Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. Piątek, weekendu początek, a skoro piątek i skoro minęła przed chwilą, tym razem przed dłuższą chwilą, godzina 20.00, to znaczy, że czas najwyższy rozpocząć kolejne wydanie „Bibliotekarium na żywo”. Audycja o książkach do czytania i do rozmawiania. Dzisiaj książek do czytania i do rozmawiania będziemy mieli co najmniej trzy, a naszym gościem specjalnym audycji będzie autorka tychże książek związanych mocno z Bydgoszczą, pani Małgorzata Grossman. Będzie z nami także drugi gość, wydawca Waldemar Milsztajn. I oczywiście panowie z „Bibliotekarium”, Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Ja nazywam się Marek Sęk „Ivellios” i będę tutaj kręcił gałeczkami i obsługiwał tę audycję od strony technicznej w Radiu Paranormalium oraz w Book Radio. W Book Radio też z takim poślizgiem parodniowym. Z tego, co się orientuję, jeszcze nie nadajemy na żywo, ale w Radiu Paranormalium na żywo nas już słychać. Podam jeszcze tylko kontakty do Radia Paranormalium.
Audycję realizujemy w całości na żywo. Będzie można do nas dzwonić na nasze numery telefonów stacjonarne 32 746 00 08, komórkowy 530 620 493, Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium, Book Radio oraz bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i „Na Rubieżach Rzeczywistości”. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A więc panie, panowie halo, halo Bydgoszcz. Halo, halo! Strasznie ciasno się zrobiło dzisiaj w „Bibliotekarium”, bo nas jeszcze nawiedził poza naszym gościem. Dzień dobry pani Małgorzato.
[02:47] - Dzień dobry, witam.
[02:49] - Nawiedził nas jeszcze wydawca Book Radia, Waldemar Milsztajn. Powód jest dobry do tego, żeby nas nawiedził, ponieważ dzisiejsze książki, jak wspomniał Ivellios, związane są z Bydgoszczą. Ale tych wszystkich, którzy nas słuchają spoza Bydgoszczy, nie namawiam do tego, żeby szybciutko odbiegli od głośników, ponieważ to są książki, które zupełnie spokojnie może czytać każdy człowiek w każdym miejscu. I to nie tylko w Polsce, ponieważ to przede wszystkim są książki gatunkowe. Taki gatunek, który rozpoczął, o ile dobrze sięgnę pamięcią w Polsce Marek Krajewski ze swoimi kryminałami, retro kryminałami, które działy się w Breslau, czyli we Wrocławiu. On chyba rozpoczął taką modę, a ta moda się fajnie rozwija i coraz więcej miast po tego rodzaju literaturę sięga zarówno od strony tych, którzy piszą, jak i tych, którzy czytają. Może to pozwala dzięki temu poznać trochę historię i trochę w ogóle docenić, bo powiedzmy sobie szczerze, Bydgoszcz od dawna w Polsce nie ma za dobrej prasy. Kiedyś to było małe, brzydkie miasto, którym się nikt nie interesował. Teraz jest piękne, ale za to niezaliczane do tych największych w Polsce, tylko jest takie zaraz za tym podium. Podium co prawda liczy dziewięć miejsc czy chyba osiem.
Nie pamiętam. W każdym razie zawsze gdzieś tam jesteśmy poza pudłem, a tymczasem nawet ja się przekonałem, że Bydgoszcz to całkiem fajne miasto, chociaż mieszkam tutaj od ponad 50 lat. I to właściwie jest czas, żeby się znudzić. Ale dobrze, to gadulstwo zostawmy na później, bo jeszcze obiecuję państwu, że się dzisiaj wykażę w tym kierunku. Oddajmy głos naszemu gościowi. Dzień dobry jeszcze raz i od razu pytanie, bo nie można tak wypuścić na szerokie wody. Co panią podkusiło, żeby akurat za ten gatunek się wziąć, czyli za kryminał, retro kryminał? Czym to było spowodowane?
[04:56] - Ja jeszcze tylko jedno zdanie powiem, ponieważ padła tu informacja, że Bydgoszcz była małym miastem, a to nie jest prawda. Bydgoszcz także przed wojną należała do tych większych miast w Polsce. W związku z czym to nie jest prawda.
[05:15] - To ja się wytłumaczę. Bardziej miałem na myśli tak zwane skróty myślowe nigdy na dobre nie wychodzą. Bydgoszcz w świadomości większości mieszkańców w Polsce jest postrzegana jako małe miasto. Jakoś nikt nie dostrzega tego. Jakby zapytać przeciętnego Polaka, co jest większe Bydgoszcz czy Toruń, to powie natychmiast, że Toruń. A Toruń jest to znana wojna w Polsce bydgosko-toruńska. My mamy takie zarzewie konfliktu pomiędzy Bydgoszczą a Toruniem. Spora część, ja to sam wypróbowałem, robiłem tego rodzaju badania terenowe, w którym ludzie mi powiedzieli: „No jak? Bydgoszcz nie jest... Toruń to miasto uniwersyteckie, wiadomo, z tradycjami.
Uniwersytet, który przybył do Torunia z daleka, a Bydgoszcz no-
[06:08] - Ludzie robili oczy, jak dowiadywali się, że w Bydgoszczy jest jakiś uniwersytet, w dodatku jeszcze Kazimierza Wielkiego. Bardziej to miałem na myśli, że Bydgoszcz w głębi kraju postrzegana jest jako małe miasto. W ogóle jest takie miasto? Ono jest takie duże i ma prawie 400 000 ludzi? Niemożliwe. Autentyk. Ale już nie gadam.
[06:30] - Dobrze, to przejdźmy do kryminałów. Pytanie dotyczyło tego, dlaczego kryminały.
[06:35] - Co panią podkusiło?
[06:37] - Miłość do kryminałów. Jest to banalne. Jest to proste. Uwielbiam kryminały. Czytałam kryminały jako dziecko, łącznie z tym, że z latarką i pod kołdrą, kiedy jeszcze nie bardzo było mi wolno i że podczytywałam prasę prawniczą, ponieważ moja mama jest prawnikiem i miała takie specjalistyczne gazety w domu, a ja je podczytywałam i uwielbiałam ostatnie strony, gdzie były historie z życia wzięte. Druga sprawa to kocham międzywojnie. Wydaje mi się okresem niezwykle ciekawym i bardzo źle uczonym na historii w szkole, bo zostaje nam tylko wrażenie chaosu, mnóstwa partii i może budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego. To nam zostaje w pamięci, natomiast niewiele więcej. Dlatego międzywojnie, że uważam, że jest niezmiernie ciekawe, a mało znane. Bydgoszcz i akcja w Bydgoszczy, dlatego że kocham to miasto, stąd pochodzę.
Tu mieszkali moi dziadkowie, moi rodzice i raczej miałam zawsze fajny obraz miasta, nawet jak było brzydkie. A już tym bardziej teraz, kiedy tak strasznie wypiękniało i kiedy tyle fantastycznych jest inwestycji tu poczyniono.
[08:22] - Wiktorze, teraz czas na ciebie.
[08:24] - Nie wiem. Nigdy nie postrzegałem tego miasta jako brzydkie z bardzo prostego powodu, bo w tym mieście zawsze były ładne dziewczyny i urok tego na miasto się przenosił. Poza tym postrzeganie przez współczesność Bydgoszczy. Tutaj nasz gość bardzo dobrze powiedział, bo postrzeganie przez współczesność międzywojnia bardzo przypomina mi postrzeganie przez współczesność europejską średniowiecza europejskiego. Jest tak samo sprymityzowane, tak samo tępe, tak samo brudne, smutne i tak dalej. Jedno i drugie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Natomiast tak samo Bydgoszcz międzywojenna i tak samo cała Polska międzywojenna była cholernie ciekawą mieszanką wybuchową. Z tego się mogło naprawdę narodzić coś bardzo fajnego. Niestety nie dało rady. Natomiast bardzo podobnie było z europejskim średniowieczem.
Ono też było piekielnie bogate, bardzo dynamiczne i tak dalej, ale w naszej świadomości funkcjonuje jako okres ciemnoty i zacofania. Totalna bzdura, ale tak jest.
[09:55] - To ja powiem tak-
[09:55] - To, że miasto było przez długi czas, już od czasów zaborów, poza Polską. Przez długi czas. Dopiero po pierwszej wojnie wróciło i to jeszcze z niemałą siłą rodaków udało się to miasto przywrócić do macierzy. Bardzo dużo osób, które mieszkało w Bydgoszczy i tworzyło historię Bydgoszczy jeszcze przed pierwszą wojną światową, jeszcze wcześniej. Większość tych ludzi z Bydgoszczy wyjechała. Przyjechali nowi ludzie. Także dużo się tutaj działo. Bardzo ciekawa historia.
[10:38] - Tak to jest. Bydgoszcz była niemiecka, ale Toruń założyli Krzyżacy przecież i uprawiali przez setki lat.
[10:49] - Widzicie państwo, z której strony byśmy nie zaczynali, to zawsze ta wojna bydgosko-toruńska wyjdzie. Tu już właśnie Wiktor o Krzyżakach zaczyna coś mówić. To nie jest dobry temat. Ja tylko naszym słuchaczom powiem, że zaczynamy rozmowę z naszym gościem od dwóch książek. Jest jeszcze trzecia, ale ona jest troszeczkę osobno. Natomiast zaczynamy od dwóch książek, właśnie od tych retrokryminałów, czyli od „Mordu na Zimnych Wodach”. To była pierwsza książka w tej kategorii retrokryminałów i druga, która się całkiem niedawno ukazała, to „Horoskop zbrodni”. I o tych dwóch książkach zacznijmy rozmawiać. Ja powiem tak: to, co jest fascynujące w tych książkach, to chyba umiejętnie oddany klimat tej przedwojennej Bydgoszczy. Dlaczego mówię chyba?
Nie byłem tutaj przed wojną i nie potrafię tego porównać. Natomiast kiedy czytam jeden czy drugi tom, to ja się tak czuję, jakbym tam rzeczywiście trafił. Czyli bardzo sprawnie, bardzo sprytnie trafia pani w wyobrażenia współczesnego człowieka na temat tego, jak ta Bydgoszcz mogła wyglądać. W dodatku podrzuca mu pani, temu człowiekowi, czyli mnie na przykład, szereg informacji, które pozwolą mu ten obraz zbudować, dopełnić. Coś tam babcia opowiadała, ktoś tam jeszcze. Ale tu jeszcze dostajemy całą porcję informacji. I ja nawet nie wiem, co bardziej lubię w tych książkach. Czy ten wątek kryminalny – ja też lubię kryminały – czy jednak ten wątek tego, że się można w tej starej Bydgoszczy zanurzyć. Co dla pani było ważniejsze?
[12:35] - Ja myślałam przede wszystkim o tym. Po pierwsze chciałam napisać kryminał, to jest oczywiste, ale chciałam też, pisząc, sprzedać trochę tych właśnie informacji historycznych, bo one są niezmiernie ciekawe, a bardzo mało znane. Miałam takie szczęście, że wystarczy, że zamknę oczy i widzę swoich dziadków, którzy mi pewne rzeczy o tym okresie opowiadali. I mam też mnóstwo zdjęć z tamtych czasów, jeszcze z dzieciństwa moich dziadków i z młodości, właśnie z okresu międzywojnia. Więc widzę ich ubiory, widzę ich fryzury, widzę te budynki. Dzisiaj mamy też fajną sytuację, że bardzo wiele jest w Bydgoszczy takich platform, które pokazują te zdjęcia. Tu jest bardzo dużo miłośników miasta i to też jest fascynujące, bo ludzie gdzieś tam w zakamarkach znajdują zdjęcia tych miejsc, które nadal istnieją, ale też miejsc, których dzisiaj już nie zobaczymy. Mamy stare zdjęcia chociażby sprzed fontanny Potop, które są atrakcyjne dla nas dzisiaj, bo my się też tam fotografujemy. I tak jest ze wszystkim. Z mostem na Mostowej, z Placem Teatralnym, z każdym innym miejscem.
Możemy powiedzieć, że dawne wspomnienia łączą się z naszymi wspomnieniami i z tym, jak my to miasto teraz postrzegamy. Także moim zamierzeniem było trochę tej Bydgoszczy pokazać właśnie w książce. I strasznie się cieszę, jak słyszę, że można sobie wyobrazić, jak Bydgoszcz wyglądała wówczas. Taki był mój cel. Natomiast jeśli chodzi o kryminał, to też, żeby się trzymać jak najbliżej faktów, staram się, tak jak znalazłam prawdziwego policjanta, który tutaj pracował w okresie międzywojnia, tak samo wykorzystuję sylwetki dzisiaj już czasami zapomnianych bydgoszczan, ale którzy wówczas mieli dla miasta, i nie tylko dla miasta, ogromne znaczenie.
[15:06] - Właśnie dowiadujemy się między innymi o takich postaciach historycznych, które młode pokolenie zna praktycznie tylko z nazw ulic. A tu nagle okazuje się, że to byli ludzie z krwi i kości i jakąś tam historię miasta tworzyli. I nie bez przyczyny znaleźli się na tabliczkach ulic. Co jeszcze jest ciekawą rzeczą, która mnie też zafascynowała, to jest to, że w swoich książkach wykorzystuje pani tutejszy slang, bardzo charakterystyczny dla miasta.
[15:46] - Ja to właśnie też znam z domu. Mimo że oczywiście język literacki był używany w domu, a nie gwarowy. Natomiast hasło „szneka z glancem” – nikt inaczej nie mówił na drożdżówkę niż „szneka z glancem”. Więc to są słowa, które znam i powiem nawet taką historię: jak mi kolega, który mieszka w Toruniu, opowiadał, jak przyjechał do Bydgoszczy i spał u kolegi. I ten kolega mówi mu wieczorem: „Zrobię ci łóżko”. I on mówi, że się przez długi czas śmiał z tego określenia „zrobię ci łóżko”, które nam się wydaje tu w Bydgoszczy normalnym określeniem, a jest gwarowe mimo wszystko, bo my nie robimy codziennie od początku do końca tego łóżka, tylko je po prostu ścielimy. Także to są takie słowa, które są wryte w naszą pamięć i tyle. Stąd używanie gwary i stąd też słowniczek gwary i te parę słów, które też spróbowałam przemycić do tej książki.
[17:04] - Zresztą w książce znajduje się na końcu, w obu chyba książkach, znajduje się słowniczek, dzięki któremu dowiecie się państwo, czym na przykład był szałerek. Szwanka to jest jeszcze, ponieważ to z niemieckiego, to jeszcze bywa czytelne, ale ryczka na przykład. Ja nie jestem pewien, czy to poza Bydgoszczą w ogóle funkcjonuje. Także tych słów używanych dosyć powszechnie przez-
[17:32] - Moi dziadkowie przywieźli ryczkę z Wilna, czyli również tam to funkcjonowało.
[17:38] - Albo zyskała to miano dopiero w Bydgoszczy ta ryczka, że w Wilnie miała zupełnie inną nazwę.
[17:44] - Ale u was się myło statki?
[17:47] - Tak.
[17:48] - Też?
[17:48] - Tak.
[17:49] - Ale w Bydgoszczy już się myło te statki.
[17:51] - No właśnie. Myło statki, czyli myło naczynia.
[17:56] - Tak, żebyśmy byli do bólu literaccy i wytłumaczyli wszystko. Okej, ja mam jeszcze pytanie dotyczące spraw, które są na kartach obu książek, które wcześniej wymieniłem. O policjantach już powiedzieliśmy, że przynajmniej część ludzi, nazwisk, które się przewijają, to są nazwiska prawdziwe. Gdzieś tam te postacie są zaczerpnięte z historii. Natomiast czy te sprawy, które się pojawiają na kartach książek A one też dotykają tego, co było? Czy to są sytuacje, zbrodnie wymyślone?
[18:37] - W pewnym stopniu są bardzo prawdziwe. Nie chciałabym tu opowiadać, o czym-
[18:44] - Broń Boże, nigdy tego nie robimy.
[18:48] - Była w Bydgoszczy sprawa w latach 20. zabójstwa kilku kobiet. Nie do końca jest pewne, czy policja wskazała prawdziwego zabójcę, czy nie. W każdym razie miała pewne poszlaki, a ja tę sprawę wykorzystałam i przypisałam temu samemu mordercy inne przestępstwa. Chociaż prawdziwą zbrodnię znowu przypisałam nie tej osobie, którą wytypowała w latach 20. policja, ale człowiekowi, który tu mieszkał przez pewien czas i bardzo źle się wsławił w historii miasta wielką zbrodnią, dużo poważniejszą niż opisałam w książce. To też kilkoma słowami opisuję na końcu książki, ponieważ chciałam pokazać, które osoby rzeczywiście istniały. Tak jak istniał, to nazwisko podam, Andrzej Fąferek, czyli policjant, który rzeczywiście był kierownikiem posterunku w Bydgoszczy w tym czasie, w którym dzieje się akcja książki. Dlatego też stał się moim bohaterem, ponieważ był kierownikiem posterunku w tej dzielnicy, w której wydarzyła się akcja, w której ja umieściłam akcję książki.
[20:23] - A jeśli chodzi o drugą książkę, bo powiedzieliśmy teraz o książce „Mord na zimnych wodach", a zbrodnia z drugiej książki, z „Horoskopu zbrodni", czy to też jakieś korzenie historyczne?
[20:37] - Tak, bardzo poważne, ponieważ tu już była mowa o tym, że Bydgoszcz wróciła do Polski dopiero w roku 20., 20 stycznia 1920 roku i na fali wielkiej euforii wszystko to się odbywało, bo tutaj przeszło 20 lat dłużej niż zabór pruski funkcjonował, niż na przykład zabór rosyjski. Ale bydgoszczanie, ci nowi i ci starzy bardzo szybko zrozumieli, że ta nowa Polska nie jest tak doskonała, jak im się to wydaje, ponieważ Niemcy wyjeżdżając z Bydgoszczy w roku '19, przedsiębiorcy niemieccy pozabierali swoje firmy, powyjeżdżali z całym majątkiem. W związku z tym wiele firm przestało istnieć i ludzie nie mieli pracy, nie mieli za co żyć. I to wywołało pewien spektakularny marsz robotników na Stary Rynek bydgoski, który zakończył się wybijaniem szyb i podpaleniem ratusza miejskiego i wyciągnięciem z tego ratusza ówczesnego prezydenta miasta, pana Maciaszka, pobiciem go, okradzeniem go, czyli bardzo niesympatyczną sytuacją. Najgorsze było jednak to, że interweniowało wojsko w tym momencie i niestety padły strzały i zginął człowiek. I ja-
[22:21] - Małgosiu, ty za chwileczkę nam opowiesz książkę.
[22:24] - Tak. Wplątuję tę historię wprost w książkę i opisuję ten atak na prezydenta Maciaszka, podpalenie ratusza, dokładnie tak, jak znam to z książek historycznych.
[22:39] - Okej, a jeśli chodzi o samą zbrodnię, która w „Horoskopie zbrodni" się pojawia, czy jakieś wątki prawdziwe się w tej części książki pojawiają? Czy coś podobnego się w przedwojennej Bydgoszczy wydarzyło? Identycznego to pewno nie, ale czy podobnego?
[23:01] - To już nie. Natomiast prawdziwą osobą jest i dlatego książka nosi tytuł „Horoskop zbrodni", ponieważ przygotowując się do tej książki odkryłam moim zdaniem niebywałą postać, wartą zapamiętania, czyli pana Franciszka Pręgla. Człowieka, który wsławił się w międzywojennej Polsce wydawaniem polskich kalendarzy astrologicznych i sam był tym astrologiem. Wsławił się między innymi tym, że zanim jeszcze wybuchła II wojna światowa, przewidział upadek Hitlera, co w końcu lat 30. było być może zadziwiające dla wielu, ale jak wiemy, Niemcy, a zwłaszcza Hitler, bardzo był zainteresowany takimi sprawami jak astrologia, okultyzm i tak dalej. W związku z czym prawdopodobnie Pręgla jako osobę zajmującą się horoskopami i astrologią w momencie wejścia Niemców do Bydgoszczy we wrześniu '39 roku niemal natychmiast aresztowano. Zginął w obozie. Prawdopodobnie nie bez powodu, tylko z zemsty za tą przepowiednię.
[24:33] - Ja drążę temat prawdziwości, nieprawdziwości elementów związanych ze zbrodnią, ponieważ przygotowując się do audycji, zerknąłem sobie, pohulałem po internetach, żeby coś o tej książce znaleźć. Oczywiście niezawodny portal Lubimyczytać, weźcie państwo to „niezawodny” w duży cudzysłów. Poczytałem sobie, co tam ludzie piszą. To jest portal, który przede wszystkim jest chyba przeznaczony dla ludzi, którzy po książce oczekują tylko jednego, żeby się działo i bez przerwy działo. Dlatego z coraz większym takim, nie wiem czy zażenowaniem, ale w każdym razie z coraz większym dystansem czytam komentarze, które się tam pojawiają. Tam wyraźnie komentatorzy pani książek dzielą się na dwie bardzo wyraźne grupy. Tych, którzy zwracają uwagę, że ta książka ma swój klimat, specyficzną dosyć atmosferę. Co więcej, chwalą za to i mówią o tym. I są ludzie, którzy przyzwyczajeni są do współczesnych kryminałów, w których trup ściele się gęsto. Zabójcy są tacy trochę z innej planety, przypominają trochę predatorów, takich, którzy mordują hektarami i jak już to jest seryjny morderca, to on musi być tak przebiegły, że człowiek mniej więcej pod koniec książki orientuje się, o co w ogóle chodzi w tej książce.
Przesadzam oczywiście, ale te komentarze się tak dzielą, bo oczekiwania niektórych wobec pani książek były takie, że to będzie jakiś Hannibal Lecter przynajmniej i będzie tutaj działo na terenie Bydgoszczy. Dlatego tak drążyłem, ponieważ Bydgoszcz była taka, jaka była, taka, jaką pani opisała. Moim zdaniem była sympatycznym miastem, ale jak się o nim czyta, nie wiem, czy bym chciał żyć w tamtych czasach. Nie wiem, może bym się przyzwyczaił. W każdym razie te zbrodnie, które się tu odbywają, one są trochę, takie odniosłem wrażenie, może mnie pani sprostuje, na miarę tego miasta. Tu nie ma przebiegłych Hannibalów Lecterów zjadających swoje ofiary i tak dalej. Tu są takie zbrodnie, jak się wtedy mogły odbyć. Były protesty uliczne, ktoś kogoś i pojawia się zbrodnia. To niech pani teraz skomentuje to, co powiedziałem.
[27:02] - Przepraszam, ale ja się nie przygotowałam w takim razie do audycji, bo po pierwsze nie czytałam komentarzy.
[27:08] - To może i lepiej.
[27:09] - Po prostu przepraszam, nie wiem. Natomiast myślę, jako czytelnik książek, też są książki, które mi się podobają i takie, które mi się nie podobają, wobec których miałam oczekiwania, które się nie spełniły bądź spełniły. I to jest chyba naturalne i trudno się o to obrażać, bo każdy z nas ma prawo mieć swoje poglądy i oczekiwania. Tak samo jak wobec kanapki i ciastka, tak samo wobec książki. Tutaj traktuję to jako rzecz normalną. Natomiast czy te zbrodnie były na miarę tamtych czasów? Mi się wydaje, że my w ogóle trochę demonizujemy przestępców. Hannibal Lecter, owszem, są takie postaci i są niezwykle inteligentni przestępcy. Teraz i jest książka, i rok temu, zdaje się, był film o Bundy'm. To są faktycznie niezwykli ludzie, ale nie niezwykli w sensie pozytywnym, tylko inteligentni i przy tym potworni.
Nie wydaje mi się konieczne, żeby udawać, że zawsze trzeba zrobić coś niezwykle okrutnego, bo każda zbrodnia jest okrutna. Ona nie musi być wyjątkowo perfidna, wyjątkowo bestialska, po prostu samo zabicie człowieka już jest złe. To jest po pierwsze, a po drugie my chyba też mamy teraz taką modę, z którą nie do końca się zgadzam, bo mi się potem te postacie zlewają, jak czytam książki, że policjant musi być co najmniej alkoholikiem, co najmniej po rozwodzie i żeby to tylko raz. Musi mieć bardzo złe relacje ze swoją eksżoną albo również z dziećmi.
[29:14] - Być socjopatą.
[29:16] - Tak. I w zasadzie bardzo często jak przychodzi co do czego, to udaje mu się rozwiązać śledztwo przez przypadek. Myślę, że to nie tak wygląda. I jak na jakimś spotkaniu zostałam zapytana o to, jak postrzegam policjantów, to zapytałam, czy ktoś zna policjanta, prawdziwego policjanta, nie książkowego, który jest taki super, świetny, któremu wszystko tak super wychodzi, tak super się udaje. Bo ja znam przypadki raczej wprost przeciwne. Oni właśnie tacy są. Nie są geniuszami. Mało kto jest geniuszem. To nie jest tak, że po prostu usiądzie, przez pięć sekund pomyśli i już zna rozwiązanie. Tak to nie wygląda.
[30:10] - Okej.
[30:12] - Jeśli mogę się wtrącić, to bardzo do mnie przemówiło to demonizowanie przestępców i zresztą mitologizowanie wszystkiego, co na świecie się dzieje. Przypomnę, że najsławniejszy z tych moich dziecięcych lat pisarz kryminałów, Conan Doyle, opisując historię z życia
[30:42] - Sherlocka Holmesa niezwykły. Tam był Sherlock Holmes niesamowity tak naprawdę i niesamowite były tam intrygi jego, że tak powiem, dedykowanie. Przestępcy to byli zazwyczaj prymitywni, prości ludzie, bo taka jest proza życia. Proza życia jest prosta, jasna i klarowna. Sztuka demonizuje. My, inteligenci, pisarze, artyści, że tak powiem, uwznioślamy tych czasami chorych, porąbanych ludzi. Bo taka jest rola sztuki w ogóle. Natomiast prawda życia jest zwykle zupełnie normalna.
[31:37] - Tak mi się wydaje, bo jestem dziennikarzem z zawodu i przez wiele lat pracując w codziennej gazecie, spotykałam się z rozmaitymi policjantami i żaden z nich, proszę mi wierzyć, nie przypominał Sherlocka Holmesa. I żaden prywatny detektyw, którego poznałam po drodze również go nie przypominał w niczym.
[32:05] - Jasne. Powiedzieliśmy o tym dlatego między innymi, że czasami, jak najbardziej ma pani rację, oczekiwania są różne. Mnie natomiast w portalu Lubimy Czytać najbardziej boli to, że w tej chwili zamienia się w taki portal, w którym ludzie piszą, jak sobie wyobrażali jakąś książkę. Mówiąc szczerze, to jest dla mnie jako dla czytelnika mało interesujące jak sobie ktoś wyobraża na przykład pani książkę. On ją ma przeczytać i powiedzieć, czy mu się podoba, czy nie. To rozumiem. Natomiast jak ktoś mi serwuje komentarz pod tytułem: „Inaczej sobie to wyobrażałem, wyobrażałam”, to powiem, że nie bardzo mnie to interesuje. A żebyśmy wiedzieli wszyscy, o czym rozmawiamy, to ja zapraszam państwa na chwilę z Ivelliosem. Posłuchamy pierwszego fragmentu prozy książki. Zaczniemy od pierwszej książki, czyli od „Mordu na Zimnych Wodach”.
Marku, prosimy.
[33:11] - Małgorzata Grossman, fragment powieści „Mord na Zimnych Wodach”: „Fąferek zaskoczył z siodełka. Niemnowicki zgasił motocykl. Bez słowa stanął obok, wbijając wzrok w podwładnego. Mamy trupa. Kobieta z poderżniętym gardłem. Dlatego Kostecki wysłał mnie po pana – powiedział krótko posterunkowy. Przodownika Kosteckiego zastali za biurkiem. Odłożył słuchawkę telefonu i potarł ręką czoło. Miejska komenda udostępni nam samochód – wyjaśnił. Zaraz tu będzie i pojedziemy na miejsce.
Dokąd? – zapytał Fąferek. Na Zimne Wody. Ruszyli rzeczywiście niedługo potem. Dawno szosą Fordońską, kilka lat temu przemianowaną na ulicę Fordońską, jeszcze dalej na wschód od centrum miasta. Przed fiatem 501 na motocyklu jechał Ambroży Nowicki. W samochodzie oprócz Fąferka i kierowcy z Komendy Miejskiej siedzieli Kostecki i dwóch posterunkowych, również ściągniętych z domu chwilę wcześniej. To dodawało sprawie dodatkowej powagi. Oznaczało, że komisariat został zamknięty niemal na głucho. Kostecki trzymał na kolanach jak najcenniejszą zdobycz aparat fotograficzny marki Leica, ledwie co dostarczony do Bydgoszczy z Warszawy.
To cudo nowoczesnej techniki produkowano w Niemczech od niedawna. W porównaniu z aparatami znanymi mu z fotograficznych atelier był maleńki i lekki. Kostecki był przekonany, że to przyszłość policyjnej roboty. Zebrać ślady? – powtarzał przecież Fąferek. To jedno. Zapamiętać, jak były umiejscowione, to drugie. Kostecki przyszedł do policji dopiero dwa lata temu, zaraz po szkole. Marzył o dalszej nauce i o awansie. Dlatego uważnie słuchał Fąferka.
Z tego samego powodu, gdy tylko pojawił się w mieście pierwszy policyjny aparat fotograficzny, na ochotnika zgłosił się do niego u Psungi, choć oznaczało to pracę po godzinach. Poznał Mariana Dziadkiewicza, który ledwo co otworzył przy ulicy Garbary fabrykę płyt i papierów fotograficznych o zuchwałej, ale doskonale brzmiącej nazwie Alfa. Dziadkiewicz był drogistą. Za młodu praktykował w sklepie z artykułami chemicznymi w Poznaniu. Potem przeniósł się do Bydgoszczy i zajął się produkcją cukierków. Dorobił się na niej i wtedy powrócił do młodzieńczych marzeń o fotografii. Wkrótce potem został właścicielem wytwórni artykułów fotochemicznych, będącej jedynym w Polsce producentem materiałów światłoczułych na podłożu papierowym. Pytania Kosteckiego dotyczące najdoskonalszych sposobów wywoływania klisz zainspirowały Dziadkiewicza do wydania podręcznika dla fotografów amatorów. Zwrócił się o jego napisanie do samego doktora Tadeusza Cypriana, znanego prawnika i jednocześnie doskonałego fotografa, redaktora Polskiego Przeglądu Fotograficznego. Tak powstała broszura z tabelą naświetleń i różnymi poradami.
Kostecki miał jedną z nich z dedykacją od Dziadkiewicza i podpisem Cypriana. Teraz z pietyzmem trzymał służbowy aparat i z niepokojem rozglądał się dookoła. Rzadko wyprawiali się tak daleko od komisariatu, a jeśli już, to omijali Zimne Wody i jechali do Brdy Ujścia. Od kilku lat były tam tory regatowe, na których corocznie rozgrywano Wszechpolskie Regaty Wioślarskie. Zawody, restauracja z ogrodem i gigantyczne trybuny dla dwóch i pół tysiąca widzów przyciągały kieszonkowców. Do Brdy Ujścia jeździli więc, by pilnować porządku podczas regat. Po drodze były jakieś zakłady, miejscami las, gdzie indziej gęste krzaki. Ci, co w nich przesiadywali, policji nie potrzebowali. Spory rozstrzygali bez jej pomocy. A teraz trup kobiety znaleziony na wyspie Zimne Wody połączonej z lądem dwoma stalowymi mostami.
Znalazł ją starszy mężczyzna. Mówi, że się przestraszył — wyjaśnił przodownik Marian Prajcherd, który przybył tu jako pierwszy. Zwłoki znalazł rano, ale siedział tu jeszcze ze dwie godziny, zanim ruszył na komisariat. Brudny jest cały i zarośnięty. Nie zdziwiłem się, że nikt nie chciał go podwieźć. Szedł więc długo. Po drodze wskoczył gdzieś na bombkę. Może nawet niejedną, bo ostro cuchnie wódą. Ściągnąłem Ambrożego i wysłałem go po pana, a sam wziąłem dorożkę od Piechockiego i przyjechałem z tym dziadem, żeby mi na miejscu wszystko pokazał. Zgarnąłem jeszcze doktora Wolaka.
Zwłoki są tam. Poszli w kierunku wskazanym przez Prajcherta. Kosteckim przemknął ślinę. Mocniej ścisnął aparat i razem z innymi ruszył do przodu. Zwłoki dostrzegł niemal natychmiast. To była bardzo młoda kobieta. Mogła mieć niewiele ponad 20 lat. Leżała na prawym boku z ręką podłożoną pod głową, jakby spała. Na szyi miała pręgę. Krew była na sukience i na ziemi.
Dookoła ciała ktoś ułożył koło, czy może raczej owal z żołędzi. Pieprzony zbok — pomyślał Kostecki, gdy cała treść żołądka podeszła mu do gardła. Zamiast robić zdjęcia, podniósł głowę i rozejrzał się wokół. Tuż obok rosło wiele dębów. W końcu jednak zabrał się za to, po co tu przyjechał. Przygotował aparat do pracy, spojrzał w wizjer i nacisnął wyspalacz. Zrobił mnóstwo zdjęć, zanim wreszcie odszedł kilka kroków od ciała w miejsce jeszcze nie sfotografowane i zaczął uważnie szukać jakichkolwiek świadectw bytności człowieka. Nie było jednak niczego. Ruszył więc przed siebie, zataczając ciasny krąg wokół ciała. Potem nieco większy i kolejne coraz większe.
Nie zrobił już ani jednego zdjęcia. Fragment wyspy, który obszedł, wyglądał tak, jakby wcześniej nie dotknęła go ludzka stopa. Nigdzie nie było najdrobniejszych choćby papierków, połamanych gałęzi, żadnych śladów walki. Wyglądało to tak, jakby ta kobieta spadła z nieba, a razem z nią spadł też żołędziowy krąg. Skończyłeś? — z daleka zapytał Fąfarek, ale nie czekając na odpowiedź, ruszył w kierunku zwłok. Za nim jak cień podążał Prajcherd. Kostecki wiedział, że powinien teraz podzielić się swoimi spostrzeżeniami, jednak tego nie zrobił. Szybko ruszył w przeciwnym kierunku, by znaleźć się za drzewem i tam, nie będąc na widoku, zwymiotować. Gdy jedną ręką przytrzymywał aparat, by go nie pobrudzić, a drugą podparł się o drzewo, zauważył, że na drzewie wisi kartka.
Do pnia przytwierdzono ją zabrudzonym na czerwono nożem. O ustalonej godzinie Sosnowskim połączył Fąfarka z doktorem Dybowskim, a sam wziął z biurka listę z adresami, które zaplanował jeszcze tego samego dnia odwiedzić. Sporo ich było. Na szczęście Nowicki zdążył już wrócić z Komendy Miejskiej. Zły, bo w zasadzie nie było z czym porównywać zdjętych z noża odcisków palców. W knajpach wokół rynku też niczego szczególnego się nie dowiedział. Dlatego umówili się, że pojadą razem. Tymczasem Fąfarek przywitał się z doktorem Dybowskim i ze zwykłą dla niego precyzją zaczął opowiadać mu o miejscu znalezienia zwłok i o samych zwłokach. Mówił o nożu. Przeczytał list pozostawiony na drzewie.
Poderżnięte gardło — przerwał mu w pewnym momencie Dybowski, mówiąc jednak bardziej do siebie niż do Fąferka. Mieliście już taką sprawę. Pamięta pan? Parę lat temu sześć młodych kobiet. Fąfarek odczuł ogromną potrzebę zapalenia kolejnego tego dnia papierosa. W 1923 roku, gdy dopiero zaczynał pracę w Bydgoszczy, miasto żyło tymi morderstwami. Młode kobiety bały się w pojedynkę chodzić po ulicach. Drżeli o nie bliscy: matki, ojcowie, bracia. Żadna nie była bezpieczna, bo ginęły blondynki i brunetki, wysokie i niskie, pracujące i niepracujące. Pierwszą ofiarę znaleziono w lipcu wśród snopów zboża za północną granicą miasta.
Była to pracownica browaru w Myślęcinku. Młoda, silna, zdrowa. Do pracy przychodziła z miasta, jak i wielu innych pracowników browaru. Była lubiana. Miała narzeczonego. Zabójca poderżnął jej gardło tak samo jak kolejnym kobietom, które zamordował w ciągu następnych tygodni. Ciało drugiej bydgoszczanki znaleziono w polu w Złotnikach Kujawskich, trzecie znów na północ od miasta w Wałdowie w powiecie świeckim. Te dwie kobiety, przypomniał sobie Fąfarek, zostały zwabione za miasto ofertą jakiejś szczególnie atrakcyjnej pracy. Tak w każdym razie twierdzili ich bliscy. Nikt nie wspominał o żadnych konfliktach czy choćby o dziwnej zmianie nastroju, na podstawie której można by się domyślać, że w ich życiu wydarzyło się coś niezwykłego.
Wszystkie były jednak młode. Sprawy te łączyło jeszcze jedno: morderca nigdy nie zostawił żadnego śladu. Śledztwo prowadził wyśmienity policjant, komisarz Bibrowicz, ale nawet on niczego nie zdziałał. Miał co prawda do dyspozycji rysopis sprawcy i informację, że mógłby to być niejaki Lange, podejrzewany wcześniej w innych częściach kraju o dokonanie różnych zabójstw, ale nie udało mu się niczego udowodnić. To było bardzo bolesne doświadczenie dla bydgoskiej policji. Coś, co trudno było przełknąć i o czym jeszcze trudniej było zapomnieć. Bibrowicz odchorował tę porażkę. Oficjalnie nikt nie zarzucił mu niczego, ale nie minęło wiele czasu, jak odszedł na emeryturę. „Czy została zgwałcona?” Usłyszał w słuchawce głos doktora. „Tego jeszcze nie wiem.
Trwa sekcja, niczego więc na tym etapie nie wykluczam. Jeśli nie została zgwałcona, to będzie tak samo jak poprzednio. Być może to ten sam sprawca. Może wyjechał z miasta albo zwyczajnie się przestraszył i dlatego nie znajdowaliście przez trzy lata nowych zwłok.” „Myśli pan, że to możliwe?” „Z punktu widzenia ludzkiej psychiki jak najbardziej. Podobieństw jest bardzo dużo. Młoda kobieta, poderżnięte gardło, dość odludne miejsce, w którym znaleziono zwłoki, jednak nie na tyle odludne, by leżały tam tygodniami lub miesiącami. List i nóż. Ich pozostawienie też jest znamienne. Wtedy nie znajdowaliście żadnych śladów, więc jeśli to znowu on, teraz wam pomaga. Choć pomoc to może niewłaściwe słowo.
Gra z wami, bo dzięki temu czuje się jeszcze lepszy, jeszcze silniejszy, może nawet potężny. Jeśli to ten sam człowiek, to znów zabije, by gra mogła trwać dalej. Choć oczywiście może to być także ktoś, kto zabił pierwszy raz i nigdy więcej tego nie zrobi.” „Proszę mi jeszcze raz przeczytać ostatnie zdanie listu.” „Pozwól mi więc kochać cię, a jeszcze lepiej pokochaj mnie tak samo, jak ja cię kocham. Cały list, jak pan sam zapewne uznał, pełen jest emocji. Mówi o miłości, ale czy ten, kto go pisał, rozumie pod pojęciem miłości to samo, co my? Chyba nie, bo jednocześnie nie zakłada sprzeciwu. W tym ostatnim zdaniu prosi niby o pozwolenie na kochanie tej kobiety, ale ledwo ją znając, co też podkreśla, oczekuje miłosnej deklaracji i z jej strony. Gdyby ta kobieta żyła, można by taki list uznać za wyznanie miłosne, dziecinne, naiwne, nawet urocze. Ale ona nie żyje i to zmienia sytuację. Istnieje też możliwość, że ten list został napisany i przybity do drzewa dla zmylenia policji.
Jeśli byłby to rzeczywiście fałszywy trop, oznaczałby, że ta para się nie znała, że kobieta została skądś podstępem lub nawet przemocą uprowadzona tylko po to, by z jej udziałem zrealizować nie wiadomo czemu służącą drastyczną mistyfikację. Z drugiej strony taki fałszywy list dowodziłby, że morderca doskonale przygotował się do popełnienia zbrodni. Chciał nadać jej określony charakter. Przygotował różne elementy scenografii. Jeśli tak, za jego działaniem stoi jakiś pomysł, który on realizuje. Może zabić znowu, jeśli na oślep poszukuje miłości swojego życia, a kobiety, które spotyka na swojej drodze, nie odpowiadają jego wyobrażeniu. Im szybciej pan się dowie, czy ta kobieta rzeczywiście miała na imię Hanna, tym szybciej będzie pan wiedział, jak wiele jest w tej scenografii fałszu. Gdy pół godziny później grafik był zaplanowany z uwzględnieniem policjantów z Wileńskiej, a leżankę właśnie wypróbowywał jeden z nich, policjant ze Śródmieścia wprowadził do gabinetu komisarza Pisarzewskiego, przekształconego w centrum dowodzenia akcją, hałaśliwą i tłustą blzerwę. Mańka przeszedł od razu do sedna. „Chętnie z nami dziś popracuje.” Mańka była innego zdania.
Wydęła wargi i syknęła: „Nigdy chętnie nie będę z tobą pracować, chyba że chciałbyś skorzystać z moich usług. Albo pan kierownik.” To ostatnie zdanie wypowiedziała już przymilnie, patrząc głęboko w oczy Fąferkowi. „Nikt nie będzie dzisiaj korzystał z twoich usług, Mańka” — odpowiedział jej Fąferek. „A ty nie będziesz miała o to do nas żalu i dlatego zrobisz wszystko dokładnie tak, jak będziemy sobie życzyć.” „Z panem kierownikiem to nawet ze zniżką.” „Powiem to jeszcze tylko raz. Dziś pracujesz dla nas. Słyszałaś o tych zamordowanych kobietach? Z tobą może stać się to samo. Na szczęście my myślimy, więc być może uda nam się złapać faceta, który to robi. I do tego jesteś nam potrzebna.” „Nigdzie z nim nie pójdę. Chyba na łby poupadaliście.” „To nie jest propozycja.
Zlecam ci zadanie, dzięki któremu nikt nie będzie chciał już ci się naprzykrzać z mandatami, jeśli zapomnisz zabrać do roboty swoją legitymację lub nie zrobisz na czas obowiązkowych badań. I wcale nie każę ci gdzieś z nim chodzić. Masz stać na placu i mieć na oku policjanta.” „Żadnego ruchanka z jakimś młodym, przystojnym posterunkowym?” „Ani z młodym, ani ze starym. Dziś pracujesz głową, nie tyłkiem. I głowę możesz dzięki tej robocie ocalić. Proste, prawda?” „Niby proste” — żachnęła się Mańka, ale widać było, że jej scenariusz Fąferka nie leży. Chyba chciała coś jeszcze powiedzieć, bo otworzyła usta, ale gdy spojrzała na Fąferka, wiedziała już, że niczego nie utarguje. „Korekt” — mruknęła więc jeszcze pod nosem. — „Moja strata.” W Cafe Bristol w zasadzie nigdy nie bywał. Wchodząc do środka, rozglądał się więc z ciekawością.
Wielki drewniany bar ustawiony po lewej stronie od wejścia lśnił od stojących na nim kieliszków i butelek. Obok, w przeszklonej szafie wyeksponowane były oferowane przez kawiarnię ciasta i ciasteczka. Stoliki były niewielkie, o okrągłych lub kwadratowych blatach. Krzesła z wiklinowymi siedziskami i giętymi oparciami przywodziły na myśl ciepłe kraje i zdawały się być niezwykle wygodne. Stały mocno stłoczone, a nad nimi, częściowo dzieląc głęboką salę na kilka segmentów, zwieszały się z sufitu drewniane, ażurowe przegrody wieńczone lampami elektrycznymi o kloszach w kształcie tulipanów. W narożnikach stały w donicach egzotyczne palmy. Stary człowiek podszedł do kelnera odzianego w długi, biały, płócienny płaszcz, spod którego wyzierała biała koszula i czarna muszka. „Nazywam się Zygmunt Jagielski” — powiedział. „Jestem umówiony z hrabiną.” „Oczywiście. Hrabina uprzedziła, że pan przyjdzie.
Mamy dla państwa zarezerwowany stolik na werandzie” — powiedział. — „Proszę za mną.” Mówiąc to, kelner odwrócił się i poszedł kilka kroków przed siebie w kierunku schodów prowadzących na piętro. Nie dotarł jednak do nich. Skręcił w prawo, w stronę drzwi na werandę. Była ona długa i całkowicie zamknięta. Jej ściany boczne stanowiły okna umieszczone jedno przy drugim. Sufit też był szklany. Stary człowiek cicho jęknął z zachwytu. Tymczasem kelner wędrował już dalej w kierunku ustronnego stolika na końcu pomieszczenia. Idąc za nim, Jagielski zerknął przez okno i znowu nie mógł powstrzymać westchnienia.
Oczywiście doskonale wiedział, że weranda stanowiąca integralną część kawiarni zwisa nad wodą. Ale co innego było to wiedzieć, a co innego odczuć na własnej skórze. Zwłaszcza, że tuż obok sunęła właśnie osada wioślarska, a za nią barka. „Orientuje się pan, czy można stąd zobaczyć czasem trening naszych wioślarskich medalistów?” — zapytał kelnera. „Bez dwóch zdań” — stwierdził zapytany. — „Każdego dnia można tu zobaczyć któregoś z najważniejszych zawodników polskiego Henley. No bo gdzie indziej mieliby trenować? Przecież nie na torze regatowym. Za daleko, aby na co dzień tam wiosłowali. A tu wody przecież pod dostatkiem i jeszcze jakieś panny można zachwycić swoją atletyczną budową.” Stary człowiek usiadł na wskazanym przez kelnera krześle i patrzył na wodę.
Po pierwszej osadzie nadpłynęła kolejna i jeszcze jedna. Wiosła pruły wodę, sternicy pokrzykiwali, ludzie przyglądali im się znad brzeży albo tak jak on z okien kawiarni. Było w tym coś sielskiego. Błogość, która na moment zatriumfowała jak bańka mydlana, znikła w chwili, gdy nadeszła hrabina. „Dawnośmy się nie widzieli” — powiedziała na powitanie, a on na dźwięk jej głosu poderwał się z krzesła. Ukłonił się, a potem ucałował wyciągniętą w jego stronę dłoń. „Dawno, to prawda. W zdecydowanie lepszych czasach” — odparł, a potem odsunął krzesło stojące naprzeciwko swojego. Gdy hrabina już usiadła i zamówili dania, rozmowa z początku szła opornie. I stary człowiek, i hrabina pytali się wzajemnie o sprawy błahe, o znajomych, o wspomnienia zachowane z dawnych lat.
Dopiero gdy kelner przyniósł już indyka z borówkami, którego poprzedziła zupa rakowa, rozmowa nagle zmieniła temperaturę. „To koniec” — oświadczyła wprost hrabina. — „Mamy go, panie Zygmuncie.” Do Jagielskiego sens jej słów nie dotarł od razu. Długi czas patrzył na nią w milczeniu. Ciszę przerwała hrabina. „Jak pan wie, zleciłam zbadanie sprawy bardzo kompetentnym detektywom z Warszawy” — powiedziała. — „Długo nie dawało to żadnych efektów, ale jakieś pół roku temu przysłali mi telegram z informacją, że mają ciekawe ustalenia. Proszę się nie gniewać. Pojechałam do nich, nie informując pana o niczym, bo nie wiedziałam, co tak naprawdę ustalili. Po spotkaniu natomiast musiałam sobie wszystko poukładać w głowie.
Zresztą to, co wtedy usłyszałam, to nie były wcale jeszcze pewne informacje, ale w zasadzie pytanie, czy chcę temat drążyć dalej. Zadano mi je, bo podejrzewano, że to może być ktoś bliski, ktoś związany z pałacem. Oni od razu to właściwie sugerowali, ale powiedziałam im, że ich przeczucia, a nawet doświadczenie to jedno. Mnie natomiast interesują jedynie fakty. No i teraz mi ich dostarczyli. Nawet nie wiem, jak weszli w ich posiadanie.” „I?” — wydusił w końcu stary mężczyzna. „Potem przyjrzeli się tym głośnym zabójstwom z 1923 roku. Tym, których nie udało się do końca ustalić. Dowody, które zebrano w tamtej sprawie, określono jako nieprocesowe. Podobieństwo zbrodni, której ofiarą była pańska córka i tamtych zabójstw było natomiast ogromne.
Detektywi poszli tym śladem. Zbadali, czy ktoś, kto mieszkał lub bywał w Ostromecku w czasie, gdy zabito Basieńkę, mieszkał tam lub bywał w okresie, gdy dokonano tamtych zbrodni. I znaleźli taką osobę. Ostatnie miesiące zajęło sprawdzenie, czy ta osoba miała już wcześniej coś na sumieniu. Choćby jakiś drobiazg, który obnażałby jej chorą duszę. Wymagało to dalszych podróży, a więc i czasu, ale przyniosło rezultaty.” Z całą stanowczością oświadczono mi, że rzeczywiście wokół tej osoby były i wcześniej pewne wyjątkowe wydarzenia. Oczywiście, jak sam pan chyba doskonale rozumie, żądałam dowodów, bo nie można przecież oskarżać nikogo lekkomyślnie. Dostałam je, niestety. Pokazano mi fotografie innych zamordowanych, wskazując na podobieństwa, wręcz identyczność dokonanych zbrodni. Przeczytałam też wyniki z różnych autopsji, z różnych miejsc i z różnych lat.
Tak zyskałam niemal stuprocentowe przekonanie, że osoba, którą mi wskazano, zabiła Basieńkę, ale wcześniej także inne dziewczęta. W Bydgoszczy teraz znów giną młode kobiety. Znajdują je z podciętymi gardłami. To było właśnie ostatnie zadanie detektywów. Sprawdzić, gdzie on teraz jest. Ustalili, że jest tutaj. To jest jego adres i nazwisko. Hrabina podała staremu mężczyźnie kartkę złożoną na pół, ale gdy chciał ją otworzyć, powstrzymała go ręką. Taki ciekawy komentarz się pojawił na YouTubie na czacie. Morbid Angel pisze: „Możliwe, że to robota Lesia Pękalskiego”.
No cóż, nie te czasy, nie to miejsce, ale może jakiś związek rzeczywiście jest, prawda?
[57:01] - Nie sądzę, że tak się wypowiem enigmatycznie. Nie sądzę.
[57:06] - Ja natomiast sądzę, że niektórzy włączający audycję na YouTubie nie patrzą kompletnie w opis, bowiem jest dzisiaj napisane oczywiście przy naszej transmisji w opisie, że będziemy dyskutować o dziełach literackich, będziemy mieli gościa, ale niektórzy chyba mają problem wyraźnie z czytaniem krótkich tekstów, a co dopiero dłuższych.
[57:34] - Jak już mam to skomentować w audycji poświęconej książkom, to wybacz, ale się nie podejmuję. Wróćmy do bydgoskich kryminałów, bo ten fragment, który państwo usłyszeli, dzieje się w roku 1926. Tak, ale druga książka to jest rok 1921. To jak to się tak, cofamy w czasie?
[58:01] - Tak, a nawet cofniemy się jeszcze bardziej. Tu wybrałam rok 1921, ponieważ właśnie wtedy doszło do tego protestu mieszkańców, o którym wspomniałam wcześniej. Jest to historia na tyle mało znana bydgoszczanom, że bardzo zależało mi, żeby ją przybliżyć. I stąd ten rok 1921, bo ja po prostu zabierając się do pisania, szukam wydarzenia, wokół którego można by książkę napisać, żeby było coś prawdziwego w mieście właśnie w tym konkretnym momencie.
[58:41] - To pytanie następne jest oczywiste, nawet go nie będę zadawał. Czyli w którym roku się będzie odbywać następna książka? Wokół jakiego wydarzenia będzie zapleciona? I może już jest tytuł?
[58:59] - Tytułu jeszcze nie ma, ale wydarzenie jest oczywiste dla mnie. To będzie rok 1919 i w zasadzie koniec powstania wielkopolskiego. Akcja rozpocznie się w miejscu, gdzie powstanie się zakończyło, czyli w Rynarzewie, gdzie powstańcy odbili z rąk Niemców pociąg pancerny, który dla wielu osób też jest czymś niesamowitym, bo ja powiem szczerze, że w bardzo dorosłym wieku po raz pierwszy o pociągu pancernym usłyszałam, i to o tym właśnie pociągu pancernym. To był pociąg, który Niemcy wykorzystywali do obrony przed powstańcami właśnie tej północnej flanki powstania. Chodziło o to, żeby powstańcy nie doszli do Bydgoszczy i w zasadzie osiągnięto w ten sposób cel, bo powstańcy doszli najdalej dzisiaj prawie do rogatek Bydgoszczy, bo do wsi Brzoza, która praktycznie graniczy z miastem, ale to był jednak odcinek, którego nie zdołali pokonać. To jest parę czy paręnaście kilometrów do centrum miasta.
[01:00:24] - Właśnie chciałem tak tytułem komentarza powiedzieć, że taka miejscowość jak Rynarzewo czy późniejsza Brzoza to są miejscowości, które dzisiaj, jeśli się jedzie samochodem, to jeśli się wyjeżdża z granic Bydgoszczy, obecnej Bydgoszczy, to do Rynarzewa, jak nie ma korka jakiegoś dzikiego na trasie do Poznania, to po 15 minutach to się już na pewno minęło Rynarzewo. Rynarzewo zresztą mała mieścina. Ja tam najczęściej skręcam na miejscowość Łabiszyn. Zresztą Łabiszyn też w tamtych wydarzeniach gdzieś tam się pojawia. A jeśli chodzi o Brzozę, to proszę państwa, tam gdzieś w pobliżu Brzozy jest obwodnica, od obwodnicy to dziewięć kilometrów i jest się w Bydgoszczy, więc to wystarczy, żeby uświadomić sobie, jak blisko powstanie wielkopolskie zbliżyło się do Bydgoszczy. Nie doszło do niej, ale pomnik powstańców wielkopolskich w Bydgoszczy mamy już na przykład.
[01:01:25] - Mamy, tak. I to też było wielkie wydarzenie tutaj takie patriotyczne, powstanie tego pomnika. Mieliśmy też mnóstwo w Bydgoszczy powstańców wielkopolskich, o czym absolutnie nie pamiętamy dzisiaj. I właściwie jest to dla wielu osób zaskoczenie, jak to powstanie tu nie doszło. Było powstaniem, które wybuchło w Poznaniu i objęło Wielkopolskę i tylko część tutaj ziem blisko Bydgoszczy, bo my chyba nawet myślę, nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo powstanie wielkopolskie, jak blisko podeszło do miasta i dlaczego Bydgoszcz nie została wówczas zdobyta. Nie została zdobyta, bo była zbyt cenna dla Niemców. Po prostu. Tu był garnizon, tu było wojsko. Oni kochali Bydgoszcz. Bydgoszcz była wtedy piękna.
Była nazywana Małym Berlinem. Była ośrodkiem handlu zbożem, ponieważ tędy zboże z Ukrainy było transportowane na Zachód. Więc była bardzo ważnym miastem dla Niemców i skoro już stracili Poznań, to za wszelką cenę bronili Bydgoszczy. Tak to po prostu wyglądało.
[01:02:41] - Ten Mały Berlin to się nie wziął znikąd, bo ci sami architekci, którzy projektowali budowle w Berlinie, projektowali również budowle w Bydgoszczy. Oczywiście część, nie wszyscy, ale stąd się ta nazwa Mały Berlin, Kleiner Berlin. Nie znam niemieckiego, więc wybaczcie państwo. Stąd się ta nazwa pojawiła i te nazwiska niemieckich architektów. Takich budynków w Bydgoszczy kilka się zachowało. Chociażby budynek, oczywiście nie pamiętam dokładnej nazwy, ale kolei. To była jakaś kolej wschodnia chyba. Ten budynek, który jest na ulicy Dworcowej, to jest też budynek. Miałem okazję do jednego z samochodzików, który pisałem, miałem okazję go zwiedzić teraz, kiedy jest pusty. Wiecie państwo, ogromny budynek o ogromnej kubaturze, metrażu jeszcze większym, sobie stoi w Bydgoszczy i niszczeje.
Raz go miał uniwersytet, później się go pozbył uniwersytet, ale nie bydgoski, tylko ten w Toruniu. I tak dalej. A budynek chyba ze 20 rok stoi i nic się w nim nie dzieje. Jest, przepraszam, na parterze przychodnia.
[01:03:50] - Bo tam była zawsze przychodnia kolejowa.
[01:03:52] - Ale cała reszta budynku, wszystkie piętra właściwie stoją, świecą pustkami i jest to niesamowite wrażenie, kiedy akurat miałem to szczęście, że się mogłem po tym pustym budynku, ogromnym budynku przejść. Muszę powiedzieć, że to już wystarczy, żeby horror napisać. A jak się tam trochę pobędzie, to naprawdę budynek jest niesamowity, jeśli chodzi o architekturę zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz.
[01:04:21] - Andrzej Hofferek idąc tą ulicą właśnie, ulicą Dworcową, przygląda się temu budynkowi. Między innymi jest tam króciutki opis tego budynku. A powiedziałabym jeszcze tak, na przykład myśmy mieli to szczęście, chociaż dobrze się to nie skończyło, budynku już nie ma, ale mamy w Bydgoszczy Plac Teatralny, którego nazwa pochodziła stąd, że stał tam teatr. Ten teatr był zbudowany przez Niemców i był budynkiem przepięknym. Tak pięknym, że na podstawie tego samego projektu zbudowano później teatr w Berlinie. I to są między innymi te powiązania Bydgoszczy z Berlinem. Naprawdę Bydgoszcz była, jeżeli się przyjrzeć starym zdjęciom, zapraszam do obejrzenia tych portali, na których można znaleźć zdjęcia starej Bydgoszczy, jest mnóstwo, więc była pięknym miastem i te budynki naprawdę były wspaniałe.
[01:05:29] - Ja pamiętam jeszcze te chodniki, takie specyficzne, później zalane oczywiście asfaltem albo wymienione na kostkę, ale to były płyty bodajże piaskowca otoczone po bokach takimi małymi kamyczkami. Pięknie wyglądało. Jeszcze jak zobaczyłem, jak to wyglądało przed wojną, kiedy nie było zaśmiecone. Wtedy była plaga petów różnego rodzaju i tak dalej. Nie było zaśmiecone, było pełno wszędzie drzew. Bydgoszcz miała taki epizod, że w pewnym momencie straciła wszystkie drzewa prawie, które były w centrum. Teraz to wszystko wraca, staje się miastem zielonym. Ja mam takie wrażenie w tej chwili, kiedy rozmawiamy, że troszeczkę wyłączyliśmy naszą drugą grupę, czyli Wiktora i-
[01:06:15] - Waldka
[01:06:15] - ... i Waldka, naszego wydawcę. Szukałem słowa wydawca, więc może szanowni panowie coś by tam dołączyli do audycji.
[01:06:23] - Ja bardzo szybko i chętnie zaprotestuję, panie Marku na temat tego, że Bydgoszcz się staje zielona. Bydgoszcz była najbardziej zielonym miastem chyba w całej Polsce zawsze. Po pierwsze dzięki Niemcom, którzy nie tylko zagospodarowali, budowali te budynki, o których również mówisz, ale bardzo dbali o sadzenie drzew, o parki, o ten koloryt taki.
[01:07:01] - Hello, hello Wiktor, przepraszam, ale my chyba rozmawiamy o różnych czasach, bo czasy niemieckie, gdzie było pełno drzew to wiadomo. Natomiast ty lata 70. spędziłeś głównie w Warszawie, a ja tu musiałem mieszkać. Taki jest los nastolatka. I Bydgoszcz wtedy, w tych 70. latach, kiedy wycinano wszystko równo z glebą, była dosyć paskudnym miastem i to zorganizowały ówczesne władze. Teraz pięknieje.
[01:07:28] - Chcę ci powiedzieć, że właśnie w tych 70. latach odszedł na emeryturę mój stryj, mój ojciec chrzestny, który był właśnie odpowiedzialny za zieleń miejską.
[01:07:41] - I później zaczęli przycinać.
[01:07:42] - I zaczęli przycinać. Natomiast on posadził chyba tyle samo drzew w Bydgoszczy co Niemcy. Pamiętam takie anegdoty zupełnie, kiedy wiesz gdzie jest ten dzisiejszy Balaton, czyli dziura w ziemi po gliniance i tak dalej, a naokoło wielkie-
[01:08:06] - Blokowisko
[01:08:07] - ... blokowisko. Tam była glinianka i oczywiście spółdzielnia miała zbudować jeszcze kilka bloków na tym terenie i tak dalej. Mój stryj, który się zajmował tym, powiedział: „Po jego trupie”. On zresztą był przeklinany przez wszystkich architektów, bo bez przerwy do każdego projektu musiał podpisać akceptację. Natomiast on bez przerwy sadził drzewa. Nie można było drzew wycinać, nie można było zieleni. Dlatego na przykład Osiedle Leśne jest zielone do dnia dzisiejszego, bo powiedział, że po jego trupie wytną tam jakieś drzewa. I tak dalej. Ale ja nie mówię o sobie i o swojej pamięci Marku, i o mieszkańcach.
Ja bardzo dużo rozmawiałem, tak jak mówisz, o ludziach, którzy mieszkali w Warszawie. Ci, którzy przyjeżdżali do Bydgoszczy bardzo-
[01:09:00] - Dziwili się temu. Boże, przecież to jest takie zielone miasto. Może my przyzwyczajeni, dla nas było to wycinanie i tak dalej, ale dla wszystkich ludzi z Polski, którzy drzewa widzieli wyłącznie w lesie, a nie w mieście, to Bydgoszcz była naprawdę zielona zawsze i taka dzisiaj jest.
[01:09:23] - Okej, nie dorzucę.
[01:09:24] - Ja tylko jeszcze dodam. Można dodać, bydgoski epizod miał niejaki Jan Przybora w swoim życiu. Był radiowcem w tym czasie i Przybora bywał tu i przed wojną, i po wojnie. Przed wojną dlatego, że jego rodzinny majątek był tutaj w pobliżu. Natomiast po wojnie pracował właśnie w bydgoskim radio. Mieszkał w pobliżu bardzo, w samym centrum i on uważał Bydgoszcz za, i on o tym pisał, że jest to miasto przepięknie ukwiecone i przepięknie zielone. To było zaraz po wojnie też.
[01:10:06] - Tak. Nie kłóćmy się o pamięć, bo pamięć każdego jest inna. Ja zapamiętałem z dzieciństwa Bydgoszcz jako miasto niezbyt piękne i dlatego teraz się tak cieszę, że ono pięknieje. Pozwólcie mi się tym cieszyć. Ale jeszcze Waldka nie słyszałem, naszego wydawcę ukochanego, umiłowanego. To może coś jednak powie.
[01:10:26] - Ja bym chciał wrócić jednak do książek i do naszego gościa, bo słyszeliśmy fragment pierwszej książki, która została wydana. Natomiast dwa lata później, nie, rok później, przepraszam, została wydana druga książka, której fragment jeszcze usłyszymy, „Horoskop zbrodni”. I ona trochę cofa tę historię, którą mamy w pierwszej wydanej książce. Ale osią czy takim spinaczem w obydwu książkach jest właśnie ten nasz Andrzej Fąferek. On w tej drugiej książce, czyli w „Horoskopie zbrodni”, generalnie się pojawia w Bydgoszczy. On przyjeżdża z Poznania. W tej książce to trochę zagmatwane jest z tego, co powiem. W tej drugiej książce pod względem chronologicznym, ale pierwszej wydanej, czyli „Mrok na Zimnych Wodach”, on już jest bydgoszczaninem. I tu słyszymy, że będzie trzecia część, która jeszcze cofa nas do wcześniejszych czasów. Czy tam też się pojawi Andrzej Fąferek?
[01:11:47] - Absolutnie tak. I będzie w powstaniu.
[01:11:53] - A już myślałem, że będzie po niemieckiej stronie i przejdzie na polską.
[01:11:59] - Kolega, mamy tu małe kłopoty, proszę państwa, małe kłopoty komunikacyjne, ponieważ nas tak dużo, więc musimy się jakoś pomieścić. Ja tylko powtórzę, że Waldek wspomniał, że już myślał albo się bał, tego nie zrozumiałem, że Andrzej Fąferek będzie po niemieckiej stronie walczył.
[01:12:18] - Nie ale to też można powiedzieć w ten sposób, że bydgoszczanie, tak samo jak mieszkańcy Poznania, niestety, ale trafiali często Polacy tu mieszkający trafiali do armii pruskiej, bo nie było Polski. Więc na przykład w pierwszej wojnie światowej niestety, ale walczyli na przykład w armii pruskiej, czy trafiali albo jechali na front wschodni, na zachodni. Bywało różnie. Natomiast wielu z nich potem uciekało z tej pruskiej armii po to, żeby przystać do tworzących się wojsk polskich.
[01:12:59] - Miasto w ogóle za czasów pruskich było miastem garnizonowym. Tutaj te koszary, właściwie pewne fragmenty miasta dominowały, bo tam, gdzie dzisiaj, w pobliżu dworca były koszary ogromne. Mieliśmy też koszary przy wylocie na Gdańsk.
[01:13:18] - Tak. Do dzisiaj są.
[01:13:19] - Tak, są oczywiście. Więc to było takie miasto trochę skoszarowane. Ja tylko przytoczę, nie przytoczę, nie odważę się tego przytoczyć, ale w każdym razie to miasto znalazło się nawet we wspomnieniach Manna, który gdzieś tutaj trafił na chwilę do Bydgoszczy.
[01:13:40] - Tomasza Manna oczywiście.
[01:13:41] - Tak, Tomasza Manna. Ale to nie były dobre wspomnienia. Mówił, że to przede wszystkim smutne miasto. On je postrzegał jako miasto smutne. Jak ono było smutne, to już sobie państwo w pamiętnikach Tomasza Manna znajdźcie. Ja się tego nie odważę przytoczyć. Dosyć grubo potraktował nasze miasto.
[01:14:02] - Ale wracając jeszcze do tej historii Fąferka, ja tutaj zasugerowałem, zapytałem, czy Fąferek przejdzie ze strony pruskiej na stronę polską. Może nie bez kozery, bo historia lubi się powtarzać. To, co miało miejsce w momencie przejścia Bydgoszczy na stronę polską i przejścia Bydgoszczy pod panowanie Polski powodowało też, że tak jak tutaj mówiliśmy, że wielu Polaków było w armii pruskiej. Ale ta historia się powtórzyła też w czasie drugiej wojny światowej, że wielu Polaków też właśnie z Bydgoszczy walczyło po drugiej stronie i też następowały potem, już pod koniec wojny, następowały też takie sytuacje, że ci walczący na Zachodzie przychodzili na stronę polską, wracali z Andersem między innymi. Natomiast
[01:15:07] - Myślałem, że to będzie właśnie coś takiego bardzo przewrotnego w tym wszystkim.
[01:15:11] - Przewrotność tej rzeczywistości bydgoskiej, jak zresztą całej Polski. My dzisiaj mówimy akurat o Polakach i o Bydgoszczy polskiej, ale ja zawsze będę pamiętał również o historii wielu Niemców, którzy całe życie spędzili w tym mieście, którzy tutaj żyli. Jak pani Małgorzata powiedziała, że pracowała w bydgoskim radiu, to odwiedzaliśmy ten sam budynek, bo robiłem tam audycję, puszczając pierwsze koncerty z Jarocina muzyki rockowej. Natomiast ten budynek należał w czasach przedwojennych do rodziny Woltmannów, którą znam. Po wojnie zostało dwóch braci Woltmannów. To byli Niemcy z krwi i kości. Jeden z nich karierę dociągnął aż pod Stalingrad w Wehrmachcie. Jego poznałem. Zmarł chyba w Katowicach. Natomiast drugi jego brat całą tą wojnę, kiedy tamten walczył w Wehrmachcie pod Stalingradem, siedział w Oświęcimiu aresztowany przez niemieckie Gestapo jako Niemiec, jako niezgodny.
Nie bardzo pasował do tego. Takie również były losy nie tylko Polaków, ale również Niemców, którzy byli i po tej stronie bardzo często i po drugiej stronie. Wielu Niemców, jak rozmawiałem z Sulimą Kawińskim, już nie mówiąc o naszych generałach Hallerze i innych, którzy byli z pochodzenia Niemcami. Taka jest właściwość naszej polskiej rzeczywistości, a Bydgoszcz bardzo pięknie się w to wpisuje.
[01:17:25] - Małe sprostowanie. Nie powiedziałam, że pracowałam w radiu, bo nigdy nie pracowałam. Jestem dziennikarzem piszącym.
[01:17:32] - A to Radio Hanse Jeremi Przybora.
[01:17:35] - Przybora, dobrze.
[01:17:36] - A wracając do tych zawiłych losów, to takie zawiłe losy są bohaterów mojej pierwszej książki, czyli „Mordu na zimnych wodach”, gdzie pojawia się rodzina Alfen-Slebenów. To była rodzina związana dzisiaj prawie z Bydgoszczą, czyli z majątkiem tuż pod bydgoskim, z pałacami w Ostromecku. To jest miejscowość położona dosłownie pięć, sześć kilometrów od rogatek miasta. Przepiękna, warta odwiedzenia. Niebywała chociażby dlatego, że w jednym majątku są aż dwa pałace. Jest po prostu zjawiskowo tam. Natomiast właśnie w tej rodzinie było dwóch braci. Przyrodnich co prawda, ale matkę mieli wspólną, Polkę. Ojcem jednego był Niemiec, ojcem drugiego prawdopodobnie Hiszpan. Ten z tych młodych ludzi, który miał ojca Hiszpana, bardzo chciał być Niemcem i chciał wstąpić do wojska niemieckiego, a nawet wstąpił, ale został usunięty właśnie za pochodzenie, za brak niemieckiej krwi.
Natomiast jego młodszy brat, którego ojcem był Niemiec, właściciel majątku w Ostromecku, tak samo zresztą jak ojciec czuł się Polakiem, chciał być Polakiem i do końca życia, a umarł w latach bodajże 90. ubiegłego wieku, mówił po polsku i tą miłość do Polski i Ostromecka zachował. To było już w ogóle takie wyjątkowo przewrotne. Zwłaszcza że jeden walczył po stronie polskiej, a drugi walczył po stronie niemieckiej.
[01:19:38] - Mnie po lekturze tych książek, o których mówimy, tych retrokryminałów, naszła taka refleksja, że obie te książki, zarówno „Horoskop zbrodni”, którego fragmentu za chwilę będziemy słuchać, jak i pierwsza książka, czyli „Mord na zimnych wodach”, to są właściwie znakomite przewodniki po Bydgoszczy. I owszem, Bydgoszcz się zmieniła od tamtych czasów, ale to są takie przewodniki, do których trzeba używać klucza troszeczkę, znać pewne miejsca, ale rzeczywiście te pewne lokalizacje są w dalszym ciągu i trafić ze Starego Rynku na przykład na ulicę Podgórną chociażby, nie jest niby daleko. To jest druga refleksja, która mnie naszła, że świat nam bardzo zmalał. To, co kiedyś było wyprawą, żeby dostać się z Bydgoszczy do Ostromecka, to trzeba było daleko poza ówczesne granice Bydgoszczy wyjechać.
[01:20:35] - I PKS-em.
[01:20:37] - W dodatku jeszcze minąć inne sąsiednie miasto pod tytułem Fordon i przejechać przez most na Wiśle, który też duży i długi. I dopiero się było w okolicach Ostromecka. Ten świat nam bardzo zmalał. Dzisiaj to właściwie hyc, hyc i już się jest w tym Ostromecku. Co więcej, nawet jakby te ulice troszeczkę zmalały. Nie wiem, czy nam się krok wydłużył, czy po prostu inne spojrzenie mamy, ale to, co kiedyś było sporą odległością, niech to będzie ta ulica Podgórna i Stary Rynek, czy trafienie ze Starego Rynku do hotelu Pod Orłem. To dzisiaj się wydaje, że właściwie wszystko jest blisko. A czasami jak czyta pani książki, to jednak trzeba było statecznym krokiem powoli dostać się w jedno, w drugie, w trzecie miejsce. Jakoś żyło się wtedy. Ta książka zdecydowanie, jedna i druga pokazuje, że życie wtedy nie wiem, czy było szczęśliwsze, czy było wspanialsze.
Tego nie wiem. Ale było inne zupełnie. Jakby lekko wolniejsze, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Jakby świat nie pędził do przodu. To wyraźnie widziałem, kiedy sobie porównałem to, co widzę dzisiaj i to, o czym czytałem w książce, że rzeczywiście trochę się nam zmieniło w naszym otoczeniu.
[01:22:05] - Zmieniło się, ale z drugiej strony się nie zmieniło, bo te odległości pozostały takie same. Natomiast my je teraz postrzegamy chyba z okien samochodów i dlatego nam się wydają krótsze. Natomiast kto się przejdzie tą trasą, to ona się okaże, że będzie dokładnie taka sama długa jak była.
[01:22:25] - Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Natomiast właśnie takie subiektywne postrzeganie. Przypuszczam, że trafiła pani w sedno, że dzisiaj zza kierownicy trochę nam ten świat zmalał. I ja wcale nie wiem czy dobrze, bo w pierwszym tomie „Mord na Zimnych Wodach” te Zimne Wody to już były właściwie ho, ho od tego centrum.
[01:22:52] - Nie chciałabym tam iść pieszo. Nadal nie chciałabym.
[01:22:56] - To prawda.
[01:22:56] - Jeszcze wieczorem.
[01:22:57] - Natomiast te krótsze trasy z przyjemnością i z coraz większą przyjemnością pokonuję pieszo. Muszę powiedzieć, bo po prostu nie warto tam jeździć.
[01:23:06] - Tak, to prawda.
[01:23:10] - Osobiście zapraszam każdego, kto by chciał przyjechać do Bydgoszczy, żeby pochodził tymi trasami, bo przy okazji może zobaczyć przepiękne miejsca, przepiękne obiekty, różne atrakcje, o których nie mówimy tutaj, bo są zupełnie nowszymi atrakcjami, nie międzywojennymi, ale które powodują, że to miasto jest bardzo ciekawe.
[01:23:37] - Ja te Zimne Wody podkreślam, ponieważ uczestnik naszego dzisiejszego spotkania, czyli Wiktor, całkiem blisko tych Zimnych Wód mieszka.
[01:23:49] - Całe życie tam mieszkałem, biegałem i prawie umarłem biegając po tratwach na zalewie pod Fordonem, kiedy tratwy mnie nakryły, że tak powiem i wszyscy, z którymi biegałem uciekli, a ja zostałem pod tratwami, bo wtedy jeszcze były tratwy. Niestety nie byłoby mnie dzisiaj, gdyby przypadkiem jeden przyjaciel, który akurat wtedy studiował w szkole morskiej, nie zdobył się na czyn heroiczny, że tak powiem i wbił się ramieniem między takie połacie tratw i je rozepchnął, że tak powiem i wyciągnął moje zwłoki spod tego wszystkiego. Pół życia tam przeżyłem. Ale jak tutaj pani mówiła o tych odległościach i tym Marku. Ja przez całe dzieciństwo chodziłem z babcią z ulicy Krakowskiej na rynek po zakupy co tydzień. To był wspaniały spacer. Po prostu mogę opowiedzieć mnóstwo rzeczy, które po drodze widziałem, które oglądałem i które się zdarzyły. Dzisiaj wsiadamy w samochód i jedziemy do Carrefoura czy do jakiegoś marketu, robimy zakupy, wracamy do domu i siadamy szybko do komputera, a właściwie już funkcję spaceru... Spacer jeszcze istnieje? W ogóle takie pojęcie?
[01:25:16] - Dla kogo istnieje, dla tego istnieje. Jak ktoś chce spacerować to spaceruje.
[01:25:21] - Myślę, że gdybyśmy teraz tu nie byli, gdybyśmy teraz poszli do miasta, to byśmy zobaczyli mnóstwo ludzi spacerujących, bo ludzie zaczęli spacerować po Bydgoszczy i spacerują po Starym Rynku, na którym część akcji książki jednej i drugiej się dzieje. Namiętnie spacerują po Wyspie Młyńskiej, na którą też zaglądamy przez chwilę w książce. Spacerują również nad Kanałem Bydgoskim, który jest też takim odkryciem w ostatnich latach, bo został bardzo przywrócony nam mieszkańcom do spacerowania. Nie mamy tam chaszczy i jest to niezwykłe, że mamy takie miejsce.
[01:26:08] - Pozwolę sobie zażartować, ale do mnie przyjeżdża przynajmniej raz w roku przyjaciel, który zajmuje się w Brazylii, że tak powiem, renowacją puszczy brazylijskiej. Leśnik, który przyjeżdża i natychmiast wyciąga mnie z domu na spacer po bydgoskiej Wenecji. Koniecznie. Ja pytam: „Ale dlaczego ty lubisz spacery?”. Nie, on nigdzie nie spaceruje, tylko przyjeżdża z tego całego świata raz do roku na to, żeby odbyć spacer w Bydgoszczy po bydgoskiej Wenecji.
[01:26:43] - A ja z kolei zrobię inny łącznik, bo w pewnym momencie pani wspomniała, że Bydgoszcz była takim ośrodkiem handlowym, w którym zboże z Ukrainy wędrowało sobie na zachód. I tu się pojawił kanał. To właśnie ten kanał odgrywał tak ważną rolę, bo Kanał Bydgoski to jest to miejsce na mapie, które łączy dwa dorzecza. Dorzecze Wisły i dorzecze Odry. A jak dorzecze Odry, to już później droga wodna na zachód jest otwarta. Warto sobie to uświadomić. Ten kanał Prusacy zbudowali. Jest nowa część kanału, starsza część kanału. Już nie wchodźmy w te szczegóły, bo to pewno ludzi w Polsce aż tak bardzo nie interesuje. Ale ważne jest to, że obecnie kanał właściwie zamarł.
Niby się mówiło o rewitalizacji, ale tej już takiej użytkowej kanału, że będzie można, że rzeczywiście droga na zachód wodna się otworzy. Jak się nie otworzyła, tak się nie otworzyła. Ale kanał jest, w dalszym ciągu jest i przynajmniej potencjalnie jest to jakieś miejsce, które mogłoby żyć naprawdę, bo na razie stało się pięknym miejscem. Kanał Bydgoski i to, co z niego zostało, to jest naprawdę miejsce klimatyczne i piękne. Natomiast fajnie by było, gdyby jeszcze ożyło. Tak naprawdę ożyło już nazwijmy, chociażby gospodarczo. Tego troszeczkę żałuję. Ta stara część kanału i tak zostanie, wiadomo, zostanie piękna, ale jest nowsza część kanału. Jeszcze pamiętam barki w tych miejscach śluzowane. Kanał w ogóle opiera się na dużej ilości śluz i te barki kiedyś tam pływały, a dzisiaj jest tam pusto, zarasta rzężą.
[01:28:22] - Trzeba trochę bardziej do natury wrócić i uwierzyć w to, że może mniej transportu samochodowego, a może trochę więcej kolejowego i rzecznego i tylko to musiałoby się zmienić w ogóle myślenie.
[01:28:35] - Jakoś się nie zmienia.
[01:28:37] - Jak się stąd ewakuują Amerykanie, to może wszystko wróci do normy.
[01:28:42] - To zobaczymy. To nie te tematy. Nie, to nie audycja polityczna.
[01:28:46] - No właśnie, Małgosiu, jak mogę jeszcze słówko wtrącić? Małgosiu, ja mam do ciebie pretensje, jeżeli chodzi o książkę.
[01:28:53] - No tak, zaczęło się, proszę państwa, teraz się zacznie pranie brudów i te rzeczy.
[01:29:00] - Te książki, jeżeli mówimy tu o spacerach, mogły być fajnym drogowskazem, świetną wycieczką po mieście, świetną historyczną, historycznymi szlakami. Brakuje mi w tej książce porządnego planu miasta, pokazanych miejsc, w których rozgrywa się akcja jednej i drugiej książki. Brakuje mi też zdjęć.
[01:29:30] - Na to nie pretensje, ale dobry pomysł na to, żeby mapki dołączyć.
[01:29:34] - Nie, to już jest pretensja z tego względu, że już mi po prostu szkoda tego, że ja już to przeczytałem, a z chęcią czytając to, pojeździłbym palcem po mapie i popatrzył.
[01:29:46] - Ja tylko jeszcze jedną rzecz powiem, bo to jest trochę tak, Waldku, że było kiedyś takie powiedzenie, że pisarze do pióra, a pasta do butów. A pisarz jest po to, żeby napisać książkę, a nie rysować plany. Natomiast pomysł na przyszłość może dobry, tylko to trzeba się zwrócić do rysownika planów ewentualnie.
[01:30:08] - Może tak, a może zrobić coś dodatkowego i innego. Ja powiem szczerze, że mam w głowie parę jeszcze pomysłów. W Bydgoszczy została wydana na przykład jakiś czas temu taka książka bardzo niesamowita, bo o fotografistkach, czyli kobietach prowadzących w międzywojniu właśnie zakłady fotograficzne. Nam się wydaje, że to jest absolutnie męski zawód, ale nieprawda. I udowodniła to jedna z naszych Bydgoszczanek. I przy okazji powstała mapa, jakby taki spacer po Bydgoszczy uwzględniający te miejsca, w których ich salony fotograficzne funkcjonowały. Może jest to jakiś kierunek działania, jakiś pomysł. Ja mówię, mam jeszcze parę pomysłów. Niekoniecznie je wszystkie zdradzę, ale tak, myślę o takich rzeczach również.
[01:31:07] - Ale jak to się pokrywa ładnie, bo kiedy potrzebowałem pierwszego zdjęcia do dowodu osobistego, to było straszliwie dawno temu przecież, to udałem się do fotografa w Bydgoszczy najlepszego, jaki był. Do takiego studia, które się nazywało Stella i właścicielką, fotografem w tym studiu była oczywiście kobieta.
[01:31:34] - Ale to było po wojnie.
[01:31:36] - Tak.
[01:31:36] - Natomiast ja tu mówię o czasach międzywojennych. Także wracając do pretensji tutaj, to powiem tak, że może się poprawię. Na okładkach obu książek mamy coś, co obrazuje. To jest prawdziwy obraz Bydgoszczy z tamtych czasów, więc tu o tyle jest dobrze. Może kiedyś wymyślę jeszcze, że damy jakieś zdjęcia do środka, ale to musiałabym mocno przemyśleć, bo nie wszystkie te miejsca zostały sfotografowane, o których pisałam. Albo będziemy rysować.
[01:32:14] - No właśnie w „Horoskopie zbrodni" mamy zdjęcie z ulicy Jatki, prawda? I tam między innymi rozgrywa się część akcji.
[01:32:23] - Powiem tak, to był pomysł wydawcy i byłam wdzięczna mu za to, że walczy i myśmy tą okładkę robili ileś razy. Ileś było tych propozycji i on ostatecznie zadecydował o wyborze właśnie takiego, a nie innego obrazu na okładkę.
[01:32:48] - Także tutaj podpowiadam, że jak będziemy szukali, ktoś będzie szukał książki w księgarni, to właśnie jest zdjęcie. Oprócz tytułu, nazwiska i krótkiej informacji o książce jest zdjęcie właśnie jednego z miejsc, które jest dość ważne w całej tej historii.
[01:33:08] - A ja wspomnę jeszcze o jednej rzeczy, bo wśród różnych opisów pani opisuje i tu już przygotowałem się, różne fyrtle w Bydgoszczy.
[01:33:20] - Tak.
[01:33:20] - Różne fyrtle bydgoskie. I ja muszę przyznać, że kiedy opisuje pani te stare kamienice, wtedy jeszcze nie były aż tak stare jak dzisiaj, ale też były już stare różne takie miejsca w Bydgoszczy, to ja cofam się pamięcią do lat 80. W sumie niedawno, niecałe 40 lat, ale ja wtedy na Starym Mieście miałem taki epizod, że przez rok byłem mleczarzem I po tych wszystkich kamienicach od góry do dołu kicałem sobie z butelkami mleka, roznosząc to mleko i trochę te miejsca poznałem. I kiedy czytam u pani o tych starych domach, te opisy, to ja się znowu przenoszę w czasie. Nie tak odległe czasy jak te, które pani opisuje, ale myślę, że potrafię to docenić, bo to są opisy prawdziwe. To tylko na filmach różne miejsca na świecie wyglądają tak wspaniale, są w ogóle cudowne i takie hollywoodzkie. Tak naprawdę te wszystkie miejsca są czasami brudne, czasami zakurzone, czasami zaniedbane. I takie kawałki Bydgoszczy pani też opisuje.
[01:34:34] - To są prawdziwe kawałki, bo w momencie, kiedy opisuję na przykład jedną z kamienic przy ulicy Dworcowej z dziwnymi obrazami na froncie budynku, to są to jak najbardziej prawdziwe obrazy. Tu jest znowu szczęście, że te kamienice są bardzo często opisane przez miłośników miasta. Znamy ich architektów często i dokładnie są opisane osoby, które to zrobiły, właśnie te dodatkowe ozdoby na tych budynkach. Ulica Jatki, która dzisiaj jest przepiękną restauracyjną i taką wizytówką miasta, wówczas była uliczką, przy której najpierw sprzedawano ryby. Potem, ponieważ to było za blisko Starego Rynku i za bardzo cuchnęło, w związku z tym te ryby przeniosły się kawałek dalej.
[01:35:38] - Na rynek, tak.
[01:35:39] - Na rynek, żeby nie było wątpliwości. Natomiast przy Jatkach sprzedawano koszyki i różne inne wikliniarskie wyroby. I to pokazuje też to zdjęcie, które jest wykorzystane na okładce książki. Tam były sprzedawane koszyki. Co więcej, były nawet sprzedawane jeszcze po wojnie.
[01:36:03] - Ja powiem o rzeczy oczywistej, bo ona powinna być oczywista, ale czasami pod wpływem tych wspomnianych filmów hollywoodzkich oczywista nie jest, że każde miasto ma swoje piękne fragmenty i te, o których pani pisze, ale też te fragmenty takie mroczne. Gdzieś tam jeden z pani bohaterów, właściwie takich negatywnych bohaterów, czatuje na jakiejś klatce schodowej, czeka na swojego, patrzy na poddasze. To wszystko jest w Bydgoszczy. Niby takie oczywiste, ale warto sobie te kontrasty czasami prześledzić w pani książce, bo to pokazuje pewną prawdę. Pokazuje, że ta książka nie ucieka w stronę Hollywood, tylko pokazuje przedwojenną Bydgoszcz. Dlatego pod tym względem ona może być urzekająca. A żeby państwu to troszkę uświadomić, to zapraszam państwa na drugi fragment, na drugą książkę, na fragment „Horoskopu zbrodni”.
[01:37:07] - Małgorzata Grossman, fragment powieści „Horoskop zbrodni”: Marta była zła, że jej pobyt u Zofii tak się przedłużył. Idąc przez rynek, przyglądała się ludziom, którzy przyszli tu mimo późnej pory. Nikt jednak nie próbował organizować ponownego protestu, ani nawet nie wzywał już na Maciaszka. Przyszli na wieść o znalezieniu trupa, jakby osobiście chcieli sprawdzić, czy jest ona prawdziwa. Gdyby nie poczucie, że mąż denerwuje się już pewnie jej nieobecnością, Marta też by tu została nawet do jutra, byle wiedzieć, co naprawdę się wydarzyło. Czy ktoś rzeczywiście zginął? Bo istniała przecież szansa, że Weronka się myli. Być może nieprawdą jest też to całe gadanie o prezydencie. Komu przyszłoby do głowy, by go szarpać? Tylko temu, że magistrat został podpalony, musi dać już teraz wiarę, bo sama przecież widziała.
Sprzątanie rynku tymczasem trwało jak po zwykłym dniu targowym. Niezwykłości sytuacji dowodziła teraz jedynie obecność policjantów stojących przy wylotowych ulicach z rynku. Wojska nie było. Tuż koło przystanku Bimbę coś zachrzęściło pod jej nogami. Spojrzała więc w dół. Stąpała po szkle z wybitych szyb. Szła więc dalej ostrożnie, uważnie patrząc pod stopy. Nagle wśród odłamków szkła zobaczyła coś jeszcze innego. Nachyliła się i podniosła z ziemi sporych rozmiarów złotawy krążek, który utkwił w szczelinie między brukiem. Krążek nie przypominał niczego, co znała.
Nie był podobny do żadnej monety, choć trochę jak moneta wyglądał. Z jednej strony zdobiło go oblicze mężczyzny z brodą, z drugiej był zagmatwany obrazek, którego jeden z elementów przypominał koronę. Jak na monetę krążek był jednak za wielki. Miał dobrych kilka centymetrów. Kto wie, czy nie z siedem. Bardziej kojarzył się więc z ozdobnym wisiorem. Nie był nim jednak, bo nie miał uszka, przez które można by przełożyć łańcuszek. Ścisnąwszy krążek w dłoni, zaczęła się zastanawiać, co z nim zrobić. Gdyby sklepy były otwarte, weszłaby do któregoś z nich i zostawiła wiadomość o swoim znalezisku. Ktoś, kto zgubił tę rzecz, będzie tu pewnie krążył i pytał.
Teraz to jednak niemożliwe. Pozostawało jej więc jedno. Może podjechać tramwajem kawałek i podejść do Komendy Policji Państwowej na miasto Bydgoszcz przy Jagiellońskiej. Tam powinni wiedzieć, co zrobić. Ciasnota dawała poczucie kontroli nad sytuacją tylko do czasu. Teraz fakt, że w szałasiku były tylko jedne drzwi, już mu nie wystarczał. Po chwili uspokojenia znów drżał. Nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Wcześniejszy plan, że dzień lub dwa spędzi z Glidami, był już nieaktualny. Bez Glid nie pójdzie przecież do kościoła.
Nie pomoże przy wynoszeniu popękanych płyt i nie dostanie dolii od skarbu. Historyjka wymyślona dla majstra na nic się więc nie przyda. Nie przyda się też historia o jego kontaktach z paserami, którą przekonał Glidy, by go dopuścili do roboty. „Jeśli ci ludzie w ogóle będą chcieli z wami gadać, to dadzą wam parę groszy, a jak ich nie przyjmiecie, to nic nie dadzą, tylko po gębach” – powtarzał tak długo, aż uznali to za prawdę. – „I jeszcze na pożegnanie postraszą, że w razie czego zapecują was policji. I kogo wtedy posadzą? Was. Bo to wy pracowaliście w kościele, nie oni. Wy skończycie więc w mamrze, a oni będą pić na wasz rachunek”. Byli pijani, więc gładko łyknęli tę gadkę.
Nawet nie zapytali, skąd zna lepszych paserów. Brakiem takich znajomości zupełnie się więc nie martwił. Z tym jakoś sobie poradzi. Przede wszystkim jednak trochę poczeka. Potem pojedzie gdzieś daleko, gdzie nikt nie będzie go znał. Taki właśnie był plan. W pokoju, który wynajmował od jednej staruchy blisko promenady miał już spakowany węzełek, a w nim kilka najcenniejszych swoich rzeczy, w tym brzytwę, którą dostał po ojcu fryzjerze. Spakował też zdjęcie matki z nim na kolanach. Matka miała włosy upięte do góry, suknię do ziemi i poważną minę. On też, choć włosy mu jeszcze nie zdążyły wyrosnąć, wyglądał tak, jakby rozumiał powagę sytuacji.
Do dziś nie mógł pojąć, jak to się stało, że fotografowi udało się uwiecznić taki obrazek. Ani tego, jakim cudem matka pozwoliła sobie na taki luksus. Ojciec miał co prawda dobry fach w ręku, ale pił, więc pieniędzy zawsze im brakowało. Może matka spodziewając się, że z czasem będzie tylko gorzej, chciała w ten sposób ocalić choć jedną chwilę z dni w miarę szczęśliwych i dostatnich. W węzełku miał poza tym niewiele. Kilka ubrań i maleńkie pudełko, a w nim delikatną chusteczkę, w którą zawinięty był pukielek rudych włosów. To pamiątka z wielkiej wojny, a raczej ze szpitala, w którym skończyła się jego wojaczka. Ranny trafił w nim pod opiekę rudowłosej panienki z dobrego domu, co było najjaśniejszym wydarzeniem w jego życiu. Ona nie miała ojca pijaka i nigdy nie musiała się go bać. Tryskała więc od niej radość.
Nawet wojna tego nie zmieniła. Zakochała się w nim i podarowała pukiel włosów, by o niej pamiętał. Fakt. Pukiel i chusteczkę zatrzymał, by pamiętać, że takie kobiety są gdzieś obok. Wystarczy wiedzieć, jak je podejść. Był jednak praktyczny, dlatego oprócz chusteczki i włosów wziął też pierścionek, który zawsze miała na palcu. Nawet tego nie zauważyła. Stał się dzięki temu mistrzem w łapaniu okazji nie tylko z kobietami. Takich jak ta z tymi dwiema Glidami także. Szło mu doskonale aż do tej pory.
Po raz kolejny zaczął więc roztrząsać, co się stało. Zgodnie z umową poszli do majstra, a ten zgodził się przyjąć z jednego punktu widzenia darmowego, w dodatku młodego i silnego pracownika chętnego do noszenia węgorzków z gruzem, byle tylko załapać się do pracy. Majster poklepał go nawet po plecach, zadowolony, że zrobił doskonały interes i zostawił ich w kościele samych po fajrancie, bo obiecali, że do końca dnia uda im się oczyścić całą podłogę. Pracowali bardzo szybko, zbijając pokruszone płyty i wynosząc gruz na zewnątrz. Chcieli wykopać skrzynię przed ponownym przyjściem majstra, który miał pod wieczór zamknąć kościół. Po kilku godzinach zmęczenie wygrało z emocjami. Zwolnili tempo, ale i tak wynieść musieli już tylko ostatnie węgorzki z pokruszonymi płytami. W końcu zobaczyli drewnianą skrzynię. Dłońmi zaczęli odgarniać piasek, więc skrzynia była coraz lepiej widoczna, aż w końcu ukazała się w całości. Wyciągnęli ją delikatnie i postawili obok.
Okucia, choć solidne, nie dały rady ich powstrzymać. Chwilę później zobaczyli, co jest w jej wnętrzu. Jest ciemno, więc nie musi zamykać oczu, by przywołać ten obraz. Mnóstwo złotych monet różnej wielkości, w tym jedna przeogromna, niepodobna do żadnej innej. Oprócz tego biżuteria, setki drobiazgów ze złota, z których każdy wart jest być może więcej, niż zarobili w ciągu całego swojego życia. Do tego paciorki i coś, co wielkie damy zakładają na głowę. Tym bardziej chciał zrealizować swój plan. Przeciągnął węgórek i już chciał włożyć do niego kawałek materiału, którym mogliby owinąć wszystko wychodząc, gdy usłyszeli jakiś ruch przy drzwiach wejściowych. „Pospieszył się majster” – mruknął Feliks. Jakub rozdziawił gębę, ale zaraz potem wyciągnął z kieszeni mały płócienny woreczek.
Zanurzył dłoń w skrzyni i co mu w rękę wpadło, włożył do woreczka. Potem jak na komendę zsunęli skrzynię do ziemi. Trochę skarbów z niej powypadało i znalazło się w piasku. Nie zawracali sobie tym głowy. Nim majster do nich dotarł, skrzynia była już przysypana, a oni udawali, że właśnie skończyli pracę i czekając na majstra po prostu rozmawiają. Majster pochwalił ich pracę. Zapowiedział, że jutro podjedzie furmanka i zaczną wywozić zgromadzony przed kościołem gruz. „Możesz przyjść jutro do pomocy. Zapłacę ci połowę tego, co stałym pracownikom" — zaoferował. Udał, że bardzo go ta propozycja ucieszyła, choć w zasadzie rzeczywiście go ucieszyła.
Dzięki temu będzie mógł tu wrócić, nie budząc niczyich podejrzeń. A wtedy ponownie odkopią skrzynię, by wydobyć resztę skarbów. Nie mógł przecież zaufać glajdom, że wpuszczą go do kościoła pomimo sprzeciwu majstra lub podzielą się z nim zdobyczą, jeśli nie będzie mógł tu przyjść. Poczuł więc ulgę i wylewnie podziękował majstrowi. Później razem z innymi wyszedł na zewnątrz i ze ściśniętym sercem patrzył, jak majster zaklucza drzwi, a potem drepcze na plebanię, by przekazać klucze gosposi. Chwilę później byli na rynku. Przeciskali się przez wrzeszczący tłum, bo chcieli dojść do spelunki w zaułku. Ale pojawił się tamten człowiek. Złapał Jakuba za ramię. Feliks był kawałek dalej, ale Jakubowi udało się podać mu woreczek ze skarbami.
Mając wolne ręce, powinien przełożyć gościowi, który go zaczepił i wziąć nogi za pas, jak on i Feliks. Widział, że pobiegli nad rzekę, ale coś poszło nie tak. Zamiast Jakuba pojawił się tamten. Czemplik przed wejściem do budynku komendy postanowił zapalić papierosa. Bez pośpiechu, bo wiedział, że Wolak na pewno jeszcze nie zakończył sekcji. Poczęstował Breiharta, zaskoczonego tym niespodziewanym brakiem pośpiechu. Wypytał go o doświadczenie zawodowe i o to, co robił wcześniej. Opowiedział o swojej żonie i o tym, co chciałby robić po odejściu z policji. „Pewnie kupimy mały domek gdzieś pod miastem i tam się przeniesiemy" — mówił. — „Będziemy uprawiać warzywa i przyjmować gości".
Po tych słowach zdusił papierosa i spojrzał na Breiharta tak, jakby był mocno zdziwiony, że on jeszcze pali. Posterunkowy, zdezorientowany, rzucił niedopalonego papierosa na ziemię. „Panowie, przepraszam" — usłyszeli damski głos dochodzący zza ich pleców, gdy już wchodzili do budynku komendy. Odwrócili się niechętnie. Niewysoka kobieta uśmiechnęła się, a potem ze szczegółami zaczęła im opowiadać, co znalazła chwilę wcześniej na Starym Rynku. „Myślę, że ta rzecz może być wartościowa, dlatego tu z nią przyszłam" — stwierdziła zasadniczym tonem. Chciała coś jeszcze dodać, ale zawahała się. Potem zapytała, czy na pewno są policjantami, choć Breihart miał na sobie mundur. Uspokoili ją, że tak i otworzyli drzwi komendy. Wpuścili kobietę przodem, a potem sami również weszli do środka.
Siedzący w holu dyżurny był tego wieczoru bardzo zajęty, bo wciąż dzwoniły lub przychodziły na komendę kolejne osoby. Przede wszystkim żony mężczyzn, którzy poszli protestować na rynek prosto z papierami i którzy nie wrócili do tej pory do domu. Te dyżurny odsyłał do punktów, w których opatrywano rannych. A jeśli i tam nie zastały swoich mężów z powrotem do domu, bo pewnie prosto z rynku poszli się napić, więc strach o nich jest niepotrzebny. Ktoś przyprowadził dziecko, które zgubiło się rodzicom w czasie protestu. Zbyt małe było, miało samo wrócić do domu. Kilka osób przyszło się poskarżyć, że w czasie manifestacji zostały okradzione. Pojawiali się też właściciele lokali, w których wybito szyby. Dyżurny wszystko zapisywał. Jeśli trzeba, wysyłał petentów w odpowiednie miejsca.
Telefonował w różne miejsca, by zdobyć lub przekazać informacje. Od kobiety, która teraz przyszła, spodziewał się usłyszeć to samo co od innych. Gdyby miał zgadywać, powiedziałby, że szuka syna. Młodzieńca, który po proteście nie wrócił do domu, choć zwykle dociera do niego długo przed zmrokiem, bo jest nie dość, że młody, to jeszcze delikatny jak panienka. Kobieta miała jednak inną sprawę. Postawiła na ladzie, która ich oddzielała swoją sporych rozmiarów torebkę. Otworzyła ją i bez słowa zaczęła w niej czegoś szukać. W końcu odetchnęła, bo jej dłoń natrafiła na to, co trzeba. „Znalazłem to na rynku. Już tym dwom panom policjantom mówiłam" — powiedziała do dyżurnego, wciąż trzymając dłoń w torebce.
— „Świeci się, jakby było ze złota, choć trudno w to uwierzyć, bo jest ogromne. Nie mam pewności, co to jest, ale ktoś tego pewnie będzie szukać, jeśli już nie szuka. Może pan coś zrobić, żeby właściciel to odzyskał?" Po tej przemowie wyciągnęła w końcu dłoń z torebki i pokazała dyżurnemu, o czym mówi. Dyżurny wyciągnął rękę w jej stronę, ale ona nie puszczała przedmiotu, z którym przyszła na policję. Na rynku nie było zbyt jasno. Pierwszy raz widziała więc swoje znalezisko w dobrym świetle. Teraz, gdy mogła się przekonać, jak jest piękne, nie potrafiła tak łatwo się z nim rozstać. "Wygląda jak moneta" — powiedziała w końcu. — "Ale jest zdecydowanie za wielka. Może to jednak nie jest nic cennego, a zabawka dla dzieci mająca tylko przypominać monetę." Czemplik, który stał w czasie tej rozmowy tuż obok kobiety, delikatnie wziął z jej ręki znalezisko.
"Zimna i ciężka" — zawyrokował, a potem zapytał dyżurnego, czy ma gdzieś pod ręką lupę. Nie miał, ale wielkość monety powodowała, że napisy na niej umieszczone były niezbyt małe. Dało się je więc przeczytać. "Sigismundus III DG Polonie et Smaquierex" — odczytał w końcu z awersu. Napis otaczał profil mężczyzny z krótko przystrzyżonymi włosami, wielkim uchem, brodą i wąsem lekko podkręconym, sięgającym aż do kości policzkowej. Mężczyzna miał przymknięte oko, jakby spał. Co do ubrania Czemplik miał wątpliwości, bo w tym miejscu moneta była zabrudzona. "Król Zygmunt III, a to pewnie zbroja" — powiedział po kolejnej chwili ciszy. — "Jeśli to nie jest jakiś żart, to może być coś bardzo cennego." Potem kazał jeszcze dyżurnemu zamknąć monetę w szafce na broń, a klucz trzymać w kieszeni munduru, nim nie przyjdzie rano komendant. Gdy ten wykonał polecenie, kazał mu zapisać, gdzie dokładnie moneta została znaleziona i o której godzinie.
"Nie zapomnij jeszcze zanotować nazwiska pani i jej adresu, bo możemy mieć dodatkowe pytania. A potem znajdź mi kogoś, kto mógłby ocenić wartość tej monety. Najlepszego w mieście. I załatw, żeby był tu jutro o 10 rano" — dodał, a następnie ukłonił się kobiecie i zszedł razem z Freichertem do piwnicy, by w końcu porozmawiać z doktorem Wolakiem. 22 czerwca 1921 roku. Ze zdumieniem stwierdził, że minęła już północ. Oczywiście z Niemojewskim czas zawsze upływa szybko, a potem jeszcze ten spacer. Ale żeby było już po północy? Zupełnie nie był zmęczony. Nieśpiesznie wracał do domu.
W uszach ciągle brzmiały mu słowa Niemojewskiego zachęcającego go do stawiania horoskopów i ich spisywania. Takiej zachęty potrzebował, choć od dawna odczuwał, że ma wielkie ku temu predyspozycje i wiedzę. W końcu zgłębiał temat już od lat. Starał się często popatrywać w niebo, ale szedł też z duchem czasu. Kupił niedawno efemerydy, czyli tablice astrologiczne opracowane na podstawie obserwacji astronomicznych. Dla osoby stawiającej horoskopy nie od wielkiego dzwonu, ale systematycznie efemerydy stanowiły ogromne udogodnienie. W świecie efemerydy znane były od dawna. Drukowano je w Londynie i w Niemczech. Ktoś ze znajomych, będąc za granicą w interesach, dał się namówić na ich zakupienie i przywiezienie do Bydgoszczy. Spędził nad nimi kilka dni i nocy, oglądając je z zachwytem.
Wszystkie zawierały stanowiska ciał kosmicznych, a więc Słońca, Księżyca oraz planet oraz czasy gwiazdowe na każdy dzień danego roku. Może kiedyś samodzielnie opracuje efemerydy na kolejne lata i wyda je w języku polskim. Na razie miał jednak efemerydy wydane przez Otto Wilhelma Barta z Monachium i to one stanowiły podstawę jego pracy. Dokupił do nich dużo papieru, kilka ołówków, kątomierze oraz liczydło niezbędne do dokonywania szczegółowych obliczeń. Szybko nauczył się obliczać czas gwiazdowy oraz przeliczać czas gwiazdowy odnoszący się do początku doby astrologicznej na południku zerowym na czas gwiazdowy na południe na południku urodzenia. Zapamiętał, które kraje stosują jaki czas urzędowy. Te, które leżą w strefie, przez którą przebiega południk zerowy, mają czas urzędowy zwany zachodnioeuropejskim. Są to Anglia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Italia i Belgia. Polska leży w sąsiedniej strefie, przez którą przechodzi południk o długości wschodniej 15 stopni. W niej obowiązuje czas środkowoeuropejski.
Posługują się tym czasem Niemcy, Austria, Czechy i Węgry, ale Polska nie. Jeszcze dalej na wschód obowiązuje czas wschodnioeuropejski i Polska, nie wiedzieć czemu, właśnie taki czas stosuje. To jednak nie wszystko. Stawiając horoskop musi pamiętać, że do niedawna na terenach dzisiejszej Polski porządek ten nie obowiązywał, bo każdy zaborca narzucał swój własny czas. W zaborach pruskim i austro-węgierskim ludzie żyli według czasu środkowoeuropejskiego od lat 90. minionego wieku. W Kongresówce obowiązywał czas południka warszawskiego, a na pozostałych ziemiach polskich pozostających pod zaborem rosyjskim czas południka Petersburga. Gdy rozpoczęła się niemiecka okupacja tych ziem, wprowadzono i na nich czas środkowoeuropejski, ale latem dokonywano jego zmiany na tak zwany czas letni, który był zgodny z czasem zachodnioeuropejskim. Galimatias czasowy był więc ogromny, a przy obliczaniu horoskopu ważna jest jak najdokładniejsza godzina urodzenia. Kto jednak te kwestie opanował, może już obliczać punkty kulminacyjne, wyrysować domy horoskopu, jego linie, punkty wschodzący i zachodzący, wyznaczać ascendenta i descendenty oraz szereg innych danych niezbędnych do postawienia horoskopu.
Niezbędne do tego działania matematyczne nie stanowiły problemu. Dzięki efemerydom i tablicom domów oraz wprawie przeprowadza je szybko i bezbłędnie. I dlatego zamiast ograniczać się do stawiania horoskopów bliskim i znajomym albo znajomym znajomych, mógłby zacząć działać na naprawdę szeroką skalę. Przygotować podręczniki do stawiania horoskopów, z których każdy mógłby czerpać wiedzę z zakresu astrologii. Albo co roku, jak zaproponował Niełojewski, drukować kalendarz zawierający przepowiednie na zbliżających się 12 miesięcy dla ludzi urodzonych w różnych znakach zodiaku, ale i dla miast czy państw. Dokładnie tak, jak to powiedział pani Marii Nowickiej i Ambrożemu, jej synowi a swojemu uczniowi, których spotkał wracając do domu. To na pewno jest do zrobienia. Musiałby jednak zebrać fundusze, by rzucić posadę i w całości poświęcić się astrologii. Był już niemal pod domem, gdy zaświtała mu jeszcze jedna myśl. Mógłby spróbować już teraz, natychmiast postawić horoskop dla Bydgoszczy na najbliższe dni i tygodnie.
To mógłby być doskonały trening.
[01:59:33] - Ja teraz krótki rzut oka na czat. Pisze tutaj Vema: „Wybaczcie państwo za odejście od tematu. Mam w biblioteczce nieprzeczytane Imago pana Żwikiewicza. Proszę serdecznie o parę słów, dlaczego warto ją przeczytać. Seria z Glizdą”. Ja tak rewolwerowo wspomnę tylko, że warto ją przeczytać, bo ją napisał Wiktor Żwikiewicz. To jedyne, co mi przychodzi do głowy.
[01:59:56] - Ja mam uwagę. Nie warto jej przeczytać, gdyż się osiwieje tak samo i będzie biały jak ja.
[02:00:04] - Czyli macie państwo dokładnie to, co nazywamy szumem informacyjnym. Wróćmy do książek. Wróćmy do retrokryminału. Ja mam zawsze takie podstępne pytanie przygotowane dla naszych gości. To pytanie jest wredne dlatego, że ja poproszę, żeby pani sformułowała coś w rodzaju takiego blurbu książkowego. Tu mi trochę pomysł podsunęła ta sprawa z Wiktorem. Dlaczego warto przeczytać książki pani Małgorzaty Grossman?
[02:00:38] - O Boże, to chyba jednak nie ja powinnam to oceniać. Ja mogę co najwyżej zachęcić tych, którzy uznają za ciekawe poznanie kolejnego miasta, bo mamy kryminały rozgrywające się w różnych polskich miastach i myślę, że to jest dla każdego z nas fajna informacja. Nie wiem o Wrocławiu, Poznaniu czy Lublinie, bo dzięki temu poznajemy miasto i różne jego zakamarki, różne tajemnice czy różne historie, mniej lub bardziej prawdziwe. I dla tych, którzy lubią takie historie, myślę, że akurat te książki jakiś tam obraz miasta mogą przedstawić, przy okazji przedstawiając tą historię kryminalną, bo myślę, że wtedy ta historia miasta staje się strawniejsza, niż gdyby czytać o tym z podręcznika, z suchego informatora na temat miasta. Tak bym powiedziała.
[02:01:51] - Ja mam jeszcze w takim razie kolejne pytanie dotyczące tych retrokryminałów, bo ja myślę, że zawsze jakimś takim wyzwaniem dla osoby piszącej jest, to się tak brzydko nazywa, konstruowanie bohatera, ale to mniej więcej każdy autor robi, czyli sobie tego bohatera w jakiś tam sposób konstruuje. To jak to się odbywało w przypadku na przykład pana Fąferka? Bo było nazwisko z przedwojennej Bydgoszczy. Przypuszczam, że o jego dialogu wewnętrznym raczej w gazetach nie można było nic znaleźć. Jak pani odtwarzała tę postać w swojej wyobraźni?
[02:02:36] - To jest taki problem z człowiekiem, który naprawdę istniał, że czułam taką wewnętrzną niechęć do tego, żeby zrobić właśnie z niego. Tym bardziej że nie chciałam zrobić z niego alkoholika czy morfinisty, czy drania, tak jak się robi dzisiaj z policjantów w książkach bardzo często. Więc po pierwsze musiałam być delikatna, bo wydawało mi się, że tak należy. Natomiast co ja o nim wiedziałam? Wiem, skąd pochodzi. Spod Poznania, z małej miejscowości. Wiem, że potem był w Poznaniu i już jako policjant przyjechał do Bydgoszczy. Widziałam jego zdjęcia, bo udało mi się je znaleźć. Znalazłam jakieś fragmenty, artykuły w prasie bydgoskiej, które na jego temat wspominały, ponieważ on był w zarządzie jednego z bydgoskich klubów sportowych. W związku z czym mogłam sobie wyobrazić człowieka, który ma różne zainteresowania, który jest ciekawy życia i znajduje sobie w życiu coś, co go interesuje i oprócz pracy ma coś jeszcze.
Znalazłam też materiały dotyczące jego rodziny i jego żona Katarzyna, którą opisuję. Tak, ona istniała. Miała na imię Katarzyna. Jest najprawdziwszą w świecie osobą. Niestety nie wiem, co się z nią stało.
[02:04:15] - Właśnie, to było moje kolejne pytanie. Dowiadujemy się z pani książek, że Fąferek zaginął, rozpłynął się gdzieś w Europie, bo właściwie poza granicami Polski zniknął.
[02:04:31] - W momencie, kiedy wybuchła II wojna światowa i kiedy wojska, policjanci wycofywali się za granicę, uciekając przed Niemcami, w tej ewakuacji brał udział także Fąferek. Niestety nie wiadomo, co się z nim stało.
[02:04:54] - Ale z drugiej strony z pewnej dramatycznej historii dałoby się właściwie wywieść fabularną kontynuację, bo równie dobrze Fąferek, ale już pod zmienionym nazwiskiem mógłby działać w latach 40. i 50. To zawsze pozwoliłoby przybliżyć tamten czas.
[02:05:17] - Ja myślę, że jeszcze w międzywojniu jest dużo bardzo ciekawych historii Bydgoszczy, które będę chciała przybliżyć i może mi się uda. Powiem tak jeszcze, że kiedy w ogóle zaczęłam myśleć o napisaniu kryminału bydgoskiego, przede wszystkim z tego powodu, że strasznie chciałam przeczytać kryminał, który się rozgrywa w Bydgoszczy, a w momencie, kiedy to wymyśliłam, to jeszcze takich kryminałów za bardzo tutaj nie było. Mój pierwszy pomysł tworzył się wokół naszego niezwykłego bohatera, czyli pana Rejewskiego. Dla tych, którzy nie kojarzą nazwiska, to jest ten człowiek, który właściwie był głównym-
[02:06:17] - Jednym z ludzi, którzy rozszyfrowali Enigmę.
[02:06:19] - Jednym z ludzi, którzy rozszyfrowali Enigmę, ale tym głównym właściwie, bo to jego zdolności matematyczne, jego zdolności myślenia tutaj najwięcej chyba dały. I tak myślałam właśnie o Rejewskim, który już pracuje w Warszawie, już pracuje w wywiadzie i rozgryza tą Enigmę. Natomiast przyjeżdża do rodziny, bo jego rodzina tutaj mieszkała. Przyjeżdża do tej rodziny.
[02:06:45] - Na ulicy Wileńskiej, tak?
[02:06:47] - Nie usłyszałam.
[02:06:48] - Na ulicy Wileńskiej mieszkała.
[02:06:49] - Na ulicy Wileńskiej, tak. I ta historia, ja ją kiedyś jeszcze może napiszę. W każdym razie to będzie jeszcze międzywojenna, aczkolwiek Rejewski po wojnie wrócił do Polski, wrócił do Bydgoszczy i jeszcze przez jakiś czas tu mieszkał.
[02:07:06] - Tak, mieszkał i to w centrum Bydgoszczy, w kamienicy, w której dla zorientowanych tylko mieściło się kino Pomorzanin. To taka wielka kamienica, później Empik był. W każdym razie w tej kamienicy mieszkał Rejewski, bodajże do 69. roku. Później się przeniósł do Warszawy. Tak naprawdę mieliśmy tutaj w Bydgoszczy człowieka legendę, ale człowieka, który ukrywał to. Wtedy właściwie niewiele osób wiedziało.
[02:07:37] - Po pierwsze jako człowiek z wywiadu ukrywał to. Po drugie ukrywał jako człowiek, który za to, co zrobił, zamiast dostać order, mógł trafić do więzienia tak jak wielu ludzi, którzy działali w AK.
[02:07:51] - Znaczy UB go już w 50. latach na początku namierzyło. Już orientowali się, kto to jest. Dlatego on miał też kłopoty z pracą.
[02:08:00] - Ze znalezieniem pracy.
[02:08:01] - Tak, miał problemy z pracą.
[02:08:03] - Dlatego tym bardziej siedział cicho, żeby miał rodzinę. O nią dbał i starał się, żeby nie podpadać. A poza tym jako człowiek związany z wywiadem chyba był nauczony tego milczenia.
[02:08:21] - Wiecie państwo, ja to specjalnie pociągnąłem te wątki, żeby pokazać państwu, że taka sobie Bydgoszcz, tak jak mówiliśmy na początku audycji, przez niektórych bardzo niedoceniana, przede wszystkim nieznana, to jest nagle miejsce, w którym takie się historie odbywały typu Rejewski, typu ludzie, którzy przed wojną zajmowali się pracą policyjną, taką zwykłą, ale okazuje się, że to może być niezwykle ciekawe. Ja przypuszczam, że takich miejsc w Polsce, stąd się ta popularność retrokryminału z tego wzięła, że takich miejsc w Polsce jest cała masa, w których się odbywały rzeczy naprawdę niezwykłe. I trzeba takich ludzi jak nasz dzisiejszy gość, żeby te rzeczy wyciągać na powierzchnię, bo na przykład w „Horoskopie zbrodni” jest rzecz, którą... Powiem tak, te książki trzeba czytać od początku do końca i dopiero komentować. Więc ja czytałem, ale nie stosowałem się do tej zasady i z różnych innych względów wiedziałem o pewnej rzeczy i mówię: „To się nie zgadza. Ten remont nie był w 21. roku, tylko był rok później”.
[02:09:35] - Tak, ale by mi nie przypasował.
[02:09:37] - Wiem, że by nie przypasował. Później się zorientowałem, o co chodzi i w ogóle. Ale okazuje się, że w ogóle tam jest kapitalny, nazwijmy to twist, bo niewiele zdradzamy, ale nie cały skarb, który się pojawia w pani książce, zostaje wydobyty.
[02:09:59] - Dlatego można by było go wydobyć niedawno.
[02:10:01] - Życie dopisało do tej historii ciąg dalszy. Otóż fara, ten staromiejski kościół był w 2018 roku Rewitalizowany, remontowany to chyba lepsze słowo. Remontowany. I wtedy skarb się znalazł w przypadku pani historii powtórnie, a tak naprawdę on się znalazł podobno jednak po raz pierwszy.
[02:10:27] - Ale znaleziono go rozsypanego.
[02:10:29] - Rozsypanego.
[02:10:29] - Dokładnie tak. Ja tłumaczę w swojej książce, dlaczego jest rozsypany.
[02:10:34] - Miałem te wiadomości z pierwszej ręki, bo wtedy rozmawiałem z rzecznikiem kurii, który opisywał z przejęciem, jak trzymał w ręku te monety, te skarby i tak dalej. Jak to sobie państwo powiążecie to, o czym mówię w tej chwili, czyli rok 2018, z tym, co się działo w historii naszego gościa, to niestety musicie państwo kupić książkę i przeczytać „Horoskop zbrodni”, bo inaczej państwu tego problemu nie rozwiążę. Świadomie zresztą. Panowie, zamilkliście znowu, to czekam na wasze pytania.
[02:11:08] - Ja powiem tak, że Małgosia przyznaje się do tego celowego zabiegu z przerzuceniem dat remontu. Przyznaje się na końcu książki, bo oprócz tego słowniczka, który charakteryzuje słownictwo bydgoskie tamtych czasów, też są przedstawione krótkie historie autentycznych osób, które występują na łamach książki. Tutaj właśnie Małgosia przyznaje się do tego, że ten zabieg przerzucenia czasowego remontu fary był zabiegiem celowym.
[02:11:50] - Ja w ogóle tam napisałam o tym, że ten skarb, o którym piszę i wokół którego dzieje się akcja książki, istnieje naprawdę. Został znaleziony w Bydgoszczy, tyle że trochę później. Trochę, czyli prawie sto lat później. Ale istnieje. Jest wspaniały. Jest niezwykły. I nie wiadomo tak naprawdę, do kogo należał. To wszystko jest nadal tajemnicą.
[02:12:21] - Nie ma w tym skarbie co prawda tej monety, którą opisała pani w książce, czyli najdroższej monety świata.
[02:12:30] - Bo ona już była, już ją zabrali.
[02:12:32] - Tak, już ją zabrano. Oczywiście. Ale to też jest moneta niebanalna, bo przede wszystkim bita w Bydgoszczy, w mennicy na Wyspie Młyńskiej. Moneta o wartości stu dukatów. Wielka. Jeśli państwo poszukacie, poszperacie w internetach, to znajdziecie tę monetę.
[02:12:53] - To jest najdroższa moneta.
[02:12:54] - Najdroższa moneta świata, bijąca naprawdę rekordy wyceny. Poza tym unikalna, bo jej tak naprawdę było niewiele. Więc Bydgoszcz ma kolejną rzecz, którą może się szczycić. Trochę się szczyci mało. Myślę, że rzecz dałoby się bardziej rozdmuchać.
[02:13:16] - Marku, gdyby, że tak powiem, Kazimierzowi Wielkiemu udała się scheda i scedowałby swoją władzę swojemu ulubieńcowi Kaźkowi, skąd tam, nie pamiętam.
[02:13:30] - Słupskiemu.
[02:13:31] - Słupskiemu. To stolicą Polski byłaby Bydgoszcz, a Jagiellonów w ogóle by nie było, tylko by historia była tak, jak sobie to Kazimierz Wielki zamyślił. O tym nikt nie wie.
[02:13:46] - Tak. A tak jak się historia potoczyła, to Kaźko Słupski umarł na zamku w Bydgoszczy, bo dostał kamieniem gdzieś tam pod Toruniem, a konkretnie tam jest taki zamek. Właściwie dzisiaj to już są ruiny Złotorii. I tam dostał kamyczkiem. I tu sobie był, zmarł na zamku, którego też już w Bydgoszczy nie ma. Niektórzy roją, że się go odbuduje.
[02:14:12] - I znowu ten biedny Toruń.
[02:14:14] - To dziwny pomysł. Tak, jak państwo zauważycie, zresztą Waldek to słusznie zauważył, nie da się mówić o Bydgoszczy, żeby gdzieś tam zawsze po drodze nie wdepnąć w jakieś nieporozumienia z Toruniem. Jak już państwo widzicie-
[02:14:31] - Ja w swoich książkach nie mam nieporozumień.
[02:14:33] - Pani nie ma. To delikatność kobieca.
[02:14:36] - Zamykamy oczy tutaj.
[02:14:37] - To nie delikatność, tylko nie ma takiej potrzeby.
[02:14:39] - My tu pierwiastek męski, agresywny.
[02:14:42] - To dojdźmy do kobiet w takim razie.
[02:14:44] - Dojdźmy zaraz do kobiet. Zaraz do nich dojdziemy, bo to jest rzecz, którą przygotowałem na koniec. A jeszcze o tych mężczyznach. Właśnie. Męskie plemię jest agresywne, zawistne, potrafi wypomnieć historię, która się za Kazimierza Wielkiego działa, że nam Toruń zrobił krzywdę. I tak te krzywdy pielęgnujemy w sobie od 600 lat. W związku z tym plemię żeńskie jest zdecydowanie ciekawsze. Bo agresor to zawsze nic ciekawego. Właśnie. Bo poza retro kryminałem, o którym już sporo powiedzieliśmy i myślę, że gdybyśmy ciągnęli historię dalej, to nieuchronnie zaczęlibyśmy opowiadać, co w przypadku kryminału jest właściwie też równe przestępstwu.
Więc darujmy sobie opowiadanie kryminału. Jest pani autorką książki o takim intrygującym tytule, że Bydgoszcz jest kobietą. To powiedzmy o tej książce.
[02:15:46] - Ta książka powstała właściwie w zeszłym roku, na stulecie odzyskania niepodległości przez Bydgoszcz i na powrót Bydgoszczy do Polski. Powstała dlatego, że przy okazji tego stulecia był plebiscyt na Bydgoszczan Stulecia i okazało się, że nie za bardzo trafiliśmy Wśród tych wybitnych bydgoszczan podać nazwiska kobiet. Owszem, pojawia się Boniek, Rejewski i parę innych osób. Natomiast już chociażby bydgoszczanka, sportsmenka niezwykła Teresa Ciepły już nie. Tak samo wiele innych kobiet nie. Przy tej okazji rozgorzała dyskusja, zaczęły się wspominki, ale generalnie rzecz biorąc okazało się, że wcale nie pamiętamy o kobietach z wcześniejszych wieków, czy chociażby dziesięcioleci i że my, kobiety nawet mamy bardzo słabą wiedzę na ten temat. W związku z tym stwierdziłam, że muszę się zagłębić w temat i zaczęłam szukać. To było dość trudne, dość zabawne, bo wydawało mi się, że pójdę po małej linii oporu i na przykład sprawdzę w Izbie Lekarskiej, czy znają. Skupiłam się też na międzywojniu i że sprawdzę, czy w Izbie Lekarskiej znają nazwiska lekarek z okresu międzywojennego. Zadzwoniłam do Izby Aptekarskiej, żeby zapytać o farmaceutki i w ten sposób to były moje pierwsze kroki.
Usłyszałam w Izbie Lekarskiej nikt nic nie pamięta, w Izbie Aptekarskiej nikt nic nie pamięta. W związku z czym dopiero po jakimś czasie na myśl się okazało, że jednak padło pierwsze nazwisko i dostałam nawet kontakt do wnuczki tej pani doktor z międzywojnia. Zresztą lekarki również. Ale zaczęłam szukać w mojej ulubionej lekturze bydgoskiej, czyli „Adresach miasta Bydgoszczy”. Jest to teoretycznie książka adresowa, która jednak zawiera rozkłady jazdy tramwajów czy opłaty za usługi położnej. Mnóstwo różnych informacji. I tam znalazłam lekarki, farmaceutki, nauczycielki i kobiety, bo tam też na przykład był skład Rady Miejskiej podawany, więc można było sobie sprawdzić, jakie radne mieliśmy w Bydgoszczy w okresie międzywojennym. I z tego wszystkiego uplotłam historię zatytułowaną „Bydgoszcz jest kobietą”. Bo Bydgoszcz to jest ta Bydgoszcz, nie ten Bydgoszcz, więc było to w miarę łatwe i opisałam historie, które udało mi się znaleźć. Udało mi się nawiązać kontakt z rodzinami części moich bohaterek i oprócz tych lekarek, łącznie z artystkami, kobietami, które walczyły w Powstaniu Wielkopolskim, z kobietami, które uczestniczyły i były działaczkami różnych organizacji polskich, które właściwie nie do końca wiemy, na czym ich działalność polegała tak naprawdę, ponieważ nie zostało po nich za wiele śladów, ale które walczyły z handlem kobietami, z analfabetyzmem u kobiet.
Z tym, że kobiety były pozbawione, bo Polki za czasów pruskich nie bardzo miały się uczyć, w związku z czym były pozbawione przez to możliwości zarobkowania. Były też organizacje, które skupiały się na tym, żeby dać kobietom możliwość nauczenia się prostych zawodów, chociażby żeby mogły się utrzymać, żeby nie musiały szukać gdzie indziej oparcia. Tych organizacji było mnóstwo i ja przypomniałam je po prostu na łamach mojej książki. Artystki na przykład znałam wcześniej tylko nazwisko kobiety, która urodziła się w Bydgoszczy, która tutaj skończyła konserwatorium muzyczne, zadebiutowała na scenie Teatru Miejskiego w Bydgoszczy, a potem robiła karierę w Warszawie i również wyjeżdżała też za granicę. To była Olimpia nazywana Olą Obarską, gwiazda teatru i opery, i operetki, która po wojnie już zajmowała się tłumaczeniem tekstów, pisaniem i tłumaczeniem tekstów piosenek między innymi dla takich gwiazd jak Irena Santor czy Sława Przybylska. Tej piosenki tak naprawdę wszyscy znamy, tylko nie wiemy, że to Ola Obarska napisała na przykład słowa bądź przetłumaczyła słowa. I w Bydgoszczy jest kompletnie nieznana.
[02:21:55] - Ja mam taką propozycję, bo w tej chwili, jak zeszliśmy z kryminałów, retro kryminałów na książkę, która opowiada o historii, to część ludzi mówi: „To już kończymy, nie słuchamy”. To ja mam taką propozycję, żebyśmy posłuchali fragmentu książki, bo tam są w tej książce zawarte historie niezwykłe, co państwu zaprezentujemy w takim małym przykładzie
[02:22:28] - Małgorzata Grossman, fragment książki „Bydgoszcz jest kobietą”. W brytyjskim serialu „Peaky Blinders”, którego akcja rozgrywa się sto lat temu, jest taka scena: główny bohater, Tommy Shelby, rozmawia ze swoją ciotką Polly. Kobietą, która silną ręką prowadzi interesy gangsterskiej rodziny z Birmingham. A właściwie prowadziła, bo teraz, choć to ona jest głową rodziny, jej bratankowie wprowadzają swoje zwyczaje. „Nasz interes należał do kobiet, kiedy poszliście na wojnę. Co się zmieniło?” – pyta w końcu Polly. „Wróciliśmy” – odpowiada Tommy. Tak samo było w Polsce i to nie tylko sto lat temu, ale przez wieki. Mężczyźni wyruszali na wojny, a kobiety zazwyczaj zostawały w domach. Zazwyczaj, bo była przecież Emilia Plater czy kobiece oddziały w powstaniu wielkopolskim.
Wszyscy koncentrowali się więc na mężczyznach, na niebezpieczeństwach na nich czyhających z dala od domu, na głodzie i braku higieny w wojskowych okopach. Co w tym czasie robiły kobiety? Nie przykładano do tego większej wagi. Tymczasem kobiety – te, które pozostawały w domach, musiały borykać się z wieloma, często dramatycznymi problemami. Czasem traciły dach nad głową, źródło utrzymania, a miały pod opieką gromadki dzieci, które trzeba było nakarmić, rodziców i innych krewnych. Pracowały więc na kilka etatów. Bez centralnego ogrzewania, pralek i mikrofal organizowały dla rodziny wikt i opierunek i jednocześnie pracowały zawodowo, bo ktoś musiał przecież zarobić na chleb. Często była to praca fizyczna, ciężka, bo przecież kobiety nie miały się kształcić, więc nie mogły liczyć na nic lepszego. Bywały przez to ofiarami przemocy ze strony swych pracodawców, którą dziś nazwalibyśmy mobbingiem lub oszustwem. Nie miały jednak wyjścia.
Żeby żyć, żeby żyć mogły ich dzieci, godziły się na niskie wynagrodzenie, złe warunki pracy i czyjeś widzimisię. Wbrew powszechnemu odczuciu także właścicielki firm czy posiadaczki ziemskie borykały się z rozmaitymi problemami. Ich majątki czasem ulegały bowiem zniszczeniu podczas działań wojennych, czasem były rekwirowane przez wojsko. Zwykle brakowało rąk do pracy, skoro mężczyźni byli na wojnie. Do tych samych zadań trzeba było kobiet. Kto więc pracował? Kto prowadził interesy? Kto wiązał koniec z końcem, opiekował się rodziną, domem, majątkiem, choć było to wielką sztuką? Kobiety. Nasze babki, prababki, praprababki.
To stało się naturalną koleją rzeczy, bo mężczyźni chyba w każdym pokoleniu szli na jakąś wojnę lub do powstania. Wychowani w kulturze romantycznej gloryfikujemy ich postawę, męstwo, odwagę, gotowość poświęcenia życia dla rodziny. Marginalizujemy jednak mniej romantyczne dokonania kobiet. Poświęcanie całego życia rodzinie, wychowaniu dzieci i pracy dla nich. Uznajemy taką postawę kobiet za rzecz absolutnie normalną, nie dostrzegając w niej nawet cienia bohaterstwa. Nie podziwiamy też kobiet za gotowość do rezygnowania z własnych planów i ambicji dla dobra rodziny czy ojczyzny. Paradoksalnie szanujemy jednak i podziwiamy kobiety wybijające się na tym tle, działające na niwie kulturalnej, społecznej, politycznej czy gospodarczej. I o nich pamiętamy, jak o Marii Skłodowskiej-Curie, Poli Negri czy Marii Dąbrowskiej. Kobiet również bardzo aktywnych, ale działających wespół ze swoimi mężami, ojcami czy braćmi już tak nie cenimy. I to raczej mężczyznom funkcjonującym w tych duetach przypisujemy większość dokonań i zasług.
To kwestia wychowania, schematów dominujących w naszym myśleniu. Dlatego bydgoszczankom i bydgoszczanom tak trudno jest wskazać bydgoszczanki, których działalność była ważna dla miasta, a już w ogóle dla Polski. Pamiętamy więc w najlepszym przypadku kilka, kilkanaście nazwisk kobiet sprzed lat, które odcisnęły swe piętno na losach Bydgoszczy. W efekcie łatwiej przychodzi nam pamiętać o wspomnianej już Poli Negri, bo drugiej takiej nie było w całej Polsce. Jej wielką karierę filmową za oceanem oraz romanse z Charliem Chaplinem i Rudolfem Valentinem uznajemy za wystarczający powód, by o niej pamiętać. Co jednak z innymi kobietami? Z tymi, którym udało się pogodzić wodę z ogniem i prowadzić życie zawodowe lub społeczne, mając rodzinę, które nie osiągnęły tak spektakularnych sukcesów zawodowych, ale dzięki poświęceniu których takie sukcesy mogły osiągać ich dzieci i mężowie. Albo które osiągnęły wielkie sukcesy, ale pozwoliły, by przypisali je sobie mężczyźni. Bo mężczyźni, jak w „Peaky Blinders”, wracając z wojny, otoczeni są szacunkiem i nimbem chwały. Są bohaterami.
Czasem, jak Tommy Shelby, trzymają swe przeżycia dla siebie, bo były zbyt okrutne, by do nich powracać. Albo na odwrót. Opowiadają o swoich wojennych dokonaniach przez lata każdemu, kto tylko zechce ich wysłuchać. I nierzadko uważają w związku z tym, że już zrobili swoje, że teraz mogą odpocząć, więc to kobiety muszą wziąć na swoje barki przyszłość rodziny. Albo wcale tak nie uważają, ale wojna tak poharatała ich psychikę i ciało, że nie potrafią już podołać codziennym zadaniom. Albo znów, jak Tommy Shelby, mówią kobietom krótko: „Wróciliśmy”, pomniejszając ich pracę, zasługi, dokonania i odsuwając je od tego, co uważają za ważne, męskie. Nieumiejętność wskazania przez bydgoszczanki i bydgoszczan kobiet zasługujących na miano Bydgoszczanek Stulecia podpowiada, że sytuacja w tej materii się nie zmieniła. Dlatego warto poszperać w rodzinnych albumach, przejrzeć stare dokumenty, poczytać prasę sprzed wieku. To ułatwi docenienie naszych babek, prababek i praprababek, które odnosiły czasem wielkie sukcesy w stosunku do posiadanych możliwości, a czasem tak wielkie, że daleko wykraczały one ponad to, co można byłoby sobie na chłodno wyobrazić. Tyle, że czas zatarł te sukcesy w naszej pamięci, bo nikt nie zadbał dość o to, by je przypominać.
Dlatego warto wybrać się w wycieczkę do przeszłości. W taką podróż udać się może każdy z nas. Ja zapraszam na swoją subiektywną wędrówkę do Bydgoszczy sprzed mniej więcej wieku. Będzie to opowieść składająca się z oczywistych i zupełnie nieoczywistych historii o kobietach, które żyły tu przed nami. Przestępczynie, prostytutki, policjantki, wykształcone. Istnienie szkół, nawet najlepszych, niewiele zmieniało w życiu tych kobiet, które w międzywojniu były już dorosłe. Wiele z nich pewnie ani przez chwilę nie pomyślało nawet o nadrabianiu zaległości, o własnej edukacji. Mnóstwo musiało natomiast zadbać o to, by mieć co do garnka włożyć. Jedne pracowały więc, inne szukały natomiast odmiennych pomysłów na swoje życie. Nie zawsze były to pomysły dobre i mądre.
W jedną z takich bydgoskich historii wpisała się pewna służąca, która ukradła biżuterię swojej chlebodawczyni. W kolejną niejaka Rachela Kohn, osiemnastolatka, która na początku lat 30. pojawiła się w Bydgoszczy wraz z dużo od siebie starszym Rosjaninem Walentym Gorskim. Para udawała artystów światowej sławy gotowych wystąpić w Bydgoszczy. Udało im się przekonać do siebie na chwilę dyrektora kawiarni Cristal, a gdy ten z jakiegoś powodu po trzech dniach zrezygnował jednak z dalszej współpracy, przenieśli się do ogrodu Pacera. Naciągnęli mnóstwo osób, bo ktoś im za darmo wydrukował plakaty. Ileś osób wpłaciło kaucję, by móc z nimi pracować. Największe pieniądze zarobili jednak na tych, którzy kupili bilety na ich występy, bo występy, jak łatwo się domyślić, nie doszły do skutku. Para oszustów ulotniła się wraz z pieniędzmi. Najsławniejszą przestępczynią, która otarła się o Bydgoszcz, była jednak Rita Gorgonowa, skazaną za zbrodnię, ale jednak tylko domniemaną, bo nigdy nie przyznała się do winy.
Chodzi oczywiście o słynną sprawę Gorgonowej, czyli o zamordowanie Elżbiety Zarembówne. Lusia, bo tak ją nazywano, była córką lwowskiego architekta Henryka Zaremby. Zaremba żył w separacji z żoną przebywającą w zakładzie zamkniętym z powodu choroby psychicznej i sam wychowywał dwoje dzieci. Gorgonową zatrudnił jako opiekunkę do dzieci i gospodynię. Gorgonowa sama była wtedy już kobietą po przejściach. Jej ojciec lekarz zmarł jeszcze przed jej narodzinami. Matka ponownie wyszła za mąż i niedługo potem porzuciła córkę. Rita wyszła za mąż jako piętnastolatka. Urodziła syna. Mąż wyjechał za pracą do Ameryki.
Ona zamieszkała u jego rodziców we Lwowie. Została oskarżona o niemoralne prowadzenie się i wyrzucona z domu. Dziecko musiała pozostawić teściom. Zarembie urodziła dwie córki, jedną już będąc w więzieniu. Miała więc prawo liczyć, że skoro z nią romansuje, to ma tak zwane poważne zamiary. Nie miał ich jednak. Po śmierci Lusi stwierdził, że Rita odgrażała się, że zabije dzieci i siebie, jeśli ją porzuci i być może to przeważyło szalę w sądowym procesie. Przeciwko niej przemawiały bowiem jedynie poszlaki, na podstawie których prokuratura zbudowała prawdopodobną wersję wydarzeń ją obciążającą. W pierwszym procesie została skazana na karę śmierci, w drugim na osiem lat więzienia. Okres ten skończyć się powinien w maju 1940 roku, jednak z uwagi na wybuch II wojny światowej ogłoszono amnestię.
Mury fordońskiego więzienia dla kobiet i to jest właśnie bydgoski epizod z jej życia, opuściła 3 września 1939 roku. Potem ślad po niej właściwie zaginął, bo choć z różnych doniesień wynika między innymi, że odszukała córki, a z ich relacji z kolei, że przeżyła wojnę, absolutnie nie wiadomo, co dalej. Czy ponownie wyszła za mąż, jak twierdzą jedni? Gdzie dokładnie mieszkała? Czy może wyemigrowała do Ameryki Południowej? Czy może jednak została zamordowana gdzieś na śląskiej wsi? Autorzy piszący o życiu kobiet w międzywojniu, o przedzieraniu się kobiet przez męskie fortece wskazują wprost lub w sposób zawoalowany, że porządki odziedziczone przez państwo polskie po pruskim zaborcy blokowały kobiety w pewnych sferach całkowicie. Tak było na przykład z próbami zatrudnienia w Bydgoszczy kobiet policjantek. Stało się to możliwe już w połowie lat 20. ubiegłego wieku, gdy komendant główny Policji Państwowej wydał stosowne rozporządzenie.
Zrobił to, jak się można domyślać, nie dlatego, że uznał to za posunięcie właściwe, likwidujące jeden z absurdów ówczesnej Polski, choć szybko się okazało, że policjantki są niezwykle skuteczne w zwalczaniu przestępstw przeciwko kobietom i nieletnim, takich jak handel ludźmi, stręczycielstwo czy gwałty. Jednak gdyby chodziło po prostu o likwidację dyskryminującego kobiety zakazu, rozporządzenie komendanta nie wykluczałoby z góry wielu kobiet. A wykluczało. Policjantkami zostać mogły tylko panny i bezdzietne wdowy w wieku od 25 do 45 lat, ze średnim wykształceniem, ochrzczone, które przedstawiły pozytywną opinię dwóch poważnych osób. I to jednak nie wszystko. Musiały mieć co najmniej 164 centymetry wzrostu, skromnie upięte krótkie włosy i ani śladu makijażu. Musiały też zapewnić, że przez kilka lat nie wyjdą za mąż. Dziś możemy się tylko zastanawiać, kto i dlaczego wymyślił takie wymogi. Jaką podstawą się kierował tak dyskryminując kobiety? Wtedy możliwość wstąpienia kobiet do policji, nawet tylko niektórych, bardzo nielicznych kobiet, postrzegano jednak zapewne jako postęp.
Zwłaszcza że jednocześnie czekać je miała nagroda: płaca równa płacy mężczyzny. Zainteresowanie kobiet tą możliwością było więc ogromne. Jeszcze większe okazało się jednak oburzenie tak zwanych porządnych obywateli i obywatelek uznających możliwość wstąpienia kobiet do policji za niewłaściwą i tak uparcie przeciwko niej protestujących, że jeszcze przez szereg kolejnych lat, aż do II wojny światowej nie było w Bydgoszczy żadnej kobiety policjantki. W tym samym czasie w innych dużych miastach policjantki pracowały w obyczajówce, wydziałach kryminalnym, śledczym czy prewencji. Cóż, Bydgoszcz zawsze preferowała Romana Dmowskiego, a ten uważał między innymi, że studiująca kobieta to absurd, a praca zarobkowa kobiet to anomalia. To zapatrzenie w Dmowskiego i spadek po Prusakach były tak wielkie, że sytuacja kobiet była tu przed stu laty szczególnie trudna. Tolerowano działalność społeczną, bo była pożyteczna. Pogodzono się z kobietami dyrektorkami szkół czy aktorkami, szczególnie jeśli robiły karierę gdzieś w świecie, nie na lokalnym gruncie. Ale próby wybicia się, osiągnięcia osobistego sukcesu tu na miejscu spotykały się już z innym odbiorem. Nawet panie zajmujące się opieką nad zwierzętami skarżyły się, że ich publiczne wystąpienia są ośmieszone, a one same wyzywane są od zwariowanych histeryczek.
W policji kobieta wciąż mogła być więc jedynie sekretarką. I była. Na policyjnym tablo z 1925 roku w samym jego centrum jest zdjęcie ówczesnego komendanta, którego nawet nie podpisano, wychodząc z założenia, że i tak jest przez wszystkich znany. Poniżej jest zdjęcie jego następcy, a jeszcze niżej, nadal jednak w eksponowanym miejscu, fotografia Brzęczkowskiej. Według Marka Jeleniewskiego, autora wielu książek poświęconych historii Bydgoszczy, była ona sekretarką pracującą w komendzie policji. O trudach przebijania się przez męski mur przez kobiety świadczy też istnienie Polskiego Stowarzyszenia Kobiet z Wyższym Wykształceniem. Potrzeba jego istnienia, a była ona wielka. Już pisałam przy okazji lekarek. Samo dostanie się na studia przez kobietę długo graniczyło z cudem. Wymagało wybiegów i wielkiego samozaparcia.
Jednak zdobycie wykształcenia, co również wynika z historii lekarek, nie oznaczało wcale sukcesu. Albo były kłopoty z nostryfikacją dyplomu, albo z awansem, albo jakieś inne. Dlatego powstało w pewnym momencie stowarzyszenie, które miało za zadanie ułatwienie kobietom i studiowania, i zdobycia po studiach stanowisk odpowiadających ich wykształceniu. Dziś wiadomo o nim tyle, co nic. W publicznej świadomości nie istnieje. Zaczęło się jednak nie od niego, ale od stowarzyszeń zakładanych przez przedstawicielki poszczególnych zawodów, na przykład przez prawniczki. Stowarzyszenie Kobiet z Wyższym Prawniczym Wykształceniem współzakładała na przykład Helena Wiewiórska z domu Kolonow, pierwsza kobieta wpisana na listę polskiej palestry, co pozwoliło jej na samodzielną pracę w zawodzie. Było to w roku 1925. Wcześniej jednak aplikowała już w sądzie i u innych adwokatów. W 1930 roku liczba adwokatek w Polsce przekroczyła dwadzieścia.
Jednocześnie ledwie rok wcześniej otwarte dla kobiet zostały wreszcie inne zawody prawnicze: sędziego, prokuratora i notariusza. Co ciekawe, stało się to tak późno pomimo zapisów konstytucji gwarantującej już kilka lat wcześniej kobietom i mężczyznom równy dostęp do zawodów publicznych. Konstytucja była więc łamana, by dyskryminować kobiety. Dopiero otwarcie zawodów prawniczych dla kobiet mogło być impulsem, który rzeczywiście zachęcił kobiety do studiowania prawa. Wreszcie wydawało się, że jest po co to robić. Nadzieje okazały się jednak płonne. Otwarcie było jedynie teoretyczne, bo konstytucję dalej lekceważono. Kobiety mogły być już sędzinami? Niby mogły, ale najpierw pozwolono im orzekać jedynie w wydziałach dla nieletnich. Pierwszą sędzię w innym wydziale powołano dopiero w roku 1937, po sześciu latach zwlekania przez ministra sprawiedliwości z jej nominacją.
Jeszcze trudniejszy okazał się dla kobiet dostęp do prokuratury. Pierwsza kobieta została do niej przydzielona dopiero w 1936 roku, ale nie miała prawa występować przed sądami Pomimo tego, że przełożeni określali ją jako wybitnie uzdolnioną, minister sprawiedliwości uporczywie odmawiał jej nominacji, a była jedyną kobietą przydzieloną w przedwojennej Polsce do prokuratury. W Bydgoszczy żadna kobieta nie dała rady pokonać stworzonej przez mężczyzn bariery. Sąd, prokuratura, notariat i kancelarie adwokackie pozostały dla kobiet niezdobytym bastionem. A że tak działo się w wielu miejscach, w wielu zawodach, powstanie organizacji walczącej o należyte traktowanie wykształconych kobiet, o ich dostęp do miejsc pracy adekwatnych do ich wykształcenia, było więc oczywistą konsekwencją istniejącego stanu rzeczy. W Bydgoszczy oddział Polskiego Stowarzyszenia Kobiet z Wyższym Wykształceniem rozpoczął działalność niemal natychmiast po powołaniu ogólnopolskiej organizacji. Przewodniczyła mu doktor Lipska, a po jej wyjeździe z miasta pani Chrząszczewska, nauczycielka z miejskiego katolickiego gimnazjum żeńskiego, którą wspierały inżynier Szaniawska i Otylia Monowidowa, nauczycielka. Tyle że ogólnopolskie władze stowarzyszenia widziały rzecz nieco inaczej. W sprawozdaniu przygotowanym na dziesięciolecie swojego istnienia w roku 1936 informowano wprost: „Brak sprawozdania oddziału bydgoskiego, który pracował od roku 1926 do roku 1930 pod przewodnictwem pani doktor Lipskiej tłumaczy się jego likwidacją w roku 1930". W sprawozdaniu tym nie ma więc ani słowa o tym, co wykształcone kobiety robiły w Bydgoszczy dla innych wykształconych kobiet.
Dla kobiet, które chcą się kształcić i dla samych siebie. Znalazł się w nim za to taki ustęp, cytat: „Fakt, iż kobiety we wszystkich krajach zdobywały prawo do studiów wysiłkiem woli, że musiały wszystkie toczyć o te prawa długotrwałe walki, sprawił, że poczuły się sobie bliskie, nicią pokrewnych doznań związane. Na wzmocnienie tej więzi i pogłębienie uczucia łączności wpłynęły dalej anormalne warunki, w których znalazły się kobiety posiadające już wyższe wykształcenie i chcące je zawodowo wykorzystać". Koniec cytatu. A potem przyszedł kryzys światowy, dramatyczny. Kobiety po raz kolejny, zamiast dbać o własne, zdroworozumiane interesy, chciały załagodzić wszystkie związane z nim nieszczęścia. Między innymi, jeśli były zamężne, rezygnacją z pracy zarobkowej, bo praca miała być dla mężczyzn. Część kobiet uznała ponoć ten pomysł za dobry, tracąc być może swoją jedyną szansę na osiągnięcie sukcesu zawodowego czy w ogóle na podjęcie pracy, na finansową i życiową niezależność. Tak, jesteśmy. Cóż, myślę, że ten fragment przekonał państwa, że nie tylko, że Bydgoszcz jest kobietą, tylko że historia owszem, była pisana przez mężczyzn i w związku z tym trochę się rozepchnęliśmy tam łokciami i jest nas tam więcej.
Nie to, żebym zaraz przeszedł na pozycje takie, że-
[02:44:45] - Dzisiaj tę historię współczesną zaczynają pisać kobiety. No i będziemy mieli pasztet za sto lat.
[02:44:52] - No tak.
[02:44:52] - O nas nikt nie będzie pamiętał.
[02:44:54] - Ale to nie tędy droga. Droga jest tędy, żeby przypominać jednych i drugich, pamiętać o jednych i drugich i nie udawać, że jednych nie ma, bo chcemy kogoś honorować. Nie, to jest głupie, to jest bezsensowne. Natomiast ja po prostu chciałam pokazać, że historia nie jest historią samych wojen i nie wygląda tak, jak widzimy to w podręcznikach, bo w podręcznikach mamy historię podbojów, kolejnych wojen, bitew, wodzów, natomiast nie mamy życia. I może dlatego historia dla wielu osób jest taka strasznie nudna i tak strasznie nie chcemy jej się uczyć w szkołach.
[02:45:36] - Tutaj ja nie ukrywam, że w trakcie, kiedy słuchaliście państwo fragmentu książki, trwała ożywiona dyskusja w studio i nie zdążyłem powiedzieć tego, co powiem za chwilę, że coś w nas jest takiego, że autorka pisze o tej historii pisanej przez kobiety i o tym, że my bardziej jednak tak w masie lubimy romantyzm i te wszystkie rzeczy, które z romantyzmem się wiążą. A jak przychodzi okres pozytywizmu, to się tak nudno na tych lekcjach historii robi i to gdzieś bardzo głęboko w nas tkwi. I tylko nieliczni z radością przemykają przez ten okres drugiej połowy XIX wieku, kiedy ten pozytywizm dał owoce. Dał po prostu pewnym rejonom Polski siłę ekonomiczną, bo w gruncie rzeczy o to tak naprawdę chodziło. Nie, to jednak zdecydowanie jak jakieś powstanie się urządzi albo jakąś wojnę, to to zdecydowanie nawet bardziej literackie jest, bo w książce łatwiej, nie wiem, czy łatwiej, ale bardziej atrakcyjnie jest, jak się krew leje hektolitrami.
[02:46:44] - No wiesz, Marku, w „Lalce" Prusa krew się nie leje specjalnie, a książka jest wybitnie dobra.
[02:46:50] - Tak, ale to trzeba być Prusem, żeby napisać „Lalkę" i żeby to wszyscy czytali. Dzisiaj to już w ogóle nikt nic nie czyta, więc to zapomnijmy. Ale w dalszym ciągu można się dziełem zachwycać. Wróćmy do książki „Bydgoszcz jest kobietą". Bo znowu trochę poza anteną rozmawialiśmy o tym, że
[02:47:09] - Tak naprawdę, kiedy bydgoszczanom urządzono konkurs na to, żeby wspomnieli wybitne osobowości, wybitne jednostki z historii, to te kobiety się nie pojawiały. One nie pojawiały się dlatego, że Bydgoszcz jakaś specjalnie antyfeministyczna była, tylko po prostu o nich zapomniano. Pani w tym fragmencie pisze o tym, że Bydgoszcz w ogóle już przed wojną była taka, że kobiet nie dopuszczała do pewnych stanowisk. No właśnie.
[02:47:41] - To było pokłosie pruskiego porządku, który tu panował, czyli tego przekonania, że kobieta jest od garów i od dzieci. Ja pamiętam moją babcię, która się z tego naśmiewała i która, jak już powiedziałam poza anteną, nie potrafiła gotować i nic złego z tego nie wynikało, bo po prostu jakoś sobie z dziadkiem dawali radę i nie umarli z głodu. Natomiast okazało się, że my tutaj byliśmy strasznie konserwatywni i zachowawczy. Podałam przykład w książce policjantek. Kobiety mogły w pewnym momencie, zgodnie z przepisami, zostać policjantkami w Polsce międzywojennej, natomiast w Bydgoszczy ich nie było. Nie było policjantek, mimo że stawiano przed kobietami, które chciały do policji wstąpić, bardzo wysokie wymagania. Musiały mieć odpowiedni wiek, musiały być pannami bądź wdowami, musiały się zobowiązać do noszenia krótkich włosów, do tego, że nie wyjdą za mąż w najbliższym czasie i tak dalej. W zamian oferowano im pensję równą pensji mężczyzn na tych samych stanowiskach. I to wzbudziło taką niechęć, że ostatecznie żadna kobieta do policji w Bydgoszczy nie wstąpiła. To samo dotyczyło zawodu prawniczego.
Nie mieliśmy żadnej prawniczki w Bydgoszczy. Natomiast w Polsce, w Warszawie, w Krakowie, im dalej od Europy, tym więcej było kobiet wykształconych na stanowiskach. Bydgoszczanki musiały bardzo daleko wyjechać, żeby studiować za czasów zaboru pruskiego i później, bo tutaj nie było uczelni. Ale jak nawet wróciły, to niekoniecznie były dobrze przyjmowane.
[02:49:53] - Czytam komentarz na forum. Bema pisze: „Jasny gwint, wyszedłem na moment, a tu jakieś girl power. Czekam na pana Wiktora”. Ja powiem tak: może i girl power, ale w gruncie rzeczy myślę, że książka naszego gościa uświadamia nam jedną rzecz. Nie chodzi o to, żeby się tu podlizywać, bo jest pani, a my będziemy się podlizywać. Nie. Pokazuje jedną rzecz, że my mamy bardzo jednostronne patrzenie na nasze dzieje. Chcemy dostrzegać to, co chcemy dostrzegać albo szczycimy się tym, że znamy nieźle historię, a później się okazuje, że jak się ktoś pyta-
[02:50:32] - Mało o niej wiemy.
[02:50:33] - Tak, mało o niej wiemy. Potrafimy wymienić kobietę. Pola Negri bywała w Bydgoszczy.
[02:50:39] - Miała tu kamienicę przy ul. Mieszkalnicowej.
[02:50:43] - Później tam był, zdaje się, Klub pod Pałą.
[02:50:46] - Nie. Tak się mówi, że to chodzi o ten budynek, ale to nie ten.
[02:50:50] - O, właśnie. Czegoś się dowiedziałem. Zawsze była mowa, że ten Klub pod Pałą, który tam jest, to właśnie gdzieś w pobliżu.
[02:50:59] - W pobliżu, ale nie to.
[02:51:00] - Aha. Jedną kobietę wymieniłem. Kto jeszcze był tak naprawdę?
[02:51:09] - Tych kobiet było mnóstwo. Usilną, drobiazgową pracą udało mi się to odkryć, wyszukać te kobiety. Ileś lekarek, ileś farmaceutek, aktorki. Również takie, które były opisywane w książkach i które były bardzo dobrze oceniane przez ówczesnych. Dzisiaj o nich nie pamiętamy. Była wybitna, w Bydgoszczy co prawda tylko przez dwa lata, reżyserka ówczesna i jednocześnie aktorka, która była dyrektorem teatru, czyli Wanda Siemaszkowa. Z tym że my z Siemaszkową się w złych nastrojach rozstaliśmy, bo albo repertuar był za trudny, albo był za lekki i w zasadzie cały czas Siemaszkowa była niezmiernie krytykowana i po prostu zerwano kontrakt i ona wyjechała z Bydgoszczy.
[02:52:15] - Bydgoszcz kontynuuje tę tradycję rozstawania się z dyrektorami teatrów w średniej zgodzie.
[02:52:23] - To już pomińmy. Natomiast ta sama Siemaszkowa dwa ostatnie lata życia, ona umarła w okolicach osiemdziesiątki i jeszcze wtedy pracowała, prowadziła teatr w Rzeszowie i tam jest dzisiaj bardzo dobrze zapamiętana. I gdyby zapytać, czyjego imienia jest teatr, to jest Teatr Wandy Siemaszkowej. Więc to są te różnice. Ale też wspomniałam poza anteną, niezwykła kobieta, pani Sikorska, która Była oficjalnie żoną zarządcy jednego z cmentarzy bydgoskich, a tak naprawdę była uczestniczką Powstania Wielkopolskiego. Z tym że nie z bronią w ręku, tylko była kobietą, która na tym cmentarzu, w swoim domu przechowywała powstańców złapanych i uwięzionych w Bydgoszczy przez Niemców i umożliwiała im ucieczkę. Przechowywała ich, przechowywała broń, narażając siebie i swoje dzieci.
[02:53:39] - Trochę logistycznie to ogarniała wszystko.
[02:53:41] - Tak. Niezwykła kobieta, o której przypomina się obecnie troszeczkę.
[02:53:47] - A pewien smaczek jest taki, że przez płot z tym cmentarzem, którego zarządcą był mąż, sąsiadował niemiecki cmentarz. Powiedzmy ewangelicki cmentarz, na którym hasał człowiek zupełnie innej opcji politycznej.
[02:54:07] - Narodowej. Było niebezpiecznie.
[02:54:12] - Podwajało albo potrajało ryzyko. Wiktorze, zostawałeś wzywany przez tu wiernego słuchacza, to się odezwij.
[02:54:22] - Niestety ja nie zamaguję żadnego girl power, ale raczej podtrzymam chorągiewkę, bo w czasie przerwy, kiedy żeśmy sobie poszli odpalić z wydawcą, przypomniałem sobie, co mówiła moja babcia. I tutaj pani, nasz gość, przez moment takim lapsusem słownym się popisała. Powiedziała, że bardzo miło mi się to usłyszało. Czym dalej od Europy, tym było lepiej, bo tak było. Rzeczywiście. O ile niemieckie kobiety dobrze, jak potrafiły przyszyć guzik i ugotować zupę. Natomiast ja wiem, co wspominała moja babcia, jak wyglądał los Polek na Wileńszczyźnie. Otóż tam mężczyzn w ogóle nie było. Mężczyzna, jak dożył tam dwudziestki, to było wielkie szczęście, bo tak zwykle szedł, jak już miał kilkanaście lat, na jakąś wojnę i ginął. Tam rządziły kobiety.
One były ekonomami, gospodarzami. One zarządzały czasami paroma tysiącami chłopów i tak dalej. Chłopskie kobiety zresztą również były w takiej samej roli, bo ich mężowie też ginęli w wojnach. I okazało się, że tam rządziły przez setki lat wyłącznie kobiety. Mężczyzna, jak przeżył dłużej niż dwadzieścia, to albo przechlał majątek, albo przegrał w karty i tak dalej. A one dbały o ciągłość, bo to był majątek dla ich dzieci.
[02:56:07] - Bydgoszcz takim przykładem takiej kobiety, która w ten sposób funkcjonowała, była pani Wincentyna Teskowa, która dzisiaj uchodzi za redaktorową Teskową, czyli żonę Jana Teski, który prowadził jedną z bydgoskich gazet.
[02:56:24] - Wspomnianą w „Horoskopie zbrodni”.
[02:56:27] - Tak. Natomiast wiemy z historii, że tak naprawdę gazeta funkcjonowała dzięki temu, że Teskowa do małżeństwa z Teską wniosła posag, dzięki któremu można było tą gazetę nie tyle uruchomić, bo ona funkcjonowała wcześniej, ale dokonać pewnych zakupów.
[02:56:49] - Pan wydawca mógł się realizować w pełni.
[02:56:52] - To wiem teraz, Waldek, jak ty się realizujesz.
[02:56:55] - Teska robił długi. Natomiast kiedy za obrazę władz pruskich trafiał do aresztu, gazetę prowadziła Teskowa. Często razem ze swoimi znajomymi, między innymi też ze znanymi już teraz troszkę, czasami z nazwiska przypominanymi kobietami. I Teskowa wyciągała „Dziennik” z długów. Tą prawdziwą robotę pozytywistyczną, z którą nawiązujemy, to ona wykonywała, a Teska hulał, robił długi i trafiał do aresztu. Tak naprawdę.
[02:57:37] - Właściwie prowadził wesołe i pełne przygód.
[02:57:41] - Ale kogo pamiętamy?
[02:57:43] - No właśnie.
[02:57:44] - Pamiętamy przede wszystkim jednak mówi się redaktor Teska, Jan Teska. Tu mamy koncepcję tramwaj Jan Teska. Natomiast Wincentyna jako gdzieś ginie. A Wincentyna oprócz tego była jeszcze sokolicą i działała w różnych innych organizacjach, na przykład czytelniach dla kobiet, które popularyzowały czytelnictwo tutaj w ogóle.
[02:58:09] - I wiecie państwo, to już nawet nie chodzi o to, o czym pisze Vema, że jakiś girl power tutaj próbujemy. Chyba raczej mówimy o tym, że czasami warto się obejrzeć trochę wstecz i zobaczyć, jak to kiedyś wyglądało. Możemy nie zmieniać poglądów dalej, możemy trwać przy tych poglądach. Niemniej jednak czasami warto spojrzeć wstecz, zobaczyć, jak to było.
[02:58:37] - Ja może, Marku, skomentuję jeszcze to tak, że oczywiście tak jak historia nie wyglądała naprawdę tak, jak to nasz szowinistyczny przekaz zachował.
[02:58:50] - O już przestań, szowinistyczny.
[02:58:52] - Ale bardzo podobnie współczesna wizja świata nie przypomina w ogóle tak naprawdę tego, co mamy w internecie. Internet wcale nie pokazuje nam świata.
[02:59:06] - No tak, świat się kończy. Ja się na koniec audycji zgadzam z Wiktorem. To proszę państwa, czas kończyć audycję w takim razie, bo to Bardzo dziękujemy za dzisiejsze spotkanie. Tylko powiem naszym słuchaczom, że naprawdę po te książki warto sięgnąć. Po wszystkie trzy. Oczywiście najbliżej mi do kryminałów, ale książka o tym, że Bydgoszcz jest kobietą także wydaje się interesująca, chociażby po fragmencie, który mieli państwo okazję usłyszeć. Jeśli chodzi o kryminały, wzdycham do nich, bo też mi jest do nich blisko. Literatura gatunkowa to jest jednak to, co lubię. Od razu ostrzegam antywrażliwców, którzy uważają, że w kryminale powinny się lać hektolitry krwi i powinien być jakiś piekielnie inteligentny zabójca, który wodzi policję za nos, ale policja też jest niezwykle inteligentna i tam są ludzie z IQ, które przekracza 200 i tak dalej. Tego rodzaju bajki, bardzo popularne w tej chwili, jak się do nich człowiek przyzwyczai, to później może mieć z przedwojennym kryminałem pewne kłopoty.
Ja tych kłopotów nie mam. Serdecznie państwu obie książki kryminalne polecam. „Bydgoszcz kobietą” również. Oddajmy na koniec ostatnie słowo naszemu gościowi.
[03:00:37] - Nie wiem, co mam powiedzieć. Chciałam podziękować za zaproszenie. Mogę powiedzieć tyle, że będę wdzięczna, jeżeli ktoś pójdzie moim śladem i pomyśli sobie: „A może w moim mieście też warto byłoby opisać taką historię?” Historie kobiet, historie miasta, a nie tylko historie mężczyzn.
[03:01:02] - Pamiętajmy, że za każdym sukcesem mężczyzn stoi jakaś kobieta albo kobiety.
[03:01:07] - Tak, my to hasło z Wiktorem często powtarzamy w naszej audycji, czasami odnośnie mężczyzn, którzy są twórcami.
[03:01:16] - Już starożytni wiedzieli, że żaden artysta nic nie zrobi bez muzy.
[03:01:24] - Tak. A muza głównie zajmuje się sprzątaniem i gotowaniem. Tak zostało czasami do dzisiaj. Cóż, proszę państwa, to tyle. Dziękujemy bardzo dzisiejszemu gościowi za to, że z nami był, że opowiedział o swoich książkach, że mieliśmy okazję słuchać fragmentów tej prozy. Dziękuję wszystkim, którzy dzisiaj byli tu w studio. Dzisiaj było, proszę państwa, bardzo niesfornie, bo ilość ludzi generuje chaos w studio. Więc dzisiaj mieliśmy namiastkę tego chaosu.
[03:01:57] - Nie ilość, tylko wydawców.
[03:01:59] - Wydawca generuje chaos. Tak, ale to już rozmówisz się później z wydawcą. Natomiast ja dziś brnę w kierunku końca audycji. Tylko powiem, że za dwa tygodnie spotkamy się z autorem „Najtańszego smartfona świata”. „Najtańszy smartfon świata” to książka o tytule „Homo enter”, która formą zewnętrzną przypomina taki typowy smartfon. Będziemy gościli pana Daniela Dziewita, którego już państwo, jeżeli macie dobrą pamięć, to zapamiętaliście. Wzięliśmy na tapet książkę o samobójstwach. To ten autor, który troszeczkę socjologicznie i filozoficznie rozebrał ten temat. Teraz porusza temat naszego elektronicznego uzależnienia. Uzależnienia naszych dzieci, nas samych.
Ja tylko państwu powiem jedno: kiedy w tej książce przeczytałem o tym, jak wyglądała debata na temat koloru Facebooka, jak wybierano spośród bodajże 20 czy 30 kolorów niebieskich czy granatowych – mężczyzna z kolorami ma problemy – wybierano spośród chyba właśnie tych kilkudziesięciu kolorów niebieskich taki kolor, żeby spełniał, nie będę mówił tu szczegółowo, ale żeby spełniał pewne określone wymagania. To nie było tak, że przyszedł sobie właściciel Facebooka, Zuckerberg i powiedział: „Ten”. Nie, temu poświęcone były studia, analizy, badania, jaki ten niebieski powinien być. Dlaczego? Już się państwo przekonacie, kiedy przeczytacie książkę. Daniel Dziewit analizuje naszą elektroniczną codzienność. W krótkich tekścikach dostajemy pewne pigułki na temat tego, jacy jesteśmy, jak się na własne życzenie uzależniamy, jak oddajemy się w ręce elektronicznego niewolnictwa. I to robimy na własny rachunek, ale Daniel Dziewit pisze też o tym, jak uzależniają się nasze dzieci pod naszym okiem. My właściwie nie widzimy problemu. Nie widzimy tego problemu, ponieważ nie rozumiemy tej elektronicznej rzeczywistości.
Nasze dzieci na początku też nie rozumieją, a później jest już za późno. To tyle tytułem zachęty. To na pewno będzie niezwykły wieczór. Tym bardziej że będziemy mieli jeszcze jednego gościa, niezwykle ciekawego, który przybędzie do nas z Niemiec. Trochę też o tym problemie będziemy rozmawiać, o elektronicznym uzależnieniu. A za tydzień oczywiście „ABW” jeszcze w wersji wakacyjnej, a więc kolejne opowiadanie dostaniecie państwo z naszym gadaniem na początku, ale opowiadanie będzie zacne. Cóż, do usłyszenia. Żegnam państwa bardzo serdecznie w imieniu całego naszego grona.
[03:05:03] - Kiwamy wszystkim.
[03:05:04] - Kiwamy. Dobranoc. I cóż, do usłyszenia za tydzień.
[03:05:09] - Może nie kiwajmy tym ze słuchaczy, którzy wypytują na czacie, choćby youtube’owym, jaki jest dzisiejszy temat audycji, mając temat podsunięty praktycznie przed nos.
[03:05:21] - Czytać ludzie, czytać. Czytać.
[03:05:24] - Ta umiejętność widocznie-
[03:05:26] - To nie boli
[03:05:26] - ... u Klausa. Cały czas mam w głowie, à propos tego elektronicznego uzależnienia, to jak już nie mam kończyć, to jeszcze dwa słowa powiem. Jeden z publicystów cały czas mówi o tym, że niedługo matury będą wręczane w wersji audio, żeby ludzie, którzy nie posiedli umiejętności czytania, mogli się tą maturą również nacieszyć. A wydawało mi się to durnym dowcipem do czasu, kiedy nie usłyszałem, że w Stanach Zjednoczonych w jednym z miast zażądano, żeby na studia przyjmowano ludzi, którzy też mają problemy z czytaniem, bo przecież on chce studiować. To tyle podsumowania, jeśli chodzi o nasz świat, a właściwie więcej o tym powiemy, kiedy będziemy rozmawiali o książce „Homo Enter”. A teraz już dobrej nocy wszystkim.
[03:06:18] - A mówi te słowa do państwa gospodarze Bibliotekarium Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Byli z nami także dzisiaj goście Małgorzata Grossman, autorka książek, w których bardzo doczesną rolę pełni Bydgoszcz oraz wydawca Waldemar Bernstein. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę również słuchaczom Bok Radio, w którym słyszymy się z taśmy z małym poślizgiem czasowym. Dziękujemy bardzo, że jesteście z nami. Dziękujemy, że słuchaliście. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień w ABW, jeszcze tym wakacyjnym i ponownie w tym normalnym Bibliotekarium już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl
[03:07:52] - They call me the wild rose. But my name was Eliza Day. Why they call me this I do not know. For my name was Eliza Day.
[03:08:17] - From the first day I saw her I knew she was the one. She stared in my eyes and smiled. For her lips were the color of the roses. That grew down the river all bloody and wild.
[03:08:35] - When he knocked on my door and entered the room. My trembling subsided in his sure embrace. He would be my first man and with a careful hand. He wiped off the tears that ran down my face. They call me the wild rose. But my name was Eliza Day. Why they call me this I do not know. For my name was Eliza Day.
[03:09:22] - On the second day I brought her a flower. She was more beautiful than any woman I'd seen. I said, „Do you know where the wild roses grow? So sweet and scarlet and free”.
[03:09:40] - On the second day he came with a single red rose. He said, „Give me your lungs and your sorrow”. I nodded my head as I lay on the bed. „If I show you the roses, will you follow?” They call me the wild rose. But my name was Eliza Day. Why they call me this I do not know. For my name was Eliza Day. On the third day he took me to the river. He showed me the roses and we kissed. And the last thing I heard was a muttered word.
As he knelt above me with a rock in his fist.
[03:11:05] - On the last day I took her where the wild roses grow. And she laid on the bank, the witness lied as a thief. As I kissed her goodbye I said, „All beauty must die”. And laid down and planted a rose with her teeth.
[03:11:26] - They call me the wild rose. But my name was Eliza Day. Why they call me this I do not know. For my name, for my name, for my name, for my name was Eliza Day. For my name was Eliza Day. For my name was Eliza Day.