Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Tak właściwie to chyba ten dżingiel na początku powinienem nagrać od nowa i dodać tam Book Radio, bo to już nie tylko Radio Paranormalium i Bibliotekarium.pl, ale także BookRadio.pl zapraszają na kolejny odcinek audycji na żywo „Bibliotekarium” – jedyna taka audycja o książkach w polskim internecie. Dzisiaj będzie bardzo lemowo, bo w końcu mamy Rok Lemowski. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”. Po drugiej stronie połączenia internetowo-telefonicznego są z nami jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. A ja jeszcze tylko przypomnę kontakty do audycji, do Radia Paranormalium. Będzie można dzisiaj dzwonić, będzie można także pisać. Nasze numery telefonów to jak zawsze stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl.
Można także do nas pisać cały czas na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można także nas spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania i komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji, na przykład propozycje lektur do omówienia, na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A więc panowie lemomaniacy, halo, halo, Bydgoszcz.
[02:17] - Halo, halo! Dzień dobry, wieczór państwu. Wiktorze?
[02:23] - Dobry również. Czemu nie?
[02:29] - Wiesz co, dzisiejsza audycja – oczywiście Rok Lemowski zobowiązuje – ale powiem ci, że ja mam do dzisiejszej książki, którą będziemy omawiać, stosunek bardzo sentymentalny. Ktoś się zapyta: „Sentymentalny? Dlaczego?”. Już śpieszę wyjaśnić. Dlatego, że była połowa lat 70., chyba 1976 rok, bo wtedy ukazało się to wydanie, czarne, czytelnikowskie „Dzienników gwiazdowych”. Jako taki późny dwunastolatek snułem się po domu i nie wiedziałem, co ze sobą do końca zrobić. Mama spojrzała na mnie. To była jakaś niespodzianka. To była książka przygotowana, żeby mi ją kiedyś wręczyć. Ale moje snucie się po mieszkaniu wyraźnie rodzicielkę zaniepokoiło.
W każdym razie widziała, że marnuję czas. A ponieważ to była osoba, której ciężko było utrzymywać tajemnice, więc wręczyła mi ten tomik. Czarny tomik z taką białą twarzą, zagubioną gwiazdą – nie wiem, jak to dokładnie opisać – na okładce. W każdym razie sztywna oprawa, „Dzienniki gwiazdowe”. Już się wtedy fantastyką interesowałem. I proszę państwa, od tego 1976 roku przez najbliższe pięć lat kompletnie zwariowałem na punkcie tej książki. Właściwie czytałem permanentnie. Pomiędzy innymi lekturami oczywiście czytałem bardzo dużo, ale „Dzienniki gwiazdowe” towarzyszyły mi właściwie bez przerwy. Poczytywałem te poszczególne podróże. Byłem nimi zafascynowany, ale dzisiaj jak na to patrzę, to byłem nimi zafascynowany bardzo dziecinnie.
Podobały mi się te przygody, te podróże, wyprawy, które teraz są jako jedne z pierwszych. Chociażby ta z rozmnożeniem się Jona Tichego, głównego bohatera, przy okazji różnych wirów grawitacyjnych czy jakichś tam kosmicznych, kiedy on sam sobie pomaga naprawić rakietę i tak dalej. Te wczesne podróże bardzo mi się podobały. One tak wchodziły w moją dziecięcą wrażliwość. Oczywiście dzisiaj powiem, że kompletnie ich nie rozumiałem. Kochałem też tę podróż, w której Jon Tichy przebiera się za robota i na planecie robotów dokonuje misji szpiegowskiej, a później okazuje się to, co się okazuje. Natomiast były też takie podróże, których ewidentnie nie rozumiałem. Dłużyły mi się, jakoś tak nie bardzo mi się to korespondowało z moimi przeżyciami. To była ta podróż, kiedy pojawia się na planecie po takiej swojej przygodzie, po tym, jak naprawiał czas. Wyrusza w podróż i trafia na planetę, na której są dwa kontynenty, jeden w kształcie nerki, drugi jakiś inny.
I tam jest sporo, dzisiaj powiedziałbym, zagadnień filozoficznych w tym opowiadaniu dotyczących życia, śmierci, dotyczących tego, czym jest świadomość i tak dalej. To wtedy do mnie kompletnie nie trafiało, a i tak to czytałem. Właściwie tak jak powiedziałem na początku Permanentnie. Zapytacie państwo, dlaczego przez pięć lat? Później zacząłem czytać tyle, to były później czasy licealne. Ja już czytałem tyle, że nie miałem czasu na nic. Ani na naukę w liceum, ani na permanentne czytanie „Dzienników gwiazdowych”. Ale i tak co jakiś czas te „Dzienniki gwiazdowe” poczytywałem. Jakoś tak podświadomie czułem, że tam wewnątrz, w tej książce jest znacznie więcej niż jako wczesny nastolatek czy później troszeczkę późniejszy nastolatek byłem w stanie wychwycić. Co więcej, z pewną przyjemnością łapałem w tej książce coraz to nowe sensy.
To z jednej strony czysta próżność, bo sam sobie udowadniałem, że staję się coraz mądrzejszy. To żart oczywiście, ale z drugiej strony tak rzeczywiście było, że ta książka mi wystarczyła na długi czas i ja się z nią rozwijałem. Rozumiałem ją coraz bardziej, chociaż zastanawiam się tak naprawdę, czy do dzisiaj zrozumiałem ją do końca. Pewno nie. A Wiktorze, jak twoja historia związana z „Dziennikami gwiazdowymi”?
[07:26] - To jeszcze długie gadanie. Natomiast myślę, że przy tych naszych osobistych miłościach do takich czy innych książek powinniśmy troszeczkę naświetlić sytuację, w której się te „Dzienniki” pojawiły lemowskie. Otóż trzeba sobie uświadomić, że Lem napisał parę rzeczy pozostających zdecydowanie w cieniu jego serii powieści. „Astronautów”, „Obłoku Magellana”, „Strzelca niezwyciężonego” i tak dalej. To były takie wielkie, duże uderzenia. Kolejne ewidentnie ewoluował, zmieniał się, dorastał do wielu rzeczy. Natomiast w cieniu tego wszystkiego funkcjonowała cały czas jego ciągoty do takiej, jak by to powiedzieć, przedXX-wiecznej europejskiej powiastki filozoficznej.
[08:37] - Dokładnie.
[08:40] - Objawiała w kilku rzeczach. Przede wszystkim w „Dziennikach gwiazdowych”, ale również w „Bajkach robotów” i częściowo w „Przygodach pilota Pirxa”. Już w ogóle puentę miała w „Próżni doskonałej”. Gdzie właściwie tylko rysował scenariusze jakichś powieści. I właściwie to były czasami bardzo mądre, bardzo przenikliwe wizje.
[09:14] - I prac naukowych, nie tylko powieści.
[09:18] - Tak, zgadza się. Ale chcę podkreślić to, co Marek mówił, że chociaż te powiastki filozoficzne niby lemowskie były trochę na drugim planie, to rzeczywiście one trafiły w czas dorastających miłośników science fiction. Trafiły im w serca. To czytali absolutnie wszyscy, namiętnie, obłędnie w tych latach 70. Bardziej się o nich dyskutowało czasami niż o tych powieściach. Te dzienniki były głębokie, były fajne. I tak to się wszystko zaczęło. Ja nawet nie pamiętam. To była taka burza lemowska. Tyle tego czytałem, że wiem, że śniły mi się po prostu po nocach.
Zresztą do dzisiaj, tak jak Marek mówił o tych pętlach grawitacyjnych i rozmnażaniu się głównego bohatera dzięki różnym tam relatywizmom. Ja miewam takie same sny, dokładnie żywcem wzięte z jakichś podróży lemowskich. Dla mnie to jest książka strasznie żywa. Chyba najbardziej żywa z tych właśnie. Bo pilot Pirx troszkę już się zestarzał, chociaż doskonale pasuje do współczesnej science fiction, tej low technology. Jakby Lem przewidział funkcjonowanie, pojawienie się takiego nurtu. Pilot Pirx jest tak utrzymany. Nie ma takiej super objazdowej, jakiegoś wizjonerstwa. Jest bardziej ludzki. Bardziej opisuje człowieka, jego przeżycia, jego stosunek do różnych rzeczy.
Natomiast „Bajki robotów” znowu są jak bajki. Bardziej bawią, chociaż cholernie dużo dają do myślenia. Są po prostu urocze. Natomiast te podróże Jona Tichego są rzeczywiście Jona Cichego, o ile pamiętam z jednej z podróży. Jak on tłumaczył pochodzenie i swoje nazwisko, to tłumaczył, że chyba od jakiegoś Cichego Czecha czy coś takiego pochodził. W każdym bądź razie te podróże są najbardziej chyba aktualne, bo są po prostu czystą powiastką filozoficzną.
[12:16] - Tak. W 28. podróży tłumaczył Tichy, że jego przodek nosił nazwisko Cichy, ale notariusz, który zapisywał to nazwisko, seplenił. Wyjaśnienie dobre jak każde inne. Ale chciałem jeszcze państwu powiedzieć, że dzisiaj Wiktor wykazał się jednak poświęceniem, bo zdaje się w tej chwili jego gorączka odbiega znacznie od normy, a i kaszelek może państwu dzisiaj zakłócić audycję.
[12:58] - Kaszelek?
[13:00] - Tak jest. W każdym razie mówię to po to, że czasami jednak Wiktor wykazuje się postawą taką... Jak to określić? Heroiczną to za dużo, w każdym razie poświęca się dzisiaj. Chociaż rano miał ochotę powiedzieć, że on dzisiaj nie da rady i że wygłosił monolog. Natomiast jak sobie uświadomiłem, że ten monolog ma trwać tyle, ile powinien trwać monolog dotyczący „Dzienników gwiazdowych”, a w dodatku narażałby państwa ten monolog na pewien strumień myśli jednego faceta, to ubłagałem jakoś Wiktora, żeby jednak zamienić ten monolog w dialog. I stąd ten dialog toczymy. Wrócę jeszcze do historii Iona Tichego. Mianowicie ona tak naprawdę jest głęboko zanurzona w pierwszych utworach Stanisława Lema, bo pierwsze opowieści o Ionie Tichym, które później złożyły się na cykl „Dzienniki gwiazdowe”, pojawiły się w unikalnym dzisiaj tomie „Sezam i inne opowiadania”. Był rok 1954.
Dlaczego powiedziałem unikalne? Ponieważ jedna z tych podróży, a mianowicie podróż, sobie przypomnę, bodajże 26., ale tu proszę mnie w razie czego poprawić wszyscy miłośnicy Lema, ale bodajże 26. podróż to była podróż, która tak naprawdę opowiadała w tym tomie „Sezam i inne opowiadania” o makartowskiej Ameryce. Tam się pojawia A-bomb. To właściwie jest taka opowiastka o tym, jak Amerykanie zwariowali i boją się Chin i Rosji i ciągle ćwiczą jakieś alarmy przeciwatomowe. Ta podróż ukazała się jeszcze tylko raz, kilka lat później, w 1957 bodajże roku. I koniec. Później Lem nie pozwalał tej jednej podróży publikować. Co więcej, później zamieścił takie dowcipne wyjaśnienie, że ta podróż okazała się ostatecznie apokryfem i w związku z tym nie jest publikowana. Ale już w tym tomie „Sezam i inne opowiadania” ukazały się podróże 22., 23., 24., 25.
i 26. One są zapisane tak troszeczkę jednym ciągiem, właściwie rozdzielone tylko takimi jakby śródtytułami określającymi poszczególne podróże. To się później zmieniło, ale tam się pojawiają te pierwsze podróże. Lem później po prostu dopisywał. Nie w kolejności, bo po 26. w kolejności pisania oczywiście pojawia się podróż 12., 13., 14., a po 14. 11., później 7., 8., 28., 18., 20. i 21. Z tego, co wiem, dokładnie nie pamiętam, która z nich, bo Lem zakończył w ogóle przynajmniej „Dzienniki gwiazdowe” takim opowiadaniem, które ukazało się, o ile dobrze pamiętam, w „Playboyu”. Najpierw w wersji niemieckiej, później polskiej.
To były chyba lata 90. To się nazywało „Ostatnia podróż Iona Tichego”. Tak przynajmniej to kojarzę. Akurat nie znam tego ostatniego opowiadania. W każdym razie to były opowiadania, które tak jak z tego, co powiedziałem chwilę wcześniej, się zbierały przez lata, były dopisywane. I trzeba przyznać, że to, co powstało, dla mnie Wiktor pomimo gorączki jest człowiekiem czujnym. Kiedy powiedział o tych powiastkach filozoficznych, takich powiastkach porównywalnych z Voltaire'em na przykład, to myślę, że strzelił dokładnie w środek tarczy. Bo jak się dobrze państwo przyjrzycie, w tej lekkiej formie, nieco prześmiewczej, na pewno nie takiej naturalistycznej czy jakiejś takiej odwołującej się do takiego twardego opisu kosmosu, to jest raczej wszystko umowne, jak to w powiastce filozoficznej. Ale w tych opowieściach Lem zawarł właściwie, oczywiście zróbmy pewną przesadę, ale odnoszę wrażenie, że Lem w tych opowieściach o Ionie Tichym zawarł właściwie Całą tematykę, którą zajmuje się fantastyka naukowa. Mamy tu podróże w czasie, mamy podróże w przestrzeni, mamy fantastykę nawiązującą do fantastyki naukowej, socjologicznej.
Mamy aluzje polityczne. Mamy nawiązania do tego, czym jest świadomość, czym są zjawiska, którymi się dzisiaj współczesna fantastyka naukowa zajmuje. Nie bez powodu było tak, że co prawda nie w „Dziennikach gwiazdowych”, ale w opowieściach, w których też Ijon Tichy jest bohaterem, pojawia się profesor Corcoran i jego skrzynie, o czym kiedyś mówiliśmy. To jest zakwestionowanie tego, czy nasza rzeczywistość jest rzeczywista. Być może żyjemy tylko w świecie ułudy. W świecie, który został przez kogoś stworzony, a my jesteśmy tylko, w zależności od tego, jak to sobie przedstawimy, jakimiś impulsami, albo żyjemy w świecie wirtualnym. To Lem w latach 60. o tym napisał, a później Amerykanie mówią, że to ich facet. Pan na początku lat 80. wymyślił tak zwany mózg w słoju i ten artykuł mówił o tym, że jeśli mamy mózg umieszczony w tym umownym słoju i będziemy dostarczać do niego bodźce i one będą maksymalnie zbliżone do rzeczywistych, to ten mózg nie będzie w stanie przeprowadzić ani na drodze eksperymentu, ani na drodze rozumowania logicznego jakiegoś dowodu, który by mu potwierdzał to, że żyje w symulacji.
Ja tylko przypomnę, że tym problemem Lem zajmował się 20 lat wcześniej. Ale to nie tylko Lem, bo w polskiej fantastyce było też opowiadanie. Oczywiście zawsze zapominam jego tytuł. Autor jest mniej znany, ale w jednym z tomików „Stało się jutro” to opowiadanie się pojawia. Kiedy główny bohater nie jest pewien, czy nie został przypadkowo przeniesiony do wnętrza wielkiego komputera, wielkiej machiny i boi się powiedzieć na głos, że podejrzewa, iż mógł zostać przeniesiony. Boi się do tego stopnia, że zostanie skasowany, że po prostu eksperyment zostanie uznany za nieudany i w związku z tym zostanie wykasowany. Boi się do tego stopnia, że kiedy już ma powiedzieć, że wie, że jest wewnątrz komputera, mówi sławną filozoficzną frazę: „Wiem, że nic nie wiem”. Więc jak widzicie państwo, ten problem polskich pisarzy science fiction nurtował znacznie wcześniej, zanim się zaczęli nurtować tym problemem ludzie za oceanem. To świadczy o tym, moim zdaniem przynajmniej, że Lem w tej, jak to Wiktor powiedział, lekkiej dosyć formie potrafił przemycić szereg problemów. Tam, kiedy bawi się, jest opowiadanie o tym, że chcą naprawić czas, a właściwie chcą naprawić dzieje ludzkości.
Przezabawne opowiadanie. Oczywiście jedna wielka zabawa. W tym wypadku Lem bawi się różnymi skrótowcami. Tam są najrozmaitsze zabawne skróty, wszelkiego rodzaju machiny, organizacje i tak dalej. Tam są odpowiednio uskrótowione. Przezabawne są to historie. W każdym razie moja teza, Wiktorze, jest taka, że Lem w tych opowiastkach filozoficznych, zabawnych opowiastkach stworzył właściwie taki sezam, z którego do dzisiaj polscy i nie tylko polscy fantaści czerpią.
[22:42] - Dla zabawy, skoro to mówiłeś, to zwrócę uwagę wszystkich, że jakoś dziwnie się złożyło, że w XX wieku robota wymyślili Czesi. To znaczy Karel Čapek. Wirtualną rzeczywistość rzeczywiście wymyślili Polacy, a w kosmos polecieli pierwsi Rosjanie, a Amerykanie we wszystkim rozpaczliwie próbowali nadgonić. No i rzeczywiście w końcu wyszli do przodu. Ale pierwsi to byli potomkowie Lecha, Czecha i Rusa.
[23:24] - No tak, faktycznie. Wiktorze, ale jeśli miałbyś wybrać swoją ulubioną historię z „Dzienników gwiazdowych”, ja już oczywiście nie wymagam numeracji, bo sam tą numeracją posługuję się dosyć słabo. To którą historię wspominasz najlepiej? Może tak.
[23:49] - Cholera wie. Normalnie tego było tyle, że zupełnie nie jestem w stanie powiedzieć o wszystkim. Tak jak mówiłeś o tym, że Lem zarysował cały wachlarz wszystkich tematów, które Po które sięgała i sięga literatura science fiction. Ja bym poszedł jeszcze dużo dalej. Lem w tej książce właściwie zawarł wachlarz problemów, którymi będzie się zajmowała XX i XXI-wieczna nauka. Jeśli mi pokażecie coś, czego Lem nie zaprojektował, a co dzisiaj jest analizowane, rozwijane, to gratulacje złożę każdemu, kto mi coś takiego uświadomi. Lem miał świadomość tego mnóstwa, które nas otacza, mnóstwa problemów i tak dalej. Potrafił w jakiś sposób ich ważność w literaturze umieścić. Jak ty mnie pytasz, który Orzech mówi, nie pamiętam, nie wiem. Właściwie ja już byłem starszy, więc dla mnie te może bardziej problemowe, mniej rozrywkowe rzeczy bardziej przemawiały.
Gdyby te podróże miały tytuły osobne, to bym na pewno pamiętał. Ale numeracja... Cholera, kiedyś byłem matematykiem, ale to się skończyło.
[25:55] - Wiesz co, ja też odnoszę wrażenie troszeczkę odmienne od twojego, bo nawet te zabawne, te dowcipne, te, które jako nastolatek wczesny łykałem bez problemu, one w gruncie rzeczy, tak jak taki keks, są nadziane różnymi smakowitościami, które po jakimś czasie dopiero wychwytuję. Zanim coś jeszcze więcej powiemy, z takich ciekawostek powiem, że ta podróż 26, o której mówiłem, że ostatecznie okazała się apokryfem i nie chciał jej Lem publikować ponownie, ona miała tytuł „Podróż dwudziesta szósta i ostatnia”. Ale ponieważ okazała się apokryfem, wspominałem, że ta ostatnia podróż ukazała się w „Playboyu” w 96. roku. Tak sobie na szybciutko znalazłem. I ona nosi tytuł „Ostatnia podróż Iona Tichego”. Także widzicie państwo, były dwie ostatnie podróże Iona Tichego. Dla porządku powiedzmy jeszcze, że ten bohater obecny jest również w powieściach takich jak „Wizja lokalna” czy „Pokój na ziemi”. Ważne też, żeby powiedzieć o tym, że pojawia się w kongresie futurologicznym. Nie, chyba się nie pojawia.
Tam się pojawia profesor Tarantoga, ale chyba Ion Tichy nie. Nie pamiętam dokładnie, mówiąc szczerze. W każdym razie Lem miał to do siebie, że te swoje światy rozbudowywał. Dzisiaj skupmy się jednak na „Dziennikach gwiazdowych”, bo to jest myślę takie nieprzebrane źródło. Wspomniałem o tym opowiadaniu, gdzie Ion Tichy pełni rolę agenta. Jest przebrany za robota i trafia na planetę, w której roboty sprawują władzę. Historia jest taka, nie opowiem oczywiście końca, ale historia zaczyna się w ten sposób, że podobno roboty na jednym ze statków kosmicznych zbuntowały się, wyrżnęły załogę i osiadły na planecie. Zbudowały swoje państwo. Pewną zasadą w tym państwie jest nienawiść do człowieka i w ogóle do całej ludzkiej cywilizacji. Świadomość tego, że człowiek jest dla robotów zagrożeniem.
Nasz bohater tam trafia. I tu mamy właściwie studium tego, jak człowiek czasami, kiedy trafi między wrony, to kracze tak jak one. Między innymi. To jedna tylko z tych rzeczy, ale poznajemy lemowską wizję tego, jak jednostka wrzucona w pewien tłum, który kracze na jeden sposób, zaczyna krakać z nimi. Z jednej strony dlatego, żeby przetrwać, żeby w ogóle móc funkcjonować. Z drugiej strony obserwujemy coś takiego, nawet w tym krótkim stosunkowo opowiadaniu, że główny bohater, przynajmniej pod pewnymi względami, zaczyna łykać tę ideologię robacią. Zaczyna pewne rzeczy usprawiedliwiać. Próbuje zrozumieć, dlaczego tak, a nie inaczej. Czyli tak naprawdę jest wsysany przez to, co się dzieje na tej planecie. To moim zdaniem jest świetne studium pewnych zachowań, z którymi my stykamy się właściwie na co dzień.
Stykamy się niestety w życiu politycznym, obojętnie, czy jest to życie polityczne nam współczesne, czy życie polityczne tych czasów, w których Lem to pisał. To jest jeden z wielu bardzo dowodów na to, jak Lem analizował, jak bardzo drobiazgowo analizował rzeczywistość. Wiktorze.
[30:30] - Skoro taką rozmowę wysnuł z siebie, to przypomniało mi się, kiedy słuchałem tego, przypomniała mi się historyjka z moim takim kolegą bardzo dobrym, ale prawie przyjacielem. Cholernie inteligentnym, cholernie bystrym, w ogóle utalentowanym, bardzo młodym studentem. Student taki, który w czasie stanu wojennego akurat miał przerwę w studiowaniu. Ogólnie to jego dziadek zginął chyba w jakimś przełęczach gdzieś tam rozstrzelany. Jego ojciec był torturowany. Miał całą historię. Ten młody człowiek właściwie miał we krwi antykomunizm w ogóle. I tak się zachowywał przez całe lata, kiedy ja go poznałem, kiedy miał gdzieś chyba 14 lat. Potem studiował, ale studia miał przerwane. I tak nie było dużo wielkiego gadania.
Wzięli go do ZOMO. W tym ZOMO wspominał, że tam miał jakiegoś dowódcę, który, że tak powiem, próbował się nim posługiwać jak zającem, że tak powiem. Czyli gdzieś tam siedzieli okopani jacyś robotnicy, a ten kazał mu polecieć tam. Powiedz, może się na niego rzucą, a wtedy my przebiegniemy. ZOMO, reszta oddziału przebiegnie i wedrze się do środka. Oczywiście on to wspominał tak dosyć sympatycznie, natomiast dla niego już nie było Solidarności. To były solidarychy, coś obrzydliwego, z czym on w pewnym momencie życia walczył ze swoimi towarzyszami broni, zomowcami. Wystarczyło niewiele. To wystarczyło pół roku chyba, żeby on się tak przekształcił umysłowo w autentycznego zomowca. I tak to już mu zostało do końca chyba, nie wiem, bo straciłem kontakt.
[33:07] - A ja teraz rzut oka na czat. O35: Lem był naprawdę wielkim filozofem przełomu XX/XXI wieku. Gdyby ktoś nie czytał jego powieści fantastycznonaukowych, tylko jego teksty filozoficzne, nigdy by nie powiedział, że jest to pisarz SF. Naprawdę wielki umysł to był. Dla jego cotygodniowych felietonów kupowałem tak naprawdę Tygodnik Powszechny. Zabrakło Lema i zabrakło powodu do kupowania tego tygodnika. Pojawia się w Kongresie i on tichy oczywiście. No tak, faktycznie. Cały czas szukałem w pamięci, w którym miejscu i jak już powiedziałem, co miałem do powiedzenia, to sobie przypomniałem. Ale dzięki O35 za naprostowanie ścieżki.
Tak, Lem to z jednej strony filozof, ale z drugiej strony to człowiek, który nie wahał się przed takimi uszczypliwościami w stosunku do systemu, w którym żył. Bo jeśli sobie państwo przypomnicie „Podróż trzynastą”, tam, gdzie główny bohater wznosi chociażby taki okrzyk: „Niech żyją swobody pintyjskie!” Przypomnijcie sobie państwo tę planetę pokrytą wodą i której co jakiś czas zwiększa się poziom tej wody i co niższe osobniki gdzieś znikają, ludzie się krztuszą. Ludzie, te istoty się krztuszą. I tam jest taki opis, kiedy władca tej planety płynie chyba jedną z głównych ulic. Też jest stary, jest kaszlący i w ogóle tak naprawdę jak wtedy się to odczytywało tak bardzo wprost, to po prostu opisał Breżniewa, całe to kółko geriatryczne, które na Kremlu sprawowało władzę. Opisał te mechanizmy, bo do tej podróży warto sięgnąć, chociażby żeby dzisiaj to właściwie poznać. Dla nas to wtedy było może bardziej oczywiste, ale dzisiaj to pełni już rolę nawet taką troszeczkę edukacyjną. Oczywiście Lem przesadza, oczywiście doprowadza pewne rzeczy do absurdu, niemniej jednak trafia w sedno. Pokazuje, jak to działa. Jak to działa, że pewni ludzie mówią pewne rzeczy, chociaż właściwie nie muszą.
Ale właśnie znak zapytania, czy aby na pewno nie muszą? Okazuje się, że rodzaj presji, rodzaj pewnego systemu, pewnego układu sprawia, że ludzie czasami wygadują rzeczy niestworzone. Dzisiaj nam w świecie, w którym chcemy, żeby była wolność i domagamy się tej wolności, nie wyobrażamy sobie, właściwie może sobie wyobrażamy, ale chcemy tej wolności ponad wszystko i przede wszystkim tego rodzaju mechanizmy wydają nam się nie... Możliwe. Myślę, że lektura „Podróży trzynastej", jeśli czegoś nie pomyliłem, to chyba trzynasta. Tak, „Trzynasta podróż". Myślę, że wielu osobom może rozwiać takie przekonanie, że świat jest aż taki prosty i że warto mówić prawdę. Okazuje się, że czasami prawdę oczywiście zawsze warto mówić, ale czasami z człowiekiem dzieje się coś takiego, że się zamienia w zwykłego kunktatora i po prostu walczy o to, żeby w miarę normalnie funkcjonować. Myślę, że ta „Podróż trzynasta" czegoś nas może nauczyć. Zresztą nie tylko ta.
Właściwie każda z podróży to jest taki traktacik filozoficzny, o jakim wspominał Wiktor. Przypomnijcie sobie państwo tę podróż Jana Tichego, w której on trafia na planetę, w której modą swoistą jest rozpylanie się na atomy i doczekiwanie do odpowiedniego czasu. Taka metoda spędzania czasu, w którym nic by się nie robiło, chociażby. Zwróćcie państwo uwagę, to jest bardzo lekka forma. Właściwie jakby to czytać wprost, to chodzi o to, że się człowiek rozpyla i fajnie, a czasami z tego wynikają jakieś zabawne nieporozumienia, bo tam kogoś ta maszyna odtworzyła z jakimiś akcesoriami napoleońskimi, czy w każdym razie królewskimi. Zabawnie. Tymczasem zwróćcie państwo uwagę, że ta podróż pisana tak dawno znowu nawiązuje do problemu i filozoficznego i tak naprawdę naukowego. Czy człowiek rozpylony na atomy, a później złożony dokładnie tak, jak był na początku, to jednak będzie ten sam człowiek czy nie będzie? Co decyduje o tym, że jest człowiekiem? I tak dalej.
Oczywiście trzeba wgryźć się w tę lekturę, ale to jest w ogóle metoda Lema w „Dziennikach zdrowych". On po prostu sygnalizuje pewne problemy. Pamiętacie państwo tę opowieść o planecie, w której tak spadają te meteoryty, Strum się chyba nazywa, gdzie można zginąć, ale podkładają kopię z zapisanym takim backupem. Prawie do końca człowiek prawie wszystko pamięta. Nawet jak go ten meteoryt czy coś trafi, to on i tak właściwie jest odtworzony. Tak, ale znowu jest to samo pytanie, czy aby na pewno jest odtworzony i która ta część jego jest odtworzona i czy aby to na pewno jest ten sam człowiek? Prosta, zabawna historia, a tu takie trudne pytania. Wiktorze.
[39:33] - Marku, dlatego właśnie powiedziałem, że to są problemy absolutnie frontowe współczesnej nauki. Tym się współczesna technologia próbuje zajmować. Te problemy się pojawiają przy oczywiście hipotetycznych rozważaniach na temat teleportacji, czy już najprostszej przy klonowaniu, ale dokładnie przy ewentualnym nawet rozpylaniu. Nie trzeba rozpylać, ale ja nawet mam pewne wątpliwości, czy człowiek zamrożony w jakimś żelu czy zatopiony, który przetrwa na przykład tysiąc lat, jeśli zostanie reanimowany, odtworzy się, to rzeczywiście będzie ten sam człowiek. Ja mam duże wątpliwości co do tego, bo ten stan, w którym ciebie nie było, decyduje o tym. Ale to są rozważania też współczesnych. Natomiast to są rzeczywiście problemy, przy których wszyscy współcześni rozdzierają szaty, ale Lem to sobie radośnie, że tak powiem, w latach 50., 60. majstrował u siebie w Krakowie, w domu.
[41:11] - Wiktorze, to jest ten moment, w którym dla tych wszystkich, którzy tej historii jeszcze nie słyszeli, opowiedz o swoich kontaktach z Lemem. Co prawda już w „Bibliotekarium” o tym wspominałeś, niemniej jednak to zawsze jest dobra okazja, bo jak się spotyka gościa, który z Lemem się widział face to face, to czemu nie?
[41:34] - Nie, przede wszystkim ja byłem stylem, że tak powiem, w stosunku do Lema. Ja byłem hipis i tak dalej, długowłosy i po prostu właściwie miałem tylko anegdotyczną taką. Spotkanie z Lemem. Otóż ja po prostu postanowiłem kiedyś do niego pojechać po tym, jak Lem, że tak powiem, wkurzył się na środowisko tego fandomu polskiego, na ludzi, którzy tam do niego pojechali i próbowali naciągać go, że tak powiem, na różne rzeczy. A przecież, że tak, jak powstał fandom tych miłośników science fiction, to tam kupa ludzi chciała swoje pieczenie przy tym łupieć oczywiście. No i Lem właściwie ich wyrzucił i zarżnął tą całą delegację. Nie będę mówił, kto tam był na czele i ilu ich tam było. Natomiast trochę mi szkoda było tego, bo dla mnie Lem to był absolutnie profesor i nauczyciel. Pojechałem próbować załagodzić sytuację. On faktycznie wtedy, kiedy podszedłem do niego do domu, wychodził już z domu i zamykał bramkę.
Akurat ja się ukłoniłem, powiedziałem, że coś z tego. Popatrzył na mnie z absolutnym niesmakiem. Ewidentnie, skoro się przedstawiłem, że jestem z Warszawy, to Krakusa nie mogło przecież to uradować. Ale ja się przyczepiłem do niego i skoro on poszedł na spacer, to poszedłem z nim na ten spacer. Szedłem obok niego i nadawałem. Tam różne rzeczy, że ten fanbon to nie jest tak, że wiele rzeczy, wiele inicjatyw. On tak na mnie patrzył podejrzliwie i właściwie milczał. I tak szliśmy, szliśmy i on tak spode łba na mnie spoglądał. Wrócił z powrotem do tej całej bramki, otworzył bramkę. Nie miał zamiaru mnie zapraszać do domu.
Natomiast przy bramce popatrzył na mnie tylko i powiedział — ja już dokładnie nie pamiętam — ale powiedział coś takiego sympatycznego, żebym wpadł kiedyś do niego. Z tego to już skorzystałem później, chyba po jakimś roku czy po dwóch latach rzeczywiście odwiedziłem Lema. Już nie nadawałem na fan domy, ale tym razem Lem mi nie dał okazji do nadawania i właściwie nie dopuścił mnie już do słowa. Lem był nieprawdopodobnie gadatliwym człowiekiem. To znaczy to nie jest określenie gadatliwy, straszliwie żywym umysłem po prostu. Jemu się sypały pomysły, skojarzenia, jakieś paradoksalne pomysły z rękawa zupełnie. On w ogóle nie myślał, tylko od razu właściwie mu wszystko wychodziło. Potem spędziłem z nim miły wieczór na gadaniu i ta rozmowa to była mniej więcej taka jak wszystkie podróże Jona Tichego. To były właśnie takie problemy, takie pomysły na opowiadania, których on nigdy nie napisze, bo już nie ma czasu i tak dalej. No w każdym razie serdecznie żeśmy sobie pogadali, a przynajmniej on ze mną pogadał.
I to były moje dwa kontakty z Lemem. Bardzo jeszcze długo mi w pamięci.
[45:53] - No tak. I to jest też to, czego ci zazdroszczę. Mnie nie było dane nigdy Lema na żywo spotkać. Może za słabo się starałem po prostu. No ale cóż, nie da się tego naprawić. Ja z kolei pożegluję teraz w kierunku kolejnej opowieści lemowskiej. Tej opowieści, o której już wspomniałem, z tym kontynentem nerką, chyba ta nerkowy kontynent wystrzelił w kierunku statku kosmicznego Jona Tichego bramę powitalną. Ale ważniejsze było to, kiedy on się znalazł na planecie z takim elementem, który kiedy byłem nastolatkiem w tych latach 70. to strasznie mnie drażnił, a później zrozumiałem, jaki głupi byłem i jak właściwie ważna rzecz to była. To właśnie w tej opowieści był ten moment, kiedy on trafia na taką maszynę, w której leży człowiek i jest sukcesywnie zabijany przez tą maszynę.
Wypruwane są tam z niego flaki, utaczana krew. On tam cierpi, jęczy, kona, umiera. Po czym maszyna go zaczyna po chwili przywracać do życia. Ożywia go i znowu zabiera się za torturowanie i wykańczanie. Cóż Lem nam mówi tutaj? Mówi nam to, co chcemy usłyszeć. Dla mnie to jest zastanowienie się chociażby nad tym, kiedy człowiek naprawdę umiera i czym jest śmierć i czy da się to tak zrobić, że nasza świadomość, nasze życie to jest tylko funkcja ciała, czy może czegoś jeszcze. Tu pozornie wydaje się, że Lem opowiada się za tym, że to tylko czysta mechanika. Nie no, czysta biologia i pewne procesy i już. I jest życie.
Ale czy aby na pewno? Lem w ogóle nie stawia, przynajmniej w „Dziennikach gwiazdowych” nie stawia kropki nad i. Tu oczywiście pewne rzeczy dzieją się same. Obserwujemy je tylko. Niemniej jednak nie jest to wszystko takie oczywiste. I to być może jest pewna zaleta, pewien urok „Dzienników gwiazdowych”, że one właśnie takie nieoczywiste są.
[48:33] - Marku, bardzo się roześmiałem, jak żeś mi przypomniał tę podróż, bo przypomniałem sobie, że wtedy miałem inny komentarz do tej podróży. Otóż tak mi się skojarzyło. Ta maszyna, która tego człowieka rozdziera, a potem składa na nowo, to jest taka skala śmierci przeciągnięta do końca. Natomiast w historii zwykłych, normalnych, prostych, ludzkich spraw, oprawcy, którzy torturują swoich bliźnich czy jakichś jeńców, mają bardzo podobne zachowania. Otóż tortura jest bardzo wspaniała, dopóki ten torturowany jest przytomny. Natomiast jeśli traci przytomność, należy natychmiast przynajmniej wiadrem wody go oblać, żeby odzyskał przytomność. Inaczej to nie ma sensu. Ten proceder jest praktykowany prawdopodobnie do dnia dzisiejszego.
[49:56] - Tak jak mówiłem, dla mnie od początku to był problem tego, czym jest życie. Ktoś teraz potrafi się w głowę albo się zaśmieje. Ależ problem wymyślił! Być może nie jest to problem specjalnie oryginalny. Natomiast kiedy próbujemy udzielać odpowiedzi na tego rodzaju poważne pytania, jakoś komentować to wszystko, zaczynają się pojawiać problemy. Ci ludzie próbują to skomentować. Bardzo szybko okazuje się, że najczęściej jest tak, że oni ten problem widzą przynajmniej lekuchno inaczej, że coś im nie pasuje, że to stary problem, a w gruncie rzeczy w dalszym ciągu problem, który potrafi ekscytować ludzi, potrafi takie wzmożenie intelektualne wzbudzać. Być może nie wzbudza tego w tych osobach, które wiedzą. Jest taki typ ludzi, którzy wiedzą wszystko. Kpię oczywiście, ale na pewno każdy z państwa, każdy z naszych słuchaczy trafił w swoim życiu na osobę, która na dowolne zadane mu pytanie udziela jasnej, prostej odpowiedzi.
Ona to wie. Jest tego pewna, nie ma żadnych wątpliwości. Ja się trochę takich ludzi obawiam, bo kiedy próbuję się z nimi dyskutować... Nie, jeszcze nie tego się obawiam, że oni wiedzą, ale kiedy próbuję się z nimi dyskutować i podrzuca się im argumenty, które nie do końca zgadzają się z ich tokiem rozumowania, pojawia się wtedy bardzo nieprzyjemne zjawisko. O jakim zjawisku mówię, pewno państwo się domyślacie. Próba zburzenia komuś takiemu, kto nie ma wątpliwości, próba zasiania nie tyle zburzenia, co zasiania tych wątpliwości w nim budzi jakiś rodzaj agresji, różnie wyrażanej. Czasami jest mało agresywna agresywność, niemniej jednak jest. Troszeczkę te osoby zaczynają się zachowywać tak, jakbyśmy im jakąś krzywdę robili. Ponieważ rzeczywiście zaczynamy zadawać pytania niewygodne. Lem robi to permanentnie.
To dzisiaj chyba moje ulubione słówko. Permanentnie. To dzisiaj będzie słówko, które będzie na topie. On to robi rzeczywiście ciągle. Ciągle wsadza szpilkę, ciągle mówi: „A wierzysz w to? A może jednak jest inaczej?” Cała twórczość Lema, może nie cała, ale przynajmniej spora jej część, gros tej twórczości to jest właśnie tego rodzaju twórczość, która mówi: „Tak? Masz ugruntowane przekonania? To ja ci je zaraz wezmę w nawias, przynajmniej w nawias”. Co jest czasami ciężkim przeżyciem, jak człowiek lubi mieć pewien spokój myśli. Niemniej jednak warto to przeżyć.
Warto spróbować obronić swoje przekonania, chociażby przed tym, co Lem pisze. Rzut oka na czat. Mariusz Mandarynka: „Czytam ostatnio dwie zakupione księgi »Tako Rzeczy« i »Świat na krawędzi«. Stwierdzam, że Lem był tak tajemniczą osobowością, że sam Lem chyba do końca nie wszystko o sobie wiedział”. Ciekawa teza, ale zapytam w ten sposób: czy my tak naprawdę wiemy my sami wszyscy o sobie wszystko? Nam się bardzo często wydaje, że tak, że oczywiście. Co chcecie państwo wiedzieć? Zaraz opowiem. My bardzo często postępujemy, dobrze, nie będę generalizował. Ja przynajmniej od czasu do czasu postępuję w życiu tak, że sam siebie zaskakuję.
Czy państwo to robią? To już sobie państwo odpowiedzcie sami. Wiktorze, wyrywasz się, więc już ci oddaję głos.
[54:18] - Marku, bardzo dobrze z tymi komentarzami, które docierają, bo ja powiem o swoich takich śmiesznych spostrzeżeniach. Otóż my mamy problem naukowy. Pojawia się, czy człowiek rozbity na atomy złożony będzie świadomością. Ale Cholera jasna, ja na co dzień mam takie same problemy, ale w mikroskali, a wcale nie takie wesołe. Otóż problemy z tym, gdzie jestem ja tak naprawdę. Bo po pierwsze, jak spojrzę w lustro w łazience, to na pewno nie jestem ja. Teraz, jeżeli sobie przypomnę swoje różne młodzieńcze zachowania, to, cholera, to też nie jestem ja, dzisiejszy ja. To był ktoś inny zupełnie. To był zupełnie inny człowiek. I w tym momencie widać wyraźnie, że nasza świadomość to jest jakby tylko, nie wiem, zbieg jakiejś fali w czasie płynący, w którym to jest ten moment, w którym jesteśmy.
Ale to, co przed chwilką powiedziałem, to już jest nieważne. To już było, to powiedział inny człowiek, a w tej chwili już mam wątpliwości. To jest jedna taka zabawowa uwaga. Natomiast druga to jest jeszcze ta, o czym mówiłeś à propos Lema, że zwróćmy uwagę, że to jest ta szkoła filozoficznego i takiego naukowego myślenia europejskiego Stanisława Lema. Zawsze poddawać w wątpliwość wszystkie absolutnie pewniki. Dla filozofa nie ma, nie może być absolutnie żadnej pewności w niczym. Lem zajmując się nauką, przede wszystkim techniką również i tak dalej, zawsze pozostawał na pozycji właśnie tego wątpiącego, podważającego ten stan oczywisty filozofa po prostu. No i na tym polega jego ogromna zaleta tego umysłu, który tak się prześlizgnął między XX a XXI wiek.
[56:54] - Tak sobie myślę, Wiktorze, à propos Lema i tego, co w „Dziennikach gwiazdowych” napisał. Tak szybko przemknął.
[57:12] - No i mamy jakiś problem z połączeniem z Markiem Żelkowskim. Niestety. Panie Wiktorze, czy się słyszymy?
[57:21] - My się słyszymy dobrze, ale Marcin widocznie wpadł w jakąś relatywistyczną pętlę postlemowską. On co pewien czas wpada bez powodu Lema w takie kłopoty, ale z nich wychodzi. Nie wiadomo tylko, oczywiście, jak już mieliśmy rozmowę na temat, czy ja to ja, czy jak się odskknie znowu jego głos, czy to będzie on. Może zmieni poglądy, może zmieni w ogóle wszystko. Może zacznie mówić, że te podróże Jonathana były do Lwów. Wszystko jest możliwe w tym świecie.
[58:01] - No ciekawe, czy jak spróbujemy zadzwonić do Marka Żelkowskiego na telefon, to czy się uda połączyć z tym samym Markiem Żelkowskim, czy z jakimś innym. Tylko niech znajdę jego numer. Ja to zawsze właśnie też w dzieciństwie miałem coś takiego, że szedłem spać i miałem takie dziwne wrażenie, że kurczę, jak się obudzę, to się obudzę w jakimś innym świecie i te osoby, z którymi obcuję na co dzień, będą jakieś podmienione, to będą jakieś kopie. To nie będą te same osoby, to będą ich kopie, podróbki.
[58:40] - Przypomniało mi się takie zdarzenie, kiedy ja byłem śmiertelnie zakochany w jakiejś tam dziewczynie. No i śniło mi się, że byłem z nią. No bo byłem z nią, nie? Miałem obłędny sen. Byłem tak zakochany i strasznie było z nią dobrze w nocy. Tylko że jak się obudziłem, okazało się, że tam obok była zupełnie inna osoba. Nie ta, w której byłem zakochany. No tak się zdarza, wiesz, świat się zmienia, wszystko to jest powszechne. Świat jest powszechny po prostu.
[59:24] - Halo, Marku, czy się słyszymy?
[59:27] - Tak, słyszymy się, słyszymy. Próbuję odzyskać łączność, ale jakoś na sekundkę jeszcze. W dodatku oczywiście jak zwykle nie wiem, gdzie mnie urwało, w którym momencie.
[59:40] - Urwało cię tak z pięć minut temu.
[59:45] - Marku, ja zwrócę bardzo ważną uwagę, że wszechświat może się spokojnie obejść bez Marka Żelkowskiego, natomiast „Bibliotekarium” niestety nie.
[59:58] - Tak, może wszechświat się spokojnie obywa. W każdym razie już postaram się odzyskać łączność. Tylko to tak sekundę.
[01:00:12] - To ci ułatwię życie i wyślę ci jeszcze raz link do dołączenia.
[01:00:18] - Już mam, już nawiązuję. Tylko mówię, najgorsze jest to, że pięć minut to mi nic nie mówi, kiedy to było i w którym miejscu mnie przerwało.
[01:00:30] - Marek jest jak komputer. Dla niego pięć minut to jak milion lat.
[01:00:35] - Tak, już jestem. Nie wiem, czy było słychać chociażby to, o czym mówiłem. To nawiązanie do tego, o czym mówił Wiktor, a mianowicie Wiktor wspominał o tym, że jak się patrzy w lustro, to czy on jest tam, czy to nie jest on i tak dalej. To mówiłem o tym, że Kiedy państwo spojrzycie na pierwszą pokazywaną podróż Jonasza Tichego, czyli podróż siódmą, to jest właśnie ten sam problem. On się tam mnoży. Jest czwartkowy, piątkowy, środowy, o ile dobrze pamiętam, ale pojawiają się też jego wersje dziecinne. A w którym miejscu to jest on? Zobaczmy. On z jednej strony czuje, że to jest on, że sam pomaga sobie. W dodatku jeszcze ma okazję prześledzenia, bo to, co przeżył poprzedniego dnia, przeżywa po raz drugi, ale jako druga osoba dramatu.
Niemniej zdarza się w ten sposób pytanie. Traktuje to jako coś zewnętrznego. Siebie traktuje jako coś zewnętrznego. Co decyduje o tym, że ja jestem sobą, że ja to ja, że jestem skłonny... Co? Fizyczność? Czy może co właściwie? Lem nigdy nie stawia pytań wprost. Lem rzuca prosto w gruncie rzeczy zabawną opowieść o tym, jak naprawić awarię statku kosmicznego. Daje przepis, ale jednocześnie wsuwa nam do głowy bezboleśnie pewien problem.
Ten problem oczywiście czuli już starożytni. I kiedy mamy Heraklita z jego sławnym powiedzeniem, że nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, możemy to zmodyfikować. Tak naprawdę przecież nie można wejść ani razu do tej samej rzeki, bo kiedy już brodzimy sobie w tej rzece, to ta rzeka cały czas płynie i w każdej chwili jest już inna. W jakiś sposób oczywiście inna. I tej wagi problemy się pojawiają u Lema, tylko trzeba je odpowiednio wychwytywać. Do tej podróży siódmej wrócę. Bo przecież tuż przed tym, kiedy mnie urwało, dokładnie to Wiktor mówił. Kiedy patrzę w lustro, to nie jestem ja, ale 20 lat temu patrzę na zdjęcie, czy to jestem ja? To, proszę państwa, już nie będę tego robił i nie będę zaśmiecał audycji, ale to tak naprawdę jest problem, który przez dzieje filozofii europejskiej od wieluset lat się pojawia. Jest powtarzany, pojawia się co jakiś czas.
Co decyduje o tym, że ja to ja? I czy aby na pewno ten ja sprzed 30 lat to jestem ten sam ja? Jak patrzę na zdjęcie czy na portret, to inny jestem. Przecież nie wyglądam tak samo. W głowie też mam inaczej. Jestem pewną kontynuacją. Ale czy ja z dzisiaj potrafiłbym się dogadać ze sobą z lat 80.? Czy ja dzisiaj potrafiłbym się dogadać z Wiktorem z lat 80.? Czy Wiktor dzisiaj potrafiłby się dogadać ze mną z lat 80.? I tak możemy sobie te krzyżówki robić na wszystkie możliwe sposoby.
Z jednej strony może wydawać się, że to problem wydumany, ale z drugiej strony, jak spokojnie sobie państwo o tym pomyślicie, ja sobie też obiecuję o tym pomyśleć, to się okazuje, że w tej prostej historyjce zwanej siódmą podróżą jest taki bagaż filozoficzny, że to, jak to mówi Wiktor, się w pale nie mieści. W dodatku jest to napisane w taki sposób, że mnie, temu 12-latkowi, który po raz pierwszy dostał do ręki „Dzienniki gwiazdowe”, w ogóle to nie przyszło do głowy. Ja to czytałem jako fajną opowiastkę o tym, że się facet rozmnożył na czwartkowego, środowego i piątkowego, a później się zrobił cały tłum w tym statku kosmicznym ludzi, którzy zamiast naprawiać statek kosmiczny, to się kłócili głównie między sobą, bo oni, chociaż byli jednym, to nie mogli się dogadać. Stąd moje pytanie wcześniejsze, czy potrafiłbym się dogadać z Wiktorem? Nie potrafili się ze sobą dogadać. Lem przemyca to lekko, łatwo, przyjemnie. Po prostu tak. Pyk i mamy problem. On zostaje w naszej głowie, ale nie obciąża tej głowy. Moim zdaniem to jeden z przykładów mistrzostwa, Wiktorze.
[01:06:07] - A ja zwrócę oczywiście uwagę na to, że ten problem nie jest tylko teoretyczny. W jakim miejscu jestem ja jako ja? Ale jest również praktyczny. Ma zastosowanie praktyczne na przykład przez prawników. Podejrzewam, że nie tylko amerykańskich. Można spokojnie podważyć werdykt sądu skazujący jakiegoś mordercę, filozofując na ten temat oczywiście językiem prawniczym, żeby się dobrze chwytać właściwych tych, że ten człowiek sprzed 20 lat, jakiś Eichmann czy coś takiego, to nie on mordował tych Żydów w Oświęcimiu ani żaden Berevi, że tak powiem, nie strzelał, bo to nie on był, bo dzisiaj to jest zupełnie niewinny, skruszony, normalny, zwykły człowiek. Tamto był morderca. Ale dzisiaj to już nie, prawda? Stosowanie praktyczne.
[01:07:12] - Ależ Wiktorze, ty to podajesz w formie anegdotycznej, ale część orzecznictwa, w dodatku podam, że przecież amerykańskie orzecznictwo to jest orzecznictwo precedensowe, część orzecznństwa amerykańskiego na tym się właśnie opiera. Część morderców w Stanach Zjednoczonych ich prawnicy bronią dokładnie w myśl tej zasady, że ten człowiek, który 20 lat temu albo 5 lat temu zabijał, to nie jest ten sam człowiek, który dzisiaj siedzi na ławie oskarżonych. Co więcej, taki sposób rozumowania trafia przynajmniej do części ludzi, którzy zasiadają w ławach przysięgłych. A zatem to nie jest czyste teoretyzowanie. To nie jest jakiś wybuch fantazji Lema. Okazuje się, że on pisze o całkiem realnym problemie w sposób lekki, łatwy, chwilami bardzo przyjemny, a czasami jeszcze bardziej. Niemniej jednak to wszystko to są rzeczy, które wymagają głębokiego przemyślenia. I ja aż podskoczyłem, kiedy ty powiedziałeś o powiastce filozoficznej na początku tej audycji, ponieważ tak dokładnie jest. Bo znowu powiastki filozoficzne te, które najczęściej kojarzymy z Voltairem, to też przecież były opowiastki łatwe i przyjemne. Wydawało się, że takie sobie tam historyjki.
No właśnie. A tymczasem jak człowiek bardzo chce, to znajdzie tam głębię. I to nie przesadzam w tej chwili, kiedy używam słowa głębia, bo tam rzeczywiście można zejść i to bardzo w głąb. Lem moim zdaniem tę sztukę opanował perfekcyjnie. W dodatku jeszcze, chyba warto o tym powiedzieć, że Lem bawi się na wielu poziomach. Te historie, które poznajemy, on się bawi zarówno na poziomie intelektualnym, takim właśnie filozoficzno-naukowym, ale bawi się też na poziomie języka. Przecież przeczytajcie państwo te opowieści, chociażby te z robotami, gdzie on udaje robota na tej planecie opanowanej ponoć przez roboty. To jedno, a drugie ta opowieść o tym, jak to reformował nasze dzieje. Starał się je naprawić, starał się je poprawić. Poziom zabawy językowej, którą uprawia Lem w tych opowieściach, to genialny jest po prostu.
Tak, mów.
[01:10:19] - Marku, ja zawsze będę przypominał zawołanie plenum gwiezdnych z którejś tam z tych opowieści lemowskich, które to zawołanie plenum gwiezdnych, bardzo wojowniczych brzmiało dokładnie: „Awruk!” z wykrzyknikiem.
[01:10:36] - Awruk. Okej. Tak. Wiktorze, powiedz mi, ja już raz zadałem pytanie, ale będę konsekwentny i jeszcze raz zadam to pytanie: która z tych opowieści najbardziej cię tak... No, drasnęła. O, tak to sobie określmy.
[01:11:04] - To niemożliwe. Każdy kontakt ze Stanisławem Lemem był zawsze dla mnie tak jak z pierwszą miłością po prostu. Każda miłość jest pierwsza, najpiękniejsza, najwspanialsza i najwierniejsza. No i przychodzi następna. I znowuż jest tak samo. Pierwsza. Tak samo było z Lemem. Z każdą książką.
[01:11:33] - Tak mówisz. Okej, chociaż myślę, że wymknąłeś mi się. Znaczy wyślizgnąłeś się jak Piskorz z tego mojego pytania, bo jednak nie o to mi tak do końca chodziło. Wolałbym, żebyś powiedział: „A to mi się podobało najbardziej, a to mi się podobało najmniej”. Ale nie chcesz. Najwyraźniej nie chcesz.
[01:11:58] - Wiesz, Marku, na początku tej audycji poleciałem na przykład tytułami lemowskich powieści i poleciałem tak: „Astronauci”, „Obok Magellana”, coś tam jeszcze, „Solaris”, „Niezwyciężony” i tak dalej. I co opuściłem? Opuściłem powieść, która na mnie wywarła chyba największe absolutnie wrażenie. „Eden”. Bo tak to jest z tymi rzeczami, że u Lema ciężko jednym tchem wymienić coś, co naprawdę ciebie dotknęło, nie?
[01:12:40] - Tak. Ale „Eden” to jest ta powieść, która jest napisana na poważnie. Tam się wszystko dzieje. To nie jest powiastka filozoficzna. Ona oczywiście zawiera szereg bardzo istotnych pytań, ale jednak mamy prawdziwy statek, który oni tam odbudowują, dziwną cywilizację. Ona jest taka realistyczna. Też moja powieść, którą chyba przeczytałem za wcześnie, bo najpierw ją czytałem jako Jako przygodówkę. Trochę tak, jak Robinsona czytałem. Jak się rozbija wyprawa na planecie, a później odbudowuje swój statek i odlatuje. Przyznam, że taka interpretacja powieści Lema „Eden” dzisiaj by mi już nie przyszła do głowy, ale to były również piękne czasy, kiedy takie książki, jak „Eden” można było odczytywać w tak prosty sposób.
Nawet się tego nie wstydzę. Uważam, że miałem wtedy do tego prawo. Dzisiaj natomiast „Eden” widzę zupełnie inaczej i kilka innych książek Lema. A „Dzienniki gwiazdowe” to książka specyficzna. Ty powoływałeś się na „Bajki robotów”. Cała „Cyberiada” przecież, bo to nie tylko „Bajki robotów”, ale to też stworzenie pewnego uniwersum, żeby można się bawić, ale jednocześnie stawiać ważne pytania. Bo przypomnę, „Bajki robotów” zaczynają się taką opowieścią o trzech elektrycerzach, chyba tak się to nazywało. Jeśli coś przekręciłem, to przepraszam, mam do tego tendencję. Natomiast zobacz, jaka to jest prosta przypowiastka, a w gruncie rzeczy jak mocno wpisana w tradycję, nawet filozoficzną. Prosta opowieść o tych trzech elektrycerzach, o tym mędrcu, który pokazuje im palcami pewne rzeczy.
Staram się jak najmniej opowiadać. I finał tego, jak to się kończy, kiedy jeden z nich sobie powtarza: „Byle nie myśleć, byle nie myśleć, bo jak się myśli, to się przegrzewa i wtedy można być na tej lodowej planecie źle potraktowanym przez naturę”. Ale zobacz, jak to jest w gruncie rzeczy z jednej strony zabawne. Jak sobie powtarzamy: „Byle nie myśleć, byle nie myśleć”. Ja czasami mam wrażenie, że bardzo wielu ludzi we współczesnym świecie jak mantrę powtarza sobie coś takiego: „Byle nie myśleć, byle nie myśleć”. Coś takiego chyba obserwujemy. W tej chwili jeszcze patrzę sobie, rzut oka na czat. Mowa jest o tym, że Lem jest lwowiakiem. Mariusz Mandarynka. On do końca utożsamiał się z miejscem swojego dzieciństwa.
Właśnie w tych wywiadach, które wymieniłem, podkreślał wybitnie, że najpierw jest lwowiakiem. O 35: „Lwów to miasto, które dało naszemu krajowi mnóstwo wielkich ludzi. Ja tam lubię «Niezwyciężonego» oraz «Kongres futurologiczny»”. O 35. A pierwszy kontakt z Lemem to jednak film „Test pilota Pirxa”. Nie lubię tego filmu. Samo opowiadanie, bodajże test chyba się nazywa. Nie, ono się nazywa inaczej. Nie pamiętam. Wyleciało mi z głowy.
Test to była inna opowieść. To się nazywało... Nie pamiętam. Ktoś może przypomni na czacie. Bardzo będę wdzięczny. Natomiast „Kongres futurologiczny” i „Niezwyciężony” to moim zdaniem dwie różne bajki są, bo znowu, „Niezwyciężony” w takim sztafażu bardzo realistycznym. Statek kosmiczny ląduje, wyprawa poszukiwawcza, aparaty. Cały ten sztafaż techniczny. „Kongres futurologiczny” właściwie też powiastka filozoficzna o tym, co można czasami zobaczyć za kurtyną naszej rzeczywistości, tak najogólniej mówiąc. Za chwilę dojdziemy, proszę państwa, do jednego możliwego wniosku, kiedy się czyta Lema, kiedy się o Lemie mówi, że to był facet, który nawet jak popełnił gorszą książkę, to i tak była lepsza od bardzo wielu książek, które na rynku się pojawiają.
Ja mam przynajmniej taki wniosek. Lem bardzo mało ma kiksów, chociaż oczywiście zgodnie z aktualną modą usiłuje się w tej chwili, tak jak się robi z różnych pisarzy potwory seksistowskie i w dodatku głupie, tak się próbuje robić z Lema również seksistę i w dodatku jeszcze człowieka opętanego jakąś ksenofobią czy rasizmem. Czytałem taki wpis, wcale nie żart, w internecie, w którym ktoś zarzuca Lemowi, że źle pisał o Murzynach. Proszę państwa, ja wiem, że teraz jest taka moda, ale naprawdę. Pewno różne rzeczy u Lema można dziwne znaleźć, ale to pisanie, że Lem był rasistą... Trzeba dużo fantazji. W gruncie rzeczy myślę, że rosną nowe kadry związane z fantastyką, bo żeby z Lema zrobić kogoś takiego, to są dwa powody. Albo ktoś bardzo chce zaistnieć jakąś kontrowersyjną tezą o tym, że Lem jest taki czy inny, albo ktoś naprawdę ma tak daleko posuniętą wyobraźnię. To to samo w gruncie rzeczy. Potrafi takie rzeczy ukuć.
Ja w każdym razie absolutnie się z takimi... To jest mniej więcej na tym samym poziomie, jak zarzut, że należy wycofać „W pustyni i w puszczy”, ponieważ to rasistowska lektura, w której Staś bardzo źle traktuje Kalego i w związku z tym nie tylko nie należy tego czytać, ale w ogóle należy o tym zapomnieć. To mniej więcej ten sam poziom, proszę państwa, tak mi się przynajmniej wydaje.
[01:19:24] - Marek, czasami Czasami w historii naszej współczesnej cywilizacji rodzi się ktoś taki jak już dzisiaj wspomniany Voltaire, czasami ktoś taki jak Stanisław Lem, ale ogólnie to idioci się rodzą bez przerwy. Tu nie ma kłopotów.
[01:19:44] - Tak, to prawda. Jeszcze à propos filmu. Jeszcze wcześniej Mariusz Mandarynka: „Kocham niezwyciężonego. Dla mnie to absolutnie kultowa księga pana Lema. Nawet ostatnio kupiłem sobie wznowienie po słowie Jerzego Jarzębskiego. Trafne.” O35: „Jaki był, to był, ale jaka posucha była w naszym kraju w filmach SF.” Pełna zgoda O35. Sam byłem na tym filmie i sam przeżywałem, jak tę sondę odpalał i się nie udawało. Przeżywałem tę scenę, jak trzyma się tej barierki i te ręce wyrywają się. Tak, to prawda. O35 strzelił w sedno.
Rzeczywiście posucha była, więc „Test pilota Pirxa” to była ważna rzecz, ale żeby mi ktoś napisał na forum, jak się oryginał, to opowiadanie nazywało, to będę wdzięczny. O35: „Kongres futurologiczny i rasizm, seksizm. To trzeba mieć dużo złej woli” napisał O35. Też tak uważam. Mariusz Mandarynka: „Ciekawe, że „Niezwyciężony” Lema nie został do tej pory przełożony na ekran filmowy. Szkoda, bo to hard science fiction.” Ja się bardzo cieszę, że jeszcze do tej pory nie został przełożony, bo wyobraźcie sobie państwo, że na przykład w czasach PRL-u próbowano by to na ekran przełożyć, to wyszedłby — myślę — znacznie gorzej niż „Test pilota Pirxa”, bo tam jednak tych scen związanych z hard science fiction było sporo więcej, więc myślę, że mogłoby to wypaść zabawnie. Ale o tyle ma nasz słuchacz rację, że dzisiaj, kiedy Netflix kręci różne rzeczy, to mógłby się wziąć za — technika, technologia filmowa już jest na tym poziomie, jakim jest — „Niezwyciężonego”.
[01:21:58] - Ja tutaj mam zastrzeżenie. Otóż my się przede wszystkim boimy siebie. Nawet u Lema w „Solaris”, że tak powiem, to są ci, którzy się pojawiają, te uosobienia z tej planety, która przesyła jakichś posłańców i tak dalej. Boimy się człekokształtności. W „Ósmym pasażerze Nostromo” również się boimy, co prawda nie siebie, ale pająka czy jakiegoś takiego.
[01:22:39] - Ksenomorfa.
[01:22:40] - Proszę?
[01:22:43] - Ksenomorfa. Dobrze mówisz.
[01:22:48] - Tak, ale trudno zrobić film, w którym będziemy się bali nie wiadomo czego. To jest sztuka. A w „Niezwyciężonym”, żeby naprawdę widownia zaczęła bać się tego wiru pyłu, który wiruje, zgniata statek, to nie jest ręka ludzka, to nie jest twarz ludzka, to nie jest nic podobnego. To nie jest ta płetwa rekina po prostu na morzu. Dlatego uważam, że „Niezwyciężonego” cholernie ciężko przełożyć na kapitalny film rewolwerowy, bo przecież to jest bardzo dobry komiks. Można by było z tej książki zrobić, ale na film przełożyć z powodzeniem kinowym to ciężko. Trzeba by było dobrego scenarzysty.
[01:23:41] - Ale Wiktorze.
[01:23:43] - I tak dalej.
[01:23:43] - Po to mamy mistrzów kina, scenariusza i mistrzów kina, reżyserów, ludzi stojących za kamerą, żeby zrobić coś wielkiego. Ja nie chcę, żeby wyrobnicy się zajmowali filmowaniem „Niezwyciężonego”, tylko ktoś, kto to będzie potrafił na język filmowy przełożyć.
[01:24:09] - Widocznie jeszcze się może taki nie narodził, ale na pewno się urodzi i nakręci taki film z tego. Ewentualnie przerobi na amerykańską modłę, tak jak kwowani wielokrotnie, żeby tam rzymscy patrycjusze wsiadali na konia, używając siodła i strzemion, którego w życiu na oczy nie widzieli. I tak to będzie z każdą książką Lema, bo one są nośne.
[01:24:44] - Wiesz, do dzisiaj wszyscy — nie wiem, czy do dzisiaj — ale wszyscy pamiętają Kirk Douglasa, który grał w „Spartakusie” i też tych strzemion używał. Wszyscy pamiętają po prostu, o czym był „Spartakus”, o czym był film. Do dzisiaj jest to wielki film, a taki drobiazg zupełnie nie przeszkadza.
[01:25:03] - No nie.
[01:25:07] - Z jednej strony przeszkadza, z drugiej nie przeszkadza, bo oczywiście znam ludzi, którzy absolutnie powiedzą, że to bzdura i kompletnie się nie zgadza z historią, a z drugiej strony, jak już zaczynają oglądać film, to dają się porwać tej historii. Więc z kinem to jest niejednoznacznie. Ja zawsze do kina mam pewien dystans. Na ogół on niszczy moje wyobrażenia o tym, jak to powinno wyglądać. Po lekturze zawsze mam wrażenia lepsze. Są nieliczne wyjątki, w których film okazało się, że dorównuje pierwowzorowi literackiemu. Ale to są nieliczne wyjątki. Być może jestem mało wrażliwy na kino po prostu.
[01:25:54] - Marku, ja „Solarisem” w wykonaniu amerykańskim byłem absolutnie zniesmaczony. Natomiast mój cholernie genialny przyjaciel, który nigdy nie czytał „Solaris” książki, powieści, był tym filmem zachwycony po prostu.
[01:26:15] - Właśnie, może to jest ta różnica. O35 jak zwykle niezawodny. Ręki uciąć nie dam, ale chyba „Rozprawa” nazywa się opowiadanie, na podstawie którego nakręcono też pilota Fixa. Z całą pewnością nazywa się „Rozprawa”. Wielkie dzięki. Mariusz Mandarynka: pewnie Lemowi i tak pewnie by się nie spodobał „Niezwyciężony”, ale mimo tego warto byłoby spróbować, bo zachęta dla młodych, by sięgnąć do źródła, czyli lektury. Jasne. Lem to w ogóle był trudny facet, jeśli chodzi o adaptacje filmowe, bo przecież z niejakim Tarkowskim, reżyserem, mocno się popstrykał o swoje „Solaris”. Właściwie swoje albo nie swoje, bo uznał, że to „Solaris” na ekranie, które stworzył Tarkowski, nie ma nic wspólnego z jego książką. Panowie sobie kilka nieprzyjemnych słów ponoć powiedzieli.
Ale zwróćmy też uwagę, że „Solaris” Tarkowskiego do dzisiaj uważany jest za arcydzieło. Ja jestem mało wrażliwy na sztukę filmową. Raczej oglądam filmy czysto użytkowo. Nie wiem, jak to określić. Profanem jestem po prostu. Nie znam się i w związku z tym coś mi się podoba albo nie podoba, ale nigdy nie potrafię powiedzieć dlaczego. Dla mnie ta radziecka szkoła solarisowa, w tym wypadku Tarkowskiego, była przeciągła. To za długie dla mnie było. Słabo to znosiłem i słabo to do dzisiaj znoszę. Ale jeśli wierzyć ludziom, którzy się na kinie znają, to wielkie arcydzieło jest.
I mówię to z przekąsem, ale bardziej dlatego, że się nie znam, niż dlatego, że poddaję to w wątpliwość. Skoro ludzie, których szanuję i którzy na kinie się znają, uznali, że to okej, to znaczy, że okej. Dalej.
[01:28:15] - Trzeba pamiętać, że filmy należą do reżyserów, a nie do pisarzy. To jest zupełnie inna sztuka. Pisarz zrobił swoje, kiedy napisał i nie ma do tego żadnych, poza tym do odtwarzania tego, nie ma żadnych praw autorskich. To już są sprawy reżyserów czy rysowników komiksowych, czy kogokolwiek innego. Jaką bajkę na tym podkładzie zbudował swoją własną.
[01:28:44] - O35 przypomina na czacie pewną anegdotę, historię. Myślę, że dosyć znaną, ale przytoczmy. Znacie to, posłuchajcie państwo. Otóż pewien genialny pisarz z Ameryki, powiedzmy, że chodzi o Dicka. Twierdzi, że Lem jest spiskiem KGB, bo jedna osoba nie może tylu genialnych książek napisać. To, co się działo w umyśle Philipa Dicka, to jest osobna sprawa. Ale rzeczywiście, Lem poczuł się dotknięty tą recenzją Dicka. Nie wiem dlaczego, bo ona właściwie, jak się dobrze temu przyjrzeć, to jest właściwie entuzjastyczna. Niemniej jednak problem polega na tym, że Dick zdaje się nie mówił tego w przenośni. To nie miał być hołd złożony Lemowi, tylko całkiem poważny donos.
O ile dobrze pamiętam, to chyba nawet do FBI zgłoszony. Chyba tak. Nie pamiętam szczegółów, ale całkiem na poważnie zgłoszony, w związku z czym to trudno traktować jako hołd. Ale przy okazji, poza meritum i poza faktami, Lem mógł sobie z tego jakiś wniosek na temat swojej genialności wyciągnąć. Wiktorze?
[01:30:15] - Ja może odskoczę, ale przypomniała mi się anegdotka, którą kiedyś cytowałem w „Bibliotekarium” na początku, kiedy żeśmy rozmawiali na te tematy. Otóż przypomniała mi się opowieść niejakiego tłumacza Roberta Schillera, genialnego zupełnie tłumacza różnych stron świata, krakusa, który opowiadał coś takiego, że spacerując po Krakowie w tych latach wczesnopowojennych, zaglądał spacerkiem do ogrodu zoologicznego, który w Krakowie powstał. I bardzo smętnie ten ogród wyglądał, bo tam stał może jakiś smętny słoń, stał jakiś wielbłąd, stała jakaś lama może. Nikogo tam prawie nie było. Padał deszcz. Było smutno zawsze, bo taki był klimat wtedy w Europie. I on tam chodził na spacery i bardzo się martwił o te zwierzęta, że nikt się nimi nie zajmuje. Ci pracownicy ogrodu zoologicznego to w ogóle mają to w nosie widocznie. I tak jeden spacer, drugi spacer. Ale kiedyś ku swojemu zdziwieniu zobaczył jakiegoś młodego człowieka, który bardzo- Opiekował się wielbłądem.
Podawał mu coś do jedzenia, wodę przynosił, mył go i tak dalej. Bardzo się opiekował. Bardzo był poruszony tym faktem. Przy następnej niedzieli czy sobocie znowu zauważył tego młodego człowieka, który się znowu tym wielbłądem opiekuje. Przy trzecim razie już nie wytrzymał, podszedł do tego młodego człowieka i powiedział, że bardzo mu przyjemnie, że ktoś jednak na tym parszywym świecie się zajmuje tymi zwierzątkami i ktoś ma dobre serce. I kiedy to mówił, to zauważył, że obok tego wiadra stoi wielka torba. Przy tej torbie młody człowiek trzyma w ręku grzebło. On bardzo starannie wyczesywał tego wielbłąda, gdyż wielbłądzia wełna była bardzo cenna w tamtych czasach. Niewiele jej było, a przynajmniej w komunie to w ogóle i tak dalej. To doskonale nadawało się na swetry.
To był właśnie młody Stanisław Lem w czasach dorastania, bo jeszcze chyba był wtedy studentem medycyny notabene, więc Lem z twórczości, z pomysłów swoich science fiction również potrafił praktyczne zastosowanie wyciągać. Taka była jego matura.
[01:33:16] - Okej, ja myślę, że jest teraz dobry czas, żebyśmy posłuchali felietonu Tomka Fąsa. Lemowskiego oczywiście felietonu. Marku, prosimy.
[01:33:32] - Tematy okołolemowe. Nigdy nie lubiłem podziału na humanistów i umysły ścisłe. Zawsze mi się to wydawało jakoś sztuczne. Inna sprawa, że kiedyś humanista oznaczał człowieka obeznanego z historią, z literaturą, z filozofią, a dzisiaj raczej człowieka, który nie za bardzo rozumie matematykę. Tak czy inaczej jednak w tym podziale jest coś sztucznego. Dużo bardziej lubię podział, zresztą przez Lema zarysowany w jednej z książek, kontynuacji jakoby, jak to się mądrze mówi, sequelu „Dzienników gwiazdowych” pod tytułem „Pokój na Ziemi”. Mam na myśli mianowicie podział na lewą i prawą półkulę mózgu. Ten podział również w jakimś sensie uproszczony i w tym rozumieniu lemowskim, czy też w rozumieniu obecnym w psychologii bardzo uproszczony, z wieloma wyjątkami, zastrzeżeniami, szczególnymi przypadkami. Niemniej coś tam w tym podziale jest. Ma on jakieś ugruntowanie w czymś, co rzeczywiście istnieje, czyli właśnie w dwóch rzeczonych półkulach mózgu.
Na tej zasadzie, że ta prawa to jest taka bardziej, jak to się mówi, marzycielska. Tam się gdzieś słowo gestalt pojawia, czyli pewien obraz całości, pewne wyobrażenie przestrzenne być może. W każdym razie tak to mniej więcej jest pokazywane. Natomiast lewa to jest ta racjonalna, ta werbalna, ta związana z komunikacją, z wnioskowaniem, ze skupieniem na szczególe. I to jest, wydaje mi się bardziej adekwatne, bo to nie jest tak, że połowa ludzkości rozumie matematykę, a połowa jej nie rozumie. Matematyka też składa się z różnych rzeczy. Ja na przykład utożsamiając się może troszeczkę bardziej z półkulą prawą jednak lepiej sobie radzę z geometrią, a już przy równaniach różniczkowych potrafię się zaciąć. Nie jestem zbyt biegły niestety. Ta prawa półkula mi się kojarzy, oczywiście z pewnym znowu uproszczeniem i generalizacją troszeczkę bardziej z literaturą fantasy, gdzie właśnie o tę baśń, o tę wizję, o to piękno różnej metafory, takiej poetyckości chodzi, a też trochę z taką science fiction właśnie lekką, z taką pseudo science fiction na przykład jak jakieś „Gwiezdne wojny”, gdzie to raczej jest baśniowy utwór, ale w dekoracjach związanych z podbojem kosmosu, który też, jak państwo wiecie, uważam raczej za fantazję niż za rzeczywistość. Rozróżnić oczywiście należy podbój kosmosu od badania kosmosu, które to na różnych płaszczyznach zachodzi nawet poprzez wysyłanie sond, ale też czy to w teoriach, czy to obserwacjach to jest co innego.
Ja też Lemowi troszeczkę ten podbój kosmosu wybaczam, ponieważ zdaję sobie sprawę, że tworzył w innych czasach, gdzie może jeszcze mniej było wiadomo, trochę więcej było płaszczyzn do wyobrażeń, że to kiedyś zaistnieje faktycznie. Dzisiaj już wiemy na tyle dużo, żeby tego poważnie nie traktować. A z drugiej strony któż był w stanie przewidzieć, że temat podboju kosmosu powróci jako bardzo spektakularna i pomysłowa reklama samochodów elektrycznych? To jest coś, czego faktycznie nikt przewidzieć nie mógł, a do dzisiaj niewielu to jeszcze rozumie. Z autorami science fiction to jest troszeczkę jak z jasnowidzami. Oni dużo mówią, dużo przewidują. Lem też wiele przecież tych wizji wypowiadał. Część się sprawdziło bardziej, część mniej. A wiadomo, że tych stu błędów nikt nie zapamięta. To coś, co ma jakiś związek z rzeczywistością, to zaraz pamięć zapada i jest powodem do chwały autora przez dłuższy czas.
Natomiast kosmos lemowski, zwłaszcza ten kosmos w „Dziennikach gwiazdowych”, on jest pewnego rodzaju dekoracją, pewną bezpieczną metaforą pozwalającą w różnych kontekstach pisać o rzeczywistości społecznej, o pewnych uwarunkowaniach, też kulturowych, uwarunkowaniach rzeczywistości być może socjalistycznej, chociaż to jest już duże uproszczenie. Jednak te Metafory lemowskie są bardziej ogólne i w ogóle do natury rodzaju ludzkiego i psychologii się odnoszą. Też, co ważne, niestandardowe. Nikt tak na to nie wpadł, żeby łączyć taką twardą filozofię, wręcz matematyczną, poniekąd techniczne pewne wizje, również z tą baśniowością, z tymi bajkami robotów, z tymi opowieściami pirksowymi. O czym Lem pisałby dzisiaj? Trudno powiedzieć. Myślę, że może wątki wirtualne, chociaż one zawsze były, przecież też u Lema się pojawiały. Wątki wirtualne już troszeczkę odchodzą na drugi plan po tych wszystkich Matrixach i tym podobnych rzeczach. Na pewno siła Lema jest w szczególe, w tym, że poruszając to, co poruszało wielu, jednak czepiał się szczegółu. Potrafił do tej fantazji, do tej baśniowości wpleść też ten element pewnego czepiactwa, takiego skupienia właśnie na tym.
Lecimy w kosmos, ale jest w tym pewna fizyka. To nie jest lot samolotem. Dzisiaj tym, co można traktować poważnie, a co jeszcze myślę, jest mocno niewyeksploatowane przez literaturę science fiction, czym być może Lem mógłby się dzisiaj zajmować, to są ciekawe wątki ekonomiczne, wątki tego, co się obecnie dzieje z pieniędzmi, co mało ludzi rozumie. A jak już ktoś rozumie, to przeważnie potrafi zarabiać na tym na tyle dużo, żeby nie wygłupiać się z pisaniem książek. Po prostu ma ciekawsze, a przynajmniej na pewno bardziej dochodowe zajęcia. Natura pieniądza dzisiaj jest czymś bardzo skomplikowanym przy bardzo prostej obsłudze. By wspomnieć niedawne wydarzenia, gdzie jakieś grupy mniej zamożnych i tych mniej mainstreamowych inwestorów nagle zatrzęsły rynkiem i doprowadziły do dziwnych rzeczy. Więc ten wątek finansowy, wątek być może sztucznej inteligencji, przy czym jak zwykle zaznaczam, że to nie jest duch z maszyny, który ma nam się tu objawić, tylko to są zaawansowane metody przetwarzania danych, big data, które też z tą ekonomią mają jakiś związek. Być może wspierają też procesy inwestycyjne i to też jest pewien taki znak, którym być może Lem by się zajął dzisiaj. Kolejny jeszcze bardzo niewyeksploatowany, dość świeży wątek to są technologie addytywne.
U różnych autorów były te maszynki, które robiły właściwie wszystko poprzez jakieś cudowne łączenie i przetwarzanie materii. Obecnie oczywiście mówię tutaj o szeroko rozumianym druku 3D. To jest technologia addytywna. To działa trochę inaczej i może Lem tutaj z większym zrozumieniem by do tego podszedł, jakąś taką wizję dalszą temu narzucił. A być może nie. Być może to jest złuda i to jest tylko chwilowa moda, która jednak ustąpi z powrotem ciężkiemu przemysłowi i produkcji dużej. Ale co też myślę ważne u Lema i co myślę również wpłynęło na to, że ten jego wizerunek pozostaje taki wzniosły i niezachwiany, to jest to, że Lem wyczuł dobrze moment, kiedy powinien już przestać tworzyć, że już powiedział to, co trzeba, już dalej nic nie doda, więc dobrze jest też wiedzieć, kiedy skończyć. I tego sobie i państwu życzę.
[01:40:47] - Tak, lubię felietony Tomka. Lubię, ponieważ on mnie wprowadza w dobry nastrój. Ilekroć mówi o tym, że pisanie nie ma sensu i w ogóle nie ma żadnego przyzwoitego powodu, żeby zajmować się taką działalnością jak pisanie książek, a potem wspomnę, że właśnie książkę napisał i niedługo ją wyda, to mi się zaraz tak lżej na sercu robi. Bo kiedy ten sam Tomek mówi o tym, że loty w kosmos nie mają sensu i raczej się nigdy nie będą odbywać w rozumieniu takim masowym, to też mam nadzieję, że logika zostanie zachowana i tak jak z tym pisaniem będzie. To tyle jeśli chodzi o felieton, aczkolwiek pod większością tego felietonu gotowy jestem się podpisać. To taka drobna szpila tylko była. Wiktorze. Wiktorze?
[01:42:03] - Halo, halo?
[01:42:05] - Zasłuchałem się w ten hipnotyczny korowód tomkowego słownictwa i jeszcze się nie ocknąłem do końca. Ja jako ja, bo na razie jestem ja jako Tomek Foss bardziej, bo w tej tematyce tkwię. Czyli jak się ocknę jako ja, to się odezwę.
[01:42:36] - Dobrze, to ja cię postaram się być może sprowokować. Po cyklu lemowskim „Dzienniki gwiazdowe” widać również oczywistą oczywistość taką, że Lem świetnie znał światową literaturę science fiction. Ja nie będę tu wspominał o jego fantastyce i futurologii, bo to kolejna oczywista oczywistość, ale już właśnie w „Dziennikach gwiazdowych” widać, że on świetnie się orientował we ówczesnych hitach rynkowych amerykańskich, głównie amerykańskich. Bo jeśli sobie państwo przypomnicie, oczywiście numeru nie pamiętam, ale tę podróż, o której już wspominałem, w której Ijon Tichy naprawiał naszą historię. Był człowiekiem, który do tych zadań został wynajęty i miał dzieje ludzkości naprawić. To tam zauważcie państwo
[01:43:43] - Bohaterowie, ci podróżnicy w czasie poruszają się pojazdami, które przypominają miotły. Lem oczywiście obraca to w żart, że stąd się wzięły później legendy czy opowieści o różnego rodzaju wiedźmach na miotłach i tak dalej. Ale zwróćcie państwo uwagę, że jest taki cykl napisany przez Paula Andersona. Chyba Patrol czasu się nazywa. Time patrol, więc chyba Patrol czasu, w której bohaterowie, którzy występują, również się podobnymi pojazdami poruszają. Przypadek? Nie sądzę. Jestem prawie pewien, że nie. I takich nawiązań do światowej literatury science fiction, ze szczególnym uwzględnieniem jednak literatury amerykańskiej, jest w tych opowieściach dosyć sporo. Człowiek jak się dobrze temu wszystkiemu przyjrzy, to zacznie takie rodzynki wychwytywać.
I to też kolejna zabawa, która się Lemowi należy, żeby takie rzeczy wyłuskiwać. Bo czy to ma sens? Nie wiem. To tylko dla fascynatów na pewno. Ale warto, bo nagle się okazuje, że to wszystko to jest taki system naczyń połączonych, że Lem od początku wiedział i pod tym kątem to wszystko pisał, że to nie jest oderwane od rzeczywistości. Co więcej, to nie jest oderwane od literatury w ogóle, ale też od literatury gatunkowej. Lem teoretycznie nie przepadał za fantastyką naukową, szczególnie amerykańską. Być może w tej opowieści te miotły, czy też te urządzenia podobne do mioteł, chronocykle to się chyba nazywało, raczej stanowią element, który bardziej ma ośmieszać niż wywyższać pomysły Paula Andersona i jemu podobnych. Niemniej jednak, żeby się z czegoś śmiać, żeby coś wyśmiewać, czy też delikatnie uśmiechać, trzeba to po prostu znać. To, że Lem znał literaturę ówczesną, to we wspomnianej „Fantastyce i futurologii” widać bardzo dobrze.
Nikt mi tak dobrze nie wyjaśnił „Trzech stygmatów” Palmera Eldricha, jak właśnie Lem w wymienionej książce. To znowu było tak, że ja sobie przeczytałem tę książkę i się od niej odbiłem kompletnie. Bo ta książka ma to do siebie i Lem zresztą o tym pisze, że ona się zaczyna jako książka realistyczna, absolutnie realistyczna. I w pewnym momencie świat się rozpada. Świat przedstawiony w tej książce. Świat się rozpada i w zależności od tego, jak jesteśmy na to przygotowani, to albo rzucimy tą książką o ścianę, albo popłyniemy razem z Philipem Dickiem, który tę książkę napisał. Lem, tak jak powiedziałem, w swojej „Fantastyce i futurologii” większość dzieł amerykańskich wyśmiewa. Ale też wyśmiewając, jednocześnie je przybliża. Być może to była metoda na ówczesną cenzurę, żeby przedstawić pewne książki, jednocześnie pokazując, jakie one są straszne i głupie. Chociaż nie podejrzewam, bo Lem, i za to go pewno wszyscy tak bardzo cenią, łącznie z tymi, którzy chcieliby mu wbić szpilkę, ale jakoś tak nie bardzo im wychodzi.
Za to właśnie go cenią, że Lem miał umysł jak brzytwa i potrafił pewne głupoty czy też niekonsekwencje z tej fantastyki zachodniej wychwycić. Pytanie inne brzmi, Lem je pośrednio stawia. Już kończę. Lem je pośrednio stawia. Czy aby na pewno fantastyka naukowa jako literatura w ogóle ma sens i czy w ogóle opłaca się te opowieści składać i czy aby na pewno należy je rozpatrywać pod kątem logicznym? To ważne pytania, które są postawione. Wiktorze, teraz głos twój.
[01:48:25] - To, że Lem potrafił docenić i właściwie ocenić towar literacki, to świadczy niestety, która nigdy się nie rozwinęła, bo po jego scysjach z cenzurą polską seria „Lemowska” w Wydawnictwie Literackim, która rozpoczynała się od „Opowieści niesamowitej” Grabińskiego, przedwojennego pisarza polskiego, zupełnie niby z Lemem nie mającego nic wspólnego z tym, co on pisał i tak dalej. Ale to była świetna literatura, ten Grabiński, przynajmniej to zostało przez Lema wybrane do książki. Tak samo bez wahania do tej serii dołączył „Piknik na skraju drogi” Strugackich, nawet opatrując go potężnym posłowiem, z którym ja się osobiście absolutnie nie zgadzałem i chciałem nawet napisać posłowie do posłowia Stanisława Lema. A następnie umieszczając w tej serii Ursulę Le Guin z powieścią czysto fantasy. Ani z fantastyką naukową, ani z wielką filozofią nie mającą nic wspólnego, ale piękną książką, dobrą książką literacką. I ten zaciąg Lem doceniał. I gdyby Lem
[01:49:59] - Wydawał to, co ocenił pozytywnie, to na pewno by wydał również Stapledona, o którym się w ogóle dowiedziałem z fantastyki i futurologii, że on istnieje. Nie wiedziałem, nie czytałem, bo nie mogłem. Na polskim rynku nic nie było. Natomiast Lem mi uświadomił, że tam był jednak w tej amerykańskiej science fiction jakiś gigant umysłowy. Nie jeden zapewne, bo nie tylko o Stapledonie pozytywnie się wypowiada. A ja tylko powiem tak, że czytam komentarze na forum. Jakub Filip: „Gwiezdne wojny to fantasy. To nie może być science, bo to, co tam się dzieje, jest zaprzeczeniem nauki.” To prawda. W ogóle z Gwiezdnymi wojnami to jest taki problem, że próbuje się je klasyfikować. Jedni próbują jako space operę, drudzy ukuli nawet taki termin science fantasy, co jest już w ogóle niezwykle zabawne.
Ci, którzy mają potrzebę klasyfikowania, to już takie wygibasy przy tym wyprawiają. Cóż jeszcze chciałem powiedzieć? Przede wszystkim chciałbym wspomnieć o tym, że Stanisław Lem był człowiekiem... Wrócę do podróży ósmej w „Dziennikach” Iona Tichego, bo to jest ta podróż, która mówi o tym... To właściwie sen, w którym on, czyli nasz bohater, jest delegatem Ziemi na takim kongresie galaktycznym i tam broni historii Ziemi, bo Ziemia ma być przyjęta, ludzkość ma być przyjęta do tej organizacji. Ale są oczywiście siły niecne, które chcą to przyjęcie uniemożliwić i przedstawiają pewne fakty z historii ludzkości, które nie są tymi faktami stawiającymi nas w dobrym świetle. I znowu wydaje się to taka prosta opowiastka, bo tu sen, tam jakieś opowieści o neandertalczyku, o pewnych zbrodniach. Lem nawet nawiązuje w pewnym sensie do paleoastronautyki, do różnych tego rodzaju historii. I wydaje się, że to jest taka znowu opowieść lekka, łatwa i przyjemna. Tymczasem, moim zdaniem, w zabawny i jak zwykle mistrzowski sposób Lem pokazuje historię ludzkości w krzywym zwierciadle.
Ktoś powie: „Tak, ale co to za problem jest coś takiego zrobić?” Zgoda. Tylko tak zrobić, jak Lem to zrobił, z takim pomysłem. Inaczej. Esej na ten temat, że ludzkość bywała paskudna. Eseju czy jakiejś innej formy publicystycznej każdy by się podjął napisania. Natomiast przedstawienie tego w strawny, lekki, przystępny sposób w opowieści w sumie dosyć niedługiej, to moim zdaniem świadczy o tym, że Lem sztukę pisania miał opanowaną. Głupie jest takie stwierdzenie, chwalenie mistrza o tym, że miał opanowane coś, ale po prostu warto sobie czasami zdać sprawę z rzeczy podstawowych. W tym przypadku to jest taka rzecz podstawowa. U Lema mało jest rzeczy przypadkowych. Jeśli nawet zdaje nam się, że Lem coś tam pojechał, popłynął.
Moim zdaniem Lem w publikowanych dziełach nie płynął. To wszystko są rzeczy, i tu narażę się wielu osobom, które piszą, świetnie skomponowane, świetnie zaplanowane. I w opowieściach o Ionie Tichym, w „Dziennikach gwiazdowych” i w innych opowieściach Lema nie ma miejsca na natchnienie, na przypadek, na jakieś takie, mówiąc brzydko, pierdoły. Nie. Lem konsekwentnie pewne sprawy realizował. Lem pisał rozumem, ale miał świetny warsztat, który wychodzi. To po prostu widać zarówno na poziomie językowym, jak i na poziomie kompozycyjnym. Zobaczcie państwo, jak te opowieści są świetnie zaplanowane, jak pewne rzeczy wychodzą między wierszami. W ostatnim ABW mówiliśmy nawet o aluzji literackiej, o pewnym takim mówieniu, ale nie wprost. Lem to robi, i tu znowu dzisiejsze ulubione słówko, permanentnie.
On rzuca pewne hasła i czasami jedno zdanie mówi więcej niż, powiedzmy, obszerna bibliografia. Ponieważ Lem świetnie opanował sztukę odwoływania się do wiedzy, do pewnych doświadczeń kulturowych i nie tylko kulturowych swoich czytelników. Dlatego Lem, moim zdaniem, tak świetnie
[01:56:06] - Tak świetnie działa, tak świetnie nawiązuje kontakt z czytelnikiem, ponieważ on od tego dziedzictwa kulturowego, tak sobie to wzniośle nazwijmy, nie stroni. Wręcz przeciwnie, on czerpie garściami, ale nie robi tego w sposób kawaławiczny, nachalny. Zaraz państwu coś zacytuję. Nie. Lem to robi płynnie, lekko. My sami nie wiemy. To troszkę tak, jak z bohaterami Moliera. Jeden z nich nie wiedział, że mówi prozą. Tak samo my nie wiemy, że wspólnie z Lemem filozofujemy, a właśnie to robimy, czytając lekkie, łatwe i przyjemne, teoretycznie, „Dzienniki gwiazdowe”. My tak naprawdę zagłębiamy się w świat filozofii.
To bliskie mi, dlatego to tak bardzo podkreślam, ale myślę, że aż nie odpadam od ściany, nie uciekam i nie mylę się tak bardzo. Wiktorze, co ty? Oceń może.
[01:57:15] - Jak już jest ten rok ogłoszony lemowski, to aż mi wstyd powiedzieć, że to gówno warte. Bo co to znaczy Rok Lemowski, skoro cały wiek XX właściwie należał do Lema jako do myśliciela? Oczywiście w cywilizacji naszej wiek XX zapisał się również Oświęcimiem, bombą atomową, pierwszym sputnikiem i lądowaniem na Księżycu. Natomiast w moim pamięci, w kulturze przynajmniej, w osiągnięciach naprawdę coś znaczących, pojawienie się Stanisława Lema było ogromnym krokiem naprzód tej cywilizacji.
[01:58:12] - Rzut oka na czat. O 35 sugeruje, że nawiązywałem do Kasi Babis i jej cyklu o dziadach polskiej fantastyki. Pośrednio tak, ale akurat o Lemie mówił ktoś zupełnie inny. Bo ten cykl „Dziady polskiej fantastyki”, w której Kasia Babis ocenia po kolei Ziemiańskiego. Pilipiuk był ostatni, a po środku był gość od Inkwizytora. Piekara. A po środku był Piekara. Nie. Ona oczywiście lansuje się na tym, a ktoś inny, ponieważ została stworzona moda na lans innych, próbował wypłynąć na Lemie. Moim zdaniem to się po prostu nie uda.
Ale taka moda się zarysowała. Chociaż przy wszystkich moich uśmiechach zwróćcie państwo uwagę, że jednak pani Katarzyna Babis pewne rzeczy wstydliwe wyciąga. Natomiast tam, gdzie autorka tego wideobloga zaczyna wchodzić w kwestie ocenne, co jej się wydaje fajne, a co niefajne i co wolno, a co nie wolno, to jej się wydaje słabe w tym momencie. Bo dlaczego pani Kasia Babis nie napisze o Biance Lipińskiej i jej fantazjach erotycznych różnego rodzaju, które serwuje, w dodatku cieszą się wielkim powodzeniem. Jej książki na liście sprzedających się najlepiej w zeszłym roku, pierwsze trzy pozycje to są właśnie książki Blanki Lipińskiej. Właściwie taka pornografia dla gospodyń domowych, jak to jeden z autorów określił. Jakoś Biance Lipińskiej wolno wymyślać najrozmaitszą przemoc, najrozmaitsze fantazje erotyczne, w których to tamten mafioso różne rzeczy wyczynia i tak dalej. To kobieta, to jej wolno, a wymienionym wcześniej autorom nie wolno, ponieważ są mężczyznami. Jak oni tak śmią myśleć, to znaczy, że są podli i paskudni. To jest dziwny sposób myślenia.
Nie kwestionuję go, każdemu wolno, ale wydaje mi się to dziwne. Notabene tak mi jeszcze przyszło do głowy, że mamy taką stałą słuchaczkę, która co audycję włącza się, narzekając, jacyśmy to jesteśmy jednostronni, jacy głupawi chwilami i jacy ogólnie różni. A ostatnio napisała, że my to w ogóle jesteśmy podli, bo my stosujemy metodę, że podajemy numery telefonów, a później nie odbieramy złośliwie. Czekamy na te telefony, a Ivellios to aż się pali, żeby je odbierać, tylko nikt nie chce dzwonić. To tak notabene. Natomiast jeśli ktoś nie rozumie prostej zasady, że „Bibliotekaria” na ogół są na żywo i wtedy można dzwonić, a ABW w 100% jest nagrywane i wtedy dzwonienie do nas w piątek, kiedy my to nagrywamy w czwartek, troszkę rozmija się z celem, że tak delikatnie wspomnę. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to trudno, ja już nic na to nie poradzę. To tak à propos pewnej logiki i stosowania tej logiki już nawet nie matematycznej czy tej związanej jednak z tradycją filozoficzną, tylko tej logiki takiej codziennej, powszechnej. Tego, co nazywamy logiką, a tak naprawdę do końca logiką nie jest, tylko jest takim prostym rozumowaniem. Może tak to bardziej określę.
To trudno, jeżeli ktoś tego prostego rozumowania zastosować nie potrafi, nic na to nie poradzi. O 35. Polityka zawsze jest w fantastyce. Prawie zawsze. Mariusz Mandarynka: „To fakt. Niestety albo stety tak musi być, aczkolwiek ja jak najdalej od polityki. Czytacie czat, czy cała transmisja jest dla towarzystwa wzajemnej adoracji? A może Zdzisław się rozwinie? Jeśli tak, to nie dziwcie się, że nikt oprócz was tego nie ogląda." Jednak kilka osób ogląda, à propos Zdzisława. Kilka osób to ogląda.
Cóż ja mogę więcej skomentować? Radio Paranormalium tu odpowiada, że: „Na litość boską, już panu napisaliśmy, że mamy trzy czaty i wszystkie wiadomości we wszystkich trzech czatach są przekazywane prowadzącym." Tak to jest, że czasami następują przekłamania na linii. Wiktorze, à propos jeszcze „Dzienników gwiazdowych”. Mów, to jest twój czas.
[02:03:28] - Cóż powiem? Lem to wszystko napisał. Ja już tam nie mam nic do dodania. To są genialne rzeczy, genialne książeczki. Przede wszystkim one są aktualne do dnia dzisiejszego i do dnia jutrzejszego będą aktualne, i pojutrze również. O niewielu książkach można — przede wszystkim science fiction — tak powiedzieć, że one były aktualne, są aktualne i będą aktualne praktycznie zawsze. Dlatego, że nie są przyklejone do jakiegoś punktu, do jakiegoś liścia, że tak powiem, jak te ślimaki się tego liścia tylko i wyłącznie trzymają. One są naprawdę wielowarstwowe i — tak jak mówiłeś o tym — Lem odnosi się do naszej wiedzy. Tylko tą wiedzę musimy posiadać jakąś. Lem pisał też do pewnego pokolenia europejskiego, które zostało jednak wychowane na Homerze, na dialogach platońskich i tak dalej.
Na czymś takim. Pisał dla tego pokolenia. Miną lata i być może nikt już nie będzie czytał Lema, bo nikt nie będzie rozumiał tych odniesień, nikt się nie będzie tymi odniesieniami posługiwał. Taka już jest kolej rzeczy. Jeśli europejska kultura zdechnie — co wszystko na to wskazuje — i wyłącznie Euroazja, Afrykozja, że tak powiem, zasiądzie na tronie, to w tym momencie Lem, tak samo jak cała Europa, zniknie z powierzchni ziemi. Ale to, się mówi, trudno.
[02:05:33] - Ja tylko Zdzisławowi jeszcze powiem, że ta audycja nie polega na odczytywaniu czatu, bo to byłoby jednak zbyt proste. Czytam jeszcze komentarz Redoxa: „Kasia Babis. Serio? Szkoda na nią czasu." Ja powiem tak: uważam, że nie szkoda czasu na odmienne poglądy. Nie muszę się z tym zgadzać, ale wysłuchałem z zainteresowaniem, robiąc różnego rodzaju notatki i śledząc pewien tok rozumowania, bo ten tok rozumowania wykorzystuje pewne fakty, które trudno wykasować. Autorka tego wideobloga zwraca na pewne rzeczy uwagę, które mogą czasami pisarzy w jakiś sposób urazić, a nawet pokazuje pewne śmiesznostki. Ale chyba żaden z tych pisarzy wymienionych dotychczas nie staje na baczność i nie melduje, że jest geniuszem, który jest nieomylny. W ogóle zastanawiam się, czy jest logiczne mieszanie świata przedstawionego z poglądami autora. Moim zdaniem te wnioski, które autorka wyciąga — żeby tak skrócić i podsumować — są czasami na wyrost, ale z punktu widzenia publicystycznego, zainteresowania, ściągnięcia ludzi do tego, żeby słuchali, są robione jednak z dużą maestrią. Zresztą wyniki oglądalności o tym świadczą.
Ludzie o tym dyskutują. My wreszcie o tym dyskutujemy. Natomiast przywołałem Katarzynę Babis dlatego, że to zjawisko dobrze pracuje, przygotowując się do tych wideoblogów. Ale zjawisko wideoblogów Katarzyny Babis pociąga za sobą przyzwolenie, że teraz dopieprzmy wszystkim, z którymi się zgadzamy, nie zgadzamy, a najlepiej w ogóle wszystkim, którzy cokolwiek piszą i nie są nami. My jesteśmy fajni, a wszyscy inni to są dziady albo baby, albo jakieś inne głupole, bo nie są nasi. To dziwna postawa. Aż trochę wstyd o tym mówić w audycji, w której mówimy o mistrzu, który się takimi pierdołami, mówiąc szczerze, nie zajmował. I tu znowu, proszę państwa, ja się zastanawiam. Tu pewne zmartwienie odnośnie Lema. Ja się zastanawiam, czy książka „Powrót z gwiazd” nie zostanie wkrótce zaatakowana jako niepoprawna politycznie, jako seksistowska.
Nie wiem, co tam jeszcze wymyślą, ale ona moim zdaniem idzie jako pierwsza na odstrzał, bo pokazuje świat, w którym wykasowana jest agresja. Wykasowana jest pewna naturalna preferencja człowieka do zachowań tego rodzaju. Bo tak będzie lepiej dla ludzkości, jak się ludzkość troszeczkę wygładzi, jak się zrobi troszeczkę bardziej aksamitna i stanie się taka lajtowa. Ale Lem to świetnie pokazuje, że jak wyeliminujemy agresję, to może również wyeliminujemy miłość. Wyeliminujemy to wszystko, co w ogóle wiąże się z tym, że jesteśmy człowiekiem. Staniemy się takimi ciepłymi kluchami. Właściwie nie ciepłymi, letnimi kluchami. Ale będzie fajnie, bo nikt nie będzie nikogo zabijał i będzie w ogóle tak cudownie. Moim zdaniem „Powrót z gwiazd” Stanisława Lema to jest książka, z której wieje grozą. Rzadko się o tym mówi, ale to się wpisuje w taki nurt, przy którym mrówki powinny biegać po krzyżu i człowiekowi się powinno naprawdę robić nieswojo.
Lem zresztą sugeruje to. Jak się dobrze wczytacie państwo w tekst, to wyraźnie widać, jak się Lem do tego świata odnosi, jak się bohater tej książki odnosi do tego świata. On nie do końca go rozumie. I chyba dobrze, że go nie rozumie, bo ten świat jest straszny. A niektórym się podoba. Ja myślę, że w tej chwili część osób żyjących w takim mainstreamie politycznym w ogóle marzy, żeby taki świat powstał, w którym wszyscy będą letni. Wszyscy będą tacy correct, tacy delikatni, tacy wspaniali. W związku z tym ja nie wiem, czy na tym polega wspaniałość, Wiktorze.
[02:11:16] - Wszyscy wspaniali byli nie tylko u Lema w tej powieści, ale wszyscy wspaniali byli u Strzałkowskich prawie w każdej powieści. Tylko że wiało grozą z tej wspaniałości przerażającą, a my zapominamy o tym bardzo często, że czy chcemy, czy nie chcemy, jesteśmy drapieżnikami. I nie będąc drapieżnikami, nie używając agresji wobec tego, nie jest możliwe napisanie nawet książki. To jest również agresja. To jest narzucanie komuś swojej wizji, rzucanie wyzwania czyimś poglądom i tak dalej. Nie istnieje postęp technologiczny, gdyż ciekawość również należy do drapieżników. Nie do krów, które przeżywają tę kępkę trawy, którą akurat mają przed sobą. Drapieżnik szuka posiadania strefy swoich łowów i tak dalej. I tak to robił człowiek w ciągu całego rozwoju cywilizacji. I jeśli marzymy o tym, żeby łazić w kosmos czy coś takiego, musimy pozostać drapieżnikami.
Jeśli przestaniemy być drapieżnikami, to niestety skończy się homosapiens. Ten gatunek w każdym razie zniknie z powierzchni ziemi wtedy.
[02:12:59] - Tu jeszcze na czacie o35 pisze o tym, że zarzuty do Ziemiańskiego, które wygłasza Babis w swoim wideoblogu, to nie ona pierwsza wymyśliła. To się zgadza. Tam sprawa tego konia, tego unoszenia się na gałęzi, tego jeżdżenia na koniach przez kobiety i tak dalej. Ale pani Katarzyna dodaje tam również wątki takie czysto feministyczne. Dlaczegóż to? A dlaczegóż tamto? A dlaczegóż? I tak dalej. W każdym razie ja się też zgadzam z twierdzeniem o35, że Ziemiański może bywa pretensjonalny, ale jednak jest fajny. Jak czyta się całość, to jako całość chyba całkiem nieźle wypada.
I ja się nie dam zwieść temu, co pani Kasia Babis mówiła. Jakub Filip: „Babis powiedziała, że Ziemiański to prawicowiec. On powiedział, że jego ulubionym bohaterem jest Che Guevara.” Cytuję za Jakubem Filipem. „Jest Che Guevara. Rzeczywiście prawica pełną gębą. Ha ha ha.” Krzysztof Leśniak: „Można utożsamiać autora z jego twórczością?” I tak, i nie. To myślę, że jest temat na dłuższą dyskusję. Do jakiego stopnia? Bo czasami jest tak, że autor całkiem I z premedytacją pewne rzeczy wymyśla i nie należy utożsamiać. Myślę, że mówię oczywistą oczywistość.
Nie należy utożsamiać tego, co się dzieje w książce z poglądami autora. Znam przynajmniej kilka takich przykładów, w których to się sprawdza, ale czasami takie śledztwa, jakie są rzeczywiste poglądy autora można przeprowadzać. Tylko myślę, że nawet w 30-minutowym blogu tego się nie uda zrobić. O tym trzeba jakąś pracę habilitacyjną przynajmniej napisać o tej objętości. Jakub Filip: „Poprawność polityczna to złośliwy rak, który toczy społeczeństwa”, a wcześniej Krzysztof Leśniak: „Powrót z gwiazd to obecne ruchy społeczne”. Krzysztof Leśniak: „Przechadzający się wśród lwów ludzie jak na okładce «Strażnicy».” Dalej o 21:35. Autokorekta zadziałała. Chyba chodzi o co Babis, która zarzuca Ziemiańskiemu Zahai to, że nie ma racji. Opisują dziewczyny, kobiety żołnierzy. Jednak jak ludzie są w bezpiecznej sytuacji, to wszystkie zwieracze im puszczają.
Bohater nie bohater, a jednak puszczają. I chyba o to Ziemiańskiemu chodziło. Tak myślę, ale może się mylę, bo nie siedzę w jego głowie. O 21:35. Sęk w tym, że w mainstreamie politycznym marzą o tej lepkości na pokaz, a prywatnie niestety są inni. O brawo! Absolutnie się z tym zgadzam. To tylko ideologia. Co do polityki, poprawność polityczna. Zgadza się.
Jak się czasami posłucha rozmów prywatnych tych osób, które wszem i wobec głoszą tolerancję, to się czasami człowiekowi włos na głowie jeży. Ale my mocno odpłynęliśmy w tej chwili od twórczości Lema, a od „Dzienników gwiazdowych” to już zdecydowanie. Może to jest fajne w tej audycji, ale gdzieś tak na koniec zepnijmy klamrą. Wiktorze, ja cię po raz kolejny zapytam dzisiaj. Jakbyś miał polecić do przeczytania „Dzienniki gwiazdowe”, to co byś powiedział?
[02:17:00] - To bym powiedział, że nasza audycja, która na moment od niej daleko niby odjechała, wcale od niej daleko nie odjechała. Świat jest skomplikowany. Świat ma wiele warstw, wiele znaczeń, wiele rzeczy zmiennych i tak dalej. Nie ma rzeczy stałych, nie ma poglądów właściwych, nie ma niczego. I to doskonale w całości te „Dzienniki gwiazdowe” odzwierciedlają. One są o tym. O świecie naszym, o jego wieloznaczności, niemożliwości zdefiniowania tego świata jakiekolwiek próby będziemy stosowali. Z naszej tutaj przerwy wynikało i z tych całych, że one dobrze oceniają stan świata. Świat jest właśnie taki jakby to powiedział mój synek: pojebany po prostu. I tak to będzie zawsze.
[02:18:11] - To głębokie przemyślenie, muszę przyznać. Ale coś w nim jest mimo wszystko. Ja z kolei powiem rzecz następującą. U mnie oczywiście wielką rolę odgrywa sentyment, o którym mówiłem na początku audycji, ale do dzisiaj, kiedy biorę „Dzienniki gwiazdowe” do ręki, kiedy wgryzam się w jedną, drugą, dziesiątą historię, to mam tę głęboką świadomość, głębokie takie czucie tego, że Lem nie udawał. Że Lem nie pisał pod publiczkę. Nie pisał po to, żeby napisać kolejną książkę, tylko pisał po to, żeby w tym tekście z tych słów, z tych zdań coś wynikało, żeby coś w te nasze głowy wpakować. Nie mam wątpliwości albo nie mam złudzeń, że Lem siedząc i pisząc nie myślał o tym, żeby pakować coś w nasze głowy. To było poza horyzontem jego postrzegania. On to wiedział, że robi to po to, żeby po pierwsze wyrzucić te problemy, które są w jego głowie, ale nie po to, żeby je tylko i wyłącznie wyrzucić. Po to, żeby te pytania poszły do ludzi.
Ludzie mają taką zadziwiającą tendencję. Ja, ponieważ jestem człowiekiem, to również. Czasami łykają świat bezrefleksyjnie. Oczywiście tu filozofia, tu wszystko fajnie, a później pojawia się coś zwykłego w naszym życiu i my tej filozofii nie widzimy, chociaż ona aż tam wyziera czasami. Bo to jest bieżączka, to jest coś, co nas spotyka i tam nie ma filozofii. Lem pokazuje, że przyjmijmy pojęcie filozofia bardzo umownie, bo zamykamy w tym pojęciu troszeczkę więcej zjawisk niż sama filozofia. Stricte filozofia. Otóż Lem przekazuje nam, jak w sztafecie pewną pałeczkę. Trzymajcie i zróbcie coś z tym. Przemyślcie to.
Ja wam daję drogowskaz. Rozwińcie to. Myślę, że taki jest przekaz. Pewnie nieświadomy. Powtarzam, Lem pewno nie myślał o tym, że buduje drogowskaz czy że przekazuje pałeczkę. To się nie dzieje na poziomie świadomym, ale to się odbywa w głowie. To jest taka sztafeta pokoleń, w której mistrz stara się powiedzieć coś swoim uczniom w nadziei, że może ci uczniowie dopiero w następnym pokoleniu coś z tego wyciągną. Mam takie wrażenie, że dzisiaj Lem postrzegany jest tylko i wyłącznie przez pryzmat literatury i science fiction. Moje zdolności przewidywania nie wystarczają, ale myślę, że minie ileś tam lat i Lem będzie zaliczany, bez cudzysłowu, bez żadnych przenośni, w poczet dwudziestowiecznych filozofów. Dzisiaj to się wydaje: „Ale jaki filozof?
Heidegger, może jeszcze inni, a może Wittgenstein? Może taki, może śmaki, może jeszcze inny. Ale Lem? Nie. To pisarz był taki z Polski, z Krakowa. To żaden filozof” — mawiają niektórzy. Moim zdaniem mylą się. Lem i jego twórczość, przynajmniej część tej twórczości, będzie właśnie na tym poziomie oceniana. Lem, jak sobie państwo spojrzycie na pewne jego dzieła, tworzy pewien obraz świata. W niego się trzeba wgryźć, trzeba go jednak strawić, przemyśleć, ale to jest jednak pewien obraz świata proponowany przez Lema.
Wiktorze.
[02:23:03] - Jeśli już mówimy o obrazie świata proponowanym przez Lema, to niestety muszę skończyć nawiązaniem do „Kongresu futurologicznego”. Tak jak jest świat pokazany w „Kongresie futurologicznym”, tak ten świat rzeczywiście wygląda dzisiaj i tak będzie wyglądał jutro.
[02:23:26] - Miejmy nadzieję, że tak nie wygląda, bo przypomnę, jak się kończy. Pod koniec „Kongresu futurologicznego” co tam wyziera spod tej zasłony? Nie wyziera nic fajnego. Miejmy nadzieję, że jednak jest troszeczkę lepiej. O 35. Ja podsumuję Lema tak: potrafił pisać o ważkich rzeczach z humorem, ale mimo tego humoru sprawiał, że ludzie czytając jego książki, opowiadania poddawali to refleksji. A to jest wielka sztuka. Leszek Ostachowski. „Polud z gwiazd. Agresywna manipulacja świadomością.” Jakub Filip.
To pytanie do ABW, ale odpowiemy. Do kiedy można przesyłać opowiadania archeologiczne? Jeszcze można przynajmniej do końca marca, więc spokojnie. Krzysztof Leśniak. Wiadomo, że w historyjce łatwiej coś upchnąć szerszemu odbiorcy. Vide nowa „Strefa zmroku”. Wpis na czacie. Ciekawa sprawa. Nie wiem dlaczego. Być może to jest jakieś obciążenie świadomościowe, ale ja bardziej ceniłem sobie klimat tych starych „Stref zmroku” niż tych nowszych.
Tak mi się po prostu porobiło. Nie wiem. Tak mi się wydaje, że to były lepsze historie. Te mi się wydają, że chwilami nie zawsze za nimi podążam. O 35.
[02:25:21] - Marku, ale ty jesteś również, o ile rozumiem, miłośnikiem takiej kapeli The Beatles. Ale moje córki, które są muzycznie nieźle zaawansowane, uważają na przykład, że dużo lepsze są remake'i Beatlesów niż oryginały. Ale tak to jest.
[02:25:46] - Nie mnie dyskutować. To jest tak, że pewne rzeczy zostają w pokoleniach. Ale jeszcze nie mogę się oprzeć, żeby nie zacytować. O 35. Taki śmieszny fakt. Jeden cytat z Lema w latach 80. z „Golema XIV” zamieszczony w miesięczniku „Bajtek”. Nie mylić z prezesem Obajtkiem. Sprawił, że w ciągu paru dni wywiało tę książkę ze wszystkich bibliotek w moim mieście, a jest ich naprawdę sporo. Tak, ale z drugiej strony kiedyś wspomniałem tę historię.
Miałem kolegę, który „Golema XIV” używał jako środka nasennego. Po dwóch, trzech stronach zasypiał natychmiast. Moim zdaniem niesłusznie, bo trzeba na usprawiedliwienie kolegi dodać, że miał wtedy lat 16 i pewne rzeczy z tej książki po prostu się nie przebijały. Nie tylko do jego świadomości, bo do mojej się wtedy też nie przebijały. Też uważałem, że to jest nudne bredzenie. O jakże już później się wstydziłem tego sam przed sobą. Sam przed sobą się wstydziłem.
[02:26:55] - Marku, a mój przyjaciel, wokalista z takiej grupy rockowej Variété, która chroniąc się przed wojskiem w czasach, kiedy jeszcze pobór był obowiązkowy, została przez przyjaciół lekarzy skierowana do Świecia. To jest takie miejsce koło Bydgoszczy, gdzie dzieci inaczej myślące przebywają. I tam musieli przezimować. Dorwał „Golema XIV” właśnie w tym Świeciu, w zakładzie odosobnienia. I prawie zwariował. Powiedział: „Tak genialnej książki w życiu nie czytałem i gdyby nie to Świecie, to nigdy bym jej nie przeczytał również”. Jak czasami dobrze trafić do wariatkowa, żeby docenić genialną książkę.
[02:27:53] - A ja z kolei doceniam to, że ten czat na Radiu Paranormalium rzeczywiście istnieje. I co prawda ludzie do nas nie dzwonią, ale piszą arcyciekawe rzeczy. Mariusz Mandarynka: „Lem był wizjonerem. Wszyscy o tym wiemy, ale mimo skomplikowanej osobowości Mistrza mam wrażenie, że on, mimo wypowiedzianych przemyśleń, tez i tak dalej, to, co go najbardziej nurtowało, i tak zachował dla siebie. Jakby bał się ujawnić swoje prawdziwe oblicze. Zakładał maskę w postaci niesamowitego poczucia humoru, ale pod maską tliło się coś groźnego i smutnego”. Też mam chwilami takie wrażenie. Krzysztof Leśniak: „Oj, wygląda świat jak popelina wystająca z kufajki”. Chyba to dobre podsumowanie troszeczkę na dzisiaj. Jakub Filip: „Dobrze, że »Królowej Bony« nie kręcą na nowo.
Okazałoby się, że Zygmunt Stary był Afroamerykaninem”. Marzena Lu: „»Powrót z gwiazd« to moja pierwsza przeczytana jednym tchem książka SF. Miałam wówczas 12 lat”. Tak. Powiem szczerze, że gdzieś koło tego wieku, może byłem rok starszy, też czytałem „Powrót z gwiazd” i wtedy zrozumiałem go zupełnie opacznie. Naprawdę. Czasami lubię się odwoływać do tych szczenięcych lat, ponieważ jak sobie zerknę w te swoje nastoletnie lata i przypomnę sobie, co wtedy rozumiałem i jak wtedy rozumiałem, to żałość mnie taka ogarnia, ale jednocześnie pewna duma, że udało mi się z tego bycia nastolatkiem wybrnąć, wypełznąć. Nie tylko dlatego, że przybyło mi lat, ale też coś może więcej zrozumiałem. Przynajmniej mam taką nadzieję, że coś tam jednak więcej zrozumiałem.
[02:30:17] - Marku, mówiliśmy dzisiaj w audycji, że przecież jak się patrzy na to, gdzie jestem ja, to przecież ten idiota, który to czytał, to nie byłem ja.
[02:30:30] - Tak, właśnie. I to jest ta najlepsza klamra dla dzisiejszej audycji, bo w gruncie rzeczy gdzieś to także z twórczości Lema przebija. Na co dzień jesteśmy skłonni przypuszczać, że urodziliśmy się ileś tam lat temu, żyliśmy, kiedyś tam umrzemy i to cały czas jesteśmy my. Trudno temu właściwie zaprzeczyć. Dlaczego właściwie mielibyśmy temu zaprzeczać? Przecież my. Okazuje się jednak, że ta oczywista oczywistość chyba nie do końca jest oczywista. To, co Wiktor przed chwilą powiedział. Tak, jak sobie porównam siebie jako nastolatka i swoje rozumienie literatury, i swoje obecne rozumienie literatury, to są dwaj różni ludzie. Tylko ważna rzecz, którą chcę podkreślić.
Ja wcale nie twierdzę, że dzisiaj rozumiem ją lepiej. Być może rozumiem ją gorzej albo głupiej, albo prymitywniej, albo pod wpływem jakichś tam politycznych, filozoficznych albo innych trendów rozumiem ją opacznie. Ja wcale nie staram się przemycić państwu tezy, że nastolatek rozumie gorzej, a ten bardziej doświadczony rozumie lepiej. Oczywiście jestem przywiązany do tego, co myślę teraz. Trudno, żeby było inaczej. Ale zawsze zazdroszczę ludziom, którzy wiedzą. To mówiłem w dzisiejszej audycji. Ci ludzie, którzy wiedzą, oni mnie troszeczkę przerażają. I tu znowu cytat Marzena Lu. Pisze o książce „Powrót z gwiazd”: „Byłam tą książką przerażona i zafascynowana.
Później ją przeczytałam raz jeszcze”. Dokładnie tak jak ja. O 35. Pisze o Lemie. Lem w swoich felietonach pod koniec życia naprawdę otwierał się i mówił wprost, co myśli. Także w wywiadach telewizyjnych. Otwierał się. Ja zwrócę państwu uwagę na ten materiał. Kiedyś o nim wspominałem. On krąży w internecie, na YouTubie i to jest taka tak zwana surówka.
Kręcił ją Grzegorz Braun. Dzisiaj go państwo kojarzycie z polityki, z różnych wypowiedzi. Jedni go kochają, drudzy go nienawidzą. Zostawmy to. Nakręcił genialną rozmowę ze Stanisławem Lemem. Ona jest genialna głównie dlatego, że Lem mówi tam, mówi rzeczy arcyciekawe. To jest na YouTubie, przynajmniej jeszcze niedawno było. Podkreślam, to jest tak wyrówka do reportażu, nie do końca docięta. Może nawet lepiej, że nie jest docięta, bo tam widzimy Lema prawie półprywatnie właściwie. Warto tego materiału poszukać.
Arcyciekawe. Kto nie widział, powinien koniecznie to zobaczyć. Proszę państwa, ja myślę, że my już więcej nic ciekawego o „Dziennikach gwiazdowych” nie powiemy, dlatego że albo musielibyśmy pójść głęboko w filozofię i głęboko w klimaty, które może nie wszystkich będą ciekawiły, albo będziemy musieli rzecz spłycić i opowiadać, o czym te poszczególne historie są. Jedno i drugie nie ma sensu. Ja myślę, że jeśli przynajmniej jedna, dwie, trzy osoby sięgną po „Dzienniki gwiazdowe” po tej audycji, zarówno po to, żeby sobie je przypomnieć, sprawdzić, czego nie widziały te osoby, kiedy czytały po raz pierwszy, drugi, trzeci, a co zobaczą teraz i tak dalej, to i tak odnieśliśmy ogromny sukces w dzisiejszej audycji i bardzo dobrze, że tak się stało. W każdym razie „Dzienniki gwiazdowe”, tak jak cała twórczość Lema, ale „Dzienniki gwiazdowe” ważne, żeby to przeczytać, bo w formie lekkiej, łatwiej, przyjemnej dostajemy taką fangę w nos. Fangę pytań, problemów, które pisane tak, jak to mówiliśmy w latach 50., 60. do dzisiaj są aktualne. A właściwie, jakbym się dobrze nad tym zastanowił, to one są bardziej aktualne dzisiaj niż wtedy, kiedy Lem to pisał. I to świadczy może nie o tym, że Lem geniuszem był, ale o tym, że to, co pisał, to naprawdę było coś, co zasługiwało na to, żeby kiedyś tę Nagrodę Nobla dostał, ale nie dostał, bo byli ważniejsi, mądrzejsi i wspanialsi, którzy musieli dostać Nagrodę Nobla, a nie jakiś facet, co science fiction pisał.
To jest mniej więcej postrzeganie mainstreamu i to, co mainstream myśli o fantastyce naukowej. Fantastyka naukowa według mainstreamu to są kobiety i mężczyźni, którzy latają w kosmos i się strzelają. I to właściwie wszystko. Czasami o czymś myślą, ale myślą tak prostacko, że w ogóle się nie należy tym przejmować, bo oto jest postrzeganie. W jaki sposób mainstream postrzega fantastykę naukową? I tym niezbyt optymistycznym stwierdzeniem chyba kończymy dzisiaj, Wiktorze, prawda?
[02:36:17] - Ja bardziej optymistycznie zakończę, bo ja tę audycję, przynajmniej ja kończę zupełnie inaczej niż wszystkie inne. Po wszystkich innych wstawałem i sięgałem po papierosa, a teraz sięgnę oczywiście po papierosa, ale równocześnie po „Dzienniki gwiazdowe” i zacznę sobie czytać od nowa.
[02:36:40] - Ale widzisz Wiktorze, nie możemy skończyć dzisiejszej audycji, bo jest pytanie arcyważne. Zadaje Jakub Filip. Jaką książkę Lema dalibyście dzisiaj do lektur w podstawówce, a jaką do liceum? Pozwolisz, że ciebie wrzucę w to najpierw.
[02:36:59] - W podstawówce zawsze powinny „Bajki robotów” funkcjonować. To jest kanon polskiej literatury. „Bajki robotów” czy „Zygryada” tam powinna sobie-
[02:37:12] - A jesteś pewien, że nauczyciel jest w stanie zinterpretować, przekazać głębię tych-
[02:37:25] - A nauczyciel nie ma nic do gadania. Wystarczyłoby, żeby dzieciaki to poczytały i przynajmniej się uśmiechnęły. To wystarczy.
[02:37:35] - Dobra, to podstawówka. A liceum?
[02:37:41] - Do liceum ja bym dawał chyba „Eden”, powieść.
[02:37:49] - O jaki jesteś.
[02:37:49] - I może „Powrót z gwiazd” rzeczywiście.
[02:37:52] - O jaki jesteś. „Eden” to był mój typ. Ale dobrze, to ja właśnie do liceum też dałbym „Eden”. To zdecydowanie taka książka, która jak się dobrze na nią spojrzy, to może wstrząsnąć człowiekiem. A dodatkowo Wiktor dorzucił „Powrót z gwiazd”. A ja się zastanawiam naprawdę bardzo poważnie, to co prawda nie jest literatura, ale czy w liceum nie powinna się pojawić fantastyka i futurologia? Może wtedy mniej byłoby w mainstreamie osób, które uważają, że fantastyka naukowa to jest takie pierdzielenie o nie wiadomo czym i w ogóle literatura nieważna i w ogóle nienadająca się do trawienia przez kulturalnego człowieka. Dlatego może mało literacko, ale ja bym to zaserwował licealistom.
[02:38:58] - Licealistkom może.
[02:39:03] - Dlaczego?
[02:39:06] - One się wypowiadają bardzo myślowo o ziemiańskich.
[02:39:15] - Ale na szczęście nie wszystkie, bo zacytuję Marzena Lu z naszego czata: „Oj, mam dzienniki gwiazdowe, aż pójdę na strych je poszukać". Myślę, że to jest dobre podsumowanie. A powiem jeszcze o podstawówce. Myślę, że do podstawówki bardzo dobrze pasują opowieści o Pilocie Pirxie. Być może część tego trzeba przerobić, ale przypomnijcie sobie państwo, jest takie opowiadanie. Dzisiaj był test Pilota Pirxa na podstawie opowiadania „Proces", ale jest też opowiadanie, dlatego mi się to wszystko elegancko kręci. Jest też opowiadanie „Test". To jest, moim zdaniem, świetne opowiadanie do podstawówki, ale do starszej podstawówki, powiedzmy ósma klasa. Z jednej strony przygodowe, z drugiej strony takie trochę uderzające w psychologię. Pamiętacie państwo tę muchę?
A kto nie pamięta, to niech sobie tego opowiadania poszuka. To jest opowiadanie, które kończy się takim stwierdzeniem. Na szczęście mogę je zacytować, nic nie zdradzając, że to był człowiek, który zderzył się z Księżycem. Widzi tam swojego kolegę. To może tyle. Okej. Krzysztof Leśniak — cytuję z czata: „Miłosz za chęć przyłączenia Polski do ZSRR nagrodę dostał." Nie wiem, jak było tak naprawdę. Marzena Lu: „To pokojowym dymkiem zapalę również." To, Wiktorze, chyba do ciebie.
[02:41:03] - Uwielbiam kobiety.
[02:41:07] - Dobra, naprawdę kończymy już dzisiejszą audycję. Dziękujemy państwu bardzo za tę audycję. Za to, że mogliśmy sobie o Stanisławie Lemie i jego „Dziennikach gwiazdowych" porozmawiać. Obiecuję, że w roku lemowskim, przynajmniej w drugiej połowie tegoż roku, o Lemie jeszcze porozmawiamy. Mam pewne dzieło Lema na myśli. Jeszcze muszę skonsultować z Wiktorem, bo nie konsultowałem, ale obiecuję, że jeszcze raz Lem się pojawi. Pojawi się w „Bibliotekarium". A co za dwa tygodnie? Za dwa tygodnie, już zapowiadałem, porozmawiamy sobie we trójkę, bo tym razem będziemy mieli gościa. Będzie to Tomasz Fąs w „Bibliotekarium” i porozmawiamy o „Tytusie, Romku i Atomku".
Niedawno zmarł Papcio Chmiel, a „Tytus, Romek i A'Tomek" to może nie jest wielka literatura, jak oczekiwaliby niektórzy, ale to jest literatura, która czy tego chcemy, czy nie, to sporą część z nas kształtowała. Jak to kiedyś napisałem na Facebooku, Papcio Chmiel to był taki człowiek, który pod pozorem wychowywania Tytusa, owej małpy, która się w tych komiksach przewijała, przemykała przez kolejne kratki komiksu, tak naprawdę wychowywał nas. Czasami byliśmy jak te szympansy, ale on pewne wartości, pewne rzeczy nam po prostu przemycał. Częściej się śmialiśmy przy „Tytusie", niż płakaliśmy. Częściej się śmialiśmy, niż pogrążaliśmy w jakiejś głębokiej refleksji. A jednak ten osad zostawał w nas. I dzisiaj naprawdę trudno jest trafić w Polsce na człowieka, który nie czytał w swojej młodości przygód Tytusa, Romka i A'Tomka. Myślę, że taki mini hołd w „Bibliotekarium" Papciowi Chmielowi się po prostu należy. A myślę, że da się z tych komiksów, z tych ksiąg wyciągnąć całkiem sporo ciekawych treści, ciekawych wspomnień, w ogóle rzeczy ciekawych po prostu. Wiktorze, jak ty z Tytusem bywałeś?
Załapałeś się jeszcze?
[02:43:55] - Ja już byłem prawie wąsaty, ale dalej kupowałem na psała, żeby normalnie śledzić kolejne przygody, bo to było takie pismo dla harcerzy, w którym się ten komiks rozpoczął chyba pojawiać.
[02:44:12] - „Świat młodych". Wychodził trzy razy w tygodniu. We wtorki, czwartki i soboty. Pamiętam. Wtorkowy numer niebieski, czwartkowy zielony, sobotni czerwony, a w każdym numerze komiks. Nie zawsze z Tytusem, ale zawsze komiks. To wtedy, w czasach PRL-u to był jednak rarytas. Więc całkiem fajnie. To zapraszamy państwa za dwa tygodnie na opowieść o „Tytusie". Myślę, że będzie fajny odcinek.
Taka podróż do dzieciństwa. Czasami warto ją odbyć. I jeszcze rzut oka na czat. Leszek Ostachowski: „Wizje piekła i raju". No i uciekli daleko wstęgą Moebiusa na trzy kopy koryt i ciut od futurologii klasycznej, mesjanizmu, stworzenia mesjanizmu i wizji przyszłości, końca po końcu przyszłości. Dla treningu umysłowości trzeba, by futurolog zgrzeszył przewidywaniem niekoniecznie zgodnym z przewidywaniami naukowymi. Myślę, że warto to, co zacytowałem, przemyśleć. Tak jak powiedziałem, za dwa tygodnie spotykamy się rozmawiając o „Tytusie, Romku i A'Tomku”. Ci, którzy uważają, że to temat niepoważny, moim zdaniem bardzo się mylą. Za tydzień oczywiście zapraszamy na kolejne ABW, kolejne nowe opowiadania i gość.
Wspólnie z Tomkiem będziemy gościć państwa znajomą, która gościła jakiś czas temu w „Bibliotekarium”, mianowicie Katarzynę Prychacz. Porozmawiamy z nią o nowej audycji, która pojawi się za niedługo w Book Radio. Audycji, która tym wszystkim, którzy piszą, tym wszystkim, którzy chcą pisać, myślę, bardzo się przyda, bo to taka audycja motywacyjna, pokazująca, jak pewne rzeczy w sobie przełamać, jak pewne rzeczy w sobie pokonać, jak pewne rzeczy w sobie wywołać, żeby móc pisać. Słuchałem kilku próbnych audycji Katarzyny Prychacz i powiem państwu, że szykuje się w Book Radio petarda, a zapowiedzią tej petardy będzie audycja za tydzień, w której Katarzynę Prychacz będziemy gościć. A teraz to już państwu bardzo dziękujemy za dzisiejszy wieczór. Pozdrawiamy serdecznie. Wszystkiego dobrego. Zapraszamy za dwa tygodnie. Zapraszamy za tydzień. Wszystkim piszącym nieustającej weny, wszystkim czytającym nieustających świetnych lektur.
Dobrej nocy.
[02:47:27] - Do usłyszenia w przyszłości. Chwała Bogu, za tydzień to nie będzie jeszcze ta przyszłość lemowska.
[02:47:33] - Mówili te słowa do państwa jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień w ABW, czyli warsztatowym wydaniu „Bibliotekarium”. I w tym normalnym „Bibliotekarium” na żywo ponownie już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.