[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy bardzo gorąco i serdecznie w czasach, w których zwykłe wyjście po zakupy jawi się jako misja specjalna pod kryptonimem „Nie daj się złapać policji”. Rozpoczynamy dzisiaj kolejne „Bibliotekarium na żywo”. Dzisiaj tematem przewodnim, właściwie książką, wokół której będzie się toczyła dyskusja, będzie troszkę dziwna ewangelia, bowiem będzie to „Ewangelia według Węgorza” autorstwa Patrika Svenssona. Niby książka o węgorzu, a jednak tak naprawdę nie wiadomo tak na dobrą sprawę, o czym, która też z jakiegoś powodu budzi zastanowienie i niepokój. Ale dlaczego? Skąd to zastanowienie? Skąd ten niepokój i o czym tak właściwie ta książka jest? Dzisiaj będą próbowali dociekać panowie z „Bibliotekarium”. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”.
Po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Nasz dzisiejszy gość specjalny, można powiedzieć boss mafii bibliotekaryjnej, Waldemar Milstein. Ale zanim przekażę głos do studiów w Bydgoszczy, studiów, bowiem każdy oczywiście nadaje ze swojego domu, przynajmniej jeszcze tymczasowo. Tradycyjnie podam kontakty do Radia Paranormalium. Audycja w całości realizowana jest na żywo. Można do nas dzwonić na nasze numery telefonów: stacjonarny 32 746 00 08, komórkowy 530 620 493, Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium, Czytelników Nieznanego Świata oraz Na Rubieżach Rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasze adresy e-mail: radio@paranormalium.pl.
A więc dzisiaj ekipa po drugiej stronie połączenia internetowo-telefonicznego w sile trzech tenorów. Czas najwyższy na magiczne „halo, halo, Bydgoszcz”.
[02:59] - To ja magicznie i zgodnie ze zwyczajem podejmę to „halo, halo”. Halo, tu Bydgoszcz. Rozmawiamy dzisiaj o książce, której tytuł może niektórych razić. Przyznaję, że mnie na początku ten tytuł też raził. „Ewangelia według Węgorza” nie tylko ze względów szczególnie religijnych, ale jakoś tak mi to nie pasowało. Dzisiaj od razu uprzedzę, mogę to spokojnie odszczekać. To był błąd. To były jakieś nawarstwione przesądy, bo mi się coś wydawało. To jest książka przyzwoita, książka z gatunku, którego jeszcze nigdy właściwie nie czytałem. Ten temat rozwiniemy za chwilę, ale takiej książki jeszcze nie czytałem, bo to właściwie dwie książki.
Jedna to nostalgiczna opowieść o relacji syn-ojciec. Takich książek bywa sporo, ale ona jest specyficzna. Druga książka w książce to opowieść o tajemnicy węgorza. Ja wiem, że w tej chwili na początku audycji to brzmi idiotycznie. Tajemnica węgorza. Cóż to właściwie jest ta tajemnica węgorza? To się pewno w czasie audycji troszeczkę wyjaśni, bo to jest między innymi książka o tym, że nam się bardzo dużo w życiu wydaje, że mamy złudzenia co do tego, że jesteśmy panami tego świata, że wiemy o tym świecie bardzo dużo. Okazuje się, że bardzo proste zagadnienie jest czasami bardziej skomplikowane, niż się nam nawet w tej chwili większości z państwa słuchających naszej audycji wydaje. Węgorz. Cóż, węgorz?
Jakaż może być tajemnica w węgorzu? Okazuje się, że autor książki, Patrik Svensson, znalazł tę tajemnicę. Krótko o autorze. Autor to rocznik 1972, a więc co by nie mówić, wcale nie taki młody. W dodatku książka „Ewangelia według Węgorza” to jest jego debiut literacki. Debiut dosyć późny, przyznacie państwo, ale bardzo udany, bo ta książka wyszła w zeszłym roku, a już została sprzedana. Jeżeli jestem na bieżąco, to przynajmniej do 30 krajów, na 30 języków będzie tłumaczona czy jest już przetłumaczona. W każdym razie na język polski jest przetłumaczona. Książka miała premierę pod koniec marca, bodajże 25, więc jest takim towarem dosyć gorącym, ciepłym, po który warto sięgnąć. To jest nowość po prostu.
Kiedy Ivellios mówił, że to jest książka nie wiadomo, o czym, to tak zabrzmiało dwuznacznie. Ja oczywiście wiem, jakie było przesłanie. W związku z tym rzeczywiście na początku to się może wydawać książka o czymś takim niedookreślonym, co postaramy się dzisiaj w audycji właśnie dookreślić. Ale na pewno nie jest to książka taka, że autor gdzieś podróżuje, tylko nie wie dokąd. Wręcz przeciwnie. To jest książka z głębokim przesłaniem, świetnie napisana, a w każdym razie świetnie przetłumaczona przez Ewę Wojciechowską. W związku z tym, ja już się troszeczkę nagadałem. Jeszcze nie powiedziałem, czy książka, czy może już powiedziałem. Pewno powiedziałem, bo ja zawsze mówię, że książki mi się podobają, bo ja w ogóle jestem zachwycony tym, że ktoś coś pisze i dzięki temu poznajemy tego kogoś. W związku z czym mnie wystarczy dać pierwszą z brzegu książkę i pewno się zachwycę, chyba że to już będzie kompletna grafomania.
Ale na szczęście do Bibliotekarium tego rodzaju książki nie trafiają. Zatem ja już swój zachwyt wyraziłem, a teraz byłby czas na pozostałych uczestników dyskusji. Ja tylko powiem, skąd się dzisiaj w audycji wziął, jak to powiedział Ivellios, szef mafii bibliotekaryjnej, czyli Waldemar Milstein, mój szef w dodatku. Czyli ja też do tej mafii należę. Po prostu zaczęliśmy rozmawiać i przekonałem się, że Waldek książkę przeczytał. To był miód na moje serce, bo skoro jest ktoś, z kim można o książce pogadać, będzie trzeci w kolekcji, to tym lepiej. Będą rozmawiały trzy osoby, które książkę przeczytały. To zawsze lepiej niż dwie. I z tego powodu dzisiaj mamy w audycji gościa.
[07:44] - Marku, że się z takim żartem suchym wtrącę, to tak troszkę jak w Stanach Zjednoczonych się okazało, że nad prezydentem stoi ktoś jeszcze.
[07:54] - No właśnie. I właśnie w tej chwili chrząka po drugiej stronie. To ja myślę, że czyniąc honory audycji, oddamy, Wiktorze, głos pewno gościowi. Waldemarze, wypowiadaj się.
[08:09] - Witam wszystkich słuchaczy. Oczywiście cały czas słucham tego, co mówicie. Czerwienię się i nie wiem jeszcze, jakie kolory purpury dostaję. Ale wracając do książki. Książka, która mnie zaskoczyła, ale powiem może od początku, jak to wyglądało, że zostałem namówiony do tej audycji o tej książce. Otóż Marek otrzymuje co jakiś czas jakieś książki, które oczywiście czyta, recenzuje, przedstawia właśnie w Radiu Paranormalium. Otrzymał właśnie dwie sztuki tej książki. Powiem wam, że pierwszą rzeczą, która mnie zainteresowała, to jest to, w jaki sposób ona została wydana. To znaczy forma, w jakiej ona została wydana. Po prostu zainteresowała mnie sama okładka, sama książka jako produkt.
Zacząłem od tego. To był jeden z pierwszych zachwytów, bo jest naprawdę świetnie przygotowana. Jest w twardej oprawie. Spróbuję ją trochę opisać. Jest w twardej oprawie, bardzo kolorowa. Okładka jest zachęcająca, wręcz nawet powiem, że w takim trochę stylu magicznym, z takiego świata dziecięcego. Może przesadziłem, ale tak mi się to przynajmniej wydaje. Zachęcił mnie jeszcze tytuł „Ewangelia według Węgorza”. Zbliżały się święta, jeszcze nie wiedzieliśmy, co się będzie działo wokół nas, ale już samo „ewangelia” jako słowo mnie tutaj zainspirowało. Ale jeszcze na dodatek nie dość, że ewangelia, to ewangelia według węgorza.
I tak zastanawiałem się, co tam ciekawego może być. Marek powiedział: „Proszę, weź jedną książkę, możesz sobie przeczytać. Jak będzie fajna, to możemy sobie na jej temat porozmawiać”. Oczywiście wziąłem tą książkę i zacząłem wieczorami czytać po kilka stron, potem po dwa, trzy rozdziały, a potem jak już przysiadłem, to jednego dnia ją od połowy do końca dokończyłem i stwierdziłem, że to jest jedna z lepszych książek, które przeczytałem i takich nietypowych książek. Tak jak Marek wspomniał, że to są jakby dwie książki ujęte, poprzeplatane i zrobione w jednym opakowaniu, ale bardzo fajnie się czyta. Według mnie bardzo fajnie współgrają te wszystkie wątki, które dotyczą samego autora, jego relacji z ojcem, jak i historia Węgorza. Marek, ty zapytałeś, znaczy powiedziałeś, że autor znalazł tajemnicę Węgorza. Oczywiście, że znalazł i to niejedną, myślę, tajemnicę Węgorza. Nie chciałbym tutaj opowiadać, co jest na stronach, na kartach tej książki, ale sposób, w jaki zachwyciła mnie ta książka jest naprawdę godny podziwu. Myślę, że na początek tyle z mojej strony.
[11:36] - Wiktorze, teraz ty.
[11:42] - Czy ja mogę powiedzieć jedno od początku, że raziła mnie w wypowiedzi Marka od razu wypowiedź ta, że dla niego ten tytuł był jakimś dysonansem. Dla mnie był absolutnie tak samo jak dla Waldemara, słyszę w tej chwili, niezwykle niezachęcający.
[12:04] - Halo, halo! Ja tylko nie powiedziałem, że to jest zły tytuł. To jest bardzo dobry tytuł. Mnie raczej formalnie, troszeczkę mi nie pasował jako tytuł. Świetny oczywiście.
[12:22] - Również formalnie to pasowało od samego początku, od pierwszego wejrzenia. Dlaczego? Dlatego, bo pierwsza rzecz, którą odebrałem, to zapachniało mi tajemnicą i wejście do tej książki dokładnie potwierdza tą diagnozę wyjściową. Ta książka jest o tajemnicy. W tajemnic wpisuje się przynajmniej wiele książek, które pokazują nam, przybliżają nam tajemnice otaczającego nas świata. Ich jest bardzo wiele. Ich jest właściwie nieskończona ilość, tylko ludzie tego nie dostrzegają. Taką samą książkę, bardzo podobną, mógłby napisać syn jakiegoś geologa, który chodził po górkach, po pagórkach i tak dalej, a ojciec mu opowiadał o minerałach, o losach minerałów, o tym, jak się przetwarzają w skorupie ziemskiej, jak wyłażą na powierzchnię i tak dalej. Można było zrobić kapitalną książkę, ale taką samą tajemniczą książkę mógłby opisać autor, którego ojciec regulował rzeki na przykład i opowiedział mu, w jaki sposób rzeki płyną, jaki mają charakter, jak zmierzają do morza, po co zmierzają do morza, jaki jest cel w ogóle rzek w hydrosferze i w geologii. Takich książek może być nieskończona ilość, bo my nie zdajemy sobie sprawy, że w każdej rzeczy w tym świecie, który myśmy, tak jak Marek mówiłeś, opanowali, że my wiemy.
Każdy krok do naszej wiedzy spotyka się z dziesięcioma krokami niewiedzy, które trzeba postawić, żeby gdzieś tam jeszcze dotrzeć i tak dalej. Dlatego ta książka mnie od samego początku zauroczyła, gdyż skupia się na jednej z nich, nie jednej z największych, jednej z miliona tajemnic, o których zwykli zjadacze chleba nie zdają sobie sprawy, że ona istnieje. A poza tym jest jeszcze świetnie napisana. Ona mi się od samego początku skojarzyła z inną książką, zupełnie być może o czymś innym, zdecydowanie o czymś innym. O książce, którą żeśmy kiedyś, Marku, omawiali. „Kosmonauty czujno!” Tam, gdzie bardzo podobnie te opisy... W „Kosmonauci czujno!”, w tej powieści też jest tajemnica i ta relacja trwa bez przerwy. Relacja między ojcem i synem, którzy się w ogóle nie spotykają. Tak samo zresztą jak tutaj, bo to już jest wspomnienie o ojcu, którego już nie ma. Tam jest ojciec, który jest gdzie indziej i syn gdzie indziej, ale ten związek trwa poza czasem, poza przestrzenią i tak dalej.
To jest zabieg literacki bardzo dobry. Nie musi być to ojciec, może być to matka albo ktokolwiek inny. Natomiast to jest coś, co znamionuje dobrą literaturę po prostu. Jeżeli sam autor samego siebie, swoje życie dopasowuje do tej tajemnicy otaczającej nasz świat. Ta książka pod tym względem jest rewelacyjna. Warto ją czytać, żeby nie tylko się czegoś dowiedzieć, ale również coś przeżyć.
[17:07] - Bardzo też taka atrakcyjna jest forma, w jakiej ta książka została wydana drukiem. Można powiedzieć, w takim stylu trochę francuskim. Francuzi lubią bardzo takie książki, które są bardzo grube, a które w przeliczeniu na jedną stronę mają niewiele tekstu. I właśnie tutaj też takie coś mamy.
[17:30] - To prawda, ale ta książka to jest jednak książka, która powala, ale nie dlatego, że strona po stronie pisze o tajemnicy węgorza. Na razie nie wyjaśniam tego pojęcia „tajemnica węgorza”. To się pewno w czasie audycji jakoś tam wyjaśni. Natomiast ta tajemnica węgorza, czyli podróżujemy z historią węgorza, tej ryby, która jest przez jednych bardziej znana, przez innych mniej, ale w gruncie rzeczy to jest nasza codzienność. Węgorz to jest takie coś bardziej podobne do węża niż do ryby. Tak zresztą kiedyś, przed laty, przed wiekami uważano, że właściwie nie wiadomo, czy to ryba. Więc większość z nas: „węgorz, no cóż w tym może być tajemniczego?” Autor udowadnia, podróżując z nami przez wieki, że rzeczywiście tajemnica jest i zaczyna gdzieś w czasach Arystotelesa A kończy na współczesności i pokazuje, że my w XXI wieku wiemy więcej, to na pewno, ale jeszcze tajemnicy węgorza nie rozwikłaliśmy. Ale w gruncie rzeczy to byłaby taka książka w stylu francuskim, ale już nie o tym, o czym mówił Ivellios. Francuzi są specjalistami od takich książek traktujących o jednym temacie. Wybierają sobie temat, na przykład trup i opisują tego trupa z każdej strony, od biologii przez religię, filozofię i wszystkie dziedziny życia, które w jakiś sposób wiążą się z trupem.
Wykonywanie trumien i tak dalej. Opisują. Powstają opasłe tomiszcza. Francuzi się w tym specjalizują. Powstają opasłe tomiszcza na dany temat. Czy to będzie trup, czy to będzie monografia o wikingach. Więc powiedzą o nich wszystko, od tego, jak oni się zachowywali, po to, jak byli ujmowani w sztuce, jak byli ujmowani w literaturze i tak dalej. Tu autor podąża tą drogą. Rzeczywiście poznajemy, jak z myślą całego świata łączyła tajemnica węgorza od czasów Arystotelesa po współczesność. Ale nie tylko poznajemy tę tajemnicę węgorza na poziomie filozoficznym.
Poznajemy ją na poziomie biologicznym, poznajemy ją na poziomie kulinarnym, ekologicznym. I tu pewno można wymienić jeszcze wiele różnych tematów, które pewno w czasie audycji wypłyną. Do tego oczywiście możemy dodać bardzo nastrojową, nostalgiczną opowieść o relacji z ojcem naszego piszącego, czyli Patrika Svenssona. Ta relacja z ojcem uderzy na pewno czułą nutę u większości czytających, ponieważ ona w jakiś sposób odwołuje się do doświadczeń każdego. Do relacji z ojcem, czasami z dziadkiem. Ale to, jak podróżują, jak idą wspólnie na ryby, jak te ryby łowią, jak przekazują sobie pewne mądrości, jak właściwie ojciec przekazuje te mądrości, jak przekazuje pewne tajemnice, pewne wyzwania. To wszystko w tej książce jest i pewno o tym powiemy. Ale to jeszcze nie jest wszystko, bo tu się pojawia w Ewangelii według węgorza poziom meta, czyli z tych dwóch równolegle toczonych opowieści wyłania się coś jeszcze. Coś, co bardzo jest moim zdaniem brawurowy koniec, o którym oczywiście nie powiem i nie dopowiem, o czym on jest ten koniec, ale wyjawia się pewna metaopowieść. A w dodatku, żeby jeszcze było ciekawiej, tytuł książki „Ewangelia według węgorza”, a w książce znajdujemy pewną dosyć jasną deklarację autora, że on jest człowiekiem obojętnym religijnie, przynajmniej obojętnym.
W każdym razie religia to jest coś, co dla niego jest niezbyt ekscytujące, niezbyt zajmujące.
[22:06] - No właśnie, jeśli można.
[22:08] - Tak jest. To teraz ty.
[22:09] - No właśnie. Tak jak powiedziałem, do książki przekonało mnie kilka rzeczy. Natomiast jedną z nich był na pewno tytuł „Ewangelia według węgorza”. Zastanawiałem się, o co tu może chodzić. Dlaczego Ewangelia? Dlaczego według węgorza? Przeczytałem to i tak do końca nie jestem przekonany, czy ten tytuł jest dobry. Co o tym sądzicie?
[22:33] - Ja jestem przekonany, że jest znakomity dla mnie, ale żeby go zrozumieć tak do końca... Źle, źle to powiedziałem. Nie zrozumieć, bo ta książka jest wieloznaczna i ja oczywiście w pewien sposób interpretuję. To, co za chwilę powiem, to jest rodzaj interpretacji. Wcale nie musi być słuszny, ale ja sobie tę książkę zinterpretowałem jako opowieść o pewnym przełomie. Mówiłem o brawurowym końcu, bo o ile kilkadziesiąt stron wcześniej czytamy o pewnej obojętności religijnej autora, o tyle ostatnia strona to jest właściwie pokazanie tego, że tam coś jest. Ja to tak interpretuję. Oczywiście mówię, interpretacja ma to do siebie, że może być bardzo daleka od intencji autora. To w gruncie rzeczy jest nieważne, jakie były intencje autora. Ważne jest, co odczytuje czytelnik.
W związku z tym ja uważam, że ten tytuł jest jak najbardziej wpasowany, bo ta książka właśnie na tym poziomie meta, o którym wspomniałem, ona tak naprawdę... Dobrze, użyjmy dużych dział o dużym kalibrze. Ona tak naprawdę opowiada o pewnym przełomie, o przełomie mówiącym o tym, że tajemnica, chociażby ta tajemnica węgorza, ale nie tylko. Ona może nas skłonić do tego, żebyśmy przestali wreszcie natrętnie mówić o tym, że wiemy wszystko i że za horyzontem naszej wiedzy jest coś, co jest niepojęte. I w dodatku autor to dobrze pokazuje na podstawie kolejnych wieków, które przedstawia. Jeśli nawet przejdziemy kolejną granicę i czegoś się znowu dowiemy, to wcale nie oznacza, że ten horyzont, za którym jest tajemnica, zniknie, bo zawsze nie będziemy czegoś wiedzieć. To jakby jest wpisane w człowieka, w jego naturę, w jego sytuację, taką egzystencjalną. Mianowicie to, że jest pewna granica, pewien horyzont, za którym Nie wiemy co jest i pewnie się nie dowiemy. Moim zdaniem ostatnia strona pięknie to pokazuje, a jednocześnie pokazuje, czym tak naprawdę jest wiara. I to wcale nie wiara religijna, nie wiara polegająca na tym, że biegnie się do kościoła i tak dalej.
Nie. Pokazuje, czym jest wiara człowieka. Wiara, czyli coś, co przyjmujemy bez dowodu, co bardziej czujemy niż wiemy. Tu trzeba by się odwołać do mistyków. Dlatego trudno się czyta dzieła mistyczne, dzieła mistyków, bo oni tak naprawdę próbują ująć w słowa to, co jest nieopisywalne. I jeśli czytamy różnego rodzaju mistyczne dzieła, przez wieki tych mistyków się pojawiło całkiem sporo. Chociażby święty Jan od Krzyża. Próbujemy to czytać i jednych to przekonuje bardziej, drugich mniej, ale w gruncie rzeczy z tych mistyków nie jest tego, co naprawdę czuł, bo to są rzeczy, które wymykają się opisowi. I coś takiego następuje w tej książce pod koniec, że autor Patrick Svensson właśnie coś takiego nam przedstawia, coś, co się wymyka. Cała ta książka, 280 stron wtedy pokazuje swoją siłę, bo to są, można powiedzieć, takie opowieści albo o Węgorzu, albo o relacji z ojcem.
Oczywiście nie mówię tego lekceważąco, bo to są piękne opowieści, ale w gruncie rzeczy człowiek wtedy się przekonuje, że te 280 stron czemuś służyły. Ja tak odbieram „Tajemnicę Węgorza” i dlatego, o ile powiedziałem, że się na początku buntowałem przeciwko temu tytułowi, to na końcu przyjąłem go z pokorą. To jest dobry tytuł, nie tylko literacko, ale też dobrze opisujący to, co się w tej książce dzieje. Waldku?
[27:08] - Tak, właśnie Ewangelia. Ewangelia oznacza dobrą nowinę, czyli przerabiając czy rozwijając tytuł: dobra nowina według Węgorza.
[27:19] - A co się dzieje w ostatniej scenie? Nie opowiadajmy, broń Boże, ale właśnie to jest ta dobra nowina.
[27:27] - Szybko sobie jeszcze otworzyłem te ostatnie strony i sobie przypomniałem to, żeby być na bieżąco z tym, co mówisz. Nie chciałbym faktycznie tego opowiadać, ale jest tutaj przełom. Tak, dokładnie.
[27:45] - Wiktorze?
[27:48] - Jeśli mogę wtrącić tutaj swoje zdanie, to Marek, jak mówiłeś o tych dziełach mistyków i o trudności ich akceptacji, gdyż oni próbują, że tak powiem, dotknąć od początku do końca coś, co jest niedotykalne. Praktycznie biorąc, to tak dziwnie pomyślałem sobie, że przecież wszystkie właściwie książki, które ja w życiu przeczytałem, te dobre, to były właśnie takie — dzieła mistyków. I teraz zdziwię wszystkich być może, ale zaliczam do nich praktycznie rzecz biorąc wszystkich dobrych pisarzy science fiction. Na przykład Stanisław Lem pisze taką książkę jak „Solaris”. Pisze krok po kroku. Uczeni badają, uczeni dotykają, uczeni próbują zrozumieć, zaczynają rozumieć. Może rozumieją. Kończymy książkę i co się okazuje? To się absolutnie wszystko wymyka jakiejkolwiek definicji. Ten cały ocean Solaris jest poza, jest mistyczny tak naprawdę.
Możemy tak, możemy inaczej. Dobrze, następna książka Stanisława Lema „Głos Pana”. Analizujemy sygnały docierające, jakie są wszechświata i tak dalej. Uczymy się tego, próbujemy zrozumieć, analizujemy. Kończy się książka jak? Materia się wymyka, gdyż tak naprawdę do końca to, co Marek powiedziałeś, nigdy nie dotkniemy tej prawdziwej istoty rzeczy po prostu. Możemy próbować. Możemy wtykać swoje palce w jakieś rany świata, natomiast to pozostanie tylko doświadczeniem jednostek, a nie całości. Wszyscy my nigdy niczego do końca nie zrozumiemy, bo inaczej świat byłby skończony. A skoro świat jest nieskończony, to musi być tak, jak jest.
[30:10] - Waldku?
[30:11] - Właśnie tak szybko. Nie wiem, jakoś mi się przypomniał cytat z Mickiewicza: „Czucie i wiara silniej do mnie mówi niż męska szkiełko i oko”. Jakoś nie wiem dlaczego, ale akurat ten jeszcze maturalny tekst mi się przypomniał, jak zaczęliście o tym mówić i o tym zakończeniu tej książki.
[30:31] - Ano właśnie. Bo to jest książka, ja już o tym mówiłem. Ona przedstawia masę faktów, bo my wkraczamy w tę książkę. Węgorz, Węgorz. Za chwilę posłuchamy fragmentu, który dobrze nam to pokaże, ale uświadommy sobie, być może część naszych słuchaczy tego nie wie w ogóle, czym jest ta tajemnica Węgorza. Otóż
[31:01] - Tylko nie mów, że chcesz opowiedzieć.
[31:04] - Tajemnicy całej nie opowiem, natomiast chcę zarysować, od czego autor wychodzi. Autor stwierdza po prostu, że my właśnie w XXI wieku sporo o węgorzu wiemy. Na pewno więcej niż Arystoteles, o którym za chwilę powiem, ale w gruncie rzeczy nie wiemy rzeczy podstawowej. Jak to się wszystko odbywa? Bo większość z nas sądzi: „Węgorz to taka ryba, co pływa w naszych rzekach, gdzieś tam w jeziorach. O co chodzi?”. Właśnie w tym węgorzu jest pewna tajemnica. Tajemnica polegająca na tym, że kiedy trzymamy węgorza w rękach, to musimy sobie uświadomić, że trzymamy w ręku kawał historii, bo ten węgorz z całą pewnością urodził się, jeśli go nawet wyłowiliśmy gdzieś tu w okolicach Bydgoszczy, Torunia, Wrocławia, Katowic, obojętnie, to trzymamy go w ręku, ale on tak naprawdę pochodzi z bardzo daleka. Urodził się tysiące kilometrów stąd, w Morzu Sargassowym. To już wiemy.
Wiemy to w XXI wieku, tą rzecz wyjaśniliśmy do końca. Właśnie nie do końca, bo okazuje się, że pomimo tej naszej wiedzy, że gdzieś stamtąd węgorz przychodzi, właściwie przypływa, to jak to się dzieje, nie wiemy. Wiemy, że on się tam gdzieś musi rozmnażać, czyli tarło się tam odbywa. Ale jak się odbywa, na jakiej głębokości się odbywa i w ogóle co się później dzieje? Tego nie wiemy. W miejscach, gdzie próbowano ciągle zagęszczać to miejsce, znajdować coraz bardziej dokładnie to miejsce, w którym się tarło węgorza odbywa. I okazało się, że jeśli nawet pojawiały się tam tak zwane wierzbowe listki. Co to są te wierzbowe listki przezroczyste? Za chwilę się państwo dowiecie z fragmentu książki. Ale kiedy się pojawiały te wierzbowe listki, czyli pierwsza postać węgorza, jaka w ogóle się pojawia, one miały długość milimetra czy dwóch.
W tym miejscu prawdopodobnie odbywało się tarło. Więc wrzucano w tym miejscu sieć. I czy wyłowiono węgorze, te, które właśnie odbywały tarło? Nie. Nie było tam. Więc znowu niby jesteśmy już blisko, prawie dotykamy tej tajemnicy. Co z tym węgorzem jest, jak to się odbywa? A jednak nikt nigdy nie widział, jak węgorze to robią. Przepraszam za frywolny ton, ale w gruncie rzeczy on w tej książce wcale frywolny nie jest. Bo węgorz to jest taka dziwna ryba, która jest bezpłciowa właściwie.
Od tego się cała tajemnica z Arystotelesem zaczęła, ale to później. Natomiast węgorz nie ma płci. On ją pewno ma, tylko tak naprawdę bardzo trudno jest ją odkryć. Co więcej, węgorz tak naprawdę przybywa do naszych rzek. Zajmuje mu to średnio trzy lata, minimum, zanim on się w naszym pobliskim jeziorku albo w rzeczce zjawi. I co? I sobie tam żyje. Żyje sobie tam pięć lat, trzy lata, 10 lat, to różnie. A w pewnym momencie nachodzi go tęsknota, jakby go nachodziła tęsknota za miejscem urodzenia i odbywa podróż wsteczną. Nie wiadomo, dlaczego to robi.
W dodatku jest przeciwny innej rybie. O łososiu mówię, bo o ile węgorz rodzi się gdzieś tam w Morzu Sargassowym i przybywa do wód słodkich, to odwrotnie jest z rybą wymienioną wcześniej. Ona odbywa odwrotną drogę. Węgorz bardzo długo, jeśli mówimy o tajemnicy, nie był uważany za rybę. To znowu nawiązuje do Arystotelesa, ponieważ jego łuski są tak drobne i pokryte śluzem, że są niewyczuwalne. „A zatem może jednak nie ryba?” — zadawali pytanie nasi praszczurowie. W dodatku te skrzela jego są malutkie i w ogóle on jest jakiś taki nierybi.
[35:50] - Jeśli można. Właśnie też nie pamiętam. Teraz już nie pamiętam, czy w książce jest coś na temat koszerności samego węgorza.
[35:59] - Jest.
[36:00] - Jest, tak? Może mi się to uwydziało.
[36:04] - Właśnie jest to ryba, która absolutnie nie jest koszerna, o ile inne ryby jak najbardziej, ta ryba nie. Ale zacząłem o tym, tak naprawdę węgorz przez całe swoje życie w wodach słodkich jest czymś w rodzaju, zresztą autor o tym pisze, czymś w rodzaju nastolatka. On nigdy nie jest dojrzały. Kiedy natomiast poweźmie ten plan, że trzeba by wrócić do Morza Sargassowego, coś go tam ciągnie, jakiś zew, to wtedy praktycznie rzecz biorąc zaczyna się zmieniać. Zaczyna płynąć do ujścia rzeki. A jak już odbywa tę podróż w stronę Morza Sargassowego, zanikają jego wewnętrzne organy. Właściwie cały organizm jedzie na tłuszczu zgromadzonym wcześniej, bo przewód pokarmowy gdzieś się ulatnia i tak dalej. Zaczyna się ten organizm redukować, ale też zaczyna go przybywać, bo wtedy węgorz nabiera płciowości. Bo nie jest tak, jak sobie wymarzyli czy wykombinowali nasi praszczurowie, między innymi Arystoteles. On twierdził, że węgorz to taka dziwna ryba, która nie ma płci, a zatem pewno rodzi się w mule.
Wiele wieków później kombinowano, że może nie w mule, może nie samorództwo, ale to tak naprawdę jest obojnak, więc wzorem ślimaka parzy się sam ze sobą i stąd są małe węgorze. I tak dalej. O tych teoriach później. Ja myślę, że teraz mamy dobry moment, żeby posłuchać pierwszego fragmentu książki. Arku, prosimy.
[37:58] - Węgorz. Z narodzeniem węgorza jest tak: proces ma miejsce w północno-zachodniej części Oceanu Atlantyckiego, w tak zwanym Morzu Sargasowym, a więc tam, gdzie jak się zdaje, panują ku temu najlepsze warunki. Morze Sargasowe to nie mniej, ni więcej, tylko morze w morzu. Trudno określić, gdzie się zaczyna i gdzie jest jego kres, bo wymyka się ono powszechnie przyjętej rachubie świata. Leży kawałek na północny wschód od Kuby i Bahamów oraz na wschód od wybrzeża Ameryki Północnej, ale jednocześnie nieustannie znajduje się w ruchu. Morze Sargasowe jest niczym sen. Nie da się dokładnie określić chwili, w której się do niego wstępuje, ani tej, w której się je opuszcza. Można jedynie stwierdzić, że się w nim było. Owa ulotność bierze się stąd, że granic Morza Sargasowego nie wyznaczają kontynenty, lecz cztery potężne prądy. Na zachodzie to życiodajny Golfsztrom, na północy jego przedłużenie, zwane Prądem Północnoatlantyckim, na wschodzie Prąd Kanaryjski, a na południu Prąd Północnorównikowy.
Pięć milionów kilometrów kwadratowych tego ciepłego morza porusza się w granicach otaczających je prądów jak powolny wir. To, co do niego wpadnie, nie zawsze równie łatwo się z niego wydostaje. Wody Morza Sargasowego są przejrzyste i błękitne, a miejscami ich głębokość sięga aż siedmiu tysięcy metrów. Na ich powierzchni unoszą się wielkie połacie brunatnych, śliskich gronorostów, tak zwanych sargasum albo sargasów. I to właśnie im morze zawdzięcza swoją nazwę. Kilometrowe sploty silnie rozgałęzionych plech pokrywają powierzchnię wody, dając schronienie niezliczonej liczbie morskich stworzeń: małym bezkręgowcom, rybom i meduzom, żółwiom, krewetkom i krabom. Głęboko pod wodą bujnie rośnie trawa morska i inne rośliny. Życie buzuje tam w ciemności jak w gęstym lesie po zachodzie słońca. To właśnie tu przychodzi na świat węgorz europejski, Anguilla anguilla. Tu dojrzałe płciowo osobniki odbywają tarło.
Samice składają ikrę, a samce zapładniają ją, polewając mleczem. Tu, w ciemnych głębinach wykluwają się stworzonka o żenująco małych główkach i słabo wykształconych oczach. Te larwy po mniej więcej siedmiu dniach od wyklucia się przekształcają się w leptocefale. Ich ciało przypomina kształtem listek wierzbowy. Jest podłużne, płaskie i niemal zupełnie przezroczyste. Ma zaledwie kilka milimetrów długości. Przezroczyste wierzbowe listki natychmiast rozpoczynają swoją podróż. Unosi je Golfsztrom i po przebyciu wielu tysięcy kilometrów przez Atlantyk docierają do wybrzeży Europy. Wędrówka ta może potrwać nawet trzy lata. W tym czasie wierzbowe listki rosną milimetr po milimetrze, nabrzmiewają powoli jak podłużna bańka i kiedy wreszcie docierają do celu, przechodzą pierwszą metamorfozę, stając się narybkiem szklistym.
To kolejne stadium rozwoju węgorza. Tak samo jak ich wcześniejsze larwalne ja, szkliste węgorzyki są niemal całkiem przezroczyste, długie na sześć, siedem centymetrów, cienkie i zwinne. Sprawiają wrażenie, jakby nie tknął ich jeszcze żaden kolor ani grzech. Są jak cieniutkie szklane patyczki, krótsze niż palec. Pisała o nich Rachel Carson, amerykańska biolożka i autorka książek popularnonaukowych. Wydają się kruche, delikatne i bezbronne. Mają wielu kulinarnych amatorów, na przykład w kraju Basków. Kiedy szkliste węgorzyki docierają do wybrzeży Europy, rozpoczynają wędrówkę w górę rzek, niemal natychmiast dostosowując się do warunków panujących w słodkich wodach. Tam przechodzą kolejną metamorfozę, stopniowo nabierając żółtej barwy. Ich ciała zaczynają rosnąć, wykształcają mięśnie i zyskują wężowaty kształt.
Oczy młodych węgorzyków upodobniają się do malutkich czarnych guziczków, a ich szczęki stają się szerokie i silne. Skrzela pozostają małe i niemal całkiem ukryte. Wzdłuż wężowatych rybich ciał na górze i na dole wyrastają cieniutkie fałdy płetwy grzbietowej i odbytowej. Skóra zaczyna połyskiwać odcieniami żółci, brązu, szarości i pokrywa się delikatną, niezauważalną gołym okiem i niewyczuwalną pod palcami łuską, otaczając delikatne ciałka ryb ukrytą zbroją. Kruchy i bezbronny szklisty narybek staje się silny i wytrzymały. To kolejne stadium rozwoju węgorza. Młode ryby płyną w górę rzek i strumieni, pokonując przeszkody rwących wód. W bystrzynach potoków poruszają się niemal tak samo sprawnie jak w mulistych jeziorach i spokojnych, ciepłych sadzawkach. Potrafią pokonać przeszkodę w postaci bagna czy rowu. Są niepowstrzymane i gdy zmuszą ich do tego okoliczności, przedzierają się lądem przez śliski mur czy mokrą trawę, byle dotrzeć do najbliższego zbiornika z wodą.
To wszystko czyni węgorza rybą wyjątkową, przekraczającą ograniczenia innych ryb. Niewykluczone, iż on sam nie wie o tym, że jest rybą. Potrafi przebyć tysiące kilometrów, wytrwale pokonując wszystkie przeszkody, aż wreszcie w jakimś miejscu uznaje, że trafił do domu i nie wymaga od tego domu zbyt wiele. Jest to miejsce, do którego trzeba się przystosować, zaakceptować jego drobne niedogodności, dobrze je poznać. Najchętniej muliste dno jeziora lub rzeki z odrobiną kamieni, między którymi można się schronić i z wystarczającą ilością jedzenia. Kiedy węgorz dotrze do takiego miejsca, osiedla się w nim na lata, poruszając się w promieniu zaledwie kilkuset metrów. A jeśli z jakiegoś powodu znajdzie się gdzieś indziej, zrobi wszystko, co w jego mocy, by do tego domu jak najszybciej powrócić. Przeprowadzono wiele eksperymentów na węgorzach, które chwytano, wyposażono w nadajniki radiowe i wywożono wiele kilometrów od domu, a one wracały do wybranych przez siebie miejsc po tygodniu lub dwóch. Nie wiadomo, jak odnajdywały drogę powrotną. Węgorz w tym stadium jest samotnikiem.
Żyje w pojedynkę, a jego życiem kierują pory roku. Zdarza się jednak, że w czasie długo utrzymujących się chłodów węgorze splatają się przy mulistym dnie w chaotyczny kłąb, tworząc zwiniętą naprędce śliską kulę przypominającą kłębek wełny. Węgorz żeruje nocą. O zmierzchu wypływa z kryjówki na dnie i zaczyna szukać pokarmu: robaków, larw, żab, ślimaków, krewetek albo małych ryb. Nie pogardzi nawet drobną myszą czy pisklęciem. Żywi się również padliną. Pod taką żółto-brązową postacią węgorz przeżywa większość swojego życia, okresowo spędzając czas aktywnie, a kiedy indziej zamierając w całkowitym bezruchu. Wydaje się kierować wyłącznie poszukiwaniem pokarmu lub schronienia, jakby to życie było oczekiwaniem, a jego sens tkwił gdzieś w odległej, abstrakcyjnej przyszłości, której nie da się przyspieszyć. Można na nią jedynie cierpliwie czekać, a życie to może być długie. Jeśli węgorz ma na tyle szczęścia, że ominą go choroby i niebezpieczeństwa, potrafi w jednym miejscu tkwić aż 50 lat.
W Szwecji znane są przypadki węgorzy, które przeżyły w niewoli ponad osiem dekad. Krążą opowieści o takich, które przeżyły ponad 100 lat, bo kiedy odbierze się węgorzowi cel istnienia, jakim jest rozród, ta niezwykła ryba zdaje się móc żyć wiele dziesiątków lat. Zupełnie jakby potrafiła czekać całą wieczność. Jednak po jakimś czasie takiego życia, zwykle między 15 a 30 rokiem, węgorz decyduje się na podjęcie wędrówki do tarliska. Nie wiadomo, od czego zależy ta decyzja, ale gdy już zapadnie, osiadły tryb życia węgorza zostaje gwałtownie przerwany i jego dalsza egzystencja przybiera całkiem inny charakter. Ryba rusza w stronę morza i po drodze rozpoczyna ostatnią metamorfozę. Zmienia brunatno-żółte barwy na ciemniejsze, bardziej zdecydowane. Grzbiet staje się czarny, a boki srebrzyste z wyraźnie zarysowanymi liniami bocznymi, jakby również swoim wyglądem chciała wyrazić determinację w dążeniu do ostatecznego celu. Rozpoczyna dojrzewanie płciowe. Węgorz żółty przechodzi w kolejne stadium rozwoju i staje się węgorzem srebrzystym.
Kiedy nastaje jesień, pod osłoną ciemności węgorz wraca do Oceanu Atlantyckiego i kieruje się z powrotem do Morza Sargassowego. Jego ciało dostosowuje się do tej długiej wędrówki jak na zawołanie. Dopiero teraz w pełni rozwijają się jego organy rozrodcze. Płetwy wydłużają się i nabierają siły, by ryba mogła płynąć szybciej. Oczy się powiększają i stają się niebieskie, by lepiej widzieć w morskich głębinach. Węgorz przestaje jeść i zanika mu żołądek, a siłę do wędrówki czerpie ze zgromadzonych dotychczas zapasów tłuszczu. Węgorzowe ciało napełnia się ikrą lub mleczem i wydaje się, że nic nie jest w stanie sprawić, by ryba zboczyła ze ścieżki wiodącej do wyznaczonego celu. Potrafi przepłynąć 50 kilometrów dziennie, czasem na głębokości 1000 metrów. A my wciąż wiemy bardzo niewiele o tej niezwykłej podróży. Być może węgorz dociera do celu w sześć miesięcy, ale niewykluczone, że zatrzymuje się po drodze, by przezimować.
Znane są przypadki węgorzy, które w tym stadium rozwoju przeżyły w niewoli aż cztery lata bez jedzenia. To długa i ascetyczna podróż sterowana niewytłumaczalnym uporem w dążeniu do celu węgorzowej egzystencji. A gdy ryba pokona już całą drogę do Morza Sargassowego, po raz drugi trafia do domu. Pod splątanymi dywanami wodorostów ikra węgorzowych samic zostaje zapłodniona. To koniec życiowych trudów tej niezwykłej ryby. Węgorz umiera, wypełniwszy swoje przeznaczenie.
[49:27] - Tak. Mieliśmy wstęp. Myślę, że on jest bardzo dobry, żeby pokazać... Pokazał najlepiej, czym jest tajemnica węgorza.
[49:39] - Mogę mówić?
[49:41] - Jak najbardziej.
[49:43] - To, co słyszeliśmy, może nie wszyscy wiedzą dokładnie, że to, co słyszeliśmy, dotyczy węgorza europejskiego i amerykańskiego. Natomiast podobna sytuacja ma miejsce na Oceanie Spokojnym. Tam nie ma Morza Sargassowego, jest natomiast gdzieś w pobliżu Wysp Mariańskich miejsce podobne do Morza Sargassowego, w którym wylęgają się tak zwane węgorze japońskie, azjatyckie, które podobną drogę przychodzą jak nasze europejskie. Dzięki ciepłym prądom te młode narybki węgorza przedostają się do rzek azjatyckich i tam żyją. Czyli mamy podobną sytuację, z tym że w rejonach Oceanu Spokojnego. Tak jak to, co słyszeliśmy na temat węgorza europejskiego. Czyli węgorz japoński ma podobną historię, podobną tajemnicę, o której możemy przeczytać w książce.
[51:02] - To prawda, ale jeszcze, żeby nie było tak łatwo. Wspomniałeś o węgorzu europejskim i amerykańskim. Nawet one między sobą się różnią. One są genetycznie troszeczkę inne. W dodatku nie krzyżują się ze sobą. Co więcej, cała mistyka tego procesu jest taka, że po prostu te węgorze amerykańskie, ponieważ one podążają przez pierwszą część swojego życia, kiedy są tak zwanymi wierzbowymi listkami, podążają z prądem, z Golfstromem. One, te amerykańskie szybciej rosną i są w stanie wyrwać się z tego prądu szybciej i dlatego skręcają sobie na zachód i płyną w kierunku Stanów Zjednoczonych obecnie, Ameryki Północnej. Natomiast te europejskie rosną wolniej i dlatego z tym Golfstromem sobie podążają dalej i trafiają do Europy. A jeśli już mówimy o tych węgorzach europejskich, amerykańskich i japońskich, to jeszcze z kolejnej części książki taka oto tajemnica, że wszystkie te węgorze próbowano rozmnażać w niewoli i to idzie średnio. Najlepsze efekty były z tym węgorzem japońskim właśnie, ale to też w gruncie rzeczy głównie mutanty jakieś wychodziły.
Tym razem nie popromienne, ale w gruncie rzeczy słabo to idzie. Węgorz to jest taka ryba, która nie chce. Nawet jak jej stworzymy super warunki i gdzieś ją tam naprawdę będziemy podglądać i zachęcać, to i tak się zachęcić specjalnie nie da. I te eksperymenty na Dalekim Wschodzie niespecjalnie się udały. Te eksperymenty dotyczące europejskiej i amerykańskiej odmiany węgorza też szły średnio.
[53:06] - To znaczy, jeżeli mogę się wtrącić, ten węgorz japoński. Japończycy robili to na tej zasadzie i Chińczycy też z tego, co pamiętam, robili to na zasadzie odłowu bardzo młodego narybku. I ta hodowla następowała właśnie od tego momentu, nie do końca, że tak powiem, od momentu wylęgania z ikry.
[53:34] - Tak. I tak mi wychodziły mutanty.
[53:37] - Nie wychodziło to. Natomiast nikomu jeszcze nie udało się, że tak powiem, wyhodować węgorza z samej ikry.
[53:47] - Wiktorze, teraz ty.
[53:51] - Jeśli mogę jedną rzecz, bo wy tak mówicie cały czas o węgorzu, ale ja tak dziwnym trafem kiedyś słuchałem tego akurat fragmentu i przypominając sobie ten fragment, który Ivellios przeczytał, to jakoś dziwnie właściwie słyszałem tekst nie o węgorzu, ale o człowieku.
[54:16] - Dokładnie.
[54:17] - Mniej więcej tak samo sobie wyobrażam wędrówki ludów. Bardziej łatwe do wyobrażenia przesiadanie z wyspy na wyspę Polinezyjczyków, w ogóle humanoidów, bo Polinezję przecież opanował nie Homo sapiens, tylko jeszcze dużo wcześniej wszystkie humanoidzi zasiedlali również. Coś ciągnęło tych ludzi. Oni się gdzieś zadomawiali na jakiś czas, tam dojrzewali, tam to był ich dom, a potem znów wędrowali dalej. Po co? Można zadawać takie same pytanie jak to: a po co węgorz płynie? A dlaczego? A dlaczego to? A dlaczego człowiek robi to? Dlaczego podejmował wędrówkę?
Łatwo można powiedzieć, że ciekawość, że ekspansja, że zagrożenie, wycieranie przez inne plemiona i tak dalej. To jest model taki sobie. Natomiast jakoś dziwnie, krok po kroku, kiedy Ivelliosę czytałem, ja cały czas słyszałem opowieść właściwie o losach nie tylko gatunku homo sapiens, w ogóle humanoidów, ale również o losie człowieka jako jednostki, która jest takim tym jerzbowym listkiem na początku. Po coś w życiu żyje. I po coś kiedyś do jakiegoś domu być może wraca. Na mnie już prawie czas.
[56:19] - Dokładnie Wiktorze, dzięki za tę sugestię, bo to właśnie jest moim zdaniem jedna z osi książki. Autor nie robi tego nachalnie, ale pokazuje, że ludzkie życie w jakiś taki tajemniczy sposób przypomina cykl, który przechodzi węgorz. Rodzimy się, przemierzamy nasze życie w różny sposób, mniej lub bardziej ekscytujący, a później wracamy. Dokąd wracamy? Na to odpowiedzi nikt z nas nie znajdzie, ale wystarczy postawić pytanie wzorem filozofów. Wystarczy postawić pytanie, a każdy sobie już odpowiedzi udzieli sam. Co ważne, to jest jeden z tych elementów książki, które sprawiły, że ja pochylam z szacunkiem głowę odnośnie tej książki. Co więcej, warto jeszcze powiedzieć, a właściwie to jest ten dobry moment, żeby o tym powiedzieć, że książka na tym poziomie, który zaczął Ivellios, czyli śledzenia węgorza, jego cyklu rozwojowego, życiowego, czy jak go sobie tam nazwiemy. W pewnym momencie miałem wrażenie, że cała historia świata kręci się wokół węgorza. Oczywiście przesadzam, ale autor tak to pokazuje, tak odwołuje się do różnych sfer, czy to filozofii, czy historii, czy kulinariów wreszcie, bo i o tym jest mowa, czy pewnych tradycji kulturowych, że właściwie człowiek ma wrażenie, że tak naprawdę historia dużej części świata obraca się wokół węgorza.
To oczywiście złudzenie, tak nie jest. Ale przytoczmy kilka takich przykładów. Wspomniałem już o tym, że Arystoteles, człowiek niezwykle uczony, człowiek, do którego do dzisiaj odwołują się myśliciele. O którym mówi się, że właściwie cała filozofia to są przypisy do Arystotelesa. Może ewentualnie do Platona. Ten człowiek potrafił napisać o węgorzu, że on się rodzi z mułu. Czyli autor pokazuje, że nawet geniusz czasami jednak pierdzieli bez sensu, że tak się wyrażę kolokwialnie. Ale jakżeż miał nie pierdzielić bez sensu Arystoteles, skoro obserwacje były, jakie były? On sobie tam w tej swojej Grecji widział węgorza, który był bezpłciowy właściwie. Gdzieś tam się kręcił, nie wiadomo skąd się brał.
Nigdy nie obserwowano tarła węgorza. Bo gdzież w Grecji, skoro on to robi w Morzu Sargassowym. Więc w ogóle ten węgorz to jakaś taka dziwna ryba. Nie wiadomo w ogóle, czy ryba. Ale co ciekawe, ja oczywiście nie będę przedstawiał całej takiej intelektualnej drogi, którą podąża autor książki, ale powiem na przykład, że dowiadujemy się z „ Ewangelii według Węgorza”, że sprawa tej ryby nie ryby mocno intrygowała wielu myślicieli i badaczy na przestrzeni dziejów. Próbowano rozwiązać ten problem węgorzowy już w wiekach po średniowieczu to już bardzo intensywnie. I cały czas to nie wychodziło. Jedni tam jakiś uczony ogłaszał, że znalazł tam organy płciowe węgorza i już był taki ucieszony, a drugi mu mówił po jakimś czasie, że się myli, że to nie są i tak dalej. Nie będę wchodził w te szczegóły, bo to nie jest specjalnie w tej chwili do audycji potrzebne. Natomiast jest fascynujące jako historia.
Dojdę do wieku XIX, do mniej więcej połowy drugiej połowy XIX wieku, kiedy pojawia się znane nazwisko Sigmund Freud. My go znamy z psychoanalizy, z tego, że sprowadził całe właściwie nasze życie do jednego, do kompleksu Edypa. Może jeszcze do drugiego w ogóle do seksualności, do jakichś tam marzeń oraz ewentualnie kompleksów. A tymczasem okazuje się, że w bardzo wczesnej młodości, w każdym razie młodości naukowej, Zygmunt Freud zajmował się również węgorzem. Kroił tego węgorza na potęgę na terenach dawnej Jugosławii. Kroił go na potęgę. Czego szukał? Szukał narządów płciowych tego węgorza. Słabo mu poszło, mówiąc szczerze. Ale autor książki wyciąga z tego wniosek, że być może wtedy pojawiło się takie praźródło psychoanalizy.
Dlaczego? Bo Zygmunt Freud rozcinając kolejne węgorze przez kolejne dni, przez kolejne miesiące, doszedł do wniosku tego, o którym już wspomniałem, że nasze życie, nasza rzeczywistość to nie jest prosta rzeczywistość, w której wszystko łatwo jest stwierdzić. On przekonał się o tym, że nawet rzeczy proste, takie jak węgorz, bo cóż to za skomplikowana rzecz, kryją tajemnice, których nie jesteśmy w stanie rozwikłać. Być może to w tym myśleniu abstrakcyjnym Freuda spowodowało, że on później, znacznie później doszedł do tych wniosków związanych z psychoanalizą i z tym wszystkim, z czego jest najbardziej znany. Ale chwała autorowi, że tę wczesną działalność naukową Freuda wykrył, a ona właśnie związana była z węgorzem.
[01:03:08] - I z seksualnością.
[01:03:10] - I z seksualnością węgorza. Ale proszę, niech się zgłosi ten, kto wiedział o tym, że Zygmunt Freud w młodości, tej naukowej młodości zajmował się krojeniem węgorzy. Ja nie wiedziałem.
[01:03:23] - Tym bardziej że teraz na Netflixie jest serial poświęcony Freudowi. Jeszcze nie oglądałem, ale na pewno obejrzę i zobaczę, czy będzie wykorzystany właśnie ten fragment jego życia, o którym mówiłeś. À propos nie Jugosławii, tylko bodajże to się dzieje w Trieście, czyli we Włoszech.
[01:03:46] - A możliwe. Rzeczywiście bardziej mi się rejon skojarzył. Rzeczywiście gdzieś mi się przesunęło. W każdym razie to kolejna, ale znowu, żeby tak uciec, żeby nie iść tylko tą ścieżką naukową, to w pewnym momencie autor zaczyna robić przegląd kulinariów i dowiadujemy się, że ten wspomniany we fragmencie czytanym przez Ivelliosa narybek szklisty jest rarytasem w wielu miejscach świata. Na przykład w Kraju Basków. Tam jest przyrządzany na rozmaite wspaniałe sposoby. I to nie jest tak, że ja sobie teraz wymyśliłem, że to rarytas. Otóż za porcję tego szklistego narybku, bodajże, jeśli dobrze pamiętam, w sosie pomidorowym, ale tu mogę błądzić, bo nie pamiętam dokładnie, trzeba zapłacić, proszę państwa, 50 euro.
[01:04:54] - Ale jakie to pomidory!
[01:04:56] - Tak, ale jaki to narybek szklisty. Ale okazuje się, że te wczesne fazy węgorza rozwojowe to nie jest tylko rarytas dla Basków, a on jest jadany w wielu innych miejscach. Mówi się także o Włoszech, o kilku innych miejscach w Europie. Okazuje się, że węgorz, a właściwie jego wczesne stadia rozwojowe znalazły uznanie wśród smakoszy. To jest jeden z wątków poruszanych przez autora, bo on na przykład pisze też o całych sprawach związanych z kulturą połowu węgorza. Pisze o Skandynawii, o takich chatkach na plażach.
[01:05:48] - Oj kurczę, Marku, myślę, że ty zaraz całą książkę nam opowiesz.
[01:05:52] - Nie, nie opowiem. W gruncie rzeczy powiem państwu tak, że ja jednak mimo wszystko będę dużo opowiadał dzisiaj, a i tak opowiem zaledwie ułamek tego wszystkiego. Ja zresztą rozumiem Waldka, jego niepokój. Tej książki, proszę państwa, nie da się opowiedzieć. Musielibyśmy tutaj gdzieś do czwartej rano państwa katować, żeby nam się udało opowiedzieć jej złożoność, jej wielowątkowość i te wszystkie przykłady, które autor przytacza, gdzieś tam jakoś użyć. Tak naprawdę ja zaledwie muskam temat. Żeby go zilustrować, bo pokazuje autor, wymienię jeszcze raz Patrick Svensson mówi o tym, że węgorz, ta prymitywna ryba w gruncie rzeczy to jest taki obiekt, taka rzecz, takie zwierzę, które angażuje nie tylko naszą kulinarną kulturę, ale też kulturę naukową, kulturę filozoficzną, kulturę wreszcie taką czysto materialną. Ale też książka pana Svenssona to jest też wykład historyczny. To jest zadziwiające, że on pokazuje, jak rozwijały się narody Europy, pokazuje, skąd się wzięły pewne zjawiska przy Irlandii związane z okupacją angielską. Jak to się z węgorzem łączy?
To już sobie państwo przeczytajcie. Ostrzeżony przez Waldka nie będę opowiadał, ale pokazuje, jak się te rzeczy polityczne wiążą też we współczesności. Jak pewne rzeczy zanikają, jak Unia Europejska Którą jedni bardzo szanują, drudzy jej nienawidzą, w zależności od opcji, co kto lubi. Jak Unia Europejska, wydając na przykład bardzo światły i bardzo ekologiczny zakaz połowu węgorzy, czy to tej wersji niedojrzałej, ale tej nastoletniej, czy też tego narybku szklistego, wydając prosty nakaz ekologiczny niepoławiania, w gruncie rzeczy uderza w wielowiekową kulturę poszczególnych narodów Europy. Jak skomplikowany jest to proces. To są te fragmenty książki, w których jestem absolutnie porażony pewną głębią, którą stosuje autor i pewną głębią refleksji, o której mogę przeczytać. Wielki szacun, ale ponieważ gadam jak nakręcony, to ja bym jednak oddał głos moim współdyskutantom. Kto pierwszy?
[01:08:53] - Może ja prowokacyjnie coś powiem.
[01:08:56] - Mogę ja pierwszy?
[01:08:57] - Dobrze. Proszę. Proszę, Wiktorze.
[01:09:04] - Waldek, chciałbym wprowadzić taki element, bo zwróćcie uwagę, że można by było na ten temat napisać esej o węgorzu. Mniej więcej tak, jak to jeden z największych eseistów, popularyzatorów nauki robi. Jak to Dawkins robi, jak to robił fenomenalnie zresztą o figle, o figowcu, o życiu figowca, o tajemnicy przekształceń różnych zwierząt, roślin i tak dalej. Można było napisać esej. Byłby tak samo fascynujący jak ta książka w tym wątku dotyczącym węgorza i tajemnicy jego przeobrażeń, jego wędrówek, jego życia w ogóle i tak dalej. Natomiast walorem tej książki, w przeciwieństwie do eseistyki takiej naukowej książki, jest to, że Patrick Sweeney połączył tę książkę z historią. Dokładnie, Marku, nie tylko z historią dziejów Europy, ale z historią człowieka. Człowieka losów. Tego Dawkins właśnie nie robi specjalnie. Jego interesowała zawsze istota rzeczy, taki światopogląd naukowy.
Natomiast ta jest książka bardzo, „Ewangelia według węgorza” jest książką wielowymiarową, wielopłaszczyznową. Ujawnia wszystkie możliwe strony problemu, że prawdziwy problem nie jest tylko o tym, o czym się świat współczesny przekonuje. Prosty, ale jest czasami bardzo skomplikowany. Dobrze.
[01:11:13] - Ja chciałem z innej strony do tego podejść, do tej książki, która gdzieś będzie na razie tłem do tego, co chciałbym powiedzieć o moim spotkaniu z węgorzem. Ja bardzo lubię ryby. Zacznijmy od tego. Bardzo lubię ryby, ale w związku z tym, że nie wiem do końca, czy węgorz jest rybą, czy nie jest rybą. Po tej książce już raczej wiem. Wiem. Tak. Czyli powinienem, skoro lubię ryby, węgorza też powinienem lubić. Przynajmniej zjeść. Natomiast jeżeli chodzi o spożywanie węgorza, nie jestem do tego przekonany.
Nigdy nie jadłem węgorza. O ile różne ryby w różnych miejscach mogę zjeść, natomiast węgorza nie zjem, a już powiem dlaczego. Otóż jeszcze jak byłem w szkole średniej, to były zamierzchłe czasy. Nie wszystkie filmy, które były wyświetlane w popularnych kinach czy w kinach, które były, były tak zwanymi projekcjami otwartymi. Były tak zwane DKF-y, to były tak zwane dyskusyjne kluby filmowe. Ja na to chodziłem i między innymi wybrałem się na film, zanim przeczytałem książkę oczywiście, wybrałem się na film „Blaszany bębenek”. Oczywiście ta książka jest też wspomniana w Ewangelii, bo jest tam spora część i bardzo charakterystyczna i dość mocna scena dotycząca węgorza. I ta scena bardzo mocno wpłynęła na moje postrzeganie tej ryby i stosunek do niej. Po tej scenie nie jestem w stanie dotknąć węgorza, spożyć węgorza. Uważam, że to już jest jakby poza rybą.
Nie wiem, czy czytaliście czy widzieliście film według powieści Güntera Grassa, ale czy czytaliście książkę. Natomiast to było moje pierwsze takie spotkanie z
[01:13:44] - Właśnie z węgorzem. Nie fizyczne, ale takie typowo filmowe, które wpłynęło na mnie. Aż do dzisiejszego dnia praktycznie nie jestem w stanie zareagować pozytywnie na węgorza.
[01:14:01] - Marku, Waćku. Waćku, dajesz świadectwo takiej młodzieńczej wrażliwości i sentymentalizmowi, bo ta proza życia związana z katrupieniem różnych zwierząt czy czegokolwiek nie wpływa jakoś na walory smakowe pokarmów, które spożywamy. A ja, odnosząc się do „Blaszanego bębenka”, opowiem w takim razie moją historię z kolonii, kiedy miałem czternaście lat i jeździłem na kolonie wysyłany, to gdzieś, już nie pamiętam, gdzie to było, w każdym razie gdzieś w stronę nad jakimś jeziorem biegaliśmy sobie dzieci. I dotarliśmy do miejsca, w którym ratownicy wydobyli z jeziora krowę, która się utopiła w tym jeziorze. No i widok był przepyszny, bo ta krowa żyła, chociaż się utopiła. Ona była zjadana od środka przez tłum węgorzy. Te węgorze wypełzały jej z nozdrz, z gardła, spod języka, z odbytu, z każdych dziur przewierconych w brzuchu. Ona była jak taka wielogłowa hydra, coś. Bzdęta, sina krowa, zżerana przez tłum węgorzy. Słuchaj, jakoś po latach nie mam wstrętu do węgorza.
Bardzo smaczna ryba.
[01:15:50] - Ja tylko przypominam panu Wiktorowi, że jeszcze nie jest po 22, więc takie makabryczne opisy mogą niektórych troszkę przerazić.
[01:16:02] - Waldek odwołał się do opisu z „Blaszanego bębenka” Güntera Grassa. Tam mamy do czynienia nie z krową, a z koniem, a właściwie z łbem końskim. Notabene, jak to się wszystko dziwnie plecie. Bo po raz pierwszy mojego obecnego szefa, a wcześniej kolegę ze studiów, poznałem na takim obozie integracyjnym dla studentów w Funce. I dokładnie w tym czasie czytałem „Blaszany bębenek”. Dla mnie to było o tyle trudne przeżycie, ponieważ ja jestem człowiekiem, który w ogóle ryb nie jada. W ogóle staram się przejść jak najdalej około każdej ryby, która jest nawet w postaci kulinarnej, świetnie przyprawionej. Ja w ogóle ryb nie toleruję. Dlatego opis, bo w tej kolejności ja poznałem najpierw książkę, później film zobaczyłem, opis zrobiony przez Güntera Grassa dotyczący węgorzy, a później objadania się rybami przez jedną z bohaterek, był po prostu dla mnie katorgą. To były ciężkie strony tejże książki, przez które ja ledwo przebrnąłem.
Dla mnie to była katorga po prostu. Więc w jakiś sposób rozumiem to obrzydzenie, które węgorz może budzić. Ale tu tak mi się nasunął od razu pewien problem, który autor porusza w jednym z rozdziałów. Taki problem bardzo filozoficzny, który brzmi mniej więcej tak: czy człowiek, a właściwie on odpowiada na ten problem, człowiek nie może sobie wyobrazić, jak to jest być węgorzem? My możemy próbować wyobrazić sobie, co węgorz czuje, jak węgorz pewne rzeczy widzi, jak pewne rzeczy odczuwa, ale w gruncie rzeczy tak psychologicznie trudno jest nam wyobrazić sobie, jak to jest być węgorzem. I ktoś powie w tej chwili, że to jest problem wydumany i zupełnie idiotyczny, bo po co sobie mamy takie rzeczy wyobrażać? To ja podam jeden z przykładów, który pojawia się w książce. Otóż mówiliśmy o długowieczności węgorza, bo węgorz w niewoli, czyli odłowiony i wstawiony do akwarium, potrafi przeżyć kilkadziesiąt lat. 80, a czasami mniej, czasami więcej. Zdarzyła się natomiast historia, którą autor przytacza, węgorza w połowie XIX wieku wpuszczonego do studni.
I ten węgorz sobie tam żył. Czekał. Czekał, aż będzie mógł podróżować do Morza Sargassowego. Ale trudno jest podróżować ze studni do Morza Sargassowego. Więc sobie tak trwał w tej studni. Ten chłopak, który go tam wpuścił, zdążył się zestarzeć, zdążył mieć dzieci, wnuki. Zdążył umrzeć. A ten węgorz cały czas w tej studni sobie żył. W ciemności, bo studnia była przykryta. Gdzieś na początku XXI wieku, w każdym razie w pierwszym dziesięcioleciu, pojawiła się przy tej studni ekipa jednej z telewizji, żeby zrobić rodzaj reportażu o takiej długowiecznej rybie, bo się okazało, że ta ryba już sporo ponad setkę żyła.
Szukali tej ryby, ale ryby w tej studni nie było. Wiadomo, że dziennikarze to hieny. Sam jestem dziennikarzem, więc wiem to najlepiej. Dziennikarze to hieny, więc jak ryby nie było, to wypompowali wodę ze studni, przeszukali ten szlam na dole, ryby nie było. Musieli się spieszyć, bo woda tam oczywiście, jak to w studni, przyrastała dosyć szybko. W końcu się ze studni wynieśli i wtedy nagle, pomimo że wcześniej przekopali ten szlam na dnie, ryba się pojawiła. Węgorz tam się pojawił. Ponieważ jakiś sukces odnotowali, to wyłowili rybę, zważyli, zmierzyli i w ogóle ją obejrzeli. Węgorz jak węgorz. Co prawda ponad stuletni, ale zwykły węgorz.
Wrzucili go później z powrotem do tej studni. Okazało się, że kilka lat potem odszedł ten węgorz. Wypłynął na powierzchnię i już sobie nie doczekał swojej podróży do Morza Sargassowego. To jest opowieść mniej lub bardziej ciekawa. Natomiast jaki filozoficzny wniosek z tego wypływa? Wspomniałem wcześniej, że węgorz to tak naprawdę ciągły nastolatek. On nie ma żadnych cech płciowych. Czeka cały czas, kiedy wyruszy w podróż do Morza Sargassowego. I on też czekał ponad 100 lat. Nie doczekał się.
Każdy organizm biologiczny ma to do siebie, że w końcu kopie w kalendarz. Jedni robią to wcześniej, drudzy później. Nawet bardzo zatwardziałe węgorze w końcu to jednak robią. I wtedy zadaje autor pytanie: jak to jest być takim węgorzem żyjącym 150 lat w mule studni zakrytej, czyli w całkowitej ciemności? Jak upływa czas takiego węgorza? Żyje, ale jakby nie żył. Jak to w ogóle wygląda? Jak to może być? Myślę, że jak człowiek się wgłębi w ten problem, to mu się zaczyna robić dziwnie. Mnie się zrobiło nieprzyjemnie.
A jak wy to odbieracie? Waldku?
[01:22:25] - Pewnie tak jak z człowiekiem. Jeżeli się nas zamknie, przełoży w jakieś inne środowisko, staramy się do tego środowiska dostosować. Może nie wszyscy. My, Europejczycy pewnie tak. Indianie mają z tym problem. Może nie cała populacja ludzka ma coś podobnego do węgorza, ale pewnie coś w tym jest. Staramy się przystosować do różnych warunków. Na przykład do tych warunków, które teraz mamy. Siedzimy w domu, musimy w jakiś sposób też egzystować. Musimy w jakiś sposób też połączyć się ze sobą.
Mamy różne środki, wymyślamy różne rzeczy. Ten węgorz pewnie za dużo nie wymyślał, ale pewnie wszystkie jego przez wieki genetyczne sprawy spowodowały, że potrafi się przystosować, potrafi zwolnić wszystkie swoje metabolizmy i faktycznie jakoś przetrwać te nieciekawe dla niego czasy. Tu jest jakaś paralela, jeżeli chodzi o człowieka i o to zwierzę. Trudno mi powiedzieć coś więcej, przynajmniej na razie. Może jak coś dopowiecie, to coś jeszcze wyłowię z siebie.
[01:23:50] - Wiktorze?
[01:23:51] - Życie jest bardzo dziwne. Przypomnę wam, że my tutaj dziwimy się temu, co węgorz potrafi, co przeżywa. Przypomnę wam o rybach afrykańskich czy amerykańskich, które żyją w wysychających jeziorach, których metabolizm zatrzymuje się na czas absolutnej suszy trwającej czasami dziesiątki lat. Kiedy woda przypłynie, w tej sytuacji wyłażą z piasku, a nie z mułu i tak dalej i żyją na nowo. Nawet osobiście miałem taki przypadek, że przyjaciel Laskowika z kabaretu, Smoleń założył kiedyś sklep z rybkami i handlował rybkami. Na moje zamówienie sprowadził dla mnie specjalnie z Laosu jedną sztukę jednej rybki, bo miałem akwarium. Chciałem mieć oryginalne akwarium, w którym będzie ryba, której nikt nie miał. I wymyśliłem sobie akurat z rodziny Labeo jedną z rzeki laotańskiej. W każdym razie sprowadził mi tę całą rybę. Ryba przyleciała samolotem do Bydgoszczy.
Wpuściłem ją do tego akwarium, po czym na pięć lat wyjechałem z domu. W tym moim domu zostało pięć studentek, które akurat mieszkały w tym domu. Kiedy wróciłem po pięciu latach, zobaczyłem, że akwarium moje zniknęło. Zapytałem dziewczyn: „A gdzie jest moje akwarium?”. One mówią: „Tam w kuchni stoi. Myśmy to przykryły, ale ono wyschło”. Jak wyschło? Przecież tam było to moje Labeo. No nic, wyciągnęliśmy to. Rzeczywiście była totalnie jakaś skorupa sinoszara.
Błota na dnie po pięciu latach. Dokładnie mówię. Kiedy wlaliśmy tam wodę, żeby wypłukać to wszystko, nagle zaczęła z tej bryły pływać przecudowna ryba, złoto-czerwona, ogromna, długości prawie 15 centymetrów. Normalnie cudowna akwariowa rybka. Jak ona przeżyła te pięć lat beze mnie i bez wody? Bez wody to rozumiem, ale beze mnie?
[01:26:42] - Też się dziwię. W gruncie rzeczy w tym wszystkim, o czym w tej chwili mówimy, tkwi jednak pewien problem naprawdę filozoficznej natury. Często mówi się o tym, że czas dla ludzi starszych płynie szybko. Tydzień po tygodniu, pyk, pyk, pyk i następny, i następny, i następny rok. Wszystko to płynie szybko. Dzieciom czas płynie wolno. Dlaczego? Starają się to niektórzy wytłumaczyć w ten sposób, że nasz wewnętrzny zegar, nawet nie biologiczny, tylko ten umysłowy, dostosowuje się do okresu życia. Czyli jeśli dziecko przeżywa rok, a ma pięć lat, to jest jedna piąta jego życia. Ale jeśli czterdziestolatek przeżywa rok, to jest jedna czterdziesta jego życia.
W związku z tym dlatego ten czas osobom starszym biegnie szybciej. Czy to jest teoria prawdziwa, czy fałszywa? Trudno powiedzieć. Dobrze, przyjmijmy, że nawet jest prawdziwa. To jak to zestawić z tym węgorzem żyjącym w studni, o którym mówiłem, który tak naprawdę po iluś tam latach powinien zatęsknić za Morzem Sargassowym i wiedziony tą tęsknotą ruszyć, żeby się rozmnożyć. A on spędza kolejne, kolejne i kolejne dziesięciolecia w tej studni. Jak jemu płynie właściwie czas? Jak to w ogóle wygląda? Sekundkę. To pytanie, które zadaje w pewnym momencie autor, ma w ogóle głębszą naturę.
Właściwie pytanie i stwierdzenie. Z jednej strony najpierw: czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jak to jest być węgorzem? I odpowiedź: nie, nigdy nie będziemy w stanie. Możemy próbować, ale tak naprawdę nie jesteśmy w stanie wczuć się w to, żeby być węgorzem. Nie ma pomiędzy nami komunikacji. Tak samo, jak nie ma pomiędzy człowiekiem i węgorzem, jak i pomiędzy psem, mrówką, kotem i tak dalej. To są jednak inne byty, inne rzeczywistości i wszelkie próby to są tylko mniej lub bardziej udane eksperymenty. Dlaczego o tym mówię? Wiadomo, że my tutaj w audycji „Bibliotekarium” bardzo często mówimy o fantastyce naukowej. To jest taki pstryczek w nos tym wszystkim, którzy próbują sobie wyobrazić, jak myślą, jak odczuwają, jakie są inne istoty, nasi bracia w rozumie.
To jest w gruncie rzeczy, tak czy inaczej, jakbyśmy tego nie ujęli, jednak pewne oszustwo, które właściwie wszyscy autorzy SF-u stosują. To jest próba pokazania nam, że coś wiemy, ale tak naprawdę nie wiemy nic. Wielka chwała autorowi, Patrickowi Swensonowi za to, że pokazuje to na takim bardzo prostym przykładzie węgorzowym. Ale to jest dobry przykład. Co sądzicie?
[01:30:12] - Marku, podobnie jak Patrick Swenson i ty również reprezentujesz światopogląd bardzo europejski w tej materii. Chciałbym ci przypomnieć, że istnieje coś takiego, to nie kwestia wiary, ale koncepcja życia, która mówi o tym, że my wędrujemy poprzez czas. Jesteśmy w innych wcieleniach po prostu. I w tym momencie pytanie, czy człowiek może zrozumieć mrówkę, kraba, węgorza i tak dalej, ma zupełnie inne oblicze, skoro w poprzednim wcieleniu może było węgorzem albo będzie węgorzem, albo mrówką, albo motylem. To zupełnie ma inny wymiar. Nie trzeba tego rozumieć, nie trzeba sobie wyobrazić, ale trzeba to przeżyć być może. Taka ewentualność jest. A poza tym ta książka inspiruje mnie do innych rozmyślań i mnie właściwie pobudziła do rozważań nad istotą kodu genetycznego. My rozpatrujemy go wyłącznie tylko jako kod, który jest odczytywany i Krok po kroku i tak dalej. Potem się wygasa i już tracja zostaje to, co dla mnie, jeśli przekazaliśmy swój kod genetyczny naszym potomkom.
Ale chciałbym wam przypomnieć, a przynajmniej taki przykład dać, jak dziwnie się składa, co obserwują lekarze i zwykli normalni ludzie. Jak bardzo często nasi potomkowie, nasze dzieci z biegiem czasu się zmieniają. Otóż na przykład na początku są bardzo podobne do matki. Mija dwa lata i przestają być podobne do matki, zaczynają być podobne do dziadka. Mija jeszcze 10 lat i stają się podobne do ojca albo odwrotnie, gdzieś jeszcze jakoś i tak dalej. Czy rola kodu genetycznego jest tylko taka jak przekazywanie informacji? Czy przypadkiem nie istnieje jakiś zegar, który w czasie odmierza czas jakiegoś bytu? Ten czas, już nie będę się pęcił, bo musiałbym to sobie przemyśleć lepiej. Natomiast ten mechanizm zegara, który ludzkim życiem steruje w jakiś sposób, zawiaduje tym czasem naszego bytu, jakoś w kwestii genetyce nie zadomowił się jeszcze. Mam rację czy nie?
[01:34:16] - Darku?
[01:34:19] - Nie wiem, Wiktor dość ostro pojechał właśnie w tematach, w których nie bardzo siedzę. Natomiast co mogę powiedzieć, jeżeli chodzi o samego węgorza i czy na przykład chciałbym być węgorzem i chciałbym wejść w jego skórę. Pomijając tutaj sprawę Interagrassa, ale taki węgorz to ma trochę słabe życie, prawda? Ciągle podróżuje w jedną, drugą stronę. Namęczy się chłopak czy tam dziewczyna w jedną stronę przez tyle kilometrów. Potem te przeszkody związane z tym, żeby się dostać w jakieś kamieniste jezioro i tam siedzieć. On nie poluje rewelacyjnie. Je byle co, przeczeka, jak go gdzieś tam złapią, wrzucą do tej studni, to on w tej studni prawie zamiera i tęskno czeka, aż ktoś go może wyciągnie i gdzieś tam przerzuci, żeby mógł znowu wędrować, wędrować mnóstwo kilometrów. W międzyczasie zacząć się bardzo szybko starzeć, tak jak człowiek. Pewne rzeczy mu zaczynają zanikać.
Nie interesuje go już nic innego, tylko dopłynięcie do jajca. I jest ta sfera intymna, która jest zakryta i na tym koniec. To jest ciekawe.
[01:35:46] - Ale w gruncie rzeczy dzięki za to. Poczekaj, Wiktorze. W gruncie rzeczy dzięki ci za to, co powiedziałeś, bo tak naprawdę opisałeś życie człowieka.
[01:36:01] - Tak, dokładnie.
[01:36:02] - Nie węgorza. I to jest właśnie jedno z przesłań tej książki, że my tak naprawdę w swojej drodze przez życie od urodzenia do śmierci przypominamy tego węgorza. Czy nam jest to miło stwierdzić, czy nie, to my się zachowujemy w gruncie rzeczy tak samo, to samo przeżywamy. To, co mówiłeś o tym jedzeniu byle czego, o tym zamieraniu albo trwaniu, albo dążeniu, albo podróżowaniu, to jesteśmy my w gruncie rzeczy. I to jest jeden z tych prostszych wniosków, które można wyciągnąć z książki Patricka Swazona. To jest taki wniosek, który bardzo szybko, on jest bardzo na powierzchni. On jest oczywiście w jakimś stopniu głęboki, filozoficzny, ale w gruncie rzeczy on jest na pierwszej warstwie. Pokazuje nam, że całe nasze życie, takie bardzo ważne, takie pełne tajemnic, pełne zbiegów okoliczności, znaków, które staramy się dostrzegać, tego, co widzimy, że naszego przeznaczenia i tak dalej, to w gruncie rzeczy kto wie, czy to nie jest pewna fikcja, a bardziej przypomina to właśnie żywot węgorza.
[01:37:20] - Nie uduchowaj już tak tego węgorza.
[01:37:23] - Nie uduchowiam tego węgorza, tylko staram się zrozumieć albo staram się pokazać istotę pewnej przenośni, którą stosuje autor. Oczywiście daleko mi jest do uwierzenia, że węgorz ma jakieś bogate życie duchowe, ale jako symbol, jako przenośnia znakomicie się nadaje. Wiktorze, teraz ty.
[01:37:49] - Nie no, wiesz, jechaliśmy kiedyś samochodem w trójkę, czyli Marek siedział przy kierownicy, więc nie mógł, że tak powiem, nic. Ale my, dwa węgorze, byliśmy w tej studni. To żeśmy tam Waldku mieli ciekawego do przeżycia. Dobrą whisky żeśmy pili przez całą podróż. Bardzo nam smakowała, ale z punktu widzenia wilka węgorza to bardzo biedni byli. Zżarliśmy jeszcze krówki albo tam inne landrynki albo galaretkę, coś takiego i tak dalej. Jakby na to popatrzył węgorz wędrujący z Morza Sargassowego, obserwujący cały świat, to jakie my ubogie życie żeśmy prowadzili w czasie tej podróży. Nie z Morza Sargassowego, tylko z Warszawy do Bydgoszczy. Smutne życie. Jedna dobra butelka whisky, żeby przynajmniej były dwie.
[01:38:49] - A węgorz nie ma żadnej.
[01:38:52] - Ale nie wiadomo, co mu jest do życia potrzebne i do szczęścia. Ja myślę, że jest w tej chwili dobrze, bo pewno my, tak jak powiedziałem, byśmy do czwartej w nocy mogli przedstawiać te wszystkie odniesienia kulturowe, filozoficzne, naukowe. Tam jeszcze był taki moment w tej książce, kiedy głównym bohaterem staje się pewna autorka, która przedstawia w formie bajki życie podwodne między innymi węgorzy. To też jest ciekawy wątek. Nie będę go rozwijał w tej chwili, ale niezwykle ciekawy, jak można na te rzeczy spoglądać. Autor wspomina też, nam to jest dalekie, bo odwołuje się do swojego języka, czyli on jest Szwedem, więc do języka szwedzkiego, do źródłosłowu, że od słowa węgorz aal, nie wiem, jak to się wymawia po szwedzku, ale zapisuje się przez dwa a na początku l. Aal to jest podstawa tak wielu wyrazów w języku szwedzkim i nie tylko szwedzkim, że to już ma wymiar kulturowy. I tak dalej. Pewno o tym wątku książki dałoby się opowiadać bardzo długo. Proponuję go przynajmniej na chwilę zawiesić, bo wspominaliśmy na początku, że przynajmniej dwa wymiary ma ta książka.
Nic jak dotąd nie powiedzieliśmy o tym wymiarze nostalgicznym, wymiarze w opisie relacji syn-ojciec. A to jest niezwykle ciekawe i niezwykle wzruszające. I ja myślę, że dobrym wstępem do tej części audycji będzie kolejny fragment książki. Marku, prosimy.
[01:40:57] - Płynąc pod prąd. Węgorze łowiliśmy zwykle w lipcu i sierpniu. Nigdy przed nocą świętojańską. „Nie ma sensu łowić przed letnim przesileniem” — powtarzał tato. — „Jest za jasno i węgorze nie biorą. Trzeba zaczekać, aż zrobi się trochę ciemniej”. Często mówił o węgorzowych ciemnościach, kiedy noce robią się mroczne, a węgorze stają się ruchliwe i żądne przygody, która czyni je widocznymi dla ludzkiego oka. Źle to rozumiał lub też wolał wierzyć w swoją własną prawdę, bo czyniła życie trochę łatwiejszym. W rzeczywistości istnieje coś takiego jak węgorzowe ciemności, lecz one zaczynają się z końcem lata i trwają przez kilka miesięcy. Ryby rozpoczynają wówczas swoją wędrówkę do Morza Sargassowego i łatwo dają się złapać w sieci rozstawione przez rybaków.
Jednak nasze węgorzowe ciemności oznaczały coś innego. Przypadały na okres, kiedy ojciec miał urlop i bez większych poświęceń mógł spędzać noce nad rzeką zamiast w łóżku. Przepracował całe życie. Odkąd ja sam pamiętam i jeszcze dużo wcześniej wylewał asfalt na drogach. Wstawał codziennie przed szóstą, pił kawę, jadł kanapki i stawiał się w pracy, zanim wybiła siódma. Należał do ekipy, która rozwoziła świeży asfalt, robiła nowe drogi albo naprawiała stare. To była ciężka praca. Ktoś z ekipy jeździł dużą maszyną, która wypluwała i rozprasowywała asfalt, ale ktoś inny musiał iść za nią i poprawiać niedoróbki łopatą czy innym narzędziem, wdychając opary smoły. Mężczyźni pracowali na akord, więc każdy krok i każde machnięcie łopatą były kolejną zarobioną koroną. Robili to od siódmej do przerwy obiadowej, podczas której jedli kanapki i pili kawę, a potem wracali do roboty i kończyli zmianę o czwartej po południu.
Czasem, kiedy pojawiała się taka konieczność, pracowali w nadgodzinach. Tato zwykle wracał do domu około wpół do piątej. Zdejmował śmierdzące asfaltem ubranie i od razu kładł się na łóżko. Miał spocone, buchające gorącem i wycieńczone pracą ciało. Można było do niego przyjść, ale wiele się nie odzywał. „Muszę chwilę odpocząć” — mruczał pod nosem. Czasem zapadał w krótką drzemkę, ale po mniej więcej pół godzinie znów stawał na nogi, jadł kolację i zajmował się tym, co pozostawało jeszcze do zrobienia, zanim wszyscy kładli się spać. Jego praca nie tylko była sposobem na zarabianie pieniędzy. Stanowiła też integralną część mojego ojca. Uginał się pod jej ciężarem, ale przez to stawał się mocniejszy i wytrzymalszy.
Robota go kształtowała i przenikała na wskroś. Był potężnym mężczyzną, niezbyt wysokim, ale szerokim w barach, umięśnionym, żelastym i silnym. Pamiętam, że jako dzieciak nie mogłem oburącz objąć jego ramienia. Latem pracował bez koszuli i opalał tors na złotordzawy kolor, aż wytatuowana na jego przedramieniu prosta kotwica stawała się niemal niewidoczna. Sprawił ją sobie jako bardzo młody chłopak na Nyhavn w Kopenhadze i zapewne sam nie wiedział, dlaczego wybrał akurat kotwicę. Nigdy nie pływał po morzu. Miał duże, toporne dłonie pokryte spracowaną, jakby wygarbowaną skórą. Nie miał jednego małego palca, bo złamał go tyle razy, że w końcu palec zastygł, przybierając kształt dziwnego haczykowatego szpona. Ojciec poprosił lekarza, żeby go odciął, a lekarz spełnił jego życzenie. Miał za sobą długie lata ciężkiej fizycznej pracy i wystarczyło raz na niego spojrzeć, żeby to zobaczyć.
Zdawało się, że świeży, gorący asfalt, który ojciec nosił i kładł na drogach każdego dnia, przeniknął do jego ciała i zabarwił na ciemno jego skórę. Na co dzień pachniał smołą nawet po kąpieli, kiedy włożył czyste ubranie. Ten zapach był jak stempel oznaczający klasę, do której przynależał. Kiedy jechaliśmy samochodem, czasem pokazywał palcem na jakąś ulicę i mówił: „To ja ją zrobiłem”. Lubił swoją pracę i zdarzało mu się nawet, kiedy ktoś go trochę przycisnął, przyznać, że jest w niej bardzo dobry. Odczuwał oczywistą dumę biorącą się ze świadomości, że dobrze robi coś, co nie wszyscy potrafią, a to, co robi, przynosi korzyść innym ludziom. Mimo to jego tożsamość nie była ściśle powiązana z tym konkretnym zawodem. Kiedy ktoś pytał, czym się zajmuje, odpowiadał, że jest robotnikiem i to słowo wyrażało istotę tego, kim się czuł. Nie dokonał żadnego wyboru. Robotnikiem był od urodzenia, jakby odziedziczył ten los.
Wybrała go dla niego jakaś wyższa i dużo potężniejsza od niego siła. Jego droga została wytyczona na mapie jego życia przez kogoś innego. Lecz skoro takie było jego dziedzictwo, to jakie było moje? Być może jednak, co uznaję za pewne pocieszenie, między moim pokoleniem a pokoleniem mojego ojca nastąpiła pewna zmiana. Nie, nie możesz dowolnie wybrać drogi, którą pójdziesz, a czasu jest o wiele mniej, niż ci się wydaje, ale zawsze możesz spróbować. W czasie wakacji zdarzało nam się pojechać nad rzekę trochę wcześniej, jeszcze za dnia. Nad wodą przeletywały wówczas jaskółki zamiast nietoperzy. Z oddali wyglądały niemal identycznie, ale w inny sposób się poruszały. Słońce przeglądało się w rzece, a wysoka trawa szumiała i kołysała się przy każdym powiewie wiatru. Jednego z tych wczesnych wieczorów staliśmy przy pochyłej wierzbie.
„Dasz radę przepłynąć na drugi brzeg?” — spytał mnie ojciec. „Jasne, że tak”. „Dam ci 10 koron, jeśli przepłyniesz”. „Okej”. „Ale masz płynąć w linii prostej. Przeciąć prąd, a nie pozwolić mu się ponieść. Jeśli dasz radę tak zrobić, dostaniesz 10 koron”. Rozebrałem się i wszedłem do wody. Była zimna i brudna, więc trochę się wahałem. „Prosto do tamtego miejsca”.
Tato pokazał palcem na drugi brzeg. „Od tego drzewa do tamtego kamienia”. Zanurzyłem się i zacząłem płynąć. Przez jakieś dwa metry szło mi dobrze. Trzymałem głowę nad wodą i zmierzałem na wprost. Zadanie wydawało mi się łatwe. Za moment jednak dopłynąłem do miejsca, w którym dosięgnął mnie prąd tak rwący, że zgarnął mnie jak dłoń zmiatająca okruchy ze stołu. Poniósł mnie parę metrów. Zanurzyłem głowę i nałykałem się wody, ale w końcu udało mi się z niego wyrwać. Przez chwilę tkwiłem w miejscu jak zakotwiczona łódź.
Kasłałem i młóciłem wściekle rękami i nogami. Potem ruszyłem dalej i po kolejnej chwili poczułem, jakby prąd wsunął się pode mnie i dosłownie rzucił mną o drugi brzeg. Stałem na roztrzęsionych nogach jakieś cztery czy pięć metrów poniżej kamienia. Ojciec śmiał się i pokazywał na mnie palcem. „Masz jeszcze jedną szansę” — zawołał. „Musisz jakoś wrócić”. „Nie możesz przypłynąć po mnie łódką?” — spytałem. „Co? To nie. No dawaj.
Z powrotem po linii prostej”. Podszedłem do kamienia, pomachałem chwilę rękami i nogami, żeby rozluźnić mięśnie, po czym znowu się zanurzyłem. Tym razem postanowiłem uprzedzić uderzenie prądu i zacząłem płynąć w górę rzeki. Przez moment udało mi się nawet utrzymać, ale prąd szybko zrozumiał, co kombinuję. Objął mnie silnym uściskiem i pociągnął w dół. Zapanowałem i parłem w stronę drzewa, aż udało mi się dosięgnąć gałęzi i podciągnąwszy się, wyszedłem na brzeg nie więcej niż metr poniżej wierzby. „Niewiele brakowało. Już myślałem, że ci się uda” — powiedział tato. Odwrócił się i poszedł zebrać nasz sprzęt do wędkowania. Stałem w miejscu i powoli schnąłem w promieniach zachodzącego słońca.
Kiedy ojciec wrócił, włożyłem ubranie i ruszyliśmy wolnym krokiem wzdłuż rzeki. Przystanęliśmy na chwilę na małym cyplu wgryzającym się w nurt i zarzucaliśmy wędki w oczekiwaniu, aż przyjdzie pora, by porozstawiać nasz sprzęt do połowu węgorzy. Udało mi się złowić małego okonia, ale połknął haczyk tak głęboko, że musieliśmy mu przetrącić kręgosłup i tato zaproponował, żebyśmy go użyli jako przynęty. W końcu słońce schowało się za horyzontem i nad naszymi głowami przemknął pierwszy nietoperz. „Już czas” oznajmił ojciec. Oczywiście nie dostałem tych dziesięciu koron.
[01:50:48] - Przytoczę komentarz. Julian napisał dosyć ciekawą myśl. Co prawda zaczęliśmy już nowy wątek, ale nie mogę tego nie przytoczyć. Pisze Julian: „Swoją drogą Arystoteles tak postrzegał węgorze, mając niewiele danych. Jak my oceniamy siebie patrząc w lustro? Też nie wiemy, skąd pochodzimy, co dalej po śmierci i budujemy swój wizerunek na szczątkowej wiedzy. To nie może się udać. To, co widzimy w lustrze, to odbicie niewiedzy i pychy, a większość i tak interesuje albo smartfon, albo podporządkowanie sobie innych.” Jeśli chodzi o komentarz do poprzedniej części, ale właśnie zaczęliśmy omawiać tę drugą książkę w książce, czyli nostalgiczną opowieść o- Ale Wiktorze, co to za jakieś... Co pan robi z tym telefonem? Matko święta, co tam się dzieje?
[01:52:00] - Ja? Telefon ze mną robi dziwne rzeczy.
[01:52:04] - Ach, to telefon z tobą. To jestem spokojny. W każdym razie wracam do poruszonego tematu. Ta nostalgiczna opowieść o ojcu, o relacji z ojcem, której mieliśmy tutaj próbkę w przytoczonym fragmencie, to jest wielka siła tej książki. Dlaczego? Dlatego, że każdy z nas, tak myślę, większość z nas, może mniej kategorycznie. Te kwantyfikatory niech będą mniej wielkie. Więc większość z nas ma takie doświadczenia. Kiedy wspomina swoje dzieciństwo, wspomina ojca, ewentualnie dziadka, który nas czegoś uczył, coś starał się nam przekazać. To są bardzo często wspomnienia podstawowe, budujące.
Takie wspomnienia, które sprawiają, że myślimy sobie: „Tak. Dzięki temu doświadczeniu jesteśmy tacy, jacy jesteśmy.” Sądzę, że to jest wielka siła tej książki. To może, Waldku, ty na początek.
[01:53:20] - Powiem szczerze, że bardzo fajnie mi się czytało. Oczywiście ta druga książka, o której mówimy, jest tak wpleciona pomiędzy tą pierwszą, czyli całą wiedzę o węgorzach na przestrzeni dziejów. A ta druga jest właśnie tak wpleciona. Fajnie jest wpleciona, bardzo fajnie się ją czyta, jest bardzo obrazowa. Ja zresztą jak książkę czytam, to zaraz sobie bardzo mocno to wyobrażam, jakby to faktycznie wyglądało na przykład w filmie, jak to sfilmować. Zresztą w tym fragmencie, który mieliśmy możliwość przesłuchać, to był jeden z fajnych fragmentów, który pokazuje właśnie taką obrazowość, którą stosuje autor. To jest faktycznie duża siła tej drugiej części książki. To wspomnienie ojca, tych wspólnych chwil, które oni przeżywają i tego hobby, bo to w zasadzie było hobby ojca, które w jakiś sposób próbował zaszczepić swojemu synowi. Ale w jakiś sposób to hobby stało się w pewnym momencie takim... Zresztą na samym końcu to wychodzi, o czym nie chciałbym mówić, żeby tutaj nie pogmatwać tego wszystkiego, co już Marek spróbował zatrzymać w pewnym momencie.
To też naznaczyło całe myślenie i całą narrację tego dziecka i tego człowieka, który potem to opisuje. Właśnie te spotkania nad wodą, spotkania z rybą, spotkania z tym kochającym ojcem. To bardzo świetnie pokazuje właśnie ich relacje. Nie wiem, czy w całym życiu, we wszystkich różnych jego elementach, ale na pewno w tych sytuacjach hobbystycznych związanych właśnie z tym jeziorem, z tą rzeką, z węgorzami. To jest bardzo duża siła tej książki. I tak jak dojdziecie do końca, jeżeli zaczniecie ją czytać, weźmiecie ją w swoje ręce i zaczniecie ją czytać, ta tajemnica i to ciekawe zakończenie bardzo dużo wam powie.
[01:56:01] - Wiktorze?
[01:56:05] - Jeżeli mogę zwrócić uwagę na jedną rzecz, bardzo chętnie zwrócę. Ja miałem takie dziwne skojarzenia, kiedy ten temat ojca i syna się pojawia w książce. Otóż tak, jak mieliśmy w tym fragmencie. Waldek mówi, że kochający ojciec. Tak, to trzeba wywnioskować. Ojciec to robotnik z tą kocicą na ramieniu, kładący asfalt, ciężko pracujący. Gdyby się do niego współcześni europejscy idioci zgłosili, ci od bezstresowego wychowania dzieci, to powinien właściwie trafić do więzienia. Bardzo proste. W ten sposób wychowywać dziecko, uczyć dziecko okrucieństwa. To nawlekanie robaków w kulę taką szczególnie, co bardzo obrazowe jest.
O czym każdy wędkarz mniej więcej wie. Mniej więcej wie, o co chodzi. Każąc mu przypływać i ryzykować życie, wolność, zdrowie. Nie dawać mu obiecanej nagrody, szydzić z niego, nabijać się z ułomności dziecka, które nie potrafi. Tych idiotów, którzy wymyślili bezstresowe wychowanie dzieci, należałoby po przeczytaniu tej książki postrzelć w głowę, bo sami się chyba nie potrafią postrzelć w głowę. Oni prędzej czy później wymyślą również bezstresową pracę robotnika kładącego asfalt, bezstresowe szkolenie żołnierza i tak dalej. I w ogóle bezstresowe życie. To takie bezstresowe życie już wisiało nad całą Europą, że będzie pięknie. Nagle się okazało, że stres przyszedł z Chin. Ta książka mówi o tym, że można właśnie tak, jak Waldek mówi, być kochającym ojcem i pisać normalnie o braku stresu u syna, że tak powiem, czy u córki obojętnie.
Stres jest ewidentnie niezbędną rzeczą we wszystkim, w nauce, w kształceniu charakteru przede wszystkim i nie tylko, już zrozumieli. Bez stresu właściwie niczego w życiu nie można osiągnąć. A że to jest czasami nieprzyjemne, no to trudno, bez stresu nie można przeżyć miłości. Miłość z punktu widzenia ludzi propagujących wychowanie albo życie bez stresu miłość powinna być zakazana. To jest tak stresogenne uczucie, że już gorzej być nie może. Miłość ojca do syna również powinna być zakazana, skoro jest przyczyną stresów przecież. To taka poboczna moja refleksja.
[01:59:40] - Tak, Wiktorze. To się wiąże z taką moją refleksją, że w obecnym czasie coraz mniej mówi się, przynajmniej w Europie, o uczuciach. Coraz częściej mówi się o emocjach. Niektórzy to utożsamiają, a to nie jest to samo. Jak się dobrze wgłębimy, czym jest uczucie, a czym jest emocja, to są inne rzeczy. I cały czas ta masowa kultura stara się nam wmówić, że emocje są ważne, bo emocje nas kształtują. Nie. Takie jest moje zdanie. Oczywiście ktoś się może z tym nie zgodzić, ale to nie emocje nas kształtują. To uczucia nas kształtują, a uczucia mają znacznie większą, głębszą podbudowę.
Mówisz Waldku ty.
[02:00:33] - Jeszcze wpadło mi coś takiego właśnie teraz do głowy. Czy nie macie wrażenia, że gdyby tę książkę spróbować napisać na nowo, ale zrobić to troszeczkę inaczej. Zamiast tak, jak omawiamy tutaj teraz tą drugą część, byłby ojciec i syn, ale ojciec miałby to hobby na przykład, że lubi usiąść gdzieś na dworcu albo gdzieś na jakiejś górce i obserwować pociągi. I zrobić taką historię osadzoną właśnie wśród tego, może brzydkie słowo to hobby, ale powiedzmy takiego spoglądania na życie obserwując pociągi, a tą pierwszą część zamiast o węgorzu napisać o historii kolejnictwa. Czy to by wypaliło?
[02:01:29] - Ja nie wiem, czy by to wypaliło. Być może. To zależy pewno od sprawności pióra autora, ale jak to mówiłeś, to przyszła mi do głowy taka oto refleksja, że być może to by mogła być książka o kolejnictwie. Być może mogłaby to być książka o czytaniu książek, o innych pasjach. Ale ta książka, nie wiem, czy w sposób zamierzony, czy nie. Dla mnie przynajmniej to jest książka o tym, jak ważną postacią, przynajmniej dla chłopaka, jest ojciec. I to jest postawienie pewnej tamy albo pewnego wielkiego znaku zapytania tym wszystkim, którzy mówią: "A, to nieważne, czy będzie dwóch chłopów, czy dwie kobiety, czy w ogóle nie będzie faceta, bo będzie kobieta sama wychowywała." To nie jest ważne. Ważne, żeby dobry człowiek był wychowany. I tu autor, pewno nieświadomie, stawia to ogromne pytanie: czy ojciec jest ważny? I odpowiada na nie.
Bez ojca, przynajmniej w przypadku autora tej książki, jeśli się prześledzi całą historię, którą ukazuje autor, ojciec jest kimś niezwykle ważnym. To oczywiście nie umniejsza roli matki. Tu jest ona na drugim planie, ale ojciec jest dla chłopaka kimś niezwykle ważnym, kogo nie da się zastąpić. To z tej książki również wypływa. Co więcej, to po prostu jest pokazane na żywych przykładach. Ten jeden, który mieliśmy okazję prześledzić, to płynięcie przez rzekę.
[02:03:47] - Właśnie. Tak jak mówisz, gdyby to była matka, on by siedział z matką. Czy matka pozwoliłaby na to, żeby on ten niebezpieczny nurt miał przepłynąć? Czy ona by mu w ogóle to zaproponowała? Myślę, że nie. Gdyby to był dziadek, oczywiście jest taka możliwość, że tak. Chłopiec, mężczyzna przekazuje mężczyźnie pewne męskie zachowania. To zamiłowanie do pokonywania jakichś trudności, do zmierzenia się z trudnościami. Właśnie jak z tą rzeką, jak z tym prądem, do pewnego ryzyka, do takich rzeczy. Także tutaj masz rację, jeżeli chodzi o tego typu relacje.
Aczkolwiek nie do końca. Książka mogłaby być też ciekawa, gdyby to było z punktu widzenia pisane matka–syn.
[02:04:46] - Ale matka–córka.
[02:04:48] - Troszeczkę inaczej pewnie by to wyglądało, ale myślę, że byłaby też ciekawa. Faktycznie masz rację też jeszcze pod jednym względem, że historia z tym pociągiem, do czego wrócę, całe zamknięcie tej książki, cała puenta, która wypływa z historii ryby, o której rozmawialiśmy. A historia, która mogłaby się zdarzyć, związana z pociągiem, mogłaby dojść zupełnie do innych końcowych rezultatów. Także tutaj pewnie ten zabieg z węgorzem, z rybą jest celowy. Miejmy nadzieję, ja tak uważam, przynajmniej chciałbym tak uważać, że Patrik Svensson pisał faktycznie na bazie swoich doświadczeń, swojej historii, bo lubię takie rzeczy.
[02:05:48] - Ponieważ powiedziałeś o pociągu, to już pociągnij temat. To jest ten moment.
[02:05:54] - Myślę, że to też jest ciekawa rzecz. Przecież w takim pociągu jest mnóstwo osób, mnóstwo historii, mnóstwo celów, które przyświecają tym osobom, które tam każdy w jakimś kierunku jedzie, coś ma do załatwienia, coś ma do zrobienia, coś ma do przeżycia, o czymś chce zapomnieć, coś chce zobaczyć.
[02:06:19] - Opiszmy sytuację.
[02:06:25] - Starałbym się może za daleko nie wchodzić, bo wolałbym, żebyśmy tutaj dalej o książce, którą przeczytaliśmy.
[02:06:32] - Dobrze, to ja powiem o tym, bo to jest też bardzo ciekawy fragment tej książki, bardzo taki charakterystyczny. Otóż kto wie, czy to się nie wiąże w ogóle z postrzeganiem świata autora tej książki. Otóż mamy tam taką sytuację, kiedy rzeka, w której ojciec i syn łowią węgorze, jak każda rzeka ma dwa brzegi. Jeden jest stromy i dosyć niewygodny. To jest ten brzeg, z którego oni mogą łowić. Ale jest też drugi brzeg, który jest dla nich zakazany, bo należy do jakiegoś tam stowarzyszenia i tak dalej, i z tego brzegu nie wolno im łowić. Ale on jest znacznie wygodniejszy, bo schodzi łagodnie w stronę rzeki. Więc co robią? Jak rozsądni ludzie przeprawiają się na drugą stronę i łowią oczywiście z tamtej strony. Co mówi ojciec?
„Synu, jak będzie jechał pociąg”, bo w pobliżu jest przeprowadzona linia kolejowa, „to się musimy chować, żeby nas tu oczywiście nie zauważyli, bo tu nie mamy prawa być, bo to jakieś stowarzyszenie bogatych ludzi ma prawo i tak dalej”. I ten chłopak, kiedy nadjeżdża pociąg, on się chowa w trawie i stara się przeczekać, żeby go nie widzieli. Ojciec niespecjalnie się chowa. To jest znowu ta relacja ojciec–syn. Kiedy on uczy tego młodego człowieka pewnego z jednej strony posłuszeństwa, z drugiej strony pewnej roztropności. Ale jest jeszcze trzecie zagadnienie, które myślę, jest znacznie głębiej osadzone, bo tu oczywiście pewne chowanie się, pewna zapobiegliwość. Ale w tej książce pojawia się też moment, jest zresztą rozpisany na szereg innych zagadnień. Biedni, bogaci. Rich man, poor man. Kiedy się nagle dowiadujemy, że bogaci mogą więcej, nawet w tej socjalistycznej Szwecji, gdzie robotnicy zyskali większe prawa, dobrze im się powodzi, to jednak są ci bogaci, którzy mogą więcej, im się należy więcej.
Należy im się kłaniać i należy im się po prostu więcej od życia. Też się tego dowiadujemy. Co więcej, autor to rozpisuje później na inne światy, inne części naszego świata. Kiedy dowiadujemy się, że na przykład Anglicy w Irlandii zakazali połowu węgorzy, bo mieli taki kaprys i trzeba było później odkupić. Trzeba było to później pracowicie zdobyć, żeby móc węgorze dalej łowić. I tak dalej. Ten wątek społeczny, ja go nie chcę rozwijać w tej chwili. On jest dosyć mocno obecny w książce, nie dominuje jej, nie jest nachalny i w dodatku nie jest jakiś taki specjalnie socjalistyczny, co mnie akurat wyrzucałoby z tej książki. On jest rozsądny, bo w każdym poglądzie na świat jest takie jądro racjonalności. To jądro ewidentnie istnieje.
I to jest ten wątek z pociągiem, kiedy chłopak się chowa, ale sam sobie zdaje sprawę, że w gruncie rzeczy to wszystko nie ma sensu, że przecież nikt z tego pociągu, tych ludzi podróżujących gdzieś daleko w przestrzeni i czasie nie doniesie, że jakichś dwóch ludzi łowi ryby nie z tej strony rzeki, z której powinni łowić. Jednak ojciec uczy go tej roztropności, tej zapobiegliwości. To w ogóle są piękne fragmenty książki, kiedy ojciec pokazuje mu świat w jego wielu wymiarach, w tym wymiarze racjonalnym, bardzo takim twardym, takim, jakiego doświadczamy na co dzień. Coś jest albo czegoś nie ma. To należy zrobić w taki albo w taki, albo jeszcze w inny sposób, a w taki sposób nie należy tego robić. Ojciec mu tę prostą wiedzę przekazuje, ale w tym wszystkim, w tym całym przekazie od ojca jest jeszcze coś takiego, co już wymyka się tej racjonalności. A mianowicie kiedy pewnego dnia ojciec i syn łowią węgorza. On jest malutki i wrzucają go do wiadra, zanoszą gdzieś do pomieszczeń gospodarczych. Ojciec idzie do pracy. Syn po południu sprawdza, jak się ten węgorz w tym wiadrze miewa.
A tego węgorza tam nie ma. Nie ma go w tym wiadrze. Pyta ojca, czy on go zabrał, czy może już go zjadł na przykład. Nie, nic takiego się nie stało. Szukają węgorza i znajdują go. Znajdują jakieś takie truchło zmarłe, prawie już nieżyjące. Ojciec wrzuca tego węgorza do wiadra i węgorz ożywa. Oczywiście pewno on żył. Zresztą słyszeliśmy w jednym z fragmentów, że węgorz potrafi się przez trawę przemknąć do najbliższego zbiornika wodnego. Pewno ma takie zdolności.
Ale autor pisze o tym głębiej. Pisze o tym, że z czegoś nieżywego pojawiło się coś żywego. Czyli ten węgorz odżył. To jest pewna mistyka. Oczywiście być może ktoś zarzuci, że to na siłę zrobione, że to nie tak, że to przecież oczywiście węgorz się wymknął z wiadra. Nawet sam autor pisze o tym. Nie wiadomo, jak on się z tego wiadra wymknął. Próbował uciec. Nie udało się. Co więcej, oni go później odnoszą do tej rzeki.
Węgorz ratuje życie. Być może trafił później do tego Morza Sargassowego. To jest tylko jeden z przykładów, z dziesiątków przykładów tej nostalgicznej opowieści autora o tym, jak wspaniale, jak cudownie jest być dzieckiem i mieć ojca, który prostuje nasze ścieżki. Zwróćcie państwo uwagę, że w kontekście tytułu książki to jest bardzo ważne przesłanie. Wiktorze.
[02:13:59] - Ja mam pytanie, Marku. Kto w takim razie tę książkę napisał?
[02:14:05] - Węgorz.
[02:14:06] - Patrick Svensson? Czy może wspólnie z ojcem?
[02:14:11] - Właśnie. Marku?
[02:14:16] - Już powiedziałem, że węgorz. Mówicie, że nie Patrick Svensson ani ojciec z synem. To ja wam mówię: węgorz.
[02:14:24] - A ja właśnie się skłaniam, że jednak ojciec napisał tę książkę. Jeszcze pewno kilka fragmentów tej opowieści przytoczymy, bo okazuje się, znowu wrócę do tej myśli, że ojciec jest w życiu autora kimś Niezwykle ważnym. Jest demiurgiem jego życia. My mamy taką niechęć do przyznawania się, że coś nie zależy od nas, że coś zawdzięczamy komuś. Przynajmniej spora część współczesnych ludzi ma problemy z przyznaniem, że nie sam siebie kształtuje, tylko otoczenie mnie kształtuje. To jest moim zdaniem piękne świadectwo. Ta książka jest pięknym świadectwem tego, jak ważni są ludzie, którzy sprawiają, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Nawiązując do tego, co powiedział Waldek, rzeczywiście dla ojca ważny był ten węgorz. Węgorz był dla niego ważny ze względów kulinarnych, ale też odnoszę nieodparte wrażenie, że ze względów wychowawczych. Ojciec wiele temu bohaterowi, synowi, autorowi książki przekazał dzięki wspólnym wyprawom nad rzekę.
Czy po węgorze? Nie wiem. Przypuszczam, że one miałyby równie wielki, głęboki sens wówczas, kiedy oni by nic nie łowili. Sama istota tej wspólnoty, tego bycia ze sobą jest najważniejsza w tym przekazie i to świadczy, jak to ważna i głęboka książka jest. Teraz Waldku ty.
[02:16:32] - Ten związek ojciec–syn, węgorz. Na końcu książki jest piękna myśl, którą można byłoby zacytować: „Węgorz ma dla ciebie dobrą nowinę. Jak popatrzysz na jego żywot z odpowiedniej perspektywy, może dostrzeżesz, że i twoje życie, tak nieubłaganie podległe prawom natury, jedynie się zmienia, a nie kończy. Przynajmniej nie w taki sposób, jak myślisz”. Być może ten fragment, który tutaj jest, można byłoby bardzo prosto odnieść do tego, że mimo wszystko, że ojciec odszedł, on go wspomina, ale poprzez kontakt z węgorzem w różnych miejscach dalej będzie mu przypominał ojca i będzie mu przypominał jego nauki, jego prawa. Tak jak powiedziałeś, pretekstem do tego, żeby te prawa czy nauki wprowadzić do dziecka, było wspólne łowienie. To chyba jest kwintesencja, o której myślę.
[02:17:52] - Wiktorze?
[02:17:59] - Przecież warunki, jakie nam zafundowała teraźniejszość internetowa i te gadanie przez telefon trochę utrudniają nam dyskusję, bo wiele rzeczy mi się kojarzy. Wiele rzeczy można by było powiedzieć, ale potrzebny byłby taki warski dialog. Otóż rzeczywiście, tak jak może dziecku brakować ojca albo matki, tak samo mi trochę brakuje moich partnerów na bieżąco w zasięgu wzroku albo w zasięgu pięści ewentualnie. I ta rozmowa przez telefon nie za bardzo mi się klei. Nie lubię takiej. Brak kontaktu, Marku.
[02:18:48] - Nie jesteś jak węgorz.
[02:18:50] - Zawsze inspirujące.
[02:18:52] - Sorry, przepraszam, że wszedłem w słowo. Nie jesteśmy jak węgorze. Nie potrafimy się przystosować być może tak szybko.
[02:19:03] - Tak, ale po przeczytaniu tej książki miałbym jeszcze wiele anegdot do powiedzenia. Na przykład jakoś dziwnie kojarzyła to Morze Sargassowe. Już o samym węgorzu mówiąc, zobaczcie, kiedyś może to nie było morze, ale może to był ląd, ale kiedyś, bardzo podobnie jak węgorze, Skandynawowie siadali na łódki i płynęli w świat, prawda? I ojcowie pokazywali synowi, jak można łupić Polskę na przykład. I bardzo skuteczne to było. Wielki dział historii Europy przecież. Bardzo pięknie. Podobni byli do tych węgorzy.
[02:19:53] - Tak, ale ja jeszcze chciałbym zwrócić uwagę na coś, co sobie nazwałem małymi cudami, bo to się pojawia w tym wątku, w drugiej części, w książce pojawia się motyw małych cudów. Już jeden z nich wymieniłem. Mówiłem o tym węgorzu, który ożył. Ale takich elementów pojawia się całkiem sporo w książce. Nie będę ich zdradzał, ale tak tytułem podsycenia ciekawości, takich mistycznych momentów, ocierających się, może nie mistycznych, ocierających się gdzieś o mistykę, taką mistykę dnia codziennego. Nie gdzieś jakąś taką wzniosłą, prawie świętą, ale nie, właśnie taką codzienną mistykę, mistykę dnia codziennego. To są moim zdaniem świetne fragmenty książki „Ewangelii według Węgorza”. Bo autor pokazuje, że nasze życie, nasza codzienność, taka często sponiewierana, której nie cenimy, nawet ta w tej chwili na kwarantannie, która się nam wydaje idiotyczna, niektórych mierzi, mówią: „Nie, ja już nie wytrzymam. To po prostu jest szaleństwo.” Ale pokazuje coś takiego, że my na co dzień nie dostrzegamy mistyki, która nas otacza. Musimy się czasami zastanowić, głębiej pomyśleć i wtedy nagle wpadamy, że to, co uważamy za niezwykłe, mówimy sobie, że niezwykłe rzeczy są gdzieś daleko.
Nie. Niezwykłe rzeczy są wokół nas, tylko my mamy taką tendencję do czynienia ich właśnie zwykłymi i nie dostrzegamy tego, że nasz kontakt z ojcem, nasz kontakt z matką, nasz kontakt w ogóle z ludźmi, którzy nas otaczają urasta czasami do takiej rangi czegoś naprawdę niezwykłego. Myśmy się przyzwyczaili do tego, że drugi człowiek jest po prostu kimś, kogo spotykamy tak na co dzień. Mówimy sobie: „A, to ty. Nie mam ci nic ciekawego do powiedzenia.” Tylko nie zastanawiamy się nad tym, że czasami nawet z tego faktu, że nie mamy komuś nic ciekawego do powiedzenia, coś wynika.
[02:22:53] - Mogę, Marku?
[02:22:56] - Jasne.
[02:23:01] - Wpadnę ci w słowo, ale zwróćcie uwagę na gigantyczny walor tej książki. Otóż to, co Marek przed chwilą powiedział, ten ojciec Patricka Svenssona to był zwykły facet. To, czym oni się zajmowali, łowienie ryb to było zwykłe hobby. Wszyscy ludzie takie mają. Takich ojców i takie hobby, moje jest nawet gorsze. Patrick Svensson w swojej książce pokazuje, że to, co zwykłe, może być właściwie niezwykłe i może być nieprawdopodobnym tajemniczym pogodem, w ogóle pewnej przyczyną życia. Bo Patrick Svensson pisze książkę. Skąd on tę książkę wziął? On wziął od zwykłego ojca, od zwykłego hobby, od haczyka na ryby, od przyglądania się, od tego prądu w wodzie i tak dalej. To zwyczajne rzeczy, wszyscy takie mają.
Przecież nie ma kogoś bez zwykłego życia, nie?
[02:24:21] - To prawda. Waldku, proszę.
[02:24:27] - Pamiętajcie, że i ojciec, i syn w pewnym sensie byli wędkarzami, a wędkarze to najwięksi łgarze. Zawsze muszą powiedzieć, że z pięciocentymetrowego, który przywiezie do domu, mówią, że była czterometrowa. To tak jak na przykład dowcip, w którym gdzieś tam węgorz występuje, że rozmawiają dwaj wędkarze i jeden do drugiego mówi: „Nie uwierzysz! Złowiłem wczoraj pięciogramowego karpia.” „A ja węgorza, który miał cztery metry.” „Niemożliwe.” „To prawda” powiedziała żona. „Józek cały dzień go rozciągał.” Mam nadzieję, że ta anegdota jest znana.
[02:25:15] - A ja mam z kolei pytanie z czata. Julian pisze: „Pytanie, czym żywił się węgorz przez 100 lat w studni? Pachnie mi to bajkami z mchu i paproci. Chyba że to było wyjaśnione w książce.” Otóż jest to wyjaśnione w książce. Tak najbardziej ogólnie powiem w ten sposób: węgorz czasami ma rozbuchaną swoją codzienność kulinarną, czyli na przykład wpierdziela to wszystko, co jest w krowie, o której mówił Wiktor, czy też to, co jest w łbie końskim, o którym pisał Günter Grass. Ale jeśli nie ma na podorędziu takich rarytasów, to zadowala się drobiazgami, które sobie gdzieś tam upoluje i w takiej studni spokojnie na przeżycie mu wystarczy. Ja powiem tak: cenię Juliana za to czujne pytanie, ale ja starałem się podążać podobną drogą, jaką podążał Julian, żeby wyłapywać, tu cudzysłów, ewentualne łgarstwa autora. Ciężko. Nie złapałem go na łgarstwie. To wszystko ma racjonalne, takie bardzo mocne podstawy.
To nie są bajki z mchu i paproci. I to jest jedna z tych rzeczy, które decydują o sile tej książki. Bo gdyby to były opowieści różnej treści, jakieś takie pitu pitu, to nie byłaby to książka, która by mnie porwała. Tu autor z jednej strony — to jest właśnie mistyka tej książki — porusza się po ścieżce absolutnie racjonalnej. Z drugiej strony w cudowny, niezauważalny sposób odpływa w stronę mistycyzmu. Ale to nie jest mistycyzm, bo chce być mistyczny. To jest mistycyzm wypływający właśnie z naszej codzienności, z relacji z ojcem, z relacji ze światem, z relacji z naszego otoczenia. I to jest cenne w tej książce, że autor tę mistykę zauważa. Moim zdaniem to jest kolejny argument, żeby tę książkę przeczytać. Obojętnie czy my w tej chwili już rozmawiamy na jej temat dwie i pół godziny i czy jednak przedłużymy tę audycję do czwartej rano, czy jednak skończymy za niedługo, to i tak jej nie opowiemy.
To się wydaje państwu zapewne idiotyczne albo zupełnie irracjonalne, że Żelkowski tutaj mówi o tym, że książkę ma 280 stron nie da się streścić w kilka godzin. Nie da się, bo właściwie prościej byłoby ją przeczytać. Wówczas ta subtelność przekazu, subtelność pewnych myśli, powiązań, splecenia tych myśli ze sobą, splecenia pewnych wątków, dopiero wtedy pokazuje swoją siłę. Bo rzecz nie w tym, żebyśmy państwu opowiedzieli książkę, czego zresztą nie robimy tak naprawdę. Nawet jeśli posługujemy się wieloma przykładami, to tak naprawdę nie opowiedzieliśmy państwu nawet drobnej części tej książki, bo cała siła tej książki polega na tym, że to wszystko jest ze sobą splecione. To wszystko jest ze sobą połączone, przenika się. Te stosunki ojca z synem, te opowieści o Węgorzu, te opowieści o życiu, to wszystko się przenika i dlatego jest to taka mocna, silna książka. Waldku, twój głos.
[02:29:34] - Właśnie tak jak powiedziałeś, ta książka składa się z dwóch książek, które się przeplatają w tej jednej. Trochę taki miszmasz niby, ale ta historia Węgorza jest historią skończoną i ona broni się sama historią, wiedzą, którą mamy na dzień dzisiejszy.
[02:29:56] - Przepraszam, jeszcze chwila. Skończoną, ale nie do końca skończoną.
[02:30:02] - Skończoną w tym sensie, że jeszcze nie wszystko do końca zostało wyjaśnione. Ale na dzień dzisiejszy to, co wiemy, jest w książce opisane. Natomiast druga, ta relacja ojca z synem, jest piękną historią, taką też nostalgiczną, ale która ma już w sobie pewną historię. Czytamy to jako pewną historię, ale ona też jest podszyta, ta historia ma jakieś drugie dno. Czyli ta druga książka o ojcu i synu, o tych relacjach ojca i syna, to jest prosta historia, która gdzieś ma jeszcze tę warstwę taką, nad którą możemy się zadumać, o której możemy myśleć, możemy różne rzeczy sobie w jakiś sposób wiązać. I dodatkowo to, co ty powiedziałeś, te dwie historie, te dwie książki, czyli ojciec, syn i historia Węgorza, one w pewnym momencie zaczynają się też splatać i ta końcówka w zasadzie pokazuje ten węzełek, który wiąże te dwie oddzielne historie.
[02:31:16] - Coś jeszcze przytoczę, żeby państwo nie sądzili, że my sobie tak opowiadamy o tym Węgorzu, o tym, o tamtym. Otóż cytat ze stopki redakcyjnej: „Książka ta została poddana weryfikacji merytorycznej w zakresie biologii Węgorza przez” — i tutaj imię i nazwisko — „ze Szwedzkiego Centrum Informacji”. Tutaj już nie potrafię tego przeczytać. W każdym razie rzecz bardzo naukowa. Dalej: „Weryfikacja merytoryczna polskiego tłumaczenia: doktor inżynier Stanisław Robak”. Dalej są te wszystkie zastrzeżenia dotyczące tej strony biologicznej, tej strony merytorycznej. Więc to nie jest tak, że sobie autor dopasowywał historię Węgorza do tego, jak mu pasowało do opowiadanej historii. Nie. On opowiada historię jak najbardziej prawdziwą i on tylko wpisuje w nią te wątki, które są tym naddatkiem, o którym mówimy od pewnego czasu, czyli tego ojca, tej relacji z ojcem, tej pewnej mistyki, która jest z tym wszystkim związana. Powiem tak, ja gdzieś na początku audycji powiedziałem: ja wcześniej nigdy nie czytałem takiej książki.
Ja wiem, że tego rodzaju książki obecne są na rynku. Po prostu nie trafiłem nigdy wcześniej na taką książkę. To jest mój pierwszy kontakt z tego rodzaju literaturą. Ale przyznam, że ważne jest to, że czasami ten pierwszy kontakt decyduje o wszystkim. I w tym wypadku to był kontakt udany i ja myślę, że będę poszukiwał tego rodzaju książek, bo dla mnie to jest absolutna nowa jakość Kiedy te rzeczy się tak ze sobą przeplatają. Z jednej strony racjonalność, pewna ogromna przestrzeń dotycząca świata, który jest do zważenia, do zmierzenia, jest bardzo racjonalny i zaraz obok stoi ta część świata, której każdy z nas doświadcza, nieracjonalna. Obojętnie, czy jesteśmy głęboko wierzący, czy jesteśmy agnostykami, czy jesteśmy ludźmi niewierzącymi, zdecydowanie niewierzącymi. Obojętnie. Nagle autor pokazuje, że jest coś, co wymyka się słowom, wymyka się definicjom. Wymyka się takiemu twardemu obrazowi świata, że to po prostu jest.
My możemy różnie to opisywać, próbować racjonalizować, ale to po prostu jest. To jest sfera uczuć, to jest sfera doznań. Niech będą te emocje, które tak skrytykowałem. Chociaż emocje zostawmy. Uczucia są ważniejsze i myślę, że to jest dlatego taka ważna książka, że pokazuje nam, pozwala nam zrozumieć, że nasz świat, który my dzielimy bardzo często na racjonalny i irracjonalny, na materialny i duchowy, to w gruncie rzeczy to są nasze podziały, które my, tacy malutcy ludzie czynimy i mówimy: „Dobrze nam z tym, bo tu jest racjonalność, a tu jest irracjonalność i tak dalej”. Nie. To, obawiam się, jest bardziej skomplikowane i autor to bardzo dobrze pokazuje. No to który z panów teraz mówi?
[02:35:18] - Ja się zaczytałem akurat o Węgorzu, bo teraz znalazłem taką stronę i nie chciałbym tutaj wchodzić w słowo, bo troszeczkę inaczej, w innym temacie jestem, ale za chwilę się włączę.
[02:35:31] - No to Wiktorze, to teraz ty.
[02:35:35] - Przy tym, co ty mówiłeś, to po prostu mi się zrobiło straszliwie smutno, Marku.
[02:35:42] - Oj!
[02:35:43] - Bo ja potrafię współczuć ludziom. Jakoś strasznie współczuję ludziom, którzy cały XX wiek i początek XXI wieku próbują rozpaczliwie wytłumaczyć nam, że wszystko jest w porządku. A tutaj wciąż pojawiają się autorzy, którzy piszą dziwne książki.
[02:36:18] - Pięknie, Wiktorze, bo właśnie o to chodzi, że większość ludzi przyzwyczaiła się do tego, żeby dzielić świat tak bardzo prosto, że jesteśmy materialistami albo idealistami. Prościej mówiąc, albo jesteśmy ludźmi, którzy w coś wierzą, albo twardo, logicznie postrzegają. To są wszystko opozycje. Skracam to wszystko. To są wszystko opozycje, które lęgną się w naszych głowach. My je przyjmujemy. Często sobie mówimy: „Jesteśmy racjonalni, jesteśmy racjonalistami”. A co to właściwie znaczy racjonalność? Ja tylko państwu podpowiem, że bycie racjonalistą wcale nie oznacza bycia na przykład człowiekiem niewierzącym. To nie jest takie proste, że człowiek racjonalny to jest człowiek niewierzący.
Kiedy patrzę na taki portal racjonalista.pl bodajże, gdzie w gruncie rzeczy skupiają się ludzie, którzy mówią: „My wszystko wiemy o świecie. Świat jest bardzo opisywalny matematycznie i tak dalej”. To jest mi trochę żal, bo racjonalista wcale nie oznacza materialista, a materialista i tak dalej. Proszę państwa, pojęcia filozoficzne należy zgłębiać do końca, bo jak człowiek skupi się tylko na pierwszym znaczeniu, to może popaść, wpaść właściwie w pułapkę. Racjonalny nie oznacza wcale człowiek, który nie wierzy, bo nigdzie nie jest powiedziane, że nie jest racjonalnym wierzyć albo nie wierzyć i tak dalej. Nie chcę w te tematy w tej chwili wchodzić. Ja tylko staram się zasiać pewien ferment, taki sam ferment, jaki zasiewa autor książki, że tak naprawdę, kiedy staramy się powiedzieć, że coś wiemy, że potrafimy jasno i w sposób prosty opowiedzieć świat, to kłamiemy. Kłamiemy, kłamiemy, kłamiemy, jak politycy. Po czym poznać polityka? Po tym, że otwiera usta.
A właściwie po czym poznać, że kłamie? Po tym, że otwiera usta. Tak to wygląda. I przez analogię do polityków, jeśli chodzi o opis świata, jeśli zafiksowujemy się na jednym obrazie, bo on nam pasuje, bo on jest zgodny z tym, co czujemy, to jeszcze wcale nie oznacza, że prawda jest po naszej stronie.
[02:39:23] - My często mamy taką tendencję, żeby mówić: „Tak, ja wiem wszystko. Wszystko wam mogę powiedzieć.” Myślę, że książka „Ewangelia według Węgorza” bardzo ładnie uświadamia, że my bardzo mało wiemy. A jeśli mamy takie tendencje do mówienia, że opowiemy wam świat, to wychodzimy na głupców. Teraz ty, Wiktorze.
[02:39:54] - Marku, mogę użyję terminologii wędkarskiej trochę i takiej z samej książki również wziętej. Jak się wędruje brzegiem rzeki, to żeby się wygodnie wędrowało, to się idzie po płycinie. I można mówić, że ta płycizna to ten nasz świat. I nie uwzględniać tamtej głębi obok, gdzie jest ten nurt, przez który bohater książki musiał przepłynąć.
[02:40:33] - To prawda.
[02:40:34] - Bo tędy się wygodnie chodzi. Ale to jest płycizna.
[02:40:40] - To było piękne.
[02:40:42] - Marku?
[02:40:43] - To było piękne to, co powiedział właśnie Wiktor. Ja bardziej racjonalnie. Próbowałem w tym momencie coś znaleźć na temat jeszcze węgorza, bo zaczęliśmy od niego i pewnie na nim skończymy. Chyba że jeszcze będziecie mieli co do drugiej części książki jakieś ciekawostki. Ale jeżeli chodzi o samego węgorza, nie wiem czy wiecie, ale znalazłem taką publikację, którą Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach zamieściło. I tam jest taka krótka informacja: „Węgorz był i jest pod ochroną. Obecnie każdy wędkarz może złowić tylko dwie sztuki na dobę. Kiedyś cztery. Muszą mieć one minimum 50 centymetrów długości. Nie wolno tego robić od 15 czerwca do 15 lipca.” I jeszcze o tym, że nie wolno kłusować, to wiadomo.
Natomiast znalazłem jeszcze informację dotyczącą Polski. Najdłuższy węgorz, który został złapany w Polsce miał 144 centymetry i miał masę 6,43 kilograma. I to była samica. Nie wiem, jak to poznali. Pewnie jakoś się tam dało. Aha, już wiem dlaczego. Z tego względu, że ponoć tylko samice są takie duże, samce są o wiele mniejsze.
[02:42:08] - Ponoć.
[02:42:09] - Tak, ponoć te, które się potem przekształcają, właśnie z tych mniejszych to są samce.
[02:42:13] - Nie ufałbym temu.
[02:42:16] - To przeczytałem w internecie. Największe węgorze mogą mieć około dwóch metrów długości i mają około dziewięciu kilogramów masy. I to tyle.
[02:42:27] - A ja powiem jeszcze o jednej ciekawej cesze tej książki. Otóż ona jest swoistym wehikułem czasu. Zaraz wytłumaczę, o co chodzi. Otóż ona pokazuje taką sytuację pod tytułem: być w chwili. Otóż kiedy odwołujemy się do tych opowieści autora dotyczących ojca, dotyczących jego rodziny, dotyczących tych połowów węgorza i tak dalej, właściwie większość z nas przypomina sobie swoje doświadczenia z dzieciństwa. Swoich dziadków, swoich ojców, którzy czegoś nas tam uczyli. To nie zawsze było łowienie ryb, to czasami było szereg innych prozaicznych, codziennych czynności. Ale odwołujemy się do tego. Nagle przenosimy się w tym momencie, kiedy czytamy te słowa, które Patrick Svensson napisał. Nagle staje przed oczyma nasze dzieciństwo.
To bycie w chwili wtedy, kiedy startowaliśmy do życia, kiedy właściwie nie było rzeczy nieważnych, kiedy wszystko było ważne, kiedy każdy gest, każda sytuacja, każde doświadczenie było na miarę takich kluczowych, takich kształtujących nas. To znakomicie autor wychwytuje i to jest właśnie taka książka, która pokazuje nam to bycie w czasie, bycie w pewnej rzeczywistości, która już dawno odeszła i jej już nie ma. Właściwie nie ma w sposób materialny, ale ona jest w naszych umysłach, w naszych głowach. Gdzieś tam z nami została, tak jak zostały te sytuacje z ojcem w książce „Ewangelia według Węgorza”. To są te piękne fragmenty książki. I wreszcie zbliżamy się do końca książki i nie zdradzając jej puenty, powiem tak: warto przebrnąć przez ponad 200 stron, ponad 250 stron tych różnych opowieści z różnych regionów świata i przestrzeni, i czasu, żeby dotknąć tej konkluzji. Konkluzji, którą wygłasza człowiek, który, jak powiedziałem wcześniej, deklaruje się jako człowiek niewierzący. Człowiek, który porzucił wiarę, który traktuje ją w pewien sposób z taką nonszalancją. Wie, że to jest, ale to nie jest ważne. I to, co czytamy na końcu książki, to nie jest nawrócenie, ale to jest takie spojrzenie na ten świat jako na miejsce, które jest, podobnie jak ten węgorz, niedookreślone, o którym nie potrafimy powiedzieć, jakie ono naprawdę jest.
[02:46:01] - Za chwileczkę wszystko opowiesz.
[02:46:03] - Nie opowiem. Mówię to świadomie. Ten finał cały czas jest ukryty, bo to jest finał, moim zdaniem, znakomicie przemyślany i jakbym miał dzisiaj powiedzieć, kim jest Patrik Svensson, to zmilczę to, bo nie wiem. Nie wiem, kim on tak naprawdę jest w takim czysto ideologicznym — złe słowo jest w ogóle ideologiczne — czysto poznawczym, czysto uczuciowym sensie, to nie potrafiłbym powiedzieć, kim jest Patrik Svensson.
[02:46:48] - Mnie zastanawia tylko jeszcze jedna rzecz: czy jeżeli będzie miał swojego syna, czy spróbuje tą historię ze swoim ojcem odwzorować na swoim synu? I czy będzie to węgorz?
[02:47:09] - Na pewno ma swoje dzieci, bo im dziękuje. Czy to będzie węgorz? Nie wiem. Ale w tym momencie, ponieważ już tyle dobrego przez prawie trzy godziny mówimy na temat tej książki, to jednak tego dziegciu trochę trzeba wrzucić. I to jest dobry moment, kiedy odwołujemy się do podziękowań. Otóż na końcu książki znajdują się podziękowania. One są dosyć długie. Autor dziękuje redaktorom, dziękuje różnym ludziom, którzy sprawili, że ta książka jest taka, jaka jest. I to jest znakomita książka. Niemniej jednak, kiedy mówimy o tym dziegciu, to powiem: jest taki przynajmniej jeden rozdział, kiedy autor odlatuje.
Ja mam wrażenie, że autor napisał ten rozdział pod wpływem redaktorów, pod wpływem dobrych dusz, które mu dobrze doradziły. Nie wiem, ale to jest rozdział typowo ideologiczny, w którym on pisze, że nasz świat ginie, że wszystko się rozpierdziela, że jest koniec, że wytępiliśmy ptaka dodo, że wytępiliśmy krowę morską i pewno teraz za chwilę wytępimy też węgorza. I tak dalej. Jest tego dosyć sporo i to jest taki dysonans, ten rozdział, może półtora, w tej książce. Ja mam wrażenie, że bardzo czujni redaktorzy, może przyznający granty, może jeszcze ktoś inny powiedział autorowi: „Słuchaj, pięknie napisałeś książkę, ale tu by się przydało trochę tej twardej ideologii”. I moim zdaniem w tym jednym rozdziale autor coś takiego popełnia. Wrzuca coś, co jest absolutnym dysonansem w tej książce. Ten rozdział można by spokojnie wyrzucić i nic by się nie zmieniło. Ta książka dalej byłaby wielka.
[02:49:31] - Marek, chyba pojechałeś. Tak mi się wydaje.
[02:49:35] - Być może.
[02:49:36] - Jak spojrzymy na to, co jest o tych fragmentach, o których mówisz i spojrzymy na to, co jest za oknem, to myślę, że był jakimś, nie powiem, że wróżbitą, bo to może brzydkie słowo.
[02:49:50] - Nie, proszę cię.
[02:49:52] - Myślę, że nie do końca jest tak. Rozumiem, że pewnie domyślasz się, że jest tam fragment sponsorowany. Ja bym się tego nie doszukiwał oczywiście. Na pewno bym tego w ten sposób nie akcentował, że coś takiego jest. Ale tak zrozumiałem z tego, co powiedziałeś, że to jest jakiś taki fragment, który został zasugerowany-
[02:50:17] - Przez redaktorów.
[02:50:19] - Tak, przez redaktorów, że to jest jakiś materiał trochę lekko sponsorowany pewnie. Tak to czuję z twojego słowa. Myślę, że nie. On fajnie pasuje do całości. Bez tych informacji i bez tej części, do której masz pretensje, myślę, że to nie byłaby pełna historia.
[02:50:41] - A ja myślę, że jednak by była pełna historia, bo dlaczego ten rozdział stanowi ciało obce w tej książce według mnie? Podkreślam, to jest moja swobodna interpretacja. Otóż dlaczego to jest ciało obce? Bo autor pisze o tym, że Unia Europejska zakazuje gdzieś tam połowów tego węgorza takiego i owego, a jednocześnie w innym miejscu tej książki pisze o tym, że wszelkie zakazy, czy to najpierw przez poszczególne kraje, później przez Unię Europejską, powodują, że w gruncie rzeczy zaczyna się sypać kultura. Nie będę wchodził w szczegóły, że te domki na plażach szwedzkich W których urzędowali w swoim czasie poławiacze węgorzy, zamienią się w domki letniskowe. Że pewna część naszej kultury nagle zaczyna się sypać. Po prostu zaczyna się sypać. Nie ma ich, przestaje-
[02:51:58] - Ale ta część kultury się niestety sypie przez nas samych. Ci ludzie, którzy, było ich 50, którzy łowili te węgorze. Dzisiaj tych 50 nie ma możliwości, żeby się utrzymali z tego. I dlatego-
[02:52:12] - Tylko zakazy Unii Europejskiej mają to do siebie, że są totalne. One mówią-
[02:52:17] - Każdy je łamie. Wiadomo, że to jest łamane. Tak jak kłusownictwa na węgorze nie ma. Kłusownictwo dalej jest. Ja pamiętam jeszcze, na pewno większość z nas pamięta, że na jeziorach stawiało się pupki tak zwane. Nie wiem, ale myślę, że wszyscy wiedzą, o co chodzi. Może nie ma już tego w takiej ilości, jak kiedyś było, ale nadal to jest. Mimo wszystko uważam, że-
[02:52:43] - Ale mnie chodzi o to, że z książki Patrika Svenssona te wnioski, które on tak kałowo-ławicznie nam wykłada, one same wynikają. I dlatego to jest dla mnie dysonans, ponieważ on nam tłumaczy rzecz, którą my doskonale z tej książki wyczytujemy. Chodzi mi o to po prostu, że dlatego mówię, że tego rozdziału mogłoby swobodnie nie być, ponieważ mnie nie interesuje to, co Unia Europejska, jakie ma uregulowania, czy też poszczególne kraje. Z tej książki to samo wynika i autor jest zbyt inteligentny i zbyt dobrym pisarzem jest, żeby mi później robić taki wykład o ptaku dodo i o krowach morskich i o tym, jak my niszczymy naszą planetę. To wynika. Wiesz, w literaturze takiej czy innej ważne jest to, żeby pewne rzeczy były powiedziane poza słowami. I on to świetnie robi. Ale kiedy zaczyna mi robić wykład, jak wygląda świat, to ja tego nie kupuję. I dlatego ja nie lubię tego rozdziału w tej książce. Zakładam, że to może być dla niektórych ważne, ale ja zakładam też, że to daje się wyczytać z książki bez tego rozdziału specjalnego.
[02:54:28] - Coś zaakcentował. Mnie to nie przeszkadza.
[02:54:31] - Mnie trochę przeszkadza, ale ważne jest to, że nie dyskwalifikuje tej książki. To jest pewien dysonans. Opowiedziałem o dysonansie. Mnie ten rozdział drażni, ale nie do tego stopnia, żeby przerwać lekturę i nie doczytać do końca. Bo wierzcie mi państwo, gdybym w tym momencie przerwał lekturę, to byłbym kompletnym idiotą, bo straciłbym rzecz w tej książce najważniejszą. Powiem tak, a wszystkim tym, którym się wydaje, że żeby przeczytać rzecz najważniejszą, to wystarczy przeczytać ostatni rozdział, to uprzedzam od razu, że to kompletnie nie ma sensu. Bo jeśli nie poznacie państwo wcześniejszych rozdziałów, to ostatni rozdział kompletnie nie ma sensu. W związku z czym te pokusy, żeby sobie skrócić drogę, to nie jest dobra droga. Ostatni rozdział można zrozumieć tylko wtedy, kiedy przeczyta się całą książkę. Wtedy można zrozumieć, jak kończy się droga człowieka, dokąd zmierzamy.
I że tak naprawdę nie wiemy, co jest po drugiej stronie. Być może jest ciemność i niebyt, jak chcą niektórzy. Być może jest coś, co wyobrażają sobie zagrożali, czy mocno wierzący chrześcijanie. A być może jest zupełnie coś innego.
[02:55:57] - Ja myślę, że po drugiej stronie jest Wiktor.
[02:56:00] - Na pewno. Wiktorze mów.
[02:56:02] - Tym razem jestem. Ja mam też takie trochę mieszane uczucia przy tych rozdziałach dotyczących. Tym bardziej, że one nie mają nic wspólnego z książką i Bogiem, a prawdą. Ktoś, kto opisuje ojca i łowienie ryb, czyli niszczenie świata przez siebie od dziecka. Potem pisze artykuł na temat taką wprawkę. No ale to być może w świecie trzeba Bogu, co boskie, a cesarzowi, co cesarskie czy brukselskie. No więc trzeba chyba czasami oddać swoje. W dzisiejszym czasie być może nie można pływać. Prawdopodobnie już niedługo nawet węgorze nie będą mogły spokojnie pływać po morzach, tylko będą musiały, że tak powiem. Zresztą już sprzedają swoją ikrę po drodze, nie?
No to to by było tyle z mojej strony.
[02:57:07] - Ale coś chciałbym jeszcze powiedzieć odnośnie całej tej sytuacji. Otóż autor to wszystko, co przedstawia w książce, te odwołania do pewnej ekologii, ten rozdział, który mnie drażni i o którym też Wiktor mówi, to wszystko to się jednak, inaczej. Nawet ten najgorszy rozdział, według mnie oczywiście To jest w dalszym ciągu świetnie napisana literatura. To nie jest tak, że jak mi się coś nie podoba, to nie potrafię tego docenić. Opowieść o ptaku Dodo, o krowach morskich, o tym, jak to się wszystko odbywało, w dalszym ciągu ma w sobie wewnętrzne napięcie. Ma w sobie po prostu literaturę. Ten facet, czyli Patrick Svensson, naprawdę potrafi pisać. I nawet jak coś sknoci, moim zdaniem ewidentnie, to i tak jest niezłe. To taka dygresja, żebyście państwo nie sądzili, że to cokolwiek zakłóca. Ale coś jeszcze chciałem powiedzieć, bo niezwykle ciekawą rzeczą w tej książce jest też rzecz, która niektóre osoby może wzburzyć, a niektórym może pokazać, że ta książka jest prawdziwa.
Otóż kiedy autor pisze o wybijaniu ptaków Dodo albo o mordowaniu krów morskich, to przy całym oburzeniu jednak w jakimś stopniu pozostawia mnie chłodnym, takim letnim przynajmniej. Natomiast są takie fragmenty w tej książce, kiedy autor pisze o tym, jaki stosunek do zwierząt miał jego ojciec. I powiem, że to jest pewien obraz naturalności, kiedy on pisze o tym, że ojciec szanował zwierzęta. Uważał, że zwierzęta są czymś ważnym w naszej rzeczywistości. Ale to wcale nie wykluczało tego, że na przykład skłaniał się ku temu, żeby zwierzęta zabijać. Czy zabijał węgorze, czy zabijał jakieś inne zwierzęta. Znowu nie opowiem tego, bo to trzeba przeczytać. Warto to przeczytać. Kiedy pisze o kotach, o starych kotach i przytacza tam piękną historię pewnego starego kota.
[03:00:08] - Opowiedz.
[03:00:10] - Nie. Który miał zginąć z ręki człowieka. I stało się inaczej. Nie opowiem tej historii, bo ona jest ciekawa sama w sobie, ale to pokazuje pewne zdrowe podejście takich prostych ludzi do naszej rzeczywistości, że przyroda jest ważna, że przyroda jest godna poszanowania, że zwierzęta to nie są rzeczy, które można mordować łanowo, można mordować hektarami i w ogóle bezrefleksyjnie. Ale też nie idzie w tę stronę autor, który mówi, że życie jakiegoś robaczka jest ważniejsze niż życie człowieka, że planeta powinna się oczyścić z ludzi, bo ludzie ją niszczą i w związku z tym hajda z ludźmi, niech wymrą wszyscy ludzie. Ważniejsza jest planeta. Autor unika takich ekstremizmów, unika sytuacji, w której zaczyna nam tłumaczyć, że my sami jesteśmy niepotrzebni, że jesteśmy w ogóle zakałą, jesteśmy czymś, co hańbi tę planetę. Nie, to nie jest ten kierunek i dlatego ja lubię tę książkę. Bo ta książka pokazuje pewną naturalność, pewną symbiozę, pewną relację człowieka z przyrodą. Nie relację taką kici, kici i tak dalej, że będzie wszystko fajnie i wspaniale.
Nie. My jednak poruszamy się w świecie dosyć brutalnym, co nie znaczy, że w świecie pozbawionym pewnych racji moralnych, że zwierzę jest rzeczą. Zwierzę nie jest rzeczą i autor to pięknie ujmuje. To jest też kolejny walor tej książki. To który z panów teraz?
[03:02:05] - Ja już się boję, co Kotyk mówi. Tak, Wiktor, proszę bardzo.
[03:02:11] - Ja tylko wpadnę w słowo Markowi, ale pamiętam scenę, kiedy ja mogę tylko deklaratywnie powiedzieć, że kocham zwierzęta, kocham świat, kocham przyrodę i przyroda pasjonowała mnie od dziecka najbardziej, jak tylko jest to możliwe. I nigdy nie zapomnę sceny, kiedy siedziałem nad jeziorem i szwagier mi włączył wędkę, a obok mnie siedziała moja wielka miłość. No i szwagier powiedział mi, co mam zrobić. A ja założyłem tego robaka na haczyk. Na co moja wielka miłość prawie się popłakała i patrzyła na mnie później przez tydzień z obrzydzeniem, mówiąc: „Jak mogłeś? Jak mogłeś?” No mogłem.
[03:03:07] - Zdaje się, że czymś przestraszyłem Waldka. To się teraz tłumacz, czym cię przestraszyłem tak bardzo.
[03:03:14] - Przestraszyłeś mnie tym, że w zasadzie boję się, żebyśmy nie zagadali tej książki. To jest jedna rzecz. A druga rzecz do tego, co powiedział Wiktor. Wiesz, Wiktor, ja nigdy nie łowiłem na robaki. Nigdy nie potrafiłem robaka założyć na haczyk. Dlatego miałem kiepskie wyniki, bo łowiłem na ciasto, które zawsze mi spadało, bo źle potrafiłem je zrobić dobrze, tak żeby nie spadało z haczyka.
[03:03:49] - Ja sądzę, że ta sugestia odnośnie zagadania książki jest bardzo słuszna, bo wszystko dobre, co się dobrze kończy. Kiedy mówiłem o tym, że możemy sobie o tej książce do czwartej rano pogadać, to oczywiście sugestia jak najbardziej pociągająca, szczególnie dla słuchaczy, ale myślę, że nierozsądna z punktu widzenia potencjalnych czytelników. Dlatego myślę, że to jest dobry moment, żeby naszą opowieść o książce „Ewangelia według Węgorza” zakończyć, bo cała reszta jest przed państwem. Sądzę, że to, co już powiedziałem wcześniej, nadzieja na to, że państwu tę książkę streścimy w trzy godziny, bo w tej chwili właściwie już trzy godziny 10 minut mówimy, to jest nadzieja złudna. Myśmy tak naprawdę zaledwie dotknęli tej książki. Zaledwie wypunktowali kilka tematów, kilka wątków, które się w tej książce pojawia. To jest książka w jakiś sposób, z mojego punktu widzenia, perfekcyjna. Być może dlatego, że tego rodzaju literaturę czytałem po raz pierwszy, ale literatura, która mnie porwała, która sprawiła, że tak jak Waldek, się w nią wgryzałem tak samo w takim postępie wykładniczym. To znaczy w pewnym momencie rzeczywiście pół książki przeczytałem w ciągu jednego dnia, bo to jest taka książka, która właśnie w ten sposób działa, że w pewnym momencie trudno przestać. To tyle właściwie tytułem polecenia.
Chyba że jeszcze któryś z panów coś chce dopowiedzieć na koniec.
[03:05:42] - Książka jest pięknie wydana.
[03:05:45] - To prawda. Wiktorze?
[03:05:49] - Skrócę jeszcze bardziej. Książka jest piękna.
[03:05:54] - Dobrze.
[03:05:56] - A ja skrócę jeszcze bardziej. Amen.
[03:06:00] - Tak. Niech się stanie. Niech czytają nasi czytelnicy, nasi słuchacze, niech staną się czytelnikami. Cóż, proszę państwa, to byłby koniec naszej opowieści o książce Patrika Swensona „Ewangelia według Węgorza”. Za tydzień tradycyjnie zapraszamy na ABW na kolejne opowiadania. Pojawią się pierwsze opowiadania epidemiczne, o które apelowaliśmy. Liczymy na kolejne oczywiście. A co za dwa tygodnie? Za dwa tygodnie w „Bibliotekarium”, ponieważ ostatnie dwie audycje były o książkach absolutnie nie SF, absolutnie nawet nie zbliżających się do fantastyki, bardziej do historii, do filozofii, do wielu różnych rzeczy, ale na pewno nie do fantastyki naukowej, za dwa tygodnie zapraszamy już na taki wieczór poświęcony fantastyce naukowej. Książka dla niektórych bardzo ważna, ale to trzeba być w odpowiednim roczniku, żeby ta książka była ważna.
Dla sporej części miłośników fantastyki naukowej zupełnie nieznana. Książka, która ukazała się pod koniec lat 70. w Polsce w wydawnictwie Czytelnik w serii z Kosmonautą, czyli tej prowadzonej przez Lecha Jęczmyka. Książka zatytułowana „Testament Overmana”, a jej autorem jest Edmund Cooper. Czy to nazwisko państwu coś mówi, czy nie mówi, to już jest państwa sprawa. Warto sobie wygooglać, sprawdzić, kto zacz. Natomiast książka, proszę państwa, jest niezwykła. Ja często nadużywam tego słowa, że coś jest niezwykłe albo jest wspaniałe i tak dalej, ale ta książka przynajmniej przez połowę swojej objętości absolutnie rozpierdziela państwu obraz świata. Później pracowicie go składa, ale na początku macie państwo ogromny dysonans poznawczy i właściwie nie wiecie, o co kam. My postaramy się państwu za dwa tygodnie wytłumaczyć, przynajmniej pobieżnie, o co mniej więcej w tej książce chodzi.
To absolutny klasyk. To książka, która w latach 70. była uznawana za taką książkę budującą. Książkę, która była naprawdę ważna na tym rynku dosyć ogołoconym z dobrej literatury. To była niezła pozycja, nieźle tłumacząca pewne meandry tego świata, pewne zagadki tego świata. Znowu gdzieś zmierzamy w stronę zagadek, ale widać taki już nasz los. Zatem oddaję panom głos na ostatnie słowo pożegnania i będziemy kończyć audycję. Wiktorze?
[03:09:10] - Ja tylko może najwyżej taką mam drobną uwagę, że Julian tak się dziwił, jak ten Węgorz mógł wytrzymać ileś tam lat w studni. Otóż wszystko zapowiada, że teraz będzie wiele takich Węgorzy siedziało w studniach i właściwie jedyny kontakt ze światem będzie miało dzięki takiemu Radio Paranormalium. A ja od 10 lat żyję w takiej studni i jakoś żyję. Mam jeszcze przed sobą 10, nie wiem ile, ale w każdym razie mam pół kilo tytoniu i paczkę 200 sztuk Gil jest, przeżyje na pewno. Nie kryj się niż Węgorz.
[03:10:03] - Pawełku?
[03:10:05] - Ja już nie chcę więcej nic mówić, bo myślę, że czas sięgnąć po książkę. Dziękuję wszystkim za uwagę. Dobranoc.
[03:10:15] - No to ja też wszystkim życzę, naszym słuchaczom, wszystkim słuchaczom życzę jak najlepiej oczywiście, ale przede wszystkim dobrych lektur. Między innymi „Ewangelii według Węgorza”, ale też szeregu innych fajnych książek. Tym wszystkim, którzy piszą, którzy nadsyłają opowiadania do ABW życzę natchnienia i dobrej fazy do pisania. Tym wszystkim, którzy czytają oczywiście samych dobrych lektur. No i do usłyszenia za tydzień. Wszystkiego dobrego.
[03:10:51] - Mówili te słowa do Państwa jak zawsze gospodarze Bibliotekario Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość, chociaż właściwie powinienem powiedzieć szef wszystkich szefów Waldemar Milstein, boss mafii bibliotekaryjnej. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w Twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia już za tydzień, tym razem w warsztatowym wydaniu Bibliotekarium, czyli ABW Antologia Bibliotekarium Warsztaty. No i oczywiście na żywo już za dwa tygodnie w kolejnym wydaniu normalnego Bibliotekarium. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl