Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają: Bibliotekarium. O książkach do czytania i do rozmawiania. Bibliotekarium o książkach do czytania i do rozmawiania. Rozpoczynamy kolejny odcinek naszej audycji, na żywo oczywiście. Mamy dzisiaj piątek, 8 listopada, godzina 20:01 na moim zegarze, a to znaczy, że czas już powolutku zaczynać. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia, tym razem wyjątkowo internetowo-telefonicznego, jak zawsze gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Panowie, czy się słyszymy?
[00:53] - Dobry wieczór wszystkim.
[00:55] - Dobry. Bardzo dobrze.
[00:58] - Bardzo malowniczo, Wiktorze. Pociągasz nosem i chrypisz.
[01:03] - To jeszcze może pociągnę temat kontaktów do Radia Paranormalium, ponieważ audycję, tak jak już mówiłem, realizujemy w całości na żywo. Będzie można do nas dzwonić na nasz numer telefonu 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl. Oczywiście ogłoszę tutaj na czatach, kiedy będzie otwarta linia telefoniczna, ale SMS-y i wiadomości tekstowe można już teraz wysyłać. Jesteśmy także na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Można także nas spotkać na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Jesteśmy także na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i portalu bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników „Nieznanego Świata”. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. A więc czas już teraz na magiczne „halo, halo, Bydgoszcz”.
[02:19] - Halo, halo! Dzisiaj jesteśmy z dwóch miejsc, bo Wiktor, nie wiem, ty leżysz na łożu boleści w tej chwili czy siedzisz przed komputerem?
[02:29] - Wszystkie książki w życiu przeczytałem na leżąco, czyli wreszcie jak będę mówił o książkach, to będę w pozycji naturalnej.
[02:40] - No cóż, ja wiem, że twoje marzenie to jest właśnie prowadzić audycję na leżąco. Powiedzmy, że dzisiaj mamy audycję eksperymentalną, w której jest ci to umożliwione, ale nie przywiązywałbym się do tej pozycji. Dzisiaj mamy zresztą audycję o takiej książce, która jest nam szczególnie bliska. Tym razem mogę sobie spokojnie mówić w liczbie mnogiej i nie zostanę skarcony przez Wiktora. Bo rzeczywiście ta książka jest nam bliska, chociażby z tej racji, że przesiedzieliśmy nad opowiadaniami, które się w niej znajdują wiele godzin. Co więcej, na dyskusjach z autorami też spędziliśmy wiele godzin. Bo rozmowy z autorami na temat ewentualnych poprawek, jakichś sugestii i tak dalej, jakby je tak wszystkie połączyć, to też by się uskładał przynajmniej jeden, jeśli nie dwa dni robocze. Także myślę, że to rzeczywiście świadczy o tym, że książka jest nam szczególnie bliska. Więc Wiktor postanowił, że nawet pomimo choroby będzie dzisiaj działał aktywnie i będzie mnie wspierał i nie skaże mnie na samotne mówienie do sita na temat książki, która jest tak naprawdę przede wszystkim dziełem autorów, którzy zostali wyróżnieni drukiem w antologii. Przypomnę, było ich 23, a 35 opowiadań.
To przede wszystkim ich dzieło, ale troszeczkę też nasze, prawda, Wiktorze?
[04:26] - To znaczy książka jest na pewno efektem pracy autorów, natomiast my przy okazji zupełnie mieliśmy sporo takich osobistych doświadczeń przy tworzeniu tej całej antologii. Każde indywidualne. Ja o swoich na pewno się dzisiaj przy tej audycji podzielę, bo to są uwagi dość silne na temat współpracy z drugą, obcą inteligencją, że tak powiem, czyli to ustalanie kontaktu. Dużo z tego wyniosłem.
[05:10] - Tak, to prawda. Ta antologia nauczyła nas przede wszystkim wiele, bo to nie była pierwsza antologia, przy której wspólnie działaliśmy. Ja przypomnę, że w swoim czasie mówiliśmy o takiej antologii, której twórczynią – z tymi końcówkami teraz, proszę państwa, jest problem, bo każą poprawność polityczną zachowywać i używać końcówek żeńskich – więc twórczynią antologii „Jakie czasy, taki diabeł” była nasza koleżanka Marta Sobiecka. A my tam pełniliśmy rolę dwóch, aczkolwiek nie jedynych, ale dwóch jurorów. I to była taka praca, która dała nam dużo do myślenia. Dużo do myślenia, ale też dobrze tę pracę przetrawiliśmy i w związku z tym postanowiliśmy też jakąś antologię ukulać w Bibliotekarium. I tak się pojawiła idea antologii „Rubieże rzeczywistości”, antologii corocznej, a więc nawiązującej do dobrych tradycji. O tych dobrych tradycjach pewno jeszcze dzisiaj będziemy mówić, ale w zeszłym roku, gdzieś w wakacje pojawiła się ta idea. Wybraliśmy dwa tematy. Dwa tematy to „Hotel na uboczu” i „Diabeł gra w kości”.
I tak ruszyła ta antologia, prawda, Wiktorze? Pamiętasz jeszcze te czasy zamierzchłe?
[06:43] - Pamiętam, pamiętam bardzo dobrze.
[06:49] - Tak, pamiętasz. Ale chodzi mi o to, że na początku, mówiąc szczerze, nie wierzyłem, że te prace w ogóle będą napływać. No bo jacyś dwaj faceci, co prawda z wydawnictwa, które już kilka książek wydało, ale coś tam sobie gadają, że zrobią antologię. Nie byłem pewien, czy te prace napłyną, a w pewnym momencie wysypał się worek i zaczęły te prace przychodzić w takim tempie, że ja nie nadążałem z informacjami zwrotnymi o tym, że opowiadania przychodzą. I w związku z tym to już mnie natchnęło pewnym optymizmem. Przypomnę, tych opowiadań na konkurs przyszło ponad osiemdziesiąt, co uważam za duży sukces, mimo wszystko. Mam nadzieję, że w tym roku, bo przypomnę, że obecnie trwa drugi konkurs na zupełnie inne tematy i tak dalej. To sobie państwo wszystko możecie sprawdzić na Facebooku, na grupie „Rubieże rzeczywistości. Szansa dla młodych pisarzy”. Ale hałasujesz, Wiktorze, do tej słuchawki.
Tak po prostu, że aż sam siebie nie słyszę. W każdym razie możecie to państwo sprawdzić, jakie są tematy w tym roku. A ja powiem tak, że jak już te pierwsze opowiadania zaczęły napływać, to zatarłem ręce. Jak już tych tekstów naprawdę zrobiło się kilkadziesiąt, to jeszcze bardziej te ręce zacząłem zacierać. I później nadszedł ten moment, kiedy zaczęliśmy z Wiktorem opowiadania czytać. I tu było różnie. Oczywiście, tak jak w każdym konkursie były opowiadania lepsze i gorsze. Tak naprawdę momentami człowiek tracił nadzieję, bo tych gorszych opowiadań także trafiło się sporo. I wtedy to Wiktora pomysł był tak naprawdę. Wiktor mówi tak: „Słuchaj Marek, tu jest sporo opowiadań, które co do pomysłu są niezłe, ale są jakoś niedorobione.
Ja proponuję, żebyśmy zrobili w ten sposób. Ustawimy listę opowiadań, które wchodzą do antologii oraz listę, nazwijmy ją rezerwową, czyli taką listę, która jeśli autorzy dokonają poprawek w tych opowiadaniach, bo w niektórych opowiadaniach coś jest, aż ich szkoda, żeby je wyrzucić na śmietnik.” To świadczy między innymi o tym, że byliśmy trochę nieszablonowym konkursem, bo większość konkursów polega na tym, że albo, szanowny autorze, napisałeś opowiadanie, które jurorów zachwyca, albo się bujaj i nie chcemy twojego opowiadania. U nas było troszeczkę inaczej. Byli oczywiście autorzy, którzy wchodzili do antologii bez problemu, ale byli też tacy, którzy mieli z nami troszeczkę problemów. Ja pamiętam te rozmowy toczone w sobotnie popołudnia od Wiktora, gdzie robiliśmy sobie takie konferencje telefoniczne z autorami. I to były ciekawe rozmowy. One były ciekawe. Ja specjalnie podkreślam słowo „ciekawe”, bo one nie tylko uczyły tych autorów czy też przedstawiały im nasze wizje, nasze uwagi dotyczące ich opowiadań, ale dostawaliśmy też informację zwrotną. To ty, Wiktorze, może powiedz o tej informacji zwrotnej, bo ty to zawsze podkreślasz, że mimo wszystko to nie jest kurtuazja, kiedy mówimy o tym, że my jako jurorzy uczymy się z tych rozmów bardzo wiele. Masz głos.
[10:46] - Tutaj należy może zacząć od jednej rzeczy jeszcze związanej z tym. Bo jeżeli my mówimy o konkursie, który dwóch jakichś frajerów ogłosiło, że tak powiem, dzięki Radiu Paranormalium, że opowiadania zaczęły spływać, to proszę się zastanowić, jakim cudem, do diabła, znaleźli się ludzie, którzy pocztą pantoflową czy jakoś się dowiedzieli w ogóle, że taka inicjatywa istnieje. Ale to stało się dzięki tak samo Radiu Paranormalium, jakiemuś kanałowi. Jakim cudem ludzie, którzy mieli ochotę do tego, trafili akurat do tego radia? Kto tego słuchał? Wiadomo, że wiele zawdzięcza to dyskusjom na tematy, tym audycjom, które w tym Radiu Paranormalium pobrzmiewały, które miało pewną publikę, ale te opowiadania, które spłynęły na ten konkurs, były również spoza tej publiki, tego Radia Paranormalium. Czyli można powiedzieć, że ta słyszalność tego radia jest większa niż to Wynika z surowych tych, bo trzeba do tego dołożyć jeszcze pocztę pantoflową i te fale, które się rozchodzą po ludziach, informacje. W końcu ci, którzy chcą zadebiutować czy spróbować swojego pióra, dorzwą po prostu.
[12:28] - Jeszcze ci przerwę na chwilę.
[12:30] - Ja muszę też przerwać, bo chyba dużą zasługę ma YouTube, bo większość życia radiowego właściwie tam się obecnie toczy. Nie na Facebooku, nie na stronie internetowej, tylko właśnie na YouTubie. I stamtąd, z tamtego serwisu mamy obecnie większość słuchaczy.
[12:53] - A ja jeszcze powiem coś więcej. Dla mnie jest budujące to, że autorzy, którzy pisali dla antologii „Rubieże rzeczywistości” numer 1, budzą mój pewien podziw, a właściwie wiarę w człowieka przywraca to, że autorzy nie są zazdrośni. To znaczy, nie mówią tak: „A, to wyślę opowiadanie, nikomu nic nie powiem, bo będę miał większe szanse”. Nie, to troszeczkę działało w ten sposób, że ta informacja, troszeczkę jak takie koła, jak wrzucamy kamień do wody, to takie jest plum, a później się rozchodzą takie falki. I troszeczkę takimi falkami rozchodziła się informacja, że Bibliotekarium zorganizowało konkurs, że będzie antologia. I rzeczywiście zaczynały napływać opowiadania od ludzi, którzy może na co dzień nie słuchają Radia Paranormalium albo nie wczytują się w strony Bibliotekarium, a mimo wszystko opowiadania przysłali. Ja obserwuję zresztą w tej chwili, przy drugiej edycji, że tych ludzi przybywa. Przybywa nowych autorów, autorów zainteresowanych tym, żeby w konkursie wziąć udział. I uważam to za fajną rzecz, że w tej chwili istnieją i media społecznościowe i wszystko to, że rzeczywiście ludzi da się skrzyknąć. Ale ja cały czas będę drążył pamięć Wiktora odnośnie tych naszych telekonferencji i tej nauki, bo naprawdę, ja przynajmniej jestem do tego przywiązany, to naprawdę nie była przesada, że myśmy się czegoś uczyli.
To nie jest kurtuazja, że ja w tej chwili mówię, żeby autorom było przyjemnie. Wręcz przeciwnie. Pamiętam, jak Wiktor mówi: „Wiesz, jak tak rozmawiam z tymi autorami, to naprawdę to są tacy błyskotliwi ludzie. Ja tak lubię z nimi rozmawiać, bo często mam jakieś przekonanie, coś chcę im powiedzieć, a dostaję ripostę i ja ją muszę przemyśleć”. Ale oddaję tobie, Wiktorze, głos, bo to twoje słowa, więc ty się teraz tłumacz.
[15:08] - Ja już wspominałem coś w audycjach, że moi przyjaciele, w większości profesorowie wyższych uczelni w Polsce, straszliwie narzekają na współczesną młodzież i na studentów. I to jest ogólne załamywanie rąk nad tym, że nie czytali, nie znają, nie wiedzą. Jest totalna ignorancja wszystkiego. Taki jest światopogląd moich przyjaciół. Ja niestety, nie mając kontaktu ze studentami być może, ale zazwyczaj z tymi ludźmi, również studentami i tak dalej, mam zupełnie inne spostrzeżenia. To jest po prostu kwestia, na studia idą wszyscy. Zainteresowania mają tylko niektórzy. Ci, którzy mają zainteresowania, grupują się. To znaczy przynajmniej takie Radio Paranormalium czy my służymy wyłącznie jako katalizator po to, żeby się jakieś pokolenie, że tak powiem, mogło między sobą dogadać, mogło się spotkać. Bo ci ludzie, nasi autorzy, się po prostu spotykają na łamach antologii, na falach Radia Paranormalium.
Czyli tak się tworzy pewne pokolenie. Pewna, że tak powiem, synteza tych 10% populacji, która zawsze była ważna w historii ludzkości. Nie czajmy się, wszyscy dzisiaj potrafią pisać, czytać i tak dalej. I co z tego? 10% pozostaje 10%. Ważne tylko, żeby się mogli w tym chaosie, w tych ruchów Browna ludzkiego spotkać po prostu. I dobrze, jak taki kanał, jak taki YouTube czy Radio Paranormalium się po prostu tworzy, żeby mogły się takie larwy tam wylęgnąć. A teraz może króciutko już do tego, co Marek zmierzał. Otóż chcę wam powiedzieć, że my jako redaktorzy mieliśmy oczywiście sugestie dla wielu autorów z tym, co można zrobić z ich, że tak powiem, niedorobionym, niedonoszonym dziecięciem, bo czasami szkoda rzeczywiście było materiału, a widać było, że gdzieś tam w jakimś kościele dzwonią, tylko nie wiadomo dokąd i po co. No więc jedno spostrzeżenie, które wyniosłem bezwzględnie i Marek to może chyba potwierdzić.
Otóż myśmy sugerowali, rozmawialiśmy, sugerowaliśmy na przykład, że można by było to tak, tak, tak i tak dalej. Nigdy absolutnie nie było tak zwanego juża, czyli należonego intelektualisty, który mówi: „A ja wiem swoje i odwalcie się ode mnie albo to będzie takie, jak ja uważam, a wasze mnie nosie”. Nie. Wszyscy słuchali uważnie i teraz co najważniejsze. Nikt nie zrobił tego tak, jak myśmy sugerowali. Wysłuchał, co mamy do powiedzenia, przemyślał sprawę i zrobił to, ale po swojemu. Rozumiecie? A myśmy czytając to, oczywiście stwierdzali: „Zupełnie nie to, co myśmy sugerowali, ale to ma ręce i nogi”. To świadczy po prostu, że jednak w tym stadzie baranów, że tak powiem, te 10% ma indywidualizm i wie, czego chce jako jednostka. Na tym polega twórczość i ja to robiłem jako młody, Marek to robił.
Myśmy tak samo działali i dzisiaj ci młodzi ludzie dokładnie tak samo postępują. Czyli nie jest źle, tylko że dziwnie. Ale w porządku. Marek wal.
[19:17] - Ja powiem jeszcze o tym, że owszem, tak było w większości przypadków, że autorzy wysłuchiwali nas, po czym mówili tak, jak powiedziałeś: „Tak, rzeczywiście, macie panowie rację, ale ja to zrobię inaczej”. Pokazywało się później, że to inaczej rzeczywiście było lepiej. Myśmy znowu pełnili po raz kolejny rolę katalizatorów. Ludzi, którzy mówili: „Coś nam się tu nie podoba, coś dla nas jest podejrzane”. Ale tak naprawdę twórcami znowu byli autorzy. I bardzo dobrze, tak to powinno wyglądać. I to były momenty ciekawe, bo spotykaliśmy się przynajmniej w kilku przypadkach z oporem, ale oporem nie takim, jak Wiktor powiedział, tępym oporem na zasadzie nie, bo nie, bo ja jestem autorem i tak ma być. Tylko z oporem takim: „Szanowni panowie, rzeczywiście może zwracacie uwagę na rzecz istotną, ale sposób, w jaki wy byście to rozwiązali, to nie jest mój sposób. Ja proponuję coś zupełnie innego”. Ciekawe było to, że ta propozycja, która wtedy się pojawiała, to była propozycja, która nie przyszła nam do głowy.
To bardzo dobrze. W gruncie rzeczy, gdybyśmy się kierowali tylko własną ambicją, to oczywiście byśmy ucięli łeb takiej sprawie, ale nam się podobało to, że wywołany był przez nas ferment. Ferment, który skutkował tym, że dane opowiadanie stawało się po prostu na naszych oczach lepsze. Ja pamiętam jedno z takich opowiadań. Bardzo mocno przegadane. Autor bardzo młody, który właśnie szykował się do matury. Opowiadanie dwa razy za długie. Ale obaj z Wiktorem powiedzieliśmy sobie: „Kurczę, tam jest tak ciekawie, tak niebanalnie, że to opowiadanie powinno się znaleźć, ale w tej formie znaleźć się nie może”. I spodziewałem się, że to będzie ciężka rozmowa. Tymczasem to była rozmowa, muszę to powiedzieć, człowieka, nas, powiedzmy, którzy wiemy, czego chcemy, ale z drugiej strony spodziewałem się człowieka bardzo młodego, który tak do końca nie będzie wiedział, czego chce.
I to było zaskoczenie dla mnie, potwierdzające to, co mówi Wiktor, że to współczesne pokolenie wcale nie jest takie złe, jak skłonni są mówić naukowcy, profesorowie i tak dalej. Spotkaliśmy się z odzewem takim: „Okej, to ja to zrobię. Skoro uważacie panowie, że to jest przegadane, to zróbmy wersję o połowę krótszą”. I udało się to zrobić. I to jest, proszę państwa, bez podawania tytułu, jedno z opowiadań, przy którym do dzisiaj, jak je czytam, to się śmieję. Ono jest absolutnie niepoprawne politycznie. Pewno gdyby zostało opublikowane na Facebooku, to dostałoby bana albo z jakiejkolwiek strony, z lewej, prawej, czy z jakiejkolwiek dostałoby tego bana. Powiem tak, ono by się nadawało do takiego sławnego zbioru, który został opublikowany w Stanach Zjednoczonych. Nazywał się „Niebezpieczne wizje”. Tam autor w tym opowiadaniu szarga dosłownie wszelkie świętości, ale robi to z pewną finezją i to nie jest robione po to i tylko po to, żeby te świętości szargać, bo gdyby to było tylko po to zrobione, to nie miałoby po prostu sensu.
To jest robione w zupełnie innym celu. I chwała autorowi, że się udało nam dogadać po prostu.
[23:34] - Szarga świętości, ale nie nazywa hostii ciastkiem.
[23:39] - Chociażby. Ale tam padają grubsze słowa. Jak przeczytałem po raz pierwszy to opowiadanie, to nie wiedziałem, z której strony je ugryźć, bo ono jako całość podobało mi się, ale jak się zastanowiłem, jak to poprawić, to nie miałem pomysłu. Myślałem sobie, że przedyskutować z Wiktorem i wyszło z tego moim zdaniem zgrabne opowiadanie, które niektórych może oczywiście bulwersować, ale w gruncie rzeczy jak odrzucą emocje, to zobaczą, że to jest kawałek zabawnej, satyrycznej prozy. O współczesności po prostu. Może niekoniecznie o tym, co tam jest wymienione z imienia i nazwiska, ale po prostu może o naszej współczesności. Tak sobie o tym myślę. Wiktorze, ty wiesz, o jakim opowiadaniu mówię?
[24:38] - Tak się domyślam. Ty jesteś politycznie poprawny. Ja będę używał nazwisk, bo się chyba domyślam, proszę ciebie, ale zacznę może jeszcze od czegoś innego. Te rozmowy z autorami były bardzo indywidualne, to znaczy z naszej strony zupełnie inne. Inaczej to wszystko wyglądało za każdym razem. Na przykład rozmowa z panią Kamilą Ciołko-Borkowską była bardzo krótka, zwięzła. Myśmy zrobili tylko pstryk. Pani Kamila Ciołko-Borkowska zrobiła taką robotę sama. Myśmy w ogóle nie musieli nic pomagać. Wystarczyło, że tak pstryknąć palcami.
A ona zrobiła to wszystko po swojemu, tak jak chciała i zrobiła to bardzo dobrze. I to jest w tej chwili miękkie, płynne i w porządku. Było tam opowiadanie, o którym może Marek mówił, absolutnie w tych takich warunkowo dopuszczalnych. Według mnie najgorsze opowiadanie, źle napisane, bez sensu, zupełny, totalny chaos i tak dalej. Natomiast coś tam piszczało, że myśmy z Markiem się zastanawiali. Może w tym coś jest. No dobrze, ale porozmawiajmy z autorem. Na moje oko z tego opowiadania wyglądało, że to będzie jakiś taki niezły osioł i tak dalej. Taki człowiek, który chlasta słowami na lewo i prawo i niespecjalnie wie, do czego zmierza. No i się nie zdziwił.
Rozmawiałem przez telefon z, już nie pamiętam imienia, Pawłem Urzwą czy Piotrem Urzwą. Paweł Urzwa? Chyba tak. Była bardzo dziwna. Odezwał się miły, sympatyczny człowiek, który w ogóle nie miał na nasze uwagi żadnych uwag. Pytał tylko dlaczego. Dlaczego tamto, co tak, co tego i tak dalej. Po czym przemyślał to wszystko, zrobił. A to było absolutnie opowiadanie na krawędzi przyswajalności. Być może ono dalej jest na krawędzi, choćby tej takiej etycznej, przyswajalne.
Ale jedno, co żeśmy zrozumieli praktycznie natychmiast po pierwszych wymianie dialogu przez telefon, że ten człowiek po prostu wie, czego chce i myśli na bieżąco. On nie pisał byle czego. Może nie umiał. Może nie był sprawny, jeszcze nie miał doświadczenia, że tak powiem, takiego pisarskiego. Natomiast chciał coś zrobić, chciał coś powiedzieć i żeby to wyszło. No i zrobił to, poprawił i chwała Bogu, do antologii weszły chyba jego dwa opowiadania.
[27:42] - Jedno opowiadanie. Rzeczywiście Paweł Urzwa. I powiem ci tak, Wiktorze, ja pamiętam tę rozmowę. To była rozmowa bardzo konkretna, rozmowa z fachowcem.
[28:00] - Tak.
[28:02] - Rzeczywiście to było tak, że przysłał nam wersję taką luźną, którą napisał. A kiedy powiedzieliśmy, czego chcemy, dostaliśmy to, czego chcieliśmy. I to świadczy o tym, że się rodzi, słowo jakiś jest nie na miejscu, ale rodzi się właśnie profesjonalista, człowiek, który dostaje zamówienie i robi to po prostu. Zresztą takich rozmów było znacznie więcej. Tutaj Paweł posłużył nam za przykład, ale takie rozmowy właściwie za każdym razem, kiedy rozmawialiśmy z ludźmi z tej puli rezerwowej, to za każdym razem właściwie były tego rodzaju rozmowy, czyli nie kombinowanie jakieś takie. „Ale dlaczego panowie tak niszczą moje opowiadanie? Tak się starałem, starałam, a tu panowie tak to wszystko depczą i niszczą”. Nie, żadnej takiej rozmowy nie mieliśmy. Wszyscy rozmawiali z nami na zasadzie takiej: „No dobrze, to dlaczego tak?”. Nawet nie było kwestia, co mam poprawić, tylko dlaczego mam poprawić.
A to już jest moim zdaniem wyższy stopień tej rozmowy. Bo gdyby było tak, że rozmawialibyśmy o tym: „Panowie, powiedzcie mi, co mam poprawić, bo ja zrobię wszystko, co panowie będą chcieli, żeby opowiadanie się znalazło w antologii”, to czułbym pewien fałsz, czyli że ktoś mówi: „No dobrze, Paryż wart jest mszy. Jeśli mam poprawić, to poprawię”. Nie. Najczęściej padały pytania, ale właściwie dlaczego? No i myśmy się musieli tłumaczyć. Tak naprawdę myśmy się musieli tłumaczyć, czego my tak naprawdę chcemy. Ale kiedy to wypowiadaliśmy, to z drugiej strony następował odzew. I to moim zdaniem dlatego tak podkreślałem na początku naszej rozmowy, naszej audycji, że myśmy się bardzo dużo uczyli w trakcie tego jurorowania, bo okazało się, że to nie jest taka prosta relacja. My mędrcy, którzy wiemy wszystko i ci, którzy są uczestnikami konkursu.
Tak się może wydawać, że to tak wygląda. I to w wielu konkursach właśnie tak wygląda. W naszym konkursie wyglądało to troszeczkę inaczej. Żeby ten obraz nie był taki sielankowy, to od razu powiem, że to nie było tak, że myśmy się zgadzali na wszystkie sugestie naszych szanownych autorów. Nie. Myśmy jednak starali się, żeby pewien poziom, styl i obraz tego wszystkiego był utrzymany. Niemniej jednak wchodziliśmy w dialog, a to w gruncie rzeczy w literaturze jest bardzo ważne. To się może wydawać, że autor pisze, a czytelnik czyta i nie ma żadnego dialogu. To jest złudzenie, proszę państwa, bo w gruncie rzeczy później ten autor czyta na różnego rodzaju forach, różnego rodzaju miejscach w internecie, co napisał lepiej, co napisał gorzej, a w czym się po prostu pomylił. Myśmy starali się pełnić rolę takiego forum, takiego przedforum właściwie.
Tak długo o tym mówimy dzisiaj z Wiktorem, ale to było niezapomniane przeżycie. Liczę na następne przy drugim tomie, bo to nie jest kurtuazja. Bardzo mocno chcę podkreślić: to nie jest kurtuazja, kiedy my mówimy, że my się także czegoś uczymy. Oczywiście może poziom tej nauki jest taki, że my bierzemy mniej, ale jednak bierzemy. I to są ważne doświadczenia, przynajmniej dla mnie. Teraz ty, Wiktorze.
[32:06] - Ja może się podzielę jedną anegdotką, którą już też żeśmy poruszali w Radio Paranormalium, ale anegdotką pewnego kontaktu i pewnego ucierania się, że tak powiem, tej strony redakcyjnej z autorską, przy której byłem od samego początku. Otóż ta anegdotka jest taka: w tej puli wszystkich opowiadań, które dostałem do chaty, przez Marka dostarczono wydruki, to musiałem to czytać. Leżała ta cała fura na podłodze, bo to była fura naprawdę wielka przy moim łóżku i czytałem. Czytam te opowiadania, czytam jedno, drugie, lepsze, gorsze, coś odkładam. Dzieliłem to na trzy takie kupki, tak samo jak Marek, czyli coś, co jest do dyskusji z Markiem, ale prawie dobre, może bardzo dobre. Coś, co ewentualnie może się nadaje i co ewentualnie zupełnie odrzucę. Potem się okazywało po rozmowie z Markiem, że wśród moich odrzutów okazywało się, że Marek znalazł coś, co ma jeszcze jakieś ręce i nogi. Wracając do anegdoty, nagle się pojawiło w tym opowiadanku, które zadziałało na mnie fizjologicznie. Fizjologiczne oddziaływanie literatury na człowieka polega między innymi na tym, że zupełnie – ja jestem twardy człowiek, ale po przeczytaniu tego opowiadania pojawiły mi się normalnie łzy w oczach. To znaczy, ja się nie wzruszam, nie jestem sentymentalny, ale moja fizjologia zadziałała tak, jakbym był wzruszony.
Mówię: „O cholera jasna, co jest?" Przeczytałem to opowiadanie jeszcze raz i stwierdziłem: dzwonię do Marka. To jest jedno opowiadanie, przy którym kręci mi się w zawrotku po przeczytaniu. Nie chciałbym powiedzieć, że był to przypadek, bo tak mój organizm reaguje do dnia dzisiejszego, kiedy przeczytałem sobie to opowiadanie wydane drukiem w antologii. Było to opowiadanie pani Kasi Soja pod tytułem „Wybawienie” chyba. Tak. No więc cóż, opowiadanko Markowi się też podobało. Odłożyliśmy na półkę, na tą kupkę, że absolutnie wchodzi do tego. Natomiast niestety ja miałem coś jeszcze. Ono mi się podobało, ale czegoś mi tam brakowało. To znaczy, ono mogło tak pójść i by poszło bez problemu, gdyby autorka się zaparła, po prostu zostałoby wydrukowane w antologii, tak jak było.
Ale ja miałem jeszcze drobne sugestie, że można dodać odrobinę procentu do tego koktajlu. No więc w tych rozmowach z autorami, których trzeba poprowadzić, mówię Markowi: „Zadzwońmy również do tej pani Kasi Soi". Zadzwoniliśmy. Okazało się, że to sikorka zupełnie, bo jeszcze maturę robi dziewczyna i tak dalej. Ja z nią rozmawiam. Jeszcze przed rozmową z Markiem po prostu uciąłem z nią chyba godzinną rozmowę. Byłem umówiony na telefon. No i ja sobie gadam, opowiadam, robię jakieś takie uwagi. Mówię: „Jeżeli pani będzie miała jakieś problemy czy coś takiego...". Ona cichutko sobie siedzi, nie komentuje specjalnie tego, co ja tam nadawałem.
„To proszę, niech pani zadzwoni" i tak dalej. Ona mi na to: „No zobaczę. Na razie nie". Ja wszystko wiem. A co pani wie? Bo ja robiłem notatki. Ja godzinę gadałem, a ona w tym czasie robiła notatki. To jest akurat profesjonalne podejście do sprawy. Jeżeli się idzie na studia jako student, jeżeli się słucha jakiegoś wykładu, to należy robić notatki po prostu, bo to jest profesjonalne podejście do rzeczywistości. Ale to potrafią właściwie tylko kobiety dobrze robić.
Oczywiście nie było tak lekko, bo następnie pani Kasia się miała ustosunkować do całego mojego pomysłu na lekkie ulepszenie, bo niczego nie zmieniające z opowiadania. Ale potem się okazało, że pani Kasia dzwoni do Marka i mówi, że ona nie da rady, bo ona ma w tym roku maturę. A dalej co Marek mówił? Kiedy to była? To była jesień, Marku, nie?
[37:21] - Nie. Już mówię. To był chyba przełom roku. I ja wtedy powiedziałem: „Ale pani Katarzyno, Wiktor co prawda gadał przez godzinę, ale tych poprawek tak naprawdę to jest na cztery godziny pracy. Wie pani, to chyba tak nie jest, że nie znajdzie pani nawet w tym gorącym okresie przedmaturalnym - ja zresztą to rozumiem - czterech godzin, żeby poprawić opowiadanie. Tym bardziej że ma pani naprawdę sporo czasu”, bo tam był okres powiedzmy trzech czy czterech tygodni. Mówię: „Jakieś te cztery godziny pani wygospodaruje, a to są naprawdę kosmetyczne poprawki. Ale czasami ta kosmetyka sprawia, że opowiadanie staje się naprawdę o poziom lepsze”. I tu powiem szczerze, że autorka troszeczkę się wahała. Wtedy przyszedł mi do głowy patent, który usłyszałem u Wiktora.
To nie był mój niestety. Aż żałuję, że nie jestem tak genialny. Wiktor mówi - kiedyś mi to powiedział - „Słuchaj, debiut to jest ważna rzecz i jak się debiutuje, to dobrze jest, żeby to pasowanie na rycerza, bo tym jest tak naprawdę debiut, był jednak naprawdę wielkim wydarzeniem. Jeśli to opowiadanie będzie takie sobie, to będzie debiut taki sobie. Ale jeśli ono będzie o poziom wyższe, to opowiadanie będzie lepsze, to pasowanie będzie z pełnym ceremoniałem”. I pamiętając o tym, co powiedział Wiktor, wrzuciłem do słuchawki taką mniej więcej wypowiedź. Nie wiem, czy ona trafiła do mojej rozmówczyni, czy też nie. Fakt jest faktem, że chyba w dwa tygodnie dostałem opowiadanie poprawione. Jakoś te cztery godziny autorka wygospodarowała. Czyli mamy jakiś dar przekonywania, Wiktorze, jednak.
[39:53] - Tak. A w efekcie mamy w tym momencie naprawdę dobre, jak na debiut, opowiadanie, które by mogło pojawić się w różnych antologiach prozy bardzo różnej tematycznie, bo to nie jest science fiction.
[40:14] - Dokładnie. To nie jest opowiadanie, które jest gatunkowe. To jest opowiadanie z elementami fantastyki, ale tak szeroko pojętej. Właściwie to jest opowiadanie obyczajowe z pewnymi elementami fantasy. Staram się po prostu nie opowiedzieć tego opowiadania, stąd moje zawahanie. To opowiadanie, które dzieje się w górach, a tak naprawdę opowiada o miłości, o przyjaźni, o poświęceniu. Czyli właściwie motywy, które są zgrane do bólu w całej literaturze. A jednak autorka zrobiła to w na tyle interesujący sposób, że to opowiadanie się czyta, jak to się często mówi, a jakoś często podkreśla się w różnego rodzaju recenzjach. Więc to opowiadanie naprawdę się czyta. Chyba przyznasz, Wiktorze, prawda?
[41:26] - Nie, pierwszy rzut oka na to wskazywał. I tak jest, to jest zasługa autorki, że to zrobiła. I tych opowiadań zresztą było dużo.
[41:39] - Ja w ogóle mam w tej chwili takie trochę opory, bo my tu już przynajmniej dwóch autorów wymieniliśmy, a podkreślam, tych autorów jest 23. I z góry przepraszam, jeśli jakieś nazwisko czy jakieś opowiadanie nie zostanie omówione dzisiaj, bo pewno byśmy skończyli o trzeciej w nocy. A pewno na taką audycję ty, Wiktorze, wobec swojej choroby się nie piszesz. Więc z góry przepraszam. Ale to jest naprawdę, proszę państwa, od razu to podkreślę, bez żadnej kurtuazji, to żadna kurtuazja z mojej strony. To jest zbiór 35 opowiadań, które się czytają, proszę państwa. Co więcej, gdybym to mówił ja, to ja jestem tak zwana osoba zainteresowana. Ale ja już to znalazłem w internecie, gdzie ludzie piszą, że te opowiadania, czytelnicy piszą, że te opowiadania po prostu się czyta lekko, przyjemnie, co nie znaczy, że bezrefleksyjnie. No i to chyba jest najlepsza pochwała dla autorów, tak myślę. Więc jeśli dzisiaj kogoś nie wymienimy, to naprawdę proszę to traktować nie jako ujmę na honorze, tylko jako to, że po prostu ta antologia ma naprawdę pięćset stron i tych opowiadań naprawdę jest trzydzieści pięć i czasami ciężko by się było do wszystkich odwołać.
Ale teraz chciałbym poruszyć taki temat dosyć ważny. Dlaczego ta antologia tak naprawdę się pojawiła? Bo to się może wydawać takie troszeczkę dziwne, bo dzisiaj w Polsce wydaje się sporo różnych antologii. Jedne są bardziej rozpropagowane, drugie mniej. No i cóż w tym właściwie nowego? Otóż jednak ja staram się, kiedy namawiam na coś wrednego Wiktora, to staram się, żeby to wredne miało jakiś jednak sens. W tym wypadku to wredne coś, czyli ta antologia miała sens związany z taką oto refleksją. Otóż w tej chwili autorzy, młodzi autorzy, bo o nich mówimy, młodzi zarówno metryką, jak i stażem pisarskim, bo młody pisarz oznacza wbrew pozorom niekoniecznie nastolatka. W każdym razie ludzie piszący, zaczynający swoją drogę pisarską utracili obecnie taką możliwość publikowania. Ktoś powie: „No ależ ten Żelkowski to już takie bzdury opowiada w tym internecie, że to aż tu chatko słuchać”.
Natomiast ja wiem, że w internecie można publikować wszystko. Jest dużo stron, na których publikuje się opowiadania, każdy może swoje opowiadanie wkleić i tak dalej. Tych inicjatyw jest sporo. Problem polega na tym, że nie jest problemem wkleić opowiadanie. Problem jest, żeby je ktoś przeczytał. I z tym jest czasami gorzej. Otóż od czasu, kiedy takie czasopismo, które się nazywało „Science Fiction, Fantasy i Horror”, ogrobione zostało przez wydawnictwo Fabryka Słów, to właściwie młodzi autorzy stracili miejsce, w którym można by w sposób pełnoprawny publikować. Przedtem to pismo prowadził Robert Schmidt i póki je prowadził, to było wszystko okej. Natomiast kiedy później przejęło je wydawnictwo, to się troszeczkę zamieniło w taki biuletyn tegoż właśnie wydawnictwa. I długo to nie potrwało.
„Science Fiction, Fantasy i Horror” zostało zamknięte. Dobrze, źle? Nie wiem. Tak naprawdę dla mnie było ważne to, że Robert Schmidt tworzył. Najpierw to się nazywało „Science Fiction”. Później, po przerwie zaczęło wychodzić „Science Fiction, Fantasy and Horror”. Ale to było miejsce na rynku, w którym młodzi, początkujący pisarze mogli debiutować, mogli umieszczać swoje kolejne opowiadania. I to w gruncie rzeczy było bardzo ważne. Często słyszałem głosy, że „Science Fiction”, czy później kontynuacja „Science Fiction, Fantasy i Horror” było marne, bo tam początkujący i takie marne. To nie trzymało poziomu i tak dalej.
Otóż proszę państwa, być może rzeczywiście tam się ukazywały teksty bardzo nierówne, ale zwróćcie państwo uwagę, jeśli chcemy mieć w naszym kraju grupę ludzi piszących, to ci ludzie muszą się gdzieś tego pisania nauczyć. Wierzę w samorodne talenty, ale to zawsze jest ułamek, ułamek procenta albo promil w ogóle jakiś tam zaniedbywalny ułamek ludzi, którzy sami z siebie, od pierwszego tekstu, od pierwszej książki są geniuszami pióra. W gruncie rzeczy większa część ludzi piszących i to wiem nie z tego, że tak mi się przywidziało, ale z rozmów z wieloma autorami. Tej umiejętności pisania trzeba się nauczyć. Ale trzeba mieć gdzie publikować. To znaczy, nie wierzcie państwo w te opowieści pod tytułem: gdyby nawet nikt nie czytał moich tekstów, to i tak bym publikował, publikowała, bo ważny jest sam proces pisania. Oczywiście ważny jest sam proces pisania, ale opowiadania, moim zdaniem, możecie się państwo nie zgadzać ze mną, ale moim zdaniem opowiadania sprawdzają się wtedy, kiedy mają swoich czytelników. I to była wielka rola pisma „Science Fiction”, później „Science Fiction, Fantasy and Horror”, że to pismo promowało młodych autorów. Proszę państwa, powiedzmy sobie szczerze „Science Fiction, Fantasy and Horror” publikowali tacy autorzy jak dzisiaj człowiek z paszportem „Polityki”, czyli Łukasz Orbitowski. Publikował Szczepan Twardoch, publikowało jeszcze kilku innych.
Już zostańmy przy tych dwóch nazwiskach, ale jeszcze kilku innych bardzo znanych pisarzy. Jakoś im to ujmy na honorze nie przynosiło. Wręcz przeciwnie, umieszczają te publikacje w swoich życiorysach, w swoich notkach biograficznych na przykład na Wikipedii. Czyli jakaś ujma na honorze to nie była. Siłą rzeczy takie pismo, które zamieszcza różne opowiadania, jest nierówne. Ależ, proszę państwa, cóż z tego, że „Fantastyka”, czy też „Nowa Fantastyka” jest równa, skoro rocznie publikuje, w każdym numerze są bodajże trzy polskie opowiadania. Przemnóżcie sobie państwo razy 12 numerów. Mamy 36 opowiadań. Proszę państwa, 36 opowiadań w science fiction to się w ciągu kwartału ukazywało. Od razu widać potencjał, jaki miało to pismo.
Dlaczego ja to tak podkreślam? Dlaczego podkreślam tę kwestię nauczania się? Bo dzisiaj otóż mamy taką sytuację, że wydawnictwa nie są zainteresowane opowiadaniami debiutantów, zbiorami opowiadań debiutantów. Taki młody człowiek od razu musi napisać powieść, a w dodatku musi to być powieść wybitna, żeby ją wydawnictwo opublikowało, bo mniej wybitnych wydawnictwa nie publikują. W ogóle taki mało znany pisarz to po co go publikować? Troszeczkę ja kpię w tej chwili, ale takie jest spojrzenie wydawnictw na debiutantów, na młodych autorów. Wiedząc to wszystko i jeszcze kilka innych rzeczy o tym, co się na rynku wydawniczym i w wydawnictwach dzieje, ukuliśmy pomysł z antologią „Rubieże rzeczywistości”. Cieszę się, że ona nie tylko zaowocowała tym pierwszym tomem, o którym dzisiaj rozmawiamy, ale też właśnie jest wykuwany tom drugi. Dlaczego tak się cieszę? Wiktorze, dlaczego ja się tak cieszę?
Możesz mi to powiedzieć?
[50:41] - Wiesz dlaczego ja się cieszę? A możesz mi powiedzieć, dlaczego ja się cieszę? Cieszymy się, bo jest dużo radochy przy tym wszystkim. Ja mam drobną uwagę do tego, co żeś tutaj w tym nabożeństwie swoim do tych ewangelii, które żeś wygłosił przed chwilką. Otóż jak wspominałeś o tych tytanach dziura, to chciałbym powiedzieć, że do Radia Paranormalium trafili również ludzie, którzy według mnie są tytanami dziura. By i byli bez nas i bez Radia Paranormalium i bez tego konkursu. Wymienię tylko tak z grubsza trzech, czterech, proszę ciebie. To jest Kadyna, Julian Prokopowicz, trochę Cichoń i tak dalej. No i co z tego? Oni pisali przed nami, pisaliby bez nas i tak dalej.
Natomiast trzeba by było ich zapytać, ile parę im się pojawiło, tak powiem, wymyślnych od czasu, kiedy się z nami, że tak powiem, skliknęli i zaczęli z nami dyskutować i publikować na Radio Paranormalium. Teraz co do zalet antologii i książki jako takiej. Otóż według mnie książka już jest dawnym przeżytkiem. Zawsze to głoszę i tak dalej, ale z pewnym „ale”. Otóż internet, fale radiowe to jest troszeczkę tak zwana strefa ducha. Natomiast żeby się można było oprzeć na materii, książka jest takim materialnym uzupełnieniem tej strony ducha. Jest tą cegłą, takim kamieniem węgielnym, bez której dobrze, nie mówię tylko o książce, mówię również o czasopismach i tak dalej, o formie drukowanej. To jest zwykła cegła, można się bez niej obejść. Można publikować w sferze ducha, gdzie się błąkają, że tak powiem, nasze teksty, czyli w internecie. Przypomnę, dosyć szybko mieliśmy kontakty nie tylko z ludźmi, którzy piszą literaturę, ale również z krytykami.
Marek mi kiedyś do książek, które omawialiśmy w „Bibliotekarium”, podrzucał teksty krytyków, którzy publikują swoje, odczytując te recenzje, którzy się zajmują recenzowaniem książek na YouTubie. Publikują tam te swoje wyczyny. Tego jest bardzo dużo. Ci ludzie publikują tam. Ja dostarczony, że tak powiem, przez Marka tekst wysłuchuję i robię wielkie oczy. Facet, młody jakiś człowiek wypowiada się tak profesjonalnie na temat literatury, mówi tak mądrze, a przede wszystkim bystro. Jest bystrzecha. Po czym Marek mi komunikuje, ile miało to odsłuchań. 63. Jezu, Maryjka!
Włosy mi stają dęba na głowie. Przecież to jest, że tak powiem, błędny ognik. To się gdzieś tam buja jak ten robaczek świętojański po leśnej nocy, że tak powiem, błąka się ten jego głos, bo on ma 60 odsłuchań rzeczy, która jest dobra. Dlaczego? Wszystko jest w porządku, ale ten człowiek powinien również znaleźć oparcie na dobrym piśmie krytycznym, może nie wszystkie jego recenzje, gdzie ta recenzja się pojawi, utrwali się jak te całe ... jakieś tam malunki naścienne i będzie trwało, a nie będzie fruwało wyłącznie w sferze ducha. Takim finałowym efektem pewnego procesu tworzenia, czyli druk, wydrukowanie czegoś. Jakby nie było, można pocztą pantoflową opowiadać sobie różne opowieści. Można by było konstytucję Stanów Zjednoczonych przekazywać z dziada pradziada i też by była ważna, też by była trwała, ale ktoś to jednak musiał spisać i zapisać, a potem sobie może chodzić po ludziach i wędrować. Ta wędrówka słów jest dosyć błędna i nie zawsze trafia wszystkim do ludzi, a przede wszystkim jest problem z wędrówką takich idei.
Zawsze można w pewnym momencie stracić pewien sens idei. Ktoś może się tylko domyślać i ważne jest, żeby móc trafić do źródła, sprawdzić, jak to w tych Ewangeliach i w Starym, czy Nowym Testamencie zostało napisane. Od tego jest pismo drukowane i do tego jest potrzebna pałka.
[56:24] - Ja powiem coś takiego, że ty mówisz o tych młodych ludziach, którzy mówią mądrze i mają sześćdziesiąt kilka odsłuchań, ale ja jestem niestety człowiekiem potworem, który wysłuchuje, przegląda internet i wysłuchuje wielu różnych dziwnych rzeczy. Jak to delikatnie powiedzieć? Znam też kilku blogerów książkowych, którzy youtubują i wygłaszają recenzje, co do których mam podejrzenia, że książek, które recenzują, albo nie przeczytali, albo przeczytali ich streszczenia, albo czytali je bardzo po łebkach. I ci blogerzy, ponieważ mówią bardzo pięknie, mówią ze swadą, oni nie mają sześćdziesięciu kilku odsłuchań, tylko mają kilka tysięcy odsłuchań czy nawet jeszcze więcej. To pokazuje, że internet to nie jest medium sprawiedliwe albo też medium, które sprawia, że pewien obiektywizm się pojawia. Otóż dlaczego ja to mówię w ogóle? Bo jak słucham niektórych recenzji na YouTubie, to porównuję sobie te recenzje z tak zwanymi notkami wydawniczymi rozprowadzanymi przez wydawnictwo oraz z treścią książki, którą przeczytałem. I niektórzy blogerzy mówią rzeczywiście o książce, którą przeczytali, a niektórzy mówią o książce, którą przerzucili, przekartkowali, ale postanowili ją zrecenzować. To jest piętno naszych czasów, że się pojawiają recenzje. Inaczej, że część recenzentów nie czyta książek, które recenzuje.
Bez komentarza. To pozostawię bez komentarza. Raczej jako taką pewną zagadkę dla wszystkich naszych słuchaczy, że niestety znak czasów, proszę państwa. Wróćmy, bo takie wielkie koło zrobiliśmy. Tak obeszliśmy, odeszliśmy od antologii. Wróćmy do antologii „Rubież rzeczywistości”. Otóż powiedziałem o tym, że ta antologia wydała nam się takim miejscem, w którym będzie można czy to zadebiutować, czy też pokazać czytelnikom: „Oto tu jestem. Może spodoba ci się to, co napisałem. Będę pisał dalej. Szukaj mnie”.
Myślę, że to jest ważne, bo oczywiście, tak jak powiedziałem wcześniej, jest pewna grupa pisarzy, którzy debiutują opowieściami. I to się udaje czasami, ale normalna droga jest taka, że zanim zapanuje się nad tym teatrem powieściowym, to lepiej wypróbować swoje możliwości na opowiadaniu, na utworze krótszym, na utworze, nad którym łatwiej jest zapanować, w którym łatwiej jest pewne rzeczy ćwiczyć albo pewne rzeczy testować. Ta różnica pomiędzy ćwiczeniem a testowaniem jest mniej więcej taka, że jak sobie... Inaczej, zróbmy w ten sposób. Dla mnie ćwiczenie to jest coś takiego, że bardziej związane jest z pisaniem, z używaniem słów, ze sposobem, w jaki się wypowiadamy, ze stylem, jakim piszemy. Natomiast testowanie- To jest mój podział, więc z góry przepraszam, że on nie będzie taki klasyczny czy też może literaturoznawczy. A testowanie to dla mnie jest sposób budowania opowiadania, sposób dzielenia narracji na pewne części, przedstawiania tej narracji. To jest dla mnie test, który wykonuje autor. W gruncie rzeczy pokrewne sobie sformułowania, ale ja je rozróżniam mimo wszystko. I taka antologia to jest miejsce, kiedy się możemy sprawdzić, kiedy wysyłamy opowiadanie i czekamy.
Stąd też ta inicjatywa w tym roku, że poza głównymi dwoma tematami pojawiły się również tematy do shortów, do opowiadań krótkich. W pewnym momencie jeden z autorów napisał do mnie: „Ale panie Marku, 25 tysięcy znaków. Uważam, że to jest cholernie mało, żeby napisać coś sensownego”. Jakby to powiedzieć delikatnie. Jak ktoś nie potrafi na 25 tysiącach znaków napisać czegoś sensownego, to ja mam podejrzenia, ale nie pewność. Tej pewności mieć nie można, ale mocne podejrzenia, że on nawet na 100 tysiącach nie napisze nic sensownego. To jest kwestia skupienia, przemyślenia. Ja zaręczam, akurat w przypadku tego autora, który zadał to pytanie, jestem tego niemal pewien, że jak dobrze pomyśli, to nie tylko na 25 tysiącach, ale na 12 tysiącach się spokojnie zmieści i napisze utwór, który wiele osób może wnieść po prostu w fotel. Temu to wszystko służy, żebyśmy próbowali. My jak my, ale żeby młodzi autorzy, młodzi duchem albo ciałem, czy jakkolwiek to ujmiemy, żeby próbowali, żeby robili testy i próby, te ćwiczenia, bo to jest w gruncie rzeczy bardzo ważne dla młodych autorów.
To jest sposób rozpisania się. Ja cały czas wierzę w to, że oczywiście część autorów jest genialna sama z siebie, natomiast część autorów po prostu musi się rozpisać, musi się mieć gdzie rozpisać. W momencie, kiedy zniknęło science fiction Roberta Schmidta, czy też później Fabryki Słów, to ci autorzy oczywiście mogą pisać do szuflady, ale to jest dla wielu autorów demotywujące. Pisanie do szuflady jest nudne, jest w gruncie rzeczy czasami głupie, bo piszemy, piszemy i nikt tego nie czyta. Jaki jest sens pisania czegoś, żeby tego nikt nie czytał? Niektórzy w tym sens znajdują. Ja w tym sensu, mówiąc szczerze, nie widzę. Moim zdaniem autor powstaje, buduje się wtedy, kiedy ma swoich czytelników, ma swoich słuchaczy. To dlatego między innymi pojawiło się ABW. Czy tam są opowiadania genialne?
Nie, tam są opowiadania bardzo różne. Opowiadania, o których dyskutujemy, na temat których się spieramy, ale opowiadania ludzi, którzy chcą pisać i przypuszczam będą pisać. Chodzi o to, żeby pisali coraz lepiej, żeby pisali coraz sprawniej, żeby pisali z coraz większą świadomością tego, co robią, a nie na zasadzie takiej: „A, coś sobie napiszę”. Troszeczkę pod to, co powiedziałem przed chwilą o ABW, podpina się antologia. Antologia „Róbieży rzeczywistości” pełni mniej więcej taką właśnie rolę.
[01:04:28] - Marku, muszę gorąco zaprotestować.
[01:04:32] - Ależ protest, oczywiście.
[01:04:35] - Otóż walnąłeś tekst bardzo dyskusyjnie. Oczywiście, że w ABW nie ma opowiadań genialnych. Nie będę wymieniał nazwisk, ale ja osobiście twierdzę, że przynajmniej kilka opowiadań, które trafiły przez nas do Radia Paranormalium i poszły w świat, były naprawdę genialne. Kilka takich trafiłem.
[01:05:01] - Tak, masz rację. Ja z dużą przyjemnością wycofuję się z tego sformułowania. To raczej mój słowotok spowodował, że tak to ująłem. Powinienem powiedzieć tak: tam nie zdarzają się same opowiadania genialne. Rzeczywiście tak. To jest mój błąd. Biję się w pierś. Rzeczywiście, masz rację. Teraz to widzę. Tam rzeczywiście pojawiło się kilka opowiadań, które budziły moją zazdrość.
Moją niezdrową zazdrość, że to nie ja je napisałem na przykład. Pojawiały się i takie opowiadania.
[01:05:37] - Tak.
[01:05:38] - Dokładnie.
[01:05:39] - Tak, a na Paranormalium otwierałem wielkie oczy, że Boże mój, takie proste. Dlaczego nikt przez 50 lat czegoś takiego nie napisał? Też miałem takie zdziwienia.
[01:05:50] - Tak, dokładnie. Więc w ABW się takie opowiadania pojawiały, ale to nie jest reguła. I bardzo dobrze. To nie musi być reguła. Nie do tego jest stworzone ABW. Powiem jeszcze więcej.
[01:06:03] - Marku, mogę wpaść ci w słowo? Słuchaj, otóż jak wspominałeś Roberta Schmidta inicjatywę z tym science fiction, fantasy i horroru, otóż dobrze jest, jak jest jakieś forum, które w pewnym sensie odzwierciedla rzeczywistość, ale z tą inklinacją na to, że jednak na tej dziurze siedzi jakiś demon Maxwella i stara się przepuszczać rzeczy w miarę sensowne. Czyli jednak jakiejś redakcji, a nie zupełnego tego internetowego wrewu, gdzie można sobie wszystko wrzucić i nikt właściwie nie może ani oponować. Banować może faktycznie, ale to nie ma wielkiego wpływu. Otóż ważne jest odzwierciedlenie pewnej rzeczywistości. Jeżeli my wyselekcjonujemy najlepszych autorów z Polski, wydamy antologię albo ogłosimy konkurs zamknięty dla tytanów pióra, to będzie świetne, to będzie genialne. Ale to nie jest odzwierciedlenie aktualnego poziomu rynku, na którym pojawiają się rzeczy genialne oraz do dupy, grzecznie mówiąc. Holender, wiesz, o co chodzi i wy wszyscy wiecie. Zatyka mnie czasami, jak chcę mówić o rzeczach ważnych.
[01:07:46] - To ja coś powiem, żeby trochę spuścić z tej górnolotnej atmosfery trochę ciśnienia. Czytam na czacie, Marzena Lu pisze o tym, że widzi sens pisania do siebie, dla siebie i że jak już dojdzie do wniosku, że jest wszystko okej, to może komuś to pokaże. Marzena Lu pisze też: „Dzięki wam robię poprawki i uczę się co i jak”. Przyznaję rację naszej słuchaczce, bo to tak jest. To jest też miara tego, że autor jest odpowiedzialny, czyli nie puszcza wszystkiego w lud, co mu kapnęło z pióra, tylko robi poprawki, śledzi to, konfrontuje, analizuje. Ale w pewnym momencie powiedzieć musi: „Dobra, już lepiej tego nie zrobię. Przynajmniej dzisiaj. Teraz puszczam to w ludzi”. Dlatego ja to tak bardzo mocno podkreślam. Uważam, że to jest bardzo ważna rzecz.
[01:09:05] - Marku, wyjście do innych ludzi jest niezłą rzeczą, bo to jest tak zwany egzamin . Panie Przewodnicki, trzeba ten egzamin kiedyś przejść. Samoświadomość, sprawdzenie samego siebie i tak dalej, jest bardzo ważne w tym procesie tworzenia, kształcenia i tak dalej, w przygotowawczej fazie. Natomiast jeśli chce się sprawdzić, na ile potrafisz strzelać bramki albo na ile potrafisz bramkę bronić, to trzeba wyjść na boisko niestety. Są inni.
[01:09:47] - Tak, są inni gracze. Trzeba się nauczyć grać z tymi graczami. Co więcej, na trybunach jest publiczność. Ona też ocenia i ona też mówi, czy ty jesteś dobry, czy nie jesteś dobry. Ale wrócę do antologii. Kiedy ją dzisiaj rano przeglądałem, to mi się nasunęła taka refleksja, że wśród wielu tekstów, 35 tekstów to jest naprawdę, proszę państwa, sporo. Tak sobie to przeanalizowałem. Jest sporo tekstów, chociażby pierwszy z brzegu. Akurat pierwszym tekstem w naszej antologii jest tekst Przemysława Cichonia o tytule, na którym się oczywiście ja ze swoją zdolnością do odczytywania nazw zatnę. „Astronax F.
Figier”. Szereg innych tekstów. Co mi to nasunęło? Jaka mi się taka myśl pojawiła? Otóż te opowiadania przypomniały mi... Chociażby to opowiadanie. W swoim czasie Stephen King napisał taki cykl opowieści. To zostało sfilmowane, bo właściwie z taką myślą zostało to napisane. „Creepshow” to były takie proste opowieści odwołujące się właściwie do lat 50. czy może jeszcze wcześniej, kiedy rządziły komiksy horrorowe, jakieś takie proste historie o meteorycie, który spada i zaraża człowieka jakąś chorobą i tak dalej.
To proste historie są. Ale to były historie, które bardzo mocno działały na ludzi i dlatego Stephen King powołał do życia tę serię „Creepshow” sfilmowaną, w której zresztą sam wystąpił w tych filmach. A dlaczego? Ponieważ ona odwoływała się do pewnych tradycji literackich amerykańskich, co prawda. Jedni to cenią, drudzy nie za bardzo, ale myślę, że podobną rolę pełni nasza antologia, z zachowaniem oczywiście pewnych proporcji. Ale rzeczywiście ta antologia pokazuje szereg ciekawych interpretacji tematu. Nie bez przyczyny jest tak, że myśmy nie przyjmowali opowiadań według zasady „napiszcie coś, a my to zanalizujemy”. Tylko podaliśmy dwa tematy i patrzyliśmy, w jaki sposób te tematy zostaną przefiltrowane przez wrażliwość autorską i zostały przefiltrowane bardzo różnie. Już samo to okazało się dobrym strzałem, bo antologia „Rubieże rzeczywistości”, jej siłą jest to, że to nie są opowiadania pisane na jedno kopyto. Jeśli mamy temat „hotel na uboczu”, to nie dostajemy samych historii o tym, że hotel stoi na uboczu i tam się dzieje coś złego.
To są bardzo różne historie. Podobnie z drugim tematem. Diabeł gra w kości. To prowokacyjny temat, ale zobacz, jak załatwił się z tym tematem na przykład Tomasz Fąs, a jak zupełnie inaczej z tym tematem zmierzyli się inni autorzy. Tacy na przykład jak Jacek Oleś Geser albo na przykład Maja Baranowska, Piotr Prokopowicz. To są zupełnie inne opowieści i wydawałoby się, przepraszam, że wymieniam tylko te nazwiska, bo tych nazwisk jest znacznie więcej, ale wszyscy autorzy właściwie, którzy zaistnieli w antologii Rubieże rzeczywistości, każdy z nich ten temat przemielił. Mówię oczywistą oczywistość. Przemielił na swoją modłę, pokazał coś nowego, pokazał coś, co mu w duszy gra. To czasami są dosyć ponure dźwięki, które grają. Powiedz Wiktor, czy dostaliśmy w tych opowiadaniach dwa opowiadania, które właściwie kopiowały jakieś pomysły?
Wydawać by się mogło, że są dwa tematy i właściwie powinno nam się coś takiego zdarzyć. Nie zdarzyło się. Praktycznie nie ma dwóch opowiadań, które opowiadają podobną historię. To ja uważam, że to jest sukces. Mimo wszystko, jeśli chodzi o to. Oczywiście sam sobie wystawiam laurkę, nam jako redaktorom, ale tak naprawdę wystawiam tę laurkę naszym autorom.
[01:14:47] - Marek, ale nasza zasługa, tu ja się podpigł. Może twoje samo zadowolenie jest to, że zupełnie niechcący, a właściwie chcący otworzyliśmy strefę kojarzenia różnych gatunków. Myśmy nie ustalili sztywnych ram, że to ma być science fiction albo to ma być horror, albo to ma być fantasy i tak dalej. Co ludzie napiszą, to napiszą. Temat jest dany bardzo różny, można to interpretować na różne sposoby. I ludzie w ten sposób, każdy mierzył się z tematem, z własną osobowością, z własnymi upodobaniami. Nie miał tego garnituru narzuconego, że musi wszystko pasować do fantastyki na przykład, albo pasować do jakiegoś horrorowego zbiorku i tak dalej. Ma luz, ma wolność i każdy dzięki temu czuł się swobodnie. I z tego fajny ferment wynika.
[01:16:03] - Tak, ale jednej rzeczy mi zabrakło. Może będzie w drugim tomie. Myśmy to zresztą podkreślali, bo te tematy prowokują. Przynajmniej drugi z nich, Diabeł gra w kości, prowokuje do jakiejś odmiany fantastyki. Czy to horror, czy to science fiction, czy fantasy, czy jakiekolwiek inne jeszcze odmiany. A tymczasem tak naprawdę spójrzcie państwo, zarówno temat Hotel na uboczu, jak i Diabeł gra w kości dałyby się napisać jako na przykład opowiadanie obyczajowe. Nikt tego nie spróbował. Myśmy takich barier nie stawiali i nie stawiamy także w drugim konkursie, który właśnie się toczy. Takich barier nie ma po prostu. Jeśli macie państwo, gra wam w duszy obyczajówka, to zapraszamy.
Niech to będzie obyczajówka.
[01:17:02] - Ale zobacz, że sam zaprzeczysz temu, co powiedziałeś wcześniej w tej audycji, że na przykład opowiadanie pani Kasisi jest właściwie obyczajowym opowiadaniem.
[01:17:13] - Tak, ale zawiera te elementy fantastyki.
[01:17:16] - Tak, bo magia jest elementem rzeczywistości. No trudno.
[01:17:22] - No tak, przynajmniej według niektórych. Niektórzy twierdzą, że niekoniecznie.
[01:17:27] - Przynajmniej magiczne myślenie.
[01:17:31] - Abwed001 namawia nas, żebyśmy troszeczkę opowiedzieli o wrażeniach dotyczących konkretnych opowiadań. Że mamy czas. Ale ja jak sobie tak to przemnożę, 35 razy dwie minuty na każde opowiadanie, to już mi się robi tych minut 70 i trochę się tego boję.
[01:17:55] - Ale dwie minuty ty i dwie minuty Wiktor.
[01:17:59] - No właśnie, to już się robi niebezpiecznie. Ja mam inną rzecz. Wbrew pozorom myśmy już to zrobili. Te wrażenia. Jeśli są państwo zainteresowani naszymi wrażeniami z tych opowiadań, które są zawarte w pierwszym tomie, to ja tylko powiem, że przed każdym opowiadaniem, dokładnie przed każdym znajduje się nasz krótki komentarz. Dwu-, trzy-, pięciozdaniowy komentarz, który wspólnie z Wiktorem napisaliśmy i który wprost albo nie wprost mówi o tym opowiadaniu. To jest nasz wkład w ten tom, w tę antologię. Poza tym, że wybieraliśmy opowiadania, to postanowiliśmy, że jakieś takie naznaczenie im damy i przy każdym opowiadaniu taki komentarz państwo znajdziecie.
[01:18:57] - To są rzeczy bardzo często ... emocjonalne, co nam się rzuciło na myśl jako pierwsze, albo jakie wrażenie żeśmy odnieśli, albo co z tego opowiadania wynika i tak dalej. Co jest może ważne-
[01:19:14] - Ale jedna rzecz jest dosyć charakterystyczna. Te komentarze do końca zrozumiecie Państwo tylko wówczas, jeśli przeczytacie opowiadanie. Zobaczcie Państwo, jeden tekst można przeczytać dwa razy. Na początku, zanim przeczytacie opowiadanie, przeczytajcie ten tekst. Przeczytajcie opowiadanie, a później wróćcie do tego naszego tekstu. Zobaczycie go w innym świetle. To świadome działanie, które zrobiliśmy. Wredne, niewredne? Nie, nie było wredne. Ono po prostu pokazuje, w jak różny sposób można patrzeć na tekst.
To tak tytułem naszego stosunku do poszczególnych opowiadań. To o tyle byłoby trudne, omawianie poszczególnych opowiadań, że siłą rzeczy wkopalibyśmy kilku autorów. Siłą rzeczy w jakiś sposób opowiedzielibyśmy opowiadania, a te opowiadania trzeba po prostu przeczytać. Ja zaryzykuję takie twierdzenie. Może się Wiktor ze mną nie zgodzi, więc będę mówił we własnym imieniu. Ja mam poczucie dobrze spełnionego obowiązku, jeśli chodzi o tom „Rubieże rzeczywistości”. Tam nie ma opowiadań słabych. Nie ma opowiadań w tym tomie, które są dane z litości. Nie ma takich. Nie mieliśmy powodu tego robić.
W związku z tym antologia „Rubieże rzeczywistości” zawiera opowiadania na poziomie. Ja myślę, że te recenzje, które się pokazały już gdzieś w sieci, one to oddają, bo większość ludzi, recenzentów pisze o tym, że to się po prostu dobrze czyta. I taka jest rola tego rodzaju antologii, żeby się dobrze czytały. To jest moim zdaniem podstawa, ale żeby też coś zostawiało na sicie, żeby po lekturze tych 500 stron człowiek odkładał książkę i mówił sobie: „Kurczę, fajne to było. Kilka fajnych rzeczy pojawiło się w mojej wyobraźni, w moim postrzeganiu świata”. To zawsze będzie sukces naszych autorów. Tak uważam.
[01:22:00] - Wiesz, jak tak mówisz, to ja sobie zacząłem przypominać śladowo jakieś opowiadania, które we mnie naprawdę utkwiły jak jakiś taki kolec normalnie. Przypomnij nam wszystkim autorkę, która napisała o tym straszliwym monstrum, które w Szkocji przy tym jeziorze Loch Ness, że tak powiem, pracuje jako hotelowa...
[01:22:38] - To teraz stawiasz przede mną zadanie. Muszę znaleźć to opowiadanie w spisie treści. Ale to rzeczywiście mocne opowiadanie. Bardzo mocne. Tylko ja właśnie nie wiem, czy to aby na pewno była autorka, czy też po prostu bohaterką jest autorka.
[01:22:57] - Autorka była. Autorka. Ja pamiętam.
[01:23:00] - Ja nie jestem taki pewien, ale już szukam. Szukam.
[01:23:06] - Nie pamiętam tytułu. W każdym bądź razie na mnie odcisnęło takie piętno, że zatkało mnie zupełnie, jak autorka potrafiła to kapitalnie rozegrać po prostu to opowiadanie. I właściwie nie mieliśmy żadnych uwag do niego. Ono było takie i takie zostało, nie?
[01:23:36] - Tak sobie szukam w tej chwili. Szukam. Jakbyś coś mówił w tej chwili, to byłoby nieźle. No mów.
[01:23:48] - Że ja pamiętał tytuł. Że ja pamiętał tytuł, Marek, ale nie pamiętam.
[01:23:51] - To może ja coś powiem? Może przypomnę komentarze, może przypomnę kontakty do nas, do Radia Paranormalium. Może ktoś zdecyduje się zadzwonić do nas. A więc wypadałoby przypomnieć. Skoro się już powiedziało, że się przypomni, to wypadałoby przypomnieć. Linia telefoniczna jest otwarta. Można dzwonić pod nasz numer telefonu 530 620 493. Jesteśmy także na Skypie radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube.
Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata. I chyba Bibliotekarium też jakąś tam swoją grupę ma, z tego, co widziałem. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Ale gorąco oczywiście zachęcamy do dzwonienia, bo fajnie was poczytać, ale jeszcze fajniej was usłyszeć.
[01:25:11] - Ja już znalazłem to, co miałem znaleźć.
[01:25:14] - Dałem ci wystarczająco dużo czasu.
[01:25:16] - Tak jest, a ja ten czas skrzętnie wykorzystałem. Otóż Wiktorze, to opowiadanie, o którym-
[01:25:22] - Wiem, że się myliłem.
[01:25:24] - Oczywiście! Ale dlaczego bym robił takie przygotowanie? Otóż to jest opowiadanie Marcina Kowala, które nosi tytuł „Niezły kąsek”.
[01:25:40] - Słuchaj, ja szybko skomentuję. Otóż ta osobowość bohaterki tego opowiadania utkwiła mi tak mocno w świadomości, że rękę bym oddał, że to musiała napisać kobieta, bo to było przez kobietę opowiedziane. Czyli to jeden gigantyczny plus dla Kowala, że potrafił tak wspaniale oddać mentalność takiej dziewczyny ze Śląska, która sobie jedzie gdzieś, żeby dorobić na weselu i tak dalej. Kapitalne opowiadanie.
[01:26:18] - I chwała autorowi za to. Chwała Marcinowi Kowalowi za to opowiadanie. To jedno z mocnych opowiadań w antologii. Ja tu sobie zerkam na czata. Inka pisze do Marzeny Lu: „Ja nie wierzę, że ktoś pisze tylko dla siebie. Chyba, że jest to pamiętnik”. Ja się w pełni zgadzam z takim twierdzeniem. To rzeczywiście jest tak, że uważam, że pisarz pisze dla swoich czytelników. Będę tego zdania starał się bronić jak niepodległości czy też czegoś ważnego. W każdym razie ja wierzę w to, że pisarz jest dla czytelników, a nie dla siebie.
Takie jest moje skromne, a właściwie nie, ono nie jest skromne. To jest moje zdanie.
[01:27:08] - Marko, moje krótkie zdanie na ten temat. Otóż można kochać siebie samego do końca życia. I szczęść Boże wszystkim, którzy kochają samego siebie. Należy niestety pewne rzeczy adresować do innych, bo my mamy naturę społeczną, a nie-
[01:27:30] - Wiesz co? Zrobiło nam się w tej chwili tak dosyć pochwalnie i w ogóle optymistycznie. To ja, żeby nie było tak optymistycznie, żeby troszeczkę złamać nastrój, postanowiłem, żeby teraz wyemitować felieton naszego współprowadzącego z ABW, Tomka Fąsa. Felieton, który powinien dać do myślenia wielu autorom, aczkolwiek rezerwuję sobie możliwość wygłoszenia votum separatum, wygłoszenia swoich refleksji na temat tych problemów, które Tomek Fąs porusza, ale to już po jego felietonie. Marku, prosimy o felieton Tomasza Fąsa.
[01:28:39] - Do przyjaciół pisarzy. Proszę państwa, omawiamy dzisiaj „Rubieże rzeczywistości”. Jest to zbiorek mi bliski w pewnym sensie. W końcu wziąłem w nim udział i też pewnie gdyby nie ten zbiorek i nie duży wkład pracy Marka w to, żeby cała ta sprawa się udała, to pewnie już dawno spisałbym to całe moje pisanie na straty. Nie jest to całkiem dla mnie debiut. Były jakieś publikacje, zwłaszcza tych tekstów rymowanych, ale powiedzmy jakieś pomniejsze, literackie, też trochę twórczości publicystycznej. Ale jakoś tak to wszystko się w pewnym momencie skończyło. Do momentu, kiedy Marek ogłosił całą tę inicjatywę, że robimy konkurs, że robimy nabór na ten zbiorek. Stworzył grupę na Facebooku, bez żadnych próśb z mojej strony zostałem do tej grupy wciągnięty i jakoś w końcu zebrałem się w sobie i faktycznie tekst powstał i stał się częścią tego zbiorku. Później jakby na fali tego sukcesu, że tak powiem, zaistniała też teraz seria opowiadań, zaistniał jakiś mój udział w audycji ABW.
I jest to przyjemne. Jest to coś fajnego, coś inspirującego dla mnie teraz. Ale jest to fajne właśnie dlatego, że już na chwilę obecną traktuję to wyłącznie jako hobby. W żadnym wypadku jako pracę czy coś, co miałoby tutaj zwiastować jakiekolwiek zyski. I to trzeba państwu, którzy w tym zbiorku wzięliście udział, powiedzieć, że wy nic na tym nie zarobicie. Oczywiście nie na tym zbiorku i prawdopodobnie albo na 90% prawdopodobieństwa w ogóle na swojej twórczości literackiej nie zarobicie nic. A nawet jeżeli będziecie w jakimś ułamku procenta szczęśliwych ludzi, którzy zyskają grono czytelników, to z całą pewnością wasze zarobki będą nieadekwatne do pracy, którą będziecie musieli wkładać, żeby utrzymać jakiś poziom literacki. I to trzeba sobie otwarcie powiedzieć. Ja przyznaję, że może z młodzieńczej naiwności dawno temu sobie z tego nie zdawałem sprawy. Miałem nie wiadomo jakie wizje, że będę pisarzem, że nie wiadomo, co ta twórczość będzie warta.
W ogóle jestem genialny, jak większość młodych ludzi. Było to na pewnym etapie płodem frustracji, też takiej dosyć może przesadnie, pretensji różnych do siebie, do świata, że zmarnowałem czas na to. Natomiast to trzeba sobie powiedzieć: na pisaniu się nie zarabia. To znaczy można zarabiać na pisaniu, ale raczej nie literatury. Ludzie, którzy zarabiają na pisaniu, którzy jakoś z tego żyją zawodowo, to są jednak głównie dziennikarze. Ale też trzeba powiedzieć, że praca dziennikarska, zwłaszcza dzisiaj, nie polega tylko na umiejętności pisania. Pisanie jest jednym z elementów, niekoniecznie najważniejszym. Pisanie poprawne, super prawidłowe. Dziennikarz przede wszystkim musi dużo biegać, poznawać ludzi, szukać interesujących tematów, produkować tych tekstów często bardzo dużą ilość. Niekoniecznie wysokiej jakości, często takiej sobie, ale właśnie na ilość, na docieralność, na internetowe funkcjonowanie tej twórczości się kładzie nacisk.
Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że rola prasy, rola informacji pisanej spada zdecydowanie w dobie multimedialnej. Jak z tym żyć? Być może faktycznie po dyskusji się zastanawiam, że być może przesadny był tutaj mój postulat, wniosek, sugestia, żeby całkowicie nie redagować tekstów, nie ćwiczyć warsztatu. To jest na pewno przesada. Natomiast zachęcam państwa do racjonalnego rozłożenia sił, ponieważ im większe państwa zaangażowanie, im większa państwa nadzieja na sukces literacki, tym większa frustracja i zawód potem, tym więcej zmarnowanego czasu, czy też czasu trochę nieracjonalnie wydanego. Im mniej państwo się przyłożycie, tym mniejsza szansa, że cokolwiek warta ta literatura będzie. Jednak faktycznie trzeba racjonalizować ten wydatek sił przy świadomości, że jest to hobby, przy świadomości, że pisanie nie jest rzeczą zarobkową. Warto jest, jeżeli już mimo wszystko chcemy się tym zajmować, uważamy, że jest to coś, co jakoś nas bawi, bo tylko i wyłącznie wówczas ma to sens, kiedy nas to bawi, sprawia nam przyjemność, dostarcza innych niż finansowe czy jakieś związane z pozycją źródła satysfakcji. Oczywiście może państwu działać na wyobraźnię sukces niektórych postaci. Pewnie jakieś kwoty wymieniane w kontekście ekranizacji dzieł, czy też nasza noblistka ostatnia.
Tylko miejcie państwo świadomość, że to po pierwsze są przypadki bardzo wyjątkowe. Po drugie jednak przeważnie ludzie, którzy w innym kontekście, w innych czasach zaczynali te swoje kariery literackie. Może nie wszyscy, faktycznie jacyś tam Mrozy, Niemrozy są dosyć młodzi ludzie, ale tu znowu mamy bardzo duży aparat promocyjny, bardzo dużo różnych pozaliterackich źródeł sukcesu. I to są przypadki bardzo wyjątkowe. Miejmy też świadomość, że nawet w kontekście naszej noblistki aktualnej, to jednak państwo polskie też zdaje się włożyło dużo pieniędzy w jej wydania zagraniczne, w przekłady. To nie jest tak, że ona samą twórczością i talentem zarobiła na tę nagrodę. Ktoś tam jednak musiał jakąś dotację dołożyć zdaje się. Miejmy świadomość, że nagrody to jest przeważnie tak zwana literatura mainstreamu. To nie jest fantastyka. Autorzy fantastyki, o ile mi wiadomo, nie wpisują się.
Nawet Lem ostatecznie do Nobla się nie kwalifikował. Być może właśnie w związku z tym, że jednak był zaliczany raczej do fantastów niż do autorów głównego nurtu. Także bawmy się, proszę państwa, bawmy się w to pisanie, bo ono nam sprawia przyjemność. I niezależnie od tego, jak co niektórzy klasycy, miłośnicy wielkiej literatury, tej roli sztuki wiekopomnej się nad nim oburzają, to jednak uważam, że pisanie jest hobby tylko i wyłącznie. I obyśmy się dobrze bawili, a być może wówczas faktycznie rubieże rzeczywistości będą się rozwijać i sprawiać nam wszystkim dużo przyjemności, bo o to przecież chodzi.
[01:35:28] - Ha! Tomek wrzucił grad szambo, to teraz trzeba będzie coś z tym zrobić, bo sporo racji ma Tomek w tym wszystkim, co mówi. Właściwie jakbym miał się do jednej rzeczy przyczepić, to trudno by mi było. Ale z całą wymową tego felietonu nie do końca się zgadzam. Powiem tylko jedną rzecz. Literatura, czy w ogóle, może za duże słowo literatura, pisanie to jest taka materia dosyć niesprawiedliwa. Właściwie całe życie jest niesprawiedliwe. Nie jest zawsze tak, że jak ktoś włoży dużo pracy, to zawsze mu to przyniesie sukces. Nie jest tak, niestety. Odwróćmy to rozumowanie.
Jeśli nie będziemy się starać, nie będziemy wkładać pracy, to tym bardziej nie odniesiemy sukcesu. I Tomek ma rację. Większość ludzi piszących w Polsce nie żyje z pisania, tylko żyje z różnych innych rzeczy, które wykonuje w życiu, a pisze przy okazji. I rzeczywiście jest tak, że kilku autorów w Polsce żyje z pisania i to całkiem nieźle, a cała reszta patrzy na nich i im zazdrości. Czy to oznacza w związku z tym, że wszyscy inni, którzy nie zarabiają na swoim pisaniu, powinni automatycznie przestać pisać? Moim zdaniem taki wniosek byłby trudny i Tomek to zresztą mówi. To uczciwie trzeba przyznać, że Tomek o tym mówi, że bawmy się tym, co robimy. Tylko moim zdaniem albo tego nie wysłuchałem, albo tego nie dosłyszałem. Bo moim zdaniem jest tak, Tomek ma rację. Bawmy się tym, co robimy.
Nie traktujmy tego śmiertelnie poważnie, ale też patrzmy na to, co robimy, bo w pewnym momencie może się okazać, że to, co robimy, przynosi innym taką radość, taką satysfakcję, że być może to, co robimy, będziemy mogli przekuć w swój sukces albo też w to, że nagle zaczniemy na tym zarabiać. Ale jeśli nie podejmiemy tego trudu, nigdy nie zaczniemy, nie będzie tego punktu wyjścia, to nie mamy na to szans. To jest moja odpowiedź na ten felieton. Ale tak to jest z felietonem. On budzi kontrowersje, budzi dyskusje i bardzo dobrze. Ja Tomkowi tego felietonu gratuluję, bo moim zdaniem jest to celne wrzucenie. To nawet nie musi być celne. Jest to po prostu wrzucenie granatu w szambo. Chylę czoła.
[01:38:31] - Mogę skomentować?
[01:38:33] - Ależ jak najbardziej.
[01:38:33] - To ja teraz skomentuję, bo uważnie tego felietonu Fąsa słuchałem i zadam takie retoryczne pytanie. Marku i Tomku, wiecie dlaczego ja kiedyś byłem dobry? Dlatego, bo to była moja pasja. To było moje hobby. Nic innego. I po prostu dopóki to było moje hobby, to byłem dobry. Jak to przestało być moim hobby, to odechciało mi się praktycznie biorąc pisać, chociaż nie do końca. Natomiast ważna jest jedna rzecz, że trzeba na to, jak się spojrzy na wszystkie dokonania kulturowe, w sferze kultury naszej ludzkości, to pokażcie mi malarza, który się na malowaniu dorobił. Już nie mówię, ale raczej tym samym mówię o van Goghu, który, że tak powiem, malował po to, żeby brat go karmił. W każdym bądź razie psię miał.
Człowiek ma pasję bardzo często, ale trzeba zobaczyć, jak się nasze życie układa. My mamy tydzień pracy oraz weekend dzisiaj. Ta pasja to jest ten weekend. Niedziela, święto. Można się elegancko ubrać i wyjść na spacer. Albo pójść na jakiś koncert. To jest święto. I oczywiście ludzie, którzy tylko świętują, a artyści zwykle tylko to robią, bez przerwy świętują. Oczywiście sobie ciężko harując przy okazji. W sumie świętują, bo uprawiają swoje hobby.
Może im coś z nieba spaść, jakiś cud, jakaś manna z nieba spadnie za to świętowanie i tak dalej, ale to jest przypadek po prostu. Przy okazji, że tak powiem. Oczywiście można mieć pasję również zarabiania, nie? I dzięki temu wtedy nawet z pisania można żyć. Ale to nie jest pasją pisania, ale pasją jest tak naprawdę zarabianie. To da radę jakoś przekuć to pisanie na materię pieniężną. Natomiast tak w sumie to jest rzeczywiście hobby. To jest pasja. Człowiek tej pasji nie może być pozbawiony, bo inaczej będzie miał właściwie cały tydzień ciężkiej harówy bez tego oddechu, bez tej wolności. A jak wspominałeś, jak Tomek Fąs wspominał, pisarze czy dziennikarze, którzy właściwie żyją z dziennikarstwa czy z pisania, czy jak to się wszystko układa, to o jej bochu.
Przypomnę przecież Rafała Ziemkiewicza, który wprost mówi, że oczywiście nigdy na pisaniu literatury science fiction nie mógł, gdyby pisał, gdyby to kontynuował, nie miałby z czego żyć. Żyje tylko z polityki, właściwie z pracy dziennikarskiej jako komentatora wydarzeń politycznych. To samo robi, że tak powiem, Łukasz Orbitowski, szlajając się po telewizjach i tak dalej, pisząc teksty. Zupełnie człowiek, który zaczynał od science fiction, praktycznie biorąc, odszedł do tego mainstreamu. Po co? Po to, żeby mieć z czego żyć po prostu.
[01:42:18] - Ale poczekaj. Poczekaj, bo to jest jeszcze tak, że Łukasz Orbitowski w tej chwili w Polskim Radiu 24 z Piotrem Gockiem robią od jakiegoś czasu takie Bibliotekarium, tylko nie nazywają tego Bibliotekarium. Przez godzinę, pół godziny, godzinę chyba gadają o książkach różnych. Dwóch panów, Piotr Gociek i Łukasz Orbitowski gadają o książkach. Patent jakby skądś znany. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale tylko, że oni to robią na większą skalę, bo w Polskim Radiu 24 my jesteśmy małe szaraczki, które gdzieś tutaj krążą po internecie. Ale i tak mam dużą satysfakcję.
[01:43:07] - Marku, ja bym nie przesadzał. Polskie Radio 24 też nie ma takiego dużego zasięgu, słuchaj. Może ma większy niż my, ale jednak też nie jakiś taki. To jest na granicy śladowej słuchalności.
[01:43:23] - Nie, nie.
[01:43:26] - Poza tym Marku Poczekajmy, zobaczymy, ilu autorów wyhodują moi przyjaciele Orbitowski i Gociek. Ilu oni wyhodują dobrych autorów, bo nam się trochę udaje.
[01:43:46] - Tak, to prawda. Powiem jeszcze, że w tej chwili spoglądam na spis treści zbiorku „Rubież rzeczywistości". Postanowiłem wymienić opowiadania. Pierwsze opowiadanie, które się pojawia w zbiorku, to jest Przemysław Cichoń. Ten wspomniany przeze mnie astronauta z epifigier. To jest opowiadanie, które postawiło przed oczyma zbiór Kinga „Creepshow", bo to jest opowiadanie, które nawiązuje do prostych amerykańskich historii. Odpowiada wprost na temat hotel na uboczu, a później się dzieje tak, jak to skomentowaliśmy w wstępniaku naszym, że od dawna wiadomo, że z przygodami, znajomościami bywa różnie. Należy uważać. Może być śmieszno i straszno albo orgiastycznie. Rzeczywiście zaczyna być orgiastycznie w tym opowiadaniu.
A co powiecie, jeśli dostaniecie trzy w jednym? I kończymy życzeniami smacznego. To już powinno pobudzić państwa wyobraźnię. Co tam Przemysław Cichoń wymalował w tym wszystkim? Proszę państwa, à propos jeszcze naszych dokonań. To nie są nasze dokonania, to są dokonania autorów. Ale udało się ostatnimi czasy namówić Przemka Cichonia, żeby pociągnął temat świnoryjów. Zapraszam do „ABW za tydzień". Ponieważ pojawił się prolog w jednej z poprzednich audycji, teraz będzie kontynuacja. Nowa książka o świnoryjach na naszych oczach powstaje.
Będziecie mieli państwo dwa epizody kolejne. Spojrzenie na świnoryje oczami człowieka, który przyjechał z zewnątrz. Zapraszam. Już za tydzień będzie można tych nowych, świnoryjskich przygód posłuchać. Ale dalej w zbiorze mamy Maję Podolską „Pan i pani Brown". Powiem, że to jest opowiadanie zupełnie inne niż opowiadanie Przemka Cichonia. O ile tamto nawiązywało do amerykańskich wzorców „Creepshow", to „Pan i pani Brown" to jest niezwykle klimatyczne opowiadanie, z którego wieje grozą. Dalej jest Piotr Prokopowicz, który postanowił się nie wysilać i dał prosty tytuł, taki jak tytuł całego konkursu „W hotelu na uboczu". Ale proszę państwa, niech was nie zwiedzie prostota tego tytułu. Życzę miłej lektury.
W każdym razie to jest naprawdę fajne opowiadanie. Dalej mamy Przemysława Karasińskiego z opowiadaniem „Puszcza". To jest proste opowiadanie. Wydawać by się mogło, że może zbyt proste, ale czasami, żeby zorientować się, żeby poczuć pewną grozę, nie trzeba rozwijać opowieści na kilkanaście, kilkadziesiąt stron. Czasami wystarczy prosty obraz. I mamy właśnie z czymś takim do czynienia. Obraz, który w jednych zostanie, drudzy go zapomną, ale moim zdaniem można go zapamiętać. To jest obraz odwołujący się do pewnych archetypów i to jest moim zdaniem klucz do tego opowiadania. Dalej mamy opowiadanie, które pamiętam, było jedno z pierwszych opowiadań, które przyszło na konkurs. Opowiadanie „Kierownik hotelu" Roberta Zawadzkiego.
Przyznasz, Wiktorze, że to było opowiadanie, nad którym sobie trochę podyskutowaliśmy, prawda?
[01:48:04] - Tak, ale ja jak je czytałem pierwszy raz, to aż podskoczyłem, bo według mnie jest zajebiste opowiadanie i zajebisty pomysł. Bardzo prosty pomysł na temat przywiązania, człowieka do pełnienia pewnej funkcji. Tak jak to Tomek Fąs powiedział: my jesteśmy pisarzami albo próbujemy pisać, a tamten facet był kierownikiem hotelu w jego opowiadaniu . Nigdy nie powróży.
[01:48:36] - Jest zwykle konsekwentnym kierownikiem hotelu, powiedziałbym.
[01:48:40] - Tak.
[01:48:40] - Dalej mamy opowiadanie Kamili Ciołko-Borkowskiej „Bez koordynacji". Proszę państwa, to jest takie opowiadanie, jak by to powiedzieć. Znowu zacytuję nas, żeby za dużo nie zdradzać. Otóż rodzice są na ogół przekonani, że dzieci to wielkie szczęście w pakiecie z masą problemów. A słyszeliście o sprzężeniu zwrotnym? Może to państwa zaintryguje, ale myślę, że to jest dobry wstęp do tego opowiadania. Dalej mamy Juriana i opowiadanie „Jak zostałem pilotem." Przyznasz Wiktorze, że to było opowiadanie zupełnie zaskakujące, które nagle wrzuca w taki bardzo horrorowy temat science fiction. Po prostu science fiction. Ja cenię sobie taką migotliwość myśli i dlatego jestem zwolennikiem tego opowiadania.
[01:49:55] - To jest właśnie to opowiadanie, o którym wspomniałem na początku audycji, że ja zbadaniałem. Boże mój, dlaczego nikt w science fiction czegoś takiego przez pięćdziesiąt lat nie napisał? Bo to takie oczywiste, tylko trzeba by było mieć ten błysk umysłu, żeby na to wpaść. A Julian Tuwim wpadł.
[01:50:16] - Nieskromnie powiem, że trzeba było antologii „Rubieży rzeczywistości”, żeby tak się stało. Dalej mamy opowiadanie Dariusza Kraszewskiego „Ofiara”. To jest opowiadanie, jakby to określić... Mocne. Żeby za dużo znowu nie zdradzać, to powiem, że jest po prostu mocne. Momentami te sceny, które tam się pojawiają. Trzeba by tu tak dużo nie opowiedzieć, bo to w końcu opowiadanie. Jeśli lubicie Państwo mocną literaturę, to warto. W każdym razie zaczyna się dosyć sielsko, czyli wakacje, relaks, rozrywki, wakacje z żoną. Właściwie wakacje z żoną to jest klucz do tego opowiadania.
A może być ciekawie, bo gdzieś to nawet dotyka sfer fantasy, kiedy się pojawia-
[01:51:25] - Marku, nie komentuj, bo ty powiedziałeś do ludzi, że jeśli coś lubicie. A ja może dodam tylko, prosto bardzo i pod właściwy adres, że jeżeli ktoś nie lubi swojej żony, to też niech przeczyta to opowiadanie.
[01:51:41] - O! To jest właściwie w punkt. Ale to w takim razie jest opowiadanie dla wybranych, bo jednak spora część ludzi lubi swoje żony. Przynajmniej lubi.
[01:51:58] - Większość tak, ale zdarzają się...
[01:52:05] - Dobra. Dalej mamy opowiadanie „Morderstwo w hotelu Luna” Roberta Zawadzkiego. To jest taki autor, który jest sprawdzony w ABW chociażby. Autor, który wie, po co pisze. Dobrze, nie będę o tym opowiadaniu mówił za dużo, bo zepsuję Państwu zabawę po prostu. Ale warto. Inaczej, proszę Państwa. Co ja tu będę wiele opowiadał. Każde z tych opowiadań warto przeczytać. Chociażby kolejne opowiadanie Marcina Kowala „Pobawmy się w chowanego”.
To jest perełka, proszę Państwa. W ogóle opowiadania Marcina Kowala na przykład zwróciły uwagę recenzentów w internecie. Jedna z recenzentek, osób, które czytały nasz tom, zwróciła uwagę na trzech autorów. Na Roberta Zawadzkiego, na Piotra Prokopowicza, Marcina Kowala. Moim zdaniem niesłusznie tylko na tych trzech, ale słusznie, że zwróciła uwagę, bo to są naprawdę dobrzy autorzy. Marcin Kowal i „Pobawmy się w chowanego” — niezły tekst. Dalej jest Kamil Bury „Cała karczma nasza”. To jest opowiadanie, które nie jest takie oczywiste, bo to jest opowiadanie, które posiłkuje się poezją, posiłkuje się pewnymi wizjami. Ja miałem takie wrażenie, że każdy, kto jest zafascynowany taką literaturą nie wprost, to się po prostu będzie nieźle bawił. Co ty, Wiktorze, na to?
[01:53:57] - Ja pamiętam, że myśmy mieli problem przy analizie tego opowiadania, ze zrozumieniem tego opowiadania i dopiero, że tak powiem, odcinek była rozmowa z autorem.
[01:54:12] - Tutaj mamy informację od Piotra Prokopowicza: „Hejka wszystkim. Opowiadanie w hotelu na uboczu jest pierwszą częścią tekstu rozdzielonego na dwa tematy. Bez drugiej nie jest kompletne”. Dobrze, Piotrze, daj nam szansę jeszcze o tym opowiadaniu powiedzieć. To rzeczywiście nawet to w naszym komentarzu pokrywa.
[01:54:36] - No właśnie, przeczytaj nasz komentarz.
[01:54:39] - Tak, dokładnie. Jeżeli ktoś zacznie od tamtego, to powinien jednak przeczytać pierwsze. Niemniej jednak te teksty... Ja wiem, że pewno Piotr nie uzna naszego zdania, ale pozostaniemy każdy przy swoim. Natomiast ja uważam, że teksty nawet czytane osobno też się obronią. To może dla samego autora będzie zaskoczenie, ale ja mam jednak takie wrażenie, że nawet jeśli ktoś ominie pierwszy, a zajmie się drugim, to i tak będzie się nieźle bawił. Wierzę w to, że Piotr mi nie uwierzy, ale tak moim zdaniem jest po prostu. Dalej, po Kamilu Bury i „Całej karczmie naszej” mamy drugie opowiadanie Jurijana. "Diament i kit." To jest opowiadanie, które Wiktora wgniotło... W co cię wgniotło?
W kanapę czy w fotel? Już nie pamiętam, ale w coś cię wgniotło to opowiadanie.
[01:55:46] - Obydwa mnie wgniotły, Juliana, bo to są rzeczywiście opowiadania perełki. Jeśli chodzi o science fiction, taką twardą science fiction, to to są perełki. To opowiadanie, że tak powiem, traktuje to science fiction trochę nonszalancko. Niby tak, niby nie. Niby jest to właściwie historia obyczajowa opowiedziana, ale jak się pomyśli... I tak mi się najbardziej podobała taka obyczajówka. Można pisać coś w fantasy, coś horror, ale jeżeli ktoś jest profesjonalistą, to powinien przynajmniej wiedzieć, na czym polega wstawianie przez szklarza, a przynajmniej kiedyś na tym polegało, okna albo szyby w okno i jak się ten kit stosowało. Julian robi to tak profesjonalnie, że można potem już prawie być szklarzem po tym opowiadaniu.
[01:56:57] - Dalej powiem tak, że kolejne opowiadanie już wspominaliśmy, Marcina Kowala "Niezły kąsek". O tym opowiadaniu mówiliśmy. Wrócę na chwilę do czatu, bo Inka: „Świnoryje. Bardzo się zawiodłam, że nie było wszystkich opowiadań w ABW na Paranormalium. To tak, jakby zrobili serial i puścili pięć odcinków w TV, a resztę i końcówkę wysłali do kina." Julian pisze, że według mnie tak się nie robi. Proszę państwa, ale zwróćcie też uwagę, że autor też chciałby jednak swoje dzieło w ludzi puścić i książkę wydał. W związku z tym dociągaliśmy mniej więcej do połowy całego zbioru. Przepraszam, czy się państwo źle bawili przy każdym z tych opowiadań? Myślę, że nie. Każde opowiadanie było zamkniętą całością.
A to, że one tworzą pewną dodatkową całość, to już jest pewien smaczek, który dopiero wychodzi rzeczywiście w całym tomie. Może tak się nie robi, nie wiem, ale myślę, że aż takiej bardzo wielkiej krzywdy czytelnikom nie zrobiliśmy, przybliżając prozę o świnoryjach. Pewno konsensusu nie osiągniemy, ale ja jednak zachęcam. Tom jest cały czas do dostania. Wiem, że to jest tanie wyciąganie pieniędzy, ale wierzcie mi państwo, tom, który jest za kilkanaście złotych to nie jest majątek, a w gruncie rzeczy warto przeczytać prozę Cichonia, tym bardziej, że w ABW to była proza, która szła troszeczkę z automatu. Szła w sposób nieobrobiony. Kiedy przeczytacie ją państwo po pewnej redakcji, po pewnej ciężkiej pracy, którą wykonał autor wspólnie z redaktorem, zdziwicie się państwo, jak to czasami inaczej wygląda. Moim zdaniem Przemek Cichoń wielką pracę jeszcze nad tymi opowiadaniami, które uznaliście państwo za gotowce, te, których wysłuchaliście w ABW. Okazuje się, że one mogą być jeszcze lepsze i chociażby z tego względu warto sięgnąć po nie po raz drugi. To taka moja refleksja à propos świnoryjów.
Wiktorze, Wiktorze.
[02:00:00] - Ja czekam na ciąg dalszy. Tak gorąco dzisiaj zachęcał, że ja jestem chyba w czołówce wyczekujących.
[02:00:09] - Wiesz co, ja powiem ci coś takiego. Teraz będzie rzecz, która jest pewnym moim wyrzutem sumienia. Otóż kolejne opowiadanie w tomie to opowiadanie, które napisał Marek Kolender. Nosi tytuł „Szechotel". Ono się dzisiaj na koniec audycji pojawi, ponieważ to jest jedyny poważny kiks, żeby powiedzieć wprost, błąd, który się pojawił w tomie. Otóż zabrakło temu opowiadaniu półtorej strony. Po prostu gdzieś w toku redakcyjnym ona się ucięła. Tak jak mówiliśmy ostatnio, to opowiadanie broni się nawet bez tej półtorej strony. Niemniej taka rzetelność redaktorska nakazuje nam, żeby państwu to opowiadanie przybliżyć w całości i ono dzisiaj na koniec audycji się pojawi w całości, tak jak pojawiło się tydzień temu w ABW, a w dodatku w drugim tomie „Rubieży rzeczywistości" pojawi się w pełnej krasie, czyli z końcówką, którą udało nam się przez przypadek i zupełnie niechcący obciąć. To à propos kolejnego opowiadania w tomie „Rubież rzeczywistości”.
I później mamy jeszcze trzy opowiadania.
[02:01:34] - Marku, pozwól mi na chwilę skomentować twoją ocenę. Otóż przy debiucie taki wypadek, że tak powiem, jak wykastrowanie półtorej strony może straszliwie boleć, jak każde kastrowanie. Natomiast ja wiem, że mi się to w życiu zdarzyło i zdarzyło mi się to w taki sposób, że opublikowałem jakieś opowiadanie, a potem spotykam komentujących przyjaciół, ludzi. Jeżdżę po Polsce, wszyscy mnie klepią po ramieniu: „Stary, jakie żeś napisał doskonałe opowiadanie, świetne” i tak dalej. Wszyscy komentują. Wtedy pamiętam, że minęły miesiące. Dopiero po paru miesiącach się zorientowałem, że ono też nie ma półtorej strony końca. Tylko jak się robi dobrze od początku, to ta końcówka czasami wcale nie przeszkadza, bo materiał, że tak powiem, jest na tyle dobry. I to opowiadanie też jest dobre, nawet bez tych półtora strony. Z półtorej strony będzie lepsze, natomiast autor może się popłakać prawie z żalu, że przy debiucie wyszedł taki kiks wydawniczy.
Natomiast ja wiem, że to nie ma wielkiego znaczenia, bo jaki jest materiał. Co innego, gdyby to rzeczywiście nie autora, ale tekst bolało, czyli po ucięciu rzeczy, która czyniłaby z tego rzecz zupełnie nieczytelną, nieakceptowalną przez nikogo. Ale jeżeli to się dalej podoba, to jest pół biedy. To znaczy, że autor odwalił przedtem kupę dobrej roboty.
[02:03:33] - Tak, to prawda. Ale chociaż wiesz, ja w pełni autora, którym jest Marek Kolender, rozumiem, bo jakby mi ktoś coś takiego zrobił, to ja bym nie był człowiekiem kulturalnym, a autor się zachował kulturalnie i jakoś do konsensusu doszliśmy. Ja jeszcze tylko Ince odpowiem, że według niej tak się nie robi. Czyli właściwie zrobilibyśmy chyba lepiej, gdybyśmy w ogóle nie puszczali opowiadań świnoryjskich w ABW, tylko od razu wydali jako tom autorski. Wtedy byłoby lepiej. Ja się z tym nie zgadzam. Po prostu uważam, że przybliżyliśmy ileś tam naście opowiadań Przemka i myślę, że przy każdym z nich nasi czytelnicy nieźle się bawili. To tyle.
[02:04:25] - Poza tym, Marku, żeby skończyć tę sprawę, trzeba pamiętać o jednej rzeczy, że tych opowiadań przecież tak naprawdę u Przemysława Cichonia nie było. On je tworzył razem z nami, w trakcie, właściwie z audycji na audycję dosyłał jakiś tekst, wpadał na jakiś pomysł i tak dalej. Jak wpadliście na pomysł, że na tyle to się okrzesało, że można było już z tego zrobić książkę, to trzeba było dopełnić książkę i się dopełniało książkę. Gdybyśmy mieli materiał przedtem, ale tego materiału przecież nie było, to była w ruchu, w biegu tworzona książka, czyli ona potem wyszła, jak wyszła. Nie można autorom kazać, wielu autorów chce pisać do nas rzeczy w odcinkach, choćby „Acta” przypomnę Mysograj’a. To jest coś, co się tworzy, buduje i tak dalej. I ktoś może mieć pretensje do nas, że dlaczego my całej powieści nie puszczamy jeszcze, bo jej nie ma. Jak ją autor napisze, to się ją wyda po prostu. A na razie to są wprawki, to jest żywa praca autora nad tekstami, wpadanie na nowe pomysły. Także to tak jest i kończmy z tym.
[02:05:57] - Notabene, proszę państwa, to nie jest też tak, że zupełnie sobie lekceważymy naszych słuchaczy, bo ja przypomnę, że całkiem niedawno zadaliśmy przy okazji omawiania „Lewej ręki ciemności” Ursuli... Marku, jak ta Ursula miała w końcu na to nazwisko? Marku?
[02:06:21] - Ursula Le Guin.
[02:06:24] - Właśnie. Tej Ursuli zadaliśmy państwu pytanie. Do wygrania były książki Bibliotekarium zupełnie za darmo, w tym Przemysław Cichon „Pewnego razu w Świnioryjach”. Zadaliśmy pytanie, czym była ta lewa ręka ciemności. Nikt się nie pofatygował, nie odpowiedział nam na pytanie. Nie rozdaliśmy książek. Można było książki dostać zupełnie za free i nie byłoby problemu. Ale nikt się nie pofatygował. Cóż ja mam poradzić?
[02:06:58] - Ale Marku, zadałeś za trudne pytanie. Gdybyś nie zadał, to też bym na to pytanie nie odpowiedział.
[02:07:07] - Wiesz co?
[02:07:08] - Skąd miałbym wiedzieć?
[02:07:09] - Wystarczy było przeczytać książkę. A wiesz co?
[02:07:13] - Zinterpretować.
[02:07:15] - Nie, wystarczyło zajrzeć do internetu tak naprawdę, czym jest lewa ręka ciemności. Na pierwszych hasłach, które dotyczą tej książki, rzecz jest wytłumaczona. Nikomu się po prostu nie chciało, a książki były za darmo. Autorka pisze: „Teraz mam ściągać książkę do USA?”. A może trzeba być czujnym i odpowiedzieć czasami na pytanie ABW, a my tę książkę nawet do USA wyślemy. Ale to przy okazji. Doradzam czujność. Rzecz się może zmaterializować. Wrócę jeszcze. W tym pierwszym temacie naszej antologii, czyli „Hotel na uboczu”, pojawiły się jeszcze trzy opowiadania, a mianowicie Adama Kreczmańskiego „Problem lokalny”, Marcina Kowala „Długa noc” i Piotra Prokopowicza „Nie uwierzycie”.
Ostatnie opowiadanie, „Nie uwierzycie”, wydaje się takie lekkie, łatwe i przyjemne, studenckie i w ogóle. Ja się nieźle bawiłem przy tym opowiadaniu. Po prostu się nieźle bawiłem.
[02:08:29] - To chyba też nawiązuje do licznych w polskich mediach internetowych artykułów pod tytułem: „Nie uwierzysz”.
[02:08:37] - Tak. To prawda. Rzeczywiście.
[02:08:39] - Nie uwierzysz.
[02:08:41] - Tak. To jedna z tych czołówek różnych artykułów, które mają skłonić potencjalnego czytelnika, żeby kliknął. W każdym razie, jeśli chodzi o „Długą noc” Kowala, to znowu posłużę się naszym cytatem: „Nie macie czasami wrażenia, że ktoś uważnie się wam przygląda? Po lekturze tego opowiadania problem może się pogłębić. Jeśli to tylko para oczu, pół biedy. Może być o wiele gorzej”. To całkiem niezły wstęp do tego opowiadania. Jest też opowiadanie, o którym wspomniałem, „Problem lokalny” Adama Kreczmańskiego. Powiem tak: ja się przy nim nie tyle przeraziłem, co po prostu zastanawiałem się, czy ono nie jest za mocne. Ono gdzieś się ociera o taki styl, który bywa określany przez znawców gore.
Czyli rzeczywiście mamy flaki, krew i brutalne sceny. Ale powiem tak: to czemuś służy. I chociaż mnie to opowiadanie przeraża w sensie takim, że to nie jest moja poetyka. Nie przesadzajmy, nie zagryzałem palców, nie obgryzałem paznokci, ale to jednak nie jest moja poetyka, taka, którą lubię. Jest to opowiadanie, po które warto sięgnąć. Brutalne, chwilami takie, że aż się chce odłożyć to opowiadanie na chwilę chociażby, żeby odpocząć. Ale to chyba raczej świadczy o sile tekstu. Tak mi się wydaje przynajmniej. Wiktorze, Wiktorze?
[02:10:40] - Nie. Też je pamiętam, bo pamiętam te wszystkie opowiadanka. Natomiast też pamiętam, że jeśli coś ma sens, to wszystko ma sens. Nawet krew, nie?
[02:10:53] - Nie wiem. W każdym razie mocno to przeżyłem. Na tym się kończą opowiadania z cyklu „Hotel na uboczu”. Później się zaczyna „Diabeł gra w kości”. Pierwsze opowiadanie to opowiadanie Adama Kreczmańskiego „Zdarzenia losowe”. Cóż o tym opowiadaniu powiedzieć? Znowu się posłużę cytatem: „W życiu kobiety facet bywa często zdarzeniem losowym. – Już samo to jest dosyć znaczące. – W układzie odwrotnym również. Ale to inne bajki.
Tutaj dziewczyna najwyraźniej miała pecha. I jak mawia Wiktor, sprawiedliwość ma cierpliwość. Piekła”. To tyle, jeśli chodzi o „Zdarzenia losowe”. Później mamy Roberta Zawadzkiego, „Diabeł w mieście”. To jest opowiadanie, moim zdaniem, z kluczem, bo wydaje się prostą historyjką o tym, jak to diabeł przybywa do miasta. Ale oczywiście to nie jest opowiadanie o tym, że diabeł przybywa do miasta i w związku z tym warto sobie to opowiadanie przeczytać i przemyśleć, i przyłożyć do różnych sytuacji, które się w naszym życiu pojawiają. I wtedy możemy się zdziwić, czytając to opowiadanie, że ono się tak lekko, fajnie czyta. A w gruncie rzeczy jest o czym pomyśleć. Takie odnoszę wrażenie.
Dalej mamy Kamilę Ciołko-Borkowską, „Dobry chłopak”. Proszę państwa, myśmy to nawet napisali we wstępie. Jak państwo po przeczytaniu pierwszych kilku zdań domyślą się, jaka będzie puenta tego opowiadania, to ja osobiście jakąś nagrodę ufunduję. Zróbmy taką dżentelmeńską umowę, że każdy, kto powie, że po pierwszych trzech, czterech, pięciu zdaniach domyślił się, jaki będzie koniec, to ja mu tę nagrodę ufunduję. Nie wiem, co to jeszcze będzie za nagroda. Będzie zależało od ilości zgłoszeń, ale jestem przekonany, że jeśli uczciwie potraktujemy tę naszą rywalizację, to nie macie państwo szans. Nie macie państwo szans w starciu z wyobraźnią naszej autorki, Kamili Ciołko-Borkowskiej. To jest opowiadanie, które po prostu wymiata, zaskakuje i nie daje czytelnikowi szans. I na tym właśnie polega dobra zabawa, moim zdaniem. Kolejne opowiadanie z cyklu „Diabeł gra w kości” to opowiadanie Jarosława Borysia.
Miało być inaczej. Mnie się to opowiadanie po prostu bardzo podobało. Sam nie wiem dlaczego. Bo to znowu jest dosyć prosta historia. Trochę więzienna, ale trochę nie. I trochę gdzieś tam się ten diabeł pojawia. Dla mnie super historia. Wiktorze-
[02:13:56] - A ja pamiętam, że ono mi się spodobało tylko dlatego, że w ogóle nic nie zrozumiałem i musiałem zasięgać głosu Marka, żeby on mi wytłumaczył, o co w tym wszystkim chodzi. A to jest dla mnie fascynujące. Jak ja czegoś nie rozumiem, to jest pycha moja, to musi być to naprawdę fenomenalne. I się okazało, że Marek mi jak mnie wytłumaczył, o co w tym opowiadaniu biega, to zrobiłem wielkie oczy. Uczciwie mówię.
[02:14:28] - Mamy następne opowiadanie Juriana „Głos rozsądku”. To jest opowiadanie, o ile tamto pierwsze o tych cysternach, o tych obcych, tak to powiedzmy, żeby za dużo nie zdradzać, działo się w Ameryce Południowej. O tyle to jest opowiadanie europejskie, ale równie fascynujące. Zresztą jak ktoś się dobrze przyjrzy głównemu bohaterowi, to zobaczy pewne pokrewieństwo. Tak to określmy. Tak bym to powiedział. Jurian po prostu trzyma poziom. Te jego opowiadania to jest kawał fajnej prozy. Dlaczego ja tak chwalę Juriana w tej chwili? A to nie robię tego bez przyczyny, bo gdzieś tak pewno na przełomie roku, a pewno raczej na początku przyszłego pokaże się tom.
Już o nim kilka razy wspominałem. Tom opowiadań Juriana. Proszę państwa, ci wszyscy, którzy słuchają opowiadań Juriana w ABW i myślą sobie, że Jurian fajne opowiadania pisze, to proszę państwa, muszę powiedzieć, że wgniecie was w fotel, bo tom, który przygotowuje Bibliotekarium, tam są opowiadania, które w ABW nie były publikowane, chyba poza trzema wyjątkami, ale to z tego cyklu speriańskiego nawiązującego do Lema. Ale poza tym są opowiadania dziewicze, takich, których państwo na oczy nie widzieli i nie słyszeli w ABW. I proszę państwa, to jest Jurian w wydaniu nieprawdopodobnym. Myślę, że przebił szklany sufit i zupełnie odleciał, jeśli chodzi o poziom. To będzie moim zdaniem fascynujący tom. Już do niego państwa po prostu zapraszam. Odrobina reklamy zawsze się przyda.
[02:16:34] - A jeśli ja mam czytelników przyszłych ewentualnie zachęcić do tego tomu, to powiem jedną rzecz, że jest w tym coś bardzo intrygującego, bo te opowiadania są rzeczywiście tak karkołomnie niezłe. Ale myśmy poznali autora. On co prawda jest wielki jako autor, ale tak wygląda zupełnie łagodnie. A pisze-
[02:17:04] - Z pazurem.
[02:17:04] - Nie do końca.
[02:17:08] - Z pazurem pisze. Dalej mamy opowiadanie Pawła Urzwy „Niezapowiedziany gość”. Proszę państwa, troszkę już wspominaliśmy o tym opowiadaniu. Po prostu je przeczytajcie. Krótki tekst, który wymiata. Nic więcej mówić nie będę. Jeśli nie lubicie państwo mocnych słów, takich z przytupem, ostrych, no to trudno. To nie jest opowiadanie dla was. A jeśli was te słowa nie rażą, a szukacie pewnej treści, to to jest opowiadanie jak najbardziej dla was. To opowiadanie Pawła Urzwy to jest odpowiedź dla tego czytelnika, tego autora, który pytał mnie, czy 25 tysięcy znaków to jest bardzo mało.
Otóż Paweł Urzwa zmieścił się na jednej trzeciej tego chyba, chyba nawet mniej. I zrobił opowiadanie, które absolutnie wymiata. I takiego opowiadania każdemu autorowi życzę, bo to jest opowiadanie, które jest mocne, jeśli chodzi o formę, treść i w ogóle mi się podobało. Co ja będę tutaj wiele teoretyzował. Po prostu. Ale będę rozumiał każdego, kto powie, że to zupełnie nie jest to i zupełnie mu się to opowiadanie nie podoba. Myślę, że to jest jedno z takich opowiadań, które będzie budziło kontrowersje. I bardzo dobrze. Kolejne opowiadanie to jest opowiadanie, o którym wspominał Piotr Prokopowicz. Dokończenie tego poprzedniego nosi tytuł „Wielokropek.
Diabeł gra w kości”. Jak złożymy to w całość, to mamy, że w hotelu na uboczu diabeł gra w kości. Tak to sobie autor wymyślił i przyznam, że akurat całkiem zgrabnie to zrobił. Dalej mamy opowiadanie Mai Baranowskiej. Znowu bardzo podobny tytułem „Diabeł gra w kości”. Ale niech was, proszę państwa, ta prostota tytułu nie zwodzi, bo wiecie państwo, jak ktoś ocenia książkę po okładce albo- Albo opowiadanie po pierwszym zdaniu albo po tytule może popaść w kłopoty niezrozumienia. Znowu przytoczę nasz komentarz do tego opowiadania. Nad Troją fruwali greccy bogowie, wspierając herosów, a przy okazji czyniąc zakłady hazardowe. Współczesne nastolatki kontynuują ten boski proceder w grach komputerowych. Wszystko wydaje się jasne i proste.
A jeśli gra ktoś jeszcze? Myślę, że więcej o tym opowiadaniu, żeby nie zdradzić, o co w nim chodzi, powiedzieć chyba nie można. Ale znowu opowiadanie, które w dosyć twórczy sposób podchodzi do tematu i jak każde opowiadanie z tomu „Lubię rzeczywistości” warto polecić. Dalej mamy opowiadanie Tomasza Fąsa. To jest człowiek, który nigdy nie idzie z prądem, ale z tego niechodzenia z prądem zawsze coś fajnego wynika. Opowiadanie „Nie całkiem udany bunt maszyn”, które zaliczone jest do działu Diabeł gra w kości. Wierzcie mi państwo, ono się tam nie znalazło w tym dziale przypadkowo. Poza tym to jest opowiadanie, które jest totalną satyrą. Przejrzycie się państwo w tym opowiadaniu. To może być doświadczenie bardzo pouczające.
Dla mnie było. Kilka swoich ciekawych spostrzeżeń na temat tego opowiadania mam, ale gdybym się nimi podzielił, to bym zepsuł państwu zabawę. W związku z tym tego nie zrobię. Mamy kolejne opowiadanie, do którego mam sentyment. Jacka Fleishhäsera „Casino Roman Empire”. Dlaczego mam do niego sentyment? Dlatego, że ono opowiada o Bydgoszczy. Nie wiem, czy autor kiedykolwiek w Bydgoszczy był, ale w dobie Google Street nie jest konieczne bywanie w jakimkolwiek miejscu. Nie jest potrzebne do tego, żeby dane miejsce opisać. Zresztą tak naprawdę te opisy Bydgoszczy nie są aż tak bardzo istotne, chociaż oczywiście nutę lokalnego patriotyzmu we mnie poruszają.
Ale w samym opowiadaniu chodzi o coś zupełnie innego. Nie o Bydgoszcz na pewno. Fajny tekst, po prostu. Dalej jest „Targowisko próżności” Kamili Ciołko-Borkowskiej. To jest taki tytuł, który rodzi na pewno różne skojarzenia macie państwo z tym targowiskiem próżności. To jest to opowiadanie, o którym wspominał Wiktor. Opowiadanie notabene do poprawki, ale proszę państwa, jak Kamila Ciołko-Borkowska te poprawki wykonała, to się nagle zrobiło opowiadanie wybitne. Bo się okazuje czasami, że trzeba zmienić troszeczkę dekoracje, troszeczkę użyć piórka, węgla i pasteli i nagle wszystko się zmienia, wszystko nabiera kolorów. To niby oczywiste, jak się tych pasteli użyje, ale opowiadanie staje się zupełnie inne. My mamy to porównanie, którego państwo nie macie.
Jak wyglądało opowiadanie najpierw i jak wygląda teraz w tomie. To są dwa zupełnie inne opowiadania. Przyznasz, Wiktorze, chyba.
[02:23:51] - Może nie zupełnie inne, ale rzeczywiście autorka zrobiła coś takiego, że jak się w tej chwili czyta to opowiadanie, to się natychmiast widzi, żyjesz w tym opowiadaniu. Przedtem to była taka obserwacja troszeczkę z zewnątrz, tego samego, co się w opowiadaniu dzieje. Natomiast w tej chwili wchodzisz natychmiast w świat, czyli jest to zaleta każdego dobrego utworu. Każdy dobry utwór i tutaj nie ma żadnej taryfy ulgowej. Dobry utwór literacki powinien wciągać jak bagno, tak, że się w nim tkwi po gardło i się wypłynie albo nie wypłynie. Raczej się wypłynie dopiero wtedy, kiedy się przeczyta.
[02:24:46] - Kolejnym takim utworem, który wciąga jak bagno, jest opowiadanie Marka Myszograj „Poker w marynacie”. Ja powiem tak: to jest opowiadanie, które może w niektórych słabszych żołądkach budzić niesmak albo wręcz jakieś takie odruchy. Rzecz niedobra. Ale znowu nie dajcie się państwo zwieść pozorom. Nie o te odruchy wymiotne chodzi, tylko o to, co się w tym opowiadaniu dzieje. Moim zdaniem bardzo fajny tekst. Ktoś, kto teraz słucha naszych wypowiedzi z Wiktorem, powie sobie: „Co ci faceci mają mówić? Wybrali opowiadania, to teraz każde będą chwalić”. I to jest właśnie to. Być między młotem a kowadłem, bo za dużo opowiedzieć nie możemy, żeby nie psuć zabawy, ale A pochwalić trzeba, bo właściwie wszystkie opowiadania, które się w antologii znalazły chwalić możemy.
Więc ja uciekam w stronę tego chwalenia. Ale powiem tak, jeśli przeczytacie „Poker w marynacie”, zdecydujecie się na to opowiadanie z tomu „Rubieże rzeczywistości”, to je na pewno zapamiętacie. Nie wiem, czy będzie to wspomnienie sympatyczne, ale w literaturze nie chodzi o to, żeby było pięknie albo żeby było sympatycznie, tylko o to, żeby zapamiętać autora z imienia i nazwiska i zapamiętać intrygę. To na pewno ją państwo zapamiętacie po lekturze „Pokera w marynacie”. Podobnie jest zresztą z opowiadaniem Piotra Niwy „Linia 241”. Skomentuję to w ten sposób. Morderstwo niejedno ma imię i czasami się człowiek zastanawia, czytając różne komunikaty, różne doniesienia w internecie, telewizji czy prasie, jak się rodzą takie potwory. Jacyś tacy dziwni ludzie, którzy takie dziwne rzeczy robią. To opowiadanie usiłuje odpowiedzieć, skąd się tacy ludzie biorą. Jak ty, Wiktorze?
Jak ty na ten temat?
[02:27:08] - Nie lubię komentować specjalnie rzeczy, które przeczytałem, które lubię albo nie lubię. Natomiast ja pamiętam, jak ten stosik opowiadań, który tutaj leżał przy moim łóżku, zmieniał miejsce, jedne na lewo, drugie na prawo, trzecie do kosza i tak dalej. To opowiadanie, już przeczytane, według mnie nie było dobre na początku. Nie byłem z niego zadowolony, z tego opowiadania, ale ono mi tkwiło jak taki żagiel normalnie gdzieś na sumieniu.
[02:27:50] - A w dodatku w toku dyskusji autor je z nami poprawił.
[02:27:56] - To są szlachetne uczynki dobrych autorów. Natomiast ja rzeczywiście pamiętam, że już czytałem inne opowiadania, cały czas okiem rzucałem na ten stos książki i przypominało mi się to opowiadanie, proszę mój. Co z nim jest? Ono mnie dręczyło. Może i dręczyło autora, w każdym razie coś z tego wyszło. Ja bardzo polecam to opowiadanko. Jest dobre, niezłe.
[02:28:25] - Julian na forum napisał: „Dziękuję bardzo za dobre słowo”. To do nas było, Wiktorze.
[02:28:34] - Przypomnij sobie ten felieton Fonsa. Czy z pisania można żyć? A widzisz, a my co z tego mamy? Dziękujemy za dobre słowo.
[02:28:53] - Wiesz co? Z pisania można żyć wtedy, jak się zacznie pisać. Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku. To banał jest tak naprawdę. Dzisiaj to już banał, ale naprawdę trzeba zacząć pisać, żeby na tym pisaniu zacząć zarabiać. Kiedyś, być może i niekoniecznie. Ale wrócę do tego, co Julian napisał. „Do ABW w większości wysyłam wprawki do obrobienia. W zbiorze opowiadań są najlepsze pomysły. Mam nadzieję, że to nie będzie stracony czas.” Ja, proszę państwa, zapewniam, że to nie będzie stracony czas.
Nota bene, teraz kolejne opowiadanie to opowiadanie Wojciecha Terleckiego „Algorytm Bellzera”. To opowiadanie zresztą publikowaliśmy na łamach ABW. Co więcej, à propos autora powiem, że już naprawdę coraz bliżej jest ten czas, kiedy ukaże się powieść tego autora, konkretnie Wojciecha Terleckiego, „Era zwodnika”. To naprawdę jest już czas dosyć bliski i wierzcie mi państwo, warto. Tak samo, jak warto przeczytać opowiadanie „Algorytm Bellzera” albo sięgnąć do jednego z ABW z pierwszej połowy tego roku. Tam to opowiadanie się pokazało. Sami państwo oceńcie. A „Era zwodnika” pewno jeszcze w tym roku. Dalej mamy opowiadanie Joanny Nowakowskiej „Iluzja”. Był taki czas, że Wiktor był przeciwnikiem prozy kobiecej, czy w każdym razie nie dowierzał prozie kobiecej i za moją osobistą zasługę poczytuję sobie, że w toku ABW troszeczkę-
[02:30:52] - Żeś mnie sfeminizował, tak?
[02:30:54] - Sfeminizowałem cię trochę, bo uwierzyłeś w to i sam jesteś w tej chwili gorącym zwolennikiem prozy kobiecej. Chyba jednak jakiś postęp jest. Mówi się?
[02:31:07] - Mówi się. Może nie ma obcych w najbliższych okolicach wszechświata, może nie ma żadnej innej cywilizacji w kosmosie, ale przynajmniej na Ziemi znalazłem coś, że inna cywilizacja, inna rasa przemówiła do mnie ludzkim językiem.
[02:31:34] - Joanna Nowakowska zabiera nas w taki świat, nawet nie wiem, jak go określić, bo to nie jest fantasy. Mamy tabor cygański A wiadomo, jak się pojawiają Cyganie, to się będą działy rzeczy dziwne. I rzeczywiście się dzieją rzeczy dziwne. Ale poza tym to jest opowiadanie, które nie jest tylko dziwne, ale jest też opowiadaniem o miłości tak naprawdę, o uczuciu. A to jest wielki walor prozy kobiecej, bo co by nie powiedzieć, to chyba kobiety jednak o uczuciach potrafią pisać nie wiem, czy lepiej, ale dla mnie bardziej wiarygodnie. Może tak to ujmę. Zaprotestuj albo coś powiedz. Nie wiem.
[02:32:25] - Ja mogę tylko przy twoich komentarzach, co jest satyrą, co jest horrorem, a co jest obyczajowym, zwrócić jedną uwagę: jak się patrzy na różne, a przynajmniej na niektóre opowiadanka, to zwróćcie uwagę, że czasami ta powierzchowność jest efektowna i trafia, ale czasami się okazuje, że to wręcz jest jakaś opowiastka filozoficzna, że to nie jest coś takiego sobie lekkiego, łatwego i przyjemnego, i byle jakiego, ot tak sobie, bo to jest używka. Czasami to jest od Farsa przez Juliana do każdego innego autora i do tej opowiastki o taborze cygańskim. To jest również pewna opowiastka filozoficzna, co było zawsze cechą literatury czy cechą bajki. A literatura to jest innymi słowy bajka przecież i powinna mieć te walory bajki również.
[02:33:33] - A mnie i tak najbardziej w tym opowiadaniu do mnie przemawia ta uczuciowość. Ja jednak jestem sentymentalny chłopak i w związku z tym ta może czułostkowość momentami, ale to do mnie przemawia, dlatego lubię to opowiadanie. Kolejne opowiadanie to jest opowiadanie Dariusza Kraszewskiego „Artefakt”. I znowu, proszę państwa, rzecz się zaczyna nie na wysypisku śmieci, ale na skupie złomu. Taki jest początek tego opowiadania. I wydawać by się mogło, że jak się opowiadanie zaczyna w skupie złomu czy na skupie, w każdym razie w okolicach skupu złomu, to już się nic z tego opowiadania wykrzesać nie da. Jakby ktoś podchodził sztampowo do literatury, to tak by właśnie stwierdził. Proszę państwa, okazuje się, że da się z tego wykrzesać historię z jednej strony gdzieś zahaczającą o grozę, ale nie przesadzajmy z tą grozą. Tam się rzeczywiście pojawiają jakieś istoty nie z tego świata, złe i niedobre. Ale nie o to w gruncie rzeczy chodzi.
Te istoty nie straszą. Straszy pewna determinacja ludzkiego losu, pewna jego nieuchronność. I dlatego jest fajne opowiadanie po prostu, bo autor zabiera nas w taki świat, w którym jesteśmy całym sercem z bohaterem. Kibicujemy mu, a na koniec dostajemy pstryczka w nos. I takie stwierdzenie: za bardzo ufasz pozorom i za bardzo ufasz, człowieku, happyendom. I to się po prostu nie uda. To tyle. Jeśli miałbym, nie zdradzając treści, coś o tym opowiadaniu opowiedzieć. Wiktorze, Wiktorze.
[02:35:40] - Tak, ja to samo. Przychylam się do twojej interpretacji. Jaki jestem dzisiaj spolegliwy. Ale to tylko dlatego, że próbuję w tej chwili jedną lewą ręką zrobić skręta.
[02:35:53] - Tak, to już teraz wszystko wyjaśnione. Ja teraz powiem tak: kolejne opowiadanie, przedostatnie w tym tomie. Proszę państwa, krótko przelecieliśmy sobie prawie wszystkie opowiadania. To jest opowiadanie Katarzyny Stoi „Wybawienie”, o którym już Wiktor wspominał. Opowiadanie, które dzieje się w Himalajach. Gdzieś mamy takie klimaty ocierające się o te takie dalekowschodnie religie, ale w gruncie rzeczy jest to opowiadanie o pewnej lojalności, tak jak już mówiłem, o uczuciu, o byciu przyjacielem i co to właściwie znaczy, o poświęceniu. I jak padają takie górnolotne słowa, to człowiek ma taką ochotę powiedzieć sobie: „W ogóle w to nie wierzę, to bzdury są, jakieś takie knoty wstawiane, jakieś przyjacielstwo”. Ale, Wiktorze, hałasujesz przy robieniu tego skręta okrutnie. Aż mi wątek się zagina. W każdym razie jak się wielkich słów używa, to człowiek ma taką ochotę powiedzieć: „Łe tam, ja nie wierzę w takie górnolotności”.
Tymczasem autorka, przypomnę Katarzyna Soja, tak przedstawia tę historię, że chcemy w nią wierzyć. Nie że wypada nam, tylko chcemy w nią wierzyć. Od pewnego momentu tego opowiadania właściwie wszystko, co się w nim dzieje, spotyka się z akceptacją. Bo gdybyśmy powiedzieli: „Nie, bohater nie powinien tak zrobić”, to właściwie do pewnego stopnia zaprzeczylibyśmy swojemu człowieczeństwu. Znowu jadę dzisiaj przy tym opowiadaniu górnolotnie bardzo i patetycznie, ale to jest opowiadanie, które o patos się ociera. Na szczęście na ten teren nie wkracza. To nie jest opowiadanie, które epatuje nas taką wielkością, taką wspaniałością. Nie. Ono tylko muska te wszystkie uczucia i chwała za to. To jest opowiadanie, które zostawia ślad.
Ja się nie dziwię Wiktorowi, że tak walczył o to opowiadanie. Już o tym opowiadaliśmy, że tak bardzo starał się autorkę przekonać do pewnych zmian. Drobnych. Tak naprawdę, wierzcie mi państwo, jak mówiłem o tych czterech godzinach, które należało poświęcić, żeby to opowiadanie poprawić, to pewno też przesadzałem. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby autorka powiedziała, że tak naprawdę zajęło jej to godzinę albo może półtorej. To naprawdę były kosmetyczne zmiany, ale okazuje się, że czasami te kosmetyczne zmiany są bardzo ważne.
[02:38:58] - Marku, jeśli mogę wjechać tutaj swoją lokomotywą, to opowiadanie pozornie bardzo refleksyjne, magiczne, wydawałoby się, że wzruszające i tak dalej, ma jedną zaletę. Ma zaletę bardzo wartkiej narracji. Ono ma tempo. To opowiadanie się po prostu połyka szybko, bardzo szybko. Była ta sprawa, że jednemu autorowi przypadek wymiotł półtorej strony ostatniego z całego opowiadania. Cóż, trudno. Źle. Ale myśmy na przykład pamiętam, że przy tym opowiadaniu ucięli dwa ostatnie zdania. Po co? Tylko dlatego, żeby podtrzymać walor tempa tego opowiadania, bo przy całej romantycznej opisowości i tak dalej, ono ma nieoczekiwanie duże tempo.
Tam się wszystko błyskawicznie zmienia i ten rytm tego tempa. Na końcu jeszcze pamiętam, że były takie dwa zdania bla bla, zupełnie niepotrzebne, które redakcyjnie żeśmy wycięli i tak dalej. To mogło tylko walor tego opowiadanka podbić, z czego chyba autorka sobie zdaje sprawę, bo to jest naprawdę fajne. W tej chwili, w tej formie, w której to jest, to jest to opowiadanko według mnie perełka.
[02:40:50] - Tak. Dobrnęliśmy właściwie do końca. Zostało nam ostatnie opowiadanie. Opowiadanie Karola Senatora „Brak światła”. To jest takie opowiadanie, które inaczej. Nie podejmuję się przybliżać go państwu, bo zepsuję zabawę na pewno. Bo jak zacznę wchodzić w analizę tekstu, to zepsuję tę zabawę na pewno, bo na pewno coś będę musiał powiedzieć. Znowu posłużę się naszym wstępem. Otóż napisaliśmy tak: czy kryzys na giełdzie może mieć coś wspólnego z kryzysem wiary? Pewnie nie, ale w życiu trzeba czasami coś poświęcić, żeby jakieś akcje poszły w górę.
A jeśli dodać do tego tajemnicę korespondencji? Myślę, że nic specjalnie nie zdradziłem z tego opowiadania, a myślę, że udało mi się w jakiś sposób zaintrygować państwa. To też fajne opowiadanie, zupełnie w innym klimacie niż to poprzednie.
[02:42:06] - Ono jest po prostu dziwne, a to już jest jego walor duży.
[02:42:13] - Tak. Przebrnęliśmy przez 35 tytułów. To się może większości z państwa wydawać dosyć nużące. Nie wiem, czy nam się udało, pewnie nie, ale pokazać, jak różnorodne teksty są w tej antologii. Po co chcieliśmy to pokazać? Po to, że liczymy, że drugi tom, który będzie nawiązywał do zupełnie innych tematów, będzie równie różnorodny. Aczkolwiek powiem tak: postawiliście sobie państwo, mówię o tych osobach, które głosowały w naszym plebiscycie na temat tego drugiego tomu, postawiliście sobie państwo dosyć trudne zadanie. Bo to się może tak wydawać, że tematy, które zostały wybrane do drugiego tomu, są takie dosyć proste. Ominęliście państwo te tematy, które wybraliśmy jako takie bardziej skomplikowane. Na przykład nie chcieliście państwo światów Berkeleya, co zresztą znalazło takie tłumaczenie, że może te światy Berkeleya za bardzo nawiązują do konkretnej postaci i tak dalej.
W związku z tym wybraliście państwo tematy znacznie prostsze. Wydawać by się mogło. Myśmy o tym już z Wiktorem kiedyś mówili, że czasami to jest pozór. Ta prostota jest pozorem, bo wydawać by się mogło, że jeśli się pojawiają takie tematy, które są tematami drugiej edycji naszego konkursu, takie jak na przykład kurier z przyszłości czy poszukiwacz snów, to są tematy proste. A ja mam ostrzeżenie. Jeśli pójdziecie państwo wprost za tymi tematami, to czeka was pułapka. Bo kurier z przyszłości albo poszukiwacz snów, moim zdaniem niebezpieczeństwem tych tematów jest to, że one będą państwu zawężały pole. Mam nadzieję, że tak się nie stanie, ale ja się tego obawiam, że będą państwu zawężały pole interpretacji, że dostaniemy milion tekstów o facecie, który przybywa tu z przyszłości, żeby dać jakiś przekaz ludzkości, o jakimś takim Johnie Titorze, który mówi, że niedługo wojna wybuchnie albo coś. Powiem, to nie jest dobra droga. Dalej, poszukiwacz snów.
Tu jest większe pole, bo sny to jest w ogóle taka materia, która sprawia, że można sobie poszaleć troszeczkę. Ale już to zawężenie do poszukiwacza snów, jeśli otrzymamy milion opowieści o tym, jak to facet w swoich własnych snach czegoś szuka, to nie jest dobra droga, proszę państwa. To nie jest dobra droga. Ja namawiam do tak szerokiego pola interpretacji tematu, jakie się pojawiły w tomie pierwszym. Wtedy wszyscy nasi autorzy, wszyscy ludzie, którzy piszą te opowiadania, będą bezpieczni. Natomiast im bardziej się państwo będziecie zbliżać do tematu tak wprost, tym będzie gorzej. Ja tylko przypomnę z moich doświadczeń, moją ulubioną formą pisania wypracowań w szkole średniej, które doprowadzało moją nauczycielkę do szału, ale stawiała mi piątki, niemniej nie lubiła mnie za to, co pisałem, to było udowadnianie tezy odwrotnej niż chciała nauczycielka. Upraszczając, jeżeli nauczycielka chciała, żebym w wypracowaniu udowodnił, że Słowacki wielkim poetą był, to ja zrobiłem wszystko, żeby udowodnić, że był poetą marnym, chociaż akurat nie uważam, że był poetą marnym. Ale dla higieny psychicznej zrobiłbym po raz kolejny to samo, gdybym dostał tak zawężony temat. Myślę, że opłaca się pisać wbrew tematowi albo w kontrze do tematu.
To zawsze daje dobre efekty. To oczywiście nie jest jedyny sposób, który proponuję. Można tych sposobów znaleźć więcej, ale doradzam niepodążanie wprost za tematem. To jest zawsze niebezpieczne.
[02:47:12] - Ale temat można potraktować bardzo prosto. Mam pomysł natychmiast na to hasło kurier z przyszłości, proszę ciebie.
[02:47:26] - Poszukiwacz, a kurier z przyszłości. Tak.
[02:47:29] - Tak. Wyobraźcie sobie taką sytuację, moi drodzy. Otóż przed II wojną światową biegali po Warszawie tacy mali chłopcy, którzy krzyczeli, wrzeszczeli na całą stolicę: „Kurier Warszawski, Warszawski Kurier”, bo taka gazeta się ukazywała w Warszawie. No i biegali sobie taki chłopcy. No i teraz mamy sytuację, w której wybuchło Powstanie Warszawskie. Już ostatni powstańcy duszą się gdzieś w kanałach. No i jeden z nich widzi, jak biegnie po tym taki właśnie żigolak w krótkich spodenkach, zbiegającym, umierającym, że tak powiem, krzycząc: „Kurier Warszawski, Warszawski Kurier”. No i dostaje od tego ten egzemplarz Kuriera Warszawskiego. No i czyta o tym, ale to jest Kurier Warszawski już powojenny, gdzie jest opisane, kto zwyciężył II wojnę światową i tak dalej.
[02:48:33] - Uwaga, uwaga, panowie, mamy słuchacza telefonicznego. Halo, halo, jesteśmy już na antenie.
[02:48:39] - Halo, dobry wieczór.
[02:48:40] - Dobry wieczór.
[02:48:41] - Dobry wieczór.
[02:48:44] - Zostałem wyrwany do odpowiedzi. Julian z tej strony. Witam słuchaczy. Witam.
[02:48:53] - Poznajemy, poznajemy. Witamy.
[02:48:55] - Słabo słyszę, ale mam nadzieję, że ja będę głównie mówił. Jakoś sobie poradzimy. Mogę? Bo naprawdę słabo słychać.
[02:49:07] - Oczywiście, jak najbardziej.
[02:49:09] - Dobra, teraz słyszę. Chciałem się ustosunkować do trzech rzeczy. Pierwsza rzecz to felieton Tomka Fąsa. I tutaj nie do końca się z Tomkiem zgadzam i z jego wrzuconym granatem, dlatego że uważam, że pisanie samo w sobie daje wiele. I niezależnie od tego, czy gramy w TKKF-ie w gałę, czy staramy się walczyć o pozycję Lewandowskiego, wydaje mi się, że to jest wartość sama w sobie i wszystko zależy od naszych ambicji, od talentu, od odrobiny szczęścia. Warto pisać, bo to nas rozwija. Tak jak sport pozwala nam utrzymywać się w dobrej kondycji fizycznej, tak pisanie pozwala nam utrzymywać się w dobrej kondycji psychicznej. Chciałem w tempo, jeżeli chodzi o tematy do drugiej antologii i temat kurier z przyszłości. Powiem szczerze, że jestem tego samego zdania co prowadzący, bo kurier z przyszłości i zabawy z czasem to mogą być ryzykowne zabawy. Zdarzyło się, że pisałem opowiadanie, w którym rzecz działa się w różnym czasie.
To były podróże w czasie. Napisałem opowiadanie w jakimś czasie, a później trzy razy dłużej poprawiałem wszelkie logiczne absurdy. Zabawy z czasem są naprawdę niebezpieczne dla pisarzy. Sam to przerobiłem. Panowie, czy mnie słychać w ogóle? Marku?
[02:51:42] - Słychać znakomicie.
[02:51:44] - Słychać dobrze.
[02:51:46] - To ja się jeszcze wtrącę, zanim powiesz o trzeciej rzeczy, którą chciałeś powiedzieć. Ja się w pełni z tobą zgadzam, jeśli chodzi o zabawy z czasem. Pamiętam, że pierwsze słuchowisko, które opublikowałem w 1989 roku, też dotyczyło zabaw z czasem i ono rzeczywiście było wyemitowane w radio, ale zanim ja je wysłałem, to pamiętam, że chodziłem chyba ze trzy miesiące sam ze sobą dyskutując. Musiałem wtedy wyglądać jak taki już zupełnie nie kryptoidiota, tylko idiota pełnokrwisty, ponieważ dyskutowałem sam ze sobą, dlaczego tworzę kolejne paradoksy. Tam te przerzuty czasowe były dosyć istotne i tworząc te kolejne paradoksy, zastanawiałem się, dlaczego tak, dlaczego nie inaczej. Opowiadanie, które miało pół godziny, czyli tak naprawdę w maszynopisie takie opowiadanie ma około 14 stron znormalizowanym maszynopisem. To jest dosyć luźno pisane, bo taki maszynopis słuchowiska składa się tylko i wyłącznie z dialogu, więc dosyć luźno jest to pisane. Te 14 stron, które tak naprawdę można napisać bardzo szybko, ja pisałem około trzech miesięcy. Nie dlatego, że mi materia pisarska sprawiała problem, tylko nieustannie miałem problem z paradoksami czasowymi, które na bieżąco tworzyłem. Co coś posunąłem akcję do przodu, to się pojawiały kolejne paradoksy.
Dużo czasu mi to zajmowało, więc ja się w pełni z tobą zgadzam, Julian, że czas jest, być może tak jak chciał jeden z autorów SF, najprostszą rzeczą, ale tworzy też najwięcej paradoksów i najwięcej problemów dla pisarza. To ja już oddaję tobie głos.
[02:53:49] - Może dlatego, że nie mamy do czynienia z tymi paradoksami na co dzień i trzeba ze dwa, trzy razy przeczytać to, co się napisało, żeby zrozumieć, żeby zauważyć te paradoksy. Taka chyba moja podpowiedź: najlepiej wysłać ludzi w przeszłość lub przyszłość i zniszczyć maszynę czasu, bo inaczej zawsze można się cofnąć o pięć minut wcześniej albo o jeden dzień. I to powoduje zawsze proste pytanie: dlaczego tak, skoro ktoś mógłby temu zapobiec, cofając się o chwilę wcześniej? I to jest chyba najgorszy moment. Jak to zamknąć? Może na koniec: czytałem na forum kilka zdań osób, które zastanawiają się, czy gdzieś coś wysłać, czy zaprezentować swoją twórczość, czy jednak zapełniać szufladę. Chciałem powiedzieć kilka słów na temat tego, jak to wyglądało u mnie. To może być dla kogoś interesujące. Powiem tak: pisałem do szuflady kilka opowiadań. Nie ma przypadków, ale przypadkiem trafiłem na ABW.
Kiedy wysłałem te opowiadania i kiedy zostały zaprezentowane na antenie, powiem, że to bardzo dużo zmieniło. To dało wielkiego kopa do dalszej pracy i nadało sens. Ktoś tego słucha. Jesteśmy tutaj wszyscy razem, oprócz prowadzących w ABW, w lidze amatorów. Ale to ważne, żeby był jakikolwiek odbiór, żeby była jakaś informacja zwrotna. Jak to wygląda z nami? Czy to jest interesujące? Jakie popełniamy błędy? W czym jesteśmy dobrzy? Ja jestem zadowolony z tego, że przypadkiem, nie przypadkiem trafiłem na ABW i to poszło dalej.
Pisałem jednocześnie do ABW, uczyłem się, robiłem różne eksperymenty, a najlepsze pomysły starałem się szlifować do przyszłego zbioru opowiadań. I ten zbiór za jakiś czas będzie wydany. Jestem z niego zadowolony i mam nadzieję, że zadowoleni będą też czytelnicy, którzy zdecydują się zainwestować parę złotych i parę chwil, żeby to przeczytać. A to mi da kolejną energię do tego, żeby robić coś dalej. Oddaję głos. Dziękuję bardzo.
[02:57:28] - Dziękujemy, Julian. Powiedziałeś o jeszcze jednej ważnej rzeczy, która mi się wydaje z punktu widzenia naszych słuchaczy i potencjalnych uczestników konkursu bardzo ważna. O eksperymentowaniu. Otóż nie bójcie się Państwo eksperymentować. To nie jest tak, że jak siadacie Państwo do klawiatury, zaczynacie pisać jakiś tekst, to od razu, za każdym razem musi powstać arcydzieło. Owszem, dla zdrowia psychicznego lepiej sobie powiedzieć, że właśnie się tworzy arcydzieło. Niemniej jednak arcydzieło nie polega na tym, czy też tworzenie tego arcydzieła nie polega na tym, że napiszecie Państwo od A do Z wszystko i to będzie bezbolesne, że napiszecie wszystko gładko, prosto i w sposób oczywisty. To jest zawsze niebezpieczne. Jak wam to wszystko łatwo, gładko pójdzie, to jest duże niebezpieczeństwo, szczególnie na początku drogi pisarskiej, że gdzieś po prostu naciapaliście coś niezbyt strawnego. To tak często bywa na początku.
Wiem, znam to z autopsji. Niejedno takie coś, taki utwór literaturopodobny popełniłem. Dlatego mówię, taka łatwość jest dosyć zwodnicza. Natomiast warto zawsze stawiać sobie pewne wyzwania. Samo pisanie oczywiście jest wyzwaniem, ale w ramach tego ogólnego, dużego wyzwania warto sobie stawiać wyzwania mniejsze. Na przykład takie, o których mówił Julian. Różnego rodzaju eksperymenty. Czy to eksperymenty z formą, czyli na przykład inny sposób pisania. Co mam na myśli? Na przykład ten, który już kiedyś wspominałem w ABW bodajże, że oczywistym jest, że najpierw jest prolog, później jest rozwinięcie, a na końcu epilog.
A gdyby zrobić tak, że epilog będzie na początku, a prolog na końcu? A rozwinięcie oczywiście na swoim miejscu. Oczywiście wszystko można zrobić, tylko znajdźcie jeszcze państwo do tego uzasadnienie, że taki zabieg stosujecie, że epilog jest na początku, a prolog na końcu. Jeśli wam się uda to zrobić, będzie miało to sens, będzie to miało uzasadnienie, będzie się to broniło, to wtedy taki eksperyment jest udany. Jeśli natomiast zrobicie tego rodzaju zabieg, że epilog będzie na początku, a prolog na końcu, bo tak wam się chciało, to to nie jest udany zabieg. To nie jest udany eksperyment. I do tego rodzaju eksperymentów was namawiam. To są eksperymenty z formą, ale też możecie próbować eksperymentów już z tą materią literacką, czystą. Czy to z formą narracji. Oczywiście można pisać w trzeciej osobie, można pisać w pierwszej, ale zauważcie państwo, że w swoim czasie, w latach 80.
jeden z autorów wyszedł z takiego założenia, że jest nielogiczne, iż literaturę SF, która dzieje się w przyszłości, piszemy bardzo często w czasie przeszłym. I postanowił napisać książkę. Już nie pamiętam. On ją pisał w czasie przyszłym. Tak, w czasie przyszłym ją napisał. Napisał książkę w czasie przyszłym. Czy to się lekko czytało? Powiem od razu, średnio się to czytało, ale eksperyment był. Notabene eksperyment wydrukowany. Czy ta treść była strawna i miała sens?
Owszem, była strawna i miała sens, ale materia pisarska poddawała się z pewnymi oporami. Ja pamiętam, że miałem z tą książką pewne problemy z jej przełknięciem. Niemniej tego rodzaju eksperymenty z formą jednak pobudzają do zastanowienia się, po co coś robimy, w jakim celu to jest robione, czemu coś służy. Bo to nie jest tak, proszę państwa, że siadamy do pisania i w duszy nam coś gra i my to przelewamy na papier. Tak też jest, ale czasami ważne- Marku, daj szansę Julianowi telefonowi odlecieć, bo poszedłeś w takie przemówienie, że on daje się słuchać. Ściskam, Julian. Serdecznie pozdrawiam.
[03:02:41] - Pozdrawiam.
[03:02:42] - Słuchajcie.
[03:02:43] - Najgorsze jest to, że ja was panowie niestety prawie nie słyszę, ale wyobraźnię mam na tyle rozwiniętą, że wyobrażam sobie, co mogliście mówić.
[03:02:55] - Julian na podcaście.
[03:02:57] - Jakoś to pociągnę.
[03:02:59] - Na YouTubie sobie odtworzysz później moje przemówienie.
[03:03:02] - Ale to, co powiem, to powiem niestety i później będę się czerwienił. A tak na poważnie, to tak bardziej ogólnie powiem dwa zdania o ABW, że może warto byłoby traktować ABW jako taką dobrowolną i dowolną szkołę, bo to jest moim zdaniem znakomita lekcja, żeby się czegoś nauczyć. Nauczyciele są zazwyczaj uśmiechnięci i nie powodują wzrostu ciśnienia. Czasem się to zdarza, ale trzeba to przeboleć. Warto wysyłać do ABW, warto dać się poznać, dać się ocenić. A na sam koniec jeszcze muszę powiedzieć o takim małym przekłamaniu na forum. À propos książki Przemysława Cichonia „Świnio ryjach”, powiem, że mam podobne zdanie, a w zasadzie takie samo jak Marek. Uważam, że autor powinien mieć szansę przynajmniej zarobić na papier i na prąd, który pochłonął komputer w trakcie pisania. Co innego, gdyby była to powieść, kiedy gdzieś tam jest ucięta puenta i trzeba kupić książkę. Ale te opowiadania były w zasadzie tworzone na bieżąco i to były opowiadania, które były zamknięte.
Więc jeżeli komuś się spodobało pięć czy siedem, to ma szansę, żeby kupić i mieć całość na papierze. I w ten sposób dziękuję serdecznie. Bardzo fajna audycja. Przechodzę do odsłuchu, do odbioru. Wszystkiego dobrego.
[03:05:21] - Wszystkiego dobrego, Julian.
[03:05:24] - Dziękuję, do usłyszenia.
[03:05:26] - Do usłyszenia. Wiktorze, poczekaj, zanim się rozwiniesz, bo ja już wszedłem w tok przemowy zasadniczej. W związku z tym już ją tylko lekko zakończę. Naprawdę, wbrew pozorom to nie było takie gadanie sobie a muzom. Naprawdę wierzę w to, co przed chwilą mówiłem, co przed chwilą rysowałem. Te wszystkie eksperymenty i te wszystkie rzeczy, które warto robić, to powtarzam, za każdym razem taki eksperyment nie doprowadzi państwa do wiekopomnego dzieła, ale może nasunie pomysł na dzieło następne, na pewne rozwiązania formalne. Proszę państwa, przecież wszystkiego się w życiu pisarskim trzeba nauczyć. Od pisania dialogu, po pisanie opisu, po zamykanie akcji i rozwiązywanie tej akcji. Wszystko to jest rzecz, nie mówię, że koniecznie się trzeba tego nauczyć w ABW. Czasami trzeba się tego nauczyć metodą prób i błędów i obrywania od potencjalnych czy też rzeczywistych czytelników.
Niemniej naprawdę tylko jakiś znikomy odsetek ludzi piszących to są ludzie, którzy siadają i za pierwszym razem produkują dzieło genialne. Ja osobiście nie poznałem kogoś takiego. Oczywiście poza Wiktorem Żwikiewiczem, który zna się na żartach i wie dokładnie, że zanim napisał pierwszą rzecz, którą mógł nazwać dziełem, to kilka rzeczy w życiu napisał takich sobie. Czy się mylę?
[03:07:15] - Żadnego.
[03:07:16] - No tak. Dlaczegóż nie miałem wątpliwości, że tak właśnie jest? Wiktor jest tym chlubnym wyjątkiem, który od początku pisał dzieła wiekopomne. Niemniej jednak wiecie państwo, taki znamienity przykład zdarza się raz na jakiś czas, ale dla większości z państwa, w tym i dla mnie, jednak pisanie, pomimo że w duszy wam grają rzeczy wielkie, to bez wątpienia sam proces napisania tych wielkich rzeczy wymaga pewnej elementarnej sprawności. I tej sprawności, proszę państwa, trzeba się po prostu nauczyć. I czy będziecie to państwo robić z ABW, czy będziecie to państwo robić z antologią „Rubieże rzeczywistości”, kolejnymi tomami, czy w jakimś innym miejscu w sieci, to jest rzecz nie powiem, że drugorzędna. Dla nas pierwszorzędna, bo wolelibyśmy, żeby z nami, ale jeśli gdzie indziej, to także będzie miało swoją wartość. Trzeba się tego po prostu nauczyć. Uf, skończyłem. Teraz mówi Wiktor.
[03:08:26] - Dobrze. Ty mówiłeś o eksperymentach, bo żeś to wyciągnął. Natomiast ja bym chciał podkreślić, że Julian dotknął jednej bardzo ważnej rzeczy, czyli idei inspiracji i motywacji, i powiązał to ze sportem. To bardzo sensownie, gdyż w sumie ten intelektualny sport, jaki my uprawiamy, to jest tylko sport. Aborcja jest taką drobną poprzeczką, którą każdy prędzej czy później lekko przeskoczy. Natomiast ja do tego tematu przypomniałbym anegdotę, którą chyba kiedyś mówiłem o polskim skoczku, złotym medaliście olimpijskim Jacku Szole, którego kiedyś dziennikarz zapytał, w jaki sposób on się przygotowywał do swojej kariery. Jak on skoczył te całe dwa metry, nie pamiętam, siedem czy ile on wtedy skoczył, kiedy mu się to raz w życiu udało. On powiedział, śmiejąc się do tego dziennikarza, że przez całe dzieciństwo swoje marzył o tym, że przeskoczy trzy metry. Oczywiście dziennikarz: „Chyba o tyczce, bo inaczej to bez sensu”. Nie.
Jacek Szola marzył jako dziecko o tym, żeby przeskoczyć normalnie nożycami albo na przerzutkę, albo flopem trzy metry. Bzdety, prawda? Tylko że gdyby on nie marzył o tych trzech metrach, to by nie przeskoczył nigdy tych dwóch metrów. Na tym polega cały paradoks marzeń, inspiracji i motywacji do tego, żeby pisać. Należy pisać po to, żeby napisać rzeczy genialne. Wyjdzie, co wyjdzie, ale na pewno dzięki temu wyjdzie coś lepszego niż jak się z góry zakłada, że się będzie podawało paszę treściwą dla prosiąt. Jak się podaje paszę, to ona pozostanie paszą.
[03:10:38] - Ja tutaj mam z forum zdanie, że Bruno Kadyna napisał, że warto eksperymentować i że uwielbia pisać w czasie teraźniejszym. Teraz wyobraźmy sobie napisać opowiadanie w czasie przyszłym.
[03:10:55] - Marku, zaraz się spełniło to przysłowie: uderz w stół, a nożyce się odezwą. Odezwał się Julian, natychmiast odezwał się Kadyna. Cholera.
[03:11:08] - Bardzo dobrze. W każdym razie tu jeszcze na forum kilka pochwał pod naszym adresem. Nie będę ich cytował, tylko się skromnie spłonię i podziękuję za miłe słowa. W każdym razie czytam. Wracając do tego, co mówiłem wcześniej, namawiam państwa przy okazji naszego dzisiejszego „Bibliotekarium”, omawiania antologii „Rubieże rzeczywistości” żeby spróbować sił w drugim tomie. Nic to państwa nie kosztuje wysyłać te swoje opowiadania przecież mailem, a więc nawet inwestować w wydruk nie trzeba. Spróbujcie. Czasami po prostu warto. Jak coś nie skonfrontuje się z oczami krytyka, z oczami później czytelnika, to tego nie ma po prostu. Kiedyś pamiętam na jednych z zajęć dotyczących kultury oburzyło mnie, jak ktoś powiedział, że jeżeli jakieś dzieło powstanie, a nikt go nie zobaczy i ono spłonie później, to tak, jakby tego dzieła nie było.
I pierwszy mój odruch był taki: „Jak to? Przecież ono powstało. Ktoś swój geniusz w to włożył”. A później sobie o tym pomyślałem i stwierdziłem, że właściwie jest w tym pewna brutalna, ale racja. Cóż z tego, że powstała rzecz genialna, wiekopomna, subtelna i piękna, jak tego nikt nie poznał i nikt tego nie pozna, bo to spłonęło. Tego jakby nie było, jakby nigdy to nie zaistniało.
[03:13:13] - Marku, lubię takie odniesienia, ale wiesz, tak mówisz zupełnie bardzo ładnie, bo ja sobie wyobrażam kogoś, kto w zadupieniu swoim stworzył samego siebie najwspanialszego na świecie kochanka. Tylko że żadna kobieta go nigdy nie pokochała.
[03:13:33] - Coś w tym jest. Tak. Dosadnie, prosto, ale dokładnie o to chodzi. Dlatego nie bójcie się państwo, jeśli wam coś w duszy gra i czujecie w sobie jakąś choćby minimalną moc twórczą, namawiam, spróbujcie swoich sił w kolejnym konkursie „Rubieże rzeczywistości”. Drugi tom w przyszłym roku. Dzisiaj skończyliśmy omawiać tom pierwszy, ale pewno nie wszyscy wierzyli, że ten tom w ogóle wyjdzie. Bo ja się wcale nie dziwię. Tak jak powiedziałem to na początku audycji, jakiś dwóch facetów apeluje: „Przysyłajcie opowiadania, wydamy książkę”. Wobec tego, co się dzieje w tej chwili na rynku, to ja się wcale nie dziwię, że część autorów doszła do wniosku, że to są jakieś duby smalone i tam jakieś pierdoły opowiadają, coś tam wydadzą. Teraz, kiedy ten tom już jest na rynku, całkiem nieźle się sprzedaje, to być może większa ilość osób po prostu uwierzy, że warto.
Namawiamy do tego. Nie namawiam do tego tak bezinteresownie, bo proszę państwa, te opowiadania wcześniej czy później, jeśli zgłosicie je państwo do konkursu, to trafią do nas. To my jesteśmy zwierzętami czytelniczymi, które lubią... My, mówię ja i Wiktor, które lubią czytać, lubią czytać rozmaite historie. I te opowiadania trafią do nas. To my będziemy mieli najlepszą zabawę, czytając te opowiadania. I to mówię w sensie zupełnie poważnym. Nie żeby będziemy się z nich nabijać, tylko że będziemy mieć niezłą zabawę, czytając kolejne fabuły. Tak naprawdę nam dostarczacie państwo pożywienia, paszy, czegoś, co sprawia, że będzie nam po prostu fajnie się spędzało czas. Namawiamy państwa, przysyłajcie opowiadania.
Cóż, antologia „Rubieże rzeczywistości” do nabycia w sieci. Znajdziecie państwo czy to w Bonito, czy to sklep Bibliotekarium. Gdzie sobie to państwo zakupicie, to już jest wasza sprawa. W każdym razie warto. Jesteśmy niewiarygodni, bo każda pliszka swój ogonek chwali, więc wiadomo, że będziemy ten tom chwalić. Ale ja mam czyste sumienie. Nie muszę się do tego chwalenia ani zmuszać. Zresztą nigdy tego nie robię w Bibliotekarium. Mam tę wspaniałą świadomość i ten wspaniały luz, którego być może nie mają dziennikarze z mainstreamowych mediów, że my tu z Wiktorem niczego nie musimy. Jak się Wiktorowi Konopielka nie podoba, to nakrzyczy na Żelkowskiego, że mu się nie podoba, a Żelkowski nakrzyczy na Żwikiewicza, że mu się podoba i rozstaniemy się każdy z gronem swoich popleczników.
I tak się ta dyskusja skończy. Będzie owocowała tym, że jakieś zdanie zostanie wymienione, jakieś argumenty. I taki jest sens tego wszystkiego. I ja uważam, że to jest duży sens. Tak przynajmniej uważam. Wiktor się czai do skoku, więc skacz, Wiktorze, skacz.
[03:17:05] - No wiesz, na ile jesteśmy blisko końca, Marku?
[03:17:10] - Już zbliżamy się do końca.
[03:17:12] - Więc może tak przed samym końcem, jeśli dobrze trafię, to ja mam jedną prośbę. Otóż ja bym chciał jeszcze przekazać pozdrowienia rzeczywiście tym autorom, jeśli nas słuchają, którzy do tej antologii nie weszli, ale mieli odwagę w te szranki stanąć kiedyś. Ja mam nadzieję, że spośród nich jeszcze wypłynie w tym być może drugim konkursie niejedna postać, która się sprawdzi. Nigdy nie warto pierwszym jaskółkom, że tak powiem, ufać, że ta wiosna jest gotowa. A ta antologia to są po prostu pierwsze jaskółki, ale może się załapiemy na drugie. Warto napisać i mieć odwagę zresztą stanąć jeszcze raz w te szranki, żeby się zmierzyć z takimi tuzami jak na przykład Julian, żeby po prostu im na nosie zagrać.
[03:18:24] - A ja powiem tak-
[03:18:25] - Pozdrawiam tych wszystkich.
[03:18:27] - Ja powiem tak, Wiktorze. Dzięki ci za to, co powiedziałeś przed chwilą, bo trzeba pewnej przenikliwości, bo rzeczywiście całkiem sporo opowiadań odpadło w pierwszej edycji i autorzy, którzy przysłali te opowiadania, mogą mieć takie wrażenie, że zostali zlekceważeni. Nie ufajcie państwo tym pierwszym podszeptom. Nie zostaliście zlekceważeni. Zostaliście ocenieni. To jest zupełnie coś innego. Od razu powiem o tym, że ta ocena okazała się, jakby zebrać to do kupy, negatywna, bo opowiadania się nie ukazały. Co nie znaczy, że nie zwróciliśmy uwagi na niektóre z tych opowiadań. Dlatego jeśli, szanowny autorze, nie uzyskałeś satysfakcji w pierwszym wydaniu antologii „Rubieże rzeczywistości”, bo twoje opowiadanie zostało odrzucone, nie znalazło się w antologii, to wcale nie jest takie oczywiste, że nie powinieneś już pisać i powinieneś zawiesić gdzieś tam na kołku swoje pióro. Wręcz przeciwnie.
Wśród tych opowiadań, które odrzuciliśmy, były opowiadania, całkiem sporo wbrew pozorom, które rokowały, ale rokowały na tyle delikatnie, że jeszcze się nie zdecydowaliśmy ich poprawiać. Natomiast wśród tych osób odrzuconych z całą pewnością są kolejni debiutanci. Weźcie to państwo pod uwagę ci wszyscy, którzy nie zadebiutowaliście w pierwszym tomie, że to odrzucenie, pozorne odrzucenie to nie jest wyrok. Próbujcie państwo dalej po prostu. To taki mój apel, bo rzeczywiście dzięki ci, Wiktor, za to, bo na to nie zwróciłem uwagi, ale warto o tym powiedzieć. Warto o tym powiedzieć.
[03:20:31] - A poza tym, Marku, minął rok. Po roku jesteśmy my wszyscy również ci, którzy tutaj nie trafili. O rok mądrzejsi, o rok bystrzejsi i o rok mamy więcej talentu.
[03:20:45] - Tak jest. W pełni się z tym zgadzam. Proszę państwa, cóż więcej o tej antologii powiedzieć można? Pewno niewiele. Poza tym, że naprawdę warto ją poczytać. I wiecie państwo, moje zdanie czy zdanie Wiktora to już akurat mały pikuś i małe miki. Ja widzę tylko jedno potwierdzenie tego, że warto, że ta antologia po prostu naszego miłościwie panującego nam wydawcy naprawdę się nieźle rozchodzi i naprawdę jest całkiem nieźle wykupywana na Bonito. Co nawet mnie samego zaskakuje. To znaczy, że to się po prostu dobrze czyta i to jest dla mnie najlepsza recenzja, jakakolwiek inna by powstała, to jednak ta będzie najważniejsza. I właściwie to byśmy się zbliżali już w tej chwili do końca.
Ja tylko przypomnę, że zupełnie na koniec, kiedy się już z państwem pożegnamy, zapraszam do wysłuchania pełnej wersji opowiadania „Szachotel”, które niestety w wersji książkowej ukazało się niepełne. Jego autorem jest Marek Kolender. Zatem po pożegnaniach opowiadanie „Szachotel” w wersji pełnej. A teraz cóż, dziękujemy państwu za dzisiejszą audycję. Dziękujemy, że byliście nas skłonni wysłuchać kilku naszych refleksji o antologii „Róbież rzeczywistości”. Zapraszamy za tydzień. Za tydzień ABW to będzie ABW, które będzie miało dużo opowiadań. Od opowiadania, które liczy jedno zdanie po opowiadania dosyć długie. Tak jak zwykle w sumie. Czyli będzie dużo czytania, dużo gadania i tak dalej.
Ale jeszcze jest kwestia tego, co za dwa tygodnie. Otóż za dwa tygodnie postanowiliśmy nie wybierać pewnej konkretnej książki. A właściwie powiem tak, że wybraliśmy bardzo wiele książek, a konkretnie wybraliśmy autora Edgara Rice'a Burroughsa, autora takich cyklów jak cykl o Marsie. Większość z państwa pewno widziała taki film, to się chyba „John Carter” nazywało. To był film zrobiony na podstawie powieści „Księżniczka Marsa”. Tych powieści z serii marsjańskiej jest tam kilkanaście, ale Burroughs to także twórca takiej postaci jak Tarzan. To jest twórca cyklu o planecie Wenus. Tam jest, o ile dobrze pamiętam, przynajmniej pięć tomów poświęconych Wenus i życiu na planecie Wenus. To jest też autor cyklu Pellucidar, czyli takiego cyklu, który opowiada o świecie wewnątrz Ziemi. W ogóle Burroughs to jest facet, który tych powieści trzaskał bardzo dużo.
Specjalnie używam słowa „trzaskał”, bo tak sobie z Wiktorem rozmawialiśmy przed audycją. To był facet, który w swoim czasie, ten Burroughs, był synonimem takiego zjawiska, które można by nazwać literaturką, czymś takim, co właściwie zaniedbywalnym, głupawym. A dzisiaj, proszę państwa-
[03:24:51] - Ale jeszcze nie koaliowaniem.
[03:24:55] - No tak. W każdym razie dzisiaj to jest człowiek, który bywa czytany, bywa tłumaczony i którym zachwycają się tą jego twórczością. Ja tylko przypomnę, że to jest człowiek, który ten cykl o Tarzanie tworzył od roku 1912. Chyba ostatni tom wydał w czterdziestych latach, jeśli chodzi o Tarzana. Natomiast ten cykl o „Księżniczce Marsa” powstawał w latach 1912, a chyba ostatni tom wyszedł, właśnie nie pamiętam, w czterdziestym ósmym roku chyba. Czyli macie państwo całkiem spory przedział czasowy.
[03:25:49] - Marku, muszę cię pooskromnić. Ja rozumiem, że jesteś jak feniks, ale nie wygadaj się do końca przez audycję w przyszłym tygodniu.
[03:26:02] - To za dwa tygodnie będzie. Dobra, nie wygadam się.
[03:26:05] - Dwa tygodnie.
[03:26:07] - Ale mnie fascynuje taka rzecz, że cykl o Wenus Burroughsa, pierwszy tom powstał w trzydziestym czwartym, a ostatni w siedemdziesiątym został wydany. To jest przepaść czasowa. To jest trzydzieści pięć lat. A w dodatku, proszę państwa, czy ktoś z państwa nie słyszał o Tarzanie? Ja nie wiem. To jest postać kultowa, jakaś kulturowa taka. Co bardziej zainteresowani o pozostałych postaciach, o pozostałych cyklach słyszeli. Słyszeli. O tym rzeczywiście Wiktor, poskramiając mnie, ma rację, bo ja bym tak jeszcze mógł nadawać całkiem sporo na temat Burroughsa, bo Burroughs to jest taki autor, którego ja po prostu lubię. Pomimo i wbrew wszystkiemu go lubię.
Ale rzeczywiście powściągnę się dzisiaj. Będziemy o tym rozmawiać za dwa tygodnie. Zapraszam państwa bardzo serdecznie na audycję o Edgarze Rice'ie Burroughsie. I cóż, wszystkiego dobrego życzymy wspólnie z Wiktorem. Wiktor, mam nadzieję za dwa tygodnie, a już nawet za tydzień będzie zdrowiuchny i niekaszlący i niesapiący. Zapraszamy zatem za tydzień na „ABW”, za dwa tygodnie na „Bibliotekarium”. Wszystkiego dobrego, dużo weny pisarskiej, dużo dobrych lektur. Dobrej nocy.
[03:27:36] - Cześć.
[03:27:38] - A mówili te słowa do państwa, jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jeszcze obsługuję. Jeszcze przez kilkanaście minut będziemy słyszalni. Konkretnie to ja będę słyszalny, jak będę czytał, czy też odtwarzał swoje czytanie. Marku, jakbyś mógł przypomnieć, jakie to opowiadanie Marka Kolendra będzie teraz odtwarzane.
[03:28:04] - Marek Kolender, opowiadanie „Pszechotel”.
[03:28:08] - A więc teraz jeszcze na koniec dzisiejszego „Bibliotekarium” opowiadanie Marka Kolendra „Pszechotel”. A my już dziękujemy bardzo za uwagę. Zachęcamy do pozostania z Radiem Paranormalium na kolejne co najmniej pół godziny, bo mniej więcej tyle to opowiadanie trwa. Radio Paranormalium — paranormalny i literacki głos w twoim domu. Zostańcie państwo z nami. Marek Kolender, „Pszechotel”: Myślałem, że sobie odpocznę. W końcu nie pojechałem do żadnego dużego kurortu. Nie byłem nad morzem, gdzie trzeba walczyć o każdy skrawek plaży przeciwko imperialistyczno-korporacyjnym plażowiczom z ich złowrogimi parawanami. Nie wybrałem także gór, bo i po co? Żeby mnie na Krupówkach zadeptali?
Nie, nie. Ja chciałem po prostu wypocząć. Dlatego zdecydowałem się na zwykły hotel. Tyle że z basenem i sauną. W takich miejscach można najlepiej odciąć się od zgiełku cywilizacji. Mały ruch, mało gości i mało problemów. Głupi byłem. Nie pomyliłem się bowiem tylko co do ruchu i gości. Na początku wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku.Wszedłem do holu i powiedziałem: „Dzień dobry”. Hotelowy boy od razu doskoczył do mnie, witając i oferując wszelkie usługi.
Wziął bagaże i zaprowadził mnie do mojego pokoju. Znajdował się na drugim piętrze. Idealnym. Tam zawsze jest najmniejszy ruch, a i tak wszędzie jest blisko. Mały sklepik niedaleko oferował produkty w rozsądnych cenach. Nie ukrywam, że zależało mi też na alkoholach, więc zaopatrzyłem się i zapchałem miniaturową lodówkę, która znajdowała się w moim pokoju. Okazało się to niepotrzebne, gdyż hotel oferował również wyżywienie i to wcale nie za jakąś horrendalną dopłatą. To i dopłaciłem. Wieczorem w sali jadalnej spotkałem innych gości. W hotelu nie było ich zbyt wielu, co mnie oczywiście nie zaskoczyło.
Zostało to przecież wkalkulowane w plan i zajmowało ważną pozycję na liście największych zalet zatrzymania się w tym miejscu. A jednak, gdy jakiś facet zaprosił mnie do stolika, zgodziłem się bez wahania. Tym bardziej że postawił kolejkę. „A grasz może w cygana?” Nie jest to trudne. Pokazał mi, jak w to grać. Może nawet celowo zrobił to tak, żeby móc mnie ogrywać. Ale raczej nie, bo i po co, skoro nie graliśmy na pieniądze. „I jak się podoba?” — zagadnął mój towarzysz. „Nie ma może luksusów, ale też chyba nie jest najgorzej, prawda?” „Dla mnie wystarczy, że jest spokój.” „Tutaj akurat spokój można znaleźć. I ukojenie.
Trochę jak w grobie, co?” Nie odpowiedziałem. Uniosłem tylko kieliszek, on zaś poszedł za moim przykładem. Skrzywiłem się i stwierdziłem: „Chociaż wódkę mogliby zmienić. Powiem szefowi, może następnym razem będzie lepsza.” Mój rozmówca parsknął: „A co, chciałbyś tu wrócić?” „Czemu nie?” — odpowiedziałem. „Ostatecznie jest tu to, czego szukam w hotelach. Cisza i spokój.” Parsknął raz jeszcze i napełnił kieliszki. „W tej branży chyba nie ma wielkiej konkurencji, ale zobaczę, co da się zrobić, jeśli chodzi o wódkę.” Wypił swoją kolejkę i odszedł od stolika, zostawiając mnie samego z talią kart, pustą butelką i napełnionym kieliszkiem. „Trochę to dziwne” — pomyślałem. „Jeśli w przydrożnych hotelach nie ma konkurencji, to w jakiej branży miałaby niby być?” Czekałem jeszcze chwilę, czy mój rozmówca przypadkiem nie wróci. Przez długi czas nic się nie działo.
Ziewnąłem, ułożyłem jego karty i zostawiłem na stoliku. Wstałem i ruszyłem do wyjścia. Wtedy dostrzegłem, że na podłogę spadła jedna karta. Podniosłem ją i pomyślałem, że nie pasuje do reszty. No bo co to za figura? Jakiś kościotrup? Rewers się jednak zgadzał, więc włożyłem ją do talii i wyszedłem. Grało się przyjemnie, chociaż wypiłem trochę za dużo. Doszedłem do wniosku, że miałbym trudności z wejściem na drugie piętro, gdyby nie było poręczy. Gdy już się wdrapałem, od razu padłem na łóżko.
Nie dotknąłem jeszcze pościeli, a już spałem. O to mogę się założyć. Obudziłem się. Gdy podniosłem się z łóżka, powiedziałem tylko jedno: „Zabijcie mnie, proszę”. Tak, kac był niemały, nawet się tego nie spodziewałem. I wiecie co? Nagle przestało mnie boleć. Nie czułem nawet tego kotłowania się w brzuchu. Jeśli faktycznie mnie zabili, to te zaświaty okazały się całkiem przyjemne. Utwierdziłem się w tym, gdy usiadłem w jacuzzi z książką w ręku.
Może była jedna malutka wada. Musiałem chwilę czekać, aż się nagrzeje. Mimo to te zaświaty i tak umiejscowiłbym w którymś z górnych kręgów nieba. I wtedy ziemia zatrzęsła się, a książka wpadła do wody. Wiązanka, która wyrwała mi się z ust, zdecydowanie nie pasowała nawet do najniższych ze wspomnianych kręgów. Nie wiem, czy po drugiej stronie nie zaoferowano by mi za nią etatu. Wyskoczyłem i owinąłem się ręcznikiem. Ziemia nadal lekko dygotała. Pobiegłem do recepcji. „Co się stało?” „Piętro minus jeden.
Dzieci nieochrzczone oraz sprawiedliwych niewiernych prosimy o opuszczenie hotelu i udanie się do baraków tymczasowych. Życzymy przyjemnego pobytu”. Ciarki przebiegły mi przez plecy. „Ale co tu się, do cholery, dzieje? Nie lubię takich żartów. Zadzwonię do waszego szefa”. „Lepiej nie” – stwierdziła recepcjonistka. „W tych godzinach nie powinno mu się przeszkadzać”. „Tak? A co jest niby pilniejszego od klientów?” „Ależ on właśnie zajmuje się klientami.
Od 14 do 17 przeżuwa Marka Brutusa, a od 17.30 do 19.30 Gajusza Kasjusza”. Nawet nie pomyślałem o tym, jakie to idiotyczne, a tylko spytałem: „Ale w takim razie ma chyba czas między 17 a 17.30?”. „Nie, wtedy jest czas na nitkowanie i płukanie zębów. To całkiem spore zęby, więc zajmuje to niemało czasu”. „Ale co się dzieje?” Usłyszałem głos mojego wczorajszego towarzysza gry. „Oni sobie ze mnie żarty stroją” – zaskumlałem. „Że niby w piekle? Tak się nie da. Umrzeć najpierw trzeba. A ja żyję.
Spójrz na mnie, ja żyję przecież!” „Ależ spokojnie. Nie jesteś w piekle”. Odetchnąłem jakby z ulgą. „Umrzeć umarłeś, ale nie jesteś w piekle. To dopiero limbus. Już spokojnie. Nie blednij już bardziej niż przystoi trupowi. Nagrzeszyło ci się za życia. Każdemu się może zdarzyć. Ale to nie znaczy jeszcze, że masz mi tu robić coś, co tylko żywi mogą” – zaśmiał się.
– „Chociaż wiesz co? Faktycznie trochę tu duszno”. Zdjął kapelutek, który miał na głowie i powachlował się nim. Zobaczyłem małe rączki i nogi ugięły się pode mną. „Ty jesteś…” „Mam wiele imion, cały legion można by powiedzieć, ale ty możesz mi mówić Mefisto”. Położył mi rękę na ramieniu, a ja bez czucia osunąłem się na ziemię. „Jak to się w ogóle stało?” – usłyszałem jakiś znajomy głos, który dotarł do mnie, jak gdyby zza mgły, jaka opadła na mój umysł. „Taki blady był, aż martwo wyglądał, panie Sha”. „Mówiłem już wam tyle razy, że macie mnie nazywać Mefistofelesem. Zresztą cisza teraz.
Wygląda, jakby się budził”. Jeśli tak w istocie było, to ja żadnej różnicy nie poczułem. W tamtym momencie mogłem nawet uwierzyć, że istotnie nie żyję. „Dobra, dosyć leżakowania” – stwierdził Mefisto. – „Obudź się”. Natychmiast się zerwałem. Oczy paliły mnie niemiłosiernie, a większym bólem okazał się jedynie ten, który odczuwałem w płucach. Czułem się, jakbym oddychał żywym ogniem. Po dłuższej chwili ból ustąpił, a ja trochę się uspokoiłem. „Gdzie ja jestem?” „Spójrz za okno” – usłyszałem odpowiedź.
Spojrzałem. Nieciekawa okolica, nawet jeśli weźmie się pod uwagę moje wcześniejsze założenie, że ujrzę leśne obszary gdzieś na Podlasiu. Tereny były raczej pustynne. Tyle że pośrodku pustego obszaru stała jedna wielka brama, nad którą widniał szyld z napisem. „Widzisz, i tutaj pojawia się problem” – stwierdził Mefisto. – „Martwi nie mdleją, więc jak się okazuje, jednak żyjesz”. No cóż, dla mnie zdecydowanie nie był to problem. Lubiłem żyć i ani przez chwilę nie wątpiłem, że jeszcze nie nadszedł mój czas. Nie możesz jednak wejść tutaj, jeśli nie zastosujesz się do znaku. Cofnąć się już też nie możesz.
Za duże koszty, sam rozumiesz. Dlaczego? Co dlaczego? Odpowiedział pytaniem na pytanie. Dlaczego nie mogę wrócić? Wrócisz, o ile po drodze nie zginiesz. No, ale mniejsza. Co znowu? Jakie mniejsza. Ja chcę przeżyć.
Nieważne. Ważne jest to, że póki nie obsłużymy wszystkich gości i nie oddamy ich na dalsze miejsca, tak długo nie będziemy mogli cię odstawić. A nie możemy tam wejść, o ile nie zastosujesz się do znaku. Przeczytałem to, co było tam napisane. „Porzućcie wszelką nadzieję”. Dobra, wyjaśnijcie mi do cholery, o co w tym wszystkim chodzi. Mefistofeles zrobił jakąś dziwnie zafrasowaną minę. Słyszałeś może kiedyś o Latającym Holendrze? Kto nie słyszał. No to jesteś na jego odpowiedniku hotelarskim.
Odprowadzamy do zaświatów dusze osób zmarłych w hotelach. Złapałem się za głowę. Potarłem czoło. Dobra, załóżmy, że nie jest to w 100% bezsensowne. Załóżmy, że to prawda. Ale Holendrem dowodził ktoś, kto kiedyś był człowiekiem. A ty jesteś diabłem. Dlaczego ty rządzisz tutaj? Nie, nie. Nie rządzę.
Nawet dusze nieczyste potrzebują czasem kilku dni wolnego. Praca w korporacji jest męcząca. Westchnąłem zrezygnowany. Wiedziałem, że i tak tego nie zrozumiem, więc powiedziałem tylko: dobra, idę do jacuzzi. Tak po prostu? Ludzie też czasem potrzebują wolnego i choćbym nawet miał odpocząć w zaświatach, zrobię to. Do potem. Ruszyłem w stronę drzwi, poprawiając przy tym ręcznik, w który wciąż byłem obleczony. Za plecami usłyszałem chrząknięcie. Coś jeszcze?
Znak. Pamiętasz? Ach tak, wszelka nadzieja i te sprawy. Nie martw się, dawno już porzuciłem jakąkolwiek nadzieję, że moje życie będzie kiedyś normalne. Siedziałem w jacuzzi i piłem drinka. Krwawa Mary. Wygląda na to, że znali się na robocie. Był spokój. Tyle mi wystarczyło. Mogłem być nawet w samym pysku tego ich szefa, gdyby tylko miał w nim wodę i robił przyjemne bąbelki.
Wtedy jednak wszedł Mefisto i musiał wszystko schrzanić. Hej, jesteś pewien, że nie chcesz nic oglądać? To całkiem ciekawe rzeczy i... Nie. Zrobimy wszystko, żebyś miał o nas dobre zdanie i chciał do nas wrócić. Możemy zaproponować cyrograf w promocyjnej cenie. Wiesz co? Chętnie sprzedałbym duszę za chwilę spokoju, ale do tego wystarczy tylko, żebyś się zamknął. Powiedziałem. Po czym, gdy zdałem sobie sprawę, że jednak rozmawiam z diabłem i nie trzeba wiele, bym w przyszłości miał z nim do czynienia przez całą wieczność, dodałem: proszę.
Dobra, ale wiesz, tutaj akurat w tym kręgu mamy kilku dobrych muzyków. A jakich barmanów! Gdybyś spróbował ich drinków, już nigdy nie tknąłbyś tych lur – stwierdził, łypiąc przy tym na mojego drinka. Dobra, zagrajmy o to. Rzut monetą. Reszka idę, orzeł zostaje. Nie, nie, nie. Nie ma mowy. Kiedyś już ktoś u nas dał się na to nabrać. Ty pewnie nie masz monety.
Wyjąłem monetę ze spodni, które leżały obok i stwierdziłem: nie wiedziałem, że nawet w piekle pokutują tak podłe opinie o Polakach. Jeśli jakiś Twardowski raz was wykiwał, to jeszcze nie znaczy, że u nas sami oszuści. Wy przecież też... Dobra, dobra, rzucam. Reszka. Wstawaj i się ubieraj – zakomentował. Idziemy. No nic. Wytarłem się i ubrałem. Chwyciłem swoją monetę.
Tak, z drugiej strony też była reszka. Nie wiedziałem, że u diabłów da się doszukać polskich korzeni. W sumie całkiem przyjemnie – stwierdziłem. To znaczy, jeśli nie zwracać uwagi na ten smród zgniłych jaj. Wiesz, tu się pracuje. Nie, nie. Nie ruszaj tego. Wyprostowałem się, ale grzybek, po którego się schylałem, był już w mojej dłoni. Pod żadnym pozorem tego nie zeżrej. Wiem, że wy ludzie macie tam jakieś potrzeby, ale jedzenie, chyba zresztą nie najgorsze, jest też w hotelu.
Pomyślałem o mdłych mielonych z wczoraj i uznałem, że mógłbym z tym polemizować. No ale mimo wszystko nie jestem idiotą. Chciałem się tylko przyjrzeć, nie od razu zjeść. Powiedziałem mu o tym. Nie każdy jest taki sprytny – odrzekł. Kiedyś ten krąg zwiedzał u nas pewien Włoch. No i ugryzł. Halucynacji miał bez liku, a potem jeszcze książkę o tym napisał. Rozumiesz to? Dlaczego zawsze, gdy ktoś nas odwiedzi, musi powstać o tym jakiś poemat czy inny epos?
Ruszył w stronę widniejącej przed nami drewnianej konstrukcji, a ja pobiegłem za nim. Hej, ale ty chyba tej wizyty też zaraz nie rozpiszesz, co? Ja? Nie. A zresztą dokąd idziemy? Do baru. Mówiłem ci przecież. No dobra, usiedliśmy. Może trochę nie pasował do całej scenerii wokół spalonej ziemi, kraterów i wspomnianych już grzybków. Nie pasował zaś dlatego, że był to jedyny w miarę bogaty fragment tego miejsca.
Wysoki blat, a obok niego wcale nie niższe krzesła wykończone czarną skórą. Z tyłu przed wielkim lustrem stał ogromny regał. Przypominał nieco wyposażenie biblioteki. Tyle że tutaj można chyba było znaleźć każdy rodzaj alkoholu. Może oprócz wina, bo jego akurat nie widziałem. Ta alkoholowa meblościanka miała tak wielkie rozmiary, że aby dostać się do najwyższych półek trzeba by użyć drabiny. I faktycznie zobaczyłem taką, jak również przygarbioną postać na jej szczycie. "Hej Boruta, nalej nam czegoś dobrego" – zawołał Mefisto. "W piekle jesteśmy" – odkrzyknęła postać z góry. – "Czego ty tutaj chcesz dobrego?
Drinki mamy zwykle całkiem smaczne." – "Ach, smaczne. To akurat co innego. Smaczne może i będzie." Splunął gdzieś na bok, a ja spytałem Mefista: Co mu jest? Trochę za długo przebywał u was w Polsce. No sam spójrz na niego, jaki to ponurak. A to ubranie wyszło z mody w XVIII wieku. Maruda okropny. Zaszył się w którymś z nadwiślańskich dworków i nic, tylko chlał wódę. W końcu Lucek się wkurzył i kazał mu wracać. No i nasz przyjemniaczek w żupanie nie zgodził się.
Była niezła heca. Wybuchła wojna domowa i to nie tylko tam u was. Jak to u nas? A no tak, zapomniałem, że nie wiecie, jak to naprawdę wyglądało. Był rok 1830. Polacy szykowali się do walki. Powstańcy chcieli rozpocząć działania później. On wystrzelił i zaczął wojnę. I co? Co, co?
Myślisz, że stałby tu przy barze, a wy bylibyście tam, gdzie teraz jesteście, gdyby wygrał? Szef i tak się zlitował, że Boruta nie skończył gorzej. Dlaczego jest taki zły? Nawet się tym nie przejął. Ale gdy dowiedział się, co po powstaniu zrobił car... Oj, dużo się działo. To chyba już nie powinien być taki wkurzony, nie? Teraz gdy- Zamknij się — syknął na mnie przez zęby. — Naprawdę nie domyślasz się, co mogłoby się stać, gdyby się o tym dowiedział? Popatrzyłem na niego smutno.
Nie ma hamulców etycznych, prawda? Spojrzał na mnie, jakbym właśnie zapytał, dlaczego lizanie gniazdka elektrycznego jest złym pomysłem. To przecież diabeł. Oczywiście, że nie ma hamulców moralnych. Trochę to trwało, nim Boruta skończył przygotowywać nam napitek. W tym czasie rozglądałem się po bokach i zastanawiałem, co za chory umysł postanowił umieścić tak luksusowy bar pośrodku niczego. A jeśli nawet nie niczego, to z pewnością apokaliptycznej scenerii. Moje rozmyślania przerwał nasz swojski бес. "Ty żeś Polak, prawda? Masz więc to ode mnie według starego przepisu.
Najlepszy, jaki piłeś." Powąchałem zawartość kielicha, wziąłem łyk i wykrzywiłem się. Co to, do cholery, jest? "Miód pitny. Taki jak dawniej robiono. – przerwał na chwilę. – Czekaj, nie mów, że nigdy takiego nie piłeś." Nie męcz go, Boruta. To przecież jakieś stare szczyny. Daj mu coś porządnego. Ma w końcu wakacje. Może mu jeszcze Mickiewicza zaczniesz cytować.
44 i te sprawy. W sumie bez ciebie prawdopodobnie nie byłoby tych wszystkich wspaniałych dzieł. Nie mieliby swoich wieszczów. "Dziady", "Kordian". Jesteś poniekąd ich współautorem — stwierdził i uśmiechnął się niewinnie, podczas gdy w oczach barmana zapłonął żywy ogień. Nie no, w sumie całkiem niezłe to jest — stwierdziłem, żeby rozładować napięcie. — Mogę prosić o dolewkę? Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Jasne. Odpłynął w stronę butelek z alkoholami, a ja powiedziałem do Mefista: Zbierajmy się powoli, bo to może skończyć się tylko źle.
I dobrze — stwierdził Mefistofeles. Ale gdy tylko dopiłem następny puchar, zaczęliśmy się zbierać. Ty, Polak, chodź tutaj, mam coś jeszcze dla ciebie. Podszedłem, a on podał mi jakąś butelkę. Nie martw się, kiedyś się stąd wyrwę, a wtedy będziecie mieć swoje 44. Nie posłuchałem go. Dopiero teraz zacząłem się naprawdę martwić. "Jesteśmy" — oświadczył Mefistofeles. Gdzie? "W ósmym kręgu piekieł.
Sporo ciekawych osobowości można tutaj spotkać." Tak? Chyba kilka ominęliśmy. "Tam nie jest aż tak interesująco. Zresztą na przykład w drugim strasznie wieje, a nie chcę, żebyś się przeziębił. A więc witamy w piekle. Krąg ósmy, otchłań ósma. Możesz się rozejrzeć." Ruszyłem przed siebie. Oglądałem płonących ludzi i wyrywane z ciała członki. Widziałem też takich, którzy robili sobie krótkie przerwy, aby zasklepić ranę, by tym bardziej bolało ich otwieranie. A wiecie co było najstraszniejsze?
Fakt, że patrzyłem na to wszystko beznamiętnie, bez emocji. Zupełnie jakby… Hej, psst! Ty! Huh? Wydukałem i odwróciłem się niepewnie. Moim oczom ukazał się człowiek słusznej postury. Przypalona broda, rany i oparzenia na całym ciele. Nie byłem w stanie zmyć z tej szlachetnej twarzy dumy. Nie miało na to wpływu także to, iż wystawiał głowę zza płonącego drzewa niczym wyglądająca z podziemi surykatka.
Nie tak głośno – odszepnął facet. Chodź tutaj na chwilę. Posłuchałem go. Czy chciałbyś być nieśmiertelny? Jestem – odpowiedziałem. Nie, nie pytam o duszę. Czy chcesz żyć wiecznie? Bo kiedyś umrzesz, wiesz? Tutaj czy tam, gdzie mi nie było nawet dane spojrzeć. Nie jest to życie.
Nie jest to uderzenie słonych kropel morskich o twarz. Zrobiło mi się gorzale. Tak jak w zoo może być żal wielkiego, majestatycznego lwa. Więc chcesz żyć? Hej! Mogę się z nim napić? Ciekawie mówi. Mefistofeles spojrzał podejrzliwie. Z nim? Ty wiesz w ogóle, kim on jest?
To przecież… Poczułem pociągnięcie za kołnierz i nagle znalazłem się w hotelu. Mój porywacz zabarykadował drzwi i zaczął coś szeptać. Co ty do cholery robisz? – spytałem. Już raz udało mi się stąd wyjść. Zrobię to po raz drugi, chociaż teraz jestem o wiele głębiej. Kim jesteś? Odyseusz, król Itaki, czasem zwany boskim, chociaż jak się okazało mylnie. Siedzę w tej dziurze za zniszczenie Troi.
Wieczne cierpienie za sprawiedliwą zemstę. Ale wiesz co? Warto było. Mówiąc to, chodził w kółko jak głupi. Co teraz robisz? Myślę. Zwyczajnie się zastanawiam. Kirke, Kalipso. Przecież musiałem się czegoś dowiedzieć u tych wiedźm. Otwierać!
Otwierać kurwa! Obedrę was ze skóry! A dla ciebie już szykujemy miejsce w paszczy szefa. Tak do ciebie mówię. Odrzuciłem się od okna i przełknąłem ślinę. Podszedłem do barku. Jak już mam płonąć po wsze czasy, to chociaż ze znieczuleniem. Wyjąłem jedną butelkę i… Odysie? Nie teraz.
Odysie, mam tu chyba coś ciekawego. Podszedł z wyraźną niechęcią. Co to jest? Myślę, że to panel sterowania. Czyli taki ster? Tak, ale… Jednym ruchem zrzucił wszystkie butelki, odsłaniając panel w pełni. Więc jednak wieczne męki czekają mnie na trzeźwo. To chyba będzie tak. To jak zatrzęsło nami od środka i z zewnątrz wydało mi się wykraczać poza jakąkolwiek myśl i odczucie.
Musicie mi więc uwierzyć, że był to prawdziwy przedsmak piekła. Jeśli kiedyś wpadliście w poślizg i uderzyliście w drzewo, zrozumiecie uczucie wielkiej ulgi, jaka następuje po takiej degrengoladzie. Z jednej strony najgorsze się skończyło, z drugiej niekoniecznie zmienia to nasze położenie na lepsze. Spojrzałem przez szybę drzwi wejściowych i ogarnął mnie strach. Całe stado wielkich gadzin przyglądało się naszemu wehikułowi. Technicznie rzecz biorąc, posiadały skrzydła nietoperza, co w niczym nie poprawiało naszej sytuacji. Czy też raczej mojej, ponieważ Odyseusz i tak był już martwy od kilku tysiącleci. Smoki. Nie wierzyłem, że kiedyś je ujrzę. Głównym tego powodem było to, że one nie powinny istnieć.
A jednak ryk, jaki wydawały i ogień, którym zionęły prosto w niebo, sprawiały wrażenie absolutnie prawdziwych. Co teraz? Gdzie my jesteśmy? Teraz jesteśmy w dupie – odpowiedział rzeczowo. Może gdyby je nakarmić albo coś? Odyseusz posłał mi tylko uśmiech, jakim odpowiada się dziecku, które pragnie przedłużenia wakacji o kilka dodatkowych dni września. Pomimo to ruszyłem do kuchni. Niestety, poszukując przegryzki dla smoków nie znalazłem nawet jednej lodówki. Były tam za to drzwi. Wielki szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony" nie przeszkodził mi w przejściu przez nie, a następnie zejściu po schodach, które wiły się spiralnie w dół.
Usłyszałem coś, ale nie wierzyłem własnym uszom. Gdy znów znalazłem się na górze, zastałem Odysa grzebiącego przy aparaturze. Wygląda na to, że uda nam się jeszcze co najmniej raz przeskoczyć. Nie mam pojęcia, gdzie wylądujemy. Może to być świat żywych albo sam środek pyska Hadesa. Musimy to dobrze przemyśleć. Nie uwierzysz, co znalazłem w piwnicy. Mają tam całą fermę kurczaków. Kura na kurze i puk, puk. Za drzwiami stał szczerzący zęby Mefistofeles, natomiast na jego ramieniu siedział mały smok, który łasił się doń jak kociak.
Wiedziałem już, iż czart jest pewny, że nas dorwie. "Powiedz mi" zaczął Odys. "Czy wśród tych kur była jakaś czarna?" "Niejedna, ale dlaczego pytasz?" Nie odezwał się, tylko nacisnął coś bez słowa. A wtedy wszystko wokół tak się zatrzęsło, że omal nie wylądowałem na ziemi. "Leć po nie" ryknął Itakijczyk gdy tylko wylądowaliśmy. "Szybko weź ile uniesiesz i zostaw otwarte drzwi". Nie spojrzałem nawet gdzie jesteśmy. Byłem tak zdezorientowany, że od razu zrobiłem to, co mi kazał. Zresztą ten facet miał w sobie coś takiego, że aż chciało się go słuchać. Nie byłem może farmerem, lecz w miarę zgrabnie udało mi się złapać kilka czarnych kurczaków.
Dziobały niemiłosiernie, ale nie zwracałem na to uwagi, zakładając, że jeśli uda nam się jakoś stąd wydostać, to tylko przy pomocy genialnego umysłu Odysa. Tak. Niestety szybko zmieniłem co do niego zdanie, bo jak nazwać geniuszem kogoś, kto rozbił butelkę i powstają w ten sposób tak zwanym tulipanem zaczął kaleczyć ptaki. Co ty wyprawiasz? Nie odpowiedział nic, tylko otworzył drzwi. Wziął w ręce kury i wyrzucił je na zewnątrz. Odbiło ci? Czy ty- Krew czarnej kury. Mówi ci to coś? Nie.
Dusze przez nie szaleją. Są ci posłuszne przez pewien czas. Mam z tym już pewne doświadczenie, więc. Ale po co? A co byś powiedział na mały burdel w środku piekła? Już wiedziałem, o czym mówi. Wiedziałem, bo ujrzałem to na własne oczy. Wszelkie dusze potępione rozbiegły się, jakby rażono je piorunem. Jedne goniły nieszczęsne kurczaki, inne zaś przed nimi uciekały. Piekielni strażnicy wyglądali na mocno skonfundowanych.
Trzymaj. Odyseusz podał mi rękojeść noża. Mieczy raczej próżno byłoby szukać w tych odmętach ze względu na ich kształt, ma się rozumieć. Chwyciłem i schowałem ostrze za pas. Co chcesz teraz zrobić? Biec. Zamierzałem się zaśmiać, lecz wtedy on nieoczekiwanie pognał do przodu. Pobiegłem za nim ile sił w nogach. Diabły nie próbowały nam nawet przeszkodzić. Pędziliśmy więc przez ten burdel co tchu, nie zatrzymując się ani na moment.
"Spójrz" ryknął nagle Odys. Też to zobaczyłem. Bramy piekieł, a nad nimi napis: Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie. Czy może raczej bo najwyraźniej nikomu nie chciało się zrobić drugiej tablicy dla wychodzących, więc przeświecały tylko litery odwróconego hasła. Najprawdopodobniej nikt po prostu nie zakładał, że ktokolwiek stąd kiedykolwiek wyjdzie. I chociaż nie porzuciliśmy wszelkiej nadziei, to jednak szybko musieliśmy ją zweryfikować. Miało to bezpośredni związek z trójgłowym dobermanem pilnującym bramy. "Mam was sukinsyny" dobiegło mnie zza pleców znajomy głos. Aż dostałem drgawek. "Nawet nie wyobrażacie sobie bólu, który wam zadam, gdy was złapię".
Mimo wszystko nie zwolniłem kroku, a nawet zauważyłem coś, co dało mi nową nadzieję. Było to niedoszłe danie główne gości mojego hotelu. Czarna kura. Rzuciłem się na nią i poderżnąłem jej gardło. Hej, szatanie! Łap! Tyle razy mówiłem, że jestem Mefis- tofeles chciał zapewne dokończyć. Trudno powiedzieć, bo tę wypowiedź przerwała maskotka całego piekła, a dokładniej lewy pysk potwora, który chcąc pochwycić kurczaka uwięził Mefista. Przebiegłem przez wrota. Odysie, jesteśmy wolni.
Co teraz? Odyseusz zrobił jeszcze jeden krok i odbił się od ściany. Mefistofeles już zaczął powoli wyłazić z pyska bestii. Teraz wydyszał ex król Itaki. Odejdiesz stąd jak najszybciej i będziesz nadal żył. A ja... Zobaczymy. I tak już jestem przeklęty. Może i napiję się jeszcze trochę krwi koguciej czy psiej. Jeden czort.
Odwrócił się i wydobył nóż, mierząc nim w kierunku szarżującego demona. Ale mnie już tam nie było i nie mam zamiaru tam wrócić. Od tego czasu wakacje spędzam zwykle w dużo większych hotelach. Gołębiewski jest może drogi i oblegany przez gości, ale jego właściciel to zwyczajny człowiek, nie żaden diabeł. No dobrze, w najgorszym wypadku członek zakonu Illuminati. I to by było na tyle w dzisiejszym Bibliotekarium. Dziękujemy za uwagę i do usłyszenia już za tydzień, tym razem w ABW oraz w Bibliotekarium na żywo już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[04:03:29] - Certain kind of light never shone on me. I want my life to be to live with you, to live with you. There's a way, everybody says to do each and every little thing. But what good does it bring if I ain't got you? I ain't got you, baby. Baby, you don't know what it's like. Baby, you don't know what it's like to love somebody, to love somebody the way I love you. In my mind, will I see your face again? I know you free my mind. You ain't got to be so blind, and I'm blind, so very blind.
I'm a man. Can't you see what I am? I live and breathe for you. But what good does it do if I ain't got you, baby? If I ain't got you, baby. You don't know what it's like. Baby, you don't know what it's like to love somebody, to love somebody the way I love you. Ooh, yeah. You don't know what it's like. Baby, you don't know what it's like to love somebody.
You don't know what it's like. To love somebody. You don't know what it's like. To love somebody. You don't know what it's like. You just don't know. To love somebody. You don't know what it's like. The way I love you. You just don't know, baby.
You don't know what it's like. You just don't know, baby. To love somebody. You don't know what it's like. To love somebody. You don't know, yeah. You don't know what it's like. To love somebody. To really, really love somebody the way I love you. Oh, yeah.