[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają: Bibliotekarium o książkach do czytania i do rozmawiania. Halo, halo! Witamy bardzo gorąco i serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium i Book Radia i wszystkich innych miejsc w internecie, w których nas słychać. Piątek, weekendu początek, a skoro piątek i skoro minęła godzina 20:00 przed momentem, to oznacza, że czas najwyższy rozpocząć kolejny odcinek audycji Bibliotekarium na żywo o książkach do czytania i do rozmawiania. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". Po drugiej stronie połączenia internetowego, właściwie internetowo-telefonicznego, cały czas jeszcze z Wiktorem Żykiewiczem łączymy się przez telefon. Czekają na nas panowie z ABW. Tym razem mamy skład jak z ABW: Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz i Tomasz Fąs. Punktem wyjścia do dzisiejszej dyskusji będzie książka tego ostatniego „Cyberdżokej”, czyli zbiór opowiadań o całkiem sympatycznym, bardzo ciekawym bohaterze na bardzo ciekawe czasy. Bohaterze opowiadań, którego już państwo poznaliście.
Jeżeli słuchacie również ABW, to tam onegdaj Cyberdżokej raczył się bardzo często pojawiać. Dzisiaj również się pojawi, ale zanim się pojawi i zanim przejdziemy do dyskusji, tradycyjnie przypomnę kontakty do Radia Paranormalium. Można będzie do nas dzwonić na nasze numery telefonów stacjonarne 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać cały czas na GG pod numerem 36 08 80 02. Czekamy także na państwa komentarze na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Jesteśmy oczywiście obecni również na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Book Radia oraz na fanpage'u Bibliotekarium.pl jak najbardziej. Na grupach Radia Paranormalium, Czytelników Nieznanego Świata oraz na Rubieżach Rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl.
A więc czas najwyższy na magiczne „halo, halo Bydgoszcz”.
[02:58] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór, witam współprowadzących. Właśnie to jest ten problem, że mamy skład jak w ABW, ale śpieszę od razu jeszcze raz zapewnić, że dzisiaj nie jest ABW. Dzisiaj jest „Bibliotekarium na żywo”. A więc prowadzący drugi to Wiktor. Wiktorze, jesteś tam?
[03:22] - Hej, hej.
[03:23] - No i mamy oczywiście gościa. Dzisiaj Tomek Fąs jest w charakterze gościa. A z powodu książki, którą popełnił. Mówił Ivellios o tym, że to zbiór opowiadań. Formalnie niby tak, ale to jednak moim zdaniem jest taka zawoalowana powieść. Witaj Tomku.
[03:47] - Właśnie chciałem mówić, że ja tu robię za gwiazdę dzisiaj. Dobry wieczór państwu.
[03:51] - No dobrze.
[03:52] - Śpieszę jeszcze tylko poinformować pewnego słuchacza na czacie, który docieka, czy to powtórka, czy to nie powtórka. To jest audycja na żywo. Dzisiaj mamy 7 maja 2021 roku. A więc skoro powiedziałem, że mamy 7 maja i na zegarze jest godzina 20:04 czy jakoś tak, to znaczy, że słyszymy się na żywo.
[04:14] - Tak jest.
[04:15] - Mimo że skład mamy jak z ABW.
[04:18] - Tak jest. I żeby Tomek tak nie okrzy był za bardzo w tym robieniu za gwiazdę, bo to jeszcze zdąży w ciągu dzisiejszej audycji porobić za gwiazdę, to od razu zapytam: „Cyberdżokej. Nowy początek świata” to to jest powieść? Czy to jest zbiór opowiadań? Czy to jest coś pomiędzy? Czy stworzyłeś nowy rodzaj pisania?
[04:42] - Wiesz co, też się o to pytałem. Sam nie wiem, szczerze mówiąc. Jak to powiedział jeden z moich nauczycieli na studiach z mechaniki, że wykładowca wie mniej więcej tyle, co ma do powiedzenia, co tam ma napisane w notatkach, a jak go więcej zapytają, to różnie to wychodzi. Więc ja wiem tyle mniej więcej, co jest napisane. Niewiele ponad treść książki mam w głowie. A już tym bardziej jakieś refleksje typu jak tę książkę scharakteryzować, jak ją uporządkować jako żywo nie wiem. Ja jestem pewnie trochę zalękniony, mam problem chyba z tym, żeby taką długą formę stworzyć od początku do końca. Stąd to był taki myk trochę, żeby te opowiadania tam jedno po drugim powstawały i z audycji na audycję, z odcinka na odcinek się seria rozwijała. W ten sposób było mi po prostu łatwiej jakoś z samym sobą się zebrać i zmotywować, żeby tę historię kontynuować. A że koniec końców pewien wspólny wątek fabularny powstał, to już niech mądrzejsi decydują, czy to można nazwać powieścią, czy nie.
Ja nie wiem.
[05:46] - Ja sobie teraz będę mógł użyć mądrego słowa, więc trochę poużywam. Bo rzeczywiście tam są historie, które w ramach kolejnych opowieści, opowiadań są zamknięte. Niemniej jednak pojawia się metahistoria, która się toczy dosyć konsekwentnie, oczywiście meandrami, ale jednak konsekwentnie zmierza do końca. I to jest moim zdaniem pewien ślad, że to jednak jakieś powieściowe notacje ma ta książka. Wiktorze, ty milczysz, więc ci oczywiście zakłócę błogi spokój. Twoim zdaniem co to jest?
[06:35] - To jest jak Tomek mówi. On jest jak pasta do zębów. Wycisnął, wszystko, została pusta tubka. Nic więcej nie wie. Wszystko oddał temu dziełu. To też dobrze, że się tak bardzo sprężył i wszystko z siebie wypluł. Nie wiem, o czym dzisiaj będziemy gadali, skoro już wszystko powiedział w książce. Ale może coś wyjdzie.
[07:08] - To co, kończymy?
[07:11] - Ja uważam, że to jest coś takiego jak... Bo ja wiem? Ktoś wystartował na 100 metrów, zrobił sobie taki bieg, ale potem nie zauważył mety i biegł dalej, biegł dalej, biegł dalej i tak wyszedł kilometr czy cała opowieść.
[07:37] - Proszę państwa, pewne nawiązanie, świadome bądź nie, Wiktora do pewnego filmu, w którym bohater też nie zauważył jakby linii mety i biegł dalej, i przebiegł najpierw całe Stany Zjednoczone, później zaczął wracać, a potem mu się znudziło, są niezamierzone, ale kto wie, czy to nie jest dobry trop. Jak ty sądzisz, Tomku?
[08:08] - Metafora jak każda inna, cóż mogę powiedzieć? Już bardziej konkretnie-
[08:13] - Proszę państwa, jak rozmawiamy z Tomkiem, to ja mam bardzo często takie poczucie, że należałoby nawiązać do tego, co kiedyś napisał Boy. I tu bardzo przepraszam, ja oczywiście przekręcę ten wierszyk, ale postaram się oddać jego sens. Nawet już w tej chwili uświadamiam sobie, że nie pamiętam imienia dziewczynki, więc ja oczywiście przekręcę. Powiedzmy, że to będzie Marysia. Więc Marysia, proszę państwa, miała matkę bardzo małomówną. Więc gdy raz zapytała z minką zatroskaną: „Co to jest guano, mamusiu?” Matka odrzekła: „Gówno”. Trochę jest tak, jak się rozmawia z Tomkiem.
[08:56] - To ja coś powiem. Może rozwijając trochę zadany temat, może powiem, jak to było w ogóle z tą książką i skupmy się na konkretach, a nie na metaforach. Przede wszystkim, Marku drogi, ta książka na pewno by nie powstała, jak zresztą zaznaczyłem, gdyby nie twoja działalność. Moim zdaniem trochę bezsensowna, ale jednak skuteczna.
[09:15] - Oczywiście, że bezsensowna. Jakżesz mógłbym się parać czymś sensownym?
[09:20] - Jako żywo ja nie mam zwyczaju i prawie nigdy nie pisałem bez sensu. Gdy pisałem do szuflady, nie pisałem chyba nigdy, pomijając jakieś może szkolne pierwsze próby, rzeczy, które nie służyłyby czemuś. To czasem służyło temu, że się spotykaliśmy i ćwiczyliśmy jakoś czy dyskutowaliśmy o tekstach i nic się z nimi potem nie działo, poza dyskusją czy ewentualnie poprawkami, których mi się przeważnie już nie chciało robić. Niemniej zawsze to był jakiś cel. I tak samo, jak już cele się skończyły, nie było tych wizji publikacji, to też nie było mojego pisania. Już uznałem, że najwyższa pora dać sobie z tym spokój, zająć się czymś pożytecznym. Ale rozkręciłeś ten projekt. Założyłeś grupę, mnie też do tej grupy wciągnąłeś, żeby był ten konkurs na zbiorek opowiadań „Rubież rzeczywistości”. Jak już tak wciągałeś, to stwierdziłem, zebrałem się, tam powstało jedno opowiadanie, potem zapomniałem, że ta audycja w ogóle istnieje. To było tak, że kiedyś, dawno temu mnie prosiłeś o jakieś opowiadania, to ci je wysłałem.
Nie miałem pojęcia, co się z tym dzieje. W ogóle nie byłem świadom, że te audycje się toczą. Jakoś tego linku wtedy od ciebie nie dostałem ani nic takiego. Potem zaczął się ten konkurs, to sobie uświadomiłem, że te audycje się toczą. Zacząłem dalsze teksty pisać. Tak się rozkręcił cykl. Potem jakoś tak się wydarzyło, że też w sumie zabawnym zbiegiem okoliczności byłem gościem w audycji i jakoś doszliśmy do wniosku, że to fajnie idzie, we trzech komentujemy, więc stałem się współprowadzącym ABW. Stwierdziłem, też za jakąś poradą, że to może nie jest mądre, żeby jednocześnie komentować i pisać do audycji. Więc siłą rzeczy cykl się trochę urwał. Żeby coś z tego się wydarzyło, dokończyłem to do książki, co też zresztą było zasługą waszą, że wyraziliście chęć czy gotowość, żeby mi to wydać.
Jako że była już ta wizja wydania, zbiorek powstał, czy też powieść powstała. A też sam pomysł na tę konkretną formę czy ten konkretny temat opowieści też wziął się trochę z audycji, bo w jakimś z wcześniejszych odcinków, które sobie przesłuchałem potem, była taka sugestia, też twoja, żeby może inspirować się tym, co nas otacza. A mnie jakoś tak już otaczają od dłuższego czasu te sprawy inżynierskie, sprawy techniczne. Więc inspirując się tą technologią, która mnie otacza, też ten bohater i te problemy, przynajmniej na początku, powstały. Potem sięgając coraz głębiej, coraz dalej do jakichś filozoficznych różnych motywów, pojawiały się kolejne pomysły. Więc tak ten zbiorek powstał i tak to było naprawdę. A jak to metaforycznie ubrać, to już wasza rola czy innych odbiorców.
[11:56] - Proszę państwa, właśnie Tomek w kilku nie wiem czy żołnierskich, ale dosyć krótkich zdaniach streścił nam ni mniej, ni więcej jakieś dwa i pół roku ostatnie. W sumie dosyć zgrabnie to zrobił, jak zresztą na gwiazdę i literata przystało. Zaraz Tomek zaprotestuje, bo to była prowokacja. Nie zaprotestował. No dobrze.
[12:27] - Przed czym mam protestować, przepraszam?
[12:28] - Nie wiem. Tak ogólnie. Protest powinien-
[12:32] - Protest song.
[12:33] - Dokładnie. Mógłbyś jakiś protest song ułożyć. Tym bardziej, że twórczość, chciałem powiedzieć rymowana, ale wierszowana nie jest ci obca. Bo w pewnym momencie twojego życia tego rodzaju twórczość stała się czymś, po czym cię można było poznać. Tej twórczości było dosyć sporo. Ona się nawet gdzieś na forum ogólnopolskim, na jakichś forach różnego rodzaju pojawiała. Co więcej, była doceniana.
[13:16] - Przesadzasz. To było podobnie. Tylko że tu akurat to wyglądało tak, że ja byłem zasłuchany w różnych autorów klasycznych typu Wojciech Młynarski, później trochę Jacek Kaczmarski, gdzieś tam jeszcze klimaty krakowskie, grupa Pod Budą, Grzegorz Turnau i tak dalej. I tego typu rzeczy słuchałem dosyć namiętnie, więc siłą rzeczy koniec końców pewne zasady rymowania mi się wryły poprzez ilość tych utworów znanych zazwyczaj na pamięć. Trochę próbowałem i pamiętam, różne takie utwory powstawały. Przy czym jak ty wtedy miałeś głos decyzyjny w bydgoskim Informatorze Kulturalnym, to ty tego, pamiętam, nie chciałeś. Potem się jakoś układy osobowe pozmieniały i ciebie już nie było, to nagle się okazało, że one mogły tam się ukazywać. Gdzieś wcześniej trochę powstało takie pismo lokalne Akcentagi Czwartek. I też tak było, że oni szukali autorów skłonnych za darmo dla promocji czy współudziału tworzyć. Więc skoro znowu była ta płaszczyzna, to na fali tego, że były jakieś takie miejsca, trochę tam też do Akantu parę razy się pojawiłem.
Więc była płaszczyzna, było zainteresowanie tym utworem, a potem jeszcze jakieś imprezy lokalne typu Trójkąty Literackie i tak dalej. Skoro było zainteresowanie, były spotkania z publicznością czy właśnie jakieś formy literackie, to wtedy pisałem. Ale mówię, nie mam zwyczaju pisać do szuflady. Chyba gdzieś tam może na początku faktycznie te rymowanki takie były same dla siebie, ale dosyć szybko były też publikowane i tylko dlatego powstawały. Potem faktycznie był taki moment, że na przykład było spotkanie z Marcinem Wolskim w Bydgoszczy w „Bęgniszku” i tam mnie mocno męczyli co niektórzy miłośnicy mojego rymowania, żebym ja pytał Marcina Wolskiego, co ja mam robić z tymi wierszykami. To już mówię: „Przepraszam, ja nie chciałem, ale kazali mi, to pytam”. Marcin Wolski mówi, żebym wrzucał w internet. Jak tak powiedział, to sobie znalazłem profil na tym portalu. Najpierw redakcja nazywała, potem to już było oficjalnie podpięte pod Newsweeka, potem do Newsweeka przyszedł Tomasz Lis i w ogóle się wszystko zaczęło walić, to się skończyło. Ale przez pewien czas faktycznie ta twórczość internetowa działała.
Potem jak sobie konto na Facebooku założyłem, to też myślałem, na Facebooku i tak dalej, to też tam rozchodziło się pomiędzy po kościach, tylko paru znajomych lajkowało. Już też mi się odechciało z czasem, więc raczej myślę, że to już tak zmierza. Nie widzę póki co perspektyw dla tej konkretnej twórczości. Ale był taki epizod, faktycznie, do jakiejś sprawności w tym rymowaniu doszedłem.
[15:44] - Tak. Znowu mieliście państwo skrót. Tym razem już nie dwóch i pół, ale Tomku z dziesięciu?
[15:53] - Dziesięć ponad, piętnaście, coś takiego.
[15:55] - Dziesięć, piętnaście lat skrótu. Przyznacie państwo, że Tomek robi to niezwykle zgrabnie, merytorycznie zresztą. Tu rzut oka na czat. Mikrofon Elvisa pyta: „Ciekawe, ile trzeba wydać, aby wydać książkę”. Tomku, ile wydałeś, żeby wydać książkę?
[16:16] - Ty wiesz ile wydałem. Nic nie wydałem. Trzeba tak z rok posiedzieć, popisać, ale to w doskokach. Nigdy tam specjalnie dużo czasu nie poświęcałem.
[16:24] - Oczywiście to była prowokacja. Bo to jest tak, proszę państwa, oczywiście można się zgłosić do wydawnictwa, które wyda państwu wszystko za pieniądze. Powiem tak.
[16:37] - Wy robicie wydawnictwo, które wydaje wszystko za darmo.
[16:40] - Nie, my nie wydajemy wszystkiego. To od razu. Ludzie, którzy nadsyłają różnego rodzaju manuskrypty. Nie, to nie są manuskrypty. Manus nie. Komputeropisy do redakcji to wiedzą, że jednak nie wydajemy wszystkiego. To po pierwsze. Po drugie, owszem, są wydawnictwa, które wydadzą państwu wszystko, jeśli zapłacicie. One nie są specjalnie cenione. Powiem tak, u nas nawet w pewnym momencie mój szef miał takie ciągoty, czy by na przykład nie zrobić dobrze tym wszystkim, którzy by coś chcieli wydać i nie wydawać książek jak popadnie.
Mówiąc szczerze, omal nie wyleciałem z firmy, tak protestowałem przeciwko takiej koncepcji, ponieważ uważam, że wypuszczanie ludziom książek, tego, co im spod pióra skapnęło, że tak się mało poetycko, ale w jakiś sposób obrazowy wyrażę, nie ma po prostu sensu. Książki, które oglądają później ludzie, które kupują ludzie, wydają na to swoje pieniądze ciężko czy nieciężko zarobione, ale jednak swoje pieniądze. One powinny przechodzić selekcję, powinny być dobrze przygotowane. Oczywiście zawsze są lepsze, gorsze, ale to nie może być tak, że jak sobie autor zachce, to sobie autor wyda, bo zapłacił, a jak ktoś jest biedny, to nie wydaje. Tak ta rzeczywistość skrzeczy czasami i czasami jest tak, że ktoś, kto kasy nie ma, to nagle napisze coś bardzo fajnego. To oczywiście nie jest żelazna zasada. Może być ktoś obrzydliwie bogaty i również napisać coś wspaniałego. W każdym razie jeśli wydawanie książek za pieniądze autora, to nie w Bibliotekarium, może gdzie indziej. Są takie wydawnictwa. Ogłaszają się.
Cokolwiek napiszecie państwo to wydacie, ale to nie z nami, nie z Bibliotekarium.
[18:44] - Natomiast się wtrącę, bo też czas to pieniądz. O ile autor nie płaci, to zawsze trochę czasu poświęca na to i to też jest pewna inwestycja. I też zawsze warto kalkulować, na ile to sprawia przyjemność. Obstawiam, jaką sprawia. I faktycznie chciałem, jak już była możliwość, to domknąć rzecz, żeby potem sobie nie mówić na stare lata, że była okazja, było zainteresowanie, a nie chciało mi się. Więc na tej zasadzie. Natomiast ja gdzieś chyba nawet tydzień temu poradziłem coś takiego i to może wrócę, że jak państwo chcecie wydać książkę, najpierw załóżcie kanał na YouTubie. Ta rada ma dwa podteksty. Z jednej strony oczywiście jest to jakiś trening. Dużo łatwiej zrobić krótki filmik i wrzucić go gdzieś w internet niż napisać książkę na przykład.
Dużo łatwiej i szybciej można to zrobić, więc jest to na pewno jakiś trening, przynajmniej spójności wysławiania się, jakiegoś tematu i tak dalej. Natomiast drugi element tej porady, o którym może nie powiedziałem tydzień temu, to jest to, że jak państwo założycie kanał na YouTubie i wrzucicie tam jakiś filmik, to zobaczycie, na jakie realne zainteresowanie bez promocji możecie liczyć. I teraz pomyślcie sobie, że tyle ile wyświetleń tam zobaczycie, zaręczam, że o ile nie macie dobrej maszyny promocji i nie złapiecie jakiegoś mega popularnego tematu, który się będzie klikał, to nie będzie tych wyświetleń dużo. A teraz pomyślcie sobie, o ile mniej będzie osób skłonnych zapłacić za to, co piszecie i też zobaczcie, jak się z tym czujecie. Jeżeli to jest okej, to spoko. A jak jednak czujecie pewien dyskomfort w związku z tym, że coś tam stworzyliście, a ta popularność jest taka, jaka jest, to pomyślcie, że z książką nie będzie lepiej. Więc pytanie, czy to wam się opłaca jakoś psychicznie, mentalnościowo, w związku z samooceną i tak dalej. Ja nie mam z tym problemu. Ja nigdy tego jakoś przesadnie nie traktowałem emocjonalnie. Wiedziałem, że tak jest, ale niektórzy mają bardziej emocjonalny stosunek do swojej twórczości, więc uczulam na ten aspekt.
[20:36] - Czas by był wreszcie dopuścić Wiktora do głosu, ale zanim to uczynię, to powiem jeszcze. Nie mogę nie powiedzieć tego. Proszę państwa, to co powiem, niestety jest smutne, może nawet niektórych zdruzgocze, ale debiutant nie tylko w Polsce generalnie, moje ulubione słówko, nie ma lekko. Nie ma lekko, bo książka debiutancka, Tomek tu wspomniał o całym aparacie promocji i tak dalej, ale książka debiutanta, nawet wsparta jakimś skromnym albo może nawet nie tylko skromnym aparatem promocyjnym i tak ma problemy. Zawsze ma problemy. Oczywiście są wyjątki od reguły. W zeszłej audycji chyba wspomniałem Paoliniego i jego trylogię. Oczywiście zdarzają się na świecie tego rodzaju, powiedzmy, błyski, rozbłyski, ale to, wierzcie państwo, są ogromne pieniądze zainwestowane jednak w promocję. To nie jest tak, że te talenty ktoś po prostu powiedział: „Jaki genialny!” i w związku z tym nagle zrobił ciężką kasę na swoim debiucie. Tak nie jest.
Po prostu tak nie jest. Ale bez debiutu nie ma ewentualnie kolejnych książek. To jest troszeczkę tak, jak z toczeniem się śnieżki po zboczu. Ona musi nabierać swojej objętości, masy zanim się zacznie naprawdę szybko toczyć. Na początku tak sobie ona sunie po tym zboczu. W związku z tym bycie debiutantem to jest ogólnie, Tomek o tym wspomniał, dosyć stresujący moment dla takiego debiutanta, bo napisał rzecz najlepszą, jaką potrafił napisać w danym momencie oczywiście. A tymczasem rynek mówi: „No tak, ale nie. Albo właściwie dlaczego? A może powinieneś przestać pisać? A może powinieneś umrzeć?
A może w ogóle nie powinno cię być? Bo przecież jest tylu fajnych pisarzy.”
[22:53] - To cudownie, gdyby rynek tak mówił. Rynek milczy. Niebiosa milczą. To jest problem naszych czasów.
[22:58] - To prawda. Ale wiesz, one milczą, bo starają się tego nie zauważać. Natomiast jak próbujesz się promować i zaczynasz wrzucać w różne miejsca Internetu, to się pojawia wtedy coś, co tygrysy, że tak sobie zacytuję pewną znaną osobę, lubieją najbardziej, czyli po prostu zdrowy polski hejt. Czyli: „Ale czy ten facet w ogóle ma prawo, żeby pisać jakąkolwiek prozę? Może on w ogóle nie powinien pisać prozy? Może on w ogóle nie powinien istnieć albo powinien natychmiast umrzeć?” A co jest podtekstem tego wszystkiego? Bo przecież my też piszemy. My też piszemy i zazdrościmy mu tak naprawdę. I tak dalej. Chciałeś, Tomku, coś powiedzieć.
[23:45] - Do tego etapu to jeszcze daleko. Może ty jesteś na tym etapie, ja jeszcze nie. Raczej się nie zanosi.
[23:52] - Wiesz co, zmuszasz mnie, wspychasz mnie w kierunku przepaści, czyli wypowiadania banału. Więc wypowiem oczywiście ten banał, że każda podróż, nawet najdalsza, zaczyna się od pierwszego kroku. Jak go nie ma, to w ogóle nie ma mowy o podróży. Okej, to ja się w tej chwili mimo wszystko zamknę i zapytam Wiktora. Przysłuchuję się temu wszystkiemu, co ja tutaj trajkoczę, a co Tomek stara się jakoś okiełznać to moje trajkotanie. Wiktorze, co ty na to?
[24:28] - Trochę kontrowersyjne przemyślenia miałem w trakcie waszych wywodów, ale pomyślałem, że różnie to było z historią literatury, szczególnie w początkach druku jako takiego. Wiele książek, jednak cennych i ważnych dla literatury, powstało własnym sumptem. Ludzie, którzy mieli coś do powiedzenia, naprawdę w to wierzyli i dokładali pieniądze. Szukali sponsorów i tak dalej, to inna sprawa, ale od Kopernika począwszy, po wielu innych i tak dalej, wiele książek by się nie ukazało bez dobrej woli wydawcy. To raz. A po drugie, wcale nie jestem pewien, czy to nie byłby naprawdę dobry pomysł, żeby pierwszą debiutancką książkę wydawać za własne pieniądze. Jeśli wierzysz w siebie i uważasz, że tak, to zarób, wydaj i tak dalej, jeśli ktoś cię dostrzeże. A tak, to jest taka „Księżniczka na grochu” normalnie. Napiszę parę opowiadań i tak dalej. Uważam, że jestem genialny i świat powinien paść przede mną na kolana i tak dalej.
Myślę, że to byłoby dobre sito przynajmniej, bo ludzie, którzy z jednej strony, co prawda wciskaliby swoje gnioty, ale z drugiej ci, którzy mają stosunek trochę obojętny do tego, co piszą, tak jak na przykład nasz przyjaciel Tomek, po prostu by nie wydali tych książek. I cześć.
[26:35] - A co oznacza w tym wypadku cześć?
[26:41] - Nie byłoby niczego. Jeżeli w coś wierzysz, to powinieneś na to zapracować. Powinieneś zaangażować się. Powinieneś pół życia stracić, a jeśli nie, to zbankrutować.
[26:56] - Wiesz co?
[26:57] - Zająć się czymś innym.
[27:00] - Gdyby to wszystko było takie proste. Niestety proste nie jest, bo po pierwsze rynek się już podzielił. Czyli są książki wydawane przez cudzysłów, normalne wydawnictwa, czyli w procesie wydawniczym. Autor objawia się nam z genialnym dziełem. Dochodzimy do wniosku, że coś na rzeczy jest, bo ono gdzieś tam o genialność, a w każdym razie o drukowalność się ociera. W związku z tym wydajemy i książka jest na rynku. To jest pierwszy model. Drugi model to jest model, o którym wspomniał Wiktor, czyli wydajesz książkę człowieku za własne pieniądze. Tu jest pewna pułapka, o której za chwilę, bo najpierw jeszcze trzeci model. Trzeci model to są książki wydawane przez wyspecjalizowane w tym celu wydawnictwa, w tym kierunku wydawnictwa, które mówią ci: my zrobimy za ciebie wszystko, puścimy tę książkę, będzie dystrybuowana, a w ogóle staniesz się bardzo ważnym pisarzem i tak dalej.
Te dwie grupy, które wymieniłem w ostatniej kolejności, to są grupy szczególnie znienawidzone przez fandom, przez pisarzy, w ogóle przez ludzi, którzy wydają w tym pierwszym systemie. Otóż własnym sumptem. Niektórzy mówią, tak jak Wiktor, że to bardzo dobrze, bo to jest potwierdzenie wartości danego autora. Sam przed sobą tę wartość udowadnia. Z drugiej jednak strony pojawiały się kontrowersje, czy tego rodzaju książki powinny się pojawiać na przykład na liście do Nagrody Zajdla albo ewentualnie do innych nagród. I tam były różne protesty w tej sprawie. Jak to się w końcu skończyło nie wiem, bo przestałem się tym zajmować. Po prostu poziom emocji, który w pewnym momencie się pojawił, przestał mi odpowiadać. Przestałem się czuć dobrze z tym poziomem emocji. Ten trzeci model, w którym wydawnictwo mówi: my za ciebie wydamy wszystko, a tak naprawdę niewiele robi.
Po prostu tłucze jakąś tam książkę w minimalnym nakładzie i zapomina o autorze. To jest szczególnie, moim zdaniem, dla autora szkodliwe. Autor sam siebie oszukuje i oszukuje wszystkich wokoło, że wydał książkę. To ten drugi model, czyli sam wydaje swoją książkę, jest niezły. Ale tak jak powiedziałem, dwa modele wymienione na końcu są szczególnie nielubiane przez odbiorców literatury. Zakłada się zupełnie a priori, że jeśli coś wydane jest własnym sumptem, to musi być gorsze. To znaczy, że żadne wydawnictwo nie chciało i w związku z tym ktoś musiał posunąć się do tego. Tymczasem wierzcie mi państwo, to jest wiedza tajemna, ale tak nie do końca tajemna, że dzisiaj nawet bardzo dobrzy autorzy, których uznaję, których książki znam i uznaję, że są genialne, a w każdym razie ocierają o tę genialność. Dobrze, nie będę taki radykalny. Są odrzucani przez spore wydawnictwa na przykład z takim argumentem: „Bo to nie jest w profilu, który my preferujemy w naszym planie wydawniczym”.
Zostawmy, nie rozwijajmy tematu. Dzisiaj nie wystarczy napisać naprawdę bardzo dobrą książkę albo książkę, którą ja z pewną emfazą nazywam genialną. Dzisiaj jeszcze trzeba się wpisać w profil wydawniczy wydawnictwa. I wydawać by się mogło, że wydawnictw w Polsce mamy naprawdę bardzo dużo. To są rzeczy liczone w tysiącach. Tymczasem jak się dobrze człowiek rozejrzy, to tak naprawdę do wydawania fantastyki naukowej, wydawania fantasy czy jakiejś innej literatury z czymś „fan” w nazwie wcale nie ma tak dużo. W związku z tym czasami się pojawiają takie dosyć radykalne kroki polegające na tym, że ktoś mówi: „Dobra, to ja sobie sam to wydam albo dam zarobić takiemu wydawnictwu”. No właśnie, dochodzimy do kosztów. Powiem państwu, że te wydawnictwa, które się specjalizują w wydaniach prestiżowych, takich, że autor się ma poczuć dobrze, one naprawdę kroją tego autora w sposób bezwstydny na grube pieniądze. Oczywiście jest też taka firma, człowiek sobie może złożyć książkę prawie w internecie sam.
Jak państwo chcecie, to sobie państwo składajcie. Ja bym za to w każdym razie nie płacił. I to nie jest kwestia prestiżu. To jest kwestia realności. Albo się oszukujemy i mówimy sobie: „No tak, wydałem książkę”. Albo mówimy sobie: „No nie, jednak zapłaciłem za to i tak naprawdę, moim zdaniem, mocno przepłaciłem”. Czy jednak wydanie w wydawnictwie w pierwszym modelu cokolwiek gwarantuje? Niestety nie. Zacząłem od tego, jak traktowani są debiutanci. Jak są traktowani?
Na ogół źle, proszę państwa. Na ogół bardzo źle. „No bo jak jest debiutant, to czego będę czytał? Trzeba czytać uznanych autorów, a nie tam jakichś debiutantów”. Trochę to logicznie zaczyna siadać, bo jak ten debiutant ma się stać znanym autorem, skoro nikt go nie czyta? Ale taki mamy, proszę państwa, rynek. Gadam, gadam i gość nam zaśnie, więc Tomku, coś może skomentuj?
[32:56] - Cóż ci mam powiedzieć? Może to generalnie czytelnictwo już jest pewną zanikającą częścią naszej działalności i tak to się musi dziać. Naturalna kolej rzeczy.
[33:11] - No tak, tylko wiesz, skąd czerpiesz tę pewność?
[33:16] - Powiedziałem „może”.
[33:17] - Ale jakoś tak ty niby mówisz „może”, a ja zawsze słyszę, że jednak jest zanikającą w ogóle aktywnością.
[33:26] - Jak studiowałem pedagogikę jakieś 15 lat temu, to nas uczyli, już nawet chyba trochę więcej, to nam mówili, że chyba 70% Polaków nie rozumie tego, co czyta, więc trudno, żeby czytało książki. A podejrzewam, że to raczej jest tendencja zwyżkowa, a przynajmniej podobna. Więc zakładając, że jakieś 20–30% rozumie to, co czyta, to może, nie wiem ile czyta książki, zakładam, że z 10–5%. To ile mamy tutaj? Jakieś dwa miliony, trzy miliony osób w ogóle, które coś czytają? To taki sobie rynek. Zależy ile czytają. Trudno mi teraz strzelać tymi statystykami, trzeba dokładnie sprawdzić, ale nie jest tego dużo, zwłaszcza w języku polskim na odbiorców książki.
[34:11] - Tak, ale z drugiej strony ja się zastanawiam, czy kiedykolwiek w okresie ostatniego stulecia naprawdę tego było więcej. Bo oczywiście PRL miał niezłe statystyki. Wszyscy czytali wszystko, nakłady były stutysięczne i tak dalej. Być może było lepiej, być może zmieniły się czasy i to ty, Tomku, często podkreślasz, że po prostu dzisiaj wobec różnych pokus, które pojawiają się w przestrzeni tej, nazwijmy to, rozrywkowej, czytanie nie bryluje, bo jest kilka innych rzeczy, które wydają się ważne. Niemniej jednak pytanie: czy z tego da się wysnuć taki wniosek, który gdzieś tam przepraszam, pobrzmiewa w twoich wypowiedziach, czyli to wszystko, tłumaczę, to wszystko oznacza pisanie książek i ich wydawanie. To wszystko nie ma sensu.
[35:16] - Ma mały. To jest jak jakieś hobby, jak zbieranie znaczków czy układanie puzzli. Jak kogoś bawi, to proszę jasne.
[35:23] - Dobrze, ale nie cały czas, bo to już dyskutujemy entą audycję na ten sam temat, to pociągnijmy tę dyskusję.
[35:30] - Zapodaj inny.
[35:32] - Nie. Skąd się biorą? Ja jednak go chcę cały czas ciągnąć, bo on mnie po pierwsze fascynuje. Mam nadzieję, że fascynuje również naszych słuchaczy. To skąd się biorą w takim razie, Tomku, fenomeny, o których chyba w ostatniej audycji mówiliśmy, ludzi zarabiających miliony na tym, co napisali?
[35:50] - Przeważnie z kontrowersji. Z tego, że oferują coś poza samym czytaniem, poza samą książką.
[35:57] - Okej, Bianka Lipińska. W porządku.
[36:00] - Też Ziemkiewicz i ten cały skandal z rzekomym antysemityzmem i tak dalej.
[36:04] - Okej.
[36:04] - Książki potwierdzające pogląd, że-
[36:08] - Sapkowski?
[36:10] - Wiesz co? To inna epoka jednak. Jego popularność dzisiaj to jest jednak pokłosie tego, co się działo, nie wiem, ze 20 lat temu tak naprawdę, kiedy „Wiedźmin” stał się takim przebojem.
[36:21] - Mróz „Bonda”.
[36:23] - Nie, to już jest trochę inna kategoria. To jest kryminał. Zgodzę się na kryminał. Kryminał to trochę tak, jak te harlequiny swego czasu. To są książki, które jakiś rodzaj emocji ludziom dostarczają. Tu już bardziej to by szło w stronę czytelnictwa. Natomiast à propos Mroza, bo tydzień temu mówiłeś o tym, że Mróz tyle książek naraz potrafił przynieść do wydawnictwa, że on tak dużo tworzy. I to jest trochę inna kategoria niż na przykład ja. Bo jednak Mróz czy w ogóle tworzenie kryminałów to jest jednak pewne rzemiosło. Czy Stephen King na przykład.
To jest też ten rodzaj pisania, gdzie autor skupia się na fabule, gdzie skupia się na postaciach, na fabule, na historii, na technicznym formułowaniu opowieści. A u mnie tworzenie opowieści jest efektem ubocznym. Jak już coś mi sprawia przyjemność, to dzielenie się myślą, dzielenie się jakimś pomysłem, czymś, co sobie wymyśliłem, jakąś wizją być może. A fabuła czy postaci są raczej produktem ubocznym, niezbędnym, żeby podać te myśli. Więc ja bym nie mógł funkcjonować tak jak Mróz, bo mnie tworzenie postaci czy fabuł nudzi. Mnie nie bawi, ja nie umiem tego robić. Ja w ogóle przesady sympatii do ludzi nie mam, co zresztą myślę, że w książce też jest widoczne.
[37:38] - Okej, o ile się zgodzę co do nazwiska Mróz, to w przypadku Stephena Kinga absolutnie się nie zgodzę.
[37:45] - Tam jakiś pomysł jest, ale tam też dużo takiego mechanicznego tworzenia historii jest.
[37:48] - Tak, ale ja mam wrażenie, że Stephen King, poza tym, że płodzi książek bardzo dużo, w jakimś stopniu jest podobny do ciebie. Ma bardzo podobne podejście. Inaczej: jest mistrzem tworzenia fabuł, tworzenia historii, ale tak naprawdę w większości książek, szczególnie przez ostatnie lat 30, te historie to jest pewien pretekst do powiedzenia rzeczy, które są ważne albo przynajmniej wydają się autorowi ważne. Być może pierwsze jego historie epatowały pewną grozą, pewną fabulacją, czyli po prostu opowiadamy historię. Od pewnego momentu King stał się niezwykle refleksyjny moim zdaniem i w jego prozie, jak człowiek się skupi i troszeczkę postuka, pozdrapuje tej grozy albo tej akcji, to nagle się okazuje, że Stephen King może w sposób bardzo prosty, ale mówi o rzeczach bardzo ważnych. I tymi ważnymi rzeczami nie jest to, że napisał powieść, która się nazywa „Komórka”, albo że napisał powieść z jakimś innym prostym tytułem. Tam na ogół jest ukryte więcej, niż na pierwszy rzut oka widzimy.
[39:15] - Chociaż ja bym powiedział, że to jest jednak odwrotnie, że u Kinga to te myśli i przesłanie jest efektem ubocznym fabuły i postaci.
[39:22] - Być może. Nie będę się kłócił. Nie siedziałem nigdy przy biurku Kinga ani nie patrzyłem na jego proces tworzenia. Natomiast wydaje mi się, szczególnie po lekturze jego opowiadań, co więcej, lekturze jego opowiadań, które były zadziwiająco literackie. Mam przynajmniej kilka takich tytułów w głowie. Mało było tam tej akcji, tej fabuły, tego w ogóle, że się dzieje, a bardzo dużo pewnej refleksji o tym, kim jesteśmy, skąd przychodzimy, jacy jesteśmy, dlaczego jesteśmy, skąd to się wszystko bierze. Być może to są pytania proste, być może ktoś powie, że banalne nawet, ale ja myślę, że jak na poziom refleksji, który wykazuje współczesne społeczeństwo, to i tak King zadaje dosyć trudne zagadki swoim czytelnikom. I stąd to moje takie udolne albo mniej udolne nawiązanie do Kinga i do tego, że wy mi się wydajecie jednak osobami z jakichś sąsiednich parafii przynajmniej. Wiktor robił hałas. W związku z tym czas dopuścić Wiktora do głosu.
Halo, halo, Wiktorze?
[40:48] - Ja mam potężny problem, bo całe moje refleksje na ten temat troszeczkę się rozchodzą, Marku, szwach z tym, co ciebie tak naprawdę pasjonuje i mnie również pasjonuje, ale to jest inna bajka. Powiem tak: może w historii ludzkości, a ona mnie, że tak powiem, na starość, perspektywa historii całej ludzkości naprawdę mnie interesuje, otóż w historii ludzkości były takie etapy, kiedy ludzie łupali z kamieni. Ktoś jeszcze łupie z kamieni? Nie łupie. Może jak dzieci się bawią. Był taki etap, kiedy tańczono walca. Jeszcze można potańczyć oczywiście. Był taki moment, kiedy wielkim wyczynem było zdobycie Mount Everestu. Dzisiaj to jest turystyczna wycieczka. I podobnie jest dla mnie z literaturą.
To jest tak, jak epoka kamienia łupanego minęła, tak samo minęła epoka literatury książki drukowanej i tak dalej. To w tej chwili to już jest taki łabędzi śpiew, ostatnie dychanie, że tak powiem, tego wynalazku. I takie jest moje przekonanie. Dlatego mi się samemu również nie chce pisać, bo po cholerę ja mam włazić na ten Mount Everest, którego już nie ma? Do diabła! Wiele rzeczy. Jest aktywność ludzi. Pojawia się na bieżąco nowe rzeczy. My już nie machamy mieczami, Marku. Nie robimy rzeczy, które kiedyś się robiło namiętnie.
Wiele takich partii było. Nie szalejemy szukając po świecie orchidei ani jakichś innych dziwnych rzeczy. To były epoki, które minęły. I my mamy koniec tej epoki. Koniec książki w ogóle jako takiej.
[43:12] - Tak mi się skojarzyło. Widzę, że tu podobnie myślimy z Wiktorem. Natomiast, Wiktor, mówisz o tym zdobywaniu szczytów. Ostatnio się taka moda pojawiła, bo potem było to zdobywanie tylko ośmiotysięczników zimą, a ostatnio się pojawiła taka moda na zdobywanie ich zimą w samych spodenkach, więc może z pisaniem też trzeba jakoś dodatkowo. Dajcie mi skończyć myśl. Może z pisaniem też trzeba by się jakoś dodatkowo utrudnić, na przykład, żeby książka powstawała w ciągu tygodnia jedną ręką, bez korzystania ze źródeł innych. Tylko takie wydajemy teraz. To będzie nowe wyzwanie.
[43:47] - To będzie...
[43:49] - To będzie, proszę państwa, wybaczcie za to, że ocenię to tak grubiańsko, ale to będzie kuptactwo po prostu.
[44:00] - Wchodzenie w samych spodenkach na górę też specjalnie mądre nie jest, ale ludzie to robią i się dobrze bawią. Niektórzy twierdzą, że to zdrowo nawet.
[44:09] - Nie tylko autor ma się dobrze bawić. Nigdzie nie jest powiedziane, że nie może. Natomiast ja powiem tak, że takie stwierdzenie, że czas książki minął, to okej, każdy tak może powiedzieć. Ja tego nie obserwuję. Ja obserwuję inną rzecz, że pewna część naszego społeczeństwa i chyba nie tylko naszego, która jest tak naprawdę złakniona fabuły. Popularność Netflixa świadczy o tym, że ludzie gotowi są oglądać najgorsze, najkoszmarniejsze pomysły zrealizowane w sposób filmowy, byle tylko dostarczyć sobie jakiegoś rodzaju rozrywki, jakiegoś rodzaju fabuły, przygody i tak dalej. Ale część ludzi nie jest w stanie wpaść na to, że w tej książce, w tym zwale papieru, tam jest dokładnie taka sama, jeśli nie lepsza, bo pisana przez naszą wyobraźnię przygoda, jak w przeciętnym serialu Netflixa, a nawet w tych wybitnych serialach Netflixa. W książkach naprawdę ta przygoda jest. Ja wiem, że w audycji „Bibliotekarium” mówię rzeczy oczywiste, oczywiste oczywistości. Natomiast ja widzę, że część ludzi, jak słyszę, że ludzie bardzo młodzi, siedemnasto-, osiemnastolatkowie zapewniają mnie, iż czytanie książek jest bardzo szkodliwe dla zdrowia, bo męczy oczy.
Chwilami jak słyszę, to mam wrażenie, że za chwilę usłyszę, że wypala wręcz oczy, bo czytanie książki może oczy wypalić. To ja się zastanawiam, gdzie jestem. Ale powiedzmy, ja jestem staruchem, który ma swoje głębokie przekonania. Wiktor jest niezwykle nowoczesny i uważa, że-
[46:03] - Marku, trafiłem w internecie na mema stworzonego prawdopodobnie przez kogoś z młodych czytelników. Mem, w którym było napisane: „Nie dotykaj książek filozoficznych, bo cię kurna zmiotą z planszy.”
[46:18] - Chociażby. To znaczy, że ja już jestem zmieciony kilka razy z tej planszy. Ale wrócę do Wiktora. Wiktor jest przynajmniej konsekwentny, bo Wiktor rzeczywiście wierzy w to, co mówi. Ja nawet nie mówię, że nie ma racji. Ja mu tej racji nie przyznaję, bo uważam inaczej. Ale to może Wiktor ma rację i może Wiktor znalazł rozwiązanie tej zagadki, która mnie dręczy. Ale Wiktor jest przynajmniej konsekwentny. Skoro uznał, że książki sensu nie mają, to tych książek nie tworzy. Przyznam, że to jest jakiś rodzaj konsekwencji, z którym się nie zgadzam, ale który szanuję.
Natomiast rzut oka na czat, bo tu się sporo ciekawych wpisów pojawiło. Mister Stranger: „Jak to mówią lepiej spróbować i żałować niż żałować, że się nie spróbowało.” Przemek Sulima Kowalewski: „Witajcie. Moim zdaniem nie powinno porównywać się książki z YouTube. Książkę trudniej jest wypromować niż kanał na YouTube.” Dalej Mister Stranger: „W chamski sposób krytykują zazwyczaj nieudacznicy bez osiągnięć. Psy zawsze szczekają, a karawana musi cisnąć do przodu.” Przemek Sulima Kowalewski: „Tak, właśnie teraz wydawnictwa wolą wydawać kiczowate książki byłych gangsterów grup mafijnych. PW: Mnie do cybera zachęciło ABW, gdzie autor we własnej osobie czytał o przygodach bohatera. To było bardzo klimatyczne. Cyber równa się Fons. Przepraszam Ivelliosie, odpadłem. Książkę nabędę niebawem.” Mikrofon Elvisa.
I to jest pytanie do ciebie, Tomku, ale za chwilę.
[48:11] - Ale to czekaj, może ja jakoś się odniosę, bo zaraz pozapominam. Może jakoś się odniosę do tych wcześniejszych rzeczy, bo oczywiście nie porównuję. Może jedno o tym YouTubie. Nie warto porównywać oczywiście książki z YouTubem. Łatwiej YouTube'a zrobić, łatwiej wypromować. Dlatego to jest ten pierwszy ten. Jak komuś ten YouTube wyjdzie, to okej, to niech idzie dalej. Mówię, szybciej można to zrobić, szybciej można się przekonać. A jeżeli nawet na YouTubie nie ma tych wyświetleń, to też można zobaczyć, jak się autor z tym czuje i czy to jest okej.
[48:41] - Okej. Mikrofon Elvisa. To do ciebie Tomku proste pytanie. Cajber czy cyber?
[48:49] - No to wstawcie gdzieś tam link czy coś. To jest Polska. Tak jak disc jockey też już się po polsku pisze. To była inspiracja.
[48:57] - Cyber przez J i jockey przez DZ.
[49:00] - To trochę żart, ale też mówię do disc jokeya jakby trochę aluzja, nie?
[49:07] - Mr. Stranger. Pisanie ma wtedy sens, gdy osoba pisząca czuje taką potrzebę. Jeśli pisanie staje się celem samym w sobie, to powinno dawać poczucie samorealizacji, wypełniać pustkę w duszy. Tak to czuję. I dalej muszę sobie to, proszę państwa, przewinąć.
[49:29] - Poczekaj, bo to też ciekawe. Wiesz co? Ja rzadko kiedy do czegokolwiek miałem jakiś bardzo emocjonalny stosunek, to jakby pewne rzeczy się trochę działy. I z tym pisaniem to też tak jest, że siadam, pewien klimat się pojawia, pewne myśli mam i tak dalej. No i rzeczy się dzieją. Może gdyby nie było tej płaszczyzny tutaj i okazji, to może by się działy inne rzeczy, nie? I trochę tak to się dzieje. Ale ja bardzo państwa przepraszam, że może bez jakiejś skrajnej motywacji i zaangażowania pozwalam sobie tworzyć i mi to wydają, ale zaproszono mnie, tak? Marek mnie do grupy na Facebooku wciągnął siłą, gdzie był konkurs literacki. No to stwierdziłem: „No dobra”.
[50:09] - A jak golać musiałem przy tym, proszę państwa. Jakiej przemocy fizycznej używał.
[50:15] - Wciągnąłeś. Miałem trochę wolnego, stwierdziłem no napiszę, co mi szkodzi. Jakąś tam przyjemność z tego odczuwałem, więc rzecz się zadziała. Przepraszam, że może bez jakiegoś mega motywacji, ale też bez zmuszania się, jakoś w naturalny sposób zaistniała.
[50:35] - Tak. Dokończę jeszcze ten wpis, bo Mr. Stranger pisał o tym, że pisanie ma wtedy sens, gdy osoba pisząca czuje taką potrzebę. Jeśli pisanie staje się celem samym w sobie, to powinno dawać poczucie samorealizacji i wypełniać pustkę w duszy. Tak to czuję. I mikrofon Elvisa dodaje: podobnie jak granie na instrumencie czy malowanie obrazu. Bo to jednak też kolejne dziedziny artystyczne.
[51:01] - To prawda, tylko działalność muzyczna i plastyczna tym się różni, że tam można i należy wręcz pewne rzeczy powtarzać, a pisanie trzeba zawsze od nowa wymyślać. To jest większy problem.
[51:10] - Tak, tylko że to, co Tomku mówiłeś, bardzo mi nasunęło na myśl pewną audycję, która pojawia się co tydzień w Book Radio, ale jakieś dwa tygodnie temu Mirosław Gołuński, doktor habilitowany. Od razu mówię, bo proszę państwa, jest jakoś tak w naszym świecie, że dla niektórych przynajmniej ludzi tytuły straciły znaczenie. Ja tylko przypominam, że żeby wspiąć się tak wysoko w tytulaturze naukowej, to trzeba naprawdę sporo wysiłku.
[51:52] - Przepraszam, ale doktor habilitowany, o ile dobrze pamiętam, to jest stopień naukowy. Tytuł w Polsce jest jeden.
[51:57] - Dobrze, okej, masz rację. Ale to i tak nie zmienia faktu. Wrócę do tego, co mówiłem. Bodajże mamy telefon.
[52:06] - Dzwonił się do nas Wojciech Terlecki. Halo, halo, czy się słyszymy?
[52:10] - Halo, halo, słyszymy się. Dobry wieczór. Mogę się włączyć w tą fantastyczną rozmowę? Zastanawiałem się, czy się włączyć, czy nie, ale muszę podzielić się paroma refleksjami. Okej?
[52:25] - Jak najbardziej.
[52:26] - Jak najbardziej prosimy.
[52:28] - No to zacznijmy od tematów, które już były poruszone jakiś czas temu, dotyczące wydawania powieści, wydawania książek i w jakiej formie to wydawać, czy samofinansować to. Tutaj mieliśmy taki mały problem z tym, że pojawiła się taka forma pod tytułem vanity. Czyli każdy, kto miał tyle sił, żeby napisać sto stron czy ileś tam jakiegokolwiek tekstu, uważając, że jest genialny, nie poddając się żadnej krytyce, żadnej recenzji, znajdował kogoś i bardzo wiele firm, które po prostu wydawały go i mówiły: „O człowieku, teraz zostaniesz sławnym pisarzem” i brały za to określone pieniądze. I stąd się wzięło to vanity i stąd się wzięła ta niechęć, zwłaszcza w fantastyce, bo osób, które pisało o królewnach, smokach i innych takich stworach, było cała masa. I każdy, kto coś takiego stworzył, uważał, że już jest właśnie genialnym następcą Sapkowskiego. Więc na tym żerował rynek i stąd się ten cały fandom troszeczkę najeżył na tego typu produkcje, bo to rzeczywiście było dosyć słabe, nie? Znaczy banalnie. Tak to się zdarzyło. I stąd się wzięła taka niechęć do tego modelu. Więc jeśli ktoś się przyzna do tego, że wydał coś własnym sumptem, to ma naprawdę bardzo pod górę.
I kiedyś mieliśmy w polskiej fantastyce z Markiem też taką dyskusję. Odpierałeś oskarżenie, że „Bibliotekarium” jest też vanity, prawda? Stąd się wzięła ta ostrożność. I jeszcze drugi taki temat pod tytułem przyszłości pisania i przyszłości tego, co będzie czytane. Pomijając to, że w tej chwili się sprzedają najlepiej soft porno dla starszych pań i to już jest niebywałe zjawisko. Nie wiem, trzeba kogoś bardzo mądrego, żeby to wyjaśnił. Ale z drugiej strony nie będzie rzeczywiście, tak jak Wiktor mówił, takiego popytu na książki, natomiast się pojawia coś innego. Coś, co Marek wspominał o Netflixie. Platformy streamingowe, na których będą się znajdowały czy audiobooki, czy filmy, czy cokolwiek innego, co kto produkuje. Są też takie platformy do gier, gdzie każdy cokolwiek może włożyć, każdą swoją produkcję może tam włożyć i poddać ocenie rynku.
Czyli ktoś to kupi, nie kupi, potargować warto, nie warto, zagra, odsłucha audiobooka. Tak samo będzie w przyszłości ze wszystką taką działalnością artystyczną, że każdy, kto stworzy coś, będzie mógł wrzucić na platformę streamingową i poddać się ocenie. A kto wygra? To tak, jak już Nicholas Taleb mówił w „Czarnym łabędziu”. Jako pisarze żyjemy w środowisku ekstremistanu, czyli ktoś, kto ma farta, ma talent i trafi w odpowiedni moment, może zarobić duże pieniądze. Ale czy to będziemy my? To już jest inna sprawa. W ostatnich paru słowach chciałbym pogratulować Tomkowi Fąsowi wydania tej książeczki z opowiadaniami, ponieważ do tej pory pamiętam nie całkiem udany „Bunt maszyn” i uważam, że to było bardzo fajne. Dużo przyjemności mi to sprawiło czytanie tego i stwierdziłem, że też ma gusta.
[56:51] - Dziękuję bardzo.
[56:53] - My też dziękujemy za telefon. Okej, Tomku, powiem tak: oczywiście rzeczy bardzo ważne, rzeczywiście stopień naukowy. Natomiast istnieje coś takiego jak słowo tytulatura, więc jednak tytulatura będzie. Tytuł naukowy inna sprawa. Natomiast do ad remu, jak mawiają niektórzy. Otóż Mirek Gołuński mówił o tym, że jego jako badacza literatury — i to będzie bliskie temu, o czym, Tomku, powiedziałeś — tak naprawdę nie interesują fabuły, bo większość z tych fabuł, jakie wymyślają autorzy, po pierwsze pisane są według pewnego schematu, który znajdziecie państwo chociażby u Campbella, że to jednak jest w pewien sposób schematyczne. Nawet jeśli autor sili się na różnego rodzaju hopskoki, to jednak da się to przewidzieć. I tak jak Mirosław Gołuński mówił o tym, że właściwie 90% jest w stanie przewidzieć. Bo w literaturze oczywiście akcja jest bardzo ważna. Zresztą Tomek o tym mówił.
Jest pewną osnową, na której się buduje, przekazuje pewne rzeczy. Ale tak naprawdę chodzi o to, żeby za tą fabułą stało coś, co autor ma do przekazania. Myślę, że w przypadku książki „Cyberjockey: Nowy początek świata” tak właśnie jest, że autor tu oczywiście się kryguje, że w ogóle to bez sensu, że napisał i tak dalej. Słyszeliście państwo sami. Nie jestem w stanie oddać tej poetyki. Natomiast fakt jest faktem, że akcja oczywiście w „Cyberjockeyu” musiałem się wywalić na tym.
[58:51] - Wydał książkę, a dalej musiał wydać.
[58:53] - W „Cyberjockeyu” oczywiście jest. Natomiast ja przez cały czas odnoszę wrażenie, że ona tam jest niejako przy okazji. Zresztą Tomek się do tego przyznał, więc mogę spokojnie jechać.
[59:10] - Efektem ubocznym.
[59:11] - Tak, jest efektem ubocznym tego, o czym nam autor chce opowiedzieć. I dlatego ja uważam, że to jest książka, która nie tylko była godna wydania, która moim zdaniem jest książką bardzo ważną. To, że ona zostanie być może olana przez rynek, o niczym nie świadczy. To i tak nie zmieni faktu, że to jest książka znakomita. Wiktorze.
[59:45] - Też uważam, że jest książką znakomitą pod wieloma względami, ale ja muszę troszkę zawsze wykręcić dyskusję w jakąś stronę.
[01:00:01] - Czekamy na owcikę palusie erotyczną.
[01:00:05] - Tak. Nie, tym razem nie. Natomiast chciałbym zwrócić wam wszystkim uwagę na pewien podstawowy problem. Skąd się biorą wszystkie nasze, Paul Ender, dyskusje, rozważanie, dzielenie włosa na czworo i tak dalej, różnice poglądów i tak dalej. Troszeczkę z braku pewnego punktu odniesienia. Z wykształcenia kiedyś byłem geodetą. Geodeci mieli jedno z pojęć w geodezji prawie podstawowe to jest pojęcie skali.
[01:00:49] - Co z tego wynika? Otóż jeżeli patrzymy na Ziemię tak, jak można sobie patrzeć z dzisiaj okrążających nas glob satelitów, po prostu widzimy jakieś chmurki, widzimy błękit morza. Fajnie. Mam pytanie: czy widzimy człowieka? Człowieka nie ma. Tak samo, jak go nie ma w całym naszym społeczeństwie współczesnym. Człowieka nie ma. Jeżeli przybliżymy, zmniejszymy skalę albo zwiększymy, już zapomniałem, w każdym bądź razie, to zaczynają się pojawiać miasta, drogi, widzimy pięknie oświetlone miasta i tak dalej. Rzeki płyną, wszystko fajnie. Człowieka nie ma.
Dopiero jak zejdziemy na najniższy poziom tej skali mapowej, że tak powiem, już nie wchodząc w kwanty i atomy, dopiero się pojawia człowiek. I tam jest miejsce człowieka. Jeśli mieszkasz na wsi, masz pomysł, masz dryg do robienia dobrej wędlinki, to natychmiast się kupią wszyscy sąsiedzi i tak dalej, bo w tej skali mapy jesteś zauważalny. Jesteś postrzegalny. Na co zwracam problem? Na to, że nasza cywilizacja dawno przekroczyła próg szumu społecznego. My koniecznie chcemy, Marek, przebić się do jakiejś świadomości ogólnej. Chcemy zarabiać miliony, żeby wszyscy tę książkę postrzegali. Nikt jej nie będzie nigdy postrzegał, jeśli jesteśmy indywidualnością. Jeśli jesteśmy korporacją, jesteśmy wielkim przemysłem, wtedy nas będą ludzie dostrzegali nie jako osoby, ale jako ten przemysł i tak dalej.
Nie wiem, mówię chaotycznie. Po prostu dawno ta bariera szumów uniemożliwia dzisiaj indywidualności istnienie w tej skali. To jest zawracanie głowy, próby wylansowania. Jeśli ktoś chce zarabiać, to powinien się wylansować i tak dalej. Ja to rozumiem bardzo dobrze, ale to, żeby się przebić jako indywidualność do świadomości społecznej, która przypomina cały wszechświat, to jest jeden szum stamtąd słychać. I my żyjemy w takim świecie szumu gigantycznego i nikt się nigdzie nie przebije. Indywidualność już dawno jest skazana na porażkę, tak samo jak książka i jak wszystko. We współczesnym świecie się liczy masówka, liczy się stado baranów.
[01:04:15] - To wszystko bardzo ładnie brzmi, Wiktorze, ale te wielkie kwantyfikatory typu „nikt się nie przebije” nie są prawdziwe, bo jednak ktoś-
[01:04:26] - Ale to nie ma znaczenia, Marku.
[01:04:28] - Nie, ma znaczenie.
[01:04:29] - Ja rozumiem, że się przebijają, ale ja to uwzględniam. Tylko co z tego?
[01:04:37] - Pytanie, co ma z tego być? Bo ja uważam, że jeśli przyjmiemy, że książka to jest fajna akcja, to rzeczywiście pole do dyskusji jest takie sobie. To znaczy, że każdy, może każdy nie, ale powiedzmy spora część osób, które znam, byłaby w stanie wymyśleć fajną akcję. Co więcej, spora część z tej sporej części byłaby w stanie nawet tę akcję opisać. Ale to, co powiedziałem, odwołując się do Mirosława Gołuńskiego, to jeszcze nie oznacza, że mamy do czynienia z literaturą. I mamy telefon.
[01:05:21] - Tym razem od Juriana.
[01:05:24] - O!
[01:05:25] - Halo, halo.
[01:05:27] - Dzień dobry, Piotr i Julianie.
[01:05:30] - Witam serdecznie. Mam słaby zasięg. Jestem na trasie, słucham audycji i witam wszystkich zgromadzonych przed mikrofonami. Witam gwiazdę wieczoru, Tomka. Witaj, Tomku.
[01:05:45] - Cześć, cześć.
[01:05:49] - Kilka słów, tylko króciutko. Słucham niestety z opóźnieniem i nie wiem, w którym momencie się wbiłem, bo straciłem zasięg. Ale te kilka zdań. Dzisiaj, żeby cokolwiek osiągnąć, trzeba trochę oszaleć na tym punkcie. Tak jest w każdej dziedzinie, ale dam przykład Roberta Lewandowskiego, który po treningach dodatkowo trenował, biegał, strzelał i tak dalej. Trudno, żeby zostać zaproszonym na olimpiadę po kilku treningach w Ludowym Związku Sportowym.
[01:06:40] - Co wam dojebał? Przepraszam.
[01:06:45] - Ja słabo słyszę. Słyszę i dokończę tylko myśl, jeżeli można. Oczywiście ryzyko jest coraz większe, bo coraz mniej ludzi czyta, bo są odrywani od różnych innych ciekawych zajęć, ale to ryzyko trzeba podjąć. Albo zakończyć na jednej książce. Fajnie było. Napisałem, książka wydana. To jest też kwestia po co się pisze. Nie wiem, co siedzi w głowie Tomka. Mogę się tylko domyślać, słuchając jego dosyć krótkich i zwięzłych wypowiedzi. Ja akurat lubię tworzyć historie.
Staram się przemycić coś, co może do kogoś trafi. Prawdopodobnie pisałbym nadal, gdybym nawet nie miał na dzisiaj możliwości, gdybym nie wydał tej książki, gdybym się dopiero o to starał. Po prostu ja to lubię robić i wydaje mi się, że trzeba być jak taran, jeżeli komuś na tym zależy, żeby być czytanym. Pomijam kwestie finansowe, to jest oddzielna sprawa. Jeżeli się kocha to, co się robi, to w jakimś czasie pewnie te kwestie finansowe będą lepsze. Powtórzę się: trzeba być jak taran, robić swoje. Ja sobie założyłem, że to testowo nie będzie jedna książka, ale kilka i po tych kilku może się taran stępi, może dojdę do wniosku, że to nie ma sensu, może się już trochę wypalę i zadowolę tym, co stworzyłem. Ale wydaje mi się, że to, co mówi Tomek, ja mam inne podejście. Wbiłem sobie w głowę, że nie będzie łatwo, że ta sprzedaż będzie wyglądała tak, jak wygląda i nie czuję się specjalnie rozczarowany. Nic nie słyszę.
Mówię. Kończę w takim razie. Dziękuję. Przechodzę do odsłuchu. Chyba że ktoś z was ma jakieś pytanie. Może uda mi się usłyszeć.
[01:09:42] - Ja ci dziękuję przede wszystkim, Julianie, bo ten punkt widzenia twój jest mi bliski, chociaż zdaję sobie sprawę, że on do pewnego stopnia jest napiętnowany pewnym romantyzmem.
[01:09:57] - Ale też inną epoką, Marku. To jest kwestia, kto wchodzi w to wszystko.
[01:10:00] - Inną epoką. Chociaż z drugiej strony, Tomku, zwróć uwagę, że Julian mówi o pewnej konsekwencji. Ten taran jest pewnym synonimem żelaznej konsekwencji, czyli podejmowania wysiłku nie jednorazowego, tylko jeśli chcę wspiąć się na szczyt, to idę.
[01:10:20] - Dobra, ale wiesz co? Ja tak trochę pół żartem, pół serio zamieściłem w książce ten warunek do napisania kolejnego, że sprzedaż tysiąca. Wiadomo, że tyle się nie sprzeda. Ja tu idę o dobre whisky o zakład, że nie sprzedacie tyle.
[01:10:33] - Nie wykluczam, ale ja tylko zwrócę uwagę, że wasze książki, akurat w dobrym towarzystwie jesteśmy, bo i Juliana, i twoja sprzedają się całkiem nieźle.
[01:10:49] - Gorsi są.
[01:10:50] - Po czym ja to wiem? Bo wydawnictwo nie tyle, że się nie zajmuje niczym innym, ale dosyć regularnie musi do Bonito książki dosyłać.
[01:11:01] - To powiesz ile? Czy to jest na razie tajemnica?
[01:11:04] - W tej chwili to po prostu nie wiem. A poza tym nie wiem, czy mi szef pozwoli zdradzać tajemnice, jakżeż my się obłowiliśmy waszym kosztem. Natomiast powiem, że ja bym rąk nie załamywał na waszym miejscu.
[01:11:18] - Dobra, ale daj mi myść skończyć, bo też naprawdę ja wbrew pozorom nie mam jakoś bardzo emocjonalnego stosunku do tego, więc to brzmi może czasem, jak ja bym tu jakieś frustracje przeżywał i załamanie, ale wierzcie mi państwo, tak nie jest. Bardziej moje podejście do pewnych emocji związanych z tą książką to były takie emocje, jak w momencie, kiedy na przykład kupuję zdrapkę czy kupon Totolotka. Zawsze jest ten cień nadziei, że może coś tam będzie, ale wiadomo, że raczej nie i nie ma jakiegoś strasznego załamania, że kupon jest bezwartościowy, przynajmniej finansowo. Takie jest moje podejście, więc spokojnie. Natomiast moje podejście tutaj czysto praktycznie, bo póki co wydaje się, że raczej dołożyliście do biznesu niż zarobicie. A przynajmniej jak zarobicie, to niewiele. Załóżmy, a wydaje mi się, że jednak duża część tego, co się przynajmniej w moim przypadku sprzedało i to mi wiadomo, to jest rodzina i przyjaciele moi, którzy zakupili tę książkę.
[01:12:14] - Ja zadam ci pytanie.
[01:12:15] - Dobra, daj mi skończyć. Teraz załóżmy, że ja się zepnę i za rok wypuszczę mimo wszystko następnego „CyberJokeja”. I teraz pytanie: czy wy dalej chcecie dokładać do interesu? Bo ci sami ludzie, którzy za pierwszym razem kupili z ciekawości, już mogą drugiej nie kupić, więc ta sprzedaż może być jeszcze mniejsza póki co. Więc pytanie, jaki to ma sens? To walenie taranem, jak mówisz. Skończyłem.
[01:12:37] - Odpowiadam. Proszę ciebie, przez ostatnie trzy lata Bibliotekarium kilka jednak książek wydało. Należałoby zadać sobie pytanie: jaką firmę, jakiego bogatego człowieka stać albo tak mentalnie stać na to, żeby nieustannie dokładać do interesu? Gdyby to było tak, że mój szef, właściciel wydawnictwa, nic innego nie robi, tylko do tego interesu dokłada, tak jak ty to przekazałeś, to chyba już-
[01:13:16] - To też między innymi dlatego, że pewnych szczegółów nie chciałeś, żebym poruszał nawet.
[01:13:20] - Tak, to chyba już dawno temu stałbym się osobą bezrobotną. Przynajmniej jeśli chodzi o wydawanie książek. To nie jest tak. Natomiast od razu śpieszę.
[01:13:31] - Ja nie mówię, że żadna wam się nie sprzedaje, śledzę swoje.
[01:13:34] - Nie, chodzi też o to, że gdybym był wielką korporacją albo nawet bardzo małą korporacją, to chyba bym książek rzeczywiście nie rekomendował jako interesu, chyba że bym się specjalizował, jak kilka dużych wydawnictw w Polsce. One po prostu działają na zasadzie ucieczki do przodu, czyli wydają coraz więcej, bo to, co sprzedają, finansuje to, co już wcześniej wydali. Nie wchodźmy w szczegóły. W każdym razie to jest taki mechanizm ucieczki do przodu. Małe wydawnictwa muszą być przynajmniej na plusie. Jak są na minusie, to kończą swoją działalność.
[01:14:20] - Są różne metody bycia na plusie, niekoniecznie sprzedaż bezpośrednia.
[01:14:26] - Halo? Tak, tak?
[01:14:29] - Czy ja mógłbym jedno zdanie i będę się powoli rozłączał?
[01:14:33] - Jasne.
[01:14:34] - Wracając jeszcze do tego taranu czy tarana to w zasadzie wszędzie w biznesie dzisiaj tak jest. Czy to jest większy czy mniejszy biznes, to trzeba mieć wytrzeszcz oczu, lekkie zaślepienie, żeby coś w dobie konkurencji osiągnąć, przebić się z usługą czy z towarem. Ja prowadzę firmę i wiem, co mówię, ile trzeba się napracować i robić dodatkowych rzeczy, żeby gdzieś tam wysłać fakturę. A ostatnia rzecz, którą chciałem poruszyć, to z początku audycji, ile kosztuje wydanie książki. Nie liczyłem dokładnie, ale wydaje mi się, że w granicach 300, 400 złotych mnie kosztowała. To są dwie ryzy papieru, to jest prąd do komputera, toner do drukarki do wielu wydruków, do poprawek. Ale nie jest to wielki koszt. Jednak kilka książek trzeba sprzedać, żeby się zwrócił. Dziękuję serdecznie, miło mi było z wami chwilę porozmawiać. Pozdrawiam i przechodzę do słuchania.
[01:15:57] - Dzięki serdeczne za telefon.
[01:15:59] - Dziękujemy za telefon.
[01:16:00] - Dzięki. Ja tylko jeszcze przypomnę nasze telefony: stacjonarny 32 746 0008, komórkowy 530 620 493. I oczywiście Skype radio.paranormalium.pl.
[01:16:25] - To ja szybciutko wejdę w słowo.
[01:16:27] - To ja jeszcze wejdę.
[01:16:27] - Zanim mnie ktoś ubiegnie. Dobrze, ubiegł mnie Tomek, ale Tomek jest gościem, więc Tomek ma głos.
[01:16:33] - Chciałem powiedzieć, że Google dopuszczał i taranu, i tarana, także obie formy są poprawne. Dziękuję.
[01:16:39] - Dlaczego się nie zdziwiłem? A wracając do tego, co chciałem powiedzieć, to wbrew pozorom to jest tak, że właśnie takie firmy jak Bibliotekarium, stosunkowo niewielkie, tu chwała mojemu szefowi. Nie ma dzień bez podlizywania się szefowi jest dniem straconym. Ale wiecie państwo, ja akurat to mówię szczerze, bo małe wydawnictwo, takie jak Bibliotekarium, może sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa. Ono zawsze powinno zarabiać, ale nie musi zarabiać obrzydliwie wielkich pieniędzy. Wystarczy, jak jest na plusie. A jeśli, tu się łączy z moją ideą, jeśli da się to połączyć z tym, że się coś nowego, fajnego promuje, to uważam, że to jest w ogóle optimum. I ja jestem niezwykle zadowolony, że w czymś takim mogę brać udział. I stąd te moje opory przeciwko mówieniu, że to wszystko nie ma sensu. Ma sens, nawet sens jakiś tam mikry finansowy.
Wierzcie mi państwo, gdyby Bibliotekarium sprzedawało milionowe nakłady albo nawet tylko dziesięciotysięczne, to byśmy my dzisiaj rządzili na rynku. Nie sprzedajemy takich nakładów. To jest pewien problem, ale to nie jest problem dla mnie. Dla mnie ważne jest to, że ten szef, którego dzisiaj chwalę, ile on mi zapłaci za to, że ja go chwalę ciągle? No dobra, ale chwalę.
[01:18:21] - Że uzna, że tak go lubisz, że już nie musi ci tyle płacić.
[01:18:24] - Właśnie może tak uznać. Tego się właśnie najbardziej boję. W każdym bądź razie dla mnie ważne jest to, że mój szef chwycił tę prostą ideę, że wystarczy na tym zarabiać. Nie musi być dużo, a jednocześnie można robić coś, co się nazywa społeczną odpowiedzialnością biznesu, że coś się nowego promuje, jakieś nowe zjawiska, jakichś nowych ludzi. Coś się dzieje i uważam, że to jest ważne. Być może ciebie, Tomku, za jakieś 10 lat porwie jakieś ogromne wydawnictwo i będzie cię sprzedawało w ogromnych nakładach. Czego ci życzę. Tak naprawdę to nie jest mowa trawa. Natomiast Na to się te małe wydawnictwa godzą tak naprawdę, ale robią tę robotę u podstaw. To takie moje przemyślenia.
Chwila, rzucę okiem. Może nie rzucę, a w każdym razie popatrzę sobie na czat. Mister Stranger: „Panie Wiktorze — to do dawnej wypowiedzi Wiktora — coraz więcej ludzi macha ponownie mieczami. To, że epoka mieczy w wyniku wynalezienia karabinu się skończyła, to był tylko czysty pragmatyzm”.
[01:19:39] - No tylko to jest-
[01:19:40] - „A literatura to coś więcej niż mieczyki”. To jest pierwszy wpis. Przemek Sulima Kowalewski: „Pisać do szuflady. Tak zrozumiałem, jak mówił słuchacz. Czy to ma sens?” Moim zdaniem, proszę państwa, nie ma sensu pisanie tylko i wyłącznie do szuflady. Jednak w opcji końcowej konfrontacja z czytelnikiem powinna się znaleźć. Mister Stranger: „Tomek, ja kupuję twoją kolejną książkę. Co prawda jestem na Vivat Akademia dopiero, ale już wiem, że kupię kolejną”. I następny Hardon11: „Mam pytanie. Jestem osobą niedowidzącą.
Czy będzie wersja audio tej książki?” I tu jest pewien problem. Ona się rodzi w bólach, ta wersja audio. Ja powiem tak:
[01:20:42] - Póki co wychodzi na moje.
[01:20:44] - Nie, nie wychodzi na twoje. Wychodzi na to, że młyny, nie wiem, czy Boże, ale mielą powoli. Ja powiem tak: ja zrobię dużo, żeby wersja audio się pokazała. Czy się ukaże u tego wydawcy, co zwykle, czy też nie? Tego nie wiem. Dlatego nie mogę podjąć żadnych innych kroków. Czekam.
[01:21:06] - Przeważnie wiedziałeś to dużo wcześniej.
[01:21:08] - Tak, ale w tej chwili-
[01:21:10] - Silna sugestia, że-
[01:21:11] - Nie, to żadna jest sugestia, bo proszę ciebie, ja nie mam udziałów w firmie, która wydaje audiobooki, w związku z czym powiedzenie mi, żebym spierniczał na bambus, nie ma żadnego problemu z tym. A zatem-
[01:21:28] - Ludzie są skomplikowani, mój drogi.
[01:21:30] - Być może. Ale być może jest też tak, że pewne decyzje są skomplikowane. W każdym razie ja uważam, aczkolwiek nie potrafię podać oczywiście w tej chwili konkretów, że wersja audio będzie. Tak czy inaczej.
[01:21:48] - Duża część wersji audio powstała w tych audycjach, więc możemy tak powiedzieć.
[01:21:51] - Jakby. A ona, wiesz doskonale, że z efektem końcowym ma coś wspólnego, ale tak nie do końca.
[01:21:58] - Nie, wiesz co? To nie było aż tak dużo przeróbek. Ty twierdzisz, że bardzo dużo.
[01:22:03] - Chodzi o wydźwięk całości, nie o wydźwięk fragmentów, a o wydźwięk całości.
[01:22:08] - Doszły te wstawki medialne w różnych miejscach.
[01:22:10] - Ktoś, kto przeczytał, kto wysłuchał audycji ABW i tam wysłuchał fragmentów „Cyber_Jockeya”, jednak nie wie, o czym jest ta książka. Nie ma szans. Wie trochę z akcji, wie trochę o dekoracjach, ale o czym ta książka jest, tak do końca nie jest w stanie się co do tego zorientować. I ja mówię to na antenie. Ktoś mnie może kiedyś rozliczy. Być może będę musiał, jak kto tam, odszczekiwać pod stołem to wszystko. Ale ja jednak wierzę w to, że wersja audio się pojawi. Jak szybko? Zobaczymy, ale uważam, że takie ambicjonalne mam podejście troszeczkę do tego. Tak, to ja już na pytania z czata odpowiedziałem.
Kto teraz mówi? Teraz mówi Wiktor.
[01:23:09] - Chętnie. Marku, mam z tobą ciężki problem.
[01:23:13] - Ja wiem. Ja ogólnie jestem problemowy.
[01:23:15] - Tak, bo niby ta audycja jest o książkach i to mnie pasjonuje. Wiele rzeczy z tego, co i Tyrolewski, i Julian, to tylko ręce mi się składają do bicia brawa, bo jeżeli ktoś mówi, że on po prostu to lubi, więc to robi, to ja jestem za. Książki kocham, książki lubię, natomiast niestety mam problem z tobą. Otóż coraz więcej miejsca w tej audycji zajmuje nie sprawa książek, tylko sprawa wydawania książek. Ty przemawiasz trochę jak główny księgowy firmy wydawniczej.
[01:23:57] - Ja jako księgowy?
[01:23:59] - Mnie nie interesuje.
[01:24:00] - Ja jako księgowy? A kto mówił o tym, że przy okazji wypełnia jakąś misję? Księgowym jest mój szef, a ja mówię o tym, że jeśli przy okazji mogę robić coś dobrego, mogę robić coś dla upowszechnienia literatury, to ja jestem zwycięzcą. Być może za to zwycięstwo wylecę na zbity pysk za jakiś czas z tej firmy, ale póki co to ja jestem wygranym, a ze mną ci autorzy, którzy wydają książki. Moim zdaniem trochę strzelasz w płot w tym wypadku.
[01:24:34] - Nie, ja rozumiem, że masz pasję wydawcy. To zróbmy audycję o pasjonatach wydawania książek.
[01:24:45] - Ale kto mnie-
[01:24:47] - A nie o pisaniu książek.
[01:24:48] - Zaraz. A kto mnie ku temu popychał dosyć konsekwentnie, jak nie nasz dzisiejszy gość? Do tego rodzaju... Oczywiście niewinny, bo zgłasza się, ale mówi: „To nie ja”.
[01:25:03] - Ale o co chodzi?
[01:25:04] - Ale o co chodzi? A o co chodzi? Proszę państwa, to jest dobry moment, bo Wiktor jak zwykle wrzucił coś, co wszystkich obryzgało i teraz musimy z tym żyć dalej. Będziemy żyć, ale myślę, że będzie się nam żyło znacznie lepiej, jeśli posłuchamy fragmentu prozy, którą w swoim czasie Tomek stworzył. To jest to dobry moment. Marku, prosimy o pierwszy kawałek.
[01:25:39] - Tak jakby nowy początek. Dziś rano automat porodowy zarejestrował przyjście na świat stomilionowego obywatela metropolii. Opiekun sektora postanowił osobiście. Ponownie podwoił prędkość przesyłu danych i energii. Według statystyk liczba użytkowników sieci dziesięciokrotnie przewyższyła liczbę obywateli. Szacunek wynika z... Otwarto kolejny lokal sieci Makabra. W ofercie można znaleźć tradycyjne produkty neosojowe, przetwory lokalnych zbóż syntetycznych oraz pulpę premium. Spora grupa zblazowanych gapiów kłębiła się już przed salonem sieci Bubel, kiedy wreszcie otwarto wystawę. Obszerny, przyciemniony hol przepełniały cuda, jakich ludzkość nigdy wcześniej nie widziała.
Przynajmniej ta jej część, która zbyt często nie bywa na targach konstruktorów. Ogromna przestrzeń zdawała się rozpościerać aż po horyzonty w każdą stronę, prezentując zmierzające do nieskończoności rzędy wystaw, prezentacji i stanowisk. Wiedziałem, że to dość prymitywne sztuczki holooptyczne, ale i tak przyjemnie się oglądało. Nieopodal można było na powiększeniu podziwiać układ elektroniczny budowany na żywo przez mikroskładarkę wewnątrz syntetycznego ziarna pszenicy. Kawałek dalej kilkutonowe żelastwo wisiało na niewidzialnej nici, a obok niego nagie hostessy serwowały darmowe piwo. Zawsze podstawowy przedmiot zainteresowania na targach. To doprawdy zdumiewające, czego ludzie nie zrobią za darmowe piwo, choćby nawet stan ich konta przekraczał wartość całego lokalnego rynku piwowarskiego. Na samym środku, zamiast żyrandola lub innego oświetlenia, czerwona kula wielkości dorodnego melona przeprowadzała fuzję jądrową. Oczywiście była to tylko trójwymiarowa projekcja. Dookoła niej w precyzyjnie skonfigurowanych tunelach magnetycznych orbitowały całkiem materialne kule udające planety, na powierzchni których powstawały mikroskopijne konstrukcje, niby rodzące się i upadające cywilizacje.
Efekciarstwo, ale imponujące pomyślałem. Bardziej jednak interesowała mnie prezentacja, która miała się zacząć już za chwilę w głównej sali. Bubel obiecywał, że wreszcie pokaże od dawna zapowiadaną nową wersję systemu wspomagania konstruktorów. W sali nie było nawet krzeseł. Spora grupa oczekujących stała podpierając ściany lub kucała przy podłodze. Za to po kątach rozmieszczono mnóstwo drobnych elementów i odpadów elektronicznych. Przypuszczałem już, co się za chwilę wydarzy. Podstarzały prelegent w czarnym golfie i dżinsach emanował nieposkromioną wolą kreacji. Serią ruchów dłoni wybierał w ledwie widzialnej holograficznej liście modele krzeseł z podręcznymi tabletami oraz dystrybutorem napojów chłodzących. W tle rozbrzmiewał nieśmiertelny motyw muzyczny z „Requiem for a Dream”.
Kreatywny czarnogolfista wyświetlił przed nami model optymalnego stanowiska dla uczestników prelekcji. Poprawił w nim kilka szczegółów: nieco większe oparcie, szersze i zakrzywione wyświetlacze, regulacja wysokości. Oczywiście logo sponsora. Zatwierdzone do wykonania. Zewsząd, niby głodne insekty, zeszło się stado robomonterów. Były maleńkie. Największy, którego wypatrzyłem, nie przekraczał rozmiarami mojej dłoni. Większość zaczęła pracochłonnie przebierać stertę porzuconych odpadów. Niektóre wybrały się na zewnątrz lub zaczęły kopać miniszyny. Zapewne do głębszej, dawno wydrążonej pod obiektem kopalni mrowiskowej.
Wszystko to już widziałem wielokrotnie, jednak na żywo, przy tak niewielkich rozmiarach jednostek, tym poziomie koordynacji i poniekąd efektywnego show, trudno było powstrzymać się przed podziwem. Mali konstruktorzy wydobywali z odpadów i otoczenia wszystko, czego potrzebowali, po czym zaczynali składać elementy ze sobą według wirtualnego projektu. Nie minęło 15 minut, a już wszystkie krzesła stały gotowe do zajęcia. Ekrany przy podłokietnikach wyświetlały program prelekcji, zaś z podajników w oparciach lała się syntetyczna lemoniada. „Jak bardzo jesteś gotów, by tworzyć?” Rozległo się zewsząd i znikąd. Linia melodyczna się zmieniła, zaś prowadzący wszedł pomiędzy rzędy krzeseł i zaczął bardziej ekspresyjnie gestykulować. Każdy ruch dłoni pozostawiał wirtualny ślad w powietrzu wyświetlany przez holoprojektory. Ostatecznie ruchy i kształty złożyły się w zasilaną bateryjnie maszynę kroczącą. Te baterie to był szczególny wyczyn. Dość trudno się je składa z odpadków, przynajmniej jeśli mają działać.
Pole magnetyczne w pomieszczeniu z pewnością umożliwiało całkiem wydajną indukcję, ale mimo wszystko przypuszczam, że jesteście w stanie sobie wyobrazić mrówki stadnie w szybkim tempie pochłaniające jakiś obiekt techniczny. To, co widzieliśmy, wyglądało w zasadzie podobnie, tyle że na odwrót. Jakby ktoś przewijał nagranie. A, no tak. Nie wiecie, co to znaczy przewijać, bo nie byliście w muzeum z taśmami filmowymi. No to już chyba sobie tego nie wyobrazicie W każdym razie niedługo później maszyna powstała. Jej kolorowe boki we wszystkich kierunkach wyświetlały niezwykle atrakcyjną ofertę na cały pakiet oprogramowania i sprzętu. Prelegent, choć nie wiem, czy można tak nazwać gościa, który w zasadzie nic nie powiedział. Może niech będzie prezenter. Prezenter zrobił trzy kroki do tyłu i zniknął w ciemnościach, a do każdego z osobna podszedł uśmiechnięty przedstawiciel handlowy z wizytówką i szczegółami oferty specjalnej.
Rozeszliśmy się do mniejszych pomieszczeń. Do domu wróciłem z darmowym okresem próbnym na cały system i wielkimi ambicjami, żeby tym razem naprawdę zająć się tworzeniem. System stanowiło oczywiście wyłącznie oprogramowanie, ponieważ stosowne zestawy czujników ruchu i podstawowy skład monterów miałem już w domu. Jak każdy rozsądny obywatel. Od dłuższego czasu również robo pomocnicy drążyli wykop mrowiskowy pod moim domem w poszukiwaniu bardziej wartościowych śmieci i minerałów produkcyjnych. Ziemia pod metropolią skrywała tak wiele przeszłych pokoleń, że stanowiła potencjalnie nieskończony zapas surowców do budowy. Tym bardziej że porządne projekty inżynierskie zgrubnie tylko zarysowują skład surowcowy, pozwalając monterom, w skrócie montom, korzystać z tego, co znajdą. Produkcja stała się ostatnio tak prosta, że produkty gotowe oferowano wyłącznie w branżach szczególnie luksusowych, jak żywność premium czy sprzęt hi-fi. W większości prostych branż sprzedawane były wyłącznie plany i programy służące do samodzielnego złożenia zamawianych akcesoriów w ramach domowego warsztatu. Z uwagi na pełną automatyzację rzecz była wykonalna dla każdego, kto ukończył przynajmniej pięć lat i miał choć jedną sprawną kończynę.
Oczywiście, jeśli opiekunowie nie byli na tyle rozsądni, aby wprowadzić montom blokadę rodzicielską przed niepowołanym dostępem nieletnich. Ktoś mógłby zadać całkiem słuszne pytanie, jaka rola w dziedzinie dziecinnie banalnej kreacji przypadała konstruktorowi. Cóż, prawdę mówiąc znikoma. Skoro do tej pory nie dałem się zatrudnić w korporacji, pozostawało czekać na jakieś zadania specjalne lub inne roboty zlecone. Cały czas jednak mój udział w procesie kreacji był dużo bardziej podmiotowy i świadomy niż jednostek pobierających określone pakiety cyfrowe i przekazujących je do realizacji. Nie ma trudniejszego wyzwania dla stwórczych żywiołów, niż wymyślić cokolwiek. My, ludzie kreatywni i ambitni, pragniemy wyzwań, kryteriów, zadań być może dających nam jakieś pole do popisu, a jednak konkretnych, zapewniających jasne etapy, kamienie milowe i punkty odniesienia. Twórca potrzebuje zasad, demona szarpiącego mu serce, wielkiej niesprawiedliwości do przełamania lub siły, która by jego możliwości tłumiła. W przeciwnym wypadku rozchodzi się cały w przestrzeni nieskończonych możliwości i tyle z niego zostaje, co ze szklanki wrzuconej do jeziora. Stwórca natomiast od samego początku musi się konfrontować z bezmiarem niczego oraz całkowitą dowolnością działań lub ich braku.
Ściszyłem na chwilę cokolwiek pouczający wykład sieciowego kaznodziei, żeby się zastanowić, co właściwie bym chciał zaprojektować z tym nowym pakietem oprogramowania. W sumie brakowało mi porządnego krzesła do pracy. Postanowiłem zacząć kompletnie od zera. Utworzyłem nowy projekt. Żadnych szablonów. Okej, pojawiła się pusta przestrzeń. To znaczy właściwie pojawiło się podświetlenie fragmentu warsztatu przeznaczonego na obszar projektowy. Ustawiłem ręce na wysokości kolan i nakreśliłem z grubsza granice siedziska. Wybrałem w opcjach, że ma być miękkie i chłodne w dotyku. Nóżka jedna, pośrodku pięcioramienna podstawa z kółkami.
Jak tu się dodaje kółka? A, jest. Biblioteka części standardowych. W tym momencie system przestał reagować na jakiekolwiek gesty czy instrukcje z mojej strony. Byłem pewien, że coś się zepsuło, ale nawet nie bardzo wiedziałem, w co właściwie powinienem kopnąć. Wtem przed moimi oczami pojawiła się animacja, a z głośników dobył się głos. „Cieszymy się, że korzystasz z biblioteki części standardowych. Gdyby zasób elementów okazał się niewystarczający, zachęcamy do zapoznania się z ofertą części premium, w ramach której uzyskasz dostęp do…” Jasna cholera, gdzie to się wyłącza? Chyba nie przewidzieli takiej możliwości. Ściszyłem odtwarzacz.
Odczekałem zdecydowanie zbyt długo, by wreszcie móc kontynuować projektowanie. Schyliłem się, żeby zarysować ręcznie szczegóły wykończenia podstawy mojego krzesła. Po kolejnej chwili tego wirtualnego i nowoczesnego modelowania plecy zaczynały mnie boleć, jakbym wykonywał jakąś pracę fizyczną. A przecież to tylko krzesło. Do poważniejszych zadań będę musiał chyba sobie dobrać jakiś egzoszkielet albo robić to po staremu przy pulpicie. Ale to by przecież nie było nowocześnie. Wizerunek w tej pracy też się liczy. Nieraz już widziałem, jak koledzy zupełnie bez sensu używali jakichś ogromnych, przeprojektowanych i kompletnie do niczego niepotrzebnych akcesoriów, a klienci patrzyli z podziwem, co to za wybitnie specjalistyczna aparatura. Gdy kończyłem projektować podstawę krzesła, system natychmiast dodał optymalne podłączenie do sieci. Nie wiedziałem powodu podłączania do sieci zwykłego krzesła.
Jednak jak się okazało, program nie przewidywał, aby jakakolwiek konstrukcja tej wielkości pozostawała niepodłączona. Nie chciało mi się już z tym wszystkim dalej smagać. Dodałem resztę elementów jako standardowe, ergonomiczne i zatwierdziłem projekt do wykonania. Z początku wszystko wydawało się okej. Monty zaczęły zbierać elementy i materiały z mojego warsztatu. Od jakiegoś czasu poza gromadzeniem starych sprzętów na części pozyskiwałem materiały z prywatnej kopalni mrowiskowej pod domem obsługiwanej przez zespół autonomicznych robo górników. Nie było tam może żyły złota, ale wystarczająco dużo minerałów, żeby miały z czego budować. Jak długość, średnica szybów nie przekraczała kilkunastu centymetrów, wszystko odpowiednio wzmacniano, a prędkość wydobycia pozostawała umiarkowana. Nie stanowiło to żadnego zagrożenia dla budynku na powierzchni. Miałem zatem magazyn na bieżąco zapełniany surowcem do budowy prototypów i przedmiotów codziennego użytku na własne potrzeby.
Już poprzednie wersje oprogramowania konstruktorskiego pozwalały moim montom wszystko odpowiednio komponować, spajać i przetapiać, aby osiągać wymagane parametry mechaniczne. Że coś jest nie tak zorientowałem się dopiero w momencie, gdy obok podstawy zaprojektowanego przeze mnie krzesła zaczęły pojawiać się jakieś dodatkowe elementy. Jakby drugie krzesło, jednak za blisko pierwszego, aby dało się je oba swobodnie wykonać. Po chwili, kawałek dalej objawiło się jeszcze kolejne. Z niepokojem zacząłem przeglądać instrukcje wykonawcze. Jak się okazało, standardowe ustawienia programu zakładały produkcję mało seryjną. Ilość sztuk dobierana była zależnie od rozmiaru detalu. W przypadku mojego krzesła wyszło mu, że ma ich zrobić około 40. Że też nie sprawdziłem tych ustawień. Wcześniej korzystałem raczej z oprogramowania rzemieślniczego, gdzie podobne standardy byłyby absurdalne.
Ten system najwyraźniej kierowano raczej do średnich przedsiębiorstw. Jednocześnie obszar roboczy został ustawiony w moim warsztacie zbyt małym, by pomieścić 40 krzeseł. A że nie wybrałem blokady przed wzajemnym przenikaniem egzemplarzy, zapewne docelowo powstać ma dzieło surrealistyczne z bezsensownie połączonych ze sobą detali. Natychmiast zacząłem szukać funkcji zatrzymującej ten absurdalny proces. Naprawdę się zdenerwowałem dopiero w momencie, kiedy program na moje próby odpowiedział: "Cieszymy się, że wykazałeś zainteresowanie dodatkiem do sterowania procesem wykonawczym. Niestety nie jest on dostępny w darmowej wersji demonstracyjnej. Aby nabyć wersję premium, skontaktuj się z lokalnym...". Z całej siły kopnąłem mój własny, niczemu w sumie niewinny głośnik. Najlepsze jednak miało dopiero nadejść. Otóż, jak się okazało, poprawnie oznaczyłem zakres pola roboczego.
Żaden element nie powstał poza wydzieloną strefą warsztatu. Nie oznaczyłem natomiast zasobnika elementów źródłowych, a dokładnie mówiąc obszarów, z których części do budowy brać nie należy. W przypadku jednego krzesła nie byłoby to specjalnie istotne. Kilka rupieci dookoła w zupełności by wystarczyło, ale przy 40 nie musiałem długo czekać, aż monty zaczęły się dobierać do ścian mojej pracowni. Przyszło mi do głowy, żeby wyłączyć je metodą siłową z pomocą twardego pręta, jednak system omijania przeszkód i zagrożeń pozwalał robocikom perfekcyjnie unikać moich ciosów. Po kilku próbach odsunąłem się na bezpieczną odległość, bo jeszcze gotowe, by uznać mnie za potencjalny budulec. Teoretycznie powinny być bezwzględnie zabezpieczone przed wyrządzeniem jakiejkolwiek szkody człowiekowi, jednak z tymi prawami robotyki różnie bywa. Zdecydowanie miałem już dosyć testów. Nie minęło pół godziny, a warsztat był podziurawiony jak po ataku ciężkiej artylerii. Jego wnętrze wypełniała bryła godna najlepszych wystaw sztuki nowoczesnej.
W myślach nadałem jej tytuł „Okrzesłowienie 2.0”. Przypuszczalnie dlatego, że zapalone w swym dziele monty musiały rozebrać któryś z układów sterujących ich pracą. Że też sam o tym wcześniej nie pomyślałem. Cóż było więcej poradzić? Naprędce zorganizowałem kilka większych maszyn, żeby do reszty rozebrały pozostałości z warsztatu i powoli zacząłem się zastanawiać nad projektem nowego. Tym razem jednak skorzystam z mojego starego systemu projektowego przy pulpicie bez żadnych nowoczesnych udziwnień. Cóż, nie pierwszy raz będę musiał zaczynać wszystko od nowa.
[01:42:45] - No to wracam do gry i od razu wracam z kilkoma przekazami z czata. Misterio Stranger: Nie chodzi o to, żeby pisać do szuflady, ale też nie o to, żeby koniecznie mieć sukces finansowy. Motorem jest pasja. Jak nie będzie sukcesu, to przynajmniej w szufladzie coś zostanie. Uważam, że całkiem fajna diagnoza, ale mam dla Ciebie Tomku bardzo fajny przekaz od PW. Cytuję: Parafrazując tytuł felietonów Bruna Kadyny Fąs nie pierdziel, pisz dalej.
[01:43:28] - Dziękuję bardzo. Jeszcze do tego przedstawionego fragmentu to bym powiedział, że tak się zaczyna nowy początek świata, bo to układanie też właśnie pod takim tytułem początkowym zdaje się jakoś tam miało nowy początek czy coś takiego. Tak jakby nowy początek. Tak to chyba w końcu, bo te tytuły się zmieniały i już nie pamiętam do końca Tak się zaczyna opowiadanie bardzo branżowe. Jak ktoś z państwa nie miał nigdy do czynienia z obsługą urządzeń CNC, to może kompletnie nie wiedzieć, o co mi chodzi. Faktycznie książka ma parę rodzajów czytelników i każdy inaczej ją odczytuje. Jedni to są moi znajomi z pracy, inżynierowie i paru faktycznie chyba przeczytało, przynajmniej tak zeznawali. Oni bardziej tę warstwę techniczną odczytują. A osobno grupą są miłośnicy fantastyki, którzy swojej widzą aluzje do klasyki. Tu oczywiście był Asimov z prawami robotyki gdzieś pod koniec, ale jednak duża część jest branżowa i faktycznie ten pomysł, przynajmniej jeden z pomysłów tutaj kluczowych nie jest całkiem science fiction, bo już takie filmy widziałem, że można poprzez ruchy dłońmi w powietrzu wykonywać jakiś model 3D, który później będzie mógł być zastosowany w produkcji.
Także to już się dzieje. Przynajmniej jest taki pomysł, jest to pokazywane w ramach jakichś animacji. Tutaj już pewne trendy zawodowe zdradzam, a faktycznie często tak jest, na przykład frezarkę programując, że jak się coś źle ustawia, to może wjechać zupełnie gdzie nie powinna. Podniosłem trochę do kwadratu te autentyczne problemy techniczne. To jest to, o czym mówiłem, Arku, że gdzieś tam na pewnym etapie mówiłeś, żeby inspirować się tym, co nas otacza. I faktycznie troszeczkę się swoim doświadczeniem zawodowym tutaj inspirowałem.
[01:45:16] - Ale ty się bardzo fajnie inspirowałeś, bo powiem tak, to analogia będzie bardzo daleka, ale każdy kto miał do czynienia z systemem Windows wie dokładnie, o czym to było, co napisałeś.
[01:45:40] - Teraz sobie państwo wyobraźcie, że przecież jest tylko wirtualna, ale zazwyczaj to jest system dużo grubszy. Windows to jest system tworzony z latami doświadczeń, na wielu próbach i błędach i tak dalej. A teraz sobie państwo wyobraźcie, że system ma dużo mniej użytkowników, dużo mniej poprawek i to jednak wszystko się przekłada na jakieś działanie fizyczne robota czy maszyny produkcyjnej.
[01:46:00] - I właśnie dlatego to jest takie fajne, bo z jednej strony mówisz o tym, że to bardzo branżowe i zapewne tak jest, nie mam powodu tego kwestionować, ale moim zdaniem fajność tej opowieści, którą usłyszeliśmy, polega na tym, że ona jest czytelna również nie dla tych ludzi branżowych. Rodzaj absurdalności, która jest w tym wszystkim zawarta, jest czytelna jak najbardziej dla ludzi nie z branży, to doskonale widać. I moim zdaniem potrafisz pewne rzeczy zrobić w taki sposób, napisać w taki sposób, że one stają się uniwersalne, już nie branżowe, już nie sprowadzane do tego, co jest twoją wiedzą tajemną, wiedzą specjalistyczną.
[01:46:56] - Kierunek nauka mógł się nazywał WT i to niech ktoś wytłumaczy „wiedza tajemna”.
[01:47:02] - Tak.
[01:47:02] - Zdaje się, że Piotr Kopowicz to studiował.
[01:47:07] - W każdym razie chodzi o to, że ty potrafisz pewne rzeczy zgeneralizować i to dlatego jest, słowo „fajne” to jest dobry wytrych, bo ono, przynajmniej dla mnie, ma mało emocjonalnej zawartości w sobie. Dla mnie coś jest fajne, to fajne, nie stoi za tym jakaś specjalna uczuciowość. Natomiast ja to podkreślam, że to jest z jednej strony czytelne, z drugiej strony po prostu fajnie się słucha w tym wypadku, czy też fajnie się to po prostu czyta. Myślę, że na tym polega siła tej prozy, zresztą każdej chyba prozy, że ona ma, o tym wspomniałeś, kilka pięter, na których można to odczytywać. Czy to piętra dla specjalistów, czy to piętra dla ludzi, którzy mają średnie zaufanie do tego naszego świata i tak dalej, czy też zupełnie dla miłośników science fiction z racji tego, że jest science fiction i nic innego nie jest ważne. Na tych różnych piętrach można to czytać i każdy z tych odbiorców będzie zadowolony. Moim zdaniem, przed chwilą podałem bardzo uproszczoną, ale jednak definicję prozy, która jest naprawdę ważna, może być ważna i na pewno jest skierowana do szerokiej grupy ludzi. Tak mi się wydaje. Czy bredzę, Wiktorze? Co ja robię?
[01:48:48] - Jak zwykle.
[01:48:51] - Tak. Właśnie. Nie ma lekko.
[01:48:59] - Zwracam uwagę, że przy tym à propos tego kawałka Fonsowego, że obojętnie czy to jest groteska, czy to jest parodia, czy to jest satyra, czy to jest jakiś absurd i tak dalej, to tym niemniej, jeśli się pisze nawet o najbliższej przyszłości, to ja lubię jak coś z tą przyszłością, że tak powiem, nie jest tylko napisane, ale również pachnie. Otóż to opowiadanko pachnie tą najbliższą przyszłością, bo przy całej groteskowości to jednak w ten sposób będziemy sobie w najbliższym czasie projektowali w domu własne krzesła, drukowali schabowego i inne takie rzeczy. Nie ma innego wyjścia. Tak będzie i takie groteskowe sytuacje będą nie tylko ze schabowym, nie tylko z krzesłem. Z książką, którą sobie sami wydrukujemy, napiszemy, wydamy, wydrukujemy i puścimy w eter. Nie wiadomo, co z tego. I mógłby Tomek naprawdę napisać równie dobre, świetne opowiadanie o pisarzu, który w ten sam sposób, przy pomocy jakichś mechów, robocików konstruuje swoją książkę. Pierwszą, którą napisze i pierwszą, którą w życiu przeczyta prawdopodobnie, bo tak również niedługo będzie.
[01:50:31] - To pomału się dzieje. W ogóle tak właśnie zastanawiałem się jeszcze przy wcześniejszej dyskusji, jaka jest właściwie różnica pomiędzy napisaniem czegoś, wydrukowaniem i sprzedawaniem a wydaniem książki. Chyba tylko ISBN. Tak naprawdę ten numer wydawniczy jest tutaj różnicą między wydaniem a wydrukowaniem, nie?
[01:50:49] - To się nazywa umieć upraszczać.
[01:50:52] - Ale pytam tak technicznie.
[01:50:55] - Ale to wiesz, zaraz Wiktor mi powie, że się zamienia audycja w audycję dla wydawców amatorów. Tak więc może nie, ale mam dla ciebie bardzo ciekawą uwagę z czata. Marek Chmielewski pisze komentarz: „Mało akcji.” Drugie: „I w pierwszej osobie.” To teraz komentuj, Tomku.
[01:51:16] - Prawda.
[01:51:19] - A nieco rozbuduj ów komentarz.
[01:51:21] - To święta prawda. Co mam państwu powiedzieć? To mówię, że to jest taka książka, gdzie ja jednak dzielę się pewną refleksją bardziej ani akcją, więc fabuła jest efektem ubocznym. Bohater też. Bo ktoś to musi mówić, w jakiś sposób trzeba to podawać. Jakby był sam wykład, to by było jeszcze nudniej. Więc jest coś pomiędzy akcją a wykładem.
[01:51:41] - Poza tym ja nie wiem, czy to jest argument znaczący, ważki, czy też nie, ale jeśli przywołamy dzieło z górnej półki, czyli na przykład „Golema”, lemowskiego „Golema”, to tam akcji jest, powiedzmy, też niewiele. Bardzo niewiele. A jednak jest to książka ważna. Chociaż cały czas podkreślam ten taki bon mocik, czy w każdym razie śmieszną historię, że mój kolega używał „Golema” lemowskiego do usypiania się. Wystarczyłoby, żeby zaczął czytać „Golema” dwie strony i spał jak dziecko. Niemniej to wielka książka jest, co by o niej nie powiedzieć.
[01:52:25] - Jedną z inspiracji do tego tekstu na pewno było takie opowiadanie Philipa Dicka o robocie, który się bardzo chciał sprzedać, który gdzieś tam zapukał i się promował, i nie mogli się go pozbyć w konsekwencji. Więc te wstawki reklamowe tu były inspirowane, ale fakt, że u Dicka było tej akcji więcej, to prawda.
[01:52:42] - Poza tym okej. O ile pierwszy argument ja jak najbardziej uznaję. Ktoś może bardziej łaknąć akcji i to nie jest nic złego, o tyle drugiego argumentu po prostu nie rozumiem. No dobrze, to co z tego, że w pierwszej osobie? To nie jest ani zakazane.
[01:53:04] - Nie, to jest pewna półśrodkowość. To prawda. To nie dużo zdejmuje potrzeby narracji.
[01:53:09] - Ale nie. To już będę musiał bronić książki przed jej autorem. Ale odpowiem na to. Owszem, dla piszącego to może być łatwiejsze. Nie musi, ale może. Rzeczywiście gros przypadków jest takie, że może być to łatwiejsze, ale znam kilka niezłych książek pisanych w pierwszej osobie, a samo to nie dyskredytuje danej książki. Chyba że nie wiem czegoś, co nasz chatowicz miał na myśli. Może czegoś nie uwzględniam po prostu.
[01:53:44] - Spotkałem się z takimi ogólnymi refleksjami, że właśnie młodzież pisze w pierwszej osobie, że to jest łatwe, że to takie ego i tak dalej.
[01:53:49] - Nie, powiem ci szczerze, przerwę ci i powiem szczerze, że dobrze, młodzież może pisze w pierwszej osobie. Mnie nigdy nie interesuje, kto pisze, tylko co pisze. I ty możesz być młodzież, a możesz być już podstarzała młodzież. Mnie to nie interesuje. Mnie interesuje, co w tej pierwszej osobie tak naprawdę piszesz. Co to jest warte?
[01:54:15] - Mam drobny komentarz. Gdybym pisał książkę porno, to przydałaby się druga osoba.
[01:54:23] - Oj tam, oj tam. To już nie te czasy. Teraz jest świat wirtualny, wiesz.
[01:54:27] - Wiktorze, tu akurat Tomkowi przyznam rację.
[01:54:31] - Sylikonowe lalki są coraz lepsze dziś.
[01:54:34] - Druga osoba do porno? O czym ty mówisz, Wiktorze? W ogóle dinozaur, po prostu dinozaur.
[01:54:41] - Ale-
[01:54:42] - Porno może być też jednoosobowe. To wtedy takie trochę nudne porno, nie?
[01:54:47] - To w ogóle takie mało akcji. Mało akcji.
[01:54:50] - No właśnie, znowu mało akcji. Pierwsza osoba, tak jest. Ale inspiracją pierwszoosobową też głównie „Stalowy szczur” Harry'ego Harrisona, nie? To tutaj też myślę, że jeden z mocnych tutaj akcentów.
[01:55:01] - Argumentów za.
[01:55:02] - Znaczy argumentów za. Źródeł inspiracji w każdym razie.
[01:55:05] - Ale też argumentów za. Trudno uznać inaczej. Humor Harrisona może nie bawić. Znam takie osoby, które w ogóle się nie dały oczarować tym cyklem, uważając go za głupkowaty. Znam też kilka osób absolutnie zachwyconych. W żadnym z tych przypadków nie miało nic do rzeczy-
[01:55:29] - Sama akcja jest głupkowata, ale znowu fajność dzieje się trochę dookoła tej akcji. Tych różnych aluzji.
[01:55:35] - Nie, przepraszam cię. Dobrze, dzisiaj muszę w ogóle jakieś takie dodatkowe moce ściągnąć na siebie. Właśnie fajność książki Harrisona, całego cyklu Harrisona o Stalowym Szczurze polega na tym, że ona jest głupkowata. Pod tym płaszczykiem głupkowatości, takiej prostoty. Moim zdaniem to jest pozór. Kryje się coś, co jest może niespecjalnie głębokie, bo nie szukajmy w każdym dziele literackim niesamowitej głębi. Bylibyśmy naprawdę trochę niespełna rozumu. Ale też nie mówmy, że cykl Harrisona to jest czytadło, pierdzielenie o niczym, o międzyplanetarnym, międzygwiazdowym przestępcy, który sobie w mniej lub bardziej dowcipny sposób hula. Chyba nie. To jest na poziomie akcji, rzeczywiście coś takiego się tam odbywa.
Natomiast fajność tej książki polega nie na tym, moim zdaniem. Ewentualnie podejmę polemikę. Polemizuj, Tomku.
[01:56:53] - Okej, wszystko prawda.
[01:56:59] - To jest ciężki gość nam się dzisiaj trafił. Ten wierszyk o małomówności wiele myślę państwu powiedział.
[01:57:12] - Można o Harrisonie.
[01:57:14] - Dobrze, rozmawiajmy o Tomaszu Tommie.
[01:57:17] - Dosyć o mnie. Porozmawiajmy o tobie. Co myślisz o mnie?
[01:57:20] - Tak. Co myślę? Ja już to, co myślę o książce powiedziałem. Natomiast rzucam okiem na czat, bo tutaj się pojawiają bardzo ciekawe wpisy. Leszek Ostachowski: „Tak oto odkryto funkcję mnożenia języków programowania. Chodzi o uzależnienie projektanta od paru magików tworzących procedury pośrednie, izolujących projektanta od znajomości podstaw systemów.” Dalej Leszek Ostachowski: „Dlatego kretyński procesor stał się przebojem, bo bez takich protez naprawdę trudno go obsługiwać.” Dalej Marek Chmielewski pisze: „Gdyby dzisiaj ktoś wydał Golema, nikt by o tej książce nie usłyszał.” Być może. Trudno mi z tym polemizować. Leszek Ostachowski dalej: „Lem. Maszyna, która robi wszystko, najlepiej przetestować na nicość.” To prawda, dobre nawiązanie. I Leszek Ostachowski: „Mówi się wam o wizjach zastąpienia was robotami.
To takie zrobotyzowane systemy są odporne na awersje kluczowych monoczynników, na przykład dostarczanie energii.” A z tym ostatnim to już musisz, Tomku, ty niestety.
[01:58:55] - Jeszcze raz. Mamy być zastąpieni robotami?
[01:58:59] - I jaki to wtedy... Moment, bo przeskoczyłem. Czat się tak szybko przesuwa. Poczekaj, bo się przesuwa tak szybko.
[01:59:12] - Mówi się wam o wizjach zastąpienia was robotami. To jak takie zrobotyzowane systemy są odporne na awersje kluczowych monoczynników, na przykład dostarczanie energii.
[01:59:24] - Jeszcze dalej. Na przykład podczas awarii sieci przetworników sterowania, na przykład po rozbłysku na słoneczku, po przejściu przez jakiś pas radiacyjny. I jaki to wtedy pociągnie łańcuch reakcji łańcuchowych, zanim jakaś babcia nakryje to chusteczką i wróci do wegetacji na swoim skrawku podłogi.
[01:59:47] - Ja się zgadzam całkowicie.
[01:59:51] - Ale byłoby cudownie. Po pierwsze rzeczywiście moja osobowość zrobotyzowana nie musiałaby sięgać bez przerwy po nikotynę, natomiast też cudowne, bo reagowałaby na protuberancje jakieś albo na anomalie słoneczne rzeczywiście i przelot komety o wiele chętniej ode mnie. Dla mnie to są rzeczy niezauważalne.
[02:00:18] - Ja mam bardzo fajny wpis dla ciebie, Tomku.
[02:00:23] - No.
[02:00:24] - Mister Stranger pisze: „Też na początku szukałem w tej książce akcji i to mnie zgubiło, bo traciłem treść. Dlatego zacząłem od nowa i zmieniłem zakres odbioru. I wtedy okazało się, że to nie książka pisana pod czytelnika.” To teraz komentuj, Tomaszu, autorze.
[02:00:49] - Do tego zastępowania robotami, bo faktycznie ja już się też nie raz wypowiadałem i w tej książce też jest mowa o mojej wizji sztucznej inteligencji, że za bardzo ją uczłowieczamy i to zupełnie nie w tę stronę to idzie. Nawet wszelkie przejawy człowiekopodobne to jest tylko efekt uboczny rozwoju sztucznej inteligencji, który oczywiście zachodzi, ja go nie neguję, tylko rozumiem to jednak jako bardziej korporację. Sztuczna inteligencja to wielki mechanizm oparty na przetwarzaniu danych i tworzeniu optymalnego działania, a nie jakaś forma sztucznego człowieka. To tak próbując na sali odpowiedzieć do tych robotów. A czy książka jest pisana? Książka pewnie nie jest pisana pod czytelnika z braku czytelnika. Jak będzie jakieś grono odbiorców i jakieś jasne oczekiwania względem mojej twórczości, to wtedy będę musiał się zastosować lub nie. A z braku czytelnika-
[02:01:44] - Brak czytelnika musiałbyś jakimś jasnowidzeniem przewidzieć, a i tak byłaby to wizja fałszywa, bo jakichś jednak czytelników w tak zwanym międzyczasie zdołałeś zdobyć. I znowu będzie kwestia dyskusji-
[02:01:59] - Dobra
[02:02:00] - ... skąd oni są i dlaczego oni są i czy oni cię kupują aby na pewno w dobrej wierze, czy może w złej wierze? A może to są twoi znajomi, a może nieznajomi? Jak widzisz po czacie To może niekoniecznie są tylko i wyłącznie twoi znajomi.
[02:02:15] - Nie, jeszcze rodzina. Natomiast ja też, tak jak powiedziałem na wstępie, żeby pisać poczytalnika, trzeba umieć tworzyć akcję, tworzyć fabułę, tworzyć postaci, czego ja nie umiem. Mnie to nudzi, jestem w tym słaby. Dlatego jedyne, co umiem na ten moment, to tworzyć pomysły. Widzę jakieś fantazje i to umiem, to robię. Skoro wydawnictwo było zainteresowane, to napisałem i tyle. Jakbym próbował teraz tutaj walczyć chociażby z Kadyną czy Cichoniem na postaci i akcję, to bym przegrał i myślę, że to by nie było dobre. Więc robię to, co umiem, co mnie bawi, co sprawia mi przyjemność. I dlatego ta książka jest taka, jaka jest. Cóż mogę więcej powiedzieć?
[02:03:05] - Wiktorze, ja do ciebie z pewnym problemem się zwracam, bo my bardzo wiele dyskusji poświęciliśmy temu, czego bardzo wielu autorów albo potencjalnych autorów chyba nie widzi. Bo jak my się zbierzemy, gdzieś się usadowimy i zaczniemy dyskutować, to pomysły lecą jak z rękawa. To znaczy my właściwie produkujemy dziesiątki pomysłów na godzinę. Cały problem nie polega na wymyślaniu różnego rodzaju mniej lub bardziej fajnych pomysłów, takich jąder krystalizacji dla różnych opowieści. Cały problem i nad tym bardzo często biadolimy albo się zastanawiamy, albo w ogóle analizujemy to, jak ów pomysł przełożyć na to, o czym mówił Tomek, na fabułę, w jaki sposób to podać czytelnikowi. Bo sama historia wymyślona przez nas, sam pomysł może być fascynujący, ale tak naprawdę pisarzem jest ten, kto ów fascynujący pomysł potrafi przełożyć na język literatury. Potrafi opowiedzieć historię, która ów pomysł zawiera. Ja pamiętam naprawdę dziesiątki takich naszych rozmów, w których bardzo często dochodziliśmy do takiego wniosku: „Kurczę, fajny pomysł, ale jak to przedstawić?”. Wiktorze.
[02:04:42] - Dwie kwestie się pojawiają. Po pierwsze, może porównam to wymyślanie z kucharzem, który wymyśla, co zrobi na obiad, albo jak komponuje dla całej rodziny kolację. Z takiego komponowania, z takiego wymyślania gówno wynika. Należy wziąć i zacząć gotować po prostu, zwyczajnie. Pomysł oczywiście jest coś wart, ale potem trzeba zacząć praktykować ten cały proceder. Każda twórczość, łącznie z miłością, nie może być platoniczna. Trzeba przystąpić do akcji. I wtedy po prostu się gotuje, robi się coś i tak dalej. Ale co jest potrzebne? I ja na to odpowiedziałem: trzeba to lubić.
Jak się tego nie lubi, to się tego nie zrobi.
[02:05:52] - Wiktorze, ale żeby być bardziej czytelnym, to ja podam mój ulubiony przykład. W swoim czasie Wiktor wymyślił taką oto historyjkę, pewien zaczątek opowieści. Znacie państwo tę historię, że rekiny na ogół otoczone są przez całą chmarę rybek, które pełnią funkcje usługowe. Znaczy czyszczą zęby tym rekinom i w ogóle dbają o higienę tego większego ich przewodnika, czyli właśnie rekina.
[02:06:30] - Już spaliłeś pomysł.
[02:06:32] - Nie, ja go perfekcyjnie spalę do końca. Proszę państwa, Wiktor rzucił: „A gdyby tak w naszym Układzie Słonecznym zaczęły się pojawiać takie rybki, które będą sygnalizowały, że nadpływa rekin?”. Okej, już państwo wszystko wiecie. W ogóle pomysł, znowu będę przeklinał, jest zajebisty. Tylko, proszę państwa, trzeba teraz poświęcić sporo energii, sporo czasu, żeby wymyślić fajną fabułę, która poda to nie wprost. Która poda to w taki sposób, że to będzie literatura, a nie relacja. Bo można to oczywiście zrelacjonować na półtorej strony, jak to się działo, ale to jeszcze nie oznacza, że będzie to coś fascynującego, coś, co nas porwie. I to jest ta subtelna różnica pomiędzy tym pomysłem, tym zaczątkiem a realizacją. Nie wiem. Mnie się w każdym razie ten pomysł wydaje zarąbisty.
[02:07:44] - Żeby to nie były tak dosłownie rybki, to jak myśmy sobie rozmawiali kiedyś w samochodzie, prawdopodobnie jadąc do Mierek albo do Nidy, to wyobraźcie sobie, że w naszym układzie pojawiają się jakieś statki kosmiczne jednej cywilizacji, a potem drugiej, trzeciej, czwartej, piątej. Tego nagle się zaczyna mnożyć straszliwie dużo i tak dalej. I nic nie rozumiemy, nic nie wiemy. I powoli zaczynamy dochodzić do tego, że to naprawdę
[02:08:21] - Oni nie są ważni. To, co oni zapowiadają, dopiero nadciąga, nadpływa gdzieś tam przez wszechświat w naszą stronę. A to są właśnie tylko ci czyściciele całej cywilizacji.
[02:08:38] - Tak. Tylko tak naprawdę, żeby to fajnie przedstawić, to naprawdę się trzeba wygimnastykować. Rzut oka na czat. Wojtek Terlecki, który już do nas telefonował, pisze tak: „Pułapka narracji pierwszoosobowej.” Oj, to mocne jest. „Scena erotyczna opisująca pozycję 69, znajdująca się w powieści Marcina Wolskiego.” Tak. Jednak się zdarzają czasami różne ciekawostki. Dalej. Marek Chmielewski do ciebie, Tomku: „Przepraszam bardzo, ale nie jestem rodziną Tomasza. Przynajmniej nic o tym nie wiem.” To jakbyś pytał o ewentualnych czytelników. Mysterious Strangers: „Za uzyskaną dotację na badania odmiennych stanów świadomości przez pół roku pozostawał w upojeniu.
To było dobre.” Pytanie. Pijak, badacz krwi i kości? Dalej.
[02:09:39] - To było inspirowane kolejnymi doniesieniami, jakie to cudowne efekty mają środki halucynogenne. Coraz poważniejsi są praktycy i eksperymentatorzy w tym zakresie. Co rusz mnie bombardują doniesieniami, jak to psychologia stanie się zbędna, jak się wszyscy halucynogennymi środkami upoją. Być może. Nie wiem.
[02:09:58] - I dalej czytam. Leszek Ostachowski: „Zabawy matematyczne, w tym informatyczne, są symulacjami rzeczywistości. Posiadają wszystkie wady symulacji. Dlatego, aby sprawdzić, trzeba zrealizować w materiałach docelowych.” To do ciebie znowu, Tomku.
[02:10:22] - Generalnie tak. Zawsze każdy model jest tak doskonały jak założenia, jak nasza wiedza, która stworzyła ten model. Dosyć celnie mi to na wykładzie z termodynamiki powiedział profesor, że nauka karykaturuje rzeczywistość, czyli uwypukla istotne szczegóły. To miał na myśli mniej więcej.
[02:10:43] - Okej. Ja myślę tak dobrze-
[02:10:48] - Ja mam tutaj uwagę. Zobaczcie, że to nawet może Pana Boga dotyczyć, bo cholera, na pewno ten świat nasz ziemski przynajmniej zaprojektował w sposób genialny. Ale co mu wyszło, to wyszło.
[02:11:06] - Może też miał tylko wersję demonstracyjną oprogramowania.
[02:11:10] - Być może. Pytanie, kto był twórcą oprogramowania w takim razie?
[02:11:18] - Tu wchodzimy trochę w tą naszą dyskusję o Pratchettcie.
[02:11:21] - Kolejne piętra.
[02:11:21] - Co tam kiedyś przyszedłem, żeśmy mówili o warstwach wszechświata.
[02:11:25] - Tak, warstwy wszechświata. Ale może nawet nie odwołując się do Pratchetta, to już samo to pytanie, kto w takim razie tworzył oprogramowanie, z którego ów stwórca tworzył?
[02:11:44] - Miałem taką fantazję, się nią dzieliłem, że ta moja książka to jest taka trochę krzyżówka Lema z Pratchettem, ale faktycznie pierwszy recenzent też tu bardziej te pratchettowe różne skojarzenia przytacza.
[02:11:57] - Powiem tak.
[02:11:58] - Z miłości Pratchetta, co prawda.
[02:12:00] - To, co pisujemy, jest niestety albo stety sumą naszych lektur. W związku z tym trudno byłoby, Tomku, gdyby odrobiny pratchettowskiego ukąszenia, ale sobie pojechałem. Pratchettowskie ukąszenie. Gdyby go nie było w twojej prozie. Moim zdaniem to oczywista oczywistość, że ona się tam znajduje. Pewien sposób spoglądania, sposób komentowania, tak, to nawet lepsze. To jakoś nawiązuje do tego Pratchetta. Ja nie wiem, jak on cię ukąsił, jaki się tam proces odbył, ale fakt pozostaje faktem.
[02:12:45] - A ja przetestuję w takim razie tutaj Tomka z jeszcze innej rzeczy, bo tak ciekawostkowo, na rybkę zupełnie zapytam. Przyznajesz się do Pratchetta, przyznajesz się do Kinga, przyznajesz się do wielu rzeczy i tak dalej. A ja strzelę tak z gwinta. Namawiam od pewnego czasu Marka do tego, żebyśmy kiedyś tutaj w audycji omawiającej książki zasiedli do takiej książeczki jak „Opowieści z Narnii”. A co ty na to? Czytałeś kiedyś coś takiego?
[02:13:25] - Ja chyba ze trzy tomy czytałem. Tak, jasne, to znany klasyk, bajeczkowy trochę. Ma swój klimat, fajnie się tam odpływa. Różne wątki religijne są doszukiwane. Zwłaszcza że autor się chyba nawrócił na jakimś etapie. Też bardzo są dyskutowane jego analizy religijności, zwłaszcza takiej chyba już typowo katolickiej. I to też jest ciekawa filozofia, jakby próbuje troszeczkę mądrzej patrzeć na różne tezy religijne, niż to się powszechnie robi, jakoś argumentować. Więc ciekawy autor, na pewno też taka klasyka.
[02:14:04] - No patrzcie, myślałem, że go złapię, a on czytał.
[02:14:08] - Przynajmniej pierwsze trzy tomy z siedmiu.
[02:14:12] - Tak mi się wydaje przynajmniej.
[02:14:14] - Okej. Nie, chwała ci, chwała tobie. Natomiast ja mam jeszcze takie pytanie do ciebie, Tomku. Bardzo niepoprawne. Mniej więcej wiemy, co lubisz. Lem.
[02:14:35] - A jesteśmy ciekawi, co myślisz, tak?
[02:14:38] - Nie. Pytanie będzie prostackie.
[02:14:42] - Coś przeskakżyło. Pytanie.
[02:14:45] - Pytanie będzie prostackie.
[02:14:46] - Już padło pytanie od kolegi, czym się kieruję, jak wybieram książkę i skąd wiem, że będzie dobra? Mówię: Lem przeważnie dobrze pisze.
[02:14:54] - Tak. Lema lubisz. Gdzieś tam o Pratchetta zahaczasz. Harry Harrison to inny biegun. A ile w końcu może być biegunów? Inny punkt to Harry Harrison i jego „Stalowy szczur". Wszystko fajnie. A co przeczytałeś, co cię po prostu rozwaliło i powiedziałeś sobie: „Więcej nie dotknę się do tego autora, do tej książki, do tego czegoś"?
[02:15:28] - Wiesz co? Nie mam aż takich mocnych doznań.
[02:15:33] - To powiedz to słabiej.
[02:15:36] - Nie, ja rozumiem. Jasne. Daj mi się rozwinąć, bo potem znowu będzie, że za krótko mówię. Natomiast są rzeczy, które mnie znudziły, których nie skończyłem. Narnia, po trzech tomach mi się odechciało. Natomiast na pewno z klasyki fantastyki, po opowiadaniach i na pierwszym tomie cyklu mnie znudził Sapkowski i mi się odechciało. Generalnie cenię dowcip, ale nie lubię człowieka za całokształt jego postawy. Ale powieść mnie gdzieś w połowie pierwszego tomu znudziła. Przegadana jest. Ja tego nie lubię z kolei.
Przekombinowana. Tak samo, gdy zaczynałem „Tonarentum", ten nadmiar historii, szczegółów mnie nie zachęcał. Uważam, że historia i geografia to są dwie nauki bezsensowne, bo czy gdzie indziej, czy kiedy indziej ludzie są tak samo głupi jak tu i teraz i szkoda czasu. Więc nie lubię książek przegadanych. Nie lubię, co jest bardzo powszechne u polskich autorów, przynajmniej z tego, co znam, takich właśnie autorów, którzy muszą udowodnić, że są mądrzy i gdzie tam przesadnie analizują jakieś rzeczy, przesadnie rozpisują te książki. Dużo szczegółów wciskają, mało czasami ważnych, istotnych dla akcji. Myślę, że trochę Marcin Wolski w to popada. Gdzieś tam też się zacząłem na tym „Artylandzie". To takie pierwsze skojarzenia. Nie lubię, jak jest więcej szczegółów niż myśli.
Więc ja lubię rzeczy krótkie. Lubię wyrazić myśl i tyle. Ja też nie lubię obszernie pisać, więc piszę tak, jak lubię czytać. Jak jest dużo myśli, mało tekstu. To nawet też Piotr Prokopowicz, zresztą współautor poniekąd książki, przynajmniej jednego z tekstów, to też powiedział coś takiego, właśnie porównując humanistykę z naukami ścisłymi, że oni, czyli ci od humanistyki, muszą dużo czytać. My czytamy w naukach ścisłych, naukach technicznych, czytamy dużo mniej, ale dużo więcej musimy z tego rozumieć. I to jest zdecydowanie moje podejście.
[02:17:30] - Z którym mógłbym długo polemizować, bo ludzie, którzy zatrzymują się na etapie takim oto, że przeczytałem książkę, niewiele rozumiem, ale jest wielka, to moim zdaniem jest fajne. Oczywiście przeżycie się liczy, ale ja jednak jestem nastawiony na to, żeby dane dzieło, skoro ono mnie porwało, to bym chciał chociaż wiedzieć, dlaczego ja jestem taki albo inny i dałem się temu dziełu porwać. Lubię analizować, co mnie tam ukąsiło.
[02:18:03] - Okej, ale nadal analizując myśl, analizując literaturę, nie analizujesz każdej litery. Analizujesz pewne motywy, pewne wątki, tło historyczne.
[02:18:12] - Ale czasami wychodzą z tego rzeczy, które są tak głęboko ukryte, że czasami, ja już widziałem takie reakcje, że jak brał się za książkę, za analizę książki jakiś naprawdę rasowy i taki wytrawny badacz literatury, to wyciągał z danego utworu takie rzeczy, że ludzie kręcili kółka na czołach, mówiąc sobie: wariat, po prostu wariat, wyszukuje coś, czego tam nie ma. A on potrafił później na podstawie języka użytego, na podstawie skojarzeń, na podstawie użytych fraz udowodnić, że to nie jest tak, że on sobie coś wymyślił, że to gdzieś w autorze albo w sposób świadomy, albo nieświadomy się działo. Moim zdaniem każdy, kto podchodzi do literatury w ten sposób, że to jest w ogóle bardzo prosty, mamy tutaj taki prosty algorytm i rozjedziemy każdą książkę, wiemy, o czym jest, skąd jest i po co jest. To chyba jest nieco bardziej skomplikowane. I o to mi tak naprawdę chodzi, że ja skłonny jestem nawet powiedzieć, że przeciętny autor tak do końca, to jest do ciebie Tomku, tak naprawdę, do końca swojej własnej książki nie rozumie albo nie wszystko z niej wyłapuje.
[02:19:31] - Ale ja to sam napisałem przy obu recenzjach, że recenzenci zrozumieli z książki dużo więcej niż ja. Przyjmuję to z pokorą.
[02:19:37] - Ale czy to jest wada książki?
[02:19:39] - Nie. Siadam, rzeczy się dzieją i tyle. I przyjmuję, że tam są rzeczy gdzieś poza moją świadomością. Nieraz się już z tym spotkałem, jak najbardziej. Ale dobrze, jak są. Jak autor wszystko ogarnia, to znaczy, że mało wkłada w tekst, a jak pozwala rzeczom się dziać, to jest inny.
[02:19:56] - Fajnie, że się Wiktor śmiejesz, bo myśmy kiedyś też o tym rozmawiali.
[02:20:00] - Ale mi o co innego chodzi. Wiesz, jednak w naukach ścisłych to jest prosta, krótka piłka. Zgadza się, nie zgadza. Ja nie mogę mieć fantazji, interpretacji na temat modelu matematycznego, który jeszcze muszę zrobić do doktoratu. Albo on będzie działać i będzie wynik, albo nie. Tu nie ma tych płaszczyzn, nawet szeroko pojętych.
[02:20:14] - Ale pytanie brzmi w ten sposób: co czemu służy? W naukach ścisłych rozumiem, że gdybyśmy mieli-
[02:20:23] - Trzeba na każdej śrubki rozłożyć.
[02:20:26] - Gdybyśmy mieli szerokie pole interpretacji, to nasze maszyny powstające na bazie nauk ścisłych, nasze urządzenia, te wszystkie twory cywilizacyjne One działałyby trochę dziwnie.
[02:20:41] - Właśnie w Bydgoszczy mamy tą aferę z mostem, który został zablokowany i co jest szerokim polem do interpretacji czy można jeździć, czy nie.
[02:20:50] - No właśnie. Natomiast literatura jest w innym zakątku. Ona może sobie pozwolić na szerokie pole interpretacji. Może się spotkać dwóch wybitnych literaturoznawców, którzy mogą toczyć wielogodzinne boje na temat tego, jak należy rozumieć dany utwór, a na końcu przyjdzie trzeci i powie: „Właściwie to nie wiem, któremu z panów przyznać rację, bo obaj mnie porwaliście. Obaj pokazaliście rzeczy, które są w tym dziele, które mnie absolutnie fascynują.” I moim zdaniem to jest to, co jest fajne w literaturze. I zupełnie prywata, to jest to, co w literaturze lubię. Rzut oka na czat. Mister Stranger: „Jeśli jest architekt, kreator świata, to pytanie, czy pozostawił w oprogramowaniu jakieś tak zwane easter eggi, dzięki którym połapiemy się, że to program?” Marek-
[02:21:57] - Easter eggi, to coś powiem, bo easter eggi to pół biedy. Easter eggów jest pełno i to na każdym kroku. Woda jest easter eggiem i jej zachowanie przy zamarzaniu, gęstościowe na przykład. Natomiast bardziej by mnie jakiś backdoor interesował. To wejście od tyłu, żeby namieszać w oprogramowaniu.
[02:22:14] - Może wszystko przed tobą. Czy to w poszukiwaniach stricte naukowo-technicznych, czy w poszukiwaniach literackich, tego nie wiem. Nie potrafię tego rozstrzygnąć. Dalej, Marek Chmielewski: „Czy autor planuje spotkania autorskie?”
[02:22:33] - To pytanie do wydawcy. Ja tam mogę się spotkać. Teraz nie wolno się spotykać.
[02:22:37] - Właśnie to chciałem powiedzieć, że spotkania autorskie to w ogóle zarąbista sprawa. Ale co z tego, że ona jest zarąbista, jak się później okazuje, że właściwie nie wolno? Niby teraz nawet maseczki będzie za tydzień wolno zdjąć, ale tak naprawdę nie otwierajmy, jak chciał jeden z posłów, puszki z Pandorą, bo jak-
[02:23:02] - Zresztą jak byście to sobie państwo wyobrażali? Ja mam strasznie małe mieszkanie. Może wystarczy dla czytelników, ale
[02:23:10] - Może cię gdzieś zaprosimy. Ale traktujmy przynajmniej dzisiejszą audycję jako namiastkę, ale absolutnie namiastkę spotkania autorskiego. A jeśli te nasze czasy albo właściwie to nasze otoczenie lekuchno chociażby znormalnieje, to i o spotkaniach autorskich pomyślimy. Mister Stranger, à propos tej twojej wypowiedzi odnośnie Narnii, Tomku. „Opowieści z Narnii” pisał autor dla swoich córeczek, którym chciał chyba zaszczepić wartości bardziej stricte chrześcijańskie niż katolickie. Niby tego utożsamiać nie można, ale w końcu aż tak daleko nie jest, Tomku.
[02:23:59] - Ja rozumiem, że jak chrześcijaństwo to patrzymy szerzej. Że są i katolickie i jakieś protestanckie i tak dalej, tak? To mamy na myśli.
[02:24:05] - Tak.
[02:24:06] - Już tu nie jestem aż takim specjalistą, żeby tu dokładnie wiedzieć. Mam ogólne wyobrażenie. I tak samo historię autora mam, Lewisa, jeśli dobrze pamiętam, to też mam ogólne wyobrażenie, więc cóż mogę więcej powiedzieć? Okej, przyjmuję.
[02:24:23] - Wiktorze.
[02:24:27] - Wiesz, ja jestem gotów wijać w żagle.
[02:24:32] - To znaczy? Nie, to nie tak, Wiktorze, nie o to chodziło. To jest złe zeznanie. Absolutnie. Ja tylko przypomnę, że jeśli ktoś jest bardzo spragniony takiej literatury gdzieś mocno zahaczających o sprawy wiary, o sprawy teologiczno-filozoficzne, to Lewis popełnił książkę „Listy starego diabła do młodego”. Znam osoby, które są absolutnie zafascynowane tą książką. Znam też takich, którzy niekoniecznie.
[02:25:09] - On kilka tych rzeczy zrobił.
[02:25:14] - Tak. Jeszcze napisał taki cykl, pamiętam chyba tylko jeden tytuł, „Peleandra”. To taki cykl wenusjański, częściowo przynajmniej. To trylogia była tak naprawdę. Ale słabo pamiętam. Dawno to czytałem i jakoś tak słabo zostało, mało na sicie.
[02:25:35] - „Podział ostateczny” to taka właśnie o tych zaświatach i tak dalej.
[02:25:39] - Tego nie znam, tego zupełnie nie znam. Natomiast-
[02:25:42] - Jeden z moich ulubionych youtuberów. Taki jest gość, teraz zapomniałem, taki dosyć katolicko broniący katolicyzmu i filozoficznie analizujący różne rzeczy. On ma Szymon na imię i „Wojna idei” się kanał nazywa albo Szymon mówi.
[02:25:57] - Szymon Pękała.
[02:25:59] - Szymon Pękała właśnie. Pękała, Pękala, jakoś tak.
[02:26:02] - Ale „Listy starego diabła do młodego” to jest naprawdę pewna klasyka. Można się zachwycać, można się nie zachwycać. Ja myślę, że jesteśmy o tej porze. Wiktor chce się już odmeldowywać. To jeszcze trochę, Wiktorze, bo mamy jeszcze kolejny fragment książki Tomka i proponuję go wysłuchać w spokoju.
[02:26:29] - Epoka słusznie mieniona. Perspektywa współpracy metropolii z okolicznymi aglomeracjami niesie kolejną falę korzyści ekonomicznych w zakresie: zwyrodnialec, który spożywał ciała świń, zostaje poddany przymusowej terapii w ośrodku Lepsza Przyszłość. Policja próbuje ustalić źródło. Szeroko zakrojony program wykorzystania nieużywanych już dzielnic metropolii jako podstaw pod obszary zielone, docelowo włączane do Wszechlasu. Nieprawdą jest, że W oczekiwaniu, aż zestaw montów budowlanych przywróci mój warsztat do stanu dawnej świetności, postanowiłem skorzystać z oferty lokalnych wypraw turystycznych. Miałem do wyboru kilka programów zorganizowanego zwiedzania wyznaczonych stref naokoło metropolii. Prawdę powiedziawszy, interesował mnie tylko jeden program. Od dawna miałem ochotę wybrać się w tę podróż. Skansen nieopodal zachęcał regularnie nadsyłanymi folderami turystycznymi. Historia na dotyk.
Poznaj ciężki przemysł i pradawne metody produkcji. Kolej magnetyczna unosiła nas nieco ponad szczytami drzew Wszechlasu, prosto do celu: olbrzymich hal przemysłowych, które pozostały po epoce ciężkich maszyn i długich linii produkcyjnych. Kompleks wyłaniał się z porannej mgły, emanując romantyzmem i tajemnicą. Znad koron drzew widać było co najmniej trzy budynki o zaskakująco równej powierzchni. Informator sieciowy powiadomił mnie, że to kompozyt na składnikach mineralnych ze stalowym wzmocnieniem wewnątrz, określany kiedyś mianem żelbet. Nawet ściany były zatem reliktem minionych epok. Pierwsze pomieszczenie stanowiło klasyczną halę produkcyjną. Niby wiedziałem, że tak ona mniej więcej wygląda, jednak doświadczenie tego na żywo nadal było zaskoczeniem. Kto nigdy nie widział sufitu na wysokości 15 metrów, nie zrozumie, o co mi chodzi. Pomieszczenie stanowiło magazyn.
Regały z kontenerami piętrzyły się na całej wysokości budynku. Między nimi kręciło się kilka nieporadnych automatycznych wózków widłowych. Nie robiły niczego konkretnego. Ot, atrakcja turystyczna. Rozwieszono tu i ówdzie wielkie ekrany. Prymitywna technologia, ale może chcieli zachować klimat z epoki. Animacje na ekranach informowały o zastosowanych rozwiązaniach konstrukcyjnych i funkcji poszczególnych elementów. Ciekawiej robiło się za kolejnymi drzwiami. Olbrzymia linia produkcyjna zatrzymana w pozycjach najlepiej prezentujących zadania poszczególnych maszyn wypełniała całą halę. Rozpoznawałem z grubsza wtryskarki, ramiona robotów transportowych, a zwłaszcza kombajny do obróbki skrawaniem.
Nadal nie mogę uwierzyć, że kiedyś, zamiast łączyć elementy ze sobą, by nadać im optymalne właściwości, pozbywano się dużej części jednolitego surowca metalowego, aby w ten sposób zmienić prostopadłościenny blok w pożądany element. Totalnie absurdalne marnotrawstwo. Tak samo surowca, jak i energii. Mężczyzna obok, niewysoki, gruby brodacz, prawdopodobnie wyczuł moje nastawienie. Podszedł powoli i dyskretnie zagadał. „Nieźle to wszystko wymyślili, nie?” „Co dokładnie ma pan na myśli?” „No te, co to nam tą próbują wymyślić historię. Przecież wiadomo, że taka maszyna — pokazał na frezarkę — to by w ogóle działać nie mogła. Żaden agregat tego nie pociągnie”. „Wie pan, ale kiedyś energię elektryczną czerpano z…” „Kolega to fizyki się uczył. Tak w domu, potajniacku, żeby go nie zindoktrynowali, tylko prawdę poznawał.
I wyliczył, że to by się nie dało. Nie ma takich agregatów”. „No nie. Kiedyś były elektrownie”. „Że co?” „No takie wielkie agregaty, całe fabryki prądu na bazie spalania paliwa lub reakcji jądrowych, czasem też podobno na wodę”. „A, kolega, widzę, jeszcze nieoświecony. Trudno. Przyjdzie czas. Proszę uważać”. Nie do końca zrozumiałem, czy gość próbował mi grozić, czy tylko mnie przed czymś ostrzegał, jednak zaczynałem się niepokoić.
Tym bardziej że połączenie z siecią wyraźnie słabło. Kolejne pomieszczenie prezentowało szereg pomniejszych urządzeń produkcyjnych, prawdopodobnie zwiezionych tu z innych fabryk, bo nie układały się w żadną rozsądną ciągłość. Co najmniej trzech członków ekipy zwiedzającej, w tym mój wcześniejszy rozmówca, zaczęło w różnych miejscach wypalać laserami jakieś napisy, przeważnie sprowadzające się do „precz z zakłamywaniem historii”. Reszta grupy najwyraźniej wolała się nie wtrącać. W budynku nie było też nikogo poza nami. Rolę przewodników odgrywały głównie ekrany, całkowicie obojętne wobec przejawów wandalizmu. Kątem oka zobaczyłem roboty sprzątająco-remontowe. Prawdopodobnie już czekały, aby po naszym powrocie do metropolii wszelkie ślady bytności usunąć. W sumie trochę się uspokoiłem, widząc, że chyba jednak nie planują tu robić żadnej grubszej rozróby. Miałem już z tyłu głowy wizję zamachu bombowego czy czegoś w tym rodzaju.
Jak się okazało, chcieli w zasadzie tylko zaznaczyć swoją obecność i wyrazić zdanie odrębne. Na jednym z większych ekranów rozpoczęła się główna prezentacja dla zwiedzających. Ciężki przemysł to kumulacja sił i środków w jednym miejscu. Ogromne fabryki, ogromne ilości surowców, ogromne źródła energii oraz koszty transportu do konsumenta. Wielkie bloki energetyczne przeważnie wymagają chłodzenia, czyli dużo energii się traci. Tak to wszystko dawniej wyglądało. Dopóki nie udało się profesjonalnie rozwinąć lokalnej produkcji addytywnej wykonywanej przez systemy domowe zasilane lokalnymi generatorami. Na śmieci, na resztki, na kompozyty z prywatnych miniszybów, optymalnie dobierane przez system dla uzyskania pożądanych parametrów. Naturalne tendencje rozwojowe polegają zatem na dążeniu do miniaturyzacji i produkcji lokalnej, na rozprowadzeniu wartości intelektualnej raczej w formie cyfrowej, niźli jako materię. „Kłamstwo!” – krzyknął któryś z awanturników.
Podpięli się nielegalnie pod jeden z pomniejszych ekranów i wyświetlili na nim kilka wizualizacji. Widać było na nich łąki, leśne tereny i ludzi uprawiających role za pomocą prymitywnych, prawdopodobnie spalinowych narzędzi. „Tak kiedyś wyglądało życie w zgodzie z naturą i tradycją. Korporacja próbuje nam pokazać molochy, żebyśmy uznali, że dokonała postępu. Tak naprawdę przeżywamy regres i cierpimy z tego powodu. Metropolia niszczy nasze mózgi. Ludzie, opamiętajcie się!” Nie chciało mi się dalej słuchać tego bełkotu. Wiedziałem, że podejmowanie jakiejkolwiek dyskusji jest całkowicie bezcelowe. Zważywszy, że chyba nic więcej już nie zostało do zwiedzania, udałem się powoli do punktu transportowego. Stałem tak dobre pięć minut, kiedy nadszedł kolejny uczestnik wycieczki.
Jeden z podążających w ciszy obok mnie. Widząc, że do transportu zostało jeszcze kilka minut, jakby od niechcenia zagadnął: „Się trafili negacjoniści”. „No niestety” – odpowiedziałem. „Oni nagadali dużo głupot. Przecież wiadomo, że ciężki przemysł funkcjonował równolegle z rolnictwem. To są, proszę pana, sprawy dla wszystkich rozsądnych ludzi oczywiste”. Nie chciało mi się z nim dalej dyskutować. Przeczuwałem kolejne indywidualne podejście i bałem się, że w końcu wybuchnę. „No tak” – odpowiedział, nie dając za wygraną. „Pan ma oczywiście rację, tylko pozwoli pan, inna rzecz mnie czasem zastanawia”.
„Cóż takiego?” „Jedno, z czym dotąd nie udało nam się poradzić w ramach produkcji domowej, to budowa mikroprocesorów. Czy pan widział jakąś ich fabrykę?” „Nie” – odpowiedziałem z powątpiewaniem. „No widzi pan, ja też jakoś nie wiedziałem. Wszystkie mikroprocesory dzisiaj pochodzą z odzysku. No i teraz, skoro jak jesteśmy informowani, metropolia ciągle się rozwija, a ludzi przybywa, jakim cudem tych procesorów wystarcza? Ja oczywiście przypuszczam, że to jest kwestia zaawansowanej optymalizacji, jednak jakoś mi to spokoju nie daje”. Nie bardzo wiedziałem, co mam odpowiedzieć. Oczywiście byłem pewien, że to kolejna negacjonistyczna zagrywka podchwycona gdzieś na forach sieciowych, jednak pewna wątpliwość we mnie pozostała. Jeszcze tego samego wieczoru spędziłem nieco czasu, wpatrując się w wygrzebane skądś zdjęcia starych maszyn rolniczych i wiele innych grafik oraz animacji spoza oficjalnego kanału. Jak udało mi się ustalić, produkcja procesorów wymagała większej precyzji i sterylności, niż mógłby zapewnić jakikolwiek warsztat przydomowy.
Stanowiły one zatem przypadek szczególny. Do pewnego momentu rozwijały się w najlepsze, a potem produkcję urwano z dnia na dzień. Zupełnie jakby ktoś uznał, że już wystarczy i przestał. O ile mi wiadomo, coś takiego nigdy wcześniej w historii techniki się nie zdarzało. Koniec produkcji następował tylko wówczas, kiedy dany produkt przestawał być potrzebny lub nauczono się wytwarzać go lepiej, szybciej bądź taniej innymi metodami. Co się stało z procesorami? Nie wiadomo. Zapiski starych techników, do jakich udało mi się dotrzeć, również odpowiadały, że decyzja przyszła nagle, jakoś z góry i wszyscy musieli się dostosować. Najwyraźniej korpo postanowiło ostatecznie zrezygnować z zakładów produkcyjnych, ograniczając się już niemal wyłącznie do sprzedaży projektów, oprogramowania oraz żywności. Miało to wszystko jakiś sens, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ktoś tu mnie całkiem ostro robi w konia.
Drodzy państwo, tutaj ten mój system dźwiękowy, który obsługuje Radio Paranormalium, mam zrobiony w taki sposób, że w lewej słuchawce słyszę siebie, jakieś treści odtwarzane ze smartfona i ewentualnych dzwoniących na nasz numer komórkowy, a w drugiej słuchawce, w prawym kanale słyszę wszystko to, co się dzieje na naszym numerze stacjonarnym i na naszym połączeniu na Google Meet. I słyszę, że u kogoś chyba ostro teraz się rozpadało.
[02:37:57] - A w każdym razie szumi.
[02:37:59] - Halo, halo?
[02:38:03] - Nie wiem. Ja nic nie robię.
[02:38:06] - Wiktorze, a co ty robisz?
[02:38:10] - Że tak powiem, siedzę, a nie robię.
[02:38:14] - Dobrze. To ja wrócę do czata. Leszek Ostachowski: „Rzeczywistość jest bardziej geometryczna niż matematyczna. Procedury matematyki są najczęściej monowymiarowe. Nie złapiecie raczej arcyrobotyka za gacie za jej pomocą i nie ściągniecie do służby”.
[02:38:36] - Jeszcze raz. Jak to geometryczne, nie matematyczne? To w ogóle jakieś surrealistyczne stwierdzenie. Co znaczy, że matematyka jest jednowymiarowa? Matematyka w swojej naturze nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. W momencie, kiedy zaczynamy liczyć cokolwiek, co ma coś wspólnego z jednostką długości na przykład, to to jest fizyka. Natomiast geometria jest częścią matematyki, tylko że rozważa takie byty jak punkt, prosta, płaszczyzna, powierzchnia w oderwaniu od jakichkolwiek rzeczy fizycznych. To są nadal byty abstrakcyjne. Wektor jest bytem matematycznym. To są trzy lub więcej uporządkowanych cyferek w przestrzeni trójwymiarowej trzy, w czasoprzestrzeni cztery na przykład.
No i to nadal jest matematyka. Potem jest geometria różniczkowa, są równania różniczkowe cząstkowe i to jest już jak najbardziej przestrzeń i różne zjawiska w tej przestrzeni się rozchodzące są w ten sposób analizowane, omawiane. Więc co to znaczy matematyka jest jednowymiarowa? Może szkolna, ale jak ktoś mówi, że to, czego uczą w liceum to jest matematyka, no to sorry, nie. Matematyka licealna jest durna. Nie uczcie się państwo, od razu czytajcie analizę matematyczną, bo tam to zyskacie naprawdę. Ja całe liceum ignorowałem kurs matematyki i dobrze na tym wyszedłem.
[02:39:52] - To czytam dalej. Mister Stranger: „Chodziło mi o to, że chrześcijaństwo pierwotnie jako system filozoficzny jest biegunowo odległe od jakiejkolwiek religii jako kult. Więc protestantyzmy i katolicyzmy i tym podobne to zwykłe perwersje”. Okej, czytam dalej. Marek Chmielewski: „Powieść o frezarce to jest jakiś koncept”. I dalej Marek Chmielewski: „King pisze o samochodach”. Leszek Ostachowski: „Religie to często algebraiczne binaryzmy z wszystkich ich ułomnościami. Złotą alternatywą ilości kopyt u zwierzaka na głowę.” Leszek Ostachowski: „Masz wybór albo żwierna owieczka, albo okropny dwukopytny zwierzak zmutowany”. Ciszę słyszę.
[02:40:59] - Nie wiem, do czego ty się odnosisz. Do religii trudno mi dyskutować o tych różnicach pomiędzy chrześcijaństwem, katolicyzmem czy tym. Mam mało wiedzy, nie mam jakichś szczególnych przemyśleń.
[02:41:10] - No właśnie, Tomku, w tym momencie musi to pytanie paść. Gdzieś tam kilka razy podczas audycji mówiłeś o tym. No więc nawiążmy. Ty jesteś zdeklarowanym człowiekiem, który patrzy na rzeczywistość troszeczkę inaczej, z innej perspektywy, a konkretnie jesteś buddystą, człowiekiem, który patrzy z tej perspektywy. Jakbyś zechciał o tym trochę powiedzieć.
[02:41:44] - Formalnie jestem, bo przeszedłem te inicjacyjne tak zwane ślubowanie Bodhisattwy i schronienie się przyjmuje. To jest taki-- no, jak powiem, że to jest odpowiednik chrztu, schronienie, to mnie zaraz wszyscy buddyści tutaj obsowaczą, bo zupełnie o co innego chodzi. No ale z takiego antropologicznego punktu widzenia.
[02:42:01] - Przez daleką analogię, przez bardzo daleką analogię.
[02:42:04] - No i jestem, jakoś tam się utożsamiam, co prawda z różnymi grupami miałem pewną styczność. Teraz z racji pandemii tych zajęć tak czy inaczej nie ma, więc to siłą rzeczy mniej. Ale faktycznie przynajmniej z trzema różnymi grupami buddyjskimi miałem coś wspólnego. Teraz do zen mi najbliżej, bo tam jest najmniej kombinowania. Trzeba po prostu siedzieć w ciszy i jest mniej tych różnych takich form, a więcej po prostu siedzieć, nic nie robić i się skupić, co jest takie najbardziej chyba wolne od zbędnych koncepcji. Więc tak. No a co więcej chcesz wiedzieć?
[02:42:38] - Ja myślę, że to nie tylko ja bym chciał wiedzieć. Skąd to się wzięło u ciebie? Z jakiegoś zaprzeczenia, z jakiejś negacji, tradycji, czego?
[02:42:50] - Powszechne jest faktycznie to zjawisko, zwłaszcza ateizmu i różnej ucieczki poprzez negację Kościoła. Ale tutaj już powiem od razu, że to nawet Dalajlama odradza i pierwsze wykłady, jak gdzieś tam się Dalajlama pojawiał na zachodnich uniwersytetach, to zawsze mówił, że dużo lepiej pozostać przy własnej religii. On zdecydowanie odradza, w ogóle buddyzm nie misjonuje. I to też, jeśli ktoś z państwa być może, nie daj Boże, uzna, że cokolwiek ja tutaj powiem czy mówię ma sens, to naprawdę odradzam zainteresowanie buddyzmem jakieś bardziej praktyczne. To nie jest dobry pomysł. Zwłaszcza jak ktoś wyznaje jakąś religię, to zdecydowanie powinien się jej trzymać. I to trzeba powiedzieć. Buddyzm z zasady nie misjonuje, wręcz przeważnie jest przeciwny temu. Natomiast ja o tyle czuję się tutaj niesprzeczny w tym, co mówię, że ja już od dawna nie czułem się katolikiem, kiedy się zainteresowałem buddyzmem. Jakoś dosyć wcześnie, jeszcze na etapie jakieś, powiedzmy, podstawówkowej, już te dyskusje z katechetami podejmowałem i jakoś trudno mi było przyjmować to, czego próbują mnie tam nauczać.
Więc to było jakieś tutaj kolejne wejście w relację po długim okresie, powiedzmy, raczej analizy tej rzeczywistości, też trochę duchowej i tak dalej, różnych propozycji. Też mi się zdarzało, nie wiem, dyskutować ze Świadkami Jehowy na przykład, ale no to trudno to poważnie traktować, więc tam byłem raz czy drugi i przestałem się tym interesować, bo to faktycznie szkoda czasu. Natomiast buddyzm, wiesz co, chyba gdzieś koło 2008 roku był wywiad z Dalajlamą u Tomasza Lisa i faktycznie stwierdziłem: to, co ten facet mówi, ma sens. W sensie może niekoniecznie Lis, chociaż też czasami. Jeszcze zanim był naczelnym w tygodniku, a tylko był telewizją, wydaje mi się, że tak trochę więcej sensu miały te programy. No i tak uznałem, że faktycznie to podejście mnie jakoś tam bardziej przekonuje. Opiera się bardziej na podejściu praktycznym. Tam jest mało do wierzenia, dużo takich, powiedzmy, filozoficzno-analitycznego podejścia do rzeczywistości, a mało do przyjmowania na wiarę. Więc gdzieś to był ten początek. Zobaczyłem, jak to w praktyce wygląda.
No wygląda różnie, no bo wiadomo, są różne grupy. Nie chodzi teraz o to, żebym marudził tam, co mi się nie podoba, no ale są różni ludzie, są różne grupy. Nie zawsze to było mi ze wszystkimi po drodze na dłuższą metę, ale idea wydaje się słuszna.
[02:45:06] - Okej, rzut oka na czat. Leszek Ostachowski: „Matematyka trójwymiarowa również operuje na skończonych liczbach. Liczby są tylko sztucznymi reprezentacjami, symulacjami”.
[02:45:21] - Nie, pan mówi o numeryce. Pan mówi o symulacjach numerycznych. Właśnie matematyka tym się różni od symulacji numerycznej, że jest nieskończona, operuje na nieskończoności. Rachunek różniczkowy to są rzeczy nieskończenie małe, a skończone są wszelkie komputerowe reprezentacje matematyki. W tym momencie przechodzimy do zbiorów dyskretnych, do właśnie symulacji numerycznych i tam jesteśmy ograniczeni właśnie tym, że komputer może przetwarzać skończoną liczbę elementów. Dlatego komputer nie jest maszyną matematyczną, jakby niektórzy chcieli. Komputer jest właśnie maszyną numeryczną, maszyną dyskretną, przetwarzającą skończoną ilość elementów na raz. I tu zgoda. Natomiast matematyka to jest właśnie analiza teoretyczna, gdzie się pojawia ta przewrotna ósemka, która oznacza nieskończoność i na tym się pracuje. I dlatego nie mamy doskonałych metod przedstawiania komputerowego właśnie tego, co żeśmy sobie matematycznie założyli i wyobrazili, że matematyka jest w tym założeniu nieskończona.
Rzeczywistość matematyczna jest nieskończenie podzielna, a rzeczywistość fizyczna jest skończenie podzielna. W końcu dojdziemy do jakichś cząsteczek, których się już tak łatwo podzielić nie da. To jest różnica pomiędzy matematyką a rzeczywistością i w tej rzeczywistości również komputerem, który też ma, jak wielkiej pamięci by nie miał, zawsze jest skończona i zawsze ilość elementów jest skończona.
[02:46:41] - Tak. Miło posłuchać refleksji na tym poziomie, którą się jeszcze rozumie. Resztkami już po prostu.
[02:46:51] - Ilości elementów skończonych potrzeba właśnie.
[02:46:54] - Ale jednak się jeszcze rozumie. Jeszcze nie jest tak źle. Tomku, ty mi uciekłeś, kiedy pytałem o to, jakiej literatury nie lubisz i co ci tam. No dobra, to ci daruję.
[02:47:07] - No, Sapkowskiego.
[02:47:08] - Tak, ale w gruncie rzeczy nie wchodziłeś głęboko specjalnie w analizę.
[02:47:13] - Polskiej.
[02:47:14] - Tak, ale co to znaczy polskiej? Dobra, słucham? Czego? Kogo?
[02:47:19] - Sapkowskiego. Odbiłem się od tego „Ogrodu” Grzędowicza.
[02:47:25] - A, od Grzędowicza.
[02:47:26] - Facet musi pokazać, jaki jest mądry. Nawet się z fajką fotografuje, żeby na pewno każdy miał pewność.
[02:47:31] - A to tak, wielu autorów fotografuje się z fajką, bo to podobno dostojeństwa natychmiast dodaje. Być może. Ale ja mam inne jeszcze, Tomku, do ciebie, dosyć sztampowe pytania, ale w każdej rozmowie dotyczącej jakiegoś dzieła tego rodzaju pytania muszą paść. A w każdym razie to pytanie musi paść. Czy ty gdzieś w głowie albo tak już na krańcach wyobraźni jakiś projekt, wstępny przynajmniej, tej drugiej części „Cyber-Jockeya” masz czy nie masz? Czy to jest absolutna enigma i zapowiedź w książce, czy też gdzieś on tam w tobie tkwi?
[02:48:21] - Tak pół na pół. Jest parę różnych myśli. Jest taki tekst, co mam rozgrzebany i już powstaje pod kątem tego, co sam chciałeś robić, też tę archeologię kosmiczną.
[02:48:31] - Tak.
[02:48:32] - Ten tekst jest. Nawet miałem nadzieję, że go skończę przed audycją, ale jeszcze gdzieś tam trochę się pozacinałem, trochę mi pomysłu zabrakło. Ale powiedzmy, że już jest tam przeszło 10 000 znaków, gdzieś tam do 15 chcę mieć doczłonyć, bo takie jest wymaganie. Więc to być może nawet na dniach, jak mnie najdzie, to skończę. A jak uda z tym zbiorkiem, to pójdzie, jak nie, to może przynajmniej w audycji w ABW będzie prezentowany. Więc coś tam jest. I mam parę różnych pomysłów, tylko musimy bardzo poważnie pogadać, czy to ma sens. Niech te parę miesięcy ta książka pożyje na rynku i sami zobaczycie, czy to wam się opłaca. Bo wiesz, jednak okej, ja przyjmuję do wiadomości, że są słuchacze, którzy nie są moimi znajomymi ani rodziną i kupili. Ale umówmy się, że jest takich osób mało, a ja też nie chcę znowu po raz drugi tym samym znajomym z pracy wciskać kolejną książkę, bo obawiam się, że może się nagle okazać, że sprzedaż będzie mniejsza niż była pierwszego tomu.
Bym się nie zdziwił. Więc naprawdę poczekajmy i zobaczmy, czy to ma sens, żebym ja nie będę tracił czasu ani pieniędzy, jeżeli to nie ma.
[02:49:40] - Mr Stranger pisze: „Trudno o religii rozmawiać, ale też ciężko od religii uciec. W całej historii świata aż do dzisiaj nie było ani jednego państwa, ani jednej kultury bez religii.” Zapadła cisza.
[02:50:00] - Wiesz co, co mogę powiedzieć? To jest tak, że ja podziwiam i szanuję ludzi, którzy uważają, że potrafią całkowicie na racjonalizmie się opierać. Ja byłbym tu ostrożny i jednak wolę jakieś większe ode mnie tutaj zaplecze, powiedzmy filozoficzne, mieć i taki system właśnie pewnej wartości. Z pewną powierzchownością, też ze świadomością, że buddyzm jest bardzo niedoskonały. Jak ktoś państwu mówi, że to jest religia pokoju, to kłamie albo nie ma wiedzy. Buddyści w Tybecie też się zabijali, ale chyba najbardziej krwawy reżim Pol Pota jest oparty na buddyzmie theravādy, więc to jest równie krwawa religia jak każda inna i równie niefajne rzeczy się tam działy w historii. Natomiast mówię, ten kształt, przynajmniej ten jakoś powierzchowny kształt, który gdzieś tam dociera do nas z tych państw wschodnich, jakoś tam mnie przekonuje. Ale też mówię, trudno mnie tu gorliwym praktykującym czy wyznawcą nazwać. Czasem się z ludźmi spotkam, posiedzę w ciszy i ot, cała religijność.
[02:51:05] - Znowu czat. Leszek Ostachowski: „W fizyce ta skończona niepodzielność jest tylko postulatem.”
[02:51:11] - Skończona podzielność. Nie skończona niepodzielność, skończona.
[02:51:15] - Skończona niepodzielność jest tylko postulatem.
[02:51:20] - Jest postulatem, ale to nieskończona podzielność, tak? Skończona niepodzielność.
[02:51:26] - W fizyce ta skończona niepodzielność-
[02:51:28] - Chyba nieskończona podzielność raczej powinno być, nie?
[02:51:31] - Czytam, jak jest napisane.
[02:51:33] - Tak, jest postulat. Oczywiście, bo rachunek różniczkowy to jest matematyka, a materia... Tak, zgadzamy się. A materia? Materia się dzieli do pewnego momentu, a potem trzeba kombinować.
[02:51:44] - Rzecz obyczajowa, Mister Stranger. Co do fajki, jak byłem w marynarce wojennej, to pojawił się nowy rekrut, który od razu założył czarny golf i wsadził fajkę w zęby. Wyglądał jak stary wilk morski. Ale tylko wyglądał. Trochę tak jest. Dobre to podsumowanie.
[02:52:05] - Pamiętam, jak miałem angielski na studiach doktoranckich, pani chciała, żebyśmy wytłumaczyli po angielsku, czym się zajmujemy w swoich badaniach. To ja tłumaczę ten model tak zwany kontynualny, czyli jak traktujemy materię w fizyce, w mechanice jako jednak pewną całość, jednolitą masę. I mówię, że w analizie tej materii dążymy do bardzo małych fragmentów, żeby ten rachunek różniczkowy miał sens, to musimy wziąć tak mały fragment, jak to tylko możliwe. Pani pyta: „Czyli jak mały?”. „As small as possible. So how small?”. To jej mówię: „Dobra, co to jest prędkość? Prędkość to jest zmiana przemieszczenia w czasie. I teraz w jak małym czasie? Jak najmniejszym, żeby się to przemieszczenie w czasie zgadzało.
Jak najmniejszym, żeby nam ten licznik prędkości w samochodzie działał. W danym, każdym momencie podawał właściwie tę prędkość. To jest właśnie to różniczkowanie”. I tak jest z tą podzielnością. Wiadomo, że czas można teoretycznie dzielić w nieskończoność, chociaż nie wiem, jak by to w pewnym momencie się działo.
[02:53:12] - To znowu rzucam okiem na czat. Znowu dosyć prowokacyjny wpis Marka Chmielewskiego: „Buddyzm nie stworzył cywilizacji”.
[02:53:26] - Co stworzyło? To teraz pytanie, co to jest cywilizacja? W ogóle czy jakakolwiek religia, kultura stworzyła cywilizację? Co Rzym stworzył, cywilizację? Nie wiem. Marek, ty jesteś historykiem, to może wytłumacz mi.
[02:53:39] - Historykiem to może słabo jednak, historii nie kończyłem. Natomiast powiem ci tak. Ktoś tu wpisywał, że religie zawsze były z określonymi cywilizacjami powiązane, stanowiły jakiś ich filar. To jest prawda. Ja nie twierdzę, że tak musi być i że tak zawsze będzie, ale na razie-
[02:53:59] - Buddyzm nie stworzył cywilizacji, bo pojawił się w Indiach na bardzo rozwiniętej cywilizacji. Oczywiście tych różnych hinduizmach i tak dalej. To jest prawda. I jakby nie miał, i może na tym polega. Wiesz co, pamiętam na jakiejś dyskusji o filozofii, pamiętam na wykładzie profesora Łukasiewicza padło pytanie: „Kto był największym filozofem antycznym?”. Ja mówię: „Sokrates”. Na co profesor mówi, że Arystoteles jego zdaniem, bo Sokrates to raczej za dużo nie napisał. Ja mówię: „Na tym właśnie polega jego wielkość”.
[02:54:28] - Tak. Wyobrażam sobie tę scenę. Znam obu panów wymienionych z tej dyskusji. Widzę to oczyma wyobraźni. Profesor, który jest człowiekiem niezwykłej dobroci i niezwykłej łagodności, odpowiadający na tę prowokację Tomka. To musiało być jedyne w swoim rodzaju.
[02:54:51] - Miał dużo kulturotwórczych nawykw na pewno. Z takich prostych szamanizmu do pisma i tak dalej. Przekaz kulturowy z Indii do Tybetu przeszedł przez buddyzm.
[02:55:06] - Panowie, ja tak czuję, że my mamy już takie pogwarki końcowe. To bardzo dobrze. Tomku, głos dla ciebie. Tak zawsze trzeba na koniec audycji jakieś podsumowanie, słowo do słuchaczy pod tytułem: „Kupujcie tę moją książkę, błagam was, litości!” albo coś takiego.
[02:55:29] - Link chociaż, żeby wiedzieli, gdzie szukać.
[02:55:32] - Myślę, że na Bonito ruszajcie państwo. Tam książki.
[02:55:37] - Parę sztuk, ostatnie sztuki zostały.
[02:55:39] - Nie, spokojnie, doślemy następne. Kupujcie państwo.
[02:55:43] - Robisz mi zepsutą strategię marketingową.
[02:55:45] - Ja wiem. Skolko угодно, ile państwo sobie tylko zażyczycie, to my i tak doślemy.
[02:55:51] - To jest jeden z powodów, dlaczego ta książka się sprzedaje. Marek się kompletnie nie zna na marketingu.
[02:55:57] - Tak.
[02:55:57] - On powiedział: „Zaraz się skończy, może by ktoś kupił”.
[02:55:59] - Tomku, nawiązuję do początku. Skoro najpierw narzekasz, że się sprzedało mało, to nie mogę mówić, że się właśnie kończy, bo bym naraził wydawnictwo na śmieszność, bo my drukujemy jakieś homeopatyczne nakłady. Nie. W każdym razie kupujcie. Ale dobrze. Głos dla ciebie, Tomku. Słowo do słuchaczy. Nie wiem, błaganie o litość. Nie wiem. Kupujcie, bo na przykład coś mi się stanie albo i tak dalej.
[02:56:30] - Właśnie tak. Dokładnie. Wiesz co, Marku? To jest może dobra puenta, bo ja jutro jestem zapisany na też kontrowersyjne szczepienie i może jakby mi się coś stało, to będzie okazja, żeby sprzedać jeszcze parę egzemplarzy. To bądźcie gotowi z in memoriam czy coś takiego, to może jakoś przebijemy, będziemy mieli te pięć minut.
[02:56:48] - Nic się tak dobrze nie sprzedaje jak dzieła pośmiertne, z całą pewnością.
[02:56:52] - Jeszcze śmierć autora w kontrowersyjnym temacie, to by było coś.
[02:56:56] - A prawda jest taka, że pójdziesz, zaszczepią cię i nic ci nie będzie. Wiele pań i wiele przychłonic. Ale dobrze.
[02:57:04] - Może poboleć, może być trochę gorączki, różne są relacje.
[02:57:11] - Tak. Tu jeszcze Marek Chmielewski pisze: „A chrześcijaństwo stworzyło pewną cywilizację”. To prawda. Myślę, że to nie jest-
[02:57:19] - Zdecydowanie jak najbardziej polecam pozostać przy chrześcijaństwie. To jest dużo łatwiejsze i bardziej sensowne. Buddyzm jest indywidualną taką trochę filozofią. Bo jest filozofia, jest religia, jest nauka pewna buddyjska, która w ogóle do nas nie dochodzi. Tam są duże rzeczy, ale to jest bardzo indywidualna droga, więc zdecydowanie chrześcijaństwo ma sens.
[02:57:42] - Myślę, że to jest taki sygnał dla nas, Wiktorze, jako prowadzących audycję, że powinniśmy w przewidywalnym okresie czasu zrobić audycję na temat cywilizacji. Może na przykład na temat książek Konecznego. Nie wiem, jeszcze pomyślę o tym. Co prawda wielu naszych słuchaczy narzeka, że jak zaczynamy robić audycje na temat książek dotyczących cywilizacji czy chrześcijaństwa, czy w ogóle wiary, to wchodzimy bardzo szybko w obszary, w których kończy się wielkość, czy to literacka, czy to naukowa. Zaczynamy dywagacje i ludzie już nas nienawidzą za to, że mamy inne zdanie niż oni. Jakoś inaczej na to patrzę. Cały sens tego jest wymieniać poglądy, a przy okazji nie znienawidzić się przy tym. Możemy mieć różne zdania na temat cywilizacji, na temat wiary, na temat istotności tej wiary czy też braku tej istotności. Ale nie chodzi o to, żebyśmy walczyli na noże. Ja zresztą też zauważyłem, że podczas takich audycji bardzo często czat gotuje się od tak zwanych stwierdzeń radykalnych.
Niemniej jednak, ponieważ taka potrzeba się pojawia, pewno wcześniej czy później trzeba będzie tego rodzaju audycję zrobić. Co ty na to, Wiktorze?
[02:59:08] - Nawet mam pomysł, żebyśmy zrobili audycję na temat cywilizacji według Sid Meiera.
[02:59:17] - Oj, ale jestem chyba nie-
[02:59:19] - To jest gra komputerowa. Stwórca tej gry „Civilization” jest.
[02:59:23] - Tak. Rozumiem.
[02:59:25] - Naprawdę byłaby rozrywkowa, a ja bym mógł tak poujeżdżać.
[02:59:32] - Ale to wiesz, Wiktor, żeby to nagrywać na wideo. Są dosyć popularne takie materiały na YouTubie, że ktoś gra w grę i to komentuje. Tylko ktoś by ci musiał sprzęt dostarczyć, to zarejestrować, to by może jeszcze coś zarobił na stare lata.
[02:59:44] - To musiałaby powstać mutacja tej audycji, bo ta audycja póki co to jest „Bibliotekarium”, a nie, szukam jakiejś zgrabnej nazwy. „Komputerarium”, nie jest tragiczne, ale mogłoby być lepsze. Więc na razie „Komputerarium” niekoniecznie. Pomyślimy. Natomiast już państwu mogę w tej chwili powiedzieć, co będzie za dwa tygodnie. Za dwa tygodnie spotkamy się z Michałem Stonawskim i z jego książką „Paranormalne”, która ma oczywiście podtytuł „Prawdziwe historie nawiedzeń”. Myślę, że to jest dobra książka do tego radia, w którym jesteśmy, czyli do „Paranormalium”.
[03:00:37] - Ja tylko jeszcze dodam, że Michał Stonawski już raz gościł z tą książką w którejś z „Debat Niekontrolowanych” prowadzonych przez Beatę Kampę. Myślę, że dosyć ciepło go słuchacze przyjęli, także myślę, że na pewno już teraz będą sobie rezerwować wieczór za dwa tygodnie.
[03:01:00] - Zapraszamy bardzo serdecznie. Za dwa tygodnie zatem „Bibliotekarium” i książka „Paranormalne. Prawdziwe historie nawiedzeń”, autor Michał Stonawski. Za tydzień oczywiście spotykamy się, proszę państwa, w tym samym gronie. Już nie na żywo, tylko z puszki. I będziemy gadać o opowiadaniach, tak jak to zwykle robimy. I teraz cóż, jeszcze raz ci, Tomku, dam szansę. Co byś ostatnie słowo wyrzekł do naszych szanownych słuchaczy?
[03:01:37] - Cóż mogę państwu powiedzieć? Książka, jako się rzekło, jest zbiorem moich myśli. Jeżeli ktoś będzie tak uprzejmy, że kupi, to już dobrze. Jak jeszcze przy okazji przeczyta, to już chwała mu tym bardziej. Będzie mi bardzo miło. Natomiast zdaję sobie sprawę, że akcji jest mało, a osoba pierwsza i też nie każdemu się to może spodobać. Póki co te relacje, recenzje i oceny są raczej pozytywne, więc jeszcze się nie spotkałem z jakąś ostrą, merytoryczną krytyką tej książki. Więc też zapraszam, bo zawsze byłoby ciekawe doświadczenie poznać też głosy przeciw, bo jako żywo za bardzo jestem głaskany póki co z tą książką. Może odbiór nie jest duży, ale taki jednoznacznie pozytywny, że aż coś nie tak. Więc zachęcam.
[03:02:22] - Ja tylko państwu jeszcze polecę jedną lekturę. Wejdźcie sobie państwo na Bydgoskie Centrum Kultury. Tam odnajdźcie miesięcznik, który nazywa się „Bydgoski Informator Kulturalny”. Znajdźcie sobie państwo ostatni numer. Tam znajdziecie państwo artykuł, recenzję, w każdym razie wypowiedź też naszego gościa, Tadeusza Krajewskiego na temat książki Tomka. Myślę, że to lektura, która w przeciwieństwie do naszej audycji powie państwu znacznie więcej o tym, co tam w głowie Tomka siedzi, a czego sam Tomek nawet nie wie. Myślę, że Tadeusz Krajewski bardzo analitycznie podszedł do książki, o której dzisiaj rozmawialiśmy.
[03:03:13] - „Bydgoski Informator Kulturalny” jest dostępny za darmo w internecie właśnie. Nawet nie ma teraz wersji papierowej akurat.
[03:03:19] - O tym mówię właśnie, żeby zajrzeć, znaleźć, przeczytać. Recenzja jest pochlebna. To może nie jest najlepsze, bo powinien autor recenzji zjechać Tomasza Fąsa do kości, wtedy byłoby co czytać, a tak go chwali.
[03:03:35] - Ale autor powiedział, że nie recenzuje książek, jak ich nie lubi. Także-
[03:03:38] - Właśnie. Tak, ale powinien zrąbać go tam do kości, to przynajmniej krew i łzy, i pot, i wszystko by się lało. A tak go chwali Ale to jest takie bardzo refleksyjne chwalenie. Myślę, że tak jak Tomek tu najlepiej podsumował, dowiedział się, o czym napisał książkę. Przynajmniej częściowo dowiedział się, o czym tę książkę napisał. To coś w tym jest.
[03:04:04] - Może trzeba dać recenzję naczelnemu pisma, to wtedy by zjechał, ponieważ naczelny swego czasu wyzwał mnie od chamów i usunął ze znajomych na Facebooku.
[03:04:14] - Ale to z zupełnie innego powodu!
[03:04:17] - No właśnie, jeszcze powiem, jak już kończymy i głupotach, to było dlatego, że była ta akcja MeToo, że się wszyscy przyznawali, jak to strasznie byli skrzywdzeni. To ja napisałem, że aż głupio, wstyd się przyznać. Nikt mnie nigdy nie molestował, nawet nie próbował. I tak stałem się celem ataków wszelkich osób, które tę akcję za ważną uznały, że nie można tutaj żadnej ironii.
[03:04:41] - Ty, Tomku, po prostu miałeś luki w pamięci i nie mogłeś sobie przypomnieć, bo na pewno ktoś kiedyś gdzieś coś.
[03:04:49] - Nie, ta reakcja ma pewien sens, bo jeżeli zakładać, że tu wszyscy strasznie cierpią, to nie można żartować. Ale z drugiej strony nikogo personalnie nie zaatakowałem, więc nie wiem.
[03:05:00] - Cóż, to jest charakterystyczne dla naszych czasów.
[03:05:04] - Ale recenzję puścił. Może nie pamiętał już.
[03:05:06] - Musimy wiedzieć, musimy czuć, że kogoś nienawidzimy, bo inaczej nie mamy pełni człowieczeństwa. Troszeczkę tak zaczyna wyglądać. Czy to jest normalne? To chyba nie jest normalne. Czytam tu na czacie, Tomku, wiele pochwał pod twoim adresem. Ludzie piszą, że bardzo im było miło ciebie poznać i że cieszą się, że cię poznali.
[03:05:34] - Czyli ABW nie słuchają. No to trudno.
[03:05:39] - Może nie wszyscy są zainteresowani.
[03:05:42] - Zapraszamy do ABW!
[03:05:43] - Może chodzi po prostu o to, że dzisiaj pokazałeś swoją drugą, trzecią, entą stronę i to może jest najcenniejsze w tym wszystkim. Wiktorze, ty jeszcze na koniec.
[03:05:56] - Nie, ja zamiast Tomka zachęcę wszystkich do czytania tej książki. Może wreszcie ktoś go skopie. To jest okazja być kopaczem przecież.
[03:06:07] - Kurczę, też bym chciał, ale nie mogę znaleźć argumentów. Mnie jest ciężko kogoś skopać.
[03:06:14] - To można skopać, tylko niestety trzeba coś wiedzieć, bo ta książka jest strasznie merytoryczna.
[03:06:19] - Dziękuję ci bardzo. Czuję się w jakiś sposób usatysfakcjonowany.
[03:06:24] - Inspiruję!
[03:06:25] - Nie, słaba inspiracja, bo ja na pewno nie będę twojej książki oceniał pod tym kątem merytorycznym, o którym już mówiłeś. Natomiast oceniałbym ją pod kątem literackim i tu się też nie mogę zdobyć na żadne głębsze słowa krytyki.
[03:06:40] - Za brak akcji można. Faktycznie, nawet jak słuchałem tych tekstów, też miałem wrażenie, że chwilami trochę dłużyzny było, niepotrzebne rozciąganie.
[03:06:47] - Ja nie wiem, skąd się wziął ten fetysz akcji przede wszystkim. Nie powiem, ja sam lubię książki z akcją, co nie znaczy, że akcja jest jakimkolwiek wyznacznikiem jakości książki.
[03:07:01] - Akcja jest bardzo ważna. Jak widziałem klipy z kręcenia filmów porno, to oni sobie palą, popijają whisky, ale w pewnym momencie facet podchodzi do kamery i woła: „Akcja, akcja, akcja!” No i wtedy wszystko rusza. Akcja jest najważniejsza.
[03:07:22] - Na pewno w filmie porno. Jak będziemy przygotowywać do druku, proszę państwa, „Cyber_Jockeya” w wersji porno, to na pewno państwa o tym uprzedzimy. Tam na pewno będzie sporo akcji. Nie wiem, czy twórcą będzie Tomek, czy też może jakiś autor na licencji, ale to wszystko dogadamy jeszcze w swoim czasie. A już tak, żeby jakoś tak na szybko skończyć audycję, bo tematy zaczynają się robić takie przyciężkawe, to jeszcze raz powtórzę: za dwa tygodnie zapraszamy na audycję z Michałem Stonawskim, a za tydzień oczywiście ABW. Dobrej nocy życzę państwu.
[03:07:59] - Hej, hej.
[03:08:00] - Dobranoc. Dzięki serdeczne.
[03:08:04] - Mówi te słowa do państwa jak prawie zawsze, zwykle Tomasz Fąs w „Bibliotekarium” się pojawia, ale zwykle z taśmy. Dzisiaj pojawił się na żywo. Mówili te słowa do państwa w składzie z ABW panowie, z „Bibliotekarium” Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz Tomasz Fąs. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Dzisiaj zakończymy audycję nietypowo, cytatem z „Cyber_Jockeya”: „I to jest, panie Cyber_Jockey, zwycięstwo sztucznej inteligencji nad człowiekiem. Nie cudaczne wykańczacze z diabolicznym srajnetem, nie pieprzona maszyna Turinga, lecz ordynarne, wszechogarniające korpo.” Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Jakieś tutaj aplauzy słyszę. A więc Radio Paranormalium oczywiście wespół z Book Radiem i bibliotekarium.pl dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień, tym razem w ABW, z taśmy, ale jednak. No i ponownie już za dwa tygodnie w tym normalnym „Bibliotekarium” na żywo.
Cześć! Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[03:10:17] - Nothing can take us far enough. Emotion far enough to get us. As the light shines so bright. Bright enough to let us in. Nothing can bridge us our devotion. Fast enough to get us. As the power flows till right. Right enough to let it begin. Yeah! So many displays among the future dreamers realize.
We travel to cognize that. A question of origin. On the emperor's advice. Seeking for to realize. The skyward starlight becomes. A question of origin. Ten thousand million beings. In the vast starlight. The dreamers sweep aside and spark your feet. As the origin tracks the emperor's heels.
The secrets unfolds. The history of the future was surely made. Just what keeps us alive. Just what makes us realize. Our home is our world, our life. Home is our world. Nothing can take us far enough. Emotion far enough to get us. As the light shines so bright. Bright enough to let us in.
Nothing can bridge us our devotion. Fast enough to get us. As the power flows till right. Right enough to let it begin. Yeah! Sticks so fast to the prophets unlimited. Looking for the signs. Spreading out the centric search for truth. Ancient ones, they watch and listen. Carrying our wishes.
Seeking for the sun to guide us through the endless skies. Just what keeps us alive. Just what makes us realize. Our home is our world, our life. Our home is our world, our life. Life is in the passion. It's in the hope that anyone. Will find the way to the secret of the bond of their heart. Living within the vision. Within the bond we all believe.
We see the hate is from the soul of anyone trying to teach it. Life is in a dream. It's in your heart, it's in your eyes. To bring you closer to the one. It's what keeps us alive. It's what makes us realize. Our home is our world, our life. Just what keeps us alive. Just what makes us realize. Our home is our world, our life.
Home is our world, our life. Sun ascending to the secret on its pure and clear to resolve. Nothing can change us now. Sun ascending to the future. Nothing can ever change us now. We follow the sun. We follow the sun. We follow the sun. Truth is a simple place. Here for us all to see.
Rich as it comes to you, as it comes to me. As I will always need you inside my heart. Peace is what we teach. A place for us all to reach. Sing as it sings to you, as it sings to me. As I will always need you inside my heart.