[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy wszystkich bardzo gorąco i serdecznie, wszystkich moli książkowych, ale nie tylko. Witamy także miłośników wszelkich ciekawych dyskusji w sferze internetowej, dyskusji w radiu. Zapraszamy na kolejny odcinek „Bibliotekarium na żywo”. „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego czekają już na nas gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość, autor książki, powieści „Kocur”, wokół której będzie się dzisiaj toczyła cała dyskusja, czyli Bruno Kadyna. A zanim przejdziemy do dyskusji, przypomnę kontakty do Radia Paranormalium, bowiem audycję realizujemy w całości na żywo. Mamy dzisiaj 11 września 2020 roku. Nasze kontakty to oczywiście jak zawsze numer stacjonarny telefonu 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493.
Skype radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także oczywiście jak zawsze na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to można także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A więc czas na magiczne „Halo, halo Bydgoszcz”.
[02:14] - Halo, halo, Bydgoszcz się zgłasza. Zgłaszamy się dzisiaj z gościem, którego wszyscy bardzo dobrze znają. Po pierwsze dlatego, że jest w naszej audycji już po raz trzeci jako autor. Znaczy się trzecia powieść pękła, a poza tym w naszej siostrzanej audycji ABW jest gościem więcej niż częstym. Bruno przywitaj się.
[02:39] - Dobry wieczór państwu. Bardzo mi miło.
[02:42] - No dobrze, to było lakoniczne. To teraz będziemy Bruna brali na spytki, żeby nam troszeczkę opowiedział o tej nowej książce, bo jest to książka nietypowa, bo to nie jest jakoś tak, że Bruno pisuje prozę eksperymentalną, której nikt nie rozumie i w związku z tym wszyscy chwalą. Bo jak się nie rozumie, to wiadomo, że autor genialny jest. Natomiast Bruno pisze książki, które się czytają. Nie wiem, czy to cokolwiek znaczy, ale bardzo wielu ludzi mówi: „Się czyta”. Jak się czyta, znaczy się dobra jest. Więc książki Bruna po prostu się czytają. Ta ostatnia się czyta bardzo dobrze. Jest książką nietypową, bo właściwie ludzie występują tam przyczynkowo. Znaczy się pojawiają, ale głównie są elementami tła.
Można odnieść wrażenie, że bohaterami są zwierzęta, najbardziej koty. To jest to pierwsze wrażenie. Bruno, wytłumacz się z pierwszego wrażenia naszego.
[03:49] - Nie tylko koty, w ogóle zwierzaki.
[03:52] - Ale kotów jest najwięcej.
[03:54] - Kotów jest najwięcej.
[03:54] - Kotów są najważniejsze.
[03:55] - Tak, koty są najważniejsze, bo to przecież koty tam rządzą. Próbują rządzić, bo inne zwierzaki nie pozwalają, szczególnie psy.
[04:06] - Poza tym koty są w tej książce jak ludzie. Jedne fajne, drugie mniej fajne. Psychicznie chore psy stanowią też element pewnej grozy w tej książce. Więc tak naprawdę mamy zarysowany świat i dosyć szybko człowiek orientuje się, który czyta książkę Bruna, że ten świat kotów, psów, koni i tak dalej.
[04:38] - Świń nawet.
[04:39] - Świnie. To niby jest świat zwierząt, ale przecież staje się bardzo szybko oczywistym, że to bardziej jest po prostu nasz świat, tylko w takich, trudno to nazwać maskami, w takim przebraniu troszeczkę.
[04:55] - Tak, po części tak jest. To jest trochę wymieszane. Wymieszany jest świat zwierząt, bo tam zachowują się po zwierzęcemu, typowo koty po kociemu, ale mają też takie cechy ludzkie i odczucia i emocje.
[05:10] - Zwrócę wam uwagę, taki paradoks w ogóle całego naszej biomasy na tej kuli ziemskiej, że zwierzęta mają bardzo często, zresztą zawsze praktycznie biorąc, takie charaktery czysto ludzkie, a ludzie znowuż odwrotnie mają często charaktery absolutnie zwierzęce i w tej formie najbardziej karykaturalnej. To jest oczywiste dla wszystkich i zawsze chyba było.
[05:42] - Tak jest. Kociarze dobrze wiedzą, że koty mają swoje temperamenty, potrafią być złośliwe.
[05:49] - Tak, ale pewno słuchacze nie darowaliby mi, gdybym nie zapytał: jakżeż to, Bruno, było z tą książką? Co cię, powinienem zapytać natchnęło, ale ja zapytam Co ci strzeliło do głowy, że nagle napisałeś po dwóch książkach, w których ludzie są górą, w których świat ludzi jest opisany ze szczegółami, to oczywiste, ale te relacje międzyludzkie są dosyć fajnie oddane. Właściwie można te książki, zarówno książkę „Wpływ”, jak i „Ciężki bagaż” nazwać książkami na poły psychologicznymi. Nagle dostajemy powieść o kotach. Od razu mrużę oko. Opisuję, bo jesteśmy w końcu w radiu, więc nie widać, a mrużę oko. O kotach książka. Co cię tak-
[06:41] - To wcale nie powstawało po kolei.
[06:43] - Właśnie. Jak to w ogóle było z tą książką?
[06:47] - Ja chciałem napisać opowieść, książkę dla dzieci. Już nie pamiętam do końca. Natchnęło mnie na pewno życie zwierząt na wsi, bo mam teściów na wsi. W powieści jest matka tych chorych psychicznie psów. Ona ma na imię Psitka i taka Psitka faktycznie była. Ja mówię do teścia: „Przecież ten pies jest psychicznie chory. Zobacz”. Tak chyba powstały zalążki powieści. Ale chciałem napisać książkę dla dzieci. To się nie udało.
Męczyłem to, wałkowałem długo. Chyba zacząłem pisać to w 2017 roku, jeśli dobrze pamiętam. Jeszcze przed tym, jak zaczął powstawać „Ciężki bagaż”.
[07:33] - Dlatego, że pisanie dla dzieci wbrew pozorom jest bardzo ciężkie. Nauczysz się, jak z dziećmi nie jest troszkę.
[07:41] - Być może. Ale gdzieś troski życiowe, trzeba mieć taki light w życiu, jakąś beztroskę, żeby móc się wczuć bardziej, a nie mogłem, nie dałem rady. Potem jak to wałkowałem, to powstał z tego horror nawet. Był dużo bardziej krwawy niż jest w obecnej formie. Potem musiałem odłożyć tę książkę, wiadomo, na ileś redakcji, w końcu ma taką formę, jak ma.
[08:10] - Tak mi się wydaje, że z tymi książkami o zwierzętach to jest tak, że pierwsze skojarzenie to jest, że książka dla dzieci. Że książka o zwierzętach to jest książka dla dzieci. Gdzieś tam w starszym pokoleniu funkcjonuje książka, o której już kilka razy wspominałem „Puc, Bursztyn i goście”, napisana z perspektywy też wiejskich, w tym wypadku psów. I to się wydaje taka fajna formuła dla dzieciaków. Tymczasem ja odnoszę wrażenie, że jak Bruno pisał swojego „Kocura”, to nagle troszeczkę jak z tym dowcipem o nazistowskiej fabryce wózków dla dzieci. W pewnym momencie chciała ta fabryka obdarować swojego zasłużonego pracownika i podarowała mu wózek dla dzieci, żeby miał dla wnuków. Następnego dnia pytają, czy jest zadowolony. Mówi: „Jestem zadowolony, ale próbowałem to złożyć i zawsze mi karabin maszynowy wychodzi”. Tak przez ogródki. To troszeczkę jest tak, że Bruno próbował pisać książkę dla dzieci, ale jak tego by nie próbował złożyć, to zawsze mu wychodziła książka dosyć dramatyczna.
Te zwierzęta w pewnym momencie zaczynały żyć swoim życiem i Bruno chciał czy tego, czy nie chciał, takie jest moje wrażenie, zaczynał pokazywać życie ludzi, w jakich oni, ci ludzie czasami są opresjach, w jakich czasami są sytuacjach, w których muszą dokonywać wyboru. Bo właściwie te twoje zwierzaki przez cały czas dokonują wyboru. Przecież my na co dzień też dokonujemy różnych wyborów. Daj Boże, jeśli są to wybory banalne, czy iść na obiad, czy nie iść albo gdzie iść na obiad, to owszem, tak. To są takie codzienne wybory, na które nie zwracamy uwagi. Ale spora część ludzi na co dzień musi dokonywać wyborów znacznie bardziej dramatycznych. Ty to oczywiście odcedziłeś, wyekstrahowałeś czy w każdym razie zagęściłeś. I te twoje zwierzaki są zmuszone dokonywać wyborów często bardzo dramatycznych albo bardzo takich nacechowanych szlachetnością na przykład. Czasami one nie czują w sobie tej szlachetności, że są wspaniałe, a jednak robią rzeczy wspaniałe, tak jakby mimochodem. Troszeczkę też tak ludzie postępują.
My często lubimy kreować bohaterów, mówić, jaki to był wspaniały człowiek, bohater i tak dalej. Okazuje się bardzo często, kiedy rozmawia się z tymi bohaterami, że to bohaterstwo, ono tak przychodzi mimochodem. Troszeczkę tak, że ci bohaterowie stają się bohaterami niejako przy okazji. Trochę takie mam wrażenie po lekturze „Kocura”, że twoi bohaterowie w kocich skórach oni są tacy właśnie bardzo ludzcy.
[11:22] - Tak, bo życie nie jest czarno-białe. Czasami zmusza sytuacja. Tak samo przecież to w „Kocurze” decyzje ludzkie czy istot wyższych zmuszają, nieraz kierują tymi bohaterami, tymi zwierzęcymi bohaterami do podjęcia takich czy innych decyzji. To cały czas tam gdzieś przebrzmiewa. Nie chcę tu zdradzać za dużo. To, co zrobili ludzie, czy robią ludzie dalej. Ta historia jakoś musi się toczyć, musi być wesoła. Musi być wesoła, musi być tragiczna. Gdyby to pisać życie zwierząt, ubrać tak albo uzwierzęcić te zwierzęta tak, jak jest w rzeczywistości, to nie byłoby ciekawe.
[12:06] - Nie. A właśnie jest troszeczkę tak jak w życiu. Śmiech i łzy właściwie. Nieustannie jest tak, że miesza się-
[12:16] - Jak w życiu.
[12:17] - Tak, jak w życiu. Miesza się to ze sobą. Ale ja mam wrażenie, że jak my tak teoretycznie o tej twojej książce mówimy, to to naszym słuchaczom niewiele daje, bo opowiadamy im bajkę o żelaznym wilku, a oni tak naprawdę nie czują tego. Więc ja mam jedyną możliwą propozycję, żebyśmy posłuchali pierwszego fragmentu w naszej audycji: Kocura. To chyba będzie dobre otwarcie i dobry punkt wyjścia, żebyśmy sobie o książce porozmawiali. Marku, prosimy.
[12:55] - Nie chce! Daj mi spać! — tak brzmiałoby obrane w słowa oburzenie rozleniwionego kanapowca. Zostaw mnie, babo! Beret, jedziemy na wycieczkę. Wybieraj: nowe życie albo kastracja, wariacie jeden. Wolisz przestać być sobą? — zapytała Sandra. Ale roczny koci móżdżek pojął tylko: Beret, ble, ble, ble, wariacie, ble, ble. Wciąż się wyrywał.
Beret! Won z łapami! Uspokój się, głupolu. Nie jedziemy do weterynarza. Jedziemy na wieś. Spodoba ci się. No już, Beret. Szarpanie nie pomagało i w końcu wylądował w klatce, której nienawidził z całego serca. Była zapowiedzią złego miejsca, gdzie śmierdziało, a jakiś nieznany człowiek dotykał nieprzyjemnie. Czasami nawet zadawał ból.
Nie! Do śmierdzącej kuwety! Wypuść mnie! Otwieraj! Nie chcę! Nie słuchała. Nieważne, jak głośno się wycierał. Drapać nie mógł, mimo że miał ochotę. To w końcu pani. Skupiony na sobie nie wiedział, że była zdruzgotana.
Nigdy dotąd podróż nie była tak długa. Zorientował się, że to nie wycieczka do weterynarza. Był niespokojny, ale głos Sandry pomagał. Tylko to bujanie trwało zbyt długo. Zemdliło go i się zrzygał. Kiedy dojechali na miejsce i klatka się otworzyła, wystrzelił jak chart na wyścigach. Beret! Znalazł kryjówkę za kołem starego jelcza. Myśli galopowały. Gdzie się znalazł?
Co się tu działo? Co się wydarzy? Kto tu był? Nastroszył wąsy, nastawił uszy i oblizywał się co chwilę, żeby zdobyć jak najwięcej informacji. Cicho tu jakoś. Nie słychać szumu samochodów, za to dużo nieznanych dźwięków. Przez to trudno było myśleć. Zaczęło wiać. Kociak czuł czasami wiatr przez uchylone okno, ale ten tutaj był niesamowity. I właśnie zaczął szaleć, jakby był wielkim niewidzialnym kotem, który jeszcze przed chwilą leżał przyczajony, żeby w końcu poderwać się do zabawy.
Dlaczego go nie widać? — zastanawiał się. Może tu było źródło wiatru. Tu właśnie mieszkał. Wciąż popiskiwały jakieś ptaki. Nigdy wcześniej ich nie słyszał. Dziwnie się wydzierały, melodyjnie i dźwięcznie. Nie tak jak mewy czy gołębie. Wychylił się, żeby zobaczyć. Wciąż latały, jakby nigdy nie odpoczywały.
Niewielkie, bardzo szybkie ptaszki z rozdwojonymi ogonami. Fajnie byłoby któregoś złapać. Nieznane szeleszczenie dobiegło spomiędzy łanów kukurydzy. A może trawy? Ciężko było mu się orientować w tym otoczeniu. Zżerała go ciekawość i bał się jednocześnie. Oblizywał pyszczek jak szalony, a ogon wręcz żył własnym życiem, jakby należał do zupełnie innego kota. Sandra sprzątała klatkę i rozmawiała z jakimiś ludźmi. Poznawał ich głosy. Bywali w jego domu.
Potwornie chciał tam wrócić. Wolałabym, żeby Beret był tutaj. Tu jest bezpieczniej. Do domu mama się nie zgodzi. Nie chcę, żeby był w domu, ale nie zabierajcie go na stajnię. On sobie tam nie poradzi. Popatrzyła w jego stronę. Sierota moja. Nikt go nie będzie pilnował, córcia. Za dużo mamy roboty, żeby kota pilnować.
Zdrowy jest. Poradzi sobie. Wiem. Beret odebrał smutek Sandry jak antena fale. Nie podniosło go to na duchu, ale teraz za dużo było strachu. Znowu jakiś dźwięk. Kot zaczął strzyc uszami. Drogą szedł pies, skundlony wilczur na krótkich łapach. Wracał z przechadzki, gdzie zabił kilka motyli. Nie chciał im nic zrobić.
Były takie piękne. Ubolewał, że nie mógł ich dotknąć i nie skrzywdzić. Psiak czuł gościa już od jakiegoś czasu. Jeszcze kawałek i go zobaczy. Wiedział, że to kot. Pełno ich tutaj było, ale ten pachniał inaczej. Milutko, wyłączając nutę strachu, która wisiała w powietrzu. Poradzi sobie, córcia. Przecież ma temperamencik. Da sobie radę.
Ojciec przytulił córkę. Sandra! Sandra! Na pomoc! — rozdarł się Beret. Zobacz jaki sierota, jak woła przerażony — powiedziała. Serce jej pękało. Do tego Grzesiek nie mógł z nią jechać. Musiał iść do pracy. Została z tym sama.
No chodź do mnie, Berecisko, chodź kociaku. Kucnęła. Był uradowany. Wyszedł zza koła i szczęśliwy ruszył do kobiety. Pies wystartował, kiedy kot był w połowie drogi od jęcza do kobiecej nogi. „Hau! Witaj kot” – szczekał i leciał, by się przywitać. – Ale jesteś śmieszny, puchaty. Beret się najeżył jak chwycony prądem. „Już po mnie!
Już po mnie!” – syczał. „Benek!” – wrzasnął gospodarz. Pies ledwie wyhamował, a kot stał chwilę nieruchomo jak wypchany. O mały włos, a by się spaskudził. „No wiecie co? Przywitać się nie można” – szczeknął psiak oburzony. „Benek, odejdź od niego”. „Pf” – odszedł obrażony. Kompletnie roztrzęsiony kociak ruszył do swej pani. Wzięła go na ręce.
Kochał te ramiona najbardziej na świecie. Nigdy wcześniej nie był tak przerażony. Miał nadzieję, że incydent był jednorazowy. Nawet grzecznie wejdzie do tej paskudnej klatki. „Mój kociaku, musisz na siebie uważać. Najlepiej nie odchodź od domu”. Beret nie miał pojęcia, co mówiła. Zresztą nieważne. Najważniejszy był ton głosu. Aż się mruczeć chciało.
Ale nie zamruczał. Czuł żal, że go tu przywiozła. Długo go tuliła, aż się zniecierpliwił. Wtedy postawiła tłuściocha na ziemi i poszła z ojcem do domu. Kociak nie mógł tam wejść. Nie rozumiał dlaczego. Coś tu mocno nie grało. Czekał przed drzwiami, a pomiędzy brwiami rósł coraz większy strach, podsycany nieznanymi dźwiękami i zapachami. Wiatr dziwnie się zachowywał, ale najgorsze były owady. Co chwila przelatywała mucha i to nie taka, jakim zdarzało się wpaść do domu i wtedy była zabawa.
Tutaj latały wielkie, spasione krowy. Oprócz tego cała masa innych owadów. Musiał się skupiać, żeby je ignorować. Przytłaczały go leżące wokół rozmaite graty. I jeszcze kręcił się gdzieś ten zdziczały kundel, który miał na niego chrapkę. Lęk wpędził Bereta pod ławkę. Wszystkie zmysły miał wyostrzone do granic. Pomyślał, że najlepiej skupić się tylko na dźwiękach i obrazach. Zapachy nie były tak ważne. Mogły odwrócić uwagę i nie zobaczyłby albo nie usłyszał zagrożenia.
Bał się myśleć, co mu zrobi ten pies. Jeśli zaatakuje, będzie z nim walczył. Będzie drapał najmocniej, jak potrafi. Benek się nie pojawiał. Zabawiał się za domem z zaprzyjaźnioną kurą. Dostawał się do niej przez dziurę w płocie, o której nikt nie wiedział. Nawet lis, stały bywalec. Kocur nasłuchiwał i bacznie się rozglądał. Zobaczył całą chmarę wróbli. Poderwały się z pola kukurydzy po drugiej stronie drogi.
Czasami takie ptaszki lądowały za oknem na parapecie. Miał wielką ochotę je wtedy złapać. Ta chęć wróciła. „A ty co za jeden?” Zamyślony mieszczuch usłyszał koci dialekt. Zza rogu ganku wyglądał rudy kot, chudy, z zaropiałymi oczami. „Jestem Beret”. „To mój teren. Idź stąd” – fuknął rudy. „Czekam na panią. Ona mnie stąd zabierze.
Nie podchodź, bo drapnę”. „Ha, ha. Co za ćwok! Drapnij się za uchem, spasiony pluszaku. Z daleka śmierdzi od ciebie strachem i luksusem”. „Nie jestem żadnym spasionym pluszakiem”. „Od razu widać, że jesteś jednym z tych dziwaków, co tylko śpią i dostają żarcie pod nos. Znam was. Nic nie robicie, tylko leżycie na czystym i miękkim. Uważacie się za cudności.
Niczego nie potraficie, bo wciąż jesteście zamknięci. Jeden taki trafił kiedyś do sąsiadów. Wszystko mi powiedział”. Beret nie uważał się za żadnego dziwaka. Wręcz przeciwnie. Nie potrafił przestać się bać. Rozchorował się i zdechł. Mieszczuch przełknął ślinę. „Ja tu jestem tylko na chwilę. Sandra zaraz wyjdzie przez te drzwi i zabierze mnie do domu”.
„Che, che, che”. Rudy charczał ze śmiechu. Usiadł naprzeciw ławki, spod której miauczał oburzony kanapowiec. „Nie śmiej się brudasie. Nie wolno ci! Jak tylko Sandra wyjdzie, pogoni cię stąd”. „Przekonasz się szybko, jaki jesteś ważny. Gdyby miała cię zabrać, to by cię tu nie przywoziła. Nie wiesz, pieszczoszku, że ludzie nie lubią, kiedy im się pod nosem rzyga? A ty się zrzygałeś.
Widziałem, z jakim obrzydzeniem sprzątała. Nie chciała, żebym siedział potem w brudnej klatce”. „Pewnie wiedziała, że się zrzygasz, a i tak cię zabrała. Tylko po to, żebyś się przejechał tutaj i z powrotem? Rusz tą swoją puchatą, czarno-białą kulką”. „Nie jestem puchaty”. „To wskocz na tę wiatę”. Beret nie wiedział, co to wiata, ale wychylił się spod ławki i spojrzał w kierunku, w którym patrzył rudy kot. Droga na górę sama się rysowała. Po bali na poprzeczną belkę, a stamtąd na dach.
Dość wysoko. „Nie chce mi się”. „Che, che, che” – rechotał rudy. Mieszczuch się rozzłościł. „Wskoczyłbym, ale Sandra zaraz mnie zabierze. Ona mnie kocha. Ty pewnie nie wiesz, co to znaczy”. Rudzielec spoważniał. Pewnie nawet nie masz imienia — dodał Beret. Nie mam imienia od ludzi.
Sami sobie dajemy po wyglądzie. Na mnie mówią Złom, bo jestem jak złom za dobem. A na wiatę nie wejdziesz, bo jesteś grubym wieprzem, a oprócz tego tchórzem. Puchaty kociak nie wiedział, co to wieprz, ale czuł, że Złom go obraził. Nie jestem wieprzem ani tchórzem. To właź na wiatę! Pocałuj mnie w tylne oko — wycedził mieszczuch. Beret odprowadził rudzielca wzrokiem, gdy ten wspiął się na daszek studni, skąd był świetny widok na całe podwórko. Wiata była jeszcze wyżej. Stąd dopiero wyglądasz jak gruby wieprz.
Nie jestem wieprz! Radosny z natury i ciekaw wszystkiego Benek usłyszał głośne odpowiedzi Nowego. Kociaka korciło, żeby z całych sił wołać Sandrę, ale nie mógł wyjść na tchórza. Szczególnie że od jakiegoś czasu czuł dzikość w sercu, która roznosiła go i popychała do zaznaczania swojej obecności i terenu, z czego starsza pani w domu nie była zadowolona. Nie rozumiał dlaczego. Przecież ludzie żyli w stadzie. Powinni się cieszyć, że zaznacza wspólne terytorium. Zadarł głowę do góry. Zastanawiał się, czy dałby radę wejść na tę wiatę. Hau!
Puchaty kociaku! Nie zauważył podbiegającego psiska. Sylwetka rosła w szybkim tempie. Głowa kudłata, wielki kinol i ostre zębiska w uśmiechniętym pysku. Kociak nie spodziewał się tak surrealistycznego obrazka. Zjeżył się gwałtownie i przydzwonił grzbietem w ławkę. Drzwi do domu otworzyły się i w progu stanęła Sandra. Co się tu dzieje? Benek, zostaw! Sio!
Kundel odszedł skonsternowany. Nie rozumiał. Przecież chciał być miły. Długo sobie tym jednak głowy nie zaprzątał. Żałował, że przerwał odwiedziny u kury. Beret poczuł tak wielką ulgę i szczęście, że prawie wyskoczyło mu serce i zrobiło dziurę w futrze. Wszystko jest nowe. Boisz się, co? Wyszedł spod ławki wprost w bezpieczne ramiona. Co za cienias!
Mały kociak! Śmiał się Złom, ale w rzeczywistości zazdrościł tych czułości. Beret nie odpowiedział. Nie miało znaczenia, co tamten miauczał. Sandra też nie zwracała uwagi na rudzielca. Zaraz z ramion Sandry przejdzie do klatki, której tak nie doceniał i pojadą do domu, gdzie w swoim kojcu zwinie się w kłębek i zaśnie. Prześpi wszystko, co się tu stało i zapomni. Bądź odważny, Berecisko moje. Nie daj się. Teraz zmieni się twoje życie.
Musisz walczyć o swoje, kociaku. I musisz być ostrożny. Nie miał pojęcia, dlaczego pani stawała się coraz smutniejsza. Sandra, uciekajmy stąd. Niepotrzebnie tu jechaliśmy. Nie wracajmy już nigdy. Ja też będę tęsknić, kociaku. Gdybyśmy mieszkali sami, w życiu bym cię nie zostawiła. Mógłbyś sobie sikać do woli. Rozpłakała się na dobre.
Co jest? Sandra! Nic mi nie zrobił ten potwór. Uciekajmy! Wyciągnął szyję i wąchał mokre policzki kobiety, a ta uściskała go mocno i postawiła na ziemi. Żegnaj, wariacie. Do zobaczenia. Nic nie rozumiał. Czuł, że działo się z nią coś niedobrego. Patrzył, jak wsiada do samochodu i odjeżdża.
Dziewczyna rzadko tak pędziła. Była zrozpaczona i przybita. Najchętniej zamiast Bereta wywiozłaby teściową, skoro z niej taka dama wrażliwa. Obiecała sobie, że jak tylko uda im się wyprowadzić, przyjedzie po niego z powrotem. Wciąż musiała ignorować myśli, że jego szanse na przeżycie nie były zbyt duże.
[28:51] - No tak, to mamy zawiązanie akcji. Nie wygląda to na razie specjalnie dramatycznie. No właśnie, wytłumacz się z tego początku, bo właściwie wcale nie jest jakoś tak specjalnie groźnie, dramatycznie. Nawet zabawnie bywa chwilami.
[29:14] - No tak, to początek. Dopiero przyjechał na wieś. Co tam, się na razie nic nie wydarzyło. Miał ochronę ludzką.
[29:22] - No tak.
[29:22] - Ale to-
[29:23] - No właśnie, mimo złego początki
[29:25] - ... złudne. Ona powiedziała, że wiedziała, że on tam nie ma wielkich szans na przeżycie. W końcu pochodziła stamtąd Sandra.
[29:33] - Wiktorze, twoje wrażenia.
[29:35] - Bardzo to się zawiązuje mniej więcej tak jak lądowanie Ziemian na jakiejś planecie we dobrym science fiction. Też tak samo sympatycznie. Troszkę strachu, trochę tego. Dopiero jak się prolog skończy, to się zaczyna bigos. Takich powieści było sporo. Natomiast fabuła po prostu jest tak bardzo normalna, tak bardzo ludzka. To się bardzo fajnie słucha. Tak samo jak się dobrze czyta. Po prostu jest to taka historyjka i ona się fajnie zawiązuje, tak jak Tak, jak zaczynają czytać "Elementarz" i się dowiadują, że jest Ala, As i ktoś tam jeszcze, już nie pamiętam. Po prostu zawiązuje się historia.
Ja mam takie wrażenie, jak ktoś już się dopytywał, skąd Kadyna tę książkę, dlaczego zacząłem taką pisać. Bo pisanie to jest bardzo często ciężka mordęga. Każde pisanie jest ciężką mordęgą. Natomiast Kadyna był trochę naiwny po pierwszych pisaniach. Chciał się trochę pobawić literaturą, zabawić, napisać sobie lekką książkę. Lekką, łatwą, taką, żeby mieć dużo zabawy samemu.
[31:00] - I mu nawet wyszło, tylko się przed tym tak namordował.
[31:03] - Niestety, żeby się bawić z dziećmi na podwórku, trzeba czasami niestety dostać łopatką po głowie.
[31:11] - Tak, bo produkt końcowy książki to ma być lekka historia, która się toczy. Jak się czyta, to te obrazy samoistnie się w głowie pojawiają. Ale żeby taki efekt osiągnąć, to jest mordęga. Najpierw trzeba mnóstwo błędów popełnić. Najpierw język jest kwiecisty, ten tekst jest ciężki. Potem się dopiero odsiewa ziarno od plew, oczyszcza, żeby to było takie lekkie. To nie jest takie proste, jak się wydaje. Jak ktoś się na tym nie zna i sobie czyta tę książkę leciutko. Żeby ten efekt osiągnąć, to jest ciężka praca.
[31:49] - Ja mam takie skojarzenie zupełnie odlotowe, ale kiedyś byłem świadkiem, jak świętej pamięci żona Krzysztofa Sokołowskiego, tłumacza i tak dalej, zabawiała się. Ona zawodowo to praktykowała, układanie bukietów dla klientów i tak dalej. Składała bardzo cierpliwie te kwiatki, odkładała, składała, odkładała. I dalej była miotła w jej ręku. Ja to widziałem. Przyglądałem się z boku, jak ona to robi. Ona była wielkim fachowcem od bukieterni, że tak powiem. I w pewnym momencie, po długim czasie, jakoś tak cały czas skrzywiona, wzięła, sięgnęła po jeden kwiatek, który tam gdzieś leżał. Spojrzała i dołożyła do tamtych kwiatków w jakimś miejscu. I nagle to się zrobiło arcydzieło.
Ten bukiet był genialny, po prostu tak jak jakaś secesyjna układanka. Coś precyzyjnego. Był piękny, lekki, przyjemny. Klient natychmiast takie coś zauważał, ale żeby to zrobić, trzeba było fachowca. Trzeba było mieć oko do tego. I tak samo mamy oko do słów podczas pisania. Tak jak mówiłeś, Kadyna, że to się po prostu układa, ale to nie jest takie proste, żeby to było w pewnym momencie tak, ta historyjka, żeby się zaskoczyła.
[33:36] - To trzeba utkać. Trzeba każde słowo, każde zdanie, każdy akapit uporządkować. Trzeba zobaczyć, odsunąć się, zobaczyć z szerszej perspektywy, z bliższej, zobaczyć, jak to brzmi, jak to się składa do całości. Trzeba dużo myśleć o tym.
[33:55] - Przypomnę wam taki wierszyk, który się gdzieś tam przewijał przez nasze czasy elementarzowe. "Ptasie Radio" Tuwima. Tam się też wszystko dopina w końcu tak, że czytasz, jakbyś z kałasznikowa strzelał. Po prostu jest lekkie, łatwe i przyjemne. Ale podejrzewam, że Tuwim też, niejeden włos mu osigał, kiedy składał te słowa do kupy, żeby to ptasie radio zagrało tak, jak należy.
[34:29] - A potem przyjechała ptasia milicja i tak się skończyła ta leśna audycja. Ale panowie, bo wy tak tutaj zaczynacie powoli teoretyzować, że tu trzeba utkać, tam trzeba coś. Nie, to sobie zostawmy. Jeśli już, to na koniec. Natomiast ja zwrócę wam oraz naszym słuchaczom uwagę, że Wiktor, jak zwykle w każdej audycji trafił w sedno. Bo rzeczywiście to jest opowieść, którą przez oczywiście daleką analogię, ale da się porównać z taką opowieścią o tym, jak ludzie lądują na Marsie. To dokładnie jest ten sam schemat. Oczywiście dekoracje są zupełnie inne, ale zachowania, jakieś takie strachy, odczucia, emocje, które temu towarzyszą, w gruncie rzeczy są takie same. Beret, kot, który przybył z miasta naprawdę na inną planetę. My sobie bardzo często wyobrażamy inną planetę tak, jak nam pokazuje Hollywood.
A proszę bardzo, mamy inną planetę, odległą od miejsca, w którym mieszkał Beret, kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów. I to z jego punktu widzenia jest naprawdę inny świat. Ja myślę, że to jest w gruncie rzeczy fajnie przedstawione. Dlatego tak mi się spodobało to, co powiedział Wiktor, bo to znowu w sedno trafione. A jak ty, autorze, o tym powiesz? Jak ty to widzisz? Tak jakbyśmy my, nagle ktoś nas przeniósł, nie wiem, gdzieś do Indii albo gdzieś na jakąś afrykańską wioskę. Jesteśmy Nic nie wiemy, nic nie rozumiemy. Nawet do nas ktoś coś mówi, ale mówi to w idiach. To jedna z rzeczy, których tam się używa, w innym miejscu też jakoś tak nie po polsku.
I może nawet ma dobre intencje i się uśmiecha, ale w tym uśmiechu nie widzimy szczerości czy otwartości. Raczej skłonni jesteśmy podejrzewać, że coś nam zagraża. A być może ten człowiek mówi akurat całkiem sympatyczne rzeczy pod naszym adresem, ale mówi to językiem, który brzmi nam w uszach wrogo i prędzej zaczniemy uciekać niż się z nim bratać.
[37:00] - Ja się starałem wczuć, jak ten kot się będzie czuł, jak mógłby się czuć. Wiadomo, że trochę po ludzku. Jak mógłby się czuć, gdyby był wrzucony w takie realia, w taką rzeczywistość? Na tym się skupiałem, wszystkie moje teksty na emocjach.
[37:16] - Tak, to prawda. To już nasi słuchacze wiedzą. Natomiast mnie interesuje znowu sprawa warsztatowa. Tym wszystkim, którzy książki jeszcze nie znają, powiem, że ona jest dosyć misternie skonstruowana. Mnie zawsze interesuje, co siedzi w głowie autora, który tak książkę konstruuje. My tu rozwijamy troszeczkę tę fabułę. Jak mówimy o kotach, to powiedzmy o kłębku wełny, bo to kotom bliskie. Rzeczywiście on się tak rozwija. Autor coś nam mówi, ale czegoś nam nie mówi. Pojawia się pies, który ugania się za kurami, ale przyjaźnie się za nimi ugania.
Pojawia się rudy kot i ta historia się rozwija. Jeśli się weźmie książkę „Kocur”, to jest bardzo dobre studium dla początkujących autorów. A z tymi ostatnio mamy dosyć sporo do czynienia, Wiktor i ja, ponieważ cały czas trwa weryfikacja opowiadań do kolejnych tomów „Rubieży rzeczywistości” i kilka razy już z Wiktorem odkryliśmy, że bardzo często odnosi się wrażenie, że autorzy tychże opowiadań nie do końca wiedzą, dokąd jadą. Kiedy im się pokaże, że oni to w gruncie rzeczy mają, to jest w ich opowiadaniach, tylko nie potrafią tego wyciągnąć, to oni nagle mówią: „Wow, faktycznie to tam było”. U Bruna, który jest starym wyjadaczem. Starym to może nie, ale wyjadaczem na pewno, wygląda to troszeczkę inaczej. Bruno konstruuje akcję z żelazną precyzją. To znaczy, możemy być pewni, że jak się ten rudy kot, że tak powiem, rdzewiejący troszeczkę, pojawia w pierwszym rozdziale, bo mieliście państwo okazję wysłuchać pierwszego rozdziału, to uwierzcie mi państwo na słowo, ci, co nie czytali, że ten rudy gdzieś się tam przyda. To są właśnie te dyskusje, które toczymy bardzo często, Wiktor i ja, z autorami. Oni bardzo często wrzucają wątki poboczne, które prowadzą donikąd i właściwie nie wiadomo, po co są.
[39:53] - Niepotrzebne zupełnie.
[39:55] - Dokładnie. Narracja w powieści, w opowiadaniu nie składa się z życia. W życiu bardzo często jest tak, że otaczają nas wątki poboczne. Na co dzień idziemy gdzieś, coś się wydarza i to nie ma żadnego wpływu na dalsze nasze życie. Zapominamy o tym. Ale powieść nie jest zwierciadłem życia, tylko jest pewną kreacją na temat życia i dlatego powieść rządzi się pewną, poza powieścią eksperymentalną, gdzie różne cuda się zdarzają, ale w powieści prawdziwej nie ma przypadków. I jak się coś pojawia, to jest tak, jak z tą strzelbą w teatrze. Jak już jest na ścianie, wisi, to ona musi wystrzelić. I to oczywiście wszyscy traktują jako taki pewien slogan, wszyscy używają tego sloganu i o tym mówią, ale się okazuje, że nie wszyscy autorzy to stosują. Tymczasem to jest, uwierzcie mi państwo, a zaraz będzie o tym mówił pewno Bruno, to jest żelazna zasada w pisaniu.
[41:00] - Tak jest.
[41:01] - Jak już coś poruszacie, czegoś dotykacie-
[41:05] - Marku, czy w samochodzie jest jeszcze coś takiego jak pedał gazu?
[41:10] - Ja nie wiem, czy powinniśmy używać słowa „pedał”, ale gazu jest.
[41:14] - Jest. Jak ktoś zaczyna opisywać samochód, którym jedzie na wycieczkę i wspomina przynajmniej jednym słowem o tym, że tam gazu można dodać, ale tego gazu do końca tego opowiadania nie doda, to po cholerę w ogóle ten samochód cały?
[41:36] - Po co wspominać o tym pedale?
[41:38] - Powiedz troszeczkę o swoich doświadczeniach, bo przypuszczam, ty jesteś autorem, tak jak powiedziałem, wyjadaczem, ale jednak ze stosunkowo krótkim stażem. To, że napisałeś w swoim literackim życiu cztery powieści od „Metalowej Dolnej” poprzez „Wpływ”, „Ciężki bagaż” po „Kocura”, to jeszcze wcale nie znaczy, że piszesz długo. Wcale nie. Przeszedłeś dosyć szybką edukację. I ja właśnie o te szczegóły, elementy i wprowadzanie chciałbym ciebie zapytać. Jak to u ciebie funkcjonuje?
[42:22] - Trzeba się nauczyć. Trzeba się uczyć. Ci, którzy zaczynają pisać, to jest typowy błąd debiutantów, że pieszczą się swoimi słowami i myślą, że wszystko to, co napiszą. Ja też tak miałem, że wszystko to, co napiszą, to jest piękne i każde słowo jest na wagę złota. Nie jest. Ja polecam każdemu, kto zaczyna, jak ktoś się mnie pyta, nawet jak się nie pyta, żeby się nauczył, żeby poczytał o tym, jak powinno się pisać. To jest podstawa. Dobrze jest napisać coś na początku, ale nie podniecać się tym, tylko schować do szuflady i zacząć czytać o tym, jak się powinno pisać. Uczyć się tego.
[43:08] - Zaraz o czytaniu powiemy, ale jeszcze będę drążył sprawę. Znowu pytanie o warsztat, bo wielu autorów mówi nam o tym, że jak on kreuje, czytajmy „pisze”, to jak on już coś napisze, to niehonor się jest z tego wycofać. A tymczasem z moich doświadczeń wynika, a o twoich za chwilę porozmawiamy, doświadczeniach, że bardzo często jest tak, że jeśli nie mamy przemyślanej naszej powieści, naszej opowieści w 100%, a rzadko to się zdarza. Bardzo często mamy pewien szkic, ale szczegóły, bebechy pojawiają się w trakcie. Jeśli nie mamy tak stuprocentowo przemyślanej sprawy, to bardzo często błądzimy. Trzeba nauczyć się wycofywać z pewnych śladów, z pewnych kroków, z pewnych nawet wątków. Teraz mówisz ty.
[44:07] - I świetnych zdań. Jakieś zdanie nam się bardzo podoba. Kurczę, ale jeśli jesteśmy już na takim poziomie, że wałkujemy ten tekst i redagujemy, mamy takie zdanie albo cały akapit, czy cały fragment.
[44:19] - I człowiek jest w nie zakochany.
[44:21] - Ja też mam czasami tak, ale mi się od razu przypominają słowa Kinga: „Zabijaj to, co kochasz”. I wtedy od razu ciach. Nie ma co się podniecać, tylko trzeba to usunąć. Jeśli nie pasuje do tekstu, nie możemy tego dopasować i wadzi, to nieważne, że to jest użyta świetna metafora, że jest naprawdę cudowna. Jeśli nam tak się podoba, to trzeba to po prostu wyciąć, gdzieś sobie wkleić na potem. Może się przyda w innym tekście. Ale trzeba to po prostu wywalić albo napisać od nowa, jeśli zupełnie nie pasuje. Tu trzeba dużo pokory. Trzeba patrzeć na swoje dzieło na chłodno. Nie pamiętam, czy to Felix Kress, czy Stephen King powiedział, żeby dobrze patrzeć na ten swój tekst jak najgorszy wróg, który wiadomo, że tylko czeka, żeby się do czegoś przyczepić.
Tak powinniśmy patrzeć na ten tekst, a nie z nabożeństwem, ubóstwem, bo nic z tego nie wyjdzie. To będzie masło maślane. Tylko my się będziemy wtedy podniecać.
[45:24] - Ja już nie raz używałem tego obrazu. Jakiego mam używać na podstawie swoich doświadczeń? Kiedy już napisałem książkę, jestem zachwycony, że ją napisałem, że ją skończyłem, postawiłem ostatnią kropkę, napisałem ostatnie zdanie, to wtedy zaczynam czytać i tylu niepochlebnych słów pod swoim adresem nie wypowiedziano, ile ja wypowiadam, czytając swoją książkę, kreśląc, wyrzucając, pukając się w głowę. To i tak mówię delikatnie. Ja to robię w sposób brutalny na tej zasadzie, że ja po prostu mówię sobie, że jestem idiotą w jednym, w drugim, w trzecim miejscu, bo tak się nie pisze. Wycinanie tych wszystkich rzeczy, które tępimy namiętnie z Wiktorem, czyli sobie. Namiętnie używanie łączników: „był” i tych wszystkich chwastów.
[46:28] - Spójników, przyimków.
[46:29] - Tak, przymiotników, które trzeba wstawiać 15, bo to wtedy będzie bardziej obrazowe. Nic z tych rzeczy. Tekst powinien być mimo wszystko dosyć prosty. Bruno, ustosunkuj się do tego, co powiem za chwilę, bo na podstawie ostatnich rozmów, które prowadzimy z autorami, doszedłem do takiego wniosku, że bardzo wielu, nie wszyscy, ale jest taki pewien gatunek autorów, którzy tak bardzo są przekonani, że są panami świata, który tworzą. Czy to jest opowiadanie, czy powieść, ale są jego bogami, jego kreatorami, demiurgami i w związku z tym to ma być tak, jak oni chcą. I mają w głębokim poważaniu logikę tekstu, logikę opowieści, która się w pewnym momencie pojawia. Nawet jak autor niespecjalnie jest jeszcze ostrzelany z pisaniem, to wcześniej czy później w każdym tekście pojawia się pewna logika narracji. I można mieć do tego podejście następujące: lekceważymy to, ponieważ jesteśmy demiurgami tego świata, bogami i będzie tak, jak my chcemy. Albo ugniemy się i pójdziemy śladem logiki tej narracji i zaczniemy ją uwzględniać i wówczas będziemy potrafili wycofać się z pewnych swoich rozwiązań, które chcieliśmy narzucić na rzecz tego, że inne, które się nasuwają, nasuwa nam sama opowieść te rozwiązania, są po prostu lepsze. To znowu pytanie do ciebie, czy ty jesteś tym kreatorem, demiurgiem, czy też tym pokornym autorem, który wsłuchuje się w logikę swojego tekstu?
[48:16] - Inaczej będzie się podobał tylko autorowi taki tekst. I na takim etapie polecam czytanie i naukę o tym, jak powinno się pisać. Albo Kinga, albo Feliksa Kresa. Świetna.
[48:28] - Powiedz o tym Kresie, bo ty jeszcze przed audycją nam sporo o swoich przemyśleniach dotyczących pisania, a właściwie nauki pisania. To jest o tyle nam bliskie, że co prawda jesteśmy w Bibliotekarium, ale za tydzień kolejne ABW, a tydzień temu też było ABW. Staramy się pewne rzeczy związane z pisaniem robić, ale to nie tylko my. Jest kilku świetnych autorów, którzy podobne poradniki pisali. Zarówno ci z zagranicy, jak wspomniany King, ale mamy też polskiego autora, który popełnił świetną książkę, którą wypadałoby wznowić. I oddaję ci głos, Bruno.
[49:12] - Tak, to jest Feliks Kres i jego „Galeria złamanych piór”. Potem jest „Galeria dla dorosłych”, ale polecam zacząć od „Galerii złamanych piór”. I też „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”, bo te książki się ze sobą łączą. Tak samo łączy się to z tym-
[49:27] - „Pamiętnik rzemieślnika” to Stephen King.
[49:29] - To Stephen King. To, co mówicie też w audycjach ABW, w tej audycji warsztatowej, się świetnie pokrywa z tymi książkami. Bo jeśli jesteście już na tym poziomie wysokim, to zawsze się będzie pokrywało. I teraz, jeśli wrócimy do tych autorów, którzy-
[49:47] - Ja tylko na sekundkę przerwę. Wiem, paskudny zwyczaj, ale powiem tak: to, proszę państwa, wcale nie zmienia faktu, że zarówno Wiktor, zarówno Feliks Kres, Stephen King i Żelkowski, jak zaczynają pisać, to też nie są wolni od tego, co później krytykują u innych. Umiejętność polega na tym, żeby się cofnąć i przyznać: „Jestem głupkiem, bo napisałem źle tekst” i umieć go przekreślić, wykreślić, dopisać, przepisać, nadpisać czy jak sobie państwo powiecie. Ale chodzi o to, żeby z tekstem pracować, a nie traktować go jako gotowy produkt.
[50:28] - Chyba nie było i chyba nie ma autora, który ciach od ręki napisał pierwszą wersję tekstu i to było świetne i nadawało się do wydania. To chyba tylko w „Misery” Kinga Paul Sheldon napisał kontynuację i ta jego psychofanka się podniecała. Ale to jest fikcja literacka. W rzeczywistości tak nie ma. Nie ma możliwości, żeby napisać od razu gotowe dzieło i było świetne. To jest nierealne, niemożliwe. Jeśli jest taki autor, który pisze i od razu podnieca się tym swoim tekstem i uważa, że to musi tak zostać, to nic z tego nie będzie. On jest skazany na porażkę, bo to się nie będzie nikomu podobało, tylko jemu, mamie, babci. I koniec.
[51:09] - Nawet zwrócę wam tutaj uwagę na jedną rzecz, że z odniesień do Kresa czy do Stephena Kinga trochę pobrzmiewa zachęta do dość brutalnego postępowania ze swoim dziełem, nie?
[51:28] - Pewnie.
[51:29] - Pewnie? Otóż chyba nie. My jesteśmy istotami społecznymi i nikt, że tak powiem, przy zdrowych zmysłach nie będzie swojego dziecka wyrzucał z domu. Trzeba je wychować, właściwie wychować. I to robimy my. Właściwie również można z ogromną miłością twardą, żelazną ręką wychowywać tego gówniarza, żeby on śpiewał tak, jak nam się zechce.
[51:58] - My mówimy o obrazku, który narysował ten gówniarz. Wiadomo, że już samą pochwałą dla kogoś, kto się zabiera za pisanie, a nie za nic innego, bo to już jest godne pochwały, że ktoś się zabiera za to. Wybrał coś takiego.
[52:14] - Cała nasza audycja ku temu zmierza. To znaczy nie tylko audycja, ale całe to radio. Bardzo często wszyscy się pytają: „A po co wy, skoro to wcale nie jest takie dobre?” Ale to już jest właśnie wspaniałe, że ktoś się za to w ogóle zabrał, że chciał.
[52:34] - Tak. Tylko że wy dzielicie to. Audycje są podzielone i nie jesteście w stanie, mimo tego, że one są dosyć długie, zawrzeć wszystkiego w jednej audycji. Albo żeby ktoś, taki adept pióra świeży, wychwycił. Dlatego polecam te książki, szczególnie jeśli komuś brakuje pokory. Jak zacznie to czytać, szczególnie Kresa, gdzie on ocenia, tam są wrzucone z artykułów, już nie pamiętam, z „Fantastyki” chyba, tam był taki kącik warsztatowy i to jest zebrane tam. On ocenia te teksty. Można się świetnie z tym utożsamić. Ja sam, jak to czytałem, to już to utożsamiałem i wstyd mi się robiło, bo to ktoś musi z boku.
[53:19] - Ale panowie. To nie jest takie proste, bo Bruno, przyznaję, napisał cztery powieści, niezliczoną liczbę opowiadań, które po prostu chwytają ludzi czasami za serce, czasami rozbawiają. Ja do dzisiaj odbieram maile, w których ludzie wspominają takie twoje ważne chyba opowiadanie „Trawa jej z gęby wisi”. Do dzisiaj dostaję maile, które jakoś tak się odwołują do tego. Mają sentyment do tego opowiadania, wspominają. Ale do czego prowadzę? Otóż ja myślę, że jest tak, że to nie wystarczy przeczytać taką książkę. Trzeba też poza jej przeczytaniem uwierzyć w to, że ta książka jest skierowana do nas wszystkich. Do tych początkujących i do nas, nazwijmy to, tych, którzy już kilka książek napisali. Bo tak samo podlegamy tej nie tylko ocenie, ale też te same zjawiska nas dotyczą.
My tak samo jesteśmy ludźmi, którzy mają skłonność do tego, że jak piszą coś szybko, napisać to źle. Ale jest jedna ważna rzecz, na którą chciałem zwrócić uwagę, którą często podkreślam, kiedy rozmawiam z autorami. Otóż czasami ważniejsze od tego, żeby napisać coś wspaniale i pięknie, jest to, żeby skończyć historię. Historia opowiedziana od początku do końca, nawet pokaleczonym językiem, jest cenna sama w sobie, bo jest pewną całością i ta całość powoduje, że mamy już gotową opowieść. Tylko ci wszyscy, którzy zostają na tym etapie, przegrywają. Bo ta opowieść opowiedziana od punktu A do punktu Z — zawsze sobie w ten sposób to unaoczniam — siłą rzeczy, jak jest rozpisana pierwszy raz, to jest nic niewarta. Dopiero praca nad tekstem powoduje, że on zaczyna cokolwiek znaczyć. Sam to powiedziałeś, że bardzo często, jak już skończysz, to później długo te swoje teksty wałkujesz.
[55:47] - Ta pierwsza wersja była do niczego. Tak jak mówisz.
[55:50] - To dobrze, ale wałkujesz je przecież nie tylko językowo, ale również narracyjnie. Tam się pewne rzeczy pojawiają, pewne rzeczy wypadają.
[56:01] - Tak. Teraz wiadomo, im ten warsztat jest coraz lepszy, to mniej. Po prostu mniej już w trakcie pisania tej pierwszej wersji wrzucam. Ale trzeba patrzeć z różnej perspektywy na ten tekst. Jak on będzie odebrany? Trzeba sobie zadać dużo pytań. To, o czym mówiłem, żeby się było uczyć o tym, jak pisać, to w tych książkach, w tej nauce mamy takie prawidła, takie podstawy i dopiero jak my to zrozumiemy. Ktoś pyta, co jest talentem. Talentem, moim zdaniem, jest wyczucie bluesa. Wtedy się pojawia nasz własny styl, ale to dopiero potem.
Najpierw musimy się nauczyć nie robić tych podstawowych błędów albo właśnie nabrać pokory.
[56:48] - Ja wpadnę ci w słowo, bo powiedziałeś bardzo cenną rzecz. Ja wyjaśnię, o co biega. Otóż bardzo często się myśli, że tekst będzie dobry i taki, jaki on jest, to on jest tam na papierze. Otóż nie. Tekstu na papierze właściwie może w ogóle nie być. Ważny jest jego odbiór. Jak on zagra w głowie, w umyśle czytelnika. Tam jest dopiero prawdziwy tekst.
[57:27] - Tak. Tylko istnieje pewne niebezpieczeństwo, Bruno to dobrze podkreślił, że rzecz jest w pewnym balansie. Bo też nie jest tak, że ktoś powie nam: „Ten tekst nie koresponduje ze mną i w ogóle to jest lipa”. Nie, to tak nie działa, że przyjdzie gość, powie, że to jest do kitu, to my to wyrzucamy do kosza. Warto rozumieć słowo „czytelnik” jako liczbę mnogą, zbiorowość. To nie jest tak. Niestety to, co ty ukrywasz pod słowem „czytelnik”, to wbrew pozorom jest statystyka i dopiero pewna grupa decyduje o tym, czy to jest tekst, który trafia do ludzi, czy nie. To jest troszeczkę tak jak w tym dowcipie, że jak ci ktoś mówi, że jesteś pijany, to możesz mieć jeszcze wątpliwości. Ale jak ci 10 ludzi mówi, że jesteś pijany, to po prostu kup sobie Alka-Prim i przygotuj się na to, że następnego dnia będziesz miał kaca. To mniej więcej tak działa.
[58:33] - Tak. Ja redaguję tekst, zanim dam kilku osobom do przeczytania, bo potem trzeba zebrać opinie, mieć kilka osób, które przeczytają, ocenią. Jeśli jedna osoba mówi mi, zwróci uwagę na coś, to rozważam. Zastanawiam się, czy ma rację, czy tego nie zmienić, to, o czym wspomniała. Jeśli wspomną mi o tym samym dwie osoby, to zmieniam na pewno. To znaczy, że jest nie tak.
[59:01] - To już czerwona lampka.
[59:03] - Dokładnie.
[59:03] - A jest jeszcze jedna ważna rzecz, i to podkreślę, bo autorzy są różni. To pewno doświadczenie. Przepraszam cię od razu, ale to nie wynika tylko i wyłącznie z rozumu. To bardzo często wynika z doświadczenia, bo rozum podpowiada: „Nie, przecież dobrze napisałem. Jestem już niezły. Czwarta powieść, to musi być nieźle”. Ale jest też coś takiego, że autorów podzieliłbym przynajmniej na dwie grupy. Takich, którzy dopuszczają do siebie, że nie są genialni i tacy, którzy od początku, od pierwszego opowiadania wiedzą, że są geniuszami. Z pierwszymi pracuje się nieźle, z drugimi pracuje się fatalnie. Wiem to na przykład od redaktorki tomu, o którym dzisiaj rozmawiamy, czyli od „Kucura”.
Przypomnę, redaktorką tego tomu jest Marta Sobiecka. Młoda autorka, młoda redaktorka, która naprawdę jest coraz lepsza. Ale ona, kiedy wspominała współpracę, to mówiła o pewnym partnerstwie. To znaczy, że redaktor z autorem tworzą pewien team na ten czas redagowania książki. Team, którego celem jest stworzenie jak najlepszej prozy, jak najlepszego kawałka prozy. I to jest cel nadrzędny. I wtedy nie ma miejsca na to, żeby Bruno obrażał się na redaktorkę, a redaktorka na Bruno, jak mu coś tam jednak powie, że to jednak wolałby, żeby tu było. To jest pierwszy typ. I tu chwała Brunowi, że on już tak do tego podchodzi. Chociaż nie wiem, pociągnę za język, czy na początku też tak było.
Mówię o początkach pisania. Natomiast drugi typ autorów to jest taki typ, który Będzie bronił każdego zdania, każdego wyrazu. I wtedy bardzo szybko pada pytanie. To rzecz, którą mam na świeżo w głowie po jednej z rozmów. Zadałem to pytanie: „Proszę pana, oczekuje pan z mojej strony pewnej pomocy przy tym swoim dziele, a z drugiej strony cokolwiek panu mówię, to pan to neguje, bo pan wie lepiej. Oczywiście na temat swojego opowiadania być może pan wie lepiej, ale ja jestem człowiekiem z zewnątrz. Przeczytałem to pańskie opowiadanie i pan nie dopuszcza w ogóle do siebie, że ktoś z zewnątrz widzi lepiej”. A znowu przypomnę to sławne powiedzenie, że z drugiego brzegu widać lepiej. Naprawdę widać lepiej. I ja myślę, że autorom bardzo często brakuje pokory.
I chyba to jest ten moment, kiedy pisarz staje się pisarzem, kiedy tej pokory nabiera, kiedy na sugestię redaktora: „Słuchaj, a może byś wyrzucił ten akapit?” mówi sobie: „No dobra, pomyślę”. I czyta później ten akapit i mówi sobie: „Kurczę, rzeczywiście jest tu zupełnie niepotrzebny”. Oczywiście to nie jest reguła, bo czasami czyta, mówi: „Ale zaraz, ja mam argument, że jest potrzebny”. Mówi to redaktorowi, a redaktor mówi: „Słuchaj, właściwie masz rację, ale brakuje jeszcze tego, tego i tego”. I tak się tworzy ta proza we współpracy. Bo znowu autor czegoś nie dostrzegł, ale wie, że jest potrzebne. Redaktor mu podpowiada, czego tam jeszcze w takim razie brakuje.
[01:02:30] - Trzeba się dogadać.
[01:02:31] - No dobrze.
[01:02:32] - Trzeba się dogadać, bo pracujemy nad produktem jednym i tu, jak powiedziałeś, trzeba mieć-
[01:02:38] - Pociągnąć cię za język. Jak to było na początku?
[01:02:40] - I trzeba pamiętać, bo mam myśl, że czytelnik jest bezwzględny i okrutny.
[01:02:46] - Oczywiście, że wszystko wyciągnie.
[01:02:47] - Jeśli my się podniecamy nad tym, co napisaliśmy, to musimy pamiętać, że czytelnik się nie będzie podniecał.
[01:02:53] - Nie. Co więcej-
[01:02:55] - Jeśli to będzie kiepskie.
[01:02:55] - Często to powtarzam. Jeżeli, szanowny autorze, uważasz, że coś, a już ci się nie chce tego poprawiać, bo milion razy to poprawiałeś-
[01:03:03] - Musi się chcieć.
[01:03:04] - Milion razy poprawiałeś i jakoś ci tak nie idzie to poprawianie, nie zauważy tego. Bądź, szanowny autorze, przekonany, że natychmiast to będzie pierwsza rzecz, którą ten człowiek czytający zauważy. Znowu mówię w liczbie pojedynczej, ale to będą ludzie. Ludzie to zauważą, że tam jest słabe.
[01:03:24] - Nigdy nie jest jakoś to będzie. Zawsze będzie oczywiście, ale będzie źle na niekorzyść autora.
[01:03:29] - Kochani, wy jesteście w tej dyskusji bardzo poprawni politycznie.
[01:03:34] - No to pierdyknij coś.
[01:03:36] - Otóż tak jest. Z reguły tak jest. Rzeczywiście ja się z tym rękami i nogami nie zgadzam i sam tę prawdę też-
[01:03:44] - Wyznajesz.
[01:03:45] - Wyznaję. Natomiast z obserwacji wiem, że bywa również inaczej. Otóż jeżeli ktoś uważa, że jest geniuszem i że potrafi, to niech tak uważa, niech się liczy z tym, że nikt go nie będzie czytał, nikt nie będzie doceniał, a być może ktoś go doceni po śmierci.
[01:04:09] - Będzie gorzej, Wiktor, bo znowu nasza ulubiona słuchaczka powie, że zaczynamy przeklinać, więc ja od razu uprzedzam, że na chwilę można zatkać uszy. Niestety takiemu autorowi skopią dupę, za przeproszeniem. I to pierwsze, co go spotka, to właśnie to.
[01:04:29] - Tak, ale mówię wam, że bywa również inaczej.
[01:04:33] - Bywa.
[01:04:34] - Był w Bydgoszczy taki genialny trębacz Przybielski, który miał w nosie, delikatnie mówiąc, co uważają inni muzycy, co uważa szkoła, co uważają recenzenci jazzu. On grał tak, jak jemu się uważało, nikt go nie cenił. I tak mijały lata. Po latach wszyscy zaczęli patrzeć na niego z zainteresowaniem. Dlaczego? On ciężko nad tym pracował. Bardzo podobnie. Co prawda już niedługo przed śmiercią, najlepsze kapele w Polsce prosiły, błagały Przybielskiego, żeby im podgrał w trakcie nagrań, bo z nimi oczywiście on nie był. On w ogóle z nikim nie grał. Natomiast żeby im podgrał jakąś frazę muzyczną w trakcie nagrania.
Zrobił to dzięki swojej genialności.
[01:05:40] - Ale my mówimy o podstawach.
[01:05:42] - Podstawowych błędach.
[01:05:43] - Które nie mają-
[01:05:45] - Chciałem to powiedzieć.
[01:05:45] - Żadnego związku z tym.
[01:05:46] - Wiktor, masz rację. To, o czym ty mówisz, to jest bardzo często tak, że człowiek czyta jakąś prozę, mówi: „Kurczę, to jest nieźle napisane, ale właściwie nie ekscytuje mnie to”.
[01:05:58] - Nie rozumie.
[01:05:59] - Nie rozumiem. Trzeba mieć odwagę, żeby się przyznać. Ale najprostszy wytrych dla państwa ewentualnie polecam jako patent: ta proza ze mną nie koresponduje. To takie słowo wytrych. Można każdego załatwić. Tak, oczywiście. Nie koresponduje ze mną. To jest najprostszy sposób, żeby powiedzieć, że się tego nie rozumie albo jakoś tak nie po drodze. I wtedy oczywiście można dokładnie w ten sposób. To się może skończyć jak z tym trębaczem, o którym mówił Wiktor.
Natomiast jeśli my rozmawiamy o tym, że ktoś potrafi na przykład w kilku linijkach, powiedzmy w pięciu linijkach, siedem razy powtórzyć słowo „oraz” To są zupełne podstawy.
[01:06:50] - Nie ma żadnego geniuszu.
[01:06:51] - Tam jest po prostu czysty warsztat. Warsztat to za dużo powiedziane. Tam jest czysta stylistyka, szwankująca. I w takich sprawach trzeba słuchać. Z redaktorem to się można kłócić co do niektórych faktów, bo redaktor to jest na ogół człowiek, który też nie ma złotej gwiazdki na głowie i nie zjadł wszystkich rozumów i czegoś może nie wiedzieć. I na przykład pyta autora: „Ale czy ty jesteś pewien, że tak jest?” „Tak, jestem pewien, bo to sprawdziłem.” Albo: „Wiesz co? To ja to sprawdzę.” To dokładnie na tym polega rola redaktora. I ja po raz kolejny, to jest kolejna audycja, o której rozmawiamy i w której apeluję do wszystkich piszących, ale też czytających, żeby nie traktowali redaktora jako diabła wcielonego, tylko jako człowieka, który z nimi współtworzy to dzieło, a w dodatku nie rości sobie praw do niego, tylko raczej jest takim dobrym Samarytaninem, który sprawi, że ta książka będzie dobra, a on zostanie jej redaktorem. Taka jest jego rola. Ja myślę, że Bruno to przeżył.
Coś może na ten temat powiedzieć.
[01:08:06] - King powiedział, to chyba kiedyś już mówiłem, że pisać jest rzeczą ludzką, a redagować boską. Redaktor patrzy chłodnym okiem, zna się na rzeczy, więc wszystkie uwagi redaktora – i to polecam tym, którzy piszą – polecam się wsłuchiwać w to, co mówią i rozważać, bo to są często cenne rzeczy.
[01:08:25] - Wiesz, ale ja to jestem, Bruno, jak takie wcielenie pudelka tutaj w Paranormalium. Ja muszę o to zapytać. Musisz mi to powiedzieć albo jakoś tak przez ogródki. Powiedz mi taką rzecz: a jak ty reagowałeś na tego rodzaju krytykę, jak zaczynałeś pisać? Teraz jak najwięcej pikantnych szczegółów.
[01:08:48] - Pierwszą powieść jak napisałem, to w ogóle bez żadnego pojęcia pomyślałem sobie, wpadłem na pomysł i zacząłem to pisać. I to było oczywiście pełne błędów. O jeny, to była katastrofa.
[01:09:02] - To dzisiaj wiesz.
[01:09:03] - To dzisiaj wiem. Pamiętam, że kolega mi powiedział. Miał wydrukowane nawet czy tam... Już nie pamiętam, bo to już było kupę lat temu. Wydrukował fragment i już nie pamiętam, co on mówił dokładnie, tylko mówił, jakie błędy popełniłem. Smutno mi się zrobiło. Pamiętam, że mi się zrobiło smutno, ale nie było w tym żadnej obrazy, że jak, że on się na pewno myli, bo wiedziałem, że wie, co gada, bo tam w świecie literackim on funkcjonował i funkcjonuje cały czas. I on mi polecił, żeby poczytać o tym, jak się pisze właśnie. I po tych lekturach, jak ja już pracowałem nad pierwszą poprawną powieścią, czyli nad „Metalową Dolną”, to wszystkie uwagi, już miałem dobre nastawienie, bo już sam Kress i sam King mnie mocno skorygowali i już się nawstydziłem podczas lektury tych książek. I potem, jak pracowałem już z redaktorką, to już normalnie pokornie słuchałem, co ma do powiedzenia.
[01:10:03] - A ja tu sobie sięgnę do naszego czata. Person Person napisał, to świetny komplement, Bruno: „Chciałbym porównać opowiadania pana Bruno do obrazów Zdzisława Beksińskiego.” Tłumacz się.
[01:10:19] - Ja nie pamiętam. Oczywiście nazw. Jakbym zobaczył jakiś obraz, to-
[01:10:23] - Obrazy? Nie tego?
[01:10:25] - Ale nie przypomnę.
[01:10:27] - To ja ci zaraz wywołam na ekranie komputera. Ale powiem ci, że to duży komplement dostałeś. Duży.
[01:10:35] - To się cieszę. Czy zasłużony?
[01:10:38] - Zasłużony? Moim zdaniem zasłużony, bo znowu-
[01:10:41] - Już sobie sprawdzam
[01:10:42] - ... bo znowu jest tak, że my często z Wiktorem, kiedy jeszcze się tak dobrze nie znaliśmy, kiedy jeszcze tej prozy tyle nie było, ja pamiętam, że od początku dostaliśmy jakieś-
[01:10:55] - Była tylko poezja.
[01:10:57] - Tak. Dostaliśmy jakiejś takiej małej obsesji na punkcie Bruna Kadyny.
[01:11:01] - To już jest „Nóżka Rozwidza”.
[01:11:02] - Przysłał pierwsze opowiadania. I my tak sobie siedzimy z Wiktorem i mówimy: „Kurczę, to dobre jest.” A Wiktor mówi: „Ale wiesz co? Umie pisać, ale tak właściwie to tak do końca nie czuję, czemu to jest takie dobre.” Ale to było przy pierwszym opowiadaniu, a później już przy drugim, trzecim Wiktor mówi: „No jasne, czemu to jest takie dobre.” Bo Bruno nie pracuje. U niego narracja oczywiście jest. To wszystko, co powinno w opowiadaniu być, to jest. Ale Bruno przede wszystkim to jest facet, który świetnie opanował to, co się tak bardzo prosto nazywa psychologią postaci. Bruno jedzie na psychologii. Nie studiował psychologii, nie wgryzał się w psychologię, a jednak psychologię postaci ma opanowaną perfekcyjnie. Wiktorze.
[01:12:04] - To znaczy nie tyle ma opanowaną, co po prostu ewidentnie jak aktor wczuwa się w sytuację, wczuwa się w ten cały spektakl, który ma zagrać i sobie wyobraża, tak jak tutaj w „Kocurze”, że to on jest tym kocurem. I co teraz zrobię? Co zrobię w tej sytuacji? Jak rozwiążę problem? Ktoś inny by patrzył z zewnątrz. Kadyna patrzy od wewnątrz.
[01:12:34] - A posłuchajcie, bo się okazuje, że Person Person miał co innego na myśli. Ja teraz przeczytam. „Można by bardzo długo o formie, ale to, co zostaje, to tylko szok i aftershock.” To nie był komplement w stylu Beksińskiego. I w finale opowiadania są puste jak te obrazy. To chciałem powiedzieć.
[01:13:05] - Nie każdemu się będzie podobać. Bo właśnie chciałem zapytać, o które opowiadanie. Zerknąłem sobie na obrazy pana Beksińskiego i bym był ciekaw, o które opowiadanie chodzi konkretnie. Ale każdy ma prawo do swojego zdania. Nie ma książki, która podoba się każdemu.
[01:13:21] - Tak samo obrazy Beksińskiego się nie muszą podobać na przykład mojej babci. Pardon, świętej pamięci babci.
[01:13:29] - Powiem tak person person, czasami nawet jak się komuś nie chce powiedzieć komplementu, to siłą rzeczy komplement wychodzi. Bo być porównanym do takiego literackiego odpowiednika Beksińskiego, moim zdaniem to jednak jest niezłe. Można nie lubić tych obrazów, można się tymi obrazami nie zachwycać. Ale to był facet, który mam wrażenie potrafił malować. Ale ja się nie muszę znać oczywiście.
[01:14:09] - Wiesz, jakby ktoś mi powiedział, że piszę podobnie do Joyce'a, to faktycznie byłaby to plama, bo to plagiat prawie. Ale z drugiej strony byłby to ogromny komplement.
[01:14:26] - To są tak zwane trudne komplementy. I tu oczywiście autor zadeklarował, że to komplement nie miał być. Więc przyjmujemy oczywiście. Bruno, jakoś będziesz musiał to przeżyć. I wcale nie mówię tego z lekceważeniem, bo to znowu jest los pisarza, że ja w bardzo wielu momentach spotykam się z ludźmi, którzy oczekują, że jak już będą pisarzami, to będzie ich spotykał nieustanny zalew komplementów i będą wielcy i wszyscy się będą nimi zachwycać. Nie. Los pisarza jest niestety inny. Tak samo często, a może właściwie częściej dostaje po tyłku i dostaje kopy od swoich czytelników, jak słucha zachwytów. To normalne. I byłoby nawet podejrzane, gdyby wszyscy zachwycali się prozą Bruno Kadyny.
[01:15:26] - Natomiast ta odporność psychiczna powinna istnieć w takiej formie mniej więcej, jak ja się kiedyś, po wydaniu siedmiu czy dziesięciu prawie książek, przyszedłem do jakiegoś wydawnictwa i tam mi powiedziano prosto w oczy, że bardzo pana przepraszam, ale pan nie umie pisać. Nie zdziwiło mnie to ani trochę. Wzruszyłem ramionami. Nie chcecie, to nie. To wasza sprawa. Ale korona z głowy człowiekowi nie spadnie. Nic się nie dzieje. Akurat temu człowiekowi ja się nie podobam. To trudno. Tak samo jak dziewczyna puściła mnie kanapą.
[01:16:11] - Ale wracając do uwagi, że pozostaje szok. To jest komplement dla mnie. Żeby wywołać szok czy nawet aftershock, czyli coś, co pozostanie, to proszę spróbować napisać, żeby coś takiego zostało.
[01:16:28] - Tu zresztą person person nawiązuje do opowiadania z poparzonym dzieckiem.
[01:16:34] - „Krew”.
[01:16:35] - Tak. Ale to chyba nie jest typowe opowiadanie dla ciebie.
[01:16:42] - Uważam, że udane.
[01:16:44] - Ja nie mówię, że jest nieudane. Mówię tylko, że nie jest typowe. Ty raczej w inne nuty uderzasz. Ja ciebie zapamiętałem w każdym razie i zawsze będę cię kojarzył z jakimiś takimi opowiadaniami, które są przepełnione jakąś tęsknotą za tym, co minęło. Te opowiadania na plaży dziejące się chociażby. To we mnie zostało. To tak naprawdę na sicie dla mnie zostało.
[01:17:09] - Zobacz, jakie w nas zostają inne rzeczy. We mnie zostało i do końca życia zostanie opowiadanie „Ogień zgasł”. To jest rzecz, która mnie wdeptała w ziemię to opowiadanie.
[01:17:25] - Wczoraj napisał do mnie czytelnik też o tym opowiadaniu, które go poruszyło. Mnie zależy na tym, ja bym chciał i próbuję pisać tak, że każde moje dzieło, każdy tekst jest inny. Co w końcu nie wiem, czy się wyczerpie, czy nie wyczerpie, czy powiem kiedyś jak Hemingway, że już nie mam o czym pisać. Zależy mi na tym.
[01:17:51] - Ale nie sięgaj wtedy po strzelbę.
[01:17:53] - Nie mam strzelby. Z procy mógłbym. Ale fajnie. Chcę, żeby te teksty się różniły. Stylu się nie wyzbędę i nie po to się pracuje i wyrabia styl, żeby go z tekstu na tekst zmieniać. To jest zresztą nierealne. Ale żeby te teksty się różniły między sobą. Dlatego „Kocur” jest zupełnie inny niż „Ciężki bagaż” czy „Pływ”.
[01:18:14] - A po psychologii to ja cały czas pamiętam o takim opowiadaniu „Wódz i szaman”. Jak tam były fajnie narysowane relacje pomiędzy ludźmi, ale takie niedopowiedziane relacje. Tam nieustannie było napięcie w tym opowiadaniu. Napięcie, którego Bruno nie werbalizował. Oni sobie nie powiedzieli wszystkiego do końca, ale czuć było, że pomiędzy postaciami, które w tym opowiadaniu występują, są duże, muszę powtórzyć słowo, napięcia.
[01:18:52] - To jest efekt, który jest celowy. To jest efekt, który ja lubię wykorzystywać, że tylko nakieruję i to już czytelnik ma sobie dobrze wiedzieć, co tam w trawie piszczy. To jest celowe. Te relacje międzyludzkie wydaje mi się, że fajnie udało mi się zrobić w ostatnim opowiadaniu, które napisałem, które opublikowane jest w magazynie „Pocisk” w najnowszym numerze. Brzdäle. Polecam. Tam jest dziadek chory na Alzheimera i młoda para małżeńska, która się nim opiekuje. To może być też ciekawe. Taka mała reklama.
[01:19:36] - Czemu nie. Natomiast ja powiem o jeszcze jednej rzeczy, która wydaje mi się w kontekście prozy Bruna dosyć ważna. Zastanawiam się, Bruno, czy ty nie miałeś już dosyć tej psychologii? To mówię skrótem oczywiście. I nie odszedłeś do Kocura po to, żeby trochę odpocząć. Chociaż to jest teza naciągana, bo tak naprawdę tamtej psychologii jest równie dużo w „Kocurze”. Ale właśnie jest wśród zwierzątek, a nie wśród ludzi.
[01:20:11] - Nie, bo tak jak mówiłem, „Kocur” był wcześniej, więc opowiadanie jeszcze nie. Nie jestem zmęczony. Ja się trochę powstrzymuję przed pisaniem rzeczy ciężkich, okrutnych, gdzie tam się krew by mogła lać.
[01:20:30] - Ja wiem, to była nieudana prowokacja z mojej strony, bo tak naprawdę chodziło, żeby Bruno powiedział: „Tak, już miałem dosyć tej psychologii”. Nie.
[01:20:37] - Nie, temat niewyczerpany.
[01:20:39] - Jak zadawałem pytanie, to już wiedziałem, że właściwie głupio to pytanie zadaję, bo tej psychologii w „Kocurze” jest całkiem sporo. Ona może lżej przechodzi, bo jak tam kot jest psychologiczny, a pies jest psychiczny, ale to zupełnie inny pies niż ten, który występował.
[01:20:58] - Kura też jest psychiczna tam. Myśli, że jest jastrzębiem.
[01:21:01] - Właśnie. Proszę państwa, piękna postać z „Kocura”. Kura, która myśli, że jest jastrzębiem. To jest po prostu genialnie narysowane.
[01:21:15] - To mi tak wpadło do głowy.
[01:21:17] - Proszę państwa, ileż razy jest tak, że spotykamy takich ludzi, takie kury ludzkie, które myślą, że są jastrzębiami. Właściwie nieustannie.
[01:21:26] - To wina człowieka, wina gospodarza Zdzicha. On jej to-
[01:21:30] - Tak. Ale tak naprawdę w życiu też to jest wina naszego otoczenia, że czasami ktoś czuje się kimś, kim zupełnie nie jest, ale jego otoczenie wmówiło mu, że jest.
[01:21:42] - Tak, to się bardzo z ruchem LSD kojarzy, bo-
[01:21:47] - Zostawmy ten temat. Nie chcę go dzisiaj. Natomiast bardzo często, użyję innego przykładu, Wiktorze. Bardzo często część zakochanych w swoich dzieciach mamusiek mówi, że trzeba dziecko wychowywać na zwycięzcę. Trzeba mu mówić, że jest świetne, że jest dobre. I wyrasta później taki dzieciak, który nigdy w życiu nie przeżył porażki. Znaczy przeżył ją nieraz, tylko sobie z tego nie zdawał sprawy, że ma podstawy do tego, że właściwie poniósł tę porażkę. I później wypełzają na ulice takie narcyzy, tacy ludzie, których nikt w życiu nie postawił w sytuacji, w której musieliby powiedzieć sobie: „O kurczę, nie udało mi się”. Im się wszystko w życiu udaje. Później wychodzą na tak zwany szeroki świat i okazuje się: nie, wcale się im wszystko nie udaje.
I to jest szok tak ogromny dla niektórych, żeby niedaleko sięgać, młodzi ludzie czasami nie mogą uwierzyć w to, że nie są wszechstronnie uzdolnieni.
[01:22:52] - Tak, a świat się nie pieści.
[01:22:54] - A świat się nie pieści z dwóch powodów. Po pierwsze część ludzi stara się obiektywnie coś przekazać, a część ludzi stara się dopieprzyć. Ci są jeszcze bardziej sympatyczni, bo po prostu zrobią wszystko, żeby ten młody człowiek w siebie, broń Boże, nie uwierzył, nawet jeśli ma do tego podstawy. Czyli tak naprawdę zgnoić wszystkich oprócz mnie.
[01:23:18] - Krytyka jest potrzebna, ale konstruktywna. Jeśli ktoś się czepia tak po prostu, żeby się czepiać, bo nie ma innego pomysłu na życie albo ma takie usposobienie, to już ma problem.
[01:23:29] - Dobrze, ale zobaczcie, tak jak mówiłem o tej drugiej stronie medalu, jeżeli ktoś naprawdę uwierzy, że jest genialny, to też czasami jest pożytek. Na przykład napisze taką książkę jak „Fantechizm”. Tylko stąd się ta książka wzięła, że autor uwierzył sam w siebie po prostu i nic poza tym nie jest ważne.
[01:23:52] - Tak, można to napisać, ale to musi być fajnie zrobione.
[01:23:56] - Zrobione też fajnie.
[01:23:59] - Person Person jeszcze pisze à propos Beksińskiego, że pewnie, że potrafił. Rozumiem, że malować o Beksińskim, ale w życiu to nie są dzieła. Ile można obejrzeć tych obrazów, jak się jest ciekawym kolejnego?
[01:24:16] - To jest kwestia gustu. Zresztą ja polecam, że ci wejdę w słowo. Moim ulubionym pisarzem jest Remarque. Ale ja nie mogłem czytać książki Remarque'a książkę po książce, bo cię zędli. Trzeba przeplatać. Dlatego ja mówię, że w literaturze nie ma konkurencji, jak niektórzy pisarze myślą. Nie ma. Nie można czytać jednego autora, choćby był świetny, bo nie da się. Trzeba to przeplatać innymi autorami, innymi powieściami, bo nie można czytać jednego. Tak samo nie można czytać i oglądać jednych obrazów.
Co to za-
[01:24:50] - Obiór sztuki.
[01:24:51] - Czy słuchać jednego wykonawcy muzycznego. To przecież-
[01:24:55] - Albo ma się film w komputerze i puszczaj go co wieczór do spania. Można raz, można drugi, ale potem-
[01:25:07] - Można lubić filmy Tarantino, ale nie ogląda się tylko jego.
[01:25:13] - Panowie, myślę, że to jest ten moment, kiedy warto by posłuchać kogoś innego poza nami i myślę, że dobrym powodem do tego będzie felieton Tomka Pąsa.
[01:25:33] - Gromadka wesołych psycholi. Spotkanie z Brunon Kadyną to bardzo dobra okazja, żeby powiedzieć sobie trochę więcej na temat mojej ulubionej części przeanalizowania literatury, to znaczy psychologii postaci. O co właściwie chodzi z tą psychologią? Jest sobie bohater. Fajnie, żeby był wiarygodny, a wiarygodność psychologiczna wiąże się też z pewną nieoczywistością zachowań. Cierpiący na przykład na depresję czują się jakby bardziej usprawiedliwieni, skoro i tak cierpią, źle się czują, to wydaje im się, że im więcej wolno, mogą traktować innych gorzej, bo sami czują się okropnie. Mało kiedy ktoś uważa, że postępuje źle celowo. Przeważnie, jak to się mówi, Hitler też chciał dobrze. I to jest bardzo powszechne zjawisko, że ludzie generalnie chcą dobrze i warto jest sobie zdawać sprawę, kreując na przykład czarny charakter, że ten człowiek z perspektywy własnych przemyśleń jest bohaterem pozytywnym. Dowód anegdotyczny.
Nie sprawdzałem danych, ale podobno do złych czynów ludzi wrażliwych psychicznie raczej nie motywują historie złych ludzi czy jakieś bardzo krwawe historie. Natomiast podobno, o ile dobrze pamiętam, przytaczam tutaj bardzo anegdotycznie gdzieś zasłyszaną historię. Podobno na przykład duży wpływ na aktywność agresywną ludzi wrażliwych, chorych psychicznie mają na przykład filmy o Supermanie, o superbohaterach. Bo człowiek skłonny do przemocy, do jakiegoś wymierzania sprawiedliwości właśnie jest w ten sposób motywowany. Wyobraża sobie raczej, że jest bohaterem, a nie broń Boże kimś negatywnym. Jak tę psychologię postaci warto kreować? Psychologia naukowa rozważa funkcjonowanie człowieka na kilku poziomach. Ten najbardziej ogólny, najbardziej obserwowalny to jest poziom behawioralny. Poziom zachowań. Na poziomie behawioralnym podstawowe mechanizmy to uwarunkowanie instrumentalne, uwarunkowanie sprawcze, uwarunkowanie klasyczne, uwarunkowanie sprawcze.
Klasyczne to jest ten pies Pawłowa. Czyli mamy jeden bodziec, towarzyszy jemu drugi i jakoś tam się pewne prawidłowości kształtują. Sprawcze, to jest wtedy, jak mamy te klatki problemowe, tak, że siedzi sobie zwierzę w klatce, musi coś zrobić, żeby karma wypadła i w ten sposób uczy się nowych zachowań. To jest behawioryzm. Trzecia część behawioryzmu, trzeci rodzaj warunkowania to jest zasada społecznego uczenia się. Na czym polega zasada społecznego uczenia się wyjaśnił bardzo ładnie psychoterapeuta, bodaj czeski Kratochvíl w swoim podręczniku psychoterapii, opowiadając o mężczyźnie, który chciał, aby papuga mówiła do niego wujaszku. Mówi do papugi: „Powiedz wujaszku”. Papuga nic. „Powiedz wujaszku!” Papuga nic. W końcu zaczął bić papugę po głowie witką.
„Powiedz wujaszku, powiedz wujaszku!” Papuga nic. Wreszcie wkurzony wsadził papugę do kurnika. Po chwili słyszy hałas. Papuga bije kurę po głowie i krzyczy: „Powiedz wujaszku!” To jest społeczne uczenie się. Behawioryzm jest wartościowy na pewno do obserwacji zwierząt i też wydaje mi się, że podejście behawioralne jest użyteczne w przypadku modelowania większych społeczności. To bardzo dobrze widać u Zeigla właśnie w całej „Prawdzie o kłamstwie” ewidentnie rozumowanie na temat społeczności jest podszyte zasadą społecznego uczenia się i bardzo ładnie, głęboko tutaj zrozumianą i pokazano, jak te mechanizmy społeczne właśnie działają. Raczej behawioralne. Tam nie ma jakichś głębszych analiz. Natomiast jest właśnie bardzo dobrze ten mechanizm warunkowania społeczeństwa poprzez bodźce, poprzez różnego rodzaju wzorce pokazany. Zeig tutaj doskonale to rozumie.
Kolejny poziom to jest psychologia poznawcza. Psychologia poznawcza to jest coś, czego ja strasznie nie lubię, bo to jest takie myślenie troszeczkę zdroworozsądkowe. Sugerowanie, że człowiek ma jakieś poglądy i że te poglądy go kształtują. Nie przekonuje mnie strasznie to podejście. Psychologia poznawcza to jest takie myślenie: bycie optymistą, pesymistą, posiadanie jakichś wzorców rozumowych. I właściwie tak mi się to trochę kojarzy. Oczywiście też tutaj nie mam jakiejś bardzo głębokiej wiedzy. Mało mnie akurat ten kierunek interesuje, ale tak to mniej więcej jest. Takie wyobrażanie sobie, że człowiek funkcjonuje gdzieś właśnie poprzez sposób przetwarzania informacji, poprzez pewne właśnie też nawyki, uwarunkowania, takie trochę głębsze, jeszcze poszerzone o myśli, czyli to podejście behawioralno-poznawcze. To człowiek funkcjonuje właśnie głównie na tej zasadzie i można go warunkować, można przestawić mu sposób myślenia i w ten sposób wpływamy na zachowanie.
Gdzieś tam obok są jakieś psychologie humanistyczne, to już może niekoniecznie. Też różne społeczne teorie, te transakcyjne jakieś analizy. Powstajemy w interakcjach, w relacjach i że tak naprawdę jednostka niczym, jednostka zerem, że to grupa warunkuje funkcjonowanie wszystkiego. Co jest pewną pułapką, bo czasami też ten wpływ społeczny się przecenia, a później okazuje się, że na przykład czynniki biologiczne bardziej wpływają na powstawanie jakiegoś rodzaju chorób. I wreszcie to, co myślę, najbardziej jest ciekawe, istotne w przypadku kształtowania bohatera indywidualnego, to jest jednak psychologia głębi. To jest psychoanaliza, to jest rozumienie pewnych nieświadomych uwarunkowań, to jest rozumienie tego, co skrywa się pod pewną powierzchownością ludzi i co, jak to kiedyś Lem w „Kłosie pana” zasugerował, psychoanaliza odkrywa w człowieku bydlę. I tam spłycił trochę tę psychoanalizę moim zdaniem nieuczciwie trochę. I to jest jakiś tam zarys, bardzo ogólny zarys tego, jak właściwie psychologia funkcjonuje. I nie ma nic gorszego dla autora, niż się tym interesować. Co myślę, takie bardzo teatralne kreacje bohaterów chorych psychicznie pokazują, że to nie zawsze jest mądre.
Tutaj może przykładowo ten hitchcockowy Norman Bates jest już tak straszliwie pokazany modelem freudowskim ostentacyjnie, że widać, że tutaj reżyser czy scenarzysta raczej ten, kto wymyślił Normana Batesa, zdecydowanie nie miał dużych doświadczeń klinicznych. A coś tam może o psychanalizie wiedział i na siłę eksponował wątki ordynarnego modelu freudowskiego. A przecież wiadomo, że to nie tak działa. Nie tak banalnie, nie w tak oczywisty sposób. A zatem dobrze, jak pisarz ma pewne pojęcie o psychologii, ale jednocześnie może właśnie nie wie za dużo, a zamiast tego umie obserwować i zauważać pewne rzeczy nieoczywiste, zaskakiwać, a jednocześnie być wiarygodnym. To jest prawdziwa sztuka. I jak to wszystko, proszę państwa, zrobić? Gdybym wiedział, to pewnie bym się nie produkował, tylko pisał. A jak to mówią krytyki, eunuch z jednej są parafii. Obaj wiedzą, jak żaden nie potrafi.
[01:32:23] - Tak, mieliśmy felieton Tomka. Ja myślę, że on troszeczkę włożył kij w mrowisko, kiedy mówił o tym, jak kreuje się postacie i jak się kreuje nie tyle właściwie postacie, co ich psychologię, bo w gruncie rzeczy trzeba mieć na to pewien patent. Tomek o kilku patentach wspomniał. A to o tyle jest myślę nośny temat do rozmowy, że Bruno też ma swój patent na kreowanie postaci. Czy to w książce „Kocur”, czy we wcześniejszych opowiadaniach, które tak jak powiedziałem i tak jak Bruno to podkreślał, mogą się jednym podobać, drugim nie podobać. Dla jednych mogą być czymś fajnym, dla drugich mogą być pustym dzbanem. Okej, w porządku. Tak z literaturą już niestety jest. Natomiast jakbyś miał, Bruno, powiedzieć o kreowaniu przez siebie postaci, ale tym psychologicznym. Nie chodzi o to, jak je tam pokazujesz, ale tym psychologicznym.
Na czym polega ta twoja magia? Co ty robisz właściwie? Na czym polega to, co Wiktor często określa miarą takiego czarowania przez Kadynę? Bo jakieś takie zjawisko występuje rzeczywiście. Można się znowu nim zachwycać albo nie, ale ewidentnie jest coś w tym twoim sposobie pisania, a właściwie kreowania psychologicznego postaci. Może to się wytłumacz.
[01:33:54] - Nawet ci, którzy się nie zachwycają, tylko jak są oburzeni albo dotknięci tym moim twórczością, to jest dla mnie też komplement. To znaczy, że lekcję odrzeć zrobiono, to jest dobrze, że ta postać jest z krwi i kości albo jest prawdopodobna. Właśnie myślę o tym. Staram się wczuć w tą postać. Nieważne, czy to jest na przykład napisałem takie opowiadanie „Social Media” o tym malarzu psychopacie. Ani nie jestem malarzem, ani psychopatą, mam nadzieję. Ale się starałem wczuć. Zadaję sobie pytanie wtedy, jak ta postać się będzie czuła, jak ona myśli, jak się może zachowywać, jak się zachowuje. Wiadomo, szukam źródeł gdzieś tam, jak się da i tyle. Ale często te postacie kreujemy na podstawie tego, jacy my jesteśmy sami w środku.
To ja nie mówię już o tym na przykład dajmy, jakie wartości albo co chcemy przekazać. To wynika też z tego, jakimi my jesteśmy ludźmi. To jest ważne, ile mamy w sobie empatii.
[01:35:03] - Właśnie mam takie z grubej rury pytanie, bo o ile przez prawie całą audycję mówiliśmy o tym, jak pisania się trzeba uczyć, jak można się nauczyć i tak dalej, o sprawach technicznych, redakcyjnych i tak dalej. Otóż ja mam pytanie. Czy Bruno Kadyna może powiedzieć coś na temat, czy można się nauczyć empatii, wrażliwości?
[01:35:36] - Pewnie, że można.
[01:35:37] - Można?
[01:35:38] - Myślę, że można.
[01:35:40] - Też tak myślę, ale jak?
[01:35:45] - Ja powiem tak. Nie będę odpowiadał za Bruna, bo Bruno się sam obroni albo sam wytłumaczy. Ale powiem jedno, Wiktorze, że dla mnie odpowiedź nie jest taka oczywista. Czy można? Myślę, że niektórzy mogą, a niektórzy nie mogą. Powiem pewną rzecz oczywistą, ale troszeczkę zależy od naszego podejścia do ludzi. Albo chcemy wyjść naprzeciw drugiego człowieka, a w związku z tym chcemy go poznać, interesuje nas, albo mamy wszystko w pompie, że tak się wyrażę i w ogóle nas to nie interesuje. Jesteśmy tylko my, my i nasza kreacja. I taki cudzysłów artysta moim zdaniem nie będzie miał sukcesu, dlatego że wszystko, co on ma do powiedzenia na temat psychologii postaci, to jest to, co on sobie wymyśli, a nie to, co zaobserwuje. Troszkę tak jest, że być może to jest niesprawiedliwe, być może jakoś tam jeszcze ma inne negatywne cechy, ale rzeczywiście jest tak moim zdaniem, że dobry pisarz, a w każdym razie pisarz, który dobrze oddaje psychologię postaci, to jest dobry obserwator.
To jest człowiek, który jadąc pociągiem, jadąc samochodem, idąc ulicą obserwuje ludzi. Troszkę wygląda jak tajemniczy don Pedro. Znaczy tak psychologicznie jak tajemniczy don Pedro, bo nieustannie podgląda swoich bliźnich, właściwie ich zachowania, ich reakcje, ich interakcje i to tak naprawdę buduje później pisarza. I ja odnoszę wrażenie, że ja się czasami boję Bruna, bo on tu na nas teraz patrzy, a później nas opisze.
[01:37:31] - Ja właśnie o tym pomyślałem.
[01:37:32] - No tak.
[01:37:33] - Często to, o czym mówiłem, że często wystarczy mi jeden gest. Z czegoś ten gest musi wynikać.
[01:37:38] - Tak. I właśnie tak tutaj się lekko niepokoję, Wiktorze. My już nie raz, co prawda, zostaliśmy opisani przez różnych autorów tutaj za tym mikrofonem, jak sobie nas wyobrażają, ale Bruno ma tę przewagę, że po pierwsze nas widzi tutaj, a ja się boję, że-
[01:37:56] - I coś mi zaczyna krążyć po głowie.
[01:37:58] - Że pewnego dnia przeczytamy opowiadanie albo, nie daj Boże, powieść, w której dwa stare zgredy oceniające innych, a w każdym razie starające się mówić coś na temat twórczości innych, będą podsumowane tak czy inaczej.
[01:38:15] - Albo zupełnie coś innego.
[01:38:16] - Albo zupełnie coś innego!
[01:38:17] - Siedzicie tutaj i macie jakiś wpływ inny zupełnie.
[01:38:21] - Tak jest. Dwaj podli czarodzieje na przykład. Dobra, Bruno.
[01:38:26] - Ale zwróćcie uwagę na jeszcze jeden fakt, który w tej chwili wpadł mi do głowy. Otóż być może rzeczywiście, żeby dobrze pisać, trzeba być człowiekiem wrażliwym. Potrzebna jest empatia. Potrzebne jest, Marku, to umiejętność obserwowania świata i tak dalej. Ale my przecież osobiście tutaj, tak jak siedzimy, znamy paru ludzi, którzy z empatią, wrażliwością, uczuciowością nie mieli nigdy nic prawdopodobnie wspólnego. Natomiast są na tyle wybitnie inteligentnymi ludźmi, że fakty tej empatii, wrażliwości uwzględniają w swojej twórczości. I robią rzeczy bardzo dobre.
[01:39:15] - Ale oni, jeśli nawet nie są empatyczni, bo rzeczywiście, jak to powiedziałeś, to nawet chyba wiem, o kim mówisz. Natomiast chodzi o to, że to są ludzie po pierwsze, tak jak powiedziałeś, inteligentni, ale po drugie, i to wcale nie wyklucza, są — to, co mówiłem przed chwilą — dobrymi obserwatorami. Oni po prostu mają oczy tak jak żaby, kręcą im się znacznie bardziej niż zwykłym ludziom i oni potrafią jednym okiem tego obserwować, drugim tego. To żart oczywiście, ale chodzi o to, że są nieustannymi szpiegami, nieustannymi obserwatorami, którzy wyciągają wnioski z zachowań innych.
[01:40:02] - Inteligencja do tego się przyda oczywiście, ale to wcale nie trzeba być inteligentnym.
[01:40:06] - Nie zaszkodzi.
[01:40:06] - Żeby być empatycznym.
[01:40:08] - Właśnie! To też bardzo ważne, co powiedziałeś. Inteligencja to się przydaje tym, którzy nie posponują się w ten sposób, że oni będą empatyczni wobec kogoś. Nie, oni po prostu-
[01:40:22] - Wręcz przeciwnie, inteligencja i wiedza wpędza w pychę często. Inteligentni ludzie myślą o sobie nie wiadomo co. Są wyniośli bardzo często.
[01:40:31] - A poza tym z tą inteligencją to w ogóle trzeba uważać. Nie tylko mówię to pod swoim adresem, ale w ogóle pod adresem wszystkich. Bo zauważcie państwo, często spotykamy coś, co jedni wypowiadają z pogardą, drudzy z pewnym podziwem. Otóż zjawisko takiego chłopskiego, wiejskiego filozofa. I jedni mówią: „A, głupek leśny”. A drudzy mówią: „Ale w tym coś jest”. I proszę mi wierzyć, że ja próbowałem kilka razy takich — tu cudzysłów postawmy — wioskowych głupków pośledzić, w sensie takim właśnie porozmawiać z nimi, co tam w nim siedzi. I powiem państwu, że to są rzeczy niesamowite. Oni mają jakiś inny rodzaj inteligencji, to znaczy znakomicie pewne rzeczy syntetyzują, nawet nie wiadomo skąd ta synteza, bo się nigdy oczywiście tego rodzaju myślenia nie uczyli. Oni to po prostu w sobie mają.
Syntetyzują.
[01:41:36] - Kiedyś chyba tobie opowiadałem o tym, jak rozmawiałem kiedyś, siedząc na miedzy z takim wsiowym głupkiem. I on pytał, czym ja się zajmuję. Piszę, że science fiction. A on mówi: „Co to jest?” To ja mu wytłumaczyłem, że to są jakieś opowieści o wszechświecie, o gwiazdach i tak dalej. To on dalej zapytał mnie: „A co to jest wszechświat?” Mniej więcej. I tak dalej. Ja sobie pogadywałem, byłem bardzo rozbawiony i tak dalej. Po czym po jakimś czasie nie zauważyłem tego, że właściwie to ja już zadaję pytania. Nie on. A on zaczyna udzielać wyłącznie odpowiedzi.
I te odpowiedzi są tak jego nieprawdopodobnie celne, jakby był starożytnym greckim filozofem.
[01:42:27] - Sokratesem.
[01:42:28] - Tak.
[01:42:28] - Sokratesem, który nic innego nie robił, tylko chodził i zadawał ludziom pytania. A tak je zadawał, żeby odpowiedzi na te pytania pobudzały ludzi do myślenia. Do myślenia na temat, na jaki udzielają odpowiedzi. I nagle przestawało się w ich życiu wszystko zgadzać, bo jak sobie tak siedzieli i myśleli, to wszystko już o świecie wiedzieli. A przychodził taki wredny Sokrates, grecki głupek i pytał o różne rzeczy, czasami podstawowe. I wtedy następowało uświadomienie sobie, że ten świat jednak jest chyba bardziej skomplikowany, niż mi się na początku wydawało. Troszeczkę taka odpowiedź. Coś z tego sposobu. Może nie wprost, Bruno tak tego nie robi, ale Bruno rzuca pewne obrazy i one pełnią bardzo podobną rolę, bo Bruno ani nie odpowiada, ani nie snuje w pewnych kierunkach historii, ale zostawia pewne ślady w swojej prozie i człowiek mówi sobie wtedy: „Kurczę! Myślałem, że to jest prostsze, a Bruno przyszedł i wszystko namieszał.
Troszeczkę tak to wygląda. Ta metoda pisarska, tak ją określmy. Wielu pisarzy coś takiego stosuje, ale ona jest jakaś. Myślę, że taka jest właśnie u Bruna. No, Bruno, co ty na to?
[01:44:07] - Co ja na to? Nie wiem. Jeszcze zwrotne informacje do mnie nie dotarły, bo to świeża sprawa. Ale też na pewno nie spodoba się każdemu. Nie każdy zrozumie te teksty proste. Dla mnie proste czy proste dla innych czytelników, dla innych są nie do zrozumienia.
[01:44:28] - Ale powiem ci, Bruno, jedną rzecz. Właśnie czytam forum i zainponowała mi. Czekałem, mówiąc szczerze, po cichu na nią i się doczekałem. To jest w ogóle wielka sprawa, bo person jeszcze napisał kilka rzeczy o Beksińskim, ale czytam też u niego taką rzecz: „Ale kupię tę książkę, Kocur, i przeczytam”.
[01:44:57] - To masochizm.
[01:44:58] - Nie, masochizm to tak można sobie to odjąć.
[01:45:02] - Tylko po co?
[01:45:03] - Nie, właśnie nie. Na tym moim zdaniem, dlatego jestem taki zadowolony, bo na tym polega pewna otwartość umysłu. Nie podobało mi się to, co napisałeś. Nie zachwyciło mnie. Ale dam ci jeszcze jedną szansę. Spróbuję, bo nie przekreślam cię dlatego, że się nazywasz Bruno Kadyna, tylko przekreślę cię, jak przeczytam to, co napisałeś.
[01:45:25] - Ale poleciłbym resztę opowiadań, które są dostępne za darmo.
[01:45:28] - Okej, ale chodzi mi o to. Ja właśnie cenię takich ludzi, którzy mają otwarte umysły i nie mówią nie, bo nie.
[01:45:37] - Ja tam nieufny jestem zaraz.
[01:45:38] - Okej, możesz być nieufny, a ja właśnie najbardziej mnie denerwują. Proszę, nie przekląłem ani razu. Denerwują mnie ludzie, którzy mówią nie, bo nie. Nie dotknę się tej prozy, bo to Bruno Kadyna. Nie. Dlatego powiem, po cichu czekałem na coś takiego i ja jestem naprawdę zbudowany.
[01:46:01] - Może doczekam się pierwszego jawnego hejtera.
[01:46:05] - A może doczekasz się pierwszego. Znaczy może nie pierwszego człowieka, który powie: „Nie lubiłem opowiadań Bruno Kadyny, a Kocur mi się podoba”.
[01:46:16] - Nie wiem, ile przeczytałbym.
[01:46:18] - Ale słuchaj.
[01:46:19] - Jedno wspomnę.
[01:46:20] - Więcej wiary w człowieka, Bruno. Że ja tobie to muszę mówić. Naprawdę. Proszę cię.
[01:46:28] - Ja sobie
[01:46:28] - Pamiętaj, że ten świat XXI wieku stworzyli jednak ci nawróceni.
[01:46:37] - To zobaczymy.
[01:46:38] - Bruno. My tak sobie tutaj gadu, gadu. Jest przyjemnie. To ja bym cię jednak chciał zapytać o tę twoją książkę, o której dzisiaj staramy się mówić. Już drugą godzinę o niej mówimy. To powiedz mi, o czym jest ta książka?
[01:46:59] - O wrażliwości.
[01:47:01] - Odpowiedział. O wrażliwości. Wiesz co? Każda książka jest w jakimś tam stopniu o wrażliwości. To umówmy się, że ja tej odpowiedzi nie przyjmuję, a słuchacze jej nie słyszeli.
[01:47:14] - To może dlaczego warto przeczytać?
[01:47:16] - Może dlaczego warto przeczytać? Ale też o czym jest ta książka? Bo dlaczego warto przeczytać? Jak najbardziej. Wpleć w odpowiedź te wątki, ale powiedz mi też, o czym ona jest tak naprawdę. Oczywiście nie interesuje mnie w tym wypadku treść, czyli poszczególne wydarzenia, które mają tam miejsce, ale o czym ona nam mówi? Tak najbardziej ogólnie, jak byś miał powiedzieć.
[01:47:40] - To o tym, żeby być dobrym człowiekiem. Nie mogę tego inaczej ująć. Jak chcesz najprościej.
[01:47:45] - Ale nie. Proszę cię.
[01:47:47] - I że świat nie jest czarno-biały.
[01:47:50] - To już prędzej. Ale wiesz co? To, jakby klasyk powiedział, to jest oczywista oczywistość, że świat nie jest czarno-biały albo że trzeba być dobrym człowiekiem. A może nie? A może trzeba być złym człowiekiem, żeby sobie w tym życiu poradzić?
[01:48:05] - Wiesz, Marku.
[01:48:06] - Ja mam wrażenie, że ślizgasz się, że nie chcesz powiedzieć, o czym ta książka jest.
[01:48:10] - Marku, będę go bronił.
[01:48:11] - Broń go. A ja go podle zaatakuję.
[01:48:14] - Troszeczkę zachowujesz się jak ten facet, który doi krowę. Koniecznie chce, żeby tam coś poleciało inne niż leci od tysiąca lat. Stamtąd leci mleko!
[01:48:28] - À propos, tam jest wspomnienie na końcu o historii. Bo ja też pisząc „Kocura”, zostawiłem sobie takie furtki, że można napisać kontynuację i kilka pobocznych jest, które się nie przeszkadzają. Kilka otwartych furtek, między innymi historia o krowie, która myślała, że jest koniem, bo wychowywana.
[01:48:52] - Też tak.
[01:48:54] - Też można by w tym kierunku pomyśleć, o czym jest książka. O czym jest książka, żeby nie zdradzać treści?
[01:49:00] - No o czym?
[01:49:01] - Właśnie. Powiem ci, że ja pisząc to, zresztą pisząc każdy tekst, to nie mam zamiaru moralniać nikogo. Ja piszę historie do toalety, żeby sobie miło spędzić chwilę, żeby to było lekkie i przyjemne.
[01:49:19] - Proszę państwa, jeżeli będziecie chcieli kiedykolwiek, żeby Bruno Kadyna skutecznie zniechęcił do czegoś, to jak najlepszy.
[01:49:29] - Ja nie potrafię reklamować.
[01:49:31] - To najlepsza metoda. A ja powiem tak, żeby w pewnym stopniu przybliżyć może nie o czym jest ta książka, ale jakich ważnych tematów dotyka, to ja zacytuję. Trochę od czapy będzie to brzmiało, ale zacytuję ostatnie zdanie w tej książce.
[01:49:46] - Nie. Wszystko się przecież wyjaśnia.
[01:49:49] - Tak? Nie mam mówić? To dobrze. To powiem tak.
[01:49:52] - Żartowałem. Nie pamiętam.
[01:49:53] - Powiem tak. Przeczytajcie państwo ostatnie zdanie w tej książce. Ono jest na temat pilnowania snów. Moim zdaniem to jest kwintesencja tej książki. Zresztą znajduje się tam, gdzie powinna, czyli na końcu. Ja się teraz pokuszę o tanią psychologię, ale w gruncie rzeczy, moim zdaniem, ona dobrze tłumaczy tę książkę. Otóż Bruno Kadyna to jest taki silny, duży facet, który tak jak mówiliśmy kiedyś, stał na bramce. Gdzie ty stałeś na tej bramce? Bo ja już się nawet wstydzę powiedzieć.
[01:50:33] - Wstyd to powiedzieć, nazwać potocznie, kolokwialnie.
[01:50:38] - Tak, kolokwialnie.
[01:50:39] - Kolokwialnie był ochroniarzem burdelu.
[01:50:44] - Dokładnie. Silny facet, ćwiczący, uprawiający sporty. Jakbyście państwo potrzebowali, żeby rozstrzygnąć jakiś problem, to-
[01:50:59] - Już nie.
[01:51:00] - Już nie? Okej. W każdym razie dobrze. To żart.
[01:51:04] - Przepadłbym, gdyby nie.
[01:51:06] - Oczywiście. Facet silny, radzący sobie w życiu. Facet, który myślę, że w wielu momentach nie odpuszcza. Być może wielu też odpuszcza. A jednocześnie to jest facet tak jak ten kocur, jak ten Beret, który pewne rzeczy ustawia w życiu, nad pewnymi rzeczami stara się panować. A w gruncie rzeczy ma to, co każdy człowiek, czyli miękkie podbrzusze, swoją wrażliwość. To, o czym się często mówi, że człowiek jest w gruncie rzeczy istotą mało racjonalną. Bo my lubimy o sobie myśleć jako o istotach racjonalnych. My to, my tamto, a w gruncie rzeczy człowiek bywa istotą racjonalną, ale najczęściej na co dzień istotą racjonalną nie jest. Nie jest istotą poukładaną.
Teraz się Bruno dorywa do głosu.
[01:52:06] - Beret ma w sobie coś, czego brakuje wielu ludziom. On sam to w sobie odkrywa, nawet nie wie. Nie przypuszczał i nie wie, że tak jest. Zresztą z pierwszego rozdziału to w ogóle nawet nie wynika. Może z tego kolejnego fragmentu. Polecam tę książkę szczególnie tym osobom, które widzą świat czarno-biało i którym brakuje tych cech, które ma ten kociak i które z niego wyłażą.
[01:52:37] - Tak, zacząłem o tym mówić. Z jednej strony to jest wojownik. Zaczyna być w pewnym momencie wojownikiem, a z drugiej strony-
[01:52:47] - Nie zdradzaj.
[01:52:48] - To nie jest zdradzenie.
[01:52:49] - Zaraz całą książkę opowiemy.
[01:52:51] - Nie, nie opowiemy. Pewna przemiana następuje. To jest wojownik.
[01:52:56] - Ale zdradzasz. Już nie mów nic.
[01:53:00] - Ale wojownik z sercem. Dobra, proszę państwa, zanim opowiemy państwu całą książkę, to ja proponuję, żebyśmy posłuchali kolejnego jej fragmentu, bo rzeczywiście jakaś taka pokusa we mnie nagle wstąpiła, żeby państwu ją opowiedzieć, a to nie jest rozsądne. W związku z tym posłuchajmy kolejnego fragmentu „Kocura”. „Mama, mama! — Maks wydzierał się, ile sił w płucach. Krew kapała mu z nosa i z pyska. Nic nie widział. Szedł chwiejnym krokiem wzdłuż stajni przy Polu Kastora i wciąż potykał się na nierównościach. — Mama, mama! Przez rozorany nos i sączącą się krew nie rozpoznawał dobrze zapachów.
Nic się nie zgadzało. — Syn, syn! — piszczała suka. Szedł za jej głosem. W budzie siedział już Głąb. Przeraził się wyglądem brata i zaczął lizać jego rany. Rodzina nigdy jeszcze nie była w takiej sytuacji. Odrętwiałe, chore umysły wypaczały rzeczywistość i strach. Psy zachowywały się jak w letargu, kołysząc się i liżąc jednostajnie. Niespodziewanie Głąb skonstruował myśl.
Zapytał brata o przebieg walki, a ten wszystko wyskamlał. W stajni poturbowany Beret nie miał siły dostać się na górę, a na dole było zbyt niebezpiecznie. — Ko-kot. Co ci jest kot? Nie odpowiadał. Był strasznie zmęczony. Ból coraz bardziej mu doskwierał. Maks poranił mu głowę, odgryzł kawał ucha, uszkodził dwie łapy, przednią i tylną. Rozpruł prawy bok tak, że można było dostrzec białe żebra wśród posklejanego krwią futra. Do stajni wpadł Piorun.
— Pomogę ci. — Złapał Bereta za kark i ciągnął w stronę szczebli. — Zostaw — burknął szef. — Tam cię nie wciągnę. Musisz się wysilić. Pies wsadził łeb do stajni. Zauważyła go Monika. — Ko-koty, koty, pies, Głąb! — Szybko na balkę — mruknął Piorun. Kundel jeszcze ich nie widział.
Wciąż bał się wejść. — Ko-kodak! Sio, pies, sio! Draka, będzie draka! W końcu się odważył i ruszył. Zobaczył krew w przejściu i poczuł jej silną woń. Był ostrożny i spokojny, zupełnie jak nie on, ale jak normalny pies.
[01:55:51] - Piorun miauczał cicho. „Wysil się. Tylko jeden skok, jakbyś wciąż walczył. Chcesz, żeby wygrali?” Gdyby walka trwała nadal, Beret nie dbałby o rany, tylko dalej kotłowałby się z psem. Tylko że wtedy pomagała adrenalina, a ten skok nie należał do łatwych. To wysoko. Trzeba było się odbić od pionowej belki. Mimo wszystko posłuchał, przykucnął i wyskoczył. Tylna łapa zaprotestowała rwącym bólem, a z boku szarpnęło. Miał wrażenie, że wypadną mu flaki.
Ledwie utrzymał się na belce. Piorun skoczył za nim i pomógł nie spaść. Gdyby Głąb nie był tak ostrożny, dopadłby ich. Zamiast tego podszedł, przyglądał się i milczał. „Wynoś się stąd! On jeszcze ma na ciebie siły” – syknął Piorun. Ale Głąb się nie bał. Krew mówiła za sierściucha. Odczekał chwilę i wyskoczył dwa razy. Belka, na której siedziały koty, była za wysoko.
Nie miał szans ich strącić. „Idź stąd” – syknął Piorun. Głąb był jakiś inny. Ani razu nie szczeknął, nie warknął. „Ko-ko-dak! Nie masz szans Głąb. Nie jesteś ptak!” Pies spojrzał na kurę. Siedziała niżej niż oni. Nie spodziewała się, że ją zaatakuje. W końcu była drapieżnym ptakiem.
Nigdy wcześniej na nią nie napadali. „Nie!” – wrzasnął Piorun. Głąb wystartował błyskawicznie i wyskoczył w górę. Strącił Monikę na podłogę i capnął za skrzydło. Rozpaczliwie machała drugim i bezgłośnie otwierała dziób, jakby łykała powietrze. Kundel zaciągnął ją do drzwi i odwrócił się. Spojrzał na koty. Puste oczy nie wyrażały niczego. W czarnej dziurze zniknęła oszołomiona kura, a na końcu cienki jak bicz ogon Głąba. Beret spędził całą noc na belce.
Nie miał sił lizać ran. Trząsł się i starał trzymać w kupie. Myślał o Monice. Wiedział, że to, co ją spotkało, to jego wina. Zmienił psa swoją agresją. Odbiła się czkawką. O świcie, zanim pojawił się człowiek, kocur wstał z trudem, zszedł koślawo na ziemię i poczłapał do wanny. Pił długo, a woda koiła i dodawała sił. Wygonił szarego kota. Chciał zostać sam.
Nie czuł się już przy nim dobrze. Wejście na strych było trudne. Bóle nóg i boku przekrzykiwały się nawzajem. Jednak najbardziej denerwowało rozszarpane ucho, które paliło żywym ogniem. Prawie zapomniał o tym odległym życiu, które wiódł w mieście. Na czas rekonwalescencji znalazł nowe, bezpieczne miejsce pomiędzy balotami i powoli jedną łapą ciął źdźbła suchej trawy, żeby wymościć wygodne leże. Nigdy jeszcze nie był tak zmęczony. Mimo to na początku nie mógł zasnąć. Wciąż myślał głównie o wpajanej mu od pierwszego dnia nienawiści do ludzi i o rosnącym żalu do Sandry. Wiedział, że to wpływ Pioruna, który manipulował obrazami w jego głowie.
Zrozumiał, że tylko mu się wydawało, że nienawiść była jego, ale przecież na początku wcale nie istniała. Minęło kilka dni. Krople deszczu bębniły często w dach, a pod nim hulał zimny wiatr. Kocur spał, nasłuchiwał i znosił ból. W stajni niewiele się działo. Ludzie kręcili się zazwyczaj wieczorem i rano. Zdzichu czasami wpadał w dzień. Wrzeszczał, kiedy znalazł kurze pióra przy budzie Psitki. Był tak wściekły, że nawet ślepemu Maksowi oberwało się kijem, mimo że siedział głęboko w środku. Zwierzaki się dziwiły, jak bardzo śmierć tej podróby jastrzębia dotknęła chłopa.
Niektóre poczuły zazdrość. Beret lubił Nieleta i czuł się źle, że nie mógł jej uratować. Miał serdecznie dość sytuacji tutaj, tych wszystkich śmierci i negatywnych emocji. Musiał się dowiedzieć, co z Przytulem. Nie dawało mu to spokoju. Sonia bała się go zagryźć. Nawet wyniosła z budy, ale ten wciąż pchał się z powrotem, jakby błagał o śmierć. Zrobiło jej się żal kocura i zaczęła go lizać, pieścić, żeby poczuł się lepiej. Sama nie wiedziała, kiedy to zrobiła. Takiej euforii nie czuła nigdy wcześniej.
Najbardziej zakazany owoc jaki jadła, a milczenie Przytula tylko zwiększało doznania. Beret mógł już normalnie chodzić, ale nic poza tym. Wyczekał odpowiedni moment i poszedł do Azora, ale ten nic mu nie powiedział, mimo że widział, jak suka zakopywała szczątki kota obok swojej budy. Mruknął tylko, że nie będzie się wtrącał w kocie sprawy i się schował. Kocur chciał pójść do koni. Czasami wiedziały coś, o czym nie miały pojęcia inne zwierzęta. Panowało wśród nich straszne plotkarstwo. Może dlatego, że były to same klacze. Nieraz słyszał, kiedy podszedł bliżej, jak sobie nawzajem obrabiały zad. W końcu Beret zapolował, ale nic z tego nie wyszło.
Refleks i szybkość miał do bani. Zesztywniał od tego leżenia łapami do góry, ale ćwiczył i nie poddawał się. Nie brakowało mu determinacji i już na drugi dzień złapał mysz. Dał radę, bo była stara. Zeżarł ją całą i poczuł się lepiej. Każdą kolejną łapał sprawniej. Rany się zasklepiły. Kończyny już nie bolały, ale kotki nie będą za nim mdlały. Bok zarośnie futrem i prawie nie będzie śladu. Ale ucho nie odrośnie i nie pozbędzie się blizn.
W ramach treningu Beret rozdrapał baloty i powiększył legowisko. Samotność mu służyła. Polował na bieżąco. Nie obżerał się, ale jadł ile trzeba. Z nikim się nie widywał. Dwa razy dziennie schodził na dół, żeby się napić. Wybierał ciche pory. Najlepiej kiedy świnie spały. Raz Piorun próbował zagadać, ale nic z tego nie wyszło. Któregoś dnia Beret napił się z wanny i podszedł do drzwi, żeby zobaczyć coś przez szpary.
Może poczuje Przytula. Buda Soni stała blisko. Słyszał jak oddychała, a buda Azora działała jak pudło rezonansowe, kiedy wydawał różne dźwięki. I nic. Ani śladu po burem kocurze. Chciał już odejść, ale w szparze mignął mu Głąb. Biegł cicho. Pędził wzdłuż stajni. Był bardzo szybki. Kocur ruszył ku wejściu na strych.
Miał wrażenie, że stajnia się wydłuża. Jeszcze nie mógł biegać jak wcześniej. Głąb wsadził głowę w dziurę w drzwiach po drugiej stronie. Miał stamtąd bliżej do wejścia na górę niż kocur, który się zatrzymał i usiadł. Beret poczuł się zrezygnowany. Po kolei odezwały się wszystkie urazy. Przypomniał sobie wściekłość, furię i nienawiść do psów. Zrozumiał, że tylko pogarszą sprawę. Z szaleństwem walczyło się rozsądkiem, nie szaleństwem. Inaczej powstawał chaos.
A przecież on lubił ład i porządek. Dlatego nie wpadł w złość. Nie miał już na nią ochoty. Na chłodno przekalkulował szanse, ryzyko i podniósł zadek, żeby się wycofać do wanny, a potem do góry. Przeczekać na deskach, dopóki coś nie odciągnie szurniętego Głąba. Mijały dni. Fizyczne ograniczenia nauczyły mieszczucha pokory. Odtąd działał rozważniej. Powiedział sobie, że każdy ruch będzie przemyślany i niepochopny. Najpierw wrócił do formy.
Trenował zwinność, skacząc z balotu na balot coraz szybciej i szybciej. To przypominało zabawę, kiedy Sandra stawiała go na kanapie, a on skakał po poduszkach i się przewracał. Wspinał się, polował, ostrzył o belkę pazury i nie wyobrażał sobie życia w ciągłym strachu. To musiało się tu zmienić. Nie myślał już, że nie nadaje się na szefa. Nie miało to znaczenia. Urządzenie świata dla samego siebie w środku tego na pół zgniłego nie miało sensu. Musiałby odizolować się od innych i wciąż siać postrach, żeby zgarniać lepsze kąski. Albo tak jak teraz trzymać się na uboczu i jeść tylko myszy. Nie chciał takiego życia.
Miał ochotę na koteczkę, na płodzenie kociaków. Ład i porządek. Nie wściekłość, ale sprawiedliwe traktowanie. Musiał o to zadbać. Założyć podwaliny. Inaczej nikt by tego nie zrobił. Stworzyć fajny dom dla każdego, żeby bać się jedynie głodu, a nie jeden drugiego. Wdrożenie planu nie było łatwe. Musiał zacząć od siebie, wytłumaczyć sobie, że każdy jest inny. A Piorun jest, jaki jest.
Przyjdzie czas, że powie mu, jak poczuł się wykorzystany i żeby więcej nie próbował na nikim. Jakoś współistnieć trzeba. Jakieś zasady muszą być. Beret dochodził do siebie na strychu przez dwa tygodnie. Pod koniec przesiadywał w oknie albo na piramidzie z balotów, skąd obserwował okolicę. Piorun miał za zadanie informować go o wszystkim. Najważniejsze było zdawanie raportu z zachowania Głąba i trzeba było męczyć Azora, żeby powiedział, czy Sonia zabiła Przytula. Kiedy ją pytał, za każdym razem wybuchała płaczem i nie mogła z siebie nic wykrztusić. Maks był nieszkodliwy, a pozostałe zwierzęta prowadziły nudne życie. Świnie knuły krótko z rana przed snem i zawsze po wyjściu ludzi.
Z braku nowych bodźców taplały się wciąż w tej samej teorii. Dlatego im większe były, tym więcej spały i mniej gadały. Konie też ciągle o tym samym. No bo o czym? Żyło się tu od zdarzenia do zdarzenia. Ale jak już się coś wydarzyło, to na całego. Śmierć albo inna katastrofa. Mimo że nudno wcale tak nie było. Za dużo życia dookoła, za dużo piękna. Niby nie działo się nic, a tak naprawdę działo się od groma.
Mało się o tym gadało, za to dużo podziwiało. Powietrze smakowało wspaniale, pierwotnie. Kocur odkrył nową pasję. Zainteresował go mikroświat owadów. Dostrzegł całe cywilizacje i kolonie. Codzienne życie w pośpiechu i tragicznej śmierci. Wtrącał się czasami, żeby im zapobiec lub pomagać. Sprawiało mu to frajdę. Było coraz zimniej. W powietrzu pojawił się zapach nadchodzącej zimy.
Można było się jeszcze wygrzewać na piramidzie w słabnącym słońcu, mrużyć oczy i wdychać rześkie powietrze, ale to już ostatki. Beret chciał wrócić do środka, kiedy zauważył kręcącego się przy budzie Maksa. Pies skupiał się na swojej bezbronności. Z budy wychodził tylko na siku i czasami na bardzo krótki spacer. Wiatr zawirował i pod nos kundla podsunął zapach Bereta. Maks znieruchomiał. Szukał wszystkimi zmysłami, starał się wyłowić jak najwięcej informacji. Dał całkiem dobry obraz tego, gdzie dokładnie był kot. Najpierw wyżej, a potem niżej piramidy z balotów. Właśnie siedział na najniższym poziomie, bardzo blisko i obserwował.
Psiak trząsł się i miotał. Kręcił w kółko, jakby mu zupełnie odbiło, jakby się chciał za siebie schować. Był pewien, że więcej nie poczuje tego kota, że zdechł w jakiejś dziurze. Skamlał. Czuł się tak, jakby dopiero się urodził i został wyrzucony na mróz, na pewny ból i śmierć. Dygotał w oczekiwaniu na nieuchronne. W powietrzu rozchodziła się woń jego strachu, ale nie sprawiała na kocurze żadnego wrażenia. Nie nęciła. Nie myślał o zemście. Własne obrażenia i upływający czas zmieniły zupełnie jego myślenie.
Psia rodzina była chora, a przez skutki choroby bezwzględna i nieczuła. Nic ci nie zrobię – powiedział kocur. Pies jakby nie słyszał. Wciąż skamlał i się miotał. Bezbronny. Nie. Słyszysz? Nic ci nie zrobię. Bez skutku. Maks ze swoim lękiem był zamknięty w środku.
Oprócz jego strachu coś jeszcze unosiło się w powietrzu. Spory cień przemknął po piramidzie. Beret zobaczył kołującego w górze gigantycznego ptaka. Wyglądał niesamowicie. Szaro-biały. Skrzydła na wietrze furkotały, a na ich końcach widać było pojedyncze pióra, długie niczym palce. Kiedy zniżył lot, Beret zobaczył szary żabot jak kołnierz. Jakby to był pilot, a nie ptak. Nisko trzymał głowę, jakby chciał wejść z kimś w zmowę. Wylądował na dachu.
Złożył wielkie skrzydła i rozglądał się w milczeniu. Głowę i szyję miał nieopierzone i jaskrawe w kolorach pomarańczy, czerwieni, żółci i szarości. Dziób szaro-czerwony, zakrzywiony jak u mewy, ale krótki i masywny. Beret wskoczył kilka poziomów wyżej, żeby móc porozmawiać. Halo! W czymś pomóc? – zawołał. To je Florida, yeah? – rozglądał się ptak. Co?
Florida. United States? Nie rozumiem, co gadasz. Ja myślał, że poleciał za daleko na północ, yeah, ale to chyba nie Ameryka nawet, jak ty nie understand me. Tak myślał, że that big water piło o wiele za dużo. Yeah. Kim jesteś? I am Condor Fued. Yeah. Spojrzał na kocura.
Nie bokiem jak gołąb czy kura, lecz na wprost. Wokół oczu miał czerwoną obwódkę. Dziwny jakiś jesteś, I am. Nie I am, tylko Fued. Fued? Co to za imię? Amerykańskie. Moja rodzina pochodzi z Salwador, ale ja wykluł się na Florida. Ze strychu na piramidę wyszedł Piorun. Przytul nie żyje.
Azor powiedział w końcu, że Sonia go zabiła i zakopała to, czego nie zeżarła. Kondor machnął kilka razy skrzydłami, aż zaszumiało i poczuli podmuch. A to co za ptaszysko? To jest Fued, jakiś I am Condor. Nie wiem skąd jest. Nie rozumiem co gada. Wielki. Co on ma na dziobie? Beret wskoczył na dach, żeby przyjrzeć się pomarańczowemu grzebieniowi na dziobie. Kondor też mu się przyglądał.
Dzień dobry – powiedział kocur. Po czym wrócił do Pioruna. Jakiś farfocel albo robal mu się przykleił – powiedział Beret. Kondor przestał się nimi interesować. Zaczął dłubać w skrzydłach. Koci szef się zamyślił. Potrzebował potwierdzenia śmierci Przytula, ale wieść i tak go zdołowała. Powinien teraz dotrzymać słowa i ukarać Sonię, ale sytuacja się zmieniła i nie chciał już tego robić. Czego tu szukasz? – zawołał Piorun do ptaka.
Szukam Florida, Grey Cat. A tu jest zimno i zupełnie nie ma green, tylko brown. Chyba navi mi nawaliła kompletnie. Faktycznie nie wiadomo co gada. Kto to Florid? To chyba miejsce – powiedział Beret. Leć stąd lepiej. Niczego tu nie znajdziesz. Szef poderwał się na te słowa. Dlaczego go wyganiasz?
– fuknął. Piorun zmrużył oczy. Nie wiadomo, co to za ptak. A jak narobi biedy? – zapytał Szary. Jak czegoś nie znasz i się boisz, to od razu wróg? Tak nie można. Szary uciekł z tematem. Trzeba powiedzieć Miki, że Przytul nie żyje. Trzeba – odparł Beret, po czym wrócił do poprzedniej myśli.
– Nie można być wrogiem wszystkiego, czego się nie zna, Piorun. To nie w porządku. Nic nam ten Fued nie zrobił. Chyba się zgubił. Piorun nie odpowiedział. Uciekł do stajni. – Jak mogę ci pomóc Fued? Sam nie wiem. Zjadłbym coś. Może są nad brzegiem Dead Water jakieś martwe fish.
Beret nic nie rozumiał, ale skoro ptak powiedział, że coś by zjadł i patrzył na staw, domyślił się, że chodzi o ryby. – Są tam ryby, nie krępuj się. Ptak sfrunął nad brzeg. Swoją wielkością wystraszył konie. Zbiły się w gromadę i rżały nerwowo. – Spokój, nic się nie dzieje – miauknął Beret jak prawdziwy szef. Kondor nie potrafił łowić. Był padlinożercą, ale nad brzegiem czasami można było znaleźć martwe rybki. Ptaka zauważył Głąb. Wyszedł zza stajni i zaczął się skradać.
– Głąb! – zawołał Beret. Kundlowi tylko ucho drgnęło. Strach przed Beretem znacznie zmalał. W końcu długo go nie było. – A nie się waż, Głąb! Kocur nie mógł pozwolić, żeby gościowi stało się coś złego, choć biorąc pod uwagę wielkość ptaszyska, nie do końca było wiadomo, który z nich miałby większe kłopoty. – Głąb, idę do ciebie! Kundel się zatrzymał i spojrzał na schodzącego z piramidy kocura. Zwątpił i zrobił dwa kroki w kierunku budy, ale stanął, bo coś mu się przypomniało.
Skoro zabił Monikę, kogoś ważnego, mógł zabić każdego. W końcu zajął miejsce brata, prawdziwego szefa. Był teraz kimś. – Dość zabijania, Głąb. Koniec z tym. Kot próbował go przekonać. Zbliżał się powoli. W budzie psitki zaszurało. Słyszeli go w środku doskonale i wbili się jak najdalej w głąb. – Wystarczy zabijania.
Możemy żyć w zgodzie – powtórzył mieszczuch. Ale Głąb odwrócił się i pobiegł w kierunku stawu. Beret wystrzelił za nim, ale pies był szybki i miał przewagę. Kondor obserwował psa od początku. Zanim dobiegł, Fred był już w powietrzu. Beret wyhamował zszokowany. Potężny ptak zatoczył koło i runął na kundla. Haczykowatym dziobem niemal zrobił mu w obie dziurę. Pies pierwszy raz w życiu tak wjął do buty. Ogier Kastor obserwował scenę i zdębiał.
Stanął na tylnych nogach i kibicował. Ptak znowu zaatakował i na dodatek się z tego śmiał. Beret zapomniał już, że chciał ratować przybysza. – Szybciej Głąb, bo cię zadziobie! – wołał. Kundel uciekał jak kopnięty pastuchem. Fred zdążył dziabnąć go jeszcze raz, zanim ten zniknął w budzie. Potem wrócił nad staw. Beret podszedł do ptaka, kiedy ten poprawiał pióra. – Przepraszam cię Fued za tego kundla.
On jest chory na głowę, nic nie rozumie. No problem, cat. Śmieszny ten dog. On cię tak urządził? Jego bład... Znaczy brat. Co za disaster. Nie przejmuj się mną cat. Będę się tu kręcił, jakbyś czegoś potrzebował. Okej.
Beret był zadowolony. Tak było lepiej.
[02:18:01] - No tak. Przenieśliśmy się w czasie i przestrzeni o kilka rozdziałów i już nie jest tak sielankowo, czy w każdym razie nie jest tak spokojnie, tak dziecinnie, jak by się mogło na początku wydawać. Tu jest brutalnie. Ty mi mówiłeś, Bruno, żebym ja nie zdradzał, że jest wojownikiem. Zaraz, tutaj był wojownikiem. Widać wyraźnie, że przez te dziewięć rozdziałów nastąpiła totalna przemiana. Coś się stało. Poza tym ten świat, o ile w pierwszym rozdziale był prościutki, składał się właściwie z tego domu, do którego tęsknił Beret, złego świata na wsi. Ale to było wszystko proste, czarno-białe, tak jak powiedziałeś. Ten świat, o którym słyszeliśmy przed chwilą, to już nie jest świat czarno-biały.
Tu właściwie dominuje szarość. To nawet jest złe słowo – szarość. Tu dominuje taka zgaszona paleta barw po prostu. Różnych, najrozmaitszych. Dobro, zło. Czy coś takiego istnieje? Nie. Tu właściwie jest nieustanne dopasowywanie się do pewnej rzeczywistości. To się tłumacz znowu.
[02:19:32] - To taki fragment, że wcześniej było inaczej i potem będzie troszkę inaczej. To jest akurat taki fragment, gdzie jest taki trochę przełom. Trzeba przeczytać całość, żeby wiedzieć dokładnie, o co chodzi.
[02:19:46] - Wiadomo, że trzeba całość przeczytać, ale to myślę bardzo dobrze te fragmenty, dwa w zestawieniu właśnie pokazują może nie ewolucję, bo to by trzeba prześledzić. To jest kluczowa rzecz, że Mówi się często o mechanizmach świata. To tu ten świat wykreowany w „Kocurze” zaczyna nabierać dla niektórych bohaterów, a w tym wypadku dla Bereta, pewnej przejrzystości. On zaczyna wiedzieć, o co w tym chodzi. Nawet nie wiedzieć, jak się wpasować w ten układ, w którym funkcjonuje.
[02:20:30] - On mimo woli został brutalnie w to wciągnięty, a wcale tak nie chciał. A jakie decyzje potem podjął, tego też się nie spodziewał. To też jest wyjaśnione w książce. Wylazło z niego, z jego serca i sam siebie trochę poznał.
[02:20:49] - Nawet nawiązując do tego, o czym mówił w felietonie Tomek. Fajne jest to, że u ciebie bohaterowie też nie są czarno-biali. Pewna rzecz mi się przypomniała. Ostatnio rozmawiałem z autorem pewnej większej publikacji. Właściwie autorem, który chciałby, żeby to była publikacja. Na razie to jest manuskrypt. Właściwie teraz nie ma manuskryptu. Komputeropis. Straszne słowo. No ale komputeropis.
Tak sobie o tym troszeczkę porozmawialiśmy. Jego bohater był tak zły, że właściwie nie wiem, jak spuszczał wodę w ubikacji, to też to zrobił podle i straszliwie. To jest właśnie błąd w kreacji postaci. Tomek o tym wspominał. To nie jest tak, że ci źli są źli dlatego, że oni pragną być źli. Oczywiście patologie się zdarzają, taki bohater może być, ale generalnie Tomek świetnie podkreślił: oni też chcą dobrze, tylko w inny sposób. I twoi bohaterowie też właściwie tacy są. Oni się kierują różnymi odczuciami, innym odbiorem tego świata, ale w gruncie rzeczy przecież nie są źli.
[02:22:09] - Ja poznałem naprawdę złych ludzi i ci źli ludzie, niejeden też miał w sobie coś dobrego. Napisałem takie opowiadanie „Martwa Maciejki”, które jeszcze nie jest opublikowane nigdzie. To jest opowiadanie grozy. To jest groza, horror fantastyczny trochę. I tam bohater jest z gruntu zły, jest przesycony złem, ale ma w sobie coś dobrego. Ma w sobie miłość. Jedyna miłość, miłość do zwierząt i do kwiatów.
[02:22:41] - Przede wszystkim trzeba pamiętać, że nie można przedstawić złego bez przynajmniej ułamka dobrego.
[02:22:51] - Kontrapunkt musi być. Kontrastu.
[02:22:53] - Dokładnie.
[02:22:55] - Tak. Ten świat. Ja się uśmiecham, bo ja ten świat już poznałem, a on jest znacznie bogatszy, ale tutaj już dobrze go widać. To są te konie, to są te świnie. Dramatyczne rzeczy tam się dzieją później.
[02:23:15] - Ze świniami jest więcej. W tym fragmencie wspomniane było.
[02:23:18] - Tak. Tu są takie bezrefleksyjne, durne świnie, a się nagle okazuje w pewnym momencie, że to nie jest takie proste, że to wszystko nie jest takie proste, jak na kogoś patrzymy i mówimy: „To baran jest” albo „To głupie jest” i tak dalej. Okazuje się, że czasami nawet za tą głupotą stoi coś, czego później na przykład można żałować, czym się można przejąć, po prostu, po ludzku.
[02:23:52] - Po ludzku. Zwróć uwagę, że to jest tak podobne do naszych zachowań, do naszych społecznych problemów, jak na przykład zwolennicy jakiejś tam partii, którzy mają swój świat, swoją rację, nagle przegrywają wybory i są straszliwie zdumieni, jak tamto gówno mogło zwyciężyć.
[02:24:15] - Ale też w życiu politycznym Polski, bez względu na to, z której strony staniemy, spotykamy się z taką oto postawą. My dobrzy, oni źli i to obojętnie, po której stronie staniemy. Zaraz jest tego rodzaju postrzeganie. Dlatego nie dziwię się socjologom, którzy mówią o tym pęknięciu w Polsce, ponieważ to jest takie pęknięcie, które kto wie, czy da się jeszcze skleić. Negowanie jest na takim poziomie. To po prostu jest niemożliwe, że w tym drugim też jest człowiek. To są chodzące bydlęta, ale przecież nie ludzie. Ludzie to my. Myślę, że to jest bardzo niebezpieczne.
[02:24:57] - Być może się pojawia nowa klasa.
[02:25:01] - Nie, ja bym nie szedł, Wiktorze, tak daleko. Myślę, że po prostu mamy tak zryte berety, notabene berety. Mamy tak zryte berety wszyscy tutaj, że my już chyba jako społeczność, dlatego używam mnogiej formy, chyba przestaliśmy dostrzegać w innych, tych, których poglądów nie podzielamy, że tam ludzie są po prostu. Nie, my już ich i to gremialnie. Właściwie to nie jest tak, że to jedna strona to robi. Wszyscy właściwie zaczęli gdzieś tak powoli, przynajmniej może niektórzy. Przepraszam, słowo „wszyscy” jest nie na miejscu. Zaczęli odczłowieczać drugą stronę. Moim zdaniem to bardzo źle pachnie.
[02:25:45] - Zobacz, o czym jest w tym momencie ta powieść. O psach i kotach na przykład. O relacjach, jak ten świat ewentualnie urządzić, żeby jednak mogły te psy i koty istnieć w tym świecie.
[02:26:00] - Tak. Tu jest autor. Kurczę, ja mam mówić? Całe mistrzostwo polega na tym, że- Chwilami te zwierzęta, które są w powieści Bruno, są bardziej ludzkie niż ludzie, którzy nas otaczają.
[02:26:22] - No to w takim razie mamy-
[02:26:23] - Dlatego poleciłem.
[02:26:25] - Dokładnie. Należy polecać wszystkim politykom, wszystkim posłom na Sejm tę książkę, bo to jest wyśmienite.
[02:26:32] - Zdecydowanie. To jest świetne, Wiktorze, świetne podsumowanie, bo rzeczywiście w tę książkę ktoś powinien zainwestować, w 460 egzemplarzy plus jeszcze 100 dla senatorów i sprezentować. To oczywiście nie jest książka o parlamentaryzmie zwierzęcym ani niczym takim, ale po prostu to jest książka, takie krzywe zwierciadło. Może część z tych ludzi, którzy decydują w końcu o naszych losach, jakby przeczytała tę książkę, to by się chociaż chwilę zastanowiła, jak to jest, że tam jest drugi człowiek.
[02:27:21] - Kiedyś musieli, że tak powiem-
[02:27:23] - Zapomnieć.
[02:27:25] - Ja mówię o dawnych czasach. Kiedyś musieli, że tak powiem, ten próg przeskoczyć na przykład Słowianie i Goci jako sąsiedzi. Może nigdy nie do końca, ale jednak musieli.
[02:27:39] - To się pewno do końca nigdy nie da. Tak samo tutaj. Przecież to nie jest tak, że — od razu państwa uprzedzę, i to nie jest opowiadanie książki — że tu w ostatnim rozdziale wszystkie zwierzątka nie łapią się za łapki i nie śpiewają wesoło, że jest cudownie. Nie, to tak nie działa po prostu.
[02:28:01] - Nie Walt Disney.
[02:28:02] - Nie, to nie Walt Disney, a Bruno nie jest niepoprawnym twórcą powieści fantasy dla czternastolatek, tylko to jest troszeczkę bardziej brutalne. Natomiast ja myślę, że... Tak, powiem to. W powieści Bruno jest pewien optymizm, bo z tego ostatniego fragmentu, którego słuchaliśmy, to mogło zabrzmieć groźnie, bo tam rzeczywiście twarda walka o byt. Tak by to można podsumować. Ale jeśli się tę powieść doczyta do końca, właśnie to ostatnie zdanie, które państwu tak polecałem, tam tchnie to zdanie optymizmem o tym pilnowaniu snów. Chyba tak.
[02:28:49] - A ja w tym fragmencie, który został odczytany, znalazłem piękne zdanie na wspaniały tytuł do powieści science fiction.
[02:28:57] - Słucham ciebie.
[02:28:58] - O świcie, zanim pojawił się człowiek.
[02:29:03] - Tak! To prawda. Powiem tak, ja podchodziłem — tu teraz Bruno kilka słów prawdy usłyszy — ja podchodziłem do tej powieści troszkę jak notabene kot do jeża. Jeża nie ma u ciebie, ale ja tak trochę podchodziłem.
[02:29:23] - Ale jest borsuk.
[02:29:24] - Tak, ja dostałem bodajże w zeszłym roku dwa pierwsze rozdziały. Może rozdział? Nie pamiętam.
[02:29:33] - Dwa rozdziały.
[02:29:33] - Przeczytałem. No tak. Okej, fajne. To jest mniej więcej to, co państwo słyszeli na początku audycji. Fajnie, okej. Bruno jeszcze wtedy do końca nie wiedział, czy to może powieść dla dzieci, może nie.
[02:29:48] - To się różniła ta forma.
[02:29:49] - Coś tam opowiadał, ale dobra, poczekamy, zobaczymy. I wiosną tego roku Bruno podesłał książkę. Byłem wtedy mocno oczytany w różnych innych rzeczach, ale mówię: „Dobra, czegóż się nie robi dla Bruno?”. Siadłem, przeczytałem to i muszę powiedzieć, że na początku byłem źle nastawiony. To znaczy: eee, mmm. I dałem się tej książce zaczarować. To jest duże osiągnięcie ze strony pisarza. W moim przypadku to może nie jest osiągnięcie, bo ja jestem nieustannym optymistą i nieustannie zachwyca mnie to, że w ogóle inni piszą. Tak że mnie nie jest tak trudno zaczarować, ale mimo wszystko z tego mojego nastawienia takiego właśnie: „Ech, nie wiadomo, co to będzie” dałem się oczarować. I tak naprawdę, jak później rozmawiałem z Bruno, to miałem do tej książki jedną jedyną uwagę.
Bruno skrzętnie posłuchał. Mówi: „Tak, to jest dobry pomysł”. Nie była to jakaś znacząca rzecz, raczej przesunięcie akcentów.
[02:31:01] - Już nie pamiętam.
[02:31:01] - Przesunięcie akcentów. To, co później skorygowała jeszcze Marta. Marta skorygowała, bo ja znalazłem pewien punkt zwrotny.
[02:31:12] - Taki twist zrobiłeś, pamiętam.
[02:31:13] - Natomiast Marta umieściła ten twist w odpowiednim miejscu, bo ja po prostu zostawiłem według mojej koncepcji, on został tam, gdzie był.
[02:31:23] - Ale nie możesz powiedzieć.
[02:31:24] - Marcie? Nie, oczywiście, że nie powiem. Natomiast Marta znalazła świetne miejsce dla tego twista. I powiem tak: to była właściwie rzecz skończona. Rzecz, którą można było spokojnie puścić do ludzi. I to też się właśnie stało. Bruno, ty już się wyrywałeś wcześniej, to ja teraz dam ci taką możliwość, ponieważ kiedyś audycję trzeba skończyć, więc dam ci teraz taką możliwość. Wyrywałeś się z reklamą, to teraz daję ci możliwość.
[02:32:00] - Właśnie się nie wyrywałem. Powiedziałem, że nie potrafię z reklamą.
[02:32:03] - Przecież puszczam oko do ciebie. Na mowę ciała zwracasz uwagę.
[02:32:07] - A czym ty się w życiu zajmujesz?
[02:32:11] - Pisaniem, patrz.
[02:32:12] - A poza tym?
[02:32:13] - Ale z marketingiem też trochę miałem do czynienia.
[02:32:16] - Tak, ale to bardziej taki handel.
[02:32:18] - Dobra, podejdźmy, Bruno, do sprawy poważnie. W kilku żołnierskich słowach, twardych, ale zdecydowanych. Po prostu poleć tę książkę.
[02:32:30] - Jeśli macie ochotę na coś innego albo poczytać o-- ja też chciałem napisać, ruszyć temat oklepany dosyć, czyli bohaterami są zwierzęta, ale w sposób oryginalny. Jeśli chcecie coś innego, jeśli chodzi o ten zwierzęcy świat i bohaterów, to polecam. Polecam też tym, którzy mają problem ze zrozumieniem drugiego człowieka albo z tym, że świat nie jest czarno-biały, albo jeśli boją się czegoś nieznanego, to też dla takich osób to może być dobra i pouczająca lektura. A dla tych, którzy nie mają z tym problemu, myślę, że będą się dobrze bawić.
[02:33:14] - Jeszcze powiem jedną rzecz, która znajduje się na okładce książki.
[02:33:19] - Tak, nie wspomnieliśmy.
[02:33:21] - Ja powiem o tej kwestii, że wielu ludzi zachwyca się takimi książkami jak „Wodnikowe Wzgórze”. „Wodnikowe Wzgórze” — podobno, znowu zabrzmiałem słabo, podobno nawet film nakręcono. Nie znam filmu. Znam natomiast książkę. Byłem nią oczarowany. Tak, proszę państwa, byłem oczarowany książką o królikach. Ktoś powie: „Zwariował”. A to jest wybitna książka. W ogóle w historii literatury takich powieści, utworów teoretycznie o zwierzętach było sporo. Była książka Gary'ego Kilwortha, to się chyba „Dom Obiecany” nazywało, jakoś tak.
Książka o myszach tak naprawdę. Ale czy aby na pewno o myszach? Myślę, że przy tych nazwiskach, które padły, czyli przy Adamsie i przy Kilworthie, Bruno Kadyna nie musi mieć żadnych kompleksów. To znowu jest teoretycznie książka o kocie, który z pańskiego mieszkania, z wygód i wylegiwania się na kanapie trafia na wieś. Tam spotyka inne koty, tam spotyka konie, świnie, psy przyjazne.
[02:34:40] - Szczury, borsuki.
[02:34:41] - Tak, ale psy przyjazne i psy, które kompletnie zdurniały, zidiociały czy właściwie zdegenerowały się.
[02:34:48] - Odrodziły się chore.
[02:34:49] - Tak, zdegenerowana rodzina po prostu. Spotyka też chociażby tego kondora. Zwróćcie państwo uwagę, jak Bruno zręcznie operuje pewnym elementem humoru, bo myślę, że wielu z państwa uśmiechnęło się. Przecież wiadomo, że pojawienie się kondora w naszych warunkach to jest dosyć karkołomny pomysł, ale teoretycznie możliwy. I Bruno ładnie żongluje tym humorem.
[02:35:21] - Widziałem kiedyś w Bieszczadach sępa lecącego w niebie.
[02:35:27] - Okej.
[02:35:28] - Z Afryki. Chciał dolecieć na Morawy.
[02:35:32] - To już mu padła nawigacja. Tak, GPS mu wysiadł. W każdym razie zwróćcie uwagę, że w tym dosyć ponurym świecie, gdzie mamy wcześniej do czynienia, pewno niektórzy tego nie nazwą morderstwem, ale ginie kura, która czuła się ptakiem drapieżnym. Gdzieś śmierć jest obecna, bo i kot ginie zamęczony przez-
[02:35:57] - Nie opowiadaj.
[02:35:58] - Dobrze, ale to było w tym fragmencie.
[02:36:00] - Był beret.
[02:36:02] - Nie, ten zalizany.
[02:36:05] - Zalizany?
[02:36:07] - Zapieszczony na śmierć. Ginie. To jest świat dosyć ponury. Nie, nieprzyjemny.
[02:36:16] - Tak wygląda życie zwierząt.
[02:36:17] - A z drugiej strony pojawia się gość z America i jest w ogóle taki super. I w dodatku jeszcze jest jak ten szeryf troszeczkę, bo wymierza sprawiedliwość idiocie. Rzeczywiście Bruno słusznie to zauważył. Jest troszeczkę jak w życiu i straszno, i śmieszno. Dlatego mówię, że Bruno nie musi mieć żadnych kompleksów w tych nazwiskach, które wymieniłem wcześniej. To po prostu niezła książka. I mówi teraz Bruno.
[02:36:53] - Jeszcze nie wspomnieliśmy o tym, bo okładkę zaprojektowała świetna sopocka artystka malarka Wilga Badowska i w środku przed każdym rozdziałem mamy obraz pani Wilgi. Obraz kota. Przy każdym rozdziale inny. Są świetne.
[02:37:09] - Macie państwo kotów sporo. Kotów widzianych oczyma artystki, więc to są koty nie zawsze oczywiste.
[02:37:20] - Niektóre są przerażające.
[02:37:22] - Właśnie, jak się państwo przyjrzycie tym kotom, to jest właściwie świetnie oddana kocia natura, bo kocia natura jest niejednoznaczna. Ci wszyscy, którzy koty lubią, są kociarzami, wiedzą o tym, że sam kot jest niejednoznaczny. W jednej chwili potrafi być przymilny, ukochanym pluszakiem prawie, a w drugim momencie-
[02:37:51] - Kocie, gdzie nie powinien.
[02:37:52] - Tak! Pcha się, gdzie nie powinien. Łoi łapą albo wścieka się, albo dostaje jakichś kocich spazmów.
[02:38:00] - Malko, bo tak naprawdę mężczyźni to są jak psy, a koty jak kobiety. To nawet brzmi podobnie.
[02:38:10] - To odważna teza jest, Wiktorze. Nie wiem, czy to jest takie proste, ale ja państwu ze swojej strony bardzo książkę, ponieważ Bruno nie chce jej reklamować, to ja ją zareklamuję.
[02:38:24] - Nie, nie chcę, tylko nie potrafię.
[02:38:26] - Dobrze. Tak. To jest książka, którą warto przeczytać, żeby sobie spojrzeć na siebie. W siebie. Może to lepiej powiedziane. W siebie spojrzeć i tyle.
[02:38:40] - Ja mam jednak chyba najlepszy kawałek reklamy, który Kadyna przemknął między wierszami, ale ja go uwypuklę.
[02:38:49] - Uwypuklaj.
[02:38:50] - Warto tę książkę przeczytać, żeby się rozerwać.
[02:38:54] - Dokładnie tak. Taki był zamysł.
[02:38:58] - Dobra rozrywka nie wyklucza jednocześnie refleksji. Nawet refleksja może być rozrywką. Że tak sobie pogadam troszeczkę.
[02:39:07] - Tak samo jak miłość.
[02:39:09] - Tak. Proszę państwa, myślę, że to jest dobry czas, żeby audycję o „Kocurze” zakończyć. Zapraszamy jeszcze raz do lektury. Bruno to jest pisarz, który jeszcze da znać państwu o sobie, ja myślę. A właśnie! A co Bruno teraz knuje?
[02:39:31] - Teraz knuję „Małego Kapcia”. Piątą powieść. Już jest prawie gotowa.
[02:39:37] - „Mały Kapeć”.
[02:39:38] - Sensacyjnie.
[02:39:39] - Ale to nie będzie powieść o małym kapciu, który wędruje przez świat.
[02:39:43] - Nie. „Mały Kapeć” to jest statek w gdyńskim porcie. To jest tak naprawdę druga część „Wpływu”. Tylko że można to czytać niezależnie. Nie trzeba czytać „Wpływu”, żeby potem sięgnąć po „Małego Kapcia”. Tylko że mi się wydaje, że nie będę zdradzał. To będzie powieść sensacyjna. Nic więcej nie zdradzę na razie. Ale już niedługo. Już jest-
[02:40:08] - Tak, proszę państwa. Czyli widzicie państwo, nieuchronnie zbliża się kolejna powieść Bruno Kadyny. Jeśli będzie tak udana jak te, o których dzisiaj wspominaliśmy, to wiecie państwo, tylko na tym zyskujemy.
[02:40:24] - I w redakcji jest teraz opowiadanie „Karmnik” o wojnie wróbli.
[02:40:30] - Coś te zwierzęta zostały. A to ja jeszcze, jak już tak reklamujemy, to proszę państwa, za tydzień „ABW”. I pewno państwo czekacie, że powiem, że będzie opowiadanie Bruna. Nie będzie. Za tydzień nie będzie, ale będzie za trzy tygodnie. Opowiadanie, które już miało swoją premierę w „Pocisku”.
[02:40:49] - U Krzaków na Marsie.
[02:40:49] - Tak, opowiadanie „ Dyniak”. Proszę państwa, to znowu będzie fajny kawałek prozy. Prozy rozrywkowej w gruncie rzeczy. Tu już chyba nie musimy tak rozdzierać szat nad psychologizmem. Inaczej, też jest, ale w gruncie rzeczy to fajna, rozrywkowa proza. To tak jak powiedziałem, za trzy tygodnie. Za tydzień „ABW” zwykłe z opowiadaniami czytelników, raczej piszących czytelników. Co ja już gadam? Zmęczenie. Wiecie państwo, 23:00 dochodzi.
Słuchaczy, nie czytelników oczywiście. Oczywiście mam nadzieję, że czytają swoje własne opowiadania, ale myślę, że fajny zestaw. Pojawią się autorzy, których państwo już dobrze znacie. Pojawi się Marek Tomasik z opowiadaniem, zresztą nie ostatni raz. Pojawi się Jakub Karbownik. Pojawią się też nowi autorzy z brawurowym opowiadaniem, które bardzo mi się podobało pod znamiennym tytułem „Pajęczyna”. Ale to już nie będę zdradzał wszystkiego, co będzie w następnej audycji „ABW”, bo w końcu jakieś tajemnice należy sobie zachować. Więc zapraszam za tydzień na „ABW”. Za trzy tygodnie też na „ABW” z „ Dyniakiem”. I jeszcze powiedzmy, co będzie w następnym „Bibliotekarium”.
A w następnym „Bibliotekarium” książka, o której mówiliśmy już w sierpniu. Autor ją zapowiadał. Książka Daniela Dziewita „Kiedy odchodzą”. Ludzie mają do niej różny stosunek. Jeden z czytelników, któremu poleciłem tę książkę, powiedział, że nie mógł jej skończyć. Powiedział, że zbyt wstrząsająca, zbyt szarpała jego nerwy. Ale to jest książka, która mówi pewną prawdę o ludziach, którzy zostają. Bo książka ma mówić, kiedy odchodzą. Właśnie, co się wtedy dzieje? Zostaje rodzina, zostają ludzie osób, które wybrały samobójstwo, które postanowiły odejść, bo już nie wytrzymywały tego świata.
Tak, ale zostają ich najbliżsi. I to jest książka właśnie o tym. Porozmawiamy z jej autorem. Autorem, który mocno wgryzł się w temat, a który sam o tym wspominał, który napotkał później na bariery tego rodzaju, że część wydawnictw po prostu nie chciała tej książki. Kiedy mówił, o czym ona jest, ludzie, którzy zarządzali wydawnictwami, którzy decydowali o doborze repertuaru, mówili: „Nie, nie, my nie chcemy tej książki”. „Ale może przyślę” — mówi na to autor — „może przyślę chociaż ten maszynopis. Może się państwo zapoznają”. „Nie, nie, ta tematyka nam nie odpowiada. Wprawdzie jesteśmy wydawnictwem psychologicznym, ale to nie jest ten rodzaj psychologii, który chcielibyśmy przekazywać”. Tak jak mówił autor: „My byśmy chętnie wydali książki o tym, jak się wzbogacić, jak schudnąć, jak stać się grubszym, jak stać się mądrzejszym, ale nie o tym, co się dzieje, jak ludzie popełniają samobójstwa.
To jest taki temat, który nas nie interesuje”. Nas tutaj w „Bibliotekarium” taki temat zainteresował i dlatego będziemy gościli autora Daniela Dziewita. Dlatego porozmawiamy z nim nie tylko o tym, co się dzieje, kiedy odchodzą, ale też o tym, co sprawia, że Co sprawiło, że autor zainteresował się taką właśnie tematyką? No to cóż, zapraszamy na kolejne audycje. Jeszcze Wiktor coś chce powiedzieć.
[02:44:43] - Ja na końcu, żegnając się z Kadyną, przypomnę wszystkim słuchaczom, skoro ma być to opowiadanie Dyniak, coś o sukience tego autora, tego Bruno Kadyny, który pomysł na to opowiadanie przyszedł mu do głowy wtedy, kiedy spojrzał, bodajże na swojego szwagra, co?
[02:45:07] - Tak.
[02:45:07] - No właśnie.
[02:45:08] - Jest protoplastą.
[02:45:09] - Tak. Uważać trzeba na Kadynę.
[02:45:15] - Tak. No cóż, to pozdrawiając wszystkich naszych słuchaczy życzymy im samych dobrych lektur, weny pisarskiej tym, którzy piszą. No i cóż, do usłyszenia w kolejnych audycjach. Wszystkiego dobrego, dobrej nocy.
[02:45:33] - Cześć.
[02:45:33] - Dobranoc.
[02:45:34] - Mówili do słuchot Państwa jak zawsze gospodarze Bibliotekarium Marek Żelkowski i Wiktor Żbikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość Bruno Kadyna, autor powieści „Kocur”. Audycję od strony technicznej obsługiwał jak zawsze Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w Twoim domu. Dziękujemy za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień, tym razem w ABW, no i za dwa tygodnie w tym normalnym Bibliotekarium. Nadmienię jeszcze tylko, że zgodnie z tym, co tutaj ustaliliśmy poza anteną, ten odcinek Bibliotekarium za dwa tygodnie wyjątkowo będzie zrealizowany z taśmy. Będzie to audycja nagrywana. Tak więc jeżeli macie państwo jakieś pytania do autora, do Daniela Dziewita, to zachęcamy do dzielenia się swoimi pytaniami, jakimiś sugestiami, komentarzami pod zapowiedzią, która ukaże się już niedługo na stronie Radia Paranormalium oraz w naszych mediach społecznościowych. No i też może drogą e-mailową na adres radio@paranormalium.pl. A więc dobranoc i do usłyszenia ponownie już niedługo. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[02:47:23] - Czyjaż to dusza zmęczona leży tam? Chyba nie moja. Jeszcze dzisiaj nie. Czyjaż to dusza zgnębiona leży tam? Bo moja dusza wciąż kołacze we mnie się. Czyjeż to życie wycieka dzień za dniem? Czy to nie twoje? Rozejrzyj dobrze się. Czyjeż to życie przygasa dzień za dniem? Bo życie w błędów i groźb cofnąć nie da się.
Pewnego razu ujrzała duszę splątanych losów ciąg, co życiem moim był. Lecz dobry niebios Pan pozwolił, bym znów wstał. To jeszcze nie twój czas. Idź dokończ, dokończ tamten swój plan. Jeszcze nie dziś. Nie, nie, nie. Więc czasem, gdy nie śpisz, rozmawiaj z duszą. Czasem, gdy nie śpisz, naprawiaj życie, bo zwykle dobrze jest. Lecz może tak być, że już jutro nadejdzie ostatni, ostatni twój sen.