Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radio Paranormalium. Właśnie tutaj, właśnie teraz, w tym konkretnym punkcie czasu i przestrzeni rozpoczynamy kolejny odcinek audycji dla moliksiążkowych i nie tylko. Audycji o książkach do czytania i do rozmawiania, a może przede wszystkim do rozmawiania, czyli „Bibliotekarium”. Dzisiaj wyjątkowo nie na żywo, ale z taśmy, ale mamy nadzieję, że pojawi się feedback w postaci komentarzy pod audycją. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”. Po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz pan Terlecki. Na szczęście nie Ryszard „Człowiek śmierć”, ale człowiek życie, takie literackie życie. Życie przez duże Żet. Wojciech Terlecki.
Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:16] - Halo, halo. Proszę państwa, nie wiem, jak to powiedzieć, ale wszystko wskazuje na to, że wakacje właśnie się kończą. 28 dzień sierpnia to już właściwie po wakacjach. Wiktor się zaniepokoił, ale Wiktor ma nieustanne wakacje. W związku z tym na twoim miejscu bym się aż tak nie stresował, Wiktorze. Witamy naszego dzisiejszego gościa. Witamy.
[01:40] - Dzień dobry.
[01:44] - Gość jest autorem książki „Era Zwodnika”, która wyszła w Bibliotekarium. „Era Zwodnika” fantastyka bliskiego zasięgu, tak ją można określić. Powiem szczerze, kiedyś, dawno temu, niekoniecznie w odległej galaktyce, ale to było naprawdę dawno temu, nie byłem zwolennikiem fantastyki bliskiego zasięgu. Bo jak obejrzałem film „Chiński syndrom”, a później przeczytałem książkę, co to za fantastyka jest właściwie? Biegają wokół tego reaktora, kombinują. W filmie to Fonda się tym zajmuje. Jeszcze trochę później fantastyki bliskiego zasięgu byłem, przeczytałem, ale jakoś to mi specjalnie nie podchodziło. Do czasu. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że nasz świat galopuje tak szybko, że wyobrażenie sobie tego, co będzie za 10 lat, za 20, już jest nie lada wyczynem i trzeba głowę pokłonić przed tymi, którzy to próbują robić. W przypadku książki „Era Zwodnika” ta odległość, chociaż taka niewielka, to nie są setki, tysiące lat i to nie jest jakieś ziemskie imperium, tylko to jest Polska, powiedzmy za lat 50.
[03:08] - Nie, chyba wcześniej.
[03:11] - 30. Koło połowy XXI wieku.
[03:16] - To zależy, jak szybko wszystko będzie szło.
[03:20] - Tak, ale Polska jest nie do poznania. Co się dzieje w Polsce? Wydawałoby się, że Polska to nie jest atrakcyjne miejsce do tego, żeby się działa powieść na poły sensacyjna, na poły fantastycznonaukowa, a jednak całkiem zgrabnie wyszło. Teraz powiem naszemu gościowi: proszę się wytłumaczyć z tej książki na początek.
[03:47] - Mam się tłumaczyć z książki. Są takie pytania do autorów pod tytułem: skąd inspiracja? To są bardzo słabe pytania, bo zazwyczaj autorzy próbują się z nich wykręcić. Ja natomiast absolutnie nie. Ja jestem w stanie, jeżeli pozwolicie i chcecie, bardzo długo poopowiadam, skąd się wzięła inspiracja do tej książki. Zacznijmy może od początku. Od prologu, w którym mamy do czynienia z wyprawą do puszczy brazylijskiej albo innej, ponieważ musi to być puszcza, w której znajdują się Indianie. To jest podstawowa kwestia. Kiedy oglądamy sobie takie bardzo modne programy, które kiedyś może, już teraz nie są tak modne, jak National Geographic czy Discovery, to tam są takie momenty, w których widzimy jakieś ekipy, które się pojawiają w tych puszczach i oni robią różne rzeczy. Na przykład łowią ryby albo próbują przetrwać.
Zawsze w tle tych ludzi oprowadzają Indianie. Jakiś czas temu pan Wojciech Cejrowski, który również się wybrał do takiej puszczy, zrobił nietypową sprawę, bo on wyciągnął jednego z tych Indian i nadał mu imię. Powiedział: „Oto jest Dziadek Dzidek”. I w tym momencie, kiedy można było oglądać inne programy, już ci Indianie nie byli anonimowi. Okazało się, że ten Dziadek Dzidek pojawia się w każdym z tych programów i jest ekspertem od łowienia ryb, jest ekspertem od przetrwania, jest ekspertem od odnajdywania różnych rzeczy w tej dżungli i pokazywania lekarstw i tego typu rzeczy. Okazało się, że tak naprawdę mamy do czynienia z grupą zawodowych Indian, którzy żyją z tego, że oprowadzają po dżungli.
[06:00] - Ciekawe byłoby gdyby się cofnąć w tych materiałach filmowych do czasów, kiedy eksplorował dżunglę chociażby Tony Halik albo jeszcze kilku innych wysłanników z Polski. Ciekawe, czy wtedy odpowiednio młodszy Dziadek Dzidek również występował w tych ekipach indiańskich oprowadzających Europejczyków po tej dżungli, po tym lesie deszczowym. To by było ciekawe, ale nie wiem, czy do zrealizowania, bo odróżnić młodego Dziadka Dzidka od starego Dziadka Dzidka mogłyby być problemy. Ale przerwałem, więc wróćmy do opowieści odnośnie prologu.
[06:42] - U mnie w opowieści ci Indianie mają konkretne zadanie do wykonania zlecone przez pewnego człowieka, który jest niespecjalnie fajny i niespecjalnie uczciwy, natomiast jest związany z pewnym biznesem międzynarodowym. Ci Indianie znakomicie wywiązują się ze swojego zadania, czego nie będę opowiadał. Myślę, że może słuchacze usłyszą ten prolog, jeżeli będzie taka możliwość.
[07:14] - I to już niedługo.
[07:15] - I to już niedługo. I od tego momentu rozpoczyna się opowieść, która później przenosi się-
[07:25] - Do Europy, a konkretnie do Polski, bo tu się rzeczy dzieją dziwne albo chwilami dziwne, a chwilami przewrotne. Zastanawiam się, w jaki sposób zadać pytanie, więc je zadam najprościej.
[07:43] - Dobry sposób.
[07:45] - Bo pojawia się tam taki motyw w opowieści związany z medycyną naturalną albo, jak to inaczej określić, z medycyną z różnych świata stron. Między innymi sięgającą po jakieś preparaty, które wyrosły w dżungli amazońskiej chociażby czy jakiejś pobliskiej. Odnoszę wrażenie po lekturze książki, że jesteś człowiekiem sceptycznym. Bardzo ci dobrze pasowało do książki. To bardzo dobrze gra w książce. Ta idea medycyny naturalnej, która ściera się z Big Pharmą, nawet ją teoretycznie pokonuje, bo jest lepsza, bo jest naturalna. Chociażby z tego względu ją pokonuje, ale widać, że autor ma duży dystans jednak do tej medycyny naturalnej. Czy się mylę?
[08:49] - Nie, nie mylisz się. Natomiast prawda jest taka, że medycyna naturalna, tak zwana naturalna, bo medycyna dzieli się na medycynę, która działa i na medycynę przymiotnikową, czyli taką, która nie wiadomo, czy działa. Może działa, może nie. Oczywiście na przykład w Polsce Uniwersytet Białostocki ma całą masę różnych substancji pozyskanych z grzybów, które może przebadać. Wspominam o tym w książce i uzyskać niesamowite efekty. Natomiast to, co jest takie naturalne, bardzo często bywa oszustwem albo rzeczą, która nie okazuje się skuteczna z czasem. I tutaj wspomnę o pewnej rzeczy, którą pewnie znacie. U mnie w książce występuje kaniłyko, ale zapytam was, ale wilakoro znacie taki preparat?
[09:43] - Tyle książek napisano o tym preparacie.
[09:47] - Nie, w zasadzie jedną.
[09:48] - Nie, później była masa różnych powoływań się i tak dalej. Ale dobrze, niech będzie nawet jedna, ale za to z jakim odpałem, z jakim uderzeniem do ludzi.
[10:04] - To była właśnie pierwsza tego typu publikacja, która pojawiła się u nas w kraju. Później się pojawiło bardzo dużo różnych publikacji, które nam próbowały sprzedać pewne substancje, które miały nam leczyć wszystko. Nawet powstała taka książka „Uleczyć nieuleczalne”, co jest trochę dziwne samo w sobie. Natomiast tamtą książkę sprzedał nam pewien zakonnik, który przyjechał po swoich wojażach. Być może to były wojaże bardziej głębokie niż to, co robią ci, którzy jeżdżą z telewizjami pod tytułem National Geographic albo Discovery i on nam sprzedał opowieść właśnie o takiej substancji, która leczy wszystko. Ja pamiętam tę książkę bardzo dobrze. Chciałem ją odnaleźć, ale nie odnalazłem w swojej bibliotece. Jego podstawowym założeniem było to, że ta wilakora po prostu leczy wszystko. I on przedstawił w tej książce bardzo nieciekawą bajkę, że jakieś zwierzę z dżungli spotyka inne zwierzątka z dżungli. Nie znam się na zwierzątkach z dżungli, więc nie będę tu wymieniał ich nazwy.
I okazuje się, że te wszystkie zwierzątka są leczone za pomocą tej substancji z różnych schorzeń, czy to złamana noga, czy bolący kark, czy ból brzucha, czy inne takie rzeczy. I to było clou tej książki, która nam miała pokazać, że ta substancja leczy doskonale. Oczywiście na pewno ten preparat został sprzedany w Polsce w dużych ilościach. Na pewno ktoś na tym zarobił. Okej, jego sprawa, kto kupuje. Tylko że umówmy się, że nie okazało się to jakoś specjalnie sprawdzone i Nie spotkaliśmy się z tym, że ktoś spektakularnie uleczył raka. Natomiast mój sceptycyzm polega na tym, że bardzo dużo osób umarło z tego powodu, że zaczęło przyjmować takie preparaty, tego typu rzeczy, a zrezygnowało z terapii podstawowej, która jest do dyspozycji w nowoczesnej medycynie.
[12:23] - Co by nie powiedzieć, to i tak naraziłeś się części słuchaczy. Musisz mieć świadomość.
[12:28] - Wiem o tym. Wiem o tym i liczę, że pod audycją będzie duża dyskusja. Jestem chętny do każdej takiej dyskusji. Proszę bardzo.
[12:38] - Czuć się państwo zaproszeni, a teraz oddajmy głos Wiktorowi, bo się wyrywa.
[12:42] - Nie chcę się czepiać, ale ewidentnie jest taki preparat, który absolutnie leczy wszystko. Co prawda nie mówię, że leczy do końca, natomiast wspomaga organizm na tyle, że może służyć jako taki przykład. To jest dobre whisky. Dobre whisky leczy wszystko, a przynajmniej wspomaga pracę organizmu na każdym absolutnie polu. Czy to dotyczy świadomości, umysłu, czy nogi, czy pięty, czy czegokolwiek.
[13:23] - Na pewno poprawia samopoczucie. Do czasu.
[13:27] - Ja się wtrącę od razu, żeby wyjaśnić pewną sprawę. Nasza cywilizacja nie rozwinęłaby się na północy Europy, gdyby nie piwo. Piwo, które można było pić wszędzie zamiast wody, ponieważ woda była generalnie trująca. Natomiast piwo przefermentowane zawsze gwarantowało to, że nikt się nim nie zatruje i również tak samo jak whisky dobrze wpływało na nastrój, więc nie byłoby naszej cywilizacji, gdyby nie piwo. Tak jak na południu, gdyby nie wino. Dobra, to wchodzimy w takie dziwne tematy.
[14:02] - Tak.
[14:03] - Przypomnę wam taki obrazek zabawny z wszystkich książek o Dzikim Zachodzie. Tam zawsze był jakiś facet, który jeździł wozem i sprzedawał wszystkim kolonistom europejskim lek absolutnie na wszystko. Był tylko w jednej butelce. Oczywiście butelki można było zmienić, ale co to było, to nieważne. Prawdopodobnie alkohol to nie był, bo byłoby to zbyt drogie.
[14:31] - Wiktorze, tęsknota za czymś absolutnym.
[14:35] - Wtedy nie było akcyzy.
[14:38] - Za lekiem absolutnym, który uleczy absolutnie wszystko. W związku z tym jest tęsknotą, nie wiem, czy starą jak świat, ale na pewno tak starą jak cywilizacje. Cywilizacje mają to do siebie, że bardzo chętnie kupują opowieści o leku na wszystko. I to nie jest specyfika naszych czasów. To dotyczy średniowiecza. Każdy powie: „No, w średniowieczu to by wszystko uwierzyli”. Może. Ale podobnie było w starożytności. Nawet ci Grecy, którzy jawią nam się jako naród filozofów. Ci starożytni Grecy jako naród filozofów.
Oni tylko chodzili po tej swojej Grecji i dyskutowali filozoficznie. Oczywiście nieprawda. Zajmowali się kupą innych rzeczy, a między innymi wymyślaniem tego rodzaju opowieści o tym, jak się można różnymi preparatami uleczyć, co zresztą weszło do naszej kultury. Weszło do takiego kanonu opowieści o tym, że jednak gdzieś tam istnieje źródło wiecznej młodości, wiecznego życia, tego wszystkiego, o czym spora część ludzi marzy.
[15:51] - Nawet w naszej kulturze takiej kapeli jak Perfect poszedł taki tekst: „Jesteś lekiem na całe zło”.
[16:01] - O!
[16:02] - Generalnie to się nazywało panaceum. Dostało taką fantastyczną nazwę.
[16:07] - Tak jest. Stąd też po pierwsze ostrzegam, żeby tych Greków tak jednak nie ufilozoficzniać tylko i wyłącznie, bo poza tym, że chodzili tam filozofowie, to masa idiotów tam kręciła się po tej starożytnej Grecji skądinąd. Cóż, ale zostawmy lek na całe zło, czy też na wszelkie choroby, bo potencjalni czytelnicy mogą odnieść wrażenie, że książka jest o leku na całe zło. Tymczasem tak nie do końca. Tam się dużo dzieje. Moja ulubiona scena też na początku, nie wiem, czy w prologu tego nie ma. Kiedy pewien program komputerowy daje odpowiedź jednemu z bohaterów, co powinien w swoim życiu zrobić. Znajoma ta odpowiedź, bardzo mocno sięgająca czasów całkiem niedawnych. Słyszeliście państwo pewną radę, że trzeba zmienić pracę, wziąć kredyt i tak dalej. Bardzo podobnie odpowiada.
Zresztą nic dziwnego. Nie będę zdradzał dlaczego, ale ten program ma powody, żeby w ten sposób odpowiadać, w związku z czym wchodzimy już w tę część książki, która zajmuje się współczesnością, a właściwie tym, co będzie za jakiś czas. Mamy technologię i to już taką technologię mocno rozwiniętą. To znowu będę namawiał naszego gościa, żeby się z tego fragmentu tłumaczył.
[17:38] - Oczywiście zacznijmy od inspiracji. Jakiś czas temu pracowałem na stacji benzynowej, która była zlokalizowana w następującym miejscu. Było to postindustrialne miejsce koło cmentarza. Ja tam sobie siedziałem Po powrocie z Anglii, więc-
[17:59] - Przerwę. Ja zawsze przerywam, ale powiem: zestawienie postindustrialne miejsce koło cmentarza. To jest niesamowite.
[18:09] - Ale to jest rzeczywiście takie miejsce. Ponieważ miałem nocne zmiany, to siedziałem sobie i słuchałem opowiadań, audiobooków, które grzebałem i znajdowałem w sieci. I znalazłem takie jedno opowiadanie, którego nigdy wcześniej nie słyszałem. To było opowiadanie Philipa Dicka „O czym mówią umarli”. Dziwakowate opowiadanie. Generalnie opowiada o tym, że nawet po śmierci umysł posiada pewne potencjały, które kiedy się uruchomi, to można od nich odbierać informacje. I tam różni ludzie przychodzili do tych kostnic, podłączali tych swoich krewnych, żeby jeszcze przez jakiś czas z nimi sobie pogadać. I tak właśnie w tym momencie narodził się u mnie taki pomysł na aplikację, która pozwala połączyć się ze zmarłymi. I teraz bardzo boję się o to, żeby nie spalić tematu. To jest taka aplikacja, dzięki której można porozmawiać ze zmarłym i chyba więcej nie powiem na ten temat.
[19:24] - Tak. Próbując coś jeszcze przybliżyć, ale żeby nie za bardzo, bo książka ma być do czytania, a nie do tego, żebyśmy o niej w całości opowiedzieli. Próbując przybliżyć, powiem tylko tyle, że oczywiście nie jest tak do końca z tym kontaktem ze zmarłym, chociaż tak na dwoje babka wróżyła. To sobie państwo doczytajcie. Natomiast jest to ciekawy zabieg. Ja tylko powiem à propos Dicka. Dick miał w ogóle tego rodzaju odpały do rozmawiania z umarłymi. W kilku jego książkach, między innymi w tym kultowym „Ubiku” pojawia się też motyw rozmowy z ludźmi, którzy już umarli. Co więcej, oni nawet wiedzą, że się niedługo reinkarnują, że pójdą w nowe ciało i tego rodzaju informacje z tamtego świata umarłych przychodzą. Dick miał tego rodzaju skłonności, żeby takie oto wynalazki umieszczać.
[20:26] - Mam świetny pomysł, taki dickowski na współczesne opowiadania o Polsce. Tak jak żeście pociągnęli coś takiego. Otóż słuchajcie, Polska już umarła. Polski już nie ma. My tylko włączając telewizory albo włączając radio rozmawiamy z trupem. Po prostu.
[20:50] - Wiktorze, to jest złośliwa satyra polityczna. To co robisz w tej chwili, a nie opowiadanie.
[20:57] - Tak jak na przykład w Rosji mają coś takiego. Jest takie powiedzenie, że-
[21:02] - Zabijemy audycję.
[21:04] - W Rosji na przykład mają takie powiedzenie, że Rosja też umarła, tylko tego jeszcze nikt nie zauważył.
[21:10] - Tak, rzeczywiście w Rosji tak mawiają, że Rosja już umarła, tylko nikt nie zauważył. To prawda. Tak bywa. Wróćmy do książki, bo to jest kolejny moment. Mamy Warszawę w tej książce, ale Warszawę niby taką, jaką trochę znamy, bo mamy stare bloki, które dzisiaj sobie możemy spokojnie pozwiedzać, pooglądać w różnych częściach Warszawy. Ta zabudowa powojenna siłą rzeczy istnieje i wynika z książki, że istnieć jeszcze będzie jakiś czas.
[21:48] - To jest taka z lat 50.
[21:49] - Tak, powojenna, ewidentnie powojenna. Te blokowiska takie. Czy to pojedziemy aleją... Teraz to jest, jak ona się nazywa? Ludowej. Dalej jest Armii Ludowej.
[22:03] - Jest dalej Armii Ludowej, niestety tak.
[22:05] - Tak. Tam właśnie tego rodzaju blokowiska są z podwórkami. To też ma znaczenie w książce. Odgrywa to pewne znaczenie, te podwórka. Przypominam motyw, tę sytuację na śmietniku, przy śmietniku i tak dalej. W drugiej części książki się pojawiają. Ale jeśli chodzi o to, tak, jest ta Warszawa, której bloki takie są jak dzisiaj prawie. Natomiast nagle pojawiają się samochody, które dzisiaj byśmy nazwali inteligentnymi, które prowadzi sztuczna inteligencja, autonomiczne. One są co prawda autonomiczne tylko w obrębie szeroko pojętej Warszawy, bo później im ta inteligencja troszeczkę siada, a czasami poza Warszawę też bohaterowie się wybierają. Niemniej zobaczcie państwo, jak można bardzo płynnie przechodzić, operować niby dekoracjami z naszych czasów.
Wrzuca się pewne elementy, które już z naszych czasów nie są. I tak naprawdę... Zrobiłem to, co zawsze lubię robić w audycji. Tak naprawdę trudno zaprzeczyć, żeby to było nieprawdziwe. Podkreślam, naprawdę nieprawdziwe. Tego rodzaju zbiegi słów uwielbiam. Dlaczego? Dlatego, że tak właśnie wygląda nasza rzeczywistość. Pamiętam, kiedyś dyskutowaliśmy tutaj w redakcji o pewnym opowiadaniu, które dzieje się gdzieś tam w odległej galaktyce, w takim imperium kosmicznym. I jeden z zarzutów było, dlaczego w tym imperium w jednym miejscu potrafią coś zrobić, a w drugim nie?
Mówię: „Właśnie dlatego, bo to jest imperium, jest rozległe i w jednym miejscu jest centrum cywilizacji, a w drugim są obrzeża i powiedzmy, to tak jak u nas jest Europa i jest Afryka. W Europie pewne choroby nie są problemem, a w Afryce na nie się umiera”. Troszeczkę tak to wygląda i ta Warszawa w związku z tym, ona z jednej strony wydaje się nam, że ona jest prawie taka jak dzisiaj. A z drugiej strony są wrzucone tam wynalazki, które mówią nam: „Nie, słuchajcie, to nie jest dzisiaj. To jest za kilkadziesiąt lat”. I ja w to wierzę. Ja w ten obraz, który Wojciech Terlecki rysuje w książce „Era zwodnika”. Ja wierzę. Tak, to może wyglądać w tych czasach, o których książka opowiada.
[24:35] - Jestem głęboko przekonany, że tak będzie. O ile nie odważyłem się latających samochodów umieścić w powieści.
[24:44] - I chyba dobrze.
[24:45] - I chyba dobrze, bo to raczej trzeba by było przemodelować całą naszą wiedzę o fizyce, bo na razie nikt nie ma pomysłu, jak to zrobić, oprócz jakichś śmigiełek, które się kręcą w kółko i drony, które latają, hałasując nieprawdopodobnie. O tyle samochód, w którym będzie można wsiąść i zaprogramować trasę w ramach aglomeracji miejskiej sterowanej przez sieć 6G, jest bardzo prawdopodobny. Zresztą po to jest w tej chwili rozbudowywana sieć 5G, o którą bardzo się boją Amerykanie, że ją wdrożymy, bo stracą przewagę technologiczną nad Chińczykami. Wszystkie kamery, wszystkie urządzenia śledzące mogą być spięte i prowadzić taki samochód bardzo bezpiecznie. Zatrudniałem się w 1998 roku w Centrum Systemów Teleinformatycznych. Tam podjąłem pierwszą poważną pracę. Pierwsze projekty, które tam realizowaliśmy, to było właśnie wdrażanie Internetu, wtedy jeszcze 0.20, 0.21, 0.22 i jeszcze nie wierzyłem specjalnie, że będziemy mogli takie streamy robić przez Internet. Ja akurat wtedy zajmowałem się komunikacją, czyli tłumaczyłem ludziom, że nie muszą już wysyłać dyskietek między swoimi lokalizacjami, tylko że mogą spiąć transmisją danych. I wtedy naprawdę, mając wiedzę od inżynierów, nie wierzyłem, że to tak szybko pójdzie i że będziemy mogli tak prowadzić naszą działalność jak teraz.
[26:29] - Tak. Ja myślę, że to jest teraz dobry moment, bo apetyty zostały pobudzone wśród naszych słuchaczy. To teraz jest dobry moment, żebyśmy posłuchali pierwszego fragmentu książki Wojciecha Terleckiego „Era zwodnika”.
[26:52] - Prolog. Pashita. Santoa było miastem tylko w sensie geograficznym, jako punkt na mapie. Próżno by szukać tu jakiegoś centrum. No, chyba że uznamy za takie zlokalizowany naprzeciwko studni i przystanku autobusowego duży blaszany barak robiący za sklep. Autobusy kursowały regularnie raz w tygodniu, za wyjątkiem pory deszczowej, kiedy istniało niebezpieczeństwo, że podmyte drogi spowodują utknięcie pojazdu gdzieś w środku dżungli. W umownym centrum stał dwupiętrowy dom, którego elewacja bardzo dawno została pomalowana na kolorowo. Obecnie tynk łuszczył się i barwne miejsca przeplatane były płatami szarego betonu. W pokoju na piętrze siedziała grupka mężczyzn. Mieli skórę koloru naparu herbacianego, długie czarne włosy i rzadki zarost.
Ubrani w szorty i zakrywające ich bezwłose torsy jaskrawe koszule przygotowywali do palenia zioło. Jeden z nich ugniatał liście w kulki, drugi sprawnymi ruchami siekał je maczetą na podłodze. Wymieniali między sobą uwagi jedno-, dwusylabowymi słowami. Wkrótce można było nabić fajki. Wtedy zadzwonił telefon. Najstarszy z mężczyzn sięgnął po aparat leżący na stole. Chwilę słuchał. „Si” – stwierdził na koniec i rozłączył rozmowę. Usiadł na podłodze i coś powiedział do towarzyszy, którzy w odpowiedzi skinęli głowami. Kilka minut później dało się słyszeć silnik samochodu, który zatrzymał się przed wejściem do budynku.
Starszy człowiek wyjrzał przez pozbawione szyb okno. Na dole zaparkował wielki SUV z chromowanymi felgami, błotnikami, zderzakami i grillem. Masywne drzwi z zaciemnionymi szybami otworzyły się i na zewnątrz wyskoczył mężczyzna w eleganckim garniturze. Wydawało się, że wyczuł spojrzenie Indianina, bo podniósł głowę i zza przeciwsłonecznych okularów zmierzył wzrokiem obserwującego go mężczyznę. Uniósł obficie przyozdobioną pierścieniami rękę i pomachał przyjaźnie. Wkrótce razem ze swoim ostentacyjnie uzbrojonym kierowcą wszedł do budynku. Mężczyźni wdrapali się na piętro i przekroczyli próg pomieszczenia. Pukaniem nie musieli się trudzić, gdyż drzwi nie było i od środka odgradzała gości tylko sznurkowa zasłona przyozdobiona paciorkami. Starszy Indianin zbliżył się i uścisnął mężczyźnie rękę. Pozostali, siedząc na podłodze, nie przerywali palenia fajek, a przybyszy zaszczycili jedynie krótkim spojrzeniem i skinieniem głowy.
„Moi przyjaciele, słyszałem, że macie nowe zlecenie”. „Si” – potwierdził Indianin. Mężczyzna wyjął z teczki tablet i przywołał na ekran zdjęcie. Pokazał je gospodarzowi. „To ten człowiek” – bardziej stwierdził, niż zapytał. Stary Indianin nie wykazał większego zainteresowania. „Pochodzi z Europy” – kontynuował gość niezrażony. „Gringo to gringo” – wzruszył ramionami Indianin. „No, nie bardzo gringo.” Polaco. Twarz starego mężczyzny nie zmieniła wyrazu.
Gość rozejrzał się za miejscem, gdzie mógłby usiąść, lecz takiego nie znalazł, a perspektywa pobrudzenia spodni na podłodze nie wydała mu się atrakcyjna. Najbliższa pralnia, która mogłaby zmierzyć się z drogim garniturem, nie zamieniając go w stos poplamionych, wywiętych szmat, znajdowała się ponad 500 kilometrów od tego miejsca. Mężczyzna podszedł do stołu, sprawdził czystość jego krawędzi i oparł się o blat półdupkiem. No i jak go przyjmiecie? Zje u was zupę z małpy? Nie zje — zaprzeczył z pewnością w głosie gospodarz. Nie dacie mu? — zdziwił się mężczyzna. Damy, ale nie zje. Gringo nie jedzą zupy z małpy i trzeba ją dawać psom.
Po gringo nie wolno maczać łyżki w misce — rozgadał się starzec, dając świadectwo swojemu głębokiemu rasizmowi. Elegancki mężczyzna wsłuchiwał się w przemowę wygłaszaną łamaną hiszpańszczyzną, starając się uchwycić jej sens. To nie chodzi o gringo — przerwał zniecierpliwiony. Mam dla was specjalne zadanie. Ekstrapłatne. Sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął drewniane pudełko wielkości paczki papierosów. Ostrożnie uchylił wieczko i wyjął tłustą, owłosioną gąsienicę. Widok ten zainteresował wszystkich Indian. Wiecie co to? — zapytał.
Pashita — stwierdził Indianin. Smakowe — dodał drugi. Dacie mu to. Szkoda dla niego. Nie zje i będzie trzeba dać psom — rozpoczął przemowę starszy mężczyzna. Nie musi tego jeść. Musi to tylko znaleźć w dżungli. Indianin pomyślał chwilę, a potem skinął głową. Płatne ekstra. Z Tarapoto, ostatniej ostoi cywilizacji, wyruszył pojazd, który posiadał wszelkie znamiona, by można było nazwać go autobusem.
Jego sylwetkę mocno jednak zniekształciły poprzywiązywane do niego paczki i tobołki. W środku też nie było luźniej. Czterech bladolicych pasażerów, podróżując od dwóch godzin, brało udział w konkursie rzygania synchronicznego. To znaczy po epickiej walce z torsjami jeden nie wytrzymywał, co powodowało reakcję łańcuchową wśród towarzyszy podróży. Targani skurczami żołądka nie mieli siły przejmować się czystością drogich trekkingowych butów. Do okien brakowało dostępu. Gdyby nawet udało im się przecisnąć pomiędzy tekturowymi paczkami, plastikowymi beczkami i lnianymi zawiniątkami, wystawienie głowy przez nieoszkloną framugę, zawierającą jednak szczątkowe fragmenty szyby, przy najbliższym podskoku pojazdu groziłoby natychmiastową dekapitacją. Za obecne tortury winić mogli zarówno całkowity brak amortyzatorów w tylnym zawieszeniu samochodu, jak i upór szefa zespołu przy wyborze miejsc. Kiedy w Tarapoto życzliwy kierowca wskazał im kanapy tuż za swoim stanowiskiem, Janusz Torbak, szerzej znany pod pseudonimem Radagast, zdecydowanie zaprotestował. Na migi wskazywał tylną część autobusu, gdzie zamierzał ulokować się wraz ze swoim kamerzystą, dźwiękowcem i organizatorem wyprawy.
Michał Jabczak szkolną hiszpańszczyzną tłumaczył to kierowcy, który również w podobnym języku wyrażał kategoryczny sprzeciw. Pewnie chce nas naciągnąć na kasę — stwierdził Torbak z miną znawcy miejscowych zwyczajów. W tym czasie inni pasażerowie czekali, aż grupa VIP zdecyduje się zająć miejsca. Wykrzykiwali przy tym różne słowa, na których dźwięk ich kobiety ukradkiem chichotały. Prawdopodobnie również się rumieniły, ale kolor ich skóry skutecznie ukrywał ten efekt. W końcu szofer nie wytrzymał presji i napięcia i głośno krzycząc, a także machając rękami, pozwolił Europejczykom zająć miejsca, które sobie wybrali. Ekipa rozlokowała się na tylnej kanapie. Wkrótce zostali skutecznie odcięci od przodu pojazdu indiańskimi bagażami, wśród których znalazło się kilka klatek z przedstawicielami miejscowej i importowanej fauny. Przez kilka pierwszych kilometrów było nawet znośnie, ale po zjeździe z jako tako wyrównanej drogi rozpoczął się koszmar. Autobus starał się omijać dziury w nawierzchni, ale tylko te duże.
Wyrwy niewielkie i średniej wielkości dzielnie forsował, wyjąc niemiłosiernie silnikiem na pierwszym biegu. Indianie zainstalowali sobie ciężkie pakunki na kolanach, a rękoma trzymali się poprzedzających ich foteli. Europejczycy bez specjalnej nadziei rozejrzeli się za pasami bezpieczeństwa i rozpoczęli podróż przypominającą ujeżdżanie byka. W końcu wszyscy chwycili się pod rękę, tworząc masę trudniejszą do wyrzucenia w kierunku sufitu. Niestety nie pomogło to ich błędnikom i mogli pożegnać się z ostatnim cywilizowanym posiłkiem, który spożyli w czymś, co można było nazwać restauracją, przynajmniej ze względu na cenę serwowanych potraw. Napisać, że podróż minęła im bez dalszych przykrości, byłoby niewymownym okrucieństwem. Powiedzmy więc tylko, że wszyscy wyczerpani chorobą lokomocyjną popadli w otępienie i było im wszystko jedno, co się z nimi stanie. Nawet nie dostrzegli, że dotarli na miejsce z ponad trzygodzinnym opóźnieniem. Aby być sprawiedliwym, nie zauważył tego nawet kierowca, jak również jego indiańscy pasażerowie. Dla nich informacja, że w ogóle dotarli, była wystarczającym powodem do zadowolenia.
Autobus opustoszał. Europejczycy powoli wstali z miejsc i na nogach z waty ruszyli w stronę wyjścia. Kierowca coś do nich mówił, jednak zlekceważyli go. Wkrótce cała grupa zaległa w pobliżu pompy przy studni. „Sprzęt” – szepnął Radagast, trącając ramię Jabczaka. Ten wstał i z kieszeni wyjął zwitek miejscowych pieniędzy. Niepewnym krokiem podszedł do Latynosów przyglądających im się z zaciekawieniem, ale bez śladów współczucia. – El equipaje. Descargar – zarządził słabym głosem. Kilku młodzieńców przyjęło banknoty.
Zapewne ich wartość przekraczała koszty zamówionej usługi, gdyż bez targowania się wynieśli rzeczy Europejczyków i ułożyli z nich stosik przy studni. – Seniora. – Jabczak wyjął z kieszeni notatnik. – Fenan Tusqueros Gomeles? – Si. – Skinął głową jeden z Metysów i gestem nakazał bosemu chłopakowi sprowadzić wymienionego z nazwiska człowieka. Europejczycy powoli dochodzili do siebie. Uspokoili żołądki i sięgnęli do plecaków. Napili się wody z plastikowych butelek. Mirosław, młody kamerzysta, nabierał przekonania, że powinien przyjąć alternatywną propozycję pracy.
Reklama szczoteczki, która myje zęby nawet w niedostępnych miejscach, wydała się teraz bardzo atrakcyjna. Zwłaszcza że pewnym wyzwaniem mogło okazać się sfilmowanie tych niedostępnych miejsc, gdziekolwiek by się znajdowały. Od strony budynku, który zapewne był hotelem, zbliżał się do nich niewysoki, lekko tęgi Metys. Ubrany był w strój koloru khaki, jednak bez wątpienia był to ten sam człowiek, który wcześniej imponował tubylcom przepięknym garniturem. Z daleka zlustrował gości. Kamerzystę i dźwiękowca zlekceważył. Przygrubego mężczyznę również. Skierował się natomiast ku Torbakowi, który z trudem wstał z ziemi. – Fenan Tusqueros Gomeles. – Metys pewnym gestem wyciągnął przed siebie rękę.
– Radagast. – Torbak uścisnął mu dłoń. – Mam nadzieję, że podróż minęła znośnie. – Metys lekko się uśmiechnął. Szczupła, pociągła, przyozdobiona szpiczastą bródką twarz Radagasta skrzywiła się w uśmiechu. – Niestety nie tak, jak byśmy chcieli – stwierdził, ciesząc się, że jego rozmówca posługuje się przyzwoitym angielskim. – Zatem przejdźmy do rzeczy. W mieście mamy tylko jeden hotel. – Fenan wskazał ręką budynek. – Jego zaletą jest to, że jest.
Ale dla tak doświadczonych podróżników jak wy pewne niewygody nie będą stanowiły problemu. Radagast nie odpowiedział. Patrzył na łuszczącą się farbę. Czuł się doświadczonym podróżnikiem, jednak dotychczas penetrował florę w mniej egzotycznych miejscach. Niestety promowanie w programie rumiankopodobnych roślin nie przysparzało mu widowni. Owszem, jego twarz była rozpoznawalna, jednak nie wśród targetu przynoszącego największe wpływy reklamowe. Potrzebował egzotyki, tajemnicy i dreszczyku emocji. A gdzie szukać takich wrażeń, jak nie w krainie, w której prawie każde fruwające i pełzające stworzenie chce napić się twojej krwi? Do wyprawy przekonał swojego agenta. Za małą stawkę i obietnicę przygody wynajął kamerzystę i dźwiękowca.
W końcu zarezerwował najtańszy bilet lotniczy do miasta znajdującego się najbliżej dżungli. – Oczywiście. To żaden problem – odezwał się w końcu, próbując nadać głosowi stanowcze brzmienie. Wydawało się, że Gomeles albo doznał jakiegoś skurczu brzucha, albo stara się ze wszystkich sił powstrzymać śmiech. – Coś się panu stało? – zapytał lekko zaniepokojony podróżnik. – To tylko niestrawność. – Machnął ręką Metys. – Wszystkiemu winna ta indiańska dieta bogata w miejscową faunę. Może się rozliczymy.
Wie pan, nigdy nie wiadomo, co czeka nas w dżungli. Torbak westchnął ciężko i skinął głową w kierunku Jabczaka. Ten z ociąganiem uniósł z ziemi swoje kilkadziesiąt kilogramów nadwagi i zaczął przeliczać wydobyte z sakwy banknoty. – Proszę również, by panowie w sprawach rozliczeń finansowych z miejscowymi zdali się na mnie. Nie ma potrzeby, by moi podopieczni dawali się naciągać. A uwierzcie mi, że ceny tu są bardzo umowne, bo ogranicza je jedynie wyobraźnia miejscowych. W większości języków Indian funkcjonują tylko trzy liczebniki: jeden, dwa i dużo. A dużo to znaczy naprawdę dużo. Jabczak skinął głową i przekazał Metysowi kilka dodatkowych banknotów. Cała ekipa zebrała się w małym barze hotelowym.
Gdyby o pomieszczeniu tym powiedzieć, że jest skromnie umeblowane, byłoby to nadmiarem łaskawości dla aranżera przestrzeni. – Jutro zawiozę panów do obozu Indian – zapowiedział Gomeles. – Ruszymy rano, więc przed wieczorem powinniśmy być na miejscu. O ile oczywiście drogi będą przejezdne. – Skinął na nieletniego chłopaka pełniącego obowiązki barmana. Młodzieniec nalał im po szklaneczce bursztynowego płynu. – All inclusive. – Metys wyszczerzył białe zęby, a następnie kontynuował: – Zabierzemy cały sprzęt. Proponuję, panowie, byście napili się dziś whisky. Całkiem dobra.
To pozwoli wam łatwiej zasnąć. Przed położeniem się koniecznie sprawdźcie moskitiery, a nad łóżkiem rozpylcie ten repelent. – Podał im dwie puszki sprayu. – Jest zakazany w Europie, ale to jedyny skuteczny preparat w tych warunkach. Jabczak z niepokojem przyglądał się prostej etykiecie, na której głównym elementem dekoracyjnym była trupia czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami wpisana w pomarańczowy kwadrat. Tak więc bawcie się dobrze. Fenan jednym haustem dopił napój i zgrabnie zeskoczył ze stołka barowego. Korzystajcie z uroków cywilizacji. Możecie przejść się po mieście, chociaż – zamyślił się na chwilę – nie bardzo wiem po co. Uścisnął im dłonie, po czym skierował się do wyjścia.
Aha, jak skończycie, to dajcie chłopakowi jakiś napiwek. Nieczęsto mamy tu gości – dodał i opuścił hotel. Podróżnicy, stosując się do rady przewodnika, spędzali czas w barze. Jednak pod wieczór wstawiony Torbak zarządził, że zrobią dzisiaj jakieś zdjęcia. Sfilmują trochę budynków, może jakąś grupę mieszkańców. Operator kamery niepewnym krokiem podszedł do drzwi hotelu i wyjrzał na zewnątrz. Określił porę dnia i pozycję słońca. Dzisiaj już nie damy rady. Zanim się rozstawimy, światło będzie do niczego. Pan nie przesadza – poparł swojego szefa Jabczak.
Pokamerujemy tylko w najbliższej okolicy. W oczach młodego członka ekipy pojawił się błysk złości. Kamerują to buraki nad Bałtykiem tłuste dupy swoich żon. Profesjonaliści filmują. Skoro ekspert mówi, że nie, to nie – wtrącił Radagast, chcąc uciąć niesnaski w zespole. Zdał sobie sprawę, że nie jest pewien, jak w obecnym stanie udałby mu się komentarz. Lepiej było pozostać w hotelu. Resztę wieczoru spędzili na chaotycznych rozmowach na temat planu zdjęć, ustawiania ujęć i tym podobnych sprawach. W końcu ruszyli do swoich dwuosobowych, bardziej niż skromnych pokoi. Nie wiedzieli, że ruszają na wojnę.
Na początku przekonali się, co ukrywa się pod pojęciem szczelność. W oknach nie było szyb, tylko drewniane okiennice z założenia mające utrudnić wniknięcie do środka stworzeniom wielkości myszy lub cherlawego szczura. Niestety wszystkie istoty posiadające szkielet chitynowy nie miały problemów z pokonaniem tej bariery. Zapewne w celu naprawienia tej niedoskonałości room designer zainstalował gustowne zasłony. Takie, które mogły utrudnić dostęp do pokoju tylko wyjątkowo durnej musze. A takie w wyniku selekcji naturalnej w tej szerokości geograficznej już dawno wyginęły. Przetrwały tępe małe muszki, które swą głupotę nadrabiały nieprzebraną ilością. Z owadów latających drugą dominującą grupę stanowiły moskity. Te również nie były inteligentne, ale za to zdesperowane i wyposażone w genialny system namierzania istot wydalających dwutlenek węgla. Kto zatem miał największe szanse wygrać starcie człowiek kontra przyroda?
W pokoju pojawili się przedstawiciele gatunku homo sapiens, dla których zwalenie się na łóżko wiązało się z przejściem przez barierę moskitiery. Zależnie od odporności na miejscowy alkohol niektórym udało się łatwiej znaleźć drogę pomiędzy połami przejrzystej tkaniny. Innym zajęło to znacznie więcej czasu. Kiedy padli na łóżka, niektórzy, kierowani resztką świadomości, podjęli próbę zasłonięcia moskitiery. Inni, zirytowani tą niewystępującą w innych szerokościach geograficznych przeszkodą, po prostu zasnęli. Tymczasem dla owadów dostanie się do śpiącego człowieka nie stanowiło żadnego problemu. Za to ponowny powrót w otwartą przestrzeń pokoju był prawie niemożliwy. Ciekawy problem dla inżynierów produkujących osłony przed komarami, muchami, pluskwami i drobnymi pajęczakami. Rozpoczęła się druga część imprezy. Wyżerka bezkręgowców.
Niektóre zadowalały się naskórkiem, inne zlizywały pot, a największa grupa kaleczyła ciała na różne, mniej lub bardziej wyrafinowane sposoby, próbując dostać się do crème de la crème ludzkiego organizmu, czyli krwi. Oczywiście nie mogło to zostać niepostrzeżone przez śpiący szwedzki stół. Ciepłokrwiste żywe stołówki pod naporem masy bodźców stopniowo wracały do świadomości. Ich system obronny na początku uruchomił nieświadome odganianie się od natrętów. Jednak wraz ze wzrostem antygenów wnikających pod skórę rozpoczął się proces intensywnego usuwania ich za pomocą brudnych paznokci, który nazywamy drapaniem. A ponieważ oba te działania nie przynosiły spodziewanego efektu, do ciał wracała świadomość, by na koniec zupełnie rozbudzić zdezorientowane ludzkie jednostki. Ofiary ataku dość szybko zdały sobie sprawę, że dotychczasowe próby obrony przed insektami nie przyniosły im zwycięstwa. W związku z tym zdecydowali się na użycie broni ostatecznej. Rozpylili w pomieszczeniach całą zawartość dostarczonych im przez medycyna pojemników i wycofali się na korytarz. Po krótkiej wymianie zdań postanowili zejść z powrotem do baru, jednak ten okazał się zamknięty.
Wrócili więc na piętro w pobliże swoich pokoi i wtedy dźwiękowiec przypomniał sobie, że ma w plecaku butelkę dżinu lubelskiego. Odbyła się krótka dyskusja, czy da się pić dżin bez toniku, cytrynki i lodu. Lód i cytrynka zostały dość szybko wyeliminowane z zawodów. Tonik poległ w następnej rundzie. Fernan przybył o świcie. Na pierwszego ze swoich podopiecznych natknął się już na schodach. Na półpiętrze leżał zawinięty w koc… No właśnie, nie bardzo było wiadomo kto. Metys nie zamierzał budzić śpiącego gringo, dlatego wyminął nieszczęśnika i dotarł do najbliższego pokoju. Na łóżku, szczelnie zawinięty w moskitierę, kulił się wysoki młody chłopak, w którym Gomelez rozpoznał kamerzystę.
Jego kolega dźwiękowiec okazał się najwytrzymalszym zawodnikiem. Udało mu się dotrzeć do łóżka i w miarę poprawnie zabezpieczyć moskitierą. W drugim pokoju chrapał torbak. Suma kontrolna się zgadzała. Fernan zszedł na parter, gdzie miejscowe dziewczyny przygotowywały gościom śniadanie. Poinformował je, by się nie spieszyły. Podróżników obudził upał. Było już południe, gdy Radagast postanowił wziąć kąpiel. Druga izba apartamentu zasłonięta została kotarą. Za nią pod sufitem podwieszono sitko prysznica, a zawór uruchamiało się poprzez pociągnięcie za sznurek zakończony czymś, co w latach 50.
ubiegłego stulecia było pewnie gustowną ceramiczną rączką ozdabiającą łazienkę amerykańskiego urzędnika należącego do niższej klasy średniej. Zresztą historia tego drobiazgu to prawdziwa epopeja. Urzędnik ów w 1968 roku z powodu wypalonych dziennie dwóch paczek Chesterfieldów zmarł na raka płuc. Jego żona wyprowadziła się do dorosłych dzieci, z których jedno płci męskiej robiło karierę w administracji federalnej, podczas gdy młodsza córka studiowała na miejscowym uniwersytecie. Dom kupiła para Murzynów na dorobku. Stare wyposażenie sprzedali na wyprzedaży garażowej. Ceramiczna rączka od spłuczki toalety przedstawiająca syrenę wyłaniającą się z muszli lub czegoś podobnego trafiła do mniej zamożnej czarnej rodziny, gdzie od początków lat 80. stała jako bibelot zdobiący pudło telewizora. Niestety wkrótce właściciele mieszkania wyprowadzili się na tamten świat. Kobieta umarła z powodu przewlekłej otyłości i powikłań cukrzycowych, a jej mąż z przyczyny niewydolności wątroby zalewanej codziennie litrem taniej gorzały.
Dzieci podobno mieli, ale nikt z sąsiadów nie wiedział, co się z nimi stało. Mówiono o jakichś gangach i prostytutkach, lecz to była dość powszechna historia w tej okolicy, więc mogła dotyczyć każdego dzieciaka. Dość, że cała zawartość mieszkania stała się mieniem bezspadkowym o tak lichej wartości, że nikomu nie chciało się jej ukraść, dlatego przeszła na własność Skarbu Państwa. Skarb Państwa nie mógł tego tak po prostu wyrzucić na śmietnik. Dlatego stanowy urzędnik socjalny spakował wszystko do kartonów i zdeponował w magazynie, opisując jako wartości ruchome. Kwit poświadczający zawartość magazynu został zdeponowany w banku, a ten przerobił go na aktywa trwałe, dzięki którym mogą użyć ich pod zastaw akcji kredytowej. Pech chciał, że magazyn znajdował się w Nowym Orleanie, który nawiedziła w sierpniu 2005 roku wielka powódź. Podczas cofania się fali wody całe to dobro narodowe spłynęło do Oceanu Atlantyckiego, stając się przyczynkiem do powstania globalnego kryzysu finansowego. Sam zaś ceramiczny uchwyt wyłowił przy plaży Paradise Beach w Punta Sal, Tumbes turysta płetwonurek. Przedmiot ów nabrał ponownie wartości jako dowód na istnienie zaginionej przed wiekami cywilizacji Atlantydy.
Do czasu, aż ktoś po starannym oczyszczeniu artefaktu dostrzegł na nim wytłoczone znaki manufaktury garncarskiej. Zawiedziony archeolog amator przed powrotem do kraju, chcąc uniknąć opłaty za nadbagaż, wyrzucił go na lotnisku do kosza. Stamtąd trafił on na wysypisko śmieci, gdzie został odnaleziony przez odzyskiwaczy wszystkiego, co się nada do sprzedania. Na pchlim targu dostrzegł go młody Fernan Tuskeros Gomelez i zakupił za równowartość puszki piwa, ale netto, nie licząc ceny opakowania. Sama aluminiowa puszka znacznie przewyższyłaby wartość transakcji, stanowiąc równowartość dwudniowego wyżywienia rodziny zamieszkującej miejscowe slumsy. Fernan to ceramiczne cudo chciał wykorzystać w rozliczeniach z miejscowymi Indianami, którzy świadczyli mu pewne usługi. Ci jednak wyśmiali go, żądając twardej amerykańskiej waluty. I tak oto ceramiczna rączka trafiła do miejscowego hotelu, a konkretniej do pomieszczenia nazywanego tu łazienką. I ją właśnie trzymał teraz w ręce Radagast, zastanawiając się, co się stanie, gdy pociągnie za sznurek. Długo nic się nie działo, aż w końcu popłynął strumień najpierw rdzawej, a potem klarownej cieczy o zadowalającej temperaturze.
Tego dnia Gomelez odmówił wyruszenia do dżungli. Twierdził, że jest już za późno i przed zmrokiem nie dotrą do miejsca zaplanowanego na obóz. Ekipa, chcąc nie chcąc, musiała zostać w hotelu na jeszcze jedną noc, co znacznie poprawiło wynik finansowy tej placówki. Nie tracili jednak czasu, gdyż sfilmowali miasteczko i jego główną i centralną atrakcję – studnię. Radagast rozwodził się nad rolą wody dla miejscowego ekosystemu i zdrowia człowieka. Opowiadał, że substancja ta posiada pamięć, której zapis w przyszłości da się odczytać, jeżeli naukowcy solidnie wezmą się za ten problem. Napis znajdujący się na rączce studni dotyczący producenta żeliwa i organizacji instalującej te urządzenia w ubogich miejscach świata dostarczył materiału na kolejnych pięć minut programu, z czego w ostatecznym montażu zachowa się pewnie nie więcej niż 30 sekund. Tego wieczoru pozwolili sobie tylko na piwo. To znaczy napój uchodzący za piwo w tej okolicy. Produkowano go wyłącznie z kukurydzy, bo o chmielu nikt tu nigdy nie słyszał.
Następnego ranka Henan zastał spakowaną i gotową do drogi ekipę.
[56:18] - Teraz wypadałoby powiedzieć: autorze, tłumacz się dalej. Może nie z tego fragmentu, którego wysłuchaliśmy, ale w ogóle z tej książki. Bo jak każda dobra książka sensacyjna, ona ma taki moment, w którym człowiek mówi sobie: „Kurczę, nic nie rozumiem”. W dobrej książce sensacyjnej taki moment musi być. Bo mamy jakieś komplikacje z lekiem na nowotwory. Dziwne komplikacje zahaczające o szpital. Tam się rzecz dramatyczna wydarza. Mamy rodzaj prawie sekty. Tu postawię cudzysłów taki ogromny, ale tak to sobie można wytłumaczyć, przynajmniej na początku. Mamy relację dwojga dosyć młodych ludzi, kochających się, a w każdym razie mających się ku sobie.
To lepsze określenie. Rzecz się komplikuje, bo w dodatku jeden z tych młodych ludzi... Nie, to źle brzmi. Facet jest policjantem, ona jest dziennikarką. W związku z tym zaczynają do niego docierać jakieś dziwne sygnały z tamtejszej rzeczywistości. Ona też dostaje namiary na to, że dzieje się coś dziwnego. I mamy sytuację, w której nie bardzo widzimy do końca związek pomiędzy tym, z tą medycyną naturalną, tak to określmy, a tym, co się dzieje. Tam gdzieś jeszcze w pewnym momencie pojawia się wątek, nazwijmy go emigranckim, ale to też nie jest takie proste. Mamy sytuację, że czytelnik mówi sobie: ale o co chodzi? Szanowny autorze, teraz dalej się tłumacz.
[58:27] - O co chodzi, to musi sobie doczytać do końca.
[58:29] - Broń Boże!
[58:31] - Matko, po prostu ja powiem, o co chodzi.
[58:33] - Nie.
[58:34] - Już mamy spaloną sprawę.
[58:35] - Nie, broń Boże.
[58:36] - Natomiast o co chodzi. Pierwszy swój taki pozapracowy tekst, który napisałem, pojawił się na łamach Racjonalista.pl i redakcja mu nadała tytuł „O sektach z autopsji”. I tutaj musimy się cofnąć troszeczkę do fantastycznych czasów końca lat 90. Na pewno macie z tym jakieś wspomnienia, więc ja tutaj zajawię, a wy mi tu troszeczkę pomożecie. Może się podzielicie takimi wspomnieniami. Gdzie na polskim rynku literackim pojawiła się literatura new age. Gdzie na polskim rynku pojawiły się grupy religijne, ponieważ już można było wejść i tutaj prowadzić swoją działalność. I ja się zetknąłem, ponieważ kręciłem się przy Polskim Towarzystwie Parapsychologicznym i zetknąłem się z takimi ludźmi. I to bardzo mnie poruszyło. Poruszył mnie zwłaszcza charakter liderów tych grup.
Niektórzy byli naprawdę walnięci, ale spotkałem też bardzo niebezpiecznych ludzi, ale nie tak niebezpiecznych, jak to się potocznie sądzi. Czyli że na przykład taka grupa jest w stanie komuś zrobić krzywdę czy przemocowo traktować. Natomiast podstawowym ich celem było pozyskiwanie ludzi, którzy są w pewnej stresowej sytuacji, przy pewnym problemie i zaciągnięcie ich do nich i wykorzystywanie do swoich celów.
[01:00:16] - Uzależnienie ich od siebie troszeczkę.
[01:00:18] - Później następuje to uzależnienie. Ja opisuję ten proces, mam nadzieję, że dosyć dobrze w książce. Proces uzależnienia. Na szczęście główna bohaterka, i tutaj niekoniecznie dała się dzięki wsparciu przyjaciół uzależnić. Natomiast takich ludzi autentycznie spotkałem. Jeżeli chodzi na przykład o postać Ester Malek, to jest wzorowana na pewnej rzeczywistej postaci, o której nie powiem, bo ona podejście żyje i mnie do sądu poda. Jakby co, to lepiej nie.
[01:00:53] - Tak, ale sytuacja, tak jak powiedziałem, komplikuje się. Zastanawiam się, proszę państwa, na ile głęboko możemy wejść w akcję tej książki, żeby państwu zabawy nie zepsuć. I cały czas kombinuję, jak to głęboko ma być.
[01:01:15] - To jest najtrudniejsze chyba. Prowadzimy rozmowę.
[01:01:18] - Ja sobie trochę pokombinuję, a Wiktor ma ochotę coś powiedzieć.
[01:01:22] - Jak tutaj autor mówił, żeby wspomnieć te lata 90., to ja bardzo doskonale pamiętam, jak na polskim rynku budowana była taka sekta
[01:01:35] - Która zbudowała potężne zaplecze. Istnieje do dzisiaj i ma się dobrze. Jest to sekta Adama Michnika, bo poza partiami, poza całą sferą polityczną w Polsce istnieje potworna, potężna sekta.
[01:01:59] - Trudno się nie zgodzić.
[01:02:02] - Mimo wszystko, panowie, będę interweniował. Nie to dlatego, żebym mówił, że Wiktor nie ma racji. Natomiast mamy program o książkach, rozmawiajmy o książkach, bo po prostu-
[01:02:14] - Nie nazywajmy problemu po imieniu.
[01:02:15] - Nie, to nie chodzi o to. To nie jest w tej chwili nasz problem, a algorytm YouTube'a ma to do siebie, że on pewne rzeczy bardziej lubi, a pewne rzeczy lubi mniej, a sobie z algorytmem nie pogadasz, bo głupi jest i będzie głupi jeszcze bardzo długo.
[01:02:31] - Nie będziemy chleba zabierać ihm piesom.
[01:02:33] - Właśnie. Dokładnie. Więc rozmawiajmy o książce. A wracając do sekt, ja przez długi czas także się interesowałem mechanizmami działania tego rodzaju grup. I znowu była taka sekta, nie wymieniajmy jej z nazwy, bo ona też była w swoim czasie wojownicza. Może ktoś jeszcze pozostał i też będzie równie wojowniczy. W każdym razie ona bardzo mocno mówiła o tym, że przylecą ci obcy i nas uratują przed zagładą. Te statki kosmiczne, czy się wyprowadzimy z Ziemi i tak dalej. I ona była rzeczywiście dosyć, szukam dobrego słowa, agresywna. To takie przybliżenie.
Dlaczego agresywna? Ponieważ ja interesując się tą sektą nawet miałem ochotę napisać o niej rodzaj reportażu, a w każdym razie pewnego artykułu. Ale jak sobie wszedłem na fora różnego rodzaju, między innymi na takie forum się musiałem zapisać i to niełatwo wcale było, ale w końcu się udało. To jak sobie poczytałem, co ci ludzie tam wypisują, to stwierdziłem, że ja już nie chcę pisać tego reportażu. Tego artykułu też nie chcę pisać. Miałem takie głębokie poczucie, że to nie jest bezpieczne. I nie dlatego, że oni mnie otoczą i natychmiast wciągną w swoje niecne wierzenia. Nie. Zacząłem się po prostu obawiać tych ludzi, bo oni chyba byli gotowi dla tej swojej idei, właściwie parareligijnej, zrobić bardzo dużo. To, w jaki sposób oni rozmawiali ze sceptykami i w jaki sposób rozmawiali z ludźmi, którzy mieli po prostu pytania.
Może czasami wyrażane w sposób nazbyt sceptyczny czy bardziej wątpiący, ale jednak pytania. Bardzo niski był próg agresji. Słownej, co prawda, bo to fora internetowe. Jeszcze wtedy fora działały i były bardzo modne, ale jednak ten próg agresji był bardzo nisko, więc stwierdziłem, że jak ja mam później tych ludzi spotykać jak w dobrym reportażu, to powinienem się przynajmniej z nimi spotkać, jakoś coś pogadać z nimi. Chyba nie chciałem tego robić i do dzisiaj nie żałuję. Bo to było w gruncie rzeczy, znowu nadużyję słowa „traumatyczne”, ale to było w jakimś stopniu przynajmniej traumatyczne przeżycie. Czytanie tego forum, na którym ci ludzie, którzy mieli być uratowani, przypomnę, przez kosmitów na statkach kosmicznych, wywiezieni z Ziemi, która ulegnie zagładzie. Miałem poczucie tego, że ja nie chcę z nimi o tym rozmawiać.
[01:05:23] - Nie wiem, będę zgadywał. Czy ta sekta to jest grupa stworzona przez wybitnego pisarza science fiction L. Rona Hubbarda?
[01:05:31] - Nie. To już jest kościół. Tę grupę, którą stworzył Hubbard, czyli Kościół scjentologiczny, miałem okazję zaobserwować troszeczkę z zewnątrz, ale u naszego sąsiada, będąc w Niemczech. W Hamburgu, w centrum miasta jest świątynia scjentologiczna z wielkim złotym krzyżem z daleka. I zapytałem znajomych, z którymi tam byłem, którzy mieszkają w Hamburgu, co oni wiedzą o tym kościele. Na co się jedna z osób uśmiechnęła i powiedziała mi: „Słuchaj, moja koleżanka tam kiedyś poszła i uciekała stamtąd tak szybko, jak mogła, bo miała wrażenie, że jeśli zostanie jeszcze 15 minut, to ona do nich przystąpi”. Tacy są nieźli w robieniu wody z mózgu. I dokładnie to było wypowiedziane jednak z pewnym strachem. To nie było to, że gadali głupoty i ona stamtąd spierniczała. Nie.
Ona spierniczała, bo czuła, że się za chwilę da przekonać, że tak jest, jak oni mówią. I dlatego trzeba uważać z tymi sektami. Tu mamy sektę w książce „Era zwodnika”. Ja cały czas zwracam uwagę na ten tytuł „Era zwodnika”. To też ma swoje znaczenie dla wszystkich ewentualnych czytelników. Podkreślam to. Ta sekta, która tutaj jest, dobrze autor pokazuje, że sekta ma jedno, drugie, może czasami trzecie oblicze. Ma to oblicze, nazwijmy je obliczem wyznawców. Szukamy nowych wyznawców, coś im mówimy, jakąś prawdę, ale ma też oblicze czysto pragmatyczne, właściwie związane z liczeniem pieniędzy. Tak rzecz wygląda.
Ale to liczenie pieniędzy, pieniądze nie biorą się znikąd. W związku z czym taka sekta, w tym wypadku ta sekta z książki, doskonale wie, skąd się biorą pieniądze. I okazuje się, że ci ludzie, którzy kierują tym wszystkim, to nie są jacyś nawiedzeńcy, jacyś ludzie, którzy dostali jakiegoś nawiedzenia i w związku z tym głoszą jakąś odmianę słowa. Tylko to są ludzie, którzy całkiem nieźle kombinują, całkiem nieźle- Kalkulują to wszystko, co im się opłaca, co się nie opłaca, jak to powinno być zorganizowane. Myślę, że te fragmenty książki, w których opowiada autor o tym, jak to działa, siłą rzeczy oczywiście są pewnym skrótem, są pewnym naświetleniem tego problemu, ale jednak to jest ten element książki, który jest bardzo fajny, bo pokazuje kawałek życia. Może dla niektórych będzie przynajmniej ostrzeżeniem.
[01:08:28] - Powinien być ostrzeżeniem. Jeżeli ktoś chce więcej, to zapraszam. „O sektach z autopsji” Wojciech Terlecki, google sobie i tam jest ten temat, mam nadzieję, że szczegółowo poruszony, jeśli chodzi o zagrożenia, jeżeli chodzi o to, w jaki sposób sekty rekrutują, co mogą dać i jak mogą człowieka zniszczyć.
[01:08:51] - Bardzo zabawnym momentem w książce jest przedstawienie targów ezoterycznych czy takich targów, na których się dużo dzieje. One są też przedstawione z dystansem, właśnie na zasadzie, że sporo jest tam jednak szarlatanerii na tych targach.
[01:09:17] - Sporo to tak delikatnie powiedziawszy.
[01:09:21] - Ja powiem tak: troszeczkę przy tym fragmencie książki miałem jednak pewne obiekcje, bo to prawda, ja się zgadzam. Na tego rodzaju targach byłem przynajmniej na dwóch tego rodzaju imprezach. Po prostu nie tęskniłem za kolejnymi, w związku z czym się nie wybierałem. To jest takie pomieszanie z poplątaniem, bo zastanawiam się, kto jeździ na takie targi. Myślę, że spora część ludzi to są ludzie, którzy robią biznesy na czymś niesamowitym. W związku z czym zawsze mam wątpliwości, czy te wróżki, które tam występują, ci wszyscy tarociści, to oni przyjechali tam po to, żeby coś głosić, czy po to, żeby zarabiać kasę? Odpowiadam sobie oczywiście w sposób niemy, że na targach to są jednak ci, którzy trzepią kasę, kasiorę i to się robi na targach, bo tu pewno moglibyśmy dyskutować, jako że autor gdzieś tam z portalem Racjonalista.pl ma dużo wspólnego, to pewno moglibyśmy dyskutować, jak to jest z tarotem w ogóle, jakie on ma znaczenie i czy ma znaczenie. Natomiast tu się generalnie co do targów myślę, że zgadzamy, że tam na targach trzepie się kasiorę i tyle ma to wspólnego z tarotem czy w ogóle ze sprawami niesamowitymi.
[01:10:47] - Tarot to od razu wyjaśnijmy, bo to jest dosyć prosta sprawa. To jest mechanizm zimnego odczytu. To jeżeli osoba rozkładająca karty wejdzie w dobrą relację ze swoim klientem, to naprawdę jest w stanie dużo opowiedzieć na podstawie informacji, które wydobędzie od niej. Tak że to jest taka metoda. Jeżeli ktoś wierzy w to, że rozkładanie kolorowych obrazków jest w stanie opowiedzieć o przyszłości, to jest trochę naiwne, natomiast rzeczywiście może opowiedzieć o człowieku, z którym się jest w relacji tarocista i osoba rozkładająca karty.
[01:11:33] - Zaraz, ale w tej chwili w edukacji, że tak powiem, preferowany jest taki system robienia testów. A testy to jest mniej więcej dokładnie coś takiego jak rozkładanie kart przed delikwentem, i to rozłożenie kart, odczytanie tego rozłożenia kart decyduje właściwie o życiu człowieka przyszłym. Wstawia go w takie kolejne albo odrzuca, albo winne i tak dalej. Czyli testy to jest właściwie coś takiego bardzo podobnego do tarota, tylko dokonywane dzisiaj już przez komputery, przez sztuczną inteligencję, kiedyś przez jakąś komisję.
[01:12:21] - O jakich testach mówisz? O testach wiedzy czy testach predyspozycji?
[01:12:25] - Testy wiedzy.
[01:12:26] - To jest taki ubogi sprawdzian wiedzy człowieka.
[01:12:31] - Zwracam jednak uwagę, że może on jest ubogi, ale jest preferowany w tej chwili. Czyli tak naprawdę doprowadzamy do tego, że obniżamy próg wiedzy, a go nie podnosimy. Bo jeśli delikwent musi o jakiejś sytuacji, o jakimś zjawisku, o jakiejś innej rzeczy nam opowiedzieć i obserwujemy go, jak on o tym opowiada, od razu widać to à propos zimnego odczytu. Przeciętny nauczyciel, przeciętny profesor, który słucha studenta czy słucha ucznia, doskonale widzi, jak on opowiada o czymś, gdzie są te momenty, w których może uderzyć i zapytać i ten uczeń, ten student nie będzie wiedział w danym momencie, to po głosie czasami słychać. Chyba że ktoś jest bardzo dobrym aktorem, to jest inna sprawa. Natomiast generalnie jest tak, że jak ktoś musi opowiadać o czymś dosyć szczegółowo, to zawsze są takie momenty, w których czegoś nie doczytał, czegoś nie jest pewny, coś mu tam brakuje. Zazwyczaj gładko się nad tym można przemknąć i wtedy już troszeczkę od tego wykładowcy, od tego nauczyciela zależy, czy uderzy w to miejsce, czy nie uderzy. To à propos wyższości sprawdzania wiedzy w taki sposób tradycyjny. On jest co prawda długi, bo test to się sprawdza: zgadza się z kluczem, nie zgadza się, zgadza się, zgadza się i już.
[01:13:56] - Puśćmy ułatwiznę, bo nie mamy nauczycieli, tylko mamy urzędników państwowych.
[01:14:00] - Wiedzy nie mamy. Trochę tak.
[01:14:03] - Marek, tak jak mówiłeś o tych relacjach między nauczycielem a uczniami, to przypomniało mi się, płakać mi się chce ze śmiechu, bo to był mój patent Na dostęp do wiedzy i do przechodzenia przynajmniej z klasy do klasy. Czyli kiedy byłem pytany przez nauczycieli, odpowiadałem płynnie i bardzo elokwentnie mówiłem, dając nauczycielowi bardzo ponętne miejsca do tego, żeby zrozumiał, o czym nie mam pojęcia. Oni się zawsze na to łapali.
[01:14:53] - Bo ty od urodzenia byłeś podstępny jak kobra.
[01:14:57] - Uderzali w to, czego ja w ogóle nie wiem. A właściwie to była jedyna rzecz, którą ja wiedziałem.
[01:15:03] - Właściwie to ja nie wiem, czy kobra jest podstępna, ale tak mi się powiedziało. Byłeś podstępny i przebiegły.
[01:15:09] - Zostało mi.
[01:15:09] - I tak ci zostało. Ja powiem tylko jedną rzecz à propos tego tarota i tego, czy w coś wierzymy, czy nie wierzymy. Pada słowo „wiara”. Ktoś może wierzyć, że na podstawie tych karteczek, obrazków na tych kartkach można coś wyczytać z przyszłości albo nie. Jedni w to wierzą, inni nie wierzą. Ale powiem tak: naprawdę jesteśmy w czarnej dziurze. Jeszcze korzystajcie państwo, póki można tak mówić, bo nagle wskakuje nam dziedzina wiedzy, którą nazywamy fizyką kwantową. Ostatnio mieliśmy audycję o książce pana Dragana, który nam też fizykę kwantową tłumaczył i można by zadać przewrotnie takie pytanie: jeżeli ktoś wierzy w to, że w tej próżni kwantowej ni stąd, ni zowąd pojawiają się jakieś cząsteczki, to skąd one się tam pojawiają? To jest dokładnie ten sam mechanizm. Fizyka kwantowa dzisiaj tak naprawdę, pomimo że jak to pan Dragan przedstawiał, że my to już wiemy.
Może wiemy, że takie zjawiska występują, ale dlaczego one występują, tak naprawdę nie wiemy. I to jest pewien problem, który zresztą pan Dragan, muszę to powiedzieć uczciwie, przyznaje, że my część opisu naszego świata i tak przyjmujemy na wiarę.
[01:16:41] - To jest kabała.
[01:16:43] - Poczekaj, Wiktorze. Autor się z nami nie zgadza. Tym lepiej.
[01:16:47] - Zdecydowanie się z wami nie zgadza. Przede wszystkim fizyka kwantowa stosuje narzędzia naukowe do badania, eksperymenty i wszystkie wyniki są potwierdzone eksperymentalnie. A jeżeli nie, to są modele matematyczne, które wskazują na to, że pewne zjawiska mogą zachodzić. Więc ja się nie zgodzę.
[01:17:12] - Dobrze.
[01:17:13] - Że tu jest jakaś kwestia wiary. To nie jest kwestia wiary. Jeżeli mamy pewne eksperymenty i one dają pewne wyniki, to nie musimy wierzyć w to. Jeżeli zadałeś pytanie, dlaczego tak jest, o ile dobrze przypominam sobie, to jest pytanie z punktu widzenia człowieka, który musi sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego. To nie jest właściwe pytanie do patrzenia na procesy przyrody. One się dzieją, bo się dzieją. Jestem, który jest.
[01:17:42] - Skoro przyjmujemy i fizycy, pan Dragan to mówi. Żałuję, że nie mam książki ze sobą, nie mogę zacytować. Mówi o tym, że nawet jak nam to w modelu wychodzi, sam podkreślam słowo „model”. Model jest zawsze czymś, co jest pewnym przybliżeniem rzeczywistości, ale nie samą rzeczywistością. W związku z czym, skoro wychodzi nam to w modelu, bo tak nam wychodzi. Poza tym też mówi o tym pan Dragan, że przecież doświadczenia, którymi fizycy dysponują odnośnie rzeczywistości kwantowej, to nie są doświadczenia z laboratorium chemicznego czy fizycznego. To są doświadczenia, gdzie na podstawie odczytów, na przykład w CERN-ie, na podstawie odczytu miliona danych, kiedy oni robią eksperyment, zasypywani są danymi. Oni z tych danych odczytują rzeczywistość troszeczkę tak, jakby czytali z tarota. On nie używa tej przenośni, ale dokładnie to możemy wyczytać, że oni tak naprawdę odczytują, co tam się stało w tym akceleratorze na podstawie danych, które mają. Ale jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
To nie jest tak, że oni po prostu wyjęli te dane, tam się coś stało i oni interpretują odczyty, które dostają. Zasypywane są ich komputery odczytami, oni je interpretują. Czyli związek, ta racjonalność polegająca na tym, że coś możemy dostarczyć mózgowi wprost do głowy, bo widzimy. Tego nie ma w fizyce kwantowej. Tego po prostu nie ma. Znowu musimy interpretować pewną rzeczywistość, którą dostajemy w postaci, jesteśmy zasypywani liczbami.
[01:19:30] - Tak, zgadzam się. Ja ten temat zgłębiłem z racji pisania opowiadania „Algorytm Belzera”, który się zjawił w pierwszym tomie antologii. Bardzo myślę, że fajne opowiadanie i starałem się pokazać, budując fabułę, rzeczywiście, w jaki sposób takie rzeczy mogą być interpretowane. Natomiast faktem jest, że produkując pewne cząsteczki, mamy pewne czujniki, które wykrywają pewne energie, które wynikają z pewnych zdarzeń. I w ten sposób możemy sobie-
[01:20:12] - Interpretować tylko i wyłącznie.
[01:20:16] - Dobrze, interpretujemy rzeczywistość.
[01:20:18] - Nie, interpretujemy, mówimy-
[01:20:20] - Swoje wizje. Oczywiście wizje możemy tworzyć, pewne hipotezy możemy tworzyć i hipotezy możemy później albo odrzucać na podstawie danych empirycznych, albo je akceptować i poddawać następnemu etapowi krytyki.
[01:20:38] - Na podstawie strumienia danych liczbowych tak naprawdę mówimy, co tam się stało. To jest stan wiedzy na dzisiaj nasz, że my mówimy, ale ponieważ mamy takie, a nie takie dane liczbowe, to tam się stało to.
[01:20:53] - Tak, stawiamy hipotezę, którą możemy zweryfikować.
[01:20:56] - Właśnie nie możemy jej zweryfikować jeszcze. To troszeczkę przypomina mój ulubiony przykład z modelem ptolemejskim wszechświata.
[01:21:06] - Bardzo fajny model.
[01:21:07] - On działał.
[01:21:07] - Oczywiście, że tak.
[01:21:08] - I można by powiedzieć wszystko się sprawdza. Zaćmienia są wtedy, kiedy mają być. Różne inne zjawiska na niebie występują wtedy, kiedy mają być, a zatem jest prawdziwy.
[01:21:20] - Dlatego Mikołaj Kopernik miał bardzo duży problem z przedstawieniem swojej teorii.
[01:21:26] - Oczywiście. Tylko mnie nie chodzi o to. Ten moment zostawmy, bo okazało się, kiedy wypuściliśmy i znowu mamy bezpośrednią, no, może nie my, ale ludzie, którzy te wszystkie próbniki wysyłają w kosmos, oni wiedzą, jak wszechświat, a w każdym razie ten kawałek wszechświata nazywany Układem Słonecznym mniej więcej wygląda. I że to jednak jest bardziej model kopernikański, chociaż niedokładnie, a mniej jednak ten ptolemejski. Natomiast mnie chodzi o coś innego, kiedy mówimy o interpretacji danych. Kiedy interpretowali dane ci, którzy wierzyli w ten model ptolemejski, im się wszystko zgadzało. Troszeczkę jest tak z tymi współczesnymi fizykami, zresztą powtarzam, Dragan temu nie przeczy, że oni jednak domyślają się tego, co tam się dzieje, w jakiś sposób przedstawiają wizję tego, co tam się dzieje, swoją własną, przyznaję, będącą wypadkową ich wiedzy, interpretacji obecnego stanu wiedzy, tego, co wiedzą. Pewne rzeczy nawet są w stanie ułożyć w hipotezy, a nawet chwilami na podstawie niektórych eksperymentów potwierdzać te hipotezy. Przecież w swoim czasie zrobiło się głośno o tym, że bozon Higgsa jest, wreszcie jest potwierdzenie wszystkiego. Czy ktoś widział bozon Higgsa?
Nie. To była znowu interpretacja strumienia danych, który się pojawił w CERN-ie. Na dzisiaj tak to interpretujemy. Jak to zrobimy za 10 lat? Tego jeszcze nie wiemy. Może być zupełnie inaczej.
[01:23:08] - Absolutnie temu nie zaprzeczam, że może się okazać, że jest inaczej niż sądzimy. Natomiast jesteśmy w tej lepszej sytuacji, że możemy tworzyć wątpliwości uzasadnione, natomiast nie możemy tworzyć sobie jakichś takich tworów odłączonych od rzeczywistości danych i twierdzić, że może tak jest.
[01:23:36] - A pytanie brzmi tak: a jaka właściwość fizyczna naszego świata miałaby potwierdzać to, że da się stworzyć dwie cząsteczki, dwa powiedzmy elementy materii ze splątaniem kwantowym? A jednak po pierwsze w związku z czym one mają jakby ze sobą łączność taką prawie bezpośrednią poza czasem i przestrzenią. Zachowują się zawsze analogicznie. Może je dzielić niewyobrażalna odległość, a jednak się będą zachowywać i jesteśmy w stanie w to uwierzyć. Przyjmujemy to, ja nie twierdzę, że nie ma powodu, żebyśmy to przyjmowali, ale jaka to właściwość naszego świata potwierdza nam, że tak powinno być? A może to jest czysta magia?
[01:24:31] - To jest kwestia definicyjna.
[01:24:32] - Dokładnie.
[01:24:33] - Generalnie możemy to sobie nazwać magią i być może rzeczywiście to splątanie kwantowe będziemy mogli zastosować do omalże magicznych jakichś-
[01:24:42] - Nie, nie o to pytam. To prawda. Kwestia teleportacji na jakimkolwiek poziomie. Kwestia komputerów kwantowych to wszystko prawda. Mnie chodzi o jądro problemu, czyli samo zjawisko wystąpienia splątania kwantowego. Jakiś to element naszego świata, tego mikro czy makro potwierdza, że tak powinno być, bo przecież wierzymy, że tak jest. Co więcej, nawet mamy dane ku temu, że tak jest. Więc na podstawie czego przyjmujemy, że to jest okej, to są dane naukowe? Obawiam się, że rzecz nie wygląda tak prosto. Ja cały czas nawiązuję do tego tarota, bo łatwo powiedzieć, że jakieś bzdurne obrazki to jest coś, co nam się nie łączy z naszą rzeczywistością.
To mniej więcej na tym samym poziomie się nie łączy, jak to splątanie kwantowe. Może to jest właśnie kwestia definicji. Może to nie jest tak, że te obrazki pokazują nam przyszłość, rzeczywistość tak jak chcemy to w prosty sposób pokazać, tylko że jest jakieś splątanie tarotowe, tak sobie to nazwijmy, tego, co te karty pokazują umysłu i może tej przyszłości. Wiem, popłynąłem w tej chwili i to dosyć mocno. Nie o to tak naprawdę chodzi. Chodzi mi o to tylko, że ja się absolutnie tu z autorem książki nie zgadzam co do niektórych rzeczy. I tak się będziemy pięknie różnić. Nie zgadzam się co do
[01:26:19] - Powiem tak, ponieważ wbrew pozorom dosyć często czytuję portal Racjonalista, zgadzam się z bardzo wieloma tekstami, ale z bardzo wieloma tekstami się tam nie zgadzam, ponieważ stosowane są na tym portalu bardzo często duże uproszczenia. Ja bym z dziką rozkoszą przeczytał te teksty rozwinięte, tam, gdzie nie będzie skrótów myślowych. Myślę, że wtedy trzy czwarte tekstów by mi się podobało.
[01:26:48] - Chcę wam zwrócić uwagę tutaj, że jakby na to nie patrzeć, to ci szalbierze od tarota, jeśli chodzi o wyobraźnię i zdolności umysłowe, o kilkaset lat wyprzedzili przyszłych fizyków kwantowych.
[01:27:15] - Ludzie, już wspomniałeś o ptolemejskim stworzeniu wizji kosmosu. Było tak nieprawdopodobnie fantastyczną robotą, że tylko należy się skłonić przed tymi ludźmi, którzy byli to w stanie tak ładnie zrobić. To byli geniusze, którzy to rozpisali, opracowali i dlatego nie możemy mieć pretensji.
[01:27:44] - Ale przerwę ci. Ale dlaczego? Skąd się ten model wziął? Przecież to nie było tak, że przyszedł Ptolemeusz i powiedział: „Macie, tu jest model”. Nie, oni sobie mówili tak: „To tam będzie to zaćmienie. Tu się ta planeta cofa. Tu musimy tak zrobić”. Skonstruowali pewien model, który im niebo wyjaśnia. Dlatego użyłem tego. Troszeczkę tak się dzisiaj zachowują fizycy zasypywani tymi strumieniami danych.
Oni mówią tak, troszeczkę jak ci ptolemejscy uczeni: „Żeby ta planeta się cofnęła, to musimy tutaj taki epicykl albo coś zastosować”. Fizycy troszeczkę dzisiaj się tak zachowują, oni też w ten sposób działają.
[01:28:32] - Rozmawialiśmy na ten temat. Przecież dokładnie w ten sam sposób, jak system ptolemejski, została opracowana teoria życia przed Darwinem wszystkich gatunków. Tam wszystko doskonale pasowało. Cała ewolucja lamarkowska i wszystkie inne takie rzeczy. To było cudowne. A przyszedł taki Darwin, jak Kopernik i namieszał.
[01:29:01] - Chodzi o to, żeby mógł przyjść Darwin czy Kopernik i zmienić, przedstawić inną hipotezę, która będzie krytykowana, niszczona, wyśmiewana i żeby ona się musiała obronić w pewnym momencie. Więc jeżeli się jakieś hipotezy bronią, jeżeli są stawiane i są prawdopodobne, to warto się nad nimi pochylić. Natomiast dodam, że w książce mojej chyba nie ma nic o kartach tarota.
[01:29:33] - Nie wiem, czy na tych targach się nie pojawiają w tle ci tarociści.
[01:29:38] - Ale chodzi o to, że-
[01:29:40] - Bo od targów wyszliśmy, proszę państwa, a doszliśmy do dyskusji o kondycji współczesnej nauki. Powiem tak, byłbym pewno nieuczciwy, gdybym powiedział, że nie jest mi jednak bliżej do takiego naukowego modelu świata. Jednak jako człowiek, który gdzieś tam się z tą filozofią od czasu do czasu boryka, muszę powiedzieć, że filozofia, przynajmniej jej część, ma taką tendencję do mówienia o tym: my wiemy lepiej. I naukowcy też mają taką, przynajmniej niektórzy, tendencję. Natomiast ja cenię tych naukowców, którzy mówią: „A my coś wiemy, ale jak to się mieści w całym rozkładzie, jak to się w ogóle umieści, jak będzie wyglądała nauka za 100 lat, tego nie wiemy”. Dzisiaj zbyt wielu naukowców ma taką tendencję jak naukowcy z XIX wieku. Chciano zamykać pod koniec XIX wieku wydziały fizyki, bo już nic nie było do odkrycia. Dzisiaj troszeczkę tak samo to wygląda. Część fizyków mówi: „No przecież my wszystko już prawie wiemy”. Ja myślę, że gdzieś za rogiem, za węgłem czy jakkolwiek sobie to określimy, stoi kolejna przebitka, która zagra tym bardzo pewnym siebie fizykom na nosie troszeczkę.
[01:31:03] - Czy ja wiem, czy oni są tacy pewni siebie?
[01:31:06] - Niektórzy są.
[01:31:06] - Tak. Jeden z fizyków, który zajmuje się właśnie fizyką kwantową, powiedział, że jak fizyk nie wie, o co chodzi, to nadaje temu fajną nazwę i wtedy się lepiej czuje. Więc oni zdają sobie dokładnie sprawę z tego.
[01:31:23] - To bliski mi człowiek, bo to znaczy, że on ma jednak pewien dystans do tego, co robi. I chwała mu. Jeżeli jest w stanie powiedzieć, że czasami nie wie, o co chodzi.
[01:31:34] - Chodziło o leptony i inne tego typu cząsteczki elementarne. On nie wie, co to jest, ale temu nada fajną nazwę.
[01:31:39] - Ale fajna nazwa. Będzie miało fajną nazwę.
[01:31:41] - Od razu się czuje z tym bezpieczniej.
[01:31:43] - To prawda. Dlatego wróćmy do tych targów książki. Książki jak książki, do medycyny naturalnej.
[01:31:51] - Czekaj. Tutaj autor wywalnął fajny tekst, który tak było kiedyś w czasach pierwotnych, prawie neolitycznych.
[01:32:04] - Nie wiem, nie żyję.
[01:32:06] - Z leśnymi strachami, duchami i tak dalej. Plemiona, które nadawały im imię, to tak jakby zawłaszczały. One przestawały być obce. Te duchy, diabły i tak dalej. Skoro miały imię, to już były nasze. Mieliśmy je w garści.
[01:32:25] - Można było kontrolować. Dlatego człowiek miał drugie imię zawsze, żeby można było nim kontrolować.
[01:32:30] - Co więcej, przy wszystkich działaniach polegających na egzorcyzmach Jedną z pierwszych rzeczy, której się żąda od złego ducha, demona, żeby podał imię.
[01:32:42] - Tak.
[01:32:43] - To jest podstawa.
[01:32:45] - Podstawa okultyzmu.
[01:32:46] - Podstawa.
[01:32:46] - Całej filozofii okultystycznej.
[01:32:48] - I jak już imię poda, to już jest nasz. Już jest załatwione, ale najpierw trzeba to imię wydobyć. Więc coś z tym nadawaniem imienia. Zresztą tym wszystkim, których ten aspekt zainteresował, odeślę na przykład do twórczości Ursuli Le Guin. Ursula Le Guin też o imionach sporo mówiła i pisała. Zwróćcie państwo uwagę na całą tetralogię, chociaż i tak najlepszy jest pierwszy tom, czyli „Czarnoksiężnik z Archipelagu”. Cała ta trylogia, którą on rozpoczyna, jest ciekawa. Tam też o imionach. Sięgnijcie państwo po zbiór opowiadań Ursuli Le Guin „Wszystkie strony świata”, to absolutnie o tych imionach też poczytacie. Nazwa, to jak coś nazwiemy, nam się bardzo często wydaje rzeczą drugorzędną, a tymczasem może się okazać, że przynajmniej naszej psychice to dobrze robi, a być może całemu światu, który nas otacza również.
Wracam już zdecydowanie do targów medycyny naturalnej. Widać, że autor, zresztą dał temu wyraz przed chwilą, ma sceptyczne zdanie, jeśli chodzi o paranormalność. A przypominam, jesteśmy w Radiu Paranormalium.
[01:34:12] - Ja bardzo się cieszę z tego powodu.
[01:34:13] - Trzeba ważyć słowa. Z paranormalnością i na przykład z okultyzmem. Autorze, oddaję ci głos.
[01:34:27] - Okultyzm to jest bardzo fajna hipoteza opisująca świat, którą też miałem okazję zgłębić dosyć dawno temu, w tych czasach szczęśliwych początku lat 90., kiedy pojawiły się książki na ten temat i wszystkie kupowałem maksymalnie. Na ile mnie było wtedy stać. Rzeczywiście one przedstawiały zupełnie inną wersję rzeczywistości i jeżeli tylko ktoś chciałby opierać swoje życie na czymś takim ulotnym, to może mieć pewne problemy. Jeżeli ktoś swoje życie chciałby opierać na pewnych hipotezach niesprawdzonych, to też może wpaść w pewne kłopoty. Jeśli chodzi o same te targi, wielokrotnie byłem na tego typu imprezach, to widziałem tam przede wszystkim niesamowity biznes, który wykorzystywał ludzi. Ponieważ kiedy widziałem człowieka, który nazywał się wtedy uzdrowicielem kwantowym.
[01:35:43] - A to teraz wszystko jest kwantowe.
[01:35:45] - Teraz jest wszystko kwantowe, ponieważ kiedy przychodził do niego człowiek z pewnym problemem, to od razu spotykał się z uzdrowicielem, czyli kimś, kto może mu pomóc.
[01:35:57] - Kwantowo.
[01:35:57] - I pewnym pseudonaukowym uzasadnieniem jego wiedzy i jego zdolności. I od razu czuł się lepiej. Natomiast to, co ja chciałem opowiedzieć, jeżeli już możemy mówić, to weźmy ten element, który się pojawia w książce badacza żył wodnych.
[01:36:18] - Tak.
[01:36:19] - Dla każdego geologa żyły wodne są czymś tak rozkosznie śmiesznym, że to jest nieprawdopodobne, ponieważ w ten sposób się nie przemieszcza woda w gruncie. Ona jest nasiąknięta. Jeżeli wpuścimy tam studnię, to ona siłami grawitacyjnymi.
[01:36:39] - Jedna rzecz, słuchaj. Są takie miejsca na świecie, że rzeczywiście przemieszcza się pomiędzy skałami.
[01:36:46] - Pomiędzy skałami.
[01:36:47] - W specyficznych warunkach. A normalnie woda przez grunt się bardziej przesącza.
[01:36:54] - Tak.
[01:36:55] - Niż płynie jakimś strumyczkiem.
[01:36:57] - Jeżeli chcielibyśmy wybudować swój dom nad takimi ciekami wodnymi, to mielibyśmy większe problemy zdecydowanie niż żyła wodna i promieniowanie żył wodnych. Oczywiście promieniowanie żył wodnych jest też pewnym tematem, który kiedyś się pojawił i on jest wykorzystywany. W książce opisuję sytuację rzeczywistą, w której pewien człowiek żyły wodne wykrywał w 35-metrowym mieszkaniu w różnych miejscach i one zapierdzielały w różnych kierunkach. Jego plu działalności było to, że prosił swojego klienta o to, żeby mu narysował mieszkanie. Już nawet nie fatygował się do tego mieszkania, tylko prosił o narysowanie. Jeżeli widział kogoś, kto narysował mu kawalerkę 35-metrową, to już wiedział, że dużo z tego człowieka nie będzie, więc dał mu jakieś dwa promienniki po 200 złotych. I dziękuję bardzo, idź sobie do domu. A jeżeli ktoś mu rysował wielki dom, to wtedy wiedział, że ma potencjalnego klienta i można go bardzo mocno eksploatować finansowo. Takie rzeczy widziałem na tych targach. Jedyną fajną sprawą, którą tam zaobserwowałem, był zawsze ten człowiek, który własnoręcznie sunem piwo własnym sposobem tam przynosił i serwował.
To są takie moje wrażenia. Jeżeli chcemy porozmawiać o innych metodach, o innych osobach, irydologii na przykład, to odeślę wszystkich do innej książki. Łukasz Lamża napisał taką książkę „Inne światy”.
[01:38:44] - Łukasz Lamża to jest człowiek, który jest redaktorem naukowym w Tygodniku Powszechnym i niesamowicie fajne pisze artykuły. Zresztą ma swój kanał, w którym czyta „Naturę”, czyli artykuły z „Natury” przedstawia to, co jest tam napisane. Polecam i książkę Łukasza Lamży również przy okazji.
[01:39:05] - Jeśli mogę wskoczyć , bo aż mnie korci, żeby opowiedzieć wam drobną anegdotę o żyłach wodnych. Otóż w stanie wojennym pojechałem z przyjacielem rąbać las w Bieszczady. Zostaliśmy zakwaterowani w domku na takiej skalnej bieszczadzkiej polanicy. Pod spodem skała, z góry trochę gruntu. Z przyjacielem rąbaliśmy las, wyrąbaliśmy tam parę hektarów lasu. Przyszły wakacje. Przyjaciel mówi, że musi pojechać do Bydgoszczy. „Dobrze, to jedź”. Pojechał do Bydgoszczy. Nie było go tydzień czy dwa.
Wrócił z Bydgoszczy. Robimy las dalej. W nocy się budzę. Erwin, już używam imienia, Erwin przestawia łóżko. Ja mówię: „Co jest?” „Wiesz, Wiktor, tu są jakieś żyły wodne. Nie mogę spać”. Dobrze. Następnej nocy przestawia łóżko na drugi koniec pokoju. „Wiktor, tu są żyły wodne. Ja nie mogę spać w ogóle, fatalnie” i tak dalej.
Trwało to tak tydzień. Po tygodniu się wkurwiłem. Mówię-
[01:40:25] - Zdenerwowałem.
[01:40:27] - Dobrze. Po tygodniu się zdenerwowałem. „Erwin, powiedz, co tam było w Bydgoszczy?” „A nic, pożarłem się z Anitą”. To jego narzeczona była. Ja mówię: „No to, kurwa, wracaj do tej Bydgoszczy, załatw sprawę z Anitą, a nie przestawiaj mi łóżka codziennie w nocy”.
[01:40:46] - Wiktorze, ja apeluję do ciebie. Później główną refleksją pod naszymi audycjami jest to, że właśnie zaczęli przeklinać. Apeluję, nie uruchamiaj pewnej kobiety, która głównie wpisuje komentarze, że właśnie zaczęli przeklinać, bo to jest mało merytoryczne. Wychodzi, że w całej audycji jej jedyną wartością jest to, że przestaliśmy przeklinać w danym momencie albo w danym momencie zaczęliśmy. Stąd też mój skromny, trafny apel do ciebie.
[01:41:15] - Nie wiem, czy wspominałem kiedyś o tym, ale kiedyś na radiowym Gadu-Gadu, jak jeszcze Gadu-Gadu w ogóle działało i jakąś tam popularnością się cieszyło. Kiedyś jedna pani do mnie napisała: „Co to za...”. Usłyszała chyba w Teorii Chaosu jakieś wulgaryzmy, jak słuchacz zaczął kląć. „Co to za wulgaryzmy? Ja tu małemu dziecku prawdę o świecie chcę puścić”.
[01:41:40] - No właśnie.
[01:41:43] - Słuchanie Radia Paranormalium z kilkuletnim dzieckiem. Co ja teraz temu dziecku powiem, tej mojej córce? Co ja jej powiem, jak tu takie brzydkie słowa lecą na antenie?
[01:41:54] - No dobrze, to faktycznie będę się temperował w takim razie. Tylko wracając tak szybko do tych całych, tak jak mówiliście, moi przyjaciele, do tych targów nauki współczesnej, to poza tym, co jest racjonalne, a co nie jest racjonalne, to jest jeszcze coś takiego jak mój starczy wiek. Ja już odchodzę z tego świata i mam jakieś poczucie rzeczywistości. Otóż ja po latach, całe życie byłem scjentologiem totalnym.
[01:42:30] - Może jednak nie.
[01:42:31] - Może nie. W każdym razie mam poczucie, że właśnie współcześni fizycy, cała współczesna fizyka tworzy kolejny system ptolemejski, tym razem w sferze kwantów.
[01:42:44] - Ale przyjdzie Kopernik i go wyprostuje. Ja mam taką nadzieję.
[01:42:48] - Albo nie.
[01:42:49] - Albo nie. Inaczej. Człowiek poszukuje pewnej prawdy o świecie i z tego czerpie nadzieję, że spróbuje to zrobić przynajmniej. Być może stworzy kolejny ptolemejski model.
[01:43:02] - A kwanty okażą się czymś takim samym jak eter.
[01:43:06] - W ogóle jest pytanie, niestety wsadzacie mnie panowie sami na konika pod tytułem filozofia. W ogóle filozofia od dawna zadaje pytanie, ile my tak naprawdę możemy powiedzieć o świecie zewnętrznym? Co tak naprawdę widzimy, a co jest tylko pewnym odczuciem tego, że coś widzimy? To pytania zadawane bardzo dawno temu, że przecież tak naprawdę nasze zmysły nie są skonstruowane w ten sposób, że my sobie rzeczywistość wciągamy do naszego mózgu.
[01:43:38] - My patrzymy na świat przez dupę.
[01:43:41] - W zależności przez co kto patrzy. Miałeś przestać przeklinać.
[01:43:45] - A to nie jest przekleństwo.
[01:43:46] - Zależy przez co kto patrzy. Ja patrzę przez oko i jak widzę, to docierają do mnie, upraszczając zupełnie, docierają do oka jakieś tam fotony tego obrazu, który obserwuję. One uderzają gdzieś tam w to oko, ale dalej to przecież one się nie wiercą do tego mózgu. Powiedzmy, obserwuję butelkę, to elementy, atomy tej butelki nie wkręcają mi się do mózgu, tylko obraz tej butelki, a obraz jest przetwarzany.
[01:44:20] - Czyli twój mózg interpretuje informacje twoich oczu, a światła ani fotonów w ogóle nie ma.
[01:44:28] - Skrajnych.
[01:44:28] - Jest tylko interpretacja.
[01:44:30] - Skrajnych.
[01:44:31] - Nie. Są fale elektromagnetyczne, ale jedyną realną rzeczą są fale elektromagnetyczne. Wszystko inne to jest interpretacja mózgu. My na przykład patrząc na kolor czerwony, wcale nie musimy go widzieć tak samo, prawda?
[01:44:45] - Zależy czym jest oświetlony i w jaki sposób jest oświetlony.
[01:44:47] - Nie, w ogóle nie mamy takiej pewności, że widząc kolor czerwony widzimy to samo. Nasz mózg może różnie interpretować.
[01:44:55] - To jest w ogóle-
[01:44:56] - To jest Berkeley, który
[01:45:00] - Wprowadził bardzo ciekawą koncepcję, w której jego drzewo, które jak spada, czy istnieje dźwięk? Tak naprawdę fizycznie nie. Idzie sobie pewna fala, która dopiero kiedy dotrze do naszego układu nerwowego, mówi nam i mózg ją interpretuje jako dźwięk i możemy sobie w ten sposób to robić. Tak samo jest z kolorem, ze wszystkimi innymi rzeczami. Istnieją tylko fale elektromagnetyczne, ale w tej kwestii nic-
[01:45:25] - Tylko to jest, proszę państwa-
[01:45:27] - Reszta to jest nasza bajka, którą tworzymy sobie w głowie.
[01:45:29] - To, co przedstawia nasz gość, to jest i tak wersja optymistyczna, bo-
[01:45:34] - Osolipsyzm .
[01:45:35] - Nie, to jeszcze nawet nie. Osolipsyzm to już jest przegięcie pałki. Ale dlatego mówię, że to jest wersja optymistyczna, że możemy dojść do takiej oto sytuacji, że my tak naprawdę mówimy, że są fale elektromagnetyczne. Żeby pójść ku temu stwierdzeniu, to musimy zaufać temu, że nasze obserwacje odnośnie tego wszystkiego te fale rzeczywiście wykryły, a nie są kreacją, która została nam zaserwowana.
[01:46:06] - Możemy pociągnąć to dalej. Takie dziwne rzeczy, takie dziwne fale.
[01:46:09] - Stąd się przecież biorą wszystkie teorie symulacji, że żyjemy w symulacji tak naprawdę, bo-
[01:46:19] - Możemy żyć w symulacji. Nie ma żadnego problemu z tym.
[01:46:22] - Tak. Tylko jest jedna rzecz zasadnicza, która z tą teorią symulacji się wiąże. Bo jeśli to jest proste przeniesienie rzeczywistości, tak jak na przykład w „Matrixie”, że po prostu cofniemy tam te lata, powiedzmy ileś tam tych lat cofniemy, to mamy lata 90. Ludzie sobie żyją, a tak naprawdę jest jakiś zaawansowany XXI wiek. Ale jeśli już dopuszczamy do siebie możliwość symulacji, to dopuszczamy też możliwość grzebania w tej symulacji i podsuwania nam fałszywych rzeczy. Skonstruowania świata, który nie jest logiczny, który nam się będzie wydawał logiczny, bo taki zastaliśmy.
[01:47:06] - Błąd Matrixa może się-
[01:47:08] - Chociażby. Ale nie, to więcej. Mogliśmy pewne rzeczy przyjmować jako logiczne, bo do nich się przyzwyczailiśmy, a one tak naprawdę z punktu widzenia świata zewnętrznego wcale logiczne nie są. I tak możemy budować piętrowo kolejne wersje rzeczywistości. Dlatego ja się zawsze uśmiecham przy tych sytuacjach, kiedy ktoś mówi, że on wie, jak jest albo mówi, że zupełnie nie możemy powiedzieć, jak jest. Obie wersje mnie troszeczkę bawią, bo obie zakładają, że w ogóle coś jesteśmy w stanie zinterpretować, że jesteśmy w stanie rozważyć, co jest prawdziwe, co nieprawdziwe.
[01:47:55] - Gramy w pewną grę i w pewnych regułach i jeżeli w tych regułach działamy, to możemy określać, jak to wygląda. Natomiast widzisz postulat wygłoszony: „Wiem, że nic nie wiem” to jest interpretowane w ten sposób, że jest to smutna sprawa i jest to wyrażenie pewnego dyskomfortu z tego powodu, że się nic nie wie. Natomiast to może być bardzo fajna sprawa, bardzo relaksująca, która jeżeli ktoś ma taką świadomość, że nie musi wszystkiego wiedzieć, że pewne rzeczy są wystarczające po to, żeby dobrze się poruszał w naszym świecie, to jest bardzo fajna kwestia. Na przykład możemy sobie w ten sposób rozmawiać, ponieważ nie upieramy się i nie będziemy do siebie strzelać ani się targać za włosy.
[01:48:50] - Nie bardzo, proszę państwa, możliwość, ja to zrobię metodą opisową. Jak się spotyka dwóch łysych-
[01:48:56] - To się nie mogą-
[01:48:57] - To się nie mogą potargać za włosy. Natomiast w akcie zemsty możemy wytargać Wiktora za brodę.
[01:49:02] - Tak jest. I dzięki temu możemy sobie swobodnie rozmawiać bez żadnych napięć, wiedząc, że poruszamy się w pewnych obszarach, które nam się sprawdzają. I tak samo jak z fizyką kwantową, dopóki nie zostanie nic zaproponowanego innego, będziemy się w tym poruszać.
[01:49:21] - I tu pełna zgoda. To pewno paradoksalnie niektórzy nasi słuchacze uznają, ale to jest pełna zgoda. Jeżeli przyjmiemy, że poruszamy się w ramach pewnego modelu, to jak najbardziej. To ja się podpisuję pod wszystkim. Natomiast powiedzmy to na początku, że taki jest nasz punkt wyjścia. Wtedy absolutnie tak.
[01:49:39] - Ale jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz, że jak to było powiedziane: „Extraordinary claims require extraordinary evidence”, że jeżeli stawiamy pewne niezwykłe hipotezy, to naprawdę musimy się postarać, żeby je udowodnić, żebyśmy mogli w ogóle o nich rozmawiać, bo tak to będziemy błądzić wśród skrzatów i wróżek.
[01:50:01] - Tak, ale to możemy teraz dokonać pewnej redukcji, bo kiedy, to już było później, ale pewien facet powiedział, było mu Kartezjusz, że „Cogito ergo sum”. Ale to powiedział chwilę po tym, jak doszedł do wniosku, że tak naprawdę nic więcej o świecie powiedzieć nie może. Nic więcej. Dlaczego? Dochodzimy znowu do symulacji. Bo to u niego pojawiła się idea złośliwego demona, który może nam podsuwać. On go zresztą nie personifikował, nie miał na myśli konkretnego demona, tylko ten demon może nam podsuwać takie obrazy świata, jakie tylko zechce. Zresztą my tak naprawdę jedyne, co możemy powiedzieć o tym świecie, to że myślimy i że to oznacza, że jesteśmy. I na tym bardzo często kończy się wykład filozofii Kartezjusza. A nikt nie patrzy, później się mówi: „Ale on nas z tego wyprowadził, że cały świat istnieje i w ogóle”.
Nie tak prosto, proszę państwa, bo Kartezjusz, żeby zrobić kolejny krok, jak już doszedł do tego, że jednak coś istnieje, skoro on myśli, a w związku z tym coś jednak jest i to okej, to później jednak musiał podeprzeć całą swoją filozofię na Bogu. Drugi krok filozofii kartezjańskiej to było jednak odwołanie się do Boga, do jego rozumności i do tego, że on w ogóle jest i że on w jakiś sposób nam ten świat zafundował. To tak à propos, jeśli się po filozofii skacze troszeczkę po łebkach. Ja też to oczywiście w tej chwili robię, ale warto czasami popatrzeć, co jest kawałek dalej, bo skupiamy się na tym „cogito ergo sum”, a zaraz po tym jest coś, co może niekoniecznie wiąże się z tym myśleniem, tylko z czymś zupełnie innym.
[01:52:03] - Natomiast zauważyłem, że w tej chwili wracamy do filozofii świata antycznego z naszego obszaru geograficznego i mam nadzieję, że będziemy stopniowo odchodzić od filozofii orientalnej, bo naprawdę bardzo wiele w naszym obszarze geograficznym zostało stworzone, z czego możemy korzystać. To taki apel.
[01:52:31] - Tak, tylko że powiem w ten sposób. Muszę się odwołać jednak do pewnej myśli, że ja wcale nie jestem aż tak uradowany z tego, że może odeszliśmy od myśli orientalnej. Może tak, może nie. Zależy, co kto z tej myśli orientalnej wyciąga, bo znam kilku ludzi, którzy całkiem fajne rzeczy z tego wyciągnęli. Są oczywiście ludzie, którzy wyciągnęli stamtąd demony, ale są ludzie, którzy naprawdę stamtąd wyciągnęli rzeczy fajne. Natomiast my bardzo często wracamy do filozofii antycznej. Tylko pytanie, do jakiej? Bo tak naprawdę nasza europejska filozofia, ja już to w tej audycji mówiłem nie raz, to są przypisy do Platona i Arystotelesa. Właściwie wszystko, co powiedzieliśmy o świecie, to jest przypis do Platona albo Arystotelesa. Dlaczego tak radykalnie?
To nie mój wymysł, to nie ja powiedziałem. Więc w jakiś sposób się czuję usprawiedliwiony. Ale dlaczego? Bo zauważcie państwo, my nic o świecie inaczej nie możemy powiedzieć niż ilościowo albo jakościowo. Stół — ilość, Wiktor — ilość, piękno — jakość, wściekłość — jakość i tak dalej. Znajdźcie państwo coś, o czym nie powiecie w tych dwóch kategoriach: albo ilościowej, albo jakościowej. I w pewnym momencie zaczęli sobie ludzie kombinować w ten sposób, że może myśmy poszli w złą stronę w ogóle. Od ponad 2000 lat tłuczemy filozofię ilościowo-jakościową i nic więcej o tym świecie nie jesteśmy w stanie powiedzieć. Kombinujemy, już najdziksze teorie filozoficzne powstawały, najbardziej skomplikowane modele i różne inne rzeczy. I czy to nam coś więcej o świecie powiedziało poza tym, że istnieje ilość albo jakość?
Niekoniecznie. Co więcej, jeszcze różne zbrodnie, które się wydarzyły w XX wieku, sprawiły, że ludzie zaczęli zadawać pytanie, czy w ogóle Bóg jest. Szczególnie II wojna światowa sprawiła, że wielu Żydów, wielu chrześcijan mówiło: „Nie, Bóg nie może istnieć, skoro dopuszczał do takich rzeczy” i tak dalej. To dosyć popularne było w piśmiennictwie powojennym. Tego rodzaju przełomy umysłowe następowały, że ludzie mówili: „Nie, jest niemożliwe”. Dlaczego? Dlaczego ta wojna była taka specjalna? Dlatego, że w XX wieku zdarzyło się coś — mam wrażenie, że mówiłem o tym na antenie — czego się jeszcze w Europie, świecie nie zdarzyło. Bo na świecie się zdarzały najdziksze rzeczy. Ludzie się mordowali metodą łanową, wyrzynali się milionami i w ogóle robili sobie najgorsze rzeczy, jakie tylko można było zrobić.
Cokolwiek państwu przyjdzie do głowy, to właściwie ludzie sobie robili. Gotowali się w olejach, obdzierali się ze skóry, zabijali wszystkich, by Bóg rozpoznał swoich i tak dalej. To cały wachlarz. Cokolwiek wymyślicie, to będzie. Ale XX wiek zmienił coś. II wojna światowa. Jeżeli coś państwo znajdziecie, to chylę czoła. Ale po raz pierwszy człowiek potraktował człowieka jak surowiec. Niemcy w obozach koncentracyjnych, ale nie tylko, nie zastanawiali się nad człowiekiem, że zabijają człowieka. Toczyły się wojny religijne, zabijano się metodą łanową, a jednak to był człowiek po drugiej stronie.
Niemcy poszli krok wyżej. Zrobili z człowieka właściwie przedmiot eksploatacji. Zrobili z niego coś-
[01:56:27] - Kopalnię odkrywkową.
[01:56:28] - Coś właściwie, co jest półproduktem przemysłowym. I to sprawiło, że właściwie ludzie sobie powiedzieli, dodaję do poprzedniej myśli, że właściwie to my jesteśmy gdzieś na dnie. Żadna filozofia, żadna religia nie potrafiła nam powiedzieć, jacy jesteśmy, a jesteśmy w gruncie rzeczy... Nawet sobie nie wyobrażaliśmy, że możemy być tacy. I to jeden z filozofów podejmuje te zagadnienia w taki oto sposób. Mówi: „Ktoś doszedł do wniosku, że skoro nasza cywilizacja poszła w taki ślepy zaułek, to może my po prostu źle czerpaliśmy. Skupiliśmy się na Arystotelesie, na Platonie. Głupio zrobiliśmy. Szukajmy wcześniej. Może wcześniej była ta mądrość i myśmy ją porzucili”.
No i zacząłem to szukać. Szukano, szukano i kogo znaleziono? Sofistów. I nasza cywilizacja w tej chwili zaczyna być przestawiana na model sofistyczny. Nieważne, proszę państwa, co się mówi, ważne jak się mówi. Nieważne kim jesteś wewnętrznie, co sobą reprezentujesz, ważne jak wyglądasz. I tak dalej. My, zdaje się, i to jest dla mnie duże niebezpieczeństwo, w tym kierunku podążamy. Zaczynamy być taką cywilizacją, która odkryła, co prawda znowu mamy problem z tą ilością i jakością, to się nie zmieniło, ale za to odkryliśmy, że nie jest ważne, czy ktoś mówi prawdę, czy nieprawdę. Relatywizujemy, mówimy: „Jest wiele prawd”, co z punktu widzenia logiki jest absurdem.
Prawda jest jedna. Ona tak naprawdę, jeśli chodzi o logikę, może być nieprawdziwa. Wiem, że to paradoks, ale to, co jest prawdą w działaniu logicznym, wcale nie musi być rzeczywistością. Może nie istnieć w ogóle, ale prawdą jest. Zróbcie sobie państwo sondę na ulicy, taką prywatną, bardzo często usłyszycie: „Jest wiele prawd”. Nie, proszę państwa, jest wiele punktów widzenia i z tym się możemy zgodzić. Tak jest, rzeczywiście. Możemy tę prawdę naświetlać z wielu punktów, ale cały czas naświetlamy tę jedną prawdę.
[01:58:54] - I leży tam, gdzie leży. Najczęściej pośrodku.
[01:58:57] - Tak jest. To w ogóle jest jeden z tych absurdów, które chętnie powtarzamy, że prawda leży pośrodku.
[01:59:04] - Wiele jest takich rzeczy, które powtarzamy bezmyślnie.
[01:59:07] - Bezrefleksyjnie zupełnie, bo to się nam w czasie rozmowy przydaje. Dlaczego? Bo jak powiemy, że prawda leży pośrodku, to jesteśmy tacy koncyliacyjni, czyli już się nie spierajmy. Prawda leży pośrodku. Ja mam troszeczkę racji. Ty masz troszeczkę racji.
[01:59:21] - Nie musimy się targać po włosach.
[01:59:22] - Nie musimy się targać po włosach.
[01:59:23] - Zawsze dawałem ten przykład, że jeżeli to ma cokolwiek sensownego, to w takim razie patrząc na oprawców z Oświęcimia oraz na Żydów, którzy tam szli do nieba przez gaz, można powiedzieć: „A prawda jest pośrodku”, nie?
[01:59:40] - We współczesnym świecie nikt się nie odważy, ale dobrze pokazuje to absurd tej sytuacji. Panowie?
[01:59:47] - Marku, z tego, co ty mówiłeś, tego powrotu czy odwrotu do sofistyki, to być może wpadłem na świetny trop konsekwencji tych obozów koncentracyjnych. Z tego, co ty żeś powiedział, że pierwszy raz człowiek potraktował człowieka jako surowiec, ale współczesna mentalność, również ludzka, jest właśnie jakby potwierdzeniem, że coś w tym było sensownego.
[02:00:15] - Ona po prostu idzie w tym kierunku.
[02:00:17] - My jesteśmy towarem, że tak powiem. Ważne jest opakowanie tego towaru, jak my się opakujemy.
[02:00:25] - Żebyśmy tylko się nie pomylili co do dwóch rzeczy. Towarem człowiek był już wcześniej. Chociażby niewolnik. To był towar, ale właściciel niewolnika nigdy nie wpadł na to, żeby tego niewolnika przerobić na abażur albo na coś innego. Niewolnik był niewolnikiem, ale był w gruncie rzeczy cenny. Trzeba było za niego zapłacić. Nie wysyłało się go tam, żeby zginął natychmiast. To czysta kasa.
[02:00:55] - Galernik jakby wiosłował tylko przy wyjściu z portu, a potem zdechnął, to na cholerę taki galernik?
[02:01:02] - Przecież on ma wykonywać pewną pracę. Są prostsze sposoby niszczenia i wyrzucania pieniędzy niż zabijanie swoich niewolników. To oczywiście nie oznacza, że życie niewolnika było usłane różami. Nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Niemniej jednak to dopiero XX wiek skonstruował coś takiego, że właściwie człowiek jest nieważny. I paradoksalnie jest tak, że my szukamy tych sofistów, budujemy taką cywilizację wesołą, pełną poklaskiwania, pohukiwania, że jest wiele prawd, że jest w ogóle fajnie, że możemy sobie ten świat urządzić po swojemu, a jednocześnie coś zostało z tego doświadczenia dwudziestowiecznego, że człowiek w dalszym ciągu jest surowcem. Zobaczmy, jakie są w tej chwili, szczególnie w Europie, w Polsce również niestety, odnoszenie się do ludzi nawzajem do siebie, starzy do młodych, różne grupy społeczne do innych grup społecznych. Mówienie sobie: „A, to babcia kopnie w kalendarz, to będzie mieszkanie”, na przykład na koronawirusa i tak dalej. Ja na początku tego rodzaju postaw traktowałem to jako szczeniackie wygłupy. Okazuje się, że nie do końca to są wygłupy.
To zaczyna być w niektórych grupach, na szczęście na razie, pewne podejście do życia. Czyli stary, wiadomo, jest głupi, bo z definicji stary musi być głupi. Jakoś w moich czasach stary to był zawsze ten mądry. Dlaczego? Z natury może był i głupi, ale bagaż życiowych doświadczeń sprawiał, że z tego głupca, którym był w młodości, zrobił się ktoś mądry, w każdym razie mądrzejszy. Dzisiaj zupełnie to jest inaczej postrzegane. Dzisiaj jak chcesz dowiedzieć się czegoś, szanowny słuchaczu, o życiu, to idziesz do dwudziestolatka. On ci o życiu wszystko powie. Wie dokładnie na każdy temat wszystko.
[02:03:02] - Do coacha.
[02:03:02] - Tak, coach o tym powie. Natomiast taki stary ramol, co on może o życiu powiedzieć? Nie umie obsługiwać smartfona, nie umie kilku innych rzeczy. To kupek jest po prostu. Gdzieś chyba brniemy w takie okolice. Ja ciągnę ten temat dosyć pracowicie, bo myślę, że to będzie dobry punkt wyjścia do porozmawiania o „Rzezwodnika” dalej, bo tam mamy świat w gruncie rzeczy, może nie aż tak straszny, jak rysuję, ale w gruncie rzeczy- Do pewnego stopnia przynajmniej po części odhumanizowany, przynajmniej częściowo odhumanizowany. Ale zanim do „Ery Zwodnika”, to proponuję: zasiądźcie państwo i słuchajcie felietonu Tomasza Fąsa.
[02:03:51] - Sztuka przepowiadania. Stanisław Lem chyba mówił to naprawdę. Wydaje mi się, że pamiętam nagranie, gdzie faktycznie tego rodzaju wypowiedź wypowiada. Niemniej oczywiście przytaczam z pamięci, więc proszę państwa o wybaczenie w razie nieścisłości. Otóż mówił mniej więcej coś takiego, że futurologia, przepowiadanie przyszłości, aczkolwiek w sposób raczej naukowy, poparty wiedzą niż ezoteryczny. A więc futurologia to jest trochę jak jazda w stronę gór, że już z dużej odległości widzimy pewne szczyty, czyli wiemy mniej więcej, co tam nas na horyzoncie czeka, gdy już mniej więcej o tej długości dojedziemy. Natomiast dużo trudniej jest powiedzieć, jak dokładnie przebiegać będzie trasa. Czasem łatwiej wypowiadać się na temat ogólnych tendencji w daleko idącym zmierzaniu ludzkości niż na temat konkretnych kroków w bliższej przyszłości. Mówię państwu o tym, bo taką nawet sugestię dostałem, aby tym razem felieton dotyczył fantastyki krótkiego zasięgu. „Cóż to znaczy krótkiego zasięgu?” — zapytałem.
Czy może chodzi o niewielkie grono czytelników i płytkość wypowiadanych treści? Ale nie. Podobno, jak Marek wyjaśnił, chodzi o to, że jest to taka fantastyka, która właśnie stara się przewidywać na krótki czas. Pewnie jakieś political fiction, w każdym razie taka przyszłość niedaleka. I z przyszłością niedaleką to jest, proszę państwa, trochę jak z takim zabiegiem matematycznym, aproksymacją wartości funkcji. To znaczy, że jak mamy pewne zmienne, mamy jakieś zjawisko opisane matematycznie i widzimy, jak ono gdzieś tam na wykresie przebiega, to możemy się pokusić o stworzenie prostej lub krzywej, która będzie nam to zjawisko opisywać i tym samym przewidywać, jak ono będzie dalej przebiegać. Problem niestety polega na tym, że to działa tak długo, jak długo zjawisko zachowuje się dalej zgodnie z wcześniejszą prawidłowością. Jeżeli nagle coś tam odbije zupełnie w inną stronę, to niestety przewidywania matematyczne rzadziej się sprawdzają. Chyba że znów mamy jakąś długą perspektywę i wtedy możemy pewne cykle rozpoznać, ale to znowu jest przewidywalność matematyczna, a na rzeczywistość nieprzewidywalną trudno cokolwiek przewidzieć. Tym bardziej że rzeczywistość składa się z bardzo wielu zmiennych, nie zawsze jawnych, i tym trudniej jest ją w sposób logiczny, matematyczny, naukowy całą ogarniać.
A więc różnie to jest z tym przewidywaniem. Ja też z niesłabnącym zainteresowaniem śledzę internetową karierę Krzysztofa Jackowskiego, najbardziej chyba znanego polskiego jasnowidza, popularnego ostatnio youtubera, który snuje wiele wizji i zapewne nie neguję, że część z tych wizji jakoś tam się sprawdza. Rzeczywistość odpowiada na te wizje w sposób, myślę, przekraczający jakieś przypadkowe zbieżności czy nadinterpretacje. Faktycznie te wizje bywają czasem ciekawe, podobnie jak to, czym się chwali Krzysztof Jackowski, a więc skuteczny jest w znajdywaniu osób zaginionych. Tylko trudno mi jest uzyskać odpowiedź, znów matematyczną, na to, jak wiele spraw się panu Jackowskiemu rozwiązać nie uda. Bo publicznie wypowiada on bardzo wiele przepowiedni i część z nich faktycznie jakoś tam z rzeczywistością się później okazuje zbieżna, aczkolwiek z całą pewnością nie wszystkie. A więc tak to, proszę państwa, jest, że kiedy również fantaści czy futurolodzy w sposób może bardziej naukowy, mniej spirytystyczny snują wizje, to od czasu do czasu coś się sprawdza. Z futurologami, jak to również Stanisław Lem powiedział, to jest troszeczkę jak z bractwem kurkowym. Każdy, kto strzela, się za członka bractwa uważa i może być tak traktowany. A czy trafia, czy nie, to już jest sprawą mniej ważną i można by wręcz powiedzieć prywatną.
I też powiedzmy sobie szczerze, jeżeli chodzi o fantastykę naukową, to może czasem lepiej, żeby się nie sprawdzała nawet dosyć często.
[02:08:22] - Tak. To teraz już nieuchronnie idziemy do „Ery Zwodnika”. Jak wyglądają ludzie, to społeczeństwo w „Erze Zwodnika”? Czy tak strasznie, jak to rysowałem przed felietonem, czy troszeczkę lepiej? W ogóle jak?
[02:08:41] - Wyglądają tak, jak wygląda nasze społeczeństwo w tej chwili.
[02:08:44] - Uu, to niefajne.
[02:08:47] - Tak to wygląda. Opisałeś pewne tendencje, ale ja myślę, że te tendencje wahają się.
[02:08:56] - Mam nadzieję.
[02:08:57] - I też zależą od miejsca cywilizacyjnego, w którym żyjemy. Pewien wymyślony przeze mnie socjolog przedstawił pewien punkt widzenia na aborcję w „Erze Zwodnika”. I tutaj zapraszam do przeczytania. Ten pogląd jest z punktu widzenia wolnościowego. A tak naprawdę, jeżeli byśmy chcieli już poza tym poglądem rozwijać ten temat, to zależy wszystko od tego, w jakiej cywilizacji się
[02:09:35] - Odnajdujemy, z jakiej cywilizacji się wywodzimy. Czy wywodzimy się z cywilizacji takiej, która jest tworzona w tej chwili, o której mówiłeś? Czy wywodzimy się z cywilizacji o podłożu chrześcijańskim, o podłożu filozofii greckiej, gdzie możemy sobie pewne rzeczy ustawiać i kierować się pewnymi kierunkami. Jeżeli chodzi o filozofię chrześcijańską, to według mnie najbardziej dała to, że upodmiotowiła człowieka. Spowodowała, że człowiek już nie tak łatwo może być traktowany jako niewolnik. Zwróćmy uwagę, że tam, gdzie się pojawiali katolicy, tam nie było niewolnictwa. Tam, gdzie pojawiali się protestanci, to już na pewno na innym etapie, to tam niewolnictwo było totalne. Oni odeszli od pewnych założeń godnościowych człowieka, a po protestantyzmie pojawiło się właśnie coś, co opisywałeś: okultystyczny hitleryzm, który stwierdził, że mamy rasę super panów i oni sobie mogą robić wszystko i wszyscy inni są im podlegli. W „Erze Zwodnika” przedstawiłem pewien zabieg odnoszący się do Pisma Świętego, do Genesis, na podstawie którego ci ludzie z tej sekty mogli sobie tworzyć obraz swojej wielkiej roli i być niewolnikami pewnych specyficznych ludzi. Ale polecam przeczytać książkę i zobaczyć, w jaki sposób można Pismo Święte wykorzystać.
Oczywiście napisałem tam na początku, że z pewnymi rzeczami się nie zgadzam. To taki był mój żart. Chodziło o to, żeby ktoś na poważnie tej interpretacji Pisma Świętego nie wziął, tylko to jest zawieg, który mógł być stosowany na przykład poprzez protestantów, po różnego rodzaju dalsze kierunki, które można sobie wydumać.
[02:12:06] - Ja tylko powiem jedną rzecz dla wszystkich tych, którzy z chrześcijaństwem mają średnie doświadczenia. To, że żyjemy w cywilizacji chrześcijańskiej, wcale nie musi oznaczać, że wszyscy musimy natychmiast biegać do kościoła. Rozdzielmy te dwie rzeczy. Tak mówię dla porządku, żebyśmy wiedzieli, w jakim miejscu jesteśmy. Nie, proszę państwa, to nie chodzi o to, że powinniśmy w tej chwili wprowadzić jakieś państwo wyznaniowe czy w ogóle tylko sami chrześcijanie tu chodzą po ulicach. Nie. Chodzi o pewien bagaż kulturowy, który mamy ze sobą, który stoi za tym rozwojem. Mając świadomość tego, jak to wszystko wyglądało, czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy dziedzicami pewnej kultury, pewnej formacji kulturowej. Niebezpiecznie jest mówić: „A ja teraz to wszystko zmienię, zrobię sobie coś nowego”. Bo takie sztuczne układanie sobie nowej kultury to się już odbywało kilka razy i to też w XX wieku.
Nową kulturę zakładali bolszewicy. Dlatego się często mówi o tym, że to było zderzenie cywilizacji i antycywilizacji. Bo jeżeli ktoś mówi: „A teraz, proszę państwa, zrobię wam nową kulturę”, to zacznijcie się bać. To samo zrobił narodowy socjalizm w Niemczech. On też założył: „Założymy państwu teraz nową kulturę, zupełnie świeżą, niezużytą. Będzie się nazywała nazizm”. Taką nową kulturę i jedni, i drudzy serwowali. I to była antykultura. Ona nie miała żadnych korzeni, wszystko wiedziała lepiej. Prawdziwa kultura kształtuje się przez wieki.
Bezpieczniej, rozsądniej jest korzystać z tego, co mamy. Pewnie część powie dzisiaj: „A ja nie chcę tej, bo to chrześcijaństwo ciemne, głupie jest i w ogóle”. Niestety są i takie głosy. Czasami jest tak, że człowiek rodzi nie w tym miejscu świata, w którym by chciał. Trudno. Tylko to jest troszeczkę tak, że było bardzo często w ten sposób, że szczególnie w latach 60. czy 70., ale bardziej 60., próbowano zaczerpnąć z kultury hinduskiej na przykład bardzo dużo. Tam jeżdżono i kombinowano. Proszę państwa, to się na ogół kończyło wielkim nieporozumieniem, ponieważ Europejczycy, czytajmy również Amerykanie, brali z tej kultury tylko to, co im się najbardziej podobało, co ich kręciło. To na ogół były obrzeża tej kultury.
Albo się w tej kulturze jest, ma się w niej korzenie, albo się jej nie rozumie do końca i czerpie właśnie, wyjmuje sobie: „A to sobie wezmę, to też sobie wezmę”.
[02:15:01] - Jeśli chce być hinduistą, to trzeba również zaakceptować kasty.
[02:15:07] - Tak.
[02:15:08] - Jest taka fajna anegdota dotycząca tego, jak się Mię Faru wybrali, żeby się rozwijać duchowo. Znacie tą anegdotę?
[02:15:16] - Nie.
[02:15:17] - Pojechali tam sobie, znaleźli sobie jakiegoś guru i bardzo się tam rozwijali duchowo, medytowali, robili takie różne inne rzeczy. Do czasu, aż ten guru przyszedł do Mii Faru i powiedział jej, że on ją chce tak specjalnie bardziej tam na boku gdzieś porozwijać i w ogóle konkretnie takie prywatne lekcje jej dać. I oni się wtedy zwinęli wszyscy i pojechali stamtąd.
[02:15:41] - To taka anegdota dotycząca tego.
[02:15:43] - Pewnie tak. Poza tym nie chcę wchodzić, bo znowu wejdziemy na jakieś bagna filozoficzne, ale nawet samo pojęcie czasu naszej cywilizacji, w sensie rozumienia czasu przez naszą cywilizację europejską, chrześcijańską, a pojęcie czasu przez cywilizacje Indii, różne cywilizacje, bo to miejsce, w którym różne cywilizacje funkcjonują, jest zupełnie inne. My funkcjonujemy w czasie liniowym. Tam istnieje czas kołowy. Tam wszystko wraca, cały czas się powtarza. Upraszczam. Wybaczcie państwo, nie będziemy wchodzić głęboko w filozofię, czy to w hinduizm, czy w jakiekolwiek inne stamtąd pochodzące. Ale coś w tym jest, proszę państwa, że my kiwamy głową, mówimy: „O, jacy oni są mądrzy, jak oni dużo wiedzą o świecie”. Ja nie mówię, że nie. Tylko pytanie jest, czy da się to przełożyć na nasz wewnętrzny język, na nasze wewnętrzne rozumienie.
I tu obawiam się, że może po jakichś 40 latach studiowania byśmy się wgryźli w to.
[02:16:57] - Ale po co?
[02:16:59] - Ale jak pojedziemy się rozwijać duchowo przez trzy miesiące, to proszę państwa, słabo to widzę.
[02:17:05] - Zwróćcie uwagę na jedną rzecz. Kto w Europie dzisiaj ma problemy z tożsamością, a kto problemów z tożsamością nie ma żadnych? Żadnych problemów z tożsamością nie ma świat islamski, gdzie nie chrześcijaństwo, ale mahometanizm jest punktem odniesienia i wszystkie te kraje nie mają żadnych problemów. Siła ich jedności. To, że się będą tłukli między sobą, że będą walczyli, że będą swoje sekty zakładali, to jest inna sprawa.
[02:17:42] - Ale nie ma nam się wtrącać w to.
[02:17:45] - Dokładnie tak. My tam nie mamy nic do powiedzenia, bo to jest ich podwórko i oni załatwiają tego. Europa ma problem z tożsamością. Skoro my się już do niczego do tyłu, że tak powiem, wstecz nie odnosimy, nie mieliśmy ojca ani matki. To cholera, jaki problem? Weźmy jakiegoś Budę.
[02:18:10] - Rozumiem, że kpisz, ale rzecz jest troszeczkę, czy skomplikowana? Nie, to nawet nie chodzi o stopień komplikacji. To bardziej chodzi o to, że my, przynajmniej niektórzy z nas w Europie przyjęli taką oto zasadę: niech będzie cokolwiek, byle nie to stare zgniłe chrześcijaństwo, bo już mamy go potąd. Czasami nie wiemy, czego mamy potąd. Nie wiemy, ale byle tylko nie to stare, bo został zaszczepiony w Europie kolejny mit, mit postępu. To się teraz już nie nazywa postęp. Proszę państwa, progres.
[02:18:48] - Po polsku.
[02:18:51] - Nie.
[02:18:51] - Jesteś progresywny? Tak.
[02:18:53] - Ktoś teraz już nie jest postępowy, tylko jest progresywny.
[02:18:56] - To porozumienie.
[02:18:56] - Ale to wszystko jest progresywne. Dlaczego? Bo nam się znowu zaszczepiło coś takiego, wlazło jak taki chwast do naszych umysłów, że wszystko co nowe, wszystko co pojawi się takie świeżutkie, to jest lepsze niż to stare. I ktoś powie: „To właśnie Żelkowski konserwatysta się wypowiada. A przecież wiadomo, że wszystko co nowe, przynajmniej dlatego, że jest świeże i jeszcze niezużyte, to jest lepsze”. Chyba tak do końca nie jest. I te wszystkie nowe idee mają to do siebie, że na pewno są nowe, niezużyte i świeże i w ogóle bardzo ponętne. Ale nie ma w nich tego, co nazwiemy głębią, może głębią filozoficzną. One po prostu tłumaczą nam świat na takiej zasadzie, na jakiej tłumaczy nam świat telenowela. Jakoś tam nam tłumaczy.
Ten się zakochał w tamtej, a tamta w jeszcze kimś. I powstał trójkąt i ten trójkąt później trzeba przez 150 odcinków eksploatować. Później się wszystko zmienia i następne 150 odcinków i następne.
[02:20:11] - Odnosząc się do tego, co powiedziałeś, z punktu widzenia teologicznego islam jest najbardziej prostą i najbardziej konkretną religią, jaka została stworzona. Nie mamy tam żadnych Trójc Świętych i takich dylematów, i tego typu problemów. On jest łatwy i prosty i dlatego potrafi uwozić ludzi. Tam nie musimy się jakoś rozwodzić specjalnie i tworzyć jakichś dodatkowych dylematów. Do tego stopnia, że nawet Sinead O'Connor, słynna piosenkarka, była religijna bardzo i zaangażowana, stwierdziła, że od teraz zostaje muzułmanką. A jeżeli chodzi o Sinead O'Connor, my ją pamiętamy z takiej dziwnej rzeczy, że ona podarła, nie wiem, czy pamiętacie.
[02:21:09] - Zdjęcie papieża.
[02:21:10] - Zdjęcie papieża i tam to nie wytłumaczono tego, co się tam stało. Ona nie podarła, bo nie lubiła papieża, tylko podarła go w proteście przeciwko pedofilii w Kościele irlandzkim i temu, że papież nic z tym nie robi. Więc zaraz dotarł taki uproszczony obraz, że ona to wzięła, podarła. Zrobiła to z pewnych przyczyn i ona wtedy była bardzo zaangażowana w chrześcijaństwo, a na koniec swojego życia ostatnio jako osoba dosyć nieszczęśliwa przeszła na islam, bo stwierdziła, że to jej wszystko upraszcza. Jest Allah jeden jedyny, wszystko jest inszallah i nie musimy się niczym martwić.
[02:21:49] - Tak. Być może człowiek doświadczony przez życie. Nie wiem, czy przez to stałaś się szczęśliwsza, ale nie mówię, że nie. Nie wiem.
[02:21:56] - Piotrze, nie wiem. W każdym razie jestem bardzo nieszczęśliwa.
[02:21:58] - Nie wiem. Natomiast bardzo często eksperymenty polegające na tym, że się zaprzecza całemu swojemu życiu i przeskakuje do czegoś nowego, różnie kończą.
[02:22:09] - Tak, właśnie tak działają sekty, że skłaniają ludzi do przejścia.
[02:22:13] - Teraz powiemy ci prawdę.
[02:22:16] - I skierowaniu się do nas, a potem następuje uczenie nauki. Zazwyczaj to są banalne rzeczy i proste. Opowiem wam może o czymś dosyć ciekawym, z czym spotkałem się: jak opowiadają o świecie sekciarze. Musisz być młodym człowiekiem, bo tacy są najfajniejsi. Kiedy na przykład nie mają jakichś dobrych relacji seksualnych, nie mają doświadczeń, przedstawiają na przykład takie banalne rzeczy: jaka jest kobieta, jaki jest mężczyzna. Proste, schematyczne. Ten człowiek biedny słucha tego, a jak już uzna, że to są dla niego autorytety, te osoby go wprowadzające, to potem jakiś bullshit zaczyna sprzedawać różnego rodzaju. Ja się spotkałem na przykład z takim bullshitem, że zaczęto mi opowiadać, że Coca-Cola jest dlatego taka fantastyczna, że zawiera szpik kostny ludzki. Jest to straszne, bo racjonalista podejdzie do tego: „Jak to? To by musiałby...
Co to jest szpik? To jest jakiś tłuszcz. Jak to miałby być pobierane? W jaki sposób?”.
[02:23:33] - Ile tej Coca-Coli wyprodukują?
[02:23:35] - Skąd oni to biorą? Z prosektorów. Ale jeżeli już przeszedłeś pewne etapy wtajemniczenia, to ten bullshit łykniesz. I bardzo jest takich wiele sytuacji, w których bohaterka mojej powieści nie dotarła, zdaje się, do takiego etapu, kiedy ewidentnie taki kit wciskali. Zresztą ja myślę, że akurat ta organizacja nie musiałaby żadnego kitu wciskać, bo ona organizacyjnie zniewalała ludzi poprzez na przykład popełnienie przestępstwa, przez co już trudniej się wymiksować z tego układu, ponieważ i tak już jesteś przestępcą.
[02:24:14] - Głupie pytanie będę miał do was obu w takim razie.
[02:24:19] - Zapodawaj.
[02:24:20] - Czy przypadkiem wczesna działalność Jezusa z Nazaretu oraz Mahometa nie była właściwie zakładaniem sekty?
[02:24:33] - To jest kwestia definicji, bo mała organizacja religijna, zanim urośnie do rangi Kościoła, może być nazywana sektą. Natomiast ja myślę, że Jezus rzeczywiście miał cechy sekciarskie. Zwłaszcza że jeżeli byśmy badali jego przekaz, on jest dosyć spójny. Już mógłbym polecić kogoś, kto to badał. Zależy od tego, kiedy Jezus komu co mówił i tak dalej. Każdy może wyciągnąć coś i przedstawić to na własny modół, uzasadniając własne hipotezy i własny światopogląd.
[02:25:09] - To tak nie do końca jest.
[02:25:10] - Możemy sobie podyskutować. Ja w tej chwili nie jestem gotowy na przykładów podawanie.
[02:25:16] - Powiem dlaczego. Ogólnie nie chodzi o przykłady. Będzie przykład pozytywny i negatywny. Najpierw ten negatywny. Otóż Kościół, ta organizacja stojąca gdzieś na szczytach cywilizacji chrześcijańskiej, z którą nie wszyscy muszą mieć do czynienia, przyzwyczaił się przez lata do tego, że nie dyskutuje o niczym i każde pytanie młodego człowieka, starszego człowieka o pewne problemy, które są, kwituje, że to jest atak. To jest nieprawda i to jest pewna słabość, która niestety naszą cywilizację dotyka, że chrześcijaństwo przez lata oduczyło się odpowiadać na proste, czasami podstawowe pytania: dlaczego tak jest? Mówi się: „To tajemnica jest”. Proszę państwa.
[02:26:16] - To jest bardzo niefajne. Te tajemnice, które gdzieś tam zawsze są.
[02:26:21] - A prawda jest troszeczkę inna, którą dzisiaj wszyscy, łącznie z Kościołem, ukrywają. Czym jest teologia? Skończyłem jedne studia, skończyłem drugie studia. Na teologię w życiu nie pójdę, bo nie mam tyle czasu ani takiej potężnej głowy. Teologia stara się wyinterpretować z tego wszystkiego, z tych pism i tak dalej spójny obraz. Co więcej, to się nawet udaje. Ale żeby podyskutować z kimś na temat szczegółów takich właśnie, które się nie zgadzają, to przeciętnie taki teolog musi zrobić kilkugodzinny wykład, z czego to wynika. Problem polega na tym, że nikt w naszych czasach ani nie ma na to czasu, ani nie ma na to ochoty. I to, co powiedziałeś o prostocie pewnych przekazów z innych religii. Chrześcijaństwo doszło do takiego stopnia skomplikowania, że jest tylko dla specjalistów, tylko dla teologów albo dla ludzi, którzy nie zadają pytań, albo też ludzi, którzy nie stawiają aż tak wielkich wymagań.
I w związku z tym jesteśmy w takiej oto sytuacji, że chrześcijaństwo mówi tak: „Nie pytaj o to, bo nie powinieneś o to pytać”. Teolog natomiast powie: „Tak, możesz o to pytać, ale cóż... Jak masz najbliższe osiem godzin, to ja ci to wyłożę.
[02:28:00] - Tak, to znaczy wyłoży-
[02:28:03] - Przedstawię ci spójną całość. Z czego my to wyprowadzamy? Czy to jest prawda? To jest inna sprawa, bo teologia się nie zajmuje do końca prawdą. To, co poznałem, rzeczywiście jest logiczne. Zwróćcie państwo uwagę, że dzisiaj o tym mówiłem. Logiczne nie oznacza prawdziwe, ale logiczne. To jest dosyć składnie poukładane i w związku z czym, z punktu widzenia teologii pomiędzy poszczególnymi etapami w życiu Jezusa nie ma sprzeczności. Oni to potrafią pokazać.
[02:28:35] - Oczywiście potrafią, bo musieli to zrobić, żeby uzasadnić.
[02:28:39] - Ale nie jest to zrobione na siłę. Załóżmy, że nie jest. Słabość natomiast polega na tym, że jeżeli musimy skończyć studia teologiczne albo mieć dużo wolnego czasu, żeby nam to wyłożyć, a jeszcze jak dodamy nasze pytania w trakcie, to doba pękła. Spokojnie. W związku z tym pytanie, czy gdzieś nie został popełniony błąd w naszej cywilizacji, polegający na tym, że stopień skomplikowania tego, z czym się identyfikujemy, jest tak ogromny, że ludzie, szczególnie młodzi, mówią: „Przepraszam, ale ja na to nie mam czasu. Ja nie chcę tego, bo może chcę czegoś prostszego”.
[02:29:27] - Marku, przecież mówiliśmy. Ten punkt odniesienia dla rzeczy prostych i jasnych. Jeżeli ktokolwiek w islamie ma problem z czymś, to sięga do Koranu i tam znajduje odpowiedź.
[02:29:42] - Raczej w Biblii się takie rzeczy robi.
[02:29:44] - Poczekaj.
[02:29:44] - W Koranie jest „inshallah” i tyle. Dziękuję. Zamknięty temat. Idzie się też po wyjaśnienie-
[02:29:50] - Do imama można.
[02:29:51] - Do miejscowego.
[02:29:54] - Tak, ale zobaczcie, co nasza kultura z systemem, z tym punktem odniesienia upowszechniała przez ostatnie tysiąc lat. Dla mnie były czyste i jasne takie islamowskie zupełnie rzeczy.
[02:30:10] - Islamowskie. Dobrze.
[02:30:12] - Nie kradnij, nie zabijaj, nie cudzołóż. To wszystko było wyłożone w Piśmie Świętym. Nasza kultura rozpaczliwie próbowała wygibasić całą naszą etykę. „Ale nie wiadomo, czy tak, a może tak. A może to kradzież, a może jest lepsze, a może to tego”. Już nie ma. Nie ma „nie kradnij”, „nie zabijaj”.
[02:30:39] - Zaraz wejdziemy na dyskusję teologiczną, a jak ostrzegałem, osiem godzin pęknie spokojnie.
[02:30:44] - Tak, dobra. Nie chodźmy w dyskusję teologiczną.
[02:30:46] - To chyba nie ten czas. Natomiast ja śpieszę zapytać, bo w książce „Era zwodnika” pojawia się motyw, to tak zabrzmi górnolotnie, starcia cywilizacji to może za dużo, ale w każdym razie kontaktu z islamem. Nie będziemy zdradzać, ale to jest dosyć ważny wątek w książce. W pewnym momencie okazuje się, że on jest bardzo ważny w tej książce i to też państwo macie. To trochę polityka migracyjna, trochę jakieś obozy dla przesiedleńców, uchodźców i tak dalej. Coś takiego się pojawia.
[02:31:23] - Ośrodek w Lynie się pojawia, który jest rzeczywiście absolutnie ośrodkiem, który istnieje i można sobie pojechać go obejrzeć na własne oczy, ponieważ w powieści rzeczywiście staram się lokacje rzeczywiste pokazywać, nie wymyślać żadnych innych miejsc. Jeżeli chodzi o ten islam, który się pojawia w powieści „Era zwodnika”, to nie jest kwestią teologiczną i rozważaniami żadnymi teologicznymi, tylko jest kwestia losu tych ludzi i to, na co oni zostali skazani poprzez pewne złudzenia, które im wrzucono. Dokładnie wiemy, że emigranci, którzy się pojawiają u nas, to jest biznes. To są jakieś statki, to są jacyś szmuglerzy, którzy przerzucają tu ludzi po to, żeby mogli korzystać z socjalu i mogli jeszcze inne rzeczy robić, o których my nie wiemy. Prawdopodobnie mogą być to związane sprawy z grupami przestępczymi. Owszem, jest taki wątek i ja myślę, że on jest ważny właśnie o tyle, żeby pokazać takie złudzenia, jakim ulegają ludzie i do czego to może prowadzić.
[02:32:49] - Tak, że tak naprawdę te osoby, które są chociażby w tym ośrodku, one są bardziej tym towarem, przedmiotem pewnego handlu, pewnego interesu. Może tak?
[02:33:03] - Są ofiarami generalnie pewnego systemu.
[02:33:05] - Ale też to wcale nie oznacza, że nie mogą sporo namieszać, bo takimi osobami łatwiej się steruje chociażby na skutek tego, że się ma na nich, jak to się mówi w takim żargonie przestępczym, ma się na nich trzymanie. Chyba coś takiego.
[02:33:25] - Tak.
[02:33:26] - W każdym razie ja tylko przedstawiając te różne wątki w „Erze zwodnika”, pokazuję, że ten świat przedstawiony w książce jest w miarę pełny. To nie jest tak, że sobie Wojciech Terlecki mówi: „A teraz napiszę książkę” i napisał książkę i ona jest takim wyrywkiem z przyszłości. Nie. W tej książce, całkiem zresztą grubej, nagle się pokazuje pewien świat za ileś tam lat. Czy on tak będzie wyglądał? Nie nam mówić o tym, ale z punktu widzenia budowania fabuły książki on jest w miarę pełny. Są tam różne grupy, przedstawiciele tych różnych grup. Wymienialiśmy sekty, wymienialiśmy ludzi, emigrantów. Są sfery rządowe, są ludzie pracujący, którzy się ze swoimi zawodowymi wyzwaniami zmagają. To wszystko jest.
I nagle gdzieś, w którymś momencie książki dochodzimy do wniosku, że poza tą sensacją, którą dostaliśmy, mamy całkiem fajnie narysowany świat. Aż się prosi, żeby w tym samym świecie umieścić jeszcze jakąś historię. Troszeczkę tak mi się to skojarzyło. Mam dobrą propozycję teraz dla wszystkich, żebyśmy posłuchali drugiego fragmentu prozy. To będzie dokończenie tego, co słyszeliście państwo w części pierwszej.
[02:35:15] - Duży samochód terenowy wjechał do dżungli. Powoli przedzierał się po teoretycznie utwardzonej drodze. Gomelez skoncentrowany na prowadzeniu pojazdu nie był zbyt rozmowny. Każdy metr trasy wymagał od niego omijania pojawiających się wciąż przeszkód – kamieni, gałęzi, padłych zwierząt, kałuż o nieokreślonej głębokości i ziejących czernią suchych dziur. Pozostała grupa podróżników pochłonięta była obserwowaniem krajobrazu i kibicowaniem kierowcy. Po dwóch godzinach dojechali do miejsca, które gdyby dotyczyło to zwykłego lasu, a nie dżungli, można było określić mianem polany. Samochód zatrzymał się. Wysiadł z niego kamerzysta. Auto zawróciło pomiędzy drzewa. Kiedy chłopak rozstawił sprzęt, dał sygnał i z zieleni ponownie wyłoniła się terenówka.
Tym razem przebycie ekipy zostało uwiecznione. Na polanie zastali już rozstawione namioty i kilku nieczystej krwi Indian krzątających się przy palenisku. Na kamieniach piekły się kawałki jakiegoś mięsa, a w kociołku gotowało się coś, co pachniało w nie dający się zignorować sposób. Torbak z ulgą przyjął puszkę piwa podaną mu przez Fenana. „Interesują pana rośliny lecznicze?” – zagadnął Metys. Radagast pociągnął łyk napoju i skinął głową. „Uważam, że natura przygotowała dla nas wiele niespodzianek i substancji do odkrycia.” „Przygotowała dla nas” – powtórzył Gomelez i lekko się uśmiechnął. „My jako ludzie nieudolnie naśladujemy dzieła tej planety. Zamiast poszukiwać rzeczy u źródła, uruchomiliśmy wielkie fabryki syntezy chemicznej i wszystko syntetyzujemy, a potem pochłaniamy to na potęgę i chorujemy.” Fenan pokiwał ze zrozumieniem głową i pociągnął kolejny łyk z puszki. „Czy pan wie, że naturalna witamina C i syntetyczna witamina C to coś zupełnie innego?” Gomelez zrobił zdziwioną minę.
„I te nasze antybiotyki. Niech pan posłucha samej nazwy – antybio. To nas wykańcza.” „No nie wiem. Jak miałem 15 lat, pewna portowa dziwka zaraziła mnie jakimś syfem i wtedy antybiotyk pomógł” – wtrącił Gomelez. Torbak spojrzał się na niego zaskoczony. Po namyśle machnął ręką lekceważąco. „I w ten sposób skrócił pan sobie życie o 10 lat.” Do gawędzącej dwójki mężczyzn podszedł jeden z tragarzy i coś szepnął Metysowi na ucho. Ten skinął głową. „Powinniśmy coś zjeść” – zakończył rozmowę, zastanawiając się, czy faktycznie będzie żył 10 lat krócej i ile generalnie dawek antybiotyku przyjął w swoim życiu. Wyszło mu, że już od dawna powinien być martwy.
Jabczak szukał czegoś w plecaku. „Zostaw plastikowe naczynia. Będziemy jedli jak Indianie” – zarządził Torbak. Grubas zastanawiał się przez chwilę. W końcu wyjął jednak plastikowe kubki. Nie potrafił sobie wyobrazić, jak Indianie piją gorące napoje z kociołka. Nabierają płyn w dłonie? Wkrótce usiedli na ziemi i każdy otrzymał po kawałku mięsa na wielkim liściu. Zagryzali doniesionymi przez Gomeleza sucharami marki Lempas, popijając dziwnie pachnącym naparem. „Powinno się to posłodzić” – zasugerował Metys, podając pudełko z kostkami cukru.
„O nie, nie używam białego cukru” – stanowczo odmówił Radagast i sięgnął do kieszeni po pojemnik z drobnymi pastylkami. Dwie z nich po chwili zniknęły w naparze. Fenan pomyślał, że to słodzik, ale nie chciał zgłębiać tematu. Reszta ekipy z przyjemnością rozpuściła w napoju kilka kostek cukru. Spróbowali i dodali go jeszcze trochę. „To kiedy spotkamy Indian?” – zapytał Radagast. „Jutro ruszymy do dżungli. Oczywiście pieszo. Przewodnicy mówią, że widzieli obozowisko Indian dzień drogi stąd. Jeżeli tamci się nie przemieszczą, to powinniśmy ich znaleźć.” „A jak się przemieszczą?” Gomelez nie miał wątpliwości, że nie ruszą się z miejsca, ale dla dodania dramatyzmu sytuacji zrobią długą pauzę i wyją z kieszeni paczkę europejskich papierosów.
Na opakowaniu umieszczono zdjęcie człowieka, któremu prawdopodobnie granat wybuchł w ustach. Przy czym opis wyjaśniał, że są to skutki nowotworu wywołanego paleniem. Metys, ignorując ostrzeżenia Ministerstwa Zdrowia, zaciągnął się tytoniem i wzruszył ramionami. To ich poszukamy. Przed opuszczeniem obozu Radagast pokręcił się z kamerzystą i dźwiękowcem po okolicznych krzakach, odnajdując i filmując jakieś rośliny. Przy okazji nakarmili kilka pijawek, które Gomelez bez specjalnej ekscytacji usunął z ich ciał końcówką noża. Szli gęsiego wijącą się pośród drzew i krzaków ścieżką. Na początku wędrował przewodnik, zawzięcie wymachując maczetą. Za nim maszerowało dwóch tragarzy, Gomelez i Europejczycy. Kupione w markecie sportowym buty trekkingowe szybko przemokły, a bawełniane podkoszulki nasiąkły potem.
Maszerowali dość długo, jednak nie zaszli wcale daleko. Gdyby przez gęstą zieleń widać było słońce, to oświetlałoby ono podróżników od przodu, a potem z lewej i prawej strony. W końcu przez chwilę świeciłoby im w plecy, po czym wszystko zaczynałoby się od nowa. Zapis GPS-u, gdyby ktoś go miał, pokazałby wyłącznie esy-floresy, czyli sposób poruszania nazywany kluczeniem. Podobną metodę musieli stosować Żydzi na pustyni prowadzeni przez Mojżesza, gdyż trasę, którą można przejść w sześć dni, zrobili w 40 lat. W końcu kolumna zatrzymała się. To gdzieś tutaj? — zapytał Radagast. Jeszcze nie. Postój na posiłek — wyjaśnił Fenan.
Maczetnik wyciął w dżungli dostatecznie dużo miejsca, by wszyscy mogli usiąść na swoim bagażu. Gomelez wyjął z plecaka taszczonego przez tragarza aluminiowe puszki i plastikowe butelki. Puszka była poręczna i miała zawleczkę, po wyrwaniu której w podstawce rozpoczynała się reakcja chemiczna podgrzewająca gulasz. Metys rozdał Polakom puszki, uzupełnił posiłek sucharami i butelką wody. Jabczak od razu pochłonął zawartość pojemnika, natomiast Torbak podejrzliwie przyglądał się daniu. Długo nad czymś myślał. W końcu dał sobie graną i zaczął jeść. Doszedł do wniosku, że skoro intensywnie się poci, usuwa toksyny z organizmu na bieżąco, a po powrocie do kraju i tak zrobi sobie hydrokolonoskopię i wlew z witaminy C. Nie minęło pół godziny, gdy wyprawa ponownie ruszyła. Mniej więcej dwie godziny przed zachodem słońca Metys zatrzymał kolumnę.
Uniósł rękę i gestem nakazał ciszę. Następnie odwrócił się i opuszczając dłoń nakazał wszystkim usiąść. Zgięty wpół zbliżył się do Radagasta. Są na polanie przed nami — wyszeptał. Torbak spojrzał w stronę kamerzysty i z zadowoleniem stwierdził, że chłopak wszystko filmuje. Idziemy? — zwrócił się do przewodnika. Nie, nie — zaprzeczył Fenan. Sam pójdę. Wezmę dary i porozmawiam ze starszym wioski.
Gomelez wygrzebał z tobołka torbę pełną lusterek, noży, świeczek i innego tego typu szajsu, po czym poszedł w kierunku wyjścia z lasu. Kamerzysta wyprzedził zastygłą w bezruchu ekipę i zaczął filmować kryte liśćmi domki oraz skonstruowane z patyków i skóry namioty. Z jednej z chat wyszedł otoczony mężczyznami uzbrojonymi w zastrugane patyki stary Indianin z rzadkim siwym zarostem. Spotkali się w połowie drogi, usiedli na ziemi i o czymś gawędzili. Fenan szerokim gestem wręczył wodzowi prezenty. Ten przez chwilę je oglądał, pokiwał z aprobatą głową i przekazał swoim pomocnikom. Metys wstał i dał znak pozostającej w dżungli ekipie. Kamerzysta asekurowany przez dźwiękowca zszedł ze ścieżki i puścił przodem Radagasta i Jabczaka. Starszy z wioski i Torbak spotkali się, a następnie podali sobie dłonie na przywitanie. Zrobili to kilka razy, by scenę tę można było uwiecznić w kilku ujęciach.
Kolejnym punktem programu okazała się wspólna kolacja. Tego dnia Indianom udało się upolować kilka stworzeń futerkowych podobnych do przerośniętych świnek morskich. Kiedy przygotowali posiłek, a miejscowi pomocnicy szykowali obóz dla białych ludzi, kamerzysta podszedł do popijającego z bidonu dźwiękowca. Dasz łyka, to ci coś powiem — zaproponował. Dźwiękowiec z pewnym ociąganiem podał butelkę chłopakowi. Ten upił łyk i odetchnął głęboko. Andrzej, to ta sama polana, z której wyruszyliśmy. No i co z tego? Co to dla nas zmienia? Mężczyzna też to dostrzegł.
Miał duże doświadczenie w pracy na planie i poruszaniu się wśród rozmaitych dekoracji. Kamerzysta Mirosław chwilę się nad tym zastanawiał. No że robią nas w człona. Nas? Na twarzy dźwiękowca pojawił się szeroki uśmiech. Chłopak pewnie by się z nim zgodził, ale w tej właśnie chwili mężczyźni dostrzegli, że Gomelez przywołuje ich niecierpliwie dłonią. Pozbierali sprzęt i podeszli do Metysa. Wódz Teuel poprosił waszego szefa na rozmowę. Fenan mówił przyciszonym głosem. Zapewne chce mu zdradzić jakiś sekret.
Ustawcie się za tym namiotem i nagrajcie to spotkanie. Nie chwycę z tej odległości dźwięku — zaprotestował Andrzej. Nie trzeba. Dogra się do tego komentarz — stwierdził ze znawstwem Metys. Kamerzysta uśmiechnął się i ustawił obiektyw tak, by widzieć, jak wódz zaprasza Radagasta na rozpostartą na ziemi skórę. Wkrótce dołączy do nich Gomelez. Wódz zdecydowanie nie zgadza się na obecność Jabczaka. Ten, udając, że nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia, wraca do ukrytej za namiotem ekipy. Radagast wygląda na mocno podekscytowanego. Macha do kamerzysty i dźwiękowca, by wszystko rejestrowali.
Wódz zgodził się właśnie przekazać nam recepturę tradycyjnego indiańskiego lekarstwa. Dzisiaj po zmroku udamy się do dżungli poszukać stworzenia o nazwie Pashita. Ma ono moc uzdrawiającą. Zanim jednak tam wyruszymy, staniemy się świadkami uroczystości, podczas której Indianie będą błagali ducha Pashita, by raczył się ukazać. Jeżeli go przebłagają, medycyna naturalna zyska nowy oręż w walce z chorobami. Koniec ujęcia – zarządza Jabczak. Nie dam rady nagrać czegokolwiek w dżungli bez światła. To, co z kamery nadaje się tylko do zbliżeń i krótkiego planu. A ja nie zamierzam wybierać się nocą do dżungli – stwierdził dźwiękowiec. Spokojnie – przejął inicjatywę Jabczak.
Dzisiaj po zmroku przy ognisku odbędzie się zaklinanie tego Pashita. Jakieś zbliżenia i co tam można, skręci pan na kamerze. Na dupie – pomyślał Mirosław. My pójdziemy z Indianami do lasu. Jeśli odnajdziemy tego Pashita, rano zainscenizujemy to jeszcze raz. Potem Indianie odtańczą te same tańce co w nocy. Doda się jakieś filtry ściemniające i będziemy mieli materiał. A na razie zapraszam na kolację. Gospodarze zaserwowali każdemu z gości po pieczonej śwince morskiej na sterydach. Sucharki i kilka zgrzewek piwa w puszkach dodał ze swoich zapasów Fenan.
Uszczęśliwiło to zarówno Europejczyków, jak i Indian, o Metysach już nie wspominając. Ci ostatni ucieszyli się, bo nie musieli tego dalej taszczyć. Nie ma imprezy na świeżym powietrzu bez solidnego ogniska. Kiedy zapadła noc, rozpoczęły się śpiewy i tańce. Nie było niestety gitar, za to pojawiło się kilka pustych pni robiących za sekcję rytmiczną. Perkusiści dawali sobie nieźle radę. Trzymali nieskomplikowany rytm, w takt którego ich kumple przeskakiwali z nogi na nogę, kręcąc się wokoło ogniska. Od czasu do czasu dla urozmaicenia kręcili pirueciki, wydając przy tym okrzyk. Odgłosy te nagrywał dźwiękowiec, a kamerzysta próbował zarejestrować jakieś ciekawe ujęcia, starając się nie wpaść na tańczących. Chłopak miał jeszcze jedno zmartwienie.
Poziom baterii, które zasilały reflektory. Oprócz dwóch zapasowych ogniw nie dysponował żadnym źródłem prądu, do którego mógłby się podłączyć. Samochód został na polanie, a w zasadzie to oddalił się z polany w niestanym kierunku. Po kilku minutach pracy kamerzysta doszedł do wniosku, że już nic więcej z tego widowiska nie wyciśnie i podszedł do Radagasta. Zróbmy jakiś komentarz, zanim padnie mi zasilanie – zaproponował. Torbak skinął głową. Jabczak w świetle ogniska poprawił mu ubranie i przeczesał ciemne włosy. Pomysł był taki, żeby Radagast, siedząc w kuckach, szerokim gestem wskazał tańczących Indian i wygłosił komentarz. Mówiąc to, musiał zignorować dwa silne słupy światła, które kompletnie go oślepiały. Nie ma ludu na świecie bardziej związanego z naturą niż pierwotni Indianie – zaczął przemowę podróżnik.
Mimo tysiącleci i brutalnej ingerencji cywilizacji w ich życie, pozostali wierni swoim zwyczajom. Udał, że przygląda się tańczącym. Potem ponownie spojrzał w dwa reflektory, za którymi ukrywała się kamera i kontynuował. Dzięki wierności przyrodzie omijają ich choroby. Dożywają w zdrowiu sędziwego wieku. Są przy tym po prostu szczęśliwi. To, co obecnie oglądamy, to tradycyjny taniec mający na celu przywołanie ducha Pashity. Stworzenie, które zapewnia im siły witalne i leczy z każdej choroby. No nie, powtórzmy to. Tylko rozprostuję nogi – jęknął niespodziewanie Radagast i wstał z trudem.
Zgasły światła. Wstała cała ekipa. Kurwa, nogi mi zdrętwiały w tej pozycji. Torbak oddychał ciężko, czekając, aż ból minie. Potem przyjrzeli się nagraniu. Całkiem nieźle i to za pierwszym razem – ocenił Jabczak. Dobra, dogramy końcówkę – zarządził Torbak i ponownie ukucnął. Kiedy kamera była gotowa, narrator kontynuował. Stworzenie, które daje im siłę do przetrwania w dzikim świecie i w potrzebie leczy ze wszystkich chorób. Dobra, kończymy.
Zgasły światła i ekipa przez chwilę czekała, aż jej członkowie będą w stanie zobaczyć cokolwiek w ciemnościach. Oślepieni reflektorami nie dostrzegli, jak zbliżał się do nich Gomelez. Skończyliście? – zapytał. Na dzisiaj tak – przytaknął Radagast. To bardzo dobrze, bo teraz zacznie się część rytuału, której nie wolno nikomu filmować. To znaczy, co się zdarzy? – zapytał po chwili milczenia Torbak. Starsi plemienia wypiją specjalny napój, który pozwoli im skontaktować się z duchami Coś jak w odmiennych stanach świadomości? – zasugerował zaciekawiony kamerzysta, ale Fenan nie zrozumiał aluzji do obcego mu kontekstu kulturowego.
Proponuję usiąść przy ognisku i dokończyć piwo – rzekł. Ekipa posłusznie rozsiadła się na ziemi i obserwowała, jak tańce dobiegają końca, a kilku starych Indian pali skręty, mieszając w kociunku jakiś napar. Zanim Europejczycy dopili swoje puszki, staruszkowie nalali sobie napoju do wydrążonych orzechów i powoli wychylili ich zawartość. W pewnej chwili przywódca Indian wstał i podszedł do Metysa. Zamienili kilka słów i razem weszli do namiotu. Po chwili ponownie się ukazali, trzymając cztery naczynka. Wódz postanowił, że dopuści was do rytuału i będziecie mieli zaszczyt wypić święty napój – powiedział podnieconym szeptem Gomelez. To dla nas wielki zaszczyt – stwierdził niepewnie Radagast i popatrzył po swoich towarzyszach. Jabczak czekał na to, co postanowi szef. Dźwiękowiec Andrzej miał sceptyczną minę, za to kamerzyście Mirkowi oczy rozszerzyły się z wrażenia.
Mam chorą wątrobę – stwierdził po chwili dźwiękowiec. Kto nie spożyje napoju, nie będzie mógł wyruszyć do dżungli w poszukiwaniu Paschita – zastrzegł Gomelez. Nie szkodzi. Zostawcie dla mnie piwo, to posiedzę tutaj i popilnuję sprzętu – zadeklarował Andrzej. Bardzo dobry pomysł – podchwycił Radagast. Niech pan tu na nas poczeka. Dźwiękowiec patrzył, jak pozostała część ekipy przysiada się do starszyzny plemienia, trzymając w rękach czarki z napojem. Potem wszyscy usiedli i biorąc przykład z wodza, duszkiem opróżnili naczynia. Radagast przełyka ostatni łyk napoju. Jest gorzki, ale nie nieprzyjemny w smaku.
Indianie nucą jakąś pieśń. Radagast chciałby o coś zapytać, ale nie ma śmiałości się odezwać. Przygląda się zatem twarzom Indian. Płomienie ogniska otaczają je aureolami. Dostrzega coraz więcej szczegółów. Wyjątkowo ciekawy wydaje się być nos wodza. Torbak nieświadomie koncentruje się na nim. Jest ogromny i przypomina księżyc. Wyraźnie dostrzega kratery i wzgórza. W pewnej chwili ląduje na nim statek kosmiczny.
Lądownik ma sześć wsporników. Wypuszcza trap. Trap penetruje glebę. Zapewne pobiera próbki skał. Nagle wszystko się zmienia. Coś wyłania się z mroków kosmosu i pędzi w stronę statku. Ten błyskawicznie startuje. No tak, to ręka. Ręka Indianina. Zabawne.
Radagast szeroko się uśmiecha i czuje, że ma zdrętwiałe wargi. Mógłby je nagryźć i nie poczułby bólu. Delikatnie próbuje to zrobić. Działa. To wydaje mu się jeszcze bardziej zabawne. Senior Torbak. Ktoś go wzywa. Co? – pyta. Que?
– odpowiada głos. What? W porządku. Moduł lingwistyczny zakończył konfigurację – potwierdził komputer, który niespodziewanie odezwał się w głowie podróżnika. Senior Torbak. Głos robił się coraz bardziej natarczywy. Radagast z trudem odwraca wzrok od wielu interesujących bodźców i koncentruje uwagę na postaci stojącej obok. Poznaje go. To Fenano Tuskeros Gomelez. Przyjacielu – mówi czułym szeptem.
Indianie już są gotowi. Ruszamy na poszukiwania Paschita. Och, tak. Radagast przypomina sobie. Misja ocalenia ludzkości. Wstaje dość gwałtownie i odczuwa lekki zawrót głowy. Przez chwilę ma ochotę uściskać Gomeleza, ale uświadamia sobie, że nie powinien tego robić. Nie powinien nikogo dotykać i nikt nie może dotykać niego, bo jest już istotą bezcielesną. Nie ma organów wewnętrznych, a jego ciało to tylko zewnętrzna, delikatna skorupa, która ma za zadanie przytrzymać duszę, by nie uleciała w przestworza. Indianie są już gotowi.
Ruszamy na poszukiwania Paschita – powtarza cierpliwie Fenan. Zatem w drogę! – zarządza Radagast i przygląda się, jak członkowie jego ekipy powoli i niepewnie przyjmują pozycję wyprostowaną, rozglądając się ciekawie wokół. To ich rozglądanie się jest fascynujące, bo w oczach Radagasta nie poruszają się płynnie, tylko przeskokami fazowymi. Radagast kręci głową z boku na bok, a świat dzieli się na pojedyncze klatki. Dźwiękowiec Andrzej patrzy, jak Mirek męczy się ze swoją kamerą. W końcu podchodzi do niego i zabiera mu urządzenie. Zostaw to, bo popsujesz. I tak nie wolno filmować. Mirosław patrzy na niego, próbując dokładnie zrozumieć, co powiedział.
Doszukuje się w tym drugiego dna. W końcu je znajduje i stwierdza, że chodzi o to, że powinien już iść. Kiwa głową potakująco i wskazuje na swoją czapkę. Uśmiecha się. Ma tam zainstalowaną małą kamerę z funkcją filmowania noktowizyjnego. Jednym ruchem przy daszku uruchamia urządzenie. W tym czasie podchodzi do niego Indianin i kładzie mu rękę na ramieniu. Mirek wzdryga się, ale po chwili przyzwyczaja do dotyku i pozwala poprowadzić się do grupy, która formuje szyk. Andrzej otwiera kolejną puszkę piwa, zastanawiając się, czy wszyscy oni nie przepadną na zawsze w puszczy. Wkrótce grupa idących gęsiego osób rozświetlana światłami pochodni znika mu z oczu.
No i chuj — mówi do siebie dźwiękowiec. Potem wstanie, schowa sprzęt do skrzyń, starannie pozamyka zamki. Skrzynie umieści w namiocie i pójdzie spać. Gdyby nie pomoc Indian, grupa białych nie uszłaby daleko. Ich uwagę przyciągają coraz to nowe, fascynujące elementy. Płomienie z pochodni rozprzestrzeniają się po okolicy malowniczymi rozbłyskami. Do uszu dochodzą dźwięki wydawane przez zwierzęta nocy. Niektóre są przerażające, jednak spoczywająca na ramieniu ręka Indianina działa uspokajająco. Krok po kroku zagłębiają się w dżunglę. Po przejściu trudnego do określenia dystansu słyszą dochodzące z ciemności dźwięki bębna.
Takie proste. Łup, łup, łup. Wkrótce do ich uszu dobiega pieśń. Nie jest skomplikowana. Coś w rodzaju polskiego hu hu ha! Tylko brzmiące jak hmm hmm hmm. W oddali pojawia się światło. Posuwają się w jego kierunku. To polana. Na niej czeka na nich trzech Indian.
Ich twarze są pomalowane białą farbą, a głowy przyozdabiają wymyślne pióropusze. Uwagę podróżników przykuwają drobne szczegóły. Obserwują taniec światła na obliczach mężczyzn, blask ich oczu i powolne ruchy, jakie wykonują. Ekipę opuszczają Indianie przewodnicy. Na polanie pozostają jedynie Europejczycy i trzech szamanów. Podchodzą oni do białych i wyciągają w ich kierunku krótkie toporki. Wyraźnie chcą, by ich goście wzięli od nich te narzędzia. Gdy komunikat został zrozumiany, szamani biorą ich za ręce i prowadzą do znajdujących się na krawędzi polany zwalonych drzew. Wskazują leżące na ziemi pniaki i gestem ręki nakazują uderzać w nie siekierami. Pierwszy zaczyna pracę Mirosław.
Wkrótce dołącza do niego Torbak i Jabczak. Tną na oślep pnie drzew, które dość łatwo poddają się ciosom toporów. Świadczy to o tym, że drewno długo leżało w dżungli i proces próchniczy jest mocno zaawansowany. Uderzeniom topora towarzyszy wspomniany już motyw muzyczny. Muzyka powoli zaczyna wyznaczać tempo uderzeń siekier. Wkrótce cały proces jest na tyle zsynchronizowany, że gdy hmm hmm hmm niespodziewanie cichnie, drwale również zaprzestają pracy. Czyjeś ręce odsuwają ich od rozrąbanych pni. Miejsce Europejczyków zajmują białolicy szamani. Rozrzucają cząstki drewna i zagłębiają w nich dłonie. Po chwili słychać okrzyk radości.
Podróżnicy drżą z podniecenia. Do szamanów podchodzą Indianie z misami zrobionymi z liści, na które starcy wrzucają coś, co wyciągnęli z wiórów i masy próchniczej. Encontré el Pashita. Polacy słyszą za sobą teatralny szept Fenala. Indianie podchodzą do gości z naczyniami pełnymi wijących się istot. Ktoś przybliża pochodnię. W jej świetle Europejczycy dostrzegają wielkie brązowo-różowe gąsienice. Ich ciała całe pokryte są włosami. Główki zwierząt niespokojnie podnoszą się i szczękami tną powietrze. Szamani dają czas gościom, by dobrze przyjrzeli się owadom.
W końcu jeden z nich podchodzi i szybkim ruchem przeciąga palcami po szczecinie pokrywającej segmenty istot. W świetle pochodni widać zbijający się w powietrze złoty pył. W umyśle Radagasta pojawia się bajeczny obraz. Oto koło jego twarzy przelatuje maleńka wróżka. Poznaje ją. To Dzwoneczek, przyjaciółka Piotrusia Pana i małego Januszka, mieszkańca bloku na warszawskiej Woli. Torbak czuje, jak po jego policzkach spływają łzy. Pył skrzy się przez chwilę w powietrzu, po czym znika w ciemnościach. Santo polvo — komentuje Gomez. Indianie kładą misy z owadami na ziemi.
Jeden z szamanów ujmuje gąsienicę w dwa palce. Jest wielkości przeciętnego indiańskiego penisa. Podnosi ją do ust, szybkim ruchem odgryza i wypluwa głowę, a resztę ciała zjada ze smakiem. To samo czyni dwóch pozostałych szamanów. Po nich przychodzi pora na gości. Radagast nie zastanawia się. Zarówno on, jak i jego towarzysze dzięki osłabionej woli i niezwykłości doświadczanych wrażeń szybko radzą sobie ze swoimi stworzeniami. Najstarszy z szamanów zerka z niedowierzaniem na Fenala. Ten uśmiecha się do niego i nieznacznie kiwa głową, wyrażając uznanie dla wyczynu swoich podopiecznych. Reszta bezkręgowców znika z talerzy pochłonięta przez pozostałych Indian.
Dźwiękowca obudził dźwięk rozsuwanego zamka. Szybko wyplątał się ze śpiwora i zaświecił latarką. Dwóch Indian z pewną trudnością wsunęło do namiotu Mirosława. Uśmiechając się do Andrzeja, ułożyli chłopaka na karimacie pod moskitierą i grzecznie wycofali się w ciemność, starannie zasuwając zamek. Dźwiękowiec przyjrzał się nieufnie kamerzyście. Odsłonił moskitierę i sprawdził mu na szyi puls. Chłopak żył i oddychał spokojnie. Andrzej rozejrzał się po namiocie i przy brzegu plandeki zobaczył otwartą puszkę. Coś w środku zachlupotało, więc postanowił ją dokończyć. Pociągnął łyk i natychmiast tego pożałował.
Wypluł zawartość na ziemię. Nie zdawał sobie sprawy, ile stworzeń może utopić się w kilku mililitrach płynu. Odnalazł zakręconą butelkę z wodą, starannie opłukał wnętrze ust i położył się spać. Tymczasem Fernand Tuskeros Gomez w swoim namiocie płukał wodą destylowaną małe szklane fiolki. Miały odłamane szyjki, więc nie nadawały się do ponownego użycia. Jednak to, co się z nich dało wypłukać, posiadało pewną wartość. Przelął to do innego pojemniczka z gumowym korkiem i postanowił zachować dla własnego użytku. Wykorzysta tę rzecz, gdy przyjdzie mu do głowy taka fantazja. Tymczasem był zadowolony. Wszystko poszło zgodnie z planem.
Teraz Santo Polvo trafi do Europy, gdzie bardzo szybko ujawni swe użyteczne właściwości.
[03:06:06] - Tak, ale my tu pracowicie od wielu godzin zagłuszamy autora. Mam wrażenie, że dosyć skutecznie nawet.
[03:06:15] - Autor napisał książkę.
[03:06:17] - Tak.
[03:06:17] - Zrobił największą promocję.
[03:06:19] - Ale nie. Mimo wszystko mam podstępny plan, żeby jednak zapytać autora, po co napisał tę książkę.
[03:06:32] - To jest podstępne pytanie. Po co ja generalnie piszę? Myślę, że ponieważ kiedyś się nauczyłem pisać, uzyskałem pewne rzemieślnicze umiejętności, ponieważ zawsze chciałem pisać i tworzyć historie. Napisałem dwie powieści. To jest „Kukiełki i dusze”, w której pisałem pewną historię, która mi przyszła do głowy i uważałem, że to jest znakomita historia.
[03:07:03] - Tu na chwileczkę przerwę. Od razu powiem, że wszyscy, którzy by chcieli posmakować prozy Wojciecha Terleckiego, właśnie „Kukiełek i dusz”, mogą sięgnąć do archiwalnych odcinków „ABW. Antologia. Bibliotekarium.”, chyba wakacje z zeszłego roku, z 2019. Przez wakacje ta powieść się nie skończyła, bo się nam odcinki skończyły wakacyjne. Niemniej jednak potężna próbka tej powieści jest do dyspozycji. Cały czas mam przekonanie, że ten podstęp z niedokończeniem powieści mógł wpływać pozytywnie, bo jak się już ktoś w tylu odcinkach zachęcił, to może jednak po książkę sięgnie. Więc podstępny plan był. W dalszym ciągu możecie państwo w ten plan się wkręcić, słuchając tych archiwalnych odcinków z zeszłego roku. Polecam „Kukiełki i dusze”, Wojciech Terlecki.
Ale wróćmy do „Ery zwodnika”.
[03:08:05] - Druga rzecz, kiedy, tak jak powiedziałem, stojąc sobie na stacji benzynowej w nocy, przychodzi pewna idea, pewien pomysł do głowy i uważam, że jest fajny. Pomysł na narrację, pomysł na opowieść i posiadam pewne techniczne możliwości przełożenia na papier, to szkoda byłoby z tego nie skorzystać. To jest generalnie podstawowy, najbardziej prosty powód. Ja mam nadzieję, że te opowieści komuś się przydadzą i komuś się spodobają, ponieważ to jest jedyna możliwość spojrzenia na świat oczyma kogoś innego, oczyma autora. Każdy z autorów powieści czy opowiadania pokazuje pewną swoją wizję rzeczywistości, wizję świata. A ponieważ nie mamy żadnych innych możliwości zerknięcia w umysł kogoś innego, to jest to taka szansa. I ja, proszę bardzo, jeżeli ktoś jest zainteresowany, daję taką szansę czytelnikom, a przy okazji liczę na to i sądzę, i wiem już, bo mam pewien feedback od czytelników, że im się to podoba i chcą to czytać. Czy będzie dalsza część? To wszystko zależy od tego, czy czytelnicy zdecydują się kupić tę książkę. Ponieważ ilość pracy, którą musi włożyć autor w to, żeby to napisać, jest dosyć duża, więc to musi być jeszcze jakaś motywacja dodatkowa, finansowa dla autora, szanowni czytelnicy.
[03:09:51] - Jak mawiał jeden z moich ulubionych bohaterów, Marian Janusz Paździoch: „No tak prosto to nie będzie”. Pytajmy dalej o ten świat, bo pewno niektórzy czytelnicy zastanawiają się, jak to jest, jak taki świat powstaje, bo ten świat za ileś tam dziesiąt lat jest dosyć spójny. Wierzymy. Przynajmniej ja w niego uwierzyłem. Może tak. Jak się taki świat konstruuje? Autor sobie siada i myśli: „A teraz wymyślę świat”. Czy też jest to jakiś proces, czy w ogóle w trakcie pisania: „A to sobie napiszę o tym, a tu dołożę to, a później mi tak jakoś wyjdzie”. Specjalnie rysuję różne możliwości, a autor się teraz zdeklaruje, proszę państwa.
[03:10:44] - To jest taka kwestia, że kiedy się siada nad pewnym pomysłem, warto się zastanowić. Dla autora science fiction jest to o tyle fajne, że Zastanawia się, jak świat będzie wyglądał ten krok dalej albo kilka kroków dalej. Jeżeli sobie usiądzie nad tym, zacznie sobie wyobrażać ten świat, to on mu się jakoś otworzy i jeżeli będzie to w miarę spójna wizja, to warto ją wtedy spisać i opowiedzieć taką historię. Plus dodatkowo jakieś pomysły muszą być na jakąś ciekawą fabułę, pomysły na bohaterów. Trzeba sobie stworzyć jakichś bohaterów, których się przeprowadzi przez ich przygody. Tak jak powiedziałem, takie inspiracje, które mogą pochodzić od Wojtka Cejrowskiego, który nazwał Indianina Dziadek Dzidek. Po innych ludzi, bohaterów, którzy się tam pojawiają. Ja zawsze chcę, żeby w mojej książce było dużo bohaterów. To jest jednak pewne wyzwanie dla autora, żeby ich wspólnie w jednej opowieści zmieścić. Ale nie wyobrażam sobie, żebym tworzył historię jednego bohatera i go tam miętolił przez jakąś taką rzeczywistość.
[03:12:05] - Książki Wieczorki rozmaite.
[03:12:06] - Nie, a poza tym wiesz, część bohaterów można później wymordować.
[03:12:10] - Tak, można zamordować. U mnie nie giną bohaterowie ani w jednej książce, ani w drugiej. Raczej bardzo oszczędnie morduję bohaterów.
[03:12:19] - Ale tam kilku się rozstaje z życiem na kartach książki.
[03:12:23] - Tak, bo to jest powieść sensacyjna. Jak mówicie, że musi być strzelanie. Nie strzelanie, które mnie ma.
[03:12:30] - Musi być strzelanie. Muszą się strzelać.
[03:12:30] - Ale ktoś musi zginąć, żeby było ciekawiej.
[03:12:34] - Ale to powtórzę za Marianem Januszem Paździochem, tak prosto to nie będzie. Bo jeśli chodzi o taki świat wymyślony, to jest tak, że łatwo było sobie kiedyś wymyślić kryminał, bo jak przestępca przeciął drut telefoniczny, to ta biedna przyszła ofiara nie miała już jak zadzwonić. Dzisiaj sobie bandyta może przecinać 10 przewodów, a ta potencjalna ofiara sięgnie po komórkę i zadzwoni. Wraz z rozwojem technologii pojawiają się nowe wyzwania, w tym również wyzwania dla autorów, które im troszeczkę komplikują życie. Kiedy się wybiega w przyszłość, to istnieje przynajmniej potencjalne niebezpieczeństwo, że jak nafaszerujemy tę naszą przyszłość różnymi cudownymi wynalazkami, to w pewnym momencie może się pojawić taki oto ząb, że coś, co by się w naszych czasach mogło jeszcze wydarzyć, to w tych przyszłych już nie może, bo tam już ta technologia zabrnęła tak daleko, że nie. Ja nie mówię, że tak jest w książce, tylko jest to potencjalne niebezpieczeństwo. Wiem, co mówię, proszę państwa, bo troszeczkę takich różnych tekstów w życiu przeczytałem, w którym nagle wszystko było fajnie i nagle pojawiał się ten wspomniany ząb, czyli po prostu coś było nielogiczne, bo przecież wynikało z rozwoju technologii coś zupełnie innego niż autor przedstawiał mi na kartach swojego utworu. To zawsze niebezpieczeństwo jest. Dlatego kiedy pytałem o planowanie, tego trzeba jednak pilnować, żeby się samemu w kozi róg nie zapędzić. Bardziej o to pytam, bo trzeba być czujnym.
[03:14:19] - Trzeba być ostrożnym, tak jak powiedziałeś. Wizja powstania internetu i tego, jak on działa w tej chwili. Ostatnio audiobooka sobie nabyłem drogą kupna „Odyseja kosmiczna 2001”. Czyta Krystyna Czubówna i zespół aktorów. Słuchajcie, rewelacyjna sprawa. Jeszcze dodatkowo z podkładem dźwiękowym i tak dalej. Książka powstała w latach 60. bodajże, o ile dobrze pamiętam. Tam jest też taka wizja. Autor próbuje opowiedzieć o internecie, o czymś takim jak wizja internetu.
To nie jest tak, jak on sobie wyobrażał. On raczej taką telegazetę sobie wymyślał. Natomiast to nie boli. To nie boli, jeżeli chodzi o odbiór teraz tego tekstu, zwłaszcza że on został fantastycznie ubrany. Tak samo tutaj zwróćcie uwagę na jedną rzecz. Jest taka scena w tej powieści, gdzie jest włamanie do mieszkania, które jest zabezpieczone systemami informatycznego dostępu. Ja czytając o tym temacie.
[03:15:32] - Będąc zawodowcem.
[03:15:33] - Będąc zawodowcem, bo pierdolą samochody regularnie. Byłem w stanie dowiedzieć się, jak to działa i jak na podstawie samochodów można się włamać do samochodu, jak można ewentualnie do bardziej zaawansowanego systemu włamać się do systemu domu, mieszkania, które jest zabezpieczane kartami wejściowymi i sygnałami. I teraz tak. Mogę się i wszyscy możemy się w tym momencie wyłożyć na takiej rzeczy z tego powodu, że uruchomiono komputer kwantowy, który ma taką moc obliczeniową teoretycznie, jak się go uda zastosować, że żaden szyfr nie będzie w stanie się utrzymać. Każdy szyfr padnie natychmiast po przerobieniu go przez komputer kwantowy i możemy znaleźć się w takiej sytuacji jak w książce „Prewencja z Marsjanami”. To jest książka z lat 50., kiedy na Ziemi pojawiają się Marsjanie i oni są w stanie być wszędzie, wszystko słyszą, wszystko widzą i dodatkowo chętnie dzielą się tą wiedzą ze wszystkimi, którzy chcą. I cały ten system tajemnic legnie w gruzach. I być może my stoimy właśnie na progu takiego momentu, kiedy komputer kwantowy Będzie w stanie łamać każdy szyfr. Nie będziemy w stanie nic zaszyfrować. Może tak się zdarzyć.
Co jeszcze? Autor też musi liczyć się z nieprzewidywalnymi rzeczami, z czarnymi łabędziami, które się pojawią. Na przykład ja, cholera nie wiedziałem, że pan prezydent Stanów Zjednoczonych wycofa Stany Zjednoczone z World Health Organization, co jest dosyć istotne w fabule. Jeżeli on nie wróci do tej organizacji i Amerykanie nie zaczną z powrotem z WHO współpracować, to ja mam małego ząba fabularnego. Ale co ja mogę poradzić?
[03:17:39] - Ale to pewno wrócą. Natomiast przyszło mi do głowy, kiedy mówiłeś o komputerze kwantowym i o tym, że padną wszystkie szyfry, pewien paradoks. Otóż jeśli sobie wszystko zinformatyzujemy i te systemy dostępu do szyfrowania chociażby mieszkań, domy inteligentne, dzisiaj bardzo popularne rzeczy i tak dalej. Jeśli to sobie wszystko zrobimy na bazie elektroniki, to tak, to właściwie rozwala system. Natomiast jeśli umiejętnie połączymy jedno z drugim, to owszem, komputer kwantowy rozwali każdy. Przynajmniej tak się o tym mówi. Z jego mocy, szybkości wynika to, że on to zrobi. Tylko problem polega na czymś innym. Na szybkości wprowadzania. Gdybyśmy połączyli ten rozwój elektroniki z czysto analogową technologią, czyli na przykład, że coś trzeba jednak wciskać czysto mechanicznie, to owszem, ten komputer rozwali.
Powiedzmy, że takie mogą być możliwe szyfry, tylko je trzeba jeszcze wprowadzać, żeby sprawdzić, który jest możliwy i wtedy nagle się okaże, że cofnięcie się o krok całkiem jest zasadne.
[03:19:00] - Dokładnie tak. Jeżeli komputer kwantowy, żeby otworzyć drzwi, musi się posłużyć wytrychem w sposób fizyczny.
[03:19:08] - To się nie posłuży.
[03:19:09] - To się nie posłuży. Zawsze jest jakiś nośnik wynajęty do wciskania klawiszy. Jakiś przestępca. Ale rzeczywiście w pewnym momencie ktoś może zainstalować kłódkę zwykłą i będzie dopiero ząb. I cały bystry plan pójdzie się chrzanić.
[03:19:24] - Nawet jeśli to będzie 10 klawiszy od zera do dziewięciu, to i tak, pomimo że komputer rozwali szyfr, to będzie musiał ktoś je wciskać, chyba że one będą sprzężone z elektroniką, to wtedy on je wirtualnie wciśnie.
[03:19:40] - No wiadomo, że ten szyfr wyszyfrowany. To jest bardziej kwestia dostępu do naszych rachunków bankowych i innych tego typu rzeczy, a nie wchodzenia do domów. Wchodzenie do domów też może być jednym z elementów włamywania się do domów, czyli pozyskiwanie kodu, który się gdzieś zgra, który się prześle.
[03:20:03] - Ale tym, co jest mało sympatyczne w książce „Era zwodnika”, w tym świecie „Ery zwodnika” jest jednak pewien dosyć mocno rozwinięty system inwigilacji społeczeństwa. Znaczy, jest zgodny, a tu autor się w ogóle nie pomylił, bo to jest wszystko zgodne z tendencjami, z którymi w tej chwili mamy do czynienia. Ale dobrze nam autor pokazuje, co nas czeka całkiem niedługo. Właściwie coś takiego jak prywatność to będzie, proszę państwa, duży luksus. Ulica, samochód to właściwie nie ma takiej prywatności.
[03:20:49] - Ludzie pozbywają się prywatności na własne...
[03:20:51] - Na własne życzenie.
[03:20:53] - Przepraszam, w komunizmie przecież też nie miało być prywatności.
[03:20:57] - No też ludzie... Własnoręcznie się pozbywali tej prywatności w komunizmie. Słuchajcie, u mnie był parę lat temu pomysł, żeby zainstalować na osiedlu takim stale od Warszawy zamkniętym, na którym przestępstwa się zdarzają raz na parę lat i to takie o niskiej szkodliwości. Ludzie postanowili, że jednak będą instalować sobie kamery i że wszystko będzie nagrywane, że poza tą strefą tego. Było tylko 10% osób, wśród nich ja, którzy się sprzeciwili temu pomysłowi. Powiedzieli: „Po co? Po to, że komuś się ktoś gdzieś włamał do samochodu mamy wszyscy sobie instalować kamery i całą infrastrukturę i wszyscy mamy być nagrywani?”. Oczywiście trudno mi było jakiś argument powiedzieć, dlaczego nie chcę, bo na mnie patrzysz. A co zamierzasz zrobić, człowieku, skoro się sprzeciwiasz? Ciężka sprawa.
Ludzie tak chcą i tak będzie. Tego nie unikniemy. Jeszcze w tej chwili wchodzi technologia 5G, która będzie zbierała znakomicie te wszystkie dane. Znaczy ja jestem oczywiście, nie uważam, że to jest coś złego. 5G. Nawet miałem wykład kiedyś o technologii 5G niedawno, chyba w kwietniu. I co? I wszystko będzie zintegrowane i kwestia, jak to ludzie wykorzystają i kto to będzie wykorzystywał. I co mamy do ukrycia? Bo powiedzmy, jeżeli ktoś mi się włamie na komputer, najwyżej jakieś opowiadanie sobie ukradnie.
[03:22:31] - Pytanie, czy to jest kwestia tego, co mamy do ukrycia, czy to jest kwestia poczucia tego, że jestem sam, naprawdę sam. I ta samotność polega na tym, że nawet wirtualnie nikt mi się w tę moją samotność nie wpierdziela. To może o to chodzić. I tak mi przyszło do głowy, czy to na podstawie powieści „Era zwodnika”, czy to w ogóle na podstawie naszej rozmowy, że być może przyszłość to też jest takie miejsce, w którym
[03:23:07] - Posiedzenie sobie w samotności bez innych ludzi, czy to fizycznie obecnych, czy też obecnych za pomocą sieci, czy tego, co tam w ogóle będzie do dyspozycji, to może będzie niesamowity luksus. Może to będzie taka strefa raju, którą się będzie produkowało. To, co dzisiaj jeszcze państwo w niektórych miejscach naszego kraju i nie tylko macie za darmo, to być może kiedyś będzie sprzedawane za ciężkie pieniądze, że będziecie sami.
[03:23:39] - Ale już dawno przecież nawet żaden Beduin, który usiądzie na pustyni przy ognisku i myśli, że jest sam, nie jest sam!
[03:23:49] - Zawsze jakiś dron może tam dojechać po prostu.
[03:23:52] - A satelita to już go widzi na pewno. Satelita go widzi już na pewno.
[03:23:56] - Jeszcze satelita nie wie, co on myśli, ale niedługo będzie wiedział.
[03:24:01] - To kwestia czasu być może. Ci wszyscy, którzy zakładają, że ludzki umysł to jest tylko subtelna gra prądów i chemii i uważają, że to się da skopiować, już właściwie czynią kroki w tym kierunku, żeby poznać twoje myśli. To się jeszcze udaje średnio, a to jeszcze o niczym nie świadczy.
[03:24:25] - To się może udać.
[03:24:26] - Kiedy się okaże nagle, jak moją pszczachę jakoś tam spreparują, żeby ten głos pośmiertny usłyszeć, nagle moi potomkowie zrozumieją: „Ale to był idiota”.
[03:24:41] - Ja ci się wtrącę w takim przypadku, bo to jest właśnie kwestia przewidywania przyszłości przez autorów, przez Philipa Dicka. Niedawno przeprowadzono pewien eksperyment, że wzięto sobie głowę świni z rzeźni, podpięto ją pod jakieś rurki, które ją specjalnym płynem uruchomiły, żeby przywrócić pracę komórek i zaczęto patrzeć, co tam się w tym mózgu dzieje. I okazało się, że tam się dzieje. Mimo że mózg był odcięty, oczywiście nie w fazie zaawansowanego rozkładu, tylko że ten mózg zaczyna funkcjonować i rzeczywiście można by było coś z tego mózgu wyciągnąć, jakieś informacje. Eksperyment przerwano, bo stwierdzono, że to trochę jest zbyt dziwne.
[03:25:34] - I tu się nam otwiera znowu pole na przynajmniej kilka godzin, więc nie zaryzykuję, bo pytanie: co z tej głowy człowieka można wyciągnąć? Czy myśli, czy też jego samego można stamtąd wyciągnąć? To jest ten dylemat, który póki co jeszcze jest nierozstrzygnięty. Oczywiście ci, którzy są za tym, żeby człowieka scyfryzować i w ogóle go przenieść prawie do maszyny, uważają, że wszystko hurtem można przenieść. Nie tylko myśli człowieka, bo to na razie o to chodzi, żeby te myśli odgadywać, ale również jego osobowość, jego ja. Są też tacy, którzy mówią: „Nie, myśli i te inne rzeczy można, tego drugiego nie można”. Co prawda nie podają argumentu, dlaczego nie można, poza takim na przykład teologicznym, że nie, że człowiek, tak jak powtarzam często, ma dwa w jednym, czyli ma inteligencję i osobowość, samoświadomość w sobie naraz, ale jedno z drugim nie jest sprzężone. Znaczy u człowieka jest, ale nie musi być sprzężone. Może to być bezpieczniejsze określenie. Inteligencja sobie, osobowość, samoświadomość sobie.
A jak jest, to proszę państwa, chyba się-
[03:26:49] - To taki temat do rozważenia dla słuchaczy, którzy nie będą mieli nic lepszego do roboty, żeby zastanowić się nad świadomością i zastanowić się nad taką hipotezą, czy nasza świadomość to nie jest tylko i wyłącznie gadanie do samego siebie, nie jest powiązana tylko i wyłącznie z funkcjami mowy. To można sobie przemyśleć, jak ktoś chce.
[03:27:12] - Można, ale też można sobie pomyśleć, że czasami rzeczywiście gadamy do siebie.
[03:27:20] - I to odczytujemy jako naszą świadomość.
[03:27:23] - Tak, ale z drugiej strony chyba to sięga troszeczkę głębiej, bo mamy też poczucie odrębności. Żaden z nas potrafi wczuć się w myśli innego człowieka, ale nie potrafi się zintegrować.
[03:27:46] - Posiada tak zwaną teorię mózgu, a zintegrować się nie potrafi. Ale być może dlatego, że kiedy się budzimy rano, rozpoczynamy wewnętrzny dialog i to odbieramy, interpretujemy tak jak fale elektromagnetyczne, które na siatkówce oka pozostawiają ślad. Być może właśnie tak odbieramy, tak interpretujemy to jako naszą świadomość.
[03:28:09] - Pytanie brzmi tak, nikt jeszcze nie odpowiedział, do czego to ewolucyjnie na przykład byłoby nam potrzebne. Bo do czego potrzebna jest nam inteligencja, to wiemy. A do czego jest nam potrzebny monolog czy też dialog wewnętrzny, tego nie wiemy. Więc to jest taka teoria bardzo zresztą, przyznaję, ujmująca, taka bardzo błyskotliwa.
[03:28:34] - Moja własna, dziękuję bardzo.
[03:28:38] - Ale tego pytania nie wytrzymuje. Po co? Ale każda teoria...
[03:28:45] - Zadałeś takie pytanie: po co? Dlaczego świat ma być po co? Po prostu.
[03:28:50] - Nie.
[03:28:51] - Po co? Zauważ na przykład Russell, nie pamiętam, on się Bertrand Russell nazywał.
[03:28:56] - Bertrand Russell.
[03:28:59] - Nie wiem, czy mnie mylimy, tylko Russell to był człowiek, który żył z Darwinem w tym samym czasie i on o mało co nie opracował-
[03:29:06] - To chyba mylimy. To nie Bertrand Russell.
[03:29:09] - Ale on miał Russell na nazwisko i on wysunął taką hipotezę, że mózg Że powstał narząd, który przerasta potrzeby swojego właściciela. Ja bym postawił taką tezę, zastanawiając się nad tym umysłem. I jest to jedna z takich ciekawych hipotez, nad którymi można się zastanowić, czy czasami się nie przedobrzyło, coś nie poszło trochę za daleko.
[03:29:39] - Zgodnie z teorią ewolucji, a w każdym razie z pewnymi zasadami, które na przykład Dawkins przedstawia, mielibyśmy taki epizod, ale zostałby później jako ten nadmiar wycofany.
[03:29:52] - Może tak, a może się przydało? Może się przydało, skoro stworzyliśmy-
[03:29:55] - Pytanie do czego?
[03:29:56] - ... cywilizację nieprawdopodobną.
[03:29:58] - Pytanie, czy to jest tak naprawdę uzasadnione? A kiedy pytam, do czego to potrzebne albo dlaczego tak się dzieje, to na tej samej zasadzie, jak pytam, dlaczego, na przykład, jak się pojawią w pobliżu siebie atomy wodoru i tlenu, to wcześniej czy później woda powstanie. Dlaczego tak jest? To oczywiście nie jest po to, żeby dlatego odpowiedzieć, tylko że taki jest pewien mechanizm. To pytanie dlaczego, po co to się dzieje, ma mi dać odpowiedź, do czego to może posłużyć tak naprawdę ten nasz monolog czy też dialog wewnętrzny. Jeśli taka odpowiedź się pojawi, a to będzie bardzo ciekawe.
[03:30:42] - To jest właśnie punkt widzenia, który przedstawił Dawkins w „Samolubnym genie”, który odrzuca pytania dotyczące tego, dlaczego i po co. Bo jego hipoteza polega na tym, że jest dostarczana do układu, pewnego zamkniętego, energia, która się przetwarza i stąd mamy cały ruch i całą ewolucję, życie i tak dalej.
[03:31:11] - Dawkins ma tę cudowną cechę, że stara się ignorować, bo nie sądzę, żeby nie znał, filozofię jako tako. „Eliminujemy to pytanie, proszę państwa, eliminujemy, bo to jest nam niepotrzebne”. Otóż można się obrazić na rzeczywistość, powiedzieć: „To jest w ogóle niepotrzebne pytanie”. Być może, ale wtedy, jeżeli wyeliminujemy takie pytanie, to cała pisanina Dawkinsa też nie ma sensu.
[03:31:40] - To mówimy o rzeczy. On opowiada o procesie, który jak się zacznie, trwa, więc dlaczego w tym momencie nie jest to kluczowe. Pytanie, dlaczego ten proces trwa? Dlatego, że dostarczamy do układu energię i ten proces trwa.
[03:32:01] - Tak, ale później pisze o ewolucji, której co prawda, broń Boże nie zarzuca świadomości, co pewno słuszne, ale jednak zarzuca pewną celowość. Mówi też o tym, że ta celowość pojawia się dlatego, że ona jest skutkiem eliminacji. W ten sposób mówi o celowości, nie celowość rozumiana jako świadome dążenie ku. Broń Boże.
[03:32:26] - Zgadzam się.
[03:32:27] - Broń Boże.
[03:32:27] - Odrzuca się świadomość, ale z tych waszych rozważań o sektach, Marku, wynikało, że jeżeli ktoś dostarcza do jakiegoś systemu energię, to znaczy, że ma w tym jakiś interes. A kto ma w tym interes?
[03:32:44] - Robiąc sobie troszeczkę jaja z Dawkinsa, powiem tak: ponieważ proces pisania zapoczątkowany zjedzonym obiadem, proces pisania przez Dawkinsa kolejnej książki został zapoczątkowany, to on już musi trwać i on się skończy, kiedy on postawi ostatnią kropkę. Powiem tak: Dawkins wybiera sobie z całej historii filozofii, dlatego powiedziałem, że on ignoruje, a wybiera sobie to, co jest mu potrzebne, żeby na przykład udowodnić pewne swoje tezy, na przykład, że Boga nie ma w sławnej swojej książce. I wtedy czuje się jak ryba w wodzie. I wtedy stawia różne pytania i nic o energii tam nie ma. Bardziej o tym, że on w coś wierzy albo nie wierzy, albo że mu się to wydaje logiczne albo nielogiczne. Proszę państwa, to troszeczkę jest tak, jak ostatnio usłyszałem, że to, co nam się wydaje prawdziwe albo nieprawdziwe, w to, co wierzymy albo nie wierzymy, w to, z czym się zgadzamy bądź nie zgadzamy, to troszeczkę nie zawsze zależy od nas. To tak jak u Herberta kwestia smaku, estetyki tak naprawdę. Jakieś poglądy lubimy, jakichś poglądów nie lubimy. Bardzo często później racjonalizujemy. Tu polecam tę audycję o książce „Kwantechizm”, w której my bardzo często mamy jakieś poglądy, a później do nich dobieramy z rzeczywistości argumenty.
Co więcej, one wszystkie pasują. Co więcej, to nie jest zła metoda, tylko nie mówmy, że jeden drugiego co do pewnych poglądów przekona. Tak się może zdarzyć oczywiście, jeżeli użyjemy argumentów, ale najczęściej kończy się to tak, że strony się rozchodzą, każda ze swoim zdaniem. Co więcej, każda przekonana, że ten drugi nie ma racji.
[03:34:37] - Ale jest strona, która zwycięży. Ta, która znajdzie więcej wyznawców, bo wyznawcy się tylko liczą tak naprawdę, a nie prawda jakakolwiek. Ilość wyznawców przekłada rzecz na prawdę albo nieprawdę.
[03:34:53] - W pewnym ostatecznym doprowadzeniu, być może do absurdu, jest też mowa o tym, że tak naprawdę powoływanie się na światopogląd naukowy na przykład, to jest w tej chwili bardzo duże nadużycie, bo jest coś takiego jak metoda naukowa, a to są dwie różne sprawy. Światopogląd naukowy a metoda naukowa.
[03:35:20] - Ja uważam, że metoda naukowa tak, światopogląd naukowy to jest bardzo mgliste pojęcie. Co to znaczy?
[03:35:27] - Za to autorowi dziękuję. Tak, bardzo dobrze.
[03:35:31] - Światopogląd naukowy.
[03:35:32] - Ale znowu-
[03:35:34] - Światopogląd religijny. Światopogląd to jest chyba taka koncepcja właśnie w opozycji do światopoglądu religijnego.
[03:35:41] - Tak! Ot, dokładnie.
[03:35:42] - To jest tylko po to, żeby tworzyć taką konstrukcję, żeby się tam posprzeczać.
[03:35:45] - Ten sam mechanizm się w dodatku jeden wierzy i drugi wierzy. Jeden wierzy w Boga, drugi w naukę. Ja wolę tych ludzi, którzy stosują metodę naukową. Ja się mogę czasami z nimi nie zgadzać, ale przynajmniej wiem, że stosując naukową metodę, która proszę państwa, uświadommy to sobie, ma już dobrych kilkaset lat, to kiedy stosuję metodę naukową, to ja mu przynajmniej potrafię zaufać. Natomiast kiedy on mi mówi: „Proszę pana, ale ja mam światopogląd naukowy. Moja filozofia jest w ogóle naukowa”. Przypomnę, że materializm, że marksizm był-
[03:36:24] - To on pierwszy chyba zrobił takie nadużycie, że po prostu wziął swoje rozważania takie-
[03:36:31] - I powiedział, że to światopogląd naukowy.
[03:36:32] - Że to jest światopogląd naukowy.
[03:36:35] - Filozofia naukowa.
[03:36:36] - Tak.
[03:36:37] - To przed tym ostrzegam.
[03:36:38] - To jest nadużycie totalne, które spowodowało to, że kupka ludzi po prostu umarła w sposób dramatyczny.
[03:36:46] - Proszę państwa, to tak. Już i tak nadużyliśmy, nakręciliśmy tych godzin masę, proszę państwa. To teraz zgodnie z tradycją oddajemy głos autorowi, żeby nam tę książkę jeszcze raz, ostatecznie i w sposób definitywny zachwalił, namówił do czytania. A ja się włączę za chwilę. Autorze.
[03:37:10] - Oczywiście. Muszę zachwalić. Podsumowując naszą rozmowę, jest to opowieść sensacyjna. Jest to powieść rozrywkowa, która mam nadzieję dostarczy wiele frajdy potencjalnym czytelniczkom. To jest opowieść przy tym, która niesie kilka takich elementów, w których będziecie się mogli odnaleźć, do których będziecie mogli się odnieść, nawet się nie zgadzając. Chociaż sądzę, że dzięki tej powieści poznacie paru fajnych bohaterów i myślę, że to wam zrekompensuje trud zakupienia i trud przeczytania tej książki, która ma czterysta trzydzieści sześć stron. Chyba tak. Tak mi się wydaje. Czyli dużo tekstu jest. Mam pierwsze recenzje od ludzi, którzy to przeczytali i oni są zadowoleni, także myślę, że wy również będziecie zadowoleni i poznacie inną perspektywę spojrzenia na świat.
[03:38:25] - Cóż, tylko się podpisać pod tymi stwierdzeniami. Ja w każdym razie tę książkę jeszcze jako surówkę czytałem, także ja już mam długą perspektywę, jeśli chodzi o to. I co więcej, u mnie jest ważne, że jakąś książkę pamiętam. Tę książkę pamiętam. W związku z tym dlatego podkreślam perspektywę czasową, bo tę surówkę to ja już czytałem dobre półtora roku temu, jeśli nie więcej.
[03:38:54] - Dwa lata temu już.
[03:38:55] - Skoro ją pamiętam, to znaczy, że miało się co tam w tej pamięci zawiesić i w związku z tym ja też mogę książkę polecić. Wiktorze, ty coś jeszcze?
[03:39:07] - Ostatnie pytanie w życiu.
[03:39:10] - Ojej.
[03:39:10] - Do autora.
[03:39:11] - Tak?
[03:39:12] - Bo jak usłyszałem pełen zachwyt nad metodą naukową, której też jestem wielkim, gorącym zwolennikiem, to mam jednak pytanie: że ta metoda naukowa nie może się obejść bez jednego narzędzia. Bez sceptycyzmu. A jak sobie autor daje radę z podstawowym dylematem sceptycyzmu, czyli sceptycyzmem wobec sceptycyzmu?
[03:39:46] - I tak.
[03:39:48] - Dobre.
[03:39:48] - Tak, Wiktor. I tak Wiktor rozwalił system. Rozwalił system na koniec. Sceptycyzm wobec sceptycyzmu. No dobrze. No cóż, dziękujemy państwu bardzo za spędzenie z nami czasu. Mam nadzieję, że było ciekawie, że fragmenty prozy oraz polecanki czy to naszego gościa, czy też nasze zachęcą państwa do sięgnięcia po książkę „Era zwodnika”.
[03:40:17] - Ja ją bardzo gorąco polecam, choćby przez tę grę słów w tytule, bo niby to jest era zwodnika, ale ten zwodnik jako słowo się pojawia.
[03:40:30] - Świetne słowo. Tak, tytuł czasami załatwia bardzo dużo. No cóż, to jeszcze raz dziękujemy naszemu gościowi. I tak się proszę państwa stało, że ostatnie audycje to nieustanni goście. Dwa tygodnie temu był Jarosław Jakubowski z książką „Hejter”. Dzisiaj gościmy Wojciecha Terleckiego z książką „Era zwodnika”, a za dwa tygodnie już we wrześniu, proszę państwa, niestety po wakacjach, tak jak mówiłem na początku audycji, ale za dwa tygodnie będziemy gościć Bruno Katynę ze swoją cieplutką jeszcze powieścią Kocur. Oj, dynadyna, będzie kadyna. Zapraszamy za dwa tygodnie, powieść „Kocur”. A tym wszystkim, którzy się czują zawiedzeni: będzie „Diuna”. Będzie na początku października.
Już teraz zapraszamy.
[03:41:27] - Tymczasem borem, lasem.
[03:41:28] - Mówili do państwa jak zawsze gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość Wojciech Terlecki. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia tym razem w ABW już za tydzień. I w tym normalnym Bibliotekarium już za dwa tygodnie. A tak swoją drogą coraz bliżej do setnego wydania tego normalnego Bibliotekarium właśnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[03:42:40] - Let's dance Put on your red shoes and dance the blues Let's dance To the song they're playin' on the radio Let's sway While coloured lights up your face Let's sway Sway through the crowd to an empty space If you say run I'll run with you If you say hide We'll hide Because my love for you Would break my heart in two If you should fall into my arms And tremble like a flower Let's dance Let's dance For fear your grace should fall Let's dance For fear tonight is all Let's sway You can look into my eyes Let's sway Under the moonlight The serious moonlight If you say run I'll run with you If you say hide We'll hide Because my love for you Would break my heart in two If you should fall into my arms And tremble like a flower Let's dance Put on your red shoes and dance the blues Let's sway Under the moonlight The serious moonlight Let's sway Let's dance Let's dance