Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:31] - Piątek, weekendu początek. Jest godzina 20:00. Tak, dokładnie 20:01 z kilkoma sekundami. Nawet nie kilkoma, bo już z trzydziestoma pięcioma na moim zegarku, a to oznacza, że czas najwyższy rozpocząć kolejny odcinek Bibliotekarium wreszcie na żywo. Bibliotekarium wróciło. Już mogę powiedzieć na 100% do nadawania live. A więc dzisiaj słyszymy się na żywo. Właśnie tutaj, właśnie teraz. Dziś nie będzie jednej konkretnej książki, choć książek w ogóle panowie Ż i Ż przygotowali ponoć sporo, ale ogólnie będzie o zjawisku literackim, jakim jest space opera. Początki ten gatunek miał co najmniej równie trudne co taniec kankan i stąd nawet nie pewnie, a na pewno wziął się tytuł dzisiejszej zajawki Bibliotekarium: „Bibliotekarium zatańczy kankana”.
Obecnie jednak space opera znacznie zyskała na popularności. Podobnie zresztą jak Bibliotekarium. Do audycji oczywiście będzie można dzisiaj dzwonić, a na państwa spostrzeżenia na ten temat space opery czekamy już teraz. Ale zanim przekażę kontakty do Radia Paranormalium, tradycyjnie przy mikrofonie, jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Halo, halo Bydgoszcz.
[01:58] - Halo, halo! To my.
[02:00] - Kłaniamy się.
[02:01] - Kłaniamy się.
[02:02] - No to jak już panowie zakomunikowali, że jesteście, to jeszcze podam kontakty i zaraz oddam wam głos. A więc kontakty do Radia Paranormalium.
[02:11] - Nie da nic powiedzieć.
[02:12] - Nie dam nic powiedzieć. Taki łobuz jestem. Numery telefonów do Radia Paranormalium to 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Oczywiście SMS-y również odbieramy, bo czemu by nie? Skype: radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także na GoToGo pod numerem 36 08 80 02. Czekamy także na państwa komentarze i pytania na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i portalu bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości, najlepiej takie odnoszące się do dzisiejszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl.
Trochę tych kontaktów, jak widać mamy, ale żyjemy w takich czasach, że kontakt ze słuchaczami i w ogóle odbiorcami trzeba trzymać na wszystkich frontach i nie ma zmiłuj. A teraz z czystym sumieniem mogę już oddać panom głos. A więc raz jeszcze: halo, halo Bydgoszcz.
[03:45] - Halo, halo! A poza tym, jeśli chodzi o tych agentów i kontakty, to w końcu nazwa bliźniaczej audycji, czyli ABW też zobowiązuje. Też trzeba mieć agentów, też trzeba mieć kontakty i tak dalej, więc stąd może takie rozbudowane kontakty. Mamy dzisiaj mówić o space operze. To temat rozległy jak sama space opera, ale jeszcze muszę coś powiedzieć z tym Bibliotekarium na żywo. Pewno nam się we wrześniu zdarzy taki epizod, że nie będziemy raz na żywo, bo to się będzie zbiegało z pewną dużą imprezą w Toruniu. I proszę, to żaden zjazd Radia Maryja nie będzie, tylko będzie Copernicon i o tym będziemy mówić pewno w następnej audycji.
[04:30] - Matko Boska!
[04:33] - Tak. Ale w każdym razie Copernicon to impreza słuszna i godna w dodatku. Pewno o niej za dwa tygodnie więcej powiemy, bo tak jesteśmy umówieni z organizatorami. A to od razu, jak już jestem przy głosie i złośliwie nie dopuszczę Wiktora, i tak sobie weźmie ten głos, ale to powiem od razu, że ci wszyscy ludzie piszący, może też być niepiszący, którzy zamierzają pisać, a zechcieliby się z nami spotkać, to wspólnie z Wiktorem prowadzimy w sobotę, 14 września takie warsztaty na żywo. W dodatku plonem tych warsztatów oraz można na te warsztaty przynieść opowiadania, będą kolejne audycje. Weźmiemy sobie na pewno jakieś opowiadania do audycji, jeżeli państwo oczywiście dacie. A może ktoś będzie się chciał z nami po prostu spotkać na żywo, przeżyć ABW w wersji super live, nie tylko z dźwiękiem, ale z widokiem. To właśnie się zapowiadamy. O ile dobrze pamiętam o 10:00 rano w Toruniu na Coperniconie wspólnie z Wiktorem. Zapraszam państwa wszystkich tych, którzy piszą, tych, którzy zamierzają pisać.
Jak już powiedziałem, również zapraszamy. Wiktorze, co powiesz?
[05:50] - Bardzo chętnie powiem. Ale jak tutaj żeście gadali o tym wyjeździe do Torunia, to ja sobie myślałem, że pojadę. Dla mnie są ważne punkty doświadczenia, które zbieram w życiu, tak jak w każdej grze. Zbieranie punktów doświadczenia. Jak pojadę na ten cały-
[06:11] - Kopernikon.
[06:11] - Kopernikon, to jak ja zdobędę punkty do jakiegoś skilla, takie punkty doświadczenia. A gdyby to była impreza interdyscyplinarna z Radio Maryja na przykład, to nie powiem, byłoby to o wiele ciekawsze.
[06:27] - Powiem ci tak: to byłaby hardcorowa impreza, połączenie Kopernikonu z lotem rodzin Radia Maryja. Ja myślę, że pełen hardcor. Ja nie mówię, że niemożliwe.
[06:40] - Ale doświadczenia dużo.
[06:42] - Powiem ci, to na razie wykracza poza granice mojej wyobraźni, więc o doświadczeniu w ogóle nie mówmy.
[06:48] - Dobrze, to na razie przełknę.
[06:50] - W każdym razie jeszcze raz serdecznie zapraszamy wszystkich tych, którzy chcieliby się spotkać. A w dodatku nie tylko z nami, bo nas można co dwa tygodnie posłuchać, a nawet co tydzień. Ale na samym Kopernikonie będą również obecni nasi autorzy. Będzie Przemek Cichoń z piękną prelekcją. Jakby tak najogólniej powiedzieć o trunkach, o alkoholach i w ogóle pijaństwie w science fiction, nie tylko w science fiction. To temat Przemka Cichonia. A będzie Piotr Prokopowicz. On z kolei będzie mówił o sztucznej inteligencji, a wie, co mówi, bo to człowiek, który zajmuje się tym zawodowo, a potrafi o tym mówić, o czym się słuchacze już nie raz przekonali. Więc zapraszamy. To będzie na pewno świetna rozmowa.
Będę miał zaszczyt prowadzić. Porozmawiamy właśnie o sztucznej inteligencji. Pojawi się oczywiście Tadeusz Mieszko. On powie, dlaczego nie polecieliśmy w kosmos. Słuchałem takich przymiarek do tej prelekcji. Może być ciekawie. Ja jestem przekonany, że będzie ciekawie. Będę tam też ja skromnie. Poza tym, że będę z Wiktorem.
[08:18] - Powiedz, czy będzie jakieś miejsce, gdzie ciebie nie będzie?
[08:24] - Mało jest takich miejsc. Ja jestem tak, że się wkręcam wszędzie. Daruję państwu te porównania. Będę też gadał o transferze świadomości, czyli pułapkach transhumanizmu, bo sporo osób znanych mi i tych nieznanych również bardzo się zachwyca transhumanizmem, że to takie perspektywy, tak będzie fajnie. Ja pokażę w swojej prelekcji, że niekoniecznie musi być fajnie i może będzie w związku z tym ciekawie. Tak jak już powiedziałem, będą autorzy, którzy dla Bibliotekarium, dla ABW pisują. Dla nich też warto na Kopernikon przyjechać po prostu. Zapraszamy.
[09:14] - Tym bardziej, że Toruń mały, nie wiadomo, czy będzie ludzi.
[09:19] - Będzie. Proszę ciebie, Kopernikon to jest jedna z lepiej zorganizowanych imprez, które miałem okazję oglądać. Czasami mam wrażenie, że pod względem organizacyjnym to jest impreza robiona lepiej niż na przykład Polcon.
[09:37] - Tak, bo to Krzyżacy robią przecież. Oni zawsze dobrze murowali.
[09:41] - Ja ci powiem, z racji tego, że się interesuję w sposób czynny Panem Samochodzikiem, to ja i do Krzyżaków mam pewną miętę. Fascynowały mnie ich możliwości, jakieś tam zbratanie z templariuszami. Zresztą co ja państwu będę opowiadał, wszyscy to, co Nienacki pisał na temat Pana Samochodzika i jego przygód, albo oglądali na ekranie telewizorów, albo czytali. Krzyżacy interesujący są, a o Kopernikonie porozmawiamy między innymi oczywiście za dwa tygodnie i o kilku innych rzeczach również. Dzisiaj mamy rozmawiać o space operze. To jest nasze główne zadanie. Jak już Ivellios mówił, początki space opery były ciężkie, trudne. W każdym razie była to troszeczkę literatura, która była traktowana jako literatura niedorozwinięta albo jakaś taka koślawa, głupia w ogóle. Tak naprawdę space opera to było określenie pogardliwe. Na początku przynajmniej było określeniem pogardliwym.
To pewno wszyscy wiedzą, ale i tak powiem, że nawiązywało do oper mydlanych, soap oper, które były w różnych miejscach Stanów Zjednoczonych wystawiane, czyli właściwie takie szczuczydła sponsorowane przez producentów mydła i w związku z tym one były podobno głupie do imentu. Nie wiem, nie oglądałem. W związku z tym wierzę na słowo. I przez analogię zbudowano pojęcie space opera i to też było określenie literaturki, czegoś głupiego. Zerkając do źródeł, powiem, że podobno po raz pierwszy zostało to użyte w magazynie. Nie wiem, wydawali w Stanach magazyn „Le Zombie”? To dziwne. Ja nie znam tego magazynu, ale dlaczego Le Zombie? On się tak lubią na tych Francuzów?
[11:54] - Może to od generała Lee.
[11:57] - Ale to Le Zombie. A, jedno "e" spadło. Może tak.
[12:01] - Lee Zombie to całkiem amerykański typ.
[12:04] - Ale to jest Le Zombie. Dobra, zostawmy, to głupie oczywiście. W każdym razie tak tyle cytując źródła. Ale jak już jesteśmy przy cytowaniu źródeł, to proszę państwa, tyle zabawy, ile miałem dzisiaj, kiedy sobie z takiego rozpędu – zawsze przed audycją przeglądam, co też w internetach na dany temat napisano. I zajrzałem. Gdzie mogłem zajrzeć na początku? Jak się jakieś hasło wpisze, to niemal zawsze pierwsze, co wyskakuje to Wikipedia. Nie żebym specjalnie cenił to źródło. Ono się przydaje, ale trudno się na nim opierać. Natomiast oczywiście zajrzałem.
I cóż tam przeczytałem? Dużo informacji, dużo, ale fragment, który państwu za chwilę zacytuję, rozbawił mnie. Trudno powiedzieć, że do łez, ale w każdym razie niemal się kulałem po podłodze. Otóż czytamy, że była to space opera, różni ludzie pisali. W latach 90. wykształcił się nurt nazywany nową operą kosmiczną, new space opera. W przeciwieństwie do starej opery kosmicznej różni autorzy nie wykorzystywali w swoich utworach elementów nadnaturalnych, starając się zachować zgodność z nauką, hard science fiction, przy jednoczesnym nierezygnowaniu z ogromnej międzygwiezdnej skali swoich utworów. I tu dochodzimy, dlaczego się prawie kulałem po podłodze. Proszę państwa, ja nie wiem, kto i na podstawie czego zapisywał to hasło. Nie chciałbym też nikogo obrażać, ale to jest jakiś bełkot po prostu.
Bo jeżeli państwo sobie wyobrażacie, że przed '90 rokiem to były jakieś historie, w których szaleli czarownicy, jakieś magiczne rzeczy się działy, to jest nieprawda po prostu. Space opera czuła się dobrze wśród tytułów. Zresztą samo hasło w Wikipedii wymienia wśród powieści zaliczanych do space oper takie powieści jak „Gwiazdy moim przeznaczeniem” Alfreda Bestera czy „Misja międzyplanetarna” Van Vogta, czy też „Kawaleria kosmosu” Heinleina, „Ludzie jak bogowie” Siergieja Snowa. My to znamy bardziej jako „Dalekie szlaki” to się nazywało w tej pierwszej wersji wydanej w latach 70. Czy w tych utworach, które przed chwilą wymieniłem, pamiętasz jakieś elementy nadnaturalne?
[14:43] - Ale to już była ta druga fala według mnie space opery, czyli ludzi, którzy pisali science fiction normalnie.
[14:51] - Tak, ale kiedy pisali nienormalnie? Van Vogt swoją „Misję międzyplanetarną” pisał bardzo dawno, to nie były lata 70. Ona w Polsce wyszła gdzieś w latach 70., chyba na początku czy pod koniec 60., ale tak naprawdę Van Vogt ją pisał bardzo wiele dziesiątków lat wcześniej. W związku z tym, proszę państwa-
[15:11] - Marku, ja ci przerwę trochę tę dywagację, bo ja wiem, że może masz rację, ale z drugiej strony weź pod uwagę to, że wszystkie właściwie gatunki się nie biorą z góry, ale biorą się z dołu tak zwanego. Czyli to rynek wytwarza zapotrzebowanie i znajdują się ludzie, którzy starają się je zaspokoić i przy tym zarobić. Otóż podobnie z wszystkimi dziedzinami sztuki było tak, że na początku to było mydło i opera mydlana.
[15:49] - Nie, ja nie o tym, Wiktor. To, że to było mydło na początku, to dla mnie oczywiste, ale to nie było tak, że kiedyś w tych space operach to było wszystko od czapy i nienaukowe.
[16:00] - Co my wiemy na ten temat? Co tam wypisywali w 50. i 30. latach w Ameryce?
[16:07] - Van Vogt.
[16:07] - Nie Van Vogt, Van Vogt to już jest ta elita science fictionowa.
[16:12] - Nie, to jest space opera.
[16:14] - Space opera. Pewnie, że space opera, ale po prostu przedtem na pewno był cały zalew, tak samo jak zalew komiksu szmatławego w Ameryce. Ale potem, kiedy się wzięli za to artyści, kiedy się pojawili, to wyszlachetniało, nie?
[16:32] - Nie chcę używać słów powszechnie używanych za wulgarne, ale powiem w ten sposób: to, że wokół literatury gromadzi się zawsze masa – i tu nie użyję tego słowa na „g”, tylko powiem – masa nieczystości, to jest oczywiste. I na pewno powstawały jakieś takie space opery, które się kupy-dupy nie trzymały. To dla mnie oczywista sprawa. Ale nie zajmujmy się jakimś to. Teraz też powstają takie utwory. Więc ja prowadzę do jednego: opowiadanie, że w latach 90. powstała new space opera, która jest naukowa, a przedtem była nienaukowa. Przecież to jest bzdura po prostu. Totalna bzdura. To jest ewidentnie kosmiczna bzdura nawet.
Space bzdura. To nie jest tak, że w latach 90. nagle powstali czy pojawili się autorzy, którzy mieli dużo mądrych rzeczy do powiedzenia i opierali się tylko i wyłącznie na nauce. I tu podam ci prosty przykład. Space opera używa takiego narzędzia. Wiadomo, żeby się poruszać po całej galaktyce, to trzeba mieć jakieś narzędzie. Wiadomo, paradoksy einsteinowskie i tak dalej, szybkość światła, te wszystkie problemy, które się pojawiają przy tych szybkościach tuż przyświetlnych. W związku z tym problemy. To wymyślili, to się różnie nazywa w różnych utworach. Nadprzestrzeń, podprzestrzeń, superprzestrzeń.
Nieważne, jak się to nazywa. Generalnie chodzi o to, że w jednej chwili albo w krótkiej chwili przenosimy się na drugi koniec galaktyki. To stosowano i w literaturze lat 50., i 60., i 90., i dzisiaj się też to stosuje. Powiedz mi, czy to jest naukowe? To udaje naukowość. Oczywiście, to się nawet opiera na pewnych podstawach, sięga do pewnych teorii naukowych. Ale to jest co? To jest spekulacja naukowa i Bogu dzięki, dzięki temu mamy jakąś akcję. Bo jakbyśmy mieli space operę, w której gwiezdna flota przemieszcza się na przykład przez sto lat przez galaktykę, to nie byłoby żadnej zabawy. A tak w jednej chwili.
[18:45] - Może by była, ale to są tak zwane nienaukowe rzeczy. Są bardzo często zwykłymi zabiegami formalnymi po to, żeby przeskoczyć i zacząć pisać coś sensownego.
[18:59] - Tak, ale nie opowiadajmy w związku z tym, że pisząc o nadprzestrzeni autor z lat 90. czy też z początku XXI wieku jest naukowy. A przedtem był nienaukowy.
[19:12] - Dzisiaj jest tak samo nienaukowy jak poprzednio.
[19:14] - O to mi chodzi właśnie. Proszę państwa, ja rozumiem, że fantastyka naukowa, ta nazwa zobowiązuje, żeby tam naukę wstawiać, ale tak to już jest z literaturą SF, że czasami nauka pełni tam rolę przyczynkarską. Ale dobrze, żeby nie być takim jednostronnym bawołem, który się przyczepił do czegoś i teraz drąży temat, to ja powiem jeszcze o jednej rzeczy. Wymieńmy dzisiaj pierwszą książkę. Już zresztą wymienialiśmy kilka, ale wymieńmy następną. Otóż całkiem niedawno powstała tetralogia napisana przez Podlewskiego, nosząca ogólny tytuł „Głębia”. Autor niezwykle sympatyczny, na kanale youtubowym „Bibliotekarium” mówi troszeczkę o swoim pisaniu. Warto ten filmik znaleźć. Ale jedno wiem. Byłem na spotkaniu podczas nidzickiego festiwalu, na którym on tłumaczył swój świat.
To są mapy całej galaktyki. Tam się zdarzył pewien kataklizm w tej galaktyce. Wypalone światy się pojawiają i tak dalej. Ale co jest ważne, on tę książkę bardzo mocno konsultował ze znanym tobie, Wiktorze, i mnie astronomem, który również przyjeżdża na nidzickie spotkania. To zostało wszystko dosyć szczegółowo omówione i o tyle mogę się przychylić do tego, że rzeczywiście fajnie jest, jeśli autor nie idzie na żywioł i nie wymyśla, co mu tam w duszy gra, tylko skieruje swoje kroki do astronoma z zawodu, do Leszka Błaszkiewicza i skonsultuje z nim pewne swoje dzikie idee, które ma. Może je trochę ucywilizuje i nagle się okaże, że może już to rzeczywiście dotyka pewnej nauki. Ale dalej to jest pewna konwencja, to jest pewne mrugnięcie okiem do czytelnika, żeby było fajnie. Bo jednak fantastyka naukowa spod znaku space opery to jest przede wszystkim literatura rozrywkowa. Taka zresztą była zawsze. Ja mam pewną pretensję.
Znowu będę musiał powiedzieć o Maćku Parowskim. To Maciej Parowski wprowadził, kłócił się w swoim czasie, może nie wprowadził, ale mocno walczył o to, że literaturę SF dzielimy na ambitną i rozrywkową. Mnie się ten podział zawsze wydawał mocno podejrzany.
[21:55] - Ciekawe, czy on tak samo kobiety postrzegał. Ambitnie i rozrywkowo.
[22:03] - Nie wiem, jak do tego tematu podejść.
[22:07] - Taki odważny był w literaturze.
[22:11] - Tak, ale to nie był najbardziej udany podział wprowadzony przez Maćka. Zresztą o to się toczyły w swoim czasie spore boje z Maciejem. Maciej nie ustępował, ale fandom dużo ciosał kołków na głowie o ten podział, bo on jest jakiś nienaturalny, przyznasz troszeczkę.
[22:36] - Tak, ale Maciek musiał dojrzeć, żeby na tę sprawę spojrzeć trochę inaczej, ale dojrzewał do późnej starości. Dojrzał w końcu.
[22:46] - Generalnie moim zdaniem jest tak, że rozrywkowość nie wyklucza ambitności, a ambitność nie sprawia, że książka musi być nudną piłą. Wielu autorów to udowadnia. Chociażby właśnie wspomniany Marcin Podlewski, ta jego tetralogia „Głębia”. Co tu wiele gadać. Po prostu ona samą sprzedażą, którą uzyskała, broni się. A o treści trudno. Ciężko się opowiada space opery, bo w space operach się dużo dzieje. W związku z tym szanse dzisiaj, żebyśmy sobie pogadali, co tam w książce w środku, są takie sobie. Ale wiesz co, ja już cię pytałem przy poprzedniej audycji, ale teraz tak formalnie zapytam: kiedy się po raz pierwszy zetknąłeś z tym gatunkiem i jaki to był kontakt? Pozytywny, niepozytywny?
[23:39] - Ja spotkałem się z tym gatunkiem i ten gatunek się nazywał Jacek Rodek.
[23:47] - Rozwiń temat.
[23:48] - Jak poznałem w Warszawie takiego młodego człowieka, którym wtedy był niejaki Jacek Rodek, to Jacek Rodek miał w głowie wyłącznie space operę. Sam był zresztą w zachowaniach jak space opera, nawet taka trochę mydlana. Natomiast Po prostu ja myślałem, że rozmawiam z facetem, a szybko żeśmy się zaprzyjaźnili i to była dla mnie ciekawa właśnie, jak spotkałem natychmiast miłośnika space oper, czego ja w ogóle nie wiedziałem, co to jest.
[24:24] - No to jak się dowiedziałeś?
[24:26] - On mi też tego nie mógł wytłumaczyć, bo teoretykiem nigdy nie był. Tak żeśmy sobie żyli obok. Ja przy swoim, on przy swoim.
[24:37] - Zaraz. Co on mówił? Codziennie ci mówił. Zaczynał dzień od tego: „Wiktor, jaka fajna jest ta space opera.” Ty mu na to: „A co to jest ta space opera?” „Nie wiem, nie mogę ci powiedzieć.” Tak nie było przecież.
[24:49] - Nie, bo myśmy teoretycznych wtedy nie tego. Natomiast widziałem, że on ewidentnie kontrolowałem jego, przyglądałem się jego wyborom literackim. Jakie on książki wyłapuje, co on czyta, czym to się różni od tego, co ja czytam. Właściwie się niczym to nie różniło, z wyjątkiem tego, że ja czytałem czasami rzeczy krótkie, a u niego przede wszystkim były strasznie długie opowieści, takie kosmiczno. Było to widać po okładkach, po tym, że to jest dużo walki, dużo przygody.
[25:29] - On po angielsku czytał.
[25:31] - Co?
[25:31] - On po angielsku.
[25:32] - Tak. A przynajmniej tak uważam.
[25:34] - Tak. Ale mnie o to chodzi. Ja ci zadałem takie pytanie. Ty miałeś tak zgrabnie, inteligentnie odpowiedzieć, że pierwszą space operę przeczytałem w takim i takim roku.
[25:44] - Ja sam, ale ja wtedy jeszcze nie wiedziałem.
[25:47] - Tak, ale ja o to pytam.
[25:49] - Jak ja to czytałem-
[25:50] - Ale co czytałeś? Co?
[25:52] - Pierwszą space operą była zdecydowanie trylogia Siergieja Śniegowego.
[25:59] - „Dalekie szlaki”. Ona wyszła w Polsce pod tym tytułem, a w dodatku w Polsce wyszła w jednym tomie, a w dodatku nie było tam trzech tomów, bo później Fantastyka drukowała ten trzeci tom trylogii. Tak to się potoczyło.
[26:18] - Tak, ale potem po latach się dowiedziałem, że właśnie czytałem i to z zachwytem czytałem space operę.
[26:27] - Bo to było coś innego, prawda?
[26:29] - To było coś innego. To było wspaniałe. Może to dzisiaj być trochę nudnawe.
[26:35] - Nie, nie jest nudne. Zaglądałem. To przede wszystkim jest taka literatura, jak to powiedzieć? Ona zaskakuje. Mnie wtedy jako młodego człowieka w ogóle zaskoczyła. Ja zwariowałem na tym punkcie. Zaskakuje właśnie tą szerokością, tą panoramą. Bo ja jeszcze wtedy byłem po lekturze „Misji międzyplanetarnej” van Vogta. Tylko też nie wiedziałem długo, że to space opera, bo tam rzeczywiście też te dekoracje są wielkie. Pędzi sobie statek przez naszą, właściwie to już jest między galaktykami w pewnym momencie do sąsiedniej galaktyki.
Tam różne istoty, często złe spotyka. Złe, które konfrontują się z człowiekiem. I dochodzi tam do różnych takich bitew i tak dalej.
[27:25] - Wiesz Marku, zaczynasz tak bardzo źle. To trzeba prosto. Zaczynasz czytać Śniegowa i nagle się szybko dowiadujesz, że tam są nieprawdopodobne wielkie statki, które po prostu pożerają przestrzeń.
[27:39] - Ale to jest ich system napędu.
[27:41] - Tak! Ale w dodatku wspaniały.
[27:45] - Wspanialsze tam jest to, że imperium ludzkie sięga wielu planet. Że konfrontujesz się z tą cywilizacją. To chyba w tamtym tłumaczeniu byli nazywani „zły wrodzy”. Taki jeden to był zły wrogi, a oni byli zły wrodzy. Ale są też inne dobre cywilizacje. Cywilizacja aniołów. Pamiętasz? Czteroskrzydłe, dwuskrzydłe. W ogóle wkraczamy w ten świat space opery Śniegowa na takiej stacji, gdzie różne rasy się-
[28:17] - Pamiętam. Tam miały być czteroskrzydłe i odrzutowe.
[28:20] - Tak, ale jest wężopanna z Wegi, w której się główny bohater zakochuje. Chociaż zakochuje się, jakby to brutalnie nie powiedzieć, platonicznie się zakochuje, bo o żadnym fiki-miki nie ma mowy w ogóle.
[28:33] - Ale wymiana genów.
[28:34] - Ale jaka wymiana genów tam w ogóle? Żadnych takich. Czysta, platoniczna, radziecka miłość.
[28:41] - Nie wiem Marku, bo widzisz, dzisiaj naukowcy odkryli, że istnieje wymiana genów nawet między najprostszymi organizmami, między komórkami zupełnie różnych gatunków. Tam na samym dole jest wymiana genów. To być może takie spotkanie z taką wężopanną to wymiana genów istnieje poza nami.
[29:08] - Ja nie wiem.
[29:09] - Wszystkich dotyczy.
[29:10] - Śniegow chyba nie miał jednak wymiany genów na myśli, cokolwiek by to miało oznaczać. Ale wróćmy do książki, bo wyjdzie, że się wyśmiewamy.
[29:19] - Z wieloma ja się w życiu kobietami spotkałem i może ta wymiana genów była.
[29:25] - Ja wiem, Wiktor. Rozmarzyłeś się w tej chwili, ale wróćmy do space opery. Śniegow przede wszystkim te bitwy kosmiczne, które tam się pamięta i tam dochodzi do-
[29:37] - To wszystko z ogromnym rozmachem zrobione.
[29:40] - Tak, ale później, w tej trzeciej części, której w tych „Dalekich szlakach” nie ma, którą poznajemy później, oni przecież pędzą do jądra galaktyki. Tam spotykają różne rasy. Wiesz co? W tamtych czasach wyszła też książka. To był taki autor, który nie był kochany przez miłośników fantastyki, bo on w Poznaniu miał monopol na Zatruwanie Wydawnictwa Poznańskiego różnymi swoimi utworami. Nazywał się Czesław Chruszczewski. Do dzisiaj można te książki spotkać, bo to w wielkich nakładach wychodziło. Nie było to, o czym człowiek marzy będąc młodym fanem science fiction, bo to były takie opowiastki. Dobra, nie bawmy się w krytyka literackiego, bawmy się czym innym. On napisał taką książkę „Fenomen kosmosu” i ona paradoksalnie wyszła mu chyba najlepiej z całej jego twórczości, bo on też tam uderza w takie wątki space operowe.
[30:51] - Nie będąc naukowcem, powiedziałem sobie, że przestaję się zajmować nauką, zajmuję się życiem i rozrywką i napiszę taką książkę. I napisał tak, i zrobił dobrze, bo naukowcem nigdy nie był.
[31:04] - Nie kombinował i to jest książka. Ona oczywiście pod koniec wpada już w jakieś tam rozważania, ale są tam całe długie partie, w których następuje zetknięcie z inną cywilizacją, konfrontacja i to taka militarna konfrontacja z inną cywilizacją. W sumie nieźle to wypadło. Jak na Chruszczewskiego nie źle. W ogóle nieźle to wypadło. Na tle innych jego książek to to jest absolutnie number one, chociaż nie polecałbym zaprzyjaźniania się ze space operą od książki „Fenomen kosmosu”. Lepszy już będzie Sniegow i jego „Dalekie szlaki”, czy też później. Dzisiaj to trzeba szukać jako „Ludzie jak bogowie”. Ja tylko zwrócę uwagę na tę zbieżność, bo w swoim czasie Herbert George Wells napisał też taką powieść „Ludzie jak bogowie”.
[32:01] - To zawsze marzeniem było ludzi, żeby być bogami.
[32:05] - Tylko że ta powieść Herberta George'a Wellsa jest jednak rodzajem utopii. Tam bohaterowie trafiają z naszego świata, właściwie nie z naszego, tylko z tego świata, który był światem Herberta George'a Wellsa. Trafiają do takiej trochę utopijnej rzeczywistości. Ciekawej, ale troszeczkę... Przeczytajcie państwo, bo to dobrze obrazuje, że spełnione utopie są czasami miejscem strasznym albo w każdym razie mocno podejrzanym. Tak naprawdę nie wiem, czy to z tego względu, że w moich czasach, jak coś pochodziło ze Związku Radzieckiego, to się tego nie szanowało aż tak, a w każdym razie przechodziło się do porządku dziennego. Siergiej Sniegow, książka „Dalekie szlaki” zafascynowała mnie. Niemniej space operę, to paradoks oczywiście i głupota na sto latka, ale space operę odkryłem dopiero w Fantastyce. Tam się pokazała książka „Zapomnij o Ziemi”.
[33:20] - To jest ta sama, od której ja się dowiedziałem, że to jest space opera. Bo to Jasek miał, to leżało u niego na podłodze koło tapczana przez dwa lata. W końcu ktoś to przetłumaczył.
[33:31] - Śmieszność też polega na tym, że ja wcześniej „Misję planetarną” przeczytałem ileś razy i jakoś nie wpadłem. Powiem ci tak: przez długi czas nie tylko ja, albo wielu moich znajomych kojarzyło jednak space operę z militarną odmianą tej space opery, czyli konfrontacją statków kosmicznych, bitwami i tak dalej. Może z tego względu Mack Abby i jego książka dopiero zrobiły takie wrażenie. Bo znowu warto o tym pamiętać, że Fantastyka na początku lat 80. wprowadzała rzeczy, które wcześniej w polskiej fantastyce były nieobecne albo były obecne w jakichś takich klubówkach. Nie było tego dużo, bo przypomnę, że Fantastyka pokazała, jak wygląda fantasy. Chociaż wcześniej w klubówkach się tam gdzieś pojawiało, ale to oni przybili pieczątkę: patrzcie, macie tu fantasy. Fantastyka wprowadziła space operę pełną gębią w stylu zachodnim.
[34:43] - Maku, tutaj ja-
[34:46] - Wiem, błądzę.
[34:47] - Nie.
[34:47] - Nie błądzę? Fajnie.
[34:48] - Nie dostrzegasz tych mechanizmów, o których zacząłem mówić na początku, że to doły wytworzyły zapotrzebowanie, a Fantastyka wcale nie podawała, nie dawała ludziom ani space opery, ani tego, siowego, tylko rozpaczliwie kombinowała, na czym można zarobić i na co wydać duży nakład i kto to kupi. I dlatego była space opera drukowana. Tylko dlatego, że to znajdzie duży krąg odbiorców, trafi do dzieciaków, do wszystkich naokoło.
[35:22] - Ten mechanizm chyba był troszeczkę bardziej skomplikowany, bo Fantastyka na początku lat 80. miała 100 tysięcy nakładu, później zaraz 150. Wtedy oni mogli wydrukować przepis kucharski alfabetem Morse'a i tak by się sprzedało. Tak, sprzedałoby się, bo Fantastyka miała swoją renomę i ludzie bardzo spragnieni byli tych treści. Może jakby częściej drukowała alfabetem Morse'a przepisy kucharskie, to w pewnym momencie zaczęłoby spadać. Ale tak naprawdę trzeba było mieć w pierwszej połowie lat 80. znajomą kioskarkę, żeby Fantastykę dostać. Ja dostałem kilka pierwszych numerów, a później miałem długą przerwę, bo nie miałem znajomej pani kioskarki. W każdym razie dobrze, przyjmijmy. Jakie były mechanizmy, to sobie kiedyś możemy o tym porozmawiać.
W każdym razie gdzieś tak w latach 80. już oficjalnie space opera się ... pojawiła. Tu się z tobą zgodzę, jak ona się już pojawiła, to nastąpiło ogromne ssanie na tę space operę. Ludzie chcieli coś takiego czytać. Co więcej, chcieli coś takiego pisać. A rynek fantastyki w Polsce był taki, że nie chciał tego drukować. Bo znowu było to przekleństwo ambitnej fantastyki. Fantastyka w stylu space operowym nie wpisywała się w to, co chciano drukować, co chciał „Kaw” drukować, co chciały inne wydawnictwa. Nie, to miały być poważne rzeczy.
[36:59] - Pawełek, ja sobie wyobrażam Wydawnictwo Literackie, które wydaje na przykład jakieś „Wojny Gwiezdne”, to by się chyba Kraków przewrócił.
[37:06] - Do dzisiaj, jeżeli państwo znacie, to podajcie. Ja nie znam żadnego tytułu space operowego, który wydałoby Wydawnictwo Literackie Kraków. Ale może się mylę, może grzeszę niewiedzą. To zawsze jest możliwe. Powiedzmy jedno, space opera stała się nagle czymś pożądanym. Przez jakiś czas były suchoty. Więcej było space opery w filmie, bo część ludzi zaliczyła do space opery „Gwiezdne wojny”. I już widzę tych niektórych ludzi, takich bardziej zorientowanych, którzy mówią: „Ależ przecież nieprawda”. „Gwiezdne wojny” to jest takie fantasy, tylko w dekoracjach science fiction. Proszę państwa, nie podejmuję się.
Absolutnie zawieszam całą broń na kołku i nie podejmuję się dyskusji, bo tak naprawdę trudno mi się zdecydować. Z jednej strony trudno zarzucić, żeby to nie była space opera. Plany ogromne, kosmiczne dekoracje, planet multum, ras jeszcze więcej. Taka epicka fabuła. Tam się dużo dzieje. Całe losy ludzkości czy losy tego państwa, imperium, czy też republiki zależą od tego, co zrobi Luke Skywalker albo ktoś inny. Więc tak epicko jest. Teoretycznie wszystko by się mogło zgadzać, prawda?
[38:40] - Wiesz, Kozak, ja się z moimi kumplami bawiłem na podwórku, to było takie samo epickie. Takie same przestrzenie, niezmierzone, takie same gwiazdy odległe, takie sami władcy i walki i tak dalej. Ale wszystko się działo w naszej głowie i w naszych wyobrażeniach. Nigdy żeśmy nie twierdzili, że gramy, bawimy się lejąc kijami, że tak powiem, w space operę. Tutaj to samo, w co myśmy się bawili na podwórku, „Gwiezdne wojny” zostało zrobione dla ludzi w sposób bardziej widowiskowy, bardzo teatralny i tak dalej. Ale zabawa jest identyczna jak takich dziesięcio-, ośmiolatków na podwórku. Zapotrzebowanie społeczne wszyscy mieli, wszyscy się bawili na podwórkach. Jeszcze jak nie wyrośli do końca, to potrzebowali takiej rzeczy, żeby sobie pooglądać w kinie i zrobić remanent ze swoich przeżyć dziecięcych. I zrobili. I wychodzili wszyscy zachwyceni, bo wszystkim się przypominało, jak to oni również.
[39:57] - Okej.
[39:58] - Funkcję spełniało.
[39:59] - Tak, ale wiesz co, ja mam pewien niepokój, kiedy rozmawiamy o space operze. Bo ja mam takie niedobre wrażenie, że ten podział, że space opera to jest coś gorszego, coś głupszego, coś mniej ambitnego, on pozostał do dzisiaj.
[40:17] - W twojej głowie.
[40:18] - Nie. Ja ci podam przykład, że nie tylko w mojej.
[40:22] - A u mnie nie.
[40:22] - Wiktor, nie. Ja też nie uważam. Ja staram się obserwować świat na zewnątrz, bo ja od początku w space operze się zakochałem, wiedząc, że nie poszukam tam rozpraw filozoficznych, ale to jest inny rodzaj zabawy. Natomiast ja widzę, że ten podział na literaturę ambitną i mniej ambitną i głupią pozostał. Ten przydomek „głupia” jest absolutnie niezasłużony. Dlaczego pozostał? Bo nasz ulubiony redaktor naczelny pisma „Science Fiction, Fantasy and Horror”, Robert Schmidt, pisuje science fiction, to oczywiste, ale napisał też cały cykl dokładnie space operowy. To zaczęło się „Polami dawno zapomnianych bitew”. Z tym się wiąże pewne moje wspomnienie, o którym za chwilę. Ale to jest ciąg czterech książek, właściwie chyba pięciu, bo tam jest jeszcze z tym związana książka.
W każdym razie jest to pełną gębą space opera, dzieje się w takich planach ogromnych. A tymczasem ja sam słyszałem, że ktoś powiedział: „Nie czytać tego, bo to taka literaturka jest”. Otóż, proszę państwa, to nie jest literaturka. To jest świetnie napisany cykl i zupełnie nie rozumiem, dlaczego mówi się, że „Głębia” Podleckiego to jest super, wspaniałe i fajne, a na przykład cały cykl Schmidtowy jest niefajny. To jest absolutne nieporozumienie, moim zdaniem bardziej związane z tym, kto wydaje i kto promuje, niż z tym, jaka jest wartość tej literatury. I teraz ta moja historia. Otóż w swoim czasie, kiedy Robert startował z drugą- Mutacją swojego pisma, bo najpierw było science fiction, później się to przerodziło w science fiction, fantasy and horror i kiedy ruszała ta druga edycja, wysyłałem troszeczkę opowiadań do Roberta. Robert je zresztą drukował, co dla mnie było zaszczytem. Pewnego dnia udało mi się napisać fajne opowiadanie. Do dzisiaj uważam, że było fajne.
Miało swoje mankamenty, ale fajne było. Stworzyłem taką oto historię, moim zdaniem bardzo prostą, że podczas II wojny światowej, kiedy Niemcy parli na Moskwę, nagle pojawili się słowiańscy bogowie mieszkający w szklanej górze. Ta szklana góra wyrosła gdzieś koło Uralu i ci bogowie naturalną koleją rzeczy wstrzymali wojnę. Rosjanie ruszyli w drugą stronę, pędząc im kota, ale w rezultacie dzięki słowiańskim bogom i nie tylko doszło do porozumienia i linia demarkacyjna pomiędzy jednym a drugim imperium, czyli pomiędzy Niemcami a Rosją Radziecką. Oczywiście gdzie była? Najprościej na Wiśle. Mamy Warszawę w tym opowiadaniu, w którym po jednej stronie jest niemieckie miasto zbudowane przez najsłynniejszego architekta niemieckiego. Po drugiej stronie, ta strona praska to już jest rosyjska. Mostów nie ma. Oni się obserwują bacznie.
Problem polega na tym, że w pewnym momencie mamy takie czasy mniej więcej współczesne nam, gdzieś początek XXI wieku. Od wojny minęło sporo czasu. Taka granica cały czas jest. I nagle ci słowiańscy bogowie znikają. Czyli tak na dobrą sprawę wojna może się zacząć od nowa. Tyle streszczenia, bo to właściwie jest tylko wprowadzenie o tym opowiadaniu i wydawało mi się, że napisałem świetny kawałek i że wreszcie będzie tak, że to będzie najlepsze opowiadanie numeru. Taką miałem ambicję.
[44:20] - Tam była taka tradycja.
[44:20] - Taka tradycja była. Chciałem, żeby tak było, żebym się też załapał. Powiem tak: już byłem w ogródku, już witałem się z gąską i guzik z tego wyszło, bo pech chciał. Właściwie trudno mówić o pechu, ale pech chciał, dla mnie pech, że Robert Schmidt opublikował w tym samym numerze początek swojej space opery „Pola dawno zapomnianych bitew”. Niestety znieśli mnie z ringu, bo to po prostu było lepsze. I to było opowiadanie numeru. Po prostu wykasował wszystkich, łącznie ze mną. Takie są moje wspomnienia początków space opery Roberta Schmidta, pisanej przez Roberta Schmidta. Ale to był świetny kawałek, więc ja zupełnie nie rozumiem, czemu się dzisiaj niektórzy wykrzywiają, że to takie, śmakie czy owakie. To dobre kawałki dobrego czytania.
A że tam nie ma filozofii, że tam nie ma głębi. Ja przepraszam bardzo, ale czy wszędzie musi być podana ta głębia na tacy? Jak ktoś sobie chce wyczytać głębię, to tę głębię u Roberta również znajdzie, ale musi poszukać, a przede wszystkim będzie się dobrze bawił.
[45:45] - Wiesz, Marku, jak to mówiłeś, tak sobie pomyślałem, że fantastyka jest jeszcze w ogonie, że tak powiem. Została w tyle troszeczkę w dyskusjach literackich. Przez to, że te dyskusje już dawno literatura głównego nurtu przeszła. Też miała te problemy sama z sobą. Gdzie jest literatura wielka, a gdzie jest literatura przygodowa? Taka dla ludu. Jak u jakiegoś Dostojewskiego Kozak zaporoski siedział na przyzbie przez dwa lata i tylko rozważał, to by była wielka literatura. Ale jakby hasał po dzikich polach, to nie literatura, tylko to space opera i dziadostwo.
[46:37] - To jest absolutnie błędne spojrzenie na literaturę, moim zdaniem.
[46:41] - Tylko tym się to różni.
[46:42] - Mam do przeczytania korespondencję. Dostaliśmy SMS-a od Tadeusza Krajewskiego, naszego gościa wielokrotnego w audycji i pewną rzecz na temat space opery. Pisze Tadeusz tak: „Po raz pierwszy z terminem space opera spotkałem się w książce Andrzeja Kołodyńskiego pod tytułem „Filmy fantastyczno-naukowe” w roku 1972. Później, w '73 z nazwą tą zetknąłem się w „Fantastyce i futurologii” Lema. Warto zwrócić uwagę na pewien szczegół. Ciekawostkę, aczkolwiek istotną. W 1971 roku czytałem „Misję międzyplanetarną” van Vogta. Pojawia się w niej istota Ixtl porywająca kosmonautów i znosząca w ich ciałach jaja. Gdy dziewięć lat później oglądałem „Obcego” Ridleya Scotta, podczas odczytywania napisów końcowych nigdzie nie mogłem i do dziś nie mogę znaleźć choćby najmniejszego śladu podziękowania dla van Vogta”. Świetnie wychwycone przez Tadeusza, jak to się wszystko zaplata w tej literaturze.
Coś takiego warto sobie uświadomić, że rzeczywiście wszyscy się „Obcym” zachwycali. Wszyscy się „Obcym” zachwycają, bo to w dalszym ciągu jest film, który chyba jeszcze długo zostanie z miłośnikami science fiction. Ale powiem ci, rzeczywiście ten Ixtl pamiętam.
[48:19] - Jest to kopia normalnie van Vogtowego pomysłu.
[48:23] - Jak to się u niego nazywało? Gulę jakoś. Gulę to się chyba nazywało u niego. On te gule składał, chciał mieć małe Ixtle i wtedy by ruszył na podbój. Przynajmniej Galaktyki. Takie miał przynajmniej plany dalekosiężne. Tak to z tą space operą jest. Wrócę jeszcze na chwilę do Roberta Schmidta. Naprawdę mnie zadziwia to, co powiedziałeś. Częściowo to tłumaczy, ale zadziwia mnie w dalszym ciągu pewna taka bezwładność kojarząca się niektórym z tym, że jest literatura dobra, bo jest tak, jak ty powiedziałeś o tym kozaku siedzącym na przyzbie i rozmyślającym przez dwa lata o czymś, to jest dobra literatura, a jak za dużo On hasa, to jest zła.
Błagam wszystkich, którzy czytają, nie to decyduje o tym, czy literatura jest lepsza, gorsza, dobra, zła. Troszeczkę nie tak.
[49:30] - Może to się wzięło z podziału w cywilizacji współczesnej na pracowników w biurach, na fizycznych i umysłowych. I po prostu umysłowi to są ci lepsi, a fizyczni to są ci gorsi. Cholera jasna.
[49:44] - To też jest bzdura oczywiście.
[49:46] - Fenomenalny podział, bo ja już tylu umysłowców widziałem bezmyślnych i tylu fizycznych myślących.
[49:55] - A ja takiego bez zmysła myślącego filozofa na dodatek poznaję osobiście, więc wiem, o czym pan mówi.
[50:04] - O!
[50:05] - Taki kolega mój ze szkoły muzycznej, kiedy kiedyś rozmawialiśmy, mieliśmy zajęcia z fortepianu. On miał swoją lekcję, a ja czekałem w tej samej sali na swoją lekcję. I w pewnym momencie dyskusja z nauczycielką się zaczęła toczyć wokół tego, on generalnie studiował filozofię i chyba to studiowanie za bardzo mu weszło w krew. Ta filozofia myślał, że wszystkie rozumy pozjadał. W pewnym momencie stwierdził, że jak ktoś pracuje fizycznie, to jest gównem. Dosłownie tak powiedział. Gównem chyba. A jak ktoś pracuje tylko umysłowo, to jest elitą. Wyobraźcie sobie nasze miny, mnie i tej nauczycielki od fortepianu, jak to usłyszeliśmy.
[50:50] - To był pan, przy którym popełniono podstawowy błąd, kiedy on studiował filozofię. Trzeba go było wypieprzyć z tych studiów, przepraszam za wulgaryzm, już na pierwszym roku, bo są ludzie, którzy filozofii najzwyczajniej-
[51:06] - On właśnie wtedy na pierwszym roku był.
[51:09] - Aha. Mam nadzieję, że go wypierdzielili i to dosyć szybko, ponieważ ta wypowiedź jest najlepszym dowodem na to, że on absolutnie nie ogarniał, nic nie wiedział na ten temat. To by się dało gdzieś sprowadzić. Może on wtedy dosyć ambitnie studiował filozofię starożytną. Tam by się dało znaleźć tego rodzaju wątki, które w ten sposób dzieliły ludzi. Ale to była starożytna Grecja, miejsce dosyć specyficzne, ale to też nie było takie proste, jak on to przedstawił. Dajmy spokój, spuśćmy zasłonę milczenia, bo to głupie. Ale muszę powiedzieć, że-
[51:50] - My nawet zwróciliśmy uwagę, że nas tym określeniem po prostu obraził, a on dalej swoje.
[51:57] - A nie uwzględnił w ogóle. Znaczy nie uwzględniliście-
[52:01] - Panie Marku, tu nie należało niczego uwzględniać, ale po prostu faceta zabić.
[52:07] - Nie, zabić nie, ale okaleczyć. To jest mowa nienawiści. Pamiętaj, to jest mowa. Z okaleczeniem zresztą też. Trzeba było mu wytłumaczyć, że się myli.
[52:16] - Ale ty się nie tłumacz, tylko lejesz scenkę.
[52:20] - To też jest brutalne i mowa nienawiści w ogóle. Wracając jeszcze, Marku Ivelliosie, ja powiem jeszcze jedno. To niestety jest tak, że są czasami profesorowie, nawet nie profesorowie, na początku profesorami nie są, ale są ludzie, którzy kończą filozofię, później latami składają wnioski, żeby ich przyjąć na Uniwersytet Jagielloński i ten Uniwersytet Jagielloński ciągle ich nie przyjmuje jako pracowników naukowych i muszą pracować w jakimś studium dla pielęgniarek czy na studiach dla pielęgniarek i wykładają tam filozofię i się męczą, męczą i co roku składają podanie do tego UJ-u i co roku w głosowaniu przepadają i nie dostają się do tego UJ-u. Profesorami w końcu zostają, ale nie na UJ-cie i cały czas mają kompleks UJ-u. Później stają się politykami i bardzo ważnymi profesorami i wypowiadają się w życiu publicznym i mówią później na przykład-
[53:19] - No wtedy sobie mogą wszystko już powiedzieć.
[53:21] - Później to już mówią takie rzeczy, to sobie państwo prześledźcie internet w ostatnim czasie, co pewien profesor filozofii potrafił wygadywać. To będzie blisko, bardzo blisko i zupełnie blisko. W każdym razie wrócę jeszcze do MacApa. To się tak nazywa. Wtedy było egzotycznie, kiedy pojawiła się ta wkładka do fantastyki. C.C. MacAp „Zapomnij o Ziemi". Tak naprawdę facet się nie nazywał C.C. MacAp, tylko Carroll M. Apps chyba, jakoś tak.
Być może przekręciłem nazwisko, ale to nie ma większego znaczenia. Nie był to jakiś tytan pracy. Wielu tych książek nie napisał, ale ja czytałem jeszcze jako klubówkę jego taką książkę, też w szerokich planach się rozgrywającą, „Świat bez słońca". Gorsza była, moim zdaniem znacznie gorsza od tego „Zapomnij o Ziemi", bo „Zapomnij o Ziemi" oparta jest na bardzo prostym mechanizmie. Ludzkość przestała istnieć, a właściwie resztki jej są we wszechświecie. Już nie pamiętam, co się z Ziemią stało. Coś strasznego się z tą Ziemią stało. Oni później wracają na tę Ziemię wyciągnąć tam jakieś aparaty mordercze. W każdym razie ta ludzkość jest rozsiana po wszechświecie, bo tych ras we wszechświecie troszkę jest. Nawet się narkotyzują ci ludzie jakąś taką egzotyczną substancją.
Ale problem jest inny. Bo tam w pewnym momencie tym ludziom, a właściwie mężczyznom, przedstawicielom ludzkiej rasy, nie ma kobiet. Zniknęły, bo je pewna rasa zabunkrowała w sztucznym świecie. I teraz chodzi o to, żeby te kobitki znaleźć. Przyznasz, że mechanizm, ta narracja jest diabelnie prosta. Tam się oczywiście wszystko zaczyna kręcić, bo tam się polityka wielka wdaje. Coś za coś, ktoś komuś coś. I wtedy, jak ty mi coś, to ja tobie również coś. I w ten sposób oni o te swoje kobiety walczą. Mniejsza o szczegóły.
Dzisiaj nadużywane jest słowo epickość. Muzyka jest epicka, książki są epickie. Ja wtedy jeszcze tego słowa nawet nie znałem, ale dzisiaj jakbym miał określić, to rzeczywiście książka McApa w jakimś tam wymiarze epicka była. Chociażby rozległości tej podróży pomiędzy układem a układem, pomiędzy sojuszami zawieranymi przez poszczególne rasy między sobą. Chyba przyznasz, że było to coś nowego, ale to po prostu było najzwyczajniej w świecie porywające. To było coś innego. Jeśli nawet ktoś znał „Misję międzyplanetarną" Van Vogt, to ciężko to porównywać, bo cały czas mówimy o planach, w których mówi się o galaktykach, innych układach i przeskakuje z układu do układu. Ale jednak „Misja międzyplanetarna" Van Vogta to była mniejsza space opera. Na mniejszych planach się działa, a ta McApa była na większych planach, w związku z czym była większa. Aczkolwiek literacko było dokładnie odwrotnie.
Van Vogt był po prostu moim zdaniem prywatnym lepszym pisarzem. Ale mniejsza o to. Zasępiłeś się. Pewno coś powiedziałem nie tak.
[56:48] - Nie. Ciężko myślę nad tym. Nigdy nie miałem takich problemów z interpretacją tego gatunku. Nigdy się nie zetknąłem z ludźmi, którzy właściwie pogardzali tym gatunkiem.
[57:03] - A ja się nieustannie stykam z nimi.
[57:05] - Widzisz, sam nigdy tego nie praktykowałem, bo cholera jasna, za późno wpadłem na pomysł, że można by było tak pisać.
[57:13] - Ale ciebie po prostu to nie interesowało w pewnym momencie. Dlaczego? Nie jestem za tym, lubiąc space operę, żeby wszyscy pisali space opery obowiązkowo.
[57:23] - Tak, ale bardzo ciekawy temat. Tak jak Lenna na przykład nigdy nie napisał space opery, a mógłby. Powaliłaby prawdopodobnie pół świata na kolana. Podejrzewam, że dzisiaj bym z dziką radością na przykład zasiadł do pisania z takim rozmachem, z oddechem, z nieprzestrzeganiem pewnych praw ograniczających tej przestrzeni, czas i tak dalej. Tak sobie na luźno pobujać we wszechświecie.
[57:54] - A mam pytanie, jak byś określił, czy trudna dosyć książka, ale „Delirium Tarsis" nie ma elementów space operowych? Ja wiem, że ono się dzieje na Ziemi i Księżyc mały, ale skala tego jest ogromna. Chociażby skala przebudowy planety, zmiany na planecie.
[58:14] - Nie. Powieść może nie. Natomiast jak zacząłem przerabiać to na scenariusz do komiksu, to się natychmiast-
[58:22] - Space operowało.
[58:23] - Zrobiła taka space opera i tak zabójczo piękna, i tak zabójczo dynamiczna i fajna. Co to znaczy? Że ona była również w powieści po prostu ukryta.
[58:34] - Dlatego o tym mówię.
[58:35] - Szkielet, cały wątek. Niczego nowego nie dodawałem, tylko wyciągałem rzeczy, które się by nadawały do komiksu, do sprzedania, bo w komiksie przecież nie można siedzieć na pięciu stronach i myśleć.
[58:49] - Proszę państwa i tak oto stałem się badaczem literackim i wyciągnąłem z książki Wiktora Żwikiewicza nie space opery, ale space operowe wątki, a przynajmniej powiedziałem o nich. Byłem pierwszy. Dostanę za to jakąś nagrodę.
[59:06] - Marku, jak mówiliśmy o tych pożeraczach przestrzeni, śniegowa, a co ty myślisz? A w takiej mojej powieści-
[59:15] - Imago.
[59:16] - Grubej Imago.
[59:17] - Tak jest.
[59:18] - Co robią kosmonauci?
[59:20] - Gwiazdy.
[59:21] - Oni uderzają, wbijają się w jądra gwiazd po to, żeby pojawić się w innym miejscu wszechświata.
[59:29] - To jest rodzaj takiej studni.
[59:31] - Tam jest taki punkt układu Słońca, największa koncentracja masy, dzięki której, że tak powiem, można-
[59:45] - Poszukać w przestrzeni.
[59:46] - Wywrócić się na lewą stronę po prostu.
[59:49] - No proszę.
[59:50] - I pojawić się w innej rzeczywistości, po prostu w innym miejscu.
[59:53] - To już oczywiście żartując.
[59:55] - Typowa space opera.
[59:57] - Żartując jednak do pewnego stopnia, ale ty w latach 80. nie robiłeś nic innego, tylko przymierzałeś się do napisania space opery.
[01:00:07] - Zdecydowanie tak.
[01:00:07] - Tylko nie zdążyłeś. Tak się zastanawiam teraz, bo pewne wątki, jak już bardzo na siłę szukać, zawsze zapominam. To „Imperium Czerwonej Gwiazdy" coś kończy. „Ballada o przekleństwie."
[01:00:22] - To jest typowa. Tylko rozpisać to na pięć tomów i wydać jako cykl.
[01:00:30] - Oczywiście.
[01:00:31] - Typowe.
[01:00:33] - Rzeczywiście „Ballada o przekleństwie" była troszkę za cienka.
[01:00:38] - Ja tam zrobiłem taką esencję.
[01:00:40] - Ale spokojnie. Nie wiem, czy cztery, ale dwa tomy to na pewno byś tego.
[01:00:46] - Zobacz, jaki tam jest piękny patent. Obcy nadciągają do Układu Słonecznego. Lecą straszliwe floty. Ziemianom został ostatni statek, ostatni obrońca. Który może stawić im czoła i nic im nie może zrobić. Oni przylecą i nas, że tak powiem, zjedzą. Dowódcy tego statku wylatują naprzeciwko tych obcych. I co robi ten statek? Uruchamia mechanizm poruszania się w przestrzeni taki, jaki stosowały te statki. Uruchamia kolaps, gdzie kolapsuje, wciąga w ten kolaps również całą tamtą flotę.
Co się dzieje? To jest stan, w którym wyobraźmy sobie stan, w którym wszyscy ci obcy, którzy nadlatują, ich statki oraz załoga tego ziemskiego statku zlewają się w jedną tożsamość, w jeden punkt. To był czyn bohaterski i heroiczny, ale zupełnie, to typowa space opera przecież. Wszyscy płaczą z radości, bo jak ten marmaro zginie.
[01:02:10] - Patrz co przyszło tutaj u nas na czacie. A „Ballada o przekleństwie”? Czyli działamy równolegle z naszymi słuchaczami.
[01:02:25] - Naprawdę nigdy przez myśl mi nie przeszło, żeby „Balladę o przekleństwie” pisać jako taką rozrywkę. Pisałem to, co mi przychodziło do głowy. Space operą to nie jest tylko wyłącznie dlatego, że jest za krótkie. Ale gdyby to rozwodnić, żeby to się stało czytelne, to spokojnie.
[01:02:50] - Dobrze Wiktorze, ja myślę, żeby troszeczkę dać odpocząć naszym słuchaczom. Posłuchajmy naszych felietonistów. Zacznijmy od Bruno Kadyny. Powiem ci, niezła historia. Śmiałem się głośno, kiedy zapoznałem się ze wspomnieniami Bruno Kadyny, z którymi się państwo za chwilę zapoznacie, ze wspomnieniami ze spotkania autorskiego. Muszę ci powiedzieć, że niektóre doświadczenia są graniczne.
[01:03:22] - Wiesz, jak ja zawsze słyszę, już sobie nawet wyrobiłem takie powiedzonko: jak zaczyna Kadyna, wiadomo co będzie. Znowu zadyma.
[01:03:36] - Tak? Za chwilę będzie. Jeszcze tylko zacytuję Juriana. Jurian pisze: „Witam. Gra na fortepianie to moim zdaniem praca fizyczna.” No pewnie, że tak!
[01:03:46] - Schopenhauer musiał mieć takie narzędzia, że tak powiem.
[01:03:51] - Ale ja myślę, że-
[01:03:53] - Panowie, to jest praca umysłowa oraz fizyczna.
[01:03:59] - Jak najbardziej.
[01:03:59] - Praca fizyczna to jest chyba taki dodatek do pracy umysłowej.
[01:04:03] - Ale trzeba się czasami w te klawisze dobrze narąbać, myślę. Marku, w takim razie słuchamy Bruno Kadyny.
[01:04:21] - Kadyna nie pierdziel.
[01:04:27] - Odcinek czwarty: „Spotkanie autorskie”. Dziś opowiem o moim ostatnim spotkaniu autorskim w gdyńskiej bibliotece. Był straszny upał, ale przyszło kilka osób. Trzy ładne panie i ich partnerzy zapewne, dziwna para oraz dojrzała pani z boku na kanapie. Wydarzyło się tam coś, czego nie rozumiem. Prowadząca, pani Lidia, wiedziała lepiej niż ja, co widownia odwala, ale udawała, że niczego nie widzi. Uśmiechała się do mnie jak joker do ofiary, od ucha do ucha. Wszyscy siedzieli na kolorowych plastikowych krzesłach bujanych. Oprócz pani na kanapie, która chyba w tej grupie była dowódcą. Nie jestem pewien.
Kto wstawi krzesła bujane do biblioteki? Bujali się równocześnie w jednym tempie. Ta szóstka i ta para. Do dziś nie wiem, jakiej płci byli. Męskiej, żeńskiej czy żadnej z tych. Mieli takie same obrączki. Czyli chyba małżeństwo. Ale czy homo, hetero czy może stereo? Pani na kanapie ruszała tylko głową w tempie bujania innych. Prowadząca coś komentowała, kiedy blondynka na widowni — siksa, ile ona mogła mieć lat?
25? — przestała się bujać i zaczęła bobrować w nosie jak w kopalni odkrywkowej. Raz jednym, raz drugim paluchem. I wszyscy patrzą mi się w oczy, zaznaczam. Brunetka bujająca się za blondynką przestała razem z nią. Zaczęła poruszać jakimiś sznurkami. Była z blondynką zsynchronizowana. Chyba nią sterowała. To ona nią dłubała, czy ona sama dłubała? Nie wiem.
Nic nie rozumiem. Pomyślałem, że to jakiś kawał. Performance. Umówili się i mnie ładują. Może byli opłaceni i mieli mi tylko zrobić bajzel w głowie? Uwagę od blondynki odciągała dziewczyna obok. W okularach i w kasztanowych włosach. Jej oczy się do mnie śmiały, a usta bezgłośnie obrabiały dupę. Wyczytałem z jej ust, jak mówi, że wyglądam staro. Za dużo się ruszam i za mocno pocę.
„Jest upał” — powiedziałem. Za jej sznurki z kolei pociągał młody jegomość w okularach. Przystojny, grzeczny wygląd. Kiedy ona mówiła, poruszał ustami. Wtedy pani Lidia musiała mnie pytać dwa razy, bo już jej nie słuchałem. Nic nie pamiętam z tej rozmowy, tylko to towarzystwo. Sam nie wiem, kto był na widowni, a kto widownią. Oni czy ja? Obok tego młodego chłopaka siedzieli jeszcze dwaj starsi z tej grupy. Jeden przyglądał mi się i lubieżnie oblizywał usta.
Ja pierdzielę, co za sława! To ja już lepiej więcej nic nie napiszę. Facet przy nim był jakoś w moim wieku, może starszy. Miał twarz jak hiszpański inkwizytor. Co chwila walił papie jak Mussolini, jakby się na mnie obrażał za każde słowo. Byłem pewien, że po wszystkim wyciągnie zza paska pistolet skałkowy i do mnie strzeli. Pani na kanapie patrzyła na mnie z niezmiennym uśmiechem. Siedziała tak jeszcze po wszystkim, kiedy ja sobie poszedłem. Na koniec dostałem oklaski. Wszyscy się poderwali.
Niewyraźna para wyparowała. Już nawet nie wiem, czy istnieli naprawdę. A tamta szóstka razem z panią Lidią zatańczyli jak w musicalu, a potem zmyli się czym prędzej. A ja zostałem sam z tą panią na kanapie, kompletnie rozmontowany i skonsternowany. Jak wy po tym felietonie. Bruno Kadyna.
[01:08:12] - To był Bruno Kadyna. Ja tylko jeszcze przypomnę kontakty do Radia Paranormalium. Tutaj pan Tadeusz Krajewski aktywnie wykorzystuje naszego SMS-a. Widzę, że na czacie również się pojawili słuchacze na YouTubie. Mamy oczywiście czynne numery telefonów 32 746 00 08, komórkowy i do SMS-ów oczywiście również 530 620 493. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Nie wiem, czy to słychać, ale moja kotka chyba chce się włączyć do dyskusji. Niestety nie oddam jej mikrofonu. Sorry. Jesteśmy także na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata.
A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości. Oczywiście najlepiej odnoszące się do dzisiejszej audycji na nasze adresy mail radio@paranormalium.pl.
[01:09:25] - Wiktorze, czas jeszcze porozmawiać o tej nowej space operze. Chociaż mówię-
[01:09:33] - Naukowej, tak?
[01:09:34] - Tak, naukowej. Piramidalnie idiotyczny podział. Ale dobrze. W swoim czasie wydawnictwo Aumas próbowało ruszyć z taką, ja to nazywałem „powieść co miesiąc”. Rzeczywiście co miesiąc wychodziło niby czasopismo, ale tak naprawdę to była książka i tam się sporo dobrej space opery . Zdaje się, że mamy telefon.
[01:10:07] - Mamy telefon od Marka Myszograja. Dobry wieczór, panie Marku. Czy się słyszymy?
[01:10:13] - Dobry wieczór. Słyszę was głośno i wyraźnie.
[01:10:15] - Dobry wieczór. Słuchamy w takim razie.
[01:10:20] - Dobry wieczór. Nawiązując do tematu, chciałbym się podzielić swoimi przemyśleniami na temat pewnej space opery. Mianowicie chodzi mi o pewną książkę pod tytułem „Przebudzenie Lewiatana”. Już parę razy próbowałem podkreślić tą książkę, że jest warta omówienia w ogóle na Bibliotekarium, jednak z marnym skutkiem. Dlatego postanowiłem opowiedzieć i w jakiś sposób zareklamować tą książkę. Może rzeczywiście panowie sięgną po nią, bo chyba warto. Podpowiem, że na podstawie tej książki został nakręcony serial, z Netflixa można obejrzeć, pod tytułem „Expanse”. Nie wiem, czy panowie kojarzą temat, który podrzucam, czy nie bardzo.
[01:11:11] - Akurat tego serialu nie znam, ale chętnie posłuchamy na temat tej książki, bo tytuł już nie raz nas zaatakował, w związku z czym chętnie posłuchamy jako rekomendacji. A jak pan dobrze zarekomenduje, to rzeczywiście pomyślimy o „Przebudzeniu Lewiatana”.
[01:11:31] - Nie wiem, czy mi się uda. Jeżeli chodzi o takie właśnie konwersacje słowne, trochę mi nie bardzo to wychodzi. Wolę właśnie słowo pisane, ale spróbuję. Książka jest napisana przez dwóch autorów Daniela Abrahama i Ty Franca. Oni piszą pod pseudonimem James S. A. Corey. Coś takiego. Jeżeli nie przekręciłem, to dobrze. Jeżeli nie, to proszę mnie poprawić.
Przebudzenie Lewiatana to jest taka wizja niedalekiej być może przyszłości, która nawiązuje do eksploracji naszego Układu Słonecznego. Książka o tyle mi się podoba, gdyż mocno nawiązuje do praw fizyki, które są bardzo, podkreślam jeszcze raz, mocno zachowane w tej książce. Czyli wszystkie zasady grawitacji, braku ciążenia, wszystko, co fruwa w powietrzu, w kosmosie i tak dalej, jest doskonale, idealnie opisane. Tak, jakbyśmy rzeczywiście przebywali w przestrzeni kosmicznej. Nie ma tam, że tak powiem, w cudzysłowie, ściemy. Jest to mocno realistycznie opisane wszystko. Dlatego to jest duży plus. Sama fabuła nawiązuje do, zdradzę troszeczkę fabułę, nawiązuje do takiego konfliktu między Ziemią a Marsem. Między Ziemią a Marsem. I w tym konflikcie jest taka zachowana zasada, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.
Tym trzecim są ludzie, którzy żyją na tak zwanym Pasie, którzy eksplorują różne asteroidy i tak dalej w celu pozyskania różnych minerałów, złóż. I do czego jeszcze można nawiązać tę książkę czy bliżej zachęcić? Jeżeli na przykład mamy ten konflikt między Ziemią a Marsem i coś, co mi się bardzo mocno podobało. Załóżmy, że autorzy w zasadzie założyli, że ludzie, czyli ziemianie urodzeni na Marsie, mają w którymś tam pokoleniu swoje dzieci i tak dalej. Im się definitywnie i bardzo mocno zmienia genom. Jeżeli później wysyłani są ludzie z Marsa na Ziemię w celu na przykład posłów, jako przedstawicieli do negocjacji różnych i tak dalej. Ci Marsjanie urodzeni w zasadzie na Marsie nie potrafią normalnie funkcjonować na Ziemi, gdyż mają mocno zmodyfikowany swój genom, czyli odczuwają swoje ciążenie. Przeszkadza im światło słoneczne, które świeci mocniej na Ziemi niż na Marsie. Nie są przyzwyczajeni do takich warunków życia. Jest to świetnie opisane.
Te wszystkie konflikty, wszystkie problemy życia codziennego, które by mogły i mogą funkcjonować na Marsie, dla tych wszystkich ludzi, co żyją w przestrzeni kosmicznej, eksplorują różne komety i tak dalej. Oni nie potrafią normalnie funkcjonować na Marsie lub na Ziemi, bo mają zmieniony genom, są wyżsi, są chudsi i tak dalej. W tym wszystkim najciekawszy jest motyw, że w zasadzie w pewnym momencie książki pojawia się ktoś, co na tle powieści napisanej w konwencji tak naprawdę kryminału kreuje powieść, pewien kontakt z czymś obcym, zupełnie obcym i zupełnie nieznanym życiem, które potrafi poruszać się i funkcjonować w przestrzeni kosmicznej. I ludzie właściwie nie wiedzą, jak to ugryźć. Tak naprawdę władcy i Ziemi, i Marsa starają się ukryć przed opinią publiczną swoje znalezisko. A to znalezisko to właśnie jest żyjąca forma, która chce się rozprzestrzenić również na Układ Słoneczny. Nie wiem, czy zachęciłem, czy wyjaśniłem, czy podkreśliłem tę książkę, ale ona jest właśnie napisana w konwencji space opery. Jest to ponad 700 stron pierwszej części. 700 stron to jest dosyć sporo, a tych części jest ze trzy.
[01:17:10] - Właśnie, panie Marku, jak pan powiedział, że w pewnym momencie się włącza narracja, taka jakby się czytało kryminał, tylko w takiej kosmicznej skali, to ja od razu sobie pomyślałem, że to w tym momencie rzeczywiście ma rozmach. Bo kryminał, dobry kryminał to jest właśnie dobra intryga w dobrej space operze po prostu ukryta, czyli w tej przestrzeni.
[01:17:35] - Dokładnie. Tam cały fundament tej powieści opiera się na morderstwie. Nawet może nie morderstwie, tylko na pewnej śmierci, którą jest podejrzewana ta śmierć, którą Marsjanie uważają, że to Ziemianie popełnili to morderstwo, a Ziemianie na odwrót. A tak naprawdę to obce życie próbuje ingerować w Układ Słoneczny. Mamy tam takie postacie jak właśnie detektyw, jak cała załoga pewnego statku, która jest w intrygę zamieszana. I właściwie gdyby nie ta cała obsada statku kosmicznego, która porusza się między Ziemią, Marsem, różnymi stacjami kosmicznymi, gdyby nie właśnie załoga tego statku, to książka nie byłaby formą space opery. Ale w ten sposób właśnie myślę, że to jest właśnie nietypowa space opera oparta na różnych wątkach, a głównym wątkiem jest obce życie. Nawet nie można nazwać obcym życiem. To jest coś, co się pojawia nagle, coś nieznane i ludzie sobie z tym nie potrafią poradzić, nie potrafią tego zrozumieć. Bardzo ciekawa, bardzo wielowątkowa powieść, którą warto przeczytać i warto również obejrzeć film, który jest świetnie zrealizowany.
Polecam.
[01:19:15] - Z tego, co patrzyłem, to w zeszłym roku wyszła kontynuacja, o której pan już wspominał, nazywająca się „Wojna Kalibana”. To już ewidentnie piszą o tej książce, że to jest już typowa space opera, pełnowymiarowa, rasowa. Czuję się zachęcony. Musimy teraz tylko zdobyć z Wiktorem egzemplarz i pewno będziemy kombinować, jak tę książkę przedstawić. Dziękujemy.
[01:19:47] - Moim zdaniem to jest aktualna, taka świeżutka. Świeżyzna, jeżeli chodzi o space opery. Trzeba naprawdę przetrawić, przełknąć i pochłonąć. I tak jak ja zakochać się.
[01:20:05] - Tym cenniejszy pana telefon, że w dzisiejszej rozpisce nie mieliśmy tej książki uwzględnionej. Jesteśmy bogatsi o jeszcze jedną książkę w dzisiejszej audycji. Bardzo dziękujemy za telefon, za polecankę. „Przebudzenie Lewiatana” dwóch autorów, Daniel Abraham i Ty Franck, którzy piszą pod pseudonimem James Corey. Tu już by trzeba Ivelliosa, żeby dobrze to odczytał. Jeszcze raz dziękujemy za telefon, panie Marku.
[01:20:41] - Również dziękuję. Do usłyszenia i pozdrawiam.
[01:20:44] - Do usłyszenia.
[01:20:45] - Dziękujemy bardzo. Do usłyszenia.
[01:20:48] - W międzyczasie dostaliśmy ważną przypominajkę od Juliana. Przypominajka jest o 50. „ABW”, ale to jeszcze nie to najbliższe. To najbliższe będzie wakacyjne. Będzie z powieścią, którą już państwo zdołali dobrze poznać, czyli „Kukiełki i dusze”. A ta 50. to jest pierwsza audycja we wrześniu. Od Juliana już dostaliśmy opowiadanie jubileuszowe razem z bardzo fajnym wstępem, ale to państwu zdradzimy oczywiście w tej jubileuszowej audycji. Kto by pomyślał, że do pięćdziesiątki z „ABW” dobrniemy? Tak myślałem, że to taka inicjatywa na jeden sezon, a tu proszę, trzeci właśnie zaczynamy.
Proszę, kto by to pomyślał?
[01:21:44] - Myśmy, Marku, jesteśmy konserwatyści. Nie wybieramy rozwodu po tygodniu.
[01:21:49] - Zdecydowanie jesteśmy konserwatystami. Coś w tym jest. Dziękujemy za przypomnienie Julianowi. Pozdrawiamy.
[01:21:59] - Wiesz, ja jeszcze wracając do tej książki zachwalanej przez naszego przyjaciela, do „Przebudzenia Lewiatana”, bo tak sobie pomyślałem, że ja miałem taki okres w życiu, kiedy rozpaczliwie płakałem, jak książka się musiała skończyć. A tutaj to jest naprawdę wielka zachęta dla kogoś, kto chce położyć się spać i budzić, i dalej czytać, i na tego i paść. 700 stron dobrego czytania na luzie i tak dalej, to jest naprawdę wielka zachęta i mam ochotę chyba przetestować tę książkę.
[01:22:40] - Mamy też zabawną wymianę informacji na czacie. Nasz słuchacz pod nickiem Abwed1001 podaje tytuł „Stalowy szczur": „Space opera czy za krótkie?” Odpowiedź Juliana: „Zależy jak długi ogon.” Odpowiedź do odpowiedzi: Jim DeGriz, zwany również pod nazwiskiem Pas Ratunkowy: „Raczej bez ogona.” Coś jest w tym. Z tym że ja zawsze nauczyłem się cały cykl stalowoszczurowy traktować raczej jako komedię, jako świetną zabawę. Nie wszystkie tomy lubię, ale spora część po prostu nieźle mnie bawiła. Ale rzeczywiście, jak tak sobie pomyślę o tym, co napisał nasz słuchacz, to plany kosmiczne w „Stalowym szczurze” są olbrzymie. On się tam przemieszcza z planety do planety, a tu zrobi jakiś napadzik na bank, a tam jeszcze jakieś inne rzeczy. Dostaje czasami jakąś misję, ale to też w takich planach szerokich, więc krótkie, niekrótkie, ale gdzieś o space operę zahacza. Zresztą nie wiem, czy państwo sobie przypominacie. Ja co prawda nie pomnę tytułu, ale w swoim czasie mistrz Sapkowski popełnił takie opowiadanie, które udawało fragment większej całości space operowej. Proszę, nawet Sapkowski po takie rzeczy sięga.
Nie kontynuował tego, ale się coś takiego pojawiło. Warto też pamiętać, że takie elementy space operowe mamy w takich miejscach, ewidentnie, że ja też o tym zapomniałem — „Fundacja”. To dopiero się dzieje. Cały cykl fundacyjny i ten pisany przez Asimova, i ten później uzupełniany, dopełniany przez innych autorów, to też jak najbardziej space opera. Tak mi przyszło do głowy — chociaż nie wiem, czy nie grzeszę — cały element opisu wszechświata. „Diuna” przecież. Jak się poruszają statki w „Diunie”? Do czego cały ten melanż niezbędny? Przecież on jest potrzebny, żeby transport w kosmosie mógł następować, żeby piloci tych pojazdów mogli funkcjonować i spełniać swoje role. Niezbędny jest ten melanż.
I tak dalej. Elementy space operowe znajdziemy w bardzo wielu- W bardzo wielu utworach. Ja sobie cały czas usiłuję przypomnieć tytuł tego opowiadania i niestety słabo mi idzie. Może ktoś pamięta to opowiadanie Sapkowskiego? To będę wdzięczny, bo tak człowiek już zaczyna na starość tracić pamięć. Może jeszcze nie. Miejmy nadzieję, że nie. Ja zacząłem przed telefonem naszego słuchacza mówić o pewnym wydawnictwie. Otóż jakiś czas temu wydawnictwo Aumas wydawało co miesiąc powieść i tam spotykamy space operę w wykonaniu takiej mistrzyni jak Nancy Kress. Cały cykl nosi tytuł „Prawdopodobieństwo” i tam mamy do czynienia z kilkoma powieściami: „Przestrzeń prawdopodobieństwa”, „Gwiazda prawdopodobieństwa”, o ile dobrze pamiętam.
Była jeszcze trzecia, której już chyba nie pamiętam. „Księżyc prawdopodobieństwa”. To są powieści Nancy Kress. Ewidentnie space opery, tam sobie nie dam powiedzieć, ale mamy też ciekawostkę polegającą na tym, że pojawia się również Rosjanin Michaił Ahmanow. O nim się mówiło, kiedy te książki wychodziły, o Michaiłie Ahmanowie, że to jest taki następca Siergieja Sniegowa. I mamy taki cykl. Właściwie w wydawnictwie Aumas wyszły dwie książki: „Przybysze z ciemności: Inwazja” i „Przybysze z ciemności 2: Kontratak”. Ale też mamy dwie absolutnie rasowe space opery. Poza tym jeszcze się w konwencji space operowej załapuje coś, co nosi tytuł „Wrogie przejęcie. Spekulant” Andrewa Swana.
Dlaczego ja mówię o tym wydawnictwie? Bo to jest dzisiaj już rarytas, bo ta seria wychodziła jakiś czas temu, to chyba lata były — już ja nie pamiętam, czasami już rzeczywiście ta skleroza mnie dopada — w 2012 roku. Ale jeszcze jak państwo dobrze poszukacie w internecie, to osiem tomów w bardzo przyzwoitej cenie. Nie chcę strzelać, żeby nie budzić niezdrowych emocji, ale myślę, że w bardzo dobrej cenie osiem książek macie i to z szybką dostawą. Mam nadzieję, że to jest jeszcze aktualne. Ja tak zrobiłem. Przesyłkę miałem na drugi dzień. Wydałem bardzo niewiele. Naprawdę warto. Te tytuły Nancy Kress to jest firma sama w sobie.
Nie trzeba przedstawiać. Chociaż, proszę państwa, żeby nie było tak wesoło, to sam poznałem wydawcę, który powiedział mi tak: „No tak, zaproponowałem Empikowi kolejną powieść Nancy Kress, a oni mi na to, że to się nie sprzedaje i oni nie chcą i Empik nie będzie tego sprzedawał. No to — powiedział mi wydawca — nie wydrukowałem. Zawsze, żeby do czytelnika dotrzeć, to trzeba jakieś źródło dystrybucji mieć”. I tak to się losy toczą. Ja myślę, że Nancy Kress czy Michał Ahmanow to rzeczy, po które warto po prostu sięgnąć. Nie byłbym sobą, jakbym nie powiedział jeszcze o bibliotekaryjnej space operze, czyli o niejakim Munek'u i jego książce „Wojna cieni”. I znowu opowiedzieć tego nie można, bo za długie, ale dzieje się. Świat ciekawy. Dla mnie wartością tej książki jest przede wszystkim to — tam bajery, szmery różne są, jak to w space operze, wiadomo, że się dziać musi — ale wartością tej książki jest to, że ona gdzieś tak mimochodem opowiada pewną historię, jak się robi wielką politykę i że właściwie to robienie polityki zawsze wcześniej czy później oprze się o jakieś świństwo.
Wiadomo, że to świństwo trzeba zrobić, a nawet powinno się zrobić swojemu partnerowi w politycznych zmaganiach, bo jak się temu partnerowi świństwa nie zrobi, to on zrobi to świństwo nam. W związku z tym czujemy się w jakiś sposób zwolnieni. Czy to państwa zachęca? Nie wiem. Mnie na przykład zachęca, bo poza wielką polityką w „Wojnie cieni” jest sporo militarnej science fiction. Sporo się dzieje. Nie zawsze.
[01:30:49] - Przepraszam Marku, przede wszystkim to, jak o tym mówisz, to co się dzieje, jest nieważne.
[01:30:54] - To jest nieważne.
[01:30:55] - Ważne, że jest wojna.
[01:30:59] - Tak naprawdę space opery żyją albo wojną, albo jakąś misją, tak jak w „Misji międzyplanetarnej”, jakąś misją podległe, a i tak się pojawia jakaś mini wojna, tak jak pisał Tadeusz Krajewski z tym Ixtlem. Albo wcześniej był jeszcze taki stwór, którego nie pomnę, jakiś taki kotopodobny. Też był niesympatyczny dla tych naszych wędrowców z Ziemi. Statek w jednym wydaniu się nazywał Ogar Kosmosu. A w drugim kosmiczny pies gończy. Widzisz, jak można różnie przetłumaczyć, a tak naprawdę chodzi o to samo. Ta kociopodobna istota była niesympatyczna.
[01:31:45] - Były te drukowane opowiadania jeszcze w starym „Przekroju” w latach tam-
[01:31:50] - To długie są. Tak, bo tak naprawdę też pewne nadużycie, bo właściwie „Misja międzyplanetarna” nie jest powieścią. Jest cyklem czterech opowiadań powiązanych ze sobą, ustawionych chronologicznie. Ale to są cztery niezależne opowieści, które łączy miejsce: statek kosmiczny podróżujący z wieloosobową załogą. Tu mamy do czynienia z taką, arka to może za dużo, bo tam właściwie załoga męska jest, ale wieloosobowa ta wyprawa.
[01:32:31] - Długa ona się dzieje?
[01:32:32] - Słucham?
[01:32:33] - Długa ta wyprawa?
[01:32:34] - Długa. Oni gdzieś tam do innej galaktyki.
[01:32:37] - I sami mężczyźni?
[01:32:38] - Sami mężczyźni.
[01:32:39] - Jezu Maria.
[01:32:39] - Jak oni to robili, nie pytaj. Van Vogt nie wchodził aż w takie szczegóły. Mam nadzieję, że niczego nie popierdzieliłem, bo mam taką tendencję, że mi się już po przeczytaniu tylu książek mieszają pewne rzeczy. Ale z tego, co pamiętam, to właśnie taka męska załoga się tam pojawia. Jak oni to robili? Tak jak powiedziałem, nie pytaj. Cóż, Wiktorze, ale space opera fajnie się czyta, lekko się to czyta. Czasami jest ambitnie, czasami nie. Zostawmy to, bo ja zmierzam ku temu, żeby powiedzieć, że space opera niejedno ma imię. Zacznę od tego, co jest rzeczą oczywistą w serialu.
I ona, nasza Wikipedia wymienia takie seriale jak na przykład „Kosmos 1999”. Nie wiem, czy wszyscy nasi słuchacze kojarzą „Kosmos 1999”. To była taka brytyjska produkcja, którą w Studiu 2 za Gierka puszczano. Robiona w sposób dosyć przaśny, bo to w studiu filmowym. Rzecz zaczyna się od tego, że ziemski księżyc zostaje wyrzucony z orbity. I ten księżyc podróżuje przez wszechświat, spotykając różne dziwne istoty, na ogół złe i wredne, i różne paskudztwa. Ale oczywiście księżycowa załoga, tym razem już mieszana, kobieco-męska, daje sobie z tym wszystkim radę. Jedyną słabością, której już wtedy nie mogłem wybaczyć temu filmowi, to że zaraz na początku wiadomo było, kto zginie. Bo była stała obsada: komandor Koenig, jego przyjaciółka lekarka i jeszcze kilka osób ze stałej obsady. A później na początku każdego odcinka pojawiał się jakiś nieszczęśnik, którego pierwszy raz widzieliśmy na oczy i wiadomo było, że to jest właśnie ten, który zginie w tym odcinku.
Bo na ogół ktoś na początku musiał ginąć. I to było słabe. Z tym sobie scenarzyści słabo radzili, ale widocznie tak już musiało być. To jeden z tych filmów wymienianych, ale on jakoś tak mi się ze space operą słabiej kojarzy, chociaż pewno puryści gatunkowi zakrzyczą mnie, że nie mam racji. Mnie na przykład bardziej kojarzy się ze space operą serial „Babylon 5”. To z kolei stacja, w której różne cywilizacje kontaktują się ze sobą. Rodzaj takiej olbrzymiej, trudno mówić ambasady, bo tam wszystkie rasy mają swoje ambasady i to takie miejsce, w którym się kontaktować można. Niezły moim zdaniem serial. Ja w każdym razie polecam. Później był „Battlestar Galactica”.
Tak, to rzeczywiście space opera. O ile lubiłem wersję, która ukazała się w latach 70., to później to wydanie nowoczesne... Lubię wiedzieć, czy serial dokądś zmierza. Tu nie miałem pewności, czy on rzeczywiście dokądś zmierza, czy mnie wyprowadzi na manowce. W związku z tym średnio mnie ekscytował, mówiąc szczerze. Wymieniane są jeszcze „Gwiezdne wrota”. Rzeczywiście można by o tym pomyśleć, czy tak, czy nie. Jak już uderzyłem do filmów i do seriali, to prowadzę w bardzo dobrze określonym kierunku. Zanim jednak oddam ci, Wiktorze, głos, bo to ty się tutaj w blokach startowych ustawiasz, to przeczytam jeszcze, co się na czacie pojawiło. Julian: „Mam pytanie.
Kwiecień, maj, czerwiec, lipiec. Chodzą słuchy, że autorzy muszą zbierać makulaturę, żeby wyszła antologia. Ja też bardzo pozdrawiam, szczególnie pana Wiktora, panów Marków i słuchaczy.” Nie, tak źle nie jest z tą makulaturą. Antologia, proszę państwa, wyszła grubaśna niezwykle. Ma ponad 500 stron. Staramy się, żeby ona jednak wyszła w przyzwoitym standardzie. To znaczy, żeby tam jednak nie trafiało się zbyt wiele błędów. Dlatego w tej chwili redaktor Chudziński kończy po raz drugi czytać te 500 stron. To jest pewne wyzwanie.
[01:37:08] - Jak się redaguje jednego autora, to nawet jeśli napisał 500 stron, to niewielki problem.
[01:37:14] - Ale jak się redaguje 23 autorów, którzy napisali trzydzieści kilka opowiadań, to jest-
[01:37:21] - Każdy wuj na swój sposób ten język polski ciągnie. Tak.
[01:37:24] - Proszę państwa, ja powiem tak, żeby tam nie opowiadać, kiedy to się ukaże, kiedy nie. Na Coperniconie będzie na pewno, a myślę, że będzie wcześniej. Myślę, że to jest kwestia początku września. Więc makulatury zbierać nie trzeba. Każdy autor, który w antologii brał udział Na pewno jeszcze cię krótką książkę otrzyma, a innych też zachęcamy. Abwed1001, autor „Wojny cieni” nie ma litości dla czytelników starających się zapamiętać imiona bohaterów. A to prawda. To jest pewien zabieg zastosowany przez autora. Ale to tylko bohaterowie z pewnej określonej nacji, rasy właściwie, mają tak skomplikowane imiona. Zresztą wszystko tam jest skomplikowane na tej jaszczurzej planecie, ale rzeczywiście autor litości nie ma.
Wredny musi być widocznie. Tak już bywa. I Julian jeszcze: a może space opera żyjąca miłością? Akcja w międzygalaktycznym domu publicznym. Miłość i zdrada międzygatunkowa. Tak mi przyszło na myśl, kiedy zaczęła się wolność i publikowano różne najdziksze rzeczy. Wyszedł taki tomik ocierający się o sciencefictionową pornografię. To się chyba „Dawka miłości” nazywało, nie pamiętam już w tej chwili. I tam rzeczywiście co opowiadanie twarde SF, ale zawsze było riki-tiki tak i między innymi w kosmicznych domach publicznych też się rzeczy działy. „Dawka miłości” chyba tak.
Ja to jeszcze sprawdzę. Wrócę teraz do przerwanej kwestii. Tak podprowadzam. Do czego ja cię podprowadzam? Powiedz.
[01:39:18] - Nie wiem.
[01:39:19] - Jak nie wiesz?
[01:39:19] - Na Manowce.
[01:39:20] - A kto mi dzisiaj opowiadał długo i wnikliwie o pewnej innej formie space opery?
[01:39:26] - AE.
[01:39:28] - No tak. To po co cię podprowadzam?
[01:39:30] - To znaczy ja może wywalę tutaj na wierzch tezę, że my czytając kiedyś te 50 lat temu pierwsze space opery w Polsce, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że czytamy coś, co w ogóle wkracza już w inny wymiar rzeczywistości. Otóż ja mam takie wrażenie, że space opera była i jest niedoceniana. Niedoceniana, gdyż nikt jeszcze nie pomyślał poza mną oczywiście.
[01:40:07] - Oczywiście.
[01:40:11] - Jakie szlaki przecierała space opera i do czego ona może piekielnie przyłożyć swoje dokonania, żeby zrealizować-
[01:40:28] - Już słyszę, że ktoś komuś do czegoś może albo w coś przyłożyć. To nie jest bezpieczne.
[01:40:34] - Otóż widzisz, kiedy pojawiła się space opera nie było jeszcze idei. A były oczywiście jakieś marginałki, zabawy i tak dalej w wirtualnej rzeczywistości komputerowej. Natomiast to, ku czemu zmierzają gry komputerowe modelujące ogromne przestrzenie, ogromne wymiary w wirtualnej rzeczywistości, w której należy się poruszać swobodnie. Wszystko może się zdarzyć mniej więcej tak, jak to się zdarza w space operze. Wirtualna rzeczywistość pozwala zrealizować space operę w absolutnej pełni. Film był pewnym kłamstwem, pewnym zabiegiem umownym, że tak powiem. My musimy brać na wiarę, tę space operowość brać na wiarę, że tak można i tak dalej. W wirtualnej rzeczywiście ten rozmach space operowych bytów, swoboda poruszania się w przestrzeni, w czasie, w innych rzeczach może nabierać waloru trwałego jak kamień węgielny po prostu. Bo to jest podstawa wirtualnej rzeczywistości. Jak najwięcej móc wymodelować.
Móc wymodelować cały wszechświat. A do czego dążyła space opera? Do tego, żeby właściwie rozszerzyć na cały wszechświat, prawda?
[01:42:19] - No słucham cię.
[01:42:21] - Space opera ku temu zmierzała. Wirtualna rzeczywistość to zrealizuje i już to robi. Mógłbym tutaj podawać wiele przykładów gier z wielkim rozmachem i wielkich gniotów, bo to jest wyzwanie, które wiele firm podejmuje i potem się ukazują gnioty, które modelują całe miliardy gwiazd, całe galaktyki. W każdej galaktyce są miliony gwiazd. Każda z gwiazd ma parę planet. Na każdej planecie jest inne życie i można tam latać, masać te zwierzęta i tak dalej. I nic absolutnie z tego nie wynika. Na tym się już przejechało parę firm myślących, że zrobi wielki biznes. Na tym się przejechali. Natomiast ja tak obserwując ten rynek growy, gdyż to jest coś, w czym ja uważam, że space opera się dopiero naprawdę sprawdzi Sprawdzi i sprawdzi się również dla czytelników science fiction, bo to jest przeżycie porównywalne z przeczytaniem dobrej książki.
Muszę wam powiedzieć, że powoli się zaczyna kreować coś takiego, taki trzon. Pojawiają się gry sztandarowe, flagowe rzeczy. Ostatnio powaliła mnie z nóg symulacja bardzo znanej firmy, która debiutowała grą, kilkoma odsłonami „Europa Universalis”, czyli firma Paradox oraz, jak to się wymawia Marku? Claus...
[01:44:26] - Clausovitz.
[01:44:27] - Clausovitz, tak. Właśnie te dwie firmy siostrzane. Natomiast właściwie pracuje nad tym połowa Europy, łącznie z Polską, Niemcami.
[01:44:42] - Wiktorze, ty jesteś mistrzem suspensu. Wymień wreszcie ten tytuł!
[01:44:49] - Tytuł to jest „Stellaris”. „Stellaris” coś tam ma jeszcze.
[01:44:59] - Ale „Stellaris”.
[01:45:00] - „Stellaris”. W każdym razie ta rzecz zrobiła coś takiego, że oniemiałem. Oczywiście chłopcy, którzy się kiedyś zmierzyli w tej „Europe Universalis” z całą średniowieczną historią Europy, z historią odkryć geograficznych na całym świecie i tak dalej, zrobili symulację tego, zrobili z tego zachwycającą grę fabularną, w której się toczyła rzeczywiście i była w tym fabuła, a nie tylko wirtualna rzeczywistość europejskiego świata. Łącznie, tak jak tutaj Marek kiedyś siedział, ja mu wprost powiedziałem, że ja się w dużym stopniu historii Polski uczyłem z tej gry „Europa Universalis”, gdyż z taką pieczołowitością jest tam odwzorowana również historia Polski. A przecież to jest margines w europejskich strategicznych narodów. Oczywiście w pewnym momencie historii nie taki margines, ale w dziejach całej Europy taki epizod mieliśmy przez chwilę w Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
[01:46:21] - Mogę się wciąć ci w wypowiedź? Ta gra-
[01:46:25] - „Synthetic”, już przypomniałem sobie. „Stellaris: Synthetic”.
[01:46:29] - Ta gra, o której ty mówisz, właściwie nie gra, ją się określa, taki mądry jestem, bo sobie sprawdziłem, ale ją się określa, że to jest gatunek 4X, że tam jest explore, expanded, a tych dwóch to już nie pamiętam. W każdym razie 4X i tego rodzaju. Zresztą pierwszy raz określono tym mianem 4X twoją ulubieną, jak powiedziałby Arnold Boczek, czyli „Master of Orion”, tym mianem określono. A „Stellaris” to jest takie połączenie tych czterech X, raczej strategii wargame. To akurat czytam, więc niespecjalnie mądrość ze mnie przebija. W każdym razie to Paradox Interactive wprowadziło tę grę, ale to całkiem niedawno, bo trzy lata temu. Ale czym ty się tak zachwycasz? Dlaczego uważasz, że to jest konkurencja dla space opery? To jako żywo nie jestem w stanie pojąć.
[01:47:34] - Widzisz dlaczego? Dlatego że gdzieś tam jest wymodelowany, praktycznie biorąc, wszechświat, cała rzeczywistość w sposób nieprawdopodobnie, nie powiem skomplikowany, ale pieczołowity. Jest tam praktycznie biorąc wszystko. Wszystkie funkcjonowania naszych organizmów. I teraz czy z tego wynika, czy ta gra może być ciekawa, skoro zostało wygenerowane wszystko? A, za przeproszeniem, co mnie obchodzi skład jakiegoś kapuśniaku, który akurat dzisiaj zjadłem na obiad i w jaki sposób fizjologia mojego organizmu przetwarza. Nie, ta gra się takimi rzeczami nie zajmuje, chociaż to wszystko tam istnieje. Widzisz, dlaczego to jest dla mnie fascynujące? Bo ogrom roboty, którą zrobili ci ludzie z tych firm, jest po prostu nieprawdopodobny. I tam, jak się zaczyna w to grać, to jest prawdziwa space opera.
Tam jesteś uczestnikiem.
[01:48:53] - Ja cię zaraz o to zapytam, ale najpierw muszę zrobić krótką przerwę na dwie rzeczy. Pierwsza to korespondencja. Czytamy u Tadeusza Krajewskiego następującą rzecz. To jeszcze nawiązanie do „Wojny cieni”. „Nauczyłem się wymawiać jaszczurze imiona i nazwy własne z »Wojny cieni«”. To śmieszne, bo ja też się nauczyłem, bo one są tak skomplikowane, że się wydaje, że się tego nie da wymówić. Kto podzieli na kawałki i wypowie, i później to złoży do kupy. Wierzcie mi, państwo, da się to przeczytać. Nie tylko się da. Czytamy dalej u Tadeusza: „One mają swój rytm”.
W nich jest zakodowana muzyka. Nawiasem mówiąc „Wojna cieni” – proszę, są i pochwały – „jedna z lepszych space oper, jakie w ostatnich latach czytałem.” Tadeusz Krajewski tak napisał. Ale to musiałem, bo Bibliotekarium ma swoje prawa. W końcu jesteśmy wydawcą, więc trzeba zacytować. Bardzo dziękujemy. Natomiast ja ci chciałem coś o twojej grze przeczytać, bo oczywiście odpaliłem sobie „Stellaris”. Co piszą na Wikipedii, to proszę ciebie, sam projekt jest gigantyczny. Co pisze się o rozgrywce? „Stellaris jest grą rozgrywaną w czasie rzeczywistym, należącą do gatunku 4X.” O tym już mówiłem. „Jej akcja umiejscowiona jest w przestrzeni kosmicznej w roku 2020.
Gracze kontrolują statki kosmiczne, rozbudowują je i kolonizują kolejne planety. Istnieje możliwość zawierania sojuszy, nawiązywania relacji handlowych z innymi rasami w kosmosie.” To tak skrótem. Ale ja tu patrzę dalej. Tego nie wiedziałem, bo ty powiedziałeś, że jest „Synthetik” twój, tak?
[01:50:39] - Tak.
[01:50:40] - Ale proszę ciebie, gra doczekała się kilku rozszerzeń i jest tu „Leviathans” rozszerzenie, „Utopia”, „Synthetic Dawn”, „Humanoids”, „Apocalypse”, „Distant Stars”, „Megacorp” i tak dalej. Więc widzisz, ile to jeszcze gry przed tobą. Ja obserwowałem, powiem państwu, obserwowałem Wiktora, obserwowałem też rozgrywkę, przykładowo taką, którą mi pokazywał. Ja, proszę państwa, nie znajduję w tym specjalnej fascynacji. Ja się tym nie fascynowałem, ale muszę przyznać, żeby być do końca uczciwym, że stopień skomplikowania tej gry, rozbudowania, dbania o szczegóły budzi szacunek. Ja miałem wrażenie, kiedy śledziłem przez ramię Wiktora, ile tam mogłem oglądać, że twórcy tej gry chyba są nieźle obstukani, jeśli chodzi o space opery i w ogóle o fantastykę.
[01:51:45] - Zdecydowanie.
[01:51:46] - Tam jest tyle wątków szczegółowych, czasami zupełnie od czapy się wydają. Takich szczegółowych, które dla całej rozgrywki być może nawet nie mają wielkiego znaczenia, ale świadczą o tym, że mistrzowie, którzy tworzyli tę grę, mają niezłą bibliotekę.
[01:52:07] - Oni nie muszą mieć tej biblioteki. Oni się na tym wychowali jako dzieciaki 20 lat temu i dzisiaj po prostu robią. To jest dla nich naturalne środowisko. To, co przeczytali w science fiction, w książkach, to w tej chwili przenoszą, to jest ich naturalne środowisko. Oni się czują swobodnie. Wszystkie historie, absolutnie wszystkie, które wymyślił Lem czy Strugaccy, czy Van Vogt, czy Dick. Oni to znają, to jest dla nich normalka i oni próbują to zastosować w swoim świecie. Teraz widzisz, Marek, ty mówisz, że to jest straszliwie skomplikowane. Mogę zapewnić każdego gracza, który ewentualnie zachęcony przeze mnie usiądzie do tej gry, że na początku to, co ja mówię, wyda mu się strasznie śmieszne, bo to jest tak prościutkie, tak oczywiste, tak zwyczajne. Otóż muszę wam powiedzieć, że jeżeli będzie grał przez tydzień i zrozumie, jak ogromną rzecz zrobiła ta gra, to zalecam, że nie będzie miał zielonego pojęcia po tygodniu grania, do jak skomplikowanego systemu przykłada palce i w czym ugrzązł.
Bo to, co się dzieje, historia świata, meandry wszystkie i tak dalej, ewentualności, w których uczestniczy, są nieprawdopodobnie rozległe.
[01:53:46] - Ale jest jeszcze inna zabawa, która się może z tą grą wiązać. Ta zabawa może polegać na tym, żeby rozpoznawać wątki, które są przez twórców gry wrzucone, rozpoznawać, z jakiej to książki albo z jakiego to cyklu na przykład. Takie rzeczy też teoretycznie można robić. Ale zanim ci oddam głos, bo ci go zabrałem, sam sobie go wziąłem, to ja mam taką propozycję, bo o tej grze i o książkach space operowych jeszcze troszeczkę porozmawiamy, ale zróbmy sobie małą przerwę. Jest drugi felieton Tomka Fąsa, wierszowany ponownie, ale ma swoje powiązania w dodatku ze space operą, ale to już sam Tomek wytłumaczy. Ja tylko jeszcze nawiążę do „Przebudzenia Lewiatana” polecanego przez Marka Myszog haja. To przede wszystkim jest książka, która wyszła w Polsce w renomowanej serii Uczta wyobraźni. Kolejne tomy zresztą też, czyli „Wojna Kalibana” i „Wrota Abaddona” również w tej serii wyszły. Już samo to, że to jest ta seria Uczta wyobraźni świadczy o tym, że literatura jest niebanalna. I tu się czuję po raz kolejny zachęcony, żeby do tej książki sięgnąć.
Trzeba będzie, Wiktorze, poczytać. Ale w każdym razie teraz oddajmy głos Tomkowi Fąsowi i jego nawiązaniu do space opery. Marku, prosimy.
[01:55:27] - Proszę państwa, jesteśmy w takiej oto sytuacji, że Marek Żelkowski daje mi właściwie całkowicie wolną rękę w tym naszym cyklu felietonowym.
[01:55:37] - A jednocześnie dość pozytywnie wspólnie z Wiktorem wypowiadają się na temat mojej twórczości rymowanej. Zwłaszcza po ostatnim tekście o Stanisławie Lemie. W związku z tym, idąc trochę w tę stronę, postaram się jeszcze przynajmniej przez jakiś czas państwu trochę mojej twórczości rymowanej pokazać, zaprezentować. Jak dowiedziałem się z ostatniego odcinku „Bibliotekarium", tematem najbliższego, do którego właśnie materiał przygotowuję, ma być space opera. Mi z tematem space opery kojarzy się historia sprzed, Chryste Panie, już dziesięciu lat, jak to ustaliłem przed chwilą. Historia związana z utworem rymowanym, rodzajem rymowanego felietonu. Wojciech Młynarski rozpowszechnił w sztuce polskiej coś, co nazywał śpiewanym felietonem, a moje śpiewanie akurat dokonuje masowej zagłady gustów artystycznych, jako takie zakazane przez Konwencję Genewską, w związku z czym ograniczam się do felietonów rymowanych. Jeden taki felieton miał miejsce gdzieś na przełomie roku 2009 i 2010, krótko po sytuacji, kiedy w grudniu na fali rocznic kolejnych ogłoszenia wybuchu stanu wojennego, w mediach zaczął pojawiać się Wojciech Jaruzelski. Pierwsze kontrowersyjne jego pojawienie się miało miejsce w programie „Teraz my", realizowanym przez dość obecnie popularnego Tomasza Sekielskiego razem z Mrozowskim. Chryste Panie, jak ten Mrozowski miał na imię?
Tomasz Sekielski, Andrzej Mrozowski, „Teraz my", tak zdaje się to wyglądało. Gdzieś ten cykl się bodaj koło roku 2010 zakończył, ale jeszcze przed końcem, właśnie w 2009 roku, pod koniec, panowie dziennikarze mieli okazję gościć Wojciecha Jaruzelskiego. Program, jak to zresztą często u nich bywało, miał charakter dosyć widowiskowy, można powiedzieć tabloidowy, agresywny. Wojciecha Jaruzelskiego skonfrontowano z osobami, które ucierpiały podczas stanu wojennego. Już dokładnie nie pamiętam z kim. Było tam parę osób, które o różnych ciężkich przeżyciach związanych ze stanem wojennym opowiadały i bardzo tam pana generała atakowali ci ludzie. Niestety nie udało mi się dostać do nagrania. Próbowałem wyguglać, to właściwie jedyne, co znalazłem w internecie, to jakieś wykopowe dyskusje, że w ogóle był to żenujący odcinek i straszny i raczej krytyka, natomiast ani na stronie TVN-u, ani nigdzie indziej już fragmentów żadnych czy całego nagrania z tego filmu nie znalazłem. Krótko potem natomiast Wojciech Jaruzelski w nieco już innym tonie gościł w programie Tomasza Lisa. „Tomasz Lis na żywo" bodaj to się nazywało.
Programy Tomasza Lisa obecnie na stronie TVP już trochę trudniej znaleźć, ale jakoś tam jeszcze przez Google dostałem się do nagrania z tego programu. Tam Wojciech Jaruzelski przedstawiony był na pewno w dosyć pozytywnym świetle. Bez przesady, tam Tomasz Lis może pewne pytania odnośnie moralności czy szczegółów historycznych mu zadawał, ale jednak odnosił się do niego z dużym szacunkiem, per panie generale i tak dalej. I również ankieta wśród widzów, która została przeprowadzona, pytanie zadane w ankiecie głosowanej przez widzów. Pytanie brzmiało: czy Wojciech Jaruzelski przysłużył się Polsce? I 85 bodaj procent osób odpowiedziało, że tak, jak najbardziej Wojciech Jaruzelski Polsce się przysłużył. Co więcej, powiem państwu, że kiedy patrzę na to teraz i również kiedy patrzyłem na tamten program wówczas, 10 lat temu, Wojciech Jaruzelski również mnie, jako widzowi mało jednak związanemu z historią, jednak urodziłem się już po stanie wojennym, zaprezentował się jako człowiek o jednak pewnej sprawności intelektualnej, że tak powiem. Był już wówczas człowiekiem starym, schorowanym. Parę lat później umarł. Było widać, że to zdecydowanie inna epoka i inna klasa niż na przykład współczesna elita polityczna.
Inna liga człowieka, ale gdzieś tam mając jakieś podstawowe informacje historyczne, pojawiały się u mnie pewne wątpliwości, pewne pytania, które postarałem się utworem rymowanym wyrazić. Stan powojenny. Dawno temu w galaktyce roziskrzyło dziejów pełnią. Ludzie wyszli na ulice, rozleciało się imperium. Lord Darth Vader, gdy przyszła ku temu pora, niespodzianie zgładził był Imperatora. Wieloletnia się wnet zakończyła trwoga, lecz czy czyni to z Vadera Wallenroda? Ateiście dawać wiarę, stylistyczny zgrzyt. Co tu zrobić z generałem, z mrocznym Lordem Sith? Stracił zdrowie podczas wojny. Długo później przejął ster, patrząc na świat niespokojny zza swych przyciemnianych szkieł.
Niech lęk przed nim nazbyt prędko mych słuchaczy nie omija. Wzrok ten wszak, jak pamiętamy, jednym gestem mógł zabijać. Pamięć o nim w najczarniejsze galaktyczne mroki leci bólem, mordem i tyranią, płaczem kobiet oraz dzieci.
[02:01:46] - Wypominać dzieje stare czy łagodny przyjąć ton? Co tu zrobić z generałem, zdrajcą każdej spośród stron? Koniec filmu niepokoi, proszę panów, pań i panien. Generała w nowej roli znowu widać na ekranie, a widz widząc tę kabałę gubi się w dziejów uliczkach. Wszystko było czarno-białe, a tu forma eteryczna stoi dumnie i jaśnieje pośród oświeconych mistrzów, w całej pełni ukazując niedościgłą moc umysłu. Odczuwać winniśmy podziw czy postulować o karę? Co tu zrobić? Co tu zrobić z generałem?
[02:02:44] - To był Tomasz Fąs i jego kolejny felieton. Ja tylko jeszcze przypomnę kontakty do Radia Paranormalium, bowiem dzisiaj nadajemy na żywo, jak już państwo wiecie. Pan Marek Myszograj wcześniej już skorzystał z naszego telefonu. Pan Tadeusz Krajewski skorzystał z możliwości, i to nie jeden raz zresztą, wysłania SMS-a. Nasze numery telefonów to 32 746 00 08, komórkowy i do SMS-ów również 530 624 193. Skype: radio.paranormalium.pl. Gadu-Gadu: 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata oraz można nam także wysłać e-maile na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl.
[02:04:03] - To teraz my. Na początek kilka komentarzy wysłanych przez Juliana na czacie. „Piękna historia, Wiktorze”. Julian pisze o swoich doświadczeniach z „Kosmosem 1999”. „Orzeł 1 wylądował. Byłem w szpitalu. Największa trauma, że rozrabiałem i panie pielęgniarki zabrały mi majtki. Owinąłem się ręcznikiem i poszedłem na salę telewizyjną. Taki kiedyś byłem”. Niezła historia.
A druga, też od Juliana, bardziej nawiązuje do „Wojny cieni”. „Zawsze czytałem nazwiska bohaterów” – ja dokładnie tak samo robiłem – „zawsze czytałem po swojemu. Po jakimś czasie rozmawiałem z kimś o książce. Dziwiło mnie, o kim mówi mój rozmówca, bo czytał te nazwiska inaczej”. I wreszcie Melvin Prosz... Teraz ja mam kłopoty z nazwiskiem. Proch?
[02:05:04] - Ja bym proponował Melvin Froike.
[02:05:07] - Froike. „Dzięki wam, panowie, zdecydowałem, że pojadę na Copernicon w tym roku pierwszy raz”. W takim razie do miłego spotkania. Będziemy tam na pewno w sobotę, być może jeszcze w niedzielę. Zapraszamy i na prelekcje naszych autorów, i na warsztaty oczywiście. Zapraszamy. A teraz, Wiktorze, ja mam jeszcze do ciebie pewną kwestię, bo wiesz, jak opowiadałeś o tej grze, co więcej, jak ja oglądałem ją u ciebie na ekranie, to ja oczywiście się krzywiłem, bo takie jest moje zadanie, żeby się krzywić na gry komputerowe, bo to wraże rzeczy są dla mnie. Ale tak naprawdę to powiem szczerze, jedna rzecz mi się zamarzyła. Żeby takie gry jak ta, o której ty powiedziałeś, żeby stworzyć takie combo. To znaczy na przykład zbudować taki świat tej gry, o który gra by się toczyła, a do której można by na przykład dopisywać opowiadania, dopisywać książki.
To częściowo próbowano już robić. Ja nie mówię, że ja to wymyśliłem sobie w tej chwili i że jestem taki lotny orzecho. Nie. Ale chciałbym, żeby to się upowszechniło, żeby była gra i żeby wokół niej na przykład powstawała lepsza, gorsza, ale jakaś literatura. Nie byłoby to fajne?
[02:06:33] - Wiesz, jeżeli ja w tej grze uczestnicząc w internecie, bo nie mówię o prywatnym siedzeniu w swoim własnym zadupiu. Gra jest przede wszystkim dla graczy internetowych. Jeżeli ja w czasie rzeczywistym dogaduję się z jakimiś imperiami kosmicznymi, z jakimiś ludźmi, którzy mieszkają w Kanadzie albo w Grecji i tak dalej, uczestniczymy wspólnie w przedsięwzięciach, toczymy wojny, to my przecież tworzymy fabułę. To jest nasza prywatna historia, moja i tych moich przyjaciół, z którymi założyłem jakiś sojusz galaktyczny i tak dalej. Nasza historia jest zupełnie inna od historii innych graczy. Oni mogą się z nami spiknąć, możemy się zetrzeć, możemy sobie pogłaskać i tak dalej, ale my już toczymy własną fabułę, czyli piszemy rzeczywistość.
[02:07:37] - Zgoda, Wiktorze, zgoda.
[02:07:39] - Od naszej wyobraźni zależy.
[02:07:40] - Nie, to jest jasne. To, że tam powstają fabuły i to fabuły intrygujące i różne, i nieprzystające do tych, które na przykład twoje nie przystają do tych, które tworzę ja. To wszystko jasne. Ale ja mówię o czymś innym i w tym wypadku odwołuję się do tego, o czym ty bardzo często mówisz, a ja się z tym zgadzam. Literatura to nie jest tylko fabuła. Sam to kiedyś powiedziałeś w uniesieniu, kiedy dyskutowaliśmy o literaturze, że bym ci dał spokój, bo fabuła fabułą, a literatura to jest to, co jest nad fabułą troszeczkę. Literatura korzysta z fabuły, z historii, które są, ale o tym, czy to jest lepsza, gorsza literatura, decyduje to coś, co jest troszeczkę wyżej. I o tym mówię. Wy, ty, ja, kiedy gramy, kiedy tworzymy pewne fabuły, to są fabuły, ale tam nie ma literatury w tym. To są opowieści.
Zgoda. Niektórym to wystarcza, ale literatury tam nie ma. I ja o tym mówiłem, żeby połączyć to granie, rypanie na tych klawiszach. Mówię jak najbardziej pozytywnie. Każdy sobie w te klawisze musi czasami i myszką podziałać, ale żeby do tego jeszcze gdzieś z boku troszeczkę dochodziła literatura. O tym mówię.
[02:09:09] - Marku, mówisz o literaturze, ale mówisz o rzeczach straszliwie prostych, bo nasza cywilizacja bez przerwy się spotykała z takimi rzeczami. Zetknęła się już dużo dawno temu, jeszcze przed Grekami. Na przykład było w polskim języku takie słowo jak biesiada. Co to jest biesiada? Biesiada to się siada, żre, chleje i gada. A bez gadania to nie jest biesiada.
[02:09:34] - To jest żarcie.
[02:09:34] - To jest żarcie.
[02:09:35] - Tak jest.
[02:09:36] - Można żreć, można chlać. A jeżeli się pojawi literatura, czyli jeżeli z tej biesiady wyniknie coś fajnego, to to jest właśnie literatura. Jesteśmy zadowoleni. Zresztą w ten sposób biesiadowali Grecy, w ten sposób biesiadowali nasi Słowianie, w ten sposób biesiadował człowiek neandertalski również i tak dalej. My zapominamy na przykład we współczesnej naszej rzeczywistości, nie wirtualnej wcale, jak najbardziej prozaicznej, że zanik pewnych kulturowych toposów, jak wspólny obiad, wielopokoleniowe żarcie, siedzenie dziadka, babci i wnucząt i tak dalej, to nie jest tylko podładowanie baterii. To nie jest żarcie. To jest coś, dzięki czemu się wytwarza społeczny mikroklimat rodziny, przyjaźni, zależności, nienawiści, miłości, różnych bardzo rzeczy. Nasza cywilizacja wyrosła na takim czymś i nie wiem, jak przetrwa w momencie, kiedy właściwie w tej chwili wyłącznie podładowujemy baterie, po czym znikamy w swojej własnej, samotnej, wirtualnej rzeczywistości do swojej klawiatury. Nie wiem, ile walorów smakowo-degustacyjnych posiada biesiada, na przykład internetowa. To nie jest siedzenie przy ognisku, to nie jest siedzenie przy zachlapanym albo zarzyganym stole, przy którym koty żrą kości czy psy obgryzają pod stołem kości.
Jest fajnie, pięknie, wali się piąchą w stół albo w ryja, zależnie od tego, tak jak się to w biesiadach średniowiecznych działo. To było pełne życie. Ile pełnego życia jest we współczesnym, poza językowym słownictwem, we współczesnej biesiadzie internetowej?
[02:11:52] - Przyznam się, że się zgubiłem tak naprawdę. Fajnie by było, jakby były takie opowiadania dołączone do gry, czy nie?
[02:12:00] - Ale one są, Marku.
[02:12:02] - Ale ich nie ma.
[02:12:03] - Już są robione gry takie.
[02:12:07] - No ja wiem.
[02:12:07] - Od początku, jak się pojawiła „Ultima Online”, pierwsza taka wielka sieciówka fantasy, to były gry, w których ty mogłeś wprowadzać swoją fabułę, wymyślić swoją historię, programować ją dzięki opcjom samej gry, po czym inni gracze w to grali.
[02:12:35] - Ale ja mówię o czymś innym, bo oczywiście mówiliśmy w swoim czasie o takim cyklu „Metro 2033”. Oczywiście wcześniej czy później powstała gra i dzisiaj mamy taki świat, w którym mamy świat gry i świat książek, które otaczają tę grę. I powiem, że to jest fajna taka symbioza, że mamy dwa światy, bo jest nadzieja, że ludzie czytający przejdą do świata gry, ale jest też nadzieja, że ludzie grający może zajrzą czasami do tych książek, bo w tych książkach jest więcej niż w tej grze. O tym mówię. Nie wiem, czy pamiętasz. Ja też nie jestem niestety pewny tego. Raczej mam wątpliwości, ale nie wiem, czy pamiętasz, w swoim czasie recenzowaliśmy w science fiction dla Roberta Schmidta „Słońce we krwi” to się chyba nazywało, pamiętasz? Rafał Dębski napisał. Cóż to było? To taka książka przygodówka, ale to pierwotnie, o ile dobrze pamiętam, o ile dobrze jeszcze kojarzę jakieś fakty, to miała być taka opowieść dołączana do gry komputerowej.
Czyli tego rodzaju, tak jak powiedziałem na początku, tego rodzaju wymyślanki, jak zrobiłem, nie są niczym nowym. Próba połączenia literatury-
[02:14:05] - Kiedyś pisano już operę, ale jeszcze libretto się do tego dołączało.
[02:14:10] - Nie ma opery bez libretta.
[02:14:13] - Może się odbyć. Jak śpiewają po włosku, to nic nie rozumiesz.
[02:14:17] - Ale są teraz już tłumaczenia. Teraz już tłumaczenie masz od razu, w czasie rzeczywistym. Masz tłumaczenie, o czym ta pani tam zawodzi albo śpiewa.
[02:14:26] - Marku, jak zszedłeś na temat tego, to co chcę jeszcze wytknąć. My cały czas nie wiemy, ku czemu to wszystko zmierza. Zwrócę uwagę wam na jedno: kiedy pierwsze tego typu gry pojawiły się, natychmiast znajdowali się tłumacze, którzy to szybko spolszczali. Język polski był karygodny, płakać się chciało, ręce się załamywało, bo to robili gówniarze, którzy mieli po 14 lat, żeby szybko, na nas. Ta „Stellaris Synthetic” jest przetłumaczona, co mało przetłumaczona. Trzeba było pracować parę miesięcy, żeby to spolszczyć przepięknym polskim językiem i jeszcze w dodatku mądrze napisane, bo potoczystość pewnych zdarzeń wymaga rozumienia, rozumnego opisywania zdarzeń. Wszystko zostało w polskim języku. Majstersztyk, świetnie wykonany. Czyli już włączyli się wielcy tłumacze. Wielcy ludzie.
[02:15:39] - Cały czas prowadzę do tego. Dobrze, użyję takiego kategorycznego stwierdzenia. Myślę, że rzadko który gatunek SF tak bardzo nadaje się na gry jak space opera.
[02:15:58] - Przede wszystkim tylko się to nadaje.
[02:16:00] - Nie tylko, w końcu „Metro 33” też się nadawało. Ale co jest ważne, w związku z tym dlatego postuluję, że skoro tak jest, skoro ten przepływ może być w jedną, to może być w drugą stronę. I mnie chodzi-
[02:16:15] - Ale po co mam wracać do kibla?
[02:16:18] - Nie. Po to, że ty jesteś w tej dobrej sytuacji. Nie, bo ty masz spaczoną optykę. Mówię to z pełną odpowiedzialnością, bo ty grając w „Stellaris”, to ty sobie historię układasz na poczekaniu, bo tak jesteś skonstruowany. Całe życie układałeś historie takie, śmakie i owakie i bez przerwy żyłeś układanymi historiami. Do dzisiaj nimi żyjesz, bo co jakiś czas albo ty opowiadasz mnie jakąś historię, albo ja opowiadam tobie jakąś historię, którą ja akurat piszę, a ty akurat wymyślasz. Bo o pisaniu od pewnego czasu nie ma mowy, bo ci się nie chce, ale to jest twoja sprawa. Natomiast generalnie zajmujesz się wymyślaniem historii. Weź pod uwagę, że są też ludzie, dla których to nie jest chleb powszedni, dla których granie jest graniem. Jakaś tam historia powstaje sama z siebie, z natury gry, z silnika gry, ale tak naprawdę tam nie ma historii i dla nich przydałyby się opowieści różnej treści, że sobie tak banalnie zrymuję, które by uzupełniały jakoś tę historię.
[02:17:25] - Marek, to ja ci muszę powiedzieć, że niestety w grę typu „Stellaris Synthetic” człowiek bez wyobraźni zagrać nie może.
[02:17:34] - Nie. My mówimy o dwóch różnych rzeczach, Wiktor. Ja wiem, że kołek w nic nie zagra.
[02:17:42] - Poczekaj, nie chodzi o kołkowatość, ale to jest nie dla nas gra. To jest dla geniuszy, którzy się rodzą w tej chwili, dla młodych gówniarzy, którzy żyją.
[02:17:58] - Proszę cię. Ja wiem, że w tej chwili to sami mądrzy się rodzą. Mnie nie o to chodzi. Zrozum, że ktoś może być niezwykle inteligentny i nie być w stanie napisać historii. Ten ktoś nie jest w stanie napisać literatury. Ja się zastanawiam, głośno myślę, bo po to ta audycja między innymi jest. Ty stawiasz tak ostro granicę. Jest gra i koniec i po co coś jeszcze? Ja się cały czas zastanawiam. Zadaje się też pytanie: ku czemu to zmierza?
Ja się zastanawiam, czy na przykład nie może zmierzać ku temu, że dwa światy dzisiaj pozornie odległe od siebie w jakiś sposób się połączą. Mnie się wydaje, że może.
[02:18:45] - Nie, Marku. Ja ci to powiedziałem na samym początku, to znaczy jak wpadłem na tą biesiadę. Ja równocześnie jem i gadam. Czyli może istnieć równoległość i ona istnieje. Mi zupełnie nie przeszkadza czytanie książek i granie w gry komputerowe. Większości ludzi to są rzeczy albo wymienne, albo tożsame. Ja nie widzę żadnego dylematu, nie widzę po co chcieć w ogóle, żeby gracz komputerowy, który żyje w takiej wirtualnej rzeczywistości jakiejś, sięgał po książkę. Ja nie widzę po co, skoro mu to wystarcza.
[02:19:31] - Ale dlaczego zakładasz, że mu to wystarcza? Czy ktoś, kto gra w gry komputerowe, to jest dla niego cały świat i on nie może nic czytać?
[02:19:38] - Ale ten świat jest tam tak bogaty, już prawie jak cała literatura.
[02:19:43] - Właśnie nie, bo literatura nie składa się tylko z opowieści. Zresztą tu mamy argument. Moim zdaniem to jest dla mnie argument, a ty sobie możesz wziąć, że dla ciebie, że dzisiaj do projektowania gier zatrudnia się zawodowych pisarzy.
[02:19:59] - Tak.
[02:19:59] - Wiktor, to jest tak, ja to odbieram w ten sposób, jakbyś próbował- Opowiedzieć, że „Misja międzyplanetarna Van Vogta" to jest opowieść o tym, że statek leci w kosmos do sąsiedniej galaktyki i przeżywa różne przygody. A jakie przygody? To sobie państwo zobaczcie w grze, jakby ktoś tę grę ułożył.
[02:20:25] - Bardzo dziękuję za ten komentarz, któryś zacytował, bo z tego komentarza można również wywnioskować współczesne miejsce pisarza. Kiedyś pisarz miał wyzwanie, siadał i pisał książkę. Dzisiaj może się zatrudnić przy robieniu wirtualnej rzeczywistości. Do tego się nadaje już tylko.
[02:20:45] - To nie znaczy, że nie może napisać książki, Wiktor, przecież to jest sprawa prosta.
[02:20:48] - Ale po co?
[02:20:50] - Po to, że gra nie jest literaturą.
[02:20:54] - Jest literaturą.
[02:20:54] - Nie jest literaturą.
[02:20:55] - Według mnie to już jest dawno literatura.
[02:20:57] - Żadna literatura, bo tam nie ma odwołania do osobistego przeżycia.
[02:21:03] - Jest.
[02:21:03] - Nie ma pierwszej osoby.
[02:21:05] - Jest, Marku. Ostatnio, tydzień temu, siedząc przy „Stralisie", w pewnej sytuacji miałem łzy w oczach. Marku, przepraszam bardzo, czy to jest literatura, czy to nie jest literatura?
[02:21:21] - Nie wiem, może dla pensjonarek, dobrze.
[02:21:24] - To w ten sposób powiesz, że film również nie jest literaturą, telewizja nie, sztuka nie i tak dalej. Tylko książka.
[02:21:32] - Przepraszam. Dzięki za ten argument. Po pierwsze, spora część filmów powstała na podstawie literatury. Co więcej, znane są zjawiska odwrotne, bo o ile „Pamięć absolutna", film, powstał na luźnej interpretacji opowiadania Dicka „Przypominamy panu hurtowo", to później niejaki Pierce Anthony napisał dokładne streszczenie filmu w postaci książki i tak powstała książka Pierce'a Anthony'ego „Pamięć absolutna". Te przepływy są w obie strony w przypadku literatury i filmu. Więc ja uważam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w obie strony przepływały gry.
[02:22:22] - Ale on jest. Marku.
[02:22:25] - A podaj mi przykład.
[02:22:27] - Marku, wyobraź sobie, jak może ktokolwiek skonstruować grę poprzednią przed „Stralisem", czyli „Europę” i „Uniwersalizm", nie zajmując się rzeczywistością średniowiecznej Europy. Nie tylko średniowiecznej Europy, ale całej w ogóle historii świata.
[02:22:50] - No dobrze.
[02:22:51] - Ludzie, którzy to robili, musieli czytać książki, musieli mieć pojęcie, musieli skończyć szkoły, żeby móc to zrobić po prostu.
[02:23:01] - Ja tego nie kwestionuję. Idioci nie tworzą gier. To, że to muszą być ludzie na poziomie znacznie przekraczającym przeciętny, to jest dla mnie oczywiste. Ja cały czas piłuję, jak taka wredna piła ryba. Jedną rzecz postuluję: żeby te światy się łączyły ze sobą. I twój argument o tym, że nikt, kto gra w gry, nie będzie czytał, jest moim zdaniem chybiony.
[02:23:30] - Marku, ja ci mówię, że nie musi. A ty chcesz, żeby czytał.
[02:23:35] - Ale co nie musi?
[02:23:36] - Nie musi czytać książek.
[02:23:38] - Nie musi, ale chciałby. A ja bym na przykład chciał, grając w pewne gry, czytać nawiązania w literaturze również.
[02:23:48] - Bo jesteś jeszcze staromodnym człowiekiem.
[02:23:50] - Tak, ja wiem. Ale zauważ, że cała nasza audycja jest według twojej definicji dla troszeczkę takich staromodnych ludzi, którzy czytają książki.
[02:24:00] - Tak, niekoniecznie muszą być starzy. Mogą być młodzi starzy, tak jak Tomek Jones na przykład młody stary, bo widzisz, on się zajmuje rzeczami zupełnie abstrakcyjnymi. Co go może obchodzić generał w jego wieku?
[02:24:14] - Dobrze, ale w związku z tym przyznaj mi chociaż troszkę, żebym miał satysfakcję, żebym później spokojnie zasnął w domu, trochę racji, że dla tych ludzi, których my tu skupiamy w audycji, to byłaby fajna alternatywa, żeby mieć i grę, i do poczytania w świecie tej gry. Ja tylko o tym mówię. Być może młodszego pokolenia to nie zainteresuje, a być może zainteresuje. Ja tylko o tym i o niczym innym. I powstawałyby kolejne space opery.
[02:24:46] - Wiesz, ja nie wiem, Marku, jak ciebie słucham, to mam takie poczucie, jakbym Stalina słuchał. Wiesz dlaczego?
[02:24:56] - Ja wiem.
[02:24:58] - Ja ci wytłumaczę dlaczego. Siedzę mądry, szpakowaty, słucham, jak to się dzieje na tym świecie, mam swoją uwagę. Ale dobrze by było, żeby było tak jak ja bym chciał.
[02:25:14] - Nie, pierdzielisz, Wiktor. Ja tylko mówię o tym-
[02:25:17] - Jest, Marku, jak jest.
[02:25:19] - Ale Wiktor, jakbyśmy tak pojmowali świat, że dobrze jest, jak jest, to by świat się nie zmieniał. Dlaczego ty uważasz, że jak ktoś tworzy kolejny rodzaj gry, to jest postępowy, a jak ja postuluję coś zmienić, to ja, wiadomo, jestem wsteczny, głupi i w ogóle stary? Nie. Ja tylko chciałbym w tym świecie, który teraz jest, dać alternatywę tym, którzy są z pogranicza.
[02:25:44] - Marku, ale wiesz, co mówisz? Mówisz coś takiego, jak gdyby instruktor jakiegoś francuskiego oddziału muszkieterów, dajmy na to, który uczy tych muszkieterów strzelania z muszkietów.
[02:26:01] - No.
[02:26:03] - No i nauczył, nie?
[02:26:04] - No.
[02:26:05] - A ty oglądając ich Masz straszny żal w twarzy. Ale nie mogliby jeszcze pomachać szabelką?
[02:26:14] - Wiktor, pogrążasz się. Każdy z muszkietników po pierwsze miał szablę, po drugie umiał nią władać.
[02:26:23] - Dlatego, bo to była forma przejściowa, ale potem już się tą szabelką w ogóle nie machało.
[02:26:30] - Tak? To powiedz mi, dlaczego na współczesnej broni dalej są bagnety?
[02:26:36] - Dlatego, bo na filmie dobrze wygląda.
[02:26:40] - Nie, Wiktor. Dobra, niniejszym uważam dyskusję za zakończoną, przynajmniej pomiędzy nami. Każdy z naszych słuchaczy musi sobie rozstrzygnąć, jaki model byłby mu bardziej przydatny w życiu. Ja postuję jednak za połączenie literatury i świata wirtualnego. Dla mnie to w ogóle jest taka jazda, jakiej bym chciał. Mam dwa w jednym. Ale dobrze, Wiktor uważa inaczej, że tylko i wyłącznie gra „Star Laris”, czy też każda inna, sama się obroni. Proszę bardzo, niech i tak będzie. Wróćmy jeszcze na chwilkę, bo już powinniśmy chyba kończyć naszą audycję dzisiaj. Wróćmy jeszcze na chwilkę do space opery.
[02:27:23] - Macie jeszcze do wykorzystania tak z półtorej godziny czasu antenowego, więc się nie śpieszcie.
[02:27:29] - Ja myślę, że trzeba dać naszym słuchaczom troszeczkę odetchnąć. Ja mam do ciebie pytanie, to tak z zemsty za to, że tak się spieramy. Jakbyś miał wymienić pozytywne i negatywne cechy space opery jako gatunku, bez odwoływania się do konkretnych utworów literackich, bo wtedy byłoby za łatwo. To co byś wymienił? Zacznijmy od pozytywów, bo to zawsze się chwali.
[02:28:02] - Negatyw widzę jeden.
[02:28:07] - A jednak negatywy najpierw.
[02:28:09] - To znaczy tylko jeden negatyw. Otóż space opera łatwo można oszukać czytelnika. Otóż jeżeli się pisze nawet niestrawną psychologicznie literaturę, to jednak bardzo ciężko oszukać przeciwnika, którym jest czytelnik. Czytelnik, który czyta tego typu literaturę, natychmiast wie, czy ty bredzisz, czy nie bredzisz. Otóż w space operze może sobie spokojnie pohasać pisarz, który bredzi, bo zanim się połapiesz, że on bredzi, to już minie 300 stron, a tu leci akcja, fabuła, świetne rzeczy, fajny rozmach i tak dalej.
[02:29:10] - Ty mnie, kurna, nie doceniasz. Ja bym znalazł tego gnoja, który mi 300 stron zajął. Ja bym go znalazł i osobiście podziękował za to, że bredzi.
[02:29:22] - Ale to właśnie tak trochę z takimi pisarzami bywało. I to jest jedyna według mnie wada. Ta pierwsoliniowa łatwość oszukania. Mimikra taka łatwa.
[02:29:35] - To zgoda, bo się dużo dzieje i czasami donikąd to prowadzi.
[02:29:40] - To jest jedyna wada, a poza tym żadna. Reszta to jest tylko kwestia warsztatu twórcy.
[02:29:48] - Coś ci przeczytam jeszcze z czata. Melvin Royke — czytamy u niego taką wypowiedź: „Intermedialne uniwersa, takie jak metro czy „Star Wars”, to dobry pomysł. Jedno medium napędza drugie. Gry, książki, komiksy, filmy, seriale się uzupełniają z pożytkiem dla wszystkich”. Czyli punkt dla mnie.
[02:30:13] - Nie, Marku, żaden punkt dla ciebie, bo ty mówisz tak, jakby gra czy książka była oderwana od trzonu kultury człowieka. Tu jest jeszcze muzyka, grafika, życie całe i tak dalej.
[02:30:28] - Ale oczywiście.
[02:30:28] - Wszystko to są naczynia połączone. A w czym my dajemy wyraz swojej twórczości?
[02:30:33] - Ale ja nie o tym mówię. Ja mówię o tym, że te naczynia połączone trzeba stworzyć.
[02:30:38] - One są, Marku. One są, je trzeba stworzyć.
[02:30:43] - To jeśli tak mówisz, że są, to miejmy nadzieję, że są. A mam jeszcze jedną wypowiedź. Abed 1001: gra i powieść wymaga wyobraźni. Bez wyobraźni powieść to słowa, a gra to tylko algorytmy i grafika.
[02:31:05] - Zgadza się.
[02:31:06] - Tak.
[02:31:07] - Dokładnie to samo. Ludzie bez wyobraźni książek nie czytają również.
[02:31:14] - To prawda.
[02:31:15] - Książkę trzeba mieć w sobie.
[02:31:17] - No dobrze. To jednak ja chyba nie umiem czytać, bo tak szukam w tej chwili, czy to ja przekręcam? Tak, to ja przekręcałem. Ten Abed to był od początku 001, a jakoś zawsze widziałem tam 1001. Jakieś wielkie liczby mnie opanowały, te wielkie przestrzenie kosmiczne i tak dalej. W każdym razie w pełni się zgadzam. Co więcej, ja znam kilku takich ludzi, dla których jak czyta książkę, to po prostu przerzuca słowa i niewiele z tego właściwie wynika. To może rzeczywiście należało odciąć ich od literatury.
[02:31:59] - Niech sobie czyta tak, jak lubi. Przynajmniej potem może powiedzieć, że przeczytał.
[02:32:06] - Dobra, wymieniliśmy dzisiaj sporo tytułów, jeśli chodzi o space operę. Spośród tych, które wymienialiśmy, którymi się dzisiaj bawiliśmy w naszej audycji wakacyjnej, dlatego pojawiają się takie przekrojowe audycje, jakbyś miał wymienić tytuł, który jest ci najbliższy z tych, które wymienialiśmy, to który to by był?
[02:32:32] - Van Vogt. Najstarszy.
[02:32:35] - Proszę bardzo. A wiesz, to jest taka powieść, którą czytałem w samych latach 70., kiedy byłem jeszcze zupełnym szczawiem. Chyba ze cztery razy czytałem.
[02:32:48] - Tak, bo to jest takie naiwne, ale fajne.
[02:32:51] - Właśnie, wiesz co? Do dzisiaj nie wiem, czy to jest takie naiwne.
[02:32:55] - Nie jest.
[02:32:55] - Na tle literatury, która powstawała, to wcale takie naiwne nie jest. Dobrze, okej, masz rację. Tam jest pewien naiwny wątek tego nexianizmu, tej nauki nauk, czyli nauki, która konsoliduje wszystkie inne. To jest dosyć naiwne, rzeczywiście.
[02:33:13] - Ale fajny pomysł, żeby sobie wyminąć cały dyskusji na tematy naukowe. Po prostu wymyślił coś.
[02:33:22] - Wiesz co? Dzisiaj to nie jest takie oczywiste, ale Van Vogt był dlatego taki fajny. Dlatego się z tobą zgadzam, chociaż i tak wolę „Zapomnij o Ziemi”.
[02:33:32] - Czekaj. On sobie wymyślił nexianizm?
[02:33:36] - To się chyba tak nazywało.
[02:33:37] - Chyba tak. Ale czy przypadkiem, proszę ciebie, Dick potem Nexusa nie wziął?
[02:33:43] - Wiesz, to wszystko pochodzi. Źródłosłów może być szeroki. W każdym razie chodzi mi o coś takiego, że czasami boję się, jak bym zareagował, kiedy bym dzisiaj przeczytał „Zapomnij o Ziemi”. W mojej wyobraźni, w pamięci jest ta książka sprzed wielu lat.
[02:34:02] - Też tak samo jak u mnie .
[02:34:05] - Boję się, co by było, gdybym sięgnął po tę książkę, ale pewno to zrobię wcześniej czy później. A wracając do Van Vogta i tej „Misji międzyplanetarnej.” Jest w tej książce pewien taki czar. Wyobraź sobie, jak ja byłem później zawiedziony, bo minęło kilka lat od wydania „Misji międzyplanetarnej” i w latach 80. na początku wyszła inna książka Van Vogta, też odbywająca się w takich plenerach troszeczkę spaceoperowych. W tej chwili nie przypominam sobie tytułu, ale tam dowódcą wyprawy była kobieta. Tak jakoś się złożyło. Oni tam też pomykali po rozległym wszechświecie i to już moim zdaniem nie miało tego klimatu.
[02:34:56] - Albo może wyrosłeś w międzyczasie Gdybyś miał te 10 albo pięć lat mniej, to byłbyś tak samo zachwycony jak „Misją planetarną”.
[02:35:09] - Może.
[02:35:10] - Literatura ma swój czas do odegrania w naszym życiu i dobrze, jak trafimy na właściwą książkę we właściwym momencie. Wtedy jesteśmy po prostu w zachwycie. Po latach już ta książka przechodzi nawet niezauważalnie bardzo często. Albo od stanu ducha. Czujesz się podle, żona cię rzuciła i tak dalej. Czytasz coś takiego właściwego. Jesteś super, zachwycony, oderwany od kłopotów i tak dalej.
[02:35:45] - Wydaje mi się, że ta książka druga Van Vogta, która mnie tak zawiodła, to chyba była „Wyprawa do gwiazd”, ale głowy nie dam. Bywa tak czasami. Dobrze, wymieniłeś-
[02:35:58] - Wiesz, jaki ten Van Vogt był straszny. Straszny miał polot w tytułach. Pierwszy to jest „Misja międzyplanetarna”, a jaki może być drugi? „Wyprawa do gwiazd”. Świetne.
[02:36:11] - Przyznaję, że tytuł jest taki sobie.
[02:36:15] - Ale to były początki wielkiej historii.
[02:36:18] - Tak. „Wyprawa do gwiazd.” Zdecydowanie to była ta książka. Ta mi nie podeszła. Ja bym cię chciał jeszcze zapytać. Okej, ale kiedy tak sobie gważdzimy tutaj o spaceoperze, zauważyłeś to, z czego się na początku śmiałem? Czy naprawdę zauważasz to rozdzielenie pomiędzy fantastyką spaceoperową wcześniejszą a tą z lat 90.? Czy to ja jestem taki wredny?
[02:36:52] - Nie. Tamto to jest ni z gruchy, ni z pietruchy. Nie wiadomo skąd kto wziął, ale teza, jeśli pójdzie w świat i przetrwa 100 lat, to stanie się tezą wartościową jak kamień.
[02:37:04] - Doktoraty niejeden powstanie z tego. A i habilitacje są pewne. Tak, tylko pytanie, skąd ktoś wyjął tego rodzaju tezę? Jakbym chciał, naprawdę chciałbym ją poznać.
[02:37:15] - Widzisz, Marku, jak nie widzimy granicy, to nie mamy co przekraczać, o czym pisać. Tak jak powiedziałeś w tych książkach, jeśli ustanawiamy granice, Parowski to bez przerwy robił, mnożąc swoje pokolenia, bo dzięki temu mógł pisać o tym pokoleniu, o tym pokoleniu i równocześnie się sam załapać na jakieś pokolenie.
[02:37:36] - Parowski robił w ogóle taką rzecz. Absolutnie nie przestrzegał brzytwy Ockhama i on mnożył byty ponad miarę. Absolutnie. On je mnożył, rozmnażał. Pączkowały, kiełkowały, wszystko robiły. Ale zobacz, żeby zakończyć jakoś refleksyjnie. To jednak nie zmienia faktu, że Maciej Parowski to była polska fantastyka.
[02:38:03] - Zgadza się.
[02:38:03] - O ile ty, co by robił, co by kombinował, to jednak był facet, który to-
[02:38:09] - Marku, to prawie tak samo, jak ty byś powiedział: co prawda moja żona bredzi, ale jest moją żoną.
[02:38:15] - Moja żona nie bredzi. Moja żona nie bredzi!
[02:38:19] - Absolutnie. Ale widzisz, to są rzeczy, które są i z którymi trzeba żyć. Bez których by niczego nie było. Bez Parowskiego by nie było polskiej fantastyki przez ostatnie dwadzieścia lat. Byłoby paru ludzi, którzy pisali, ale nie byłoby wspólnoty.
[02:38:40] - Wiktorze. Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Tak zacytuję sam siebie, a nie tylko Średnie zresztą. Czas by już było dzisiaj skończyć, zapowiedzieć następną audycję. Coś jeszcze mamy na czacie? Pyta nas Melvin Froike: „Panowie, jakiej pojemności teksty przyjmujecie do ABW? Kiedyś chyba coś słyszałem o 10, 12 tysiącach znaków.” Powiedzmy, że na początek, na dzień dobry, jeśli jeszcze autora nie znamy, to te 10–12 tysięcy to jest ta liczba. Przypominam sobie. W każdym razie to jest ta ilość znaków, która by najlepiej pasowała. Jeśli tekst będzie porywał, to jak ten tekst będzie miał 20 tysięcy, to też się na niego nie obrazimy, ale musi nas porywać.
[02:39:47] - Wiesz, jakby ten twój tekst skomentował jakiś dobry Gruzin. Powiedziałby: „12 tysięcy znaków? Przecież to ja zmieszczę ledwo jeden toaost.”
[02:39:58] - Coś w tym jest, to prawda. W każdym razie zapraszamy jak najbardziej. Zawsze chcę mówić, że na łamy, a to na antenę ABW. Więc zapraszamy. Za tydzień jeszcze ABW wakacyjne. Powieść Wojciecha Tetleckiego „Kukiełki i dusze”. Za dwa tygodnie jeszcze wakacyjne „Bibliotekarium”, co nie znaczy, że już nie na poważnie. Troszeczkę porozmawiamy o konwentach. Między innymi o Coperniconie, na którym będziemy. Trochę porozmawiamy z organizatorami, bo fajne rzeczy się będą działy na Coperniconie.
Troszkę pogadamy z naszymi autorami, zdradzą, co w swoich prelekcjach umieszczą, co się w nich pojawi. To będzie, myślę, dosyć interesująca audycja, bo jak już przedstawiałem na początku tematykę, chciałbym bardzo wiedzieć, co zamieści Przemysław Cichoń pod tak enigmatycznym tytułem jak „Piwo, alkohole i inne frykasy” czy coś takiego.
[02:41:13] - Afrodyzjaki.
[02:41:15] - Jakieś frykasy czy coś takiego, inne smaczności. To na przykład bardzo bym chciał wiedzieć. Jeśli chodzi o sztuczną inteligencję i Piotra Prokopowicza, to już wiem, czego się spodziewać i tym chętniej na tej prelekcji się pojawię.
[02:41:36] - Tak, bo inteligencja Prokopowicza zdecydowanie nie jest sztuczna.
[02:41:40] - Nie jest sztuczna, a będzie mówił o sztucznej inteligencji. Nie zapominajmy o Tadeuszu Meszko. Ten temat „Dlaczego nie polecieliśmy do gwiazd?” to jest temat, który mnie intryguje, bo od dawna myślę o tym. Gdzieś tam się nawet do teorii spiskowych zbliżam. Kiedy byłem dzieckiem, kiedy obserwowałem misje Sojuz-Apollo, łączyli się na orbicie. Pamiętasz? Apollo z Sojuzem. Rękę sobie podawali, odwiedzali się i tak dalej. Myślałem, że do końca wieku XX my naprawdę ruszymy na Marsa przynajmniej. A tymczasem minęło dwadzieścia niemal lat kolejnego wieku, a my dalej siedzimy.
Oni chcą jeszcze wrócić gdzieś na Księżyc. No i co ty?
[02:42:27] - Widzisz, Marku, może to się zdarzyło tak, że tak jak są dzieci, mamusia i tatusia oraz są dzieci nieszczęśliwe, które nie mają albo mamusi, albo tatusia. A my wszyscy z XX wieku jesteśmy tym rzadkim pokoleniem, które nie poleciało do gwiazd. Proszę ciebie, nieszczęśliwe dzieci ludzkości.
[02:42:52] - To ja też jestem ten nieszczęśliwy.
[02:42:54] - Przedtem nie było, bo nie można było polecieć. Potem nie będzie, bo już nie ma po co. Ale my tylko żeśmy się załapali na to. Nieszczęśliwe dzieci XX wieku.
[02:43:03] - To ja jestem tak samo nieszczęśliwy.
[02:43:06] - Ja też.
[02:43:08] - Naprawdę sobie wyobrażałem. Nawet kiedyś mówiłem: „Kurczę, po Księżycu, to ja na pewno będę kiedyś chodził. To przecież niemal pewne.” Dzisiaj już tej pewności niestety nie mam. I to tak wygląda. Jeszcze się zareklamuję.
[02:43:23] - Dzisiaj już nie tylko nikt tam nie chodzi, ale już nawet nikt nie wzdycha.
[02:43:28] - Właśnie wzdychają. Podobno chcą tam lecieć i to już niedługo. Jeszcze samoreklamę zrobię, że ja też zapraszam bardzo serdecznie na prelekcję na Coperniconie, na której będę mówił o transferze świadomości i że w gruncie rzeczy to się może wydawać fajne w powieści science fiction czy w opowiadaniu, ale tak naprawdę to jest jakieś cholerne niebezpieczeństwo. Postaram się pokazać, dlaczego jest to niebezpieczeństwo. Troszeczkę o tym powiemy również w tej audycji za dwa tygodnie. Cały czas przypominamy, że na Coperniconie będziemy my, czyli Wiktor i ja. Będziemy mieli warsztaty. To takie mini warsztaty, ale jednak. Szlachectwo zobowiązuje. Będziemy też tam zbierać opowiadania do kolejnej audycji.
[02:44:21] - Myślałem, że ty jesteś z chłopów.
[02:44:23] - Wiesz co? Każdy jest z chłopów.
[02:44:25] - Szlachectwo zobowiązuje .
[02:44:31] - Posłuchaj, szlachectwo takie literackie zobowiązuje. Natomiast mnie bardzo zawsze bawi, kiedy ktoś się powołuje, że ma herb. Cóż, ja też mam herb, nawet znalazłem. Zawołanie nawet swoje mam.
[02:44:45] - Ja też mam. Zawołanie na Mlecznej Drodze.
[02:44:47] - Tak. Wołanie na Mlecznej Drodze. To wszystko bardzo fajne, ale ja cały czas tym wszystkim takim zafascynowanym tym szlachectwem, podniecającym się tak bardzo, to po pierwsze mam do przekazania, że naprawdę większość Polaków to jednak gdzieś tam z chłopów. Ta szlachta też z chłopów, bo przypomnę, że w swoim czasie uszlachcało się chłopów dosyć masowo. Albo sami się uszlachcili. Może nie chłopi, czasami mieszczanie. Różnie to bywało. To po pierwsze. A poza tym mam taką wątpliwość, czy w dzisiejszych czasach nie lepiej jest mieć porządny tytuł naukowy niż tytuł szlachecki? Na to pytanie nie odpowiem, ale pod rozwagę zostawię.
I cóż, tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszą audycję. Wszystkim słuchaczom dziękujemy. Życzymy fajnych odkryć na gruncie space operowym. A Wiktor coś jeszcze macha. To mów.
[02:45:47] - Ja tylko spuentować chciałem całą historię space opery. Może się zdarzyć tak, że tak jak z filmem. Kiedyś były westerny oraz pogardzane, wyśmiewane spaghetti westerny. Po 50 latach westernów, których nie można oglądać, a spaghetti western całkiem nieźle się trzyma.
[02:46:09] - Ja nawet nie wiem, jak się trzyma spaghetti western, ale muzykę miał zawsze zarąbistą, bo często Ennio Morricone pisał.
[02:46:16] - I grafikę, i plastykę, i przenośnię, i tą emocjonalność. I może się zdarzyć tak, że space opera, że tak powiem, przetrwa dłużej niż my myślimy, a szczególnie dzięki temu, o czym dzisiaj powiedziałem, dzięki temu, że chyba stanowi podstawę bytu-
[02:46:35] - Następnej generacji.
[02:46:37] - Tak, następnej generacji, czyli gier z wirtualną rzeczywistością.
[02:46:40] - Jak już mówimy o następnej generacji, to w ogóle grzech, że nie wymieniliśmy „Star Treka” w trakcie audycji. To też rodzaj space opery. Nawet taki bardzo klasyczny rodzaj space opery. Zawsze pod koniec audycji naszych mam takie wrażenie, że ja pięć razy się żegnam ze słuchaczami, bo za każdym razem coś nam się jeszcze przypomina. Tym razem już tak nie będzie.
[02:47:02] - Ja miałem wrażenie przed chwilą, że Wiktor to tak macha i macha, żebyś właśnie szybciej kończył, bo on musi coś wypalić.
[02:47:10] - Właśnie tym razem machał, żebym przerwał i on chce coś powiedzieć. Tak się czasami ludziom robi. Cóż, proszę państwa, jeszcze raz wszystkiego dobrego. Dziękujemy za dzisiejszą audycję. Zapraszamy na tę za tydzień wakacyjną, na tę za trzy tygodnie już pierwszą niewakacyjną i w dodatku 50., że się tak pochwalę po raz kolejny. Zapraszamy za dwa tygodnie na „Bibliotekarium” troszeczkę jeszcze wakacyjne, ale myślę, że będzie ciekawe. Wszystkiego dobrego. Dobrej nocy.
[02:47:40] - Dobrej.
[02:47:42] - Mówili te słowa do państwa gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie, tym razem w ABW już za tydzień i na żywo w „Bibliotekarium” już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[02:48:24] - So here we stand anchored in hope. Letting the rain wash away every fear. Stars in the sky twinkle and shine. I pray they won't disappear. 'Cause I don't know where your journey goes. Or how long it will take to unfold. But as long as we keep this moment shining in the dark. I will be watching over every beat of your heart. I wish that time could be replayed. I'd keep you here with me every day.
They say that love is letting go. I hope that you find your way. 'Cause I don't know where your journey goes. Or how long it will take to unfold. But as long as we keep this moment shining in the dark. I know you're watching over every beat of my heart. Every beat of my heart. Every beat of my heart. Every beat of my heart.