Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie. Zapraszamy dzisiaj na kolejny odcinek audycji „Bibliotekarium na żywo”. Przed chwilą minęła godzina 20:00. Mamy piątek, 27 marca roku pańskiego 2020. Z taką nadzieją, że wszyscy zdrowi jesteście i możecie z nami dzisiaj spędzić cały wieczór, rozpoczynamy kolejne „Bibliotekarium”, w którym punktem wyjścia do dyskusji będzie niezwykła książka Lecha Jęczmyka zatytułowana „Światło i dźwięk. Moje życie na różnych planetach”. Książka stanowi swego rodzaju spowiedź życia autora, w której to Lech Jęczmyk rozlicza się ze wszystkim, czego był świadkiem, począwszy od II wojny światowej. Zanim zaczniemy i zanim podam kontakty, taka uwaga natury technicznej. Dzisiaj ze względów bezpieczeństwa, i oczywiście najbliższe odcinki „Bibliotekarium” i „ABW” będziemy realizować wyjątkowo nie ze studia w Bydgoszczy, a z zacisza domów każdego z naszych tutaj gospodarzy.
Z góry zatem przepraszamy, jeżeli w trakcie audycji wystąpią jakieś problemy z dźwiękiem, łącznością czy jakieś atrakcje w postaci na przykład kaszlącego Wiktora Żwikiewicza przy telefonie. Także mamy nadzieję, że nam to wszystko wybaczycie. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”. Po drugiej stronie połączenia internetowo-telefonicznego są z nami Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. A ja jeszcze tylko podam kontakty. Oczywiście audycja jest nadawana w całości na żywo. Numery telefonów do Radia Paranormalium to oczywiście stacjonarne 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas cały czas pisać na nasze radiowe GG pod numerem 36 08 80 02.
Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można także spotkać nas na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata, a także na grupie Rubieże rzeczywistości, bo tam również jesteśmy. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Przy tej okazji jeszcze pozwolę sobie przypomnieć, że Radio Paranormalium i Bibliotekarium mają także swoje profile na Instagramie. Tak więc czasami tam też coś ciekawego powrzucamy. A więc teraz czas na magiczne i bardzo przez naszych słuchaczy i gospodarzy wyczekiwane „Halo, halo Bydgoszcz”. Halo, halo! Zgłaszamy się w dwóch odsłonach. Witaj, Wiktorze, że tak cię powitam.
[03:31] - Raczej powinienś witać kaszalota, jak zostałem zareklamowany. Jako kaszalot kłaniam się również słuchaczom serdecznie, chociaż troszeczkę nostalgicznie, ale to wyjdzie w trakcie audycji.
[03:45] - Tak. Wiesz, ja się cieszę, że jesteśmy radiem, a nie nadajemy z obrazem, ponieważ trochę mnie ostatnio obrazy wpędziły w kompleksy. Dlaczego? Bo w tej chwili rozmaite telewizje informacyjne, zarówno te nadające w tradycyjny sposób, jak i te internetowe, nie nadają z poszczególnych studiów, tylko łączą się ze swoimi publicystami. I w ogóle łączą się, głównie się z kimś łączą. Jaka jest najmodniejsza sceneria do występów? Otóż okazuje się, że w naszym kraju, w którym czytelnictwo podobno kuleje, właściwie wszyscy lansują się na tle regałów z książkami. Zarówno panowie profesorowie, jak i podrzędni tudzież niepodrzędni dziennikarze, wszyscy absolutnie lansują się na tle regałów i to takich dobrze zaopatrzonych regałów z książkami. Właściwie powinniśmy się cieszyć. Ja się cieszę, ale gdybyśmy my teraz wystąpili i też się lansowali na tle regałów z książkami, to już byłoby banalne.
Zastanawiam się tak naprawdę, na tle czego powinniśmy się ewentualnie lansować, gdybyśmy byli poza dźwiękiem również w obrazie. Co o tym sądzisz, Wiktorze?
[05:18] - Ja przede wszystkim zwrócę uwagę na taką dziwną zbieżność pewnych słów albo pewnych znaczeń. Otóż Marek mówi, że przerazony jest czy porażony zanikiem obrazu i właściwie tylko takim wybiórczym obrazem, a właściwie został nam tylko dźwięk. Tytuł książki, której dzisiaj próbujemy dotknąć, czyli książki Leszka Jęczmyka, to jest „Światło i dźwięk”. Światło, że tak powiem, nam wysiadło. Zostaje nam dźwięk. Jesteś silnym dźwiękiem. Książka Leszka Jęczmyka jest Tak nowoczesna, tak pasuje do współczesnej rzeczywistości, do aktualnego i jest tak aktualna, że tak powiem, że to aż włosy stają dęba na głowie.
[06:15] - Zadam ci pytanie, jakie jest słowo, którego najczęściej nadużywa Marek Żelkowski? Wspaniała, niezwykła, wspaniała i jeszcze raz niezwykła. I jeszcze raz wspaniała i jeszcze raz niezwykła. Właściwie najczęściej mówię to o książkach, ale w końcu weźmy pod uwagę, że my te książki dosyć starannie dobieramy. Więc nikogo z państwa nie powinno w tej chwili zdziwić, kiedy ja powiem, że naprawdę książka, o której będziemy dzisiaj mówić, jest wspaniała i niezwykła. To sobie tak wyrecytowałem. Ale ona poza tym, że jest wspaniała i niezwykła, to ma jeszcze jedną ważną cechę. Jest znakomicie napisana i to znowu jest banalne stwierdzenie, mówiąc o tym, że autor tłumaczeń takich książek, jak chociażby „Imperium słońca” Ballarda czy „Wyspa” Ballarda, czy „Kto zastąpi człowieka?” Briana Aldissa, czy tłumaczenia Philipa Dicka, „Człowieka z Wysokiego Zamku”, tegoż samego autora „Waliz”, „Bożej inwazji”, „Transmigracji” Timothy Archera. To wszystko Philip Dick. Omawianej przez nas „Lewej ręki ciemności” Ursuli Le Guin czy „Świata Rokhanona” tej samej autorki.
Czy też tłumacz, moim zdaniem, genialnej książki, ale to znowu jest banalne, bo sporo osób uważa ją za genialną, czyli Josepha Hellera „Paragrafu dwadzieścia dwa”. Czy też tłumacz takich książek jak „Kocia kołyska” Curta Vonneguta czy „Rzeźnia numer pięć”, „Niech Bóg pana błogosławi, panie Rosewater”, Curta Vonneguta „Śniadania mistrzów”. To są wszystko tytuły, które Lech Jęczmyk przetłumaczył. Przetłumaczył je genialnie. To są tłumaczenia, które w swoim czasie kształtowały sporą część naszego społeczeństwa. Ja wspomnę jeszcze taką książkę, o której kiedyś mówiliśmy, ale mało dzisiaj znaną, czyli „Kosmolot i czółno”. To jest książka, której może byśmy właściwie kiedyś powinni poświęcić audycję, bo znowu książka niezwykła, pokazująca magię i naukę. To znowu magię weźmy oczywiście w cudzysłów. Magię tego świata, niezwykłość tego świata, pewną jego prostotę, a jednocześnie złożoność. Zdaję sobie sprawę, że tak w kilku słowach nie da się tej książki opisać, ale to jest książka, którą chyba powinniśmy kiedyś się zainteresować w naszej audycji.
W każdym razie tych książek pewno jeszcze bym był w stanie wymienić jeszcze przynajmniej drugie tyle. Ale to prowadzę tylko do tego, że mówienie o tym, że Lech Jęczmyk napisał wspaniałą książkę, to jest banał tak naprawdę. To powinna być oczywistość. Szczególnie jeśli przypomnicie sobie państwo, że w swoim czasie rozmawialiśmy o książce „Nowe średniowiecze” Lecha Jęczmyka. „Nowe średniowiecze” mówiło o tym, jak się rozwija albo ku czemu dąży, albo jak to się wszystko może skończyć odnośnie naszej cywilizacji. O tyle książka, o której będziemy mówić dzisiaj, czyli „Światło i dźwięk. Moje życie na różnych planetach” to jest książka wspomnieniowa, ale tylko pozornie, bo rzeczywiście ta warstwa wspomnień jest. Ale Lech Jęczmyk ma tę zadziwiającą zdolność, że przy okazji niejako kreśli pewien fresk. Tak, to takie napompowane, dosyć pretensjonalne słowo. Fresk jest jak najbardziej na miejscu.
Fresk o drugiej połowie XX wieku w Polsce, a właściwie troszeczkę jeszcze po obrzeżach jedzie. To jest książka niezwykła, po prostu niezwykła, bo pokazująca nam z bliska rzeczy, o których my bardzo często czytamy w podręcznikach historii. Ten człowiek to widział, dotykał tego, przeżywał to. Dlatego ta książka jest niezwykła.
[10:51] - Dotknąć i przeczytać Mareczku to dużo, dużo, dużo za mało. Otóż jak wymieniałeś te wszystkie książki, które Lechu przetłumaczył, ogromną ilość i to naprawdę najlepszych książek, jakie kiedykolwiek do czytelnika w tej puli tych książek wymagających wyobraźni dotarły, to ja miałem takie skojarzenie, że Leszek Jęczmyk nie jest tak naprawdę największym, a przynajmniej jego największą wartością nie jest to, że tłumaczy wspaniale książki. Leszek Jęczmyk przede wszystkim tłumaczy nam świat. I ta książka „Światło i dźwięk” jest pewną próbą jego Wytłumaczenie nam, jak funkcjonuje świat Lechu i w rozmowach. Ale zresztą to jest cecha wielkich ludzi, którzy przychodzą w każdych epokach, pojawiają się zawsze. Ludzie żyją, społeczeństwo sobie żyje, społeczeństwo sobie tynie, społeczeństwo żyje i kopuluje i przeżywa swoje epoki. Natomiast co pewien czas się pojawiają ludzie, którzy próbują wytłumaczyć nam świat na nowo po prostu. No i Leszek jest takim skromnym prorokiem, takiego właśnie patrzenia na świat ze zrozumieniem, a nie społeczeństwem, które właściwie tylko ten świat konsumuje. Bo ten świat do tego jest przecież, nie? Raz my, ja już nie, ale młodzi, współcześni ludzie myśleli, że świat należy do nich.
Nie. To, co się dzisiaj dzieje w Europie i na całym świecie, najdobitniej świadczy o tym, że to nie świat należy do nas, ale my należymy do świata. My jesteśmy drobnym elementem tego świata, a nie świat jest machiną, która się kręci tak, jak my chcemy. Tą świadomość Leszek Jęczmyk miał zawsze. Tak jak go znałem, jak go poznałem, jak mu towarzyszyłem w życiu jakiś tam kawałek czasu całkiem niezły, to zawsze postrzegałem go w ten sposób jako tłumacza. Nie tylko tłumacza książek, ale również tłumacza pewnych zdarzeń, które nas wszystkich otaczają. No, to by było tak pokrótce.
[13:40] - Ja powiem jeszcze jedną rzecz. Pierwszy raz poznałem Lecha Jęczmyka dzięki tobie. Pojechaliśmy do Warszawy, odwiedziliśmy właśnie Lecha Jęczmyka. I powiem, że Lech Jęczmyk ma w sposób niewymuszony, ale ma taką osobowość, że ja właściwie zastanawiałem się, czy wypada mi usiąść w jego towarzystwie. To oczywiście pewna przenośnia, ale po prostu to jest człowiek z taką charyzmą niezwykłą, tak mądrze komentujący świat. I to czasami są komentarze zupełnie, wydawałoby się proste, dotyczące prostych rzeczy. Ale naprawdę miałem takie poczucie, że nie wiem, czy mam prawo usiąść w jego obecności. To oczywiście ma pokazać pewną wielkość tego człowieka, bo chociażby książką, o której dzisiaj mówimy. Inaczej. Lech Jęczmyk oczywiście ma swoje poglądy polityczne, można się z nim zgadzać bądź nie zgadzać, ale w książce, o której dzisiaj mówimy, on bardzo często pokazuje ludzi, z którymi totalnie się nie zgadza.
Absolutnie się nie zgadza. Których w takiej rozmowie stricte politycznej pewno rozjechałby walcem. A jednak potrafi pokazać ludzki wymiar tych postaci. Nie ocenia ich tylko i wyłącznie, jak to bardzo często się w tej chwili dzieje w naszym świecie, nie ocenia tych postaci tylko i wyłącznie przez pryzmat swoich poglądów. Czy oni mu pasują, czy mu nie pasują. On patrzy na nich jak na ludzi. Będziemy o tym później mówić jeszcze, ale to jest pewna zdolność, pewna umiejętność, która nie wszystkim jest dana. Lech Jęczmyk potrafi patrzeć na tę rzeczywistość w taki sposób, trudno powiedzieć, że bezstronny, ale w taki sposób, że on dostrzega półcienie. My w naszym świecie bardzo często skłonni jesteśmy widzieć czerń i biel. Nie widzimy szarości albo nie chcemy jej widzieć, bo mówimy sobie: „To są kompromisy”.
Nie, nie. To nie są kompromisy. To jest spostrzeżenie, dostrzeżenie tego, że świat nie jest czarno-biały. I Lech Jęczmyk to doskonale widzi. Pokazuje to, komentuje to w odpowiedni sposób. I to jest pewna umiejętność, której się właśnie od Lecha Jęczmyka, chociażby z tej książki, można doskonale uczyć. Rzadka umiejętność.
[16:33] - Marek mówi, że rzadka, ale powinna właściwie cechować nas wszystkich, przynajmniej tutaj, w Europie, jako spadkobierców odchodzącego, że tak powiem, chrześcijaństwa. To chrześcijaństwo polega na tym właśnie między innymi, że należy patrzeć na każdego skurwysyna jako na bliźniego naszego przede wszystkim również.
[17:03] - To prawda. Jeszcze za chwilę coś przeczytam, ale jeszcze muszę powiedzieć o tym, o czym zacząłeś mówić, Wiktorze. My jesteśmy w tej chwili, rozejrzyjcie się państwo, w takiej onirycznej rzeczywistości. To nie jest nic nowego. Pewno kilka osób już o tym wcześniej mówiło przede mną, ale gdyby państwu ktoś powiedział kwartał temu, że świat będzie wyglądał tak jak ten, który macie w tej chwili za oknem, to byście powiedzieli, że to jest jakiś w dodatku słaby scenariusz z filmu katastroficznego. A tymczasem to się dzieje na naszych oczach. Niektórzy publicyści mówią o tym, że to jest doświadczenie pokoleniowe, że pewne pokolenie miało doświadczenie roku 1980, Solidarności, a to, co się w tej chwili dzieje, to będzie takie pokoleniowe doświadczenie właśnie tego pokolenia. Ja nie wiem, jak będzie, ale przyznacie państwo chyba, że to, co mamy za oknami, jest w jakiś sposób z jednej strony przerażające, a z drugiej strony trudne do ogarnięcia. Ja do dzisiaj nie do końca wierzę, że dzieje się to, co się dzieje. Jakoś nie do końca do mnie to dociera wszystko.
To taka refleksja nazwijmy, bardzo ogólna.
[18:44] - Oczywiście, że tak. Ale to są takie doświadczenia lokalne w czasie i przestrzeni. Takich rzeczy było wiele. Przypomnij sobie, w jaki sposób postrzegali nową epokę, nowy świat, który się, że tak powiem, sypał w drzazgi. Jak postrzegała arystokracja francuska, kiedy na ulicach, na barykadach kwitła francuska rewolucja. To, co było potem. W jaki sposób ludzie siedzieli w tej Moskwie czy w Petersburgu, kiedy tam strzelała już Aurora, gdzieś oczywiście tymi ślepymi nabojami. I w jaki sposób nasza włościańsko-chłopska rzeczywistość witała Ludową Armię, która wkraczała na tereny naszego kraju, żeby zbudować ten świat na nowo. Wszystko tak zawsze było i tak zawsze będzie, że są ludzie, którzy nowy świat witają z przerażeniem. Ale to, co powiedziałem przed chwilką, to jest właśnie to.
Ja zresztą, jak patrzę, patrzyłem przez ostatnie 20 lat na tę europejską, roześmianą, cudowną młodzież z dziką radością tańczącą, falującą biodrami po ulicach, bawiącą się. Bez przerwy właściwie robiłem takie wielkie oczy. Z czego oni się cieszą? To znaczy dobrze, że się cieszą, bo radość to jest cecha, którą młodość powinna czerpać rękami. Po to jest młodość, żeby się cieszyć, żeby radować. Natomiast to jest troszkę takie tańczenie na cienkiej linie, bo przychodzi czas, kiedy wszystko się zaczyna. Ta epoka, przynajmniej ta, w której nie było żadnych granic, przynajmniej w tej Europie, już nie wróci. To już pozostanie tak mniej więcej, jak teraz jest. My też już będziemy, praktycznie biorąc, siedzieli w domach, nie będziemy spacerowali. Będziemy zajeżdżali do klimatyzowanych supermarketów po zakupy i wracali szybciutko do siebie, do swojej sieci, do swojego internetu, żeby broń Boże nie mieć kontaktu z innymi ludźmi, bo możemy dorobić się jakiejś wysypki.
Boże, zmieni się wiele obyczajów, prawdopodobnie. Może już nie będziemy podawali sobie rąk, bo ten obyczaj, że tak powiem, jest groźny. Pomyśl, może być bardzo wiele na ten świat przyszłości. To by było na tyle.
[22:28] - Mówiąc o Lechu Jęczmyku powiedziałem o tej jego ważnej działalności, czyli tłumaczeniu bestsellerów światowych, ale nie powiedzieliśmy o tym, że Lech Jęczmyk to od bardzo dawna był również wydawca. Najpierw pracował w Iskrach, bo tak chciał. O tym zresztą piszę w książce, o której dzisiaj rozmawiamy. Jak to się zmieniło. Pracował w Iskrach i tam był wynalazcą, a w każdym razie człowiekiem, który zapoczątkował kultową serię, szczególnie kultową dla ludzi, którzy interesują się fantastyką naukową. Serię, która nazywała się „Kroki w nieznane”. Pierwszy tom wyszedł w roku 1970 i później co roku mniej więcej z pewnym przeskokiem, bo dwójka wyszła w 1971, trójka w 1972, czwórka w 1973, piątka w 1974, ale szóstka w 1976. Czyli pewien skok nastąpił. Na tym skończyła się historia „Kroków w nieznane”, ale nie na zawsze. „Kroki w nieznane” to były kultowe książki.
Dlaczego kultowe? Ja nie lubię tego słowa, szczególnie że jest nadużywane, ale w tym wypadku nie mam poczucia przesady, bo To były książki, które przybliżały naprawdę to, co w fantastyce naukowej było najlepsze na świecie. Zarówno w anglosaskiej, jak i w radzieckiej, ale nie tylko. W różnej fantastyce na świecie. Co więcej, to była seria-
[24:23] - Dziękuję, Marku, za ten suplement, bo też do tej serii trafiłem.
[24:29] - Oczywiście! Był tam Wiktor Żwikiewicz. Oj, ty mi psujesz puenty. No dobra, ale to prawda. Rzeczywiście opowiadania Wiktora Żwikiewicza także do tego trafiły i wcale nie muszę się wycofywać z tego, że to było to, co najlepsze. Ale to, co ważne, to to, że proszę sobie wyobrazić, że w latach 80., w pierwszej połowie, almanachy utworów SF pod tytułem „Kroki w nieznane” to na giełdach to były bajońskie sumy. Ja powiem w ten sposób, że żeby zgromadzić całe sześć tomów, to wydałem równowartość miesięcznej pensji. Bo ja wtedy poza tym, że się uczyłem w tych 80. latach, to później zbłądziłem. W sensie zbłądziłem, bo przestałem się uczyć w zwykłej, normalnej szkole, tylko na skutek różnych konfliktów z nauczycielami poszedłem tuż przed maturą do szkoły wieczorowej.
No i tam trzeba było pracować i zostałem mleczarzem. Mleczarze nieźle zarabiali. Poza tym, że pracowali nocą w romantycznych okolicznościach przyrody, to całkiem nieźle zarabiali. Socjalizm miewał różne dziwne wypaczenia. Mleczarz to był ktoś. Na te sześć tomów wydałem miesięczną pensję. Oczywiście to było w kawałkach. Nie w jednym miesiącu, ale równowartość tej miesięcznej pensji poszła. To jeśli chodzi o pewną kultowość. Ta seria się odrodziła, warto o tym powiedzieć, bo „Kroki w nieznane” przez jakiś czas pojawiły się również u Wojtka Sedeńki.
Pojawiła się ta seria odnowiona, też redagowana przez Lecha Jęczmyka. Przynajmniej ten pierwszy tom. W 2005 roku almanach fantastyki „Kroki w nieznane” się pojawił, więc reaktywowana była. Tych tomów się ukazało trochę, ale po tej przygodzie w Iskrach, gdzie się ukazywały „Kroki w nieznane”, Lech Jęczmyk sam to zrobił. To opisuję w książce, o której dzisiaj mówimy. Socjalizm to było dziwne miejsce, gdzie trzeba było w odpowiednim czasie, w odpowiedniej sytuacji zmieniać miejsce egzystencji. Tak to sobie ogólnie powiedzmy, żeby nie spoilerować. W związku z tym Lech Jęczmyk przeskoczył do Czytelnika. To oczywiście miało swoje skutki, bo tam wtedy pojawiła się seria z Kosmonautą. I znowu pewno muszę nadużyć słowa „kultowa”, bo to była seria, która znowu przybliżała to, co w fantastyce światowej, nie wiem, czy najlepsze, ale niezłe.
Po prostu niezłe. Zaczęło się od, nie wiem, jakiego użyć słowa, powtórki tomu z lat 50. zatytułowanego „Rakietowe szlaki”. „Rakietowe szlaki” wyszły w latach 50., ale Jęczmyk je powtórzył, a później wydał tom drugi „Rakietowych szlaków”, w którym zaprezentował to, co najlepsze w latach 70. Oba tomy były kultowe i otwierały serię z Kosmonautą. Tylko wspomnę dla porządku, że u Wojtka Sedeńki w Solarisie później się tych tomów chyba z siedem pojawiło. Od roku 2011 do 2012 pojawiały się kolejne tomy, odnowione „Rakietowe szlaki”, ale w serii z Kosmonautą wrzucę kilka tytułów, żebyśmy sobie uświadomili, jak ważna to była seria. Poza „Rakietowymi szlakami” pojawił się „Uwzględnie Wiktora”. Pojawił się „Gość z głębin”. Tam jest twoje opowiadanie, o ile dobrze pamiętam, „W cieniu Sfinksa” z Rogozińskim napisane.
To polskie, ale jeśli chodzi o zagraniczną fantastykę, to pojawiła się Kiryła Bułyczowa „Rycerze na rozdrożach”, Comptona „Śmierć na żywo”. Absolutnie rewelacyjna książka Edmunda Cupela „Testament Overmana”. Moim zdaniem nieco gorszy „Zdobywca przestworzy” tego samego autora, ale też książki Philipa Dicka „Słoneczna loteria” i „Człowiek z wysokiego zamku”, i „Planeta śmierci” Harry Harrisona. Cóż jeszcze? Kutner się pojawił w „Nieśmiertelniku. Sto kłopotów”, to zbiorki opowiadań. „Wędrowiec” Fritza Leibera. Jacka Londona taka staroć, ale jakby na czasie dzisiaj opowiadania pod zbiorczym tytułem „Szkarłatna dżuma”. Warto to przeczytać w czasie zarazy. Pojawili się w tej serii „Senni zwycięzcy” Marka Oramusa, „Twarzą ku ziemi” Macieja Parowskiego.
„Człowiek z dwóch czasów” Boba Shaw'a. Nawet kiedyś zrobiono z tego spektakl telewizyjny w Teatrze Telewizji. „Przyjaciel z piekła” Strugackich. „Trudno być Bogiem”, „Drugi najazd Marsjan” też Strugackich. Dalej „Bogowie wojny”. „Bogowie wojny” to francuska fantastyka Gérarda Klejna, ale chyba tak to się wymawia. Nie wiem. Zresztą nie znam francuskiego zupełnie, ale to absolutnie wspaniała książka. „Nagi cel” Wiśniewskiego-Snerga i to chyba ze trzy albo cztery, nie, chyba trzy razy było wznawiane. „Wir pamięci” Edmunda Wnuka-Lipińskiego, Cywinder van Troffa, Zajdla.
Chyba jeszcze połowy nawet nie wymieniłem tytułów, które się ukazały w serii z Kosmonautą. I to wszystko dzięki Lechowi Jęczmykowi. On potrafił tak zakręcić, tak tym wszystkim zarządzać, że przechodziły tam książki absolutnie na przykład antysocjalistyczne albo pokazujące rzeczywistość, która się komunistom nie musiała podobać. Chociażby taka niewinna książka „Testament Overmana”. Ona pokazuje pewną sytuację, która się z socjalizmem zupełnie nie kojarzy, a jak się dobrze wejdzie w tę narrację, w tę książkę, to może się okazać, że coś tam jeszcze wyczytamy, co się z tym będzie wiązało. Zatem Lech Jęczmyk, również wydawca i to wydawca, zastanawiam się, jakiego słowa użyć. Świadomy, bardzo świadomy człowiek, który realizował pewne zadanie. Bo uświadommy sobie, lata 80. to seria z glizdą w trawie, o której całkiem niedawno mówiliśmy przy okazji polskiej fantastyki i książek „Mutanci” oraz „Umrzeć, by nie zginąć”. I wtedy mówiliśmy o tym, że ta seria miała różny poziom, od bardzo dobrych po bardzo takie sobie.
Seria z Kosmonautą uzupełniała, poza polską fantastyką dawała nam styczność z bestsellerami zachodniej fantastyki. Dzisiaj to się może wydawać banalne, ale wtedy to był powiew świeżości. To było coś, co tłumaczyło nam świat fantastyki, tak to powiedzmy, ale to było niezwykle ważne. I to wielka zasługa Lecha Jęczmyka. Po prostu.
[32:55] - Jeśli mogę ci wskoczyć w słowo, to po prostu wiesz. Myślę, że książki, tak samo jak my wszyscy, to jest takie stado baranów, po prostu wielkie, czasami głupie, czasami mądre. Natomiast dlaczego ja nic nie cierpię, chociaż szanuję demokrację, ale wolę autorytaryzm, bo jest potrzebne coś takiego, żeby w tym stadzie baranów wybrać kogoś, kto się do czegoś nadaje. Może w ten sposób funkcjonuje cały system władzy w cywilizacji chińskiej. Cywilizacji mówię, a nie państwie. Otóż co robił Leszek Jęczmyk przez całe czasy? Jego książek było, wszyscy to widzieli, wszyscy je mogli czytać, wszyscy mieli do nich dostęp. Leszek wybierał, dobierał książki. To jest cecha jednostki, cecha totalnego właśnie autorytaryzmu. Jest to ktoś, kto wybierze spośród najlepszych to, co się do czegoś najbardziej nadaje.
Dzięki temu potem Marek mówi, że książka, serial czy książki są kultowe, dlatego, gdyż one zostały wybrane jako esencja. Jak my rozmawiamy o książkach z naszymi autorami, bardzo często się przewija taka nudna nutka smutku wśród naszych autorów. Już tak sięgnę z grubej rury do Juliana, co do Bruno Kadyny, że ich nikt nie docenia, bo oni tak świetnie piszą, a nikt ich nie docenia. A trzeba mieć świadomość, że ten krzyk, który my myślimy, że krzyczymy na każde nasze opowiadanie, każdego autora, to jest ta krew w krwi, kości. To wszystko, co z naszego serca wyrosło, z bólem żeśmy to urodzili, jak to jest poradzone, nasza kobiecość pisarska, porody bolesne. To jest taki krzyk. Nie, to nie jest krzyk. To jest ledwie szept we współczesnym świecie. My szepczemy, są książki. Tych książek nikt nie słyszy ani nas nie słyszy.
Jak może nas usłyszeć? Ktoś powinien to wybrać. I do tego jest potrzebny ktoś taki jak właśnie dobry wydawca albo dobry krytyk, dobry recenzent. Ten, który wybierze. Dzisiejszy świat ma jedną wadę. Nie ma kogoś, kto wybiera. Kto potrafi takiego Juliana czy takiego Bruno Kadena, czy takiego Prokopowicza, czy kogokolwiek spośród dobrych autorów po prostu wskazać palcem, wybrać, złożyć do kupy i pokazać coś, co kiedyś, za pięćdziesiąt lat będzie esencją, markową czy kultową książką. Tego autorytaryzmu krytycznego, wydawniczego brakuje. Świat jest, jaki jest. Jest demokratyczny.
Tfu!
[37:13] - Ja coś skomentuję. Na czacie się pojawił wpis PW: „Panie Marku, chyba jednak ta socjalistyczna pensja nie była wysoka. Wystarczyło tylko na parę książek”. Nie wyjaśniłem pewnej sprawy. Ona naprawdę była dosyć wysoka. Pozwalała na to, żeby ogarniać rynek całej fantastyki ukazującej się. Ja miałem wszystko, co się wtedy ukazywało i mogłem spokojnie z tego korzystać. Co więcej, nie czytałem tylko fantastyki. Właściwie kupowałem wszystko, co warto było kupić, co było w miarę zjadliwe i nadawało się do czytania. Więc właściwie kąpałem się w książkach.
Natomiast to, o czym powiedziałem, miało świadczyć bardziej o specyfice tamtych czasów. Książki poszukiwane były bardzo drogie. Dlatego mi ta jedna pensja starczyła na sześć książek. W sumie, jakby to zliczyć, ponieważ one były kosmicznie drogie, były rarytasami. Na giełdach fantastyki panował kapitalizm, popyt, podaż, te rzeczy. W związku z tym krwawiłem i płaciłem, ale nie płakałem, ponieważ każdy taki zdobyty tom to była uczta, to było zanurzenie się w innym świecie, więc to były bardzo drogie książki po prostu. Z innych takich rzeczy, całą pensję wydałem, prawie całą, przepraszam, na Tolkiena, na „Władcę Pierścieni”. Wtedy w tym wydaniu, do którego też rękę przyłożył zresztą Lech Jęczmyk. Grube, szyte, oprawione w płótno wydanie ze znakomitymi obwójtami. To był absolutny rarytas.
Rzeczy, które nawet jak się miało pieniądze, to nie zawsze można było zdobyć. To było w ogóle przekleństwo socjalizmu, że pieniądze były najmniejszym problemem. Trzeba było też wiedzieć, gdzie to zdobyć i to raczej w takim kontekście należałoby rozpatrywać kwestię wysokości bądź małej wysokości pensji. Ona była niezła. Ja przyznaję-
[39:48] - Marku, może ja bym skomentował tę twoją gimnastykę z pensjami i tak dalej. Był taki paradoks socjalizmu, przynajmniej w polskim wydaniu. Zresztą nie tylko w polskim, bo rosyjskim również. Polegał na tym, że w tamtych czasach z pieniędzmi nikt nie miał specjalnie wielkiego kłopotu. Pieniądz nie był towarem mało dostępnym. Pieniądz był, bo jeśli pieniądza brakowało, można go było dodrukować, można było dodać i tak dalej. To była kuriozalna zupełnie gospodarka, w której pieniądz nie miał żadnego pokrycia z niczym. Pieniądze nawet jak były, to towaru nie było. Nie było na co wydać tych pieniędzy, które ewentualnie tam jakoś z grzebni były. Nie było żadnego problemu.
Dzisiaj problemy są zupełnie inne, przy racjonalnej gospodarce, przy zdrowej gospodarce brakuje pieniędzy, natomiast towaru jest powyżej uszu i tak dalej. To są takie dziwne paradoksy w tych czasach komuny. Dzisiaj pisarze dostają marne grosze za pisanie książek, a ja uczciwie, już to kiedyś wspominałem w „Łowicy”, powiem coś, co w tym paradoksalnym, kretyńskim świecie socjalistycznym funkcjonowało bardzo dobrze, że ja nigdy nie zapomnę, jak mój ojciec jako główny księgowy w Jutrzence, wielkiej firmie w Bydgoszczy, dostawał pensję 1200 złotych. Natomiast ja jako geodeta młody zarabiałem cztery, pięć, sześć tysięcy miesięcznie na akordzie. A kiedy wydałem pierwsze opowiadanie w „Młodym Techniku”, dostałem za nie cztery tysiące. Wszystko oczywiście przyniosłem i położyłem matce i ojcu na stole, bo to były ich pieniądze, a nie moje. Też był taki wtedy obyczaj, nie taki jak dzisiaj, że pieniądze należą do dzieci. Do dzieci należą pieniądze wtedy, kiedy już przestają być dziećmi. Ale dzisiaj dzieci mają inne obyczaje. Tak było w tamtej rzeczywistości.
W dodatku ta rzeczywistość socjalistyczna była zupełnie skretyniała, bo była bieda, była prawie nędza, ale ja nie słyszałem o ludziach, którzy zdychali z głodu. Nie było bezdomnych. Oczywiście to nie jest pochwała, to jest fides tego świata. Tak to jakoś jest. W każdym razie czuję się bardzo dziwnie. Mów, Marku.
[43:27] - Tak sobie przypomniałem, jak przeszukiwałem pamięć, to jeszcze z takich tytułów, które Lech Jęczmyk przetłumaczył, warto wspomnieć o książce „Kowboje oceanu” Artura C. Clarka. Taki tomik dawno wyszedł, w 1972 roku, ale absolutna rewelacja. To nie jest taka fantastyka gdzieś dziejąca się w kosmosie. Dzieje się na Ziemi, ale może zadziwić. Dalej nie wspomniałem o książce pewno dlatego, że tak mi się podobała, że zapomniałem. Ale jeśli pamiętacie państwo książkę „Mały wielki człowiek” Thomasa Bergera i później jej kontynuację „Powrót małego wielkiego człowieka”. Do tej drugiej mam mieszane uczucia, ale „Mały wielki człowiek” to jest absolutnie kultowa książka. Tak mi się po prostu przypomniały tytuły. Ale wracając jeszcze do tego wątku.
Już o tym powiedziałem.
[44:30] - Marku, ja cię słyszę, ale nie widzę. To jest ten paradoks taki świetny, że ja cię słyszę, ale nie widzę. Natomiast jak cię słyszę, to myślę, że ty jesteś kulturystą.
[44:48] - Czemu?
[44:52] - Bo wszystko jest kulkowe.
[44:54] - Aluzji nie pojął. I tak dalej. Dobra, masz rację. Jestem kulturystą. W każdym razie wracając do wątku, który zahaczyłeś, to warto sobie uświadomić, jak ważną rolę odgrywał Lech Jęczmyk w wydawnictwach, o których mówiłem, o tej drodze, o pracy w wydawnictwie traktuje między innymi książka, o której dzisiaj mówimy. Bo to tak łatwo powiedzieć: wydawał książki. O tym, jak to się robiło, jakiego trzeba było sprytu, to właśnie w książce „Światło i dźwięk” państwo przeczytacie. Ale ja o czym innym chciałbym powiedzieć. Otóż jak ważną rolę odgrywał Lech Jęczmyk, to myśmy sobie wtedy, w latach 80. czy 70.
z tego nie zdawali sprawy. Natomiast kiedy nadeszły lata 90. i zaczęło się ukazywać wszystko, co zachodnim autorom skapnęło z pióra, to myśmy wtedy sobie uświadomili dopiero, przynajmniej ja, jak tytaniczną pracę wykonywał Lech Jęczmyk. On po prostu odcedzał. Tak to już jest, proszę państwa. Autorom, choćby i najlepszym, najbardziej wybitnym, książki wychodzą lepiej lub gorzej, a czasami bardzo źle. Nawet tym wybitnym. Lech Jęczmyk wybierał w latach 70. i 80. to, co było absolutnie najlepsze.
Natomiast w 90. latach pojawiło się wszystko. Już nie tylko książki okazywały się czasami... To, o czym czytaliśmy na przykład w książce polecającej zachodnią fantastykę „Budowniczowie gwiazd” nr jeden. Wydawało nam się, że kiedy czytaliśmy streszczenia różnych powieści, jakie to wszystko wspaniałe i jakie genialne. A potem te powieści do nas przyszły i przynajmniej spora część z nich wcale nie była genialna. W streszczeniu, owszem, broniła się. W wykonaniu była taka sobie. I to jest duży pokłon dla Lecha Jęczmyka. Myśmy tak naprawdę w tej chwili dużo rozmawiali o Lechu Jęczmyku, a tak naprawdę mało o książce.
To ja proponuję. Skatuję państwa w tej chwili cytatem z tej książki, a właściwie wstępem. Żeby zrozumieć książkę „Światło i dźwięk” autorstwa Lecha Jęczmyka, warto przeczytać ten wstęp i swoim trochę takim nielektorskim głosem państwu ten wstęp przeczytam, bo on właściwie mówi wszystko. „Kiedy oglądam się wstecz, bo gdzie jeszcze można się obejrzeć na minione życie, przypomina mi się powieść Gniazdo światów Marka Huberatha. Jej bohater spędza pięć etapów życia w pięciu różnych krainach, tak odmiennych, że mogłyby być różnymi planetami. Myślę, że Huberath, który pod prawdziwym nazwiskiem jest uczonym ścisłowcem...„ Mógł się zainspirować życiem owadów lub na przykład robaków z rzędu tasiemców. Taki bruzdogłowiec szeroki żyje i w wodzie, i w ciele kilku zwierząt po kolei, przy czym kolejność ta jest ściśle określona. Czym jest „Odyseja” w porównaniu z przygodami bruzdogłowca? A na dodatek w jego przypadku określenie „bogate życie wewnętrzne” nabiera nowego znaczenia. Ja też z masą moich rodaków byłem połykany przez różne systemy, w których obowiązywały różne prawa i różne reguły przetrwania.
O ciągłości mogą mówić tylko chrześcijanie mający te same niezmienne cele i reguły w drodze przez kolejne światy, które nagradzają brak reguł. Ale ja przez większą część życia nie byłem chrześcijaninem. Zawsze fascynowała mnie ta różnorodność światów, w których przyszło mi żyć. Wydaje mi się, że byłem dość bystrym obserwatorem i ponadto pamiętam wszystko, co się wokół mnie działo od drugiego roku życia. Żyłem niewątpliwie w ciekawych czasach i postanowiłem spisać swoje obserwacje, zadziwienia i fotografie w pamięci z wewnętrznej potrzeby, a także w nadziei, że kogoś to może zainteresować. Wspomnienia moje są właśnie wspomnieniami. Nie pretendują do roli przyczynku historycznego. Nie zaopatrzyłem ich w przypisy, nie szukałem ich potwierdzeń w literaturze. W taki sposób zapamiętałem świat, przez który przeszedłem. A może to świat przeszedł się po mnie?
Mój przyjaciel Robert Piotrowski proponuje dwie miary czasu: pokolenie, czyli 25 lat i stulecie, czas obejmujący życie rodziców i bledszą lub mocniejszą pamięć dziadków. To jest fundament naszego wychowania, naszych zasad i żywe wspomnienie wydarzeń historycznych. W moim przypadku ta sztukowana pamięć, pochodząca z opowieści zasłyszanych rozmów starszych, sięga pierwszej wojny światowej i okresu międzywojennego. Oprócz kręgu czasu wspomnienia każdego człowieka ograniczają się do pewnego terenu, określonego fragmentu powierzchni Ziemi. Moje dotyczą Warszawy, choć opowieści krewnych i znajomych uwięzionych przez wojnę w innych częściach Polski uświadamiały mi, że tam obowiązywały inne, zwykle okrutniejsze prawa. Życie na innych planetach oznaczało więc nie tylko życie w innych przegrodach czasowych, ale i w innych krainach geograficznych. Wielkopolska, Śląsk, Podhale, Kaszuby i Kresy to były podczas okupacji zupełnie różne światy. Ja jestem przyszywanym warszawiakiem, bo mieszkam w stolicy dopiero od trzeciego roku życia. Tak zaczyna się ta książka i przyznacie państwo, że już się robi intrygująco. A później jest jeszcze ciekawiej.
Dlaczego ciekawiej? Bardzo popularne w tej chwili w sieci, w naszym życiu jest takie stwierdzenie, że nie ma przypadków, są znaki. Więc szukam tych znaków i okazuje się, że Lech Jęczmyk urodził się w roku 1936 w Bydgoszczy. O mój Boże, każdy się gdzieś rodzi. Ale taki sobie zbieg okoliczności. Wiktor Żwikiewicz mieszka dzisiaj gdzieś tam przy ulicy Fordońskiej w Bydgoszczy. Cały kilometr od tego miejsca, w którym mieszka Wiktor, rozpoczęło się życie Lecha Jęczmyka. To on, kiedy się urodził w 1936 roku, tam właśnie. Nie wiem, czy ta ulica się wtedy nazywała Fordońska. Pewno nie.
Ale w firmie Kabel Polski produkującej kable różnego rodzaju, ale również takie, które służyły do komunikacji podmorskiej, jego ojciec był tam jednym z dyrektorów. Tam się zaczęło życie i od tego zaczyna się książka Lecha Jęczmyka. Bo są właśnie ludzie. I to jest pierwsza zbieżność. Wiktor mieszka tak naprawdę kilometr od tego miejsca, w którym rozpoczęło się życie Lecha Jęczmyka. Taka sobie tam zbieżność, ale ja w tej książce znalazłem szereg takich, moim zdaniem, pokoleniowych zbieżności. Jedną z nich tylko przytoczę Nie wiem, czy państwo pamiętacie, czy się z tym zetknęliście. Wiktor o tym często opowiadał. Ten fakt został również przytoczony w wywiadzie-rzece, którego mi udzielił w swoim czasie i który ukazał się później w wersji książkowej. Otóż Wiktor opowiadał historię, jak to ojciec zachęcał go do czytania książek.
Jak go zachęcał? W taki sposób, że powiedział, że tych książek czytać mu absolutnie nie wolno. No nie wolno, to właśnie Wiktor wszystkie te książki przeczytał. Oczywiście w tajemnicy przed ojcem. Myślę, że ojciec nieźle się bawił, kiedy orientował się, że Wiktor jest w trakcie lektury. I co znajduję w książce Lecha Jęczmyka? Historię bardzo podobną. Otóż w latach 50. jeden z nauczycieli przerabiał z nimi klasykę literatury, „Gargantuję i Pantagruela”. Oczywiście przerabiał fragmenty takie, które były potrzebne na lekcji i powiedział im, że przerabiamy tylko fragmenty, bo reszta jest nie dla nich.
To za trudne i nie zrozumieją. Jak to skutkowało? W sposób oczywisty w przypadku nastolatków. Cała klasa przeczytała to dzieło literackie. Trącące myszką, stare, ale wszyscy to przeczytali. Zobaczcie państwo pewną mądrość pokoleniową. To się działo mniej więcej w tym samym czasie. Wiktor wspinający się na kuchenny stół i czytający książki to była druga połowa lat 50. Lech Jęczmyk swoją historię z nauczycielem przeżył w pierwszej połowie lat 50. I takich związków, paraleli, podobieństw w tej książce jest całe mnóstwo.
Okazuje się, że to był pewien rys pokolenia, że pewne zachowania były charakterystyczne dla tamtych czasów. I to, mówiąc szczerze, absolutnie rozwaliło mnie, bo okazało się, kiedy czytałem tę książkę, że to był czas, którego chyba dzisiaj nie jesteśmy w stanie do końca zrozumieć. Jak tam, Wiktorze, z tym jest? Powiedz.
[57:16] - To, o czym mówisz, to jest, nie świat, nie tyle, ale my bardzo często nie doceniamy jednej rzeczy: świadomości naszych rodziców, naszych nauczycieli, tej pokoleniowej rzeczy. To, co my robimy... Szukam słów w tej chwili tak na bieżąco. Otóż tak jak mówiliśmy o tym, że Leszek był wydawcą, który dobierał właściwie, wybierał właściwie książki, to przecież taką rolę pełni również mądrość naszych nauczycieli, naszych rodziców. My bardzo często jej nie dostrzegamy albo ona nie jest aktualnie w cenie, bo świat jest w tej chwili, przynajmniej ogłupiała końcówka XX wieku i ogłupiały początek XXI wieku to jest świat młodzieży spuszczonej ze smyczy, która uważa, że świat należy do nich po prostu. Która nie ma autorytetów. Autorytet, Boże mój, żeby mógł zaistnieć autorytet, to musi najpierw istnieć szacunek jakikolwiek dla czegokolwiek w ogóle. A tego już też nie ma, bo właściwie rządy stada, rządy stworzy, rządy motłochu, że tak powiem, ten dziki taniec na barykadach rozpasanej francuskiej rewolucji. Bo tak ten świat postrzegam. Dalej tańczymy tę całą swoją marsyliankę czy cokolwiek i tak dalej.
Oczywiście w dobrej wierze, bo przecież ci młodzi ludzie są cudowni, piękni, wspaniali, tylko są dzieci. Kiedyś zmądrzeją, kiedyś będą chcieli być autorytetami i jakąś mądrością dla swoich dzieci, ale już nie będą, bo to wyszło z mody. To, o czym, Marku, mówisz, to po prostu jest takie świadectwo jeszcze tamtych czasów, kiedy, jak wspominaliśmy kiedyś, od czasów neolitu, kiedy wartością albo autorytetami byli ci nauczyciele. Nie było książek, ale nie musieli siedzieć jak sensy czy uczyć na pamięć, żeby przekazać tym, którzy książek nigdy nie czytali. Natomiast ta mądrość opowiadaczy przekazujących wiedzę z pokolenia na pokolenie przez dziesiątki tysięcy lat po prostu, to trwało. Trwało praktycznie aż do książki „Światło i dźwięk” Lecha Jęczmyka, która jest właśnie takim przekazywaniem mądrości. Uczonym dystansu wobec rzeczywistości, wobec świata, wobec tego, co się w świecie dzieje. Uczenia tego, co wspominasz w rozmowach naszych, pewnego pokoju wobec ludzkich wad, pokoju również wobec zła. Ja nie wiem, jak sobie w tej chwili myślę, ale w tym czasie, kiedy ludzie w Europie siedzą pozamykani w domach, słuchają, tak jak wy, moi drodzy, tych głosów ze świata dzięki internetowi, dzięki telefonom, dzięki radiom, to chyba ta książka Lecha Jęczmyka jest najlepszą pigułką, którą należy wziąć po to, żeby wtedy, kiedy już będziemy zdrowi, kiedy ta plaga minie, żebyśmy byli również odrobinę zdrowsi na umyśle.
[01:02:15] - To zapewne. Odwołam się do czata. Marku pisze: „Książka «Mały wielki człowiek» Thomasa Bergera to pozycja, na podstawie której nagrano film w latach 70.". Tak, bodajże w 1970 roku. I tam, tak jak pisze Marku, główną rolę zagrał Dustin Hoffman. Oczywiście ta książka była zekranizowana. Co prawda, kiedy widzę, że jako gatunek podaje się, że to jest western , to się uśmiecham. Ale dobrze, jeżeli coś trzeba rzeczywiście zakwalifikować, to niech to będzie western. Rzeczywiście taki film się pojawił. Wróćmy do książki Lecha Jęczmyka.
Ta książka rzeczywiście przede wszystkim napisana jest dzięki temu, że Lech Jęczmyk ma znakomitą pamięć. Troszkę się wpiszę w tę historię, bo są ludzie, z którymi często rozmawiam, którzy nie pamiętają swojego dzieciństwa. Mówią, że pierwsze wspomnienia pojawiają się, kiedy mieli pięć lat na przykład albo cztery lata. Zawsze jestem zdziwiony, ponieważ moje pierwsze wspomnienia też nie potrafię dokładnie określić. Moi rodzice również nie potrafili tego określić, ale datować muszą między drugim a trzecim rokiem. Początkowo, kiedy opisałem pewną sytuację, moi rodzice w to nie wierzyli. Znaczy kiedy powiedziałem, zapytałem o pewną rzecz, ale kiedy opisałem szczegółowo tę sytuację, to byli w ciężkim szoku. Moja mama przez długi czas bała się mnie, ponieważ ja pamiętałem z dzieciństwa takie rzeczy, że czasami jako rodzic, który popełnia błędy wychowawcze na przykład, była zawstydzona. A kiedy wspominałem pierwszego klapsa, którego dostałem, bo wtedy jeszcze dzieci dostawały klapsy, więc pamiętałem tego klapsa. Pamiętałem, co mamie powiedziałem wtedy, i to skutecznie moją mamę zresztą zniechęciło do klapsów.
Mój komentarz, kiedy powiedziałem mamie: „Jak już chce mnie bić, to niech mnie bije po pupie, a nie po krzyżu". To skutecznie rozłożyło moją rodzicielkę i już więcej w życiu nigdy do rękoczynów nie dochodziło. Ale dlaczego o tym mówię? Właśnie. Są ludzie, którzy pamiętają głęboko swoje dzieciństwo i dzięki tej drobiazgowej pamięci mogłem poznać fragment przedwojennej Bydgoszczy. Kiedy ten trzylatek, bo powtarzam, Lech Jęczmyk urodził się w roku 1936, a z Bydgoszczy wyprowadził się właściwie na początku wojny. W 1939 wyjechał do Warszawy. W sumie niewiele czasu, a jednak Bydgoszczy poświęca początek książki. I to nie są wspomnienia pod tytułem: „A, mieszkałem w Bydgoszczy". Wbrew pozorom bardzo dużo pamięta.
Potrafi pewne rzeczy opisać, potrafi do pewnych rzeczy nawiązać. Czuje się w tym właśnie pamięć. Nie to, że ktoś komuś opisał świat, tylko autentyczną pamięć. Dlaczego? Dlatego, że tam się pojawiają szczegóły. Bo jak nam ktoś świat opisze, ktoś nam opowie historię, jaką przeżyliśmy, to czasami zdarza się takie zjawisko psychologiczne, że bierzemy opowieści innych za swoje wspomnienia i wtedy mówimy, że my to pamiętamy. Takie zjawisko psychologiczne zostało opisane. Natomiast jeśli w tym opisie pojawiają się szczegóły bardzo drobiazgowe, to wtedy mamy prawo sądzić, że to jednak są wspomnienia. I takie wspomnienia z przedwojennej Bydgoszczy pojawiają się. To jest absolutnie fascynujące.
Tu jeszcze Marku pisze: „Film to podsumowanie rozterek pokolenia dzieci kwiatów z lat 60". Pewnie tak. Co nie znaczy, że ten film, a przede wszystkim ta książka, to nie jest świetna literatura. Trzeba dobrego pióra, żeby coś takiego stworzyć. Co jest moim zdaniem pewnym znakiem dobrej literatury? Że my się możemy na przykład ideologicznie z czymś nie zgadzać, a i tak wiemy, że kawał pisarza jest po drugiej stronie, że te zdania, te słowa wyszły spod ręki kogoś, kto naprawdę wiedział, o co chodzi w pisaniu. I książka „Mały wielki człowiek” to jest właśnie taka książka. Tak mi się wydaje. Wiktorze?
[01:07:37] - Jak to powiedziałeś, to tak mi się uśmiechnąłem serdecznie, bo wiesz, kim był wielki poeta radziecki Majakowski? Był piewcą tego wielkiego, wspaniałego czerwonego sztandaru, ale chyba nikt na świecie nie odrzuci mu tego, nie zarzuci mu tego, że nie był rzeczywiście wspaniałym poetą. Również piekielnie mądrym poetą. Chociaż był zwiastunem komunizmu, nie?
[01:08:13] - No tak, to prawda. A tu jeszcze Marek pisze: „Western? To niemożliwe”. Właśnie możliwe. Czasami właśnie zbytnia standaryzacja obowiązująca w naszym świecie prowadzi właśnie do tego rodzaju absurdów, że film „Mały wielki człowiek” określany jest mianem westernu. Takie mamy czasy. Wróćmy do książki „Światło i dźwięk” Lecha Jęczmyka, bo później poznajemy historię. Bardzo wiele miejsca poświęca Lech Jęczmyk swojemu ojcu. I wierzcie mi państwo, to po prostu wiadomo po lekturze tej książki, że ojciec Lecha Jęczmyka to był człowiek niezwykły. Ja tego nie podejmuję się w tej chwili państwu opisać, ale jawi się nam obraz człowieka niezwykłego.
I oczywiście, jeśli nawet przecedzimy to, że pisze syn o ojcu, to jednak fakty, które się pojawiają, są po prostu niezwykłe. Zdajmy sobie sprawę, proszę państwa, że w książce Lecha Jęczmyka pojawiają się takie nazwiska z czasów wojny, jak na przykład rotmistrz Pilecki. Znamy tę postać z historii, znamy z książek historycznych. A Lech Jęczmyk dotknął tej rzeczywistości. Widział tego człowieka, rozmawiał z nim. On był na wyciągnięcie ręki nie tylko w czasie wojny, tuż po wojnie. To, co my poznajemy z programów telewizji historycznej, z książek, ten człowiek, Lech Jęczmyk przeżył. Dotykał tego, był świadkiem historii. Za chwilę pewno powiemy o jeszcze wielu innych postaciach, które my znamy z historii, a dla Lecha Jęczmyka to była jego rzeczywistość, jego codzienność. Dlatego ta książka jest taka niezwykła.
Bo ojciec Lecha Jęczmyka nie tylko rozmawiał. Był człowiekiem, który kontaktował się z rotmistrzem Pileckim. Był jego współpracownikiem. Poznajemy dzięki Lechowi Jęczmykowi czasy wojny, pewne okoliczności, które nam dzisiaj wydają się dziwne albo absurdalne. Ja odwołam się do takiej swojej obserwacji, którą Lech Jęczmyk znakomicie mi wyjaśnił. Otóż jeśli oglądacie państwo albo przyszło wam kiedyś oglądać „Naszego człowieka w Abwehrze”, czyli Hansa Klossa, albo inne filmy poświęcone czasom wojny, zwróciliście państwo uwagę, że Niemki w dosyć specyficzny sposób wiązały chustki na głowie? Wiadomo, Polki, polskie babiny jakoś tak wiązały pod brodą, a Niemki jakoś tak dziwnie wiązały na czole tę chustkę, specyficznie ją układając. Otóż Lech Jęczmyk-
[01:11:28] - Pętelkami.
[01:11:29] - Tak, ale Lech Jęczmyk pisze o ważnej rzeczy, którą my dzisiaj utraciliśmy. Ona się nam wydaje pewną egzotyką, a on pisze, że to była normalność i że ten świat taki był, że na przykład polskie kobiety wiązały chustkę po polsku. Niemki tudzież kobiety, które utrzymywały kontakty z Niemcami, żeby nie powiedzieć stosunki, wiązały chustkę właśnie na ten drugi sposób. Więcej. On opisuje, że to nie jest tak, że filmy spłaszczają rzeczywistość i na przykład, że szpicle niemieccy chodzili w płaszczach i kapeluszach takich specyficznych. Tak było. Lech Jęczmyk pisze o tym, że to nie jest uproszczenie filmowe. Naprawdę tak było. Szpicle chodzili, nosili się w pewien określony sposób. Chłopcy z podziemia, jak to pisze Lech Jęczmyk, nosili się na dziedziców, czyli pewne płaszcze, pewien sznyt, oficerki i tak dalej.
Właściwie człowiek się zastanawia, jak to było możliwe, że oni się wszyscy, na przykład Niemcy nie wyłapywali tego podziemia z tego właśnie klucza, że po prostu łapali wszystkich w oficerkach i w określonych płaszczach. I tak dalej. Te rzeczy, zwróćcie państwo uwagę, to jest tak jak Kiedyś państwu mówiłem o tym, że kiedy dzisiaj na ulicach pojawiają się autobusy ogórki jelcze, to kiedy widzę ich malowanie, to ten niebieski kolor, na który są malowane à la PKS-y, to nie jest ten niebieski, który ja pamiętam. Ten czerwony, którym malowane były autobusy miejskie, to też nie jest ten czerwony, który był za socjalizmu. Trzeba być w tamtych czasach, żeby pamiętać zapachy, kolory. Lech Jęczmyk pamięta zapachy, kolory. Zmysły pracowały w ciele tego młodego człowieka i on nam to opisuje. Rzeczy, które są absolutnie utracone. Dzisiaj tego już nie poznamy. Ja sobie od razu przypominam książkę Borunia, która się ukazała w serii z Gliss: „Do ósmej kąpiel”, tak to się chyba nazywało, gdzie przenosi się księdza, właściwie mnicha ze średniowiecza do naszych czasów.
Ale tak się go przenosi, że mu się, tak jak w „Hibernatusie” z Louis de Funèsem, odtwarza tamten czas i żeby on się nie zorientował. I w „Hibernatusie” i w książce Borunia to się w jakiś sposób udaje, przynajmniej na początku. Ale myślę, że to tak naprawdę nie ma prawa się udać. Nie miałoby się prawa udać, bo z tych doświadczeń socjalizmu z tymi autobusami czy z tych doświadczeń, które opisuje Lech Jęczmyk, okazuje się, że my bardzo mało wiemy. Znamy fakty historyczne, znamy wydarzenia. Kiedy w pamiętnikach różni ludzie piszą o tym, to wiemy troszeczkę więcej. Ale w gruncie rzeczy pewna rzeczywistość, pewna codzienność jest utracona i tylko właśnie z takich książek jak książka Lecha Jęczmyka ta rzeczywistość może na krótko do nas przypłynąć, nadejść. Możemy jej dotknąć za pośrednictwem właśnie wspomnień takich jak z książki „Światło i dźwięk”. Teraz ty, Wiktorze, mówisz.
[01:15:29] - Jak mówisz, że Leszek był świadkiem tego świata, który jakoś minął bezpowrotnie, to ja się cieszę, że też byłem świadkiem, który znowuż może coś powiedzieć o Lechu Jęczmyku, bo był jego świadkiem przez długi czas. Aż się boję dotykać tematu po prostu, bo mogę opowiadać całe mnóstwo dziwnych historii, dziwnych zdarzeń o Lechu Jęczmyku, dziwnych rzeczy. Nie wiem, czy wspominałem w audycji, bo tego tematu jeszcze żeśmy nie dotknęli, że ta książka nie jest właściwie wyznaniem człowieka czystego umysłu, dialogowego, który myśli, filozofuje i postrzega świat. Leszek Jęczmyk był nie tylko intelektualistą, ale również człowiekiem z innej półki, był to chyba w tamtych czasach największy polski karateka. Człowiek studiujący — bo to należy studiować, nie można się tego nauczyć — aikido, wschodnie walki. Kiedy trafiłem do niego pierwszy raz-
[01:17:22] - Ale tylko muszę ci przerwać na chwilkę. Dla porządku. To oczywiście prawda, ale podwiążę się pod to, bo Lech Jęczmyk był też zawodnikiem w innej nieco dziedzinie, czyli w judo. Był w kadrze, był reprezentantem, bardzo późnym reprezentantem, bo miał już sporo jak na zawodnika, na sportowca, to miał chyba około trzydziestki, kiedy występował, całkiem niezłe miejsca. I tak: zawodniczo, sportowo to był judoką, a te jego dodatkowe zainteresowania to teraz ty opowiadasz.
[01:17:59] - Jak trafiłem do niego do domu pierwszy raz, to mnie zafascynował oczywiście wiszący nad jakimś stolikiem po prostu na ścianie... W Polsce to zwykle wisiały tam — ale to była Polska naszych przodków — kiedyś szable. Natomiast u Lecha Jęczmyka wisiał wielki, wspaniały miecz samurajski. Obok tego wisiał oprawiony jakiś dyplom z Fujiamy, gdzie Leszek Jęczmyk studiował aikido właśnie i ten miecz był wręczany jemu jako mistrzowi wschodnich walk. I oczywiście jakieś anegdoty pociągnąć dalej, to kiedy tam spotykaliśmy się później już z Maćkiem Parowskim, z Markiem Oramusem i z Leszkiem w czwórkę, jeszcze żona Leszka tam trafiała czasami do tego towarzystwa, przy dobrym whisky żeśmy Doili to whisky do białego świtu, któregoś dnia Leszek nam zdjął — już tam wszystkim się nie znasz, to już wkurzyło — zdjął ten miecz ze ściany. Powiedział, że tego się nigdy prawie nie robi, ale on nam pokaże. Pod tym całym wiszącym mieczem stał taki pilnik, taki normalny kawał pniaka na podłodze. Nie wiem skąd Leszek wyciągnął wielką, grubą jak kciuk albo i grubszą od kciuka męskiego śrubę od podkładów kolejowych. Następnie zdjął ten miecz, wyciągnął ten miecz, uniósł w powietrze. Przez chwilę był nieruchomy, po czym nagle ten miecz poleciał w dół i coś trzasnęło, ale bardzo króciuteńko.
Po czym schował z pełnym szacunkiem miecz do pochwy, a nam pokazał dwie połówki stalowej śruby od podkładów rozcięte równo tak jak masełko zupełnie. Były to niesamowite wyczyny, że tak powiem. Ja jestem świadkiem, że ci samuraje musieli być nieźle wyćwiczeni, skoro potrafili we współczesnych czasach śruby od podkładów ciachać jak masło. W każdym razie potem jeszcze drugi raz, kiedyś też pod wpływem niezłej dawki whisky, Leszek zademonstrował innemu towarzystwu też tę samą czynność. Po czym ja oczywiście, kiedy wszyscy poszli, rozjechali się do swoich dołów, ja oczywiście mówię do Leszka: „Lechu, słuchaj, to daj ja też spróbuję”. A Leszek się pyta mnie: „A co chcesz spróbować?” „Jak to miecz potrafi rozciąć, jest tak wspaniały ten miecz, że potrafi rozciąć śrubę od podkładu, to można by też spróbować. Ja potrafię tym mieczem rozciąć śrubę od podkładów”. Leszek popatrzył na mnie z takim politowaniem, postukał się w głowę i powiedział: „Wiesz Wiktor, ale to nie miecz tnie tą śrubę”. I dalej stukał się w głowę. To było wszystko na ten temat.
I rzucił Leszek-
[01:22:26] - Byłeś na prostej drodze, żeby ten miecz zniszczyć po prostu.
[01:22:32] - Oczywiście, że ten miecz by zleciał po prostu, bo należało nie mieczem uderzać, ale uderzać głową po prostu. To znaczy uderzać właściwym myślą. To jest kwestia pewnego rezonansu. Można to fizycznie wytłumaczyć, w jakiś sposób się uderza takim mieczem, to się dotyka, ale nie uderza, nie tnie. Ta energia, że tak powiem, kinetyczna jakaś tak się układa, że można to rzeczywiście zrobić, tylko trzeba wiedzieć jak. Czyli trzeba myśleć głową, a nie rękami, które trzymają miecz. To jest taka inna anegdotka, ale ja jeszcze wspomnę, jak mówiłeś, że był wielkim dziwadłem. Nigdy tego nie nadużywał, nigdy zresztą w ogóle tego nie wykorzystywał, praktycznie biorąc tej swojej nieprawdopodobnej zręczności i siły potwornej, której ja jestem świadkiem. To znaczy prosiłem go, żeby mi zademonstrował jakieś zasadziałki, to mi dawał lekcję, że się rozpłaszczałem na ścianie i tak dalej. Były różne anegdotki, bardzo zabawne dla mnie, bo to była kwestia moich doświadczeń wtedy i poznawania tych...
To nie takie bajki, jak ja dzisiaj patrzę na filmy, oczywiście takie westernowe, jak Bruce Lee i wszystkie takie rzeczy, to się można uśmiesznąć, bo to oczywiście takie westernowe jest, ale nie do końca. To wszystko jest nie do końca takie, bo to trzeba tak jak Marku powiedziałeś, trzeba tamtej rzeczywistości dotknąć, żeby ją naprawdę zrozumieć i docenić pewne rzeczy, które są w naszym świecie niemożliwe, ale w tamtym świecie rzeczywiście są możliwe. Ja wspomnę jeszcze jedną anegdotkę już tak na zakończenie tych jego heroesowych, Leszka Łęczykowskiego, wyczynów. Już może nie pod wpływem whisky, ale było kiedyś zdarzenie, kiedy cała wataha ludzi z Warszawy, sadowczyki, redakcja cała udawała się na jakiś konwent science fiction. To był czas stanu wojennego, przynajmniej w okolicach stanu wojennego, że tak powiem. Na dworcu w Krakowie czekaliśmy na pociąg do Rzeszowa. Stało tam kilkudziesięciu ludzi i czekało na pociąg. Była mroźna zima, było zimno, oblodzone wszystko I piekielnie zimno było. Stoimy tam, są dwa tory przedzielone barierką z siatką, dwa tory dwukierunkowe, w jedną stronę pociąg, w drugą stronę pociąg i tak dalej. My czekamy na swój.
Pociągów jest niewiele, niewiele tam przejedzie, ale nas dowiozą. Czekamy na swój pociąg. Naprzeciwko oglądamy, jesteśmy świadkami takiego obrazka dosyć dziwnego. Gdzieś na ławeczce zmarznięty, bo to zimno, leży, bo już się pojawiali bezdomni wtedy w stanie wojennym, bo to pachniało przyszłością naszą przecież. W stanie wojennym leżał taki sobie pijaczek jakiś na ławeczce dworcowej. Obok, a raczej pod ławeczką stało kilka butelek oraz puszek po piwie, może jakieś pół litra napoczęte, a on sobie taki skulony drzemał na tej całej ławeczce. Zobaczyliśmy, jak powolutku w stronę tego całego pijaczka zmierza patrol zomowców. Sześć takich zomowców z pałami, z tymi tarczami ładnymi, w takich sutannicach rzymskich, w takich hełmach bardzo wspaniale, jak reptilianie wyglądający. Sześciu zomowcy podeszli spokojnie do tego całego pijaczka i sześciu próbuje się do niego wydrzeć lub odezwać, a on sobie śpi spokojnie. W tym momencie usłyszeliśmy gwizd i zobaczyliśmy światła pociągu, bo to było bardzo wcześnie rano.
Światła pociągu, który właśnie wjeżdża na dworzec. Wjeżdża, para bucha z tego, bo to były jeszcze parowe lokomotywy. Wpada ten cały pociąg, reflektory świecą, para bucha i tam widzimy taki obrazek. Ale to były ułamki sekund, jak zomowcy kopią tego, przynajmniej jeden z nich kopie tego pijaczka, spręża go za żebrak i kiedy ten leży, jeszcze dokopuje go z nogi, przez rzemięń. Takiego soczystego kopa mu wkłada. I w tym momencie spada pociąg. Pociąg nam zasłania ten cały widok. My wszyscy lecimy do drzwi, bo trzeba miejsca zająć. Trzeba zaleźć, bo pociąg jest dosyć załadowany i tak dalej. Natomiast ja w takim ułamku sekundy zobaczyłem, że coś mignęło jeszcze przed lokomotywą, zanim ona przeleciała przed nami.
Coś mignęło mi tak przed tego, przeleciało przed tą lokomotywą. Ale nieważne. Nie zarejestrowałem co. Biegniemy do wagonu szukać miejsca. Oczywiście my, intelektualiści, zostaliśmy daleko w tyle. Tłuszcza się wlała do wagonu i zajęła wszystkie miejsca. My się parowki o ramy, pamiętam, z zielonymi gębami gapimy na ten wagon. Korytarz cały zatkany, wszystko, gdzie się tam trzeba wepchnąć? I w tym momencie opuszcza się szyba w wagonie i pojawia się w niej taki jeden człowiek. Opuszcza tę szybę i macha do nas ręką: „Chodźcie, mam przedział wolny!” My się przepychamy do tego przedziału, ale widzimy jakąś dziwną konsternację w tym całym pociągu.
Otóż wszyscy ludzie nie na tą naszą stronę peronu się gapią, ale na tą drugą stronę, tam, gdzie leżał ten cały pijaczek na tej całej ławce. Otóż my, przepychając się po korytarzu, też patrzymy. Bo to było ciekawe, co tam się stało, co ten zomowiec temu tego. I widzimy, że na tej ławeczce siedzi sobie ten pijaczek. Takim chwiejnym przysiadem siedzi, kołysze się. Z ewidentnym zdziwieniem rozgląda się naokoło, a przed nim na ziemi leży tych sześciu zomowców. Leży takich nieprzytomnych zupełnie. Szeroko rozpostarte ramiona, pały tam gdzieś leżą, tarcza porzucona i tak dalej. Oni leżą nieprzytomni, a ten pijaczek nad nimi pochylony prawdopodobnie zastanawia się: „Kurwa, jak ja im zaleciłem? Jak ja to zrobiłem, kurde molana?” I zobaczcie, jak to się stało.
Otóż ten człowiek, o którego książce dzisiaj rozmawiamy, zdążył przeskoczyć przed lokomotywą, zrobić tam porządek, następnie z drugiej strony wskoczyć przez otwarte okno do pociągu i zająć nam przedział. A myśmy w tym czasie dopiero się pchali. Czy on był sprawny umysłowo? Może i tak, ale był również sprawny fizycznie. A być może powinno to iść w parze.
[01:30:59] - Nawet na pewno szło. A ja trochę zerknę jeszcze na czat. Marku pisze: „Moja mama wiązała chustkę na czole, a pochodziła z kresów dzisiejszej Białorusi”. To ważny wpis. Zaraz dokończę zresztą go, bo pokazuje znowu te rzeczy ulotne, takie właśnie, o jakich pisze Lech Jęczmyk. I kończę wpis: „Chyba że to wiązanie pochodziło z jej okresu przymusowej pracy na wsi dla okupanta, bauera Niemca. Dzisiaj to województwo lubuskie, gdzie była ta wieś. W sumie- Trzy przez niecałe w sumie pięć lat pracy dla Niemców. Tam zresztą poznała mojego ojca, też na wywózce u bauera. I w sumie zawdzięczam swoje istnienie przymusowej pracy młodych Polaków na wywózkach i pracy dla bauerów Trzeciej Rzeszy.
No właśnie, przypuszczam, że blisko prawdy jest, Marku. Dalej jeszcze. A tu ciekawy wpis, Wiktorze, à propos tego katowania śruby. Pisze Marku: „Tu chodziło, że skuteczność tego uderzenia to 20% wprawy i 80% siły woli, wewnętrznej siły człowieka połączonego z kosmosem”. Jakbyśmy tego nie ujęli, to gdzieś blisko chyba tego jesteśmy, prawda?
[01:32:30] - Mhm.
[01:32:32] - A ja wrócę do książki, bo ta książka to nie jest, żeby państwa nie przestraszyć, takie cięgiem pisane wspomnienie. Nie, tylko krótkie rozdziały. I pojawiają się takie czasami przepiękne opowiastki zasłyszane w tamtych czasach. Otóż nam się często kojarzy Oświęcim z czymś strasznym i słusznie zresztą. Znamy to z prozy Borowskiego, z kilku innych jeszcze przekazów literackich i nie tylko, i historycznych. Ale Janczuk przytacza taką oto historię. Moim zdaniem w tym całym koszmarze wojny w jakiś sposób, nie wiem, nie mam innego słowa, optymistyczną. Otóż jaka to historia? Obóz w Auschwitz miał szereg podobozów. W jednym z takich podobozów komendantem był facet, który trafił, jeżeli dobrze pamiętam tę historię, z Frontu Wschodniego.
Był ranny i nie było dla niego innej fuchy, to trafił do obozu. Facet był człowiekiem, który kochał wojsko, kochał defilady. No i postanowił, że z tych swoich więźniów, nie bardzo go interesowało tam wykonywanie norm różnego rodzaju, postanowił zrobić z nich wojsko. No ale jak oni defilowali w tych pasiakach, to mu tak nie pasowało. W związku z tym w pewnym momencie ich ubrał w jakieś bodajże fraki, tylko później kazał obciąć te poły tych fraków. No i oni maszerowali. Generalnie on raz dziennie przynajmniej odbierał defilady tych więźniów. To na razie nie jest zabawne. Wykorzystywał swoją pozycję. Ten szef tego podobozu miał swojego ukochanego psa.
Ten pies, ponieważ on traktował tych więźniów jak żołnierzy defiladowych, no to ten pies się w międzyczasie zaprzyjaźnił z tymi żołnierzami. I kiedyś komendant wyjechał, a w międzyczasie do tego podobozu wpadła jakaś grupa. Nie wiem, to SS pewno było. Nie pamiętam już nawet po co. Ale co zrobił pies? Jednego z tych esesmanów, jakby to powiedzieć delikatnie, użarł po prostu w dupę. Bo o ile więźniów traktował ten pies jak swoich, no to esesmani to był ewidentnie element obcy. Esesmani odjechali, ale chwilę potem przyjechali, żeby wykonać wyrok śmierci na tym psie. Co zrobili więźniowie? Więźniowie schowali tego psa pod swoimi pryczami, zasłonili własnymi ciałami.
Esesmani nie potrafili znaleźć tego psa. I odjechali sobie. Przyjechał komendant. Pierwsze co zrobił, to opierdzielił z góry na dół tych wszystkich więźniów, a potem rozkazał im umyć kotły za karę. Tylko że w tych kotłach były ziemniaki z mięsem. To było podziękowanie komendanta za uratowanie tego jego ukochanego psa. Ja wiem, że pewno ten komendant to nie była złocista, świetlista postać i wiem, że to nie były czasy, które napawały optymizmem. Ale ta historia przytoczona przez Lecha Jęczmyka jednak pokazuje, że nawet w takich ponurych i strasznych czasach było miejsce na to, żeby być człowiekiem. To jedna z wielu takich historii, które Lech Jęczmyk pokazuje. Bo rzeczą charakterystyczną jest to, powiemy to za chwilę, zresztą już zaczynałem wspominać, Lech Jęczmyk opisuje bardzo często osoby, z którymi się nie zgadza, ale ich nigdy nie odczłowiecza.
Zawsze pisze o ludziach, nawet tych, których nie lubi, z którymi ewidentnie się nie zgadza i to na gruncie politycznym. Nigdy nie pisze o nich jak o rzeczach. Zawsze to są ludzie. Zawsze to są postacie, które poza swoimi różnymi złymi cechami mają też cechy ludzkie, dobre, prawdziwe. To jest kolejna z zalet tej książki. Myślę, że chociażby dlatego warto ją przeczytać.
[01:37:30] - Widzisz, ja może ci wpadnę w słowo, bo miałem co do tego też doświadczenie z Lechem Jęczmykiem takie dziwne. Otóż zdarzyła mi się taka przypadłość, że moim takim wrogiem numer jeden pojawił się- Stał się nie wrogiem, bo ja też nie traktowałem specjalnie ludzi wrogimi, ale tak na pieńku mi trafił kiedyś Adam Holanek jako naczelny Fantastyki, który beze mnie by przecież tym naczelnym nigdy nie został kiedyś, dawno temu, ale to nieważne. Kiedy nie puścił mi tam mojego opowiadania „Suweren z Monte Salic”, próbując mi zasugerować, żebym ewidentnego generała Jaruzelskiego zamienił na coś innego, albo inne takie rzeczy. Nie puścił mi następnie fragmentu z „Elizjum w Taryze”. Strasznie puścił z tego samego powodu, że z kopalnią Wujek mu się słusznie kojarzyło. W każdym razie wzruszyłem ramionami i powiedziałem, że w takim razie nigdy niczego się w Fantastyce nie opublikuje, skoro z nim też nie mam zamiaru niczego. W każdym razie na pieńku miałem. Pomieszkując u Lecha bardzo często, kiedy byłem w Warszawie, kiedyś tam przy jakiejś znowuż whisky, tak jak śruba na podkowadzie, tak samo na ten podkowadź trafił Adam Holanek. Ja spróbowałem walnąć tym moim samurajskim mieczem w tego Holanka i mówię: „Ty skurwysyn”, do Lecha to i tamto nie. Ale sobie na mnie tak patrzy.
Mówi: „Wiesz, to dobry człowiek”. Ja mówię: „Tak dobry? A dlaczego taki dobry?”. Mówi: „To jest dobry człowiek, wiesz Wiktor, tylko on się boi. Całe jego życie to jest strach. On przeżył Wołyń, przeżył rosyjskie straszne rzeczy w Rosji, przeżył potem wiele innych rzeczy. On to jest dobry człowiek, który się tylko boi. Jakikolwiek świat nie przyjdzie, cokolwiek się nie stanie, może świat wypięknieje i zamieni się w raj, ale on zawsze będzie się bał. To jest jego taka cecha. Tak się wychował, ale to dobry człowiek”.
Widocznie już wtedy tak myślał. Dowody tego, o czym Marek mówił, są również w książce.
[01:40:41] - Tak, to prawda. Ja myślę, Wiktorze, przerwijmy na chwilę nasze omawianie książki i oddajmy głos Tomkowi Wonsovi i jego felietonowi bardzo na czasie, bo o czasie zarazy. Marku, prosimy.
[01:41:03] - Felieton w czasach zarazy. W lipcu ubiegłego roku jedną z większych informacji poruszających świat naukowy było to, że Stany Zjednoczone zamierzają ponownie stanąć na Księżycu. Jedną z interpretacji, dlaczego to robią, była sugestia, że wchodzą właśnie w konflikt z Chinami. Obecnie, kiedy nagrywam dla państwa te słowa, rzeczywistość codzienna i gospodarka całego właściwie świata cywilizowanego została wywrócona do góry nogami poprzez niewidzialne gołym okiem niebezpieczeństwo, które wedle niektórych podejść nie jest nawet istotą żywą i w dodatku w dużej mierze jest ono potencjalne. Nie chcę oczywiście bagatelizować problemu, ponieważ wszyscy zaraz jak mantrę będą powtarzać o sprawie włoskiej. Czyli rzeczywiście sprawa jest poważna. Powiem państwu szczerze, że mnie póki co dane liczbowe, proszę mi wybaczyć, nie przerażają, nadal liczba osób zarażonych na całym świecie gdzieś opiewa w granicach bodaj 400 000. Natomiast najwyższe lokalne ilości ofiar to Włochy, gdzie było ich, zdaje się, na chwilę obecną przeszło 6000. Czego mi na przykład w tej sytuacji brakuje, to zestawienia tych statystyk ze statystykami na przykład nieszczęsnej zwykłej grypy, bo zdaje się, że również w przypadku grypy ilość ofiar śmiertelnych bywa niepokojąca, choć tym razem chyba chodzi o to, że on się tak strasznie szybko przenosi i w związku z tym zagrożenie jest większe i faktycznie dochodzi do realnego zaklinowania systemu opieki zdrowotnej. I dlatego właśnie między innymi od dzisiaj dokładnie, jak się dowiedziałem, najlepiej, żebym w ogóle domu nie opuszcza.
Reakcje ludzi oczywiście są różne. Jedni wpadają w panikę, wróżą rychłą apokalipsę, inni znowu doszukują się tu jakichś teorii spiskowych, począwszy od powstania wirusa, poprzez to, że to niemożliwe, żeby na tak niejasne zagrożenie, zagrożenie tak jednak statystycznie niezagrażające całej ludzkości, dochodziło do tak radykalnych decyzji na całym świecie paraliżujących gospodarkę, że tutaj musi być jakieś drugie dno. Są i takie komentarze, gdzieś tam się pojawiają. Ja sam, jak państwo jeszcze być może słyszycie, mam jeszcze lekką chrypę, strasznie przeciągającą się infekcję gardła przeszedłem. Więc również pojawia się we mnie niepokój. A może to już było to? Może śmierć była o włos? Prawdopodobnie nie, bo ani problemów z oddychaniem nie miałem, ani Gorączki przekraczającej 37 stopni Celsjusza również nie odnotowałem, więc raczej była to infekcja gardła. Siłą rzeczy nawet osoby postronne już reagowały dużym niepokojem widząc, że nie jestem całkowicie zdrowy w tym czasie. Swoją drogą mam takie podejrzenie, że to się wszystko przeciągnęło, bo zanadto zaufałem medycynie i brałem przepisany antybiotyk, który chyba tylko niepotrzebnie przedłużył moje problemy zdrowotne w tej sytuacji.
Niemniej póki co, mam nadzieję, odpukać w niemalowane, pomału wracam do zdrowia. Miejmy taką nadzieję. Co natomiast będzie ze światem? Interpretacje są oczywiście różne. Na pewno czeka nas kryzys dużo większy niż to już wstępnie było zapowiadane parę miesięcy temu. Prawdopodobnie, jak na przykład Rafał Ziemkiewicz powtarza co jakiś czas: „Zanim gruby schudnie, chudy umrze”. Czyli większość małych podmiotów może zbankrutować, zakończyć działalność gospodarczą. Po powrocie do normalności czeka nas świat z dużo większym udziałem firm, dużych korporacji, istotnych grup kapitałowych. To jest też jedno ze źródeł teorii spiskowych, że być może jest to jakoś przesadnie nakręcane, bo trudno pozbyć się poczucia, że histeria jest nieproporcjonalna do sytuacji. Takie mam wrażenie.
Przykro mi. Nie znam się. Mogę się oczywiście mylić. Zwłaszcza kiedy co chwilę to jest temat numer jeden, że jedna osoba zmarła i to już znowu pilne. Ważne. Świat jest ostatnio strasznie nerwowy. Gdzieś sezonowo płoną lasy. Nagle to jest problem, który musi przeżywać cała ludzkość. Nadpobudliwa nastolatka staje się centrum uwagi światowej, wróżbą apokalipsy, końca wszystkiego. Wiecie państwo co?
Myśmy chyba ogólnoświatowo dawno dużego problemu nie mieli. Takie mam wrażenie. Nam się nudzi. Siedzimy w domach, pławimy się w dobrobycie, wiążemy koniec z końcem lepiej lub gorzej, a nawet jak nie, to jednak ten socjal sprawia, że ludzie z głodu nie umierają. Przynajmniej w tym świecie zachodnim. Oczywiście konflikty zbrojne zachodzą, ale jakoś tak na tyle daleko od nas, że ich nie odczuwamy. I mam takie poczucie, że już od jakiegoś czasu bardzo mocno potrzebowaliśmy czegoś, co wstrząśnie naszą cywilizacją. I kiedy pojawia się jakaś przesłanka, że może to już jest to, to w tym momencie przeżywamy to tak strasznie, że oczywiście nie chcemy, ale jednak coś z tą naszą społeczną, ogólnoświatową emocjonalnością dzieje się takiego, czego chyba od dawna nam brakowało. Co niektórzy przypisują nawet jakieś duchowe znaczenie dla tego wirusa, że teraz się jakoś zjednoczymy dzięki temu bardziej. Zwłaszcza poprzez izolację.
Wróżą, że teraz nasza rzeczywistość odmieni się całkowicie, że to już nie będzie ten sam świat. Na pewno po raz kolejny przekonujemy się, że cała nasza wiedza, nauka, poczucie bezpieczeństwa jest strasznie chwiejne. Że medycyna nie chroni nas przed podstawowymi, wydawałoby się zagrożeniami. Zawsze czynnik chaosu może wszystko wywrócić do góry nogami. I ta nasza ekonomia, te wszystkie złożone mechanizmy przepływu kapitału, współpracy międzynarodowej bardzo szybko mogą również się zatrzymać, wywrócić do góry nogami, okazać się niestabilne poprzez właśnie taki czynnik losowy. Nie wiem. Naprawdę trudno mi w tym momencie zdobyć się na jakieś głębsze przemyślenia, wnioski czy wywody. Natomiast jedno wydaje mi się póki co dosyć jasne, że prawdopodobnie ani na Marsa, ani nawet powrotnie na Księżyc chyba za szybko nie polecimy.
[01:46:59] - To był Tomasz Fąs z felietonem zatytułowanym „Zaraza”. Zanim oddam głos z powrotem do Bydgoszczy, tradycyjnie przypomnę kontakty do Radia Paranormalium. Mamy 27 marca roku pańskiego 2020. Przed chwilą sobie zerknąłem na informacje najnowsze na temat pandemii koronawirusa i niestety wbrew temu, Marku, co mówiłeś przed audycją poza anteną, przypadków nowych jest dzisiaj tylko o dwa mniej niż wczoraj. 168. A wracając do kontaktów, to oczywiście numery telefonów do Radia Paranormalium to 32 746 00 08, 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493, 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02, 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube.
Można także spotkać nas na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium, Czytelników Nieznanego Świata oraz Rubieżach Rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A skoro tak, wróciliśmy do tematyki koronawirusowej, to ja wam powiem, że mam oczywiście nadzieję, że Wiktor Żwikiewicz nigdzie niepotrzebnie się z mieszkania nie rusza w tym trudnym czasie i zakupy ewentualne robi ktoś inny. Natomiast chciałem tak do zakupów trochę nawiązać. Byłem ostatnio w sklepie jednej z dużych sieci i okazało się, że byłem jedynym wówczas klientem, który grzecznie przyszedł z maseczką na twarzy i grzecznie założył rękawiczki jednorazowe. I na mój widok, powiem wam, inni klienci radośnie, brudnymi rękami macający pieczywo i inne rzeczy, uciekali. Założenie maski i wejście do sklepu jakby tak magicznie w dzisiejszych czasach poszerza osobistą strefę prywatną komfortu.
[01:49:35] - No tak, to jest w jakiś sposób to prawda. Ja powiem jeszcze-
[01:49:40] - Chyba właśnie podałem przypadkiem super poradę dla introwertyków, jak zachować swoją prywatność podczas zakupów.
[01:49:49] - To prawda. Też coś takiego zaobserwowałem. Zaobserwowałem ludzi, którzy krzyczą na siebie, że pan nie stoi półtora metra ode mnie, proszę się odsunąć. Obserwowałem sytuację, w której omal nie doszło do bijatyki na tym tle. Ja tylko nieśmiało chciałbym zauważyć, że gdyby doszło do bijatyki, to ta odległość znacznie by się skróciła i półtora metra to można by pomarzyć, bo jak ktoś komuś daje po gębie, to jest w odległości zerowej od niego. Ale panowie byli gotowi.
[01:50:33] - W jednym sklepie w mojej najbliższej okolicy nawet bijatyki nie trzeba, żeby ludzie nie zachowali odległości. Chyba osiedlowe wozi-tupy korzystające z wypasionych limuzyn i różnych innych luksusowych aut najwyraźniej wyznają nawet w czasach pandemii koronawirusa taką zasadę: „Chodźcie się wszyscy przytulić, kochać wszystkich, nikogo nie oszczędzać”.
[01:51:02] - No tak. Jakby to skomentować mądrze? Mądrze nie potrafię. W związku z tym przejdźmy do tematu audycji.
[01:51:14] - W kwestii komentarza, przepraszam, że ci przerwę. Widziałem tuż przed audycją super komentarz w postaci mema. Jeżeli nie potrafisz sobie wyobrazić odległości, nie potrafisz obliczyć sobie odległości dwóch metrów czy półtora metra, to wyobraź sobie, że pomiędzy tobą a stojącym koło ciebie człowiekiem leży bliska ci osoba.
[01:51:42] - Ja z kolei widziałem mem mniej więcej taki, że lepiej być dwa metry od drugiego człowieka niż dwa metry pod ziemią, co dedykuję ewentualnym wszystkim uśmiechającym się i mówiącym, że w ogóle wszystko nie ma znaczenia żadnego, trzeba nabierać odporności i tak dalej. Ja tylko powiem jedno: ja tak naprawdę nie wiem, w jakiej rzeczywistości się znajdujemy i nie wiem, jak ją skomentować. I nawet się nie będę o to silił, czy ten wirus jest prawdziwy, czy sztuczny, czy taki, śmaki. Zajrzyjcie państwo sobie do internetu. Różnych teorii, różnych interpretacji jest tyle, że ja nie mam ochoty się w to bawić. Nie wiem na ten temat nic. Nie mam pojęcia, tak głęboko nie sięgam w sfery biologii czy wirusologii. W związku z tym oczywiście mógłbym się pomądrzyć troszeczkę tutaj na temat, o którym nie mam pojęcia, bo to jest taka nasza tradycja, żeby mądrzyć się na tematy, o których pojęcia nie mamy. Nie będę tego robił, ale zwracam tylko uwagę, że chaos informacyjny jest taki, jak należy. Mało wiemy, ale dużo gadamy.
Wracając do książki Lecha Jęczmyka „Światło i dźwięk”. Skończyliśmy mniej więcej w tym momencie, kiedy wspomniał Wiktor, czy wspomniałem ja o tym, że Lech opisuje rzeczywistość wojny, okupacji. I tam jest właśnie szereg takich momentów opisanych przez Lecha Jęczmyka, które raz są zabawne, raz są groźne, ale to są wszystko obrazki, takie slajdy z tamtych czasów, szalenie drobiazgowo opisane, podbudowane pewną psychologią, podbudowane fotograficzną pamięcią autora. Wierzcie mi państwo, ta książka jest lepsza od wielu filmów. Naprawdę. Opisuje szczegóły życia okupacyjnego, szczegóły związane z chodzeniem do kina albo właśnie z niechodzeniem do kina, z taką codziennością okupacji, z tym, jak się ludzie zachowywali, jak się wpisywali w pewną rzeczywistość, jak sobie radzili. Jak okupacja, która nam się wydaje jednym wielkim pasmem nieszczęść, stawała się rzeczywistością, w której się żyło. Stawała się codziennością. Bo człowiek ma, czy chcemy w to wierzyć, czy nie, jednak pewną ograniczoną zdolność do bania się i w pewnym momencie przestaje się już bać, zaczyna żyć. I Lech Jęczmyk o tym właśnie pisze, że w pewnym momencie okupacja oczywiście była i ona miała swoje przeraźliwe jakieś tam takie obrazy, ale jednocześnie ludzie żyli w tej Warszawie zupełnie.
Nie wiem, czy zupełnie. Starali się żyć normalnie. Robili interesy, robili przekręty, robili również walkę zbrojną, jakąś konspirację, jakieś wykupywanie ludzi z Pawiaka i tak dalej. To wszystko Lech Jęczmyk opisuje tak, jak to zostało zapisane w jego pamięci. Opisuje też ciekawą rzecz, bo on obserwował na przykład powstanie, ponieważ na skutek właśnie tych dziejów wojennych, dziejów okupacyjnych Rodzina: mama, tata oraz on oraz brat zmuszeni byli do przeniesienia się na drugi brzeg Wisły, czyli na wschodnią stronę Warszawy. Miał okazję obserwować Powstanie Warszawskie z dachu kamienicy, w której mieszkał. Zza Wisły. To są niesamowite opisy. To miejsce, które my znamy z opisów walki, z filmów, z książek, on opisywał oczami dziecka, które siedziało na dachu i patrzyło, jak krążą tam samoloty niemieckie, jak spowija Warszawę ogień, dym. To wszystko było nie do końca uchwytne, nie do końca zrozumiałe.
Później napisane, nadbudowane przez dorosłego człowieka, ale jednocześnie niezwykle ciekawie przytoczone obrazy z oczu dziecka. A potem? A potem opisuje pojawienie się Rosjan, bo na praskiej stronie Rosjanie pojawili się oczywiście wcześniej. Opisuje rzeczy śmieszne i rzeczy straszne. Opisuje polskie UB, opisuje, jak się świat pojawił. Opisuje Rosjan, którzy byli zwykłymi bandytami, ale opisuje też Rosjan, którzy byli normalni, którzy byli ludźmi wmieszanymi w wojnę, rzecz straszną, rzecz, której się tak samo jak wszyscy inni bali. Opisuje historię księdza, który przyjął Rosjan. Bał się Rosjan, ale przyjął ich wódką czy spirytusem, a oni zapamiętali tę wizytę u tego księdza na plebanii, kiedy pili ten spirytus czy wódkę i kiedy wracali spod Berlina, przywieźli mu na ciężarówce dzwon z jednego z kościołów niemieckich, pewno protestanckich. Przywieźli mu dzwon, bo zapamiętali, że był to człowiek, który ich przyjął. Być może się bał, ale przyjął ich serdecznie, normalnie, jak ludzi.
To jedna strona, ale z drugiej opisuje też Lech Jęczmyk historie, które wtedy słyszał o tym, jakie wojsko pojawiło się na terenie Warmii i Mazur. To było zupełnie inne wojsko radzieckie niż to, które podeszło pod Warszawę. Tam się działy rzeczy zupełnie inne, ale opisuje taką sytuację, kiedy jakiś żołnierz rosyjski, radziecki wdarł się i zabrał, już nie pamiętam, czy to był chleb, czy wódka. Miesza mi się to. Jak to wszystko wtedy było na granicy, na krawędzi. Kobiety poszły na skargę do dowódcy i dowódca tego żołnierza zastrzelił. Nie wiem, za bochenek chleba czy za butelkę wódki. I opisuje Lech Jęczmyk te kobiety, które o ile wcześniej pomstowały, krzyczały, wcale już nie były takie pewne, czy dobrze zrobiły, że naskarżyły, bo w końcu Rosjanin, dowódca bez wahania zastrzelił tego żołnierza. Takich historii brutalnych, a czasami zabawnych jest w tej książce cała masa. Lech Jęczmyk opisuje przejście z czasów okupacji, wojny do czasów, jak on to nazywa, demokracji, bo na początku, zanim się pojawił komunizm, była demokracja.
Przynajmniej tak to nazywano. Opisuje Bieruta chodzącego w procesji. Później opisuje tę zmianę. Później opisuje stalinizm, opisuje swoją szkołę. I tu się zaczynają rzeczy naprawdę ciekawe, bo nagle pojawia się nazwisko Jacka Kuronia, pojawia się nazwisko Drawicza. Jeśli państwo kojarzycie, Drawicz w swoim czasie szef radiokomitetu, bo wtedy jeszcze radiokomitet istniał, ale już tego radiokomitetu po '89 roku. Co pisze Lech Jęczmyk o Drawiczu? Rzecz oczywistą, że był donosicielem UB, a później SB. O Jacku Kuroniu. Właśnie.
To jest znowu kolejny moment, kiedy okazuje się, że Lech Jęczmyk potrafi dostrzec w naszej rzeczywistości niuanse. Oczywiście my pamiętamy Jacka Kuronia jako człowieka opozycji, a później człowieka, który rozlewał zupę na ulicach i karmił bezdomnych. Ale Lech Jęczmyk opisuje, i to nie z historii zasłyszanych, tylko niejako z pierwszej ręki, Jacka Kuronia tworzącego czerwone harcerstwo. I znowu się pojawia ta charakterystyczna sytuacja, kiedy opisuje rzeczy paskudne, które robił Jacek Kuroń, a zaraz po tym opisuje sytuację, kiedy to jeden z rodziców pewnego ucznia, który był szykanowany przez Jacka Kuronia, zgłasza się do tegoż Jacka Kuronia. Zgłasza się bodajże z lagą jakąś i okłada. Przychodzi do biura, w którym tenże Jacek Kuroń, młody marksista, młody czerwony harcerz urzęduje i zaczyna okładać go, zdaje się, że lagą. I co robi Jacek Kuroń? Ucieka przez okno. Jak przeskakuje przez parapet, gubi pistolet, bo Jacek Kuroń wtedy nosił pistolet. A co jest w tej sytuacji, w tej scenie pozytywnego, fajnego?
Nie wiem, jak to określić. Otóż zapamiętał to Lech Jęczmyk, że jaki Jacek Kuroń wtedy był, taki był, ale nie doniósł na tego rodzica, że go okładał lagą, bo to by się mogło skończyć paskudnie. To były czasy stalinizmu. Nie doniósł na niego. Przyjął to po prostu jako sytuację, że każdy od czasu do czasu musi lagą przez plecy dostać. Dalej Jacek Kuroń opisuje rok 1956, Gomułkę, te czasy, kiedy był na placu defilad, gdzie Gomułka przemawiał, gdzie wygaszał pewne rzeczy, że już koniec tej rewolucji 1956 roku. Poznajemy historię PRL-u, którą bardzo często czytamy w jakichś historycznych opracowaniach. Poznajemy z pierwszej ręki, od człowieka, który w tym uczestniczył. Poznajemy historię Adama Michnika, tego wczesnego Adama Michnika. Nie tego, który tworzył „Wyborczą”, tylko tego, który gdzieś tam kiedyś, w 50.
czy 60. latach działał, coś robił, coś próbował, który był może bardziej partyjny niż ci partyjni. Opisuje Lech Jęczmyk czasy Gomułki. Też niejednoznacznie, bo to były przecież czasy jego młodości, więc nie mogły być jednolicie straszliwe. Opisuje historię tego, jak się dostał na studia, bo Lech Jęczmyk, chociaż znany jest z przekładów z angielskiego, ze świetnej znajomości, jest świetnym tłumaczem języka angielskiego, to jednak jakie studia kończył Lech Jęczmyk? Był jednostką generalnie podejrzaną, antysocjalistyczną. Chociaż zdał maturę, skończył liceum ze znakomitymi notami. Kiedy matka, która wiedziała, co się święci, jakiś czas w więzieniu, znowu za politykę. I znowu poznajemy, jaka była rola ojca, jak potrafił pewne rzeczy przewidzieć, złagodzić, jak potrafił się dostosować i potrafił obronić swoje dzieci przed tym, co się działo wtedy. Natomiast czego się dowiedziała matka?
Że Lech Jęczmyk na studia się nie dostanie pomimo świetnych not, bo jest elementem podejrzanym. Trochę beznadziejnie się zrobiło i wtedy tenże człowiek z uniwersytetu powiedział: „Chyba że startowałby na filologię rosyjską”. Tak, rosyjską. No i startował. Dostał się na te studia. Dlaczego? On opisuje pewien kontekst, dlaczego wtedy było łatwo dostać się na filologię rosyjską. Nie dlatego, że Związek Radziecki chciał nas zniewolić. To było znacznie głębsze. Odsyłam państwa do książki, bo zdaje się, że wszystko zmierzało ku temu, żebyśmy gdzieś tak pod koniec lat 50.
stali się kolejną republiką Związku Radzieckiego. Lech Jęczmyk to świetnie opisuje, bardziej szczegółowo, bardziej osadza to w kontekście, pokazuje, jak to się działo. Ale tak Lech Jęczmyk trafił na filologię rosyjską. Opisuje, jacy ludzie wtedy tam byli na tym kierunku. Otóż część to były kobiety, które miały pochodzenie żydowskie, wychowały się w Związku Radzieckim i wydawało im się, że filologia rosyjska to będzie bułka z masłem. Po prostu. A tu weszły takie przedmioty jak starocerkiewnosłowiański, jak gramatyka opisowa i tym podobne rarytasy. I się okazało, że te kobiety po prostu jakoś nie mogły się dostosować do tego. Więcej. Okazało się, że na tym kierunku, na którym był Lech Jęczmyk, były też osoby, które były gdzieś z Podlasia siłą wyrwane z kołchozów.
Wtedy próbowano te kołchozy założyć gdzieś tam siłą odpługa. Miał kolegę na studiach, który mówił, że on przez całe życie swoje młode marzył o tym, żeby zostać traktorzystą, ale ponieważ nie miał dwóch palców, to ktoś tam zadecydował, że traktorzysta bez dwóch palców się nie nadaje, więc powinien studiować filologię rosyjską. Tak to mniej więcej wyglądało. Dlatego też Lech Jęczmyk był jedną z niewielu osób, które tę filologię de facto skończyły. Znał ten język świetnie. Oczywiście, kiedy już się pojawił w wydawnictwie, to bardzo szybko zaczął wykorzystywać znajomość języka do tego, żeby ściągać. Był taki krótki okres, kiedy można było powiedzieć więcej, więc bardzo szybko wykorzystał to do tego, żeby powiedzieć więcej. Wyszukiwał w tej literaturze ukazującej się w Związku Radzieckim rarytasy, rzeczy, które w krótkim okienku czasowym mogły się ukazać i ukazywały się. Bardzo szybko na przykład okazywało się, że już ktoś kwestionuje, że już nie powinny się ukazać. No ale trudno, ukazały się, no to były na rynku.
To była rola Lecha Jęczmyka. Ja tak krótko przeleciałem od czasów wojny do połowy lat 50., ale i tak wiem, że my w naszej audycji nie opiszemy tego wszystkiego, tych wszystkich historii. Zdajemy sobie sprawę, że tak jak powiedziałem, Lech Jęczmyk opisuje to takimi fotkami, zdjęciami, krótkimi scenkami. I to jest absolutnie wspaniałe. To jest napisane świetnym językiem. Tak jak powiedziałem w ostatniej audycji, powiedziałem to dosadnie: byłem idiotą, jestem idiotą i pewno pozostanę idiotą, bo ta książka przez długi czas stała u mnie na półce i tak na nią patrzyłem i mówiłem: „Ale to nie fantastyka, to nie czytam”. Mój błąd. Biję się w pierś. Naprawdę ta książka jest znacznie lepsza niż wiele wytworów fantastycznonaukowych. Wiktorze, teraz ty.
[02:09:06] - Ta książka jest po prostu... Warto ją czytać również, bo ona jest fantastyką niezłą. Jest to zbiór anegdotek, zbiór różnych spostrzeżeń, bardzo bystrych, takich, które po prostu przeniosły literaturę powieściową chyba tylko w stronę rozrywkową, taką, jaką literatura powinna być.
[02:09:29] - Pewnie się zgadzasz.
[02:09:30] - Zgadza się. Można ją przeczytać gładko i być pełnym zachwytu, a sens i mądrość tej książki docenić na przykład dopiero później, kiedy się przetrawi. Ona ma taką cechę uniwersalną, że warto ją czytać i łatwo się ją czyta. Po prostu łatwo, z ochotą się ją czyta. Wcale nie tak, że od pierwszej strony, od pierwszych takich spostrzeżeń czyta się wartko, a nie w ten sposób, jak bardzo często nawet i dobre powieści. Czytasz, bo słyszałeś, że będzie dobra. I w końcu z wielkim bólem zaczynasz odkrywać tę książkę i z wielkim bólem dochodzisz po przeczytaniu, że to była genialna książka. Ale na początku to była droga przez mękę. Tę książkę się czyta jak western, jak taką rewolwerówkę zupełnie.
[02:10:40] - Żeby potwierdzić twoje słowa. Ta książka ma 270, 280 stron. Ja ją przeczytałem w 24 godziny. Pierwszy raz, kiedy ją czytałem, czytałem ją 24 godziny. Później się w niej rozsmakowałem i czytałem różne fragmenty, ale pierwszy raz przeczytałem ją cięgiem, tak jak się czyta najlepsze kryminały. Naprawdę, kiedy Lech Jęczmyk opisuje swoje wyprawy do USA w czasach komuny, w czasach, kiedy wylot do USA to nie była bułka z masłem. Kiedy Lech Jęczmyk opisuje swoje wyloty, swoje podróże do Związku Radzieckiego, specyfikę tamtych układów. Niezwykłe rzeczy. Opisuje pisarzy z tamtego rejonu wschodniego. Dziwnych.
Opisuje historię absolutnie niezwykłą, kiedy jeden z pisarzy z Sojuza dowiedział się o historii, jak to AK przejęło pocisk V2 i przemyciło go na Zachód do Londynu. Zafascynował się ten Rosjanin ową historią. Lech Jęczmyk mu zresztą dostarczył sporo materiałów w nadziei, że powstanie jakaś historia z tego. Owszem, powstała. Ze zdziwieniem Lech Jęczmyk przeczytał powieść o tym, jak to Armia Ludowa przemyciła ten pocisk V2 do Moskwy. Oniemiał, kiedy to przeczytał. Zerwał wszelkie kontakty z tymże pisarzem. Ale to pokazuje, ja nie wiem, jak to nawet określić. Pewną radosną taką... Nie wiem, brakuje mi słowa.
Mnie rzadko brakuje słów. W związku z tym chodzi o coś takiego, że ten socjalizm realny, którym się poruszał dużą część życia Lech Jęczmyk, to był ustrój i straszny, i śmieszny. Z jednej strony cenzura, jakieś obostrzenia, jakieś idiotyczne wymagania. Zresztą też Lech Jęczmyk pisze, kiedy opisuje właśnie cenzurę, kiedy opisuje, jakimi meandrami to wszystko szło, jak się niektóre rzeczy załatwiało, żeby przeszło, żeby się ukazało. Jak się kłamało w żywe oczy cenzorom i tak dalej. To jedna, ta śmieszna strona. Z drugiej strony opisuje te straszne rzeczy. Na przykład rzeczywistość stanu wojennego, rzeczywistość czasów Solidarności. Nieprawdopodobne rzeczy. Tak jak powiedziałem, świadek historii znający Kuronia, znający Drawicza, znający Michnika.
Znający wielu ludzi z opozycji. I w pewnym momencie następuje, jak on sam powiedział, przełom w jego życiu. W tym wstępie do książki przytaczałem ten fragment, w którym Lech Jęczmyk mówi, że przez większość życia nie był chrześcijaninem. Odszedł od wiary. To w pewnym momencie, tak jak opisał, było modne. Ta okoliczność lat 50. sprawiła, że on co prawda był zawsze wrogiem komunizmu, ale jakoś z Kościołem było mu nie po drodze. I na początku lat 80. przeżył nawrócenie, ale to też nie było takie proste. Jak się zaczyna ta historia?
I tu znowu pewna paralela z tym, co przeżył Wiktor Żwikiewicz. Wiktor Żwikiewicz w wielu swoich wspomnieniach, zarówno tych książkowych, jak i w audiobooku, który wyszedł całkiem niedawno, wspomina o swoim życiu, różnych historiach ze swojego życia. Wiktor wspomina tam między innymi, że niecały miesiąc przed stanem wojennym została zajęta Szkoła Pożarnictwa w Warszawie. Obserwował to Wiktor z mieszkania Lecha Jęczmyka właśnie. Kiedy to ze śmigłowców brygady specjalne czy też jakieś oddziały specjalne, dzisiaj byśmy powiedzieli „ci na czarno”. Wtedy nie wiem, jak oni byli ubrani, ale po prostu ze śmigłowców dostawali się do budynku razem z szybami, z oknami i zajęli brutalnie tę Wyższą Szkołę Pożarnictwa. I Wiktor to wspomina. On to relacjonował zresztą tutaj do Bydgoszczy przez telefon, co wszystko po kolei się dzieje. Ale ta historia pojawia się również w książce Lecha Jęczmyka, kiedy on opisuje tę sytuację i mówi, że wtedy jakby poczuł, że władza rzeczywiście idzie do zwarcia, że coś się stanie. No i stało się.
Niecały miesiąc później wybuchł stan wojenny. To tak głupio powiedziane: wybuchł. Po prostu Jaruzelski go ogłosił. I co się stało? Mówiliśmy o epizodzie karate Lecha Jęczmyka, jego zainteresowaniu w ogóle walkami Wschodu, zarówno tymi ręcznymi, jak i tymi opierającymi się o miecz. Jakoś głupio brzmi opierać się o miecz, ale w każdym razie wykorzystującymi miecz samurajski. Lech Jęczmyk stał się ochroniarzem Popiełuszki. Nie dlatego, że był wierzący. On chodził do kościoła, tak jak wielu ówczesnych opozycjonistów, tak jak Michnik, jak Kuroń, którzy byli niewierzący, zostali niewierzący. On chodził tam dlatego, że Kościół był wtedy taką ostoją wolności.
I zaczął rozmawiać w pewnym momencie. Znaczy zbliżył się do Popiełuszki i jakoś pojawiła się nić sympatii pomiędzy nimi. I przez jakiś czas był rzeczywiście ochroniarzem. Z racji swoich umiejętności, z racji umiejętności walki stał się ochroniarzem Popiełuszki. Do dziś pisze o tym, że wtedy, kiedy jechał Popiełuszko do Bydgoszczy, chciał jechać z nim. To Popiełuszko powiedział mu, że nie, że nie ma z nim jechać. I do dzisiaj, jak odczułem z tej książki, Lech Jęczmyk żałuje tego. Nie wiem, czy słusznie, czy niesłusznie. Nie wiem, ale jakaś zadra jest, że nie pojechał wtedy. Nie wiem, jak by się to skończyło, ale to był też czas.
To ochroniarstwo, takie wypływające z szacunku dla Polski, dla wartości, dla bycia Polakiem. Od tego się zaczęło. Trudno powiedzieć w niepostrzeżony sposób, ale jakiś taki trudny do określenia. Nie da się określić momentu nawrócenia Lecha Jęczmyka, ale przeżył to. Po prostu w pewnym momencie stał się i do dzisiaj jest człowiekiem głęboko wierzącym. Dla niektórych to jest brak wartości, dla innych jest to wielka wartość. Zostawmy to na boku, proszę państwa, bo to nie o to chodzi. To pewno zależy od naszych przekonań, ale sam fakt, że człowiek, który przez całe lata był zdeklarowanym człowiekiem, który był z daleka od Kościoła, nagle przeżył w otoczeniu człowieka, który jest ważny chociażby dla naszej historii. Przeżył to nawrócenie, pozostał mu wierny. Co więcej, potrafi mówić o swojej wierze w sposób nieskrępowany, ale też bezpretensjonalny.
To nie jest jakieś takie pierdzielenie o Szopenie, jak to powinniśmy wierzyć, bo to i tak dalej. Transcendencja, te rzeczy. Nie, to jest wszystko bezpretensjonalne, bez zadęcia. Po prostu spotykamy się z człowiekiem, który mówi szczerze o tym, że wierzy i nie dorabia do tego filozofii. I to jest moim zdaniem kolejna wartość tej książki. Bo my jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że jak człowiek mówi o swojej wierze albo o braku wiary, to musi jakoś bardzo mocno, bardzo filozoficznie albo teologicznie uzasadniać. Lech Jęczmyk tego nie robi. Moim zdaniem zresztą bardzo słusznie, bo już kiedyś o tym mówiłem: wiara oznacza przyjmować coś bez dowodu. Wierzę. Nie wiem.
Nie mam pojęcia, czy tam po drugiej stronie coś jest, ale wierzę, że jest. I to moim zdaniem w książce Lecha Jęczmyka bardzo dobrze widać, że on jest człowiekiem wierzącym, nie wiedzącym. To jest bardzo ważna część tej książki, w której poznajemy optykę człowieka, który przeżył nawrócenie i zaczął patrzeć na świat innymi oczyma. Moim zdaniem dla tego momentu też warto tę książkę przeczytać. Nawet jeśli pozostaniemy ludźmi niewierzącymi, to właśnie dlatego warto tę książkę przeczytać. Wiktorze, twój głos.
[02:20:47] - Siłą rzeczy omawiając książkę, skoncentrowały się na czasach przedwojennych, potem okupacji czy wczesnego socjalizmu. Ale to są właśnie te kolejne planety, nawiązując do książki Huberata, kolejne światy, w których bohater Huberata przebywa, te epoki, przez które przechodzi Lech Jęczmyk. Przechodzi przez te epoki krok po kroku, po każdej z nich i tak dalej, bez przerwy podkreśla, podsuwa nam różne spostrzeżenia z tych rzeczy. I co z nich wynika? Przede wszystkim wynika z tej podróży Jęczmyka przez te całe epoki i planety jedna ważna rzecz: wszystkie epoki są i straszne, i piękne. Wszystkie są i mądre, i głupie. Zawsze jest tak, że te potworne miejsca, takie jak Auschwitz, więzienia gestapo czy więzienia NKWD, esbeki i tak dalej, to są miejsca potworne, kaźniałe. Żeby ocalić nasze człowieczeństwo, trzeba się nauczyć w nich żyć, bo życie jest prima beherskim człowieka i żyć trzeba również w tej chwili, kiedy ludzie umierają na całym świecie. Ludzie zawsze umierali na całym świecie, a myśmy sobie tak myśleli, że nie. I co jeszcze z tego wynika?
To, co ja próbuję przez tę całą audycję, którą prowadziłem, podkreślać, nie dokumentując, bo nie mam do tego aparatu specjalnie, że tak jak Lechu przedstawia okupację, że ona była i śmieszna, i straszna, to my przez ostatnie pół wieku zaczęliśmy postrzegać naszą europejską, prawie nie tylko europejską rzeczywistość jako cudowną, radosną, wspaniałą. A ona jest również straszna. Jest potworna. Czego kiedyś będą mieli ludzie świadomość. Natomiast ta względność tych wszystkich rzeczy naprawdę jest odkryciem nie tylko Einsteina. Zobaczcie, co się porobiło z tym światem i co jest też spostrzeżeniem na tej drodze jęczmykowej historii. A przynajmniej jak się idzie tym samym tropem, który wskazuje książka. Zobaczcie, jak to niewiele czasu minęło od momentu, kiedy największym naszym wrogiem był islam, a w tej chwili nagle okazuje się, że i islam, i chrześcijaństwo mają wspólnego wroga. A my to jesteśmy my. I islam, i chrześcijaństwo, i brak chrześcijaństwa jakikolwiek ma wspólnego wroga, a człowiek jest po tej drugiej stronie linii.
Nagle historia nam zatoczyła koło. Stanęliśmy wszyscy po tej samej stronie.
[02:25:11] - Tak.
[02:25:12] - Będziemy się dalej tłukli prawdopodobnie i nienawidzili, i szydzili z siebie, i naśmiewali. Ale ta historia nam przypomni, że w sumie jesteśmy ludźmi i powinniśmy o tym pamiętać.
[02:25:29] - Tak. Tu na naszym czacie rozgorzała skądinąd pasjonująca dyskusja o tym, jak w poszczególnych sklepach podchodzi się do higieny. Ja nie wiem, jak to powiązać z audycją, ale życzę pomyślnych obrad.
[02:25:49] - To jest śmieszne i głupie.
[02:25:52] - Tak, to prawda. Natomiast Redox pyta, co to za audiobook z historiami Wiktora Żwikiewicza, prosi o szczegóły. To ja tylko wspomnę, że w Bibliotekarium Na stronie sklepu księgarnia.bibliotekarium.pl jest audiobook „Wikipedia. Suplement”. „Wikipedia” to był cykl wywiadów z Wiktorem Żwikiewiczem, takiego wywiadu rzeki, którego udzielał w roku 2007. Mnie udzielał, jam ci to był. Dumny jestem do dzisiaj z tego. Udzielał mi takiego wywiadu, 12 wywiadów. Teraz zrobiliśmy po 13 latach suplement. Jest ponad sześć godzin rozmowy z Wiktorem za jedyne 17 złotych plus wysyłka.
Jest rzecz do nabycia. Myślę, że ciekawa rzecz.
[02:26:54] - Może to skomentuję. Otóż te rozmowy ze mną są mniej więcej tak samo, może nie tak mądre, ale tak samo zabawne jak książka Lecha Jęczmyka, bo my w ten sam sposób mniej więcej na świat patrzymy.
[02:27:13] - Już nie bądź taki skromny. Mądre są też, a zabawne myślę, że tak. Natomiast ja wrócę jeszcze do książki Lecha Jęczmyka, bo ja w pewnym momencie powiedziałem, że Lech Jęczmyk opisując ludzi nigdy ich nie odczłowiecza. I to jest prawda. Jacek Kuroń, Adam Michnik czy jakieś takie postacie jak powiedzmy Andrzej Grabicz to nie są bohaterowie jego bajki. Pisząc o rzeczach mało chwalebnych, które te osoby dokonywały, pisze też Lech Jęczmyk o rzeczach normalnych, ludzkich, takich, które wcale nie przynoszą ujmy tym ludziom. To dla mnie jest dowód na to, że Lech Jęczmyk jest świetnym obserwatorem. Jest człowiekiem, jest taką żywą, chodzącą historią, która owszem, dla swoich potrzeb ocenia ludzi. Lech Jęczmyk doskonale wie, komu podałby rękę, a komu by tej ręki nie podał, ale też nie czyni tak jak wielu polityków współcześnie, że jeśli to jest mój wróg, to już nie jest człowiek, można go wdeptać w ziemię. Tego nie ma.
I chociażby w całej książce Lecha Jęczmyka jest na przykład rozdział, który może zadziwić, który ma tytuł „O PRL-u pozytywnie”. To pokazuje pewną metodę, którą stosuje w tej książce Lech Jęczmyk. Otóż on analizuje różne zjawiska, różne sytuacje, różne historie w sposób taki, jakby chodził naokoło. On je bada, pokazuje różne aspekty tychże historii. Dlatego ta książka jest taka porywająca, bo ona nie jest czarno-biała. To, co mówiłem gdzieś na początku audycji, właśnie, nie jest czarno-biała. Pokazuje nam półcienie. Tam jest najciekawiej. To jest właśnie sól tej książki, sól tego, co chcemy się o historii dowiedzieć. Bo łatwo jest powiedzieć, że ktoś był mądry, ktoś był głupi, ktoś był dobry, ktoś był zły.
Ale tak przecież nie było. Tak nie wygląda historia. Ludzie czasami z głupoty popełniają różne rzeczy, czasami błądzą. Lech Jęczmyk zdaje się to dostrzegać. Poza tym widać u niego, że to jest człowiek, który lubi ludzi. To może jest banalne, ale właśnie moim zdaniem to jest jeden z kluczy do tej książki. Lech Jęczmyk lubi ludzi bez względu na to, czy się z nimi zgadza, czy nie. Każdy człowiek jest dla niego ciekawy. Może prawie każdy jest dla niego ciekawy.
[02:30:42] - Ale żeś mnie, Markus, zmartwił.
[02:30:48] - Czemu?
[02:30:49] - Bo ja myślałem, że Lech mnie lubi w szczególe, a się okazuje, że on lubi mnie w ogóle.
[02:30:57] - Nie wiem, bo widzisz, to jest tak, że Lech Jęczmyk, w tej książce też tego nie brakuje. Lech Jęczmyk potrafi, użyjmy słów adekwatnych, chociaż on takich słów nie używa, potrafi też dopieprzyć. Potrafi w dwóch zdaniach tak podsumować człowieka, że się człowiekowi przykro robi. Ja na szczęście mały pionek nie miałem, ale tam niektóre tuzy życia politycznego czy literackiego zostają podsumowane. I to nie złośliwie. To nie jest tak, że „ale mu tam dogadał”. Nie. On po prostu pisze.
[02:31:42] - Używał.
[02:31:44] - Na przykład, że tak powiedzmy, mało go porywa, co ten pisarz pisał, że to jest dla niego mało porywające. I tak dalej. Jest w tej książce jakiś taki, ja to określam mianem spokoju. Bo to nie jest książka napastliwa, to jest książka obserwatora, uważnego obserwatora. Zresztą od tego Lech Jęczmyk zaczyna. Jest uważnym obserwatorem. Opisuje te planety, na których przyszło mu żyć. Te czasy, różne czasy, różne banki czasowe. Opisuje je, nie mówię, że bez emocji, ale z drugiej strony mamy obserwatora, który pamięta bardzo wiele, którego obserwacje nie zależą od koniunktury. Bo zauważcie państwo, jest bardzo często tak w tej chwili, że nam się punkt widzenia bardzo często zmienia, że tak sobie zrymuję i jednego dnia kogoś lubimy, drugiego nie lubimy, a trzeciego dnia znowu zmieniamy zdanie.
Lech Janczk tego nie robi. Żeby być przez niego nielubianym, to sobie trzeba zasłużyć. Raczej częściej spotyka nas czy tych ludzi, których spotka w życiu, pewien obiektywny komentarz, którym oddane jest to, co dobre, ale też wspomniane to, co złe. Myślę, że to rzadkość jest w tej chwili. My w tej chwili bardzo często piszemy, mówimy emocjami. Jak kogoś nie lubimy, to go nie lubimy i po prostu go nie lubimy. Jak kogoś lubimy, to go lubimy i w związku z czym żadnych wad nie ma.
[02:33:39] - Marku, mogę ci wpaść w słowo. Otóż my poza Bibliotekarium przeprowadziliśmy w warsztacie, gdzie odnosimy się bardzo często do tego, jaką drogą powinien zmierzać pisarz ku doskonałości, że tak powiem, jakim mniej więcej pisarz powinien być, żeby pisać dobre książki, jak się uczyć tego i tak dalej. Otóż chyba ten rys charakteru, który tutaj nakreśliłeś w wypadku Lecha Janczka, powinien dotyczyć każdego, kto próbuje pisać książki. Bo to jest w sumie książka. Książka jest pewnym komentarzem do rzeczywistości. Obojętnie, czy ta rzeczywistość jest przyszłością, czy przeszłością, czy teraźniejszością. I ten komentarz należy przynajmniej można go wykręcać w jedną albo w drugą stronę, ale natura pisarza powinna być w miarę bezstronna. Powinna uwzględniać tę względność właśnie wszystkiego. Tu nie można pluć bez przerwy, bo to nie jest literatura. Nie można.
Trzeba mieć dystans wobec tego, co się robi i wobec komentowania tej rzeczywistości, jak ja mówię, przyszłej czy przeszłej, czy teraźniejszej. I wtedy ta literatura, którą robimy, zaczyna posiadać tę głębszą warstwę. Taką, że kiedyś czytelnik jakiś, który przeczyta naszą książkę, powie coś takiego o autorze, co my tutaj mówimy o Lechu, że to jest gość, kto to zrobił.
[02:35:48] - Wiesz co? Zbliżamy się do końca audycji. Dlatego, o ile na początku przeczytałem wstęp, to teraz przeczytam to, co jest na końcu książki, czyli podziękowania. Przynajmniej fragment. Podziękowania zwykle zamieszcza się na początku książki, ale wtedy dziękuje się tym, którzy pomogli jej napisaniu i wydaniu. Ja swoje podziękowanie zamieszczam na końcu książki i życia. Po pierwsze dziękuję Bogu, że stworzył świat, na który dał mi delegację służbową, że miałem długie i spokojne życie. Najpierw pod opieką dobrych rodziców, potem zawsze w otoczeniu przyjaciół i ludzi życzliwych. Gdziekolwiek przychodziłem do pracy, inna rzecz, że pracowałem w babskich instytucjach. Trafiałem pod skrzydła koleżanek, bibliotekarek, redaktorek, sekretarek.
W ogóle gdyby nie dobroć kobiet, zginąłbym marnie jak biedronka przechodząca na piechotę przez ruchliwe skrzyżowanie. Nikt nigdy mnie nie uderzył, nawet w bójce. Jakoś zawsze trafiali mi się przeciwnicy wolniejsi ode mnie. Nie zaznałem też biedy. Nie zaznałem też biedy ani głodu. Jeżeli miałem wrogów, to ich nie zauważałem. O komunistach mówiłem, że jak im nie odpowiadają moje poglądy, to mogą z Polski wyjechać. Chwilami miewam niepokojące uczucie, że coś nie gra, że nie dźwigałem swojej porcji ciężaru i cierpienia, że przejechałem się przez życie na gapę. Wymyśliłem sobie takie pocieszenie, że może Bóg jednych próbuje cierpieniem, a innych łatwym życiem. Pomyślmy, która dziewczyna ma większą szansę osiągnąć świętość.
Piękna i bogata czy biedna i taka sobie? A może jestem gruboskórny jak nosorożec i co drobniejsze pociski odbijają się ode mnie niezauważone? To tylko fragment zakończenia, ale przyznacie państwo, że jest frapujące. Po prostu frapujące i myślę, że wielu z państwa zachęci do tego, żeby po tę książkę sięgnąć. Ja nie mówię o tym, że to książka, która jest dzisiaj już na rynku dosyć trudno uchwytna, ale jeszcze ją można zdobyć. Wyszła w znanym wydawnictwie Zysk i Spółka. Także to nie żadne niszowe wydawnictwo, które sobie tam gdzieś na boku egzystuje. Książka już ma sporo lat, bo wyszła w roku 2013, ale w dalszym ciągu jest i cieszmy się z tego, bo to jest książka, która jest-- szukam słowa. Mam to słowo, ale wydaje mi się w tej chwili takie pretensjonalne. Powiem: to jest po prostu mądra książka.
Książka, która uczy nas, jak patrzeć na własne życie. To tyle. Myślę, że nie będę więcej mówił, bo to chyba wystarczy.
[02:39:58] - Ja może tylko dodam od siebie, że cieszę się, że mówisz, że ta książka jeszcze jest dostępna, a ja się cieszę, że Lechu jest jeszcze cały czas między nami i że dalej obserwuje ten świat. Jestem ciekaw, jak go dzisiaj by skomentował. Może się kiedyś dowiemy.
[02:40:19] - Co roku komentuje ten świat na spotkaniach, czy to w Nidzicy, czy teraz w Mierkach. Nie wiadomo, czy w tym roku Mierki się odbędą w ogóle, ale tam zawsze Lecha Jęczmyka można spotkać. I rzecz znowu charakterystyczna: bardzo wielu ludzi nie zgadza się z tym, co on mówi, ale wszyscy go słuchają. To jest fenomen, który ja obserwuję z fascynacją, bo bardzo często jest tak, że jak się z kimś nie zgadzamy, to wychodzimy, nie chcemy tego słuchać w ogóle. Co mi tu będzie gadał? Na prelekcjach Lecha Jęczmyka są tłumy. Połowa z tego tłumu absolutnie się z nim nie zgadza, ale słucha go, ponieważ to jest człowiek, który jak zaczyna mówić, to rzuca na swoich słuchaczy czar magii. To jest magia. Tak samo jest z tą książką. Kiedy zaczynamy ją czytać, odlatujemy.
Choćbyśmy się z wieloma tezami nie zgadzali, to jednak on nas zabiera w podróż. W przypadku książki, o której dzisiaj mówiliśmy, zabiera nas w podróż przez swoje życie. I to jest absolutnie-- wiem, wiem, to moje ulubione słowo — absolutnie fascynująca podróż. I to tyle. Chyba tyle. Wiktorze?
[02:41:54] - No dobrze, wiesz, ja już tylko zabawowo mogę ci przesyłać, bo o ile bardzo miło, że komentujesz, że na spotkaniach Leszka wszyscy słuchają, ale kiedyś mi przesyłałeś osobiście, że na spotkaniu byliście wy wszyscy, ale kiedy zacząłem gadać o grach komputerowych, to Leszek demonstracyjnie wyszedł z mojego spotkania. Natomiast dzisiaj ci mogę zdradzić w skrytości, że przed spotkaniem Leszek podszedł do mnie i powiedział, że ma tylko pół godziny i po pół godzinie będzie musiał wysiąść. Więc wyszedł nie dlatego, że zacząłem mówić o grach komputerowych, tylko dlatego, że tak było umówione.
[02:42:41] - A widzisz! Jak to jednak pozory mylą, prawda? O, właśnie. To jest znakomity przykład, żeby nie wyciągać wniosków zbyt wcześnie. Jam ci to uczynił. Pewno się będę musiał w pierś uderzyć. Dziękujemy państwu w takim razie za dzisiejszą audycję. A oczywiście zapowiedź, co za dwa tygodnie. A za dwa tygodnie książka-- znowu się państwo spodziewacie, że powiem, że jest niezwykła, fascynująca i wspaniała. Oczywiście taka jest, ale to jest przede wszystkim książka, która budzi zastanowienie.
Budzi jakiś taki niepokój. No to jaki ma tytuł? „Ewangelia według Węgorza”. Autorem tej książki jest Patrik Svensson. Kim jest Patrik Svensson? Patrik Svensson jest dziennikarzem. To jest w ogóle jego debiutancka książka i rzadko się zdarza, żebym ja czytał książkę debiutanta z wypiekami na twarzy. To jest facet, który jest dziennikarzem w Malmö. Gdzieś tu nasi północni sąsiedzi. I gdybyś mnie teraz, Wiktorze, zapytał, o czym jest ta książka, to miałbym duży problem.
Bo pewno najprościej byłoby powiedzieć, że o węgorzu, ale to byłby kompletny idiotyzm. To nie jest książka o węgorzu. „Ewangelia według Węgorza” to jest książka-- ja takiej książki nigdy wcześniej nie czytałem. Nigdy. Sporo w życiu czytam. W związku z tym, jak już ktoś dochrapie się tego rodzaju opisu Musiałbym go krótko uzasadnić. Dlaczego jest to książka niezwykła? Bo autor wychodzi, podobnie jak Lech Jęczmyk w dzisiaj omawianej książce, od swojego dzieciństwa. W dzieciństwie łowił ze swoim ojcem ryby, a konkretnie węgorze. Ojciec był smakoszem węgorzy, uwielbiał tę rybę w wszelkich postaciach.
Zjadać oczywiście. Autor nie za bardzo. Ale to nie jest książka kulinarna. To jest książka o nauce. Wiem, że to kompletnie idiotycznie brzmi. To jest książka o tym, jak tajemniczym światem jest nauka. Jak niewiele wiemy w gruncie rzeczy. Bardzo często mówimy sobie, że nauka mówi nam to czy tamto, że coś wiemy. Autor pokazuje nam, chociażby na przykładzie tego węgorza, ale nie tylko, jak mało wiemy. Jak nasi idole, tacy jak chociażby Arystoteles czy Zygmunt Freud, ale nie tylko oni, polegli, kiedy zaczęli zajmować się tajemnicą węgorza.
Tak to powiem enigmatycznie. A cała reszta za dwa tygodnie. Wierzcie mi państwo, książka, która została wydana przez Wydawnictwo Otwarte. Podchodziłem do niej jak do jeża, nie do węgorza, tylko do jeża. Mówię sobie: to znowu będzie takie pierdzielenie o Chopinie. Bardzo się cieszę z tego, że doznałem pozytywnego rozczarowania. Książka niezwykła. Wiem, zawsze tak mówię, ale na pewno takiej książki wcześniej nie czytaliście. Tak napisanej, tak skomponowanej, tak przemyślanej. W gruncie rzeczy waham się, czy powiedzieć, ale naukowej do pewnego stopnia, ale jednocześnie literackiej.
Wiem, że państwu mieszam w głowie w tej chwili, bo jak pogodzić tę literackość, piękno języka i piękno pewnego opisu, pewnego obrazu świata z twardą, chłodną nauką, która mówi coś albo nie mówi, albo mówi, że czegoś nie wie? Zapraszam w takim razie za dwa tygodnie. To będzie ciekawa audycja.
[02:47:25] - Marku, skoro potrafił to zrobić Leszek Jęczmyk, to może również potrafił ktoś z Malmö, dziennikarz z Malmö. Zapraszamy do omawiania tamtej książki, w ogóle do przeczytania być może tej książki, zanim audycja się pojawi.
[02:47:45] - Proszę państwa, „Ewangelia według węgorza”. Sięgnijcie państwo po tę książkę. Naprawdę gwarantuję, że nie będziecie zawiedzeni. Obojętnie, czy jesteście miłośnikami literatury SF, czy kryminałów szwedzkich, czy w ogóle skandynawskich, czy miłośnikami literatury psychologicznej, to nie ma znaczenia. Ta książka was rozwali. Literacko was rozwali, ale o tym pogadamy za dwa tygodnie. A teraz będziemy kończyć. Jeszcze jedno. Za tydzień oczywiście ABW i wydawać by się mogło, że w ABW niewiele już nowego można zrobić. Zapraszam za tydzień, bo to będzie zupełnie inne ABW, niż jesteście państwo do tego przyzwyczajeni.
Oczywiście opowiadania będą i to będą opowiadania, które dadzą państwu sporo do myślenia, taką mam nadzieję, a nam sporo do pogadania. Myślę, że aż się zaplujemy od tego gadania, omawiając opowiadania za tydzień. Cóż, a teraz to już się chyba pożegnamy, Wiktorze, prawda?
[02:49:07] - Pożegnamy się i podziękujemy za dzisiejszy felieton z czasów zarazy, bo też nie był zły.
[02:49:14] - To prawda. Felieton z czasów zarazy był zaiste niezły. Dobrze. W takim razie tradycyjnie wszystkim piszącym wyostrzonego dobrego pióra i natchnienia, wszystkim czytającym nieustającej fascynacji lekturowej, świetnych książek, znakomitych przeżyć. Do usłyszenia za tydzień.
[02:49:42] - A mówili do słuchu do państwa jak zawsze gospodarze: bibliotekariusz Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Tutaj słuchacze na czacie zwracali uwagę na pewne odgłosy pojawiające się na Antonie. To oczywiście był Wiktor. Nie wiem, czemu tak Wiktor sapał. Być może jest to jakiś urok posiadania jeszcze przedopokowego telefonu i mocnego przyciskania go do twarzy, żeby jeszcze lepiej było słychać jego rozmówcę. Także bardzo serdecznie przepraszamy, ale myślę, że jakoś specjalnie te odgłosy tutaj nie przeszkadzały. To były takie słyszalne gołym uchem dowody na to, że Wiktor jeszcze żyje. Rzeczywiście żyje i ma się całkiem dobrze. I oby tak zawsze zostało.
[02:50:31] - Dowód na to, że można żyć w naszych czasach bez smartfona.
[02:50:37] - Właśnie. I bez internetu. No patrzcie ludzie.
[02:50:41] - Tak jest. Tak jest.
[02:50:44] - Tak więc kończymy już dzisiaj. Dziękujemy bardzo za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia oczywiście już za tydzień w ABW no i za dwa tygodnie w tym normalnym Bibliotekarium. Ja tak czekam na to nienormalne Bibliotekarium, a się okazuje, że chyba nienormalne pod jakimś tam względem będzie ABW.
[02:51:07] - No pod jakimś tam względem.
[02:51:09] - Pod jakimś. A jak bardzo, tego dowiecie się już za tydzień. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl. Najbardziej paranormalne radio w polskim internecie. Audycje o tematyce paranormalnej, ezoterycznej, ufologicznej, konspiracyjnej, a od niedawna również literackiej. Posłuchaj nieznanego. Radio Paranormalium. Paranormalny głos w twoim domu. www.paranormalium.pl.