Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:23] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Właśnie tutaj, właśnie teraz, prosto do twoich uszu, drogi słuchaczu, droga słuchaczko, próbując rozgonić trochę tę jesienną chandrę i wyleczyć przy okazji niejedno przeziębienie niejednego słuchacza. Zaczynamy wlewanie do waszych uszu, drogi słuchaczu, droga słuchaczko, kolejnego odcinka Bibliotekarium, odcinka 49. A to oznacza, że za dwa tygodnie usłyszymy odcinek okrąglutki 50. A na dzisiaj w 49. odcinku przy mikrofonie i za sterami technicznymi Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. A dzisiaj wybieramy się w trójkę do Świnio ryjów. Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:16] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór.
[01:19] - Dobry.
[01:20] - Dzień dobry wieczór, bo każą nam mówić „dzień dobry wieczór”, bo nie wiadomo, kiedy to będzie słuchane. Bo poza tym, że na żywo, właściwie z taśmy, ale powiedzmy o określonej porze w radiu, to jeszcze później z YouTube'a i z archiwum, a to już można słuchać, kiedy się chce.
[01:37] - Marku, dzisiaj to nie jest ważne ani kiedy, ani po co, ani gdzie. Czy w Bydgoszczy, czy w Katowicach, czy w Krakowie. To nic nie jest ważne, bo będziemy dzisiaj w Świnio ryjach, a to jest najważniejsze miejsce we współczesnej Europie.
[01:53] - Też mam takie wrażenie.
[01:54] - I książka o tym świadczy.
[01:59] - Tak jest. Tym bardziej że książka to oczywiście dzieło autora, którego pozdrawiamy, ale też troszeczkę nasze dzieło, bo książka jest wydana przez Bibliotekarium, a zatem jakąś rękę też przyłożyliśmy. Ja się czuję dobrze z tym, w każdym razie.
[02:25] - Wiesz, u mnie też takie niby to schyłkowe, ale jednak trochę ojcostwo.
[02:30] - No właśnie.
[02:31] - Panowie, jak jeszcze gwoli takiej ciekawostki lingwistycznej, jako że jestem anglista z wykształcenia, to czasami chodzą mi po głowie angielskie tytuły różnych dziwnych rzeczy, jak na przykład książka Przemysława Cichonia. I tak sobie wymyśliłem, że gdyby książka miała się kiedyś ukazać po angielsku, to tytuł byłby „Once Upon a Time in Pigfaceville”.
[02:54] - Pigfaceville.
[02:56] - Pięknie.
[02:56] - Wow.
[02:57] - Pięknie. Cholendra, uczę się angielskiego, bo będę czytał po raz drugi.
[03:02] - Tak, po angielsku. Ale ci powiem tak, że ja będę miał tę niewątpliwą przyjemność. W tym momencie, kiedy audycja dociera do państwa uszu w piątek wieczorem, po raz pierwszy dociera, to ja w tym momencie będę się właśnie spotykał z Przemysławem Cichoniem na konwencie, który odbywa się w Opolu, Opolconie.
[03:27] - Ja podejrzewam, że obydwaj się będziecie z jakąś szkwalką spotykali.
[03:31] - Tego nie wiem. Jest przed 22:00. Proponuję tematu nie poruszać, natomiast na pewno nie omieszkam przekazać mu tej informacji, którą Ivellios był właśnie sprzedał na temat angielskiego tytułu. Zresztą warto powiedzieć, że za pośrednictwem nagrania Przemysław Cichon dzisiaj kilka słów do państwa powie. Nawet kilka słów powie. Myślę, że to ciekawa refleksja autora na temat tego, jak pisać, po co pisać, czy w ogóle pisać i tak dalej. O tym za chwilę. Marek powiedział jeszcze o tym, że następna audycja będzie jubileuszowa. Ja tak bardzo lubię obchodzić jubileusze, że jak już była 10. audycja, to już się czułem jubileuszowo, ale wtedy nawet...
Trochę chciałem, ale nie byłem pewny, czy to się pociągnie tak długo. A tu proszę, 50. Cyk i jest.
[04:34] - Jeszcze nie.
[04:35] - Jeszcze nie, ale już na co dzień.
[04:38] - Na razie jest u nas Wigilia.
[04:40] - Wigilia, tak. Wigilia 50. Jedno jest pewne, że przyszykujemy na to spotkanie coś ekstra. Nawet się już pewne pomysły nam kotłują w głowach. Tylko że one się kotłują w takim zagęszczeniu. Coś się może w zagęszczeniu kotłować? Nie wiem. W każdym razie jest ich tak dużo, że musimy jakiś wybrać konkretny. Więc dzisiaj się nie podzielimy z państwem informacją o tym, co się w następnej audycji znajdzie. Coś się w każdym razie znajdzie.
[05:14] - Ładnie sprzedajesz pustkę w głowie słowem „zagęszczenie”.
[05:18] - Nie, pustka w głowie nie. Właśnie nadmiar.
[05:22] - Aha.
[05:23] - Cierpimy na nadmiar. Wiesz, ja się tylko boję, że z tego nadmiaru też może wyjść pustka. I to jest główny problem, bo wiesz, jak to później jest. Ten pomysł świetny, ten pomysł świetny i tak jest 10 świetnych pomysłów. A jak przychodzi co do czego, że trzeba to wreszcie zamknąć w pewną całość, to później się okaże po kolei, że każdy jest niedobry i zostaniemy z ręką w nocniku.
[05:45] - Ale to wiesz, to jest zupełnie tak, jak w tym świecie kwantów. Mamy zero, zero, zero. Nagle zero ma wartość. Albo atomy się pojawiają i znikają. Wszystko jest dokładnie tak, jak w świecie kwantów. Tak samo w naszej audycji. Z zera robi się walor, z waloru zero.
[06:05] - Dobrze, wróćmy do świnio ryjów.
[06:08] - Tak.
[06:10] - Warto przytoczyć pewną historię, bo to jest tak, że Kiedy uruchamialiśmy siostrzaną audycję Bibliotekarium ABW, Antologia Bibliotekarium Warsztaty.
[06:25] - To ze względu na feministki żeśmy uruchamiali siostrzaną, bo tak byśmy zostali przy-
[06:30] - Braterską.
[06:31] - Przy braterskim Bibliotekarium. No ale siostry.
[06:36] - Tak. W każdym razie, kiedy je uruchamialiśmy, ponieważ ogłosiliśmy to wcześniej, to zaczęły powoli napływać opowiadania. I wśród tych opowiadań pojawiło się jedno, które wyróżniało się formą. Było przygotowane bardzo starannie, jeśli chodzi o zapis. To już zwracało uwagę. Usiadłem i przeczytałem i wtedy zacząłem mieć wątpliwości, bo opowiadanie właściwie nie zawierało błędów redakcyjnych. Były drobiazgi, zupełnie takie, które się pojawiają nawet przy przepisywaniu. Właśnie dlatego myślę o przepisywaniu, ponieważ pierwszy taki dzwonek alarmowy, który się pojawił, że być może ktoś nas próbuje wkręcić i sprzedaje nam opowiadanie, które skądś przepisał. To zawsze jest takie niebezpieczeństwo. Z tym że, nauczony doświadczeniem, już się nauczyłem troszeczkę z tym radzić sobie.
Więc zacząłem przepuszczać przez różne sita to opowiadanie. I wszędzie był wynik zero. W ogóle nie ma takiego opowiadania. W końcu się poddałem. Mówię sobie: „Kurczę, to właśnie objawił nam się, i to już na początku audycji, ktoś, kto nie tylko potrafi pisać, ale też wszedł na znacznie wyższy poziom. To już nie jest tylko kwestia potrafienia bądź niepotrafienia, ale ten gość już znacznie więcej wie o pisaniu niż początkująca osoba.
[08:21] - I w ten sposób się okazało, że mamy do czynienia zamiast z jakimś adeptem ABW, to po prostu z rasowym pisarzem. Rasowy pisarz po prostu pisze sobie dalej, funkcjonuje i tak dalej, a dzisiaj będzie do państwa gadał, a ja to skomentuję.
[08:46] - Ale jeszcze jedną rzecz powiem, bo początek to było takie klasyczne opowiadanie. Pierwsze opowiadanie Przemysława Cichonia, które pojawiło się w ABW, to była taka typowa historia science fiction o podróżach w czasie. Niedługo potem przyszło do redakcji opowiadanie, które rozpoczyna cykl świnio ryjski. Tylko że problem polega na tym, o czym autor wspomina w rozmowach różnego rodzaju, że to wtedy jeszcze nie było opowiadanie pisane z myślą o tym, że to jakikolwiek cykl będzie. Pojawiło się opowiadanie o dwóch takich gościach zalkoholizowanych, mieszkających we wsi, którego puenta była taka wzięta z dowcipu, a mimo to opowiadanie miało swój urok. I to było kolejne zetknięcie z prozą Przemysława Cichonia. I to znowu takie zetknięcie, które zostawiało ślad. A później się zaczęły sypać opowiadania z cyklu świnio ryjskiego. I dalej trudno mówić o zaskoczeniu, ale ja tak czekałem, nie wiem, te złe cechy ze mnie wyszły, jakaś taka, że się gdzieś potknie, może coś mu się nie uda. A tu kurczę, opowiadanie po opowiadaniu zgrabne i bez większych kiksów.
No i co robić? Jak żyć?
[10:19] - Jak się ma klasę, to się ma klasę.
[10:23] - To ja jestem ten bez klasy w takim razie. Może tak być. Ja to wiesz, taki ludzki jestem. Chciałem, żeby autor zrobił jakiś błąd, a tu nic.
[10:34] - Nie, ja na ciebie jak patrzę, to mówię spokojnie, jesteśmy wszyscy ludzcy bardzo.
[10:44] - Dobrze. Wiesz co, myślę, że zanim powiedziałeś, że chcesz komentować, to chyba dam ci taką możliwość. Nie ukrywam, że jakiś czas przed naszą audycją porozmawiałem sobie z nagrywajką, bo to teraz modne nagrywanie kogoś, więc ja też sobie, trudno powiedzieć, że podstępnie, bo przy pełnej świadomości, ale nagrałem Przemysława Cichonia.
[11:07] - Wiesz, jak to nagrał? Sam, że tak powiem, się ukrywał, żeby nie wypływać na powierzchnię, żeby broń Boże odpowiedzialności za nic nie brać. Wszystko zwalił na Cichonia, bo słychać tylko wypowiedzi Cichonia. A Marka tam nie ma.
[11:23] - Ale przecież ja świadomie to zrobiłem.
[11:26] - Wiem, że świadomie.
[11:27] - Bo przecież ilość wypowiadanych przeze mnie słów w tej audycji jest tak duża, że myślę, że jeszcze wtrącanie się Przemysławowi Cichoniowi w jego tok narracyjny to już byłaby chyba lekka przesada. Stąd to nagranie jest takie, jakie jest i myślę, że pierwszy fragment tego wywiadu w tym momencie chyba odpalimy. Marku, prosimy.
[11:59] - Przyznaję szczerze, nie udzielam wielu wywiadów, dlatego nie mam być może w tej dziedzinie dużego doświadczenia. A zresztą, jak sama nazwa wskazuje, pisarze raczej lepiej się czują w słowie pisanym. Dobry wieczór zatem.
[12:18] - Mam powiedzieć coś o sobie? Przyznam, że to trudne. Mógłbym wiele opowiedzieć o bohaterach moich historii, może nawet o sąsiadach, znajomych, ale o sobie trudno obiektywnie cokolwiek powiedzieć, a nie chciałbym wyjść na narcyza albo bufona. Jak wyglądała moja pisarska droga? Moja pisarska droga to brzmi bardzo wzniośle, a tak naprawdę to żadna droga. To zaledwie ścieżka i to raczej króciutka. Pisałem już wcześniej, dużo wcześniej, ale nigdy nie nazwałbym tego pisarstwem. Tak na poważnie zacząłem pisać bardzo niedawno. Dość późno, biorąc pod uwagę mój wiek, bo dopiero kilka lat temu. Zaczęło się banalnie.
Zacząłem pisać powieść. Nie od razu miała być powieść. Jak to przeważnie u mnie bywa, zacząłem po prostu wymyślać pewną historię i przelewać ją na papier. Znaczy się do komputera. Może tak, bo na papierze już teraz mało kto pisze. Więc zacząłem to po prostu wklepywać do komputera i zaczęło się z tego coś rodzić. To zaczęło się rozrastać. Przychodziły wciąż nowe pomysły. Postanowiłem się kogoś poradzić. Zacząłem szukać w internecie.
No bo gdzie? Założyłem konto na Facebooku. Szperałem, szperałem, szperałem, aż znalazłem kilka fajnych miejsc i muszę powiedzieć, że mnie wciągnęło. Lubię wyzwania, konkursy i w zasadzie od tego się zaczęło. Nie chciałbym tu gloryfikować Facebooka, bo Zuckerberg i tak mi nie zapłaci za reklamę, ale właśnie chyba od Facebooka się zaczęło. Przede wszystkim grupy pisarskie. Nawet w jedną z nich się zaangażowałem. Nie tak od razu, ale zostałem nawet jej administratorem. Jednym z administratorów. Miło było czytać, jak młodzi ludzie, bo przeważnie to byli młodzi ludzie, członkowie naszej grupy, pisali swoje opowiadania, oczekiwali opinii, czasem rady.
Zrobiliśmy nawet konkurs na rocznicę, pierwszą rocznicę powstania grupy. Konkurs z nagrodami, taki jubileuszowy. Było fajnie. Skończyłem właśnie swoją pierwszą powieść i musiałem trochę nad nią popracować. Nie rozstałem się definitywnie z grupą, ale zrezygnowałem z pracy w administracji i nadal jestem jej członkiem. Miło mi patrzeć, jak się rozwija. Jakby wam to jeszcze przybliżyć, jak to się zaczęło u mnie? Chodzi o pisanie. Kiedyś przy wódce. Przepraszam, chyba jeszcze nieodpowiednia pora, ale kolega zapytał mnie, kiedy opowiadałem pewną historyjkę: „Piernik coś, to prawda?” Użył chyba jakiegoś dosadniejszego nawet zwrotu.
Nie pamiętam, ale odpowiedziałem zgodnie z prawdą: „Nie, zmyśliłem to”. Wtedy on mi powiedział: „Kurde, ty weź napisz książkę”. No i napisałem. A tak serio, to po prostu pisanie sprawia mi frajdę, przyjemność. Jakoś nie przekonują mnie teksty typu: to ciężka praca, to cierpienie, mordęga, znój. Jeśli chodzi o całość pracy pisarza, to częściowo się zgadzam, że jest to nie najlżejsze zajęcie. Godziny pracy przeciągają się w nieskończoność. Za nadgodziny nikt ci nie zapłaci. No i redakcja, poprawki. To naprawdę może spędzać sen z powiek, ale sam proces tworzenia daje tyle radości, co późniejsza orka nad tekstem utrapienia, więc bilans i tak wychodzi na zero.
Moje motto, które wisi zresztą na mojej stronie, brzmi… jest trochę przydługie jak na motto, ale oddaje chyba to, co myślę o pisaniu. Że pisanie jest procesem odwrotnym do czytania, ale równie przyjemnym. Każdy napisany akapit, rozdział czy opowiadanie daje autorowi taką przyjemność i satysfakcję jak pojedyncze pociągnięcie pędzla czy w końcu oprawiony w ramę obraz malarzowi albo rzeźba snycerzowi, pieśń bardowi. Tak samo kolejna para wygodnych butów dla szewca czy stół, krzesło czy choćby mały zyder dla stolarza jest zwieńczeniem procesu tworzenia. W zasadzie nie ma znaczenia, co tworzysz. Dzieło jest częścią twórcy. Tak czy inaczej, gdy twórcy już nie będzie, jego dzieła stworzą namiastkę byłego jestestwa i choć nie żyć, to jednak istnieć będzie. Takie górnolotne i patetyczne, prawda? Ale ja naprawdę tak myślę.
Mam już swoje lata i zdaję sobie sprawę, że nie jestem wieczny. Nikt nie jest wieczny. No ale Mickiewicz, Słowacki, Fredro, Żeromski, Orzeszkowa, Lem, Szymborska. Oni są. Są nieśmiertelni. To jak naprawdę jest. Moje opowiadania często dotykają świata fantasy, fantastyki, horroru, SF, znaczy science fiction. Zawsze mnie interesowało coś, co było inne. Inne w znaczeniu niezwyczajne. Nudzą mnie obyczajówki.
Nie mam nic przeciwko takiej literaturze. Po prostu nie moje klimaty. Życie jest wokół nas, dzieje się tu i teraz. Wystarczy je bacznie obserwować. Po co czytać o tym, że facet wydziera się na swoją żonę i zaraz jej przyłoży, kiedy to właśnie dzieje się tu i teraz, tyle że za ścianą pod dziewiątką na przykład? Albo że kochankowie siedzą sobie na ławeczce i tulą się do siebie, szepcząc sobie czułe słówka. Zgaśmy światło, wyjrzyjmy przez okno na ulicę, a okaże się, że na ławce w wątłym świetle latarni zobaczymy przytuloną parę. Tym bardziej po co o tym pisać? Ale jeśli okaże się, że pod dziewiątkę zawitał facet w czarnym garniturze, w ciemnych okularach, chociaż już prawie noc i to w momencie, kiedy Kowalska zbiera cięgi od Kowalskiego, ów gość skasował pamięć Kowalskiemu, nadpisał mu dane w mózgu i od tego momentu Kowalski stał się przykładnym mężem i czułym ojcem. To już co innego.
Albo owa para przytulonych kochanków nagle zostaje oświetlona snopem światła i doświadcza spotkania trzeciego stopnia z pozaziemską inteligencją. To już robi się ciekawiej. Uwielbiam wplatać w z pozoru zwykłe historie, niteczki nieprawdopodobnych zdarzeń, epizody, które nigdy nie mogłyby się wydarzyć, ale jednak się dzieją, bawią, zaskakują, przerażają. Wydarzenia, które opisuję w „Świnoryjach” to są niekiedy właśnie takie historie, wątki, epizody, które naprawdę nigdy mogłyby się nie wydarzyć. Chyba że opowiedziane przez tych dwóch wspaniałych gości, których świadomość nie zawsze jest na normalnym poziomie. Bywa, że jest czymś przytłumiona, wręcz pobudzona i mogą widzieć wszystko. Dlatego część tych opowiadań to są opowiadania zupełnie fantastyczne, natomiast część jest oparta na życiu. Mogło się też tak zdarzyć, bo cały cykl opowiadań świnoryjskich powstał w zasadzie z przypadku. Przynajmniej te kilka pierwszych opowiadań. Ale ile można pisać o dwóch pijaczkach?
A przede wszystkim ile można o nich czytać? Przecież nikt by nie przebrnął przez kilkanaście rozdziałów, w których dwóch gości siedzi, pije gorzałę i przegryza kiszonymi ogórkami. Oni musieli stać się nadzwyczajni. Nadal musieli być śmieszni, w miarę przystępni, nawet prości, tylko musieli stać się nadzwyczajni. Dlatego Waldek stał się jasnowidzem, zaczął ewoluować. Kiedy zdałem sobie sprawę, że to będzie coś więcej niż kilka opowiastek na bloga czy do radia, postanowiłem, że jeśli to ma być naprawdę cykl, to musi nieść ze sobą jakieś przesłanie. Nie wiem, czy udało mi się to przesłanie tak dobrze wpleść w tę historię, ale jednak ono tam jest, choć może nie rzuca się w oczy. Prawda o życiu. Jest jakaś prawda o życiu w tych opowiadaniach. Być może.
Ale najważniejszą prawdą o życiu jest ta, że życie nas na każdym kroku zaskakuje. Dlatego Waldka i Mundka życie nie rozpieszcza. Ale trzeba przyznać, że dają sobie nieźle radę.
[22:12] - Okej, Wiktorze, chciałeś komentować? To będziesz miał taki-
[22:16] - Ja powinienem powiedzieć to jako zajawkę, ale właściwie mogę powiedzieć to w każdej chwili. Otóż zachęcając, komentując właściwie to, co mówił Cichy w tej chwili, albo zachęcając do wysłuchania następnych jego wypowiedzi, chcę zwrócić uwagę na jedną rzecz, którą Cichy sprzedaje nam wszystkim właściwie bez przerwy i w swoich tekstach, i w tym, jak mówi. Otóż nawet ukułem sobie taki bon mot. Cichy jest takim prorokiem cudowności zwyczajności. Ja też na to zawsze zwracam uwagę, gdyż to jest chyba najważniejsza rzecz na świecie: dostrzegania, obserwowania i znajdowania rzeczy radosnych, cieszących albo ciekawych, albo intrygujących. W czym? W zwyczajności zupełnie. W rzeczach wcale nie spektakularnych, nie w klezmerskich ani w ornitologicznych bajerach.
[23:25] - Wiesz co? Ten wątek się jeszcze pojawi. Natomiast w tej części rozmowy mnie najbardziej podobało się to, że autor podkreśla, że przez jakiś czas miał inklinacje pisarskie, ale z nich korzystał w sposób ograniczony albo nie eksploatował swojej umiejętności, że właściwie to jego pisanie to jest późne pisanie. To już jest człowiek, trudno go nazwać młodzieniaszkiem, a jednak zdecydował się otworzyć tę drogę, zacząć tę drogę pisarską i nie mówi sobie: „To już za późno, już nie ma co”. Wręcz przeciwnie. Ja chylę czoła.
[24:12] - Mirko, wiesz, do czego służył kiedyś lont? Lont służył po to, żeby ładunek wybuchowy, który gdzieś tam jest, wydał wybuch, eksplodował we właściwym momencie. Od tego jest życie. Takim lontem jest życie, nasze zainteresowania, nasze różne peregrynacje, w które się wdajemy po to, żeby to wszystko po prostu się iskrzy, iskra, ta iskierka się posuwa, czasami kończy się niewypałem Zwykle.
[24:48] - Ale akurat w przypadku Przemysława Cichonia-
[24:50] - Czasami jest wielkie bum!
[24:52] - W przypadku Przemysława Cichonia to było wielkie bum.
[24:56] - Są oczywiście wolni strzelcy, którzy strzelają, mając lat 15, 14. Szczególnie pisząc wiersze. Ale do prozy potrzeba jednak pewnej dojrzałości. Nie mówię mądrości, nie mówię wykształcenia, nie mówię super erudycji, tylko po prostu zwykłej dojrzałości. Na czym ta dojrzałość polega? Cholera wie.
[25:24] - Ale wiesz co? Ja jeszcze z tego fragmentu wyłowiłem kolejną ciekawą rzecz. Do tego wszystkiego, co wymieniłeś, warto dorzucić coś, co można by określić umiejętnością snucia historii.
[25:42] - To jest podstawowa rzecz o wszystkich opowiadaczach. Prawdopodobnie w neolicie ci, którzy gadali, nie byli od rąbania tam łowieckich, tylko od gadania i oni snuli opowieści. To samo dzisiaj robią pisarze. Albo masz taki talent. Z tym że ja ludzi gadających znam mnóstwo, szczególnie w kabaretach na przykład. Ale pisarz z tego nigdy nie wyjdzie. To jest zupełnie inna jazda.
[26:11] - Wiesz, dlaczego na to zwróciłem uwagę? Bo w tym aspekcie swojego pisania nasz bohater przypomina trochę ciebie. Przecież ty też jesteś człowiekiem, który jak siądzie, to w tym najpozytywniejszym słowa znaczeniu jesteś w stanie zagadać kogoś na śmierć i będzie umierał ten człowiek przy świetnych historiach. Ostatnie, co zapamięta, żeby jeszcze chwilę pożyć, żeby końca tej ostatniej wysłuchać. Coś mniej więcej takiego jest, bo na to też Przemysław zwraca uwagę, że kiedy opowiedział historię temu koledze, to nagle mówi: „Ty, musisz to napisać. Napisz książkę”. Bo jak się ciebie słucha, to też jest bardzo często tak. Czemu tego nie zapisujesz? Na co Wiktor odpowiada: „Bo mi się nie chce, bo już się w swoim życiu napisałem”.
[27:10] - Zrobimy eksperyment na bieżąco i Cichoniowi chyba się to podobało i tak dalej. Otóż ostatnio prowadzę badania statystyczne na temat reakcji damsko-męskich. Otóż nie wiem, dlaczego mój telefon jest w kręgu zainteresowania dealerów warszawskich.
[27:33] - Od razu wspomnimy, dealerów różnego sprzętu. Bo są jeszcze inni dealerzy.
[27:41] - Czy ja wiem, co oni ode mnie chcą? W każdym razie dzwonią do mnie namiętnie i proponują różne akcje.
[27:47] - W okolicach Warszawy.
[27:49] - Warszawy.
[27:50] - Człowiekowi, który mieszka w Bydgoszczy. To dosyć ciekawe.
[27:53] - Ale nieważne. Dzwonią dosyć namiętnie i miałem tak ostatnio chyba kilkanaście-
[27:58] - Kilkanaście razy. Tylko jeszcze dodaj, zanim sprzedasz tę historię, drugą część, żeby poskładać później z klocków, że jakieś dwa tygodnie temu, o czym wspominaliśmy, spadłeś ze swojego fotelika.
[28:12] - No i trochę rzeczywiście jęczę, bo mam połamane żebra, więc trochę stękam.
[28:17] - Przepraszam, jeszcze w kwestii telefonu, panie Wiktorze, pana telefon nie jest jedynym. Przecież jak było „Bibliotekarium” parę tygodni temu, czy tam kilka tygodni temu na żywo, to dodzwoniła się do nas baba próbująca wcisnąć nam garnki.
[28:31] - Panowie, to zaraza! To jest bakcyl jakiś.
[28:34] - W każdym razie-
[28:35] - Kto wie, czy to czasem nie z jakiejś Warszawy albo z jakiejś innej wsi.
[28:41] - W każdym razie ten drugi element z połamanymi żebrami też odgrywa w tej historii, o której Wiktor za chwilę powie, pewne znaczenie.
[28:48] - Tak, bo ja po prostu, nie mogąc się odczepić, szukałem jakiegoś pretekstu, żeby się wykolegować z tych rozmów, bo wiesz, jak oni nadają. Ba, ba, ba, ba. Nie za bardzo. Więc ja po prostu zwyczajnie, spokojnie czekam na jakiś tam wydech, po czym takim swoim zbolałym głosem, bo zwykle mnie budzą, czyli jestem jeszcze raz spany, bo oni dzwonią w dzień, mówię spokojnie: „Sorry, bardzo pana przepraszam, ale ze mną nie można, bo ja właśnie umieram”. No i teraz te właśnie moje statystyczne badania. Dodzwoniłem się.
[29:29] - To ja od razu ci wejdę w słowo. Ja sobie wyobrażam, jak ty potrafisz tym prostym tekstem rozwalić człowiekowi dzień.
[29:36] - A ja nie wiem, czy rozwalę.
[29:38] - Ja wyobrażam sobie takiego telemarketera czy jakiegoś tam innego handlowca, który usłyszy przez telefon głos autentycznie zbolałego, umierającego człowieka, który właśnie komunikuje, że umiera. To jest trauma, człowieku. On wraca do domu, jest załamany, rozmawiał z człowiekiem, który być może już nie żyje.
[29:59] - Nie wiem jak on, ale wiemy, jak one to robią.
[30:03] - Dobrze, wróć do tego.
[30:04] - Moja statystyka teraz będzie. Otóż na kilkanaście takich telefonów, gdzie spikerkami zachęcającymi były kobiety, wszystkie reagowały identycznie. Nigdy nie usłyszałem nawet oddechu, ani jęku, ani westchnienia, nic. Wmurowywało je.
[30:26] - Ja się nie dziwię.
[30:28] - One natychmiast tracą jakiekolwiek ten. Jest martwa cisza. Ja spokojnie mogę to „sorry, dobranoc” i się wyłączam.
[30:38] - Człowieku, przecież ona wtedy myśli, taka kobieta, że właśnie umarłeś. „Dobranoc”. Jeszcze mówisz „dobranoc”.
[30:43] - Dobrze. Co myśli, to ja nie wiem. Może raczej myślę, że nie myśli. Natomiast dwukrotnie dodzwoniło się do mnie dwóch różnych facetów, również takich proponujących jakieś tam części samochodowe. Otóż jak zareagowali ci faceci? Może to przypadek, ale po moim dictum zareagowali absolutnie w ułamku sekundy. Natychmiast: „Sorry, przepraszam pana, czy można jakoś panu pomóc? Jest pan pod tego...?”. Ja mówię: „Tak, mam rodzinę, mam opiekę” i tak dalej. I się wyłączamy, nie?
Natomiast zwróćcie uwagę, że mężczyźni zareagowali natychmiast, aktywnie, a kobiety po prostu tego w tym tekście, który mają do czytania, nie miały.
[31:32] - Nie, po prostu tak głęboko je poruszyło to, co usłyszały.
[31:39] - Ale tych facetów też głęboko porusza, bo od razu chcą mi pomóc.
[31:43] - Dobrze, ale to jest różnica w reakcji. W każdym razie powiem ci tak: pomimo że chciałeś z tego zrobić antyfeministyczne jakieś takie-
[31:52] - Nie, chcę po prostu zwrócić uwagę, że my się czymś różnimy. My się różnimy tym, że mężczyźni kiedyś byli myśliwymi i wojownikami, więc musieli szybko reagować na zmiany sytuacji.
[32:07] - Wiesz co, ale tę historię można zinterpretować również tak: kobieta myśli bardzo racjonalnie.
[32:15] - Tak.
[32:16] - Mówi sobie: „Kurczę, facet umiera, a jestem daleko. Nie mogę mu pomóc. Po co ja się będę pytać, czy mogę pomóc? Nie wiem, po karawan mogę zadzwonić, ale nie mogę mu realnie pomóc”. Więc wmurowuje ją, bo ogrom nieszczęścia ją wmurowuje po prostu. Nie wie, co ma zrobić. Chciałaby, a nie może. Można popatrzeć na to. A facet z kolei okazuje się głupkiem: „Można jakoś panu pomóc?” No oczywiście, że nie. Więc ostrożnie z interpretacją.
[32:50] - Dobrze, natomiast nieważne, jaką interpretację do tego przyłożymy. Natomiast zobaczcie, jak to się wpasowuje w to, co mówi Cichoń. Otóż po prostu nagle z niczego życie się robi ciekawe. Może nie moje, ale tych całych, które do mnie dzwonią. One mają coś do przekazania koleżankom. One coś niezwykłego się zdarzyło. Facet umarł, kiedy ja do niego zadzwoniłam.
[33:19] - To już jest historia. Wiesz co, zanim jeszcze to rozwiniemy troszeczkę, to przypomnę, nie zacytuję go oczywiście, bo jest zbyt długie, to motto, które przytoczył bohater dzisiejszej audycji. Które się kończy frazą, że już nie będzie żyło, to jednak istnieć będzie. To jest bardzo zdrowa motywacja dla ludzi, którzy coś tworzą, żeby pozostawić po sobie ślad. Mnie już nie będzie-
[33:55] - To jest motywacja nie tylko dla piszących, ale dla tych, co prawda tam-
[34:00] - Cokolwiek tworzą.
[34:02] - Ale jeżeli używają antykoncepcji, to się syfnie.
[34:07] - Ja cię proszę!
[34:10] - Marku, tak, bo jak tutaj coś po sobie zostawić, skoro nic nie wychodzi?
[34:18] - Ale nie może, to świadoma decyzja.
[34:20] - Świadoma decyzja.
[34:21] - Ja jeszcze nie słyszałem o nieświadomej antykoncepcji.
[34:24] - Dobrze, ale przestajemy być twórczy w tym momencie, tak?
[34:27] - Jeżeli twórczość na tym polega, dobrze. Wróćmy do tego. A mnie się to motto, które przytacza Przemysław Cichoń, podobało. Bez względu na jego długość, to jednak jest coś takiego, że człowiek jest istotą twórczą i bez względu na to, czy rzeczywiście struga coś w drewnie, czy tworzy buciki, trzewiki, czy pisze opowiadania, to jednak, nie wiem, czy świadomie, czy podświadomie, to pewno różnie u różnych ludzi, ale gdzieś stoi za tym zawsze chęć pozostawienia po sobie śladu. Ta chęć potrwania dłużej niż to fizyczne, biologiczne życie.
[35:16] - Przypomnę sobie, że my to się po prostu zwyczajnie jeszcze rozmnażamy. Natomiast Amerykanie to sobie wymyślili w takim opowiadaniu Boba Shawa takie szyby, w których światło się zbierało, cały obraz i zachowywało. I wtedy ludzie już dawno umarli, a tam można było przez tą szybę widzieć dalej krzątającą się żonę i dzieci malutkie.
[35:46] - Tak, było takie opowiadanie. Na pewno było zawarte w jednym ze zbiorów „Kroki w nieznane”. Nie pamiętam, czy Boba Shawa, być może. Natomiast rzeczywiście tam chodziło o to, że ta wąska tafla szyby, nie gruba, światło przez nią, nie chodzi o to, że ono się tam zbierało. Ono przez nią spowalniało tak bardzo, że przez tę szybę wędrowało latami.
[36:11] - 100 lat na przykład. Czyli widziałeś, co było za tą szybą 100 lat temu.
[36:15] - Dobrze, to jest pewna wariacja na ten temat, ale jednak za każdym razem dochodzimy do tego, że chcemy jakiś ślad po sobie zostawić.
[36:24] - No.
[36:25] - Ja uważam, że akurat Przemysław Cichoń nie wybrał najgorszego sposobu. Mniej-
[36:31] - No bo wiesz, co robią zwykle nasi obywatele? Jedyny ślad, jaki zostawiają, co prawda dzisiaj to można wodę spuszczać, kiedy coś się na ścieżkach dla antylop zostawiało ten ślad-
[36:44] - W każdym bądź razie nie. Co innego miałem na myśli, Cichoń, przerwałeś. Moim zdaniem dlatego, ponieważ jego opowiadania czyta się z przyjemnością. I powiem ci tak: do mnie one docierają dwuetapowo. Być może tępy jestem po prostu, ale tak, ja najpierw chłonę tę warstwę obyczajową, tę, która jest taka oczywista, tę, o której on mówi, że to jest zwykłe życie. A później dopiero docierają do mnie elementy niezwykłości. Przemysław Cichoń dodaje, tak jak on to zresztą mówi, troszeczkę, jakby solił potrawę. To nie jest tak, że tam nagle statki kosmiczne latają, czy wehikuły czasu się masowo pojawiają. Nie, on po prostu do tej codzienności, do rzeczywistości lekko dodaje drobną, malutką porcję niezwykłości. I to działa niesamowicie.
[37:46] - Działa jak ewolucja, zupełnie, Marek. Cichoń, popatrz, powolutku mutacja drobna, niezwykłość i już mamy nowy gatunek.
[37:56] - Tak, to jest niby fajne takie porównanie do ewolucji, ale mnie bardziej przemawia do wyobraźni, że on, tu niestety muszę się odwołać do literatury, którą niespecjalnie cenię, ale też bez przesady, czytuję, czyli do fantasy. On rzuca czar. Na pozór coś zwykłego. Dobrze, odwołajmy się już nie do fantasy, tylko do zwykłej baśni o Kopciuszku. Jest dynia, pach, odrobina i kareta. Są jakieś łachmany, odrobina czaru, balowa suknia.
[38:34] - Wiecie co? Poczytajcie „Świnioroję", zobaczycie, ile tam jest czarujących rzeczy.
[38:39] - Tak! Oczywiście, że tak.
[38:42] - Tak.
[38:43] - Właśnie tak. Bo to, co mówi Przemysław, gdybyśmy opisali rzeczywiście dwóch pijaczków, którzy siedzą, piją i zagryzają ogórami, to cytat prawie dokładny. Ile o tym można czytać? A przecież Przemysław napisał całą książkę, dzięki czemu podążamy przez kolejne strony i kolejne, bo on tak czaruje, że dosypuje tam odrobinę niezwykłości. I to już nie jest ta szara rzeczywistość, w której dwóch facetów chleje wódę i zagryza ogórami. Tam się dzieje coś niezwykłego.
[39:23] - Widzisz, ale są dwie drogi. Ja patrzę troszeczkę inaczej na to. Ty widzisz od zwykłości do niezwykłości, a ja widzę-
[39:33] - Jakżeby inaczej? Odwrotnie.
[39:34] - Odwrotnie.
[39:35] - No tak!
[39:35] - Otóż zwróćcie uwagę, jak Cichoń mówi w wywiadach, które tutaj prezentujemy. On pozdrawiam go serdecznie, mniej więcej gaworzy tak samo jak ja tutaj i jak ty. On mówi bardzo prosto, mówi bardzo zwyczajnie o rzeczach, przy których naprawdę akademickim językiem się posługując, można by polecieć takim Joyce'em, takim Proustem, Bóg wie kim-
[40:13] - I zamęczyć słuchacza.
[40:14] - Żeby ściany powaliło po prostu. Natomiast on to robi po prostu zwyczajnie, tak jak również my się staramy mówić o rzeczach. Myślicie, że ktokolwiek z nas nie potrafi poczarować i powiedzieć tak, żeby nikt nic nie rozumiał? Poczytajcie, co my czasami piszemy, to zobaczycie, że można tak. Tylko że najcenniejsza jest zwyczajność, dostrzeganie rzeczy zwykłych w rzeczach niezwykłych, w rzeczach zwyczajnych. Tak jak z tym facetem, który w zwyczajnej pleśni odkrył przecież penicylinę albo w zwyczajnych zawszonych kulkach atomów, które się rozpylają w całym przyspieszaczu hadronów odkrył bozona jakiegoś tam. I tak to tam nic, i tak dalej. W rzeczach zwyczajnych, w rzeczach trywialnych odkrywamy rzeczy nowe, niezwykłe po prostu. Na początku widzieliśmy tylko gwiazdy na niebie. Czasami jeszcze komety nas nalatywały.
Ale jak żeśmy zaczęli się wpatrywać głębiej, to nagle zaczęły nam supernowe eksplodować. Nagle się pojawiły takie, takie, takie czarne dziury, różowe dziury i inne tam dziury.
[41:44] - Wiesz co, kiedy ty mówiłeś o tym wielkim zderzaczu hadronów, to przywołałeś taką fajną, romantyczną wizję naukowca, który coś odkrywa. Niestety pragnę powiedzieć ci o czymś, o czym dobrze wiesz, że dzisiaj nauka jest zajęciem stadnym i tam przy tym zderzaczu pracują prawdziwe oddziały naukowców. To nie jest tak, że tam siedzi jakiś dziadek, tak jak w różnych powieściach z XIX i początku XX wieku i coś odkrywa. Nie, nie. Tam siedzi oddział, legion naukowców, coś tam sobie puszcza, jeszcze technicy tam to uruchamiają. I to tak wygląda. Bardzo mało romantycznie.
[42:28] - Marku, bardzo mało romantycznie. Ale zobacz, to ci się tylko tak wydaje. Bo zwróć uwagę, że z legendy polskiego wojska została nam na przykład poza paroma fiksami, że tak powiem, została nam mit husarii. A husaria nie była stadem baranów, które leciało po to, żeby stratować wszystko. Poczekaj, ja wiem, ja ich cenię.
[42:59] - Sam byłeś husarzem.
[43:02] - Tak. Natomiast zwróć uwagę, że zawsze przed każdą armią szli harcownicy. Po tych harcówkach nie ma śladu. To oni byli romantyczni. Oni stoczyli przed bitwami pojedynki, w których ginęli jedni albo drudzy. Wracali do swojej armii. Dzięki temu zapał wzbudzili w swoich albo chęć zemsty u swoich i tak dalej. Ale po harcównikach nie zostało śladu. Tak samo jak po wielkich uczonych, takich samodzielnych. Stado baranów robi dopiero zamęt.
[43:35] - Ale nie do końca, bo harcownicy poza tymi funkcjami, które wymieniałeś, pełnili jeszcze jedną rolę, która dzisiaj również jest spełniana. Pełnili rolę zwiadu. Tak, dobrze zwiadu. Badali różne punkty przed tym.
[43:53] - No tak.
[43:54] - I dzisiaj taką samą rolę odgrywają te wojska, które gdzieś tam macają przeciwnika, gdzie tam jest słabszy. Czy ktoś o tych ludziach też wie? To jest zawsze misja zakryta. Dopiero jak następuje uderzenie, to wtedy tak. Dobrze, takie sobie ładne porównania posnuliśmy o tej husarii i tak dalej. À propos husarii, jest tyle różnych teorii. Właściwie nie, przepraszam, to nie teorie, ale tyle różnych zdań na temat tego, po co były te pióra.
[44:34] - Są dwa zdania i koniec.
[44:35] - Nie, jest tych zdań naprawdę kilka. A ponieważ ja się na tym nie znam, to one wszystkie mnie przekonują. Bo jest zdanie takie, że dla szpanu. Jest zdanie takie, że lasso się-
[44:48] - Arkan.
[44:49] - Arkan. Przepraszam, ja jakiś taki amerykański.
[44:51] - Bolo w maoku.
[44:53] - Tak. Że to się nie imało. Ale też jest teoria o tym, że te pióra, jak to wojsko ruszało do ataku, to one szumiały w charakterystyczny sposób i straszyły zwierzęta przeciwnika, że się po prostu obawiały. I takich teorii-
[45:11] - Ja mam jeszcze jedną. Bo to wszyscy, przede wszystkim te szwedzkie protestanty myślały, że-
[45:19] - Anioły.
[45:19] - Że to anioły nad nimi fruną.
[45:22] - Dobrze. Tych teorii pewno jest dużo i ja wcale nie jestem przekonany, czy jedna przeczy drugiej w ogóle. Czy to tak należy rozpatrywać. Ale mówię, wiedza moja jest w tym zakresie dosyć mikra i przypuszczam, że ktoś, kto się dobrze na tym zna, to mógłby się w tej chwili albo już w tej chwili tarzać się ze śmiechu.
[45:38] - Marku, jedna mądrość z tego całego twojego à propos tych piór wynika to, że pióro może służyć do wielu różnych rzeczy, między innymi do pisania.
[45:49] - Między innymi do pisania. Ale wiesz co, ja jeszcze zwróciłem w tej części rozmowy uwagę na to, jak Przemysław Cichoń mówi o swoim pisaniu. To znaczy o tym, że on nie widzi problemów w pisaniu. To są zawsze ludzie, z którymi czuje pewne braterstwo, bo ja mam również pewną łatwość pisania, ale jestem leniem. W związku z tym, jak mam jakąś perspektywę czy coś, to wtedy się zabieram do roboty. Natomiast tak sobie a muzom pisać, to jestem za bardzo leniwy, to tego nie robię. Przemysław mówi o tym, że on też ma łatwość pisania, tu ciach, ciach i napisze. Ale wspomina też o kolejnej części, że on nie widzi problemu, że tam sobie trzeba ustawić to czy tamto. Rzeczywiście takich problemów też nie widzę. Czasami sobie te postacie ustawiam, czasami to robię, czasami nie.
Czasami rzeczywiście idzie jakiś kawałek tekstu, powiedzmy tak na rybkę, czyli nie wiemy dokąd zmierzamy, ale w końcu dokądś dojdziemy. Nie robię tak często, ale zdarza mi się. Szczególnie w takich momentach, które są wątpliwe w tym pierwotnym szkicu, który mam całego dłuższego utworu. Są takie momenty, w których postawione są znaki zapytania, czyli nie wiem, co tam się wydarzy. Muszę dojść od punktu A do punktu B, ale co będzie po drodze, to jeszcze nie wiem. I czasami wtedy decyduję się na taki sposób, o jakim wspomina Przemysław, czyli idziemy, dokądś dojdziemy. On jednak wspomina, że bycie pisarzem to bywa również męka. I tu podaje przykład później tego redagowania, poprawiania. I tu nie czuję z nim braterstwa, bo ja uwielbiam ten moment.
[47:49] - Ja też akurat lubię. Natomiast zwróć uwagę, że to, co mówiłeś, co on wymienia, to przede wszystkim podkreśla naprawdę wielką radość w trakcie tworzenia. I to jest radość naprawdę, muszę wam powiedzieć, zabijająca. Ja się nigdy w życiu nie nudziłem, bo zawsze się mogę zapchać „Falloutem” albo innym „Panzer Generalem”. Natomiast tak naprawdę dziką radość mam tylko wtedy, kiedy piszę. To znaczy miałem do pewnego czasu, bo nagle odkryłem jako młody człowiek, że jeszcze można mieć dziką radość, czytając Stanisława Lema. Na starość odkryłem, że można również mieć trochę radości z czytania Cichonia.
[48:33] - Tak, ale zwróć uwagę jeszcze, że kiedy on mówi o tym, że to jednak jest rodzaj męki, to ja się z nim nie do końca zgadzam. Ale zobacz, jaka mądrość przemawia przez człowieka, który jest człowiekiem piszącym, że on nie mówi, że to jest niepotrzebne. Wręcz przeciwnie. On sobie zdaje sprawę, że chociaż ta część życia pisarskiego, w przeciwieństwie do tej pierwszej, kiedy się pisze, kiedy jest radość, kiedy jest frajda z tego, że się tworzy nowe światy, buduje nową rzeczywistość, to później przychodzi etap poprawiania. I to specjalnie, z tego, co mówi Przemysław, nie kręci go za bardzo. To jednak dla niego jest to oczywista oczywistość, że to po prostu musi być zrobione. I to zresztą my jako ludzie, którzy często widywali prace, które przychodziły bezpośrednio od autora, widzieliśmy to, że bardzo wiele prac Przemysława było już podredagowanych. One oczywiście wymagały później doszlifowania przez redaktora, przez takie zawodowe oko. Niemniej jednak te opowiadania, które od Przemysława przychodziły, były już solidnie podredagowane. To były właściwie rzeczy, z którymi spokojnie mogło się oko redaktorskie zmierzyć.
[50:03] - Wiesz Marek, jak masz styl, to właściwie nie trzeba wiele redagować, bo wszystko się trzyma po prostu kupy. Jak nie masz stylu, to trzeba dyscypliny, żeby to wszystko jakoś powiązać ze sobą, żeby to miało wspólną wymowę, żeby to czytało się płynnie przy charakterystycznym stylu czy przy charakterystycznym języku takiej powieści, którą się Cichoń posługuje. To po prostu płynie jak rzeka.
[50:39] - Ale ja mam jeszcze coś do powiedzenia po tym fragmencie, którego słuchaliśmy. Zwróciłeś uwagę, że poza tym, że rozmawiamy z autorem, który udowodnił książką „Świnioryjską”, że pisać potrafi, to jest jeszcze jeden talent, który ten autor ma. On świetnie gawędzi, świetnie opowiada. Tego się chce słuchać.
[51:08] - Jak świetnie? Zwyczajnie. Mówi o rzeczach niezwykłych dla zwykłych, ale w sposób zupełnie zwyczajny, normalny i tak dalej. Nie bajeruje. Nie ma dyma balona.
[51:22] - Ja wiem, że ty jesteś dinozaurem. O tyle mi to nie przychodzi lekko mówić, bo ja gdzieś hasam tuż za tobą. Troszkę, ale jednak za tobą.
[51:33] - Tak, prawie wiek żeśmy przeżyli. Nie, ty pół wieku.
[51:36] - W każdym razie gdzieś tam podążam w tym samym kierunku, jak każdy. Być może dla ciebie to jest normalne, że człowiek siada i mówi ciekawie. To ty sobie posłuchaj bardzo wielu ludzi, którzy siadają i mówią po pierwsze nieciekawie, po drugie tną całą tę informację, potem mówią nielogicznie. Jedno z drugiego nie wynika i w ogóle nie chce się tego słuchać.
[52:03] - Marku, ja ci powiem, jak to jest. Jak się mówi do kogoś, to się mówi wyraźnie. Jak się mówi do samego siebie i się słucha samego siebie, to wychodzi to, co my potem słyszymy. Bo my słyszymy nie do nas komunikat skierowany, ale skierowany do tego faceta, który sam siebie, że tak powiem, onanizuje.
[52:25] - Słucha.
[52:25] - Słucha, tak.
[52:28] - To jednak nie zmienia faktu, że Przemysław Cichoń, wiem już jedno, to jest urodzony opowiadacz historii i gdyby nie wypuścił książki, to i tak te historie by opowiadał. Ta historia o koledze, któremu opowiadał przy kielichu jakąś historię. On gdyby nie zaczął pisać, to i tak znany byłby z tego, że całe życie opowiadał ludziom różnym, napotkanym ciekawe historie. To troszeczkę tak jak ty. Znowu nawiążę. Ty już dzisiaj obraziłeś się, praktycznie rzecz biorąc, na pisanie. To tam 1% jakiś, co czasami machniesz piórem. Jest nadzieja, że może trochę poprawisz w najbliższym czasie statystykę, ale na razie jest tak, jak jest. Niemniej jednak cały czas potrafisz ludzi wciągnąć w swoje historie. I to zdecydowana zaleta prozy Przemysława Cichonia, tego cyklu „Świnioryjskiego”, ale nie tylko.
Bo jeśli odszukacie państwo różnych niecyklowych opowiadań Przemysława, one również człowieka wciągają, zasysają wręcz do akcji i człowiek podąża za autorem. I to jest cecha, która paradoksalnie nie jest u wszystkich autorów, bo niektórzy pisarze wymęczają swoje teksty. One są nawet erudycyjne, one są fajne, są wymyślone, człowiek czyta nawet z zainteresowaniem, ale czuć, że nie ma tego pierwiastka gawędziarskiego. U Przemysława Cichonia jest jak najbardziej.
[54:10] - Zauważ, jak się Cichoń odwołuje do swoich, że tak powiem, ulubionych książek, do swoich mistrzów po prostu.
[54:16] - Tak.
[54:17] - Do kogo się odwołuje? Do Grzędowicza.
[54:20] - Poczekaj. Jak zwykle wyprzedzasz fakty. O jego ulubionych książkach będzie później, bo to też jest bardzo ciekawy fragment tej rozmowy, ale skoro już tak do przodu gnasz, to proponuję, żebyśmy teraz posłuchali drugiego fragmentu tej prozy. To właśnie ten fragment, w którym on mówi o swoich ulubionych autorach. Nie na początku, trochę pod koniec, ale to też jest bardzo ciekawy odcinek tego wywiadu. Marku, oddajemy ci głos zatem.
[54:56] - No i pytanie, czy książka to absolutna fikcja literacka? Absolutna na pewno nie. Coś tam w tej książce jest z życia. Zresztą każdy, kto to czytał, to pewnie się domyśla. Każdy, kto przeczytał moją książkę, na pewno się zastanawia, czy tacy ludzie naprawdę istnieją. Otóż zaręczam wam, że istnieją. Takich ludzi jest bez liku.
[55:23] - Tak jak i świnioriów możemy znaleźć całe mnóstwo i to niekoniecznie na Mazurach. To tacy ludzie istnieją, tylko trzeba ich dojrzeć. Oni gdzieś tam siedzą w tych krzakach czy na tej rampie za sklepem. Oni gdzieś tam są. Trudno mi teraz konkretnie przytoczyć przykłady, ale jest w tej książce kilka rzeczy, które nie są zupełnie zmyślone i kilka postaci opartych na ich autentycznych pierwowzorach, w większym lub mniejszym stopniu oczywiście. No i pytanie, które musiało paść, czyli jak wygląda tworzenie prozy przez Przemysława Cichonia? Ogólnie rzecz ujmując, nie jestem, że tak powiem, zbyt systematyczny. Dziwi mnie, jak słyszę od jakiegoś autora, że musi rozpisać postacie, ich wygląd, charakter, zaplanować dokładnie cały przebieg akcji, narrację, obmyślić scenografię. Ja tak nie pracuję. Nigdy nie robiłem żadnego planu powieści, żadnej mapy świata ani schematu fabuły.
Może to nieprofesjonalne, zdaję sobie z tego sprawę, ale ja po prostu siadam i zaczynam pisać. I w dodatku robię to wtedy, kiedy mam czas. Nie od 7 do 15 czy w jeszcze innych ustalonych godzinach. Siadam i zaczynam pisać jedno zdanie, drugie, trzecie. I tak na przykład 20 tysięcy znaków. A innym razem mam w głowie już gotowy pomysł. Siadam, zaczynam pisać. Co gorsza, wiem, co chcę napisać i po trzech zdaniach koniec. Ciemność. Pustka.
Wtedy nie piszę. Bywa, że nie piszę dwa, trzy tygodnie, bo nie ma weny albo czasu, a nieraz tekst wysypuje mi się z głowy jak piasek z grzesiowego worka. Taki wierszyk o Grzesiu, co to szedł przez wieś i tak dalej. Bywa różnie. Naprawdę to wszystko zależy od nastroju, od pogody, pory roku. Latem pisze się gorzej, bo latem jest wiele innych zajęć i nie można się skupić na pisaniu. Dla mnie odpowiednią i chyba najlepszą porą na pisanie jest właśnie jesień i zima. No ale każdy może mieć inaczej. A gdybym miał polecić wam swoją książkę, jakoś ją zareklamować, to jakich użyłbym argumentów? Powiem wam, że dogadałbym się pewnie z ministrem oświaty, aby „Świnioryje” wpisać na listę lektur obowiązkowych.
A tak poważnie, myślę, że każdy, kto lubi się śmiać i ma do życia pewien dystans, nie ocenia ludzi, tylko próbuje ich zrozumieć, powinien przeczytać tę książkę. Tych dwóch pijaczków, a zwłaszcza Waldek Paciaja, udowadniają nam wszystkim jedną prawdę. I to właśnie miało być przesłaniem tej książki od momentu, kiedy zaczęła stawać się książką w ogóle, że wszystko można zmienić, że każdy może się zmienić. Musi tylko chcieć i mieć motywację. No i tak. I pewnie mam jeszcze powiedzieć, jakie mam plany. Te literackie oczywiście. Każdy ma jakieś plany. Ja również. Napisałem powieść już jakiś czas temu.
To jest taka hybryda political i science fiction. Rzecz jest o podróżach w czasie, o konsekwencjach takich podróży. Jak przystało na powieść o podróżach w czasie, akcja dzieje się w przyszłości. Nie aż takiej dalekiej, ale jednak przyszłości. No i też współcześnie, a nawet jakiś czas temu. Jestem wszędzie na etapie redakcji. Strasznie mi to opornie idzie. Prawdę mówiąc, poświęciłem już na redakcję tego tekstu chyba więcej czasu niż na napisanie go od deski do deski. Nadal piszę opowiadania, różne takie shortsiki. Po prostu jak mnie coś zainspiruje, to siadam i piszę jakieś opowiadanko.
To mnie odpręża. Przewietrzam sobie głowę. Ostatnio nawet zacząłem pisać bajkę. To znaczy z założenia miała to być bajka, ale jak to ze mną bywa, zaczyna mi to wyglądać raczej na opowiadanie SF dla młodzieży. Nawet zmieniłem tytuł, bo miała być bajka o Marakanie, jego matce i prawdziwej przygodzie czy przedziwnej przygodzie, a jest opowieść o Marakanie, wielkiej wyprawie w nieznane i przedziwnej przygodzie, jaka mu się przydarzyła. Generalnie przygoda ma być, ale tytuł pewnie jeszcze się zmieni. Staram się też udzielać na facebookowych grupach pisarskich. Średnio ostatnio mam czas, ale coś tam zawsze napiszę, skomentuję, doradzę. No i w zasadzie plany moje są, powiedzmy, ambitne, bo chciałbym w końcu wydać tą moją powieść, ale kiedy to będzie? Teraz nie mogę powiedzieć.
Trudno mi naprawdę przebrnąć przez redakcję i poprawianie tego tekstu, ale myślę, że w końcu dotknę celu. Podobno autor to głównie wyobraźnia, ciężka praca i odrobina czegoś, co popularnie nazywa się weną. Może i tak, ale na pewno jest jeszcze coś. Muszę wyznać, że za młodu niechętnie czytałem, a jak wiadomo książki przeczytane gdzieś tam zostają. U wielu autorów na pewno można dojrzeć ich lektury z czasów dzieciństwa, nawet w ich własnej twórczości. To zostaje, to nawet podświadomie gdzieś tam jest użyte i kształtuje twórczość, że tak powiem górnolotnie. W szkole podstawowej czytałem przeważnie streszczenia zamiast lektur. No i jakoś się prześlizgiwałem. Zresztą ówczesny system edukacji nie zachęcał do czytelnictwa. Może też to, że było tyle innych ciekawych zajęć.
Na przykład łażenie po drzewach, gra w piłkę na boisku. Potem to się zmieniło. Wracałem do lektur ze szkoły, choć przyznaję, że przez „Nad Niemnem” nie przebrnąłem. Biję się w pierś, ale nie moje klimaty. Wolę książki akcji: „Quo vadis”, „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego, „Dywizjon 303” Fillera, ale też na przykład „Proces” Kafki czy „Lot nad kukułczym gniazdem” Keseya. A ze współczesnych uwielbiam Koontza: „Odwieczny wróg”, „Opiekunowie”, „Ziarno demona”, „Mroczne ścieżki serca” i wiele innych książek Koontza. To wspaniała lektura. Czyta się je jednym tchem i jak dla mnie jest the best. Chciałbym tak pisać. No ale cóż, nie potrafię, to piszę po swojemu.
A jeśli chodzi o fantastykę czy fantasy, to uwielbiam Grzędowicza, opowiadania z cyklu „Popiół i kurz” i oczywiście „Pan Lodowego Ogrodu”. No i mój ulubiony lider tego zestawienia Andrzej Pilipiuk ze swoim „Wędrowyczem”. To na pewno jest szczyt mojej listy. Cóż jeszcze mogę powiedzieć? O sobie jest trudno mówić, ale działam trochę na Facebooku i tak patrzę, co dzieje się w Polsce na naszych rynkach wydawniczych, rynku wydawniczym. Zresztą już o tym rozmawialiśmy kiedyś w szerszym gronie przy okazji Festiwalu Fantastyki w Nidzicy właśnie w tym roku. Ta rozmowa jest na YouTubie, można sobie ją posłuchać, obejrzeć, bo to było wideo. Ale powiem to jeszcze raz. To, co dzieje się na rynku wydawniczym w Polsce, nie wiem, jak jest na innych rynkach, bo nigdy nie próbowałem wydać niczego za granicą, przypomina klasyczny paradoks. Dosłownie paragraf 22.
„Nie wydamy pana książki, bo jest pan nieznanym autorem i nic pan do tej pory nie wydał.” Otrzymanie takiej odpowiedzi od wydawnictwa to w pewnym sensie sukces, bo większość wydawnictw w ogóle nie odpowiada na nasze maile. Żeby coś wydać, trzeba mieć nazwisko i przynajmniej dwa, trzy bestsellery na koncie. Dlatego półki w księgarniach uginają się od opasłych tomów Króla, Bonda, nie mylić z Jamesem Bondem, i trzeszczą od Mroza. Znaczy od mrozu. Można tutaj przytoczyć, oczywiście parafrazując, słowa Juliana Tuwima, że aby mieć u wydawców powodzenie, trzeba albo umrzeć, albo być obcokrajowcem, albo pisać perwersyjnie, a najlepiej być zagranicznym perwersyjnym nieboszczykiem. Oczywiście Tuwim miał tu na myśli czytelników, nie wydawców, ale myślę, że to jest nadal aktualne.
[01:04:18] - A raczej Przemysławowi, jeśli już.
[01:04:22] - No tak, faktycznie. To przyzwyczajenie, druga natura człowieka. Jest nią właśnie przyzwyczajenie i tak jak zawsze oddaję ci głos, ale w tym wypadku mówił do nas Przemysław Cichoń i zobacz, znowu mówił ciekawie.
[01:04:40] - A ja podkreślę, znowuż mówił normalnie.
[01:04:43] - Ja tego słuchałem po raz kolejny i znowu mi się tego chciało posłuchać. No powiedz, czy chciałbyś słuchać drugi raz „Dziennika Telewizyjnego”, którego przed chwilą wysłuchałeś? No nie. Zakładam, że nie. Jak chcesz, to zaprzecz. Ja słuchałem tego wywiadu po raz kolejny. Zresztą sam go wcześniej prowadziłem i słuchałem tego z przyjemnością, bo to jest i erudycyjne, i mądre, i po prostu dobrze powiedziane.
[01:05:14] - Ja podkreślę znowuż, nie, to jest, Marku, proste i jasne, i zwyczajne. Tak myśli każdy normalny człowiek, chyba że ma akademickie wykształcenie.
[01:05:27] - A to jest bardzo wielu ludzi z akademickim wykształceniem.
[01:05:29] - Ja tu przyjadę do ciebie, bo ostatnio załatwiłeś kolejny stopień filozoficznego wykształcenia. Chwała Bogu, jeszcze nie bełkoczesz.
[01:05:41] - Staram się. Ale widzisz, ja to zrobiłem z dużą świadomością, ponieważ mam takie poczucie, że środowisko naukowe ma tendencję do popadania w bełkot. W różnych dziedzinach. Filozofii również.
[01:06:01] - Jak matematycy zaczynają wszystko liczyć, nawet drzewa.
[01:06:05] - Ale powiem ci, że miałem jakieś takie, nie wiem, czy ono było niezwykłe, ale miałem szczęście, bo trafiłem akurat na takich profesorów, którzy, jak to powiedzieć, nie wyznawali tej ideologii bełkotu. Nie wyznawali tej ideologii bełkotu i dzięki temu o filozofii dowiedziałem się tak dużo, ponieważ mówili do mnie w sposób normalny.
[01:06:40] - Bo byli normalnymi ludźmi, tak samo jak normalny jest Przemysław Cichoń.
[01:06:45] - Dobrze, to teraz ciekawe. Z tego fragmentu wywiadu dla mnie było szczególnie ciekawe to zestawienie, powtórzenie tego, że tylko mieszanka prawdy i fikcji jest naprawdę ciekawa. To jest to, co stanowi o wartości prozy.
[01:07:09] - On podkreśla coś, co właściwie ciężko mi zawsze wytłumaczyć przyjaciołom, czy nawet tutaj w audycji właściwie, dlaczego my akurat, którzy tutaj zbieramy się w kręgu tego Bibliotekarium czy Warsztatów, dlaczego my jesteśmy skażeni jakimś takim elementem, bakcylem niesamowitości, niezwykłości?
[01:07:35] - Niekoniecznie science fiction. Może być horror, czegokolwiek. Jakiejś magii po prostu. Chyba to jest trudne do wytłumaczenia, ale człowiek ma chyba taką potrzebę magicznego myślenia. Zresztą zawsze taką miał. To znaczy, to nie jest tylko potrzeba. Holländer, niezwykłość się znajduje nawet, bo żyjesz z tą żoną 50 lat, znacie się jak stare koty i tak dalej. Nie ma się nic sobie więcej do powiedzenia. I co? I znajdujesz w niej cały czas coś nowego.
Na tym to polega. Coś ciekawego, coś, co jednak was jednoczy. Nie jest to wtedy martwy związek, nie? Na tym to polega. Niezwykłe rzeczy.
[01:08:29] - Zobacz, niezwykłe znaczy nie. To jest złe słowo niezwykłe, bo dla mnie to jest normalne. Ale nie odbiję teraz od tego, co mówiłeś przed chwilą, tylko do kolejnej rzeczy, która padła w tej rozmowie. A mianowicie do tego, że czasami jest tak, że nie masz w głowie jakiegoś gotowego planu. Siadasz i wystukujesz 20 000 znaków. One tak po prostu przychodzą i są. A czasami masz w głowie szczegółowy plan. Siadasz i po trzech zdaniach wiesz, że dzisiaj z tego nic nie będzie. Przemysław Cichoń uprawia, ja to nazwałem pisaniem radosnym. Czyli tak jak powiedział, jak widzi, że z tego nic nie wyjdzie, to po prostu odstawia to i nie pisze.
Trzeba pamiętać, że czasami jest też tak i to uważam za szczęście pewne. To jest ten taki okres szczęśliwego pisania, bo czasami później się pojawia tak, że nie dość, że nie masz tego pierwszego przypadku, czyli siadasz. Pierwszy przypadek polega na tym, że siadasz i piszesz jak z karabinu. Akurat się nie zdarzyło. Siadasz i masz ten drugi przypadek. Piszesz trzy zdania i to ci zajmuje godzinę. I wiesz, że napisanie kolejnych trzech to wcale nie znaczy, że będzie następną godzinę trwało, tylko może równie dobrze zająć dwie kolejne godziny. A mimo wszystko wyciskasz. Tak też czasami jest. I ja myślę, że kiedy wkraczasz w ten etap pisania, kiedy musisz, bo coś tam, bo terminy, bo obiecałeś i tak dalej.
Tu można sobie wpisać dowolny powód. To wtedy to pisanie bywa radosne nieco mniej, bo po prostu zamiast radośnie pisać, tak jak wspomina o tym Przemysław Cichoń, to wyciskasz, wymęczasz. To już chyba nie jest takie fajne.
[01:10:40] - Jak mówiłem wcześniej, to jest trudność percepcji, trudność zinterpretowania tych wszystkich rzeczy. Ja to sprowadzę do najprostszej możliwej zabawy, jaką jest boisko piłkarskie. Zwróćcie uwagę jeżeli mamy napastników. Byli napastnicy, którzy potrafili gryźć ziemię, walcząc jak wściekli przez dwie godziny i tak dalej i nigdy w życiu nie strzelili bramki. Czasami im się to udało. Oraz były takie leniwce, które chodziły właściwie na własnym polu karnym, kopały trawę i nic nie robiły. Po czym raz jeden wzięły rozbieg i strzelały bramkę. Tak samo jest z pisaniem. Albo jesteś rzemieślnikiem. Od piłkarza się wymaga, żeby właściwie biegał cały czas i bez przerwy strzelał bramki.
Tylko że to jest niemożliwe. On nie strzeli tej bramki za każdym razem. Tak jak pisarz nie strzeli bramki, nie napisze dobrej powieści za każdym razem, kiedy usiądzie. Chyba że się nazywa Kraszewski. Mamy też takiego.
[01:11:48] - Jak ty uważasz, że to były wszystko dobre powieści, to ja cię przepraszam bardzo.
[01:11:52] - Jak na swoje czasy, to wiesz.
[01:11:56] - Było kilka takich, przy których ziewanie omal nie wytrąciło żuchwy z tego, co popularnie nazywa się zawiasami.
[01:12:05] - Nawet Cichoń wspomina, że „Nad Niemnem”, które było wspaniałą literaturą i jest wspaniałą, również ziewanie go męczyło.
[01:12:12] - Ja się solidaryzuję w tym przypadku z Przemysławem. Przyznaję się, nie byłem w stanie w całości. Przeczytałem „Nad Niemnem” w obszernych fragmentach. Właściwie można powiedzieć, że już prawie całe, ale prawie czyni wielką różnicę.
[01:12:28] - Ja tam w ogóle film obejrzałem i jestem wygrzeszony.
[01:12:32] - Nie, ja to wziąłem ambicjonalnie, na zasadzie: ja nie dam rady? Mówię szczerze, nie dałem rady. Ale się starałem przynajmniej. Tu akurat dobrze Przemysława rozumiem.
[01:12:47] - Widzisz, jak już jesteśmy przy „Nad Niemnem”, to zobacz, jaka jest różnica straszliwa prawie porównywalnej literatury. A jednak to jest przepaść. Weź „Chłopów” Reymonta. To się czyta jak kryminał, naprawdę. A rzeczy są zwyczajne, obojętne, normalne.
[01:13:06] - À propos takich refleksji. Ostatnio miałem okazję. Obudziłem się rano jak każdy rasowy idiota. Zupełnie nie wiem dlaczego włączyłem telewizję. Nie wiem, po co człowiek rano wstając włącza telewizję.
[01:13:25] - To twoja natura.
[01:13:26] - Nie, to nie jest moja natura, bo ja normalnie tego nie robię. Ale włączyłem telewizję. Nawet to, że to zrobiłem przypadkowo, a w każdym razie niezupełnie świadomie, świadczy o tym, że zrobiłem to przypadkowo. Świadczy kara, jaka mnie spotkała. Bo co leciało rankiem w telewizji? Pierwszy odcinek „Nocy i dni”. To jest bardzo dobra książka. Bardzo dobra książka, ale film za każdym razem doprowadza mnie do depresji. Tam po prostu to życie jest tak przedstawione, ta Barańska występująca i w ogóle ten los przedstawiony jest tak, a jeszcze jak jest jesienny poranek, taki niespecjalnie optymistycznie wyglądający, mam początki depresji.
[01:14:16] - A to znaczy, że to jest dobry film?
[01:14:18] - Oczywiście. Ale ja bym wolał oglądać taki film przy pełnym blasku słońca, wtedy to jakoś mniej przeżywam. A porankiem, przez przypadek zaskoczony tym filmem, który opowiada o życiu, a życie? Wypowiedzmy ten kolejny banał. Życie lekkie nie jest, panie.
[01:14:42] - Ty jesteś z tej rasy, która powinna mieć o poranku Myszka Miki i Kaczora Donalda.
[01:14:48] - Nieprawda. Ja powinienem mieć zekranizowane opowiadania Cichonia. To ja bym wtedy zaczynał dzień tak, jak się należy.
[01:15:02] - Przepraszam cię, nie myślałbyś wtedy o robocie, tylko myślałbyś o opowiadaniach Cichonia i to nie jest motywujące do pracy.
[01:15:11] - Ale to jednak nie pędza mnie w doła, w którego mnie zupełnie przez przypadek twórcy filmu, a właściwie Dąbrowska z tym, co sobie wymyśliła, wspólnie wpędzali. Niemniej jednak, dlaczego o tym mówię? Bo zobacz, Przemysław Cichoń mówi o tym, że na przykład latem pisze się gorzej, a zimą pisze się lepiej czy jesienią. Zobacz, jakie to jest indywidualne, bo mnie się znacznie lepiej latem pisze, kiedy dni są dłuższe, więcej jest zapachów, smaków. To mnie wcale nie rozprasza, to mnie napędza. A zimą czy jesienią, to ja mam nastrój taki, że mnie „Noce i dnie” mogą w rozpacz wpędzić.
[01:16:03] - My z Cichoniem mamy zapachy i kolory w głowie po prostu, a ty musisz mieć za oknem. To co tam między nami?
[01:16:10] - Może i tak. A może to jest po prostu tak, że mnie ta jesień jakoś tak rozwala. Może jestem kandydatem na depresyjnego człowieka. Jak siadam przed komputerem jesienią, to właściwie się zastanawiam. Jakieś takie właśnie filozoficzne kwestie mi przychodzą do głowy. Może jakieś być czy nie być. Ale to już napisałem.
[01:16:37] - Zaczynasz myśleć.
[01:16:39] - Nie.
[01:16:40] - Teraz wiem. Poczekam do roku.
[01:16:44] - Ja bym to ujął jednak w taki sposób, że jesienią staję się czułostkowy i sentymentalny. I nie mam prostego obrazu świata, tylko mam taki obraz, na który narzucone jest jeszcze pełno jakichś odczuć, przeczuć, jakichś smuteczków. A lato to jest ten czas, który jest dla mnie normalny, kiedy mogę równie dobrze opisać to, jak brnę sobie przez lodową pustynię, jak i to, że gdzieś tam się smażę w piaskach Sahary. To jest dla mnie normalność. A jesień czy zima zawsze wprawiają mnie w jakiegoś takiego doła. Ale to jest indywidualne. Gratuluję Przemysławowi, że z kolei on funkcjonuje w taki sposób, jak to opisał.
[01:17:29] - Ja uczciwie powiem, że do mnie najbardziej przemawia takie rosyjskie powiedzenie: „Wsio gówno, wsio gówno.”
[01:17:39] - No widzisz, jak jesteśmy różni. Dlatego mnie na przykład ten wątek, z tego, co mówi Przemysław, zainteresował, bo to jest takie inne niż moje. Taki walor edukacyjny ma poza tym, bo zobacz, każdy z nas jest inny i nie zrażajcie się państwo tym, że na przykład wam zimą czy jesienią pisze się gorzej w przeciwieństwie do Cichonia, bo to może być tak, że po prostu nadajecie na innych falach, co nie znaczy, że fale są gorsze.
[01:18:15] - To wszystko zależy od psychiatry, do którego chodzimy, bo jeden powie, że wszyscy jesteśmy różni, tak jak to Marek w tej chwili powiedział, a drugi powie, że wszyscy jesteśmy tacy sami, bo mamy takie same uwarunkowania i tak dalej. Tak samo mniej więcej te cykle miesięczne.
[01:18:34] - To może ty, ja nie.
[01:18:36] - Słoneczne i tak dalej. To nie ma wielkiego znaczenia.
[01:18:40] - Ty masz taką jakąś zadziwiającą zdolność doprowadzania mnie do tego, że najchętniej bym się zamienił w żabę. I tak jak ta żaba nie wiem, czy mam iść w prawo, czy w lewo, że się nie rozerwę, bo obu tym wcześniejszym twoim słowom jestem gotowy przytaknąć. Tak jest w obu przypadkach i to, i to jest prawdziwe. Z jednej strony jesteśmy bardzo skomplikowani i różni, ale ta nasza różność jednak da się sprowadzić do pewnych podstawowych grup. Ja należę do tej grupy. Może tak: jesienią to ja będę pisał jakieś krwawe horrory albo wyjątkowo dramatyczne powieści kryminalne, w których trupy ścielą się gęsto, a psychopatyczni mordercy hasają ze stronicy na stronicę. To jest ten klimat, który ja jestem w stanie z siebie wykrzesać jesienią. Natomiast jeśli ktoś by liczył na coś bardziej wesołego, czy w każdym razie mniej ponurego, to może tak. Powiedzmy jakieś takie nawiązujące klimatem chociażby do świnio-ryjów. To na pewno nie jesienią i na pewno nie zimą.
Raczej wiosną i latem. Ja jestem tak zbudowany.
[01:20:04] - Po prostu ja wam to wszystko wytłumaczę według Dawkinsa i teorii ewolucji, czy akurat społecznej, to Marek po prostu pochodzi od chłopów. Wiosna i lato to jest jego żywioł, sianie i zbieranie, a potem śmiertelna nuda i nie ma co robić, tylko horror. Dla mnie to nie ma znaczenia, bo ja zawsze byłem myśliwym.
[01:20:30] - Ty szlachtą byłeś.
[01:20:33] - Wiosną przepiórki, latem tam coś jeszcze, a zimą też można wszystko siewna połowić, nie? Widzisz Marku, i dlatego mi jest obojętnie.
[01:20:47] - Zgodzę się z twoją teorią. Tym bardziej że ja, tak jak to, co zdołałem wyłuskać z przyszłości mojej rodziny, to ja w połowie jestem od autentycznych chłopów. Pamięć rodowa tak daleko nie sięga, ale zapewne i pańszczyźniany gdzieś tam kiedyś w przeszłości. Ale w jakiejś tam części ja nawet swój herb posiadam, ale to w połowie. Więc ta mieszanka sprawiła, że ja po prostu funkcjonuję.
[01:21:14] - Jako ten kundel jesteś inteligentny.
[01:21:16] - Podobno. To jest twoja teoria. Ja bardzo chętnie się pod nią podpisuję. To jest zawsze w jakiś sposób budujące dla mnie. W każdym razie wróćmy jednak do tego, co mówi Przemysław. Ja myślę, że to, już zacząłem o tym mówić, to jest interesujące przesłanie dla piszących. Nie przejmujcie się państwo tym, że wam jesienią idzie gorzej albo lepiej. Lepiej to się nie ma czym przejmować. Albo że w ogóle są jakieś uwarunkowania, nazwijmy to pogodowo-klimatyczne. One się zdarzają, mnie się zdarzają, Wiktorowi się nie zdarzają.
Po prostu przejdźmy nad tym do porządku dziennego. Odnotujmy, że Przemysław Cichoń ma tak, jak ma. Co ciekawe, bardzo mi się podobał ten żart, który ja wcale bym nie uważał, że on jest taki do końca abstrakcyjny czy do końca niemożliwy. To kiedy Przemysław mówi o tym, że jakby tak mógł, to by się odwołał do ministra kultury i wciągnął świnio-ryję na listę lektur obowiązkowych.
[01:22:26] - Tak jak powiedziałem w zajawce tej audycji, świnio-ryja to jest najważniejsze miejsce w tej chwili w Europie, bo jedyne, któremu poświęcone jest. To nieważne, czy ono jest, czy go nie ma, ale to miejsce jest uświęcone, że tak powiem, literackim przekazem i tak dalej. Ma koloryt, ma barwę, jest pełne życia. A ile jest miast martwych, bo nikt o nich nie pisze? Można by było pisać. Piszą tam ludzie o Wrocławiu, o Katowicach też piszą.
[01:23:02] - Piszą. O Wrocławiu. Nasz dobry znajomy Robert Schmidt to już nawet na ulicach Wrocławia to Zombie wypuścił.
[01:23:12] - Niemożliwe.
[01:23:13] - Tak! Zombie wypuścił, a też w tak zwanym międzyczasie zniszczył Wrocław wybuchem atomowym, a później dwie części, chyba już nawet trzecią w tej chwili pisze. Dwie części z cyklu „Metro” umieścił właśnie we Wrocławiu. Także z miastami się da różne rzeczy robić.
[01:23:33] - To ja chyba byłem ostatnio w jakiejś wirtualnej rzeczywistości, bo byłem niedawno we Wrocławiu na wykładzie Davida Icke i tam jakoś tak spokojnie było. Podejrzanie spokojnie, słuchajcie panowie.
[01:23:45] - Dokładnie.
[01:23:46] - Teraz widzicie, ile jest warta fikcja literacka. Świat stoi jak stał, a oni sobie piszą i piszą.
[01:23:57] - Piszą, ale powieści Roberta Schmidta powodzeniem dużym cieszą się. Także z jakiegoś powodu tak się właśnie dzieje. Po prostu. Ale wracam do tej myśli o tych świnio-ryjach jako bliskie lekturze.
[01:24:17] - Przepraszam cię bardzo, ale miałem takie dziwne skojarzenie, że wiesz, jak tamta barańska na przykład albo jakaś inna dama dworu w szlacheckiej rzeczywistości albo w jakimś zamku. Nie można w ogóle o niej powiedzieć, że się cieszy powodzeniem, tak?
[01:24:37] - Dlaczego? Rozwijaj myśl.
[01:24:39] - Bo to trzeba by było przeliczyć na pieniądze. Czyli ja wiem, kto się z tych dam posługiwał i jak one się nazywały. Te, które zarabiały na tym.
[01:24:52] - Hohoho.
[01:24:53] - One się swoim powodzeniem szczyciły. To mniej więcej takie same powodzenie mają te, że tak powiem, te wszystkie literatury, które mają powodzenie. Chwała Bogu, Cichoń jeszcze się na tym nie dorobił, dlatego jeszcze nie ma takiego powodzenia.
[01:25:14] - Ja nie wiem. Nie chwytam twojego porównania. Niekoniecznie się pod nim podpisuję.
[01:25:20] - Pozostanie enigmatą.
[01:25:23] - Wiesz co? Zawsze prosimy naszych słuchaczy, żeby na ten temat, ponieważ audycje teraz nagrywane z puszki, którą otwiera Ivellios, później są emitowane, to prosimy, żeby troszeczkę wcześniej nas swoimi refleksjami na temat zadanej lektury wsparli. I tym razem niezawodny okazał się Marek Myszograj. Przesłał nam maila na temat książki Przemysława Cichonia. Maila, którego pozwolę sobie zacytować, bo interesujący i myślę, że w jakimś stopniu warto tego-
[01:26:08] - Ciekawe, bo Myszograj to taka prawie nasza krew. Trzeba zobaczyć, jak nasz kuzyn traktuje naszego podopiecznego.
[01:26:17] - Dobra, to słuchajmy zatem. „Szanowna redakcjo, jestem po lekturze książki”. To już podkreślam bardzo ważne, bo to, za co szanuję naszego słuchacza Marka Myszograja, że on wypowiada się tylko o książkach, które zna, które przeczytał. To dzisiaj nie jest rzecz oczywista. Bardzo wielu ludzi mówi o rzeczach, których nigdy w życiu nie widziało, nie słyszało. To jest zawsze duży szacunek dla Marka Myszograja. Ale wracam do lektury. „Jestem po lekturze książki «Pewnego razu w Świnioryjach». Nie wiem właściwie, od czego zacząć. Zatem może jak zwykle coś niestandardowo.
Nie mam Facebooka, zatem musiałem nieco pogrzebać, aby dowiedzieć się, skąd pochodzi autor. Przemysław Cichon z Częstochowy. Jest to na tyle istotne, że w rozdziale „Rysiek Kreator” ta wiadomość powala dosłownie z nóg. Świetny zabieg literacki. Ci, którzy czytali książkę, wiedzą, o co chodzi. Tych, co jeszcze nie sięgnęli po nią, zachęcam, by nie odstawiali jej na wiecznie później. Bohaterów w sposób uroczy i sympatyczny poznajemy już od pierwszych akapitów. Tu jest cytat: «W tym momencie w promieniach wschodzącego jeszcze nieśmiało słońca pojawia się wielka, czerwona, pokryta sinymi plamami, opuchnięta morda Waldka Paciai. Tuż za nią wypełzł z krzaków niewielki w porównaniu tułów podtrzymywany przez cztery chwiejące się i uginające pod jego ciężarem kończyny. Całość była gustownie przyodziana w kufajkę poprzetykaną gdzieniegdzie źdźbłami słomy»”.
Koniec cytatu. Sam cytat mówi wszystko o klimacie, który będzie towarzyszyć czytelnikom niemal do końca. Dlaczego niemal? Otóż w ostatnim rozdziale zatytułowanym „Marta, czyli krew z krwi” autor zmienia kierunek o 180 stopni. Czy to źle? Absolutnie nie, bo kończąc książkę chce się znaleźć w niej kolejny rozdział. Po lekturze musiałem wyjść z tej realnej oraz książkowej rzeczywistości. Słuchawki na uszy, odpowiednia muzyka, chwila dla samego siebie. Z poważaniem Marek Myszograj.
[01:28:57] - Dzięki.
[01:28:58] - Wiesz co? Powiem ci, że przy całym naszym gadaniu to jest podsumowanie, przed którym chylę czoła. Po prostu znakomite.
[01:29:10] - Bardzo ładne.
[01:29:11] - Tak. Wrócę jeszcze uparcie do tych Świnioryj jako lektury obowiązkowej. Państwo powiecie: „No tak, wydali książkę i teraz marudzą”. Ale zobaczcie, kiedy się przeanalizuje ten tekst od początku do końca i to, o czym wspomina nasz słuchacz Marek Myszograj, tam rzeczywiście następuje takie odwrócenie. Tam się coś zmienia i to zmienia tak, że człowiek ma poczucie, że czytał przez cały czas książkę, w której wszystko było lekkie, łatwe, zrozumiałe i fajne, i było niezwykle. A na końcu jest jeszcze bardziej niezwykle. Bo to, o czym mówi Przemysław, że ta książka jest pisana z pewnym przesłaniem. Takim, że to nie jest tak, że wszystko musi pozostawać niezmienne, że zawsze jest czas, że wszystko się może zmienić, że to nie jest tak, że nawet jeśli nam się wydaje, że nasz świat w jakimś tam stopniu, ten otaczający nas, nasz wewnętrzny świat skamieniał, to jest nieprawda. Zawsze jest czas, żeby przejść przemianę, żeby się wszystko zmieniło, żeby jeszcze raz zacząć, spróbować. To moim zdaniem są ważne-
[01:30:36] - Wiesz Marek, jakby tu nie patrzeć, to kiedyś w tej całej naszej ewolucji był jednak jakiś ten pierwszy ptak, który jednak poleciał, a przedtem inne podskakiwały, podfruwały, ale jeden na pewno gdzieś kiedyś poleciał. On był jeden, bo stado raczej nie potrafiło. Tylko jednostki potrafią zrobić rzeczy, które jeszcze dla stada nie są osiągalne po prostu.
[01:31:04] - Dobrze, ale chodzi mi o to, że ja to postrzegam w taki sposób, że tak jak mamy grupę ptaków, to co jakiś czas któryś się podrywa.
[01:31:16] - Tak.
[01:31:16] - I odlatuje. A później drugi.
[01:31:19] - Samej kary.
[01:31:21] - Ale tak, to jest prawda. Zobacz. Bruno Kadyna. Ciach. To jest człowiek, który za chwilę wyda kolejną książkę. Przemysław Cichon. Kolejny. I ja myślę, że w gronie ludzi, którzy na stałe współpracują z ABW, takich kolejnych poderwań szykuje się w przewidywalnym jakimś czasie dosyć sporo.
[01:31:49] - Nie powinienem tego używać, ale już ja nawet Przynajmniej dwie kobiety do tego dojrzały na przykład i na świecie już o tym piszą. Tego porównania nie... Dobrze.
[01:32:06] - Jak tu kiedyś po audycji będzie stała jakaś pikieta przed budynkiem, w którym nagrywamy. Będzie stała pikieta, która cię oprotestuje, to pozwolisz, że schowam się za twoje plecy.
[01:32:20] - Dobrze, ale w takim razie Julian nas przynajmniej nie oprotestuje, bo już też się chyba-
[01:32:26] - Mocno zrywa do lotu.
[01:32:27] - Face zrywa do lotu tak, że aż będzie huczało.
[01:32:31] - Ale o tym w ABW. Teraz wróćmy do Przemysława Cichonia, bo ta część wywiadu, która za nami nawiązuje do tego, o czym zacząłeś mówić, czyli do ważnych lektur w życiu. Ja powiem tak: zobacz, jak one są różne, bo mamy „Dywizjon 303”.
[01:32:51] - Bardzo. Czytałem to z wypiekami 10 razy.
[01:32:54] - Znakomita książka. Ale jest książka zatytułowana „Proces”.
[01:33:00] - Tak jest.
[01:33:01] - To zupełnie inne klimaty.
[01:33:03] - Obydwie książki napisane przez ludzi myślących.
[01:33:09] - To ja ci rzucę jeszcze trzecią – „Lot nad kukułczym gniazdem”. I później to zestawienie, o którym Przemysław wspomina. On napisał opowiadanie, które było w ABW, o którym wspomina. Czyli te lektury to nie jest coś takiego, co pozostaje bez echa. Nasze lektury to jest nasza wyobraźnia, to są nasze prawdziwe i fałszywe wspomnienia. To również nasza inspiracja po prostu. O tym pewno-
[01:33:44] - Zwróć uwagę, jak żeśmy tutaj nabijali się z twojego kundlowego pochodzenia, czy mojego zresztą również, bo nie wiadomo, czy to jakiej to nacji zwok. W takim razie zobacz, jakie to jest ten. Zwykle prości albo zwykłe proste kundle przyznają się do swoich rodowodów. Może jednym tchem wymienić na przykład... Co tam Cichoń wymienia z poważnych rzeczy?
[01:34:32] - „Proces”.
[01:34:33] - Na przykład z „Procesu” Kafki jednym tchem „Dywizjon 303”. A weź pogadaj z warszawską kulturą i tak dalej. Kto tam się przyzna? Myśmy się kiedyś przyznawali do czytania „Winnetou” i „Oldszeba” przecież.
[01:34:54] - Bo my chamy jesteśmy.
[01:34:55] - Bo my chamy.
[01:34:56] - Chamy wyjątkowe.
[01:34:57] - Natomiast tak normalnie, jak ja słyszę moich również przyjaciół, oni czytali same wspaniałe rzeczy.
[01:35:04] - Tak. I to już od kołyski.
[01:35:06] - Od kołyski. Od Joyce'a po Tolkiena.
[01:35:08] - To w kołysce, bo to ciężkie, żeby to utrzymać, to sobie trzeba położyć. Więc człowiek czyta w kołysce Joyce'a. Ja już powiem tak: jak ktoś czyta w kołysce Joyce'a, to co on właściwie później może czytać?
[01:35:20] - Potem czyta... Kto tam dzisiaj trzaska takie te polskie?
[01:35:26] - Dobrze, zostawmy to, temat niebezpieczny. W każdym razie to jeszcze jest imponujące coś innego, na co zwróciłeś uwagę, bo ten „Dywizjon 303” to klasyk, ale nasz bohater wymienia tutaj autora, który zasłynął. Właściwie złe słowo „produkuje”, bo to jest niezła jakość. W każdym razie tworzy książki taśmowo, a mianowicie Koontz. Koontz, którego on wspomina. Oczywiście jest tak, że pisze książki lepsze, pisze książki gorsze, ponieważ tych książek powstało w tak zwanym międzyczasie, a pisze już kilkadziesiąt lat, więc ich też powstało kilkadziesiąt. Oczywiście są lepsze i gorsze, ale właściwie ja nie pamiętam, być może jeszcze to przede mną, ale nie pamiętam takiej, którą bym odłożył i powiedział: „Nie, kurwa, tego się nie da czytać. To bzdura jest po prostu”. Nie. On oddaje swoim czytelnikom dobrze zapakowany i dobrze wypełniony produkt.
Tam nie ma ściemy. To są dobre, przemyślane kawałki prozy, które nie oszukują, że coś za chwilę się zdarzy, ale się nie zdarzy. Albo nie oszukują w ten sposób, że zapowiadają: „O, to właśnie będzie horror”, a to nie horror. Nie. Koontz za każdym razem traktuje swojego czytelnika w sposób poważny, a poważny oznacza, że nie bawi się z nim w kotka i myszkę. Daje mu to, czego czytelnik oczekuje. Co więcej, u Koontza jest tak i to ktoś może mi zarzucić, że ja już szukam rzeczy ważnych czy poważnych w utworach, w których tego nie ma. Będę polemizował i jestem gotowy do takiej bardziej rozbudowanej polemiki, ale to pewno nie dzisiaj. Otóż Koontza można czytać w kilku warstwach. To już samo to świadczy o tym, że to jest niezły pisarz.
Nie mówię, że wybitny. Niezły. Można go czytać na poziomie fabuły. Co się dzieje? Ten temu dał w głowę, a ten się zemścił na przykład. Ale u Koontza jest przynajmniej zawsze jeszcze drugi poziom, czyli Takich komunikatów, które płyną prosto do naszej podświadomości, że chodzi o coś więcej, że to jest coś o czymś jeszcze, nie tylko o tym, że sobie po głowie dają.
[01:38:05] - Ale tak jak to mówisz, to taka powinna być bogiem a prawda uczciwość każdego pisarza. Jeśli nie pisze dla siebie, bardzo często może pisać dla siebie i sprawa tego. Natomiast jeżeli piszesz dla określonej populacji, dla określonych czytelników, którzy kupując twój towar, to po prostu powinieneś tak samo zadowolić idiotę, jak profesora. Żeby on był dumny z tego, że przeczytał i że zrozumiał tą książkę. Obydwoje tak samo, tylko że inaczej. Każdemu wiesz.
[01:38:41] - Pewnie.
[01:38:41] - Bogu, co Boskie, cesarzowi, co cesarskie.
[01:38:44] - Pewnie tak, ale wiesz, taka umiejętność nie jest dana wszystkim pisarzom.
[01:38:51] - Rzadko jest.
[01:38:52] - Co więcej, to nawet nie jest zarzut, bo niech zostanę przy twoim Winnetou. Przecież Karol May... Różne rzeczy można powiedzieć o jego książkach, ale nie, że są specjalnie głębokie.
[01:39:07] - Nie no, są tragiczne. Dobrze, może nie będę Maya, ale „Trzej muszkieterowie” już jest dużo lepsze.
[01:39:16] - Zostańmy przy Mayu, bo Karol May oczywiście, w jego prozie jest coś innego, co zwraca uwagę. Ten gość miał nieokiełznaną wyobraźnię. To, czego nie ma w jego prozie, nadrabia.
[01:39:35] - On daje tyle tego, czego na Dzikim Zachodzie nie było, że tam się w głowie nie mieści.
[01:39:43] - Od razu takie ostrzeżenie: jeśli ktoś zamierzałby czerpać wiedzę o Dzikim Zachodzie z książek Karola Maya, to niech się dobrze zastanowi, bo albo wejdzie w świat absolutnej fikcji. Można założyć, że ktoś będzie takim kontynuatorem Maya i w jego świecie będzie swoją prozę umieszczał, ale to na pewno nie będzie Dziki Zachód. To będzie Dziki Zachód made in Karol May.
[01:40:11] - Jak ja znam dzisiejszy rynek wydawniczy, to już dawno spadkobiercy Karola Maya na pewno zrobili taką inwestycję, że wydają honoris causa imienia Karola Maya.
[01:40:24] - Jakkolwiek się nazywa ten honoris causa.
[01:40:26] - Tak.
[01:40:27] - Jest to możliwe. Ale wracając jeszcze do tych upodobań literackich, one bardzo dużo o autorze są w stanie powiedzieć. Dla mnie.
[01:40:42] - Wiesz, jak to jest z tym starym powiedzeniem: czym skorupka za młodu nasiąknie...
[01:40:46] - Bardzo dobrze. Przemysław o tym mówi, że lektury kształtują pisarza i to nie tylko na tym etapie skorupki, kiedy my nasiąkamy.
[01:40:58] - On akurat w szkole gdzieś opierdalał, tam ewidentnie.
[01:41:01] - Jak podkreśla.
[01:41:02] - Kto z nas nie kopał piłki?
[01:41:04] - Przepraszam cię bardzo, ja to też w szkole właśnie.
[01:41:09] - Dzisiaj nikt nie kopie.
[01:41:10] - Właściwie w szkole, ale ja nie kopałem piłki w szkole. Co więcej, ja w ogóle się szkołą nie zajmowałem w szkole. Mówię o szkole średniej. Ja się zajmowałem głównie czytaniem książek, które chciałem czytać. Co skończyło się dosyć dramatycznie, ale dawne czasy, że tak powiem. I nie na tę audycję. Ale wracam do tych lektur. Mnie się ten zestaw bardzo podoba. Co więcej, ja ciemno podpisuję się pod tym zestawem lektur. Kunza lubię.
Znam przynajmniej naście książek, więc nie jestem może specjalnym ekspertem w zestawieniu z tymi kilkudziesięcioma, ale te naście książek to są niezłe książki.
[01:41:52] - To widzisz, ja akurat tutaj reprezentuję w tym momencie, przepraszam, tą populację, z której się zwykle lekko podżartowuje, bo ja jestem w tej materii dziewica.
[01:42:03] - Kuncowska dziewica.
[01:42:05] - Tak. To ja może proponuję, żebyśmy kiedyś wzięli na warsztat jakąś książkę. Może ja się czegoś dowiem.
[01:42:13] - Dobrze. Ale wiesz co? Żeby nie działać woluntarystycznie, to ja apeluję do naszych słuchaczy, żeby nam jakąś książkę Kunza zaproponowali. Bo jak się ma wybór kilkudziesięciotytułowy, to ciężko się zdecydować. Ja mogę tu wymienić jakieś „Mroczne ścieżki serca” jako tytuł. Już go nie lubisz pewno. Ale mówię, tych tytułów jest sporo, więc czekamy. Nie wiem, czy to będzie zasada kto pierwszy ten lepszy, czy też zasada, że im się tytuł będzie więcej razy powtarzał, tym będzie dla nas bardziej atrakcyjny. Zobaczymy. W każdym razie, jeśli macie państwo jakieś swoje ulubione książki Kunza, to zachęcamy.
Ja chętnie taką audycję o Kunzu, czemu nie? Tym bardziej że jest to konkurent. Jedni się wybuchają w tym momencie śmiechem, a inni mówią to bardzo poważnie. Konkurent Stephena Kinga. Co o tyle chyba jest nieprawdziwe. W sensie konkurent, bo obaj panowie w swojej prozie nawet o sobie wspominają nawzajem. Także chyba nie traktują się specjalnie wrogo.
[01:43:38] - Jak Kunz opisuje zombie, to mówi, że wygląda jak King.
[01:43:42] - Raczej sympatycznie. O ile ja dobrze pamiętam, w jednym z odcinków był taki film kinowy „Creepshow” to się chyba nazywało. To były nowelki Kinga. I tam w pewnym momencie, chyba w pierwszej części pada nazwisko Kunza. Ja myślę, że ci panowie nie czują takiej presji. Nie tak jak w polskim wydaniu, że pisarze na ogół się nienawidzą, deklarując oczywiście pełną przyjaźń. Ja już obserwowałem takich ludzi, którzy z uśmiechami na twarzy zapewniali się o dozgonnej przyjaźni, a potem mówili o sobie rzeczy tak straszne, że na pewno nie zdecyduję się tego cytować. Dobrze, zostawmy, to nie jest ten problem. Polecamy się państwa pamięci, jeśli chodzi o Kunza, ale w tej części, której już wysłuchaliśmy, pada jeszcze bardzo ciekawy problem, problem nam bliski i Wiktorowi, i mnie. Problem debiutu pisarskiego.
Przemysław Cichoń książkowo zadebiutował w „Bibliotekarium”, ale co jest cenne, on widzi problem. Widzi problem tego, że w Polsce debiutuje się bardzo trudno. To jest dla mnie zawsze dowód, że nie patrzy tylko na czubek własnego nosa, bo jemu się udało wydać książkę, ale patrzy też na to, jak to w ogóle wygląda. I to podkreślenie, że w Polsce to jest istny paragraf 22. Tu przypominam, świetna książka Hellera w tłumaczeniu w dodatku naszego wspólnego znajomego Lecha Jęczmyka. To rzeczywiście tak wygląda, jak mówi Przemysław Cichoń. Nie wydamy pana, bo pan jeszcze nic nie wydał. Proszę coś wydać, to pana wydamy. To jest po prostu-
[01:45:44] - Przepraszam, to tak samo, jak ja bym spotkał jakąś piękną nieznajomą i powiedział: „Sorry, a ja nie pójdę z tobą, bo jeszcze z nikim nie byłaś.”
[01:45:53] - Nie wiem, czy to jest akurat dobre porównanie, czy nie, ale jest twoje. Niech będzie, że jest twoje. To jest zwrócenie uwagi na to, że dzisiaj autorzy są traktowani per noga. Nie dlatego, że są niezdolni, tylko dlatego, że są początkujący. Co to jest? Że tu sobie tak milcząco przeklnę. Co to jest za kategoria, że jest początkujący? To, co to oznacza, że jest zły? My doskonale wiemy, prowadząc audycję ABW, że to, że ktoś jest początkujący, to absolutnie nic nie oznacza. To oznacza, że jest początkujący i nic więcej.
Może być dobry, może być zły, może być średni, może być rokujący, może być nierokujący, może być różny.
[01:46:38] - Marku, ja chyba zrozumiałem. Wczoraj miałem olśnienie, dlaczego tak jest. Zrozumiałem. Otóż ten rynek maczuja.
[01:46:49] - Wiesz co, co innego ma, co się rymuje. Na pewno nie czuje.
[01:46:53] - Maczuja i to doskonałego. Zwróć uwagę, że to nie tylko Polskę charakteryzuje, że te walory intelektualne są coraz mniej opłacane, że tak powiem. Ten procent, który scenarzysta dostaje za scenariusz filmowy, jest zerowy, już praktycznie biorąc. Zawsze dostanie te parę dolarów, dziesiąt. A dlaczego tak się dzieje? Otóż przemysł doskonale wie, że zbliża się sztuczna inteligencja, więc po co ma za inteligencję płacić? To nie jest dobra inwestycja.
[01:47:32] - Nie.
[01:47:33] - Wyprodukują ci uczeni sztuczną inteligencję, to wreszcie będą mieli wszyscy wszystko za darmo.
[01:47:40] - Ne, ne, ne panie Hawranek, ja nie znam czeskiego, tylko udaję. To tak nie będzie. Temat mi bliski, bo tak jak już chyba to mówiłem w audycji, powstał ostatnio kolejny „Samochodzik” w moim wykonaniu i tam troszeczkę o tym zagadnieniu piszę. Tytuł znamienny: „Droga na złomowisko”. Piszę o sztucznej inteligencji i to tak chyba nie będzie wyglądało, że sztuczna inteligencja zacznie nam pisać historię.
[01:48:16] - Jasne.
[01:48:17] - Myślę, że nie. I to nie jest temat na dzisiejszą audycję, ale myślę, że mam bardzo racjonalne argumenty przemawiające za tym, że tak nie będzie, że sztuczna inteligencja jeszcze bardzo. Nie wiem, ile jeszcze razy powinienem wymienić „bardzo”, nie poradzi sobie z tym zagadnieniem. Co nie znaczy, że będzie głupia. To już na pewno nie jest moje déjà vu, tylko na pewno o tym rozmawialiśmy, że w dalszym ciągu większość z nas, większość populacji nie odróżnia inteligencji od samoświadomości, od świadomości w ogóle. To są dwie różne sprawy, tak ze sobą sklejone u człowieka, że my tego nie odklejamy. Tymczasem sztuczna inteligencja to jest inteligencja bez świadomości.
[01:49:08] - Marku, ja mam taką propozycję na dzisiejszy wieczór. Czy myśmy już trzeci odcinek słuchali?
[01:49:13] - Nie.
[01:49:13] - Jeszcze nie? To bardzo dobrze, bo ja mam taką propozycję. Przez moment, bo poza tym traktujcie rzecz poważnie oczywiście, ale przez moment, jak będziecie słuchali wypowiedzi Cichonia, to wyobraźcie sobie, że to do was mówi sztuczna inteligencja. Potrzeba będzie kawałka wszechświata, żeby tak do was przemówiła sztuczna inteligencja.
[01:49:39] - Twój eksperyment jest absurdalny, dlatego że wystarczą trzy sekundy, żeby się zorientować, że to po prostu jest niemożliwe. Wiesz, à propos sztucznej inteligencji, ale cały czas uparcie wrócę do tej sytuacji młodego bardzo pisarza, bo to jest swoisty dramat, bo ja cały czas boleję nad tym Że gdzieś tam coś ucieka. Ucieka nam być może całe pokolenie pisarskie. Rzeczywiście, wspomina o tym Przemysław, dużo Mroza, dużo Bondy i jeszcze wielu innych autorów. I to jest pewna elita. Ja nie wymieniam tych nazwisk z przekąsem.
[01:50:34] - Nie, jak są dobrzy, to w porządku.
[01:50:36] - To są fajni autorzy, którzy piszą dużo książek, ale to jeszcze z tego wcale nie wynika, że inni przestali cokolwiek pisać i że nie piszą rzeczy wartościowych. Ja autentycznie nad tym boleję i nie przyjmuję do wiadomości argumentu przeczytanego w swoim czasie na jednym z facebookowych forów. Ktoś, kogo właściwie bardzo szanuję, kogo uważam za inteligentnego człowieka, który ma dużo do powiedzenia, a co więcej jeszcze sporo do przetłumaczenia. Ten ktoś pisze, żeby nie wydawać książek, bo jest nadprodukcja. Czyli jakby to przełożyć, tak logicznie wyciągnąć wnioski. Czyli całemu pokoleniu trzeba powiedzieć: bujajcie się, jeśli nawet macie coś do powiedzenia, to nas to w ogóle nie obchodzi i nie będzie obchodzić i spadajcie na drzewo. Jakoś nie potrafię takiego standardu zaakceptować, nie potrafię się z tym pogodzić i nie zamierzam się z tym pogodzić po prostu.
[01:51:42] - Wyobraź sobie, jak by świat wyglądał dzisiaj, gdyby Egipcjanom się odechciało w końcu budować tych piramid.
[01:51:54] - Ja nie wiem, czy im się odechciało.
[01:51:56] - Ale ktoś im wreszcie nie pozwolił. A jakby budowali tak cały czas, jak my piszemy, o Jezu, to cały świat byłby usiany piramidami. Makabra!
[01:52:06] - Wiesz co, ja cały czas co do tego, jak powstawały piramidy, to mam cały czas wątpliwości, bo cały czas egiptolodzy upierają się, że Wielka Piramida powstała w ciągu 20 lat. Jak sobie zrobili obliczenia, to wynikało z nich, że te bloki ogromne, wielotonowe powinny stawać na tej piramidzie w tak krótkich okresach czasu liczonych w sekundach, że to właściwie nie było możliwe. Więc albo ludzie od Egiptu starożytnego, coś im się pozajączkowało odnośnie tych 20 lat albo historia w ogóle wyglądała inaczej. Ale my tu gadu, gadu i zaczynamy dotykać paleoastronautyki, to chyba znowu nie to zagadnienie i nie ta audycja.
[01:53:02] - Takie zagadnienia drzemią w książce Cichonia.
[01:53:05] - A właśnie! To było inteligentne rzeczywiście, bo jeśli państwo jeszcze nie czytali, to powiem tak: jeśli byście sobie zrobili katalog takich żelaznych tematów fantastyki naukowej i powieści grozy, to chyba Przemysław Cichoń gro z tych tematów, takich ogólnych zagadnień w swojej w końcu niewielkiej objętościowo książeczce wyczerpuje. Porusza. Może nie wyczerpuje, ale porusza. Gdzieś tam zawsze dotyka tego. Podróże w czasie? UFO? Zombie?
[01:53:46] - Na pewno tych niezwykłości jest co najmniej tyle, ile wódki wypili bohaterowie.
[01:53:53] - Ale zwróć uwagę, tak mówimy o tych niezwykłościach, ale jakbyś tak się zapytał znienacka, o czym jest ta książka? O dwóch facetach, którzy wódkę piją.
[01:54:06] - Piją wódkę po prostu.
[01:54:07] - Ale zawsze później dodasz: ale przy okazji mamy też do czynienia z dziwnym jeziorem, ze skarbami odkrywanymi, z jasnowidzeniem.
[01:54:23] - Wiesz, jak Cichoń mówi o tym dodawaniu do tych wartości, do tej zwyczajności dodawaniu odrobiny niesamowitości, lekkiego koloryzowania rzeczywistości, to przecież jak tu jechaliśmy samochodem do redakcji, to żeśmy się nieźle ubawili, rozważając, w jaki to sposób Homer na przykład podkoloryzował zwyczajne, normalne życie.
[01:54:52] - W obozie wojskowym.
[01:54:53] - W obozie wojskowym wokół Troi, kiedy trzeba było to zdobyć, łupnąć i tak dalej, jakiegoś tam szczura czy konia wprowadzić, żeby tam wywiad zrobić, żeby kogoś tam wsadzić ze swojego człowieka, czyli tamtą kolumnę jakąś tam strzyknąć. To była proza życia. A potem jaka epopeja powstała, a potem ten Odyseusz, ta druga „Odyseja”. Jejku, jak on płynie, płynie po tej Trojnie, nie wiadomo po cholerę w ogóle płynie przez Cieśninę Gibraltarską, bo to-
[01:55:28] - Jak miał z wyspy na wyspę dopłynąć.
[01:55:30] - Z wyspy na wyspę dopłynąć. Może nie z wyspy, bo tam prawie z wybrzeża Afryki czy tam, gdzie była ta Troja.
[01:55:37] - Nie, w Grecji.
[01:55:38] - W Grecji.
[01:55:38] - Na tej części, oj dobrze pamiętam. Może mi się coś popierniczyło. Na tej części, która dzisiaj do Turcji chyba należy.
[01:55:47] - Albo do Albanii. To nieważne.
[01:55:48] - Pamiętam.
[01:55:50] - W każdym razie zobacz, zwykła proza życia. Marynarze wracali, żołnierze wracali do żony. Żona co prawda w tym czasie zrobiła tego tam jelenia.
[01:56:02] - Nie.
[01:56:02] - Nie? Odwrotnie było?
[01:56:04] - Przecież ona tkała i tych zalotników. Mówiła, że jak utka, to dopiero dopuści zalotników, a oni później z łuku ciach, ciach wystrzelał. No przecież mówi się, że ktoś jest wierny jak Penelopa. No co ty, człowieku!
[01:56:18] - Ja tak nigdy nie mówiłem.
[01:56:21] - Ja cię informuję.
[01:56:23] - Nie miałem doświadczenia właściwego. Dobrze, zobaczcie jak zostały te mity podkoloryzowane i ta zwykła proza życia i wędrówka, a mamy mity, mamy książki czytane przez prawie 2000 lat, do których się odnoszą również jak do źródeł pisarze, my piszący i tak dalej. Bez tych mitów nie byłoby niczego prawie.
[01:56:56] - Powiem ci tak, że to, co się uważa za ruiny Troi, to rzeczywiście leży w tej części wybrzeża, która dzisiaj do Turcji należy. Ale dobra, odpuśćmy sobie. W każdym razie, po co oni płynęli na swoje wyspy?
[01:57:13] - Poczekaj Marek, mi się śnią te sny o odbijaniu Bizancjum, a tu trzeba by było od Troi zacząć.
[01:57:22] - Nie wiem. Skoro masz takie mocarstwowe zapędy, to niech ci będzie.
[01:57:28] - To nie ja, tylko Europa powinna mieć takie. To jest jej posłanie, ale Europa ma swoją historię w zadku, więc po prostu mają Troję i Bizancjum ci, którzy ją mają.
[01:57:43] - Dobrze. Cóż, ja myślę, że już tak zagadaliśmy wszystkich nas słuchających, że dobrze na odtrutkę posłuchać ostatniej części wywiadu, rozmowy z Przemysławem Cichoniem. Marku, oddajemy ci możliwość wciśnięcia odpowiedniego przycisku i dzięki temu będziemy słuchać Przemysława Cichonia.
[01:58:14] - Więc teraz właśnie tutaj, właśnie teraz, w tym punkcie czasu i przestrzeni do waszych uszu zaczynamy wlewanie ostatniego dzisiaj fragmentu wywiadu z Przemysławem Cichoniem.
[01:58:32] - Jesteście pewnie ciekawi skąd się biorą pomysły. Nie wiem jak odpowiedzieć. Znikąd, po prostu przychodzą do głowy. Ale to niezupełnie prawda, bo pomysły są w zasadzie z życia. Życie daje nam pomysły. Wszystko nas może zainspirować. Wystarczy przejść się po mieście i coś zaobserwować, zobaczyć jakiegoś człowieka, czy z kimś porozmawiać, czy nawet być świadkiem jakiegoś wydarzenia, zdarzenia. Wszystko może nas zainspirować, może w nas obudzić jakiś pomysł. Wystarczy tylko ten pomysł przelać na papier, a najlepiej go sobie zanotować, bo pomysły przeważnie rodzą się tak znienacka, w najmniej odpowiednich momentach. Ja przynajmniej tak mam.
Nie wiem jak inni, ale ja mam tak, że gdybym nie zanotował, to pewnie następnego dnia już by mi to uleciało gdzieś, bym miał następny i jakiś inny pomysł, chociaż ten mógł być dużo lepszy. Dlatego mam notesik i długopis. Standardowo. Co niektórzy nawet mają dyktafony czy smartfony, tablety i notują to w inny sposób. Ja robię to tradycyjnie, zapisuję parę zdań, potem na drugi dzień pewnie się głowię co tam napisałem i próbuję to odczytać, bo skrobię strasznie jak kura pazurem, ale przeważnie udaje mi się odczytać to, co zanotowałem i wtedy mogę ten pomysł wdrożyć powiedzmy w moją aktualną historię lub zacząć zupełnie nową. Natomiast jeśli chce się mieć pomysły, dobre pomysły, trzeba obserwować. Obserwacja jest podstawą do tworzenia czegokolwiek, ponieważ nic nie zrodzi się z niczego. Coś nas musi zainspirować. Dlatego rozmawiajmy z ludźmi. Dlatego obserwujmy życie dookoła.
Czytajmy książki. Trzeba czytać książki, bo w książkach jest tyle pomysłów. Ja nie mówię, że trzeba kopiować czyjeś pomysły, bo to jest wręcz naganne, ale w każdej przeczytanej książce jest jakby jakaś cząstka pomysłu na zupełnie inną książkę i może nas to zainspirować. Możemy w tym znaleźć wenę i zrobić opowiadanie, które nikt na pewno się nie domyśli, że ono powstało na przykład na podstawie „Lotu nad kukuczym gniazdem”. Chociaż ja zrobiłem takie opowiadanie. W zasadzie wcale się tego nie wstydzę, że ono było na podstawie „Lotu nad kukuczym gniazdem”, bo nawet jego tytuł jest „Wspominki nad kukuczym gniazdem”, więc wszystko od początku jest jasne. Kto śledził ABW, to na pewno słyszał to opowiadanie. Ale właśnie stąd się biorą pomysły. Pomysły nie wezmą się znikąd. One muszą z czegoś wynikać.
Dlatego trzeba być czujnym. Trzeba być w miarę spostrzegawczym, żeby te pomysły się rodziły, a pomysły rodzą się już same. Wtedy tylko wystarczy je zapisać. Brzmi prosto, nie? Tylko że nie zawsze to takie proste. Ale też trudno wytłumaczyć, skąd się biorą pomysły, bo tak jak mówię, każdy może to jakoś inaczej odbierać. U mnie przychodzą dość łatwo. Ja mam nawet za dużo pomysłów, bo w tej chwili na dysku komputera mam koło siedem czy chyba nawet więcej takich rozpoczętych historii, które miałem zamiar kontynuować. Nadal mam zamiar je kontynuować, tylko że w tej chwili jakoś tak nie mam do nich serca, nie mam do nich weny. Napisałem do pewnego momentu i one sobie tam leżą.
Dlatego tutaj uwaga dla wszystkich, którzy piszą i którzy chcą pisać, żeby się nie zrażać tym, że powiedzmy, doprowadziliśmy pewną historię do pewnego momentu i koniec, nic, jesteśmy wypaleni, już nic z tego nie będzie. Nieprawda. Odłóżmy to do szuflady, niech to sobie poleży. Sięgnijmy za jakiś czas, przeczytajmy to i I na pewno pomysły się pojawią. Na pewno pojawi się dalszy ciąg. Jak nie tą, to inną. Ja mam w czym wybierać. Ja sobie otwieram co jakiś czas, jak nic akurat konkretnego takiego nie robię, nie mam bieżącego tematu, otwieram któryś z tych plików, czytam i: „O kurczę, przecież to fajne, to można by zakończyć tak albo kontynuować w ten sposób”. I coś tam dopisuję. Innym razem otwieram inny.
Cztery, pięć jednocześnie. To nie ma znaczenia. Nie mówię, że w tym samym momencie, ale nigdy nie zrażajmy się tym, że historia już się skończyła. Nie da się już nic dopisać, bo wszystko się da poprawić, wszystko się da dopisać, tylko trzeba cierpliwości. I jeśli chcecie pisać i macie do tego serce, to tak jak mówię, nie wolno się zrażać. Trzeba obserwować, zbierać pomysły, pisać, a nawet jak się tego czegoś nie skończy, schować do szuflady, potem kontynuować. Upór i dążenie do celu to podstawowa cecha chyba każdego pisarza. Bo gdyby człowiek, który chce w coś osiągnąć, po pierwszym niepowodzeniu dał sobie spokój, to trudno, pozostanie czytelnikiem. Wydaje mi się, że to byłoby na tyle, co mógłbym opowiedzieć o sobie, o pisaniu, zahaczając też o rynek wydawniczy, bo taki był też temat. Co jeszcze mógłbym wam powiedzieć, zanim się pożegnam?
Ktoś kiedyś spytał mnie, czy historia o „Świnoryjach” to jest definitywnie zamknięta całość. Nie wiem. Wydaje mi się, że każdy, kto przeczytał tę książkę, widzi tam możliwość jakiejś kontynuacji. Ja też. Tylko że w tej chwili zmęczyłem się tymi „Świnoryjami” tak naprawdę. Każda historia jest rozwojowa. Chyba że zamordowaliśmy na koniec głównego bohatera i kilku drugoplanowych, to pewnie nie. Ale w tym przypadku być może. Nie zarzekam się. Być może kiedyś sięgnę do tego tematu i pociągnę coś dalej.
Na pewno nie w tej chwili, bo w tej chwili na głowie mam inne tematy, ale wydaje mi się, że historia jest na tyle uniwersalna, na tyle długo będzie aktualna, że można śmiało powiedzieć, że kiedyś mogą pojawić się „Świnoryje 2” . A w tej chwili chciałbym podziękować za uwagę wszystkim słuchaczom. Chciałbym podziękować też oczywiście redakcji Bibliotekarium za to, że umożliwiła mi spotkanie się z wami tutaj, że tak powiem, na łamach. Zawsze też mam ten problem, co Marek, że to nie łamy, tylko jak by to powiedzieć? W radiu Paranormalium czy właśnie na YouTubie. Jeszcze raz dziękuję. Życzę miłej lektury i polecam wszystkim „Świnoryje”, bo to fajna książka, to nie jest jakieś arcydzieło, trudna lektura czy coś. To jest proste, łatwe i przyjemne i w zasadzie lektura na jeden wieczór, ale dzięki tej lekturze ten wieczór może być naprawdę fajny. Także polecam wszystkim. Jeszcze raz dziękuję za uwagę i dobranoc.
[02:06:01] - A więc wlaliśmy.
[02:06:04] - Laliśmy. Witrze, jak ci się wlało?
[02:06:08] - Co ja mam do powiedzenia po tym wywiadzie? Właściwie powinienem powiedzieć „amen” i zbierać manatki, Marku.
[02:06:14] - Wiesz co? Ja jednak muszę skomentować. Do mnie bardzo przemawia to, co nam, jak rozmawialiśmy przed audycją, wydawało się oczywiste, ale jak sobie przetestowałem na młodych ludziach, oczywiste wcale nie jest. Bo na pytanie, skąd się biorą pomysły, Przemysław cicho nie odpowiada: „No jak to skąd? Znikąd. To są po prostu. Pojawiają się w pewnym momencie i są”. A później dodaje, że z życia, z książek, z notowania tych pomysłów, z rozmów z ludźmi, z obserwacji, z przeczytanych książek. Powiem ci, że tak jak zacząłeś to mówić, tylko się pod tym podpisać. Ja w każdym razie jestem gotowy.
Ja tak to widzę. Bardzo cenne jest moim zdaniem to, co mówi o tym, że każda przeczytana książka dlatego jest taka fajna z jego punktu widzenia, bo ona nosi w sobie zalążek jego książki. I tak, proszę państwa, warto na to patrzeć. Zresztą Przemysław podkreśla, że to nie tak, że sobie przepiszecie tę książkę. Nie. Bardzo często taka książka daje wam impuls do napisania swojej historii, do wymyślenia pewnych rzeczy. Uznać państwo, że to prymitywny sposób, ale to jest taka metoda rozpoznawania przeze mnie książek, z których powinienem się cieszyć, że je przeczytałem. A mówiąc w sposób mniej skomplikowany, po prostu dobrych książek, że w trakcie lektury pojawia mi się iks różnych innych historii, które chciałbym na przykład napisać albo przynajmniej zanotować, tak jak Przemysław o tym mówi, czyli gdzieś tam sobie w notesiku naskrobać i na później zostawić.
[02:08:15] - Ja też dlatego tę książkę od pierwszego wejrzenia polubiłem, że ona jest lekka, daje oddech właśnie do tego, żeby sobie myśleć o rzeczach, które się kojarzą, które nasuwa, które daje do myślenia. Zupełnie rzeczy, które strasznie koncentrują, są takie jak wiązka laserowa. Rzeczywiście czasami wypalą.
[02:08:39] - Potrafią wypalić dziurę w całym i tak dalej. I co? Masz potem dziurę w całym. Natomiast to takie delikatne dotykanie rzeczywistości. Zwróć uwagę, że tam nie ma ani agresji, ani żadnych wybujałych ekscesów. Tam nic nie ma. Troszkę takie liseczki brzęczą może.
[02:09:08] - To nie są ekscesy.
[02:09:10] - Tak to mało. Ta książka jest bardzo spokojna.
[02:09:15] - Ale warto też powiedzieć, ja nie tyle o książce, co o sposobie pisania. To, kiedy Przemysław Cichoń mówi o tych pomysłach, bo to mnie zafrapowało. Czy może być za dużo pomysłów? Nie, nie może być. Mogą być pomysły zmarnowane, jeśli ich nie zapiszemy. I to jest mi bardzo bliskie, bo pomysły mają to do siebie, ja to testowałem w rozmowach z różnymi autorami. Pomysły mają to do siebie, że jeśli ich państwo nie zapiszecie, to za dwa dni ich nie będziecie pamiętać. Bo one są co prawda takim błyskiem, takim rozbłyskiem, ale jeśli państwo ich nie zapiszecie albo nie zaczniecie o nich natychmiast myśleć i to myśleć w sposób rozbudowany na przykład przez najbliższe dwie godziny, tak jak to Wiktor robi. To jak nie zaczniecie o nich intensywnie myśleć, rozbudowywać pomysłu, to wierzcie mi państwo, zapomnicie o takim pomyśle. To jest rzecz pewna.
Dlatego ten notesik się przydaje i dlatego warto te pomysły notować. Proszę państwa, miałem taką w życiu sytuację, kiedy wiedziałem, że jakieś dwa, trzy dni temu chodziłem przez te dwa, trzy dni, ciesząc się, że mam świetny pomysł. Ale jak przyszło co do czego, żeby sobie ten pomysł przypomnieć, to ja tego pomysłu nie pamiętałem. Ja tylko pamiętałem, że był świetny. Do dzisiaj go najprawdopodobniej w swojej pamięci nie odgrzebałem.
[02:10:50] - Mój kochany, to są te obyczajowe rzeczy bardzo różne, bo jak ty mówisz, że ktoś jak ma pomysł, to powinien zanotować. Ale ja znam też mnóstwo ludzi, którzy mają do dzisiaj pomysł na jedną rzecz i tak całe życie przeżyli z tym jednym pomysłem, bo im całą głowę chyba zajął bez śladu na miejsce po prostu choćby dla takich świnio ryjów. Ja na przykład szybciutko się pozbywam pomysłów, po prostu mówiąc innym, bo one odlatują jak gołąbki, a ja mam w tym momencie miejsce na nowy pomysł.
[02:11:28] - Nie, ja się z tobą nie zgadzam, bo miejsce robisz, właśnie po to notujesz pomysł, żeby mieć miejsce w głowie. Bo nawet później Przemysław Cichoń mówi o tej metodzie, kiedy ma rozpoczętych siedem różnych pomysłów.
[02:11:43] - Zgadzam się, bo one się mogą przydać do zupełnie innego tekstu.
[02:11:47] - Dokładnie.
[02:11:48] - Wszystkie, nawet hurtem się mogą przydać do jednej powieści.
[02:11:53] - Na przykład. Ale dlatego warto je zanotować i nie zawsze nie myśleć o nich przez cały czas. Chyba że to jest sposób na zapamiętanie. Ja podałem go właśnie jako taki, że pomyślimy intensywnie przez dwie godziny o swoim pomyśle, to szanse na to, że ten pomysł gdzieś tam się zawieruszy w głowie, są raczej marne. Natomiast jeśli będzie tak, że mamy pomysł i: „A, to będę go pamiętał”, to wierzcie mi państwo, to się najczęściej zdarza, że nie.
[02:12:20] - Nawet ja się przychylę tutaj w tą twoją interpretację, bo ja co prawda mam do rzeczy zbędnych i w życiu niepotrzebnych pamięć absolutną, więc ja pomysły raczej pamiętam. Natomiast pamiętam, że raz w życiu powaliło mnie po prostu w nocy, gdzieś o godzinie pierwszej czy drugiej w nocy wpadłem na pomysł. Słuchajcie, skakałem. Ja skakałem po pokoju, tańczyłem i prawie wyłem z radości, bo wpadłem na tak nieprawdopodobny pomysł, że mnie powaliło po prostu. Usiadłem sobie przy komputerze, przemyślałem przez dwie, trzy godziny, chyba do czwartej, piątej nad ranem. Przemyślałem co wymyśliłem, obudowałem ten pomysł całą infrastrukturą, że tak powiem. Odetchnąłem, pomyślałem chwilę, czy nie zapisać tego pomysłu. Jakoś zamarkować tylko na kartce. Przecież to nie ma żadnego sensu, bo ja go tak opanowałem. Machnąłem ręką, położyłem się spać, bo byłem nieprzytomny w sumie z tej dzikiej radości.
Obudziłem się rano. Do dnia dzisiejszego nic. Nawet nie wiem, o czym to było, bo gdybym załapał o czym, to bym przypomniał sobie.
[02:13:42] - To jest jeszcze drugi aspekt. Jeszcze gorzej jest z pomysłami nocnymi. Te z przerwanego snu. Jeśli ich nie zapiszemy, to już gwarancję macie państwo na to, że one się zapomną. Ciekawa rzecz, o której mówi Przemysław Cichoń z tymi różnymi pomysłami rozpoczętymi. Każdy patrzy po sobie. Ja też tak mam, że u mnie w komputerze leżą sobie cztery rozpoczęte duże projekty. Każdy z nich to jest książka. I tak powoli przyrastają. Ja w międzyczasie piszę inne rzeczy, piszę książki.
Czasami padnie na którąś z nich i mówi: „A teraz ty”. Tak jak Baba Jaga, zjadam. Ja nie zjadam, tylko dopisuję. I teraz ty. I dana książka powstaje. Mam takie, wiesz, kreatorskie zacięcie, czyli ja teraz stwarzam.
[02:14:42] - To ma podejście kołchozowe. Jako indywidualista powinieneś mieć jednego buraka na polu i go hodować. A jako ten hodujesz parę buraków i dzięki temu się wyżywisz.
[02:14:59] - To jeszcze inaczej. Ja hoduję więcej tych buraków i patrzę, jak się rozwijają. A w pewnym momencie sobie upatrzę. A teraz ty.
[02:15:07] - Tak, zgadza się. Czekasz, aż jedna malinka dojrzeje. To akurat tak konkretnie to strata czasu. Należy obrywać te, które akurat są gotowe.
[02:15:18] - To, co podkreśla Cichoń, że upór jest ważny u pisarzy. Upór polegający na tej najprostszej rzeczy, że utwór trzeba skończyć, trzeba się zacząć.
[02:15:32] - Wiesz, Marku, ale jak się to przełoży na język obyczajowy, to dziwne rzeczy wychodzą z tego. Bo na przykład jak powiem tobie, że pisarz powinien być uparty jak osioł, to to przełkniesz. A jak to powiem kobiecie?
[02:15:48] - To nie wiem. Nigdy nie byłem kobietą. Natomiast ważne jest to, co mówi, żeby nie wyrzucać swoich tekstów. Czy nawet jeśli dany tekst, usłyszymy recenzję od Żelkowskiego albo Żwikiewicza, że dany tekst jest do dupy. Pora późniejsza to sobie mogę pozwolić. To jest do dupy. To nie wyrzucajcie państwo zaraz tego tekstu, bo może się okazać, że za kilka lat ten tekst co prawda w dalszym ciągu będzie do dupy, ale da się z niego wykroić coś nowego albo tak go przerobić, że on nagle błyśnie. Dlatego warto wracać nawet do swoich nieudanych tekstów.
[02:16:29] - Zobacz, do czego on nawołuje. Po prostu to należy prościej wyjaśnić. Nie marnować. On oprotestowuje marnotrawstwo. Marnowanie pomysłów jest grzechem. Pomysły mamy od Boga, że tak powiem, albo dzięki łasce boskiej, albo dzięki jakimś Dawkinsa.
[02:16:55] - Jakkolwiek sobie-
[02:16:57] - W każdym razie mamy pomysły i marnowanie tych drogocennych rzeczy, a przynajmniej wzgardzanie. Trzeba odłożyć na półkę, mogą się tam przydać.
[02:17:08] - W każdym razie, bez względu na światopogląd warto się ze swoimi pomysłami, różnie ocenianymi, zaprzyjaźnić i być z nimi. To zawsze jakoś rokuje. Powiem jeszcze jedną rzecz, która z tego wywiadu jest dla mnie optymistyczna. Otóż w przeciwieństwie do wielu pisarzy, którzy często mówią: „Nigdy więcej, nigdy więcej nie wrócę do tej postaci, nigdy więcej nie wrócę do tego świata”. Przemysław Cichoń daje swoim czytelnikom nadzieję, że jednak kiedyś będzie nam dane do Świnioryi wrócić.
[02:17:48] - Tam nie czytelnikom. Swoim postaciom daje szansę jeszcze pożyć. Może kiedyś.
[02:17:54] - Może kiedyś. Przyznam, że to jest fajne, że nasz pisarz, bohater dzisiejszej audycji ma tę świadomość, że pomysłu lepiej nie eksploatować do końca. Czyli piszemy „Świnioryję 2”, „Świnioryję 3”, „Świnioryję 10” i w pewnym momencie sami zaczynamy zjadać własny ogon.
[02:18:19] - On ma taką filozofię masajską. Bo my krowy wydoimy, a potem zarżniemy. Natomiast oni też wydoją, ale poza tym nie zarzynają, tylko doją z krwi po prostu i zjadają te skrzepy, ale dzięki temu mają cały czas.
[02:18:41] - W każdym razie to fajne, że kiedyś jest szansa na „Świnioryję 2”. Powiedz tak, wysłuchaliśmy całego już w tej chwili wywiadu z Przemysławem Cichoniem. Jakbyś miał powiedzieć kilka słów o pisarzu Przemysławie Cichoniu na podstawie swojej wiedzy, na podstawie lektury, na podstawie dzisiejszego wywiadu. Tak jakbyś miał w tej chwili wygłosić mowę, to wygłoś taką mowę.
[02:19:16] - Faceci jest taki, jaki jest. Ja w tej chwili go oceniam tylko po tym, co słyszałem. Poza tym, jak żeśmy się spotkali, to właściwie trudno z nim było pogadać, bo bez przerwy opowiadał jakieś sprośne dowcipy.
[02:19:30] - A ja się nie załapałem?
[02:19:33] - Nie, bo ty żeś akurat tam jakieś aparaty podkręcał do Bibliotekarium.
[02:19:37] - Tyle mi ominęło, kurczę.
[02:19:39] - Natomiast ja tylko o tym po tym wywiadzie. Po prostu dla mnie to nie ma znaczenia. Facet jest bardzo sympatyczny, jest po prostu sympatycznym człowiekiem. Jak mówi o materii pisarskiej, jak mówi o innych ludziach, jak mówi o postrzeganiu rzeczywistości, jak definiuje ciekawość, konieczność obserwowania otoczenia, niesiedzenia we własnym sosie i, że tak powiem, niepatrzenia sobie samemu prosto w mózg, tylko obserwowanie świata. To jest po prostu sympatyczny człowiek i dlatego pisze również sympatyczną prozę.
[02:20:19] - Zauważ, że on tam w pewnym momencie mówi taką dosyć charakterystyczną rzecz, że to są książki i w ogóle ma taki pogląd na świat, że ludzi trzeba próbować zrozumieć, że to jest pewna filozofia, która pisarzom powinna przyświecać. Nie oceniać ich, nie klasyfikować, nie zamykać w szufladki. Niektórzy pisarze mają taką, nie wiem, czy potrzebę, ale w każdym razie tak to uzewnętrzniają, czyli każdego ocenią, wypatroszą i opiszą, jaki on jest. A zobacz, u Przemysława Cichonia jest troszeczkę inaczej. Tam jest próba zrozumienia drugiego człowieka.
[02:21:08] - Teraz zrozumiałem ja coś. Otóż my chcemy stworzyć sztuczną inteligencję, ale ona przez przyrodę została już stworzona. Otóż są ludzie, którzy wiedzą oraz ci, którzy rozumieją. Ci, którzy wiedzą, mają sztuczną inteligencję.
[02:21:28] - Coś w tym jest. Musiałbym to przemyśleć, ale rzeczywiście, jakby tak bardzo chcieć jakoś ludzi podzielić, to rzeczywiście są tacy i spotykacie ich państwo na co dzień, myślę. Ja w każdym razie spotykam.
[02:21:40] - On wie, co mnie boli, on wie, co powiem.
[02:21:43] - Wszystko wiedzą na każdy temat. Odezwiesz się na temat fizyki kwantowej, on wie, co ci powiedzieć. Odezwiesz się na temat obierania ogórków, z której strony to zrobić, to on też wie i wie właściwie na każdy temat, który zamierzasz poruszyć. On już wszystko wie. Nie lubię takich ludzi, bo wiem, że ta wiedza, nawet nie wiem, czy udawana, ale ona mnie nie przekonuje.
[02:22:14] - Sztuczna inteligencja.
[02:22:17] - Czym się jeszcze objawia ten drugi gatunek ludzi? Tym, że lubią słuchać, ponieważ z tego czerpią swoją siłę, czy to literacką, czy jakąkolwiek inną artystyczną. Siłę polegającą na tym, że rozumieją, że świat nie jest czarno-biały, że świat ma albo odcienie szarości — to dla jednych, albo masę kolorów i półtonów i tak dalej, jakkolwiek to się nazywa. Wiedzą o tym, a mając świadomość tego, chcą zobaczyć to wszystko w innych ludziach, bo wiedzą, że sami są jacyś. Mają jakiś kolor, jakiś odcień, jakąś szarość w sobie. Są tacy, ale inni są właśnie inni. I nie da się wyjąć mózgu ze swojej głowy, wsadzić w inną albo odwrotnie i wczuć się w to. Trzeba to próbować poznać. Myślę, że nasz autor, o którego książce dzisiaj mówimy, taki typ osobowości reprezentuje, że słucha. To zresztą widać z tych obserwacji, które są zawarte w książce o świnioryjach.
Zobacz, ile mamy portretów ludzkich, ile mamy bohaterów, którzy są... Dobre słówko podrzuć. Soczyści. Tam mało jest postaci płaskich. Ale zobacz, te postacie nie są rysowane.
[02:23:56] - Nawet faktycznie ta cała tam na poczcie to ma biust jak cholera.
[02:24:02] - Każdy ciągnie do swojego. W każdym razie zobacz, tam nie ma postaci, które są opisywane w taki sposób, że miał czarne włosy.
[02:24:16] - W ogóle ledwo tak.
[02:24:21] - Natomiast my dużo o tych postaciach wiemy. I to jest duża zaleta prozy Przemysława Cichonia. Myślę, ale państwo myślicie, że my właśnie kończymy audycję, co jest i nie jest prawdą, że tak powiem, bo nasze gadanie rzeczywiście właśnie za chwilę się skończy. Ale ponieważ dysponujemy, mamy w zanadrzu opowiadania Przemysława Cichonia, które znalazły się w audycji ABW, to Ivellios obiecał, że takowe państwu zaprezentuje. Oczywiście nie wszystkie, bo to by było niemożliwe. Wycięlibyśmy audycję „Teoria chaosu”, czego by nam jej fani nie darowali. I bardzo słusznie zresztą, żeby nam tego nie darowali. A zatem wybrane opowiadania zaprezentujemy. Nasza rola się w tej chwili w takim razie kończy. Muszę tylko wspomnieć, że za tydzień zapraszamy na ABW.
Jak zwykle świetne opowiadania i mówię to z czystym sumieniem. Naprawdę polecam przyszłe ABW. Za dwa tygodnie już wspominaliśmy, 50. wydanie „Bibliotekarium” i powiem tak, Wiktor to określił, że mamy pustkę w głowie. Pustka polega na tym, że mamy kilka pomysłów i tak na dobrą sprawę jeszcze nie jesteśmy zdecydowani.
[02:26:03] - Ja przynajmniej przy jednym się będę upierał jak osioł.
[02:26:07] - No to zobaczymy.
[02:26:08] - Należy być.
[02:26:09] - Zobaczymy.
[02:26:10] - Ja chcę wygłosić przemówienie z tej okazji.
[02:26:13] - Będzie ci to dane w takim razie.
[02:26:17] - W każdym razie dobrze.
[02:26:18] - W każdym razie dobrze, ale wiesz, audycja musi być o czymś. To będzie o czymś. Tylko jak rozstrzygniemy, już wyłączymy mikrofony, to się tutaj jakoś uroczo pospieramy. Będziemy używać słów przyjętych za niecenzuralne i tak sobie to wyjaśnimy. W każdym razie-
[02:26:37] - Słuchaj człowieku, jak ty myślisz, po co ja tą giwerę z chaty zabrałem?
[02:26:43] - Dobrze. W każdym razie, proszę państwa, za dwa tygodnie, nawet pomimo wyciągniętej giwery, audycja się odbędzie. Nie wiem, w jakim składzie osobowym. W każdym razie audycja się odbędzie. Zapraszamy za dwa tygodnie na 50. odcinek „Bibliotekarium”. Za tydzień na kolejny odcinek ABW. I my się już teraz uprzejmie wyłączamy i dajemy państwu możliwość Wysłuchania opowiadań Przemysława Cichonia. Dobrej nocy.
[02:27:11] - Dobrej.
[02:27:13] - Mówili te słowa do państwa jak zawsze gospodarze Bibliotekarium Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze obsługiwał od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium paranormalny głos w twoim domu. Jeszcze się nie żegnamy, jeszcze nie mówimy dobranoc. Teraz na naszej antenie wyemitujemy wybrane kilka opowiadań Przemysława Cichonia z cyklu jakbym to po angielsku powiedział, już zapomniałem Once Upon a Time at Pig Faceville, czyli Pewnego razu w Świnioryjach.
[02:27:48] - Faceville. Piękne.
[02:27:50] - Pięknie.
[02:27:51] - Dobrej nocy.
[02:27:52] - Dobrej.
[02:27:57] - Przemysław Cichoń Pewnego razu w Świnioryjach. Armagedon i archeolodzy z Bożej łaski. Nikt nie mógł tego przewidzieć. No, chyba że wójt Gnijewa, bo on miał rzeczywiście dostęp do planów zagospodarowania przestrzennego gminy. Jednak w Świnioryjach nikt się tego nie spodziewał, że pewnego słonecznego letniego dnia przyjdzie im zmierzyć się z nadchodzącym Armagedonem. Żwirową drogą już od godziny szóstej, wzbijając tumany rudo-żółtego pyłu ciągnął ciężki sprzęt. Końca tego przerażającego formą i rozmiarem konduktu nie było nawet widać. Od strony Gnijewa nieustannym potokiem przetaczały się koparki, spychacze, walce i inny sprzęt budowlany. Część na specjalnych lawetach, część na własnych kołach. Przy akompaniamencie warczących silników i pomruku toczących się po żwirowej drodze kół kawalkada jeńców Apokalipsy jednostajnym tempem sunęła poprzez wieś.
Waldek jeszcze smacznie spał, gdy do jego uszu docierać zaczęły monotonne, ale coraz głośniejsze odgłosy ciężkiego sprzętu. Gdy do tego doszły drgania gruntu, kiedy kawalkada przetaczała się koło jego chałupy, ocknął się zdezorientowany. Przez chwilę nasłuchiwał zaniepokojony. Po chwili zerwał się na równo nogi, krzycząc: "Ruskie czołgi. Chodu do piwnicy." Po kilku sekundach zorientował się, że już od dawna, to znaczy od czterech lat, mieszka sam. Żona wraz z dwójką dzieci i psem wyprowadziła się wtedy do matki. Jedynym współlokatorem Waldka był hundy, wieliniały kot. Zresztą przychodził tu tylko spać. Całymi dniami włóczył się po wsi prawie tak jak Waldek. A ruska okupacja skończyła się jakiś czas temu.
Po następnych sekundach, może kilkudziesięciu do Waldka zaczęła docierać reszta bodźców z realnego świata. Ostatnio sypiał twardo i miewał sny, dziwne sny. Podszedł do okna i odsłonił zasłonkę z pasiastego ręcznika frotte. Na drodze coś się działo i to sądząc po hałasie, jaki stamtąd dochodził, działo się coś ważnego. To było coś nowego, bo zazwyczaj tu nic się nie dzieje. Nic absolutnie. Teraz się działo. No teraz to się działo. Waldek wcisnął się w gacie i czym prędzej wyszedł przed chałupę, usiłując zawiązać kokardkę ze sznurka od snopowiązałki, który służył mu za pasek. Wśród tumanów brunatno żółtego kurzu drogą poruszały się jakieś pojazdy.
Poprzez kłęby kurzu co jakiś czas było widać rozbłyski pomarańczowych świateł i słychać było klaksony. Ożeż w mordę! Jakiś przemarsz wojsk Układu Warszawskiego? Zastanawiał się Waldek. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że Układ Warszawski nie istnieje, ale tak mu się skojarzyło, bo tak naprawdę tęsknił trochę za tamtymi czasami, kiedy życie było lepsze, a nawet jeśli nie lepsze, to na pewno prostsze. Pracował wtedy w PGR-ze i to w zasadzie tyle. Nic więcej nie było mu potrzeba. PGR jak matka zapewniał mu wszystko, co było potrzebne do życia ubranie, ziemniaki na zimę, ziarno do siewu. Oczywiście Waldek nigdy nie wysiał nawet garści ziarna, ale zawsze można było za nie dostać parę złotych. Opał na zimę i oprócz tego godziwą wypłatę raz w miesiącu.
A teraz PGR-u już nie ma. A za te osiemset złotych ze ZUS-u to nie za bardzo jest jak wyżyć. Czy to jeszcze kiedyś wróci? Zastanawiał się Waldek i pewnie nadal by się tak zastanawiał, gdyby z tej zadumy nie wyrwał go głos Waśki. Co się tak gapisz Wala? Drogę nam będą asfaltować. Asfalt co? Asfaltować. To znaczy, że nie będzie już tej brei i kurzu. Czujesz?
Asfalt do samego Gnijewa od zakrętu na końcu wsi, gdzie stał dom Konieczki. No wiesz, ten co się w zeszłym roku zhajcował. Wiem gdzie to. Przecież tam byłem — obruszył się Waldek. No ale Wala, nie będziemy tu chyba tak stać po próżnicy. Masz tam co? Waldek ocknął się z chwilowego zamyślenia. Od czasu przygody w domu Konieczki coraz częściej mu się to zdarzało. Znaczy zdarzało mu się zamyślić. I to tak, że aż nieraz bolała go głowa od tego myślenia.
No i te sny. Miał bardzo realistyczne sny. W tych snach widział różne rzeczy. Różni ludzie i nie tylko ludzie mówili mu przeróżne rzeczy, a gdy się budził, to przeważnie te rzeczy się działy. Nie żeby od razu się stał jasnowidzem. Po prostu miał sny, a te sny się sprawdzały. Nieraz palnął coś przy kielichu, że to czy tamto. Zwykłe pijackie gadanie. A tu następnego dnia bęc. I tak się stało Dokładnie tak, jak powiedział.
Ludziska zaczęli już gadać. Kiedyś przy gorzale palnął, że Kulawiński to powinien w końcu ten dach naprawić, bo mu wiatr dachówki strąca. W nocy tak wiało, że cały dach z chałupy Kulawińskiego zdjęło i w pole zaniosło. Co ciekawe, trąba niczego w pobliżu nie uszkodziła. Tylko ten nieszczęsny dach. Waldek już czasami bał się gęby otworzyć, żeby go za jakiego proroka nie wzięli. A wracając do Waldkowego bólu głowy. Waśka stwierdził, że to Waldkowe dłamanie to mu na zdrowie na pewno nie wyjdzie, bo mózg odwykły i strasznie się męczy i od tego go ten łeb tak ciągle napieprza. A jak wiadomo Waśka to nie byle jaki autorytet w dziedzinie bólu głowy. Ma na niego jedno lekarstwo.
No pewnie, że mam co nieco. Odparł, rozchmurzając się Waldek. Weszli do chałupy. Wewnątrz była tylko jedna izba. W rogu stał piec. Stary, ale bardzo ładnie wykonany przez zduńskiego mistrza. Nawet komin wyłożony był kaflami aż po powały. Przy piecu stało łóżko, a na nim leżała niezbyt świeża pościel, teraz w całkowitym nieładzie. Waldek podszedł do łóżka i zaczął je poprawiać. W tym czasie Waśka podszedł do kredensu i jakby był u siebie, wyjął z niego dwie szklanki i napoczętą butelkę wódki.
Postawił to wszystko na stole, który stał na środku izby. Masz jakąś zagrychę? Spytał. Tam w kredensie powinien być słoik z papryką. Waśka wyjął z kredensu słoik z marynowaną papryką i trzymając go dwoma palcami z wyrazem obrzydzenia na twarzy postawił go na blacie stołu. A nie masz Wala zwykłych ogórków? Spytał kolegę, który skończył się mordować z łóżkiem i właśnie wygładzał kapę, którą przykrył barłóg. Nie mam, ale papryka też dobra, zwłaszcza że kupiłem u Maźniakowej za pół ceny. Data wychodzi. Waśka odkręcił słoik i podsunął sobie pod nos.
Pachnie nie najgorzej. Wsadził dwa paluchy do słoika i wydobył flakowatą paprykę, po czym włożył ją sobie do ust. Mmm, niczego. Całkiem, całkiem. Otarł rękawem spływający po brodzie ocet. Ale i tak wolę ogórki. Waldek w końcu dołączył do przyjaciela i nalał posłusznej porcji czystej. No to siup w ten głupi dziób! Zakrzyknął Waśka. Cheers!
Odpowiedział Waldek i wychylił szklanicę. Kiedy już zakąsił papryczką, spojrzał na Waśkę, który nadal trzymał w ręku pełną szklankę, a wzrokiem próbował przewiercić mu czaszkę. No co? Co ci nie smakuje? Wódka czy zakąska? Waśka nie odpowiadał. Wypił powoli wódkę i z namaszczeniem przeżuł paprykę. W końcu przemówił. Ty coś ostatnio dziwny jesteś Wala. Nie dziwię się, że ludziska zaczynają gadać.
Co zaczynają gadać? Spytał Waldek, nalewając po kolejnej szklance. No wiesz, że potrafisz przewidzieć co będzie, że niby jasnowidz z ciebie. No i że czytasz w myślach, a nawet słyszałem jak się baby naradzały, żeby iść do ciebie, to może urok odczynisz. Eee, coś ty Waśka. Ja tam odczyniać uroków nie umiem, a że czasem mi się coś przyśni i wygadam się przy wódce, to potem gadają. Najgorsze Waśka, że mnie to się coraz częściej zdarza. Znaczy coraz częściej śnią mi się te sny. A ostatnio to nawet przy robocie mnie naszło. I co?
I co? Dopytywał szczerze zaniepokojony Waśka. No to było tak, ale wypijmy. Przerwał i sięgnął po szklankę. Waśka uczynił to samo. Wychylili. Waldek zakąsił papryczką ze słoika i podał go Waśce, mówiąc: Bon appetit. Waśka znowu oniemiał. Po chwili jednak, widząc konsternację kolegi, przemówił. Skąd ty Wala znasz takie słowa?
Wiesz, nie wiem, ale tak jakoś same mi one do głowy przychodzą. Nieważne. Machnął ręką i kontynuował opowieść. Napierniczył mi rower. Wiesz, ten cholerny łańcuch. Dostałem od Walendziaka całkiem nowy, tylko lekko używany łańcuch. Pomyślałem, że wymienię i będzie po kłopocie. To znaczy, że ten cholerny łańcuch nie będzie już spadał za każdym razem, jak mi się gdzieś będzie spieszyć. Już nawet się wziąłem do rozpinania starego, kiedy śrubokręt omsknął mi się ze spinki i dziabnąłem się w rękę. O, zobacz, jeszcze mam ślad.
To mówiąc wyciągnął lewą dłoń w stronę twarzy Waśki. Widzisz, prawie sobie na wylot przebiłem. Ból był taki, że aż mi w oczach pociemniało. I wtedy właśnie miałem wizję. Co miałeś? Przerwał mu Waśka. Wizję. Jaką wizję? Normalną wizję. Imaginację.
Wewnętrzną projekcję mentalną z przyszłości. Odparł poirytowany Waldek. Waśce tak opadła szczęka, że musiał ją podtrzymywać rękoma, żeby nie wyleciała z zawiasów. Wala, ja się ciebie boję. Ty naprawdę stajesz się coraz bardziej dziwny. Chcesz posłuchać, co było dalej, czy nie? Spytał wyprowadzony z równowagi Waldek. Jak chcesz, to się zamknij i słuchaj. Waśka, chłop prawie dwumetrowego wzrostu i potężnej budowy zrobił się nagle taki malutki i nawet nie pisnął, tylko wpatrywał się w kolegę oczami wielkimi jak spodki, słuchając dalszej części opowieści. Zobaczyłem pana Hieronima, jak pracuje u siebie w szopie, przepraszam, w laboratorium.
Coś tam mieszał i dolewał. Aparatura cichutko szumiała. Z zaworka ciekła cieniutką stróżką ta jego okowitka. I nagle coś zaczęło syczeć coraz głośniej. Hieronimus zaczął się krzątać wkoło aparatury, przekręcać jakieś kurki i przełączniki, ale szum był coraz głośniejszy i nagle Waldek zrobił głęboki wdech. „Jebooót!” Wszystko wyleciało w powietrze. Wtedy oprzytomniałem i znowu zacząłem czuć ból w lewej dłoni. Rana była poważna, krwawiła i bolało jak jasna cholera. Zawinąłem rękę szmatą i poszedłem do sąsiadki. Walenciakowa opatrzyła mi ranę i stwierdziła, że miałem szczęście, że to lewa, ale potem dodała, że w zasadzie to bez znaczenia, bo do roboty to ja mam obie lewe.
„I czego nic nie mówisz?” „Bo, bo…” - jąkał się Mundek. „Co bo? Wykrztuś w końcu, co ci leży na wątrobie.” Waldek poirytowany polał resztę wódki. Było tego niespełna pompą szklanki. Wtedy Waśka w końcu przemówił. „Bo widzisz, pan Hieronim miał wypadek i…” „Wiem. I to mnie właśnie niepokoi. Zastanawiam się coraz częściej, czy jakby mi się to nie wyimaginowało, to czy pan Hieronim nadal byłby w domu i pędził tę swoją kokovitkę. Czy to ja jestem winien, że leży teraz poparzony w szpitalu?” „Waśka…” „To mnie męczy.” „Co cię tak męczy?” „Myślenie.” „No przecież ci mówiłem.” „A mnie już głowa boli od tego ciągłego myślenia. Musimy się jeszcze napić.
Póki co pogorzale trochę mniej myślę. Nie mam halucynacji i łeb mnie przestaje napierniczać.” „No to to rozumie. Myślę, że to ci przejdzie. Znaczy to myślenie i znów będziesz normalny, Wala.” Nazajutrz Waśkę obudziło dudnienie do drzwi. Nie musiał się długo zastanawiać. Domyślił się prawie od razu. Przed drzwiami stał Waldek i sapiąc ciężko, wycedził przez zęby: „Mamy tylko 24 godziny. Musimy się sprężać. Ubieraj się, idziemy.” „Co cię tak przypiliło? Moja stara jeszcze śpi.
Pogięło cię? Jest wcześnie.” - odparował Waśka. „Nie gadaj tyle, tylko wkładaj galoty, bierz szpadel i łopatę i idziemy.” - zakomenderował Waldek. Po pięciu minutach szli już drogą, wzdłuż której stały jeszcze śpiące w bezruchu maszyny drogowe. Szli w stronę Gniewa. Po jakimś czasie Waśka odważył się spytać: „Daleko jeszcze?” „Nie. Jeszcze kawałek do tej kępy leszczyn.” Waśka dzielnie maszerował, niosąc w jednej ręce szpadel, a w drugiej łopatę, podczas gdy Waldek szedł przed nim w pośpiechu, przebierając nogami i sapiąc z podniecenia i wysiłku. Dotarli do kępy leszczyn. Za rowem, tuż obok leszczynowych krzewów stał stary drewniany słup telefoniczny. Drewno było zbutwiałe, poczerniałe i spękane.
Na wysokości wzroku przymocowana była niewielka metalowa tabliczka. Na niej wybita była numeratorem liczba trzynaście. „To tutaj. Tutaj musimy kopać. Między tym słupem, a tymi krzakami.” Waldek pokazywał palcem dokładnie miejsce, gdzie Waśka miał kopać. „No co się tak gapisz? Kop!” Waśka, nie czekając na dalsze zachęty, wziął się do roboty. „Tu?” - spytał, wbijając szpadel w twardą ziemię poprzerastaną korzeniami. Waldek tylko skinął głową. Po kilku sztychach Waśka zrobił przerwę.
„Cholernie tu twardo. Muszę zapalić. A tak właściwie to po co kopiemy tę dziurę?” Waśka wyjął z kieszeni spodni lekko zdezelowaną paczkę papierosów i poczęstował kolegę. Usiedli na rowie i delektowali się smakiem ukraińskich czerwonych Viceroyów. „Wiesz, Waśka, miałem sen.” - zaczął Waldek. „No nie. Nie strasz mnie.” „Tym razem sen nie był wcale straszny. Był intrygujący.” „Gadaj po naszemu, bo nic cię nie rozumie.” „No dobra. Był ciekawy i jeśli się sprawdzi tak jak poprzednie, to nigdy już nie będziemy musieli się martwić i zastanawiać, kto nam tym razem dorzuci do flaszki.” „Jak to?” - spytał zaciekawiony Waśka. „A tak to.
Śniło mi się, że właśnie tutaj ci drogowcy, co to nam te drogi asfaltują, wykopali całą skrzynię złotych monet. Pruskie złote monety z końca XVIII wieku. Widziałem ją jak na jawie. We dwóch ją wyciągali. Taka była ciężka. Więc kop, to nie będziemy już nigdy musieli pracować.” - skwitował Waldek. „Myślę, że w twoim przypadku to nic nie zmieni. Przecież i tak nigdzie nie pracujesz.” - zauważył słusznie Waśka. „Aleś ty bystry jak woda w kiblu. Ja zajmę się myśleniem, a ty kop.” Około południa z wykopanej dziury wystawała tylko głowa Waśki.
Przyjmując, że miał on dwa metry wzrostu, dziura była już imponujących rozmiarów. Wokół niej piętrzyły się góry ziemi i piasku. Z wykopu wydobywał się dym papierosowy i ciche przekleństwa umęczonego Waśki. Wokoło przechadzał się nerwowym krokiem Waldek i paląc papierosa mówił sam do siebie: „Co do jasnej cholery? Przecież dokładnie widziałem ten słup i te leszczyny. Nawet te pokrzywy widziałem i tę tabliczkę na słupie. Pamiętam dokładnie. Co jest, do cholery? Wszystkie sny jak dotąd się spełniały, ale zawsze było to coś złego. A teraz jak miało być coś dobrego, to dupa.
Dupa, dupa, dupa.” Dreptał wkoło i powtarzał: „Gówno, nic. Szlag by to!” Zrobił się czerwony na twarzy i zaczął zachowywać się tak, jakby go brało delirium. Waśka, zaniepokojony o zdrowie kolegi, wygramolił się z domu i poklepując go po przyjacielsku, odprowadził do domu, gdzie dla ukojenia nerwów wychylili po jednym głębszym. Nazajutrz wieś obiegła sensacyjna nowina Pracownicy budowlani odkryli podczas prac ziemnych skrzynię z pruskimi monetami z czasów zaborów. Gdy tylko ta nowina dotarła do uszu Waldka, popędził on jak szalony do sklepu Maśniakowej, by dowiedzieć się więcej szczegółów. Dowiedział się, że odkrycia dokonano nieopodal posesji Konieczki na drugim końcu wsi. Gdy tylko tam dotarł, zobaczył w niewielkim tłumie gapiów Waśkę górującego nad wszystkim. „Co tu robisz?” – zapytał. „Jak to co? Przyszedłem zobaczyć, co mieliśmy wczoraj wykopać” – odparł z nutką drwiny w głosie.
„Daj i mnie popatrzeć.” Waldek zaczął się przeciskać do przodu. Wykop był ogrodzony biało-czerwoną taśmą ostrzegawczą. W tyle stała koparka. W wykopie siedziało jakichś dwóch facetów w białych kitlach i coś tam na dnie majstrowali. „To archeolodzy z powiatu. Będą tu jeszcze kopać, tak że nie wiadomo, kiedy będziemy mieli tę drogę.” – z rezygnacją w głosie stwierdził Kawka stojący nieopodal. Wykop był umiejscowiony pomiędzy Kępą Leszczyn a starym drewnianym słupem telefonicznym. Na słupie była tabliczka z wybitym numerem. Obrazek niczym déjà vu drażnił Waldka zmysły, a świadomość porażki przygniatała go coraz bardziej do ziemi. „Jasna cholera, nie ten słup!
A wszystko wygląda tak samo. Te krzaki i nawet te pokrzywy. Tylko ta cholerna tabliczka. Nie widać stąd numeru” – myślał. „Fuck it. I need a drink” – wyrwało się Waldkowi. Połowa gapiów zwróciła wzrok w Waldka stronę. On tylko splunął pod nogi i dodał: „Fuck.” Splunął jeszcze raz i poszedł do domu. Przemysław Cichoń „Pewnego razu w Świnioryjach”. Jeziorowe przesłanie.
Tego ranka, jak zwykle od kilku już tygodni, od strony jeziora dochodziły odgłosy wystrzałów. Już od szóstej, pomimo szarówki, myśliwi nie odpuszczali gęsim gękawom. Od 1 września walili, ile w lesie, a była już połowa października. Nad trzcinowiskami co chwila słychać było specyficzne gęganie, kiedy to całe stada tych pięknych ptaków podrywały się do lotu, spłoszone wystrzałami myśliwych. I właśnie dziś Mundek postanowił wybrać się na ryby. Nie żeby był wędkarzem albo rybakiem w tym właśnie znaczeniu. Mundek po prostu umiał łowić ryby i to na wszelkie sposoby. Opłacanie składek i posiadanie jakichkolwiek zezwoleń na połów ryb uważał za całkowicie zbędne. „Bo żeby łowić, to trzeba umieć, a nie płacić” – powtarzał. Większość miejscowych miała podobne poglądy w tej kwestii.
Zresztą tu i tak wszyscy się znali. Edek Piskorz, przewodniczący świnioryjskiego koła PZW i zarazem komendant Okręgowej Społecznej Straży Rybackiej, jest jego chrześniakiem i na komunię dostał od Mundka składaka Wigry II. Tak więc Mundek mógł oddawać się swojej pasji bezstresowo i spokojnie doskonalić swe metody oraz opracowywać wciąż nowe. Ostatnio pasjonował się on metodą na tak zwanego pierdolca. Metoda ta była, jak jej nazwa, bardzo prosta. Wypływało się łodzią na jezioro, kotwiczyło, wyrzucało do wody ładunek i czekało. Niedługo, jakieś 15–20 sekund i jak pierdolło, to woda unosiła się na jakieś 30–40 centymetrów, a wielki dymny bąbel mącił powierzchnię wody niczym gejzer w Yellowstone. No a rybki można było zbierać podbierakiem wprost do koszy w łódce. Tak naprawdę nie była to metoda tak całkiem nowatorska. Zaraz po wojnie, kiedy na podorędziu było jeszcze trochę granatów, stosowano tę metodę, ale z czasem granaty się skończyły, a metoda z powodów oczywistych odeszła w niepamięć.
Otóż owa metoda była genialna w swojej prostocie. Jedyny problem stanowił odpowiedni materiał wybuchowy, a właściwie jego zdobycie. Póki co nie sprzedawano w GS-ie trotylu, nitrogliceryny, amonitu, tetrylu czy dynamitu. Oczywiście ani Mundek, ani Waldek nie byli w stanie wyprodukować samemu takiego materiału. Ale był we wsi ktoś, kto to potrafił. Dlatego pewnego razu, kiedy to pan Hieronim z podleczonymi oparzeniami wyszedł właśnie ze szpitala, Waldek złożył mu propozycję nie do odrzucenia. Mianowicie pan Hieronim miał wyprodukować bezpieczny materiał wybuchowy, który sprawdzałby się w najnowszej metodzie Mundka. I emerytowany nauczyciel chemii, dysponując odpowiednią wiedzą, może niekoniecznie doświadczeniem w tej dziedzinie, z powodu nudy i braku konkretnego zajęcia podczas rekonwalescencji zgodził się taki materiał wykonać. A nawet przeszkolił przyszłych użytkowników co do zasad jego bezpiecznego stosowania. Była może 6:15.
Jezioro było gładkie jak dupa niemowlaka. Nawet najmniejsza falka nie skaziła lustrzanej powierzchni zbiornika. To było dziwne. Przynajmniej tak w myślach twierdził Mundek. „Kurna, jeszcze nigdy nie widziałem tak spokojnego jeziora. Normalnie lustro. Nie ma żadnego wiatru. To dlatego nie ma fali. Ale przecież wiosłuję i te cholerne kaczki.” Faktycznie, rodzinka kaczek przepływała nieopodal łódki. Wyglądało to tak, jakby ślizgały się po wodzie.
Żadnej fali, choćby najmniejszego drgnienia idealnej tafli. Dziwne. Mimo wszystko Mundek wypłynął na środek jeziora i wyrzucił za burtę kotwicę. Z niedowierzaniem patrzył, jak woda ją pochłonęła i nadal pozostawała gładka jak lustro. W dwie sekundy kotwica dotarła na dno. Nie było tu szczególnie głęboko. Jakieś sześć metrów, sądząc po znacznikach na sznurku. Mundek pociągnął spory łyk samogonu, którego flaszkę zabrał ze sobą jak zwykle na ryby, po czym z niedowierzaniem zanurzył rękę w wodzie za burtą. Była chłodna i mokra jak woda. Mimo że wykazywała wszystkie cechy fizyczne cieczy, nie falowała.
Jej powierzchnia była jak tafla lodu, nieruchoma, mimo że nadal była płynna i w dotyku nie wykazywała jakichkolwiek nadnaturalnych właściwości. „Co, do cholery?” Przeklął Mundek. Tak naprawdę przeklął dosadniej, ale nie byłoby elegancko tak dosłownie go tutaj cytować. Kiedy przygotował pierwszy ładunek, nie był pewny, czy powinien dzisiaj łowić na jesiosza. Ręce mu drżały, a oddech miał nieregularny i przyspieszony. Tak że jeszcze chwilę, a pojawią się pierwsze oznaki hiperwentylacji. Jednak instynkt łowcy wziął górę. Odpalił lont i wyrzucił obciążony kamieniem ładunek za burtę. Nie minęło 15 sekund, gdy nastąpiła eksplozja. Słychać było dokładnie stłumiony odgłos detonacji.
Woda była jak kisiel, jak galareta, jak lód. Nic, dosłownie nic się nie wydarzyło. Powierzchnia była jak poprzednio gładka jak tafla szkła. Mundek z dezaprobatą popatrzył na resztę ładunków ułożonych na dnie łódki. Tak naprawdę nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Myślenie nigdy nie przychodziło mu szczególnie łatwo. „Kurna, co jest, do cholery? To gówno nie ma mocy. Nic. Ani jednej rybki” — pomyślał.
Postanowił podzielić się tym wszystkim z Waldkiem. Zrezygnował z dalszych połowów. Wyciągnął kotwicę i trzęsącymi się rękoma chwycił za wiosła. Chmury nad jeziorem zaczęły gęstnieć. Gdy dopłynął do pomostu, widzialność była poniżej 50 metrów. Przycumował łódź. Mgła się nasilała w zaskakującym tempie. Wypił jeszcze łyk samogonu, a butelkę wetknął za pasek spodni. Spakował resztę ładunków do torby i ruszył w stronę domu, nie mając najmniejszego pojęcia, co go jeszcze dzisiaj spotka. Waldek jak co rano z obolałą duszą i suchym gardłem wyszedł na drogę i postanowił poszukać swego najlepszego kompana.
Oczywiście kac nie był jakimś nadnaturalnym zjawiskiem, jeśli chodzi o Waldkowe przedpołudnie. Uporanie się ze snem, snem proroczym było dużo większym wyzwaniem. To zdarzało mu się ostatnio raczej regularnie. Więc i dziś rano Waldek obudził się z głową nabitą myślami jak strzelbę Apacza prochem. Myślał, myślał i myślał coraz intensywniej. Myślenie sprawiało mu ból. Gdyby to był tylko kac. Marzył, by to był tylko kac. Ale nie, to było coś gorszego. Co rano miał wrażenie, że już dłużej tego nie zniesie.
Jedynym lekarstwem był C2H5OH. Nie miał pojęcia, skąd wziął się w jego głowie ten ciąg znaków, ale wiedział dokładnie, co on oznacza. Od niedawna wiedział wiele rzeczy, choć nie miał bladego pojęcia skąd. Teraz miał zamiar wypić ze swym najlepszym kumplem tyle alkoholu etylowego, by jego mózg, a dokładniej neurony, konkretnie synapsy, uległy porażeniu i przestały przesyłać impulsy elektryczne od jednej komórki do drugiej, w wyniku czego wreszcie przestanie myśleć. No, czy to normalne rozmawiać w ten sposób, jak się ma sześć klas podstawówki? Myślenie to bardzo bolesny proces. Zwłaszcza że u Waldka owo myślenie pojawiło się nagle i nienawykły Waldkowy mózg znosił to bardzo ciężko. Waldek w desperacji myślał nawet o lobotomii i w dodatku dokładnie wiedział, co to znaczy i jak się ów zabieg przeprowadza. To było nie do zniesienia. Postanowił jak najszybciej odszukać Waśkę.
Na samym początku poszukiwań Waśkowa Gertruda oświadczyła bezpretensjonalnie, że Mundek właśnie dziś wybrał się na ryby. Jednak nie była w stanie konkretnie sprecyzować, gdzie dokładnie miał on poławiać owe ryby. Serce załomotało mu mocniej i poczuł niepokój. Jako najlepszy kumpel Waśki dobrze wiedział, gdzie trzyma on łódź. Postanowił jak najszybciej dotrzeć nad jezioro. Robiło się mglisto. Im bliżej jeziora, tym widoczność była coraz mniejsza. Mgła była już jak przysłowiowe mleko, kiedy przed nim na ścieżce zamajaczyła jakaś postać. „Waśka?” — z nutką niepewności w głosie zawołał Waldek. „Co ty, do jasnej cholery, tutaj robisz, Wala?” Przywitał go serdecznie kolega.
„No wiesz, miałem po prostu ochotę się z tobą spotkać. A tak szczerze, to miałem ochotę się z tobą napić i pomyślałem, że może poszedłeś nad jezioro. No właściwie to Gertruda mi powiedziała, że poszedłeś nad jezioro. Rozumiesz, znowu miałem sen. Taki sen… No i trochę się zacząłem o ciebie martwić”. „Co ty, kurna, znowu miałeś?” „No mówię przecież, że miałem sen. Taki z tych proroczych”. „Kurna, Wala, ty mnie nie rozwalaj. Ja przez ciebie zawału dostanę.
Ja i tak mam dzisiaj za dużo wrażeń, jak na tak wczesną porę, a ty mi jeszcze z jakimś proroczym snem wyjeżdżasz. Byłeś na jeziorze?” — spytał niby to od niechcenia Waldek. „No, byłem. A gdzie masz ryby?” Waldek zmierzył Waśkę wzrokiem od stóp do głów. Nigdzie. Nie brały. A co? No nie wiem, ale śniło mi się, że wypłynąłeś na jezioro, a ono po jakimś czasie cię pochłonęło. Co ty pieprzysz Wala? Jak pochłonęło?
No wiesz, tak jakby wciągnęło do środka, a nie było nawet falki. Ty chyba sobie jaja robisz. Tylko tyle mógł wykrztusić Mundek, bo w gardle stanęła mu jakaś klucha i nie potrafił wypowiedzieć już ani jednego słowa. Usiedli na powalonym pniu i wypili po jednym z Mundkowej butelki. Klucha nieco zmalała i Mundek wreszcie przemówił. Chodź, musisz to zobaczyć Wala. Pociągnął kumpla za kufajkę i ruszyli w stronę jeziora. Po kilkudziesięciu krokach Mundek, nie przerywając marszu, zwrócił się do idącego za nim Waldka. Wala z tym jeziorem jest coś nie tak. Albo ze mną, bo tak jak powiedziałeś, nie ma na nim najmniejszej fali.
Wiem, widziałem to we śnie — odparł bez specjalnych emocji Waldek. Tak po prostu wiedziałeś? I mnie też w tym śnie widziałeś, jak mnie woda, jak ty to powiedziałeś, pochłonęła? — rzeczowo stwierdził Waldek. No właśnie. Pochłonęła. I co się dalej stało? Nie wiem. Obudziłem się. Tak po prostu?
Nie mogłeś jeszcze trochę pośnić, żebym, do cholery, wiedział, czego mam się spodziewać. Gdy doszli, ledwie odnajdując drogę w gęstej mgle nad brzeg jeziora, spostrzegli na jego powierzchni poprzez mgłę światła. Przycupnęli w szuwarach i stamtąd obserwowali całą sytuację. Światła już na pierwszy rzut oka nie wyglądały na światła innych łodzi. Nikt dziś na pewno nie pływał po jeziorze. Nie w takiej mgle. To były światła inne, dziwne, obce. Powoli mgła opadała, a światła na jeziorze stawały się coraz wyraźniejsze. Pulsowały i poruszały się jedno za drugim, jakby według jakiegoś schematu. Dokładnie po eliptycznym torze.
Waśka? — spytał szeptem Waldek. Co ty robiłeś na tym jeziorze? No wiesz, wypłynąłem na środek po tej dziwnej wodzie, zakotwiczyłem i walnąłem jednego pierdolca. Opadł na samo dno, zanim eksplodował. Tylko że potem nic się nie stało. Jak to nic? — dopytywał się Waldek. No nic, zupełnie. Słychać było eksplozję pod wodą, ale nic się nie stało.
Woda nie drgnęła — tłumaczył Mundek ściszonym głosem. W tym momencie zamilkł, bo niewzruszona do tej pory tafla jeziora zaczęła się unosić. Mgła na tyle już się rozwiała, że mogli obserwować to dziwne zjawisko bez żadnych problemów. Wielki, monolityczny obiekt wynurzał się z toni jeziora. Jego powierzchnia była gładka i lśniąca niczym wypolerowany chrom. Wszystko się w nim odbijało jak w lustrze, przez co określenie jego prawdziwych rozmiarów i kształtów było prawie niemożliwe. Obiekt najpierw powoli wynurzał się z wody, uciekając nią ze wszystkich stron, a potem majestatycznie zawisł tuż nad taflą jeziora, która znów pozostawała nieporuszona. Z jego górnej powierzchni wydobywała się jakby cienka strużka dymu lub pary. Mundek i Waldek przycupnęli niżej, jeszcze bardziej wbijając się w sitowie. Przyglądali się temu przedziwnemu spektaklowi z otwartymi ustami.
Waśka, czy ty kiedyś widziałeś coś podobnego? Nigdy — odparł bez namysłu. Co to może być? Nie wiem. Nie wiem na pewno, ale przypuszczam, iż jest to jakiś pojazd. W tej chwili w jednej ze ścian, w zasadzie ten, powiedzmy, pojazd nie miał określonego kształtu, więc trudno powiedzieć, że miał ściany. W każdym razie pojawił się w nim otwór. Z tego otworu zaczęły wylatywać jakieś mniejsze obiekty. Po dokładniejszej obserwacji, zwłaszcza że mgła już całkiem się rozproszyła, Waldek stwierdził, że są to jakieś istoty humanoidalne, po czym musiał wytłumaczyć Waśce znaczenie słowa humanoidalny. Istoty te, lewitując, prowadziły wyraźnie jakieś prace na górnej powierzchni pojazdu.
Kilku pozostawało na górze, a inni dostarczali z wnętrza pojazdu jakieś materiały czy narzędzia. Po kilku, może kilkunastu minutach widocznie zakończyli pracę i wszyscy z powrotem zniknęli w otworze, który po chwili zniknął. Pojazd nadal wisiał nieruchomo nad taflą jeziora. Widzisz Waśka — zaczął Waldek. Myślę, że to twoja sprawka. Że niby co? Myślę, że to ty narobiłeś tego wszystkiego tym swoim pierdolcem. Że niby zbombardowałem pojazd obcych? Obawiam się, że tak. I obawiam się też, że oni o tym dobrze wiedzą.
No to co, mam popłynąć i ich przeprosić? Waśka, ty musisz... Będziesz... Niekoniecznie. Słuchaj. Waldek zaczynał bełkotać. Tak zwykle się zachowywał, kiedy był w transie. Mówił bardzo niewyraźnie i bez ładu i składu. Z czasem jego monolog stawał się bardziej klarowny i zrozumiały. Teraz słowa Waldka zaczęły się składać w jakiś sensowny, zrozumiały przekaz.
Nie chcemy was potępiać, waszych zwyczajów podważać. Nasz głos tylko ma wam dać do myślenia. Woda to życie. Woda jest wszystkim, co potrzebne do życia. Natomiast wasz pęd do samozniszczenia nas niepokoi. Obserwujemy was od jakiegoś czasu i jeszcze tu wrócimy za jakiś czas. A jeśli tu jeszcze będziecie, to będzie znaczyło, że nasze przesłanie do was dotarło. Macie tyle wody. Nie zmarnujcie tego. Po tych wypowiedzianych nieswoim głosem słowach Waldek osunął się na kolana i podparł rękoma o ziemię.
Jezus Maria, jak mnie głowa napiernicza! Waśka, weź coś zrób. Dalej tak nie wytrzymam. Mundek, niewiele myśląc, podał mu butelczynę. W tym momencie pojazd zaczął wibrować i wydawać dźwięki o bardzo niskiej częstotliwości. Po chwili rozpłynął się w powietrzu. Znów do ich uszu zaczęły docierać odgłosy przyrody, a na jeziorze frywolnie tańczyła niewielka fala. Przemysław Cichoń „Pewnego razu w Świnioryjach”. Stolica i złudny czar technologii. Zima tego roku nie była tak uciążliwa jak poprzednia.
Śniegu nie było wiele, a mróz jedynie łaskotał nosy. Dwie tony węgla i cała nabita po dach drewutnia porąbanych drzew z pewnością wystarczą do marca stwierdził z nieukrywanym zadowoleniem Mundek Waśka. Zacierał już dłonie z zadowolenia, myśląc, na co wyda zaoszczędzone pieniądze. Gertruda wcale nie musiała wiedzieć, że ta góra węgla to nie pięć ton jak co roku. I pomyśleć, że te prorocze sny Wali wreszcie się do czegoś przydały. A w radyju to mówili, że będzie mroźna zima. I co teraz im pewnie głupio. Nie ma to jak mieć własnego jasnowidza. Tymczasem Waldek nerwowo spacerował po izbie od okna do okna. W jego chałupie były tylko dwa.
Od czasu do czasu wyglądał nawet przez drzwi, ale tego kurdupla z trąbką na czapce ani widu, ani słychu. Co do jasnej Anielki! Przecież dziś dziesiąty! Zastanawiał się Waldek. Z rezygnacją opadł na krzesło i już miał się osunąć w głęboką katatoniczną rozpacz, kiedy usłyszał dzwonek od roweru. Zerwał się prawie przewracając krzesło, na którym siedział. Przy furtce Malinowski właśnie ustawiał rower, który co chwila zsuwał się do rowu. Mostek Waldka oczywiście był nieodśnieżony. W końcu udało mu się postawić rower opierając go o słupek furtki. Już miał oddrutować furtkę, kiedy zauważył biegnącego w jego stronę Waldka Paciaję.
No już myślałem, że pan nie przyjdziesz. Co się stało? A, panie Paciaja, same nieszczęścia dzisiaj mi się przytrafiają. Że niby co? Okradli pana? Z trwogą w głosie zapytał Waldek. Nie, aż tak źle to jeszcze nie jest, ale złapałem gumę i muszę tego grata prowadzić. A jeszcze ta ciężka torba i mam dziurawego buta. Całą prawą stopę mam przemoczoną. No to całe szczęście podsumował Waldek i zaraz potem dodał: Trzeba było tego złoma w krzaki wypierniczyć.
To nie takie proste. Mam go na stanie wyjaśnił listonosz. No dobra, więc przejdźmy do meritum zaproponował Waldek. Listonosz nic nie powiedział, tylko otworzył torbę i przewertował białe koperty w jej wnętrzu. No jest polecony. Masz pan dowód? Jaki dowód? Na co? Oburzył się Waldek. Osobisty.
Muszę wpisać numer. Jasne, że mam, ale w chałupie. No to dawaj pan, bo inni też na pocztę czekają. A renta? Nieśmiało spytał Waldek. Jest i renta. Najpierw dowód, potem renta. Panie Malinowski, przecież mnie pan znasz. Jasne, że znam jak wszystkich w Świnioryjach, ale wszystkich numerów dowodów nie jestem w stanie zapamiętać. Waldek jak fryga popędził do chałupy i po chwili wrócił, radośnie wymachując ręką z dowodem osobistym.
No i jest dowód. Podał go listonoszowi z nieukrywaną satysfakcją. Listonosz obrócił kilkukrotnie w palcach kawałek plastiku i wpisał numer na listę doręczeń. Przez chwilę jeszcze go lustrował wzrokiem, po czym oddał Waldkowi, mówiąc: Tak właściwie to nie powinienem panu wydać tego listu. Ani renty oczywiście też. Pański dowód jest nieważny. Zapadła cisza. Waldek stał z otwartymi ustami i jakby zobaczył ducha. Ale, ale, ale jak to nieważny? Po prostu wyszedł termin.
Musi pan wymienić. Ale jeszcze dzisiaj zrobię wyjątek i wypłacę panu tę rencinę. Waldek odetchnął z ulgą. Listonosz wyjął inną, pomiętą listę. Waldemar Paciaja. Siedemset trzydzieści pięć złotych i pięćdziesiąt trzy grosze. Beznamiętnie wyrecytował formułkę. Tu podpisze czytelnie. Wskazał palcem miejsce na formularzu i podał Waldkowi długopis. Waldek podpisał i wyciągnął rękę w kierunku chlebodawcy.
Będziesz pan miał te cztery złote i czterdzieści siedem groszy? Spytał retorycznie listonosz. Waldek, nie cofając wyciągniętej ręki, odparł rzeczowo: Nie będę miał. Listonosz tylko wzruszył ramionami, westchnął ciężko, wyjął z kieszeni drobniaki, obliczył dokładną kwotę i podał Waldkowi, mówiąc: Miłego dnia. Mam jeszcze kupę roboty przez ten cholerny rower. Tylko niech pan uważa na piaskarki poradził mu Waldek. Odkąd zrobili tu asfalt, to poczynają sobie w najlepsze. Odwrócił się i podreptał do chałupy, przeliczając gotówkę. Nim jeszcze zamknął drzwi, usłyszał klakson, a potem znajomy dźwięk dzwonka od roweru i jakieś jeszcze inne hałasy, ale się nimi specjalnie nie przejął. Jeszcze zanim wybiło południe, Waldek wraz z Waśką biesiadowali w najlepsze, snując plany wyprawy do stolicy.
Do stolicy gminy oczywiście, pobliskiego Gniewiewa. „Nie byłem w Gniewie od jakichś dziesięciu lat” – stwierdził z żalem Waldek. „No pewnie, że dziesięć. Tyle jest ważny dowód. Dokładnie dziesięć lat. Patrz, jak ten czas leci. Dziesięć lat, a tak, jakby to było wczoraj” – rozmarzył się Waldek. „Coś ty, nie poznasz Gniewewa. To już zupełnie inna wieś. Właściwie to już prawie całe miasto.
Nawet marketa tam mają. A w ogóle to nie możesz jechać do stolicy w takich łachach. Musimy cię jakoś ogarnąć.” „Co masz na myśli mówiąc ogarnąć?” – spytał Waldek zaniepokojony. „No, musimy cię jakoś odstawić. Przecież nie pojedziesz do stolicy w tej starej kufajce i gumiakach.” „No jasne, że nie. Mam jeszcze jedną prawie nieużywaną. Wisi w szafie.” „Nie o to chodzi, że ta jest stara. W ogóle w kufajce nie pojedziesz. Wiesz, jak ludziska się teraz noszą w Gniewie? Prawie jak w Warszawie.” Spojrzał krytycznym okiem na Waldka i ciężko westchnął.
„No tak, skąd właściwie masz wiedzieć, jak nawet nie masz telewizora?” „A na co mnie telewizor? Żeby prąd żarł? Jak radya od czasu do czasu posłucham, to już mi się niedobrze robi. A co dopiero oglądać to wszystko.” „No już dobrze, dobrze. Musimy skołować ci jakieś modne ciuchy. Szwagier Gertrudy, wiesz, ten taki kurdupel pryszczaty, co to na weselu u Tomiczków się z balkonu spierniczył i dwa miesiące w kipście leżał. To on, rozumiesz, niedawno odwinął kitę. To znaczy wątroba mu nie wytrzymała i przeniósł się do świętego Piotra. Był podobnej postury co ty, a ubierał się najgorzej. Zapytam Gertrudy.
Musiały po nim zostać jakieś ciuchy. Miejmy tylko nadzieję, że ich nie wywalili.” „Mam chodzić w ciuchach po umarlaku?” „Zaraz tam chodzić. Przecież to tylko na jeden raz. Chcesz wydać całą rentę na ciuchy, żeby się w nich przejechać do Gniewewa i z powrotem? Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Potem możesz je nawet wywalić, ale w kufajce nie pojedziesz.” „Dlaczego? Przecież ta druga jest prawie nowa.” „Ano dlatego, że ja nie mam zamiaru się za ciebie wstydzić.” „Jak to ty? Przecież to ja jadę do Gniewewa.” Skonsternowany Waldek nalał do musztardówek i podał jedną koledze. „Tam mnie przecież nikt nie zna.” „Ale może pozna. A poza tym chyba nie myślałeś, że puszczę cię tam samego.” Wypili, zakąsili jak zwykle i dalej snuli plany aż do końca butelki.
A była litrowa. Następnego dnia Gertruda za namową Mundka, który tak bardzo ją prosił, że całe podwórko odśnieżył i nawet posypał piaskiem ścieżkę do furtki, wybrała się w odwiedziny do siostry. Obiecała też zapytać, co ta zrobiła z ciuchami po mężu. „Żałoba jeszcze nie minęła, więc chyba nie powinna wyrzucić jego rzeczy” – rozmyślał Mundek, czekając na powrót małżonki. Ta jednak nie wracała. Ugotował więc obiad. Nic wyszukanego. Po prostu kotlety z karkówki, ziemniaki ze śmietanką, a do tego kiszona kapusta z beczki w piwnicy. Normalny obiad. Wyglądał i wyglądał, a Gertrudy jak nie było, tak nie było.
Zjadł w końcu swoją porcję, nie czekając na żonę. Na trawienie wysączył ćwiarteczkę bimberku, a potem zmorzył go sen. Obudził go rumor w sieni. Zerwał się i popędził zobaczyć, co się dzieje. Niemal nóg nie połamał przez te nowe dywaniki, które Gertruda porozkładała w korytarzu. Otwiera drzwi do sieni i patrzy, a tu na podłodze leży wielki niebieski foliowy worek wypełniony jakimiś szmatami, a spod tego wora wystają dwie nogi w butach Gertrudy. „Kochanie, nic ci się nie stało?” – zadał nieśmiało standardowe pytanie. Nie usłyszał żadnej odpowiedzi, tylko spod wielkiego worka słychać było stłumione chrapanie. Delikatnie podniósł worek i odstawił w kąt. Gertruda, wtulona twarzą w swoje góralskie bambosze, spała w najlepsze.
Zdjął jej buty i płaszcz, a potem zaniósł do sypialni i ułożył na łóżku. Przykrył kocem, zgasił światło i poszedł sprawdzić zawartość owego wielkiego foliowego wora. Nazajutrz Gertruda nie była skora do rozmowy. Wstała później niż zwykle i zrobiła sobie większą niż zwykle kawę. Siedziała przy stole w kuchni i mrużąc oczy, siorbała gorący płyn z wielkiego porcelanowego kubka. Z dużym opóźnieniem zareagowała na obecność męża. „Magda jest całkiem załamana. Musiałam ją pocieszać” – zaczęła Gertruda. „Okazuje się, że Sylwek nie zostawił jej nawet numeru PIN do swojej karty, nie mówiąc już o haśle do konta. Biedaczka.
Będziemy musieli jej jakoś pomóc. Sprawa o przejęcie spadku może potrwać nawet pół roku.” „A te ubrania?” – spytał. „Możesz je sobie wziąć i zanieść temu pijusowi. Może chociaż raz będzie wyglądał jak człowiek” – stwierdziła z wyraźnym sarkazmem w głosie i siorbnęła następnego łyka gorącej kawy. „Okej, to mu je zaniosę. A ty, kochanie, sobie odpocznij, bo nie tryskasz dziś entuzjazmem.” „Też byś nie tryskał, jakbyś wypił pół butelki Metaxy. Właściwie Co to na ciebie? Idź już i nie marudź mi tu za uszami. Nie chcąc dłużej irytować żony, pognał do sieni, chwycił worek i tylny go widziała. Zobacz Wala, jaki elegancki gajerek i to całkiem nowy.
A ta koszula! Patrz Wranglery oryginalne, jeszcze chyba z Pewexu. Co z tego, że stare? Wranglery są zawsze modne. Waldek przyglądał się tylko Waśce, jak ten wyjmował kolejne rzeczy z worka i układał je na podłodze. Po jakiejś godzinie przymiarek Waldek wyglądał jak gwiazdor filmowy. Przynajmniej tak twierdził Mundek. No teraz to ja mogę z tobą do samej Warszawy jechać – stwierdził wyraźnie z siebie zadowolony. Wypastujesz jeszcze tylko pantofle. Ale one mnie cisną – skarżył się Waldek.
Rozbiją się. Chłopina miał je może raz na nogach, to jeszcze sztywne. Dobrze, że go w nich nie pochowali. Szkoda by było takich pantofli. Zalej na noc denaturatem i rano będą jak ulał. Nie mam denaturatu – zmartwił się Waldek. Wala, nie rób problemów. Może być bimber. W szopie masz całą bańkę tego zajzajeru. Butom nie zaszkodzi.
Ogol się i jutro o 9:00 masz być na przystanku. PKS odchodzi o 9:15, ale może być trochę wcześniej, więc lepiej dmuchać na zimne. Pójdę już, bo Gertruda ma dziś strasznego kaca. Pocieszała siostrę koniakiem. Nie chciałbym jej denerwować. Rozumiesz, że jak się ma kaca raz lub dwa razy do roku, to człowiek nieprzywykły i bardzo to źle znosi. A i nie zapomnij dowodu – rzucił, stojąc już w drzwiach. Cześć! Dokładnie za dziesięć dziewiąta Waldek ogolony i wystrojony w garnitur i płaszcz po waśkowym szwagrze wyszedł z domu i skierował się w stronę przystanku PKS. Szedł szybkim krokiem ze wzrokiem wbitym w asfalt pod stopami.
Modlił się w duchu, by nikogo nie spotkać. Źle czuł się w tym galowym stroju. Na przystanku czekał już na niego Waśka. No Wala, teraz to z ciebie półtora gościa – z aprobatą pokiwał głową. Waśka walniesz jednego? – spytał nieśmiało kumpla. Przecież wiesz, że ja kumplom nie odmawiam. Bo widzisz, jakiś jestem taki zestresowany. Odczuwam pewien dyskomfort w tym ubraniu. Co?
Mówże cholera po naszemu. Co jest nie tak z tym ubraniem? Nie nic takiego. Tylko źle się w nim czuję – tłumaczył Waldek. Ledwie zdążyli wypić po łyku, a podjechał PKS. Było dziesięć po. A nie mówiłem, że ta cholera może być wcześniej? Waśka z satysfakcją spojrzał na zegarek. W PKS-ie było tylko kilka osób. Nikogo znajomego.
Podróż nie trwała długo. Wysiedli na skwerku tuż obok urzędu gminy. Dworek, w którym się mieścił, był pięknie odrestaurowany. Do głównego wejścia prowadziły granitowe schody. Po obu stronach olbrzymich drzwi majestatycznie wznosiły się dwie wysokie kolumny, zwieńczone pięknie rzeźbioną arkadą. Po jednej stronie portalu powiewała biało-czerwona, a po drugiej flaga Unii Europejskiej. Waldek nie mógł uwierzyć własnym oczom. Przecież zaledwie 10 lat temu stał w tym samym miejscu i dokładnie pamiętał obstrupaciały budynek z sypiącym się tynkiem i odpadającym gzymsem. A skwerek owszem, był, ale jeśli dobrze pamiętał, nosił imię Bolesława Bieruta, a nie Jana Pawła II. Wszystko tu się pozmieniało.
Jeszcze w tej chwili nie wiedział, że na gorsze. Weszli przez wielkie odrzwia i ujrzeli widok równie piękny i wspaniały co ten na zewnątrz. W wielkim holu na samym jego środku stała butelka szamponu. Tak, to była gigantycznych rozmiarów butelka szamponu Head and Shoulders. Taki zapas wystarczyłby do końca życia – przebiegło Waldkowi przez głowę. Zwłaszcza że myje głowę raz w miesiącu. Po prawej stronie stały ustawione trzy biurka, przy których siedziały piękne niczym rusałki dziewczyny, jedna piękniejsza od drugiej. Ubrane były jak księżniczki z bajki o księżniczkach. Waldek skierował się od razu do blondynki o wydajnym biuście, sporym dekolcie i wielkich niebieskich oczach utkwionych w ekranie monitora. Dzień dobry, nazywam się Waldemar Pacia.
Weźmie numerek i czeka – przerwała mu rusałka, nie odrywając wzroku od komputera. Waldek wstał z otwartymi ustami i nie wiedział, co ma powiedzieć. Gdyby nie Waśka, to pewnie stałby tak dalej, ale kumpel pociągnął go za rękę i odprowadził na bok, gdzie stało takie dziwne urządzenie. Mundek postukał w ekran urządzenia kilkukrotnie, w zamian za co urządzenie wypluło niewielką karteczkę z numerem i jeszcze jakąś informacją. Cie choroba – podsumował Waldek. To o to jej chodziło? Numerek? Teraz rozumiem. Wziął od Waśki karteczkę i przyjrzał jej się dokładnie. Wydział Spraw Administracyjnych, ewidencja ludności, dział dowodów osobistych zero zero osiem.
Czas oczekiwania poniżej 10 minut. Teraz musimy czekać, aż wyświetli się twój numerek – instruował Waśka. Wtedy podejdziesz i pokażesz pani ten kwitek – wyjaśniał, wskazując na trzymaną przez Waldka karteczkę. Hol był całkiem pusty, jeśli nie liczyć pań urzędniczek czy księżniczek. Nieistotne I oczywiście Mundka i Waldka. Po jakichś pięciu minutach rozległ się przypominający dzwonek od roweru listonosza dźwięk. Przy środkowym biurku pojawił się na wyświetlaczu czerwony numer 008. Księżniczka przy tym biurku była szatynką. Miała włosy spięte w kok i nieco mniejszy biust, za to dekolt miała większy. Zajęta była właśnie usuwaniem skutków wypadku, który musiał jej się przytrafić przed chwilą, kiedy to stukała palcami w klawiaturę.
Nie wiadomo, czy uda się go opiłować pilniczkiem. Być może trzeba będzie wymienić całego tipsa. Tragedia. Wypełni wniosek, dołączy zdjęcie i weźmie kolejny numerek. Położyła przed Waldkiem na biurku kartkę formatu A4 i prawie ze łzami w oczach kontynuowała piłowanie złamanego tipsa. Waldek wziął kartkę i w milczeniu odszedł od biurka. Odszukał wzrokiem kolegę stojącego w kącie obok maszyny od numerków. „Waśka, pomożesz? To trzeba wypełnić.” Waśka spojrzał na formularz i pociągnął Waldka w stronę wyjścia. „Gdzie idziemy?” — spytał zaskoczony Waldek.
„Na trzeźwo tego nie rozgryziesz. Chodź, tu niedaleko jest fajna knajpa.” Wyszli na zewnątrz i od razu skierowali się w kierunku znanego Mundkowi lokalu o wdzięcznej nazwie Bar Pokrzep się, który znajdował się nieopodal. W barze było tłoczno i gwarno. Wiadomo, stolica. Zamówili po secie i usiedli przy jedynym wolnym stoliku. Waśka postawił na blacie dwie lufy i spojrzał na leżący już na nim formularz wniosku. „W sumie to nic trudnego. Masz długopis?” „Nie, skąd.” „No to idź, poproś barmana, niech ci pożyczy.” Waldek wstał i podszedł do baru. Po chwili wrócił z długopisem. „Nazwisko i imię.” „Waldemar Pa...” „Cicho.
Przecież wiem. Wyjmij dowód. Potrzebny będzie PESEL.” Waldek sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął portfel, z którego wyłuskał swój stary dowód osobisty i podał go Waśce. „No dobra. Data urodzenia.” Zapisał datę w formularzu. „Miejsce. Numer PESEL. Adres zamieszkania.” Po kilku minutach i trzech wypitych lufach formularz był wypełniony. „Podpisz tutaj.” Waśka postukał paluchem w kartkę w miejscu, gdzie Waldek chwilę później złożył swój koślawy podpis. „Teraz tylko zdjęcie.” „Nie mam” — uprzytomnił sobie z przerażeniem Waldek.
„Przecież wiem, że nie masz. Musisz sobie zrobić.” „Ale gdzie? Jest tu jaki fotograf?” „Teraz zdjęcia robią automaty, a nie fotografy” — nonszalanckim tonem zauważył jak zwykle wszystkowiedzący Waśka. „Chodź, na poczcie jest automat.” Budynek poczty też prezentował się efektownie. Waldek co prawda nie pamiętał, jak wyglądał on dziesięć lat temu, ale mógł przypuszczać, iż teraz na pewno wygląda o niebo lepiej niż wtedy. Wewnątrz było kilka osób, ale stali w kolejce do okienka. W rogu znajdował się automat fotograficzny. Tam właśnie się pospiesznie udali. „Właź, patrz w tę dziurę i nie rób żadnych min” — poinstruował rzeczowo i zwięźle Waśka. Waldek wszedł i usiadł na ławeczce naprzeciw dziury.
Uśmiechał się i czekał. „Wciśnij guzik” — dobiegło z zewnątrz. Wcisnął. Rozległo się pikanie i coś błysnęło. Waldek siedział dalej. „Wyłaź już. Gotowe” — przywołał go kumpel z zewnątrz maszyny. Waldek wyszedł, a po kilku sekundach z szufladki wysunął się pasek czterech zdjęć, na których widniała jego gęba. „O w mordę! To już gotowe?” — nie krył zaskoczenia.
„Jasne. Teraz tylko musimy złożyć wniosek w urzędzie i po robocie.” Czym prędzej udali się do urzędu gminy. A ponieważ Bar Pokrzep się znajdował się na ich trasie, postanowili odsapnąć chwilkę i pokrzepić się małym co nieco. Chwilka trwała jakieś dwie godziny, a małe co nieco trzy czwarte litra. W urzędzie stawili się dokładnie piętnaście minut przed zamknięciem. Przy biurku siedziała już tylko jedna księżniczka. Ta blond piękność z niebieskim biustem i dużymi oczami. Czy jakoś tak. Postukali kilkukrotnie w automat do numerków, a potem jeszcze raz i jeszcze. Tak, że mieli jakieś sześć numerków do wyboru.
Obok blondyny zapalił się numerek zero dziesięć. W pośpiechu przewertowali plik numerków i z radością zakrzyknęli chórem: „Jest!” Z numerkiem zero dziesięć w jednej i wnioskiem w drugiej ręce Waldek chwiejnym krokiem podszedł do biurka. Przysunął sobie krzesło i usiadł, wpatrując się w oczy blond księżniczce. A może to nie były oczy? Księżniczka sprawdziła wniosek i zaczęła wprowadzać dane do komputera. I wtedy to się stało. „Cholera, znowu błąd systemu. Kurde, musiałam znowu coś źle nacisnąć” — z drżeniem w głosie powiedziała niby do siebie i zaczęła nerwowo stukać w klawisze. „Jasna cholera, znowu to samo! Popieprzony komputer.
Znowu pójdę bez premii” — mówiła dalej, chyba do siebie blondyna. „Niech się pani nie denerwuje, pani Ewelino” — zaczął bełkotliwie Waldek. „Niech pani wciśnie i przytrzyma klawisz Ctrl, a potem niech pani trzy razy stuknie w R. Następnie jak pojawi się monit, proszę potwierdzić i w pole tekstowe wpisać T...”Cztery jedynki. Potem znowu potwierdzić i przytrzymać Ctrl Alt Delete. I teraz niech się pani zaloguje. Blondyna wykonywała dokładnie wszystkie polecenia Waldka i skończyła właśnie logowanie. System ruszył ponownie, a na ekranie pojawiły się dane, które przed chwilą wprowadzała z Waldkowego wniosku. Podniosła wzrok i spojrzała z otwartymi ustami na Waldka. Ich spojrzenia się spotkały, a jej olbrzymie zielone oczy wydawały się teraz jeszcze większe i bardziej zielone.
Przez chwilę stali tak w milczeniu, po czym blond księżniczka zamknęła usta, by po chwili znowu je otworzyć. „Jak pan to zrobił?” – wydukała mechanicznym głosem. „Nie wiem” – zgodnie z prawdą odpowiedział Waldek. „Super! Ja to mam szczęście. Akurat w takiej chwili trafiłam na informatyka” – powiedziała sama do siebie, a później zwróciła się do Waldka: „Dziękuję panu. Uratował mi pan premię, a może i pracę. Bardzo panu dziękuję. Jakby pan tylko czegoś potrzebował, to niech się pan nie krępuje. Pomogę panu wszystko załatwić.
Jestem panu taka wdzięczna.” Waldek poczerwieniał na twarzy – trochę z konfuzji, a trochę z gorąca i wypitego alkoholu. „Niech pan przyjdzie za dwa tygodnie po nowy dowód i niech pan nie bierze nawet numerka, tylko od razu podejdzie. Załatwimy wszystko od ręki.” Waldek ślicznie się ukłonił, obślinił dłoń, którą mu podała i odszedł bez słowa w kierunku stojącego przy numerkowej maszynie Waśki. Kiedy wyszli już na ulicę, Waśka w końcu zapytał: „Skąd wiedziałeś, że ma na imię Ewelina?” „Nie wiedziałem” – odparł Waldek i ruszył w stronę przystanku PKS. Przemysław Cichoń „Pewnego razu w Świnoryjach”. Część ósma – Zawał. Mundek zrobił jak co dzień poranne zakupy. Kawa, mleko, masło, chleb tostowy, jajka i kiełki rzodkiewki. Zapakowawszy wszystko w foliową zrywkę wyszedł ze sklepu z butelką złotego Bachusa w ręku. Za sklepem na rampie siedziało już kilku smakoszy.
„Cześć Mundziu, co tam u naszego jasnowidza?” – odezwał się pierwszy Kawka. „Jakiego jasnowidza?” – udał zaskoczenie Mundek. „Co ty gazet nie czytasz czy Greka udajesz?” – dodał Walendziak, który właśnie wczoraj wyszedł z pierdla. „U Waldka Paciai.” „A jaki tam z niego jasnowidz?” – próbował jakoś wybrnąć Mundek. „No nie gadaj! W Fuksie napisali, że pomógł policji wyjaśnić sprawę seryjnego mordercy. Nawet jakąś nagrodę dostanie” – kontynuował Kawka. „No to może co postawi, jak dostanie taką kasę” – podchwycił Walendziak. „Ja tam nic nie wiem o żadnej nagrodzie” – stwierdził Mundek. „Gazety różne bzdury wypisują, a dopiero taki Fuks.” Dopił piwo i czym prędzej skierował się w stronę domu.
Gertruda już pewnie czekała na grzanki i kawę. Po południu, kiedy to wykonał już wszystkie prace zlecone mu przez małżonkę, postanowił odwiedzić kolegę. Była może czwarta. Zapukał, ale nikt nie otworzył. Zapukał więc jeszcze raz. Nadal nic. Szarpnął za klamkę. Nowiutka Gerda w Waldkowych drzwiach nie dała mu żadnych szans. „Nie ma go” – pomyślał. „Znowu gdzieś polazł, a o koledze zapomniał.” W każdym razie Waldka na pewno nie było w domu.
Zaglądnął jeszcze tylko przez okno jedno i drugie, po czym postanowił go poszukać. Za sklepem też go nie było. Wypił dwusetkę i trochę mu się rozjaśniło w głowie. Ruszył w stronę jeziora. Na pomoście tam, gdzie zwykle ze spuszczonymi nogami i przygarbionymi plecami siedział Waldek i patrzył beznamiętnym wzrokiem w wodę. „Co ty tu robisz? Wszędzie cię szukam” – zganił kolegę Mundek. Widząc jednak wyraz jego twarzy, jeszcze raz zapytał: „Dobrze się czujesz? Co się stało?” Waldek nie odpowiedział. Nawet na niego nie spojrzał.
Gapił się tylko w wodę i powoli przebierał nogami. Wiatr niósł od zachodu zapach jeziora, specyficzny zapach trzcinowiska, mułu i rybiego śluzu. Teraz dołączył do niego jeszcze kwaśny zapach potu. Mundek usiadł po nawietrznej i rozpiął kapotę, bo zrobiło mu się trochę gorąco od szybkiego marszu. Waldek miał minę jak zbity basset. Mundkowi zrobiło mu się go żal. Mimo swej postury i tęgiego głosu, który wzbudzał respekt, Mundek miał gołębie serce. Nie rozumiał wielu rzeczy. Nie rozumiał też, czemu jego kumpel cierpi, ale wiedział, że cierpi i było mu z tego powodu przykro. Pragnął mu za wszelką cenę jakoś pomóc, ale nie miał pojęcia jak.
Wyjął zza pazuchy butelkę i bez słowa tyrpnął nią kolegę w ramię. Waldek spądrzał w jego stronę. „Dzięki, może tego mi właśnie potrzeba” – powiedział bez entuzjazmu i wziął od kumpla butelkę. „Co ci jest Wala? Taki jakiś przybity jesteś. W ogóle ostatnio jesteś jakiś smutny, a powinieneś się cieszyć. W Fuksie o tobie napisali.” „Wiem, ale to nie jest raczej powód do radości.” „Czemu? Będziesz sławny, będziesz miał masę kasy.” „Myślisz, że tego właśnie chcę?” „Nie wiem, czego chcesz, Wala. Może mi powiesz? W końcu jestem przecież twoim najlepszym kumplem.
No i twoim agentem. Pamiętasz?” „Pamiętam Waśka na dwudziestu procentach. Nie zapomniałem. A teraz mianuję cię jeszcze moim rzecznikiem prasowym.” Co ty na to? Za następne 10%. Mundek zrobił dziwną minę, jakby nie za bardzo wiedział, na czym ma polegać jego nowa funkcja, ale po namyśle odparł: „Czemu nie? Za dodatkowe 10%.” Splunął treściwie do wody i zapytał: „To co niby miałbym robić jako ten rzecznik?” „Na razie nic, ale jak się to stanie, to będziesz mnie musiał bronić przed tymi hienami.” „Wala, wiesz, że ja za tobą to mordy poobijam, jak tylko będą ci chciały krzywdę zrobić. To znaczy te hieny. A tak przy okazji, to o co z tymi hienami?” „Waśka, nie o to mi chodziło. Nikogo nie będziesz obijał.
Chodzi mi o to, że już niebawem zjawią się tu pismaki z różnych czasopism i będą chcieli ze mną gadać, a ja wcale nie mam na to ochoty. Dlatego ty, jako mój rzecznik prasowy, będziesz udzielał w moim imieniu wywiadów. Pamiętaj, że się zgodziłeś za dodatkowe 10%.” „Teraz to już przeginasz, Wala. Zgodziłem się, bo nie wiedziałem, że mam jakieś wywiady i w ogóle.” „Dasz sobie radę, Waśka. Zresztą wszystko ci wytłumaczę. Na zadane pytania będziesz odpowiadał krótko: tak, nie lub nie wiem. A jak w ogóle nie będziesz wiedział, o co chodzi, to powiesz: nie będziemy tego komentować albo nic mi o tym nie wiadomo. I tyle. Prosta sprawa” – tłumaczył Waldek. „To jak taka prosta, to czemu sam nie będziesz mówił: nie będziemy tego komentować, co?” „No bo widzisz, Waśka, mnie nie wypada wykręcać się od odpowiedzi i dlatego mam ciebie, rzecznika prasowego.
A rzecznikowi wszystko wolno.” „Serio? To mogę im gęby poobijać?” „Nie! Powiedzieć wszystko mu wolno i jakby co, to zawsze może wyjaśnić, że się pomylił albo nieopatrznie odebrał słowa wypowiedziane w zupełnie innym kontekście. Albo po prostu zaprzeczyć, że cokolwiek takiego powiedział.” „Wow, Wala, ty to byś się na rzecznika nadawał” – nie ukrywając zachwytu podsumował Mundek. „A teraz chodźmy już, bo zaczyna się ściemniać, a tu jeszcze by się trzeba napić i poćwiczyć to rzecznikowanie.” W Waldkowej bramie stał samochód. Nie było to Porsche. Zwykły sedan francuski. Obok stał młody mężczyzna. Gdy tylko ich zauważył, zaczął iść w ich stronę. „Dzień dobry” – odezwał się uprzejmie.
„Ja do pana Paciai.” Mundek wysunął się przed kolegę i spytał: „Tak? A w jakiej sprawie?” „Jestem dziennikarzem z Kuriera Mazurskiego. Nazywam się…” „Pan Paciaja nie udziela dziś żadnych wywiadów.” Rozłożył ręce jak bodyguard i stojąc tyłem do dziennikarza zrobił miejsce dla Waldka, by ten mógł bezpiecznie przejść przez furtkę. „Ale ja tylko chciałem spytać, czy pan Paciaja potwierdza doniesienia prasowe co do jego udziału…” „Nie będziemy tego komentować. Dziękujemy panu. Przepraszam.” I zatrzasnął furtkę tuż przed nosem dziennikarza. Weszli do domu. Waldek dokładnie zamknął drzwi na zamek. „I jak? Nieźle go załatwiłem, co?
I to bez prania po pysku” – przechwalał się Mundek. „Jutro może już nie być tak łatwo” – próbował sprowadzić go na ziemię Waldek. „Dlaczego?” „Bo coś czuję, że będzie ich więcej.” Nazajutrz przed Waldkowym płotem stało kilkanaście samochodów, w tym dwa telewizyjne wozy transmisyjne. Kręciło się też masa dziennikarzy i operatorów z kamerami. Każdy chciał nagrać newsa na tle Waldka chałupy. Mundek stawił się u Waldka punktualnie o szóstej, tak jak się wczoraj umówili. Wtedy przed furtką stał tylko jeden samochód, a zaraz potem przyjechał wóz transmisyjny telewizji TVM. Teraz siedzieli właśnie przy oknie, popijali małe co nieco i patrzyli z przerażeniem na to, co się działo za płotem. „Będziesz musiał iść wygłosić oświadczenie” – stanowczym głosem stwierdził Waldek. „Nie no, co ty.
Nawet nie ma mowy. Widziałeś, ile ich tam jest, tych hien?” „Nie pękaj, Waśka. Zaraz coś wymyślimy.” „Może powiemy, że mnie nie ma?” „Nie. Ten młody z Kuriera stoi tam od wczoraj i widział, że nigdzie nie wychodziłem.” „To może powiesz, że pracuję właśnie nad bardzo ważną sprawą i…” „Nie. To ich jeszcze bardziej rozjuszy. Wiem!” Waldek wyjął z szuflady kredensu pomięty zeszyt i długopis. Położył to na stole i zaczął coś pisać. Po 15 minutach wręczył kartkę Waśce i powiedział: „Masz. To jest moje oświadczenie. Ty tylko je przeczytaj, a jak będą pytać, to powiesz, że nie jesteś upoważniony, by w tej chwili cokolwiek komentować.
Dasz radę?” Mundek wziął kartkę z rąk Waldka i zlustrował ją wzrokiem. „Myślę, że jakoś sobie poradzę, ale muszę najpierw poćwiczyć.” A potem dodał, jakby bardziej do siebie: „Że też ja się zgodziłem na to rzecznikowanie i to za 10%.” W ramach treningu Waldek przeczytał Mundkowi na głos treść oświadczenia, a potem Mundek odczytał je jeszcze kilka razy, aż stwierdził niezbyt pewnym głosem: „No to chyba już pójdę. Raz kozie śmierć.” „Nie pękaj, Waśka. Dasz radę. To twoje pierwsze publiczne wystąpienie w mediach. Będzie dobrze.” Mundek oczywiście ubrany był jak przystoi na rzecznika. Biała koszula, marynarka, którą Gertruda kupiła mu na wesele swojej chrześnicy jakieś pięć lat temu. Do pełni elegancji brakowało tylko krawata, ale Mundek posiadał dwa krawaty i rano, gdy się ubierał, nie mógł się zdecydować, który założyć, więc postanowił w ogóle z krawata zrezygnować. Ogólnie prezentował się nie najgorzej. Może tylko te adidasy, ale w telewizji rzadko pokazują stopy, a pantofli nie mógł znaleźć.
Jak tylko wyszedł na podwórko, wśród dziennikarzy za płotem zrobiło się poruszenie. Gdy podszedł do furtki, która na szczęście była solidnie zadrutowana grubym miedzianym drutem, tłum dziennikarzy zaczął napierać i wszyscy naraz zaczęli wyciągać w stronę Mundka swoje dyktafony i zadawać pytania. Powstał taki harmider, że Mundek nawet nie słyszał własnych myśli. „Proszę o ciszę” – zawołał, ale nikt nie zareagował. „Zamknąć mordy!” – ryknął wreszcie swoim tubalnym głosem. Za płotem zapadła prawie idealna cisza. Wszystkie oczy zwrócone były na Mundka. „Nazywam się Edmund Waśka” – zaczął Mundek, trzymając przed sobą kartkę wyrwaną z Waldkowego zeszytu. – „Jestem rzecznikiem pana Waldemara Paciai i chciałbym odczytać jego oświadczenie. Proszę o uwagę.” Mówił płynnie i donośnym głosem, a właściwie czytał, bo wszystko to miał zapisane na kartce.
„W związku z nieadekwatnym do zaistniałej sytuacji zainteresowaniem mediów, chciałbym oświadczyć, iż mój udział w wykryciu sprawcy przestępstw dokonanych w naszej okolicy był marginalny, a redakcja Fuchsu, manipulując faktami, podała do publicznej wiadomości nieprawdę. Ze względu na dobro prowadzonego śledztwa, jak i fakt, że nie jestem do tego upoważniony, nie mogę się wypowiadać w sprawie. Po wszelkie informacje na ten temat proszę się zwracać do rzecznika prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. Dziękuję.” Mundek odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem wycofał z powrotem do chałupy. Wtedy rozpętało się piekło. Dziennikarze zaczęli napierać na wątłe ogrodzenie ze spróchniałych sztachet. Jeden przez drugiego zaczęli wykrzykiwać w stronę oddalającego się Mundka: „Gdzie jest Paciaja? Czy możemy z nim porozmawiać? Co się stało z mordercą? Czy może potwierdzić…” Reszty już nie słyszał, bo wszedł do chałupy oczekiwany przez Waldka już na progu.
„Kurde, omal mnie nie pożarli. Daj mi się szybko czegoś napić, bo cały się trzęsę. To jakaś dzicz. Ale chyba nieźle mi poszło, co?” „Jasne, że nieźle. Świetnie. Za jakiś czas się zniechęcą i pójdą sobie.” „Mam nadzieję.” W tej chwili doszedł ich z zewnątrz jakiś hałas. Wyjrzeli przez okno. Część dziennikarzy podnosiła się właśnie z ziemi. Inni leżeli jeszcze jeden na drugim na przewróconym płocie, który legł pod ich naporem razem ze słupkami. Otrzepywali ubrania i rozmasowywali potłuczenia.
Mundek i Waldek spojrzeli na siebie i wybuchnęli spontanicznym śmiechem. „No teraz to już będziesz musiał postawić nowy płot” – stwierdził, śmiejąc się prawie do rozpuku Mundek. Część dziennikarzy rozjechało się od razu. Część rozeszła się wypytywać sąsiadów, a co bardziej wytrwali sterczeli jeszcze na drodze do zmroku. Ale w końcu i ci dali sobie spokój i odjechali. „Wiesz co, Wale? Nie myślałem, że sława może być taka uciążliwa i stresująca. Że nie wspomnę o roli rzecznika prasowego. Ten to ma dopiero ciężką pracę.” „Nie narzekaj. Podwyżki i tak nie dostaniesz.
Zgodziłeś się na dodatkowe 10, to masz teraz 30%.” „No tak, 30% od niczego to nadal nic” – powiedział cicho, niby to do siebie Mundek. Skończyli butelkę i Mundek poszedł do domu. Waldek położył się do łóżka, ale nie mógł długo zasnąć. I wtedy zadzwonił telefon. Komórka, którą dostał od Macieja. Był to wzmocniony model Hammera ze standardową klawiaturą, latarką i gumowaną obudową. Był oczywiście też wodoszczelny, wstrząsoodporny i odporny na ignorancję i głupotę użytkownika. Co prawda Waldek bronił się bardzo przed przyjęciem prezentu, ale w końcu uległ namowom przyjaciela i obiecał Maciejowi, że będzie go regularnie ładował. Na liście kontaktów były tylko dwa numery: Mączka Waśki i Smutkowskiego. Właśnie ten drugi wyświetlał się teraz na ekranie.
Po namyśle postanowił odebrać. „Halo, Waldek z tej strony.” „Wiem. Cześć. Co tam słychać? Słyszałem, że miałeś najazd pismaków, a nawet telewizji” – ni to spytał, ni to stwierdził Smutkowski po drugiej stronie niewidzialnego drutu. „Nic strasznego. Jakoś daliśmy radę. Tylko płot przewrócili.” „Jak to przewrócili? Jaki płot?” „Był stary i tak miałem rozebrać. Zaoszczędzili mi nieco roboty.” „Jakby się nadal naprzykrzali, to dzwoń.
Wyślę z powiatowej radiowóz i ze dwóch Szweji, to sprawę raz dwa załatwią.” „Dzięki, nie trzeba. Daliśmy sobie radę. Już nie ma po nich śladu. Poza oczywiście przewalonym płotem” – podsumował Waldek. „Pomyślałem sobie, że chciałbyś wiedzieć. Ustaliliśmy wreszcie tożsamość tego gościa z podwodnego BMW. Okazało się, że to gość z Abwehry. Znaczy były funkcjonariusz ABW, wywalony ze służby za niesubordynację kilka lat temu. Jak ustaliliśmy, leczył się psychiatrycznie. Potem zniknął.
Leży teraz schłodzony w szufladzie. Kompletujemy dowody, żeby zamknąć sprawę. W samochodzie był worek z fantami. Teraz pracują nad tym technicy.” To tylko formalność. Nadinspektor dzwonił do mnie i zasugerował, by do materiału dowodowego dołączyć wzmiankę o udziale w śledztwie jasnowidza. To podobno ostatnio jest modne i może podwyższyć nasze rankingi wśród innych województw. Poza tym chciałby się z tobą spotkać i zaproponować ci stałą współpracę. Takie rzeczy się już praktykuje w policji na całym świecie. My nie jesteśmy przecież gorsi, prawda? Co ty na to?
Nie wiem. Muszę się zastanowić, bo widzisz, bardzo mnie to męczy. To mnie po prostu zaczyna przerastać. Czuję się coraz gorzej. Dzieje się ze mną coś dziwnego. Nie wiem co, ale zaczynam się martwić. Jestem taki słaby. Waldek w tym momencie począł odpływać. Słyszał jeszcze jak przez sen słowa Macieja, ale nie mógł już nic powiedzieć. Ogarnęła go taka niemoc, że powieki pod własnym ciężarem, za sprawą grawitacji opadły i za nic w świecie nie mógł ich podnieść.
Na piersiach czuł taki ciężar, jakby ciemność, która zaczęła go ogarniać, stawała się coraz gęściejsza i cięższa i zaczęła go przygniatać, aż całkowicie stracił przytomność. Mundka obudziło przeciągłe wycie nadjeżdżającej karetki. Wyjrzał przez okno i w tym momencie wycie ustało. Za to przestrzeń za oknem wypełniło pulsujące niebieskie światło. Karetka przejechała pod jego oknami i zatrzymała się kilka domów dalej. Niewiele myśląc, zbiegł na dół i wcisnął się w spodnie. Po kilku minutach był już przy zaparkowanym ambulansie. Stał na poboczu i nasycał powietrze niebieskim blaskiem. W środku nikogo nie było, za to na podwórku Waldka zespół karetki bezskutecznie próbował się dostać do środka. Mundek czym prędzej podbiegł do ratowników.
Co się dzieje, panowie? Zadał pytanie. Pan tu mieszka? Jeden z ratowników jemu zadał pytanie. Nie, ale mój kumpel tu mieszka. Waldemar Paciaja? Tak. Co z nim? Mieliśmy wezwanie, a teraz nie możemy się dostać do środka. Ma pan klucz?
Nie, skąd? Ale może oknem. Wskazał na uchylone okno. Ratownicy szybko poradzili sobie z oknem i otworzyli drzwi od wewnątrz. Już po paru minutach nieśli na noszach nieprzytomnego Waldka w stronę karetki. Co mu jest? Żyje? Gorączkowo dopytywał się Mundek. Gdzie go zabieracie? Do Szpitala Powiatowego w Kiczewie rzucił Mączkowi jeden z ratowników, wsuwając nosze z Waldkiem do ambulansu.
Następnie wszyscy wsiedli do samochodu i nie włączając syreny, tylko w asyście błękitnych rozbłysków odjechali szosą w kierunku Gniewa. Mundek wrócił do domu i obudził Gertrudę. Kochanie, śpisz? Zadał bezsensowne pytanie. Jasne, że nie śpię. Co się stało? Waldek miał zawał albo coś takiego. Zabrała go karetka. I co? Jak go zabrali do szpitala, to nic mu nie będzie.
Teraz zawały się leczy. Wiem kochanie, ale miałbym do ciebie taką wielką prośbę. Co znowu? Mogłabyś mnie zawieźć do Kiczewa? Proszę. Czyś ty już do reszty zwariował? W środku nocy. Rano pojedziesz PKS-em powiedziała, ziewając i przewróciła się na drugi bok. Po czym dodała: dobranoc.
[03:50:25] - Proszę państwa, za dwa tygodnie audycja się odbędzie. Zapraszamy za dwa tygodnie na pięćdziesiąty odcinek Bibliotekarium, za tydzień na kolejny odcinek ABW. I my się już teraz uprzejmie wyłączamy. Dobrej nocy.
[03:50:39] - Dobrej.
[03:52:59] - Home and dry. Like a humming bird I'll fly. With a bird on me. Whatever happened to. The life that we once knew. Always made me feel. So free. Free. As a bird. It's the next best thing to be.
Free as a bird. Free as a bird. Free as a bird.