[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają: Bibliotekarium – o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy bardzo gorąco i serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium i Book Radia. Dzisiaj wyjątkowo nadajemy z taśmy. Taki wyjątkowy wyjątek nam się trafił, ale liczymy, że będzie jakiś feedback w komentarzach oraz na czacie, który będzie towarzyszył premierze dzisiejszego odcinka Bibliotekarium. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze panowie z Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość pan Maciej Górniak. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:59] - Odpowiem tradycyjnie: halo, halo! Jesteśmy dzisiaj z książką, której państwo tak łatwo nie dostaniecie w tej chwili, bo się wyprzedała. Ale zaręczam, że warto pomyszkować, czy to na Allegro, czy w innych miejscach. Zaraz państwo usłyszycie w jakich, ale warto. Książka nosi tytuł „DNA. Spirale zagłady”. Dzień dobry, panie Macieju.
[01:31] - Dzień dobry.
[01:33] - Odezwał się autor. Niech nam powie na początek, zaspokoi ciekawość, jak się komuś książka spodoba, będziemy o niej w końcu rozmawiać dzisiaj, to gdzie może jej szukać?
[01:49] - W tej chwili można ją znaleźć na Allegro. Natomiast nie jest to dość proste z tego względu, że nie posiada jeszcze numeru ISBN. Jest to wyłącznie próbna seria sondażowa, którą wypuściłem. Kończy się w tej chwili, ale planuję w ciągu najbliższego miesiąca zrobić dodruk z numerem ISBN, czyli będzie można już ją normalnie znaleźć na portalu Allegro.
[02:23] - Wiktorze, ty jesteś świeżo po lekturze, bo dosłownie tuż przed wejściem na antenę kończyłeś.
[02:31] - Ja jeszcze lepiej, Marku. Nie dosyć, że jestem świeżo w trakcie lektury. Zostało mi może 20, może 30 najwyżej stron do czytania, bo czytam powoli od czasu kiedy podupadłem.
[02:56] - Nie wiem, czy chcę to wiedzieć.
[02:57] - Natomiast czytam ją z pasją ogromną i może usprawiedliwię, dlaczego do tej książki w ogóle dzisiaj sięgam, bo jest wiele książek na świecie, a szczególnie w naszym polskim świecie, na które warto zwracać uwagę. Natomiast bardzo rzadko są książki, na które warto szczególną uwagę zwrócić ze względu na ich walory edukacyjne. Z tej książki można się wiele ciekawych rzeczy dowiedzieć. Ja przynajmniej wiele rzeczy na temat mechanizmów, na przykład adaptacyjnych czy różnych mechanizmów istniejących w przyrodzie, z tej książki dowiedziałem albo przypomniałem sobie rzeczy zapuszczone z dawnych czasów. Od tej strony ta książka jest dla mnie bardzo ciekawa, a o reszcie będziemy jeszcze śpiewać.
[04:08] - My jako ludzie bardzo często mamy taki feler, że wydaje nam się, że już wiemy wszystko. I dobrze jest od czasu do czasu taki zimny prysznic dostać. Taki prysznic pan Maciej nam przygotował w postaci tej książki. Bo jak już człowiek myśli, że o tej astronomii i o tym wszechświecie i o tej w ogóle szeroko pojętej przyrodzie wie bardzo dużo, to spokojnie może sięgnąć po książkę, o której dzisiaj rozmawiamy „DNA. Spirale zagłady”. Ja zaręczam, jestem pewien tego, że gros takich ludzi, którzy po tę książkę sięgnie, jednak natrafi tam na takie fragmenty, z których się czegoś dowie. Ale skutecznie zagłuszyliśmy autora. To teraz dopuśćmy go do głosu najprostszym możliwym pytaniem: skąd się wzięła ta książka? Jak to się stało, że ona w ogóle powstała? Co pana pchnęło do tego, żeby się męczyć, natrzaskać tyle stron?
Drugi tom podobno w przygotowaniu, trzeci tom w przygotowaniu. Rany, niektórzy by panu powiedzieli: po co tyle pisać? Ja tam jestem za, ale co pana pchnęło do tego?
[05:31] - Kilka rzeczy. Jedna to może nuda. Mam obecnie takie zajęcie zarobkowe. Jestem po prostu kierowcą. Na postojach bywa bardzo nudno. Kiedy już miałem dość czytania książek najróżniejszych, pomyślałem sobie, że może sam coś napiszę. Druga sprawa jestem miłośnikiem astronomii i od czasu do czasu zdarza mi się zabrać kogoś na obserwacje przez teleskop. I w trakcie tych obserwacji tłumaczę po prostu: widzisz to, tamto, nie widzisz tego. Tu i tam zachodzi taki proces, a nie inny na niebie. Jak czwarta czy piąta osoba z rzędu zaczyna sugerować: powinieneś coś napisać, to tak sobie pomyślałem: a dlaczego nie?
Siedzę w tym samochodzie czasami, nic się nie dzieje. Któregoś dnia zabrałem ze sobą laptopa, zacząłem pisać. I tak to się zaczęło. Pomysły pojawiały się jakoś tak same z siebie.
[06:54] - A dlaczego taki, a nie inny gatunek?
[06:59] - Akurat jest to coś, co bardzo lubię.
[07:03] - Dużo pan fantastyki czyta? Czytał?
[07:06] - Czytał. W tej chwili nie czytam w ogóle.
[07:09] - Żeby się nie inspirować, nie sugerować. Okej, to porozmawiajmy. A co pan kiedyś czytał? Co takim było zaczynem?
[07:22] - Oczywiście Lem, ale było to wszystko tak dawno, że chyba już w poprzednim życiu i po prostu nie pamiętam. Pamiętam jakieś tam poszczególne sceny. To były czasy, kiedy miałem lat kilkanaście. Później wszystko poszło w odstawkę. I jakoś tak teraz wróciła ta pasja.
[07:51] - Jakieś inne nazwiska pan jeszcze pamięta?
[07:53] - Nie. Naprawdę.
[07:58] - Okej.
[07:58] - O, zaraz! Harry Harrison. To jeszcze pamiętam.
[08:02] - A który Harry Harrison? Ten od „Planety śmierci”? To ten sam, ale bardziej ten, który bawił się pisaniem o planecie śmierci, czy ten, który pisywał o stalowym szczurze?
[08:17] - O szczurach nie wiem nic, a wydaje mi się, że chyba czytałem „Planetę śmierci”, ale na czym opiera się ta fabuła naprawdę już nie pamiętam.
[08:28] - A naszego nestora Wiktora Żwikiewicza kiedyś pan coś czytał?
[08:33] - To było straszne.
[08:37] - Chyba nie. Przepraszam, ale ciężko się ze mnie wyciąga zeznania.
[08:43] - Wie pan, my jesteśmy doświadczeni w tym względzie. Spokojnie, jeszcze trochę popracujemy.
[08:48] - Macie swoje metody.
[08:49] - Tak, popracujemy troszeczkę nad panem. Mnie bardzo zainteresowało... Okej, już wiemy, dlaczego podjął pan ten wysiłek, ale jak się panu ta fabuła ułożyła? Bo ja od razu powiem, to jest fabuła, która jest taka... Dzisiaj jest takie modne słowo „epickie” i to ona jest właśnie o takim charakterze epickim. Kiedy rozmawialiśmy z Wiktorem Żwikiewiczem o pana książce, to ja miałem swoje problemy z tą książką. Takie zupełnie nie na antenę, ale te problemy Wiktor podsumował w ten oto sposób: Arek, ale przecież ta książka w jakimś stopniu, o podejście chodzi, przypomina Stapletona i jego „Budowniczych gwiazd”. Wiktorze, to ty się teraz wypowiedz.
[09:52] - Bo to również była mało fabularyzowana powieść, która właściwie opisywała świat i niespecjalnie ją tam interesowały-
[10:02] - Jego przyszłość z taką perspektywą. Tam już nawet samych gatunków ludzkich było chyba z siedem kolejno po sobie nastających.
[10:14] - I to była właśnie powieść o przemianach, o biologii, o ewolucji i tak dalej. Zresztą była to chyba jedyna książka, może jedna z trzech, które Lem wychwalał, jeśli chodzi o prozę amerykańską, bo był raczej powściągliwy w pochwałach w stosunku do wszystkich, z wyjątkiem właśnie tego Stapletona, którego w Polsce znowuż nikt nie czytał, bo nie była książka tłumaczona ze względów bardzo prostych. Ona nie miała fabuły takiej rozrywkowej zupełnie. Miała fabułę właśnie tą epicką, opisu świata, zdarzeń, zmian zachodzących w tym świecie i punktu wyjścia, i do czego to wszystko zmierza.
[11:06] - Żeby tak uzupełnić informację. Z tego, co wiem, w tej chwili zarówno „Budowniczych gwiazd”, jak i „Ostatnich i pierwszych ludzi” wydał Stalker Books, czy wydaje, jest w trakcie wydawania Stalker Books i tam państwo szukajcie. A o Stapletonie jeszcze na chwilę. To tyle, że kiedy pojawiła się w przestrzeni informacyjnej Strefa Dysona, to Dyson przez długi czas podkreślał, że to nie powinno się tak nazywać, że to powinna być strefa Stapletona, bo on tak naprawdę w swojej powieści wymyślił tę ideę tych pułapek świetlno-energetycznych, które otaczają cały układ planetarny, i że właściwie to jemu należy się ta palma pierwszeństwa i że to nie strefa Dysona, a strefa Stapletona powinna być. Okej, to teraz pytanie do naszego gościa. Już wspomnieliśmy o tym, że ona ma, ta powieść, taki epicki charakter. To znowu najprostsze możliwe. Dlaczego tak? Dlaczego nie wybrał sobie pan jakichś bohaterów i nie rzucił ich pan na te szerokie plany?
[12:21] - Mam nadzieję, że mimo wszystko dopatrzyli się panowie jakiejś fabuły w tej powieści. Natomiast tam rzeczywiście na początku niewiele się dzieje. Jest bardzo dużo wątków, które zaczynają się pomału ze sobą splatać i więcej fabuły będzie w kolejnych tomach. Natomiast tutaj chciałem po prostu napisać coś, troszkę przekazać wiedzy pewnej, podzielić się wiedzą z czytelnikami, wiedzą historyczną z zakresu biologii, z astrofizyki. To jedna sprawa. Poza tym pomyślałem sobie, że właśnie wtrącanie tego typu informacji będzie podnosiło wiarygodność tej powieści. Tak po prostu sobie to wymyśliłem. Natomiast później fabuły jest coraz więcej. W zasadzie taka akcja większa zaczyna się od strony 60. I tam już powinno być troszkę lepiej.
[13:50] - Robi pan po prostu duże przygotowanie i w pana wykonaniu historia ludzkości, przyszłość ludzkości, ale historia ludzkości jest bardzo inna na takich szerokich planach, bardzo inna od tej, jaką przyjęliśmy rozpoznawać. Troszkę inaczej się to wszystko toczyło u pana.
[14:13] - Właśnie chciałem być odrobinę chociaż oryginalny. Może dlatego akurat tak to poszło. Taki miałem po prostu pomysł. Poza tym mam pewne przemyślenia odnośnie teraźniejszości i najbliższej przyszłości, także tej dalszej przyszłości. Nie zawsze są one wesołe. Opisałem je na podstawie pewnej innej cywilizacji, która znajduje się w fabule powieści.
[14:48] - To ja mam teraz propozycję. Posłuchajmy pierwszego fragmentu.
[15:19] - DNA. Część pierwsza. „Spirale zagłady”. Fragment. Odcinek pierwszy. Księżyc Ziemi, dwa miesiące po uratowaniu Alexa. W lokalnych wiadomościach umieszczono wzmiankę o katastrofie górniczej maszyny i wypadku Alexa podczas akcji ratowniczej. Mało kto zwrócił na to uwagę. Ot, jedna z dziesiątek pojawiających się codziennie informacji. Ponieważ załamania księżycowego gruntu pod sprzętem zdarzały się co jakiś czas, notatka o operacji wydobycia nawet tak dużego i ciężkiego urządzenia z czeluści głębokiego szybu nie zainteresowała już raczej nikogo.
Przypuszczalnie nawet Leo, człowieka, który ją sporządził. Wcześniejsza katastrofa Polluksa była dla niego nie lada gratką, ale to już minęło. W dziennikarskim fachu informacje choćby sprzed miesiąca są jakby z poprzedniej epoki. Leo Rousseau był niespełnionym reporterem elektrodziennika Lunar News oraz także incydentalnie lokalnej stacji holowizyjnej o podobnie brzmiącej nazwie. Obie instytucje miały tego samego właściciela. Nudna i jałowa reporterska egzystencja Leo ograniczała się do relacjonowania drobnych zdarzeń, które zasadniczo mało co obchodziły zajętych codziennymi obowiązkami ludzi zatrudnionych na kontraktach w przemyśle wydobywczym i przetwórczym Federacji Państw Lunarnych. Rousseau już od jakiegoś czasu przekonał się, że wyżej pewnej części ciała nie podskoczy. Siedząc dziś przy swoim biurku, wpatrywał się szklistym wzrokiem w filiżankę z niedopitą i zimną już kawą. Pogrążony w zawodowej apatii zastanawiał się jak zazwyczaj, czy nie rzucić roboty, którą przynajmniej od dwóch i pół roku wykonywał zupełnie bez przekonania. Ale i nawet na to nie miał siły.
Dawna energia zupełnie z niego uleciała. Zamiast entuzjazmu i gejzerów pomysłów w jego głowie ziało koncepcyjne pustkowie i organizacyjny bezwład. W tej niezbyt twórczej pozycji zastał go szef. „Leo, nie płacę ci za osiąganie nirwany” — warknął jak zwykle. Okazję do przypomnienia, który z nich dwóch jest podwładnym, pomijał rzadko. „Rusz natychmiast swój niezdolny zad i sprawdź, dlaczego ci cholerni ratownicy z Biura Zarządzania Kryzysowego, którzy zawsze skąpią nam informacji, zamiast zabezpieczyć i oznakować miejsce wypadku tej zgarniarki i wynieść się stamtąd jak najszybciej, ściągają tam coraz więcej sprzętu”. „Sam?” „Możesz zabrać ze sobą młodego. Niech się wdraża. Może za jakiś czas będzie z niego większy pożytek niż z ciebie”. Rousseau jak zwykle zignorował docinki szefa, do których zdążył się już przyzwyczaić.
Więcej, gdyby któregoś dnia ich zabrakło, uznałby, i pewnie słusznie, że dzieje się coś niedobrego i w zasadzie powinien szukać sobie nowej pracy. Standardowy sposób komunikacji wskazywał jednak, że wszystko jest w najlepszym porządku.
[18:19] - Z całkowitym spokojem wywlókł się zza biurka, zawiadomił młodego o czekającej ich wycieczce i niecałe pół godziny później byli już w drodze na miejsce niedawnego górniczego incydentu. „No i czego się dowiedziałeś? Co tam robią?” — spytał naczelny po powrocie śmiałków z awanturniczej wyprawy. „Wyprosili nas” — odpowiedział zapytany z rozbrajającą szczerością. „Leo, chyba jednak myliłem się co do ciebie. Myliłem się trzymając cię w mojej redakcji aż tyle czasu. Ty nie umiesz przeprowadzić nawet prostego wywiadu w terenie.” Tym razem ton szefa wskazywał, że jest naprawdę zły. „I nie pomoże ci już, że jesteś mężem mojej córki.” „Myślę, Sylwio, że jednak tego nie zrobisz” — odparł Rousseau. Bezczelny i zarazem stanowczy ton zaskoczył szefa. Podwładny, a przy okazji zięć jeszcze nigdy nie wyrażał się w taki sposób.
„Tak? A co mnie przed tym powstrzyma? Może twoja dziennikarska kompetencja?” Szef wahał się jeszcze, czy się rozgniewać, czy roześmiać. „W tej dziurze montują coś dużego.” Tym razem kandydat do wylania zaczął mówić spokojnym, niemal znudzonym głosem, jakby to on był naczelnym. W jego tonie brzmiało coś, co przełożonemu kazało go wysłuchać. „Tam naprawdę dzieje się coś dziwnego. Teren jest pilnowany, ale jeszcze nieogrodzony, chociaż pewnie już się do tego przymierzają. Młody robi właśnie spis potrzebnego sprzętu.” Rousseau skwapliwie korzystał z faktu, że szefa trochę przytkało. „Jeżeli uda się go szybko skompletować i ruszyć najpóźniej jutro, będziemy w tamtym miejscu mieli jeszcze dobre sto trzydzieści godzin księżycowej nocy. Pod jej osłoną możemy się niepostrzeżenie dostać.” „No i co z tego?” — przerwał mu Sylwio, odzyskując właściwą mu pewność siebie.
„Zanim nas stamtąd wywalili, byliśmy w zasięgu ich łączności radiowej. Kilkakrotnie usłyszeliśmy słowo...” Leo bezgłośnie poruszył ustami, wymawiając nazwę, która z niedowierzaniem, ale jednak została przez szefa zrozumiana. „Tak, dokładnie tak” — potwierdził jeszcze, widząc jego minę. „Ale skoro nie chcesz słuchać.” Naczelny redaktor, zaskoczony po raz kolejny milczał, co podwładny z niemałą satysfakcją zauważył, ale nie dał nic po sobie poznać. „Robisz sobie żarty.” — ni to stwierdził, ni to zapytał Sylwio po chwili ciszy. „Możesz spytać młodego. Jeżeli okaże się, że kłamałem, wywalisz mnie na zbity pysk i to natychmiast. Bez odprawy.” — dodał. Uważnie obserwował reakcję rozmówcy. Ocena wypadła dobrze, więc ciągnął dalej.
„Moim zdaniem miałeś nosa. Oni naprawdę coś tam odkryli i bardzo nie chcą, aby ktokolwiek o tym się dowiedział.” Ta krótka przemowa skruszyła lody nieufności. Nie ma lepszego sposobu na przekonanie swojego przełożonego, jak powiedzieć mu, że ze swoim przeczuciem miał rację. Gdyby teraz zaprzeczył, zaprzeczyłby sam sobie. „Będziemy jedynym medium, a na pewno pierwszym, które poda światu wiadomość o takim odkryciu.” Leo pomagał szefowi rozwinąć skrzydła wyobraźni. „Jeżeli miejsca tego zdarzenia nie ujawnimy zbyt szybko, to wszystkie inne redakcje będą stać pod naszymi drzwiami, żebrząc o strzępy informacji. Co ty na to?” „A dowody?” Równowaga psychiczna Sylwio została właśnie poważnie naruszona. Na przemian miotały nim entuzjazm i wspierane zdrowym rozsądkiem wątpliwości. „Dowody czekają na nas w tej wielkiej dziurze. Czy będziemy czekać, aż ludzie, którzy się przy niej kręcą, sami ogłoszą, co odkryli?
A może oni mają znajomych w konkurencyjnej redakcji? A może któryś z nich postanowi zarobić sobie coś ekstra i sam się do jakiejś zgłosi? Czy stać nas na taką wstrzemięźliwość, by czekać biernie na rozwój wypadków?” Te ostatnie argumenty obaliły u naczelnego mur sceptycyzmu, który runął jak uderzony nagłym powiewem wiatru domek z kart. Następne pytanie było zwięzłe: „Jak zamierzacie to zrobić i czego do tego potrzebujecie?”
[22:41] - Tak, to był fragment pierwszy czytany przez autora. To jest forma promocji rozumiem, bo znajdziecie państwo te fragmenty albo w naszej audycji, albo na YouTubie. Jak sobie państwo wpiszecie tytuł książki, autora, to wcześniej czy później ten YouTube państwu wykaże, że coś takiego jest.
[23:08] - Bardzo przepraszam, że to ja, ale nie miałem żadnego innego lektora pod ręką.
[23:13] - Świetnie. Ja myślę, że słuchacze bardzo chętnie posłuchają. Jak autor napisał, to później musi to przeczytać. Jakaś kara musi być w końcu, prawda? Okej, ale już po tym pierwszym fragmencie widać, jaką metodę narracyjną czy metodę opowiadania historii pan przyjął. Ja nie bez przyczyny mówię o takich szerokich planach. Wie pan, gdyby tam jeszcze się trochę więcej działo, żeby się tam strzelali i statki tam fruwały, to byłaby space opera. A tak to nie jest space opera i to nie jest zarzut, broń Boże, to nie jest zarzut.
[24:01] - Dobrze, bo już zacząłem się martwić.
[24:03] - Nie, to zarzut nie jest. Jest to ciekawe. Wiktor podkreślał na początku naszej audycji ten walor edukacyjny. Proszę się tu do naszych słuchaczy. Proszę państwa, proszę się nie bać, to nie jest nauka w stylu szkolnym. Wręcz przeciwnie, ona jest lekka, łatwo przyswajalna. Ja naprawdę muszę przyznać, powiedziałem to już raz, powiem drugi, że Człowiek sam nie wie, kiedy nagle staje w obliczu tego, że czegoś nie wiedział po prostu.
[24:38] - Zwróćmy uwagę, że autor w tej książce nie prawi nam komunałów, czyli rzeczy większości wszystkim wiadomych, tylko rzeczywiście uderza w sprawy naprawdę bardzo ciekawe. I ja ze swojej strony bardzo chętnie bym protestował przeciwko zbytniej fabularyzacji w następnych odsłonach tej książki, bo ona dla mnie najlepiej się czyta właśnie w tej warstwie rozważań nad istotą rzeczy, rozważań na tematy uwarunkowań biologicznych, mechanicznych, jakichkolwiek innych. To jest strasznie ciekawe. To zupełnie przypomina mi takie rozważania lemowskie, w innej płaszczyźnie co prawda, ale z „Golema” Lema. Tam nie potrzeba bohaterów, nie potrzeba virasek ani strzelaniny, bo po prostu czyta się historię, ewentualną albo taką, która rzeczywiście miała miejsce, tylko nikt nie zauważył, nie patrzył w ten sposób, jak akurat w danym momencie patrzy autor. To dla mnie jest cholernie ciekawe. Ja bym naprawdę ze swojej strony prosił, niech pan rozważa tak, jak pan rozważa, a wątki fabularne snuje właściwie niezależnie. To właściwie tak jak kręgosłup i ciało. Rzeczy są zupełnie partnerskie. Natomiast żeby ten kręgosłup filozoficzny, edukacyjny być może dla kogoś istniał, bo on jest fajny.
Tutaj ma pan najmocniejszą stronę i zupełnie się nie dziwię, że pana zachęcali ludzie, którym pan tłumaczył, jak tam coś na niebie wygląda albo jak zachodzi, bo musieli zauważyć, że to jest po prostu jasny, bardzo trafiający, ciekawy opis. A z tymi rzeczami większość popularyzatorów ma duże kłopoty. A jeśli to jeszcze idzie w parze z tą fabularyzacją, bo jest to powieść jednak, a nie literatura popularnonaukowa, jest to powieść z elementami popularyzatorskimi, to jest największy walor według mnie tej książki.
[27:27] - Ja w tym momencie zacząłem żałować, że my mamy taką żelazną zasadę w audycji, że nie opowiadamy książek, nie spoilerujemy, a myślę, że to akurat dobrze. Natomiast w przypadku pana książki aż zaczynam żałować, że pewnych rzeczy nie mogę, nie będę się sprzeniewierzał naszej zasadzie, nie mogę zdradzić, bo ta książka na tym się zasadza, że w niej jest pewna tajemnica, którą musicie państwo odkryć, przebijając się przez kolejne strony. I jeśli jest tak, że na początku już powiecie sobie: „A to ja już wszystko wiem”, to obawiam się, że to nie jest prawda.
[28:12] - Ja bym się nie bał, Marku, opowiadać. Z twojej strony opowiadaj sobie do woli. Dobre książki polegają na tym, że nie można ich tak naprawdę opowiedzieć.
[28:21] - Tak, w pewnej warstwie nie, ale z drugiej strony nie chciałbym jednak autorowi robić pod górę, bo to jednak wiesz, jak się opowiada książkę, to ktoś powie: „No to ja już wiem, to od razu drugi tom kupię”. Żart oczywiście. Ja chciałem wrócić na chwilę przynajmniej do tego zainteresowania astronomią. Wiem, że ta książka dla mnie też była takim sygnałem, że trzeba na nią zwrócić uwagę, bo ta książka ma na okładce wśród partnerów medialnych takie organizacje, które z astronomią są powiązane. Wiem skądinąd, że ludzie z Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii także panu gorąco kibicują i są z panem. To chciałbym o to zapytać. Jak to jest? Bardzo fachowa książka w takim razie, skoro zamiast krytyki ze strony tych wszystkich miłośników astronomii, ludzi „opętanych kosmosem”, dostaje pan pochwały. Bardzo kompetentna w takim razie.
[29:32] - Cóż, trudno, żeby mnie krytykowali, jeżeli najpierw ją sprawdzili pod kątem merytorycznym. Nie odważyłbym się jej wydrukować tak po prostu. Tym bardziej, że co po niektórym udało się tam coś znaleźć jeszcze.
[29:54] - Właśnie! Zabrał mi pan pytanie. Ja jestem jak taka typowa dziennikarska hiena. To jakie błędy pan popełnił w tej książce?
[30:00] - Nie powiem.
[30:03] - Okej, proszę dalej w takim razie.
[30:05] - Nie było ich dużo. Powiedzmy, że jeden był taki faktycznie dość gruby. Sam się zdziwiłem. Dotyczył zasad ruchu planet. Przegapiłem coś. Drugi nawet nie pamiętam dokładnie, na czym to polegało. W każdym razie została sprawdzona, więc myślę, że tutaj od tej strony przynajmniej mogę spać spokojnie w miarę.
[30:38] - Hm.
[30:40] - Zawsze jest ta zasada, że gdzie drwa rąbią, tam wiry lecą. Zawsze musi być coś takiego. Natomiast nie ma nic gorszego niż zadufanie ludzkie ludzi, którzy uważają, że błędów absolutnie popełnić nie mogą. Natomiast umiejętność zadawania pytań jest w sumie najważniejsza i zestawiania pewnych rzeczy po to, żeby kto inny zadawał sobie pytania. My sobie w trakcie tej książki możemy sporo pytań sami sobie zadać i to jest walor. Ta książka to wyzwala w nas.
[31:20] - To ja proponuję, żebyśmy sobie dawkowali po trochu książkę. Proponuję teraz drugi fragment.
[32:02] - DNA. Część pierwsza. Spirale zagłady. Fragment. Odcinek drugi. „Mówiłem ci młody, że się uda. Musimy jeszcze stąd wyjść Leo. W razie czego liczę, że sami nas stąd wyciągną. I zabiorą nam wszystkie materiały. Te to mogą sobie zabierać.
Niezwykłe okoliczności zwykłej reporterskiej roboty w ciągu kilku godzin przemieniły Leo w prawdziwego lwa. Po tym, co zobaczył, a zwłaszcza usłyszał, przez całą drogę powrotną z pierwszej wyprawy zastanawiał się, w jaki sposób wykraść sekrety, które mogły całkowicie odmienić jego sflaczałe redaktorskie życie. Do tej pory był przekonany, że Fortuna, mitologiczna rzymska bogini szczęścia, jak i również jego przeciwieństwa, od samego początku jego dziennikarskiej kariery pokazywała mu wyłącznie wyprostowany środkowy palec. Obecnie wydawało się, że zmieniła zdanie i wyciągnęła w jego kierunku pomocną dłoń. Trzeba było tylko dokładnie przemyśleć, w jaki sposób ekipom pracującym w tym zapadlisku wyrwać tajemnicę i jak przekazać ją dalej. Oczami wyobraźni widział się już na okładkach najbardziej prestiżowych periodyków, jako ten, który pierwszy przekazał światu wieść o nowym rozdziale w dziejach ludzkości. Jako zwycięzca, o którego zainteresowanie ubiegają się największe stacje holo, błagają go o chociaż krótki wywiad, a on będzie przyjmował gratulacje i obrzucany zewsząd wyrażającymi podziw spojrzeniami snuł skromną opowieść, jak tego dokonał. On. No dobra, wystarczy. Najpierw trzeba tam się dostać.
Zarejestrować to, co jest do zarejestrowania, a następnie niepostrzeżenie dostarczyć to wszystko szefowi. A może dobrze byłoby zasugerować mu pewne drobne zmiany personalne? Wszak to on był jego zięciem, a nie ten wiecznie przymilający się do sekretarki szefa bufon zastępca. Żonę poinformował, że ma do wykonania misję i że w jej trakcie może zostać zatrzymany, ale nie robi niczego, co byłoby nielegalne, a poza tym nic mu nie grozi. Po prostu chce zdobyć informację o odkryciu dokonanym przez kogoś, kto nie chce dzielić się nim z resztą społeczeństwa, a powinien. I że o wszystkim wie jej ojciec. Ponieważ tego typu wytłumaczenie młoda pani Rousseau słyszała już kilkanaście razy, skwitowała całą przemowę skinieniem głowy. Leo zdawał sobie sprawę, że w razie zatrzymania cały sprzęt zostanie mu zarekwirowany, a razem z nim wszystkie nagrania, które zapewne zostaną skasowane, a w najlepszym wypadku skonfiskowane. Aby takiemu scenariuszowi zapobiec, zażądał od szefa środków na specjalistyczny reporterski ekwipunek. I nie tylko reporterski.
Co jakiś czas lądując lecieli w stronę dziury znajdującej się po niewidocznej z Ziemi stronie naszego naturalnego satelity. Po drodze rozstawiali przekaźniki fal radiowych o parametrach pozwalających na szybki przesył dużej ilości danych. Odbiornik umieścił na tarasie widokowym swojego budynku. Tego wyboru dokonał nieprzypadkowo, ponieważ zajmowany przez ich małżeństwo habitat był punktem najbardziej wysuniętym w stronę, w którą właśnie zmierzali. Położenie również było korzystne z innego względu, gdyż całe osiedle usytuowano bardzo wysoko na samej grani księżycowego krateru wznoszącej się nad okolicą na blisko 3000 metrów. W miarę postępów w eksploatacji złóż Helu-3 przenoszono się w coraz dalsze tereny, budując również w ich pobliżu nieodzowną infrastrukturę, między innymi obiekty mieszkalne. W ten sposób dotarto w okolice linii, gdzie kończył się obszar Księżyca możliwy do obserwacji z Ziemi. Nazwano ją Księżycowe Wzgórze. Firma wznosząca tę osadę zadbała, aby mieszkańcy nie czuli się przytłoczeni grubymi ścianami budynków. Wybrano i wyrównano część grzbietu korony jednego z dużych kraterów uderzeniowych.
Z jednej strony roztaczał się zapierający dech w piersiach widok na rozległą, zalewaną przez półksiężyca blaskiem pobliskiej gwiazdy powstałą po impakcie dolinę. Pośrodku niej jako pomnik pamięci kosmicznej katastrofy widniało tak charakterystyczne przy tego typu zdarzeniach wzniesienie centralne. Druga strona osiedla oferowała dla oczu nie mniejszą atrakcję. Za dalekim horyzontem nisko nad nim zawieszony błękit Ziemi na tle czarnego nieba.
[36:45] - Delektującym się tą panoramą przypominał, skąd pochodzą. Przekaźniki były niewielkie, ale wysokiej klasy. Ostatni z nich został umieszczony na wzniesieniu niedaleko tajemniczego zapadliska, przy którym pośród całych chałt różnego rodzaju materiałów konstrukcyjnych, maszyn i kontenerów uwijały się chyba ze dwie setki ludzi. Wykonane podczas pierwszej wyprawy fotografie pozwoliły Leo i młodemu upodobnić swoje próżniowe skafandry do używanych tutaj. Panująca w tym miejscu okresowa ciemność, nieznacznie tylko rozświetlana blaskiem gwiazd, umożliwiała im skryte podejście. Na wszelki wypadek podlecieli z przeciwnej strony niż odbywała się dostawa najróżniejszych środków. Pojazd pozostawili dalej ukryty w jakiejś rozpadlinie, daleko od ostatniego przekaźnika, aby nie zdradzać jego obecności. Z tego prowizorycznego parkingu, mając na wszelki wypadek zgaszone osobiste reflektory, przeszli na piechotę w rejon interesującej ich dziury i bez przeszkód wmieszali się w tłum. Nie chcąc budzić podejrzeń, tak jak inni pobrali z podstawionego transportowca jakieś graty i zeszli z nimi do podziemi. Korzystając z tego, że wszyscy byli mocno zajęci, przeniknęli niżej aż do miejsca, gdzie kończyła się obecnie konstrukcja montowanych tu właśnie wind.
Jeszcze dość blisko powierzchni, ponieważ budowę dopiero rozpoczęto. Wokoło nie było żywego ducha. Na górze niedawno nadszedł transport dalszych elementów instalacji i wszyscy zaprzątnięci byli rozładunkiem. No i co teraz? Strasznie tu Leo. Młody, nie pękaj. Pomyśl o tym, co nas niedługo czeka. Właśnie o tym myślę. Młody przełknął ślinę, mając na uwadze zupełnie co innego niż jego starszy towarzysz. Tu nic nie ma.
Rousseau rozejrzał się dookoła. Musimy zejść jeszcze niżej. Tu jest bardzo stromo — zauważył młodzieniec. Pod nimi ziała czeluść czarnej, rozległej i nie wiadomo jak głębokiej dziury. A to są bardzo mocne i bardzo długie linki — rzekł redaktor, wskazując na przytroczony do pasa sprzęt. I elektryczne kołowrotki wyciągowe. Drugi zestaw masz ty. Sam to wszystko przygotowywałeś. Chyba nie chcesz się teraz wycofać? W bezpiecznym pokoju wyglądało to trochę inaczej.
Teraz jest już za późno. Wkładaj świeżą pieluchę i naprzód. Jedziemy na dół, patrzymy co tam jest i wracamy. Jeżeli ja dam radę, to ty też. Poza tym pozostawimy w tym miejscu pierwszy element naszej Nici Ariadny. Dlaczego tu, a nie przy powierzchni? A jak nie zadziała? Tu jest jeszcze za płytko. Zadziała na pewno. Na górze widziałem pojazd techniczny Biura Zarządzania Kryzysowego.
Muszą odebrać nasze wezwanie. Poza tym popatrz. Leo pokazał do góry. Ilu przy wlocie do szybu kręci się ludzi i jak tam jest jasno od sztucznego oświetlenia. Natychmiast odkryliby urządzenie, a zaraz potem nas. W tym miejscu możemy je bezpiecznie ukryć, choćby tutaj. Mówiąc to, wprowadził słowa w czyn, wkładając urządzenie w szczelinę i maskując kilkoma skalnymi okruchami. Ich dodatkowym zabezpieczeniem miały być boje sygnalizacyjne Nić Ariadny. Nie dało się za ich pomocą rozmawiać, bo wysyłały wyłącznie krótkie impulsy. Ktoś kiedyś wymyślił tą malowniczą i całkiem słuszną nazwę i tak już zostało.
Był to amatorski sprzęt stosowany głównie w turystyce. W razie gdyby poszło coś nie tak. Zabierali go ze sobą co bardziej rozsądni amatorzy przygód. Na przykład, gdyby z jakiegoś powodu nie mogli się skądś wydostać albo się zgubili. Rozstawione w odstępach umożliwiających ich wzajemną komunikację radioboje wskazywały ratownikom drogę do wzywających pomocy. Rozwiązanie bardzo tanie i bardzo proste, ale przeznaczone przede wszystkim do użytku na powierzchni. Pod ziemią też mogły zadziałać, ale z oczywistych powodów odległości między nimi znacznie się skracały. W razie konieczności system Nić Ariadny uruchamiany był zdalnie. Impuls szedł od jednej do drugiej. Pozostawiona w pierwszej kolejności, a ostatnio w łańcuchu wszczynała alarm, nadając radiowy sygnał SOS na wszystkich zarezerwowanych do tego celu częstotliwościach do czasu ręcznego wyłączenia albo wyczerpania zasilania.
Za pomocą używanych przy wspinaczce młotków wbili w pęknięcia ściany szybu solidne haki, tak jak robią to alpiniści. Przypięli do nich karabinki z linkami nawiniętymi na kołowrotki wyciągowe. Ukryta w szczelinie pierwsza radioboja pozostawała w trybie czuwania. Z następną zrobili po drodze tak samo, mocując ją do wbitego w szczelinę haka. Na wpół schodzili, a na wpół zjeżdżali po stromiźnie. Po kilkuset metrach minęli wypłaszczenie, na którym zatrzymała się zgarniarka, gdzie pozbyli się następnej i wkrótce znaleźli się na samym dole. Tu ustawili czwarty element Nici Ariadny. Rozejrzeli się. Ogromna jaskinia. W świetle swoich reflektorów nie byli w stanie dostrzec jej krańców.
Dno wydawało się dość równe jak na twór natury. Teraz już nas nie zatrzymają, nawet gdyby odkryli nasze linki. Ale zwisa tam tyle przewodów i innych linek, że... Tu nic nie ma Leo — przerwał mu młody. Spodziewałeś się jakiegoś komitetu powitalnego? Tu są ślady. Trzeba pójść tam, dokąd prowadzą. Odpinamy się? No a jak? Jasne.
Ile zostało ci jeszcze radioboi? Dwie. Kierownik wyprawy wskazał na zawieszony na pasie pokrowiec. Więcej już nie było w magazynie. Niedobrze. Nie wiadomo jak to jeszcze daleko. Możemy się zgubić. W razie czego nie będziemy mieli jak wezwać pomocy. Spokojnie. Pójdziemy i wrócimy po śladach butów.
W czasie, gdy odbywał się dopiero montaż wind, do podziemnego królestwa Księżyca nie zawitał jeszcze nawet jeden foton przyszłej instalacji oświetleniowej. Polegając na nikłym blasku osobistego wyposażenia, łapczywie pochłanianym i tłumionym przez ściany oraz podłoże jaskini, przebyli ją całą, zdumieni jej rozmiarem. Następnie wybrali jeden z korytarzy łączących, ten bardziej zadeptany. W jego głębi umieścili przedostatnią radioboję, sprawdzając, czy komunikuje się z poprzednią. Na pasie Rousseau pozostała ostatnia do uruchomienia sygnału ewentualnego alarmu. Po krótkim marszu znaleźli się w długiej, mniejszej komorze. Tu ślady prowadziły w różne strony, do niewidocznych z tego miejsca chodników. Poszli dalej i zaczęli je kolejno sprawdzać, aż trafili na ten właściwy.
[44:01] - Drugi fragment mamy za sobą. W takim razie zapytam teraz o to, jak się wydaje, bo ja podziwiam pana za to, że wydał pan własnym nakładem, własnym sumptem tę książkę.
[44:21] - No nie do końca.
[44:22] - Proszę, jak to wyglądało?
[44:31] - Nie wiem, czy powinienem wszystko mówić bardzo szczerze. Być może słucha nas urząd skarbowy. Powiedzmy, że po sugestii moich znajomych i przyjaciół z Polskiego Towarzystwa Astronomii, że powinienem tę książkę wydać, otrzymałem od nich dużą pomoc. Tak na okrągło powiem. Notabene dużą zasługę w wydaniu tej książki ma również pan Andrzej Bieniek, grafik, który zaprojektował i wykonał jej okładkę.
[45:21] - Właśnie pytając o to i mówiąc o tej odwadze i w ogóle o podziwie, to ja bardziej to miałem na myśli, bo sprawy finansowe to sprawy finansowe. Natomiast cała ta otoczka związana z zaplanowaniem grafiki, w ogóle układu całej książki, jakichś takich szczegółów, nazwijmy to edytorskich. Tak ogólnie, żeby nie wchodzić w jakieś tam drobiazgi. To jest dla mnie taki powód, który, ponieważ znam to od strony takiej wydawniczej, wiem, jaka to jest droga. Taka może nie przez mękę, ale pod górkę to na pewno. Jak się pan sprawdził w roli takiego samowydawcy? Był to problem?
[46:11] - Może nie aż taki bardzo duży. Potrafię znośnie w miarę obsługiwać Worda. Czego nie wiedziałem, to się zapytałem. Była taka dłubaninka, żeby to w miarę wyglądało. Bardzo pomógł mi tutaj w tym wszystkim pan Janusz Wilant, prezes naszego oddziału w Warszawie, oddziału Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii i jednocześnie wiceprezes na Polskę. Zresztą zawarłem tutaj podziękowania dla kilku osób w książce. Każdy będzie mógł tam zajrzeć i zobaczyć, jak to wygląda.
[47:00] - Ja może zwrócę uwagę na to, że przez jakiś czas, od czasów komuny, która, że tak powiem, drukowała książki, te, które należało, które wypadało, że tak powiem, a gdzieś tam własnym sumptem to można tylko było wydawać jakieś „Czas Apokalipsy” albo inne nieprawomyślne teksty. Natomiast potem szalały wszystkie wydawnictwa, wydając wszystko, co trzeba. Tym bardziej mówisz trochę ze zdziwieniem, że pan jakimś tam mniej więcej własnym sumptem tę książkę wydał, ale to jak my tutaj obserwujemy gości, którzy do nas zawitają od czasu do czasu, to się staje coraz częstsze. Przypomnę nieotwierania na stronie Sigma grupę ludzi, nie pojedynczo, ale grupę, która się skrzyknęła i też po prostu z własnej tej energii, z własnego tego wykrzesała książkę i to wyśmienitą. Są ludzie, którzy po prostu te książki też inwestują w to, bo uważają, że jest coś z tego. I jeżeli to świadczy, że budzi się w nas jednak pewien indywidualizm, to jest mniej więcej tak, jak za przeproszeniem w tym świetlanym średniowieczu jednak większość książek zostawała wydawana własnym sumptem albo po prostu przy znajdowaniu właściwego mecenatu, a nie fabrykę przemysłową, która trzepie, że tak powiem, kapuchę, dorabiając się na tych książkach, na tej harówce pisarzy. To jest i zawsze będzie, ale mi się podoba to, że ktoś może sam.
[49:04] - Nie powiedziałem, że mi się nie podoba, tylko jako człowiek, który przy wydawaniu książek trochę pracuje, wiem, jaka to jest praca. Zapytam o następującą rzecz. Kiedy czyta się tę książkę, wspomniał pan o błędach, że nie było ich dużo. Kiedy się ją czyta, o szczegółach technicznych, na przykład związanych z poruszaniem się statków kosmicznych, kiedy wchodzi się w takie szczegóły, to powiem państwu szczerze, mam ciche marzenie, że zdeklarowani, bardzo młodzi twórcy, którzy już wiedzą, że zostaną pisarzami SF, żeby sięgnęli po tę książkę, bo z tej książki można się sporo dowiedzieć i żeby później dziwnych rzeczy nie wypisywać. Czasami dochodzą do nas, do naszej siostrzanej audycji ABW teksty, w których podobno jest to fantastyka naukowa, ale nauki tam jest mało.
[50:15] - Marku, tu kopnę ciebie za chwilkę. To jest coś takiego, jeżeli ktoś pisze, znając się na rzeczy, na tym, co pisze, jeśli ktoś sprzedaje swoją pasję, to jest zupełnie co innego niż wtedy, kiedy za pisanie książki zabiera się takie cudowne dziecko naszej cywilizacji, czyli dziennikarz, który właściwie z góry chce na tym zarobić, a nie swoją pasję zrealizować.
[50:52] - Jak ktoś jest odpowiedzialny, to jak zaczyna cokolwiek pisać, to sobie bierze konsultantów. Jak nie ma o czymś nie tylko zielonego, ale jakiegoś bladego pojęcia, to rozmawia. Jak nie ma pewności, czy coś się mogło w przestrzeni kosmicznej wydarzyć, to bierze sobie zawodowego astronoma, dzwoni do niego, a jeszcze jak on jest jego dobrym kolegą, to rozmowa toczy się łatwiej.
[51:25] - Tak, ale większość ludzi, którzy zaczynają pisać i to dzisiaj i zawsze, niespecjalnie lubi słuchać autorytetów, gdyż sama uważa, że jest autorytetem.
[51:38] - Mówisz o ludziach pewno bardzo młodych. Ja tym ludziom od razu mówię: sięgajcie państwo po tę książkę, którą dzisiaj omawiamy, „DNA. Spirale Zagłady”. To nie jest tylko o spiralach zagłady. Ten tytuł jest taki, jakby było w internecie, to powiedziałbym clickbaitowy, ale „Spirale Zagłady” brzmi, jakby tutaj jakieś przynajmniej Gwiezdne Wojny się odbywały.
[52:08] - Podtytuł pierwszego tomu, czy właściwie tytuł pierwszego tomu, „Spirale Zagłady”, miał być pierwotnie tytułem całej książki. Natomiast w miarę jak pisałem, troszkę zmieniał mi się pogląd na fabułę i w końcu któregoś dnia, nie pamiętam już, w jakich okolicznościach wypłynął tytuł „DNA”. Uznałem, że jest znacznie bardziej adekwatny do całości fabuły. Natomiast „Spirale Zagłady” to nie jest wyłącznie książka z gatunku science fiction. Jest tam głębiej pewne takie drugie dno. Nie chciałbym za dużo mówić, ale to drugie dno dotyczy pewnej naszej codzienności. W jaki sposób nasi ukochani przywódcy, nie mówię, że obecnie, ale w ogóle wszelcy ukochani przywódcy rozpasani do granic możliwości szykują nam bardzo nieciekawą przyszłość i co może z tego wyniknąć. Mam nadzieję, że kilka osób, może więcej, zechce dostrzec to drugie dno w tej książce czy właściwie w tej powieści. Może to coś zmieni. Może.
[53:58] - Wierzy pan w moc literatury. To miłe. Powiem panu dlaczego.
[54:05] - Mam nadzieję, że książka mnie przeżyje.
[54:07] - Wiktor bywa człowiekiem cynicznym i już dawno machnął ręką na literaturę. Nie ma co do niej złudzeń. Ja jeszcze mam i dlatego panu kibicuję.
[54:20] - Twórcy mają to do siebie, że powinni tworzyć, nie licząc na to, że coś to zmieni. Natomiast po wszystkich epokach ptaków, dinozaurów pozostały osady geologiczne.
[54:41] - A ten będzie o tych 20 centymetrach.
[54:43] - Nie, nie będę o tym. Mówię o tym, że jednak jakieś osady na mózgu przyszłych pokoleń się odkładają z pokolenia na pokolenie.
[54:54] - Czyli ta książka jako taki osad, jeden z elementów osadu.
[55:00] - Jeden z elementów na mózgu. Skądś trafi, osiądzie i ktoś jeszcze jakąś tą pałeczkę pociągnie dalej kiedyś. To jest właściwie największa nadzieja dla piszącego, że nie to, że się samemu coś zrobi, ale że ktoś to kiedyś przeczyta i pójdzie kawałek dalej.
[55:21] - Jeśli mogę wtrącić niezapytany, przepraszam.
[55:24] - Ależ proszę bardzo, u nas panuje wolność.
[55:27] - Rozumiem. Nie do końca byłem pewien, czy w ogóle dojdzie do jakiegokolwiek wydania, ale jak dobijałem do końca pierwszego tomu, któregoś dnia na jednym ze spotkań w siedzibie u nas w Warszawie, Towarzystwa Miłośników Astronomii, podsumowałem fragment, kilka stron naszemu prezesowi Januszowi. Muszę powiedzieć, że troszeczkę musiałem go przymusić do tego, żeby zapoznał się z nimi. Zrobił to i spytał się, czy mam tego więcej. Ja mówię: „W zasadzie to mam prawie całą książkę”. Spytał się z kolei, czy mógłbym mu ją wysłać pocztą elektroniczną. Zgodziłem się oczywiście. Dał tylko pewne zastrzeżenie. Mówi: „Słuchaj, tylko ja mam w tej chwili zaczęty już remont generalny w domu, remont wszystkiego, w związku z czym daj mi ze dwa, trzy tygodnie, żebym sobie to powoli przeczytał”. Na co odpowiedziałem: „Oczywiście, nie ma żadnego problemu.
Przeczytaj sobie w takim tempie, jak chcesz”. Dwa dni później wieczorem dzwoni do mnie i posłał mi dwuzdaniową recenzję, która zdecydowała o tym, że jednak postanowiłem to wydać. Pierwsze zdanie brzmiało: „Wszystkie moje plany szlag trafił”. Drugie: „Gdzie masz, do cholery, drugi tom?”. Uznałem, że jednak trzeba to koniecznie wydać. I tak się stało.
[57:28] - Jeśli mogę mieć jakąś prośbę albo bardziej sugestię, niech pan koniecznie tę recenzję dwuzdaniową zamieści na okładce drugiego wydania. Uważam, że jest świetna ta recenzja. Ona dobrze podsumowuje pewne rzeczy i uważam, że absolutnie nadaje się na okładkę. Wiktorze, co sądzisz?
[57:50] - Sądzę dużo na ten temat. Nie będę może tutaj tego, bo tak jak tutaj chwalę tę książkę, to ja mam też całą kopę zastrzeżeń do różnych rozwiązań technicznych czy fabularnych. To nie jest tak. Natomiast mam też doświadczenie takie podobne jak ten prezes Towarzystwa Miłośników Astronomii, bo Marek już doskonale wie, mnie w tej chwili zagnać do czytania książki to ciężko. Przeczytałem w życiu straszliwe ilości, ale w tej chwili to już mi się nie chce. Natomiast nawet jak się chce, to z dużym trudem, że tak powiem, odrabiam lekcje przed każdą audycją.
[58:33] - Tak. I dlatego, proszę państwa, prowadzimy audycję o książkach. Ponieważ Wiktor nie lubi czytać, to teraz musi poczytać trochę na siłę.
[58:40] - Ale właśnie w wypadku tej książki, tak jak mówię, mam ogromną ilość zastrzeżeń, które sobie kiedyś autorowi wygarnę na tematy fabularne czy pewne artystyczne. Natomiast jedną rzecz, który książka „Cud”, zrobiła ze mną, to rzeczywiście cud. Ona skupiła moją uwagę na sobie w ten sposób, że się do niej przykleiłem i czytałem. Właściwie nie mogłem się oderwać po prostu. Chociaż wkurzała mnie fabuła, wkurzały mnie różne szczególne dialogi i inne takie rzeczy, które według mnie mogłyby być dużo lepsze. Ale to nie miało znaczenia, bo moja uwaga się tak przykleiła do samej istoty rzeczy tej książki. Dawno, dawno ja pamiętam, że z takim właśnie grawitacyjnym przylgnięciem chyba ostatni raz czytałem, mając lat 19, eseistykę „Mistyalidade”, bo wtedy się religioznawstwem pasjonowałem i to było też dla mnie tyle informacji, tyle ciekawych rzeczy. Tam wszystko chodziło o mity. Natomiast to była ogromna ilość, ogromna dawka ciekawości po prostu wyzwalająca się z człowieka. I przy tej książce, o dziwo, na starość odkryłem coś, że nie muszę czytać książek fabularnych, tych, których teraz jest od metra, w których jest bach, bach, bach, ach, ach, ach i dupci, dupci po pachy.
Natomiast po skończeniu książki zamyka się książkę i właściwie po cholerę ja to czytałem? A po zamknięciu tej książki wiem, że będę miał jeszcze kupę do myślenia. Z tym zostanę w spadku.
[01:01:01] - Tak to jest, proszę pana – mówię do naszego gościa – jak się da książkę człowiekowi, który sam dużo napisał i w ogóle był tam ogłaszany. Teraz mu się nie chce po prostu, ale kiedy pisał, to właściwie wszyscy mówili: „Strasznie się ciężko to czyta”. Ale czytali
[01:01:24] - Jakieś pokrewieństwo tutaj jest mimo wszystko. Natomiast powiedziałeś o micie i sobie zastrzygłem uchem w tym momencie, bo w tej książce też jakiś rodzaj takiej mitycznej opowieści jest. I to jest w tej książce na swój sposób pasjonujące, że pan porusza się w obrębie jednak mitu. Mit to od razu tym wszystkim słuchaczom, którzy by trochę to przeoczyli, to nie jest taka bajka, w której występują różne dziwne postacie. Mit to jest pewna konstrukcja kulturowa, która odegrała w historii ludzkości olbrzymią rolę. Do mitu odwołują się współcześni pisarze, do mitu odwoływali się pisarze z wieków poprzednich. Mit to jest coś takiego, co bardzo często prowadzi nas, nawet o tym nie wiemy, nie musimy o tym koniecznie wiedzieć. Mit i zawarte w nim pewne takie zjawiska, tu teraz będzie trudne słowo archetypowe. To się dzieje tak, że jakaś opowieść nam się podoba albo nie podoba. Sami nie wiemy czasami dlaczego.
Uwaga, to właśnie wtedy gdzieś poruszamy się w okolicach mitu. Jak to było u pana z tym mitem? To świadome działanie, czy tak nie do końca? Jak to było? Mit pana też interesuje?
[01:02:54] - Myślę, że chyba tak nie do końca. Po prostu jakoś tak samo wyszło spod pióra, a właściwie spod klawiatury. Chyba tak bym to określił.
[01:03:05] - Okej, to znowu puśćmy sobie kolejną porcję pana prozy.
[01:03:10] - Ja tylko zwrócę uwagę, że zobacz na twoje pytanie większość autorów to by natychmiast-
[01:03:19] - Tak, tak.
[01:03:20] - Mówią: „Ależ tak, oczywiście nawiązywałem i do Odyseusza, i do mitu Napoleona”
[01:03:26] - Bo ja, wie pan, ja żyję mitem.
[01:03:28] - Tak. Natomiast nie ma nic rozkoszniejszego jak ktoś mi powie: „Co?” Ja też tak zawsze w życiu mówiłem. Cholera wie, jak mnie pytali. Tak mi wyszło.
[01:03:42] - Ale skoro pan tak uważa, to bardzo dobrze.
[01:03:45] - To bardzo dobrze.
[01:03:46] - Marku, to poprosimy o trzeci odcinek.
[01:04:01] - DNA. Część pierwsza. Spirale zagłady. Fragment. Odcinek trzeci. „No i co młody? Warto było?” — spytał nie bez dumy Leo. „Filmujesz to wszystko?” — wykrztusił wreszcie zapytany, gdy nieco ochłonął z pierwszego wrażenia. „Od samego początku naszej wyprawy”. „Ale ten materiał, gdzie wiesz, miałem tego, wątpliwości, to wytniemy?” „Zobaczymy” — odpowiedział wesoło redaktor Russo.
Ton nie wskazywał jednoznacznie, czy prośba zostanie spełniona. „Sfilmuj może z bliska tą ścianę”. Młodzieniec, zawstydzony swoim niedawnym bojaźliwym zachowaniem, chciał teraz wykazać się jakąś inicjatywą. Podeszli jeszcze bliżej. Dotykali osobliwego tworu niemogącego być dziełem natury. Zupełnie gładka powierzchnia nie przypominała metalu ani jakiegokolwiek materiału, z jakim dotąd się zetknęli. Gdy próbowali zarysować ją kawałkiem skały, nie uzyskali niczego poza wrażeniem, że jest jakaś taka jakby miękka. Przynajmniej z wierzchu. Ale gdy w nią uderzali, stawała się bardzo twarda, jakby absorpcja energii kinetycznej powodowała jej wzmocnienie. Dziwne.
„No dobra, mamy już wszystko. Wracamy.” „Nakręć jeszcze kilka klatek, jak będę stał przy tej ścianie” — nalegał młody. „Dobra, stawaj szybko.” — Leo zerknął na zegar i miernik zapasu powietrza. — „Spędziliśmy tu sporo czasu i powinniśmy już się zwijać. Mamy już wszystko i lepiej nie przeciągać struny.” Filmowania nie zakończył, zamierzając udokumentować całą wyprawę. Wykonali w tył zwrot, kierując się ku wylotowi tunelu. Znaleźli się w mniejszej, choć przecież niemałej komorze i stanęli niezdecydowanie. „Pamiętasz, z której strony przyszliśmy? Wydaje mi się, że z prawej.” „Chyba z lewej” — poprawił go Russo. „A co pokazują ślady?” — młodzieniec oświetlił podłoże.
Śladów ujrzeli niestety mnóstwo i to w różnych kierunkach. Nie sposób było określić, które są świeże, a które pozostawili poprzednicy. Na nieszczęście wszystkie miały jednakowy wzór podeszwy. Standard federacji. Wielkością także specjalnie się nie różniły. Księżycowe obuwie ze względu na swą grubość i konstrukcję ma zbliżone rozmiary. „Co jest grane?” — zdziwił się oficer dyżurny pojazdu zabezpieczenia biura zarządzania kryzysowego. „Stało się coś?” — znad stolika obrócił się towarzyszący mu podoficer. Kończył właśnie zaparzanie herbaty dla ich obu. Ich wóz zabezpieczał prace prowadzone w miejscu katastrofy zgarniarki.
„Aparatura wyłapała jakiś nietypowy sygnał SOS. Słaby i nie mogę ustalić kierunku, skąd nadchodzi.” „Ale chyba nie z przestrzeni.” „No to w takim razie z powierzchni Księżyca.” „Jakby to było z Księżyca, to współrzędne wyglądałyby inaczej. Okołolunarne satelity geoopozycyjne bez trudu wskazałyby cel. Spójrz na te dwie liczby. Chociaż niedokładnie, ale pokazują, że to jest gdzieś w naszym rejonie. Tylko ta trzecia to kompletna zagadka. Może to jakieś echo?” „Rzeczywiście impulsy przychodzą regularnie, ale dane liczbowe nieustannie się zmieniają. To musi być jakieś echo.” „To co robimy?” „Trzeba to zgłosić do centrali. Może też to odbierają. Siedzą tam większe mądrale niż my.
To może będą wiedzieć, co to takiego.” Służbę oficera dyżurnego w centrali miał dzisiaj Chris Norman. Przez chwilę wysłuchiwał relacji oficera dyżurnego z wozu zabezpieczenia. U nas jest cisza. Czy ten sygnał się powtarza? Przez cały czas. Może to awaria naszego sprzętu albo jakaś anomalia magnetyczna, czy diabli wiedzą co. Czy to wina sprzętu można łatwo sprawdzić. Wyślij swojego pomocnika na zewnątrz albo powiedz komuś, kto już tam jest, żeby włączył swój alarm. Przez chwilę panowała cisza w eterze w oczekiwaniu na wynik tego prostego doświadczenia. Wyglądało na to, że z aparaturą jest wszystko w porządku.
Precyzyjnie wskazała położenie osoby dokonującej próbnego alarmu. W takim razie nie wiem. Brak mi pomysłu. Oficer dyżurny pojazdu zabezpieczenia usłyszał zafrasowany głos Chrisa. Może to jakieś echo, odbicie od satelity albo wahadłowca — zasugerował swoją teorię. Niemożliwe — zaprzeczył Norman. Gdyby tak było, to też byśmy to odbierali, a nasza aparatura niczego takiego nie wyłapuje. Zaczekajcie moment, właśnie pojawił się szef. Może on będzie miał jakąś koncepcję. Przez chwilę w radiu słychać było odgłosy przytłumionej odległością rozmowy.
Po chwili pogwar przybliżył się i załoga wozu rozpoznała charakterystyczny tembr Waltera Nolana. Czy sygnał SOS jest jeszcze nadawany? — spytał dyrektor. Przez cały czas — odpowiedział dyżurny. Współrzędne pokazują nasz rejon. Raz w samym środku, za chwilę kilka kilometrów dalej. Za każdym razem w innym miejscu. A jak wygląda trzeci parametr? Też zmienia się co chwilę. Raz wskazuje powierzchnię księżyca, to znowu miejsce gdzieś na niskiej orbicie.
Ale nad nami nic nie lata. Przed chwilą sprawdziłem. A czy pokazuje również punkty poniżej gruntu? Czasami tak. Przez krótką chwilę w eterze znowu nastała cisza. Nolan intensywnie przeszukiwał w myślach podobne historie. W końcu przerwał milczenie. W takim razie ten sygnał musi iść spod powierzchni i odbija się na wszystkie możliwe sposoby. Stoicie przy tej wielkiej dziurze. Może ktoś tam wpadł, utknął i wzywa pomocy.
Przerwijcie robotę i sprawdźcie obecność. Pewnie kogoś brakuje. I meldujcie zaraz jak wygląda sytuacja. Czekam. Bez odbioru. Nadzorujący instalacje zrobili szybką zbiórkę. Sprawdzenie obecności nie trwało długo. Nikogo nie brakowało. Nie, to nikt z naszych — zameldował oficerowi dyżurnemu kierownik budowy. Wiecie co robić.
Liczy się każda minuta — powiedział Nolan po ponownym połączeniu. W międzyczasie wysłałem wam wsparcie. Już tam lecą. Tak jest. Schodzimy. Sprawa wyjaśniła się dość szybko. Ratownicy wzięli ze sobą przenośne lokalizatory i sygnał przestał wariować, gdy tylko znaleźli się w szybie. Nieco poniżej powstającej konstrukcji znaleźli nieudolnie zamaskowany nadajnik i nieco dalej nietypowe dla pracującej tu ekipy linki z karabinkami zapiętymi na wspinaczkowych hakach. Mamy nieproszonych gości, którzy popadli w kłopoty — zameldowali przez radio. Schodzimy niżej.
[01:10:59] - Tak. To ja teraz postanowiłem po tym trzecim odcinku zapytać o technikalia. Jak pan pisze? Mnie interesują takie szczegóły. Jak pan siada. Mówił pan już trochę, że pisze pan w przerwach w pracy, w samochodzie.
[01:11:15] - W samochodzie.
[01:11:16] - W samochodzie. Ale jak to się robi? To jak? Długopisem, piórem, na laptopie? No jak?
[01:11:21] - Mam starego laptopa, dwudziestoletniego z padającą baterią. Zmontowałem sobie taki zestawik z akumulatorem, żeby ta bateria nie padała. Jak mam chwilę czasu, po prostu otwieram pokrywę, włączam laptopa. Właściwie to on jest cały czas w hibernacji i zaczynam pisać. Do momentu, aż albo się wypiszę, albo coś mi przeszkodzi. Jeżeli coś mi przeszkodzi, zapisuję pomysł i to w zasadzie tyle. Jadąc gdzieś tam, powiedzmy, myślę sobie na ten temat, oczywiście zwracając baczną uwagę na drogę i to, co się na niej dzieje. No i znowu, powiedzmy, zdarza się jakiś następny postój. Otwieram laptopa i zaczynam pisać. Miałem jedną taką, nazwijmy to przygodę w domu, kiedy — zresztą opisałem to we wstępie — kiedy po prostu nagle obudziłem się w nocy.
Nie pamiętam, żeby mi się cokolwiek śniło. Natomiast w jakiś dziwny dla mnie sposób zrodził mi się pomysł pewien, co do pewnego wątku. Nie wiedziałem, jak to rozwiązać. No i nagle się obudziłem z jakimś niemalże gotowym tekstem, który szybciutko zacząłem, powiedziałbym, przelewać na papier, ale pracuję na laptopie. Trwało to parę godzin. Jak wyładowałem wszystko to, co miałem w głowie, natychmiast zasnąłem. Wiedziałem, że po prostu jeżeli tego nie zrobię, to spania i tak nie będzie. Także jeśli chodzi od strony technicznej, tak to wygląda. Czasami pomysły mi przychodzą w zupełnie niespodziewanych momentach.
[01:13:35] - Podczas zmywania naczyń albo gdy sobie siedzę. Nie wiem, po prostu przychodzą.
[01:13:45] - Ale notuje pan pomysły.
[01:13:47] - Koniecznie. Jeżeli się pomysłu od razu nie zanotuje, łatwo jest o nim zapomnieć. Druga sprawa, ulega on pewnym przekształceniom i to może być już nie to. Ten pomysł niekoniecznie musi się sprawdzić. Może być też jak najbardziej modyfikowany, ale koniecznie trzeba go zapisać.
[01:14:09] - A ja mam pytanie: to zawsze w samochodzie, czy czasami zdarza się panu w domu przy biurku?
[01:14:16] - Raczej bardzo rzadko. Pisanie w domu nie jest za dobre z tego względu, że albo jest coś w domu do zrobienia, albo za dużo pokus. Samochód jest lepszy.
[01:14:32] - Samochód lepszy. Okej, znowu pytanie natury warsztatowej. Kiedy pan przystępuje do pracy nad pierwszym tomem, ma pan w głowie już całą historię, czy też ma pan takie punkty: początek, kilka przecznic w środku i koniec? Jak pan się do tego zabiera? Czy też ma pan szczegółowy plan? Jak to wygląda?
[01:15:04] - Staram się, żeby ten plan był jak najbardziej szczegółowy, ale w trakcie pisania on się nieustannie zmienia. Nie miałem zielonego pojęcia w ogóle wcześniej, jak się pisze książki. Podejrzewam, że w tej chwili też mógłbym się jeszcze niejednego dowiedzieć. Jak najbardziej. Z grubsza wiedziałem, o czym chcę napisać, ale tak jak powiedziałem wcześniej, to ulega modyfikacji. Czasami pytają mnie ludzie, ile czasu mi zabrało napisanie tej książki czy tej powieści. I to jest pytanie, na które za bardzo nie wiadomo, jak odpowiedzieć. Z tego względu, że ja przez półtora roku tworzyłem. Od czasu do czasu wysłuchiwałem różnych uwag od pewnych osób, które zapoznały się z pewnymi fragmentami i po półtora roku doszedłem do wniosku, że pomysł jest dobry, ale jego realizacja nie nadaje się do publikacji zupełnie. Rozwaliłem to wszystko i zacząłem pisać od nowa.
Także to, co w tej chwili zawarte jest w pierwszym tomie, zajęło mi kolejne półtora roku. Dużo osób mówiło, że im by się nie chciało, ale mnie pisanie po prostu sprawia przyjemność. Tworzenie jakiegoś uniwersum, zapełnianie tego uniwersum postaciami, zapełnianie zdarzeniami. To jest naprawdę bardzo duża frajda.
[01:16:49] - Tak. Dalej jeszcze popytam o sprawy warsztatowe. Kiedy pan pisze, co panu sprawia największą trudność? Bardziej dialogi, bardziej opisy, czy to zależy od tak zwanych okoliczności przyrody? Co jest trudne?
[01:17:11] - Wymyślanie nazwisk.
[01:17:13] - A dlaczego?
[01:17:14] - Nie wiem. Mam z tym naprawdę jakiś problem.
[01:17:18] - Coś z tymi nazwiskami jest. Bo pierwsze pytanie, kiedy gość pojawił się w siedzibie radia, pierwsze pytanie Wiktora było właśnie o jedno z nazwisk z powieści. Więc te nazwiska chyba ważne są, co, Wiktorze?
[01:17:34] - Nie, to są po prostu takie hasła. Ja też tego nigdy absolutnie nie lubiłem. Bo to, nie wiem, jak jest jakaś poetyka książki, to te imiona — bo nazwisko to w sumie jest imię — powinny jakoś pasować, coś wyrażać albo jakoś brzmieć. I tak dalej. Dokładnie tak. Z tym jest mnóstwo problemów po prostu. A tu wszystko nie pasuje. I czasami bardzo ciężko, bardzo trudno wpaść na przykład na to, jak ta dziewczyna powinna mieć na imię, żeby wszystko pasowało. Ja pamiętam, jak też się chyba męczyłem. Cały miesiąc się męczyłem w takiej mojej powieści.
Jak to była?
[01:18:31] - Ja nie wiem.
[01:18:32] - Taka dwutomowa, gruba.
[01:18:34] - Jak wyszła w dwóch tomach, to „Imago”.
[01:18:36] - A, „Imago”. W „Imago” długo się męczyłem i nagle, tak jak pan opowiadał, nagle się w nocy obudziłem, usiadłem i wiedziałem, jak ona będzie miała na imię. Nie ma takiego imienia, przynajmniej u nas, nie? Ona ma na imię w powieści Liana. Liana po prostu.
[01:18:59] - Jest taki model samochodu Fiata.
[01:19:02] - Natomiast ja to prawdopodobnie przed tym samochodem, bo to dawne czasy, kiedy mi się chciało pisać. Też tak nagle. I wszystko pasowało nagle. I ta Liana zaspokajała i mnie, i mojego bohatera, i czytelników.
[01:19:19] - Tak mi się, Wiktor, smutno zrobiło. Co, nie może być jakiś tam bohater powieści, jakiś astronauta o nazwisku Żwikiewicz?
[01:19:28] - Nie no, w drugiej powieści był, tak jak tutaj pan mówił. Ale ja pamiętam, że też szukałem. Może być taki jak Żwikiewicz. Akurat to nie będzie Żwikiewicz, ale w takiej mojej powieści „Ballada o przekleństwie” wielkim admirałem całej ziemskiej floty i w ogóle wszystkiego, co na Ziemi, był admirał Berzewiczy.
[01:19:55] - To jest nazwisko węgierskie. Był taki generał węgierski. Pogrzebałem w historii Węgier i tak mi to przypasowało. Berzeviczy, nawet nie mogę tego dzisiaj wymówić. Bardzo piękne. Oczywiście poza tym tam się trafił też Oramus jakiś i ktoś jeszcze.
[01:20:20] - Jeżeli mogę wtrącić, tylko z jednym nazwiskiem nie miałem żadnego problemu. Jest to dość znane nazwisko tutaj w powieści jednego z największych złoli, jacy tam występują. To tyle.
[01:20:46] - To teraz różne są opcje polityczne i każdy może-
[01:20:49] - I każdy sobie-
[01:20:50] - Postawić.
[01:20:51] - A jak chcecie państwo wiedzieć, o co chodzi, to koniecznie po książkę sięgnijcie. Bardzo zepsuty człowiek. Oczywiście nie brzmi identycznie całkowicie. Zastanawiające jest to, że na okładce, bo dużo mówimy o tym, że tu dużo kosmosu, dużo ruchu planet, statków kosmicznych, całych dziejów cywilizacji i tak dalej, a tymczasem na okładce, sobie przygotowałem fragmencik, taki oto: „Jak wytłumaczysz fakt, że niektóre z twoich dziwnych snów potrafią czasami sprawdzać się co do joty? Ile razy obróciłeś się z niewyraźnym uczuciem, że jakaś osoba wpatruje się w twoje plecy i rzeczywiście tak było. Patrzyła. Czy w codziennej krzątaniny ogarnęło cię nagłe uczucie, że którąś z bliskich ci osób spotkało coś niedobrego? Co gorsza, wkrótce nadeszły wieści, które potwierdziły, że twój silny niepokój miał niestety swoje uzasadnienie.” Da się, nie opowiadając książki, połączyć te rzeczy, czyli to, co przeczytałem przed chwilą, z tym, o czym mówiłem, czyli z astronomią, właściwie z wszechświatem i jego eksploracją. Jest to fragment prologu, a prolog dotyczy wątku tytułowego całej powieści. I cała powieść w swojej warstwie science fiction, nie tej głębszej, tylko takiej bardziej z wierzchu, prowadzi do wyjaśnienia, co to są za zjawiska, skąd się wzięły, na czym polegają.
Niestety komplet informacji czytelnik otrzyma dopiero w trzecim tomie. Ale może czegoś jeszcze się dowie.
[01:22:54] - Tylko przypomnę, już Wiktorze cię dopuszczam do głosu, tylko przypomnę, że pierwszy tom jest, a już za dwa tygodnie od audycji to już właściwie pewno będzie połowa października i będzie już raczej dostępny. To pierwszy tom. Drugi tom napisany, jak zadeklarował autor, a trzeciego tomu ma-
[01:23:16] - Bardzo mocno zaawansowany drugi tom.
[01:23:19] - Tak, drugi zaawansowany, a trzeci?
[01:23:22] - A trzeciego mam połowę.
[01:23:23] - Widzicie państwo, to symultanicznie pan pisze. Trochę tego, trochę tego.
[01:23:27] - Akurat co do głowy przyjdzie w danym momencie. Nie muszę pisać po kolei.
[01:23:31] - Jasne. Teraz Wiktorze ty.
[01:23:34] - Ja chcę eksperyment przeprowadzić na bieżąco. Chcę, żeby mi autor, który-
[01:23:39] - Na naszym gościu?
[01:23:40] - Tak.
[01:23:41] - To wstyd.
[01:23:42] - Gość, który deklaruje, że to tak i tak, to ja zadam mu pytanie, ale nie chodzi mi o powieść, tylko o wytłumaczenie w takim razie, w jaki sposób wytłumaczy takie zjawisko. Jako gówniarz namiętnie czytałem książki oraz biegałem do kina. W kinach oczywiście moją ulubioną zabawą było siedzenie gdzieś tam w środku sali i wpatrywanie się w jakiegoś delikwenta, który był do mnie obrócony plecami. Jeśli się intensywnie w niego wpatrywałem, zawsze się obracał, ale jest szkopuł. I teraz niech autor wytłumaczy, dlaczego to działało na dziewczyny, a nie na facetów. Tego akurat nie potrafię wytłumaczyć. Z tego, co ja widzę, działa to w bardzo wielu przypadkach, ale bez rozróżnienia płci.
[01:24:36] - A u mnie tylko.
[01:24:37] - To tylko się ciesz z tego, proszę pana.
[01:24:43] - Tak, proszę pana, to się miało takie-
[01:24:46] - Miał pan naprawdę farta.
[01:24:47] - Zdolności i się nie wykorzysta... Nie, się wykorzystywało, proszę pana.
[01:24:52] - Niestety nie. Dzisiaj żałuję.
[01:24:58] - Okej, Marku, ja proponuję, żebyśmy sięgnęli po kolejny fragment. DNA, część pierwsza, „Spirale zagłady”. Fragment, odcinek czwarty. „Chyba się zgubiliśmy. Młody już od dłuższego czasu czuł w gardle jakąś nieprzyjemną kluchę. Gdybyśmy mieli lepsze oświetlenie, ale nie mamy. Przewidziałeś wszystko prócz dwóch rzeczy. Ściany bardzo słabo odbijają tu światło i że brak ci, że obaj mamy kiepski zmysł orientacji. Nie denerwuj mnie teraz, młody. Usiłuję się skupić — fuknął towarzysza Leo.
Były to tylko pozory. Udawał twardziela, ale mentalnie popuszczał już w spodnie, choć wciąż jeszcze po cichu liczył, że uda mu się wyjść z honorem i całym tyłkiem z tej niezręcznej i bardzo niebezpiecznej sytuacji. W wielkiej przestrzeni i licznych podobnych do siebie korytarzach szybko zgubili drogę.”
[01:26:12] - Reflektory, jakimi dysponowali, sprawdzały się na dobrze odbijającej światło powierzchni Księżyca. Tu były zdecydowanie niewystarczające do wyszukiwania charakterystycznych punktów orientacyjnych czy oglądu większego obszaru. A nie wpadli na ten sam pomysł co Alex, który znakował trasę przemarszu. Jemu się to nie przydało, ale im mogło pomóc. Kompletny brak doświadczenia i zmysłu orientacji okazał się zgubny w skutkach. Szli przed siebie, kompletnie nie wiedząc, gdzie się znajdują. Gdyby jeszcze wcześniej zawrócili do korytarza ze znakiem X, ale tego nie zrobili. Mogliśmy posłużyć się zapasowym kompletem linek po wejściu do drugiej komory. „Ty też masz głowę. Trzeba było o tym pomyśleć.” — odpowiedział już gniewnie Rousseau.
Mądrala — mruknął do siebie. Teraz to pomysłów mu nie brakuje. Trochę poniewczasie. „I nie idź za mną tak blisko. Czuję na karku twój nieświeży oddech.” — warknął naprawdę już mocno sfrustrowany. — Zaraz mnie nadepniesz. Skarcony młodzieniec zaczął pozostawać coraz bardziej w tyle. 10 metrów, 15. Korzystając z chwili ciszy, Leo ponownie zerknął na zegar. Nie ma jeszcze tragedii, ale dobrze też nie jest.
Zapasu nie zabrali, bo i tak byli obładowani. Ich starego typu plecaki z aparaturą oddechową niestety nie posiadały regeneratorów. Takie same mieli zwykli robotnicy. W te najbardziej nowoczesne wyposażeni byli wykonujący pracę specjalistyczną jak operatorzy maszyn górniczych czy ratownicy. Pismak siedzący za biurkiem nie mógł liczyć na podobny sprzęt. Chyba że sobie taki kupił, ale musiałby wydać na to trzy lub czterokrotnie więcej środków niż na standardowy, który i tak otrzymał z przydziału. Jego zawód i tryb życia nie uzasadniał takiej potrzeby. Szli dalej. Poziom mieszanki do oddychania obniżał się powoli, ale nieubłaganie, wywołując u Rousseau coraz większy stres, objawiający się już bólem żołądka. Wydaje mi się, że tędy już przechodziliśmy.
Młodemu odpowiedziała jednak cisza. Stanął w miejscu, czując jakoś wewnętrznie, że obrali złą drogę. To nie było powodowane zwykłym strachem. Instynkt? Zatrzymaj się. Powinniśmy zawrócić — prosił. — Leo, stań. Bądź w końcu cicho — zaczął rozzłoszczony Rousseau i nagle urwał, oglądając się w lewą stronę, gdzie za załomem korytarza spostrzegł kątem oka obiekt o nieregularnym kształcie, lekko rozjaśniający otaczającą go ciemność. Skąd to? To był fatalny błąd.
Przestraszony zachwiał się. Robiąca kolejny wykrok prawa noga trafiła w pustkę i redaktor runął w przepaść, której nie zauważył. Nie odbyło się to z taką gwałtownością jak na Ziemi, ale trzeba pamiętać, że choć z powodu słabej grawitacji ciężar ciała jest tu sześć razy mniejszy, to masa pozostaje bez zmian. Tak dzieje się nawet w stanie całkowitej nieważkości. Ciężar i masa. Te dwa fizyczne pojęcia nie są równoważne. Upadek z wysokości będzie równie niebezpieczny na Księżycu, jak zetknięcie się przy tej samej prędkości z gruntem na Ziemi. Zmienia się tylko przyspieszenie. Zamachał rękoma, ale nie było czego się złapać. Ułożony prawie w poziomie, podobnie jak robią to skaczący na spadochronie z opóźnionym otwarciem, spadał w głąb jakiejś studni.
Nie miała gładkich ścian. Po zaledwie kilku metrach trafił hełmem w skalny występ. Zaczerniona, chroniąca przed blaskiem słońca przyłbica oderwała się, a oddzielająca człowieka od śmiercionośnej próżni przezroczysta szyba pękła na setki drobnych kawałków. Nie rozleciała się jednak. Długoletnie doświadczenia dawno już wykazały, że kilkuwarstwowa klejona tafla szkła jest znacznie bezpieczniejsza od zwykłej pojedynczej. Uderzenie miało taką siłę, że odwróciło go na plecy i zaczął koziołkować, obracając się do tyłu. Było tu dość wąsko i raz po raz odbijał się od którejś ze ścian. Po chwili kanał zaczął zmieniać kierunek na bardziej poziomy, co zaczęło go spowalniać, aż zupełnie się zatrzymał. Młody nie wiedział, co się dzieje, gdyż nie widział, z jakiego powodu jego partner tak nagle zniknął. Półprzytomny Leo wrzeszczał ze strachu, zwłaszcza że poprzez czyniony przez siebie hałas słyszał ostry, złowróżbny syk uchodzącego przez mikropęknięcia powietrza.
Niewiele widział. Był poobijany, ale nie miało to teraz żadnego znaczenia. W panice namacał zbawczy pojemnik z naprawczym silikonem w aerozolu. Trzęsącymi się rękoma wycelował jego głowicę w twarzową część hełmu i nacisnął spust. Pracował w panice na oślep, pokrywając spękaną powierzchnię masą naprawczą. Wywalił na twarz całą zawartość pojemnika. Po dłuższej chwili syk ustał. Teraz nie widział już nic poza matową poświatą potłuczonej w drobny mak szyby. Zalepienie nieszczelności trochę go uspokoiło. Opanował się.
Zaczęło do niego docierać, że krzyczy do niego partner. Leo, gdzie jesteś? Wpadłem w jakąś studnię. Nie ruszaj się, zanim zrobisz krok, popatrz dobrze gdzie. Jesteś cały? — dopytywał się wystraszony młody, bacznie się rozglądając. — Mam pokruszoną szybę hełmu, ale zalepiłem ją silikonem. Nic nie widzę. Co mam robić? Jak to co?
Ty jesteś na górze. Rozejrzyj się. Widzisz dziurę? Tak, teraz już widzę. Jak tam wpadłeś? Czy to teraz ważne? Coś zobaczyłem. Obróciłem się, przestraszyłem i poleciałem. Wyciągnij mnie stąd. Młody stanął ostrożnie na brzegu studni i oświetlił jej wnętrze.
Gdzieś tam na dole błysnął mu biały skafander Rousseau. Jego reflektor był zgaszony, pewnie rozbity. Widzę cię. Zaczekaj chwilę, zaraz do ciebie zejdę. Pospiesz się. Straciłem część powietrza. Robię, co mogę. Poszukał odpowiedniego pęknięcia w ścianie i wbił tam hak. Zapiął na nim karabinek rezerwowej linki. Wypróbował szarpnięciem, czy się dobrze trzyma.
Linki był pewien, bo obliczona była na znacznie większe obciążenia niż jego ciało. Wyobraził sobie jednak, że za chwilę jego życie będzie zależało od tego niewielkiego kawałka metalu tkwiącego w szczelinie pękniętej skały. Dręcząca wizja powolnej i strasznej śmierci bez najmniejszej nadziei na ratunek odbierała mu resztkę odwagi, by opuścić się kilkadziesiąt metrów w czarną czeluść. Ale na dole czekał na pomoc jego kolega. A gdyby to on zamiast niego leżał tam? Z emocji zaschło mu w ustach. W sąsiedniej szczelinie wbił jeszcze jeden hak. Po namyśle na wszelki wypadek poszukał jeszcze jednej, gdzie umieścił kolejny. Wszystkie haki posiadały zatrzaskowe karabinki, więc przez pozostałe dwa bez problemów została przewleczona linka. Teraz zablokował przytroczony do pasa kołowrotek i ze wszystkich sił zaparł się nogami o ścianę.
Trzyma. Poczuł się trochę pewniej. Co tak długo? Ponownie usłyszał w słuchawkach niecierpliwy głos Leo. Już schodzę. Musiałem wszystko sprawdzić, żeby na dole nie być zmuszonym dotrzymywać ci towarzystwa do samego końca. Twojego i mojego — zażartował, żeby rozluźnić trochę atmosferę, ale suchar wypadł kiepsko. Bardzo śmieszne. Schodź ostrożnie. Młody zbliżył się do krawędzi studni i na drżących nogach zaczął opuszczać się za krawędź przepaści.
Najbardziej emocjonującą chwilą było zawiśnięcie całym ciężarem na lince, która wydawała mu się cienka jak niteczka, co w istocie zgadzało się z prawdą. Linka z syntetycznej pajęczej nici nie była grubsza od wędkarskiej żyłki na małą rybkę. Zwolnił trochę blokadę wyciągu i zaczął zjeżdżać na dół. Nadmiar adrenaliny sprawiał, że dygotało mu całe ciało. Zjechał już kilkadziesiąt metrów, ale nie znalazł Rousseau. To, co wziął za jego skafander, było grubym fragmentem jakiegoś jasnego minerału. Wtedy zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno opuścił się do właściwej dziury. Schodzący coraz niżej ratownicy natrafiali na kolejne boje sygnalizacyjne, aż znaleźli się na samym dole. Gdy dotarli do następnej, ustawionej w głębi łączącego jaskinie korytarza, ta chwilę później zamilkła i system się wyłączył. Pełniący służbę oficera dyżurnego zaklął paskudnie, ale to nie spowodowało, że ponownie się uruchomił.
Przeszli tunelem do końca i stanęli niezdecydowanie. Pomocnik omiótł potężnym reflektorem wnętrze jaskini, lecz nie dostrzegł tych, którzy wzywali pomocy. Na wezwanie przez radio również nikt nie reagował. Muszą być gdzieś niedaleko — zastanawiał się oficer. Radioboja nie może mieć zbyt dużego zasięgu w tym labiryncie. A jak i my się zgubimy? Jest nas tylko dwóch. Zrobimy w ten sposób — odpowiedział po chwili. Nie rozdzielamy się w żadnym wypadku. Nie będziemy wchodzić zbyt głęboko w korytarze i sprawdzamy je kolejno.
Żeby nie zabłądzić, przy każdym pierwszym rozwidleniu zawracamy do jaskini i wchodzimy w następny. A na środku tej komory ustawimy jeden z naszych ręcznych reflektorów jako punkt orientacyjny. Dobrze — zgodził się pomocnik. Wsparcie też niedługo powinno się pojawić. Jeżeli tych radioboi nie pozostawiły duchy, to musimy ich znaleźć.
[01:36:07] - Okej, zagłębiamy się coraz bardziej. Od razu państwa zmartwię. Na wszystkie pytania nie uzyskacie państwo odpowiedzi. Raczej pytania się pomnożą po tej lekturze. Niemniej jednak klimat jest myślę, że już dla państwa czytelny. Już państwo albo czujecie i zaczynacie powoli tę książkę lubić albo odpadacie. Cóż, nic bardziej nie mogę mądrego powiedzieć na ten temat.
[01:36:39] - Mam takie spostrzeżenie dosyć dziwne, bo zawsze mi się wydawało, że twórczość, szczególnie pisarska, pojawiła się zresztą i najbardziej rozwinęła się w cywilizacjach osiadłych, czyli tych, które siedziały gdzieś tam, budowały miasta, zagrody i siedzieli wszyscy na dupie i siedzieli i pisali.
[01:37:06] - To że ja apeluję, bo będzie trzeba książki przedstawiać.
[01:37:10] - Natomiast pan reprezentuje taką twórczość nomadyjską w sumie, bo pisząc w samochodzie, czyli wędrując, żyjąc w tym całym tym. To bardzo ciekawe, żeby dzisiaj znaleźć tak jak znany piszący, kto jest nomadem. Jest paru ludzi. Będziemy mieli z takim rozmowę na temat chińskiej kultury na przykład.
[01:37:40] - Myślałem, że zapoczątkowałem nowy trend.
[01:37:44] - Ale nie, to bardzo rzadka umiejętność po prostu.
[01:37:48] - My po prostu poszukujemy takich ludzi.
[01:37:50] - Nie, to jest coś fenomenalnego. Zresztą ja wiem, że ja też tak samo robiłem. Ja nie miałem domu, nie miałem rodziny, nie miałem niczego, tylko jeździłem po Polsce i świecie i pisałem.
[01:38:05] - Wiktor nawiązuje do naszego gościa sprzed dwóch tygodni, który do nas nadawał z Tajpej i do tego Wiktor nawiązał. Twórczość nomadyjska, tak?
[01:38:18] - Tak.
[01:38:18] - Twórczość nomadyjska. Będę musiał to przyswoić, ale to jeszcze chwilę potrwa. Twórczość nomadyjska, jak widzimy, rozwija się.
[01:38:27] - Przynajmniej okazuje się, że też może być, a nie tylko te cztery klapki na oczach i tak dalej, siedzenie przy biurku i stukanie w klawisze. Można również wędrować i pisać.
[01:38:45] - Okej. Mówiliśmy o tym, że książka to w jednej warstwie jest fantastyka. Fantastyka dlatego, że pan interesuje się astronomią i tymi klimatami, czy fantastyka dlatego, żeby przyciągnąć potencjalnego czytelnika? Fantastyka dlaczego? Jedno i drugie.
[01:39:08] - Jedno i drugie. Raz, że tematy astronomiczne, fizyczne, biologiczne mnie samego bardzo interesują, ale pomyślałem sobie, że jeżeli przedstawić to w jakiejś w miarę znośnie ciekawej formie czytelnikowi, to być może zajrzy tu i tam, powiększy swoją wiedzę i do czego naprawdę bardzo zachęcam. Tym bardziej, że pod koniec wstępu zamieściłem takie zdanie, że opieram tę powieść na pewnych zjawiskach z zakresu fizyki, astronomii czy biologii oraz pewnych rzeczywistych wydarzeniach historycznych. Natomiast trzeba pamiętać, że jest to powieść science fiction i bardziej wnikliwemu czytelnikowi pozostawiam do rozstrzygnięcia, co zostało wymyślone, a co jest prawdą.
[01:40:17] - Mówił pan o tej głębszej warstwie. Ona dla nas jako dla ludzi, którzy się w pisaniu innych, swoim też, ale innych trochę grzebią, to brzydko brzmi słowo grzebią, no ale dobrze, grzebią się w pisaniu innych, to jest szczególnie interesujące. Rozumiem, że tam jest świadomie zawarte drugie dno.
[01:40:43] - Jak najbardziej świadomie.
[01:40:46] - Uśmiecham się, bo mamy takiego zaprzyjaźnionego badacza literatury, który bardzo często mówi, że jak w książce jest drugie dno, to tam na pewno jest i trzecie, i czwarte, o którym autor już nie wie, bo on wychodzi z założenia, że w momencie, kiedy pan stawia ostatnią kropkę w swoim utworze, to ta książka już nie należy do pana, tylko należy do czytelników. I oni tam znajdują sobie rzeczy, o których panu, nam w przypadku naszych książek w ogóle się nie śniło. A co więcej, ponieważ czasami piszemy, gdzieś tam na karty powieści przenika, przelewa się nasza podświadomość, to oni bardzo często mają rację. Dostał pan jakieś takie sygnały mówiące o tym, że w pana książce jest coś, czego pan sobie nie przypominał, aby świadomie tam zamieścił?
[01:41:47] - Nie, takiej zwrotnej informacji jeszcze nie miałem. Nie wiem, może tam faktycznie jest coś, z czego ja sobie sprawy nie zdaję. A może zbyt mało osób jeszcze to przeczytało, bo pierwszy nakład był absolutnie sondażowy. Zobaczymy jak to będzie.
[01:42:19] - Okej, to teraz powiedzmy, narzekał Wiktor, narzekałem ja. To słowo narzekał weźmy też znowu w cudzysłów na to, że bohaterów jakby mało. Powiedzmy coś o bohaterach tej książki. Przedstawmy ich, może zarysujmy, jacy się pojawiają.
[01:42:42] - Ależ to będzie trudne.
[01:42:44] - Wybranych.
[01:42:56] - W drugim tomie będzie już troszeczkę łatwiej o konkretnych bohaterów. Jednym z ciekawszych wydaje mi się taki człowiek, który się nazywa Liam Smith. Jest to młoda osoba, która urodziła się w złym miejscu, w złym czasie. Wychowywała się na ulicy i któregoś dnia pan Smith spotkał kogoś, kto pokazał mu, że można żyć inaczej. Spotkali się, bo pan Smith raz kradł, raz pracował. I ten jego przyjaciel pokazał mu, że właśnie można żyć inaczej. Spotkali się na zmywaku w restauracji w jakimś tam mieście, to nie ma żadnego znaczenia. Przyjaciel pokazał mu, że można pójść na studia, że można coś osiągnąć. Niestety ten jego przyjaciel w bardzo dramatycznych okolicznościach traci życie. Mimo przestróg pana Liama, który wyczuł, że coś jest nie tak i coś może się stać, nie wiedząc, co może się stać.
W każdym razie to wydarzenie doprowadziło do kolejnego etapu życia pana Liama. Zainteresowała się nim pewna agencja szkoląca ochroniarzy, gdzie wykorzystuje się pewne wrodzone zdolności niektórych ludzi. To są te zdolności, o których jest mowa w prologu bądź na okładce książki. Niestety pan Liam nie kończy tego mniej więcej rocznego kursu, gdyż nieszczęśliwie się zakochał i popadł w kłopoty. Został odrzucony. I w zasadzie trafiłby do więzienia, gdyby nie pewien zły człowiek, o którym już wspominałem wcześniej.
[01:45:46] - Bo źli ludzie zawsze napędzają literaturę. To zawsze jest pewne. Jak się pojawia zły człowiek, to wiadomo, że literatura będzie okej.
[01:45:55] - Wybawia go ten zły człowiek z kłopotów, ale tak naprawdę to wykorzystuje. Nie chciałbym zdradzać wszystkiego.
[01:46:04] - Nie, broń Boże!
[01:46:05] - Ale powiedzmy, że pewnych zwrotów w życiu pana Liama Smytha będzie jeszcze kilka.
[01:46:17] - Okej.
[01:46:17] - Czym się skończy? Nie powiem.
[01:46:22] - A da się powiedzieć, tak się zastanawiam, czy pana nie wpuszczam na jakąś minę. Chyba nie. Czy da się powiedzieć, jak to się dzieje, że my tak w kosmos ruszamy?
[01:46:38] - Może pan dokładniej zadać to pytanie?
[01:46:41] - Chodzi o to, że spora część książki poświęcona jest właśnie tym, co ja nazywam, żeby nie zdradzać za dużo, pejzażom kosmicznym, w ogóle tego, jak to wszystko jest porozkładane w najbliższej okolicy i nie tylko. To jak się przenosimy w tamte miejsca?
[01:47:03] - Myślę, że jeżeli dobrze zrozumiałem pana pytanie, kosmos to jest nasza przyszłość. Ziemia nie będzie trwała wiecznie i musimy naprawdę wszelkie siły skupić na tym, aby jeżeli chcemy przetrwać w ogóle jako gatunek, musimy po prostu wyruszyć w kosmos. Ziemia, zależy jeszcze kogo spytać, ale tak z grubsza rzecz biorąc za około miliard lat, o ile sami się nie załatwimy w międzyczasie, przestanie nadawać się do zamieszkania całkowicie ze względu na słońce, które coraz bardziej się rozpala, ma coraz większą średnicę. Za około pięć miliardów lat średnica słońca będzie tak duża, stanie się tak zwanym czerwonym olbrzymem. Na pewno pochłonie Merkurego i Wenus, być może również Ziemia znajdzie się wewnątrz słońca. O ile ewentualnie nie znajdziemy jakiegoś sposobu na jej odsunięcie, co i tak będzie tylko jakimś ratunkiem tymczasowym. Jest pewien sposób na odsunięcie Ziemi od Słońca. Nazywa się to asysta grawitacyjna, ale tak jak mówię, to nie załatwi sprawy definitywnie. Jeżeli chcemy przetrwać, musimy koniecznie wyruszyć w kosmos i poszukać jakiejś nowej chaty.
[01:48:45] - Naszym zaprzyjaźnionym publicystą, który pojawia się w audycji, publikując między innymi felietony, jest Tomasz Fąs. Ponieważ ja jestem też kosmicznym entuzjastą, uważam, że to, co pan przed chwilą nakreślił, czyli kierunek kosmos, to jest nasza przyszłość, a Tomek zawsze mówi o czymś takim, że to nie, że to się nie opłaca i się nie będzie opłacać i w ogóle nie. I w ogóle to są problemy nie do rozwiązania. Ja wiem, przesadzam troszeczkę. Jak on tego słucha, to zaraz by tam jakieś protesty złożył, ale generalnie da się do tego sprowadzić, że kosmos to chyba nie opłacało się, nie opłaca i nie będzie się opłacał. To jak to z tym będzie pana zdaniem?
[01:49:42] - Moim zdaniem jak najbardziej się opłaca. Tym bardziej że zasoby energetyczne się kurczą. Obecne zasoby niestety bardzo zatruwają środowisko. Natomiast na przykład na Księżycu mamy wspaniałe źródło energii. Jest to pewna odmiana helu.
[01:50:08] - Hel 3.
[01:50:09] - Hel 3, o którym zresztą tutaj piszę w powieści. I to źródło energii naprawdę starczy nam na długo. Uważam, że niestety znając naturę ludzką Wybuchnie konflikt.
[01:50:27] - Już się szykuje konflikt. Siły kosmiczne są powoływane, już się wszystko kroi. Już Chiny i Stany się wezmą, a ktoś się jeszcze na pewno dołączy.
[01:50:41] - Ale tam właśnie leżą zasoby energii, które na nas czekają. Musimy tylko po nie sięgnąć. Chcę powiedzieć, że Hel 3 jest bardzo czystym źródłem energii. Daje energię podobnie jak energia atomowa, ale bez promieniotwórczości. O ile czegoś nie pomyliłem. Mam nadzieję.
[01:51:05] - Ja jeszcze dołożę do tego, że coraz częściej narzekamy, że pierwiastków rzadkich zaczyna nam na Ziemi brakować, więc albo się wgryziemy w głąb i coś tam jeszcze wyszarpiemy, albo zaczniemy tych pierwiastków rzadkich, o których już dzisiaj się mówi, że to nie będzie jak z węglem, że to za kilkanaście, kilkadziesiąt lat góra niektórych pierwiastków, które potrzebne są w rozwoju technologicznym, po prostu nie ma. Nie ma i nie będzie.
[01:51:31] - Ale zawsze są inne drogi rozwoju, bo jeżeli czegoś zabraknie, to znaczy, że tego już w technologii nie warto używać, a człowiek wymyśli, jak czym innym to zastąpi.
[01:51:43] - Albo sięgnie po te same pierwiastki, które są gdzieś tam.
[01:51:46] - Albo zacznie produkować te pierwiastki samodzielnie.
[01:51:50] - Jest jeszcze możliwość syntezowania.
[01:51:53] - Na razie wątpliwa energetycznie, ale jasne. Oczywiście tak. Tym bardziej że jak pamiętam z wykładu, którego miałem okazję słuchać, z tą energią my na Ziemi właściwie mamy dwa rodzaje energii. W jakiś tam sposób przerobioną energię. Dobrze, za chwilę powiesz o tej trzeciej. Albo mamy w jakiś tam sposób przerobioną albo bezpośrednią energię słońca, bo węgiel to też słońce i inne paliwa kopalne to też słońce albo promieniotwórczość. To są dwa właściwie. Jeśli mówimy o energii, my jak mówimy, wytwarzamy energię, to już mamy błąd na języku, bo elektrownia nie wytwarza energii, ona ją tylko zmienia. Przetwarza, ona ją tylko zmienia. Więc te dwa rodzaje energii są do naszej dyspozycji.
I trzecia, o której powie za chwilę Wiktor.
[01:52:52] - To są dzieci. Cholera, nie można tego w miejscu utrzymać. Nigdy. Zawsze tak było i zawsze tak będzie.
[01:52:59] - Ja bym dodał jeszcze czwarty rodzaj energii.
[01:53:02] - Oj, to się nam namnożyło.
[01:53:03] - Nasyconych władzy. Jest strasznie destrukcyjna.
[01:53:07] - To jest gorsze niż promieniotwórczość. To zgadza się, to bardzo szybko przechodzi w tego rodzaju klimaty. Ja nie bez przyczyny wspomniałem o Tomku, bo teraz posłuchamy kolejnego fizycznego felietonu Tomka.
[01:53:26] - Przestrzenny bezmiar eteru. Jakiś czas temu zastanawiając się, jak mógłbym na przykład rozpocząć jedno z tych spotkań z państwem, ową dywagację okołofizyczną, wpadłem na taki genialny pomysł. Bardzo kreatywny, bardzo mój. Bardzo taki wydawało mi się pomysłowy pomysł, że tak powiem, nomen omen, żeby zacząć to w ten sposób, że nauka, a już w szczególności fizyka, jest naturalnym zaprzeczeniem zdrowego rozsądku. I to właściwie od samego początku. Bo na zdrowy rozsądek, jeżeli państwo wykonacie pewien wysiłek, żeby wznieść się ponad wiedzę, którą wam przekazywano, pewne uwarunkowania szkolne czy kulturowe i spojrzycie wyłącznie doświadczeniem osoby nieedukowanej w ogóle, doświadczeniem bezpośrednim, zmysłowym poznaniem świata, to ziemia jest płaska. To naturalne, oczywiste. Naturalny jest arystotelesowski model siły, gdzie siła jest proporcjonalna do przemieszczenia, nie do przyspieszenia, jak zasugeruje wątpliwej moralności osobnik o kontrowersyjnych konotacjach imienia Izaak. Więc zanim ten wątpliwej moralności osobnik coś zasugerował, to dużo bardziej zdroworozsądkowy był ten model siły. Popychamy, dajemy siłę, jest przemieszczenie, przestajemy dawać siłę, nie ma przemieszczenia.
A Newton sobie wymyślił, że nie, że dopiero przyspieszenie jest proporcjonalne do siły, a ruch odbywa się sam z siebie i dodatkowego wspomagania nie wymaga, a jedynie jest zatrzymywany na przykład przez siły tarcia, opory powietrza i tym podobne. Tak sobie właśnie wymyśliłem, że tak można by to zacząć. To jest takie kreatywne, że przecież ziemia jest płaska, to każdy widzi, a dopiero wbrew wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi nauka sugeruje jakąś tam okrągłość, co naturalnie jest podejrzaną teorią znowu. I taki byłem przekonany o swojej genialności. Tak już chciałem to zacząć, a po jakimś czasie też naprowadzony przez znajomych na historyka fizyki, autora polskiego podręcznika historii fizyki, profesora Wróblewskiego Andrzeja Kajetana, puściłem sobie na YouTubie pierwszy z brzegu właśnie wykład tegoż profesora Andrzeja Kajetana Wróblewskiego. I on dokładnie w ten sam sposób zaczyna, że nauka jest sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem i ziemia naturalnie jest płaska wedle doświadczenia, więc tyle sobie nawymyślałem. Więc cóż zrobić, proszę państwa, wspieramy się na barkach poprzednich pokoleń, na barkach mądrzejszych ludzi, którzy wszystko to, co mamy do powiedzenia, prawdopodobnie już wielokrotnie wymyślali, przynajmniej od tej humanistycznej strony. A zatem, proszę państwa, przechodzimy do zapowiedzianego już dzieła klasyka. Autora może nie jakoś bardzo znanego, ale Mającego swój urok. Otóż jest to, jak wspomniałem poprzednio, książka Romana Kurkiewicza „Pięć żywiołów Arystotelesa”.
Zbieżność imienia i nazwiska z pewnym lewicowym publicystą, jak wspomniałem, przypadkowa. To jest w ogóle, proszę państwa, ciekawa sprawa, że przynajmniej w moim doświadczeniu, jaką nauką się człowiek w Polsce nie zainteresuje, to wcześniej czy później dojdzie do tego, że gdzieś tam na początku był jakiś facet we Lwowie, który to wszystko wymyślił. Roman Kurkiewicz, jak się dowiedziałem, zbierając szersze informacje o postaci, był człowiekiem, inżynierem mechanikiem, podobnie jak ja, wykształconym, jakżeby inaczej, we Lwowie, na Politechnice Lwowskiej. Później niestety na skutek wojennych i powojennych nieprzyjemnych doświadczeń, jakoś tam wojnę przeżył jako wojskowy, później został bardzo źle potraktowany przez władze PRL-owskie, oskarżony o, zdaje się, zdradę czy coś takiego i cudem uniknął wykonania wyroku śmierci. Jakoś tam na emeryturze sobie te książeczki różnego rodzaju, takie popularnonaukowe o fizyce pisał. Także postać ciekawa, wielowymiarowa i nie wątpię, kreatywna. Jego książki nie są oczywiście książkami naukowymi, to są nawet nie podręczniki. To są takie książki popularnonaukowe, dosyć luźne, ale na miarę poziomu tego z lat 70. pisane, a więc jednak trochę głębsze i trochę bardziej do refleksji skłaniające. W „Pięciu żywiołach Arystotelesa” Kurkiewicz odwołuje się również do tego doświadczenia człowieka pierwotnego, człowieka jeszcze nieskalanego naszym dzisiejszym pojęciem o nauce, o świecie serwowanym od początku szkoły podstawowej.
Człowieka, który poszukuje tych zasad, tych podstawowych sił, podstawowych budulców wszechświata. Gdzieś tam wcześniej w filozofii przyrody pojawia się pojęcie arche, czyli też pewnej zasady, podstawy, władzy też, jak to jest tłumaczone. Stąd na przykład anarchia, czyli zmierza w kierunku słowa anarchia. To jest ten brak zasady, brak władzy, a arche to jest ta zasada podstawowa. I tutaj pojawiają się, co ciekawe, również, przynajmniej o ile się interesowałem filozofią Wschodu, to również tam ten wątek żywiołów się przejawiał i to w bardzo podobnym kształcie, a więc również w arche i później w żywiołach. Arystoteles będzie mówił o żywiołach, w filozofowej przyrody właśnie wcześniej o arche. Tam pojawiają się znane oczywiście państwu pozycje. To jest woda jako naturalne coś, z czym człowiek musiał mieć kontakt, bez czego nie mógł przeżyć. Co wszędzie było, płynęło, stanowiło pewną podstawę cywilizacji. Ziemia, po której stąpał.
Ogień, który jest podstawą cywilizacji, być może rodzajem broni, podstawowym narzędziem obróbki pożywienia. I to powietrze, w którym się poruszamy. Przy czym bardzo często też i również tu, w tej książce u Arystotelesa się to pojawiało, jest też żywioł piąty, żywioł najbardziej tajemniczy, żywioł najróżniej nazywany. Wcześniej w filozofii przyrody była mowa o bezkresie, o apeironie, później u Arystotelesa, już w tej bardziej współczesnej formie, właśnie eter. Gdzieś tam w filozofii Wschodu, zdaje się, przestrzeń, przynajmniej buddyjska koncepcja przestrzeni jest dosyć znana. Nie wiem, czy dokładnie o to samo chodzi, ale gdzieś tam też wśród tych żywiołów, obok czterech podstawowych z kolei przestrzeń jest wymieniana w tekstach buddyjskich, przynajmniej w takiej formie, w jakiej one do nas dzisiaj trafiają przez liczne przekłady i kombinacje. Eter do jeszcze początków XX wieku był całkiem poważną koncepcją fizyczną. Zakładano, że skoro fala, światło w ogóle, które w różnych ujęciach może być albo falą, albo cząstką, jak państwo być może wiecie, zależnie znowu od modelu światło jest albo falą, albo cząstką. Skoro jest falą, to potrzebny jest według tej sprzed wieku koncepcji ośrodek, w którym ta fala się rozchodzi. Za taki ośrodek uważano właśnie eter, który miał wypełniać całą przestrzeń kosmiczną i stanowić podstawę do rozchodzenia się fal elektromagnetycznych, czyli właśnie światła, w tym światła widzialnego.
Jak się później okazało, to trochę wszystko inaczej działa i to niekoniecznie tak jest. Obecnie trochę rolę tego eteru pełnią różnego rodzaju ciemne materie, ciemne energie, które też pewną luką w teoriach fizycznych są, ale z braku lepszych koncepcji cały czas się utrzymuje te byty. Natomiast u Romana Kurkiewicza eter skojarzony jest głównie z przestrzenią kosmiczną i z tym właśnie pierwszym znów doświadczeniem świata jako płaskiego. Chociaż akurat Grecy dosyć szybko sobie zaczęli jakoś sprawę zdawać z tej kulistości Ziemi, ale tym pierwszym doświadczeniem była właśnie Ziemia płaska, jednak również układ geocentryczny, bo każdy przecież widzi, że Słońce wkoło Ziemi krąży, a dopiero głupia późniejsza nauka będzie próbowała sugerować, że było inaczej. „A jednak się kręci Słońce dookoła Ziemi”, że zacytuję Kazika Staszewskiego, bo jak państwo macie tylko dwa elementy w przestrzeni, bez żadnych innych punktów odniesienia, to pytanie, czy Słońce krąży wokół Ziemi, czy Ziemia wokół Słońca nie jest wcale takie proste. Wyobraźcie sobie państwo, że jeździcie, obracacie się wkoło jakiegoś punktu, powiedzmy drzewa, ale w taki sposób, że cały czas patrzycie w jedną stronę. Krążycie wkoło drzewa, patrząc cały czas nie w stronę drzewa, tylko w stronę, powiedzmy na wschód. Tam musi być jakaś cywilizacja, więc to drzewo wam tam między oczami przemyka co obrót. I teraz wyobraźcie sobie, że świat znika, że nie ma żadnych innych punktów odniesienia. To skąd wy wiecie, czy drzewo kręci się wkoło was, czy wy wkoło drzewa?
To nie jest już takie proste. Dopiero istnienie innych planet w Układzie Słonecznym każe nam mocno sugerować, oczywiście później też jakieś fizyczne, dynamiczne rozważania o tym, że Słońce ma dużo większą masę, więc jest jakimś centrum tego obrotu, ale tak naprawdę dopiero istnienie pozostałych planet i to, że gdyby założyć, że Ziemia jest centrum Układu Słonecznego, naszego planetarnego, to wtedy tory tych pozostałych planet są bardzo kontrowersyjne i bardzo trudne do opisania matematyką. Natomiast jak to Słońce postawimy w centrum układu, to wówczas wszystko staje się proste. Orbity, ruchy planet są koliste, jak nam potem udowodni bardziej zaawansowana analiza, one nie są koliste, one są elipsoidalne, a tak naprawdę to właściwie spiralne, bo cały układ jakoś się przez galaktykę przemieszcza. Więc znowu wszystko jest bardziej złożone, niż byśmy sobie tego życzyli.
[02:03:44] - Okej, wróćmy do tej epopei ludzkości, bo zaczął pan o tym mówić. O tym, że powinniśmy ruszyć w kosmos. Czy to, co teraz obserwujemy, to takie gwałtowne zainteresowanie się przez Chiny, przez Stany Zjednoczone, przynajmniej deklaratywnie przez Stany Zjednoczone. Czy to, co teraz obserwujemy, to jest początek tego procesu? Czy to jest jeszcze taki niewypał mały? Jak pan uważa?
[02:04:18] - Myślę, że ludzie pomału zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że ten kierunek to jest po prostu konieczność. Może na razie więcej w tym hałasu jak prawdziwego działania, ale chyba to jednak już pójdzie w tym kierunku. Zasoby, te, z których obecnie korzystamy, kiedy nam się skończą? Nie wiadomo. Za 10, za 20. Myślę, że najpóźniej za 50 lat. Jeżeli teraz nie zaczniemy czegoś robić, żeby sięgnąć po zasoby, które czekają na nas na Księżycu, to później może być za późno i wyniknie z tego coś bardzo niedobrego. Tak sądzę.
[02:05:16] - A jeśli-
[02:05:17] - Trzeba działać zawczasu.
[02:05:21] - Czy pan ma jakąś wizję tego, jak ruszymy w ten kosmos?
[02:05:31] - Mam pewną wizję. Troszkę opisałem to na kartach powieści. Myślę, że skończy się to awanturą, delikatnie mówiąc. Później powstanie jakiś związek państw czy przedsiębiorstw eksploatujących zasoby na naszym satelicie. Co wyjdzie z tego dalej? Powiem jak Nikodem Dyzma: „A co z tego będzie? Zobaczymy”.
[02:06:14] - Rząd zrobił, co swoje.
[02:06:15] - Tak. Jak chciał.
[02:06:16] - Jak chciał. Rząd robił, jak chciał. A co będzie? Tak, to prawda. Wie pan co? Powiem tak: kiedy byłem, aż trudno uwierzyć, że kiedyś byłem, ale kiedy byłem dzieciakiem, takim nastolatkiem, to często patrzyłem w gwiazdy. Myślę, że to nieobca panu czynność. Kiedy wychodzi się obojętnie zimą, latem, latem przyjemniej, bo cieplej, patrzy gdzieś poza miastem w rozgwieżdżone niebo, które naprawdę jest rozgwieżdżone, a nie tę namiastkę w mieście, to człowiek sobie myśli: „Kurczę, chciałbym tam być”. A ja miałem inne takie powiedzenie: „Kiedyś tam będę”. Mówiąc szczerze, straciłem już nadzieję.
Chyba nie będę. Trochę się to wszystko opóźniło, gdzieś jak stanęło w latach 70. Tak stało, stało i się ruszyć nie mogło. Trochę mi żal tego, bo to senebrati, dlatego tak wypytuję pana, z taką radością czytam pana książkę, bo pan widać, że jest przekonany do tego, że my rzeczywiście ruszymy. I te pytania, które były wcześniej, do tego podprowadzały. Jaka to jest perspektywa pana zdaniem? Perspektywa dla ludzkości czy nie perspektywa dla ludzkości? Jaka to jest perspektywa czasowa, kiedy my rzeczywiście będziemy mogli powiedzieć, że stajemy się takimi istotami, które eksplorują Układ Słoneczny już nie na zasadzie puszczonej raz na 10 lat sondy, tylko tak dosyć konsekwentnie, krok po kroku, coraz dalej, coraz dalej. Układ Słoneczny staje się nasz. Jaka to jest perspektywa pana zdaniem?
50, 100 lat?
[02:08:10] - Przyszłość jest szczególnie szczegółowo przewidywać niesłychanie trudno. To się mało komu udaje. Natomiast perspektywę tę właśnie opisałem w powieści. Sądzę, że pod koniec tego stulecia zacznie się coś dziać bardziej poważnego, jeśli chodzi o eksplorację naszego Układu Słonecznego. Ale muszą przede wszystkim zaistnieć ku temu ekonomiczne podstawy. Wcześniej, powiedzmy w latach 70. czy troszkę później, podróż w kosmos napędzała polityka. W tej chwili bardziej badania naukowe, ale już pomału wkracza ekonomia i sprawy wokół tego. Mamy niesłychanie przydatny system GPS, mamy telewizję satelitarną i jeszcze parę innych sympatycznych wynalazków. Myślę, że ekonomia coraz bardziej będzie wkraczała w te rejony.
[02:09:29] - W nawiązaniu do książki, po części, ale nie do końca, ta eksploracja Układu Słonecznego będzie bardziej sprawą państw, firm, związków mniej lub bardziej formalnych. Jak to pana zdaniem będzie? Ja zgadzam się w pełni, że przyszłość jest niewiadoma i przewidywanie jej graniczy z szaleństwem, ale pytam o pańską wizję.
[02:09:59] - Moja wizja jest taka, że będą to chyba jednak państwa, do których należeć będą bardzo duże, bardzo bogate korporacje. Jednak państwo ciągle ma przewagę nad korporacjami z racji tego, że to nie korporacje jednak stanowią prawo, a państwa. Przynajmniej tak z wierzchu to wygląda. Jaka jest prawda, możemy się domyślać, ale raczej będą to chyba państwa.
[02:10:46] - Okej, dobry moment na kolejny fragment.
[02:11:10] - DNA: część pierwsza. Spirale zagłady. Fragment, odcinek piąty. „Leo, chyba się pomyliłem. Nie mogę cię odnaleźć. Może to nie ta dziura? A skąd ja mam to wiedzieć? — wychrypiał zapytany. Oddychał coraz trudniej. Stracił więcej powietrza, niż sądził.
Albo wciąż uciekało, bezgłośnie już, jakąś dziurą. A może to tylko stres? Dobra, zejdę jeszcze głębiej — zdecydował młody. Licznik wyciągu wskazywał dopiero kilkadziesiąt metrów. Opuszczał się jeszcze niżej, zastanawiając się, czy starczy mu linki, zanim znajdzie kolegę, gdy korytarz zaczął zmieniać kierunek, idąc coraz bardziej płasko. Wreszcie zobaczył słabe światło lampy rezerwowej hełmu, a nieco później sylwetkę Rousseau. Po krótkiej chwili przy nim stanął. Jestem tu. W żadnym wypadku nie ruszaj się — przestrzegł kolegę, czując na plecach nieprzyjemne mrówki. — Nawet nie drgnij.
Leżysz tuż przy krawędzi kolejnej pionowej studni. Zaraz cię trochę od niej odciągnę. Gdybyś potoczył się niecały metr dalej... Skafander jest cały? Chyba tak. Masz rozbity reflektor czołowy. Zapasowy jest sprawny. Pewnie włączył się automatycznie. O szybie hełmu to już sam wiesz. Dasz radę mnie stąd wyciągnąć?
Powinienem. Będę musiał cię na chwilę opuścić. Dlaczego? — wystraszył się Rousseau. Nie jestem pewien, czy silniczek wyciągu nie uszkodzi się z takim podwójnym ciężarem. Jeżeli tak by się stało, będzie po nas. Przecież nie dam rady wspinać się po tej cienkiej żyłce. To nie jest lina. Rób jak uważasz, tylko mnie stąd wyciągnij. — Głos redaktora drżał jak liść na wietrze.
Młody zaczepił kabłąk linki Leo do swojego pasa i zwolnił blokadę jego wyciągu. Uruchomił własny i zaczął powoli wjeżdżać na górę, uważając, aby nie zaklinować się na jakimś występie. Po dwóch minutach był u wlotu dziury. Tak jak poprzednio wbił w ścianę trzy haki, przez które przeciągnął wyciąg partnera i powrócił na dół. Gdy wyjechali ze studni, wypiął ich z linek i zaczął prowadzić kolegę jak ślepca, którym w tej chwili był istotnie, tam, skąd wcześniej nadeszli. Tunel rozwidlał się kilkakrotnie, ale młodzieniec nie usiłował rozpoznawać drogi i zdał się całkowicie na instynkt. Rozeznawanie się w tej gmatwaninie korytarzy i tak nie zdałoby się na nic. A poza tym na podłożu nie było piasku, na którym mógłby zobaczyć pozostawione przez nich ślady. Nawet w pełni sprawnemu człowiekowi nie jest łatwo zachować równowagę w warunkach tak słabej grawitacji. A co dopiero, jeżeli potłuczona szyba hełmu została szczelnie pokryta grubą warstwą silikonu.
Młody przytrzymywał Rousseau za pas i szelki uprzęży, prowadząc go jak ślepca, ale ten i tak wciąż wyślizgiwał mu się z rąk i upadał, czasami pociągając go za sobą. Podłoże było nierówne i stale się o coś potykali. Do tego dochodził ból, jaki zaczął odzywać się u Leo. Poobijał się bardzo mocno podczas spadania, a wyprodukowana przez jego organizm adrenalina przestała już działać. Coś musiało się stać w lewą nogę, bo kulał coraz bardziej. Słabł. Chrypiał też coraz głośniej. Przechodziło to już w charkot. Kończyło mu się powietrze. Jego ciężko wystraszony kolega sprawdził własny wskaźnik.
Też nie było wesoło. Wskazówka wchodziła już na pomarańczowe pole. Choć wydostali się z tej dziury, a ocalenie nadal było bardzo wątpliwe, to stał teraz przed parszywym dylematem. Czy oddać część powietrza potrzebującemu, poważnie ryzykując, że nie starczy go dla ich obu, czy zachować się znacznie mniej szlachetnie, zwiększając swoją szansę na przeżycie? Słuchawki hełmu nieustannie torturowały go upiornymi dźwiękami duszącego się człowieka, błagającego coraz natarczywiej o kilka łyków powietrza. „Leo, ja też mam powietrza coraz mniej. Proszę cię, wytrzymaj. Proszę.” Młody dobrze wiedział, że prosi o niemożliwe. Można przez dość długi czas wytrzymać bez jedzenia. Krócej, ale można także wytrzymać brak wody.
Ale powietrza? To kwestia kilku minut i to w straszliwych męczarniach. Co robić? Dusza pękała w nim na kawałki i nie mogąc już dłużej słuchać rozpaczliwego skamlenia umierającego, puścił jedną ręką słabnące ciało swojego towarzysza i wyłączył radio. Rousseau nie mógł już iść. Zatrzymał się nagle i ugięły się pod nim kolana. Gdy młodzieniec pochylił się, aby go podnieść, rzucił się na niego, złapał i desperacko po omacku zaczął szukać na jego skafandrze przewodu służącego do podawania powietrza. Przez kilkanaście sekund zawzięcie walczyli, ale młodszemu z przeciwników udało się wyrwać i odskoczyć. Ciężko dysząc, rozszerzonymi z przerażenia pełnymi łez oczami patrzył teraz na wijącą się w konwulsjach sylwetkę kolegi, jak walcząc o oddech, którego nie mógł już wykonać, rzuca całym ciałem, kopie nogami w podłoże, macha rękoma chwytając za hełm, jakby chciał go zerwać. Coraz słabiej, coraz wolniej i wreszcie nieruchomieje.
Wszystko to w absolutnej ciszy. W próżni kosmosu nikt nie usłyszy twego krzyku. Po dłuższej chwili, mając nadal w głowie tę okrutną scenę, zaczął zbliżać się ostrożnie do znieruchomiałej postaci. Jego sumieniem szarpało straszne poczucie winy. Brakowało mu odwagi, by włączyć radio i posłuchać, czy partner oddycha. Nie widząc jego twarzy, nie był pewien, czy Leo nie udaje, czekając na sposobność, aby jeszcze raz go pochwycić i wyrwać mu przewód doprowadzający powietrze. Wszystko jednak wskazywało, że Rousseau był już martwy. Młodemu, jak zacięta gramofonowa płyta, tłukło się w myślach jedno słowo: wybacz, wybacz, wybacz. Stał tak jak skamieniały, gdy otrzeźwił go natarczywy dźwięk przypominający o wymianie zbiornika z kończącym się zapasem powietrza. Zdał sobie sprawę, że najpóźniej za pół godziny zakończy swoje krótkie życie dokładnie w ten sam sposób, jak jego towarzysz.
Dławiący strach złapał go za gardło. Trzęsącymi się rękoma zaczął gorączkowo przypatrywać uprząż skafandra Leo. Nie ma. Przewrócił plecami do góry bezwładne ciało, ale nie znalazł jednak tego, czego szukał. Ostatniego elementu nici Ariadny. Pokrowiec był rozerwany.
[02:18:13] - Okej, trochę puściliśmy wodze fantazji, a właściwie pobawiliśmy się w futurologów. Co będzie i jeśli będzie, i tak dalej. Wiktor milczy. To znaczy, że się szykuje do skoku. Skacz, Wiktorze.
[02:18:26] - Zawsze trzeba uwzględniać drugą stronę medalu być może. Może i wszechświat jest naszą przyszłością, ale równie dobrze można powiedzieć, że wszechświat jest tak naprawdę naszą przeszłością. My zostaliśmy skonstruowani dzięki temu, że wszechświat jest taki, jaki, a nie inny, że wszechświat w jakiś sposób być może do czegoś zmierzał. I w tym momencie ja byłem ogromnym entuzjastą tej dynamicznej wizji podbijania wszechświata.
[02:19:13] - Też myślałeś, że w kosmos polecisz.
[02:19:15] - Na starość uważam, że po prostu my możemy zbadać wszechświat, ale to nie jest nasza przyszłość, bo my o przyszłości po prostu nic nie wiemy. To jest jedyna rzecz, której nie wiemy, bo my nie wiemy, do czego będzie zmierzała przyszłość, co w przyszłości będzie potrzebne, czy w ogóle w przyszłości będzie jakakolwiek energia potrzebna. Co będzie potrzebne, tego nie wiemy. To przyszłość zdecyduje. To znaczy nie przeszłość zdecyduje, tylko przyszłość zdecyduje po prostu o tym, co będzie sobie robiła. Tak jak ty, Marek Żadeś, czy państwa, czy korporacje, a nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, jak socjologia się ułoży, co wtedy, co za te 100 czy za 200 lat. Przecież niedawno były kołchozy, teraz są korporacje. Za 10 lat może znowuż przyjdą kołchozy albo inny typ korporacji. I tak sobie można gdybać po prostu. My nie wiemy, co będzie za 100 lat, na ile w ogóle jakiekolwiek drzazgi zostaną po narodach, po nacjonalizmach, po innych kulturach, że tak powiem, w których my się dzisiaj w tej całej globalizacji tłoczymy.
Nie wiadomo, co globalizacja w sumie stworzy, chociaż inne kultury trzymają się całkiem dobrze. Świat wcale nie wygląda tak, jak w internecie czy w naszej telewizji, że tak powiem. Świat jest zupełnie inny. Są i wszyscy Podróżnicy, że tak powiem, po świecie mówią wyraźnie, że świat nie jest taki, jaki jest w internecie. A my jesteśmy tym kręgiem kulturowym, który ma swój fetysz, internet, i tym fetyszem się zachwyca. Ale Indianie też mieli swoje totemy kiedyś. Sybirasy też mieli totemy. To jest totem tego plemienia europejsko-amerykańskiego.
[02:21:42] - Wiktorze, wszystko-
[02:21:43] - Potem się zmieni.
[02:21:44] - Wszystko, co mówisz, to jest prawda. Albo przynajmniej po części prawda. Z niektórymi twoimi prawdami trudno mi się zgodzić, ale to normalne. Natomiast wiesz co? Gdzieś w pewnym momencie naszej rozmowy, na początku pojawiła się książka Stapletona i porównanie książki „DNA. Spirale zagłady” do książki Stapletona. Dlaczego? Stapleton rozpisał przyszłą historię świata na miliony lat do przodu. I to nie chodzi o to, że historia ludzkości, czy też w ogóle historia Układu Słonecznego, wszechświata, będzie się toczyć według tej siatki zaplanowanej przez Stapletona. Podobnie historia wszechświata nie będzie się toczyła najprawdopodobniej tak, jak zaplanował to pan Maciej Górniak.
Natomiast chodzi o to, żeby spróbować opowiedzieć sobie tę historię, jej warianty różnego rodzaju. I znowu nie po to, żeby później mówić: „A nie mówiłem?”. Może gdzieś wprost albo już nie wprost, gdzieś zza grobu, ale „A nie mówiłem? Tak, jest dokładnie”. Nie. To raczej chodzi, chyba, tak odczytuję pana książkę, o śledzenie pewnych tendencji, pewnych ruchów w określonych kierunkach. Tak bardziej bym odczytywał.
[02:23:07] - W tej książce jest taki fajny motyw na przykład, że nie wiadomo, czy przyszłość jest potrzebna człowiekowi, czy naszemu DNA.
[02:23:18] - No.
[02:23:19] - A do czego świat przyszły... Czy jest w ogóle potrzebny kosmos naszemu DNA? To jest dopiero pytanie. Co to DNA z nami wyczynić, nie?
[02:23:33] - No tak, ale to trochę jak ta żaba jesteś w tej chwili. Rozdwoiłeś się trochę, mówiąc szczerze. A jakby pan skomentował tę naszą krótką dyskusję? Po której stronie... Nie chodzi o to, żeby pan przyznawał punkty. 40 dla Wiktora, 60 dla mnie.
[02:23:52] - Dobrze, 60 dla pana.
[02:23:54] - No to już jakoś zawsze mi lżej.
[02:23:57] - Oczywiście obserwuję pewne rzeczy, które dzieją się na świecie, jakieś tendencje, trendy i po prostu postanowiłem je rozwinąć na swój własny sposób. Czy miałem rację, czy nie, to przyszłość pokaże.
[02:24:18] - Ja wrócę. W pewnym momencie ustaliliśmy, zresztą ustaliłem z panem wcześniej w rozmowach telefonicznych, że pan ostatnimi czasy nie czytuje fantastyki naukowej. Dlatego, żeby się nie sugerować.
[02:24:31] - Od dawna nie czytuję.
[02:24:32] - Okej. Najprostsze pytanie brzmiałoby: dlaczego? Ale pan właściwie powiedział dlaczego. To ja zgłoszę wątpliwość. Nie tyle pytanie, co wątpliwość. A może zderzenie się z innymi autorami przyniosłoby nie mniej, a więcej pomysłów?
[02:24:53] - Być może, ale troszkę tego się obawiam. Jak na razie wydaje mi się, że tych pomysłów mi nie brakuje. Czy są to pomysły dobre, czy nie, to już najlepszą ocenę wystawią czytelnicy. Natomiast tak jak mówię, chciałem, żeby nie stało się to jakimś plagiatem, mimo woli. Dlatego to, co tam jest, to są po prostu moje pomysły. To, co jest zawarte w fabule tej powieści. Przypomnę, że Tolkien, kiedy pisał swoje rzeczy, raczej wątpię, żeby czytał europejską literaturę popową tamtego czasu. On po prostu się zajmował swoim.
[02:25:43] - To był akademik. Nie czytał.
[02:25:45] - Tak. Więc on budował swój świat po prostu.
[02:25:48] - Ja czytałem z kolei, że zamęczał swoje otoczenie pytaniami, czy tak będzie dobrze, a może inaczej.
[02:25:56] - Tak.
[02:25:57] - I wszyscy już mieli go dość.
[02:25:59] - Znaczy...
[02:26:00] - Ja też chyba przeszedłem ten etap.
[02:26:02] - Co więcej, pan miał przyjaciela, drugiego pisarza znanego z takiej głębokiej literatury i literatury dla dzieci i młodzieży, czyli Levisa. Ten Stapleton mi siedzi w głowie. Levisa, który „Lew, czarownica i stara szafa”, ale inne też bardzo poważne tytuły zahaczające właściwie o filozofię też ma na swoim sumieniu. Nie sumieniu. Na swoim koncie. „Peleandra” chociażby, taką trylogię planetarną w swoim czasie sprokurował. Tak, rzeczywiście. Co więcej, tak jak powiedział Wiktor, Tolkien mało czytywał literatury pop, a stał się dla tej literatury w tej chwili drogowskazem. Jedna rzecz jest bardzo niebezpieczna. Życie na bieżąco tym, co, że tak powiem, nam kultura funduje, może Można się załapać na chwilową modę, niechcący zupełnie wpaść w koleiny, którymi ktoś przed nim przejeżdżał i potem tymi koleinami jechać.
Czytanie jest dobre w pewnym momencie, kiedy się dochodzi do pewnej świadomości. Ogromna ilość czytania czystej literatury. Natomiast później lepiej się nauką kierować, lepiej czytać rzeczy źródłowe, a samemu jechać własną drogą, a nie w tych koleinach, którymi stado baranów podąża, że tak powiem.
[02:27:52] - Najbardziej mnie inspiruje literatura popularnonaukowa bądź też najczęściej na YouTubie jakieś filmy. Oczywiście takie poważniejsze. Mamy zresztą kilku bardzo sympatycznych youtuberów, którzy też potrafią temat kosmiczny ogólnie tak nazwijmy.
[02:28:21] - Proszę wymienić spokojnie.
[02:28:25] - Mamy Sajfana, mamy pana, który prowadzi Astrofazę. Nie pamiętam w tej chwili niestety.
[02:28:34] - Ale tam właśnie w Astrofazie występuje Leszek Błaszkiewicz, astronom, z którym się konsultowałem w swoim czasie.
[02:28:43] - Próbuję się nawet do pana Leszka Błaszkiewicza dodzwonić od jakiegoś czasu. To znaczy próbowałem, ale był na urlopie. Zobaczę, może teraz mi się uda, gdyż mam do niego kilka pytań właśnie takich merytorycznych. Chciałbym, żeby pomógł mi po prostu rozwiązać pewien problem.
[02:29:01] - Niech pan pozdrowi.
[02:29:02] - Jak znam Leszka, to na pewno, ponieważ Leszek jest konsultantem, przynajmniej kilku twórców SF znam, których książki Leszek konsultował od strony astronomicznej, a czasami niektórym groził palcem, mówiąc: „A ty się ze mną nie skonsultowałeś i teraz masz”. I mu pokazywał, gdzie ma i jak, co, i tak dalej. Z youtuberów mamy jeszcze jednego pana, którego chyba znamy tylko pseudonim Smart Scam, jeżeli dobrze wymawiam. Prawdopodobnie z Ukrainy. Muszę powiedzieć, że jestem w pełnym podziwu dla tego człowieka, dla jego wiedzy, mimo że prawdopodobnie nie ma wykształcenia w takim kierunku jak jego audycje, które prowadzi, te filmiki, ale uważam, że są naprawdę znakomite.
[02:30:07] - To teraz jest dobry czas na kolejny, szósty fragment. „DNA: część pierwsza. Spirale zagłady. Fragment. Odcinek szósty.” Co mogło się z nim stać? Zgubił się w studni podczas spadania? A może teraz, jak szliśmy, co chwilę upadając. Ile czasu stracę na dojście do studni? A jeżeli i tam go nie znajdę? A może lepiej będzie, jak od razu pójdę w drugą stronę do wyjścia.
Tylko czy w ogóle tam trafię i czy dam radę tam dotrzeć, zanim skończy się powietrze? A to nie wszystko. Jeżeli nawet uda mi się dojść do szybu z windami i odnajdę linki wyciągu, to czeka mnie jazda na górę prawie tysiąc metrów. To musi potrwać. Szybko kalkulował w myślach, czy urządzenie będzie mu niezbędne. Zdecydował, że jednak większą szansę na przeżycie daje odnalezienie radioboi. Wystarczy, że wejdzie w zasięg tej ostatniej pozostawionej w korytarzu i będzie mógł przesłać wezwanie pomocy, a później tylko czekać. Skierował się do studni. Mniej więcej w połowie drogi błysnął mu jakiś przedmiot. Jest!
Szybko włożył ją do zasobnika i żwawo ruszył w przeciwną stronę, lecz wciąż nie wiedząc, dokąd go ta wybrana całkowicie na wyczucie droga zaprowadzi. Musiał się spieszyć także z innego powodu. Przebywali w tych lochach znacznie dłużej, niż przewidywali. Bateria zasilająca zewnętrzne oświetlenie okres świetności miała już za sobą i to od jakiegoś czasu. Mijając ciało martwego kolegi, ponownie przeżywał katusze. Prawie przebiegł obok niego. Teraz trochę zwolnił. Za szybko oddychał. Idąc tak co chwilę z trwogą kontrolował stan zapasu powietrza. Nagle przypomniał sobie, że przecież powinien uruchomić system Nici Ariadny.
Jeżeli boja zdoła połączyć się z resztą sieci, to on natychmiast otrzyma o tym informację, a to jednocześnie będzie oznaczało, że sygnał SOS dotarł na powierzchnię, gdzie tuż obok są ludzie. Wyciągnął ją i włączył zasilanie. Nie działa. Jeszcze raz. I znowu nic. Dlaczego się nie uruchamia? Przecież sprawdzaliśmy je wszystkie przed wyprawą. Tunel rozszerzył się znacznie. Młody zwolnił trochę kroku i zaczął oglądać boję. Po odnalezieniu jej w korytarzu nie zauważył w pośpiechu, że urządzenie zostało mechanicznie uszkodzone.
Pokrywa komory baterii była wgnieciona.
[02:33:05] - Przypuszczalnie stało się to w czasie, gdy Leo spadając obijał się o skalne występy. Radioboja nie miała pancernej obudowy i była sprzętem nielubiącym takich ekscesów. Niezdarnie zdjął uszkodzoną pokrywę i wszystko stało się jasne. Płaska i cienka bateria miała zwarcie. Jakieś wyjątkowo pechowe uderzenie spowodowało jej wgniecenie. No to jestem załatwiony — pomyślał z rozpaczą. Przypomniał sobie, jak jeszcze kilkanaście minut temu patrzył przerażony na konającego w męczarniach kolegę. W nogach poczuł galaretę, a w gardle bardzo nieprzyjemne łaskotanie. Nagle ogarnęła go niepohamowana wściekłość. Na siebie, na całe życie, na to, że wpakował się w tak paskudną sytuację.
W desperacji zamachnął się, chcąc urządzenie wyrzucić, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Gdy biorąc zamach, odchylił się, ustawiony do marszu na odległość pięciu, sześciu metrów reflektor sięgnął znacznie dalej. Żółty i wpadający już pomału w brzydki pomarańcz snop światła wyłowił w ciemnościach coś, co spowodowało, że tętno skoczyło mu jak szalone. Ruszył w tamtym kierunku, wkładając boję na powrót do zasobnika. Gdyby nie ta desperacka złość, pewnie nigdy by tego nie zauważył. To była butla aparatu oddechowego. Skąd się tu wzięła nie było w tej chwili istotne. Ważne, czy zawierała powietrze. Sprawdził. Tak, tak.
Młody poczuł, że wraca mu nadzieja. Butla niestety nie była pełna, ale pozostała w niej standardowa rezerwa, czyli pół godziny. Właściwie nawet trochę więcej. Wokół nie było widać śladów butów. Domyślił się, że zapewne przed rozpoczęciem budowy nakazano jakiejś grupie robotników sprawdzić na dole okolice odkrycia, przejść określony dystans, popatrzeć co tam jest i wrócić, gdyby nie znaleźli niczego ciekawego. Przy tych rozmiarach jaskiń i korytarzy trwałoby zbyt długo, aby zajmowali się tym wyłącznie ludzie z biura. Ktoś doszedł aż tutaj i aparatura zapewne zasygnalizowała, że niedługo trzeba będzie podmienić butlę na pełną. Albo ją zostawił, bo nie chciało mu się jej nieść z powrotem, albo w ten sposób zaznaczył miejsce, do którego doszedł, na co wskazywałaby trochę większa niż przy rezerwie ilość powietrza. Nieważne. Zerknął na swój wskaźnik.
Zostało jakieś piętnaście minut. Nagle przyszło mu do głowy, że skoro znalezisko podarowało mu przynajmniej dodatkowe czterdzieści do czterdziestu pięciu minut życia, to może uda się uruchomić boję. To jedyna szansa. Nawet gdyby jakimś cudem dotarł do szybu z windami, na co już nie liczył widząc zmieniający się kolor swojego oświetlenia, to nie ma mowy, żeby żywy wyjechał na powierzchnię. Z linki zdjęliby trupa. Sięgnął do zasobnika. Obejrzał boję. Ta bateria to szmelc, ale przecież ma inną. Tę od wyciągarki, której użycia już nie przewidywał. Pewnie nie będzie pasowała.
Gdyby tak jednak ostrożnie rozbić obudowę radioboi, może dostałby się do przewodów. Tu nie ma żadnej filozofii. Włącznik ustawi się na pracę ciągłą, a kabelki zetknie z biegunami źródła zasilania. Jeżeli nie jest uszkodzona, powinna zadziałać. Uklęknął na podłożu, wziął w rękę młotek i delikatnie zaczął nim obstukiwać urządzenie. Nie jest to proste, gdy czas cię goni i nie masz właściwego wyczucia siły z powodu innej grawitacji i tego, że nic nie słyszysz, bo pracujesz w próżni. Uderzał raz za razem metodycznie i jak najostrożniej. Udało mu się uszkodzić obudowę na tyle, że zobaczył druty za przegrodą z biegunami do podłączenia baterii. Z zasobnika wyciągnął hak wspinaczkowy i ostrym końcem podważył przegrodę. Po kilku próbach wyciągnął ją na zewnątrz razem z przylutowanymi przewodami.
Ale cienkie. Na szczęście ten, kto to produkował, nie żałował materiału. Kabelki były na tyle długie, że po oderwaniu od ścianki z miejscem podłączenia zasilania mógł się swobodnie nimi posłużyć, aby ich końcówki przytknąć do biegunów baterii od wyciągarki. Jeszcze tylko trzeba usunąć trochę izolacji. Tylko czy to zadziała? Z emocji trzęsły mu się ręce. Dotknął gołymi drucikami do biegunów baterii. Nic się nie stało. Poczuł okropny zawód. Tak się przecież starał.
Ale zaraz. Zamienił przewody miejscami i radioboja ożyła. Podniósł się z klęczek. Teraz w którą stronę? To chyba nie jest typowy korytarz, tylko coś pośredniego między nim a jaskinią. Jego reflektor dawał coraz gorsze światło. Widział przed sobą góra na trzy metry, a i to marnie. Myślał przez chwilę. Pójdzie dwadzieścia kroków w jedną stronę. Jeśli nie zobaczy żadnego śladu, pójdzie tyle samo w drugą.
Ale co mu tak duszno? Ach, trzeba podmienić butlę. Z podmianą nie było żadnego problemu. Federacja stosowała ujednolicone rozwiązania techniczne i obowiązywały one na całym Księżycu. Ruszył w stronę, która wydawała mu się najbardziej odpowiednia. Po kilkunastu krokach trafił na piaszczyste podłoże, a na nim ślad buta. Postawił obok swoją stopę i ostrożnie cofnął. Przyjrzał się uważnie. Ten pierwszy to nie był jego ślad. Różniły się trochę.
A więc tędy. Włączona radioboja nadal milczała. Jeśli nie złapie zasięgu, zanim całkiem padnie źródło zasilania oświetlenia, to wszystko będzie na nic. Zapanują takie ciemności, że gdyby w próżniowym skafandrze było to możliwe, można by włożyć sobie palec w oko, a i tak tego nie zauważyć. Niestety dwie minuty później reflektor przestał być użyteczny. Dawał jeszcze tylko tyle światła, że umożliwiał młodemu utrzymanie przewodów radioboi na biegunach baterii. Gdy idziesz i masz na rękach próżniowe rękawice, nie ma szans, abyś wyczuł przez nie cienkie druciki. Przesuwał się jeszcze trochę do przodu, sprawdzając przed sobą drogę za pomocą wysuniętej nogi. Po dalszych dwóch minutach jego wytrwałość została nagrodzona. Urządzenie piknęło, sygnalizując nawiązanie połączenia i zaczęło regularnie wysyłać wezwanie SOS.
Teraz trzeba tylko powoli oddychać i nie ruszać się. Jak najbardziej spowolnić bicie serca. Oszczędzać gaz, od którego teraz wszystko zależało. Wciąż przytrzymując druty, usiadł, ostrożnie opierając się o plecak. Mógł już tylko czekać.
[02:40:12] - Muszę państwa uprzedzić, że zbliżamy się, jeśli chodzi o prezentację fragmentów książki „DNA. Spirale zagłady” do końca, bo jeszcze tylko jeden fragment w wykonaniu autora nam pozostał. Niemniej jednak zawsze można ten ewentualny brak uzupełnić, sięgając po książkę, oddając się lekturze. Wiktorze, masz twarz cierpiącą. Zapytam dlaczego.
[02:40:40] - Myślę.
[02:40:41] - Myślisz. O czym?
[02:40:44] - O wszechświecie.
[02:40:47] - Czyli, Wiktorze, obudziła się w tej chwili-
[02:40:50] - Myślałem o tym, żeby zapalić.
[02:40:53] - Tak.
[02:40:53] - Jakoś trzeba to...
[02:40:55] - Wiktor wybrnął dyplomatycznie. Tak naprawdę to tylko o to chodzi, żeby zapalić. Ok, jak Wiktor oddał się kłamaniu, to spróbuję zadać pytanie. Kiedy bierze się do ręki tę książkę, ma się takie wrażenie, to zresztą padło, opisał pan historię świata w przód, że, to też powiedzieliśmy, bohaterów jest, przynajmniej na razie, oni się pojawiają, szukam dobrego słowa, od czasu do czasu. Może w ten sposób. Jak daleko zabrnie ta historia, kiedy będziemy trzymali w ręku trzeci tom? Jak daleko odejdziemy?
[02:42:00] - Jak daleko? Kilkanaście lat do przodu od czasów opisywanych obecnie w części futurystycznej. Kawałeczek ostatni, może akurat nie ostatni, nazwijmy to trzeciej części, znajduje się na samym początku pierwszego tomu.
[02:42:29] - I to myślę, jest niezła, jak to określić, Wiktorze, masz jakieś dobre określenie na to?
[02:42:35] - Klamra jakaś.
[02:42:36] - Jaka?
[02:42:36] - Klamra.
[02:42:37] - Klamra? Klamra. Tak, to prawda.
[02:42:40] - Niech będzie klamra.
[02:42:41] - Niech będzie klamra, ale na pewno dobra zanęcajka dla potencjalnych czytelników.
[02:42:45] - Natomiast z tych kilku wątków wyodrębniają się już pod koniec pierwszej części dwa. Jeden jest taki futurystyczny, drugi nazwałem sobie roboczo starożytnym. I druga, trzecia część tej powieści cały czas będzie przeplatał się wątek starożytny z futurystycznym i one będą naprawdę bardzo ściśle ze sobą powiązane.
[02:43:25] - Druga część będzie nosiła nazwę „DNA. Nebula”.
[02:43:30] - Nebula.
[02:43:31] - A trzecia?
[02:43:32] - „Zakazane wymiary”.
[02:43:35] - Myślałem, że pan nie odpowie, a pan już wszystko wie. Pan już wszystko wie o swojej książce. To jednak świadczy, że to projekt.
[02:43:42] - Nie wszystko, ale z grubsza wiem, co tam ma się znaleźć.
[02:43:47] - Zresztą lojalnie pan uprzedził, że pan jednak lubi wiedzieć, co tam pana spotka po drodze.
[02:43:52] - „Zakazane wymiary” będą odnosiły się do pewnych hipotez. Może nie teorii, ale do pewnych hipotez odnośnie budowy naszego, może nie świata, budowy naszej rzeczywistości. Ponieważ już fizyka kwantowa pokazała nam, że rzeczywistość wcale nie jest taka, jak nam się wydaje.
[02:44:22] - I że atomy nie są tak twarde, jak się wydają.
[02:44:25] - Tak jest. To wszystko wygląda inaczej w tej mikroskali.
[02:44:32] - Ja w tej skali to zawsze zauważałem, że te wszystkie kobiety zawsze są inne niż nam się wydaje.
[02:44:39] - Tak, ale to Wiktor jak zwykle o jednym. Natomiast okej.
[02:44:45] - To był nagły zwrot akcji naszej rozmowy.
[02:44:49] - To był nagły, nawet bardzo nagły. Natomiast kiedy pytam, co będzie dalej i kolejne tytuły, mam do pana takie pytanie. Znowu wrócimy do spraw warsztatowych, bo z rozmów z innymi pisarzami wiem, że czasami ich własny tekst potrafi ich zaskoczyć. Konsekwencje tego, co wymyślili, gdzieś po drodze, tak jak pan zresztą mówi, czasami się różne rzeczy zmieniają. Czy był taki moment, czy to w pierwszym, czy w następnych tomach, w którym doszedł pan do wniosku, że pana własna książka zaskoczyła pana, że coś jest inaczej niż pan na początku myślał, ale wszystko jest w porządku, bo jest logicznie i tak, jak powinno być. Czy był pan zaskoczony przez własną twórczość?
[02:45:45] - Po pierwszym półtora roku.
[02:45:48] - Tak, ale to pan powiedział.
[02:45:49] - Stwierdziłem, że to się do niczego nie nadaje.
[02:45:51] - To już pan powiedział, to jasne. To powiedzmy natura warsztatowa, ale taka bardziej wykonawcza. A mnie chodzi właśnie o historię, bo wielu autorów podkreśla, że kiedy plotą tę historię, w sensie uplatają, to bardzo często z tego plecenia wychodzi coś jeszcze, czego wcześniej w tym swoim dosyć szczegółowym, czasami mniej szczegółowym planie w ogóle nie uwzględniali. Jakaś wyskakuje wartość dodana.
[02:46:21] - Zgadza się. Wyskakują właśnie takie rzeczy nagle ni stąd, ni zowąd i bywa, że trzeba wrócić do tego, co już się napisało i napisać to od nowa. Sam obecnie jestem w tej chwili podczas pisania drugiej części właśnie w takiej sytuacji. Nie jest to nic bardzo wielkiego, ale żeby to wszystko układało się bardziej sprawnie, bardziej logicznie, było dla czytelnika bardziej plastyczne, trzeba było po prostu pewne rzeczy pozmieniać. Sporo pracy to czasami kosztuje, ale tak trzeba.
[02:47:08] - To ja pana pocieszę. Nawet autorzy powieści sensacyjnych, których ostatnimi czasy dosyć intensywnie przesłuchuję, jakkolwiek to zabrzmi, też mi mówią o tym, że w prozie, która nastawiona jest właśnie na to, żeby wszystko po pierwsze było logiczne, ale po drugie, żeby wynikało, bardzo często trzeba się cofnąć i mówiąc brutalnie, rozpierdzielić pół książki, żeby później lepiej pasowało. Także jest pan w trendzie. Zdecydowanie w trendzie.
[02:47:42] - Już się martwiłem.
[02:47:45] - Wiktorze.
[02:47:46] - Nie.
[02:47:46] - Kręcisz głową. Kręcisz głową, to niedobrze.
[02:47:50] - Nie, nie kręcę głową. Kręcę głową, ale w sensie potakującym.
[02:47:55] - To nie w tę stronę.
[02:47:56] - Wiem. Po prostu jedna rzecz. Te wszystkie pieprzałki z tym tworzeniem wynikają stąd, że albo ktoś jest krytyczny wobec samego siebie, albo nie jest. Są ludzie tak zadufani, że uważają, że co spluną, to na pewno trafili. Czasami, jak jest geniuszem, to mu wyjdzie. Natomiast normalny człowiek powinien być krytycznie, cholernie nastawiony do samego siebie i do własnych uczynków, do własnego warsztatu, do wszystkiego. Wtedy jest szansa na rozwój po prostu.
[02:48:43] - My, Wiktorze, stanowczo chyba musimy zacząć prowadzić osobne audycje, bo bezczelnie zupełnie podkradasz mi pytania prosto z głowy. Mojej w dodatku. To ja nie wiem, jak to ma być. A pytanie sprowadza się mniej więcej do tego, jak pan pracuje z tekstem. Chodzi mi właśnie o tą krytyczną pracę z tekstem. To znaczy, postawił pan ostatnią kropkę. Doszedł pan do wniosku, że już pan skończył. Powiedzmy pierwszy tom, ten, który mamy tutaj, oglądamy, „DNA. Spirala zagłady”. Już pan skończył, postawił ostatnią kropkę.
To jest koniec? To chyba początek dopiero pracy. Czy jak to wygląda u pana?
[02:49:25] - Raczej środek.
[02:49:26] - Właśnie.
[02:49:28] - Bo w międzyczasie, przed postawieniem tej ostatniej kropki bardzo dużo się zmienia w tekście. Również od takiej strony, nazwijmy to fabuły czy pewnych pomysłów, jak i od zwykłego, najbardziej prostego warsztatu literackiego. Miałem kiedyś bardzo dużą tendencję do powtórzeń. W tej chwili troszeczkę lepiej zacząłem sobie z tym radzić. A zwróciła mi na to uwagę pewna aktorka. Zresztą zwróciła mi na to uwagę chyba ze dwa albo trzy razy. I muszę powiedzieć, że dzięki właśnie tym jej krytycznym uwagom byłem w stanie tekst poprawić, za co jestem jej bardzo wdzięczny.
[02:50:33] - Autorzy dzielą się na dwa rodzaje. Z przedstawicielami obu tych rodzajów miałem do czynienia. Są tacy, którzy nienawidzą poprawiać swoich tekstów i najchętniej oddaliby to komuś, albo beta czytaczom, czy beta czytelnikom, tak bardziej elegancko. Beta czytelnikom albo redaktorom, albo w ogóle najchętniej zapomnieliby o tym, co już napisali, bo oni już chcą pisać następne. Są też tacy z kolei, którzy z pewną taką radością wręcz przystępują do Redagowania swojego tekstu, przy okazji wymyślając temu sobie samemu, jak on mógł to napisać, jak mógł to zrobić, jak mógł popełnić taki błąd albo jakieś faux pas literackie. Do której grupy pan się zalicza? Po szlakach wnioskuję, że do tej drugiej, która poprawia i poprawia.
[02:51:30] - Zdecydowanie do tej drugiej, chociaż nie chciałbym należeć do tej trzeciej, która poprawia do samego końca, nie wydając w końcu niczego.
[02:51:40] - No tak.
[02:51:41] - Muszę wam powiedzieć, że to by byli rzeczywiście ci, którzy pracują i zyskują coś, ci, którzy pracują i nigdy niczego nie stworzą. Ale jest jeszcze trzecia grupa, właściwie pierwsza grupa, cholernie rzadka. Otóż o ile praca nad słowem... Słowo jest jak glina, je można ulepiać, kształtować, zdecydować się na wypalanie w odpowiednim momencie. Trzeba właściwy moment wybrać. To jest wszystko zrozumiałe i jasne, ale istnieje jeszcze marmur. A taki Michał Anioł nie miał szans na poprawki, na nanoszenie korekt. Musiał zobaczyć tego swojego Dawida w tej określonej bryle kamienia, a następnie go wydobyć bez poprawek. Absolutnie do końca.
[02:52:41] - Przypuszczam, że nie była to jego pierwsza rzeźba.
[02:52:45] - Nie była.
[02:52:46] - Tak. A ja bym w ogóle chciał bardzo, żebyś przerzucił to teraz na rzeczywistość literacką. Jakbyś tak zechciał, to będę bardzo wdzięczny.
[02:52:55] - Jednak słyszałem przynajmniej o ludziach, którzy napisali coś tak z pierwszego, wsiadł na konia i od razu dojechał.
[02:53:05] - To ja też słyszałem. W XIX wieku było bardzo modne tak zwane pismo automatyczne. To duchy albo istoty z innego wymiaru dyktowały. Ci nie poprawiali w ogóle, wszystkich, których znam, nawet takich – znam pewną autorkę, duży szacunek dla niej, która pisze swoje książki w taki sposób, że redaktor mi później rozkłada ręce i mówi: „Ale ja tu nie mam co robić właściwie. Czasami jakiś przycinek postawię tak, żeby to nie wyglądało, że jestem tu zupełnie niepotrzebny, albo jakieś słówko zamienię i na oraz, bo się muszę wykazać, ale właściwie oddaję prawie czysty tekst”. Tylko trzeba znać jeszcze drugą stronę medalu. Tacy perfekcjoniści pracują nad tekstem bardzo długo. Tu pan słusznie zauważył, że trzeba znać pewną miarę, że praca nad tekstem w pewnym momencie się kończy.
[02:54:13] - To nie powinno trwać do końca świata. To prawda.
[02:54:16] - Tak, ale pan też w książce zwraca uwagę, że można jeszcze inaczej postępować. Można książkę napisać, zostawić i po jakimś czasie sobie zajrzeć do niej i nagle się wszystko ukazuje jasne, proste.
[02:54:32] - Ja właśnie stosuję tą metodę. Zrobiłem sobie małą przerwę po pierwszym półtora roku i kiedy sądziłem, że zrobiłem dzieło swojego życia, później przeczytałem to sobie jeszcze raz, właśnie po zrobieniu tej małej, miesięcznej przerwy i po tym czytaniu napisałem sobie pewną, dla samego siebie recenzję, czy właściwie notatkę prasową ze spotkania czytelników z autorem. Brzmiała mniej więcej tak: „W pisarza rzucano zgniłymi pomidorami, ale słychać było również burzę oklasków, gdy ktoś trafił”.
[02:55:29] - Pięknie.
[02:55:30] - To pozwoliło mi się trochę uspokoić i po prostu nadać trochę lepszą jakość temu mojemu pisaniu.
[02:55:42] - Posłuchajmy ostatniego fragmentu książki „DNA. Spirale zagłady”. „DNA.” Część pierwsza: „Spirale zagłady”. Fragment: odcinek siódmy. „Pierwszego znaleźli dość szybko. Jeszcze żył, ale był nieprzytomny. Włącznik urządzenia wezwania pomocy był wciśnięty na stałe. Obok leżała bateria od jakiegoś innego sprzętu. Boja była częściowo rozbita i wystawały z niej elektryczne przewody. Widać było, że działała, dopóki leżący tu człowiek był przytomny i przez grube, niewygodne rękawice trzymał gołe kable na biegunach źródła zasilania.
Natychmiast podłączyli nieszczęśnikowi przewód z powietrzem, ale przytomności nie odzyskał. Wskaźniki na skafandrze pokazywały, że jednak żyje. Co robimy? Może był tylko jeden. Nie, było przynajmniej dwóch. Na pewno. Widziałeś przecież w szybie dwie linki wyciągu. No tak, ale tego nie możemy tu tak zostawić, żeby szukać następnego. Chyba sam dasz radę przenieść go pod szyb z windami. Ja pójdę dalej.
Teraz już wiadomo, w którym kierunku. Może jeszcze zdążę.”
[02:57:17] - A jak i tobie coś się stanie, skąd będzie wiadomo, czy potrzebujesz pomocy? W jaki sposób? Może nie będzie takiej potrzeby, a jeśli nawet, to przynajmniej znany będzie kierunek, w którym należy mnie szukać zakończył dyskusję oficer. Rozstali się. Pomocnik chwycił nieprzytomnego za uprząż skafandra i zaczął ciągnąć go w stronę wylotu korytarza. Nietypowy tobołek nie był ciężki, ale okropnie niewygodny. Pot zalewał pomocnikowi oczy, ale wkrótce dotarł do pozostawionego reflektora, a stamtąd do korytarza łączącego jaskinie. Gdy zasapany zmierzał w kierunku szybu windy, usłyszał w słuchawkach głosy kolegów z Biura Zarządzania Kryzysowego. Odetchnął z ulgą. Oficer poszedł w drugą stronę.
Po niespełna kilkunastu minutach marszu dostrzegł nieruchomą postać. Leżała twarzą do dołu. Podbiegł, odpinając po drodze końcówkę przewodu powietrza. Chciał ją natychmiast podłączyć, ale przeznaczony do tego zawór znajdował się trochę bardziej z przodu hełmu. Chwycił osobnika za ramię, pociągnął, przewracając go na plecy i nagle odskoczył jak oparzony. Bomba eksplodowała kilka dni później. Lunarne hotele i pensjonaty przeżywały prawdziwe oblężenie. Nawet wynajęcie zwykłego pokoju w prywatnym habitacie graniczyło z cudem i kosztowało fortunę. Wahadłowce na Księżyc nie przyjmowały już rezerwacji. Oczywiście dla takich, co to z racji stanowiska lub majątku wejdą wszędzie i zawsze miejsc nie brakowało.
Siły Biura Zarządzania Kryzysowego były niewystarczające do powstrzymywania ciekawskich przed wtargnięciem na teren znaleziska i zarząd Federacji Państw Lunarnych zdecydował o zorganizowaniu wsparcia. Poproszono o pomoc wojsko. W rejonie szczeliny wylądował cały batalion Światowych Sił Pokoju wraz z pododdziałem inżynieryjnym, który zajął się rozbudową bazy na powierzchni w bliskości zejścia do podziemi. Na zaimprowizowanym za wzgórzami lądowisku siadały po kolei wielkie statki transportowe. W pierwszej kolejności cały teren strefy zero otoczono wybudowanym naprędce wysokim cokołem o średnicy około pół kilometra. Każdy zdawał sobie jednak sprawę, że takie zabezpieczenie jest niewystarczające. Przeskoczenie nawet najwyższego ogrodzenia na naszym satelicie jest o wiele łatwiejsze niż na Ziemi, zwłaszcza gdy dysponuje się plecakiem odrzutowym. I dlatego cokół został szczelnie przykryty ogromną sferyczną kopułą. Wewnątrz całej strefy powstało tymczasowe miasteczko. Ustawiono kontenery mieszkalne, magazynowe, obsługi socjalnej, dowodzenia, laboratoryjne i warsztatowe.
Już od dawna używano takich na Księżycu. Były bardzo wygodne i doskonale sprawdzały się w różnych misjach kosmicznych. Były też bardzo łatwe w transporcie i można było łączyć je w moduły. Z oczywistych względów posiadały hermetyczne, automatyczne śluzy i grodzie. Przed promieniowaniem i drobnym, latającym po kosmosie gruzem zabezpieczone były podwójną warstwą grubego żelu, podobnego do tego stosowanego w balistyce, przedzielonego materiałem używanym również w żołnierskich pancerzach bojowych i kamizelkach kuloodpornych. Nie zdawało to egzaminu w sytuacji upadku większego kosmicznego gruzu, ale doskonale osłaniało przed bombardowaniem odłamków materii o średnicy piasku czy grubego żwiru na drobnych kamykach kończąc. A coś takiego mogło bez trudu zabić człowieka chronionego tylko przez próżniowy skafander. To, co lata po kosmosie, jest znacznie szybsze od najszybszej kuli karabinowej. Dobrze, że lata dość rzadko, bo inaczej przebywający w kosmicznej przestrzeni czułby się jak na strzelnicy podczas ćwiczeń z prowadzenia zmasowanego ognia. Wojsko rozlokowało zabezpieczenie elektroniczne wokół powstałego osiedla i rozstawiło straże.
Zapowiedziano również, że każdy, kto w jakikolwiek sposób naruszy granicę zastrzeżonego obszaru, narazi się na poważne sankcje karne. Podziałało. Wreszcie nastał spokój i można było przystąpić do normalnej pracy. Sprawcą ogromnego zamieszania stał się pośmiertnie Leo Russo. Zwłoki zostały wydobyte na powierzchnię. Identyfikacja potwierdziła, że należą do redaktora Lunar News, co już wcześniej sugerowała naszywka z personaliami powyżej prawej kieszeni górnej części kombinezonu. Jeszcze przed ustaleniem tożsamości znaleziony przy denacie sprzęt od razu wyjaśnił, jaki był cel tak tragicznie zakończonej wyprawy. Chcącym nadal chronić tajemnicę skalnej rozpadliny chwilowa konfiskata urządzeń dokumentujących eskapadę nic jednak nie dała. Leo przewidywał, że nie uda im się uniknąć zatrzymania, a co za tym idzie skonfiskowania nagrań. Pod skafandrem ukrył miniaturowy dysk o dużej pojemności, wyposażony w silny nadajnik.
Na to urządzenie, jak na czarną skrzynkę, na bieżąco odbywało się kopiowanie nagrania. To, co miał na wierzchu i za pomocą czego filmował, obliczone było na zmylenie przeciwnika. W tej sytuacji nie pomogło umieszczenie urządzeń rejestrujących w ekranowanej skrzyni, mimo że zrobiono to jeszcze przed ich wyniesieniem na powierzchnię. Gdy ciało redaktora, nadal przecież odziane w skafander, wyjechało na górę, nadajnik natychmiast połączył się z ukrytym na szczycie pobliskiego wzgórza przekaźnikiem, przesyłając cyfrową paczkę z dokumentacją wyprawy do odbiornika na tarasie habitatu państwa Russo. Tego samego dnia Helena Russo, już wdowa, ale wciąż jeszcze niewiedząca o niczym, na prośbę męża wypowiedzianą jeszcze przed ekspedycją dostarczyła ojcu dysk z nagraniem.
[03:03:18] - Po obejrzeniu całości przeżyty przez naczelnego co najmniej podwójny szok nie powstrzymał go przed publikacją. Holowidzą oczywiście oszczędzono niektórych zawartych w filmie scen, ale ujawnione fragmenty wystarczyły, aby na świecie zawrzało. Okej, zbliżamy się do końca naszej audycji. Takie pytanie dyżurne. Wiem, jak autorzy nie lubią tego pytania, jakie zadaję, ale ja i tak zadam.
[03:04:06] - Już się boję.
[03:04:08] - Nie, to nie jest groźne, tylko autorzy go nie lubią. Gdyby pan miał zareklamować tę książkę koledze albo wrogowi, niech pan sobie wybierze, to co by pan powiedział?
[03:04:26] - Faktycznie można znielubić to pytanie. Powiedziałbym mu: „Chcesz przeczytać? Zapłać za nią”.
[03:04:37] - No tak.
[03:04:39] - Zauważyłem, że ludzie, którzy otrzymują takie coś za darmo, w prezencie-
[03:04:47] - Nie szanują.
[03:04:48] - Nie szanują tego i najczęściej w ogóle do tego nie zaglądają. Leży to sobie gdzieś, kurzy się. Oczywiście nie wszyscy, ale lwia część.
[03:04:58] - Tak było w historii zawsze. Również nie tylko z książką, ale i na przykład z wolnością. Jak na nią nie zapracujesz, to jej nie szanujesz.
[03:05:08] - Nie szanują tego, co nie kosztuje ich jakiegoś wysiłku bądź innej formy.
[03:05:15] - Tak mi się jeszcze z tego pytania żaden autor nie wywinął, ale będę drążył. Okej, to jest jeden z wariantów, ale kiedy miałby pan wybrać argumenty przemawiające za, to które by pan szczególnie podał na tacy takiemu przyjacielowi? Czytaj: bo?
[03:05:42] - Zależy do kogo bym mówił. Ludzie są różni. Jednego chciałbym zachęcić do lepszego poznania tej naszej rzeczywistości od strony naukowej czy historycznej. Jeśli chodzi o jakąś inną osobę, starałbym się podsunąć mu tą książkę, żeby go przestrzec przed pewnymi działaniami i trendami, które uważam, że prowadzą do zguby nas, zwykłych ludzi. Mogę uchylić rąbka tajemnicy. Uważam, że odebranie nam wyboru, czy chcemy korzystać z gotówki, czy z płatności elektronicznych skończy się dla nas fatalnie. Będzie to odebranie nam wolności. Chyba teraz mamy takich ludzi, którzy rodzą się w kajdanach o tym nie wiedząc i dlatego to akceptują bez niczego. Powiedzenie o tej gotówce może mocno odbiega od tematyki science fiction, ale to jest właśnie wewnętrzna warstwa tej książki. To jest właśnie o tym, jak umiłowani przywódcy po troszeczku odbierają nam wolność.
[03:07:22] - Od razu powiedzmy, że gotówka albo jej brak właściwie to będzie dopiero początek, bo to jest proces. Nie wiem, czy zapoczątkuje, w każdym razie będzie etapem procesu, który pójdzie znacznie głębiej. To odbieranie wolności, a właściwie negowanie prawa do niej będzie miało kolejne etapy.
[03:07:46] - Technologia zaczyna się obracać przeciwko nam. Uważam, że w naszym życiu jest nadmiar technologii. Niestety technologia nas szpieguje nieustannie, a ludzie to akceptują i nie rozumiem dlaczego.
[03:08:02] - Co więcej-
[03:08:03] - Oni o tym nie myślą chyba po prostu.
[03:08:05] - Ale tak samo zawsze było również z tyranią. Ludzie wiedzieli, ale ciągali się po prostu.
[03:08:13] - Ale myślę, Wiktorze, że tyran, nie wiem, którego masz konkretnie na myśli, ale to akurat nie ma znaczenia. Ci tyrani z przeszłości nie mieli aż takich możliwości technologicznych do kontroli. Dzisiaj odebranie ludziom gotówki, mówimy takie oczywistości, ale powiedzmy je do końca, to jest możliwość permanentnej kontroli tego, co robisz, na co wydajesz tę swoją wirtualną gotówkę, dlaczego ją wydajesz. Co więcej, wprowadzenie na przykład daty przydatności danej gotówki do użycia spowoduje, że nie będziesz oszczędzał, bo nie będzie możliwości oszczędzania. Nie będziesz miał nic, a będziesz szczęśliwy, bo wszystko będziesz wypożyczał, więc nic nie będziesz musiał mieć. Czy to nie zaczyna przypominać jakiegoś rodzaju szalonego komunizmu, to już zostawiam osądowi naszych słuchaczy. Ale kiedy rozmawiamy o tym, to mam wrażenie chwilami, że my naprawdę żyjemy w czasach mocno science fiction, a w każdym razie takich antyutopijnych. Tylko tak jak pan powiedział
[03:09:25] - My nie przyjmujemy tego do wiadomości w myśl zasady: jakoś to będzie. Przecież nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.
[03:09:34] - Ludzie mówią: „Nie mam nic do ukrycia. Pieniądze elektroniczne to jest bezpieczeństwo i wygoda”. I cały czas im się to wkłada do głowy. Wygoda i bezpieczeństwo. Z kolei akurat guzik prawda, uważam.
[03:09:47] - Ja mam na to odpowiedź mniej więcej taką, bardzo mało parlamentarną, ale jednak oddającą pewną istotę zjawiska. Chciałbym tych wszystkich ludzi, którzy mówią, że nie mają nic do ukrycia, zapytać, jak będą się na przykład rozliczali z nierządem. Bo niektórzy mają takie potrzeby. Nie twierdzę, że każdy, ale na przykład. To jest jeden z przykładów. Dzisiaj sprawa jest prosta. Gotówka, usługa. Jak to będzie wyglądało? Co, kasa fiskalna będzie? Kartą się będzie płacić i tak dalej?
To absurd. Oczywiście absurd.
[03:10:27] - Myślę, że w braku możliwości wyboru, braku gotówki kryją się jeszcze znacznie bardziej poważne rzeczy. Powiedzmy, że będą wyłącznie rozliczenia elektroniczne. No i fajnie. I rządy takiego czy innego kraju zaczynają wprowadzać prawo, jakie im się podoba. Rodzi to protesty. Ludzie przychodzą na protesty. Ludzie są spisywani przez policję czy temu podobne organa.
[03:11:10] - Tak jak dzisiaj.
[03:11:11] - Tak. I powiedzmy, że nic się nie dzieje, tylko nagle się może okazać, że z pretekstu nagle ten człowiek nie może się dostać do swoich środków pieniężnych. Nie ma z czego żyć. Nie może sobie nawet kupić szklanki wody dlatego, że brał udział w jakimś proteście. Do tego doprowadzi brak gotówki. To całowitego uzależnienie.
[03:11:39] - A gdy będzie miał dobrego sąsiada, który mu tę szklankę wody kupi, to państwo zainteresuje się, dlaczego sąsiad pije więcej wody i w końcu dojdzie, dlaczego pije więcej wody, a właściwie, że się tą wodą dzieli i to może się na przykład władzy nie spodobać. Bo nie po to karze kogoś, żeby mu ktoś pomagał. I tak dalej.
[03:12:02] - Marek, jak to mówicie, to jeszcze taka retrospekcja chodzi mi po głowie, że przecież to pytanie, skąd się wywodzimy, dokąd zmierzamy. Konsekwencje pewnych rzeczy, o których mówicie, mogą być tragiczne również z tego względu, że przede wszystkim cała nasza cywilizacja ukształtowała się na tej czarnoglebie pewnych wartości. Wszystko zawsze coś miało wartość. Wartością była sól, krzemień, złoto, srebro i tak dalej. Orchideę albo wartość moralną. Patriotyzm był też wartością. Różne rzeczy były wartością. Natomiast ten zanik pieniądza właściwie podważa diagnozowanie, wartościowanie pewnych rzeczy, bo nie ma czym opisać wartości czegoś. Czyli właściwie nagle nic może nie mieć wartości żadnej.
[03:13:21] - Myślę, że to, Wiktorze, idzie znacznie głębiej, bo powiem tak, że zasoby nie mają żadnych potrzeb. To znaczy ludzie staną się pewnym zasobem dla innych ludzi, którzy będą w innej sytuacji i rozpatrywanie, jakie potrzeby mają ich zasoby, w ogóle nie będzie wchodziło w grę. Zasoby mają funkcjonować, mają przeżywać, ale nie mają specjalnie kombinować. O to tak naprawdę chodzi.
[03:13:50] - Jakie to ciekawe. Dlaczego nigdy nie pomyślałem, jakie potrzeby ma węgiel na przykład?
[03:13:57] - No widzisz, teraz jesteś w stanie sobie to mniej więcej wyobrazić we właściwych proporcjach. Zeszliśmy na bardzo mroczne tematy. Naprawdę pan tak patrzy w taki mroczny sposób, czy też widzi pan jakąś iskierkę, że się da z tego wyrwać?
[03:14:20] - Jestem przerażony tym, co się dzieje. Po to między innymi napisałem, żeby tą iskierkę widzieć w nadziei, że uda się parę osób obudzić.
[03:14:31] - Tak, bo kiedy sobie pomyślę o tym pieniądzu, który za pół roku traci wartość, w związku z tym trzeba go wydać.
[03:14:39] - Nie przestanie być środkiem płatniczym jako takim, a stanie się niestety bardzo sprawnym narzędziem sprawowania władzy, jeżeli zniknie gotówka. Władzy i kontroli.
[03:14:54] - To ja na koniec już naszej rozmowy o coś bardziej optymistycznego zapytam, bo się zrobiło naprawdę mroczno i tak orwellowsko. Powiedziałem w pewnym momencie, że wychodziłem. Dzisiaj też staram się wychodzić, patrzeć w gwiazdy. O czym pan myśli, jak pan patrzy w niebo i w gwiazdy?
[03:15:18] - O tym, że musi tam jeszcze istnieć jakieś inne życie. Po prostu to mi się wydaje najbardziej prawdopodobny scenariusz. Nigdzie jak dotąd nie zaobserwowano w kosmosie odstępstwa od znanych nam praw fizyki. Może poza czarnymi dziurami, gdzie pewne prawa fizyki po prostu się załamują i są to bardzo tajemnicze obiekty. Natomiast wszędzie mamy tę samą materię, te same prawa fizyki. Z czystej statystyki wynika, że jeszcze muszą istnieć jakieś inne cywilizacje. Tak logiczne mi się to wydaje. I to są właśnie rzeczy, o których myślę. Staram się tam, na razie przynajmniej, docierać wyobraźnią. Nie mam innych środków.
[03:16:16] - Okej, sprowokował mnie pan do jeszcze jednego pytania. Miało być ostatnie, ale to było przedostatnie. Skąd milczenie wszechświata? Ten paradoks. Jak pan sobie go tłumaczy?
[03:16:32] - Również i to poruszyłem w powieści. Wszechświat jest znacznie większy, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, więc to odległości powodują, że być może jesteśmy za mało zaawansowaną cywilizacją techniczną, aby wychwycić pewne sygnały płynące z kosmosu. Może jakieś inne cywilizacje są zbyt mało zaawansowane. Fale elektromagnetyczne, czyli między innymi światło, porusza się z żółwią prędkością w stosunku do ogromu wszechświata, więc na razie nie znamy lepszego sposobu komunikacji, ale nie jest on najlepszy. Być może okaże się któregoś dnia, że znajdziemy znacznie lepszy sposób na komunikację, który od dawna jest używany przez jakieś inne cywilizacje. Oczywiście nie mam pewności, czy faktycznie istnieją, ale mogę twierdzić z bardzo dużym prawdopodobieństwem, że faktycznie istnieją i są podobne do nas.
[03:17:50] - To taki koniec wolę. Jest optymistyczny. Wiktorze, coś na koniec?
[03:17:56] - Ja mam jeszcze jedno hasło, jak można innych czytelników zachęcić do czytania tej książki. Nawet Żwikiewiczowi się podobała.
[03:18:08] - Tak, to prawda. Wszyscy, którzy słuchają naszej audycji, wiedzą, jak Wiktor potrafi grymasić i marudzić. Także to prawda. Proszę państwa, państwa gościem był dzisiaj Maciej Górniak. Omówiliśmy, aż szkoda, że w czasie przeszłym. Omawialiśmy i omówiliśmy bardzo ogólnie, nie zdradzając treści, jego książkę. Właściwie pierwszy tom trylogii. Ten tom nosi tytuł „DNA. Spirale Zagłady”. Kolejne właściwie na finiszu.
Ten drugi, prawda?
[03:18:47] - Jeżeli dobrze pójdzie, powinien ukazać się w tym roku tom drugi.
[03:18:51] - Na finiszu. Trzeci, jak słyszeliśmy, w połowie. Zachęcamy do tego, żeby sięgnąć po tę książkę. Tym bardziej że ten drugi rzut, już nie sygnalny, nie taki testujący, pojawi się z ISBN-em. Będzie na pewno do dostania na Allegro, a jak się autor...
[03:19:12] - Na innych portalach.
[03:19:12] - Tak, autor się postara. Wiem, że autor się zawsze postara, żeby były dostępne również gdzie indziej. Cóż, dziękujemy państwu bardzo. Dziękujemy naszemu gościowi. Bardzo było miło trochę oderwać się od naszej powierzchni Ziemi i poszybować z panem w kosmos. To było naprawdę cudowne przeżycie. Właśnie, Wiktorze, tak na koniec. Patrz jak mało książek takich właśnie kosmicznych ostatnio powstaje. Fantastyki dużo, ale kosmosu mało. Zauważyłeś to?
My oczywiście nie ogarniamy wszystkiego, ale jakoś tak widzę, że cyberpunk, jakieś inne klimaty, a kosmosu mało.
[03:19:53] - A wiesz, może tam jest go tak dużo, że już na Ziemi nie cierpię.
[03:20:00] - W każdym razie jeszcze raz powtórzę. Państwa gościem był Maciej Górniak. Mówiliśmy o książce „DNA. Spirale Zagłady”, a za dwa tygodnie będzie połowa października i będziemy mieli gościa, którego państwo dobrze znacie. Tadeusz Krajewski. Będziemy rozmawiali o książce Marka Rymuszko „Każdy ma swoją ścieżkę”. Ten zbiór felietonów z 30 lat ukazywania się „Nieznanego Świata”, wyboru felietonów, bo oczywiście nie dało się zmieścić wszystkich. To jest porywająca lektura, proszę państwa. Czasami rozczulająca, czasami bardzo głęboka, filozoficzna, czasami nie. Czasami odwołująca się do wydarzeń takich, wydawałoby się, bardzo powierzchniowych, bardzo prostych.
A jednak Marek Rymuszko potrafił nadać temu dodatkowy ekstra sens. Ale to za dwa tygodnie będziemy rozmawiać o tej książce. Zapraszamy bardzo serdecznie. Do usłyszenia.
[03:21:12] - A mówili do państwa przed chwilą panowie z „Bibliotekarium” Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość, pan Maciej Górniak, autor książki „DNA. Spirale Zagłady”. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i oczywiście Book Radio. Dziękujemy za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie. Tym razem w ABW już za tydzień. I już za dwa tygodnie w tym normalnym „Bibliotekarium” całkiem na żywo.
[03:21:52] - Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.