Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium i Book Radia bardzo gorąco i serdecznie. Piątek, weekendu początek. Minęła przed chwilą godzina 20:00, a to oznacza, że czas najwyższy rozpocząć kolejne wydanie „Bibliotekarium na żywo”. To normalne „Bibliotekarium”. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowo-telefonicznego są z nami jak zawsze gospodarze audycji Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość specjalny Jurjan, którego zbiór opowiadań dzisiaj będziemy omawiać. Dzisiaj dyskusja będzie się toczyła wokół świeżo wydanego zbioru opowiadań znanego naszym słuchaczom Jurjana zatytułowanego „Ojcowie Nowej Ziemi”. Jak to ujęła Kamila Ciołko-Borkowska, również państwu znana, cytat: „Atmosfera fantastyki i poczucie, że oto uczestniczymy w czymś niemożliwym, czymś ponadnaturalnym, dziwnym i niepojętym, przenosi nas bezpośrednio w świat imaginacji Jurjana. Przy czym bohaterowie, jakich poznajemy, mierzą się z problemami dobrze nam znanymi i odczuwają te same co my emocje”. Za chwilę oddam oczywiście głos panom po drugiej stronie połączenia.
Przypomnę jeszcze tylko kontakty do Radia Paranormalium, bowiem tak jak już mówiłem, nadajemy dzisiaj na żywo. Będzie można do nas dzwonić na nasze numery telefonów: stacjonarny 32 746 00 08, komórkowy 530 620 493, Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać cały czas na naszym Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium, Bibliotekarium.pl. Nie wiem, czy Book Radio ma już swój fanpage. Zaraz pewnie Marek Żelkowski nas w tej kwestii poinformuje. Na pewno jesteśmy także na grupach Radia Paranormalium, Czytelnicy Nieznanego Świata oraz Na Rubieżach Rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A teraz czas na magiczne „halo, halo Bydgoszcz” i rozpocznę od pytania: Marku, jak to jest z tym fanpage'em Book Radio na Facebooku?
[03:15] - Fanpage jest i to jest właściwie wszystko, co na jego temat mogę powiedzieć, bo gdzieś tam jest. Tak naprawdę Book Radio w tej chwili głównie bazuje na grupie Rubieże Rzeczywistości. Powiem tak: czasami doba jest za krótka, żeby zrobić wszystko i żeby się tym wszystkim zająć. Fanpage na Facebooku Book Radia jeszcze chwilę będzie musiał poczekać. Nie wiem, czy fanpage może rozwijać skrzydła, ale to trochę głupio, jak sobie to wyobrażę. To tyle na temat bookradiowego fanpage'a. Ja mam inny problem, bo jeszcze zanim zacząłem mówić, mój szanowny router, którego coraz bardziej nie lubię, zdążył mnie już dwa razy rozłączyć. Tak że trochę nie wiem, jak to dzisiaj z tą audycją będzie. Na szczęście mam jeszcze drugi router, może bardziej stabilny, chociaż nie sądzę. To są sprawy techniczne.
Zostawmy to. Powitajmy niniejszym naszego gościa Jurjana. Jurjanie, witaj.
[04:30] - Witam serdecznie. Witam was, witam wszystkich słuchaczy. Miło, że będziemy mogli porozmawiać. My tutaj z Jurjanem troszeczkę dyskutowaliśmy na takie tematy okołoradiowe przed audycją. Ja muszę powiedzieć, że Jurjan ma głos bardzo podobny do innego radiowca udzielającego się w Radiu Paranormalium, do Jubiego. Nie wiem, czy macie państwo takie same wrażenie, ale panowie mają bardzo zbliżoną barwę głosu. Tak że to jest Jurjan. Dzisiaj z nami jest nie Jubi, on był wczoraj. Dzisiaj z nami jest Jurjan.
[05:10] - No trudno, nikt nie jest idealny. Ale jest jeszcze z nami trzecia osoba, która stosownie milczy. Ty tam, Wiktorze, jesteś, czy ciebie też odcięło? Ty nie masz routera, więc ciebie nie ma co odcinać.
[05:25] - Właśnie. Ja jestem wyłącznie sam i dobrze mi z tym. Jakoś nic mi nie urywa przynajmniej.
[05:34] - Tak.
[05:35] - Ale cieszę się, że Jurjan trafił do nas, bo poznaliśmy się już prawie szmat czasu temu i to było prawdziwe spotkanie. Dzisiaj to już tylko jest echo tamtych czasów.
[05:54] - Tak zagaję. Panowie, może wiecie skąd pochodzi słówko „szmat czasu”? Jakie jest źródło tego? Bo mnie się to, mówiąc szczerze, kojarzy w sposób oczywisty i oczywiście nieprawidłowy. Szmat ze szmatą, bez sensu kompletnie. Natomiast w momencie, kiedy Wiktor użył, zacząłem się zastanawiać, skąd w ogóle się to słówko wzięło. Trzeba będzie przy okazji sprawdzić.
[06:20] - Ja mógłbym powiedzieć.
[06:22] - Zapraszamy. Po to jesteś dzisiaj, żeby mówić dużo, rozwlekle, a nawet jeszcze więcej.
[06:28] - Ze szmatą ma to pewnie dużo wspólnego, ponieważ mamy trzy wymiary przestrzenne, a ten czas to taka trochę...
[06:38] - Tak? Może. Nie będę tego wykluczał, chociaż zobaczymy. Dzisiaj dosyć trudne zadanie przed nami, bo jak sobie przeglądałem internet, co w internecie na temat naszej przyszłej audycji się pojawiło, nie powiem, żeby było tego bardzo dużo, ale jedną z takich rzeczy, którą podkreślano, było to, żeby broń Boże nie spoilerować i nie opowiadać opowiadań, a mamy jednocześnie rozmawiać o tomie. To będzie trudne. W ogóle staramy się nie opowiadać utworów, o których przyszło nam rozmawiać. Powiem tak: będzie jeden spoiler, ale kto będzie chciał, po prostu sobie na ten czas wyjdzie. Ponieważ postanowiliśmy jedno z opowiadań Juriana dzisiaj na antenie zaprezentować. Jedno z opowiadań, które znalazło się w tomie „Ojcowie Nowej Ziemi”. Ono jest specyficzne.
Nie będę mówił dlaczego. Przynajmniej jeszcze nie teraz. To na razie tyle. Julianie, zacznę prowokacyjnie, tak jak należy zaczynać audycję. Taka moda jest w tej chwili, że człowiek, żeby zaistnieć, musi prowokacji dokonać. Właśnie będę jej dokonywał. Uprzedzam wszystkich lojalnie. Julianie, co cię podkusiło, żeby po pierwsze zostać pisarzem, a po drugie wydać tom, który jest tomem opowiadań fantastycznonaukowych ze wskazaniem, kierunkiem ku twardej fantastyce, takiej, jaką tworzono jakiś czas temu i jaką, mam nadzieję, niedługo zacznie się ponownie tworzyć.
[08:27] - Zacznę może od swojego wieku. Nie jestem nastolatkiem i dzisiaj, przygotowując się bardzo krótko do audycji, wydrukowałem sobie na karteczce-ściądze kilku autorów, których czytałem, żeby gdzieś tam w ferworze rozmowy nie pogubić. I co się okazuje? Okazuje się, że większość tych pisarzy to są pisarze z lat 70., 80. Ich twórczość. Jak to się zaczęło? Ja w ogóle potrzebuję tworzenia. Tworzenia niezależnie od materii. Czy to jest stal, czy to jest drewno, czy to jest słowo. Sprawia mi to przyjemność i satysfakcję.
Za chwilę może padnie pytanie, jak to się zaczęło i kiedy, wtedy wrócę do tematu. Ale wychowałem się takiej właśnie twardej fantastyce i ona głęboko we mnie tkwi. Fantastyka naukowa, fantastyka, ale zdecydowanie nie fantasy. Po prostu tych klimatów nie czuję. Nie czuję smoków, mieczy, czarowników, nimf.
[10:11] - Płci obojga.
[10:12] - Tak jest. Akurat płeć jest dla mnie — może wrócimy w przyszłości audycji do tego tematu — płeć nie ma dla mnie specjalnego znaczenia. Ale nie fantasy. Fantastyka naukowa, fantastyka to jest to, na czym się wychowałem. I to chyba jest cała odpowiedź.
[10:46] - Nie tak szybko i nie tak łatwo. Przynajmniej z nami. Jak już się odgrażasz, to podaj kilka nazwisk.
[10:58] - Okej. Jako mały chłopiec, chociaż nigdy nie byłem specjalnie mały — Juliusz Verne. Od tego zaczynałem. Przeczytałem dużo książek tego autora. Później przez jakieś dwa tygodnie nie czytałem nic i trafiłem na książkę Stanisława Lema. Nie pamiętam, ile miałem lat, ale byłem nastolatkiem, raczej młodszym niż starszym. Zbiór opowiadań. Tam było między innymi opowiadanie „Niezwyciężony”. Czytałem to opowiadanie, długie opowiadanie, pod kołdrą z latarką. Nie wiem, czy dzisiaj ktokolwiek czyta Z latarką pod kołdrą.
To mi się zdarzyło. Niesamowite emocje. Wtedy odkryłem Lema i czytałem Lema, później Philipa Dicka, w międzyczasie i Asimova, Aldissa, z biuru opowiadań na przykład „Kto zastąpi człowieka?” według mnie świetny. Harry Harrison. Może wtrącę. Pamiętam czasy, kiedy ciężko było za czasów późnego komunizmu, socjalizmu, o cokolwiek do czytania fajnego, ale było pismo „Fantastyka”. I pamiętam, jak wstawałem nad ranem, ustawiałem się jako pierwszy w kolejce do kiosku pół godziny przed otwarciem, żeby kupić jedyny egzemplarz, czasami dwa, które trafiały do tego kiosku. Miałem całą stertę tych miesięczników. Świetne opowiadania, inny świat. Na dzisiaj nie pamiętam wielu tytułów, wielu autorów, co kto napisał, ale kiedy byłem młody, czytałem fantastykę, fantastykę naukową.
Co mi wpadło w ręce, to czytałem. O jakichś kurach, które leciały w statku kosmicznym z jakiejś planety. No i się zawiesiłem trochę. Jakaś planeta oddziaływała psychologicznie na te kury. Straszna kaszanka to była, ale wtedy mi się to podobało. To był zupełnie inny świat. Trochę bezrefleksyjnie podchodziłem do literatury. Miałem sporo czasu. Czasami zdarzało się, że nad książką leżał zeszyt od matematyki i ciągle odrabiałem lekcje, jak tylko ktoś wchodził do pokoju, a czytałem książki. Kto tam jeszcze?
Bracia Strugaccy. Okazało się, że jedna książka, która była bardzo fajna, Kir Bułyczow, George Martin. Co dziwne może „Świat czarownic” Andre Norton to książka trochę o fantasy zahaczająca, ale z tego powodu, że był tam bohater, który był z naszych czasów i to zderzenie innego świata z naszym światem spowodowało, że doczytałem do końca. Spodobało się. Ale na fantasy takim delikatnym zakończyłem na „Świecie czarownic”. Carl Sagan, Robert Silverberg, Clifford Simak i mnóstwo książek, których autorów, nazwisk nie pamiętam w tej chwili, bo to było lata temu. Miałem to szczęście, że starszy brat mojej koleżanki, starszy o parę lat, był fanem fantastyki i miał cały pokój zawalony książkami. I ja w wieku 14, 16, 20 lat pożyczałem od tego chłopaka stertę książek na tydzień, na miesiąc. Pięć, 10, 15. Przewalałem to i oddawałem, i miałem następną paczkę, reklamówkę książek, które mogłem czytać.
To była super biblioteka, taka prywatna. A z polskich autorów Marek Oramus, Janusz Zajdel, Maciej Parowski, ale tu niewiele. Krzysztof Boruń, Andrzej Trepka, Dariusz Filar, Rafał Ziemkiewicz, który dla mnie już zamknął swoją działalność pisarską. Marek Baraniecki, „Głowa Kasandry” to było coś, co zrobiło na mnie duże wrażenie. No i Wiktor Żwikiewicz, obecny tutaj wśród nas w audycji. Kilka rzeczy, szczególnie… Panowie, podpowiedzcie. Wiem, już nie musicie podpowiadać. „Stało się jutro”. Tam Wiktor zaistniał.
[17:52] - Przynajmniej na początku. Później jeszcze istniał w wielu innych wydaniach. Ja tylko nawiążę do tego, co powiedziałeś, Julianie. Pierwsza twoja refleksja, czy dzisiaj ktoś czyta pod kołdrą? Ja bym ją rozszerzył: czy w ogóle dzisiaj ktokolwiek cokolwiek czyta? Bo taka jest moja wątpliwość. Co prawda ostatnio opublikowano wyniki badań i podobno się polepszyło w Polsce. Podobno czytamy więcej, ale jak człowiek dobrze zajrzy do tych danych, to się nagle okazuje, że to są ułamki tego wzrostu, więc jeszcze się nie ma czym cieszyć i obawiam się, że może być tylko gorzej. Ale musiałem sobie troszeczkę dać upust swojemu pesymizmowi. Druga rzecz, która zwróciła uwagę, to „Świat Czarownic”.
Ja miałem bardzo podobne odczucie. „Świat Czarownic” zaczyna się niewinnie. Co więcej, zaczyna się w naszym świecie. Już nie pamiętam dokładnie, ale jesteśmy w jakimś ówczesnym mieście, bo to było napisane jakiś czas temu, ale to jest gdzieś w XX wieku. I tam ktoś ucieka przed kimś i tak dalej. Mamy pewien artefakt, pewien kamień.
[19:06] - Kamień. Dokładnie.
[19:08] - Tak. Kamień, który przenosi głównego bohatera do świata czarownic. I tam się już zaczyna takie klasyczne fantasy. I wszystko jest fajnie. Ta książka się nieźle kończy. Nieźle się rozwija i nieźle kończy. Natomiast później Andre Norton napisała tych tomów chyba dziesięć jeszcze, które się dzieją w świecie czarownic. Od razu powiem, że nie przebrnąłem. Nie przebrnąłem i chyba nie znam żadnej osoby, która przebrnęła. Ale na pewno takie są.
I ostatnie, to opowiadanie czy powieść o tych kurach, co ty opowiadałeś. Nigdy nie trafiłem na coś... Fascynująca sprawa. Jak mówiłeś, to mi się skojarzyło, chociaż to dalekie skojarzenie, z powieścią, a właściwie z czterema długimi opowiadaniami, które się składają na powieść Van Vogta „Misja międzyplanetarna”. W oryginale to chyba „Kosmiczny pies gończy” to się tak nazywa. Czy „Ogar kosmosu”. I tam jedno z tych opowiadań było tak, że oni przelatywali wokół jakiejś planety. Tylko to nie kury były w statku kosmicznym, tylko te istoty na jednej z planet. One na jakichś takich grzędach sobie tam funkcjonowały i jakoś tam przypominały ptaki. A to akurat, jeśli chodzi o to, to była przygodówka.
To była przygodówka. Van Vogt to jest człowiek, który jednak wiedział, o co w tym wszystkim chodzi, w pisaniu. Pisał rzeczy rozrywkowe, ale to nie są rzeczy głupie. Z przyczyny zresztą wydano „Misję międzyplanetarną” już dosyć wcześnie, gdzieś tak na początku lat 70. czy może pod koniec 60., nie pamiętam. Ponieważ to na tle takich produkcyjniaków, a właściwie takich przygodowiaków amerykańskich, to jest jednak literatura. Ten facet wiedział, jak się za to wszystko zabrać. Ale mam takie wrażenie, że całkowicie zagłuszyliśmy Wiktora. Wiktorze, to teraz ty pytaj.
[21:20] - Ja po prostu tak ciężko myślę. Tak na boku, że tak powiem, o różnych problemach, których Julian tutaj dotykał. Po pierwsze się uśmiechnę, że jak Julian mówił, że z latarką czytał pod kołdrą, to ja żyjąc jeszcze za króla świecka, potrafiłem czytać książki ze świeczką pod kołdrą, zapaloną. Żeby nie odrabiać lekcji, uciekałem na strych i do piwnicy.
[21:51] - Nie tylko interesuje, Wiktorze, czy ta kołdra też nie została zapalona razem z tą świeczką.
[22:00] - O ile dobrze pamiętam, ośmiokrotnie była straż pożarna do naszego domu wzywana, gdyż pożary normalnie, bo wszędzie były książki, wszędzie były tego ogromne ilości, a mi nie pozwalano, że tak powiem, czytać bez przerwy.
[22:20] - Wiktorze, ja ci jeszcze raz brutalnie przerwę. Mój ojciec miał wuja, a mój ojciec miał też brata. I ten wuj mówił zawsze do swojej siostry, że gdyby miał takie dzieci, to by je pozabijał. To mówił o moim ojcu i o moim wuju z kolei. Także wiesz co? Gdzieś się zbliżasz do tego stanu, że jak miałeś jakiegoś wuja, to pewno mniej więcej taki sam komentarz wygłaszał. Mów dalej.
[22:51] - Ale poza tym to bardzo miło mi, że Julian się, że tak powiem, w tym rachunku sumienia na początku przyznał do Juliusza Verne'a, bo chyba ja też od niego zaczynałem. To był taki bakcyl, który coraz głębiej wchodził, bo on przecież pisał bardzo przygodowe książki, gdzie czasami bardzo śladowo się pojawiała jakaś prawie fantastyka, tak jak w „Tajemniczej wyspie”, gdzie ten okręt kapitana Nemo dopiero się powolutku wyłaniał. A przedtem to była zwykła przygodowa obyczajówka, w ogóle prawda taka dosyć sensacyjna. Ale już Verne chyba bardzo dużo umysłów poruszył, a ja sobie milcząc w tej chwili, bez przerwy się zastanawiałem. Nie od dzisiaj zresztą, ja już ten temat poruszałem. Skoro mam okazję Juliana że tak powiem, postulchać trochę, to ja mam pytanie do niego, co on myśli na ten temat? Dlaczego tak jest? Przecież my ludzie jesteśmy tego samego gatunku. Ten sam gatunek dzieli się na humanistów oraz takich ludzi z umysłami bardziej racjonalnymi. Ci drudzy spokojnie zajmują się humanistyką.
Ci humaniści tak samo się doskonale potrafią sprawdzić, że tak powiem, w naukach ścisłych. Natomiast bariera między ludźmi czytającymi fantastykę oraz nieczytającymi fantastyki jest nie do ruszenia w ogóle. Ona jest jak szlaban, twarda i ścisła. Co ciekawe, ci miłośnicy science fiction doskonale czytają literaturę głównego nurtu, psychologię, kryminały, wszystko. Dlaczego są ludzie, którzy za żadne skarby nie są w stanie przełknąć fantastyki? Skąd to się bierze, Julian?
[25:22] - Zanim powie Julian, to jeszcze żeby Julianowi dorzucić do pieca i żeby miał więcej do przemyślenia i odpowiadania, postawię taką teorię, a właściwie mocno w to wierzę, ale zostańmy przy statusie teorii, że po prostu fantastyka naukowa, czy szerzej może nawet fantastyka, od dawna ma dorabianą gębę przez zwykłą literaturę. Jeszcze gdzieś tak na przełomie XIX i XX wieku, na początku XX to już na pewno, jeszcze takich dużych barier nie było. Jeszcze Żuławski, pisząc trylogię księżycową, jeszcze Herbert George Wells. Co oni robili? Oni tworzyli literaturę. Gdzieś w pewnym momencie literatura i literatura fantastycznonaukowa rozeszły się. One już zdecydowanie rozeszły się w drugiej połowie XX wieku, gdzie w sposób, powiedzmy, taki systemowy właściwie, ci tak zwani prawdziwi literaci, ci tacy ze złotą gwiazdką na czole i w ogóle tacy uduchowieni, programowo obdarzali ten rodzaj literatury pogardą, co schodziło w dół. To znaczy, jeśli oni wyrażali się, dezawuowali ten rodzaj literatury, to do dobrego tonu należało, że odbiorcy, czytelnicy — to znany mechanizm psychologiczny — podpinali się. Skoro ich idol, znany pisarz mówi coś złego na temat fantastyki naukowej, znaczy się, jest to głupie, niewarte uwagi i w ogóle. Co więcej, myślałem, że to było charakterystyczne dla tak zwanych minionych czasów.
Zupełnie bez sensu myślałem, bo okazuje się, że w tak zwanych naszych czasach jest dokładnie tak samo, jeśli nie gorzej. Przytaczałem już tutaj anegdotkę o Wisławie Szymborskiej, która nie mogła uwierzyć, że istniał ktoś taki w latach 80. jak Janusz Zajdel. Ona była przekonana, że prelegent w czasie pewnej sesji po prostu wymyślił sobie takiego bohatera, który przewidział, co się będzie działo z tym socjalizmem, ku czemu to wszystko zmierza, jak to się wszystko na przykład rozpierdzieli, albo — mówię o socjalizmie — jakim systemem tak naprawdę jest socjalizm, ten realny przynajmniej. Ona w to po prostu nie mogła uwierzyć. Nie mogła zaakceptować, że był cały wielki obszar literatury, którego ona po prostu nie znała. I to, myślę, jest dosyć charakterystyczne. Nie wiem, czy to tylko w naszym kraju takie jest charakterystyczne, czy na całym świecie. Ale teraz, Julianie, już mówisz ty.
[28:22] - Wracając na chwilę do czytania pod kołdrą. Może nie jest z tym tak do końca źle, bo mam znajomą, która opowiadała, że SMS-y czyta pod kołdrą. Nie chcę drążyć tematu, ale jednak czytanie pod kołdrą się jakoś uchowało. A jeżeli chodzi o fantastykę naukową, wydaje mi się, że żeby czytać fantastykę, trzeba mieć odrobinę wyrobienia. Jeżeli ktoś nie wie, czym jest dylatacja czasu i jeżeli ktoś nie zna podstawowych zasad fizycznych rządzących czasoprzestrzenią, to trudno mu zrozumieć sens i akcję książki fantastycznej. Czasem może tak być. Jeżeli ktoś pisze powieść w głównym nurcie i sprawa dotyczy kobiety, którą mąż bił, ona wyjechała z chorym dzieckiem do Norwegii i tam gdzieś w jakiejś norweskiej restauracji lepi polskie pierogi i ma jakieś przemyślenia, to większość ludzi to zrozumie i może się uśmiechnąć, czasem może ronić łzy nad jej losem, ale to jest dosyć zrozumiałe. Jeżeli chodzi o fantastykę, dla niektórych ludzi jest zbyt trudna, żeby ją zrozumieć. Tak myślę. Następna rzecz, o której chciałem powiedzieć.
Wydaje mi się, że ten podział jest trochę sztuczny. Tutaj włożę kij w mrowisko. W zasadzie wszystko jest fantastyką, bo niezależnie czy kobieta w Norwegii z chorym dzieckiem lepi pierogi, czy akcja dzieje się w innej galaktyce, to wszystko jest imaginacja autora i równie dobrze wszystko może być fałszem i nieprawdą. A jeżeli wszechświat jest nieograniczony, to wszystko, co napisali autorzy fantastyczni, może okazać się prawdą albo prawie prawdą.
[31:23] - Przerwę ci Julianie, bo bardzo rozszerzyłeś definicję fantastyki naukowej. Ja bym tak daleko nie szedł. Czy w ogóle fantastyki, bo rzeczywiście można dojść do takiego wniosku, a wówczas cała literatura będzie fantastyką. Chyba nie idźmy tą drogą.
[31:40] - Nie, to był kij w mrowisko.
[31:43] - Chyba nie idźmy tą drogą. Dobrą rzecz podrzuciłeś, która skłania mnie do pewnej refleksji. Popełniłem w ostatnim „Sfinksie”, który cały czas jest do dostania, taki artykuł dotyczący definicji science fiction. Skąd w ogóle ta science fiction? Bo to jest troszeczkę z science fiction, tak jak z czasem, kiedy jeden z filozofów mówił o tym, że kiedy nie pytasz, wiem, czym jest czas, ale kiedy zapytasz, nie wiem. Trochę jest z fantastyką podobnie. Niby wiemy, czym jest science fiction, ale jak każą nam przytaczać definicję, to jest z tym problem. Ja pokazuję w tym artykule, o którym mówię, dlaczego jest z tym problem. Odsyłam wszystkich zainteresowanych, bo problem rzeczywiście jest, ale moim zdaniem Julian w pewnym momencie wspomniał o czymś, co wydaje mi się znacznie bardziej ważne niż problemy definicyjne. Otóż Julian położył nacisk na te sprawy, nazwijmy to naukowe.
Czy ktoś ma wiedzę, czy nie ma wiedzy. Myślę, że to jest ważne. To pomaga przyswajać ten rodzaj literatury, ale wydaje mi się, że problem jest gdzie indziej. Fantastyka naukowa na początku, w tych latach 40., 50. To nie jest sam początek fantastyki naukowej, ale wtedy ona ma ten swój złoty wiek. Przychylam się, miała wtedy swój złoty wiek, ale to był specyficzny rodzaj literatury. To była mało literacka literatura. To były takie opowiadania, które opierały się na pomyśle. Oczywiście zdarzały się tam perełki, ale to byli głównie ludzie, którzy zajmowali się naukami ścisłymi, a fantastyki naukowej używali w celach rozrywkowych, w celach takich, żeby jakieś idee upowszechniać i tak dalej. Nie czas, nie miejsce, żeby temat rozwijać.
Natomiast to był czas, kiedy prawdziwi literaci spoglądali z wyższością, bo te próby pisania fantastyki naukowej czy w ogóle pisania fantastyki były chwilami nieporadne. Te opowieści były ciekawe, ale literacko były niedorobione. Często. Nie zawsze. Zdarzały się tam również perełki, autentyczne literackie perełki. Tymczasem świat idzie do przodu. Dzisiaj, jeśli ktoś spojrzy chociażby na taką serię, która ukazuje się w wydawnictwie MAG „Uczta wyobraźni”, tam się pokazują książki. Kilkadziesiąt takich książek już się ukazało, które są nie tylko ciekawą fantastyką naukową, ale z punktu widzenia literackiego są absolutnymi perełkami. Bo to nie chodzi tylko o to, żeby pokazać ciekawą historię. Tu się skłonię ku temu, co mówi bardzo często na antenie BookRadia Mirosław Gołuński.
Mianowicie mówi o tym, że literatura to jest coś więcej niż akcja, która się odbywa w opowiadaniu czy w powieści. Tam powinna być i dobrze jest, gdy się znajduje jakaś głębia, ale głębia psychologiczna. Nie opowieść albo nie tylko opowieść jest ważna, bo akcja jest oczywiście istotną częścią każdej literatury, ale też to, co siedzi w głębi. I ja odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy, tu mam na myśli ostatnie 20 lat przynajmniej, a właściwie to wierzę, że więcej, ale powiedzmy 20 lat, to fantastyka naukowa, ta światowa i polska mocno pod względem literackim poszła do przodu. W czasach, kiedy funkcjonował i brylował na salonach literackich Wiktor Żwikiewicz, to jeśli chodzi o literackość, to był Wiktor Żwikiewicz, był Stanisław Lem. Takich literatów z prawdziwego zdarzenia było kilku. Bardzo wielu było ludzi zdolnych, którzy jednak nie przekraczali pewnej granicy. To znowu, o ile Julian wcześniej wsadzał kij w mrowisko, to teraz ja sobie pozwoliłem wsadzić kij w mrowisko i zostawiam cię, Julianie, z tym kijem.
[36:14] - Proszę o rozszerzenie pytania.
[36:17] - Jeszcze? To ja mogę jeszcze trochę pogadać.
[36:19] - Było za długie. Proszę o esencję.
[36:23] - Esencję. Chodzi o to, co dla ciebie w literaturze fantastycznonaukowej jest ważne — ta akcja, ciekawy pomysł, naukowość czy jednak literackość? To jest pytanie podchwytliwe, od razu powiem.
[36:38] - Ucieczka od tego, co mam na co dzień. Przebywanie w zupełnie innych światach. To chyba jest najważniejsze. Oczywiście to musi być dobrze napisane. Fajnie, jak jest głębia i fajnie, jak jest akcja, ale przede wszystkim to jest ucieczka od codzienności. Kiedy spoglądam na niebo, widzę Drogę Mleczną, widzę gwiazdy, widzę galaktyki, to jestem przekonany, że istnieje mnóstwo fajniejszych miejsc niż Ziemia. I to jest taka ucieczka od codzienności. To jest chyba dla mnie najważniejsze.
[37:40] - Okej.
[37:46] - To tak, ja już skończyłem. Marka urwało. Panowie, ratujcie.
[37:58] - Tak, Marek oczywiście i jego router. To może ja w takim razie tylko dodam od siebie do tego, co, Marek i ty, Julian, mówiłeś, że z tego pojawiło mi się takie w tej chwili skojarzenie, że właściwie są ludzie, którzy poszukują niezwykłości, potrzebują niezwykłości oraz tak zwani konsumenci, którzy chcą po prostu mieć to, co wiedzą, co znają. Wszystkie odkrycia geograficzne na naszej kuli, na staruszce Ziemi dokonywali właśnie ludzie poszukujący czegoś nieznanego, potrzebujący tego nieznanego. Natomiast zobaczcie, że wśród nas, tak jak my mamy przyjaciół, rodziców, znajomych, dzieciaki i tak dalej, jest mnóstwo ludzi, którzy zwyczajnie nie potrzebują żadnych rzeczy niezwykłych. Tym się nie karmią, to im jest do życia w ogóle niepotrzebne. Natomiast jest jakiś taki odłam ludzkości, który musi mieć zawsze gdzieś przed sobą jakieś dzikie pola po prostu.
[39:28] - Wiktorze, czy mógłbym? Wydaje mi się, że ludzie czasem żyją jak ludzie zombie. Tak bardzo zakotwiczeni w naszej fizycznej codzienności i w naszych codziennych sprawach bardziej ważnych lub mniej ważnych. I być może oni faktycznie tego nie potrzebują. Fantastyka zaburza ich postrzeganie rzeczywistości. Oni się urodzili, po prostu dojrzeli. Nie zastanawiają się, skąd się wzięli, jaki jest cel ich istnienia, co będzie dalej. Już takie bardziej szczegółowe pytanie, czy jesteśmy sami we wszechświecie, czy nie? Wydaje mi się, że nie, dlatego, że to jest taki ogrom, że nie wyobrażam sobie, że mielibyśmy być tymi jedynymi. Inna sprawa to odległości, ale tu już nie chcę wchodzić w fizykę, w naukę i możliwości.
[40:59] - Halo, halo?
[40:59] - Tak, Marek?
[41:00] - Tak, Marek? Jestem, tylko jak zwykle- O, już jestem. Już wróciłem.
[41:09] - Router wiedział, kiedy cię przywrócić.
[41:11] - Nie wiem, kto urobił... Tak, ale nie wiem, gdzie mnie przerwało, bo ja sobie tutaj wygłosiłem dłuższe przemówienie do mikrofonu i okazuje się, że poza mikrofonem.
[41:23] - Przerwało cię w momencie, kiedy powiedziałeś: „Okej”.
[41:27] - A to było akurat wtedy, kiedy Marek Sęk "Ivellios" skończył mówić o tym, w jaki sposób można się połączyć z nami.
[41:37] - Ha! Żartowałem.
[41:40] - No dobrze. Mówiłem: „Okej”, ale to jest takie słówko, które lubię powtarzać. Dobrze, powiem, czym skończyłem swoje przydługie przemówienie, które poszło sobie w eter. Wiktorze, teraz ty.
[41:57] - Ja właśnie już zapełniałem tą dziurę, kiedy ciebie nie było, że tak powiem, czarną. I już jesteśmy na płaszczyźnie, spokojnie możemy ciągnąć dalej.
[42:11] - To ciągnijmy.
[42:15] - Marku ciągnij.
[42:17] - Ja mam ciągnąć? Dobrze. W każdym razie, a czy ta refleksja na temat XXII wieku jeszcze się załapała na eter? Pewnie nie. To powtórzę, że ja mam cały czas poczucie tego, że fantastyka bardzo często w wykonaniu tych mistrzów-
[42:45] - Czy Markowi chodziło o mnie?
[42:46] - Stopu absolutnego. Ona bardzo często Dlaczego? O tym sobie porozmawiamy za chwileczkę. Czy chodziło o ciebie, czy nie. Że ta fantastyka bardzo często przegania nasze czasy i my troszeczkę obudowani tą nauką współczesną.
[43:09] - Dobra, czy ja mógłbym powiedzieć teraz-
[43:11] - Marku, nie wiem czy wiesz, ale znowu cię urwało i wolałbym, żeby twoje kolejne przemówienie nie zniknęło z tego powodu. Marku, czy się słyszymy?
[43:26] - Słyszymy się. Ja powoli zaczynam dojrzewać do tego, żeby przejść na odbiór telefoniczny, bo widzę, że dzisiaj ktoś zagiął parol na mnie. Dobrze. Słychać mnie, spróbujemy. Jeśli się to zacznie powtarzać, to pomyślimy nad inną formą komunikacji. Ja jeszcze raz powtórzę, że nauka wyznacza pewne ramy, ale jednak siłą fantastów jest to, że potrafią te ramy przełamywać i bardzo często się okazuje, że wątpliwości, które zgłaszają względem nauki, bardzo często otwierają nowe bramy, nowe drogi. Ja tylko przypomnę tę sławną sprawę ze sztuczną inteligencją, a właściwie nie ze sztuczną inteligencją, z wirtualną rzeczywistością. Tę sprawę związaną z Lemem i-
[44:27] - Ojojoj. Wiecie co? Dodaję Marka z powrotem.
[44:32] - Piła głowy w skrzyniach.
[44:34] - Dodaję Marka z powrotem do rozmowy telefonicznej i już teraz nie będziemy tutaj, wiadomo. Krótka przerwa techniczna, drodzy państwo. Tak, tutaj jesteś, Marku. Nie, dobrze. Chyba dzwoni.
[44:57] - Ale ja was słyszę.
[45:00] - My ciebie przez chwilę nie słyszeliśmy.
[45:05] - Ja myślę, że przejdźmy chyba jeśli się da na odbiór telefoniczny, bo tak się dłużej prowadzić tego nie da. Spróbujmy przynajmniej na jakiś czas przejść na odbiór telefoniczny. To ja się rozłączam z tej rozmowy.
[45:24] - I właśnie teraz-
[45:25] - Czy ja mógłbym?
[45:26] - Tak.
[45:27] - W międzyczasie, zanim dokonamy połączenia telefonicznego. Fantastyka a nauka.
[45:37] - Halo?
[45:38] - Słyszymy się.
[45:40] - Jestem. Ja myślę, że pojedźmy teraz przez jakiś czas przynajmniej z telefonu, bo to tak na dłuższą metę bywa męczące. Po prostu , że też można razy powtarzać to samo, ale i w dodatku się rozłączać dosyć często. Tak już dzisiaj przypadło. Ja już chyba nie będę powtarzał po raz kolejny tej sprawy związanej z nauką i z tym, że fantaści, a szczególnie ci zajmujący się fantastyką naukową, po prostu przełamują pewne bariery. I tak naprawdę chwała im za to, bo oni bardzo często kierują naukowców na nowe tory, czego naukowcy na ogół nie zauważają, bo nikt jednak Lemowi nie oddał honorów związanych chociażby z wymyśleniem, czy w każdym razie z takim skodyfikowaniem, czy opisaniem wirtualnej rzeczywistości w jednym z opowiadań o Ionie Tichym. Tam akurat była to przygoda pierwsza z profesorem Corcoranem. I uśmiechnąłem się, kiedy 20 lat później jeden z naukowców amerykańskich ogłosił sławną teorię filozoficzną właściwie, ona się nazywała „Mózg w słoju”. I ona dotyczyła tego, że gdybyśmy mieli mózg umieszczony gdzieś właśnie w takim tym, powiedzmy słoju i podłączylibyśmy do tego mózgu określoną liczbę kabelków, oczywiście weźmy to w cudzysłów, te kabelki. Dostarczali temu mózgowi określoną liczbę bodźców, to przy pewnej złożoności tego systemu ten mózg nigdy nie byłby w stanie stwierdzić, czy funkcjonuje w wirtualnej rzeczywistości, czy też funkcjonuje w świecie realnym.
To był problem postawiony przez Lema w latach 60. To sobie zdajmy z tego sprawę. W 80. latach nagle, on się Putnam nazywał, ogłosił coś takiego, nie wspominając nawet o Lemie i cały świat się zachwycił. Jakiż mądry Amerykanin, jakżeż to fajnie wymyślił. Ja nie mówię, że był głupi, tylko był pod tym względem wtórny. Żeby być wtórnym, on nie znał po prostu prac Lema. Wymyślił to na nowo. To kolejny dowód na to, że czasami warto znać historię, historię nauki, historię filozofii, historię w ogóle tego, czym się zajmujemy, żeby nie wymyślać po raz wtóry tego, co już zostało wymyślone. A więc dobrze jest, że fantaści są i moim zdaniem W fantastyce naukowej, pomimo że ona ma ten dodatek „naukowa”, nauka owszem, ważna jest, ale chyba ważniejsze w fantastyce naukowej jest przełamywanie granic, które stawia nauka nam współczesna.
Julianie, co ty sądzisz na ten temat?
[48:39] - Zacznijmy, czym jest nauka według Juliana. To religia. My jako ludzkość jesteśmy zadufani i w zasadzie w każdym wieku, w każdym czasie uważamy, że odkryliśmy prawa, które rządzą nami i naszą rzeczywistością, które są w zasadzie niepodważalne. Nauka dzisiaj osiągnęła już taki wysoki poziom i w zasadzie możemy ją tylko rozwijać. Nieprawda. Wydaje mi się, że tak jak nauka sprzed tysiąca lat czy 500 lat, czy 200 lat, prawie nie został kamień na kamieniu. Oczywiście dwa plus dwa równa się cztery, ale geometria euklidesowa nie istnieje, bo wszystko zależy od obserwatora, od punktu, z którego obserwuje. Biorąc pod uwagę grawitację, nie jesteśmy w stanie narysować trójkąta równobocznego na krzywym stole. Oczywiście nam tutaj na Ziemi wydaje się, że jest idealny trójkąt równoboczny, ale z perspektywy spoza taki trójkąt nie będzie idealny, więc wszystko jest względne. Wydaje mi się, że za 500, za 1000 lat nasza nauka zmieni się całkowicie, dojdzie do wielu rewolucji i okaże się, jak wielki wpływ na nas ma ciemna materia, ciemna energia.
Jeżeli istnieją. To są rzeczy, o których w zasadzie nic nie wiemy. Nauka musi tak działać. Dowiadujemy się o kolejnych sprawach, nawarstwiamy to, ale boję się, że za bardzo wierzymy dzisiaj w to, co wiemy i możemy brnąć w ślepą uliczkę. To na razie tyle.
[51:26] - Dobrze. Mów, Wiktorze.
[51:28] - Jeśli mogę podziękować Julianowi za tą całą kwestię. Dlaczego podziękować? Dlatego, bo ja wielokrotnie oczywiście nie wspierałem, ale zwracałem uwagę Markowi na to, że on bardzo często przy swoich tęsknotach do podbijania wszechświata, poznawania i tak dalej, z punktu wyjścia, czyli z teraźniejszości bardzo liniowo zwraca się ku przyszłości. A przyszłość, ta nauka rzeczywiście, tak jak Julian mówił, właściwie nie rozwija się w danym, w każdym punkcie na nowo, nie liniowo, ale kręci się w kółko, jak pies za własnym ogonem. I w tym momencie ta teza Julianowa, że nauka jest rzeczywiście religią w pewnym sensie. Oczywiście inne to słowo ma konotacje, natomiast jest to pewna religia. Naprawdę, ja to też bez przerwy wszystkim podkreślam, że poczucie tego Sumeryjczyka czy Babilończyka, że Ziemia to jest jakaś półkula, gdzie parę słoń stoi na płynącym żółwiu i dźwiga jakiś kawał lądu, to ma tyle samo wspólnego z rzeczywistością, co dzisiejsze kosmogonie i wszystkie teorie kosmogoniczne na temat tego, jak wygląda wszechświat. To wszystko będzie naprawdę za 100 albo już za 10 lat wyglądało zupełnie inaczej. Jestem o tym przekonany i chyba wreszcie spotkałem kogoś, czyli Juliana, który też tak myśli.
[53:49] - Wiktorze, wiesz co, ja się zastanawiam, czy to nie ty mnie rozłączyłeś. Bo ja nie wiem, o czym ty mówisz, kiedy mówisz, że patrzę liniowo na podbój kosmosu, bo mniej więcej to, co ty powiedziałeś przed chwilą, ja gadałem do sitka mikrofonu chwilę wcześniej, kiedy mówiłem o tym, że nauka ta nasza, w której my jesteśmy zagłębieni, jest oczywiście bardzo ważna, ale za 100 lat ludzie będą patrzyli i kiwali głowami z pewnym politowaniem, mniej więcej z takim, jak my patrzymy na naukę XIX-wieczną. Oni coś wiedzieli. Co więcej, część tych rzeczy my nawet jeszcze dzisiaj stosujemy, czy w każdym razie uwzględniamy. Ale kiedy patrzymy na to, co oni wiedzieli, to rzeczywiście kiwamy głowami. „No tak, ale oni żyli w XIX wieku”. Uświadommy sobie, proszę państwa, że za 100, 150 lat tak samo będą patrzeć ludzie na nas. My się dzisiaj ekscytujemy bozonem Higgsa. My się dzisiaj ekscytujemy naszymi osiągnięciami technicznymi czy technologicznymi związanymi z lotami w kosmos, czy powrotem człowieka w kosmos, podbijaniem czy próbami podboju kolejnych planet. Oczywiście Marsa mam na myśli.
Ale tak naprawdę za 150 lat będzie się na nas patrzeć, naukowcy to na pewno, z takim politowaniem właśnie. Ale to jeszcze nie jest powód, żebyśmy dzisiaj mówili, że to, co my dzisiaj wiemy, jest nieważne. Dla nas jest ważne, bo musi być ważne. Ale fantaści to są ludzie, którzy przełamują te granice. O tym tak naprawdę mówiłem. I ja cię, Wiktorze, jesteś na mojej krótkiej liście podejrzanych co do rozłączania mi tu internetu. Ty się z internetem za bardzo nie lubisz, więc powtarzam, jesteś na krótkiej liście. Wrócę w tej chwili na czat. Obi-One pisze: „Dobrze jest poczuć na nowo zdziwienie światem — rzekł filozof. Podróże kosmiczne znów uczyniły dzieci z nas wszystkich.
Motto z »Kronik marsjańskich«”. Myślę, że autor „Kronik marsjańskich” to był po prostu kawał pisarza i on doskonale wiedział. Właściwie to się wpisuje w to, o czym powiedział Wiktor, o czym mówił Julian, o czym wreszcie ja nieśmiało napomknąłem, ale mnie ucięło, że my rzeczywiście jesteśmy zafascynowani tym, co nas otacza. Staramy się to w jakiś sposób tłumaczyć. Nasi potomkowie wytłumaczą to w zupełnie inny sposób, ale liczy się ta fascynacja, o której była tutaj mowa. To zadziwienie światem, to dziecięce zadziwienie światem i to jest moim zdaniem wspaniała rzecz. A ktoś inny, Samczas Duncan pisze: „Ludzie są zapatrzeni w siebie”. No właśnie. Część ludzi na pewno, zamiast patrzeć w kosmos, patrzeć gdzieś daleko, wzdychać do tego nieba gwiaździstego nad nami, bardzo często patrzą w siebie i to jest dla nich najważniejsze. Powiem tak, to się tak łatwo dzisiaj z perspektywy naszej dzisiejszej audycji potępi.
„O, to tam ludzie bezrozumni”. Zrozummy też, że nie wszyscy mogą żyć wielkimi ideami. Natomiast źle się dzieje, kiedy w imię tak zwanego codziennego życia te wielkie idee zostają odrzucone, wyrzucone. Myślę, że coś takiego się stało po latach 70., kiedy ludzkość wkroczyła w kosmos i nagle z niego uciekła, bo były ważniejsze sprawy, bo trzeba było rozwijać to czy tamto, bo trzeba było dobrobyt budować i tak dalej. I na kilkadziesiąt lat przerwaliśmy nasz wyścig, sami ze sobą wyścig, nasz podbój, nasz krok w kosmos. Dzisiaj tam wracamy. Mam nadzieję, że skutecznie. Tak mi się po prostu wydaje. Julianie, co ty sądzisz?
[58:18] - Może powiedzmy, czym jest w ogóle ta fantastyka. Tak naprawdę akcja dzieje się gdzieś poza Ziemią, czy w światach wirtualnych, czy na innych planetach, w innych galaktykach. Ale ludzie są tacy sami. I to jest wielka prawda, bo zwróćmy na to uwagę. To jest banał to, co powiem może, ale kiedyś były gliniane skorupy, dzisiaj — to chwila reklamy — są garnki Zeptera. Kiedyś były konie, dzisiaj są konie mechaniczne w Mustangu na przykład. Kiedyś można było machać jakąś płachtą przed ogniskiem, dzisiaj wysyła się SMS-y. To są tylko gadżety. Tak jak kiedyś z zazdrości, z nienawiści można było kogoś zabić. Dzisiaj dzieje się to samo.
Za pięć złotych jeden drugiego człowieka zabije. Więc ludzie nie zmieniają się tak szybko, jak technologia. Tak jak mówiłem, to może brzmi banalnie, ale mam wrażenie, że czasami nie dorastamy do tej techniki i technologii. Facebook, największa oglądalność, kotki miauczące, mruczące i przebierające łapkami. Taka technologia, takie możliwości, a największą oglądalność mają kotki. To może tyle.
[01:00:09] - Ale ja powiem tak, że mnie specjalnie to nie dziwi, a właściwie powiem tak, Julian jest niepoprawnym optymistą, bo Julian mówi o jakimś rozwoju, że my nie dorastamy. Ja obawiam się, i to znowu jest teza może radykalna, ale że my w ogóle się specjalnie, jeśli chodzi o ten tak zwany zasób moralny, to specjalnie nie rozwijamy. Oczywiście nasza współczesna cywilizacja ma różne osiągnięcia. Jedni uważają, że to są wielkie osiągnięcia, inni, że małe. Jakoś sobie skodyfikowaliśmy różne sprawy i to, co kiedyś było przestępstwem, dzisiaj przestępstwem nie jest i tak dalej. Nam się wydaje, że weszliśmy na ważną ścieżkę rozwoju moralnego. Tymczasem, jak się okazuje, jak zaistnieją po temu warunki, chociażby Jugosławia całkiem niedawno, człowiek tak naprawdę zawsze okazał się bydlęciem, które z lubością morduje swoich bliźnich w imię oczywiście bardzo poważnej idei. Tu należy wpisać odpowiednią ideę. Ale tak naprawdę, jeśli chodzi o nasze funkcjonowanie moralne, odnoszenie się do bliźniego, myślę, że niewiele się zmieniło. Oczywiście w sferze deklaracji bardzo często są ludzie, którzy mówią: „Tak, ale ja już jestem na innym etapie rozwoju”.
Ja bym chciał tego człowieka na tym innym etapie rozwoju zobaczyć w sytuacjach ekstremalnych. Nagle by się okazało, że w gruncie rzeczy niewiele różni się od ostatnich kilku czy kilkunastu nawet wieków. Wbrew pozorom. Dlatego mówię, Julianie, że ty jesteś optymistą moim zdaniem, mówiąc o jakimkolwiek rozwoju, że rozwój człowieka nie nadąża za technologią, techniką. Ja myślę, że on nie ma szans nadążać po prostu.
[01:02:13] - Nie ma szans nadążać, a wydaje mi się, że jakiś jest, ale to jest bardzo żmudny i powolny rozwój. Nie jestem specjalistą od średniowiecza, chociaż z drugiej strony życie ludzkie nie jest specjalnie więcej warte niż w średniowieczu, jak tak się głębiej zastanowić. Ale dokładnie to, co przed chwilą mówiłeś, to chciałem dać taki przykład. Nie ma złych nacji, nie ma złych narodów. To jest kwestia tego, żeby w dowolnym miejscu na świecie pozwolić ludziom być bezkarnym przed Bogiem i prokuratorem. I wtedy wychodzi cała prawda o nich, o tych ludziach, którzy słuchali muzyki poważnej, czytali wspaniałe książki i nagle okazuje się, że potrafią nożem zardzewiałym wydłubać komuś innemu oczy bez specjalnego powodu.
[01:03:28] - No tak, ale-
[01:03:30] - Jeśli mogę skomentować te wasze dywagacje. Otóż ja już w audycji kiedyś wielokrotnie zawsze podkreślałem, że nasze tęsknoty, Marku i Julianie, do rozwoju są dosyć abstrakcyjne. My się nie możemy rozwijać w pewnym sensie tego słowa. Otóż my zapominamy, że my jako gatunek jesteśmy zwierzętami. Nie jesteśmy tylko Homo sapiens. Homo sapiens tak, ale w rodzinie zwierząt i to drapieżnych zwierząt. Żeby się cokolwiek w tej materii zmieniło, musi właściwie powstać nowy gatunek. Musimy przestać być człowiekiem i przestać być Homo sapiens i przestać być zwierzęciem. A czy to jest w ogóle możliwe? I czy to jest w ogóle potrzebne komukolwiek?
To jest inny problem.
[01:04:36] - Wiktorze-
[01:04:37] - Ale to jest jeszcze inny problem. Ja przerwę ci, Julianie. To jest jeszcze inny problem. Jeśli przestaniemy być człowiekiem i staniemy się czymś innym, co zapostulowałeś, to musimy bardzo wierzyć w ideę rozwoju i nieustającego progresu, postępu. Natomiast to wcale nie jest takie oczywiste, że jeśli coś z człowieka się narodzi, jakiś inny gatunek, może jakieś połączenie organizmu żywego z technologią jak najbardziej niebiologiczną, że to będzie lepsze.
[01:05:15] - Homo monster, Marku. Homo monster.
[01:05:18] - Ale już sama nazwa monster coś sugeruje. Natomiast wcale to nie musi być lepsze. Nasza tęsknota, żeby było lepsze, wcale jeszcze nie załatwia sprawy. Już, Julianie, oddaję ci głos.
[01:05:30] - Nie musimy iść w kierunku technologii, żeby się zmieniać. Bo pytanie brzmi, czy jesteśmy tylko człowiekiem? Czy jesteśmy tylko tym fizycznym zwierzęciem? Być może — kolejny kij w mrowisko — jest to nasz ziemski skafander, w którym jesteśmy, żeby tu przetrwać. To jest jedna rzecz. Druga sprawa, kiedyś rozmawiałem z koleżanką, która twierdziła, że ona chce być dobrym człowiekiem, że chce robić dobro. A ja jej powiedziałem: „Słuchaj, wszystko, co zrobisz dobrze, to ktoś dla równowagi będzie musiał zrobić źle”. Dlatego, że wydaje mi się, że tutaj na ziemi musi być tygiel, bo tygiel powoduje rozwój. Wyobraźmy sobie społeczeństwo Idealne, w którym jest całkowity dobrobyt, nie ma chorób, nie ma bólu, to wtedy będzie stagnacja. Nie wiem, czy wytrwalibyśmy takie idealne środowisko tutaj na Ziemi.
Tygiel powoduje, że się w jakiś sposób, być może powoli, ale rozwijamy na własnych błędach, na jakichś spostrzeżeniach, przemyśleniach. To może jest kontrowersyjne, co mówię, ale tak jak stwierdziłem wcześniej, jeżeli ktoś zrobi dobry uczynek, to kto inny będzie zmuszony, żeby zrobić zły, żeby ten tygiel nadal tu istniał.
[01:07:29] - A ja myślę, że sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Użyję takiego hasła, to oczywiście jest duży skrót myślowy, że najbardziej na świecie boję się ludzi, którzy chcą czynić dobro. Bo my bardzo często jesteśmy skłonni przypuszczać, że ci, którzy w historii świata zapisali się jako ludzie źli, jako potwory, to oni od początku, od kołyski byli źli, przez całe życie byli źli i mieli czarne podniebienia i czarne języki i w ogóle chcieli tylko zła. Prawda jest zupełnie inna. Oni też chcieli dobra, swoiście pojętego. Przecież Stalin, przedtem Lenin, oni budowali nowego człowieka, znaczy budowali nowe społeczeństwo i nowego człowieka w imię czegoś, w imię sprawiedliwości i tak dalej. To by można całą dyskusję na ten temat prowadzić. Natomiast kiedy wchodzimy w takie momenty, w których zaczynamy dyskutować o dobru, złu, o tym, co jest, co powinno być, co nie powinno być, to my zawsze wchodzimy w system ocenny i dla jednego coś jest dobre, dla drugiego może niekoniecznie. I to jest, myślę, też pułapka, w którą często wpadamy jako ludzie. A jeśli chodzi o kondycję ludzką, tą moralną, jakąkolwiek, ja powiem tak, że ja nie jestem takim optymistą jak Julian, bo mnie się wydaje, tak jak patrzę na dzieje rozwoju ludzkości, że my naprawdę przez ostatnich kilka tysięcy lat tak moralnie to niewiele się rozwinęliśmy.
Ja cały czas powtarzam, nie ma jakiejś uniwersalnej moralności. Moralność zawsze jest jakaś, z czymś związana, z jakąś etyką też jakąś. W związku z tym różne dzieje ludzkości, różne cywilizacje, różne moralności i etyki, ale i w związku z tym różne dążenia, różne ideały. Natomiast człowiek, kiedy już nawet to wszystko porzuci, kiedy walczy o przetrwanie, to jest w stanie zrobić bardzo wiele i bardzo wiele z moralnością to nie ma wspólnego. Krótki rzut oka jeszcze na czat, bo tu się wdały pewne nieporozumienia. Przez chwilę przynajmniej śledziłem to, pewne nieporozumienia pojęciowe. Julian powiedział, że nauka jest religią i to zostało skomentowane. To nie chodzi o to, ja to tak zrozumiałem, Julianie, że tobie nie chodzi o to, że ktoś cię nawet podejrzewał, że mieszasz religię z nauką. Nie, to chodzi o to, że bardzo często, przynajmniej dla przeciętnego człowieka, to ma tyle wspólnego z religią nauka, że my też bardzo wiele pojęć naukowych przyjmujemy na wiarę. Bardzo często, to Tomek Fąs bardzo często podkreśla, nasza wiedza jest bardzo często na tym poziomie, że pewnych rzeczy nie potrafimy sobie wyprowadzić, nie potrafimy sobie prześledzić, skąd się pewne rzeczy biorą i w związku z tym skazani jesteśmy na to, żeby pewne pojęcia, pewne sytuacje naukowe po prostu przyjmować na wiarę właśnie.
To myślę, o to tobie chodziło, kiedy mówiłeś o nauce jako o wierze.
[01:10:54] - Już dam przykład. Na przykład grawitacja. To, jak była postrzegana przed Einsteinem, to wszystko funkcjonowało, ale to była ślepa uliczka. Mimo tego, że zabrnęliśmy w ślepą uliczkę, byliśmy w stanie obliczyć tor lotu, nomen omen, pocisku skierowanego w innych ludzi. A jednak grawitacja na dzisiaj wygląda zupełnie inaczej. Kto wie, jak to będzie wyglądało za 100 albo za 1000 lat. Być może jesteśmy w kolejnej ślepej uliczce. Wiara polega na tym, to, co mówiłem o religii, jeżeli chodzi o naukę. Polega to na tym, że wierzymy, że jesteśmy na autostradzie do wiedzy, a możemy być w ślepej uliczce. Nie ma to jakiegoś bezpośredniego połączenia ze Stwórcą, z religijnością, a raczej z naszymi przekonaniami tak silnymi, że nazwałem je w jakiś sposób religią.
[01:12:22] - A ktoś, kto napisał na forum, że nie ma sensu mieszać nauki z religią, moim zdaniem miał absolutnie rację. Ja to często powtarzam. To są dwie tak różne sfery naszego życia. Zresztą cały czas posługuję się tym przykładem. Transcendencja. Słowo mające opisać pewną boskość, pewien obszar, który jest nam niedostępny. Dlaczego? Bo transcendere, znajdujące się na zewnątrz. W związku z tym ci wszyscy, którzy mówią, że nauka dowiodła, że Boga nie ma, to po prostu śmiech. Śmiechem można kogoś takiego zabić, dlatego że nauka tego dowieść nie może i nie stawia sobie zresztą tego rodzaju celów, poza nauką socjalistyczną, która tym się lubowała i to próbowała udowodnić.
Nie ma związku pomiędzy tymi światami. Transcendencja gdzieś tam sobie jest albo jej nie ma. To jest kwestia naszej wiary, niewiedzy. Cały czas to podkreślam. Czy to jest zła strona naszego życia? Myślę, że to w ogóle nie są kategorie, żeby oceniać, czy to jest złe, czy dobre. Nie da się temu zaprzeczyć, nie da się tego potwierdzić i tak naprawdę nie trzeba tego robić. Nauka to jest zupełnie inny obszar.
[01:13:56] - Jeżeli mógłbym jedno słowo, jedno zdanie albo dwa. Źle być może nazwałem. To był skrót myślowy. Religia. Raczej powinienem powiedzieć wiara, wiara w naukę.
[01:14:12] - Tak.
[01:14:13] - Moje podejście było i jest dosyć bolesne, ale wychodzę z założenia, że nie należy wierzyć w nic, ale wszystkiemu dawać szansę, nawet płaskoziemcom. Kto wie, czy nie ma gdzieś tam jakiegoś ziarenka prawdy. Nie wiemy. Naprawdę wiemy bardzo niewiele na temat naszej rzeczywistości, w której istniejemy.
[01:14:44] - Ja się bardzo często uśmiecham, kiedy słyszę o płaskoziemcach, bo wszyscy, może nie wszyscy, ci, którzy są przeciw, bardzo często na tych płaskoziemcach wieszają psy i mówią o nich w sposób mało pochlebny. Natomiast ja w ich istnieniu widzę wielką zasługę. Zaraz wyjaśnię jaką, oczywiście. Otóż odwiedzając takie strony, gdzie to towarzystwo wymienia poglądy, doszedłem do wniosku, że oni zadają tyle fajnych pytań dotyczących naszej rzeczywistości i skłaniają do tylu wycieczek intelektualnych, a właściwie wertowania różnego rodzaju książek i tak dalej, że oni mają ogromną zasługę. Wątpiąc, zadając pytania, stawiając dzikie teorie, oni zmuszają tych, którzy uważają, że jest inaczej, do potwierdzenia swojego poglądu. Trzeba sięgnąć głębiej, a zatem zacząć przechodzić z tego etapu czystej wiary, że Ziemia jest kulista czy też geoidą jest i tak dalej. Trzeba z tej wiary zaszczepionej nam w szkole przejść do etapu prób udowodnienia tego, prób pokazania, prób odzwierciedlenia tego na bazie, na forum nauki, z odwołaniem się do określonych poglądów, ale też doświadczeń naukowych i pewnych osiągnięć nauki. To myślę, jest w gruncie rzeczy, nawet płaskoziemcy to jest rodzaj fantastyki właśnie, który wpychając kij w szprychy sprawiają, że my tak naprawdę też przechodzimy z tego etapu wiary na etap chwilami nawet wiedzy. Taka ostrożna teza.
[01:16:55] - W tym wszystkim najgorsze jest zacietrzewienie. Jeżeli zamykamy umysł i czy to jest religia, czy to jest nauka, czy to jest cokolwiek innego, czy to jest polityka. Lewica jest świetna, prawica jest zła albo odwrotnie. Bóg istnieje, Bóg nie istnieje. Nasze osiągnięcia naukowe są niesamowite i niepodważalne. Zacietrzewienie. Nieprawda. Nie możemy być niczego pewni. Niczego.
[01:17:37] - Piorze.
[01:17:40] - Bardzo chętnie, Marku, odniosę się do paru waszych takich wycieczek w stronę, tak z praktyki życiowej. Czym jest dobro i czym jest zło? Czy w ogóle takimi rzeczami należy się, takimi kategoriami należy się posługiwać? Bo rzeczywiście ludzie, którzy starali się czynić dobro, uczynili potwornie dużo, wiele zła na świecie. Ale można w tym momencie postawić taką dosyć wrodłą może tezę, że ja jako człowiek powinienem się powstrzymywać przed czynieniem dobra, gdyż zmusza drugiego człowieka do uczynienia zła w tym tyglu, w którym żyjemy, prawda? Czyli ja jestem współwinny złego uczynku kogoś na drugim końcu świata, czyniąc dobry uczynek tutaj. Otóż, ale to była taka dygresja. Natomiast ja poznałem w życiu, z mojej oceny Znałem mnóstwo nieprawdopodobnie dobrych ludzi. I na czym ich dobroć polegała? Jak sobie w tej chwili rozważam, otóż ci ludzie właściwie nie mieli żadnego problemu z podziałem na zło i dobro.
Ja nie wiem, czy oni w ogóle postrzegali te dwie kategorie. Oni zwyczajnie byli bardzo porządnymi ludźmi po prostu. Ten porządny człowiek z mojego punktu widzenia był cholernie dobrym człowiekiem, dobrym obywatelem, dobrym ojcem, dobrą matką i tak dalej. Pod każdym względem był dobry. Wszystko, co w życiu uczynił, było dobre z mojego punktu widzenia. Natomiast on sam nigdy przez moment w ogóle nie postrzegał siebie, że czyni dobro albo że czyni coś złego. Może jeśli się wyłamywał ze swojej przyzwoitości, to rzeczywiście miał poczucie tego, że łamie zasady, tak jak zaprzecza swojemu honorowi, czy łamie jakąś taką tego. I takich ludzi są tysiące, miliony, jeśli nie miliardy. Takich przyzwoitych ludzi, którzy po prostu nie dzielą świata na zły i dobry, tylko postrzegają wszystkich innych naokoło. I czasami oczywiście obrywają za to, bardzo często, zwykle obrywają.
Ale większość ludzi chyba taka po prostu jest. Jest po prostu przyzwoita.
[01:20:43] - A ja rzut oka na czat. Ja rzut oka na czat, pozwolicie? Bo są ciekawe bardzo wypowiedzi. Leszek Ostachowski pisze: „Naukę i religię miesza się nieustannie. Nie uważasz tak jak my, jesteś na cenzurowanym” i wszystkim innym tym samym mechanizmom dotyczącym grup religijnych, że stąd to się bierze. Ale jest jeszcze jedna ciekawa, niezwykle ciekawa wypowiedź, która zwróciła moją uwagę. Otóż Magdalena Karwak pyta: „Ale po co mamy udowadniać coś, co wieki temu było udowodnione?” I powiem, to pytanie jest bardzo racjonalne, bardzo odwołujące się do oczywistej oczywistości. Natomiast ja chciałbym spróbować oświetlić to trochę z innej strony. Owszem, weźmy sobie chociażby teorię kopernikańską. Cóż ten Kopernik tam napisał?
Że Ziemia i inne planety okrążają Słońce po kolistych orbitach. Bardzo szybko się okazało, że nie kolistych. Co więcej, gdybyśmy dzisiaj mieli opisać ruch Ziemi wokół Słońca, to powiedzielibyśmy, że to jest elipsa. Okej, ale gdybyśmy mieli opisać ruch Ziemi, gdybyśmy nie zadawali pytań, przecież zostało udowodnione. Elipsa, elipsa, koniec. Nie dyskutujmy o tym więcej. Ale cały czas się pojawiali ludzie, którzy chcieli o tym dyskutować. I nagle się okazało, że Ziemia może względem Słońca rzeczywiście porusza się po elipsie, ale ktoś sprytnie zwrócił uwagę, że przecież to nie jest jedyny ruch, który wykonuje Ziemia, że Ziemia porusza się względem chociażby jądra galaktyki, krąży razem z całą galaktyką i w związku z tym jej ruch to nie może być elipsa. To jest owszem elipsa, ale w ramach pewnego skomplikowanego bardziej ruchu w tej przestrzeni. Gdyby spróbować opisać ruch Ziemi w przestrzeni, on byłby znacznie bardziej skomplikowany.
[01:23:14] - Zgnieciona sprężyna.
[01:23:15] - Tak, dokładnie. Chciałem o tej sprężynie za chwilę powiedzieć. Dokładnie. Ale to tylko z punktu widzenia centrum galaktyki, bo gdybyśmy rozszerzyli jeszcze nasz punkt obserwacyjny, to mogłoby się okazać, że jest jeszcze inny i tak dalej. Co to oznacza? Że te wątpliwości, które się zasiewa, to udowadnianie ciągle na nowo służy nie temu, żeby powtarzać ciągle to samo, tylko żeby sięgać dalej, patrzeć dalej, wiedzieć więcej. Bo gdybyśmy spoczęli na laurach, zamienili się w cywilizację sybarytów, którzy są syci, którzy wiedzą wszystko, to stagnacja. Ktoś już dzisiaj to powiedział. Stagnacja i w gruncie rzeczy brak wiedzy, a nie wiedza. Myślę, że zatrzymanie się na tej drodze-
[01:24:14] - Marku.
[01:24:14] - Tak?
[01:24:15] - Marku, wstawię kij a ja teraz w mrowisko i troszeczkę, że tak powiem, stanę po stronie tych płaskoziemców, bo przy tej całej cudowności-
[01:24:28] - Ale ja też!
[01:24:28] - Poczekaj. Przy całej cudowności tego ruchu Ziemi wokół Słońca, wokół Księżyca, bo również to istnieje, wokół jądra galaktyki, to ja będę uparty jak wół. Wobec mnie, Wiktora Żwikiewicza Ziemia się nie porusza w ogóle.
[01:24:56] - Ale o czym to świad-- To prawda tylko-
[01:24:59] - O tym to świadczy, że Wiktor nie ma żadnego obrazka na ścianie, który się nie przesuwa.
[01:25:05] - No tak, ale na ścianie ma chociażby jakieś, ja nie wiem, mucha tam coś zrobiła i jak Wiktor się porusza po tym mieszkaniu, to względem tego czegoś na ścianie wykonuje jakiś ruch, jakąś trajektorię nawet może by się dało określić. Żart oczywiście, ale chodzi o to, że w gruncie rzeczy odpowiadając na to pytanie dotyczące po co udowadniać? Myślę, że bardzo czujnie pani Magdalena Karolak zaakcentowała to, że po co? Właśnie po to, żebyśmy nie pogrążali się w stagnacji. To myślę dosyć ważne jest. Julianie, ja-
[01:25:50] - Tak?
[01:25:50] - Tak, słucham. Proszę.
[01:25:52] - Dziękuję. Może tak, jesteśmy więźniami własnych umysłów. To prawda. Po co? Nie ma najmniejszego sensu udowadniać czegoś, co zostało udowodnione. Wszystko to są legendy. Nie jesteśmy w stanie dostrzec prawdziwej rzeczywistości jako osoby ludzkie. Już to tłumaczę. Bodźce wszystkie, które do nas docierają, czyli wzrokowe, słuchowe, dotyk, smak, węch, wszystko. Mózg potrzebuje około pół sekundy, żeby to wszystko zanalizować.
I jak to jeden z doktorów neurobiologii stwierdził, że nie moglibyśmy tak żyć. Pół sekundy opóźnienia to jest dobre, kiedy siedzimy w fotelu i oglądamy serial. Ale gdybyśmy mieli jechać na rowerze albo prowadzić F-16, to te pół sekundy doprowadziłoby do katastrofy. I faktycznie nasz umysł na podstawie tego, co wie sprzed pół sekundy, tworzy nam projekcję w głowie rzeczywistości, która będzie za pół sekundy. Czyli tak naprawdę od urodzenia do śmierci nie jesteśmy w stanie dostrzec prawdziwej rzeczywistości, która nas otacza. Jest to imaginacja naszego mózgu i to, co mówię, to nie jest fantastyka, tylko to są, wierzyć albo nie wierzyć, najnowsze osiągnięcia naszej wiedzy dotyczącej mózgu i tego, jak funkcjonujemy w rzeczywistości. Jesteśmy zamknięci w umyśle, więźniami własnego umysłu. Więc pytanie jest zasadne: po co to wszystko, jeżeli żyjemy w świecie wewnętrznym?
[01:28:17] - Co więcej, dla bardzo wielu osób ta sytuacja, którą opisałeś, to zjawisko, które opisałeś, jest „dowodem”, właściwie poszlaką do takiej oto tezy, że tak naprawdę żyjemy w świecie wirtualnym, że nasza rzeczywistość nie jest rzeczywistością i tak dalej. Państwo „Matrixa” oglądali, więc nie ma co się tu specjalnie rozwijać. To zjawisko, które Julian opisał, bywa i tak wykorzystywane. Więc sztuka interpretacji jeszcze. W każdym razie ja myślę, że pani Magdalena Karolak też troszeczkę ten kij w mrowisko wepchnęła, bo pytanie, które zadała, myślę, że sobie warto na co dzień zadawać. Po co? Po co to robimy? Czy aby na pewno należy to robić? Ja od razu odpowiem za siebie. Moim zdaniem należy.
Ale Julianie-
[01:29:20] - Kolejne pytanie, czy mamy szansę osiągnąć coś-
[01:29:24] - Tak!
[01:29:24] - Jak jaskinia Platona i te zmysły, które nam zostały dane przez naturę albo przez Stwórcę, jak kto woli, po to, żeby przetrwać, a nie po to, żeby rozpracować cały wszechświat.
[01:29:43] - Ja ci odpowiem na to szowinistycznym dowcipem, który brzmi w ten sposób: czy w ciągu jednego życia można mieć wszystkie kobiety świata? Nie, ale należy próbować. I troszeczkę tak jest z nauką i z naszym pojmowaniem, rozumieniem świata. Należy próbować. To, że my nie będziemy wiedzieli wszystkiego i nie będziemy ogarniać wszystkiego, to jeszcze wcale nie znaczy, że mamy spocząć na laurach i powiedzieć sobie: „Skoro nie, no to nie, to będę się zajmował czym innym”. Wiktorze, ty miałeś zamiar coś powiedzieć, to słucham.
[01:30:23] - Tak, przy tej ciekawości świata, przy postępie i tak dalej, to jest kwestia nie tylko po co, ale po co zadawać niewygodne albo w ogóle jakiekolwiek pytania. Po co zadawać pytania? I tu ja się bardzo uśmiałem kiedyś w Bydgoszczy, kiedy przyjechał do Bydgoszczy polski sławny astronom Zbigniew Dworak, świętej pamięci. Siedzieliśmy z Markiem Ja i Marek w hotelu Brda w Bydgoszczy. Zupełnie z głupia frant zadałem sławny astronomowi głupie pytanie. Powiedziałem: „Zbysku, czy mógłbyś mi odpowiedzieć, w którą stronę obracają się galaktyki?” Ja pamiętam jego minę. Jakby mu gołąb nasrał na głowę nagle. Patrzył na mnie, machnął ręką i potem chyba się zajął schabowym. Tak, oczywiście jest kwestia znalezienia punktu odniesienia i tak dalej. Jest mnóstwo rzeczy, natomiast on prawdopodobnie nigdy w życiu nie usłyszał tak głupiego pytania.
Ale ja mu to pytanie zadałem i naprawdę jego mina była obłędna wtedy. Taka rozterka, bo zupełnie nie wiedział, co ma odpowiedzieć na to.
[01:32:02] - Ja myślę, że w obliczu tego pytania zajęcie się schabowym było niezwykle racjonalnym rozwiązaniem. Natomiast tak się przebijam powoli z pytaniem do Juliana, bo nie da się ukryć, że w trakcie naszych spotkań w audycji ABW bardzo często zwracaliśmy uwagę, słuchając opowiadań Juliana, że w Julianie jest fascynacja Stanisławem Lemem. To było widać w różnych opowiadaniach. Ten tryptyk hesperiański to chyba najbardziej widomy przykład tej fascynacji. Zresztą, kiedy Julian opowiadał o swoich początkach czytelniczych, to również Lema wymienił. Julianie, chciałbym cię zapytać, tym bardziej że w zbiorze, o którym dzisiaj tak naprawdę jeszcze nie zaczęliśmy rozmawiać, czyli w „Ojcach Nowej Ziemi”, ta fascynacja Lemem również się pojawia. A zatem, Julianie, skąd to już wiemy? Bo przeczytałeś jedną z pierwszych książek SF, to był właśnie zbiór opowiadań Stanisława Lema. Ale jak to się w tobie rozwijało i właściwie dlaczego się to w tobie rozwijało?
[01:33:29] - Lem to był pierwszy autor takiej fantastyki na poważnie, głębokiej fantastyki. Juliusz Verne wcześniej to raczej była taka przygoda dla chłopców i dziewczynek. Tak się szczęśliwie zdarzyło, że przeglądałem półkę z książkami — jedną, drugą, trzecią — rodziców i znalazłem książkę Lema. I usłyszałem, że to chyba jeszcze nie dla ciebie. Nie wiem, czy to mnie zmotywowało, ale przeczytałem „Opowiadania wybrane” Lema. To była chyba pierwsza wtedy książka, którą Lema przeczytałem. I to było zderzenie z czymś, z czym nie miałem wcześniej do czynienia. Moja świadomość rozszerzyła się co najmniej o galaktykę naszą. Niesamowita przygoda, niesamowite emocje. Dzisiaj, po przeczytaniu sporej ilości książek fantastycznych różnych autorów, wydaje mi się, że zwykła powieść głównego nurtu zwyczajnie by mnie nudziła.
Z taką opisywaną codziennością mam do czynienia na co dzień. Fantastyka to inny świat. To jest coś, o czym marzę, patrząc na gwiazdy. W co wierzę, że istnieją inne światy, które są lepsze i ciekawsze niż to miejsce, w którym teraz przyszło mi żyć. I stąd faktycznie Stanisław Lem i obok Philip Dick to są takie dwa główne filary tej fantastyki, którą lubię. Cała reszta też, ale ci główni, głównie ci dwaj pisarze są dla mnie najważniejsi. I kiedyś nawet powiedziałem, że jestem tak mentalnie trochę, że Stanisław Lem i Philip Dick są tak prozatorsko moim ojcem i matką. Oczywiście mówiłem to z dużym cudzysłowiem, bo gdzie mi do nich. Nawet jeżeli coś, cokolwiek nie napisałem, jest zbliżonego w klimacie, to nie jest kwestia absolutnie plagiatu, tylko tym, że oni mnie w ten sposób trochę skonstruowali. To jest fantastyka, którą lubię najbardziej.
[01:37:17] - Okej. Rzut oka na forum. Leszek Ostachowski: „Nic nie jest udowodnione. Na przykład dowody często są wyprowadzane z pewnych dogmatów. Nauka nie zna podstaw wszystkiego, więc może się mylić we wszystkim i jest bazą danych lokalnych fatamorgan”. Dalej Wald Kowalski: „Przecież większość nauki to same teorie niczym niepodparte”. Leszek Ostachowski: „Opóźnienie jest nadrabiane prekognicją”. Leszek Ostachowski: „Czyli statystyką zdarzeń”. Jakoś skomentujesz to, Julianie?
[01:38:07] - Trudno skomentować. Zgadzam się z tym. Ogólnie to, o czym mówiłem wcześniej, w nauce też istnieje pojęcie ego, chęci zaistnienia. Znane są przypadki, kiedy znani naukowcy podrabiali, podrasowywali swoje wyniki, żeby pasowały pod ich teorię. À propos teorii, bo wcześniej chciałem to powiedzieć, istnieje tyle teorii i hipotez, czasami całkowicie ze sobą sprzecznych. Nie mam na tyle wiedzy i możliwości uzyskania informacji, żeby określić, co jest prawdą, a co jest fałszem. Teoria strun, teoria holograficznego wszechświata, mnóstwo innych, czasami wykluczających się. Pozostaje wszystkiemu dawać szansę, ale nie wierzyć do końca w nic, bo chyba jeszcze za wcześnie. Wszystko kwestią czasu. Mam nadzieję, że rozwój nauki, tak jak ona działała do tej pory, czyli gdzieś się potykała, zachodziła w ślepe uliczki.
Nie jest to na pewno autostrada do przodu, ale jednak jakiś rozwój jest. Z tym że mam wrażenie, że jeszcze wiele razy może dojść do całkowitych rewolucji, które całkowicie odmienią nasze spojrzenie na rzeczywistość.
[01:40:07] - Jeśli wchodzę w słowo Julianowi, to chcę przypomnieć wszystkim, że od czasów Big Banga, wymyślenia Freda Hoyle'a wydawałoby się, że teoria tego wszechświata się naprawdę wspaniale rozwinęła. Tylko przypomnę wszystkim, że w tym samym czasie teoria wszechświata z cząstek Dark Matter absolutnie nie poszła do lamusa i dalej ma się dobrze.
[01:40:43] - Jeżeli chodzi o Big Bang, to daje trochę większą szansę na to, kto wie, czy to nie był wybuch białej dziury, czyli stworzenie przez czarną dziurę z innego wszechświata nowej przestrzeni. Tylko to jest przesuwanie granicy dalej. A co było w tym wcześniejszym wszechświecie? To niczego nie rozwija, bo równie dobrze może być tak, że wszechświat może być nieograniczony w przestrzeni albo nieograniczony w czasie, albo jedno i drugie. Nie wiem, nie mam pojęcia. Jest to jedno z wielu pytań, na które chciałbym uzyskać jakąś odpowiedź albo przynajmniej podpowiedź.
[01:41:45] - Panowie, strasznie się filozoficznie zrobiło i filozofujemy od dobrej półtorej godziny. A myśmy się dzisiaj zebrali tak naprawdę po to, żeby porozmawiać o nowej książce Juliana noszącej tytuł „Ojcowie Nowej Ziemi”. Był czas najwyższy, żeby o niej porozmawiać. To ja Julianowi zadaję pytanie. Po pierwsze to stare pytanie: co cię podkusiło, żeby napisać taką książkę? Ale to nie jest poważne pytanie. Poważne pytanie brzmi w ten sposób: Julianie, zareklamuj tę książkę, ale w tym najlepszym słowa znaczeniu, czyli nie baw się w reklamę w wykonaniu telewizyjnym, tylko powiedz coś fajnego na temat tej książki, coś, co ludzie zapamiętają. Żeby było trudniej, a właściwie chyba łatwiej, bo będziesz miał czas na zastanowienie, to teraz jest dobry czas, żeby posłuchać Tomka Fąsa.
[01:42:52] - Epilog snów o potędze. Minął już przeszło miesiąc od czasu publikacji mojego opus magnum i z mojej perspektywy sprawa wydaje się właściwie zakończona. Kto miał kupić, ten kupił. Znajomi, właściwie rodzina się zaopatrzyli. Wszyscy pochwalili, wszyscy są zachwyceni i Poziom sprzedaży stabilizuje się na całkiem racjonalnym jednym egzemplarzu na mniej więcej tydzień i raczej spada. Miałem jeszcze jakieś nadzieje i ambicje, że być może aktywnością w mediach społecznościowych, Facebooku, YouTubie uda mi się parę osób więcej zainteresować. Niestety myślę, że mogę już z całą pewnością stwierdzić, że wszystko to okazało się nieskuteczne. Oczywiście nieraz już państwu mówiłem, że tak to mniej więcej wygląda, chociaż przyznaję, wydawało mi się, że chociaż odrobinkę własną aktywnością można ten wynik poprawić, że te kilka sztuk więcej się sprzeda. Niestety, nawet zakładając, że gdzieś w Polsce jest być może kilka tysięcy osób zainteresowanych potencjalnie nabyciem takiej książki jak moja czy kolegi Juriana, to oczywiście dotarcie do takich osób z informacją, zachęcenie do kupna kosztowałoby tak wiele, że nijak nikomu nie może się coś takiego opłacać. Jest to niemożliwe z finansowego, biznesowego punktu widzenia.
Trochę jeszcze może gdzieś tam miałem w świadomości, że miała być ta wersja audio, ale póki co wszystko wskazuje na to, że i w tym przypadku już raczej tej perspektywy nie ma. Obym się mylił, ale tak to wygląda. Cóż mogę więcej powiedzieć? Na pewno była to jakaś przygoda. Cieszę się, że miałem okazję. Nie będę sobie na stare lata wypominał, że miałem okazję wydać książkę. Nie zrobiłem tego, bo mi się nie chciało. Z mojej perspektywy też, umówmy się, nie wymagało to aż tak wiele wysiłku. Posiedziałem, napisałem trochę. Zresztą sytuacja jest nad wyraz komfortowa, wręcz inkubatorowa bym powiedział.
Gdzie w gronie znajomych, właściwie bez krytyki, stopniowo mogłem te opowiadania tworzyć, puszczać w audycję. Wiedziałem, że jest akceptacja, że jest chęć, żeby to wyszło w formie książkowej. Zatem wyszło. I na pewno jest to jakiś rozwój intelektualny. Dopiąć to do końca, złożyć tę całą książkę, wyciągnąć te 250 tysięcy znaków, które tu było sugerowane, żeby była określona objętość. Jest to jakiś trening. Na pewno mi się to przyda w pracy zawodowej. Też tam jakieś teksty techniczne, ale też poprawne językowo muszę składać. Więc jakiś tam rozwój. Fakt, że trochę te atawizmy kulturowe sugerują, że jak wydałem książkę, to jestem mądry, więc parę osób na to patrzy z jakimś tam uznaniem.
Pewien prestiż jest z tym związany. I tyle właściwie. Od strony autora ma to jakiś sens, samorozwojowy, statusowy, prestiżowy, pompujący ego, pompujący samoocenę. Więc jeżeli od tej strony, to jak najbardziej, proszę bardzo, bawmy się w to. Natomiast nijak się to nie będzie spinać biznesowo i to już widać, że te koszty promocji jednak są duże. Nic dziwnego, że mało kto decyduje się je podejmować, zwłaszcza w przypadku takich rzeczy niepopularnych, tak jak książki science fiction, książki nowych, początkujących autorów, które nie mają zaplecza medialnego w formie serialu, w formie gier, jakiegoś szerokiego zainteresowania. Nijak się takie rzeczy nie mogą biznesowo spinać. To jest rynek niszowy. Ilość osób w ogóle zainteresowanych czytaniem, a już zwłaszcza książek, zwłaszcza niepopularnych autorów to spada i będzie spadać. I tutaj bez wsparcia dużego biznesu w formie jakichś multimediów, to właściwie trudno sobie wyobrażać, żeby to miało finansową rację bytu.
A więc wydaje się, że nie jest jakimś przewinieniem, co tu nieraz było w tych audycjach opowiadane, że to jakaś taka polityka wydawców niedobra, że oni tych początkujących autorów nie wspierają. Ale jakże mają wspierać, skoro nijak im się to nie zwróci? Biznes jest biznes, proszę państwa, a biznes książkowy to biznes dzisiaj nie jest. Zresztą też w wielu innych dziedzinach już spotkałem się z tym, że w różnych obszarach techniki cyfrowej, multimedialnej i tak dalej, coraz więcej rzeczy jest udostępnianych nieodpłatnie, na przykład w obszarze związanym z geolokalizacją. Taką pracę kiedyś czytałem o geolokalizacji, że specjalista w tej dziedzinie nie ma z czego żyć, bo wszystko jest udostępniane nieodpłatnie i nie bardzo jest obszar do zarobku dla kogoś takiego. Tak że co mam państwu więcej wymyślać? Sneopotędze literackie już zdecydowanie mogę uznać za minione i najwyższa pora wziąć się do uczciwej roboty. Dziękuję za uwagę i wszystkiego dobrego.
[01:48:18] - Powiem tak, że bardzo jest wiele racji w tym, co powiedział Tomek, aczkolwiek jest to jednak obciążone. Dobrze, nie powiem czym jest obciążone, ale powiem tak: jak autor po miesiącu od odebrania ciepłej jeszcze książki mówi, że się załamał, bo w ogóle nic z tego nie wychodzi, w ogóle bez sensu, to jak to mawiają niektórzy, jest moim zdaniem w mylnym błędzie. Co do pewnej diagnozy dotyczącej rynku, dotyczącej rozchodzenia się tego wszystkiego, to ja właściwie nie mam powodów polemizować z Tomkiem. Natomiast jak on już wie, że audiobooka nie będzie, a ja jeszcze tego jako przedstawiciel wydawcy nie wiem, to znaczy się czerpie jakąś wiedzę ze źródeł mi nieznanych. I tak dalej. Ja wiem, że po okresie euforii każdego autora jest okres załamania, że przecież nie czytają. To jest troszeczkę, moim zdaniem, tak jak z Chińczykami i z ich Długim marszem. To nie jest tak, że jak autor nikomu nieznany, który wydał pierwszą książkę, to już po miesiącu pół kraju będzie go kochało. Gdybyśmy mieli jakieś wolne pół miliona, to może byśmy spróbowali coś takiego zrobić. Tu Tomek przy diagnozie ma rację.
Rzeczywiście nie mamy pół miliona wolnego, w związku z tym z promocją będzie tak, jak jest. Natomiast moim zdaniem Tomek posuwa się trochę w tych tezach zbyt daleko, w tym pesymizmie swoim, bo to chyba nie tak funkcjonuje. Bo to, czy on te zapowiadane tysiąc książek, po których zapowiedział, że napisze drugi tom, sprzeda w ciągu pół roku, to byłoby sukcesem literackim takiego początkującego autora. Czy on je sprzeda, powiedzmy w dwa, trzy lata? Czy to jest różnica? Jakaś tam oczywiście jest, ale mało jest takich błyskotliwych karier literackich, które zaczynają się od pierwszego napisanego tomu. To niestety bardzo często jest długi marsz. Czy to jest komercyjne, czy niekomercyjne? Nie będę już podejmował tej dyskusji, ale odpowiedzmy sobie, myślę, że to głównie autor powinien odpowiedzieć sobie na to pytanie: czy warto było? Czy to, że napisałem tę książkę, dało mnie coś?
Ważne, nieważne, ale czy te osoby, które przeczytają tę książkę, dobrze się stanie? Czy one coś z tego wyniosły? Czy warto było? To już musi sobie Tomek i każdy inny autor odpowiedzieć na to pytanie sam.
[01:51:23] - A ja chętnie pójdę dalej niż Tomek w dywagacjach. Sięgnę sobie w przyszłość. Otóż my jako ludzie funkcjonujemy w pewnym systemie, który się nazywa cywilizacją. Ta cywilizacja ma różne wymiary, między innymi wymiar kulturowy, bardzo zmienny, płynny i tak dalej. Otóż ja w związku z tym, że losy Tomka jako pisarza pokrywają się bardzo prawdopodobnie z losami pisarza Juliana, zaproponuję taką perspektywę: a może wszystko zmierza ku temu, żeby pisanie stało się w ramach kultury rzeczą bardzo intymną? Tak jak wiele zachowań. To jest akt kulturowy, po prostu. To jest rzecz intymna, która daje coś mi, a nikomu poza tym. Czy tym samym rezygnuję z intymności? Nie rezygnuję z mojej intymności przecież, bo ona służy mnie przede wszystkim.
I to pisanie przede wszystkim może służyć w przyszłości pisarzom jako takim. Natomiast my, kiedy koniecznie chcemy wydawać książki w wielu nakładach, po prostu mamy potrzebę wychodzącą poza ranę intymności, a to już może być zbędny przepych. Trzeba pamiętać o jednej rzeczy, że ludzie umierają, ale niekoniecznie umierają. Osobowość ludzka zostawia pewien ślad w przestrzeni naszej cywilizacyjnej. Tym śladem, jak już przyznał Julian, jest to, że ma poczucie, że rodzicielstwo Lema oraz Philipa Dicka nie zgasło z ich osobniczą śmiercią. To rodzicielstwo ich trwa w Julianie, we mnie również. Czyli ta smuga osobowości istnieje dalej. Ona zanika co prawda z biegiem lat i tak dalej, natomiast ona jednak trwa. Smuga po Lemie, po Juliuszu Verne’e, nie mówiąc o Sokratesie i tak dalej. Być może to jest po prostu nam potrzebne, żebyśmy zostawiali za sobą taki warkocz komety.
Komuś może się kiedyś przydać.
[01:54:35] - Jeszcze wchodząc ci w słowo i potwierdzając, że to, co mówisz, ma sens, odwołam się do przykładu historycznego, bardzo konkretnego. Był sobie taki pisarz przed wojną. Znamy go jako Bruno Schulz. Wydał właściwie za życia dwie... I się chyba nie dowiemy, co wydał, bo znowu Marka urwało. Marku Sęku, czy istnieje taka możliwość, bo Marek Żelkowski ma często problemy z routerem
[01:55:17] - Czy istnieje taka możliwość, żeby Marek nagrywał to, co ma powiedzieć, a cała reszta byłaby online?
[01:55:30] - Nie bardzo. Jakoś mi się to nie widzi.
[01:55:35] - To jeszcze technika.
[01:55:35] - Jak Marek będzie nagrywał to, co ma do powiedzenia, to nikt nie będzie w stanie mu przerwać przecież. I będzie to trwało aż do skończenia świata.
[01:55:50] - To może ja w międzyczasie odpowiem na pytanie, które przed felietonem Tomka Fąsa Marek zadał. Jeżeli można oczywiście.
[01:56:01] - Jak najbardziej.
[01:56:03] - Halo?
[01:56:06] - W dwóch krótkich żołnierskich zdaniach: dlaczego piszę? I wychodzę z takiego założenia, dajcie mi jakiś niedochodowy pomysł, a na pewno się nim zajmę. A dlaczego warto kupić? Bo jest tania. Od razu z marszu jest obniżka ceny o 30%, więc nie jest to wysoka kwota, żeby książkę Juriana kupić. A tak bardziej na poważnie, 12 opowiadań, 340 stron. Opowiadań zróżnicowanych. W większości przypadków są to opowiadania fantastyczno-naukowe. Pan Wojciech Chudziński, który był redaktorem tomu, który jest dosyć oszczędny w słowach, jeżeli chodzi o wypowiadanie opinii, stwierdził, że moją najmocniejszą stroną jest wyobraźnia i bardzo mnie to ucieszyło. Najsłabszą stroną moją jest stawianie przecinków, ale dobrzy ludzie starają się te moje owsikowe zapędy jakoś normalizować.
Satysfakcji chyba się... przepraszam, nie satysfakcji, tylko wyobraźni chyba się nie da łatwo nauczyć i cieszę się, że pan Wojtek Chudziński tak to ocenia. Opowiadania są naprawdę zróżnicowane. Co jeszcze? Pisanie dla mnie to jest jedna z niewielu rzeczy, kiedy mogę robić to, co chcę. Nie piszę w taki sposób, żeby zrobić dobrze czytelnikowi, żeby tworzyć coś, co jest czy tematycznie, czy w sposobie tworzenia, modne. Wydaje mi się, że jakieś zaczątki własnego stylu pojawiają się w tym, co robię. Warto zaryzykować, jeżeli chodzi o twórczość debiutanta Juriana. Jeżeli komuś się nie spodoba, to obiecuję, że następna książka będzie lepsza. A będzie.
Mam nadzieję, że ktoś zechce ją wydać. To na razie tyle. Oddaję głos.
[01:59:27] - Ja tylko przypomnę na szpicy, że Marku, urwało cię w momencie, gdy zaczynałeś mówić o tym, co wydał Bruno Schulz i już się nie dowiedzieliśmy.
[01:59:40] - Dobrze, to powtórzę. Chwała Julianowi, że nie poddał się pesymizmowi Tomka i że zamierza wydać drugą książkę. A mówiłem o Bruno Schulzu, ponieważ Bruno Schulz przed wojną wydał właściwie dwie książki: „Sklepy cynamonowe” i „Sanatorium pod Klepsydrą”. Wydał je w nakładzie mikrym, naprawdę bardzo mikrym, a w dodatku sprzedanych egzemplarzy też nie było wiele. Oczywiście gdakali krytycy literaccy na temat tej twórczości, ale w gruncie rzeczy pozostało to twórczością niszową. Ja myślę, nawet to powiedziałem w tej części, która wypadła, że mniej więcej za pół roku Tomek Fąs sprzeda za pośrednictwem różnych miejsc w internecie więcej książek niż Bruno Schulz przed wojną jednego ze swoich tytułów. Co to właściwie oznacza?
[02:00:38] - Jajka były tańsze.
[02:00:41] - Tak, ale co to właściwie oznacza? Jakie wnioski z tego płyną? Rozmaite. Ja wiem, że słabym pocieszeniem dla pisarza jest to, że osiągnie sławę po śmierci. Ale tak w przypadku Bruno Schulza się stało. Tych niewielu książeczek, które sprzedał, powtarzam, dwa tomy wydał. Ale powtarzam, dzisiaj mamy pisarzy, którzy wydają po pięć książek rocznie, a żadna z nich nie jest daleko do tego. A Bruno Schulz wydał tylko dwie. Ale to do niego, do jego twórczości odwołują się dzisiaj pisarze polscy i zagraniczni. To on jest tytanem literatury Ponieważ to, co pisał, on nie patrzył na to, czy to mu się komercyjnie opłaca.
Miał to w głębokim poważaniu. On pisał, bo chciał. I tu się znowu nie do końca zgodzę z Wiktorem. Nie po to, żeby wykonywać intymną czynność, tylko po to, żeby mieć kontakt z czytelnikami. Niech tych czytelników będzie pięciu. Było więcej, ale niech ich będzie pięciu. To dla tych pięciu warto. Oczywiście Tomek ma rację. Kogo dzisiaj stać, żeby pisać książkę dla pięciu czytelników? Kogoś bardzo bogatego, kto odziedziczył majątek, tudzież wygrał w totolotka, to wtedy tak.
Natomiast to też nie wygląda w ten sposób, że debiutant może nagle dyktować warunki rynkowi. Ja myślę, że z czasem to będzie trwało długo. To nie będzie błyskotliwy debiut i powiedzmy 10 000 egzemplarzy w dwa miesiące. Nie. To będzie długi marsz. Tak jak powiedziałem, długi chiński marsz, który jest przed Tomkiem. Pewno jest też również przed Julianem. Ludzie będą czytać, jednym się będzie podobać, drudzy będą mówić: „O, to ciekawe, ale i tak wolę na przykład czytać Gołkowskiego albo kogoś innego. Albo powiedzmy, niech ten Julian albo niech ten Tomasz Fąs napiszą jeszcze kilka książek, nabiorą szlifów i wtedy ja ewentualnie się tym zajmę”. Ja myślę, że ten pesymizm Tomka, który bił z jego felietonu.
Powiem tak: jak on by ten felieton wygłosił po roku, to ja bym, kto wie, może bym mu nawet rację przyznał. Ale po miesiącu? Naprawdę to chyba nie tak.
[02:03:19] - Czy ja mógłbym dwa zdania?
[02:03:22] - Jasne.
[02:03:25] - Tutaj chyba trzeba rozdzielić troszeczkę pieniądze i satysfakcję. Większość ludzi na świecie pracuje i szczęśliwi są ci, którzy mają przynajmniej jedno z tych dwóch czynników: albo pieniądze, albo satysfakcję. A super jest, kiedy to się składa. Jest jedno i drugie. Większość jednak ludzi chyba nienawidzi swojej pracy i nie ma z tego jeszcze dodatkowo pieniędzy. A z pisaniem jest tak, że trochę to przetrawiłem i wydaje mi się, że nie trzeba być geniuszem, żeby do tego dojść, że debiut, pierwsza książka to jest bardziej budowanie nazwiska albo pseudonimu i być może trzeba iść dalej. Trzeba iść dalej kilka kroków. Być może przy trzeciej, czwartej wydanej książce ktoś, kto się zachwyci albo zwyczajnie mu się tylko spodoba książka trzecia czy czwarta zajrzy do pierwszej książki. To wszystko musi być rozłożone w czasie. Nie każdy jest geniuszem i dzisiaj w natłoku wydawanych książek trudno się przebić do ogółu społeczeństwa, tej części czytającej.
Na razie jest satysfakcja. Wydaje mi się, że na pieniądze przy debiucie nie ma co liczyć. Ja nie liczę.
[02:05:16] - Bardzo często jest tak, że zderza się to, o czym ty powiedziałeś, Julianie, czyli ta kasa z jednej strony. I dzisiaj bardzo często ludzie to utożsamiają: sukces z kasą. Tymczasem ja wiem, że to jest takie pierdzielenie o Chopinie, że człowiek ma satysfakcję, że ludzie go czytają i tak dalej. Nie, ja wcale tego nie uważam za pierdzielenie o Chopinie, bo powiem tak, powtórzę się: gdyby Tomek miał ogromne albo my byśmy mieli ogromne pieniądze, żeby wypromować, to Tomek zrobiłby biznes już na pierwszym tytule. A tak to jest właśnie ten długi chiński marsz. Bardzo często jest tak i nawet rozmawiałem z autorami na ten temat, że wychodzi pierwsza książka, wychodzi druga książka i gdzieś przy trzeciej, czwartej coś zażre. Nagle ludzie zaczynają to czytać, a później kupują te pierwsze książki, drugie. Mówią sobie: „Cholera, dlaczego ja tego wtedy nie czytałem te kilka lat temu? Jaki ja głupi byłem”. Tu jest kilka czynników.
Po pierwsze: nie, bo nie, bo nie kupię jakiegoś Fąsa, nie kupię jakiegoś Juliana, bo co to są za ludzie? Jest tutaj, to wiadomo, jest Sapkowski, jest kilka innych znanych nazwisk. Jaki tam Fąs, jaki tam Julian? Przecież nie będę pieniędzy marnował. A później przychodzi ten moment, kiedy mówią sobie: „Cholera, jaki ja głupi byłem, że ja tego Fąsa nie czytałem. Nie czytałem tego Juliana, bo przecież gdybym kilka lat temu, to bym w zupełnie w innym miejscu był”. Tomek nie potrafi, moim zdaniem, może ty, Julianie, też, bo ja tego nie wiem. Nie potrafi się Tomek cieszyć tym, że ta książka jest i ona już w tych egzemplarzach, które zostały sprzedane, oddziałuje na ludzi, drąży te umysły. Jedne słabiej, drugie mocniej. Jedni się zachwycają, drudzy nie.
Inaczej, w pisaniu nie ma gwarancji, żadnej gwarancji. Ja uważam, że książka Tomka, książka Juliana to są bardzo dobre książki, ale mają niestety jeden feler. To są książki debiutantów. Frycowe trzeba płacić. Myślę, że Julian bardzo trzeźwo do tego podchodzi. Myślę, że bardzo dobrze.
[02:07:55] - Gdybym mógł dać taki przykład. Każda sprzedana książka to jest atom plutonu. Musi po prostu nastąpić masa krytyczna.
[02:08:08] - Dokładnie. Wiktorze, co ty sądzisz?
[02:08:13] - Zacznę może od Bruno Schulza. Albo może nie od Bruno Schulza na nic skończę. Jak Julian powiedział o tym szczęściu, które towarzyszy naszej indywidualnej działalności, pracy i tak dalej, aktywności. Jedni mają takie, drudzy takie. Przypomniałem sobie, kiedy to mówił, moją córkę, kiedy w ubiegłym roku akurat wróciła z dwóch swoich eskapad po Szwajcarii. Łaziła tam po górach i tak dalej. Ja mówię: „Jak tam było?” „Wiesz tata, jacy oni są szczęśliwi, kiedy mogą pracować.” Tak, bo to jest cecha szwajcarskiego narodu, oni są szczęśliwi zwyczajnie, kiedy mogą pracować. Ta cecha dotyczy również, szczególnie z przybliżeniem oka, mówiąc skośno oko żółtej rasy, bo ci ludzie również są szczęśliwi, kiedy mogą pracować. My akurat nie za bardzo. My musimy pisać książki.
To dobrze. Teraz dojdę do Bruno Schulza. Otóż te wartości, o których my mówimy i ten ogon komety, o którym wspomniałem, który człowiek po sobie zostawia i tak dalej. Siedział ten Bruno Schulz i pisał jako ten nauczyciel w Drohobyczu, pisywał te swoje książeczki, opowiadanka. Przecież on ani nie myślał, ani mu to do życia nie było potrzebne w ogóle to, żeby po pół wieku jakiś tam Wiktor Żwikiewicz pierwszą swoją książkę zatytułował „Druga jesień”, a jest to żywcem wzięte opowiadanie Bruno Schulza pod tytułem „Druga jesień”, a rozdział otwierający tę książkę jest kropka w kropkę napisany w ogóle językiem Bruno Schulza. Tak się postarałem przynajmniej. Ani jemu to było do szczęścia potrzebne, ani nikomu innemu, ale jakoś ten ślad trwa w przestrzeni, prawda? Mam nadzieję, że ślad po Tomku Fąsie też jakiś się rozwinie i po Julianie na pewno, tym bardziej, że jak już charakteryzował wszystkie swoje opowiadania, że są takie, siakie i owakie, to ja dodam jeszcze, że to, co na początku audycji było już mówione, mówione było o fantastyce w ogóle. Natomiast w szczególności fantastyki Juliana są to również opowiadania posiadające głębię. A to jest ogromny walor.
[02:11:17] - Dziękuję serdecznie za dopowiedź. Ja jeszcze mógłbym wrócić do pieniędzy i satysfakcji. Nie mam wielkiego doświadczenia w pisaniu książek. Może inaczej. Wydawnictwo wydało pierwszą, ale wydaje mi się, że pracę, którą trzeba włożyć w napisanie książki, można podzielić na pół. Połowa tej pracy to jest pomysł i napisanie, zrealizowanie tego pomysłu, a druga połowa to jest sprawdzanie, czasem walka, czasem współpraca z redaktorem, później jakaś promocja. I powiem tak: gdybym ja tylko i wyłącznie miał wymyślić jakiś pomysł i napisać książkę, a później niech inni ludzie się tym zajmują, to wystarczyłaby mi satysfakcja. Ale ta druga część, ta, która jest żmudna, ciężka, kiedy trzeba własne teksty czytać po pięć, po siedem razy całą książkę, to jest praca. To jest praca, która nie daje jakiejś wielkiej przyjemności. I warto byłoby, żeby jakieś parę złotych na zainwestowany prąd, papier i toner drukarki, żeby się to na początku przynajmniej zwróciło.
To tyle.
[02:12:58] - À propos jeszcze Bruno Schulza. Powiem tak. Ci wszyscy, którzy interesują się rynkiem książki i fantastyką szeroko pojętą, na pewno imię i nazwisko Radek Rak słyszeli. Człowiek obsypany nagrodami. W ciągu ostatniego roku zgarnął całą pulę. Świetnie o tym mówi Mirosław Gołuński w jednej z audycji Book Radia, kiedy mówi o jego książce „Kocham cię, Lilith”, która jest książką Nawiązującą do Schulza. Od tego czasu, kiedy Wiktor to zrobił, minęły dziesięciolecia i kolejna osoba w XXI wieku pisze książkę, która na wielu poziomach nawiązuje właśnie do Bruno Schulza. Tych poziomów jest wiele, bardzo wiele. I to jest pisarz, nie tylko ze względu na nagrody, ale też ze względu na to, jak pisze i co pisze, naprawdę pierwszoligowy Radek Rak. A zatem Bruno Schulz nie zniknął.
Skoro pisarz tej klasy uznał za stosowne nawiązać, powtarzam, na wielu płaszczyznach. To jest tak wielowymiarowe, że nie będę tego teraz opisywał. Kto ciekawy, niech zajrzy do podcastu BookRadia. Tam w jednej z audycji właśnie Mirosław Gołuński książkę Radka Raka omawia. I to tak, jak to literaturoznawca, człowiek z tytułami, doktor habilitowany, a jednak robi to w sposób prosty, przystępny, ale z wiedzą, którą bardzo często nam, szarackim ludziom, zwykłym zjadaczom literatury często brakuje. Mirosław Gołuński wyciąga tam nieprawdopodobne rzeczy i szczerze polecam. Ale dla mnie to jest dowód, że takie powiedzenie, że to nie miało sensu. Okej, ty sobie Tomku trwaj w tym postanowieniu, w tym przekonaniu, że to sensu nie miało. Ja pozostanę przy swoim. Miało to sens.
Uważam, że napisałeś bardzo dobrą książkę. Uważam, że Julian napisał bardzo dobrą książkę. W ogóle przy tak małym wydawnictwie, jakim jest Bibliotekarium nas nie stać, żeby wydawać złe książki, bo jak będziemy wydawać złe książki i jeszcze w takich warunkach, w jakich to robimy, to w ogóle już nie będzie miało sensu. Więc wybraliśmy drogę.
[02:16:00] - A Marku.
[02:16:00] - Tak?
[02:16:01] - A Marku, a mogę posłużyć się cytatem z Pisma Świętego?
[02:16:06] - Jak najbardziej.
[02:16:09] - Tam było coś takiego: „A po owocach poznacie ich.”
[02:16:14] - Tak, dokładnie.
[02:16:16] - Trzeba czekać.
[02:16:18] - Czasami trzeba poczekać. Ja naprawdę jestem przekonany, że zarówno opowiadania, nie wszystkie, ale opowiadania Juliana, to nie są właściwie opowiadania, to są takie opowiadania, które się składają w pewien ciąg w przypadku Tomka Fąsa. To są teksty, które zupełnie spokojnie mogłyby funkcjonować w głównonurtowych czasopismach. Ale zdajmy sobie sprawę znowu z bardzo prostych sprawy. W tej chwili na rynku tak naprawdę funkcjonuje Nowa Fantastyka. Cała masa e-zinów. Tego jest na kopy i nikt tego nie jest w stanie ogarnąć. Przestało dzięki Fabryce Słów funkcjonować science fiction. Kiedy to miał w rękach Robert Schmidt, to to było. I samo to, że to było to czasopismo, było pewnym wentylem.
Nie powiem, że bezpieczeństwa. Było pewnym literackim wentylem umożliwiającym debiuty, umożliwiającym rozwój. Ja powiem tylko, że w science fiction oprócz oczywiście ludzi, którzy chcieli zaistnieć, publikowała cała masa pierwszoplanowych dzisiaj nazwisk, zarówno z literatury fantastycznonaukowej, jak i głównonurtowej. Zajrzyjcie sobie państwo do roczników science fiction. Dzisiaj tego nie ma. Dzisiaj jest Nowa Fantastyka, która jest ograniczona swoimi rozmiarami, po prostu objętością i nic więcej. Nie ma gdzie tego publikować. Ale cały czas ciągnie się za Nową Fantastyką mit tego, że jak coś jest w Nowej Fantastyce, to po to sięgnijmy. Bardzo dobrze, ale fantastyka nie ma żadnej konkurencji. Zniknęło science fiction, bo się Fabryce Słów nie opłacało.
Nie mogło się opłacać, skoro zamienili pismo ogólnofantastyczne zajmujące się całą literaturą SF w swój biuletyn wydawnictwa, w którym publikowało się autorów, głównie autorów, którzy wydawali w Fabryce Słów. To jest taka moja pretensja do tego wydawnictwa, że po prostu fajny pomysł, fajną ideę ugrobili dosyć skutecznie. Myślę, że już bezpowrotnie. Robert Schmidt w związku ze swoimi sukcesami literackimi raczej już do tej idei nie wróci. Innych na horyzoncie nie widać. No i funkcjonują e-ziny, w których sobie każdy może gdzieś tam coś opublikować. Ja nie mówię tego po to, żeby utyskiwać, ubolewać, ale rozejrzyjcie się państwo, taką mamy sytuację i w związku z tym ja tam jestem zadowolony, że mogę mieć kontakt z takimi pisarzami jak Tomasz Fąs, jak obecny dzisiaj Julian. To są ludzie pełni pasji, pełni energii, pełni takiego parcia, żeby pokazać ludziom: patrzcie, jestem, piszę fajne rzeczy, czytajcie. Jak to się udaje? Różnie się udaje.
Chodzi o to, żeby to robić i moim zdaniem warto to robić. W związku z tym ten nastrój pesymizmu, ja bym sobie odpuścił. Dobra.
[02:19:58] - Ja się pozwolę wtrącić, Marku, bo wspomniałeś o ograniczeniu pod tytułem objętość. Ja co prawda nie jestem czytelnikiem nowej fantastyki, natomiast pamiętam pewną aferę z zeszłego roku, która każe mi stwierdzić, że pojawiło się w ostatnich latach jeszcze kolejne ograniczenie. Mianowicie nie wszystko można odważnie pisać, nie wszystko można odważnie wydać, bo ktoś, a nuż widelec, może się poczuć wielce tą twórczością urażony.
[02:20:30] - To prawda, ale nie chcę w ten temat wchodzić, ponieważ-
[02:20:35] - Na temat bardzo niebezpieczny. Rzeczywiście.
[02:20:39] - To nawet nie o to chodzi. Po prostu to, co się przewaliło przez internet, te wszystkie komentarze, te wszystkie youtuberskie nagrania i tak dalej. Cały cykl powstał pod tytułem „Dziady polskiej fantastyki", Katarzyna Babicz mówi o tym, co jej się nie podoba i dlaczego się jej nie podoba. Wszystko okej, ale w sytuacji, w której w takim kraju, w jakim żyjemy, funkcjonuje na rynku jedno pismo, a piszących jest bardzo dużo, to siłą rzeczy, po pierwsze jedni drugich nie czytają, bo jak to się Tomek często śmieje, przecież wystarczy, że piszą, to jeszcze mają czytać? To bez sensu w ogóle. Jedni drugich nie czytają, bo po co? Ważne, że piszą. Nie mają gdzie tego publikować, publikują gdzie popadnie. To nie jest zdrowa sytuacja. Po prostu nie jest zdrowa.
[02:21:48] - Marku, nie wiem, czy zdrowa, ale jest normalna. Ja się postaram posłużyć się takim rzutem historycznym, Marku. Zwróć uwagę, że wszystkie technologiczne nowalijki, z wszystkimi technologicznymi nowalikami w historii działo się absolutnie identycznie. Kiedy wymyślono druk, kiedy umożliwiono ludziom drukować na poziomie lokalnym, wszystkie miasta, miasteczka i tak dalej zaczęły drukować swoje gazety, swoje pisma i tak dalej. Te pisma oczywiście nikt nie czytał, z wyjątkiem lokalnych społeczności, ale pełniły pewną funkcję. Kiedy wymyślono radio, w takich Stanach Zjednoczonych, w każdym mieście, w każdym miasteczku powstawała radiostacja z własnym prowadzącym, z własnym nadawaniem i tak dalej. Kiedy wymyślono internet, natychmiast pojawiają się setki, tysiące takich choćby inicjatyw jak Radio Paranormalium i tak dalej. Oczywiście przychodzi epoka dinozaurów, czyli te wielkie mamuty i inne społeczności zawłaszczają sobie tę strefę ludzkiej aktywności, bo w tym mają po prostu biznes. Kiedy się pojawi biznes. To samo już się dzieje w internecie.
Nieważne. Przyjdzie inna technologiczna nowalijka, nie wiem. Niech się uruchomi telepatia. To może będziemy wszyscy nadawać koło siebie i znowuż będzie jakoś. Zawsze będzie, że będzie było dobrze, a jest gorzej. Jest gorzej w pewnym sensie, ale będzie inaczej kiedyś, już bardzo niedługo. I znowuż będzie gorzej.
[02:24:16] - Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej.
[02:24:19] - Ja nie o tym do końca mówiłem, bo mnie chodzi o coś takiego, że nie jest do końca ważne to, czy autor wyda tę swoją książkę w milionach egzemplarzy, czy może w znacznie mniejszym nakładzie. Ważne, że ona zaistnieje, trwa, przesuwa się przez dzieje. Ja ostatnimi czasy bardzo interesuję się, bardzo zgłębiam literaturę przedwojenną, oczywiście fantastyczną. I tam funkcjonuje szereg takich perełek, o których większość z nas, ja jeszcze jakiś czas temu w ogóle nie słyszeliśmy. A jednak funkcjonowały. To było. Gdzieś to się wyciąga z pomroków dziejowych i nagle to odżywa, zaczyna funkcjonować. Troszeczkę mieliście państwo z tym kontakt, chociażby w audycji ABW. To nagle staje się modne. Naprawdę.
Ja uważam, że ważny jest sam akt tego, że coś zostało stworzone. Nie na niby, nie dla picu, nie dla zabawy. To zostały stworzone bardzo fajne, bardzo poważne, w sensie podejścia do nich, książki. Julian napisał swój zbiór opowiadań, Tomek napisał swój zbiór opowiadań. Będziemy zresztą za dwa tygodnie Tomka Fąsa gościć. Zobaczymy, ile mu z tego pesymizmu zostanie. W każdym razie to, że te książki funkcjonują uważam, że jest bardzo ważne. Zwróćcie państwo jeszcze na jedną rzecz uwagę. Świat wydawniczy w Polsce podzielił się na dwie nierówne części. Są wielkie wydawnictwa, które drukują co popadnie, z łapanki niejako, głównie tłumaczenia, bo są tańsze.
Wbrew pozorom wydanie tłumaczenia w Polsce bywa tańsze niż wydanie polskiego autora. Więc wydają, co mogą. Są to czasami rzeczy wielkie, jak w przypadku wspomnianego magowskiego cyklu „Uczta wyobraźni”. Są i rzeczy czasami bardzo miałkie. To jest pierwsza część. Duże wydawnictwa, które mają dużo kasy i dużo mogą. Ale oprócz Bibliotekarium na rynku wydawniczym w Polsce funkcjonuje cała masa małych wydawnictw, które robią tę pracę u podstaw, pracę organiczną. To jest trochę tak, jak pod koniec XIX wieku w Poznaniu. Owszem, wtedy się nie nazywało biznesmeni, ludzie, którzy robili biznes. Wtedy też się nawet biznes nie mówiło w Polsce.
W każdym razie robili interesy, ale nie patrzyli tylko i wyłącznie na to, żeby zarobić. To oczywiście było ważne, ale nie tylko. Chodziło o coś więcej. I myślę, że w tym ruchu wydawniczym tych małych wydawnictw, które czasami są niszowe i wydają wielu autorów, wielu z tych autorów zostanie na sicie, zostanie gdzieś tam w świadomości. I to jest pewna wartość, którą sobie należy uświadomić. A jeśli ktoś myśli o 10-tysięcznych nakładach, to jeszcze nie ten etap jest po prostu.
[02:27:52] - Jak Marku powiedziałeś o tej literaturze przedwojennej, to tak mi się zaśmiało, że przecież na bazie tego, po czym praktycznie biorąc nie zostało żadnego śladu, istnieje cała na przykład nauka. Moja ukochana zresztą, archeologia. Kiedyś ktoś, grzebiąc w takich sardinach i w audycjach nadawanych przez Radio Paranormalium, być może jakiś przyszłościowy archeolog będzie ze zdziwieniem odkrywał po pierwsze obraz świata, który przeminął niby bez śladu, a nagle się okazuje, że tam takie perełki się pojawiały, jak opowiadania Tomka Fąsa i opowiadania Juliana na przykład. To będzie zachwycony sobą archeolog.
[02:28:56] - Trochę tak się czuję przeglądając te książki z międzywojnia. Ale ja mam pewną propozycję. Dzisiaj na koniec audycji posłuchacie państwo jednego z opowiadań. My się z państwem pożegnamy, a państwo posłuchacie opowiadania Juliana, które jest wyciągnięte z tomu, o którym dzisiaj mówimy, czyli z „Ojców nowej ziemi”. Ale zanim się pożegnamy i zanim w ogóle będzie to opowiadanie, to Julian powie oczywiście o pewnej specyfice tego opowiadania, ale to jeszcze nie teraz. Teraz Julian ma dla państwa zagadkę. To jest zagadka związana z pewnym tekstem, który był popełnił. Ja myślę, Julianie, że to najlepiej, jak ty tę zagadkę przedstawisz.
[02:29:47] - Tak, to był krótki tekst, który był stworzony w jakimś specyficznym celu. Nie mogę mówić za dużo. Próbowałem naśladować któregoś lub którąś z polskich pisarek lub któregoś z polskich pisarzy. Wtrąciłem ten tekst w książkę tej osoby, którą starałem się naśladować. Trudno to wytłumaczyć. Wyobraźmy sobie książkę otwartą na którejś stronie i dodałem pewien aspekt, krótką akcję, która nie istnieje. I pytanie brzmi: czy udało mi się na tyle dobrze naśladować autora pierwowzoru, że będziecie w stanie określić, co to za autor lub autorka? To jest pytanie za jeden punkt, a za dwa punkty, jakiej książki to dotyczyło.
[02:31:21] - Zanim ten utwór się pojawi, to jeszcze powiem, zwróćcie państwo uwagę, szczególnie mówię do ludzi, którzy pisują do ABW, jaka to jest świetna zabawa. Bierzemy dowolną książkę, znajdujemy takie miejsce, w którym jest pewna przestrzeń, żeby napisać coś, co dzieje się pomiędzy jedną sceną a drugą. Moim zdaniem rewelacyjna zabawa i rewelacyjna sprawka literacka. A teraz już myślę, że posłuchajmy tekstów
[02:31:59] - Rozejrzałem się w migotliwej ćmie świec. Kroki zdawały się coraz donioślejsze. Na najbliższych drzwiach zdołałem złożyć z sensem rząd okopconych przez lata literek. Magazyn gromnic. Obcym wstęp wzbroniony. Wszedłem bez wahania, by skryć się przed nadchodzącym intruzem. Zatrzasnąłem za sobą żeliwną klamkę, starając się nie narobić przy tym wiele hałasu. Wyczułem od razu miast woni spalonego wosku ciepłe powietrze drażniące nozdrza ozonem. Krótki korytarz kończył się kolejnymi drzwiami. Tym razem lekkie aluminiowe ramy i mleczne szyby przepuszczające z wnętrza jaskrawe światło.
Z niechęcią pomyślałem o zadymionej kaplicy. Liczyłem, że tą odkrytą właśnie drogą powrócę do bardziej cywilizowanych korytarzy labiryntu. Gałka ustąpiła miękko. Oślepiony nadmiarem luksusów dostrzegłem korpulentnego jegomościa w białym kitlu. Patomorfolog. Pierwsza z brzegu myśl często okazuje się najbliżej prawdy. Tym razem chciała mnie zmylić. Za plecami jegomościa dojrzałem wielkie maszyny obliczeniowe. Zajmowały całą ścianę dużego pomieszczenia, a jedna do drugiej podobna szklanka w szklankę. Szpule srebrnych taśm poruszały się w sobie tylko wiadomym rytmie.
Dwa szarpnięcia do przodu i jedno w tył, czasem na odwrót albo całkiem inaczej. Witam. Nowe zlecenie? Poproszę kartę denata. Wyciągnął ku mnie dłoń ogumowaną lateksową rękawicą. Zamiast dokumentów podałem mu rękę. Powietrze było tak naelektryzowane, że gdyby nie izolacja z pewnością poczęstowałby mnie serdecznymi woltami, pracowicie zbieranymi przez cały dzień. Nie. Przyszedłem po świece i taka pomyłka. Widzi pan…
Ach, karnister. Nie posiadam. Odpowiedzi formułowałem po omacku, niby stąpając po polu minowym. Czego? Zresztą nieważne. Czekam. Mamy pewien problem prawny. Kruczek trzeba obejść. Ale pan… Rozumiem.
Specjalne poruczenie. Resetson. Jestem starszym neutralizatorem. Skoro już się pan domyślił, będę szczery. Przechodziłem w okolicy i postanowiłem wstąpić na chwilę. Wiadomo, to kluczowe miejsce. Dziękuję za miłe słowa. Rzadko ktoś nas docenia, bo my chyłkiem, dyskretnie. Mówiąc, mrugam wciąż jednym okiem zza szkła okularów. Nerwowy tik albo dawał mi coś do zrozumienia.
Ciekawe zajęcie. Pewnie lubi pan swoją pracę. W całym gmachu ten był pierwszym napotkanym w fartuchu. Znaczy – naukowiec. Liczyłem, że nieskażony wojskowym drylem łatwiej da się uskubać choćby z jednej przydatnej informacji. Lubię, nie lubię. To służba, obowiązek i duma. Zastanowił się moment, czy warto cokolwiek dodawać. Ale lubię. Tak, oczywiście.
Jest pan w końcu oficerem. Zapuściłem sondę. Ten fartuch może zmylić, ale widać, że pan z doświadczeniem. Niektórzy noszą dystynkcje na kitlach. Ja uważam to za przesadę. Mundur galowy powinien czekać na specjalne okazje. Taka robota. Macie tu jakieś problemy? Śmiało, proszę. Zaraportuję i będzie szansa, że ktoś nade mną spojrzy łaskawym okiem.
W zasadzie… No tak. Rozejrzał się nerwowo. Budżet niski, ale wiadomo. Nic więcej nie mogę powiedzieć. Ba, to oczywiste. Tyle wystarczy. Hę? I już? Bez uzasadnienia?
Zawsze się przyda. Tylko nie za głębokie. Wszedłem w buty najtajniejszego agenta tajnej agencji. Jasne. Może pan dopisać, że wypuszczamy wtórniki łatwo rozpoznawalne. Takie małomówne cudaki. Każdy się domyśli już po krótkiej konwersacji, więc trzeba dorabiać im traumatyczne historie, że to niby od tego tak się pozmieniali. Jeśli tak łatwo ich rozpoznać, to fundamentalna wskazówka, bo obce wywiady tylko czekają na okazję. A jakże, a jakże! Rozpromienił się.
I tutaj nasza rola. Jeśli nawet wtórnik rozpoznany, to nie szkodzi. Zupełnie nie. Ma wgrany taki mętlik, że niczego się nie wyłowi nawet sieciami elektronowymi o oczkach mniejszych od jontera. No tak, to dobra robota. Pochwaliłem naukowca, kiwając głową z uznaniem. Przyglądał się uważnie temu potakiwaniu. W końcu ledwie zauważalnie machnął dłonią. Kiedy nie sprowokowało to mojej reakcji, na co czekał, jak się spodziewałem, machnął jeszcze raz z większą chyżością. W końcu jakby nigdy nic przemówił.
Wracają do nas raz na miesiąc według niejawnego harmonogramu albo interwencyjnie na polecenie służby wewnętrznej. Jak ich badamy, zawsze mają wgrane obce algorytmy, a my wykasowujemy i wgrywamy kolejny losowy śmietnik. Zabawa w kotka i myszkę. Ważne, żeby w tej grze być kotem. Zawsze? Bezczelność! Warknąłem, udając oburzenie. Sporo wtórników musicie obsługiwać? Dodałem odmienionym, beztroskim tonem. „No wie pan” – skrzywił się – „to by było za wiele.
Racja, wróg nie śpi. I nawet tu u nas mamy jednego takiego.” „Ach tak.” – W aktorskim geście wysoko uniosłem brwi. „Nie, to nie tak.” „Nie powinien pan zgłosić?” – wszedłem mu w zdanie. „Broń Boże. To znaczy on już ma kartotekę. Całkiem grubą. Dalej ryje, ale pod kontrolą. Rozumie pan?” „Jasne. Po co nowy niewykryty, jak jest stary wykryty i o tym nie wie. Ech, to zasada starsza od munduru” – dokończyłem z pewnością w głosie.
„Nie zdradzę nic, jeśli dodam, że jest nas pięciu neutralizatorów na etatach i przydałby się kolejny.” „To też zapiszę. Wiadomo, że musicie tu wykonywać plan.” „Tu? Myśli pan, że tylko tu?” – uśmiechnął się filuternie i dwa razy mrugnął dla odmiany spokojniejszym okiem. „Oj, taki niewinny żart. Dziękuję.” Nie bawiło mnie resortowe poczucie humoru. Główkowałem, co dalej. Odwrót wydawał się najrozsądniejszym rozwiązaniem. „Na mnie już czas.” „Jest tu inne wyjście?” „Może jest, może nie. Nie potwierdzam i nie zaprzeczam.” „Spokojnie, nie testuję pana lojalności. Zwyczajnie uczulenie na parafinę.” „Z pewnością.
Wiem. Domyślam się.” Złożył ręce na piersiach i patrzał skupiony. „Zmieńcie to” – dodał po chwili. „To moja rada. Od lat takie samo standardowe pytanie kontrolerów na koniec wizytacji.” „Albo pierwsze.” „To jeszcze gorsze. O to, czy jestem patomorfologiem.” „Nawet trochę mnie pan zmylił, ale tylko na początku. Sukcesów w dalszej pracy.” – skinąłem głową w geście pożegnania. Zrezygnowany odwróciłem się w stronę drzwi zadymionej kaplicy.
[02:40:30] - Proszę państwa, to ja teraz taki szybki konkurs ogłaszam. Taki dla honoru oczywiście. Kogo podrabiał Julian? Mamy pierwszą odpowiedź na czacie. Magdalena Karolak: „Wiedźmin szuka zlecenia.” Oczywiście z uśmieszkiem, więc tak nie do końca na serio. Proszę państwa, kogo naśladował Julian? To bardziej zagadka niż konkursik. W każdym razie, Julianie, ja się podzielę pewną refleksją. Mamy opowiadania w tomie „Ojcowie Nowej Ziemi”. Chociaż przyznam, że tam są lepsze opowiadania, ale jestem szczególnie związany z opowiadaniem „Wiera Plus”.
Zupełnie nie wiem dlaczego. Czasami o takich rzeczach literackich decydują przypadki. Ja to opowiadanie przeczytałem w okolicach tej audycji bibliotekaryjnej, w której z Wiktorem rozmawialiśmy o konopielce. W której się ostro posprzeczaliśmy o konopielkę. I ona jakoś ta „Wiera Plus” tak trafiła na mnie. Ona jakoś klimatem odpowiadała, przynajmniej częściowo w niektórych fragmentach konopielce, a później jest brawurowe rozwiązanie, które zupełnie burzy nam obraz świata. Lubię po prostu to opowiadanie „Wiera Plus”. Ja bym chciał zadać pytanie, którego nienawidzi większość ludzi piszących. Jakżeż, Julianie, wpadłeś na to opowiadanie? Jak ono powstało?
I w ogóle jak?
[02:42:21] - Teraz już wiem, dlaczego większość autorów nienawidzi. Nie pamiętam.
[02:42:26] - Muszę ci dać skosztować tego miodu, tych wszystkich frykasów, które są udziałem ludzi piszących. To właśnie je niniejszym zażywasz. Słuchamy.
[02:42:39] - Dobra, powiem może bardziej ogólnie. Skąd w ogóle pomysły na opowiadania? Co być może jest zaskakujące dla tych, którzy nigdy nie próbowali czegoś napisać. Jest ich niewielu, ale tacy są. Czasami pomysł bierze się z jednego zdania, na przykład kończącego opowiadanie. I do takiego jednego zdania, do takiej końcówki dorabiam w wyobraźni cały początek i środek. A co by było gdyby? Jak można byłoby do tego dojść, żeby właśnie to ostatnie zdanie zabrzmiało tak, jak je sobie wymyśliłem. I tworzy się opowiadanie. Innym razem piszę opowiadanie i mam jakiś szkielet opracowany i okazuje się, że w połowie opowiadanie skręca w zupełnie innym kierunku, którego wcześniej nie przewidziałem.
I okazuje się, że to jest dużo lepsze niż to, co wymyśliłem na wstępie jako taki szkielet, zbudowanie pewnej historii.
[02:44:10] - Co jeszcze mogę powiedzieć ogólnie na razie o pisaniu? Pamiętam raz, drugi słowa Wiktora, który w audycji ABW lekko sobie ze mnie dworował, wyobrażając sobie, jak ja muszę siedzieć przed klawiaturą komputera jak jakiś szalony pianista, który w emocjach pisze. I coś w tym jest tak naprawdę. Nie potrafię pisać kalkulując na zimno. Jest historia, mam coś wymyślonego i po prostu siadam i na zimno wymyślam co kto powiedział i jak dalej dzieje się akcja. Oczywiście tak też bywa, ale są momenty w niektórych opowiadaniach, w których ponoszą mnie emocje i przyznam, że to opowiadanie, które będzie zaprezentowane dzisiaj— muszę od razu wtrącić, że którego opowiadania byśmy dzisiaj nie wysłuchali z tego zbioru, to ono nie daje obrazu całości. Naprawdę te opowiadania są zróżnicowane i zastanawiałem się i ja, i z Markiem Żelkowskim, które opowiadanie warto byłoby zaprezentować i jednocześnie, żeby było odpowiedniej długości. Nie mogło być za długie. To opowiadanie będzie średniej długości i przy tym opowiadaniu zdarzyło się, pisząc w nocy, że musiałem ze dwa, trzy razy w nocy wychodzić na krótki spacer 20-minutowy. Pamiętam, że było chłodno, żeby właśnie ochłonąć.
Normalnie bałem się tego, co za chwilę nastąpi. 12 opowiadań, w tym 10 to jest SF, bardziej lub mniej typowe, a dwa opowiadania troszeczkę inne. Dzisiejsze opowiadanie to będzie, jeżeli chodzi o gatunek, bardziej opowiadanie grozy. Jest jeszcze jedno takie delikatne postapo. Dosyć krótkie opowiadanie. Skąd pomysł? Ogólnie skąd pomysły? To jest trochę tak, że w ferworze pisania-- inaczej. Nie jest tak, że autor pisze tylko i wyłącznie wtedy, kiedy pisze. Kiedy nie pisze, robi sobie śniadanie, kolację, ogląda telewizję albo idzie do sklepu, gdzieś tam w podświadomości cały czas mielą się pomysły i te pomysły od czasu do czasu po prostu wypadają trochę jak z rękawa.
Ale to nie jest tak, że one się biorą znikąd. Gdzieś podświadomość cały czas pracuje i wymyśla. I z tym akurat nie mam problemu. Wśród różnych pomysłów są średnie, słabe i całkiem moim zdaniem niezłe. I te ostatnie staram się wykorzystywać. Te średnie najczęściej były wykorzystywane do ABW, bo ABW od początku traktowałem jako szkołę i czasami nie informowałem nawet prowadzących, co było powodem tego, że napisałem jedno z opowiadań, dosyć mocno skrytykowane. Pomysłem było to, żeby zawalczyć z dialogiem pięciu, sześciu osób naraz, z czym wcześniej nie miałem do czynienia. Nigdy czegoś takiego nie przeprowadzałem i cała reszta była tak naprawdę dodatkiem do tej mojej walki, żeby ten cały dialog jakoś wyszedł. Ale oczywiście jest to zrozumiałe, że opowiadanie jakiekolwiek, które trafia do ABW, musi być kompletne. I czasem zdarzało się, że raz mogły być słabe, innym razem co innego było dla mnie istotne, kiedy wysyłałem opowiadanie do ABW.
Chciałem też podkreślić to, że to, co słuchacze mogli słuchać właśnie w audycji ABW, nie było to maksimum, na co mnie stać. To była świetna szkoła. Bardzo fajnie, że trafiłem na tę audycję, bo poprawiając swoje opowiadanie, jedno z pierwszych, doszedłem do wniosku, że to chyba ktoś mi podrzucił to, że to niemożliwe, żebym ja to napisał. Oczywiście nie twierdzę, że nauczyłem się wszystkiego, ale skoro sam widzę jakiś postęp To znaczy, że jestem na dobrej drodze. Cały czas jakiś rozwój następuje. Pomysły naprawdę nie pamiętam, bo to są błyski. Nauczyłem się, żeby po takim błysku szybko napisać jakiś krótki konspekt, bo wiem, że jeżeli się tego nie zrobi szybko, to później, po dwóch, trzech dniach można się zastanawiać długo, że to był taki fantastyczny pomysł, ale o co tam chodziło? I koniec. To na razie tyle w tym temacie, a jak będzie kolejne pytanie, z przyjemnością się odezwę.
[02:51:04] - Ja może do tego pytania nieustającego, skąd się biorą pomysły, dodam taką uwagę. Otóż ostatnio wpadłem na pewien termin, który nie wiem, czy ktoś używał, a może i tak. W trakcie jakiegoś spotkania z Martą Sobiecką i jej chłopakiem, przysłuchując się wychodem jej chłopaka, stwierdziłem, że on ma taką, jakby to powiedzieć, kreatywną spostrzegawczość. Otóż ludzi ślepych i widzących na świecie jest mniej więcej 50 na 50. Natomiast tych ludzi obdarzonych kreatywną spostrzegawczością jest niewielu. W sam raz na to, żeby coś działać w kulturze, w literaturze, w sztuce, w nauce również. Ta cecha, przynajmniej ten termin bardzo mi się spodobał. Kreatywna spostrzegawczość. Z tego zwykle wyskakują najlepsze pomysły na cokolwiek. To by było to.
A jeszcze jak Julian powiedział, że czasami dobudowuje się wszystko do ostatniego zdania, to ja pamiętam, jak wymyśliłem, ciężko myśląc wiele tygodni, rozmyślając, niesamowite opowiadanie, którego nigdy nie napisałem oczywiście. Natomiast zacząłem dobudowywać to całe opowiadanie do ostatniego zdania. A na ostatnie zdanie wpadłem w ten sposób, że wyszedłem, już dusiłem się prawie od dymu nikotynowego, bo był upał akurat w mojej chacie. Wyszedłem na próg mojej chaty i tak ziewnąłem, i spojrzałem w niebo. I zobaczyłem samolot odrzutowy, który przelatuje po takim czystym, błękitnym, nieskazitelnym niebie i zostawia za sobą taką długą, białą smugę. Patrzyłem na ten samolot, on odleciał, ta smuga została i wtedy wpadłem na ostatnie zdanie, które trzeba użyć, żeby napisać dobre opowiadanie. I to ostatnie zdanie to był taki dialog. „Boże, jak Pan Bóg mógł stworzyć taki świat?” I odpowiedź: „Stworzyć? On tylko tędy przeszedł”. I do tego dobudowałem świetne opowiadanie, prawda?
Jak można do takiego spostrzegawczego dowcipu zbudować całkiem fajną... A o historii nie będę opowiadał. Może ją kiedyś napiszę.
[02:54:21] - Miejmy nadzieję. Rzut oka na czat. Magdalena Karolak, która pisała o tym „Wiedźminie”, dodaje: „Widziałam podobieństwa. Jak nic Wiedźmin neutralizator”. I dalej Magdalena Karolak pisze: „Swoją drogą czytanie fragmentów to chyba najfajniejsza promocja książki, bo pokazuje, czego możemy się spodziewać”. I tak, i nie, bo na pewno jeśli chodzi o sprawność autora, to dzisiaj, jak się już pożegnamy i puścimy opowiadanie „Stopa słonia”. Nie przekręciłem tytułu? Bo ja mam taką tendencję, Julianie, nie przekręciłem.
[02:55:00] - Bardzo dobrze. Super. Najlepiej wypowiedziany przez ciebie tytuł.
[02:55:06] - Udało się, hurra! Bo ja generalnie wszystko przekręcam. W każdym razie, kiedy poznacie państwo to opowiadanie, ono jest nietypowe. Dlaczego jest nietypowe? Bo to jest taka, ja to nazywam, ballardowską fantastyką. Bo tak jak państwu kiedyś mówiłem, kiedy przeczytałem powieść „Wyspa” Ballarda, to przez długi czas się zastanawiałem, gdzie jest, kurna, ta fantastyka w tej opowieści. Nie widziałem wtedy pewnych mechanizmów, że ta fantastyka tam nie była punktowo osadzona. Całość, klimat, to wszystko, co się tam dzieje, to było fantastyczne. I trochę tak jest z opowiadaniem Juliana, które dzisiaj zaprezentujemy. Ono tak formalnie, tak czystko brać, analizując, to nie jest SF.
To na pewno nie jest SF. Ale jak człowiek wysłucha tego opowiadania i zda sobie sprawę, o czym to opowiadanie było, jakie to opowiadanie było, dochodzi do wniosku, że może to nie jest SF. Ale to jest, kurna, bardzo dobre opowiadanie, przenoszące nas w jakieś niezwykłe krainy, w niezwykły klimat, w niezwykłe obszary. I to jest, myślę, duża zasługa Juriana, że w opowiadaniu, które tak do końca SF nie jest, to jednak tej fantazji, fantastyki jest tam tak dużo, że czasami ludzie, którzy piszą stricte opowiadanie SF i pakują tych wszystkich dziwności tak dużo, nie osiągają tego efektu. Jurian spokojnie relacjonuje pewną sytuację, którą państwo wysłuchacie. I robi się niezwykle. I to świadczy o pewnej klasie. I tu przyznaje Magdalenie Karolak, że wtedy można poznać, czego się spodziewać. Bo skoro mamy opowiadanie, które nie jest SF, a jest w nim fantastycznie, to przez takie porównanie, to jak fantastycznie będzie w opowiadaniu, które z założenia jest SF. Skomplikowane to trochę, co sobie tutaj wygaduję, ale polecam wziąć pod uwagę, Wiktorze.
[02:57:43] - Czy ja mógłbym jedno zdanie tylko?
[02:57:45] - Jak najbardziej.
[02:57:47] - Dzięki. Przepraszam. Wydaje mi się, że akurat w tym niedalekiej przyszłości odczytanym opowiadaniu, gdyby tam wstawić zielonego ludzika, to by strasznie popsuło sprawę. To jedna rzecz. A jeszcze tak bardziej ogólnie, jeżeli chodzi o pisanie do całej braci czytającej. Pewnie każdemu zdarzyła się taka sytuacja, że nie mogliśmy się doczekać powrotu do domu, do książki, do zakładki. Czy to jadąc autobusem, wracając z pracy, z zakupów myśleliśmy o tym, żeby zanurzyć się w ten świat książki. To teraz proszę sobie wyobrazić — i to jest ta satysfakcja w tworzeniu — tę chęć i radość w czytaniu trzeba przemnożyć razy pięć. Kiedy ma się określone pewne ramy, punkty z punktu A akcja do punktu B, do punktu C i tak dalej. Ale to, co się dzieje pomiędzy, poszczególne dialogi, to przecież nikt tak dokładnie tego nie określa.
To się tworzy na bieżąco i to jest trochę schizofreniczne. Ja daję takie czasem porównanie, że to jest jak gra w szachy z samym sobą, przekręcając szachownicę i grając raz białymi, raz czarnymi. Trzeba być trochę szalonym, żeby jednocześnie pilnować akcji i co chwila przeskakiwać. Pilnować też bohaterów, żeby różnili się od siebie, a nie byli jak z jednej matrycy. Bo czasami tak jest, że jak się zapomnę, to okazuje się, że wszyscy są do mnie podobni. Czyli trzeba o to dbać, jednocześnie co chwila wchodzić w czyjeś buty, żeby zastanowić się, jak by odpowiedział, jak by się zachował. I powiązać to wszystko w całość, która będzie interesująca nie tylko dla czytelnika, ale i dla mnie. Bo nie wyobrażam sobie, żeby pisać coś i spróbować wydać coś, co nie jest interesujące przede wszystkim dla mnie. To tyle takich ogólnych moich teorii na temat pisania. Ale jest to dosyć silne przeżycie.
Kiedyś z Markiem Żelkowskim rozmawialiśmy w trakcie pisania tego zbioru i pytałem się: „Marku, czy ty też tak masz, że w momencie, kiedy stawia się ostatnią kropkę albo wielokropek w opowiadaniu, wtedy ja przynajmniej czułem się trochę jak w dwóch światach. Jedną nogą w miejscu, gdzie fizycznie przebywałem, a drugą nogą w tym świecie, który właśnie stworzyłem. I to było takie nerwowe chodzenie po domu z jednej strony, z drugiej strony zadowolenie, że się to stworzyło. Ale taki schizofreniczny dualizm, dwa światy. To po chwili mijało, ale jakiś czas trwało, kilkadziesiąt minut takich silnych emocji. Ale nie w trakcie pisania, a po zakończeniu, po postawieniu ostatniej kropki. To tyle na razie, dziękuję.
[03:02:02] - Ja powiem tak, że Jurian fajnie podkreślił, kiedy mówił o ABW, o tej szkole pisania, bo w ABW Jurian miał różne przeżycia, ale tak naprawdę nawet mnie samemu udowodniło to pewną rzecz. Chyba polecę klasykiem telewizyjnym „Warto rozmawiać”. Warto, ale warto rozmawiać o twórczości, bo to są rozmowy bardzo często nieprzyjemne dla autorów, bo ludzie z zewnątrz pchają się temu autorowi do jego świata, krytykują, marudzą, zawracają głowę, czepiają się i to budzi u każdego. Praktycznie rzecz biorąc, rozmawiałem z wieloma autorami i właściwie każdy autor ma na ten temat dosyć jednoznaczne zdanie. Ale też tacy bardziej otrzaskani autorzy mówią, że to strasznie wkurza, ale z drugiej strony nie wyobrażają sobie sytuacji, kiedy by czegoś podobnego nie było, bo wtedy bardzo często z tej krytyki, z tego czepiactwa, z tego zawracania głowy rodzą się rzeczy znakomite. Ja tutaj mam na podorędziu jeden przykład. Dla mnie w dalszym ciągu jednym z zabawniejszych opowiadań, które pamiętam. Ja pamiętam niewiele opowiadań. W miarę czytania ogromnej ilości tekstów sporo zapominam, ale do dzisiaj pamiętam „Bigos narodowy”. To jest opowiadanie, które mnie nieustannie śmieszy.
Jego absurdalność.
[03:03:54] - Trochę spaliłeś.
[03:03:58] - Tak, ale jego absurdalność po prostu mnie nieustająco bawi. Dlaczego? Ale skąd się wzięło to opowiadanie? Wzięło się z poważnej wymiany zdań na ten temat i moim zdaniem Julian zrobił rzecz. Oczywiście nie był zadowolony, ja to zupełnie rozumiem. Ale wykrzesał z tego naprawdę rzecz świetną. Chylę czoła, bo „Bigos narodowy” zostanie ze mną tak długo, jak jeszcze jakieś tam władze umysłowe będę posiadał. Bo „Bigos narodowy” bazuje na kilku takich elementach komicznych, które świetnie zażarły, które w dodatku przy całej absurdalności jednocześnie pokazują, jacy jesteśmy. Ja nie mogę się tego opowiadania nachwalić, więc już przestanę, bo jak autora się za dużo chwali, to też nie jest dobrze. W każdym razie, jeśli państwo będziecie mieli ochotę, to „Bigos narodowy” bardzo polecam.
Wiem, że spaliłem.
[03:05:17] - Dobra, to ja przynajmniej nie powiem tytułu, więc to się gdzieś tam może rozmyje.
[03:05:23] - Tak.
[03:05:25] - Okej. Nie wiem, czy rozsądnie, ale wydaje mi się, że taki delikatny stoicyzm, jeżeli chodzi o podejście krytyków do własnych tekstów. I wydaje mi się, że złe opinie należy dzielić na dwa, a pochwały na cztery. Wydaje mi się, że to jest zdrowe podejście.
[03:05:58] - Ja powiem tak: okej, każdy ma swoją ścieżkę.
[03:06:02] - To trudne. Szczególnie dzielenie pochwał na cztery jest trudne.
[03:06:09] - Ja powiem tak, ale czasami jest niestety z tymi przyganami nawet tak, że czasami trzeba po prostu powiedzieć: „O kurczę, spierdzieliłem coś”. Inaczej. Ważne, żeby myśleć w ten sposób. Naprawdę, uwierzcie mi państwo. Tego oczywiście nie widać na rynku wydawniczym, ale bardzo doświadczeni pisarze z taką brodą do ziemi, mówię o doświadczeniu literackim, o ich czasie tworzenia. Nawet tacy pisarze czasami mówią: „Kurczę, ależ ja nie wpadłem na to. Faktycznie do dupy to jest. Zrobię to inaczej”. Naprawdę wielokrotnie słyszałem takie wypowiedzi. Co więcej, widziałem później efekty.
Wierzcie mi państwo, to jest niesamowite, kiedy najpierw znacie pierwotny pomysł, który był fajny, ale nie powalał, a później w toku jakiejś rozmowy, dyskusji, awantury wreszcie, bo czasami tak się to odbywa, pojawia się opowiadanie, które niby jest takie jak tamto, ale jest zupełnie inne. Powiem państwu, niesamowita sprawa. I czytacie, macie książkę w ręku i widzicie, że trochę dzięki wam, trochę dzięki komuś tam. Bo czasami byłem świadkiem takich rozmów pomiędzy tytanami polskiej literatury, którzy sobie wyrzucali, czasami sobie brutalnie powiedzieli, co o sobie myślą, ale to zostawało nie w postaci urazy, że ktoś tam komuś coś powiedział, tylko w postaci tego, że rodziła się rzecz nowa. I to jest tak naprawdę ważne w pisaniu.
[03:08:02] - Czy ja mógłbym?
[03:08:03] - Jasne, słuchamy.
[03:08:07] - To, co mówiliśmy wcześniej. Podobnie jest z pisaniem. Musi być tygiel. Jeżeli wszyscy będą głaskać, to nie będzie to tak dobre, jak mogłoby być. To jest jedna rzecz, a druga rzecz bardzo istotna, bo nie poruszaliśmy dzisiaj współpracy autora z redaktorem, który redaguje naszą radosną twórczość. Powiem tak, bardzo fajnie mi się współpracowało z panem Wojtkiem Chudzińskim. Powiem w ten sposób: tekst, który wysłałem i który wydawał mi się idealny, po powrocie z redakcji biłem się dłonią w czoło. Jak mogłem nie wpaść na to, że zamiana w szyku zdań dwóch słów powoduje, że to zdanie nagle jest okej? Wszyscy ci, którzy uważają, że poradzą sobie bez redakcji, to od razu mówię, nie mają najmniejszych szans. Po wielokrotnym przeczytaniu tekstu tak się do niego przyzwyczajamy, że już nawet nie chodzi o literówki, których nie widzimy, ale nie widzimy, że zdania zapisane są w sposób sromotny.
Trzeba spojrzeć na to doświadczonym okiem, na chłodno. Pierwszy raz to od razu wychodzi. Naprawdę były strony w moich opowiadaniach, gdzie tych poprawek było sporo i z większością od razu się zgadzałem. Zdarzały się jakieś sytuacje wyjątkowe, że się przy czymś upierałem, bo miałem jakąś swoją wizję, która być może była na tyle słabo zaakcentowana, że redaktor tego nie dostrzegł. Ale w większości przypadków, szczególnie pewnie u debiutanta, to było tak, że książka to jest wspólna praca autora i redaktora. Tutaj się zgodzę z taką opinią, którą kiedyś usłyszałem. Nie ma innej możliwości. To tyle i przepraszam, że się wciąłem, bo Wiktor miał mieć głos.
[03:11:02] - Wiktorze.
[03:11:03] - Ja? Ja mam głos, ale dopiero jak Marek Żelkowski powie wszystko.
[03:11:10] - Ja już wiele mówić nie będę. Powiem tylko, że jakoś nie ma chętnych na odgadnięcie naszej zagadki. Być może to z pewnej nieśmiałości wynika, no bo człowiek zawsze, a nuż się mylę.
[03:11:26] - Myślę, że to moja wina.
[03:11:30] - A nuż nie zgadnę. Dobrze, Julianie, już nie trzymajmy w niepewności naszych słuchaczy. Kogo podrabiałeś?
[03:11:39] - Była audycja w „Bibliotekarium”, w którym była omawiana książka Stanisława Lema „Pamiętnik znaleziony w wannie” i ja zrobiłem do tej audycji taki fragment, dopisałem taki pamiętnik znaleziony w brodziku. Chciałem w ten sposób postarać się napisać fragment, który byłby przynajmniej chociaż trochę zbliżony do stylu Lema w tej książce, bo Stanisław Lem w niemal każdej książce miał inny swój styl i w zależności od cyklu zupełnie inaczej brzmiały „Bajki robotów” od „Dzienników gwiazdowych” czy „Solaris”. Nie wiem, chyba się do końca nie udało, skoro nie było kilku trafnych odpowiedzi bezpośrednio.
[03:12:57] - Udało się, Julian. Udało.
[03:12:59] - Udało się, udało, tylko to z pewnej nieśmiałości wynikało naszych słuchaczy.
[03:13:05] - A może sprawa pokoleniowa, wiesz?
[03:13:08] - A może! Oczywiście. Bardzo możliwe. Panowie, ja powiem tak: każda audycja, nawet najfajniejsza, a czy nasza była fajna, to już ocenią słuchacze, musi się kiedyś skończyć. A ta się jeszcze nie kończy, proszę państwa. Kiedy my wypowiemy ostatnie zdanie, to jeszcze prawie godzina słuchania opowiadania Juliana przed państwem. Dlatego patrząc na zegarek, to już byłby chyba czas, żebyśmy się pożegnali. To teraz starając się przynajmniej być dobrym gospodarzem, zapraszam Juliana do słowa pożegnalnego. Julianie, słowo, cały monolog dla ciebie.
[03:13:59] - Dobra. Po pierwsze dziękuję za zaproszenie. Było to dla mnie wielką przyjemnością porozmawiać z wami. Dodam, że ta rozmowa nie przyprawiała mnie o sterczące naelektryzowane włosy, jak to się czasem zdarza, kiedy Jestem słuchaczem audycji i mam do dyspozycji na forum 200 znaków. Dzisiaj czuję się spełniony, bo mogłem mówić do woli. Niekoniecznie z sensem w każdym momencie, ale dziękuję. Była to dla mnie fantastyczna sprawa. Z wielką przyjemnością uczestniczyłem w audycji. Zapraszam do wysłuchania opowiadania „Stopa słonia”. Warto, będzie się działo.
Jest to dosyć klimatyczne opowiadanie grozy. Tak mi się wydaje. To jest chyba najbardziej zbliżony gatunek. Zachęcam do kupienia książki, do zainwestowania paru złotych, a przede wszystkim swojego czasu. Jestem przekonany, że warto. Szczególnie warto tym wszystkim, którzy lubią fantastykę. To czasami twardsze, czasami nie aż tak twarde opowiadania SF, ale nie jest to kalka lat 60., 70. To są opowiadania, które są dostosowane do naszych czasów i czasem do naszego spojrzenia w naszej rzeczywistości, jaką widzimy dzisiaj. Ale z pewnością jest to nawiązanie do najlepszych lat fantastyki. Do takiej fantastyki, na której się wychowałem.
Jeszcze raz dziękuję i oddaję głos.
[03:16:35] - Wiktorze, teraz ty.
[03:16:38] - Bardzo chętnie. Nie wiem, czy nasi słuchacze docenią talent Juliana literacki, natomiast ja wiem, że już w tej audycji odkryłem jego inny talent. Talent prowokatora. Od wielu lat toczę zażarte spory i rozmowy z Markiem Żelkowskim, ale nigdy nie udało mi się go sprowokować do tak prostego wyznania. Cytuję: „Jak ja coś mówię, to wszystko przekręcam.”
[03:17:24] - Ale ja tylko o tytułach mówię. Tak. Dobrze. Czuję się złapany.
[03:17:34] - Pamiętam „Te pięć sekund z życia szczura”.
[03:17:41] - Oj tam, oj tam. W każdym razie proszę nie nadinterpretowywać, szanowny kolego, moich wypowiedzi. Tak. Dobrze. Czuję się złapany na gorącym uczynku, a w każdym razie na gorącej wypowiedzi. Cóż, panowie, dużo mówiliśmy dzisiaj o Tomku Fąsie. Tak się złożyło, że te książki wyszły niemal równocześnie. Dzisiaj Julian, za dwa tygodnie Tomek Fąs. Poznaliście dzisiaj- Tak?
[03:18:17] - I też Julian.
[03:18:20] - I też Julian. Dobrze, okej. W każdym razie poznaliście dzisiaj minorowe oblicze tego, co Tomek Fąs sądzi o swojej książce. Zobaczymy za dwa tygodnie, co ciekawego powie. I tak uważam, że on nie ma racji. Ale tradycyjnie powiem tak: jak będzie taka audycja, w której powiem, że Tomek Fąs ma rację 100%, to będzie jakaś specjalna audycja. Pewnym moim powołaniem jest wręcz niezgadzanie się z Tomkiem. Czerpię z tego jakąś energię. W każdym razie zapraszam za dwa tygodnie. Będziemy mówić o książce Tomka Fąsa „Cyberdżokej” z niezwykle fajnym podtytułem: „Nowy początek świata”.
Kto słuchał w ABW cyberdżokejów, wie, czego się spodziewać po tej książce. Ale powiem, że jest to wiedza pozorna. Bo owszem, sporo Tomek odkrył w ABW, ale tak naprawdę, jeśli się nie przeczyta książki Tomka, to tak jak powiedziałem, wiedza pozorna. Kiedy przeczytacie państwo całość, zobaczycie, jak fajna, jak dobra jest to książka. Wbrew temu wszystkiemu, co mówi Tomek, że nie osiągnął sukcesu komercyjnego i tak dalej. Przyjdzie czas, będzie sukces. Pod warunkiem, że pewne rzeczy robi się konsekwentnie. W każdym razie gorąco zapraszam za dwa tygodnie. Książka „Cyberdżokej. Nowy początek świata”, Tomasz Fąs.
Dzisiaj bardzo dziękujemy naszemu gościowi. Julian, żeglowaliśmy od fantastyki po filozofię i później jeszcze po techniki pisania, czy właściwie sposoby pisania, jak tworzymy. Myślę, że ciekawe doświadczenie dla mnie na pewno. Bardzo dziękujemy, Julianie.
[03:20:43] - Dziękuję serdecznie. To ja dziękuję. Było mi naprawdę miło.
[03:20:49] - Super. Zapraszamy za dwa tygodnie na audycję od Cyber Jokeju z gościnnym występem Tomka Fonsa. Za tydzień oczywiście ABW, w którym sobie porozmawiamy o rozmaitych opowiadaniach. A teraz proszę państwa, my się oczywiście pożegnamy, ale nie wyłączajcie państwo odbiorników komputerów czy też smartfonów, bo prawie godzina słuchania przed państwem. Dobrej nocy.
[03:21:24] - Dobranoc.
[03:21:26] - Dobranoc.
[03:21:28] - A mówili do państwa jak zawsze gospodarze Bibliotekarium Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość Julian. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługuje Marek Sęk "Ivellios". Jeszcze się z państwem nie żegnamy. Teraz zapraszamy do wysłuchania wybranego opowiadania Juliana z tomu opowiadań „Ojcowie Nowej Ziemi”. A to opowiadanie nosi tytuł „Stopa Słonia”. Julian „Stopa Słonia”: Wszystko, co zrobisz, los może wykorzystać przeciwko tobie. Podobnie jak to, czego nie zrobisz. Własne doświadczenia najszybciej budują świadomość, ale przejdziemy przez ten most, gdy do niego dojdziemy. Tymczasem śmialiśmy się ze wszystkiego, co dało się obśmiać, obserwując obce otoczenie za szybami i wspominając wcześniejsze, nieco mniej szalone eskapady. Długie salwy głośnego śmiechu.
Myślałem, że już tak nie potrafię. Ostatni fragment podróży pokonywaliśmy wiekową Ładą pochodzącą z lokalnej wypożyczalni. Prowadząc ten zabytek komunistycznej myśli technicznej, uznałem z delikatnym ukłuciem ziejącej zazdrości, że niestety nasze rodzime pojazdy z tamtego okresu w zawodach na przyspieszenie nie miały szans. Samochód jak na swoje lata i zacofanie technologiczne zbierał się całkiem przyzwoicie. Niestety, a może szczęśliwie tylko do siedemdziesiątki. Powyżej tej prędkości wibracje na kierownicy były tak silne, że nomen omen drżałem od trzęsącą się w bagażniku whisky Black and White. Martwiłem się, aby nie rozwarstwiła się na dwie frakcje. Powodem tego zjawiska musiało być samo auto, gdyż główna droga była nieźle utrzymana. Gorzej sprawa przedstawiała się na podrzędnych wiejskich szosach. Odcinkami dziura za dziurą straszyły zawieszenie.
Nawet jeśli łatane, to dość niechlujnie. Koncentracja była zatem wskazana. Nasza ekscytacja wzrastała. Kilka minut wcześniej minęliśmy ostatni punkt kontrolny. Młodzi żołnierze pod bronią sprawdzili nasze dokumenty i pozwolenia na wjazd do strefy. Dla mnie była to prawdziwie męska przygoda. Dla Konrada zderzenie z koszmarami. Jak kierowca rajdowy, który po ostrym dzwonie musi zmierzyć się z tym samym zakrętem, aby rozprawić się z traumą, tak mój przyjaciel postanowił skonfrontować się z opiorami na ich własnym terenie, spojrzeć im prosto w oczy. A wszystko po to, aby jak wierzył, dokonało się katharsis. Jego praca, zdobyta szczęśliwym trafem, łączyła się z profilem studiów i w dużym stopniu z zainteresowaniami.
Jednak im więcej doświadczenia zdobywał, tym bardziej bał się niewidzialnego jadu, przed którym miał bronić nieświadomych niczego ludzi. Od dwóch lat był zatrudniony w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej. Przeżyliśmy niejedną przygodę. Znaliśmy się od lat. Razem w szkole średniej, razem w tym samym mieście na studiach. To pozwoliło pielęgnować przyjaźń. Byłem na piątym roku po absolutorium, krótko przed obroną magisterki. W końcu chwila wytchnienia od codzienności. Z drugiego urlopu w dorosłym życiu Konrad wyciskał, ile się dało. Powodem mojego opóźnienia były aktywności w różnych dziedzinach niezwiązanych ze studiami.
W ten sposób pojawiły się dwie wywalczone ucieka na przerwy w nauce. Minęliśmy betonowe, odmalowane na biało litery układające się w nazwę Prypeć. Wycyrklowaliśmy zwiedzanie Kijowa i odwiedziny w pubach, aby dać sobie szansę wyspania się na zapas. Byliśmy gotowi na 48-godzinny maraton. Miejsce w hoteliku trzeba było wynająć, aby jakoś przetrwać kilka godzin nocy i zorganizować magazyn ekwipunku niezbędnego dla naszych wariackich projektów. Punkt pierwszy w naszym planie stanowiło śniadanie, które podróżowało w bagażniku. Uzgodniliśmy wcześniej, że nie będziemy jedli niczego lub prawie niczego, co było przygotowywane w strefie. Jedyna czynna restauracja w Czarnobylu szczyciła się tym, że wszystkie jej produkty pochodziły jakoby z czystych terenów, ale kto ich tam wie. Woleliśmy uniknąć sceny z trzeszczącym licznikiem Geigera nad talerzem frytek. Po popiciu bułek z topionym serem, herbatą z termosu przystąpiliśmy do realizacji drugiego punktu: obfotografować wszystko, co możliwe bez niepotrzebnego opuszczania szlaków przecieranych od lat.
Dokumentacja fotograficzna była ważna szczególnie w dobie mediów społecznościowych. Zawsze też dobrze podeprzeć się fotkami podczas snucia opowieści w gronie znajomych, oglądając ich miny. Robienie wrażenia będzie z pewnością miłe, lecz główne pobudki tkwiły głębiej i aby nie deprecjonować naszego bohaterstwa, na zawsze powinny pozostać dla ogółu tajemnicą. Informacje, do których dotarliśmy, przygotowując się do wyprawy, ostrzegały przed wchodzeniem w określone miejsca, a nawet zbliżaniem się do nich. Najgroźniejsze było cmentarzysko pojazdów wykorzystywych w akcji ratowniczej, Czerwony Las, podziemia szpitala i stacja kolejowa Janowo. Ta ostatnia była celem zastępczym na następny dzień. W miarę bezpiecznym, o ile zrezygnuje się z eksploracji opuszczonych wagonów i lokomotyw. Słyszeliśmy okropne historie o tym, jak to nieświadomi turyści potrafili wchodzić do pojazdów gąsienicowych, spychaczy i ciężarówek. To była głupota w czystej postaci. Z głupoty potęgowanej chciwością i biedą słynęli okoliczni złomiarze.
Na Ukrainie nikt nie pytał, skąd pochodzi silnik, odpadki metalowe czy armatura. W hutach przetapiano złom. Co produkowano z nowej stali? Być może łyżki koparek albo łyżki vasowe. Większość nielegalnie plądrujących skażoną strefę miała w głębokim poważaniu fakt, że ich działania mogą doprowadzić do tragedii. Nie wiadomo dokładnie, ilu nieświadomych tego ludzi trafiło na oddziały onkologiczne. Lokalna służba zdrowia nie bawiła się w prowadzenie statystyk przyczynowo-skutkowych. Słynna była historia wagonów składu osobowego, który przejeżdżał w pobliżu płonącego reaktora. Nikt nie wpadł na pomysł, aby wycofać je z eksploatacji. Wagony te jeździły przez długie miesiące na różnych trasach, stanowiąc zagrożenie dla nieświadomych podróżnych.
Podczepiliśmy się pod jedną z dwóch wycieczek kręcących się po terenie. Ludzie wyglądali na ekipę z korporacji na ekstremalnym wyjeździe integracyjnym. Nawet sympatyczni, wszystko brali na wesoło. Mutanty biegają po lasach? Tak, dwumetrowe żaby. Czasem odbierają turystom kanapki. Przewodnik z poważną miną odpowiadał wyuczonym żartem na sztampowe pytania uczestników wycieczek. Po ponad godzinie planowo odłączyliśmy się od grupy. Znaleźliśmy się w świecie zamkniętej strefy. Różnice biły po oczach.
Ze względu na historię, która tkwiła cały czas gdzieś z tyłu głowy, to, co odbieraliśmy zmysłami, ulegało dodatkowemu wzmocnieniu. Roślinność wdzierała się wszędzie, gdzie tylko mogła wcisnąć korzonki. W rynnach, na środku parkingu, na omszałych dachach. Krzewy wyrastały ze środka zrujnowanych chałup. Kierując gałęzie ku słońcu, wystawiały je z okiennic wyszczerbionych resztkami szyby. Wysokie drzewa wokół każdego budynku. Każdego lata coraz szczelniejszym szpalerem zamykające miasto. Flora nie miała świadomości ani wyboru. Robiła to, co do niej należało. Gdzie nie spojrzeć, łuszcząca się farba i wszechobecna rdza.
Wiszące płaty dawnych powłok, szare niezależnie od pierwotnego koloru. Trudno odgadnąć, czy nadgryzł je tylko ząb czasu, czy pomogły rozdrapać szpony promieniowania. Czujność i ostrożność przede wszystkim. Trzeba było obserwować teren i myśleć o konsekwencjach każdego kroku. Otwarte szyby wind w wysokich budynkach, na ulicach łypiące wiecznym cieniem wloty stucianek. Pokrywy okazały się łatwym łupem dla złomiarzy. Poskręcane pręty zbrojeniowe, w które można było się zaplątać lub nie daj Boże na nie wpaść. Obraz ruiny w rozmiarze, który powodował przygnębienie. Tym łatwiej było odnaleźć miejsca, do których powrócił człowiek. Nieliczni mieszkańcy strefy w swym najbliższym otoczeniu odtwarzali skromnymi metodami oblicze cywilizacji, do jakiej byliśmy przyzwyczajeni.
Pięćdziesięciotysięczne miasteczko, blokowiska z elektrownią w tle. Obrazy przytłaczały. Miałem wrażenie, że czuję pod skórą panikę ewakuowanych ludzi, strach o najbliższych i o siebie przed znanym zagrożeniem i nieznanym jutrem. Tak minął dzień. Było już mocno szaro. Wzmógł się zimny wiatr. W końcu to dopiero połowa kwietnia. Po zjedzeniu kiełbasy wydobytej z próżniowych opakowań, zagryzionej czarnym, gliniastym chlebem, poprawiły się nam nastroje, które po dniu pełnym wrażeń i smutnych refleksji zdążyły już nieco oklapnąć. Ja jednak z każdym kęsem denerwowałem się coraz bardziej. Za chwilę miała nastąpić próba generalna.
Jako osoba aktywna i już prawie absolwent Akademii Wychowania Fizycznego nie narzekałem na sprawność fizyczną czy kondycję. Problem tkwił w czymś innym. Chodziło o lęk wysokości. Nie jakiś kliniczny przypadek, lecz fobię, która przeszkadzała od czasu do czasu. Problem stanowiły górskie szlaki, te z większymi ekspozycjami albo balkony na wysokich piętrach budynków. Dla wysportowanego twardziela wstydliwa ułomność. Za kilka minut będę musiał się z nią skonfrontować. Plan był bowiem taki, aby w wiosennych mrokach wieczora dostać się na sam szczyt diabelskiego młyna. A to miała być dopiero rozgrzewka. Kilka kilometrów od Prypeci znajdowały się ruiny sowieckiego pozahoryzontalnego radaru Duga 2.
Ściśle tajne instalacje z nie mniej tajnym miasteczkiem Czarnobyl 2. Do dziś stało tam niepilnowane blokowisko dawnego garnizonu i kilkanaście wielkich masztów połączonych stalowym rusztowaniem i linami, niczym gigantyczny płot na amerykańskie rakiety. Rozmiar wyższej konstrukcji sięga 150 metrów. To pięć wysokości naszego typowego 11-piętrowego wieżowca. Radar przestał funkcjonować po wybuchu reaktora. Radiacja zniszczyła całą elektronikę, ale do dziś nie przestał oddziaływać na wyobraźnię. Na stalowy obiekt mieliśmy wspiąć się jutro rano. W strefie po godzinie 22:00 obowiązywała godzina milicyjna. Pozostało nam sporo czasu. Rozpoczęliśmy przygotowania do wspinaczki.
Uprzęże, kaski, lina i trochę drobnego szpeju. Konrad miał spore doświadczenie z wysokością. Sprawdził, czy u mnie wszystko w porządku. Ustawił swoją czołówkę i ruszył do góry. „Nu, Toma, dawaj, dawaj!” Udawał lingwistę, znając jedynie kilka rosyjskich słów. A jak jest Konrad po rusku, cwaniaczku? Wyjąłem licznik i zbliżyłem do konstrukcji młyna. Zatrzeszczał, jakby się budził z drzemki, ale tragedii nie było. „Nie znaju”. I jak?
Muszę schodzić? Pokazuje niewiele. Coś koło ośmiu mikro. Iść od razu za tobą czy czekać? Schowałem miernik do zapinanej piersiowej kieszeni. Poczekaj, dam znać, tylko założę stanowisko. Wspiął się szybko kilka metrów. „Można” – rzucił komendę. To idę – odpowiedziałem bardziej do siebie. Na razie nie było biedy.
Nie musiałem patrzeć w dół. Konrad maksymalnie skoncentrował wiązkę światła i z góry obserwował moje poczynania. „Wyżej podciągaj szunta”. Spojrzałem w jego stronę z niepewną miną. Skrzywił się oślepiony. Przyrząd na linię. Ten czarny. Podciągaj go, żeby był jak najwyżej. I pamiętaj, zabezpieczaj się. Raz jedną, raz drugą lonżą.
Teraz zrozumiałem i przypomniałem sobie, co mówił o lonżach. To, co powiązał z kawałków lin w zasadzie zastępowało atestowane oryginały, ale jak twierdził na takie wspinanie to w zupełności wystarczy. Stare liny mieliśmy zamiar pozostawić w strefie. Podciągnięcie, zablokowanie ciała w stabilnej pozycji i przepięcie karabinków nad głowę. Szunt do góry, kolejne metry wyżej. Wysiłek i emocje robiły swoje. Wiało coraz mocniej, ale chłodu już nie czułem. Kilkanaście minut później, zadowolony z siebie, niezdarnie wgromadziłem się do gondoli. Bujała się chwilę, wydając z siebie metaliczne zgrzyty. Skłamałbym, gdybym powiedział, że z góry podziwialiśmy olśniewające widoki.
Za wyjątkiem samej elektrowni czerń była nieprzenikniona. Świat bez prądu. „Nieźle dałeś sobie radę”. Uniósł kciuk w górę. „Tylko już nie świeć mi w oczy”. Sorry. Przestawiłem snop światła pod nogi. W dół będzie trudniej – stwierdziłem pełen pesymizmu. Nie wyobrażałem sobie schodzenia tą samą techniką. Zjedziemy.
Ja pierwszy, potem ściągnę ciebie. Okej, inaczej musiałbyś chyba zadzwonić po ratowników górskich. Natychmiast zaakceptowałem usłyszaną propozycję. Słuchaj, a nie masz takiego poczucia, że w jakiś sposób profanujemy to miejsce? Świetna zabawa w opuszczonym teatrze strachu. Nie przesadzaj. To tylko zniszczone budynki, a nie zbiorowa mogiła. Domyśliłem się, że on ze swoimi lękami mógł to miasto po wyroku odbierać całkiem inaczej niż ja. Ale czujesz, że to miejsce w jakiś magiczny sposób żyje? Będąc tu, wyobrażam sobie, jakbym szedł tunelem we mgle.
To, że pociąg widmo nadjedzie jest pewne. Tylko nikt nie wie kiedy. Klimatycznie to jakby nic nie powiedzieć. Upiornie to dobre słowo, szczególnie w tych ciemnościach. Poeta, zabieramy się stąd, bo jak ostygniemy, to wywieje z nas całą energię i trzeba będzie iść po nią skubałkiem do samego reaktora – zakomentowałem. Konrad podniósł się przekonany tym, co powiedziałem. Rozpoczął przygotowania do zjazdu. Obejrzał stalową belkę, sprawdził spawy. Na koniec obciążył ją własnym ciężarem, wisząc przez chwilę na rękach. Spokojniejszy zaczepił linę.
Wytrzyma? Zdarzają się pytania, które zadajemy bezwiednie i pragniemy usłyszeć jednoznaczną odpowiedź. Taką, która nas uspokoi. No raczej. Jak krzyknę, to odczepisz karabinek i przypniesz do swojej uprzęży. Tylko lina ma iść nad belką tak jak teraz. Rozumiesz? Spojrzał na mnie niepewnie i po dwóch sekundach wahania postanowił zademonstrować to w praktyce. Jadę. Do zobaczenia na dole.
Konrad wpiął się w kubek. Przyrząd, którego nazwa bezostannie mnie śmieszyła, ale teraz jakoś przestała. Zawisł na linie. Zjeżdżając zdążył kilka razy odepchnąć się od konstrukcji nogami i już był na dole. Spoglądając na chodnik wychyliłem się mocno. Gondola zabujała się jak łódka na falach. Wepnij się i zakręć karabinek. Wiatr porywał jego słowa. Stałem na miękkich nogach. Mój ciężar oraz niezdarność ruchów spowodowana zdenerwowaniem rozchwiały gondolę jeszcze bardziej.
Znów zaczęła przeraźliwie jęczeć. Wpiąłem się, jak pokazywał i dwukrotnie sprawdziłem wszystko, co mogłem. Już? Tak. Wystawiłem nogę i końcem stopy próbowałem odnaleźć ten sam pręt, po którym wspiąłem się do wagonika. Nie mogłem trafić na żadne oparcie. Trzymając się kurczowo jakiejś rurki, coraz bardziej wysuwałem się w czarną przepaść. Pod nogami nadal żadnej podpórki. Nikt nie mógł mi pomóc, choćby dobrą radą. Gondola pod wpływem ciężaru podwieszonego po jednej stronie zadarła się w przeciwny bok.
Zrozumiałem, że szukałem w złym miejscu. Wcześniej obciążał ją Konrad. Teraz była pusta. Ręce powoli mi słabły. „Konrad, gdzie mam stanąć? Nie mam nic pod nogami” – wydzierałem się na granicy paniki, na krótką chwilę kierując twarz do dołu. Mignęła latarka skierowana w moją stronę. Rury, których się trzymałem były bardzo zimne, a rękawiczki zostały w kieszeni. Teraz już bez szans na naprawienie przeoczenia. Konrad krzyczał od kilku sekund, ale niczego nie rozumiałem.
Przechodziły przeze mnie fale paraliżującego strachu. Nie teraz, kurwa. To najgorszy moment. Skoncentruj się. Nie panikuj. To nic nie pomoże. Musisz sam sobie poradzić. Mamrotałem pod nosem. „Puść tę pierdoloną gondolę” – usłyszałem w końcu. „Puścić po prostu?
Zupełnie?” „Tak. Trzymam cię. Puszczaj.” Wierzyłem w jego doświadczenie wspinaczkowe. Posłuchałem. Wypuściłem rurę z rąk. Odpadłem od razu na ładne trzy, cztery metry. Trochę luzu w rękach Konrada. Reszta to elastyczność liny dynamicznej. Przyjaciel nie przewidział jednego. W górach nie zakłada się stanowisk zjazdowych na ruchomych kabinach.
Sekundę później ciężka gondola, powracając do swojej normalnej pozycji, pchnęła linę, na której wisiałem. Na górze przesunęła ją o głupie pół metra. Kilkanaście metrów niżej spowodowała spore wahadło. Będąc wciąż opuszczanym przez przyjaciela, odleciałem do tyłu na kilka metrów i dzięki sile grawitacji rozpocząłem nieuchronny powrót w stronę stalowych elementów diabelskiego młyna. Wpadając na pręty i rury konstrukcji, jęknąłem i przeciągle przekląłem. Poobijany okręciłem się wokół własnej osi, tracąc orientację. Oślepiło mnie światło i w tym samym momencie poczułem grunt pod nogami. Stałem jak baletnica na samych końcach palców. „Nic ci nie jest?” „Chyba nie. Zamortyzowałem ręką.
Nadgarstek trochę boli.” „Popuść jeszcze linę.” Pociągnąłem nosem. Nie zdziwiło mnie nagłe pojawienie się kataru. Nos to w moim organizmie papierek lakmusowy emocji. „Sorry, to moja wina.” „Nieźle walnąłeś. Centralnie klatą. Mogłem poczekać, aż się ta pieprzona gondola uspokoi.” „W porządku. Mam smarki. Znaczy, że będzie co wspominać.” Pociągnąłem nosem na pokaz. „Pić mi się chce. Wyjmiesz?” Zabrałem się za ściąganie uprzęży.
„Trzymaj.” Wyciągnął rękę z butelką. „Co dalej?” „Mamy dwie godziny do zamknięcia strefy. Połazimy. Jest szkoła, sklep, hotel i największy wieżowiec.” Powoli wlewałem w siebie łyk zimnej wody. „I pełno zwykłych bloków. Fajnie byłoby jeszcze raz wejść na wysoki dach, ale w nocy to bez sensu.” „To zwiedzimy piwnice” – improwizowałem drżącą ręką, oddając butelkę. Plan B, jak jaskinie w górach w razie niepogody. Wiatr smagał wściekłymi porywami. Usłyszeliśmy hałas i spojrzeliśmy po sobie niepewnie. Robi się klimatycznie.
To pewnie okiennica. Bliżej budynków trzeba uważać, bo przy tym wietrze mogą polecieć jakieś resztki szyby. Spojrzałem w nieprzeniknioną czerń. Czołówka była zbyt słaba. Od jakiegoś czasu żałuję, że wybraliśmy się tylko we dwóch. Zawsze tak jest. Wielu chętnych, a jak co do czego, to sto powodów, żeby zostać w domu. Teraz pewnie oglądają jakiś durny serial. Pokiwałem głową z dezaprobatą. „Miasto potępieńców.
Strasznie tu i zwyczajnie zmęczony jestem. Nie wiem, czy nie chcę już do babci Łaty. Może wracajmy.” „Potępieńców? Raczej postępowców. Postęp poszedł tu tak bardzo do przodu, że nie trzeba było jechać nad morze, by nawdychać się jodu. Stary kawał.” „No dawaj, dawaj, Konrad” – przedrzeźniłem go. „Krótki rekonesans i spadamy. Robimy nocny hardcore” – motywowałem nadal. „W pokoju mam zgrzewkę ukraińskich browarów.” „Poczekają. Zastanów się, czy przejechaliśmy taki szmat drogi dla szklanki piwa.
Jeśli piwnice, to proponuję szpital lub hotel po lesie. Wybieraj.” „Mówiłem o czterech piwach” – sprostowałem, dobitnie akcentując ilość. „Niech będzie hotel. Jest bliżej. A w szpitalu w piwnicach są napromieniowane hełmy i ubrania strażaków. Podobno cały czas mocno sieją.” Sprawdzałem, na co stać kolegę w walce z psychozą. „To tym bardziej hotel.” Doszliśmy do głównego wejścia. Budynek, jak większość ich w Prypeci, żył. Przemawiał z owrogimi dźwiękami. Skrzypiały drzwi, stukały ramy okien.
Każdy brzęk lub chrobot powodował mrowienie w brzuchu. Z jednej strony miałem potrzebę, żeby się stamtąd czym prędzej wynosić, z drugiej ciekawość pchała do przodu. W moim przypadku siła napędowa miała minimalną przewagę. W środku znajdowało się mnóstwo śmieci, pordzewiałego żelastwa. Pod nogami chrzęściło szkło. Weszliśmy głębiej. Padające z góry cienie aranżowały serię surrealistycznych obrazów. Dodatkowe efekty tworzyły odstające od ścian płaty farby i tynku. „Wiesz co myślę?” Konrad zatrzymał się i spojrzał w moim kierunku. Nauczył się w końcu nie patrzeć na twarz rozmówcy z włączoną lampą.
„Wiem, że masz dość” odpowiedziałem kąśliwie. „To też” kontynuował niespeszony. „Dużo przeczytałem o tym miejscu. Każda opowieść jest inna. Chyba trudno opisać wszystko obiektywnie po jednodniowym pobycie”. „Prawda. Jeden czy dwa dni to zbyt mało. Musiałby być minimum tydzień. Bo jeszcze port rzeczny, fabryka wzbogacania uranu. To tam, gdzie niby robili magnetowidy.
Stacja kolejowa, radar i kilka wiosek” kontynuowałem wyliczanie. „Można by jeszcze połowić sumy. Podobno są tu olbrzymie sztuki. I usmażyć na resztkach oleju ze znalezionej pordzewiałej beczki”. „No toś podsumował sumy”. Chyba z nerwów dopadła mnie głupawka. Widzę, że kolega promieniuje humorem. Jestem rad i emituję – znieruchomiałem nasłuchując. „Cicho!” „Nawet mnie nie wkurwiaj, Tomek” zachichotał. „Cicho.
Słuchaj” miałem wrażenie, że serce stanęło mi na chwilę. „Słyszysz? Co to?” „Tak” wyszeptał z wytrzeszczem oczu. „Jakieś zwierzę. Dzikie zwierzę” słyszałem równie głośno własny puls i ciche odgłosy w pomieszczeniu obok. Albo stalker. Staliśmy tak bez ruchu, rozglądając się od kilku sekund. Ja w jedną stronę, Konrad w drugą. Z gruzu rozsypanego po podłodze wybrałem kawałek odpowiedniej wielkości. Zamachnąłem się i rzuciłem prosto w otwarte drzwi.
Fragment cegły odbił się z łoskotem i wpadł do środka. Niewielki cień wybiegł i rzucił się w naszą stronę tak szybko, że trudno było oświetlić go promieniem latarki. Odskoczyliśmy pod ścianę. Chciałem odruchowo to coś kopnąć, ale nie trafiłem. „Co to kurwa było? Kot?” Konrad wydzierał się blisko mojego ucha. „Lis. To był pieprzony lis. Tylko lis”. „Cholerny rudy gnojek.
Mało zawału nie dostałem”. „Masz rację. To mógł być zmutowany kleszcz”. Obaj wybuchliśmy głośnym śmiechem. „Strach ma wielkie oczy”. „Ale ślepe” dodałem bez zastanowienia. Trafiłem w sedno. Niestety bez głębszej refleksji. Zasłużyliśmy na podwieczorek. Co los przyniesie?
Zamieszał w głównej komorze plecaka i wyjął dwa batoniki. „Całkiem znośnie” stwierdziłem z zaklejoną gębą. Zawahałem się, ale ostatecznie wzruszyłem ramionami i rzuciłem opakowanie pod nogi. Temu miejscu już nic nie zaszkodzi. Słodki karmel z orzeszkami w białej czekoladzie. Trafiłem chyba na lokalnego Snickersa. Nawet wojna atomowa. Co nawet wojna nie zaszkodzi. Kilka milisiwertów w tę czy w tamtą. Tych dziadków z Czarnobyla i tak to nie ruszy.
A ja mam kijową Kijowiankę. Jeśli coś wygląda jak kawałek kija, smakuje jak kawałek kija i nazywa się Kijowianka, to czekał na uzupełnienie odkrywczej myśli. To znaczy, że trafiłem lepiej. Ciesz się, że nie wylosowałeś rarytasów z Charkowa. Zaciągnąłem flegmę z najgłębszych możliwych rejonów i splunąłem. „Fu! Przestań, bo nie zmęczę tego drewniaka z promocji. Widziałeś drzwi do piwnic?” „Nie. Nie wiem, które to”. „Wstawili nowe i są zamknięte na kłódkę.
Nie zejdziemy głównymi schodami”. „No to olać je. Idziemy do Pałacu Kultury. Jest obok. Albo wracamy”. „Spokojnie, nie poddawaj się. Jesteśmy w końcu eksploratorami czy nie? Obejdziemy budynek. Może się uda”. Świecąc na każdy fragment fasady i w jej najbliższą okolicę odkryliśmy niezabezpieczony wsyntok otworny.
Właz zespawany z dwóch sporych kawałków ryflowanej blachy ukazał się nam pomiędzy ponad 30-letnimi wierzbami. Zamontowany był tak mało sprytnie, że oba skrzydła dało się podnieść tylko do pionu. Trzymając pokrywy poświeciliśmy w dół. Płytko, góra dwa metry. Po wymianie spojrzeń Konrad wrzucił plecak i wskoczyliśmy do środka. Zanim dobrze rozejrzeliśmy się wokół, jedno ze skrzydeł runęło z hałasem. Poczułem ostre ukłucie w sercu. Kwestią czasu było opadnięcie drugiej blachy. Zupełnie jak sedesy w pociągowych kiblach na rozjazdach. To wiatr.
Lejemy na to. Coś się podstawi i wyjdziemy. Ja w lewo, ty w prawo czy razem? Z hałasem opadła druga pokrywa. Rozglądaliśmy się zamknięci w niewielkim pomieszczeniu. W porządku. Trzecia połowa nie opadnie. To raczej nie jest kotłownia. Trochę za mała. Oszacowałem z grubsza – jakieś pięć na sześć metrów.
I stare regały. Bez sensu w kotłowni. Chyba że do spalenia – podpowiedział Konrad, patrząc w innym kierunku. – Ej, stalowe? Co stalowe? No regały. Spójrz. Poświeciłem na ścianę. Tak, faktycznie. No to nie – odpowiedział zamyślony.
Nagle spojrzał na mnie, jakby coś sobie przypomniał. A ile tu jest? Jakieś sześć na dziewięć, może na osiem metrów. I duże drzwi. Nie. Zmierz ile mikrosiwertów. Nie sprawdzaliśmy do tej pory. Zaraz, tylko tamte drzwi udrożnię. Podszedłem i pchnąłem je. Blacha przesunęła się kilka centymetrów, ale nie dalej.
Naparłem barkiem. Konrad, musisz mi pomóc. Coś tam z drugiej strony… Łoskot gdzieś nad głową odbił się drżeniem po całej piwnicy. Potężny fizjologiczny dreszcz przebiegł mi po ciele od góry do dołu. Przeszkadza – dokończyłem szeptem zdanie. Co to było? Po głosie poznałem, że mocno się przestraszył. Jakaś gruba akcja. Coś się chyba zawaliło.
Może jakiś balkon. Beton. Kawał betonu. Dawaj, odblokujmy te cholerne drzwi. Coś słabo się czuję. Zmęczenie. Pomóż. Otwórzmy w końcu te jebane drzwi i wracajmy. Też mam dość. Teraz i ja podniosłem głos.
Podszedł chwiejnym krokiem. Naparliśmy obaj i nic. Poświeć tu, w szparę. Starałem się odgiąć je możliwie mocno. Kawałkiem pręta sondowałem drugą stronę. Coś zabrzęczało. Łańcuch. Nie wyjdziemy tędy. Zakręcone łańcuchem i na bank kłódka. Tak samo jak na górze.
Blacha z pół centymetra. Mocne zawiasy. Konrad omiótł wzrokiem konstrukcję ościeżnicy. Solidne. Zbyt solidne. Trzeba będzie wejść na regały i otworzyć właz. Poświeciłem latarką. Wcale nie tak wysoko. Zaraz. Muszę odpocząć.
Serce mi wali. Osunął się, zginając nogi w kucki, plecami opierając się o ścianę. Dotarło do mnie, o co prosił. Klepnąłem dłonią w kieszenie. W końcu przypomniałem sobie – na piersi. Pomarańczowy licznik Geigera. Cyferki migały jak szalone. Przełącznik dźwięku ustawiony był po stronie symbolu przekreślonego głośniczka. Przesunąłem go. Od razu rozległ się głośny, dwutonowy sygnał alarmu.
Ile? Ile jest? Konrad ociężale podniósł się na nogi. Kilkaset. Liczby latają między 300 a 400 mikrosiwertów. Skąd to? Skąd aż tyle? Byłem przyzwyczajony do alarmów dźwiękowych. Włączały się na chwilę, jak tylko poziom przekroczył 20 mikro. Sam tak ustawiłem urządzenie.
Teraz jednak złowrogo wyło od chwili, gdy włączyłem dźwięk. Daj, zobaczę. Wyglądał źle. Na bardzo zmęczonego. Spojrzał na wyświetlacz i zamarł. Rozejrzał się nerwowo, omiatając pomieszczenie szalonym wzrokiem. Spierdalamy stąd. Natychmiast! Co jest? Spokojnie, wyjdziemy stąd.
Ale trzymaj fason. Mamy kilka godzin bez większego ryzyka. Nic nie mamy – wyszeptał z perlistym potem na czole, który pojawił się w jednej chwili. I zaraz dodał z wściekłością: rusz się, kurwa! Skala przestawiła się automatycznie. Tysiąc razy więcej. Ślepy jesteś? To mili, nie mikrosiwerty. Mamy do 0,4 siwerta na godzinę. Pewnie już jesteśmy chorzy.
Za kilka godzin będziemy żywymi trupami. Jak? Ze strachu zrobiło mi się słabo. Srak! Chwytaj ten regał i wyłazimy. Nie chcę tu zdechnąć. Szarpaliśmy na boki ciężkie rusztowanie. W stresie szybko udało się je ustawić w wybranym miejscu. Wszedłem na szczyt i schylony plecami oparłem się o klapę. Naprężyłem całe ciało.
Blacha nie drgnęła nawet o milimetr. Jak zaspawana. Spróbowałem jeszcze raz. Potem przesunąłem się pod drugą pokrywę. Także nic. Otwórz ją w końcu, kurwa, na miłość boską! Nie daje się. Sam spróbuj. Zeskoczyłem pośpiesznie z ponad metra i przytrzymałem regał, aby pomóc koledze. Wszedł i z dziką wściekłością zaczął uderzać plecami w blachę.
Jesteśmy w czarnej dupie. Zszedł zrezygnowany. Dopadło go zniechęcenie. Trzeba walić rurą w blachę. Ktoś w końcu usłyszy. To wal. Usiadł na podłodze pod ścianą. Spojrzał na licznik i w końcu wyłączył dźwięk. Nastała grobowa cisza. Czujesz metaliczny posmak w ustach?
Nie. Nie wiem. Może trochę. Oblizałem wargi. To smak jonizacji. Rozglądał się powoli, omiatając każdy kąt. Widzisz tę wielką stalową skrzynię pod ścianą? Tam jest coś dziwnego. Jakiś grys. To musi być to.
Dlatego drzwi do pomieszczenia są zamknięte. Wstał z wysiłkiem i zrobił kilka kroków. Co tam może być? Skąd mogę wiedzieć? Przypomina pomarszczone kamyki. Chropowate jak żużel albo ten keramzyt. To nie podchodź, bo tam na pewno sieje mocniej. Już tam stałem i nachylałem się nad tym gównem. To może być wszystko. Wygląda trochę jak skruszone corium.
Corium? A co to? Cały syf z reaktora. Beton, obudowa, grafit, pręty i paliwo. I produkty reakcji. Najgorsze ścierwo. To nie musi być to, ale jakieś wypełnienie, żwir z okolicy bloku elektrowni. Ale czemu tu? W trakcie akcji ratowniczej musieli całe te fekalia gdzieś wywozić, uprzątać. Może w pierwszych godzinach, gdy nie mieli jeszcze świadomości, co jest czym.
I zapomnieli. Może. Albo wrzucili tu i potem nie chcieli ryzykować wyjmowania, więc zamknęli piwnicę w zamkniętej strefie. Tak samo jak w szpitalu z tymi ubraniami strażaków albo skrzynie z jakimś proszkiem w schronie przeciwatomowym obok zakładów wzbogacania uranu. Skończ już, proszę. Może faktycznie zacznij walić w blachę. Przepraszam. Nie pomogę. Naprawdę źle się czuję. Jestem bardzo słaby.
Usiadł kolejny raz w tym samym miejscu i bezwładnie oparł się o ścianę. Wyszedłem na górę i kawałkiem złomu waliłem tak długo, aż zadzwoniło mi w uszach. Powtarzałem to co kilkanaście minut. Czas mijał. Byliśmy w tragicznej sytuacji. Uwięzieni w piwnicy ze straszliwym demonem, który czekał tu na nas od przeszło 30 lat. W chwilach przerw siadałem obok kolegi. Kapiąca gdzieś woda przerywała ciszę co kilka sekund. Drażniła. Kiedy tylko zanikało dzwonienie w uszach, zaczynałem słyszeć te cholerne krople.
Niczym przesuwanie wskazówek w zegarku. Wtedy podnosiłem się i wracałem do walenia we właz. Żaden z nas nie patrzył na dozymetr, a tym bardziej nie uruchamialiśmy dźwięku. Temat tabu. Czułem się bezsilny, niczym skazaniec, który przypięty pasami do krzesła widzi, jak trucizna z drenu kropla za kroplą trafia przez wenflon do żyły. „Stopa słonia” – wyszeptał cicho Konrad. Walczył o każdy świszczący i płytki oddech. Spuchł na twarzy i kiedy mu się przyjrzałem, dostrzegłem, że to samo stało się z jego szyją. Co mówiłeś? Jak stopa słonia.
Tak nazwali to, co wypłynęło spod reaktora. Stygło miesiącami, bo 4% to czysty uran. Paliwo. Mogło dojść do wybuchu, jakby było tego trochę więcej. Mało grafitu i czegokolwiek, co mogłoby spowalniać neutrony. Doszłoby do trzeciego wybuchu. Największego – mówił z trudem. Ale ciągnąłem temat, bo rozmowa wyraźnie go ożywiała. Myślałem, że był tylko jeden wybuch. Drugi zaraz po pierwszym.
Najpierw para wodna, ciśnienie, a po chwili woda z popękanych rur wdarła się do reaktora. Nastąpiła hydroliza. Rozpad wody na gazy i wybuchła mieszanina tlenu i wodoru. To odkryło reaktor. Stopiony rdzeń przepalił kilka poziomów i wypływał w różnych miejscach. Jeden wyciek, mówiłem już, ma kształt stopy słonia. To była moc. Krótko po wybuchu zebrała się komisja. Nie wiedzieli, co się wydarzyło i jaka jest skala problemu. Weszli na dach i podeszli do krawędzi, aby przyjrzeć się zgliszczom.
Z trudem zbierał myśli i układał zdania. Nikt z nich nie przypuszczał, że po rozsadzeniu osłony biologicznej reaktora został on zupełnie odkryty. Potworne promieniowanie waliło z dołu jak niewidzialny snop. Wychylili się i zajrzeli prosto w zgliszcza reaktora. W ciągu ułamka sekundy wszyscy dostali śmiertelne dawki. Członkowie komisji umarli w ciągu kilku godzin. Jak się czujesz? Źle. Serce. Mam pieprzone palpitacje.
Kilka uderzeń i potem długa przerwa, jakby miało już nie ruszyć. Głowa boli i mam zawroty, mdłości. Z kwadransa na kwadrans wyglądał gorzej. Był coraz bardziej opuchnięty i siniał. Napij się wody, może poczujesz się lepiej. Słaby pomysł. Jest już napromieniowana. Nachylił się w drugą stronę i zwymiotował żółtą pianą z resztkami jedzenia. Otarł usta wierzchem dłoni i spojrzał na mnie smutno. Jeśli po dwóch godzinach pojawiają się wymioty, to znaczy, że jest bardzo kiepsko.
A co z tobą? Też wali mi serce i mam zawroty głowy. Rzygać też się chce. Dasz radę. Lepiej wyglądasz. Dawka, która jednych jest w stanie zabić, na innych prawie nie zadziała. Dasz radę Tomek. Tylko nie podchodź do skrzyni. Obaj damy. Nie myśl teraz o tym.
Ta wyprawa. Wiesz, ona mi coś przypomina. Kawałek, który puszczałeś w samochodzie, kiedy jechaliśmy do Kijowa. Który? Spojrzałem niby przypadkiem na jego twarz. Była teraz cała usiana małymi krostami. Ten drugi, o którym mówiłem, że masz go na wszystkich płytach. Już wiem. To był Deep Purple – Child in Time. Ale czemu o tym mówisz?
Lepiej zamknij oczy. Pochyl głowę. Poczekaj na rykoszet. Rykoszet po trzydziestu latach. Muzyka jest psychodeliczna, ale spokojna na początku. Potem się rozpędza jak na diabelskim młynie. Wreszcie słychać nieludzkie wrzaski. Nie pamiętam już, jak się kończy. Normalnie. Potem jest następny kawałek.
Intuicja podpowiadała mi, żeby nie drążyć tego tematu. Boję się umierać. Zostań. Przestań gadać głupoty. Muszę walić. Już czas. Prawa ręka dziesięć uderzeń. Lewa ręka dziesięć uderzeń. Prawa ręka dziesięć uderzeń. Dwie serie prawą, bo jest silniejsza.
Kiedy zszedłem z powrotem, już nie żył. Zamknąłem mu oczy. Nie wiedziałem, czemu robili tak w filmach. Teraz to wiem. To w gruncie rzeczy proste. Nie chciałem, by na mnie patrzył. W ciągu kolejnych godzin przechodziłem różne fazy wściekłości na świat, strachu przed śmiercią, żalu i żądzy zemsty na całej Prypeci i na pozbawionych wyobraźni naukowcach, z Einsteinem włącznie. W moim grobowcu zaniedbywałem pukania do świata żywych. Po nieskończenie długim czasie dobiegły mnie jakieś przytłumione głosy. Uderzyłem kilka razy.
Usłyszeli. Patrol ukraińskiej milicji nocą na wyrywki kontrolowali różne miejsca. Kto tam? Mienie patriebna dopomoga. Ja turista. Ja iz Polszy. Zasłyszane wcześniej słowa cudownym sposobem pojawiały się w mojej głowie. Szto z toboj? Drugi głos pytał po rosyjsku. Do trysta milisiwiertow.
Szto ty gawarisz? Na odin czas. Moj drug umier. Skolko was? Tolko ja. Głosy ucichły. Z wściekłości, że mnie tak zostawili, waliłem w blachę, aż zupełnie straciłem siły. Po ponad godzinie usłyszałem odgłos silnika. W pierwszej chwili myślałem, że to motor. Kiedy zaczęli coś ciąć, zrozumiałem.
Tę cholerną pokrywę przywaliło drzewo. Gdy unieśli klapę, oślepiło mnie światło. Wyszedłem o własnych siłach. Nadal była noc. Kilka samochodów świeciło reflektorami w moją stronę. Stop! Rozbierajsia! Nie podchadzi! Tu masz adież. Na widok mojego wahania wojskowy w białym ochronnym kombinezonie z maską na twarzy dokończył: wsio, wsio.
Sprawdzili mnie dozymetrem na długim wysięgniku i zaprowadzili do pancernej sanitarki. W tym samym czasie wynosili Konrada. Nieśli go od strony głównego wejścia przykrytego białym prześcieradłem. Nosze postawili obok moich nóg. Uniosłem róg materiału, żeby ostatni raz na niego spojrzeć. To był błąd. Trudno było go rozpoznać. Opuchnięty, siny, twarz pokryta wysypką. W szpitalu trzymali mnie trzy doby. Dwa razy dziennie robili obchody.
Półgłosem gadali po swojemu i kręcili głowami. Drugiego dnia przyszedł oficer milicji i przesłuchał mnie w towarzystwie ukraińskiego tłumacza. Czwartego dnia rano przyjechał mój starszy brat. Uściskaliśmy się serdecznie. Powiedziałem mu tylko, że nie zrobiliśmy niczego takiego, niczego strasznego. Wracaliśmy w milczeniu. Minęły cztery miesiące. Stałem przed lustrem i zakładałem ciemnoszary krawat do czarnej koszuli. Dziś był pogrzeb Konrada. Śledztwo trwało miesiącami.
Nie chcieli oddać ciała. Bałem się tam iść i spojrzeć w twarz jego matce. Wszystkiem zasadzie czułem się winny, mimo że umysł w przebłyskach rozsądku podpowiadał, że nie powinienem. Na cmentarzu stałem z boku z ciężkim wieńcem wiszącym na przedramieniu. Nie chciałem pchać się do pierwszych szeregów. Rodzina ma swoje prawa. Po zastanowieniu dotarło do mnie, że to nietakt i dobre wychowanie powodowały, iż trzymałem się na dystans. Cały czas tkwił we mnie strach przed możliwą konfrontacją, przed palącym wzrokiem albo wręcz odwrotnie jawnym unikaniem spojrzenia. Po uroczystości podszedł do mnie ojciec Konrada i zaprosił na stypę. W pierwszym odruchu odmówiłem.
On jednak nalegał. Chciał ze mną porozmawiać. Jak sądziłem, interesowały go szczegóły. Przekonał mnie. W końcu byłem mu to winien. Musiałem jeszcze raz zmierzyć się z dramatycznymi wspomnieniami. Po obiedzie poprosił, abym poszedł z nim na bok. Wyjął papierosa. „Przepraszam, że nie poczęstowałem, ale ty, zdaje się, nie palisz.” „Nie. Wie pan, my nie zrobiliśmy niczego takiego.
Strasznie żałuję, że dałem się na ten wyjazd namówić. Sam pewnie by nie pojechał.” „Wiem, Tomku, wiem. Na początku miałem trochę żal do ciebie. Przepraszam. Wiesz, jak to jest. A to przecież był pomysł Konrada. Zresztą to bez znaczenia.” „Chciałby się pan pewnie dowiedzieć, jak do tego doszło.” „Nie. Wszystko już wiem. Trzy razy jeździłem na Ukrainę. Rozmawiałem ze śledczymi, lekarzami.
Ja też byłem w zonie.” Momentami robił krótkie przerwy, aby zapanować nad wzruszeniem. Tak późny pogrzeb musiał boleśnie rozdrapać gojącą się nadal ranę. „Co panu powiedzieli?” „Gdyby nie to, że to dla nas wszystkich straszna tragedia, powiedziałbym, że usłyszałem słaby żart. Nie uwierzysz.” „W co?” „Otóż w prosektorium pobrano próbki. Wysyłano je nawet do Stanów Zjednoczonych. Dokładniej próbki włosów. Sprawa zaczęła się przeciągać, gdy dowiedzieli się, że Konrad pracował w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej. Zrobili się bardzo ostrożni i zaczęli śledztwo przeciągać w czasie. Bali się odpowiedzialności, rozumiesz? Po kilku miesiącach wszystko się wyjaśniło.
Konrad umarł z powodu wstrząsu anafilaktycznego. Batonik, który zjadł, był silnie uczulony na jakiś składnik. U nas to zakazane w całej Unii, ale nie tam. Chodzi o jakieś 2,4-dihydro czy dinitro coś tam.” „A promieniowanie i jego wygląd? Ta opuchlizna i wysypka?” „Silne uczulenie. Serce stanęło.” „A wygląd?” „W takim przypadku normalny. Może miał też jakieś objawy psychosomatyczne. Wasz licznik Geigera, jak się okazało, był uszkodzony. Złamana płytka w środku. Musiał wam gdzieś spaść.
Nie było żadnego promieniowania.” „Nie, nie spadł.” Zawahałem się przez chwilę. Przypomniałem sobie, jak klatką piersiową uderzam w rury diabelskiego młyna. „Może jednak spadł albo w coś uderzył. Kto wie. A ten żwir, gryz, czy co to w końcu było? Wspomniałem o tym w czasie przesłuchania na posterunku. O tym, co znajdowało się w tej wielkiej stalowej skrzyni.” Spojrzał, jakby zastanawiał się, czy w ogóle odpowiedzieć. Chwycił mnie za ramię. „Tomek, to były ziemniaki. Tak wyglądały po 30 latach.
Weschnięte i pomarszczone, pokryte kurzem. Nikt tu nie jest winny. Chciałbym, żebyś to zrozumiał. Nikt z nas nie ma do ciebie żalu. Nic więcej nie mogłeś zrobić. Nikt nie mógł. Fatalny zbieg okoliczności.” „Przykro mi. Gdybym mógł cofnąć czas…” „Niestety to niewykonalne.” Jego oczy znowu błyszczały. „Nie uwierzyłbym w to, gdyby mnie tam nie było.” W głowie miałem wielki zamęt. „Przepraszam, ale muszę już iść.
Dziękuję panu.” Podałem mu rękę, a on mocno ją ścisnął. Pokiwałem głową, odwróciłem się i nie spoglądając za siebie, odszedłem w stronę życia. W myślach przywołałem obraz przyjaciela. Konrad był wojownikiem. Spojrzał potworowi w oczy w jego jaskini i ruszył do walki. Wróg mógł wygrać tylko dlatego, że wykorzystał asa w rękawie. Bohaterowi z mieczem odwagi w dłoni niehonorowo sypnął w oczy piaskiem. To, dlaczego Konrad się tam wybrał, pozostanie między nami na zawsze. I to by było na tyle w dzisiejszym „Bibliotekarium”. Ponownie usłyszymy się już za tydzień w warsztatowym wydaniu „Bibliotekarium”, czyli w ABW Antologia „Bibliotekarium” Warsztaty.
Za dwa tygodnie ponownie w tym normalnym „Bibliotekarium” na żywo, w którym dyskusja będzie się toczyć wokół najnowszego zbioru opowiadań Tomasza Fąsa „Cyberjockey”. Radio Paranormalium – paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[04:15:29] - And a love would never end How long before I had to trust again? I opened up the doors when it was cold outside Hoping that you'd find your only in But how can I protect you or try not to neglect you When you won't take the love I have to give? Love was an illusion and I put it on the wall I couldn't fill my empty dreams and I had to have them all But all this taste is nothing to the sweetness What you believe in is Well, I guess it never is If these precious illusions Will pump the blood to the heart of the feelings You know I never thought that it could take so long You know I never knew how to be strong Yeah, I let you shape me, but it feels as though you rape me 'Cause you thrive inside my world and in my songs So now I close the door to keep the cold outside It seems somehow I found the will to live But how can I forget you or try not to reject you When we both know it takes time to forgive? Yeah Sweetness is a virtue and you lost your virtue long ago You know I'd like to hurt you, but my conscience always tells me no You can sell your body on the street to anyone whom you might meet Who'd love to try and get inside and bust your innocence open wide And my baby's got a locomotive My baby's gone off the track My baby's got a locomotive Got to peel the bitch off my back I know it looks like I'm insane Take a closer look, I'm not to blame, no Gonna have some fun with my frustrations Gonna watch the big screen in my head I'd rather take a detour 'cause this road ain't getting clearer Your train of thought has cut me off again Better tame that boy, 'cause he's a wild one Better tame that boy, for he's the man Sweetheart, don't make me laugh You're getting too big for your pants And I think maybe you should cut out while you can You can use your illusion and you think it will ignite We've lived and learned and then sometimes it's best to walk away Me, I'm just here hanging on to my only place to stay At least for now, anyway I work too hard at my illusions just to throw them all away Taking time for quiet consolation When passing by this love that passed me away You know it's never easy, so why should you believe me When I've always got so many things to say? Calling off the dog is simple choices made 'Cause paper hearts get so tired of being raged You know I tried to wake you up And how long did it take you To open up your eyes and turn the page? Oh Kindness is a treasure and if one told me it's so Then so I'll tee it for good measure To all the ones like you I know You know I'd like to shave your head And all my friends could grin and grin 'Cause love's a noose into a street And all I really want is peace And my baby's got a locomotive My baby's gone off the track My baby's got a locomotive Got to peel the bitch off my back I know it looks like I'm insane Take a closer look, I'm not to blame, no Redemption is a blessing, can you find it in your sordid heart? I tried to keep this thing together, but the tremors tore my dad apart Yeah, I know it's hard to face When all we've worked for is gone to waste But you're such a stupid woman and I'm such a stupid man But, well, that's how it got its offense My baby's got a locomotive My baby's gone off the track My baby's got a locomotive Got to peel the bitch off my back I know it looks like I'm insane Take a closer look, I'm not to blame If love is blind, I guess I'll find myself a cane So strange