których kiedyś poznałam. Dzięki temu, kiedy nas zabraknie, kiedy zostanie mu odebrana nasza miłość, tak jak odebrano mu zdrowie, będzie miało do dyspozycji cały budulec postaci i zdarzeń, by ulepić z nich własny świat w oczekiwaniu na wyzwolenie z koszmaru ciała, w jakim śni go jego Stwórca. Teraz jestem samotna i spragniona tego, co bezpowrotnie utraciłam wraz z jego narodzinami. Możesz więc spełnić swoje dawne marzenie. Jesteśmy sami. Nikt niczego nie zobaczy i o niczym się nie dowie.
Zapadam się więc w nią. W jej ciepłą miękkość i zapach. Owiewa nas chłodny nocny wiatr. Jednakże, gdy zamykam oczy i po chwili je otwieram, widzę nie Annę, nie nocną panoramę miasta, ale własny pokój i duszący mnie zwał przepoconej pościeli, w którą zakopałem się pomimo gorąca. Odurzony jeszcze snem wychodzę z pokoju ku nieśmieju poświacie nadciągającego poranka i wsłuchuję się w ciszę domu. Otwieram sypialnię rodziców, ale ich nie ma. Czy wyszli tak wcześnie, czy jeszcze nie wrócili? Snuję się po ciemnym labiryncie ze snem, który jeszcze nie do końca spełzł z moich oczu, jeszcze nie do końca ulotnił się z moich żył i znajduję rozrzucone wszędzie części garderoby, bibeloty, książki i narzędzia. Dostrzegam ciotkę Anielę przysypiającą na krześle w kuchni niczym bezwładną kukłę posadzoną tam przez kogoś obcego. A kiedy wracam stamtąd do siebie w nadziei na zapadnięcie z powrotem w sen, widzę matkę i ojca zakonspirowanych w składziku mioteł oddanych lubieżnej zabawie.
Widok ich ciał zjednoczonych ze sobą, ich ciał radosnych napawa mnie po koszmarach nocnych dziwnym spokojem, choć wcale nie jestem pewien, że i teraz nie śpię i że ten dobry znak ich jedności nie wyewoluuje zaraz w coś złowieszczego. Jakże bowiem inaczej sądzić, jakże uwolnić się od tego typu obaw, jeżeli zwyczajowa naprzemienność upadków w czas i upadków w sen zostaje zawieszona, w pewnym sensie anulowana, bezwzględnie wyszydzona i odstawiona w odległy kąt na pośmiewisko. Przebudzenie po przebudzeniu, sen we śnie we śnie. Martwe tarcze zegarów lub wskazówki odwracające swój bieg. Śródnocne eskapady w jakiś wariant przytomności i śródzienne rejterady w obszary pewnego rodzaju nieprzytomności, które w istocie niczym się od siebie nie różnią, są niczym bliźniacy bawiący się z otoczeniem w wielopiętrowe qui pro quo, wznoszący dziwaczne konstrukcje, których szkieletem jest kłamstwo, a ciałem zmyślanie. Czy mogłem sądzić inaczej, jeżeli poszukując pewnego dnia rodziców pytałem o nich ciotkę Anielę, a ta mówiła, że już dawno wyjechali do domu i zostawili mnie na cały rok, bym pomagał przy dziecku. Zdumiony tą zdradą biegłem do ich pokoju, by po drodze natknąć się na wracającą z kąpieli Annę. Kiedy próbuję dotknąć jej ramienia, spada okrywający ją ręcznik, odsłaniając jeszcze mokre plecy i szerokie pośladki. Anna w tej samej chwili skręca do któregoś z pokojów. Odczytuję to jako zaproszenie i podążam za nią, ale kiedy wkraczam w otworzoną jej ręką przestrzeń, nie widzę nikogo.
Jedynie drobiny kurzu tańczące w przenikających przez klapy okienne promieniach słońca. Zdezorientowany wychodzę i spotykam rodziców, a gdy pytam ich, czy widzieli Annę, mówią z boleścią w głosach, że przecież Anna zmarła lata temu przy narodzinach dziecka. Wówczas domagam się wyjaśnień, dlaczego mnie zostawili. Zaprzeczają wszystkiemu, twierdząc, że cały nasz przyjazd zorganizowany jest po to, aby wesprzeć ciotkę Anielę samotnie wychowującą kalekie dziecko jej zmarłej córki. Nigdy cię nie zostawiliśmy. Po prostu pojechaliśmy do sklepu, by kupić artykuły higieniczne i ten stelaż kąpielowy, by można było bezpiecznie myć dziecko tłumaczą. Uwięziony w niemożliwych do rozstrzygnięcia pytaniach i wątpliwościach, poddawałem się im, dając ponieść się snom, dając ponieść się przeobrażeniom, wariantom, przekształceniom. Stawałem się nastolatkiem, by po chwili obudzić się dzieckiem, by za moment stać się dorosłym, gdy w tym czasie moi rodzice, ciotka Aniela i Anna żyjąca czy nie, również przechodzili bez żadnego porządku przez wszelkie swoje przeszłe i przyszłe wcielenia, przeglądając wszelkie role i kostiumy, jakie czas przygotował dla nich w przeszłości i na przyszłość. Role i kostiumy rzeczywiste oraz spekulatywne niczym pewne możliwości bez szans na ucieleśnienie. Przechodziliśmy nawet przez kostiumy istnienia i nieistnienia, w które oblekały się fantomy naszych bytów śnione przez kogoś innego.
I temu samemu prawu, temu samemu mechanizmowi podlegały także inne, coraz częściej pojawiające się dziwne osoby, których nigdy nie widziałem. Obce, ale w jakiś sposób znajome. Żywe, ale jakby wycięte z gazetowego zdjęcia. Płaskie, półprzezroczyste, uwikłane w groteskowy taniec i teatr zrównane prawami z naszą rodziną. Zasiadały z nami przy obiedzie, zasypiały w naszych łóżkach, oddawały się grom i zabawom w ogrodzie. Rozmawialiśmy z nimi. Śpiewaliśmy pieśni. Nigdy nie zapoznani, a jednak znajomi. Nigdy nie mogliśmy uchwycić momentu ich przybycia. Pojawiali się nagle, ale jednocześnie byliśmy przekonani, że są z nami od zawsze.
Tylko jedna rzecz nigdy się nie zmieniła. Nigdy nie było mi dane wejść do pokoju Anny i dziecka. Pokoju, który wraz z upływem lat przesuwał się w wewnętrznej strukturze domu coraz głębiej, coraz bardziej ku środkowi, obrastając coraz grubszą warstwą nowych korytarzy, nieistniejących wcześniej pokoi, klatek schodowych i schowków wykwitających w wewnętrznej topografii domu niczym kolejne guzy, przerzuty nowotworu.
[02:32:20] - Tak śnimy. A może jesteśmy śnieni? Panie Wojciechu, porozmawiajmy jeszcze przez chwilę na koniec audycji o tym najnowszym projekcie "Złe Wszechświaty". Kiedy ta książka pojawi się na rynku?
[02:32:43] - Ona powinna się pojawić lada moment. Myślę, że to kwestia paru tygodni. Niedawno rozmawiałem z wydawcą, z Krzysiem Bilińskim, i Krzysiek pokazywał mi wydruk próbny. To jest oczywiście dość istotna w tym przypadku kwestia, bo o ile obróbka zdjęć na ekranie komputera jest dość łatwa, ekran daje bardzo duże możliwości, jeśli idzie o dbanie o dynamikę tonalną i widoczność szczegółów, to niestety paleta drukarska już tak szerokich możliwości nie daje. Więc trzeba troszkę wypróbować druk, żeby zdjęcia i ich szczegóły skryte w ciemniejszych albo dużo jaśniejszych partiach obrazu nie stracić. Ale wszystko wygląda na to, że się udało to bardzo ładnie zrobić. Przynajmniej tak wyglądało to, co Krzysztof mi pokazywał, więc myślę, że książka zaraz. Ostatecznie wydawca klepnie to zlecenie druku i wtedy będziemy już czekać na to, jak drukarnia się wywiąże z tego zadania. Myślę, że to jest kwestia paru tygodni, dwóch, trzech. Nie chciałbym tutaj wchodzić w buty wydawcy i składać za niego deklaracji, ale to już jest w zasadzie prawie gotowe.
[02:34:24] - Przy wydaniach taką datą, trudno powiedzieć graniczną, ale ważną datą są święta. Czyli rozumiem, że jeszcze przed świętami można na tę książkę liczyć?
[02:34:35] - Na pewno. Będzie to idealny prezent na święta. Z pewnością.
[02:34:40] - Ale ja czuję się w jakiś sposób niedoceniony, bo Wiktor już sobie zadał jedno wredne pytanie, to ja mam na koniec też jedno wredne pytanie, a właściwie taką propozycję. Gdyby miał pan napisać blurb'a do tej najnowszej książki od siebie, to co by w tym blurbie się znalazło, w tej polecajce?
[02:35:08] - Rzeczywiście muszę przyznać, że są panowie mistrzami trudnych pytań. Napisałem już dla moich przyjaciół wiele blurbów i zawsze przychodziło mi to z dużą łatwością, bo oceniałem ten tekst z zewnątrz. A co miałbym powiedzieć na temat tego tekstu? Musiałbym się dłużej zastanowić. Naprawdę trudno mi powiedzieć. Może to, że Gunia po raz pierwszy w swojej karierze nie napisał horroru, ale napisał jednocześnie książkę najbardziej mroczną w swojej karierze. Chyba tak jest. Wydaje mi się, że „Złewcze światy” pod wieloma względami są książką najbardziej ponurą spośród tych, które wyszły mi z klawiatury.
[02:36:05] - Proszę, jaki bardzo zgrabny blurb jednak wyszedł, właściwie z marszu. I już obiecuję, że następne pytanie nie będzie z tego gatunku. Jego poziom wredności jest właściwie zerowy. To jest pytanie oczywiste: jakie plany Wojciech Gunia ma na przyszłość? Oczywiście plany literackie. Co po tej książce? Oczywiście każda taka książka to jest wydarzenie w życiu pisarza. To jest coś najwspanialszego, najlepszego, bo jest nowe. Ale co po tej książce?
[02:36:41] - Planów troszkę mam. Gorzej, że mam jeszcze troszkę zobowiązań, z których się muszę wywiązać. To są zobowiązania głównie translatorskie, bo mam na warsztacie teraz dwie książki, które tłumaczę, i one się w przyszłym roku muszą ukazać, więc ja też muszę przysiąść „hałdów” i tłumaczenia Jonatha Jezera i Christophera Slatsky'ego dokończyć. To są amerykańscy współcześni autorzy urban fiction. Oprócz tego, kiedy już będę mógł wrócić do pracy nad swoimi rzeczami, będę chciał wrócić do powieści „Merkuriusz”, którą piszę już od chyba ośmiu lat. Ona mi tak puchnie troszkę objętościowo i wbrew temu, co mówiłem, że sam nie lubię bardzo grubych książek, to niestety ona nie chce być chudą książką i cały czas konceptualnie i tekstowo to się rozrasta. A rozrasta się, ponieważ fabuła tej powieści jest oparta na teoriach pustej Ziemi i na eksploracji tych wewnętrznych, ukrytych globów. I to niestety jest zakres fabularny, zarys fabularny, który wymaga dość bogatego rozwinięcia tego świata. Ja ten świat już sobie tak faktycznie tych ośmiu lat rozwijam. Oprócz tego mam w planach książkę dla młodzieży napisaną wspólnie z Barbarą Mikulską.
Basia Mikulska, która była korektorką „Domu wszystkich snów” i też pisze świetne książki dla dzieci, zapytała mnie pewnego dnia, czy chciałbym spróbować swoich sił w takim troszkę innym projekcie. A ponieważ lubię sobie próbować różnych nowych rzeczy, to stwierdziłem, że pewnie, dlaczego nie. Jak już tylko zrzucę z siebie te najpilniejsze zadania, to wtedy do tego tekstu spróbuję usiąść i zobaczymy, co z niego wyjdzie. Oprócz tego jeszcze takim kolejnym planem książkowym jest zbiór nowel science fiction, bo science fiction to zawsze była taka moja niespełniona miłość literacka. Bardziej się jednak wychowuję na fantastyce naukowej niż na literaturze grozy, ale niekoniecznie czułem się kompetentny do tego, żeby ją pisać. Osiągnąłem taki wiek, w którym przestałem się tego bać. Spróbowałem. Dwa takie teksty już popełniłem i mam w planach kolejne. Oczywiście jeszcze do tego mam już zebranych kilka rozproszonych opowiadań, które później będę chciał zredagować i włożyć do kolejnego zbioru opowiadań bardzo weirdowych, ale tym razem to będzie weird jeszcze bardziej psychologiczny niż to, co do tej pory pisałem.
[02:39:32] - A w tych opowiadaniach SF weird też się pojawi? To będzie jakieś połączenie tych dwóch gatunków, czy też to będzie takie klasyczne SF?
[02:39:43] - U mnie jest tak, że można mnie wyciągnąć z weird fiction, ale trudniej jest wyciągnąć weird fiction ze mnie. Więc pewnie coś tej estetyki i filozofii, metody do tych tekstów przeniknęło. Zresztą z tych tekstów, które napisałem przeniknęło na pewno, przynajmniej na tyle, na ile jestem w stanie to ocenić. Natomiast one będą zmuszowanie— chciałbym przynajmniej, żeby spełniały jednak kryteria fantastyki naukowej, a nie fantastyki wyobraźni czy fantastyki wewnętrznej, psychologicznej. Chciałbym jednak, żeby fabuły tych tekstów były oparte na pewnych dość konkretnych założeniach naukowych, żeby tej uczciwości gatunkowej się stało zadość.
[02:40:37] - Panie Wojciechu, my tu, jak pan zauważył, staramy się, różne pytania wymyślamy. Jedne bardziej, drugie mniej wredne, ale pomimo wysiłków często zdarza się, że o coś ważnego dla autora nie zapytamy. To teraz jest ten moment. Jeśli jest taka rzecz, co do której nie byliśmy czujni, to właśnie jest ten moment, żeby to powiedzieć. Czy coś takiego jest?
[02:41:06] - Chyba nie. Wydaje mi się, że to są takie pytania, na które musiałem się troszkę nagimnastykować, żeby na nie odpowiedzieć. Natomiast zawsze się boję takiego pytania, czy lubię pisać, czy to mi sprawia przyjemność, bo wtedy musiałbym rozwinąć całą długą opowieść, że tak naprawdę jestem takim nie wiem, czy typowym. Myślę, że niekoniecznie przypadkiem człowieka, który nie lubi pisać. Jestem pisarzem, który nie lubi pisać. Lubię mieć tekst napisany, ale sam ten proces jest dla mnie jednak dość uciążliwy, czasochłonny i męczący. Ale skoro panowie o to nie zapytali, czy lubię pisać, to zarysuję tylko ten temat. Na tym poprzestanę.
[02:41:59] - W takim razie bardzo dziękujemy za dzisiejsze spotkanie. Myślę, że było fascynująco, prawda, Wiktorze?
[02:42:06] - Nie żartuj.
[02:42:08] - Bardzo dziękujemy. Życzymy samych sukcesów.
[02:42:13] - À propos tych sukcesów to miałbym jeszcze drobną uwagę do pana Wojtka. Otóż ja mam propozycję, panie Wojtku. Jak zrozumiałem, te nagrody, które pan otrzymał za ostatnie książki, to nie pana wina przecież, nie? Otóż mam taką propozycję. Nagrody są właściwie po to, żeby promować książki, ale również promować autorów. Pan już założył firmę Gumnia. Jeśli zaskoczą pana następną nagrodą, niech pan grzecznie podziękuje za nagrodę i za zaszczyt i tak dalej, ale sam osobiście wskaże kogoś, kogo pan poleca. Tak jak Lem polecał, że tak powiem. Żeby tę pałeczkę pociągnąć w środowisko. Kogoś, kogo jeszcze nikt nie zna i tak dalej, ale kogo pan zauważył.
To może być bardzo miła i dobra tradycja, bo promowanie młodych jest dla starych przecież najważniejsze.
[02:43:22] - Dziękuję. Na pewno postaram się tak zrobić. Zresztą chyba już tak parę razy zrobiłem, bo już kilku młodszym kolegom i koleżankom napisałem wstępy do książek. Aczkolwiek ja też to faktycznie uznaję poniekąd za taką swoją trochę powinność środowiskową, żeby tym młodym ludziom, którzy zaczynają przygodę z ekspresją taką bardzo własną, żeby faktycznie stwarzać im możliwości, żeby ktoś ich zauważył i ich pracę docenił. Więc jak najbardziej zgadzam się z tym, co pan powiedział.
[02:43:56] - W takim razie jeszcze raz bardzo dziękujemy.
[02:43:59] - Dziękuję państwu za zaproszenie. Cudownie było z wami rozmawiać.
[02:44:04] - A ja jeszcze powiem naszym słuchaczom, że za dwa tygodnie zapraszamy na „Bibliotekarium”. Zajmiemy się właściwie taką tradycją naszą, że czasami wracamy do książek, które nas fascynowały bardzo dawno temu. Mamy nadzieję, że przekażemy pałeczkę i państwa również te książki zafascynują. Takim tytułem, który mnie w swoim czasie wprawił w zachwyt, a to było naprawdę bardzo dawno temu, to książka Briana Aldisa „Non Stop”. I za dwa tygodnie o tej właśnie książce troszeczkę sobie porozmawiamy. Za tydzień oczywiście „ABW” i w nim długie dosyć opowiadanie, o którym będziemy pewno dosyć długo mówić. I to mniej więcej na dzisiaj wszystko. Ja tylko przypominam, że jak ja już naprawdę się zatrzasnę i już nie będę nic do państwa mówił, to będzie do państwa mówił Tomek Fąs. Będzie mówił o fizyce po raz czwarty i zaręczam, znowu jest fascynująco. Fizyka naprawdę zaczyna być number one, przynajmniej u mnie w wykonaniu Tomka.
Dobrej nocy życzę państwu.
[02:45:23] - Także teraz na antenie Radia Paranormalium i Book Radia Tomasz Fąs i kolejny felieton fizyczny.
[02:45:39] - Od Fouriera do głosu Pana. Przypominam, że rozmawiamy o zjawiskach falowych i dzisiaj miałem powiedzieć coś trochę konkretniej. Przyznam się przy okazji, że nagrywam ten wykładzik już po raz drugi. Za pierwszym razem miałem aspiracje, żeby coś więcej o wykresie funkcji falowej państwu opowiedzieć, ale w próbie wyjaśnienia słowami jak wygląda sinusoida tak się zaplątałem, że uznałem, że to nie ma sensu i trzeba zacząć od początku. Powiedzieliśmy sobie ostatnio, że wszystko co widzimy i wszystko co słyszymy to fale, przy czym dźwięk jest falą fizyczną, przemieszczaniem się, zmianą ciśnienia w powietrzu, mówiąc najprościej jak się da. Natomiast obraz, czyli światło to jest fala elektromagnetyczna, czyli coś już bardziej skomplikowanego. O ile prąd jeszcze nam się jakoś kojarzy z ruchem elektronów, więc z czymś poniekąd fizycznym, tylko bardzo małym. Takie jest przynajmniej moje wyobrażenie. O tyle fala elektromagnetyczna, jak się okazuje, ośrodka nie wymaga. Bo światło słoneczne do nas dociera przez próżnię i to jest już coś, co takiemu zdroworozsądkowemu rozumowaniu się wymyka.
Tak więc wydawałoby się, że dźwięk jest czymś bardziej realnym niż obraz. Odbieramy falę mechaniczną w powietrzu, odbieramy falę elektromagnetyczną oczami, aczkolwiek oczywiście odbieramy wyłącznie wąskie ich zakresy. W przypadku dźwięku pamiętam, bo to są te dwie magiczne dwudziestki. Charakterystyka typowego głośnika od 20 herców do 20 kiloherców to jest idealny próg słyszalności ludzkiego ucha. Tak naprawdę ta górna granica z wiekiem się obniża. Sam tego doświadczyłem podczas ćwiczeń, kiedy prowadzący generował buczenie o coraz wyższej częstotliwości, to w pewnym momencie ja jeszcze to buczenie słyszałem, starsi koledzy już nie, a później ja już nic nie słyszałem, a młodsi twierdzili, że jeszcze jakieś piszczenie do nich dociera. Także zwracam też państwa uwagę na to, że z czasem coraz wyższe dźwięki coraz trudniej nam usłyszeć. Na co patrzę z lubością, kiedy na przykład w pracy uruchamiana jest myjka ultradźwiękowa i ona młodszemu koledze strasznie piszczy, a mi już tylko buczy, więc nie mam z nią problemu. Więc w przypadku dźwięków mamy tutaj 20 herców, 20 kiloherców. W realnych gdzieś górna granica pewnie 15 kiloherców.
W przypadku światła widzialnego to jest ten zakres między fioletem a czerwienią, gdzie z głowy państwu parametrów nie podam. Natomiast warto zwrócić uwagę, że w przypadku światła my często podajemy nie częstotliwość, a długość. Na Wikipedii państwo znajdziecie oba te parametry. Tak naprawdę one są zamienne, czyli długość fali i częstotliwość. I tu znowu nie mam pomocy wizualnej, nie chcę się zamotać. A może wyobraźmy to sobie tak. Zaznaczam, że bardzo upraszczam. Proszę się mnie nie czepiać. Możemy sobie wyobrazić określoną powierzchnię wodną, na przykład jakieś jezioro, po którym przemieszcza się fala. To znaczy takie pofalowane jest.
Te fale są tam jedna po drugiej i one się przemieszczają. I teraz im więcej tych brzuszków, tych poszczególnych fal chcemy na tej powierzchni zmieścić, tym one siłą rzeczy będą krótsze. Jak powiedzmy jezioro ma 10 metrów, taka duża kałuża ma 10 metrów, to teraz jak zmieścimy 10 fal, 10 pełnych cykli od maksimum do maksimum, to one będą miały jeden metr. Na 10 metrach 10 sztuk, to 10 przez 10 da nam 1. Jak będziemy chcieli zmieścić 20, to ta długość nam maleje. Czyli im większa częstotliwość, im szybciej się zmieniają te stany fazowe, tym pełen cykl przestrzennie jest krótszy. To jest uproszczenie. To ma związek oczywiście też z prędkością rozchodzenia się tej fali i tak dalej. Też zależy jaka fala, ale tak to sobie możemy zwizualizować na szybko. Tak więc im wyższa częstotliwość, tym mniejsza długość.
I teraz w tej przestrzeni fal elektromagnetycznych może się dziać wiele rzeczy. Te częstotliwości są bardzo precyzyjnie podzielone, zwłaszcza w kontekście radiowych przekazów, gdzie można nadawać co, gdzie ewentualnie jakieś zdalne sterowanie może mieć miejsce, na jakich częstotliwościach. To jest wszystko bardzo ściśle podzielone. I również wśród fal elektromagnetycznych pojawia się ogrom zjawisk tajemnych, jak na przykład promieniowanie tła, które rzekomo ma być jakąś pozostałością Wielkiego Wybuchu i które gdzieś tam przez Lema zostało w „Głosie Pana” wykorzystane jako pewien niejasny nośnik sygnału niewiadomego pochodzenia. Co jest w kontekście dyskusji nad częstotliwościami istotne to to, że różne częstotliwości fali są, jak to się mówi mądrymi słowami, ortogonalne. To znaczy, że można je wyodrębnić. Jeżeli nadamy dwie fale Wyemitujemy dwie fale o różnych częstotliwościach. Można je jakoby od siebie oddzielić. Jeżeli one mają różne amplitudy, czyli różną wysokość tych wahań, to my jesteśmy w stanie to wyodrębnić. Tu się robi pewne proste całkowanie.
To jest tak zwany szereg Fouriera. Dzięki temu właśnie w tej samej przestrzeni może współistnieć ogrom różnego rodzaju sygnałów naturalnych lub tworzonych sztucznie przez człowieka, noszących różne informacje lub nie i odpowiednią później obróbką, odpowiednią technologią przetwarzając, możemy te wiadomości od siebie oddzielić. One sobie nawzajem nie przeszkadzają. Kolejnym popularnym zjawiskiem związanym z rozchodzeniem się fal jest tak zwany efekt Dopplera. To znaczy fala jest czymś, co się rozchodzi w przestrzeni. Jak się rozchodzi, to ma określoną prędkość i co za tym idzie, pojawiają się tutaj efekty dumnie mówiąc relatywistyczne, ale takie bardzo prosto relatywistyczne, wręcz newtonowsko relatywistyczne, że tak powiem. Najprościej to, proszę państwa, zaobserwować, kiedy wsłuchujecie się w przejeżdżający obok samochód. Kiedy on jedzie do was, to troszeczkę inny jest ten dźwięk niż w momencie, kiedy was już minie i potem odjeżdża. Ponieważ kiedy on się zbliża, to ta fala rozchodząca się w przestrzeni jakoby się skraca. Natomiast kiedy się oddala, to fala się wydłuża, a większa długość fali to większa długość, mniejsza częstotliwość, czyli fala niższa, dźwięk niższy.
Można bardzo łatwo tego doświadczyć nagrywając sobie coś, nagrywając sobie jakiś dźwięk w prostym programie do obróbki dźwięku, na przykład Audacity i zwiększać lub zmniejszać prędkość. Jeżeli to jest prosty dźwięk, to w efekcie uzyskamy inną częstotliwość. Efekt Dopplera, o ile mi wiadomo, jest podstawą do stwierdzania ruchu odległych ciał niebieskich, które generują światło. Tak jak dźwięk się zmienia, zależnie od tego, czy samochód jedzie do nas, czy od nas, zdaje się, że spektrum światła widzialnego również zmienia odcień zależnie od tego, jak szybko ciało się od nas oddala lub przybliża. Odkryto, że nie tylko ruchy grawitacyjne ciał są. Masa się nie zgadza, więc musi być tam masa ciemnej materii. To już jakiś czas temu mówiliśmy sobie, że ta ciemna materia jest potrzebna, żeby zgadzały się równania grawitacyjne. Obserwacja odległych ciał niebieskich poprzez właśnie to widmo światła obserwowalnego, poprzez te obserwacje wyłącznie fal, które jakoś tam do nas docierają, wskazuje, że wszechświat się rozszerza i to rozszerza się rzekomo coraz szybciej, co jest sprzeczne znowu z jakimiś prawami, tak jak to rozumiemy, bo jak ciało jest rozpędzone, w tym rzekomym wielkim wybuchu się coś rozpędziło, to stopniowo może się poruszać ruchem jednostajnym albo w efekcie jakichkolwiek tutaj utrudnień raczej zwalniać. A skoro przyspiesza, to musi również istnieć jakaś energia. A skoro jej znowu nie rozumiemy, nie widzimy, nie wiemy czym jest, to jest to ciemna energia.
I tutaj gdzieś właśnie od fal obserwowalnych dochodzimy do ciemnej energii, która ma przyspieszać cały czas to rozrastanie się wszechświata. Natomiast zwracam państwa uwagę, że wszystko, co tak naprawdę wiemy i obserwujemy, to są tylko i wyłącznie te nieszczęsne fale, a więc w pewnym sensie nasze doświadczenie, nasze pojmowanie świata tylko i wyłącznie ze zjawisk falowych jest kreowane.
[02:54:58] - I tym oto felietonem Tomasza Fąsa kończymy kolejne wydanie „Bibliotekarium na żywo”. Byli z nami dzisiaj jak zawsze panowie z Bibliotekarium Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Mieliśmy także gościa. Był nim pisarz Wojciech Gunia. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie, tym razem w ABW już za tydzień i ponownie w tym normalnym „Bibliotekarium” już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[02:57:12] - Kombinat to tkanka. Ja jestem kołko. Kombinat pulsuje. Nikt nie wie, że żyje. Nic nie wiem o sobie. Mam tętno jarowe. Nie wyrwę się. Nie wyrwę się. To tylko wiem, wiem, wiem, wiem. To tylko wiem!
To tylko wiem! To tylko wiem! To tylko wiem! Te biurka się ciągną aż hen po widnokrąg. Zasypiam w szufladzie, dokładnie wskazanej. Nie wyrwę się. Nie wyrwę się. Teraz już wiem, wiem, wiem, wiem. Teraz już wiem! Teraz już wiem!
Teraz już wiem! Teraz już wiem! Teraz już wiem! Wiem! Wiem! Wiem! Wiem!