Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. Skoro już się połączyliśmy, skoro odzyskaliśmy po drobnym problemie technicznym połączenie z Internetem, to wypadałoby w końcu rozpocząć dzisiejsze, pierwsze w tym roku 2021 „Bibliotekarium na żywo”. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowo-telefonicznego są z nami jak zawsze Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość Katarzyna Prychacz. Katarzyna, pisząca dziewczyna. Zanim przekażę głos na drugą stronę łącza, tradycyjnie przypomnę kontakty do Radia Paranormalium. Dzisiaj punktem przewodnim dyskusji będzie zbiorek opowiadań, który na pewno bardzo zainteresuje miłośników literatury grozy i nie tylko, ale więcej o tym zbiorku powiedzą panowie i pani już za chwil kilka. A nasze numery telefonów to jak zawsze stacjonarny 32 746 00 08. Numer telefonu komórkowego to jak zawsze 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube.
Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Drodzy panowie, droga Kasiu, oddaję wam głos.
[02:10] - Dobry wieczór, dzień dobry wieczór. Jeszcze Wiktor. Wiktorze, jesteś tam?
[02:16] - Dobry. Jestem ja i wieczór.
[02:20] - Tak.
[02:21] - Ja też jestem wraz z wieczorem.
[02:23] - No właśnie. I cały misterny plan poszedł, bo miałem tajemniczo przedstawić naszego gościa. Ale się gość sam przedstawił. To ja teraz tylko sięgnę.
[02:36] - Nie przedstawiłam się.
[02:37] - Ale Ivellios przedstawiał. W każdym razie Katarzyna Prychacz. Zastanawiałem się, jak przedstawić, bo oficjalnie gość i tak dalej, ale doszedłem do wniosku, że najlepiej to zrobię, jeśli sięgnę po książkę, o której będziemy dzisiaj rozmawiać. Przypomnę tytuł książki „Nie otwieraj! Na stronie Sigma”. Otworzę tę książkę gdzieś tak przy końcu, na stronie 238. I czytamy: „Katarzyna Prychacz, założyciel Agencji Wsparcia Kreatywnego Creative Side Studio, współzałożyciel projektu Snem Pisane, a przede wszystkim trener wymyślania w Creative Quest. Konsultant marki osobistej, doradca kreatywny, mentor oraz twórca. Głównie pisarz, ale jak jest flow, to z radością ręce ubrudzi. Sercem w Olsztynie, ciałem w Trójmieście, a duszą wszędzie, gdzie tylko wymyśli.
Prywatnie wiedźma z dwiema czarnymi kotami”. Nasi słuchacze już mniej więcej wiedzą, kim jest nasz gość, a cała reszta to później. Czyli oficjalnie, Katarzyno, witamy cię na pokładzie w „Bibliotekarium”.
[04:00] - Dziękuję za takie serdeczne powitanie i to zaszczyt być tutaj z wami. I nie mogę się doczekać, o czym będziemy rozmawiać.
[04:08] - Oczywiście będziemy rozmawiać o książce, o zbiorku, zbiorze „Nie otwieraj! Na stronie Sigma”. Zbiorku, który musieliśmy wciągnąć do naszej audycji z wielu powodów. Po pierwsze, bo jest po prostu fajną książką, ale po drugie nie ma w obecnym świecie czegoś takiego, żeby gdzieś znajomości się nie pojawiały. Bo jak sięgniemy po ten zbiorek, to nagle się okaże, że tu jest pełno autorów, którzy z „Bibliotekarium” coś wspólnego mają. Bo jest na przykład opowiadanie Przemysława Cichonia. I to w dodatku takie opowiadanie, które w swoim czasie gdzieś tam na antenie bliźniaczej audycji „ABW” się pojawiło. Dalej mamy też Jacka Fleishhäsera i też opowiadanie o takim typie niezbyt fajnym, które też w „ABW” gdzieś na początku się pojawiało. Z kolejnych znajomych to Kamila Ciołko-Borkowska, która sporo opowiadań w „ABW” opublikowała. Także trochę znajomych w książce się pojawia.
Więc to kolejny powód, żeby o tej książce powiedzieć. Ale przede wszystkim tak naprawdę to o książce mówimy dlatego, że ona jest książką niezwykłą zarówno co do treści, jak i co do formy. O tej formie to pewno jeszcze dzisiaj będziemy mówić. Natomiast troszeczkę pomówmy o treści. Nie, jeszcze nie o treści. Powiedzmy na początek o tym, skąd się w ogóle ta książka wzięła. I to już ja obiecuję solennie, że zamilknę i oddam głos naszemu gościowi.
[06:02] - Skąd się ona wzięła? Słuchajcie, z naszych głów, to na pewno. To się zaczęło, jak nawet dzisiaj sobie próbowałam przypomnieć, możliwe, że na początku 2017 roku. Prawdę mówiąc do Jacka głowy przyszedł pomysł na jednej z pisarskich grup, żeby wydać zbiór opowiadań grozy. Napisał gdzieś w komentarzu, nawet nie pamiętam, czego dotyczył post. Wiem tylko, że w tym komentarzu, wtedy też jeszcze Jacka nie znałam, napisałam: „Dobra, słuchaj stary, masz pomysł, zakładaj grupę, zbieraj ludzi na Facebooku i lecimy”. Nie wiem, czy tego samego dnia, czy dzień później już dostałam zaproszenie do grupy. Oczywiście Jacek powybierał, pozapraszał różnych pisarzy. Zresztą w antologii też jest troszeczkę bardziej rozszerzona ta historia ze strony Jacka, ponieważ nie było to łatwe zadanie. Nie wiem, na ile Jacek się dzielił, aż bardzo nie pamiętam teraz, w książce.
Ale faktycznie zdarzały się też nieprzychylne opinie na te jego posty czy jego komentarze, kiedy zbierał ludzi. Ale o tym nie mówmy, mówmy o przyjemnych rzeczach, więc o tym, co się działo w naszej magicznej grupie. Oczywiście pisarze. Powiem wam szczerze, że na początku było nas troszeczkę więcej, bo tutaj finalnie jest nas dziesiątka w antologii. Natomiast wiadomo, nie każdy miał czas, nie każdy miał pomysł. Przez to, że to strasznie dużo trwało, bo nie byliśmy do końca zorganizowani. To tak ludzie potraktowali jako coś takiego, taki spontan, coś dodatkowego. Więc dużo też się męczyliśmy z tym, że ktoś pisze grozę, ktoś nie pisze grozy, ktoś czuje temat, ktoś nie. Potem ja zaproponowałam, że może zróbmy jakiś motyw przewodni i też nad samym motywem dużo rozmawialiśmy. Finalnie dotarliśmy do momentu, w którym stwierdziliśmy, że motywem, który będzie łączył wszystkie opowiadania, będzie szaleństwo.
Kto czytał, ten wie, jak bardzo lub nie bardzo nam to wyszło. Ponieważ tak jak oblicza grozy, tak też oblicza szaleństwa w bardzo różny sposób w opowiadaniach są. Nie ukrywam, że ja lubię rzeczy zorganizowane. Tak że na początku, zanim jeszcze postanowiłam gdzieś może tu przyspieszyć pewne procesy, to prawdę mówiąc miałam zamiar zrezygnować z tego projektu. Bo to nie szło w żadnym kierunku, nic się nie działo. Ja nie miałam później już czasu. Ale w końcu stwierdziłam: „Dobra, albo teraz, albo nigdy”. Napisałam też dość krótkie opowiadanie, ale w swoim opowiadaniu postawiłam na troszeczkę inny typ narracji. Pierwsze próby zorganizowania tego projektu i pozbierania go do kupy podjęła Kinga Bągart. Zresztą dzisiaj usłyszymy też jej opowiadanie, bo Kinga też lubi rzeczy zorganizowane i poukładane.
Nawet chyba bardziej je lubi niż ja. Tak w końcu stwierdziłyśmy, że zawiążemy współpracę. A jeszcze się okazało, że Kinga mieszka w Olsztynie, a ja z Olsztyna pochodzę i w Olsztynie bywam, bo przyjeżdżam do rodziny. Przecież jak już tak jesteśmy, to trzeba na jakąś kawkę wyskoczyć. Wtedy też poznałam właściwie chyba Kingę jako pierwszą na żywo z całej naszej ekipy. Tak z Kingą zaczęłyśmy knuć, jak to wszystko pozbierać i żeby jednak coś z tego wyszło. Przy tym trochę nie widziałam tu punktu zaczepienia, jeżeli chodzi o opowiadania, bo wszystkie mi się bardzo podobały. Natomiast faktycznie nie było tego łącznika, a że ja lubię rzeczy marketingowo też zorganizowane i pozbierane, to pomyślałam, jak to wszystko połączyć. I tak powstał pomysł na narrację. Nie wiem, czy mam mówić dalej, bo ja jestem w stanie zawłaszczyć czas antenowy.
[09:53] - Sekundkę, o tej narracji za chwileczkę powiemy. Powiem tak: wyznania człowieka, który organizował do pewnego stopnia wydanie antologii. Westchnę sobie, bo ja doskonale rozumiem, jaki to jest pot, krew i łzy. Bo właśnie dzisiaj trafił do mnie kompletny materiał do drugiego tomu antologii „Rubieże rzeczywistości”. Trafił do mnie, pani redaktor Marta Sobiecka przekazała mi komplet materiałów. Właściwie w poniedziałek to wszystko trafi do składu. Natomiast tak sobie westchnąłem, bo niby dostałem komplet, ale to jest taki komplet niekompletny, żeby było absurdalniej. Ponieważ autorzy mają to do siebie, że myśmy próbowali z Martą, liczba mnoga jest tu jak najbardziej nie na miejscu, bo to bardziej jednak Marta próbowała ogarnąć całe to towarzystwo od, nie wiem, w tej chwili chyba dwa i pół miesiąca. I się nagle okazywało, że owszem, większość jest dosyć dobrze zorganizowana, w miarę dobrze współpracuje z redaktorem, natomiast zawsze są jednostki wybitne, które w nosie mają wszelkie terminy, wszelkie zobowiązania i tak dalej. Do tego stopnia, że co prawda antologia, ten drugi tom idzie do składu w poniedziałek, ale i tak jeszcze brakuje kilku biogramów, bo autorzy nie byli w stanie napisać tych biogramów.
Przynajmniej materiału do napisania tych biogramów dostarczyć.
[11:42] - Paradoksalnie to bywa najtrudniejsze.
[11:45] - Tak, ale kiedyś się trzeba jednak zdecydować. Tym bardziej, że są jakieś terminy i tym bardziej, że to wygląda w ten sposób, że my oczywiście do pewnego stopnia będziemy czekali, ale to jest tak, że czasami jedna osoba opóźnia zrobienie całości. Więc nie chcemy tutaj podejmować jako wydawnictwo jakichś brutalnych decyzji, ale Z drugiej strony zdajemy sobie sprawę, że ileś tam osób czeka na tę antologię, a jakaś osoba nie wysyła czegoś. To niekoniecznie zawsze biogram. To może być na przykład zobowiązanie typu: „Ja przysięgam, pani redaktor, jutro podeślę poprawione według pani wskazówek opowiadanie. Na pewno będzie.” Mijają trzy dni i dalej opowiadania nie ma. W końcu redaktor pisze do zainteresowanej osoby, że może jednak ona zrobiła to za niego. I cisza dalej, jakby coś w studnię wpadło. Czasy co prawda mamy teraz takie, jakie mamy, ale ja jednak nie wierzę, że to wszystko aż tak szybko biegnie i że jakiś dramat się po drugiej stronie zdarzył. Po prostu proces decyzyjny czasami bywa dosyć trudny.
Dlatego już nie będę z tą martyrologią sunął dalej. W każdym razie informacja dla wszystkich zainteresowanych jest taka, że tak jak powiedziałem, w poniedziałek drugi tom trafia do składu, więc jesteśmy bliżej niż dalej. Natomiast tutaj właśnie chciałbym zapytać naszego gościa, jak to z tą, szukam słowa, dyscypliną. Jak to z tymi sprawami organizacyjnymi, takimi na spodzie, na dole, przy tej pracy u podstaw. Jak to wyglądało w przypadku antologii „Nie otwieraj” na stronie Sigma?
[13:41] - Faktycznie, powiem szczerze, taka rada dla wszystkich: żeby zacząć, to najważniejsza jest decyzja, żeby zacząć. Więc kiedy już u nas padła ta decyzja, kiedy postanowiłyśmy z Kingą, że bierzemy to wszystko za uszy i działamy z tematem, to oczywiście zadbałyśmy też o to, żeby w jak najbardziej klarowny sposób rozpisywać wszystkie plany, wszystkie zadania, żeby reszta ekipy po prostu miała ułatwiony dostęp. Bo my z Kingą może i działałyśmy zarówno w branży eventowej, czy w branży rozwoju osobistego. Nie chcę mówić, ale mam wrażenie, że dla większości była to zupełna nowość. Nie wiem, może ktoś się spotykał z narzędziami, bo oczywiście też stworzyłyśmy taki harmonogram zadań. Nie wiem, jak to nazwać, ale jest aplikacja, można jej sobie online używać, więc tam wszystko rozpisałyśmy, podzieliłyśmy. Najpierw też zrobiłyśmy wywiad, kto na przykład ma jakie kontakty, kto może się czymś zająć, kto ma wybrać fragmenty, które wyślemy do partnerów i tak dalej. Także w momencie, kiedy już rozpisałyśmy plan i pokazałyśmy listę zadań, to nagle się okazało, że reszta ekipy też zaczęła się troszeczkę w to bardziej wkręcać, bo wiedzieli po prostu, co mają robić i kiedy mają robić, bo termin to jest bardzo istotna rzecz. Oczywiście, że bez poślizgów się nie mogło obyć. Z racji, że było dużo zadań do zrobienia i dużo nas tu wszystkich, to po prostu tak musiało być.
Ja uważam, że nic się nie dzieje bez przyczyny, bo faktycznie nam się troszeczkę premiera przesunęła. Już abstrahując od tego, że wyszła w międzyczasie pandemia i zastanawialiśmy się, czy w ogóle tego nie przełożyć na czasy po pandemii. Dzisiaj już wiemy, że pewnie byśmy wtedy tej książki do tej pory nie wydali. Więc tak. Ja oczywiście zajęłam się też poszukiwaniem różnego rodzaju ofert, jeżeli chodzi o drukarnie. Najpierw były oferty szukane przez pozostałych. Natomiast ja stwierdziłam, że nie podobają mi się ceny w tamtych ofertach i zaczęłam szukać głębiej, bo nie szukałam wśród drukarni stacjonarnych. Także udało mi się znaleźć ofertę taką, że mogliśmy, bo tutaj zaznaczę, że to po prostu był nasz self-publishing, więc wszyscy się tutaj składaliśmy na to. Mogę to powiedzieć, to żadna tajemnica. Więc też dla nas wszystkich to było ważne, żeby ta oferta była i jakościowo dobra i cenowo dobra.
Jeżeli chodzi o korektę, to też udało się cudownie, bo mamy na pokładzie Iwonę Matacz. Ona się właśnie zajmuje korektą, więc jak najbardziej ona nas tutaj wszystkich posprawdzała. Dużo też było uwag. Aha, jeszcze może o tym wspomnę, że zanim zaczęliśmy składać książkę, to oczywiście, że na tej grupie, którą Jacek utworzył, każdy z nas wrzucał swoje opowiadanie. I też to był bardzo ważny proces, żeby każdy z nas skomentował opowiadanie każdego. Także prawdę mówiąc, to też strasznie długo trwało. Zwłaszcza że czasami były poprawki nie tylko kosmetyczne, ale i redakcyjne. Także każde opowiadanie zostało przeczytane przez wszystkich i to z takim namaszczeniem, że te uwagi były. Później już całość dopieściła Iwona. A jeżeli chodzi o skład książki, to tutaj zadebiutowała Kinga w tej roli.
Powiem szczerze, że wyszło to wow. Także też nam się tutaj udało, że po prostu mieliśmy łatwiejszą kontrolę nad tymi procesami, bo nie były to osoby z zewnątrz. Ilustracje też. Właściwie to ja wymyśliłam ilustracje i zostały narysowane pod to właściwie, co tam pogrubiłam i wyjaśniłam. No i właściwie z drukarnią to jak już mieliśmy gotowy materiał złożony, okładka też bardzo sprawnie została zaprojektowana. Zresztą okładka też ma świetną historię. Tutaj Kuba z Takie Tam Studio. Powiem szczerze dołożył tutaj wszelkich starań, bo z tego, co mi mówił, to też chodził i robił zdjęcia różnym przedmiotom, bo ja powiedziałam, że ma być taka ta okładka trochę stara, śmigana, zużyta. Także te wszystkie jakieś przerdzewienia czy jakieś pęknięcia, które widać, to nie są rzeczy stworzone gdzieś tam czy ściągnięte z internetu. Tylko to jest po prostu kompilacja fragmentów różnych zdjęć.
Mówił, że jakieś stare kanapy na wysypisku fotografował, jakieś przerdzewiałe rury czy coś tam. Także okładka też ma swoją historię. Jak już mieliśmy cały komplet, to wtedy tylko trzeba było czekać. A drukarnia bardzo sprawnie, mimo że to już były czasy pandemiczne, mimo wszystko raz, raz wszystko zostało zrobione i nam wysłane kurierem. Także nie wiem. Tak jak teraz mówię, to może się to wydaje proste, ale powiem szczerze, jak już postanowiliśmy, to po prostu poleciało lawinowo. Tylko trzeba było pilnować siebie i wszystkich wokół, żeby faktycznie jak najszybciej pewne rzeczy podomykać.
[18:59] - Jeśli to się państwu wydaje proste, to, o czym mówiła Katarzyna, to jest złudzenie, proszę państwa. To po prostu są wspomnienia, takie jak wspomnienia weterana. Jak weteran wspomina, to też się wydaje wszystko takie proste. Wierzcie mi państwo, że wydawanie czegokolwiek w takim rozproszeniu, tak to nazwijmy. Ja tylko powiem, że Katarzyna walczyła z dziewięcioma, chyba że siebie też bierze pod uwagę.
[19:33] - Ze sobą potrójnie.
[19:34] - Właśnie. To było przynajmniej 12 autorów, a nie 10. Natomiast my w antologii „Rubieże rzeczywistości” walczymy z około 30 autorów, nawet ponad, co dostarcza wielu emocji. Tak to podkreślę. Ale ja mam wrażenie, że my wspólnie z Katarzyną skutecznie zagadaliśmy Wiktora. On tam sobie milczy spokojnie po drugiej stronie, ale pewno szykuje się do skoku. Wiktorze, to jest ten moment, kiedy możesz skoczyć i zadać pytanie.
[20:11] - Ja milczę nieprzypadkowo, bo wiecie, w moim wieku takie coś jak wyznawanie miłości jest raczej trudne. Trudne, a muszę to zrobić, niestety. Otóż ja po prostu od wielu lat, możecie w to prawie nie uwierzyć, nigdy prawie tak się nie wzruszyłem, otwierając, biorąc tą książkę do ręki. Z jakiegoś powodu. Z nią przecież nie miałem nic wspólnego, ale rzeczywiście się wzruszyłem prawie do łez. W dzisiejszym takim uprzemysłowionym świecie kocham ludzi, którzy sami sobie indywidualnie, że tak powiem, próbują cokolwiek zmajstrować, nie oglądając się na okolicę. Późno życia zmarnowałem. Nie to słowo zmarnowałem. Raczej spożytkowałem po prostu na różne inicjatywy, z których powstawały gazety, pisma, wydawnictwa i tak dalej. I przedsiębiorstwa.
Zresztą wiem, jaka to jest radocha. Potem się czasami pakowało manatki i ziało i samemu się z tego nic nie miało, ale łajby płynęły dalej. Tak jak powiedziałem, kocham takich ludzi. Kocham ludzi, którzy po prostu się zbierają. Z waszej dziesiątki to poznałem trzech: Przemka, Jacka i panią Kamilę przecież tylko. Ale wszystkich trzech obdarzyłem ogromną od pierwszego praktycznie biorąc słowa, które czytałem, ogromną sympatią. Jaki pan, taki kram. Skoro ta trójka takie wrażenie na mnie sprawiła, to prawdopodobnie cała reszta również. Jestem bardzo wam wdzięczny w ogóle za to, żeście podjęli tą inicjatywę, żeście coś takiego, tak jak powiedziałem, w tym uprzemysłowionym, schizofrenicznym świecie zmajstrowali, bo to jest ważne. Wiecie, różne dokonania w naszej cywilizacji są takie progowe, ale dokonania cywilizacyjne to jest jedna bajka.
Progi w życiu indywidualnym ludzi po prostu to są czasami cholernie ważne, jeśli nie najważniejsze dla człowieka rzeczy. Powinniście te książki sobie postawić w domach na najważniejszym miejscu, bo być może jest to jedna z najważniejszych rzeczy, jaką żeście w życiu w ogóle zrobili. To, żeście się dogadali, to, żeście to zmajstrowali, to, żeście się po prostu zobaczycie za 50 lat, że to, co mówię, ma ręce i nogi. To jest w waszym życiu indywidualnym cholernie ważna rzecz. A ja ściskam was serdecznie za to, żeście to zrobili.
[23:33] - Ja powiem tak, że książka i kształt — ja zawsze mam problem z tym — graficzny czy w każdym razie edytorski kształt jest ekskluzywny, bo ją się bardzo przyjemnie bierze do ręki. To kwestia papieru, kwestia jakichś smaczków w tej książce. Trzeba ją zacząć czytać, ale o tym pewno jeszcze powiemy. O tym słowie łączącym właściwie, o pewnej narracji łączącej poszczególne opowiadania. Trochę już była o tym mowa, ale ja się przyznam do tego, że ileś tam lat minęło od mojego urodzenia, ale cały czas jestem jak dziecko. Bo książka nosi tytuł „Nie otwieraj na stronie sigma”. Oczywiście pierwsze, co zrobiłem, to otworzyłem na stronie sigma Mniej więcej w środku książki, to jest 121 strona, a tam mamy kopertę. Proszę państwa, jak dziecku przystało, co musiałem zrobić? Musiałem rozerwać tę kopertę i zobaczyć, co jest w środku. Wiadomo, jako przeciętny wariat, który się książkami interesuje, musiałem zobaczyć, co jest w środku.
I pech polegał na tym, że zrobiłem to w pracy.
[24:46] - Może nie mów, co tam jest.
[24:48] - Dobrze, to jest słuszna uwaga. Nie powiem, co tam jest, ale powiem, że zrobiłem to w pracy i był obecny przy tym szef. A ponieważ to, co tam jest, ma taką tendencję, że się rozprzestrzenia, po prostu wszystko w pracy... Miałem sporą, grubą rozmowę z szefem. Tak to określmy, bo powiedział, że pewnych rzeczy się w pracy nie robi. Być może się nie robi, ale ja musiałem. Musiałem tę kopertę, to coś małego otworzyć i zobaczyć, co jest w środku. Wszystkim państwu nie wiem, czy polecam, ale sprawdzić warto, bo jest to element intrygujący. Ja powiem tak: wyjdźmy od tego elementu intrygującego i nie zdradzając, co jest w środku, powiedzmy troszeczkę o kształcie edytorskim książki. I głos oddaję naszemu gościowi.
[25:54] - Marku, może dodam tutaj jedną rzecz. Otóż to anegdotyczne zupełnie. Ja jestem maniakalnym zwolennikiem kaw, więc pijam kawy ogromne ilości i bez przerwy. Otóż kiedyś, pamiętam, w jakimś supermarkecie kupowałem. Ja wybieram bardzo często różne dziwne kawy. I tak brałem różne kawy do ręki, jedną, drugą, trzecią, oglądałem, odstawiałem i tak dalej. I w pewnym momencie wziąłem taką małą paczuszkę bardzo fajnej kawy z Etiopii i ona do mnie natychmiast przylgnęła. Nie przez oczy, ale przez rękę. Otóż ona była zapakowana w takim woreczku o dokładnie takiej samej powierzchni jak okładka tej książki. Jak się bierze ją, to jest taki matowy dotyk, strasznie miły, trochę jak ten aksamit z dzisiejszego opowiadania.
Od tego czasu piłem tę kawę namiętnie tylko dla tego dotyku. Kupowałem ją zawsze właśnie z tego. I ta książka jest również fajna, jak się ją weźmie do ręki, przez ten dotyk. Ona nie jest śliska, nie jest twarda, nie jest zimna, tylko jest taka fajnie matowa. Świetna okładka.
[27:30] - To Katarzyno, teraz o tym kształcie edytorskim poprosimy.
[27:34] - To ja sobie jeszcze tylko pozwolę na chwilę wrócić do pierwszych słów pana Wiktora. Ja serdecznie dziękuję za te przepiękne słowa i pewnie ja sama powinnam się wzruszyć. I jak najbardziej zgadzam się z tym, że to jest bardzo wyjątkowa dla nas wszystkich książka i u mnie będzie miała zawsze honorowe miejsce. Nie wiem, nie wypowiadam się za resztę. Mam nadzieję, że u nich też. Co do tej magicznej strony. Jak mówiłeś, Marku, użyłeś słowa „rozprzestrzeniać się”. Myślę, że dzisiaj może nie jest to dobre słowo. Więc ja tylko uspokoję, że to nie jest nic zaraźliwego.
[28:11] - Z całą pewnością nie.
[28:12] - Co najwyżej może wpływać na nasze emocje w jedną albo w drugą stronę.
[28:17] - Mój szef miał duże emocje. Duże emocje.
[28:19] - Zapewne ty też miałeś, zanim szef się pojawił. Dobrze, słuchajcie, jeżeli chodzi o okładkę, to jest oczywiście jak najbardziej tak. Ona jest taka w dotyku... Nawet nie wiem, czy ona bywa zimna w dotyku, bo to jest rodzaj folii. Ona się nazywa soft touch albo silk. Więc jak jedwab, taki delikatny dotyk. Nie ukrywam, że zależało nam na tej folii, dlatego też szukałam różnych drukarni, bo zwykle ona jest jedną z tych, które bardzo podbijają cenę. Natomiast tak mi się udało wytropić, że było to dla nas osiągalne. I właśnie, żeby to nie było błyszczące, bo jakoś mam wrażenie, że większość okładek jest albo błyszcząca, albo totalnie matowa i to jest takie zwykłe. A ja jestem osobą, która uwielbia rzeczy niezwykłe i uwielbiam też dbać właśnie o detale, bo uważam, że...
Zresztą myślę, że to też dużo robi fakt, że jednak zajmuję się marketingiem i dużo w tym siedzę. Ale uważam, że detale to jest coś, co kupuje ludzi. W sensie takim, że jest dużo takich samych rzeczy na rynku, jest duża konkurencja, duża powtarzalność. A uważam, że im więcej właśnie takich smaczków, niespodzianek w produkt, który robimy, się wrzuci, tym bardziej klient się z tym zżyje. Tak jak właśnie opakowanie tej kawy wspomnianej wcześniej. Dlatego ta książka jest... Ja już nie ukrywam, że to faktycznie moje pomysły w tym i dużo mojego czasu, żeby ta książka była naszpikowana takimi rzeczami. Więc zaczynając od tego właśnie foliowania okładki, sam rodzaj papieru. Też przecież siedziałam i macałam papiery na różnych wzornikach i stwierdziłam, że nie chcę zwykłych białych kartek, bo to jest jednak klimat na poły fantastyczny, na poły grozy. Dlatego chcę, żeby ten papier był właśnie taki trochę żółtawy, bardziej chropowaty.
Stąd decyzja o tym papierze. Zresztą ja jestem fanem fantastyki i większość moich ulubionych książek ma właśnie tego typu papier. Jeżeli chodzi o stronę Sigma, chyba o tym jeszcze nie mówiliśmy, skąd ten tytuł? Czy to, Marku, masz w planach na później?
[30:50] - Spokojnie, nie kierujmy się jakimiś schematami. Jeśli przyszedł czas na wyjawienie o stronie Sigma, to właśnie to zróbmy.
[31:00] - Chyba że przerzucimy to na moment mówienia o narracji, a na razie skończę o technikaliach.
[31:05] - Okej.
[31:06] - Skoro już mamy ten pomysł, że nie od wczoraj na stronie jest Sigma, to przecież było oczywiste, żeby w książce była strona Sigma. A jak strona Sigma, to przecież musiało być coś, co będzie w jakimś stopniu nawiązywało do historii opisanej w książce. Skoro to jest trochę przestroga, dla naszej głównej bohaterki to też nie przyniosło bardzo pozytywnych skutków, pomyślałam, że może i dać też taki dreszczyk naszym czytelnikom. Może nie będę wyjawiać, co tam w środku dokładnie jest, oprócz tego głównego dreszczyku. Mogę tylko wyjawić, że w każdej książce jest przesłanie. I teraz uwaga, na razie pulę tych przesłań mam 100, więc 100 różnych lekcji, tekstów, morałów, przesłań. To już wszystko zależy od naszej indywidualnej interpretacji, więc na pewno to się tam znajduje. A oprócz tego coś jeszcze. Tak jak mówiłam, skład leżał po stronie Kingi. Natomiast konsultowałyśmy też to, gdzie mają być ilustracje, jak to ma być przerywane.
Faktycznie wyszło nam tutaj trochę dużo pustych stron. Ja nie wiem, czy dużo, ale czasami są takie niektóre. Dzięki temu mamy plan taki, że zawsze miało być nazwisko autora i tytuł po prawej stronie. Dzięki temu udało nam się to zrobić, że to też jest w samym tekście kompozycyjnie przemyślane, żeby się łatwiej czytało, żeby to było ładne i czytelne przede wszystkim. Myślę, co tu jeszcze z technikaliów?
[32:52] - Każda książka jest indywidualnie zapakowana, ma swój numer.
[32:58] - Tak.
[32:59] - Pewna ekskluzywność się ewidentnie przebija z tego wydania.
[33:05] - Tak. Co do numeru to dopowiem, że nie ukrywam, że był moment taki, że ekipa stwierdziła, że im to bardzo nie jest potrzebne. Natomiast ja i mój perfekcjonizm i zamiłowanie do wyjątkowości, bajerów, faktycznie sprawiło to, że siedzę i numeruję te egzemplarze. Ale też stwierdziłam, że nie pójdę na łatwiznę, nie zamówię naklejek czy nie będę pisać tego gdzieś tam, tylko postanowiłam stworzyć taki rodzaj listu. Tak jakby książka przemawia do czytelnika i informuje, jaki ma numer. Tu miałem jakieś szumy, ale jesteśmy, mam nadzieję.
[33:48] - Jesteśmy.
[33:48] - Mogę wspomnieć o tym, że nakład, który zamówiliśmy, przyszedł do nas w siedmiu kartonach. Siódemka to taka dobra liczba. Ja lubię wysyłać ludziom życzenia i dobrą energię, więc postanowiłam, że każdy karton będzie symbolizował coś innego. Tak że troszeczkę ta treść w tym liście z numerem zarówno kartonu, jak i egzemplarza z kartonu troszeczkę się różni. Ma różne przesłanie. Oprócz tego foliowanie. Tutaj akurat ta strona Sigma jest robiona w całości przeze mnie i wklejana przeze mnie. Tak że nie mogliśmy zamówić od razu książek zafoliowanych. Stwierdziłam, że tak bez folii. Wiadomo, że ta okładka ma też taką tendencję, że czasami zostają odciski palców, więc mówię nie, to musi być piękne, ładne do klienta.
Wymyśliłam folię, którą można też otworzyć, ale można później z powrotem książkę w to schować. Zależało mi na takim efekcie wow, że otwieramy paczkę i jest wow, jakie to ładne! Otwieramy folię i dalej wow, jakie to ładne! Nie wiem, czy też się ze mną zgodzicie, czy nie, ale większość z nas lubi dostawać prezenty, a im bardziej czy ładniej zapakowane, tym jest większe napięcie, oczekiwanie i ciekawość. O takie wrażenia mi chodziło. Jeszcze z tego, co pamiętam, zakładka do książki. Postanowiłam zaprojektować grafikę, żeby trochę uczcić, nie wiem, czy to nie zbyt duże słowo, ale naszych wszystkich partnerów. Tak że zakładka jest kompozycją z logami naszych partnerów, ale myślę, że chyba wyszła na tyle estetycznie ładnie, że nie jest taką typową ulotką reklamową. Oprócz tego postanowiłam te zakładki zalaminować, dzięki czemu są troszeczkę bardziej praktyczne.
[36:01] - Tak, to prawda. Powiem tak, ja jestem człowiekiem podejrzliwym. W związku z tym, jak dostałem taki piękny produkt, to się zastanawiałem, jaka jest i czy w ogóle jest korelacja pomiędzy formą a treścią. Jako człowiek podejrzliwy, to już powiedziałem, zdradziłem na początku. Powiedziałem sobie: „Jak ona jest taka przemyślana, estetyczna, fajna po prostu. To z treścią może być różnie, co prawda. Już nie będę udawał. Sama obecność na łamach książki znajomych sprawiała, że miałem do tej książki spore zaufanie. Dobrze, zacząłem ją kartkować, zacząłem ją później nawet czytać i doszedłem do wniosku, że zostańmy przy słowie projekt, że to jest bardzo udany projekt. Właśnie ze względu na to, że on ma tę część, te części właściwie, które dotyczą poszczególnych opowiadań.
To są po prostu te opowiadania, te opowieści poszczególnych autorów. Ale tam jest, już wspominaliśmy o tym, taka rzecz meta, która się rozciąga, a nawet nie jakby, a na pewno rozciąga nad całą tą książką. To jest dodatkowa historia. To jest, Katarzyno, twoja historia, rozumiem. Dodatkowa jeszcze w ramach tego tomu.
[37:28] - Tak. To jak najbardziej moja. To rozumiem, to już ten czas.
[37:32] - To już ten czas. Tak, to jest ten czas.
[37:35] - Ja jeszcze tak na początku mówiłam o tym, jak to wszystko powstało i o tym momencie, że z Kingą postanowiłyśmy knuć, co z tym fantem dalej zrobić. Oczywiście pomysł na stworzenie konferansjera, który będzie łączył wszystkie opowiadania, był mój. Natomiast faktycznie z Kingą też trochę czasu spędziłyśmy na wymyśleniu, kim ma być ten bohater, jak to ma dokładnie wyglądać. I tutaj nie ukrywam, że pewnie gdyby nie Kinga i to, jak mnie powściągnęła, to możliwe, że bohater tej narracji, która łączy wszystkie opowiadania, to byłby bezdomny pan pod wpływem trunków wyskokowych, bo taką wizję miałam w pierwszej chwili. Wiadomo. Ale w ogóle dlaczego padł? Bo to już możemy zdradzić, że główną bohaterką „Nie otwieraj na stronie Sigma” jest wróżka jarmarczna. I teraz tak, zanim wymyśliłyśmy bohatera, to tak mówię: „Okej, zrobimy konferansjera”. Ale ja go widziałam jako taką osobę na scenie, która przemawia, może coś zapowiada. Ale myślę sobie, że to do tej grozy tak średnio.
Więc co mogłoby być czy wywoływać właśnie te opowiadania? Czym te opowiadania mogłyby być dla naszego konferansjera? Zadałam sobie takie pytanie i wpadłam właśnie na to, że to mogą być wizje. Oczywiście pierwsze wizje, nie wiem czemu, które przyszły mi do głowy, to właśnie były te po trunkach wyskokowych. Natomiast Kinga stwierdziła, że to musi być coś bardziej estetycznego, że nie, że to nie ten. Zaczęłyśmy dyskusję i wymyśliłyśmy, że będzie to właśnie wróżka, ale też nie chciałyśmy iść tak typowo w tą wróżkę, bo bałyśmy się, że jak pójdziemy w taką wróżkę z darem, że to może nam wyjść trochę takie za bardzo fantasy. A jednak miał tam być jakiś element grozy, to miały być opowiadania grozy. Dlatego pomyślałam o takiej wróżce, która będzie jednak twardo stała na ziemi i będzie dosyć sceptyczna do tych wszystkich rzeczy magicznych i tak dalej. Ona bardziej jest mentalistą niż wróżką, mimo że zarabia na życie, pracując na jarmarku. Natomiast faktycznie tej strony wróżki, czyli tej pracy na jarmarku nie poznamy w tej antologii.
Tutaj bardziej mamy formę listu. Mogę tutaj zdradzić, że ona pisze list do kogoś. Nie chcę spoilerować, całość jest zachowana w formie listu i ona dzieli się tutaj swoimi wrażeniami, bo w pewnym momencie jej życia zaczęły się właśnie dziać dziwne rzeczy. Działo się coś dziwnego w świecie realnym i później przychodziła wizja. I właśnie każdą z tych wizji jest opowiadanie. Żeby narracja bardziej łączyła się z tymi opowiadaniami, to też zadbaliśmy o to, żeby w każdym opowiadaniu znaleźć coś takiego jak artefakt, jak jeden przedmiot, który na przykład też później w jakiś sposób się w tym opowiadaniu pojawia. Także te przedmioty były dla mnie inspiracją, co z tą wróżką tam będę dalej robić i gdzie ją poprowadzę. Pomysł na nią mam, że tak powiem, te origin story bohatera mam rozpisane i nie ukrywam, że faktycznie w samej narracji ciężko jest dużo przemycić o tej bohaterce, bo jednak najważniejsze są tutaj opowiadania. Więc też starałam się dać tylko takie skrawki, które po prostu będą jakimś tam smaczkiem, ale jednak, żeby nie odwracać uwagi czytelnika od opowiadań. Mam nadzieję, że mi się to udało.
[41:27] - Poza tym te opowieści o tej wróżce, właściwie te relacje wróżki jarmarcznej, one są rodzajem też komentarza, takiego delikatnego komentarza do poszczególnych tekstów. Tu przez bardzo daleką analogię wyobraźcie sobie państwo, że jeżeli przypominacie sobie taki serial „Opowieści z Krypty”, to jest mniej więcej na tej zasadzie robiony. Że jest jakaś historia, która jest opowiadana w samym odcinku, ale jest też pewien komentarz. On co prawda w tej wersji serialowej był na ogół taki dosyć, powiedzmy, przaśny, pszenno-buraczany. Mówię o „Opowieściach z Krypty”. Niemniej taka była jego funkcja, żeby na pewne rzeczy zwrócić uwagę, zaakcentować. Jeśli ktoś obejrzał cały odcinek, a jeszcze mu tam nie wszystko do głowy weszło, to później stawiana była kropka nad i i już było wiadomo. Tu jest to zrobione delikatniej. To jest rodzaj takiego komentarza, ale nie wprost i nie takiego nachalnego. Dlatego- W jakiś sposób mnie to też ujęło.
Zapytam tak: jak długo trwało pisanie tego tekstu łączącego wszystkie opowieści? Czy to był długi proces?
[42:56] - Myślę, że nie. Jeżeli już sobie wypiszę jakieś atrybuty, miałam w głowie zarys historii wróżki i jej problemu. Faktycznie tutaj jej problemem jest to, że teraz klienci przerzucili się na wróżenie z kryształów. Chyba z lodu, bo kryształy były pierwotnie. Przerzucenie na lód było, a wróżka ma uczulenie na zimno i poszukuje rozwiązania, jak się tego pozbyć, żeby jednak móc klientów obsługiwać, bo jej biznes pada. Natomiast to był tylko taki wyzwalacz i to jest bardziej origin story. W momencie, kiedy już jest jakiś problem i jest motyw podróży bohatera, ale w kierunku poszukiwania odpowiedzi na coś, dodatkowo jest ta strona Sigma, która została otwarta i generuje jakieś anomalie, mając te atrybuty było mi łatwiej. Te części narracyjne nie są długie, a ja akurat jak mam plan, to dosyć szybko piszę. Myślę, że ciężko stwierdzić, bo ja to w sumie trochę pisałam na raty. Nie wiem, ale tak za jednym posiedzeniem to dwie, trzy.
Chyba w sumie to na dwa razy czy trzy. Max trzy razy w sumie napisałam wszystkie te elementy. Właściwie ja po przeczytaniu każdego opowiadania już miałam pomysł na atrybut. Natomiast jeszcze musieliśmy to przegadać z autorami i wybrać coś, co będzie faktycznie tym atrybutem. Nie wiem, przykładowo, myślę, teraz mam ze sobą, ale jak to jest z przykładami na szybko, zawsze nie będzie na szybko. Co my tam mieliśmy? Na przykład w opowiadaniu Jacka wiadomo, że pierwsze, co mi przyszło do głowy, to oczywiście że szpadel. Właściwie to możemy trochę zaspoilerować, bo to początek książki. Jak szpadel, pomyślałam sobie, niech będzie wbity w ziemię. Nie powiem, co się z nim działo, to dla czytelników, ale mówię: gdzie ten szpadel w ziemię mógł być wbity?
Przyszło mi do głowy, że cmentarz. Tak mi przyszło do głowy, jak zaczniemy w ogóle całą tą opowieść i dlaczego cmentarz i co ten cmentarz wniósł. Tak było właśnie z każdym elementem. Czyli najpierw element, ciąg skojarzeń, a później jakaś scena i lecimy z tematem. Może też dlatego, że jestem trenerem kreatywności, trenerem wymyślania, więc to są dla mnie po prostu już rodzaje takich najprostszych ćwiczeń, więc takie rzeczy już mi automatycznie przychodzą do głowy. Także mi się wydaje, że zajęło mi to mało czasu. Dużo poprawek też nie było. Iwona oczywiście, że miała technicznych rzeczy, ale chyba historie od razu ekipie się spodobały.
[46:05] - Ja mówię, że chcę kończyć na moment. Z tego, co ja słyszę, to ja muszę tutaj serdecznie pogratulować Jackowi swojej profeserowi tej roli naczelnego inseminatora, ale jak widzę tą książkę, to urodził, jak przystało na przyrodę ziemską, kobiety po prostu.
[46:36] - No tak.
[46:37] - Jakby nie patrzył.
[46:40] - Czasami po komentarzach Wiktora nie wiadomo, co powiedzieć dalej. Nawet mnie się to zdarza. Ja mam dobry pomysł w tej chwili. Posłuchajmy jednego z opowiadań zawartego w tomie „Nie otwieraj” na stronie Sigma. To będzie opowiadanie „Aksamit” Kingi Bągart.
[47:05] - Kinga Bągart, „Aksamit”. „Hej, Nan. I jak, masz coś? Nan podniosła głowę ponad wieszaki i speszona rozejrzała się niespokojnie. Nie – odpowiedziała zbyt cicho, po czym dodała już bardziej pewnie: Nie ma tu nic ciekawego. To co, lecimy dalej? Nan przytaknęła z zamiarem wyjścia ze sklepu zaraz za nową znajomą. Spuściła wzrok na dłoń, w której wciąż trzymała rąbek oglądanej właśnie spódnicy. Gładki beżowy aksamit odpowiedział miłym dreszczem w ramionach, nie chcąc wypuścić jej dłoni ze swych objęć. Przyjeżdżając do miasta, Nan miała nadzieję znaleźć sobie choć jedną nową przyjaciółkę, ale z góry wiedziała, że nie będzie to łatwe.
Trudno nawiązywała znajomości, a jeszcze trudniej szło jej ich utrzymywanie. Naciskająca na spotkania i ciągnąca ją do ludzi Darice, którą poznały się tydzień wcześniej na zajęciach, była w tym układzie zbawieniem kojącym myśli o samotności i likwidującym potrzebę podejmowania decyzji. Kiedy dwie godziny później siedziały u niej na ploteczkach, Nan drgnęła, gdy usłyszała wyrwane z kontekstu pytanie: Lubisz aksamit? Jej serce zabiło mocniej. Czemu pytasz? Bo od godziny miziasz moją kanapę – odparła, przechylając głowę i obserwując rozmówczynię uważnie. Nan dopiero teraz zauważyła, że bezustannie gładzi mebel, na którym siedziała. Oderwała od niego rękę, jakby zaczął ją parzyć. „Jej, czy to aż tak widać?” W zasadzie co widać? Czemu tak zawstydziła się tym pytaniem?
Czuła napływające do twarzy ciepło. „P-przepraszam” – wyjąkała tylko, świdrując wzrokiem swoje dłonie, które jeszcze przed chwilą muskały tak miły milutki. Dery wybuchła wdzięcznym śmiechem. Nan zerknęła na nią pytająco. Czuła się bardzo nieswojo. Nie pasowała tutaj. „Ej, luz” – uspokoiła ją Terry. – „Nic się nie stało. Tak tylko spytałam. Nie przejmuj się.
Też je uwielbiam. Są milusie. Myślisz, że dlaczego mam tyle aksamitnych rzeczy?” Wstając posłała jej kojący uśmiech, po czym poszła po coś do kuchni. Nan westchnęła ciężko. Jej wzrok skakał po całym pomieszczeniu i nie mogła zdecydować się, co właściwie w tym momencie czuła i myślała. Choć raz w życiu chciała nie wyjść na dziwną. Przecież nikt tego nie powiedział. Powiedział, powiedział. Ludzie zawsze patrzą, zawsze dużo mówią, zawsze się interesują. „Wiesz, chciałam cię spytać” – doszedł ją głos powracającej Dery – „czy nie masz wolnego niedzielnego wieczoru i nie chciałabyś mi pomóc?
Oczywiście odwdzięczę się albo zapłacę, jak wolisz.” Nan, zaciekawiona propozycją, odsunęła wcześniejsze myśli na bok. „W czym konkretnie?” Teraz to Dery nieco się speszyła. „To trochę krzywa sprawa. Jutro przyjeżdża do mnie moja siostrzenica Kala i wraca do domu dopiero w poniedziałek rano. A ja mam propozycję bardzo ważnego spotkania w niedzielny wieczór, na które nie mogłabym jej zabrać. Chciałabym, żeby ktoś z nią posiedział, a ty jesteś jedyną osobą, którą jako tako zdążyłam poznać. Dlatego pomyślałam...” „Okej” – odparła zbyt szybko. – „Zostanę. Możesz na mnie liczyć.” Na ustach Dery pojawił się ogromny uśmiech wdzięczności. „Super.
To spotkanie jest dla mnie mega ważne. Bardzo ci dziękuję. Dokładnie ustalimy wszystko w piątek, dobrze?” Nan tylko się uśmiechnęła. Czuła się świetnie z tym, że ktoś zaufał jej na tyle, że poprosił ją o pomoc. Może jednak nowe miejsce faktycznie oznaczało nowe życie? Ależ tak! Z całą pewnością. Szczegóły tej małej przysługi nie były trudne do ustalenia. Nan miała przyjść w niedzielę około 17:00 i posiedzieć z sześcioletnią siostrzenicą Dery do momentu, gdy ta nie wróci ze spotkania. W razie gdyby się ono przedłużyło, Kalę trzeba było położyć spać najpóźniej o dziesiątej.
Jak pokazały doświadczenia tego dnia, Kala była ruchliwym, a przez to bardzo męczącym dzieckiem. Co jednak pocieszające, równie szybko jak innych męczyła także i siebie, więc pora na spanie przyszła zdecydowanie wcześniej, niż było to uzgodnione. O ósmej mała leżała w łóżku, a po piętnastominutowej bańce już smacznie spała. Akurat się ściemniało, gdy Nan zrobiła sobie kawę i wzięła do ręki książkę, mając zamiar przesiedzieć w ciszy czas pozostały do przybycia Dery. Wcześniej odłożyła na swoje miejsce wszystkie używane w ciągu dnia zabawki, by nic nie zakłócało jej wewnętrznego poczucia estetyki podczas pochłaniania lektury. Usadowiła się wygodnie w fotelu w pokoju gościnnym i przeczytała pół zdania, kiedy zauważyła, że drzwi, które widziała ponad kartkami trzymanej książki, były nieco uchylone. Wstała, by je domknąć, ale coś w futrynie stawiało opór. Otworzyła je więc szerzej i zapaliła światło, by zobaczyć, co stanowiło przeszkodę. Gdy tylko weszła do pokoju, jej uwagę od razu przykuło coś innego. To musiała być sypialnia Dery.
Pośrodku stało duże łóżko. U jego wezgłowia leżało morze złotych poduszek, których obecność uświadomiła sobie Nan, gdy już siedziała pomiędzy nimi i głaskała je z czułością. W aksamitnych tkaninach było coś niesamowitego. Jakaś przyziemna magia, która przyciągała, kazała dotknąć, a przez ten dotyk dawała uczucie osobliwego spełnienia. Zawsze kiedy Nan kreśliła w tych materiałach niezrozumiałe dla samej siebie kształty, czuła, że traci inne zmysły. Mniej widziała i mniej słyszała. Cała była dotykiem. Kiedy musiała je odłożyć, pozostawiała za sobą największą możliwą przyjemność. Wymieniała ją na nagłe spięcie, czujność, ale też trzeźwość umysłu. Ciężko było się wyrwać z mgły zasnuwającej myśli.
Gdzieś na skraju świadomości coraz głośniej dudniło przeczucie, że gdyby Dery nagle wróciła i zastała ją w swojej sypialni, nie byłaby zachwycona. To była bardzo miła dziewczyna, ale Nan zdołała już zauważyć, że jej sympatia dla innych kończyła się wtedy, gdy zaczynało się naruszanie jej prywatności. Ale chyba jeszcze chwilę tam pobędzie. Nic się nie stanie, gdy jeszcze parę minut spędzi na gładzeniu tego miękkiego złota. Trzeba wyjść. Trzeba. Gdy układała z powrotem poduszki i poprawiała narzutę, serce podskoczyło jej prawie do gardła. Musiały leżeć tak, jak je tu zastała. Tylko jak? Czy tak?
Tak samo drzwi. Nie można było ich ruszać. Szpara pomiędzy nimi a futryną niepokoiła ją przez kolejną godzinę, którą spędziła na błądzeniu wzrokiem po wydrukowanych literach. Błądzenie nie było tu przypadkowym określeniem. Jeśli Daire po pojawieniu się w domu spytałaby, o czym Nan czytała przez ten czas, ta nie umiałaby odpowiedzieć. Myślami była gdzie indziej. Tam, gdzie wielkie pragnienia są namacalne i gdzie nigdy nie zdarza się zupełne ich spełnienie. Na szczęście Daire nie pytała. Zamiast tego sprawdziła, jak ma się śpiąca Kala, a potem podziękowała Nan za pomoc. Zaraz po tym wpadła zostawić coś w sypialni, a gdy z niej wyszła, nie powiedziała nic, co mogłoby oznaczać, iż zauważyła, że Nan tam była.
To uspokoiło dziewczynę. Całe zdenerwowanie, jakiego miała okazję doświadczyć tego wieczora, nauczyło ją, że nie warto dawać ponieść się niezrozumiałym potrzebom. Czuła, że zrobiła coś złego i wiedziała, że kolejnym razem będzie umiała się powstrzymać. Jej przyjemności powinny zostać tylko jej i nie mogły być pretekstem do dotykania cudzej własności. „Po co właziłaś do mojej sypialni?" Daire prawie wykrzyczała następnego dnia, wręczając Nan zieloną psówkę z cyrkonią, której ta nie mogła się doszukać po powrocie do domu. Leżała pod dziennymi poduszkami. Jakim cudem? Nan otworzyła oczy tak szeroko, jak tylko mogła. Poprzedniego wieczoru była już spokojna i przekonana, że nie będzie musiała się z tego tłumaczyć. Nie wymyśliła na zapas żadnego sensownego wyjaśnienia i przez trzy kolejne sekundy także nie pojawiło się ono w jej głowie.
Nerwowo potarła usta trzymanymi przy nich palcami. „No?” – niecierpliwiła się Daire. – „Masz coś na swoje usprawiedliwienie?” „Nie” – odparła zza panców i dodała niepewnie. – „Drzwi były uchylone i chciałam je domknąć. Jak weszłam, zobaczyłam te piękne poduchy. Naprawdę niczego tam nie szukałam. Po prostu chciałam zobaczyć z bliska”. Daire wpatrywała się długo w jej oczy, jakby szukając w nich potwierdzenia skruchy. Widocznie w końcu je znalazła, bo pokręciła tylko głową i uśmiechnęła się lekko. „No dobrze, może faktycznie przesadziłam.
Przepraszam. Naprawdę jestem ci wdzięczna za wczoraj, ale po prostu nienawidzę, gdy dotyka się moich rzeczy bez pozwolenia”. „Rozumiem. Przepraszam”. I Nan rzeczywiście rozumiała, przynajmniej w świadomej części swego umysłu. Trzeba powiedzieć, że ta drobna sprzeczka jakimś cudem zbliżyła dziewczyny do siebie. I jeszcze tego samego dnia po zajęciach wyszły na wieczorne pogawędki przy herbacie. Ciepłej, choć nie za gorącej. W zasadzie przy winie. Gorącym.
Pachniało słodko i odurzająco pomarańczami wymieszanymi z drażniącym aromatem goździków. Było naprawdę w porządku, a Nan zaczynała pozwalać sobie na nazywanie w myślach Daire dobrą znajomą i była przekonana, że już niedługo będzie mogła te dwa słowa zamienić na jedno: przyjaciółka. Jeszcze mocniej obiecała sobie nie dotykać żadnych rzeczy Daire bez pozwolenia, choćby kusiły nad wyraz przekonująco. A im silniejsze było to postanowienie poprawy, tym mocniej pragnęła przesunąć palcami po aksamitnym szaliczku Daire w kolorze purpury, który leżał teraz na oparciu krzesła pod jej łokciem. „Czy mogę go dotknąć?” Daire, wyrwana z opowieści o wczorajszym spotkaniu, wzruszyła ramionami i zabrała łokieć z szalika. „Jasne”. Nan zawahała się przez chwilę, ale tęsknota za tą osobliwą puszystością była większa niż przyzwoitość. No i dostałam przecież pozwolenie. Nie łamała więc postawionej sobie zasady. „Jej, jaki miły” – westchnęła.
Daire zaśmiała się przyjacielsko. „Pewnie, że tak. Prawie jak moje poduchy, co?” – spytała przewrotnie, nachylając się nad stołem. Jej oczy śmiały się. Na pewno widziała, jak wstyd Nan wypłynął na jej twarz soczystym różem. „Może jeszcze kiedyś się w nie wtulisz. Może pogłaszczemy je wspólnie”. Nan nie chciała czuć dreszczu, który przebiegł za jej uszami w dół aż do pleców. Nie wiedziała, co zamgliło jej obraz świata najbardziej. Purpurowy szalik w jej rękach czy obietnica zatopienia się w aksamitnym morzu?
A może to, że kolejnym razem nie miała tego robić w samotności i ukryciu? Do końca tego i kolejnego kubka szalik leżał w jej rękach, a ona czuła się nieco lepiej zrozumiana, nieco mniej dziwna i nieco bardziej na swoim miejscu. Bawiły się razem nadzwyczaj dobrze, a gdy przyszła pora zbierać się do domu, było już grubo po północy. Na zewnątrz pachniało wczesną jesienią. Zimny wiatr szeleścił opadającymi liśćmi. Daire oplotła szalik wokół szyi i dziewczęta ruszyły razem na przystanek. Chwilę jeszcze się śmiały i rozmawiały, a potem przysiadły, czekając na autobus, który miał przyjechać nieprędko. Nan mówiła cichym głosem. Opowiadała o rodzinie, o tym, dlaczego wyjechała, kiedy nagle spostrzegła, że Daire, oparłszy głowę na jej ramieniu, najzwyczajniej zasnęła. Nan zaśmiała się cicho.
Wiedziała, że nie powinny były pozwalać sobie na imprezy w poniedziałkowy wieczór. Tak samo jak wiedziała, że Daire nie wydobrzeje na tyle szybko, by rano przyjść na zajęcia. Oddychała miarowo, a autobus nie przyjeżdżał. Może to dobrze, że zasnęła. Nan do tej pory była bliska opowiedzenia jej o wszystkim, co czuła. Jak dziwną przyjemność sprawiało jej dotykanie pewnego konkretnego rodzaju materiałów. Ale może jeszcze było za wcześnie. Jeszcze nie teraz. Nie spostrzegła nawet momentu, w którym opuszki jej palców zetknęły się z końcówką purpurowego szalika. Mełła materiał w palcach, przymykając zmęczone alkoholem powieki, a fala przyjemności rozlała się po całym ciele.
Co za ulga! Nie bać się, że ktoś cię przyłapie na czymś, co mógłby uznać za swego rodzaju wynaturzenie. Może to za duże słowo, ale trzeba przyznać, że w ciągu ostatnich lat Nan naprawdę wiele razy słyszała o sobie, iż jest w jakiś sposób skrzywiona. Nie bała się, że Derry się obudzi. Nie od tak delikatnego dotyku. A nawet jeśliby to zrobiła, przecież wcześniej pozwoliła Nan wziąć szalik do rąk. Zasady wciąż niezłamane. Nie mogła poruszyć ręką, na której spała Derry, bez budzenia jej. Łagodnym ruchem wolnej dłoni podała więc sobie luźno zwisający koniec szala, by obiema rękami móc radośnie szarpać uroczą purpurę. Co za ulga.
Czy to nie wygląda dziwnie? A czy ktoś patrzy? „Jakoś mi duszno” – Derry wyszeptała tuż nad jej ramieniem, wybudzając się. „Coś się stało?” – Nan spytała równie cicho, wciąż trzymając w rękach aksamit. Raz po raz okręcała go wokół palców. Puszystość drażniąca wierzch jej dłoni usypiała i ekscytowała jednocześnie. „Tak, chyba coś.” Derry powiodła ręką do szyi i jednym nagłym ruchem usiadła normalnie, zupełnie się wybudzając. Aksamit zacisnął się na krtani jeszcze bardziej, gdy Nan nie puściła jego brzegów, lecz spoglądała na nie z niezrozumieniem. „Nan, czy możesz puścić mój szalik?” Ale Nan była w swoim świecie. Głosy rozsądku próbowały poprosić ją o zostawienie materiału równie grzecznie i równie bezowocnie co Derry.
„Nan!” – wycharczała wściekle, panicznie błądząc wzrokiem po swoich bielejących od wysiłku kostkach dłoni. – Puszczaj ten szalik. Nan puściła i spojrzała na swoje wolne dłonie. Poczuła pustkę większą niż dotychczas. Co właśnie próbowała zrobić? Jej ręce zatrzęsły się. Podniosła wzrok na Derry, której oczy pełne były niedowierzania, może nawet strachu. „Co ty właśnie chciałaś zrobić? Mów.” „Ja przepraszam. Myślałam, że--” „Nie przepraszaj” – ucięła, tykocząc.
– Za często musisz przepraszać. Boję się ciebie, Nan. Nie jesteś normalna. Oczy Nan posmutniały. Spuściła głowę i w jednej chwili przypomniała sobie te wszystkie razy, kiedy ludzie reagowali w podobny sposób na to, co robiła. Na to, jaka była. Co sobie wyobrażała tym razem? Że będzie inaczej? Że zaneguje to, kim jest? Że wyzbędzie się swoich najskrytszych pragnień?
Pragnienia. Czy ten szalik to pragnienie? Aż potrząsnęła głową, rozumiejąc, że musi to opanować. Kiedy jednak na powrót spojrzała na Derry, wiedziała już, że stało się zbyt wiele, że nie da rady sensownie tego wytłumaczyć i że dzisiejsze wyjście było ich ostatnim. Że Derry już nigdy nie będzie miała ochoty tarzać się z nią w poduszkach i że opowie o tym zajściu wszystkim, by ostrzec ich przed Nan. Przed tym, do czego jest zdolna. Wszyscy się dowiedzą i nie dość, że straci Derry, straci też szansę na posiadanie kogokolwiek bliskiego. Musi z tym skończyć. Wyzbyć się swojej miłości do dotyku. Już nigdy, nigdy nie będzie robić takich rzeczy.
Już nigdy. Tylko ten jeden ostatni raz. Przysunęła się do Derry, która wcześniej zdążyła odsunąć się o około metr od niej i zdecydowanym ruchem złapała za dwie końcówki szalika, po czym przyciągnęła je do siebie. Derry krzyknęła głośno. Spróbowała wyszarpać ciągnięty aksamit, ale zaraz zaczęło brakować jej oddechu. Oczy wyszły na wierzch, a ona z rękami na szyi opleciona wdzięczną purpurą, osunęła się na kolana i błagała krzykliwie o litość. Brakowało jej tchu, głos się łamał, ręce ciągnęły materiał bezskutecznie. Nan nie słyszała. Gładziła i szarpała na zmianę. Nigdy jeszcze aksamit nie dał jej takiej przyjemności.
Co to za uczucie? Całe ciało dziewczyny drżało z ekscytacji, a fale gorąca zalewały je raz po raz. Umysł zasnuła mgła. Dudnienie serca rozkosznie rozrywało rzeczywistość. Czy istnieje coś piękniejszego? Chciała, by trwało to wiecznie. Skończyło się jednak szybko. Tak szybko, jak wiatr zdmuchnął z tego świata ostatni oddech Derry. Nan opadła na ławkę i odetchnęła ciężko. Uratowana.
Nikt nie dowie się, co zaszło. Spojrzała ostatni raz na Derry i odwinęła z jej szyi mocno zaciśnięty szalik. Otuliła się nim delikatnie i wciągnęła zapach ulatującej przyjemności. A jednak istniało na świecie spełnienie dla tej radości. Z tą myślą pełną ulgi i z wolna gasnącej ekscytacji odeszła szybkim krokiem. Liście szeleściły na wietrze. Gładząc aksamitną purpurę, Nan miała nadzieję znaleźć sobie choć jedną nową przyjaciółkę, ale z góry wiedziała, że nie będzie to łatwe.
[01:07:18] - Po opowiadaniu czas wrócić trochę do prozy życia. Zerkam sobie na czaty towarzyszące naszej audycji. Pierwsze, co mi się rzuca w oczy, to obecność postaci, która się nazywa Quantum Quantum. Bez większych komentarzy, nie zwracajcie państwo uwagi. To zaznajomiona z audycją i nie tylko z audycją, ale z całym radiem osoba, która postanowiła ogłosić światu swoje mądrości. Traktujcie to państwo jako element takiego krajobrazu, swoistego folkloru. Tak enigmatycznie, ale wystarczy. Mam dla naszego gościa, dla Katarzyny pozdrowienia od Marty Kochanek: „Kasiu, jak ciebie się miło słucha”.
[01:08:20] - Dziękuję.
[01:08:22] - Mam też pytanie od osoby ukrywającej się pod pseudonickiem Phantom: „Brzmi fajnie. Gdzie można zakupić?” I to jest może pytanie, które zadam naszemu gościowi. Gdzie można zakupić?
[01:08:38] - Gdzie można zakupić? Można zakupić na Creative Sites Shopie. To jest sklep należący właśnie do Creative Sites Studio, do tej mojej agencji. Natomiast jak najbardziej na Facebooku mamy stronę wydarzenia i tam zapraszam. Można sobie dołączyć, bo tam na bieżąco są wrzucane wszystkie ważne informacje i wszystkie ważne linki. Jeżeli chodzi o link, to jest klasycznie www i później jest creativesitesshop.pl. Zachęcam też do zdecydowania się na zakup do końca stycznia, ponieważ mamy fajną promocję, zestawik. Nie wiem, czy już teraz o tym mówimy?
[01:09:15] - Jak najbardziej.
[01:09:17] - Sekundka, pozwolę sobie balkon zamknąć, bo kot teraz się uaktywnił.
[01:09:22] - Tak, koty rzecz ważna. Mój kot przezornie w czasie audycji jest z daleka od miejsca, w którym cokolwiek mówię, ponieważ mikrofon jest niezwykle fajną rzeczą, którą trzeba by albo strącić, albo przynajmniej łapką postukać. W związku z tym ograniczyłem aktywność kota w czasie audycji. Ale wróćmy teraz do tematu.
[01:09:50] - Co do tej promocji, o której wspominam, też na stronę wydarzenia wrzucimy informację o tym. Zresztą na stronie sklepu też to jest i na naszym fanpage'u też jest ta informacja, ponieważ oprócz tego, że jak już tu rozmawiamy sobie o naszej antologii, o przygodach wróżki i o różnych opowiadaniach, to pod koniec tamtego roku, właściwie to pomysł wykiełkował w mojej głowie gdzieś w połowie listopada, chyba to była ta druga połowa. Pomyślałam sobie, że w sumie na święta można byłoby zrobić jakąś akcję, ale ja nie lubię dawać rabatów. Uwielbiam, ale chodzi o to, że nie tędy droga, żeby cenę obniżać. Stwierdziłam, że może lepiej w tej cenie dodać coś, jakąś wartość taką wykraczającą poza jakikolwiek rabat. I stworzyliśmy e-book. Na razie w formie e-bookowej go mamy i to jest sześć krótkich opowiadań, które właśnie też są połączone narracją wróżki. Motywem przewodnim tam są święta. Otóż nasza wróżka została troszeczkę wysterowana w taką sytuację, że musiała zorganizować Wigilię dla bardzo nietypowych, acz ważnych gości. I właściwie każdy gość opowiada swoją historię.
I to są właśnie nasze opowiadania. Także teraz kupując naszą antologię, ja idę sobie, nadaję ją pocztą, paczkomatem, co tam wybierzecie. Natomiast od razu też mailowo wysyłam wam ten e-book. On ma chyba około 50 stron, także coś tam jest do poczytania. Sześć opowiadań, które też nigdzie nie były publikowane. Z tego, co wiem. Może jedno gdzieś już było, a może nie. W sensie jednocześnie. Natomiast tak czy siak to są zupełnie nowe, inne opowiadania niż w antologii, a nawiązujące też do tej bohaterki.
[01:11:48] - Wiktorze, czy ty tam jesteś?
[01:11:52] - Jestem. Słuchałem po raz któryś już opowiadania i bardzo chętnie bym z tej ogólnej narracji na temat książki skupił się trochę na tym opowiadaniu, które przebrzmiało w naszej audycji, a mam co do niego parę uwag. Oczywiście najchętniej to skomentuję, jak będzie to drugie opowiadanie. Potem dopiero, gdyż tak dziwnie dostrzegłem pewną koniunkcję między tymi dwoma tekstami. Ona jest bardzo ciekawa, ale to będzie, jak wysłuchamy tego drugiego opowiadania. Natomiast przy tym opowiadaniu ja od razu mówię, że ja jestem totalnie impregnowany na prozę grozy, że tak powiem, ona do mnie trzeba przemachać do mózgu, a przez mózg dopiero do serca, do przepony i do gardła. Ja nie wzruszam się takim tekstem. To mi nie przeszkadza Doceniać wartości takich tekstów. Natomiast w tym Aksamicie mogę, jeśli mogę się tak bezpośrednio do autorki w tym momencie skłonić, to powiedziałbym coś takiego: otóż pani Kinga Stephen potrafi piekielnie dobrze rysować te sytuacje, cholernie wiarygodnie. Wszystko płynie bardzo wiarygodnie.
Te sytuacyjne zdarzenia, dajmy na to, jak ona wchodzi do tego pokoju, widzi te poduszki, ale uświadamia sobie coś tam, kiedy już jest między nimi. Tu nic nie trzeba dodawać. To są takie sytuacje, których jest mnóstwo w tym opowiadaniu, tak wiarygodne, tak przemawiające, tak dobre, że autorka powinna zapamiętać jedną rzecz: jestem tak dobra w tych sytuacyjnych wiarygodnościach, że nie potrzeba do nich komentarzy. Powinna się powstrzymywać przed komentowaniem tych sytuacji, bo one są świetne. One są tak dobre, że naprawdę rzadko się to zdarza i wszelkie komentarze są niepotrzebne. Ja na przykład, tak zupełnie sam, skończyłbym to opowiadanie odrobinę wcześniej, wtedy, gdy była taka fraza, że nigdy aksamit nie sprawił jej takiej przyjemności czy takiego zachwytu. Coś takiego było w tym opowiadaniu. Właściwie na tym bym skończył. A dalej to jest właściwie taki komentarz do sytuacji, która się zdarzyła. Ta sytuacja jest w głowie czytelnika, każdy ją w jakiś sposób postrzega i to jest troszeczkę takie.
To fajnie, wszystko dalej dobrze płynie, ale trochę działa jak piorunochron, bo ta energia, która została skoncentrowana w zdarzeniu, troszkę się rozprasza. Przynajmniej ja miałem takie wrażenie. To nic nie zmienia faktu, że opowiadanko jest dla mnie wyśmienicie skonstruowane krok po kroku, tak precyzyjnie, tak pięknie zbudowane, że tylko życzyć to wszystkim. I tak jak powiedziałem, największym walorem jest absolutna, krok po kroku wiarygodność zdarzeń, które się tam dzieją. I to jest najlepszy komplement, jaki mogę powiedzieć.
[01:16:22] - Wiktorze, ja jeszcze tylko krótki rzut oka na czat. Phantom pisze, że już wie, że wszedł na stronę i komentarz: taniutko. No to jak taniutko, to jest chyba dobra reklama. Natomiast do wypowiedzi Wiktora. Mam do powiedzenia coś bardzo podobnego. Jestem przyzwyczajony do tego, że literatura grozy, którą czytuję, może nie jest moim głównym polem zainteresowania, ale jednak staram się czytać. To jest dla mnie dziwna literatura. Zaraz wytłumaczę słowo dziwna. Dlatego, że tam bardzo często jest sporo różnych utworów, które epatują na przykład pod hasłem groza, ale epatują flakami i podobnymi rzeczami. I nic więcej tam nie ma w takiej literaturze.
Ale właśnie to jest przypadek zbiorku, o którym mówimy. Bardzo dużo w tej prozie pojawia się również dobrej prozy, dobrej literacko prozy. I tomik, o którym rozmawiamy, to jest właśnie taki przypadek. Ja z pewnym zaskoczeniem jednak czytając książkę, dochodziłem krok po kroku do wniosku, że to dobrzy autorzy są po prostu. Albo dobrze współpracowało z redaktorem. W każdym razie te opowiadania trafiają w taki gust literacki. Oczywiście to może nie jest Dostojewski, tak daleko nie mieszmy. Natomiast one są po prostu-- dobrze się je odbiera. To jest po prostu dobra proza. Moim zdaniem to dużo.
Między innymi dlatego powstało Bibliotekarium i później ABW, że ja mam świadomość, że takich autorów w Polsce, którzy gdzieś tam coś piszą i są zupełnie ignorowani przez wydawnictwa głównonurtowe, przez wydawnictwa, które jak to się mówi, trzepią kasę, że po prostu żal, że tylu autorów się marnuje. Tu pewno Tomek Fąs, który jest naszym mentorem od strony twardego spojrzenia na rzeczywistość, powiedziałby: W ogóle pisanie to nie jest zajęcie dla ludzi, którzy chcieliby zarabiać pieniądze. Coś w tym jest, co on mówi, ale z drugiej strony ja mam takie głębokie przekonanie, że nasz polski rynek prozy jest w jakiś sposób zaburzony, że to pogoń za kasą troszeczkę przegina gust niektórych wydawnictw, a tak naprawdę redaktorów w tych wydawnictwach na taką niebezpieczną stronę. I chyba dobrze się stało, że ta książka się pojawiła, bo ona pokazuje, że jak się dobierze iluś ludzi z pasją, ale nie tylko z pasją, z jakimś jednak talentem literackim, to się pojawia na rynku książka, która nie jest kolejnym self publishingiem, który ktoś po prostu wydał, bo musiał, bo potrzebował. Tylko to jest pewne zjawisko, które mam nadzieję, że jakiś ślad odciśnie na naszym rynku. Mówię tak z pewną kurtuazją, bo ja już dawno straciłem złudzenia co do polskiego rynku książki, ale jednak powiem bardziej o swoich marzeniach. Dobrze by było, gdyby ta książka odcisnęła pewien ślad, bo warto, bo są w niej zgromadzone teksty, które jak to Wiktor powiedział, są po prostu literacko niezłe. I szkoda, że te głównonurtowe wydawnictwa gdzieś tam jednak są z daleka od takiej prozy, że jednak stawiają na znanych, sprawdzonych i jakoś nie ciągnie ich w kierunku eksperymentu. Szkoda, ale może z drugiej strony jest to pole do popisu właśnie dla ludzi kreatywnych. Dla ludzi, którzy chcą coś naprawdę zrobić.
Okej, to się już nagadaliśmy.
[01:21:14] - Marku, czy ta książka zostawi jakikolwiek ślad na tym całym łez padole, to nie ma wielkiego znaczenia. Najważniejsze, żeby ona to zrobiła na pewno i żeby ona odcisnęła ślad na autorach, którzy się tam tknęli do takiej wielkiej paczki. I po prostu na nich to odciśnie jakiś ślad i zaprocentuje to w ich pisaniu, w ich indywidualności po prostu. A to jest najważniejsze.
[01:21:52] - Wiesz co? Bardzo piękne jest to, co mówisz, ale ja jednak wolę połączenie jednego z drugim. Bardzo dobrze, jeśli to odciska piętno na autorach i na ich dalszej drodze literackiej, ale byłoby fajnie, gdyby to odciskało także piętno na ludziach czytających, ale może też na gustach redaktorskich gdzieś tam w głębi, w środku, na poboczach kraju. Bo ja cały czas mam takie przekonanie, że na naszym polskim rynku literackim, owszem, sporo różnych ciekawych zjawisk się pojawia. Zjawisk jak zjawisk, osób, postaci literackich się pojawia, ale ja mam takie wrażenie, nie wiem, może tak jest na całym świecie, że przynajmniej drugie tyle, jeśli nie dwa razy tyle gdzieś się marnuje. Bo powiedzmy sobie szczerze, człowiek, który pisze i żadnego odzewu z tego nie ma, to w pewnym momencie, jak jest nieco słabszej konstrukcji takiej psychicznej, to po prostu się wycofa. Powie sobie, że to wszystko nie ma sensu. Ale tak szyję w tej chwili, dlatego że mam pewne konkretne pytanie do naszego gościa. Była mowa o tym na początku audycji, że nasz gość jest specjalistką od kreatywności. Tak skrótem pewnym mówiąc, ale też człowiekiem piszącym.
To zapytam o tę kreatywność.
[01:23:26] - Coś się przerwało. Czy to jest otwarte pytanie?
[01:23:30] - Nie, ja zaraz skończę to pytanie. Jak to jest z tą kreatywnością? To znaczy, jak się w ludziach wyzwala tę kreatywność?
[01:23:41] - Nie ukrywam, że tyle słów wcześniej padło i tak sobie wypisałam, że może i chciałabym się do nich odnosić.
[01:23:47] - Proszę. Kreatywność może zaczekać.
[01:23:51] - Tak, ona zawsze się znajdzie. To tak po kolei, jeżeli chodzi w ogóle o grozę, bo tutaj w opowiadaniu Kingi też właśnie można odczytać ten kierunek szaleństwa, o którym mówiliśmy. Ten, który się w każdym opowiadaniu przewija, tak jak mówiłam, tylko na różny sposób. I to właśnie jest to, tak jak Marku wspomniałeś, że zwykle to właśnie są jakieś tam flaki nie flaki, jakieś potwory. Ja nie ukrywam, że dla mnie w ogóle w dużej mierze ten cały projekt był wyzwaniem, ponieważ ja nie rozumiem grozy. W sensie takim, że mnie mało co przeraża. Jeżeli chodzi o książki. Nie wiem, jakby mi coś tu wyszło w nocy zza rogu i nie było moim kotem ani mną, to może. Ale tak właśnie, jeżeli coś czytam, to mało co mnie zaskakuje. I to dla mnie było wyzwanie, jak to ugryźć, co tutaj napisać.
I okazało się, że nie tylko dla mnie, że w naszej grupie faktycznie spora część autorów niekoniecznie się specjalizowała w grozie czy niekoniecznie rozumiała ją, czy lubiła ją pisać. Także myślę, że stąd właśnie jest to nieco dziwne podejście i że to bardziej wyszła proza z elementami groźnymi niż jako taka groza, horror i tak dalej. Nie ukrywam, że to trochę utrudnia właśnie klasyfikowanie książki gdzieś. Ale jest, jak jest. Uważam, że to na plus. Jeżeli chodzi o wydawnictwa i rynek wydawniczy, nie ukrywam, że nawet nie rozpatrywałam, żeby próbować to wrzucać w jakieś istniejące, gotowe, znane wydawnictwa, bo osobiście doceniam pracę samozwańczą, pracę od podstaw. To też Wiktor wspominał o tym, że się skrzyknęliśmy, że to robimy. Uważam, że to daje większą moc w projektach i to też zaraz możemy połączyć z moją kreatywnością, ale w dużej mierze jest to moja misja życiowa, żeby kreatywność w ludziach wzbudzać, zarażać nią, rozwijać, ale też żeby pomagać autorom i nie tylko, różnego rodzaju artystom na początku ich drogi, żeby pomóc im pewne rzeczy pozbierać, czy przełamywać blokady twórcze, czy nawet poukładać samego siebie wewnętrznie. Jeszcze tylko wrócę do tych rzeczy, że kreatywni ludzie, ta moja misja i to odciskanie piętna. Tak jak wcześniej wspominałam, uwielbiam wszelkiego rodzaju detale, smaczki, ale przede wszystkim uwielbiam dobrą jakość i wiem, że jakość można rozegrać w różne sposoby, nie tylko namacalnie, jak okładka i tak dalej.
I to właśnie te detale odciskają we wszystkich odbiorcach, czy to będą nasi klienci, słuchacze, fani i tak dalej. To detal odciska największe piętno, bo detal pozwala zżyć się emocjonalnie. To są smaczki, które sprawiają, że ludzie wchodzą bardziej. Co do kreatywności, chyba że ktoś coś chce dodać.
[01:27:00] - Tutaj chciałem dodać, że to opowiadanie „Aksamit" pokazuje, że pokutuje taki właściwie wizerunek grozy, definicja grozy jako czegoś, co zawiera elementy jawnie straszne. Potwory, krew, trupy i tego typu rzeczy. A tu się okazuje, że wcale niekoniecznie groza musi się w taki sposób przejawiać. Może się przejawiać w czymś ukrytym, w prostej historii. Dwie dziewczyny. Jedna ma szalik, który spodobał się drugiej. Ta druga ją udusiła. Tutaj ten element grozy jest bardziej ukryty. Ale jest.
[01:27:44] - Dokładnie tak. Tu coś czyha. Tu przez cały czas się coś skrada w tym opowiadaniu. Przez cały czas mamy takie poczucie, że coś się za chwilę stanie, że gdzieś tam coś nadciąga. To jest moim zdaniem takie kreowanie grozy, kreowanie pewnego napięcia, którego ja bym sobie na przykład życzył. Tak jak powiedziałem wcześniej, u nas bardzo często groza postrzegana jest przez kilogramy flaków i morze krwi. Nie zawsze. Trzeba przyznać, że całkiem spora ilość autorów, jednak stawia na coś innego, na pewną psychologiczność, na pewne ukryte elementy, które gdzieś się tam czają, czyhają. I to jest moim zdaniem lepszy kierunek, bo on odpowiada temu, jak skonstruowana jest nasza głowa albo właściwie zawartość naszej głowy. Boimy się bardzo często czegoś, co nie jest do końca określone, co nie jest wypowiedziane, co gdzieś się skrada, czyha, gdzieś jest i jest nieokreślone.
Ja się często posługuję w takim przypadku przykładem zgranym już, ale jednak dobrym. Ci wszyscy, którzy pamiętają film, który w latach 70. podobno ludzi doprowadzał do zawałów serca w kinie. Mam tu na myśli „Szczęki". Ci wszyscy będą wiedzieli, o czym mówię. Do którego momentu ten film był straszny? Do tego momentu, kiedy nie zobaczyliśmy rekina. Bo jak on już prawie wpełzł na ten kuter rybacki łowców rekinów, jak już go zobaczyliśmy w pełnej krasie, to cała groza zniknęła z tego filmu. Dopóki nie było nic widać, coś się skradało, coś było niewidoczne i w dodatku podkręcała to wszystko muzyka, wtedy było strasznie. I troszkę jest z tą grozą współczesną w taki sposób, że jedni idą w kierunku oczywistości, że ktoś kogoś czymś zaszlachtował, a inni idą w kierunku takim, w jakim poszło opowiadanie „Aksamit", czyli czegoś, co się skrada.
I to jest tak naprawdę ten kierunek. Ja po prostu lubię taką grozę. Mówisz, Wiktorze.
[01:30:26] - Marku, jeśli mogę skomentować trochę to, co mówisz i to powiązanie ze „Szczękami", z tym filmem „Szczęki", to jest coś takiego w całej absolutnie literaturze. Nie żadnej grozy, nie historycznej, nie tego. W każdej literaturze najbardziej niesamowite opowiadania o miłości są wtedy, kiedy to słowo miłość ani razu nie padnie. Najbardziej bolą opowiadania takie, w których słowo ból nigdy nie wypada, wyskakuje na tą burtę tego kutera jakiegoś na tym morzu. To samo o strachu. I dlatego te rzeczy ukryte-
[01:31:18] - Są o wiele bardziej straszne, bo one przemawiają, muszą znaleźć swoje źródło w czytelniku, w odbiorcy. Ten rekin był nieważny. Ważne było to, co myśleli tam w brzuchu, kiedy żeśmy widzieli tę płetwę tylko.
[01:31:38] - W brzuchu, ale w głowie.
[01:31:41] - Właśnie tutaj pozwolę sobie dodać, że myślę, że ten motyw szaleństwa dużo zrobił w naszej antologii, ponieważ każdy z nas ugryzł to w jakiś sposób, a stwierdziliśmy, że chyba największe strachy, koszmary i groza czają się w naszych własnych głowach.
[01:31:59] - Dokładnie.
[01:32:01] - I stąd właśnie u Kingi to pięknie widać, jak fobia, jakiś rodzaj takiej, nazwijmy to po imieniu, jak może to się przerodzić w coś naprawdę przerażającego. Co do „Szczęk”, to sama nie wiedziałam, jak się mam do swojego opowiadania tutaj zabrać. I koleżanka mi powiedziała: „Słuchaj, pomyśl, czego się najbardziej obawiasz i to opisz”. I jak zacząłeś mówić o „Szczękach”, ja mam właśnie coś takiego, że mnie przerażają głębiny. Ale nie ten moment, że ja nie wiem, co tam jest, tylko jak sobie wyobrażę, że tam jestem i że nic nie słyszę, że nie mam kontroli, że nie widzę. Postanowiłam właśnie takie coś połączyć z motywem szaleństwa, grozy i to wrzucić w to opowiadanie. Także pewnie przez cały film jednak jakbym na dużym ekranie „Szczęki” miała oglądać, to by mnie zmroziło totalnie. Nawet nie musiałby ten rekin na kuter wyskakiwać.
[01:32:57] - Właśnie. Jak on wyskoczył na kuter, to przestało być straszne. Była większa ryba z wielkimi zębami i może ambicjami. Jeśli ryba może mieć ambicje. W każdym razie od tego momentu skończył się film grozy. Zaczęło się filmidło po prostu. Ale do tego momentu, kiedy właśnie widzimy głębiny, widzimy coś, co się skrada, podchodzi pod ewentualne ofiary czy zbliża się do tych ofiar, wtedy jest strasznie. I ja myślę, że mówimy o bardzo prostych rzeczach, ale które autorzy tej antologii „Nie otwieraj na stronie Sigma” chyba dobrze odrobili lekcję. Oni wszyscy nas straszą, ale w taki nieoczywisty sposób. To jest różnie oczywiście dawkowane.
To nie jest jednorodne, ale to jednak nie są opowiadania, które nas straszą tym, że ktoś komuś czymś przyłożył. Nawet jeśli sięgniemy po opowiadanie Jacka Fleischfressera, to tam jednak jest spory obszar do interpretacji, do bania się, do takiej nieoczywistości. I dlatego ja powiedziałem w pewnym momencie, że to są po prostu dobrze przemyślane kawałki literackie. Całkiem nieźle napisane, naprawdę. Ja myślę, że autorzy na pewno nie powinni mieć żadnych kompleksów. Dlatego tak trochę zawieszam głos, ponieważ my w audycji generalnie tutaj chwalimy, bo doszliśmy z Wiktorem do wniosku, że jak będziemy chcieli trochę się popastwić nad książkami, to skonstruujemy osobną audycję. Jeszcze nie wiem, pod jakim tytułem, ale będziemy się w tej audycji pastwić. Natomiast jeśli mamy robić audycję o książkach, to róbmy audycję o książkach, które nam się podobają. Mniej lub bardziej. Nie zawsze obu się nam podobają, bo wspomnę casus Konopielki, gdzie doszło na antenie do awantury.
Niemniej jednak przynajmniej jeden z nas był tą książką zafascynowany. Natomiast wracając do „Nie otwieraj na stronie Sigma”, to jest po prostu książka, która jest dobrze odrobioną literacką lekcją. To tak tytułem podsumowania. A teraz może dopuśćmy gościa jednak do głosu, bo ma tam kilka rzeczy wynotowanych, a my tak skutecznie, dosyć jak kiedyś zagłuszarki Wolną Europę, to my w tej chwili też dobrze wykonujemy swoją misję. Ale to chyba jednak nie jest cel tej audycji. Katarzyno, proszę.
[01:36:07] - Jeszcze mi się przypomniało, że Jacek wychodził z założenia, że on chciał, żeby tytułem było „Być jak Stephen King”. Mam nadzieję, że chociaż w ułamku, chociaż minimalnie, że jakaś ta groza... Nie chcę nas porównywać z Kingiem. No nie. Ale chociaż myślę, że troszeczkę jednak nie był strasznie zawiedziony, że poszliśmy w innym kierunku. Tylko że jednak ta groza była, którą chciał. Natomiast teraz jeszcze właśnie mi się przypomniało, że nie wspomniałam, dlaczego „Nie otwieraj na stronie Sigma”. Bo chyba o tym nie mówiliśmy. Myśmy też z Kingą długo nad tytułem, bo ja powiedziałam od razu, że absolutnie nie może być nic oczywistego, bo roboczo był jakiś tam obłęd. Ale tych obłędów, pracując dwa lata w księgarni, bardzo dużo widziałam na półkach książek pod tytułem „Obłęd”.
Więc mówię: „Nie, nie będziemy kolejną”. I tak od słowa do słowa. A z Kingą nam się dobrze pracuje i często jest tak, że ja uwielbiam iść w kierunku absurdu, a Kinga się przy mnie odważa iść jeszcze dalej. I ja rzuciłam: „Ej, a może zróbmy tytuł taki, wiesz, nie otwieraj na stronie dziesiątej i na tej stronie dziesiątej coś zrobimy”. I później było nie otwieraj na stronie X. A później jakoś tak stwierdziłyśmy, że pójdziemy w coś ładnego, z czego może zrobimy logo. I Kinga zaproponowała Sigmę. Także wiem, że o tyle jest to trochę problematyczne, bo nie każdy wie, jak ten symbol się odczytuje i nie każdy widzi w tym naszym logo sigmę. A jednak ten zawijas cały to jest właśnie taka artystyczna wersja małej sigmy. I dlaczego w ogóle on jest w kształcie ślimaka?
Bo to mi przyszło, jak powstało „Nie otwieraj na stronie Sigma”. Wyobrażałam sobie, że ta nasza wróżka, że te wizje będą spowodowane klątwą. Pomyślałam, że ona właśnie otworzyła na tej stronie, na której nie wolno otwierać i ta klątwa ją przechwyciła. Natomiast w międzyczasie w fabule zupełnie przypadkiem do naszej bohaterki trafia wielki ślimak i on staje się jej towarzyszem, rodzajem pupilka. Jest to ślimak, z tego, co pamiętam one się chyba nazywają ahatina, czy jakoś tak. To są bardzo duże ślimaki, które naprawdę istnieją. Tak właśnie myślałyśmy, jaka ta maskotka, żeby nie pójść w jakieś oklepane czarne koty, żaby czy inne rzeczy. Stwierdziłyśmy, że będzie tutaj ślimak. Mogę zaspoilerować o imieniu Andrzej. Także stąd właśnie trochę o tytule.
I chyba robimy klamrę do tej kreatywności dalej. Czy jeszcze coś po drodze wyszło? Halo, halo?
[01:38:47] - Halo, halo, Marku, czy się słyszymy?
[01:38:50] - Słyszymy, bo miałem krótką przerwę. Pewno gdzieś tu się do nas tytułem grozy skrada rozerwanie połączenia, ale jeszcze się udało. Ja powiem tylko tak, że jeśli chodzi o sigmę, to ponieważ jest sporo ludzi, którzy jeszcze oglądali taki serial dla dzieci „Pi i Sigma z Matplanety”, to jeszcze może sigmę kojarzą. Mam przynajmniej taką nadzieję. Natomiast jeśli chodzi o kreatywność, to ja cały czas mam gdzieś w zanadrzu pamięci to pytanie o kreatywność. Ponieważ nasz gość, była mowa o tym, że jest takim człowiekiem od kreatywności, to ja bym właśnie chciał się dowiedzieć, jak się w ludziach zaszczepia kreatywność.
[01:39:45] - Zaszczepia.
[01:39:45] - Jak się zaszczepia? Zaszczepia. Tak, kolejne słowo klucz dzisiaj po rozprzestrzenianiu. Drodzy słuchacze, drodzy prowadzący, jeżeli chodzi o kreatywność, to przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że każdy z nas jest kreatywny i nie ma czegoś takiego, że ja nie jestem. Bo chyba jeżeli nie przestawiać cyferek, to może tylko w 30% geny za to odpowiadają. Natomiast kreatywność jest jak mięsień i możemy ją ćwiczyć na każdym kroku, ale pierwszym krokiem, żeby zacząć ją ćwiczyć, to po prostu sobie na nią pozwolić. Bo często zauważam, że my się sami hamujemy, właśnie idąc w kierunku absurdu. „Nie powiem tego, bo ludzie pomyślą, że jestem śmieszny albo że jestem wariatem”. I właśnie tak zaczynamy się hamować. A w momencie, kiedy pozwolimy sobie nawet na takie chwile odpłynięcia, bo nie każdy jest pisarzem, nie każdy będzie wymyślał jakieś tutaj rzeczy nie wiadomo na jaką skalę.
Ale nawet najprostszymi ćwiczeniami na kreatywność to jest nawet po prostu zadać sobie pytanie na przykład „jaka jest woda?” i naprodukować minimum 10 odpowiedzi za jednym zamachem. Średnio pięć jest łatwe, a później już w większości trzeba uruchomić jakieś swoje zasoby. To jest proste ćwiczenie na skojarzenia. Natomiast jakbyśmy dłużej nad tym pomyśleli, to każde skojarzenie niesie ze sobą jakieś obrazy, jakieś wizje, a czasami właśnie wystarczy powiedzieć, że aksamit, a większość z nas już czuje nawet w samych rękach, co to jest aksamit. Nie tylko widzi oczami czy po prostu zna definicję. Jak wzbudzać kreatywność? Przede wszystkim stwarzać warunki i okazje komuś do tej kreatywności. Więc właśnie często nawet w kontaktach takich zwykłych, prywatnych, często właśnie ja zadaję dziwne pytania. Nawet czasami sama coś mówię i zrobię błąd językowy albo nagle do mojej głowy przyjdzie jakaś taka, powiem kolokwialnie, rozkmina i ja to powiem na głos. I w tym momencie, mimo że rozmawialiśmy o czymś na przykład na jakiś inny temat, to nagle rozmówca w sposób naturalny zaczyna razem ze mną się nad tym czymś zastanawiać.
I to są świetne dyskusje. Zresztą ja też jestem trenerem i zajmuję się różnymi szkoleniami. Zresztą w drugiej połowie tamtego roku stwierdziłam, że założę sobie kanał na YouTubie i tam będę się dzielić jakimiś przemyśleniami, ćwiczeniami i tak dalej. Także w razie czego można mnie tam gdzieś wygooglować i pewnie gdzieś te przekierowania też będą na to wszystko. Nie wiem, ciężko mówić o jednej receptie. Ja zawsze staram się przede wszystkim nie oceniać kogoś na starcie, tylko stworzyć właśnie taką miłą, luźną atmosferę. Nawet jeżeli spotykamy się zwyczajnie towarzysko na jakąś tam kawkę. Ja uważam, że zawsze, w każdej sekundzie życia możemy się czegoś nauczyć czy coś odkryć. Także staram się zawsze takie warunki atmosferyczne dobre stwarzać. Nie wiem, może ja po prostu mam w sobie tą czarownicę.
[01:43:01] - Słuchacze „Radia Paranormalium” zapewne słyszą, że nas tutaj tak delikatnie, tak minimalnie co paręnaście, parędziesiąt sekund przerywa. Tutaj chyba nam usiłuje przeszkodzić w audycji jakiś rozpruwacz żył telekomunikacyjnych. Jak tak mówiłaś o tym czuciu dotyku tego aksamitu, to skojarzyło mi się z synestezją, taką dość osobliwą, która się czasami w najmniej oczekiwanym momencie potrafi objawić. Myślę, że tę synestezję czasami warto przekuć w małe literackie dzieło.
[01:43:39] - Nie tylko literackie. Zaznaczam, że kreatywność możemy objawiać w różny sposób. Jeden będzie umiał to przekuć w pisanie, drugi w rzeźbę, trzeci coś narysuje, czwarty nagra muzykę albo napisze tekst piosenki, albo ułoży z zapałek coś. Kreatywność jest zawsze, wszędzie i ze wszystkiego. Trzeba po prostu zacząć ją widzieć, otwierać się na nią i ona sama przychodzi. Sama się będzie rozwijać, im bardziej będziemy świadomi tego, że możemy ją rozwijać.
[01:44:15] - To ja teraz... Okej.
[01:44:17] - Jeśli mogę, Marku, to się bardzo cieszę, że ktoś się zajął kreatywnością na poważnie, czyli zajął się tym, co ja uprawiałem przez całe życie z pasją. Nieskromnie sam siebie uważałem zawsze za mistrza kreatywności i zaraz wytłumaczę dlaczego. Zwrócę uwagę na to, że kreatywność może mieć pewien problem w życiu. Kreatywność czasami się rozmija z refleksem. Wiem, że kilkanaście przynajmniej razy moja kreatywność poniosła totalną porażkę, gdyż w czasie dyskusji wspaniałe, absolutnie lipowskie skojarzenia wymyśliłem pięć sekund za późno, żeby mogły zaistnieć. Trzeba mieć refleks. Natomiast wiem, że przez całe życie się bawiłem. Absolutnie to były moje zabawy wtedy, kiedy było nudno, szczególnie z kimś. Na przykład z miłością leżałem na plaży nad morzem, zawsze proponowałem, żeby nie było nudno: „Słuchaj, rzuć mi jakiś temat, na który muszę wymyślić jakąś powieść. I to naprawdę musi być powieść, a nie bon mot ani opowiadanko, ani żaden sens.
Tylko powieść”. Oczywiście zbywano mnie czasami: „Daj mi święty spokój”. Ja mówię: „Ale powieść”. Ktoś rzucał: „Nożyczki”. Nie ma sprawy. Stwierdziłem, że potrzebuję co najwyżej 15 sekund na to, żeby wymyślić całkiem rewelacyjną powieść, której motywem będą nożyczki czy cokolwiek innego. Każda głupota, każda rzecz. Można to wyrobić, pracując nad sobą. Napisałem opowiadanie, zaprzyjaźniłem się z dziennikarzem radiowym, który w czasie pracy nad słuchowiskiem, które razem robiliśmy, powiedział mi świetny komplement. Powiedział: „Wiktor, masz małą zręczność w budowaniu fabuł”.
Byłem zachwycony. To jest właśnie umiejętność małej zręczności w budowaniu, w kreatywności, w kojarzeniu faktów, zdarzeń, budowaniu, manipulowaniu klockami Lego. Tym się należy bawić. Ja się tym bawiłem całe życie. Cieszę się, że to stało się problemem wagi ludzkości. Tu w wypadku tylko pani Katarzyny, ale podejrzewam, że te tendencje się wszędzie pojawiły na całym świecie. Skończyłem kwestię.
[01:47:57] - Ja tutaj się mogę wtrącić.
[01:48:00] - Proszę.
[01:48:00] - Jeżeli chodzi o kreatywność i o to, że ona się stała problemem lub nie problemem. Mam za sobą sporo lat grzebania w swojej głowie w rozwoju osobistym i bardzo szybko doszłam do wniosku, że to kreatywność, którą nawet bardzo długo rozwijałam nieświadomie, nie wiedząc jeszcze, jak to działa i o co chodzi z rozwojem kreatywności, uratowała mi dosłownie życie raz i parę razy pewnie życie lub godność. Bo chodzi o to, że oprócz tego, że jesteśmy świetni później w twórczości, którą uprawiamy, to też się przekłada na nasze życie osobiste, na to, czy potrafimy szybko zareagować, ten refleks, czy potrafimy powiedzieć odpowiednie słowa w odpowiednim czasie. Badając kreatywność, jakbym trochę policzyła, może i to będzie już 17 lat, tą świadomą i nieświadomą. Ostatnio takie wnioski do mnie doszły, że kreatywność jest bardzo ściśle powiązana z naszą samoświadomością i z naszym wnętrzem, naszymi wartościami, potrzebami i tak dalej. Ale tak samo ona ma bardzo dużo znamion powiązanych, się śmiałam ostatnio, że z duchowością. Nie mam tu na myśli żadnej religii, absolutnie nie, tylko proces rozwoju samoświadomościowego, duchowego. To jest temat, który w tym roku będę badać, bo jest dużo podobnych mechanizmów. Jak różne tematy zgłębiałam. I naprawdę ta kreatywność może być dla nas przełomem, nie tylko jeżeli jesteśmy artystami.
Możemy być ludźmi totalnie z innej branży, a jednak tą kreatywność z powodzeniem stosować w życiu codziennym. Także myślę, że jest to nawet wręcz rodzaj recepty na różnego typu problemy. I właśnie z taką misją idę i chcę się tym dzielić. Skoro sama już to przeżyłam, to będę pomagać innym.
[01:50:07] - Bardzo fajne to, pani Kasiu, to, co pani mówi. Bardzo fajne.
[01:50:12] - Cieszę się. Dziękuję.
[01:50:15] - A ja krótki rzut oka na jeden z czatów. „Phantom” zamówiona. Rozumiem, że antologia zamówiona. Jeszcze uwaga. Dobrze byłoby, żeby Kasia podrzuciła jakiś link, gdzie można książkę kupić, co by ułatwić życie zainteresowanym słuchaczom. To myślę warto podać stronę za chwilę, ale zanim jeszcze, to jeszcze kilka słów od Marty Kochanek. „Bardzo się cieszę z tej drogi rozmowy. To znaczy, że jeśli nazwiemy to, czego się boimy, strach mija.” To odwołanie do wcześniejszej części. I dalej: „Tak rzadko o tym pamiętamy, żeby dążyć do tego, co mnie tak straszy, czego się właściwie boję. A to właśnie klucz do pozbycia się tej emocji.” Ale wróćmy do bardzo praktycznej rzeczy, czyli do tego linku albo strony, albo w ogóle jakiegoś adresu.
[01:51:22] - Na pewno o 22:45 link wskoczy na stronę wydarzenia, bo teraz właśnie chyba chwilę temu wskoczyła informacja o tym ebooku świątecznym. Natomiast link. Ja nie wiem, czy ja u siebie widzę ten czat, czy ja mam wam gdzieś ten link podesłać?
[01:51:40] - To może najlepiej chyba na Messengerze podeślij.
[01:51:44] - Dobra, to jak się nie pogubię w milionie zakładek, to zaraz to myślę sprawnie ogarnę.
[01:51:51] - I pojawi się wtedy na czacie. A ja mam taką propozycję. My jeszcze do tematu kreatywności i pisania wrócimy, ale to jest dobra pora w tej chwili, żebyśmy posłuchali felietonu Tomka Fąsa.
[01:52:10] - Dywagacje tożsamościowe. Dyskusja o literaturze grozy niezmiennie przypomina mi mojego ulubieńca, Wojciecha Cejrowskiego, który co najmniej parę razy powiedział, iż nie należy czytać Stephena Kinga, ponieważ jest to literatura brudna. O co chodzi Cejrowskiemu? Nie rozumiem podwójnie dlatego, iż sam w swojej książce zachwalał na przykład Terry'ego Pratchetta, że warto go czytać jak najbardziej, a jeszcze jakieś bodaj kilkanaście lat temu wydał w swoim wydawnictwie i promował na swojej stronie na przykład tezaurus do „Harry'ego Pottera”. Również jest to książka gdzieś tam swego czasu krytykowana przez ludzi Kościoła. Pamiętam nawet jakąś radiową dysputę z osobą prawdopodobnie duchowną. To już dawno temu. No w końcu Harry Potter już nie taki nowy. Ale pamiętam dyskusję właśnie o tego typu książkach, iż czytanie ich samo w sobie grzechem nie jest, ale jak się je czyta nie odczuwając zgorszenia, to już grzech jest. O co chodzi Cejrowskiemu akurat ze Stephenem Kingiem?
Trudno powiedzieć. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby akurat King, czy też któreś z wydawnictw go tutaj nie zasponsorowało jakoś tej wypowiedzi Wojciecha Cejrowskiego. Fakt, że reklama to spora, a jak nie wiadomo o co chodzi, to prawda wiadomo. I możemy się, proszę państwa, nad tym wszystkim uśmiechać. Jak najbardziej jest to słuszne. Natomiast gdzieś tam nam te wszystkie teletubisiowo antyksiążkowe, antyharrypotterowe nurty czy właśnie antystephenokingowe nurty konfrontują z czymś, co może już takie śmieszne nie być, bo mówimy tutaj jednak o światopoglądzie, o tym, na ile człowiek powinien w ogóle w coś wierzyć i jakoś się w swoim życiu kierować swymi przekonaniami. Na przykład w stosunku do literatury, jaką czyta i tego, jak tę czytaną literaturę traktuje. To w kontekście horroru, wiecie państwo, cały czas przecież funkcjonują księża egzorcyści i jak najbardziej istnieje zapotrzebowanie na ich usługi, czyli zjawisko poważnego traktowania tego świata, gdzieś tam z horrorami związanego, występuje nadal w społeczeństwie. I możemy, proszę państwa, na to wszyscy patrzeć z politowaniem, uśmiechać się i jako na pewien relikt minionej epoki, który gdzieś tam wyginie i już nastanie niebawem światłość, a Kościół katolicki, zwłaszcza po ostatnich, coraz większych skandalach podupadnie do reszty i albo jakoś się zreformuje w coś racjonalnego, albo przestanie mieć w ogóle jakieś znaczenie w świecie i nastanie zapewne złota era rozumu. Tylko patrzę na tę drugą stronę, proszę państwa, na tę erę rozumu i jej przedstawicieli, że tak powiem.
No i widzę tutaj niekiedy wojujących ateistów, którzy wydają się mi niewiele bardziej racjonalni. Natknąłem się niedawno na film młodego człowieka, który kliknąłem, bo tytuł nosił taki tytuł: „Czy Chrystus zmartwychwstał?” Więc pomyślałem sobie, może jakaś ciekawa analiza historyczna. Tymczasem no nie, młody człowiek przez 20 minut, uważając się za bardzo racjonalnego, wspartego oczywiście nauką, logiką, nauczał o tym, że Chrystus nie zmartwychwstał, bo generalnie ludzie nie zmartwychwstają i jest to bardzo skrajnie mało prawdopodobne, aby zmartwychwstał. W związku z czym on ma rację, a cała reszta się myli. No, wiecie państwo, jakiś sens w tym jest, tylko dla przyzwoitości wypadałoby chociaż przytoczyć jakiś fragment z Ewangelii, odwołać się do jakiejś analizy historycznej. Ale nie, to jest, proszę państwa, ten duch młodych ludzi, którzy już przyzwyczajają się do skrótu, do tego, że wiedza gdzieś tam jest w internecie, niekoniecznie trzeba ją przesadnie analizować. Oni po prostu wiedzą. Świat jest bardzo prosty w obsłudze i nie trzeba tego komplikować. A więc kult racjonalizmu i kult nauki też nie zawsze Przesadną mądrością się wykazuje, mam wrażenie. Natomiast naukę, logikę, racjonalność stawia sobie na sztandarach, nie wchodząc przesadnie w szczegóły, ale bądźmy uczciwi, przeciętny wierny niekoniecznie się w zakamarki, niuanse Pism Świętych wdaje.
W tym społeczeństwie młodym, bardzo racjonalnym, czczącym naukę pojawia się, zarysowuje coraz bardziej wątek jogi, medytacji, ale z bardzo silnym zaznaczeniem, wypalciem religijności. Tomasz Raczek na przykład nieraz wspomina, że uprawia vipassana. Medytację vipassana, która to medytacja wywodzi się z buddyzmu theravady, z kanonu palijskiego, z bardzo klasycznych pism buddyjskich, czego już Tomasz Raczek nie wspomina, a bardzo mocno zaznacza, że jego praktyka nic wspólnego z religią nie ma. „Och, uchowaj Boże”, że tak powiem. Od początku stycznia tego roku, także od tygodnia z kawałkiem, na serwisie Netflix pojawiła się dosyć specyficzna seria filmów związanych z medytacją, z mindfulness, która powstała poprzez współpracę serwisu Netflix z firmą Headspace. Firmą Headspace, w której jedną z ważnych postaci jest człowiek, który zdaje się przez kilka lat był mnichem buddyjskim. Natomiast filmy, co ciekawe, polegają na tym, że właśnie na początek przez pewien czas — swoją drogą to jest fajna seria, ciekawe ćwiczenia, jak ktoś lubi, to polecam, nie chcę tego bynajmniej krytykować — demonstrowane widzowi są argumenty naukowe wsparte dosyć fajną animacją, pobudzającą wyobraźnię. Mamy fragment bardzo powierzchownego miniwykładu naukowego związanego z psychologią, argumentacji, że to, co będzie się za chwilę działo, ta praktyka medytacyjna, ma sens, a później jest ona realizowana. I nie ma w tym wszystkim, proszę państwa, refleksji światopoglądowej, że jednak siłą rzeczy widz chcący taką praktykę uprawiać jest w buddyjski sposób patrzenia na siebie, na rzeczywistość, na cel praktyki wciągany. Co ciekawe, proszę państwa, ta promocja buddyzmu opiera się troszeczkę wbrew samej idei, która jest promowana, ponieważ buddyzm co do zasady nie misjonuje.
Dalajlama od początku jego wystąpień na Zachodzie nieraz zaznaczał, że lepiej pozostać przy swojej własnej religii i on nie zaleca zmiany. To nie była kokieteria z jego strony. On podawał argumenty, podawał na przykład historię, rozmowę Dalajlamy z Tybetanką, która postanowiła zostać katoliczką. I ta Tybetanka stwierdziła, że niestety w tym wcieleniu to ona już będzie katoliczką, ale obiecuje Dalajlamie, że już w następnym wcieleniu na pewno zostanie buddystą. I tak to, proszę państwa, czasem bywa. Także nie wiem, o co chodzi Wojciechowi Cejrowskiemu, dlaczego Stephen King jest literaturą brudną. Czy być może w ogóle nie należy jego zdaniem horrorów czytać, ale na pewno moim zdaniem warto sobie czasem pewne pytania o własny światopogląd zadawać i troszeczkę głębiej w te sprawy wchodzić. Może chociażby po to, aby nie narazić się na śmieszność.
[01:59:48] - Tak, to teraz pewno moja kolej. Ja powiem, że po felietonie Tomka zostało mi przynajmniej jedno. Kiedy opowiadał o tym, że młody człowiek, posługując się logiką i nauką, miał pewne tezy, to pominąwszy wszystko, mamy niezdrową tendencję do mieszania we wszystko logiki. A logika to jest wiedza, sposób myślenia dosyć szlachetny i dosyć obwarowany pewnymi zasadami. Już nie wchodząc głęboko w szczegóły, to na gruncie logiki pewnych rzeczy się nie da udowodnić. A jeśli logika wkracza w tematykę religijną, to chyba nie jest dobry adres. To tak tytułem ostrzeżenia, bo my bardzo często lubimy powoływać się w życiu na logikę. Jeśli to jest logika codzienna, to owszem. Jeśli natomiast mamy na myśli tę logikę, która w jakiś sposób nas uszlachetnia, czyli jest logiką wywodzącą się od filozofów, logiką od Arystotelesa pochodzącą, to ostrożnie, proszę państwa. Ostrożnie, bo to nie jest dobry argument.
Na gruncie tej logiki pewnych rzeczy się po prostu dowieść nie da.
[02:01:21] - Czy ja mogę coś odnośnie felietonu?
[02:01:23] - A jeśli się nawet da, to wcale nie oznacza, że to jest prawda. Oczywiście.
[02:01:27] - Ja w ogóle felieton złoty. Powiem szczerze, bardzo na czasie i też spójny z moimi ostatnimi, nawet już rocznymi przemyśleniami. Ja chciałam tylko dodać właśnie, że w swojej karierze też między innymi mam za sobą niedokończone studia z historii sztuki i dokończone studia, uwaga, z teologii. I powiem szczerze, że od zawsze byłam fanem różnych mitologii i to właśnie sobie szlifowaliśmy na historii sztuki, a później, będąc na teologii, mogłam dużo rzeczy zestawić przede wszystkim z religią chrześcijańską, ale z wieloma innymi. I prawda jest taka, że najczęściej to jest ta sama historia, tylko z innymi figurami. Ale sens jest zwykle ten sam. Chciałabym się odnieść do tego, że ludzie bardzo często duchowość i religię wkładają w jeden worek. Trochę wcześniej o tym mówiłam. I stąd myślę, że te emocjonalne różne rzeczy wychodzą, czy zapieranie się, jak to w felietonie chyba padło, że to jest filozofia, że to w ogóle nie jest związane z żadną religią. Często religia jest narzędziem, duchowość jest stanem.
Tak bym podzieliła. Ale co do logiki w religii, wiele lat też nad tym tematem się pochylając, powiem szczerze, lubię logiki szukać wszędzie, gdzie się da. Logika w kreatywności w ogóle jest super. Ja bym tylko zaznaczyła jedną rzecz, że religię możemy postrzegać i możemy ją przekładać na logikę i to się da, ale w momencie, kiedy nie włożymy w to emocji. Więc jeżeli chcemy poddać religię analizie logicznej, to nie mieszajmy tego z emocjami, bo wtedy faktycznie możemy dojść do ściany czy do jakichś dziwnych wniosków, czy niepotrzebnych emocji w kierunku negatywnym, które nas nie budują.
[02:03:23] - Ja bardziej o logice mówiąc, miałem na myśli to, że logikę chyba najkrócej i najlepiej ujmuje taki vloger internetowy, Athor, który mówi o tym: „Jeżeli coś jest logiczne, to wcale nie oznacza, że jest prawdziwe”.
[02:03:43] - Tak, znam serię.
[02:03:45] - Tak, dokładnie.
[02:03:47] - Mądre słowa.
[02:03:48] - To jest kwintesencja logiki. Logika sobie nie rości takich praw, że ona cokolwiek udowadnia. Ona raczej mówi, jak to wygląda w takim rozkładzie logicznym. I o tym mówiłem, że logika do pewnego momentu jest fajna i w ogóle to jest pasjonująca rzecz. Zawsze bardzo lubiłem logikę, tylko podpieranie się logiką na każdym etapie swojego życia, żeby coś nam albo komuś udowodnić, to nie jest dobra droga, bo te wszystkie logiczne zadania, które sobie w międzyczasie przerabiamy, pokazują nam jedno: że logika sobie, a życie sobie. I to dokładnie można też odwrócić to, co mówi Athor, że nie wszystko, co logiczne, jest prawdziwe. Nie wszystko, co oznacza, że jest nielogiczne, to musi być zaraz nieprawdziwe. Trochę mące, ale mniej więcej o to chodzi, że logika ma swoje miejsce, a te wszystkie inne strefy aktywności umysłowej mają swoje miejsce i niedobrze jest te porządki mieszać. À propos teologii, jeszcze tylko sekunda, Wiktorze. À propos teologii, ja już kiedyś raz wyznałem na antenie, to jest moja niespełniona pasja, bo po flircie z filozofią nabrałem apetytu na teologię.
Ale naprawdę, na trzecie studia to już się chyba nie zdobędę. Tylko jeśli ktoś ma do teologii podejście takie, że to jest takie pierdzielenie o tym, jak to tam z Bogiem było, to w ogóle nie powinien podchodzić do tematu teologii. To nie o tym jest po prostu, proszę państwa. I stąd moja tęsknota, ale chyba niespełniona pozostanie. I pewien powód do zazdrości. Bo jak ktoś skończył teologię i jak usłyszałem, jakie tam są egzaminy rozbudowane z różnych dziedzin wiedzy, pozostaję w dużym szacunku po prostu. A teraz, Wiktorze, ty.
[02:06:19] - Ja tylko zawsze lubię wetknąć jakąś anegdotę, bo otóż posługiwanie się tą logiką praktyczną, życiową i tak dalej. Ja jako życiowy idiota, oczywiście przynajmniej trzykrotnie bardzo precyzyjnie posługiwałem się tą logiką. Za każdym razem skończyło się to rozwodem.
[02:06:44] - No tak, to tyle tytułem podsumowania. Lepszego podsumowania nie znajdziemy. Proponuję wrócić do pytań o kreatywność, ale tym razem zapytam o kreatywność w kontekście pisarskim.
[02:07:01] - Mm.
[02:07:02] - To teraz, Katarzyno, twój głos.
[02:07:06] - To jest koniec pytania?
[02:07:07] - Tak, to jest koniec pytania. Tym razem będzie otwarte.
[02:07:12] - W kontekście pisarskim. Prawdę mówiąc, zawsze wychodzę z założenia, że skoro nasze docelowe arcydzieło pisarskie wychodzi jednak z naszej głowy, to to, co się kreuje w naszej głowie, wychodzi z naszego wnętrza. Ja uwielbiam iść po nitce do kłębka, czyli właśnie do tego rdzenia. Bo jeżeli nawet mamy jakiś problem, nie wiem, mamy łódkę i jest dziura w łódce, to możemy wylewać wodę z tej łódki kubkiem, taką syzyfową pracę uprawiać, a możemy znaleźć tą dziurę i ją zatkać, zakleić i tak dalej. I często właśnie w pisaniu, oprócz tych legendarnych blokad czy weny, która nie przyszła, w ogóle to uwielbiam. Ale dobra, może do weny wrócimy, ale to jest temat rzeka. Zawsze wychodzę z założenia, że zacznijmy najpierw od siebie że historię czy to, co planujemy zrobić, zdążymy. Natomiast jeżeli zadbamy o siebie i poukładamy siebie w środku, chociażby uświadamiając sobie swoje wartości, nie takie, które zasłyszeliśmy czy które gdzieś tam podebraliśmy, tylko te, które faktycznie czujemy w środku. Ja się śmieję, ale to fizjologicznie jest na takim łączeniu między sercem a żołądkiem. Często są to rzeczy, które wzbudzają w nas dużo emocji.
Albo jeżeli w jakiejś dyskusji ktoś nas obraził, to trzeba się zastanowić, co nas obraziło, co wzbudziło właśnie te emocje. Bo często to jest taki dobry trop do naszych wartości. Ale dobra, kiedy już sobie to poukładamy, zastanowimy się, co my od życia chcemy, to dużo łatwiej będzie nam konstruować. Ja jestem w trakcie spisywania takiego podręcznika dla twórców, jeżeli chodzi o tworzenie uniwersum czy poszczególnych jego elementów, bohaterów i tak dalej. Ja uważam, że do pisania powinniśmy wejść głęboko. Jeżeli chcemy dobrze oddać jakąś sytuację, jakiegoś bohatera, to dobrze, żebyśmy dosłownie weszli w jego nie buty, tylko w jego ciało, żebyśmy patrzyli jego oczami, dotykali jego rękami. I uwaga, niezależnie czy to będzie główny bohater, czy to będzie jego przeciwnik, czy może jakaś postać epizodyczna, bo wtedy wchodzimy właśnie w takie projektowanie w 3D. A żeby to zrobić, to dobrze jest się zastanowić nad punktem wyjścia, czyli nad sobą. Zresztą to nie tylko w pisaniu, ale przede wszystkim w pisaniu dużo łatwiej jest wydobywać z naszej kreatywności jak najwięcej tych perełek, że to wtedy jest bardzo efektywne. I nawet jeżeli poświęciliśmy trochę czasu na siebie, na zastanowienie się nad sobą, to możemy później zauważyć, że dużo szybciej pójdzie nam konstruowanie elementów fabularnych, czy może jakichś twistów fabularnych, albo jakiejś fajnej lokacji w uniwersum, czy choćby postaci.
Ostatnio się uczepiłam, śmiałam z siebie na tym YouTubie, będę musiała to napisać, ale ostatnio widzę gdzieś jakąś tawernę piracką czy jakiegoś tam barmana w takiej tawernie. Więc nawet biorąc na przykład taką tawernę czy takiego barmana, to fajnie jakbyśmy poczuli zapach morza, wyobrazili to sobie, zobaczyli ten port, tawernę i jak najwięcej, jak już wcześniej mówiłam, detali. Także dobrze jest na przykład sobie rzeczy spisywać, założyć sobie jakiś notes. Nie wiem, wpadliśmy na jakiegoś bohatera. Może ktoś nas zainspirował, może podsłuchaliśmy rozmowę w autobusie i stwierdziliśmy, że ona będzie idealna, żeby ją gdzieś tam użyć, włożyć w usta naszych bohaterów. Miejmy ze sobą notes albo spisujmy to w telefonie, nagrywajmy na dyktafon, rysujmy szkice. Co kto lubi. Dobierzmy to do siebie i zróbmy sobie taki bank właśnie jakichś pomysłów, bo to jest idealne na momenty, kiedy będziemy mieli faktycznie jakieś tam słabsze chwile, to możemy sięgnąć w taki notes i albo wykorzystać coś z niego, żeby popchnąć pracę nad naszym opowiadaniem, powieścią i tak dalej do przodu, albo żeby odpocząć trochę od projektu, bo często też chcemy za bardzo. To jest chyba jedna z większych pułapek w ogóle w kreowaniu czegokolwiek. Chcieć zrobić coś za dobrze i za bardzo i z automatu wtedy wrzucamy na siebie presję.
A presja to jest największy zabójca procesu kreatywnego. Także jak najwięcej pozytywnych emocji i spokoju w środku jeżeli podchodzimy do tworzenia. Nie wiem, czy ktoś ma jakieś pytania? Może coś trzeba doprecyzować?
[02:11:54] - Powiem tak, Katarzyno, to jest miód na moje serce co usłyszałem. Bo tak sobie przed oczyma duszy mojej stanęła nasza druga audycja, prowadzona zamiennie z Bibliotekarium, a mianowicie ABW. Czyli rozszyfrowując skrót Antologia Bibliotekarium Warsztaty, w której staramy się mówić, opowiadać, w jakiś sposób motywować ludzi do pisania, ale takiego świadomego pisania. To były takie słowa, które gdzieś tam się u nas też przewijają i warto to jak najczęściej ludziom piszącym, ludziom starającym się pisać wtłaczać do głowy, pewne przepisy na to, jak sobie poradzić z tą własną twórczością. Do tego jeszcze pewno wrócę. Tak mi się rodzi w głowie pewien pomysł, że jeślibyś się zgodziła, to jakiś odcinek ABW, czyli tej Antologii Bibliotekarium Warsztaty możemy nagrać wspólnie, żeby naszych autorów, tych, którzy prezentują opowiadania w czasie audycji, w jakiś tam sposób zmotywować. Może pewne rzeczy im podpowiedzieć, bo okazuje się, że czasami ten proces, nazwijmy to twórczy, to jest troszeczkę taka droga przez mękę, a wcale nie musi być taką drogą.
[02:13:34] - Właśnie miałam ci się wciąć. Dokładnie to dopowiedzieć.
[02:13:37] - Dokładnie, że nie musi być taką drogą. Wystarczy tylko w odpowiedni sposób do tego podejść. My staramy się o tym mówić, ale może my, ponieważ mówimy o tym już prawie od trzech i pół roku, to jest dużo i może my jesteśmy mniej przekonujący. Może przyda się ktoś, kto powie o tym troszeczkę z zewnątrz, troszeczkę w taki sposób niezależny. Czuj się zaproszona, a kwestia kiedy i jak, to oczywiście się domówimy czy umówimy.
[02:14:12] - Ja od razu mówię, że jak najbardziej za, bo pierwszym moim powołaniem jest bycie pisarzem, to od urodzenia, a drugim jest bycie nauczycielem, ale przede wszystkim dzielenie się tą wiedzą, którą do tej pory zdobyłam i przeanalizowałam. A to, że przy okazji mam też jedne studia w kierunku coachingu, mentoringu, to myślę, że może to nam ułatwić pewne procesy. Także jak najbardziej z chęcią się podzielę.
[02:14:38] - Czyli pozostały nam już tylko kwestie techniczne, ale te sobie załatwimy poza anteną.
[02:14:43] - Właśnie tak.
[02:14:45] - Natomiast-
[02:14:47] - A ja mam Marku też uwagę.
[02:14:50] - Byte bardzo.
[02:14:52] - Jeśli mogę coś à propos tego podręcznika, który pani Kasia próbuje. Jest tam problem, który nie wiem, czy pani uwzględniła, ale o którym zawsze warto pamiętać, który z kreatywnością ma cholernie dużo wspólnego. Otóż i przy pisaniu jest bardzo, a przynajmniej to jest moje spostrzeżenie życiowe, które zauważyłem wielokrotnie. Otóż bardzo często piszący, trafiając na jakąś trudność, robią unik. Nie należy tego robić. To już, że tak powiem, japońskie poławiaczki pereł doświadczyły, że żeby złowić jakąś naprawdę zdrową perłę, trzeba głęboko nurkować. Trzeba być odważnym. Warto przynajmniej próbować iść tam dokładnie, gdzie jest ciężko. Nie tam, gdzie jest ci łatwo, bo takie masz zdolności, takie masz umiejętności. To ci łatwo przychodzi, więc idziesz po tej łatwej ścieżce.
Jeśli natkniesz się na jakiś trudny problem, to się wycofujesz z tego i próbujesz obejść ten problem bokiem. Nie bokiem. Trzeba uderzać w ten problem tam, gdzie jest trudno dla ciebie, bo wtedy pojawiają się naprawdę świetne nowe pomysły, które nową jakość całej formacji myślowej nadają. To jest taka uwaga drobna.
[02:16:41] - To tak od razu uspokoję, że jak najbardziej odwagę w kreatywności w pisaniu uwzględniłam. Poszłam też dalej i zaproponowałam stworzenie sobie takiego narzędzia jak kodeks twórcy. Chyba że zaraz też podeślę link, bo to też omawiam na YouTubie. Także dobrze jest, żeby sobie te zasady dla siebie ustalić. A tutaj co do właśnie brnięcia w te nasze trudności czy w to, co odruchowo byśmy ominęli. Oczywiście, że w strefie rozwoju osobistego to jest to oklepane wychodzenie ze strefy komfortu. Natomiast ja lubię sobie to przekładać na podróż bohatera, więc bez trudności, bez wchodzenia pod prąd nie byłoby każdej najznamienitszej historii, którą mogliśmy oglądać i czytać. Jeszcze też kiedyś gdzieś trafiłam na angielski cytat, ale powiem po polsku, przełożę go, że drzwi są dla ludzi bez wyobraźni. Więc jako osoba, która zawsze pod prąd i naokoło i właśnie jak są otwarte drzwi, to ja je wyważę jeszcze raz albo w ogóle wejdę szyberdachem, to jak najbardziej nie mogłabym nie uwzględnić tego procesu zarówno w kreatywności, jak i w tworzeniu. Więc jak najbardziej.
Natomiast jakby były inne pomysły, to ja jestem otwarta nawet na listę takich, bo im bardziej człowiek doświadczony, może też wyłapać więcej. Więc jakby coś panu przyszło do głowy, to ja jestem jak najbardziej, bo może właśnie coś pominę, a nie chciałabym. Chciałabym, żeby to było faktycznie funkcjonalne i żeby to naprawdę na każdym poziomie pomagało się rozwijać twórcy.
[02:18:22] - Chciałbym coś powiedzieć, bo proszę państwa, tak mi przyszło do głowy, że w związku z tym, że pewne rzeczy zaczynają się klarować, kreować i jakieś nowe perspektywy się pojawiają, chociażby audycja z Katarzyną dotycząca pisania, to muszę wspomnieć o jeszcze jednej inicjatywie, którą Bibliotekarium podjęło. A mianowicie jeśli wbijecie sobie państwo taki adres w przeglądarkę, w wyszukiwarkę czy cokolwiek sobie państwo to wbijecie, taki adres Book Radio tylko nie teologicznie, a raczej książkowo. Book od angielskiej książki, czyli bookradio.pl. Traficie na stronę takiego radia, które właśnie powstało dzięki dużemu zaangażowaniu między innymi naszego gospodarza tutaj w Bibliotekarium czy w Paranormalium, Ivelliosa. Powstało takie radio poświęcone książkom. Radio internetowe, które w tej chwili już nadaje na autopilocie. Tam głównie są powtórki dotyczące audycji Bibliotekarium i ABW i kilku jeszcze innych nagrań. To są tak zwane audycje testowe. To radio wkrótce ruszy z kopyta, miejmy nadzieję. Pozostajemy we współpracy z Paranormalium.
Mam nadzieję, że to się przerodzi w jakąś taką siostrzaną czy też braterską współpracę. Myślę, że inicjatywa fajna, bo trudno zajmować cały czas Paranormalium na książki, bo jednak inna jest misja Paranormalium. Natomiast my zajmiemy się książkami. Powtórzę, szukajcie odtwarzacza. Tam jest takie on the air. Wystarczy kliknąć i tam się audycje pojawiają. Jeszcze raz powtórzę: bookradio.pl. Myślę, że inicjatywa cenna. Tu od razu zaproszę wszystkich tych, którzy piszą jakieś blogi o książkach i chcieliby to w wersji audio przedstawić. Pomysłów jest bardzo dużo.
Zapraszamy do współpracy. Proszę o kontakt na swój adres mailowy. Niech to będzie redakcja.bibliotekarium@gmail.com. Pod tym adresem proszę się kontaktować. Coś ciekawego zawsze z tego może być. Bądźmy kreatywni. Pozostańmy kreatywni. Może coś się ciekawego z tego zrodzi. W każdym razie zapraszam na stronę bookradio.pl. Tam troszeczkę sobie można takich na razie archiwalnych audycji czy „Bibliotekarium”, czy też opowiadań Bruno Kadyny, czy też jest na przykład wywiad z Maciejem Parowskim, świętej pamięci.
W każdym razie myślę, że będzie ciekawie, ale na razie nie skupiajmy się na tym. Skupmy się na tomie „Nie otwieraj” na stronie Sigma, ale zanim do tego tomu, to jeszcze wróćmy do tej kreatywności. Ja powiem tak, bardzo często szewc bez butów chodzi, bo bardzo dobrze, nawet z praktyki wiem, mówi się o kreatywności i mówi się o tym, jak to trzeba robić. Mówi się innym. A jak to jest w przypadku twórcy, który ma na imię Katarzyna i jest jednym ze współautorów „Nie otwieraj” na stronie Sigma? Jak to wygląda?
[02:22:26] - Jeżeli chodzi u mnie o kreatywność, kiedyś mi powiedziano, bo ja nawet nie wiedziałam, że istnieje takie słowo: multipotencjalna. To znaczy po prostu mam taką wszechstronną osobowość. To znaczy, że nie tylko idę w pisanie. Uwielbiam też właśnie tak, jak było w opisie. Jak jest flow, to i pobrudzić ręce, więc robię też, ostatnio mniej, ale czekają na obróbkę na przykład odlewy czaszek albo jakieś takie rękodzielnicze rzeczy. Zresztą jak ktoś wszedł na sklep, to tam jest trochę moich rzeczy, więc w pewnym momencie mojego życia to było więcej tego. Pisanie było bardziej jako komponowanie i składanie różnych elementów. Natomiast nie ukrywam, że w momencie, kiedy postanowiliśmy wreszcie już urodzić, sfinalizować naszą antologię, jako że ja przeprowadzałam proces wydawniczy, to zgłosiłam się po pulę numerów ISBN. Myślę, najmniejsza pula to jest 10 numerów. I powiem szczerze, tamten rok był dla mnie właśnie ogromną motywacją.
Przede wszystkim, żeby zacząć też spinać moje badania i jakieś przemyślenia związane z kreatywnością. Więc właśnie ten podręcznik, który mam powoli w coraz większych częściach. Sporo też rzeczy nagrywam na ten kanał, o którym wspominałam na YouTubie. Prawdę mówiąc, bardziej to nagrywam tak dla siebie. Jak ktoś skorzysta, to proszę bardzo, bo ja tam właśnie pewne elementy nagrywam, a potem nagrywając je, już nawet mówiąc, rozwijam. Natomiast jeżeli chodzi o numery ISBN, tak jak wspominałam właśnie też o e-booku, byłam bardzo zadowolona, że pod koniec roku udało się zużyć już dwa z listy. Jeżeli chodzi o e-book, bo też chyba nie wspomniałam o tym, że on na razie będzie dostępny tylko w zestawie. Natomiast do niego robiła nam ilustracje Anna Domosławska i okładkę też. Ale ilustracje to jest takie złoto, że aż mnie po prostu serce boli, że to nie jest wydrukowane na papierze, tylko jest sobie e-bookiem, bo jednak ja jestem fanem papieru i korci mnie, żebyśmy zrobili ten e-book rozszerzony na następne święta, czyli poszerzymy to jeszcze o kolejną pulę opowiadań, żeby to mogło jednak ujrzeć światło dzienne na papierze. Natomiast sama postanowiłam, że w tym roku wreszcie dopnę, bo ja mam spokojnie z dziewięć powieści, które mam rozpisane i one sobie leżą na dysku.
Natomiast mam dwie takie najbardziej szlifowane, które bym chciała jednak spiąć siebie i skończyć w tym roku i je też właśnie urzeczywistnić, najlepiej na papierze. Przynajmniej jedną. A jedna z kolei z tych powieści, która pójdzie bardziej w kierunku kryminalnym, ale miała być pierwotnie właśnie opowiadaniem do „Nie otwieraj” na stronie Sigma. To jest projekt, do którego postanowiłam użyć właśnie elementów do treningów kreatywności. Nie wiem, czy kojarzycie taką grę Dixit. To jest klasyczna gra na skojarzenia, ale chodzi o karty. Ona ma pełno kart z różną grafiką. No i stwierdziłam, że sobie wylosuję karty do tego naszego opowiadania. Znaczy do tego opowiadania do antologii. Z tym że nie przewidziałam tego, że oprócz tych kart, co tam wylosowałam, jeszcze rzuciłam kośćmi opowieści.
Też super narzędzie. Ale zrobiła mi się tak rozbudowana fabuła, co mogę zdradzić tytuł: „Aranżator międzyczasów”. I w sumie tę fabułę jeszcze też pod koniec roku na warsztatach pisarskich jednych, nie moich, tylko ja byłam na warsztacie, trochę rozwinęłam i to na pewno będę chciała w tym roku też wydać. To może w formie elektronicznej. Więc plan publikacyjny, jeżeli chodzi o chodzenie bez butów, bo faktycznie to do tej pory pewnie gdzieś w sieci są jeszcze jakieś moje stare artykuły jeszcze z czasów licealnych na warsztacie dziennikarskim, bo to też w tym kierunku robiłam. Czyli ja miałam teologię połączoną właśnie- Z dziennikarstwem. Najwięcej to chyba na tym warsztacie z dziennikarstwa. Ja chyba gdzieś może i coś mam w sieci, jakieś pozaczynane opowiadania. Musiałabym to odkopać. Ale też zajmuję się pisaniem piosenek.
Kiedyś grałam na gitarze, ale niestety problem ze stawami, więc gitarę musiałam odłożyć. Ale właśnie tu Marta się pojawiła na czacie i z Martą współpracowałyśmy tworząc projekt „Snem pisane”, o którym też jest wspomniane w moim opisie. Poniekąd mogę powiedzieć, że to był taki mój trochę pisarski debiut, ponieważ stworzyliśmy płytę z piosenkami dla dzieciaków. Ja tam odpowiadałam za teksty, a oczywiście jak to ja, przecież teksty musiały mieć fabułę. Także jest to opowieść o sennym baronie i o jego przygodach. Starałam się też tam włożyć elementy edukacyjne, więc to nie są takie proste pioseneczki, bo Marta zrobiła po prostu muzykę wow. To nie jest banalne, to jest ładne. Zresztą mamy dużo opinii takich, że dzieci przy tym usypiają, ale dorośli z przyjemnością słuchają do końca. Więc wyszły nam świetne takie opowieści. Na przykład mamy też tam piosenkę o wodzie, która śpiewa i opowiada co to ona jest i jakie ma właściwości.
Także tak trochę nauki zaklętej w opowieści. Więc myślę, że ten rok będzie bardziej takim, żeby wreszcie ubrać te buty i pokazać się zarówno od strony — nie lubię słowa ekspert — bardziej od strony badacza kreatywności i od strony pisarza już w takiej typowo mojej produkcji od początku do końca. Takie są plany. Oczywiście, że antologie też. Coś mnie korci, żeby może w połowie roku jeszcze jednego e-booka zrobili. Bo mówię, wróżka ma jeszcze bardzo dużo do opowiedzenia. Pewnie też można jej zadać dużo pytań. Myślę, że ta cała historia tej tajemniczej strony Sigma zasługuje, żeby ją rozwinąć bardziej. Stąd właśnie to pytanie z początku audycji twoje, że to jest tom pierwszy. Ja gdzieś wewnętrznie czuję, że jeszcze inne tomy będą.
Nie wiem jak ekipa, nie wiem, czy będą chętni, ale mam nadzieję, że tak. Myślę, że też w razie czego pewnie będziemy otwarci na to, żeby ktoś nowy się pojawił i też miał szansę pokazać swoje umiejętności, a nie być odrzucony przez te wszystkie już troszeczkę zmanierowane wydawnictwa. Chyba odpowiedziałam, co?
[02:29:26] - Muszę powiedzieć, że nie zdawałem sobie sprawy tak do końca, jaką perfidną politykę prowadzi Biblioteka Narodowa, przydzielając właśnie minimum. Tak dokładnie jest, kiedy się wchodzi na elektroniczną stronę Biblioteki Narodowej, co by zaciągnąć numery ISBN, to tam nie ma innej możliwości. Najmniej można ściągnąć właśnie 10. Ja to wcześniej traktowałem po prostu polityka nie tyle firmy, co jakiegoś urzędu państwowego. A w tej chwili zdałem sobie sprawę po twojej wypowiedzi, że to w gruncie rzeczy — nie wiem, czy świadome, czy nie — ale w gruncie rzeczy to bardzo kreatywne jest, bo kiedy dostajemy te 10 numerów, wykorzystujemy jeden, to rzeczywiście aż człowieka korci, żeby coś z tym zrobić, z tymi pozostałymi dziewięcioma. I wtedy człowiek uruchamia wyobraźnię, uruchamia swoją kreatywność i myśli sobie: „No ja nie dam rady?” Tu w zależności od ekspresji „potrzymaj mi piwo” albo „potrzymaj mi coś tam”, „Ja nie dam rady?”
[02:30:48] - Kota.
[02:30:49] - Dam radę. Potrzymaj tak, potrzymaj mi kota. Ja nie dam rady? Oczywiście, że dam radę. Nie myślałem o tej polityce Biblioteki Narodowej w ten sposób, ale jakaś teoria spiskowa mi się właśnie w głowie zalęgła.
[02:31:07] - Ja myślę, że to jest kwestia podejścia.
[02:31:09] - Być może tak.
[02:31:10] - Nie tyle teorii. Ja nie wiem, czy to było zamierzone, ale ja na przykład mam takie podejście, że staram się patrzeć po prostu, co dobrego z czegoś wynika, a nie co złego wynika czy czemu tego nie lubię, tylko bardziej: okej, może mi się to nie podoba, ale co by się musiało zdarzyć, żeby mi się to podobało? Albo żebym mogła tego użyć na swoją korzyść. I te numery są dla mnie mega motywacją. Zwłaszcza że też nie lubię, jak się rzeczy marnują. Także dwie strony medalu, nie?
[02:31:40] - To prawda. Ja proponuję, żebyśmy teraz posłuchali drugiego opowiadania z tomu „Nie otwieraj” na stronie Sigma. Tym razem będzie opowiadanie „Stacja Psychotropia” Mateusza Andresza.
[02:31:57] - Andrasza.
[02:31:58] - Andrasza. Przepraszam.
[02:32:02] - Mateusz Andrasz, „Stacja Psychotropia”. Nasze samopoczucie po przebudzeniu zależy w dużej mierze od fazy snu, która została przerwana. Alicja nie wiedziała nic o NREM i REM, ale czuła tępy, przeszywający całe ciało ból i jego źródło przypisała właśnie niewyspaniu. Ciężko o dobry wypoczynek w pociągu, w dodatku takim starym, bez przedziałów i to ze starą, twardą jak spartańskie łóżko tapicerką na starych siedzeniach z nieregulowanym oparciem. Podróżniczka przeciągnęła się, by unormować dopływ krwi do ścierpniętych rejonów ciała. Lecz niedowład dotykał również jej psychiki. Tak, rzadko zasypiała w pociągu. Dokąd w ogóle jedzie? Z rodzinnej wsi można było tylko w jednym kierunku, do Głobanic. Ach, właśnie.
Jeśli chciała, jak co niedzielę, wpaść do swojej cioci i zasnęła w trakcie podróży, było duże prawdopodobieństwo, że przespała przystanek. Nerwowo rozejrzała się dookoła, lecz w przedziale nie było nikogo. To częsty widok, aczkolwiek wcale nie poprawiał samopoczucia. Później zawiesiła wzrok na oknie i wtedy pod nosem zaklęła na swoje gapiostwo, widząc tylko nieprzeniknioną czerń. Wstała z miejsca, nawet nie sięgając po żadne rzeczy, bo nigdy nie brała nic do Głobanic. Chwiała się. Pociąg musiał jechać bardzo szybko. Ponownie spojrzała na okno. Najpierw na swoje, a potem po kolei na każde inne. Czy to możliwe, że spała tak długo i wstała dopiero w nocy?
Do ciotki wyjeżdżała zawsze wcześnie rano. Nie, to nie było możliwe. Rzeczywiście, po krótkich, lecz uważnych oględzinach dotarło do niej, że okna są po prostu niezwykle brudne albo zamalowane ciemną farbą. Niestety, próba otwarcia kilku z rzędu zakończyła się niepowodzeniem. Za dużo ćpania, za mało jedzenia. Niezwykle poddenerwowana, ale i ciekawa, postanowiła zapytać kogoś, kogokolwiek o lokalizację. W tym celu ruszyła ścieżką między siedzeniami do wagonu przed jej własnym, jak przypuszczała. Z początku pomyślała, że spotkało ją wielkie szczęście. Siedział tam żywy człowiek. Chłopak bezmyślnie wpatrzony w okno, jakby cokolwiek za nim widział.
Jednak po spojrzeniu, jakim ją na jeden krótki moment obrzucił, pożałowała, że w ogóle szukała towarzystwa. Spojrzał jak na obiekt. Już chciała obrócić się, wrócić i poszukać kogoś w innych wagonach, gdy nagle zdecydowała, że może warto spróbować. „Cześć” powiedziała niepewnie. Ten ponownie obdarzył ją nieprzyjemnym grymasem, ale odpowiedział. To znaczy uniósł dłoń, prawdopodobnie w geście powitania. „Orientujesz się może, czy minęliśmy Głobanice?” Spytała, siadając naprzeciwko. „Zasnęłam, a przez te brudne szyby nie wiem, jaką mamy porę dnia. Co zabawne, nawet nie pamiętam, kiedy wyjechałam”. Chłopak nie reagował, nie ruszał się.
Alicja zastanawiała się, czy w ogóle oddycha. „Widzisz” kontynuowała coraz bardziej zniechęcona. „Cioci będzie przykro. Jeżdżę tak co tydzień do Głobanic i nigdy nie zdarzyło mi się nie dojechać”. „Nie wiem, jak mógłbym pomóc” odparł wreszcie chłopak. „Nie wiem skąd i dokąd jedziemy”. Alicja wstała i jakby los specjalnie tak zarządził, w jej oczy rzuciło się okienko do kokpitu maszynisty. No tak, kto mógłby udzielić jej lepszych odpowiedzi niż facet prowadzący pociąg? Bez namysłu ruszyła w jego kierunku. „Nic nie wiem” – szeptał za nią chłopak.
To zabawne. Nigdy wcześniej nie widziała kokpitu lokomotywy, ale wcale nie przyszła, by ją podziwiać, a zwłaszcza, że kierujący pociągiem starszy facet łypał na nią nie mile z lusterka. Przynajmniej nie kazał jej spieprzać, ale tak czy owak wolała przejść szybko do rzeczy. „Przepraszam” zaczęła dyplomatycznie, a mężczyzna ani drgnął. „Czy minęliśmy już Głobanice?” „Nie” – odetchnęła z ulgą. „Nie minęliśmy i nie miniemy” kontynuował. Alicji ponownie przyspieszyło tętno. „Wybrałaś, można powiedzieć, zły pociąg, a cel jego przeklętej trasy jest również dla mnie zagadką”. „Jak pan w ogóle tutaj pracuje? Jest pan maszynistą”.
Parsknął śmiechem. Bardzo nieprzyjemnym śmiechem. „Byłem” mówił. „Byłem bardzo dobrym maszynistą, lecz teraz nad niczym nie sprawuję kontroli”. Alicja nie mogła zgodzić się na taką rzeczywistość. Nie potrafiła powiedzieć, czy realizm sytuacyjny został zachowany, czy całkowicie wywrócony do góry ogonem. Słyszała bzdury, jednak bzdury wypowiadane naturalnie, jakby układane przez szaleńca albo mitomana z wieloletnim stażem. Przyszedł za nią. Poznała go. To dziwny chłopak, z którym miała już nieprzyjemność rozmawiać.
Wbiegł do kokpitu i na jej oczach uderzył głową maszynisty o tablicę rozdzielczą. Potem trzymając go wierzgającego za koszulę, podniósł z miejsca i wyrzucił z pędzącego pociągu. Facet krzyczał w wyraźnej panice. Jego natura musiała nie być aż tak zwariowana jak cała sytuacja. Krzyki jednak prędko stały się tylko wspomnieniem. Chłopak zajął pusty fotel maszynisty, mamrocząc coś pod nosem. „Dlaczego to zrobiłeś?” Załkała przerażona Alicja, wybiegając z kokpitu. „Musimy sami określić sobie nasz cel” usłyszała za plecami. Minęła swój wagon. Nie myśląc nad drogą ucieczki, dotarła do miejsca, w którym jeszcze nie była.
Trafiła na sam koniec pociągu. Siedziała tam kolejna osoba, samym swoim wyglądem zdradzająca pewne zaburzenia. Była to starsza kobieta o rozmarzonym, zdekoncentrowanym wzroku, otoczona stertami starych i nowych książek. Niemniej wyglądała na sympatyczną. Alicja postanowiła nawiązać tę kolejną, ostatnią już konwersację i podeszła do niej Przepraszam, czy wie pani, dokąd jedziemy? „Dokąd?” – powtórzyła, jakby nie rozumiejąc. Litości, już nie wytrzymuję – mówiła, a jej jawne załamanie spotkało się jedynie z chłodnym zaciekawieniem. – Ja nie wiem, dokąd jadę. Nie wiem, skąd jadę. „Skąd?” – szepnęła starsza pani, nagle ożywiona.
– Pamiętam to słowo – dodała z dumą. – Pociąg wyjechał z Pługowa. A jednak, jeśli mówiła prawdę, trasa miała swój start we wsi Alicji. Aczkolwiek gryzło się to z wersją maszynisty, który oznajmił przecież, że nie jechali ani nie przejadą przez Kłobanice. A to niemożliwe. Naprawdę nie wie pani, dokąd jedziemy? – dziewczyna spróbowała jeszcze raz. – Jaki cel ma ta chora wycieczka? „Dokąd?” – powtarzała za nią kobieta. – Cel?
– zamilkła na chwilę, po której jedynie pokręciła powoli głową ze smutną miną. Było dla Alicji jasne, że nic więcej od niej nie wyciągnie. Dziwaczka. Jej towarzystwo nie budziło niepokoju, aczkolwiek uwydatniało schizową atmosferę i w związku z tym Alicja postanowiła opuścić również ją. Obróciła się. Serce o mało nie wyskoczyło jej przez gardło. Za nią, od Bóg wie kiedy, stał nieprzyjemny chłopak, patrząc tym swoim pochmurnym wzrokiem. Krzyknęła. – Jasna dupa! – była rozdygotana jak po lodowatej kąpieli.
– Nie chodź tak za mną. Jesteś nienormalny, człowieku. „Przepraszam” – powiedział chropowatym głosem, lecz nie okazywał powierzchownością niczego prócz chłodnej obojętności. – Nie przedstawiłem się i chciałbym to teraz naprawić. Kiwała energicznie głową. Alicji zaczynało brakować kreatywności na protesty przeciwko deficytowi logiki i realizmu albo temu, czego nie rozumiała, chociaż nie nazywała tego w ten sposób. – Mam na imię Czynnik – mówił, patrząc gdzieś daleko za nią. – Chociaż czy nie powinienem był powiedzieć „jestem Czynnikiem”? Być może. Niemniej oto ofiarowałem ci słowo, którym możesz nazywać bezpośrednio mnie, a to podobno ociepla wizerunek.
Tak, imię to dobre posunięcie w mojej sytuacji. Chora, chora, chora manifestacja. Więc co masz mi do powiedzenia, Czynniku? – zapytała, przybierając tak samo obojętną minę jak jej rozmówca. Aczkolwiek była to tylko przykrywka. Nienaturalna rzeczywistość, która tak nagle powstała, zaczęła ją intrygować, bo gdy nie możesz z czymś walczyć, najlepiej postaraj się to najpierw zrozumieć. – Tak w ogóle myślałam, że to ty prowadzisz teraz nasz pociąg. „Już nie” – odparł prawie od razu. – Nie trzeba. Jak to nie?
Potrzebujemy maszynistę. „Powinnaś raczej używać liczby pojedynczej. A zresztą maszynista jest już bez znaczenia dla kogokolwiek. To, co nazywasz pociągiem, weszło w stan zbyt fatalny, by jakikolwiek słaby podzespół mógł zaradzić jego problemom”. Co ty nie powiesz? – szeptała, układając w głowie szereg bredni szaleńca. – Chociaż ja powiedziałabym, że to tylko uwertura przed prawdziwym stanem fatalnym. Przed wpieprzeniem się w inny pociąg. Przed tym akurat jesteśmy bezpieczni. Alicja usiadła załamana.
Oparła brodę o rozdygotane dłonie i wybuchnęła nerwowym chichotem. „Słuchaj, droga wariatko”. Jak mnie nazwałeś? – udała oburzenie. „Nawet ta tutaj to mniejsza schizolka od ciebie, kochanie”. Pokazała zamaszystym ruchem dłoni kobietę, z którą jeszcze niedawno przez chwilę gawędziła. Ani ona nie zareagowała, ani on. Ona zajęta bojaniem w obłokach, a on byciem creepy i prawdopodobnie wymyślaniem kolejnych, nikomu niepotrzebnych konfabulacji. Alicja ponownie parsknęła śmiechem. Tylko to jej zostało.
„Wiesz co?” – powiedział, klepiąc ją po ramieniu. – Otworzymy okno i trochę się przewietrzysz. Nawet nie myślała, że ten wychudzony chłopaczek zdziała przy cholernie zakleszczonych oknach choć trochę więcej niż ona. Ale bawił ją on i ciekawił. Patrzyła, jak wślizguje się między jej kolana a siedzenie z przodu i jedną ręką, bez krzty wysiłku, zsuwa szybę w dół. Na długo ją to nie zaskoczyło. Prędko spostrzegła, co do tej pory kryły przed nią brudne okna i wtedy wrzasnęła. Staruszka nadal pozostawała wgapiona w sufit, a Czynnik w nią, Alicję. Oczywiście z niegasnącą obojętnością. Można powiedzieć skrystalizowany obiekt strachu niemal wszystkich ludzi od początku ich dumnego bytowania – tłumaczył, ledwie ruszając wargami.
– Śmierć w aerozolu. Alicja łkała, chowając twarz w dłoniach, a dłonie w kolanach. Pociąg, a raczej pomocna wizualizacja nazwana pociągiem, znalazła się w takich właśnie warunkach – kontynuował. – Otoczona śmiercią i pędząca w jej głębokie epicentrum. Śmierć gęstnieje dookoła nas, Alicjo. Czuję to – wyznała. „Nie pytam, czy nadal uważasz mnie za szaleńca” – powiedział, zamykając okno. – Ale co sądzisz o swojej pamięci? Nie rozumiała pytania. Dopiero gdy uniosła głowę i zobaczyła, jak czynnik wskazuje palcem pogrążoną w myślach starszą kobietę, zauważyła pewne prawidło.
Skąd ona pamiętała to słowo? Pamiętała „skąd”, nie znając słowa „dokąd”. „Trzeba umieć z nią rozmawiać” — wyjaśnił chłopak. Alicja wlepiała w nią wzrok, wyglądając wtedy równie dziwnie co ona. „Możesz na przykład zapytać o to, co robiłaś godzinę temu”. Rzeczywiście, Alicja nie miała bladego pojęcia, chociaż była pewna, że w pociągu zdążyło minąć już bez mała kilka godzin. Aczkolwiek zdążyła już zakwestionować wiele praw logiki oraz własne postrzeganie. „Co robiłam?” Wstała z miejsca i podeszła do pamięci. „Przepraszam, co robiłam godzinę temu?” „Leżałaś na noszach, gdy ratownicy w pośpiechu zabierali twoje bezwładne ciało do szpitala” — wyrecytowała kobieta. „Co?” — zająknęła się Alicja.
„A co robiłam półtorej godziny temu?” „Byłaś gwałcona”. Zaszlochała, padając na kolana. Wtedy kobieta pierwszy raz zwróciła ku niej swoje spojrzenie, które dla bystrego obserwatora nosiło w sobie wiele mądrości. Natomiast czynnik stał z tyłu i przypatrywał się całej sytuacji, kiwając powoli głową. „Pamiętam mężczyznę, który podał ci siłą pewien okropny środek. Chciałaś zwymiotować, ale nie pozwolił. Przytrzymał cię i…” „Nie kończ!” — krzyknęła Alicja. — „Zamknij pysk! Morda!” Było, jak rozkazała. Pamięć ponownie pogrążyła się w apatii, a czynnik stał tak, jak stał do tej pory.
Chciała popłakać. Nie przeszkadzało im to. „Znajdę go” — szepnęła w końcu. „Twarda dziewczyna” — pozwolił sobie na szyderczy komentarz chłopak, podchodząc do Alicji od tyłu. „Zgaduję, że chcesz powrócić do świata, czyż nie?” „Zrobię wszystko, żeby wrócić i…” „Wspaniale” — przerwał jej. — „Ale żeby wrócić, trzeba najpierw zresetować twój umysł, Alicjo. Rozumiesz? Trzeba, jakby to powiedzieć, oczyścić ten pociąg. Nie pytam, czy pamiętasz, bo w obecnej pseudorzeczywistości nadal to przeżywasz, ale powinnaś mieć przed oczami moment, w którym usuwam twój rozum. Przepraszam, maszynistę”.
Milczała, w trudzie układając w głowie słowa czynnika. „Wiesz, tak naprawdę jeszcze nie przedstawiłem ci się poprawnie. Nie zamierzam przynudzać nazwą związku chemicznego, ale oto ja. Lekarstwo. Można powiedzieć, że z chaosu twojego umierającego umysłu stworzyłem tę wizualizację, a potem również siebie. Cud medycyny, jeśli wolno mi tak powiedzieć”. „Pomóż” — szepnęła Alicja. Absolutnie nie miała ochoty na żarty. Może był to po części zwykły wymysł, ale czuła, jak nadchodzi koniec. Powoli wszystko traciło barwy i stawało się rozmazane, a drobne elementy wymyślonego, w co już wierzyła, wnętrza mózg jakby wymazywał z pola widzenia, zastępując ślepymi plamkami.
Brak klamek, brak wskazówek na zegarze, brak wzorków na tapicerce fotela. Czuła, że nadchodzi również jej koniec. „Zabiłem twój rozum. Pozostała pamięć, którą możesz usunąć tylko ty, bo jedynie tobie ona podlega” — poradził czynnik. — „Ale nie martw się, ustanowimy tu razem nowy porządek i wszystko będzie dobrze”. Alicja milczała, spoglądając na siedzącą spokojnie starszą kobietę. Miała oczywiste wątpliwości. „Jak? W jaki sposób mam to zrobić?” Nie uzyskała słownej odpowiedzi. Zamiast niej w jej smukłej dłoni zmaterializował się długi nóż.
Oczywiście nieprawdziwy z perspektywy wymiaru rzeczywistości, aczkolwiek w wymiarze głębokiej apatii jak najbardziej śmiercionośny, przynoszący śmierć symboliką. Miała to prawie przed oczyma. Widziała, jak podchodzi do niej, patrzącej tak głupio w sufit. Wyciąga rękę i przystanęła. Zdała sobie sprawę, że to, co sobie wyobraża, jest prawdą. Przecież myśli są tu czynami, a czyny myślami i niczym więcej. Nie ma miejsca na żadne bezpieczne próby. Jeżeli ma skrzywdzić swoją pamięć, to zrobi to za pierwszym razem i już nie będzie odwrotu. Miała oczywiste wątpliwości. Jeżeli zabicie części siebie ma wyprowadzić ją z apatii i zatrzymać ten pęd ku śmierci, bardzo dobrze.
Ale dotarło do Alicji, że za życie zapłaci sprawiedliwością. Potrzebowała pamięci, by ukarać sprawcę swojej niedoli. I w tym tkwił problem. W życiu bez sprawiedliwości. Co powiesz na śmierć bez sprawiedliwości? Czynnik ponownie klepnął ją w ramię. „Zrób to, co zapewni ci przetrwanie, tak jak na przedstawiciela rasy ludzkiej przystało. A, i przypominam, że zemsta jest niechrześcijańska”. Nie wiedziała, co ma myśleć, co ma uczynić faktem. Tymczasem wszędzie dookoła tańczyły zygzakowate wzory, jak przy migrenie.
Wszystko zwijało się w ślimakowate kształty, by zaraz tracić kształt i kolor. Wszystko powoli znikało. Zrób co trzeba dziewczyno — ponaglał ją. Załkała żałośnie przed tym, co nieuniknione. Przed tym, co trzeba zrobić, chociaż nie ma się ku temu żadnej chęci. Nad wyborem między dwiema złymi opcjami. Zrobię — oznajmiła. Poczuła, że ze zbrodnią jej w pewien okropny sposób do twarzy. Tak, trzymać nóż w czyjejś piersi, być złą dziewczynką. W gruncie rzeczy on, czynnik, też wyglądał dobrze przedziurawiony długim ostrzem.
Wreszcie bez tej okropnej obojętności na twarzy wybrała na cel właśnie jego, twórcę chorego pociągu. Zaryzykowała, by wkrótce przekonać się, że była to dobra decyzja. Nadal obolała i przerażona, ale żywa i w miarę sprawna leżała na szpitalnym łóżku. Zaciskała smukłą dłoń, jakby dalej trzymała nóż. Brakowało go, lecz po wydarzeniach przeżytych w wyimaginowanym pociągu czuła, że gdy tylko skończą ją zszywać, znajdzie jakiś i co więcej, będzie potrafiła użyć go na pewnej całkowicie realnej osobie.
[02:52:21] - Wiktorze, ty lubisz komentować kawałki literackie, to tobie oddaję głos.
[02:52:31] - Ja na samym początku wysiłku powiedziałem, że całkiem zabawne skojarzenie mi się pojawiło, kiedy wysłuchałem te dwa wybrane fragmenty z tej książki. Akurat te dwa opowiadania, bo między nimi taka jakaś koniunkcja się pojawiła, przynajmniej w mojej głowie oczywiście. Otóż zauważyłem taką prawidłowość. Może najpierw posłużę się taką anegdotką pana Krzysztofa Szymborskiego. Chyba gdzieś to wyczytałem w „Życie" przed rokiem czy przed dwoma laty, że jakieś tam uniwersytety włosko chyba hiszpańskie zrobiły taki projekt. Pracowały nad tym dwa lata. Zebrały chyba dwieście kilka takich włosko-hiszpańskich i tam jakichś portugalskich małżeństw. Zrobiły badania, do czego służą małżeństwa. Z tych badań wynikło, że właściwie jedyną funkcją małżeństwa jest to, że zachodzi taka przyczynowość, taki związek, że do czego służy na przykład mężczyźnie kobieta przede wszystkim. Przede wszystkim służy w tej instytucji małżeństwa po to, żeby przypominać mu, co ma do zrobienia.
Ta anegdotka, poważny projekt uniwersytecki wydaje mi się bardzo słuszna i bardzo celna. Bardzo trafna. Otóż ten świat kobiet i mężczyzn jest bardzo różny. Tak jak mówiłem na początku, o ile opowiadanie kobiece trafia do mnie, do mojej jakby takiej plastycznej strony umysłowości, to opowiadanie męskie trafia zdecydowanie do rozumu po prostu. Z obydwóch nie jestem do końca zadowolony. Gdyby dało radę w jakiś sposób autora pożenić z autorką, to by było genialne wtedy. W tym opowiadanku na przykład ja właściwie bez przerwy jestem przywoływany do tego, to znaczy wybijany z niewiedzy i wszystko jest właściwie tłumaczone. Jeśli pojawia się jakakolwiek sytuacja, nie rozgrywana jest to sytuacyjnie, tylko za chwilę autor spieszy mi z wyjaśnieniem dlaczego, co, jak i tak dalej. To sprawia to, że ja mam takie wrażenie, że autor bardzo inżyniersko traktował tą materię pisarską, to znaczy konstruował i skonstruował ją bardzo dobrze. Tu do konstrukcji nie mam żadnych zastrzeżeń.
Natomiast brakuje mi tych zdarzeń sytuacyjnych, które były u dziewczyny, wiarygodności tych zdarzeń sytuacyjnych, takich, które chwytają za gardło, które tracają w moją wyobraźnię. Nie są tłumaczeniem żadnym, ale ja sobie sam je dotłumaczam, bo wyciągam właściwe wnioski z obrazka, który jest przedstawiony. Ja myślę, że autorka Aksamitu po prostu pisząc widziała rzeczywistość. Natomiast Autor tego opowiadania raczej rzeczywistość konstruował i budował szkielet, który dla mnie warto by było troszkę rozmazać jakąś zwykłą, życiową prozą. Niedopowiedzeniem, zwykłym, klasycznym obrazkiem bez tego, krok po kroku bardzo wymierzonego marszu. Ale i tak jestem zadowolony. A o tym, co mówię, o tym małżeństwie między kobietą, to przecież mam rację. Z tego są wyniki zawsze dobre.
[02:57:52] - Ja tylko powiem panu Mateuszowi, żeby specjalnie się nie przejmował, bo Wiktor w naszej audycji trudno powiedzieć, że rozjeżdżał, ale krytykował już takich autorów jak Ray Bradbury i na przykład Redliński. Także naprawdę myślę, że pan Mateusz został wciągnięty w elitarne bardzo grono, bo-
[02:58:19] - Marek! Marek!
[02:58:21] - Być skrytykowanym przez Wiktora Żbikiewicza to jest... Tak, słucham.
[02:58:25] - Marek. Sorry. Trzeba pamiętać o jednej rzeczy, że właściwą funkcją literatury i w ogóle sztuki jako takiej jest umiejętność zbudowania czegoś, w czym wady stają się wartościami. I pewne wady, o których ja mówię, ja wytykam wady, ale te wady, jeśli są właściwie wymierzone, skonstruowane, to stają się po prostu wartościami. Nie wiem, przecież bredzenia Kafki to jest straszna wada. Ale ta wada nagle nabiera ogromnej wartości dzięki temu, że posiada pewną dyscyplinę. Ja z tą krytyką to nie byłbym taki tego.
[02:59:42] - Wiktorze, powiedziałeś już wszystko. Jak ja słyszę frazę pod tytułem: „te bredzenia Kafki", to na miejscu pana Mateusza spałbym spokojnie. Ale mamy gościa.
[03:00:00] - Właśnie, czy ja mogę coś tu?
[03:00:02] - Jak najbardziej.
[03:00:04] - Jeszcze odnośnie opowiadania. Wszystkie były dla mnie bardzo interesujące, jeżeli chodzi o opowiadanie Mateusza, to mnie kupiło od samego początku. I powiem szczerze, że ja nie bez powodu te dwa opowiadania wybrałam tutaj do czytania, bo u Kingi mamy aksamitnie, tak jak to się dało odczuć, czyli jesteśmy przeprowadzeni przez wszystko i czytając, czujemy ten aksamit na każdym kroku. Natomiast z kolei u Mateusza te uderzenia w czytelnika, te tłumaczenia, to wszystko jest takie zimne i mechaniczne właśnie jak ten pociąg, którym jedziemy. To mnie też u Mateusza kupiło, bo po pierwsze to, jaką wymyślił wizję na pokazanie, co się w naszej głowie może dziać i jak to może działać w takich sytuacjach. Ale też właśnie oddanie tego pociągu, tej samotności w tym pociągu, bo tam raptem były trzy osoby oprócz bohaterki, z czego jedna została wypchnięta. Także mnie właśnie kupiło ten chłód tego opowiadania, że to tutaj mi wyszło na pierwszy plan. Także tutaj może było trochę uwag, moim zdaniem konstruktywnych bardzo. W sumie bredzenia Kafki, czemu nie? Ja w tym nie widzę nie tyle wady, co to, jak już padło to słowo „bredzenie".
Ja bym się upatrywała w tym właśnie czyjegoś stylu, czegoś, po czym rozpoznajemy człowieka. Więc to jest właśnie bardzo świetny kierunek, o którym pan Wiktor powiedział, żeby zrobić z tego zalety. Może na tym skończę, niech to ładnie wybrzmi.
[03:01:45] - A poza tym pociąg to jest zawsze horrorotwórcze, czy w każdym razie grozotwórcze miejsce. Ja tylko wspomnę mistrza grozy przedwojennego, Grabińskiego, który z pociągu zrobił właściwie miejsce mistyczne, takie pełne grozy. Istotę grozy właściwie upatrywał, przynajmniej w części swoich utworów. Więc okazuje się po prostu i ten tom również dowodzi, o którym dzisiaj rozmawiamy, „Nie otwieraj! Na stronie Sigma", że to takie przekonanie, że groza to jest gdzieś tam daleko, to jest absolutna fikcja. Okazuje się, że groza jest tuż za progiem, gdzieś bardzo blisko nas, jako na wyciągnięcie ręki. Nie wiem, czy każdy tę rękę chce wyciągać, ale okazuje się, że gdzieś za progiem, poza tym światem racjonalnym, spokojnym, mniej lub bardziej, czasami szalonym, ale w gruncie rzeczy racjonalnym. Gdzieś wystarczy dać krok I pojawia się szaleństwo. I to szaleństwo takie jak na przykład u Lovecrafta. Gdzieś to blisko tej grozy krąży.
Tym bardziej, że Lovecraft poza tym, że pokazywał Cthulhu, jakiegoś takiego strasznego, to jednak też w swojej prozie bardzo często opierał się na odczuciach, emocjach, psychologii, jakkolwiek to nazwiemy. W tej chwili nie jestem przygotowany aż tak dobrze, żeby przymiotniki dobierać. Natomiast istota jest ważna, że w tym opowiadaniu również mamy taki element zwyczajności grozy, groźnej zwyczajności, czy jakkolwiek sobie dobierzemy te słowa. W każdym razie, tak właśnie tuż za progiem jest coś strasznego. Mnie w gruncie rzeczy to również ujmuje. Ta umiejętność pokazania, że wcale nie trzeba tworzyć kolejnego potwora, jakiegoś zmutowanego albo jakoś inaczej zmodyfikowanego monstrum, żeby zrobiło się groźnie. Taka groza mi odpowiada. To jest ten rodzaj grozy, który ja akceptuję bez specjalnych zastrzeżeń. Taka mnie refleksja naszła po tym kawałku prozy. Katarzyno, ja myślę, że po trzech godzinach i dziesięciu minutach powinniśmy się zbliżać do końca tej audycji, bo nawet wytrwali słuchacze mogą mieć w końcu dosyć.
A to jest dobry czas na podsumowania. To teraz zrzucam te podsumowania na ciebie.
[03:05:02] - Tak dobrze, że sugerujesz koniec, bo ja to bym do rana mogła gadać. Ja mam takie poglądy.
[03:05:08] - Ja pewnie też. Tylko cały problem polega na tym, że-
[03:05:15] - Nie każdy ma taką odporność jak ty.
[03:05:17] - Dokładnie. I ja mam zawsze takie dylematy, że jak zaczniemy za bardzo eksperymentować i przedłużać audycję do pięciu godzin albo do sześciu, to będziemy, takie modne słowo, uwielbiam to słowo, chociaż uważam, że kompletnie nie należy go używać, ale go użyję, w związku z tym niekonsekwentnie, będzie kompletnie przeciwskuteczne. Czyli jak zrobimy do pięciu godzin, to już nas skutecznie znienawidzą. W związku z tym taki złoty środek to trzy godziny z kawałkiem, to jest ten czas, gdzie jest chyba ten moment, kiedy trzeba by coś podsumowywać.
[03:06:03] - Ale wiesz Marku, tym samym nie dajesz mi szans.
[03:06:09] - To znaczy?
[03:06:10] - Dopiero po dwunastej zaczynam być inteligentny.
[03:06:15] - No dobrze, to nie dotrwamy tym razem do tego czasu inteligencji Wiktora Żwikiewicza. Wyobraźcie sobie państwo, co by was czekało, jakby Wiktor rozwinął, rozbuchał swoją inteligencję. Ale to nie tym razem. Nie tym razem. Tym razem oddamy głos Katarzynie. Podsumowuj.
[03:06:36] - Podsumowuję. To jeszcze tylko do Mateusza dopowiem, że w e-booku, o którym wspominałam, jest też opowiadanie Mateusza i ono nawiązuje do tego opowiadania. Także jak ktoś się pokusi na zestawik, to będzie mógł sobie poczytać to w komplecie. Co do podsumowania, ja się tu bardzo cieszę i powtórzę raz jeszcze, że to dla mnie mega wyróżnienie i super, że mogłam tutaj być i opowiedzieć o naszym projekcie i o tych cudownościach, które tu zrobiliśmy. I tak pomyślałam sobie, bo tuż przed audycją rzuciłam tak na szybko na naszej wspólnej konwersacji, czy jeszcze coś autorzy proponują, żeby o czymś wspomnieć. Padły trzy rzeczy, także myślę, że one będą ciekawą rzeczona podsumowania, a dodatkowo jeszcze pozwolą mi jedną rzecz dopowiedzieć. Otóż pierwsza rzecz, która padła: wspomnij o tym, jacy jesteśmy wspaniali. Więc tak, wspominam. Jesteśmy wspaniali, zrobiliśmy kawał dobrej roboty i to jest nasze zdanie i mam nadzieję, że każdy na własną rękę sięgnie, żeby się przekonać, czy kłamiemy, czy nie. Bo pamiętajcie, nie wierzcie nam na słowo.
Druga rzecz, która padła, to jeszcze, że mam wspomnieć o tym, że on drapie nawet jak nie chce. To jest nawiązanie do opowiadania Jacka. I ostatnie co padło, to że jeszcze mam wspomnieć o naszych inspirujących dyskusjach kulturalno-trollowo-kocio- różnych, kulinarno. I tu o tych dyskusjach wspomnę więcej, bo oprócz tego, że stworzyliśmy wspólnie tą antologię, to mimo wszystko nawiązaliśmy świetne relacje i cały czas jesteśmy w kontakcie. I tak jak wspominałam, zaczęło się to gdzieś w połowie 2017. W trakcie tworzenia potrafiliśmy i po sześć, siedem godzin gadać. Oczywiście, że tam było więcej integracji niż pracy. Później dopiero to skracaliśmy. Natomiast do tej pory mamy wspólną konwersację, na której piszemy i bardzo często dużo inspirujących rzeczy tam się dzieje. Dzielimy się też swoimi życiowymi rzeczami i nie ukrywam, że właśnie w sumie na kanwie dwóch ostatnich naszych kulinarnych dyskusji udało mi się to przemycić właśnie w e-booku, w moim opowiadaniu.
Moje opowiadanie tam nosi tytuł „Jesiotry Wikingi”. Więc to jest właśnie taki insight nasz wewnętrzny. Tylko my wiemy, o co chodzi, ale to jest nawiązanie do jednej z dyskusji. I też pewien wyczyn kulinarny, o którym wspomina wróżka w swojej narracji, to też drogą żartu wyszło. Z podsumowań, bo ja mogę gadać do jutra. Myślę, że wszystko, co najważniejsze powiedzieliśmy. Jak coś więcej trzeba, to ścigajcie nas na fanpage'u albo mnie na prywatnym, gdzie tam cokolwiek chcecie. Aha, jeszcze tutaj z nowości to postanowiliśmy wspólnie, padły takie sugestie, też to jest na stronie wydarzenia, że wrzuciliśmy na licytację naszą antologię. Więc jak ktoś lubi i chce wspierać WOŚP, to jak najbardziej zachęcamy. Jest aukcja.
Jesteśmy też na Lubimyczytać, więc jeżeli gdzieś już ktoś miał styczność z naszą antologią, to będziemy wdzięczni za jakieś opinie. Każde, nie tylko te pozytywne, jak najbardziej każde konstruktywne, bo cały czas jesteśmy w procesie i chcemy się rozwijać i w odpowiednim kierunku się kształcić. A przy okazji to też powie innym czytelnikom, czy warto, czy nie warto po nas sięgać. I może na tym zakończę.
[03:10:20] - Wbrew pozorom chyba nie. Ale jeśli chodzi o Lubimyczytać, to mam mieszane uczucia. Ja mam tyle samo miłości, co pewnej grozy odnośnie tej części internetu, ale to sobie zostawię na tak zwane przy okazji, bo Lubimyczytać, już to kiedyś powiedziałem, to była wspaniała i chyba jest wspaniała idea, ale chyba nie do końca się udała. Ale to zostawmy.
[03:10:50] - Taką grozę można wyczuć prędzej czy później w każdym miejscu, w którym większość treści tworzą sami użytkownicy. Także to jest też kwestia użytkowników.
[03:11:07] - Pewnie tak. To prawda.
[03:11:09] - Zgadzam się. A dodatkowo wpisy kupić. I to jest niefajne. I to jest minus tych właśnie użytkowników.
[03:11:17] - Lubimyczytać napawa mnie grozą. Powiem tak, przy książkach, które są dla mnie, nazwijmy to kultowe, ale nawet nie tylko dla mnie. Co do pewnych ocen, nazwijmy to w miarę obiektywnych, są kultowe. Czytam rzeczy straszne, świadczące o tym, że ktoś po prostu był leniwy, nie chciało mu się po prostu nawet dowiedzieć się tego, o czym czyta. Ale dobra, zostawmy. Bo o portalu Lubimyczytać to ja sobie w tej chwili zdałem sprawę, że powinniśmy chyba zrobić osobną audycję, osobne „Bibliotekarium”, bo to jest zjawisko. Już samo to, co mówię, świadczy o tym, że to nie jest zjawisko jednoznaczne. To znaczy, trudno to potępić albo wywyższyć. Wręcz przeciwnie, trzeba by podyskutować.
[03:12:19] - Może generalnie by się przydała kiedyś taka audycja w ogóle o tego typu serwisach.
[03:12:27] - Kto wie?
[03:12:29] - Ja tutaj się zastanawiam, Marku, czy tobie bardziej nie chodzi o opinie ludzi?
[03:12:34] - Zdecydowanie.
[03:12:36] - Bo ja na przykład, teraz jest modne takie słowo hejt. Ja go nie uznaję, bo nie ma czegoś takiego jak hejt, tylko jest opinia. Nawet jak ktoś ci pisze na złość, to tylko i wyłącznie o nim to świadczy, a nie o tobie. Więc ja uważam, że to jest piękne, że możemy czytać cudowną krytykę, ale i czasami takie właśnie jakieś brednie czy bredzenia.
[03:12:58] - Absolutnie zgoda. Tylko ja mam też świadomość, bardzo często rozmawiam o tym, że gdybyśmy tak do tego podchodzili to super. To po prostu najwyższe słowa uznania w stosunku do portalu Lubimyczytać. Natomiast ja mam takie wrażenie graniczące z pewnością, a właściwie pewność, że opinie wystawiane na portalu Lubimyczytać bardzo często są ścieżką, którą podąża bardzo duża część czytelników. Jak ja czytam o takich moich bogach literatury, już nie wymieniajmy nazwisk, że to właściwie słabe, że głupie, że w ogóle prymitywne. I ja wiem, że ten człowiek po prostu nie pofatygował się, nie chciało mu się, nie miał potrzeby i tak dalej. Tu by można mnożyć różne przypadki. Czuję się w jakiś sposób zdruzgotany, bo wiem, że chciałbym z tym człowiekiem porozmawiać. Ilu rzeczy on nie wie i o ilu rzeczach moglibyśmy podyskutować, zanim byśmy tak naprawdę zaczęli rozmawiać o tej książce. Ale nie mam okazji.
On już wygłosił swoją opinię. Przypomina mi się zawsze taki rysunek Mleczki. Dwóch facetów rozmawia i w tle jakiś trzeci oddala się szybko. I tam jest taki dialog, właściwie taka wypowiedź. „Powiedział, co myśli i spieprza”. To mniej więcej tak wygląda na portalu Lubimyczytać. Ktoś rzuci mniej lub bardziej pochlebną opinię i znika. Tymczasem nie ma możliwości porozmawiania z nim, starcia tych poglądów i tego mi brakuje. Czy to jest zarzut do portalu Lubimyczytać? Chyba nie do końca.
Z tego sobie zdaję sprawę. To raczej on stwarza takie możliwości albo nie stwarza takich możliwości, to w zależności jak do tego podejdziemy. Więc tak naprawdę czuję, że się nie czepiam portalu Lubimy Czytać, tylko raczej tych opinii, tak jak Katarzyna powiedziała. To prawda.
[03:15:31] - Zauważ, że to tak samo, jakbyśmy stali na ulicy i rozmawiali. I będzie taki, który będzie zgłębiał temat, a będzie taki, co tam rzuci do chrzanu i powiedział, co myśli i spieprzył.
[03:15:42] - Tak, dokładnie.
[03:15:43] - Taką osobę nawet byś na najlepsze argumenty świata nie wygrał, bo ta osoba wie swoje i koniec. Wcześniej też mówiliśmy odnośnie teologii. Tak mi wpadła myśl taka, że nie trzeba nic udowadniać. To nie o to chodzi, żeby komuś udowodnić czyja racja jest moisza.
[03:15:57] - Tak. To prawda.
[03:15:59] - Ty masz swoich bogów, ktoś ma swoich bogów, literatury i nie tylko. I to jest piękne, że każdy z nas może sobie w głowie kreować co chce i patrzeć jak chce. Dlatego ja uważam, że nawet w każdym hejterze jest człowiek, człowiek z jakimiś przejściami i on nie bez powodu tak mówi. I to tylko o nim świadczy, a nie o mnie.
[03:16:20] - Zgadzam się.
[03:16:21] - Coś takiego.
[03:16:22] - Zgadzam się tylko z częścią twojej wypowiedzi, bo rzeczywiście za każdą taką opinią stoi...
[03:16:33] - Ucięło cię?
[03:16:34] - I chyba nie wiemy kto stoi ani co, bo niestety przyszedł demoniczny rozpruwacz żył internetowych i odciął internet Markowi Żelkowskiemu. Mimo że teraz Marka widzimy jeszcze na Google Meet, to jednak Marka nie słyszymy. Trzeba dać mu znać. Zobaczymy, czy Marek odbierze wiadomość. Jeżeli nie odbierze, to będzie trzeba dołączyć go do rozmowy telefonicznej, którą cały czas kontynuujemy jeszcze z Wiktorem Żlikiewiczem. Prawda, panie Wiktorze? Czy się słyszymy?
[03:17:24] - My się słyszymy. Jeśli Marek akurat, chwała Bogu, to ja może bym ze swoim komentarzem również z tego, co powiedział, podsumowując, Marek. Otóż Marek powiedział coś takiego, że czasami niesamowitość, groza czai się tuż tuż za progiem. Ja po tej audycji mogę powiedzieć jedno: zarysować przed wami taki obraz. Ile nas jest na ziemi? Parę miliardów. Parę miliardów trupów. Otóż ci ludzie, większość ludzi żyje, porusza rękami, nogami, gębą porusza i tak dalej. Ale ja znam zresztą mnóstwo takich ludzi, którzy mają martwe żołądki, martwe serca i martwe umysły. Chwała Bogu, że ja w dzisiejszej audycji spotkałem panią Katarzynę z tak żywym umysłem, że dawno, dawno, dawno takiego nie spotkałem.
O sercu to nie wiem, bo z kobietami to nic nie wiadomo. Natomiast jeśli chodzi o żywość umysłu, to dziękuję bardzo za spotkanie.
[03:18:42] - Proszę bardzo. Budowany wiele lat i dalej w produkcji. Także cieszę się, że ktoś to docenił.
[03:18:51] - Widzę, że Marek Żelkowski odebrał wiadomość, ale jeszcze chyba nie dołączył z powrotem do naszej rozmowy na Google Meet. Więc pozwolicie państwo, że uruchomię teraz naszego smartfona i spróbujemy tą drogą odzyskać kontakt z Markiem. Ciekawe, czy się uda. Marku, czy się słyszymy?
[03:19:14] - Słyszymy się, słyszymy. Właśnie wiem, że mnie przerwało. Czy mnie w tej chwili słychać?
[03:19:20] - Słychać, słychać.
[03:19:23] - Nie wiem, w którym momencie mnie urwało. Także wiem, że zadawałem pytanie Katarzynie.
[03:19:31] - Próbowałeś, bo odbiegliśmy, także czekam na nie.
[03:19:36] - No tak.
[03:19:37] - Ja tylko muszę wam wszystkim, Marku, pozwolić, że ja wszystkim wyjaśnię, w jaki sposób ty się urwałeś. Że to nie żaden internet, ale gdybyście widzieli, jak Marek traktuje komputer i w ogóle sprzęt techniczny. On bez przerwy przy tym manipuluje i robi to w tak chaotyczny sposób, chciałem powiedzieć artystyczny sposób, że ja się nigdy nie dziwię, że bez przerwy mu te rozmowy urywa.
[03:20:12] - A Wiktor Żlikiewicz tak manipuluje sprzętem komputerowym, że do dzisiaj nie ma połączenia internetowego i musimy się łączyć cały czas przez telefon.
[03:20:22] - No bo ja nie używam, a nie...
[03:20:27] - I zdrowszy człowiek będzie. Nie trzeba czapki aluminiowej przed promieniowaniem ubierać.
[03:20:33] - No.
[03:20:34] - Tak. Usiłuję się połączyć, ale to zdecydowanie chyba przekracza możliwości w tej chwili mojej sieci. Chociaż tak, teraz.
[03:20:49] - O, coś pykło.
[03:20:51] - Nawet widzimy cię. Wyłącz kamerę, Marku.
[03:20:56] - No właśnie, widzi.
[03:20:58] - Na całe szczęście ubrany.
[03:21:01] - Tak, na całe szczęście tak.
[03:21:03] - To już widzę, że słyszymy dwóch Marków Żelkowskich, także myślę, że możemy odłączyć. Właśnie, zawsze jak ja się łączę przez Google Meet, to pierwsze co wyskakuje to prośba o włączenie kamerki. To co najbardziej Google'a interesuje to żebym kamerkę włączył. Koniecznie chcą mnie zobaczyć, a ja jakiś ładny nie jestem. Nie wiem.
[03:21:36] - Podobno mężczyzna nie musi być piękny. Problem polega na tym, że zadawałem jakieś bardzo mądre pytanie i gdzieś mi się to urwało. I w tej chwili zdecydowanie, ponieważ gadałem przez jakiś czas do zupełnie głuchego mikrofonu, to już nie bardzo pamiętam.
[03:21:57] - Ja pamiętam, że był taki moment, że ja miałam podsumować i mówiłam o tych naszych dyskusjach, relacjach i powiedziałam, że chyba mogę na tym zakończyć. A ty powiedziałeś: „No chyba nie”. I zacząłeś coś, więc może to ci pomoże.
[03:22:11] - I się urwało. Właśnie, już wiem, bo cytowałem panią Katarzynę Stefańczyk z czata. Taki oto wpis: „Jeśli mogę się wypowiedzieć na przekór. Tyle zła i bólu jest na świecie. Po co to zło jeszcze opowiadać? Może komedię by pani skleciła? Dziękuję”. I to właśnie jest pytanie do ciebie, Kasiu.
[03:22:42] - Komedię? Bez problemu. Całe moje treningi kreatywności. Ja stworzyłam uniwersum szkoleniowe i tam jest właśnie fabuła, która się opiera tylko i wyłącznie na absurdzie. To jest miasteczko Bredni i mottem tam mieszkańców jest: dlaczego...? Nie, dobra, wiecie co? Nie będę teraz tego mieszać, bo mi wypadło z głowy. Natomiast chodzi o to, że wszystko jest tam możliwe i wszystko jest dostępne. I powiem szczerze, że historie, które na treningach się działy, to, co zaszczepiałam, a później to było rozwijane przez uczestników, to była jedna wielka komedia. Jak najbardziej też tam mam już parę skryptów spisanych i myślę, że będę chciała pokazać bardziej komediową odsłonę.
Ale co do bólu, ja uważam, że ból uszlachetnia, tylko trzeba go umieć zrozumieć i czytać w nim. Dlatego myślę, że są ludzie, którzy dużo bólu przeżywają i nie potrzebują więcej, a są ludzie, którzy właśnie nie mają o nim pojęcia. I myślę, że w tym kierunku groza jest czymś, co ludzi intryguje, ciekawi. Może czasami są to rzeczy, o których w życiu sami by nie odważyli się myśleć i czują się usprawiedliwieni, czytając czyjeś inne produkty umysłu. Ale komedia? Czemu nie? Co prawda na komedię musiałabym połać za jakąś historią, scenariuszem. Poniekąd na tym moim YouTubie pokazuję ćwiczenia kreatywne i robię kreatywne impro, więc tworzę jakieś historie na dzień dobry, takie na szybko. I miałam zaczątek jednej właśnie takiej. Wylosowałam sobie początek i problem.
I to chodzi o historię, która się wydarza w Seropolis, czyli w mieście, w którym wszystko jest z sera. I problemem jest kosmiczna gąbka, która spadła z nieba. Także to mam na razie rozpisane na sceny. Mam 12 stron scen i będę chciała to rozpisać w opowiadanie. Myślę, że gdzieś będę to publikować, więc to raczej jest takie z przymrużeniem oka i samo w sobie jest absurdem, więc na pewno będzie bardziej komediowe, a nie groźne.
[03:24:55] - A to powiedzmy, jak się kanał na YouTubie nazywa.
[03:24:59] - Ktoś mi powiedział, że to jest trudna nazwa i że to się nie sprawdzi. Natomiast ja stwierdzam, że to jest po prostu nazwa, która odzwierciedla to, co ja chcę. Więc nazwa to jest Backstage Stwórcy i tam właśnie między innymi oprócz bardziej merytorycznych rzeczy dla stwórców i twórców wrzucam też właśnie takie czasami rzeczy dla rozluźnienia się i na przykład wyciągam jakieś elementy czy rzucam kośćmi z obrazkami. I to, że ja wymyślam historię, to też daje taką opcję, że można sobie wyciszyć dźwięk i samemu wymyślać własną historię z tych elementów. Także zachęcam, jakby ktoś miał ochotę. Nie ukrywam, że mnie zawsze ciekawią interpretacje innych. Na razie robię to tak. Tam w sumie też jest absurdu trochę. Bo ja zrobiłam pod koniec roku produkt swój, co się nazywa Pisarskie Piguły i nagrałam taką bardzo humorystyczną, wręcz parodiową reklamę, która właściwie jest wykwitem jakiejś mojej wizji i zabawy. Więc tam na pewno dużo śmiechu będzie.
[03:26:04] - To jeszcze raz powtórzmy. Kanał nazywa się...
[03:26:06] - Backstage Stwórcy.
[03:26:09] - Tak jest. To ja się też jeszcze przypomnę z radiem świeżo powstałym bookradio.pl. Tam można nas odpalić i ewentualnie posłuchać. Będziemy jeszcze pewno o tym radiu mówić, tym bardziej że współpraca z Radiem Paranormalium myślę, że będzie kwitła. To gdzieś chyba dobrnęliśmy do końca tej audycji. Bardzo to była ciekawa audycja. Myślę, że kilku czytelników, przynajmniej kilku czytelników tomu „Nie otwieraj” na stronie Sigma się po tej audycji pojawi. Myślę, że z naszym gościem nie spotykamy się po raz ostatni. Tak sobie nieśmiało wspomniałem o audycjach ABW, a może o jeszcze innych projektach. O tym sobie porozmawiamy poza anteną.
[03:27:06] - A może Book Radio będzie miało jakąś serię z Kasią?
[03:27:12] - Może będzie. To o tym, tak jak powiedziałem, porozmawiamy.
[03:27:15] - Ile planów!
[03:27:17] - Dużo planów. Słuchajcie państwo, Book Radio. Słuchajcie państwo, Paranormalium Radio. W obu będzie się można pewno ciekawych rzeczy na ten temat dowiedzieć. Cóż, nie ma innego wyjścia. Trzeba dzisiejszą au- Audycję skończyć, to ja ją właśnie niniejszym kończę. Dziękuję naszemu gościowi. To była chyba audycja, która pozostanie w pamięci naszych słuchaczy. Tak myślę. Taką mam nadzieję przynajmniej.
[03:27:51] - Tak czuję, że też to jest audycja, która sporo zainicjuje różnych ciekawych procesów radiowo-literackich.
[03:28:00] - Miejmy nadzieję. Katarzyno?
[03:28:03] - Mówię, że sama się nie mogę doczekać, żeby sobie ją odsłuchać, bo inaczej się słucha z wnętrza głowy, a inaczej uchem.
[03:28:10] - To prawda. Często bywam zaskoczony. A teraz, proszę państwa, takie zakończenie odnośnie tego, co przed nami. Za tydzień oczywiście ABW: Antologia Bibliotekarium Warsztaty. Kolejne opowiadania, kolejne nasze mniej lub bardziej trafne oceny. I troszeczkę porozmawiamy o tym, jak pisać. To pytanie, które się przewija od osiemdziesięciu kilku audycji: jak pisać? W związku z czym pewne tematy się powtarzają, ale powtórzymy sobie z dziką radością. A jeśli chodzi o kolejne Bibliotekarium za dwa tygodnie, cóż, proszę państwa, mówiliśmy dzisiaj o grozie. O takiej grozie w wydaniu ambitnym, ale jak najbardziej stwierdzenie „ambitnej grozie” jest jak najbardziej na miejscu.
To rzeczywiście literacko jest tom, nie otwieraj na stronie Sigma, który jest dopieszczony, wypracowany. Natomiast my za dwa tygodnie proponujemy państwu zetknięcie z literaturą grozy. I tu szukam przymiotnika. To mi się dzisiaj w audycji troszeczkę zbyt często zdarza, ale ponieważ niedawno był zmarł znany twórca grozy trzecio gatunkowej, nie wiem, ilość tam gatunkowej. Mianowicie Iain Smith, który na początku lat 90. w Polsce robił furorę. Siedzę w tej chwili w swojej bibliotece i mam przed oczyma przynajmniej 30 tomów tegoż autora. Tytuły są o morderczych krabach albo o fobii, albo o jakimś dzwonie śmierci i tak dalej. Dosyć specyficzna poetyka tych tytułów. W ogóle to jest autor, który wprowadzał Polaków w grozę i chyba ich nie wprowadzał najlepiej.
Niemniej był pewnym zjawiskiem. Nazwijmy go kulturowym. Dlatego o tym autorze, powtarzam o Iain Smithie, porozmawiamy troszeczkę. Tym bardziej że tych tomów napłodził naprawdę na kopy, a w Polsce wyszło zaledwie ułamek tego, co ten człowiek wyprodukował. Więc porozmawiamy sobie o złej grozie, ale o tym, jak ona czasami potrafi być fantastyczna. Wiem, że to karkołomny temat, ale spróbujmy taki karkołomny temat. Tym bardziej że część naszych słuchaczy na pewno po te książki sięgała, na pewno gdzieś tam w swoim życiu zetknęła się z tego typu literaturą. Od razu powtarzam, nie najlepszą, ale jednak ta literatura zostawia pewne piętno. Dobre, złe. Moim zdaniem nie najlepsze, ale jednak zostawia.
Ponieważ tych tomów było ponad 30, to chyba warto o człowieku wspomnieć. A zatem za dwa tygodnie Iain Smith i jego twórczość grozy. Czasami to bywało bardziej komediowe niż grozowe. Te kraby, sześć tomów o morderczych krabach, proszę państwa. Na początku te kraby były wielkości psa, później swobodnie walczyły z czołgami. Dlatego postęp był ogromny. Sześć tomów wystarczyło, żeby kraby urosły. Ja sobie zdaję sprawę, że się nabijam w tej chwili, bo ze sporej części tych utworów da się ponabijać, ale z drugiej strony porozmawiamy o pewnym zjawisku kulturowym. Zła proza albo średnia proza również może być zjawiskiem kulturowym, w dodatku czytanym. Dlatego zapraszam za dwa tygodnie.
Rozmawiamy o pisarzu Iain Smithie, który niedawno zszedł z tego świata. Tym bardziej audycja mu się należy. A za tydzień, tak jak powiedziałem, ABW kolejne. Dziękujemy państwu bardzo serdecznie za dzisiejsze spotkanie. Dobrej nocy życzę.
[03:32:47] - Również dziękuję wszystkim.
[03:32:52] - I jeszcze czekamy od pana Wiktora jakieś „dobranoc”.
[03:32:58] - Nie no, ja bardzo chętnie wszystkim autorom i wszystkim przyjaciołom w Nie otwieraj na stronie Sigma przesyłam aksamitne uściski na gardła, bo naprawdę warto było tę książkę zrobić i warto chyba po nią sięgnąć.
[03:33:22] - Aksamitne uściski na stacji Psychotopia. Okej?
[03:33:27] - Koniecznie.
[03:33:28] - Tak jest.
[03:33:28] - Piękna wizja.
[03:33:30] - Dobrej nocy. Wszystkiego dobrego. Do usłyszenia.
[03:33:34] - A mówili do słuchot państwa jak zawsze gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz. Jesteśmy też, Tomasz Fąs do nas dzisiaj przemawiał. Dzisiaj była z nami również
[03:33:47] - Odpowiedzialna za zbiorek „Nie otwieraj” na stronie Sigma Katarzyna Prychacz. Audycję od strony technicznej obsługiwał jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień w tym warsztatowym wydaniu Bibliotekarium, czyli w BW Antologia Bibliotekarium Warsztaty. Oczywiście już za dwa tygodnie w tym normalnym Bibliotekarium na żywo w Radio Paranormalium i w Book Radio. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[03:34:50] - These are the darkest clouds that have surrounded me. Now I find myself alone caught in a cage. There's no power to be found in here. None whispering of help to me. Everyone with a friendly face seems to hide some secret inside. He told me he loved me while he laughed in my face. He just led me astray. He took my virtue. I feel so cold inside, sorrow has frozen my mind. My heart is covered with locks and tangled.
How could it ever have felt so real? Is there a place more lonely than I feel within? Could I have seen? Could I have known? I just took it as the truth. Everyone with a friendly face seems to hide some secret inside. He told me he loved me while he laughed in my face. He just led me astray. He took my virtue. I feel so cold inside, sorrow has frozen my mind.
A waste hand to remind me. It keeps me from believing that someone might be there who'll free me, never ever leave me. He told me he loved me while he laughed in my face. He just led me astray. He took my virtue. I feel so cold inside, sorrow has frozen my mind.