Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Ostatni piątek stycznia 2021 roku, 29 stycznia, krótko po godzinie 20.00 rozpoczynamy kolejne „Bibliotekarium na żywo”. Dzisiaj dyskusja będzie się toczyła wokół co najmniej wysoce osobliwej twórczości zmarłego niedawno Guya N. Smitha. Będą zatem mordercze kraby, dzwon śmierci i tak dalej, a to wszystko okraszone agonalnymi jękami i skąpane w niekończących się hektolitrach krwi. Krótko mówiąc, groza trzeciej klasy. Groza, która mimo to, niczym bagno, wciągała powieki skutecznie raz na zawsze, już niejednego. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”. Po drugiej stronie połączenia internetowo-telefonicznego są z nami jak zawsze Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. A ja jeszcze tylko przypomnę kontakty do Radia Paranormalium, bowiem audycję nadajemy oczywiście na żywo.
Można będzie do nas dzwonić na nasze numery telefonów: stacjonarny 32 746 00 08, komórkowy 530 620 493, Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać cały czas na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można także nas spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. A więc panowie, oddaję wam głos.
[02:23] - Dobry wieczór państwu.
[02:26] - Witamy.
[02:28] - Tak. Z tego, co mówił Marek, przebijało coś, co przebijało również z mojej wypowiedzi podczas zakończenia ostatniej audycji, że to jest taka literatura i taki pisarz, co może niekoniecznie byśmy go z chęcią dzisiaj na tapet wzięli, ale go weźmiemy, bo zmarł. Nie, proszę państwa, to jest nie do końca dobra narracja, bo ja oczywiście nie zmieniam zdania o bohaterze dzisiejszej audycji. To był jednak pisarz słaby. Po prostu słaby. Ale – i tu podobno „ale” niweluje wszystko, co było wcześniej – w przypadku Polski, ale przecież i świata, bo w końcu znajdował Guy N. Smith czytelników w sferze anglojęzycznej, więc w końcu jacyś zwolennicy się pokazywali. Ale w Polsce on spełnił rolę dosyć specyficzną, którą postaram się za chwileczkę nakreślić. I dlaczego ta rola taka ważna? Guy N.
Smith to jest w ogóle człowiek, który dla ludzi mojego pokolenia, pomimo całej świadomości jego warsztatu, jego klasy pisarskiej, a właściwie jej braku, to jednak sięgam po te jego książki z pewnym rozrzewnieniem. To jest rozrzewnienie oczywiście biorące się stąd, że kiedy pokazywały się na rynku, to byłem młody, niedoświadczony, czytałem wszystko, jak leci i w ogóle świat był piękniejszy. Zawsze jest piękniejszy, kiedy jesteśmy młodzi. Dzisiaj dalej jestem młody, ale świat się trochę zestarzał. Żeby tak z tego jakoś wybrnąć. I co takiego się stało? Dlaczego podkreślam, że Guy N. Smith to jest właściwie w przypadku Polski pewne zjawisko kulturowe. Ale to mądrze zabrzmiało, ale w gruncie rzeczy nie przeginam pałki, głosząc taką, a nie inną tezę. Dlaczego?
Otóż to, co nazywano zaraz po przełomie, po 1989 roku horrorrem. Tak zresztą te utwory były nazywane na okładkach książek. Mam je przed sobą, więc horror to wszystko jest horror. Dzisiaj mówi się na to groza. Już horror, wiadomo, o co chodzi, ale raczej ci bardziej wtajemniczeni używają słowa groza. Co z tą grozą? Więc kiedy ukazał się pierwszy horror na przełomie, to już była III Rzeczpospolita, już się PRL skończył, ale tym pierwszym horrorem był wydany w wydawnictwie Amber „Manitu” zupełnie innego autora, mianowicie Grahama Mastertona. Ja pamiętam, z jakimi wypiekami czytałem tę książeczkę. To była malutka książeczka. Rozpadła się w czasie czytania, bo wtedy sztuka poligraficzna jeszcze nie do końca była doskonała i brali się za tę sztukę różni ludzie i różne instytucje, więc to czasami wychodziło słabo.
Okładka od książki odpadła. Ja natomiast przeczytałem tę książkę z wypiekami na twarzy. Dlaczego? Otóż dlatego, proszę państwa, że czas PRL-u to był czas, kiedy to, co nazywamy dzisiaj grozą czy wcześniej horrorem Właściwie nie funkcjonowało. Tak, ja wiem, co mówię. W tym nowoczesnym wydaniu, bo oczywiście PRL serwował czytelnikom różnego rodzaju literaturę grozy, ale raczej sięgał po autorów XIX-wiecznych, z początku XX wieku. Dlatego pod koniec lat 70. ukazały się trzy tomy Grabińskiego. Dlatego wychodziła cała seria literatury grozy różnych krajów. Takim wspaniałym tomem był tom poświęcony rosyjskiej literaturze grozy, ale był też tom poświęcony literaturze niemieckiej.
To wszystko była groza autorów z myszką troszeczkę. Współczesnej grozy właściwie w PRL-u się nie publikowało. To zawsze były jakieś opowieści z dreszczykiem. Chętnie drukowano Edgara Allana Poe, ale to wszystko. Natomiast to, co powstawało na Zachodzie, ta literatura grozy nie miało dostępu do polskiego czytelnika, chyba że czytywał w językach obcych. Owszem, horror był obecny, też nie w nadmiarze, w kinach czy w telewizji. Tam rzeczywiście troszeczkę tego było, ale ponieważ PRL-owska władza niechętna była takim irracjonalnym motywom, które się w horrorach pojawiają, czyli jakieś duchy, wampiry i tym podobne stwory nie z tego świata. W związku z tym to w jakiś sposób przekładało się na to, co ukazywało się na rynku. Bo o ile jeszcze fantastyka naukowa była podejrzana z punktu widzenia PZPR, ale coś trzeba tym młodym i nie tylko młodym ludziom było dać, to dawano tę fantastykę naukową. Ale nie, grozy to już absolutnie nie.
Chyba że jest to groza, tak jak powiedziałem, XIX-wieczna, może z początku XX wieku. Więc nie dziwcie się państwo, że kiedy pojawiła się wolność, tę „wolność” to aż się zastanawiam, czy jednak w cudzysłów nie wziąć, ale w każdym razie przyszło nowe. I co? I zaczęły się pojawiać, tak jak powiedziałem, horrory. Pierwszy, tak jak to odnotowałem, był „Manitu” Grahama Mastertona, a później otworzył się worek z horrorami. Wiktorze, czy ty pamiętasz te czasy, o których w tej chwili mówię?
[09:06] - Pamiętam dobrze, chociaż się z tobą nie zgadzam, że rolę braku tego towaru na polskim rynku do tego rękę przykładała jaśnie nam panująca PZPR oraz system. Mam wrażenie, że to zupełnie inne motywy blokowały wchodzenie tego typu literatury na rynek wydawniczy. Powiem bardzo krótko.
[09:42] - Ujawnij też, czy kto to był.
[09:44] - Ujawnię. Otóż mimo wszystko jednak redaktorzy wydawnictw w tamtych czasach mieli poczucie pewnego dobrego smaku i takiego syfu, za przeproszeniem, po prostu nie chcieli wrzucać między swoje książki. Trzeba powiedzieć, że ja nie mówię o tym z pogardą. To jest głęboki problem i będziemy dzisiaj na ten temat rozmawiać na pewno. Natomiast w mniemaniu również moim w tamtym czasie dzisiaj zmieniłem zdanie co do tego. Jak znałem również wydawców, to wszyscy patrzyli z niesmakiem na tego typu literaturę, więc trudno się dziwić, że nie umieszczali jej w planach wydawniczych. Również ja nie znałem wtedy żadnego tłumacza, który by się wziął za takie barachło. Dobry tłumacz. Po prostu w towarzystwie nie puszcza się bąków. Zmieniło się to w tym momencie, kiedy do wydawania książek dorwali się również ludzie ze słomą w butach.
Oni bardzo chętnie, a że na tym towarze można było zarobić, więc po prostu zaczęto to drukować i tak dalej. W PRL-u się na tym nie zarabiało. Na książkach się nie zarabiało. Do książek się bardzo często dopłacało. Tak samo jak do wszystkiego. A tutaj można było na czymś zarobić. Tym bardziej że wszystkie dobre rzeczy jednak w miarę zostały wyczerpane. Tak jak powiedziałeś, od Grabińskiego w dół i w górę książki zostały wydane, teraz można było po prostu zrobić skok na kasę, puszczając wymioty zachodnie. I to zrobiono.
[12:13] - Mam jednak wrażenie, Wiktorze, że spłaszczasz problem. Rozumiem, że to jest rodzaj pewnej prowokacji, ale spłaszczasz, bo Jak każda literatura, również ta literatura, nazwijmy ją jednak horrorem, jest niejednorodna. Ja specjalnie wspomniałem o Grahamie Mastertonie, bo ja się dałem porwać. To było nawet nieźle przetłumaczone. Całkiem niezła historia. W ogóle Graham Masterton na tle tego, o czym my dzisiaj będziemy mówić, to jest całkiem wyrobiony pisarz. Można tego gatunku nie lubić, ale trzeba mu przyznać, że facet wie, co pisze. Natomiast w przypadku naszego dzisiejszego bohatera, Iana Smitha, ja się bardzo często zastanawiałem, czy wie, co pisze. To był niesprawiedliwy sąd. Nie do końca sprawiedliwy.
Może w ten sposób to ujmijmy. Bo to były początki kapitalizmu i tłumaczyło się te książki w tempie błyskawicznym, a w dodatku tam się pojawiały takie praktyki, że się dzieliło tłumaczenie na kilka części. Jedną książkę tłumaczyło kilku tłumaczy, a później redaktorowi nawet się nie chciało zgrać tych tłumaczeń. W związku z tym zmieniały się w trakcie lektury nazwy własne, zmieniały się pewne określenia i tak dalej. To były ciekawe doświadczenia. Zerkam na czat i pisze Marek Myszograj: „Czytałem chyba w latach 90. jako uczeń jeszcze, ale to było nudne. Z fajną wówczas okładką.” To zależy co. Rzeczywiście tam się zdarzały nudziarstwa przeraźliwe. Jeszcze Jack pisze: „Czytałem kiedyś „Trzęsawisko” i zacząłem „Kraby”.
Czasy szkolnej biblioteki.” Już samo to określenie „zacząłem”, a więc nie skończyłem. Ja to nawet rozumiem. Mnie też było „Kraby” ciężko skończyć. Pociągnę temat dalej, bo rzeczywiście dałem się wciągnąć temu horrorowi właśnie dlatego, że to pierwsze tłumaczenie, ta pierwsza książka, „Manitu” Grahama Mastertona całkiem nieźle wypadło w moich oczach. Być może się myliłem. Być może zgłodniały pewnego typu literatury, nie zwracałem uwagi na jakieś niedociągnięcia. Uwierzcie mi państwo, że ja tamtego czasu „Manitu” nie czytałem. To już będzie 30 lat. Ale to jest troszeczkę tak, że bałbym się dzisiaj zajrzeć do tej książki, bo prysnęłyby moje młodzieńcze złudzenia i już bym się z tej traumy pewno nie otrząsnął. Więc przezornie stoi „Manitu” na półce i mówię sobie zawsze, że kiedyś do tego zajrzę, ale jeszcze nie teraz.
Do czego prowadzę? Oczywiście Amber wyczuł, tak jak Wiktor to powiedział, nie wydawało się w PRL-u horrorów takich nowoczesnych, w związku z czym Amber zaczął tłuc kasiorę. W ogóle „Manitu” to była jedna z pierwszych książek wydanych przez wydawnictwo. Więc zaczęli tłuc na tym kasiorę. Grahama Mastertona ukazywało się na kopy. Zresztą nie tylko jego. Był taki pisarz Herbert. On też całkiem nieźle. Sporą część z tych horrorów to były całkiem niezłe horrory, ale później za wydawanie horrorów wzięło się wydawnictwo Phantom Press. I to też było pewne zjawisko kulturowe na polskim rynku wydawniczym, ponieważ oni wydawali literaturę, muszę teraz uruchomić jakieś zdolności aktorskie, bardzo popularną, a nawet bardziej niż popularną.
Wydawali właściwie wszystko, co się rusza. I tak pojawiła się seria horrorów, której prym wiódł nasz dzisiejszy bohater, czyli Ian Smith. Ale żeby tak nie ukrzywdzać specjalnie wydawnictwa, to powiem jeszcze, że to było wydawnictwo, które wydało pierwszych pięć tomów „ Nekroskopu” czy „ Nekroskopa” właściwie, bo to jest on. „ Nekroskopa” napisanego przez Briana Lumley'a. Tak to się chyba wymawia. Wiem, że tego „ Nekroskopa” on później produkował, nie wiem, to już do nastu tomów doszło. Te pięć pierwszych tomów nawet niezłe, bo chyba w drugim albo w trzecim ten człowiek, który potrafi porozumiewać się z umarłymi, grasuje po Związku Radzieckim i tam się otwiera jakaś brama do świata wampirów. Wybaczcie państwo, nie będę opowiadał tych historii. Phantom Press dosyć konsekwentnie zaczął drukować literaturę, tak jak powiedziałem, bardzo popularną. I pierwsze tomy, które ukazały się w serii takiej z tymi fajnymi okładkami, jak to napisał Marek Myszograj, to były tomy, których nie napisał Graham Masterton.
Mianowicie był inny pisarz i zastanawiam się, dlaczego wydawnictwo zrezygnowało z niego, bo był lepszy od Iana Smitha. Pierwszy tom w tej serii to był „Gen” Harry'ego Adama Knighta, a potem „Tunel”. Za jakiś czas jeszcze ten sam autor wydał taki tomik, który się nazywał „Fungus”. To były niezłe książki, bardzo sensacyjne, szybko tłumaczone, ale on jeszcze czuł, tak mi się wydaje, o co w tym wszystkim chodzi. Mam na myśli pisanie. Podkreślam, to może nie były arcydzieła, ale ten facet wiedział, o co chodzi. A Guy Smith? To był trzeci tom, który się ukazał. Ten tom nazywał się „Dzwon śmierci”. Tytuł jest troszkę pretensjonalny.
Zaraz potem ukazał się oczywiście tomik „Dzwon śmierci 2” pod tytułem „Demony”. W związku z tym zaczęliśmy, właściwie ja wtedy zacząłem, ale myślę, że spora część naszych słuchaczy zaczęła swoją przygodę z Guyem Smithiem od tych właśnie tomów, czyli od „Dzwonu śmierci” i „Dzwonu śmierci 2”. Czy Guy Smith nie potrafił pisać? Nie. Myślę, że rzecz polega na czymś innym. On po prostu do czegoś takiego jak literackość nie przywiązywał najmniejszej wagi. W jego twórczości chodziło tylko i wyłącznie o epatowanie krwią, seksem, różnymi dziwnościami, tajemniczościami, niesamowitościami. I o to tak naprawdę chodziło, żeby tego było dużo, w konkretnych proporcjach i żeby nieustanne napięcie nie pozwalało tego tomu odłożyć, bo człowiek naturalnie chce wiedzieć, co będzie dalej. Wszystko inne, co bardzo często kojarzymy z literaturą, dla Guy'a Smitha nie miało, wydaje mi się, większego znaczenia. Więc od czegoś takiego zaczęliśmy.
I chyba trudno się dziwić, że część ludzi się bardzo wykrzywiała. Tylko nie mogę się powstrzymać i przeczytam państwu taką zajawkę na okładce „Dzwonu śmierci 2”. O czym jest ta książka? „Zalane wodą miasteczko powraca do życia. Nieliczni mieszkańcy starają się zapomnieć o straszliwej historii Dzwonnika Śmierci, czy Dzwonu Śmierci, przepraszam. Lecz pewnego dnia niespodziewanie rozległa się jego bicie. Koszmar wraca”. To właściwie wystarczy za całą reklamę. Wiktorze, coś ci się przypomniało, jak tak zacytowałem?
[21:06] - To znaczy ja zaglądałem do tych książek, bo zaglądałem do wszystkich książek, również za mądrych dla mnie. Natomiast myślę, żeby Marku wskoczyć na właściwe tory w tej całej dyskusji, to po prostu problem, który się tutaj pojawia, poważny problem, to jest rola szmiry i tandety w ogóle w naszej kulturze, konieczność istnienia jej. Tego nie można uniknąć. To nie jest tak, że szmira, tandeta to jest coś, co nie jest życiem, to nie jest chlebem powszednim. My żyjemy w większości rzeczy w straszliwej szmirze i tandecie, otoczeni czymś takim, że tak powiem wszystkim samochodziarzom mogę powiedzieć, zachwyconym, że siedzą w swoich karoseriach, że zwykle to jest przerażająca szmira i tandeta przypominająca ten dzwon śmierci co najmniej. A oni jeżdżą dumni, są pełni pychy zupełnie, że mają nowy model starej szmiry, nowej szmiry czy jakiejkolwiek. To samo się dzieje z ubraniami. To samo się dzieje ze sprzętem jakimkolwiek, który używamy, z modą, że tak powiem, organizowania tej najbliższej naszej przestrzeni życiowej, czyli pomieszczeń, w których mieszkamy. Zwykle żyjemy w przerażającej tandecie, chociaż zwykle jesteśmy bardzo zachwyceni tym, żeśmy sobie bardzo pięknie urządzili ten cały dom. Tak samo jest z książkami, z literaturą.
Jak się pisze literaturę, trzeba pamiętać, że trzeba twardo stać czasami na ziemi, a nie tylko bujać w obłokach. A stanie twardo na ziemi to, że tak powiem, czym jest życie nasze i czym jest w ogóle wszystko to, jak by to powiedzieć? Wszystko, co wytwarza biosfera nasza, co nasze piękne życie wytwarza, co nasza ewolucja wytwarza, to, że tak powiem, można sprowadzić naprawdę do gówna, bo to jest cel przetwarzania wszystkiego, nas samych, zwierząt, roślin, wszystkiego w gówno. I czyli gówno jest piekielnie ważną rzeczą.
[24:22] - Filozofujesz, powiem ci. Chyba nie ufam ci.
[24:29] - Nie ufaj mi. Ja mówię faktycznie bez przemyślenia tego problemu. Po prostu coś, co mi się nasuwa. Zresztą to bardzo cienka linia jest bardzo często między tą szmirą a tandetą, a naprawdę genialną rzeczą. Niewiele trzeba, czasami bardzo niewiele trzeba, żeby książka, literatura bardzo marna stawała się rzeczą genialną. Na przykład scenariusze niektórych komiksów nie są warte funta kłaków. Ja mówię niektórych. Natomiast robota, którą włożyli w nią graficy, potrafi zrobić absolutne arcydzieła z tandety umysłowej, że tak powiem. I odwrotnie, bardzo często. Bardzo często przynajmniej jak się przyglądałem, czasami zupełnie genialne pomysły rozmydlały się w tandetnym rysunku.
W ogóle ten rysownik niczego nie dokładał do tego. I właściwie człowiek przeglądając, odrzucał sobie zeszyt z komiksem, bo się nie nadawał do czytania. To jest wrażenie właśnie tej literackości. Literackość dodawana tekstowi w komiksie przez grafika, a pisarz również może coś takiego samego zrobić naprawdę z prostą historią. Większość literatury bardzo często to jest o dusie Maryni po prostu. To są duperelki, ale jeśli są świetnie zrobione, to są genialne po prostu i pokolenia się na nich potrafią wychowywać. Jeszcze na jedną rzecz zwrócę uwagę. Przy tych horrorach ja się akurat tutaj tak wybrzydzam, ale ja bywałem w kinach z moimi dziećmi na jakichś takich bohomazach i tak dalej. Widziałem innych rodziców ziewających i tak dalej, kręcących się niecierpliwie na fotelach, bo było to nudne i głupie. Natomiast dzieciaki siedziały z wypiekami na twarzach, przypatrzoni, zauroceni, bo tak naprawdę to, co było na ekranie w kinie, to mogło być gówno warte, ale wartością było to, co się pojawiało w umysłach dzieciaków, co one dokładały.
To zresztą jest bardzo często wartość całej literatury. Ważne jest to, co się pojawia w umyśle, w głowie czytelnika. Dobrze, jeśli to idzie w parze z tym. A jeśli nie, to po prostu jest literatura, która trafia w pewien okres. Marek, ty byłeś młody, ja byłem trochę starszy, więc już do mnie nie docierały te twoje miłości młodzieńcze. Natomiast w pewnym wieku nawet... Boże, przypomnijcie sobie całą serię japońskich bohomazów filmowych, gdzie jakaś Godzilla chodziła i tak dalej, i rozwalała, obracała pewne domy w jakimś Tokio czy gdzie indziej i tak dalej, jakby im bomby zabrakło amerykańskiej. Ale musieli jeszcze wymyślić Godzillę. No dobrze. I często były straszliwe rzeczy, ale z biegiem czasu to się przewartościowywało trochę.
Przede wszystkim Japończycy byli tym zachwyceni, bo to była ich umysłowość. Oni są tacy trochę infantylni.
[29:12] - Przerwę ci, Wiktorze. Przerwę ci, bo powiem ci, że polska młodzieńcza publiczność w latach 70. również była Godzillą i wszystkimi innymi potworami made in Japan. Była zafascynowana. Sam ganiałem do kina na kolejne odsłony tych filmideł. Mówię filmideł, ale-
[29:37] - Bo byłeś młody, Marek.
[29:39] - Tak, ale ja coś innego. Z pewnym przerażeniem patrzę na swój router, bo on prawie na pewno się dzisiaj rozłączy. W związku z tym pewno gdzieś mnie urwie. To pamiętaj, Wiktorze, żeby wtedy, zanim się złączę ponownie z audycją, pracowicie zagadać, bo coś taki podejrzany ten router. A wracając do twojej wypowiedzi, wiesz, trochę się uśmiechnąłem, kiedy powiedziałeś o tej genialności, że tylko krok od genialności do szmiry albo od szmiry do genialności. No uśmiechnąłem się nie dlatego, żebym kwestionował, tylko myślę, że wszedłeś na wysokie C. W przypadku tutaj Ian Smitha to nie jest tak, że jego tam tylko jeden krok czy cienka linia dzieli od genialności. Nie przesadzajmy, proszę cię, nie przesadzajmy. Natomiast ja jednak będę Iana Smitha bronił. Dlaczego?
No dlatego, że to Jak by to powiedzieć? Bo Ian Smith, owszem, zgadzam się z twoją diagnozą, że to młodzieńcza fascynacja i tak dalej. Ja powiem coś innego. Mam takie wrażenie, że Ian Smith żyjąc w kraju kapitalistycznym, w którym znalazł czytelników na to, co produkował, nie zetknął się z porządnym guru literackim, który by mu powiedział: „Stary, wymyślasz lepsze, gorsze historie, które gdzieś tam są napakowane grozą, ale ty, stary, jeszcze musisz troszeczkę popracować nad warsztatem, chociażby nad ułożeniem tego wszystkiego w strawną papkę, którą da się przeczytać.” To momentami jednak robione było. Przynajmniej część z tych utworów była robiona nieporadnie. Ja się tu odwołam do tego, co czytam na czacie. Galfrid Dragon: „Dzwon śmierci akurat przeciętny, ale taki „Sabat” to jest rock'n'roll.” I teraz tutaj czytam od Marka, że właśnie jak wspomniałeś o routerze, to na kilka sekund cię wcięło. Nie kracz. No dobrze, nie będę kraczał, nie będę krakał, ale ja już jak patrzę na ten router, to wiem, że on jakąś niespodziankę szykuje. Ale jestem słyszalny, rozumiem, w tej chwili?
[32:23] - Tak, cały czas jesteś słyszalny. Póki co.
[32:27] - Marku, ze zrozumieniem może gorzej, ale ze słyszalnością okej.
[32:32] - Dobrze, to ja wrócę do Iana Smitha. Galfrid Dragon jest bardzo kompetentną osobą, bo pisze: „Niedawno przeczytałem wszystkie jego książki u nas wydane. Jasne, że nie jest to nic dobrego, ale zabawa przy lekturze była naprawdę zdrowa. Szacunek dla GNS i podziękowania za mnóstwo radochy.” Ja się bardzo podpisuję pod tym, co tutaj nasz słuchacz napisał. Jeszcze tutaj jeden cytat, tylko mi właśnie uciekł. Kaduk: „Z całej twórczości Iana mogę wyciągnąć taką kwintesencję. Facet pomimo pewnych trudności nie zdradził siebie. Robił to, co kochał. Ba! Zarabiał na tym i pewnie był spełnionym człowiekiem.
Zazdroszczę.” I znowu to jest kolejny głos, pod którym jestem gotowy się podpisać. Sebastian Sokołowski: „Poza tym na świecie jest wielu złych pisarzy, a ja i wielu innych zapamiętaliśmy akurat tego jednego. W tym też jest jakaś wielkość. Zmarł w wielkim smutku, rozczarowany życiem. Cześć jego pamięci.” Też się pod tym podpisuję, bo rzeczywiście, kiedy zacząłem dzisiejszą audycję, mówiłem, że Ian Smith, nie wiem, jak na świecie, ale w Polsce to jest zjawisko. To naprawdę do dzisiaj jest zjawisko, bo to był człowiek, którego jak dzisiaj młodzi ludzie zapytają swoich rodziców, to gdzieś tam się to nazwisko będzie pojawiało. W związku z tym Ian Smith to jest człowiek, o którego gdy mnie ktoś zapyta, to ja się oczywiście zaplączę, zapluję usiłując wyjaśnić, jaki jest właściwie mój stosunek do jego twórczości. I tu bardzo dziękuję wszystkim, którzy wpisują na czacie, bo odnajduję w tych wpisach to, co właściwie chciałbym powiedzieć, a pewno czasami tak zaplączę, tak zagmatwam to wszystko, że staje się to nieczytelne. Ian Smith tak rzeczywiście, ale powiem z drugiej strony, że ktoś, kto przeczytał ciągiem całą twórczość wydaną w Polsce to jest duży szacun. To trzeba mieć dużo samozaparcia, bo ja w ogóle nie wiem, czy jestem w stanie przeczytać jednego autora w dużej, takiej rozszerzonej dawce.
Ja tylko jeszcze wspomnę, że Ian Smith był na tyle popularny, że później jeszcze do tej serii, o której dzisiaj mówimy, która wychodziła w Phantom Press, dodano jeszcze tomik zerowy. Pierwszy tom wyszedł w 1990 roku, ten zerowy tomik wyszedł w 1991. Już wydawnictwo Phantom Press tak sobie działało średnio i wydało ten tomik z wydawnictwem chyba Arka, o ile dobrze pamiętam. To był tomik, który nosił tytuł „Bestia”. Co więcej, jakiś czas później Phantom Press, już bez numeracji, ale wydał też w 1991 roku powieść „Kajmany”. Bo te horrory Iana Smitha generalnie dzielą na takie, w których pojawiają się różne przerośnięte zwierzęta, czyli na przykład te tytułowe kajmany, ale też to, co jest wisienką na torcie, czyli sześcioksiąg „Kraby.” Ja pamiętam, jak to kupowałem z jakichś straganów, bo wtedy to było popularne, że książek się nie kupowało, a w każdym razie nie tylko kupowało się książki w księgarniach, ale też obchodziło różnego rodzaju stragany i tam polowało. I tam polowałem na przykład na „Noc krabów”, to pierwszy tom. Później jest drugi tom „Zew krabów”, „Kleszcze śmierci” — ten tytuł szczególnie mnie uwiódł — „Powrót krabów”, „Odwet” i „Poświęcenie.” To jest sześć tomów z cyklu „Kraby.” I ja wiem, że można odnieść takie wrażenie, że gdzieś tu się w pewnym momencie z Wiktorem nabijamy. Jeśli takie jest wrażenie To jest to wrażenie niesłuszne. Ja naprawdę nie mam zamiaru się z tego nabijać, bo tak jak powiedziałem, szacun, tak jak napisali też to słuchacze, szacun za to, że był, że nas w pewne sytuacje wprowadzał.
Co więcej, stał się w pewnym momencie punktem odniesienia przy poznawaniu literatury związanej z horrorem, z grozą, przy poznawaniu tej literatury i przy pewnym wartościowaniu. Człowiek mówił sobie: „Tak, to jest lepsze niż Guy Smith.” A zatem horror to nie jest synonim szmiry. Groza to nie jest coś, tak jak Wiktor to usiłował w pewnym momencie powiedzieć, coś, co wtedy go nie interesowało, bo było głupie. Nie, Guy Smith pokazał, dzięki niemu między innymi mogliśmy zrozumieć, że również w tego typu literaturze możemy znaleźć i tę literackość, o której Wiktor wspomniał, ale też pewną problemowość, nie przesadzajmy oczywiście, ale pewną problemowość, która literaturze jest przypisana, która ważna jest dla literatury. I tu też kolejna zasługa. Guy Smith stał się takim wzorcem, pewnym punktem odniesienia. To lepsze określenie. Punktem odniesienia, w stosunku do którego byliśmy w stanie mówić sobie: „Coś jest poniżej Guy Smitha, to lepiej nie czytać. I coś jest powyżej albo jak daleko stoi od Guy Smitha.” Bo w pewnym momencie powiedziałem o tym redaktorze, który kilku słów nie powiedział Guy Smithowi. Bo jakbyśmy sobie rozebrali te historie, które się w poszczególnych tomikach dzieją, to one są oczywiście różne, bo przy tej ilości to one muszą być różne.
Czasami się książka autorowi uda bardziej, czasami mniej. Ale jeśliby wziąć ten wątek narracyjny, to się okaże, że Guy Smith bardzo często całkiem nieźle kombinował. To były całkiem dobrze wymyślone historie. Może nie do końca dobrze zrealizowane, ale to jest zupełnie inny temat. I czytam na forum Dragona: „Guy znokautował nasz młody rynek wydawniczy. 35 książek w raptem trzy czy cztery lata.” Ja mam wrażenie, że jednak bardziej trzy niż cztery. „Dlatego tak się nadrukował w pamięci pokolenia.” Znowu pełna zgoda. I to, Wiktorze, myślę, jest to, o czym powiedziałem, ten punkt odniesienia. To jest pewna wartość. I ja przestrzegałbym, bo rzeczywiście tu jeden z naszych słuchaczy napisał o tym, że byłoby bardzo łatwo oprzeć dzisiejszą audycję na takim oto schemacie, że zaczęlibyśmy się naśmiewać, jakżeż to Guy Smith był słabym pisarzem i w ogóle.
Taka audycja nie miałaby po prostu sensu. Absolutnie nie miałaby sensu, bo to chyba nie tak do tego trzeba podchodzić. Zagadałem cię, Wiktorze, na śmierć. To teraz mów ty.
[40:18] - Muszę się wytłumaczyć ciężko, bo wszystko, co mówię, to ma zupełnie inny wymiar niż może słyszycie albo niż Marek to komentuje. Otóż ja literatury złej, dobrej, nijakiej nie wartościuję w sposób, że tak powiem, że coś jest wyżej, a coś jest niżej. To jest wszystko obok. Dla mnie książki, te, o których dzisiaj mówimy, są absolutnie obok, nie wiem, jakiegoś „Ulissesa”, obok Stanisława Lema również i tak dalej. To są po prostu inne nisze ekologiczne, inne nisze kulturowe. Natomiast nie jest to tak, że coś jest powyżej dla mnie, a coś jest poniżej pewnego poziomu. To sprawdza się w tej niszy ekologicznej wśród tych odbiorców, takich wiekowych albo w takiej chwili po prostu, bo ktoś może mieć chwilę chęci na przeżycie czegoś takiego i po prostu wtedy po to sięga. Wartościowanie tego w pionie to jest, według mnie, głupie. To ludzie zwykle to robią, że ta wielka literatura to jest, cholera, wysoko, tak wysoko, że gdzieś tam się trudno jej dotknąć.
[41:54] - Dokładnie. Zaraz potem następuje komentarz: „A taki tam dziesięciorzędny pisarz jak na przykład Guy Smith, to w ogóle nie należy kijem z daleka dotykać.” To nie tak chyba do tego należy podchodzić. Aczkolwiek trzeba też pamiętać, że jak w jednym zdaniu pada Joyce ze swoim „Ulissesem” i twórczością Guy Smitha, to jednak trzeba zniuansować. Trzeba o tym pamiętać, bo tak jak powiedziałeś, to wszystko jest literatura. Ja się nie będę kłócił, czy to jest podział pionowy, poziomy, czy jakiś. Bardziej mi pasuje to określenie „nisza ekologiczna”. Z tym że powiem ci tak: ta literatura, co mnie jeszcze zadziwia, ta literatura wielkiego formatu, tak ją określmy, chociaż to wyjątkowo głupie określenie. Ta literatura wielka jednak przemawia do większej ilości ludzi. Nie, wycofuję się z tego. Ona może zostawia piętno większe na niektórych ludziach.
Ja powiem ci jeszcze jedną zadziwiającą rzecz. Kiedy czytałem Guy'a Smitha, byłem już naprawdę po przerobieniu w swojej głowie i nie tylko, i w swoich oczach sporej części klasyki literatury światowej. Właściwie nie tylko klasyki, ale też współczesnej. Tego, co warto było czytać, co mówiono, że jak tylko to przeczytasz, to już będziesz cool, będziesz mądry i w ogóle będzie ci gwiazdka na czole świeciła. Taki będziesz wspaniały i oczytany. Czytając Guy'a Smitha, czytałem go właśnie po takich literackich doświadczeniach, czyli czytaniu literatury pierwszorzędowej. A jednak go czytałem. Czyli tu się potwierdza, co powiedziałeś, że jednak mamy do czynienia ze zjawiskiem zwanym literaturą. Tylko tak jak nie chciałem, żebyśmy uprawiali jakiś rodzaj hejtu w stosunku do Guy'a Smitha, to też zachowajmy pewne proporcje. Owszem, wszystko jest literatura, tylko protestujesz przeciwko pionowemu określaniu wyżej, niżej.
Okej, ale jakoś to jednak rozgraniczyć trzeba. To nie jest to samo.
[44:20] - Marku, ja to bardzo prosto rozgraniczę. Kultura jest mniej więcej tak samo jak słoje w pniu drzewa. To są obok siebie. One wszystkie dźwigają to drzewo, a nie ten bardziej z brzegu albo ten w środku i tak dalej. Kultura jest właśnie taka wielowarstwowa. Tak samo jak warstwy w słojach, w pniu drzewa. To tak, jakby się mówiło, że któraś sztuka jest ważniejsza. Malarstwo albo muzyka ważniejsza jest od malarstwa albo malarstwo ważniejsze od muzyki. Nie. To są równorzędni partnerzy.
Oni mają tak samo i w ramach tej sztuki, filmu i tak dalej są różne nisze ekologiczne albo te słoje. Natomiast to się wszystko nawarstwia. Bez tego ta kultura, nasza cywilizacja by nie stała w miarę pionowo. O ile ona w ogóle stoi pionowo. I tak dalej.
[45:44] - Ja wrócę do przeglądu książek, bo po cyklu „Kraby”... Dlaczego się uśmiecham? Bo pamiętam, jak kupowałem ten cykl i czytałem. I to „Klik-klak-klak” to chyba jakoś tak tam było. To się wszystko zmieniało. Te kraby w pierwszych tomach były mniejsze, później już naprawdę bardzo mocno urosły w kolejnych. Było dramatycznie, ale to się jednak czytało. I rzut oka na forum. Sebastian Sokołowski: „Dzisiejsi polscy pisarze, szczególnie szeroko rozumianej fantastyki, mogą tylko marzyć o nakładach, jakie miał Guy w Polsce. Mówi się o ponad milionie sprzedanych egzemplarzy”.
Pełna zgoda. Dzisiaj to ułamek tego chcieliby mieć pisarze. Co więcej, to były nakłady autentycznie rozchwytywane, bo był rzeczywiście w tamtym czasie głód książki, a ponieważ nie było niczego innego, kupowano to. Chociażby te kraby.
[47:01] - Marku!
[47:01] - Tak?
[47:01] - Marku, w Polsce również Wedel był rozchwytywany, a dzisiaj leży.
[47:09] - Jakby ci to powiedzieć, żeby nie zniszczyć ci złudzeń, bo wtedy Wedel to jeszcze nie mógł się zdecydować, czy jest bardziej 22 lipca, czy bardziej Wedel. A dzisiaj Wedel w ogóle nie jest polski, należy do korporacji światowej. Ale nazwa została. Okej, dobra, nie chcę się w to mieszać, bo się zupełnie na tym nie znam. Okej, w każdym razie Guy Smith. Kolejne tomy, które się ukazały po tych krabach, które wspominam nieźle. Chociaż jak się dzisiaj na to spojrzy, a spojrzałem przed audycją, to bywa zabawnie w tej książce. Ja do dzisiaj nie wiem, nie znam na tyle języka angielskiego, żeby to zweryfikować. To musiałby zrobić ktoś mądrzejszy. Na ile Guy'owi Smithowi zaszkodziły tłumaczenia, te, o których wspominałem, że były robione w tempie szaleńczym metodą dosyć wątpliwą, o której już mówiłem wcześniej.
Za chwilę podam taki bardzo znamienny przykład tego, do czego takie tłumaczenie wyrywkowe albo takie tłumaczenie, że jeden tłumacz nie wie, co tłumaczy drugi tłumacz i czasami popadają w sprzeczność. Za chwilę przytoczę świetny przykład na to, ale idąc po kolei, siódmym tomem po krabach, bo kraby to był niby szósty tom, ale w sześciu woluminach. Później był tom siódmy, „Trzęsawisko”. To się ukazało w dwóch tomach, w dwóch woluminach. Siódemka z gwiazdką jedną i siódemka z dwiema gwiazdkami. To było „Trzęsawisko” oraz oczywiście „Trzęsawisko 2”. „Trzęsawisko 2” miało podtytuł „Wędrująca śmierć”. Powiem, że to są tytuły, wiecie państwo... Czasami te tytuły mówią wszystko. One są tak wprost, że chyba dzisiaj by nie przeszły, ale wtedy przechodziły.
Naprawdę, to bardzo dobrze widać na tym przykładzie, jak to się wszystko zmienia. Minęło około trzydziestu lat i rzeczy, które się wówczas pokazywały na okładkach czy rzeczy, które się wówczas pokazywały w zajawkach, tych książkowych blurbach czy wszystkim tym, co się pisze na okładkach, tak bardzo się zmieniły. Nawet tytuły wtedy przyciągały. Dzisiaj nie wiem, czy to „Trzęsawisko 2: Wędrująca śmierć” by przyciągnęło. A może by właściwie przyciągnęło. A czemu nie? I teraz ten przykład, który obiecałem, bo tom ósmy to nie był Guy N. Smith, to był „Karnosaur” wspomnianego już Harry'ego Adama Knighta. Ale później był tom dziewiąty i dziesiąty. Tom dziewiąty i dziesiąty to Guy N.
Smith i tomy „Pragnienie I: Symptom” i „Pragnienie II: Plaga.” Najpierw trochę o treści. To był jeden z tych tomów, który przekonał mnie, że Guy N. Smith był gdzieś bardzo blisko literackiej sprawności. Bo sposób zawiązania akcji tego, jak się wydarza katastrofa, to, co później powoduje, że ludzie mrą jak muchy, jest całkiem nieźle zaprojektowane z punktu widzenia narracji. Tam jest sytuacja, nie będę opowiadał książki. W każdym razie zanim się zdarzy to, co zabija ludzi, to ten kierowca, który jedzie ciężarówką, ta cysterna, którą ciągnie ciężarówka, jest wypełniona pewnymi nieprzyjemnymi chemikaliami. Ona się oczywiście rozbija. Dlaczego też nie powiem, ale z bardzo banalnego powodu. Jednym z tych powodów było to, że bohater był zmęczony. Ale to nie wszystko.
W każdym razie ciężarówka się rozbija, chemikalia się wylewają. No i plaga się pojawia. Z tytułem rzeczywiście „Pragnienie” jest związana. I to jest pierwszy tom. Tak jak powiedziałem, ten tom przekonał mnie o tym, że ten facet dobrze kombinował. Być może zabrakło mu tego mistrza albo tego kogoś, kto mu powie to, co powie. Rzut oka na forum. Dragon pisze: „Jako że w PRL-u horroru jarmarcznego nie było wcale, stąd taki był boom na te książeczki.” Owszem, o tym właśnie mówiłem i Galfred Dragon: „Czasami szkodziły. Zew krabów, mania. Momentami nie bardzo było wiadomo, co się dzieje.” Ale tak w ogóle to Guy po prostu miał taki styl.
Ja nie wiem, czy troszkę mu nie pomagali jednak tłumacze. Mam taką hipotezę roboczą, którą za sekundkę udowodnię. I jeszcze Galfred Dragon: „Wędrująca śmierć to był po prostu Walking Dead. Jak serial.” No tak, ale serial to chyba jednak na podstawie czego innego był nakręcony. Nawet na pewno. Tom „Pragnienie: Symptom,” „Pragnienie II: Plaga.” Otóż z obu tych tomów dowiadujemy się, że tłumacze chyba się nie poznali, a w każdym razie nie rozmawiali o tym, co tłumaczą, bo z drugiego tomu, chociaż w pierwszym dowiadujemy się, że przyczyną tragedii był wypadek ciężarówki ciągnącej pewną cysternę z chemikaliami, to z drugiej mamy takie niejasne podejrzenie, to nie jest wprost powiedziane, że tak naprawdę coś innego się stało. Jakaś inna cysterna, bardziej chyba związana z morzem. Jakiś tankowiec może. Ja przypuszczam, że tu jednak jakby sobie tłumacze ze sobą pogadali i ten od drugiego tomu wiedziałby, co jest w tomie pierwszym, to pewno by dostosował treść tej tłumaczonej przez siebie książki do tego, co się dzieje w tomie pierwszym. A tutaj przy „Pragnieniu” możemy mieć pewne wątpliwości, czy panowie się znali w ogóle i czy ten od drugiego tomu, ten to wiedział, że jest pierwszy, ale czy ten od pierwszego wiedział, że jest drugi?
To były te takie wigwacwa tamtych czasów. Tak, słucham cię.
[54:10] - Marku, ja bardzo niegrzecznie, ale wtrącę jedną rzecz, bo akurat wtedy tkwiłem w Warszawce, w tym towarzystwie phantompressowych tłumaczy i tak dalej. Po pierwsze używanie słowa tłumacze. Tłumok, to może, ale nie tłumacze. To byli gówniarze, którzy właśnie skończyli anglistykę. Nigdy w życiu nie czytali czasami żadnej książki. Może poza podręcznikami i tak dalej. Ale znali angielski i dostawali książkę do przetłumaczenia i tłumaczyli książkę. To byli tacy ludzie wtedy, Marku. Ja się nie dziwię, że te książki są źle przetłumaczone, bo to tłumaczyli je gówniarze absolutni. Ludzie niemający pojęcia w ogóle o języku polskim.
Może znający język angielski, ale nieznający języka polskiego w ogóle. O tyle, o ile Ile się, że tak powiem, gdzieś tam wychowali w jakimś klubie studenckim może. To byli tacy ludzie, więc dzisiaj mówienie o nich tłumacze, no to uhuhu, biedny ten facet był. No ale trafił na taki okres i na takich ludzi.
[55:29] - Być może. W każdym razie ja się bardzo często zastanawiałem nad tym, na ile pewne winy, które się przypisuje Smithowi, to są rzeczywiste jego winy, a na ile tego złego zrobili mu tłumacze. Ja tylko tytułem anegdoty — to nie są te czasy, ale powiem — że pewne wydawnictwo, muszę teraz z tak zwanej ostrożności procesowej bardzo uważać na słowa, ale pewne wydawnictwo wydając pewnego bardzo znanego pisarza, cieszącego się w Polsce wielkim powodzeniem, czytanego w ogromnych nakładach, pozwoliło sobie podczas tłumaczenia jednej z jego książek, a ponieważ wydawano wszystko, co napisał, myślę, że jakby zapisał gdzieś przepis na babkę piaskową, to również by to wydano w Polsce. Ponieważ wydawano wszystko, cokolwiek napisał, czy to było dobre, złe, średnie, głupie, mądre, nieważne. Cieszył się powodzeniem, więc wydawano. Ale ponieważ wydawano w pewnym określonym formacie i w pewnej określonej grubości, a jedna z książek tegoż autora była troszeczkę za gruba, to wycięto z tej książki kilkadziesiąt stron i wydano jako pełnoprawny utwór. Ktoś, kto nie zna kuchni wydawniczej, przyjął ten tom jako kolejne, mniej udane dzieło mistrza. To są praktyki, które ja nie wiem nawet, jak do końca nazwać. Co więcej, i to też wiem, dokonano tej skrobanki, tego wyskrobywania tekstu z książki w sposób nieco mechaniczny. Czyli po prostu stwierdzono, że ten wątek jest mniej ważny, w związku z tym się go troszkę zuboży, skróci, bo i tak nikt nie zauważy, że on jest troszkę za mało rozwinięty i może nie do końca konsekwentnie pociągnięty w książce.
Tak działają wydawcy. I to, proszę państwa, nie jest historia z lat, kiedy wychodziły książki Gana Smitha w wydawnictwie Phantom Press, tylko to jest historia już z XXI wieku. Co prawda z początku, ale jednak z XXI wieku. Nie wiem, Wiktorze, jak ty podchodzisz do tego rodzaju praktyk, ale to są jakieś rzeczy po prostu niebywałe. Chociaż jestem jednak naiwnym człowiekiem, bo po tym, jak trafiłem na tom Verne'a „Tajemnicza wyspa”, z którego wycięte były prawie wszystkie opisy, ja się dziwiłem, że to jest tak źle napisana książka. Ja ją pamiętałem z dzieciństwa jako niesamowitą przygodę, już pominąwszy wszystko inne, że rzeczywiście nic się tak świetnie nie starzeje jak literatura w głowie człowieka, który coś czytał w dzieciństwie. Natomiast tu byłem kompletnie zaskoczony i dopiero po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że jakiś geniusz, chcąc skrócić mękę młodego człowieka czytającego „Tajemniczą wyspę”, wyciął wszystko, co jest niepotrzebne, czyli opisy. To są działania, które być może jakieś osoby nazwą zbawiennymi. Ja je uważam za kompletnie poronione. Wiktorze.
[59:20] - To tak akurat dziwnie wygląda, bo akurat ten system ogólnie mówiąc zachodni, który wyrósł z kapitalizmu, gdzie poszanowanie własności gdzieś było, ale się chyba skończyło. Współczesna kultura zachodnia bardzo przypomina komunistyczną. Jeżeli coś nam nie pasuje, to po prostu to wyrzucamy. Własność prywatna, poszanowanie tego, że jakiś pisarz napisał coś albo malarz namalował coś — to można wszystko wyciąć, skroić nożyczkami, przestrzec po prostu. To, co robiła cenzura komunistyczna, dzisiaj robi kultura zachodnia, ale również nasza, czyli europejska, europejsko-amerykańska. Piękny jest ten świat. Cudowny.
[01:00:31] - Być może. W każdym razie rzut oka znowu na forum.
[01:00:39] - Rzucaj tym okiem. Rzucasz?
[01:00:41] - Rzucam, bo ciekawe wpisy dzisiaj są. Galfrid Dragon: „Pragnienie 1 to w mojej opinii top ten Smitha”. Zgadzam się. A jak z tomem drugim? Dalej Sebastian Sokołowski: „Tłumacze kiepscy, ale okładki Lesa Edwardsa wspaniałe”. Tak, tylko że w tym pierwszym wydaniu z tymi okładkami było różnie. Tam wchodzili różni graficy, bo na przykład w kolejnym tomie zatytułowanym „Mania” projekt okładki robił Radosław Dylis. A na przykład w „Szatańskim pierwiosnku” — to moja ukochana okładka, naprawdę — opracowanie graficzne, dwukropek, pustka. Ktoś zapomniał po prostu wklepać. Tak się wtedy robiło książki.
Nieco szybko się te książki robiło. Ale tak, te okładki też się starzeją. Ale wiem, że wtedy to były książki, które przyciągały jak magnes. Phantom Press wydawał również chociażby cały cykl „Diuny” Herberta. Znam pewnego człowieka, który kupił cały komplet „Diuny”, chociaż w ogóle go fantastyka naukowa nie interesuje, ale okładki tak bardzo mu się podobały. Były jeszcze przycięte z pewnymi elementami ilustracyjnymi, one do dzisiaj stoją na jego półce. On do dzisiaj konsekwentnie ich nie przeczytał, ale dla niego to jest coś przepięknego. Przyznaję, jak na tamten czas, te złocenia wszystkie to były piękne rzeczy. Przypomnę też, że można wybrzydzać na Phantom Press, ale sporo dobrej fantastyki wydrukowało. Tak jak cały czas od początku tej audycji mówimy, na polu horroru — bo tak się wtedy mówiło — ewidentnie współzawodniczyło wtedy z Amberem.
Amber poszedł, tak jak mówiłem na początku audycji, głównie w Grahama Mastertona, ale tam się jeszcze kilku innych autorów pojawiało. Konsekwentnie go eksploatował. Tego się naprawdę sporo wydawało i mam wrażenie — aczkolwiek przyjmę krytykę, że czegoś jednak nie wiem — że Amber troszkę lepiej inwestował w tłumaczy, troszkę staranniej dokonywał redakcji. Zdarzały się wpadki, zmilczę o szczegółach, ale zdarzały się Amberowi wpadki w tamtym czasie. Natomiast chyba w tym tempie wydawniczym, w tym współzawodnictwie postawił jednak na pewną rzetelność. Mam wrażenie, że po raz kolejny jedziemy po Phantom Press w sposób nieprzyzwoity i to już jakaś mowa nienawiści się z tego robi. W związku z tym dajmy spokój wydawnictwu, było, jakie było. Powiem szczerze, że wtedy, kiedy ono padło na pysk, zbankrutowało, to ja jednak odczułem pewien żal. Bo tak jak od początku dzisiejszej audycji mówię, zjawisko kulturowe ma to do siebie, że nawet jeśli czasami podsuwa nam coś mniej wybitnego, słabszego, to jednak w dalszym ciągu czujemy, że obcujemy z czymś nowym, z czymś, co warto eksplorować. Warto to poznać, bo to niesie coś, czego nie było wcześniej.
Dlatego zacząłem audycję dzisiejszą od tego, że horroru w PRL-u praktycznie nie było. I ten wybuch na początku lat 90. to powodzenie, to zachłystywanie, zaczytywanie się Smithem jest zupełnie zrozumiałe. Ale też mają rację nasi słuchacze piszący na forum, że to byłoby banalne i głupie tak naprawdę, gdybyśmy jechali po Guys Smithie tylko dlatego, że to jest łatwe. Nie, darujmy sobie to. Raczej szukajmy rzeczy fajnych. Jest też takie zjawisko, które się bardzo dobrze u Smitha pokazuje, że jego twórczość polegała — już wspomniałem o tym częściowo — na powiększaniu albo zwiększaniu możliwości różnych zwierząt, które znamy, czyli na przykład wspomniane kajmany czy kraby, czy kolejny tom, trzynasty w serii. Guy N. Smith napisał tom, który nosi tytuł „Węże”. Znowu przeczytam taką zajawkę z okładki: „Długie i zimne, śliskie i lśniące czekają na ofiarę”.
Banał, ale przyciągał? Przyciągał. Jeszcze coś przeczytam: „Nieuchwytna, wędrująca śmierć, która wdziera się niepostrzeżenie do domów, garaży, sypialni. Zimne, nieruchome oczy gadów zabijających bez emocji. To wszystko, co układa się w sugestywną i oryginalną wizję współczesnego świata pełnego zagrożeń”. To była zajawka z „Węży”. Tak się wtedy to robiło. Wiktorze, ale ja cię zapytam, ty wtedy byłeś człowiekiem warszawskim. Sam zresztą o tym wspominałeś. Jak się mówiło o tym nowym trendzie wtedy w Warszawie?
Bo tam wy oczywiście, sami wybitni ludzie, śmietanka towarzyska, która czytała tylko wybitne dzieła oraz wybitną fantastykę. Jak pojawiły się na rynku tego rodzaju książki, to co się działo? Bo wcześniej można było tego nie zauważyć, nie przyjmować do wiadomości, że jest. Ale w końcu było. Jak już doszliśmy w tym naszym krótkim, bardzo pobieżnym przeglądzie do tomu 13, a jeszcze mamy przed sobą kilka, to trzeba zauważyć, że robi się pewne zjawisko. I wtedy też to było na pewno zjawisko. To teraz opowiedz.
[01:07:47] - Żeby uchylić rąbka tajemnicy, trzeba na ten czas i na tamte wydawnictwa spojrzeć również z tej perspektywy. Panująca nam się wspaniale akurat partia PZPR sypała się w gruzy i musiała również z tego zejść. Phantom Press było, że tak powiem, krową dojną Komitetu Centralnego. To było wydawnictwo zrobione przez komuchów po to, żeby zarabiali, bo skład jakiś mało kto płacił, mało kto się do tego , więc trzeba było założyć wydawnictwo i sprzedawać. To było takie wydawnictwo.
[01:08:37] - Poczekaj, coś ci przerwę. Zwróćcie państwo uwagę, że jednym z bardzo ważnych redaktorów w Phantom Pressie ktoś był przez jakiś czas? Adam Holanek. Może nieważne. Współpracował w każdym razie. A tu jeszcze krótki znowu rzut oka, zanim cię znowu dopuszczę do głosu. „Galfrid Dragon” — Radosław Dylis, którego wymieniłem, był nadwornym grafikiem Phantom Pressu. Okrutnie krzykliwe i jawnie tandetne, ale totalnie przyciągające uwagę były te okładki. Zgodzę się. I ten sam słuchacz.
A tak à propos niczego, wykorzystując okazję: „Delirium w Tarsis” — to jest do ciebie, Wiktorze — „czytałem trzy razy i pasjami uwielbiam. Świetna, wspaniała powieść. Wielkie podziękowanie dla pana Wiktora.” Sebastian Sokołowski.
[01:09:31] - Dobrze. Ja bardzo łykam, jak wszyscy, bardzo chętnie komplementy, natomiast zdaję sobie sprawę, mam również świadomość pewnych rzeczy, które robiłem i przerobiłem. Jak mówimy o okładkach, to wyprodukowałem kilkadziesiąt okładek książek, które są taką tandetą dzisiaj, taką szmirą przerażającą, tylko że mnie tego nie wstyd po prostu zupełnie, bo w tamtym czasie starałem się bardzo. Lepszych nie było, więc po prostu robiłem, co umiałem. Jak się pojawili lepsi, to grzecznie ustąpiłem pola, przestałem się tym zajmować i tak dalej. Natomiast jak oglądam te swoje wypociny, to naprawdę... Zresztą podobnie było z pisaniem. Wiele rzeczy, które napisałem, są taką tandetną szmirą dzisiaj, że większość pisarzy wstydziłaby się po prostu coś takiego napisać. Ale ja napisałem wtedy coś, bo to było moje życie. Byłem na tym etapie rozwoju umysłowego i tak dalej, że pisałem, co umiałem i co przeżywałem po prostu.
Nie zawsze tak jest z wszystkim. Poza tym, wiesz, jak mówiliśmy, Marku, o tej szmirze i tandecie, to wiesz, co mi chodziło po głowie? Chodził mi taki rzecznik prasowy, rzecznik stanu wojennego, niejaki Urban, po głowie. Otóż ten Urban jako felietonista w „Polityce” był absolutnie genialnym i piekielnie inteligentnym felietonistą. Czytało się go naprawdę bez porównania lepiej niż jakiegoś Passenta czy innych, którzy tam akurat ćpali swoje w tej „Polityce” felietony. Był to wyśmienity facet, ale kiedy przesiadł się ze stołka na stołek, on wiedział, że musi sprzedawać gówno, więc sprzedawał je tak, jak się sprzedaje gówno. Sam się upodobnił do tego gówna totalnie i taki już pozostał, bo to była jego ostatnia namiętność, że tak powiem, samocenie się.
[01:12:04] - Niestety później jeszcze stworzył tygodnik, który pewno był potrzebny na polskim rynku. Ja nie przeczę, tylko sam Urban był po prostu Urbanem. Jakoś nie potrafiłem się przestawić. Jeśli nawet czasami pisał rzeczy słuszne czy takie godne uwagi, to mnie zawsze pozostawał w pamięci jako rzecznik prasowy rządu w latach 80. Jakoś nie potrafiłem się przemóc.
[01:12:37] - Ale widzisz, a ja bardzo faceta szanuję, że potrafi się na każdym miejscu znaleźć we właściwy sposób. Nawet na końcu, kiedy zaczął sprzedawać gacie, to też to robił dobrze, bo te gacie były dobre, te Urban Style jakieś i tak dalej. Sam je kiedyś nosiłem, bo z przyjemnością twórczość Urbana miałem we właściwym miejscu po prostu.
[01:13:09] - Powiem ci tak: jak ktoś chce naprawdę coś fajnego przeczytać made in Urban, to niech sięgnie po jego publicystykę z lat 70. To przynajmniej wiadomo, co człowiek czyta. I wtedy to powiedzenie Wiktora o tym, że to był inteligentny człowiek, który nie tylko potrafił pisać, ale wiedział, o co w pisaniu chodzi, wtedy się potwierdzi, a później to było tak sobie. Mówię jako człowiek uprzedzony. Mówię jako człowiek uprzedzony i nie należy mnie słuchać za bardzo.
[01:13:43] - Marku, bardzo podobnie jest z literaturą. Ja mam wielki szacunek dla ludzi, którzy w ogóle piszą. Jeszcze w dodatku, przy tym, co wymieniałeś, serie. Boże, ja bym się śmiertelnie zanudził. N2, jakiś tytuł drugi, dwójka, trójka, następnie to i tak dalej. Przecież to jest akt. A jednak, ile trzeba mieć samozaparcia, ile dyscypliny umysłowej, żeby dalej ciągnąć tą rozsypującą się bryczkę. To jest fenomenalne.
[01:14:22] - Wiesz co? Najpierw zacytuję z forum, a później coś powiem. Sebastian Sokołowski: „Jeżeli dobrze pamiętam, to za cykl »Diuna«," o którym wspominałem, „Fantom Press dostał nagrodę Śląskiego Klubu Fantastyki za najlepsze okładki roku. Myślę, że całkowicie zasłużenie.”
[01:14:50] - To wielkie.
[01:14:50] - Kolejny wpis, Mister Stranger: „Zacząłem kupować powieści grozy w wieku 12 lat na dworcowych straganach.” Ja też, tylko lat miałem trochę więcej. „Miałem potężną kolekcję, z czego Fantom Press zaspokajał moją potrzebę dojadania między prawdziwymi ucztami. Fajne czasy były.” Zgadzam się. A mam tu teraz, sam sobie oraz troszkę tobie, chociaż tobie trochę mniej, chyba bardziej sobie w tej chwili wbiję kolec w tyłek, bo powiedziałeś ważną rzecz, że on to pisał. Pisał kolejne tomy. Prosta konstatacja brzmi w ten sposób: gdyby nie było popytu, to by nie pisał kolejnych tomów, bo by nikt mu tego nie drukował. Znaczy się, tam, gdzie wydawał, było ssanie na tego typu literaturę. Nie wiem, czy podobne jak w Polsce. W Polsce też się pokazało ssanie. Co więcej, cykl „Sabat”, który jest takim cyklem pobocznym w stosunku do tej serii, o której dzisiaj mówimy, to cztery tomiki, które wyszły w Polsce.
Ten cykl „Sabat” o takim... A dobra, już nie mówmy. Taki, nazwijmy to, właśnie mi się posypała się górka książek, stąd ten hałas, jeżeli było słychać. Więc o takim człowieku do zadań specjalnych, ale paranormalnych zadań specjalnych. Ten cykl „Sabat” — wiem, że jeden z tomów był pisany prawie na rynek polski, czy w każdym razie pod mocną presją tego, żeby to zostało napisane i wydane właśnie w Polsce. Czyli podsumowując: kapitalizm, jakkolwiek go oceniamy, czy go lubimy, czy nie, przy wszystkich swoich wadach i wrednościach ma jedną zaletę. Weryfikuje pewne rzeczy. Ta weryfikacja nie jest niestety uniwersalna i świetna, bo on weryfikuje portfelem. Tym, co ludzie chcą czytać, a nie tym, co może niektórym wydawać się dobre, złe, wartościowe, niewartościowe. Takich niuansów kapitalizm raczej nie uznaje.
[01:17:22] - Ma uwagę.
[01:17:24] - Jasne.
[01:17:25] - Ma uwagę, Marku, w tej materii. Otóż powiedziałeś, że gdyby nie było rynku, to by się pewnych rzeczy nie robiło. Otóż są umysły i są pisarze, i malarze, i muzycy, którzy robią coś dla siebie, a nie dla rynku. Postawię tutaj wysoko poprzeczkę, bo Stephen King pisał namiętnie jak opętany również wtedy, kiedy mu nie wydano niczego i nie wydawano niczego, o czym żeśmy mówili, omawiając jego biografię, gdzie wbijał na gwoździu na strychu, na gwóźdź nakładał odmowy wydania, ale on pisał. Rynku nie było, amatorów nie było, nikogo nie było, kto by chciał czytać, a rynek go zweryfikował? Nie rynek go zweryfikował. Miał farta, miał fuksa. Tylko dzięki fuksem trafił na rynek i tam się okazało, że się sprawdził.
[01:18:30] - Ja tylko przypomnę pewną działalność Napoleona, który bardzo często pytał poszczególnych jego żołnierzy czy kandydatów na generałów, czy mają szczęście. Bo przecież są dobrymi generałami, dowódcami to okej, ale czy szczęście mają w życiu? To był jeden z tych aspektów, który brał pod uwagę. À propos tego szczęścia, nieszczęścia. Zwróć uwagę na jedną rzecz: w przypadku Stephena Kinga, jak on już zaskoczył z pierwszą książką, to już później nie było w jego życiu takich momentów, że nie miał ssania od wydawców. Właściwie wszystko, co napisał od pewnego momentu było wysysane.
[01:19:17] - No ale już miał 40 lat chyba.
[01:19:19] - Nie, był młodym człowiekiem. Natomiast jego książki zaczęły się ukazywać w latach 70.
[01:19:28] - Pozdrawiam czterdziestolatków. Marek powiedział: „Nie, był młodym człowiekiem.”
[01:19:34] - No niestety, ja mam świadomość i swojego wieku i tego, że czterdziestka... Wiesz, ja wiem, że teraz jest taka moda, że są w dalszym ciągu 60-latki i 60-latkowie, którzy mówią, że są młodzi. Ja wierzę, że duchem to na pewno. Sam do dzisiaj mam pewno duszę dwudziestolatka, ale z tym ciałem bywa mdłe czasami. Więc wmawianie mi, że czterdziestolatek jest młodzieńcem to jest duża odwaga. Natomiast że czuję się jak młodzieniec, w to jestem w stanie uwierzyć. A wracając do Stephena Kinga, to było też tak, że on kiedy pisał opętańczo i nie przejmował się tymi drukami kolejnymi, które nadchodziły z poszczególnych czasopism groszowych, to on wiedział wtedy, że jest na dorobku. On wiedział wtedy, że musi się starać, musi produkować kolejne opowiadania, kolejne swoje powieści, bo on zarzuca ten haczyk i patrzy na ten spławik, czy w końcu ktoś tknie tego robaczka na haczyku, czy nie. I w końcu ktoś zaciął. Najpierw robaczek został konsumowany i on wtedy przyciął.
Tak to wygląda. Natomiast Iain Smith, ja nie znam niestety, w przeciwieństwie do Kinga, jak były jego początki, natomiast mówimy teraz o czasach, kiedy on już był... Inaczej. Spojrzyjcie państwo gdzieżby inaczej, gdzieżby indziej, a do Wikipedii. Ile ten człowiek różnych książek napisał. Ja już pomijam horrory, ale pisał jakieś powieści wojenne, erotyki czy wręcz półpornografie i w ogóle produkował książki naprawdę na dużą skalę. Był taki moment, jeśli spojrzycie sobie państwo na to, ile on książek w ciągu życia napisał, ile zostało opublikowanych, to będziecie państwo zadziwieni. To nie był Kraszewski, ale naprawdę był na dobrej drodze. Czyli ja nie wierzę, to powiedziałem, że ktoś pisze i publikuje wbrew wszystkiemu. Nie.
Musiał być rynek i musieli być czytelnicy, skoro on miał okazję pisać te rzeczy. I też nie uwierzę, że facet musiał być kompletnym skończonym grafomanem, jak niektórzy to starają się przedstawiać i tylko szczęściu zawdzięcza, że mu wydawano. Nie, tak to nie działa. Musiało być coś w tej prozie. Musi być coś w tej prozie, że ona po pierwsze sprzedawała się w tym obszarze anglojęzycznym, a te doświadczenia polskie były tylko echem tego, co się działo w tej sferze anglojęzycznej. Myśmy to po prostu, już o tym zjawisku mówiliśmy, więc nie powtarzajmy. Myśmy po prostu niejako przyjęli tego autora. Skoro jest tam znany, skoro tak publikuje, to u nas publikować też może. Co więcej, okazało się, że na tamte czasy to był dobry strzał ze strony wydawnictwa. I cóż tu wiele drążyć temat?
Po prostu Iain Smith trafił w swój czas, ale to nie był niszowy autor. To ważne, żeby to podkreślić, Wiktorze.
[01:23:06] - Ja bym chętnie to podkreślał, bo po prostu wszyscy ludzie mają te swoje, tak samo jak wszystkie laski, pięć minut w życiu, jak motylki. Chwila, kiedy jestem urocza i piękna. I ta chwila tego. Jeśli ktoś złapie taki moment, tak jak generał właściwą wojnę, bo tak jak już żeśmy mówili, ilu genialnych generałów, o ilu genialnych generałach nigdy żeśmy słowa nie usłyszeli tylko dlatego, że się nie załapali na żadną wojnę. I tak samo pisarze po prostu byli. Wielu ludzi pisało, nigdy się nie załapało na popularność albo mieli chwilę. Są tacy, którzy trafiali dokładnie w dziesiątkę ze swoim życiem albo życie im trafiło. Tak jak na przykład u nas w Polsce Stanisław Lem. Stanisław Lem trafił. Nieważne, że był wybitnie inteligentny, wybitnie dobry i w ogóle wiele rzeczy.
Po pierwsze się bardzo dobrze rozwijał, ale też również miał farta nieprawdopodobnego, że jego życie biologiczne trafiło we właściwy moment, kiedy akurat kultura, kiedy postrzeganie, kiedy pierwsze próby podbijania kosmosu, że tak powiem, technologia i tak dalej, te wszystkie rzeczy się pojawiły mniej więcej w jego życiu. Wiele rzeczy się zaczęło i on po prostu stał się taką sztandarową flagą. Miał farta po prostu. A wielu ludzi po prostu nie złapie tego momentu i być może po prostu noga im się obsunie z trampoliny i już nigdy nic większego, lepszego nie napiszą, a mogliby pisać, gdyby nie to, że nie mieli farta.
[01:25:15] - Śpieszę cię poinformować, że mam stronnika. Sebastian Sokołowski napisał: „Podstawowa zasada ekonomii, Marku. Popyt czyni potaż i to wszystko.” Czyli coś jest jednak w tym, co mówię. Cieszę się, że znajduję zrozumienie. Galfit Dragon: „Śpieszę z informacjami. Smith był urzędnikiem bankowym. Amatorsko pisał artykuły i opowiadania.” Nie mam takiej wiedzy. Znaczy ja broń Boże nie kwestionuję, natomiast ja myślę, że to w takim razie miał dużo Jak to powiedzieć? To był rodzaj człowieka opętanego pisaniem, skoro potrafił godzić pracę w banku z taką ilością produkowanych przez siebie tytułów. To wymaga między innymi dyscypliny w pisaniu, pewnej systematyczności, pewnego przekonania, że to, co się robi, jest warte poświęcenia.
Warte tego, żeby ten swój teoretycznie wolny czas poświęcać temu właśnie. To myślę, daje rys tego autora.
[01:26:44] - Ja się nie zgadzam z tym gloryfikowaniem popytu. Ja rozumiem, że on jest i on bardzo często jest piekielnie pomocny, piekielnie potrzebny i tak dalej. Ale chciałbym zwrócić wszystkim uwagę również, że na van Gogha nie było popytu absolutnie żadnego.
[01:27:08] - Ale Wiktor.
[01:27:09] - A mimo to robił swoje.
[01:27:12] - Nie przekonujmy się co do tego, bo daleki jestem od twierdzenia, że popyt jest miarą wielkości literatury albo nawet innych wniosków. To jest proste przełożenie, sam to czytałem. Mówimy często: „Jak to możliwe, że takie powieścidła ten Guyan Smith pisał i w ogóle jak to można wydawać?” On je pisał, ponieważ było na to ssanie rynku. Gdyby nie było, to by nie pisał. Czy ja mogę to jakoś bardziej prosto wyłożyć? I to nie świadczy o niczym, ani o jakości tej literatury, ani o tym, że to była literatura słaba, ani że była wielka. O tym tylko świadczy, że było zapotrzebowanie na taką literaturę. Niczym więcej tego obudować nie można. Ale to jest pewien wskaźnik, że jakaś grupa ludzi była tymi powieściami, opowieściami, historiami zafascynowana. Bardziej, mniej, nieważne.
Była. Nie przekonuję ciebie, Wiktorze, w tej chwili, że ekonomia jest miarą rozwoju czy też postępu literatury. Raczej zwracam uwagę, że łatwo się zagalopować w takich twierdzeniach, że jakiś kubek pisze coś. Bardzo uważnie śledzę komentarze w różnego rodzaju portalach. Między innymi w Lubimy Czytać, ale w wielu innych. Mówiłem już kiedyś o tym. Łatwość, z jaką padają tam sądy ocenne, nieumotywowane niczym innym poza tym, że „mnie się wydaje”, jest dla mnie w jakimś stopniu przerażająca. Bo co innego, jeśli ktoś powie, że ta książka nie podoba mu się i wymieni X powodów albo podoba mu się i tu też wymieni X powodów. Natomiast zbyt często trafiam na coś takiego: „Ta książka mi się nie podoba, bo mi się nie podoba.” To jest słabe. Obojętnie jakiej książki dotyczy, to jest słabe.
Lubię umotywowane, uzasadnione treści. Mam bardzo często wrażenie, że troszeczkę to pod owczym pędem. Jeżeli ktoś napisze: „Ten i ten autor jest słaby”, to później już wydaje się niektórym, że nie wypada napisać, że ja mam inne zdanie, że mnie się to podoba. To napiszę: „Też mi się nie podobało.” Chociaż później wracam do domu i czytam następny tom i następny, i następny. Ale żeby intelektualnie źle nie wypaść, to napiszę na jednym czy drugim portalu, że to słabe jest, głupie i w ogóle się mi nie podoba. Trochę też tak działa współczesny rynek, więc on czasami oszukuje, bo czytamy na przykład, że jakaś książka jest słaba albo się nie podoba, po czym wydawca raportuje, że ma takie sprzedane nakłady, jakich nikt by się nie spodziewał. Czy to paradoks? Nie, to nie jest paradoks. To jest po prostu działanie współczesnego rynku i mediów, nazwijmy je dla potrzeb tej audycji społecznościowymi, chociaż tak nie do końca. W mediach społecznościowych nie do końca jesteśmy sobą.
Czasami jesteśmy tymi, za których chcemy uchodzić i to też fałszuje pewien obraz, który dostajemy, chociażby odnośnie literatury.
[01:31:07] - Marku, ja ci zwrócę uwagę, że bardzo niechętnie wypowiadam się w ten sposób, czy mi się coś podoba, czy mi się coś nie podoba. Z bardzo prostego powodu. To, czy mi się coś podoba, czy nie podoba, jest ważne tylko dla mnie. Dla mnie jest ważne, nie dla ogółu czytelników, odbiorców. Dla mnie jest to ważne. Tak się porobiło, że wszyscy ludzie uważają, że to, co dla mnie jest ważne, jest również ważne dla wszystkich naokoło. I dlatego się tak wypowiadają, że oni tego nie, bo nie. A gówno mnie to obchodzi, czy na przykład jakaś książka się mojemu przyjacielowi Sokołowskiemu podoba, czy nie. To jest jego sprawa prywatna, absolutnie. Tak samo jak garnitur, który wkłada albo skarpetki.
[01:32:04] - Poczekaj. To coś ci przeczytam. Sebastian Sokołowski: „A ja się nie zgadzam z Wiktorem” — to żebyś mógł narzekać — „A ja się nie zgadzam z Wiktorem odnośnie popytu. To zapotrzebowanie generuje sprzedaż, a nie jakość literatury.” To jest jeden wpis. Ale poczekaj, zanim odpowiesz, przeczytam, bo to są ciekawe informacje o Guy Smithie. Garfield Dragon pisze: „W 1974 roku dostał kontrakt Guy Smith na powieść o wilkołaku z wydawnictwa Nell i tam sporo książek swoich wydał. Od powieści »Noc krabów«, która była wakacyjnym hitem sprzedaży, nie musiał już pracować. Utrzymał się z pisania horrorów”. To teraz Wiktorze à propos tego popytu, sprzedaży i jakości.
[01:33:04] - Wszystko się zgadza. Boże mój, gdyby nie piekarnie i gdyby nie żarcie, to byśmy pozdychali. Więc po prostu skoro jest popyt na żarcie, to my żyjemy dzięki temu. Tak samo jest z kulturą. Tylko że stawianie popytu jako motoru napędowego czasami jest bardzo słuszne, ale niestety chciałbym wam powiedzieć, że to nie popyt pcha postęp technologiczny do przodu, gdyż technologie są wymyślane bez popytu. Oczywiście one uwzględniają, że może być na to zapotrzebowanie, ale w trakcie powstawania jakiejkolwiek technologii ona dużo daleko wyprzedza. Nie ma tego sprzętu na rynku, nie ma tej idei na rynku. Jest tylko szansa na to, że znajdzie popyt i tak dalej. To jest kwestia wyczucia i to się robi. Wiadomo było, na telefony komórkowe popytu nie było, bo ich na świecie nie było.
Ale ktoś, kto wpadł na ten pomysł, dobrze obliczając, że tak powiem, to, co ludzie potrzebują, tendencje rozwoju, postanowił ten produkt produkować i wcale z popytem nie miało to nic wspólnego. To była nadzieja na popyt. Oczywiście się udało. Komórki znalazły, oczywiście bez nich dzisiaj się nie możemy. Ale czy my wiemy, co wymyślają w tej chwili różne pojeby na świecie, z czym kombinują? Oni kombinują i coś wymyślą. Za chwilę wymyślą nowe rzeczy, o których my pojęcia nie mamy, a nigdy nie możemy powiedzieć, że na to był popyt. Tego jeszcze nie ma.
[01:35:32] - W związku z tymi pojebami to już możesz być pewien, że nasza ulubiona pani wpisze znowu, że znowu przeklinamy w audycji. Więc miejmy tego świadomość. Ja jeszcze przeczytam, dokończę informację Dragona: „Smith rzucił bank w '76 roku, bo już się zajął tylko i wyłącznie pisaniem”. Ale ja wrócę, bo ja mam takie wrażenie, że poszliśmy gdzieś na manowce, boczną ścieżką, która nie wiadomo dokąd prowadzi. Bo mówimy długo, ale chodzi tak naprawdę o to, że popyt, to, że ludzie kupują książki, jest miarą pewnego sukcesu autorskiego. To, że te historie się sprzedają. Co więcej, jeśli czytelnicy wracają do autora, to jest jego sukces. Ale nikt w tej audycji, ani nasi słuchacze, ani ja nie powiedział tego, że popyt jest miarą literackości czy też wielkości literatury. Nie. To czasami są zupełnie inne ścieżki.
Czasami się zbiegają. Paradoksalnie czasami się zbiegają, a czasami nie. Czasami, tak jak z tym twoim van Goghiem, trzeba na odkrycie pewnej literatury poczekać. Takim sztandarowym przykładem jest Bruno Schulz. Kto tego faceta czytał przed wojną? W ogóle kto to Schulz? Okazuje się, że minęły lata i dzisiaj to jest autor, przy którym niektórzy ziewają, ale to jest w dalszym ciągu autor, przy którym niektórym kapcie spadają z nóg. Więc on nie odniósł sukcesu wielkiego literackiego, ale jednak czas zweryfikował to wszystko i się okazuje, że jednak odniósł, tylko o tym nie wiedział. Nigdy się o tym nie dowiedział, ale chyba czuł, że tworzy coś ważnego, wielkiego. Literatura to w ogóle jest niesprawiedliwa pani.
Bardzo niesprawiedliwa. Ale tak naprawdę zastanawiam się, co ja bym miał w tej chwili mądrego albo głupiego powiedzieć. Tak jest.
[01:37:58] - Właśnie o tej dziwce powiedziałeś, że to taka pani.
[01:38:02] - Tak. Niestety. W pewnym momencie przecież rozmawialiśmy o szczęściu. Ty to powiedziałeś. Że dokładnie tak jest. Czasami gdzieś tam w jakimś niszowym wydawnictwie, w jakimś self-publishingu wychodzi coś, co jest naprawdę znakomite. Ale kurna nikt o tym nie wie! I czasami przez jakiegoś badacza literatury po 30 latach jest odkrywane i wszyscy mówią: "O rany, jakie cudowne, jakie wspaniałe, jakie wielkie! Jakżeż myśmy mogli tego nie zauważyć?" Jakoś tak się porobiło, że mogli nie zauważyć. I odwrotnie, czasami książki, już pomijam literaturę popularną, zwróćcie państwo uwagę, książki, hity po latach okazują się nic niewarte.
Książki na przykład z PRL-u, nie będę wymieniał tytułów, żeby nikomu krzywdy nie robić.
[01:39:07] - "Pana Tadeusza."
[01:39:09] - Nie, broń Boże. Ja rozumiem, że ty tęsknisz do takiej audycji, w której się wyzywaliśmy. Ja postaram się taką zorganizować, ale to musimy ustalić, czego ja nie lubię albo czego ty nie lubisz. I wtedy ta pani, która pisze, że używamy brzydkich słów, będzie miała pole do popisu, bo wtedy dopiero będziemy wyzywać. Natomiast nie chodzi o takie książki, które były niesłychanie popularne w latach 70. albo 80. Były hiciory, po które ustawiały się kolejki przed księgarniami. Dzisiaj tych książek nikt nie pamięta, tych autorów nikt nie pamięta. Czasami pamięta niektóre ich książki, ale na pewno nie te, po które ustawiały się kolejki w latach 70. czy 80.
Tak to już jest.
[01:40:00] - Marku, dzisiaj się ustawiają takie same kolejki, proszę ciebie, jak się dostanie Nagrodę Nobla literacką, a za pięć lat już nikt tego nie będzie czytał przecież.
[01:40:16] - Też prawda. Myślę, że nie ma co przedłużać tego wątku. To, że literatura to niesprawiedliwa pani, czy też dziwka, jak powiedziałeś, to myślę, że dla naszych słuchaczy jest rzecz oczywista. To taka oczywista oczywistość, że tutaj nie ma sprawiedliwości. Dlatego ja tak bardzo lubię buszować w niszach, czyli szukać książek właśnie takich gdzieś wydawanych w niszowych wydawnictwach, bo tam czasami, nie mówię, że to jest reguła, ale tam czasami się pojawiają perełki. Pojawiają się rzeczy, które co prawda nie trafiają do wszystkich księgarń, nie są rozchwytywane w każdym Empiku, ale tam się pojawiają rzeczy po prostu niesamowite i nikt o nich, może nikt to taka figura retoryczna, ale bardzo mało ludzi o nich wie po prostu. I szkoda. Ten rynek literacki w tej chwili bardzo się zatomizował. Dzisiaj wychodzą książki w jednej części kraju, o których druga część kraju nic nie wie. To mnie bardzo dziwi, że ludzie nie mają nawyku, przynajmniej niektórzy ludzie nie mają nawyku przeglądania internetu.
Cała ich aktywność w zdobywaniu książek polega na tym, że się wchodzi na stronę Empiku i szuka, czy taka książka jest. A ona nie zawsze tam jest, bo Empik ma swoje warunki. Nie wchodźmy już w ten temat. Ma swoje warunki i nie wszystkie książki dostają się do Empiku. Czy to oznacza, że tych książek nie ma? Powiem tak: wręcz przeciwnie. Jest cała masa niszowych wydawnictw. Jeśli słowo niszowy kogoś obraża, to zmienię je. Jest cała masa małych-
[01:42:09] - Wredne słowo.
[01:42:11] - Tak, moim zdaniem też, ale niektórych może to obrażać, więc zmienię. Małych wydawnictw, takich mało zasięgowych, które drukują rzeczy absolutnie wspaniałe. Miejmy świadomość tego, że tak wygląda rynek literacki. W związku z tym takie puszenie się, mówienie: "To jest dobre, to jest złe, my czytamy na przykład tylko Twardocha albo my czytamy...". Notabene bardzo dobrze, że czytają Twardocha, ale: "My czytamy na przykład tylko Olgę Tokarczuk albo tak dalej", to nie są dobre ścieżki. Buszujcie państwo po niszach, buszujcie państwo w internecie, szukajcie małych wydawnictw. Zdajcie sobie sprawę, że w Polsce są setki, jeśli nie tysiące wydawnictw. Niektóre z nich drukują foldery reklamowe. To inna sprawa. Ale spore to są wydawnictwa książkowe, które coś tam drukują.
Spójrzcie, co drukują. Naprawdę tam się pojawiają perełki.
[01:43:14] - Możecie również posłuchać „Bibliotekarium”. Wtedy się dowiecie, że jest na przykład taka książka jak „Ewangelia według węgorza” albo inne takie ciekawe książki, o których gdzie indziej byście nie usłyszeli.
[01:43:31] - Na przykład. To prawda. Wiktorze, ja myślę, że już w tej chwili mocno zmęczyliśmy naszych słuchaczy, ale to jeszcze nie koniec audycji, tylko to jest w tej chwili na odtrutkę od nas dobry czas, żeby pojawił się Tomek Fąs i jego felieton.
[01:43:52] - Artysta i wola tłumu. Przed dobrymi kilkoma laty, podczas jakiejś dosyć głębokiej dyskusji, zadumy, znajomy zaczął zastanawiać się nad sensownością istnienia, czy też powodem uwielbienia jakiegoś rodzaju muzyki powszechnej. Jemu chodziło chyba o jakieś techno, ale takie prymitywne, proste. Umpa-umpa, jak to się czasami mówi. Może coś w kontekście breakdance'u? Nie pamiętam dokładnie. Zresztą nie znam się na tego rodzaju twórczości artystycznej. W każdym razie znajomy wyraził zdziwienie, że ludzie mogą tego rodzaju niskich lotów twórczość akceptować, słuchać, że przecież w tym nic nie ma. Co oni w tym widzą? Czemu oni tego słuchają?
Czemu oni do tego tańczą? Czemu oni się do tego bawią? Taki rodzaj zdumienia wyraził. Na co ja odparłem: „No dobrze, a ty tę wódkę pijesz, bo ci smakuje?” I tak to, proszę państwa, jest, że my przyjmując różne treści, czy to kulturalne, czy pokarmowe, nie zawsze mamy na celu doznania estetyczne, doznania smakowe, doznania wyższych lotów. Czasem chodzi o efekt, o uzyskanie jakiegoś stanu umysłu, doznania innego rodzaju. I to też, myślę, trzeba mieć na uwadze. Tymczasem analizując literaturę wydaje mi się, że za bardzo skupiamy się na pewnej powierzchowności, pewnej wartości logicznej. Na narracji, być może na jakiejś metaforze, którą autor zawiera, na tej szeroko rozumianej estetyce. Autor wchodzi w pewien dialog, czasami akademicki, w pewne wartości wyższe, pewną poprawność. Czytelnik masowy tego oczywiście nie rozumie, nie przyjmuje, nie kupuje.
Autor czuje się oburzony, odczuwa rodzaj wyższości moralnej i oczywiście domaga się jakiejś refundacji swych wysiłków. Najczęściej za pieniądze publiczne. Bo przecież nie za komercyjny zysk. Tymże gardzi i ten uważa za rodzaj wręcz poniżenia. A tymczasem gdzieś obok ludzie pokroju Coelho, Dana Browna czy też szerocy, bezimienni autorzy powieści romantycznej, erotycznej, pornograficznej ostatnio zbierają pieniądze, których tamci nie wzięli. Przypadkiem gdzieś tam po znajomości dorywając się do wydawnictw i zyskując mniejsze lub większe uznanie, mniejszą lub większą sprzedaż, a nawet dochody z różnego rodzaju ekranizacji. Kiedy więc zastanawiacie się państwo, czy też koledzy w audycji rozważają temat, jak to jest, że powieść być może niskich lotów, być może masowa, prymitywna, jak rozumiem. Ja akurat dzisiejszego autora specjalnie nie znam, ale takie informacje otrzymałem. Dlaczego ta powieść zyskuje uznanie? Może właśnie dlatego, że w jakimś sensie odwołuje się do potrzeby szerszego odbiorcy.
Pobudza jakiś rodzaj doznania, niekoniecznie estetycznego. Może właśnie strachu, może nawet, jakby to chciał Iron Edem grany przez Wilhelmiego w schulkinowej adaptacji „Wojny światów”, być może im powieść, im show jest głupsze, tym odbiorca czuje się mądrzejszy. I o to dokładnie chodzi. Czasem to również stanowi wartość. Ludzie generalnie lubią czuć się od kogoś, od czegoś mądrzejsi. Niektórzy w związku z tym decydują się na posiadanie dzieci. Inni dla pewności wolą jednak kupić sobie pieska i czują się generalnie lepsi. A inni czytają może prymitywną literaturę, odbierają prymitywne show. I to trzeba, proszę państwa, uszanować. Oczywiście można kłócić się, można czuć swą wyższość moralną, tylko nie wiem, kto i co miałby na tym zyskać.
Snobizm też jest pewną pułapką. Nie znaczy to oczywiście, że nagle teraz wszyscy musimy produkować treści prymitywne. Jak to mówią: nie dyskutuj z głupcem, bo ściąga cię do swojego poziomu, gdzie wygrywa jako bardziej doświadczony. Nie! Trzeba tylko mieć świadomość, że pewne mechanizmy działają trochę inaczej, niż byśmy chcieli. Ja na przykład nie lubię psychologii poznawczej, nie lubię analizy ludzkich zachowań na tym poziomie logicznym, bo on jest zawsze zbyt płytki. Ludzkie zachowania, mechanizmy rządzące społeczeństwem są dużo głębsze i dużo mniej oczywiste, niż by się chciało miłośnikom analizy logicznej. Ale nie znaczy to, że mamy się jakoś myśli wyzbywać, czy to z twórczości, czy z własnego przeżywania. Jak to kiedyś napisał bodaj Piotr Bratkowski z Newsweeka, przytaczając przypuszczalnie innego myśliciela, napisał coś takiego, że owszem, możemy czytać klasyków filozofii. Możemy nawet przyznawać się przed ludźmi, że ich czytamy, ale na wszelki wypadek warto od czasu do czasu dodać, że robiliśmy to podczas pobytu w toalecie.
[01:49:42] - Właśnie sprawdziłem, czy włączyłem mikrofon, bo to moja ulubiona pomyłka. Kiedy leci felieton Tomka, to wyłączam mikrofon i później mówię długo i słyszę szept w słuchawkach: „Mikrofon włącz!” Tym razem udało się, włączyłem. Zacznę od przeczytania tego, co się na forum dzieje. Sebastian Sokołowski. Tak podejrzewałem, że to nazwisko i imię nie jest mi obce. Chciałem tylko podprowadzić pod pewne rzeczy. Cytuję: „Ja to bym nawet był w stanie reaktywować „Okolice strachu”.” Bo to właśnie przemawia do nas redaktor naczelny czasopisma, które o grozie polskiej i nie tylko polskiej się bardzo dobrze przysłużyło. „Okolice strachu”, gdyby pan Wiktor jednak napisał opowiadanie, o które wraz z Martą Sobiecką, która też działała w tym tytule, pana cisnęliśmy. I popyt tutaj jest, spokojnie. Ja od razu powiem, że kiedy mówiłem o tych mniejszych wydawnictwach, o pewnych niszach, to właśnie między innymi miałem na myśli Okolicę Strachu.
Zajrzyjcie państwo na stronę tego czasopisma, w ogóle tę stronę Okolica Strachu. Zobaczcie, ile tam jest książek, których nie znacie. Jeśli interesujecie się grozą, jeśli jest wam to miłe, to zerknijcie tam po prostu. Tam jest pełno rzeczy, po które warto sięgnąć. No i już. Co ja tu będę wiele mówił? Klawiaturę w dłoń i zerknijcie tam po prostu. I to wszystko. Wiktorze.
[01:51:37] - Ja jeszcze chętnie nawiążę do felietonu Tomka, bo jak on tam mówi o tej literaturze bardziej górnolotnej oraz takiej, siakiej i owakiej, to muzyka mi zagrała w uszach, bo uświadomiłem sobie, że ja przez całe życie strasznie uwielbiałem chorały gregoriańskie. Tylko tak się dziwnie składa, że dzisiaj na starość — nie wiem, jakie pokolenia tego słuchają — z komputera słucham takiej kapeli Ghost na przykład z dużą przyjemnością, chwaląc sobie równocześnie, że niespecjalnie znam angielski, bo chyba tam nie ma nic do słuchania, jeśli chodzi o treść. Ale jeśli chodzi o muzykę, rewelacyjnie dobra. Cały czas.
[01:52:34] - To ja tu jeszcze zacytuję: „Co panowie powiedzą o wydawnictwie Vesper?” Pyta Mister Stranger. Bardzo dobrze, że jest. Ja mam jakieś takie, wiecie państwo, coś mi się w głowie poprzestawiało. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle mi się poprzestawiało. Ja w ogóle zawsze z jakimś takim entuzjazmem, może nadmiarowym zresztą, reaguję na to, że powstało jakieś kolejne wydawnictwo, że robi coś, że dzięki temu jakaś kolejna powieść, jakaś kolejna książka trafia do nas. Nie usłyszycie państwo chyba ode mnie, że jestem zmartwiony tym, że powstało jakieś wydawnictwo. To, że jest Vesper i to, co on wydaje, to jest świetna okazja w tej chwili, żeby kliknąć, żeby puknąć w kilka klawiszy i wejść na stronę Vespera i zobaczyć, ilu książek stamtąd państwo nie znacie. To kolejne miejsce, które warto odwiedzić. Tam są pewne klasyki, które warto poznać, ale są też rzeczy, które są czymś nowym i czymś, co warto poznać.
[01:53:56] - Marku, być może również jesteśmy świadkami w naszych audycjach w tej chwili powstawania, wykluwania się jeszcze nowego wydawnictwa, które jeszcze wiele nie wydało, natomiast wydało tę książkę, którą żeśmy omawiali: „Nie otwieraj. Na stronie Sigma. Antologia opowiadań naszych przyjaciół.” Taką też grozową, niesamowitą.
[01:54:20] - Tak, jeśli się to nawet nie przekształci w wydawnictwo pełnoformatowe, to świetne jest to, że są ludzie, którzy z jednej strony potrafią pisać, z drugiej strony potrafią puścić to, co napisali do ludzi. Bo książka zaczyna istnieć wtedy, kiedy ma odbiorców. To truizm, banał, ale tak jest. Książka może być najwspanialsza, ale jeśli nie ma odbiorców, to sorry, ale ta książka nie istnieje w takim ujęciu kulturowym. Bardzo dobrze i w ogóle cieszą mnie te inicjatywy. Tu jest bardzo ciekawe pytanie, na które niestety nie potrafię odpowiedzieć. Mówię „tu”, czyli na forum. Jakub Filip: „Marku, czy odezwałeś się do właściciela Phantom Press? Co dzisiaj robią ci ludzie?” Przyznam się, że nie, nie zrobiłem tego, ale ponieważ w swoim czasie w wydawnictwie Solaris wydałem książkę, to były rozmowy z pisarzami, którzy zamilkli. Pisarzami SF.
Tak mi się w tej chwili urodził w głowie pomysł, że może to, co proponuje Jakub Filip, może nie jest głupim pomysłem, tylko należałoby pewne rzeczy posprawdzać, jak się pewne losy potoczyły. Wiem z innych źródeł, że ten czas tworzenia się nowych wydawnictw na początku lat 90., ten burzliwy czas, zaowocował różnymi ciekawymi zjawiskami. Akurat w przypadku Phantom Press moja wiedza jest minimalna. To jest i tak eufemizm, bo właściwie żadna. Ale może rzeczywiście byłoby to ciekawe, gdzie później ci ludzie poszli, jak to się losy potoczyły. Dzięki za natchnienie. Co z tego natchnienia wyjdzie, nie wiem, ale może coś się ciekawego urodzi. Dalej. Mam tu wpis Aretrozy: „Odnośnie techno. Uderzenie basowe i powtarzający się cykl jest namiastką naszego instynktu.
W dawnych czasach był to rytm bębna etc.” Tak, pewno dlatego to jest kolejna rzecz, która mnie naraziła kilka razy w życiu na to, że w tak zwanym dobrym towarzystwie odsuwano się ode mnie, bo ja twierdziłem, że ta muzyka nie jest mi kompletnie obca i że również ją akceptuję. Dosyć powszechnie mówiono, że jest prymitywna, głupia i w ogóle bez sensu. Ja nie wiem, jaka jest. Ona czasami trafiała do mnie, ale powiedzmy sobie szczerze, moje gusta literackie to nie jest materiał na tę audycję. Ja w każdym razie lubię od czasu do czasu techno posłuchać, Wiktorze.
[01:57:30] - Techno jest cudowne, chociaż akurat dzisiaj wieczorem będę słuchał mojego Ghosta. Zapewne, bo akurat mam taki gust na Ghosta. Zobaczymy zresztą.
[01:57:45] - A ja ruszam dalej do przeglądu. Kolejną książką, już 15. tomem w tej serii, ale to nie był 15. tom Smitha, była książka „Obóz”. Cóż czytamy o książce „Obóz”? Historia grupy ludzi, którzy przybywają do letniego ośrodka wczasowego w poszukiwaniu radości i wypoczynku. Wkrótce ich sielanka zamienia się w koszmar, a letnisko w obóz śmierci. Proszę państwa. Jakie jest pierwsze, co przyszło państwu do głowy? Jakiś rodzaj grafomanii.
Ktoś tam napisał coś na tej okładce takiego, co prędzej zniechęci niż zachęci. Znaczy różnie. Jednych zachęci, drugich zniechęci. To, co jest w środku, jest jednak lepsze od tego, co jest na okładce. Jednak Guys Smith dawał radę. Na swoją miarę, na swój warsztat, ale dawał radę. Ten wpis natomiast na okładce, przynajmniej dla mnie, bardziej szkodził niż pomagał. Być może niektórych zwabiał. Kolejne tomy w serii. 16., ale w trzech woluminach.
To była taka klasyka. Już nie wiem, czy horroru, czy pewnej podhorrorowej grupy. To jest Clive Barker, „Księgi krwi”. Pierwsze trzy tomy wyszły właśnie w Phantom Pressie, następne już w innym wydawnictwie. Natomiast to był taki przerywnik, który zastosował Phantom Press. Już 17. tom to jeszcze też nie Guy Smith, tylko Harry Adam Knight, którego wspominałem i „Pochodnia”, ale już osiemnastka to Guy Smith i „Przyczajeni”. Lubię ten tytuł. On jakoś do mnie szczególnie trafia. Tytuł „Przyczajeni” zawsze jakoś tak pobudzało moją wyobraźnię.
Co czytamy? Peter Fogg, pisarz wraz z rodziną przyjeżdża do wynajętego w walijskiej wsi domku. Ma nadzieję, że tu wreszcie odnajdzie spokój potrzebny mu do ukończenia powieści. Ich posiadłość znajduje się w pobliżu dawnego miejsca tajemniczego kultu druidów. Ktoś lub coś nie pozwala rodzinie żyć w spokoju. Rozpoczyna się seria koszmarnych, dręczących przypadków. Czy są one dziełem ludzkiej złośliwości, czy też starożytne zło powróciło, by odzyskać swoje terytorium?
[02:00:50] - Się dowiedziałem właśnie, że druidzi to było zło.
[02:00:56] - Oj tam, to taki skrót myślowy był. W tej serii Phantom Pressu kolejne sześć książeczek to były fabularyzacje. Nie, jak to się mówi? Wyleciało mi słowo z głowy. W każdym razie filmy zamienione na książkę. Chodzi konkretnie o „Koszmar z Elm Street”. Mamy sześć tomów tego „Koszmaru z Elm Street”. Tomiki są takie, powiedziałbym, dosyć skromne. Teraz to ludzie takie pojedyncze książki wydają jak tych sześć tomów złożonych razem. Niemniej są.
A zaraz potem w tomie 20. „Śmiertelny lot” Guy'a Smitha. Tu znowu mamy do czynienia z lotniskiem, pod którym rozciąga się czeluść. Dlaczego ja tak państwa teraz od kilku chwil męczę tymi streszczeniami albo tymi tekstami z okładek? Bo chcę pokazać, unaocznić to, że czasami wysiłki redaktorów, którzy starają się sprzedać produkt, czyli to, co mamy między okładkami, one — nie wiem, czy wtedy — ale po latach brzmią zabawnie. Bo kiedy sobie uświadomię, co czytam na okładce, a co czytam w środku, to przy wszystkich zastrzeżeniach do Smitha, wolę to, co w środku niż na tej okładce. Bo ten redaktorski wysiłek ma to do siebie, czy wtedy miał to do siebie, że jednak trywializował pewne rzeczy, zamieniał je w parodię parodii.
[02:02:44] - Ja przypomnę, co mnie najbardziej rozśmieszyło na okładce. Marka chyba zresztą również. To było zachęcające oczywiście do czytania książki. Wypowiedź byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Obamy, że tak powiem. Cudowna zachęta. Była lepsza, Marku, od tych wszystkich, które tutaj do horroru zachęcają. Była o wiele bardziej idiotyczna, a wcale nie w minionym czasie, ale bardzo współczesna.
[02:03:21] - Słucham cię.
[02:03:23] - Oj! Nie pamiętam tego cytatu. Zresztą to było tak idiotyczne, że bym sobie pamięci nie zamulał pamiętaniem czegoś takiego. Ale było. Pamiętasz, prawda?
[02:03:34] - Właśnie nie pamiętam. Wiem, że w swoim czasie podśmiewaliśmy się z tego cytatu. Natomiast widzisz, jak się tak przeciąża umysły, to później takie kiksy powstają. Dobra, jedźmy dalej. Wiesz co? W pewnym momencie, w 21. tomie serii zrobiło się poważnie, bo mamy Ira Levina i „Żony ze Stamford”. To już taka klasyka horroru czy powiedzmy grozy, więc się zrobiło poważnie. Tym bardziej, że w końcu Ira Levin to autor uznany i człowiek, którego nie da się zbyć: „A, to taki autor od horrorów”. Nie, to jest już pisarz pełną gębą, którego nie da się zaniedbać.
Wiesz dlaczego, Wiktorze? Ira Levin.
[02:04:33] - Nie.
[02:04:34] - Nie wiesz dlaczego?
[02:04:35] - Nie.
[02:04:36] - A co ci mówi nazwisko Polański?
[02:04:42] - Już mi coś mówi.
[02:04:43] - Już ci coś mówi. Więc właśnie. Zobaczcie państwo, jak to się plotło w tym wydawnictwie. Nagle się pojawiały nazwiska zupełnie z pierwszej półki. I mamy nagle Ira Levina. Czy już państwo wiecie? Czy „Dziecko Rosemary” to jest ten adres, pod który państwo zachodzicie? Film Polańskiego. Najpierw książka, później film. A teraz podobno tworzy się kolejna ekranizacja „Dziecka Rosemary”.
[02:05:36] - Polański miał jakieś ściągoty do dzieci, nie?
[02:05:40] - Wiesz co? Polański, cokolwiek by o nim nie powiedzieć, to jednak pewne czucie filmowe ma. To jest facet, nie wiem, jak on to robi. Ja się tak na kinie dobrze nie znam, ale „Dziecko Rosemary” to był film hipnotyzujący, przynajmniej dla mnie. Znaczy znam też ludzi, którzy powiedzieli, że tak się dawno na żadnym horrorze nie wynudzili. To jest wszystko kwestia gustu. W każdym razie Ira Levin to człowiek jak najbardziej znany. 22. i 23. tom to kolejne.
„Czarna fedora” Smitha i „Fobia” Smitha. Już nie będę państwu czytał, co tam się na okładce znalazło. Dalej jest „Niewidzialny”, później jest Gahan Smith „Las”, „Czarny zamek”, ale to już jest Leslie Daniels. Dalej Gahan Smith „Lalka Manitou”. Dlaczego tak to sobie zaakcentowałem? Bo ja, jak zobaczyłem tę książkę, wiadomo, jak każdy głupek, zaraz mi się skojarzyło z powieścią, którą wspominałem na początku, Mastertona. To zupełnie inna powieść. Zupełnie o co innego chodzi. I zupełnie nie tak, ale czasami zostają w naszych głowach jakieś takie ślady, takie ścieżki, że my czasami zupełnie bezwiednie podążamy w pewnym kierunku. I tak się zdarzyło w przypadku akurat tego tomu.
Znowu nie oceniając. Może jednak tym razem przeczytam państwu o tej „Lalce Manitou”, żeby pokazać, jak inna jest to książka. Wesołe miasteczko nie zawsze bywa wesołe, szczególnie jeśli wszystkie drewniane figurki ożywają i zaczynają krwawą zabawę. A wszystko to dzieje się za sprawą indiańskiej wróżki i jej rzeźb. Babka dziewczyny została zgwałcona przez białych, którzy też wymordowali jej plemię. Tajemniczy bożek zła rozpoczyna okrutną zemstę. Już z tego streszczenia widać, że to jest coś innego niż w przypadku Manitou.
[02:08:19] - Bożek zła jako wymiar sprawiedliwości? Czyli zło jest sprawiedliwością. Aha, już wszystko rozumiem. Dobrze.
[02:08:34] - Proszę cię, bo my gdzieś żeglujemy jednak w stronę pewnej złośliwości. To nie tak, ale wiesz, chodzi o to, ja tylko podkreśliłem w tym momencie, jak czasami bywamy zafiksowani na czymś. Bardziej o to chodzi. Jakub Karbo: „Pozdrawiam panów w UM. Czasami trzeba dać się zaskoczyć przez mniejsze wydawnictwa, ale przyznaję bez bicia, że większość ksiąg na półce pochodzi od magnatów rynku.” Jakub Filip: „Polecam cystersów.” Jakub Filip dla Wiktora. To pewno o muzykę chodzi. Dalej. Jakub Karbo.
[02:09:16] - Na pewno.
[02:09:17] - „Życzę z całego serca, aby wydawnictwo Bibliotekarium zawojowało rynek.” Ja myślę, że wydawnictwo Bibliotekarium aż takich ambicji nie ma. Ale byłoby miło, gdyby nam nakłady podskoczyły. Teraz Alfred Dragon: „Bez żartów. Księgi krwi to kanon horroru.” ... specyficznego horroru. To się chyba nazywa splash. Inaczej: czy kanon to nie wiem. Mogę się wycofać z tego stwierdzenia. W każdym razie to jest coś, co w swoim czasie było bardzo ważne i było odczytywane niejako w kontrze do Gana Smitha. Podawano to jako przykład takiej ambitnej literatury o flakach.
Jak to mówię, to już się coś we mnie skręca. No nie. W każdym razie czegoś lepszego. „Księgi krwi” uważano wtedy za odkrycie. Myślę, że dzisiaj rzeczywiście, po tylu latach trudno to traktować jako odkrycie. I to mówię w kontekście chociażby tego, jak starzeje się literatura, jak coś, co kiedyś było ważne, dzisiaj może już takie ważne nie jest. Tutaj ważna uwaga Galfryda Dragona: „Przyczajeni” to też top ten Smitha. Mało typowej dla Smitha tandety i wulgarności. Dużo suspensu, elegancka powieść. Właśnie!
To jest ten element, o którym powiedziałem, że Gan Smith był pisarzem nierównym bardzo i ma powieści, o których czasami można odnieść wrażenie, że ktoś za niego pisał, albo przynajmniej bardzo mu pomagał. A może to był ten facet, którego wspominałem, który mu powiedział: „Stary, to można zrobić lepiej” i powiedział mu, jak ten materiał ułożyć. I to rzeczywiście było lepsze. Jak było? Nie wiem. To są oczywiście ani nawet hipotezy robocze, tylko po prostu bajania faceta, który siedzi przy mikrofonie. Ale to widać wyraźnie. To, co Galfryd Dragon podkreśla, że powieści Smitha są bardzo nierówne i to nie tylko na poziomie takim, że coś się podoba, nie podoba. Nawet konstrukcja, ten szkielet, ten kręgosłup niektórych powieści. Widać, że jest ułożony tak, jak kręgosłup powinien być ułożony, a w niektórych książkach jest mocno przetrącony.
Czemu to przypisać? Nie wiem. Po prostu nie wiem. Za mało o życiu Gana Smitha wiem. Natomiast Galfryd Dragon zwrócił uwagę na to, jak bardzo nierówne są — teraz sobie tak do końca zdałem sprawę — powieści Smitha. Mówiąc szczerze, trochę się zdziwiłem. Sam siebie zadziwiłem tym odkryciem zrobionym w trakcie audycji. Wiktorze.
[02:12:29] - Ja bardzo niechętnie akurat się wypowiadam na temat tego autora, gdyż mój zegar biologiczny — to tak tytułem usprawiedliwienia — przesiedlnął się. Zahaczył, jeśli chodzi o grozę, wyłącznie o Lovecrafta. I też w żaden sposób mnie to nie rajcowało, nie bawiło związkiem jednej jedynej rzeczy, czyli docenienia malarskości lovecraftowej koncepcji i tak dalej. Miałem szacunek po prostu dla Lovecrafta, chociaż uważałem, że to nie jest moja bajka.
[02:13:14] - Ale Wiktorze, sorry, o tym już mówiłem. Lovecraft jest okej. Tak jak mówiłem, Lovecraft wyszedł zza komuny w pierwszej połowie lat 80. Pierwszy tom „Zew Cthulhu”.
[02:13:29] - No właśnie.
[02:13:30] - Ale jakżeż inaczej czyta się Lovecrafta, Edgara Allana Poe czy jeszcze wcześniejszego pisarza, kiedy te dekoracje, w których ta cała groza się dzieje, są egzotyczne ze względu na czas. Lovecraft to jest pierwsza połowa XX wieku, prowincjonalne miasteczko amerykańskie. Edgar Allan Poe, wiek XIX. W ogóle to inny świat. Brakowało w komunie literatury, która mówi o tu i teraz. I dlatego tak wiele poświęcamy czasu dzisiaj Smithowi, bo to między innymi dlatego tak się porobiło ze Smithem, że nagle on się stał bardzo ważny dla czytelników. Bo on opowiadał o świecie, który znamy, a nie o jakiejś prowincji amerykańskiej albo o świecie, który już przestał istnieć bardzo, bardzo dawno temu. Czytam następne wpisy. Arteroza: „Wszystko zależy od pogody i ceny gęsiego smalcu. Pozdrawiam.” No być może.
Galfryd Dragon: „W temacie »Lalki Manitou« nic bezwiednego. W mojej ocenie Smith jak najbardziej wiednie.” Aha, to już wiem, o co chodzi. „Wykorzystał popularny tytuł Mastertona, a sam pomysłu na powieść, fabułę za bardzo nie miał.” Dlaczego ja się chcę podpisać pod tymi słowami? Galfryd Dragon: „To jedna z jego najsłabszych powieści.” Arteroza: „Najlepszy tekst, jaki pamiętam z Mastertona. Szli panowie i nagle jeden pyta, dlaczego na ciebie nie skapują...” Krople z dachu. Myślisz, że taka kropla odważyła się kapnąć na czarownika? Nie znam tego tekstu, ale jeśli jest, to rzeczywiście jest wielki. Tu mamy od Jakuba Filipa pewną propozycję. Rzecz godna rozważenia, ale nie teraz, kiedy jest pandemia, bo Wiktor jest w grupie ryzyka. Nie wiem, czy państwo sobie zdajecie sprawę, ale Wiktor jest w bardzo poważnej grupie ryzyka i w związku z tym my piłujemy tę audycję do państwa, każdy ze swojego domu.
Wiktor pracowicie trzymając komórkę omdlałą ręką, ja gadając do sitka mikrofonu i siedząc w swojej bibliotece. Trochę mi tęskno za studiem. Trochę mi tęskno za tym, żeby sobie pogadać face to face z Wiktorem. Ale na razie pandemia na nas to wymusza. Bez względu na to, co myślimy o pandemii i jak się państwo do niej ustosunkowują, naszego Wiktora nie ma co narażać. W końcu grupa ryzyka to grupa ryzyka, prawda, Wiktorze?
[02:16:56] - Jakie tam ryzyko! To już dawno przekroczyło barierę dźwięku. Po prostu ja już nie jestem do wzięcia, a nie w grupie ryzyka. Już, że tak powiem, czekam na aniołka.
[02:17:15] - Cóż, ja powiem jeszcze, że jako tom 29 ukazała się Ian Smitha „Odraza”, później „Pan ciemności” Iana Smitha, a kolejny tom już go nie było. Ukazał się jeszcze tom troszeczkę podobny, tylko format troszeczkę zmienił, jeśli chodzi o szatę graficzną. Tylko już nie było Iana Smitha, był Les Daniels „Bez rozlewu krwi”. I tak jak powiedziałem, poza serią ukazał się „Sabat” cztery tomy. I to było wszystko, co się w Phantom Press ukazało, jeśli chodzi o Iana Smitha. I tak jak to państwo napisali, już nawet my nie musimy tego powtarzać, tak jak to państwo napisali na forum, to był pisarz, któremu trudno wystawić jednoznaczną metkę, że był dobry, zły, średni, głupi, mądry. Nie wiadomo. Ja zostanę z tym stwierdzeniem z początku audycji. Tak gadamy już od prawie dwie i pół godziny, żeby dojść do tego, co już wiedzieliśmy na początku: że to jest pisarz, który w Polsce stworzył pewne zjawisko. Który pisał różne książki lepsze, gorsze, ale zjawisko pozostaje niejako obok tego, co napisał.
Bardzo wielu ludzi odwołuje się do pamięci o tym, co czytało w młodości, o tym, że to zrobiło na nich dobre, złe wrażenie. Różnie. Tak jak nawet tutaj na forum dzisiaj czytałem. Jednych to nudziło, drugich fascynowało. Ja pamiętam, że byłem na ostatnim roku studiów i czytałem te „Kraby”, które dzisiaj chwilami mnie śmieszą. To czytałem. Sam nie wiem. Pewno bardziej dlatego, żeby zobaczyć, co będzie na końcu kolejnych tomów oczywiście, niż po to, żeby aż tak mnie to wciągało. Ale jednak czytałem. Nie macie państwo wrażenia po dzisiejszej audycji, że literatura...
To ty, Wiktorze, nazwałeś literaturę dziwką. Ty ją nazwałeś. Pewno nie pierwszy.
[02:19:25] - Nie.
[02:19:27] - Tak. Ma w sobie coś takiego, co jest nie do końca uchwytne. To banał, ale mnie nie chodzi tutaj o walory literackie, bo te bywają nieuchwytne, ale też o pewne mechanizmy, które działają w świecie literackim. Współczesny świat bardzo lubi szufladkować. I tu znowu moje odwołanie do tego, co znajdujemy na różnego rodzaju portalach typu Lubimy Czytać i innych. Tam ocenia się bardzo łatwo. Coś jest mądre, coś jest głupie, coś jest dobre, coś jest złe. Czasami czytam pewne wpisy z nieukrywanym podziwem. Jak nie łapię, wtedy czuję się staro, bo wiem, że młody człowiek, który pisze o jakimś tam tytule, który uważam za wielki, że jest głupi, bezsensowny, a w dodatku seksistowski. I myślę długo i za cholerę nie widzę tych zjawisk, które zostały opisane, to wtedy mam takie poczucie, że rzeczywiście literatura to jest czy to dziwka, czy pani, której nie da się opisać tak prosto, jak byśmy chcieli.
I chyba po to między innymi jest ta dzisiejsza audycja. Nie tylko po to, żeby fascynować Ianem Smithem, bo ci, co chcą, to się fascynują, ci co nie, to nie, ale też po to, żeby pokazać, że ta literatura w różnych ujęciach bywa po prostu takim zjawiskiem, które zbyt chętnie sprowadzamy do jednego mianownika: dobre, złe, mądre, głupie, głębokie, płytkie, grafomańskie, wybitne i tak dalej. To nie działa, proszę państwa. Moim zdaniem to nie działa. Ale teraz oddam głos Wiktorowi, bo tu Wiktor zdaje się może mieć odmienne zdanie.
[02:21:36] - Nie, nie mam odmiennego zdania. Wyłącznie mogę tylko powiedzieć, że z literaturą to jest mniej więcej tak samo, jak z ewolucją. Przez ostatnich parę lat Przy budowie lotniska w Denver odkryto ptaki, które kiedyś szybowały przez parę milionów lat nad oceanami. Śladu po nich nie ma, ale kiedyś były piękne i fruwały. Tak samo jest z pisarzami. Kiedyś byli piękni, kiedyś byli czytani, całe pokolenia się na nich wychowały. Dzisiaj są nieważni, w ogóle ich nie ma. Ale na tym polega ewolucja również. Ale za to będą nowi, będą inni, będą młodsi. Będą ci, którzy w swoim czasie coś stworzą.
I to jest właśnie piękne. Wyobraźcie sobie świat, w którym wszyscy bez przerwy czytają Odyseusa i wojnę trojańską. Oszaleć by można, a to robiono przez dwa tysiące lat. Ile można to czytać? Ważne, żeby wiedzieć, że było, że jest jeszcze, jak to wykopalisko. Ale to jest wykopalisko, to jest muzeum. W muzeum dzieło sztuki jest przepiękne. Natomiast dzisiaj są te obrzydliwe samochody, które ja wysyłam. Ale tak to jest ze sztuką.
[02:23:18] - Na koniec dzisiejszego spotkania powiem o czymś znowu nieuchwytnym. Lubię czasami zaufać instynktowi, czemuś, co nie da się opisać słowami. To robimy w tej chwili od kilkuset minut. Nie, dobrze, jak zwykle przesadzam. W każdym razie tych minut już sporo gadamy. A mianowicie o instynkcie. Instynkt to jest coś takiego, co czujemy albo nie czujemy. I kiedy przeczytałem, że Iain Banks zmarł 24 grudnia 2020 roku, w Wigilię, to pierwsze moje odczucie było takie, że poczułem żal. I zacząłem się zastanawiać, dlaczego. Dlaczego odczuwam żal?
Czego ja tak naprawdę żałuję? Tych wielkich walorów literackich? Nie. One, jak powiedzieliśmy w toku audycji, były różne. To czego żałuję? Mojej młodości, która była z tymi książkami związana? Pewnie tak. Przynajmniej po części. Skończył się jakiś etap. Już kolejna książka nie powstanie.
To jest coś takiego, że na podstawie tego wysnułem sobie tezę, że w jakiś sposób Iain Banks był dla mnie ważny. W jakiś sposób sprawił, że zacząłem patrzeć na literaturę. Nie mówię, że przez pryzmat Banksa patrzyłem na całą literaturę. To nie tak. Ale zacząłem uwzględniać ten rodzaj literatury, taki sposób pisania w swoim myśleniu o literaturze. A zatem Banks odegrał rolę, ważną chyba, w tym, jak o literaturze mówię, jak literaturę rozumiem. Być może rozumiem ją błędnie zupełnie, to inna sprawa. Natomiast jakoś tam mnie ukształtowało to wszystko, te jego książki. Bez względu na to, jakie one były. Dzisiaj sobie w toku audycji powiedzieliśmy, że one były różne.
Ta cisza właśnie miała określić, co czasami. A czasami były całkiem niezłe. I to jest chyba rzecz, którą z dzisiejszej audycji tak naprawdę warto wynieść. Warto sobie przemyśleć, że nawet jak się zabieramy za takiego autora, którego na początku myślimy: „Ale go dzisiaj obśmiejemy, powiemy, jaki to był straszny gość, albo usłyszymy, jaki to był straszny gość, jakie bzdety pisał”, to się może nagle okazać, że to takie proste nie jest. I to tyle. Żeby już nie przedłużać, bo dalej to już byśmy mielili słowa niepotrzebnie. To ja na temat Iaina Banksa i jego dorobku literackiego i jego wagi, powagi jako zjawiska kulturowego już chyba powiedziałem wszystko. Wiktorze, to teraz ty postaw kropkę.
[02:26:42] - Ja już powiem, że są rzeczy ważne. Ja tego pisarza, jak wszystkich innych, szanuję tylko dlatego, że byli. Że nie było w tym miejscu pusto. A mogło być pusto przecież, ktoś to wypełnił to miejsce, a czasami rzeczy, wydawałoby się mało ważne, są bardzo ważne. Nie wiem, dlaczego mi się to skojarzyło z tymi przyjaciółmi, którzy Emmanuela Kanta zabrali do burdelu po to, żeby dotknął życia trochę. No i dotknął.
[02:27:18] - Bo w ogóle z Immanuellem Kantem, to jak już rozmawiamy o Immanuelu Kantcie, bo to był facet, jak głosi anegdota, który uważał, że ta aktywność, ta sfera życia człowieka jest w ogóle niegodna, bo człowiek wykonuje w trakcie jakieś takie dziwaczne, nieprzystojne ruchy. W ogóle to jest jakieś takie niefilozoficzne. Więc ci przyjaciele dokładnie tak, Wiktorze, jak powiedziałeś, pokazali mu, że być może to jest śmieszne, być może to jest nieprzystojne, być może to jest prymitywne i tak dalej. Ale to jest część naszego życia. Po prostu oprócz wielkiej filozofii, którą zdecydowanie Immanuel Kant uprawiał, jest jeszcze to, czym on pogardzał. Co więcej, okazało się, że chyba mu się spodobało. Tak to dobrze, skwituję tak najkrócej. Chyba mu się spodobało i chyba wielkich pretensji do kolegów nie miał. Chociaż pierwszy odruch był taki, że: „Ale jak to? Absolutnie!
To nie jest ta sfera aktywności, którą zajmowałby się filozof”. Więc to chyba w punkt wycelowałeś, Wiktorze.
[02:28:48] - W literaturze są też takie sfery aktywności, których czasami nie dotykamy, a czasami warto po prostu zajrzeć tu i tam. Nie w to, co mamy na co dzień i uważamy, że tylko nam przystoi i tylko to lubimy.
[02:29:08] - Okej, to ostatni rzut oka. Tak jak powiedział Wiktor, narzucam się tym okiem. Rzut oka na forum. Poczytamy, co tu do nas piszą. Jakub Filip. Masz gratulacje przede wszystkim. Brawo dla ciebie, Wiktor. Dalej. Jakub Filip pyta: „Czy można nagrać felieton jak pan Fąs?” To ciekawe. Oczywiście, zapraszamy.
Można nagrać. Zapraszamy. Z tym felietonem to poproszę, w zależności od tego, jaką ma wagę ten plik z nagraniem, w każdym razie albo WeTransferem, albo bezpośrednio na maila. Mail, w tej chwili go podaję: redakcja.bibliotekarium@gmail.com. Tu można zdecydowanie podsyłać tego rodzaju felietony. Co więcej, ja cały czas przypominam, że „Bibliotekarium” jak zawsze w Radiu Paranormalium, ale powstało też radio poświęcone tylko i wyłącznie książkom, w którym „Bibliotekarium”, archiwalne audycje można odsłuchać. Nazywa się to Radio Book Radio. A jeśli wpiszecie Book Radio z angielska, to nie jest żadna religijna audycja, tylko właśnie książkowa. bookradio.pl To znajdziecie nie tylko stronę, ale też playera. Tam na razie jeszcze w dalszym ciągu audycje testowe, ale między innymi archiwalne pierwsze „Bibliotekaria” zsunął sobie z plików z serwera i można posłuchać.
Trochę opowiadań Bruno Kadyny. Także zapraszamy. A te felietony, które proponuje Jakub Filip, jak najbardziej prosimy. Jeśli adres mailowy uciekł, to jeszcze raz go powtórzę, a jeśli nie, to w powtórce audycji można sobie odsłuchać. Czyli powtarzam: redakcja.bibliotekarium@gmail.com Zapraszamy. Tylko jedna uwaga, że te felietony mniej więcej niech mają ten przedział czasowy, jaki stosuje Tomek Fąs. To jest optymalna długość. Zapraszamy. No i cóż, mamy jeszcze ostatni komunikat. Gelfret Dragon: „Pozdrowienia dla panów.
Dzięki za dobrą audycję. Keep on good rockin'.” No cóż, to dziękujemy państwu wszystkim za uwagę, za wysłuchanie dzisiejszej audycji. Zapraszamy za dwa tygodnie. Mieliśmy taką sugestię od kilku słuchaczy, że w końcu mamy rok lemowski. My co prawda już audycje poświęcone twórczości Lema mieliśmy, bo przypomnę, że w swoim czasie długo i namiętnie dyskutowaliśmy o „Pamiętniku znalezionym w wannie”. Dyskutowaliśmy też o opowiadaniu poświęconemu wirtualnym światom. To z opowiadań Iona Tichego. W każdym razie rozmawialiśmy już o Lemie, ale rok lemowski zobowiązuje i słuchacze nas o tym zapewnili oraz zażądali. Więc po krótkiej dyskusji zdecydowaliśmy się, że za dwa tygodnie porozmawiamy o „Dziennikach gwiazdowych”. O „Dziennikach gwiazdowych”, które wydają się lekturą lekką, łatwą i przyjemną.
I pewno taką są, ale to jest typowy przykład literatury, nie wiem, czy z drugim dnem. Nie chcę być trywialny. Powiem na swoim przykładzie. Ja zacząłem czytać „Dzienniki gwiazdowe”, kiedy miałem lat dziewięć i świetnie się przy tym bawiłem. Kilka podróży mnie nudziło, ale generalnie bawiłem się świetnie. I jak mam lat tyle, co mam, dalej bawię się świetnie, tylko z zupełnie innych powodów. I te opowiadania, które mnie kiedyś jako tego dziewięciolatka nudziły, dzisiaj mnie szalenie frapują. Te opowiadania, które mnie wtedy bawiły, bawią mnie w dalszym ciągu. Zatem to jest taki przypadek, takie zjawisko literackie, które chyba warto sobie przedyskutować, Wiktorze, prawda?
[02:34:11] - Zupełnie zachowujesz się tak jak w małżeństwie, że tak powiem. Na początku rajcowało cię co innego, ale dzisiaj to jesteś zachwycony tym, jak wspaniale gotuję.
[02:34:25] - Pozostawię rzecz bez komentarza, bo cokolwiek bym powiedział, powiedziałbym przeciwko sobie. Moja żona Jola słucha tych audycji. Cokolwiek bym teraz powiedział, to właściwie strzał w głowę pewny, więc spokojnie. A zatem za dwa tygodnie zapraszamy na wydanie lemowskie „Bibliotekarium”, a konkretnie poświęcone „Dziennikom gwiazdowym”. Za tydzień ABW. Pojawią się autorzy, których jeszcze w ABW nie było. To skutek między innymi naszych apeli. Co więcej, dostaliśmy też kilka oświadczeń, zapewnień, że opowiadania archeologiczne się piszą. Przynajmniej trzech autorów mnie o tym zapewniło. Zatem ten projekt archeologiczny, kosmiczno-archeologiczny gdzieś tam się zaczyna materializować.
Trzymam kciuki, bo wszystko, co powiedziałem w ABW na temat możliwości, które zostaną stworzone, jeśli tych opowiadań będzie odpowiednia ilość, jest w dalszym ciągu aktualne. Więc piszcie państwo te opowiadania archeologiczne. A za tydzień posłuchamy dwójki nowych autorów. Trzy świetne opowiadania. Świetne, że są. A o tym, jakie one są, porozmawiamy już w audycji. No to cóż, dziękujemy państwu bardzo. Dziękujemy za miłe słowa, które w tej chwili pojawiają się na czacie. Chylimy czoła. Bardzo dziękujemy.
Krzysztof „Korsarz” Biliński: „Dzienniki gwiazdowe” są cudowne i zastanawiające. Też tak uważam. To są naprawdę rzeczy, o których porozmawiamy za dwa tygodnie. Dziękujemy państwu bardzo serdecznie. Życzymy samych dobrych lektur. Tym, co piszą, wyłącznie weny i to takiej weny bardzo obfitującej w jak najlepsze dzieła. Dobranoc państwu.
[02:36:46] - Dobranoc. Idę słuchać Gosta.
[02:36:50] - A mówili do sobie, do państwa jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium — paranormalny głos w twoim domu oraz Book Radio — literacki głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień w ABW. I ponownie w tym normalnym „Bibliotekarium” już za dwa tygodnie, oczywiście na żywo. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.