Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium PL i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. Piątek, 17 września 2021 roku. Mamy kolejną rocznicę najechania od wschodu wszyscy wiemy kogo, wszyscy wiemy na kogo. I dzisiaj tematycznie audycja będzie powiązana z wojną. Bowiem naszym dzisiejszym gościem będzie Piotr Plebaniak, a będziemy rozmawiać o sztuce wojny nie tylko na wojnie. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”. Są z nami również panowie z Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Ja jeszcze tylko przypomnę kontakty do Radia Paranormalium. Będzie można do nas dzwonić pod nasze numery telefonów stacjonarne 32 746 00 08, komórkowy 530 620 493, Skype radio.paranormalium.pl. Cały czas można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02.
Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium PL, i oczywiście na koncie Book Radio, w którym także się będziemy słyszeć z lekkim poślizgiem i z taśmy, ale jednak. Można także dołączać do grup Radio Paranormalium i Rubieże rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Oczywiście czekamy także na feedback w postaci komentarzy, gdy ta audycja będzie już udostępniona na naszym kanale na YouTube. To teraz czas na magiczne halo, halo Bydgoszcz. Dzisiaj się łączymy z ojczyzną pewnego sympatycznego tańczącego kaktuska śpiewającego pewien rapowy przebój Cypisa. Ale dzisiaj nie będzie o kaktusku. Dzisiaj będzie o sztuce wojny, prawda Marku?
[02:41] - Ja mam wrażenie, że nie tylko o sztuce wojny. O sztuce wojny będzie też, ale zakres tematyczny myślę dzisiaj będzie bardzo szeroki. Jeszcze raz witam naszego gościa Piotra Plebaniaka. Rozmawiamy z bardzo odległym rejonem naszej planety, prawie z antypodami. Mianowicie z Tajwanem, z okolicami Tajpej. Nie, chyba nie. Panie Piotrze, prosimy.
[03:12] - Dzień dobry, zaskoczę pana. Jestem właśnie po zupełnie drugiej stronie Tajwanu, na samym południu. Znalazłem bardzo ciche miejsce. Siedzę teraz pod gwiazdami. Widzę właśnie Wielki Wóz, Mały Wóz, ale nie radiowóz. Chociaż radiowóz wczoraj przejeżdżałem, jadąc właśnie na miejsce, w którym jestem, w którym koczuję czy też obozuję. Dlatego, że wczoraj, to znaczy około godziny 20.00 w piątek, bo u mnie już jest jutro, a nie wczoraj, były blokady policyjne łapiące ludzi jeżdżących po pijanemu, więc radiowóz też był. Tutaj powiem wam jako ciekawostkę humorystyczną. Jeszcze do niedawna było tak, że w soboty wieczorem i w piątki wieczorem policja robiła kordony i sprawdzała, czy ktoś pije, czy nie pije i prosiła, żeby chuchać. Tak było mniej więcej jeszcze 10 lat temu.
Teraz już mają specjalne urządzenia do sprawdzania, alkomaty. Także było wesoło. Teraz już jest mniej wesoło.
[04:17] - Z tego, co słyszę, jest jakaś łączność. Nie wiem, czy kulturowa, ale w każdym razie obyczajowa, jeśli chodzi o Polskę i Tajwan, bo jeżdżenie na podwójnym gazie to taka też polska tradycja, która się nie daje wykorzenić. I skoro tak prawie na antypodach dzieje się to samo, czyli jakaś łączność, jeśli chodzi o zwyczaje chyba jest.
[04:46] - Tak. Natura ludzka jest wszędzie taka sama.
[04:49] - O właśnie.
[04:50] - Chcemy rozmawiać o naturze ludzkiej, dlatego, że sztuka wojny, ten traktat sztuka wojny jest tak naprawdę nie o wojnie, a o tym, jak należy powodzić naturą ludzką.
[05:00] - O właśnie, bo pretekstem do dzisiejszej audycji jest książka zatytułowana „Sztuka wojny”, której był pan redaktorem. Dobierał pan teksty, ale też tłumaczył sam traktat. Ja od razu powiem, że myśmy kiedyś o sztuce wojny w innym tłumaczeniu na antenie Bibliotekarium rozmawiali i dlatego z takim entuzjazmem podszedłem do tej audycji, bo teraz mamy człowieka, który nam pewne rzeczy wyjaśni głębiej. Bo myśmy wtedy jednak kładli nacisk owszem, na geopolitykę, na pewne zachowania, ale jednak czuliśmy pewien niedosyt. Myślę, że słuchacze też. To dzisiaj ten niedosyt nadrobimy. Ja tylko wspomnę, że poza „Sztuką wojny”, tym traktatem z omówieniami jest pan autorem wielu książek. Tu oddam panu głos, bo między innymi w tej audycji, o której mówiłem, czyli w której omawialiśmy „Sztukę wojny”, wspominaliśmy między innymi o takim dziele, o tych 36 Tak. „36 fortelach". Mówiliśmy, że to jest dzieło, które w naszym kraju jest nieznane, że bywa studiowane na przykład gdzieś w okolicach Moskwy, ale w Polsce nikt o tym jeszcze nie wie.
Teraz możemy spokojnie to odwołać, bo już jest tego rodzaju tłumaczenie. Ja jeszcze tytułem przedstawienia pana trochę szukałem w internecie, ale powiem, takiej notki biograficznej stricte nie znalazłem. Znalazłem taką, z której dowiadujemy się, że jest pan absolwentem socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie również zdobywał pan wiedzę o Chinach. Mieszka pan od trzynastu, teraz już więcej, od nastu lat na Tajwanie. Wie pan co? Ja myślę, że zamiast cytować tę notkę, która już się mocno zdezaktualizowała, bo tu jest mowa tylko o dwóch książkach, a ja sam wiem, że tych książek jest dużo, dużo więcej, to ja może panu oddam głos, ale z takim pytaniem pomocniczym: jak to się stało, że pan wylądował na Tajwanie?
[07:21] - Sytuacja jest bardzo prosta. Wygrałem stypendium na naukę języka chińskiego. To stypendium jest dawane przez rząd tajwański, rząd Tajwanu czy też rząd Republiki Chińskiej na Tajwanie na rok. Po roku stwierdziłem, że nie chcę wracać. Złożyły się na to dwa czynniki. Po pierwsze Tajwan jest świetnie zorganizowanym społeczeństwem. Nie dlatego, że Tajwańczycy mają jakieś inne geny albo inną kulturę, ale dlatego, że Tajwan jest wyspą. A skoro obracamy się tutaj w jakichś sferach literatury science fiction, to zacytuję Ursuli Le Guin „Lewą rękę ciemności". Nie wiem, czy wszyscy czytali.
[08:08] - Nawet omawialiśmy na antenie tę książkę.
[08:12] - Świetnie. Więc przewodnik głównego bohatera, który przyleciał na taką planetę, która miała być przywrócona głównemu nurtowi cywilizacji, powiedzmy. Przewodnik spytał się tego pierwszego ambasadora tej cywilizacji kosmicznej, która tą zaginioną kolonię ponownie odkryła po iluś tam stuleciach, nawet tysiącleciach chyba, z tego, co pamiętam: „Dlaczego jesteś tylko jeden? Dlaczego przyleciałeś tylko jeden?" A tamten wtedy odparł, dosłownie nie powiem: „Dlatego, że jeden to ciekawostka, a dwóch to już inwazja". Ta reguła funkcjonuje na Tajwanie w ten sposób, że Tajwan jest wyspą odciętą od świata. Tak jak mówiliśmy, jest to wyspa na krańcu świata i ta wyspa, państwo czy też naród. Zresztą pisałem pracę magisterską na temat tworzenia się poczucia narodowości tajwańskiej czy też tworzenia się narodu tajwańskiego, zrębów poczucia tożsamościowego. To jest naród, który potrzebuje pomocy z zewnątrz do tego, żeby utrzymać się przy istnieniu. To oczywiście jest sytuacja, która się cały czas zmienia, dlatego że te wszystkie perypetie między Chinami na kontynencie a Chinami tutaj na Tajwanie ciągną się od już chyba 70 lat. Wygląda to w ten sposób, w największym maksymalnym skrócie: w 1949 roku Czang Kaj-szek, przywódca, generalissimus Rządu Narodowego założonego w 1911 roku, przegrał wojnę domową z komunistami i uciekł na Tajwan.
Tajwan okazał się wyspą na tyle dużą, że dało się po prostu stworzyć jakieś pierwociny narodu czy też pierwociny państwa, które byłoby w miarę samowystarczalne. Oczywiście oni wpierw deklarowali, że zaraz wrócą, zreorganizują się i zaraz wrócą na kontynent po to, żeby ten kontynent odbić z rąk komunistów. Natomiast oczywiście to się nie udało. Stąd jest, jak jest. Natomiast utrwalił się pewien stan geopolitycznej, historycznej sytuacji wychylenia, która się ustabilizowała. Ja to nazywam takim określeniem, że homeostat wpadł w pewien nowy system stabilnej równowagi. Homeostat to jest z kolei słowo, które znamy wszyscy z książek Stanisława Lema, który się nagminnie posługiwał tym określeniem. Tajwan został, nie można mówić państwem, bo wtedy będzie protest ze strony Chin, czyli Chińskiej Republiki Ludowej. Tajwan jest Republiką Chińską. „Na Tajwanie" czasem jest to dodawane.
Teraz ostatnio, nie wiem, czy słyszeliście panowie, Litwa pierwsza zaczęła tytułować Tajwan nie jako Republika Chińska czy też z inną ambiwalencją, ale właśnie jako Tajwan. Za tym ma pójść zaraz Australia. I to jest wychylenie tej sytuacji z bezpiecznej równowagi. Zaraz będziemy o tym mówić, co to znaczy ta bezpieczna równowaga.
[11:17] - Już od razu powiem, wejdę panu w zdanie, że już Litwa z tego powodu ma problemy.
[11:23] - Tak, nieodmiennie. Z prostej przyczyny. Dlatego, że jest coś takiego jak tak zwana strategiczna ambiwalencja w określeniu bieżącej sytuacji, której nie można nazywać po imieniu, czy też wszystkie strony starają się w jakiś sposób unikać jednoznaczności. Dlatego na przykład na mapach to było przykomiczne. Oczywiście to nie jest komiczne dla ludzi, którzy mają ten problem na głowie cały czas. Natomiast dla nas, z punktu widzenia zachodniego, ten teatrzyk rytualny jest komiczny. Na mapach na przykład widziałem w mapie Lonely Planet wiele lat temu, tam, gdzie była mapa Chin, nie Republiki Chińskiej, bo to Tajwan, nie Chińskiej Republiki Ludowej na kontynencie, tylko mapa Chin Ale miejsce, gdzie jest wyspa Tajwan, zostało zajęte przez legendę tej mapy. Czyli uniknęli ambiwalencji. Na przykład była też jakaś inna mapa, gdzie była ilość ludności w każdej prowincji Chin, bo z punktu widzenia podziału wewnętrznego Chin, znowu cały czas proszę pamiętać, że posługuję się nazwą Chiny, a nie Chińska Republika Ludowa, bo to są dwa ośrodki polityczne z nazwą Chiny w swoim tytule. Więc na mapie wszystkich prowincji chińskich jest oczywiście Tajwan, ale Tajwan jest jedną z dwóch albo trzech prowincji, gdzie jest oznaczone, że jest brak danych.
W tym momencie znowu ktoś, kto tworzył tą mapę uniknął ambiwalencji, a jakaś inna, druga, trzecia prowincja została specjalnie przypisana brakowi danych po to, żeby przykryć to, że Tajwan nie został podany jako jedna z prowincji Chińskiej Republiki Ludowej, bo wtedy właśnie na tej mapie Chińska Republika Ludowa została użyta w legendzie, że to jest właśnie mapa tej jednostki politycznej.
[13:20] - Panie Piotrze, mam jednak prośbę, bo widzę, że już się wgłębiamy bardzo szybko w tematy pasjonujące, a ja bym jednak poprosił, bo szukając w internecie przeczytałem, że pan jeszcze poza Uniwersytetem Warszawskim, to też studiował tam na miejscu i to dosyć dogłębnie. I o te książki, żeby pan kilka tytułów wymienił, bo pisał pan zarówno o Chinach, jak i o Japonii na przykład. O japońskim kodzie kulturowym. Więc niech się pan troszeczkę zareklamuje. Bardzo bym o to prosił.
[14:02] - Trzymamy się cały czas fantastyki naukowej, więc kolejny tytuł.
[14:06] - Nie tylko.
[14:08] - Musi być. Jak mam wytłumaczyć, dlaczego tu jestem na Tajwanie, to dlatego, że to moja główna motywacja.
[14:14] - To bardzo proszę. To już się nie odzywam. Milczę we wszystkich znanych mi językach.
[14:19] - Dziękuję. Dobrze, więc mamy książkę „Obcy w obcym kraju” Roberta Heinleina. Tam jeden z bohaterów, Jubal, stwierdził w rozmowie z innym bohaterem, że nauczył się języka arabskiego po to, żeby poznać słowa proroka w oryginale. Dlaczego? Dlatego, że kod kulturowy, w którym prorok przemawiał, został stworzony czy też wyewoluował, czy też powstał w sytuacji kompletnie różnej od naszej kultury. W związku z tym, po to, żeby poznać prawdziwe znaczenie tego, co to znaczyło dla ludzi, którzy mieszkali w tamtym rejonie kulturowo-geograficznym, należy zapoznać się z językiem tamtego rejonu. Stąd ja postanowiłem sobie kiedyś, że nauczę się arabskiego właśnie dokładnie tak, jak zrobił to bohater książki, ale potem stwierdziłem, że jednak nauczę się chińskiego. I stąd właśnie to, że pojawiłem się na Tajwanie, czyli w tak zwanych, to jest bardzo kontrowersyjne, wolnych Chinach. A dlaczego na Tajwanie? Dlatego, że w 1949 roku, kiedy ludzie uciekali przed komunistami, to uciekali członkowie rządu wraz z rodzinami, żołnierze, mafia.
To jest bardzo śmieszny epizod. I generalnie wszyscy, którzy wiedzieli, że jeżeli zostaną pod jurysdykcją komunistów, to raczej zostaną mocno zmaglowani przez cały system albo usunięci po prostu jako osoby niepożądane. Intelektualiści na Tajwan uciekli. Stąd wszystkie tradycje kulturowe, wszyscy ludzie, którzy znali się na kulturze chińskiej, na języku chińskim na przykład. Wszyscy ci ludzie uciekli po prostu na Tajwan i stworzyli tutaj bardzo mocne ośrodki akademickie.
[16:16] - Halo, halo?
[16:17] - Halo, jestem. Przepraszam, skończyłem. Myślałem, że jeszcze coś dodam.
[16:22] - Dobrze. Nie, ale ja cały czas naciskam w sprawie tych książek, których jest całkiem sporo.
[16:28] - Przepraszam, to wrodzona skromność. Niech pan mi wybaczy. Dobrze, więc kod kulturowy. Dlaczego kod kulturowy? Moje książki są o kodzie kulturowym bardzo często. Dlatego, że jeżeli przekładamy książki z języka na język albo z odległej przeszłości na naszą współczesność, to przekładamy nie słowa, nie zdania, nie akapity, tylko właśnie przekładamy kod kulturowy, czyli sposób postrzegania rzeczywistości autora książki, który jest osadzony w jakimś kontekście kulturowym, społecznym, historycznym i tak dalej. I przekładamy to na język, który pasuje do naszej wizji rzeczywistości. Czyli mówiąc w najbardziej banalny sposób, na przykład kod kulturowy trzeba przełożyć z punktu widzenia na przykład jakiejś staruszki, która sprzedaje konwalie, gdzieś tam na rogu stoi na bazarku. Jej sposób postrzegania świata jest kompletnie inny, mówię tu maksymalnym skrajnością, od Alberta Einsteina, którego wizja świata była w stanie zmienić cały sposób, w jaki ludzkość patrzy na całą budowę wszechświata. Więc to jest oczywiście przypadek skrajny, ale między językami, między cywilizacjami, które wykształcają kod kulturowy, między poszczególnymi kulturami, rejonami tej kultury.
Przecież tajwański kod kulturowy jest inny niż kod kulturowy w Chinach kontynentalnych. To są ludzie poddani innemu systemowi społecznemu, politycznemu, innym potrzebom codziennym i tak dalej. Więc oni między sobą nie zawsze się do końca w pełni rozumieją, dlatego że funkcjonują w innych światach. Dosłownie. Więc jedna z takich książek to była pierwsza taka książka, to była „Starożytna mądrość chińska”. To było 81 sentencji, maksym, które w jakiś sposób pokazują, w jaki sposób starożytni Chińczycy patrzyli na świat i w jaki sposób współcześni Chińczycy rozumieją te starożytne sentencje. Dokładnie na ten temat jest „36 forteli”, o których pan wspomniał. To jest przekład, który ja zrobiłem, który jest tak naprawdę nie tyle przekładem, ile interpretacją tego, w jaki sposób pewne maksymy odnoszące się do manipulowania ludźmi były rozumiane w przeszłości i są rozumiane teraz. Czyli znowu mamy kod kulturowy. Następną książką z tej serii jest „Chiny.
Zrozumieć imperium”, które jest historią Chin opisaną za pomocą poezji, czyli znowu za pomocą maksym, słynnych przysłów, fragmentów powieści. Na przykład jest taka powieść „Dzieje trzech królestw”, z których najważniejszą frazą, która decyduje o tym, jak Chińczycy w ogóle rozumieją, co to jest historia, jak należy rozumieć wydarzenia historyczne. Najważniejszą frazą tej książki jest słynne zdanie, które znają wszyscy Chińczycy: „Co było zjednoczone, musi ulec rozbiciu. Co było rozbite, musi ulec zjednoczeniu”. Książka jest opowieścią o dziejach bohaterów żyjących w czasach upadku dynastii Han, czyli najpotężniejszej, najbardziej znanej dynastii chińskiej. Język Hanów to jest język chiński, inaczej w tłumaczeniu, jakby to przetłumaczyć na język polski. Proszę zobaczyć, że język chiński nie jest w języku polskim. Ta nazwa nie ma w sobie słowa Han, czyli Han to jest nazwa dynastii, jednocześnie nazwa pewnego rejonu geograficznego i rzeki, przez który ten region przepływa, która została przyznana jako lenno osobie, która później stała się założycielem tej dynastii Han. Dla nas jest to niewidoczne. Mówiliśmy wcześniej, że są dwa podmioty, dwa byty polityczne mające nazwę Chiny w nazwie, ale nazwa Chiny w Polsce odnosi się do – i tutaj jest kilka teorii, nie są wszystkie jednoznaczne – do nazwy pierwszej dynastii, jaka została założona przez słynnego pierwszego cesarza.
Ale po chińsku ta nazwa Chiny może odnosić się właśnie do tej dynastii Han, ale w nazwach Chińskiej Republiki Ludowej i Republiki Chińskiej na Tajwanie nazwa Chin, czyli Zhōnghuá, czyli kraina środkowego rozkwitu, odnosi się do jeszcze bardziej starożytnej, prehistorycznej, czyli jeszcze przedhistorycznej dynastii Huá, która istniała chyba jakieś powiedzmy, że 3000 lat temu. Więc proszę zobaczyć, że w samych nazwach jakie są różnice i po to, żeby przetłumaczyć nazwę, nie mogę powiedzieć jednego słowa, tylko muszę wytłumaczyć właśnie o tych wszystkich dynastiach i tradycjach nazywania. Tak to wygląda. Natomiast Chiny wyprodukowały coś, co jest moim zdaniem najważniejszym dziełem, czyli „Księgę przemian”. „Księga przemian” to jest sposób patrzenia na wszechświat, czyli sposób interpretowania tego, czym jest wszechświat. Jest opisem kosmologii, czyli rozumienia, jakie prawa rządzą kosmosem, wszechświatem, który otacza nas, ludzi. „Księga przemian” opiera się na czymś, co jest kompletnie niezrozumiałe u nas, w naszej kulturze zachodniej. Na tym, że kosmos podlega nieustannym przemianom. W związku z tym przemiana to nie jest coś, do czego trzeba przyłożyć jakąś energię i dopiero wtedy ta energia, czy też działanie osoby, świadomości. Nie wiem, czy znacie panowie książkę „Formy chaosu”.
[22:15] - Tak, oczywiście.
[22:16] - Wspaniale. Wszechświat jest rozumiany jako pewien stan energetyczny i entropia jest to zjawisko, które sprawia, że energia staje się bardziej rozproszona, mniej uporządkowana. W związku z tym jedynym sposobem, żeby powstrzymać ten naturalny proces, który postępuje w tym wymiarze czasoprzestrzeni w jednym kierunku. Dzięki entropii można ustalić kierunek biegu czasu, więc żeby to regulować, potrzebne jest działanie istoty inteligentnej, działanie inteligencji, tak zwanych katalizatorów chaosu to było nazywane, czyli ludzi, którzy mają zdolność, siłę woli i zdolność oddziaływania na to, żeby wpłynąć na bieg wydarzeń. Na tym polegała w warstwie filozoficznej cała narracja książki „Formy chaosu”. Natomiast to jest idealnie coś, co pasuje do tego, jak opisać cywilizację chińską w najgłębszej filozoficznej jej warstwie. Otóż wszechświat jest biegiem, ciągiem nieustannych przemian. Każde zjawisko osiąga swoje apogeum, potem wpada w odwrotną tendencję i zmienia się w swoje przeciwieństwo. To też mówiliśmy już o Ursuli Le Guin. Ona znała świetnie język chiński.
Ona przetłumaczyła nawet „Księgę drogi i cnoty”, czyli drugą najważniejszą filozoficzną księgę w cywilizacji chińskiej, której częścią jest wyjaśnienie tego znaku czarno-białego, wyglądającego jak dwie cyfry sześć i dziewięć. Ten znak oznacza właśnie to, że wszystko płynie w zamkniętym cyklu i w związku z tym tutaj następuje fundamentalna różnica między filozofią oddziaływania, interakcji ze wszechświatem a istotą inteligentną. My jesteśmy istotami inteligentnymi. Otóż w chińskiej wizji wszechświata nie trzeba działać, żeby uzyskać zmianę stanu świata. Wystarczy poczekać, dlatego, że ta zmiana jest wbudowana w funkcjonowanie wszechświata. U nas bardziej jesteśmy przyzwyczajeni do myśli, że trzeba przyłożyć energię do tego, żeby ta zmiana nastąpiła. Jak gdyby insert, po angielsku jest to słowo, jak siły specjalne wpuszcza się na teren jakiegoś kraju, to trzeba: „We are inserting them into this area”, czyli wkładamy ich do tego terenu po to, żeby zaczęli oddziaływać. My musimy jakąś siłę do układu, który chcemy zmienić, włożyć, żeby ta siła rozpoczęła interakcję z tym układem i nastąpiła jakaś zmiana, czyli na przykład przemiana ołowiu w złoto. To, co starali się osiągnąć alchemicy, to była właśnie taka siła. Czyli trzeba było naruszyć prawa wszechświata po to, żeby akt woli oddziaływał na wszechświat.
Natomiast akt woli nie jest potrzebny na Wszechświat chiński po to, żeby ten wszechświat się zmienił. Widzicie?
[25:34] - Tak, to prawda. Rzeczywiście coś się jednak przebija do naszego świata, bo na pewno popularna jest taka mądrość ludowa chińska przytaczana w Polsce o wrogach, że wystarczy siąść na brzegu rzeki i ciała wrogów spłyną wcześniej czy później. To jest dosyć często przytaczane w Polsce nawiązanie do Chin. Ja tylko wspomnę jeszcze, kiedy pan mówił o I-ching, czy jakkolwiek się to mówi, jest jeszcze jedna książka z dziedziny fantastyki naukowej, w której ta księga się pojawia, a mianowicie „Człowiek z wysokiego zamku”. Tam jest próba zrobiona przez Dicka troszeczkę włamania się przez jednego z bohaterów. On właściwie żyje na co dzień z tym rodzajem wyroczni.
[26:38] - Nie pamiętam, tak dawno czytałem to opowiadanie.
[26:41] - Okej.
[26:41] - Będzie wybaczył.
[26:43] - To może warto. Ja tylko jeszcze jedną rzecz, bo Wiktor się szykuje do wypowiedzi, to zanim się przyszykuje do końca, to powiem tylko, uzupełnię, że te 36 forteli, które są opisane, które właśnie są przetłumaczone i Piotr Pleban jaką tę książkę przetłumaczył, ta książka ma świetny podtytuł: „Chińska sztuka podstępu, układania planów i skutecznego działania”. Myślę, że warto sobie to wziąć pod uwagę. A teraz Wiktorze, ty masz głos.
[27:19] - Nie będę przemawiał, bo ja już do przemów się nie nadaję. Natomiast prywatnie, chociaż akurat na forum, mam prośbę, żeby pan Piotr moją ciekawość zaspokoił. Otóż, panie Piotrze, przed paru laty, już nie pamiętam ile, osiem czy coś takiego, dopadałem wszystkich moich przyjaciół, moje dzieci, moją rodzinę, sąsiadów w domach i tak dalej. I wszystkich błagałem prawie na kolanach, żeby obejrzeli film pod tytułem, w polskim przekładzie, „Wojownicy Tęczy”. Oglądał pan ten film?
[28:06] - Oglądałem i mam dwa imiona aborygenskie, bo tutaj z Aborygenami mam dosyć duże kontakty.
[28:12] - Tak?
[28:12] - Pełny tytuł to jest „Seediq Bale”, czyli bohater Seediqów. Seediq to jeden z ludów aborygenskich, którzy żyją na Tajwanie i właśnie ci wojownicy tęczy. Oglądałem, to jest film absolutnie fenomenalny. Aż dostałem gęsiej skórki. Przepraszam, jeśli panowie wybaczą. Jest absolutnie świetna, absolutnie epicka muzyka godna Hansa Zimmera. Jest to film opowiadający o perypetiach Aborygenów po tym, jak Tajwan został przejęty przez Japonię w 1896 roku. Tajwan był japońską kolonią przez pół wieku. Przez 50 lat. Wrócił do Chin po drugiej wojnie światowej.
Seediqowie to jest lud z centralnego Tajwanu. Moje jedno z imion aborygenskich jest właśnie z tego ludu. Znam ten film. Przepraszam.
[29:07] - W każdym razie ja jeszcze tylko jedną rzecz uzupełnię, że ten film w polskiej wersji językowej jest dostępny absolutnie free na YouTubie. Także jakby ktoś był zainteresowany, proponuję sięgnąć. Wiktorze.
[29:19] - Ja uważam, że to bezwzględnie jest konieczność obejrzenia tego filmu. Ja też padłem na kolana przy tym filmie. Byłem tak zachwycony, tak zauroczony. Najwyżej mam pytanie, ale po tym, co pan już w tej chwili powiedział, akceptując ten film, bo się bałem, że to troszeczkę ta wschodnia popkultura, rzeczywistość filmową czy rzeczywistość historyczną przedstawiła po swojemu trochę, ale widzę, że nie.
[29:54] - Ja mam teraz pytanie o książki, których jest pan autorem, takie jak „Drogi wędrownych doradców”, jak „Opowieści z dawnych Chin” i jak „Czarna sztuka wojny”. Bo dzisiaj mówimy o tej czerwonej książce, ale jest też Sun Zi i jego „Sztuka wojny. Filozofia i praktyka oddziaływania na bieg zdarzeń”. Jakby troszeczkę o tych książkach zechciał pan powiedzieć.
[30:21] - Jasne. Dobrze, więc to są dwie edycje przekładu traktatu „Sztuka wojny” z prostej przyczyny. Ta czarna to jest wersja, ja tak nie lubię tego nazwać pełna w tym sensie, że zapytałem wszystkich ekspertów, do jakich tylko udało mi się dotrzeć, między innymi profesor Bralczyk, który jest pacyfistą, ale którego udało mi się namówić na wypowiedź. Udzielił wywiadu pod tytułem: „Wojna jako forma komunikacji”. To jest absolutnie tytuł, który wymyśliłem wiele lat temu jako jakiś rodzaj paradoksu. Uwielbiam bawić się w paradoksy. Profesor Brańczyk też uwielbia paradoksy i chyba to go przekonało. Trudno powiedzieć. Nie zwierzył mi się dlaczego. Natomiast proszę zobaczyć, co robimy tocząc wojnę.
My negocjujemy z przeciwnikiem. Jest rozmowa za pomocą broni. Wywieramy jakieś oddziaływanie i ten przeciwnik: „Aha, tak? No to ja tak”. Czyli jakiś rodzaj zemsty czy też kontruderzenia, czy też zademonstrowania swojej zdolności oddziaływania. I to wszystko jest rodzajem gry, jakiegoś rytuału, w którym ustalamy to, jak wielki zasięg ma nasz wpływ, jak mocno jesteśmy w stanie zmusić innych do funkcjonowania, do działania. Odwołam się jeszcze do filmu Seediq Bale: Wojownicy Tęczy. Tam jest scena, która mi się absolutnie najbardziej podoba ze wszystkich świetnych scen całego filmu. Główny bohater jest przywódcą jednego z plemion żyjących w górach centralnego Tajwanu i on zbiera siarkę z zapałek. To znaczy wtedy to był jakiś rodzaj fosforu, który troszeczkę inaczej funkcjonował niż ta bezpieczna siarka, którą my znamy jeszcze z naszych współczesnych czasów.
Natomiast on to zbierał. Dlaczego? Dlatego, że rozumiał, że wojna nowoczesna, czyli wojna z Japończykami, którzy właśnie co przybyli paręnaście lat wcześniej na wyspę, będzie musiała toczyć się za pomocą narzędzi wojny, które Japończycy mają supernowoczesne. A te plemiona prymitywne mają najwyżej stalowe noże i jakieś inne prymitywne przedmioty codziennego użytku, ale nie mają nowoczesnych broni. Więc on zbierał to, licząc na to, że będzie miał jakieś zasoby tego prochu, bo to nie jest przecież proch i nie da się użyć do strzelb, ale tą siarkę da się podpalić, czyli zrobić jakiś wybuch. I to rzeczywiście jest śmieszne i prymitywne myślenie, dlatego, że przecież trzeba mieć do tego fabryki, jakieś odlewnie, wyszkolić ludzi i tak dalej. To, co jest potrzebne tak naprawdę do prowadzenia nowoczesnej wojny, nie mieściło się w jego umyśle. I jest pokazana scena, w której po prostu śmiejemy się z prymitywnego głupka. Przepraszam, takie jest wrażenie. Ta scena specjalnie została tak zaprojektowana, że on zeskrobuje tą siarkę, pieczołowicie zbiera na kupkę i wkłada specjalnie do takiej ukrytej skrzyni gdzieś tam w swojej chacie, żeby to było więcej i więcej, żeby to z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, aż się zgromadzi właściwa ilość, on to zbiera.
I śmiejemy się z tego. Pierwsze wrażenie, takie nasze dosyć naiwne jest: „Ale głupek, prawda?”. Ale gdyby pomyśleć chwilę, to jest najbardziej niebezpieczny człowiek z całego filmu i z całej opowieści. Dlatego, że on ma wolę do tego, żeby oddziaływać, żeby pokonać przeciwnika. Jedną z książek, których jeszcze nie napisałem, ale którą właśnie piszę i niedługo się ukaże, jest grą na tytule słynnego dzieła geopolitycznego Alfreda Mahana „Wpływ sił morskich na bieg historii”, czyli „Influence of Sea Power Upon History”. Natomiast ja piszę coś innego. Piszę książkę pod tytułem, właśnie przejęzyczyłem się „The Influence of Willpower Upon History”, czyli „Wpływ siły woli na bieg historii”. I to jest coś, co właśnie ten film Seediq Bale pokazuje, że człowiek, który ma wolę oddziaływania, mówiliśmy już o tym, czym jest wola oddziaływania, jest najbardziej niebezpiecznym człowiekiem. I to mamy w tytule „36 forteli”. Czyli mamy „sztukę układania planów i skutecznego działania”.
Natomiast w tej czarnej sztuce wojny mamy też coś bardzo podobnego, czyli filozofię i praktykę wywierania wpływu na bieg zdarzeń. Dokładnie esencja tego, o czym będziemy dzisiaj mówić.
[35:01] - Okej, to teraz zróbmy drugie podejście i proszę cię Marku o pierwszy fragment nadesłany przez naszego gościa.
[35:18] - Coś lepszego niż magia. Inżynieria, nauka i technika jako generatory instrumentów oddziaływania. Przełomy technologiczne i generowane przez nie przełomy ekonomiczne i militarne to słabo oswojony i niedoceniany zakątek naszego rozumienia świata. Jedną z książek na liście tych, które uformowały moją percepcję świata, jest „Tajemnicza wyspa” Juliusza Verne'a. Na dziesięcioletnim dzieciaku, którym byłem, czytając ją po raz pierwszy, wywarła wpływ elektryzujący. Historia rozbitków rzuconych siłą huraganu i zamysłu autora na bezludną wyspę pokazała mi, jak potężną siłą sprawczą jest ludzka wiedza i zdolność jej zastosowania do kształtowania środowiska życia, tworzenia warunków przetrwania. Wiedza inżynieryjna potrafi ludzi bezradnych i miotanych losem uczynić tego losu panami. Inżynieria zaprzęgnięta do przekształcenia warunków naturalnych była siłą generującą czyn założycielski wielkich cywilizacji rolniczych. To dzięki niej powstały irygacje pozwalające wzrosnąć cywilizacji Sumeru. Uregulowanie biegu rzeki Żółtej odblokowało fenomenalnie żyzne gleby do pełnego wykorzystania przez raczkującą cywilizację rolniczą Chin, nękaną wcześniej powodziami.
Przekopanie kanału Zhengde przez nieurodzajne pustynie pozwoliło państwu Qin zagospodarować to terytorium, co z kolei umożliwiło rozbudowanie potęgi gospodarczej, a potem militarnej. Dzięki instrumentom gospodarczym i militarnym wytworzonym tą siłą Qin zdołało podbić cały ówczesny chiński świat Wynalezienie i udoskonalenie maszyny parowej zainicjowało rewolucję przemysłową, której lawinowy przebieg był możliwy dzięki fenomenalnie bogatym pokładom węgla, wcześniej zablokowanym przez problem zalewania szybów kopalnianych przez wody gruntowe. Oprócz wygenerowanej przez kapitalizm i przedsiębiorczość siły wynalazczości, innego kluczowego czynnika generującego bogactwo narodów i synergię postępu, to właśnie impulsu w postaci potrzeby innowacji, obniżenia kosztu energii i pracy zabrakło Chinom do zainicjowania własnej rewolucji przemysłowej na długo przed tą angielską. Tak przekonuje Ian Morris w swojej fenomenalnie inspirującej książce „Dlaczego Zachód rządzi? Na razie”. Maszyna parowa przyniosła kolej żelazną. Transport kolejowy przebudował radykalnie geopolityczną mapę świata, a mapę strategicznych przepływów w szczególności. Kolej umożliwiła Imperium Brytyjskiemu doprowadzenie nowoczesnej wojny do Sudanu. Przez dwa lata budowano wytrwale linię prowadzącą do serca oporu Mahdystów, pokonanych w bitwie pod Omdurmanem 2 września 1898 roku. Relacjonujący to przedsięwzięcie korespondent wojenny Winston Churchill nazwał je mechaniczną kampanią.
Po angielsku Clockwork Campaign. Kolej umożliwiła między innymi Niemcom i Rosji zbudowanie sieci strategicznych przepływów gospodarczych bez dostępu do morskich szlaków handlowych zdominowanych przez państwa europejskie przylegające do Atlantyku. Kolej była niezbędnym składnikiem budowy potęgi gospodarczej Niemiec w XIX i XX wieku. Jej inną część stanowiła technologia produkcji syntetycznych azotanów zastępujących te importowane z Chile. Zabezpieczenie dostaw tego krytycznego surowca, potrzebnego też do nawożenia, a więc produkcji żywności, było podstawowym czynnikiem decydującym o aspiracjach imperialnych Niemiec zamkniętych w masie lądowej Europy. Osiągnięta synergia pozwoliła Niemcom na kontynuowanie wysiłku wojennego mimo brytyjskiej blokady morskiej. Potęga inżynierii to także dwie technologie produkcji benzyny syntetycznej opracowane w Niemczech tuż przed I wojną światową. Zdefiniowały one przebieg konfliktu następnego pokolenia później w fascynujący sposób. Niemcy, pozbawieni własnych zasobów ropy, projektowali mniej bezpieczne czołgi napędzane benzyną, którą byli w stanie produkować z węgla. A i tak ich strategia, zwłaszcza atak na ZSRR, była determinowana przez konieczność pozyskiwania tego surowca.
Potęga inżynierii to końcowy produkt skomplikowanej machinerii naukowej, społecznej, politycznej i ideologicznej. Niekiedy może ona stworzyć zasób ludzi i wyposażyć ich w mentalność, motywację i kapitał wyzwalający zjawisko cywilizacyjnej synergii. Ludzie tacy potrafią wymyślić, zbudować, a następnie utrzymać w stanie poprawnego funkcjonowania maszynerię i przedmioty tysiąc razy bardziej skomplikowane niż zapalniczka, którą wziął do ręki po powrocie do cywilizacji rozbitek grany przez Toma Hanksa w filmie „Cast Away. Poza światem”. Ta żartobliwa filmowa scena, choć niepozorna, ma moc zastąpienia całego niniejszego eseju. Inżynieria to kluczowy instrument kolektywnego osiągania celów, a wykształcenie inżyniera to bardzo skomplikowany proces, wymagający nie tylko kadry dydaktycznej, ale i odpowiednich tradycji mentalnych państwa czy narodu, z których kandydaci na inżynierów się rekrutują. Rezerwuar, z którego prowadzony jest nabór, musi przejawiać odpowiedni poziom kultury technicznej oraz kultury pracy. Proces kształtowania zjawiska zwanego inżynierią powinien umożliwiać tworzenie się należytego etosu pracy i warunków do tego, by ludzka natura, czynniki ekonomiczne i regulacje prawne nie doprowadziły do patologii. W czasie konsultacji redakcyjnych pułkownik Roman Lewandowski tak sformułował wizję tego, czym jest inżynieria: „Inżynier patrząc na konkretną potrzebę lub pracę do zrobienia, myśli wykształconym w umyśle mechanizmem konstruowania, to jest dokonuje projekcji za pomocą intelektu inżynierskiego procesu transformacji od poziomu zidentyfikowanej potrzeby do wygenerowania za pomocą znanych technologii urządzenia zdolnego do mniej pracochłonnego, wydajniejszego zaspokajania początkowej potrzeby. Takie urządzenie zawiera w sobie elementy procesu pracy zapewniającego zaspokojenie potrzeby wprzęgnięte w system zespołów mechanicznych, elektrycznych, pneumatycznych, hydraulicznych, zapewniających ostatecznie wykonanie określonej pracy, zaspokojenie potrzeby.
Informacja o tym, że zamiast kosić zboże kosą czy sierpem, można zrobić to wydajniej, umieszczając narzędzie tnące na platformie ciągnionej przez konia, jest informacją o nowej zdobyczy inżynierskiej i stanowi wsad do tego obszaru inżynierii, który odpowiedzialny jest za tempo, ilość i skuteczność oddziaływania na środowisko”. Skomplikowany proces budowy zasobu ludzkiego jest bardzo łatwo doprowadzić do ruiny lub celowo zniszczyć. Jedną z patologii świata inżynierów mogliśmy podziwiać w pełnej krasie jako casus wad konstrukcyjnych samolotu Boeinga 737 MAX. Z wycieków dowiedzieliśmy się między innymi, że samolot projektowany był przez klaunów zarządzanych przez małpy. Błędy konstrukcyjne, które doprowadziły do uziemienia tego modelu są wręcz oczywiste nawet dla laika. Do najważniejszych usterek należy system, o którego istnieniu piloci nie byli informowani, aktywujący się wedle pomiaru z jednego tylko czujnika kąta natarcia, mimo że standardowo oczekuje się zgodności odczytów dwóch czujników. Jednak wiedza o kluczowych wadach projektowych nie przebiła się do świadomości publicznej. Doświadczony pilot Paul Spencer wskazuje, że piloci drugiego lotu, który zakończył się katastrofą w 2019 roku, domyślili się przyczyny anomalii w sterowaniu i wyłączyli elektryczny system trymowania maszyny. Niestety inna wada wymagająca przeprojektowania całej konstrukcji samolotu uniemożliwiała ręczne przywrócenie prawidłowych parametrów lotu, a włączenie systemu elektrycznego mijało się z celem, ponieważ przycisk ten aktywował system korekty trymu MCAS, a ten ogłupiony błędnym odczytem jednego czujnika natychmiast ponownie wprowadzał samolot w lot nurkowy. Ten tom jest o wojnie i współzawodnictwie o zasoby, więc jako podsumowanie wywodu stwierdzę jedno: inżynier i mechanizm społeczno-edukacyjny go produkujący to kluczowy zasób każdego państwa.
Musi być więc i jest w ten czy inny sposób punktem ciężkości, głównym zasobem, o który toczy się rywalizacja między firmami i między państwami. Niniejsza krótka impresja być może wcale by się nie pojawiła w tym tomie, gdyby nie wszędobylski wpływ matecznika inspiracji fantastyki naukowej. Na początku filmu „Alita: Battle Angel” bohaterka na widok potężnego, majestatycznie lewitującego pośród chmur powietrznego miasta pyta, co trzyma je w górze. Magia? Nie — pada odpowiedź. Coś silniejszego. Inżynieria.
[44:52] - To może ja się tutaj włączę. Dzięki za tą inżynierię, bo bardzo ciekawy szkic, ale dowiążę do mojej najbliższej okolicy, czyli Bydgoszczy. Między Bydgoszczą, Gdańskiem a Szczecinem, na terenach Wału Pomorskiego, ale właściwie to na zalewowych terenach Noteci i tak dalej, od XIX wieku był konstruowany system bunkrów niemieckich, pruskich. I to jest absolutny cud świata. Żaden z tych bunkrów chyba nigdy nie wystrzelił. Natomiast to, w jaki sposób to zostało skonstruowane, można dzisiaj podziwiać, bo to wszystko stało się dostępne. To są arcydzieła sztuki inżynierskiej, w których jest uwzględniono wszystko absolutnie: grawitacja, pejzaż, konfiguracja terenu, zapach macierzanki nawet. Mówię o inżynierii. Oni to wszystko naprawdę przemyśleli w sposób fenomenalny. To, że to nigdy nie wystrzeliło, to takie losy.
Europy poszły inną ścieżką troszeczkę, przeszło to obok. Tym niemniej jak mówi się o inżynierii, zawsze z absolutnym zachwytem mówię o takiej rzeczy, którą Niemcy zmajstrowali. Zresztą nie tylko to. To tak na marginesie.
[46:52] - Panie Piotrze, ja mam takie pytanie z gatunku naiwnych i to bardzo. Halo, słyszymy się?
[46:58] - Tak, słyszymy się.
[47:00] - To naiwne pytanie czai się, żeby je zadać od początku audycji, ale w związku z tym, co się dzieje w tej chwili na świecie, w związku z tym, że Chiny są te kontynentalne Chiny, pewno nie używam należytej terminologii, ale mniej więcej wiemy, o co chodzi. Te kontynentalne Chiny Ludowe czy jak je nazwiemy. W związku z tym, że one stają coraz silniejsze, nie boi się pan przebywać na Tajwanie?
[47:31] - Nie. Tutaj mogę panom polecić, chyba dwa tygodnie temu ukazał się w magazynie Plus Minus Dziennika Rzeczpospolita mój tekst „Dlaczego nie będzie inwazji na Tajwan?”. Wątpię, żeby to było dostępne. Niemniej w maksymalnym skrócie powiem bardzo prostą rzecz: najgłupszą rzecz, jaką Chiny mogłyby zrobić, to zaatakować Tajwan z prostej przyczyny. W tej chwili Chiny sprowadzają z zewnątrz, spoza Chin około 70% każdego z surowców energetycznych, które potrzebne są do tego, żeby Chiny przeżyły następny dzień. Te surowce energetyczne Chiny ściągają przede wszystkim z Zatoki Perskiej w tej chwili i każdy supertankowiec, który zawiera dwa miliony baryłek ropy, musi płynąć z Zatoki Perskiej 19 dni, przepływając obok Pakistanu, przede wszystkim przez Cieśninę Ormuz, którą jest zablokować bardzo łatwo, obok Pakistanu, obok Indii, które są strategicznym partnerem Stanów Zjednoczonych, przez Cieśninę Malaka, czyli Malezja, Singapur, obok Tajwanu, Wietnamu, Filipin, czyli wszystkimi krajami, z którymi Chiny nie przyjaźnią się. Chiny nie mają przyjaciół w regionie, więc jakiekolwiek zamieszanie na Tajwanie po pierwsze następuje w miejscu, gdzie te wszystkie supertankowce przepływają, a takich supertankowców dziennie Chiny potrzebują trzy, przypominam płynących 19 dni z Zatoki Perskiej. W związku z tym Chiny są niesamowicie wrażliwe na jakiekolwiek perturbacje geopolityczne, a tym bardziej wojenne w swoim rejonie i generalnie nawet na całym świecie. W przeciwieństwie do Chin Stany Zjednoczone są, tutaj musimy się odwołać do metafory judo Stany Zjednoczone są w stanie maksymalnego balansu, dlatego że nie są wyeksponowane, tak modnie się mówi. Nie są wystawione na niebezpieczeństwo związane z dostawami ropy.
Dlatego, że od niedawna dzięki ropie z łupków Stany Zjednoczone są eksporterem ropy naftowej netto, nie licząc gazu ziemnego, który jest produktem ubocznym całego procesu wydobywania ropy łupkowej. Proszę tutaj zwrócić uwagę, uważam administrację Bidena za zdrajców Stanów Zjednoczonych z tej prostej przyczyny, że próbują naruszyć produkcję ropy z łupków. Jedna z pierwszych decyzji, jaką Biden podjął, już nie pamiętam dokładnie, na czym polegała, to zablokowanie transportu ropy łupkowej z północy na południe Stanów Zjednoczonych. Przepraszam, nie pamiętam w tej chwili szczegółów. Jest u mnie trzecia w nocy, więc nie wymagajcie ode mnie, żebym to sobie wykopał gdzieś z jakiegoś zwoju. Proszę mi wybaczyć. Natomiast wracając do sytuacji, proszę zobaczyć z punktu widzenia sztuk walki Stany Zjednoczone mocno mają środek ciężkości pośrodku w tym wypadku, a Chiny po to, żeby utrzymać bieżący stan swojego rozwoju, są maksymalnie wychylone, czyli są niezwykle podatne na oddziaływanie. Stąd „Czarna sztuka wojny” ma w podtytule „Filozofia i praktyka oddziaływania”. Dlatego, że cała książka z rozmaitych perspektyw uczy, w jaki sposób te oddziaływania należy wygenerować, łącznie ze zdolnością do ich udzielania, rozumienia, jakie mają znaczenie i w którym miejscu należy przytknąć je do rzeczywistości po to, żeby wywrzeć planowany skutek. Znowu mamy to planowanie, o którym mówiliśmy przed chwilą.
Wracając do Chin i Tajwanu. Proszę zobaczyć, teraz już jest jasne całkowicie, najgłupszą rzeczą, jaką Chiny mogłyby zrobić, to jest zaatakować Tajwan. Kiedy dwa, trzy miesiące temu, w czerwcu bodajże tego roku nastąpiła kolejna fala narracji medialnych o tym, że zaraz będzie inwazja na Tajwan, ci straszliwi, ohydni Chińczycy zaraz zrobią inwazję, a Tajwan jest tak pokojowym krajem, trzeba mu pomóc i tak dalej. Te wszystkie narracje wymierzone w Chiny, żeby je oszkalować, są tylko i wyłącznie teatrzykiem. Teatrzykiem specjalnie odegranym na potrzeby percepcji publicznej, która nie uzmysławia sobie tego, jak naprawdę przebiega geopolityczny obrót strategicznymi surowcami. Natomiast Japończycy, którzy są na północ od Tajwanu i jeszcze dalej niż Tajwan, są na linii dostaw z Zatoki Perskiej. Oni potrzebują jednego supertankowca dziennie, żeby utrzymać się przy życiu jako gospodarka Japonii. Japonia robi dwie rzeczy. Po pierwsze, większość stopniowo przez ostatnie lata zaprzyjaźnia się ze wszystkimi krajami, z którymi tylko może i przenosi swój przemysł, który potrzebuje tych surowców poza Japonię. Czyli w chwili, w której nagle ustaną te linie komunikacyjne, surowcowe, Japonia nie padnie kompletnie, można powiedzieć, na cyca.
Przez radio. Przepraszam. Na kolana chciałem powiedzieć. Nie padnie na kolana, dlatego że będzie miała zdywersyfikowane ryzyko operacyjne. Przepraszam, to jest taka formułka, która jest już oswojona, ale po prostu będzie miała w jednym kraju fabrykę na Filipinach, w Wietnamie, w Indiach. Proszę zobaczyć, gdzie Japończycy teraz inwestują. Oni się przed tym zabezpieczają. Ale premier Japonii powiedział w czerwcu bieżącego roku, że jeżeli Chiny spróbują szykować inwazję na Tajwan, to Japonia Tajwanowi pomoże militarnie. Nie dobrymi słowami na forum ONZ, wymachując butem czy czymkolwiek innym, tylko właśnie militarnie, fizycznie. Z prostej przyczyny.
W chwili, w której zostaną przerwane łańcuchy komunikacyjne, co prawda nie padnie Japonia kompletnie, ale będzie katastrofalny skutek dla Japonii, która zostanie odcięta od wszystkich łańcuchów dostaw. Ile Japonia ma ludności? 90 milionów? Nie, ponad 100, chyba 130 milionów. Nie jestem do końca pewien. Może któryś z panów wie. Więc proszę zobaczyć, co jest na szali. Jeżeli wybuchnie wojna z Tajwanem, te wszystkie miliony obywateli japońskich nagle tracą codzienne swoje zasoby potrzebne do przeżycia. Skończyłem.
[53:40] - Ja mam takie pytanie. Pociągnę temat. Być może w którejś z książek, które pan napisał, jestem pewien, że się czai odpowiedź, bo wiele jest mowy o tym, że „Sztuka wojny”, ten traktat, który został wtedy napisany, ale też ten drugi o 36 fortelach. Tam jest mowa o różnych operacjach, które dzisiaj się nazywa operacjami fałszywej flagi. Tak w skrócie. Czy Tajwanowi, Chinom, Japonii ktoś tej potencjalnej wojny nie zorganizuje, załatwiając swoje interesy?
[54:24] - Przepraszam. Tak, trafił pan kompletnie w dziesiątkę. W samo środek. Wie pan kto? Ich największy sojusznik, Stany Zjednoczone.
[54:34] - Właśnie to miałem na myśli.
[54:39] - Prosta sprawa, wystarczy się chwilę zastanowić. Ale właśnie narracje są tak urządzane, tak są komponowane. To jest sztuka. Dlatego komponować tak jak symfonię jakąś wielką, to robią ludzie, którzy tym zawiadują. Jeżeli Japonia zacznie pyskować Stanom Zjednoczonym, swojemu największemu strategicznemu sojusznikowi, to Amerykanie mają bardzo prostą dźwignię oddziaływania, mianowicie dokładnie tą samą, jaką mają oddziaływanie na Chiny. Bezpieczeństwo dostaw surowców na Wyspy Japońskie. Bo w chwili, w której Amerykanie na przykład zaczną coś majstrować przy tych liniach, czyli spróbują stworzyć jakiś konflikt w rejonie Cieśniny Ormuz, to tak samo to oddziaływuje źle na Chiny, jak i na Japonię i Tajwan, dlatego, że zwiększa ryzyko ich istnienia. W związku z tym proszę zobaczyć teoretycznie w tej chwili, zwłaszcza teraz, po tym katastrofalnym wizerunkowo, to też jest narracja, katastrofalnym wizerunkowo wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z Afganistanu. Proszę zobaczyć Teoretycznie wszyscy myślimy, jacy Amerykanie są najsłabsi w historii. W jaki niż swojej mocy, swojego prestiżu schodzą.
Ale tak naprawdę, jeżeli spojrzeć na narzędzia oddziaływania, które są w czarnym przekładzie „Sztuki wojny”, to Ameryka nigdy nie była silniejsza. Dlatego, że jest kompletnie niezależna od źródeł ropy naftowej z Arabii Saudyjskiej czy z rejonu Zatoki Perskiej. Natomiast może prostym telefonem do swoich agentów CIA na miejscu typu: „Panowie, potrzebna jakaś wojenka albo generalnie jakieś napięcie, żeby zwiększyć ceny ropy o ileś tam” Tak minimalne oddziaływanie potrafi przełożyć się na gigantyczny wpływ nie tylko na przeciwników, czyli na Chiny, ale i na sojuszników, których Stany Zjednoczone mogą dyscyplinować i prowadzić jak na postronku połączonym do pierścienia w nosie bawołu czy byka. Zapomniałem tej frazy. Generalnie na tym to polega, że to jest kwestia tego, w jakim momencie strategicznym, historycznym, kto ma największe dźwignie oddziaływania na innych uczestników tej gry geopolitycznej. I w tym momencie Ameryka jest najsilniejsza, a nie najsłabsza.
[57:01] - Bardzo często jest mowa o tym, kiedy posłucha się, bo w tej chwili to, co nazywamy geopolityką, staje się, przynajmniej na polskim YouTubie, bardzo modne. Jest szereg kanałów Strategy and Future. Pojawiają się osoby, które świetnie temat opanowały. Nasz gość dzisiejszy też jest takim człowiekiem. Mam wrażenie, że w naszej części Europy, a konkretnie w Polsce, mimo tego zainteresowania świat jest jeszcze postrzegany jako taki w gruncie rzeczy bardzo prosty. Gdzieś wybucha wojna. Ona jest albo sprawiedliwa, albo niesprawiedliwa. W związku z tym trzeba zareagować i tak dalej. Staram się to przedstawić tak, jak to czasami bywa odbierane. Czyli my musimy na przykład gdzieś pojechać albo gdzieś nie pojechać, albo się solidaryzować.
A z tego, co pan mówi, to ta partia szachów rozgrywana na świecie, to jest troszeczkę tak, jakby te szachy były trójwymiarowe, jakby się odbywały na różnych poziomach. Trochę tak to odczytuję.
[58:18] - Tak. Nie wiem, czy panowie pamiętają i nie wiem, czy dobrze zacytuję, bo książkę czytałem bardzo dawno temu. „Diuna” Franka Herberta.
[58:26] - Tak jest.
[58:27] - Bodajże ten cytat, proszę mnie poprawić: „Plan wewnątrz planu wewnątrz planu”. Wchodzimy, jeżeli chcemy zejść do sedna sytuacji. To, co teraz przedstawiłem, jeśli chodzi o inwazję na Tajwan, które jest kompletnym nonsensem. Proszę zobaczyć, że trzeba kompletnie przemodelować swoją wizję świata do tego, żeby zauważyć siły, które wprawiają ten świat w ruch, sprawiają, że dzieje się to, co się dzieje, żeby je zauważyć i zobaczyć logikę ich postępowania. To jest właśnie to, co nam pozwala mówić o kodach kulturowych. Zwróćcie uwagę, co ja zrobiłem, studiując „Sztukę wojny”, robiąc te przekłady. Przedstawiłem sytuację na świecie, sytuację geopolityczną za pomocą kompletnie innego kodu kulturowego, czyli sposobu pojmowania tych rzeczywistości. Czym jest rzeczywistość? Rzeczywistość jest pewną konfiguracją sił, które mają między sobą jakąś wzajemną interakcję i co rządzi się określonymi prawami. Proszę zobaczyć, jakich fikołków czasami, jakich kompletnie innych, odmiennych spojrzeń oderwanych od tych współczesnych narracji potrzeba, żeby dojść do sedna, dojść do prawdziwej natury świata.
[59:42] - Tak, to prawda. Mam wrażenie chwilami, że ta prawdziwa natura świata większości z nas, takich szarych zjadaczy chleba, kompletnie się wymyka i w związku z tym bardzo często takie stwierdzenia pojawiają się w przestrzeni publicznej, że działają jakieś tajemne siły, że to jest nie do ogarnięcia wszystko, że światem rządzi tylko i wyłącznie przypadek. Gdzieś wybucha wojna, to tak los zdecydował. Oczywiście przesadzam, czy mówiąc po polsku, ewidentnie przeginam, ale część ludzi chyba w dalszym ciągu tak jeszcze kombinuje na te tematy.
[01:00:29] - Niekoniecznie musi kombinować, ale w życiu spotkałem całe mnóstwo bardzo szczęśliwych ludzi. Oni byli szczęśliwi dlatego, bo byli naiwni, bo takimi rzeczami się nie zajmowali, nie główkowali, to ich po prostu opływało. Cóż, szczęście to jest jedna z rzeczy chyba najbardziej przez człowieka pożądana. Natomiast rozum niestety szczęście odbiera.
[01:01:07] - Tak. Niech na całym świecie wojna, byle Polska... Jakoś tak to mniej więcej leciało. Oczywiście musiałem zrąbać ten cytat, ale niech na całym świecie wojna, byle Polska wieś spokojna. Jakoś tak mniej więcej. To niedokładnie tak, ale troszeczkę my tutaj w Europie mamy chyba tego rodzaju spojrzenie. Czy tam na Dalekim Wschodzie to widać inaczej? Takie pytanie zawieszę.
[01:01:36] - Nie potrafię tego powiedzieć, dlatego, że każdy ma swoją własną narrację, własną percepcję świata, więc trudno mi mówić za kogoś. Chińczycy generalnie Jak spytamy o tą inwazję na Tajwan kogoś, kto żyje na Tajwanie, mieszkańca Tajwanu rdzennego-
[01:01:55] - O właśnie!
[01:01:56] - Oni tego nie rozumieją, tak samo jak my tego nie rozumiemy w Polsce. Do tego trzeba usiąść, przeczytać „Sztukę wojny”, ten starożytny traktat sprzed dwóch i pół tysiąca lat, spróbować przystawić te wszystkie narzędzia koncepcyjne z tego traktatu do rzeczywistości i sprawdzić, czy któreś z tych narzędzi funkcjonuje i oddziaływuje. Ja potrafię to zrobić, ale to wymaga oderwania się od codziennej narracji, którą widzimy w telewizji, w radiu, wśród ludzi dookoła nas. Oni tego nie rozumieją. Właśnie! Mogę podać przykład. Miałem wykład na temat Polski i Europy dla studentów szkoły strażackiej. Około 300 osób słuchało, ludzi w wieku dziewiętnaście, dwadzieścia parę lat. Kiedy było zadawanie pytań, ktoś mnie spytał dokładnie to pytanie o inwazję na Tajwan. Powiedziałem im mniej więcej dokładnie to.
Trudno powiedzieć, jaka była reakcja was tutaj po drugiej stronie. Myślę, że: „O, faktycznie nie pomyślałem o tym”. Oni dokładnie tak się czuli. Widziałem po ich twarzach: „O rany, nie pomyśleliśmy o tym. Faktycznie jesteśmy bezpieczni”. Na niektórych twarzach było czuć: „Ale numer. Faktycznie mamy święty spokój”. Dlatego że na Tajwanie mają to Chiny pod bokiem. Co chwila są jakieś naruszenia przestrzeni powietrznej. To się nazywa bodajże fachowo obszar identyfikacji statków powietrznych, że jak jakiś samolot wlatuje w jakiś obszar, to musi się zidentyfikować, kim jest, jakie są intencje i tak dalej.
Więc te naruszenia są praktycznie codzienne. Jedno z takich fascynujących spostrzeżeń wyczytałem gdzieś w komentarzach, to jest oczywiste, a nie pojawia się ani w telewizji, ani w radiu, ani w książkach i tak dalej. Dlaczego Chińczycy wlatują? Dlatego, że demonstrują swoją władzę, że mogą to robić bezkarnie. Ale po drugie też, i to jest właśnie ta ciekawostka nawiązująca częściowo do „Inżynierii”, której esej już odsłuchaliśmy, że Chińczycy mogą celowo zużywać sprzęt tajwański, mówię o samolotach w tym momencie, który ma określoną ilość cykli startów i lądowań, tak jak mamy w odrzutowcach pasażerskich, że jeżeli przekroczymy tą ilość, to samolot idzie w odstawkę na złom, dlatego, że już zaczyna być niebezpieczny. Był taki świetny odcinek „Katastrof w przestworzach”, że jakiś samolot na Hawajach, który latał między wyspami i mimo krótkiego okresu eksploatacji w latach zaliczył tyle cykli i to nie zostało wyłapane w jego historii serwisowej, że w końcu kadłub stracił szczelność i nastąpiła katastrofa. Wylądował cudem, to mistrzostwo pilota. Natomiast proszę zobaczyć, że Chińczycy mogą robić właśnie coś takiego. Zamiast zniszczyć samolot strzałem, mogą sprawić, że ten samolot przestanie być użyteczny, czyli zostanie wyłączony z gry poprzez to, że on się zużyje. A Chińczycy tych samolotów mają więcej, więc w ten sposób się prowadzi wojnę i eliminację narzędzi oddziaływania u przeciwnika.
[01:05:18] - To już chyba jest prawie dokładne. Może to złe słowo „dokładne”. To jest już chyba rzeczywiście podyktowane naukami „Sztuki wojny”, o której dzisiaj mówimy. Tego rodzaju podejście do, nawet nie wiem, jak to nazwać, walki, czy w każdym razie konfrontacji. Ale to pytanie wcześniej, które zadałem, zadałem specjalnie, bo my mamy taką tendencję do generalizowania i bardzo się cieszę, że pan o tym powiedział, że to nie jest tak, że tam na Wschodzie ludzie mówią: „Spoko, my tu jesteśmy, wszystko wiemy, bo od dzieciństwa studiujemy sztukę wojny”. To chyba też jest tak, że społeczeństwa, tak jak tu w Europie, są podzielone. Są ci, którzy sztukę wojny znają i studiują. Może ich jest więcej, ale jednak jest pewna grupa. I są tacy, którzy tak jak my myślą na przykład o inwazji Chin kontynentalnych na Tajwan i się jej boją. I przyjeżdża człowiek z Polski i mówi, że to tak dokładnie nie jest.
[01:06:23] - Wracamy do tego samego. To jest kwestia tego, jakie instrumenty oddziaływania widzimy za pomocą naszej wizji świata. Nasza wizja świata jest determinowana przez szereg parametrów, czyli kulturę. To, co słyszeliśmy w eseju o inżynierii. Kulturę, tożsamość cywilizacyjno-państwową, nasze wychowanie i edukację. Jeżeli na przykład studiujemy politologię, to rozumiemy te siły oddziałujące na nas wszystkich inaczej niż inżynier. Inżynier patrzy na te samoloty latające i może wpaść na to: „A, to Chińczykom może też chodzić nie tylko o to, żeby nas nastraszyć, czyli to jest psychologia, czyli zachowanie dominacyjne. Tylko może chodzić o to, żeby zużyć nasz sprzęt”. Ale politolog nie wpadnie na coś takiego albo bardzo będzie trudno. Stąd na przykład potrzeba, czego rządy światowe wszystkich krajów na świecie notorycznie nie robią.
Ignorują komunikaty, informacje od specjalistów z rozmaitych dziedzin, dlatego, że popadają w arogancję. Myślą, że postudiują politykę, przeczytają „Sztukę wojny” albo pójdą na jakieś szkolenie i tak dalej, i wszystko będą rozumieć. Nie. Do tego, żeby zrozumieć świat i wszystkie jego aspekty, potrzeba jak najwięcej rozmaitych punktów widzenia. Stąd jedyną zaletą różnorodności, która jest teraz promowana w mediach i generalnie w narracjach sterujących naszymi społeczeństwami, jest to, że jesteśmy w stanie zrozumieć logikę patrzenia na świat, logikę oddziaływania, filozofię i praktykę oddziaływania na bieg rzeczy wykształcony w kompletnie różnych cywilizacjach i kompletnie różnych kulturach. Tu jeszcze o jednej książce nie mówiliśmy, „Drogi wędrownych doradców”. Nie wiem, czy panowie mają przed sobą tą książkę. Natomiast jest to książka o złotym okresie chińskiej cywilizacji, chińskiej filozofii, tak to jest nazywana we współczesnych podręcznikach i w starożytnych też. To był okres około dwóch i pół tysiąca lat temu, kiedy żyli Sun Zi, czyli twórca traktatu „Sztuka wojny”, o którym dzisiaj mówimy. Okres, kiedy żył Konfucjusz, Xun Zi, Guan Zi i rozmaici inni starożytni chińscy filozofowie.
Oni byli tak zwanymi wędrownymi doradcami, to znaczy pobierali nauki od taoistycznych mędrców i guru. Tutaj wracamy do „Księgi przemian”. „Księga przemian” to jest sposób patrzenia na świat. To jest sposób patrzenia na prawa natury, dostrojenia się do nich i oddziaływania we właściwym momencie, czyli zdolność spojrzenia z zrobionej u siebie w głowie perspektywy do tego, żeby to oddziaływanie przyłożyć w wybranym specjalnie momencie. Maklerzy giełdowi mówią na to punkt wejścia, czyli moment, w którym należy na przykład kupić akcje, a potem sprzedać akcje. Po to, żeby odnieść maksymalny skutek, czyli w wypadku maklera giełdowego maksymalny zysk z podjęcia działania. Ci wszyscy mędrcy krążyli pierwotnie między setkami, a potem dziesiątkami, a potem nastoma chińskimi państwami, szukając zatrudnienia jako doradcy władców. Stąd właśnie „Drogi wędrownych doradców”. Droga to jest takie gra słów, bo droga to znaczy jakieś drogi życiowe, czy też droga życia, czy sposób patrzenia na świat. To wszystko w zakresie, w polu semantycznym tego słowa droga, czyli dao chińskim, to wszystko się znajduje.
To są drogi wędrownych doradców, ale droga, czyli tao, czyli sposób, w jaki oni widzą świat. Na przykład ktoś może stworzyć system prawny, który może posłużyć jako narzędzie do budowy imperium. Mówiliśmy już o tym w eseju o inżynierii, było o imperium Qin, o pierwszym cesarzu, którego przodkowie stworzyli państwo za pomocą rozmaitych ideologii, między innymi za pomocą legizmu. Legizm to był system prawny, który w największym skrócie uważał, że człowiek jest z natury zły. Należy go trzymać za mordę po to, żeby wyzyskać jego potencjał do tworzenia cywilizacji. Konfucjanizm, czyli system społeczny stworzony przez Konfucjusza, mówił coś kompletnie odwrotnego. Mówił, że człowiek jest z natury dobry i trzeba edukacją, czyli perswazją, cywilizowaniem wydobyć te najlepsze cechy dla dobra społeczności. I konfrontacja tych dwóch ideologii doprowadziła do tego, że wygrała ideologia totalitarna, zamordyzm starożytny, który był w stanie wygenerować siłę zdolną postawić na mapie świata całe nowe imperium obejmujące cały chiński świat. Wracając do wędrownych doradców, proszę zwrócić uwagę, że to, co robią wszystkie think tanki, jakieś grupy eksperckie i tak dalej, to oni są takimi wędrującymi doradcami w naszej współczesności. Już mówiąc po nazwisku, Leszek Sykulski, znany geopolityk, wypowiada się bardzo często na YouTubie.
Jacek Bartosiak ze strategii Jan Future. Oni mają swoje wizje świata. Bartosiak zrobił karierę na tym zresztą, że wytłumaczył, na czym polega tak zwany pivot na Pacyfik, czyli dlaczego Amerykanie wycofują się z Bliskiego Wschodu, dlaczego ustawiają się na konfrontację z Chinami jako głównym przeciwnikiem. To wszystko jest grą wędrownych doradców. Ja zresztą im sam powiedziałem, jak z nimi rozmawiałem: „Ty jesteś wędrownym doradcą i ja jestem wędrownym doradcą”. Takie nawiązanie do starożytności chińskiej. I tak to wygląda.
[01:12:29] - Chyba trzeba troszeczkę skomentować książkę, która stała się pretekstem do naszej rozmowy z panem, do traktatu „Sztuka wojny”. Otóż ja może o swoim własnym odbiorze tej książki. Na pewno ta książka jest piekielnie inteligentnie skonstruowana. To jest taki towar, który... ten traktat „Sztuka wojny” to jest w sumie prawie pretekst do tego, żeby przekazać całą masę informacji okolicznych. Przy tych okolicznościach rzeczywiście zaletą tej książki jest to, że wszystkie historyczne odniesienia mają bezwzględnie na każdym kroku nawiązania do współczesności, do współczesności aktualnej albo XIX, czasów napoleońskich również. To jest współczesność jednak bardzo bliska nam. Wszystko jest bez przerwy komentowane. Ta perspektywa
[01:13:55] - Dlatego tę książkę można czytać z zachwytem. Oczywiście mogę mieć zastrzeżenia na przykład do słowa pana Piotra ulubionego. Jakie to było? Do sprawczości, chociaż spraw panie do mnie przemawia. Można mieć jakieś zastrzeżenia, ale to jest wspaniale zrobiona książka. Przede wszystkim wiele rzeczy, które przy lekturze samego traktatu przeszłyby nam koło nosa, bo byśmy nie skojarzyli tego z rzeczywistością. W tej książce natychmiast taki komentarz się pojawia.
[01:14:45] - Tam się pojawia wiele postaci w tej książce, bo nasz gość, pan Piotr Cielebiaś był redaktorem tej książki, więc tam się pojawia cała masa komentatorów. Nie wiem, czy to właściwe określenie, panie Piotrze.
[01:15:04] - Wie pan co? Sam nie wiem. Znaczy wiem i nie wiem. Ja wyszedłem z takiej podstawy: należy wykazać się pokorą. Mówię w pierwszej osobie. Na pewno nie zjadłem wszystkich rozumów. Nie znam się na niektórych rzeczach, nie znam się na jednostkach specjalnych. Coś tam rozumiem, na czym polega filozofia ich użytkowania i w ogóle istnienia. Natomiast kto najlepiej jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie, jakim instrumentem oddziaływania, w czyim ręku i najskuteczniejszym jest jednostka specjalna? Automatycznie mamy jednostkę specjalną GROM w Polsce, która jest uważana za jedną z najlepszych na świecie.
Trzecia czy czwarta to już jest kwestia, jak oni się ustawiają, kto siedzi na wyższej gałęzi. Nie ma znaczenia tak naprawdę. W takim razie z kim porozmawiać, kto na to odpowie? Udało mi się znaleźć jednego oficera GROM-u. Pułkownik Andrzej Kruczyński jest jednym z planistów akcji odbicia platformy wiertniczej w 1991 roku w Iraku. Oprócz tego mamy tutaj słynnego gromowca, który też pisze książki, Nawala. Skontaktowałem się z nimi, spotkałem się z nimi i udało mi się ich przekonać, żeby napisali teksty do książki. Mamy dwie rewelacyjne, ale zupełnie odmienne wizje. Z jednej strony mamy wizję twórcy strategii czy taktyki z punktu widzenia oficera, czyli decydenta, planisty, a z drugiej strony mamy filozofię użycia jednostek specjalnych opisanych z punktu widzenia kogoś, kto także umie pisać, czyli potrafi formułować z dalszej perspektywy oglądy tego, czym sam on jest, czyli tego Nawala, bardziej szeregowego żołnierza, który jest najmniejszym trybikiem w całej machinie jednostek specjalnych. Jestem z nimi na ty.
Napisz tekst, jak widzisz jednostkę specjalną, na przykład GROM, jako instrument oddziaływania. Komu jest potrzebny, w jakich sytuacjach, dlaczego zwykła armia nie poradzi? Szereg bardzo prostych i bardzo naiwnych pytań. To, co wy mówicie. To nie są naiwne pytania. Czasami najbardziej fundamentalne pytania wyglądają głupio. Jest to świetne sformułowanie takiej paradoksalnej w książce pełnej paradoksów, czyli „Księga Drogi i Cnoty”. Już mówiliśmy o niej na samym początku rozmowy. „Największa mądrość głupocie jest podobna” czy też „głupstwu jest podobna”. To trudno przetłumaczyć na język pleksyjny, ten starożytny język chiński.
Chodzi o to, że coś, co pozornie wygląda jak głupie, ma w sobie największą mądrość. Mieliśmy świetną analogię z tym aborygeńskim wojownikiem, który zbierał siarkę z zapałek. To wyglądało, że jest jakimś kompletnym głupkiem, który kompletnie nie rozumie świata, ale tak naprawdę on miał największą siłę oddziaływania. Nie ze względu na to, że miał tą siareczkę, tylko dlatego, że miał wolę, żeby tych Japończyków pokonać, co się w filmie spektakularnie skończyło. Zapraszam do obejrzenia.
[01:18:22] - Myślę, że w tej chwili to jest dobry moment, żebyśmy posłuchali kolejnego eseju pana Piotra. Marku, prosimy.
[01:18:33] - Rozdział piąty. Moc. Rzekł mistrz Sun: „1. Podział właściwy i liczebność dozwoli wielką rzeszą dowodzić takim samym łatwym sposobem, jak grupą nieliczną. Wieść do boju grupę ogromną i oddział mały jednako jest łatwo. Rang dowodzenia i rozkazów przekazywania właściwy porządek możliwym to czyni. 2. O tym, iż rzesza armii czoło przeciwnikowi stawić potrafi, wybieg i działania jawne decydują. Przyczyną zaś, dla której wojska w starciu wroga miażdżą jak potężny głaz jajko, pustka jest i pełnia. 3.
W walce działania jawne do zwarcia z przeciwnikiem wiecie, przez wybieg zaś zwycięstwo się osiąga. Mistrz wybiegów jest w ich obmyślaniu jako niebo i ziemia bezkresny, jako wody rzeki Jangcy i morza niewyczerpany. Na słońca i księżyca podobieństwo kresu drogi dochodzi i od nowa bieg swój rozpoczyna, niczym cztery pory roku umiera, by zrodzić się znowu. 4. Gamy muzycznej ledwie pięć jest tonów. Wszelako ich przemiany więcej melodii tworzą, niźli ktokolwiek wysłuchać by zdołał. Barw prostych więcej pięciu nie ma. Wszelako łączenia ich bogatsze dają odcienie, aniżeli ktokolwiek dostrzec by potrafił. Ledwie pięć smaków jest prostych. Zmieszanie ich wszak więcej smaków rodzi, niż ktokolwiek rozróżnić by umiał.
Pięć. Moc bitewna jedynie w wybiegu i w działaniu jawnym objawiać się może, lecz przemiany ich są niewyczerpane. Wybiegi i działania jawne jedne z drugich się rodzą na podobieństwo koła, co się bez końca obraca. Któż ich bogactwo wyczerpać by zdołał? Sześć. Moc tym jest, co sprawia, iż nurt rzeki górskiej potężne głazy nieść potrafi. Tym, co orłowi ofiarę swą dopaść dozwala, jest miara jego dokładna. Siedem. Moc mistrza wojowania wzbiera gwałtownie, a jego miara zawsze jest krótka. Mocy gromadzenie napinaniu kuszy jest podobne, a właściwej miary użycie jest niczym spustu onego zwolnienie.
Osiem. Choć w boju wojska i chorągwie się mieszają, mistrz wojowania celu z oczu nie traci. W zamieszaniu i tumulcie forma armii zanika. Do klęski tą wszelako wodza nie wiedzie. Dziewięć. Chaos z ładu się rodzi, tchórzostwo ze śmiałości, a słabość z siły. O chaosie i porządku w równej mierze odpowiednia liczebność przesądza. Odwagę, jako i tchórzliwość żołnierza moc armii określa. Siła lub słabość armii z jej formy wynika. Dziesięć.
Gdy mistrz, co wedle własnej woli przeciwnikiem powoduje, ledwie pozorną formę objawi, tamten zaś z pewnością podług niej działania podejmie. Gdy ten nęcić go będzie, przeciwnik niechybnie pokusie ulegnie. Podsunie tamtemu korzyści pozorne, co wroga do przedsięwzięć pobudzą, a samemu z wojskami w zasadzce wyczekiwać będzie. Jedenaście. Przeto mistrz wojowania do mistrzostwa swego dochodzi, moc budując, a nie przez rozkazów wydawanie. Bez żołnierzy starań się on obywa, a na kształtowaniu i powodowaniu mocą polega. Dwanaście. A kto na mocy polega, ludzi pcha do walki, aż na podobieństwo bali i kamieni się toczą. Naturą onych nieporuszoność jest, gdy na płaskiej ziemi leżą, pędu zaś na pochyłości nabierają. Kanciaste nieruchomo trwają, a okrągłe w dół się toczą.
Z tego mistrza wojowania moc płynie. Do walki ludzi posyłanie podobnym jest toczeniu kamieni krągłych z wysokiej góry. Różnica poziomów, co w ruch wprawia. Tym właśnie jest moc. Objaśnienia. Jeden. Moc. W różnych wersjach traktatu tytuł tego rozdziału składa się z jednego lub dwóch znaków chińskich. Tłumaczenie Jarka Zawadzkiego junshi to moc bitewna. Inne możliwe tłumaczenia to przemożna siła lub moc.
Dwa. Podział właściwy i liczebność dozwali wielką rzeszą dowodzić takim samym łatwym sposobem jak grupą nieliczną. Organizacja, struktura armii ma swoje optymalne wzorce, które są skalowalne, to jest dają się zastosować do dowolnego zbiorowiska ludzi. Sun Zi zaleca tym stwierdzeniem, aby poszukiwać uniwersalnych wzorców i prawidłowości. Można je nazwać dao wojowania lub dao prowadzenia wojen. Trzy. Rang i rozkazów. Inaczej sygnałów, sztandarów. Cztery. Wybieg.
Chi. Siły specjalne. Wybieg. Ceng. Działanie bezpośrednie. Siły jawne. Pięć. Pustka. Xu to niski lub radykalnie niższy poziom gotowości bojowej, czy też zdolności bojowej. Poziom przemożnej siły.
Pełnia. Shi to maksimum tej siły. Oba stany zależą zarówno od formy armii, morale, liczebność i tym podobne, jak i okoliczności i warunków, w których przebiega starcie. Pogoda, ukształtowanie terenu. Czynniki te działają na uczestników rozgrywki w niejednakowy sposób. Sześć. Gamy muzycznej ledwie pięć jest tonów. Kosmologia wykształcona w chińskiej starożytności to fascynująco odmienne spojrzenie na istotę tego, co jest harmonią praw natury. Wiele heterogeniczności zjawisk starożytni filozofowie dzielili na pięcioskładnikowe domeny. Pięć podstawowych tonów.
My mamy siedem. Pięć smaków, pięć metali i temu podobne. Siedem. Ledwie pięć smaków jest prostych. Zmieszanie ich wszak więcej smaków rodzi, niż ktokolwiek rozróżnić by umiał. W chińskiej tradycji definiowano pięć jakości w wielu domenach świata. Pięć podstawowych smaków, pięć czynników, żywiołów, pięć barw i tym podobne. Te piątki są głęboko wbudowane w chiński kod kulturowy. We współczesnych Chinach sklep metalowo-budowlany to po chińsku wǔjīn. Pięć metali, czyli wszystko, co z metalu.
Osiem. Moc bitewna. Cānshì tu – dosłownie moc bitewna, moc. Dziewięć. Moc jest tym, co sprawia, iż nurt rzeki górskiej potężne głazy nieść potrafi. W sedno natury tak rozumianej mocy trafia dopisek w przekładzie Gawlikowskiego: „Siła ta jest zrodzona przez otoczenie. To przewaga wysokości energii potencjalnej przy powietrznym starciu myśliwców. To przewaga ludnościowa rolniczych kolonii brytyjskich nad francuskimi, która zdeterminowała rezultat wojen o dominację w Ameryce Północnej. Można tak wyliczać bez końca”. Dziesięć.
Miara. Jiě. Zdolność precyzyjnego wymierzenia czasu i dystansu. Jedenaście. Miara jest zawsze krótką, to znaczy precyzyjną. Mistrz wojowania osiąga zamierzone efekty działania, uderzając całą swą mocą i działając błyskawicznie. Ten przepis na skuteczny atak widzimy i w filozofii użycia formacji elitarnych, i w sztukach walki. Dwanaście. Choć w boju wojska i chorągwie się mieszają, mistrz wojowania celu z oczu nie traci lub nie może doprowadzić do rzeczywistego chaosu. Potocznie chodzi o konfuzję lub utratę orientacji niezbędnej do skutecznego wpływania na bieg zdarzeń.
Trzynaście. Chaos z ładu się rodzi, tchórzostwo ze śmiałości, a słabość z siły. Słowa te odnoszą się do pozorowania słabości i operowania formą swojej armii tak, aby sprowokować przeciwnika do podjęcia decyzji na podstawie zafałszowanego obrazu sytuacji. Przykładem może być epizod bitwy pod Grunwaldem, w którym część wojsk litewskich uciekła z wiru bitwy, by potem powrócić i ponownie stawić czoła przeciwnikowi. Przedmiotem debat miłośników historii jest to, czy był to manewr celowy, czy faktyczna rejterada. Ze słów traktatu wynika też pośrednio, że mistrz wojowania może sobie pozwolić na faktyczne rozbicie własnej formy, a nie tylko pozorne. Skoro jest mistrzem i potrafi kontrolować przemiany jednego w drugie, tym skuteczniej przekona przeciwnika do działania na podstawie zaprezentowanego mu obrazu sytuacji. Czternaście. Liczebność. Shù.
Chodzi o porządek, system podziału armii na jednostki o optymalnej liczebności. Piętnaście. Przeto mistrz wojowania do mistrzostwa swego dochodzi, moc budując. Trudno było wybrać słowo języka polskiego, które w moim rozumieniu oddaje myśl autora traktatu. Użyjmy metafory. Najtrafniejszą wydaje się boska zdolność ciskania gromów, ale poprzedzona aktem stworzenia potężnej burzowej chmury, której nagromadzona energia, ładunek elektrostatyczny jest tym większa, im potężniejsza chmura. Ta energia kondensuje się w postaci wyładowania kierowanego ręką Wodza. Gdyby Sun Zi był Grekiem, z pewnością wspomniałby tu moc ciskającego gromami Zeusa. Szesnaście. Bez żołnierzy starań się ono bywa, a na kształtowaniu i powodowaniu mocą polega.
W tym miejscu Roger Ames nazywa moc strategiczną przewagą. Po angielsku strategic advantage, co celnie identyfikuje źródło zwycięstwa jako efekt mozolnych przygotowań na długo przed bitwą lub wojną. Inne tłumaczenie proponuje Soyer: strategiczna konfiguracja siły. Po angielsku strategic configuration of power, co uważam za równie celne, choć polski przekład Bekalarza za Soyerem „strategiczna siła wojskowa” zdaje się być w tym głuchym telefonie przekładów o jeden krok za daleko i zupełnie rozmija się z wizją autora traktatu. Siedemnaście. Naturą onych nieporuszone jest, gdy na płaskiej ziemi leżą, pędu zaś na pochyłości nabierają. Jak podsuwa Gawlikowski, zdanie jest grą słów. Fascynującą. W języku chińskim znajdowanie się na pochyłości wiąże się z niebezpieczeństwem. Płaski teren, ān, to nie tyle dosłownie płaski teren, co sytuację, w której to, co na nim jest, znajduje się w stanie równowagi, w stanie spoczynku.
Jest osadzone w miejscu, w którym bez przyłożenia siły nie stanie się aktywne. Inny znak chińskiego pisma, píng, to równowaga, poziomy, płaski. Wchodzi w skład między innymi słowa pokój, héping, oraz bezpieczny, stabilny, píng'ān. Ten obraz mentalny jest głęboko osadzony w filozoficznej koncepcji zwanej jako kroczenie drogą środka, czyli z dala od skrajności, które wymuszają zmianę i są przyczyną utraty zdolności przewidywania.
[01:31:32] - A ja patrzę sobie na książkę „Chiny. Zrozumieć imperium”, która jest również autorstwa naszego gościa. I mnie zafrapowało takie wyjaśnienie, które się pojawia przy tym tytule: „Pulsujący matecznik cywilizacji”. I dalej czytamy, że to jest zbiór między innymi maksym, anegdot historycznych, które są wizją głębi historycznej Państwa Środka. Książka pozwala zrozumieć przestrzeń decyzyjną ... przywódców współczesnych Chin. Ponieważ w jakiś sposób rehabilitowaliśmy pytania naiwne, śpieszę z takim naiwnym pytaniem: po co mamy rozumieć przywódców współczesnych Chin?
[01:32:27] - Głębszego pytania nie zadam, choćbyśmy rozmawiali jeszcze przez tysiąc lat. To, co przed chwilą usłyszeliśmy czytane przez lektora, to jest rozdział piąty traktatu „Sztuka wojny”. Tutaj muszę zachować się w sposób nieskromny, za co bardzo przepraszam. Ja tym traktatem fascynuję się od ponad 20 lat, więc decydując się na to, żeby porwać się na przekład, uważam, że zrobiłem bardzo dobrą, bardzo sprytną rzecz z tej przyczyny, że analizując wszystkie tłumaczenia, zasięgnąłem języka czy też opinii, czy też wizji świata od każdej osoby, która tylko mi się nawinęła pod rękę i dało się do niej dotrzeć. Przede wszystkim miałem przed sobą współczesne opracowania chińskie dostępne na Tajwanie, opracowania, które kupiłem w Chinach kontynentalnych. Rozmawiałem też z profesorami tutejszych uniwersytetów na Tajwanie. Miałem przed sobą tłumaczenie na język angielski. Właśnie tutaj były wymienione dwa Sawyera i Amesa. Amesa jest zdecydowanie najlepsze, ale pod względem sinologicznym. I odkryłem rzecz zadziwiającą.
Ci tłumacze, ja bardzo przepraszam, ale oni nie rozumieli, co tłumaczyli. Na przykład do niedawna jeszcze za najlepsze tłumaczenie było uważane tłumaczenie wykonane w 1910 roku przez angielskiego pułkownika Gilesa. On kompletnie nie rozumiał kodu kulturowego chińskiego. Kiedy tłumaczył, widać było, że nie rozumiał podstawowych pojęć, na przykład czym jest Dao i tak dalej. Z kolei mieliśmy w przypisach, które lektor cytował, że przekład, który jest w Polsce najbardziej popularny, przekład z języka angielskiego za Sawyerem, ten termin „moc”, który jest absolutnie kluczową koncepcją całego traktatu. Tak naprawdę we wstępie napisałem, że wystarczy, że zachowamy z całego traktatu jeden akapit, czyli ten ostatni, dwunasty: „Kto na mocy polega, ludzi pcha do walki, aż na podobieństwo bali i kamieni się toczą”. Chodzi o generowanie pewnej energii potencjalnej. W przypadku państw jest to tworzenie synergii za pomocą między innymi inżynierii, wychowania ludzi, ukształtowania ludzi. Generujemy moc zbudowania imperium na całe dziesięciolecia, zanim to imperium zostanie powołane do życia. W eseju o inżynierii było o Niemcach, którzy wynaleźli technikę wytwarzania benzyny z gazu, którzy wynaleźli technikę produkowania nawozów sztucznych, azotanów.
To wszystko jest generowanie mocy na poziomie imperiów. Na poziomie armii generowanie mocy to jest co? Rekrutowanie odpowiednich ludzi, wyszkolenie ich, wyposażenie ich w nowoczesną broń, która jest w stanie pokonać przeciwnika, tak jak na przykład karabiny ładowane odtylcowo były decydującym czynnikiem w pokonaniu Austrii przez Prusy w 1866 roku, jeszcze zanim Prusy zjednoczyły Niemcy. Natomiast już w czasie, kiedy Prusy cztery lata później walczyły z Francją, to Francuzi mieli lepsze karabiny od tych, które Prusy wygenerowały, stworzyły. Przepraszam, takie fikuśne nazwy, ale one odwzorowują dorobek koncepcyjny „Sztuki wojny”. Karabiny francuskie cztery lata później były lepsze od pruskich, ale mimo tego Prusy mieli lepiej wygenerowaną energię potencjalną z punktu widzenia, że mieli wolę polityczną. Byli w apogeum swojej siły ekonomicznej, nakarmionej między innymi opanowaniem zasobów ekonomicznych poprzednio pokonanych wrogów, czyli Austrii. Mieli też kolejne bronie, czyli działa Kruppa, które były znacznie wydajniejsze już z kolei od tych francuskich. Posunęli się kolejny krok do przodu. Natomiast wracając ściśle do traktatu, do piątego rozdziału, do energii potencjalnej.
Moc jest to termin, który we wszystkich tłumaczeniach „Sztuki wojny” jest po prostu nierozumiany przez tłumaczy. To jest ewidentne. Kiedy rozmawiałem z recenzentami tej książki, robiłem im prostą rzecz: proszę, niech pan przeczyta te trzy strony piątego rozdziału traktatu, moje tłumaczenie i tłumaczenie jakiekolwiek inne. Od ludzi, którzy naprawdę znają się na strategii, na geopolityce, już nie będę tutaj mówił nazwiskami, ale dostałem komentarze typu: zupełnie inna książka, po prostu inaczej się czyta. Na przykład najważniejsza teoria, zaraz przeczytamy w następnym eseju, który zostanie przeczytany przez lektora, jest termin pustka i pełnia. To są dwa terminy. To są koncepcje, za pomocą których należy rozumieć rzeczywistość oddziaływań między armiami, między państwami, między zwykłymi ludźmi, którymi jesteśmy na co dzień. Pustka to jest ten stan, kiedy nie mamy tej energii potencjalnej, czyli jeszcze jej nie wygenerowaliśmy albo kiedy ona jest wyczerpana, kiedy zużyjemy nasze zasoby, potrzebujemy odpocząć. Na przykład wieczorem jesteśmy zmęczeni, czyli jesteśmy w stanie pustki. Kiedy jesteśmy rano najedzeni, jesteśmy w stanie pełni, mamy energię do pracy.
Proszę zobaczyć, możemy przełożyć koncepcję pustki i pełni na przykład historyczny nam najbardziej znany: bitwę pod Grunwaldem. Co się zdarzyło wedle naszych percepcji? Jaka była prawda historyczna, tego tak naprawdę do końca nie wiemy. Mamy po jednej stronie stan pustki, czyli Krzyżaków, którzy byli wymęczeni nocnym marszem dwudziestu paru kilometrów, bo pędzili, chcieli dogonić Polaków wkraczających na ich terytorium. Dodatkowo Jagiełło sprawił, że oni czekali przez całe parne południe w pełnym słońcu, ubrani w zbroję czekali na bitwę. Czyli co? Jeszcze ich dodatkowo wpędził w ten skraj pustki. Oddziaływał na ich przestrzeń decyzyjną, na ich sposób zachowania tak, żeby oni byli jak najbardziej wyczerpani w chwili rozpoczęcia wojny. A co sam robił Jagiełło? On był wypoczęty dzięki temu, że obozowali w nocy na terenie bitwy.
Przybyli wcześniej na ten teren, a poza tym kryli się w tych cienistych lasach. Jan Długosz opowiada, że tam mszę za mszą odprawiano. I to jest interpretowane, i uważam, że słusznie na to, że Jagiełło cwaniak wygenerował pustkę u przeciwnika i pełnię u siebie. Nie znając tych terminów, jednocześnie dostroił się do naturalnych prawideł toczenia wojen. Do tych prawideł, które Sun Zi sformułował w swoim traktacie dwa i pół tysiąca lat temu. Natomiast najważniejszym terminem, co niestety tutaj zaraz lektor przeczyta dopiero w eseju na temat mocy, najważniejszym terminem jest qi, czyli siły specjalne albo wybieg, albo zheng, czyli działania bezpośrednie. I teraz te qi jest tłumaczone jako siły specjalne, czyli jakieś siły, które mają nadzwyczajnie natężoną siłę bojową czy moc bojową, czy też moc z samej swojej natury, że są siłami specjalnymi, czyli najlepiej wyszkolonymi. Czyli ten parametr wyszkolenia jest dociągnięty do maksimum. Natomiast tak naprawdę, jeżeli zajrzeć tylko do słownika języka chińskiego, to qi tłumaczone jest jako wybieg, jako postępowanie, taktyka albo plan w sposób nieortodoksyjny, niemożliwy do przewidzenia dla przeciwnika, zaskakujący dla przeciwnika. A zheng to jest siła, która jest niemożliwa do ukrycia, czyli na przykład główne siły armii, które z tego, że one są widoczne, niemożliwe do ukrycia, służą najczęściej jako odwrócenie uwagi.
I takie zadanie ma z punktu widzenia chińskiego dowódcy, czy też chińskiego decydenta, polityka, bo decydentem jest i polityk i jakiś dowódca armii, który decyduje, w którym kierunku ta armia ma pójść i w którym momencie ma uderzyć. Więc qi i zheng to są dwa terminy, za pomocą których można zbudować czy też opisać dowolną rzeczywistość dowolnego konfliktu i dowolnej konfrontacji. I to jest niemożliwe do zrozumienia dla kogokolwiek, kto przeczyta tłumaczenie traktatu, które mieliśmy wcześniej. Dlatego, że ludzie tłumaczący albo nie znali się na sprawach militarnych, albo nie znali się na chińskim kodzie kulturowym i nie potrafili tych dwóch rzeczy połączyć w jedną całość, w jakąś jedną synergię, która pozwalałaby na zrozumienie, o co tak naprawdę chodzi. Chodzi o stworzenie pewnej wizji świata, pewnego spojrzenia na rzeczywistość, która umożliwia prawidłowe operowanie narzędziami oddziaływania, które mamy w ręku. Przepraszam, że mówię tak totalnie abstrakcyjnie, ale po prostu tak należy myśleć w kategoriach filozofii i praktyki oddziaływania na armię przeciwnika, na umysł dowódcy dowodzącego tą armią, czy też na umysł decydenta, czyli władcy kraju, czyli prezydenta czy jakiegoś króla, który wysyła tą armię i tego dowódcę do boju. Każdy z nich musi mieć określoną wizję świata i posługiwania się tą siłą qi, czyli siłą wybiegu i siłą zheng, czyli siłą odwracania uwagi. I moim ulubionym, absolutnie fenomenalnym przykładem, moim zdaniem jest przykład z II wojny światowej. Proszę zobaczyć na sytuację strategiczną tuż przed inwazją w Normandii w 1944 roku. Dla Niemców i dla aliantów było oczywiste, że żeby ta inwazja doszła do skutku, należy dostarczyć armii źródło zasilania, czyli ropę naftową, amunicję, broń ludzi i tak dalej.
I z tego punktu widzenia, z czystej matematyki logistycznej, bo pamiętajmy, że znawcy patrzą, że logistyka jest najważniejszym elementem wojny. Więc dla wszystkich było oczywiste, że alianci muszą mieć od samego początku, od pierwszego dnia inwazji zajęty duży port morski. W związku z tym taktyka defensywna niemiecka opierała się właśnie na tym założeniu i chodziło o port w Cherbourgu. Nie wiem, czy dobrze wymawiam francuską nazwę. I najbardziej umocnili właśnie porty morskie. A co zrobili alianci?
[01:43:38] - Przywieźli port ze sobą.
[01:43:40] - Dokładnie tak. I pan rozumie już, na czym polega użycie sił qi i sił zheng. Siły qi to jest coś, co właśnie w tych 30, 60 portalach wyjaśniam. To jest rodzaj game changera, czyli jakiegoś posunięcia, które całkowicie zmienia wizję sytuacji na polu walki, czyli wizję rozstawienia pionów na szachownicy. Po prostu coś, co koncepcyjnie wcześniej było nie do pomyślenia. Nagle okazuje się, że jest centralnym elementem, centralną chwilą, czy też punktem ciężkości całej rozgrywki.
[01:44:12] - Zaraz posłuchamy tego fragmentu o pustce i pełni, ale ja jednak jak taki złośliwy troll dopytam: dlaczego mamy tych współczesnych przywódców Chin rozumieć?
[01:44:29] - Oczywiście. Przepraszam, bo to było pytanie. Więc qi Decydenci chińscy rozumieją wszechświat w ten sposób, w który rozumie je Sun Zi jako fluktuujące, cykliczne przerastanie zmian jakichś parametrów. Mówiąc fikuśnym językiem, oni parametryzują siłę oddziaływania wszystkich graczy, czyli Stanów Zjednoczonych, Chin, Japonii, Tajwanu i tak dalej, w sposób, w jaki robił to Sun Zi, za pomocą pustki i pełni, za pomocą qi i jing, czyli sił podstępu i sił odwracających uwagę. Przepraszam, to są rozmaite tłumaczenia na polski kod kulturowy, czy szerzej na zachodni kod kulturowy. Można to tłumaczyć na dowolne sposoby, zależnie od kontekstu. I to właśnie robili ci tłumacze, autorzy innych przekładów „Wojny”. Robili to częściowo w sposób losowy, dlatego że nie rozumieli, że termin, który tłumaczą, tak naprawdę jest niemożliwy do wyjaśnienia bez podawania przykładów, chociażby właśnie z tymi portami sztucznymi, które alianci przewieźli przez Kanał Angielski. Wracając do głównego wątku. Chińscy decydenci rozumieją w innych kategoriach.
W związku z tym ich sposób myślenia, sposób podejmowania decyzji bez zrozumienia chińskiego kodu kulturowego jest po prostu niezrozumiały, a więc ich postępowanie jest trudniej przewidywalne. Natomiast jeżeli wczuć się w ich sposób myślenia, postrzegania rzeczywistości strategicznej i taktycznej, postrzegania tego, czym jest ich własna siła, czyli jak należy wygenerować swoją moc, żeby osiągnęła swoje apogeum, czyli pełnię w chwili, w której nastąpi bitwa. Mamy uproszczony przykład bitwy pod Grunwaldem. Natomiast w chwili, w której ich siła nie osiągnęła nawet relatywnego maksimum, czyli pełni, to oni będą unikali tej konfrontacji, dlatego że będą wiedzieli, że wtedy jest najmniejsza szansa na zwycięstwo. Jeżeli w ten sposób rozumiemy sposób podejmowania decyzji przez przeciwnika, to wtedy możemy pokrzyżować mu plany skuteczniej, niż on pokrzyżuje nasze plany. W związku z tym rozchodzi się wszystko o zdolność przewidywania przeciwnika.
[01:46:52] - Tak. To myślę, że w tej chwili posłuchajmy kolejnego fragmentu między innymi o pustce i pełni.
[01:47:04] - Koncentracja siły ognia. Eksport i adaptacja koncepcji poza sferą ich oryginalnego sukcesu. Siły skup dla uderzenia na przeciwnika od jednej tylko strony, a wodza wrogiego zabijesz nawet gdy oli tysiąc odległy on. Zwą to celu osiągnięciem bistrzowskim sposobem. Sun Zi, rozdział dziewiąty, werset 47. To zadziwiające, jak często prawidłowość tak oczywista jak koncentracja siły atakującego musiała być odkrywana na nowo. Równie zaskakujące jest to, że prawie za każdym razem potrzebowała nie tylko wizjonera i mistrza wojskowego fachu, ale też splotu okoliczności, warunków sprzyjających, aby dokonała się rewolucja. Jeśli rewolucją można nazywać odkrywanie tej samej reguły działania. Przykładem rewolucyjnej zmiany jest wodowa pancernika HMS Dreadnought, którego koncepcję wdrożył pierwszy lord admiralicji John „Jacky” Fisher w 1906 roku. Z szeregu innowacji najistotniejszą była rezygnacja z dział kilku kalibrów do walk na różne dystanse na rzecz dział w mniejszej ilości, ale za to największego możliwego kalibru, a więc i zasięgu.
Wodowanie tego okrętu sprawiło, że wszystkie ówczesne pancerniki z dnia na dzień stały się przestarzałe. Cofnijmy się do wieku XVIII. „Cały mój system opiera się na zwielokrotnieniu siły oddziaływania przez jej koncentrację” — stwierdził Marc-René de Montalembert, twórca rewolucyjnego systemu fortyfikacyjnego doby przednapoleońskiej. Odpierając zarzuty zazdrośników o brak oryginalności systemu, przyznawał otwarcie, że inspiracją dla opracowanych przezń kilkupiętrowych, skazamatowanych dział obitni były okręty liniowe dysponujące kilkoma pokładami bateryjnymi. Przed pojawieniem się okrętów liniowych główną taktyką walki na morzu były abordaże. Do starć przy kulu liniowym budowano pływające forty, w których konstrukcji byli prekursorami i przodowali Brytyjczycy. Było tak między innymi dlatego, że duńskie okręty projektowano do operowania na płytszych niż brytyjskie wodach. Brytyjskie okręty wyposażono w cięższe działa, a przy tym ich obsługa ładowała po prostu szybciej. Pierwszy duński dowódca, zobaczywszy dzieła synów Albionu, miał po prostu rzec: „Musimy takie mieć”. Wróćmy na ląd.
Słabość fortyfikacji bastionowych wynikała z małego nasycenia ich artylerią. Postulowano skupienie ognia artyleryjskiego w punktach rozstrzygających i precyzyjne wyszukiwanie takich punktów. Zaletą systemu Montalemberta było gigantyczne skomasowanie dział fortecznych, dające obronie wyraźną przewagę nad atakiem. Twórca systemu mówił: „Przy oblężeniu artyleria jest wszystkim”. Ta doktryna koncentracji ognia artyleryjskiego twierdzy królowała w chwili, gdy na scenie dziejów pojawia się Napoleon Bonaparte. Bonaparte, absolwent szkoły artyleryjskiej, zmodyfikował kredo epoki i przeniósł je z działań oblężniczych na prowadzenie wojny w ogóle. Artyleria jest wszystkim na wojnie. Wygrywa ta strona, która skoncentruje więcej artylerii w odpowiednim miejscu. To było początkiem nowego stylu prowadzenia wojny na sposób Napoleona. Oblężenia to walka artylerii.
Zwiększono gęstość i natężenie ognia, konstruując nowe lawety. Do obsługi każdej z nich wystarczy trzech ludzi zamiast ośmiu jak dawniej, a na przestrzeni osiemnastu stóp mieszczą się dwa działa zamiast jednego. Mnożąc to przez trzy piętra kazamatowe, otrzymujemy na tej samej przestrzeni sześć dział zamiast jednego. Poprzedni system fortyfikacji, system Cormontes'a, w którym działa umieszczano na odkrytych wałach, pozwalał na rozlokowanie dwa i pół raza mniej dział niż przy nowym systemie, w którym działa były skazamotowane piętrowo. Dla stworzenia swojej doktryny Napoleon musiał przejść szkołę artylerii. Jest to potwierdzenie reguły, którą Łysiak wyraża jako ogólną prawidłowość. Dzieła koncepcyjne i doktryny wydają się być wynikiem zbiorowego wysiłku wielu umysłów działających niezależnie od siebie. Użyteczność swojej wizji Napoleon wykazał w czasie oblężenia Tulonu. Będąc zaledwie majorem, przekonał dowodzących oblężeniem, aby zamiast uderzać na to portowe miasto z wszystkich kierunków, skoncentrować wysiłki na zdobyciu grupy fortów zwanej Małym Gibraltarem. Zdobyty w zaciekłym boju punkt pozwalał ostrzeliwać trasy zaopatrzenia płynącego drogą morską.
Napoleon dopuszczony do grona decyzyjnego skrytykował dotychczasowy plan szturmu ze wszystkich stron i zaproponował uderzenie w jeden punkt. Redutę angielską na przylądku Keair. Łysiak relacjonuje, że kawaler Detaille bez słowa, z własnej woli podporządkował się swemu byłemu uczniowi majorowi Bonapartemu, chociaż sam nosił stopień generała. Decyzja ta rozstrzygnęła o losie twierdzy. Odcięte od zaopatrzenia wojska koalicji francuskich rojalistów Anglii i Hiszpanii poddały się. Przenieśmy się na inny kontynent o kilka dziesięcioleci później, do epoki wojny secesyjnej. 1861 do 1865. To również był czas rewolucji. Czas, w którym na polach bitew pojawił się pocisk wynaleziony przez francuskiego majora Claude'a-Etienne Minié. Dzięki odpowiedniemu ukształtowaniu dna pocisku pod wpływem eksplozji gazów prochowych rozszerzał się on i szczelnie wypełniał przewód lufy, drastycznie poprawiając zasięg, celność, ale przede wszystkim szybkostrzelność.
Epoka muszkietu i formacji liniowych skończyła się. Podobnie karabiny maszynowe zmieniły sposób walki na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, sprawiając, że już w czasie pierwszej wojny światowej ciężkie karabiny maszynowe przechyliły szalę przewagi z ataku na obronę. Wojna pozycyjna i dziesiątki tysięcy ofiar szturmów dziesiątkowanych ogniem cekaemów na frontach we Francji była wynikiem tych przemian. Impas przełamała kolejna rewolucja. Ale nie zastosowanie czołgów, a wypracowanie przez Niemców taktyki infiltracji. Istotą obu innowacji była koncentracja siły ognia celem wytworzenia zdolności przełamującej. Specjalnie szkolone i wyposażone jednostki szturmowe Sturmtruppen atakowały na bardzo wąskim odcinku, przedostając się na tyły przeciwnika i celowo omijając umocnione punkty. Dopiero ta taktyka stała się fundamentem do bodaj najbardziej spektakularnej koncepcji wojennej taktyki blitzkriegu. Wojny błyskawicznej. Czołgi były używane zgodnie z doktrynami armii europejskich do wsparcia ataków piechoty.
Zostały przez Niemców zgrupowane w nasycone bronią pancerną szpice uderzeniowe i replikowały taktykę infiltracji na szczeblu operacyjnym. Ten ciąg ponownego wynajdowania koncentracji można wzbogacać o kolejne przykłady niemal bez końca. Niemal w każdym z pism Bonapartego pojawiało się słowo klucz: koncentracja. Ci z nas, którzy będą w stanie tę koncepcję wcielić w życie, dopasować instrument koncepcyjny, jakim jest koncentracja do zadań, które przed nami stoją, odniosą zwycięstwo. Takiej innowacji koncepcyjnej towarzyszą zwykle nowe bronie. Przykładem zastosowania idei koncentracji siły ognia jest sama broń. Wynalazek ładunku kumulacyjnego, który Niemcy użyli do zrealizowania rajdu sił specjalnych na Fort Eben Emael w maju tysiąc dziewięćset czterdziestego roku. Ideę tę rozpoznać można nie tylko w rzuceniu sił elitarnych przeciwko żołnierzom z poboru. Przenieśmy ten instrument poza kontekst wojny, a konkretnie do tworzenia synergii generującej innowacje techniczne. Widzimy ją w powoływaniu do życia centrów innowacyjnych, takich jak Dolina Krzemowa, która dzięki ściągnięciu kapitału finansowego i ludzkiego mogła stać się matecznikiem innowacji technicznej kluczowej dla Stanów Zjednoczonych w zmaganiach zimnowojennych.
Chińskim odpowiednikiem Doliny Krzemowej jest rejon miasta Shenzhen. A teraz do marketingu. Umysł ma pewną głębokość obrony przed nawałą reklam, która opiera swą skuteczność na tak zwanym efekcie samej ekspozycji. Każdy z nas powie, że nie ogląda i nie słucha reklam, a zatem nie poddaje się ich przekazowi. A tu proszę. Dobra reklama jest jak kilof. Niby wchodzi jednym uchem i wychodzi drugim, a jednak w głowie pozostaje. Idziemy i kupujemy. Kampania marketingowa zawiera plan, jak długo i z jaką siłą przekazu działać należy, aby bariery umysłowe przeciwnika na tym wybranym kierunku skruszały.
[01:56:51] - Sun Zi w swoim traktacie wielokrotnie roztacza wizję tego, kim jest mistrz wojowania. Będzie ów mistrz zdolny tak zarządzać swoją mocą, tak manipulować mocą armii przeciwnika, że zawsze uda mu się stworzyć lub dostrzec warunki, w których różnica ich potencjału będzie gwarantowała mu zwycięstwo. W rozdziale piątym traktatu czytamy: „Przyczyną zaś, dla której wojska w starciu wroga miażdżą jak potężny głaz jajko, pustka jest i pełnia ”. Niezależnie od tego, w jakiej sferze decyduje się bitwa, morale konkurujących narodów, walna bitwa uzbrojonych po zęby armii, pełnia winna uderzać w pustkę, twarde w miękkie, silne w słabe. Kluczem do tajemnicy zwycięstwa jest przetłumaczenie koncepcji koncentracji na logikę pola walki, na którym przyjdzie nam się znaleźć.
[01:57:56] - Halo, halo? Jestem.
[01:58:00] - Ja może chętnie à propos tej koncentracji wskoczę. To wszystko jest bardzo piękne i też się z tym zgadzam, natomiast wszystko, że tak powiem, babcia na dwoje. Można to wszystko wywróżyć. W każdym razie podobna koncepcja jest z umysłowością naszego gatunku homo sapiens. Mężczyźni, przynajmniej dla mnie, mają zdecydowanie umysł skoncentrowany, taka laserowa wiązka, która potrafi przewiercić, dotrzeć do sedna rzeczy i dlatego są dobrzy w nauce, w ogóle w technice lub jakichkolwiek rzeczach. Kobiety tego raczej nie posiadają, ale czy to znaczy, że czegoś im brakuje? One posiadają zupełnie inny patent techniczny, czyli coś w rodzaju radaru. Szeroko, delikatnie, nie wiercić jak laser. Jedno i drugie, każdy taki patent może być w danym momencie wykorzystany. W tej chwili my preferujemy to silne, tą silną koncentrację, ale przypomnę, że w taktykach wojskowych poza koncentracją bardzo często bywało używane również rozproszenie siły po to, żeby zdecydowanie mocniejszego przeciwnika znokautować.
I tak dalej.
[01:59:51] - Ja mam pytanie znowu natury bardzo ogólnej, bo słuchając tego ostatniego tekstu naszła mnie taka dosyć smutna refleksja, którą wyrażę pytaniem następującym: czy europejscy politycy, tak bardzo ogólnie, w ogóle rozumieją-
[02:00:15] - Ale przecież to powiedział, że politycy takich rzeczy nie pojmują.
[02:00:20] - Nie. Ja mówię o praktykach, którzy robią politykę. Tu weźmy cudzysłów, „robią politykę” dla nas. I czy oni w ogóle docierają do tej głębi? Ja posłużę się przykładem. Oczywiście to zależy od tego, kto to mówi, ale bardzo często słyszymy, że Chiny zbudują nowy jedwabny szlak i w ogóle będzie wspaniale, będzie cudownie, będzie okej, będą interesy robione. To są oczywiście wypowiedzi tylko niektórych polityków. A ja się często zastanawiam, czy jedwabny szlak to będzie tak naprawdę okazja do zrobienia dobrych interesów, czy przypadkowo do zniszczenia, skłócenia Europy, zamienienia jej w takie stado, które się nawzajem nienawidzi. A może jedno drugiego wcale nie wyklucza? Moim zdaniem wcale nie wyklucza.
Jak to jest w ogóle z tym rozumieniem? To już było, rzeczywiście padło, że Europa słabo to rozumie. Ale dobrze, spodziewamy się po politykach, że oni jednak będą pewnymi rzeczami i pewnymi sytuacjami kierowali. Ja po tym, co wysłuchałem, obawiam się, że chyba nie.
[02:01:42] - Ale Putin to robi.
[02:01:44] - To jest inna sprawa. Oddajmy głos panu Piotrowi.
[02:01:50] - Na takie pytanie można odpowiedzieć jedno. Co staramy się uzyskać jako odpowiedź? Chcemy zrozumieć logikę podejmowanych decyzji przez strony, czyli polityków europejskich, polityków chińskich. Więc można odpowiedzieć tylko maksymą Johna Mearsheimera, profesora, który napisał świetną książkę „Tragizm polityki mocarstw”. On powiedział jedną rzecz, troszeczkę inaczej sformułowano: dominacja to przetrwanie. I państwa, czy też Unia Europejska, czy Chiny kierują się tą właśnie logiką. Muszą przetrwać i przetrwać silne, czyli to, co na przykład inni komentatorzy nazywają: muszą zostać przy stole gry, czyli grać dalej. Gra toczy się o to, żeby zostać przy stole do gry. W związku z tym możemy to przyrównać z metaforą homeostatu, prawda? Co to jest homeostat?
To jest system, którego centralną prerogatywą jest albo przetrwać, albo wydać potomstwo, czyli albo przetrwać do chwili, kiedy wydadzą potomstwo, które też będzie chciało przetrwać. Więc jeżeli przetłumaczymy nasze wysiłki zrozumienia motywacji uczestników gry właśnie na to pole bitwy, to dokładnie to chcą robić Chiny i dokładnie to, co chce robić, teoretycznie przynajmniej, Europa. Chińczycy co chcą zrobić? Uniemożliwić, sprawić, żeby XXI wiek stał się wiekiem Chin, czyli uniemożliwić sytuację, w której Chiny zostaną pognębione tak, jak to miało miejsce, co oni sami mówią, cały czas podkreślają, że wiek XIX to był wiek hańby narodowej, kiedy Chiny zostały pod butem. Raz, że dynastia Qing panowała, czyli dynastia mandżurska, czyli nie rdzennie chińska. I to miało miejsce przez trzy, cztery wieki. Natomiast oprócz tego były zachodnie państwa, imperia kolonialne ingerowały w bieg rzeczy w Chinach, starały się je rozbić politycznie, starały się je wyeksploatować maksymalnie w sposób kolonialny. Więc to nie może mieć miejsca. To jest oczywiste. Proszę zwrócić uwagę, jak została nazwana armia chińska, armia należąca do Chińskiej Republiki Ludowej.
To jest Armia Narodowo-Wyzwoleńcza. To jest armia, która wyzwala naród, czyli umożliwia temu narodowi stworzenie własnego, suwerennego państwa, które jest w stanie przetrwać mimo tego, że inni chcą je zniszczyć. Więc cała ta logika, cała ta prerogatywa przetrwania jest nawet w nazwach. Natomiast nie zawsze to odczytujemy. Jeśli chodzi o Jedwabny Szlak, jest to sposób dominowania za pomocą narzędzi ekonomicznych, czyli za pomocą handlu. Proszę zwrócić uwagę, że w tej chwili oceany światowe, na których rozgrywa się większość wymiany towarowej, czyli też życia ekonomicznego, czy też po prostu życia, jest całkowicie pod kontrolą Stanów Zjednoczonych. Ten świetny geopolityk George Friedman wizjonerskie ma spojrzenie na sprawy międzynarodowe. Powiedział mówiąc o Australii, ale dotyczy to każdego kraju w obecnym systemie ekonomicznym globalnej wymiany towarowej. Każde państwo, mówimy o szlakach przepływu towarów morskich, każde państwo ma krytyczne dla swojego życia żyły i arterie wywleczone na zewnątrz organizmu. Czyli mówimy o tych liniach handlowych, te łańcuchy dostaw, które w tej chwili się załamują w ostatnich dwóch latach.
Słyszymy o tym codziennie. Więc proszę zwrócić uwagę, co robią Chińczycy z tego punktu widzenia. To narzędzie koncepcyjne tych żył i arterii na zewnątrz organizmu. Jeżeli zastosujemy je do Jedwabnego Szlaku, to co jest Jedwabnym Szlakiem? To jest wysiłek Chin, zbudowania kanałów przesyłowych towarów, łączności z rynkiem Unii Europejskiej wewnątrz superkontynentu euroazjatyckiego, czyli teoretycznie poza zasięgiem floty US Navy, prawda? I w tym momencie już widzimy, co się dzieje. Chińczycy chcą się uniezależnić, jeśli chodzi o wymianę towarową, import, eksport, a od tego są zależni. Mówiliśmy przecież o tych liniach żeglugowych, przez które przepływają super tankowce z ropą naftową z Zatoki Perskiej do Chin. Chiny chcą się uniezależnić od tego, cokolwiek zrobią, od decyzyjności Amerykanów. Na przykład teraz jest projekt ropociągu i gazociągu przez Birmę, czyli przez Myanmar obecny, który skraca długość tego szlaku przerzutowego o kilka tysięcy kilometrów, pomijając całkowicie Filipiny, Wietnam i Cieśninę Malaka, czyli tam, gdzie jest Singapur.
Chińczycy także próbują położyć rurociąg. Technicznie moim zdaniem niemożliwe do realizacji przez niezwykle górzyste rejony Pakistanu. Przede wszystkim ten rurociąg byłby niezwykle podatny na atak ze strony Indii, a Pakistan z Indiami nie żyją w odwiecznej przyjaźni od wieków. Wiemy, że jest odwrotnie. Więc proszę zobaczyć, Chińczycy dostrzegają ten problem. Chodzi o zbudowanie linii przesyłowych tych żył i arterii decydujących o życiu całego organizmu imperium chińskiego czy też tworu geopolitycznego chińskiego. Tak ogólnie zupełnie. I co robią Europejczycy? Ja tu bym powiedział, że tak, Europa to jest, jak powiedział jeden z generałów NATO: „Unia Europejska to jest Trzecia Rzesza zbudowana innymi środkami.” Uważam, że to jest raz, że kontrowersyjne, ale dwa niezwykle celne i zabawne jednocześnie. Więc proszę zobaczyć, co robią Niemcy i Francja.
One dominują quasi kolonialnie, pseudokolonialnie. Neokolonializm to jest. Oni zdominują ośrodki woli geopolitycznej, takie jak Polska, Węgry. Spychają ich do roli poddostawców, czyli podusługodawców tych centrów głównych Unii Europejskiej. I tak naprawdę Unia Europejska jest rodzajem narzuconej dominacji przez Niemcy. To jest ten projekt Mitteleuropa, który jest też komentowany przez geopolityków. To jest porównywane na tej zasadzie. Oczywiście tutaj ośrodki opiniotwórcze związane z Niemcami powiedzą: „No jak to? Przecież jesteśmy partnerami.” Jakimi partnerami? Bez przesady.
To jest gra o dominację. Oni dominują, my jesteśmy słabsi i jesteśmy zdominowani. Na to to wygląda. I teraz kto jest tym decydentem naczelnym? Czy Chiny, czy Unia Europejska? Kto dyktuje warunki? To jest cały szereg parametrów, które mogą na to pytanie odpowiedzieć. Natomiast możemy tutaj wrócić, odwołać się do eseju dotyczącego wojen tak zwanych hybrydowych. Przy czym to jest bardzo nieprecyzyjne i błędne tak naprawdę nazwanie tego, co tak naprawdę chodzi w tych wojnach. Wojny współczesne tak zwane to są wojny hybrydowe, czyli to jest połączenie tradycyjnej siły wojskowej, militarnej z oddziaływaniem na sposób formułowania decyzji przez przeciwnika czy też przez innych konkurentów, uczestników tej sytuacji geopolitycznej.
Natomiast esencją, jeżeliby zdefiniować- Próbować ukuć definicję obejmującą jeden i drugi rodzaj wojny. Można by powiedzieć, że to są wojny o sprawczość. Dlatego sprawczość jest jednym z ważniejszych terminów w całym tym przekładzie „Sztuki wojny”. Z tej przyczyny, że wojna nie musi zakończyć się politycznym kontrolowaniem jakiegoś terytorium, tylko wojna ma się zakończyć uzyskaniem sprawczości nad jakimś terytorium. Czyli nie chodzi o to, czyja flaga powiewa, tylko kto decyduje, co się dzieje na jakimś obszarze. Z tego punktu widzenia powstanie Unii Europejskiej w takiej formie, jaka jest w tej chwili, jest równoważne z fizycznym podbiciem jakiegoś terytorium za pomocą armii. Dlatego, że w tym momencie główna siła ekonomiczna tego obszaru decyduje, co się dzieje w tych pseudokoloniach. Na tej zasadzie relacja między Niemcami i Polską może zostać zdefiniowana. Tak bym to powiedział.
[02:10:44] - W tej chwili ożywili się nasi słuchacze. Mam kilka pytań z naszego czata, ale zanim te pytania, to tylko wszystkim słuchaczom powiem, że wraca na antenę „Bibliotekarium” stały felieton Tomka Fąsa. My go dzisiaj puścimy, to takie chyba słabe słowo, ale dobrze, puścimy go na koniec dzisiejszej audycji. Nowy cykl felietonów Tomka Fąsa to cykl felietonów o fizyce, a więc myślę, że będzie ciekawie. A teraz wracam do pytań, które pojawiły się na czacie. Jest ich kilka zadanych przez jednego ze słuchaczy. Wema pyta: „Czy autor uważa, że języki chińskie są znacznie bardziej wyobrażeniowe, skojarzeniowe niż języki oparte na alfabecie łacińskim? Zakładam, że tak. I czy to nie powoduje większej ilości nieporozumień między samymi Chińczykami niż w przypadku ludzi cywilizacji łacińskiej?” Zatrzymajmy się. Dalsze pytania w drodze.
[02:11:54] - Dobrze, odpowiadam. Trafił pan w dziesiątkę. Dokładnie tak właśnie jest.
[02:11:58] - To nie ja, to nasz słuchacz Wema.
[02:12:00] - Tak, pan Wema. Mówiąc pan, miałem właśnie jego na myśli. Niezwykle panu się spodoba mój wstęp poprzedzający przekład „Sztuki wojny”. Piszę tam właśnie o kodach kulturowych i o przekładaniu kodów kulturowych. Kod kulturowy chiński jest uwarunkowany samą konstrukcją języka chińskiego, który jest wybitnie kontekstowy. To znaczy znaczenie słów jest uściślane przez ich kontekstualizację, przez umieszczenie we właściwym kontekście. Na przykład jest coś takiego, że są słowa współczesnego języka chińskiego, to są słowa dwuznakowe. Natomiast każdy znak jest bardzo często ideogramem czy też bardzo niejasną ideą jakiegoś obiektu. Na przykład chińskie słowo „cze” oznaczające pojazd czy też pierwotnie w starożytnym języku jedyny pojazd to był wóz kołowy ciągnięty przez jakieś zwierzę czy też ludzi. Natomiast jeżeli doprecyzujemy jego znaczenie przez stworzenie słowa dwuznakowego oznaczającego na przykład rower, to akurat jest trzyznakowe słowo, wpadłem, ale , czyli rower, to w tym momencie w następnym zdaniu, jeżeli użyjemy samego słowa „cze”, to wiadomo, że będzie oznaczało rower, dlatego że z kontekstu poprzedniego zdania wiemy, co to oznacza, czyli możemy odgadnąć.
Język chiński, przede wszystkim starożytny, czyli język, którym został napisany, stworzony koncepcyjnie traktat „Sztuka wojny” jest niesamowicie niejasny w tym sensie, że nie precyzuje żadnego kontekstu, nie narzuca żadnego kontekstu, co oznacza jakieś słowo. Na przykład „święty mąż”, jedno z moich ulubionych słów. To oznacza człowieka, który rozumie Dao, czyli naturę wszechświata, czyli zespół prawideł, prawidłowości, praw natury, które sprawiają, że rzeczy dzieją się tak, jak się dzieją. Więc święty mąż ma pełną wizję tego, jak te prawa funkcjonują. W związku z tym jest w stanie przewidzieć przyszłość, czyli przewidzieć też przyszłość przeciwnika. Jest w pełni zespolony z prawami natury i jest dostrojony do tych praw natury. W tym sensie, w jakim na przykład jacyś Aborygeni, Tajwańczycy ileś tam set lat temu są dostrojeni do swojego środowiska w ten sposób, że potrafią przeżyć. Natomiast gdyby nas cofnęło w czasie do tego samego środowiska, byśmy zginęli w te przysłowiowe pięć minut, dlatego, że po prostu nie rozumielibyśmy praw przetrwania w tym świecie. W związku z tym, wracając do pana pytania. Traktat Sun Zi wyrażony w tym starożytnym języku, czyli w języku oryginału, nie precyzuje na przykład takich rzeczy jak kim jest święty mąż.
Święty mąż to jest człowiek, który rozumie Dao, czyli naturę świata i w chwili, w której nazwą „święty mąż” jest określony dowódca armii, oznacza to dowódcę, który świetnie rozumie parametry pola bitwy i jest w stanie natychmiast powiedzieć, kiedy będzie on sam w stanie pełni, a kiedy przeciwnik będzie w stanie pełni albo pustki, dostroić te momenty, zsynchronizować te momenty i uderzyć w chwili, kiedy dysproporcja tych sił będzie maksymalna. On jest tym świętym mężem, który jest dostrojony do natury pola bitwy. Natomiast to samo słowo „święty mąż” odnoszące się do zarządzania całym państwem oznacza już władcę, który ... którego dostrojeniem do praw natury jest sprawienie, że jego wola jest tożsama z wolą ludu, czyli jest osiągnięta tak zwana spójność społeczna i jest poczucie wspólnego celu, wspólnego losu, wspólnego wysilania się, poświęcania dzisiaj do tego, żeby zbudować jutro. Czyli na przykład Sun Zi buduje na samym początku, już w pierwszym rozdziału traktatu, czym jest Dao. Przepraszam, przewinę książkę, chciałem powiedzieć. Przekartkuję książkę do tego właśnie momentu, żeby to zacytować dokładnie. Proszę sekundkę poczekać. Momencik. Jest rozdział pierwszy.
Na samym początku: „Droga, czyli Dao sprawia, iż tego samego lud pragnie co jego władca, przez co choćby na śmierć iść z nimi jest gotów. U jego boku żyć podobnie chce i za tą sprawą niebezpieczeństw choćby największych się nie boi”. Na co to możemy przełożyć? Jeżeli to samo zdanie zamiast „władca”, czego nie ma w traktacie, tylko jest ten, który dowodzi. Czyli władca też dowodzi ludem, ale też dowódca armii dowodzi swoimi żołnierzami. Jeżeli zrozumie Dao, czyli prawidła ludzkiej natury, to sprawi, że ludzie poczują jedność losu z nim. I na przykład jest genialna metafora w postaci... Tutaj też muszę przewinąć książkę. Genialna metafora starożytności, która była starożytnością już dla tych starożytnych Chińczyków, opisująca jednego dowódcę, który za swoje wyczyny wojenne, za wygraną bitwę otrzymał czarę wina przed niego. I co zrobił ten dowódca?
Wziął tą czarę, wylał ją do rzeki, po czym następnie razem z żołnierzami swymi czerpał rękami wodę z rzeki, zaspokajając swe pragnienie. W żołnierzy tych duch wstąpił tak wielki, że na śmierć gotowi z nim iść byli. Niemal dosłownie zacytowałem to, co jest napisane w innym chińskim traktacie. I co to oznacza? Oznacza to, że wracając już ściśle do pana pytania, chodzi o precyzję języka chińskiego. Proszę zwrócić uwagę. Chiński starożytny język, w którym został zapisany traktat „Sztuka wojny” i dlatego właśnie jego przetłumaczenie jest tak trudnym zadaniem, niemożliwym tak naprawdę dla osoby, która jednocześnie nie zna natury spraw wojskowych, klasycznego języka chińskiego i chińskiego kodu kulturowego. Dla osoby czytającej traktat nie istnieje kontekst, jakikolwiek kontekst tych prawideł, o czym się mówi. To tak, jak na przykład mówić o... jest pan w restauracji, niech pan powie „narzędzie”.
Jeżeli pan powie to na środku pustyni, jakie narzędzie, prawda? A jeżeli pan jest w restauracji i siedzi przy stole i ma przed sobą talerz, ale nie ma sztućców i pan powie do kelnera „narzędzie”, to po pierwsze już ten kelner jest nie do końca przytomny, bo nie dostarczył łyżeczki albo pałeczek, ale jak pan powie „narzędzie”, to wiadomo, że będzie chodziło o widelec albo nóż, albo jak będzie to zupa, to chodzi o łyżkę. Czyli sama chwila, w której to prawidło próbujemy przystawić do rzeczywistości, do logiki bezpośredniego pola bitwy. To, co było przed chwilą w tym eseju o koncentracji siły ognia. Sam kontekst decyduje, w jakie słowa to ubrać. Więc proszę zobaczyć, jak niemalże niemożliwym do przetłumaczenia jest traktat „Sztuka wojny” na język zachodni, który wymusza, że musi być skonkretyzowanie kontekstu, w którym ta wypowiedź, to prawidło zostaje wyrażone w jakikolwiek sposób. Nie wiem, czy to... Chyba to odpowiadam na to pytanie.
[02:19:39] - Kolejne pytanie od słuchacza Wema. „Sinologiem nie jestem i nie będę, ale wiem, że to język nie dość, że wyobrażeniowy, to jeszcze totalny. Towarzysz-
[02:19:51] - Tonalny.
[02:19:51] - Tonalny. Przepraszam, jest późno. Tonalny. Towarzysz Mao jeździł z kilkoma tłumaczami. Czy nadal tak-
[02:19:58] - Tak.
[02:19:59] - Czy nadal tak jest?
[02:20:01] - Wiem. Jak już pan zaczął, to już wiedziałem, że dokładnie tak. Rozumiemy się tutaj ze słuchaczem na tych samych falach. Tak. Języki... To troszeczkę pomieszane dwie rzeczy. Po pierwsze język tonalny, to znaczy, że język chiński, współczesny przynajmniej, ma bardzo zredukowaną fonetykę i trzeba bardzo precyzyjnie, czego ja na przykład nie potrafię. Mam fatalny akcent po chińsku. Bardzo wszystkich przepraszam. Czytam starożytny język chiński, co niesamowicie imponuje tutaj lokalnym Tajwańczykom i Chińczykom.
Natomiast mój akcent jest fatalny, dlatego, że ja nie słyszę tonów. Dlatego, że trzeba wymawiać w tonie wznoszącym, opadającym albo opadająco-wznoszącym i tak dalej. I ta sama sylaba, czyli te same dźwięki wypowiedziane w różnych tonach mogą wskazywać na zupełnie różne hieroglify, czyli znaki pisma chińskiego. Na przykład słowo ma, czyli w czwartym tonie może chodzić o kilkanaście tak naprawdę znaków chińskich. Oczywiście są takie najczęściej używane i o nie najprawdopodobniej chodzi. A poza tym, jeżeli wypowiada się całe zdanie, to z samej struktury zdania, czyli w którym miejscu jest ten znak, może oznaczać, że to jest w końcu taki sufiks, że to jest pytanie pytający. Nie ma znaku zapytania w języku chińskim. Znaczy jest oczywiście w zapisie, ale w tradycyjnym mówionym języku chińskim pytanie się zadaje nie intonacją całego zdania, tylko wstawieniem jednego znaku, który oznacza pytanie na samym końcu. Natomiast druga kwestia, o której w tym samym pytaniu była mowa, to są rozmaite dialekty, czy też właśnie precyzyjnie języki chińskie, których jest bardzo dużo, które oczywiście są dialektami nazywane z przyczyn czysto politycznych. I Mao Zedong rzeczywiście jeździł z tłumaczami dlatego, że on znał swój dialekt i po to, żeby porozumieć się z ...
towarzyszami partyjnymi z innych rejonów Chin po prostu musiałby znać inne dialekty, więc potrzebował tłumaczy.
[02:22:02] - Okej, kolejne pytanie od słuchacza Wema: „Tu całkowita prywata. Niebawem będę wizytował Mongolię i o ile Europę ogarnąłem, o tyle w Azji, nawet mniejszej, nie gościłem. Serdecznie proszę o kilka słów o relacjach chińsko-mongolskich.”
[02:22:21] - Więc Mongołowie to byli tak zwani barbarzyńcy z północy, czyli przede wszystkim w maksymalnym skrócie: ludy koczownicze, które wypracowały taktyki i strategie walki na koniu, łucznictwo, które były przez cały okres istnienia Chin jednym wielkim utrapieniem. Wielokrotnie Chiny były podbijane przez te ludy północne i tak naprawdę niszczone całkowicie. Enklawy pozostałości kultury chińskiej przenosiły się na południe, jakieś elity, które przenosiły tą wiedzę i tradycję kulturowo-cywilizacyjną w jakiś sposób chroniły i były w stanie odbudować, gdy siły psychohistorii, zaraz pewnie dojdziemy do tego tematu, sprawiły, że Chiny jako obszar, czy też jako pewien konstrukt kulturowo-cywilizacyjny ponownie zyskiwały na sile. Czyli kiedy ta pełnia siły tych barbarzyńców z północy wyczerpała się, albo się kiedy oni sinizowali. Najśmieszniejsza jest ballada o Mulan. Mieliśmy w zeszłym roku film o Mulan. Natomiast warto tutaj jedną rzecz zauważyć, którą zauważyłem właśnie w tej książce „Chiny. Zrozumieć imperium”. Kim była Mulan? Mulan była potomkiem barbarzyńców z północy.
Ona mieszkała w państwie Północne Wei tuż po okresie Trzech Królestw. Tuż to znaczy około 100 lat mniej więcej. Czyli to, co już mówiliśmy z tego najsłynniejszego zdania o historii Chin: „To, co zjednoczone, musi ulec rozbiciu. To, co było rozbite, musi ulec zjednoczeniu”. Więc to był okres, kiedy te ludy barbarzyńskie zalały kompletnie cały ten chiński matecznik cywilizacji, czyli rdzennie chińskie ziemie, na których wykształciła się cywilizacja chińska. Ale one się sinizowały, dlatego że one podbiły teren, który był cywilizacyjnie wyższy. To było niekwestionowane. I ci władcy barbarzyńscy, którzy zajęli tereny etnicznie, cywilizacyjnie chińskie, oni się sami sinizowali własnymi decyzjami. To znaczy przejmowali język chiński jako ten język wyższej cywilizacji, przejmowali nabytki i osiągnięcia kultury materialnej, obyczaje, tradycję cesarza jako władcy, tego syna niebios. Wszystko to pomagało też w legitymizacji ich rządów, więc było jak najbardziej korzystne i było jak najbardziej decyzją racjonalną z ich strony.
Natomiast kim była Mulan? Mulan była obywatelką czy też poddaną tego państwa Północne Wei. To było państwo barbarzyńskie rządzone przez barbarzyńców z północy, czyli właśnie między innymi z rejonów Mongolii. A co robiła Mulan? Broniła się przed inwazją. Przed inwazją kogo? Czego? I skąd? Kolejnej fali barbarzyńców z północy, którzy nie byli jeszcze sinizowani. A czym jest Mulan jako ballada?
Jest patriotyczną opowieścią o dziewczynie, która dla wartości broniła Chin przed barbarzyńcami. Przepraszam, jedni barbarzyńcy bronili swoich zdobyczy przed kolejnymi barbarzyńcami w odległości parudziesięciu lat. Więc jest to zabawne. Natomiast jeżeli na przykład próbować to na jakiejś konferencji międzynarodowej powiedzieć Chińczykom, że nie było wtedy Chin, że co to za ballada, która opowiada o tym, że barbarzyńcy zarosili sobie to prawo bycia Chińczykami i potem bronili przed kolejnymi barbarzyńcami, to ktoś może się obrazić na ten temat. No i tak to wygląda.
[02:26:04] - A jak dzisiaj te relacje chińsko-mongolskie wyglądają?
[02:26:09] - Mongolia jest jakimś państwem buforowym, które nie ma żadnej gospodarki ani żadnych zasobów tak naprawdę oprócz terytorium. Surowce, wiadomo, że surowce, natomiast ludnościowo są nieporównywalnie mniejsze od Chin. Oczywiście musimy pamiętać, że jest także Mongolia Wewnętrzna, czyli specjalny rejon autonomiczny.
[02:26:29] - Chin.
[02:26:30] - Tak naprawdę połowa Mongolii należy terytorialnie do Chińskiej Republiki Ludowej. No i tam oczywiście postępuje bardziej przyspieszona sinizacja, próba sprawienia, żeby ten kraj, mówię o Mongolii, miał możliwie mniejszą sprawczość i był możliwie łatwo kontrolowany na tej samej zasadzie dziel i rządź. Dzielimy przeciwnika na dwie części po to, żeby jako dwie części dysponował mniejszą zdolnością do samostanowienia niż jako całość.
[02:27:09] - Za chwilę posłuchamy czwartego fragmentu, a właściwie czwartego tekstu, ale jeszcze wcześniej chciałbym zadać pytanie, a właściwie przeczytać pytanie od słuchacza Wema. Bardzo ciekawe moim zdaniem. Jakiś czas temu były obchody tysiąclecia państwa polskiego. Czy przeciętny Chińczyk ma taki współczesny kamień milowy, czy raczej kultywuje się pogląd o wieczności Chin?
[02:27:39] - Kultywuje się pogląd o wieczności Chin. To jest absolutna podstawa wszelkich mitów założycielskich, czy też kłamstw założycielskich, jak to ja nazywam. Proszę zobaczyć, mamy reżim Chiny, mamy Komunistyczną Partię Chin, która jest niepodzielnym decydentem na całym rejonie Chińskiej Republiki Ludowej. I teraz każdy taki reżim, czy to będzie właśnie partia chińska, czy to będzie jakiś rząd polski, czy niemiecki, czy jakikolwiek inny, musi Wygenerować ideologię, która uzasadnia ich dominację, bo też wiąże się to z używaniem siły. Czym jest ideologia? To będzie bardzo fajny esej w książce, która dopiero się ukaże, czyli „Siły psychohistorii”. Kolejna część tej filozofii praktyki oddziaływania. Natomiast czym jest ideologia? Ideologia jest zestawem poglądów usprawiedliwiających użycie przemocy między grupami ludzi. I teraz każda ideologia, jeżeli ideologia potrafi się odwołać do istnienia przez tysiąc lat państwa polskiego.
My jesteśmy jego kontynuatorami i jesteśmy prawomocną władzą wybraną przez naród i tak dalej. Tu można wymienić masę czynników. I wszystkie mity, pamięć o chwale, na przykład jakiejś bojowej, na przykład o Grunwaldzie i tak dalej, albo pamięć o upokorzeniu narodowym. To, co Chińczycy mówią, że wiek XIX to był wiek upokorzenia narodowego. Więcej do tego nie dopuścimy. To wszystko są czynniki budujące motywację, budujące poczucie grupowej tożsamości, a więc zdolność osiągania kolektywnych celów. Tak to wygląda w największym skrócie.
[02:29:26] - Marku, w takim razie prosimy o kolejny tekst pana Piotra.
[02:29:38] - Jak widzą świat mistrzowie wojowania. Wizja prawideł konfliktów druga. Jeden. Przeto mistrz wojowania do mistrzostwa swego dochodzi moc budując, a nie przez rozkazów wydawanie. A kto na mocy polega, ludzi pcha do walki, aż na podobieństwo bali i kamieni się toczą. Naturą onych nieporuszoność jest, gdy na płaskiej ziemi leżą, pędu zaś na pochyłości nabierają. Kanciaste nieruchomo trwają, a okrągłe w dół się toczą. Z tego mistrza wojowania moc płynie. Do walki ludzi posyłanie podobnym jest toczeniu kamieni krągłych z wysokiej góry. Sun Zi, rozdział piąty, wersety 11, 12.
Gdyby usunąć z traktatu „Sztuka wojny” wszystko oprócz powyższych słów, niewiele straciłoby starożytne dzieło ze swojej użyteczności. Również najsłynniejsza maksyma wojenna „Najlepiej uderzyć na zamiary wroga” w swojej głębszej warstwie oznacza oddziaływanie na kalkulację zysku i uniknięcia odpowiedzialności oraz inne parametry motywacji i woli w umyśle obiektu oddziaływania. To prawidło jest dobrze osadzone w naszej kulturze. Oswajamy się z nim już w latach szkolnych, poznając dowcip o tym, jak robi się dzieci. Mianowicie za pomocą pary i elektryczności. Zamyka się w pokoju parę i wyłącza elektryczność. W powieści „Pomnik cesarzowej Achai” znajdziemy opis następującego fortelu. Wczoraj kilkudziesięciu swoim wrogom wysłałem krótkie liściki o tej samej treści, tak żeby ich podenerwować przed snem, żeby im się źle zasypiało. Co było w tych listach? Dwa zdania.
Wszystko się wydało. Ucieczka wskazana natychmiast. Zawsze lubiłeś durne dowcipy. Nie takie durne. Rand zaczął się śmiać. Czterech adresatów zniknęło dzisiejszej nocy. Pewnie gdzieś uciekają. Równą przebiegłością posługiwał się jeden z bohaterów Trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego. Kamienne kule z gwizdem poleciały ku miastu, waląc w mury i budynki. Reynevan wiedział, w co trafiły pociski.
Wiedział, w co celowano. Ostrzałowi poddawano wieżę dziobową i basztę nad Bramą Świdnicką, główne bastiony obrony od południa i wschodu, jak również bogate kamienice w Rynku i kościół farny. Jan Kralowiec z Hradku był doświadczonym dowódcą. Wiedział, komu dokuczać i czyj majątek zniszczyć. O tym, jak długo miasto się broniło, decydowały zwykle nastroje wśród patrycjatu i kleru. Jeszcze inny przykład. Dbający o bezpieczeństwo klientów właściciel stadniny może pilnować, aby zwłaszcza początkujący jeźdźcy nie dostawali koni, które jadły owies. Ta wysokoenergetyczna pasza sprawia, że konie są bardziej rozbrykane, a więc niebezpieczne. Na marginesie konie to zwierzęta bardzo bystre, a przy tym złośliwe. Dlatego warto przed przejażdżką pokazać wierzchowcowi jabłko i schować je do kieszeni.
Będzie nagrodą za szczęśliwie zakończoną współpracę. Mistrz wojowania dostraja się do sytuacji, do motywacji i pragnień ludzi. To dzięki temu potrafi oddziaływać na świat skuteczniej i niedostrzegalnie. Dobrze całą sprawę pokazuje amerykański dowcip o tym, ilu psychoanalityków potrzeba, by zmienić żarówkę. Jednego, ale żarówka musi sama chcieć się zmienić. Najlepszym jest powodować umysłem przeciwnika. To słynne przysłowie znane jest wszystkim Chińczykom i dzieciom, i dorosłym. Nie tylko zresztą Chińczykom. Doktor Watson, bohater i zarazem narrator opowieści o Sherlocku Holmesie, chce zatrzymywać nawałę niewygodnych pytań o śledztwo w sprawie psa Baskervillów. Niewygodne pytania zadaje entuzjasta antropologii.
Watson tak kieruje tokiem konwersacji. Zapytałem go podstępnie, do jakiego typu należy czaszka pana Franklanda. Dzięki temu do końca naszej wycieczki nie słyszałem o niczym innym, tylko o kranjologii. Nie darmo tyle lat przebywam w towarzystwie Sherlocka Holmesa. Dalece bardziej makiaweliczną naturę mają przemyślenia bohatera powieści Gordona Dicksona. Głęboko we wnętrzu każdej inteligentnej istoty żywej kryją się sprawy zbyt wielkie, zbyt utajone lub zbyt okropne, by o nie pytać. Takie jak wiara, miłość, nienawiść i wina. Za każdym razem potrzebowałem jedynie wydobyć te sprawy na światło dzienne i zakotwiczyć argumentację przydatną do zdobycia poszukiwanej odpowiedzi na jednym z owych głębinowych obrazów psychiki ludzkiej, których nie można się wyprzeć nawet przed sobą samym. Chcąc zaprzeczyć słuszności mego stanowiska, człowiek musiałby się najpierw wyprzeć głęboką, ukrytej, integralnej cząstki swej własnej osoby. Mistrz wojowania dowodzący wojskiem nie rozkazuje, nie zawoła do podkomendnych: "Żołnierze!
Macie się bić do ostatniej kropli krwi". Mistrz ustawi żołnierzy w miejscu, z którego nie ma drogi ucieczki, w którym albo zginą, albo opanowani bitewnym szałem i desperacją zwyciężą. Sun Zi nazywa taki akt stawieniem żołnierzy na ziemi śmierci. W naszej kulturze mówimy o stawieniu kogoś pod ścianą, paleniu za sobą okrętów lub uciekamy się do innych metafor tworzonych i używanych zależnie od okoliczności. Przykłady powyżej mają jedną cechę wspólną. Ludzie będący przedmiotem oddziaływania mistrza robią to, czego kalkulacja własnych zysków i strat lub logika sytuacji od nich wymaga. Bez rozkazu, bez perswazji, bez zapłaty, bez refleksji, ale za to niepowstrzymanie, niczym krągłe bale i kamienie toczące się z hurgotem w dół stromego zbocza. Czy można odkryć oddziaływanie mistrza? Istnieje jeden sposób. Oddziaływanie nastąpiło, jeśli ktoś nagle, w wyniku rozwijającej się dynamicznie sytuacji sam robi to, co w innych okolicznościach byłoby dla niego nieprawdopodobne lub nie do pomyślenia.
"Jak sprawić, żeby załoga okrętu sama chciała go opuścić?" Zastanawia się Jack Ryan, bohater filmu "Polowanie na Czerwony Październik". Po chwili stawia pytanie nieco inaczej. Jak sprawić, aby załoga sama chciała opuścić atomowy okręt? I tym samym znajduje odpowiedź. Umiejętność przebudowania własnej mapy mentalnej, zdolność wejścia w buty przeciwnika, zadania właściwego pytania to często klucz do poznania odpowiedzi i warunek osiągnięcia mistrzostwa w oddziaływaniu na umysły. Siła sprawcza mistrzów wojowania pozostaje niepostrzeżona. Działają oni poza zasięgiem percepcji. Dla przedmiotów ich oddziaływania sam fakt tego, że są manipulowane, może być trudny do przyswojenia. We współczesnych tak zwanych zmaganiach informacyjnych, wojnach w noosferze, wojnach nieliniowych ukrywanie własnych oddziaływań i minimalizacją użycia siły zbrojnej to nie tylko elegancja czy efektywność. To szereg korzyści.
Brak odpowiedzialności historycznej i odszkodowawczej, uniknięcie ewentualnych przyszłych odszkodowań za zniszczenia wojenne, ukrycie istnienia konfliktu, prowadzenia wojny — pisze mistrz Sun. Ten, którego w dawnych wiekach mistrzem wojowania zwali, niepostrzeżenie zwyciężał. Stąd zwycięstwa jego przez postronnych nienależycie cenione, ani mu sławę wodza wielkiego przynosiły, ani chwałę za czyny niezłomne. Sun Zi, rozdział czwarty, wersety ósmy, dziewiąty. Dlatego właśnie poetyckie, ale niezwykle trafne określenie mistrzów wojowania to tkacze iluzji. To nawiązanie do tytułu powieści fantasy Ewy Białołęckiej naprowadza nas na wątek magii. Otóż sprawczość będąca w dyspozycji mistrzów wojowania okazuje się, mówiąc żartobliwie, jedyną magią, która działa, a przedmiotem, na który działa, jest ludzki umysł. Za dobrą ilustrację może tu posłużyć epizod z powieści "Ogniem i mieczem" Henryka Sienkiewicza. Pan Zagłoba i Helena Kurcewiczówna uciekają przed ludźmi Bohuna. Bohunowi semeni dościgają zbiegów na przeprawie promowej i rzucają się wpław, by zginąć z rąk swoich krajan, których Zagłoba, niezrównany tkacz iluzji, pożyczył sobie dzięki umiejętności, na którą w języku angielskim jest wyjątkowo trafne sformułowanie "he can generate options on the spot".
To znaczy potrafi stwarzać opcje działania na poczekaniu. "Ditki! To Kozacy Wiśniowieckiego. O dla Boga i Świętej Przeczystej! Prędzej do brzegu. Już my tamtych, co zostali odżałujemy, a porąbać prom, bo inaczej na pohybel nam wszystkim. Prędzej, prędzej, porąbać prom!" — wołali inni. Zrobił się krzyk, wśród którego nie było słychać nawoływań od strony Prochorówki. Jedni nie zdążyli jeszcze wysiąść, gdy drudzy rwali już burty promu, bili siekierami w dno. Przestrach zaś dodawał siły burzącym.
A przez ten czas pan Zagłoba krzyczał: "Rąb, tłucz, rwij, pal, ratuj się! Jarema idzie, Jarema idzie!" Dwa: "Zastanówcie się nad faktem, że głuchy nie słyszy. A zatem jaka to głuchota jest udziałem nas wszystkich? Jakich brakuje nam zmysłów, że nie widzimy i nie słyszymy innego świata, który nas otacza?" Frank Herbert, "Diuna". Przebudzenie mistrza wojowania. Aby ujarzmić siły, których synergiczne działanie stwarza moc, należy przebudować swój własny sposób postrzegania świata. Aby zneutralizować oddziaływanie przeciwnika, należy pozbawić go zdolności pozyskiwania świadomości sytuacyjnej. Ale niezbędna jest też wizja i wola działania. Nagle uświadomiłem sobie, że nie jestem tylko igraszką tej bitwy. Byłem czymś więcej.
Siłą, która może wziąć udział w walce, ewentualnym panem przebiegu jej działań. Wówczas po raz pierwszy ująłem w dłonie najbliższe błyskawice i jąłem próbować wprawiać je w ruch, obracać i kierować ich poruszeniami, naginając je do mych własnych celów i pragnień. Mimo to rzucało mną wciąż jak piłką na odległości niedające się przewidzieć. Lecz nie byłem już statkiem bezwolnie miotanym po targanym sztormem morzu. Raczej statkiem płynącym ostro pod wiatr i wykorzystującym jego siłę do halsowania. I w tej właśnie chwili ogarnęło mnie poczucie potęgi i mocy, gdyż błyskawice były posłuszne moim dłoniom, a ich bezładny przedtem ruch układał się zgodnie z mą wolą. Przenikało mnie owo niedające się opisać poczucie zawartej we mnie nieujarzmionej siły. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie wreszcie istnienie innych, podobnych mi ludzi. Tak samo jak ja byli jeźdźcami i mistrzami. Oni także jeździli na burzy, którą stanowiła pozostała część walczącej masy ludzkości.
W jednej sekundzie znajdowaliśmy się w tym samym miejscu, w następnej rozdzielały nas niezmierzone eony. Ale widziałem ich i oni mnie widzieli. I stałem się świadomy faktu, że wołają do mnie, wzywając, bym nie walczył sam na własną rękę, lecz połączył się z nimi we wspólnym wysiłku doprowadzenia bitwy do jakiegoś przyszłego rozstrzygnięcia i do uporządkowania chaosu. Gordon Dickinson. Mistrzowie oddziaływań nie widzą naszych i tamtych. Oni widzą: ktoś generuje siłę X, która podległa tej woli jest w stanie oddziaływać tak i tak na siły, które generuję ja sam. Mistrz wojowania wyczekuje też na stosowną chwilę, w której oscylacje rozmaitych parametrów decydujących o sile własnej i przeciwników w bardzo krótkim momencie osiągną właściwy stan. Gdy ta plątanina cech środowiska działania i możności walczących znajdzie się w najbardziej optymalnym momencie, mistrz uderza. Budowanie mocy w przypadku państw i imperiów to zdolność rządzenia zgodnego z Dao, drogą. W starożytnych traktatach słowo Dao pojawia się właśnie w tym znaczeniu.
Już na samym początku traktatu czytamy: "Droga sprawia, iż tego samego lud pragnie co jego władca, przez co choćby na śmierć iść z nim jest gotów. U jego boku żyć podobnie chce i za tą sprawą niebezpieczeństw choćby największych się nie boi." Sun Zi, rozdział pierwszy, werset czwarty. Wojskową realizacją powyższej zasady jest relacja spod Komendynii zbudowana wedle słynnej, błędnie przypisywanej Napoleonowi maksymy, której jedna z licznych wersji brzmi: "Siła moralna bardziej niż liczba decyduje o zwycięstwie". Napoleona i jego podkomendni nazywali familiarnie kapralkiem. W oryginale petit caporal, a on ich, przynajmniej w firmie Waterloo, swoimi dziećmi. Przykładu na poczucie kroczenia wspólną drogą ku oświetlonemu przeznaczeniu dostarcza powieść "Diuna" Franka Herberta. W fascynującej grze o władzę i przetrwanie dwa rody stosują całkowicie odmienne filozofie. Baron Harkonnen rządzi terrorem, a poddanych utrzymuje w posłuszeństwie uciskiem i okrucieństwem. Jego arcyprzeciwnicy, ród Atrydów, posługują się miłosierdziem. Zdobywają serca i posłuszeństwo poddanych przez praktykowanie szacunku dla ich znojnego życia.
Tego księcia bardziej obchodzili ludzie niż prawa. Zaryzykował życiem własnym i życiem własnego syna dla ratowania ludzi. Machnął ręką na stratę gąsienica. Zagrożenie życia ludzi wprawiło go we wściekłość. Takiemu przywódcy jest się wiernym na śmierć. Trudno go pobić. Wbrew własnej woli i wszystkim poprzednim osądom Kynes przyznał się przed sobą: podoba mi się ten książę. Uczynkom postaci fikcyjnych odpowiada echem głos wydarzeń starożytnych Chin. W traktacie "Trzy strategie Huang Shi Gonggeng" czytamy: "W starożytności raz zdarzyło się, że waleczny wódz obdarowany został dzbanem wina przedniego. Wódz ten dzbana zawartość do rzeki wylał i pospołu z żołnierzami swymi wodę z niej pił.
Dzban wina smaku wody w rzece zmienić nie zdołał, lecz w oficerów i żołnierzy duch walki wstąpił tak wielki, że na śmierć z nim gotowi iść byli." I w światach fikcyjnych i w prawdziwym gra toczy się o wiernych zwolenników, ale przede wszystkim o przeciągnięcie na swoją stronę niezdecydowanych czy postronnych Albo ujmując rzecz z nietypowej perspektywy tych, których decyzja jest podatna na zmiany, nieprzewidywalna, trudna do skalkulowania. Budowanie mocy to zdolność kształtowania percepcji. Powodowanie masami to sztuka i nauka, czego rozliczne przykłady pojawiają się wokół nas na co dzień. Wręcz wybitnie wysoko merytorycznie stoi tu książka „Dezinformacja. Oręż wojny”, której esencję zaprezentowałem w 36 fortelach. Z tych źródeł naszej percepcji świata dowiemy się, że w powodowaniu masami pierwszym z dwóch filarów jedności narodowej, nawiązuję tu do urywka traktatu, który przytoczyłem powyżej, jest stworzenie wspólnego mitu, poczucia tego, że wszyscy dążą jedną drogą do zbudowania wspólnej, wspaniałej przyszłości. To ta percepcja jedności stanowi dla przeciwnika podstawowy cel ataku. Tę cechę społeczności, jak widać mało intuicyjną, bo ciągle o niej zapominamy, można nazwać zdolnością do osiągania kolektywnych celów i zdolnością jednostek do poświęcania dobra prywatnego dla dobra grupy, z którą się identyfikują i z której czerpią wizję świata determinującą ich tożsamość. Ten, kto chce powołać tysiącletnie imperium, kto chce zbudować poczucie jedności celu, wspólnoty losu, musi tę siłę stworzyć. Musi posługiwać się hasłami takimi jak: jeden naród, jedna rzesza, jeden wódz.
Po niemiecku: ein Volk, ein Reich, ein Führer. Albo: nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny i niewiasty, albowiem wszyscy wy jednym jesteście, w Chrystusie Jezusie. Zestawienie może perfidne, ale wyjątkowo trafne. Przemawiają do wyobraźni tego, kto chce w galimatiasie dezinformacji i złudzeń spostrzegać wzorce i prawidłowości ukryte, a może zupełnie jawne. Do tego, kto chce przestać być ślepcem z passusu z „Diuny” otwierającego ten tekst. Powyższe rozważania sprowadzają się do jednej konkluzji: to nie wiara przenosi góry. Robi to moc. Moc, o której pisał starożytny mistrz wojowania. Moc generowana pochyłościami, geografią ludzkiej natury. Gdy odpowiednio reżyserować sytuację, ta moc zdolna jest przenosić góry.
A to tym magicznym sposobem, że te góry przenoszą się same.
[02:49:23] - Halo, halo?
[02:49:25] - Jestem.
[02:49:28] - Mam jeszcze jedno pytanie skierowane na czacie od naszego słuchacza. Już sekundkę. Prosi Wema o dopowiedzenie w sprawie Mao i tych wielu tłumaczy, czy wypracowano już jeden język i czy ewentualnie dąży się do wypracowania takiego jednego języka?
[02:49:51] - Tak, to jest język narodowy, czyli guóyǔ dosłownie. Czyli inaczej mówiąc putonghua, czyli język powszechny. Tak dokładnie Chińczycy między sobą nazywają ten język. On zaczął być konstruowany na podstawie jednego z czterech dialektów, które były w Pekinie, w północnej stolicy Chin. Właśnie w tym języku została zredukowana fonetyka, zostały uproszczone formy gramatyczne i tak dalej. Forma pisania w tym języku, czyli forma pisania hieroglifów też była od czasów początku Republiki, czyli od 911 roku. Znaki były upraszczane, stąd mamy znaki uproszczone w Chinach kontynentalnych, czyli w Chińskiej Republice Ludowej i znaki tradycyjne, czyli znaki takie, które istniały od czasów dynastii Han, czyli przez 2000 lat, na Tajwanie i w Hongkongu. Przy czym dwie ciekawostki: niektóre znaki na Tajwanie też są uproszczone, a to dlatego, że te reformy zaczęły się jeszcze zanim nastąpiła wojna domowa i jej koniec w '49 roku. Natomiast drugą ciekawostką jest to, że pisownia tych znaków tradycyjnych jest różna na Tajwanie. Tam są detale, drobiazgi, po których łatwo poznać na przykład, że książka została wydana w Hongkongu, a nie na Tajwanie.
Właśnie dlatego, że tutaj ta kreseczka troszeczkę się w inną stronę przechyla na przykład, więc można to rozpoznać. Kiedyś, na samym początku, jak tylko uczyłem się języka chińskiego, to uparłem się. Chyba z dwie godziny szukałem w słowniku znaku, o którym nie wiedziałem, że w książce w formie drukowanej czcionką drukarską zapisuje się go inaczej niż w formie pisanej, którą znałem z podręcznika do nauki języka chińskiego. Po prostu uparłem się, a nie znałem tej prostej zasady. Panowie już znają, na przyszłość, na wszelki wypadek. I tak to wygląda. Nie tylko w Chinach język narodowy był językiem integrującym, prawda? Tworzącym tą jedną wspólnotę nie tylko kulturowo-cywilizacyjną, ale właśnie językową, żeby ludzie mogli się porozumiewać. Na Tajwanie było dokładnie to samo. Kiedy ci uciekinierzy z kontynentu w '49 roku z Czang Kaj-szekiem przybyli na Tajwan, to musieli wziąć pod but, czyli za pysk poprzednią falę migracji.
Mówiliśmy o tych poprzednich falach migracji. Tajwan w ogóle można nazwać Dzikim Zachodem Chin, dlatego, że to było terytorium gdzieś tam na obrzeżach, prawda? Na peryferiach, tak jak u nas te Kresy, te Ukrainy, które znamy z powieści Henryka Sienkiewicza.
[02:52:32] - Tajwan był zamieszkany przez tych Aborygenów. Widzę, jak w powieści się nam domyka rozmowa. Zaczynamy i kończymy o Aborygenach. Język narodowy był narzucany przez tych ludzi, którzy przyszli z wojskiem, z armią, z bronią, z całą swoją infrastrukturą biurokratyczną i na przykład było zakazane uczenie języka tajwańskiego, czyli tak zwanego taiyu, czyli dialektu tajwańskiego. To jest poddialekt dialektu czy też języka minnańskiego. Minnan to jest lud, który zamieszkuje prowincję Fujian, czyli tą prowincję na kontynencie przylegającą do Tajwanu, najbliżej Tajwanu. Nie można było się uczyć tego, nie można było rozmawiać w szkole. Były za to bardzo poważne kary, jeżeli jakiś uczeń na przykład mówił po tajwańsku, a nie po chińsku w wersji w tym języku narodowym. Minusem tego jest to, że ludzie byli po prostu nękani, terroryzowani. Ale plusem jest to, że na dzień dzisiejszy Tajwan jest wybitnie wielokulturowy, wieloetniczny i tak dalej, i wszystko wielo.
Natomiast jest niesamowicie zintegrowany wbrew tym wszystkim przeciwnościom, dzięki też temu, że mają właśnie dzięki językowi narodowemu, dzięki tej propagandzie, która całe dziesięciolecia trwała, dzięki stanowi wojennemu, który trwał przez 40 lat do połowy lat 80., wyjątkowo zintegrowany pod kątem właśnie tego poczucia kolektywnego celu i poczucia kolektywnego losu, czyli tej odrębności politycznej od Chin kontynentalnych.
[02:54:14] - Mam teraz pytanie. Gdzieś na początku naszej rozmowy mówiliśmy o tym, że to zagrożenie dla Tajwanu ze strony Chin kontynentalnych to jest taka europejska opowieść, bajka. A z drugiej strony w jednym z wywiadów, bodajże dla Radia Wnet, mówił pan o tym, że Chińczycy, ci kontynentalni, robią wszystko, żeby zmusić Amerykanów do ataku. Konsekwencja będzie właściwie bardzo podobna. Czyli te drogi dostaw, te wszystkie sprawy ekonomiczne nagle też się załamią. Jak to jest z tym prowokowaniem Amerykanów?
[02:55:04] - To się zmienia jak w kalejdoskopie. Mówiliśmy o regulowaniu pełni i pustki u siebie i u przeciwnika po to, żeby wykonać akt oddziaływania na bieg rzeczy w momencie optymalnym dla siebie. Z tego punktu widzenia na przykład Amerykanie, jeżeli sprowokują Chińczyków do jakiegoś ruchu militarnego wobec Tajwanu, zwłaszcza przed olimpiadą zimową na przełomie stycznia i lutego w przyszłym roku, to w tym momencie sprowokowanie takiej wojny jest korzystne dla Amerykanów, dlatego że mogą w tym momencie uruchomić kampanię marketingowo-wizerunkową przeciwko agresorom Chińczykom. Wygląda to jak kalejdoskop, te regulowanie siły pełni i pustki. Kalejdoskop jest o tyle zły, że on losowo się zmienia, prawda? Natomiast parametry siły własnej, siły przeciwnika, parametry środowiska, czyli na przykład opinii międzynarodowej dotyczącej sprawy Tajwanu, one się zmieniają w sposób nie losowy jak w kalejdoskopie, ale zmienia się sumaryczna, ważona wartość tych wszystkich rozmaitych parametrów, czyli jakieś relacje dyplomatyczne, stosunki gospodarcze, siła armii, zakupy broni, kolejni zmieniający się przywódcy w państwach demokratycznych, zmieniająca się percepcja decydentów tu i tam, zmieniające się priorytety, na przykład wycofanie się Amerykanów. Tu proszę, jest bardzo ciekawe spostrzeżenie, na które nikt praktycznie nie zwrócił uwagi, ale w sposób komiczny ludzie przeczą samym sobie. Afganistan. Teraz byliśmy świadkami dosłownie dwa czy trzy tygodnie temu Amerykanie w sposób katastrofalny wizerunkowy wycofali się całkowicie z Afganistanu. Jeden komentator powiedział, że 20 lat poszło w błoto.
Po co ci głupi Amerykanie tam wchodzili? Natomiast pod koniec swojej wypowiedzi, która trwała godzinę, nagle jego własna narracja zmieniła się o 180 stopni. Zaprzeczył sam sobie. Powiedział, że dzięki temu, że Amerykanie tam byli przez 20 lat, wszystkie plany geopolityczne sąsiadów Afganistanu nie mogły się spełnić, dlatego że tam był obszar niestabilności geopolitycznej, politycznej, wojennej i tak dalej, i tak dalej i obecność wojsk amerykańskich po prostu uniemożliwiała na przykład położenie rurociągów przez Afganistan, na przykład między Chinami a Iranem i tak dalej, i tak dalej. Proszę zwrócić uwagę, że to, co my poczytamy za słabość, tak naprawdę może być przejawem właśnie potężnej siły. Bo kto powiedział, że celem Amerykanów miało być wprowadzenie demokracji? To jest oczywistym nonsensem. Przecież ci Amerykanie nie są aż tacy ci dowódcy. Może niektórzy są głupi, ale nie aż tak, żeby liczyć na to, że społeczeństwo muzułmańskie, te plemienne zostanie zmienione w społeczeństwo demokratyczne jedzące hamburgery i pizzę. Na przykład tutaj na potwierdzenie tej zasady przeczytam wam jedną z moich ulubionych maksym.
Przepraszam, wiele jest moich ulubionych w tej „Czerwonej sztuce wojny”, ale coś, co odpowiada właśnie na tą sytuację Afganistanu. Nikt mnie nie zapytał na razie w jakimś wywiadzie, co sądzę o Afganistanie. Może tutaj jest okazja właśnie. Proszę posłuchać, jak to świetnie pasują słowa sprzed dwóch i pół tysiąca lat do tego, co właśnie powiedziałem o percepcji tego, czy Amerykanie są silni i słabi, po tym, jak przez 20 lat siedzieli w Afganistanie bez efektu teoretycznie. To jest traktat Zaraz. Sześć tajnych strategii czcigodnego Dzianga. Gdy orzeł ma atakować, będzie lecieć ze skrzydłami przy ciele. Gdy dziki zwierz ma zaatakować, przyczaj się z uszami do tyłu. Gdy mędrzec walkę ma toczyć, posturę głupca przywdzieje.
[02:59:01] - Tak jest.
[02:59:03] - I tyle.
[02:59:04] - Piękna rzecz. Mam też kolejne pytanie z czata. Znowu dociekliwy słuchacz Vema pyta: czy Tajwan jest faktycznie lotniskowcem USA?
[02:59:19] - Nie. Tajwan jest ziemią niczyją. Nie stacjonują na Tajwanie wojska amerykańskie. Kiedyś tak, teraz już nie. Natomiast Tajwan jest ziemią niczyją w tym sensie, że żadna ze stron tak naprawdę nie próbuje zająć jego, dlatego że narosłoby to przewidzę... Podkreślam, to absolutnie fundamentalne słowo. Przepraszam, niech mi będzie wolno zareklamować książkę „Siły psychohistorii”, którą właśnie kończę pisać. Jak tylko zgromadzę fundusze na to, żeby ją wydać, to zostanie wydana. Tajwan jest ziemią niczyją. W chwili, w której zostaje zajęta przez którąś ze stron, jest ziemią niczyja, czy też państwem buforowym.
Na przykład w tej chwili Białoruś i Polska są państwami buforowymi między centrami oddziaływania Rosją a Unią Europejską i Amerykanami. To jest bardzo skomplikowane trójwymiarowo czy nawet czterowymiarowo próbować to wyobrażać sobie. Ale do rzeczy. Państwo buforowe. Jego sensem jest rozdzielać strony, dwa potężne państwa. Dzięki temu ich wzajemne relacje stają się przewidywalne. Ta przewidywalność jest dla nich ważniejsza niż bezpieczeństwo i kontrola nad tym terytorium. Na przykład może być wyjątkowo produktywny rejon, na przykład bardzo bogata kopalnia albo jakiś rejon generujący handel, na przykład Hongkong. Ale to jest akurat zły przykład dla tego, co teraz mówię, ale powiedzmy. Jeżeli którakolwiek ze stron to zajmie, zmusi to drugą stronę do jakiegoś działania, na przykład próby odbicia albo uniezależnienia tego malutkiego rejonu po to, żeby nie produkowało ono sprawczości czy też prosperity, czy też broni dla tego, który zajął to terytorium.
W związku z tym zgodnie z logiką potężnych imperiów lepiej jest, że taki teren pośrodku, nawet niesamowicie produktywny, taki jak Tajwan, chodzi konkretnie tutaj o półprzewodniki. Lepiej, że to będzie niczyje niż chińskie albo amerykańskie, bo wtedy druga ze stron będzie musiała w jakiś sposób doprowadzić do odebrania tego, pozbawienia tej własności swojego przeciwnika. Taka jest generalnie logika tych państw buforowych, ale też obszarów neutralnych, których na zasadzie dżentelmeńskiego porozumienia bez słów żadna ze stron nie próbuje zająć. Przepraszam, powtarzam się, ale właśnie to jest kwestia przede wszystkim przewidywalności.
[03:02:03] - Okej. Mam jeszcze jedno pytanie, bo mówiliśmy o Stanach Zjednoczonych, o kilku innych krajach. Jakoś tak nam ucieka cały czas sąsiad Chin, ale sąsiad poniekąd również Polski. Zaczęliśmy zresztą audycję od tego, że Marek powiedział o 17 września '39, więc Rosja zawsze jest w polu zainteresowań Polaków, ale też Rosja przecież nie jest wolna od oddziaływań chińskich. Jak to w ogóle wygląda, te relacje pomiędzy Chinami a Rosją?
[03:02:48] - Rosjanie są biedni i zawsze Rosja będzie biedna, dlatego że jest odcięta od globalnej wymiany towarowej w tym sensie, że nie ma na przykład portów morskich otwartych na ocean i tak dalej.
[03:02:59] - Czyli o ciepłe morza chodzi, tak? Rozumiem.
[03:03:02] - Tak. Nie. Chodzi o dostęp do szlaków handlowych. Na dzień dzisiejszy państwa imperialne Europy leżące przy Atlantyku dzięki temu, że mają dostęp do Atlantyku, czyli do sieci szlaków handlowych, morskich, a transport morski jest znacznie tańszy niż lądowy. Zawsze był. Kolej to trochę zmieniła, ale to już jest bardziej skomplikowana sprawa. Oni zawsze są w stanie wygenerować więcej z handlu i łatwiej, i mają więcej pieniędzy, zasobów i naturalnych możliwości geopolitycznych, bo dyktuje to geografia. Mają więcej możliwości budować handel, czyli budować prosperity i swoje bogactwo, a jednocześnie dzięki temu siłę militarną. Więc Rosja zawsze będzie tutaj miała bardzo źle, dlatego że jest położona w centrum tego superkontynentu. Wszystkie te szlaki handlowe ją omijają i przede wszystkim budowa infrastruktury jest niezwykle kosztowna ze względu na długi okres zimowy, na charakterystykę terenu, na Syberii w większości to są bagniska, czy też są jakieś pustynie czy półpustynie na południu Rosji, gdzie przede wszystkim nasuwają się wpływy cywilizacyjne islamu.
Więc z punktu widzenia właśnie wojny cywilizacji, w cudzysłowie, jest to też trudne. Rosja zawsze będzie w kłopocie, nie będzie miała pieniędzy. Natomiast Chińczykom udało się zbudować kolosalne imperium handlowe oparte właśnie na modelu eksportowym. Zawsze będą bogaci, zawsze będą silniejsi, zawsze będą mieli więcej. Praktycznie wszystkie możliwe parametry wyższe od Rosji, jeśli chodzi o liczbę ludności, jeśli chodzi o mentalność tej ludności, czyli gotowość do ciężkiej pracy, jeśli chodzi o zdolność pozyskiwania finansów na budowę infrastruktury. Najlepszym przykładem jest most drogowy przez Amur, który dopiero w ubiegłym roku czy też w tym roku został ukończony, a który przez wiele lat stał nieużywany, dlatego że był wybudowany tylko do połowy. Do tej chińskiej połowy. Rosyjska strona po prostu nie miała pieniędzy nawet żeby zacząć jego budowę.
[03:05:29] - Mam pytanie w kontekście Rosji i Chin o potencjalny Północny Szlak Morski, ten przez jeszcze zamarznięte albo coraz mniej zamarznięte morza.
[03:05:47] - Trudno powiedzieć, co tam się wydarzy. To jest trudne logistycznie, chociażby z tego punktu widzenia, że nawet jeżeli tam będą pływać lodołamacze i ten lód niszczyć i otwierać tę drogę, jeżeli będzie trzeba coś tam poprawić po ociepleniu i naturalnym odsłonięciu tego szlaku komunikacyjnego, to i tak to będzie praktycznie niemożliwe, nierealne z prostej przyczyny. Towary są wrażliwe na zimno. Jeżeli będzie -10 stopni przez na przykład trzy, cztery, pięć tygodni, to te towary się zniszczą w sposób, w który by się nie zniszczyły, gdyby płynęły przez tropiki na przykład. Czy jakieś plastiki, to są rozmaite towary, więc logistycznie to będzie znacznie mniej opłacalne niż płynięcie przez Cieśninę Malaka obok Indii i przez Kanał Sueski. Także to jest nierealne. To jest bardziej gra narracji niż realna alternatywa. Jeżeli nie będzie nic innego jako alternatywa, to te drogi oczywiście są zbawieniem dla Rosji. Natomiast są czymś, nad czym mają całkowitą kontrolę. Ale przez to właśnie, że Rosja ma całkowitą nad tym kontrolę, to wszyscy będą się bali Rosji, dlatego że wtedy Rosja wyrośnie w siłę i zacznie dyktować warunki, a tego nikt nie chce.
Ani Chińczycy, ani nikt inny.
[03:07:00] - Posłuchajmy teraz ostatniego fragmentu o wojnie pożyczonych noży.
[03:07:09] - Wojna pożyczonych noży, przez niezorientowanych zwana II wojną światową. Świat 1933-1945. Tak więc mimo wszystko wygraliśmy. Los Hitlera był przypieczętowany. Los Mussoliniego również. Co do Japończyków, to zostaną starci na proch. Winston Churchill na wieść o ataku na Pearl Harbour. Jeśli jednak tego dnia Churchill się śmiał, to baranim głosem. Konflikt podzielił bowiem walczących na grupy interesów, które wcale nie były do końca tożsame z sojuszami w jawnie toczonym konflikcie zbrojnym. Nie da się jednoznacznie określić, kto z kim walczył.
Jednak autorzy książki „Total War” słusznie zauważają, cytat: „Wypowiedzenie wojny przez Hitlera w końcu roku 1941 zagwarantowało, że Amerykanie rzeczywiście przyjdą na pomoc, ale wielu w Wielkiej Brytanii błędnie zakładało, że przyjdą jako wzmocnienie dla Brytanii, przygotowani i niecierpliwi, aby uzupełnić brytyjskie siły i realizować brytyjskie plany. Być może był to duch, w którym Roosevelt, póki jego kraj wciąż był formalnie w stanie pokoju, zadeklarował, że sąsiad musi pożyczyć swój szlauch, aby ugasić pożar u sąsiada. Jednak nie jest to duch, w którym wielkie potęgi ślą miliony mężczyzn i kobiet na wojnę. Amerykanie mieli własne plany. Brytyjczycy stali się pomocnikami zajmującymi jednakowoż nieodzowną, wysuniętą basę. Dla Amerykanów Niemcy były potęgą lądową, którą winna pokonać inna, większa potęga lądowa”. Koniec cytatu. Spójrzmy na II wojnę światową z trochę innej perspektywy. Każda ze stron zmagań realizowała swoją agendę podobnymi metodami na polu dyplomacji. Układy sojuszy i krystalizujących się rozmaitych wspólnot interesów są całą galerią zastosowań pożyczonego noża.
Dla Londynu i Moskwy miały być nim Niemcy. Imperium Brytyjskie prowadziło swoją tradycyjną politykę utrzymywania równowagi między potęgami lądowymi, sprzymierzając się ze słabszą z potęg lądowych, Niemcami. Miały one stanowić ochronę Europy przed zalewem komunizmu. Nieco później przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych wygadał się: „Jeśli zobaczymy, że Niemcy wygrywają, powinniśmy pomóc Rosji, a jeśli Rosja zwycięża, powinniśmy pomóc Niemcom i w ten sposób pozwolić im zabić tylu ludzi, ile to możliwe”. Harry Truman, 1941 rok. Bolszewicy jedną próbę poniesienia pochodni światowej rewolucji już podjęli. Szczęśliwie zostali powstrzymani w wojnie z Polską w latach 1919-1921. Lata 30. to jednak dynamiczna budowa sowieckiego potencjału ofensywnego, który miał być użyty do zagarnięcia Europy Zachodniej. Zachodni politycy dostrzegali zagrożenie.
Dla Londynu sowieckie cele polityczne nie były czymś nowym. Stanowiły rodzaj przedłużenia tak zwanej wielkiej gry. Już od połowy XIX wieku Rosja wciąż niepokojąco majstrowała od strony północnej granicy Indii. Perły, a zarazem wołu roboczego imperium. Wzrost potencjału ludnościowego Rosji carskiej i sowieckiej, choć przyhamowany eksperymentami społecznymi, zaczął w połączeniu z uprzemysłowieniem przynosić gwałtowny wzrost siły militarnej w latach 30. Trafnie zapytuje Marek Sołonin Na początku wojny światowej wielkie mocarstwo morskie Wielka Brytania posiadało pięćdziesiąt osiem okrętów podwodnych. Niemcy pięćdziesiąt siedem, Włochy sześćdziesiąt osiem, Japonia sześćdziesiąt trzy. Jako olbrzymie mocarstwo lądowe ZSRR miał, co prawda nie we wrześniu tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku, a w czerwcu tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku dwieście sześćdziesiąt siedem okrętów podwodnych. Pytanie: blokadę morską jakiego kraju miała przeprowadzić ta gigantyczna flota podwodna? Koniec cytatu.
Londyn musiał myśleć o znalezieniu przeciwwagi dla Rosji. W tym świetle politykę pobłażania i ustępstw wobec Hitlera, jak choćby oddanie mu Czechosłowacji, można postrzegać jako manifestację działania wyżej wspomnianej podstawowej zasady brytyjskiej dyplomacji. Jeśli Hitler napadnie na piekło, na pewno wspomnę przychylnie o diable przed Izbą Gmin. Winston Churchill, czerwiec tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku. Londyn widział remilitaryzację Niemiec jako sposób na zrównoważenie rosnącej potęgi kraju Rad. Stąd współpraca ZSRR i Trzeciej Rzeszy rozpoczęta układem w Rapallo w tysiąc dziewięćset dwudziestym drugim roku była wyspiarzom nie w smak i starali się ją rozbić. Było to oczywiste dla wszystkich, a zwłaszcza Stalina, który w warstwie werbalnej nie wierzył w brytyjskie ostrzeżenia o szykowanej operacji Barbarossa, uważając je za prowokację. Stalin wspierał Niemcy gospodarczo i militarnie, licząc na to, że pójdą one na konflikt przeciw sojuszowi francusko-brytyjskiemu. Wykrwawienie obu stron obserwuj i pożer, czekając za rzeką miało przygotować grunt i dać mu czas na przygotowanie ataku na Europę Zachodnią. Wspieranie niemieckiej produkcji wojennej było więc dla Stalina niczym ostrzenie swojego noża.
Dopiero wybuch wojny w tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym roku pokomplikował sytuację. Niestety dla Stalina przez zgubiony gwóźdź, czyli błąd pilota, Niemcy uwinęli się we Francji zbyt szybko i zyskali możliwość, by operacją Barbarossa uprzedzić jego plany militarnego podboju kapitalistów na zachodzie Europy. Tymczasem z za atlantyckiej fosy na ten bulgoczący bałkański kocioł patrzył spokojnie, niczym wellsfowscy Marsjanie na Ziemię inny gracz. Stany Zjednoczone. Trzy okoliczności usprawiedliwiają tę nietypową metaforę. Głównym kucharzem, który napalił pod kotłem był amerykański prezydent Wilson. Był on architektem traktatu wersalskiego, którego kształt czynił kolejną wojnę nieuniknioną. Kwestia, w jakim stopniu narzucone przez niego rozwiązania były pacyfistyczną mrzonką, a w jakim rozmyślną polityką destabilizacji, nie zmienia takich, ani innych skutków dla Europy. Poza tym złą sytuację zadłużonych po uszy państw uczestniczących w wielkiej wojnie pogłębiło nieustępliwe żądanie Amerykanów, największych wierzycieli świata, aby długi wojenne zaciągnięte przez mocarstwa stowarzyszone zostały spłacone. Stąd kolejna kostka domina.
Konieczność rygorystycznego wymuszania na Niemcach płacenia kontrybucji wojennych krajom Ententy i kolejna kostka rewanżystowskie resentymenty wyniszczonych gospodarczo Niemiec. Można doszukać się w tym układzie czyje pieniądze dokąd trafiały kolejnego pożyczonego noża. Gwałtownie rozwijające się Niemcy były wszak poważnym rywalem Ameryki. Częścią ich siły był fenomenalny wręcz potencjał naukowy. Później zresztą wojenna zawierucha zmieniła niemieckich naukowców w zdobycz wojenną i zawiewała do USA. Niemcy były dla Stanów Zjednoczonych bezpośrednią konkurencją. Tę konkurencję należało permanentnie wyeliminować. Wreszcie, po trzecie, już po wielkiej wojnie wzrost potencjału gospodarczego Ameryki był tak wielki, że musiał prędzej czy później doprowadzić do odpowiedniej korekty w układzie politycznym na linii Stany Zjednoczone — Imperium Brytyjskie, a konkretnie do odziedziczenia po Brytyjczykach roli światowego imperium. W tym czasie Imperium Brytyjskie nie dysponowało siłami mogącymi utrzymać kontrolę nad swoimi rozległymi posiadłościami. Mieli je Amerykanie.
Brytyjską ofertą zawiązania sojuszu, który równałby się użyciu potęgi Stanów Zjednoczonych do strzeżenia Imperium Brytyjskiego Amerykanie nie byli zainteresowani. Zmiana układu sił sprawiła, że to oni zaczęli rozdawać karty. W połowie dziewiętnastego wieku świat został zdominowany właściwie niepodzielnie przez jeden organizm. Imperium Brytyjskie kontrolowało morskie szlaki handlowe, wyzyskiwało swoje kolonie, czerpało krociowe zyski ze światowej wymiany towarowej i dominowało w światowych finansach. Szczyt swojej potęgi imperium osiągnęło w drugiej połowie dziewiętnastego wieku dzięki pracy dwóch czynników. Budowanej metodycznie flocie handlowej i wojennej oraz przygodnej okoliczności posiadania własnych, łatwo dostępnych pokładów węgla kamiennego niezbędnego do napędzania rewolucji przemysłowej, ale też napędzania parowców, statków handlowych i okrętów wojennych. Jeden kruczek. Zjednoczone Królestwo ustanowiło swoją dominację nad odległymi rejonami świata jako potęga morska. Potęgi lądowe nie stanowiły dla niego zagrożenia lub dawało się je przytrzymać wewnątrz Europy. Wpierw Napoleona, potem cesarza Wilhelma II, a teraz Hitlera.
Do tej kolekcji wprowadzaczy nowego porządku koniecznie chcieli dołączyć Roosevelt i Japończycy, a ich powstrzymać się już nie dawało. Rywalizacja morska rozpoczęła się pod koniec XIX wieku. Przed wybuchem wielkiej wojny Niemcy nie tylko posiadały najlepszą armię lądową, miały też marynarkę wojenną zdolną do rzucenia wyzwania Brytyjczykom. W 1914 roku Londyn wyznaczył sobie standard dwóch mocarstw, według którego flota Zjednoczonego Królestwa powinna być równa siłą flotom dwóch kolejnych konkurentów. Na początku lat dwudziestych traktaty morskie zrównały tonaże flot Stanów Zjednoczonych i Zjednoczonego Królestwa. W końcu w 1939 roku Brytyjczycy musieli obejść się standardem jednego mocarstwa oraz wiecznego pokoju ze Stanami Zjednoczonymi. W tym czasie Stany Zjednoczone nachalnie wciskały się na tereny brytyjskie, między innymi z pominięciem Londynu zawarły układ z Egiptem i utrzymywały nieoficjalne kontakty dyplomatyczne oraz wymianę handlową z Kanadą i Australią. Zjednoczone Królestwo, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone to historyczni wrogowie. Ostatnia wojna między tymi krajami przyniosła spalenie Waszyngtonu w roku 1814. To w sumie stare dzieje, ale kwestia spłacania pożyczek z czasów wielkiej wojny już nie.
W dwudziestoleciu międzywojennym była ona przyczyną bardzo poważnych wrogości między stronami. No i co te biedne Stany Zjednoczone miały począć? Ano trzeba było użyć Brytyjczyków do neutralizacji Niemców, a Niemców do osłabienia Imperium Brytyjskiego. W rezultacie podjętego wysiłku wojennego Imperium Brytyjskie znalazło się na skraju bankructwa. Pozostałe państwa europejskie, których siły wydrenowała wyniszczająca wojna, nie miały się lepiej. Stany Zjednoczone mogły dyktować warunki udzielanego przez siebie wsparcia wojskowego i gospodarczego. Większość kosztów wyeliminowania konkurencji, w tym zniszczenia wojenne, ponieśli sojusznicy: Francja i sam odchodzący hegemon, Wielka Brytania. Majstersztyk. Innymi słowy, konkurenci US oprócz ZSRS zostali całkowicie spacyfikowani. Ich baza przemysłowa i ekonomiczna została albo w znacznym stopniu zniszczona w uporczywych dywanowych nalotach bombowych, przejęta jako łup wojenny.
Na przykład wspomniani wywiezieni z Niemiec naukowcy. Wykupiona w ramach zapłaty za lend lease albo po prostu wyeksploatowana wysiłkiem wojennym. To ta sytuacja pozwoliła Stanom Zjednoczonym przejąć właściwie niekwestionowaną kontrolę nad gospodarką światową i wyforsować się na pozycję policjanta świata. Czy Stany Zjednoczone podejmowały aktywne działania prowadzące do wybuchu konfliktu militarnego w Europie, czy też skorzystały jedynie z przygodnych okoliczności? Racjonalny werdykt jest niemożliwy. Trzeba by wkroczyć w grząską sferę nieweryfikowalnych motywów, operować poszlakami i informacją zmanipulowaną. Zgadywanki, czy zdarzenie wywołano lub wzmocniono celowo, czy też zaszło ono przypadkiem, mogą jedynie pogłębić frustrację osób szukających odpowiedzi. Dociekanie prawdy wydaje się z góry skazane na niepowodzenie. Warto dać jednak jeden przykład pachnącej sprawy. Niech to będą wydarzenia związane z domniemaną misją pokojową Rudolfa Hessa w 1941 roku.
Swego czasu, wykazując się dalekowzrocznością, Churchill stwierdził, choć szybko się z tego wycofał, że jeśli Niemców usatysfakcjonuje zwrot byłych kolonii i panowanie nad środkową Europą, zawarcie pokoju byłoby możliwe. W żywotnym interesie Amerykanów było, aby podobne negocjacje zepsuć. A tu w celu zablokowania Brytyjczyków nie musieli nawet grozić czy ostrzegać. Od zerwania rozmów mogli uzależnić swoją decyzję, której stronie neutralność Stanów Zjednoczonych byłaby bardziej przychylna. Do roli straszaka wystarczała sama możliwość zastopowania pomocy materiałowej i finansowej. Niektóre decyzje amerykańskiego prezydenta Roosevelta oraz jego najbardziej zaufanego doradcy Harry'ego Hopkinsa świadczą za tezą o ukrytej wojnie między Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią. Pośrednim dowodem tego, że miała ona miejsce, jest zestawienie stanu politycznej kontroli przed i po II wojnie światowej. To znaczy kto na czym trzymał łapę przed i po. Nie ulega wątpliwości, że między Zjednoczonym Królestwem i Stanami Zjednoczonymi toczyły się zażarte, choć ciche zmagania o wpływy. Choć najważniejszą bitwą tej wojny, jak to z perfekcyjną celnością ujął Witold Orłowski w „Stuleciu chaosu”, była ta, w której pociski latały między Kapitolem i Białym Domem.
Zanim Amerykanie zaczęli oferować sojusznikowi pożyczki i darowizny, wydrenowali skarbiec brytyjski z wszelkich rezerw złota, stawiając dumnych Brytyjczyków pod murem. Gdy Churchill wyznał, że walcząca z Hitlerem Wielka Brytania nie ma już czym płacić za broń, 23 grudnia 1940 roku prezydent Roosevelt poinformował rząd brytyjski, że wysyła krążownik Louisville do Simon's Town w Afryce Południowej, aby załadować transport złota wart czterdzieści dwa miliony funtów. Ostatnie aktywa dumnego niegdyś imperium. Następnie miała miejsce wyprzedaż brytyjskich firm działających na terytorium USA po bezlitośnie zaniżonych cenach Dopiero po wyczerpaniu możliwości płacenia gotówką Brytyjczycy mogli korzystać z układu lend lease. Jednak nawet w czasie jego trwania wartość dóbr pozyskiwanych przez zakup przewyższała wartość pożyczoną. Samo zakończenie lend lease w sierpniu 1945 roku nastąpiło w maksymalnie dokuczliwych warunkach. Wielka Brytania została zmuszona do zapłacenia gotówką 650 milionów dolarów. Aby sprostać żądaniu, musiała na zbójeckich warunkach zaciągnąć pożyczkę 3,75 miliarda dolarów. Innym z warunków było doprowadzenie do wymienialności funta w ciągu roku od ratyfikowania traktatu przez Kongres Stanów Zjednoczonych. Bo właśnie one wspaniałomyślnie pożyczyły kwotę potrzebną do spłaty zadłużenia im samym.
Amerykańscy imperialiści zgolili do zera i zostawili lwa Albionu w skarpetkach albo i nawet bez nich. Wygraną Ameryki, intensywnie rozwijającej swój potencjał przemysłowy, była neutralizacja Niemiec i Japonii za pomocą środków militarnych oraz demontaż, przejęcie starych imperiów kolonialnych. Był to ewidentnie cel realizowany metodycznie i został z pełnym sukcesem osiągnięty. Niemcy po raz drugi zostali zatrzymani we wnętrzu kontynentu europejskiego, Japończycy zamknięci w swoim archipelagu, a nad wyczerpanym zwycięską wojną Imperium Brytyjskim w końcu zaszło słońce.
[03:24:43] - W trakcie czytania przez Ivelliosa tego fragmentu myśmy z Markiem tutaj wesoło co parę zdań parskali śmiechem po prostu, bo
[03:24:55] - Perfidia polityki amerykańskiej.
[03:24:58] - Albo takiej analizy Piotra Plewaniaka, bo to też jest perfidia, ale rewelacyjna. Dobra, bardzo dobra. Panie Piotrze, ja chciałbym taką prywatną sprawę załatwić, jedną. Tylko chciałbym, żeby pan skomentował to. Jak czytałem pana książkę, to się tak zastanawiałem. Wpadła mi do głowy jedna rzecz. Nie wiem, czy to jest sens rozważać tę sprawę, czy nie ma sensu. Otóż zwróciłem uwagę na to, że Chiny przez parę tysięcy lat posiadają pewną ciągłość cywilizacyjną. Oczywiście upadały dynastie, pojawiały się nowe i tak dalej. Natomiast ciągłość imperium jednak trwała, tak jak zresztą to mówimy.
Porównując Europę, a jak mówię o Europie, to myślę o Europie śródziemnomorskiej jednak, bo to była kolebka tej kultury europejskiej, której najchętniej się uśmiecham. W każdym razie porównując te parę tysięcy lat, to myśmy w tej Europie śródziemnomorskiej mieli przedtem, ja mówię o dniu dzisiejszym, mieliśmy i Babilon, i Egipt, i Grecję, i Rzym. To zupełnie nie jest ta ciągłość, którą w tym samym czasie charakteryzowały Chiny. Czy to mogło mieć wpływ na to, że dzisiaj jesteśmy czymś innym niż niż to? Niech pan to skomentuje. Halo, halo, panie Piotrze? Halo, halo?
[03:27:14] - Halo, halo? Czy teraz słychać? Halo?
[03:27:16] - Tak, słychać. Teraz słychać.
[03:27:17] - Tak, przepraszam. Rzeczywiście wyciszyłem mikrofon, żeby nie hałasować od mojej strony w czasie czytania tego eseju. Dobrze, więc odpowiadam na pytanie. Przepraszam za poczucie humoru, które tam użyłem przy opisywaniu II wojny światowej, ale ma to swój efekt właśnie taki, że wskazuje na pewne momenty, które nie istnieją w percepcji naszej II wojny światowej. Natomiast odpowiadam na pytanie. Chiny nie mają ciągłości imperialnej. Mają taką samą jak my. To były kolejne poszczególne ośrodki cywilizacyjne, które przenosiły się ze względu na napor barbarzyńców. Mówiliśmy tu już w przypadku Mongołów i Mulan. Więc podam wam jeden przykład, za który będę teraz musiał patrzeć pod materac w hotelach, żeby mnie śniadacze nie zlikwidowali, tak jak w filmie „Monachium” było pokazane, bo był pod materacem.
Z tej przyczyny. Proszę wziąć pod uwagę dynastię Qing, czyli dynastię mandżurską. Ona zaczyna panować nad Chinami w 1644 roku. Ale to była nie dynastia chińska, tylko dynastia mandżurska, która została założona przez cesarza Nurhaci parędziesiąt lat wcześniej i Mandżurowie jako niewielkie, ale bardzo sprawnie zarządzane państwo, przede wszystkim militarnie, zdołały przejąć Chiny ze względu na bardzo poważny bunt chłopski, który miał miejsce właśnie w 1644 roku. I to jest oczywiste, bo to jest na Wikipedii, jest wszędzie i tak dalej. To jest dynastia mandżurska. Ale co to znaczy? Proszę zwrócić uwagę na następującą rzecz. I teraz ja się naprawdę boję tego powiedzieć, ale powiem. Dynastia mandżurska zdobyła Chiny, następnie zaczęła podbijać sąsiednie tereny, czyli Tybet, Tajwan został w pełni już opanowany przez chińską cywilizację.
To w cudzysłowie mówię, już przymykam, mrugam okiem, żeby było wiadomo, że to jest w cudzysłowie tylko. I proszę zobaczyć. W 1911 abdykował ostatni cesarz. Została powołana do życia Republika Chińska, czyli ta, która uciekła w 1949 na Tajwan, ale w 1911 roku to była Republika Chińska założona przez natywnych Chińczyków, którzy zrzucili z siebie 300-letnie panowanie obcej dynastii mandżurskiej. W obecnej historiografii i w narracji Chińskiej Republiki Ludowej chińska dynastia Qing to jest dynastia chińska, a nie mandżurska. Proszę zobaczyć, to tak, jakby Prusy podbiły całą Polskę, natomiast następnie wykorzystując gospodarkę i armię polską podbiły Czechy, Słowację i inne kraje dookoła. Kto podbił te Czechy i Słowację i wszystko dookoła? Prusy czy Polska, czyli największy zasób gospodarczo-militarny, który został objęty kontrolą Prus, prawda? W książce „Chiny: zrozumieć imperium” postawiłem taką tezę. Uważam, że jest całkowicie zgodna z prawdą, tylko sprzeczna z naszymi narracjami i rozumieniem historii Chin, że to nie były Chiny w 1644-1911, tylko to była Mandżuria kontrolująca Chiny.
A cała nasza percepcja, że to jest dynastia chińska jest kompletnie błędna. Proszę zobaczyć, jakie są konsekwencje. Dlaczego ja się boję tych bomb pod materacem? Z tego punktu widzenia w chwili powołania Republiki Chińskiej w 1911 jurysdykcja czy też legitymizacja panowania Chin nad chociażby Tybetem jest kompletną niedorzecznością, dlatego że to była jurysdykcja mandżurska, a Tybet uzależnił się nie od Chin, tylko wyzwolił się spod jarzma mandżurskiego, które zostało tam w 1690 którymś tam Tybet został podbity przez Mandżurów. Rości sobie legitymizację do prawa własności Tybetu. Teraz już nie, ale rząd Republiki Chińskiej na Tajwanie, który uciekł w 1949, rościł sobie własność Tybetu na podstawie tej, że percepcją, narracją jest to, że dynastia Qing była dynastią chińską, czyli ulegitymizowaną dynastią reprezentującą cywilizację chińską. Proszę zobaczyć, jak to jest odmienny stan faktyczny, który właśnie przedstawiłem z innego punktu widzenia, jak bardzo jest sprzeczny z narracjami, o których opiera się współczesna geopolityka i wszystkie te przepychanki, jakie są na arenie międzynarodowej.
[03:32:06] - Ten ostatni esej wprowadził nas troszeczkę, sprowadził właściwie z Dalekiego Wschodu do Europy. Mam jeszcze jedno pytanie dotyczące Chin, ale zostawię sobie już zupełnie na koniec. A teraz odnośnie Europy, ponieważ pisząc o Chinach i pisząc o tych traktatach starożytnych, tak naprawdę bardzo często odwołuje się pan do geopolityki, do tego, co jest dorobkiem pewnej wiedzy, którą ci ludzie, którzy geopolityką się zajmują, to jest dla nich chleb codzienny. Czy da się na podstawie tego, co się w tej chwili dzieje na świecie, na podstawie też znajomości pewnych, nie wiem jakiego słowa użyć, czy prawideł, czy w każdym razie pewnych zasad, które w geopolityce gdzieś się pojawiają. Czy da się coś powiedzieć o tym, co czeka tak naprawdę Europę? Coś więcej niż to, że na przykład za chwilę napadną na nas Rosjanie albo że za chwilę coś tam się innego stanie. Bo my dosyć często w Europie poruszamy się w takich mass mediowych trochę komunikatach, że ktoś na kogoś gdzieś napadnie albo że już sobie ostrzy kły i tak dalej. Nie wiem, czy z powodu pory, która u nas tutaj panuje, u pana to już w ogóle ranek właściwie, czy to jest jasne, o co pytam? Czy coś nam o przyszłości można powiedzieć?
[03:33:56] - Otóż pan Piotr się często odwoływał do dzieł science fiction, więc może by, że tak powiem, nam zdradził swoją wizję upadku albo uwznioślenia zresztą tej cywilizacji europejskiej, bo Amerykę traktuję tak mniej więcej na równo.
[03:34:15] - Właśnie, czy to będzie uwznioślenie, czy upadek? Czy może jeszcze jakiś inny wariant?
[03:34:23] - To będzie tak jak w Chinach. To jest bezustanny cykl wzrostu i upadku siły. W tym momencie mówimy o takim konstrukcie myślowym, jakim jest Europa. Bo Europa nie jest geograficznie jakimś osobnym kontynentem, jest po prostu fragmentem, powiedzmy półwyspem. Jednym z naukowców amerykańskich, przepraszam, że tak skaczę. Błędnie przypisywanym cytatem Mao Zedonga jest świetne sformułowanie, niezwykle trafne amerykańskiego naukowca, niestety nie pamiętam jego nazwiska, bardzo przepraszam, że Europa jest pewnym półwyspem mało znaczącym gdzieś tam na obrzeżach. My zyskaliśmy znaczenie dzięki między innymi odkryciom geograficznym, które były jednym z czynników, ale też dzięki osiągnięciom naszej kultury, która była po prostu lepsza pod względem zdolności wygenerowania pewnej siły geopolitycznej. Po prostu zrządzenie losu. Łącznie z odkryciami geograficznymi. Proszę zobaczyć, co się stało na przykład z Portugalią, z jakiegoś kraiku kompletnie na końcu świata, tak jak teraz Tajwan jest jakąś tam wysepką na końcu świata.
Portugalia ze względu na odkrycia geograficzne stała się jednym z najpotężniejszych imperiów w historii świata Prawda? Dzięki pewnej konfiguracji zdarzeń. Z tego, że nagle gdzieś tam na krawędzi nieskończonego oceanu jednego dnia, a następnego dnia okazało się, że ten ocean to jest po prostu fosą, którą można przeskoczyć i trafić do Ameryki Północnej, Południowej czy tam dookoła Afryki, żeby pominąć cywilizację arabską, która blokowała nam dostęp do wymiany handlowej z Indiami i z Chinami. Wracając do Europy. W tej chwili się starczamy. To jest ewidentne. Ja nazywam w ogóle cywilizację zachodnią, czy też cywilizację łacińską, nazywam cywilizację chrześcijańską ze względu na kilka parametrów tej cywilizacji, kultury przede wszystkim, które zawdzięczamy tylko i wyłącznie chrześcijaństwu. Jest świetna książka „Najdziwniejsi ludzie na świecie", już nie pamiętam tytułu. „Najdziwniejsza rasa na świecie", w której autor opisuje, jaki wpływ ma moralność na wydajność ekonomii. Okazuje się, że jeżeli istnieją restrykcje etyczne pochodzące ze świata nadprzyrodzonego, typu: jak nie będziesz oszukiwał, to pójdziesz do nieba, a jak będziesz oszukiwał, to pójdziesz do piekła, łajdaku.
Jeżeli są takie instytucje społeczne jak uczciwość, zlewarowana, oparta na wartościach, straszeniu dzieci diabłem albo piekłem, albo niebem, to takie społeczeństwo wytwarza zaufanie. Ten stan wzajemnego zaufania uczestników wymiany towarowej sprawia, że możliwe stają się transakcje, które wcześniej byłyby zbyt ryzykowne. Ja maksymalnie upraszam myśl autora, ale myślę, że jest oczywista i jasna. W związku z tym jedność kulturowa jest podstawowym parametrem pozytywnym, podstawowym parametrem budującym siłę gospodarczą czy też siłę geopolityczną. Proszę zwrócić uwagę. Z tego punktu widzenia, ale to musielibyśmy przeprowadzić inną rozmowę. To jest fascynujące. Z tego punktu widzenia wszystkie, przepraszam za wyrażenie, takie emocjonalne, wszystkie brednie o wartości dywersyfikacji kulturowej i tak dalej, to są po prostu kompletne brednie, dlatego że jest to parametr, który obniża zdolność społeczeństwa do współpracy wewnątrz. Jest genialny tekst, przepraszam, też nie pamiętam autora w tej chwili, jestem wymęczony. Jest 5:40 u mnie tutaj rano.
Niech mi państwo wybaczą. Natomiast jest genialny artykuł, nie do końca związany psychologicznie, na temat współpracy i konkurencji grupowej wewnątrz i na zewnątrz grupy. Więc kompetycja, przepraszam, anglicyzm. Nie kompetycja, tylko współzawodnictwo między grupami sprawia, że współpraca wewnątrz grupy staje się większa. Robiono badania na temat żeńskiej drużyny koszykówki na Uniwersytecie Stanowym w Connecticut. Po to można sobie na Google znaleźć ten artykuł. Jest świetny. Przejdę do wniosków po prostu, żeby już maksymalnie skracać. Trener drużyny koszykówki powinien być znawcą, mistrzem rozumienia ludzkiej natury, a nie mistrzem koszykówki. Dlaczego?
Dlatego, że jego podstawowym zadaniem jest tak sterować parametrami nagrody dla poszczególnego zawodnika i dla całej drużyny, żeby osiągnąć maksymalny parametr wydajności. Czyli z punktu widzenia drużyny najlepiej jest wygrać najwięcej meczów, prawda? Dlatego, że to się wiąże z pieniędzmi od sponsorów i tak dalej. Natomiast z punktu widzenia poszczególnego zawodnika, który jest nagradzany za to, ile razy wrzuci do kosza, ten pojedynczy zawodnik woli bardziej sam spróbować rzucić do kosza, niż podać piłkę zawodnikowi, który ma lepszą pozycję, czyli lepszą szansę, że wrzuci do kosza. Czyli istnieje sprzeczność interesów między jednostką a grupą, prawda? W chwili, w której trener sparametryzuje nagradzanie zawodnika na przykład nie tylko za trafienie punktu do kosza, ale za podanie dobre, które prowadziło do rzutu do kosza. I to jest sztuka wymagająca naprawdę mistrzostwa. Ale nie koszykówki. To jest regulowanie nagród między nagrodą dla całej grupy a nagrodą dla poszczególnego zawodnika. Każda kultura ma ten parametr inny.
Na przykład w tym artykule, o którym mówię, państwa Europy Północnej oczekują bardziej egalitarnych nagród, czyli zawodnicy będą rezygnować z kooperacji wewnątrz grupy, jeżeli zobaczą, że ci, którzy wrzucają do kosza, którym piłka zostaje podawana, dostają znacznie więcej punktów. To się przekłada też na pieniądze. Znacznie więcej pieniędzy i punktów niż ludzie, którzy rezygnują z własnego rzutu, a dają po prostu komuś, żeby drużyna wygrała, prawda? I zobaczmy, jak to się przekłada na całe społeczeństwa i jak można psuć poczucie jedności narodowej, poczucie wspólnego celu. Mówiliśmy wielokrotnie o tym. O tym Sun Zi pisał przecież w pierwszym rozdziale. Tak naprawdę cały traktat Sun Zi operuje wokół tego, że zanim władca wyśle armię, zanim dowódca pośle ludzi do boju, musi osiągnąć jedność. Na przykład wylaniem tego wina do wody, z której potem pospołu razem z żołnierzami będzie razem pić. To jest wszystko udowodnione naukowo przez psychologów, przez doświadczenia wielokrotnie powtarzane eksperymentalnie, czyli metodą naukową. Jedność celu, jedność, poczucie wspólnoty jest absolutnie parametrem fundamentalnym dla takich wysiłków.
A to, co się dzieje w Europie, już odpowiadam bezpośrednio na pytanie. To, co się dzieje w Europie w tej chwili, to jest systematyczne niszczenie przez nieznane siły. Na tym polegają te wszystkie wojny, w których jest zatarta sprawczość, czyli operacje fałszywej flagi, czyli te wojny informacyjne, w których nie wiadomo, kto atakuje. Ale co atakuje, to już przed chwilą nie tylko pierwszy raz, ale powiedzieliśmy. Atakuje zdolność do postrzegania i realizowania kolektywnych celów. I jesteśmy w bardzo niekorzystnym momencie. Po 70 latach pokoju w Europie Zbliża się moment, kiedy ten pokój się skończy. Tutaj mogę przytoczyć świetne sformułowanie George'a Friedmana, geopolityka, którego cytowałem wcześniej w sprawie tych żył i arterii wyprowadzonych na zewnątrz organizmu. On powiedział coś takiego: w latach 30. Europa była centrum cywilizowanego świata, bo niesamowicie się bogaciła.
Postęp technologiczny, społeczny i tak dalej. Nikt by nawet nie pomyślał, że pięć czy sześć lat później nagle ileś tam dziesiąt milionów Europejczyków zostanie wymordowanych z przyczyn politycznych. My jesteśmy właśnie w takim momencie, moim zdaniem.
[03:42:17] - Nie brzmi to optymistycznie, a obiecuję, że właściwie mam na końcu języka ostatnie pytanie i myślę, że zbliżamy się do końca audycji. Nawet jestem tego pewien. A to ostatnie pytanie. Zaakcentował pan Europę jako miejsce, które jest w skrócie cywilizacją chrześcijańską. A w jednym z wywiadów powiedział pan, na zasadzie kontrastu pewnego mówię, że z kolei Chińczycy w nic nie wierzą. Oni są skupieni na tym, co jest tu teraz, na zarabianiu pieniędzy i tak dalej. Jak to można czytać?
[03:43:01] - Tak, bardzo prosto. Wiara czy też zestaw założeń co do działania wszechświata, czy też zestaw rzeczy, które uważamy za oczywiste, nie ma być zgodny z rzeczywistością, prawdziwie odzwierciedlać naturę świata tak, jak robi to nauka, tylko ma sprawiać, że grupa ludzi, czy społeczeństwo Chin w tym wypadku, bo o nie pan pyta, grupa ludzi jest w stanie realizować kolektywne cele. Już wiemy, dlaczego jest to ważne i jaki mechanizm psychologiczny jest ważny. Mówię o psychologii drużyny koszykówki. Proszę zwrócić uwagę, Chińczycy w tej chwili są sformatowani i są sterowani przez system, ideologię złożoną z systemu narzuconego przez Chińską Partię Komunistyczną. W chińskiej tradycji polityczno-społecznej dla prostego ludu, czyli obywateli Chińskiej Republiki Ludowej w tej chwili istotne jest to, że rząd zapewnia prosperity, zapewnia ludziom bogacenie się i życie w dostatku. Cała reszta, czyli wolności polityczne, są dla Chińczyków obce kulturowo, więc szermowanie takimi hasłami jak wolność jednostki i tak dalej jest zagrywką Zachodu pod logikę narracji zachodnich przeznaczonych dla uszu zachodnich. Natomiast dla Chińczyków takie wolności są kompletnie niezrozumiałe. Z tego punktu widzenia na przykład można powiedzieć, że zamieszki, jakie były na placu Tiananmen w 1989 roku, ta słynna ikona narracyjna człowieka, który z kwiatkami stanął przed czołgami i został rozjechany, można traktować jako podburzanie wyrzutków tamtejszego outcast'u, czyli grupy dysydentów, naturalnych dysydentów tamtego społeczeństwa przeciwko aktualnemu w tamtym okresie sprawowaniu władzy przez Partię Komunistyczną. Mówię tu kompletnie obiektywnie, jak to by wyglądało z punktu widzenia logiki używania sił czy też sterowania społeczeństwami.
W związku z tym powiedziałem, że oni są bez duszy, dlatego że zostali wyrwani ze wszystkich tradycyjnych formatowań cywilizacyjnych, czyli kultury tradycyjnej. Do tego się zaliczało też wiązanie stóp kobietom. Jak chcecie obejrzeć zdjęcia, to nie polecam przy jedzeniu. To koszmarnie wygląda. Ale są rozmaite tradycje, konfucjańskie między innymi, które musiały być zlikwidowane między innymi w procesie rewolucji kulturowej przed bardzo długo, w latach 60. po to, żeby ludzie dali się sterować narzędziami sterowania, którymi zarządza Partia Komunistyczna. I dlatego Partia Komunistyczna strzeże monopolu na media, czyli telewizję, radio, prasę i tak dalej. Dlatego, że to jest niezbędnym elementem dalszego sprawowania władzy przez Partię Komunistyczną. To jest kwestia przetrwania. Także ktokolwiek prosi Chińską Partię Komunistyczną, żeby zliberalizowała media, dopuściła media prywatne, wolność słowa, bredzi.
Przepraszam, niech mi wolno będzie powiedzieć to, bredzi, dlatego, że nie rozumie natury władzy. Dominacja to przetrwanie. Jeżeli władza odpuści na przykład w czasie rozruchów na placu Tiananmen w '89 roku, gdyby władza ustąpiła, natychmiast siły zewnętrzne, jakieś CIA, jakieś inne ruchy by weszły do Chin za pomocą tych kulturowych narzędzi w postaci budowanej demokracji przez młodzież, która chce wolności słowa i tak dalej. Doprowadziłoby to do destrukcji władzy komunistycznej, Partii Komunistycznej i osłabienia jej jako monopolu politycznego na zarządzanie terenem cywilizacji czy też państwa chińskiego. Więc jeszcze raz powtarzam takie bottom line tej mojej wypowiedzi. Ktokolwiek domaga się wolności wypowiedzi czy żeby trochę poluzowali, to bez sensu. To jest nielogiczne po prostu.
[03:47:22] - Jeszcze jedna informacja od słuchacza Wema, że jeśli chodzi o „Wojowników tęczy”, to jest wersja skrócona tego filmu, trwająca dwie i pół godziny i wersja pełna około pięciu godzin.
[03:47:36] - Oglądałem tą pięciogodzinną. Genialny.
[03:47:38] - Okej, bardzo serdecznie panu, panie Piotrze, dziękujemy za dzisiejszą audycję. Mamy nadzieję na jakąś kontynuację, jakąś formę kontynuacji, ale o tym jeszcze porozmawiamy. Bardzo proszę.
[03:47:52] - Mogę zaproponować? Przepraszam, że wejdę w słowo.
[03:47:55] - Jasne.
[03:47:56] - Właśnie kończę książkę „Siły psychohistorii”. Psychohistoria, tak jak miłośnicy science fiction pamiętają, to jest fikcyjna nauka z „Fundacji” Asimova-
[03:48:03] - Tak jest.
[03:48:04] - Która miała za zadanie przewidywać zachowanie i przyszłość dużych zbiorowisk ludzkich. Więc „Siły psychohistorii” to jest tytuł mojej książki mówiącej o budowaniu zdolności predykcyjnych, czyli trochę inny aspekt „Sztuki wojny”, o którym dzisiaj mówiliśmy, więc moglibyśmy się umówić na to na przykład w listopadzie.
[03:48:23] - Bardzo chętnie. To już zostawimy sobie na rozmowę poza anteną. Jeszcze raz bardzo serdecznie panu dziękujemy. Wiktor jeszcze.
[03:48:33] - Ja mam tylko takie spostrzeżenie, że dosyć dziwnie to wygląda. Co prawda u pana jest noc, u nas też już noc.
[03:48:40] - Tam już jest u pana ranek.
[03:48:42] - Ranek.
[03:48:43] - Dosłownie minutę temu wyszło słońce. Właśnie nie powiedziałem do końca, gdzie jestem. Jak zaczynaliśmy rozmowę, leżałem sobie pod gwiazdami i rozpoznałem Wielki Wóz, Mały Wóz. Za dużo na niebie nie rozpoznam, ale Pas Oriona rozpoznałem. Był praktycznie nade mną. Natomiast w tej chwili, dosłownie minutę temu wyszło słońce. Jestem w tej chwili na takim zboczu. Proszę sobie zobaczyć 30 kilometrów na południe od miasta Taitung na południowym wschodzie wyspy Tajwan. Ja właśnie tam jestem, mniej więcej 20 kilometrów na południe od miasta Tainan. Przepraszam, Taitung.
Znalazłem ciche miejsce, gdzie jest maksymalnie pełny zasięg i miałem pewność, że absolutnie nikt nie będzie mi przeszkadzał w rozmowie z panami.
[03:49:28] - To moje spostrzeżenie, bo pan jest tam, my jesteśmy tutaj, ale tak dziwnie się składa, że jakoś te światopoglądy zupełnie się nasze zgadzają. O czym pan nie wie, ale my tutaj żeśmy bez przerwy kiwali głowami, jak pan mówił.
[03:49:46] - Przepraszam, ja powiem wam, dlaczego tak jest, dlaczego jest taka zgodność. Dlatego, że czytamy science fiction.
[03:49:52] - Aha!
[03:49:52] - Czytanie science fiction na czym polega? Polega na tym, żeby spojrzeć na świat z kompletnie różnej perspektywy. A traktat „Sztuka wojny”, o którym rozmawialiśmy, jest właśnie narzędziem do tego, żeby wyrwać człowieka z tej błędnej wizji świata, jaką ma. Naiwnej, błędnej, narzuconej mu przez kogoś, kto nim manipuluje. I żeby zobaczyć, żeby mieć zdolność w ogóle dostrzeżenia niektórych prawidłowości, których w normalny sposób nie bylibyśmy w stanie zrozumieć. To jest siła science fiction.
[03:50:21] - Piękna puenta, panie Piotrze.
[03:50:24] - Dziękujemy jeszcze raz. Pozostajemy w kontakcie, panie Piotrze. Bardzo dziękujemy.
[03:50:29] - Ja też.
[03:50:30] - Ja jeszcze tylko naszym słuchaczom zapowiem, że za dwa tygodnie będziemy rozmawiać o książce „DNA. Spirale zagłady” Macieja Górniaka. To jest książka science fiction. Zapraszamy na audycję. Ta audycja nie będzie na żywo, będzie nagrana, ale myślę, że zafascynuje państwa. Myślę, że tak. Wiktorze, jakie twoje zdanie?
[03:50:56] - Zobaczymy.
[03:50:57] - Zobaczymy? Dobrze, zobaczymy. To za dwa tygodnie. A za tydzień oczywiście ABW. Jeszcze raz pięknie się z państwem żegnamy i przypominamy, że za chwilę, jak zejdziemy z anteny, to jeszcze zostanie z państwem Tomasz Fąs i jego felieton o fizyce. Dobrej nocy.
[03:51:19] - Dobrej nocy.
[03:51:21] - Dobrego dnia.
[03:51:24] - Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia, także teraz w Radiu Paranormalium. Tak jest. Teraz przechodzimy do odtworzenia felietonu Tomasza Fąsa. Tomasz Fąs wraca po krótkiej przerwie. Myślę, że wielu z państwa się ucieszy.
[03:51:44] - Uwaga, zaczynamy drugi sezon. Będzie nowe intro. Nowy układ odniesienia. I o czym ja mam do państwa jeszcze gadać? Państwo pamiętacie, już się zastanawiałem, czy w ogóle ma to sens. Czy ja mam czas, czy ja mam ochotę? Gdzieś tam się pojawił taki pomysł, żeby nie sprowadzać tych moich monologów do ciągłego marudzenia coraz mniej sensownego, a coraz bardziej marudnego. To jakiś temat zadać, jakiś pomysł wspólny na ten cykl moich luźnych i stanowiących pewien przerywnik do dyskusji kolegów wypowiedzi. W naturalny sposób tutaj pojawia się sugestia, też trochę mój pomysł, trochę też sugestia redaktora Żelkowskiego, aby iść w tych dywagacjach w tematy związane z fizyką. Nie jest to zadanie proste.
Po pierwsze ja nie jestem fizykiem. Ja jestem po mechanice, a więc takim chamskim, prostackim newtoniźmie z perspektywy fizyki, czyli gdzieś tam bardzo zaawansowanej myśli, góra XIX-wiecznej. A tego, co byście państwo pewnie chcieli usłyszeć o zakrzywieniach czasoprzestrzeni, o kwantach, kwarkach, modelu standardowym i w ogóle cudach. Najlepiej bez żadnego jeszcze równania matematycznego. Ja kompetencji jakichś bardzo szerokich w tej nowej, współczesnej fizyce nie mam. Coś tam może mi się uda przeczytać. Jak zrozumiem, to powiem, jak nie zrozumiem, to będziemy się musieli jakoś z tym zmierzyć, prawda? Ale nie o tym. Z drugiej strony ta fizyka, o której ja mogę coś państwu opowiedzieć, w dużej części jest nudna i to raz. Ile można słuchać o tym nieszczęsnym punkcie poruszającym się ze stałą prędkością po linii prostej?
Kolejna sprawa, że jakiś sensowny wykład tutaj, to trzeba by coś napisać i coś narysować. Ja raz doświadczyłem audiobooka sporządzonego z książki Rogera Penrose'a. No i lektor robił, co mógł, żeby jakoś te matematyczne równania, formułki z tej książki przedstawić, ale ja słuchając tej angielskiej wersji nie byłem w stanie nadążyć, o co tam chodzi. Jednak równanie trzeba zobaczyć, więc ja państwu nie opowiem wzorów. A znowu fizyka bez wzorów Jest to zadanie trudne. Zobaczmy, co nam z tego wyjdzie. Z braku lepszych pomysłów podejmijmy się tego. A żeby, proszę państwa, jakkolwiek zacząć sobie z tą rzeczywistością radzić, bardzo ważnym i często pomijanym, niezauważalnym, spychanym pod świadomość punktem jest punkt odniesienia. Coś, na czym się opieramy. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy promuje się człowieka silnego, wyzwolonego, niezależnego, coraz trudniej nam się przyznać, że my się na czymś zawsze opieramy i to nie zawsze świadomie.
Jeżeli na przykład mierzymy długość, to potrzebujemy dwóch punktów. Od do. Tu zaczynamy, tu skończyliśmy. To jest długość. Ale nie tylko. Potrzebujemy też jednostki długości. Jakiegoś centymetra, metra. Która to znowu jednostka, aby była uniwersalna, też musi być o coś oparta. Kiedyś był jakiś wzór metra pod Paryżem, a więc przechowywany gdzieś wzór metra. To nam kiedyś wystarczało.
Teraz, zdaje się, jest to oparte na długości bodaj fali światła. Nie chciałbym przeinaczyć, ale tak mi się wydaje. Czyli jakieś zjawisko powtarzalne, idealnie w tych samych warunkach może być powtórzone to zjawisko, ten pomiar długości fali światła i w związku z tym na tym można oprzeć jednostkę długości. Więc jest jakiś punkt odniesienia. Szybka poprawka. Nie chodzi o długość fali światła, tylko o odległość pokonywaną przez światło w próżni przy z kolei inaczej zdefiniowanym jeszcze wzorcu sekundy. Czyli w określonym czasie światło pokonuje określoną długość jednego metra. Ale znowu pomiar czasu trzeba oprzeć na wzorcu sekundy, więc sprawa jest jeszcze bardziej złożona. To, co się dalej zmienia, to metody oceny stanu rzeczy. Kiedyś było to wyłącznie nasze oko, rozum.
To, co mogliśmy zobaczyć, dotknąć, być może na węch sprawdzić wszystkimi dostępnymi nam zmysłami. Tylko to było nam dostępne. Z czasem jakieś proste narzędzie typu linijka to już jest ten wzorzec. Metoda oceny stanu rzeczy. To jest sprawa kolejna. A wreszcie, kiedy już mamy pewne wstępne założenia, być może formułujemy na ich podstawie pewną teorię. To jest w ogóle pytanie: co jest pierwsze, pomiar czy teoria? Jedni twierdzą, że bez pomiaru nie można stworzyć żadnej teorii. Inni powiedzą, że bez teorii, bez jakichś przyjętych założeń nie jesteśmy w stanie niczego mierzyć. Jakże mierzyć siłę, jeżeli nie wymyślimy sobie, co to jest siła?
To jest wszystko konstrukcja teoretyczna. A zatem mamy założenia, mamy teorię, mamy metodę oceny stanu rzeczy. I w tym momencie kolejny element niezbędny do jakiejś analizy rzeczywistości to jest kryterium prawdy. My musimy przyjąć jakieś założenie, że pewne rzeczy są prawdziwe. Tak na szybko z takich popularnych moich wspomnień z wykładów metodologii ogólnej to przychodzą mi do głowy co najmniej trzy pomysły na to, co jest prawdą. Po pierwsze prawda może być wywnioskowana. Przyjmujemy pewne założenia i z tych założeń przyjętych za pewnik bez dowodu, z takich aksjomatów wyprowadzamy pewne szczególne przypadki, pewne twierdzenia. To jest metoda wnioskowania właściwie wyłącznie w matematyce dostępna, bo jak ścieramy się ze światem fizycznym, to tutaj już zawsze są jakieś problemy. Drugi sposób to jest metoda doświadczalna, więc oceniamy coś poprzez doświadczenia, poprzez to, że pewne założenia poczyniliśmy i sprawdzamy w doświadczeniu, czy to się zgadza. Zadajemy określoną siłę.
Ciało przemieszcza się w określony sposób, więc jakiś nasz pomysł na wpływ siły i ruchu weryfikujemy. I trzecia w sumie to jest prawda pragmatyczna, czyli prawdziwe jest to, co działa. To też się trochę sprowadza do tego, że przewidzimy coś i możemy to zweryfikować eksperymentem, ale też ogólnie nasze działania przynoszą pewien efekt. I znowu teraz eksperyment może potwierdzać nam pewną prawdę wywnioskowaną ze wzoru z matematyki. Zwłaszcza w fizyce to jest powszechne. A też możemy mówić o jakichś teoriach fenomenologicznych, jak to się mawia. Co prawda to zdanie, to określenie „fenomenologiczne teorie” wygłaszają specjaliści od mechaniki, nie zawsze mając świadomość istnienia Husserla w ogóle. Z filozofią to jest tak, że kiedyś można było się na nią natknąć nawet w popularnych piosenkach czy co lepszych filmach, a dzisiaj to już nawet środowiska naukowe kwestionują sensowność nauczania filozofii poza kierunkami ściśle filozoficznymi, więc coś tutaj podupada. Niemniej mamy to wnioskowanie od pomysłu, teorii, dowodu do doświadczenia, a mamy też to podejście, że po prostu badamy pewne zjawiska i na bazie doświadczeń wyprowadzamy pewne zależności. Tak na przykład działały bardzo długo obliczenia wytrzymałościowe, co boleśnie doświadczamy w Bydgoszczy poprzez to, że nam ostatnio zamknęli most, bo gdzieś tam się te obliczenia wytrzymałościowe nie pokryły ze stanem faktycznym.
Jest domniemane prawdopodobieństwo, że most jednak mógłby ulec uszkodzeniu wbrew wstępnym analizom, więc obliczenia wytrzymałościowe zawiodły. I mamy więcej korków w mieście, niż by to było, gdyby ta trasa była wolna. Kto ma rację? Nie wiem. Każdy ma tu swoje podejście. Niemniej gdzieś tam ta fenomenologiczność obliczeń wytrzymałościowych w tle nam powiewa. I jeszcze tego, że most ma dość złożoną konstrukcję. Tam jest pewna krzywizna, więc tego się w prosty sposób na kartce nie przeliczy. A też struktura materiału jest bardziej złożona, niż byśmy sobie tego życzyli. A więc tak to jest, proszę państwa, z fenomenologią.
I tak to będzie, proszę państwa, w najbliższym czasie. Podejmę pewną próbę Prześledzenia z państwem jakiejś teorii naukowej. W bardzo dużym uproszczeniu, na miarę swoich skromnych możliwości jakoś ten stan wiedzy fizycznej prześledzimy. A żeby pasowało to jakkolwiek do Bibliotekarium, będziemy się oczywiście wspierać literaturą. Tym bardziej że zasób moich wiadomości jest ograniczony. Ja też wolę się oprzeć na autorytecie. Zaczniemy sobie od bardzo prostej, popularnonaukowej książeczki z lat 70. wygrzebanej gdzieś przeze mnie u rodziców. I to jest książka pod tytułem „Pięć żywiołów Arystotelesa”. Autor, co ciekawe, nazywa się Roman Kurkiewicz, ale o ile mi wiadomo, nie ma nic wspólnego z Romanem Kurkiewiczem, popularnym publicystą, bardziej lewicowym.
To zbieżność nazwisk przypadkowa. Rok wydania książki uniemożliwia autorstwo tegoż publicysty, bo on chyba wtedy do podstawówki chodził. Autor też jest postacią ciekawą. Już przy następnej okazji coś sobie o tym więcej powiemy. Jest to, proszę państwa, jakiś kierunek i zobaczymy, na ile sił mi wystarczy. Tyle na dzisiaj. Dziękuję. Pozdrawiam.
[04:01:11] - To był felieton Tomasza Fąsa. Pierwszy felieton w nowym sezonie. My już dzisiaj idziemy spać. To było bardzo długie, choć jeszcze nie najdłuższe wydanie Bibliotekarium na żywo. Gościem naszym dzisiaj był Piotr Plebaniak. Rozmawialiśmy o sztuce wojny nie tylko na polu bitwy. Byli z nami oczywiście jak zawsze gospodarze Bibliotekarium Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję od strony technicznej obsługiwał jak zawsze Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy słuchaczom Radia Paranormalium i Book Radia za to, że byli z nami przez całą dzisiejszą audycję. Dziękujemy za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień, tym razem w warsztatowo podcastowym wydaniu Bibliotekarium, czyli ABW Antologia Bibliotekarium Warsztaty.
I ponownie w tym normalnym Bibliotekarium, wyjątkowo również z taśmy, ale nie mniej interesującym już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium www.paranormalium.pl.