Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radio Paranormalium. Rozpoczynamy właśnie teraz, wyjątkowo taśmowo, ale jednak, „Bibliotekarium”. To normalne. Liczymy oczywiście na komentarze nie tylko na czatach, ale również w archiwum. Przy mikrofonie i za strojami technicznymi jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:47] - Halo, halo.
[00:48] - Witamy.
[00:49] - Dobry wieczór. Jesteśmy. Dzisiaj, jak to Wiktor pięknie ujął, będziemy rozmawiać o zjawisku kulturowym. Muszę ci powiedzieć, że to jakoś mnie nobilituje też, bo należę do tego zjawiska kulturowego, które nazywa się „Pan Samochodzik” i cała reszta. W związku z tym, jak człowiek przestaje być tylko pismakiem, a zaczyna być częścią zjawiska kulturowego, to tak się zaraz lepiej czuje. Jakoś tak poważniej.
[01:20] - Trzeba jakoś się dowartościować.
[01:23] - Tak! Człowiek się nie dowartościuje, to później głupi chodzi.
[01:26] - To nie jest tylko twoje, że tak powiem, poczucie godności wzrasta, ale również chyba kilku, jeśli nie kilkunastu pokoleń młodych gówniarzy, którzy się na tej książce może nie tyle wychowali, ale zaczynali, że tak powiem, raczkować.
[01:46] - To cię zaskoczę. Tak pozytywnie cię zaskoczę, bo dostaliśmy w tak zwanym międzyczasie, czyli pomiędzy audycją a audycją, dosyć obszerny list od O35, który na końcu dokumentu pisze, że dla pana Wiktora może być nawet O25, jak byłeś łaskaw kiedyś zauważyć, w którym wspomina o tej sprawie, o której powiedziałeś, o tych pokoleniach. Ja za chwilę ten list przeczytam, bo on jest intrygujący, a poza tym wnosi sporo informacji, także godzi się go zacytować. Ale powiem jeszcze coś: ten temat pasuje mi nie tylko dlatego, że w tym procederze biorę udział od pewnego czasu. Właśnie kończę, jak to się mówi, na dniach kończę 12. tom, ale także dlatego mi pasuje, że ja się wcześniej, tak jak ty to opowiadałeś, też dałem wciągnąć. Ja byłem pod wielkim urokiem pod koniec lat 70., później w latach 80. pod wielkim urokiem książek Nienackiego z serii „Pan Samochodzik”. I to był taki urok, który był szalony. Każdy, kto to przeżył, to wie.
Zresztą O35 na to zwraca uwagę. Więc każdy wie o tym, jakie to było ważne, jakie to budziło emocje, czytanie tych książek. To były książki, które się czytało... Właściwie jak się zaczynało, to dopiero jak się przeczytało słowo „koniec”, czy też jak tam nie było słowa „koniec”, to jak się przeczytało ostatnie zdanie, to człowiek dopiero zamykał książkę, dopiero mógł spokojnie funkcjonować, bo w tak zwanym międzyczasie nie dojadał, nie dosypiał, byleby tylko książkę szybko skończyć. To był ten poziom emocji. Co więcej, ja pamiętam, jak w latach 80. jeden z publicystów, o ile dobrze pamiętam, „Przeglądu Tygodniowego”. Było takie pismo, dzisiaj to się nazywa „Przegląd”, ale wtedy to był „Przegląd Tygodniowy” i tam, o ile dobrze pamiętam – tu się zastrzegam, bo pamięć już nie ta, niestety, starość – Janusz Atlas, czyli dziennikarz bardziej sportowy, miał tam kącik recenzji, w których oceniał różne książki i straszliwie się po jednej z książek Nienackiego przejechał. Konkretnie po książce „Pan Samochodzik i Winnetou”. Ale zrąbał tę książkę, po prostu zmasakrował ją.
Trochę tłumaczy Janusza Atlasa to... Może nie tłumaczy, ale w każdym razie tłumaczy mechanizm, dlaczego tak się stało. Tłumaczą słowa jego żony Katarzyny Dobor, która mówiła, że w Januszu Atlasie było sporo żółci i on tę żółć dosyć często wylewał. I w tej recenzji, o której wspominam, zdaje się, że mu się trochę rzeczywiście ulało, ale wzbudziło to mój taki protest wewnętrzny. Jakżeż można tak posponować autora zasłużonego i tak dalej. Od tego czasu przez jakiś drobny moment nie lubiłem Janusza Atlasa za to właśnie, że tak Nienackiego przemielił przez maszynkę. Jakieś doświadczenia, Wiktorze, w tym względzie?
[05:22] - To jest kwestia pewnej względności. Oczywiście, że my przecież możemy przemielić wszystkie bajki, które żeśmy czytali jako dzieci. To żaden problem. Tylko że pic polega na tym, że każde ziarno musi na swój czas trafić po prostu. I trudno wymagać od tego, żeby książki, które rozpalają głowę albo rozpalają wyobraźnię w ogóle młodego człowieka, mogły trafiać do jakiegoś krytyka literackiego. Mogą, jeśli uwzględni właśnie ten paradoks czasu, w którym to jest.
[06:14] - Sorry, ale już na początku audycji się z tobą nie zgodzę, bo krytyk, moim zdaniem, powinien rozdzielać dwie rzeczy. Ten moment, w którym wypowiada się jako krytyk literacki. A powiedzmy sobie szczerze Janusz Atlas, chociaż kilka książek w życiu napisał, to jednak krytykiem literackim był samozwańczym. O, tak to określmy. Natomiast nawet samozwańczy krytyk powinien uwzględniać również to, że poza tą warstwą poddającą się krytyce literackiej, jest też ta warstwa, która płynie troszeczkę w stronę czytelnika. Przecież czytelnicy nie kochali książek Nienackiego za to, że podciągały się dobrze pod krytykę literacką, tylko kochali go za to, jakie te książki były. Może nawet czasami za to, że były zbyt proste albo zbyt pewne rzeczy czyniły oczywistymi albo zbyt oczywistymi. To jednak czasami paradoksalnie może okazać się sukcesem. Może okazać się siłą takiej książki. I mam wrażenie, że w przypadku cyklu „Pan Samochodzik” to właśnie było siłą.
To było właśnie siłą tych książek. To nie były strasznie wydumane, wycyzelowane powieści. To były proste czytadła napisane według scenariusza, po którym widać, że Nienacki, o tym powiemy za jakiś czas, miał za sobą doświadczenia filmowe, teatralne i filmowe, ale filmowe przede wszystkim, że on wiedział, jak się buduje akcję. W związku z tym jego książki są zbudowane według tej zasady, o której kiedyś mówiliśmy w ABW, że to napięcie rośnie, ale w pewnym momencie skacze tak wysoko, tak szybko, to się zaczyna wszystko tak szybko dziać, że człowiek już naprawdę nie ma czasu oderwać się od książki i w związku z tym czyta ją tak długo, jak może, póki nie padnie. To jest w czasach takiego pszennoburaczanego PRL-u pewna umiejętność. Nie wszyscy pisarze to potrafili.
[08:50] - Tak, ale ja może zwrócę uwagę takie mam przynajmniej skojarzenia co do krytyki i tak dalej, że są takie wynalazki jak zabawki dla dzieci na przykład. I krytyk oczywiście, i każdy właściwie kulturoznawca może naprawdę znęcać się nad taką Barbie. Że to idiotka, że czegoś takiego nie może być, że w ogóle chodzić prawie nie może, ani siedzieć, ani myśleć, ani już cokolwiek. Tym niemniej nie może odmówić faktu, tego właśnie faktu kulturowego, że coś takiego jak Barbie albo inne zabawki, jakiś kotek z myszką czy bałwanek, po prostu zajmują poczesne miejsce w rozwoju naszej społeczności ludzkiej na tej ziemi. Bez nich po prostu nie byłoby tych późniejszych dziewczyn ani facetów, którzy tą twardą kulturę tworzą. I tak samo to, co jest w zabawkach. Literatura to są również zabawki, przecież. Szczególnie młodzieżowa literatura. Ona coś przenosi, czegoś uczy, ale przede wszystkim jest zabawą, żeby tą naukę przemycić przez zabawę.
[10:31] - Tak! Ale wiesz, bardzo dobrze, bo przecież dzieci w pierwszej klasie nie uczy się od razu czytać na tekstach Mickiewicza, Dostojewskiego czy jakichś innych tuzów literatury, tylko uczy się prostych zdań. Kiedyś to była „Ala ma kota”, co jest dzisiaj nie wiem, ale jednak zaczynamy od czegoś prostego, ale nie prostackiego. I ten warunek również literatura tworzona przez Nienackiego, a konkretnie cykl o Panu Samochodziku spełnia. Bo tak jak powiedziałem, to był facet, który wiedział po pierwsze, o co chodzi w budowaniu akcji, żeby było trudno się od niej oderwać. To pierwsze. Drugie. Te książki sprzedawały bardzo dużo informacji o historii, o pewnych tajemnicach historii. Ale zamiast tak gadać i gadać, to ja przeczytam wspomniany już tekst o 35, bo on o wielu z tych spraw mówi. To zaczynam.
„Na początku uprzedzam będzie długo, a co za tym idzie pewnie znajdziecie tu sporo głupot”. To ja od razu powiem, wtrącę się, że tych głupot nie znaleźliśmy. Jakoś tak się nie złożyło, więc możecie państwo spokojnie słuchać tego, co będę czytał dalej. „Jakbym napisał, że długo się zastanawiałem, jak zacząć komentarz do przyszłej audycji o Panu Samochodziku, to bym skłamał i to bardzo mocno. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła, gdy usłyszałem, co będzie następnym tematem „Bibliotekarium”, to oczywiście nie książka, a serial „Pan Samochodzik i templariusze”, wielki przebój wakacyjnych teleferii z lat 80. ubiegłego wieku.” W których to dorastałem. To ja od razu powiem, że ten serial to być może w latach 80., kiedy O35 dorastał, to był przebój, ale to był już przebój również w latach 70., bo został na początku lat 70. nakręcony. Wtedy odtwórca głównej roli, Mikulski, walczył o to, żeby wyciągnąć się z roli Hansa Claassa, co się nie bardzo udało, ale tu była pewna szansa, żeby uciec. Niestety powstał tylko ten jeden film z nim w roli głównej.
Wcześniej owszem, był jeszcze jeden film, ale oddajmy głos O35. Jest to jeden z najlepszych seriali przygodowych dla młodzieży w historii polskiej telewizji. A tu znowu przerwę. Dodam, że nakręcony ten serial przez reżysera, który nie jest specjalnie znany szerokiej publiczności, a jednak powstało na podstawie literatury tworzonej przez Nienackiego coś, co naprawdę tak jak O35 napisał, rzeczywiście zapisało się w historii telewizji. Nie będę oryginalny, tu cytuję dalej i powiem zaznanym z eteru Radia Paranormalium ulubieńcem wszystkich, jak go przed audycją zawsze przedstawiał Ivellios, Chrisem Miekina, iż o templariuszach to właściwie dowiedziałem się, że istnieli właśnie z tego serialu. Głowy uciąć nie dam. Nie, głowy uciąć nie dam, ręki też, ale pan, panie Marku, pełną świadomość o ich istnieniu w przeszłości uzyskał również z tej książki lub filmu. O35 jest rzeczywiście przenikliwym człowiekiem. To prawda, ponieważ jak oglądałem po raz pierwszy „Pana Samochodzika”, to miałem coś około dziewięciu, dziesięciu lat.
[14:27] - I o templariuszach nie mogłeś myśleć.
[14:29] - To o templariuszach wtedy, przepraszam. I rzeczywiście, co więcej, ja miałem takiego hopla jeszcze gdzieś tak od pierwszej klasy szkoły podstawowej, że wtedy myślałem, że zostanę archeologiem. To była moja pasja. Archeologia to było coś, co mnie pasjonowało i jak usłyszałem o tych templariuszach, poza tym oni po tych podziemiach łazili w filmie i tak dalej, to był ukochany mój film. I rzeczywiście O35 ma rację. Templariuszami się wtedy zainteresowałem. Oddajmy głos O35. Owszem, jest pan troszeczkę starszy niż ja, co nie zmienia postaci rzeczy, iż na 99% tak było. Może pan oponować, iż na lekcjach historii było to wspominane itepe. Było, ale kto tam ucząc się w podstawówce czy w szkole średniej brał do głowy, iż kogoś tam w średniowieczu spalono na stosie, czy też wcześniej powołano zakon rycerski do walki z niewiernymi na Ziemi Świętej.
Nie ukrywajmy, iż w czasie lekcji historii przywiązywano większą wagę do Krzyżaków i krzywd, jaką oni nam, narodowi polskiemu wyrządzili oraz wielkiego triumfu nad nimi w bitwie pod Grunwaldem niż do templariuszy. To jest rzeczywiście prawda, ale ja się zachowywałem troszeczkę inaczej, ponieważ mnie fascynowało, że templariusze i Zakon Najświętszej Marii Panny z tymi budowlami kombinowali i to mnie bardzo pasjonowało. Wyobrażałem sobie, jak może już bez Pana Samochodzika wędruję po jakichś lochach i szukam skarbów. Hopla, dostałem do tego stopnia, że rysowałem plany podziemi. Do dzisiaj pamiętam. Korytarze rysowałem na czerwono, a później to, co nie było korytarzami zakreślałem ołówkiem albo czarną kredką. I to było takie bardzo pasjonujące. Czerwone i czarne notabene. I to były te labirynty, które oczami duszy oglądałem i chciałem bardzo zwiedzać. Też miałeś takiego hopla?
[16:42] - Nie da się ukryć po prostu.
[16:45] - Też rysowałeś labirynty?
[16:47] - Nie tylko labirynty. Ja rysowałem wszystko.
[16:51] - To chwila o tobie. Pan Wiktor natomiast z racji wieku może powiedzieć, że i owszem, słyszał, ale jeżeli tak powie, to zadam mu pytanie skąd? Bo właściwie z literaturą o templariuszach w PRL było krucho. Być może mógł przeczytać o nich w tak zwanej serii ceramowskiej, ale szczerze wątpię.
[17:16] - Nie, to źle wątpisz, bo ja serię ceramowską czytałem, jak miałem 12 lat.
[17:21] - Tak, tylko ja nie pamiętam wtedy, jaki to był tytuł o templariuszach, bo książka o templariuszach, owszem, w serii ceramowskiej wyszła, ale wyszła, jak dobrze sięgnę pamięcią, to w latach 90. albo na początku XXI wieku. Może wcześniej, ale na pewno o wyprawach krzyżowych, a o templariuszach mogę się mylić. Czyli rozumiem, że zaprzeczasz, że jednak nie tylko z „Pana Samochodzika”. Obym się mylił. Nikogo nie chcę oczywiście obrazić, ale znam realia PRL-u. Dzięki temu serialowi oraz książce tak naprawdę templariusze oraz ich niezmierzone zaginione skarby wkroczyły masowo do świadomości i wyobraźni zbiorowej Polaków i nadal w niej trwają, podkarmiane filmami emitowanymi w stacjach telewizyjnych Discovery History and National Geographic. Tu byłby niezastąpiony Ivellios. On by to zrobił lepiej. Wracając do serialu dodam, iż żałuję bardzo, iż nie było planów pociągnięcia serii, gdyż jakby do tego doszło, pewnie udałoby się wyjść skutecznie Stanisławowi Mikulskiemu ze skóry Hansa Claassa.
O tym już mówiłem. Rzeczywiście, gdyby nakręcono inne części „Pana Samochodzika”, to była na to szansa, a i zabawa byłaby przednia. Zresztą wystąpiła w tym filmie plejada gwiazd ówczesnego polskiego kina: Ewa Szykulska, Alina Janowska, Danuta Szaflarska, Lech Ordon, Krzysztof Stroiński, a nawet niezapomniany spiker Jan Suzin. Oczywiście nie byłoby sukcesu tego serialu bez książki, która opowiada ciekawą, dynamiczną historię o przygodach, nie ma co ukrywać, nieporadnego, fajtłapowatego w stosunku do kobiet pana Tomasza N.N. oraz jego niesamowitego wehikułu kryjącego we wnętrznościach prawdziwą bestię, a mianowicie silnik Ferrari 410 Superamerica, potrafiącego wyprzedzić każdy pojazd jeżdżący po ówczesnych polskich drogach, a w dodatku potrafiący pływać z niesamowitą szybkością po wodach rzek i jezior. Każdy chłopiec, nie wiem jak dziewczęta, bo nigdy nie pytałem, który obejrzał serial w TV lub przeczytał książkę o przygodach Pana Samochodzika, marzył, aby posiadać taki pojazd. I nie wątpię, że i w dzisiejszych czasach jest wiele takich osób i nie ukrywając, ja również do nich należę. Zresztą nieporadność i fajtłapowatość w stosunku do płci przeciwnej pomogła większości czytelników płci męskiej utożsamić się z bohaterem, bo większość nastolatków to odważni w stosunku do płci przeciwnej jest tylko w swoich opowieściach z nuty kolegom. Był to sprytny zabieg taktyczny wykonany przez autora w stosunku do przyszłego targetu czytelniczego. „Pan Samochodzik i templariusze” to nie była pierwsza książka, którą przeczytałem o przygodach pana Tomasza.
Pierwszą była „Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic”. Nie ukrywam, iż jest to mój numer jeden na podium wraz z templariuszami, a może nawet przed. Dlaczego? Ano dlatego, że jest to powieść, w której wszystko jest, co trzeba. Tajemnica, akcja rozgrywa się w różnych lokacjach w kraju i za granicą, w czeskiej Pradze i przede wszystkim jest tu również dużo informacji historycznych. Wielu czytelników dowiedziało się zapewne pierwszy raz o Złotej Uliczce, alchemikach oraz o micie o Golemie. Nie braknie w niej również pięknych kobiet. Panowie pomyślą, czy gdyby nie ta powieść, przykładowo Andrzej Pilipiuk pisałby w swoich powieściach o alchemikach i w opowiadaniach o Golemie? Jestem przekonany, iż książka ta miała wpływ na jego twórczość, a zapewne nie tylko na jego. Powiem jeszcze coś.
Andrzej Pilipiuk, kiedy pisał „Samochodziki”, bo napisał ich 19, jedną z tych książek poświęcił również alchemikom i właściwie od książki z cyklu Pan Samochodzik wzięły się później te książki już od cyklu oderwane, kiedy pisał właśnie o alchemikach. To tam się narodził ten alchemizm, od którego Pilipiuk się oderwał się od Samochodzika, a alchemizm został.
[22:08] - Zobacz, jak dziwnie te koligacje się splatają. Otóż ty chciałeś być archeologiem. Ja przez 10 lat byłem archeologiem, a Pilipiuk jest z wykształcenia archeologiem.
[22:25] - Tak się jakoś to robi, że określonych ludzi ciągnie w określoną stronę. Czytam dalej. Nie brak w niej również tajnych organizacji, to w książce, w postaci różokrzyżowców. Następną powieścią w kolejności, którą lubię, może jest to jednak złe słowo i powinienem napisać „czuję sentyment”, jest „Wyspa złoczyńców”. Jest to powieść, w której wszystko się zaczyna i daje prawdziwy przedsmak tego, co przeczytamy w następnych tomach przygód. Tu wspomnę tylko, że kiedyś się zaczynało. Teraz wygląda to troszeczkę inaczej, ale o tym później. Została ona zresztą zekranizowana przez Stanisława Jędrykę, a w roli głównej wystąpił Jan Machulski, który obok Stanisława Mikulskiego moim zdaniem jedynie poradził sobie z rolą Tomasza N.N. Niestety o następnych ekranizacjach „Pan Samochodzik i niesamowity dwór”, „Pan Samochodzik i praskie tajemnice” oraz „Latające machiny kontra Pan Samochodzik” nie mam dobrego zdania. Dlaczego?
Ano dlatego, że według mnie główny bohater w tych filmach został pokazany właściwie jako ekscentryczny pajac. Piszący scenariusze może nie potrafili się odnaleźć w swojej roli, czy też reżyserzy mieli swoje wizje pana Tomasza. Być może po prostu nietrafieni aktorzy w tych rolach. Następną książką z serii, którą darzę sentymentem, to właściwie ostatnia kompletna książka napisana przez Zbigniewa Nienackiego, czyli „Pan Samochodzik i człowiek z UFO”. Tylko wspomnę tak dla porządku. To się za życia Nienackiego rzeczywiście nazywało „Pan Samochodzik. Człowiek z UFO”. Teraz tytuł został zmieniony. To jest „Pan Samochodzik i nieśmiertelny”, co wydaje mi się akurat dobrym zabiegiem, bo tam z UFO to nie było wiele wspólnego, natomiast „Nieśmiertelny” jakoś pasuje moim zdaniem lepiej. I tutaj o „35”.
Dlaczego ta książka tak mi się podobała? Dlatego, że jest to powieść inna niż wszystkie. Czytałem ją dosyć dawno, ale odczuwa się tu, iż do pana Tomasza NN zbliża się starość. Ze względu na lokację akcji brak jest jego wehikułu. Wybaczą państwo, iż nie będę pisał o innych książkach oraz to, że nie starałem się pisać o treści wymienionych książek, gdyż uważam, że jest jeszcze wielu słuchaczy radia, którzy ich nie czytali. My też podzielamy ten pogląd. Ja kończąc czytać kolejny tom przygód Pana Samochodzika, zawsze miałem jedno tylko uczucie, a mianowicie żalu, iż jest to już koniec tej przygody. Myślę, że to, co teraz napisałem w tym zdaniu krótko opisuje fenomen Pana Samochodzika polegający na tym, iż wydano już ponad 150 tomów jego przygód, z czego ponad 90% po śmierci autora. Wprawdzie pan Tomasz NN występuje chyba w niecałych 20 tomach. W większości następnych brak cudownego wehikułu, do którego później wrócono.
Ale czy to ma znaczenie? Rzeczywiście było tak, że przez jakiś czas wehikuł został zastąpiony nowoczesnym pojazdem, ale rzeczywiście wrócono później do wehikułu. Ale jedna rzecz tak nie do końca, bo Tomasz NN występował w Samochodzikach do sto któregoś tomu. Ja teraz nie pomnę 103. czy 106. On się tam pojawiał czasami epizodycznie, czasami mniej epizodycznie. Jeszcze ja się załapałem. To znaczy w moich dwóch albo trzech książkach Tomasz NN występował. Później rzeczywiście został już jego następca, z którym przez pierwszych 80 tomów hasali wspólnie, czyli Paweł Daniec. On od mniej więcej sto któregoś tomu wiedzie prym i właściwie on przeżywa przygody.
Ale też ciekawe jest to, że Paweł Daniec, który w takim początkowym pomyśle miał być przeciwieństwem Tomasza NN, z czasem bardzo upodobnił się do tego swojego właściwie przyjaciela, bo stali się przyjaciółmi. Bardzo się do niego upodobnił. Też się stał taki nieśmiały w stosunku do kobiet. Może bardziej, ale jednak jakoś mu to słabo wychodziło. Inne cechy też miał podobne. Może był bardziej sprawny w sensie fizycznym, bo w końcu gdzieś tam w młodości kończył nie tylko historię sztuki, bo takie studia kończył Paweł Daniec, ale też służył w Czerwonych Beretach. Tu już mamy takie połączenie troszeczkę Rambo. Właściwie taka postać została wymyślona wcześniej, bo kimżeż był Indiana Jones? Z jednej strony archeolog, naukowiec, z drugiej strony potrafił strzelać i bić się też potrafił. Czyli tak jak powtarzam to często, jak mówi Paweł Majka „Jak się strzelają, to jest dobrze”.
I tak mniej więcej u Pana Samochodzika było. Czytam dalej. Nie będę się rozpisywał o życiorysie autora Zbigniewa Nienackiego, bo wiem, że panowie Wiktor i Marek zrobią to lepiej. Nie mogę go ocenić, ale na koniec napiszę, iż jednej rzeczy nie mogę wybaczyć panu Samochodzikowi oraz autorowi. Obaj byli ORMOwcami. Mam, jak wielu ludzi w moim wieku, osobisty negatywny stosunek do członków tej organizacji. Wprawdzie w późniejszych wydaniach usunięto to, ale jednak był ORMOwcem. Jest to naprawdę wielka skaza. Na tym kończę. Pozdrawiam wszystkich.
O 35. I tu uwaga dla Wiktora. Dla pana Wiktora mogłem być O 25. To list O 35. Dużo ciekawych rzeczy nasz słuchacz poruszył, bo rzeczywiście sporo takich czułych momentów dotknął. Zacznijmy od tego ORMOwca.
[28:53] - To może z tym ORMOwcem. Niestety życie jest życiem, a pewna skaza czasu, że tak powiem. Trudno. Ktoś się urodził w epoce napoleońskiej, a Pan Samochodzik się urodził w epoce ORMO.
[29:13] - Wiesz co? Ale powiem ci tak. Tu się zaczyna jedna z tajemnic, których nie rozwikłałem. Otóż nie ukrywajmy, że książki pisane są w pierwszej osobie i zapewne bohater cyklu pisanego przez Nienackiego był w jakimś tam stopniu jego alter ego. A może nie tak. Może to było po prostu pokazanie, jaki by chciał być Nienacki. Tu warto wspomnieć, że Zbigniew Nienacki to właściwie pseudonim. Tak naprawdę autor książek nazywał się Zbigniew Tomasz Nowicki. Tomasz, zaznaczam Tomasz i N. Nowicki.
Tam był Tomasz NN. Nowicki, Nienacki. Może na przykład tak można by to spróbować rozszyfrować. To powiedzmy troszeczkę o życiorysie Nienackiego, bo on jest bardzo ciekawy. To był człowiek, który urodził się stosunkowo dawno, bo w 1929 roku. Zmarł w 1994. Ale kiedy mówię o ciekawym życiorysie, to chcę wspomnieć o tym, że Lata wojny pomińmy, bo było jak było. Ale to był facet, który zadebiutował, jak miał 17 lat. Napisał książkę, właściwie swoją pierwszą powieść, chociaż później nie chciał o niej pamiętać, taką powieść dla młodzieży „Związek poszukiwaczy skarbów”. Ona była drukowana w odcinkach w powojennym tygodniku.
Był rok 1946. Młody Nienacki się kształcił oczywiście i gdzieś tam pracował, ale ciągnęło go do kariery filmowej. Co więcej, on dostał się do szkoły filmowej. Później przeskoczył do szkoły w Moskwie. Studiował tam specjalność filmową. Ale nie jest tak prosto, bo się zdarzyła rzecz, która mogła się w tych czasach, w których to było, bo przypomnę to przełom lat 40. i 50., bardzo źle skończyć. Nienacki został wydalony ze studiów w Moskwie. Dosyć enigmatycznie to ujęto: za działania czy działalność godzącą w stalinizm. W tamtych czasach to nie było tak hop hop.
Co więcej, jak wrócił, nie tylko go wywalili ze studiów w Moskwie, ale tutaj w Polsce również dostał wilczy bilet, więc się na studia nie mógł do filmówki dostać. Co więcej, przerwano druk jakiegoś kolejnego jego utworu w jakiejś gazecie, więc ogólnie miał przechlapane. Ale jakoś udało się to załagodzić. Początek był słaby i tak naprawdę dostał bęcki od tego ustroju, ale później ustrój go przytulił. Zaczął być dziennikarzem, zaczął pisać pierwsze książki. Już nie będę wchodził szczegółowo w ten życiorys, bo jak ktoś będzie chętny, to wystarczy, że sobie Internet otworzy i sobie szczegółowy życiorys Nienackiego znajdzie. Natomiast ja dotknę tych punktów, które wydają mi się dziwne. Otóż oberwał od ustroju. Cały czas go w stronę filmówki ciągnęło. Zresztą później pisywał również scenariusze teatralne.
Wiem, że próbował dostać się ponownie do szkoły filmowej i to się nie udało. Czyli coś tam się za nim ciągnęło. Ale pracował w gazetach, w różnych działach tych gazet i zadebiutował z „Samochodzikiem” w latach 60. Przeskoczmy na razie, bo na razie nie będzie o „Samochodziku”. Co więcej, ten jego „Samochodzik” był takim trochę outsiderem, takim człowiekiem, który nie do końca... Trochę to dziwnie brzmi, bo z jednej strony był ormowcem, a z drugiej strony nie do końca się wpisywał. To chyba też był zabieg literacki tak naprawdę, bo kiedy ogłoszono stan wojenny, to Nienacki w lokalnej prasie pisywał peany pochwalne, jak to fajnie się stało, że ten stan wojenny ogłoszono. Jakoś tak się zachowywał. Nie wiem, jak to określić. Nie chciałbym być zbyt brutalny, ale mógł sobie darować, mówiąc szczerze.
Ale stąd się też bierze te jego ormowskie zachowania, wstawianie tego ormowca. On był też poza tym, że był ormowcem, tak jak napisał o 35, społecznym inspektorem ruchu, co pozwalało mu później ścigać tych wszystkich przekraczających prędkość, nawet im mandaty wypisywać, bo to w PRL-u taki społeczny inspektor ruchu mógł robić. Może to poczucie władzy. Różne rzeczy czasami za człowiekiem stoją. W każdym razie zobacz, troszeczkę jak u Wielkiego Brata. Najpierw Wielki Brat go złamał, wyrzucił go ze studiów, przeczołgał, a później dał mu żyć i on był temu Wielkiemu Bratu wdzięczny za to.
[35:04] - Nie wiem, czy wdzięczność, ale jest w Piśmie Świętym takie twierdzenie: „Oddać Bogu, co boskie, a cesarzowi, co cesarskie” po prostu. Niestety, żeby móc żyć, trzeba pewne długi spłacić. Przypominam sobie: jeśli chcesz żyć, jeśli chcesz cokolwiek robić, to nie jest kwestia złamania, ale pewnego ustąpienia.
[35:37] - Pójścia na kompromis.
[35:38] - Pójścia na pewien kompromis. Ja przypominam sobie, może ja tam nie chodziłem na kompromisy, natomiast przypominam sobie rozmowy z moimi przyjaciółmi, profesorami od filozofii i jeden z takich moich przyjaciół naprawdę dobrych strasznie ubolewa nad tym do dnia dzisiejszego, że komuna nie chciała mu dać profesora i tak dalej. Ale jego przyjaciele z tego profesora i doktora z filozofii zrobili. Dlaczego? Ja mu tłumaczę: stary, chciałeś w tamtym systemie robić karierę naukową, to trzeba było cesarzowi oddać, co cesarskie. Trzeba było do tej partii wstąpić, a nie dzisiaj jęczeć, że byłeś niedoceniony. Albo być wolny, albo-
[36:27] - Ale widzisz, miał jeszcze ten twój przyjaciel trochę szczęścia, bo nastały nowe czasy i habilitację zrobił. Profesura też śmignęła i okazuje się, że można. A był wierny swoim przekonaniom.
[36:43] - Ale tamci inni też byli wierni swoim przekonaniom, tylko spłacili dług i spokojnie wtedy już robili karierę naukową.
[36:53] - To najlepszy dowód, że różne drogi ludzie wybierają. Nienacki wybrał taką. Chociaż powiem ci, owszem, na kompromisy mógł iść, ale te peany na temat stanu wojennego to już sobie, kuźwa, mógł darować. Już był wtedy uznanym pisarzem.
[37:07] - Tak, ale to jest kwestia, że korówka za młodu nasiąknie. Pewien jeden kompromis, drugi kompromis, a potem na starość, patrzę na siebie, na starość człowiek idiotuje przecież. Ja też tutaj bardzo często wyrazę. Wypowiadam rzeczy, których normalnie na zdrowy rozum bym nie powiedział. Być może. Natomiast to jest coś takiego, że w fizyce jest taka opcja jak bezwładność. Leci coś i ta bezwładność pcha w tą stronę i bezwładność życia również pcha w takie rzeczy, które człowiek nowoczesny może powiedzieć, że nie. Ale człowiek nowoczesny nie urodził się w tamtym czasie i nie żył w tamtym czasie. I może mówić o swojej nowoczesności albo o czasie i tak dalej.
[38:14] - Powiedzmy coś na temat cyklu, bo kiedy czytałem list od O 35, to mowa była o tym, że pierwszą książką w cyklu „Pan Samochodzik” była „Wyspa złoczyńców”. I tak rzeczywiście przez długi czas było. Ta właśnie „Wyspa złoczyńców”, którą w internecie państwo znajdziecie również w postaci filmu ze wspomnianym już Machulskim. Całkiem zgrabnie nakręcony czarno-biały film. Dobry wstęp do późniejszego „Pana Samochodzika i templariuszy”, który był już naprawdę mistrzowsko zrobiony. Ten film z Machulskim troszkę inny w poetyce, ale mimo wszystko niesie ze sobą przygodę i to, co w gruncie rzeczy w książkach Nienackiego było ważne. Właśnie wspomniana już przygoda. Zresztą sam Nienacki to wyczuł, bo w jego książkach da się trafić na takie fragmenty, kiedy on czuje, że właśnie zaczyna się nowa przygoda. I my też to czujemy, bo właśnie zaczynamy nową książkę i on nam o tym mówi. „Słuchajcie, na razie jest jeszcze wstęp, jeszcze się kręcę po tych dekoracjach” — mówi bohater.
„Jeszcze nic się nie dzieje, ale za chwilę będzie przygoda.” Ten bohater na kartach książki bardzo często czuje, że właśnie się coś zaczyna. Fajny zabieg. Kolejny fajny zabieg, który Nienacki stosował. Wspomniałem, że to była pierwsza książka w cyklu, czyli „Wyspa złoczyńców”. Ale kiedy do wydawania serii o Panu Samochodziku przystąpiła oficyna wydawnicza Warmia z tak zwaną czarną serią. Wcześniej wszystkie książki z serii „Pan Samochodzik” napisane przez Nienackiego zostały wydane w tak zwanej białej serii przez wydawnictwo Pojezierze mieszczące się w Olsztynie. Cały Nienacki został wydany, samochodzikowy. Później tę schedę przejęła oficyna wydawnicza Warmia, która do dzisiaj wydaje te książki i ona ruszyła z czarną serią. Otóż wykombinowali oni to tak i uważam, że to jest całkiem niezły zabieg, chociaż dyskusyjny. Oczywiście pewno można by polemizować, ale przecież spadkobiercy się zgodzili.
A zabieg jest całkiem fajny. Otóż Nienacki, zanim zaczął pisać Samochodzika, napisał kilka książek niezwiązanych z cyklem. To była książka „Pozwolenie na przywóz lwa”, dalej książka „Skarb Atanaryka” oraz książka nazywana „Uroczysko”. Po odpowiednich zabiegach bohaterem tych książek uczyniono właśnie Tomasza NN. I w ten sposób przed „Wyspą złoczyńców” pojawiły się jeszcze trzy książki. Czyli to, co było pierwsze, stało się czwarte. I dzięki temu zamiast „Pozwolenia na przywóz lwa” mamy pierwszą przygodę Pana Samochodzika. Zamiast „Skarbu Atanaryka” mamy „Pana Samochodzika i skarb Atanaryka”, a zamiast „Uroczyska” mamy „Pana Samochodzika i święty relikwiarz”. To była zasługa jednego z kontynuatorów serii o Panu Samochodziku. On dosyć wprawnie, dosyć umiejętnie te trzy tomy przerobił.
Co by powiedział na to sam Nienacki? Tego nie wiem, ale myślę, że to taki chyba zgrabny zabieg. Nie wiem, co sądzisz na ten temat.
[42:08] - Po prostu tory były, a na te tory wskoczyły dodatkowe wagony. Tak to by stały, że tak powiem, w remizie i nikt by o nich już nie słyszał. A tak to odzyskały drugi oddech kaczuchy i po prostu zaczęły funkcjonować już w całym bloku całej serii. Czyli to jakby życie po życiu. Chwała temu, który na to wpadł po prostu, bo to był dobry pomysł. Wiele prawdopodobnie takich rzeczy można by było na przykład z naszym mistrzem Stanisławem Lemem zrobić, odkurzając jego opowiadania i przeszywając je do jakiegoś Iona Tichego. A opowiadania są zamierzchłe i nikt o nich nie pamięta. Ale gdyby to był pilot Pirx, to by do dzisiaj żyły pełną gębą.
[43:16] - Jesteś pewien? Może. Ja powiem tylko jedną rzecz. Sprostuję, bo się zapędziłem. To nie do końca tak, bo czarna seria ruszyła, kiedy Nienacki jeszcze żył, bo w 1993 roku i jakoś tak zostało w pamięci. Już wiem dlaczego. Bo on na pierwsze książki sam się zgodził, żeby je przerobić samochodzikowo. Zdaje się jedna z tych książek, „Uroczysko”, została już przerobiona nie przez niego, tylko przez jego następcę. I stąd się wzięła moja pomyłka i pewne zakałapućkanie się w cyklu. W każdym razie tak się zaczęła czarna seria.
Ale wiadomo, książki się skończyły. W pewnym momencie wyczerpano zasób i trzeba było sięgnąć po coś więcej. Tym bardziej że zostały dwie książki po samym Nienackim niedokończone. To jest tom „Pan Samochodzik i nieuchwytny kolekcjoner”. Ta książka została dokończona przez Jerzego Ignaciuka. W 1997 roku się ukazała i to była właściwie zapowiedź tego, że pójdziemy w stronę bicia rekordu, czyli sięgniemy stu pięćdziesięciu kilku tomów. Na razie. Potem jeszcze powstała książka „Pan Samochodzik i testament rycerza Jędrzeja”. To jest zaadaptowany tekst. Kiedyś Nienacki napisał książkę „Zabójstwo Herakliusza Chronobisa”, ale one nie wyszły na przód tej serii, tylko zostały przekształcone też przez Ignaciuka.
To był kolejny tom jeszcze sięgający do Nienackiego. Czyli mamy książki pierwsze trzy za zgodą Nienackiego, które Nienacki sam przerobił. I później te dwie, o których mówię. A później się zaczęły już książki, które były dopisywane przez kolejnych autorów. Bardzo przepraszam za to zakałapućkanie z tymi kolejnymi tomami, ale to dosyć skomplikowana historia. Żeby ją prześledzić, to warto się zapoznać, chociażby sięgnąć do informacji o Nienackim. W każdym razie warto pamiętać, w jaki sposób to się stało, że już na początku seria o Samochodziku spuchła, a później zaczęła puchnąć dosyć konkretnie, bo się pojawili nowi autorzy. I tych autorów przybyło całkiem sporo. Ja już wspomniałem o tym, że takim rekordzistą, zawsze uważałem, że to rekordzista był Pilipiuk. Ale okazuje się, że tu po raz kolejny się myliłem, bo Pilipiuk piszący pod pseudonimem Tomasz Olszakowski napisał 19 powieści, a na przykład Sebastian Mierzyński napisał 27 powieści z cyklu „Pan Samochodzik”.
Był jeszcze Jerzy Szumski, czyli Jerzy Ignaciuk właśnie, bo pod tym pseudonimem pisał Jerzy Szumski. Napisał cztery powieści. Te przeróbkowe między innymi, które wspominałem. Jest jeszcze Arkadiusz Niemirski. 16 powieści. Iga Karst trzy powieści. Jacek Bróz dwie powieści. Józef Bury jako Józef Burniewicz dwie powieści. Krzysztof Zagórski dwie powieści. Niejaki Marek Żelech to pseudonim, ja nie znam gościa.
11 powieści, a właściwie już 12, bo niedługo będzie gotowa. Maciek Horn jedna powieść. Jakub Czarnik, pisujący także pod pseudonimem Jakub Czarny, 12 powieści. Andrzej Irski, czyli Ireneusz Sebastianowicz, 19 powieści. Paweł Biliński dziewięć powieści. Luiza Frosz trzy powieści. Konrad Kusmirak jedna powieść. Kamil Kozakowski jedna powieść. Amos Oskar Ejchel jedna powieść. Bartłomiej Giziński trzy powieści.
Łukasz Supeł dwie powieści. Grzegorz Szmatuła jedna powieść. Już samo to wymienianie, mówiąc szczerze mnie zmęczyło. A jak bym jeszcze teraz miał te tytuły wszystkie wymienić, to już naprawdę robi się spora lista, prawda?
[48:28] - Zobacz, jak można się rozmnażać.
[48:33] - Ja już powiedziałem o tym wcześniej, że to jest swoisty fenomen, bo naprawdę nawet w historii literackiej różnych krajów ciężko jest znaleźć tak długi cykl. Były jakieś skandynawskie cykle o Córkach lodu czy innych wikingach, ale nawet one nie sięgały aż tylu tomów. Pamiętasz? Masz kojarzenie?
[49:02] - My mamy barierę tak zwanego horyzontu zdarzeń, że do nas dociera ta topowa, przez krytykę przekazywana nam historia literatury danych krajów. Ale czy jesteś pewien, że w takiej Hiszpanii albo Portugalii ktoś nie dziergał też takich młodzieżowych powieści? Podejrzewam, że chyba nie, bo to jednak trzeba trafić na takie jądro krystalizacji, którym tutaj Ignatowski rzeczywiście był, żeby od niego się ta lawinowa, łańcuchowa reakcja poszła.
[49:48] - Ja tylko powiem, że to smutna wiadomość. Oczywiście Jerzy Ignaciuk, czyli Jerzy Szumski, zmarł dosyć wcześnie. Tych książek nie powstało dużo, ale całkiem niedawno, konkretnie w styczniu tego roku, zmarł też inny bardzo ważny autor dla cyklu „Pan Samochodzik”, a mianowicie właśnie Ireneusz Sebastianowicz, czyli Andrzej Irski. Tak się po prostu stało. To z tak zwanej żałobnej karty. Ale powiem ci, że to robi wrażenie jeszcze z jednego względu. Nie będę mówił na podstawie swoich doświadczeń, bo ktoś powie: „A co ten Żelkowski tutaj opowiada?” Więc powiem troszeczkę o tym, co usłyszałem od innego autora, w końcu bardziej znanego i bardziej poważanego na rynku czytelniczym, a mianowicie od Pilipiuka. Oczywiście książki z cyklu „Pan Samochodzik” to nie są żadne arcydzieła literatury. One powstają z dosyć dużą częstotliwością. Pisze wielu autorów i warto o tym pamiętać, ale warto też pamiętać o tym, że ci autorzy, którzy napisali dużo powieści z tego cyklu, przyznają się do tego, że „Pan Samochodzik” był dla nich znakomitym poligonem pisarskim.
Zanim Pilipiuk stał się tak uznanym, tak płodnym pisarzem science fiction, on bardzo dużo chwytów takich czysto pisarskich, tego, jak to robić, wypróbował właśnie w „Panu Samochodziku”. Te 19 tomów sprawiło, że dzisiaj jest pisarzem niezwykle sprawnym. Oczywiście możemy dyskutować, czy się komuś proza Pilipiuka podoba, czy nie podoba. Pewno zdania będą różne, ale jednego nie możecie państwo Pilipiukowi zarzucić, że nie umie pisać, że nie wie, jak się to robi. Myślę, że ktoś, kto by próbował, to by grzeszył po prostu. On naprawdę wie, jak poskładać to wszystko do kupy, jak to zrobić. I z innych relacji również wiem, że inni autorzy, którzy tych książek popełnili sporo, oni również wiedzieli dzięki rozpisaniu się. Bo pisarz ma coś takiego, że musi najpierw pewne chwyty, pewne umiejętności przetrenować, musi to rozpisać, to później mu się inne rzeczy również lepiej pisze.
[52:45] - W historii nauki jest takie powiedzenie: „Dajcie mi punkt oparcia, a poruszę ziemię”. Otóż to jest bardzo podobne w historii każdego pisarza, szczególnie zaczynającego młodego człowieka, że potrzebny jest ten punkt oparcia. Ta odskocznia, od której jeszcze człowiek nie jest opierzony, jeszcze niespecjalnie wie sam, czego chce. Jeszcze nie umie wielu rzeczy, a tutaj po prostu zwyczajnie znajduje punkt oparcia i to mu pozwala samego siebie wykreować w jakiś sposób, a potem już fruwać samemu. Ja wiem, że nigdy nie pisałem i nie załapałem się na tę falę. Zresztą byłem zupełnie w innym wymiarze.
[53:45] - Ty w innych obszarach latałeś.
[53:47] - Natomiast wiem, że gdybym wcześniej, zanim zacząłem pisać, trafił na taki nurt, ja bym z dziką radością pisał taką historię, bo jeszcze wtedy nie umiałem pisać. Jeszcze się wprawiałem, a tu nagle miałbym gotowe. Co gotowe? Język, fabułę, filozofię, historię jakąś. Miałbym punkt oparcia i mógłbym troszeczkę pofantazjować.
[54:17] - O, właśnie! I to jest clou tego, o czym chciałem powiedzieć. Otóż, proszę państwa, kiedy jest się początkującym pisarzem, to historie cisną się do głowy same. Wymyślamy fabułę po prostu na kopy. Ale książka nie składa się tylko i wyłącznie z fabuły. I to, co powiedział Wiktor przed chwilą. Trzeba wykombinować cały świat, całe otoczenie, to, co ja nazywam dekoracjami. O tyle to jest w przypadku „Pana Samochodzika” prostsze. Dekoracje mamy, tak jest. Wiemy, kim jest bohater.
Notabene, proszę państwa, żeby nie popełnić żadnego kiksu, to ja musiałem, dzięki uprzejmości oficyny wydawniczej Warmia, troszeczkę postudiować życiorys fikcyjny głównego bohatera, czyli Pawła Dańca. Bo musiałem się dowiedzieć, iloma językami włada, jakie studia kończył, co go w życiu spotkało dobrego, złego i tak dalej. Cykl ma to do siebie, że jedna książka nie powinna, szczególnie taki realistyczny cykl, bo jak jeden odcinek „Ferka Kiepskiego” przeczy drugiemu odcinkowi „Ferka Kiepskiego”, to taka jest konwencja. Możemy się z tym bez problemu pogodzić. W jednym odcinku Arnold Boczek jest sierotą, a w drugim odcinku ma mamusię, braciszka i siostrę żarłocznych. A jeszcze kiedy indziej zupełnie sprawa inaczej wygląda. Natomiast w takim realistycznym cyklu, jakim jest „Pan Samochodzik”, to zdecydowanie trzeba zachowywać pewne ramy, w których się poruszamy. I proszę państwa, bardzo dobrze, bo mamy pewne rzeczy, wiemy, jakim jeździ samochodem, wiemy, jaki jest, jak się zachowuje, co czyta, co lubi, czego nie lubi. Chociaż natrafiłem na taki fragment w internecie, kiedy zwrócono uwagę, i ja to później jeszcze przeanalizowałem, przeglądając książki. Zwrócono uwagę na to, że każdy z autorów, przynajmniej na początku tak było, każdy z tych autorów początkowych, więc na pewno był to Pilipiuk, ale ci początkowi autorzy nadali głównemu bohaterowi swój rys.
Paweł Daniec u Pilipiuka był troszeczkę inną osobą. U pozostałych autorów też był inny. To dobrze czy źle? Myślę, że to się mieściło w granicach. Czasami mamy różny humor i też się różnie zachowujemy, więc to się mieściło w tych granicach, ale wyraźnie widać, na co stawiał Pilipiuk, na co stawiali inni autorzy. I chwała mu. Chwała im właściwie, bo dzięki temu to nie było nużące, nie było monotonne. Powiem szczerze, jak się udało nad takim cyklem ponad 150-odcinkowym zapanować? Chylę czoła przed wydawnictwem, bo musiało zapanować nad temperamentem pisarskim wielu autorów. Pamiętam, przy pierwszych dwóch tomach, zaczynałem od 93.
tomu i później był 96., przy pierwszych dwóch tomach było sporo poprawek ze strony wydawnictwa i to były właśnie poprawki dotyczące dekoracji. Kiedy gdzieś popełniałem błąd, oni sprawnie mnie prostowali. Tam było mniej poprawek natury redakcyjnej. Były oczywiście, jak zawsze, ale gros poprawek dotyczyło właśnie sprzeniewierzenia się lokalnej historii „Pana Samochodzika”. I to było poprawiane. Wziąłem sobie na ambit po pierwszych dwóch tomach. Rzeczywiście przestudiowałem, przeczytałem dużo książek. Myślę, że ponad połowę z tych 150 mam na koncie zaliczonych. Oczywiście nie wliczam tu tomów kanonicznych, czyli autorstwa Nienackiego. Mówię o tomach później, o kontynuacjach.
Większość z nich przeczytałem, ale to mi dało też pewną swobodę w poruszaniu się w życiorysie i w pewnych umiejętnościach głównego bohatera, czyli Pawła Dańca już w tej chwili. To myślę, warto sobie wziąć do serca. Ale też uwierzcie mi państwo, że pisać z gotowymi dekoracjami oraz w pierwszej osobie, bo to jest bardzo ważne. Wszystkie z tych książek pisane są w pierwszej osobie. Oczywiście sam próbowałem troszeczkę to zmienić. Pewne zabiegi, nie tylko zresztą ja, bo inni autorzy też próbowali troszeczkę od tej formuły pierwszoosobowej odejść, ale nie można tego było zrobić na 100%, więc pewne zabiegi były stosowane, ale to sobie już musicie państwo odszukać jak. I to chyba bardzo dobrze. Za chwilę po felietonie, który za chwileczkę, powiemy o ciekawostce związanej z Wiktorem Żwikiewiczem, bo Wiktor Żwikiewicz co prawda „Samochodzików” nie pisał, ale coś wspólnego z „Samochodzikami” ma. Ale zanim o tym, posłuchajmy felietonu Tomka Fąsa.
[01:00:10] - Opowieść o cykliczności. Jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest potrzeba poczucia bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo budujemy pewnej stałości, przewidywalności. Lubimy to, co znamy. Lubimy poruszać się w środowisku, które dobrze rozumiemy, wykonywać rzeczy powtarzalne. Jest to dla nas również wygodne, ale zapewne mniej rozwojowe, ponieważ wykonując cały czas te same czynności, odtwarzamy, utrwalamy pewne połączenia w mózgu, utrwalamy nawyki, natomiast nie rozwijamy nowych. Z kolei rozwijanie nowych nawyków, podejmowanie nowych czynności, szukanie innych schematów wiąże się z pewnym wysiłkiem. Z wysiłkiem, który bywa nieprzyjemny. Dlatego też bardzo często wielu ludzi Źle znosi zmiany. Chciałby, aby cały czas wszystko wyglądało tak samo, aby świat się nie zmieniał, a wszystko co nowe postrzegają jako gorsze, niebezpieczne, ryzykowne i niewątpliwie dążące do zagłady.
Krąży po popkulturze już co najmniej od kilkunastu, kilkudziesięciu lat takie powiedzenie, przypisywane ostatnio Einsteinowi, ale mam duże co do tego autorstwa wątpliwości. Powiedzenie mianowicie, że jedną z oznak szaleństwa jest robienie cały czas tych samych rzeczy, licząc na inny rezultat. Czyli mamy taką sugestię, że jeżeli będziemy robić cały czas to samo, to to samo otrzymamy. To jest racjonalne. Też, proszę państwa, nie do końca. Zwłaszcza jeżeli mówimy o obcowaniu z kulturą. Ponieważ jedno z podstawowych praw psychologii, psychofizyki mówi, że jeżeli do umysłu, do człowieka będzie docierać cały czas ten sam bodziec, z tą samą intensywnością, to stopniowo otrzymamy coraz słabszą reakcję. My się po prostu przyzwyczajamy. Robienie w kółko tego samego coraz mniej nas stymuluje. Nie można zatem czytać w kółko tej samej książki, oglądać w kółko tego samego filmu i licząc, że cały czas będzie on nas w ten sam sposób stymulował.
Ten film albo ta książka stymulowała. Każde kolejne zapoznanie się z tym samym dziełem rodzi pewną wtórność, rodzi pewne znudzenie. Jak piękne by to nie było, jednak z czasem tej odczuwanej radości jest mniej. I tutaj przychodzą nam na ratunek seriale, serie, dzieła o tej samej tematyce, z tym samym bohaterem, oparte na nowych wątkach. Na przekazywaniu historii podobnych, ale jednak różnych, jednak w jakiś sposób co rusz na nowo dostarczających nam pobudzenia, doznań intelektualnych, doznań poznawczych, przyjemności takiej samej, ale troszeczkę innej. I to jest jakiś kompromis. Możemy oto żyć w świecie, zanurzać się w naszym poczuciu bezpieczeństwa i cały czas na nowo tę samą rzeczywistość, tę samą historię poznawać w różnym ujęciu, w różnym autorstwie, w różnych wątkach. Czy aby na pewno życie serią powtarzających się, zbliżonych do siebie historii jest rozwojowe? Trudno powiedzieć. Być może od czasu do czasu warto zmienić swoje nawyki, szukać nowych stymulacji, próbować nowych rzeczy, podążać w nowe miejsca.
Być może zjeść potrawę, której nigdy wcześniej się nie jadło. Tylko że zawsze w podobnych sytuacjach pojawia się jedno podstawowe ryzyko: nowe może być niesmaczne. Na zakończenie, aby dojść z tym felietonem do jakiejś rozsądnej objętości, pozwolę sobie jeszcze przywołać rymowankę. Utwór inspirowany disneyowskim filmem "Maleficent". To po polsku, zdaje się, była „Czarownica”. Utwór ten jest jakąś moją z kolei formą protestu czy niezgody na zmiany zachodzące w coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości. „Czarownica. Dziś w popkulturowe strony pójdą rymowanki słowa. Widzu, czuj się uprzedzony, będę spoilerował. Diabolinę, drogie dzieci, gra nam Angelika Jolie.
Lustereczko, powiedz przecie, jakież to true story. Łączy ją, rzecz oczywista, z chłopem miłość piękna, szczera, ale taka na pół gwizdka. Ważniejsza kariera. Chłop, by króla przejąć mienie, pozbawił ją lotnych kończyn. Skoro jednak ma sumienie, mordu nie dokończył. Wiedźma królewnę przeklina, lecz też serce mięknie babie. Miał królewicz być na finał. Kochał jeszcze słabiej. By widz do nowego przywykł, wiedźma cmoka się z królewną. I to koniec jest.
Szczęśliwy. Czy aby na pewno?”
[01:05:10] - Tyle Tomek Fąs. Nic dodać, nic ująć, Tomku. To był ten felieton, pod którym chętnie bym się podpisał albo nawet cię wygumkował i sam się podpisał. To byłoby jeszcze lepsze. Ale niestety wszyscy słyszeli, że go wygłaszałeś, więc się już niestety na niego nie załapię. A teraz o ciekawostkach. Otóż Wiktor Żwikiewicz stał się, trudno powiedzieć mimowolnym, stał się świadomym bohaterem kilku książek z cyklu „Pan Samochodzik”. Nie ukrywam, że za moją sprawą. Po prostu doszedłem do wniosku, że taka postać jak Wiktor świetnie się do dekoracji samochodzikowych nadaje. I tak Wiktor trafił do „Samochodzika”.
Jak ci się tam żyło na kartach?
[01:06:08] - Wiesz, wieść podwójne życie to jest marzenie prawie każdego mężczyzny.
[01:06:16] - Poznałeś bohatera literackiego Pawła Dańca. To po pierwsze. Notabene ja mam jakąś taką, pewnie skazę by należało określić, że ja w ogóle, to znowu jest przejaw pewnego wygodnictwa, ale ja lubię wstawiać do panów w „Samochodzików” swoich znajomych. Wiktor nie był jedyną osobą, którą do tego cyklu wstawiłem. Pojawia się tam również Wojciech Chudziński, zastępca redaktora naczelnego czasopisma Nieznany Świat. On tam również trafił.
[01:07:10] - Tak jak mówisz o tym, co ty tam wykonałeś, to wracając do tego problemu twojego, w jaki sposób tę serię dało się zdyscyplinować i w jaki sposób ona tego kręgosłupa się trzyma przez tyle lat i przez tyle powieści, to może ja się odniosę jako obserwator, a nie uczestnik do końca. Jako obserwator trochę do tego warsztatu twórców, którzy pisali te książki. Nie znam wszystkich, bo trudno ich poznać wszystkich. Natomiast podejrzewam, że pewne właściwości charakterów wyniesione, zapożyczone od tego Pana Samochodzika Nienackiego, mogą być właściwością wszystkich tych twórców. Opowiem wam o tym, jak kiedyś, zupełnie przypadkiem, ale to w czasach, kiedy się pojawiłem w tej serii jako persona non grata u Żelechka. Miałem takie zdarzenie w życiu, że mój przyjaciel Marek Żelkowski wyjeżdżał na ogląd swojego pola bitwy. Jak by nie było, żeby bitwę pod Grunwaldem stoczyć, trzeba było najpierw to pole bitwy obejrzeć.
[01:08:53] - Ja tylko rzucę garść faktów. Pojechaliśmy z Wiktorem. Jechałem zbierać materiał faktograficzny. Jechałem do Grudziądza. To był jeden z tomów, który właśnie się w tym mieście dzieje. Ja lubię pojechać na miejsce, zobaczyć, jak uliczki wyglądają, co się z czym krzyżuje, jak można gdzieś dojść, jak można przejść. Oczywiście powiecie państwo, że można sobie za pomocą Google Maps zrobić. Tak, to prawda, ale ja lubię pojechać i kiedyś na taką wyprawę przed pisaniem kolejnej powieści, Wiktora zabrałem.
[01:09:36] - Ja sobie z nim jeździłem i obserwowałem, co ten człowiek wyprawia. Otóż bardzo łatwo krytykowi później powiedzieć, że to są historie wyssane z palca albo byle jakie. Otóż nie, kochani. Jeżeli ktoś przygotowuje teren, to pole bitwy, że tak powiem, do rozegrania w sposób taki, że dokładnie śledzi, fotografuje, analizuje, szuka miejsc. Myśmy łazili, wchodziliśmy do katedr, oglądaliśmy ściany, dotykaliśmy cegieł, na których były jakieś napisy z lat 1800, 1900 i tak dalej wyskrobane. To wszystko są fakty. Każdego miejsca dotyka dokładnie umiejscawiając rzecz nie tylko w czasie i nie tylko w przestrzeni, ale również w historii. Dopiero potem, kiedy ma się to wszystko odstrzelane, zaczynamy sobie tworzyć swoją historię. To jest mniej więcej bardzo podobne do tego, co my robimy w życiu. My najpierw chodzimy do szkoły, a potem zaczynamy pracować na własną rękę.
[01:11:02] - Tak jest. Notabene w tym Grudziądzu powstał tom, który nosi tytuł „Królestwo na krańcu świata”. To z tej wycieczki.
[01:11:11] - Co ma kraniec świata do Grudziądza?
[01:11:15] - To trzeba przeczytać książkę. Skoro już wspomniałem o Wojciechu Chudzińskim, to powiem tak: trochę musiałem zmieniać, bo człowiek, który jest odbiciem Wojciecha Chudzińskiego pracuje nie w Nieznanym Świecie, a w Tajemniczym Świecie. Bo nie wiedziałem, czy ówczesny naczelny nie będzie mi miał za złe, że sobie wziąłem ten tytuł, więc sobie nie wziąłem, tylko zrobiłem Tajemniczy Świat. I Wojtek pojawia się w „Panu Samochodziku i toruńskiej tajemnicy”. To w pierwszym tomie, który w ogóle napisałem. Pojawia się w „Panu Samochodziku i Bractwie Dębu”. To drugi tom. Później właśnie w „Królestwie na krańcu świata”, w kolejnym tomie noszącym tytuł „Zagubiony rękopis” oraz w „Labiryncie Behemota”. To jeśli chodzi o Wojtka Chudzińskiego. Ja w ogóle mam taką tendencję.
Jeszcze kilka osób umieściłem nie pod nazwiskami oczywiście. Wiktor Żwikiewicz jest jedyny, który występuje pod własnym nazwiskiem w tychże tomach. Pozostali, jakoś ich tak kamuflowałem. Nie chciałem, żeby mi później mówili, że ich tam obsmarowałem.
[01:12:41] - Tak my sobie mówimy o tym, co ty robiłeś, ale ja zadam pytanie: a ktokolwiek może zaręczyć, że Pilipiuk tego nie robił?
[01:12:54] - Myślę, że robił.
[01:12:56] - Że każdy inny nie robił? Bo to jest ich życie. Udało się w ogóle cokolwiek pisać, to pisanie musi być kawałkiem twojego życia. Albo w pasji, albo w faktografii. I tak to się dzieje.
[01:13:15] - Tak. Pilipiuk, jak powiedziałem, napisał dziewiętnaście książek, niektóre zadziwiające, bo na przykład jest książka „Pan Samochodzik i Arka Noego”. Wydawać by się mogło: jaka Arka? Ale o czym? Proszę. Bardzo ciekawą historię przedstawia, co wcale nie oznacza, że główny bohater naprawdę odkrył Arkę Noego. Ale też myliłby się ten, który by sądził po moich słowach, że Arka Noego tam się nie pojawia. Wiem, że mówię ezopowo troszeczkę i w ogóle mało przejrzyście, ale staram się, żebyście państwo ewentualnie po książkę sięgnęli. To są fajne zagadki. To, co robił Pilipiuk, to, co robili inni autorzy.
O sobie nie będę wspominał, żeby już pycha ze mnie nie wyłaziła. Więc naprawdę książki Pilipiuka to są fajne zagadki. Nie ukrywam, że bardzo mi pasował ten styl, w jakim Pilipiuk pisał. Lubiłem też, jak na przykład napisał tom „Pan Samochodzik i Adam z Wągrowca”, bo Wągrowiec jest w pobliżu Bydgoszczy. Znam Wągrowiec, w związku z tym z pewnym upodobaniem czytałem, że główny bohater przechadza się po miejscach, które przecież znam. I wtedy odkryłem, że to jest właśnie fajne, kiedy się pisze o tym, co się zna, co się wie. Dlatego kilka tomów, nie przesadzajmy, nie aż tak dużo, ale przynajmniej dwa, trzy tomy dzieją się w Bydgoszczy. Przynajmniej częściowo.
[01:15:01] - Widzisz, tak mimochodem zachęcasz słuchaczy, żeby do tych książek sięgnęli. Ja mam inną propozycję. Podejrzewam, że kwestia naszych słuchaczy i ich pokoleniowości może być dosyć chwiejna i ja bym nie radził im sięgać po te książki. Ale jeżeli mają dzieci albo wnuków, którzy tych książek w ogóle nie czytają albo próbują zaczynać czytać, podsuwać im te książki, bo od nich można się zarazić chorobą czytania.
[01:15:43] - Nie powiedziałem, chyba dobrze pamiętam, o tym, że cykl „Kuzynki”, który znacie państwo od Pilipiuka, który się pojawił już w jego życiu poza „Samochodzikowym”, to tak jak mówiłem wtedy, tylko nie podałem tytułu, kiedy napisał tom „Pan Samochodzik i sekret alchemika Sędziwoja”, to właśnie w tym tomie pojawiają się bohaterki, które później w cyklu „Kuzynki” istnieją. Ale to jest znowu ten motyw, o którym chciałem powiedzieć, że to jest świetny poligon. Widzisz, wprowadził sobie bohaterki, które później, wiem, że w kontekście to źle brzmi, ale które później wykorzystał w swojej twórczości.
[01:16:34] - Wiesz, z twórczością jest tak, jak z życiem. Dlaczego my żyjemy, Marku?
[01:16:40] - Odpowiedz.
[01:16:40] - Dlatego, bo mieliśmy ojca i matkę, dziadka, pradziadka i tak dalej.
[01:16:48] - Dlaczego na przykład bardzo mi pasuje proza Pilipiuka? Dlatego że na przykład taki jest tom „Pan Samochodzik i Czarny Książę”. Świetnie opisana po pierwsze praca archeologiczna. Bez wchodzenia w szczegóły, w każdym razie praca archeologiczna, ale też poznajemy w tym tomie, na czym polegał, jak się to je, jak do tego się przymierzyć, trans szamanów tych sprzed kilkudziesięciu wieków, bo mówimy o czasach polodowcowych troszeczkę. Do tego aż tam sięga. To są niesamowite rzeczy, bo Pilipiuk ma niezłe pióro i potrafił to opisać, jak ten szaman to robił. W pewnym momencie taki wątek się pojawia. Myślę, że bardzo interesująca sprawa.
[01:17:49] - Kiedy nazwałem ten cykl pewnym fenomenem kulturowym, to nie przypadkiem to się zdarzyło, bo tak skojarzyło mi się to. Ja nie mam od dobrych dziesięciu lat telewizora i nie używam w ogóle żadnych środków masowego przekazu. Natomiast wtedy jeszcze zahaczałem wzrokiem o jakieś ekrany poza komputerowe i trafiłem w polskiej telewizji na rozmowę bardzo bystrą dwóch wybitnych krytyków literackich omawiających książki. Oni omawiali coś tam. Ja słuchałem i w pewnym momencie jeden z nich powiedział tak: „A skąd czerpiesz informacje? Chyba nie z „Pana Samochodzika”, nie? Otóż negatywny wydźwięk tego, niby negatywny, świadczył również o ważności tego fenomenu, że ten krytyk mógł się odnieść do czegoś, co może tak, ale tym niemniej to istnieje.
[01:19:02] - Ja powiem jeszcze tak- Za czasów Nienackiego mówiłem o tej negatywnej recenzji Atlasa. Pan Samochodzik, jego autor to były fenomeny, bo wychodził w dużych nakładach, ale PRL miał to do siebie, że jak już wypuszczał książki, to trzydzieści tysięcy to było takie minimum. Wychodziły co prawda niektóre w nakładzie dziesięciu tysięcy, ale to jakiś autor nie miał chodów, albo postawiono na nim krzyżyk. Jakieś zarzuty miano w stosunku do niego, to wtedy dostawał dziesięć tysięcy. Ale normą było trzydzieści, a właściwie od pewnego momentu to sto tysięcy. Tak, wiesz, pyk i było. Otóż tak to funkcjonowało. I on był niezwykle popularny. Co więcej, te Samochodziki miały ciągłe wznowienia, ciągle się to ukazywało. Ludzie to naprawdę czytali.
To była na tamte czasy literatura sensacyjna dla młodzieży. Ja dzisiaj, jako człowiek związany z tym cyklem, nie potrafię już ocenić, czy te tomy Nienackiego się zestarzały, czy mocno się zestarzały. Nie wiem. Czytając w internecie odnoszę wrażenie, że nie zestarzały się aż tak bardzo. W dalszym ciągu ludzie w internecie je chwalą. To chyba dobra recenzja, takie przyjrzenie internetu i zetknięcie się z tym, że w dalszym ciągu tomy Nienackiego, pomimo że później kontynuatorzy, łącznie ze mną, napisali ich sporo, to one są na topie w dalszym ciągu. Mistrz, od którego my wszyscy, to on wiedzie prym.
[01:21:00] - Możemy się dzisiaj z perspektywy czasu podśmiewać, tak jak Janusz Atlas, z pewnych fenomenów kulturowych, tym niemniej to korony tym fenomenom kulturowym z głowy nie zdejmuje. A takimi fenomenami była na przykład cała seria rzeczywiście Nienackiego, ale w telewizji była to „Stawka większa niż życie” czy „Czterej pancerni i pies” i inne filmy. Można z nich normalnie trzepać je trzepakiem jak trzeba, ale nikt im nie odmówi tego, że właściwie są w każdej chwili do oglądania dzisiaj.
[01:21:41] - No właśnie, na temat „Czterech pancernych” to się nie wypowiem, aż tak tego nie analizowałem, ale całkiem niedawno, jeżeli niedawno uznamy kilka lat, zrobiłem sobie analizę kilku odcinków „Stawki większej niż życie”. Pominąwszy już całą otoczkę, tą taką, że on dla Rosjan szpiegował i tak dalej, to wiadomo, takie czasy były, to szpiegował. Ale jeśli chodzi o napisanie sekwencji scen, sposób, w jaki te sceny są zrobione, jak one przenikają, jak to jest zmontowane wszystko, to to jest bardzo dobrze zrobiony film. W dalszym ciągu dynamiczna akcja jest. To jest fajnie zmontowane. Tam jest zawsze jakaś zagadka. Tam jest zawsze coś takiego, że my bierzemy udział niby w filmie wojennym, ale tak naprawdę to są filmy sensacyjno-kryminalne.
[01:22:39] - Tak. Zresztą mają wiele walorów, nie tylko tych takich technicznych, ale również atrakcyjność aktorska. Tam plejada polskich aktorów występuje w sposób fenomenalny zupełnie.
[01:22:54] - No pewnie.
[01:22:55] - A w dodatku któż tak wspaniale potrafi zagrać Niemców jak nie Polacy?
[01:23:07] - Posłuchaj, a jeszcze ciekawa sprawa. O35 dużo pisał o filmie „Pan Samochodzik i templariusze”. Już pomijam, że był film naprawdę świetnie zrobiony, to w tym filmie było sporo smaczków. On oczywiście różni się bardzo od książki. Bardzo, bardzo. Ale jest w nim sporo smaczków czysto filmowych. Otóż na przykład jest odcinek bodajże pierwszy czy drugi, kiedy pojawia się Szaflarska i tam jest taki dialog, kiedy rozmawiają o skarbie. A jednym z pierwszych filmów, w których grała Szaflarska, był film „Skarb”. Oni oczywiście rozmawiają o zupełnie innym skarbie, o skarbie templariuszy, ale reżyser potrafił to wyciągnąć. I kiedy jest mowa o tym skarbie, ktoś tam mówi: „A widziałem, widziałem”.
I pojawia się muzyka z filmu „Skarb”. Jest kamera na Szaflarską i pojawia się muzyka z filmu „Skarb”. Pięknie rozegrane, ale to nie był przypadek, bo reżyser pociągnął te zabawy. Bo kiedy Janowska jest przewodniczką po Malborku i oprowadza tam wycieczki, kiedy spogląda na Samochodzika, to pojawia się taki motyw muzyczny ze „Stawki większej niż życie”. I ona się zastanawia, gdzie ona go widziała. Słuchaj, to już jest wyższe piętro zabawy. Po prostu zabawa.
[01:24:48] - To jest zabawa, bo pisanie jest zabawą i tworzenie jest zabawą i nie muszą tego czytelnicy czy oglądacze wszystkiego łapać. Natomiast dla twórców jest to wspaniała zabawa i podejrzewam, że ci ludzie, którzy pisali książki W spadku po niemieckim mieli kupę frajdy.
[01:25:10] - Zaręczam ci, że nieźle się bawię przez ostatni miesiąc, właściwie półtora, bo ten tom powstaje i naprawdę się nieźle bawię. Chociaż wymaga to sporo wysiłku, nie ukrywam. Ale z smaczków z filmu „Pan Samochodzik i templariusze” powiem tak: ten film, przynajmniej pierwsze dwa czy trzy odcinki, były kręcone w Radzyniu Chełmińskim, całkiem niedaleko, gdzie znajduje się całkiem dobrze zachowany zamek krzyżacki. Wyobraźcie sobie państwo, że na filmie jest zamek, pole namiotowe i jezioro. Ja pojechałem do Radzynia Chełmińskiego przekonany, że tam jest jezioro. Magia kina. Tak był ten film zmontowany, że sceny znad jeziora i sceny z zamkiem były tak pomontowane, że właściwie jak się tam nie było, to można mieć wrażenie, że ten zamek rzeczywiście stoi w pobliżu jeziora. Nic z tych rzeczy, proszę państwa, żadnego jeziora tam nie ma. To też pokazuje, jak można zaczarować. Dopóki się nie zjawiłem w Radzyniu Chełmińskim, byłem przekonany — może jestem po prostu naiwny — że ten zamek naprawdę w pobliżu jeziora stoi i byłem autentycznie zdziwiony, że zamek jest taki, jak wyglądał na filmie.
Dużo rzeczy się zgadza, tylko tego jeziora nie ma i szkolne boisko piłkarskie jest.
[01:26:49] - Marku, mam taką refleksję, dosyć zabawną. Te nasze okolice prusko-pomorskie rzeczywiście są bardzo bogate w stare zamki krzyżackie. Niektóre już tylko śladowo, a niektóre-
[01:27:09] - Uświadommy sobie, że zamki krzyżackie były budowane w takiej sieci co 30 kilometrów. Chodziło o to, żeby można w ciągu dnia piechotą dotrzeć z jednego zamku do drugiego. Więc jak się poszuka śladów, one są naprawdę dosyć gęsto.
[01:27:26] - Tak. Używasz tej formuły „dobrze zachowany”. Ja sobie wyobrażam, jak minie 2000 lat. Te zamki krzyżackie załapały się na status zabytku i po dwóch tysiącach lat cóż tutaj po nas zostanie?
[01:27:47] - Zabytki.
[01:27:48] - Zabytki, czyli zamki krzyżackie.
[01:27:52] - Nie wiem.
[01:27:53] - Nic poza tym.
[01:27:54] - To jest taki problem, że za czasów komuny te zamki... Sam nie wiem, co było lepsze, bo za czasów komuny zamki stały, należały do państwa i niszczały. Dzisiaj część z tych zamków dostała się w prywatne ręce. Tak jest z zamkiem w pobliżu Grudziądza. Zawsze zapominam, jak się ta miejscowość nazywa. Jak jest jesień, to jest widoczny, bo listowie opada i z drogi go widać. Droga na Iławę. Jak się jedzie drogą na Iławę, tam widać wieżę zamku krzyżackiego. Ona jest najlepiej z całego zamku zachowana, ale to jest teren prywatny. Jak chcesz zobaczyć ten zamek, przeciskać się przez chaszcze i tę wieżę zobaczyć — wieża bramna jest świetnie zachowana — to musisz znaleźć najpierw człowieka, który tym terenem w imieniu właściciela się opiekuje.
Później za fatygę trzeba dać mu w łapę. Ja się zresztą nie dziwię, bo wjeżdżasz gościowi do domu, mówisz, że chciałbyś zamek zobaczyć. To on musi z tobą jechać kawałek, zamknąć psy, które pilnują terenu, wpuścić cię. Możesz później oglądać. Więc się wcale nie dziwię, że wypada w łapę dać. Ale to są właśnie skutki tego, że zamek jest w rękach prywatnych. Co więcej, ciężko tam dojść, bo z jednej strony oddzielony jest dawną fosą i to jest ta strona od strony dawnego PGR-u, gdzie psy biegają i ciężko się dostać. Z drugiej strony jest natomiast rezerwat, w który też ci nie wolno wejść, w związku z czym musisz zapłacić. Jest też na terenie, o którym mówię, czyli dawnego państwa krzyżackiego, szereg innych zamków krzyżackich. Znowu się Wiktor będzie śmiał, ale świetnie zachowanych, do których teoretycznie nie wolno ci podejść, bo wisi tablica: „Teren prywatny, wstęp wzbroniony”.
Jak by to tak delikatnie powiedzieć? Większość ludzi ma w głębokim poważaniu. Jeżeli to nie jest rzeczywiście ogrodzone bardzo ściśle, to po prostu te zamki zwiedzają. Jest kilka takich budowli. Notabene nawet w pobliżu Koronowa. To już nie zamek, to bardziej strażnica krzyżacka, ale też nieźle ufortyfikowana. Właśnie znajduje się nad jeziorem. Nie mylcie państwo, koło Koronowa jest zalew, ale są też jeziora i ta strażnica krzyżacka właśnie koło jeziora się znajduje, ale teren też jest ściśle prywatny. Nie był ogrodzony, ale wchodziłem tam z duszą na ramieniu, bo to wieś taka, gdzie psy czasami biegają samopas, więc nie wiedziałem, czy któryś nie przybiegnie. Ale tablica, która jest przed tą strażnicą, jest tak ogromna i tak dosadnie mówiąca.
Nie ma tylko o tym, że powyrywają nam nogi z tych miejsc, z których wyrastają, ale wszystko inne poza tym, z powołaniem się na odpowiedni przepis prawny, jest. Czyli jakbyś wszedł i na przykład coś ci się stało, to jeszcze by ci właściciel dołożył.
[01:31:20] - Widzisz Marku, nie rozumiem twoich rozterek, bo jeżeli jedziesz do Warszawy i chcesz zwiedzić na przykład Muzeum Wojska Polskiego, to po prostu jest to teren ściśle państwowy. Musisz zapłacić, musisz mieć bilet i musisz kapcie założyć i tak dalej, grzecznie. I wtedy możesz sobie oglądać. A ty chciałbyś, żeby gdzie indziej było inaczej?
[01:31:45] - Wiesz co? Gdyby to było tak, jak ty mówisz, to ja bym na to przystał.
[01:31:49] - No.
[01:31:50] - Nie ma problemu. Natomiast cała rzecz polega na tym, że spora część budowli krzyżackich jest niestety w rękach prywatnych, ale jakby ci to powiedzieć, nikt się tym nie interesuje. Ktoś to ma i wara ci po prostu od tego. I to jest dosyć denerwujące. Mnie się z tym trudno pogodzić.
[01:32:22] - Właśnie masz na komputerze wspaniałe zdjęcie z napisem: „Zamek krzyżacki czeka na nowego właściciela".
[01:32:31] - Tak, bo jest miejscowość Szymbark.
[01:32:34] - Przepiękny zamek.
[01:32:36] - Tak, ale tych Szymbarków, żeby się nie mylić, jest kilka. W jednej z miejscowości o nazwie Szymbark są piękne ruiny zamku krzyżackiego. Ruiny z zachowanym nawet podjazdem do mostu zwodzonego. Po prostu coś pięknego. Ale to jest jeden z tych zamków, do których nie wolno ci teoretycznie podejść. Oczywiście, że byłem i oczywiście, że podszedłem, ale robisz to z naruszeniem prawa, bo nikogo nie interesuje, żebyś ty zaspokoił swoją ciekawość. Bo gdyby tu stał ktoś i wydawał ci bilety, kasował za twoje wejście, to byłoby wszystko okej. Ale tu nikogo nie ma, tylko tablica jest. I to mi się tak naprawdę nie podoba. Na szczęście to jest nie wiem, czy mniejszość.
Sporo zamków krzyżackich jest jednak do zwiedzenia. Ja pomijam już Malbork, który żeby go dobrze zwiedzić, to trzeba cały dzień poświęcić, ale są też mniejsze. O Radzyniu Chełmińskim mówiłem, ale tych zamków jest całkiem sporo. Kwidzyn chociażby.
[01:33:46] - Na pewno to przebrzmiałe. Termin jak dobro narodowe powinno jednak dotyczyć pewnych rzeczy. To znaczy na przykład prywatny właściciel nie ma prawa nie udostępniać, nie?
[01:33:59] - Może i tak, ale to byłoby też pogwałcenie jego praw i tak dalej. Jest piękny zamek w Reszlu. W Toruniu są resztki, bo tam mieszczanie się zbuntowali. Notabene wiecie państwo, to jest też tak, że często jeszcze za komuny, ja pamiętam, jak w pierwszej czy w drugiej klasie pojechałem z wycieczką i jeszcze pamiętam przewodnika, który mówił, że lud się zbuntował w Toruniu i to ten polski lud. To nie był, proszę państwa, polski lud, bo tam było tyle samo Niemców, co Polaków. Byli jedni i drudzy i oni się dosyć pospołu zmówili i po prostu kiedy trzeba było, to rozpierniczyli ten zamek. Niewiele z niego zostało, ale jeszcze coś do zwiedzenia jest. Podziemia są, można sobie to zwiedzić. Notabene z Toruniem to w ogóle jest świetna historia. Już kiedyś ją opowiadałem, ale oczywiście powiem jeszcze raz, że po jednej stronie leży Toruń, po prawej stronie Wisły, na prawym brzegu leży Toruń ten właściwy, z murami miejskimi, a po lewej stronie, na lewym brzegu zbudowano, tam dzisiaj został Zamek Dybowski.
I tam kiedyś wokół tego zamku była miejscowość. I sobie wyobraź tę sytuację, kiedy mieszczanie toruńscy, i Niemcy, i Polacy oglądali tamten zamek. Zamek jak zamek, ale widzieli przede wszystkim, bo tam król Polski nadał tam mieszkającym ludziom po tej lewej stronie przywileje i oni tam mieli spławny i jakiś jeszcze inny przywilej. I robili pod górkę tym ludziom z Torunia i Polakom, i Niemcom. I co zrobili mieszczanie? Wybrali się pewnego dnia tratwami, czółnami, łodziami na drugą stronę Wisły i zrobili mały kosmiczny rozpierdziel, czyli po prostu spalili tamtą część, bo im interesy psuli. I to nie miało nic wspólnego ani z walką Państwa Krzyżackiego z Królestwem Polskim, ani z jakimiś sprawami politycznymi. Gospodarka, głupcze, gospodarka, jak to mówił klasyk.
[01:36:24] - Zobacz, to się tak od pana samochodzika zaczęło, a na zamkach krzyżackich skończyło. Ale to są właśnie fajne historyjki, które się wyciąga w każdym tomie, w każdej książce, w każdym pomyśle, przy każdym dotyku. Ty wyskoczyłeś z tą historią, ale ja przypomnę, w jaki sposób w takim razie ta drugobrzeżna część Torunia w ogóle powstała. Otóż powstała, przynajmniej takie są legendy, w ten sposób, że oczywiście jak w każdym mieście średniowiecznym w Toruniu było wiele, że tak powiem, tych kobiet lekkich obyczajów.
[01:37:09] - Upadłych.
[01:37:09] - Upadłych tak, i tak dalej. I bunt podniosły żony tych mieszczan toruńskich. Bunt był skuteczny. Wszystkie dziwki toruńskie zostały zesłane na przeciwległy brzeg Wisły i tam założyły osadę.
[01:37:31] - To jest krzyżacka propaganda. Ja znam historię z innej strony. Ktoś by nas musiał rozsądzić. Mam nadzieję, że nie będzie tego robił, bo to bierzcie jednak państwo w formie żartu. Ale historia piękna, jak to mówił kiedyś Jęczmyk: „Nie wiadomo, czy to prawdziwe, ale pięknie wymyślone”. Notabene tak sobie teraz przypomniałem, że przecież zjazd miłośników fantastyki, czyli Festiwal Fantastyki, przez całe lata odbywał się na Zamku Krzyżackim. Organizowany przez Wojtka Sydenkę, odbywał się na Zamku Krzyżackim w Nidzicy. Piękne miejsce, klimatyczne. Od pewnego czasu się nie odbywa i jakiś czas pewno jeszcze się odbywał nie będzie. Ale to było piękne, klimatyczne miejsce.
[01:38:22] - Ale to tylko z bardzo prostego powodu, że Krzyżacy budowali-
[01:38:26] - Małe zamki.
[01:38:27] - Zdecydowanie szybciej te zamki niż Polacy remontują.
[01:38:31] - Tak, ale małe poza tym, bo tam się zaczął festiwal po prostu nie mieścić. Ale co ciekawe, skoro już plotkujemy nie tylko o Nienackim, to co nas najbardziej rozczuliło, kiedy weszliśmy pierwszy raz do zamku w Nidzicy? Otóż w Zamku Krzyżackim nad wejściem jedną z bram, już nie pamiętam, czy tą pierwszą, czy tą drugą, co wisi? Orzeł piastowski.
[01:38:55] - No tak.
[01:38:57] - Zdobyty był. Ni chuchu się w ogóle, kupy to nie trzyma. Ale był. Trochę pożartowaliśmy, a teraz troszeczkę o rzeczach poważniejszych, bo wspomnieliśmy, o tym napisał O35, że Nienacki był ormowcem. Ale sam Nienacki w tych czasach słusznie minionych mówił też, że w latach 40. kiedy skończyła się wojna, na pograniczu wojny i niewojny, on działał wspólnie z funkcjonariuszami Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. To jak najgorzej się może tylko kojarzyć. Brał udział w zwalczaniu, wtedy się mówiło band, a dzisiaj mówi się Żołnierzy Niezłomnych czy Żołnierzy Wyklętych. Powiem ci, że jeszcze ormowca, to z ormowcem można jakoś odpuścić, ale z tym, to trudno się z tym pogodzić. Ale jeszcze żeby było dziwniej, bo oczywiście nic nie może być normalne.
Bo ja nie trafiłem dotąd w źródłach na to, żeby on to rzeczywiście robił. Podejrzewam nawet, że to był rodzaj legendy, którą on sobie ułożył i serwował w tamtych słusznie minionych czasach. Chciał się czymś popisać, więc stwierdził, że pomagał tym żołnierzom UB w zwalczaniu tych, którzy się z władzą komunistyczną nie pogodzili. To zabawne. Facet, którego wywalili z Moskwy za odchylenia i obrazy stalinizmu, był lojalnym członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Był w ORMO od 1963 roku. Co więcej, tak jak mówiłem, że wychwalał stan wojenny, to był w PRON-ie, w Patriotycznym Ruchu Odrodzenia Narodowego. Dziwny to jest życiorys.
[01:41:08] - Nie wiem, czy przypominasz sobie, jak żeśmy tego czeskiego autora książkę „Byłem...”.
[01:41:20] - Aha! Hrabala „Obsługiwałem angielskiego króla”.
[01:41:23] - Tak. Jak żeśmy Hrabala omawiali, to mniej więcej ten sam problem wyniknął, że Hrabal za młodu, że tak powiem, kontrowersyjny i w ogóle antynastawiony, prawie ikona antykomunizmu czeskiego.
[01:41:45] - Później mu przeszło.
[01:41:46] - Potem na starość mu przeszło. Bo jak ja tłumaczyłem wtedy, młodzi są od tego, żeby się tłuc. Starzy już mają dystans po prostu do takich spraw.
[01:41:57] - Ja chyba też mam dystans. To znaczy, że już jestem stary. Bo wiesz co? Ja o tym oczywiście wspominam, bo to ciekawostka pewna z jego życia. Dlatego o tym wspomniałem i chciałbym, żeby nasi słuchacze to wiedzieli. Ale z drugiej strony nie mogę takiego świętego oburzenia z siebie wykrzesać. Był tym, cholera, ormowcem, był ubekiem. Chwały mu to nie przynosi. Ale z drugiej strony, jak sobie tak rzucimy na szalę, że był po prostu pisarzem, który cieszył ludzi tym, co pisał, to co jest, kurczę, ważniejsze?
[01:42:36] - Dokładnie tak. Marku, ja pamiętam doskonale, że jeszcze w latach 80., 90. ja do moich kumpli esbeków to mógłbym strzelać. A dzisiaj patrzę, wzruszam ramionami. Chwała Bogu, że nie miałem wtedy giwery w chacie.
[01:42:55] - Ty miałeś kumpli esbeków?
[01:42:57] - Pewnie, że tak. Każdy miał.
[01:42:59] - Ja tylko nie wiedziałem.
[01:43:00] - Tylko nie wiedział. Ale potem się dowiedział.
[01:43:05] - Tak. Wiesz co? Tak jak podkreślam, oczywiście dobrze jest to wiedzieć, ale dla mnie Nienacki i tak zostanie pisarzem, który stworzył „Pana Samochodzika”, który stworzył też kilka innych książek, takich bardzo ważnych, ale o nich za chwilę, bo wyszliśmy tak bardzo politycznie, tak bardzo gdzieś o politykę staro, bo staro, ale się otarliśmy, to teraz oddajmy głos Julianowi z jego alfabetem
[01:43:44] - Alfabet Juriana. P jak polityka. Od kiedy sięga zbiorowa pamięć ludzkości, obok szarego tłumu zawsze pojawiali się liderzy różnej maści. W zależności od miejsca w czasoprzestrzeni byli to przywódcy polityczni, wojskowi, rewolucyjni prowodyrzy oraz przewodnicy duchowi i religijni. Rozdzielenie tych ostatnich nie jest moim niedopatrzeniem, ale o tym więcej przy okazji litery R. R jak religia. Liderzy to specyficzny gatunek ludzi. Ale ludzi. A skoro tak, nie są odporni na władzę absolutną, która jak wieść niesie deprawuje absolutnie. Mroczne czasy pozostawmy historykom.
Ale jak z tym bywało po roku 89? I jak jest teraz? Dziś mamy demokrację. Dziś mamy partie polityczne i polityków. Ci ostatni dbają, aby kraj rósł w siłę, a mieszkańcom żyło się lepiej. Jeszcze lepiej, bo dzięki ich sukcesom jest już całkiem dobrze. Rok 1989. Upada znienawidzona komuna. Znienawidzona przynajmniej przez większość, która w tym układzie była koniem, nie jeźdźcem. Nie wchodząc w szczegóły kresu socjalizmu, w których tkwi niejeden diabeł, a trupy wypadają z wielu szaf, dotarliśmy do obecnego tysiąclecia.
Politycy według założeń powinni zajmować się rozwiązywaniem bieżących problemów i wskazywać optymalne kierunki rozwoju. Tyle teorii. Obserwując ten magiel na tyle uważnie, na ile pozwala mi silna niechęć, doszedłem do smutnych refleksji. Jakkolwiek według założeń demokracja jest najlepszym systemem w historii, to po latach knucia i mataczenia, deformowania jej lepkimi łapami polityków stała się żałosną karykaturą. Nie będzie lepiej, jeśli dla elektoratu najważniejszymi będą eleganckie krawaty kandydatów, zęby wybielone w Photoshopie czy fałszywy uśmiech bijący z plakatu. PR-owcy biorą grube pieniądze, aby ciemny lud wybrał tych, którzy mają zostać wybrani. Od lat bezlitośnie wykorzystują socjotechnikę, koncentrując jej narzędzia na słabościach naszych i samej demokracji. Podobno żaba wrzucona do wrzątku wyskoczy z niego, a włożona do garnka z zimną wodą ugotuje się. Będzie powoli przyzwyczajać się do rosnącej temperatury, aż będzie za późno. Każdy kolejny rząd jest gorszy od poprzedniego.
Jeśli tego nie zauważymy i czegoś z tym nie zrobimy, marny nasz los. Będziemy rządzeni przez coraz gorsze polityczne kreatury, nieudaczników udających wszechwiedzących, bandytów w białych kołnierzykach i dyktatorków chcących w jak największym stopniu ograniczać nasze prawa i sterować wszystkimi aspektami życia. Trudno jednak nazwać ich uzurpatorami. Nie wypadli sroce spod ogona. To niestety reprezentacja społeczeństwa i przez to społeczeństwo wybrana. Nowa fala polityków wkrótce nadejdzie. Banda wychowana na obraz i podobieństwo rządzących od dekad, tylko jeszcze gorsza. Wystarczy posłuchać, jakim językiem komunikują się z ludźmi członkowie młodzieżówek partyjnych, kiedy dorwą się do mikrofonu. Dramat. Bełkot politycznej nowomowy, którego nie da się słuchać.
Po czym poznać, że polityk kłamie? Po tym, że otwiera usta. To ludzie bez wstydu, manipulanci, którzy cynicznie przerobią każdą okoliczność i wydarzenie tak, żeby wyszło na ich korzyść. Nie zatrzyma ich żadna granica moralna. Wykorzystują nawet ludzkie dramaty, odwracają fakty, zapominają o tym, co niewygodne. Zmyślają, jeśli w czymkolwiek to pomoże. Wciskają nam propagandę w imię starego przepisu, że kłamstwo powiedziane tysiąc razy staje się prawdą. Niestety nadal działa to na wielu. Człowiek mający do dyspozycji kanały telewizyjne zaanektowane przez jedną dowolną opcję polityczną, szczególnie kiedy wykształcenie kulawe, ma niewielkie szanse, aby przeciwstawić się manipulacjom. Szczególnie na jad nienawiści i obrzydliwe kłamstwa narażone są osoby starsze.
Nie mieści im się w głowach, że telewizja, radio i gazety jedynie kłamią. W zasadzie kłamią i reklamują — na zmianę, bo wszystko jest na sprzedaż. Politycy to koncentrat zła, rak ludzkości. Skubią państwo poprzez dotacje dla partii politycznych, aby wykorzystywać nasze ciężko wypracowane pieniądze na oszukiwanie i okradanie swego żywiciela. Od dziesięcioleci afera goni aferę i? I nic. Rządzący wiedzą, że władzę czasem się traci, więc nie robią sobie przykrości nawzajem, bo za jakiś czas mogą być w identycznej sytuacji. Jedna wielka inscenizacja, polityczny teatr dla plebsu. Kto siedzi w więzieniach? Jakieś płotki.
Wszystko się kręci wedle zasady: kradłeś? To teraz daj nakraść nam. Jednak ich przekręty to rzadko pospolite przestępstwa. Dlaczego mieliby napadać z prętem w dłoni, jeśli mogą nas grabić z ustawą czy uchwałą w ręku, w białych rękawiczkach? Milionowe odprawy w spółkach Skarbu Państwa po trzech miesiącach nicnierobienia są tego najlepszym przykładem. Kolesiostwo. Wszystko można obchodzić, naginać, łamać zasady. Zostać profesorem uczelnianym? Wystarczy pić wódkę z kilkoma ważnymi. Nic to, że jakieś minimalne warunki do spełnienia.
Awansować do wyższej instancji? Złóż jeden podpis, byle na odpowiedniej kartce. Być redaktorem w telewizji? Obiecaj tylko władzy lizanie jej dupy. Bo czym jest prawo? To płot, który ledwie się trzyma na przegniłych słupkach. Lis przeskoczy, wąż się prześlizgnie, a krowy stoją. Nie każdy polityk to złodziej. Nie każdy to cynik, ale większość ma za uszami świństwa różnego kalibru. Nie potrafię tego zrozumieć, że ludzie z pozoru inteligentni, którzy trafiają do polityki, głupieją w oczach.
Zaczynają gadać jak cała reszta partyjnych towarzyszy. Czy to polityka robi z nich gnidy? Czy odwrotnie — trafiają do polityki, bo gnidami byli od zawsze? Demokracja sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła. To narzędzie do osiągania celów. Celów dobrych lub złych. Jakie cele przyświecają naszym elitom? Jestem bardzo krytyczny. W dobie internetu mogę łatwo się przekonać, że moje poglądy nie są odosobnione. W jednej z ankiet CBOS-u zadano pytanie respondentom: „Czy uważasz, że partie polityczne działające w Polsce powodują kłótnie i zamęt w państwie oraz że są klikami polityków dążących do władzy?”.
Na to pytanie „tak” odpowiedziało 85% ankietowanych, a 77% uważa, że dla polityków zrzeszonych w partiach politycznych najistotniejsze jest realizowanie własnych ambicji. Wynika z tego, że zdecydowana większość ludzi wie, czego może się po tej hordzie spodziewać. Proponuję więc tej klasie nierobów zajmującej się jedynie tym, co pozwoli im utrzymać się przy korytach, pokazać żółtą kartkę. Można to zrobić w następujący sposób: ustalić, że wszyscy ci, którzy są niezadowoleni, wręcz wkurzeni nieudolnością i niegodziwością politycznych łajdaków, że wszyscy ci pójdą na najbliższe wybory do urn nie wcześniej niż o godzinie 13:00. Od nas zależy, czy ten pomysł przejdzie do historii jako pierwszy bunt obudzonych, czy też nie zostanie nawet zauważony w sondażu exit poll prowadzonym przez którąś z agencji badawczych. Sukces akcji może da im do myślenia albo przynajmniej odmieni naszą świadomość. Zrozumiemy, że nie jesteśmy masą bezwolnych kukiełek podzieloną przez nich na grupy i możemy więcej, niż mogłoby im się wydawać. Pokażemy, że to oni są dla nas, a nie odwrotnie. Pokażemy im, jak to się udało już niejeden raz w przeszłości. Julian, przedstawiciel suwerena.
[01:54:15] - O! Julian fajnie zrobił ten felieton, bo chyba pokazał coś takiego, co nas wszystkich w obecnej sytuacji męczy. Że klasa polityczna, bez względu na to, jakie mamy sympatie — bo to nie jest czas ani miejsce, żebyśmy sobie w tej chwili jakieś deklaracje członkowskie wypełniali ani zachwycali się jedną, czy drugą, czy piątą, czy pięćdziesiątą stroną życia politycznego. Ale moim zdaniem Julian w punkt uderzył. Pokazał, że ta nasza klasa polityczna chyba nie traktuje nas do końca serio. To znaczy, my nie jesteśmy jej tak naprawdę potrzebni. Ja bardzo podpisuję się pod tym felietonem. A czeka państwa niespodzianka, bo za dwa tygodnie następny felieton, chyba równie okrutny, jeśli chodzi o klasę polityczną. Bo ja myślę, proszę państwa, jest tak, że każdy z nas jakieś poglądy polityczne ma i Julian świetnie to pokazał, że my jesteśmy w stanie widzieć, że ci drudzy to oni źli są i tacy głupi w dodatku. Ale ci nasi świetni są i tacy najlepsi.
Tymczasem jak się dobrze poskrobie — i Julian to właśnie zrobił — jak się dobrze poskrobie i dobrze popatrzy i tak odejdzie na chwilę od tej bieżączki, to może się okazać Że zarówno tamci, jak i ci nasi to głupki są czasami po prostu. Głupki, nawet bez „ę". To są właśnie głupki, nie głupi.
[01:56:08] - Ja bym był ostrożny przy tych ocenach politycznych i w ogóle przy tych analizach, bo cóż to jest polityka? Polityka była, jest i będzie. Jest również niezbędna. Jest potrzebna po to, żeby pewne szumowiny spływały zamiast do przemysłu, to do polityki.
[01:56:30] - Tak, ale on tu w tym felietonie mówi, że wychowaliśmy sobie w życiu naszym politycznym, wspaniałym, cudownym oczywiście, węża na własnej piersi. Przytacza przykład tego, jak rozmawiają pomiędzy sobą członkowie młodzieżówek partyjnych. Czy tam chodzi o jakąś ideę? Nie, o nic takiego nie chodzi. Chodzi o zupełnie coś innego. Władza, kasa, wpływy. To jest najważniejsze. Oczywiście trzeba ładnie o tym mówić, ale tak naprawdę nie o to chodzi. Jeśli świadomość młodzieżówek partyjnych jest właśnie taka, że guzik tam z wartościami, liczy się to, żeby się nachapać, to jeśli coś takiego wyhodowaliśmy, to sobie wyobraź, co się będzie działo w następnym pokoleniu.
[01:57:24] - W następnym pokoleniu oni będą Rockefellerami polskimi.
[01:57:29] - Tak to widzisz? Być może. Być może masz zdolności wieszcze i tak rzeczywiście się stanie. Ja nie jestem takim optymistą. Uważam, że pewne, tak to wyczułem przynajmniej, Julian tego tak do końca nie powiedział, obrzydzenie, z jakim on to mówi. Uświadomiło mi to, że jednak polityka to nie jest nic fajnego. Czasami jest przydatna, czasami coś się dzieje, ale Julian chyba reprezentuje pewien dystans. To by trzeba jeszcze... Poskrobiemy Juliana troszeczkę, jaki ten dystans jest jego. Ale to, co usłyszeliśmy, moim zdaniem skłania do pewnej refleksji.
Mnie przynajmniej. Że nie jest tak dobrze, jak się nam czasami wydaje, że nasi fajni są, fajni tacy, bo nasi są. A ci są głupki, bo wiadomo, że głupki, bo nie nasi. Trochę jest to takie... Nie wiem. Nie to Marcin.
[01:58:34] - Normalne, Marku. Normalne.
[01:58:37] - A ja nie wiem, czy ty się nie przyzwyczaiłeś właśnie do tego. Przyzwyczaiłeś się do rzeczy nienormalnej i uważasz ją za normalną.
[01:58:44] - To też możliwe.
[01:58:45] - Bo ja jednak uważam, że zrozummy się, mnie nie chodzi o to, że politycy się kłócą. Ich psi obowiązek, żeby się kłócić. Politycy na całym świecie się kłócą, okej. Tylko można się kłcić i kłócić. Można się spierać i spierać. Co więcej, można nawet straszne słowa mówić. Nawet w parlamencie angielskim rzeczy, które tam padają czasami na sali, nie chciałbym usłyszeć pod swoim adresem. W każdym razie zapamiętałbym na długo. Natomiast to jednak chyba jest o klasę wyżej niż to, co się dzieje w Polsce. Ja, patrząc na niektórych polityków, których przez jakiś czas szanowałem, dzisiaj czasami mi się wydaje, że o nic innego nie chodzi, tylko kasa, misiu, kasa.
Już nawet nie wiem, czy wypada mi to mówić, bo to chyba nie te czasy. Tych ideowych polityków to już chyba nie ma w tej chwili. Zawsze kasa, misiu, kasa. O to chodzi.
[01:59:55] - Wiesz, ja wcale nie jestem taki pewien, bo najwyżej, że tak powiem, te głowy u góry to są jednak ideowe. Ale swoich knechtów, że tak powiem, wpuszczają w ten kanał: po prostu kasa. Kasa, bo to chleb interesuje. Taki jest człowiek współczesny. Taki człowiek był zawsze, nie tylko współcześnie jest. Taki człowiek był zawsze i po prostu dzięki temu ci knechty są gotowi w każdej chwili swojego szefa bronić krwią.
[02:00:38] - I potem oczywiście, tak. Ale to jest ten pot, co mówi się „potem, potem". Najpierw kasa. Dobra, zostawmy wątki polityczne. Wróćmy do „Pana Samochodzika". Otóż zarówno ten kanoniczny „Pan Samochodzik", czyli napisany przez Nienackiego, jak i te „Samochodziki" późniejsze, napisane przez kontynuatorów, poza tym, że się fajnie czyta, bo przygody się dzieją i tak dalej, mają też inną fajną zaletę. One rysują nam świat, pokazują nam świat. Ten bliższy, czyli Polskę. Ciekawe miejsca. Dzisiaj to się mówi nie miejsca, tylko lokacje.
Więc ciekawe lokacje nam pokazują, zabytkowe albo takie, które po prostu są intrygujące. Ale też na świecie. „Pilipiuk", przynajmniej kilka tomów dzieje się nie w Polsce. Już zawędrował nawet do Afryki, zawędrował na inne kontynenty. Co więcej, nie wiem, czy to Pilipiuk. Nie, to już nie Pilipiuk. Ale byliśmy z Panem Samochodzikiem w Stanach Zjednoczonych. Ty byłeś z Panem Samochodzikiem w jednym z tomów w Rosji. I to tam, gdzie w swoim czasie spadł ten obiekt, co pierdyknął, że szyby poleciały w całym mieście.
[02:02:12] - Nie Tunguski, tylko ten późniejszy.
[02:02:15] - Ten późniejszy. Więc tam byłeś. A z tobą i z innymi bohaterami też się przytrafiło.
[02:02:23] - Jak ja tam byłem to nic dziwnego, że szyby poleciały.
[02:02:28] - Okej. W każdym razie nawiązuję do tego, że z Panem Samochodzikiem można poznać nie tylko te lokacje. Ciekawe. Co więcej, wydawnictwo Oficyna Warmia wprowadziła też elementy obrazkowe. Na końcu każdej książki, w każdym razie większości książek, znajduje się kolorowa wkładka, na której są zdjęcia tych miejsc, w których Samochodzik, Paweł Daniec bywa. Więc jeśli komuś nie starcza wyobraźni albo autorowi talentu, żeby należycie to opisać, to można sobie na zdjęciu podejrzeć, jak to wygląda. To ciekawy zabieg, bo powtarzam, czasami dzieją się rzeczy niezwykłe w Samochodzikach. Właściwie w większości Samochodzików dzieją się rzeczy niezwykłe. Zagadki się mnożą jak króliki. Ale poza tą warstwą sensacyjną w Samochodziku, i tu się dziwię tym, co przytaczałeś rozmowę, że Pan Samochodzik daje, przynajmniej w wielu momentach, bardzo rzetelną wiedzę.
Trzeba oczywiście uważać, bo sam to robię, że mieszam fikcję z faktami. To taki zabieg, żeby tę fikcję troszeczkę uprawdopodobnić, żeby poprzetykać ją faktami. Jak się dobrze zrobi, to jest nie do odróżnienia, więc trzeba uważać. Rzeczywiście może się nie powoływać zawsze na Pana Samochodzika, ale Pan Samochodzik ma jeszcze jeden zabieg stosowany przez autorów. Otóż tam są przypisy, właściwie odnośniki na stronach, gdzie odnośniki nie są fikcją i jeżeli o jakiejś rzeczy jest napisane w odnośniku, to warto sobie tę wiedzę przyswoić. A są tam rzeczy czasami naprawdę bardzo interesujące.
[02:04:32] - Tak jak powiedziałem już wcześniej, to jest w historii czytelnika to spotkanie z książką bardzo podobne do takiej miłości, do taktyk miłosnych. Czyli jest to gra wstępna, a potem dla tych krytyków co zostaje? Pieprzenie w bambus zwykle. Przesadzam oczywiście, ale w ten sposób wykrzywiając, można również wykrzywiać ataki w stronę wielkiej literatury. Skoro wielka literatura nie potrafi się pochylić z właściwym szacunkiem nad rzeczami prostymi, które są nad tym, co jest na początku, po tym, żeby coś było na końcu.
[02:05:32] - Powiem ci tak: jeżeli chciałeś obrazić krytyków, to w całej rozciągłości ci się udało przed chwilą to zrobić. Myślę, że jakby któryś z krytyków wpisujących się w ten obraz, który przed chwilą przedstawiliśmy, posłuchał, to by miał materiał do przemyślenia, jak cię załatwić.
[02:05:54] - Przed chwilą u Juliana słyszeliśmy felieton o nowych pokoleniach politycznych, ale takie same są pokolenia krytyków. Są krytycy, którzy naprawdę nie wstydzą się swoich rodowodów i potrafią rzeczowo mówić o tym oraz tacy, którzy bujają w obłokach tak samo jak niektórzy politycy. To są rzeczy bardzo pokrewne, nie?
[02:06:23] - Pewnie tak. Tak dla porządku, ponieważ wspominaliśmy gdzieś przy początku audycji o filmach, to dla porządku je wymieńmy. Była mowa o „Wyspie złoczyńców” w reżyserii Stanisława Jędryki. To rzeczywiście na podstawie „Wyspy złoczyńców” czy „Pana Samochodzika i wyspy złoczyńców”. Film z 1965 roku. Z dużą przyjemnością oglądałem. Później był równie udany „Samochodzik i templariusze” z 1971 roku. I właśnie mówiłem, że mało znany reżyser. Bo czy ktoś z państwa słyszał imię i nazwisko Hubert Trapela? Kojarzysz takiego autora?
Ja oczywiście mogę się odwołać. Jak się spojrzy na życiorys, na ilość zrealizowanych przez niego filmów, to tu jest dosyć skromnie. Czytamy: „Za podziemny front, to jest jakiś tytuł, otrzymał nagrodę Ministra Kultury i Sztuk. Pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.” Czyli tak naprawdę o tej twórczości za dużo tutaj nie ma. O Panu Samochodziku nawet nie ma. A film świetny. Czyli co? Reżyser jednego filmu?
[02:07:49] - Dobrze, a na ile świetny był film, proszę ciebie, bardzo świetnego reżysera jak Janusza Kidawy?
[02:07:59] - Właśnie powiem ci. Mnie się ten film nie podobał. To był właśnie kolejny film. Jeśli weźmiemy tak latami, to w 1986 roku powstał film „Pan Samochodzik i niesamowity wzór” I właśnie Janusza Kidawy. Ja nie lubię tego filmu. Po prostu.
[02:08:17] - Ale reżyser świetny.
[02:08:19] - Ba!
[02:08:19] - A przynajmniej sławny.
[02:08:22] - Tak. I ja nie lubię tego filmu. I co tu będę wiele państwu ściemniał. Obejrzyjcie, to może też go nie polubicie, a może polubicie. Dalej była ekranizacja "Pana Samochodzika" pod tytułem "Pan Samochodzik i praskie tajemnice". To znowu dla mnie reżyser, którego nie znam, ale ja nie jestem specjalnym admiratorem filmów i nie oglądam ich zbyt wiele, więc może państwu nazwisko Kazimierz Tarnas coś powie. Mnie niestety nie. To był film nakręcony na podstawie książki "Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic". Dalej, ostatnie z tego co pamiętam, "Latające machiny kontra Pan Samochodzik". Wspominał o tym filmie O35 z 1991 roku, Janusza Kidawy.
I ten film też mi się nie podobał. To z kolei film zrobiony na podstawie tomu "Pan Samochodzik i złota rękawica". Poza pierwszymi dwoma to niestety, ja się zgodzę z O35, Pan Samochodzik nie miał szczęścia do ekranizacji. Ale powiem tak: jak już ktoś przeżył ekranizację taką jak "Pan Samochodzik i templariusze", to już wszystkie następne mogą być gorsze.
[02:09:45] - Wszystkie są dla młodszych.
[02:09:47] - Wiesz co, kiedyś mnie jeden z moich kolegów wyśmiał, bo w takim porywie fantazjowania, takiego wychodzenia w przyszłość science fiction'owego, powiedziałem sobie tak, że może kiedyś, pewno te czasy nadejdą szybciej niż sądzimy, że nie będzie się zatrudniało w kinie żywych aktorów. Po prostu zeskanuje się całego aktora, cyfrowy zapis się zrobi, on będzie występował. Już są takie próby, tylko jeszcze ta grafika nie jest... Nie wiem, ile lat jeszcze trzeba. Pewno niedużo. Już się o tym myśli. Już są pewne kroki, żeby tych aktorów, którzy dawno już odeszli, którzy sobie nie zastrzegli, żeby tego robić nie można, żeby ich, na przykład taką Marilyn Monroe, zapisać cyfrowo i później nakręcić kolejne odcinki, kolejne filmy z jej udziałem. Więc idąc tym śladem pomyślałem sobie, że ktoś kiedyś z nieżyjącym już dzisiaj Mikulskim nakręci cały cykl o Panu Samochodziku. Mój kolega dostał małego szału, jak to usłyszał, bo powiedział: "Co ty mówisz? Kto to będzie oglądał?
Jakieś pierdoły. To były filmy twojego dzieciństwa i ty się nimi zachwycasz. Ale to jest... — tu padło określenie niecenzuralne, więc sobie daruję — nikt tego nie będzie oglądał. Jakiegoś Mikulskiego. Mikulski nie żyje i koniec z tym. Nie będzie już więcej filmów z Mikulskim i Panem Samochodzikiem."
[02:11:22] - No czekaj, ale Marilyn Monroe też nie żyje.
[02:11:26] - Tak, ale on bardziej to mówił pod tym kątem, że nie, że tego nikt nie będzie oglądał, nikt nie będzie chciał oglądać. Zastanawiam się. Bo powiem ci, jeśli to będzie tak proste, jak w pewnym momencie stały się inne technologie związane z audio-wideo, to rzeczywiście mogą nadejść takie czasy, że powstanie cały cykl już nie 150 czy 160, czy 170 książek, ale 170 filmów, w których w części przynajmniej będzie grał Mikulski.
[02:12:06] - Zobacz, to dzięki temu mit nagle się urealnia. Mit zmartwychwstania wręcz. Otóż jeśli dzisiaj się dobrze komputerowo zeskanuje na przykład całun turyński, to niedługo w tych filmach zacznie grać główny bohater rolę.
[02:12:25] - Co więcej, przyszło mi do głowy jeszcze coś, że warto by już dzisiaj ustalić, kto będzie grał rolę Pawła Dańca, czyli następcy Tomasza NN. Bo to jest rola do obsadzenia. Wielka rola, bo Paweł Daniec za chwilę będzie miał na liczniku, już ma właściwie więcej przygód niż Pan Samochodzik, ten NN. Może więcej jeszcze nie, bo powtarzam, do któregoś tomu Pan Samochodzik mniej lub bardziej epizodycznie występował. Ale jednak tomy się cały czas piszą, więc już wkrótce rola Pawła Dańca będzie niezwykle łakomym kąskiem, że tak sobie zażartuję już tu, jeśli chodzi o ten mityczny projekt "Pan Samochodzik".
[02:13:15] - W tej chwili już nawet świetni aktorzy amerykańscy przyjeżdżają na promocję gier komputerowych do Polski, więc przyjedzie kolejny i zostanie Panem Samochodzikiem.
[02:13:25] - Po angielsku?
[02:13:27] - Po amerykańsku.
[02:13:29] - Amerykańsku? To dziwny będzie Pan Samochodzik. Ale powiem ci jeszcze jedną rzecz, która mnie troszeczkę w tym wszystkim frapuje. Właściwie nie frapuje, tylko która pobudziła mnie do tych refleksji. One mnie, te refleksje, zafrapowały. Otóż pamiętasz, kiedy były lata 60., mówiło się: ach, żeby ta "Stawka większa niż życie" była kolorowa. Jeszcze "Stawki większej niż życie" kolorowej nie ma. Ale już na przykład "Sami swoi", pierwszy film zrobiony na czarno-biało, już jest kolorowy. "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" już pokolorowano. Jest wersja czarno-biała, ale jest wersja kolorowa.
Skoro można kolorować stare czarno-białe filmy, to jeszcze tylko tej "Stawki większej niż życie" nikt nie pokolorował. Kasy nie ma czy co?
[02:14:21] - Ale widzisz, jak można kolorować Czyli zahaczając o Marilyn Monroe, można już pokolorować, ale przyjdzie czas, kiedy klient będzie chciał, żeby jeszcze można było dotknąć. Tego nie będzie!
[02:14:42] - Nie wychodź tak daleko. Zostaw, to nie tak daleko. Na razie się zatrzymałem na etapie, że nie tylko będzie można kolorować, ale będzie można dokrętki robić i na to liczę, że kiedyś to, co się nie zdarzyło, to, o czym mówił O35, że występowanie w kolejnych częściach „Pana Samochodzika” odarłoby Mikulskiego wreszcie z tej klątwy Hansa Klossa. To może się stanie za grobem.
[02:15:10] - To słowo „dokrętki” mnie zafascynowało, bo jest bardzo podobne do „dolewki”.
[02:15:16] - Coś w tym jest, bo człowiek będzie, nie wiem, czy delektował, ale na pewno będzie kolejne odcinki pochłaniał. Tylko czy na pewno? Bo trochę ten głos mojego kolegi mnie niepokoi, bo on jednak wykrzyczał mi to w twarz, że nikt tego oglądał nie będzie.
[02:15:33] - Może Marek tak, może nie. Może po prostu jednak dzieciaki będą wolały „Harry'ego Pottera”.
[02:15:45] - Powiem ci tak.
[02:15:46] - Kolejnego.
[02:15:47] - Prowokuję cię i prowokuję naszych słuchaczy. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie dokonał eksperymentu. Jak tak na mnie nakrzyczał ten mój kolega, to zebrałem się i pokazałem film „Pan Samochodzik i templariusze” swojemu chrześniakowi. Miał wtedy lat dziewięć. W polu jego zainteresowań był komputer, komórka i w ogóle był bardzo nowoczesnym dzieckiem. Ale proszę ciebie, kiedy siadł i oglądał kolejne odcinki „Pana Samochodzika i templariuszy”, to ku mojemu zdziwieniu oraz pewnej radości, nie ukrywam, wciągnął się. Wciągnął się tak mocno, że kiedy w przedostatniej części tego serialu młodzi bohaterowie zatrzaskują się w sali-pułapce, która miała potencjalnych złodziei eliminować. Zatrzaskują się tam i nie mają wyjścia. On był autentycznie przejęty do granicy łez w oczach. Co się teraz stanie?
Czyli to działa, to jeszcze działa. Nie wiem jak długo, ale jeszcze działa. Co więcej, później wypróbowałem to już nie na chrześniaku, ale na bracie chrześniaka kilka lat później. I to również działa. Czyli jest coś takiego w tych filmach. Mam taką nadzieję, tak się pocieszam. Tak sobie mówię, że może już nie jestem jeszcze taki stary, jak mi się wydaje, gdy patrzę w lustro, że może jednak te filmy mają w sobie coś, co nazwałbym pewną magią, pewnym dobrym scenariuszem. Bo Nienacki, co by o nim nie mówić, że był kimś tym czy tamtym, to jednak scenariusze książkowe, filmowe, teatralne potrafił pisać. I to jest może to, co jest w filmie najważniejsze. I dlatego może te „Samochodziki” na podstawie jego książek będą udane.
Czy będą udane „Samochodziki” na podstawie kontynuatorów Żelecha i całej pozostałej grupy, to nie byłbym już taki pewny, bo nie wiem, co tam we mnie siedzi. Scenariusze radiowe pisać potrafię.
[02:18:17] - To nie masz ty potrafić, tylko na przykład jakiś reżyser, który twój towar weźmie na tapetę i coś z tego zrobi. To jest jego sprawa.
[02:18:27] - Tak. Czasami głupotę, tu mówię o swojej, najlepiej powstrzymać, stawiając jej tamę. I tą tamą może być reżyser, który z tych wypocin zrobi coś, co się nadaje do pokazania na ekranie. Już nawet nie wiem czego ekranie, czy telewizora, komputera, czy smartfona, ale się nadaje do pokazania. Na koniec, już naprawdę na koniec, bo ileż można mówić o zjawisku kulturowym, nawet najbardziej wspaniałym, warto by było posilić się o podsumowanie tych samochodzikowych przygód. Powiem tak: zaczęliśmy z górnego C od zjawiska kulturowego. Na początku traktowałem to jako żart, szczególnie kiedy pierwszy raz to w audycji powiedziałeś. Ale później, im dłużej się nad tym zastanawiałem, im dłużej wertowałem kolejne tomy, lepsze, gorsze. I to nawet mogę to powiedzieć o swoich. Mam lepsze i gorsze tomy.
To jest nieuniknione, że czasami człowiekowi coś bardziej w duszy gra, a czasami mniej. Ale przeglądając nie tylko te swoje tomy, doszedłem do wniosku, że sama ta ilość tworzy pewną moc magii opowieści. Bo cały czas staram się o tym mówić, że wartość „Pana Samochodzika”, tego cyklu „Pana Samochodzika”, nie polega tylko na tym, że się zabrali za to różni pisarze, tworzyli swoje historie, przelewali na papier. Ale właśnie w tym kompleksie, że powstał pewien zbiorowy mit. Może za mocno strzelam. Powstała pewna opowieść taka, która już jest kojarzona. Dla mnie przykład z tymi recenzentami był bardzo dobry. Pan Samochodzik jako odwołanie się do czegoś, do pewnego zjawiska. Ale też Pan Samochodzik bywa dzisiaj przytaczany przez wiele osób już nie po to, żeby mówić o Panu Samochodziku, tylko żeby mówić o różnych innych zjawiskach przez odniesienie się na przykład. I to świadczy o pewnej sile jednak.
Co moim zdaniem jest fajna sprawa. Powiem jeszcze naprawdę na koniec o tym, że pierwszą osobą, która wprowadziła do Pana Samochodzika elementy fikcji ocierającej się o science fiction, był oczywiście Nienacki. Bo w tomie „Pan Samochodzik i człowiek z UFO", czy też pod nową nazwą „Pan Samochodzik. Nieśmiertelny", taki wątek SF się pojawia. On jest niewyeksponowany, jest troszeczkę z tyłu, ale jest jasny. Dla każdego, kto z fantastyką naukową się styka, jest jasne, że taki wątek jest. Oczywiście Nienacki tak zakręca, że na końcu nie wiadomo, czy to tak było, czy nie było. Okej. Ale to był dobry trop. Próbował też takie wątki wprowadzać Pilipiuk.
Ciągnęło wilka do lasu. I wspomniane już „Kuzynki", tom o Alchemiku Sędziwoju zawiera w sobie elementy fantastyki. Bardziej naukowej jednak niż nie. Ja już pojechałem po całości, za co niektórzy miłośnicy Pana Samochodzika mnie nienawidzą. Dźwigam na sobie to odium. Za co mnie nienawidzą? Głównie za to, że do kilku tomów wprowadziłem elementy SF. Nie do końca ostro, ale pojawia się wirtualna rzeczywistość w „Panu Samochodziku", pojawia się coś na kształt machiny czasu. To nie jest takie proste. Nie chcę w tej chwili wchodzić w szczegóły.
Coś na kształt machiny czasu. Tak jak mówiłem, wirtualna rzeczywistość, więc próbuję. Staram się tego nie robić nachalnie, chociaż i tak mi to już wypominają, że „Jak ten Żelkowski się bierze, to tylko ta fantastyka i fantastyka. Kurczę, po co? Takie fajne tomy były, co nie były z tą fantastyką i takie proszę pisać, a nie inne". Tu troszeczkę odsyłam państwa do felietonu Tomka Fąsa. Rzeczywiście jest tak, że my lubimy czytać to, co już znamy. Ciągle, tak jak Tomek powiedział, byśmy chcieli na nowo. Ale ile razy można czytać jedną i tę samą książkę? Więc cykl z tym samym bohaterem, z dekoracjami wydaje nam się dobrym wyjściem.
Tomek to pięknie powiedział. Ale już w ramach nawet cyklu pewne rzeczy, które odbiegają czasami od pewnych schematów, już są przez wielbicieli nielubiane. Już jest mowa: „Nie, Żelkowski, nie rób tego. My tego nie chcemy. My chcemy, żeby Pan Samochodzik był panosamochodzikowy, żeby się grzebał w historii i żeby się do fantastyki naukowej nie dotykał". No cóż, proszę państwa. Klient sobie życzy, klient ma. Najbliższy tom, dwunasty, który gdzieś tak na dniach będę kończył, nosi tytuł „Okruchy przeszłości” i nie ma w nim absolutnie fantastyki naukowej. Jest zagadka historyczna. Nie jest historyczna.
Z historią w tle. Ale jest zagadka kryminalno-sensacyjna z dużą porcją archeologii, historii. Fantastyki nie ma. Więc jakby coś, to się polecam na przyszłość.
[02:24:48] - Zamykając całą naszą dyskusję, powiem coś, czego nie wyskoczyłem wcześniej specjalnie, bo o ile chlasnąłem tym zjawiskiem kulturowym, ale uważam, że istnieje coś jeszcze więcej. Otóż to wydaje się już bardzo dużo i właściwie najwyżej, co może. Ale otóż nie. Jest jeszcze coś takiego, co dotyka właściwie tylko najwybitniejszych pisarzy indywidualnie, którzy przeskakują pewien próg. Przestają być tylko kulturą, mitem, literaturą i tak dalej, ale stają się zjawiskiem społecznym. To się odbywa tylko i wyłącznie wtedy, kiedy kilka pokoleń odbiorców odnosi się do takiego zjawiska. I dlatego mówię, że to dotyczy tylko i wyłącznie naprawdę wybitnych autorów wybitnych książek, chociażby takich jak Biblia. Natomiast autorom udaje się to rzadko, tylko wybitnym, a Nienackiemu udało się to w taki dziwny sposób.
[02:26:07] - Powiedzmy, ja ci przerwę, bo jeśli byśmy tak brali od strony czysto literackiej, to był średni pisarz. Tak jak ja jestem średnim pisarzem. Mam nadzieję, że przynajmniej średnim.
[02:26:21] - Z Orwellem czy Solżenicynem.
[02:26:23] - Był średnim pisarzem, a jednak powstało coś, co mocno wykracza poza niego.
[02:26:29] - Zgadza się. Właśnie dzięki temu, dzięki tej formule, do której mogła się odnosić i odnosi się do dnia dzisiejszego ente już pokolenie odbiorców. To jest coś.
[02:26:46] - Tak. Tym optymistycznym akcentem będziemy kończyć. Za dwa tygodnie wrócimy do fantastyki naukowej na chwilkę, później sobie znowu odżeglujemy od fantastyki, ale na razie wrócimy do takiej twardej fantastyki naukowej. W dodatku takiej, którą dzisiaj już nie wszyscy znają albo nie wszyscy pamiętają.
[02:27:18] - Tu się kłania nasze upodobanie do archeologii. My próbujemy również w archeologii literatury znaleźć coś, co nagle okazuje się, że wcale nie jest czystą archeologią, ale jest żywe.
[02:27:39] - To prawda. Najpierw powiedzmy, o czym będziemy rozmawiać. Będziemy rozmawiać o dwóch książkach Tadeusza Markowskiego. Jeśli państwu już dzisiaj to nazwisko niewiele mówi, to ja się wcale nie dziwię, chociaż książki są wznawiane. Natomiast to był autor, który tak naprawdę wydał pod swoim nazwiskiem trzy książki. Fakt, że jedna była w dwóch wydaniach, ale druga też. Zbiór opowiadań z serii „Z glizdą”, później w tej serii „Z glizdą”, ale tej powiększonej w formacie A4 „Umrzeć, by nie zginąć” i później w '89 roku ukazał się tom „Mutanci”, a rok później powtórzono „Umrzeć, by nie zginąć”. I o tych dwóch książkach „Mutanci” i „Umrzeć, by nie zginąć” będziemy rozmawiać za dwa tygodnie. To jest, mówiąc bardzo wzniośle, taka odpowiedź polskiej fantastyki naukowej na superbohaterów amerykańskich. Ci „Mutanci”, którzy się pojawiają, to jest taka nasza odpowiedź.
Oni też mają moce specjalne, ale to nie jest bajeczka. To jest fantastyka naukowa i to taka hard. Naprawdę twardy science fiction. Trochę się to dziwnie ukazywało, bo „Umrzeć, by nie zginąć” to jest trzeci tom cyklu, ale ukazał się pierwszy. Tom „Mutanci” to jest pierwszy tom cyklu, ale ukazał się jako drugi. Powstaje pytanie. Jest trzeci tom cyklu, który się ukazał pierwszy, jest kolejny tom. A gdzie jest ten środkowy?
[02:29:35] - Ależ mi zagmatwał. Ja mam trójkę dzieci i teraz nie wiem, które było pierwsze, a które powinno być drugie, a które jest środkowe.
[02:29:44] - Widzisz, trochę to skomplikowane, ale o tym, gdzie się znajduje tom drugi albo w ogóle czy jest tom drugi i tak dalej, porozmawiamy za dwa tygodnie. Przypomnę. Tadeusz Markowski, książka „Mutanci” i książka „Umrzeć, by nie zginąć”.
[02:30:04] - Robiłem do niej okładkę.
[02:30:05] - Robił Wiktor do niej okładkę, to prawda. Piękna kreska. Fajnie to można rozpoznać. Wiktor miał specyficzną kreskę. Jak sobie państwo do serii „Z glizdą” zajrzą, nawet w internecie można zobaczyć, to wydawaną przez CAF. To naprawdę były takie okładki, że hej.
[02:30:23] - Jak na tamte czasy.
[02:30:25] - Jak na tamte czasy. Wszystko się zmienia. Zapraszamy za dwa tygodnie na przygodę z archeologiczną science fiction. Ale to nieprawda, muszę to powiedzieć. Wojtek Sadeńko w SF-ie wydał oba te tomy i one cieszą się olbrzymią popularnością. Taka przygodowa fantastyka, która wtedy w PRL-u była trochę tępiona, trochę jej nie chciano. Ona się okazuje czasami mniej zestarzała niż ta bardzo natchniona, nawiedzona, socjologiczna i tak dalej. Na pewno można by podyskutować. W każdym razie my zapraszamy za dwa tygodnie na opowieść o twórczości Tadeusza Markowskiego. A za tydzień ABW.
I znowu sobie pogadamy, proszę państwa, z autorem. I tym optymistycznym akcentem żegnamy się. Dobranoc, wszystkiego dobrego. Piszącym: Weny, Weny, Weny. Czytającym: samych dobrych książek.
[02:31:30] - Do kolejnego zabawienia.
[02:31:32] - Dobranoc.
[02:31:33] - Dobranoc.
[02:31:34] - Mówili te słowa do państwa, jak zawsze gospodarze normalnego „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Oczywiście do usłyszenia już za tydzień, tym razem w ABW i na żywo w kolejnym normalnym „Bibliotekarium” już za dwa tygodnie.
[02:32:01] - A ja, Ivelliosie, powiem na końcu coś takiego. Tak mnie prowokujesz z tym normalnym „Bibliotekarium”, że ja już od kilku tygodni myślę, jak zrobić nienormalne „Bibliotekarium”. Jeszcze nie mam takiej wyklarowanej koncepcji, ale powoli się rodzi i pewnego dnia będziesz to musiał zapowiedzieć inaczej. To już teraz dobranoc.
[02:32:27] - Dobranoc i do usłyszenia. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[02:33:43] - One man, one goal, one mission. One heart, one soul, just one solution. One flash, one light. Yeah, one gun, one vision. One flesh, one bone, one true religion. One voice, one hope, one real decision. One, one, one, one, one, one, give me one vision. No wrong, no right. I'm gonna tell you there's no black and no white. No blood, no stain.
All we need, one world, one vision. One flesh, one bone, one true religion. One race, one hope, one real decision. One, one, one, one, one, one, yeah, oh yeah, oh yeah. I had a dream when I was young. A dream of sweet illusion. A glimpse of hope and unity. And visions of one sweet union. One golden rose, one thousand thighs. And in my heart it shows.
Look what they've done to my dream. Yeah! Give me your hands. Give me your hearts. I'm ready. There's only one direction. One world, one nation. Yeah, one vision. No hate, no fights, just excitation. All through the night it's a celebration.
One, one, one, one, one, one, yeah. One, one, one, one, one, one, one. One flesh, one bone, one true religion. One voice, one hope, one real decision. Give me one light. Give me one hope. Just give me one man, one bomb, one day. Just give me, give me, give me, give me my vision.