Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:39] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Właśnie tutaj i właśnie teraz, prosto do twoich uszu, drogi słuchaczu i droga słuchaczko, zaczynamy powolutku wlewanie kolejnego odcinka tej audycji, na którą szczególnie intensywnie wyczekują każdego tygodnia mole książkowe słuchające Radia Paranormalium, ale nie tylko mole książkowe, również wielbiciele ciekawych dyskusji. „Bibliotekarium na żywo”. Dzisiejszy odcinek bardzo szczególny, a dlaczego, to dowiecie się państwo już za moment. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz gość specjalny znany już z ABW, Bruno Kadyna. Dobry wieczór panowie.
[01:35] - Dobry wieczór. Dobry wieczór.
[01:36] - Witamy.
[01:37] - Dobry wieczór.
[01:38] - Z wrażenia aż się zawiesiłem, ale już się odwieszam. Dzisiaj poznamy na antenie Radia Paranormalium wybrane fragmenty powieści Brunona Kadyny pod tytułem „Wpływ”. Ale zanim przejdziemy do dyskusji i do tej właśnie powieści, tradycyjnie podam kontakty do Radia Paranormalium. Gdzieś tak po godzinie 21:00 będziemy uruchamiać naszą linię telefoniczną, ale numery telefonów warto zapisać sobie już teraz. Numer stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy 53 624 193. Skype radio.paranormalium.pl. Można także pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy też na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można także nas znaleźć na Facebooku na kontach Radia Paranormalium i portalu bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata.
Jesteśmy także na Twitterze oraz, co ciekawe, na Instagramie. Tam również niedługo nasze konto trochę odświeżymy, a jeżeli ktoś woli, to może nam również wysłać pytania, komentarze, no i oczywiście propozycje kolejnych książek do omówienia w „Bibliotekarium na żywo” na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Pewnie pan Bruno Kadyna się troszkę zdziwił, że tyle kontaktów Radio Paranormalium posiada. No ale dzisiaj żyjemy w takich czasach, że ze słuchaczami trzeba trzymać kontakt na wszystkich frontach. A więc tradycyjnie halo, halo Bydgoszcz.
[03:28] - Halo, halo! Co by nie powiedzieć, zaczynamy dzisiaj audycję specjalną z kilku względów. Po pierwsze dlatego, że mamy w studiu autora, którego państwo świetnie znacie, bo każdy, kto słucha ABW, to na opowiadania Brunona Kadyny na pewno zwróci uwagę. Ale mamy też taką świąteczną audycję z tego powodu, że dzisiaj „Bibliotekarium” rusza z nową serią wydawniczą. Książka Brunona Kadyny tę serię rozpoczyna. Seria nosi tytuł „Rubieże rzeczywistości”, a książka Brunona Kadyny „Wpływ” tę serię rozpoczyna. Od dzisiaj można książkę kupić zarówno na stronach „Bibliotekarium”. Tam wystarczy wejść na tę stronę. Zaraz na górze znajduje się baner. Wystarczy w ten baner kliknąć i już prosta droga.
Po prostu przeczytać, co należy zrobić i książkę można zamówić. Wspomnę też o tym, że książka dostępna jest również na stronie autorskiej Brunona Kadyny. Tam również książka spokojnie do zakupu. Ja może oddam głos naszemu gościowi, żeby tę swoją stronę trochę zareklamował.
[04:50] - Dziękuję bardzo. Witam państwa. Strona nosi tytuł brunokadyna.pl i tyle. W zakładce zamówienia można zamówić.
[04:58] - Warto tam zajrzeć, bo nie tylko można zamówić książkę, ale w ogóle można poznać, kto nie zna, twórczość naszego gościa zarówno w formie pisanej, jak i w formie mówionej. Bo nasz gość nie wiem, czy nam pozazdrościł, czy po prostu postanowił się spełnić również w takiej formie mówionej, bo samodzielnie czyta również swoje opowiadania. To też jest pewna wartość, bo można poznać nie tylko treść tego opowiadania, ale również nieco zbliżyć się do autora, do sposobu, w jaki obrazuje. To zawsze są dodatkowe doświadczenia. Wiktor jest milczący, więc go zaraz zapędzę do roboty. Wiktorze, mów coś.
[05:45] - Ja już nie mam nic do powiedzenia. Ja schodzę, że tak powiem, z nieboskłonu, a nowe gwiazdy wschodzą i teraz one już będą gadały. A za przeproszeniem, ale tej uwagi, co powiedziałeś, że on sam czyta swoje teksty, to bardzo chwalebna, że tak powiem-
[06:06] - Chwalebna postawa, bo autor powinien czasami głośno czytać teksty, żeby sprawdzić, czy je rozumie. To, co sam napisał.
[06:14] - Ja wpadłem na pomysł, że nie każdy ma czas na to, żeby przeczytać nawet takie krótkie teksty, ale może posłucha sobie w samochodzie. Stąd taki pomysł. Nie są to profesjonalne nagrania. Nie jestem świetnym lektorem, nie mam głosu, ale zrobiłem, co mogłem.
[06:30] - Też nie jestem ani świetny, ani nie mam głosu, ale ja się może nie znam.
[06:35] - Są tacy, którzy uważają, że twój głos jest magiczny, a nawet znam pewną autorkę, która wręcz marzy, żeby jej powieść gotycką odczytał właśnie ty. To taka mała prywatka.
[06:50] - Nie widzę przeciwwskazań.
[06:51] - Taka mała prywatka na antenie. Co do szczegółów pewno będziemy jeszcze rozmawiać.
[06:59] - Głos to głos. Wiesz, ja pamiętam, Markusie, że jak byłem młody, to podrywałem wyłącznie przez telefon.
[07:06] - Taki miałeś głos seksowny?
[07:07] - Tak, bo mnie nie widać, natomiast po prostu sens dociera do człowieka.
[07:12] - To ty podrywałeś jakieś intelektualistki wyłącznie.
[07:16] - Wcale nie.
[07:16] - Dobrze. Jeszcze powiem tak: nasz autor wzbudza emocje. Dlatego, że rzadko dostajemy do naszych audycji maile kierowane prosto do naszych gości. A taki mail dzisiaj napłynął. Skierował go do redakcji autor, którego również państwo znacie z naszych audycji ABW, a mianowicie Marek Myszograj. Pozwolę sobie przytoczyć tego maila, bo mail jest niezwykle sympatyczny, a poza tym mówi ciekawe rzeczy o twórczości naszego gościa. A coś jeszcze, gość?
[07:57] - Ja się zaczerwieniłem.
[07:58] - Dobrze. Jeszcze damy okazję gościowi, żeby się jeszcze bardziej zaczerwienił. Ja teraz, jak to się mówi, cytuję: „Bruno Kadyna. Nie znam człowieka, ale wiem, że on zna mnie. Jak to możliwe? To ja byłem przecież bohaterem opowiadań "Trawa jej z gęby wisi", "Bezwartościowy człowiek", "Plaża" czy też "Wódz i szaman". Swoją drogą ta ostatnia historia, jedna z pierwszych w ABW. Po niej chciałem więcej. Trafiła idealnie do mnie. To było to.” Dobrze, ale co konkretnie?
„Nie wiem. Może to ja mam tylko takie wrażenie, ale Bruno Kadyna wydaje się, że poznał mechanizm działania człowieka z całą jego zawartością. To jest: duszy, umysłu, pragnień, emocji i tak dalej. Bohaterowie jego opowiadań są czystoludzcy. Uczą się życia od wczesnego dzieciństwa, a jednak popełniają błędy na starość. Wydaje się, że żyją z dnia na dzień, a jednak czasami potrafią zauważyć wyjątkowość chwili. Tak działa człowiek. Wielki dar połączony z talentem daje wynik. Dlaczego ominąłem dwa opowiadania: "Ogień zgasł" oraz "Mogło być gorzej"? Celowo.
Są to takie zakamarki życia, w których nie byłem. Tam, gdzie ogień zgasł, nie chciałbym nigdy wyjść. Tego zaułka boję się. Mógłbym nie wytrzymać, pęknąć. Natomiast tam, gdzie mogło być gorzej, jeszcze nie byłem. Jednak prędzej czy później każdy z nas wejdzie raz. Ten jeden ostatni raz.” Przyznam się, że już powiedziałem naszemu autorowi przed wejściem na antenę, że ja bym też chciał dostawać takie maile w sprawie swojej twórczości.
[09:50] - Jestem zaszczycony. Bardzo się cieszę. I zaczerwieniony, ale tutaj pan Marek z tym talentem przesadził. Wszystko jest celowe.
[10:00] - Jeszcze dorzucę do pieca, żeby nasz autor nie przestawał się czerwienić. Zrobiłem taką rekapitulację tego, jak się poznaliśmy. Poznaliśmy się najpierw czysto literacko. Do ABW, które dopiero raczkowało, startowało, przyszło króciutkie opowiadanie. Naprawdę króciutkie. Zawsze się boję krótkich opowiadań, bo wbrew pozorom, pomimo że są krótkie, to są chyba najtrudniejsze do napisania. Przynajmniej tak uważam, że krótkie opowiadanie trudno jest napisać. Więc się trochę bałem, jak zaczynałem czytać. Przeczytałem i tak się łatwo teraz mówi, że wiedziałem. Ale coś tak czułem, że to jest autor, który jeszcze nam da popalić.
I dał popalić później wielokrotnie, bo w tym opowiadaniu naprawdę było coś i czuć było nie tylko to, że autor ma coś do powiedzenia, ale też, że umie to opowiedzieć. To cenna umiejętność. Myślę, że Bruno Kadyna nie ma się czego wstydzić. Dobrze, ale od razu pytanie, bo gościa trzeba tutaj rozruszać. Pytanie dotyczące twórczości: czy takie krótkie opowiadania naprawdę pisze się trudniej? Jak to wygląda z pańskiej perspektywy, panie Bruno?
[11:22] - Myślę, że łatwiej. Ja tego tak nie odbieram. Dla mnie trudniej jest napisać powieść, a krótkie formy to jest... W ogóle pisania się trzeba nauczyć. Tak jak trzeba się nauczyć robienia biżuterii czy rzeźbienia, korzystać z narzędzi, tak samo trzeba się nauczyć pisania, korzystać z tych narzędzi, z tego, co jest dostępne. Trzeba te wszystkie narzędzia dobrze poznać i wtedy czuć jeszcze bluesa oczywiście, żeby wiedzieć, jak to zrobić i wtedy jakoś idzie. Wolę krótkie formy. Krótkie formy są łatwiejsze, szczególnie opowiadania dla dzieci. Ktoś może powiedzieć, że dla dzieci jest pisać naprawdę ciężko. Uważam, że nie, bo umysł dziecka jest łatwiej rozszyfrować, myślę, niż umysł dorosłego, a szczególnie kobiet.
[12:06] - Mhm. Tak, rzeczywiście z tą końcówką w pełni się zgadzam. Natomiast widzę, że nasz autor postanowił obalać różnego rodzaju obiegowe poglądy, bo bardzo często się mówi to, co ja powiedziałem, że trudno się pisze krótkie opowiadania i że trudno się pisze dla dzieci. Nasz bohater ma inne zdanie, jak to się mówi modnie w tym temacie.
[12:30] - Każdy jest inny.
[12:31] - Każdy jest inny. Dobrze.
[12:34] - Marku, ja może zwrócę ci uwagę, że trudność napisania krótkiego polega na zupełnie innej trudności niż napisanie powieści. Po prostu krótkie opowiadanie to trzeba mieć pewien błysk, pewien pomysł, następnie zrealizować to. Natomiast przy powieści trzeba cholernej dyscypliny długodystansowca trochę, żeby początek zgadzał się z końcem i tak dalej. Opowiadanie może być dowcipem dwu-, trzyzdaniowym, kapitalnym.
[13:13] - Tak, ale masz znacznie mniej czasu, żeby swojego czytelnika oczarować, bo tam masz te sto słów czy troszeczkę więcej, troszeczkę mniej. I albo to zrobisz, albo nie.
[13:27] - Dlatego właśnie, że ta forma jest krótsza, to łatwiej ją trzymać za mordę.
[13:30] - No właśnie.
[13:31] - Przy powieści ta forma się troszkę rozchodzi. Tu, przynajmniej w moim przypadku, tę łepetynę trzeba mocno wysilić, żeby to wszystko trzymało i grało, i miało ręce i nogi. Przy opowiadaniu jest prościej, przynajmniej w moim przypadku. Jeśli chodzi o samą formę, a nie pomysł, czy jak zadziałać na czytelnika. To jest już bardziej wyuczone, instynktowne.
[13:55] - Ja tylko zwrócę uwagę, że w pewnym momencie Bruno powiedział o robieniu biżuterii. Nie powiedział tak sobie, bo każdy, kto weźmie do ręki książkę, o której mówiłem, czyli wydany przez Bibliotekarium tytuł „Wpływ”, to tam na czwartej stronie okładki może przeczytać, czymże to w życiu parał się Bruno Kadyna. To może oddamy głos naszemu gościowi. Powiedz krótko, czego w życiu nie robiłeś. Może to będzie krócej.
[14:28] - Nie siedziałem na kasie w Biedronce.
[14:31] - A to wszystko jest jeszcze...
[14:33] - Z wykształcenia jestem złotnikiem jubilerem. Bardzo to lubiłem, bo lubię tworzyć i robienie biżuterii jakoś mnie spełniało twórczo. Było super, ale nie ma z tego pieniędzy.
[14:44] - Rozumiem, że zmysł plastyczny do tego jest wymagany.
[14:49] - Wszystkiego się można nauczyć, moim zdaniem. Tak samo pisania. Z tym się człowiek nie rodzi, tego się trzeba nauczyć. Albo się chce, albo się nie chce. Albo się czuje bluesa, albo nie.
[14:59] - To się w pełni zgadzam z tą nauką pisania, że owszem, odrobina talentu się przydaje, ale gros pisarza to jest jednak rzecz wyuczona, wystudiowana, wypracowana godzinami pisania i ilomaś tam utworami, które nie okazały się dobre.
[15:24] - Na to się składa wiele rzeczy. Czyli wyuczenie, poznanie narzędzi, jak się powinno pisać. To, co się przeczytało w życiu i jaką się ma osobowość. Te wszystkie składowe są istotne. Czy potem to, co będziemy tworzyć, będzie fajne, ciekawe czy nie. Bo można poznać narzędzia, można poznać jakieś tam mechanizmy, chociaż one są tak ruchome, że tu ciężko. Te wszystkie poradniki, jeśli chodzi o pisanie, one gdzieś tam zazębiają, a każdy mówi, że nie ma złotej reguły, złotego środka na pisanie, bo nie ma. Te wszystkie składowe są tak różne i tak jak my się różnimy, tak się różni pisanie. I to jest piękne, bo ja uważam, że w literaturze nie ma konkurencji.
[16:07] - Chciałem nawet wam zwrócić uwagę. Dobrze, że to podchwyciłeś, przyjacielu, bo słowo „nauka” padało parę razy, ale gdyby rzeczywiście w pewnym znaczeniu tego słowa używać, to gdyby można się było nauczyć pisania, to by były szkoły, które by tego uczyły.
[16:26] - Ale są takie szkoły.
[16:28] - Tylko pokaż mi wielkich pisarzy, którzy te szkoły skończyli.
[16:33] - To jest zupełnie inne zagadnienie. Zupełnie.
[16:36] - Tak, to jest nauka, ale to jest właściwie nie tyle nauka, co doskonalenie samego siebie.
[16:44] - Bo pisanie to jest przede wszystkim autodyscyplina. Tak mi się wydaje.
[16:48] - W takich szkołach, na takich kursach — ja nie uczęszczałem — można się nauczyć na pewno, jak budować zdanie, jak to powinno wyglądać, szeregować z technicznego punktu widzenia. I to jest niezbędne, to jest bardzo potrzebne.
[17:00] - To jest potrzebna rzecz, tak.
[17:01] - Ale w takiej szkole czy na takim kursie nie nauczymy się wydobywać ze swojej osobowości, ze swojego wnętrza i skarbu czy wiedzy tych rzeczy, które można przekuć na ten utwór, żeby on był oryginalny i ciekawy.
[17:16] - Ja tylko zwrócę naszym słuchaczom uwagę, że z wrodzonym talentem nasz gość uciekł z linii strzału, a konkretnie od pytania, czego w życiu nie robił. To ciągnę pytanie dalej. Złotnikiem jubilerem był.
[17:32] - Byłem. Jestem dalej.
[17:33] - Tak. Ale cóż jeszcze w życiu? Bo były też niezwykle egzotyczne zawody, czy w każdym razie funkcje.
[17:42] - Tak. Z takich najbardziej egzotycznych, to byłem bramkarzem w klubie nocnym przez sześć lat. To nie taka dyskoteka tylko...
[17:51] - Ja powiem od razu, że ja się czuję w czasie dzisiejszej audycji zupełnie bezpiecznie. Widać, że nasz gość...
[17:59] - Ma nie tylko głowę.
[18:00] - Ma nie tylko głowę.
[18:03] - Ale myślę głową.
[18:05] - Tak? Na szczęście.
[18:07] - Każdy się dziwił, jak przychodził do Do klubu ktoś wchodził i widział mnie z książką, to był zdziwiony. Bramkarz i czyta książkę. To była jakaś abstrakcja. Może to się zmieniło.
[18:18] - A jeszcze powiedz, że pisywałeś też stojąc na bramce.
[18:23] - Pierwszą książkę napisałem na bramce ręcznie. Trwało to dwa lata. Miałem pomysł, żeby napisać pierwszą książkę. Zaczęło się od pisania wierszy. Kiedyś pisywałem wiersze jako małolat, a potem kolega mnie namawiał, żebym napisał książkę, ale ja puknąłem się w czoło, mówię: „zwariowałeś, ja się do tego nie nadaję kompletnie”. Ale w końcu wpadłem na pomysł, dojrzałem do tego i mówię: „to napiszę, ale pierwszą powieść muszę napisać ręcznie, musi być rękopis”. I zacząłem pisać. Tak jak wpadłem na pomysł, tak zacząłem pisać bez żadnego przygotowania. Zajęło mi to dwa lata. Pół roku przepisywałem to na komputerze.
I oczywiście pewien, że napisałem arcydzieło literackie, zacząłem to dawać kilku osobom do przeczytania, co było świństwem strasznym dla nich.
[19:09] - Aż tak źle?
[19:10] - Bo to był bełkot. I tutaj właśnie wychodzi ten brak wiedzy takiej, którą się zdobywa na podstawowych kursach pisania. Jak to powinno wyglądać, jak tą fabułę się powinno konstruować i tworzyć, żeby ona nie męczyła. Jak ja to przeczytałem parę lat temu, ten przepisany rękopis, ten tekst. O jeny, jak mi się wstyd zrobiło, jakby to pięciolatek napisał.
[19:36] - Ale to świadczy o postępie. Jak już dzisiaj jesteś w stanie taki dystans mieć do tekstu, to znaczy, że... Ale ja jeszcze chciałbym uciec na chwilę od literatury, bo to pytanie profana. Miałeś jakieś poważne akcje na tej bramce, że trzeba było komuś w trąbkę dać na przykład?
[19:56] - Co noc.
[19:57] - Tak?
[19:57] - Prawie co noc.
[19:58] - Prawie co noc.
[19:59] - Musiałem w pewnym momencie stamtąd uciec, bo to była agencja towarzyska. Co tu będę mówił. To nie była dyskoteka. To były poważne sprawy. Mnie jako szczeniaka ciągnęło na gangsterki. Fascynował mnie ten świat, do niego się kompletnie nie nadawałem. I nadawałem, i nie nadawałem. Fizycznie się nadawałem bardzo dobrze, i psychicznie też. Jakoś odporny byłem, ale jak już liznąłem, to mi się w ogóle nie podobało i sam się sobie dziwię, że ja tam sześć lat wytrzymałem. Już pod koniec, nie pamiętam, to już minęło kilkanaście lat od tamtego czasu.
Jak zabierałem się, jak czytałem, bo czytam książki od dzieciaka zawsze, to potem już mówiłem, że mnie tam nie ma. Ja pracowałem, już nie pamiętam ile razy w tygodniu, ale mówię: „Mnie tam nie ma”. Ja czytam dwie książki w tygodniu, trzy i w ten sposób sobie uciekałem, a potem zacząłem pisać. Koledzy mówili na mnie Hemingway.
[21:04] - To jest jeszcze jedna rzecz, która łączy ciebie z Hemingwayem, bo warto wiedzieć, że także używasz krótkich zdań, tak jak Hemingway. Twoja proza jest właśnie taka hemingwayowska, co dla niektórych jest zaletą, dla niektórych stanowi powód do stawiania ci zarzutów co do twojego stylu. Ale warto zwrócić na to uwagę, że z dobrych wzorców korzystasz. Moim zdaniem przynajmniej z dobrych wzorców, bo Ernest Hemingway dobrym pisarzem był, jakby to sparafrazować. Dobrze, to jak już tak uciekasz, a coś jeszcze robiłeś w życiu ciekawego?
[21:44] - Z bramki uciekłem na statek. Półtora roku pracowałem na statku.
[21:48] - I tak po morzach?
[21:50] - Gdzie tam, na sznurku w porcie Gdyni. Nigdy nie wypłynąłem. Właśnie tego żałuję, że chociaż jakiś kursik czy rejs, chociażby dwutygodniowy. Przydałoby się, żeby ludzi liznąć tego życia. Tylko w porcie. Żaden ze mnie marynarz. Ale na statku.
[22:04] - Ale zawsze coś.
[22:06] - Bardzo fajnie wspominam wachty dobowe, bo wtedy po pracy wiadomo, już o 16:00 wszyscy się zmywali, a wartowy zostaje, bo na statku ktoś zawsze musi być. I jak była wachta, to ja się zabierałem za pisanie, czytanie. Pisałem listy do mojej żony obecnej. Miałem na to czas.
[22:24] - Czyli właściwie całkiem niezła fucha dla osoby piszącej.
[22:28] - Świetna.
[22:29] - Ja często powtarzam historię, że wszyscy ci, którzy uważają, że pisarz powinien zajmować się pisaniem, czyli na przykład uprawiać dziennikarstwo, jak to mawiają w niektórych kabaretach, są w mylnym błędzie. Bo też są pisarze, którzy postanowili mieć dużo wolnego czasu i zostali na przykład stróżami nocnymi. I to im się bardzo dobrze sprawdzało. I to nawet tacy pisarze, którzy są bardzo znani, bez nazwisk, ale jednak tacy pisarze byli i bardzo sobie chwalili. To już zostawmy zawody, które wypełniałeś. Przejdźmy do książki. Książka „Wpływ”, która dzisiaj ma swoją premierę. Będę o tym mówił, bo to pierwsze dziecko naszego portalu, naszej audycji. Pierwsze dziecko wydawnictwa Bibliotekarium. Więc chcę i będę o tym mówił.
Ale książka „Wpływ”. Co to jest za książka?
[23:33] - Ojeju.
[23:36] - Od razu powiem, że nie opowiadamy treści, nie robimy świństwa naszym słuchaczom i nie opowiadamy treści, ale jakbyś miał tak ją scharakteryzować. Na okładce czytamy takie zajawki pisane na przykład przez Wiktora. Jest tam taki blurb, który mówi o tym, że się spóźniłeś. Nawet mam książkę, to przeczytam. Wiktorze, zacytuję cię. Czytamy: „Spóźniłeś się, Bruno. Mógłbyś być wielkim romantykiem literatury albo guru hipisów”. Z olśnieniem Kinga nie byłoby kłopotu. Spóźniłeś się. Współcześnie zostaje ci bycie sobą, ale to piętno tylko dla wybranych w każdej epoce.
To teraz to skomentuj.
[24:26] - Nie, ja tego nie skomentuję. Ja nie lubię mówić o sobie.
[24:31] - To teraz pytanie pomocnicze. Co to jest za książka ten „Wpływ”? Jakbyś tak miał powiedzieć. Jest mowa o Kingu. Więc co? Horror? Znowu przepraszam, nie horror. Teraz się mówi groza.
[24:49] - Groza się mówi, tak. Ale jak już to czytałem, poprawiając to, czy tam setki razy, to ja wiem, czy tam wieje grozą tak mocno? Może taki thriller troszkę, tam wiejący grozą. Bardziej ja bym to podpiął pod obyczaj.
[25:08] - Nasz wspólny kolega porównywał tę książkę, gdzieś sytuował ją w okolicach „Dziecka Rosemary”. A zatem też o „Dziecku Rosemary” się mówi, że to taka groza, ale tak nie do końca, bo jednak z literackim zacięciem. I tej grozy tam jest może na kilogram papieru mniej niż w innych takich krwawych horrorach. Niemniej groza jest, ewidentnie. To ciągnijmy dalej temat. To co to jest za książka ten „Wpływ”? Jakbyś takiej autoreklamy miał dokonać, to co?
[25:44] - To mi się nie podoba.
[25:47] - Co się nie podoba, książka?
[25:48] - Mi się książka nie podoba. Mógłbym to zrobić lepiej troszkę.
[25:51] - To są wyznania każdego autora. Dobrze, to ja cię jeszcze dobiję drugim blurbem, który jest na okładce. Tadeusz Meszko, pisarz, który w swoim czasie napisał książkę „2012” o tym, co nam groziło, ale się na szczęście nie spełniło. Mówi albo właściwie pisze w ten sposób: „Jest Stephen King i jego groza, w której sielskie amerykańskie życie zamienia się w koszmar. Jest Graham Masterton, krwisty, wyuzdany oraz przerażający. I jest Bruno Kadyna, który w polskich dekoracjach straszy równie skutecznie”. To jak już drugi głos mówi o straszeniu, to czym straszysz? Bez treści oczywiście.
[26:39] - Właśnie to teraz ciężko, bo ja w ogóle pisząc to, nie miałem zamiaru nikogo straszyć. Nie miałem zamiaru pisać książki grozy.
[26:47] - To ci nie wyszło.
[26:51] - Po takiej karierze zawodowej, jaką miałem, to że tak powiem, jak się pisze o rzeczywistości, to trudno, żeby horrorem nie zapachniało.
[26:59] - Tak. I ja tu się oparłem, tak naprawdę głównym pomysłem jest uzależnienie. To też z własnego doświadczenia.
[27:08] - A to znaczy, że ćpunem jeszcze też byłeś?
[27:11] - A jak! Pewnie. To są wszystko konsekwencje tego życia, tego stania na bramce i tego życia w przeszłości. Oczywiście już za mną, bo gdybym, podejrzewam, tak pociągnął albo gdybym gdzieś w tym świecie został, to albo mnie nie było, albo bym gdzieś tam siedział zamknięty. I to jest właśnie to, co wykorzystuje autor ze swoich doświadczeń. Także bo piszemy przynajmniej pierwsze książki, ja tak uważam, najlepiej pisać to, o czym się zna, na czym się zna najlepiej.
[27:44] - No prawda.
[27:45] - Więc ja z tym uzależnieniem, paleniem zielska trochę przebojów miałem, trochę lat, więc czemu by tego nie wykorzystać?
[27:56] - Okej.
[27:57] - Ja zwrócę uwagę na to, co być może naszym słuchaczom, może naszemu autorowi trochę umknęło w tym mailu, który cytowałem, Marka Myszogreja. Była mowa o tej znajomości ludzkiej natury w różnych jej przejawach. Pewno do tego wątku wrócimy, ale myślę, że powinniśmy teraz dać szansę naszym słuchaczom, żeby się chociaż troszeczkę z prozą Bruna zapoznali. I dlatego Marku, nadszedł ten moment, kiedy oddajemy ci głos. Prosimy zatem o pierwszy fragment książki Bruno Kadyny „Wpływ”.
[28:34] - Bruno Kadyna „Wpływ”. Rozdział pierwszy. Gniew i wściekłość aż kipią. Ma ochotę rozpieprzyć biurko i ten zasrany komputer, zniszczyć wszystko, rozsadzić siebie i wyrzucić toksynę z głowy, żeby przestała boleć. „Wiesz, że to nieprawda” — myśli. Wie, ale jak nad tym zapanować? To jest tak, jakby ktoś siedział w głowie i kazał jarać, żywił się tym gównem, a teraz jest wściekły, że on nie chce już tego robić. Nie pali dopiero od trzech dni. Pierwszy tydzień podobno jest najgorszy. Ma nadzieję, że potem będzie lepiej.
Musi. Inaczej albo zdechnie na zawał, albo oszaleje i kogoś zabije. Pewnie córkę, a tego by sobie nie darował. Przed chwilą przegiął pałę i już tego nie cofnie. Ale ma wpływ na to, co teraz. Zdaje sobie sprawę, że pofolgowanie nie rozładuje wściekłości, ale poszerzy ujście i następnym razem będzie tylko gorzej. Dlatego musi się uspokoić. Terapeuta, uczona pipka, jak go nazywa, ostrzegał go przed tym. To, co teraz czuje, to typowe zachowanie po odstawieniu, modelowy schemat zachowań uzależnionego umysłu. Dlatego tak ciężko zapanować nad emocjami.
Terapeuta kazał przelewać uczucia na papier. Na razie niewiele to daje. Papier, komputer, jeden pies. Pisze, jak się teraz czuje. Bluzga przy tym jak jego nieżyjąca babka. Ta dopiero klęła, najwięcej na dziadka. Mięso leci i odbija się od czterech ścian. Ciśnie się na wąskie usta, ale na paluchy walące w klawiaturę już nie. Nikt nie pomyśli, co ze mnie za burak, kiedy to przeczyta, jeśli dostanę zawału i zdechnę. Czuje, że stygnie.
Drapie się po głowie, która pozbyła się już prawie wszystkich włosów. Zapisuje, że znowu wpieniła go córka. Widzi dziewczyna, że ojciec zaczyna się ciśnieniować, a mimo to dalej brnie. To cię nie usprawiedliwia, pało. Ostatnio ciężko się powstrzymać, żeby nie spuścić jej łomotu. No już spokój. Sąsiad właśnie zaczyna codzienną solówkę na krajce. Czemu ten kretyn nie napiłuje drewna raz a porządnie? Zamyka oczy. Uspokój się.
Oddycha głęboko. Stara się nie skupiać na dźwięku piłowania, lecz na myślach o żonie. Wspomnienia o niej pomagają nad sobą zapanować, za to wzmagają pragnienie palenia. Iwona — szepcze. Lubi brzmienie jej imienia. Czasami wypowiada je na głos. Przecież kiedy żyła, robił to tak często w ciągu dnia. Iwona — powtarza odrobinę głośniej. Minęły cztery lata i wciąż potwornie brak mu żony. Najgorsze, że po jej śmierci, zamiast zmierzyć się z rzeczywistością i otoczyć córkę opieką, uciekł w narkotyki.
Ilona miała dwanaście lat, kiedy Iwona Umarła. Strasznie to przeżyła. Zmieniła się w jednej chwili. Miała piękną oprawę oczu. Sprawiały wrażenie, że się śmieją, a przestały w dniu śmierci matki. Adrian nie może zapomnieć tamtych, a od tych chce uciec. Ich spojrzenie za bardzo boli. Nawet jej kręcone włosy wydają się smutne. Oklapły, a kolor zmienił się w mysi. I nie przestaje się garbić, co go niemiłosiernie wkurza.
Sam się do tego przyczynia. Kiedy wpada w złość, dziewczyna staje się kłębkiem nerwów i zamyka się w sobie. Teraz siedzi w łazience. Zawsze tam ucieka, gdy robi się niewesoło. Siedzi na sedesie albo na brzegu wanny i chlipie w dłonie. Myślał kiedyś, że ucieka do dziadka na strych. Wchodzi się tam z łazienki. Był pewien, że ją jako jedyną kopnął zaszczyt wejścia na górę, ale okazało się, że nigdy tam nie była. Dziadek ma gdzieś płacz prawnuczki i wybuchy złości wnuka. Dziewczyna pojawia się w drzwiach.
Tym razem nie płakała. Ostatnio coraz częściej ma już dość łez. Musi przejść przez pokój ojca, żeby wejść do swojego. Ten wlepia gały w monitor. Głupio mu. Córka przemyka cichutko i zamyka drzwi. Nie ma najmniejszej ochoty patrzeć na świra. Adrian chciałby teraz uciec, odlecieć na obłoku i uspokoić się, ale wie, że nie może tkwić w błędnym kole, że to od tego ścierwa tak się czuje. Palenie dla pozornego uspokojenia tylko pogłębia problem i oddala uwolnienie od nałogu. Już dawno doszedł do momentu, w którym przestał bronić marihuany, a bronił zaciekle, jakby to był życiodajny tlen, lekarstwo na cały ból i smutek.
W końcu stała się zbyt wymagającą i upierdliwą kochanką. No i zaczęło boleć serce, któremu ciężko pompować całą tę smołę. Adrian kręci się na fotelu, jakby go coś uwierało. Pomyśl, co ona teraz czuje. Co musiała czuć przed chwilą, kiedy znowu zobaczyła szał na gębie starego. Uświadamia to sobie i zbiera mu się na płacz. No jeszcze czego! Niezrównoważona pipa. Najpierw drzesz mordę, a teraz będziesz się mazał? Kuli się w sobie.
Poczucie winy jest jak kamień wielkości pięści w klacie. Nie pozwala nabrać powietrza. Wstaje od biurka i podchodzi do drzwi pokoju córki. Chciałby załagodzić sytuację, ale Ilonie nie przychodzi tak szybko jak jemu. On błyskawicznie wybucha i szybko się wypala. Widzisz? To jest niezrównoważenie, pipo. Rezygnuje. Nie puka. Dostrzega przez matową szybę, że Ilona idzie tutaj.
Odsuwa się, a ona wychodzi z pokoju. Garbi się bardziej, kiedy go widzi. Teraz długo się nie odezwie. Wcale go to nie dziwi. Dziewczyna wciąż myśli, że ojczulek chodzi na terapię z marnym skutkiem i nie wie, czym sobie zasłużyła na takie traktowanie. Szczególnie że ostatnio zrobiło się gorzej. Przed chwilą rzucił talerzem w ścianę, bo nieodpowiednio zareagowała, kiedy komentował obiad, który zrobiła. Ależ mu głupio. Wraca na fotel i łapie się za głowę. Chciałby to naprawić.
Sam nie wie, jak to się stało. Dlaczego tak się nakręcił. Można to w ogóle naprawić? Na pewno nie biadoląc nad sobą. Rusz dupę. Idzie do kuchni posprzątać bajzel, który zrobił. Ale syf. Ilona zaczęła już sprzątać. Nie zwraca na niego uwagi. Wolałaby, żeby tu nie przyłaził.
Do ściany wciąż przylepionych jest kilka nitek makaronu, a czerwony sos spaghetti przypomina ślady po uderzeniu czyjąś głową w ścianę. Adrian patrzy na córkę. Kuca i sprząta ostrożnie. Ona wydaje się taka krucha i wystraszona, jakby spodziewała się, że zaraz znowu zacznie się koszmar. Skończony kretyn. Pomaga jej zbierać kawałki talerza i makaron. „Przepraszam córciu” – nic więcej nie przychodzi mu do głowy. Wyrzuca śmieci, a Ilona wyciera ścianę. Plama zostaje. Nieme świadectwo jego furii.
Pojawia się dziadek. Przechodzi do swojego pokoju. Nie zwracają na siebie uwagi, jak zawsze. Dom ma układ podkowy. Kuchnia i pokój Adriana są przejściowe. Z niewielkiego przedpokoju na lewo wchodzi się do kuchni, a z niej do pokoju dziadka. Na prawo znajduje się pokój Adriana, a tuż za nim Ilony. Na wprost z przedpokoju wchodzi się do łazienki, a z niej na strych, który rozpościera się nad całym mieszkaniem. Po wszystkim Adrian wraca do komputera, Ilona do swojego pokoju, a dziadek na strych. Kurde, jak mi się chce palić.
Może film? Potrzebuje zielska jak oczu. Inaczej nie da rady się skupić. Już nie pamięta, jak to jest funkcjonować bez zioła, choć wie, że ta roślina go zabije. Głowa boli, zamulona niemiłosiernie, a serce kłuje coraz częściej. Nie mogę palić, bo zdechnę. Dostaje SMS-a. „Mam twoją koszulkę. Daj znać, jeśli mam oddać.” „Zostaw sobie” – napisała jego była. Robiła wszystko, żeby zastąpić mu żonę, ale zniknęła kilka dni temu.
W sumie dobrze. On nie nadaje się teraz do żadnego związku. Nie zapomni, jak zmienił się wyraz jej twarzy, kiedy wydarł na nią mordę. Pokłócili się o wiadomość na Facebooku od starej miłości Adriana jeszcze z czasów młodości. Odezwała się po wielu latach. Śmiał się, kiedy czytał, co napisała i chciał pokazać Paulinie, ale najpierw poszedł się wysikać. Zostawił otwarty komunikator, a wścibska baba przeczytała wiadomość pełną romantyzmu. Nie rozbawiła jej tak jak jego. Teraz też musi się wysikać. Idzie do łazienki, odlewa się, myje ręce i patrzy w lustro.
Mimo że nie pali od trzech dni, oczy wciąż są czerwone. Kiedy całymi dniami chodził naćpany, to było normalne, ale teraz powinno już zejść. Nasiąknąłeś jak gąbka. Może trochę zmniejszyły się worki pod oczami, a raczej wory. Wyszczerza kły żółte od palenia i kawy. Bierze szczoteczkę i szoruje. W końcu się rozjaśnią. Słyszy córkę. Jest w kuchni, więc szybko wypłukuje usta, wyciera twarz i wychodzi z łazienki. Spróbuje porozmawiać.
Staje w progu. Ilona nie zwraca na niego uwagi, ale wyraźnie zrobiła się elektryczna. Jest coraz starsza i jeśli nic się nie zmieni, lada dzień zacznie się buntować przeciw tyranii starego. Zaparza sobie herbatę i chce wrócić do swojego pokoju, ale on stoi na drodze. „Kochanie, przepraszam za moje zachowanie” – mówi Adrian. I tyle. Pustka w bani. „Nie chcę, żebyś mnie przepraszał, tylko więcej tego nie robił. Coraz częściej wpadasz w gniew, jakbyś był jakimś furiatem. Nie poznaję cię.
Nie jesteś sobą. Co się z tobą dzieje, tato?” Ojciec siada na taborecie w przedpokoju. Wciąż szuka słów. Zawsze ich brakuje, kiedy są najbardziej potrzebne. Odbija mi od niepalenia. Ilona czeka na więcej. Zasłużyła na to. Zawsze była bardzo dojrzała jak na swój wiek, a od śmierci matki musiała dorosnąć błyskawicznie. „Nie palę trzy dni. To przez to” – dodaje.
Ilona marszczy brwi. „Masz wybuchy złości od dawna.” „Ale żaden nie był taki jak ten.” „To ma cię usprawiedliwić, czy jak?” Orientuje się, jak kretyńsko to zabrzmiało. „Zgadza się. Dałeś popis. Popis to mogą dawać twoi koledzy.” Słowa dziewczyny znowu wzbudzają złe emocje, jakby podkręciła ogień pod zupą. „Okiełznaj się, durniu.” „Wiem. Przepraszam.” „Czas poradzić sobie z tym jaraniem. Nie jesteś już gówniarzem. Masz 41 lat. To gówniarze mają z tym problem.” „Widać jestem gówniarzem.” Zupa zaczyna wrzeć.
„Nie znam nikogo, kto wpada w taką złość. To nienormalne. Zachowujesz się jak nienormalny.” „Jak ty przeklinasz! Po co te bluzgi? Mam wielu kolegów i żaden się tak nie zachowuje. Nawet w połowie.” „Twoi koledzy palą?” Nie jest w stanie spokojnie zwrócić uwagi, żeby tak do niego nie mówiła. Poza tym, kiedy Ilona słyszy spokojną odpowiedź, czuje jakąś przewagę albo możliwość udowodnienia swojej racji. Niekoniecznie w przemyślany sposób. Widać w tym jeszcze niedojrzałość. Pozwala sobie na coraz więcej, jakby zapomniała, że w każdej chwili mogą wrócić stres i łzy.
Jedyne co dobre to to, że przestaje się garbić. Adrian wstaje i wychodzi do łazienki. Nie może pozwolić na kolejny wybuch. I uciekniesz? Kiedy zaczyna się normalna rozmowa? Nie obchodzi cię, co czuję, tato? Woła przez drzwi. Jak wytłumaczyć, że przyrównanie go do gnojków ze szkoły nie jest rozmową o uczuciach, lecz obrazą? Wydmuchuje nos i siada na kiblu. Poczeka tutaj aż ochłonie.
Patrzy do góry na klapę od strychu. Nigdy tam nie był, ale to już tak nie przeszkadza jak kiedyś. Rozumie, że dla mężczyzny bardzo ważna jest własna samotnia. Byle tylko dziadek nikogo nie podglądał z góry. Ten azyl musiał powstać na długo przed urodzeniem Adriana, a nawet jego matki. Pamięta, jak mama opowiadała, że też chciała tam wejść, kiedy była mała. Spadła ze schodów i złamała nogę. Dziadek uciekał do góry przed wściekłą babcią. Nieraz było słychać, jak dobijała się do ciężkiej drewnianej klapy i klęła wniebogłosy, żeby zlazł albo ją wpuścił. Ale on siedział tam tak długo, aż sobie poszła, a nieraz jeszcze dłużej.
Często nie schodził nawet na obiad. Wnuczek, kiedy dorósł, też próbował tam wejść, ale staruszek zamykał klapę na kłódkę, a gdy był w środku, blokował czymś od wewnątrz. Ostatni raz Adrian próbował rok temu, kiedy naćpał się i wkręcił sobie, że musi się dostać na strych za wszelką cenę. Nigdy jednak nie miał śmiałości rozwalić kłódki, a teraz cieszy się, że starzec tam znika. Przynajmniej nie kręci się po chałupie. Ma ponad 90 lat i jest dziwny. Jak na swój wiek bardzo żywotny, aż za bardzo. Śmiga po tych stromych schodach jak małolat, a po domu porusza się bezszelestnie. Nie wiadomo, co robi na górze. Nic nie słychać oprócz kroków.
Nie ma tam telewizora, radia i raczej nie czyta. Chyba że posiada jakieś dobre oświetlenie. Światło dzienne wpada przez jedno małe, zasypiałe okienko, którego nie ma jak umyć. Latem musi być tam potwornie gorąco. Wcześniej czy później tam wejdę. Dziadek nie będzie żył wiecznie. Idzie. Słychać kroki. Dziadek nie jest w stanie ich ukryć. Deski na strychu za bardzo skrzypią.
Nie chce się z nim spotkać. Wychodzi. Wraca do komputera, żeby znowu napisać, co czuje, ale daje sobie z tym spokój. Postanawia za to, że nigdy więcej nie straci panowania nad sobą. Nawet nie przeklnie, choćby szlag miał go trafić.
[45:11] - Dziękujemy. Możemy wrócić do przepytywania naszego gościa. Winy naszego gościa są przeogromne. Doprowadził między innymi do ciężkiego wzruszenia Wiktora w swoim czasie. Wiktor, jak przeczytał opowiadanie „Trawa jej z gęby wisi”, to już o tym opowiadał, jak to był się wzruszył. Wiktorze, weź opowiedz o tym. Mówiłeś to przede wszystkim w ABW. Po drugie, ja dlatego tak do tego nawiązuję, bo ty może nie jesteś twardym człowiekiem, manem jakimś takim wspaniałym i tak dalej.
[45:56] - To mi się wydaje.
[45:58] - Oczywiście mi się wydaje. Natomiast ja cię rzadko widzę wzruszonego i to jeszcze w dodatku po lekturze czegoś. W związku z tym to jakoś tak mocno mnie uderzyło, że autor musiał być jednak niezłej klasy. Już wtedy wiedziałem, że jest niezły, ale utwierdziłem się w tym, że naprawdę doprowadzić zaprawionego w bojach pisarskich człowieka do tego, że nagle mu jakaś taka gula w gardle się pojawia, to jest pewna umiejętność.
[46:30] - Marek, żadna gula. Ja byłem totalnie na luzie, natomiast po prostu zauważyłem takie śmieszne zjawisko w domu.
[46:37] - Nie prawda.
[46:38] - Otóż do czytania tego opowiadania trafiłem prosto. Przesiadłem się od jakiejś mojej ulubionej gry komputerowej, w której trzeba było ostro strzelać i-
[46:53] - I walić mieczem.
[46:54] - Nie walić, akurat z karabinów.
[46:57] - Bo to był „Call of”.
[47:00] - Z kałacha również przeciwników. Uwielbiam tę grę i będę w nią grał do usranej śmierci. Natomiast po prostu po wysłuchaniu tego opowiadania w interpretacji naszego Marka Ivelliosa, wysłuchałem, usiadłem. Spokojnie, takie rzeczy człowiek czytał i słuchał. Usiadłem z powrotem do gry i nagle stwierdziłem, że-
[47:27] - Kałach się zaciął.
[47:28] - Nie mogę strzelać. Po prostu bez sensu. Nie można strzelać, nawet iluzorycznie zabijać. Nieważne, czy to awatar, czy to jakaś iluzja i tak dalej, ale po prostu ja zabijam rzeczywiście. Nie wypada. A dlaczego? To opowiadanie poruszyło takie zateśniałe zakamarki mojej, w tym wypadku, świadomości, która uważa, że strzelanie do ptaszków, do wróbli to nie jest zabijanie ludzi. Miałem ogromny dyskomfort. Przełamałem ten dyskomfort po północy i jakoś mi się gra do dzisiaj dobrze. Natomiast ten efekt edukacyjny był piorunujący po tym opowiadaniu.
A dlaczego? Otóż tutaj Mysograj zwrócił uwagę, że on się strasznie w tym opowiadaniu— wymienił kilka opowiadań, w których to był, jakby on był. Ja byłem strasznie oburzony: „Jak Mysograj, to ty tam byłeś? Sorry, ja tam byłem.” Dlaczego on tam był? Ja tam byłem i ktoś jeszcze zapewne tam był. Otóż po prostu dlatego natychmiast polubiłem Brunona Kadynę, gdyż jak by to powiedzieć, czy autor jednowymiarowy może stworzyć wielowymiarową postać, taką, w którą się wpasuje mnóstwo czytelników? Nie może. Trzeba być naprawdę wielowymiarowym twórcą, żeby tworzyć wielowymiarowych bohaterów. A bohaterowie Kadyny pod każdym względem są cholernie wielowymiarowi. Chyba najbardziej wielowymiarowi spośród wszystkich bohaterów, których współczesna polska literatura serwuje czytelnikom.
[49:41] - Ale żeś pojechał teraz nieprawdopodobnie. A ja powiem tak: ja nie wiem, czy bohaterowie Bruno Kadyny są wielowymiarowi, czy niewielowymiarowi. Ja powiem jedno: oni mi się wydają za każdym razem bardzo prawdziwi. Bo obojętnie, czy ja czytam opowiadanie „Plaża”, czy ja czytam opowiadanie „Wódz i szaman”, to jak ja śledzę tych bohaterów, śledzę ich losy, to, co oni robią, to, jak ze sobą rozmawiają, to ja autorowi wierzę. A to, myślę, jest najważniejsze dla każdego piszącego, żeby proza, którą tworzy, przemawiała do czytelnika. I stąd od razu, tak z marszu pytanie: skąd ty te obrazy bierzesz? Jak to się dzieje, że „Plaża” jest „Plażą”, a „Wódz i szaman” jest „Wodzem i szamanem”? Jak to robisz? Jak czarujesz swoich czytelników?
[50:43] - Chodzi o emocje.
[50:44] - No tak, emocje. Myślę, że to jest taki znak rozpoznawczy twojej prozy. Właśnie te emocje.
[50:53] - Skąd ja to biorę? Z serduszka, proszę pana.
[50:56] - No dobrze, to mamy teraz wersję. To była wersja taka na dobranoc. A teraz wejdźmy głębiej.
[51:04] - Ponieważ tak jak my wszyscy jesteśmy różni, każdy się różni, każdy jest inny, każdy ma inne upodobania, tak mamy mnóstwo wspólnych cech i takimi wspólnymi cechami są emocje. Każdy z nas wie, co to jest rozpacz, co to jest miłość, co to jest jakieś cierpienie, smutek, żal z różnych powodów. I zarazić tym bohaterów czy ubrać w to bohatera, to nie jest żaden problem.
[51:33] - Tak. Tylko ja jak swoim zwyczajem muszę wszystkim przerywać, bo to taka moja cecha. Powiem tak: przecież wystarczyłoby napisać, że bohater był zrozpaczony albo że bohater był smutny i nic by z tego nie było. No tak, więc właśnie dlatego pytam o czarowanie. Bo rzecz polega na tym, że musisz tak poczarować, żebym ja poczuł, że bohater był smutny albo że był zrozpaczony, a ty mnie o tym nie informujesz wprost, tylko mi tak czarujesz, żebym ja to wiedział. To jak czarujesz?
[52:12] - O tym właśnie mówicie panowie na warsztatach ABW. Jak się to powinno konstruować, jak się powinno pisać. Ja nie lubię opisów. Ja lubię jak najwięcej opisu zawrzeć w akcji, w dialogu, żeby czytelnik dowiadywał się z tego. Mi zależy na tym, żeby to moje pisanie było lekkostrawne. Ja się nie silę na jakąś wzniosłą, wielką literaturę. Nigdy nie chciałem tak pisać. Mi zależy na tym, żeby czytelnik dobrze się bawił. Żeby jak siedzi sobie w łazience na dzbanku, to żeby ten czas mu fajnie leciał. No i tyle.
Stąd wykorzystuję to, czego się dowiedziałem, czego się nauczyłem. Po napisaniu pierwszej książki, nieudanej, zacząłem czytać o tym, jak powinno się pisać i to, co napisałem wcześniej, tą nieudaną książkę. Dzięki temu ja dobrze rozumiałem to, co czytam. Tak samo jak mnie ktoś pyta, od czego zacząć albo jak się nauczyć pisania, to zawsze mówię to samo: „Napisz opowiadanie na kilkadziesiąt stron. Nikomu nie pokazuj, broń Boże, schowaj do szuflady i zacznij czytać chociażby Feliksa Kresa o tym, jak pisać. Czy Stephena Kinga.” Bo ja uczyłem się od nich, jak pisać. Wtedy będziesz wiedział, co zrobiłeś źle, co zrobiłeś dobrze, co trzeba poprawić. I tylko i wyłącznie zależy od zrozumienia tej osoby i wyczucia bluesa, tak jak mówiłem, i będzie wiedział, co robić. Wtedy jego pisanina będzie okej.
[53:48] - Okej, bo to jest właśnie to, co powiedziałeś przed chwilą. Przerwałem Wiktorowi. Jakżeż mogłem popełnić takie faux pas. To już zamykam. Mów Wiktorze.
[53:55] - Otóż Bruno, chyba się mylisz. Nie będzie wiedział.
[54:00] - Nie każdy wie.
[54:03] - Właśnie. Wiedza to niestety nie tego. Byłeś kiedyś aktorem?
[54:09] - Jeszcze nie.
[54:11] - Otóż zwróć uwagę, że to, co ja mówiłem o tych twoich postaciach, charakterach i tak dalej, bardzo przypomina aktorstwo po prostu. Ty jako pisarz wczuwasz się w tego bohatera tak jak aktor w postać jakąkolwiek filmową czy teatralną, po czym realizujesz to słowami, to co, że tak powiem, ten bohater Może robić, inaczej nie może. Tylko tak może postąpić.
[54:37] - Tu odgrywa dużą rolę wyobraźnia. Trzeba sobie wyobrazić. Nie trzeba być psychopatą. Trzeba sobie wyobrazić, co taki psychopata— a jak oczywiście wiemy, co chcemy napisać — to co on będzie myślał, co będzie czuł i dlaczego on to robi. To są rzeczy, które sobie łatwo można wyobrazić. I oczywiście to musi być prawdopodobne i rzeczywiste.
[55:00] - Panowie, przedstawiacie bardzo proste recepty, że to tak się robi.
[55:04] - Proste i nieproste.
[55:06] - To w gruncie rzeczy oczywiście jest prawda wszystko, co mówicie. Tylko ja się zastanawiam, jak teraz wytłumaczysz, Bruno, naszym słuchaczom, jak to się dzieje, że opowiadanie „Plaża”, w którym nic się prawie nie dzieje, on się tak snuje po tej plaży, ten główny bohater, a jednak jest tak fascynujące, że się od niego było — mnie przynajmniej — było trudno oderwać. A tam się przecież nic nie dzieje. Na czym to polega?
[55:36] - Każdy w zabieganym dzisiejszym świecie chciałby uciec na taką plażę, żeby odetchnąć, żeby wystawić twarz do słońca i po prostu sobie odpocząć.
[55:47] - A poza tym ono jest tak optymistyczne, bo przecież ma swój happy end to opowiadanie, ale jest takie pogodne, jest w nim pełno ciepła. Jesteś mistrzem klimatu. Co prawda czuję się, że dzisiejsza audycja jest jakaś taka wiernopoddańcza. Kadzimy i kadzimy. To chyba nie jest dobre.
[56:08] - Obiektywizm nie jest żadnym kadzeniem.
[56:11] - Tak, ale zaraz nasi słuchacze powiedzą, że po prostu mamy gościa, to go musimy tutaj ogłaskiwać i dogłaskiwać. Dobrze, to zadajmy.
[56:21] - Ja się nie zgadzam z tym głaskaniem.
[56:22] - Dobra, to w porządku, to nie. Ale w takim razie zadajemy trudne pytanie w tej chwili. W książce, o której mówimy, czyli w książce „Wpływ”. Nasi słuchacze jeszcze tego nie mogą wiedzieć. Chyba że zamówią jak najszybciej książkę. Ale jest bardzo plastyczny obraz domu, w którym dzieje się akcja, który jest opisany dosyć szczegółowo. Możemy się w geografii tego domu dosyć dobrze orientować, a pewne fragmenty tego domu poznajemy. Czy to jest prawdziwy dom?
[57:08] - Prawdziwy.
[57:10] - Nazwiska, kontakty, adresy.
[57:13] - Myślę, że każdy autor gdzieś tam wyciąga i osadza i tak, i nie w rzeczywistości prawdziwej albo miesza tą rzeczywistość. Ten dom we „Wpływie” to dom moich dziadków pod Warszawą w Nadarzynie przeniesiony do Gdyni. I tyle. Cały układ tego domu. Dziadkowie już nie żyją. Nie wiem, czy ten dom— myślę, że stoi cały czas i wygląda pewnie tak samo w niezmienionej formie.
[57:46] - Ja od razu powiem, że co prawda nie mamy dzisiaj „ABW”, tylko „Bibliotekarium”, ale to jest ważna wskazówka warsztatowa. To, o czym powiedział Bruno. Bo tak jak mówił, że warto pisać pierwsze swoje utwory o tym, co się dobrze zna, o miejscach, które się dobrze zna. Właśnie o miejscach. Dobrze też geografię miejsc, które się opisuje, wyciągnąć z tego, co jest realne, z rzeczywistości po prostu. I przenieść dom spod Warszawy, z Nadarzyna gdzieś w okolice Trójmiasta. Ale jednocześnie będzie łatwiej początkującemu autorowi opanować ten swój tekst, kiedy będzie poruszał się w dobrze znanym miejscu.
[58:33] - Co ja gadam z Nadarzyna. Z Raszyna.
[58:35] - Ach, z Raszyna. Dobrze. Raszyn, Nadarzyn. Ja powiem tak. Dla mnie jako człowieka mieszkającego daleko od Warszawy to i tak niewiele zmienia. Myślę, że w tej chwili się naraziłem kilku osobom z Warszawy. Czuję się w jakiś sposób zawstydzony. Dobrze, a powiedz w takim razie, jakie jeszcze miejsca w twojej książce są prawdziwe?
[59:08] - Pojawia się miejscowość Koleczkowo pod Gdynią i też jest prawdziwa. Też, żeby nie zdradzić. Autentyczne jest miejsce, które bohaterowie w pewnym momencie w tym Koleczkowie odwiedzają. Jezioro, nad którym spacerują. To wszystko istnieje.
[59:28] - To bardzo ładne.
[59:29] - To ja mam pytanie. O ile miejsca istnieją, a ludzie?
[59:33] - Ludzie nie. Istnieje dziadek. Jest dziadek w powieści. Wyobrażałem sobie swojego dziadka trochę. Chociaż jest zmieniony. Nie wygląda tak samo. Tylko wzrost. Bo ten dziadek i ten mój dziadek prawdziwy już nie żyje. Jest wysoki i tylko jego powiedzonko.
[59:58] - A cechy osobowościowe właśnie?
[59:59] - Nie, jest tylko jego powiedzonko. „Nic mi nie wolno”. Pamiętam, dziadek tak mówił. „Nic mi nie wolno”, bo babcia wszystkiego zabraniała i dziadek: „Nic mi nie wolno” tylko powtarzał. Tylko tyle. Takie wspólne cechy. Nic więcej.
[01:00:14] - Czy dobrze wnioskuję zatem, w jakiś jednak sposób ułatwiałeś sobie pracę przy tej powieści?
[01:00:20] - Pewnie. Jak wyciągamy, szczególnie jak zaczynamy pisać i osadzamy właśnie w takich prawdziwych miejscach rzeczywistych, to ta powieść jest bardziej wiarygodna. Jest łatwiej tych bohaterów tam osadzać i tchnąć w nich życie, żeby oni się poruszali w tych realiach. To wszystko brzmi bardziej prawdopodobnie i prawdziwie. A po części w jakimś stopniu jest.
[01:00:43] - Komu by normalnie siedzącemu na dupie gdzieś tam w Warszawie czy w Bydgoszczy, czy w Krakowie wpadło na pomysł, żeby
[01:00:51] - Dziadek używał takiego choćby powiedzonka: nic mi nie wolno. Nic mi nie wolno. Ale to właśnie o to chodzi. Właśnie o to chodzi. Wykorzystujemy pewne elementy do budowania swojej rzeczywistości, ale skąd je brać? Od ludzi. Osobowość musi być autentyczna. Każdy z nas ma jakieś swoje powiedzonka, ma swój sposób mówienia, swój styl. I pisarze bardzo o tym dobrze wiedzą. King o tym bardzo dobrze wie i tego stosuje, używa.
To jest wręcz celowe. Jakieś smaczki wrzuca i to powoduje, że ta postać jest autentyczna. Ma krew, ciało, osobowość, duszę. Z takich pytań, które pojawiają się często w korespondencji do ABW: czy ta powieść, ten utwór był do kogoś kierowany? Czy on ma jakieś przesłanie, czy był adresowany, czy też nie? Czy też autor na takie rzeczy nie zwraca uwagi? Nie zwracam uwagi. Chyba że piszę konkretnie opowiadanie dla dzieci, to wiadomo, że to jest opowiadanie dla dzieci. Ale jeśli chodzi o wpływ, czy poprzednią, czy kolejne powieści, które już są napisane i czekają w kolejce, nie piszę do jakiejś konkretnej grupy odbiorców. Powiem od razu, że zadałem to pytanie po to, żeby pokazać naszym słuchaczom, że gościmy autora, który nie jest nadęty i nie udaje nie wiadomo kogo.
Bo to właśnie jest taka cecha, że część autorów siada i mówi: „A teraz napiszę arcydzieło”. I potem siada i się męczy. I to arcydzieło będzie adresowane dla ludzi między 40. a 50. w jakimś kryzysie takim czy innym. I oni jak to przeczytają, to natychmiast się uleczą. I powiem szczerze, że to jest taka cecha, która chyba żadna inna bardziej mnie nie rozwściecza u ludzi piszących. To poczucie misji, którą mają. Bo jeżeli dobrze rozumiem ciebie, to twoją misją jest pisanie ciekawych historii. Po prostu.
I myślę, że to powinna być misja każdej osoby, która zajmuje się pisaniem. Ja się podpisuję, bo miałem już kontakt z kilkoma utworami, zarówno tymi opowiadaniami, jak i z książką „Wpływ” i czuję, że gościmy autora, który nie jest nadęty, co się coraz rzadziej zdarza. Wiesz co, Marku? Jak ciebie słucham, to tak mówię- To już cię nie mogę słuchać. Skąd ty, Marku, to wiesz? Mówiliśmy, że Kadyna się świetnie wczuwa w sytuacje, w pewne charaktery i tak dalej. Może udaje, że nie jest nadęty. Może udaje, ale w takim razie jeśli udaje, to udaje świetnie i bardzo dobrze mu to wychodzi. Szachownica. Ja uważam, że każdy trochę pokory, że nikt z nas nie jest cud Marina.
Każdy rodzi się nagi i idzie w piach nagi. Więc tu, czy jest bogaty, czy jest biedny, czy jest mądry, czy jest głupi, nie ma co pajacować. Trzeba po prostu nie myśleć o sobie więcej, niż się powinno myśleć. A jak się myśli o sobie więcej niż powinno, to wtedy różne dziwne rzeczy z tego wychodzą. Może przyjść szkoda i to dla tej osoby, która o sobie więcej myśli. Ja chcę pisać dla każdego. I tak każdy, już zauważyłem to po pierwszej książce, że każdy i tak, i inaczej ten utwór odbiera. Każdy sobie tam inaczej co innego widzi. To jest fajne. Każdy widzi inne dno albo coś pisze mi, albo mówi mi o czymś, że dostrzegł to, albo fajnie zrobiłem to.
A ja jestem zdziwiony, bo ja w ogóle o tym nie myślałem. To jest śmieszne i ciekawe. A teraz zadam kolejne trudne pytanie, bo dzisiaj same trudne pytania. Chociaż dużo pochwał, ale trudne pytania. Czego nie lubisz w pisaniu? Bo tak cały czas mówimy, że to jest fajne, że fajnie jest siąść i napisać, że to cię bardzo kręci, że lubisz to czy tamto. A czego nie lubisz w pisaniu? Czego nie lubię w pisaniu? Braku czasu. Bo godzina to jest w odczuciu, jak siadam i piszę, godzina mija, ale to jest w odczuciu jak 10 minut.
Tyle minęło w odczuciu, a patrzę na zegarek, już nie ma godziny. Tego najbardziej nie lubię. Tego galopującego czasu, bo mam wrażenie, że przecieka między palcami. A wiadomo, trzeba pracować. Bez tego ani rusz. Trzeba pracować dużo, bo tak wygląda ten świat. I jest rodzina, która też trochę momentami cierpi. Czyli ja cię tak podejrzewam, że tobie najbardziej odpowiadałoby, gdybyś doszedł do tego momentu, kiedy mógłbyś siedzieć i pisać od rana do wieczora najlepiej. Od wieczora do rana. Rozumiem.
Czyli to tak czasami jest, że konieczność zarabiania na chlebek jednak podcina skrzydła pisarzom. Niestety. Na przykład ja zazdrościłem mojemu znajomemu à propos opowiadania „Trawa jej z gęby wisi”. Góra, która jest w opowiadaniu, istnieje naprawdę. Nawet ten cmentarz, który tam jest gdzieś blisko. I ta chatka z tym dziadkiem, który tam mieszkał z tym pieskiem. Teraz już ten mój znajomy stracił tą pracę, ale tam na tej górze stoi wieża komunikacyjna i tam stoi kontenerek i tam siedział zawsze stróż. Oni chyba zrezygnowali teraz z tego stróża.
[01:06:57] - I piesek, który się wabi Kika i żyje, istnieje naprawdę. Ten mój znajomy miał świetną pracę. On szedł na dwie doby do tej pracy. Siedział tam w środku lasu. Taka praca idealna, wymarzona dla pisarza.
[01:07:13] - Już mówiliśmy, że taka praca portiera, stróża to jest wymarzona. Jeżeli ktoś zamierza pisać bestseller za bestsellerem, to należy się udać w odpowiednie miejsce. Ale ja tak naprowadzam. Mówimy o pisaniu, ale ja mam w zanadrzu bardzo konkretne pytanie, bo ty jesteś człowiekiem, który z książką pod tytułem „Wpływ” zmagał się, ale nie tyle z książką, co z wydawnictwami. Chciałbym cię zapytać o polski rynek wydawniczy. Myśmy o tym wspominali przy okazji jednej z audycji, ale to jest jakaś zaraza w tej chwili. Mimo wszystko autor, który wydał jedną książkę, który jest lubiany przez swoich czytelników, czemu daje wyraz i w korespondencji, i w komentarzach w internecie. Autor pisze do wydawnictw i w najlepszym razie dostaje odpowiedź: „Nie, wie pan, nie wydamy”. To w najlepszym razie, bo najczęściej w ogóle nic nie dostaje. Po prostu pcha swoje utwory w czarną dziurę.
Zero odpowiedzi. Dużo takich maili i takiej korespondencji wysłałeś?
[01:08:36] - Ojeju, nawet nie zliczę. Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest. Prawda jest taka, że z handlowego, biznesowego punktu widzenia autor wysyła swoją powieść niezamówioną. Nikt o tę powieść nie prosił, o ten produkt. I teraz jest cisza ze strony wydawnictwa. Ale jak to powiedział Feliks Kres, napisał: „Nikt się nie tłumaczy. Nikt z przedsiębiorców się nie tłumaczy, że nie zakupił, że kupił taki produkt, a nie inny. Nie tłumaczy się tym, od których produktu nie kupił, dlaczego nie kupił”. To jest z jednej strony zrozumiałe. Szczególnie, że wydawnictwa na stronach często mówią, że jak się nie zainteresują, to brak odpowiedzi w przeciągu jakiegoś czasu znaczy, że nie są zainteresowani.
To jest zrozumiałe. Już trochę czasu minęło, to tak na to patrzę troszkę łagodniej, trochę ochłonąłem. A czemu tak jest, że nie chcą? Wiadomo, jacyś czytelnicy są, są pochlebne opinie. Czemu nie chcą wydać? Nie mam pojęcia. Od razu pierwsze, co się nasuwa, to jest za kiepskie. Albo mail był skonstruowany nie tak, jak trzeba. Pisze bardzo dużo ludzi, bardzo dużo ludzi wysyła swoje utwory i wydawnictwa są zasypywane tym. Nie wiem.
Gdzieś ktoś jakąś selekcję robi, przebiera i podejrzewam, że często mnóstwo fajnych autorów, nie mówię o sobie, bo ja nie uważam się za nie wiadomo co, ale ktoś, kto miał naprawdę ciekawą powieść, historię do opowiedzenia, często przeszedł przezecha, bo nie został zauważony. Gdzieś na stosach maili umknęło komuś i tyle.
[01:10:28] - Żeby potwierdzić to, co mówisz, przypominam sobie. W ostatnią niedzielę byłem na targach fantastyki w Warszawie i tam spotkałem się z jednym z bardzo znanych autorów. Zresztą relacja z tego spotkania za jakiś czas na YouTubie związanym z „Bibliotekarium” się pojawi. Dowiedziałem się od tego autora, że on swoją pierwszą książkę wysłał do „miliona wydawnictw” i jeśli dostawał odpowiedzi, a on w dodatku był człowiekiem, który dużo dzwonił, czyli domagał się odpowiedzi. Jak nie odpisywali, to się domagał odpowiedzi i słyszał właściwie jeden rodzaj odpowiedzi: „Proszę pana, pana książka jest niezła, ale my jej nie wydamy. Absolutnie nie, bo pan jest debiutantem. Pan ma jakąś tam jedną książkę, ale to jest nic. My nie będziemy w pana inwestować, bo pan jest debiutantem i kto nam to zwróci? Już niejedno wydawnictwo się położyło, jak było mniejsze właśnie na inwestowaniu w debiutanta. Jakby pan miał na koncie powiedzmy 10 książek i był powszechnie rozchwytywanym autorem, takim Mrozem na przykład, to bardzo chętnie zapraszamy, ale na razie za mało ma pan tych książek”.
Sam ten autor, z którym rozmawiałem, powiedział mi o tym, że to jest taki polski paragraf 22. Bo gdzie ten debiutant ma zadebiutować, skoro nikt go nie chce wydać? A jak nie zadebiutuje i nie wyda tych 10 książek, to nie będzie autorem rozchwytywanym. Może nawet by był rozchwytywany, ale nikt nie wie, że go ma rozchwytywać. Ja nad tym boleję, bo to jest moim zdaniem marnowanie talentów. I oczywiście ktoś mógł powiedzieć: „Mój Boże, nie ten talent, to inny”, ale w jednostkowym wymiarze to jest jednak mimo wszystko klęska.
[01:12:36] - Tu widać, ja jestem handlowcem, teraz widzę brak biznesowego zmysłu, jeśli chodzi o wydawców. Bo jeśli taki autor już odniesie sukces, to wiadomo, jak najmniejsze ryzyko ponieść. Ale jeśli ktoś nie widzi potencjału, nie widzi, że tu można zarobić pieniądze. Nie oszukujmy się, książka to jest produkt. Wiadomo, że wydawnictwo chce zarobić, a autor też chciałby zarabiać.
[01:13:00] - Żyć z pisania. Nie znam takiego autora, który by nie chciał, któremu na tym nie zależy. Ale jeśli wydawca nie widzi potencjału i nie zaryzykuje, to nie ma zmysłu biznesowego. Dużo wydawnictw, nie mam pojęcia jacy ludzie tam pracują, jakie mają wykształcenie albo jakie mają pojęcie na ten temat. Jeśli nie chcą, nie chcą, ale jak już ten autor ma wielki dorobek, wtedy bardzo chętnie.
[01:13:29] - Ale ja ci odpowiem na to pytanie. Ja to bez przerwy próbuję przemyśleć. Gdyby ten wydawca był indywidualną osobą, to mógłbyś od niego żądać jakiejkolwiek świadomości, ale organizm społecznym takiej świadomości nie ma. Skąd od instytucji żądasz zmysłu biznesowego? Czegokolwiek.
[01:13:56] - Ale przecież na rynku biznesowym oni są, więc im na tym zależy. Powinno im na tym zależeć.
[01:14:02] - Nie tak.
[01:14:02] - Myślę, że to jest po części, nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale to jest po części choroba obfitości. W tej chwili na rynku, właściwie to nie jest rynek. Jest sporo pisarzy w Polsce, ludzi, którzy piszą i to piszą całkiem nieźle. I to jest pewne przekleństwo, bo wydawca rozpatruje to w ten sposób. Nie ten to inny. Nie będziemy po panu płakać. Jak się nie podoba, to do widzenia. Będzie kilku innych. Ale tak jak zacząłem o tym mówić w wymiarze indywidualnym, to jest mała tragedia. Bo jak autor obstrzela już wszystkie wydawnictwa albo większość z nich i nikt mu nie chce tej książki wydać, to co on ma zrobić tak naprawdę?
Albo może położyć uszy po sobie i powiedzieć: „Dobra, to ja już przestanę was wszystkich męczyć, przestanę pisać”. Albo ma tyle samozaparcia, że pisze dalej. Taki prawdziwy pisarz, powiem od razu, że taki prawdziwy pisarz będzie pisał mimo wszystko dalej. Tylko ktoś, kto jest słabszy będzie mówił: „Nie, to ja już skończę. Widać jestem słaby”. Dobry czy prawdziwy pisarz wierzy w siebie, jest twardy i mówi sobie: „Nie, ja wam wszystkim pokażę”. Czy to jest nasz gość dzisiaj? Taki jest?
[01:15:29] - Machina ruszyła. Wszystko było przygotowane, żeby wydać samemu, żeby było wydanie autorskie. Już powiedziałem, że nie czekam na żadne wydawnictwo. Tak myślałem o tym, jakby to wyglądało, jak by mogła wyglądać współpraca z wydawnictwami. Stwierdziłem, że więcej chyba korzyści będzie, jak ja sobie to wszystko sam zrobię, sam wypromuję, sam zareklamuję i sam będę sprzedawał. I wy się odezwaliście w ostatnim momencie. Ostatni dzwonek.
[01:15:59] - Jak amerykańska kawaleria w westernach. Tak właśnie bywa. Jeszcze Wiktor. Dobra, proszę.
[01:16:07] - Patrząc na czas dzisiejszy ja też, ale przypomnijmy sobie, że między innymi trójka Dna imiennik Bruno Schulz pisał również do szuflady. Jako nauczyciel uczył dzieci w szkole i pisał do szuflady. Nikt tego nie wydawał nigdy. A został.
[01:16:28] - Mi się pisanie do szuflady... Ja nie widzę sensu w pisaniu do szuflady, bo to tak, jak robić biżuterię i nikomu jej nie pokazywać.
[01:16:35] - Oczywiście, że tak.
[01:16:36] - To po co?
[01:16:40] - W tej chwili ktoś zasugerował tutaj na czacie, że takie kontakty z wydawcą to też jest niezły pomysł na powieść grozy. Właściwie przyznaję rację, nawet jest sugestia, że taki autor może wnioskować, że taki wydawca może umarł, skoro nie odpowiada na maile. W związku z tym oczywiście rodzaj żartu, ale rzeczywiście to też jest pewien pomysł na grozę. Powieść była tak dobra, że go po prostu doprowadziła do zawału.
[01:17:22] - To Martin Eden Jacka Londona. Podejrzewał, że tam nie ma człowieka redaktora, tylko tam jest jakiś mechanizm. Tam są jakieś tryby. Podejrzewał, że to jest inne.
[01:17:33] - Coś w tym jest. Tak się to troszeczkę czasami zachowuje.
[01:17:37] - Ja sobie przypominam twierdzenia pisarzy, zresztą ze Stanów Zjednoczonych, którzy przyjeżdżali tutaj do Europy, znanych pisarzy o pewnej obyczajowości w Stanach Zjednoczonych. I być może po prostu my się mylimy. My mamy złą sytuację w Polsce od tej strony. Otóż oni, ja nie pamiętam akurat, którzy to byli, z którymi rozmawiam. Oni twierdzili, że w Stanach Zjednoczonych żaden wydawca nie będzie w ogóle rozmawiał z autorem. To nie jest rozmowa, to nie jest partner do rozmowy. Od czego ma pisarz swojego prawnika, swojego menadżera, swojego biznesmena, którego wprowadza i z nim rozmawia wydawca.
[01:18:28] - My reprezentujemy zupełnie inne standardy, bo dzisiaj na przykład większość wydawnictw, może nie większość, ale spora część wydawnictw pisze o tym, że rozmawiają i jeśli w ogóle rozmawiają, to tylko z autorami. I proszę nie przysyłać żadnych swoich agentów. Tak notabene, jakby w Polsce byli jacyś agenci literaccy.
[01:18:49] - Chyba powinni być.
[01:18:50] - To jakiś dowcip jest w ogóle. W każdym razie mamy inne zwyczaje. Zresztą w czasopismach jest bardzo podobnie. Jak Robert Schmidt wydawał science fiction, czy jak fantastyka, to fantastyka nie rozmawia z żadnymi agentami, tylko chce rozmawiać z autorem. To akurat zdrowy objaw. Tylko że większość wydawnictw w ogóle z nikim nie chce rozmawiać. Oni sami wiedzą, co jest najlepsze na świecie i sami sobie sterem, żeglarzem, żeglarzem, okrętem. A teraz takie pytanie z gatunku łatwych. Jak długo pisałeś „Pływ”?
[01:19:23] - Kurczę, ja już zacząłem z dwa lata temu. Nawet nie wiem. Musiałbym zerknąć, bo mam to wszystko zapisane. Mam to wszystko zanotowane. Ale ja już zacząłem pisać jakiś czas temu, bo pierwsza książka wydana w 2015 roku. Zaraz potem miałem już kolejną. I tak się bujałem, bo oprócz „Pływu” napisane są jeszcze trzy. I ja już nie pamiętam, który był z kolei „Pływ”. Mam zapisane, ale właśnie to jest ta dziurawa głowa, że sobie nie przypomnę. Musiałbym zerknąć.
[01:19:56] - Ta po wpływie głowa.
[01:19:59] - Ta pod wpływem. Tak, dokładnie.
[01:20:01] - A ja tu mam jeszcze jedną uwagę odnoszącą się do poprzedniego wątku, który poruszyliśmy, że takie zdenerwowanie, ujmijmy to tak delikatnie, takie zdenerwowanie na wydawcę może być dobrym napędem dla autora. Jak się tak dobrze zdenerwuje, to później napisze jeszcze ze trzy powieści z rozpędu.
[01:20:27] - Z rozpaczy.
[01:20:28] - Z adrenaliny, bo jak człowiek tak tej, jak mu się wstrzyknie do krwiobiegu trochę tej adrenaliny, to musi ją jakoś zużyć. Może iść na siłownię, ale może też pisać książki. Albo może robić jedno i drugie.
[01:20:40] - Wiesz co, Marek, tak samo negatywna krytyka bardzo czasami pozytywnie działa na pisarzy, którzy potrafią się na tyle sprężyć, żeby udowodnić, że są jednak lepsi niż te-
[01:20:51] - To ja powiem. Gość odpowiada.
[01:20:54] - A co do długości pisania, to mi idzie wolno. Ja piszę dosyć powoli. Więcej czasu mi zajmuje potem ta czysta praca rzemieślnicza, czyli ten tekst tysiąc razy poprawiam, szereguję słowa w zdaniu, zdania w akapicie, żeby to wyglądało, jak trzeba.
[01:21:13] - Czyli pisze wolno, potem długo segreguje, a większość ludzi pisze szybko i w ogóle nie segreguje, nie opracowuje.
[01:21:21] - Tak.
[01:21:22] - To błąd.
[01:21:23] - Ja powiem tak. Ja jeszcze jestem skłonny przyjąć taką metodę, że piszemy szybko, bo to jest ten moment szału tworzenia. Ale tym bardziej jeśli piszemy tą metodą, czyli piszemy szybko jednym ciągiem, powiedzmy pół miesiąca i mamy książkę. Jest to możliwe. Tylko później trzy miesiące poprawiania, bo taka książka napisana w pół miesiąca mniej więcej takiego czasu wymaga, żeby ją doprowadzić do porządku. Bo naturalną rzeczą jest to, że pisząc tak szybko będziemy mieli pełno, ja to nazywam kiksami, ale pełno jakichś sprzeczności, pełno jakichś niedoróbek, niedopowiedzeń i tak dalej. Musimy to przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, bo wtedy skupiamy się na tym, że najważniejsza jest ta fabuła, ta akcja, te emocje, które wlewamy w książkę. Ale wtedy ta praca nad tekstem jest gigantyczna.
[01:22:15] - A wiesz, Marku, a ja w szkole pisałem wypracowania na czysto, bez poprawiania.
[01:22:21] - Ja też tak miałem, ale wiesz, powiedzmy tak, że za naszych czasów polonistki były spragnione dobrych wypracowań. Przynajmniej moje były spragnione dobrych wypracowań. Ja najczęściej wypracowania pisałem przed godziną ósmą. Przychodziłem pół godziny wcześniej do szkoły, pisałem początek wypracowania, a później na przerwach. I na ogół tak pisałem wypracowania. To były całkiem niezłe wypracowania. Nie pamiętam, żebym za wypracowanie dostał poniżej czwórki. Zawsze była uwaga, że piszę fatalnie. W sensie, że trudno to odczytać, w związku z czym sam musiałem je czytać na ogół. Żadna polonistka w mojej historii nie odważyła się czytać samodzielnie.
A pamiętam też sytuację, kiedy moja praca klasowa nie mogła być odczytana przez polonistkę. A ponieważ była ciekawa, myślę, że to tylko ciekawość była, co ja tam nabazgrałem, to kazała mi na głos to czytać. Chyba była przekonana, że z tych mazańców, które tam były, nic nie jestem w stanie odczytać. Po czym ja jej to elegancko wyrecytowałem. Była zdziwiona, przyznaję, ale zostawmy to.
[01:23:34] - Ale Marek, poczekaj. My jako takie odchodzące pokolenie pamiętamy swoje polonistki. Ty jesteś schodzący człowiek. Pamiętasz jeszcze swoje polonistki?
[01:23:43] - Pamiętam.
[01:23:45] - Powiesz dobre czy złe słowo?
[01:23:47] - Dobre.
[01:23:49] - To proszę bardzo.
[01:23:50] - Dlatego że ja byłem z matematyki, o jeny. Nie, cyferki to nie.
[01:23:56] - Ja ci powiem dlaczego. Bo wiesz, żona naszego szefa z Bibliotekarium jest polonistką. Dlatego my musimy się tak oględnie wypowiadać.
[01:24:06] - Dlatego ja bardzo mile wspominam, bo ja byłem z polskiego dobry. Tylko z polskiego. Nie, jeszcze z historii.
[01:24:15] - Czyli autor się zapowiadał od początku.
[01:24:20] - Jak się mówi, że albo ma się umysł matematyczny, albo humanistyczny. Jakoś nie wiem. Mój synek, moja żona bardziej cyferki, ja jak najdalej. Ja literki.
[01:24:31] - Jak ciebie żona postrzega?
[01:24:34] - Jak mnie postrzega?
[01:24:35] - Jak próbujesz pisać i w ogóle.
[01:24:37] - Moja żona to jest mój najważniejszy i największy krytyk. Ona ma pierwszeństwo i ona pierwsza czyta i mi wyłoży zawsze kawę.
[01:24:47] - I „Pływ” też czytała pierwsza?
[01:24:49] - Tak, wszystko czyta pierwsza.
[01:24:51] - Aha, czyli to ona jest ten wpływ, tak?
[01:24:53] - Tak. W pewnym sensie. Ona mówi: „Nie, no nie może”. Wolę zrobić z siebie idiotę najpierw przed nią, tak jak na co dzień, a potem dać komuś innemu. Jak ona powie, że „No nie, możesz, jest okej”. Albo co trzeba poprawić, to ona jest pierwsza.
[01:25:11] - Bez niej na pewno narobiłbym głupot. A częściej słyszysz pochwały, czy częściej słyszysz twardą krytykę? To źle. Moja żona mówi bardziej ogólnie. Kiedyś napisałem opowiadanie, bo zawsze mi się marzyło, żeby napisać książkę z punktu widzenia kobiety. Ciekawe. I wpadłem na pomysł, żeby napisać opowiadanie z punktu widzenia nastolatki. I zacząłem pisać. To już zaczyna hardcore. I to był hardcore.
[01:25:46] - Dobrze wiedzieć, że wszystko to, co ja czytam w antenie Radia Paranormalium, to już jest przefiltrowane przez kobietę. Dzięki.
[01:25:55] - Tak, dokładnie. Nie w każdą postać potrafię się wczuć, bo nie wczuję się w nastolatkę. W nastolatkę słabo. Słaba ze mnie nastolatka i w ogóle kobieta. Ja nie skończyłem tego opowiadania. Napisałem, nie pamiętam, parę stron i dałem żonie do przeczytania, jak to wygląda. Śniegu i zabawy było co niemiara. Zjechała mnie równo. Tak że w ogóle skasowałem ten tekst. Nie, nie będę się zabierał za pisanie z punktu widzenia kobiety, przynajmniej na razie.
Może dojrzeję kiedyś, wydobędę pierwiastek kobiecy gdzieś tam z głębi. Gdzieś może jest. I wtedy staniesz się małą dziewczynką. No to ciekawe.
[01:26:35] - Bywa tak u niektórych, czasami na starość już paniom rosną wąsy, a panowie babieją trochę. Tak że może za kilkadziesiąt lat.
[01:26:50] - Teraz mi uświadomiliście, że ja właściwie nie znam autorek, dobrych kobiet, które pisały naprawdę dobrze, sprawnie o mężczyznach, w których faceci byli facetami po prostu. Bardzo rzadko zdarza się tamtego. Bardzo cię przepraszam. A ja znam na przykład taką autorkę, która się nazywa Kozak. Pisze militarną fantastykę, na przykład „Łzy diabła”. Fakt, że ona jest lekarzem wojskowym i była nawet w Afganistanie, w związku z tym wie. Ale w jej środowisku jest więcej facetów niż kobiet. Tak, niemniej ona jednak pisze. I nie dość, że militarną fantastykę, to w dodatku spora ilość mężczyzn przebiega przez te dekoracje, które ona tworzy. Tak że ostrożnie.
Kobieta z jajami po prostu. No dobrze, to jeszcze jakbyś nam powiedział o swoich planach wydawniczych. Mówisz, że masz trzy powieści czy tam ileś jeszcze. Jakbyś je scharakteryzował. W jakim ty kierunku podążasz? Jeśli piszesz, to co to są za powieści? Pobudź ciekawość czytelniczą. Jedna powieść, niezbyt obszerna, gdzieś tam będzie około stu stron, tak jak pierwsza. Nosi tytuł „Kocur” i to jest chyba bardziej dla nastolatków. To jest o zwierzakach.
Bohaterem jest kot, taki mieszczuch, kanapowiec spasiony, który zostaje wywieziony na wieś i tam się zderza z wiejską rzeczywistością. A wiejskie zwierzaki nie mają lekko. I więcej nie powiem. To jest jedno. Zobaczymy. To jest już troszkę inaczej napisane niż „Wpływ”. Ale to jest książka adresowana do dzieci? Nie. Mi się wydaje, że za trudne dla dzieci. Ewentualnie gdzieś tam od dwunastego roku życia.
Może właśnie. Coś takiego. Bo ja sobie do dzisiaj pamiętam takie lektury jak na przykład gdzieś tam w jakiejś głębokiej podstawówce była taka lektura „Puc, Bursztyn i goście” na przykład. I to mniej więcej te klimaty były: wiejskie zwierzaki, ten Puc, Bursztyn, goście i tak dalej. W „Kocurze” się trochę krew leje. Na wsi się w ogóle wśród zwierzaków krew leje. Nic nie będę zdradzał. Dobrze. To jest pierwsza. Druga powieść, a tak naprawdę kolejna po „Wpływie”, bo mam nadzieję, że się w tym roku ukaże pod koniec tego roku.
To jest ta pierwsza, którą pisałem ręcznie na bramce. Wróciła jednak. Po listingu rozumiem. To jest napisana powieść trzeci raz. Pierwszy to jest ten nieudany. To jest ten bełkot debiutancki, taki pierwszy. Ale pomysł mi się zawsze podobał. Po jakimś czasie napisałem tę powieść jeszcze raz i dałem do przeczytania swoim beta czytelniczkom i dla żeńskiej części nie do przełknięcia. Po prostu za ostro, za hardcorowo. Uzasadnienia były takie, że nie mogłem się z nimi nie zgodzić i napisałem.
Ale nie chciałem rezygnować z tego pomysłu i napisałem ją trzeci raz. Tego trzeciego razu jeszcze nikt nie czytał. Dopiero będę redagował, ale myślę, że już jest okej. Ale między pierwszą, tą wersją, którą pisałem kilkanaście lat temu na bramce, tam już niewiele jest wspólnego. Ale to jest powieść, przy której najwięcej się napracowałem, pomijając to, że trzy razy ją pisałem. Chociażby z tego względu. Akcja się dzieje w szpitalu psychiatrycznym. Odwiedziłem dwa szpitale. Już lubię tę powieść. Tam nie jest dużo tej akcji, bo gdyby się działo więcej, to musiałbym jakoś poprosić o zamknięcie w tym szpitalu, żeby wiedzieć, bo nie wszystko z internetu można wyczytać.
Ale byłem w dwóch szpitalach. W jednym rozmawiałem z dyrektorem do spraw lecznictwa, ale więcej mi pomogła pielęgniarka z drugiego szpitala w Gdańsku. Więcej mi szczegółów powiedziała, o których w życiu bym się nie dowiedział z internetu. Internet wszystkiego nie zabiera. Tak żeby ten klimat poczuć
[01:31:18] - I żeby było jak trzeba. To raz. Poza tym akcja się dzieje, i to też ciekawostka, w miasteczku i na plaży z opowiadania „Plaża”. Tam bohater przejeżdża przez miasteczko, ono jest całkiem niedaleko, bo ponad 100 kilometrów i nie tak jakby wjeżdża do innego świata. I tam się dzieje akcja tej powieści. Ona ma pierwotny tytuł „Kolor ognia”, ale tych tytułów z kolorem w tle jest tak wiele i to jest tak oklepane, że tytuł na pewno się zmieni. Pasuje do treści, ale na pewno będzie inny. Na razie tytułu jeszcze nie ma, ale do tej powieści sentymentalnie podchodzę. Pomijając to, że najwięcej roboty przy niej było. I chciałbym, żeby ona się w tym roku ukazała.
[01:32:13] - Zapytam jeszcze o tę powieść psychiatryczną, tak ją określiliśmy. Czy jej jest w jakimś stopniu blisko do takiego kultowego utworu jak „Lot nad kukułczym gniazdem”?
[01:32:27] - Nie.
[01:32:27] - To nie te klimaty.
[01:32:28] - Nie. Tam się dzieje tylko troszka akcji w szpitalu. Nie chcę zdradzać fabuły, ale jak bohater-
[01:32:38] - Broń Boże
[01:32:38] - ... wchodzi do tego szpitala, kogoś odwiedza w tym szpitalu, w filmach czy w książkach, zależy oczywiście, jaki to jest gatunek powieści, nie zawsze to jest oddawane tak, jak jest w rzeczywistości. A mi na tym zależy, żeby ta rzeczywistość była. Nawet jak piszemy fikcję i coś wymyślonego, nieprawdziwego, to musi być napisane, moim zdaniem tak, że to jest prawdopodobne, tak jakby się naprawdę mogło wydarzyć. Więc jak bohater wchodzi do tego szpitala, w konkretne miejsce, też nie powiem gdzie, to musi wyglądać, jak ktoś weźmie książkę, kto pracował, był pacjentem takiego szpitala i będzie czytał, powie: „No faktycznie, tak to wygląda”.
[01:33:22] - Bardzo sobie cenię ten twój research, czyli zbieranie materiałów. Ale powiem ci także są autorzy, którzy są mniej skrupulatni niż ty, bo w swoim czasie jurorowaliśmy z Wiktorem w jednym z konkursów i tam mieliśmy okazję przeczytać też o szpitalu psychiatrycznym, w latach 80., żeby nie było, że nie w jakiejś odległej epoce, który był opisany w taki sposób, ja miałem wrażenie, że czytam historię ze szpitala dla wariatów, tak się kiedyś też mówiło, ale gdzieś z początku XIX wieku. Takie tam warunki były opisane. Tak to wyglądało. I powiem szczerze, to byłoby ciekawe, gdyby akcja była rzeczywiście do tego XIX wieku przesunięta. Natomiast jak sobie uświadomiłem, że to lata 80. wieku XX, to już od razu cały utwór stracił swoją magię i po prostu nie wierzyłem autorowi. Jak mu nie wierzyłem, to nie chciałem czytać jego opowiadania. Więc warto tego rodzaju research sobie zrobić. Trochę się z tymi warunkami, które w danym miejscu panują, czy to będzie szpital psychiatryczny, czy to będzie kasa w Biedronce, czy jakiekolwiek inne miejsce.
Warto wiedzieć, że poszczególne grupy zawodowe, poszczególni ludzie posługują się czasami specyficznym językiem, czasami specyficznymi zwrotami. Mają swój świat. On oczywiście gdzieś przystaje do tego naszego świata, ale warto wiedzieć, że jest troszeczkę inny. I nie warto opisywać tego świata tak, jak my sobie go wyobrażamy, bo my bardzo często wyobrażamy go sobie w sposób nieadekwatny. Czyli po prostu będziemy pisali o naszych wyobrażeniach, a nie o tym, jak jest naprawdę. To nie zawsze jest interesujące.
[01:35:21] - I to jest błąd. Ostatnio czytałem książkę amerykańskiego autora i tam była scena na bramce. Główny bohater podchodził do bramkarza i to, jak ten bramkarz z nim rozmawiał, ta cała scena była tak nieprawdopodobna, nierzeczywista. Laik może, czy ktoś, kto nie miał z tym styczności, to by przeszedł przez ten tekst, przeleciał. A to jest uznany autor. A ja czytam i mówię: „Nie, chłop nie wiedział, o czym pisał”.
[01:35:51] - A na czym polega błąd?
[01:35:54] - Bramkarz mówił do niego jak dzieciak. On chciał być groźny, a tak, jakby dzieciakowi groził palcem inny dzieciak.
[01:36:05] - Tymczasem bramkarz powinien mówić jak?
[01:36:08] - To zależy od sytuacji. Ale często nasze wyobrażenia budowane gdzieś na filmach czy na książkach, rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Tak samo na przykład opisując pracę na kasie w Biedronce. Ja bym starał się dotrzeć do kogoś, kto pracuje, bo każdy ma swój język. Tak jak wspomniałeś, w każdej pracy są jakieś bolączki wspólne, jakieś niuanse, które wkurzają. I to jest dobrze poznać taki niuans, wyciągnąć taki niuans, żeby go użyć. I wtedy to jest bardzo prawdopodobne, bo ktoś, kto siedzi na kasie w Biedronce, lubi czytać i weźmie taką książkę, powie: „Tak jest naprawdę”. Bo to są te wspólne elementy, które każdy kasjer zna i go dotykają. Takie rzeczy trzeba poznać i to w każdej branży, w każdej dziedzinie.
[01:37:01] - Dobrze, ale ty do „Bibliotekarium” dotarłeś za pośrednictwem wyśmienitych opowiadań.
[01:37:12] - Wykwintnych.
[01:37:13] - Tak. Natomiast taka dziwna okoliczność mi przyszła w tej chwili. Przypomniałem sobie, co w tej chwili ty robisz. I co radzi swoim przyjaciołom Łukasz Orbitowski na przykład? Wiesz, co on radzi? Piszcie powieści. Nie piszcie opowiadań. Dlaczego? Najświetniejsze opowiadania wszyscy ludzie przeczytają, będą zachwyceni i po miesiącu czy po dwóch nie będą pamiętać. Pamięta się wyłącznie powieści.
Taka jest doktryna, że tak powiem, Łukasza Orbitowskiego i coś w tym chyba jest. Jak ja sobie zacząłem przypominać, Marek, naszą złotą erę amerykańskich pisarzy science fiction. Jezus Maria, przecież tam były dziesiątki, setki opowiadań świetnych sortów. Ja nie pamiętam żadnego. A powieści pamiętam wszystkie.
[01:38:09] - Tak. Ja zacząłem opowiadania pisać nie dlatego, że nie wiem z jakiego powodu się pisze opowiadania. Ja zacząłem pisać po prostu, żeby wypełniać luki między powieściami. Żeby pisać, żeby trenować warsztat, bo nie wyobrażam sobie nie pisać, tylko i wyłącznie z pragnienia. Wpadłem na pomysł pierwszego opowiadania „Trawa jej z gęby wisi”, bo to było pierwsze. I poleciało. A do was przypadkiem trafiłem.
[01:38:41] - Ja powiem tak, jeszcze nawiązując do tego, co mówił Wiktor, to ja albo jestem jakiś specyficzny, albo nie do końca normalny, bo ja bardzo dużo opowiadań właśnie pamiętam. Te perełki takie, które gdzieś we mnie zostają. Co więcej, ja nawet pamiętam, bo bardzo wiele opowiadań z tej złotej ery zostało później przerobione na powieści. Wspomnę na przykład Silverberga, jest takie opowiadanie „Skrzydła nocy”. To było wcześniej opowiadanie. „Kwiaty dla Algernona” to było opowiadanie później przerobione na powieść. Była jeszcze masa. „Nadejście nocy” to również najpierw było opowiadanie, później było przerobione na powieść. To w ogóle jest moda taka też na Zachodzie, żeby to wszystko przerabiać na długaśne powieści.
[01:39:28] - Ale poczekaj, to jest normalna praktyka. Najpierw romans, a potem małżeństwo. Normalna praktyka.
[01:39:35] - Ale ja często słyszę przy „Wodzu i szamanie”, czy będzie dalsza część? Albo fajnie, jakby to była powieść. Opowiadanie takie „Social media”, którego jeszcze u was nie było.
[01:39:46] - Ale będzie.
[01:39:47] - Ale jest na mojej stronie już. Żeby z tego zrobić powieść. Tak naprawdę z każdego opowiadania, tylko jak to już jest napisane, tak ja na to patrzę. Nie wiem, może mi się zmieni. Jak ja już to napisałem w formie opowiadania, to dla mnie to jest zamknięty temat.
[01:40:07] - Bo to żyje swoim życiem.
[01:40:08] - I teraz robić z tego. Można by z tego zrobić powieść i pewnie by się udało dalej na przykład pociągnąć „Wodza i szamana”. Tam się kończy, jak przyjeżdża ta jego była żona i wódz i szaman robią z tym porządek. Na tym się kończy, urywa się. Albo zrobią z tym porządek, albo nie. Tutaj możliwości jest od groma. Można by tę fabułę pociągnąć w takich kierunkach. Można by zrobić atak na tę wioskę, że tam ktoś z zewnątrz próbuje zburzyć im tę ich enklawę. Możliwości jest od groma, ale jak już jest napisane, a pomysłów jest tyle. Ja też nie mam, jeśli chodzi o pomysły, to nie mam pomysłów świetnych.
Ja zresztą uważam, że nie trzeba mieć jakiegoś petarda pomysłu, żeby zacząć pisać. A najbardziej lubię, pisząc, jak historia sama mnie zaskakuje. Sam się nie spodziewam, że to idzie w takim kierunku. To wtedy mi się morda najbardziej cieszy.
[01:41:03] - To się zdarza, to prawda. Wielu autorów mówi o tym, że bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem i czasami prowadzą autora w pewne kierunki, o których on nie podejrzewał na początku. Na czacie trochę ludzie dyskutują o tym, co się pamięta lepiej, czy powieści, czy opowiadania. Zdania są wyraźnie podzielone. Ludzie różnie o tym mówią, ale jest też taki głos, który zacytuję, że autorzy powinni sami wydawać swoje książki. Inwestujemy we własną twórczość i drukujemy je za własne pieniądze. Skomentuj, nasz gościu.
[01:41:47] - Ja chciałem wydać za własne pieniądze.
[01:41:49] - Tak, ale co do mechanizmu, czy to jest dobry mechanizm? Optymalny chyba nie.
[01:41:55] - Optymalny?
[01:41:57] - Czy nie?
[01:41:58] - To znaczy to zależy w jakim sensie.
[01:42:01] - W takim sensie, bo ja od razu powiem, od razu wygadam, że ja nie uważam go za optymalny. Ponieważ owszem, można książkę, dzisiaj nie ma żadnego problemu, żeby książkę wydać sobie samemu. Właściwie każdy może, jak ma odpowiednią ilość pieniędzy, to proszę bardzo, pach! I sobie ją wyda. Ale co z tą książką później robić? Można sobie nią obłożyć, nie wiem, można na niej stawiać, podkładać ją różne meble, sobie prostować za pomocą tej książki. Naprawdę dystrybucja jest dosyć istotna, jeśli chodzi o proces wydawniczy. Podobnie zresztą jest to tak przy takim self-publishingu bywają czasami kłopoty z redagowaniem książki, bo to jest problem. Bo autor choćby był naprawdę mistrzem pióra, to z racji tego, że ma ten dystans od napisania do przekazania tej książki czytelnikowi, potencjalnego przekazania, jest stosunkowo niedługi, to ciężko jest autorowi takiej autopoprawki dokonać. I dlatego potrzebni są redaktorzy.
[01:43:09] - Tak. I teraz książka, to jest takie trochę mało literackie to, co mówię, ale książka to jest produkt. Teraz od autora zależy, jeśli-
[01:43:19] - Niektórzy autorzy...
[01:43:22] - Ja wiem. I teraz powiedzą, co to za autor, co to jeszcze tak gada jak wariat. Ale tak jest. Skoro ma cenę, to znaczy, że jest jakimś produktem na sprzedaż. I teraz- Autor, jeśli zabiera się za wydanie samemu, to musi o to zadbać, żeby ten produkt był wysokiej jakości. Redakcja i redaktor jest niezbędny, bo autor nie ma takiej możliwości, żeby czytając i poprawiając tekst setki razy widział i dostrzegał błędy. Często wpatruje się w akapit i on nie widzi oczywistych błędów, a czytelnik to od razu zobaczy. Więc redakcja-
[01:44:00] - Co więcej, u swojego kolegi natychmiast by ten błąd zauważył, a u siebie nie.
[01:44:03] - Ale to jest normalne. To jest cecha ludzka. Tak samo jak nasz mózg. Każdy widział pewnie na Facebooku, jak jest tekst, pierwsza i ostatnia litera jest okej, a w środku są poprzestawiane, a my ten tekst czytamy płynnie. To jest przykład tego, że jak czytamy tekst, to nie widzimy literówek, nie widzimy oczywistych błędów, szczególnie jeśli ten tekst się czyta któryś raz kolei. Więc redakcja, korekta to wszystko jest bardzo ważne i autor zabierający się za wydanie samemu musi o to zadbać, bo inaczej ośmieszyć się jest bardzo łatwo.
[01:44:42] - To-
[01:44:43] - Wiesz co, ja mam tylko pytanie, bo tak rozmyślam nad tym, co mówicie i się zacząłem zastanawiać, kto był naprawdę na świecie pierwszy. Wydawców nie było długo, a autorzy byli zawsze. Opowiadali, przekazywali innym swoje teksty, a wydawców jeszcze nie było na świecie. Mam pytanie: a Kopernik to, że tak powiem, sam sobie wydawał czy wydawcy mu wydawali?
[01:45:13] - Jednak wydawcy mu wydawali.
[01:45:15] - I też redagowali?
[01:45:16] - Ale Kopernik była kobietą, więc w związku z czym to nie patrzmy na to.
[01:45:21] - Jednak baba.
[01:45:22] - Jednak baba. To ja teraz proponuję, żebyśmy posłuchali drugiego fragmentu książki. Myślę, że czas nadszedł. Marku, prosimy zatem o drugi fragment.
[01:45:37] - Sergiusz Piasecki „Siedem pigułek Lucyfera”.
[01:45:42] - Niezłe to było.
[01:45:46] - Tutaj coś mi się pokićkało i wskoczyło nie to Bibliotekarium, które powinniśmy.
[01:45:51] - Stanowczo nie jest to Bibliotekarium.
[01:45:55] - Ale przynajmniej jest Sergiusz Piasecki, świetny autor.
[01:45:58] - Dobre towarzystwo.
[01:46:04] - Bruno Kadyna „Wpływ”, rozdział drugi. Nie może zasnąć, a kiedy w końcu odpływa, śni o ziemsku, że kupuje i kopci w gorączkowym pośpiechu jak dziecko łase na słodycze. Budzi się znowu. Uf, to tylko sen. Ma wrażenie, że nigdy się nie uwolni. Faktycznie, jak gówniarz. Już dawno przestał powtarzać, jak bardzo się wpakował i pytać siebie, jak to możliwe, że się uzależnił. I dlaczego akurat od tego, a nie od alkoholu, z którym kompletnie nie ma problemu. Przewraca się z boku na bok, w końcu wstaje i idzie do kuchni napić się wody. Zawsze, kiedy wstanie z łóżka, czuje senność i wyczerpanie tak silne, że musi się położyć.
A kiedy się położy, nie może zasnąć. To wkurzające i ma nadzieję, że minie. Zasypia po godzinie kotłowania. Śni, że leży w cieniu wielkiego drzewa, a nad nim ktoś się pochyla i podaje jointa. Na tle jasnego nieba nie widzi twarzy ani ubioru, tylko górującą postać. Z początku chce odmówić, odwrócić głowę, ale nie może się ruszyć, jakby był odlany z ołowiu. Koleś nic nie mówi, tylko wkłada mu w usta skręta i przypala. Blunt nie ma smaku ani zapachu, jak to we śnie. Adrian nie czuje nawet, żeby miał coś w ustach, ale kiedy robi zeza, widzi, że skręcony bocian wystaje z gęby. „Dobrze, to cię uspokoi.
Będziesz mógł się wyspać” mówi koleś. Adrian budzi się i wzdycha ciężko. Przez cztery lata palił codziennie od rana do wieczora. Praktycznie non stop był naćpany. Nie ma się co dziwić, że przesycony organizm się buntuje. Co ty myślałeś? Nie ma lekko. Leży z otwartymi oczami. Odwraca głowę i patrzy na czerwone cyfry zegarka na stoliku. 2:13.
Jest kompletnie cicho, tylko tykanie zegara w kuchni. Śpij, durniu. Zamyka oczy. Próba zaśnięcia numer 137. Skrzypią deski na górze. Dziadek się ruszył. Skrzypienie kieruje się do zejścia. Klapa unosi się bezszelestnie. Nie słychać, jak dziadek schodzi do łazienki i idzie do swojego pokoju. Jest cichy jak kocur.
Stary, wyliniały kocur. Pamięta dziadka, kiedy był sporo młodszy. Miał spojrzenie, którym niczego nie zdradzał, żadnych emocji, jak Clint Eastwood w westernach. W końcu Adrian zasypia, ale sen jest płytki jak kałuża na ulicy przed domem, w której bawił się jako dziecko. Rano nie czuje się lepiej. Nie ma żadnego zlecenia, nie trzeba wstawać. Od lat tylko praca albo palenie były bodźcem do ruszenia dupska z wyra. Robota nie wymaga wielkiego wysiłku. Nawet lubi układać graty na samochodzie. Kiedyś też nosił rzeczy, żeby więcej zarobić, ale nie mógłby już zasuwać po piętrach z meblami.
Jest za stary i za leniwy. Samo słowo „przeprowadzka” już męczy. Jestem starszy od dziadka. Ma nadzieję, że to w końcu minie, bo nie wyobraża sobie mordować się tak dłużej niż tydzień. I co, zapalisz, jak nie minie? Ilona poszła do szkoły, a dziadka nie ma w domu. Jest pewnie na górze, ale to tak, jakby go nie było. Mógł też pójść na spacer do lasu, który zaczyna się zaraz za furtką w ogrodzie, ale ostatnio mu się to nie zdarza. Jesień jest brzydka tego roku. Przypomina sobie o starej miłości, przez którą skończył się ostatni związek.
Ciekawe, czy napisała. Na pewno napisała. Stara miłość była świetna pod pewnymi względami, głównie fizycznymi. Wytęża podziurawioną narkotykiem pamięć i przypomina sobie, jaki to był intensywny i burzliwy związek. Natalia potrafiła sączyć do ucha czułe słowa, a on, małolat, nabierał się na to do czasu, aż poznała kogoś innego. Do dziś nie wie, co tamten jej zaoferował. Dziwi się, że nie zamieściła na swoim profilu żadnych nowych zdjęć. Same stare. „Spasła się na bank” — myśli. Rusza dupsko, odpala komputer, Facebooka i klika na ikonkę wiadomości.
Uśmiecha się. „Uuu, aż trzy!” Bawią go te ckliwe głupoty. Natalia próbuje go wziąć na ten sam miód co kiedyś. Pisze tak, jakby każda wiadomość miała być ostatnią, pożegnalną. Zdradza, że nie do końca ma wszystko poukładane w głowie. Najlepsze, że nie wie o śmierci Iwony. Adrian przynajmniej zapomina o paleniu, kiedy to czyta. „Zapewne domyślasz się, że próbowałam zrozumieć lepiej to, co nas łączyło. Tej głębi szukałam. Znalazłam i za to dziękuję.
Wiem, umarłam dla ciebie, ale tak jak mi kiedyś powiedziałeś, wspomnienia nie umierają. Tym bardziej prawdziwe uczucia, bez względu na sytuacje, które im towarzyszyły. To już nie ta sama rzeczywistość, ale elementy, które znam, pozwoliły mi ją zrozumieć szerzej. Nie martw się, Adrianie, nie będę cię niepokoić. Żyj dalej. Przepraszam, że piszę, ale jak mówiłeś mi kiedyś à propos swojej pierwszej miłości, nigdy się jej nie zapomina. Byłeś i na zawsze zostaniesz prawdziwą, pierwszą, świadomą i dojrzałą miłością. Raz jeszcze dziękuję. Wiem, że nie możemy rozmawiać, ale tęsknię z całego serca, które nigdy już nie będzie takie jak wtedy. Bądź szczęśliwy.” Nie pamięta już, co mówił.
Jaka głębia? Co ona bredzi? Pamięta, jaka była z niej laseczka. Może „pamięta” to zbyt mocno powiedziane. To już bardziej przebłyski uzupełnione wyobraźnią. Wysila ceban i widzi długie, kasztanowe włosy, zalotne, pełne kobiecości spojrzenie brązowych oczu i kształtne usta rozciągnięte w uśmiechu. Zawsze, kiedy się uśmiechała, pchał się z ryjem do całowania. Nie mógł się powstrzymać. Straszny był z niego caluśnik-zangówniarza. Ale przede wszystkim pamięta figurę.
Miała talię osy, a przy tym okrągłą pupę i duże piersi. Proporcje jak żadna inna dziewczyna. Dlatego tak na niego działała. Następna wiadomość. „I jeszcze jedno. Nie minęło milion lat, a to ja piszę do ciebie. I tak jak mówiłeś kiedyś, krótko przed rozstaniem, o niemożności zastąpienia miłości prawdziwej inną, tak ja wciąż szukam Adriana w innych. Spalone posunięcie, bo jesteś niepowtarzalny i szczęściara z tej, która żyje u twego boku. To naprawdę szczere słowa, bez podtekstu. Choć tęsknię, nie ma we mnie złości.
Pozostały tylko pozytywne uczucia.” Ktoś tu rzucił cukierki. Do tej pory odpisywał zdawkowo, grzecznie, ale teraz ma ochotę się zabawić. Wie, że to nieładnie, ale to Natalia potraktowała go kiedyś okrutnie, więc uważa, że ma do tego prawo. Odpisuje: „Sytuacje, o których wspomniałaś, wynikały głównie z mojej niedojrzałości. A skoro napisałaś o nieumieraniu wspomnień, powiedziałem ci kiedyś, że jesteś kobietą, o której nie da się zapomnieć. A.” He, he, to ją podkręci. Ale jakoś nie jest z siebie zadowolony. Słyszy szept zalepionego smołą głosu rozsądku, że to głupia, dziecinna zabawa. Nawet jeśli kiedyś go skrzywdziła, nie powinien odpłacać złą monetą. A po tylu latach to już chore.
Ale szybko o tym zapomina. Burczenie w brzuchu tarabani jak perkusja. Zjeść! Wyłącza komputer i idzie do kuchni. Otwiera lodówkę i wyciąga parówki. Ma nadzieję, że jest chleb. Nie chce mu się wychodzić na deszcz. Jest. Stawia wodę na gaz, a w drzwiach pojawia się Dziadek. Nagle, jakby się zmaterializował.
Cichy kocur. Jako dzieciak bał się dziadka. Szczególnie kiedy pojawiał się tak niespodziewanie jak rewolwerowiec albo gdy wchodząc do łazienki, natykał się na niego wpatrującego się w lustro. Staruszek nie reagował, że ktoś wszedł. Po prostu stał i patrzył w swoje mętne oczy. Adrian zastanawiał się wtedy, co dziadek tam widzi, czy w ogóle coś widzi, czy wyłącza mózg, a wychodzi z kibla, kiedy w końcu zaskoczy. „Mhm” mruczy na przywitanie. „Cześć dziadek, jadłeś śniadanie?” „Nie chcę” odpowiada i idzie do swojego pokoju. Kiedy przechodzi, Adrian czuje woń spalenizny. Papierosy?
Pali na górze papierosy? Ale nie jest pewien. Mogło mu się wydawać. Nigdy nie czuł od dziadka dymu, ale to zrozumiałe, kiedy samemu się pali. Wstaje od stołu i idzie za nim. „Dziadek popalasz na górze?” Nie odpowiada. Siedzi na łóżku i patrzy w okno. Nie zwraca na nic uwagi. „Dziadek powiedz tak z ciekawości pytam.” „Nic mi nie wolno” wyrzuca staruszek. Mówił tak zawsze, kiedy babcia czegoś mu zabraniała, a zabraniała prawie wszystkiego.
Tylko na strych nie mogła się dostać. W tym jednym był niezłomny. Ma bardzo niski głos, jakby palił całe życie. Ale Adrian nigdy nie widział go z papierosem. Nie słyszał też, żeby babcia kiedykolwiek zrobiła o to awanturę, a robiła o byle co. „Wszystko ci wolno. Ja nie babcia. Rób co chcesz. Jestem ciekaw po prostu.” Próbuje coś wyczuć, ale czuje tylko zapach starego człowieka. Chce wrócić do kuchni, ale dziadek podrywa się z łóżka i staje przed nim.
Jest szczupły, wzrostu wnuka. Był wyższy, jednak z wiekiem człowiek się kurczy. Adrian się waha. Dziadek wygląda, jakby chciał się bić. Patrzą sobie w oczy jak kowboje. Odbija mu palma na starość. „Czegoś ci trzeba? Zrobić ci jeść? Masz ochotę na parówkę?” Parówkę. Myśli jak on by to powiedział.
„Mmm” mruczy w odpowiedzi. Albo warczy. Ciężko stwierdzić. „Jak będziesz czegoś chciał, powiedz.” Stary wariat. Śniadanie zjedzone, kawa wypita w połowie. Męczy go chęć, żeby zapalić. Teraz zawsze była na to pora. A kiedy nie była pora, kretynie? Dziadek do tej pory nie wyszedł z pokoju. Co jest?
Słychać, że coś gada. Adrian wstaje od stołu najciszej jak może i podchodzi do drzwi. „On nie jegocien. Po kiego on? Przecie jest słaby.” Teraz dziadek szepcze coś niewyraźnie. „Nie, on nie jest wart mojej roboty.” Adrian odchodzi od drzwi. Nigdy wcześniej nie słyszał, żeby dziadek gadał do siebie. Kurde, a jak będzie z nim gorzej i będzie trzeba wycierać mu dupę albo zacznie rzucać we mnie gównem? Odgania te głupoty. Dzwoni telefon.
„Adrian Przeprowadzki. Słucham.” „Dzień dobry panu.” Damski głos, jakieś czterdzieści lat. „Dzień dobry. Czym mogę służyć?” „Proszę pana, chciałabym przeprowadzić mieszkanie znajomego na jego zlecenie. Sam nie może. Jest za granicą. Czy to nie problem?” Pyta kobieta. „Tylko jeśli właściciel nic o tym nie wie.” Kobieta się zaśmiała. „Czy pan jest poważny? To mój serdeczny przyjaciel.
Brzmię panu jak złodziej?” „A ja wiem, jak brzmi złodziej? Przecież może pani być w tym dobra.” „Mam klucze od mieszkania. To chyba zmienia postać rzeczy.” „Mogła pani buchnąć klucze.” „Ale wtedy już pan nie ryzykuje przecież.” „No nie. Wyprę się, że o czymkolwiek wiedziałem.” Kończy robić sobie jaja i przechodzi do rzeczy. „Proszę powiedzieć, w czym mogę pomóc.” „Hany z pana numer. Niestety znajomy musi się wyprowadzić i bardzo żałuje, że sam nie może tego zrobić. Wie pan, jest do tych swoich rupieci bardzo przywiązany. Dlatego zależy mi, żeby wszystko przewieźć sprawnie i w nienaruszonym stanie. Da się zrobić?” „Pani kochana, oczywiście. Proszę powiedzieć skąd, dokąd i co tam mamy.” „Mieszkanie jest na parterze w bloku na Działkach Leśnych przy ulicy Szczecińskiej.
Przewozimy rzeczy na Karwiny Fikakowo, też na parter.” „Proszę podać adres Szczecińskiej.” „Zaraz, nie pamiętam jaki to numer. Dwadzieścia trzy chyba. Ale jaki numer mieszkania? Za chwilę sprawdzę.” „Dobrze i co mamy do przewiezienia? Ile pokoi?” „Tylko dwa pokoje. Niewiele.” Jasne, ludzie zawsze mówią niewiele. Dwa pokoje, jeden, a okazuje się, że samochód jest nabity jak bus uchodźcami. „Piwnica?” Pyta Adrian. „Nie wiem. Nie sprawdzałam.
Znajomy mówił, że jest tam kilka kartonów. Sprawdzę.” „Proszę sprawdzić. To ważne. Ile jest dużych mebli, szaf, segmentów?” Słyszy, jak kobieta wzdycha. Nie była przygotowana na wywiad. Każdy myśli, że to proste. Zadzwoni, zamówi samochód, rachu ciachu i gotowe. „Panie kochany, oczywiście, że ma meble i to nie byle jakie. Z różnych części świata, z Chin, z Afryki, z Japonii.” Niecierpliwi się kobieta. Z Zanzibaru i z Pernambuko.
Pewnie jest i pralka, lodówka? Sracz i umywalka. No przecież! Ale pan pytań zadajesz. Pani kochana, im więcej wiem, tym lepiej mogę się przygotować. Przyjechać odpowiednim samochodem – wyjaśnia. Rozumiem. Rafcio ma dużo drobnych rzeczy. Właśnie je pakuje do kartonów. Ma tego pełno, bo to podróżnik, wie pan.
Z każdej wyprawy coś przywozi. W głowie Adriana pojawia się obraz masek małych i dużych, afrykańskich, indyjskich, karnawałowych, weneckich. Do tego cała masa rzeźb i figurek. Przeprowadził mnóstwo takich mieszkań. Dokładnie. Ma sporą kolekcję pamiątek z Indii. Tam teraz jest zresztą. No przecież. Proszę w miarę możliwości dobrze to zapakować, żeby nic się nie uszkodziło. Nic się nie może uszkodzić.
Zamordowałby mnie. Byłaby szkoda. Ma pani miły głos. Kobieta się śmieje. Rozluźniła się na dobre. Pan żartuje, a ja poważnie mówię. Ja też poważnie, miła pani. Jeszcze jedno pytanie i już mówię, ile to będzie kosztowało. Ma pani kogoś do noszenia, czy życzy pani sobie ludzi? Nie mam nikogo.
Proszę zabrać ludzi i dać najniższą cenę. No przecież! Samochód kosztuje sześćdziesiąt złotych za godzinę. Dwóch ludzi to dodatkowo trzydzieści złotych za godzinę oczywiście. Nie doliczamy za kilometry, bo wszystko jest w obrębie Gdyni. Jeśli życzy sobie pani rachunek, musimy doliczyć do tego podatek. Stara się przekazać to łagodnie. Cisza w słuchawce. Czeka, aż kobieta powie, że jeszcze się zastanowi. To typowe.
Obdzwoni inne firmy i wybierze najtańszą, a potem będzie płacz, bo najtańszy rzadko oznacza najlepszy. Nie da rady nic taniej? Kobieta ma nadzieję. Pani kochana, czasy są takie, że i tak musi być najtaniej, a taniej pani załatwi tylko tam, gdzie będą mieli, za przeproszeniem, w tyłku, czy coś się stanie, czy nie, albo czy coś zginie. U mnie to niedopuszczalne – uświadamia. No tak, no tak. Dobrze, to za ile może pan przyjechać? Dzisiaj? Patrzy na zegarek. Jest po dziewiątej.
No tak, ja tu już mam prawie popakowane. Może nie słychać, ale ja lubię być poukładana i przygotowana. Nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że jak będzie dobrze spakowane, to pójdzie sprawnie. Cieszy się bardzo. Taka klientka to skarb. Proszę mi dać chwilę. Wydzwonię ludzi i oddzwonię, dobrze? Czekam. Pa. Śmieszna baba.
Ludzie zazwyczaj są w kompletnym proszku. Kiedy przyjeżdżają na miejsce, czasami dopiero zaczynają gorączkowe pakowanie. Przez to są niepotrzebne nerwy, zniszczenia i wydłuża się cała akcja. Przez to więcej płacą. Często wychodzą przy tym równie krępujące sytuacje, jak odkrycie potężnego brudu za szafkami albo opakowanie po kondomach za sofą, pampersy czy zapomniane zabawki dla dorosłych. Dzwoni do Andrzeja, wysokiego, chudego jak tyczka i brzydkiego jak Gargamel. Ma nadzieję, że chłopaki są na stand-by'u. O tej godzinie powinni. Andrzej nie odbiera. To łeb, pewnie znowu zachlapał.
Jego motto życiowe brzmi „Tu jest Polska i tu się pije.” Dzwoni do Igora, niższego od Andrzeja, też szczupłego, ale żylastego i silnego jak Popeye. Przyjaźni się z nim. Odbiera od razu. Cześć szefie, co tam? Nie lubi, kiedy tak do niego mówi. Nie czuje się żadnym szefem, bo nikogo nie zatrudnia. Robią na czarno. Siema, nie gadaj do mnie szefie, chudy pająku, bo cię trzasnę. Mamy robotę. Dwa pokoje z parteru na parter.
W głowie Igora pojawia się obraz wyładowanego po sam dach ciężarowego samochodu, ale z parteru na parter zawsze brzmi dobrze, choć ciężej zrobić godzinę. Na kiedy? – pyta. Na już. Andriusza nie odbiera. Pewnie wczoraj pochlał. Załatwię ci zastępstwo. Mam nadzieję, że Maras będzie mógł. Urodziła mu się córa. Może być ciężko.
Też o kimś pomyślę. A, zapomniałem, że został ojcem. W najgorszym razie sam będziesz musiał ponosić, szefunciu – śmieje się Igor. Nie bądź taki prędki mercedes, bo ci zabiorę okulary i nie trafisz na samochód. Okulary Igora przypominają światła mercedesa 124. Dobra, jak Maras nie będzie mógł, zadzwonię po kuzyna – kończy Igor. Okej. Przychodzi SMS. Andrzej dzwonił podczas rozmowy. Uff.
Ten chlejus i łapserdak jest prawie tak samo silny jak pająk mercedes Igora. Browar dodaje mu sił. Serwus Adik, co tam? Dzwoniłeś? – mówi Andrzej. Siema, robota Andrew na już. Zbierzesz dupę? Jak trzeba. Jak już odbierze, to zawsze może. Adrian mówi co i jak.
Dzwoni do Igora i umawia ich na miejscu za godzinę. Potem dzwoni do miłej pani i robota ustawiona.
[02:07:37] - Dziękujemy Marku. A my sobie tutaj w trakcie, gdy Marek czytał fragment powieści, trochę jeszcze podyskutowaliśmy, co jest lepsze Opowiadanie czy powieść. Zdań nie ujednoliciliśmy, zresztą nie da się chyba tego ujednolicić. Na czacie też się pojawiają głosy. Jedni piszą, że w powieści można się przyzwyczaić do bohatera i to jest jej zasadnicza zaleta, bo z żyjemy z bohaterem i dlatego pamiętamy ją dłużej. Jest też głos, który mówi o tym, że jednak pamięta dużo opowiadań, bo w opowiadaniach liczy się pomysł.
[02:08:18] - To jest twój głos.
[02:08:19] - To mój. Nie tylko mój, bo jeszcze Raiden pisze, że pamięta dużo opowiadań.
[02:08:24] - Ja też pamiętam, Marku, dużo opowiadań.
[02:08:27] - Tak, ale chodzi o to, że czego innego-
[02:08:29] - Ale posłuchaj, ja ci dam przykład jeden, zbije cię z nóg.
[02:08:33] - Zbijaj.
[02:08:34] - Pamiętasz książki Stanisława Lema?
[02:08:38] - Pamiętam. Ale opowiadania też pamiętam.
[02:08:42] - Ale ci udowodnię, że nie. Najlepszą książką według mnie Stanisława Lema, poza powieściami, jest „Próżnia doskonała”, czyli recenzje nienapisanych książek przez Lema. A pamiętasz chociaż jedną powieść, którą Lem opisał w opowiadaniu, ale nie napisał powieści? Nikt tego nie pamięta.
[02:09:04] - Tego nikt nie pamięta.
[02:09:05] - Pamięta się doskonale książkę, ale nie pamięta się ani jednego opowiadania.
[02:09:09] - Ale opowiadania z tomu „Dzienniki gwiazdowe” to możemy sobie zrobić mały konkurs na ten temat, bo ja doskonale je pamiętam.
[02:09:17] - Jesteśmy reliktami.
[02:09:19] - Myślę, że tę naszą awanturę, różnicę zdań najlepiej podsumuje nasz gość, bo myślę, że coś cennego powiedział, bardzo cennego.
[02:09:30] - Uważam, że nie ma co porównywać opowiadania do powieści, bo to są dwie różne formy literackie. Tak samo jak porównywanie, co jest lepsze: książka, czytnik czy e-book. Uważam, że to jest nieporównywalne i to, i to jest świetne i to ma zastosowanie gdzie indziej. I uważam, że e-book jest świetnym wynalazkiem. Czytniki szczególnie, jak gdzieś wychodzimy z domu i w środkach komunikacji czy na urlopie, a powieść papierowa jest świetna w domu. Te dyskusje, jakieś przepychanki co jest lepsze uważam, że są bez sensu, niepotrzebne. Tak samo opowiadania. Opowiadania są czymś innym niż powieści. I już.
[02:10:10] - A nasz gość wie, co mówi, tak sobie nawiążę płynnie, bo zarówno niezłe opowiadania pisuje, jak i powieścią właśnie się popisał. Powieść „Pływ”, przypomnę, nasza pierwsza bibliotekaryjna książka. To też święto wielkie u nas. Ale w ramach tego święta zapytam gościa. My jesteśmy już po lekturze książki.
[02:10:37] - Ja jestem w trakcie.
[02:10:39] - W trakcie. Jak to autor, wiadomo. Ja chciałbym ciebie zapytać, czy ta historia mogłaby się wydarzyć naprawdę?
[02:10:56] - Nie wiem. Ciężko powiedzieć. Jak to powiedzieć, żeby nie zdradzić? Pewnie, że mogła. W sumie mogłaby się wydarzyć. Może troszkę inaczej, troszkę zmieniona, w trochę innych proporcjach i wartościach, ale mogła.
[02:11:15] - Trochę inne perspektywy by się pojawiały.
[02:11:16] - Trochę innej perspektywy, tak, ale mogłaby. I mogłaby nawet w co najmniej dwóch wariantach.
[02:11:23] - Co więcej, tak sobie o tym myślę, że z punktu widzenia niektórych bohaterów ona, pomimo że zawiera elementy pewnej fantastyki czy grozy, to jednak z punktu widzenia niektórych bohaterów takiej historii, która by się zdarzała naprawdę, mogła być jak najbardziej realna.
[02:11:47] - Pewnie. Mogła być realna i mogłaby być też wewnętrzną nieprawdą.
[02:11:57] - To ciekawe.
[02:11:59] - Nawiązując do wcześniejszych rozmów o domach wariatów.
[02:12:03] - Rozumiem. To teraz się wyjaśniło. A Wiktor się przyczaja.
[02:12:07] - Nie, ja po prostu chciałem mówić trochę prywaty.
[02:12:10] - Jak najbardziej.
[02:12:11] - Prywaty po prostu, bo ja wiem, że naszych słuchaczy interesują pewne sprawy, powinniśmy im tego, ale mnie coś interesuje osobiście. Otóż ja mam takie bardzo brutalne pytanie: dlaczego autor rzucił nauk? I tkaczy ćpał do końca życia.
[02:12:36] - Jednym z powodów byłoby to, że ja już czułem, i to jeden z elementów, że na głowę to nie za dobrze wpływa. I na pompkę, na serce.
[02:12:54] - Na serce.
[02:12:55] - Bo jednak zielsko czy haszysz ma dużo więcej smoły w sobie niż chociażby papierosy. A jak to się pali jak papierosy, to tej smoły jest od groma i to wszystko w tych żyłach gdzieś tam.
[02:13:12] - Czyli świadomość była. Dlaczego zadaję to pytanie? Bo ja mam trochę przyjaciół, sporo nawet, szczególnie młodych, którzy pobierają, że tak powiem, atrakcje z zewnątrz. I żaden z nich nie dostrzega żadnych negatywnych zjawisk z tym związanych. Są zachwyceni, są szczęśliwi, wszystko fajnie. Natomiast ja, tak jak obserwuję po 30 latach naprawdę moich dobrych kumpli, to, co widzę: facet jest dalej bystry, jest inteligentny, wszystko jest w porządku.
[02:13:50] - Wszystko zależy ile.
[02:13:52] - Nie. Wiesz co? Ja zauważam, że nagle im Mięknie kręgosłup. Oni są w życiu obojętni. Wszystko mówi się, on jest dalej bystrzacha, ale jak się go postawi w trudnej sytuacji, to się wycofuje, nie jest bojowy.
[02:14:16] - Tym się charakteryzuje zielsko. Jeśli się pali dużo, to zabija wolę i chęci do działania. Nic się nie chce. Ma się ochotę usiąść na dupę i siedzieć.
[02:14:27] - Powiem wam anegdotę, dlaczego mnie to nigdy nie realizowało. Ja się wychowałem w czasach hipisowskich, jeździłem na Woodstock i wszyscy żeśmy jarali tam, dymiło jak Czarnobyl po prostu nad nami. Natomiast ja zawsze po ostrym jaraniu przyglądałem się moim kolegom, którzy jarali. Jacy oni byli szczęśliwi, jak oni przeżywali. A ja siedziałem znudzony. Boże mój, przecież ja na trzeźwo więcej mam w głowie wizji ciekawych. Czyli według mnie to jest potrzebne ludziom, którzy mają braki wyobraźni, braki duchowej świadomości.
[02:15:11] - Najlepsze jest to, że potem, jeśli pali się dużo, to nic się nie pamięta z tej świadomości. Ja nie pamiętam połowy życia.
[02:15:24] - Potraktujmy to jako poradnik dla autorów, bo jest taki mit. Ja się z nim spotkałem na kilku spotkaniach autorskich. Mit, który mówi o tym, że wszelkie używki pomagają duszę wyzwolić i człowiek jest wtedy bardziej literacki, więcej potrafi napisać, lepiej potrafi napisać. Ja zawsze z tym poglądem walczyłem. Ponieważ nie miałem kontaktu akurat z zielskiem, to podawałem przykład alkoholu, że owszem, kiedy już wypijemy jedno, dwa, trzy, dziesięć piw, to nam się wydaje, że właśnie tworzymy arcydzieło swojego życia. To, co piszemy, co nam z pióra kapuje czy z klawiatury, to jest genialne. I zasypiamy. Budzimy się rano, czytamy ten bełkot i dochodzimy do wniosku, że to nie było genialne, że to była ta krótka chwila, to złudzenie, kiedy nam się wydawało, że jesteśmy wielcy. Myślę, że w przypadku zielska czy innych używek jest bardzo podobnie. Ulegamy złudzeniu, że tworzymy coś wielkiego, że nam się otwiera ta kosmiczna świadomość i wtedy my to eksplorujemy.
Moim zdaniem jest to nieprawda.
[02:16:50] - Marek, dam ci chyba najlepszy tego tematu przykład. Kiedyś w Warszawie była taka kapela Aya RL, z Kukizem zresztą na czele wtedy.
[02:17:03] - Tak?
[02:17:05] - No oczywiście.
[02:17:06] - Ja jestem jednak nie tego.
[02:17:10] - Przyjechała do kapeli, która wygrała wtedy Jarocin w Bydgoszczy, czyli do Variete. Przyjechały dwie kapele. W takim Modrzewsku w domu kultury zrobili sobie seans nagrań i tak dalej. Ja siedziałem tam z technikiem nagraniowym obu kapel. Siedzieliśmy sobie, popiliśmy piwka, a oni ćpali, chlali i grali bez przerwy. Całą noc jak opętani grali. Gdzieś w południe następnego dnia się obudzili. „Jezu, ale żeśmy wczoraj dali! O Boże, ale to była jaka muzyka!” Ja nic nie mówiłem, bo ja byłem świadomy wszystkiego. Natomiast ich technik nagraniowy, który siedział, mówi: „Chcesz Grzesiek?” do Kaźmierczaka, który był wtedy wokalistą w Variete.
„Ja to wszystko nagrałem.” „Dawaj, dawaj, dawaj, puszczaj!” To on wziął, puścił z magnetofonu. Trwało to nie dłużej niż kilkadziesiąt sekund. Zapadła martwa cisza. „Wojtek, wyłącz to, wyłącz to. Koniec, koniec.” Ale całą noc wydawało nam się, że oni tworzyli ogromną, wspaniałą sztukę.
[02:18:23] - No cóż, to chyba tak jest.
[02:18:28] - Tak jest dokładnie. Ja straciłem dużo czasu, bo pragnienie popalenia było. Z klawiatury się kurzyło.
[02:18:39] - Napęd się ma.
[02:18:40] - Napęd się ma, ale nic więcej.
[02:18:41] - Oczywiście nie przekonuję tych, którzy są wyznawcami tego rodzaju używek.
[02:18:50] - Sami się muszą przekonać.
[02:18:51] - Muszą się sami przekonać. Niemniej warto wziąć pod uwagę to, co mówimy, tym bardziej że coś już na ten temat przynajmniej nasz gość może powiedzieć. To najlepsze podsumowanie. Dochodzimy do takiego momentu w audycji, kiedy muszą paść pytania o przyszłość. To jak Bruno Kadyna widzi siebie za 10 lat?
[02:19:26] - Jako dziadek, bo będzie miał wnuków, pasynków.
[02:19:31] - Syn ma trzy lata, to jednak nie. W dalszym ciągu podtrzymuję pytanie. Za 10 lat, literacko.
[02:19:44] - Nie mam pojęcia zielonego. Myślę, że już kilka ładnych powieści będzie na koncie, ale czy będą dobre? Co ja będę robił? Nie mam pojęcia zielonego. A może już dawno nie będę pisał.
[02:19:56] - Autor ucieka przed odpowiedzią. Doprecyzujmy. Jaką powieść chciałbyś napisać? Jakieś plany, coś się w głowie kitłasi. Zawsze się coś kitła. Nie mów, że nie, bo każdemu autorowi się tam w głowie aż bulgocze.
[02:20:14] - Ciekawe jest to, że na razie nie kitrasi mi się nic, bo myślę o tych, które mam napisane, żeby to poprawić troszkę. W międzyczasie, wiadomo, bo do pisania mnie ciśnie. Samo poprawianie czy redagowanie to nie jest jednak praca twórcza, chociaż też, ale zupełnie inna. Więc na pewno powstanie jeszcze trochę opowiadań. Dwa już są napisane, których jeszcze nikt nie czytał, nawet żona.
[02:20:41] - Tyle wzruszeń przed żoną.
[02:20:42] - Tyle wzruszeń. Ja wiem, wzruszeń. W końcu mi się chyba udało napisać coś wesołego. I to będzie fantastyczne opowiadanie, po części chociaż. I drugie dla dzieci. Na pewno powstanie jeszcze kilka opowiadań, zanim zabiorę się za kolejną powieść, bo chciałbym, żeby w tym roku co najmniej dwie się jeszcze ukazały. Co najmniej jedna, przepraszam. Może się uda dwie wydać. Za duża przerwa między „Metalową Dolną” a „Wpływem”. Te trzy lata to jest za dużo.
Teraz chciałbym, żeby to się skopiowało.
[02:21:12] - No to ciągnijmy temat. Jak już pytamy o przyszłość, to pytajmy. Ta druga planowana to co to będzie?
[02:21:19] - Albo „Kocur”, albo jeszcze powstała taka powieść, która jest z „Wpływem” związana, bo tam też pojawia się temat uzależnienia. Nie mogę powiedzieć. O marihuanie już teraz powiem, ale to tam nie jest takie oczywiste i od razu. Tam jest też wspólny element z „Wpływem”. To nie jest druga część ani pierwsza. To można czytać niezależnie, ale one są powiązane. Chciałem, żeby jedna za drugą wyszła, ale „Mały Kapeć” chyba zostanie wydany jako ostatni, a był wysyłany do wydawnictw jako pierwszy. Nikt też oczywiście nie chciał.
[02:21:59] - Nie odezwał się.
[02:21:59] - Akcja dzieje się na statku. Powieść podzielona jest na dwie części: lato i zimę. Beta czytaczom, czyli osobom, które tam czytają zawsze, którym daję i zbieram opinie, jednak bardziej się podobał „Wpływ”, więc ja myślę, że nad tym „Małym Kapciem” jeszcze popracuję, bo pomysł jest fajny. Zobaczymy. To będzie wydane jako ostatnie.
[02:22:29] - Wiesz jak ja lubię autora, który mówi: „Napisałem coś tam, to się podoba, a jeszcze może trochę popracuję”. Zwykle ludzie zwalają to tak, jak tego klocka, że tak powiem i myślą, że dalej będzie płynął po tych oceanach i będzie płynął.
[02:22:47] - A tu by się chciało porzeźbić jeszcze. Tak, ja z „Wpływu” nie jestem zadowolony. Gdyby była taka możliwość, to ja bym chciał nad tym jeszcze popracować. Na pewno byłoby zgrabniej.
[02:22:56] - Autorze szanowny, dzieło jest wydane. Nie ma co teraz ronić łez. Ja uważam, że warto to przeczytać i każdy, kto to przeczyta, może nie każdy, ale spora część ludzi będzie naprawdę zadowolona i autentycznie nie będzie musiała się zmuszać do tej lektury. Wręcz przeciwnie. Więc nie ma co w tej chwili mówić, że to musiałoby być lepsze. Jest dobre. Tej wersji się trzymajmy.
[02:23:25] - To, co mi się udało i na czym mi zawsze zależy przy każdej powieści, żeby to się lekko czytało, fajnie leciało. I okładkę ma fajną.
[02:23:34] - Tak, zdecydowanie. A ja jeszcze powiem o jednej rzeczy à propos opinii, które autor dostaje i tego, jak je wykorzystuje. Bo z moich doświadczeń wynika, że autorzy dzielą się na kilka typów, a takim najmniej miłym dla ewentualnego recenzenta jest autor, który słucha tych słów krytyki, a później mówi: „No tak, ale ja się z tobą nie zgadzam, bo ja napisałem dobrą książkę”. I ja myślę, że taki autor powinien-
[02:24:17] - Się puknąć w głowę.
[02:24:18] - Tak, puknąć w głowę. Dlatego tak do pewnego stopnia imponuje to, co mówisz. Bo mieć świadomość tego, że dzieło rzadko kiedy bywa skończone. To stąd się pewno bierze ta twoja myśl o „Wpływie”, że trzeba by nad nim jeszcze popracować. To jest oczywiście przesada w drugą stronę, bo jest taki moment w życiu powieści, że trzeba powiedzieć koniec. Ona być może mogłaby być lepsza, ale odpuśćmy jej, niech ona już będzie taka, następna będzie lepsza. Trzeba w pewnym momencie przestać ją poprawiać, bo dojdziemy do tej sytuacji, którą większość chyba naszych słuchaczy zna z „Dżumy”. Tam też był facet, który ciągle pisał pierwsze zdanie swojej powieści przez całą „Dżumę” o tej Amazonce, która jechała na koniu. I w związku z tym nie mógł tego wszystkiego skończyć. Chwała ci, że skończyłeś, zdecydowałeś i zabrałeś się za następne.
[02:25:22] - Autor się powinien rozwijać, więc wiadomo, że to powinno iść w dobrym kierunku, nie odwrotnie. Ja w swoim pisaniu mam wrażenie co jakiś czas, że robię taki, nie chcę powiedzieć skok w dobrą stronę, bo mi się tak wydaje, ale nie mnie to oceniać, tylko czytelnikom, ale że niedawno, w dniach dosłownie taki mały skok zrobiłem. Właśnie jeśli chodzi o zgrabność zdań i ocenicie to w opowiadaniu „Od nowa”, które za jakiś czas wyślę. Nie tak szybko, bo mógłbym się z tym pospieszyć i już wam wysłać, ale- Ale nie wszystko na raz. I to nie jest krótkie opowiadanie. Ono będzie miało kilkadziesiąt stron. Ciekaw jestem, czy wychwycicie i zobaczycie różnicę w zgrabności, w samej formie między poprzednimi rzeczami a tym, co teraz będzie się działo.
[02:26:29] - A ja teraz mam pytanie od naszego szanownego szefa, który tutaj na Bibliotekarium roztacza swoje skrzydła. On ma pytanie, czy „Pływ” to nie byłby dobry materiał na scenariusz?
[02:26:47] - Jak najbardziej.
[02:26:50] - Jakieś kroki?
[02:26:51] - Na razie powolne. Na razie postawiony jeden, może pół. Ale jak najbardziej, bo to jest — nie, żebym tutaj był pompatyczny czy wymyślał niewiadomo co-
[02:27:03] - Ale jest trochę pompatyczny.
[02:27:04] - To jest po prostu dobra opowieść na niskobudżetowy film. Nawet polskie realia.
[02:27:11] - Tak, to jest do zrobienia po prostu.
[02:27:13] - To jest proste. Tam nie ma wodospadów, fajerwerków, efektów specjalnych nie są potrzebne. Więc to jest naprawdę do nakręcenia i zobaczymy, może się uda zainteresować kogoś.
[02:27:26] - Nie, to ja będę drążył. A co to oznacza pół kroku?
[02:27:32] - Że jest myśl. Powoli coś tam będzie. Ja nie potrafię pisać scenariuszy filmowych. Musiałbym się tego nauczyć, bo staram się kogoś znaleźć, kto się podejmie, kto będzie chciał. A jeśli się nie znajdzie, to co? Mi się wydaje, że się szarpnę na zdobycie wiedzy i napisanie. Myślę, że to będzie ciekawe doświadczenie i fajna wiedza. Nie jeden autor powiedział, że dobrze jest poczytać o tym, jak się pisze scenariusze filmowe, bo to jest fajna wiedza do pisania powieści, do konstruowania powieści. Więc nawet jeśli mi nie wyjdzie albo nie będę tego czuł jak trzeba, to na pewno nie będzie zmarnowany czas, jeśli sobie poczytam na ten temat. Popróbuję.
[02:28:20] - Ja chciałbym nawiązać do tego, co powiedziałeś w pewnym momencie naszej audycji o tym, że ty się nie silisz na pisanie jakichś wielkich arcydzieł i tak dalej. Zapadło mi to w pamięć pewno dlatego, że rozmowa z Krzysztofem Sokołowskim, człowiekiem, który tłumaczył Stephena Kinga, Silverberga i jeszcze kilku innych autorów, między innymi „Kwiaty dla Algernona” Keyesa. On powiedział tak: że tak naprawdę ten podział na kulturę wysoką i kulturę popularną to jest wymysł końca XIX wieku. Że w ogóle to, co nazywamy dzisiaj kulturą popularną, to jest naturalna forma kultury. A ta wysoka to jest pewna narośl na kulturze w ogóle. Oczywiście ona służy dobrym celom, pięknym celom, ale tak naprawdę to jest pewne przegięcie pałki. Tak to sobie popularnie powiedzmy. On rozszerza to. My mówimy „muzea”, zachwycamy się, że to świątynie, które przechowują sztukę, a on mówi: to są grobowce sztuki. Muzeum jest grobowcem sztuki, bo ta sztuka tam nie żyje.
Ona jest oglądana, ale tak naprawdę nie jest w swoich naturalnych warunkach. I jeśli chodzi o kulturę popularną, my bardzo często mylimy kulturę popularną z czymś, co można by nazwać po prostu tandetą. Ja cytuję tutaj garściami, jeśli można cytować garściami, Krzysztofa Sokołowskiego, który mówił o tym, że my często przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że autor napisał powieść, w której powielił sto tysięcy pomysłów z jakichś innych powieści. Bohaterzy są płascy i w ogóle marni, dialogi też marne i w ogóle wszystko jest do kitu. Ale to on tak mógł zrobić, bo to literatura popularna. Nieprawda. To jest przede wszystkim tandeta, a w drugim rzędzie literatura popularna. Natomiast w literaturze popularnej są też całe wielkie obszary po prostu niezłej literatury. I o tym trzeba też pamiętać, że kiedy piszemy, to to, że piszemy literaturę popularną, wcale jeszcze nie powinniśmy się usprawiedliwiać tym, że piszemy literaturę popularną. To nie powinno być usprawiedliwieniem dla tandety.
I to, że piszemy popularną literaturę, to nie uwłacza nam. Wręcz przeciwnie, powinno być bardzo często powodem do dumy. A takie silenie się, że teraz napiszę arcydzieło, to bardzo często są manowce, na które wielu autorów się daje wodzić i niestety skutkuje to tym-
[02:31:23] - Bełkotem.
[02:31:24] - Tak, czasami niestety właśnie bełkotem.
[02:31:26] - Marek, wiesz co to jest arcydzieło? Bardzo często arcydzieło to jest coś takiego jak ogon pawia. Wspaniały, prawda? Tylko że zapomniał chyba, że rośnie na dupie.
[02:31:39] - No prawda. I dlatego ja wdzięczny jestem Krzysztofowi Sokołowskiemu za tych kilka refleksji, bo coś w tym jest, że my bardzo często zapominamy, czym jest literatura popularna. Bardzo często, tak jak powiedziałem wcześniej, to jest takie usprawiedliwienie, że w związku z tym wolno nam pisać tandetę, ale jedno z drugim nie ma nic wspólnego. I dlatego jak ty się tak zastrzegałeś, kiedy mówiłeś, że to nic wielkiego i tak dalej — to nie ma być wielkie, to ma być dobre. Tak, a jak najbardziej
[02:32:15] - Cokolwiek nie będziemy mówić, zawsze się będzie wracało do Szekspira. To była jak najbardziej proza, że tak powiem, tylko poetycko pisana dla ludu, dla normalnych ludzi, dla ulicy, dla wszystkich i dla księdza, i dla króla. To była literatura jak najbardziej popularnonaukowa, popularna po prostu.
[02:32:39] - Tak, tylko że naszym słuchaczom, niektórym przynajmniej, może być dosyć daleko do Szekspira, bo Szekspir, umówmy się, to już są wieki, które minęły i dzisiaj nie każdy ma ochotę czytać Szekspira.
[02:32:50] - Tak.
[02:32:50] - Natomiast zwróćmy uwagę na to, że są kryminały i kryminały. Są kryminały takie jak na przykład kryminały Raymonda Chandlera, które jak się je czyta, to czujesz, że czytasz coś, co jest literaturą. A są kryminały, które jak czytasz, to masz wrażenie, że już pięć razy coś takiego czytałeś, a w dodatku jeszcze jest to językiem takim napisane, że to bulgocze w każdym momencie albo na każdej stronie. I właściwie czytasz to, bo to taka guma do żucia dla oczu, ale tak naprawdę z każdą stroną masz takie wrażenie, że-
[02:33:32] - To już było.
[02:33:32] - To już było i właściwie niekoniecznie musisz to przeczytać. Sami cię ciągnie kto zabił, więc się warto dowiedzieć.
[02:33:41] - Zawsze jest detektyw.
[02:33:43] - Tak.
[02:33:43] - Piękna kobieta i drugi.
[02:33:44] - To jest jedyna podnieta. Jeżeli to ma być jedyna podnieta w literaturze, to jest słabo. I dlatego ja jestem taki. Ja lubię chwalić autorów, sprawia mi to przyjemność, ale lubię to robić w sposób naturalny, w sposób taki, że zasłużony. Ja uważam, że bez problemu naszego dzisiejszego gościa za jego książkę „Wpływ” możemy chwalić. Nie tylko dlatego, że jest wydana przez Bibliotekarium i że jest nam blisko do niej, a dlatego, że ja uważam, a kto mi nie wierzy, może się przekonać książkę zamawiając, czytając, że to jest po prostu bardzo dobry kawał literatury. Nie mówię znowu wysokiej, wspaniałej-
[02:34:31] - Nie ma takiej.
[02:34:32] - Po prostu dobrej literatury. To jest w literaturze ważne.
[02:34:36] - Tak. Najlepiej się czyta w kibelku.
[02:34:39] - To ja nie wiem. Ja znam kilka innych fajnych miejsc, natomiast to już jest kwestia wyboru. Natomiast ja jestem przekonany co do wartości tej książki i znowu jest na portalu Dzika Banda recenzja naszej koleżanki Marty Sobieckiej. I znowu proszę zobaczyć przy okazji do tej recenzji. Dużo Marta chwali, trochę gani, ale proszę też zwrócić uwagę na to, że można to, co napisała, odwrócić, że to, co Marta gani z jej punktu widzenia jest na przykład wadą, może być również zaletą. Zależy co kto lubi po prostu.
[02:35:23] - Recenzja zawsze będzie subiektywna.
[02:35:25] - Ale recenzja jest uczciwa. Recenzja Marty Sobieckiej jest uczciwa, bo ona pisze od swojej strony i to jest uczciwe. Ja jak się pod tym, o ile podpisuję się pod sposobem pisania, w jakim to napisała, nie do końca zgadzam się ze wszystkimi myślami, bo mnie akurat taki styl odpowiada i jej może nie do końca. Warto, ale warto w taki właśnie sposób dyskutować o literaturze. To znaczy nie zaperzać się, nie mówić: Kadyna nie umie pisać. Nie, nie, wspaniały jest. To nie jest sposób dyskutowania. To tak możemy sobie podyskutować.
[02:36:02] - Każdemu podoba się co innego. Nie ma takiej książki, która podoba się wszystkim. To by było, nawet gdyby tak było, to jakby każdemu się podobało to samo, to byłaby nuda.
[02:36:12] - Nuda.
[02:36:12] - Straszna nuda.
[02:36:13] - Tak, to prawda. Ja myślę, że ponieważ gdzieś tam się zbliżamy do 23:00, a jeszcze jeden fajny fragment książki przed nami, to dajmy szansę Markowi. I w takim razie Marku prosimy o trzeci fragment.
[02:36:30] - Bruno Kadyna „Wpływ”, rozdział ósmy. Zostawiają samochód przy brzegu jeziora. Nie widać nikogo oprócz wędkarza w łódce. Jest cicho, słychać tylko szmer barwnych liści. Niedługo zaczną spadać z drzew. Będzie Halloween. Przypomina sobie wizytę u pani Wiolety. Opatulają się szczelniej. „Nie byłam tu nigdy, a to bliżej niż Bieszki.” „Ładnie, co?” „Ekstra. Super byłoby tu mieszkać.
O tam.” Ilona pokazuje na nieliczne domy po drugiej stronie jeziora. „Te niżej są letniskowe, ale zobacz ten na górze z oszkloną werandą. Super, co? Fajnie nawet zimą. Ekstra miejsce do czytania i nauki.” „Pójdziemy tam?” „Właśnie tam idziemy.” Super. Za takimi chwilami tęskniła przez ostatnie lata. Za takim ojcem. Już przestała sobie wyobrażać, że spędzają czas razem i nawzajem pocieszają się po stracie. Już zaczęło to w niej umierać. Ojciec zdążył w ostatniej chwili.
Obchodzą jezioro. Adrian cieszy się, że wcześniej jej tu nie zabrał. Ma teraz o czym opowiadać. Pomija historie związane z Natalią i pytanie o dziewictwo, które wciąż krąży mu po głowie jak upierdliwy komar. Wrócił też głód palenia, jakby wyczuł miejsce, w które jadą. Dopadło go, zanim wysiedli z samochodu, a widok odludnego terenu wody i lasu jeszcze wzmaga pragnienie. Nie myśl o tym. Stara się odwrócić uwagę, skupić się na swoim pomyśle. Ma nadzieję, że jej się spodoba, ale zanim się zdradzi, musi się upewnić, czy nic tu się nie zmieniło. Mijają pierwsze domki letniskowe i wchodzą na wzniesienie.
„Widzisz tamten brzeg? Wiesz, że to jest grobla?” – pokazuje Adrian. „No coś ty! Tam są przecież jakieś domki.” „W najwęższym miejscu ma jakieś trzydzieści metrów szerokości.” „Czyli tam jest drugie jezioro?” „To samo. W tym najwęższym miejscu można przepłynąć albo przejść, ale chyba za dużo tam badyli, żeby płynąć. Druga część jeziora jest podobnej wielkości i tam jest wyspa.” „No co ty! Duża?” „Jakieś sto dwadzieścia metrów długości i osiemdziesiąt szerokości.” „To spora. Skąd ty to wiesz?” „Sprawdzałem w Google.” „Pójdziemy tam?” „Następnym razem.” Kiedy docierają dalej, Ilonie podoba się jeszcze bardziej. „Ile tu kosztują działki?” – pyta i wyciąga telefon. – „Tak blisko do Gdyni.
Nie chciałbyś się wyprowadzić albo żebyśmy mieli domek letniskowy? O, jest nawet zasięg internetu.” „Chciałabyś tu mieszkać? A co ze szkołą? Daleko bez samochodu.” „Za dwa lata robię prawko. Liczę, że mi pomożesz.” Adrian uśmiecha się pod nosem. Kiedy jest taka pewna siebie, przypomina swoją matkę. „Pewnie, że pomogę. Możemy już zacząć ćwiczyć, jak chcesz.” „Byłoby super.” Ilona podskakuje, ślizga się i prawie ląduje dupskiem w błocie, ale ojcu udaje się ją przytrzymać. „Uważaj, szajbusku. Fajnie byłoby tu mieszkać, ale mamy już dom w niezłym miejscu i musimy się liczyć z dziadkiem” – przypomina.
„Wiem. Do śmierci.” „Mhm. Uważaj na błoto.” Przeskakują koleiny. On nigdy nie umrze. Co ona, czeka na to? Adrian szuka odpowiednich słów. Zawsze ich brakuje, kiedy są najbardziej potrzebne. „Nikt nie żyje wiecznie. W końcu umrze. Jednak nie powinniśmy tak myśleć, kochanie.
Dziadek jest dziwny, ale wiele mu zawdzięczamy. To on zbudował dom. Gdyby nie dziadek, nie byłoby nas.” Chciał dodać, żeby żył jak najdłużej, ale to chyba nie przeszłoby mu przez gardło. „Może i tak, ale nie od nas to zależało, a jemu na pewno na nas nie zależy.” „Jak nie? Przecież chciał załatwić, żeby nie śniły ci się koszmary.” Ich śmiech brzmi sztucznie. „W końcu umrze” – zapewnia Adrian. „Wtedy nie będzie potrzeby się wyprowadzać.” „Nie gadaj. Aż tak bardzo nam nie przeszkadza.” Ilona milczy. To i tak nic nie zmieni. Zamek w drzwiach pomoże.
Adrian kończy rozmowę o dziadku. Docierają na drugi brzeg, tam, gdzie stoją domki letniskowe. Nie ma ich wiele. Idą w stronę tego, który zawsze wynajmował. Stąd jeszcze go nie widać. Na pustej drodze stoi niebieski Fiat Punto. Ma dziwne przeczucie, że wie, do kogo należy. Jakie jest prawdopodobieństwo, że to ona? Bardzo duże po tym, jak napisał, że ma ochotę na spacer tutaj. I po co bawisz się jej kosztem?
„Co tato, znajomy samochód?” Czuje dumę, że jest taka spostrzegawcza i inteligentna. „Nie wiem. Tak mi się wydaje.” „Wystraszyłeś się?” „Nie, skąd. Dlaczego?” – kłamie. – „Co, to widać?” Ilona coś podejrzewa. Nauczyła się czytać jego reakcje dla własnego bezpieczeństwa. „Dobra, powiem” – wyjaśnia w megaskrócie. I słusznie, czuje się jak idiota. Na zakończenie opowieści zatyka nos i ciągnie za nieistniejącą spłuczkę, jakby spuszczał wodę w kiblu. „Tato, bądź poważny.” „Najgorsze, że trochę sobie pofolgowałem i zacząłem robić jaja, że wciąż o niej myślę, tęsknię i w jakimś stopniu kocham.” „Przegiąłeś.
A co na to Paulina?” „Wiem, że przegiąłem, a Pauliny już nie ma. Zapomniałem ci powiedzieć.” Widzi na jej buzi ulgę. Nie lubiła tej kobiety. Była zła, kiedy kręciła się po domu. Wcale nie łagodziła złych emocji, którymi emanował ojciec. Wręcz przeciwnie. „Dlatego nie przychodzi” – mówi Ilona. „Dzisiaj napisałem ostatni raz. Zacząłem to ucinać.” „Do Pauliny?” „Nie, do Natalii. Pisałem o tym miejscu.
Kiedyś ją tu zabrałem. Nie sądziłem, że przyjedzie. To znaczy nie wiem, czyj to samochód. Mam tylko przeczucie.” „Może to faktycznie ona. Przyjechała wspominać.” „Może.” „Ty też jesteś tu, żeby wspominać?” – pyta Ilona. „Jesteśmy tu, żeby stworzyć nowe wspomnienia.” „Ale pojawiają się te, które już są.” „To normalne.” Córka kiwa głową. Nie wydaje się, żeby miała pretensje. To byłoby głupie. „Może jest fajna. Natalia to ładne imię.” „Ładne, ale to wariatka.” „Jestem ciekawa.
Sprawdźmy.” Ilona rusza do przodu w podskokach. „To pewnie nie jej samochód. Córciu, zaczekaj!” Zatrzymuje się. „Co?” Ona cały czas myśli, że mama żyje. Nie wyprowadzałem jej z błędu. To porządnie przegiąłeś. Ilona idzie dalej. Adrian rusza za córką jak skazaniec. Iwona. Co mówiłeś?
Ilona się odwraca. Ojciec kręci głową i macha ręką, że to nic. Idą kilkadziesiąt metrów polną drogą, wąską na szerokość jednego samochodu. Po jednej i drugiej stronie stoją domki letniskowe. Czekaj córciu, to tutaj. Co? Z kinieniem pokazuje na zapuszczoną małą działkę na skarpie i zmurszały ze starości domek z płyt. Wygląda jeszcze bardziej ponuro niż ostatnio. Pięknie. O to chodziło.
Nikt tu nie zagląda od dawna. Oby działkę dało się kupić. Ciekawe, czy ten facet żyje. Natalii nigdzie nie widać. To chyba nie jej samochód. Ten stary kurnik? Co tu ładnego? Przyjeżdżałem kiedyś do tego domku. Tutaj właśnie zabrałem Natalię. Spędziliśmy w nim kilka dni, ale co ważniejsze, przyjeżdżałem tu z twoją mamą i z nią mam najwięcej wspomnień.
Rozumiem, że wyglądał ładniej. Trochę, ale nie o to chodziło. A co tu robiliście? Kurczę, przecież jej nie powiem. W domku tylko spaliśmy albo siedzieliśmy, jak padało. Dotyka pordzewiałe siatki i pokazuje. Tu stała ławka i drewniany stół. Twoja mama najczęściej siedziała na pomoście, tam za furtką na dole. Zostały z niego tylko resztki. Latem wszystko było zarośnięte, nie było tak ponuro.
Aha, widzę. Świadomość, że mamusia spędzała tu czas jest wspaniała. Adrian wyciąga telefon z kieszeni. Jest pewien, że ma numer do właściciela, ale dawno nie sprawdzał. Nawet wtedy nie było szału i w środku śmierdziało stęchlizną, ale dało się spać i gotować, mówi. Musiało być fajnie. Ilona nie odrywa wzroku od zarośniętego terenu, jakby to był cudownie malowniczy zakątek. Jakby widziała mamę, jak schodzi na dół z książką, butelką wody i kocem. Rozkłada się na pomoście, a potem syta słońca i lektury wraca zwabiona zapachem grilla. Mam!
Pięknie. Czego szukasz? Pyta dziewczyna. Numeru do właściciela. To ta niespodzianka. Chciałabyś, żebyśmy kupili tę działkę, rozebrali ruderę i postawili nowy drewniany domek? Ty wybierzesz jaki. Zrobilibyśmy tu porządek, skosili zielsko, urządzili ładne palenisko i posadzili jakieś kwiatki czy inne baciewie. Na dole za furtką też byśmy wycięli krzaczory, odbudowali pomost z ławeczką. Co ty na to?
Oczywiście nie mam jeszcze pojęcia, czy uda się to kupić, ale pomysł ci się podoba? Ilona z radości prawie wytrąca ojcu z ręki telefon. Rzuca mu się na szyję. Czuje się, jakby właśnie zmaterializował to, co przed chwilą widziała. Ale super! Woła. Szkoda, że mama tego nie słyszy. Adrian przytula córkę. Jest szczęśliwy, że tak poprawia się między nimi, ale uśmiech szybko znika. W oddali na drodze stoi kobieta i obserwuje ich oboje.
To Natalia? Chyba nie. Muszę zadzwonić do właściciela, zapytać, czy chciałby to sprzedać. Nie odrywa wzroku od kobiety, która rusza w ich stronę. Natalia była zgrabna jak żadna inna, a ta pani jest przy kości. Masz ten numer? Pyta córka. Mam. To ona. Kur zapiał!
Do jasnego grzyba. Miałem rację. Spasła się. Dlatego nie pokazuje żadnych zdjęć. Zaraz, idzie Natalia. To jednak jej samochód — szepcze. Ilona odwraca się niedyskretnie. Witaj, Adrianie. Witaj, Natalio. Ale cię przybyło.
Buzię wciąż ma ładną, tylko bardziej okrągłą i włosy krótsze, a po zgrabnej figurze nie pozostał ślad. W bordowym płaszczu, pantofelkach i torebce na ramieniu wygląda jak stara baba. Brakuje tylko beretu z antenką. Wchłonęła ją ta baba. Może ta, którą pamięta z dawnych lat, jest gdzieś tam w środku. Natalia taksuje Ilonę. Już widzi, że jest za młoda na żonę, ale nie spodziewa się, że to córka. Przecież jest prawie dorosła. Na jedynym zdjęciu z dzieckiem, jakie Adrian wrzucił na Facebooka, ma około roku. Adrian przedstawia Ilonę, zanim grubaska pomyśli sobie coś głupiego.
Poznajcie się. To jest moja córka Ilona, a to Natalia, stara znajoma. Dzień dobry pani. Natalia robi wielkie oczy. Pozostaną już takie do końca spotkania. Proszę wybaczyć zdziwienie. Nie przypuszczałam, że pani będzie już w takim wieku. Ilona uśmiecha się. Czuje się skomplementowana. Niesamowite — dodaje Natalia.
Nie pisałem ci, ile ma lat. Ty też się zmieniłaś. Ma ochotę powiedzieć na głos. No, nie pisałeś. Spacer ojca z córką? To bardzo wychowawcze. Mama ma czas dla siebie. Zapada niezręczna cisza. Odpoczywa w spokoju — mówi Ilona. O ty cwaniaro!
I znowu cisza. Natalia nie była na to przygotowana. Miała w głowie jedynie wizję romantycznego spotkania, spaceru we dwoje i wsłuchiwania się w oddechy, żeby w końcu połączyć dwa w jeden. Przyjechała fantazjować, a tu sraka. Adrian jest ciekaw, co by się stało, gdyby nie było z nim córki. Już widzi, jak leży pod płotem przygnieciony ciężką miłością wyhodowaną w jakimś dziwnym świecie, zrodzonym w głowie, karmioną wyobrażeniami i rojeniami z przeszłości. A jeszcze to podkręcił swoimi wiadomościami. Chce wyjaśnić, powiedzieć prawdę i oczyścić atmosferę. Ale Natalia wypala pierwsza: „Odpoczywa, nie wiedząc, co do mnie czujesz?” O kurde. Ilona patrzy na reakcję ojca.
Ten milczy. Jest ciekawy, co stanie się dalej. Może nie będzie potrzeby niczego wyjaśniać. Natalia mówi do Ilony: „Wybacz dziewczyno, ale jesteś już na tyle dorosła, że możesz, a nawet powinnaś to usłyszeć.” A teraz do Adriana: „Nie widzę sensu, dla którego powinniśmy udawać, zamiast wyjaśnić, wylać wszystko, co leży na sercu. Nie wiem, jakie żywisz uczucia do tej kobiety, którą nazywasz żoną, ale nie wierzę, że to prawdziwa miłość. Zwłaszcza że tak szybko pobraliście się po naszym rozstaniu. My byliśmy ze sobą długo, a skończyło się na planach i to tych zrujnowanych. Napisałeś mi, że zmarnowaliśmy nasz czas.” Znowu mówi do Ilony: „Wiem, że to szokujące, co słyszysz. Na pewno kochasz swoją matkę. Ale tak, moja droga.
Twój ojciec wciąż do mnie pisze. Nadal mnie kocha i za mną tęskni. I wiem, że to właśnie jest prawdziwa miłość.” Co ona wygaduje? „Wiem. Powiedział mi” – oznajmia Ilona. „Tak?” Nie spodziewała się tego. „Więc rozumiesz również, że mówienie o zmarnowanym czasie jest w tym przypadku tak obcesowe, że nie wiem, czy można w ogóle rozpatrywać akt miłości w takich kategoriach. To ja jestem jego prawdziwą żoną. Może nie w sensie formalnym, ale na pewno mentalnie. Nie chciałabym niczyjej krzywdy.
Sama nigdy nie pozwoliłabym, aby mężczyzna odszedł od kogoś dla mnie, jeśli sam nie uporządkowałby swoich myśli.” Patrzy na Adriana. „Jednak jakby nie było, i tak oboje wiemy, że tęsknota nie zniknie, choćby się wyparł. Owszem, bez ucieleśnienia nie ma namacalnej winy, ale i tak jest to zdrada.” Jest bardziej kopnięta, niż myślałem. Natalia ściska oburącz pasek torebki i podchodzi bliżej. Adrian nabiera powietrza. Ma nadzieję, że nie widać po nim strachu. Żeby mnie czymś nie dźgnęła. Ale wciąż ładnie pachnie. Kobieta ma jeszcze wiele do powiedzenia. „To, że z sobą piszemy i teraz spotykamy, to nie przypadek.
A ile razy kochamy się w twoich myślach? Ile razy pieścisz mnie i wąchasz zachłannie? Zdaje się, że opcja, którą wybrałeś, jest tą, która nie mogłaby doprowadzić do tego, co nazwałbyś zdradą literalną. Przychylam się do tego, ale sam widzisz, co z tego wynikło. Nie myśl, iż to, że się odezwałem, narobiło namieszania. Po prostu jesteśmy sprzężeni ze sobą na zawsze. Myślisz, że bez echa mogłyby pozostać twoje słowa: Oddychałbym tobą? Byłabyś moją żoną? Kocham cię prawdziwie i zawsze będę.” To jest biedna, chora kobieta. Co ja narobiłem?
Znowu zapada cisza, ale krótka. Natalia jeszcze nie skończyła. „I co teraz zrobisz? Co powinieneś zrobić? Stoję przed tobą tu i teraz. Czy nasza miłość ma pozostać nieucieleśniona? Czy może nadszedł już czas, by przekuć w czyn słowa, które wyrzekłeś? Wiem, że ta kobieta nie jest niczemu winna, ale czy na pewno? Czy to nie ona stanowi hamulec powstrzymujący rozwój naszej miłości?” Co teraz? Gdyby nie Ilona, już byłoby po nim.
Wpada na pomysł. W tej chwili wydaje się genialny. „To niemożliwe. Tu nawet nie chodzi o moją żonę. Nie pisałem o tym, ale my nie mamy z czego żyć. Jestem uzależniony od narkotyków i muszę się leczyć. To, co do ciebie pisałem, to tylko słowa, echa przeszłości. Przepraszam, nie powinienem.” Robi pauzę. Stara się wyglądać przekonująco. Nawet wyciąga dłoń z kieszeni, jakby chciał podsunąć jej pod nos.
„Możesz pożyczyć parę zł? Nie mamy nic do jedzenia i pieniędzy, żeby zjeść kolację, a o jutrzejszym dniu nie chcę nawet myśleć. Nie wiem, co będzie.” Patrzy wzrokiem zbitego psa na córkę. Biedna Ilona jada u koleżanek. Jest nam bardzo ciężko. Dziewczyna posmutniała i kiwa głową. Moja krew. Natalia nie wie, co się dzieje, co powinna powiedzieć. Mina jej zrzedła. Tego nie spodziewała się o wiele bardziej niż dorosłej córki.
Jakby dostała obuchem w głowę. Szuka rozwiązania, jak się z tego wymiksować. I proszę. Wielka miłość przeszła jak ręką odjął. „Nie powinieneś tak pisać, Adrian. Wzbudzać u mnie nadziei. Lałeś miód w moje serce, bym znów zaczęła o tobie myśleć? Jeśli chciałeś tylko pieniędzy i mojego ciała, to bardzo wyrachowane.” Kurde, w życiu! Aż tyle ciała? „Nie chcę, by ktokolwiek grał na moich uczuciach, zwłaszcza kiedy w każdym nowo poznanym mężczyźnie poszukiwałam ciebie.
Łez wylałam chyba morze. Oddychaj, trwaj i dąż do szczęścia. Ona w to wierzy. Cierpiała w ramionach innego? Wymija oboje i odchodzi. Koniec wielkiej miłości. Dopiero kiedy słyszą silnik samochodu, Ilona wybucha śmiechem. To nie w porządku. Nie powinniśmy się śmiać – mówi Adrian. To jakaś wariatka.
Jak ona mogła tak mówić o mamie? Co za egoistka. Zależało jej, żeby się ustawić, a tu ząb. Nie wiedziałam, tato, że lubisz puszyste panie. Kiedyś nie była gruba. Dobrze, że samochód mamy po drugiej stronie jeziora. No biedni, a jeżdżą taką furą. Czuję się winny, że z nią pisałem. Trzeba uważać na takie rzeczy. Widzisz, jakiej biedy można sobie narobić?
Masz nauczkę. Mam. Uczymy się całe życie. Ty też potraktuj to jako lekcję, córciu. Mhm. Wyciąga z kieszeni telefon i dzwoni do właściciela działki. Jest sygnał – mówi, ale nikt nie odbiera.”
[02:58:08] - To był ostatni fragment. Wszystkich zainteresowanych kontynuacją zapraszamy na naszą stronę, gdzie można powieść Bruno Kadyny zamówić. Chyba jedyna na razie droga. Dzisiaj premiera. Dzisiaj można zamówić przez pierwsze trzy tygodnie w niższej cenie, co też pewnym ewenementem jest. Książka taniej przez pierwsze trzy tygodnie, później będzie drożej.
[02:58:38] - Sprytnym zabiegiem.
[02:58:38] - Sprytnym, niezwykle zabiegiem. Podstępni jesteśmy. Nawiążę do tego, co się pojawiło na czacie w czasie czytania przez Marka powieści. Otóż jeszcze Marek Myszograj napisał o tym, czy warto ekranizować powieści. Odpowiedział też, że warto, ale jego zdaniem lepiej jest robić seriale. Seriale, że to takie bardziej nośne jest jednak. Trzeba przyznać rację. Rzeczywiście w tej chwili seriale są w natarciu. Rzeczywiście stało się niezwykle modne. U ciebie chyba nie ma takiego serialowego pomysłu.
Z „Wpływu” to się serialu raczej nie da zrobić. Raczej jednak film byłby lepszy.
[02:59:28] - Na siłę można, ale kłopot.
[02:59:31] - Tu wspomina zresztą Marek Myszograj o tym, że takim świetnym materiałem na serial byłyby na przykład „Świnioryje”.
[02:59:40] - Tak.
[02:59:40] - Ale to już zupełnie inna historia. Kiedyś o niej pewno będziemy rozmawiać. A teraz jeszcze wróćmy na chwilę do powieści Bruno Kadyny „Wpływ”. Jakbyś miał powiedzieć, komu ile zawdzięczasz, jeśli chodzi o tę powieść, to kogo byś wymienił?
[03:00:07] - Nikt mi nie pomógł pisać.
[03:00:08] - Nie, bardziej pytam o to. To oczywiście rodzaj żartu. Wszyscy w studiu wiemy. Natomiast jeśli chodzi o takie typowo życiowe, coś przeżyłeś, żeby to wszystko napisać, coś musiałeś przeżyć, gdzieś musiałeś być, z kimś musiałeś rozmawiać. To są rzeczy, to są takie ślady, które pozwalają tę powieść później napisać. Jakbyś sięgnął pamięcią.
[03:00:39] - „Wpływ” akurat nie wymagał wielkiego researchu, bo już wszystkie te doświadczenia miałem. Dziadka miałem, babcię miałem.
[03:00:48] - Dziadek był, babcia była, dziecko, wszystko miałem. Największą wdzięczność i podziękowania się należą mojej żonie za cierpliwość i poświęciłem kosztem odebrany jej. Bo to tak jest niestety albo stety, to jest oczywiście taki komunał. Ktoś powie, że to komunał, że za sukcesem każdego mężczyzny, każdego pisarza stoi jednak ta kobieta. Bo to ona gdzieś tam dba o to, żeby z głodu nie zmarł. Na przykład jak się zapomni i pisze, i pisze, i pisze i nie może skończyć, to ktoś mu tego jedzenia musi dostarczyć. Ja wiem, że to pewno seksistowskie jest. Ktoś mnie zaraz oskarży, że jestem seksistą.
[03:01:42] - Może być w drugą stronę. Może to kobieta będzie pisać.
[03:01:44] - Dokładnie. To działa w obie strony, ale warto o tym pamiętać. Myślę, że domy, w których oboje małżonkowie są pisarzami, to może być dziwnie w tym domu.
[03:02:04] - Kłótnia.
[03:02:04] - Może być cicho bardzo. Na pewno cicho, tak, to prawda. Natomiast może tam wiatr pohulać czasami. Ktoś od czasu do czasu, nie wiem, losują może, kto sprząta dom na przykład albo kto obiad gotuje. Bo innego sposobu nie widzę. Natomiast tak, to prawda. Ja się w pełni z tym zgadzam, że za sukcesem każdego pisarza mężczyzny stoi jego kobieta. To jest dla mnie oczywiste. Myślę, że wspólnie z naszym autorem także powinniśmy podziękować.
[03:02:42] - Tak.
[03:02:42] - Myślę, że to będzie koniec audycji. To takie zawsze pytanie kończące. Oddajemy głos autorowi na ostatnią wypowiedź dzisiaj.
[03:02:52] - Wszystko zostało powiedziane. Bardzo dziękuję za zaproszenie. Fajnie się bawiłem panowie. Jesteście fajni.
[03:03:02] - To fajnie, że tak będę mało elokwentny. Jeszcze raz tylko zachęcę do tego, żeby sięgnąć na stronę Bibliotekarium. Tam zaraz pod logo będzie można kliknąć i każdy, kto będzie miał ochotę książkę nabyć, już będzie wiedział, co ma dalej robić. Książka, tak jak powiedziałem na wstępie, dostępna jest również na stronie autorskiej. Powtórzmy adres.
[03:03:29] - brunokadyna.pl.
[03:03:31] - Tak jest, czyli dosyć prosty. Tam również książkę można nabyć, również w cenie promocyjnej. Zatem wybór należy do państwa. Jeszcze raz dziękujemy naszemu gościowi. To był naprawdę fajny wieczór. Wesoły zarówno w tej warstwie słyszalnej przez naszych słuchaczy, jak i poza anteną też był wesoły. Było naprawdę sympatycznie. Książka „Wpływ”, powiem tak od siebie, że jak ktoś ją przeczyta, to zapamięta ją po prostu. Jest tam kilka takich momentów, które gdzieś tam jeszcze muszę przepracować. One tam gdzieś siedzą.
Pewnie na jakiś czas ze mną zostaną. Nie żeby przemyśleć, po prostu to trzeba przepracować sobie pewne sceny. Autor jest niezwykle sprawny i w związku z tym te sceny tworzy w taki sposób, że czasami się ich po prostu nie zapomina. Ale skończmy już te peany. Jeszcze raz dziękujemy naszemu gościowi.
[03:04:43] - To ja dziękuję.
[03:04:47] - Zawsze jeszcze te końcowe obowiązki polegające na tym, że za dwa tygodnie zapraszamy na audycję „Kanouk Cthulcon” z zeszłego tygodnia. Na tym spotkaniu w Krakowie mówiono o prozie Lovecrafta i my z Wiktorem postanowiliśmy, że również o prozie Lovecrafta porozmawiamy. Był taki zbiorek „Zew Cthulhu”. Nim się posłużymy, ale tak naprawdę będzie to punkt wyjścia do porozmawiania w ogóle o grozie, takiej specyficznej grozie tworzonej przez Lovecrafta. Dobry to będzie punkt wyjścia do tego, że ogłosiliśmy też na Cthulconie kolejny numer specjalny, bo przypomnę, najbliższy numer specjalny poświęcony będzie kamieniom. Najbliższy numer specjalny „Podpalaczy Nieba” poświęcony będzie kamieniom i te kamienne opowiadania już za tydzień w audycji specjalnej w specjalnym ABW. Tych opowiadań kamiennych się nazbierało kilkanaście i będziemy też także mieli gościa, Piotra Prokopowicza. No i zamkniemy tę audycję specjalną w specjalnym wydaniu „Podpalaczy Nieba” w kamiennym, że tak go określę. A następny numer specjalny będziemy przygotowywać przez najbliższe trzy miesiące. Zgłaszać do ABW opowiadania inspirowane prozą Lovecrafta, nawiązujące do jego uniwersum, do jego mitologii Cthulhu, do tego koszmaru, który on opisywał.
Do tych istot przedwiecznych, które gdzieś tam pod Oceanem Spokojnym są ukryte i czekają na odpowiedni moment, żeby powrócić. Każdy, kto czytał prozę Philipa Lovecrafta, nie sposób, żeby jej nie zapamiętał. A ci, co nie czytali, to może warto, żeby przeczytali. My w każdym razie z Wiktorem postaramy się nieco tę prozę przybliżyć. Myślę, że Philip Howard Lovecraft potrafił straszyć. Ja pamiętam, kiedy pierwsza jego książka ukazała się w Polsce w latach 80. To właśnie „Zew Cthulhu”. To było wydarzenie. Tak jeszcze nikt nie straszył. Już była różna groza wtedy prezentowana, od tej przedwojennej Grabińskiego po jakieś inne.
Nawet już się w fantastyce pierwsze Kingi pojawiały. Natomiast w taki specyficzny sposób jak Lovecraft, nikt nie straszył w Polsce wcześniej. Wiktor macha na mnie palcem. Oddajmy mu głos.
[03:07:25] - Marku, widzisz, straszył nie straszył. Mnie proza Lovecrafta nigdy nie przestraszyła nawet na milimetr. Ja byłem nią zachwycony dzięki jej malowniczości po prostu.
[03:07:36] - To każdy będzie miał to, co będzie chciał. Ty się będziesz zachwycał jej malowniczością. Ja się będę zachwycał jednak pewnym ładunkiem grozy, który w niej jest. Podsumowując, za dwa tygodnie zapraszamy na „Zew Cthulhu” i audycję o prozie Philipa Howarda Lovecrafta. A za tydzień mamy wydanie specjalne ABW, opowiadania kamienne, które od jakiegoś czasu już zbieraliśmy. No i cóż.
[03:08:05] - Dzisiaj jeszcze raz dziękujemy i zachęcamy do przeczytania książki „Wpływ” Kadyny. Chwała Bogu, nie musimy Kadyny zachęcać do pisania dalej.
[03:08:15] - I tym optymistycznym akcentem, który dobrze rokuje zarówno autorowi, jak i potencjalnym wydawcom, kończymy audycję. Dziękujemy państwu bardzo za uwagę. Pozdrawiamy. Dobrej nocy i dobrych lektur.
[03:08:33] - Dobranoc.
[03:08:35] - Mówili te słowa do państwa gospodarze „Bibliotekarium”, Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość specjalny, Bruno Kadyna. Audycję jak zawsze obsługiwał od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień, tym razem w podcastowym wydaniu „Bibliotekarium”, czyli w ABW.
[03:09:05] - It wasn't my intention to mislead you. It never should have been this way. What can I say? It's true, I did extend the invitation. I never knew how long you'd stay. When you hear temptation call. It's your heart that takes, takes the fall. Won't you come out and play with me? Step by step, heart to heart. Left, right, left.
We all fall down like toy soldiers. Bit by bit, torn apart. We never win but the battle wages on for toy soldiers. It's getting hard to wake up in the morning. My head is spinning constantly. How can it be? How could I be so blind to this addiction? If I don't stop, the next one is gonna be me. Only emptiness remains. It replaces all, all the pain.
Won't you come out and play with me? Step by step, heart to heart. Left, right, left. We all fall down like toy soldiers. Bit by bit, torn apart. We never win but the battle wages on for toy soldiers. When you hear temptation call. It's your heart that takes, takes the fall. Won't you come out and play with me? Step by step, heart to heart.
Left, right, left. We all fall down like toy soldiers. Bit by bit, torn apart. We never win but the battle wages on