Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:32] - Szanowni Państwo, w momencie, gdy nagrywamy tę audycję, ciśnienie jest jeszcze dosyć niziutkie, ale za chwilę gospodarze Bibliotekarium na pewno skutecznie je podniosą. Przynajmniej na antenie Radia Paranormalium oczywiście. I właśnie teraz zaczynamy ten podnoszący ciśnienie, choć może bez bluzgów panowie tutaj obiecali, ale jednak odcinek Bibliotekarium. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami dzisiaj jak zawsze gospodarze Bibliotekarium i eksperci od podnoszenia ciśnienia. Szczególnie jeden, ten starszy. Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Halo, halo Bydgoszcz.
[01:17] - Halo, halo! Nie wiem, Wiktorze, czy zauważyłeś, że ci wiek wypomniał Ivellios? Że starszy.
[01:25] - Równo jakiś starszy.
[01:26] - Powiedziałem tylko, że starszy, ale jeszcze nie, że stary.
[01:29] - No tak, to prawda. A poza tym ja chciałem coś dodać, bo w polskiej kulturze w dalszym ciągu jeszcze osoba starsza to jest osoba mądrzejsza, więc tak naprawdę powiedział ci komplement. Ja się muszę dopiero zestarzeć, żeby zmądrzeć, a ty już masz to w ręku.
[01:47] - Nie wiem.
[01:48] - Panowie, ale z tym mądrzejszym to dotyczy was obu, bo ja tu jestem najmłodszy.
[01:54] - Oj tam, oj tam, to taka figura retoryczna była. A ty, Ivelliosie wszystko psujesz.
[02:01] - A poza tym słuchajcie, co tam wiek ma za znaczenie i co za znaczenie ma mądrość wtedy, kiedy temperament bierze górę od czasu do czasu.
[02:11] - Czyli potwierdzasz słowa Ivelliosa, że dzisiaj będzie... No właśnie nie będzie, bo tak naprawdę różnimy się co do oglądu, wglądu czy przeglądu książki Szczepana Twardocha „Król”, ale jednak nie różnimy się aż tak bardzo, jak to drzewiej bywało przy innych książkach. Mamy ostro zarysowane stanowiska. Niemniej, jakby to powiedzieć, książka chwilami się nam podobała.
[02:48] - To znaczy tak-
[02:48] - To dobre?
[02:49] - Jak każda łajba czasami płynie równo z wiatrem, a czasami kołysze na boki. I wtedy ma się mdłości.
[03:00] - Wtedy bywa różnie.
[03:00] - Różnie bywa.
[03:01] - Wtedy bywa różnie. To ja powtórzę: dzisiaj będziemy przedstawiać książkę Szczepana Twardocha zatytułowaną „Król”. To najpierw może trochę o autorze. Autor powinien być i jest nam bliski w tym sensie, że miał trochę wspólnego romansu z fantastyką naukową. Nawet dostał srebrne wyróżnienie Nagrody Literackiej imienia Jerzego Żuławskiego w 2008 roku, bo fantastykę pisywał. Otóż cóż to były za powieści? „Wieczny Grunwald”, o ile dobrze pamiętam. Dostał Nagrodę Nautilusa za opowiadanie „Rondo”. To drugie takie osiągnięcie. Był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia, był nominowany do Nike, został laureatem Paszportu Polityki.
Więc tych wyróżnień ma sporo. A jak powiedziałem, człowiek, który z fantastyki czy dzięki fantastyce startował, dzisiaj już taki chętny do przyznawania się do owych korzeni fantastycznych czy fantastycznonaukowych nie jest. Raczej pożeglował w inną stronę, w stronę mainstreamu. Moim zdaniem w sposób udany. To oczywiście jest moje i tylko moje zdanie, ale chyba zdolny człowiek. Co do tego, zanim się zaczniemy lekko przynajmniej spierać o książkę „Król”, to chyba można powiedzieć, że duży potencjał i duża zdolność.
[04:51] - Jeśli patrzysz na rozwój naszej cywilizacji, to homo sapiens ma zdolność zapisaną w genach. My wszyscy jesteśmy zdolni. Nie wszyscy z tej zdolności robią właściwy użytek, ale zdolni to są wszyscy. I Szczepan Twardoch na pewno jest tym, który jest nie tylko zdolny, ale również potrafi zrobić z tej zdolności pewien użytek.
[05:19] - Z takich jeszcze rzeczy, które mogą być kontrowersyjne dla jednych, a jak najbardziej do pochwalenia dla drugich, jest to, że Szczepan Twardoch twierdzi, że jest Ślązakiem. Bardzo to podkreśla. To jest jakiś taki element ważny dla niego. I jest człowiekiem, który w tak zwanym mainstreamie, ja nie wiem, czy to w ogóle jest dobre określenie, ale okej, trzymajmy się go, bo ono jest rozpoznawalne. W tym mainstreamie sporo namieszał, bo sporo jego książek. Wymieniłem tylko tak trochę z pamięci te wszystkie nagrody, bo tego było znacznie więcej. Tam była Nagroda Fundacji Kościelskich. Ta nominacja do Nike to ja nie wiem, czy nie była nawet kilka razy. Tego nie pamiętam. Się nie przygotowałem, jak widzisz tak do końca.
W każdym razie człowiek utytułowany i człowiek, a to jest dla mnie bardzo ważne, że od tej fantastyki zaczynał czy w każdym razie mocno z nią romansował. Ten „Wieczny Grunwald”. To jest powieść z 2010 roku, a „Morfina", która tyle namieszała i która była taka sławna, to rok 2012, więc niewiele dzieli te dwie powieści. Wcześniej ta nagroda, którą Żuławia, czyli Nagrodę Żuławskiego, właściwie to srebrne wyróżnienie otrzymał, to była „Epifania" Wikarego Trzaski w dolnośląskim wydawnictwie wydana. Także co by nie powiedzieć, jak by tego nie mówić, to człowiek po pierwsze utytułowany, co może jest mniej ważne, bo niektórych nagrody nie ruszają jakoś tak specjalnie. Natomiast dla mnie bardzo ważne, że od fantastyki zaczynał. Swój człowiek znaczy się.
[07:11] - No.
[07:13] - No dobra, wiesz co? To coś powiedzmy o tej książce, trzymając ten poziom oczywiście, że za bardzo nie będziemy jej opowiadać. Już słuchacze dobrze wiedzą, że ja jestem tą książką zafascynowany. Pod wieloma względami jestem nią zafascynowany. Ona mi się po prostu podoba. Ona fajne pewne rzeczy pokazuje. Ale co jest dla mnie ważne? Bo wiesz, ludzi piszących fajne historie mamy dużo w Polsce. Ludzi zdolnych, którzy te historie potrafią opowiadać. Ale Szczepan Twardoch, dla mnie przynajmniej, ma tę zasadniczą zaletę, że on poza tym, że opowiada te historie, to on je perfekcyjnie konstruuje.
I książka „Król" jest takim przykładem. Oczywiście za chwilę wyjdą pewne rzeczy à propos tej konstrukcji, ale oddaję ci głos.
[08:09] - Świetnie Marku, że zacząłeś od tej konstrukcji. Ja miałbym taką propozycję, żeby do czasu pierwszego felietonu, który mamy przygotowany tutaj dla państwa, poruszyć właściwie tylko jeden temat, ale dosyć ogólnie. Dokładnie tej konstrukcji i pewnej mojej obserwacji, może pomysłu, na który wpadłem czytając książkę Szczepana Twardocha. Otóż problem tak zwanej męskiej literatury. Na czym polega męska literatura i czy ona w ogóle - zaraz dojdę do tego, co ma Szczepan Twardoch z tym wspólnego - ale czy ona w ogóle się czymś różni od kobiecej literatury? Teorie mogą być i wywody różne na ten temat. Ja trzymając się Szczepana Twardocha muszę powiedzieć, że chyba sam dopiero zrozumiałem, czytając tę książkę, na czym polega różnica męskiej i żeńskiej literatury. Tu nie chodzi o brutalność, o żadne męskie, że tak powiem, prymitywizm męski i kobiecą wrażliwość. To nie ta bajka. To zupełnie nie o to chodzi w męskiej literaturze.
Otóż męska literatura jest bardzo podobna do całej działalności mężczyzn w rozwoju naszej cywilizacji. Otóż męska działalność jest techniczna. My mamy umysły techniczne. Mamy umysły potrafiące precyzyjnie konstruować pewne maszyny, przyrządy, urządzenia. To konstruują mężczyźni w 99%. Od tego się zaczęło, kiedy mężczyźni, że tak powiem, z nudów zajęli się myśleniem.
[10:20] - Ale wiesz, że narażasz się w tej chwili kobietom?
[10:22] - Nie!
[10:23] - Dobrze, to tylko tyle.
[10:25] - Ja mówię, po prostu nie narażam się z jednego powodu, że na tym po prostu polega różnica. Ale ta różnica w jednym jest na korzyść mężczyzn, w czym innym na korzyść kobiet przecież, nie? Otóż kiedy zacząłem czytać powieść „Król" Szczepana Twardocha, uderzyła mnie w łeb świadomość nagle, że on właściwie nie posługuje się w żaden sposób empatią. To są powierzchniowe, właściwie nie opisuje naskórka, kolorytu, zdarzeń, barw żadnych. Nie buduje obrazów, które pojawiają się tylko dlatego, że są dobrze skonstruowane, ale on nie wkłada w to roboty. A co on robi? On precyzyjnie, piekielnie precyzyjnie konstruuje ten szwajcarski zegarek. Ten mechanizm działa. Mogę dać przykład myślenia takiego. Kiedyś bawiłem się również boksem, co przy mojej współczesnej posturze, to może do rozpuku, śmiechu każdego mojego-
[11:44] - Potencjalnego rywala.
[11:45] - Rywala doprowadzić na pewno. Natomiast wiem, na czym polega boks. W tej powieści również jednym z głównych bohaterów jest bokser. Takie reminiscencje, jak Twardoch opisuje boks. Otóż nie ma tam walki w ringu takiej, którą pokazuje telewizja, że my widzimy i przeżywamy ach, och, ciosy, padanie i tak dalej. Taktyka. My to wszystko widzimy z zewnątrz. Twardoch opisuje zupełnie inne, od wewnątrz. Jak się zaczyna na przykład cios, gdzie się pojawia cios i to jest wprost napisane. Cios się pojawia w stopie.
Stopie, która znajduje właściwe oparcie w podłodze, w ziemi, w czymkolwiek, ale znajduje oparcie. Ta siła i ustawienie stopy jest przenoszone precyzyjnie przez goleń, przez ścięgna, przez udo, przenoszone do kręgosłupa, przez miednicę i tak dalej. Przez skręcanie przenoszone przez kręgosłup do barku. Cały czas przy tym pracuje głowa. Dopiero ten sygnał i całe myślenie jest przenoszone przez bark do ramienia i dopiero na samym końcu, jako właściwie taki gwóźdź do trumny, jest cios. Ale to nie cios powala przeciwnika, nie pięść tak naprawdę powala przeciwnika na podłogę, ale powala cały lodowat siły przeniesiony przez całe ciało. Może prawdopodobnie dotyczyć to również walki, tak jak zresztą w walkach wschodnich, walki mieczami, walk koreańskiej szkoły mordu i tak dalej. To są wszystko. Tam się liczy ciało bez przerwy, a żeby rozumieć ciało, to trzeba pracować i opisywać to troszeczkę tak, jak zegarmistrz konstruuje zegarek, a przynajmniej konstruował, kiedy jeszcze były czysto mechaniczne. Czyli dźwignia, śrubka, przekładnia, sprężynka, kółko obraca się, przenosi tę siłę dalej.
A potem my, widzowie, cóż, my tylko widzimy wskazówki i jesteśmy zachwyceni, jak precyzyjnie pokazuje czas, nie?
[14:34] - Pięknie pokazałeś różnicę. To znaczy bardzo myślę to plastycznie przedstawiłeś. Widać, na czym polega różnica w opisie, że możemy oczywiście przedstawić walkę bokserską, fajne określenie, telewizyjnie, a możemy pokazać jej mechanizm. Oba sposoby będą przekonujące, bo zauważ, Szczepan Twardoch jak to pisze, to człowiek zaczyna czuć to, że rzeczywiście tak jest. Opisuje rzeczy, z których my nie do końca zdajemy sobie sprawę. Nawet jeśli tej pięści używamy, to nie zastanawiamy się nad tym, czy my to wyprowadzamy gdzieś tam z głębi, ze stopy, tylko po prostu wyprowadzamy. Jeden to robi lepiej, drugi to robi gorzej, bo może właśnie nie wyprowadza z tej stopy, chociażby. Po prostu jakoś mu to tak nie wychodzi. W każdym razie ja myślę, że to jest dobre podkreślenie to, co zrobiłeś. Rzeczywiście ta proza Szczepana Twardocha jest...
Ja nie wiem, czy to jest dobre określenie, że jest inna. Ona jest być może przez to taka intrygująca, bo ja przyznam, że ta proza niesłychanie mnie porwała. Właśnie teraz mi uświadomiłeś, że być może właśnie przez tę inność swoją.
[15:53] - Przez tą Marek techniczną inność, bo my jesteśmy mężczyźni po prostu, jesteśmy bardzo właśnie techniczni, nawet jeśli jesteśmy humanistami po prostu. I to, co ja mówiłem o tym bokserze, który wprost jest mniej więcej tak opisany, jak ja to powiedziałem, ale potem, kiedy słuchałem i czytałem dalej książkę, to zrozumiałem, że on bez przerwy to robi, nie tylko w takim technicznym opisie akurat uderzeń czy czegokolwiek, ale tak bez przerwy właściwie zainteresowany jest mechanizmem działania wszystkiego: socjologii, polityki.
[16:40] - Tak konstruuje rzeczywistość naszą od tej strony.
[16:44] - Od tej strony. I dlatego ona jest piekielnie frapująca, bo my mamy takie poczucie wiarygodności, cholera, takiej intrygi. Zwróćcie uwagę, że w dobrej powieści sensacyjnej intryga to jest właśnie tak konstruowana precyzyjnie, krok po kroku. Oczywiście on jako artysta wychyla się czasami poza tą całą precyzję, a właściwie się nie wychyla. On jest bez przerwy. Pilnuje, żeby to było pokazane może plastycznie, ale od podszewki, tam pod spodem to wszystko jest prześledzone krok po kroku. Tak to się pojawiło i tak się buduje. Do tego w normalnej literaturze tej to bardzo często jest to od strony telewizyjnej pokazywane. Czasami bardzo dobrze, bardzo plastycznie, bardzo malowniczo. Właśnie, że wrażliwość się nasza budzi i tak dalej, ale to jest sposób bardziej kobiecy właśnie, a nie męski.
Mężczyzna jest kręgosłupem, ścięgnami. Twardoch porusza ścięgnami przede wszystkim.
[18:20] - Wiesz co, ja ci dziękuję, bo wiesz, to, że byłem tą książką zafascynowany, nie oznaczało jeszcze, że w pełni rozumiem dlaczego. Teraz, kiedy powiedziałeś o tej swojej teorii wnętrza, teorii specyficznego opisu, który stosuje Twardoch Przemawia to do mnie i jak sobie teraz wrócę do tej lektury, postaram się to prześledzić. A kiedy tak w pamięci czysto sobie przekładam kolejne kartki, to rzeczywiście jest coś z tego, co mówiłeś. Skończmy na tej pierwszej, wstępnej zupełnie naszą pogwarkę na temat książki „Król” Szczepana Twardocha i posłuchajmy, co ma do powiedzenia Bruno Kadyna. Oczywiście nie o książce Szczepana Twardocha, bo każdy z naszych felietonistów mówi o tym, co mu w duszy gra. A zatem zapraszam. Bruno Kadyna i drugi w serii felieton.
[19:28] - Kadyna nie pierdziel.
[19:32] - Odcinek drugi. Wysiłek i cierpliwość. Witam szanownych państwa. Poprzednim razem mądrzyłem się na temat beta czytaczy, którzy są niezbędni pod koniec pracy twórczej. Żaden ze mnie uznany twórca, więc wszystko, co mówię można traktować jakkolwiek. W sumie nawet gdybym był uznany, można jakkolwiek przecież. Dziś pomądrzę się na temat umiejętności, jakie moim zdaniem powinien posiadać autor powieści i opowiadań. Wysiłek. Bez niego gówno osiągniemy. Cierpliwość.
Bez niej daleko nie zajdziemy. Te dwie cechy są potrzebne od początku do końca tworzenia dzieła. Mam swobodę mowy, bo się w życiu narobiłem jak wół. Najcieplej wspominam dwa lata pracy na przeprowadzkach i jako fizel na odprawach celnych. Mało dobrych rzeczy powstaje bez wysiłku. Musi się chcieć usiąść codziennie do pisania, czytania, zbierania informacji, do redagowania, aż niedobrze się robi od tekstu. Inaczej jak stać się świetnym? Jak się rozwijać? Jak stworzyć coś dobrego? Jak redaktor oceni tekst, po którym zobaczy, że autorowi się nie chciało?
Gotowe opowiadanie, powieść to jest produkt artystyczny. Efekt końcowy świadczy o autorze. Niech będzie jak najlepszej jakości, dopracowany maksymalnie, a czytelnik to doceni. Do następnego. Tymczasem borum lasem. Bruno Kadyna.
[21:07] - Krótkie to było spotkanie, aż by się chciało powiedzieć: „Bruno, Bruno, nie pierdziel, ale właściwie to jak najdłużej pierdziel”, bo to się całkiem dobrze słucha. I to nie są uwagi człowieka, który wyskoczył nie wiadomo skąd. Człowiek wie, co mówi i ja chętnie słucham, choć powtarzam, być może niektóre osoby powiedzą: „Ale przecież to wszystko wiadomo.” Nie zaszkodzi posłuchać. Ja uważam, że pewne rzeczy trzeba sobie regularnie powtarzać, bo człowiek, jak zaczyna pisać, to w pewnym momencie popada, to chyba naturalne jest, w taką pychę i mówi: „Ja już wszystko wiem.” Dobrze zatem posłuchać takich osób jak Bruno, które mają dużą świadomość tego, co robią. Dobrze o tym myślą, często o tym myślą. I te nawet krótkie felietony Bruno to są takie punkty, o które warto zahaczyć ucho. Dosyć karkołomne, co powiedziałem, ale jednak. Słuchajcie Bruno w następnej audycji kolejny felieton. A dzisiaj jeszcze powiem, mamy przed sobą jeszcze trzy felietony. Będzie Tomek Fąs, ale będą też nowe osoby.
Będzie Tadeusz Krajewski i będzie Alfabet Juliana.
[22:35] - Dobrze, ale wiesz, jak powiedziałeś o tym, że może nic nowego pod słońcem, to wszystkie rzeczy na świecie opierają się na tym, że trzeba sobie cały czas powtarzać pewne rzeczy, które są oczywiste. Na przykład gdyby sobie człowiek nie powtarzał od wieków, że maszyna cięższa od powietrza nie będzie mogła fruwać w powietrzu, gdyby sobie tego nie powtarzał, a powtarzał.
[23:14] - To może szybciej by się pojawiły samoloty.
[23:16] - Nigdy by się nie pojawiły samoloty, gdyby sobie nie powtarzał tego właśnie, Marek. To jest taki paradoks.
[23:21] - Paradoks.
[23:22] - Tak, ten paradoks po prostu zmusza do myślenia i do tego, żeby wyłowić ze spory powtarzających tych kogoś, kto myśli niepokornie i powie: „A ja udowodnię, że będę fruwał.”
[23:36] - To jest jedna figura retoryczna, którą zastosowałeś. A ja wolę drugą, taką, że gdyby ktoś nie powiedział tym ludziom, ciągle im nie powtarzał, to oni nie wiedząc, że nie można, to by to skonstruowali wcześniej. Dobra, nie rozstrzygniemy tego. Obie są ładne takie figury. To je zostawmy. Wróćmy do książki Szczepana Twardocha.
[24:03] - Tak już wracając, wrócę na sekundę tylko do pierwszej części, którą żeśmy mówili. Otóż przy tym takim technicznym, przynajmniej umiejętności technicznego myślenia, która charakteryzuje ten odłam gatunku ludzkości, który jest mężczyznami, że tak powiem, to jedna pewna cecha, pewien nasz, to, co podkreślałeś, twój związek ze Szczepanem Twardochem i tą radość, że on jednak zaczynał od science fiction czy od fantastyki. Od fantastyki zaczynamy. Otóż w fantastyce również nie można nie myśleć technicznie. Tym ona się różni od innej literatury, na przykład od poezji, że do poezji, również piekielnie technicznie precyzyjnej, można dochodzić przez analizę nastrojów, obrazów, uczuciowości pewnej, co stworzy tak samo prawie precyzyjny mechanizm jak ten szwajcarski zegarek. Z jednej strony dochodzi do tej precyzji, ale z drugiej strony fantastyka w ogóle i fantastyka naukowa i fantastyka szeroko pojęta wymaga jednak bardzo precyzyjnego myślenia o rzeczach niepotrzebnych, czyli o tym, co na powierzchnię opowiadania czy powieści wcale nie wypływa czasem. Czasem w ogóle to nie zaistnieje. U Szczepana Twardocha akurat to widać rękami i nogami.
[26:00] - Nie wiem, czy to jest paradoks, ale to jest w jakiś sposób dziwne, bo prawdą jest to, co powiedziałeś, ale z drugiej strony ta książka jest skonstruowana w taki sposób, że nic nie jest takie, jak się na początku wydaje. Bo otóż poznajemy żydowskiego chłopca. Może od tego powinniśmy zacząć. Książka dzieje się w okresie przedwojennym, w latach 30. Do II wojny światowej zostały jakieś dwa lata. Jest lato i zaczynamy poznawać tamten świat oczyma żydowskiego chłopca. Dosyć dramatyczne okoliczności się pojawiają na początku. I proszę państwa, gdybyśmy w tym momencie skończyli książkę, to nie wiedzielibyśmy, że to wszystko nieprawda. To jest paradoks tej książki.
[27:01] - Gdybyśmy, Marku, wiedzieli, że to nieprawda, to nie warto by było czytać w ogóle książki. Natomiast to jest tak przewrotnie zrobione, że to jest jednocześnie i nieprawda, i prawda, Marku. Bo ten chłopiec rzeczywiście urodził się, był i jest. Jest może w sposób inny-
[27:32] - No właśnie
[27:32] - ... niż się nam wydaje, jak to dotyczy normalnego człowieka, który się urodził i żyje, żyje i umiera.
[27:38] - Ale zobacz, tam jest jeszcze niesamowicie ciekawa konstrukcja. Przecież gdzieś zaraz na początku, w pierwszych zdaniach pojawia się rzecz niesłychanie ważna. „Mnie nie ma. Ja nie istnieję”. Ktoś powie: „Sobie napisał, bo sobie napisał”. Przecież jest tam chłopiec, który ma swoje wspomnienia, ma swoje przeżycia. To wszystko czytamy. Ja państwu oczywiście nie wyjaśnię, na czym polega ten paradoks, bo odebrałbym w ogóle przyjemność czytania książki. Ale wierzcie mi państwo, ja wbrew pozorom nie bredzę w tej chwili. Dokładnie jest tak, jak staramy się to przez ogródki z Wiktorem przedstawić.
Wrócę do tej frazy. Nic, co poznajemy na początku tej książki, nie jest takie jak się wydaje. Wszystko nam się wydaje. Jak jest naprawdę, dowiadujemy się gdzieś mocno pod koniec. A to też tak nie do końca.
[28:43] - A to właśnie, Marku, nie do końca, bo ja się tego dowiaduję krok po kroku od samego początku.
[28:48] - O, ważne! Tak.
[28:50] - I mam to wrażenie, tylko że ogromne zastrzeżenie. To wrażenie nie psuje mi samej lektury. Otóż wrażenie, gdybym ja wiedział, że wszystko jest zupełnie nie tak i to nieprawda. O, do właściwego słowa dotarłem. Że to jest nieprawda, to bym rzucił taką książkę i nie czytał. Natomiast jeżeli ja wiem, że to jest inaczej, ale to nie jest nieprawda, to ja czytam dalej.
[29:25] - Masz rację. Popłynąłem. Rzeczywiście nie można powiedzieć, że to jest nieprawda, bo to jest prawda.
[29:33] - Wszystko w tej książce jest absolutną prawdą.
[29:36] - Widzicie państwo. I to jest właśnie też pewna niedogodność, że my nie możemy państwu opowiedzieć tej książki, bo wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. Musimy naokoło, ale wierzcie mi państwo, że to, co staramy się, może nieudolnie, z Wiktorem przekazać, to tak właśnie jest. Fakt, że posługujemy się paradoksami, jakimiś dziwnymi opisami, ale tak właśnie jest. Poza tym Wiktor poruszył bardzo ważną rzecz. Jeśli ktoś czyta tę książkę bardzo uważnie, tak to chyba zrobił właśnie Wiktor, to wcześnie dosyć się zorientuje, że coś jest nie tak, że ten świat jakoś nie do końca się składa. Zaznaczam, że to nie jest fantastyka, żebyśmy tutaj nie mieli takich odlotów, że to jest fantastyka.
[30:24] - Ani o duchach, ani o idiotach, ani o czymkolwiek takim. To jest bardzo realistyczne.
[30:29] - To jest realistyczna powieść, ale z drugiej strony jest tak, jak staramy się to opisać. To jest moim zdaniem duży walor tej książki. Jeśli dodamy do tego pewną umiejętność, taką czysto techniczną, literacką tego, że autor swobodnie porusza się. To, że w języku polskim się porusza, proszę państwa, to jest oczywista oczywistość, tego bym w ogóle nie podkreślał, ale swobodnie porusza się w konstrukcji. On umie po prostu historię konstruować. To jest, tak jak rozmawialiśmy przed audycją z Wiktorem, może być zarówno zaleta, jak i pewna wada tej książki. Zależy, z której strony się patrzy. Ja przyznaję, że po rozmowie przedaudycyjnej z Wiktorem troszkę inaczej spojrzałem na swoją lekturę. I wiem, że pogrążam się w państwa oczach, ale ja chyba jestem skłonny dzisiaj troszkę racji Wiktorowi przyznać. Ale do czego będę mu przyznawał rację, to może niech najpierw Wiktor powie.
[31:38] - Marku, ty jesteś bardzo emocjonalny i jak wpadniesz w zachwyt, to cię nie można prawie zgasić. Jak zaczniesz galopować, to galopujesz. Ja jestem bardziej racjonalny wbrew pozorom. Widzisz, jak podchodziłem do tej książki, bo Marek powiedział o powieści realistycznej czy coś takiego, to może być nudne. Ja, nie zdradzając książki, powiem wam, i zachęcając do czytania książki, od czego się ta książka, praktycznie rzecz biorąc, zaczyna. Zaczyna się od czegoś, przy czym ja od razu z zachwytem złapałem swoje hobby, co prawda zagubione 50, 60 lat temu, czyli to, co wspomniałem, moją miłość do boksu. Historia się toczy w czasach I Rzeczypospolitej w Warszawie.
[32:42] - II Rzeczpospolitej.
[32:43] - II Rzeczypospolitej w Warszawie podzielonej, że tak powiem, na tę warszawkę tamtejszą, gdzieś tam daleko w sfery rządowe jakieś i tak dalej, oraz podwórka, slumsy i getta warszawskie. I ten klincz, w którym się trwa, czy w którym się rozgrywa historia Żydów polskich oraz Polaków, jakby to Twardoch powiedział, czystej krwi w tej Rzeczypospolitej. Otóż powieść się zaczyna od tradycyjnego, co ja czytałem, mając lat 14 czy 15, meczu Legii Warszawa z drużyną z getta warszawskiego, drużyną Makabi. To były towarzyskie mecze.
[33:49] - Przerwę ci, żebyśmy tylko nie wprowadzili getta. Weźmy to w cudzysłów. To nie chodzi o to getto, które się pojawiło później, w czasie II wojny światowej. Po prostu Szczepan Twardoch opisuje, że ta biedota, szczególnie biedota, bo to nie dotyczyło elit, jednak trzymała się swoich dzielnic. Pewne dzielnice były żydowskie, pewne były polskie. To tylko tyle. Ja nie przeszkadzam ci.
[34:10] - Tak, ale to dotyczy również wszystkich gett prawie na świecie, z wyjątkiem tego, co precyzyjnie precyzja niemiecka wykonała na swoim podwórku. Getta nigdy nie zostały nigdzie na świecie zaprojektowane. Są wynikiem oddziaływania większości wobec mniejszości oraz mniejszości wobec większości. Tak getta chińskie w Stanach Zjednoczonych żydowskie, również polskie getto, które kiedyś funkcjonowało w Detroit.
[34:56] - W Chicago.
[34:58] - W Chicago, tak. W każdym razie tak samo getta żydowskie. To równocześnie był pewien nacisk kulturowy większości oraz chęć trzymania się i zachowania swojej tożsamości przez mniejszość, która skupia się siłą rzeczy w swoich dzielnicach. Tak istnieją do dnia dzisiejszego getta murzyńskie. Zresztą ta biedota, przynajmniej murzyńska, woli się trzymać siebie podwórkowo, chociaż mogłaby się rozlecieć. Jak już się dorabia i staje na topie jako bokserzy czy jako aktorzy, to wychodzi z tych gett i już tam nigdy nie wraca. Natomiast getto po prostu jest to pewne pojęcie.
[35:47] - Nawet kulturowe.
[35:48] - Kulturowe również. Także to nie ma z hitlerowskim patentem na getto nic wspólnego. Natomiast niestety takie getto również w Warszawie nam się uformowało, co miało swoje ogromne plusy i minusy. I tam właśnie, w tym getcie również Żydzi uprawiali podwórkowy sport. Mieli kilka drużyn piłki nożnej, boksu, baseballa, palanta, kluchy, wszystkiego, co tylko się uprawiało wtedy. I również mieli drużynę Makabi, z którą Legia Warszawa, która nie wiem, czy jeszcze coś takiego istnieje, bo ja już tak nie funkcjonuję w tym świecie. Chyba jeszcze żyje Legia Warszawa.
[36:41] - Legia Warszawa zdecydowanie, ale czy ma sekcję bokserską, tego nie wiem.
[36:45] - Chyba raczej tak. Oni tradycyjnie bardzo. To była bardzo przyjazna konkurencja. Walka tak, ale to taka walka, jak ja walczę tu w tej chwili albo czasami może nie w tej chwili z kolegą Markiem. My walczymy ze sobą bez przerwy, a jesteśmy przyjaciółmi. Na tym polega walka, bo my jesteśmy waleczni z natury. Człowiek w ogóle jest wojownikiem z natury i takim pozostanie zawsze. Więc walczyć trzeba. Walczyłeś się na podwórku, ja się tylko tłukłem na podwórku i rzucałem kamieniami w szyby wrednych sąsiadów. Trzeba było robić to, co należy robić, ten porządek własny, barbarzyński zaprowadzać w cywilizacji.
Nie do końca mi się udało, bo cywilizacja jest cholernie trwałym pergaminem. Ale jest.
[37:44] - Tak. Mówisz o swojej fascynacji.
[37:47] - Wiesz co odczytałem w tej książce? Nagle mi się wszystko przypomniało z moich lektur młodzieńczych. Taka była Warszawa, takie były związki, takie były te żydowskie. Jejku, jakie to piękne, bo ta Warszawa była nieprawdopodobnie wspaniała. Nie tylko Warszawa, ale taki był podobny Lwów, podobne było Wilno, Smorgonia i we wszystkich innych miastach. Łódź i tak dalej. Co tam w Łodzi zostało? Dzisiaj już tylko Cyganie prawie upiększają to miasto, a innych narodowości nie ma. Odskoczę, Marku, ale to mi się też przypomniało. Wspomnę coś, przy czym książka jest pewnym retrospekcją, obrazikiem, ale czegoś, do czego ja straszliwie tęsknię, chociaż ja się z tym nigdy nie zetknąłem.
Przypomnę ci, kiedy robiłeś rozpoznanie do jednej ze swoich książek, chyba do jakiegoś „Pana Samochodzika”, że ty robisz dosyć dokumentne te rozpoznania, czyli jeździsz na miejsca zbrodni, obfotografowujesz je, obmasujesz mury, że tak powiem, wąchasz prawie wszystkie kwiatki na polu, jeśli to ma być pole bitwy pod Grunwaldem. Czyli robisz dokładne rozpoznanie. Otóż zaprowadziłeś mnie wtedy w Koronowie na świeżo odkryty i świeżo właściwie restaurowany cmentarz żydowski, gdzie pośrodku rosło gigantyczne drzewo. Obfotografowaliśmy je. Ty biegałeś z aparatem fotograficznym, a ja się wałęsałem i czytałem nagrobki. Te płyty nagrobne żydowskie po części wypełnione jidysz albo hebrajskim, nie odróżniam, a po części językiem polskim albo równolegle. Jak czytałem, to właściwie przy każdym nagrobku dostawałem pałką w łeb. Człowieku, ja myślałem, że jestem Polakiem w Polsce, że żyję tutaj i mój dziad żył, i pradziadek, i tak dalej. Ale przecież tam na każdym nagrobku jest nie tylko wymieniony ten, który tu leży, ale jego rodzina, jego historia życia. Ta historia życia sięga czasami 200, 300, 400 lat wstecz.
Jezu Maria, przecież ci ludzie tu byli. Oni żyli, kochali się, jedli, pili, toczyli spory z tamtejszymi gojami, chrześcijanami, nienawidzili się i przyjaźnili, równocześnie żyli przez setki lat. Ich nie ma. Zdmuchnęło, wyprało się. Proszek działa bardzo sprawnie, przynajmniej w niemieckim, w germańskim wydaniu. Wyczyścił to sukno i ja zrozumiałem, czego mi brakuje. Piekielnie brakuje w kolorycie naszej współczesnej Rzeczypospolitej. Może byśmy tak między sobą nie rwali tych, gdybyśmy mieli kogoś, kto stoi z boku i stuka się od czasu do czasu w głowę. „Wy, bracia Polaczki!”
[41:23] - Wiesz co? Pod warunkiem, że ten ktoś stałby z boku, a czasami nie chce stać z boku. Dobra, zostawmy, bo dziś wchodzimy w politykę. Nie o to chodzi. Ale powiem ci tak, że książka Szczepana Twardocha jest chwilami bardzo okrutna. On pisał okrutniejsze książki, już ma zaliczone książki, które są znacznie bardziej okrutne. Ale tu też zobacz, bohaterowie się mordują. Widzisz, bo opisujemy świat pewnej specyficznej grupy. Jeden z głównych bohaterów jest przecież ochroniarzem, ale też kasjerem. Czy jak się mówi, taki, który inkasuje?
Inkasentem. Taki czegoś w rodzaju mafii, a w każdym razie organizacji przestępczej. Pobiera haracz od poszczególnych handlowców czy właścicieli sklepów i tak dalej. To nie są fajne, sympatyczne postacie. Mają oczywiście swój honor, swój kodeks honorowy, swój sposób postępowania, swoje wartości. Ale to nie są fajne misie. To są ludzie, którzy są groźni. Ja bym nie chciał ich spotkać.
[42:43] - Może nie, a ja tak, bo wychowałem się z takimi ludźmi i to bardzo sympatyczni ludzie.
[42:51] - Bywają.
[42:52] - Zwykle są, Marku. Otóż ja chcę zwrócić uwagę, że Szczepan Twardoch nie robi jednej rzeczy, którą robi większość ludzi, który postanawia udawać twardziela, to będzie się rozpisywał i epatował tą brutalnością, chamstwem, brudem, smrodem i Bóg wie czym. Otóż on tego nie robi. To jest wszystko działanie Co powiedziałem - techniczne. Ci mordercy właściwie też pracują jak rzeźnicy bardzo precyzyjnie.
[43:26] - Ale to jest ich robota.
[43:27] - Bo taka jest prasa, taka robota. Więc jeśli Szczepan Twardoch opisuje jakieś zdarzenie, to ono jest bardzo racjonalne, wypływa z pewnych motywacji. Finał znajduje taki i właściwie wrażenie dzięki temu jest o wiele mocniejsze niż wtedy, kiedy ktoś będzie opisywał te szlochy i ten smród, i ten popiół na wietrze frunący, i te flaki wiszące i ciągnące się dwadzieścia, nawet czterdzieści metrów, bo chyba tyle mają długości nasze flaki.
[44:07] - Nie, aż tyle?
[44:08] - Tak, Marku, tak jak sprawdziłem w medycynie.
[44:12] - Naście chyba.
[44:14] - Kilkadziesiąt metrów.
[44:15] - Dobra.
[44:16] - Więc on tego nie robi. On robi opis tym właśnie dlatego straszny, że w sumie oschły, chociaż ci ludzie są bardzo ludzcy. Zwróć uwagę, ten młody chłopak, który jest bohaterem, właściwie nigdy, w żaden sposób nie okazuje żadnych uczuciowych takich: odrazy, wstrętu, zaskoczenia, przerażenia. Traktuje też tak. Ja wiem, że również z powodu, ale widzisz, jak się Twardoch tego trzyma?
[44:52] - Jest tam jeszcze element fascynacji. Ale zobacz, gdzieś tak jak się dotrze do mniej więcej połowy książki, człowiek odnosi takie wrażenie, że Warszawa przedstawiona w książce to jest pole bitwy. Na różnych płaszczyznach ta bitwa trwa - politycznej bitwy, obyczajowej bitwy. Tam właściwie nieustannie trwa konfrontacja.
[45:25] - To znaczy, ja tutaj może bym tak przygasił lekko to twierdzenie. Szczepan Twardoch po prostu wybrał pewien element z II Rzeczypospolitej i w płaszczyźnie tego elementu rozpisał fabułę swojej książki. On nie pisał o II Rzeczypospolitej w całości, tylko tak jak to widać było z warszawskiego podwórka, z żydowskiego getta.
[46:01] - Ale też w specyficznym czasie. Po śmierci Piłsudskiego mamy rok 1937, lato. To też specyficzny czas. Do wojny zostały dwa lata. Pewne rzeczy się tasują, jeśli chodzi o politykę. To też jest ważny element tej książki.
[46:21] - Przede wszystkim Hitler w Niemczech zrobił już praktycznie biorąc porządek.
[46:28] - Tam jest nawiązanie nawet do tego.
[46:30] - On już tam porządek zrobił. W tej chwili właściwie czekamy na to, żeby zrobił porządek, może również w reszcie Europy po prostu.
[46:41] - To my czekamy, bo my to czytamy, ale tamci nie. Tam tylko niektórzy mówią, a tutaj jest takie, ja nie wiem. Zresztą jak pozna się finał tej książki, to człowiek ma wrażenie, że kiedy się jest zanurzonym w pewnym czasie, to jest oczywista oczywistość, to się nie widzi tego, co jest już tuż za rogiem. My tak spoglądamy na bohaterów tej książki w 1937 roku. Oni nie wiedzą, co się stanie za dwa lata, bo nie mogą wiedzieć. I tak sobie na nich patrzymy i mówimy: biedni ludkowie, za dwa lata wasz świat się rozsypie. I to tyle, co można powiedzieć. Więcej już chyba nie powinienem mówić, ale wrócę jeszcze do takiej rzeczy, która mnie w tej książce - szukam dobrego słowa - dosyć zainteresowała, może tak. Otóż ja odnoszę wrażenie, że ona dekonstruuje pewien mit, bo część z nas ma obraz II Rzeczypospolitej kształtowany w zależności od tego, z jakiego jest pokolenia. Na przykład pokolenie, które było w liceum w latach 80.
Opozycja te rzeczy ma dosyć wyidealizowany obraz II Rzeczypospolitej. Dlaczego? Bo my mieliśmy PRL i wszystko wydawało się lepsze niż PRL. W związku z tym w jakiś tam sposób starano się gloryfikować II Rzeczpospolitą. Później to różnie było. W każdym razie żyjemy pewnymi mitami, nawet jeśli dosyć dogłębnie interesujemy się historią. Jeśli czytamy dużo literatury, to i tak dostajemy obrazy z różnych stron. Jeden lubi sanację, drugi lubi obóz narodowy, ktoś tam jeszcze coś innego i dostajemy fragmenty układanki, z której sobie albo coś ułożymy, albo nie. Ale jakiś tam obraz, który dostajemy, trudno powiedzieć, że jest nieprawdziwy. Ale powiedzieć, że jest prawdziwy też trudno.
I Szczepan Twardoch daje nam pewien obraz. Ja też nie mówię, że on jest prawdziwy, ale dlaczego powiedziałem o dekonstrukcji? Bo jego obraz II Rzeczypospolitej, a właściwie źle, ty to dobrze podkreśliłeś - nie II Rzeczypospolitej - Warszawy, która jest gdzieś tam w tej II Rzeczypospolitej i pewnych fragmentów tej Warszawy, bo on przecież nie opisuje całej Warszawy jako miasta, tylko pewnych fragmentów. Obraz dostajemy taki, który mnie się kłócił z moim obrazem.
[49:20] - A mnie-
[49:21] - Oglądem. Przecież on jest niesamowicie - dla mnie był przynajmniej - niesamowicie brutalny. Pokazywał, że- Dlaczego się tak plączę w tej chwili? Bo ja żyłem pewnym mitem, że tak było fajnie w II Rzeczypospolitej, a on, mówię o autorze, pokazuje, że było normalnie. Bo tak jak opisuje tutaj Szczepan Twardoch, w niektórych środowiskach podobne rzeczy dzieją się i dzisiaj. Podkreślam, w niektórych. Niektóre środowiska nawet o tym nie wiedzą, że taki świat, taka subkultura, słowo nie z tej epoki, ale że coś takiego w ogóle funkcjonuje. Czasami w ogóle nie zdajemy sobie z tego sprawy.
[50:14] - Marku, jeżeli odnosimy się do przeszłości, a ta książka odnosi się w pewnym sensie do przeszłości, chociaż jest bardzo współczesną książką, bo ona rozpoczyna się może tam, ale kończy się również wojną o wolny Izrael, wojną o państwo izraelskie.
[50:44] - Tak dla precyzji. Nie tyle kończy, co ona się tam przebija, ta wojna. Ona przebija w trakcie.
[50:51] - Czyli prawie współczesność. Zwróć uwagę, że zawsze jak się odnosimy do przeszłości, a trudno się do czegokolwiek innego odnosić jak do przeszłości, nawet jak ja mówię te słowa, to za chwilę one są przeszłością, to zawsze pamięć albo idealizuje, albo wykrzywia. Zwykle czasy minione wtedy, kiedy byliśmy młodzi i piękni, są idealizowane przez nas dlatego, bo wtedy, w tamtych czasach była wredna komuna, syf, brud i ubóstwo. Ale my byliśmy młodzi i piękni, więc czasy musiały być piękne, prawda?
[51:35] - Świat pachniał pięknie. Dziewczyny były piękniejsze, wszystko było lepsze i w ogóle było szczęśliwie. Tylko ta komuna przeszkadzała. A w ogóle było fajnie.
[51:47] - Poza tym Marku, jeżeli ktoś codziennie był prany przez pijanego ojca, a jeszcze na podwórku dostawał po zębach od wszystkich możliwych kumpli, to będzie przeszłość II Rzeczypospolitej albo przeszłość jakąkolwiek inną wspominał jako straszny horror. Ja nigdy w życiu od ojca nie dostałem w tyłek, a kumplom to oddawałem, więc ja dlatego wspominam czasy minione, idealizując je. Zwróć uwagę, jak przy Żerlińskiej wspominałem, że chodziłem do technikum geodezyjnego. To była taka szkoła sklejona razem z technikum mechanicznym w Bydgoszczy, bo myśmy już byli na wymarciu, więc dwie szkoły razem w jednym budynku. Wiesz Marek, jak ja mogę dzisiaj opisywać, to jest taki ideał. To było tak wspaniale, tak cudownie, tak pięknie. Jejku, ja mogę bajki opisywać o tym czasie. Ale myśmy się tam bez przerwy prali. Myśmy byli wrogami zajadłymi między sobą. Nie było litości ani w ogóle niczego.
O jejku, co się tam działo! A co się w szkole, co się w klasach działo? Co ja wyprawiałem moją nauczycielom? Horror. Pięć ataków serca moich nauczycielek. Zawału serca. I karetka pogotowia przyjeżdżała, zabierała nauczycielki ze szkoły, bo wyprawiałem im takie numery. Minęło 50 lat. Spotykam się z tymi samymi nauczycielkami, które dzięki mnie miały zawał serca w czasie lekcji. I co robimy?
Patrzymy na siebie, rzucamy się, ściskamy w objęcia. Bo ten czas wtedy to był tak piękny.
[53:45] - To prawda. Zostańmy, posmakujmy trochę tej refleksji, o której wspomniałeś. A w tak zwanym międzyczasie posłuchajmy naszego nowego felietonisty Juriana i jego alfabetu.
[54:05] - Alfabet Juriana. Witam słuchacz. Namawiany krótką chwilę przez pana Marka do napisania kilku esejów zgodziłem się i oto pierwszy wykwit tej naiwnej uległości. Alfabet Juriana. Pomyśli ktoś, że tytuł dość pretensjonalny. Już tłumaczę. Staram się rzecz postawić na nogach. Wielcy, na przykład Józef Tischner, Stefan Kisielewski czy Samuel Morse, ewentualnie postać mniejszego kalibru Jerzy Urban, opublikowali swoje alfabety i abecadła. Stworzyli je u schyłku karier. A przecież alfabet to podstawa i od tego powinni zacząć.
Jak dzieci, które zaczynają od literek, by po opanowaniu trudnej sztuki kaligrafii przejść do najprostszych form literackich. Tu niekoniecznie pasuje Samuel Morse, ale dodałem go jako przykład, ponieważ miliony ludzi na świecie z zacięciem uczyło się jego alfabetu na pamięć. Rozpoczynam wtedy od podstaw i apeluję do dojrzewającego pokolenia autorów o wprowadzenie przez abordaż nowej tradycji. Po latach będzie dużo śmiechu. Jest jeszcze jeden powód, dla którego „Alfabet” to dobry tytuł. Pojęcie obszerne, nie ogranicza tematów i nic nie mówi o częstotliwości ukazywania się odcinków. O ile po pierwszym będzie zapotrzebowanie na kolejne. Zaczynam od F. F jak fantastyka. Moje słowa kierowane są przede wszystkim do tych, którzy fantastykę uważają za gatunek gorszy, czasem wręcz plebejski.
Według nich historie takie zainteresować mogą jedynie cudaków, którzy nie potrafią dorosnąć, by twardo stąpać po ziemi. Jest to zadanie o tyle karkołomne, że pośród odbiorców Radia Paranormalium, a szczególnie w audycji „Bibliotekarium”, o czytelników i słuchaczy z opisanym podejściem będzie trudno. Liczę jednak, że z czasem jeden z drugim trafi do przepastnego radiowego archiwum i usłyszy kilka zdań, które nie muszą, ale mogą zmienić ich stosunek do książek, a literatury SF w szczególności. Wszystkim tym, którzy kwitują tomy zadrukowanych stron jednym tylko słowem „bajki”, proponuję zastanowić się, czy także tracili czas czytelnicy zachwyceni twórczością Juliusza Verne'a, pisarza, który wysłał swego bohatera kapitana Nemo w głębię oceanów w okręcie Nautilus. Należy przypomnieć, że wspomniany autor w trylogii opisał wyprawę pierwszych astronautów na Księżyc, a w całej twórczości zaprezentował wiele nowatorskich wynalazków. To tylko jeden z przykładów wyjęty z worka na chybił trafił, kiedy to wyobraźnia twórców wybiegała daleko w przyszłość, aby po latach stać się naszą codziennością. Wystarczy przyjrzeć się dzisiejszej ogólnie dostępnej technologii. Sto lat temu w co zamożniejszych domach królowały lampowe odbiorniki radiowe i patefony. Na gramofony elektryczne trzeba było jeszcze poczekać. Pisarze bez oporów przyznają się do tego, że czerpią pełnymi garściami z nauki i najnowszych teorii.
Naukowcy już niekoniecznie, mimo że zdarzają się takie przypadki, szczególnie w naukach stosowanych. Mariaż nauki i wyobraźni powoduje powstawanie nowych trendów w literaturze SF i wzbudzenie zainteresowania czytelników. Fantastyka, która jak się okazuje, bywa prekursorem nauki, z pewnością rozwija wyobraźnię i przygotowuje czytelnika do mniejszych i większych rewolucji w świadomości. SF i nauka zazębiają się w umysłach ludzi i napędzają nawzajem. To bardzo istotne, ponieważ w XXI wieku nauka oderwała się od szarego człowieka. O ile na początku XIX wieku ktoś dobrze wykształcony miał szansę zrozumieć, przynajmniej w zarysie, większość praw i teorii naukowych, o tyle dziś bez ścisłej specjalizacji jest to bardzo trudne, a czasem chyba niemożliwe. Dotarliśmy do obszarów, w których intuicja całkowicie zawodzi. Nie mamy przykładów z życia, aby wyobrazić sobie nieskończoność, nieokreśloność miejsca czy nieistnienie czasu. À propos tego ostatniego czas wytoczyć działa. Dziś wielu pisarzy fantastyki poszukuje inspiracji i buduje historie w przestrzeni światów wirtualnych i wszechświatów równoległych.
Wydawać by się mogło, że to jedynie szalona wyobraźnia autorów, bo rozsądny człowiek odczuwa każdym zmysłem od urodzenia realność naszej rzeczywistości. Czy jesteśmy gotowi na moment, w którym okaże się, że nie mieliśmy racji? Że świat nie istnieje w takiej formie, do jakiej ludzkość zdążyła się przyzwyczaić od zarania dziejów? Rewolucja kopernikańska to przy tym delikatny pstryczek w pośladek. W skrócie i bez wzorów przykłady, które dają do myślenia. Fizyków z góry przepraszam za daleko idące uproszczenia. Pustka ponad wszystko. Wielu z nas o tym wie. Ktoś gdzieś słyszał. Przypomnę skalę.
Gdyby proton miał wielkość metra, najbardziej prawdopodobna orbita elektronu znajdowałaby się 17,5 kilometra od jądra. Objętość jądra atomowego i elektronów, które notabene według dzisiejszego poziomu wiedzy są tworami punktowymi, być może o niewielkim rozmiarze, ale na dziś niemożliwym do zmierzenia. Wracając do atomu wodoru, w tym przypadku objętość jądra atomowego i elektronów to jedna stumilionowa objętość całego atomu. Wszechświat jest prawie zupełnie pusty. Kupując samochód płacimy prawie wyłącznie za pustą przestrzeń. W porządku. Niby dziurawy, ale jakoś jedzie. Kolejna oczywistość, o której często zapominamy, to fakt, że cały nasz świat generuje się w naszym mózgu. Powiem więcej jesteśmy więźniami tego organu. Nie dość, że każdy bodziec, który do nas dociera, zamieniany jest na impulsy elektrochemiczne i w takiej formie przekazywane są do odpowiednich obszarów naszej centralnej jednostki obliczeniowej, to do tego mózg ten potrzebuje około pół sekundy, aby przetworzyć zewnętrzne dane.
To, co nazywamy rzeczywistością, jest projekcją przetworzoną przez nasz mózg, ale spóźnioną o pół sekundy. Z tym problemem radzimy sobie w ten sposób, że każdy zmysł posiada pod czaszką odpowiedni obszar, który zajmuje się przewidywaniem. Przewidywaniem, co będzie się działo za pół sekundy. Genialnie określił to doktor Marek Kaczmarzyk z Uniwersytetu Śląskiego: „Czym jest rzeczywistość? Rzeczywistość jest tym, co sądzi mój mózg, że stanie się za pół sekundy na podstawie tego, co wie sprzed pół sekundy.” Mechanika kwantowa to istne pole minowe i przyznam, że boję się na nie wchodzić. I nie tyle eksplozji urywającej członki, ale wdepnięcia w minę krowią, po której nieprzyjemny zapach długo będzie się za mną snuł. Intuicja i zdrowy rozsądek nie pomoże. Świat mikro rządzi się prawami absurdalnymi, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Elektron może być w wielu miejscach naraz albo gdzieś zniknąć na jakiś czas. Foton, który może poruszać się dwiema drogami w jednym czasie, ale w czasie mierzalnym tylko przez nas, bo określenie pojęcia czasu dla fotonu jest nieuprawnione, a wpływ na jego stan ma to, czy go obserwujemy, czy nie.
Aby nie męczyć już słuchaczy pakietami energii, przytoczę słowa wybitnego fizyka Paula Davisa: „Fizyka kwantowa to znacznie więcej niż teoria procesów atomowych i subatomowych. Wiąże się z nią kompletna zmiana naszego sposobu widzenia świata.” Interesująca jest hipoteza holograficznego wszechświata. Tytułowa projekcja holograficzna rzeczywistości ma wiele cech zbliżonych do hologramu, jaki umiemy wytworzyć, ale to tylko podobieństwa. Jednak, mimo że to tylko hipoteza, znakomicie radzi sobie z niewyjaśnionym dotąd problemem splątania kwantowego. Zjawisko tłumaczy tym, że rzeczywistość dzielona naszym systemem percepcyjnym i nazywana drzewami, atomami, świadomością, planetami, ludźmi, krowimi plackami i politykami, tak naprawdę w swej głębszej formie uporządkowania jest jednorodnym i bezszwowym tworem. Dwie splątane cząsteczki są jednością i były nią zawsze, także przed doprowadzeniem do ich splątania. Według fizyka Davida Bohma nasza rzeczywistość jest w pewnym sensie dualna. Tak jak klisza hologramu jest obrazem zakodowanym, a jawnym wyświetlany obraz, tak istnieją dwa porządki całej rzeczywistości: jawny, ten obserwowany na co dzień i ukryty. Porządki mogą się manifestować i zmieniać formę, co, jak sądzi naukowiec, dzieje się nieustannie. Co teoria lub hipoteza, to bardziej szalona, ale żadna nie opisuje świata w sposób zbliżony do tego, w jaki my widzimy go za oknem.
Ogłaszam zatem, że nadchodzi koniec świata za oknem. Nauka często jest poza naszym zasięgiem. Czytajcie więc fantastykę, bo tylko ona może was zbawić i pomóc w bezbolesnym prześlizgnięciu się do nowej rzeczywistości. Nie pytam, czy nastąpi dzień sądu dla naszych ograniczonych świadomości, tylko kiedy. Philip Dick uniesie się wtedy na łokciu i stwierdzi: „A nie mówiłem?”
[01:05:46] - To była literka F jak fantastyka w wykonaniu Juriana. Czekamy na więcej, bo-
[01:05:54] - Wiesz jak to, większość ludzi mówi: „Fe, fantastyka!”
[01:05:59] - Okazuje się, że to nie jest jednak powszechne. Czekamy, tak jak powiedziałem, na kolejną literkę. Pozdrawiamy Juriana, pozdrawiamy Bruna. Wróćmy do książki „Król”. Mówiłem o tym, że ty masz jednak pewne uwagi do tej książki, a ja w dodatku jestem skłonny, z bólem, przynajmniej częściowo się pod tym, co powiedziałeś, podpisać. Ty mi to przedstawisz najlepiej, a ja się podpiszę.
[01:06:35] - Ja mam takie wrażenie, że od czasu, kiedy z literatury trzeba żyć, zawsze trzeba było, ale nie wszyscy musieli, że tak powiem, koniecznie, a nie wszyscy też mieli naturę, to poza dobrym pomysłem, poza wyśmienitym warsztatem trzeba jeszcze na tym zarobić, co niestety motywuje pisarzy do tego, żeby ta książka jednak była w miarę gruba. Tym bardziej że grube książki się dobrze sprzedają, bo robią wrażenie na klientach. Otóż ja bym z tej książki przynajmniej jedną trzecią skrócił. Dlaczego? Nie z fabuły niczego bym nie wyrzucał. Natomiast tam pewna powtarzalność epizodów utrzymanych w tym samym albo podobnym klimacie zaczęła mnie po jednej trzeciej czytania książki z pełnym zachwytem Zaczęło mnie nużyć, bo znowuż to, znowuż to i dalej ja nic nie wiem. I znowu się pojawia nowy epizod i czyjś nowy życiorys. Pojawia się nowy bohater, nie wiadomo po co. Otóż widzisz, jak się nowi bohaterowie pojawiają u Sienkiewicza w tej klasycznej, nudnej prozie polskiej, otóż oni jeśli się pojawiają, to po pierwsze stają się trwałą wartością. Ich życiorysy się zazębiają, przenoszą to i oni zawsze funkcjonują, stają się prawie głównymi postaciami powieści, nawet jak schodzą na dalszy plan.
Otóż u Szczepana Twardocha widać ewidentnie, że nagle uszczegóławia albo zakotwicza w tej powieści postać, która już cały czas była, ale o niej nie było mowy, więc w tej chwili ją opiszemy. Pojawia się jej życiorys, znaczy sprawnie, bardzo pięknie wszystko jest opisane bardzo dynamicznie. Marginalne postacie nagle wypływają na powierzchnię, po czym są gubione, bo przestają być ważne dla kręgosłupa akcji, że tak powiem.
[01:09:17] - Wiesz co, to jest prawda, ale tak nie do końca. Bo część, nie mówię, że wszystkie, ale część z tych postaci dosyć szczegółowo opisanych wyskakuje jak diabeł z pudełka. Nie, zostawmy diabła. Wyskakuje pod koniec i one są nagle dosyć ważne. Ja się zastanawiam, ale to wcale nie jest polemika z tobą, tylko zastanawiam się, co chciał Szczepan Twardoch osiągnąć. Hipoteza robocza. Bo zobacz, ja jestem też zadziwiony tym, że poznajemy tam galerię postaci mało sympatycznych, o dosyć wrednych życiorysach. Może tak. A mimo wszystko podążamy z tymi bohaterami. Co więcej, w jakimś tam stopniu utożsamiamy się z nimi.
Co więcej, kibicujemy im, kiedy dochodzi do konfrontacji różnego rodzaju. Szczególnie pod koniec książki to widać, to my im kibicujemy. Zastanawiam się i tu jest pytanie do tej hipotezy roboczej: czy gdybyśmy nie poznali szczegółowo ich losów, tego, co robili po pierwszej wojnie, jak się toczyły ich losy, czy oni byliby nam tacy bliscy? Czy skłonni byśmy byli nawet osobę, która była ewidentnym gnojem, co sobie będziemy wiele mówić, to jednak trzymamy kciuki, żeby się udało. Nie zawsze się udaje, ale zobacz, ja się łapałem na tym, że ja sympatyzuję z postaciami, z którymi właściwie nie powinienem sympatyzować. I zastanawiam się, czy to jest mistrzostwo Twardocha, czy to jest znowu w mojej głowie tak naprawdę, bo tu nie potrafię tego rozstrzygnąć. Mam problemy z rozdzieleniem tego, co czytam, z tym, co się w mojej głowie lęgnie. To stanowi pewną całość i być może tak się emocjonuję później tymi książkami. À propos tej hipotezy.
[01:11:36] - Dobrze, że zwróciłeś uwagę, że właściwie wszystkie te postacie wcale nie są czarno-białe, ale wręcz są czarne. I tutaj ten dobór Szczepana Twardocha trochę mnie wkurza, bo nie ma prawdą, bo świat się z takich ludzi nie składa. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że wszyscy mają coś za pazuchą, wszyscy mają brudne coś za paznokciami, wszyscy mają coś na sumieniu i tak dalej. Otóż to jest bardzo łatwe twierdzenie i bardzo fałszywe twierdzenie. Otóż ja wiem, na tyle obserwowałem ludzi, na tyle widziałem ludzi, że znam ludzi, którzy byli nieczyści jak łza, bo takich ludzi nie ma. Natomiast ludzi, którzy nigdy nie zrobili czegoś poniżej pewnej normy etycznej, po prostu nigdy nie ustąpili. Nawet Bożeż mój, nawet mogę powiedzieć, takie normy w społeczeństwie istnieją, Marku. Nawet w tym slumsie, w którym ja dzisiaj mieszkam, naokoło mieszkają sami złodzieje, przecież to też istnieją takie normy. Na przykład ja mogę spokojnie wyjechać na dwa dni z domu, zostawiając mieszkanie otwarte. Żaden złodziej tam nie wejdzie i nie ukradnie niczego, chociaż oni żyją z kradzieży.
Dlatego, bo etyka złodziejska mówi, że kradniesz wszystkim, tylko nie swoim. A ja jestem swój po prostu. I ta etyka różnych kręgów zawsze istnieje. Zawsze istnieje również w więzieniach istnieją pewne zasady. To nie jest tak, jak już mówiliśmy o tym, że Dziki Zachód nigdy naprawdę nie był dziki, a dzikie pola również nigdy nie były dzikimi polami. To wszystko jest takie tego. Szczepan Twardoch wybiera jedną stronę rzeczywistości, tą taką trochę osmaloną przez dym prochowy, podziabaną szrapnelami i tak dalej, i tą parszywą. I właściwie każda z postaci, może z wyjątkiem burdelmamy i Ryfki, która jest dla mnie chyba najsympatyczniejszą postacią i chyba nie ma nic za pazuchą w związku z tym, że jej życie się tak ułożyło, jak się ułożyło.
[01:14:19] - Tak, ale poznajemy też jej historię. Na przykład to, że siedziała w więzieniu.
[01:14:24] - Tak, ale słusznie. A za co? Bo zabiła również słusznie.
[01:14:31] - Zwrócę państwa uwagę na tę postać, bo to jest postać bardzo ważna. Dlaczego? Nie powiem oczywiście, ale bardzo ważna. Tylko znowu trzeba dobrnąć do pewnego etapu książki. Zgadzam się z tobą. Jezu, co to dzisiaj za audycja jest? Wszyscy się ze wszystkimi zgadzają, a ja się zgadzam z Wiktorem. Zgadzam się z tobą. Rzeczywiście Szczepan Twardoch w jakiś sposób wybiera. Wybiera sobie pewne okoliczności, wybiera sobie pewne środowisko, wybiera sobie wreszcie pewnych ludzi.
Tam są postacie w tej książce, w których nie ma nic dobrego. Bije żonę, bije córki, jest degeneratem, socjopatą i tak dalej. Nie ma w nich nic dobrego. To oczywiście jest rodzaj żartu z mojej strony w tej chwili to, co za chwilę powiem, ale zastanawiam się, czy może jest dlatego w ten sposób, że to są ludzie, przynajmniej część z tych ludzi, poza tym, że są ewidentnymi bandytami, to są też ludźmi, którzy są zamieszani w politykę. Zobacz, tam jest blisko. Co więcej, to nie jest tak, że barwy polityczne są tam jednolite. Zobacz, na pewnym poziomie oni chleją wódkę i dyskutują w burdelu i nie tylko zresztą dyskutują, gdzie jedni sympatyzują z lewicą taką szeroko pojętą, drudzy niekoniecznie. Może dlatego oni są tacy zdegenerowani. Nie, zdegenerowani nie są. Tacy pozbawieni uczuć wyższych wydaje się chwilami, że oni się polityką babrają.
[01:16:30] - Ja myślę, że sobie Szczepan Twardoch tak ustawił konstrukcję tej powieści. Przypomina mi to taką starą, dobrą zabawkę. Nie wiem, czy jeszcze ktoś to pamięta. Była kiedyś taka kostka Rubika.
[01:16:46] - Była.
[01:16:48] - Obojętnie, zwróć uwagę, jak się nie obróci tej kostki, to zawsze pozostanie sześcianem.
[01:16:54] - Tak.
[01:16:54] - Obojętnie. Jak się nie przekręci i nawet kolorki są co prawda troszkę w innych miejscach, ale właściwie wszystko jest takie same. Otóż on skonstruował pewną rzecz. Dlatego mówiłem o tej technicznej precyzji, również w słowach. I również ta konstrukcja jest tak precyzyjnie zrobiona, że tam wszystko po prostu się jak w kostce Rubika dopina. Czy ty sobie właściwie te wszystkie kwadraciki poukładasz? To jest twoja sprawa. Szczepan Twardoch ci w końcu pomoże. Jak nie domyślisz się wcześniej, to na końcu zrozumiesz. Natomiast jeżeli próbuj, to próbuj.
I my tak czytając próbujemy bez przerwy tę kostkę Rubika ustawić tak, żeby zrozumieć, po co mu tam biega. A że, że tak powiem, kolory wybrał nie czerwono-zielono-żółte jak w kostce Rubika, ale czarno-szaro-białe. Białych tam nie ma, czarno-szare raczej. Jak się nie obróci tej kostki, to ona będzie zawsze czarno-szaro-biała.
[01:18:11] - Tak mówisz, ale z drugiej strony tak sobie pomyślałem, przecież tam jest element takiej niesłychanej wręcz lojalności jednego z głównych bohaterów wobec swojego szefa. Kiedy dochodzi do dramatycznych wydarzeń, on jednoznacznie staje po jego stronie, porusza niebo i ziemię w ówczesnej II Rzeczpospolitej. Naprawdę dochodzi do samych wierzchołków władzy, żeby tego swojego pryncypała uwolnić. To i tak już za dużo powiedziałem. Ta lojalność jest, jeśli chodzi o te lepsze. Ale rzeczywiście z tą kostką to chyba dobrze powiedziane. To jest brudny, niesamowicie brudny świat.
[01:19:11] - Tak, tylko żebyśmy się tutaj nie zagalopowali w jednej rzeczy. Otóż trzeba pamiętać zawsze, co ja będę podkreślał. Gnoju to jest dużo i zawsze było więcej w elitach niż tam u kmiecia na roli, że tak powiem, który karmi świnie. Gnoju tam u góry jest i było zawsze dużo więcej, bo na tym polega rozwój tej cywilizacji, czyli awansowanie. Jeżeli nie idziesz po trupach, to nigdzie nie zajdziesz w większości. Dlatego ja twierdzę, że tam na dole jest raczej, zresztą jak się po- W biedzie i smrodzie czasami naprawdę pachnie o wiele lepiej niż pachnie u góry. Ale Szczepan Twardoch wybrał opcję patrzenia od dołu i właściwie widać tylko krose i gówno, które nam leci na głowę.
[01:20:24] - Wiesz co, ja sobie w takich momentach lubię sięgnąć do portalu LubimyCzytać.pl i tam na temat książki Twardocha znalazłem pewną wypowiedź człowieka ukrywającego się pod nickiem Zicocu albo Zikoku i fragment tego przeczytam. Otóż: „Twardoch wykorzystuje cały ten egzystencjalny brud po mistrzowsku. Opisy bijatyk i orgietyk są dynamiczne oraz bardzo intensywne. A że lektura składa się przede wszystkim z nich, to wciąga czytelnika szybciej niż szapiro kreskę. Pisarzowi udało się pokazać przemoc z bardzo ciekawej perspektywy, nie jako zjawisko odrażające i straszne, a podniecające w swej zwierzęcej sile. Zakochani są nie tylko potężny Jakub czy bezlitosny Kaplica, ale także otaczające ich kobiety i zapatrzeni w nich młodzi.” A, to moja jakaś dysgrafia albo dysleksja właściwie. „Cała Warszawa pogrążona jest w przemocy, lecz myliłby się ten, kto sądziłby, iż ktokolwiek chce, żeby się wynurzyła z niej, wynurzył się z niej choćby na cal z tej przemocy.” To jest chyba dobre opisanie tej książki. Już to powiedzieliśmy zresztą. Czy niedobre?
[01:22:07] - Bardzo dobre, chociaż ja bym właśnie nie przesadzał z tym czarnym obrazem króla tej książki. Dlaczego? Bo ja już powiedziałem, Szczepan Twardoch nie epatuje, nie rozwodzi się straszliwie, jakie to obrzydliwe, śmierdzące i potworne, tylko bardzo często przelatuje bardzo powierzchownie po czymś z pełną świadomością tego, że wtedy będzie po prostu mocniejsze wrażenie, jeśli mniej słów użyje. Biorę pistolet do ręki, strzelam komuś w skroń i koniec. Nie opisuje dalej wszystkich efektów, jak to tam tryska z mózgu i tak dalej.
[01:22:59] - To prawda. Chociaż opis pewnego zabójstwa na początku książki jest bardzo szczegółowy, przyznasz. Ale on jest po to, żeby zaszokować na początek. To jest taki strzał między oczy.
[01:23:13] - Również jest po to, żeby się czegoś trzymać, gdyż to jest zdarzenie, do którego się książka bez przerwy odnosi.
[01:23:22] - To prawda. Wiesz co? Mam do ciebie takie pytanie: jak ci się podoba narracyjna sztuczka zastosowana przez Szczepana Twardocha? My o szczegółach nie możemy powiedzieć. Musimy znowu przez ogródki trochę poopowiadać o niej, ale przyznasz, że on stosując pewien zabieg wprowadza czytelnika w błąd albo ma szansę wprowadzić czytelnika w błąd, bo w pewnym momencie, już to zresztą podkreślałem, zaczynamy się gubić, gdzie się kończy i zaczyna rzeczywistość. I cały czas jesteśmy w książce jak najbardziej realistycznej. To jest pewna sztuczka. Zresztą ona najlepiej wybrzmiewa, jak się już książkę doczyta do końca.
[01:24:15] - Dlatego ci, Mirku, powiedziałem, że męskość Szczepana Twardocha, piekielna w trakcie całej powieści, właśnie wynika z tego, że on, tak jak to się dzieje w literaturze fantastycznej, nie tylko miał pomysł na fabułę, ale pomysł sam w sobie. Ten pomysł taki abstrakcyjny zupełnie, czyli koncepcję jakąś, którą mają wszyscy pisarze, szczególnie właśnie science fiction. Koncepcję, do czego tam zmierzają i jaką wizję sobie stworzyli. On ten pomysł miał, a następnie podjął realizację i realizuje ją. Do realizacji miał inny pomysł. Miał pomysł tego getta Warszawy międzywojennej, polityki tego wnętrza i całej urody tego świata. To są dwa różne pomysły. Zwykle kończy się na tym drugim i od tego zaczyna, i na tym kończy. Czyli opisujemy coś, co się rzeczywiście zdarzyło, dodajemy kolorytu, swoje wnioski wyciągamy, a on na wyjściu, o czym my jeszcze nie wiemy, ale dowiemy się w trakcie czytania książki, miał pomysł na książkę.
[01:25:47] - Tak jak to powiedziałeś, zgadzam się. Znowu jest coś niedobrego, bo się z tobą zgadzam. Ale tak chyba jest, że te dwa elementy w książce Twardocha są bardzo ważne, niby tak zawsze powinno być, że autor wie, jak się książka skończy, ale to jest coś więcej, bo ta książka oczywiście się kończy Ale widać, jak autor precyzyjnie zmierza do tego zakończenia. Cała książka jest temu podporządkowana. Duża umiejętność.
[01:26:20] - Jak to Marek? Przecież żadna umiejętność, zegarek szwajcarski to robi. Zmierza, zmierza, zmierzają te wszystkie tego, po czym nagle mamy dwunastą w południe na cyferblacie. Jasne i proste. Co tam skomplikowanego?
[01:26:35] - Jak się posługujesz tym zegarkowym porównaniem, to ja ci powiem: no tak, owszem, tylko niektóre zegarki chodzą, a niektóre zegarki stoją. Te, które stoją dwa razy na dobę, pokazują właściwą godzinę. A ja wolę te zegarki, które chodzą.
[01:26:53] - Tak, Szczepana Twardocha rzeczywiście-
[01:26:55] - Zdecydowanie chodzi. Zdecydowanie.
[01:26:57] - Czasami bardzo intensywnie, a czasami-
[01:27:00] - Okej, sięgnijmy zatem w tej chwili, żeby troszeczkę odpocząć od króla i Szczepana Twardocha. Sięgnijmy po naszą bazę felietonistów. Tym razem zapraszamy Tadeusza Krajewskiego, naszego bibliotekarza.
[01:27:22] - Z biblioteki do Bibliotekarium. Dobry wieczór. Nazywam się Tadeusz Krajewski i wraz z moim przyjacielem, chyba nie do końca z tego świata, Łukaszem Likorem-Nalewajkiem współtworzę Bibliotekę Literatury Fantastycznej imienia Jerzego Grudkowskiego, zwaną inaczej Biblioteką Annopolitańską. Jestem miłośnikiem fantastyki, o której głośno, nawet zbyt głośno, mówię w różnych okolicznościach. Często, zdecydowanie zbyt często, poddając komentarzom różne wydarzenia z interesującej mnie branży. Kimże więc tak naprawdę jestem? Fantastycznym bibliotekarzem rodem z Annopolis. Po prostu. Książki na regałach annopolitańskiej biblioteki są żywe. Może nie tak żywe jak „Księga potworów” z Harry'ego Pottera, czy „Nigdy niekończąca się opowieść” anektująca prawie całkowicie swojego czytelnika, ale za to żywo reagujące na pozaannopolitańską, pozafantastyczną, pozaliteracką rzeczywistość.
Tę skrzeczącą rzeczywistość, którą widzimy codziennie za oknem i której z samego rana od razu nam się odechciewa. Całkiem niedawno zakończył się trwający trzy tygodnie strajk nauczycieli. Mój znakomity kolega, pisarz, satyryk, pedagog, psychoterapeuta, inżynier, złota rączka, miłośnik Wojciecha Młynarskiego i Batmana, tylko tego z DC Comics i ewentualnie z filmów Tima Burtona, Tomasz Fąs powiedział, że nauczyciele powinni w ogóle zaprzestać pracy, a wtedy społeczeństwo przekona się, że tak naprawdę do niczego nikomu nie są potrzebni. Czemu zresztą dał beletrystyczne wyraz w jednym z odcinków „CyberJokera”. Właśnie w chwili, gdy wypowiadam te słowa, zaznaczam, że nie moje, odczuwam literacko-fantastyczno-annopolitański dygot na jednej z półek bibliotecznych. Przekonajmy się zatem, któraż to książka tak zdecydowanie ożyła w tym momencie. Proszę chwilkę poczekać. Już mam. Ależ to cegła! Wymaga nie tylko wysiłku intelektualnego.
Nic dziwnego. 1200 stron. To, proszę państwa, powieść Ayn Rand „Atlas zbuntowany. Rzecz o strajku intelektualistów”. Ayn Rand to rosyjska Żydówka urodzona w Petersburgu, która po zaznaniu wszelkich dobrodziejstw bolszewizmu uciekła, podobnie jak znani skądinąd państwo Asimovowie. Ojej, fundacja się lekko trzęsie. Uciekła do Stanów Zjednoczonych, do rodziny, która wpadła na ten pomysł ciut wcześniej. W 1957 roku ukazała się jej pierwsza powieść science fiction. Dystopia i utopia zarazem. Dwa w jednym.
„Atlas zbuntowany.” Jak czytelnicza fama głosi, książka ta stała się najbardziej rozchwytywaną pozycją w Stanach, deklasując największy bestseller wszech czasów, Biblię. Śmielę się stwierdzić, że Biblia była zaledwie najlepiej sprzedającą się książką, niekoniecznie czytaną i to ze zrozumieniem. Może gdyby była bardzo długim postem na Facebooku wprost od Pana Boga, jak zauważył to charyzmatyczny ksiądz Tomasz Dadek, jej recepcja znacznie by wzrosła. Skąd się jednak wzięła tak wielka popularność „Atlasa zbuntowanego”? Rozwiązanie jest zaskakująco proste. Ayn Rand stawia kilka aż rażąco oczywistych tez, których na co dzień, wskutek politycznych knowań rządzących elit, nie zauważamy. Po pierwsze, powinniśmy być dumni z osiągnięć własnego umysłu, nie tylko z własnego umysłu, jak chce dzisiejsza ideologia new age. Po drugie, nasz rozum powinien być najwyższą instancją odwoławczą. Nie zrządzenie losu, palec boży czy metafizyczny nakaz, jak chcą tego różne religie. Po czwarte, nie wolno czuć się winnym z powodu swoich sukcesów, jak wymaga od nas tego nakazowo rozdzielczy socjalizm.
Po czwarte, powinniśmy cieszyć się szczęściem bezwarunkowo, a nie odczuwać wyrzutów sumienia, bo inni mają gorzej. Tu widać wprost uderzenie w etykę chrześcijańską i w korzenie raczkującego wówczas w ZSRR komunizmu. I uwaga, rzecz najbardziej kontrowersyjna. Nigdy, powtarzam, nigdy nie powinno się żyć dla innego człowieka. Nigdy nie należy też prosić, aby ktoś żył dla mnie. Można coś drugiemu człowiekowi zaoferować, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy samemu się o tym zadecyduje. Najgorszy jest bowiem stosowany wobec ludzi kreatywnych, twórczych, pracowitych po prostu, szantaż emocjonalny. Ty masz wszystko, a ja nie mam na chleb. Zwłaszcza jeżeli jest poparty on rozdawniczą polityką rządu. Powtórzę, rozdawniczą polityką rządu.
Załóżmy jednak, że wszystkie wybitne jednostki, przedsiębiorcy, inżynierowie, pisarze, kompozytorzy, naukowcy zniszczą swoje osiągnięcia i znikną. Co wtedy się stanie? O tym mówi właśnie „Atlas zbuntowany”. Strajk intelektualistów rozpoczyna pełzającą apokalipsę. Tej dystopijnej wizji przeciwstawiona jest kapitalistyczna utopia, rzecz w literaturze rzadko spotykana. Chociażby dlatego warto przeczytać tę książkę, aby zestawić ją z utopiami prewenencji, powiedzmy to wprost, komunistycznej. À propos, jeden z sowieckich dysydentów napisał opowiadanie, w którym w niewyjaśnionych okolicznościach znikają w pewnym miasteczku wszyscy działacze partyjni. Normalni mieszkańcy w ogóle tego zniknięcia nie zauważają. Czytelnik jednak zauważa, że do niczego nikomu nie są potrzebni. Dowcip w stylu Bułyczowa.
Szkoda tylko, że jego autor za swoje poczucie humoru zapłacił badaniami psychiatrycznymi, jakim go poddawano przez dwa lata na oddziale zamkniętym. „Atlas zbuntowany” to zbeletryzowany manifest Ayn Rand. Manifest wynoszący ponad wszystko indywidualizm, rolę jednostek wybitnych w kreowaniu rzeczywistości. Manifest będący pochwałą niezłomnego ducha człowieka. Wyobraźmy sobie taki strajk w naszej pozaannopolitańskiej, pozafantastycznej, pozaliterackiej rzeczywistości. Jak na razie był strajk nauczycieli, strajk ludzi, którym przylepiono łatki nieudaczników, wykształciuchów, wręcz obywateli gorszego sortu. A gdyby tak we wrześniu w ogóle nie przyszli do szkół i nigdy już do nich nie powrócili? Czy po paru miesiącach mój szacowny, wspomniany już dzisiaj przyjaciel powiedziałby: „A nie mówiłem?” Czy spuściłby głowę i wyszeptałby ze skruchą: „Sorry, tak mi się tylko wymsknęło.”? Z „Biblioteki do Bibliotekarium” fantastyczny bibliotekarz Tadeusz Krajewski. O jeny, kto to teraz będzie stawiał na półkę?
Gdzie jest „R”? O Boże, u samej góry.
[01:34:23] - To był nasz bibliotekarz. Myślę, że jeszcze niejedno ciekawe spotkanie z Tadeuszem za pośrednictwem naszej audycji będziecie państwo mieli. A cóż, a my wróćmy do Szczepana Twardocha.
[01:34:40] - Dobrze. To ja bardzo chętnie się wyrwę.
[01:34:43] - Wyrywaj.
[01:34:44] - Otóż w tej chwili sobie pomyślałem, że to moje wrażenie, że po jakimś czasie książka zaczęła mnie nużyć. Powiem od razu, zacząłem później gwałtownie wychodzić z tego zanurzenia, kiedy książka zaczęła się zbliżać do końca, aż wynurzyłem się może nawet powyżej niż Szczepan Twardoch sobie założył. Natomiast rzeczywiście w pewnym momencie ona mnie zaczęła nużyć, ale w tej chwili wpadłem na pomysł, że chyba nie tylko ja tego doświadczyłem, ale Szczepan Twardoch również. Otóż on, pisząc tę książkę, tak samo jak ja czytając, poddany był tej samej próbie, próbie zmęczenia materiału. Otóż ja czytając cały czas było wszystko w porządku, a potem, kiedy mnie zaczęły irytować jakieś takie, tylko w tych scenkach zacząłem wychwytywać rzeczy, które ewidentnie musiały wyskoczyć pisarzowi wbrew woli albo po prostu ze zmęczenia. On już był zmęczony, a jeszcze nie był bliski końcówki, żeby się na końcu rozkręcić. Otóż dużo tego jest, ale tylko w takich dwóch trzecich. W tym miejscu gdzieś, gdzie pojawiają się zupełnie jakieś kuriozalne obrazki, chociaż to tylko ja tak mówię. Tam jak walki studentów endeckich z jakimiś bojówkami socjalistycznych Żydów w tym getcie warszawskim, na Lumiwerkach i tak dalej. To się przeradza trochę w taką groteskę i właściwie nie wiadomo, czy śmiać, czy płakać, ale w każdym razie z rzeczywistością, o ile wszystko ma, to już nie ma nic wspólnego.
Jak się pojawia gaworzący Ricz Śmigły jako Al Capone, normalnie w knajpie i jedzący tam te śledziki, czyli jak to tam było, chrześcijan jakoś tam coś takiego było, jakieś skojarzenie. W każdym razie to są fragmenty śmieszne i w dodatku zawodzi troszeczkę, ale to przez moment w tej powieści precyzja techniki. Otóż jeżeli główny oponent albo główny wróg praktycznie bohatera, ten cały, przypomnij mi nazwisko, ten bokser, z którym on walczył na początku.
[01:37:34] - Uleciało mi to nazwisko. W każdym razie Polak.
[01:37:36] - Polak, tak.
[01:37:36] - Polak, syn znanego prawnika.
[01:37:39] - Tak, syn znanego prawnika. Otóż jeżeli on jako endecki bojówkarz, a właściwie dowódca pojawia się na ulicy i nie jest w stanie strzelić celnie z pistoletu, tylko byle jakiś dupek potrafi mu go wytrącić z ręki, złapać, położyć go na ziemię i tak dalej. Niezwykły dupek, ale też niezwykły facet. Ale ten facet nie potrafi strzelać, co jest jego podstawową umiejętnością, nie? To bardzo mi przypomina taką scenkę, która była potrzebna Autorom, reżyserom wszystkich westernów amerykańskich. Otóż, żeby kowboje bez przerwy strzelali. Tam było trzech Indian ukrytych w zaroślach. Oni strzelają przez pół filmu, zużyli tonę amunicji, a trzech Indian dalej żyje. Albo inne były tego typu scenki, bez przerwy, że wszyscy strzelają, ale trup nie pada. Mnie to strasznie irytuje.
Pistolet został wymyślony po to i cyngiel po to, żeby załadować broń i zabić, a nie po to, żeby strzelać.
[01:39:01] - Ale pistolet służy do zabijania z bardzo bliska.
[01:39:06] - Tak, ale tam jest blisko.
[01:39:08] - Dobra, dyskusja o tym, czy ktoś trafi, czy nie trafi jest bezprzedmiotowa.
[01:39:12] - Tam są techniczne rzeczy. Ale akurat naprawdę trudno, żeby opisywać snajpera, którego opisujesz przez całą powieść i tak dalej, po czym, że tak powiem, on w końcu nie trafia w momencie, kiedy nie może nie trafić na przykład. Jako zabawa jednorazowa może być.
[01:39:33] - Wiesz co? Tak sobie teraz myślę, czy nie można by książki Szczepana Twardocha potraktować jako książki o pewnym fatum wiszącym nad naszym życiem? O takim losie, którego się zmienić już nie da, choćbyśmy nie wiadomo co robili. Kiedy się zbliżamy do końca książki, coś takiego się pojawia. We mnie się pojawił smutek. Fakt, że to jest smutek człowieka, który patrzy na losy bohaterów z 1937 roku i później z perspektywy swojej wiedzy, tego, co będzie później. Ale pojawia się taki: „przecież mogło być inaczej. Mógł sobie to życie inaczej poukładać”. Łatwo mówić kilkadziesiąt lat później, ale moim zdaniem Szczepan Twardoch coś takiego osiągnął. Mamy taką powieść o tym, że nasz los jest w gruncie rzeczy w niektórych miejscach naznaczony, że coś na nas czyha po prostu i czasami ciężko się wyrwać z tego.
[01:40:55] - Nie tylko w końcu powieści, ale właśnie od samego początku pojawia się taki leitmotiv, o którym chyba tobie wspominałem. Pięć centymetrów w lewo, głowa, pięć centymetrów w prawo, głowa, pięć centymetrów w lewo, żyjesz, pięć centymetrów w prawo, kula cię trafia w skroń i tak dalej. Ten problem ewidentnie dręczy Twardocha. Być może akurat w tej książce jest to taka rzecz przewodnia. Można w tym widzieć ironię losu. Można śmiech. Ja w tym nie widzę, widzisz, Marek. Ja mogę sobie przecież zupełnie inaczej życie poukładać. Ty też mogłeś sobie życie inaczej poukładać. Można tak gadać.
Tylko, że jakie to ma właściwie znaczenie? Życie jest takie, jak się ułożyło, a nie jak mogłoby się ułożyć.
[01:41:57] - Oczywiście, Wiktor, to przecież jest oczywiste. Ale wiesz, powieść zawsze nam daje perspektywę boską troszeczkę, bo obserwujemy te ludziki, które występują w tej powieści i trochę mamy perspektywę Boga. I wtedy pojawia się to: „a przecież mogło być inaczej. A gdyby zrobił tak?” Ja wiem, że to jest głupie, ale po tej książce pojawiło mi się i to bardzo mocno. I to też jest, nie wiem, czy zasługa, czy wina, ale Szczepana Twardocha po prostu.
[01:42:33] - Wiesz, tak jak powiedziałeś, że tak jest, jak jest. W każdym razie wiesz, jak mnie straszliwie irytowały dyskusje takie nasze bardzo niedawne i chyba trwające bez przerwy na temat Powstania Warszawskiego. Czy mogło być inaczej, gdyby go nie było? A po co ono w ogóle było? Boże mój, to jest faktycznie pewien problem na jedną dysertację naukową, ale nie problem na dyskusję wieloletnią, gdyż dyskusja wieloletnia właściwie może mówić o fakcie, że ono było i co z tego wynika. A to, że mogło nie być, jakie tam motywy, to jest tak, jak powiedziałem, na jedną dysertację naukową, a na pewno nie na dyskusje publiczne trwające przy każdej odsłonie, przy każdej rocznicy tego powstania. Czy mogło być inaczej z gettem, czy inaczej mogło być w 1939? Można sobie gadać. Akurat tak modne książki są. Akurat Twardoch chwalebnie nie idzie w tą stronę.
Ta książka nie jest o tym, jak mogłoby być, gdyby było inaczej, tylko jest o tym, jak było po prostu. Krok po kroku. Przynajmniej w tej perspektywie i z tymi bohaterami w rolach głównych, których on sobie wybrał.
[01:44:09] - Wiesz, to nie jest mój zarzut, ale czytałem w internecie, że niektórych ta wizja przedstawiona przez Twardocha, która przekonała mnie Ciebie nie wiem. Przynajmniej częściowo. Mówiłeś o tej kostce, więc pewno częściowo. Byli też tacy czytelnicy, których ta wizja Twardocha w ogóle nie przekonała. Przywołują na przykład takie szczegóły jak to, że za dużo bohaterowie klną w specyficzny sposób.
[01:44:41] - Oczywiście, wtedy się tak nie klęło.
[01:44:43] - Właśnie to jest pytanie, czy to tak?
[01:44:48] - Już w moim dzieciństwie pamiętam najstraszliwsze słowa, jakie było możliwe do wypowiedzenia, to było słowo „cholera”, „świnia” i „gówno”.
[01:44:59] - Ale ty byłeś dzieckiem wtedy.
[01:45:01] - Nie. Po prostu przekleństwo „cholera” w latach 50. było najstraszliwszym przekleństwem. Prawdopodobnie zaraza cholery jeszcze była niedawno w pamięci tego kontynentu.
[01:45:14] - Tak, ale uważasz, że przed wojną nie klęli?
[01:45:17] - Klęli, ale w sposób zupełnie inny. A przede wszystkim to schodzi coraz niżej. Ta zdolność, to epatowanie brudem, syfem i w ogóle wszystkim. A powiedz mi, pokaż mi u Homera i w „Odysei” jak oni klną, Marku.
[01:45:47] - Tak, to rzeczywiście byłoby trudne.
[01:45:49] - Trudne, prawda? A pokaż mi, jak klną u Sienkiewicza.
[01:45:54] - To już tam jakieś psubraty.
[01:45:57] - Psubraty. Ale to nie jest przekleństwo. Przekleństwo to jest przerywnik czysto emocjonalny, bardzo wulgarny. Bo wulgarnie kogoś przezwać, przezwisko to nie jest przekleństwo. Przekleństwo to jest coś, co wykonujesz pomimo własnej woli, bez własnej woli, wbrew swojej woli i tak dalej. Ta tama została przełamana i w tej chwili chlustra to gówno na wszystkie możliwe sposoby, wszystkimi ściekami. I każdy jeszcze się stara być bardziej oryginalny.
[01:46:37] - Powiem ci tak, bo mnie tak naprawdę nie rażą już te przekleństwa w tej książce. Natomiast osoba, która się wypowiadała, powiedziała jedną rzecz, która wydaje mi się interesująca. Bo to nie chodzi o to, że tam kurwy i inne przecinki pojawiają się dosyć często w książce. Chodzi o coś innego, że używają tych przekleństw właściwie wszystkie warstwy społeczne. Wszystkie. Od tych dołów naprawdę po górę. To po pierwsze. Podobno jednak, wierzę na słowo, że tak jednak nie było. Poza tym właśnie ta intensywność używania. Ale się zastanawiam nad tym.
Być może doszukuję się rzeczy, których nie ma, ale zastanawiam się, czy dzięki temu Szczepan Twardoch nie osiągnął takiego krzywego zwierciadła, w którym pokazuje niby II Rzeczpospolitą, a tak naprawdę przynajmniej po części pokazuje III, czyli nas i nasze elity i pseudo elity. I się zastanawiam, czy to nie jest po to zrobione, żebyśmy to odbicie łatwiej rozpoznali. Bo można by zaryzykować taką oto tezę, że książka Szczepana Twardocha, opowiadając historię z lat 30. takiego piekła, które się w tych latach 30. dzieje w Warszawie, tak naprawdę opowiada nam historię na przykład z lat 90.
[01:48:18] - Wiesz, zresztą sytuacja piekielnie powtarza się. Mieliśmy nie gadać o polityce, ale Marek zobacz, sytuacja jest bardzo podobna. Co prawda może inne postacie i tak dalej, ale książka się rozgrywa po śmierci marszałka Piłsudskiego. Chcę przypomnieć wam wszystkim, że wszyscy, którzy wtedy żyli i opisują tamtą rzeczywistość, opisują jednoznacznie: połowa Polski padała na kolana, połowa Polski nienawidziła marszałka Piłsudskiego. A za przeproszeniem, jak to jest dzisiaj z ważną osobowością polityczną? Identycznie.
[01:49:00] - Na co chciałem zwrócić uwagę, Wiktor, bo to mi nasuwa pewną rzecz. Jak ostrożnie powinniśmy czasami analizować. Może to za duże słowo. Przyglądać się książkom. Bo zobacz, taki prosty trop, analiza języka. Naprawdę przepraszam bardzo, to już takie spojrzenie na to, jakim językiem się posługują bohaterowie. Analiza to już naprawdę pojechałem. W każdym razie spojrzenie na ten język naprowadziło przynajmniej mnie na to, że być może mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. I przypomnę państwu, co powiedziałem na początku: w tej książce nic nie jest takie naprawdę, jak się na początku wydaje. I ta książka być może jest też taką książką, która na początku wydaje nam się opowieścią z lat 30.
A tak jak powiedziałem, może się okazać, jak dobrze wejdziemy w niektóre jej fragmenty, że opowiada nam naszą historię. Może z teraz, może sprzed 10 lat.
[01:50:04] - Chcę ci zwrócić uwagę, że nawet ten wspomniany dzisiaj, niech mu ziemia lekką będzie, Sienkiewicz, przecież on też opisując na przykład „Potop”- Przedstawiał Polaków wcale nie po to, żeby opisać historię tamtego czasu, tylko odnosił się do rzeczywistości, w której on żył.
[01:50:30] - Celna uwaga, bo ja zawsze nieźle się bawię, kiedy słyszę, jak się Sienkiewiczowi wyciąga różne rzeczy, które on przekłamał. Masz rację, to chyba nie o to chodzi.
[01:50:46] - On się odnosił do swojej współczesności, pokazując, że tak powiem, w krzywym zwierciadełku, jacy to Polacy byli dawniej, żeby sobie pomyśleli, jacy są dzisiaj. Dla mnie ta książka Twardocha również od samego początku, prawie jak tylko się zorientowałem, jak płynie i tak dalej, to od razu zaczęły mi brzmieć współczesne, szaleństwo nie umysłów, bo to umysły nie szaleją.
[01:51:18] - Jestem ciekawy, jak czytelnicy, którzy dopiero są przed lekturą, których być może zachęcimy do tej lektury, będą odbierali książkę, kiedy od początku przyjmą takie założenie, że czytają powieść, z kluczem to może za dużo, ale taką powieść, która jest tym krzywym zwierciadłem naszej rzeczywistości. Jestem ciekawy, jak tę książkę można wówczas odczytać. Nie da się przeczytać książki drugi raz po raz pierwszy, ale ci wszyscy, którzy będą mieli okazję, to będzie ciekawy eksperyment. Wrócimy jeszcze do książki Twardocha, a teraz poprosimy naszego czwartego felietonistę, Tomasza Fąsa.
[01:52:07] - Twórczość z maszyny. Poszukując tematu do naszego drugiego felietonu zajrzałem na stronę Scientific American. Tam wśród wielu różnych doniesień znalazłem między innymi taką informację, że realizowany jest projekt zaangażowania maszyny, komputera w tworzenie improwizacji jazzowej. Oczywiście wpisuje się to w różne inne pomysły na wykorzystanie maszyny do produkowania utworów artystycznych, głównie literackich. W tym kontekście zwłaszcza maszyna tworząca wiersze. Są takie rozważania, że być może komputer byłby w stanie napisać również powieść lub opowiadanie. Co warto zaznaczyć i co zawsze trzeba powtarzać w takim kontekście, że maszyna nie tworzy sztuki. Maszyna to, co robi, to dokonuje statystycznej analizy określonej ilości utworów. Utworów, które mogą być analizowane tylko w momencie, kiedy da się je przełożyć jakoś na kod matematyczny, tak jak tekst można wyrazić liczbowo poprzez kod ASCII, poprzez jakieś kodowanie znaków, poprzez kodowanie później zależności pomiędzy wyrazami pewnej logiki języka. Podobnie zapewne muzyka.
Nie jestem akurat tutaj specjalistą, ale skoro można muzykę w formie cyfrowej w komputerze zapisać, to znaczy, że jakoś jest ona cyfrowo przedstawiana i zapewne to również jest przez sugerowany projekt naukowy, przez sugerowany program to jest badane, jak te dźwięki, jak ta dynamika utworu, jak pewna zależność pomiędzy dźwiękami się tworzy, i być może na tej podstawie program komputerowy stworzy coś, co mniej lub bardziej będzie przypominało autentyczną improwizację jazzową. Ograniczeniem jest tu między innymi pamięć maszyny i moc obliczeniowa. Im większe, dłuższe utwory, tym oczywiście tej mocy jest potrzeba dużo więcej. Może zbyt długich symfonii na przykład nie przeanalizuje czy jakichś dłuższych jam session. Podobnie też myślę, ograniczeniem jest to, na ile utwór rzeczywiście pewną logikę matematyczną posiada. O ile w przypadku utworu muzycznego wydaje mi się, że jest tam pewna zależność, którą da się bardzo precyzyjnie określić. Oczywiście w oparciu o jakąś inwencję twórczą, ale jednak dźwięki jakoś ze siebie zależą. Jest pewien rytm, jest pewna logika w tym, jak się tworzy muzykę. Być może w przypadku niektórych wierszy, w przypadku pewnych rodzajów poezji również da się coś takiego znaleźć. Niezależnie od tego, jak bardzo poeci przeżywają swoją twórczość, jak bardzo uważają ją za coś wyjątkowego, niepowtarzalnego, w niektórych przypadkach, zwłaszcza wierszy krótkich, bardziej symbolicznych, bardziej oszczędnych w ilości słów, w ilości środków wyrazu da się pewien wzorzec matematyczny znaleźć i tutaj również komputer byłby myślę w stanie.
Już są jakieś takie projekty, ja dokładnie tego nie śledziłem. Na pewno jakieś próby tam już były podejmowane. W przypadku takich wierszy myślę, że da się tutaj zaangażować komputer. Podobnie w przypadku wierszy o określonej strukturze, jak na przykład limeryk, gdzie ten układ wierszy, układ rymów jest ściśle określony. Natomiast zawsze trzeba zaznaczyć, że maszyna nie tworzy. Maszyna statystycznie przetwarza określony zbiór danych i na jego podstawie tworzy kolejne podobne przykłady według znalezionego wzorca. Zawsze i na początku, przy doborze tego zbioru analizowanego i przy interpretacji powstałego utworu znaczenie sztuki i wartość artystyczna nadaje człowiek, interpretator, odbiorca ewentualnego utworu. Można by się zatem zastanowić, na ile zasadne jest interpretowanie. Tu oczywiście już kompletnie znika nam w przypadku wiersza na przykład stworzonego przez komputer, znika nam zupełnie pytanie, co artysta chciał nam przez to powiedzieć, bo artysta nie chciał powiedzieć nic. Artysta dobrał słowa według określonego schematu.
Czy w takim wypadku zasadne jest interpretowanie powstałego utworu, szukanie w nim sensu, którego siłą rzeczy nie było?
[01:56:30] - Na etapie tworzenia, który powstał jeżeli już, to przypadkiem, poprzez dobór według algorytmu. Czy w takim przypadku twór należy interpretować? Czy on może mieć jakąś wartość literacką? Trudno powiedzieć. Jest to ciekawe pytanie, czy tego rodzaju twórczość się przyjmie? Myślę, że na dłuższą metę nie. Chociażby dlatego, że nijak nie ma na taką ilość wierszy tworzonych automatycznie zapotrzebowania. Poezja jest już niszowym obszarem działalności ludzkiej i istniejący obecnie działający poeci, myślę, że zaspokajają to zapotrzebowanie aż nadto. Co więcej, podobnie jak w przypadku sztucznego tworzenia ludzi za pomocą klonowania, raczej się to nie przyjmie z tego względu, że metoda naturalna jest łatwiejsza, tańsza i przeważnie bardziej skuteczna.
[01:57:24] - Tomek jak zwykle-
[01:57:27] - Poczekaj. Lubię szmirę.
[01:57:30] - A to nie o Tomku?
[01:57:31] - Tomek znowuż wdał się w pląs.
[01:57:35] - Tu jest szmira. Wdał się w pląs intelektualny, który moim zdaniem, ja tam jestem pod wrażeniem.
[01:57:45] - Ja również.
[01:57:45] - Ja jestem pod wrażeniem. Ja w ogóle jestem dużym zwolennikiem i prozy Tomka, która ostatnio mnie... Ja jestem kibicem. Ja cały czas czekam na kolejne odcinki „Cyberjockeya”.
[01:58:01] - Dawniej, jak się krzyczało w teatrze, to krzyczało się: „brawo, brawo!” Ale drugim słowem było-
[01:58:09] - Bis!
[01:58:10] - Było „bravissimo” albo „bis”, czyli żądanie o powtórkę albo dalej.
[01:58:16] - Mamy solenne zapewnienie, że drugi felieton nie będzie ostatnim, zatem czekamy na trzeci, czwarty, piąty i enty. A my wróćmy do Szczepana Twardocha. Doszliśmy do tego przed felietonem Tomka, że Szczepan Twardoch napisał książkę o tym, jak nam jest w III Rzeczpospolitej. To oczywiście teza, z którą się można zgodzić albo ją odrzucić, ale warto wziąć ją pod uwagę. A teraz zadam pytanie z grubej rury. Gdybyś miał powiedzieć o dwóch rzeczach, takich może szczegółowych nawet, które ci się bardzo podobały w tej książce i dwóch rzeczach, które ci się zdecydowanie nie podobały, ale już konkretnie, to co byś wymienił?
[01:59:17] - Po pierwsze nie wymieniłbym żadnej drugiej, bo nie było niczego takiego, co by mi się szczególnie nie podobało. Z wyjątkiem odrobiny zmęczenia materiału w dwóch trzecich książki.
[01:59:34] - To jest jednak pewien zarzut.
[01:59:36] - Tak, to jest zarzut.
[01:59:37] - Bo w końcu jest tak, że wyobraźmy sobie, przepraszam, że ci przerywam, ale wyobraźmy sobie takiego czytelnika, który czyta i ma kryzys. I to jest ten moment, kiedy zapada decyzja, czy ja tę książkę skończę, czy nie. Od razu powiem, że jeśli w tym momencie ktoś książkę odrzuci, to stracił bardzo dużo. Bo to nie jest tak, że wystarczy przeczytać tę książkę do dwóch trzecich i już się wszystko wie. Tak jak mówiłem, nic się nie wie o tej książce, jeśli się nie dobrnie do końca. Oczywiście można zadać pytanie, czy opłaca się, żeby pewne prawdy poznać i w ogóle do końca dobrnąć. A to już jest zupełnie inna sprawa. Dobra, oddaję ci głos. Przepraszam.
[02:00:25] - Jeszcze jedna rzecz mi się nie podoba zdecydowanie. Otóż takie przerysowywanie, bardzo modne albo karykaturalne zupełnie. Ja powiem z własnego doświadczenia. Ja, Wiktor Żlikiewicz, przez całe życie nie spotkałem, nie zetknąłem się z żadnym, a dosyć jestem przenikliwy, z żadnym przyjacielem, z żadnym kolegą, który by bił żonę. Ja wiem, że mogą się takie zdarzenia patologiczne tam odbywać i wiem, że są również charaktery takie, bo są baby, które jak w ryja nie dostaną, to nie będą grzeczne.
[02:01:14] - O rany boskie, co ty gadasz?
[02:01:16] - Z literatury to wiem.
[02:01:18] - Rozumiem.
[02:01:20] - I z psychologii. Natomiast ja osobiście się nigdy nie spotkałem. Mój ojciec nigdy ręki nie podniósł. Moi sąsiedzi, na żadną kobietę nikt nigdy nie podniósł ręki. Natomiast u Szczepana Twardocha wszyscy leją te kobiety. I to jeszcze mało, że leją. Właściwie katują je jak tylko mogą. Ja nie wiem, czy to jakaś fobia, czy to jakaś moda na to, że wszyscy są pedałami, wszyscy są pedofilami, wszyscy są faszystami, wszyscy są komunistami, wszyscy są czarni.
[02:02:03] - Czerwoni, zieloni, wszyscy są ruskimi agentami.
[02:02:07] - Tak.
[02:02:07] - To jest jakiś znak. Fajnie, że na to zwróciłeś uwagę, bo my bez względu na kolor, z którym sympatyzujemy, mamy taką tendencję do totalności. Tak jak zacząłem mówić, albo wszyscy są ruskimi agentami, albo wszyscy są wysłannikami Brukseli, a właściwie wszyscy stosują w życiu społecznym tego rodzaju zgrubienia, czyli Należy sprowadzić potencjalnego czy też rzeczywistego przeciwnika do parteru, do gleby, zrobić z niego coś tylko na kształt człowieka, ale tak naprawdę wiadomo, że to wróg śmiertelny i wdeptać go trzeba w ziemię. Coś takiego jest. I to znowu jest kolejne nawiązanie, kolejny ślad pokazujący, że książka Twardocha może być odbiciem naszej rzeczywistości. Tacy w tej chwili jesteśmy i tacy troszeczkę są ci bohaterowie.
[02:03:07] - Jak mówisz, to się wpisujesz praktycznie biorąc w całą koncepcję, którą krytykujesz. Tacy jesteśmy. Marku, my tacy nie jesteśmy.
[02:03:19] - Okej, wycofuję się. Masz rację. Złapałeś mnie. To takie uogólnienie. Tacy bywamy. Tacy bywają niektórzy z nas. Bo ja powiem tak: przyznaję się do błędu, bo kiedy to mówiłem, myślałem głównie o pewnej części społeczeństwa, która sama sobie-
[02:03:39] - To jest jasne. Myślałeś tak samo jak Twardoch o Warszawie.
[02:03:43] - O politykach myślałem. Bo oni mają taką pewną totalność zapisaną w sobie. Oni też, tak jak ja czasami, mają tendencję do wypowiadania się w stylu: my uważamy, my chcemy, naród chce. W zależności od koloru politycznego naród chce różnych rzeczy, bo jak posłuchasz Biedronia albo Schetyny, to naród chce jednego, a jak posłuchasz Kaczyńskiego albo Morawieckiego, to naród zupełnie czego innego chce. A jak posłuchasz, nie wiem, kto tam jeszcze jest, powiedzmy Brauna i kogoś z tamtej strony, to się okaże, że w ogóle w innym kierunku.
[02:04:25] - Popatrz, jak tutaj dochodzisz do tego, dlaczego ja wdepuję w ziemię demokrację. Bo to jest system fałszu. Fałszu polegającego na tym, że zaczynamy używać słowa my. W systemach autorytarnych tyran mówi ja.
[02:04:49] - Albo mówi: my z bożej łaski.
[02:04:51] - Albo my z bożej łaski. No tak, ale to jest my zupełnie również jako on.
[02:04:55] - Majestaticus.
[02:04:56] - Natomiast w demokracji każdy polityk mówi my wyborcy. Jacy wyborcy? Ja też jestem wyborcą i ty jesteś wyborcą. Więc mi mówi my wyborcy. On nie jest wyborcami, tylko jest przedstawicielem wyborców i ma się słuchać i gadać tak, jak my chcemy, a nie tak, jak jemu się żywnie podoba. I to słowo my, gdzie słowo my bez przerwy jest nadużywane po prostu. Ja wolę, jak ktoś mówi ja, a nie my.
[02:05:34] - Ja, ja natürlich. Wiesz co, w pewnym momencie tej audycji mówiliśmy o tym obrazie II Rzeczpospolitej, który Twardoch kreśli i tam chyba nie dopowiedzieliśmy tego. A jeżeli się powtarzamy, to bardzo przepraszamy, ale myślę, że ważne, żeby to podkreślić. Wiktor wspominał o tej kostce Rubika, jak sobie tam Szczepan Twardoch ją ułożył, że można by inaczej. Ja w ogóle apeluję o to, żeby nie czerpać wiedzy historycznej z książek beletrystycznych.
[02:06:10] - Zgadza się.
[02:06:11] - Myślę, że ważne, żeby to podkreślić. Ja bym się na państwa miejscu, mam nadzieję, że tego po prostu nie robicie, ale jakby ktoś miał taką pokusę, nie powoływał się na to, że Szczepan Twardoch coś tam napisał, że tak było. Chociaż on rzeczywiście używa, tam się pojawiają postacie historyczne, pojawia się Piasecki, pojawia się Śmigły-Rydz. Owszem, ale to jeszcze nie oznacza, że mamy do czynienia z pracą popularnonaukową czy naukową, obdarzoną przypisami, na którą się powoływać można. To jest artystyczne przetworzenie. Pewien obraz, który Szczepanowi Twardochowi jest potrzebny. Zwróćmy tylko uwagę na jedno: to nie jest obraz fałszywy.
[02:06:56] - No tak.
[02:06:57] - Ale to nie oznacza, że jest prawdziwy. To znowu taki rodzaj paradoksu, ale ważne, żeby mieć świadomość tego, bo wtedy łatwiej nam będzie tę książkę trawić. Dlaczego to podkreślam? Ano dlatego, że ostatnio miałem rozmowę z pewnym młodym człowiekiem, który powiedział mi, że jakaś tam książka, pomińmy już jaka, jest głupia i bezsensowna, ponieważ prawie nic się nie zgadza z tym, jak było. I nie mogłem wytłumaczyć, że literatura rządzi się swoimi prawami i nie zawsze musi pokazywać, jak było. Czasami może pokazywać, jak być mogło, a czasami może pokazywać, jak ktoś to widział po prostu. Nieważne, jak było. Mamy też taką tendencję. Dlatego porównując zeznania różnych osób z danego wydarzenia, otrzymujemy bardzo często różne relacje, bo każdy to widzi inaczej. Taka już nasza ludzka natura konstrukcji naszego mózgu, w ogóle tego wszystkiego, co tam się w tej szarej substancji mieści.
Tak czasami bywa, że my to po prostu różnie postrzegamy. Ważne, żeby wiedzieć o tym, ale ważne też, żeby autorowi dać taką możliwość i dać mu to zaufanie, że jest mu ta wizja do czegoś potrzebna. Ja myślę, że patrząc w ten sposób na książkę Twardocha, można powiedzieć, że on swoją wizję- Wykorzystał. Znowu wracamy do momentu, o którym opowiadaliśmy, że on miał pewną koncepcję do wyłożenia. Wplótł w tę koncepcję pewną opowieść i zrobił to w sposób, moim zdaniem, udany, bo to dobry pisarz. Co więcej, przeczytałem gdzieś ważną rzecz na koniec naszej audycji. Przeczytałem, że książka „Król” to jest jedna z najgorszych książek Szczepana Twardocha. I w tym momencie zacząłem się drapać w głowę, bo jak to jest jego najgorsza książka, to boję się spojrzeć do tej najlepszej. Naprawdę, bo z moim entuzjazmem, z takim podejściem trochę łatwowiernym do czytania, z moją radością, że w ogóle ktoś coś pisze i jest co czytać, może się okazać, że stanę się zagorzałym wyznawcą Szczepana Twardocha.
[02:09:48] - Nie, to niemożliwe, Marku, to, co powiedziałeś. Jeśli to jest najgorsza książka Twardocha, to przecież po tej drugiej stronie musi fruwać między Księżycem a Marsem. Przynajmniej gdzieś w stratosferze unosić się, jak ten jego demon z powieści. Już nie pamiętam, jak się nazywa.
[02:10:14] - Dobra. Ten kaszalot.
[02:10:16] - Kaszalot, tak. W każdym razie powinien być prawie herosem i bogiem współczesności. Szczepan Twardoch, dajcie spokój. Jak to jest najgorsza?
[02:10:30] - Przeczytałem w internecie taki fragment, zacytuję go: „»Król« nie jest zatem wybitnym dziełem Twardocha, zwłaszcza zważając na jego dotychczasowy dorobek literacki. Nie znaczy to, że jest to rzecz niewarta polecenia. Wręcz przeciwnie, na pewno warto »Króla« przeczytać, choćby po to, by nie zgodzić się z wizją świata przedstawioną przez autora”. Już powiem, że nie wiem, czy się z tą wizją zgadzam, czy nie. Płynę za nią i myślę, że ona o czymś mówi. Mówi nam o nas samych troszeczkę i o tym, co nas otacza. Ale dobra, to zostawmy. Od razu powiem, że zacytowałem tę opinię ze strony histmag.org. Tam taka recenzja się znajduje i taka końcówka. Ale wrócę, to nie na tej stronie znalazłem, że to jest chyba najgorsza książka Twardocha.
Tak jak powiedziałeś, być może on już rzeczywiście lata w kosmosie i produkuje czy tworzy dzieła, które hoho. Powiem ci tak: chciałbym, żeby polska literatura miała tego rodzaju problem, że najgorsze jej dzieła wyglądają właśnie tak. Sami wiemy, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej i że powstają, nawet nie wiem, czy dzieła, rzeczy, których po kilku latach ich sami autorzy się wstydzą. Myślę, że tej powieści Szczepan Twardoch nie musi się wstydzić.
[02:12:17] - Myślę, że polska literatura również się nie musi tego wstydzić. To jest jedna z cegiełek całkiem ciekawych, w każdym razie.
[02:12:25] - Ale powiedzmy to, co mi powiedziałeś. Powtarzam to nie dlatego, że tak sobie chcę, tylko to jest też pewna prawda o tej książce. Bywa ta książka chwilami wkurzająca. Powiedz jeszcze raz o tym wkurzeniu, bo to jest prawda. Na początku byłem absolutnie zafascynowany tą książką. Jak mi Wiktor o tym powiedział i zacząłem myśleć, to powiedziałem sobie: „Kurczę, mądrego mam kumpla. Powiedział to, co ja tylko przeczuwałem, ale nie dopuszczałem do siebie, że tak jest”. Ta książka rzeczywiście bywa chwilami wkurzająca w pewnej swojej powtarzalności. Jeszcze się muszę, co prawda, zastanowić nad tym, czy ta powtarzalność przypadkowo do czegoś Twardochowi nie służy, ale na razie nie wiem.
[02:13:17] - Marku, wydaje mi się, że to jest jednak po prostu trzeba było napisać 400, 500 czy 600 stron, a że opisują to, po prostu robił. Z tym że nie robił rzeczy niepotrzebnych. Ewidentnie według mnie robił rzeczy, przydałyby się temu krawcowi nożyczki, żeby przyciął troszeczkę ten materiał, a niekoniecznie wyrzucał, bo tam nie ma rzeczy zbędnych. Wszystko jest potrzebne. Natomiast trochę jest nadmuchiwane, może odrobinę nadmuchane. Na pewno nie na początku.
[02:14:00] - Wiesz co, mam takie przekonanie, że dobrnęliśmy do końca audycji.
[02:14:06] - To teraz polecamy książkę czy nie polecamy?
[02:14:08] - Nie, ja ją zdecydowanie polecam.
[02:14:09] - Ja również zdecydowanie polecam, a tym bardziej że nie wiem, w jakiej kolejności on napisał „Królestwo”.
[02:14:17] - Też nie wiem. Nie sprawdzałem tak głęboko. Tym bardziej że jestem przed lekturą „Królestwa”.
[02:14:21] - Właśnie. Jeżeli „Króla” napisał takiego, to „Królestwo” mnie chyba naprawdę zaintryguje.
[02:14:29] - Okej, pomyślimy kiedyś nad powrotem do świata literackiego Szczepana Twardocha, ale to za jakiś czas, żeby nie Trzeba zmieniać autorów. Tak się zastanawiam, Wiktorze. Mamy do wyboru dwie książki i tak się zastanawiam, czy postawić – i tu teraz państwu zdradzę kuchnię – pokazuję Wiktorowi na kartce, którą książkę wybrać. Wiktorze, ta czy ta?
[02:15:10] - Lemowi korona z głowy nie spadnie, proszę ciebie, kiedy jeszcze poczeka, bo ma na to dużo czasu, a poza tym zawsze jest na topie. Natomiast drugi nasz typ to jest człowiek, któremu jestem coś winien. Otóż pewnego razu napisałem „Zabójcę”, opowiadanie. Jak-
[02:15:46] - Jakieś to ono miało tytuł. Dobra, nieważne. Później sobie przypomnimy.
[02:15:50] - Czekaj. Nie, to było ważne. Zupełnie zapomniałem, jaki to był tytuł, ale w każdym razie dosyć obłędne opowiadanie w tle ze stanem wojennym, z którym poszedłem do „Fantastyki” i oni nie mogli tego przełknąć przez dwa, trzy miesiące. Jękali się, stękali i tak dalej, i nie mogli mi odpowiedzieć wprost-
[02:16:20] - Że nie.
[02:16:20] - Że nie. I w końcu, kiedy wybąkali z wielkim bólem, że nie mogą i ktoś to wziął na siebie, chyba Parowski czy Holanek powiedział, że chyba że zmienię mnóstwo rzeczy, bo to bardzo się kojarzyło ze stanem wojennym. Ja powiedziałem, że ja tam niczego nie zmienię, zostanie to tak jak tak. Zabrałem to z „Fantastyki” i powiedziałem: „Tylu rzeczy w życiu nie wydałem. Mogę tego też nie wydawać. Nie zależy mi”. I wtedy zupełnie przypadkiem pojawił się „Feniks”. Akurat był już „Feniks”, pismo poświęcone fantastyce, wtedy bardziej fantastyce naukowej, z redaktorem naczelnym Grzędowiczem. Jak do nich wpadłem, to mówią: „Wiktor, nie masz czegoś?” Ja mówię: „Pełno mam, ale to właśnie mi wyrzucili z „Fantastyki”.” To on mówi: „To daj nam”. A ja mówię: „Jak będziecie mieli odwagę to wydrukować, to bardzo proszę.” On wziął.
I słuchajcie, nie dosyć tego, że nie kazali mi tam niczego wyrzucać, to jeszcze chyba Grzędowicz zaproponował mi, żebym jedną scenkę dopisał, co zrobiłem bardzo chętnie.
[02:17:49] - Zaraz. Ja muszę ciebie zapytać. Przecież „Feniks” z Grzędowiczem, który zakładali Ziemkiewicz, Sokołowski, Ziętalak, Łaski zaczął wychodzić w ’90 roku. To jeszcze w ’90 roku „Fantastyka” się boczyła na stan wojenny?
[02:18:09] - Tak.
[02:18:10] - Bracie. Ciężko było z tą komuną, jednak ciężko.
[02:18:15] - Ciężko było. Ten balans-
[02:18:16] - Ciężka do zarąbania była.
[02:18:17] - Siła bezwładności przynajmniej pewnych środowisk szeroko pojętej lewicy, jak to ładnie Twardoch ujmuje.
[02:18:26] - Teraz wiecie państwo, skąd się wzięło powiedzenie, że coś jest jakieś takie i trudne do zarąbania, że tak sobie powiem. To właśnie komuna. Okej, ponieważ Wiktor już zdradził nazwisko, to ja jeszcze zdradzę tytuł. Tytuł najpierw, a później komentarz. Tytuł „Hel 3”. Krótki tytuł. To jest książka, która wzbudziła sporo kontrowersji, że tak się wyrażę, bo oczywiście po wszystkich „Lodowych ogrodach” takich czy innych to dzieło rozpisane na wiele tomów. Jak ludzie dostali „Hel 3”, to byli w szoku, bo to jest książka zupełnie inna. Cóż ja mogę państwu powiedzieć? Ta książka oczywiście mnie ujęła, jest wspaniała i tak dalej.
Ale to państwo sobie weźmiecie w nawias, wytniecie z tego nagrania ewentualnie. Ale ważne jest to, co powiedziałem na początku, że to jest książka zupełnie inna niż te wszystkie „Lodowe ogrody”. Inna, ciekawa, pokazująca niedaleką przyszłość, ale ja myślę, że w sposób bardzo udany. Myślę, że Jarosław Grzędowicz, którego często spotykamy z Wiktorem na Festiwalu Fantastyki w Nidzicy czy teraz w Mierkach, nieważne, w każdym razie spotykamy, to jest człowiek, który nie wypominając nikomu wieku, który pomimo wieku świetnie rzeczywistość rozumie, a co ważne potrafi ją opisywać i opisał naszą rzeczywistość za kilkadziesiąt lat, która jest zupełnie inna. Jest obłędna. Dlaczego obłędna? To się państwo przekonacie, kiedy przeczytacie książkę. Ale jest obłędna i ja myślę, że ziarna tego obłędu widzimy tu, teraz, naokoło nas. Te ziarna już są. On je po prostu rozwija, wypielęgnował i pokazuje, jak one wyglądają.
Ale pojawia się też wątek podróży kosmicznej. I finał, który pojawia się niespodziewanie i Mnie wgniata w fotel, ale ponieważ tak jak wiecie państwo, mnie wszystko wgniata w fotel, co jest pisane prozą. W związku z tym to sobie musicie państwo znowu wziąć w nawias. Najlepiej będzie, jeśli po prostu książkę przeczytacie, a jeśli nie, to zapraszamy za dwa tygodnie. Na pewno sobie o książce Jarosława Grzędowicza „Hel 3” porozmawiamy. Wiktor mówi.
[02:21:07] - Powody są trzy, Marku. Jednym jest powieść „Hel 32”?
[02:21:15] - Dlaczego 32? Trzy.
[02:21:18] - A ja powiedziałem dwa? A to już jest dysleksja. „Hel 3”. Drugim powodem jest Grzędowicz. Ciebie ujęła powieść, mnie ujął Grzędowicz, a trzecim powodem jest wrażenie estetyczne. Wiesz?
[02:21:36] - Słucham cię, słucham.
[02:21:37] - Po prostu Grzędowicz bardzo dobrze wygląda w moro, w ubraniach wojskowych, które nosi i przynajmniej za ten wygląd zasługuje na omówienie swojej powieści.
[02:21:51] - To ciekawe. Dosyć przewrotne to, co mówisz. Dobra, przyjmuję do wiadomości. Powiem tylko, że ta druga książka, którą sobie tutaj pokazywaliśmy, to jest książka Stanisława Lema „Pamiętnik znaleziony w wannie”.
[02:22:05] - Koniecznie chcę tą książkę kiedyś-
[02:22:06] - Tak, ja wiem. Właśnie dlatego ci dałem do wyboru, żeby nie było, że sobie tutaj rządzę bezwzględnie. Wiktor ma ukryty cel. Bardzo chce porozmawiać o książce „Pamiętnik znaleziony w wannie”, bo ostatnio przeprowadził dyskusję nie ze mną na temat „Pamiętnika znalezionego w wannie” i odkrył tę książkę po raz drugi.
[02:22:33] - Niestety tę książkę można odkrywać bez przerwy. O dziwo, taka starość, taka zupełnie marginalna, jakaś dziwna rzecz, która Lemowi tak wyprysła spod łokcia nie wiadomo kiedy i po co. Nagle się okazuje, że ona jest, Marku, prawie za przepraszaniem tak samo aktualna jak „Król” Twardocha i tak samo się do współczesności odnosi.
[02:22:58] - Zgoda. Podsumowując, za dwa tygodnie Jarosław Grzędowicz i „Hel 3”. Za cztery tygodnie to nie wiemy. Może będzie Lem, a może będzie coś innego. W każdym razie Lem do nas powróci. To na pewno. Wiktor o to zadba. A za tydzień zapraszamy do ABW. Będzie ciekawie, bo... Dobra, nie powiem nic państwu.
Będziecie ciekawi. Jeszcze raz wszystkiego dobrego.
[02:23:33] - A ja wzdycham jeszcze-
[02:23:35] - To wzdychaj.
[02:23:35] - Do naszych felietonistów.
[02:23:38] - Tak.
[02:23:41] - Namówcie jakąś muzę, żeby też coś napisała.
[02:23:45] - Wiesz co, powiem ci, że dosyć usilnie namawiałem, ale efektów nie ma. W związku z tym czekajmy dalej. Może zostanie-
[02:23:53] - Może masz kiepski urok osobisty.
[02:23:54] - Nie wykluczam. To jest bardzo prawdopodobne. Ja czasami podobno w ogóle uroku nie mam, w związku z czym to tak. Taki już jestem bezuroczny. W każdym razie to, co chciałem jeszcze powiedzieć i tak teraz błądzę, szukam w pamięci. Tak.
[02:24:14] - To powiedzenie mi się przypomniało. Jak nie urok, to-
[02:24:18] - To błądzenie. Tak. Dobrze, proszę państwa, jeszcze raz. Wiem, co miałem powiedzieć. Żebyście nam państwo te łapki w górę po tym YouTubie i te komentarze, i co się wam podoba, co nie podoba i dlaczego wam się podoba. To żart. W każdym razie wszystkiego dobrego, samych dobrych lektur, samego dobrego i wyłącznie natchnienia. Nawet jeśli piszecie państwo opowiadania bocusiowe. Wszystkiego dobrego, dobrej nocy.
[02:24:52] - A mówili te słowa do państwa jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze obsługiwał od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie. Tym razem w ABW już za tydzień oraz w normalnym „Bibliotekarium” już za te dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[02:26:49] - Free to find my way. Free to have my say. Free to see the day. Me, like I used to be. Like a wild bird free. With all of life in me. Live, for the one I love. Love, as no one has loved. Give, asking nothing in return. Though this world tears us apart.
We're still together in my heart. I want the world to hear my cry. And even if I have to die. Love will not die. Love will change the world. Live, for the one I love. Love, as no one has loved. Give, asking nothing in return. I'll love, until they wash me away. I'll die, and I know my love will stay.
And I know, I know my love will stay