Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:33] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Właśnie tutaj, właśnie teraz, prosto do twoich uszu, drogi słuchaczu, droga słuchaczko, z lekkim poślizgiem czasowym, ale jednak zaczynamy wlewać kolejny odcinek Bibliotekarium, tym razem wydanie Bibliotekarium na żywo. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:07] - Dobry wieczór.
[01:07] - Dobry wieczór.
[01:09] - Bohaterem przewodnim dzisiejszej dyskusji będzie Howard Phillips Lovecraft i jego twórczość. Ale zanim przejdziemy do tematu, czy też do głównego bohatera dzisiejszej audycji, tradycyjnie przypomnimy kontakty do Radia Paranormalium. Bibliotekarium realizujemy dzisiaj w całości na żywo. Można będzie do nas dzwonić gdzieś tak po godzinie 21:00 pod nasze numery stacjonarne 32 746 00 08. Komórkowy 530 624 193. Będziemy także odbierać rozmowy na Skypie radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także na Gadu-Gadu 36 08 80 02. Można także czatować na naszych czatach na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Jesteśmy też na Facebooku, na kontach Bibliotekarium i Radia Paranormalium, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata. Jeśli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i oczywiście propozycje kolejnych lektur do omówienia w ramach Bibliotekarium na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl.
Jeżeli macie konta na Instagramie, to zachęcamy do polubienia fanpage'y, do polubienia profili Radia Paranormalium i portalu bibliotekarium.pl. Dużo dzisiaj mamy tych kontaktów, ale żyjemy w takich czasach, w których kontakt ze słuchaczami i w ogóle z odbiorcami generowanych przez nas treści trzeba trzymać na wszystkich frontach. Prawda, Marku?
[03:06] - Prawda. Zaraz będziemy generować te treści.
[03:11] - A więc tradycyjnie: halo, halo Bydgoszcz.
[03:15] - Halo, halo! Wiktorze, dzisiaj ty zaczynasz.
[03:19] - Też powiedziałeś, że zaraz będziemy generować te treści. Otóż ja mam takie wrażenie, że my tutaj niewiele mamy do powiedzenia, gdyż prawie 100 lat temu pewien człowiek już wygenerował to, co miał do wygenerowania i po prostu dzisiaj będziemy, że tak powiem, echem jego twórczości, echem jego głosu.
[03:41] - Tak jest.
[03:42] - To być może.
[03:43] - Przynajmniej się postaramy. Ale wypada zacząć od tego, że ja mam wrażenie, że groza zaczęła się dzisiaj dużo przed 20:00. Streszczę ją takim hasłem, że jak chcesz mieć kłopoty, to załatw sobie nowy laptop. Natychmiast i audycja się opóźni i w ogóle wszystko się posypie. Ale cóż, złośliwość rzeczy martwych. To była jedna z tych rzeczy, która Howarda Phillipsa Lovecrafta dosyć ekscytowała. Jeśli wierzyć jego biografią, to był człowiek, który pomimo tego, że pisał grozę, bliżej było mu do materializmu, do twardego stąpania po ziemi niż do wiary w bogów. Chociaż o bogach bardzo dużo pisał i co więcej, powiemy o tym, że blisko mu było, ale chyba bardziej pociągały go rytuały i wszelkiego rodzaju składanie ofiar, jakkolwiek by to zabrzmiało, niż rzeczywista treść, która za tymi wierzeniami ewentualnie mogła stać. Chociaż to jest pewna rzecz do dyskusji.
[05:07] - Jest to rzecz do dyskusji, ale tak jak ja percepuuję Lovecrafta, to był człowiek, dla którego świat dzisiejszy byłby dopiero z problemami, bo nie dosyć, że nigdy Lovecraft nie akceptował rzeczy, które, że tak powiem, zaciemniają rzeczywistość, czyli nie akceptował seksu oraz pieniędzy w swojej twórczości, to dzisiaj jeszcze musiał nie akceptować sieci, że tak powiem, i wtedy mógłby jakoś funkcjonować. On był bezkompromisowy, Lovecraft pod tym względem. Był to samotnik, człowiek oderwany, że tak powiem, od świata, który się w dosyć szybkim tempie w jego czasach zmieniał. I tak jak się zaczął zmieniać, tak się zmienia do dnia dzisiejszego. On był Stał Lovecraft w jednym miejscu, w miejscu, w którym stworzył swój własny świat i interesował go tylko ten świat. Tak jak zresztą każdego pisarza powinno interesować to, co sam pisze.
[06:29] - Tak, to prawda, bo warto pamiętać w przypadku Lovecrafta, jak każdy rasowy pisarz, który później był pisarzem wielkim, miał trudne dzieciństwo. Trudne pod tym względem, że był dzieckiem dosyć chorowitym, słabowitym. To się tak mówiło.
[06:51] - Jest takie stare powiedzenie: ból uszlachetnia. Poza tym wysiłek hartuje i tak dalej. Ludzie, którzy mają dzisiaj małe dzieciaki, które mają mamusie, które przy byle czym zamykają okno, bo przeciąg, myją rączki bo bakterie. Takie dziecko długo nie pociągnie przecież, bo się nie hartuje.
[07:26] - Tak, ale z Howardem Philipsem Lovecraftem to było tak, że jemu chyba było to na rękę.
[07:37] - Pewnie, że tak.
[07:39] - Ja już nie wspomnę o tym, że przede wszystkim nie musiał chodzić do szkoły.
[07:43] - Jezus Maria, zawsze się wykręcałem z pójścia do szkoły wymyślaniem jakichś gorączek pół stopnia wyżej niż trzeba.
[07:53] - Wracając do dzieciństwa Lovecrafta, to było tak, że on rzeczywiście do szkoły chadzał rzadko, a później w ogóle, co nie znaczy, że nie odebrał gruntownego, nie, to złe słowo gruntownego. Był dobrze wykształcony, przede wszystkim miał wiedzę encyklopedyczną, bo interesowało go wszystko i niechodzenie do szkoły wcale mu nie przeszkadzało. Zgłębiał najrozmaitsze podręczniki od astronomii przez geografię, biologię, wszystko co mu w ręce wpadło, po literaturoznawstwo włącznie. Toteż był człowiekiem oczytanym. Miał encyklopedyczną wiedzę, co mu się zresztą bardzo przydało, bo dosyć szybko zaczął zarabiać pieniądze. Może to nie jest najważniejsze w życiu pisarzy, żeby pieniądze zarabiać, ale zawsze się przyda. W związku z tym zaczął zarabiać pierwsze pieniądze, pisząc do takiej lokalnej gazety, w Providence mieszkał, artykuły popularnonaukowe właśnie w takim szerokim spektrum tematów: od astronomii, po różne michałki dotyczące różnych dziedzin nauk ścisłych, po jakieś rzeczywiście analizy, nazwijmy to krytycznoliterackie. Tak to określmy. I tak to się toczyło. Już do szkoły więcej nie wrócił, ale tak jak powiedziałem, był właściwie wszechstronnie wykształcony, co mogłoby być przyczynkiem do tego, że szkoła nie jest potrzebna do szczęścia.
Pewno niewychowawcze to, co mówię, ale w gruncie rzeczy, jak ktoś ma odrobinę samozaparcia, to jednak poradzi sobie w życiu.
[09:39] - Szkoła zawsze będzie potrzebna, bo stado baranów należy wyszkolić w jakiś sposób tak, żeby potrafiło chórem beczeć. Natomiast człowiek indywidualny może się bez szkoły obejść, o ile robi to, co my tutaj w „Bibliotekarium” robimy, czyli od czasu do czasu zagląda w książki albo po prostu w jakiekolwiek teksty się błąkając.
[10:05] - Tak, ale to, co powiedzieliśmy na razie, tak zabrzmiało trochę sielankowo. Był sobie mały Howard Phillips Lovecraft. Nie za bardzo lubił, nie za bardzo był zdrowy, więc nie chodził do szkoły. Tak fajnie nie było, bo właściwie to, co go w życiu spotkało, to od dzieciństwa nosiło jakieś takie piętno patologii. Otóż tatuś się prowadził marnie. Gdzieś tam z alkoholem miał jakieś problemy i w ogóle nie był dobrym tatusiem. Mamusia miała to do siebie, że długo nie pożyła, więc młody Filip, nie, dlaczego ja z niego Filipa ciągle robię? Howard Phillips Lovecraft bardzo szybko stał się sierotą, ale miał dużo ciotek i te ciotki w tym Providence to takie miasteczko, które wówczas, pewno dzisiaj też, nie wiem, tak naprawdę nigdy nie byłem, ale wyglądało tak, jak to się mówiło na kontynencie amerykańskim, taki styl kolonialny miało. Domy piękne, duże, rozmieszczone na wzgórzach, uliczki takie falujące. Było podobno klimatycznie i było pięknie.
Co nie przeszkodziło zresztą naszemu bohaterowi przerobić to miasto w miasto koszmarne, ale to później, to za jakiś czas i trzeba było jego wyobraźni, żeby coś takiego zrobić. Ale tych cioteczek w Providence, gdzie mieszkał, było sporo i one się nim zajęły i kto wie, czy jeszcze go w tej jego, trudno nazwać to hipochondrią, ale w tym jego niedomaganiu jeszcze go nie utwierdzały.
[11:56] - Z całą pewnością jakaś przyczyna, że w całej swojej twórczości w ogóle kobiet nie dotyka, seksem się nie posługuje. Tutaj jest ewidentnie sprawa cioteczek. Musiała go jakoś wychować.
[12:14] - Z takich ciekawostek, tak jak mówisz, w opowiadaniach rzeczywiście ani seksu, ani kobiet. Kobiety bywają, przemykają gdzieś tam.
[12:23] - Nie, nie przemykają. Dwa razy podobno.
[12:25] - Podobno dwa razy mocniej, ale w ogóle gdzieś tam się snują na obrzeżach. Kobieta jest rzeczą potrzebną w opowiadaniu, więc się czasami snuje. Ale rzeczywiście bohaterowie na niewiele rzeczy zwracają uwagę. Natomiast, żeby wyprzedzić, nie będziemy tak biograficznie podchodzić do tej postaci, warto powiedzieć, że raz w życiu Lovecraft się chyba zakochał, a nawet nie tylko zakochał, co był się nawet ożenił.
[12:55] - Aha.
[12:55] - Na krótko, bo na dwa lata, z kobietą nieco starszą od siebie, ale podobno niezwykle sympatyczną. Zaczął kombinować wbrew sobie, bo gdzieś od młodości wczesnej był człowiekiem, który lubił funkcjonować w nocy. W dzień zasłaniał ciężkie story i przebywał w ciemnościach. Mało go interesowały pieniądze. Żył właściwie z kapitału, który gdzieś tam został. Kapitaliku właściwie, bo to żadne wielkie pieniądze. Czasami musiało mu wystarczyć kilka dolarów na tydzień i potrafił. Miał niewielkie potrzeby. Potrafił żyć bez specjalnych obciążeń, byśmy to powiedzieli. W każdym razie bez tego, że musiał się otaczać dobrami.
[13:47] - Zaczynam go coraz bardziej lubić.
[13:50] - O tym jeszcze powiemy. Nie otaczał się za bardzo dobrami. Natomiast lubił pisać, nawet na początku pisał właściwie dla siebie.
[14:00] - No to ja coraz bardziej go lubię.
[14:02] - Sprawiało mu przyjemność. Oczywiście nie było mu obce to, żeby to ktoś jednak przeczytał. Natomiast największą przyjemność sprawiało mu stawianie liter, zdań całych i tworzenie utworów. Na początku zresztą to były utwory napisane w stylistyce horrorowej, typowej horrorowej. Bo jego pierwszymi wzorcami, jakże znakomitymi, była twórczość Edgara Allana Poe i kilku innych jego naśladowców. Jeszcze pewno do jakiejś klasyki horroru nawiązywał. Więc to były takie opowieści o jakichś duchach, jakichś wampirach. Te wampiry, duchy, może nie wampiry dokładnie, wampirowate jakieś takie wypełniały okolicę nieco przypominającą jego rodzinne miasteczko Providence. Ale to było miasteczko właśnie jak z horroru, ponieważ on je opisywał właśnie w konwencji nocnej. Tam gdzieś coś przemykało, było ciemno, gdzieś coś szumiało, jakieś drzewa.
W ogóle było niesympatycznie. Zacząłem mówić o jego małżeństwie i o kobietach. Więc on, pomimo że tak żył od młodości, to w czasie małżeństwa, w latach 20. zaczął poważnie myśleć, żeby się ustatkować.
[15:30] - Pomyśleć można.
[15:32] - Więcej, zaczął nawet wcielać w czyn to swoje pomyślenie, bo zaczął się rozglądać za stałą pracą. Wyobraź sobie, taki miał pomysł. Podczas gdy wcześniej w ogóle nic takiego nie przychodziło do głowy. On w ogóle gdzieś od młodości zajmował się redagowaniem cudzych tekstów. Umiał to robić. Czy lubił? Nie wiem, ale umiał to robić i wielu autorów powierzało mu swoje teksty, żeby on je nieco uszlachetnił. Robił to i to robił z niezłym rezultatem. Ale w każdym razie, kiedy już ożenił się i przeniósł na krótko, to też taka specyficzna sprawa, bo przeniósł się na krótko do Nowego Jorku ze swoją żoną. Właśnie ona Sonia chyba była, starsza, jak już mówiłem, od niego i zaczął myśleć poważnie, żeby zacząć stałą pracę.
Co więcej, tak się wspaniale złożyło, że jeden z magazynów zajmujących się horrorem czy w ogóle grozą zaproponował mu stałą posadę redaktora. Proszę, zobacz. Mógł zatem połączyć to, co lubił z zarabianiem pieniędzy, ale przez długi czas, przez wiele miesięcy nie było go stać na to, żeby dać jednoznaczną odpowiedź właścicielom tego magazynu. On tak ich zwodził, zwodził. W rezultacie nigdy tej odpowiedzi nie dał, a później po jakichś dwóch latach rozsypało się to jego małżeństwo. To po części było związane z tym, że jego żona straciła pracę. W stylu amerykańskim przeniosła się najpierw do jednego miasta za pracą. To się mówi: za pracą się przeniosła, więc do jednego miasta, później do drugiego. On nie bardzo miał ochotę ruszać się gdziekolwiek. Doszło więc do tego, że ona co jakieś dwa tygodnie przyjeżdżała do Nowego Jorku, żeby mu kasę przywieźć, a on bił się w piersi, że szuka tej pracy.
Trochę jak Kiepski, mówiąc szczerze, jak Ferdek Kiepski. Nie było pracy dla ludzi z jego wykształceniem, to tak podsumowując. Niemniej to się wszystko rozsypało i chyba, tak jak się czyta biografię Howarda Philipsa Lovecrafta, to chyba z pewnym takim uczuciem ulgi wrócił do Providence, do swoich ciotek, do swojego domu, do zasłoniętych zasłon, do półmroku, do korespondencji z całym gronem swoich czytelników, bo on już w tym czasie trochę opublikował, nawet sporo opublikował. Z Howardem Philipsem Lovecraftem było tak, że jedni go kochali za to, jak pisał, inni go nienawidzili. Uważali, że to się w ogóle nie nadaje do druku. Inni natomiast uważali, że to jest mistrz. Czas zweryfikował te poglądy. Niemniej tak to wyglądało. Jeśli chodzi o te seksy, o których mówisz i inne sprawy, to miał taki epizod, aczkolwiek krótki rzeczywiście i jego biografowie właściwie innych kobiet w jego życiu poza ciotkami nie odnotowują.
[18:47] - Żył po prostu tym, co miał w głowie. A to jest w sumie najważniejsze, chociaż nie do końca może. Ale w jego wypadku tak i w większości wypadków samotników, takich również genialnych samotników, to jest najważniejsze, bo dzięki tej samotności i temu, co się w tych głowach wykluwa, mamy dzisiaj to, co mamy. Czyli mamy naprawdę tysiące książek, tysiące teorii od filozoficznych po astrofizykę, fizykę i tak dalej, i informatykę. To są zwykle dzieci ludzi, którzy byli w większości jednak introwertykami po prostu.
[19:32] - Dobrze, ale ty mi powiedz w takim razie, bo tego tak nie łapię do końca. Co musi mieć w głowie facet, który kiedy jest dzieckiem, buduje w swoim zacienionym domu, w którym mieszka ołtarzyki dla nieznanych bogów, pali tam kadzidła, pali świeczki, składa ofiary, podczas gdy wszystko wskazuje na to, że jego wiara w istnienie bogów jako takich jest mikra już wtedy, niewielka, a bardzo go fascynuje tworzenie całych sag nieznanych bogów o dziwnych imionach, bardzo dziwnych imionach. Te wszystkie koneksje, te wszystkie zależności pomiędzy tymi bogami niezwykle go fascynują. I tak od dzieciństwa.
[20:27] - Był to taki czas, kiedy zaczynał na tej niwie naszej kwitnąć materializm i po prostu tak jak w tym sztampowym powiedzeniu, że próżnia niestety nie może istnieć. Każde miejsce zostaje natychmiast wypełnione czym innym. Lovecraft po prostu wypełniał próżnię. Wypełniał próżnię swoją inteligencją, swoją wyobraźnią. Z braku Boga tworzył bogów po prostu i stworzył ten świat bardzo precyzyjnie i bardzo pięknie.
[21:22] - Żeby nie było, że ja sobie wymyślam teraz biografię Lovecrafta, to o tych rzeczach, o których powiedziałem, można przeczytać we wstępie do pierwszego polskiego wydania książkowego opowiadań Lovecrafta. Ten zbiór ukazał się dopiero w 1983 roku. Nosił tytuł „Zew Cthulhu”. Wydał go Czytelnik i we wstępie mój imiennik Marek Wydmuch o tych właśnie faktach wspomniał. Dziwny to był jednak facet. Chyba przyznasz, że Lovecraft przynajmniej dużą dozę dziwności miał.
[22:07] - Wiesz Marku, a czy można cokolwiek naprawdę oryginalnego stworzyć, nie będąc dziwnym?
[22:15] - Teraz wiem, dlaczego go tak lubisz. Teraz wiem, dlaczego go tak lubisz. To jest jasne. Natomiast wiesz co? Mnie zastanawiało przez jakiś czas, później przestało zupełnie. Zastanawiało to, dlaczego tak późno polscy czytelnicy mieli okazję poznać Lovecrafta, bo tak jak powiedziałem, zbiór ukazał się w 1983 roku i okazało się, że tkwiłem w błędzie. Otóż tak książkowo rzeczywiście mieli go okazję poznać w latach 80. Ale na polskim rynku po raz pierwszy o Lovecrafcie zaczął mówić Kałużyński Zbigniew zdaje się, tak?
[22:57] - Zygmunt.
[22:58] - Zygmunt, tak. Zawsze ja imiona to regularnie mylę. W każdym razie Zygmunt Kałużyński po raz pierwszy zaczął mówić o twórczości Lovecrafta, pisać właściwie, i on zaczął ją przybliżać, a w ślad za tym pojawiła się twoja przygoda z Lovecraftem.
[23:16] - Wiesz, ja byłem wtedy jeszcze zupełnym dzieckiem, natomiast prawdopodobnie po tych całych anonsach Kałużyńskiego czy może innych, bo socrealizm po prostu powolutku otwierał oczy na zewnątrz świata, poza nasze granice państwowe i kulturowe. Zaczął dostrzegać po prostu to, co zostało gdzieś tam, przeszło mimochodem koło naszych uszu i tak dalej. I ja się spotkałem z Lovecraftem błyskawicznie. Właściwie miałem chyba trzy, cztery lata, kiedy zetknąłem się z Lovecraftem. Na początku jeszcze wcale nie czytałem tego. Pierwsze jego opowiadania w Polsce zaczęły się ukazywać w takim bardzo wtedy poczytnym piśmie. On gigantyczne nakłady miał, nazywało się to „Przekrój”. Tam było mnóstwo dobrych opowiadań.
[24:13] - I to były lata 50.
[24:15] - 50. lata, tak. 50. lata ubiegłego wieku, gdzie po prostu tych opowiadań, których nigdy nie było, nigdzie nie drukowano dotychczas, w tym „Przekroju” zaczęły się pojawiać. Lovecrafta opowiadania nie były dla mnie do strawienia Może byłem za mały? Nie, nie były za małe. One były w ogóle niestrawne.
[24:36] - Przepraszam, Marku. Urwało nas kompletnie.
[24:44] - No i niestety w trakcie audycji dopadła nas klątwa Cthulhu. W nagraniu to jest oznaczone w momencie, w którym znika podkład muzyczny, bo mniej więcej wtedy Markowi i Wiktorowi urwało się połączenie z internetem. Samo się chyba nie urwało. Raczej. W związku z czym audycję musieliśmy dokończyć w nieco inny sposób – drogą telefoniczną.
[25:07] - Tak jakoś czułem, że dzisiaj materia będzie się buntować, bo mamy takiego autora, który gdzieś tam jednak dotykał takich obszarów, gdzie wiało grozą. Więc właśnie dzisiaj powiało nam trochę grozą. Chyba się coś takiego pierwszy raz podczas audycji zdarzyło. Mówiliśmy o tym-
[25:30] - Klątwa Cthulhu to nie jest przypadek.
[25:32] - Tak. Mówiliśmy o tym, że Lovecraft był właściwie z takich głębokich przekonań materialistą i człowiekiem, który w żadne religie specjalnie nie wierzył. To słowo „specjalnie” jest niepotrzebne, asekuranckie, bo po prostu nie wierzył, co nie przeszkadzało mu zresztą tych religii mnóstwo tworzyć, szczególnie tej swojej podstawowej, która tak naprawdę stała się takim żywym mitem. Żywym do dzisiaj, co może być ciekawe. Przede wszystkim warto też podkreślić, że Lovecraft – i to właśnie nie wiemy, czy to było, czy nie było – czy o jego małżeństwie jeszcze załapaliśmy się na antenę, czy już nie?
[26:22] - Oj nie, już niestety nie.
[26:23] - No to dobrze, to wątek ciekawy, więc go poruszmy. Otóż nasz bohater, Howard Phillips Lovecraft. Wiktor narzekał, że on taki był mało wyedukowany seksualnie.
[26:38] - Nie, on był bardzo wyedukowany. Natomiast nie zajmował się tą ulotną albo wręcz bzdurną sprawą materiału literackiego. Nie zajmował miejsca tym, szukał innych rzeczy, szukał opisywał, a proza życia...
[27:01] - No tak, rzeczywiście w prozie Lovecrafta próżno szukać jakichś takich wątków miłosno-seksualnych, seksualnych to już w ogóle, ale miłosnych nawet. Kobiety się tam przewijają z rzadka, gdzieś tam pomykają po obrzeżach poszczególnych opowieści. Natomiast to warto powiedzieć, skoro tego nie było w części głównej. Pewno powtórzymy dla słuchaczy, którzy będą to w postaci podcastu słyszeli, to się rzecz powtórzy. Natomiast warto powiedzieć, że był taki krótki epizod, nawet małżeński w jego życiu, kiedy w drugiej połowie lat 20. ożenił się ze starszą od siebie kobietą, Sonią, o ile dobrze pamiętam. To małżeństwo przetrwało dwa lata. Co więcej, on, człowiek, który gdzieś od dzieciństwa nie był specjalnie zainteresowany niczym poza takim spędzaniem czasu, jakie sobie wymarzył, czyli na przykład siedzeniem w domu przy zaciągniętych zasłonach, nocnymi spacerami, korespondencją ze swoimi licznymi znajomymi, ale korespondencją o literaturze, jakimiś dziwnymi przemyśleniami, jakimiś lekturami, nie zawsze dotyczącymi spraw naukowych, tylko czasami po prostu zupełnie odjechanych. Wszystko to był gotowy porzucić. Zaczął nawet myśleć, że po raz pierwszy w życiu podejmie stałą pracę.
Bo tak jak powiedziałem, to był człowiek, który w swoim życiu przyjmował prace dorywcze. Głównie zajmował się redagowaniem tekstów i ludzie mu ufali, bo był dobrym redaktorem. Co więcej, podejmował się takiej pracy, ale też nie przesadnie. Nie robił tego na kopy, nie robił tego w jakichś takich sportowych ilościach, bo to był człowiek małych potrzeb. On w ogóle miał niewielkie potrzeby. Potrafił przeżyć za kilka dolarów. Żył z jakiegoś tam kapitaliku. Ale podkreślam słowo „kapitalik”, bo to były niewielkie pieniądze i potrafił żyć za kilka dolarów.
[29:22] - Bo, Marku, przede wszystkim taki człowiek żyje tym, co ma w głowie, a reszta jest nieważna. Reszta to wiesz, przypomnę ci Diogenesa. Też mu beczka tylko wystarczyła, tak samo jak Lovecraftowi.
[29:36] - Tak. I wiódł życie szczęśliwe, wypełnione książkami, nocnymi spacerami. Te nocne spacery spowodowały zresztą, że to Providence, w którym żył, zamieniło się w jakieś takie koszmarne miasto. Choć podobno było wówczas również miasteczkiem niezwykle pięknym, w stylu kolonialnym. Piękne domy rozmieszczone na wzgórzach to pobudza wyobraźnię. Jemu pobudzało to wyobraźnię nieco opacznie. To znaczy ja się wcale nie dziwię, bo jak chodził nocą po tym miasteczku, gdzie za każdym drzewem mógł się czaić jakiś cień, coś tam przemykało, gdzieś tam jakieś dziwne szelesty się dobywały, to rzeczywiście Providence mogło stać się miasteczkiem z koszmaru. To wszystko był gotowy porzucić. Rozglądał się, tak jak już mówiłem wcześniej, za stałą pracą. Za pracą, która...
To jest dziwne. Ta praca Pozwalałaby mu połączyć przyjemne z pożytecznym. Otóż jeden z magazynów zajmujących się grozą zaproponował mu posadę redaktora. Mógłby zatem pisać, poprawiać, co zresztą robił przez całe życie za pieniądze. Miałby stałą posadę. Stałby się takim szacownym obywatelem. Co więcej, jego żona to była kobieta niezwykle towarzyska. Zaczęła go wciągać w jakieś obszary, których on wcześniej nie używał. On był odizolowany od świata. Tymczasem na początku przynajmniej małżeństwa, może dużo towarzystwa to nie przesadzajmy, ale był człowiekiem, który zaczął się wgryzać w to nowojorskie towarzystwo.
Zaczął się czuć tam dobrze. Nie wiem, czy się czuł tam dobrze, ale w każdym razie zaczął to tolerować. I sam fakt, że zaczął myśleć o stałej posadzie, o czymś świadczy, o czym tak do końca nie wiem. Natomiast tak się w życiu składa, że czasami zarówno tym dobrym, jak i złym sprawom pomagają przypadki. I tutaj przypadek, że jego żona straciła pracę, stałą posadę. W amerykańskim stylu udała się za pracą do innego miasta. Po prostu wyjechała najpierw do jednego miasta, później do drugiego.
[32:11] - No i niestety materia jeszcze raz się zbuntowała. Chociaż może równie dobrze to Ktulu jeszcze nie poszedł spać i postanowił nam poprzeszkadzać, bowiem przerwał połączenie telefoniczne, ale te udało się dosyć szybko na szczęście przywrócić. I właśnie teraz Marka Żelkowskiego ogarnęło przerażenie, bowiem właśnie znowu nas wywaliło. Tym razem jakaś dziwna siła przerwała nam połączenie telefoniczne. Marku, czy się słyszymy?
[32:41] - Tak. Teraz się słyszymy. Zastanawiam się, co będzie dalej. To znaczy, jak już nie łączy nas internet, nie łączy nas Hangout i zaczęła się rozłączać sieć komórkowa, to jakaś groza nadciąga. Kto wie, czy nie z Providence albo z okolic.
[33:03] - Jeden ze słuchaczy na czacie stwierdził niedawno, że to jest w końcu radio o zjawiskach paranormalnych, więc na takie rzeczy powinniśmy być przygotowani.
[33:14] - Ja tylko nie wiem, czy jak mi się zerwała ta transmisja komórkowa, to co nagrywało się, czy się nagrało, bo ja mam powiązane rozmowy z nagrywaniem. Zobaczymy. Mam nadzieję, że tobie się przynajmniej nagrało. Albo będziemy mieli audycję-
[33:33] - Ja tutaj nagrywam na dwóch programach na komputerze i jeszcze osobno smartfon nagrywa mi treść wszystkich rozmów.
[33:41] - Ja w ogóle mam jakieś takie podejrzenie, że drugi raz staramy się ruszyć z Wiktorem temat małżeństwa Lovecrafta. Już zaczynam podejrzewać, że to może nie jakieś mroczne siły i przedwieczni, o których pisał Lovecraft, tylko jakieś ruchy feministyczne zaczynają-
[34:00] - Całkiem możliwe
[34:01] - ... maczać w tym palce. Bo właśnie dochodziliśmy z Wiktorem do momentu, kiedy mówiliśmy o tym, że Howard Phillips Lovecraft zaczął się wgryzać w to życie nowojorskie, ale niestety nie udało się wgryźć. A może właściwie stety, bo literatura nie poznałaby kilku fajnych utworów. Natomiast żona straciła pracę, pojechała za pracą do innego miasta, później do jeszcze innego. Howarda nie było na to stać, żeby opuścić Nowy Jork. Przejechać z Providence do Nowego Jorku był jeszcze w stanie natomiast udać się dalej? Nie, to już przekraczało jego możliwości i w związku z tym został w Nowym Jorku. Żona przyjeżdżała co jakieś dwa tygodnie do domu, przywoziła pieniądze. I tak sobie żył przez jakiś czas, ale widocznie mu się to jednak nie podobało, bo po mniej więcej dwóch latach małżeństwa doszedł do wniosku, że czas je zakończyć i z pewną ulgą, jak piszą niektórzy biografowie, wrócił do Providence, do swoich ciotek.
[35:18] - Nie mam pojęcia, jak to komentować, ale wszystko jest ważne dla takiego człowieka jak on, czyli trochę dla samotnika. Ważne jest to, co mam w głowie. Co ty masz w głowie? Co ja mam w głowie? I co chcę robić? Zakotwiczenie w cywilizacyjnej maszynce bycia na urzędzie urzędnikiem i tak dalej. Jak jest, to dobrze jest, ale to nie jest celem życiu takiego człowieka, szczególnie jak Lovecraft. Natomiast mam takie wrażenie, że te wszystkie kłopoty, które tutaj nam towarzyszą, mają jedną ogromnie .
[36:07] - No słucham cię.
[36:09] - Dają dowód, jak ulotne jest słowo w porównaniu z książką.
[36:16] - No to prawda.
[36:16] - Czytajcie kochani, a nie słuchajcie naszych gadań. Kurde, czytajcie, bo tamto nie ucieknie. Tamto wam się nie-
[36:23] - Czasami nas posłuchajcie z łaski swojej, to też nie będzie dramatu.
[36:28] - Tylko dlatego, że mamy tych parę zmysłów i uszy czasami też trzeba używać.
[36:35] - To prawda. Ważne jest w biografii Lovecrafta, że on wrócił w drugiej połowie lat 20. do Providence. I od wtedy właściwie zaczyna się, to było ostatnie 10 lat jego życia, bo on zmarł w roku 1937, jeśli mnie pamięć nie myli. Zatem zostało mu niewiele czasu, ale ten czas z punktu widzenia literatury zdecydowanie dobrze spożytkował, bo to wtedy powstały te największe dzieła Lovecrafta, czyli na przykład właśnie „Zew Cthulhu."
[37:14] - Wiesz, tak jak mówiliśmy wiele razy w audycjach, muzy bardzo często spełniały bardzo pozytywną rolę przez to, że były, ale czasami również kiedy sobie odejdą, tym faktem, że tak powiem, potrafią dodać skrzydeł facetom.
[37:36] - Warto powiedzieć, że to jednak ona sobie nie odeszła. To jednak on sobie wrócił do Providence i później został przeprowadzony rozwód. Ale ja proponuję zejść z tego tematu, bo nas zaraz znowu rozłączy.
[37:51] - Zaraz się rozłączy to marzenie o kobiecie. Ale ja pamiętam, jak rozpaczliwie kilka razy miałem głupich pomysłów, żeby się gdzieś zatrudnić. Nawet zatrudniałem się, zostawałem dyrektorem na tydzień albo na dwa, na miesiąc chyba dłużej i tak dalej. Po czym szybko rozumiałem, jakie to jest zbędne piąte koło u wozu w życiu człowieka mówię naprawdę.
[38:18] - Tak. I teraz możemy powiedzieć o tym, że kiedy mówiłeś, że coraz bardziej lubisz Howarda Philipsa Lovecrafta, to jest między innymi jedna z tych przyczyn, tak?
[38:31] - Po prostu ja go nigdy nie rozumiałem, jak czytałem, ale dopiero jak czytam jego biografię, to zaczynam rozumieć jego twórczość po prostu, bo to są wszystko naczynia połączone. Ta twórczość wynika z potrzeby serca po prostu. Taką miał, bo miał ogromną potrzebę serca, tylko że w książce adresowej Lovecrafta nie było tego, tylko była sama głowa i myślenie.
[39:05] - Ja się teraz muszę zwrócić jeszcze do naszej pamięci zewnętrznej, czyli do Marka. Marku, powiedz nam, czy w tej części, zanim nas urwało, po raz pierwszy znalazł się ten fragment, w którym mówiliśmy o polskiej percepcji Lovecrafta, czyli kiedy się pojawił w ogóle w Polsce?
[39:24] - Zdecydowanie nie, jeżeli dobrze pamiętam.
[39:28] - No to cóż, to zatem powtórzmy. Otóż tak jak mówiłem, Howard Phillips Lovecraft zmarł w latach 30. i w Polsce on właściwie był do 56. roku nieznany. Po raz pierwszy po odwilży wspomniał o nim Zygmunt Kałużyński.
[39:54] - To był taki telewizyjny skandalista, że tak powiem.
[39:57] - Później telewizyjny, ale wcześniej też publikował sporo pism.
[40:01] - Ale był przede wszystkim skandalistą, który wyciągał wszystkie, że tak powiem, brudy z zachodniej kultury, żeby nam wrzucić w oczy, że tak powiem, powiedzieć: „zobaczcie, jakie to wspaniałe, zobaczcie, czego nie macie."
[40:15] - Później jego kultowe rozmowy z Raczkiem to już w ogóle było crème de la crème. Ale zanim to wszystko nastąpiło, to w latach 50., w 56. roku dokładnie napisał o twórczości Lovecrafta i to właściwie był początek. Wtedy zaczęli się Lovecraftem interesować czytelnicy, a właściwie tłumacze, a za ich pośrednictwem czytelnicy. No i to jest twoja historia. Teraz jest twoja historia.
[40:50] - Po prostu błyskawicznie ten, że tak powiem, ten świeży pieniądz chwyciła najbardziej popularna chyba w tamtych czasach gazeta w Polsce, wychodząca w naprawdę gigantycznych, nieprawdopodobnych jak na dzisiejsze czasy, zupełnie nieprawdopodobnym nakładzie, bo miały, nie wiem, chyba miliony w ogóle. To było pismo „Tygodnik Przekrój", który już w latach 50. zaczął publikować opowiadania Lovecrafta. Ja byłem oczywiście wtedy jeszcze małym dzieckiem. Tych opowiadań nie czytałem, ale szczęśliwie one były strasznie bajecznie ilustrowane przez bardzo znanego, nie pamiętam już jego nazwiska, bardzo znanego polskiego rysownika, który zresztą później ilustrował chyba „Trzech muszkieterów" i inne takie książki. To były cudowne ilustracje, a ja jako dzieciak wredzący w tych pismach, które mamusia i tatuś kupowali dla siebie, zafascynowałem, ogłupiły mnie te obrazki po prostu. Dopiero przez te obrazki, kiedy się nauczyłem czytać, szybciutko sięgnąłem po to, co te obrazki, że tak powiem, firmują, czyli po teksty Lovecrafta. No i natychmiast mina mi zrzedła, bo nic z tego nie rozumiałem. No bo trudno, to właściwie te nastrojony, które Lovecraft na tamte czasy przy naszej jeszcze literaturze wychodzącej z socrealizmu, czyli z pełnej czytelności trudno było zaakceptować i wcale się było w tym rozsmakować tak samo zresztą jak w rodzimych rzeczach nietypowych, czyli tak jak w prozie Brunona Schulza, tak samo prawie obrazowej i tak samo pięknej jak proza Lovecrafta, tylko że w zupełnie innym gatunku. Bo ja może, Marek, jedną uwagę powiem.
Myśmy mówili, że Lovecraft Przede wszystkim jego profesorami, jego mentorami z jego dzieciństwa to był Edgar Poe i okoliczni pisarze.
[43:01] - Tak. Jako człowiek oczytany, tak jak mówiliśmy na początku, był niezwykle oczytany również w literaturze, nie tylko w dziełach naukowych.
[43:07] - Tak. Natomiast trzeba pamiętać, że w tym momencie, w tych latach jego młodości dopiero następowała ewolucja, właściwie przeobrażanie bajki, baśni w horror, fantasy i w science fiction. Horror był naturalną drogą ewolucyjną przejścia od bajki, od baśni do literatury science fiction. I Lovecraft był jednym z pierwszych autorów, który jeszcze pisał baśniowo. Jeszcze to było bardzo magiczne i tak dalej, ale to już była praktycznie twarda science fiction.
[43:50] - Tak, ja ci powiem tak: z powodu licznych rozłączeń naszych ja już straciłem orientację, co my już mówiliśmy i ile razy. Więc siłą rzeczy dzisiaj prosimy naszych słuchaczy o wybaczenie, jeśli się zaczniemy powtarzać. Ale warto powiedzieć o tym jego dzieciństwie, w którym on budował ołtarzyki. Już chyba trzeci raz powtarzam, ale budował ołtarzyki, palił kadzidła i świece, składał ofiary nieznanym bogom, zajmował się konstruowaniem ich biografii i to tak bardzo szczegółowych. Kto z kim, po co, dlaczego i tak dalej. To go niezwykle fascynowało, ale powiedzmy od razu, że te jego inklinacje, te jego zainteresowania związane z nauką spowodowały, że on bardzo szybko stał się materialistą i człowiekiem, który absolutnie w żadne opowieści o bogach takich czy innych specjalnie nie wierzył. Natomiast widział w nich niezwykły potencjał do straszenia. Stąd też cała ta jego mitologia, która powstała, która jest aktualna do dzisiaj. To, co ty nazywasz. Dlaczego o tym mówię?
Bo on później, kiedy był człowiekiem, do którego pisało wiele osób, jedni po to, żeby redagował ich teksty albo współredagował za pieniądze, inni po to, żeby wymienić z nim kilka ciekawych myśli, a przy okazji poradzić się, w jaki sposób pisać. To on, o czym wspomina jeden z jego biografów, był gotowy udzielić im takiej rady, żeby nie nadużywali przymiotników. To od razu mi przypomina nasze audycje ABW, gdzie też powtarzamy tego rodzaju poradę, żeby nie nadużywać przymiotników. Po czym siadał do swojej twórczości i walił tam przymiotnik po przymiotniku. I to jest wszystko wypełnione tymi przymiotnikami. Ale jest jedna ważna rzecz. O ile te przymiotniki mogą razić u jednego, drugiego, trzeciego autora, to ma coś Lovecraft takiego w sobie, że ta jego w gruncie rzeczy nieco nadęta proza, nieco taka koturnowa, nieco taka pisana takim stylem „o rany boskie”, to jest wszystko na takim wysokim poziomie, na wysokim C. A jednak to nie razi, to budzi szacunek. I jest to mitologia, która porywa za sobą. Ja pamiętam, jak przeczytałem pierwszy raz, w przeciwieństwie do ciebie, to tak mi ta szczęka opadła, bo to było coś nowego.
I to, co powiedziałeś, że to jest rzeczywiście bliżej tym opowiadaniom, tym jego późniejszym opowiadaniom. Bo na początku rzeczywiście pisał o duchach i wampiropodobnych różnych. I to było takie właśnie czerpiące z tej klasyki, z klasyki literatury grozy. Później już nie. Później rzeczywiście, tak jak powiedziałeś, bliżej temu było do science fiction. Zresztą jeden z badaczy literatury określił ten sposób pisania, którym zajmował się Lovecraft jako science fiction of horror. To dokładnie tak. Jakkolwiek byśmy to zaczęli tłumaczyć, to właśnie oddaje sposób, w jaki pisał Lovecraft. To jest niby cały czas w takiej poetyce grozy, typowej grozy, a jednak jest odwołanie. Przedwieczni to są jednak przybysze z gwiazd, gdzieś z odległych miejsc we wszechświecie.
W ogóle cała ta mitologia związana jest ze wszechświatem, z jego istnieniem, z przemieszczaniem się tych istot, z tym, że one trwają i że one tu wrócą, że obejmą na powrót swoje władztwo. To jest jak najbardziej bliżej temu do science fiction. Co więcej, warto powiedzieć, że jego uczniami, waham się nazwać uczniami, w każdym razie ludźmi, z którymi korespondował-
[47:57] - Miał dobrą rękę.
[47:59] - Miał dobrą rękę, bo wśród takich znanych nazwisk ludzie, którzy czytują science fiction, myślę, że te nazwiska nie zdziwią ich. Ale Henry Kuttner i na przykład Fritz Leiber korespondował z nimi. Tych nazwisk było znacznie więcej, ale to pierwsze, które przychodzą mi do głowy, które pamiętam, to jest pierwsza liga przecież i warto o tym wspomnieć. A zatem pisarze jak najbardziej SF czerpali jednak z wiedzy, może nie z pomysłów, ale z pewnej poetyki, którą proponował Lovecraft.
[48:42] - Zobacz, że to odnosi się do Stanów Zjednoczonych, bo tam to się bardzo dynamicznie rozwijało. Natomiast na naszym polskim podwórku dokładnie ta sama ewolucja odbywała się. Tylko myśmy mieli jeszcze pierwszą, drugą wojnę i tak dalej, ale mniej więcej tak samo. Co nam zostało z tej niesamowitej literatury przedwojennej czy międzywojennej? Został nam Grabiński. Nieprawdopodobny, cudowny pisarz, zresztą porównywalny i z Edgar Allan Poe i z Lovecraftem. Ale bardzo szybciutko potem na bazie Grabińskiego zaczął pisać Żuławski, a Żuławskiego rzeczy to już było prawie science fiction, a właściwie pełną gębą.
[49:31] - Ja nie wiem, czy Żuławski nie był wcześniej, ale dobra. Wiesz co? Ja teraz się obsesyjnie zapytam Marka, czy nas w ogóle słychać, bo tak już wiesz. Halo, halo, Marku?
[49:46] - Słychać tylko dostawca mój telefoniczny właśnie mi zakomunikował, że zostało mi na koncie mniej niż 6 złotych, także nie wiem, czy czasem nie przerwie w trakcie.
[49:57] - To może zrobimy odwrotnie. Może ja zadzwonię do ciebie i będzie po prostu taniej.
[50:03] - To możemy tak zrobić. Czemu nie?
[50:04] - Dobrze to ogłaszamy niniejszym dosłownie półminutową przerwę dla sponsora.
[50:12] - Dobrze. Chyba się słyszymy. Nie chyba, a na pewno.
[50:17] - Słyszymy się. I w ten sposób udało się nam wyprzedzić cios rzeczywistości i byliśmy tym razem pierwsi. Nie daliśmy się materii. Przechytrzyliśmy tym razem.
[50:29] - Jedno z tych małych zwycięstw w wielkiej wojnie, w wielkiej walce o przetrwanie dzisiejszej audycji.
[50:36] - Tak jest. Dużo robimy. Naprawdę sam siebie podziwiam, że aż taki waleczny jestem. Ale wróćmy do Lovecrafta, bo to temat ciekawszy od naszej bojowości tu z Wiktorem. Lovecraft z takich ciekawostek, o których warto powiedzieć, to dzieło, które się nazywa „Necronomicon”. Myśmy się przyzwyczaili, że w różnego rodzaju horrorach to jest takie dzieło, które się pojawia bardzo często. Nie wszyscy wiedzą, że „Necronomicon”, ten tytuł, powstał w wyobraźni Howarda Phillipsa Lovecrafta. To on stworzył sam ten tytuł. Co prawda później bardzo wiele osób próbowało nawet napisać, zamienić to w jakiś bełkot, mniej lub bardziej wyraźny. Niemniej pomysłodawcą takiego dzieła i historii tego dzieła był właśnie Lovecraft.
My sobie nie zdajemy sprawy, jak to bardzo oderwało się. Ta nazwa, ta księga tajemnicza, jak bardzo to się oderwało od twórczości Lovecrafta. Dzisiaj „Necronomicon” pojawia się w rozmaitych horrorach, rozmaitych dziełach, rozmaitych książkach. Cierpmy garściami. Jest u Pilipuka, jest u Sapkowskiego w jego trylogii husyckiej. Właściwie u bardzo wielu autorów, w bardzo wielu filmach się pojawia. Warto wówczas pamiętać, że to dzieło, a właściwie nazwę tego dzieła i to, o czym ono opowiada, jego historię stworzył właśnie Lovecraft.
[52:28] - Żeby wyprzedzić ewentualne zakończenia, to ja chyba bym wrócił do istoty rzeczy. Dlaczego ta audycja i dlaczego w tej chwili o Lovecrafcie w ogóle mówimy, wspominamy? Otóż ja mam takie wrażenie, że Lovecraft jest doskonałym przykładem człowieka, który nadmuchał pewien balon w pozytywnym tego słowa znaczeniu. I ten balon frunie przez dziesięciolecia. Lovecrafta już nie ma, natomiast jest mnóstwo ludzi, którzy obserwują lot tego balona nadmuchanego przez Lovecrafta. Żyją tą poetyką jego dzieł. To jest dokładny przykład człowieka, jak dzieło może przetrwać autora. Tak jak wspominasz, tytuł tej magicznej prawie księgi, której już dzisiaj nikt nie kojarzy z Lovecraftem, a ona istnieje. To dzieło Lovecrafta przetrwało autora. Mnóstwo ludzi dalej nie tyle czyta jego literaturę, co żyje tym etosem, tym sposobem patrzenia na świat, tym rodzajem wyobraźni.
Bo to jest bardzo nośne. On to zrobił i zobaczymy, ku czemu to leci. Jest takie stare powiedzenie: „Uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Lovecraft uderzył w stół. Zobaczymy, kiedy te nożyce się odezwą.
[54:11] - Ja mam wrażenie, że one się już odezwały. Natomiast to nie było wszystko takie proste, bo po śmierci Lovecrafta trudno powiedzieć, żeby on za życia zakosztował sławy. Nie, nie było tak. Wręcz przeciwnie. Oczywiście publikował, ale to było tak, że wcale redaktorzy nie bili się-
[54:35] - Marku, sława to byt autonomiczny. Sławie autor jest zbyteczny. Jak autor umiera, to dopiero sława wtedy może rozwinąć skrzydła.
[54:46] - W tym wypadku ma jak najdokładniejsze potwierdzenie tych słów, bowiem Lovecraft za życia za wiele sławy nie zakosztował, jak powiedziałem. Co więcej, redaktorzy niektórych pism najwyraźniej go nie lubili, bo To nie było tak, że Lovecraft pisał opowiadanie, wysyłał do jakiegoś czasopisma i tam natychmiast to publikowano. Nie. Lovecraft nawet ze swoimi najbardziej znanymi opowiadaniami. To nie było tak prosto, że mu to zaraz drukowano. Dzisiaj się wydaje to dziwne, że opowiadanie takie jak na przykład „Zew Cthulhu”, „Kolor przestworzy”, „Szepczący w ciemności”, „Duch ciemności”, że takie opowiadania mogły budzić jakieś wątpliwości, że ktoś nie chciał drukować. Otóż tak właśnie było. Byli tacy, którzy nie chcieli drukować. Co więcej, to jeszcze nawet po śmierci Lovecrafta, kiedy jego mit zaczął rosnąć, szczególnie wśród tych osób, które znały, czytały Lovecrafta i ceniły, bo były takie osoby, które się absolutnie jego twórczością zachwyciły, ale nie było ich dużo. I ten mit zaczął rosnąć.
Rosnąc rósł sobie. Dzisiejsza audycja to jest jakiś... Nie wiem. Jeszcze tylko powinniśmy się zacząć wyrażać nie tak, jak trzeba i w ogóle będzie wszystko dobrze. W każdym razie ten mit rósł i było w ten sposób, że ktoś wpadł na pomysł, że jak każdemu mitowi trzeba pomóc. I grupa przyjaciół, znajomych, może o przyjaciołach, to nie mówmy, znajomych Lovecrafta założyła małe wydawnictwo, które w niewielkich nakładach zaczęło publikować jego... Za cel sobie obrało publikowanie jego rozproszonych dzieł z różnych magazynów i tak dalej. Zebranie tego w całość i opublikowanie. I zaczęli to robić, ale to były małe nakłady. To było małe wydawnictwo, zostało ufundowane właściwie na zasadzie zrzutki tychże przyjaciół.
Niskie nakłady produkowało. To się nazywało Arkham House. Arkham to w ogóle warto powiedzieć, że to było nawiązanie do fikcyjnego uniwersytetu, fikcyjnego uniwersytetu, w fikcyjnym mieście, może tak, w którym się różne dziwne rzeczy działy. Może w ten sposób to ujmijmy. I rzeczywiście te książki się pojawiały, ale one, powtarzam, były w nikłym nakładzie. Dopiero bodajże na początku lat 50. któreś z dużych wydawnictw amerykańskich zaryzykowało, zresztą mocno molestowane przez przyjaciół Lovecrafta i przez jego czytelników, zaryzykowało masowe wydanie w miękkiej oprawie. Wypuścili to. I jak wypuścili i zobaczyli, jak to się sprzedaje, to wtedy-
[58:10] - Ja widzę teraz minę tej jego żony.
[58:14] - Ja nie wiem, czy to tak było. Żona była wyrozumiała. Natomiast wydawnictwo poczuło krew, poczuło możliwość zarobku i zaczęło zarabiać. Wtedy to zaczęło się dziać. Co więcej, jak już wyszły masowe nakłady, to warto też powiedzieć o tym, że Lovecraft trafił do Europy. Do Europy, w której nigdy fizycznie nie był. On w ogóle poza Nowym Jorkiem i Providence w ogóle niewiele widział. Natomiast marzył zawsze o podróży do Europy i nigdy go na nią nie było stać. A jego dzieła trafiły do Europy, między innymi do Francji, ale też do innych krajów europejskich. I tu zrobiły furorę.
[59:12] - Wiesz, Marku, zwróć uwagę, że Samuel Kant też właściwie nigdy nie opuścił Królewca.
[59:19] - Kilka kilometrów wyjechał, już nie przesadzajmy.
[59:22] - Kilka kilometrów może wyjechał. Tyle to przejechał również Lovecraft między Providence a Nowym Jorkiem. Natomiast rzeczywiście, tak jak powiedziałem, sława to coś, co żyje zwykle wtedy, kiedy autor przestaje ciążyć tej sławie. Natomiast jak słuchałem tego, co mówisz, miałem takie dziwne skojarzenie, że chyba zrozumiałem dlaczego. Może nie dlaczego, bo to rozumiałem zawsze, dlaczego Lovecraft jest mitem. Natomiast chyba zrozumiałem, to tak na marginesie tej całej rozmowy, kiedy umierają mity, Marku. Wiesz, kiedy umierają mity? Mity mają taką naturę bardzo arystokratyczną. Czym nas jest mniej, czym mit silniejszy. Gdyby Lovecrafta zaczęła czytać cała Ziemia, wszyscy ludzie, to mit by prysł.
Dzięki temu, że miłośników Lovecrafta jest bardzo niewielu w porównaniu z miłośnikami Stephena Kinga na przykład, to po prostu mit szlachetnieje. Towarzystwo jest wybrane po prostu. To są wybrańcy tylko, którzy się spotykają, wymieniają, piszą w stylu i tak dalej. Jeśli nikt nie czyta poza nami, że tak powiem, Lovecrafta, dzięki czemu ten mit będzie trwał i przetrwa tysiąclecie.
[01:01:04] - Powiedziałeś o Stephenie Kingu. O Stephenie Kingu za chwileczkę coś powiem.
[01:01:08] - Stephena Kinga też nikt nie chciał wydawać à propos tego.
[01:01:11] - Jest pewien związek delikatny, ale jest pomiędzy Lovecraftem a Stephenem Kingiem. Ale zanim o Stephenie Kingu, to o tym Arkham.
[01:01:23] - No właśnie mówiłeś, że Lovecraft nigdy nie skończył żadnego uniwersytetu, a tu się okazuje, że skończył.
[01:01:29] - Tak, Miskatonic University, bo w tym nieistniejącym miasteczku Arkham był uniwersytet Miskatonic. To tytułem uzupełnienia. Natomiast jeśli chodzi o Stephena Kinga, znowu nie pamiętam, czy to było w tej części, która była wyemitowana i słyszalna, czy też w tej części, gdzie gadaliśmy do ścian. W każdym razie mówiliśmy o tym, że pierwszym polskim wydaniem było wydanie książkowe, bo tak jak mówiłeś, wychodził w „Przekroju”, tam był między innymi drukowany. Pierwszym książkowym wydaniem Lovecrafta był tom „Zew Cthulhu”, w którym się znalazły jego najbardziej znane opowiadania. Wydane było przez Czytelnik i tam sporo się można o Lovecrafcie dowiedzieć ze słowa wstępnego napisanego przez mojego imiennika Marka Wydmucha. Teraz już, kiedy rynek jest bogatszy, za dużo książek o Lovecrafcie nie ma. Niemniej ukazała się wydana przez PWN biografia Lovecrafta „Przeciw światu, przeciw życiu” autora, który jest Francuzem i którego nazwisko jest mi tak obce, że jak na nie patrzę, to brzmi jak nazwa jednego z Przedwiecznych.
[01:03:00] - Tak, właśnie Lovecrafta i jego przyjaciół.
[01:03:03] - Pewno na koniec audycji, kiedy Ivellios będzie czytał fragmenty eseju „Przeciw światu, przeciw życiu” wydanego przez PWN, który jest ciekawy. Został przetłumaczony przez Jacka Giżczaka, a wstęp do tego tomu napisał Stephen King, żeby było zabawniej. Kilka ciekawych rzeczy na temat Lovecrafta również z tego wstępu się dowiadujemy. Między innymi tego, że Stephen King jest w takich kategoriach trzeba patrzeć na to, człowiekiem, który czytał Lovecrafta.
[01:03:57] - To jest oczywiste. To jest sztafeta pokoleń. Nie byłoby na świecie Stephena Kinga, gdyby przed nim nie stał Lovecraft. To jest sztafeta pokoleń. To się przetworzyło na jego styl, że tak powiem. Natomiast bez Lovecrafta może by pisał romanse.
[01:04:17] - King w tym wstępie opowiada, że kiedyś wybrał się do Providence i łaził sobie po tych ulicach i w pewnym momencie jego wzrok padł na wystawę. Już nie pamiętam szczegółów, ale padł na wystawę sklepu. Natychmiast przyszedł mu do głowy pomysł na opowiadanie grozy zatytułowane „Poduszka Lovecrafta”, że na tej wystawie jest poduszka i ktoś się pyta, ile kosztuje i dlaczego tak drogo. Jemu odpowiadają, że to jest poduszka Lovecrafta i jak się do niej przyłoży głowę, śpi się, to tam się różne horrory w głowie pojawiają. Notabene Stephen King nie napisał nigdy tego opowiadania, ale jak wspomina, to był jeden z takich pomysłów, które zmroziły go. Pisze o tym, że jego własne pomysły na horrory, które mają mrozić innych, jego samego niespecjalnie mrożą. To znaczy on podchodzi profesjonalnie do tego. Nie czuje się zmrożony swoimi pomysłami, a mówi, ten z tą poduszką Lovecrafta nieco go jednak zmroził. To było coś, co sobie zapamiętał. Inaczej, warto czytać wstępy nawet do takiego długiego eseju, o którym już wspomniałem „Przeciw światu, przeciw życiu”.
Nie jestem w stanie wymówić tego nazwiska. Myślę, że Ivellios zrobi to najlepiej na koniec audycji. Spróbuj, proszę bardzo. Nie podejmujesz się? No właśnie. Z językiem francuskim mam do czynienia niewiele i tak nie za bardzo.
[01:05:59] - Wiesz co, Marek, jak wspomniałeś tą całą anegdotę o poduszce Lovecrafta, przypomniało mi się moje wspomnienie z nastoletnich czasów, kiedy gdzieś tam na wsi próbowałem dosiąść pewnego konia i ten koń mnie bardzo sukcesywnie zwalał równo, chociaż miał siodło. Ja spadałem po prostu z tego konia. Wszedł gospodarz, popatrzył na mnie, pokręcił głową, po czym zwalił to siodło, które było na tym koniu. Powiedział, że to jest do kitu niepodobne. „Ja ci dam swoje.” Zainstalował to swoje siodło, a widziałem, jak on jeździ. Jeździł rewelacyjnie. Zainstalował. „Wsiadaj” powiedział. Wsiadłem i nie spadłem. Wręcz przeciwnie, zacząłem jechać.
Tam była poduszka Lovecrafta, a to było siodło kogoś. Być może rzeczy, że tak powiem, potrafią nas ukierunkowywać w sposób, jaki chcemy. To była taka anegdota.
[01:07:07] - Zerkam sobie tutaj na czat, póki działa i widzę, że jeden z naszych słuchaczy pisze o tym, że widuje „Necronomicon” czasami na wystawie jednej z księgarni. Bo tak, to zaczadzenie mitem poszło tak daleko Już o tym wspominałem, że kilku autorów po tym, jak nasz bohater Lovecraft wspomniał o takim dziele, wspomniał jego historię, naprawdę napisało takie dzieło mniej lub bardziej bełkotliwie, tak jak już mówiłem. I w związku z czym Necronomicon z pomysłu literackiego przedzierzgnął się w rzecz jak najbardziej materialną. Toteż się wcale nie dziwię, że ktoś może takowy Necronomicon gdzieś tam na wystawie zobaczyć. Niemniej akurat ten Necronomicon pewno z Howardem Philipsem Lovecraftem ma już niewiele wspólnego.
[01:08:08] - Po to został wymyślony, żeby teraz być taki, jaki jest. Po prostu w tej chwili ludzie tworzą dalej tą książkę.
[01:08:16] - Tak.
[01:08:17] - Doszywają tam stronki przy internecie, w sieci dopiero będzie robota.
[01:08:22] - To prawda, ale powiem ci, że mit, który stworzył Lovecraft, cały system mitów właściwie, mitologię. Ona ma niezwykłą moc oddziaływania, ponieważ do dzisiaj są ludzie, którzy absolutnie się fascynują, trudno powiedzieć, że poszczególnymi opowiadaniami, właśnie światem, który on stworzył, pewnym postrzeganiem tego świata, pewną historią, która się w jego opowiadaniach Lovecrafta pojawia. Przedwiecznych, tych przybyszy z odległej części kosmosu, którzy gdzieś tu są uśpieni na dnie Oceanu Spokojnego, którzy się wynurzą, którzy mają konkretną formę fizyczną, którą opisuje w jednym z opowiadań. Te takie nie meduzowate, tylko ośmiornicowate głowy przyłączone do korpusu ludzkiego, podobnego do ludzkiego korpusu. Wszędzie ten smród wodorostów i ryb. Jakieś to takie wszystko oślizgłe, paskudne, galaretowate. To jest coś, co ludzi... Ale to byłoby za mało. Zaraz o tym jeszcze więcej powiem, ale na chwilę tobie głos oddam.
[01:09:44] - Wiesz, Marku, bo tak słucham ciebie i dochodzę do wniosku, że właściwie mógłbyś wymienić nazwisko na inne, mówiąc to samo o tych ludziach, o tych, którzy podziwiają, którzy żyją tym mitem stworzonym przez Lovecrafta i całej tej długiej drodze jego, że tak powiem, wizji jego świata. Mógłbyś wymienić nazwisko na inne, na przykład Tolkien. Mógłbyś dalej mówić to samo, bo to jest mniej więcej to. A dlaczego? Dlatego, że tak samo Lovecraft, jak i tak samo Tolkien stworzyli bardzo wiarygodny system znaków, system odniesień i tak dalej do pewnego świata po prostu.
[01:10:36] - Tak, ale to do tego momentu, kiedy nie zacząłem mówić o tych galaretowatych, mackowatych i tak dalej, to do tego momentu zgoda. Natomiast właśnie Lovecraft to mówię: macki, galarety, smród.
[01:10:50] - Ja nie mówię o podrobach, nie mówię o plackach, tylko mówię o istocie rzeczy po prostu.
[01:10:56] - Niemniej jednak i te podroby, jak to nazwałeś poetycko, też znajdują swoich zwolenników. Jakieś pół miesiąca temu mówiliśmy zresztą o tym, że się tam wybieramy na Cthulhucon do Krakowa. Tam się zebrała grupa ludzi, którzy są twórczością Lovecrafta zafascynowani. I tam jeden z prelegentów, pan Marek Golonka, mówił o tym, jak w warunkach na przykład Krakowa, ale każdego innego miasta można wszczepić ten mit lovecraftowski. I powiem ci, na początku podchodziłem sceptycznie. Mówię: „A, no tak”. Gdzieś po 15 minutach zmieniłem zdanie. Było absolutnie profesjonalnie zrobione. Mówię o tej prelekcji, ponieważ autor sypał gotowymi pomysłami. Zwróćmy uwagę na to, że wspomniałem nie bez kozery o tym Miskatonic University, ponieważ on nagle powiedział o tym, że takie miasto jak Kraków z jego bogatą historią naprawdę da się zaprząc do tej mitologii.
Bo wyobraźmy sobie, że w dawnych czasach na Uniwersytecie Jagiellońskim przechowywano w jakiejś tam bibliotece jakieś zakazane dzieło. Może nie Necronomicon, a jakieś inne, jakieś ślady tych przedwiecznych. To był jeden z pomysłów. Tych pomysłów sypały się dosłownie dziesiątki. Sypał nimi zarówno prelegent, jak i ludzie, którzy byli zgromadzeni na sali, zaczęli wymyślać. Tam się w pewnym momencie pojawiła taka historia, że Smok Wawelski, z którego się dzisiaj wszyscy śmiejemy tak naprawdę i którego bardziej kojarzymy z Baltazarem Gąbką i ze szpiegiem z Krainy Deszczowców, który pięknie krzyczał: „Caramba!” można skojarzyć również z czymś, co dla nas w micie dotrwało jako Smok Wawelski, a tak naprawdę było czymś, czemu było bliżej do przedwiecznych i do tych galaret, do tych macek i do tego wszystkiego. To wszystko zależy od optyki, jaką sobie ustawimy.
[01:13:21] - Jeszcze ten prochem zionęło potem, kiedy już ducha wydawało. Czyli to dokładnie pasuje do-
[01:13:28] - Prochem to w tym naszym, w tej naszej baj... A jeszcze zwrócił na ciekawą rzecz uwagę, bo my sobie też nie zdajemy sprawy, że my wszyscy znamy tą legendę o Smoku Wawelskim i nas w ogóle nie dziwi, że w jednej opowieści to krak zabija tego smoka, w drugiej szewczyk Dratewka, jeszcze tam jakiś inny. Jak się dobrze temu przyjrzeć, to się okaże, że ta opowieść o Smoku Wawelskim jest stosunkowo młodym bytem. Już sam Szewczyk Dratewka to w ogóle jest-
[01:14:04] - Najpierw się musiały buci pojawić.
[01:14:07] - Nie, najpierw się musiał pojawić wiek XX czy przełom XIX i XX, a dopiero później się pojawił Szewczyk Dratewka. Ale już sam fakt, że tak namieszane jest w tej opowieści, daje dobry punkt wyjścia do tego, żeby ułożyć historię, że ktoś specjalnie zafałszował historię Smoka Wawelskiego, żeby ukryć coś, co jest groźne, w czym maczali swe nie paluchy, matki chyba przedwieczni.
[01:14:38] - Dobrze Marku, ja zadam ci, póki jeszcze czas, takie bardzo proste pytanie.
[01:14:43] - Póki nas nie urwało.
[01:14:44] - Do twojej wypowiedzi chcę tutaj zadać pytanie: co to jest kozera?
[01:14:52] - Bez kozery powiem pięćset.
[01:14:57] - Co to jest kozera?
[01:14:59] - A co to jest kozera?
[01:14:59] - Skąd powiedzieć?
[01:15:00] - To sobie zaraz sprawdzę, ale mnie zagiąłeś. Przyznaję się. Ale wpadka! Wiedziałem, że nic dobrego mnie dzisiaj w czasie audycji nie spotka. Teraz wróćmy jednak do... Ja się będę czerwienił tutaj, ponieważ nie wiem, co to jest kozera, ale sprawdzę, obiecuję. Natomiast czas wrócić do Lovecrafta. Warto też powiedzieć o tym, że mamy swoje bydgoskie wejście, jeśli chodzi o Lovecrafta, bo pisarz, o którym w swoim czasie zrobiliśmy całą audycję, mianowicie Jurek Gruntkowski, w swoim czasie taką małą książeczkę wydaną przez Bibliotekę Metafory poświęcił właśnie takiej historii, która... Właściwie nie, ja się chyba pomyliłem. To chyba jednak nie było z Lovecraftem.
Dzisiaj jest jakaś pechowa audycja, bo to chyba jednak z Edgar Allan Poe było. Blisko, ale przestrzelone. W każdym razie dobrze, zostawmy wątek bydgoski. Jeśli chodzi o Lovecrafta, to warto powiedzieć, że bardzo wiele osób zarzuca mu, myśmy o tym zresztą już zaczynali wspominać, że jego styl jest niesprawny. Ja się spotkałem z wieloma osobami i przestaje dziwić, dlaczego niektórzy redaktorzy kwestionowali umiejętności pisarskie Lovecrafta. Ja ich nie kwestionuję, wręcz przeciwnie. Natomiast spotkałem ludzi, którym ten styl rzeczywiście wypełniony przymiotnikami, ale zostawmy te przymiotniki, bo to najmniejszy problem, ale taki czasami górnolotny, pozbawiony obserwacji psychologicznych, o czym zresztą możemy przeczytać w tym eseju, który na koniec audycji z przyczyn technicznych będzie dzisiaj przedstawiony. To jest też rzecz charakterystyczna dla prozy Lovecrafta, że on praktycznie nie używa uczuć. Jego postacie pełnią rolę takich chodzących dekoracji, które mają prowadzić do odkrycia przez czytelnika pewnej tajemnicy.
[01:17:37] - Pasy transmisyjne po prostu, które przenoszą tylko znaczenie z wyobraźni autora na naszą. Do tego służą bohaterowie, ale tak jest w każdej książce, w całej literaturze. Bohaterowie są mało ważni, chociaż czasami są wspaniali, ale to też nie odbiera im ich statutu pasa transmisyjnego.
[01:18:03] - Póki działa nam internet, to sobie sprawdziłem, co to jest ta kozera. Znaczeń jest kilka. Dawniej to był powód, przyczyna. Dalej drugie znaczenie to jest kolor atutowy w grze w karty. Także karta atutowa to już w ogóle nie wiedziałem. A w dodatku jeszcze awantura. Trzecie znaczenie awantura, kłótnia. Dziś tylko w wyrażeniu nie bez kozery.
[01:18:28] - Teraz będziemy mogli się spokojnie posługiwać.
[01:18:31] - Ja już się stałem mądry. Chociaż tyle z tej audycji pechowej, że dzisiaj przynajmniej dowiedziałem się, co znaczy nie bez kozery. Będę używał z pełnym zrozumieniem.
[01:18:41] - Ale zwróć Marku na mnie uwagę. Ja co prawda nie wiem wielu rzeczy, ale zwykle zadaję właściwe pytania.
[01:18:47] - Takie kończące. Cios na glebę. Czyli nie bez kozery to nie bez powodu, nie bez przyczyny. Ach, jakąż to mądrością chlustamy. Aż jestem pełen podziwu. Wróćmy jednak do Lovecrafta. Powiedz mi, bo mówiłeś o tym, że sobie tam oglądałeś obrazki w Przekroju i to był twój pierwszy kontakt z Lovecraftem. Kiedy po raz pierwszy Lovecrafta przeczytałeś albo zdecydowałeś, że go nie przeczytasz do końca?
[01:19:17] - Nie, wtedy mając te sześć, siedem lat czytałem tego Lovecrafta.
[01:19:21] - O rany boskie, to już wydarzenie graniczne.
[01:19:23] - Tak, ale po prostu taką wyobraźnię lovecraftowską czy brunoszulcową, to ja po prostu jako dziecko również miałem. Mnie bardziej wtedy fascynowała taka jednak czystość intelektualna, której nie miałem po prostu. I dlatego bardziej się skłaniałem do takiej racjonalnej prozy Stanisława Lema czy Nic innych amerykańskich pisarzy, a nie Lovecrafta, bo Lovecraft był takim moim szefem poprzednim. Ja też tak postrzegałem świat. Co prawda nie w sposobach horrorowych. Natomiast to, że mi się to podobało, to mi się podobało. Pamiętam do dzisiaj te nasiona czy jakieś rośliny rozwijające się, pękające strąki obrzydliwe. To jakieś takie niesamowite.
[01:20:19] - I wszędzie śmierdziało rybami.
[01:20:22] - Aha, to dlatego nie lubisz ryb?
[01:20:25] - Nie. Wiesz co? Nic nie jest tak fajne jak zemsta. Właśnie się będę mścił na tobie, bo Artemius napisał coś takiego i się broń teraz, że teza, że im mniej czytelników, tym bardziej elitarny klub czytelników wydaje mi się trochę śmieszna. Powiem szczerze, że jakoś się dziwnie zgadza. Wyobraźmy sobie, to już mój dodatek. Napisałem książkę, która podoba się tylko mi i mojej żonie. Jestem więc zaraz po sąsiedzie, który napisał książkę, która podoba się tylko jemu.
[01:21:00] - Nie, ale to słuchaj.
[01:21:02] - Poczekaj. Zatem dobra, broń się.
[01:21:09] - Bronię się bardzo prosto. Autor nie wystarczy, żeby dzieło było wielkim hitem.
[01:21:16] - Ale była żona jeszcze.
[01:21:17] - Żona i dwa to jest nic. Gdyby mieli ósemkę, dziesięcioro dzieci, to już by była szansa na to, że będzie dwunastu apostołów, którzy będą po tatusiu i po mamusi rozpowszechniali mit swojej rodziny. Otóż apostołowie są potrzebni. Wyznawcy są niezbędni po prostu, żeby kultywowali wiarę. Autor sam nie ma w ogóle znaczenia.
[01:21:45] - Tutaj jeszcze się dowiadujemy, że jeden z czytelników, Artemius zdaje się, pisze o tym, że Lovecraft zaczynał od poezji i że poetyka jego dzieł jest raczej trafioną diagnozą choroby. Ja powiem tak, już opisywaliśmy na początku, trudno się z tym częściowo przynajmniej nie zgodzić. Opisywałem, że nawet sposób, w jaki żył, to zasłanianie tych zasłon ciężkich. W ogóle chorowitość od dziecka, specyficzny tryb życia. To był jednak dowód na to, że to był postawmy wielki cudzysłów „dziwak.”
[01:22:27] - Wiesz co? Przepraszam, będę tutaj się ustawiał.
[01:22:30] - Ja wiem.
[01:22:33] - Bo co prawda nigdy w życiu nie byłem chorowity i tak dalej, natomiast okna zasłaniam i do tego wychodzę z domu tylko w nocy. Nie dosyć tego, myślę tylko wyłącznie w nocy, czyli powoli zaczynam. Natomiast to nie świadczy o niczym. Po prostu pamiętaj o jednej rzeczy, do czego służy światło? Do oślepiania. Dlatego się zasłania okna. Światło oślepia po prostu. Oczywiście w pewnej dawce rozświetla ciemność. Można i tak na to patrzeć, ale w zbyt dużej dawce po prostu oślepia.
[01:23:09] - Wiesz co? Ja widzę jeszcze jedną analogię pomiędzy Lovecraftem a twoją szanowną osobą. Otóż Lovecraft, podobnie jak ty, nie miał parcia, dzisiaj się mówi na szkło, ale wtedy to na karty, na karty książek. On owszem, rozsyłał do różnych czasopism swoje opowiadania, ale jak przeczytałem list, jaki kierował do redaktorów, ton, jakim był ten list napisany, to powiem ci, ja bym w ogóle nie wydrukował, bo on robił dużo, żeby zniechęcić tego redaktora. Mówił, w ilu to pismach mu już to odrzucono, że to jest właściwie wcale nie jest dobre i w ogóle nie poleca mu i że właściwie się wcale nie będzie dziwił, jak zostanie odrzucone. I tak dalej. Ja dokładnie tego nie mam w tej chwili pod ręką, nie mogę tego przytoczyć, ale to mniej więcej ta poetyka. Skąd podobieństwo? Bo Wiktor najbardziej zapala się i najbardziej podekscytowany jest wtedy.
[01:24:17] - Kiedy mogę opowiedzieć komuś swoją powieść. A właściwie po cholerę mam pisać coś?
[01:24:21] - Czasami tego zapału starcza mu na napisanie pierwszych trzech, czterech, pięciu stron.
[01:24:29] - Napisałem tysiące opowiadań i tysiące powieści w wersji dwustronicowej.
[01:24:38] - Kolejne dwieście pięćdziesiąt stron nie powstało.
[01:24:41] - Wszystkie były genialne, ale to ja tylko wiem o tym.
[01:24:46] - Tak. Stąd też kolejny przyczynek do zrozumienia, dlaczego postać Lovecrafta jest w gruncie rzeczy jednak bliska Wiktorowi.
[01:24:57] - Bardzo go lubię. Polubiłem go nie tylko szykując się tutaj do tej audycji. Poza tym wiesz Marku, ja uwielbiam dziwaków. Obojętnie jaki on tam był, co miał nie w porządku, to tym bardziej. Był oryginalny, nie był nijaki.
[01:25:20] - Tu Artemius jeszcze pyta, że ponieważ ludzie wysyłali mu teksty i proponowano mu objęcie funkcji redaktora w jednym z pism, nie tyle SF, co pism zajmujących się grozą, to chyba nie był nieznany. Tak, rzeczywiście w pewnym gronie znany był, ale w warunkach amerykańskich być znanym oznacza coś zupełnie innego. To, że ceniono go jako redaktora i tu jego sława rzeczywiście była spora. On był naprawdę cenionym redaktorem, ale nie pisarzem. Z pisarzem to bywało różnie, z jego oceną.
[01:26:02] - Pisarstwo w Ameryce zawsze się przekładało na kasę. Skoro kasy z tego nie było, to nie byłeś pisarzem.
[01:26:08] - Tytułem wyjaśnienia. Natomiast jego proza nie była rozchwytywana. Przez tych, którzy go pokochali jako pisarza, to absolutnie tak. Natomiast nie było ich na początku przynajmniej tak specjalnie wielu. To jest może dosyć ważne, żeby to podkreślić. W każdym razie jeszcze tak: koniec jego życia był dosyć taki... On był chorowity, dopadła go choroba nowotworowa. Był 1937 rok, o ile dobrze pamiętam, marzec. On był człowiekiem, który nie narzucał się swojemu otoczeniu. Już mówiliśmy o tym wcześniej, ale nawet w ostatnich chwilach życia był człowiekiem, który, jakkolwiek to zabrzmi, to powiem: był pacjentem wzorowym.
Przywieziono go do szpitala bodajże 10 marca, 15 zmarł. To była zaawansowana choroba nowotworowa z przerzutami, choroba jelit. On przez te pięć dni, kiedy był w szpitalu, był wzorowym pacjentem. Nie narzekał, nie marudził. Był po prostu wycofany, tak jak przez całe życie właściwie. To też jest taki rys pokazujący, że to chyba nie była jednak poza. Głupia teza, głupia wypowiedź. Taki miał styl bycia, taki po prostu był. Naprawdę. To nie była żadna gra.
[01:27:50] - Zobacz, czegokolwiek się człowiek nie dotyka przy takim pisarzu, przy takim wymiarze pisarza, to nagle się coś dziwnego zaczyna dziać, bo ja w tym momencie jeszcze bardziej go lubię.
[01:28:01] - Za co? Że tak umierał po cichu?
[01:28:02] - Nie. On zmarł 15 marca, a ja się urodziłem cztery dni później.
[01:28:08] - Tylko nie w tym roku.
[01:28:09] - Nie w tym roku, ale to ma znaczenie? Epoka się liczy. W tej samej epoce, cztery dni później.
[01:28:16] - Gdybym wierzył w wędrówkę dusz, to jeszcze można by powiedzieć, że to przeszło na ciebie później. Można i tak. Tym bardziej że łączy was jakieś pokrewieństwo co do odnoszenia się do świata. Powiem tak: zadałem ci pytanie, kiedy się pierwszy raz zetknąłeś. Powiedziałeś, jak miałeś sześć lat. Wybacz, Wiktor, choć na pewno byłeś genialnym dzieckiem, nie wątpię w to w ogóle. Natomiast nie wierzę w to, że sześciolatek, który przeczytał którekolwiek z opowiadań Lovecrafta, mógł za dużo zrozumieć.
[01:29:02] - Ale rozum tutaj nie był do niczego potrzebny.
[01:29:05] - Ja wiem!
[01:29:05] - Ja pamiętam wtedy, dokładnie pamiętam, jak ja odbierałem te opowiadania. Nic nie rozumiałem. Natomiast wrażenie kolorytu i magii tego-
[01:29:16] - I smród ryb.
[01:29:18] - Nie, smrodu ryb też nie pamiętam. Pamiętam tylko właściwie ogromną barwność i skomplikowana taka... To nie było obrzydzenie, bo dziecko jeszcze nie ma obrzydzeń.
[01:29:29] - Dobrze. Źle sformułowane pytanie, to teraz je już tak kończąco sformułuję. Kiedy świadomie przeczytałeś Lovecrafta?
[01:29:38] - Nigdy. Dziękujemy. Tamto mi wystarczyło dopiero w tej chwili, że tak powiem, mając z górą, zajrzałem sobie, pamiętam parę razy do jakiegoś, mówiąc wprost, przestanę sobie patrzeć w te opowiadanka. I dalej uważam, że przy całej nierzęczności w różnych rzeczach one są fascynujące. One są fenomenalne, po prostu facet pisał to, co myślał i wiedział, jakie wrażenie ma odnieść czytelnik. Tak to napisał.
[01:30:26] - Wiesz, wspominaliśmy już dzisiaj o tej zadziwiającej... Nie, nie jest zadziwiająca. Ona mnie nie dziwi, chociaż niektórzy tym mianem właśnie określają. Więc powtarzam: o tym zadziwiającym połączeniu grozy i science fiction Lovecrafta.
[01:30:43] - Ja ci powiedziałem, to była epoka przejściowa. Stare zostało wymienione przez nowe, a Lovecraft był tą formą przejściową.
[01:30:55] - Tak, ja rozumiem. Bo wiesz, kiedy Lovecraft tworzył swoje opowieści „Zew Cthulhu”, „Kolor przestworzy”, to dawno już funkcjonowały na rynku takie książki jak na przykład „Księżniczka Marsa” Toborowska albo na przykład, zawsze zapominam jego nazwisko, ten od „Więźnia na Marsie”. Leroux, tak. „Więzień na Marsie”. To były jednak innej klasy opowieści. Leroux też stara się jakiś element grozy wprowadzać, jakieś wampiropodobne i tak dalej na tym Marsie się szwendają, ale jednak to nie było to. To jednak były zupełnie inne opowieści.
[01:31:51] - To były rewelacyjne komiksowe opowieści, że tak powiem, fabularne. Natomiast Lovecraft tworzył przede wszystkim, tak jak mówię, psychologizm żaden, natomiast atmosfera, nastrój Nastrój ogromny, ekspresja tego całego.
[01:32:10] - Ja powiem tak, że w dodatku odnoszę takie wrażenie, że Lovecraft to jest człowiek, który może być potwierdzeniem dla tych piszących. To taka wycieczka w stronę ABW. Dla tych wszystkich piszących, którzy mówią, że dla nich najważniejszy jest w prozie nastrój. Ja nigdy tego tak nie czułem, może nie teraz, ale zaczynam to przez pryzmat opowiadań Lovecrafta bardziej rozumieć.
[01:32:46] - Tak, bo to jest najważniejsze, chociaż za tym nie idzie sława ani popularność, bo dbając o nastrój, opuszczasz tempo akcji, rozrywkowość i tak dalej. I w tym momencie będziesz doceniony przez smakoszy, tak samo jak jest doceniany Lovecraft, natomiast popularności masowej nigdy nie zdobędziesz, bo masa nastrojem się nie żywi.
[01:33:16] - To prawda.
[01:33:17] - Przepraszam.
[01:33:23] - Tak?
[01:33:25] - Powiedziałem, że masa nastrojem się nie żywi, a zapomniałem, że przecież na przykład panika na giełdzie amerykańskiej to był właśnie wspaniały dowód na to, że masa potrafi żywić się też nastrojem.
[01:33:39] - To tak. No dobrze, wiesz co, ja myślę, że dzisiejsza audycja w sposób niezamierzony okazała się niezwykle pechowa pod różnym względem. Na szczęście na temat Lovecrafta powie coś, właściwie za pośrednictwem Marka przekaże swoje myśli autor rozbudowanego eseju „Przeciw światu, przeciw życiu”, który właśnie o życiu, o prozie Lovecrafta opowiada. Dlatego myślę, że powie to przynajmniej w sposób bardziej uporządkowany. Bardzo polecam tę książkę. My już chyba dzisiaj postaramy się wymiksować. Nie w pełni usatysfakcjonowani, bo tematów mamy w gruncie rzeczy jeszcze sporo.
[01:34:39] - Wiesz, temat Lovecraft, wiesz jaki to jest temat, Marek? Tak naprawdę to jest taka głęboka studnia, gdzie dna nie wiadomo. Pośrodku są opary, zapach tych ryb stęchłych i tak dalej, a do dna jest daleko i być może nigdy tam nie dojrzymy, nie dotrzemy, ale wyznawcy Lovecrafta znajdą tego szpila.
[01:35:06] - No dobrze, to wiesz co? Dzisiaj troszkę wcześniej niż zwykle, ale to jeszcze nie koniec audycji, bo powtarzam jeszcze przynajmniej ze 30 minut tego eseju o Lovecrafcie. Bardzo do niego zapraszamy i zachęcamy. My się będziemy żegnać dzisiaj już troszeczkę, mówiąc szczerze, nieusatysfakcjonowani tym wszystkim, co się dzisiaj działo. Ale tak już niestety. Zaraz mnie dobijesz.
[01:35:40] - Mówiąc o Lovecrafcie i jego-
[01:35:46] - Wiktora niestety słabo słychać.
[01:35:50] - Jeszcze raz, przepraszam Marku, nie słyszeliśmy.
[01:35:52] - Wiktora dosyć słabo słychać.
[01:35:55] - Wiktora słabo słychać.
[01:35:56] - Mnie słabo słychać, bo już wydaję ostatnie tchnienie. Natomiast po prostu powiedziałeś, że będziemy się żegnać, Marku.
[01:36:06] - To już na szczęście da się w dosyć prosty sposób wyjaśnić. Dobrze, to ja myślę, że w tej chwili już chyba nadszedł ten czas, żebyśmy dzisiejszą audycję skończyli, bo myślę, że jakieś pasmo różnych niepowodzeń należy w końcu przerwać. Zapraszamy za tydzień na ABW. Sporo opowiadań się nazbierało. Co więcej, mamy taki mały remanent, bo jednak z przyczyn technicznych, właściwie przeze mnie zawinionych częściowo, jedno opowiadanie kamienne jeszcze się ostało. Zaprezentujemy je w takim razie w najbliższym odcinku ABW. No cóż, a za dwa tygodnie miejmy nadzieję, że z lepszym rezultatem. Mniej będzie przerywać. Porozmawiamy o książce z zupełnie innej rzeczywistości, chociaż do science fiction nawiązującej, a mianowicie do książki Richarda Morgana. Książki, która namieszała w tak zwanym fandomie, bo jest to książka z gatunku science fiction.
Nazywa się „Modyfikowany węgiel”. To będzie właściwie punkt wyjścia, bo oczywiście jak zwykle nie będziemy jej opowiadać, ale ten rodzaj czarnego kryminału osadzonego gdzieś w dalekiej przyszłości będzie dobrym punktem wyjścia do tego, żeby sobie porozmawiać o kondycji człowieka. Czym człowiek właściwie jest? Dlaczego niektórzy uważają, że człowiek to rzecz, którą się da skopiować bez żadnego problemu? Jaki to ma związek na przykład z teleportacją? I tak dalej. Myślę, że sporo będzie w tym odcinku filozofii, fantastyki też trochę, SF, ale w gruncie rzeczy powieść Morgana jest dobrym punktem wyjścia do tego, żeby sobie w ogóle porozmawiać o człowieku — tak jak już powiedziałem — o tym, jacy jesteśmy, co nas nakręca, czy czasami brak nie jest ważniejszy od posiadania czegoś, czy to, że moglibyśmy być nieśmiertelni, nie sprawi, że staniemy się nieludzcy. Wiem, że jak się na tę tezę patrzy w ten sposób, że człowiek sobie myśli: „Chciałbym sobie jeszcze trochę pożyć, dlaczego mam umierać?”, to te moje wątpliwości wydają się głupie, delikatnie mówiąc. Natomiast można na ten problem spojrzeć od innej zupełnie strony i wtedy się okaże, że społeczeństwa ludzi nieśmiertelnych czy prawie nieśmiertelnych, mogą stać się też społeczeństwami ludzi przeraźliwie okrutnych. Przede wszystkim nie-ludzi.
Jeśli nie ma śmierci, to wszystko wolno. Jeśli nie można kogoś skazać na śmierć, to jak go można ukarać? Można sprawić, żeby cierpiał tak długo, aż dostanie pomieszania zmysłów. Czyli hodujemy sadystów. To oczywiście jest tylko jedna z możliwości, którą przytaczam. Tych problemów, które za sprawą książki Morgana się pojawiają, jest znacznie więcej. Natomiast zapraszamy za dwa tygodnie. W takim razie Richard Morgan i „Modyfikowany węgiel”, a za tydzień ABW. Dziękujemy pięknie. Dziękujemy za przetrwanie wszystkim, którzy byli na tyle dzielni, że te wszystkie przerwy byli w stanie znieść.
Zapraszamy na fragmenty eseju o Howardzie Phillipsie Lovecrafcie „Przeciw światu, przeciw życiu”. Jeszcze raz dziękujemy. Dobranoc wszystkim.
[01:40:33] - A autorem tego eseju jest, jak mi podpowiedział przed chwilą Translator Google, Michel Houellebecq.
[01:40:41] - Houellebecq? Ja mówiłem w pewnym momencie audycji, że on się nazywa tak niczym któryś z przedwiecznych. Mógł być Ktulu, mógł być Houellebecq, więc nie ma żadnego problemu. W każdym razie może facet się nie nazywa tak, że potrafię wymówić, ale pisze naprawdę, moim zdaniem, rozsądnie, a w każdym razie nieźle postać Lovecrafta analizuje. I tym optymistycznym akcentem, mam nadzieję, jeszcze raz dziękuję wszystkim i dobranoc.
[01:41:16] - A mówili te słowa do państwa dzisiaj, raz przez internet, raz przez telefon, Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz, gospodarze „Bibliotekarium”. Audycję od strony technicznej obsługiwał jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". Ja tylko jeszcze powiem, że pamiętam, kiedyś podobna sytuacja wystąpiła w Polskim Radiu, w Radiowej Jedynce i tam również audycję naukową, ponadgodzinną, redakcja musiała przeprowadzić drogą telefoniczną. Nie było jeszcze wtedy HD Voice, bo nam się dzisiaj HD Voice włączyło w trakcie tego drugiego połączenia, więc ta jakość dźwięku jest troszkę, nawet dużo lepsza niż normalnie. Ale wtedy jeszcze tego HD Voice nie było. I wyobraźcie sobie, jaka kaszana jakościowa, techniczna poleciała na antenie. A jednak się udało. Także w Radiu Paranormalium. Widzę, że już Marek chyba się rozłączył.
[01:42:11] - Nie, jeszcze jesteśmy. Wsłuchujemy się.
[01:42:16] - Dobrze, to teraz na antenie Radia Paranormalium zapowiadane fragmenty eseju Michela Houellebecqa „Howard Phillips Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu”. Rozdział drugi: Techniki zaskoczenia. Literatura rytualna. Stworzyć wielki, popularny mit to stworzyć rytuał, na który czytelnik niecierpliwie czeka, który odkrywa na nowo z rosnącą przyjemnością, urzeczony za każdym razem owym powtórzeniem ujętym słowa, lekko jedynie zmienione, rytuał, który czytelnik odczuwa jako nowe pogłębienie. W takim ujęciu rzecz wydaje się niemal prosta, a jednak rzadko zdarza się coś podobnego w historii literatury. W rzeczywistości nie jest to wcale łatwiejsze od stworzenia nowej religii. By wyobrazić sobie, z czym mamy tu do czynienia, trzeba by spróbować osobiście odczuć tę wielką frustrację, jaka ogarnęła Anglię po śmierci Sherlocka Holmesa. Conan Doyle nie miał wyboru. Musiał wskrzesić swojego bohatera.
Kiedy w obliczu śmierci sam musiał złożyć broń, światem owładnęło uczucie smutnej rezygnacji. Od tej chwili trzeba się było zadowolić pięćdziesięcioma istniejącymi Sherlockami Holmesami, czytać je, niestrudzenie odczytywać na nowo. Trzeba było zadowolić się naśladowcami i komentatorami, przyjmować z gorzkim uśmiechem nieuniknione i czasem zabawne parodie, kryjąc w sercu nostalgię za niemożliwym dalszym trwaniem centralnego jądra, absolutnego serca mitu. Za starą szkatułką z Indii, w której leżałyby zachowane w magiczny sposób niewydane książki o Sherlocku Holmesie. Lovecraft, który podziwiał Conan Doyle'a, zdołał stworzyć mit równie popularny, równie żywotny i niepodważalny. Wspólną cechą pisarzy była, jak powiadają, nieprzeciętna umiejętność narracji. Rzecz jasna. Lecz w grę wchodzi coś innego. Ani Alexander Dumas, ani Juliusz Verne nie byli miernymi narratorami. A jednak nic w ich dziele nie może się równać z postacią detektywa z Baker Street.
Historie o Sherlocku Holmesie skupiają się na bohaterze, podczas gdy u Lovecrafta nie spotykamy żadnego prawdziwego przedstawiciela gatunku ludzkiego. Oczywiście jest to ważna różnica, bardzo ważna, lecz bynajmniej nie zasadnicza. Można ją porównywać do różnicy między religiami teistycznymi i religiami ateistycznymi. To, co zbliża ich w naprawdę fundamentalny sposób, ów w gruncie religijny aspekt, jest wyjątkowo trudne do zdefiniowania. Trudno byłoby nawet stanąć z nim twarzą w twarz. Drobna różnica, którą również można odnotować, nieznaczna z punktu widzenia historii literatury, tragiczna dla osoby, polega na tym, że Conan Doyle miał dość okazji, by zdać sobie sprawę, że oto tworzy coś w rodzaju autentycznej mitologii. Lovecraft nie. W chwili śmierci ma nieodparte wrażenie, że jego dzieło zginie wraz z nim. A przecież ma już uczniów, lecz nie traktuje ich w ten sposób. Owszem, korespondując z młodymi pisarzami Bloch, Belknap, Long, lecz niekoniecznie radzi im wkroczyć na tę samą drogę.
Nie uważa się za mistrza czy wzór do naśladowania. Ich pierwsze próby ocenia z wyjątkową delikatnością i skromnością. Będzie dla nich prawdziwym przyjacielem, taktownym, ujmującym i miłym, nigdy intelektualnym mistrzem. Lovecraft absolutnie niezdolny, by pozostawić jakikolwiek list bez odpowiedzi, nie monitorujący dłużników, kiedy nie płacą mu za wykonane korekty, systematycznie lekceważący swój wkład w opowiadania, które bez niego nawet by nie powstały. Lovecraft przez całe życie będzie się zachowywał jak prawdziwy dżentelmen. Oczywiście chciałby zostać pisarzem, lecz nie za wszelką cenę. W roku 1925, w chwili przygnębienia notuje: "Jestem niemal zdecydowany nie pisać już opowiadań, lecz po prostu marzyć, gdy mam chęć ku temu, nie zatrzymując się nad czymś tak pospolitym, jak zapisywanie mych marzeń dla publiczności wieprzów. Stwierdziłem, że literatura nie jest zajęciem stosownym dla dżentelmena i że pisanie musi być traktowane jedynie jako elegancka sztuka, której należy się oddawać nieregularnie i z dystansem". Koniec cytatu. Na szczęście będzie kontynuował, a jego największe opowiadania powstaną już po tym liście.
Ale do końca pozostanie przede wszystkim starym, uprzejmym dżentelmenem urodzonym w Providence w Rhode Island. I nigdy, ale to nigdy zawodowym pisarzem. Rzecz paradoksalna. Postać Lovecrafta fascynuje po części dlatego, że jego system wartości jest całkowicie przeciwstawny naszemu. Wyznając poglądy dogłębnie rasistowskie, otwarcie reakcyjne, wychwala purytańskie zakazy i uznaje, jakżeby inaczej, za odpychające bezpośrednie przejawy erotyzmu. Zdecydowany przeciwnik komercji gardzi pieniądzem, uważa demokrację za głupotę, a postęp za iluzję. Na słowo wolność, tak drogie Amerykanom, reaguje sarkastycznym chichotem. Przez całe życie zachowa typowo arystokratyczny, pogardliwy stosunek do ludzkości jako takiej, połączony z wyjątkową sympatią do poszczególnych osób. Tak czy inaczej, wszyscy, którzy mieli do czynienia z Lovecraftem osobiście, odczuli ogromny smutek na wieść o jego śmierci. Robert Bloch na przykład napisze, cytat: "Gdybym znał prawdę o jego stanie zdrowia, poszedłbym na kolanach do Providence, by się z nim zobaczyć".
Koniec cytatu. August Derleth poświęci resztę swojego życia na gromadzenie, rekonstrukcję i publikowanie odnalezionych pośmiertnie fragmentów opowiadań zmarłego przyjaciela. I dzięki Derlethowi oraz kilku innym, ale zwłaszcza dzięki Derlethowi, dzieło Lovecrafta ujrzało światło dzienne. Dziś patrzymy na nie jak na imponującą barokową budowlę opasaną szerokimi, imponującymi schodami, które są niczym kolejne kręgi spirali absolutnej grozy i oczarowania. Pierwszy krąg, najbardziej zewnętrzny: korespondencja i wiersze. Tylko w części opublikowane, w jeszcze mniejszej części przełożone. Korespondencja jest, to prawda, imponująca. Około 100 000 listów. Niektóre liczą 30 czy 40 stron. Jeśli chodzi o wiersze, do dziś nie sporządzono żadnego pełnego wykazu.
Drugi krąg zawierałby opowiadania, w których pisaniu Lovecraft brał udział. Czy to w przypadku, gdy od początku pisanie miało formę współpracy, jak z Kennethem Sterlingiem czy Robertem Blochem, czy wtedy, gdy autor mógł korzystać z poprawek Lovecrafta. Przykłady niezwykle liczne.Współpraca Lovecrafta przybiera tu różne formy. Czasem posuwa się do napisania tekstu zupełnie od nowa. Można tu dorzucić opowiadania napisane przez Derletha na podstawie notatek i fragmentów pozostawionych przez Lovecrafta. W trzecim kręgu docieramy do opowiadań rzeczywiście napisanych przez Howarda Philipsa Lovecrafta. Tu, rzecz jasna, każde słowo się liczy. Całość jest opublikowana po francusku i nie możemy już mieć nadziei, że się powiększy. Wreszcie możemy w sposób bezsporny wyznaczyć czwarty krąg. Absolutne jądro mitu HPL, na który składają się teksty nazywane wciąż przez najbardziej wytrwałych miłośników Lovecrafta, jakby wbrew nim samym, wielkimi tekstami.
Wymieniam je dla czystej przyjemności wraz z datą napisania. „Zew Cthulhu” 1926 rok, „Kolor z przestworzy” 1927, „Koszmar w Dunwich” 1928, „Szepczący w ciemności” 1930, „W górach szaleństwa” 1931, „Sny w domu wiedźmy” 1932, „Widmo nad Innsmouth” 1932 i „Cień spoza czasu” 1934. Nad całością budowli wzniesionej przez Lovecrafta unosi się jeszcze, niczym warstwa ruchomych mgieł, dziwny cień jego własnej osobowości. Możemy uznać za przesadną, wręcz chorobliwą atmosferę kultu, jaka otacza jego postać, jego czyny, każdy z jego tekstów. Lecz zmienimy zdanie, mogę to zagwarantować, kiedy zagłębimy się w wielkie teksty. Jest czymś naturalnym składać hołd człowiekowi, który wyświadcza nam tyle dobrodziejstw. Nie zapomniały o tym kolejne pokolenia miłośników Lovecrafta. I jak to się dzieje zawsze, postać pustelnika z Providence stała się dziś niemal równie mityczna jak jego kreacje. Rzecz nadzwyczajna. Wszystkie próby demistyfikacji spełzły na niczym.
Żadna szczegółowa biografia nie zdołała rozwiać nimbu patetycznej dziwności, jaki otacza tę postać. Zaś Sprague de Camp po napisaniu pięciuset stron musi wyznać: „Nie do końca zrozumiałem, kim był H.P. Lovecraft”. Bez względu na to, jak na niego patrzymy, Howard Phillips Lovecraft był naprawdę bardzo szczególną istotą ludzką. Dzieło Lovecrafta można porównać do gigantycznej maszyny marzeń, niespotykanych rozmiarów i ogromnej skuteczności. Ani chwili spokoju czy dystansu w jego literaturze. Oddziaływanie na świadomość czytelnika jest to brutalne, dzikie, przerażające i rozpraszania się niebezpiecznie wolno. Ponowna lektura niczego w istotny sposób nie zmienia. Może ewentualnie rodzi się w nas tylko pytanie, jak on to robi? To pytanie w tym szczególnym przypadku nie ma w sobie nic niestosownego czy śmiesznego.
W istocie tym, co charakteryzuje jego dzieło na tle dzieł normalnej literatury, jest fakt, że uczniowie czują, iż mogą, przynajmniej w teorii, skrupulatnie dozując składniki wskazane przez mistrza, uzyskać rezultaty podobnej czy wyższej jakości. Nikt nigdy nie próbował na serio kontynuować Prousta. Lovecrafta owszem. I nie chodzi tylko o drugorzędne dzieła mające charakter hołdu czy parodii, lecz o autentyczną kontynuację, co jest przypadkiem wyjątkowym w historii współczesnej literatury. Rola generatora marzeń odgrywana przez Lovecrafta nie ogranicza się zresztą tylko do literatury. Jego dzieło, przynajmniej w tym samym stopniu co twórczość Roberta Ervina Howarda, choć w sposób bardziej podskórny, wpłynęła na wielką odnowę ilustracji fantastycznej. Nawet muzyka rockowa, zwykle z ostrożnością odnosząca się do literatury, musiała złożyć mu hołd. Hołd potęgi dla potęgi, mitologii dla innej mitologii. Gdy chodzi o wpływ pism Lovecrafta na domenę architektury czy kino, jest on całkiem oczywisty dla wrażliwego czytelnika. Chodzi naprawdę o całkiem nowy świat, który trzeba zbudować.
Stąd waga podstawowego budulca i sposobów wiązania, by przedłużyć trwanie. Howard Phillips Lovecraft nie był teoretykiem. Jak słusznie zauważył Jacques Bergier, wprowadzając element materializmu w samo jądro grozy i ferrycznych wizji stworzył nowy gatunek. Nie chodzi już o to, by wierzyć czy nie wierzyć, jak w historiach o wampirach albo wilkołakach. Nie ma innej interpretacji, nie ma ucieczki. Żaden autor fantastyki nie jest mniej psychologiczny, mniej dyskusyjny. Nie wydaje się jednak, by w pełni uświadamiał sobie, co robi. Owszem, poświęcił 150-stronicowy esej dziedzinie fantastyki literackiej, lecz przy ponownej lekturze esej zatytułowany „Nadnaturalny horror w literaturze” nieco rozczarowuje. Szczerze mówiąc, odnosi się nawet wrażenie, że książka jest lekko przestarzała i ostatecznie zaczynamy rozumieć dlaczego. Po prostu nie bierze pod uwagę wkładu samego Lovecrafta w dziedzinę fantastyki.
Dowiadujemy się z niej wiele na temat jego rozległej kultury i gustów. Dowiadujemy się, że podziwiał Poego, Dunsany'ego, Mashana, Blackwooda, lecz nic nie wskazuje na to, co on sam kiedyś napisze. Ten esej powstawał w latach 1925-1926, zatem na krótko przed tym, jak Lovecraft zacznie pisać swoje wielkie teksty. Jest w tym prawdopodobnie coś więcej niż zwykła zbieżność. Bez wątpienia odczuł potrzebę, pewnie nieświadomą, która być może nie była nawet podświadoma. Powiedzielibyśmy raczej potrzebę organiczną, by podsumować wszystko to, czego dokonano w dziedzinie fantastyki, by doprowadzić do eksplozji, wkraczając na całkiem nowe ścieżki. Poszukując stosowanych przez Lovecrafta technik kompozycji literackiej, możemy również ulec pokusie szukania wskazówek w listach, komentarzach, radach, jakich udzielał swoim młodym korespondentom. Lecz i tu rezultat może jedynie zbić z tropu i rozczarować. Po pierwsze dlatego, że Lovecraft bierze pod uwagę osobowość swojego interlokutora. Zawsze na początku próbuje zrozumieć, co autor chciał zrobić.
Następnie zaś formułuje bardzo precyzyjne i konkretne rady, dokładnie dostosowane do opowiadania, o którym mówi. Co więcej, często zdarza mu się udzielać wskazówek, które sam najchętniej odrzuca. Będzie nawet radził, by nie nadużywać przymiotników takich jak monstrualny, nienazwany, niepojęty. Co, kiedy czytamy jego własne teksty, wydaje się dość dziwne. Jedyne zalecenie o charakterze ogólnym znajduje się w liście z 8 lutego 1922 roku adresowanym do Franka Belknapa Longa. Cytat: „Nigdy nie próbuję pisać historii, lecz czekam, aż historia zechce być napisana. Kiedy z rozmysłem siadam do pracy, by napisać opowiadanie, efekt jest płaski i miernej wartości". Koniec cytatu. Jednak Lovecraft nie pozostaje obojętny na kwestie chwytów kompozycyjnych. Tak jak Baudelaire'a, jak Edgara Poego fascynuje go myśl, iż ścisłe zastosowanie pewnych schematów, pewnych formuł, pewnych zasad symetrii z pewnością umożliwi osiągnięcie perfekcji.
Podejmie nawet próbę określenia tych zasad w rękopiśmiennym dziełku długości trzydziestu stron zatytułowanym „Księga Rozumu". W pierwszej, bardzo krótkiej części udziela ogólnych rad na temat sposobu pisania opowiadania fantastycznego czy nie. Próbuje następnie ustalić typologię podstawowych elementów wywołujących przerażenie użytecznych w opowiadaniu grozy. Jeśli chodzi o ostatnią część dzieła, zdecydowanie najdłuższą, składa się na nią seria notatek pochodzących z lat 1919-1935, z których każda zawiera się na ogół w jednym zdaniu i może służyć za punkt wyjścia do fantastycznej opowieści. Ze zwykłą sobie wielkodusznością Lovecraft chętnie użyczał przyjaciołom swoich rękopisów, zalecając, by bez skrępowania posłużyli się tym czy innym pomysłem jako punktem wyjścia do dzieł ich własnego pióra. Owa „Księga Rozumu" jest w istocie rzeczy i nade wszystko niezwykłym stymulatorem wyobraźni. Znajdujemy tam zalążki oszałamiających pomysłów, z których dziewięć dziesiątych nigdy nie zostało rozwiniętych ani przez Lovecrafta, ani przez nikogo innego. Zaś jej nader krótka część teoretyczna potwierdza, jak wysoce Lovecraft cenił literaturę fantastyczną, jej absolutny uniwersalizm, głębokie związki z podstawowymi elementami ludzkiej świadomości. Podstawowym elementem wzbudzającym grozę jest dla niego na przykład każdy nieunikniony i tajemniczy marsz ku przeznaczeniu. Lecz gdy chodzi o stosowane przez niego techniki kompozycji, wciąż nie dowiadujemy się niczego.
Jeśli „Księga Rozumu" wskazuje na podstawowy podulec, nie daje nam żadnych wskazówek co do sposobów wiązania. Może jednak wymagamy od Lovecrafta zbyt wiele. Jest rzeczą trudną czy wręcz niemożliwą obcować z jego geniuszem i zarazem pojmować ten geniusz. Istnieje tylko jeden sposób, by dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej. W sposób najbardziej zresztą logiczny. Zanurzyć się w fikcji literackiej stworzonej przez Lovecrafta. Przede wszystkim w wielkich tekstach napisanych w ostatnich dziesięciu latach życia, gdzie wykorzystuje w pełni swoje możliwości. Lecz także w tekstach wcześniejszych. Ujrzymy tam, jak budzą się kolejno do życia środki artystycznego wyrazu, zupełnie jak instrumenty, które jeden po drugim podejmują muzyczny motyw, by zaraz pogrążyć się wspólnie w furii szalonej opery. Wtedy zobaczycie potężną katedrę.
Można zasadnie porównać tradycyjną powieść do umieszczonej w wodzie starej dętki, z której uchodzi powietrze. To, z czym mamy do czynienia, to stały, dosyć słaby wyciek. Ropień, z którego wypływa w końcu tylko zmieszana materia nicości. Lovecraft energicznie kładzie dłoń na niektórych miejscach tej dętki. Seks, pieniądze Skąd nic nie powinno wydobyć się na powierzchnię. To technika zacisku. Efektem w wybranych przez niego miejscach jest potężny strumień, niezwykły wykwit obrazów. Być może tym, co przy pierwszej lekturze tekstów Lovecrafta robi największe wrażenie, są opisy architektury w opowiadaniach "Cienie spoza czasu" oraz "W górach szaleństwa". Tu bardziej niż w innych tekstach stajemy w obliczu całkiem nowego świata. Nawet strach znika.
Znikają wszelkie ludzkie uczucia poza fascynacją, która po raz pierwszy przybiera tak wyniosłą formę. Jednak w podziemiach wymyślonych przez Lovecrafta gigantycznych cytadeli czają się istoty z koszmarnego snu. Wiemy to, lecz o tym zapominamy, jak zdarza się zapomnieć jego bohaterom, którzy suną jak we śnie ku katastrofalnemu przeznaczeniu, niesieni czysto estetyczną ekscytacją. Lektura tych opisów w pierwszej chwili pobudza, potem jednak zniechęca do wszelkich prób adaptacji wizualnej, malarskiej czy filmowej. Obrazy przenikają na poziom świadomości, lecz żaden nie wydaje się dość wzniosły, dość monumentalny. Żaden nie dorównuje snom. Jeśli chodzi o nawiązania architektoniczne w prawdziwym tego słowa znaczeniu, do dziś nikt nie spróbował czegoś podobnego. Załóżmy, że ten czy ów młody człowiek urzeczony lekturą opowiadań Lovecrafta postanowi studiować architekturę, by potem urzeczywistniać jego fantazje. Prawdopodobnie rozczaruje się i nie odniesie sukcesu. Nijaka i pozbawiona wyrazu funkcjonalność nowoczesnej architektury, upór, z jakim trwa ona przy prostych i ubogich formach, używa zimnych i tandetnych materiałów.
Nie są dziełem przypadku i nikt, przynajmniej przez kilka następnych pokoleń, nie wzniesie ferrycznych koronek pałacu Irem. Odkrywamy architekturę stopniowo i pod różnymi kątami. Przemieszczamy się wewnątrz. Oto czego nigdy nie odda żaden obraz, ani nawet film. Tę cechę snu Howard Phillips Lovecraft w zadziwiający sposób zdołał odtworzyć w swoich opowiadaniach. Lovecraft, urodzony architekt, jest tylko w niewielkim stopniu malarzem. Jego kolory nie są tak naprawdę kolorami. To raczej klimaty czy dokładniej światła, których jedyną funkcją jest wydobycie opisanych przez niego elementów architektury. Szczególnie pociągają go nikłe blaski cienkiego sierpa księżyca, ale nie gardzi też krwawą purpurową eksplozją romantycznych zachodów słońca czy krystaliczną tonią niedostępnego błękitu. Cyklopowe, szalone struktury wyobrażone przez Lovecrafta wywołują w umyśle gwałtowny i nieodwracalny wstrząs, jeszcze bardziej gwałtowny i to jest paradoksalne niż wspaniałe rysunki architektury Piranesiego czy Monsieur Desideria.
Mamy wrażenie, że zwiedzaliśmy już we śnie te gigantyczne miasta. W rzeczywistości Lovecraft opisuje jedynie najlepiej, jak potrafi swoje własne sny. Później, stając przed wyjątkowo imponującym dziełem architektury, myślimy ze zdumieniem: "To coś w stylu Lovecrafta". Pierwszy powód sukcesu pisarza na tym polu stanie się jasny, gdy tylko przejrzymy jego korespondencję. Howard Phillips Lovecraft należał do tych ludzi, nie tak znowu licznych, którzy w obliczu pięknej architektury wpadają w prawdziwy, estetyczny trans. W opisie wschodu słońca za dzwonnicami kościołów Providence czy labiryntu pociętych schodkami uliczek Marblehead traci wszelkie poczucie miary. Mnoży przymiotniki i wykrzykniki. Przywołuje na pamięć fragmenty inkantacji. Pierś rozpiera mu entuzjazm. Obrazy następują jedne po drugich.
Pogrąża się w prawdziwym delirium ekstazy. Oto kolejny przykład, w jaki sposób w liście do ciotki opisuje swoje pierwsze wrażenia z Nowego Jorku. Cytat: "Omal nie zemdlałem z zachwytu, podziwiając ten widok. Ta wieczorna sceneria niezliczonych blasków, drapaczy chmur, migotliwych refleksów i światołstandków sunących po wodzie. Na lewym skraju błyszcząca Statua Wolności, a na prawo migocący łuk Brooklyńskiego mostu. Było to coś znacznie potężniejszego od legendarnych snów Starego Świata. Jakże piekielnie wzniosła konstelacja, istny poemat w ogniach Babilonu. Wszystko to było tłem dla dziwnych świateł, dziwnych odgłosów portu, w którym wymiana z całym światem sięga szczytów. Okrętowe syreny, dzwonki, w dali zgrzyt kabestanów, wizje odległych wybrzeży Indii, gdzie ptaki o lśniących piórach budzi do śpiewu kadzidło z dziwnych pagód w ogrodach, gdzie przed tawernami z drzewa sandałowego poganiacze wielbłądów w swoich barwnych szatach handlują z marynarzami o gardłowych głosach, o oczach, w których odbija się cała tajemnica morza. Jedwabie i przyprawy.
Zręcznie grawerowane złote ozdoby z Bengalu. Bogowie i słonie umiejętnie rzeźbione w nefrycie i krwawniku. Ach, mój Boże, pozwól mi wyrazić magię owej sceny". Koniec cytatu. Podobnie patrząc na dachy Salem w kształcie kopuł, ujrzy purytańską procesję ludzi ubranych na czarno, o surowych twarzach, w dziwnych stożkowych kapeluszach, którzy wloką na stos starą, krzyczącą kobietę. Przez całe życie Lovecraft będzie marzył o podróży do Europy, na którą nigdy sobie nie pozwoli. A przecież jeśli był w Ameryce ktoś zdolny docenić skarby architektury starego świata, mógł być nim tylko on. Kiedy mówi, że omal nie zemdlał z zachwytu, nie przesadza. Całkiem serio oznajmi Kleinerowi, że człowiek przypomina koralowy polip, że jego jedynym przeznaczeniem jest, by wznosić wielkie budowle, wspaniałe, mineralne, by księżyc mógł oświetlać je po jego śmierci. Z powodu braku pieniędzy Lovecraft nie opuści Ameryki.
Ledwie uda mu się wyjechać z Nowej Anglii. Lecz biorąc pod uwagę gwałtowność jego reakcji na widok Kingsport czy Marblehead, można stawiać sobie pytanie, co odczułby, gdyby znalazł się nagle w Salamance czy przed katedrą Notre Dame w Chartres. Bowiem architektura ze snu, którą nam opisuje, jest jak architektura gotyckich czy barokowych katedr, architekturą totalną. Śmiała harmonia płaszczyzn i brył oddziałuje z mocą, ale także wieżyczki, minarety, zawieszone nad przepaściami mosty są aż przeładowane bujnym ornamentem kontrastującym z olbrzymimi powierzchniami gładkiego, nagiego kamienia. Płaskorzeźby i freski zdobią gigantyczne sklepienia, pod którymi przez kolejne pochyłe powierzchnie schodzi się ku wnętrznościom ziemi. Jedne przedstawiają wielkość i schyłek jakiejś rasy, inne prostsze i bardziej geometryczne zdają się sugerować zatrważające mistyczne wizje. Architektura Lovecrafta, podobnie jak architektura wielkich katedr czy hinduskich świątyń, jest czymś znacznie więcej niż tylko matematyczną grą brył. Jest w całości przesycona ideą odwiecznej dramaturgii. Dramaturgii mitycznej, która nadaje sens budowli, która nadaje teatralny wymiar każdej cząstce przestrzeni. Korzysta z zasobów wszystkich sztuk plastycznych.
Wykorzystuje dla swych celów magiczną grę świateł. Jest to architektura żywa, gdyż wyrasta z żywej i emocjonalnej koncepcji świata. Innymi słowy, jest to architektura sakralna. I to by było na tyle w dzisiejszym Bibliotekarium. Niestety Cthulhu bardzo aktywnie nam przerywał połączenie, usiłował nam przeszkodzić jak tylko się dało w zrealizowaniu tej audycji. Ale my się nie poddaliśmy. Dokończyliśmy. Co prawda przez telefon, ale jednak. Przepraszamy najmocniej za te wpadki techniczne. Dziękujemy oczywiście za uwagę, zapraszając na kolejne Bibliotekarium, tym razem w wydaniu podcastowym.
ABW już za tydzień.