Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:33] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie. Na antenie Radia Paranormalium, właśnie tutaj i właśnie teraz, w tym konkretnym punkcie czasu i przestrzeni, prosto do twoich uszu, Drogi Słuchaczy, Droga Słuchaczko, rozpoczynamy wlewanie kolejnego podcastowego odcinka Bibliotekarium. Tego tak zwanego, że tak powiem, normalnego Bibliotekarium. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji Marek Sęk "Ivellios". A dzisiaj, w dniu 8 marca, w Święto Kobiet, przywitają was po drugiej stronie gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz nasz gość specjalny Haraholo Bydgoszcz.
[01:10] - Dzień dobry wieczór, bo tak się mamy witać. W związku z tym się witamy.
[01:15] - Tak. I z miłością oczywiście pozdrawiamy wszystkie laski na świecie.
[01:18] - Tak. Dzień Kobiet, dzień Kobiet. Niech żyją nam zdrowe. To już obowiązek spełniony.
[01:23] - Wszystkim kobietom życzę wszystkiego kobiecego.
[01:26] - Tak jest.
[01:27] - A wszystkim panom wszystkiego panieńskiego.
[01:29] - A to przemówił-
[01:30] - I żeby równie pięknie pisały, co równie pięknie czytają.
[01:34] - Tak jest. A to przemawiał przed chwilą nasz gość, czyli Tadeusz Krajewski, znany naszym stałym słuchaczom. Człowiek, który zawsze się oburzy, jak ja to powiem, ale i tak powiem: nasz ekspert od fantastyki. Może on się nie czuje, ale ja go uznaję, więc zostańmy na tym stanowisku, że nasz ekspert od fantastyki. A dzisiaj, przypomnę, będziemy rozmawiać o „Kronikach marsjańskich” Raya Bradbury'ego. Marku, czy ty jeszcze będziesz coś mówił?
[02:07] - Ja już nie będę dzisiaj nic mówił.
[02:10] - Tak nam przykro. Prosimy, żebyś się w razie czego wtrącał, bo troszeczkę będziemy dzisiaj też mówili o tłumaczeniach, a to jest twoja domena. W związku z tym w razie czego-
[02:21] - Jak tylko będzie trzeba coś skomentować, to się wtrącę.
[02:27] - Zapraszamy. No cóż, panowie, zacznę od swojej historii, bo zawsze lubię opowiadać swoje historie. Już ją co prawda troszeczkę sprzedawałem na antenie, ale powiem jeszcze raz. Znacie to, posłuchajcie. Otóż ja swoją przygodę z Rayem Bradburym zacząłem niefortunnie. To znaczy, kiedy byłem na etapie czytania takich pozycji jak „Misja międzyplanetarna” Van Vogtda, „Człowiek w labiryncie” Silverberga, „Koniec wieczności” Asimova, w ogóle gdzie się coś działo, to ponieważ wymieniam książki w tej samej serii, to w tej samej serii, czyli fantastyka, przygoda, ukazały się „Kroniki marsjańskie”. Z pewną taką radością sięgnąłem po ten tom. Czytam i to nie było to, czego nastolatek oczekiwał. To zupełnie nie było to. W związku z tym szybko się z tą książką pożegnałem.
Dzisiaj wiem, że to był błąd, ale wtedy znalazłem sobie inne lektury. Wróciłem do tej książki kilka lat później i byłem nią absolutnie oczarowany. Tu się Wiktor krzywi od razu, bo wróciłem do książki, która kiedyś też mu się podobała, ale dzisiaj mu się chyba już nie podoba.
[03:48] - Nie tak, Marku. Zupełnie nie tak.
[03:50] - Ale to była prowokacja.
[03:52] - Te historie, takie nasze historie, są czasami bardzo dziwne. Otóż ja się przyznam, że ja nie przeczytałem „Kronik marsjańskich” za młodu. Chociaż byłem opętany Rayem Bradburym i po prostu uwielbiałem tego autora, nie byłem w stanie przeczytać tej książki z bardzo prostego powodu. Otóż po opowiadaniach Raya Bradbury'ego, które się ukazywały w „Rakietowych szlakach” czy czytałem je po rusku, bo też je tłumaczyli i tak dalej, kiedy się pojawiły, właśnie ta wspomniana przez Marka Żelkowskiego książka „Kroniki marsjańskie” dopadła mnie i zacząłem czytać. Pierwsza nowela, druga, trzecia, czwarta i dostałem odruchu wymiotnego. Niestety nie byłem w stanie przełknąć tłumacza, który to przetłumaczył. Tłumaczenia, które to wykonał. Z bardzo prostego powodu. Sprawdziłem to dzisiaj rano, przedtem, zanim Marek dostarczył mi ten egzemplarz, to znaczy tę książkę w formie wizualnej. Poczytałem sobie.
Nie myliłem się również jako młody człowiek. Oczywiście nie ma w tym złej woli tłumacza. Chciał udostępnić tę książkę polskiemu czytelnikowi. Niezdarność konstruowania zdań, absolutna nieporadność wizjonerska, tłumaczenie zdań zamiast myślenia o tym, co pisarz myślał. Przekładanie tego jest tak nagminne w tej książce, że zupełnie powala z nóg. Nie byłem w stanie czytać tej książki aż do tego stopnia, że kiedy pisałem takie opowiadanko pod tytułem „Marzenie”, w którym potrzebowałem fragmentów z „Kronik marsjańskich” Raya Bradbury'ego, żeby tam jako mocca leciały w treści, to wziąłem i sam je przetłumaczyłem z angielskiego. Zrobiłem je na pewno o 10 razy lepiej od tłumacza, który to nam przystąpił.
[06:06] - Czy ja dobrze główkuję, że tłumacz po prostu ograniczył się w wielu miejscach do przetłumaczenia słów metodą słówko słówko?
[06:15] - Tak! Dokładnie tak to zrobił.
[06:18] - To się nie dziwię, że to nie była przyjemność z czytania.
[06:24] - Jak w tej chwili, przed sekundą właściwie, tu w redakcji zajrzałem do nowego tłumaczenia „Kronik marsjańskich” wykonanego przez Paulinę Braiter oraz Ziemkiewicza.
[06:38] - Pawła Ziemkiewicza, brata tego Ziemkiewicza.
[06:41] - Tak. To po prostu aż odetchnąłem, bo świeżo miałem porównanie opowiadań. Mniej więcej jest to samo, ale zupełnie inna klasa, inna łaska boska po prostu.
[06:55] - A przy okazji Wiktor powiedział sobie komplement, jak to świetnie przetłumaczył „Kroniki marsjańskie”. Cóż, tyle skromności, mądrości i piękna w jednym człowieku. Bóg jest naprawdę niesprawiedliwy, ale proponuję, Wiktorze, żeby zachować jakąś kulturę, to dopuśćmy gościa może do mikrofonu.
[07:11] - A niech mówi.
[07:12] - Prosimy, Tadeuszu. Jakie są twoje doświadczenia?
[07:15] - Jestem oburzony tym, co powiedział Wiktor, ponieważ Adam Kaska, tłumacz pierwszego wydania polskiego „Kronik marsjańskich” moim zdaniem wykonał świetną robotę, bo oddał przede wszystkim ducha Bradbury’ego. Podczas gdy Paulina Braiter, która oczywiście też z Pawłem Ziemkiewiczem dokonała świetnej translatorskiej roboty, co do tego nie mam żadnej wątpliwości, zrobiła to inaczej. U Kaski mamy poezję, u Pauliny Braiter natomiast mamy zwrot ku współczesności. Ona uwspółcześniła „Kroniki marsjańskie” i dzięki temu młody czytelnik lepiej ten tekst rozumie. I zastanawiałem się, czy tłumaczenie Kaski „parówki z bułeczkami”, a u Pauliny Braiter „hot dogi” po prostu, czy to było właśnie to, o czym ty mówisz, Wiktorze, takie dosłowne tłumaczenie tekstu angielskiego? Wątpię. Raczej podejrzewam Kaskę o to, że czytelnikowi polskiemu w roku 1971, bo chyba wtedy ukazało się pierwsze wydanie „Kronik marsjańskich”, łatwiej było zrozumieć to pojęcie. Hot dogi dla nas były czymś abstrakcyjnym.
[08:25] - Na początku lat 70. to zupełnie fikcja w ogóle.
[08:28] - Raczej nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Jak się ukazał taki utwór zespołu Led Zeppelin „Hot Dog”, to wszyscy myśleli, że to jest o gorącym psie kawałek, zanim ktoś tam nam wytłumaczył, chyba Piotr Kaczkowski, że chodzi o taki amerykański przysmak. Czyli to jedna sprawa. Nie mam pojęcia, na ile łopatologiczne, a na ile poetyckie jest tłumaczenie Adama Kaski. Musiałby to powiedzieć ktoś, kto dobrze zna oryginał w języku angielskim. Natomiast na pewno jest ono bardzo poetyckie. I jeżeli już mówimy o tych naszych pierwszych doświadczeniach, też dwa zdania o tym, jak ja odczytywałem „Kroniki marsjańskie”. Chodziłem wtedy do ósmej klasy szkoły podstawowej, byłem świeżo po lekturach takich książek, jak wspomniana przez ciebie „Misja międzyplanetarna” czy „Koniec wieczności” Asimova i „Powrót z gwiazd” Lema. Czyli krótko mówiąc na pewno dwie rzeczy bardzo dobre. „Koniec wieczności” i „Powrót z gwiazd” mam na myśli.
Chociaż „Frankfurta” do dziś lubię, ale te dwie, które wymieniłem, to pozycje wyjątkowe, wymagające dość dużego wysiłku percepcyjnego, przynajmniej w moim przypadku. Dla mnie to było odkrywanie nowej literatury w ogóle. I potem, gdy udało mi się przez te książki przebrnąć, gdy je zrozumiałem, dostałem do ręki „Kroniki marsjańskie”. Spodziewałem się po prostu hard SF. I podobnie jak ty, Marku, po przeczytaniu pierwszych dwóch, trzech opowiadań odłożyłem tę książkę, powiedziałem sobie: „Nie, to nie jest dla mnie. To mi raczej przypomina „Planetę Kalgar” Mauricaoota. Coś dla dzieci, bardziej baśniowego. Nie tego oczekuję od fantastyki naukowej. Tu nie było science fiction. Tutaj była po prostu jakaś taka fantazja uciekająca gdzieś tam momentami w stronę baśni.
Ale po jakimś czasie dopiero pomyślałem, że to jest inaczej napisane i w związku z tym może ja powinienem to jeszcze raz przeczytać. I zacząłem od nowa. I zacząłem patrzeć na to, co właśnie moim zdaniem wspaniale zrobił Kaska i wydobył z tekstu. Na poezję. Ja w ogóle nauczyłem się poezji od Raya Bradbury’ego i ja w ogóle zacząłem czytać poezję dzięki „Kronikom marsjańskim”. Gdy tak do nich podszedłem, to książka mnie zafascynowała i uważam ją za jedną z najlepszych, jakie się ukazały w historii literatury fantastyczno-naukowej.
[10:39] - Tak, ale kiedy mówiłem, że wróciłem po jakimś czasie do „Kronik marsjańskich”, to nie powiedziałem, że skłoniło mnie do tego tłumaczenie opowiadań Raya Bradbury’ego, ale tłumaczenia, które znalazły się w innych książkach. Otóż niektóre opowiadania z tomu „Kroniki marsjańskie” ukazały się w „Rakietowych szlakach” wydanych w latach 70. Pierwszy tom był drugim okrojonym wydaniem czegoś, co wyszło w latach 50., a później był drugi tom „Rakietowych szlaków”, to już z nowszymi opowiadaniami. Więc tam były opowiadania z „Kronik marsjańskich”, ale opowiadania z „Kronik marsjańskich” znalazły się też w tomie wydanym w serii Fantastyka Przygoda, tym już trochę takim zmienionym graficznie, a mianowicie w tomie „Kajak Kosmos” Raya Bradbury’ego. I tam też były opowiadania. I powiem ci, że tamte tłumaczenia bardziej mi się podobały. Przypomnę tylko, że w „Rakietowych szlakach” znalazło się opowiadanie „Nadejdą deszcze”. Chyba u Kalki. Nie Kalki. Jak on miał na imię?
Zawsze... Kaski. U Kaski ono się nazywało „Nadejdą ciepłe deszcze”, a tutaj „Nadejdą deszcze”, a to było w „Rakietowych szlakach”, a w „Kajak Kosmos” to chyba „Ciemnoskórzy byli i złotoocy” — taki to był tytuł. I tamte tłumaczenia bardziej mi się podobały po prostu. Ale ponieważ już wszedłem w to uniwersum, w to miejsce literackie Później rzeczywiście wróciłem i ten tom w tłumaczeniu Kaski przeczytałem. Ale i tak wolałem tamte tłumaczenia. Więc powiem tak: tu dochodzimy chyba do jednej konkluzji, że chyba nie ma dobrych i złych tłumaczeń. Jest raczej nasz odbiór danego tłumaczenia. Wiktorowi się nie podobało.
[12:44] - Chyba nie.
[12:45] - Dobrze, sekundkę. Tobie się nie podobało. Tadeuszowi się podobało. Mnie się podobało tak sobie, bo wolałem inne tłumaczenia. Nie sądzę, żeby taka rozbieżność brała się z tego, że coś jest albo dobre, albo złe. Raczej z tego, że mamy różne upodobania, różne rzeczy się nam podobają i już.
[13:03] - Marku, chyba się nie zgodzę z tobą absolutnie zupełnie.
[13:08] - Jakże, się cieszę.
[13:09] - Otóż wielka literatura zachodnia miała to szczęście na rynku polskim, że trafiała dzięki wyśmienitym tłumaczom. Wszystkie największe dzieła zostały przetłumaczone od Werlinga, Gruzińskiego, począwszy, aż po Barańczaka i Słomczyńskiego przez wybitne umysły. Za przeproszeniem chcę ci powiedzieć, Tadeusz, że nie znam żadnej literatury, którą przetłumaczył tłumacz Adam Kaska. W ogóle nie znam tej osoby jako tłumacza. On udostępnił nam „Kroniki marsjańskie”, bo ewidentnie był miłośnikiem. Chwała mu za to, bo dzięki temu mogliśmy to łyknąć. Natomiast rzeczywiście wielcy tłumacze. Mieliśmy ostatnio rozmowę z Krzysztofem Sokołowskim, na czym polega tłumaczenie. Tłumaczenie to jest naprawdę wielka sztuka, robota. A wiesz, jak się prozę, Tadeusz, pisze nieprecyzyjnie, to wiesz co to jest?
Poezja właśnie, którą ty odebrałeś.
[14:25] - Wiktorze, ale ja cię muszę zaskoczyć, bo ja cię lubię zaskoczyć. Ja chciałem ci tylko powiedzieć, że Adam Kaska jest tłumaczem wspomnianej tutaj książki „Koniec wieczności”.
[14:37] - Też kiepska.
[14:38] - Nieprawda.
[14:40] - To piękna książka i tam precyzja była bardzo istotna w „Końcu wieczności” moim zdaniem.
[14:46] - Dzieła Navarony tłumaczył Alistaira Macleoda.
[14:50] - Do tego się nadawał na pewno.
[14:52] - „451 stopni Fahrenheit” w tym tłumaczeniu pierwszym, które się w Polsce ukazało.
[14:58] - Chwała Bogu. Może źle zaczynał po prostu, ale dobrze skończył.
[15:02] - Steinbecka tłumaczył.
[15:03] - To jest zbudowany.
[15:08] - Raymonda Chandlera „Tajemnicę jeziora”. Także nie mów, że to był w ogóle nieznany człowiek. Dobrze, to dajmy się wypowiedzieć Tadeuszowi.
[15:20] - De gustibus non est disputandum est. Być może jestem przywiązany bardzo do tego tłumaczenia. Bardzo. Ja tę książkę wielokrotnie przeczytałem w tym tłumaczeniu, w tłumaczeniu Pauliny Betyry. Pawła Zymki czy tylko raz. Więc może nie potrafię obiektywnie do tej sprawy podejść. Dla mnie w każdym razie był to pierwszy kontakt tak naprawdę z prawdziwą poezją i wydaje mi się, że jest to zasługa nie tylko Raya Bradbury'ego, chociaż przede wszystkim oczywiście jego.
[15:49] - „Wielkiego Gatsby'ego”.
[15:52] - Mówiliśmy tutaj o zbiorze „Kajak w kosmos”. Warto wspomnieć, że w „Kajak w kosmos” ukazały się też opowiadania z wcześniejszego zbioru, bo powszechnie uważa się, że „Kroniki marsjańskie” to właściwie pierwsza książka Bradbury'ego. Pierwszą książką był „Dark Carnival” i z tej książki też są opowiadania w „Kajak w kosmos”. Może warto wspomnieć o tym, bo może nie wszyscy nasi słuchacze wiedzą w ogóle, czym są „Kroniki marsjańskie”. To jest dość istotna sprawa, bo jest to książka wyjątkowa pod wieloma względami, nie tylko w literaturze SF. Otóż „Kroniki marsjańskie” to zbiór opowiadań spiętych taką kompozycyjną klamrą, dzięki której czytelnik odnosi wrażenie, że ma do czynienia z kronikarskim zapisem podboju Marsa przez Ziemian, a właściwie tak na dobrą sprawę przez Amerykanów, bo jakichś innych nacji tam nie ma.
[16:51] - Ale też upadku Ziemi.
[16:53] - Tak, bo tam pojawia się kilka bardzo ważnych pól problemowych, w tym właśnie katastrofa na Ziemi, katastrofa nuklearna. Ale może o tym za chwilę. Wiem, że taka formuła wynikła z potrzeby chwili, gdyż wydawca od Bradbury'ego domagał się powieści, on miał tylko opowiadania. Chciał zbiór opowiadań wydać i w związku z tym wpadł na pomysł, że poukłada je chronologicznie, powiąże z Marsem. Każde opowiadanie będzie miało swoją datę i tytuł, i to będzie przypominało rozdziały. Na tę formułę wydawca się zgodził. I właściwie mówiąc szczerze, do dzisiaj trwają takie dyskusje akademickie, bo to przecież nieistotne wśród fanów, czy jest to powieść, czy jest to zbiór opowiadań. Takie były początki właśnie kariery Bradbury'ego, bo właściwie od tej książki zaczęto go dostrzegać w szerokim świecie, nie tylko związanym z gettem SF. Wcześniej Bradbury pisał opowiadania, które ukazywały się w różnych magazynach, między innymi „Super Science Stories” i co bardzo ważne „Weird Tales”. To jest istotne, ponieważ Bradbury zasłynął swego czasu jako autor bardzo dobrych opowiadań grozy i za swojego mistrza uważa go, uwaga, nie byle kto, sam Stephen King, o czym wspomina w swojej książce „Danse Macabre”.
To jest taka historia amerykańskiego horroru i w tej książce właśnie powołuje się bardzo często King na Bradbury'ego. Uważa, że od niego się wielu spraw nauczył.
[18:36] - Właśnie opowiadań się od niego nauczył. Sposobu, w jaki- ... pisać opo-- może nie nauczył. W każdym razie bardzo był zapatrzony w sposób, w jaki on pisze opowiadania.
[18:46] - Ja się w ogóle zastanawiam, na ile to jest kwestia tego mentorstwa w przypadku Bradbury'ego, a na ile jest to po prostu jakaś cecha amerykańskich twórców fantastyki. Bo King i Bradbury, pomimo że są zupełnie różnymi twórcami, obracają się cały czas w kręgu tych samych klimatów. Są w tych samych miasteczkach, w tych samych opłotkach amerykańskich. Nigdy do centrum nie chcą zajrzeć. Uważają, że tam tętni prawdziwe serce Ameryki. Bradbury mieszkał w Los Angeles, więc w zasadzie nie powinien opisywać takich małych miejscowości, ale one są dla niego najważniejsze. Zarówno te, które widzimy w „Kronikach marsjańskich”. Wtedy, gdy ziemianie stawiają swoje pierwsze osady, wszystkie są na wzór takich miasteczek amerykańskich. A wtedy, gdy Marsjanie stosują sztuczki halucynogenne i omamiają przybyszy z Ziemi, to widzą oni przede wszystkim taką piękną amerykańską, idylliczną wręcz osadę sielankową, taką oazę. To były takie oazy.
Zresztą Bradbury w powieści „451 stopni Fahrenheita” mówi, znaczy nie mówi, tylko bohaterka. Bohaterka mówi do Gaya Montaga, strażaka, głównego bohatera. Tłumaczy mu, czym jest fotel bujany, bo on nie wie, do czego to służy i dlaczego on się buja. Ona mówi: „To jest taki fotel, którego wystawiano kiedyś na zewnątrz domu. Można było na nim usiąść, palić fajkę, zaczepiać ludzi przechodzących, rozmawiać z nimi i tak przyjemnie spędzało się czas”. Dla niego było to nie do wyobrażenia, bo właściwie po co zaczepiać ludzi? Po co z nimi rozmawiać? Po co jakąś konwersację nawiązywać z kimś przypadkowym? I co wtedy będę miał do powiedzenia? Nic.
Fotel bujany miał temu służyć. I wiele innych tego typu bezużytecznych, w cudzysłowie, artefaktów. Bradbury mówił o sobie, że właściwie to on ma fantastykę w genach, bo jego praprababcia, Mary Bradbury, została skazana na procesie czarownic z Salem. Z tym że udało jej się uciec i wyroku na niej nie wykonano. Jej mąż prawdopodobnie przekupił strażnika, wyciągnął ją z więzienia i uciekli gdzieś w okolice stanu Maine. Później, gdy już sprawa czarownic z Salem ucichła, to wróciła do swojej rodzinnej miejscowości. Co jest ciekawe, jakby tak się przyjrzeć, bo ta pani Bradbury miała ciekawych jeszcze innych prawnuków. Pierwszy, którego chyba warto wymienić, to Ralph Waldo Emerson. Znany amerykański filozof transcendentalista, jeśli się nie mylę. Ze współczesnych to chociażby warto wymienić aktora, i nazwisko mi uciekło, przepraszam, ale może powiecie.
Aktora, który odgrywał rolę Supermana. Najbardziej... Może mi się za chwilę przypomni.
[22:11] - Ten, co się później sparaliżował?
[22:13] - Tak. Technicznie żyjący.
[22:15] - Niestety też nie pamiętam.
[22:16] - Ale wiemy, o kogo chodzi. Jak mi się przypomni, to przepraszam, że przerwę, bo ja wtedy od razu krzyknę nazwisko aktora. Bradbury jest jednym z tych praprawnuków Mary Bradbury. A druga sprawa, o której mówi Bradbury. Uważa, że był stygmatyzowany jako dziecko, bo jako dzieciak był w lunaparku, wesołym miasteczku i podszedł do niego iluzjonista, który nazywał się pan Electrico. Nałożył mu ręce na głowę, jakby go namaszczając, i spowodował wyładowania elektryczne w jego włosach. Takie małe pioruny tam wychodziły z głowy.
[22:55] - Ja tego aktora sprawdziłem. Christopher Reeve.
[22:58] - Christopher Reeve. Tak. Przypomniało mi się. Christopher Reeve. Od tego momentu Bradbury uważał, że już nie jest tak do końca z tego świata. I to jest geneza jego zainteresowań. Jego na pewno niekonwencjonalnego, magicznego wręcz patrzenia na rzeczywistość.
[23:24] - Jakbym mógł wchodzić ci w słowo. Tak jak ładnie naświetliłeś to i tak jak kończysz ten speech, że tą magiczną rzeczywistość. Otóż tak naprawdę chyba zgodzicie się, że to, co pisze Ray Bradbury, to właściwie nie jest żadna tak zwana hard science fiction. Zresztą nawet „Kroniki marsjańskie”. Jak prześledzę w tej chwili poszczególne opowiadanka, to są pewne moralitetu. O czym? O miłości, o zbrodni, o podłości, o dobrze i o źle, o głupocie i mądrości. To są takie historyjki. Tło tej całej inwazji, że to się dzieje na Marsie, to nie ma żadnego znaczenia. To by mogło się dziać w zupełnie innym miejscu.
Ray Bradbury robi fajny klimat dzięki temu umiejscowieniu, ale mogłoby się to dziać spokojnie na Dzikim Zachodzie albo gdzieś w Polinezji, w Melanezji, jak przypływają Amerykanie swoimi statkami i tam zakładają swoje miasteczka i tak dalej. Ray Bradbury po prostu nigdy, zresztą nawet „Fahrenheit”, czy to jest science fiction? Ten wątek, który my wyciągamy, a tak naprawdę to jest książka O pewnych wartościach, o książce, o świecie, o szanowaniu i tak dalej. On wykorzystywał pewne rzeczy. W wielu opowiadaniach science fiction ważny jest pomysł techniczny. U Raya Bradbury'ego nie ma takich pomysłów technicznych. Zobaczcie, jak przepięknie zaczynają się „Kroniki marsjańskie” od krótkiego, prawie jednostronicowego opowiadanka, gdzie świat jest skuty lodem, jest wieczna zima, a przynajmniej tak to można wykładać. Jest mróz i śnieg, i nagle niebo się rozpala, chmury się rozstępują, bo co się dzieje? Startują rakiety. Wylatują rakiety w kosmos.
Zaczyna się rakietowe lato. To jest jedyna chwila w życiu tego świata, kiedy jest ciepło od rozgrzanych rakiet. A potem zaczynają się kolejne opowiadanka.
[25:58] - Ale coś powiem. To tak nie jest do końca, że on stał troszeczkę dalej od science fiction, bo jak się przeczyta tom „Kajak. Kosmos”, to tam tej science fiction jest więcej. Chociaż też jest trochę grozy, ale są tam opowiadania w tomie „Kajak. Kosmos” bardzo mocne. „Słup ognia” na przykład. Nie wiem. To właściwie też horror.
[26:21] - Horror. Rodzaj grozy.
[26:23] - Groza. Przecież tam głównym bohaterem tego opowiadania — niewiele zdradzę, postaram się jak najmniej — jest trup, który właśnie się ożywił i jest świadkiem likwidacji cmentarzy. Ale więcej nie będę opowiadał. Ale ja oczywiście muszę wrócić do tego, co mówiliśmy na początku à propos tłumaczeń. Ja mam jedną radę, bo to, co mówiliśmy na początku, czyli jednemu z nas się podobało bardzo, drugiemu nie za bardzo, a trzeci sam się nie mógł zdecydować. To ja. Mam jedną radę. Jeżeli ktoś sięgnie po „Kroniki marsjańskie” w tłumaczeniu pana Kaski i mu nie podejdą, to niech spróbuje sięgnąć po tom. Bo może się okazać, że wszystko jest okej. Ja na przykład dzisiaj, kiedy sobie przeglądałem przed audycją te opowiadania, to dzisiaj akurat mi nie podeszły w tłumaczeniu pana Kaski.
Ale wcale nie musi być tak, że za kilka dni nie będę nimi zachwycony. Niestety jestem człowiekiem chimerycznym i część ludzi w ogóle jest chimeryczna.
[27:30] - A ja w ogóle mam takie zalecenie dla początkujących czytelników, tych, którzy nie znają jeszcze Bradbury'ego, żeby od razu sięgnęli po Paulinę Braiter i Pawła Ziemkowicza, ponieważ to tłumaczenie, jak mówiłem wcześniej, jest bardziej współczesne i na pewno lepiej to przyjmą. W ogóle odradzam w tym momencie Kaskę. Ja, obrońca Kaski, odradzam jednak w tej chwili.
[27:53] - Ale eksperyment może być fajny, bo po przeczytaniu i takim zaprzyjaźnieniu się z „Kronikami marsjańskimi” można później sięgnąć do tłumaczenia.
[28:02] - Po to należy oryginał przeczytać po prostu.
[28:04] - Tych, co odpowiednie języki opanowali w stopniu umożliwiającym czytanie ze zrozumieniem oczywiście.
[28:13] - Ja czytałem Raya Bradbury'ego po angielsku bez zrozumienia.
[28:17] - Ale ładnie brzmiało, nie?
[28:18] - Tak! Płynność języka, brzmienie języka angielskiego, które wyniosłem właściwie wyłącznie z Doorsów, Beatlesów i Pink Floydów, przekoczowało mi to. Przyglądałem się temu tekstowi. On był bardzo płynny, bardzo piękny. Może się mylę. To by trzeba było tłumacza takiego jak Sokołowski zapytać, jak rzeczywiście Bradbury pisał. Czy ładnie, czy brzydko.
[28:45] - Tutaj jeszcze dodam, bo wspomniałeś wcześniej „451 stopni Fahrenheita” właśnie jako przykład takiej książki, która nie jest hard SF. Oczywiście, że nie jest hard SF i tutaj się całkowicie z tobą zgadzam. Tak samo jak „Kroniki marsjańskie”. Można dyskutować, czy to w ogóle jest SF. A w przypadku Fahrenheita pamiętam, że Marek Oramus w jednym ze swoich esejów uznał tę książkę za jedną z najwybitniejszych antyutopii, jakie się pojawiły w XX wieku. Wymienia go jednym tchem obok „My” Zamiatina, „Nowego wspaniałego świata” Huxleya, „1984” Orwella i co ciekawe, obok „Małej apokalipsy” Konwickiego. I uważa, że piątą książką jest— kolejność może nieistotna. Jedną z nich jest właśnie powieść Bradbury'ego. I w tym momencie staje się to już książka mainstreamowa. Książka, którą sobie cała wielka kultura, znów cudzysłów użyję, przywłaszczyła.
[29:43] - Nie tylko wielka, ale również popkultura, bo odniesienie się do Fahrenheita w filmach zupełnie pulpowych to mnóstwo tego jest.
[29:55] - Tak, ale jeśli chodzi o „Kroniki marsjańskie”...
[29:58] - Można jeszcze coś dodać?
[29:59] - Oczywiście.
[30:01] - Mówiłeś jeszcze, Witomirze, że w „Kronikach marsjańskich” każda nowela, każde opowiadanie jest właściwie moralitetem i mówi o ważnych sprawach. I zgadzam się zupełnie. Też nie ma tutaj między nami dyskusji, ale wydaje mi się, że zarówno „Kroniki marsjańskie”, jak i „Fahrenheit 451” — przepraszam, „451 stopni Fahrenheita”, bo tak powinno się ten tytuł podawać — są to rzeczy mówiące o bardzo ważnych sprawach, które miały miejsce w czasie, gdy Bradbury te teksty pisał. I to jest bardzo istotne. My na przykład mamy na to spojrzenie takie zupełnie... Ja już mówiłem wcześniej o tych hot dogach, że my byśmy tego nie zrozumieli. My też nie rozumieliśmy tego, czym był makkartyzm, czym była komisja senacka McCarthy'ego, czym było tropienie czarownic. Ja wiem, że w czasie, gdy Bradbury pisał „Kroniki marsjańskie” w Stanach był makkartyzm, a u nas był stalinizm. Porównanie makkartyzmu ze stalinizmem. Coś wspólnego te dwa systemy ma.
Nie wiem, jak to nazwać. Dwa ohydztwa, tak to nazwę, miały. Natomiast różnica jest jak pomiędzy komarem a słoniem.
[31:16] - Dokładnie.
[31:16] - Jeśli chodzi o możliwość działania, bo w czasach McCarthy'ego można było jednak głośno krzyczeć i mówić, że coś się komuś nie podoba. Można było za to dostać po głowie. Natomiast w czasach w Europie Środkowo-Wschodniej to było w ogóle nie do pomyślenia, żeby wyrazić jakąkolwiek niezależną opinię. Co jest ciekawe, Bradbury w ogóle się w politykę nie wdaje, chociaż używa jednego słowa. Słowa, które drażni polskiego czytelnika. „Komunizm” pojawia się w jednym z tekstów, w opowiadaniu „Asher 2”, gdzie bohater i właśnie u Kaski jest inaczej z Pauliny Breiter. U Kaski pada takie zdanie, że komunizm to słowo, za które warto było umrzeć, natomiast u Pauliny Breiter, że komunizm to słowo, za które niektórzy umierali. Nie jest to tożsame. Więcej oczywiście takich stosunków nie ma. Nie dziwię się, że Bradbury jednak swoje lewicowe sympatie w pewnym momencie przekazuje w „Kronikach marsjańskich”, ponieważ jest to jego reakcja na komisję senacką McCarthy'ego.
To jest taki jeden moment polityczny. Co jest ciekawe, amerykańscy pisarze SF bardzo dziwnie podchodzą do różnych problemów politycznych, które dotknęły Stany Zjednoczone. Bradbury właśnie widzi McCarthy'ego jako potworne zło, a Philip K. Dick na przykład uważał za absolutnie strasznego, okrutnego dyktatora Richarda Nixona i właściwie zestawia go z najgorszymi postaciami z historii. Uważał, że najgorsze postacie, jakie były, to chyba Kaligula, Hitler i Nixon. Widać jak niektórzy i to nawet bardzo dobrzy, bardzo wnikliwie obserwujący rzeczywistość pisarze amerykańscy SF byli czasami naiwni.
[33:06] - Ale wiesz, taka sama naiwność jest dzisiaj na przykład w Polsce. Jeżeli się przedstawia jako największe zło na przykład pana Kaczyńskiego, to znaczy, że się małe ma pojęcie o źle jako takim .
[33:22] - Nie wiem, to kwestia inklinacji politycznych. Natomiast ja chciałbym wrócić do „Kronik marsjańskich” mimo wszystko. Powiem tak. Dla mnie opowiadaniem, które wstrząsnęło mną najbardziej w tym drugim czytaniu, kiedy byłem późnym nastolatkiem, to było opowiadanie, które dzieje się na Ziemi. Opowiadanie, o którym już wspominałem, czyli „Nadejdą deszcze”. Ja byłem w takiej fazie. To były takie czasy, że wojna atomowa gdzieś tam wisiała nad nami, a ja byłem z tego gatunku młodych ludzi, którzy z racji czytania fantastyki wyjątkowo mocno bali się tego i wyobrażali sobie to. Jak przeczytałem „Nadejdą deszcze”, to było coś jak uderzenie pioruna. Po prostu nie mogłem się otrząsnąć po tym opowiadaniu. Znowu, żeby nie opowiadać za dużo, to jest opowiadanie o umieraniu domu.
Pewne wizjonerstwo oczywiście wtedy ze strony Bradbury'ego. Dzisiaj inteligentne budynki gdzieś tam z tą sztuczną inteligencją otaczają nas. A to, co opisuje Bradbury było wizjonerskie. To, co tam widzimy, ale też wizjonerska była ta otoczka. Ten umierający dom i ostatnia scena, o której nie powiem. Ostatnie dosłownie kilka zdań mną jako młodym człowiekiem niezwykle wstrząsnęły. Byłem tak poruszony, że oczywiście nastolatki mają to coś takiego, że przesadzają, ale chodziłem jak nieprzytomny przez tydzień, może nawet dłużej. Byłem pod takim wrażeniem tego opowiadania. Nie dlatego, że było z „Kronik marsjańskich”, tylko dlatego, że uderzyło w ten czuły punkt, który tak mocno przeżywałem.
[35:24] - Trzeba tutaj podkreślić z całą siłą, że siła Bradbury'ego to jest dokładnie ta empatia, wrażenie, które się odnosi. To przeżycie, że to chwyta za gardło albo wzrusza, albo niepokoi. W każdym razie budzi emocje. To nie jest przemowa wyłącznie do rozumu. To boli po prostu. Jeśli ma sprawiać ból, to rzeczywiście czytającego boli, a nie jest abstrakcją taką, że z rozumu może wynikać, że powinienem się bać, więc się boję. Dlatego prawdopodobnie te koligacje między Bradburym i Stephenem Kingiem są takie bliskie, bo po prostu wiarygodność powinna być taka, że jeśli się czyta, to tak, jakbyś wchodził w tą rzeczywistość inną, obcą, choćby totalnie abstrakcyjną, wymyśloną przez Stephena Kinga. Dotykasz tego i to parzy albo chłodzi, zmraża. A mnóstwo literatury jest obojętnej. Ray Bradbury literatura ma to do siebie, że ją przełyka większość miłośników takiej twardej science fiction, jak również fantastykę naukową, ale mogą ją również przełknąć ci, którzy nie trawią w ogóle tego typu literatury.
To jest taka literatura pogranicza. Taki kundel. Chwała Bogu, inteligentny jest większość kundli.
[37:04] - Z tego stopnia byłem poruszony opowiadaniem, o którym wspominałem.
[37:09] - Że tego wiersza, który tam jest nauczyłem się na pamięć. Nie będę go recytował, oszczędzę.
[37:15] - Ale powiedz!
[37:16] - Nie.
[37:17] - Poczekaj, Marku. Nie!
[37:18] - Wiesz, na czym polega problem? Ja nauczyłem się jednego wiersza, a jego się było łatwo nauczyć, bo miał proste rymy. Zastosował tłumacz. Ale później znalazłem ten wiersz jeszcze przynajmniej w trzech innych tłumaczeniach. Wszystkie były poruszające, a ja znam tę najprostszą, bo taka się tam znalazła.
[37:39] - Marku, ja mam prośbę do ciebie. Otóż tym słuchaczom, którzy Raya Bradbury'ego nie czytali, żeby złapali wiatr, złapali wymiar tych opowiadań. Weź mocno z tego opowiadania zacytuj.
[37:54] - Ale tego wiersza nie napisał Bradbury.
[37:57] - Wiem, ale motto do opowiadania.
[37:59] - Dobrze, mogę kawałek powiedzieć. „Nadejdą ciepłe deszcze, wzejdzie z ziemi zapach. Jaskółki śmigną po nieba pułapach. Wieczorem w sadzawce żab zabrzmi kumkanie i dzika śliwa w drżącej bieli stanie. Gile przywdziawszy pióreczka ogniste na drutach płotu zasiądą ze świstem.” Nikt się nie dowie, że wojna gdzieś wre. Nikt się nie dowie, gdy ucichnie i zniknie. I obojętne to drzewom, ptaszynom, choćby lud ludzki do szczętu wyginął. A wiosna rankiem przebudzona z drzemań zaledwie pozna, że nas tu już nie ma.
[38:44] - Cholera, podziwiam twoją pamięć. Dlaczego ja namawiałem Marka, żeby to powiedział? Przecież to jest, jakby naszych wieszczów słuchasz. Słowackiego, Mickiewicza. Normalnie przepowiednie o Polsce, o ludzkości i te odniesienia. To jest dokładnie ten sam klimat. I u Raya Bradbury'ego też klimat tego odnoszenia się do człowieczeństwa, do człowieka jako takiego istnieje.
[39:13] - Jeszcze tylko jedną rzecz. Ale żeby pokazać, jak różne tłumaczenia są, to zacytuję końcówkę. Tu już tym razem czytam końcówkę tego wiersza w innym tłumaczeniu. „I nawet wiosna sama zstępując na ziemię nie pomni, że odeszło całe ludzkie plemię.” Zobacz, jak różnie można to tłumaczyć.
[39:33] - Jeszcze tylko chciałem o głównej wymowie opowiadania powiedzieć dwa zdania. Ja się zgadzam, że jest to jedno z najlepszych opowiadań w „Kronikach marsjańskich”, bo ono mówi właśnie o apokalipsie. Dzisiaj byśmy nazwali ten tekst tekstem postapokaliptycznym, bo ludzi już nie ma. I właśnie o to chodzi, że był on przejmujący, dlatego, że na tle różnych tekstów SF, które się wtedy ukazywały i które prezentowały zagładę ludzkości.
[40:09] - W sposób praktyczny.
[40:10] - Tak. To wyróżniał się tym, że w ogóle o tej zagładzie tam słowa nie było.
[40:18] - Tak jest.
[40:18] - Widzieliśmy tylko jej efekty i skutki. I ja do dziś pamiętam obraz tej sfotografowanej na ścianie dziewczynki z piłką sfotografowanej fleszem. Przez ten błysk towarzyszący wybuchowi nuklearnemu. I uwieszona ta dziewczynka i jeszcze chyba pies na ścianie domu. Na zawsze żywcem sfotografowana. Ten obraz pozostanie mi do końca i moim zdaniem ten tekst miał znacznie bardziej antywojenną wymowę niż cała masa tekstów SF, w których pokazywano, jak to różne mocarstwa mogą wojnę rozpętać i ją poprowadzić. Oczywiście pomijam jakieś groteskowe, udane rzeczy, jak na przykład „Dr Strangelove”, ale jedynym tekstem, który mógłby korespondować z opowiadaniem „Nadejdą ciepłe deszcze”, jest oczywiście powieść Nevila Shute'a „Ostatni brzeg”. No i oczywiście film Stanleya Kramera, który powstał na podstawie tej powieści i w filmie Stanleya Kramera, bo teraz nie pamiętam, czy w książce jest podobnie, ostatnia scena jest szokująca, bo widać już tylko i wyłącznie gazety, papiery, śmieci, które się tam wałęsają po ulicach, wiatr nimi przesuwa. Nie ma już nigdzie ani jednej żywej istoty, ani człowieka, ani zwierzęcia. Widać tylko wielką pustkę.
I to miasto nie jest zniszczone.
[41:54] - Bo padł tylko dotąd.
[41:56] - Tam tylko dotarł opad radioaktywny.
[42:01] - To jeszcze jedno tłumaczenie tego ostatniego wersu. W każdym razie jeszcze jedno tłumaczenie. „I sama wiosna, budząc się o świcie, nie wie, że nasze skończyło się życie.”
[42:17] - Proszę bardzo.
[42:18] - Jak różnie można. To taki przyczynek do początku naszej dyskusji, kiedy rozmawialiśmy o tym, jak różnie można tłumaczyć. Ten wiersz też jest różnie przetłumaczony i za każdym razem pięknie. Jeśli zna się kontekst, w jakim został zacytowany, to jest tym piękniejszy, tym robi większe wrażenie po prostu. Tadeuszu, ale w tomie, o którym ty nam opowiadałeś, który wyszedł niedawno w wydawnictwie Mag. Bo to tłumaczenie Pauliny Breitner i Pawła Ziemkiewicza chyba się pierwszy raz w latach 90. pokazało.
[42:54] - Chyba w 1997.
[42:56] - Chyba tak. Natomiast teraz mamy zbiór, w którym oprócz „Kronik marsjańskich” są jeszcze inne utwory z innych tomów. Powiedziałeś, że to trzy książki w jednym. Cóż takiego?
[43:09] - To są chyba trzy najbardziej znane zbiory opowiadań Raya Bradbury'ego. Oczywiście „Kroniki marsjańskie”. Zaraz po nich jest „Człowiek zilustrowany”. A zamyka tom zbiór trzeci pod tytułem „Złociste jabłka słońca”. Ja swego czasu znałem to jako „Złote jabłka słońca”. Różnią się te zbiory od „Kronik marsjańskich” tym, że po prostu nie ma tu już takiej nadrzędnej myśli kompozycyjnej, jakiegoś takiego leitmotivu, który te opowiadania mógłby splatać. Miało tak być w „Człowieku ilustrowanym”, że rzeczywiście pojawia się taka tajemnicza postać na samym początku. Człowiek, który ma na skórze ilustracje. Nie, on się obraża, gdy mówi się, że są to tatuaże. To nie są tatuaże, tylko ilustracje na skórze.
I każda z tych ilustracji może opowiadać jakąś historię. Ktoś, kto się wpatruje bardzo uważnie w ilustracje na skórze, zaczyna być częścią tej historii, która tam jest opowiadana.
[44:10] - A są tam historie grozy też?
[44:12] - Są historie grozy, są historie science fiction. Swego czasu miałem to szczęście albo pech, jak kto woli, że widziałem wcześniej film Jacka Smitha pod tytułem „Człowiek ilustrowany”, gdzie bardzo fajnie to zostało zrealizowane. Właśnie to łączenie tych historii, które są na skórze z rzeczywistością, w której ilustrowany człowiek z głównym bohaterem rozmawia przy ognisku. Tutaj tego właśnie nie ma w tym tekście. To jest właśnie pomysł twórców filmu. Szkoda, bo ten człowiek ilustrowany pojawia się tutaj zaledwie dwa, trzy razy. Ponadto te opowiadania istnieją zupełnie niezależnie od siebie i możemy tylko sami sobie dorysowywać je gdzieś na skórze tego tajemniczego człowieka. Są to opowiadania, przyznaję szczerze, którymi w dużym stopniu się rozczarowałem. Tutaj też opowiem swoją prywatną historię, jeśli chodzi o Brada Burry'ego, bo ja bardzo zachwalałem „Kroniki marsjańskie”. Mówiłem, że jest to jedna z najlepszych książek science fiction swego czasu.
Nawet mówiłem, że najlepsza i w ogóle, że jest to najlepsza książka, jaką w swoim życiu przeczytałem. Dzisiaj już tak nie mówię, po prostu bo się zmieniłem. Ale ludzie znali mnie od tej strony. I ja to zdanie powtarzałem chyba jeszcze przez 20 lat po tym, jak ostatni raz „Kroniki marsjańskie” czytałem i bałem się. Teraz zacząłem się bać, że po prostu skompromitowałem się. Krótko mówiąc, że być może to jest tylko i wyłącznie to, co czułem wtedy, gdy miałem lat 14, 15, gdy czytałem to po raz pierwszy i że Bradbury tak naprawdę stał się już jakimś mistrzem i teraz kimś nie jest. I do ręki wpadła mi powieść kilka lat temu „Jakiś potwór tu nadchodzi”. Zacząłem ją czytać i odetchnąłem z ulgą. Tak, Bradbury dalej jest mistrzem. Cały czas jest mistrzem.
Mogę spokojnie spać, mogę mieć spokojne sumienie. Ludziom nie naopowiadałem żadnych głupot. Natomiast „Człowiek ilustrowany” to właśnie jest zbiór gorszy od „Kronik marsjańskich”. Tutaj widać, jakby pojawiły się teksty, które Bradbury chyba do szuflady odłożył i potem w ostatniej chwili je wyciągnął, żeby opublikować niedokończone. Niektóre takie jakby Bradbury tylko chrząkał, zamiast coś głośno powiedzieć lub krzyknąć. Na szczęście są tu też oczywiście opowiadania bardzo dobre. Są też opowiadania marsjańskie.
[46:31] - No właśnie, o to chciałem zapytać. Jak sądzisz, to są jakieś odrzuty z „Kronik marsjańskich”?
[46:35] - Mi się wydaje, że to są odrzuty, choć niekoniecznie, ale takie wrażenie odnoszę. Na przykład opowiadanie pod tytułem „Wygnańcy” to jest opowiadanie, które jest jakby takim podskryptem do opowiadania „Usher II” z „Kronik marsjańskich”. Tam była mowa o literaturze zakazanej, głównie o fantastyce, o dziełach Edgara Allana Poe. Natomiast w „Wygnańcach” występuje sam Edgar Allan Poe. Pojawia się Edgar Allan Poe, pojawia się Ambrose Bierce, pojawia się Howard Phillips Lovecraft, czyli ci najwięksi twórcy grozy amerykańscy. Pojawia się także William Szekspir. Wszyscy mają między sobą dobre relacje. Pojawia się też Dickens. Dickens przez pomyłkę, bo Dickens mówi, że on absolutnie nie powinien tutaj być, bo on jak najbardziej jest realistą, pisze rzeczy realistyczne i wy to jesteście skazani na pobyt tutaj, bo jesteście fantastami. „A dlaczego ja tu jestem, to nie wiem w ogóle” — mówi Dickens.
I Poe mu tam przypomina, że przecież napisał „Opowieść wigilijną”. „No tak, jedna “Opowieść wigilijna” i od razu znalazłem się tutaj między wami. Wszystko przez tę ‘Opowieść wigilijną’. No i kilka historii o duchach jeszcze napisałem, a ponadto w ogóle fantastyką się nie zajmowałem.” Dickens jest zgorszony tym, że musi w tym towarzystwie przebywać i w ogóle nazywa Edgara Allana Poego, który go odwiedza z czarnym kotem na rękach, bardzo dziwnym człowiekiem, którego nigdy nie będzie w stanie zrozumieć. W każdym razie dlaczego ci panowie są na Marsie? Na Marsie są w bardzo fajnym otoczeniu, bo znajdują się w takim wielkim domiszczu, które przypomina do złudzenia dom Usherów. Dalej są bagna, dalej są jakieś wrzosowiska i pola, na których czarownice warzą różne mikstury.
[48:27] - To takie szekspirowskie.
[48:29] - To jest szekspirowskie jak najbardziej. Co więcej, zaczyna się w ogóle opowiadanie od cytatu z „Makbeta”. Czemu oni tam wszyscy są? Dlatego, że na Ziemi oni są zakazani i będą na Marsie tak długo jako takie ucieleśnione dusze pokutować, tak długo, jak długo jeszcze jakieś książki zostaną. W pewnym momencie zaczyna znikać Ambrose Bierce i rozpływa się w powietrzu. Bo się okazuje, że już ostatnią książkę Ambrose'a Bierce'a właśnie spalono. I właśnie Edgar Allan Poe martwi się tym, że kiedyś też się rozpłynie. Tematem opowiadania, bo też podobnie jak ty, Marku, nie chcę streszczać, jest przybycie rakiety. Rakiety z książkami fantastycznymi, między innymi z dziełami Poego, Lovecrafta i wymienionych przeze mnie twórców.
[49:22] - Ale zwróć uwagę, jak podkreślałeś na początku, jak Amerykanie, szczególnie Ray Bradbury, swoją rzeczywistość
[49:30] - Kreują na rzeczywistość cywilizacyjną. Jakoś nie było na tym Marsie Sołżenicyna, Bułhakowa ani żadnych innych.
[49:40] - Sołżenicyn też nie mógł, bo Sołżenicyn jeszcze jako pisarz nie istniał w tym czasie, gdy pisał „Bredbury”.
[49:47] - Ależ był.
[49:48] - Bułhakow tak. Bułhakow jakby się znalazł, byłoby fajnie. Oczywiście to jest amerykańska rzeczywistość i my cały czas mówimy właściwie o amerykańskiej kulturze, o amerykańskich problemach głównie.
[49:57] - Bardzo fajnie. My, Polacy, mamy taką ochotę do uniwersalności, żeby się zajmować i leczyć cały świat albo go rozumieć przynajmniej.
[50:07] - Niektóre są uniwersalne i o nich na pewno zaraz będziemy mówić. Drugie opowiadanie, które też jest takim postscriptum do opowiadania z „Kronik marsjańskich”, to opowiadanie pod tytułem „Na wozie”. Teraz nie pamiętam tytułu oryginalnego opowiadania z „Kronik marsjańskich”. Spróbuję znaleźć. To chyba było opowiadanie „Droga przez tworza”. W oryginale to była „Droga przez tworzech”, a tutaj mamy dalszy ciąg pod tytułem „Na wozie”. Przypomnę „Droga przez tworzech” to było o exodusie czarnych mieszkańców Ameryki na Marsa, którzy uciekają od rasowego ucisku, od segregacji rasowej. Bo to są te czasy, kiedy Bradbury pisał „Kroniki marsjańskie”, lata 40. i początek lat 50., kiedy segregacja rasowa Stanach Zjednoczonych była czymś zupełnie normalnym.
[51:01] - I potem takie teksty jak Brunia i Trępki „Zagubiona przyszłość” zupełnie nikogo nie powinny dziwić, nie?
[51:10] - Nie, nie powinny dziwić. Chociaż oczywiście Bradbury na to miał, krótko mówiąc, lepiej ten problem dostrzegał. Bo dla Brunia i Trępki wydaje mi się mimo wszystko abstrakcyjny, co podkreślają jeszcze ilustracje w książce „Zagubiona przyszłość”. Ale już nie będę ich komentował, chociaż książka jest fajna. Ale wracając do tego opowiadania. Czarni opuszczają Amerykę, uciekają na Marsa. Ci biali, którzy zostają w tych miasteczkach, bo to znów jest miasteczko oczywiście amerykańskie pokazane, w samych miasteczkach gdzieś tam na południu zauważają nagle, że zniknęło coś bardzo ważnego.
[51:50] - Nie ma kto po nich sprzątać, nie?
[51:54] - Nie. Właśnie chodzi o to, że zniknęło coś więcej. Coś, co było bardzo ważne. Nie potrafią sobie uświadomić co. Natomiast w opowiadaniu, które znalazło się w „Człowieku ilustrowanym” „Na wozie” mamy odwróconą sytuację. Ukazana jest już osada zbudowana przez czarnych na Marsie, przez czarnych osadników i oni sobie tam żyją według własnego pomysłu na życie. Cieszą się, że uwolnili się od białych. Tam nie ma oczywiście ani jednego białego, tylko czarni mieszkają w tej osadzie. I dowiadują się, że przybędzie tutaj niedługo rakieta z białym człowiekiem. W związku z tym zaczynają się przygotowywać do przywitania tego białego człowieka.
Robią napisy w autobusach, w teatrach, w kinach: „Tylko dla białych”. Przygotowują się do segregacji rasowej. Ustalają, że jeden lincz tygodniowo może być, chociaż niekoniecznie na jednym białym. Może kilku raz w tygodniu. Dokładnie chcą zrobić to wszystko, co im robiono na Ziemi. I przygotowują się tak, że gdy rakieta ląduje, to przychodzą ze sznurami i z tym wszystkim, co do linczu jest potrzebne, bo w ten sposób chcą przywitać pierwszego białego człowieka. Czyli Bradbury tutaj się okazuje człowiekiem, który po prostu nie jest jakoś, o co można by się obawiać, ideologicznie skrzywiony. On mówi prawdę o ludziach. Prawdę o ludziach białych i o ludziach czarnych.
[53:28] - Przyszła mi taka refleksja, że Bradbury, kiedy to pisał, dobrze znał ludzką naturę. Natomiast gdyby to napisał dzisiaj, to ja się obawiam, że kilku nawiedzonych ideologów powiedziałoby mu kilka nieprzyjemnych rzeczy. Myślę, że z doświadczeń nasi słuchacze mogą wywnioskować, jak to wygląda. Kiedy biały mówi o czarnych, to na pewno jest rasistą. Ale kiedy odwrócimy taką sytuację, to ten czarny ma prawo. Troszkę dzisiaj w tę stronę to zaczyna żeglować, że właściwie czarni zaczynają się zachowywać tak właśnie jak w tym drugim opowiadaniu, ale to już nie jest rasizm. Z opowiadania Bradbury’ego wynika coś innego i myślę, że on jest bliższy prawdy, a nie ta dzisiejsza polityczna poprawność, która każe nam różne takie maski przywdziewać i mówić, że coś jest dobre, coś jest złe, bo często nie jesteśmy przekonani wcale.
[54:37] - Marku, ta polityczna poprawność tak naprawdę jest rasistowska. Właśnie dlatego, że dzieli. Ray Bradbury nie patrzy na rasę, tylko mówi o człowieku.
[54:49] - O to chodzi. Dlatego myślę, że w ogóle niepotrzebnie panowie mówicie o poprawności politycznej i o ideologizacji rasizmu lub temu spodnych postaw, ponieważ jest tu mowa tylko i wyłącznie o człowieku. O człowieku, który w określonych okolicznościach jest katem albo ofiarą i bardzo lubi często przyjmować jedno i drugą rolę.
[55:10] - Czy jest człowiekiem czy Marsjaninem, to nie ma znaczenia.
[55:13] - Czy jest czarny czy biały to też nie ma znaczenia.
[55:16] - Tadeuszu, ja to mówię całkiem z premedytacją.
[55:19] - Ja wiem, że mówisz to z premedytacją. Ja z premedytacją się przeciwstawiłem temu, ponieważ myślę, że właśnie ten tekst jest uniwersalny.
[55:26] - Tak, ale ja się z tym zgadzam. Ja tylko mówię o percepcji tego tekstu.
[55:30] - A zwróćcie uwagę, że jednak ukazał się w roku 2019 po raz pierwszy. Nie, po raz pierwszy nie. Przepraszam. „Człowiek ilustrowany” już był wcześniej wydany. No ale ukazuje się.
[55:40] - To się ukazuje u nas. Ja nie wiem, czy przypadkowo Ray Bradbury nie ma kłopotów w Stanach Zjednoczonych.
[55:46] - Przynajmniej w paru stanach na pewno.
[55:48] - Tam się o pewnych rzeczach po prostu nie mówi albo się tego nie dopuszcza. Bliskie jest mi spojrzenie Raya Bradbury'ego, ale obawiam się, że to nie jest powszechne. Ale zostawmy to. To może nie jest najważniejsze akurat w tym przypadku.
[56:04] - Istotne jest to, że to był problem, który nurtował Bradbury'ego i problem relacji pomiędzy białymi i czarnymi mieszkańcami Ameryki. Można powiedzieć wyeksponował w tych dwóch tekstach. Także to nie była dla niego sprawa marginalna na pewno.
[56:22] - Ja powiem tak: siła rażenia „Kronik marsjańskich” musiała być spora, bo w latach 70. natknąłem się przynajmniej na kilka tekstów, a już na pewno na kilka tekstów pochodzących zza naszej wschodniej granicy, ze Związku Radzieckiego, które mniej lub bardziej udatnie starały się naśladować to, co pisał Bradbury. O ile dobrze pamiętam, była taka seria z siódemką. Tam się od czasu do czasu jakieś tomy związane z fantastyką ukazywały i w jednym z nich trafiłem na pewien cykl. Już nie pamiętam nawet autora, ale na pewien cykl, który też opisywał, tym razem radziecką eksp-
[57:09] - To były trzy tomy: „Fantastyczna siódemka”, „Groźna planeta” i „Siedem fantastycznych wynalazków” bodajże. I to były zbiory opowiadań.
[57:18] - Był jeszcze chyba później. Nieważne.
[57:21] - Tam gdzieś ten tekst-
[57:22] - Możliwe. Tam były przynajmniej dwa teksty o radzieckim podboju Marsa. Też były na przykład jakieś jeziorka, które wciągały kosmonautów, przemieniały. Nieważne. Wiem, że już wtedy wiedziałem, że oryginał jest lepszy. To znaczy, to się nie udało. Wszelkie podróbki na ogół gorzej wychodzą. Nie mówię, że to zasada ogólna, bo pewno nie, ale w tym wypadku te podróbki nie były udane. Brak tam było poezji. Za bardzo jednoznaczne to było.
Znowu ja ostrzegam przed jedną rzeczą. Właściwie zwracam na pewną rzecz uwagę, że Mars u Raya Bradbury'ego jest tylko punktem wyjścia do różnych rozważań, różnej natury. Natomiast później pojawiło się sporo książek, dla których Mars jest elementem głównym i to należy odróżniać. Patrząc na filmy, „Czerwona planeta” czy jakieś jeszcze inne dotyczące eksploracji Marsa, to są zupełnie inne. Nie te klimaty. Po prostu łączy je Mars jako pewne miejsce w naszym Układzie Słonecznym, pewne miejsce w kosmosie. Ale to zupełnie nie te klimaty. „Kroniki marsjańskie” są specyficzne, są specjalne, są unikalne wreszcie.
[58:54] - Tutaj się w pełni zgadzam. Każda podróbka, w ogóle podróbek nie powinno być. I niedobrze, że niektórzy próbowali coś takiego robić. Natomiast myślę, że jest bardzo wielu bardzo dobrych pisarzy SF, którzy są zafascynowani Bradburym i widać to w ich twórczości. To są ukłony w stronę Bradbury'ego. I tutaj pozwolę sobie wymienić, chociażby jeden z pierwszych tekstów Rafała Ziemkiewicza „Polana”. Jeśli się nie mylę, taki tytuł „Polana” w „Młodym Techniku” się ukazał, bo tam zadebiutował Rafał Ziemkiewicz. To właśnie tekst stuprocentowo Bradburyowski. Jest to oczywiście tekst jak najbardziej oryginalny i wyraźnie widać, kto jest mistrzem dla Ziemkiewicza. To jest jego ukłon.
Oczywiście to jest „Marzenie” Wiktora Żwikiewicza, w którym autor przedstawił swoją fascynację Bradburym. To jest strasznie Bradburyowskie opowiadanie, aczkolwiek napisane zupełnie inaczej, bo to jest twój tekst i widać twoje pióro, bo jesteś osobowością co najmniej tak samo silną jak Bradbury i dlatego musiałeś to inaczej napisać. A jednocześnie tam jest Bradbury. Bradbury, którego ja nazywałem swego czasu takim lirnikiem fantastycznonaukowym. To jest też twoje opowiadanie, Marku, „Kapłanka” z „Nadciąga burza”. To też jest opowiadanie, w którym widać, że jesteś zafascynowany Bradburym i to jest piękne, bo wy, panowie, po prostu oddajecie hołd wielkiemu pisarzowi. I mi się wydaje, że nie ma dobrego pisarza science fiction za wyjątkiem Stanisława Lema, który Bradbury'ego nie lubił. Nie ma dobrego pisarza science fiction, który naprawdę gdzieś tam w pewnym momencie nie przyznałby się w swoim tekście, swojej prozie do fascynacji Bradburym.
[01:00:38] - Czy ty, Tadeusz, pamiętasz, bo powiedziałeś o tym, więc o to zapytam, bo ja nie pamiętam, dlaczego Lem nie lubił Bradbury'ego. Kojarzysz?
[01:00:45] - Lem w ogóle nie lubi amerykańskich pisarzy science fiction.
[01:00:48] - Ale niektórych cenił bardziej.
[01:00:49] - Napisał książkę „Fantastyka i futurologia”, którą uznano za hołd na amerykańską SF. Właściwie na dobrą sprawę Lem... To bardzo dobra książka, bardzo mądra książka. Książka, którą na pewno należy przeczytać. Jeżeli ktoś chce coś wiedzieć o złotej erze SF, szczególnie do momentu, gdy powstała Nowa Fala. Lem momentami wręcz nie szczędzi najbardziej takich już obrzydliwych epitetów pod adresem amerykańskich twórców, czasami nazywając ich wręcz idiotami. Na przykład za głupka uważa Kurta Vonneguta, chociażby. No i zresztą wielu innych. Bradbury'ego nie lubi dlatego właśnie, że Bradbury po prostu lekce sobie waży naukowość. Nie można pisać rzeczy, które są absurdalne, które są nielogiczne, które podważyć może uczeń ze szkoły podstawowej, który ma trójkę z plusem z fizyki.
W związku z tym Lem nie lubi Bradbury'ego. Jedynym pisarzem, trzeba dodać, którego cenił sobie Lem i którego wyróżnił w całej fantastyce i futurologii, jest Philip K. Dick.
[01:02:02] - Olafa Stapledona.
[01:02:05] - Olafa Stapledona. „Pierwsi i ostatni ludzie”. Bardzo szczegółowo omówił tę książkę, ale wytknął też jej wady. Natomiast jeśli chodzi o „Jubila”, to dla niego była cudzym mistrzostwem świata pod każdym względem.
[01:02:18] - Zresztą w jego serii „Stanisław Lem poleca”.
[01:02:23] - Tak.
[01:02:24] - Za co mu zresztą Dick podziękował, oskarżając go później o to, że w ogóle Lem nie istnieje i jest właściwie tworem zbiorowym i elementem odczepiania KGB.
[01:02:36] - Lem w sposób trochę cyniczny potraktował Dicka, przy całej sympatii mojej do Lema. Gdy Dick miał odebrać honorarium w Krakowie, bo tylko tam mógł odebrać, musiał przyjechać specjalnie do Polski, żeby dostać 50 000 złotych za „Jubila”. Napisał list do Lema i się spytał, jak to rozwiązać. Lem mówi: „Będzie cię stać przynajmniej na bilet w jedną stronę, jak weźmiesz te 50 000. W drugą stronę musisz już sobie zapłacić sam. Przyjeżdżaj, Phil.” Dick uznał, że to jest po prostu kpina. Od tego momentu już przestał lubić Lema i zaczął, wiadomo, miał paranoiczną osobowość, doszukiwać się różnych różności i doszedł do wniosku, że Lem to jest agenda KGB. Ja tylko powiem jeszcze o Lemie jedno zdanie i już kończę. Wracam do Bradbury'ego, że w sumie podziękowali mu pisarze amerykańscy za to, co napisał o fantastyce i futurologii i wyrzucili go ze stowarzyszenia Science Fiction Writers of America, do którego honorowo należał. Jedyna osoba, która broniła Lema, to była Ursula Le Guin.
Ale też pozytywnie się wyrażała akurat Lem. Natomiast z Lemem jest, słuchajcie...
[01:03:43] - Jeszcze muszę ci przerwać, bo ty nie masz szczęścia dzisiaj. To jeszcze powiem, że cenił Ursulę Le Guin, bo to miała być kolejna książka w serii „Stanisław Lem poleca”, która się nie ukazała, bo miała to nieszczęście, mówię o „Czarnoksiężniku z Archipelagu”, miała to nieszczęście, a właściwie moim zdaniem szczęście, że przetłumaczył ten tom Stanisław Barańczak. A wtedy Stanisław Barańczak był na indeksie cenzury w PRL-u. Książka się nie mogła ukazać, ale Lem się zdenerwował i powiedział, że jak nie, to nie. I seria się skończyła na trzech czy na czterech tomach tak naprawdę. Doszedł Grabiński.
[01:04:23] - „Pariusa” Jamesa, Grabiński „Opowiadania niesamowite,” „Jubik” i „Sugreccy”.
[01:04:29] - Cztery tomy. Piąty się już nie ukazał.
[01:04:31] - Piątym miał być właśnie „Czarnoksiężnik.”
[01:04:33] - Do „Ósmego victora.” Ja będę bronił Stanisława Lema, bo taki wymiar chwyta tego. Otóż ludzie są bardzo różni. Po prostu trzeba pamiętać o jednej rzeczy. Lem to był czysty rozum i inteligencja. Jego opowiadania tak chwytają nas za serce czasami, tak jak powiesz na przykład „Eden wczesny” czy „Niezwyciężony”, się pewną niesamowitość wyczuwa. Natomiast on nie był artystą w pełnym tego słowa znaczeniu. Takim facetem, który napisze coś, co mu ślina na język przyniesie, tak jak Kurt Vonnegut, bo jest to zabawne, bo to świetny dowcip i tak dalej. Nie. Wszystko musiało być przemyślane, rozumowo skonstruowane i tak dalej. Jeśli coś było takie luzackie, zobaczcie, jak ciężko on pracował nad tym, żeby przez moment być bardzo plastycznym.
Kiedy pisał „Maskę”, to była sztuka, to była próba właśnie wyskoczenia z samego siebie.
[01:05:36] - Surrealistyczny.
[01:05:36] - Tak, surrealizm zastosować. On sobie zdawał sprawę ze swoich zalet i wad i tak dalej. Natomiast większość ludzi go postrzegała właśnie taki, że on jest taki antypatyczny, bo to tylko rozum czysty, logika. No i wszystko w porządku. Ja bym chciał was zapytać, bo u Bradbury'ego, przepraszam, że się wtrąciłem.
[01:06:00] - Pomyliłem się. Tylko chcę wyjaśnić mój błąd. Nie Vonneguta, tylko Fanfokta nazwał idiotą. Vonneguta uznał za mądrzejszego od Fanfokta, tylko człowieka, który nie ma nic do powiedzenia.
[01:06:12] - Czyli tak czy inaczej przywalił, tylko z drugiej strony. Ja powiem tak, że jeszcze dla mnie ciekawym, takim pobudzającym wyobraźnię wątkiem u Bradbury'ego jest motyw cywilizacji marsjańskiej, która gdzieś odeszła. I znowu jest ten sam motyw, jak przy opowiadaniu „Nadejdą deszcze”, o którym mówił Tadeusz. Wspominał o sposobie rozegrania tego. Czyli nie opisujemy wojny atomowej, jak to wszystko tam wybucha, technicznie spadają te rakiety czy wybuchają głowice. Nie. Opisujemy i dajemy pole do wyobraźni. Opisujemy to już potem i pokazujemy skutki. I moją wyobraźnię też niezwykle podekscytowały te ślady zaledwie, które są odnajdywane. Takie delikatne, jakby dotknięcia pędzlem.
On to wszystko pokazuje tak tylko po troszeczku, po troszku. Tam widać, gdzieś tam była ta cywilizacja, a ona już odeszła. A może nie było? Dlatego mówię, że nie było, bo mamy tę cywilizację, mamy to opowiadanie. Ciemnoskórzy byli i złotoocy, gdzie w finale-
[01:07:26] - Ona jest nawet opisywana na początku, ale jak już mówiłeś o tych śladach, to przypomina mi się opowiadanie, w którym chłopcy wbrew Wbrew nakazom rodziców bawią się w opuszczonych domach marsjańskich i biegają wśród czarnych liści, którymi się obrzucają. Kopią te liście. Jest to wspaniała zabawa. Tarzają się w nich, są cali czarni od tych liści jak od sadzy. A te liście to po prostu zeschnięte ciała Marsjan. I to robi nieprawdopodobne wrażenie, gdy widzimy, kim zostali twórcy wielkiej kultury, która kiedyś była. Twórcy wielkiej cywilizacji, panowie tej ziemi. Czym się stali? Stali się obiektem zabaw dziecięcych, niczym więcej. Nawiasem mówiąc, Bradbury o dzieciach pisał bardzo dużo strasznych rzeczy.
Nazywał dzieci małymi gestapowcami, a najlepiej chyba wyraził to w opowiadaniach „Pokój dziecięcy” i „Godzina zero”. Uważał, że dzieci są pełne okrucieństwa.
[01:08:41] - Nie są pełne okrucieństwa, są bezlitosne.
[01:08:44] - Bezlitosne są, tak. Ale to tak na marginesie. Nie o tym mówi to opowiadanie, tylko mówi o tym, jak my traktowaliśmy, jak my dokonaliśmy aktu profanacji. Te akty profanacji są nam pokazane jeszcze w innych momentach. Oczywiście zakładanie tych punktów z hot dogami przez Sama Parkhill bodajże, który chciał zrobić wielki interes na Marsie i nawet chciał wykupić od jednego Marsjanina, który pojawia mu się jako istota trochę nieziemska, ulotna. Chce wykupić prawo do całych wielkich głości, żeby na nich swobodnie już mógł rozwijać swój interes, żeby sobie z tymi hot dogami najlepiej prosperować. I hot dogi, jak to ktoś powiedział, to chyba Bradbury powiedział, chyba to też jest w „Kronikach marsjańskich”, ale teraz nie jestem pewien tego cytatu, że umieścilibyśmy nawet gdzieś tam w piramidzie Cheopsa budkę z hot dogami, a nie umieściliśmy tylko dlatego, że ona jest z boku i w związku z tym nie byłoby dobrego interesu. To tak jak u nas była taka dyskusja, czy może być jakiś market zaraz obok obozu w Oświęcimiu, bo przecież można by zrobić interes, bo tak wielu turystów przyjeżdża. Czyli ten amerykański sposób myślenia do naszej rzeczywistości się przedziera. Są jeszcze inne akty profanacji.
Pamiętam bodajże Bix, tak się nazywa ten człowiek, taki ordynus, który przybył z zoo, dla którego kultura marsjańska, którą on widzi, nie ma żadnego znaczenia. To znaczy on jej nie nienawidzi, on nie żywi do niej żadnej niechęci. On traktuje ją zupełnie indyferentnie. Po prostu może być, może nie być. Gdy widzi bardzo fajne jakieś tam figurki, to sobie do nich strzela, bo chce sobie oko poprawić. Gdy się upija, w pewnym momencie wymiotuje na posadzkę, która prawdopodobnie jest jakimś fragmentem sakralnym i fragmentem jakieś świątyni.
[01:11:01] - Wiesz, jak o tym mówisz, to w ziemskiej historii bez przerwy pewne obiekty sakralne były traktowane na przykład przez napoleońskich żołnierzy, którzy sobie strzelali w nos sfinksa, żeby go odstrzelić. Albo wszystkie prawie kościoły na trasie między Rosją a Francją na gównianym terenie Polski zamieniali na stajnie, bo gdzieś te konie trzeba było trzymać.
[01:11:34] - Tak, tylko że te konie tam stawiano celowo. To był akt profanacji rozmyślny. Natomiast bohaterowie Bradbury'ego-
[01:11:43] - Z czystej głupoty, z czystej bezrefleksyjności.
[01:11:47] - Tą świętość, o której oni nie wiedzą, że to jest świętość, bo ich to w ogóle nie obchodzi. Ich to kompletnie nie interesuje to, co oni tam zastali. Ich zachowanie jest inne niż tych żołnierzy francuskich, o których wspominałeś. Jedyne, co ich interesuje, to zrobienie z Marsa Ziemi 2. Zbudowanie tu swoich osad.
[01:12:05] - Tu mam od razu skojarzenie. Nie wiem, czy przypominacie sobie takie opowiadanie z „Rakietowych szlaków” „Pomocna dłoń”.
[01:12:12] - Tak. Cudowne opowiadanie. Każdy powinien to przeczytać.
[01:12:16] - Dokładnie o to chodzi. Polecam. Nie będziemy go znowu opowiadać, ale to jest ten klimat, gdzie właściwie ze wszystkich istot w kosmosie chcielibyśmy zrobić nas i chcielibyśmy, żeby się rozwijali tak jak my. To jest oczywiście odbicie tych sytuacji, które miały miejsce, że Europejczycy najchętniej zamieniliby cały świat, sprawili, żeby cały świat wyznawał te same wartości, kierował swój rozwój właśnie w taką stronę, a nie w inną i tak dalej. To polecam. „Helping Hand”, czyli „Pomocna dłoń”. Tylko przypomnijcie, kto to napisał.
[01:13:00] - Reynolds chyba.
[01:13:01] - To sobie za chwilę sięgnę do swojego uniwersalnego notatnika o uniwersalnej pamięci, czyli komputera. Ale chciałbym jeszcze zanim sięgnę, to powiedzieć jeszcze, przyznać się do czegoś. Znowu odwołam się do tomu „Rakietowe szlaki”. Tam ukazało się takie opowiadanie wspominanego już dzisiaj Alfreda Eltona Van Vogt. Ono nosiło tytuł... Zapomniałem w tej chwili, coś mi uciekło. A tak! „Zaczarowane miasto” i też się rzecz działa na Marsie. To chodziło o przemianę. Tam był rozbitek i on żył w marsjańskim mieście.
I co było dalej? To znowu nie opowiem.
[01:13:51] - Świetne opowiadanie.
[01:13:53] - Ale jakoś tak się wbiło, być może w jednym czasie to czytałem.
[01:13:58] - Tak, że wydawało się-
[01:13:59] - Wydawało mi się, że to jest Bradbury'ego opowiadanie. Przez długi czas byłem przekonany i kiedy mi ktoś mówi: „Ale to nie jest Bradbury.” No jak nie? Przecież jest na Marsie. Przecież mieszkał tam, tej muzyki słuchał, która najpierw przypominała mu świst, a później wydawała się piękną melodią. Jak to nie Bradbury? Bo to jest podobny klimat. Właśnie chyba ten klimat ułożył się w mojej głowie w taki sposób, że ja przez długi czas uważałem, że to jest opowiadanie Raya Bradbury'ego. Tu się w pierś uderzę. Później się przekonałem, że nie. To takie niezwykłe opowiadanie.
[01:14:38] - Mam taką uwagę do twoich dywagacji, Marku, na temat tego ekspansjonizmu europejsko-amerykańskiego. Inne kultury nie mają takich problemów, bo na przykład Chińczycy wolą siedzieć za swoim chińskim murem czy tam, gdzie siedzieli od kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy lat. Japończycy też wolą siedzieć na swoich wyspach. Oni nie mają takich ambicji, żeby cały świat wyglądał tak jak Chiny i Japonia, byleby wszędzie rosła soja.
[01:15:10] - No dobrze.
[01:15:11] - Ja tylko dodam, bo właśnie ten profetyzm Bradbury'ego się ujawnia, że jest trochę inaczej, bo McDonald's jest i w Pekinie, i w Moskwie. Czyli to, co Stephen King nazywa największymi cycami Ameryki. To jest to, o czym pisał Bradbury.
[01:15:29] - O profetyzmie Bradbury'ego to za chwilę powiemy, bo ciekawą rzecz Tadeusz mi powiedział przed audycją, a ja tylko powiem, sięgając do pamięci zewnętrznej, że opowiadanie „Pomocna dłoń” w tomie „Rakietowe szlaki” napisał Paul Anderson.
[01:15:47] - Paul Anderson.
[01:15:47] - Paul Anderson, „The Helping Hand.” Doskonałe opowiadanie.
[01:15:53] - Tak jak żeśmy tutaj omawiali książki o źródłach totalitaryzmu, to zajrzyjcie do tego opowiadania. „Pomocna dłoń” jest kwintesencją tego wszystkiego, co człowiek wyprawiał z wszystkimi innymi kulturami.
[01:16:11] - Jak można dokonać wiele zła pięknymi hasłami na ustach, teoretycznie przynajmniej z chęcią pomocy i takiego serca na dłoni.
[01:16:24] - I jeszcze druga strona, Marku, jak wiele można zyskać będąc podłusznym i barbarzyńcą.
[01:16:33] - W formie materialnej można dużo zyskać, jak się człowiek wkręci i podporządkuje, ale zyskać wolność można wtedy, kiedy człowiek, czy nie tylko człowiek w tym przypadku, kiedy człowiek czasami jednak powie „nie” i zbuntuje.
[01:16:50] - Anderson chyba napisał jeszcze opowiadanie „Polacy to ludzie łagodni.”
[01:16:55] - To chyba nie on. To jakiś mało znany pisarz. Ja przypominam sobie to w drugim tomie „Rakietowych szlaków.” Znowu sięgnę do pamięci zewnętrznej i powiem, ale to mało znany pisarz. „Polacy to ludzie łagodni.” To zgadza się. Być może za chwilę odszczekam, że to mało znany pisarz, bo nie będzie wypadało. Ale o ten profetyzm chciałem zapytać w tej chwili, bo opowiadałeś, znaczy nie opowiadałeś, ale chodzi o to, że w jednym z opowiadań mamy do czynienia z taką wizją zegarkową, że tak ją określę. Kiedy ludzie na przykład w środkach komunikacji publicznej nie robią nic innego, tylko wlepiają oczy w swoje zegarki, odczytują tam różne wiadomości i tak dalej.
[01:17:46] - Przecież kiedy on to pisał?
[01:17:49] - On to pisał bardzo dawno.
[01:17:52] - „Człowiek zlustrowany” ukazał się zaraz po „Kronikach marsjańskich.” To jest początek lat 50. Ja teraz nie pamiętam tytułu tego opowiadania. W każdym razie w opowiadaniu mamy taką sytuację, że bohater jedzie autobusem i obserwuje rzeczywistość i stwierdza z przerażeniem, że ludzie przestali się już ze sobą kontaktować, że już ze sobą nie rozmawiają. Dlaczego? Dlatego, że każdy człowiek ma na ręku taki zegarek i przez ten zegarek może się kontaktować z innymi. I są tam dialogi, uwaga, następujące: „Kochanie, będę w domu tak za godzinę. Co będzie na obiad?” Inny dialog: „A gdzie teraz jesteś?” „A jestem tu przy alei takiej i takiej. No nie wiem, czy zdążę. Może później się odezwę. Teraz muszę porozmawiać z kim innym.” Bam!
Naciska tam inny przycisk, rozmawia z kimś innym. Ktoś inny mówi głośno i słychać głośno mówiący zegarek, co innym przeszkadza. Ktoś tamten zegarek ścisza. Jednocześnie gdzieś tam bombardują wszystkich pasażerów tego autobusu jakieś informacje z ekranów, które są w autobusie, jakieś reklamy i tak dalej. Ludzie są zapatrzeni w te zegarki, słuchają tych zegarków, mówią do tych zegarków. Zachowują się jak ludzie chorzy umysłowo, którzy mówią sami do siebie. Nawiasem mówiąc, gdybym ja został przeniesiony z roku, powiedzmy 75. do naszych czasów, chociaż na pięć minut i przez pięć minut szedłbym ulicą na przykład Gdańską w Bydgoszczy, to stwierdziłbym, że w roku 2019 bardzo wzrosła ilość chorób psychicznych, ponieważ widzę co chwilę ludzi chodzących i mówiących do siebie, bo tych słuchawek i mikrofonu to nie widać czasami. Więc odnosi się wrażenie, że coś jest nie tak z rzeczywistością. A Bradbury napisał o jednej ważnej sprawie.
Ludzie przestają ze sobą rozmawiać, przestają do siebie mówić, przestają siebie widzieć. Technika im to zastępuje. Słuchajcie, w tym opowiadaniu wystarczy tylko i wyłącznie zmienić kilka nazw, użyć słowa smartfon na przykład zamiast zegarek i jeszcze kilka drobiazgów i ono jest po prostu opowiadaniem współczesnym.
[01:19:56] - Co więcej, może się okazać, że ta profetyczność sięga dalej, że być może za jakiś czas nasze smartfony, które w tej chwili wstawiamy do kieszeni albo trzymamy w ręku po prostu, może one przeskoczą na nasz nadgarstek i wtedy już będzie prawie ponad sto. Ale jeszcze coś chciałem.
[01:20:16] - Przypomniałem sobie tytuł opowiadania Morderca. Tak, Morderca. I to jest nie ze zbioru Człowiek ilustrowany, przepraszam, tylko ze Złocistych jabłek słońca.
[01:20:26] - Ale coś chciałem jeszcze powiedzieć à propos tego, bo to jest niezwykle cenne. Bo autorów, którzy przewidują przyszłość, różne techniczne gadżety w historii fantastyki było wielu, ale stosunkowo niewielu jest takich autorów, którzy potrafią pokazać, odczytać, jakie będą skutki społeczne wynalazków, które się pojawiają. Zauważcie, że bardzo często na kartach książek SF pojawiają się różnego rodzaju wynalazki, ale nie za bardzo zmieniają się te społeczeństwa, w których te wynalazki funkcjonują. A tymczasem pojawienie się smartfonów, tak jak powiedziałeś, zupełnie zmieniło chociażby współczesną ulicę, współczesne środki komunikacji, współczesne kolejki na przykład do lekarza. Tak samo, jak wiele zmieniło się w ludzkich relacjach, kiedy powstały media społecznościowe. Zupełnie ludzie dzisiaj inaczej funkcjonują. I są tacy autorzy, którzy patrzą tylko i wyłącznie na wynalazki techniczne i nimi wypełniają swoje opowiadania. Są też tacy jak Bradbury, którzy pokazują, jakie są skutki zaistnienia tego dodatkowego, nowego, fantastycznonaukowego elementu wprowadzonego do świata. Jak to zmienia życie społeczne. Moim zdaniem to jest duża umiejętność.
I mówi Wiktor.
[01:21:57] - Poza tą umiejętnością pisarzy takiej projekcji wizji, że tak powiem, jest jeszcze coś takiego, o czym my zapominamy, że przecież dzisiejszą współczesną cywilizację tworzą inżynierowie technicy, którzy kiedyś czytali Raya Bradbury'ego, Van Vogta, Paula Andersona. Wychowali się na tej literaturze. Co oni robią? Ci technicy realizują pomysły pisarzy science fiction. My myślimy, że to dzisiaj zostało wymyślone. Nie. Nie ma technicznego gadżetu, który został wymyślony współcześnie. Wszystko zostało przez pisarzy science fiction pięćdziesiąt, sto lat temu, dwieście lat temu wymyślone. A jaki to wymiar będzie miało? Marku, mogę ci dać przykład z tym, co powiedziałeś.
Widzicie smartfon. Ty mówisz przeniesienie na nadgarstek to będzie zupełnie jak u Raya Bradbury'ego. A ja ci mówię w ten sposób: nie. Zobacz, jakie społeczne konsekwencje będzie miało przeniesienie chipa do mózgu, nie? Wtedy coś takiego jak smartfon, czyli rzecz zewnętrzna, będzie czymś podobnym do szczania na chodnik albo robienia kupy na ulicy. To jest zewnętrzna wydzielina, nie? To jest coś nieprzyzwoitego. Mamy w głowie, a nie na zewnątrz, nie? Tak będzie.
[01:23:38] - Być może.
[01:23:39] - Ja czuję się jakoś tak nieprzyzwoicie, gdy czytam książkę w autobusie, a reszta ma smartfony w ręku. Rzeczywiście na początku czułem się tak trochę jak taki zabytek.
[01:23:54] - A ja już się czuję jak elita.
[01:23:56] - No, były takie momenty. A teraz widzę, że ja po prostu tutaj jestem barbarzyńcą.
[01:24:04] - Tak samo jak ja idę po ulicy i palę peta, też się czuję jako barbarzyńca. Bo spotykam bliźnich też tej samej płci.
[01:24:14] - Ty swego czasu taką karkołomną tezę postawiłeś, że kiedyś w przyszłości cywilizacja nasza zmierza do tego, że będziemy tylko grali. Oczymu się grami skoczymy do świata wirtualnego, rzeczywistość nie będzie nam zupełnie potrzebna. To są twoje słowa wypowiedziane lat temu chyba dwadzieścia. I nie mówiłeś, że to złe.
[01:24:36] - Wiesz, to jest wytłumaczeniem, zresztą o czym też pisałem wiele razy, ale nie wydałem, wytłumaczeniem milczenia wszechświata. Lem się dziwił, dlaczego wszechświat milczy, nie ma sygnałów. A po cholerę oni się mają zajmować jakąś komunikacją zewnętrzną, skoro mają swoją wirtualną rzeczywistość? Wszyscy w całym wszechświecie. Tanie, zdrowe, bo nie trzeba nigdzie latać. Ze zdrowiem to nie wiem, ale w każdym bądź razie taka tendencja.
[01:25:09] - To ja śpieszę z wiadomościami ze swojej pamięci zewnętrznej. Otóż tym autorem od opowiadania „Polacy to ludzie łagodni” był Alan Dean Foster. To nie jest taki pisarz pierwszej wody. Człowiek, który współtworzył „Gwiezdne wojny” część czwartą, czyli „Nową nadzieję”. Trochę coś popisywał przy „Star Treku”.
[01:25:31] - Obcego napisał.
[01:25:32] - I tak. Z filmów tworzył takie fabularyzacje. Książki budował z filmów po prostu. To jest ten autor i on napisał opowiadanie „Polacy to ludzie łagodni”.
[01:25:49] - Już sobie wyobrażam pospolite ruszenie z pianą na twarzy szarżujące na szweda, nie?
[01:26:00] - Jeśli pamiętasz to opowiadanie, to my Polacy jesteśmy przewrotni. Jesteśmy tam dosyć tacy, potrafimy wziąć to wszystko za przysłowiową albo nieprzysłowiową mordę i zrobić z tym wszystkim porządek. To my w pewnym momencie zaczynamy trząść całą rzeczywistością polityczną w tamtym świecie, który zostaje przedstawiony. Tak to wygląda. Wróćmy jeszcze. Czy jeszcze jakieś odrzuty z „Kronik marsjańskich” znajdują się w pozostałych częściach?
[01:26:38] - Są jeszcze „Marsjańskie opowiadania”, ale jakoś specjalnie nie utknęły mi w głowie, żeby teraz o nich mówić. To chyba trochę gorsze teksty. Właśnie te, o których na początku mówiłem, które naprawdę są odrzutami. Jak rozmawiamy o „Kronikach marsjańskich”, to ja zadam pytanie, skoro jesteśmy tutaj wszyscy w trójkę w Bydgoszczy. Co Bydgoszcz ma z „Kronikami marsjańskimi” wspólnego?
[01:27:01] - Jestem ciekaw, jak z tego wybrniesz teraz.
[01:27:03] - Wydawałoby się, że nic, prawda? Otóż ja kiedyś przez 10 lat hasałem po bezdrożach polskiego zadupia, że tak powiem, pracując z archeologami. Kiedyś zlokalizowaliśmy ponad Bydgoszczą, jak się jedzie w stronę Gdańska, na wzgórzu. Dawniej to była pradolina Wisły. Gigantyczna rzeka, większa od Amazonki, a może taka sama, płynęła sobie. W każdym razie płynęła sobie taka rzeka, były wzgórza. Przynajmniej 5000 lat temu, czyli już tam rzeki wielkiej nie było, natomiast wzgórze zostało. Poziom wody w Polsce był około pięciu metrów wyżej niż dzisiaj, czyli wiadomo, że był to kraj wyspiarski, podobny do Grecji bardziej i tak dalej. Pływało się łodziami między pagórkami.
[01:28:01] - Ciepło było?
[01:28:03] - Bardzo ciepło. Otóż wtedy na tych terenach żyły istoty przypominające zupełnie te opisywane przez Raya Bradbury'ego z Marsa. Mieli oliwkowe cery, cudownie się ubierali, byli szczęśliwi. Miasto, które żeśmy zlokalizowali, miało gdzieś sześć na pięć kilometrów wielkości. Wyobraźcie sobie 5000 lat przed naszą erą. Miasto pięć, sześć to jest gigantyczna metropolia. Wiadomo jakiego formatu. Łupali krzemień, budowali amfory, kopali, grzebali w popielnicach swoich zmarłych. To tego typu cywilizacja. Dla mnie, akurat wtedy czytałem „Kroniki marsjańskie”, próbowałem je czytać.
To było porywające, bo ja sobie leżałem, patrzyłem w niebo i tak sobie wyobrażałem, że kiedyś tutaj, na tych terenach było jak na Marsie zupełnie.
[01:29:03] - Piękna wizja. Powiedz mi, Wiktorze, mnie zawsze interesuje, bo zacząłeś o tym wspominać. Mówiliśmy o twoim opowiadaniu „Marzenie”. Powiedz coś o tym. Jak to zacząłeś konstruować i dlaczego ci przyszło do głowy, żeby koniecznie tłumaczyć, robić własne tłumaczenia? Przy okazji się pochwal, jak cię Jan Jęczmyk chwalił. Pochwal się, pochwal.
[01:29:29] - Nie ma o czym gadać po prostu. Chciałem tak samo jak Rafał Ziemkiewicz złożyć daninę.
[01:29:36] - Nieprawda. To było wcześniej.
[01:29:39] - Tak, ale ukłon wobec Bradbury'ego po prostu, bo to był ktoś, kogo szanowałem. To tak, jakbym miał podpisać się pod tym, kto był moim ojcem. Podziękować mu za to. Ray Bradbury w „Kronikach marsjańskich” ma dedykację: „Mojej żonie Margeryce z miłością”. Mógłbym przy tamtym opowiadaniu Rayowi Bradbury'emu zadedykować z miłością, również braterską co prawda. Jest tam dziecko, które czyta „Kroniki marsjańskie” w trakcie opowiadania. Czytając to opowiadanie, jemu jest czytane przez pielęgniarkę. Te fragmenty mają wisieć w powietrzu, mają przepłynąć. Wziąłem je sobie, przetłumaczyłem na własny rachunek. Jęczmyk mnie chwalił co prawda, ale to bajka.
[01:30:41] - Pamiętam, że to był chyba drugi albo trzeci tekst twój, który przeczytałem, a miałem wtedy też chyba 15 lat. Krótko mówiąc, byłem nie. Też krótko po Bradburym. Odkrywałem wtedy Wiktora Ziemkiewicza. Kochałem Bradbury'ego i nagle dostaję do ręki „Marzenie”.
[01:31:00] - To jest opowiadanie o chorym dziecku, ale to jest marsjańskie opowiadanie przecież.
[01:31:05] - To jest jak najbardziej opowiadanie, które mogłoby się znaleźć w „Kronikach marsjańskich”, gdyby nie to, że inaczej napisane. Byłoby widać, że to już inny autor i autor, który Bradbury'ego przetrawił i dał coś od siebie. Jak najbardziej klimat jest. I zakończenie, które tutaj się nie zdradza zakończeń, tak?
[01:31:24] - Raczej nie.
[01:31:25] - Myślę, że jak się mówi o literaturze, to nie można nie spoilować, ponieważ inaczej te rozmowy są utrudnione.
[01:31:31] - Teraz poprosimy na chwilę tych, co nie lubią.
[01:31:34] - Nie, ja już nic nie powiem.
[01:31:36] - Mogą zatknąć uszy i można powiedzieć. To nie jest taka ważna rzecz.
[01:31:41] - Dobra, nie zdradzę tego nikomu, Boże jedyny. Tylko proszę liczyć się z tym, że od czasu do czasu mogę to zrobić niechcący.
[01:31:48] - Czasami sens można ujawniać, kiedy dzieło sztuki jest warte wrażenia, bo wrażenia nie sprzedasz w spoilerze.
[01:31:58] - To prawda. Wiktorze, chciałbym jeszcze zapytać ciebie. Kiedy się tak krzywisz na to tłumaczenie. Wrócę do tego, o czym rozmawialiśmy. Zobacz, zatoczyliśmy pewne koło do audycji z Krzysztofem Sokołowskim.
[01:32:22] - Tak.
[01:32:22] - Pamiętasz? Ta jego główna teza, że są różne podejścia do tłumaczenia. Można, tak jak rozmawialiśmy z Ivelliosem, tłumaczyć zdanie po zdaniu, sensy oddawać. Można też po prostu przeczytać opowiadanie, zrozumieć jego sens, zrozumieć intencje autora, a później prawie, tu oczywiście ogromny cudzysłów, napisać je na nowo. Oczywiście trzymając się linii poszczególnych zdań, ale tak do pewnego stopnia. Rozumiem, że ty stosowałeś tę drugą metodę?
[01:32:58] - Ci, którzy czytają, są tak samo jak interpretatorzy muzyki Chopina czy jak jazzmani. Ja gram muzykę, ktoś ją napisał, a gram ją po swojemu, tak, jak ja ją czuję. I tak samo jest, jeżeli czytam książkę, czy jeżeli tłumaczę książkę. Wiem doskonale, jaką mi radość sprawiało, bo tylko z rosyjskiego próbowałem coś przetłumaczyć. Przetłumaczyłem dwa opowiadania Olgi Larinovej i Aleksandra Mirera i po prostu miałem dziką radochę, kiedy to robiłem, przekładając wcale nie słowo w słowo, bo akurat w przeciwieństwie do angielskiego rosyjski po prostu rozumiałem, chociaż nie znałem, bo nigdy się nie uczyłem tego języka. Natomiast łatwo go zrozumieć. Więc po prostu opowiadałem po swojemu te opowiadania i myślę, że te tłumaczenia na moje wyszły mi wtedy. Mam żal, bo gdybym znał angielski, to bym jeszcze dzisiaj chyba wziął i usiadł, zaczął tłumaczyć jakieś opowiadanie Raya Bradbury'ego z „Kronik marsjańskich”. W przeciwieństwie do Kaski i Ziemkiewicza z żoną, zrobiłbym to jeszcze inaczej. Z dziką radością naprawdę, bo jest to zabawa chyba tego warta.
[01:34:24] - Gdybym was zapytał, czy macie jakieś swoje ulubione opowiadanie. Ja już powiedziałem o swoim ulubionym opowiadaniu, więc czy macie jakieś ulubione opowiadanie z tego zbioru? Zgłasza się Tadeusz. To będziesz pierwszy.
[01:34:39] - „Usher II”.
[01:34:41] - A dlaczego?
[01:34:42] - Jeszcze wtedy nie znałem powieści „451 stopień Fahrenheit”, a właściwie prawie nic o niej nie wiedziałem. Krótko po „Kronikach marsjańskich” udało mi się zobaczyć film François Truffaut „Fahrenheit 451”, który był tylko raz emitowany na jednym seansie, i to jeszcze przed południem w Bydgoszczy. Także pamiętam, żeby ten film zobaczyć, musiałem pójść na wagary, bo innego wyjścia nie było. To był dzień powszedni. Więc jeszcze tego tematu zakazanych książek nie znałem. Tu zetknąłem się z nim po raz pierwszy w opowiadaniu „Usher II”. Było widać tutaj oczywiście wielką miłość Bradbury'ego do Edgara Allana Poe, do literatury romantycznej, do literatury fantastycznej i co jeszcze bardziej związało mnie z tym tekstem. Opowiadanie podobało mi się dlatego, że może powiem w skrócie, bo mógłbym dużo mówić o tym opowiadaniu, ale w skrócie dlatego, że stawało w obronie ludzkiej wyobraźni, w obronie wrażliwości. A to, że ta wyobraźnia i wrażliwość zanikają, to ja już wtedy, w latach 70. widziałem.
Nie myślałem, że to może się jeszcze bardziej rozrosnąć, że to może jeszcze bardziej ulec jakiejś takiej elefantjazie wręcz. Ale już wtedy to było widać i Bradbury o tym mówi bardzo wyraźnie właśnie w tym opowiadaniu. Oczywiście podobała mi się zemsta. Zemsta pana Stendhala, głównego bohatera tego opowiadania na panach badaczy klimatów moralnych. Badacze klimatów moralnych to ci, którzy dbali o to, aby przypadkiem nikt nie fantazjował. Taka anegdota przyszła mi do głowy. W opowiadaniu „Usher II” jednym z bohaterów jest aktor, który grał w filmach grozy. Odniesienie jest tutaj chyba do Borysa Karlowa, którego Bradbury lubił. Wszystkie filmy z jego udziałem zostały oczywiście spalone w wielkim ogniu razem z książkami fantastycznymi, a Karloff miał zakaz grania nawet przed lustrem. Nie mógł grać nawet przed lustrem.
Wydawałoby się to groteskowe? Nie. Rzeczywistość pokazała, że takie sprawy miały miejsce i to nawet u nas. Pamiętam, gdy wprowadzono stan wojenny na tych wszystkich afiszach wielkich wywieszono, co wolno, a czego nie wolno obywatelowi. I tam do dziś pamiętam taki jeden fragment. „Nie wolno nawet za pomocą mimiki wyrażać swojego sprzeciwu wobec władzy”. Czyli krótko mówiąc, przepraszam, to był zupełnie serio fragment z plakatu powieszonego 13 grudnia. Z afisza, przepraszam. Przecież to nie był Bradbury. Także wcale to nie było takie groteskowe.
Bardzo mi się w ogóle podoba podejście Bradbury'ego do tematu, bo on broni wrażliwości, broni wyobraźni, broni kultury, broni duchowości, tego, co dziś może byśmy tak nazwali pierwiastkiem metafizycznym człowieka, który zanika w zderzeniu z materializmem. I to tym materializmem zarówno na poziomie światopoglądowym, jak i tego dnia codziennego.
[01:38:00] - Podobnie pisał, moim zdaniem znakomity holenderski pisarz Bert Ruyssink i w duchu jest bardzo podobna jego powieść „Rezerwat”. Też ją polecam. Rezerwat, do którego kierowani są ludzie, którzy są trochę bardziej wrażliwi. Nawet nie zupełnie owładnięci wyobraźnią nie z tego świata, tylko bardziej wrażliwi, bardziej subtelni. Oni są traktowani jako zabytki. Te rezerwaty to takie skanseny. Można przychodzić i patrzeć na tych ludzi jak na swego rodzaju eksponaty. Ta idea, która oczywiście z całą mocą pojawiła się w powieści „451 stopni Fahrenheit”, była mi szczególnie bliska, bo ja też zawsze stawałem w obronie wrażliwości, wyobraźni. To zawsze były dla mnie takie wartości, które według mnie przynajmniej bardziej świadczą o naszym człowieczeństwie.
[01:38:59] - A ty, Wiktorze? Jakie opowiadanie?
[01:39:02] - Ja mam taką dziwną cechę. Ja nie jestem sentymentalny.
[01:39:06] - Oj! Jakoś mi jest przykro.
[01:39:09] - Jeżeli przeżyłem wielką miłość 20 lat temu z jakimś opowiadaniem Raya Bradbury'ego, to sprawa tamtego czasu.
[01:39:17] - Nie chcę się martwić, ale to przynajmniej 40 lat temu było.
[01:39:21] - Dobrze. Natomiast dla mnie najważniejsza jest miłość, z którą jestem dzisiaj. A dzisiaj rano przeczytałem jego opowiadanie, jedno z pierwszych w tomiku „Kroniki marsjańskie” przez nikogo chyba niewymieniane jako coś ważnego. To jest pod tytułem, nie wiem, czy dobrze wymówię, „Lilia”. To jest imię Marsjanki. Jest to historia o pierwszej wyprawie Ziemian na Marsa oraz o tym, jak w marsjańskim domu mieszka Marsjanka, Marsjanin. Jest to historia o miłości, o zazdrości, o niczym więcej. I w to się wplata maszyna ziemskiej kosmicznej ekspansji. Pierwsza rzecz. Cudowne opowiadanie.
Jak się na to patrzy nie jako na science fiction, ale jako właśnie taką wrażliwą scenę. Naprawdę był znawcą ludzkiej duszy Ray Bradbury, prawie jak Dostojewski albo i tak samo. Dobrze.
[01:40:43] - A ja sobie właśnie uświadomiłem, panowie, że my żyjemy w czasach „Kronik marsjańskich”, bo one się dzieją, zauważcie, pomiędzy rokiem 1999 a rokiem 2026.
[01:40:59] - 20-którym.
[01:41:00] - 2026 chyba. Żyjemy w tych czasach.
[01:41:04] - Tak. I w dodatku cała cywilizacja powoli się przemalowuje na żółto, nie?
[01:41:09] - Tak. Tylko niestety tu jest ten mój żal, że niestety nie ma nas tam.
[01:41:15] - Nie ma nas tam.
[01:41:15] - Nie ma nas tam i pewno jeszcze długo nie będzie. Ja nie wiem, czy to nie jest przypadkiem lepiej dla Marsa.
[01:41:22] - Dla Marsjan oczywiście.
[01:41:23] - Dla Marsjan, jeśli są. Ale dla Marsa to już na pewno. Bo jeszcze tam nie dotarliśmy.
[01:41:28] - Soją z polami soi i tak dalej.
[01:41:30] - Gdzieś go tam bombardujemy kolejnymi próbnikami.
[01:41:34] - Kukurydza powinna dobrze rosnąć, nie?
[01:41:37] - Tak. Być może. Zresztą większość tych próbników przy lądowaniu słabo daje radę. Kilka się załapało.
[01:41:46] - Ale kukurydza sobie daje radę.
[01:41:49] - Być może. Pierwsze, o czym myślimy, to znowu z innych pozycji marsjańskich, o tym, żeby terraformować Mars. Ja przypomnę trzytomowe dzieło o zielonym, niebieskim, czerwonym Marsie. Kolejność inna, ale to przecież tak naprawdę terraformowanie Marsa, zmiana Marsa.
[01:42:11] - Przecież „Kroniki marsjańskie” są o terraformowaniu.
[01:42:15] - Tak, oczywiście. Też zmiana. Nie pada. Ale w ogóle Mars, ja już o tym wspominałem, jest takim tematem wyjściowym do wielu utworów. Wspomniałem o tym trzytomowym dziele, ale zauważcie, że w oryginale, trudno mówić o oryginale. W każdym razie, kiedy pojawił się film ze Schwarzeneggerem „Pamięć absolutna”, on też się częściowo dzieje na Marsie. Później Pierce Anthony przepisał film na książkę i zrobił książkę „Pamięć absolutna”. Ja tylko cały czas przypominam, że w ogóle pierwszym pomysłem to był pomysł Philipa K. Dicka. Przypominamy panu hurtowo, skąd się wzięła cała idea.
Co prawda w remake'u „Pamięci absolutnej” Marsa już nie ma. Nie ma już Marsa i już nie jest tak klimatycznie. Bo ja przypomnę, może poza pierwszą sceną, gdzie tam we śnie Schwarzeneggerowi prawie oczy wypadają, jak mu hełm pęka. Dosyć komiczna moim zdaniem scena. Poza tym jest całkiem nieźle na tym, nie tyle na tym Marsie, bo tam akurat jakaś rewolucja trwa, ale całkiem nieźle jest ta historia opowiedziana.
[01:43:37] - Jest więcej filmów marsjańskich. Nawet te filmy marsjańskie są bardzo stare. Na przykład pierwszy film to film rosyjski Protazanowa pod tytułem „Elita” na podstawie powieści Aleksiego Tołstoja z jeszcze chyba, na pewno Niemiec, z 1926, 1927 roku. I to już jest też film marsjański.
[01:44:01] - Jezu, przypomniałeś mi o „Eлите”. Ojej.
[01:44:05] - „Elita”. Powiem wam, że ja słabo znosiłem to dzieło.
[01:44:08] - Film jest świetnie zrobiony. Momenty są absolutnie rewelacyjne i gdyby zrobić z tego taki 15-minutowy ekstrakt, to można powiedzieć, że to jest rewelacja.
[01:44:19] - A ja książkę słabo znosiłem.
[01:44:22] - Bo czytam, jest mowa o tym, że trzeba prowadzić rewolucję bolszewicką na Marsie, dzięki temu ten system marsjański oparty na niesprawiedliwości społecznej upadnie. Ale był też film już w tym czasie.
[01:44:34] - Nie wiem, czy wy wiecie. Być może jest to prządzka.
[01:44:36] - Jaki to śmieszny paradoks, że czerwoni chcieli zrewolucjonizować czerwoną planetę. Ciekawa sprawa, bo w literaturze science fiction można zauważyć, że Mars był amerykański głównie, a sowiecka była Wenus. Zobaczcie astronauci Lema, „Kraina purpurowych obłoków”. A z kolei Mars to głównie Amerykanie. Nasz kolega, chyba się nie obrazi, jak mu to wypomnę teraz, Krzysztof Chłodziński. Pamiętam, że przeszło 30 lat temu pisał powieść science fiction. Bardzo żałuje, że jej nie ukończył i że nie próbował nic z nią zrobić. W której właśnie był taki podział wpływów. Na Marsie są Amerykanie, na Wenus są Rosjanie. I w ogóle nawiązywał do tego pomysłu, który tak często się powtarzał.
Jakiś taki stereotyp. Dziwne, bo w sumie Mars był czerwony, masz rację. Tylko że raczej chodziło o to, bo mi się wydaje, że Rosjanie pierwsi wpadli na pomysł, żeby Wenus zawłaszczyć, bo Mars kojarzył się z bogiem wojny, z agresją, a Wenus z miłością.
[01:45:44] - Amerykanie też próbowali na Wenus, bo znowu z tego tomu „Rakietowe szlaki”, tylko nie wiem, czy z pierwszej, czy z drugiej. O tych liliach. To Amerykanie byli na Wenus. O tym przenikaniu się świata zwierzęcego ze światem roślinnym. „Linie życia” to się chyba nazywało. Było takie opowiadanie i tam byli Amerykanie. Ale to zostawmy. Ja „Eelity” nie lubię, bo w dodatku zyskałem kiedyś informację, że w dokumentach bolszewickich podobno były takie ustępy, gdzie mówiło się, że rewolucję trzeba eksportować nawet na inne planety. W literaturze to rozumiem, bo o tym jest „Elita” między innymi.
[01:46:32] - Ciołkowski napisał swoją powieść science fiction „Poza Ziemią” w tym czasie. Także wizja była. Ma podstawy.
[01:46:42] - To, że to było w utworach SF czy aspirujących do SF, to ja to jeszcze rozumiem, ale w oficjalnych dokumentach bolszewickich była ta chęć.
[01:46:51] - Ciołkowski był oficjalnym naukowcem.
[01:46:52] - Nie, ale tutaj, w tych politycznych dokumentach była chęć niesienia rewolucji również na inne planety, z założeniem, że po prostu ta nasza rewolucja jest lepsza niż te inne.
[01:47:04] - Ja spotkałem księdza, który głosił, że mieszkańcom innych planet potrzebni są misjonarze i tam trzeba się udawać. I w literaturze SF zresztą te tematy były podejmowane, ale ten ksiądz to nie jest postać z karb powieści fantastycznej. To jest człowiek, którego spotkałem i który właśnie o tym mówił. I nawet podpowiadał mi, bo wiedział, że interesuję się fantastyką: „Niech pan o tym powie pisarzom SF. Może by ten wątek poruszyli?” Ewangelizacji innych. To jest rewolucja, to jest ewangelizacja, ale to jest to, o czym Bradbury mówił. My znowu chcemy eksportować Ziemię, transformować wszystko.
[01:47:47] - À propos marsjańskiej literatury, to teraz Wojtek Sedeńko pracowicie wydaje cały cykl Burroughsa, który rozpoczyna „Księżniczka Marsa”. Tym wszystkim, którzy się zniechęcili filmem „John Carter”...
[01:48:00] - Nie jest taki zły.
[01:48:01] - Nie jest taki zły, ale jednak moim zdaniem do książki to mu jeszcze daleko, chociaż rzeczywiście klimat utrzymuje, bo ja widziałem inną ekranizację „Księżniczki Marsa” i była znacznie gorsza. Była taka już toporna, grubo ciosana. Ten rzeczywiście pewne klimaty łapie. Natomiast trzeba sobie uświadomić, że ten cykl rozpoczęty „Księżniczką Marsa” ma grubo ponad 10 tomów. Gdzieś na 10. skończyłem odnotowywać, bo tego tam naprawdę natrzaskał sporo i to się czyta. W dodatku można już teraz czytać w języku polskim, bo Wojtek Sedeńko i jego nowe wydawnictwo, wydawnictwo Stalker Books zapowiada pełną edycję cyklu marsjańskiego Burroughsa.
[01:48:56] - Jeszcze z tego okresu jest Gustave Le Rouge i „Życie na Marsie”.
[01:49:00] - Oraz ten drugi tom, który zawsze jest „Niewidzialni”.
[01:49:03] - Albo „Niewidzialni”.
[01:49:06] - On w ogóle we francuskim pierwowzorze ma inny tytuł zupełnie. Natomiast w Polsce rzeczywiście jako „Niewidzialni” funkcjonuje.
[01:49:16] - Właściwie to my mówimy o takich książkach, ja nie wiem czemu. Tylko dlatego, że Mars jest tematem?
[01:49:21] - Dokładnie.
[01:49:26] - Bo teraz mówimy o literaturze całkowicie rozrywkowej, o fajnej zabawie. Nie mówię, że mi się nie spodoba.
[01:49:32] - Dokładnie wyczułeś intencję. Ja zacząłem to sygnalizować, ale chciałbym teraz to tak powiedzieć wprost. Nie wszystko, co jest o Marsie, to musi być zaraz poetyckie. To niby się wydaje oczywiste, ale powiem, dlaczego to tak podkreślam. Bo ja miałem, jak już ten pierwszy efektywny raz przeczytałem „Kroniki Marsjańskie”, to ja miałem właśnie takie poetyckie podejście i dla mnie wszystko, jak padało słowo Mars, to ja to zaraz chciałem przeczytać, bo mi się zaraz kojarzyło tak fajnie. Niestety mogą nastąpić ogromne rozczarowania, bo nie wszystko złoto, co się świeci i nie wszystko poetyckie, co się z Marsem wiąże. To tylko Bradbury był takim mistrzem, że potrafił z tego cyklu zrobić poezję. Ta poezja nie zawsze wychodzi. Fajne są książki Burroughsa, fajne są te inne, ale to nie jest to. Wiktor się wyrywa do odpowiedzi.
[01:50:27] - Mam pomysł na kanwie tego, co żeście tutaj opowiadali, jakie miejsce Mars zajmował w kulturze człowieka przez ostatnie dziesiątki lat przynajmniej. Otóż wpadłem na świetny pomysł. Wiecie, dlaczego Mars jest taki, jaki jest? On się po prostu zużył. On się tak gimnastykował, żeby zaspokoić aspiracje ziemskiego człowieka i ziemskiej kultury, że dziś zniszczył się. Nie wytrzymał tempa, bo on się przekształcał, on się zmieniał, on się dopasowywał do naszych wizji. Tylko że nie wytrzymał tempa i zdechł. W tej chwili jest martwa pustynia. Świetny film, świetne opowiadanko.
[01:51:20] - Panowie, mówisz o świetnych opowiadankach. Jest poetyckie opowiadanko, nie pamiętam zupełnie tytułu, kilka lat wychodził pod rząd „Dan Borenheim proponuje” i tam w drugim tomie jest piękne opowiadanie marsjańskie, w którym oni w pewnym momencie widzą ten świat Burroughsa, zdejmują hełmy i ci na Ziemi ludzie widzą, że oni umierają, że zwariowali, zdejmują hełmy i umierają, a oni tam dalej żyją. Piękne opowiadanie nawiązujące do „Księżniczki Marsa”, ale tylko tematyką, natomiast klimatem trochę do Bradbury'ego. Tytułu niestety nie pamiętam, ale jeden z pierwszych trzech tomów cyklu „Dan Borenheim proponuje”. Natomiast ja myślę, że temat „Kronik marsjańskich” powoli wyczerpaliśmy.
[01:52:16] - Może dodam, bo mówiłeś o filmach. Powstał film, serial telewizyjny amerykański „Kroniki marsjańskie”. Niestety nie miałem okazji go zobaczyć.
[01:52:24] - Też nie miałem.
[01:52:25] - Z Hudsonem w roli głównej. To film, który bodajże miał tylko kilka odcinków, czyli na pewno każda kronika nie jest jakimś odcinkiem, bo to się do tego nadaje. Niestety tutaj jeszcze w Polsce nie miałem okazji zobaczyć.
[01:52:45] - Amerykanie w ogóle mają słabą rękę do filmowania, bo nie wiem, czy sobie przypominasz, próbowali też nakręcić Farmera o tym cyklu o rzece.
[01:52:58] - Tak, nie udało się.
[01:52:59] - Próbowali, fatalnie im wyszło. Wiktorze, coś chciałeś powiedzieć?
[01:53:06] - Ja tylko chciałem skomentować twoje powiedzenie na ten temat, że mniej więcej żeśmy temat „Kronik marsjańskich” wyczerpali, bo jak zwykle przez ciebie przemawia wielka pycha. To nie myśmy wyczerpali, tylko „Kroniki marsjańskie” wyczerpały nas.
[01:53:24] - Być może. Natomiast to jeszcze nie oznacza, że kończymy, bo troszkę już o tym mówiliśmy. Chciałbym, żebyśmy jeszcze troszkę wspomnieli o autorze, jeszcze trochę czasu poświęcili. Tu się pojawiała się jego powieść „451 stopni Fahrenheita”. Była mowa o zbiorze opowiadań. Ty, Tadeuszu, wspomniałeś o książce tego autora, która jest nie do końca fantastycznonaukowa, fantastyczna, a jednak ma w sobie nieziemski klimat. Mówimy tutaj o-
[01:54:02] - To jest powieść „Dandelion Wine” u nas tłumaczona jako „Słoneczne wino”. I właściwie to jest rzecz realistyczna, jak najbardziej mainstreamowa. Co ciekawe, bardzo wielu miłośników twórczości Bradbury'ego, tych, którzy byli zakochani w „Kronikach marsjańskich” i tych, którzy byli pod wrażeniem „Fahrenheita”, bardzo wielu z nich uznało tę rzecz za najlepszą rzecz Bradbury'ego, chociaż fantastyki tam w ogóle nie ma. Ale co jest? Jest cała magia.
[01:54:36] - Magia.
[01:54:37] - Tak, tam jest opisana prowincja amerykańska i to jeszcze latem, gdy upał tam dopada wszystkich i właściwie panuje takie wielkie rozleniwienie, gdzie można powiedzieć czysty egzystencjalizm. Nic fajnego i magicznego z tego nie może wykwitnąć. Nieprawda. Bradbury pokazuje, że jest inaczej, ale pokazuje to oczami dzieci. Tutaj dzieci są inaczej pokazane. To już nie są mali gestapowcy. To są właśnie poszukiwacze przygód, poszukiwacze skarbów. Ci, którzy nawet w tej sennej rzeczywistości, tak bardzo materialnej, ziemskiej i niemiłej odnajdują wrota do innych wymiarów. Ale dosłownie. Tylko i wyłącznie korzystając z własnej wyobraźni.
Piękna rzecz napisana w sposób taki bardzo nostalgiczny, jakby Bradbury tęsknił za swoim dzieciństwem. To jest właśnie takie jego wyznanie, że to jest to miejsce, do którego by zawsze chciał wracać, bo on się urodził w małej miejscowości. Większą część życia spędził w Los Angeles wprawdzie, ale jednak cały czas tęsknił do tej prowincji amerykańskiej, o czym mówiłem zresztą wcześniej, na początku. I „Dandelion Wine” to jest rzecz właśnie, która jest takim hołdem dla tych miasteczek amerykańskich i wspaniałym wspomnieniem dzieciństwa. Co jest ciekawe Bradbury został uhonorowany. Nazwano jedną z planetoid jego imieniem, nazywa się Bradbury, a jeden z kraterów księżycowych bodajże nazywa się właśnie Dandelion. Czyli krótko mówiąc, jest to ukłon w stronę powieści niefantastycznej zupełnie Ray Bradbury'ego.
[01:56:29] - Ale to trochę tak jest, kiedy mówiłeś o „Słonecznym winie”, natychmiast przyszła mi do głowy inna, również niefantastyczna powieść fantastycznego autora, a mianowicie Ballarda i „Imperium słońca”. Tam jest też ta nostalgia. Może nie do końca nostalgia. W każdym razie opisanie dzieciństwa, tych młodych lat w sytuacji wojennej, zupełnie inne klimaty. Dlaczego wspominam z kolei o Ballardzie? Bo Ballard jest też autorem książki, która też jest zupełnie niefantastyczna. Kiedyś rozmawialiśmy o niej, a mianowicie książki „Wyspa”, na temat której toczyłem w swoim czasie długą debatę ze swoim kolegą. Dlaczego nam się wydaje, że ona jest fantastyczna, skoro tam właściwie nie ma elementów fantastycznych, a byliśmy gotowi dać się pokroić, że jak najbardziej ta książka powinna stać na półce z fantastyką. Są takie cuda, że autorzy, którzy gdzieś w pewnym klimacie piszą, w pewnym klimacie są po prostu, oni czasami tworzą książki już niefantastyczne, które coś z tego klimatu łapią. Nie wiem, jak to określić.
To po prostu nastrój jest.
[01:57:53] - Dotyczy to głównie pisarzy z nurtu speculative fiction. Reprezentantów Nowej Fali i ich spadkobierców. Głównie oczywiście Ballarda, który przedstawia pewne problemy wynikłe z obserwacji naszej rzeczywistości w alternatywnym świecie lub niedalekiej przyszłości. Ale one są tak drobiazgowo pokazane, że właściwie czytelnik może zapomnieć o tym, że to nie jest nasz świat, nasza rzeczywistość. I czasami zapomina o tym Ballard i pisze rzeczy, które są w naszej rzeczywistości. I stąd „Wyspa”. Stąd my czujemy cały czas silny związek z fantastyką.
[01:58:33] - To tylko powiem tytułem polecanek, że znakomitym zbiorem wydanym w latach 80. „Ogród czasu” w Wydawnictwie Literackim w Krakowie, w tej białej serii. „Ogród czasu” jest po pierwsze księgą, która na długo starczy, bo tam są setki stron. Naprawdę ciężka cegła. Ale też cegła, jeśli chodzi o wagę tych opowiadań. Tam są po prostu chyba rzeczy najlepsze, które Ballard napisał. I to, jak się przebrnie przez ten tom, długo się przez niego brnie, bo jest po prostu długi, to człowiek ma niesamowitą satysfakcję. Naprawdę. Ja jak go przeczytałem, to po pierwsze czułem się jak zwycięzca, bo przebrnąłem przez taki duży tom bardzo szybko, a po drugie miałem świadomość, że to nie są opowiadania łatwe. To nie jest tak, że pyk i coś się dzieje.
Nie. Ballarda trzeba przetrawić. To jest autor, który czasami pisze takie opowiadania, że człowiek po pół roku odkrywa w nich coś, czego na początku nie zauważył, tylko myśli o nich i myśli, i myśli. I nagle mówi sobie: „Kurczę, geniusz. Już było na początku fajne, a teraz jest jeszcze fajniejsze”. Takie moje refleksje, jeśli chodzi o Ballarda i jego opowiadania.
[01:59:52] - Zobacz, to co mówicie o Ballardzie, o Bradburym, jaki to ma wymiar w sumie cywilizacyjny. Otóż literatura jako pewne narzędzie rejestrowania, obrazowania czasu. Życie literatury to jest bardzo krótkie w czasach naszej cywilizacji. Ameryka trafiła w ten punkt, kiedy literatura rejestruje to szybkie wysowywanie się, wymianę, zanikanie tej amerykańskiej prowincji. Jeszcze niedawno tam Indianie hasali i tropili ścieżki. Potem myśmy tam budowali swoje letniskowe dacze i tak dalej. To wszystko szybko odchodzi. W Europie literatury nie było wtedy, kiedy odchodziła Polska Piastów, kiedy Polska Jagiellonów mijała. Potem, po tysiącu lat co prawda Jasienica się znalazł i coś tam opisał i tak dalej. Natomiast nie było jeszcze literatury rejestrującej.
Tempo rozwoju cywilizacji, przyspieszone również dla człowieka. Człowiekowi pozwala zauważyć to, że staje się reliktem, że się wycofuje po prostu, że staje się właściwie nikim, bo ta cywilizacja gna do przodu po prostu. Tak to jest z dzisiejszym czasem i akurat Ameryka znalazła swojego kronikarza, czyli literaturę jako taką i swoich apostołów, takich jak Ballard. Wszyscy pisarze amerykańscy, nie tylko science fiction.
[02:01:39] - Coś wam muszę przeczytać, bo ja kiedy już się zachwycam jakąś książką, już naprawdę nie mam słów, jaka jest wspaniała, to lubię sobie zajrzeć na taką stronę Lubimy Czytać. Tam pod książką, wybranym tytułem można pisać różnego rodzaju komentarze. I ludzie piszą te komentarze. Dla mnie to jest zawsze sprawdzian, jak współcześnie postrzegają niektórzy książki, które dla mnie są czymś ponadwymiarowym, czymś wspaniałym. I okazuje się, że dzisiaj o książkach, które ja uważam za wybitne Pisze się rzeczy, za chwilę zacytuję. Wysłuchajcie tego. Czy będziecie komentować, to nie wiem, ale posłuchajcie. Na portalu Lubimyczytać mamy autora albo autorkę o pseudonimie Słoneczko. Cytuję: „Poprzednie książki Bradbury'ego, które przeczytałem,” a więc jednak autor, „Człowiek zilustrowany oraz 451 Fahrenheit były interesujące, więc postanowiłem spróbować z kolejną jego pozycją. Tym razem wypadło słabiej.
Miałem problem z oceną.” Tu jest mowa oczywiście o „Kronikach marsjańskich”. „Plusy: ciekawa fabuła, zbiór 26 opowiadań o kolonizacji Marsa, pokazanie ludzkich historii i emocji w różnych, a zarazem skrajnych sytuacjach. Większość przemyśleń i obaw autora jest ciągle aktualna po ponad pół wieku. Nietypowa, ale wciągająca narracja z różnych punktów widzenia. Człowiek zawsze będzie zdolny do destrukcji bez względu na rozwój technologii. Aluzja o wystąpieniu Marsjan, o niszczenie poprzednich narodów. Taki los zgotowano między innymi Indianom. Na bazie pokazania kontrastu pomiędzy Marsjanami i ludźmi, pokazanie charakteru ludzi. Książki głównie o nas, człowiek. Ach!” Cytuję dosłownie.
„Minusy:” to jest ciekawe. „Nieścisłości typu na Marsie chodzi się bez skafandrów.” Poczekaj Wiktor, za chwilę się pośmiejemy. „Na Marsie chodzi się bez skafandrów. Po wyjeździe wszystkich z planety urządzenia nadal idealnie działają itd. Przesadny patriotyzm Amerykanów do powrotu na Ziemię i jej obrony. Książka dobra, jednak po przeczytaniu poprzednich liczyłem na więcej.” To jest całość tejże opinii. Zacytowałem ją nie po to, żeby się nad nią pastwić, tylko żeby pokazać, że to, czym się czasami zachwycamy, dzisiaj już chyba, przynajmniej dla niektórych, odbijają się od tego. Moim zdaniem czytelnik przynajmniej w części odbił się od tego. Bo jeśli na początku w plusach pisze, i trudno nawet zaprzeczyć, że częściowo ma rację, kiedy pisze o plusach, to ten minus, szczególnie ten o skafandrach, rozwalił mnie kompletnie. To znaczy, że autor tej wypowiedzi zupełnie nie rozumie, o co w tej książce chodzi.
Jeżeli on się tam domaga skafandrów.
[02:05:04] - Przecież tam seks uprawiają na świeżym powietrzu.
[02:05:07] - Tym bardziej bez skafandra.
[02:05:09] - Skafander? To byłoby trudne.
[02:05:13] - To byłoby trudne. Ale to jest taki znak, że to, co nam się wydaje, żebyśmy się tak dobrze nie czuli, rozchodząc się dzisiaj do domów, że to, co czasami wydaje nam się oczywiste, przejrzyste i takie, że wiemy, o co chodzi i wydaje nam się, że wszyscy wiedzą, to chyba tak nie jest. To tylko tytułem zepsucia nastroju na koniec.
[02:05:36] - Wiesz, może nie na koniec, bo ja chyba naprawię to psucie nastrojów, bo to się tak wydaje przy tego typu opiniach na temat książki Bradbury'ego, ale mam wrażenie, że jest pewna logiczna pomyłka w tym, jak my podchodzimy do rzeczy, które zostały napisane kiedyś. To, co zostało napisane kiedyś, jest pewnym reliktem. Należy do niego podchodzić z pewnym pietyzmem, jak do reliktu i czytać to tak, jakby się dotykało rzeczy nie w pełni zrozumiałej dla czasu dzisiejszego. Gdybym ja, jako współczesny człowiek XXI wieku chciał komentować wartość na przykład „Kalevali”, eposu star фиńskiego z punktu widzenia współczesnej literatury, to bym tutaj więcej wygłupów od tego faceta zrobił. „Kalewalę” należy czytać tak, jak się czyta „Kalewalę”. Sienkiewicza należy czytać tak, jak się czyta Sienkiewicza. Dostojewskiego tak jak Dostojewskiego. Trzeba znaleźć język ponad epokami, a nie tę aktualną sztampę przekładać do literatury. Z tego wychodzi bełkot.
[02:06:58] - Ja zgodzę się z tobą i nie zgodzę. Tak jak zwykle.
[02:07:01] - Ja się całkowicie zgadzam.
[02:07:03] - A ja nie do końca. Bo to jest tak. Ty mówiłeś o czymś uniwersalnym. Być może. Ale jest też według mnie takie zalecenie, żeby czytać książkę w jej czasach ze znajomością tego, kiedy ona została stworzona. Mamy dwie ważne rzeczy. Po pierwsze rozumiemy tę książkę, a to, co ty zaproponowałeś, to też jest rzecz moim zdaniem bardzo ważna, bo to twoja metoda z kolei pozwala znaleźć nowe treści w starym tekście. Te dwie rzeczy bym połączył. Dlatego powiedziałem, że nie do końca się zgadzam, bo te dwie rzeczy dla literatury są ważne, żeby do końca zrozumieć, dlaczego powstała, co w niej było wtedy. Warto poznać epokę i to miejsce w czasie i przestrzeni, kiedy powstawała ta książka.
„Kroniki marsjańskie”.
[02:08:01] - Ja to spłaszczę, Marku. Bardzo prosto. Idioto, nie czytaj Homera, „Iliady” i „Odysei”. Po prostu zostań najpierw magistrem. W pewnym sensie tak. Najpierw się czegoś naucz. Naucz się realiów historii. Naucz się tego, czym była starożytność i dopiero wtedy czytaj.
[02:08:21] - Do tego nie musisz zostać magistrem. Do tego przeczytaj kilka książek. Po prostu.
[02:08:25] - Ja mówię tak anegdotycznie. Zostań magistrem.
[02:08:30] - Prosimy.
[02:08:31] - Tylko jeszcze takie postscriptum. Mówiliśmy o czasach, w których powstały „Kroniki marsjańskie”. Mówiliśmy o makartyzmie, mówiliśmy o segregacji rasowej i te sprawy tutaj oczywiście się pojawiają. Te tematy się pojawiają. Bradbury wydobył to wszystko ze swojej rzeczywistości i pokazał w „Kronikach marsjańskich”. Pytanie, czy to jest niezrozumiałe dzisiaj? Nie, bo okazało się, że zrobił to w taki sposób, że powiedział o uniwersalnych sprawach dotyczących dehumanizacji, wyobcowania człowieka, mówiących o nieposzanowaniu odmienności i tak dalej. To wszystko w „Kronikach marsjańskich” jest. To jest aktualne, to jest ważne i będzie tak było ważne, dopóki człowiek będzie niezbyt fajną istotą. Bo tak naprawdę Bradbury powiedział jeszcze jedną bardzo ważną rzecz i może to nie będzie fajne zakończenie, ale że człowiek to gatunek taki szary i podły.
I o tym „Kroniki marsjańskie” też mówią, bo rzadko kiedy człowiek pokazany tutaj jest fajnie, podczas gdy Marsjanin zupełnie inaczej.
[02:09:41] - Człowiek to nie brzmi dumnie po lekturze „Kronik marsjańskich”, bo rzeczywiście jesteśmy jacyś tacy parszywi. To już wspominaliśmy o tym, że rozwalamy tam wszystko tak naprawdę na tym Marsie. Zamieniamy go pod siebie, garniemy do siebie i zamieniamy, żeby nam było wygodnie. Tacy jesteśmy w dalszym ciągu. Masz rację, to jest coś takiego, co powinno przemawiać do nas. A że nie wszyscy łapią poetykę, no trudno. Może tak nie musi być.
[02:10:16] - Poza tym, jeżeli ktoś myśli, że to jest takie zapyziałe i dawno minęło, i że dzisiaj mamy światłą Europę i Amerykę, to wszystko bardzo pięknie. Poczekajmy jeszcze parę lat, kiedy staniemy się podmiotem takiej wymiany, jaka się dzieje na Marsie, kiedy Islam wymieni nas, Europejczyków, na siebie. Zamieni całą Europę w minarety.
[02:10:44] - Wiktor jak zwykle jest wojujący.
[02:10:46] - Nie! To jest przepiękna wizja.
[02:10:49] - Na pewno.
[02:10:50] - Nareszcie będzie tutaj marsjańska, sucha, cudowna cywilizacja, a nas już Europejczyków po cholerę.
[02:10:57] - I tylko wiosna przebudzona z drzemki pozna, że nas tu już nie ma. Być może.
[02:11:04] - Ale może zostaną McDonaldy.
[02:11:08] - Nie, bo tam wołowina jest, ale wieprzowinę chyba już też wprowadzą. To się wyprowadzi spokojnie. Cóż, panowie, chyba że coś macie jeszcze do powiedzenia na ten temat. Moglibyśmy pewno długo.
[02:11:25] - Z Bradburym można długo.
[02:11:27] - Tak. Byłyby to jakieś takie dygresje, jeśli chodzi o książkę „Kroniki marsjańskie”. Cóż, ja myślę, że każdy z nas, wypowiem się za trzech, ale później można zgłaszać zdania odrębne, że każdy z nas jest człowiekiem, który tę książkę poleciłby do przeczytania. Jakie później będą państwa odczucia po lekturze, to już za to odpowiedzialności nie bierzemy. My chyba jesteśmy zafascynowani tą książką, ale od wielu lat, więc to się może nie liczy. Natomiast liczymy na to, że w tak zwanym nowym pokoleniu czytelniczym pojawi się kilka osób, które również się tą poetyką, tą atmosferą zarażą.
[02:12:12] - Mam radę dla tych, którzy dostrzegają w tej literaturze odrobinę archaiczności. Czytajcie tą książkę z zamkniętymi oczami. To jest naprawdę cudowna książka. Pojawi się w waszej głowie. Czytajcie z zamkniętymi oczami.
[02:12:30] - Dobrze. Niech to będzie puenta, bo chyba lepszej nie wymyślimy. Zatem to tak. Tradycyjnie dziękujemy wszystkim za uwagę. Zapraszamy za dwa tygodnie na „Bibliotekarium”, a to „Bibliotekarium” tym razem już nie będzie o fantastyce, chociaż i tak wątki SF z Wiktorem zalęczam, że znajdziemy, bo już znaleźliśmy. To się w szkole mówi, że się przerabia, więc będziemy przerabiać. To fatalne słowo jest w ogóle. Ale będziemy przerabiać „Jesień średniowiecza” Johana Huizingi. I znowu ktoś powie: po co takie starocie? To jest książka wydana w pierwszej połowie XX wieku.
Po co to w ogóle czytać?
[02:13:16] - A po co w ogóle czytać o średniowieczu, skoro to jeszcze dawniej było?
[02:13:21] - Tak, to pewnie dość, że dawno. Ja przypomnę, że ta książka powstała chyba jeszcze wcześniej. W 1919 roku została wydana po raz pierwszy i można powiedzieć, od tego czasu książek o średniowieczu powstało tyle, że po co takie ramoty czytać? My postaramy się pokazać, dlaczego warto tę książkę przeczytać. Po pierwsze na pewno dlatego, że jest to jakieś takie dzieło natury kulturowej, formujące, które pokazuje pewne ślady kulturowe, ale też pokażemy praktyczne korzyści z czytania Huizingi.
[02:13:56] - I również to, w jaki sposób to dzieło rzutuje na współczesną kulturę europejską, na przykład na to, ile czerpią z idei wtedy sformułowanych dzisiejsi pisarze fantasy.
[02:14:17] - Tak, bo „Jesień średniowiecza” to jest rzecz o końcu średniowiecza. O tym, jak odchodzi. Ale jakie to piękne odchodzenie jest, jak ważne dla naszej kultury. Bo kiedyś o tym wspominałem. Koniec średniowiecza Wtedy się dzieją rzeczy niezwykłe i dla nauki, i dla kultury. Trudno to przecenić. I Huizinga to pokazuje. Co więcej, to jest książka. Boleję, że część ludzi jej nie zna, bo miałem okazję przekonać się, że książka „Jesień średniowiecza” obecnie kojarzona jest z filmem „Pulp Fiction” głównie, bo tam jeden z bohaterów w polskim tłumaczeniu mówi do drugiego, że jak coś tam, to mu zrobi z dupy „Jesień średniowiecza”. Trochę mi przykro, że tylko z tej frazy jest znana ta książka.
My wykonamy pewien wysiłek, żeby była bardziej znana z tego, co Huizinga napisał.
[02:15:28] - Ale zobacz Marku, jaki przypadek. Zaczęliśmy od Bröwlera, który opisuje jesień Marsa. Schyłek kultury marsjańskiej.
[02:15:40] - To ciekawe rzeczywiście.
[02:15:41] - A dochodzimy do schyłku średniowiecza, do jesieni Europy. Bardzo piękna wizja.
[02:15:50] - Ciekawe. To za dwa tygodnie. Zapraszamy zatem. Jeszcze raz powtórzę: „Jesień średniowiecza” Johan Huizinga. Posłuchajcie państwo, będzie ciekawie. A za tydzień oczywiście ABW. Kolejne opowiadania. Tytułem polecanek powiem, że Tomek Fąs odgrażał się, że zacznie tworzyć cykl o „Cyberdżokeju”. Mówiłem ostatnio, że „Dżokerze”, ale to jednak „Dżokej” jest. „Cyberdżokej” druga część.
Moim zdaniem jeszcze lepsza niż pierwsza, nawiązująca do Lema i do jego opowiadania, które omawialiśmy, czyli o skrzyniach profesora Corcorana. Niezwykle ciekawe opowiadanie, ale to nie będzie-
[02:16:39] - Szykuje się nam czarny. Fąs groźny.
[02:16:42] - Fąs groźny? Może groźny. Moim zdaniem interesujący przede wszystkim, bo nie wiem, czy to my mamy rękę, to autorzy mają dobrą rękę do tworzenia cykli w ramach ABW, bo to nie jest pierwszy, bodajże trzeci cykl, który powstaje i moim zdaniem niezwykle interesujący. Ty Wiktorze lubisz-
[02:17:08] - Pisarze mają to, że jedni wolą być snajperami, a inni wolą Kałasznikowa. Strzelanie seriami jest bardzo wesołą rozrywką. Naprawdę.
[02:17:18] - Ty Wiktorze z racji swojej sympatii, jak kogoś lubisz, to się lubisz czepiać, więc się czepiasz Tomka nieustannie. Ja natomiast jestem pod dużym wrażeniem.
[02:17:30] - Ja też.
[02:17:32] - Ale ja mam tę przewagę, że znam to drugie opowiadanie, a ty nie. W związku z tym-
[02:17:38] - To ja mam przewagę, bo wszystko, co piękne, dopiero przede mną, proszę cię.
[02:17:42] - No tak. I zawsze mnie przegada. Taka misternie snuta puenta przeze mnie i znowu się zmarnowała. No dobrze, wygrałeś. Niech ci będzie. Czyli za dwa tygodnie Huizinga i „Jesień średniowiecza”. Za tydzień kolejna porcja opowiadań. A teraz już dziękujemy naszemu gościowi. Przypomnę Tadeusz Krajewski po raz kolejny wspomógł nas swoją wiedzą. Powiem tak, ta audycja nie byłaby taka sama, gdyby tu Tadeusza nie było.
Naprawdę. Miałem nosa. To ja miałem nosa.
[02:18:15] - Dzisiaj świat po prostu nie może bez dopalaczy.
[02:18:19] - Tadeusz.
[02:18:20] - Dla mnie był zaszczyt panowie rozmawiać z wami.
[02:18:23] - Dziękujemy. Pozdrawiamy wszystkich słuchających, niesłuchających zresztą też. Dużo weny tym piszącym. Dużo niezwykłych i wspaniałych lektur. I tym optymistycznym akcentem kończymy. Bardzo wszystkim dziękujemy. Dobranoc.
[02:18:39] - Dobranoc. Dobranoc.
[02:18:40] - A mówili te słowa do państwa gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość pan Tadeusz Krajewski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie. Tym razem w ABW już za tydzień. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.